Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:36] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radio Paranormalium. Jak co tydzień czasem na żywo, a czasem z taśmy. Dzisiaj na żywo rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, na którą czekają przede wszystkim mole książkowe, ale nie tylko. Również miłośnicy ciekawych opowiadań, ciekawej literatury, a wreszcie miłośnicy pasjonujących rozmów. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a dzisiaj po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami gospodarze tej niezwykłej audycji zwącej się Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór panowie.
[01:14] - Dobry wieczór.
[01:15] - Dobry wieczór.
[01:17] - Zanim przejdziemy do tematu głównego, a właściwie do książki, która będzie stanowiła dzisiaj punkt wyjściowy do dyskusji. Jaka to będzie książka, to panowie zaraz powiedzą. Podejrzewam. Nawet nie podejrzewam. Jestem pewien, że powiedzą. Ale zanim przejdziemy do książki, do dyskusji, tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium. Uprzedzam, że wciąż mój laptop, z którego normalnie nadaję audycję, jeszcze nie wrócił z naprawy. Także mogą występować pewne problemy z połączeniem, pewne problemy dźwiękowe. Także co złego, to nie ja. Co złego, to niestety słaby pecet zastępczy, chwilowy.
Dlatego dzisiaj z telefonów czynny będzie po 21:00 tylko numer komórkowy 530 620 493. Można także pisać do nas na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Jesteśmy także na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupie Radia Paranormalium. Można także wysyłać nam pytania, komentarze i różne inne swoje spostrzeżenia, też dotyczące dzisiejszej książki, na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Tradycyjnie: halo, halo Bydgoszcz.
[02:58] - Halo, halo. My tu już z Wiktorem toczyliśmy boje przed chwilą przy mikrofonie, kto ma właściwie zaczynać. Bo dzisiaj książka niezwykła i książka, która obu nas w jakimś tam momencie życia zafascynowała. Książka pisarza, który pewno nie jest szczególnie znany nawet wśród miłośników science fiction, a wśród miłośników literatury, którzy science fiction omijają albo po prostu nie zwracają na ten typ literatury uwagi, to pewno zupełnie nieznany. Tym pisarzem jest William Tenn, jak już powiedziałem wcześniej. William Tenn, który tak naprawdę był specjalistą od opowiadań w złotej erze science fiction, którą tak często wspominamy z Wiktorem. Chociaż Wiktor żył w tych czasach, ja nie bardzo, ale obaj wspominamy z równym rozrzewnieniem. Pisało się w dosyć specyficzny sposób i wtedy William Tenn pojawił się w Polsce. Również był tłumaczony w takim zbiorku, który nosił tytuł „W stronę czwartego wymiaru”. Muszę powiedzieć, że nie pamiętam, ile tych opowiadań było, kilka w każdym razie, to przynajmniej połowa tych opowiadań właśnie była napisana przez Williama Tenna.
I to były opowiadania takie, o których się pamiętało. Jak ja byłem w okresie szaleństwa SF, to posunąłem się do tego, ponieważ ta książka, którą wspominałem „W stronę czwartego wymiaru”, należała do mojego wujka i nie bardzo chciał się tą książką ze mną podzielić. A ja miałem wtedy bardzo rozbuchane poczucie ochłonięcia wszystkiego, czyli wszystko, co było fantastyczne, musiało być moje. Wujek jakoś nie bardzo się godził na tego rodzaju transakcje, to ja po prostu tę książkę, opowiadania, niczym skryba średniowieczny przepisałem sobie po prostu. Ja wiem, że to budzi śmiech. Dzisiaj to już szczególnie budzi śmiech, ale ja miałem taki okres szaleństwa. Przepisałem sobie książkę. Jak jej nie mogłem mieć, to ją miałem w swoim zapisie. Po wielu latach kupiłem ją w antykwariacie, ale to pamiętam. Dlatego być może Williama Tenna zapamiętałem i jego opowiadania.
O tych opowiadaniach zresztą będziemy dzisiaj troszeczkę mówić. Jego pisarskie życie złożyło się z wielu opowiadań i tylko dwóch powieści, i to niespecjalnie grubych. Jedna to jest ta powieść, o której będziemy dzisiaj rozmawiać pod, moim zdaniem, kompletnie idiotycznym tytułem: „O ludziach i potworach”. Głupszy tytuł wymyśleć. A druga książka, ona nie była na język polski przetłumaczona, to książka „Lampa dla Meduzy”. Ale cóż, to ja jeszcze, żeby dowalić do pieca i żeby na początek wszyscy mieli wrażenie, że omawiamy kompletnie idiotyczną książkę, to jeszcze przeczytam, co wydawca jakiś czas temu napisał na okładce Przed laty inwazja potworów obcych o gigantycznych rozmiarach rozbiła w proch ludzką cywilizację. Potomkowie Ziemian, zdobywców kosmosu, są teraz członkami prymitywnych szczepów. Żyją niczym myszy w ścianach domostw potworów. Krwawobójcze walki aż do dnia, gdy młody wojownik podejmuje wędrówkę ku tajemniczej krainie. Musi wypełnić swoje przeznaczenie, sprawić, by człowiek powrócił w kosmos.
