[00:31] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Z małym poślizgiem, ale jednak rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, na którą czekają przede wszystkim mole książkowe, ale nie tylko. Również ci, którzy lubią posłuchać sobie czasem interesujących dyskusji, a nawet wziąć w nich udział. Dzisiaj niestety z racji pewnych przyczyn technicznych prawdopodobnie nie będziemy mogli uruchomić naszego Skype'a, ale postaram się coś na to zaradzić. Może się jednak uda. Dzisiaj rozpoczynamy kolejny odcinek audycji „Bibliotekarium na żywo”. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego oczywiście nasi gospodarze Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Witajcie panowie.
[01:18] - Dobry wieczór.
[01:19] - Też chciałem powiedzieć dobry wieczór, ale nie wiem, czy on będzie dobry. To dopiero wyjdzie.
[01:24] - Zważywszy na figle, jakie wyprawia technika związana z przekazem dźwięku, może być różnie dzisiaj.
[01:34] - Mam nadzieję, że dzisiaj mimo tych różnych figli uda się audycję zrealizować. Co prawda bez głosowego udziału słuchaczy, ale jednak. Dzisiaj punktem wyjścia do dyskusji będzie książka, właściwie powieść Sergiusza Piaseckiego „Siedem pigułek Lucyfera”. Ale zanim przejdziemy do omawiania tejże lektury, dosyć zabawnej zresztą swoją drogą, podam kontakty do Radia Paranormalium. Numer, pod którym będziemy odbierać wyjątkowo dzisiaj tylko SMS-y to 536 204 193. Gadu-Gadu 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można także do nas pisać poprzez Facebooka na fanpage'ach Radia Paranormalium oraz portalu bibliotekarium.pl. Można nas także spotkać na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania i komentarze, i oczywiście propozycje kolejnych lektur do omówienia na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl.
Halo, halo Bydgoszcz?
[02:52] - Halo, halo, jesteśmy. Ja przypomnę tylko, że postać Sergiusza Piaseckiego jako autora, jako pisarza pojawiła się jako jedna z propozycji naszych słuchaczy. Zaproponowano nam omówienie czy też nawiązanie w audycji do chyba najsławniejszej powieści Sergiusza Piaseckiego, a mianowicie do „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. My oczywiście musimy być zawsze przewrotni i nie realizować niczego, tak jak nam by rozsądek wskazywał, czyli naprawdę do najlepszej powieści czy najbardziej znanej, może tak lepiej to określmy, żeby do niej nawiązywać. Tylko oczywiście wynaleźliśmy sobie z Wiktorem jakąś inną, która jest niezwykle interesująca. Dlaczego jest interesująca? Mamy nadzieję, że opowiemy o tym państwu w czasie dzisiejszej audycji. Ale tak na początek powiem, że przez wydawcę oraz przez niektórych czytelników ta książka bywa porównywana, to już mówiliśmy w zeszłej audycji, zarówno z powieścią Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”, jak i to już bezpośrednio w samym wstępie do powieści „Siedem pigułek Lucyfera”, bo o tej powieści będziemy mówić. W samym wstępie do powieści wydawca pisze, porównuje ją, usiłuje zestawić z „Folwarkiem zwierzęcym” Orwella i stwierdza, bo każda pliszka swój ogonek chwali, że książka Sergiusza Piaseckiego jest zdecydowanie lepsza. Nie zamierzamy z Wiktorem rozstrzygać, czy jest lepsza, czy nie, natomiast zamierzamy pokazać, że jest naprawdę zabawna.
Powiem tak: ja oczywiście przygotowując się do audycji, przejrzałem troszeczkę internet i głosów na temat „Siedmiu pigułek Lucyfera” jest bardzo dużo i bardzo różnych. Jedni uważają to za staroć, ramotę i w ogóle rzecz niewartą czytania i zawsze wzdychają wtedy do „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Inni natomiast zwracają uwagę, że to jest książka niezwykle przewrotna, wciągająca, pełna humoru i pokazująca w taki sposób dosyć lekki, ale lekki nie oznacza wcale infantylny, to, co się działo w latach 40, 45, 46 w Polsce. My jesteśmy przyzwyczajeni troszeczkę w tej chwili do takiego martyrologicznego wyrazu, takiego martyrologicznego obrazu. Natomiast on nie rezygnując z tego przecież, o czym zresztą powiemy podczas audycji, jednocześnie pokazuje, jak rodził się absurd. Absurd socjalizmu, absurd w ogóle tej rzeczywistości, w której byliśmy zanurzeni. I to mu naprawdę całkiem nieźle wychodzi. To jest po prostu powieść zabawna, ale też trzeba przyznać, że Przyznaję częściowo rację tym wszystkim, którzy mówią, że ona się już zestarzała językowo troszeczkę. To nie jest współczesny język. Zważmy, że książka została wydana, o ile mnie pamięć nie myli, w 1948 roku.
Trochę lat już minęło i w związku z tym, gdy ktoś weźmie tę książkę do ręki albo zacznie jej słuchać, to powie sobie: „Takie jakieś to, taki styl, tak się dzisiaj już nie pisze”. To ja tych wszystkich zachęcam, żeby wytrzymać troszeczkę. Nie wiem, w przypadku słuchania, może pierwszą godzinę, w przypadku czytania, może pierwszych kilkadziesiąt stron. Wierzcie mi państwo, że warto. Jak już człowiek się trochę przyzwyczai do tego języka, który nie jest taki współczesny, taki dzisiejszy, to naprawdę zaczyna dostrzegać w tej powieści rzeczy, z powodu których chce się tę rzecz czytać.
[07:03] - Ale to wiesz, Marek, bardzo podobnie się, tak jak ty mówisz, za przeproszeniem, kto dzisiaj czyta „Iliadę” i „Odyseję”? Nikt tego nie czyta. Natomiast to mniej więcej ten sam mechanizm językowy, bariera języka, mentalności w ogóle pisania, czyli stylu pisania, takiej poetyki i tak dalej. Co prawda tam 2000 lat temu i tak dalej, ale tutaj tylko 70 lat, ale świat mknie do przodu.
[07:39] - Ale nie straszmy tak, nie jest tak źle. Zresztą Ivellios będzie dzisiaj czytał fragmenty. Nie jest tak źle, jak to przedstawiasz. Do „Odysei” porównując to jednak robisz Piaseckiemu trochę krzywdy, bo ten język jednak jest troszkę bardziej współczesny. Nie jest taki napuszony jak w tej opowieści „Odyseja” czy „Iliada”. Nie, to jest jednak bardziej współczesne. Co więcej, Piasecki posługuje się takimi mechanizmami jednak pisarskimi, narracyjnymi. To po prostu jest powieść. Oczywiście ona ma charakter satyryczny, w związku z tym pewne rzeczy są przerysowane, pewne rzeczy są w tak specyficzny sposób podane, ale to nie jest tak źle. Powiem: nie jest tak źle.
[08:25] - Trudno, że tak powiedzieć, że czytamy tylko współczesne, nie czytamy tego, co napisano 50 lat temu, bo język rzeczywiście galopuje, zmiany w języku galopują. Tym bardziej dzięki wymianie informatycznej i tak dalej, dzięki temu, że ten język się miesza błyskawicznie w dużej skali, a nie tylko lokalnie jak kiedyś, żeby wypłynąć na wierzch w jakiejś formie. Ja ostatnio sobie zajrzałem do złego Tyrmanda, czyli do cudownej powieści, która została napisana mniej więcej w tym samym czasie.
[09:01] - Troszkę później.
[09:02] - Troszkę później jak książki Piaseckiego, ale to jest ta sama epoka, że tak powiem. Kiedyś to dla mnie była rewolwerowa proza.
[09:12] - Czym się zaczytywała cała Polska.
[09:14] - Tak. I dalej to się nadaje do czytania. Jest to wspaniałe, ale też to już trąci myszką, nie?
[09:21] - Tak, ale to jest właśnie ten poziom. Masz rację, fajnie, że przywołałeś tego złego, bo to rzeczywiście to jest mniej więcej ten sam poziom językowy. Nie jest źle.
[09:30] - Tak.
[09:31] - Ale to już nie jest proza współczesna.
[09:33] - Nie jest źle, Marek. Ja już sam siebie nie mogę czytać sprzed 30 lat po prostu, bo to jest bariera językowa, mnie samego normalnie rozłożyła na łopatki, co dopiero książki napisane wcześniej.
[09:47] - Dobrze, ale powiedzmy trochę o dzisiejszym bohaterze. Znaczy nie, o bohaterze to za chwilę, czyli bohaterze powieści. Najpierw o jej autorze powiedzmy.
[09:55] - Wiesz, ja przywołam jedno słowo, Marku, które chyba też już z polskiego języka prawie zniknęło.
[10:05] - No.
[10:06] - Zawadiaka. Ten facet naprawdę miał to, co faceci powinni mieć.
[10:13] - Tak. Bawił się w życiu nieźle. A to jest może związane z tym, że facet Sergiusz Piasecki urodził się 1 kwietnia. Też jakby mógł nie szaleć w życiu? To jest jasne. Cóż, w dodatku to jego życie było, szukam dobrego- barwne. To jest chyba najlepsze określenie. Barwne, bo to jest facet, który pracował w swoim czasie dla polskiego wywiadu i to pracował bardzo. To była taka praca bardzo wzmożona. Co więcej, utrzymywał kontakty z sowieckimi oficerami, bo to ten czas.
Ale też, jak to powiedzieć, był narkomanem w swoim czasie, a w każdym razie może nie narkomanem. Używał kokainy. To jest rzecz charakterystyczna. Miał też taki epizod, że po tej pracy dla wywiadu próbował też wstąpić do Legii Cudzoziemskiej. Jakoś go tam nie chcieli. Nie wiem, z jakich powodów. Czy był zbyt luzacki, czy może za mało luzacki. W każdym bądź razie do Legii Cudzoziemskiej się nie dostał. To postanowił zaszaleć inaczej i cóż, trafił do więzienia. A za co trafił do więzienia?
Otóż gdzieś w okolicach Grodna będąc pod wpływem narkotyków oraz z rewolwerem, z bronią w dłoni dokonał napadu rabunkowego. Już mniejsza o szczegóły. W każdym razie konsekwencje były takie, że do więzienia trafił. Cóż, i to w dodatku do dosyć ciężkiego więzienia, chyba najcięższego, jakie wówczas do dyspozycji II Rzeczypospolitej było. Ale cóż, chyba nie wyszło mu to na złe, ponieważ w więzieniu nauczył się literackiego języka polskiego. Tam zresztą, w tym więzieniu powstały pierwsze powieści Sergiusza Piaseckiego. Najgłośniejsza powieść, czyli „Kochany Wielkiej Niedźwiedzicy” to była powieść, która napisana była w więzieniu, bodajże w 1935 roku, wydana dwa lata później.
[12:41] - Ależ jakie to były wspaniałe więzienia wtedy. Książki można było tam sobie spokojnie pisać.
[12:47] - Wiesz co? Jak śledzę historię więzień w naszych czasach, to tam też się różne dziwne rzeczy dzieją, łącznie z pisaniem książek, więc chyba dobre tradycje mamy. Natomiast rzeczywiście Sergiusz Piasecki napisał „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” uznawaną przez niektórych za jego największe dzieło. Tam były problemy później z odtworzeniem, bo część nakładu zaginęła. Ona była na początku dłuższa, wydawca ją skrócił. Później te fragmenty, o które skrócił powieść były nie do odzyskania. Piasecki to próbował w powojennych wydaniach odtwarzać. To nie wszystko wyszło. W każdym razie coś tam rzeczywiście polska literatura straciła. Ale poza tym, że Piasecki pisywał w więzieniu, to w końcu z tego więzienia jednak wyszedł.
W czasie drugiej wojny światowej uczestniczył w ruchu oporu. Współpracował z wileńskim oddziałem Związku Walki Zbrojnej i tak dalej. Też prowadził burzliwe życie, może tak to powiem.
[14:14] - Zobacz jaki fajny jest taki epizod, jak ktoś angażuje się w tym oddziale Związku Walki Zbrojnej proponuje mu się dowodzenie oddziałem specjalnym do wykonywania wyroków śmierci przez podziemny sąd wydany. I wszystko niby dobrze, ale taki chojrak mówi, że wszystko dobrze, on to będzie robił, ale przysięgi to on nie złoży. A dlaczego? On mówi, że jest zbyt wielkim indywidualistą.
[14:47] - Bo to w ogóle była rogata dusza. O tym jeszcze za chwilę, ale warto powiedzieć, że Piasecki na przykład organizował wykonanie wyroków śmierci, między innymi na redaktorze „Gońca Codziennego”. To była taka gadzinówka. W każdym razie w tym czasie się ożenił. No cóż, w dodatku miał syna. Po wojnie wyemigrował. Nie podobało mu się tutaj, co zresztą dzisiaj o tym, że mu się nie podobało powiemy. Do 1964 roku żył sobie w Wielkiej Brytanii. Zmarł we wrześniu. Tak jakbym powiedział, jakbym chciał nawiązywać do swojej historii, to kilka miesięcy później się urodziłem po jego śmierci.
No cóż, to taki wątek osobisty.
[15:47] - Osobiście wiesz, mój stryjek, to zawsze mówię zamienił stryjek siekierkę na kijek.
[15:52] - Niech będzie. W każdym razie po co o tym wszystkim mówimy? Bo na przykład po wojnie ty coś takiego fajnego przytoczyłeś, że on piętnował, zdaje się władze emigracyjne polskie. Tak? Jak to było?
[16:13] - Po prostu on był bardziej święty niż papież.
[16:19] - Radykał.
[16:20] - Był radykał po prostu. Jemu się na przykład nie podobała, posłuchajcie, jak to pięknie brzmi ugodowość rządu londyńskiego oraz Głównej Komendy Armii Krajowej wobec Sowietów. Jezus, oni byli ugodowi wobec Piaseckiego. To byli.
[16:39] - No tak. Powiem jeszcze jedną rzecz, że jak to była rogata dusza, to widać właśnie na przykładzie powieści, o której będziemy dzisiaj opowiadać, czyli o „Siedmiu pigułkach Lucyfera”. Ta powieść nosi dosyć długi podtytuł. Ja go teraz zacytuję. Otóż to jest „Siedem pigułek Lucyfera, czyli autentyczne przygody Diabła Marka w latach 1945 i 1946 w niepodległej Polsce demokratycznej, odtworzone na podstawie dokumentów, zeznań świadków, wycinków prasowych oraz własnych obserwacji autora”. Koniec. I pierwszy wydawca tej książki napisał do Sergiusza Piaseckiego taką notkę, że on by jednak prosił, żeby może zmienić to słowo „autentyczne przygody Diabła Marka”. No że przecież to nieautentyczne. Na co Sergiusz Piasecki odparował mu pismem. Nie zacytuję go w tej chwili, bo go nie mam, ale mniej więcej chodziło o to, że on sobie wyprasza absolutnie jakieś ingerencje w ten podtytuł, że jak się wydawcy nie podoba, to może tej książki najwyżej nie wydawać.
Ale jesteśmy w Anglii — mówił. Tu jest wolność i on z tej wolności zamierza skorzystać i w związku z tym ma zostać tak, jak jest. Wydawca był chyba człowiekiem dowcipnym, bo powiedział tak: rzeczywiście jesteśmy w Anglii i tu jest wolność i ja korzystając z tej wolności napiszę, że moim zdaniem to jednak nie są autentyczne przygody. I w ten sposób taka wymiana zdań ostała się nawet w książce. Ona jest tam cytowana. Myślę, że to dobrze charakteryzuje postać Sergiusza Piaseckiego. To rzeczywiście była rogata dusza. Potrafił bić się o swoje i tak to jakoś pędziło.
[18:39] - Ja miałem takie skojarzenie, że naszym początkującym pisarzom właściwie warto zalecać drogę Piaseckiego. Na 15 lat do więzienia. Tam się dobrze wyszkolimy, bo nudno i nie ma co robić, więc ogłady językowe, a przede wszystkim tego języka współczesnego uczynimy.
[19:04] - Można poczytać trochę.
[19:06] - Poczytać można. Ja znam mnóstwo ludzi, większość ludzi, których poznałem, która odsiadywała takie wyroki, to byli ludzie, którzy przeczytali najwięcej książek na świecie po prostu. Bo co innego można robić?
[19:23] - To prawda. Wróćmy do książki. Wróćmy do „Siedmiu pigułek Lucyfera”. To jest książka, która od początku do końca jest satyrą. Nie wolno jej traktować jako powieść realistyczną. Natomiast warto też pamiętać, że przy wszystkich tych wątkach satyrycznych to jest jednak powieść, która garściami czerpie z tamtej rzeczywistości. Oczywiście Sergiusz Piasecki podkoloryzowuje tę rzeczywistość, pewne rzeczy miesza ze sobą, ale to służy nie tyle przekłamaniu, co wyostrzeniu pewnych obserwacji, które miał, pewnych uwag, pewnej charakterystyki tamtejszej Polski. Ja myślę, że to jest dosyć cenne. Dosyć dobrze to robi. Tak jak powiedziałem na początku, jeśli człowiek się już przyzwyczai do takiego specyficznego języka, to się czyta całkiem nieźle.
Naprawdę troszeczkę cierpliwości. Ja wiem, że dzisiaj bardzo często jest tak, że człowiek bierze książkę do ręki, przeczyta dwie strony i mówi: „Nie, ja już tego nie będę czytał. To bzdury są jakieś kompletne”. Naprawdę zalecamy z Wiktorem odrobinę cierpliwości. To jest ta cierpliwość, która się opłaca. Przyznam, że ta książka jest o tyle mi bliska, że bohaterem, jak już powiedzieliśmy, jest diabeł. Mój imiennik, diabeł Marek, który za pewne przewinienia w piekle-
[21:00] - Mój imiennik również.
[21:02] - Właśnie. Zresztą będzie ten fragment dzisiaj przytoczony. Za pewne przewinienia w piekle zostaje zesłany na ziemię, w konkretne miejsce, czyli do Polski. I to jest zawiązanie akcji, która później toczy się dosyć żywiołowo, tak to określmy. Przenosi się z miejsca na miejsce, bo dość powiedzieć, że diabeł Marek, jak już mu odpiłowano rogi, doprowadzono do porządku, czyli nadano mu wygląd człowieka, to ląduje tutaj w Polsce, gdzieś w okolicach Tucholi. A więc jak spojrzymy na mapę, całkiem blisko Bydgoszczy gdzieś ląduje. Jego pierwsze doświadczenie na tej ziemi gościnnej albo niegościnnej, to już zależy, jest dosyć brutalne. Bo usiłuje kupić chleb i to się nie kończy dobrze, zostaje mu sprzedane— to chyba będzie dzisiaj, więc już nie opowiadajmy. Nie kończy się to dobrze. Później wędruje sobie głodny, bo w rezultacie się jednak nie najadł.
Wędruje sobie głodny i trafia do Torunia, a więc też całkiem blisko. Tam przeżywa kilka przygód, o których jeszcze opowiemy, bo to ciekawe, ale od razu wtrącę, że dzisiaj możemy sobie troszeczkę więcej poopowiadać, ponieważ ta książka tak naprawdę, jeśli nawet opowiemy pewne fragmenty, to i tak nie opowiemy państwu, o co w tej książce chodzi i do czego to tak naprawdę prowadzi. Więc troszeczkę więcej będziemy mogli powiedzieć. Ale z tego Torunia, gdzie raz urzęduje na UB, a raz sobie siedzi z bimberownikami i produkuje bimber. Zresztą jest specjalistą od produkcji bimbru, to warto powiedzieć, bo w piekle też się trudnił pędzeniem bimbru i pędzi bimber taki, że się później po ten bimber kolejki ustawiają. Ale później trafia do Poznania, a trafia też w okolice Kozienic. Trafia na granicę zachodnią, czyli do Gubina, później znowu do Sulechowa, do Poznania, do Warszawy w końcu. To jest ciekawy wątek z tą Warszawą. O tym wszystkim postaramy się przynajmniej wspomnieć, bo to rzeczy ciekawe.