Nie wiem, czy można coś bardziej głupiego napisać o książce, o której będziemy dzisiaj rozmawiali. W każdym razie wydawcy się udało coś takiego spłodzić. Nie wiem, czy ten tekst miał zachęcać do przeczytania tej książki. Mnie nie zachęcił, ale jako nałogowy czytelnik i zakupoholik księgaryjny kupiłem książkę, ale nie przypuszczałem, że ją przeczytam zbyt szybko. Po czym zacząłem ją czytać. Otworzyłem i zacząłem czytać i wsiąkłem. Tę książkę przeczytałem właściwie jednym tchem, chociaż liczy sobie około 200 stron. Przyznacie, szanowni słuchacze, że to nie jest specjalnie gruba książka. Niemniej jak siadłem, tak ją po prostu przeczytałem.
[07:33] - Wiesz, Marku, bardzo się cieszę, że czytałeś. Ja to też w miarę w młodym wieku czytałem. Natomiast chciałbym wrócić do pewnego zjawiska, które my w tej chwili serwujemy naszym słuchaczom. Otóż ludzi, którzy pisali wspaniałe książki, którzy byli na piedestale w takim czy innym czasie, którzy napisali mnóstwo wyśmienitej literatury, były tysiące. Skąd myśmy nagle wystrugali tego Williama Tenna? Przecież jest mnóstwo wspaniałych pisarzy, o których można mówić. Otóż myślę, że jest w tym pewien chwyt. Dziwne. Rzeczywiście ludzi, którzy pisali wyśmienite książki, tak samo jak William Tenn, była ogromna ilość w Ameryce, w Europie w tamtych czasach i zresztą jest dzisiaj. Natomiast my chwyciliśmy tego Tenna.
Chcemy wam pokazać, jak czasami w tej fali ogromnej, że tak powiem, która przewala przez naszą cywilizację, odbiorcom umykają takie drobiazgi. Taki drobiazg po prostu jak William Tenn. Jakie one są wartościowe, jakie one są cenne, jak wiele one znaczyły dla całych pokoleń, a dzisiaj nie znaczą nic. O tym, dlaczego, będziemy dyskutowali jeszcze w tej audycji na pewno. Dlaczego kultura, że tak powiem, nie żywi się bez przerwy tym samym tylko zmierza dalej i dalej. Przeskakuje z książki na książki, z przeboju na przebój, z teorii na teorię.
[09:36] - Po takiej reklamie, jaką wydawca zrobił tej książce, ja się wcale nie dziwię, że część poważnych osób nawet się bała kijem dotknąć tę książkę, a co dopiero wziąć ją do ręki. Naprawdę jestem zniesmaczony całą otoczką tej książki. Moim zdaniem wydawca nie za bardzo zadbał o to, żeby tę książkę, która godna jest tego, żeby ją po pierwsze przeczytać, po drugie jakoś dobrze przedstawić. Wydawca o to nie zadbał. Potraktował ten tomik jako jeden z wielu, bo to jest pewno jeden z wielu tomików. Natomiast William Tenn to po pierwsze, tak jak powiedziałem, pisarz dosyć płodny. Tych tomików opowiadań powstało, jak dobrze liczę, to przynajmniej z siedem, osiem. Co ważne, w tych tomikach nie ma słabych opowiadań. Gwarantuję, że ktoś, kto się zapatrzy w takie tomiki, tu je wymienię, jak „Wyzwolenie Ziemi”, „Ludzki punkt widzenia”, „Faust” czy „Przed czasem” oraz „Pierwiastek kwadratowy z człowieka”. Szukałem tego w pamięci.
Nie będzie zawiedziony, bo właściwie każde opowiadanie tam jest the best. Inna sprawa, że znowu to podkreślam niemal w każdej audycji dużo zależy od tłumaczeń. Te tłumaczenia z lat 50. były naprawdę niezłe. Te późniejsze niektóre tłumaczenia jakby gorsze. Nie sugeruję wcale oczywiście, że wszystko teraz jest gorsze. Nie, tak nie jest. Niemniej chyba były bardziej dopracowane te z lat 50. Niemniej jednak w fantastyce lat 50., o którą Tenn zahaczał, ważny był przede wszystkim pomysł, więc te opowiadania, jeśli nawet troszeczkę na tłumaczeniu tracą, to nie tak bardzo, jakby się mogło wydawać. Natomiast co warto jeszcze o Williamie Tennie powiedzieć, to pisarz długowieczny.
7 lutego będziemy obchodzić rocznicę jego śmierci ósmą. Zmarł 7 lutego 2010 roku w pięknym wieku, bo przeżył 90 lat. Urodził się w 1920 roku, jak łatwo obliczyć. I to poza tym był pisarz, który wiedział, kiedy skończyć.
[12:17] - Teraz sobie właśnie nie tylko może wiedział, do czego jeszcze dojdziemy, ale zwróć uwagę na daty jego twórczości. Wydawałoby się, że pisarz to jest ktoś taki, kto siada do maszyny kiedyś, do pisania, dzisiaj do komputera i tworzy do śmierci. Otóż pisarze mają cykle produkcyjne. Tak samo jak muzycy. Tworzą kapele. Kapela gra dwa, trzy, cztery, pięć lat, po czym już nikt nigdy nie usłyszy tego muzyka, tylko na płytach się odtwarza coś, co dokonał przez dwa, trzy, cztery lata. Tak samo jest z Williamem Tennem. On pisał jak wariat, ale miał wyraźne momenty w życiu, kiedy pisał, a potem prawdopodobnie zwyczajnie sobie żył.
[13:15] - Tak, tylko że William Tenn to nie jest pisarz charakterystyczny. Bardzo wielu pisarzy, tak jak powiedziałeś, jak zacznie pisać, to odkłada pióro wtedy, kiedy w ogóle odkłada pióro. I właściwie całe ich życie to jest produkowanie kolejnych książek. William Tenn zadebiutował, kiedy miał lat 35. Trudno powiedzieć, czy to późno.
[13:41] - 40 było normalnie.
[13:43] - Nie za wcześnie. Tak jest. Nie za wcześnie, ale też niespecjalnie późno. Aktywny pisarsko. Ostatnią książkę, którą wydał, to był rok 1975. Czyli tak naprawdę pisał przez 20 lat. Do 55.
[14:03] - Dlaczego nie pisał przez 70 lat?
[14:06] - Przypomnę, żył lat 90. Czyli jak skończył pisać, to jeszcze czekało go prawie drugie tyle życia.
[14:15] - Potrzebę spełnienia pewnej misji. On miał tę misję. Napisał te swoje opowiadania i żądać od niego, żeby dalej dziergał te swoje opowiadania, a po cholerę? On swoje zrobił, a resztę niech robią wnuki. Niech robią nasi autorzy w warsztatach.
[14:39] - Tak jest, w ABW.
[14:42] - W ABW. To jest rzecz pokoleniowa. Każdy pisarz ma swoje. Tak samo jak kwestia dojrzałości. Nie lata się zwykle za kobietami przez całe życie.
[14:57] - O! To zależy. Widzisz, to też zależy. Są osobniki, które właściwie nie ustają, a są takie, które sobie w pewnym momencie dają spokój. To wszystko pewno zależy właściwie nie wiem od czego. Od chemii organizmu. Tak to sobie enigmatycznie określmy. Wróćmy do Williama Tenna. Coś było takiego, że my dzisiaj jeszcze za pięć ósma, to nie byliśmy pewni, czy w ogóle audycja wystartuje, bo wszystko się zaczęło sypać. Ja nie wiem, czy to William Tenn ma taką umiejętność ściągania kłopotów.
Dlaczego mówię o tych kłopotach? Bo te jego opowiadania bardzo często dotykały problemów związanych z kłopotami. O tym pewno za chwilę przypomnę takie opowiadanie. Warto do niego zajrzeć, wtedy to się stanie jaśniejsze. Z zasady nie będziemy opowiadać oczywiście ani opowiadań, ani powieści, ale takie jest opowiadanie „Bernie Faust” i ktoś, kto przeczyta to opowiadanie, będzie wiedział, dlaczego mówię o tym, że można kojarzyć z kłopotami. Podobnie z kłopotami kojarzy mi się opowiadanie „Wyzwolenie Ziemi”. Tu mogę trochę tajemnicy zdradzić. Ono mówi o tym, że pewnego dnia odwiedzają naszą planetę istoty. Wyglądają prawie jak ludzie i proponują ziemianom wstąpienie, już nie pamiętam, jak się ta organizacja nazywała, do jakiejś Ligi Galaktycznej czy czegoś takiego. Oczywiście ziemianie ochoczo wstępują, ale okazuje się, że ta Liga Galaktyczna jest w stanie wojny z jakąś inną rasą.
W dodatku okazuje się, że owa Liga Galaktyczna to tak naprawdę ta jedna cywilizacja, która nas odwiedziła. Z jakimiś dziwnymi istotami robakokształtnymi. I w pewnym momencie te robaki wypierają z Ziemi tychże przybyszy. Okazuje się, że ludzkość popełniła błąd, bo ci przybysze, chociaż podobni do ziemian, ich budowa była oparta na krzemie. A to te robale są nam bliższe, bo one są oparte na takim samym prawie białku jak ziemianie. Ziemianie zmieniają sojusz i rozstrzeliwują dyplomatów i wszystkich innych, którzy byli odpowiedzialni za to, że podjęliśmy złe sojusze. Usuwają, ale w każdym razie radykalnie. I przystępujemy do nowego sojuszu. Ale później znowu nasza planeta zostaje odbita przez Ligę Galaktyczną czy jak to się tamta organizacja nazywała. I te istoty podobne do nas mówią o tym, że jakżeż mogliśmy tak zdradzić, że przecież liczy się to, że jesteśmy podobni, a nie co będziemy się z robalami bratać.