[23:27] - Ta dalsza droga mnie tak niespecjalnie pognesła, natomiast strasznie zastanawia mnie to miejsce startu. Ta Tuchola, bo nie wiem, czy Polska wie, co to jest Tuchola.
[23:40] - Okolice Tucholi.
[23:41] - Tak, ale Tuchola to jest po prostu środek Borów Tucholskich, czyli największego masywu leśnego w Europie w tej chwili. Jest sobie taka mieścinka w środku tych lasów do dzisiaj. Tam nie wiem dlaczego zupełnie, ale chyba po wylądowaniu tego diabła nastąpił wysyp polskich filozofów. Stamtąd się wywodzi paru filozofów, socjologów i tak dalej. Między innymi chyba spędził tam dzieciństwo wnuk Lipiński.
[24:12] - Zgadza się.
[24:13] - Potem dzisiejszy wykładowca z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Marek Jakubowski, filozof. Drugi filozof z Kazimierza Wielkiego Uniwersytetu z Bydgoszczy, Marek Kazimierz Siwiec, też Marek. Zwróć uwagę, dwóch Marków, nie? Coś w tym siedzi. Jakieś przeznaczenie. Dwóch filozofów Marków tam, ja jeszcze jednego znam, też Marka. Tuchola i diabeł Marek, nie?
[24:44] - No.
[24:45] - Zawsze mówiłem, że filozofowie to diabelskie nasienie, bo robi ludziom wodę z mózgu, a do konkretnych rzeczy nie służy.
[24:56] - Ja powiem tak: już pierwsze spotkanie z naszą rzeczywistością w latach 40. jest dla diabła Marka dosyć niesympatyczne, bo zostaje aresztowany w pociągu. Wszak nie ma żadnych dokumentów, a wówczas to, że się miało dokument, to właściwie była podstawa. Jakiś, ale powinien dokument być. Nie ma dokumentu.
[25:21] - Wtedy jesteś człowiekiem dopiero.
[25:22] - Nie ma dokumentu, a w dodatku jest szczerym diabłem. Chciałem powiedzieć człowiekiem, ale szczerym diabłem o wyglądzie człowieka. I bardzo szybko, jak trafia na UB, to oni go przesłuchują, bo jakiś szpieg zapewne. I tam był taki bardzo gorliwy ubek, który koniecznie chciał się wykazać, że jakiegoś wielkiego szpiona ma. I lali go, jak to napisał Piasecki, w ciągu chyba tygodnia pierwszego wybili mu ilość zębów. W ogóle go katowali, lali. I właściwie on zaczął im mówić dokładnie to, co chcieli. To, co chcieli, to im mówił. I tu jest taka pierwsza scena, po której można mieć uczucia ambiwalentne. To znaczy ich raporty, tych ubeków polskich, przeczytał jakiś enkawudzista.
I był tak zadziwiony tym, co ten diabeł Marek mówi, że wezwał zarówno ubeków, jak i tego diabła Marka. I się okazało, że on od razu uznał, że to, co opowiada diabeł Marek o piekle, dlaczego tu trafił i w ogóle, a jednocześnie przesłuchał go w taki sposób, że podobno przysłał was Churchill. Kazał mu opisywać, jak wygląda Churchill. W każdym razie doprowadziło to do tego, że on puścił wolno diabła Marka, a ubeków zrugał i powiedział, że następnym razem, jak mu coś takiego zrobią, to trafią do więzienia oni, a nie ten ich przesłuchiwany. I powiedział rzecz, która w pewnym kontekście może wydawać się zabawna, a w pewnym dosyć chyba dobrze charakteryzuje tamte czasy. Tak mi się wydaje. Nie żyłem, nie wiem, ale jakoś tak sobie to kojarzę. Otóż powiedział: „Panowie, bić trzeba umieć. Bić można. Dzięki biciu jest kultura, dzięki biciu jest wszystko, ale bić trzeba kulturalnie, a nie tak na odlew, jak popadnie”.
I zademonstrował, jak to należy bić. Na tym, o ile dobrze pamiętam, na jednym z tych ubeków pokazał, jak się bije, żeby ślady nie zostawały. I trzeba powiedzieć, że diabeł Marek za to pokochał Rosję. To jest właśnie ta przewrotność Sergiusza Piaseckiego w tej książce, że on nagle pokazuje, że diabeł Marek zachwycił się Rosją i Rosjanami. A w dodatku ten jego zachwyt pogłębił mu się, kiedy przeczytał konstytucję Związku Radzieckiego. On w ogóle zaczął dużo czytać i przeczytał konstytucję Związku Radzieckiego, gdzie gwarantowano wszelkie wolności, nietykalności i tak dalej. I on sobie pomyślał: tak, to jest wspaniały, cywilizowany kraj. Nie co ta dzicz tu w Polsce. Oni tam potrafią uszanować człowieka, potrafią przestrzegać prawa. I zachwycił się, i zakochał się w Rosji.
[28:24] - Wiesz, zwróć uwagę, że większość państw, gdyby przeczytać ich konstytucję, to padniesz na kolana i powiesz: to najszczęśliwsze miejsce na ziemi. Przecież tylko tam jechać i dożywać paru dni albo-
[28:41] - Szczególnie w Korei Północnej.
[28:44] - Tak, tak!
[28:44] - Właśnie. Tam na pewno jest bardzo demokratyczna konstytucja.
[28:48] - Konstytucja, nie? Zobacz, tu jest jeszcze taka fajna parabolka, bo za grzechy na ziemi to się idzie do piekła, prawda? Ale za grzechy w piekle wraca się na ziemię do Polski Ludowej.
[29:02] - Do Polski Ludowej. Ale widzisz, to też jest gdzieś tam w pewnym momencie towarzysze z PPR-u mówią, że tu nie ma żadnego komunizmu w Polsce. Oni oczywiście wiedzą, co planują, ale tu na razie nie. Tu jest Polska demokratyczna. Rosjanie są za granicą, za linią Curzona. Tam jest komunizm, a u nas jest demokracja. I bardzo to podkreślają.
[29:27] - No nie tylko demokracja, bo jeszcze wtedy był Rokossowski i paru innych.
[29:31] - Ale tak, ale demokracja.
[29:33] - To byli Polacy.
[29:33] - Tak, to Polacy byli z mianowania. Natomiast generalnie chodzi o to, że tu jeszcze była demokracja. Oni przecież doskonale wiedzieli, co planują. To piękne sceny gdzieś tam później, w dalszej części, kiedy nasz diabeł Marek stał się takim, łapał ludzi za nieprawomyślne mówienie. I na przykład złapał ludzi, oni mówili, bo był po lekturze jakiegoś pisma Gomułki, tego późniejszego Wiesława. Znaczy nie późniejszego, tamtejszego Wiesława, ale tego, który później był przywódcą partyjnym. Tu był tylko jakimś tam działaczem PPR-owskim, chyba PPR-owskim. Przeczytał jakieś jego dzieło, a później, jak ludzie mówili, że tam jakąś Gomułkę masła czy coś takiego, to zaraz ich prowadził na UB, bo się śmiali z bohaterów walki i tak dalej. Piasecki na tym bazuje. Albo na przykład na tym, że jak ten diabeł Marek wyszedł sobie z tego UB, a wcześniej się Pożywiając, bo enkawudzista pozwolił mu zjeść wszystko, bo diabeł nie jadł przez chyba tydzień, a był już człowiekiem, bo na skutek białej pigułki, którą dostał, stał się człowiekiem.
Miał być tutaj na rok. Dostał też czarną pigułkę. To była pigułka, którą miał połknąć jako ostatnią, żeby wrócić do piekła. Oraz kilka jeszcze innych, pięć, które miały mu się przydać i przydawały mu się zresztą. W każdym razie diabeł Marek trafił na przedsiębiorczych ludzi, którzy pędzili bimber, ale to pędzenie bimbru im za bardzo nie wychodziło. Natomiast on, tak jak powiedziałem, był specjalistą od pędzenia bimbru i pędził ten bimber. Był lepszy niż sprzedawana przez państwo monopolówa. W związku z tym po ten bimberek ustawiały się kolejki.
[31:36] - Od tego to myśmy zawsze byli specjalistami. Przypominam sobie kiedyś esej, gdzie ktoś napisał historię najsławniejszej w Kentucky, że tak powiem, bourbon whisky. Przez to zrobił polski szlachcic, który pojechał do Ameryki i polski szlachcic pędził w Ameryce bimber. Tylko że robił to lepiej od całej Ameryki wtedy. Co prawda niewiele na tym zarobił, gdyż on biznes tylko rozkręcił, ale ktoś od niego to kupił. Tak samo jak ten, kto wykupił McDonalda, że tak powiem. I ten ktoś na tym zarobił. Ale została bourbon whisky jako towar amerykański. On przyjechał tutaj z Kłodzka czy z Tucholi, z polskiego jakiegoś zadupia. Ktoś, kto umiał pędzić dobrze nalewkę.
[32:34] - Tej historii nie znałem, ale diabeł Marek przyleciał z piekła i pędził bimber na tyle dobrze, że do interesu włączył się pewien król szabru i rozkręcił ten interes na pełną skalę. Notabene, jakbym zadał ci teraz pytanie, co to jest szaber, to byś mi odpowiedział, co to jest szaber?
[33:00] - Kradzież jakaś, coś takiego. Handel czymś.
[33:03] - Też tak myślałem. I to jest oczywiście prawda. Szaber to rzeczywiście jest wynoszenie czegoś, przenoszenie. Generalnie kradzież, łupienie. Ale to słowo jest nawiązaniem do wcześniejszego słowa, bo słowo szaber pierwotnie to był łom. A ponieważ podczas szabrowania łom niezwykle się przydaje, tak się słowo przekształciło. Szaber stał się szabrem.
[33:35] - Czyli jak ja pamiętam tego dobrego polskiego aktora Łomińskiego, to on by się mógł Szabrownicki nazywać.
[33:44] - Szabrowski albo jakoś tak. Na przykład. W każdym razie to jest szaber i to jest kolejna rzecz, o której się dowiedziałem z tej książki. Może niespecjalnie ważna, ale warto wiedzieć. W każdym razie warto o książce Piaseckiego „Siedem pigułek Lucyfera” powiedzieć jeszcze to, że pewna przewrotność tej książki polega na tym, że do tej historii fabularnej wklejone są autentyczne ponoć wycinki z prasy krajowej, która na przykład jest zacytowana taka historia, którą Sergiusz Piasecki opisuje, pewnych wydarzeń na jednym z placów toruńskich, gdzie doszło według wycinka prasowego do rodzaju zamieszek. Według Piaseckiego to był taki niespodziewany atak śmiechu w masowym wydaniu, spowodowany tym, że Krasnoarmiejcy zobaczyli indyka, ponieważ nigdy go wcześniej nie widzieli. Tak ich to rozbawiło, że w rezultacie prawie doszło do zamieszek. Tak to podsumujmy. Te wycinki prasowe pojawiają się w całej książce wielokrotnie. To jest tak, że rzeczywiście widać, że Sergiusz Piasecki tę historię bardzo uprawdopodabniał.
Podobnie zresztą następny epizod Diabła Marka na polskiej ziemi także był dosyć zabawny i także obudowany wycinkiem prasowym.
[35:30] - Wiesz, Marku, po tym, co mówisz i po tym, co ja z tej książki doczytywałem, to ja się z tobą chyba nie zgodzę w jednej rzeczy. Otóż na samym wejściu w problem stwierdziłeś, że ta książka nie jest książką realistyczną. Ja mam jednak wrażenie, że jednak jest.
[35:54] - Nie no, powiedziałem, że wykorzystuje realistyczne momenty, ale dla skonstruowania satyrycznej wizji. Ale dobra, masz rację.
[36:01] - Tylko że ten czas był tak, jakby powiedzieć, że kretyn nie jest realistyczną postacią. Czas był kretyński i wszystko, co jest opisywane w tej książce. Ja z własnego podwórka mogę opisać, gdzie dzisiaj mieszkam. Słuchaj, wiesz, gdzie ja mieszkam? Na dawnych peryferiach Bydgoszczy. To była wielka ziemiańska chata, chyba poniemiecka czy po jakichś ziemianach. Nie wiadomo kim.
[36:39] - Tutaj, gdzie była twoja chata, w której mieszkasz i tutaj właściwie, skąd nadajemy, tu były już pola.
[36:46] - Tak, tu było pola i to daleko od Bydgoszczy.
[36:50] - Ale kontynuuj. To co to była za chata?
[36:52] - Natomiast to była wielka, ogromna taka chata, w której kiedyś mieszkali jacyś zamożni ziemianie albo szlachta.
[36:59] - Ty zajmujesz jedną izbę, tak powiedzmy.
[37:02] - Tak. W tej chwili tam jest park z tysiącletnimi dębami zaraz obok. Natomiast co się działo w tym Roku '45 i '46, który opisuje Piasecki w "Tej wielkiej chacie". Otóż do tej chaty co weekend — weekendu wtedy nie było, ale sobota i niedziela to wtedy zawsze była — zjeżdżały z Bydgoszczy wszystkie szabrownicze nęty. Cały światek przestępczy Bydgoszczy, a on był całkiem pokaźny, zjeżdżał do tej chaty równocześnie z samochodami, jeepami od Amerykanów dostarczonymi czy jakimiś ruskimi, również rozklekotanymi, dojeżdżała cała elita partyjna władz bydgoskich, partyjnych. Pierwszy sekretarz czy kto tam wtedy rządził, NKWD-ziści, żołnierze radzieccy, ubecy. Wszystko zjeżdżało do tej chaty. Jak to? Ci szabrownicy, bandyci oraz te władze? Tak.
Oni dochodzili do wspólnego języka po prostu. W tej chacie była olbrzymia sala, ogromna sala na kilkaset osób do tańczenia. Tam się odbywały tańce, grała muzyka, były tak zwane zamtuzy, czyli pokoje radosnych uciech dla panów.
[38:41] - Ty w takim zamtuzie mieszkasz może?
[38:45] - Być może. Były również pokoje, gdzie hazard trwał od wieczora do białego świtu. Otóż tam przechlewano fortuny, tam bawiono się, tam ściągały wszystkie dziwki z okolicy, z Bydgoszczy, Torunia i tak dalej. Po czym o świcie w poniedziałek ci wracali do partii, a ci wracali do szabru. Taka była Polska. Jeszcze nie było wiadomo, kto tu tak naprawdę będzie rządził. Być może ci szabrownicy będą kiedyś kapitalistami i będą dawali chleb. Górę wzięli, jedna strona wzięła górę, ale ten czas, '45, '46 rok był tak groteskowym czasem zupełnie, że ta groteska jest realizmem zupełnie i w książce Piaseckiego, i we wspomnieniach ludzi, którzy wtedy żyli.
[39:47] - Na czacie pojawił się o35 i pisze w ten sposób, że książka może nie jest realistyczna, ale jakże gorzko się kończy. Tak, ale satyra ma to do siebie, że ponieważ ta książka "Siedem pigułek Lucyfera" była porównywana na przykład do "Folwarku Zwierzęcego", to "Folwark Zwierzęcy" również nie kończy się specjalnie optymistycznie.
[40:11] - Po to zostały napisane, żeby ciarki po człowieku chodziły.
[40:14] - Tak, dokładnie. Natomiast ona ma takie fragmenty realistyczne, ale bardzo oczywiście prosimy o35, żeby o tym finale książki nie mówił, bo to tradycyjnie zostawimy. Opowiadając dzisiaj wiele, bo tyle sobie możemy dzisiaj pozwolić, żeby o pewnych fragmentach tej historii opowiedzieć, to jednak końcówki nie zdradzajmy. To myślę, byłoby-
[40:36] - Spoilerów mówić zdecydowanie nie.
[40:40] - Zdecydowanie nie. Natomiast bardzo się cieszę, bo o35 napisał, że to ulubiony autor. Jest co lubić. Zanim przejdziemy jeszcze wrócimy do "Siedmiu pigułek". Naprawdę, jak się czyta "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy", to widać, że facet, który to napisał, miał autentyczny talent. Po prostu jak się czyta tę historię, bo o tym jest "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy", mamy do czynienia z II Rzeczpospolitą, pogranicze polsko-sowieckie. Te historie, które się tam dzieją, jakieś ocieranie się o pograniczników, przemytników to jest rewelacja po prostu. To jest tak świetnie napisane. Widać, że ten człowiek dużo z tego przeżył.
[41:34] - Właśnie, Marek, zobacz jak dzisiaj całe watahy ludzi piszą książki.
[41:41] - O Afryce, nigdy nie będąc w Afryce na przykład.
[41:45] - Piszą fantasy — przepraszam, też popisuję czasami i tak dalej — dlatego, bo się niczego nie przeżyło Bogiem a prawdą. Czyli my nie doceniamy swoich protoplastów, swoich dziadków, swoich babć. Gdybyśmy wiedzieli, jaką oni mieli fantazję ułańską, jak oni żyli, w jakich czasach, z czego wyszli i tak dalej. Z czego wyszli to wiadomo, że najpierw wyszli z lasu, potem poszli siedzieć mniej więcej tak jak Piasecki i tak to się działo kiedyś, nie? A potem pisali książki. To byli fenomenalni ludzie i warto czasami właśnie przypominać takich heroesów jak Piasecki po prostu, bo to jest dla mnie heroes literatury. Dzisiaj co możemy mówić? Że ktoś jest lepszy, może lepszą książkę napisał i tak dalej, ale człowiekiem, jakim był, to Piasecki był herosem naprawdę pełną gębą.
[42:43] - Ja powiem tak: omawiamy dzisiaj "Siedem pigułek Lucyfera", ale ja nie mogę jeszcze chwilę nie wspomnieć o "Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy". Bardzo proszę, żebyście mi państwo uwierzyli na słowo, że to jest naprawdę świetna książka. Sięgnijcie państwo po nią. "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" — ja nie wiem, tam się dzieje, po prostu to się chce czytać. Jeśli nawet komuś przeszkadza nieco, a naprawdę to jest delikatnie archaiczny język, ale naprawdę to nie ma znaczenia. To jak państwo przejdziecie kilka stron, kilkanaście, mam nadzieję, że wciągnie was ta książka, bo to jest naprawdę kawał literatury nie łagodnej, nie grzecznej, takiej krwistej.
[43:29] - Lubię takie słowo wiesz, katarakta. Jak porwie, to już potem niesie.
[43:36] - Jak porwie to koniec. Wróćmy do „Siedmiu pigułek Lucyfera”. Myślę, że już tyle nagadaliśmy, a będziemy gadać jeszcze więcej, że teraz oddamy głos Markowi Ivelliosowi. Marku, prosimy cię o pierwszy fragment.
[43:57] - Sergiusz Piasecki „Siedem pigułek Lucyfera”. Rozdział pierwszy: Awantura w piekle. Żył sobie spokojnie w piekle bardzo sympatyczny diabeł Marek. Lubili go wszyscy, nawet grzesznicy, których gotował w kotłach ze smołą, bo nigdy nie dokuczał im złośliwie, tylko sumiennie i umiejętnie spełniał swoje obowiązki. I trzeba pecha, że to jego właśnie spotkała wielka przykrość, która zepsuła Markowi normalną karierę służbową i omal nie spowodowała wyrzucenia go z piekła na zawsze. Stało się to 27 kwietnia 1945 roku. O godzinie 12.00 w nocy Marek objął służbę w kotłowni numer 13. Dyżurny szatan udzielił mu instrukcji i wyszedł z oddziału. Marek obszedł olbrzymią, ponurą salę rozwidnioną błyskami płomieni spod kotłów. Oddział ten był szczególnie ważny, dyktatorski, przeznaczony dla wyjątkowo krwawych katów ludzi na ziemi.
Gotowano tam w 33 kotłach 99 grzeszników. Byli wśród nich Herod, Neron, Iwan Groźny, Suworow, Murawiew, Wierzadeł. Jeden kocioł pojedynczy z setnym klientem kotłowni stał osobno. Miał na sobie swastykę. Gotował się w nim naturalnie Hitler. Kilka kotłów pustych stało z boku, oczekując na przyjęcie następnych lokatorów kotłowni, którzy nie skończyli jeszcze swojej działalności na ziemi. Na jednym z nich, też pojedynczym, pięknie lśniła czerwona rękawica. Z godłem rękawicy było kilka zajętych kotłów w szeregu. Marek sprawdził temperaturę we wszystkich kotłach. Gdzie było trzeba dorzucił do ognia węgli i usiadł przy stoliku u wejścia na salę.
Zapalił czerwoną lampkę i rozwinął dziennik „Czarnia prawda”. Przez pewien czas z zainteresowaniem czytał sprawozdania zagranicznych korespondentów z terenu wszechświata. Potem zaczął drzemać. Omal nie usnął, lecz porwał się na nogi i znów obszedł kotły, podsycając ogień pod nimi. Co pewien czas Marek spoglądał na duży zegar ścienny wiszący naprzeciw wejścia do kotłowni. Znów siadał do stolika i znów zabierał się do gazety. Z zainteresowaniem przeczytał oferty matrymonialne, szczególnie ostatnią. „Wiedźma, lat 45, ognista, przystojna, wszechstronnie owłosiona, lubiąca dzieci i rolmopsy. Posiadająca duży kapitał bezczelności. Szuka towarzysza życia, tych samych walorów w wieku od 50 do 500.
Łaskawe oferty proszę kierować do wydawnictwa pod boks numer 00.” Marek westchnął. Szkoda, że jestem dla niej za młody. Rozpłynął się w marzeniach o damskim towarzystwie i znów omal nie usnął. Ocknął się. Spojrzał na zegar. Lucyferze, dopiero trzecia. Zaczął obchodzić kotłownię. Miał dyżurować do ósmej rano. Co prawda opinia diabelska domagała się 36-godzinnego tygodnia pracy, lecz w związku z kryzysem opałowym zeszłej zimy i odkomenderowaniem znacznej liczby diabłów do pracy w górnictwie, Lucyfer nie podpisał uchwały Izby Diabłów, zatwierdzonej już przez Izbę Szatanów. Wszystko było w porządku.
Ogień grał pod 33 kotłami. Grzesznicy jęczeli z bólu w gorącej smole. Marek znów usiadł do stolika. Spojrzał na zegar, na kocioł ze swastyką i usnął. A marzenia miał tak miłe, że się uśmiechał, a nawet oblizywał przez sen. Przyśniło mu się, że główny szatan przedstawił go do tytułu bohatera Związku Piekielnego i do gwiazdy Lucyfera z pogrzebaczami. Marek przyjmował zawistne naturalnie gratulacje kolegów po fachu i dumnie wypinał włochatą pierś, na której lśniło wysokie odznaczenie. I w tej właśnie tak wzniosłej chwili ktoś bardzo niedelikatnie zamalował go pięścią w mordę. Diabeł porwał się na nogi i z przerażeniem zobaczył przed sobą głównego szatana, który dopiero co dekorując Marka orderem, ogniście go pocałował, zanim jak akt oskarżenia dyndał zegar, którego wskazówki flegmatycznie bijały ósmą godzinę. „Co żeś narobił, diable podły!
Spałeś na dyżurze, a ogień pod kotłami zgasł.” Marek tak się przeraził popełnioną zbrodnią, że zemdlał. Wynikła straszna awantura. Połowa grzeszników odzwyczajonych od niskiej temperatury smoły w kotłach zachorowała na zapalenie płuc i poumierała. Najwytrzymalsi okazali się ci, co nie tak dawno trafili do kotłów. Natomiast starzy klienci jak Herod, Neron umarli w tymże dniu. Główny szatan ze strachem wielkim zameldował o zajściu w kotłowni numer 13 Lucyferowi. „Ilu zdechło?” — spytał władca piekieł. „Pięćdziesięciu, księżycu.” „Hitler żyje?” „Żyje, lecz dostał brutalnej febry, księżycu. To u niego dziedziczne.” „A jak tam ci, co siedzą w kotłach z godłem rękawicy?” „Też żyją, lecz chorują na czerwonkę, księżycu. To chroniczne.” „Głupstwo.
A kto dokonał tej zbrodni?” „Kwalifikowany diabeł dziewiątej kategorii. Marek, księżycu.” „Dać mi go o godzinie dwunastej w nocy do raportu karnego.” „Ojej!” — przeraził się losem Marka nawet główny szatan, lecz posłusznie trzasnął kopytami. „Tak jest, wodzu osmolonych.” Nazajutrz Marek miał szczęście, przepraszam, nieszczęście po raz setny w życiu zobaczyć Lucyfera, bo dotąd mógł oglądać jedynie licznie rozwieszone po piekle jego portrety. Władca piekieł siedział na wspaniałym tronie ze złota, kości i czaszek ludzkich przez największych artystów związku piekielnego wykonanym. Miał złote widły i bat w rękach. Dookoła niego falowały barwne płomienie, z których co chwilę wyłaniały się to ogniste oczy, to potężne rogi, to czerwone kły. Marek kopnięty silnie w tyłek przez marszałka piekielnych ceremonii na czworakach wjechał aż na środek sali audiencyjnej. Skurczył się z przerażenia i dygotał. To nieco zmiękczyło Lucyfera. „Przyznajesz się do winy?” — zagrzmiało po piekle.
„Tak jest, ojczulku kochany. Do wszystkiego się przyznaję. Ja, niegodny związku piekielnego diabeł, od dawna to planowałem. Namówiony przez agentów z Ziemi.” — zalewając się łzami, nieprzytomnie bełkotał Marek. Znów rozległ się głos Lucyfera: „Chciałem za karę wyrzucić cię na zawsze z piekła na ziemię, ale widząc twą skruchę, diable głupi, poślę cię tam tylko na rok. Masz mi znaleźć tam pięćdziesięciu nowych grzeszników do pustych kotłów. Jeśli to uczynisz, wezmę cię z powrotem i zostaniesz odznaczony Gwiazdą Lucyfera pierwszej klasy.” Marek z zachwytem pociągał się ku tronowi Lucyfera, aby cmoknąć go w kopyto, lecz opalił pysk o płomienie otaczające władcę. To jeszcze bardziej zmiękczyło Lucyfera. „Dać mi tu komisarza informacji i propagandy” — rozkazał wódz czartów. Wnet się zjawił przed obliczem władcy wysoki dygnitarz piekielny.
„Jestem, wodzu i nauczycielu rogatych.” „W jakim państwie na ziemi jest największa wolność i dobrobyt?” „Według ostatnich wiadomości prawdy, ojczulku włochaty, największa wolność i dobrobyt poza Rosją są w Polsce, a największa nędza i niewola w Anglii i Ameryce, obrońco ogoniastych.” „Wyrzucić go do Polski na rok. Dać instrukcję, pouczyć, wyposażyć w siedem pigułek specjalnych dla delegatów z piekła na ziemię. Precz, dranie! Rozkaz, księżycu.” W ciągu dwudziestu czterech godzin Marka przygotowano do podróży na ziemię. Zrobiono mu manicure, pedicure, ogolono pysk, opalono sierść na ciele, dobrze ubrano, obcięto rogi i amputowano ogon. Wyglądał na bardzo przystojnego obywatela, lat około czterdziestu o lśniących zębach, ognistych oczach i śniadej cerze. Szatan administracyjny wydał mu diety na pięć dni, w sumie pięć dolarów i probówkę z siedmioma pigułkami różnych kolorów. Jednocześnie pouczył go: „Tę białą połkniesz po przybyciu na Ziemię. Staniesz się człowiekiem i będziesz mówił wszystkimi językami. Czarną połkniesz 1 maja 1946 roku, najpóźniej do godziny dwunastej w południe, aby wrócić do piekła.
Inne tylko w miarę potrzeby. Według napisów na nich. Zrozumiałeś?” „Tak jest, towarzyszu marszałku.” „Wyrzucić go na Ziemię do Polski punktualnie o godzinie pierwszej w nocy 1 maja. To znaczy dziś w nocy.” — wydał rozkaz szatan administracyjny kierownikowi komunikacji międzyplanetarnej. A nazajutrz radio i prasa tanganyjskie ogłosiły następujący komunikat: „Niejednokrotnie już zauważono przelatujące nad terenem Tanganajki pociski rakietowe. Wczorajszej nocy o godzinie pierwszej również dostrzeżono taki pocisk, który mknął z wielką szybkością z zachodu na wschód. Te triki pacholków kapitalistycznych w dniu święta czarnoskórych całego świata nie zastraszą tanganyjskiej partii Czarnej Nocy, której wspaniałe osiągnięcia w kierunku rozwoju Tanganajki i dobrobytu oraz wolności mas pracujących są solą w oku faszystowskich rządów międzynarodowej plutokracji.”
[54:50] - No i teraz my. Cóż, O35 zwrócił jeszcze uwagę, bardzo słusznie zresztą, że jeszcze jest jedna książka, która zdecydowanie wybija się w tym prywatnym rankingu, przynajmniej moim. Przypomniał mi o tym O35. Otóż Dowcipne, a właściwie satyryczne i okrutne w tej satyrze są "Zapiski oficera Armii Czerwonej". Tam jest dopiero hardcore, powiedzmy w ten sposób, ale może dzisiaj tego nie poruszajmy. W każdym razie to też jest lektura, którą możemy z czystym sumieniem polecić. Piasecki miał w sobie coś takiego, że świetnie wychwytywał pewną melodię wypowiedzi, pewien bezsens albo pewną charakterystykę tych wypowiedzi i to na przykład doskonale widać w tych "Zapiskach oficera Armii Czerwonej". Wróćmy do "Pigułek Lucyfera" jednak. Dowiedzieliśmy się, jak diabeł Marek przybył na Ziemię i to był ten fragment, właściwie jedyny fragment, który brzmi trochę bajkowo. Nie wiem, jak jest w piekle i jak to tam się wszystko odbywa, ale tu widać taki dowcip, który jeszcze ktoś może powiedzieć: "A tam, się bawił formą.
Tutaj coś o diabłach, coś o piekle, o piłowaniu rogów. Takie tam dowcipasy". To jest przygotowanie. Jak każda dobra powieść musi mieć ten wstęp, musi mieć przygotowanie, ale zaręczam, że następne fragmenty to już będą fragmenty, gdzie znajdziemy się w Polsce roku 1945.
[56:47] - Nie będzie lekko dla nas.
[56:53] - I śmiesznie, i strasznie będzie, bo to tak mniej więcej tam wyglądało, przynajmniej powtarzam w tym, co zapisał Sergiusz Piasecki. Wróćmy do tego fragmentu, o którym mówiłem, czyli o pędzeniu bimbru. Dwóch facetów w dzielnicy Podgórz, czyli tej leżącej po drugiej stronie Wisły, jeśli patrzy się od strony starówki toruńskiej, pędziło sobie bimber, ale wychodziło im to do kitu. Po pierwsze pędzili mało tego bimbru. Brudny ten bimber był, zanieczyszczony, nieprzefiltrowany. W ogóle im to wszystko nie szło. Maszyna bimbrownicza pracowała głośno. To zagłuszane było przemarszem wojsk rosyjskich wracających z Zachodu, ciągnących za sobą szaber. To się oczywiście nie nazywało szaber, tylko słusznie zdobyte łupy wojenne, pędzących bydło i tak dalej. Oni sobie tam pędzili w jakiejś piwnicy, ale słabo im szło.
I w pewnym momencie zjawia się tam diabeł Marek i on im pokazuje, jak się pędzi bimber. Odpędził, wypędził im nie dość, że więcej tego bimbru, to idealnie czysty. I tak jak mówiłem, w pewnym momencie zainteresował się tym przedsięwzięciem, już mniejsza o to jak, król szabru, niejaki człowiek o nazwisku Ryż i uruchomił produkcję. Zabrał tych trzech delikwentów, czyli Diabła Marka oraz tych dwóch ludzi. Jeden z nich miał pseudonim Plus, drugi Minus, a jeden z nich był z zawodu kowalem, drugi fryzjerem. Ale oczywiście zajmowali się czym innym. Czas wojenny to wymusił. W każdym razie zabrał ich w okolice Kozienic i żeby było zabawniej, okazało się, że będą pędzić bimber na skalę przemysłową. Chyba ze 200 litrów dziennie pędzili tego bimbru, o ile wcześniej pędzili bodajże 35. A jak jeszcze byli bez Diabła Marka to 18.
Coś koło tego. Tu pędzili 200 litrów dziennie i to była aparatura zainstalowana na lokomotywie. Czyli lokomotywa jeździła, dostarczała pary, ogrzewała i to się wszystko pędziło. Co więcej, żeby już nie zdradzać szczegółów, chodzi o to, że kończy się ten fragment, ten rozdział taką oto notatką. I tutaj Piasecki o tym pisze, że gdzieś tam przed sądem zaczęła się toczyć rozprawa dotycząca kolejarzy, bo między innymi odbiorcami tego bimbru, który był pędzony przez bohaterów naszej powieści, byli kolejarze, ale też ci kolejarze uczestniczyli w tym procederze, pomagali. A proces, który się odbywał, o co był ten proces i na czym polegał kłopot władzy? Nie wiem, czy to była wówczas władza ludowa, ta nowa, demokratyczna, jak tutaj się mówi, władza polska. Otóż ci kolejarze pędzili ten bimber i sprzedawali go po to, żeby zrekonstruować bocznice kolejową prowadzącą, nie wiem, jak się ta dzielnica Bąkowo chyba, czy to miejscowość Bąkowo, w każdym razie do Kozienic. I oni ją z pieniędzy za ten bimber odbudowali. Na tym polegał problem tej władzy, że właściwie nie wiedziała, czy dać im medal, czy ich może osądzić za nielegal-
[01:00:30] - To była taka oddolna inicjatywa narodu.
[01:00:33] - Narodu, tak. Zdecydowanie. Wiesz, ja to powiem w ten sposób, że tradycje pędzenia bimbru w Polsce, jak już mówiliśmy, są niezwykle bogate i Sergiusz Piasecki o tym pisze, że sama inicjatywa Ryża i tych naszych trzech delikwentów spotkała się z niezwykle entuzjastycznym przyjęciem.
[01:01:00] - Zwróćcie uwagę, że my mamy tam swoich protoplastów, dziadków, historię, jakąś linię rodowodową swoich Swojego życiorysu i swojego dziedzictwa. A jakie dziedzictwo ma na przykład polski monopol spirytusowy? Okazuje się, że może mieć tak ciekawą, bo to się wszystko zaczynało w takich czasach i dzięki tak dziwnym rzeczom, takim przekrętom, takim układom z władzą, a szabrem między władzą i tak dalej, że gdyby tak ogłosić dzisiaj ten życiorys polskiego monopolu spirytusowego, to byśmy byli dopiero w zachwycie i dopiero by chyba cały świat zaczął chlać polską wódkę.
[01:02:02] - Ale powiem ci coś jeszcze ciekawego, co mnie zainteresowało. Ten facet o nazwisku Ryż, król szabru, to był facet, który bardzo racjonalnie w tej powieści podchodził do całego rynku. Tak to określę, bo w pewnym momencie stwierdził, że rynek na bimber się kończy, szanowni panowie, bo państwo zaczęło produkować już na pełną parę swój spirytus. Zaczęło go pędzić coraz więcej, był coraz tańszy i zysk na tym bimberku, nawet bardzo dobrym, przestał być interesujący. Jak powiedziałem, cała ta historia z pędzeniem bimbru w lokomotywie opisana przez Piaseckiego skończyła się tak, jak się skończyła, że pewnego dnia pijany pociąg... Może inaczej. Do miejsca, gdzie stacjonowali nasi bimbrownicy, pojawili się przedstawiciele Urzędu Bezpieczeństwa czy milicji. Nie pamiętam dokładnie. I zaczęli kontrolować ten teren. W związku z tym, że łapali różnych szabrowników i takich, którzy nadużywali, naciągali prawo.
Natrafili na aparaturę do pędzenia bimbru. Nie, przepraszam, na beczki z bimbrem. Aparatura była w lokomotywie. Wszyscy myśleli, że oto skończył się złoty interes. Ale nie. Oni się bardzo chętnie dali upić tym bimbrem. Co więcej, zaczęli spraszać, telefonicznie czy jakąś inną pocztą pantoflową, swoich kumpli. I tak przybyli przedstawiciele milicji, UB, partii i wszyscy chlali, bo tej wódki tam było od diabła i ciut, ciut. Co więcej, jak się wódka skończyła, to zaczęło być groźnie, bo pełno milicji, pełno partyjniaków. Co zrobić?
Rada w radę, bimbrownicy nasi doszli do wniosku, że Diabeł Marek upędzi im tego bimbru. Przejedzie się lokomotywą w tę i we w tę i upędzi bimbru. Ale oni nie chcieli czekać, więc pojechali z nim. Pojechał wesoły pociąg, czyli on pędził i na bieżąco dostarczał. Ma to do siebie, że taka podróż skończyła się w ten sposób, że jak już wracali, to postanowili zaparkować bezpośrednio w bufecie. Bufet był niejako na wprost bocznicy i oni po prostu rozpędzili lokomotywę i wjechali do tego bufetu. Lokomotywa te kilka metrów po betonie przejechała, wjechała dosłownie do bufetu. Po wytrzeźwieniu to nie mogło się skończyć dobrze i cały wielki interes Ryża upadł, o czym dowiedział się od Diabła Marka. Bo Diabeł Marek po prostu zwiał stamtąd, ratując zresztą swoich kolegów, Plusa i Minusa. A tam się rozpoczęła chryja, bo głównie ci, jak już mówiłem, kolejarze byli oskarżeni w procesie.
Coś mówisz, dobra, mów ty.
[01:05:24] - Zwróć uwagę, co mówisz. Opisujesz mniej więcej fabułę, akurat bimbrowniczy wątek z tej książki i tak dalej, a przedtem mówisz, że książka nie była realistyczna. Wrócę do tego. Otóż jak historię bimbru w Polsce Ludowej można realistycznie obejrzeć? Zwróć uwagę, wcale tutaj nie Piasecki, ale Żwikiewicz w tej chwili to zaserwuje. Był ten rok 1945, 1946. Był to biznes. Można było robić, bo nie było nic innego do chlania. Cysterny ze Związku Radzieckiego jeszcze nie dojeżdżały. Biznes się skończył.
Wystarczyło na przykład, pominę wszystkie etapy przejściowe, zawsze z tym biznesem należy poczekać. Na przykład doczekać do stanu wojennego. I nagle okazało się, że ten biznes kwitł tak jak chyba nawet w 1945 i 1946 nie kwitł. I teraz wróćmy do czasu aktualnego. Pełno tej Metaxy, pełno tej whisky każdego koloru, że tak powiem, wszystkiego jest w bród w sklepach. Nieopłacalny interes. Poczekajmy.