I tak żeby już nie wchodzić w dłuższe opowieści i jak to się wszystko kończy. W każdym razie taka zmiana sojuszów następuje ho ho ile razy. Rozczulające jest tam na przykład, że kiedy na Ziemi zaczyna brakować różnych produktów, to było takie bliskie w czasach socjalizmu, kiedy te istoty radzą ziemianom, ponieważ do wykonania jednej z broni potrzebna była sól, w każdym razie do obsługi tej broni i na całej Ziemi zaczęło brakować soli, to pojawiły się hasła Nie solić, cukrzyć. Przyznasz, że w czasach socjalizmu to było dosyć charakterystyczne, że człowiek się dopatrywał jakichś odniesień. Nie, nie było odniesień. Po prostu fantazja autora to sprawiła. To tyle à propos kłopotów. William Tenn-
[18:40] - Nie tyle, bo jeszcze przypomnę opowiadanie pod tytułem „Pikawki”, kiedy w strefę Układu Słonecznego wdzierają się istoty, które żywią się piowymi, czyli tym, co dzisiaj nam sprawia kłopoty, łącznością między ludźmi. I w tym momencie nagle zapada cisza, gdyż one po prostu zjadają te sygnały radiowe.
[19:14] - Ale wiesz co? Ja ci powiem tak: masz dobrą pamięć, ale to niestety nie jest ten autor. On był w tym samym tomie, ale on się nazywał Brown. Frederick Brown. Ale się nie dziwię, bo to ten sam tomik. To prawda, masz rację, ale szybko ucinam. Nie, wymazujemy. „Pikawki” nie.
[19:40] - Spoko, można było. To i tak była ta sama paczka przyjazdu.
[19:44] - Tak, paczka była ta sama. Rzeczywiście. I ten sam tomik, i ta sama paczka, ale ucinam. Tego autora dzisiaj nie omawiamy.
[19:53] - Czyli ewidentnie kłopoty.
[19:55] - Kolejny kłopot.
[19:56] - Kolejny kłopot mamy dzisiaj.
[19:58] - Dzisiaj taka audycja, że się wszystko sypie. Nie będziemy podtrzymywać tradycji?
[20:07] - Czemu nie?
[20:07] - Czemu nie? Wróćmy trochę do książki, bo już skrytykowaliśmy wydawcę za głupoty, które pisze. Niby to wszystko prawda jest, co tu jest napisane, ale to jest w takim tonie, że mi się nie podoba. Dzisiaj taki zgryźliwy i czepialski. Cóż można o tej książce powiedzieć? Jeśli ktoś potraktuje tę książkę szalenie poważnie, że to jest takie hard science fiction, gdzie wszystko jest na poważnie, to może dojść do wniosku, że to jednak głuptactwo jest jakieś. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę, że to może być wielka zabawa, bo co jest jeszcze dosyć charakterystyczne dla prozy Williama Tenna: jego opowiadania są po prostu zabawne. Tam jest właściwie bardzo dużo humoru. I ta książka, o której mówimy, czyli „O ludziach i potworach” również jest zabawna, chociaż nie na pierwszy rzut oka. To nie jest takie oczywiste, że ona jest zabawna.
Na pierwszy rzut oka to jest poważna historia o tym, o czym przeczytałem, czyli że ludzie żyją niczym myszy w ścianach wielkich domostw. Trochę jak myszy, trochę jak robaki właściwie. Trochę tak się zresztą zachowują. Poza science fiction jest trochę jeszcze fantasy. Ta cywilizacja ludzka, trudno mówić o cywilizacji, te plemiona ludzkie są trochę na poziomie barbarzyńców, którzy latają z jakimiś pałami albo z czymś takim. I to jest obraz, który po pierwsze jest dosyć plastyczny, dosyć nośny i autor dosyć sprawnie to przekazał. On właściwie to zarysował bardzo sprawnie, jak sytuacja wygląda. Później jest oczywiście bardzo dużo przygód, ale jak się człowiek wgłębi w całą książkę, to zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno jest tak, że Ziemianie, ludzie pełnią tylko rolę takich robaków czy myszy, że gnieżdżą się w ścianach wielkich domostw, takich kilkusetmetrowych istot? Czy może ci ludzie zaczęli zachowywać się jak takie myszy albo robaki? I właściwie w pewnym momencie nawet można tym wielkim istotom współczuć, że mają takie towarzystwo w swoich ścianach.
[22:30] - Sam tytuł sugeruje. „O ludziach i potworach”. Wydawałoby się, że to jest przeciwstawne.
[22:37] - Tak, dokładnie.
[22:38] - My, ludzie oraz tam potwory. Ale jak się czyta tę książkę, to się nagle zaczyna wątpić, czy przypadkiem-
[22:44] - Kto tu jest potworem?
[22:45] - Kto tu jest potworem?
[22:46] - Kto tu jest potworem? To prawda. I to jest jeden z tych względów, z uwagi na które warto sięgnąć po tę książkę. Cóż jeszcze? Warto powiedzieć, że książka jest bardzo sprawnie napisana pod takim kątem fabularnym. Ją się po prostu nieźle czyta. I znowu bez zadęcia. Nie miejmy takiego przekonania, broń Boże, nie chcemy takiego przekonania w nikim wzbudzać, że to jest jakieś arcydzieło literackie à la Dostojewski czy tym podobne. Nie. To jest po prostu dobrze napisane czytadło z jakimś przesłaniem.