[01:06:58] - Co więcej, powiem ci tak, Polska ma to do siebie, że w naszym kraju stacjonują również miłośnicy bimbru. Bimber tak naprawdę, pomimo tego, co opisałeś, nie zaginął w całej Polsce, bo są takie regiony-
[01:07:14] - Nie może. Marku, czy ty słyszałeś, żeby nieśmiertelne umarło?
[01:07:20] - Tak, oczywiście W każdym razie są takie regiony w Polsce, powiedzmy w Polsce północno wschodniej, gdzie pędzenie bimbru jest sztuką. Co więcej, ten bimber jest tam niezwykle szlachetny. Opowiem ci piękną historię, którą zasłyszałem będąc właśnie w tej Polsce, nazwijmy to białostockiej. To są historie dosłownie prawie teraźniejsze. Zdarza się tak, że w pewnych gospodarstwach, zbudowanych troszeczkę na modłę zamku warownego, czyli jest brama, wjeżdża się, jest chata, jest to wszystko obudowane, wokół jest podwórko zabudowane, otwarta brama. Są takie podobno miejsca, gdzie się wjeżdża samochodem. Tam stoi zastawiony stół. Stoi oczywiście wspomniany bimber, masa świetnych zakąsek i to takich naprawdę ludowo robionych z tamtego regionu. I robi się dwie rzeczy. Wręcza się gospodarzowi kluczyki swojego samochodu, którym się przyjechało oraz umówioną czy zażądaną stałą stawkę.
Można wypić, ile się chce. Wręcza się jakąś stałą stawkę i pije się, póki się jeszcze może. Później gospodarz układa szanowne zwłoki do wypoczynku. Jak już człowiek wypocznie i odparuje, może spokojnie wracać. Podobno tego rodzaju pełną, full wypas obsługę można w tamtym regionie spotkać. Czyż to nie jest piękna wizja dla ludzi?
[01:09:01] - Piękna wizja. Słyszę cały czas o ludziach, którzy jeżdżą do jakichś hoteli w Afryce, gdzie jest pełna klimatyzacja, a tu jest pełna alkoholizacja.
[01:09:10] - Pełna alkoholizacja, zdecydowanie.
[01:09:15] - Rewelacja.
[01:09:16] - Rewelacja. Ja ci powiem tak, że-
[01:09:19] - Marek, co my tu robimy?
[01:09:21] - Myślisz? Jedziemy do Polski.
[01:09:23] - No jedziemy.
[01:09:23] - Do Polski północno-wschodniej. Tak, okolice Białegostoku, północno-wschodnia Polska. Tak, ale nie wiem, czy zdążymy wrócić na przyszłotygodniowe ABW, bo człowiek może się zasiedzieć w takim miejscu, więc może lepiej nie.
[01:09:42] - Zależeć.
[01:09:44] - Zaleć może nawet.
[01:09:45] - Zaleć, a nie zasiedzieć.
[01:09:46] - Powiem tak, że oczywiście ta historia bimbrownicza jest niezwykle barwnie opisana, bo my zaledwie dotknęliśmy tego tematu. Ale powiem o czymś innym, bo mówię Diabeł Marek, Diabeł Marek. Otóż, żeby Diabeł Marek ruszył się z Torunia, w którym ten bimber pędził na początku, zanim z Ryżem i Plusem i Minusem wyjechali w okolice Kozienic, trzeba było Diabła Marka zalegalizować, bo Diabeł Marek powiedział, że nie pojedzie już pociągiem, bo ostatnio jak jechał pociągiem, to go zwinęło UB i trzymało tydzień, lejąc go gdzie popadnie. Niejaki Ryż skierował go w odpowiednie miejsce do artysty, który mu dokumenty zrobił. Tam była różna stawka za różne dokumenty. Mógł dostać zaświadczenie z obozu koncentracyjnego, mógł też dostać inne dokumenty. Zdecydował się na nieco droższy wariant, który czynił z niego niejakiego Antoniego Wierzbę, który był jedynym członkiem oddziału, który został wybity gdzieś tam chyba w Wielkopolsce i w związku z tym nie było żadnych świadków. On mu sprokurował te dokumenty i od tego momentu Diabeł Marek stał się właśnie Antonim Wierzbą. Dlaczego to mówię? Bo od tego momentu on dużo czytał, kiedy miał wolny czas, jak pędzili ten bimber i później Diabeł Marek, a właściwie Antoni Wierzba dużo czytał.
Niestety dużo czytał takiej literatury, nazwijmy to propagandowo PPR-owskiej. I coraz bardziej zakochiwał się w idei socjalistycznej, a już w Związku Radzieckim to coraz bardziej. Pasjami wprost. Coraz bardziej mu się ta konstytucja podobała. Notabene tak się zastanawiam, bo to też jest niebezpieczne, bo te konstytucje, o których mówiliśmy, one są takie piękne, tak wspaniałe. Ja się boję, że za jakieś 50, 100 lat, kiedy pamięć już troszeczkę uczyni to wszystko mniej wyraźnym, możemy się dowiedzieć, że w Związku Radzieckim rzeczywiście panowała pełna wolność i pełna kultura i pełne poszanowanie praw. Tymczasem tutaj też jest taka piękna scena, kiedy smutni panowie przychodzą i Diabeł Marek nie chce ich gdzieś puścić, bo powołuje się na swoje prawa obywatelskie. To oni mu szybko tłumaczą, co oni z jego prawami obywatelskimi zrobią i że to będzie bolesne doświadczenie. Żadna refleksja się z tym nie wiązała.
[01:12:23] - Jeśli wszystko o konstytucjach, to jak sobie przypomnę, można to przeczytać w tej chwili, ściągnąć sobie w internecie konstytucję francuską, czyli dziecko rewolucji francuskiej i tych wspaniałych postaci jak Robespierre, Marat i cała wataha innych. I jak się przypomni ten film Wajdy, jaki to był? O tej rewolucji.
[01:12:53] - „Sprawa Dantona”.
[01:12:53] - „Sprawa Dantona”. Ale czytając, wpadamy w zachwyt, jaka ta Francja cudowna była w tamtym czasie. Nie ważne, że szafoty się-
[01:13:09] - Główki się turlały jedna po drugiej. Muszę ci przerwać. Mamy takie zaproszenie: O 35 zaprasza na Podlasie. Pisze, że zrobimy transmisję na żywo z Podlasia w sprawie białostockiego bimbru, który najlepszy na świecie jest, co warto pamiętać. Chyba za żadną reklamę nie zostaniemy pociągnięci.
[01:13:36] - Tak, ale te odmiany, te drobne mutacje, na przykład podhalańska albo bieszczadzka też nie są do wyplucia.
[01:13:45] - Biorę cię na słowo, aczkolwiek O 35 to jest któryś z kolei ze świadków, który stwierdza, że nie ma lepszej od tej białostockiej. Ja wierzę.
[01:14:01] - Przypomnę ci, co to znaczy w innym języku świadek. Apostoł, prawda?
[01:14:08] - Dobra, tako rzekłeś. Natomiast straciłem wątek. Jak się za dużo dygresji robi, to się traci wątek. Powiem tylko tyle, że Diabeł Marek zakochując się coraz bardziej w Związku Radzieckim.
[01:14:26] - Skojarzyłem, że to tracenie wątku bardzo mi się przypomniało, że jak się za dużo z babą gada, to też można wątek stracić.
[01:14:37] - Widzę, że coraz odważniej sobie poczynasz. W każdym razie Diabeł Marek zakochując się coraz bardziej we władzy ludowej oraz w Związku Radzieckim, w każdym razie we wschodnim naszym sojuszniku, a jednocześnie żyłka do interesów pana Ryża powoduje, że się zarówno pan Plus, jak i pan Minus oraz Ryż przerzucają na inny biznes. I powiem ci, jak czytałem, zastanawiałem się, jaki to będzie biznes, bo od pewnego momentu w książce wyraźnie widać, że jakiś nowy biznes się szykuje. A powiem ci, że kopara mi opadła, jak się dowiedziałem, jaki to biznes. Otóż panowie postanowili uzyskać koncesję na zbiór pierza. Tak zwane Ziemie Odzyskane to było miejsce, w którym szaleli szabrownicy. Ponieważ to były takie tereny, z których ciężko było coś wywieźć, bo kolej nie do końca tam docierała, więc trzeba było brać rzeczy cenne, ale stosunkowo mało objętościowe, bo trzeba się było jakoś przedostać do centralnej Polski na przykład. Okazało się, że szabrownicy wysypywali pióra z poduszek, z kołder, z pierzyn. Wysypywali pióra, a zabierali poszwy. W związku z tym w tych wyludnionych poniemieckich miasteczkach albo takich miasteczkach malutkich w Wielkopolsce, w mieszkaniach, w urzędach, wszędzie walało się pełno pierza z tych wysypanych.
I oni wpadli na pomysł, że zaczną te miasteczka oczyszczać, że uzyskają koncesję. Ryż, który był człowiekiem niezwykle przedsiębiorczym, napotkał na pewną rafe. Rafe, rzekłbym zaporową, bo jak się udał w miejscowości Gubin, już nie pamiętam, jaki to był urząd, starostwa chyba, żeby uzyskać taką koncesję, to go olano. Przesyłano go z wydziału do wydziału. W rezultacie nie mógł nic załatwić. Panowie zrobili naradę i doszli do wniosku, że trzeba wydać łapówkę. Zobacz, zaczynamy wkraczać w taki obraz Polski biurokratycznej, łapowniczej. Myślę, że taka Polska wtedy była, że każdy garnął do siebie.
[01:17:21] - Normalna.
[01:17:22] - Ja nie wiem, czy normalna. Nie bardzo mi się podobała.
[01:17:25] - Takie życie.
[01:17:26] - Być może. I tak panowie już byli o krok. Ryż właściwie, ten główny macher był o krok od tego, żeby łapówkę staroście czy też komuś ze starostwa wręczyć. I wtedy zadziałał Diabeł Marek i jego pigułki, ponieważ na jednej z tych pigułek było napisane „niewidzialność” i okazuje się, że on na kilka dni mógł uzyskać niewidzialność. On albo też ktoś inny. Jednemu, już nie pamiętam, czy Plusowi, czy Minusowi podał tę pigułkę i jego zadaniem było po staniu się niewidzialnym obsypywanie urzędnika, tego starosty pierzem. Nieustannie się pierze w jego gabinecie wszędzie pojawiało. I bardzo szybko urzędnik doszedł do wniosku, że tu był kiedyś taki pan w sprawie pierza. Gdzie on teraz jest? Wezwał do siebie jakiegoś swojego podwładnego.
Jak załatwił sprawę? On mówi, że nie wiedział, jak ją załatwić, to go posłał do następnego urzędnika. Wezwali następnego urzędnika. Jak załatwił sprawę? Nie, też nie wiedział. To go posłał dalej i dalej. W końcu starosta doszedł do wniosku, że to jest absolutnie niedopuszczalne. Pomimo że go wcześniej spławił, to teraz miał pretensje do swoich podwładnych. Zobacz, jakie to jest w gruncie rzeczy, jak spojrzymy na historię oraz na czasy współczesne, jakie to jest prawdziwe. Zawsze ten, który jest na górze, zawsze zrobi ze swoich podwładnych idiotów i obwini ich za wszystko.
[01:18:54] - Marku, wszystko jest prawdziwe. Bo jak powiedziałeś, jak spojrzymy na czasy współczesne, to ja się zastanawiam, Marku, co my tutaj robimy w tej chwili? Przecież zobacz, przecież są te wielkie, pół świata z tego żyje, hodowle kurczaków. A co robią z pierza? Może byśmy założyli firmę odzyskującą? Pierze z tych całych kurczaków, które idą na patelnię i na rosołek.
[01:19:23] - Ja bym się wcale nie zdziwił, jakby to pierze było domielane do hamburgerów.
[01:19:28] - No tak, ale my byśmy mogli odzyskiwać.
[01:19:33] - Nie wiem, panowie, czy wiecie, ale podobno pierze jest dodawane do chleba po to, żeby go wybielić. Ty, Marku, wiesz, jak nas zaszokować. Po prostu ja już nie wiem, co powiedzieć.
[01:19:45] - To już wiadomo od wielu lat. Ja jakieś 12 lat temu już o tym czytałem w czasopiśmie Nexus, gdzie dział „Wieści z globalnej wioski” i tam duży artykuł: „Kto wrzucił pióra kurczaka do mojego chleba?” A w Chinach dodaje się, panowie, taka ciekawostka, ludzkie włosy.
[01:20:08] - No czyli nie zrobimy, Wiktorze, interesu, bo już jest zagospodarowane pierze.
[01:20:13] - Nie, ale ja mam kitkę jeszcze.
[01:20:14] - Niestety. Ale wracając do historii Diabła Marka, a właściwie Antoniego Wierzby. W końcu doszło do tego, że Ryż dostał koncesję na zbiór pierza w Gubinie. Zaczęli zbierać to pierze. Dostali nawet ze starostwa niemki, które pomagały im w tym wszystkim. I tu się pojawia fajna historia, bo nagle oni tego pierza zbierali na kopy, po prostu nieprawdopodobne ilości. Ale w pewnym momencie fryzjer, bo jeden z tych panów, nie wiem, czy plus czy minus, był fryzjerem, znalazł opuszczony zakład fryzjerski i przestało mu się chcieć zbierać pierze. Zapragnął być znowu fryzjerem. Drugi z nich znalazł zakład kowalski, właściwie mechaniczny i zapragnął... Nie wszystko się udawało.
[01:21:12] - Atawizm.
[01:21:13] - Tak, atawizm. Ale w rezultacie jak się kończy ta historia, to ją zostawmy. Ja nie będę wszystkiego opowiadał, ale w każdym razie ten interes się skończył i nie skończył się dobrze mimo wszystko. Ale oczywiście Diabeł Marek spadł na... Diabeł ma łapy? Na cztery łapy spadł w każdym razie. Kopyt go pozbawili, ale coś tam miał w każdym bądź razie. To jest kilka takich historii. Tych historii jeszcze kilka przytoczymy, bo są naprawdę takie, które w jakiś sposób będą nawiązywały do naszych warsztatów ABW, ale o tym za chwilę. Natomiast cały ten interes, o którym mówiliśmy, który próbowałeś troszeczkę przejąć, nasunął mi coś takiego, że to była ta Polska biurokratyczna, bo to jest dosyć charakterystyczne w całej tej historii.
Ta Polska biurokratyczna jest przez Piaseckiego nieźle namalowana.
[01:22:16] - Ale zobacz, jaka dawna Polska, ta biurokratyczna. To nie jest jeszcze biurokracja. Może dzisiaj się to nie nazywa biurokracja, ale zobacz, coś ci doskwiera w boku, w twoim osobistym boku.
[01:22:35] - Moim osobistym. Lewym czy prawym?
[01:22:36] - Idziesz do lekarza rodzinnego. On cię przekazuje specjaliście. Ten specjalista przekazuje cię następnemu specjaliście. I tak to idzie, aż któryś przypadkiem wpadnie na pomysł.
[01:22:53] - Jeśli będziesz jeszcze żył, to jest szansa, że cię wyleczą.
[01:22:58] - Zobacz, wtedy jeszcze przynajmniej jak się do lekarza poszło, to nie przekazywał dalej, tylko lekarz wydawał wyrok, czyli tabletki albo receptę. A dzisiaj to taka, wiesz, domino.
[01:23:12] - Ale powiem ci tak, Piasecki pięknie opisuje to urzędnicze imperium, które zaczyna się rodzić w tamtych czasach. Ale przecież to nam się tak wydaje, że teraz to podejście do klienta w urzędach to w ogóle super. Mówią „dzień dobry” i mówią ludzkim językiem do człowieka i nawet zaczynają powoli odchodzić od słowa petent. Raczej się tego słowa już nie spotyka.
[01:23:40] - Wiem dlaczego. Bo jest zakaz palenia papierosów, a to się z petem kojarzy.
[01:23:46] - Dobrze, dobrze. Masz bardzo rozbudowane skojarzenia. Natomiast to jest troszeczkę tak, że my lubimy o tym zapominać, ale naprawdę żyjemy również w czasach urzędniczego imperium. Ja ci przypomnę, że kiedy wypełzałeś na powierzchnię z tego okresu swojej, nazwijmy to, bezdomności, a w każdym razie takiego turlania się z kąta w kąt, no to wpadliśmy na pomysł. Przyznaję, to ja wpadłem na ten pomysł, ale to był pomysł szalony, który zarówno ciebie, jak i mnie naraził na trochę stresu. Wpadłem na pomysł, że skoro już masz wreszcie mieszkanie, to warto by ci dowód wyrobić osobisty.
[01:24:31] - Wypadałoby.
[01:24:32] - Wypadałoby. Wydawało mi się, że to jest prosta sprawa, tym bardziej że też taki dowód, byłem w posiadaniu takiego dowodu. No to coś prostego. Idziemy do urzędu i załatwiamy dowód. Jakiś taki naiwny jestem. Jestem naprawdę naiwnym człowiekiem. Wszystko było dobrze. Złożyliśmy wniosek. Wcześniej zrobiliśmy zdjęcie. Wiktor go wypełnił, podpisał.
No i przyszło nam czekać. Czekamy, czekamy, czekamy. No i wydawało się, że wszystko jest okej. Przychodzimy po odbiór dowodu. Wiktor się zgłasza, mówi, że to jest on i przyszedł po swój dowód. Pani patrzy i mówi: „Dobrze, mam pana dowód. Poproszę o jakiś dokument ze zdjęciem.” I tu wkroczyłem ja. Mówię: „Przepraszam panią bardzo, ale myśmy właśnie przyszli po dokument ze zdjęciem”. „No tak, ale jak ja mogę panu wydać? Skąd ja wiem, że pan to pan?” Tu do Wiktora oczywiście mówi.
Mówię: „Przecież tu widać, że ta maska przed panią i ta maska uwidoczniona na zdjęciu dowodowym to jest ta sama osoba”. „Tak, ale ten pan mógł sfałszować swoje dane. Ja muszę widzieć, że ten pan to jest ten pan”. Mówię: „Wie pani co? To będzie trudne, ponieważ ten pan przez jakiś czas krążył był sobie po świecie i cały jego majątek ograniczał się do tego, co miał przy sobie. W związku z czym było tego niewiele i nie było tam żadnego dokumentu ze zdjęciem. Co pani na to?” Na co pani mówi: „No to trudno, to ja nie mogę wydać”.
[01:26:12] - Będę obywatelem Polski demokratycznej bez dowodu osobistego.
[01:26:17] - Wydawało mi się, że staram się przynajmniej, staram się takie pozory stwarzać, że jestem człowiekiem racjonalnym.
[01:26:24] - Zrównoważonym.
[01:26:24] - Zrównoważonym i logicznym. A zrównoważenie pękło jako pierwsze, bo zapytałem dosyć nieprzyjemnym tonem, czy pani słyszy, co mówi. Czyli ten pan nie dostanie dowodu, ponieważ nie ma dokumentu ze zdjęciem. I czy ona nie widzi w tym podstawowej sprzeczności? Na co ona mi powiedziała, ale ona nie może. To mówię: „Wie pani co? To w takich wypadkach mówi się jedną, jedyną rzecz. To ja poproszę, chciałbym rozmawiać z pani przełożoną, przełożonym”. „Dobrze, proszę poczekać”. Poczekaliśmy.
Pani przyszła i się przekomarzaliśmy przez pół godziny na ten temat, czy można Wiktorowi wydać dowód, czy też nie można. W końcu zaproponowałem: „Proszę pani, ja mam kilka dokumentów ze zdjęciem. Mogę się wylegitymować. Ja pani na piśmie dam, że ten oto osobnik jest Wiktorem Żwikiewiczem. W razie czego będzie pani mnie ścigać policjami tajnymi, dwupłciowymi i jakimiś jeszcze, że złożyłem fałszywe zeznanie. Ale ja nie widzę innego rozwiązania”. Panie zaczęły się naradzać. Znowu to trwało chyba z 10 minut. W końcu usłyszałem: „No dobra, to już daj mu ten dowód. ”.
I Wiktor dowód dostał. Ja się tylko pytam, po co było niemal godzina głupiego ględzenia w urzędzie nie wiadomo o czym i w rezultacie doszliśmy do punktu wyjściowego. Czyli Wiktor nie miał dokumentu ze zdjęciem i dowód został mu wydany.
[01:27:57] - I teraz zobacz, wracając do Piaseckiego, on opisuje takie same zdarzenia i my mówimy, że to satyra. To nie jest satyra, to samo życie.
[01:28:09] - Wiesz co? Okej, to samo życie, ale składające się na pewną satyrę. Poza tym ja mam takie wrażenie, że jeśli chodzi o urzędnicze imperium, tak to sobie nazywam, to ono nie jest tożsame z ustrojem i że urzędnicze imperium świetnie się czuło w czasach powojennych. Świetnie się czuło w czasach realnego socjalizmu i czuje się równie świetnie w czasach, nie wiem, jak to nazwać, realnego kapitalizmu.
[01:28:37] - Zwróć uwagę, że to urzędnicze imperium jest najbezpieczniejszym imperium na świecie. Po prostu władza się może zmienić, ale władza potrzebuje służby, która wykona ich rozporządzenia.
[01:28:51] - Patrząc na ostatnią piętnastolatkę, to urzędnicze imperium się rozrasta. Jest go coraz więcej, tych ludzi. Ja do dzisiaj wspominam to wydawanie dowodu Wiktorowi dosyć nieprzyjemnie, bo ja miałem przez pewien czas wrażenie, że pani w ogóle nie dostrzega problemu. To znaczy nie widzi braku logiki w tym wszystkim.
[01:29:20] - No bo nie widziała.
[01:29:21] - Nie, ja zapewne. Tylko zastanawiam się, jak to się w ogóle stało, że na przykład ja uzyskałem swój pierwszy dowód. Mogłem to zrobić, bo zawsze dojdziemy do prapoczątku. Więc uzyskałem swój pierwszy dowód.
[01:29:36] - Dlatego, bo miałeś-
[01:29:37] - Legitymację szkolną. Tak. Ale kto mi wydał tę legitymację szkolną? Na podstawie czego?
[01:29:44] - Aktu urodzenia chyba.
[01:29:45] - Nie, nie przypominam sobie, żebym w szkole podstawowej— i tak dalej. Naprawdę muszę powiedzieć, że nic tak pięknie nie podkręca absurdu naszej rzeczywistości jak urzędnicze imperium. Tym bardziej jest to dla mnie bolesne, bo znam też urzędników bardzo racjonalnych, którzy załatwiają sprawy po prostu tak, jak należy.
[01:30:08] - Dokładnie tak, bo są niezbędni.
[01:30:10] - Nie, Wiktor, bo ja prowadzę do pewnej bardzo ważnej konstatacji, że bycie tym urzędnikiem z satyry to nie jest sprawa tego, że się jest urzędnikiem, tylko sprawa tego, jakim się jest człowiekiem. Bo można być urzędnikiem, który będzie tak jak w powieści Piaseckiego, czy tak jak w naszej historii z dowodem osobistym, a można być urzędnikiem, który widzi za stosem papierów człowieka i stara się zrobić tak, żeby ten człowiek nie wychodził z urzędu z poczuciem kompletnej paranoi.
[01:30:43] - Wiesz Marek, ale to jest taka pętla Möbiusa dokładnie. To się niestety nie sprawdzi, nigdy nie da rady. Jeśli człowiek chce być ludzkim urzędnikiem, to musi się w pewien sposób sprzeniewierzyć przepisom, na których opiera swoją pracę. Czyli musi być na przykład życzliwy i załatwić komuś coś lekką ręką. A to prowadzi do tego, co się dzieje, czyli na przykład do mafii, do układów i tak dalej. Więc ani tak nie jest dobrze, ani tak niedobrze. Na to nie ma— po prostu we wszystkim powinna być pewna elastyczność. I ja jedynie co do współczesnego prawa, to ja po prostu podkreślam bez przerwy, że ono się Stało zbyt daleko idące. To znaczy zawłaszczyło również urzędnikom prawo do myślenia. Odbiera im prawo do myślenia.
[01:31:50] - Zgadzam się z tobą, ale tylko częściowo, bo powiem ci tak, jednak jeszcze raz to powiem. To prawda. Rzeczywiście w pewien sposób urzędnicy są ubezwłasnowolnieni, jeśli chodzi o pewne decyzje. Ale warto też o tym pamiętać, że złem nie jest bycie urzędnikiem. Urzędnicy są potrzebni. Normalnie działające państwo potrzebuje urzędników, ale jest zadziwiające to, że w Polsce słowo urzędnik ma negatywną konotację. W Rosji zresztą też, bo urzędnik to jest facet na Wschodzie, który bierze łapówki. Dość przytoczyć „Rewizora” Gogola. W każdym razie w Polsce jest bardzo podobnie. Urzędnik ma złą konotację.
Natomiast ja naprawdę znam przynajmniej kilku urzędników, którzy starają się działać w taki sposób, chociaż przestrzegają oczywiście procedur, żeby tak jak już raz to powiedziałem, widzieć zza stosu papierów obywatela i niekoniecznie robić mu pod górkę i odsyłać go od pokoju do pokoju. Aczkolwiek to są chlubne wyjątki, bo najczęściej zdarza się tak, że patrzą na ciebie w dalszym ciągu bykiem. W dalszym ciągu patrzą tak, jakby cię chcieli spławić, jakbyś im przeszkadzał w drugim, piątym czy pięćdziesiątym śniadaniu.
[01:33:08] - A dzień dobry i dobranoc powiedzą ci tylko dlatego, że taki jest wymóg, bo jak nie będzie życzliwy, to zamieni go na rynku pracy młodszy.
[01:33:21] - To ja ci powiem jeszcze pewną historię, którą zaobserwowałem w jednym z urzędów w Polsce i pracownicy się o nią wypytałem. Otóż to zdaje się jest obowiązek, ale na pewno w tamtym urzędzie był obowiązek. Wszyscy urzędnicy nosili na szyjach smycze z identyfikatorami, na którym oczywiście było napisane imię, nazwisko, funkcja. Otóż zaobserwowałem w tym urzędzie, a później się dopytałem. Wszyscy urzędnicy, których spotykałem, tak nosili te identyfikatory, żeby była widoczna odwrotna strona. Na początku myślałem, że to przypadek, a nie. Oni je tak mocowali na ubraniu, żeby broń Boże nikt nic nie przeczytał. I to jest obracanie wszystkiego w absurd. Ktoś wymyślił w sposób taki rozsądny, że urzędnik nie może być anonimowy i że ta osoba, która przychodzi do urzędu, ma wiedzieć, jak się nazywa, jaką pełni funkcję. To urzędnicy tak zrobili, żeby jednak nie wiedział, żeby musiała nastąpić ta konfrontacja, a wszelkie pytanie, żeby pokazała identyfikator, było traktowane w tamtym urzędzie jako akt pewnej wrogości wobec urzędnika.
„Aha, sprawdza mnie, sprawdza jak się nazywam, kim jestem, a znaczy się szykuje mi jakieś świństwo.” Dokładnie tak to wyglądało.
[01:34:44] - Ale wiesz, jak mówisz o tych identyfikatorach, to ja niestety zawsze patrzę makabreską albo humoreską na świat, bo ja sobie przypominam, że były czasy w historii naszej ludzkości, kiedy żeśmy po prostu zwyczajnie goli latali po świecie, a potem włożyliśmy spodnie. I co z tymi identyfikatorami? Nie wiadomo.
[01:35:07] - Dobrze.
[01:35:07] - Trzeba się domyślać.
[01:35:09] - I tym optymistycznym akcentem przejdźmy, pożeglujmy w każdym bądź razie w kierunku drugiego fragmentu powieści Sergusza Piaseckiego „Siedem pigułek Lucyfera.” Marku, prosimy bardzo.
[01:35:25] - Sergiusz Piasecki. „Siedem pigułek Lucyfera.” Rozdział drugi. Pierwsza lekcja kultury. Po długim i szybkim locie oszołomiony Marek wylądował tyłem na dół w bajorku pośrodku bagna. Woda runęła wysoko w górę, aż na drzemiące w krąg bagna sosny. Marek z głową się zanurzył w gęstej mazi. Ledwo się wygrzebał z niej i przedarł przez błoto w las. Tam długo się otrząsał i tarzał w trawie, aby nieco się oczyścić z błota. Potem uporządkował, jak mógł ubranie. Poszedł przed siebie i do rana błąkał się w lasach.
Marek nie wiedział, że znajduje się w Tucholskiej Puszczy, a gdy wzeszło słońce i zrobiło się ciepło, położył się na polanie. Spał cały dzień i dopiero nad wieczór pobrnął dalej. Po pewnym czasie znalazł w lesie jakąś drogę i wyszedł nią z lasu. Zapadał wieczór. Marek zobaczył światełko palącej się w pobliskiej chałupie lampy. „Tam mieszkają ludzie” pomyślał diabeł i postanowił pójść do nich, aby zorientować się, co robić dalej. Marek wyjął z dobrze ukrytej w marynarce kieszonki probówkę i dostał z niej białą pigułkę, która musiała obrócić go w człowieka. Pomknął ją. Przede wszystkim poczuł, że jest bardzo głodny, więc pospiesznie skierował się ku domostwu. Chłop reperował przy stole chamonto, gdy drzwi z sieni się otwarły i w nich ukazał się Marek.
„Dobry wieczór” — rzekł diabeł grzecznie. „Dobry wieczór” — niechętnie odparł gospodarz i obrzucił przybysza podejrzliwym spojrzeniem. Chłop poczuł w powietrzu zapach siarki, który jeszcze nie wywietrzał z ubrania Marka. „Czart” — pomyślał gospodarz, a jednocześnie bardzo grzecznie zapytał: „Co chcecie, obywatelu?” „Chcę kupić chleba.” Marek wiedział z odczytów szatana oświatowego w piekle, że na ziemi ludzie odżywiają się przede wszystkim chlebem i nawet w modlitwie proszą Boga o chleb. Lecz nigdy chleba nie jadł, ani nie widział nawet. A chłop rzekł obojętnie Chleba w tym roku mało, żyto nie urodziło. Jeśli dacie pięć dolarów za bochenek, to sprzedam. A jak nie, to idźcie do diabła. Marek się zorientował, że chłop chce wyzyskać sytuację i oszukać go, lecz głód bardzo mu dokuczał, więc powiedział: „Dobrze, proszę dać chleb. Zapłacę tyle, ile żądacie.” Chłop wyszedł do sieni, wziął cegłę, zawinął ją w papier i przyniósł do izby.
Proszę, dawajcie pieniądze. Marek dał mu pięć dolarów, wziął cegłę i wyszedł na podwórze. Tam rozwinął papier i spróbował jeść cegłę, lecz nawet jego diabelskie zęby nie mogły jej ugryźć. Diabeł zrozumiał, że chłop go oszukał. Rzucił cegłę na ziemię, zapłakał i powlókł się drogą przed siebie. Po godzinie chłop wyszedł na podwórko, aby przynieść wodę ze studni. Potknął się o cegłę, upadł i złamał sobie nogę. Jęcząc z bólu, zawołał: Za co Pan Bóg tak mnie ukarał? Marek trzeci dzień siedział w Toruniu w areszcie bezpieki przy ulicy Bydgoskiej. Aresztowano go w pociągu z powodu braku biletu i dokumentów.
Milicjonerom Marek wydał się bardzo podejrzanym typem, więc z miejsca skierowano go do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Tam wzięto go na przesłuchanie w sekcji czwartej, prowadzącej kontrolę dróg komunikacyjnych pod pretekstem zwalczania spekulacji. Zeznania Marka były tak mętne, że przekazano go do sekcji ósmej, specjalnej. W ciągu trzech dni pobytu w UB Marek stracił pięć zębów, normalny kształt nosa, górną błonę łączącą lewe ucho z głową i siedem kilo wagi. Badał go z wielkim zapałem świeżo upieczony członek PPR, który niedawno ukończył specjalny dziesięciodniowy kurs i został mianowany podporucznikiem. Badał go starannie i drobiazgowo. Zależało mu na wyróżnieniu się i wykazaniu zdolności śledczych. Dopomagało mu w tym kilku agentów, dwóch młodszych i jeden starszy wiekiem, stopniem i doświadczeniem nabytym w orłowskim NKWD. Marek pod wpływem głodu i bicia, mimo swej diabelskiej wytrzymałości, do tego stopnia zgłupiał, że plótł najfantastyczniejsze brednie. Protokołowano je skwapliwie.
Gdy badający uważali, że Marek kłamie, to pobudzali go do prawdomówności laniem. I Marek chętnie mówił prawdę, gdy umiał wywnioskować, o co im idzie. Przyznał się, że jest agentem angielskiego wywiadu, że utrzymuje kontakt z generałem Andersem we Włoszech i generałem Paszkiewiczem w Szkocji, że otrzymuje zlecenia szpiegowskie od Churchilla, że prowadzi pracę wywrotową na terenie Polski. Tylko nie umiał podać szczegółów, bo i badający go UBiści ich nie znali. To właśnie z niego starannie wybijano. Na trzeci dzień wieczorem, w czasie badania, na stole zadzwonił telefon. Podporucznik wziął do ręki słuchawkę. Nagle się wyprostował i trzasnął obcasami. Zaczął mówić marnym rosyjskim językiem. Głos mu drżał i załamywał się.
To pułkownik NKWD zainteresował się wynikiem badań szpiega, o którym wczoraj meldował mu kierownik UB. Tak jest. Przyznał się do wszystkiego. Tak. Wysłany został przez, przepraszam, Andersa. Tak. Mam wszystkie protokoły. Dobrze, w tej chwili. Podporucznik położył słuchawkę i zwrócił się do starszego agenta. Natychmiast auto.
Jedziemy z aresztowanym do komendantury. W dużej, wspaniałej, lecz chaotycznie umeblowanej sali domu numer dziewięć przy ulicy Mickiewicza siedzieli przy dębowym stole pułkownik i kapitan NKWD. Pułkownik przeglądał akta przywiezione z UB. Przed nim prężył się podporucznik. Z szacunkiem, strachem i oddaniem patrzył na dygnitarza. Marek stał przy drzwiach pod opieką dwóch bójców z rozpylaczami. Zalana światłem sala onieśmieliła go i z niepokojem oczekiwał, co będzie dalej. Chociażby tylko bili. Pułkownik podniósł głowę znad akt. Ruchem dłoni w powietrzu usunął podporucznika z pola widzenia.
Drugie skinienie dłoni wymiotło za drzwi bójców. Potem zaczął delikatnie paluszkiem wabić ku sobie Marka. Diabeł zrozumiał i dygocząc ze strachu poszedł przez salę w kierunku stołu. Zaczepił się o dywan i upadł. Powstał, lecz opadły spodnie, ponieważ w UB obcięto mu guziki, traktując to jako dodatkowy środek zapobiegawczy ucieczce. Zbliżył się do stołu, przytrzymując garścią spodnie na brzuchu. Ty kto taki? A? Słodko spytał pułkownik. Ja?
Tak, ty. Nie ja. Mów, bo ja ci powiem. Marek zajrzał w oczy dygnitarzowi i zrozumiał, że musi mówić prawdę. Ja, Marek. O zawód pytam. Diabeł jestem. Diabeł? Tak, diabeł. Westchnął Marek.
To znaczy czart. Tak, czart. Pułkownik się klepnął dłońmi po udach, zrobił oko do kapitana i powiedział: Bardzo przyjemnie się zapoznać. Ogromnie czartów lubię. Tylko jeśli ty jesteś czart, to dlaczego nie siedzisz w piekle, a szwendasz się po ziemi? Urlop masz czy co? Mnie przysłał Lucyfer, żebym znalazł pięćdziesięciu grzeszników do kotłów. To nietrudne. Już tu masz trzech od razu, także nie martw się, znajdziesz. Tylko jeśli ty jesteś czart, to po jakiego diabła plotłeś tu — pułkownik klapnął dłonią po aktach — o tym Andersie, Anglikach, o szpiegostwie, dolarach?
Co? Marek popatrzył zezem na podporucznika UB, westchnął i powiedział: „Oni mnie też przysłali. Dawali dolary, kazali szpiegować.” „Dobrze, a jak Anders wygląda?” „Taki sympatyczny.” „Szczupły?” „Tak.” „Kędzierzawy?” „Tak.” „Jak ty?” Marek dotknął dłonią swej głowy okrytej gęstymi, czarnymi kudłami. „Akurat.” „A o Mikołaju IV to mi co powiesz?” „Też.” „Co też?” „Dawał dolary. Kazał szpiegować.” „Mikołaj IV?” „Mikołaj IV.” „A jak on wygląda?” „Bardzo sympatycznie.” „Szczupły?” „Tak.” „Łysy?” „Tak.” „Wąsy ogolone?” „Tak.” W tym momencie pułkownik wskazał dłonią na ścianę, na której wisiał olejny portret na cały wzrost. „A to kto? Znasz go?” Marek spojrzał. Przez chwilę stał oszołomiony. Nagle padł na kolana i zaczął się ciągać ku ścianie. „Lucyferze kochany, księżycu jasny, ojczulku drogi, władco rogatych, obrońco włochatych.” „Wariat” rzekł pułkownik.
„Wariat” powtórzył kapitan. „Wariat” pomyślał podporucznik UB i poczuł, że robi mu się gorąco, a Marek chwycił się rękami brzegów złoconej ramy i całował malowane buty Mikołaja IV. Pułkownik wstał od stołu i poszedł do diabła. Ujął go za kołnierz marynarki i odciągnął od portretu. „Jesteście, obywatelu, wolni. I pamiętajcie, że władze radzieckie zawsze się opiekują serdecznie nie tylko swoimi obywatelami, lecz i wszystkimi uciśnionymi całego świata. Możecie iść.” „Nie mogę” rzekł Marek i usiadł na podłodze. „Pięć dni nie jadłem.” „Cóż z tobą zrobić? No idź, jedz, tylko wódki nie rusz.” Wskazał mu na drugi koniec dużego stołu, gdzie stały zimne przekąski i litrowa flaszka wódki. Marek wnet był przy stole.
Łyknął, nie żując jeden za drugim cztery kiszone ogórki. Wywrócił do gęby solniczkę soli i wżarł się zębami w sporą bryłę salcesonu, a pułkownik, poprawiając koalicyjny pas na mundurze, szedł wolno ku podporucznikowi UB, któremu na odmianę zaczęło robić się zimno. Obejrzał go i rzekł łagodnie, jakby w zamyśleniu: „Bicie uznaję. Bicie popieram. Bez bicia nie ma ani porządku, ani pracy, ani wychowania, ani szacunku dla władzy, ani cywilizacji. Sam też lubię bić, ale bić trzeba kulturalnie, rozumiesz? Ku-tu-ral-nie.” Podporucznik mamrotał zbielałymi wargami: „Towarzyszu pułkowniku, paragraf 17 instrukcji nadesłanej nam z NKWD nakazuje osiągać zeznania wszystkimi możliwymi środkami.” „Właśnie, chamie. Możliwymi. Rozumiesz, sobako? Możliwymi.