Z przesłaniem, które jest przynajmniej zastanawiające. Tak jak powiedziałeś, chociażby takim, nie tylko takim, od razu powiem, ale chociażby takim, że człowiek w pewnych warunkach zamienia się w potwora. Może w stosunku do swoich gospodarzy, w tym wypadku troszeczkę małego potworka właściwie. Ale jak tak wziąć ludzką miarą, to to, co sobie robią ludzie w tej książce nawzajem czasami, też nie jest fajne w gruncie rzeczy.
[24:02] - Wiesz, Marku, dobra literatura posiada jedną cechę. Zawsze posiadała. Otóż pewną względność i przewrotność. Jeśli jej nie ma- To nigdy nie pozostanie w pamięci nowych pokoleń, bo nowe pokolenia odnoszą do nowego świata swoje adresy, swoje wyobrażenia, swoje pojmowanie czegoś. To dotyczy wszystkich. Od Wellsa „Wojny światów”, od „Wehikułu czasu”, „Farmy zwierząt”. To wszystko są rzeczy, które nigdy nie mówią rzeczy dosłownych o danym czasie, o danych ludziach, o danych problemach, tylko można je odnosić również do zastanej rzeczywistości.
[25:05] - Sądzę, że warto powiedzieć o jeszcze jednym opowiadaniu z tej złotej ery science fiction i opowiadaniu, tym razem już naprawdę Williama Tenna. Opowiadaniu, które nosi dosyć nieprzyjemny tytuł „W otchłani wśród umarłych”. To znowu jest takie opowiadanie, które trochę odstrasza tytułem.
[25:31] - Widzę.
[25:33] - „W otchłani wśród umarłych”.
[25:35] - Zwykle tych wszystkich nekromantów, którzy horrory lubią, to zachęcam.
[25:39] - Może. Ja bym po to nie sięgnął, bo gdybym nie wiedział, że to jest opowiadanie napisane w latach 50., to podejrzewałbym, że to o zombiakach jest i specjalnie mnie taka literatura nie fascynuje. Zresztą jakby tak się dobrze zastanowić, to ono trochę do tematu nawiązuje, bo w tym opowiadaniu, nie wchodząc w szczegóły i nie zdradzając całej historii, trochę mówi o tym, że ziemianie toczą wojnę z obcymi. A z kim mają toczyć? Z obcymi. I trochę im zaczyna brakować już ludzi do obsługi swoich statków kosmicznych, obronnych. I wpadają na pomysł, żeby z materii, która zostaje po zabitych żołnierzach, sklejać takich żołnierzy. Po prostu przerabiać i wyrabiać z nich żołnierzy według kilku wzorów. Oni produkują ich masowo. Poznajemy historię z perspektywy człowieka, który ma stać się dowódcą grupy kilku takich umarlaków.
[26:45] - Marku, świetna wizja. Ja już widzę takiego krawca, który przechadza się po polu, gdzie leżą polegli, zbiera ochłapy i je zszywa.
[26:56] - Prawie Frankenstein. Doktor Frankenstein.
[26:58] - Ale przede wszystkim dzisiaj to jest prawie do pomyślenia.
[27:01] - Jeszcze troszkę. W biomedycynie. Właśnie. Dobry pomysł. Powiem ci, że w każdym razie to opowiadanie po pierwsze ma ten pomysł, jaki ma. Tam jest fajna nutka właściwie pewnych wątpliwości, czy to moralnych, czy różnych innych. Jest też fajnie poprowadzona akcja, bo to jest tak, że człowiek wchodzi do pomieszczenia, gdzie ta załoga na niego czeka. Już nie pamiętam, ilu ich tam było, czy czterech, czy pięciu. Oni czekają na niego. Są do niego wrogo nastawieni.
Bo cóż, wiadomo, prawdziwy człowiek będzie pomiatał nimi, umarlakami. I właściwie czeka ich smutny los, bo większość załóg tych statków kosmicznych ginie, więc oni niespecjalnie entuzjastycznie są nastawieni do tego spotkania i w ogóle do całej swojej misji. I w tym opowiadaniu, co wydaje się mało możliwe, autorowi się to udaje. Po pierwsze udaje się głównemu bohaterowi zadzierzgnąć nić sympatii z tymi ludźmi, nie ludźmi, umarlakami. Co więcej, w dosyć specyficzny sposób przekonuje ich do siebie. Tego oczywiście nie zdradzę, bo to jest puenta rewolwerowa. Znowu William Tenn się sprawdza jako mistrz krótkiej formy. Wiesz co? Tak mi przyszło do głowy, że warto jeszcze o tych umarlakach porozmawiać. Ale zanim się sprawą umarlaków zajmiemy, to może na rozgrzewkę oddajmy głos „Ivelliosowi” i posłuchajmy fragmentu książki Williama Tenna „O ludziach i potworach”.
To, myślę, jest dobry pomysł. Marku, prosimy, oddajemy ci głos.