A ty co z niego zrobiłeś? Pogadaj z nim. Diabeł już. Zobacz, jak żre.” A Marek z takim impetem walcował salceson, że aż nos mu się giął, uszy ruszały, a kapitan zaniepokojony odsunął się krzesłem od stołu. „To nie robota, ale sabotaż” grzmiał pułkownik. „Zęby wybite, nos złamany, cały pokaleczony i żadnych rezultatów. Bić trzeba metodycznie, naukowo, celowo, systematycznie, inteligentnie, a nie po chamsku. I uczymy was i kursy macie i nic. Wyjątkowo tępy naród. Bije się mniej więcej tak.” Rozległ się trzask i podporucznik UB potoczył się na podłogę.
„Wstań!” Podporucznik wstał, lecz nie zdążył się dobrze wyprostować, gdyż posłyszał: „Albo tak.” Znów ciało oficera UB klapnęło na podłogę. „Albo tak. Albo tak. Albo tak.” Po 10 ciosach podporucznik, slaniając się na nogach, ledwie oddychał, a pułkownik łagodnie przemawiał do niego jak matka do syna. „Widzisz? I zęby całe, i żebra też. I znaków specjalnych nie ma. A jesteś już częściowo przygotowany do składania zeznań.” „Tak jest” wyszeptał podporucznik. „Więc idź do diabła ze swoimi aktami i pamiętaj: kulturalnie. Bo jak jeszcze raz delegata Lucyfera mi przyprowadzisz, to dostaniesz rok więzienia.
A jak i to ciebie nie wyuczy, to dam ci tanganyjskie obywatelstwo i wyślę do Afryki bez prawa powrotu do Polski. Wynoś się!” Podporucznik znikł z sali, a Marek, który zjadł wszystko, co było na stole, a nawet wylizał musztardę ze słoika, oddanym spojrzeniem z podziwem i miłością patrzył na swego wybawiciela. „No idźcie sobie, obywatelu. Już późno. I uważajcie, żeby was znów Polacy nie aresztowali, bo to podły naród. Jaka szkoda, że mnie Lucyfer wysłał do Polski, a nie do Rosji. Co to za sympatyczni panowie ci Rosjanie” myślał Marek, bardzo niechętnie wychodząc z komendantury na ulicę.
[01:49:58] - Tak jest. Dziękujemy bardzo. To była ta historia, o której w swoim czasie wspominałem Tu nasi słuchacze na czacie piszą, że trochę przesadzamy z tymi urzędami, że troszkę się jednak zmieniło. Ja dziękuję za te głosy, bo to są głosy, które mówią o tym, że w tej chwili w urzędach nie jest tak źle. Cieszę się, że tak jest, ale notabene te wspomnienia, o których tutaj ktoś pisze, że to pewno z zamierzchłej przeszłości. Nie tak zamierzchłej, bo ta historia z dowodem osobistym zdarzyła się, o ile dobrze pamiętam, sześć lat temu. Jest to jakiś kawałek czasu, ale jednak to nie aż taka duża odległość. Natomiast dobrze słyszę.
[01:50:42] - Bez przesady, Marku. Paradoks tych dokumentów i tej zabawy z dowodem osobistym trwa do dzisiaj, Marku. Otóż ja mój dowód osobisty zgubiłem, ten wtedy zrobiony, po czym postanowiłem zrobić nowy, ale coś tam nie pasowało znowu z urzędami i tak minęły dwa lata. Po czym znalazłem pod kanapą ten stary, już nieważny i w tej chwili od czterech lat posługuję się nieważnym dowodem osobistym, żeby żyć w tym świecie.
[01:51:28] - Spotka cię za to kara. Spotka.
[01:51:31] - Po prostu jestem racjonalny. Jeśli ja bym musiał włożyć tyle wysiłku w uzyskiwanie nowego, że mi się to w ogóle nie opłaca. Ten stary jest już nieważny, ale on jest. Jest zdjęcie, Marek.
[01:51:48] - No tak.
[01:51:49] - I każdemu wystarczy, że ja mam tam zdjęcie i może porównać ze mną.
[01:51:55] - Wierz mi, że nie każdemu, ale generalnie to gratuluję ci, że sobie dajesz radę. Natomiast ja tylko wspomnę, nasi słuchacze na pewno mają rację z tym, że się w urzędach na dobre zmieniło, to ja nie mam co do tego wątpliwości. Natomiast to, co mówią, to co piszą, potwierdza to, co już powiedziałem, że wszystko zależy od człowieka, który jest tym urzędnikiem i albo ktoś nienawidzi ludzi i zrobi wszystko, żeby im upierdzieć to życie tak, żeby przypadkowo sobie nie myśleli, że się wszystko da łatwo zrobić. A są na szczęście, na szczęście jest ich coraz więcej, tacy urzędnicy, którzy po prostu wiedzą, jakie jest ich miejsce, jakie jest ich zadanie. I to bardzo dobrze. Ja się z tego cieszę.
[01:52:45] - Wiesz, ja też. Żeby było tak uczciwie, to po prostu ja nigdy na urzędników nie mogę narzekać, bo ja jestem w ogóle dzieckiem urzędniczym. Ojciec urzędnik, matka urzędnik. Po prostu mi nie wyszła kariera.
[01:53:02] - Nie jesteś urzędnikiem. Zdecydowanie nie jesteś. Wiesz co? Tę część naszej rozmowy postanowiłem rozpocząć cytatem. Otóż to jest cytat, który ilustruje, kim jest pisarz, a właściwie czym jest powieść. Zaraz powiem, do czego nawiązuję, ale najpierw ten cytat. Otóż: „Mądrych powieści nie ma” — mówi jeden z bohaterów. „Mądrych powieści nie ma. Są tylko ciekawe lub nieciekawe. Najciekawsze są te, które pisali idioci o idiotach”.
I tak możemy rozpocząć część następną omawiania powieści Sergiusza Piaseckiego z tym właśnie dosyć kontrowersyjnym cytatem, szczególnie w kontekście tego, czym się na przykład w życiu zajmujemy.
[01:53:58] - Wiesz, zobacz, ta formuła, którą on na samym początku, bo tam o idiotach to już tam trudno. Natomiast to, że powieści są albo ciekawe, albo nieciekawe, to jest po prostu głodne.
[01:54:11] - A nie mądre.
[01:54:13] - Tak, o mądrości to nie zawracajmy głowy. Zresztą czy powieść może być mądra? Powieść nie może być mądra. Człowiek może być mądry, natomiast powieść może być ciekawa albo nieciekawa. I to jest istota literatury w ogóle.
[01:54:26] - Wiesz co, ale ja chyba wiem, o co chodziło z tym idiotą i idiotą.
[01:54:30] - No.
[01:54:31] - Bo wiesz co, to jest tak, że my przyjęliśmy taki punkt widzenia, że oto właśnie do tej mądrości to nawiązuje, że powieść może być mądra, tyle nas nauczy i tak dalej. A przecież życie człowieka, on to brutalnie może ujmuje z tym idiotą, ale życie człowieka jest paradoksalne. To bardzo często napotykamy na różne takie dziwne sytuacje, tak to określmy. A coś jest w tym, że człowiek piszący jednak trochę specyficznie postrzega rzeczywistość. Ja nie mówię, że aż tak radykalnie. Nie będę kalał własnego gniazda, więc nie będę mówił o idiotach. Natomiast coś w tym jest, że to nie jest taka zwykła obserwacja, a ta druga część „Idiota o idiotach” to oczywiście jest przesada.
[01:55:23] - Nie, Marek, ja wiem, co to jest. Ja się chyba domyślam. Po prostu jak rozpoznałem ten szowinizm antykomunistyczny Piaseckiego, to po prostu, o ile diabeł Marek uwielbia Rosjan, a nie lubi Polaków, to bardzo podobną mentalność miał Dostojewski.
[01:55:43] - Nienawidził Polaków.
[01:55:45] - I prawdopodobnie to jest przytyk Piaseckiego do Dostojewskiego.
[01:55:49] - Tak.
[01:55:50] - Idiot się piszący o idiocie.
[01:55:53] - O idiota oczywiście. No tak, a to warto ten wątek podkreślić. Naprawdę to żadna przesada. To zresztą nie jest moje odkrycie przecież, że Dostojewski pisząc swoje powieści, zawsze w roli jakichś kanalii umieszczał Polaka. Może nie pierwszoplanowej kanali, ale gdzieś tam zawsze Polak był wredny, dosyć paskudny. Może nie zawsze, ale w sporej części jego utworów tak to jest zarysowane, bo to żadne odkrycie, że Dostojewski Polaków po prostu słabo poważał. Może tak zostanie. Ale dlaczego ten wstęp? Otóż przeskoczymy teraz troszeczkę fabułę powieści i powiemy o tym, że był taki czas, kiedy Diabeł Marek, a właściwie bohater frontowy Antoni Wierzba, zapisał się do partii i postanowił napisać powieść, bo ogłoszono konkurs na powieść o ziemiach odzyskanych i w ciągu dwóch tygodni postanowił napisać powieść. A ponieważ był diabłem, mógł pisać bez przerwy.
Chyba jeszcze się wspomógł tabletką czy pigułką, więc napisał powieść. Kiedy Piasecki przytacza jej fabułę, to jest tak straszne socrealistyczne paskudztwo, że aż wiem, że on pastwił się nad tymi produkcjinakami, które wtedy powstawały. Co więcej, Diabeł Marek wygrał ten konkurs. Wygrał pieniądze, zdaje się na nowe buty, bo tyle było, chociaż kwota była spora, ale inflacja też była spora. W związku z tym wygrał pieniądze na nowe buty, ale to mu otworzyło nową drogę. To znaczy on po kilku przejściach, życiu literackim, wręczeniu nagrody doszedł do wniosku, że teraz nie tylko będzie pisał powieści, ale będzie też udzielał porad literackich. I założył biuro literackie, w którym za pieniądze sprzedawał gotowe konspekty powieści z charakterystykami bohaterów i tak dalej. Znowu Piasecki wykorzystuje ten fragment swojej książki do opisania kilku z mojego punktu widzenia dramatycznych, koszmarnych wręcz powieścideł, które jednak znajdowały nabywców. Jakaś pani przyszła, bo mówiła, że pisuje romanse, ale jak ona się zaczyna pisać, to jej to nie wychodzi, a by chciała. Sprzedał jej i on miał całkiem niezły obrót ze sprzedaży tychże powieścideł.
Zobacz, czuję z nim pewne pokrewieństwo. On dawał coś literaturze.
[01:58:55] - No tak. I kulturze narodowej.
[01:58:59] - Tak. A w kontekście tego, że my poza Bibliotekarium prowadzimy również ABW, to pokrewieństwo nawet z Diabłem Markiem czuję.
[01:59:07] - Tym bardziej że nawet pomysły podrzucamy, żeby wszyscy robili na przykład o kamieniu słyszałem, pisali i tak dalej. Czyli my proponujemy, ukierunkowujemy tę kulturę, rozwój kultury.
[01:59:24] - Notabene wiesz co, jak już jesteśmy przy tych naszych zadanych tematach, to chciałbym powiedzieć, że za tydzień i dzień, czyli w sobotę przyszłą, to będzie 17. o ile dobrze myślę, zapraszam wszystkich, którzy gdzieś się znajdą w okolicach Krakowa. Będzie się odbywał Cthulhu Con, czyli jednodniowy konwent poświęcony twórczości Philipa Lovecrafta. I tam będzie okazja spotkać się między innymi ze mną, z przedstawicielem Bibliotekarium, ale nie tylko tam. Później też to będzie na antenie radia. Tam też zaprosimy wszystkich chętnych do wzięcia udziału w kolejnym zadaniu literackim, w kolejnym pisaniu na zadany temat. Zapraszamy na spotkanie z częścią redakcji Podpalaczy Nieba, z częścią redakcji ABW. A więc powtarzam jeszcze raz Kraków Cthulhu Con, konwent poświęcony twórczości Philipa Howarda Lovecrafta. Serdecznie zapraszamy, myślę, że będzie ciekawie, bo będziemy o podpalaczach nieba mówić i pewna nowa inicjatywa się pojawi. To tyle tytułem reklamy.
Wróćmy zatem do Sergiusza Piaseckiego, a konkretnie do biura literackiego Diabła Marka. Czemu nie założyłeś takiego biura? Czemu nie sprzedajesz pomysłów?
[02:01:12] - Bo ja jestem słabym biznesmenem. Natomiast o pomysłach gadam na lewo i prawo.
[02:01:19] - To prawda.
[02:01:21] - Bo ja pomysłów, że tak powiem, nie za bardzo szanuję. Ja szanuję ciężką robotę, która taki pomysł potem przekuje w jakąś rzeczywiście fajną literaturę. Natomiast pomysły wiszą w powietrzu. Pomysły według mnie nie są w ogóle ważne. Ważna jest ta robota, którą trzeba wykonać, żeby z tego był dobry salceson.
[02:01:47] - Dobry salceson. Ładnie to ująłeś. Ja powiem jeszcze tak, że podoba mi się ten wątek w powieści, ponieważ nie da się tego w słowie, już to powiedziałem, ale podkreślę to, nawet nie jakby, a na pewno podkreślę. Absurdalność tych fabuł, które przytacza Piasecki, to jest sztuka w tej sztuce po prostu. Ja podobnych głupot to już dawno nie słyszałem. Ci działacze PPR-owscy, zakochani, ci nawracający. Tam jest jakaś taka powieść, już sobie przypominam, dziejąca się w czasach sanacyjnych, kiedy to bogaty biznesmen, to się mówiło wtedy kapitalista, kiedy bogaty kapitalista próbuje wykorzystać jakąś panienkę, a ona się nie daje, on jest potępiony, a ona zostaje szefem tego zakładu i tak dalej. Coś nieprawdopodobnego. Naprawdę wszystkim, którym bliski jest pewien absurd, to jest dobre miejsce w tej powieści.
[02:02:55] - Ja tutaj bym bez przerwy mówił ostrożnie. Dla ludzi, którzy żyli w tamtych czasach i zetknęli się z tym radzieckim facetem od kultury picia, z tymi polskimi nieumiejętnie pijącymi i tak dalej. Tam naprawdę było strasznie. To jest właściwie może być śmiech przez łzy, bo to nie było wesoło.
[02:03:28] - Ale ja nie o tym mówię. Mówię o tych powieściwach straszliwych.
[02:03:31] - Wiem, ale również te powieściwa, ta karykatura czy kreatura, że tak powiem, pomysł, ona bardzo często przystawała do rzeczywistości po prostu.
[02:03:43] - Ale powiem ci tak, do tej pierwszej rzeczy, którą powiedziałeś nawiążę. Oczywiście, przecież cała ta powieść Piaseckiego to jest taki właściwie śmiech przez łzy. Tam gdzieś zapleczem przemykają się rzeczy straszne, opisujące tę Polskę, która wtedy zaczynała funkcjonować. Te transporty żołnierzy radzieckich, którzy gdzieś tam coś wywożą, szabrują, kombinują, za wódkę sprzedają. Ci szabrownicy, to kombinowanie, bo pierwszy plan jest właściwie fajny. Mamy tego Diabła Marka, który robi dziwne rzeczy, ale sympatia jest po jego stronie, chociaż czasami wygłasza poglądy i wygłasza jakieś takie stwierdzenia, które gdzieś by go kwalifikowały do jakiegoś domu wariatów, ale jednak, czy chcemy, czy nie, to jakoś sympatia pełznie w jego stronę. Natomiast to, co się dzieje w tle, tak jak powiedziałem, gdzieś przemyka opłotkami, gdzieś jest tak nie do końca na pierwszym planie, to może budzić grozę. I ta powieść jest właśnie taka, że ona pod takim lukierkiem satyrycznym, pod takim lekkim dosyć tonem, który Ivellios moim zdaniem świetnie tutaj prezentuje, tam jest rzeczywiście groźnie. Nawet ta scena, która była ostatnio, ten enkawudzista. Przecież on wygłasza rzeczy straszne.
[02:05:14] - To nie jest scenka literacka. To jest scenka, która według mnie z całą pewnością przynajmniej pięć, 10 razy miała miejsce na tej ziemi po prostu. Tak po prostu było.
[02:05:29] - Ale widzisz, w tej scenie to był enkawudzista, który myślał, bo on naprawdę chciał szpiegów i wrogów ludu łapać, a widział, że idiota z tego UB po prostu wykonuje pracę, bo na ilość pracuje. Zobacz, dobry, zły policjant. Przecież to są te motywy. Zobacz, jak go Diabeł Marek pokochał. Jak łatwo jest zrobić przy takim rozdzieleniu ról na dobrego i złego policjanta, to się tak dzisiaj nazywa, wtedy tak się może nie nazywało, ale jak łatwo jest pozyskać sobie sympatię. Proszę bardzo. Ale wróćmy do tego biura literackiego, bo to jest dosyć ciekawe, bo Diabeł Marek w ogóle imał się różnych zajęć. Poza tym, że miał to biuro literackie, to przez jakiś czas stał się takim pełnomocnikiem do zapobiegania szabrowi. Chyba tak się odmienia. W każdym razie temu powszechnemu złodziejstwu, które miało miejsce.
I wykorzystał tą pigułkę lucyferowską. W każdym razie chodziło o to, że ta pigułka umożliwiała jasnowidzenie i on potrafił podejść do człowieka i powiedzieć, skąd pochodzi jego płaszcz, gdzie jest osoba, której ten płaszcz ukradziono, gdzie ta osoba nabyła ten płaszcz, która ma go aktualnie na sobie. I stał się postrachem, bo nagle zaczął różnym działaczom partyjnym, milicjantom, urzędnikom, PPR-owcom takim zwykłym wypominać, skąd oni to mają. Stworzył sieć magazynów, w których to miało być zdawane. Nagle zaczęto mu zarzucać, że on zamienił Poznań oraz okolice w wielkie składowisko, bo wszyscy musieli wszystko oddawać, bo wiadomo, że tuż po wojnie właściwie gro rzeczy pochodzi-
[02:07:39] - Nikt nie miał swojego.
[02:07:42] - Prawie nic nie było własne. W związku z tym oczywiście go z tego stanowiska dosyć szybko odwołano, bo jak zaczął bruździć działaczom, PPR-owcom i tak dalej. Absurd się rozwija, bo oczywiście trafił w pewnym momencie do USA. A co to jest USA? To było Ministerstwo Usuwania Słów Antydemokratycznych, w skrócie USA. A on zrobił sobie wizytówki jako prezydent USA i zaczął działać. Na przykład, kiedy pisano na murach, przykładowo: „Wilno nasze i Lwów też”, to on kazał to zamalowywać i pisać: „Wilno i Lwów nie plamią już honoru Polski”. Zobacz, jakie to jest przeraźliwie toporne, ale on uważał, że w ten sposób zapobiega i tymi metodami. Tu już Piasecki poszedł w kierunku kompletnego absurdu. Tu mamy do czynienia z czymś takim, stworzył nawet ministerstwo.
Przedstawił pewien sposób myślenia o rzeczywistości, jak temu wszystkiemu można zapobiegać. Czyli trzeba zamalowywać i malować coś innego. Powiem ci, że jak dotarłem do tego miejsca w książce, to myślałem, że już nic bardziej absurdalnego spotkać mnie nie może. Nie do końca miałem rację.
[02:09:26] - Ja tam w ogóle nie widziałem żadnego absurdu, Marek. Ja bez przerwy o tym myślę, bo myślę bez przerwy o tej książce i rozpaczliwie próbuję zahaczyć o coś, co byłoby absurdalne. Ja tam niczego absurdalnego niestety nie widzę.
[02:09:47] - Wiesz co, to ja ci powiem, żeby się tobie zrobiło równie przykro jak mnie, kiedy przeczytałem taki fragment. To jeszcze nawiążę do bycia człowiekiem piszącym. Otóż jedna z koleżanek naszego Diabła Marka, nie do końca, bo się jej oświadczył w końcu nieco dziwnie. To też jest piękna scena, kiedy on się jej oświadcza. Ta pani stwierdza w ten sposób, to zresztą była siostra Ryża, o którym mówiliśmy wcześniej, tego mistrza, czy też króla szabru. Otóż ona powiedziała o nim jako pisarzu, że on potrafi napisać dobrą powieść, bo ten pan ma poprzekręcane gwinty w mózgu. Sergiusz Piasecki nie do końca chyba szanował to, co robi i nie miał chyba najlepszego zdania o literatach, ale na usprawiedliwienie powiem to, że on chyba jednak nawiązywał do tego, co z siebie niektórzy literaci w Polsce w tamtym czasie robili. I te absurdalne fabułki, które przytaczał, i to nienajlepsze zdanie o literatach, takie ma źródło. I to o tych idiotach również. Na pewno asumpt do tego mógł stanowić Dostojewski, ale to też być może była pewna charakterystyka kolegów po piórze, którzy na przykład zostali w Polsce i postanowili się upaprać z tym nowym systemem.
[02:11:23] - Wtedy wielu polskich pisarzy pisało mniej więcej tak, jak Diabeł Marek składał zeznania przed tym całym ubekiem.
[02:11:33] - Czekali co chce.
[02:11:34] - Czekali i robili, czyli pisali dokładnie to, co od nich się żądało. Bardzo niewielu było takich, którzy próbowali przemknąć obok tego kombajnu, który mielił po prostu wszystko, co w miarę inteligentne czy indywidualne w tej Polsce. Bo to był kombajn, który przyjechał i zrobił kołchoz z tego kraju.
[02:12:05] - Nasi słuchacze na pewno dzisiaj zauważyli, że dużo mówimy o tej powieści, ale wykorzystujemy okazję, że chociaż tyle już powiedzieliśmy, to tak naprawdę punktowo troszeczkę dotykamy jej. Zabawy jest w niej znacznie więcej i właściwie bardzo mało powiedzieliśmy. Ta zabawa jest na każdym kroku. Te pigułki, wbrew pozorom powiedzieliśmy, jak niektóre z nich działają. Tych pigułek jest więcej. W związku z tym jeszcze nie o wszystkich powiedzieliśmy i nie powiemy. Ta powieść Piaseckiego ma to do siebie, że nawet punktowo opowiadając o pewnych historiach, po pierwsze, tak jak powiedziałem, nie wyczerpaliśmy całej fabuły i daleko nam do tego, ale po drugie dlatego to robimy, żeby pokazać metody Piaseckiego na robienie tej satyry. Być może idzie nam trochę nieporadnie albo nieudolnie to robimy, ale ja myślę, że jeśli powiemy o tym, że te wszystkie scenki, które przytoczyliśmy, składają się na pewną większą fabułę, ta powieść do czegoś prowadzi, jak to powieść. Ona ma początek, ma środek i zakończenie. Tu już jeden z naszych słuchaczy pisał o tym, że to zakończenie nie jest takie jakby „ha, ha” i się śmiejemy do końca.
Nie do końca. Nie tak jest. To jest taka satyra, która mówi rzeczy dosyć okrutne o tamtej rzeczywistości. Czasami śmiejemy się przez łzy, a w każdym razie te osoby, które są opisane, powinny się śmiać przez łzy. To, co dostajemy, to jest bardzo spójna historia o tamtym czasie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Oczywiście nie mnie oceniać, nie żyłem w tamtych czasach, ale ta historia wydaje mi się przy tym właśnie lekkim potraktowaniu dobrze sprzedaje to, co się wtedy działo. Bo można tamte czasy opisywać martyrologicznie, można opisywać dramaty, które się wówczas działy. Tak nawet trzeba robić. Ale ja myślę, że nie do wszystkich to trafia.
Nie wszyscy chcą słuchać takich dramatycznych historii, a Piasecki robiąc to w sposób dosyć lekki i tak nam tę niewesołą rzeczywistość do głowy wtłacza. Ja muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem tej książki.
[02:14:39] - Wiesz, to, co robi Piasecki, to jest jeszcze dużo więcej. Bo to pewien schemat zachowań ludzkich, pewien schemat zachowań społecznych, który ukazuje Piasecki. Dekoracje, Marku, można zmienić z komunistycznych na faszystowskie, z faszystowskich na demokratyczne, z demokratycznych na jakieś, bo ja wiem, feudalne, ale mechanizm zostaje bardzo często ten sam po prostu. Tylko dekoracje się zmieniają, a te dramatyczne zdarzenia, te zupełnie nieprawdopodobne historie dzieją się bardzo często w każdym systemie. Tu system nie ma nic do tego. To jest też coś takiego.
[02:15:32] - Widać, że o35 rzeczywiście, tak jak podkreśla to na czacie, jest właściwie znawcą twórczości Piaseckiego. Bardzo celnie tu zauważa, że naprawdę rzeczy straszne są w tych zapiskach oficera Armii Czerwonej, o których wspominałem. Tak, ma rację. To jest zupełnie inny rodzaj narracji. O ile tu wydawać by się mogło lekko. Nie jest lekko moim zdaniem, ale to rzeczywiście się nie wybija. Ta książka, o której wspomina o35 to rzeczywiście groza. I bardzo słusznie zauważa, że to były takie czasy, może nie do końca powinniśmy nawet potępiać tych wszystkich ludzi. Może też starać się zrozumieć, chociaż Piasecki chyba nie do końca to chciał zrozumieć. On był jednak dosyć radykalny w swoim czasie.
Zresztą z tego, co pamiętam, mocno się spiął o Miłosza. Przecież zarzucał mu pewne rzeczy. Ale to zostawmy, to nie na dzisiaj, nie ten wątek. Ale przecież tu o35 pisze o tym, że nawet Stanisław Lem popełnił taką socrealistyczną książkę. To był zbiór opowiadań „Sezam” i tam jak się to przeczyta, zresztą Lem długo się nie zgadzał później na wydawanie, nawet nie wiem, czy ona została kiedykolwiek wznowiona poza latami 50. Ja miałem to szczęście, że ją przeczytałem i tam są naprawdę rzeczy z mojego punktu widzenia bardzo ciekawe, ale też ja się wcale nie dziwię, że Lem tego nie chciał wznawiać i że pisał później, że pewne opowieści, bo to była seria z Jonem Tichym, były też inne opowieści z różnych jego cyklów. Pisał, że to były apokryfy, że podróże Jona Tichego, które tam są opisane, ostatecznie okazały się apokryfem. I tak dalej. Ja się wcale nie dziwię. To były takie opowieściidła wręcz, które rzeczywiście były taką socrealistyczną mielonką.
Aczkolwiek to ciekawe. Ja, mówiąc szczerze, czytałem to z zaciekawieniem, co nie jest uznaniem tej części twórczości Lema.
[02:17:55] - Wiesz, Marek, ale tutaj docieramy chyba do takiego bardzo ważnego punktu. Jak się dyskutuje o jakichkolwiek czasach historycznych i wydaje im się cenzura, faszyzm, komunizm, cokolwiek, makabryczny, straszny, potworny czas. Otóż ja nigdy nie jestem przekonany do czegoś takiego, bo to jest czas społeczny. Natomiast mylenie go z czasem osobniczego rozwoju każdego z nas, każdego człowieka z jego życiem. Cholera jasna. Ja bardzo często widzę dzisiaj po przyjaciołach moich w moim wieku albo i starszych, którzy wspominają na przykład z nostalgią, że w tych czasach komunistycznych, w tej komunie to było tak naprawdę bardzo sympatycznie i bardzo świetnie. Bardzo często mylą jedną rzecz — mylą swoją młodość, swoje spotkania z pierwszą miłością, swoją maturę, swoje pierwsze kopanie w piłkę nożną czy coś takiego na ulicy. Mylą ten czas osobniczego życia z czasem społecznym po prostu. Nie może się nikt odżegnywać, nawet ludzie, którzy wrócili z Sybiru, gdzie przeżyli naprawdę, a jeszcze żyją tacy jako dzieci, którzy żarli właściwie tylko pokrzywy przez całą zimę. Co oni się wyprą?
To było ich dzieciństwo. Jedzenie, kradzenie tych pokrzyw, komu kto tylko wszedł pod rękę. Gotowanie zupek przez całą zimę z tej pokrzywy to było dzieciństwo. To być może była również pierwsza miłość tam na Sybirze. Dzisiaj oni żyją w Polsce i co, oni się mają wyprzeć piękna tamtego czasu? Bo to piękno życia naszego nie przystaje zupełnie do tego. Przecież i w czasach Borgiów, i w czasach Kaliguli, i tak dalej.
[02:20:25] - Ludzie tak samo kochali, jak kochają dzisiaj.
[02:20:34] - Panowie, coś nam się podziało z połączeniem. Nie wiem czemu. Panowie, czy się słyszymy? Marku? Oj, brzmicie jak popsute roboty, panowie. Mamy jakiś problem z łącznością, chwilowy.
[02:20:59] - No tak. Niestety niewiele do nas dociera, bo dźwięk jest skrzyżowany.
[02:21:10] - Panowie, czy się słyszymy? Marku?
[02:21:13] - Teraz się słyszymy świetnie. Brzmisz normalnie, a przedtem brzmiało to troszeczkę jak czkawka, mówiąc szczerze.
[02:21:21] - A możecie spróbować powtórzyć to, co mówiliście jakąś minutę temu?
[02:21:27] - To dosyć trudne będzie. Ja, zdaje się, mówiłem o O35 i o tym, że napisał, że „Siedem pigułek Lucyfera” to jest powieść nietypowa dla Sergiusza Piaseckiego. Ja się w pełni z tym zgadzam, bo to jest satyra. Sergiusz Piasecki pisał jednak „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” to jest rasowa powieść. To jest fabuła i ja się wcale nie dziwię, że to ta właśnie powieść, czyli „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” robi na czytelnikach największe wrażenie. Tam widać mistrzostwo Sergiusza Piaseckiego i przyznaję się, że to jest powieść-
[02:22:14] - Tamto to jest po prostu opowieść o czymś, a satyra jednak jest pewnym ubieraniem rzeczywistości w pewne gacie arlekinowe.
[02:22:25] - Tak. Ale nam się wydała powieść „Siedem pigułek Lucyfera” niezwykle ciekawa właśnie ze względu na to, że ona jest pewnym krzywym zwierciadłem pewnej rzeczywistości. Bo to, co opisuje Sergiusz Piasecki w „Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy” to jest lustro prawdziwe, nie zniekształca, a w każdym razie robi to bardzo subtelnie. Opisuje raczej rzeczywistość. Natomiast tu mamy do czynienia z krzywym zwierciadłem i to krzywym niezwykle. Myślę, że dzisiaj dla nas pewne tropy w tej książce są w ogóle nieczytelne. Myślę, że ludzie, którzy żyli w tamtym czasie pełnią świadomego życia, znajdą w tej książce znacznie więcej.
[02:23:15] - Mi to niczego nie zaciemnia, bo ja jeszcze rozmawiałem z ojcem, rozmawiałem z moimi protoplastami i coś tam wiem na ten temat. Dlatego nic tam na pewno nie upuszczam i nic mi się nie przekłamuje. Dlatego bardzo wstrzemięźliwie mówię, że to jest satyra. To niestety było życie i to wszyscy mogą powiedzieć i tu w Polsce, i na Ukrainie, i na Wileńszczyźnie, i gdziekolwiek byli Polacy i Rosjanie.
[02:23:50] - No cóż, z pewną nieśmiałością zapytam Marku, czy jesteśmy, pomimo tych przed chwilą technicznych problemów-
[02:23:58] - Tak, jesteśmy na antenie.
[02:24:01] - A jesteśmy w stanie odtworzyć ostatni fragment książki Sergiusza Piaseckiego?
[02:24:06] - Oczywiście.
[02:24:08] - No to oddajemy ci Marku głos w takim razie.
[02:24:11] - Sergiusz Piasecki „Siedem pigułek Lucyfera”. Rozdział ósmy: Stawka na pierze. Miasto połknęło Ryża i towarzyszy. I tu zgliszcza i ruiny. Dużo ocalonych od ognia domów zniszczyły wybuchy pocisków i złośliwość ludzka. Lecz w śródmieściu gęsto wykwitają małe chorągiewki polskie na znak, że dom jest zajęty. Ludzie sprzątają mieszkania, podwórza. Jak mogą, w najcięższych warunkach szykują je do zagospodarowania. Nie wierzą w obiecaną pomoc. Walczą rozpaczliwie z tysiącami trudności, ze złą wolą i nieudolnością otoczenia, a jednak wytrwale starają się uzyskać nową bazę życiową zamiast odebranej na Wschodzie.
Ryż ostro wziął się do pracy nad uzyskaniem licencji na zbiór pierza. Napisał sprytnie umotywowane podanie. Dołączył do tego swój życiorys i parę dokumentów, z których wynikało, że jest kupcem i przemysłowcem od siódmego roku życia. Wreszcie osobistym urokiem, logiką, siłą przekonywania i argumentacji oraz kolosalną pewnością siebie i wiarą w wielki pożytek, który jego przedsiębiorstwo da nie tylko jemu, lecz i miastu, osiągnął to, że się przekonał, iż nic nie osiągnie. Posyłano go z wydziału do wydziału, do inspektora, do starosty, do jego zastępcy. Jedni nie mogli zrozumieć, o co Ryżowi chodzi, drudzy uważali to za kpiny, inni węszyli w tym ukryte zamiary. I po kilku dniach usilnych starań okazało się, że uzyskanie koncesji jest niemożliwe. W dużej, nadwerężonej pociskami kamienicy, w mieszkaniu ze wszystkimi wygodami: duża przestrzeń, dobra wentylacja i pewnymi niewygodami: brak drzwi, szyb, wody, światła, zlewu, wygódki zebrała się nasza jedyna w swym rodzaju czwórka. „Szanowni obywatele i współpracownicy” — stając z miejsca, uroczyście rzekł Ryż — „oznajmiam wam, że ofertę naszą spotkało niezrozumienie i nieprzychylny stosunek do niej władz miejskich.” Można to łatwo zmienić. Warto tylko dać łapówkę.
Lecz mam taką zasadę życiową, że nigdy nie wynagradzam nikogo za rzeczy niedokonane. Musimy przedtem, nim się zwrócę do władz wojewódzkich, a następnie, jeśli i to zawiedzie do Ministerstwa Przemysłu i Handlu, naradzić się nad tym, jak przekonać władze miejskie o pożyteczności i doniosłym znaczeniu naszej wspaniałej akcji. Sądzę, że w ciągu tych dni zobaczyliście sami, co się dzieje w Gubinie. Jest to nie miasto, lecz żerowisko, jastrzębie albo lisia nora. Otóż naradźmy się nad tym, jak postąpić, aby nie dając łapówki koncesję uzyskać. Proszę zwrócić uwagę i na tę okoliczność, że czasu dużo nie ma. Za kilka miesięcy nadejdzie zima i praca nasza stanie się wprost niemożliwa. Poza tym każdy stracony dzień pozbawia nas wielu tysięcy dolarów, więc środki do uzyskania koncesji muszą być szybkie i skuteczne. Jako najmłodszy głos zabierze pan Minus. Fryzjer wstał.
Ja proponuję otworzyć w pobliżu starostwa fryzjernię, a jak kierownik wydziału przemysłowego przyjdzie się ogolić, namydlę go, położę brzytwę na gardle i albo życie, albo koncesja, co nie? A jeśli on się goli żyletką albo jest pozbawiony zarostu? — mówił Marek. Wstaje Kowal Plus. Długo milczy, ruszając szczęką i zaciskając dłonie w pięści. Potem głucho mówi: Jednemu i drugiemu pysk skuć. Zęby po suficie, żebra po kątach. Wtedy wszystko się załatwi. Projekt ten zgodne milczenie obecnych uznało w ogóle za głupi. Wówczas wstał Marek.
A ja proponuję porwać córkę starosty i jako okupu zażądać koncesji. Może nie ma córki. Wygląda za młodo — powiedział fryzjer. W takim razie można wykraść mu żonę. A jeśli jest nieżonaty albo ma starą i brzydką, to tylko się ucieszy — krytykuje Kowal. Milczenie. Słychać tylko, jak Diabeł się drapie w gęstą czuprynę, starając się wydobyć z głowy dobry pomysł. Wstał Ryż. Jak widzę z dotychczasowych waszych projektów, sprawa się przedstawia beznadziejnie. Przykro mi bardzo uciekać się do łapówki, bo to powoduje zwykle apetyt na dalsze świadczenia tego rodzaju, lecz...
Wtem krzesło, na którym siedział Marek, przewróciło się na podłogę i Diabeł krzyknął: Jest! Jest sposób uzyskania koncesji w trzy dni, bez żadnej łapówki. Jest! Bardzo prosty. Zrobić jednego z nas niewidzialnym i przy jego pomocy wypełnić starostwo i mieszkanie dygnitarzy miejskich pierzem tak, aby im życie zbrzydło, a wówczas dopiero wystąpić z prośbą o koncesję. Dadzą z pocałowaniem rączki. Projekt piękny — rzekł Ryż, nieco zdziwionym spojrzeniem ogarniając Marka. Tylko jak załatwić z tą niewidzialnością? To już moja rzecz — odparł Marek. Tylko kto chce się stać niewidzialnym na trzy doby?
Uważam — rzekł Ryż, starając się zachować poważny wyraz twarzy — że to wypada najmłodszemu, bo będzie musiał porządnie się napracować z tym zapierzeniem starostwa i mieszkań tutejszych kacyków. Co pan na to, panie Minus? Owszem, ja bardzo chętnie, jeśli to możliwe. Marek wyjął probówkę i wziął z niej jedną pigułkę z napisem "Niewidzialność trzy dni." Podał ją Minusowi. Proszę to łyknąć. Minus powąchał pigułkę. Pachniała bardzo smacznie, więc tym chętniej ją połknął, nie wierząc zupełnie w zapowiedziany przez Marka skutek. Nagle w pokoju zostało tylko trzech ludzi. Przepraszam, dwóch ludzi i Diabeł. Plus i Ryż jednocześnie spojrzeli na Marka.
Kowal nawet gęby otworzył z podziwu, a Ryż miał chęć się roześmiać po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Do późna w noc trwały narady i przygotowania do jutrzejszej akcji. W tym czasie Minus z workiem pierza udał się na miasto dla rozpoczęcia zamierzonego planu. Nazajutrz w starostwie zaczęły się dziać niesamowite historie. Powódź pierza od rana unosiła się po korytarzach i zalewała pokoje. Każde otwarcie drzwi wprawiało w ruch lekkie chmury puchu, który pląsał i wirował w powietrzu. Na korytarzach i w salach interesanci wyglądali jak strusie. Urzędnicy i urzędniczki strząsali z ubrań i włosów dokuczliwy puch. Starosta tego dnia obudził się w złym humorze. Przyśniło mu się, że za zasługi na polu administracji otrzymał złoty medal, lecz medal ten ważył trzydzieści kilogramów i nosić go na szyi było bardzo ciężko.