[28:47] - William Tenn „O ludziach i potworach”. Część pierwsza. „Neoliti kapłanów”. Rozdział pierwszy. Ludzkość liczyła 128 osób. Dzięki tak gwałtownemu rozwojowi populacji zamieszkanych było ponad tuzin jam, a zbrojne grupy stowarzyszenia mężczyzn patrolowały bezustannie zewnętrzne korytarze. Ci młodzi, sprawni wojownicy w rozkwicie swych męskich sił byli zawsze gotowi przyjąć na siebie pierwsze uderzenie nieznanego niebezpieczeństwa zagrażającego ludzkości. Byli na to gotowi oni, ich przywódcy oraz usługujący im młodzi chłopcy, którzy nie przeszli jeszcze obrzędu inicjacji. Eryk Jedynak był jednym z nich. Jeszcze się szkolił.
Był gońcem i tragarzem dla tych, którzy już dostąpili godności wojowników. Ale jutro przypada dzień jego urodzin. Jutro wyruszy po raz pierwszy, by kraść dla ludzkości. A jeśli wróci, a wróci z pewnością jako Eryk Szybki, a może Eryk Sprytny. A więc gdy wróci, precz pójdzie luźna chłopięca przepaska na biodra, a zastąpią ją skórzane rzemienie dumnego wojownika. Członka Stowarzyszenia Mężczyzn. Wtedy będzie mógł zabierać głos i wyrażać swoje zdanie w imię ludzkości. Będzie mógł patrzeć na kobiety, kiedy tylko zechce i jak długo zechce. Będzie mógł się do nich zbliżać. Spostrzegł, że wędrując bez celu, dotarł na sam kraniec jamy swojej grupy.
W rękach wciąż trzymał włócznię wuja, którą ostrzył tego popołudnia. Dalej zaczynały się nisze kobiet. Zobaczył kilka członkiń Stowarzyszenia Kobiet przygotowujących jedzenie z produktów skradzionych ze spiżarni potworów. Przy tej pracy każde zaklęcie musiało być wypowiedziane poprawnie. Każda inkantacja wymagała skupienia. Inaczej nie wolno byłoby zjeść tego pokarmu. Mógł być nawet niebezpieczny. Jakaż szczęśliwa była ludzkość. Tak wiele było łatwo dostępnej żywności i mieli kobiety, które tak dobrze władały magiczną wiedzą umożliwiającą przyrządzenie z niej właściwego dla człowieka pokarmu. Kobiety, cóż to za wspaniałe istoty!
Na przykład Sara Lecząca Chorych z jej niewiarygodną wiedzą o produktach zdatnych do jedzenia i trujących. Odziana tylko w płaszcz długich włosów, który na przemian zasłaniał i odkrywał jej biodra i piersi największe, jakie kiedykolwiek widział. To była kobieta dla każdego prawdziwego mężczyzny. Miała za sobą pięć miotów, dwa niezwykle liczne. Eryk przyglądał się jej, gdy obracała w dłoniach kawał żółtej masy, badając ją dokładnie w świetle zwisającej z sufitu latarni. Tylko ona wiedziała, czego szuka i co pozwala jej stwierdzić, że żywność jest dobra. Z takiej kobiety każdy wojownik mógł być dumny, ale była już żoną jednego z wodzów grup i stała w hierarchii znacznie wyżej niż Eryk. Z kolei jej córce Selmie o gładkiej skórze z pewnością pochlebiłoby jego zainteresowanie. Wciąż jeszcze nosiła włosy związane w wielki kok. Musi minąć jeszcze co najmniej rok, nim Stowarzyszenie Kobiet dopuści ją do inicjacji i zezwoli na pokrycie nagości rozpuszczonymi włosami.
Nie, była o wiele za młoda i zbyt mało znacząca jak na kogoś, kto niemal osiągnął już status wojownika. Teraz jego spojrzenie przyciągnęła inna dziewczyna. Obserwowała go już od jakiegoś czasu spod długich rzęs, uśmiechając się zalotnie. Harriet Głosząca Przeszłość, najstarsza córka Rity, Strażniczki Pamięci, która pewnego dnia zastąpi matkę w jej pracy. Była piękną, szczupłą dziewczyną. Jej włosy opadały w nieładzie, co potwierdzało status dorosłej kobiety o poważnej pozycji społecznej. Eryk dostrzegał już wcześniej te ukryte, a przeznaczone dla niego uśmiechy. Zwłaszcza w ostatnich kilku tygodniach, gdy zbliżał się czas jego kradzieży. Wiedział, że jeśli odniesie sukces, a musiał go odnieść, nie dopuszczał nawet innej myśli, ta dziewczyna będzie patrzeć przychylnie na jego zaloty. Harriet była jednak ruda, a według tradycji ludzkości to znaczyło, że przynosi nieszczęście.
Nie będzie jej łatwo odbyć gody. Jego matka też miała rude włosy i była nieszczęśliwa. Ciążące na niej straszne przeznaczenie dotknęło nawet jego ojca. Niemniej Harriet Głosząca Przeszłość była ważną osobą w szczepie, jak na jej młody wiek nawet bardzo ważną i na dodatek pełną wdzięku. I co najważniejsze była mu przychylna. Teraz uśmiechała się do niego całkiem otwarcie. Odwzajemnił uśmiech. „Patrzcie na Eryka” — rozległ się donośny głos za jego plecami. — „Już się rozgląda za leżem. Eryku, przecież nie nosisz jeszcze nawet rzemieni.
Najpierw kradzież, potem gody”. Eryk odwrócił się szybko. Z jego twarzy nie zdążył jeszcze zniknąć rozmarzony uśmiech. Stojąca przy samym wejściu do jamy grupa młodych mężczyzn zanosiła się chichotem. Wszyscy byli dorośli. Mieli już za sobą kradzież. Na razie ciągle jeszcze mieli wyższą pozycję w społeczeństwie, więc mogą zachować tylko wyniosły spokój. „Wiem o tym” — zaczął. — „Nie ma godów przed...” „Dla niektórych nie ma nigdy” — przerwał jeden z mężczyzn. Trzymał niedbale włócznię i spoglądał na Eryka z nieukrywaną wyższością.
— „Nawet po kradzieży wciąż jeszcze musisz przekonać kobietę, że jesteś mężczyzną. A dla niektórych to trudne zadanie. Bardzo trudne, Eryku”. Wybuch śmiechu, teraz znacznie głośniejszy, smagnął go jak biczem. Eryk Jedynak poczuł, że jego twarz oblewa się purpurą. Jak śmiał przypomnieć mu o tym w tym najważniejszym dniu jego życia, gdy przygotowywał się, by po raz pierwszy kraść dla ludzkości. Przeciągnął dłonią po świeżo naostrzonym włóczni wuja. „Przynajmniej” — powiedział, cedząc powoli każde słowo — „moja kobieta pozostanie już przekonana, Roju Biegaczu. Nie będzie oczekiwać ofert od każdego mężczyzny w szczepie”. „Ty mały, zawszony śmieciu” — warknął Roj Biegacz.
Oderwał się od grupy i szybkim krokiem podszedł do Eryka. Jego trzymająca włócznię ręka lekko drżała ze zdenerwowania. „Chcesz zarobić dziurę w brzuchu? Moja żona ma dwa mioty mojej krwi. Dwa duże mioty. A co ty mógłbyś jej dać, ty obmierzły jedynaku?”. „Ma dwa mioty, ale nie z twojej krwi” — odparował Eryk, przyjmując obronną pozycję. Bo jeśli ty byłbyś ojcem, to chyba znaczyłoby, że jasne włosy wodza są tak samo zaraźliwe jak wysypka. Roy wrzasnął i dźgnął włócznią. Eryk sparował cios i nie pozostał mu dłużny.
Chybził jednak, gdyż przeciwnik wykonał gwałtowny unik. Krążyli teraz wokół siebie, obrzucając się przekleństwami i wyzwiskami, a czujne oczy wypatrywały słabego punktu, który można by zaatakować. Pozostali odsunęli się w głąb jamy, aby zrobić walczącym więcej miejsca. Nagle potężne dłonie chwyciły Eryka do tyłu, unosząc go nad ziemię. Silny kopniak zwalił go z nóg. Przeturlał się z pół tuzina kroków. Zerwał się natychmiast, wciąż dzierżąc w dłoni włócznię, i obrócił w mgnieniu oka do nowego przeciwnika. Ogarnięty szaleństwem gotów był rzucić wyzwanie całej ludzkości, ale nie Thomasowi, Niszczycielowi Pułapek. Jego szaleństwo miało jednak swoje granice. Gdy rozpoznał kapitana grupy, cała wściekłość natychmiast po nim spłynęła.
Nie mógł walczyć z Thomasem. To był jego wuj i największy wojownik ludzkości. Ogarnięty poczuciem winy podszedł do niszy w ścianie ku składowisku broni i odłożył włócznię wuja na miejsce. „Co, u diabła, się z tobą dzieje, Roy? – usłyszał za plecami głos Thomasa. – Pojedynek z chłopcem? Gdzie twój instynkt grupy? Tego nam tylko trzeba. Zmniejszyć siłę grupy z sześciu do pięciu. Zaoszczędź swą broń na obcych albo, jeśli jesteś tak odważny, na potwory, ale nie waż się dobywać jej w rodzinnej jamie.” „To nie był pojedynek – zamamrotał Roy, chowając włócznię.
– Dzieciak za bardzo podskakiwał. Chciałem go skarcić.” „Karć rękojeścią włóczni. Poza tym to moja grupa i karanie należy do mnie. A teraz wynoście się stąd wszyscy i przygotujcie się do rady. Sam zajmę się chłopcem.” Odeszli posłusznie, nawet nie odwracając głów. Grupa Thomasa Niszczyciela Pułapek słynęła z dyscypliny, jak długie i szerokie były jamy zamieszkałe przez ludzkość. Przynależność do tej grupy stanowiła wielki powód do dumy. Tylko że Eryk został nazwany chłopcem przy innych. Chłopcem, gdy był już w pełni dorosły i gotów do kradzieży.
[38:45] - Dziękujemy, Marku. Ja tylko jeszcze dopowiem, że autorem przekładu, który nieźle ubawił Wiktora, ale o tym za chwilę, jest Robert Pryliński. A tak na marginesie dodam, że z kolei opowiadania Williama Tenna znakomicie w większości tłumaczył Wiktor Bukato. To też znany tłumacz. On tłumaczył i z angielskiego, i z rosyjskiego. To zawsze były dobre literacko tłumaczenia. No cóż, Wiktorze, ja widziałem, obserwowałem cię w trakcie tego, jak Ivellios czytał. Nieźle się bawiłeś. To teraz się wytłumacz.