Dygnitarz z powodu zostawionego po wieczornej wizycie niewidzialnego Minusa otwartego okna, zaziębił się i dostał postrzału w karku. Stąd sen o medalu. Zaczął się ubierać. W trzewikach było pierze. Z obrzydzeniem wyrzucił je, lecz i ubranie było w puchu, a gdy nalał wody z karafki i zaczął pić, to wnet wypluł wodę wraz z pierzem. Zły i niewyspany dygnitarz udał się do urzędu. Minus troskliwie, omal nie pod rączkę, odprowadzał go i pieczołowicie ustrajał jak choinkę puchem najlepszego gatunku. Zawsze władza. W korytarzach wysokiego urzędu jakby zima zapadła. Puch się bieli na posadzkach, wiruje, kłębi się w powietrzu.
To samo w gabinecie starosty. W kancelariach rozpacz. Pióra wyciągają z kałamarzy, zamiast atramentu strzępy puchu i mażą nim kleksy na papierze. „Zawołać do mnie inspektora!” — rozkazał starosta jednemu z aniołów w przydrzwiach. Do gabinetu wkrótce wszedł sędziwy staruszek. Starosta w pierwszej chwili nie poznał nawet swego młodego zastępcy. Włosy jego były całkiem białe. „Zobacz pan, jak pan wygląda” — rzekł do niego starosta. „Pana też poznać trudno. Czy nie spał pan czasem w kurniku?” — odparł inspektor, patrząc na swego zwierzchnika, którego fryzurę i ubranie Minus troskliwie ozdobił pierzem.
Minus operował w gabinecie i kancelariach, a na zewnątrz pracowali Ryż, Marek i Plus. W małych walizkach przynosili dobrze sprasowane pierze i wyładowali je niepostrzeżenie w miejscach ustronnych. O godzinie 11:00 wskutek otwieranych nieustannie drzwi i ruchu interesantów starostwo wyglądało jak olbrzymi kurnik albo pasiarnia gęsi, w której tysiące lisów i jastrzębi gospodarzyło. Tylko zamiast wrzasku ptactwa rozlegały się stamtąd przekleństwa i złorzeczenia. „Zawołać tu do pracy ze 20 Niemek, niech sprzątają to świństwo” — wydał rozkaz starosta. Wnet na korytarzach i w salach zjawiły się Niemki. Wymachiwały szczotkami do śmieci, trzepaczkami, zbierały pierze na szufelki, zgarniały je ścierkami, lecz wytworzyły jeszcze większy zamęt, bo nawet to pierze, które się ulokowało w spokojnych kącikach na szafach za obrazami, zaczęło trwożnie wirować w powietrzu i mknąć w górę. Miasto Gubin pierze zasypało. W stołówce zdobiło talerze. Było go pełno w mieszkaniach miejscowych dygnitarzy.
Czasem, nie wiadomo skąd, otaczało chmurą idącego ulicą przedstawiciela władzy. A pogoda temu sprzyjała, bo wiatr hulał ulicami, unosząc w chmurach kurzu wiry płatków puchowych. Nazajutrz przyśniło się staroście, że porósł w pierze i że z województwa przyjechała komisja rewizyjna, która zaczęła go skubać. Obudził się zlany potem i naraz przypomniał sobie, że niedawno zwracał się do niego jakiś poważny, bardzo wymowny niegomość, prosząc o koncesję na zbiór pierza w Gubinie. Starosta wówczas niedbale potraktował interesanta i skierował go do wydziału przemysłowego. W urzędzie starosta natychmiast zawołał kierownika wydziału przemysłowego. „Zwracał się do pana niedawno pewien niegomość z prośbą o udzielenie koncesji na odbiór i eksploatację pierza?” „Tak” „Załatwił pan to przychylnie?” „Nie” „Dlaczego?” „Sprawa niewyraźna, bez precedensu. Skierowałem go do wydziału aprowizacyjno-handlowego.” Wnet zawołano kierownika tego wydziału. „Jak się przedstawia sprawa tamtego pana, który się ubiegał o koncesję na zbiór pierza?” „Nie wiedziałem, jak ją załatwić i skierowałem go do pana.” „Otóż widzicie, panowie” — rzekł starosta uroczyście — „wy swoim postępowaniem, powiem szczerze, biurokratyzmem i nieumiejętnością wczucia się w obecną sytuację niszczycie zdrową inicjatywę. Zabijacie w zarodku to, co kiełkuje, aby wyrosnąć i się rozwinąć.
Przecież taka akcja przyniosłaby korzyść i państwu, i miastu. To, co bezużytecznie się marnuje, mogło dać zasoby człowiekowi z inicjatywą. Rozwinęłby handel. W dodatku oczyściłoby to miasto. Bo tu diabli wiedzą, co się dzieje. Proszę jeszcze dzisiaj, już zaraz, natychmiast przygotować koncesję na zbiór i wyłączną eksploatację pierza w rejonie miasta Gubin i powiatu. Doręczyć to mi, a jegomościa tamtego natychmiast aresztować i… co ja mówię? Nie aresztować, a powiadomić i skierować do mnie. Zrozumiane?” „A gdzie go szukać?” „Posłać po niego kuriera.” Lecz Ryża nie trzeba było szukać.
W pewnej dobrze obliczonej chwili wstąpił do wydziału przemysłowego. Za parę minut wpadł tam kierownik. „Ach, to pan.” „Ach, to ja” — oschle rzekł Ryż. „Przyszedłem wycofać moje podanie, które zostało potraktowane bardzo niedbale. Mam zamiar uzyskać koncesję w Zielonej Górze.” „Ależ panie, przeciwnie, właśnie rozmawiałem w tej sprawie ze starostą. Bardzo przychylnie jest do niej nastawiony i polecił wydać panu koncesję. Poza tym prosił, aby pan do niego się zgłosił.” „Owszem, chętnie.” Ryż skierował się uroczyście do gabinetu starosty. Za nim kroczył niewidzialny Minus, który przy tej sposobności wyładował wprost na głowę dygnitarzowi ostatnią porcję pierza. O ile dotychczas nic nie można było załatwić, bo się piętrzyły tysiączne trudności, to teraz zrobiono wszystko w kilka minut. Po kwadransie Ryż wychodził z gmachu starostwa, pogwizdując „Agnieszkę” i z góry spoglądając na tłoczących się w poczekalniach interesantów.
Tak się sprawy załatwia.
[02:38:30] - Dziękujemy, Marku. To już był ostatni fragment. Zaręczam, że to, co przeczytał Marek, to jest tylko niewielki fragment i tak absurdalnych i dziwnych sytuacji w tej książce jest sporo.
[02:38:44] - A wiesz, że mi natychmiast prawie przy słuchaniu tego fragmentu w tej chwili przypomniały mi się opowiadania, które myśmy prezentowali w ABW naszego przyjaciela Bruno Wioski. Rewelacyjna opowiadanka po prostu. Ale zwróć uwagę, minęło ile lat, a one są tak podobne w tym-
[02:39:13] - Pewnym obrazowaniu
[02:39:14] - ... w obrazowaniu z tym, co Piasecki robił te 60, 70 lat temu.
[02:39:19] - To ja od razu skorzystam z okazji i powiem, że od pana Bruno Wioski mamy upoważnienie i te opowiadania, które prezentowaliśmy w ABW, to nie były ostatnie opowiadania, które się na antenie tej audycji pojawiły. Ja jednocześnie tutaj sobie, jak to się mówi, rzucam okiem na czat. O35 zaproponował i to jest ciekawa propozycja, żeby w którejś z audycji omówić jeszcze jedną książkę Sergiusza Piaseckiego. Książkę, o której już dzisiaj wspominaliśmy, czyli te „Zapiski oficera Armii Czerwonej”. To ciekawa propozycja. Oczywiście nie zrobimy tego ani w następnej audycji, ani w jeszcze następnej, ale pomyślimy o tym. A u nas pomyślimy nie oznacza, że odkładamy to ad acta i że na święty nigdy. Wręcz przeciwnie, postaramy się w rozsądnym czasie do tej powieści wrócić, bo rzeczywiście O35 nawet pisze o tym, że nie zna drugiej takiej powieści i że jest naprawdę wyjątkowa.
[02:40:27] - Ja jestem rękami i nogami za, bo to jest również kawałek historii mojej osobistej rodziny.
[02:40:34] - Powiem już dzisiaj, że gdzieś w okolicach maja myślę, że jest szansa na to, żebyśmy się drugą powieścią Sergiusza Piaseckiego zajęli. To bardzo dobry pomysł. Jeszcze muszę powiedzieć o jednej rzeczy. Ona się częściowo wiąże z moimi fascynacjami, ale częściowo też z warsztatami ABW. Otóż znalazłem jedno bardzo prościutkie i ktoś może powiedzieć: „czym ten Żelkowski się właściwie zachwyca?” Ale znalazłem jedno takie sformułowanie, które bardzo mi się spodobało i nie spotkałem tego nigdzie więcej, nigdzie wcześniej. Otóż kiedy pisze autor o burzy, używa takiego zwrotu: „spadła błyskawica”. Tak mnie zafascynował ten zwrot. On się może komuś wydać banalny, ale jakoś tak mi się to spodobało, że po prostu musiałem o tym powiedzieć. Jak już coś mnie tak zafascynuje. Ta spadająca błyskawica to się wydaje takie oczywiste, ale to jest tak obrazowe.
Błyskawica spadająca z nieba. Super, coś pięknego.
[02:41:45] - Ale poza pięknymi rzeczami to ja jeszcze taki przytyk znajdę. Otóż w tym fragmencie, który przed chwilą czytał Ivellios, my często mówimy, że język już troszeczkę nie taki, że coś się zestarzało i tak dalej. Słuchajcie, to nie tylko język się starzeje, ale pewne atrybuty, którymi się posługują pisarze siłą rzeczy się starzeją. Zwróćcie uwagę, co tam było w urzędach. Zapytajcie swoich dzieci, jak macie, co to jest kałamarz? Co to jest atrament? Większość nie będzie w ogóle wiedziała.
[02:42:27] - No tak, aż tak głęboko nie trzeba sięgać. Zapewne większość z naszych słuchaczy widziała na YouTubie albo w jakimś innym miejscu filmik, w którym wręczono dzieciom taki stary aparat telefoniczny z tarczą, którą się kręciło. To było zadziwienie totalne. Ale to jeszcze nic, bo widziałem taki film, na którym okrutny autor tego filmu kazał tym dzieciom SMS-y pisać z tego aparatu, co uważam jest szczytem jakiegoś dręczenia młodych ludzi. No dobrze, ale to zostawmy. Myślę, że na tym będziemy kończyć naszą audycję o książce Sergiusza Piaseckiego. A nie, nie kończymy, bo Wiktor macha, że nie.
[02:43:22] - Ja po prostu jeszcze miałbym tylko taką refleksję zupełnie z boku. Otóż słuchajcie, Piasecki urodził się w drobnej, małej miejscowości, już nie pomnę, koło Baranowicz. Zmarł w Anglii i tak dalej. Ja sobie przypomniałem, jak moja matka kiedyś zerwała jakieś dochodzenia spadkowe, jakieś tam sprawy były, gdzie powiedziała, że się nie podpisze pod dokumentem, że ona się urodziła w Związku Sowieckim. „Ja się urodziłam w Polsce i umrę w Polsce”. Piasecki urodził się w Polsce, umarł co prawda na emigracji, jak wielu Polaków, którzy się urodzili w Polsce, ale w tej Polsce już nie zmieścili, że tak powiem. Natomiast w tej miejscowości koło Baranowicz jest płyta z portretem Piaseckiego. A ile jego jest tu w tej chwili w Polsce? Właściwie tyle, ilu ludzi przeczyta jego książkę jeszcze. I dlatego chyba zrobiliśmy również tą audycję.
[02:44:49] - I zrobimy następną.
[02:44:51] - Żeby one jeszcze te książki żyły Żeby Piasecki dalej był Polakiem.
[02:44:58] - Dzięki ci Wiktor za to, bo rzeczywiście tak jak zrobiliśmy tę audycję o Sergiuszu Piaseckim i jego książce, jak zrobimy za te dwa miesiące audycję o drugiej książce Piaseckiego, to rzeczywiście jest tak, że pisarz żyje tak długo, jak jest czytany. Myślę, że książki Piaseckiego, te dwie, o których powiedzieliśmy przed chwilą oraz sztandarowa powieść „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”, to są książki, które naprawdę warto czytać, bo ten facet miał pazur literacki. Proszę zobaczyć, w tym ostatnim fragmencie, którego słuchaliśmy, są takie drobne gry słów o skubaniu albo takie czasami grubsze, gdzie urzędnik, że będą go skubać. To są wszystko niby oczywistości, a jednak. A jednocześnie potrafił rzucić czymś takim jak spadająca błyskawica. To naprawdę dobry pisarz był, że tak pojadę klasykiem. Pod koniec każdej audycji warto powiedzieć, co będzie za dwa tygodnie. A za dwa tygodnie będzie ciekawa audycja. Dlatego będzie ciekawa, że będziemy mieli gościa i dlatego będzie ciekawa, że ta audycja będzie premierą książki wydanej przez Bibliotekarium. Książki jednego z autorów, który dosyć regularnie publikuje w ABW, którego także można odsłuchać w „Podpalaczach Nieba”.
Polecamy, wystarczy wpisać „Podpalacze Nieba” YouTube. Mianowicie naszym gościem będzie Bruno Kadyna i w tej audycji odbędzie się premiera książki „Wpływ”, której jak już powiedziałem, Bibliotekarium jest wydawcą. Myślę, że będzie ciekawie. To jest książka, która dotyka klimatów horrorowych. Nie do końca, ale jednak trochę. Pozwolę sobie państwu przeczytać dwa tak zwane blurb z okładki. Autorem jednego z tych blurbów jest Wiktor Żwikiewicz, a autorem drugiego blurba jest pisarz Tadeusz Meszko. Czytam pierwszego blurba: „Spóźniłeś się, Bruno. Mógłbyś być wielkim romantykiem literatury albo guru hipisów. Z olśnieniem Kinga nie byłoby kłopotu.
Spóźniłeś się. Współcześnie zostaje ci bycie sobą, ale to piętno jest tylko dla wybranych w każdej epoce.” Wiktor Żwikiewicz, pisarz. To pierwszy blurb, a tytułem polecenia przeczytam jeszcze drugi: „Jest Stephen King i jego groza, w której sielskie amerykańskie życie zamienia się w koszmar. Jest Graham Masterton, krwisty, wyuzdany oraz przerażający. Jest Bruno Kadyna, który w polskich dekoracjach straszy równie skutecznie.” Tadeusz Meszko, pisarz. To tyle tytułem zachęty. Myślę, że o tej książce będzie najlepiej porozmawiać z autorem, a będziemy go tutaj gościć. Tak jak już powiedziałem, będzie można z nim porozmawiać, będzie można do niego zadzwonić. Autor jest niezwykle sympatyczny. Pisze naprawdę prozę, która wciąga.
Ci dwaj panowie, Wiktor Żwikiewicz i Tadeusz Meszko nie przesadzają w tych swoich polecankach — bo tak zwykłem nazywać blurby — nie przesadzają w tych swoich polecankach. Powieść Bruno Kadyny „Wpływ” to jest powieść, która zostawia ślad. I cóż, zapraszam.
[02:48:55] - A że pisarz będzie tutaj siedział, to tym bardziej warto tej audycji posłuchać, bo to jest naprawdę pisarz pełną gębą.
[02:49:03] - I to jest pisarz, który wierzcie mi państwo, być może ci, którzy nie słuchają ABW, zetkną się z panem Bruno Kadyną po raz pierwszy, ale wierzcie mi państwo, mam taką intuicję — wiem, że oczywiście niczym nie jestem w stanie tego poprzeć — ale mam taką intuicję, że będziecie państwo świadkami, będziecie uczestniczyć w spotkaniu z pisarzem, o którym jeszcze nie raz usłyszycie w swoim życiu. I to jest moim zdaniem ewidentnie wschodząca gwiazda polskiej literatury. Wiem, że o tyle jestem nieobiektywny, że książka jest wydawana przez Bibliotekarium i każda pliszka — już to dzisiaj mówiłem w innym kontekście — każda pliszka swój ogonek chwali, ale wierzcie mi państwo, Bruno Kadyna i książka „Wpływ” naprawdę warto. To tyle, jeśli chodzi o reklamę następnego Bibliotekarium 32. A jeśli chodzi o przyszły tydzień, o audycję ABW, to znowu dziewięć opowiadań. Dużo kobiet. Naprawdę w tym numerze ABW będzie sporo kobiet. Naprawdę ciekawe opowieści i jak sobie przypomnę pewną historię o nosorożcu i pannie, to już się cieszę, że państwo to usłyszą. Nasza autorka mieszka za granicą i to jest naprawdę świetna historia. Myślę, że też nie po raz pierwszy państwo ową autorkę usłyszycie, że zostanie z nami na dłużej.
Przypominam, że do dzisiaj — właściwie do dzisiaj, ale jeśli coś przyjdzie jutro, to też będzie dobrze — zbieramy opowiadania do tego numeru specjalnego, który będzie za dwa tygodnie, od przyszłego tygodnia, ale się już motam w tej chwili, czyli w Wielki Piątek, 30. Będzie audycja poświęcona kamieniom, czyli opowiadaniom.
[02:51:03] - Wybieramy opowiadania do kamieniołomu.
[02:51:04] - Tak, do kamieniołomów. W tym kamieniołomie będzie uczestniczył również Wiktor Żwikiewicz, bo jego opowiadanie również się w tym kamieniołomie znalazło. To będzie audycja specjalna. No cóż To już powoli wszystko. Zapraszamy na obie z tych audycji, na ABW zapraszamy za tydzień. Zapraszamy na „Bibliotekarium”. Zapraszamy wreszcie na Cthulcon, gdzie będzie się można spotkać z redakcją „Podpalaczy Nieba”, z redakcją „Bibliotekarium”, ABW, przynajmniej częścią redakcji, gdzie ogłosimy też pewien konkurs. W każdym razie pewne przedsięwzięcie dotyczące kolejnego numeru specjalnego. I to chyba wszystko. Dziękujemy państwu bardzo serdecznie za uwagę.
Polecamy jeszcze raz bardzo gorąco książki Sergiusza Piaseckiego. Życzymy państwu dobrej nocy, wielu literackich wzruszeń, zarówno tych czytelniczych, jak i pisarskich. Jeszcze raz bardzo serdecznie państwu dziękujemy. Dobranoc.
[02:52:13] - Dobranoc.
[02:52:14] - A mówili te słowa do państwa gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze obsługiwał od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w podcastowym ABW już za tydzień.
[02:53:21] - We were together since we were five. She was so pretty, Emily's the star in everyone's eyes. And when she said she'd be a movie queen, nobody laughed. A face like an angel. She could be anything. Emily. Emilie. I'm gonna write your name on that silver screen. Emily. Emilie.
I'm gonna make you the biggest star this world has ever seen. At seventeen we were wed. And I worked day and night to earn our daily bread. And every day Emily would go out searching for that break that never, ever came her way. And sometimes she'd come home and she'd be so depressed. I'd hear her crying in my bedroom feeling so distressed. And I'd remember back when she was mine. But the words that she used to make Emily come alive. It was. Emily.
I'm gonna write your name on that silver screen. Emily. Emilie. I'm gonna make you the biggest star this world has ever seen. It was a cold and darkest midnight when I opened up the bedroom door. To find her lying still and cold upon our bed. Alone in bed, lying on the bedroom floor. It reads, „Daddy, I love you. But I just can't keep on living with this anymore. I tried so very hard not to leave you alone.
But I just can't take it, I'm tired no more”. Oh Emily. Emily. Oh Emily. Emily. Oh Emily. Emily. Oh Emily. Emily. Emilie.
I'm gonna write your name on that silver screen. Emily. Emilie. I'm gonna make you the biggest star this world has ever seen