[39:27] - Nie ma nic wspanialszego według mnie jak radosna literatura. Tak teraz, że tak powiem, ciężar gatunku, wagę odkłada na później, a doraźnie żywi nas po prostu pewną rozrywką, bo ta powieść ma głębię. Natomiast kiedy biegniemy w trakcie, to możemy sobie troszeczkę pochlapać, tak jak się biegnie normalnie po wodzie.
[39:57] - Tak, ale co więcej, jest w tej powieści, w tym fragmencie, którego słuchaliśmy, szereg takich fajnych językowych zagrywek, takich elementów, które już budzą wesołość. Sama gra słów, sama gra pewnych scen albo właściwie pewnych sytuacji. Już sam początek, ta ludzkość licząca tylu i tylu ludzi. Te zestawienia albo to zestawienie słów „kraść dla ludzkości”. Przecież w świetle w ogóle całej książki widać, że autor naprawdę nieźle się bawił.
[40:38] - A jaki był przewidujący. Przecież większość współczesnych biznesmenów to w imię ludzkości po prostu.
[40:45] - Znaczy nazywa się, że kradnie dla ludzkości, a tak naprawdę kradnie zawsze dla tych osób, które lubi najbardziej, czyli dla siebie. Ale zostawmy to, bo to może nie jest temat na dzisiaj. W każdym razie wróćmy do tematu, do tych umarłych jeszcze na chwilę, zanim zajmiemy się już tak na poważnie książką o ludziach i potworach. Do tych umarłych jeszcze chciałbym wrócić, do tego opowiadania, o którym mówiliśmy, czyli „W otchłani wśród umarłych”. Ja ci powiem, że z przyczyn trochę związanych z moją pracą musiałem się ostatnio zainteresować transhumanizmem. I tak się nim interesowałem. Mniejsza o to, z jakiego powodu. I doszedłem do wniosku, jak się przygotowywałem do dzisiejszej audycji, że wtedy, kiedy nikt jeszcze o transhumanizmie właściwie nie słyszał, bo ten termin się pojawił właściwie po raz pierwszy w artykule Juliana Huxleya. To był brat Aldousa Huxleya, tego od „Nowego wspaniałego świata”. On się pojawił w jego artykule właśnie w połowie lat 50.
A w połowie lat 50. ukazała się książka z tym opowiadaniem „W otchłani wśród umarłych”. To raczej taka zbieżność czasowa. Natomiast jeszcze wtedy pewno William Tenn o transhumanizmie nie słyszał. Natomiast doszedłem do wniosku, że to, co dzisiaj wiemy o transhumanizmie i to, co pisał w tym opowiadaniu, o którym rozmawialiśmy, jest zadziwiająco zbieżne. Bo znowu mamy dzisiaj takie czasy, że transhumanizm to jest coś takiego, co niezwykle ludzi ekscytuje. Niektórzy mówią, że to jest nadzieja ludzkości, coś takiego, co jest nas w stanie zbawić i tak dalej. Nie chcę popadać w patos, który nie jest moim patosem, a ciężko się taką ekscytację przedstawia czy nawet w jakiś sposób parodiuje.
[42:54] - Wszyscy się zachwycają. Ja też się zachwycam, bo uważam to za wspaniały pomysł i zresztą tak pisarze zawsze uważali, że to jest jakaś ewentualność. A z drugiej strony jestem przerażony. Zachwycony i przerażony. Sam napisałem kiedyś w 70. latach ubiegłego wieku takie opowiadanie „W cieniu Sfinksa”. Polecam go wszystkim, żeby przeczytali, o czym ono jest. O transhumanizmie. Chociaż ja wtedy tego słowa nie używałem i w ogóle nie wiedziałem, że coś takiego istnieje na świecie.
[43:31] - Napisaliście to opowiadanie. Na początku to było słuchowisko. Napisałeś go z kolegą.
[43:40] - Z Krzysiem Rogozińskim, takim radiowym dziennikarzem. To jest dokładnie o tym, co mówisz. Natomiast z drugiej strony to jest tak: z jednej jest to pewna opcja za i wiele opcji przeciwko. Jak by to powiedzieć... Pieniądz twardy można rozmienić na drobne. Transhumanizm jest w pewnym sensie rozmienianiem na drobne istoty człowieka. Takiej, jaka powstała, jaka jest formowana w tej chwili. Tak, można sobie zostać tam ćwierć rybą, pół ptakiem, pół tasiemcem i tak dalej. Poprzerabiać się i tak dalej. Wszystko bardzo pięknie.
Niby to nas pcha do przodu, ale ja nie jestem wcale pewien, czy do przodu. W pewnym sensie na pewno tak, ale z drugiej strony czy to, co do tego przodu się dopcha, to jeszcze będzie człowiek?
[44:48] - Właśnie. To chwilę. Dla tych wszystkich, którym temat transhumanizmu jest obcy albo niespecjalnie ich do tej pory interesował, to takie krótkie wyjaśnienie, czym jest transhumanizm. To jest taki nurt we współczesnej nauce, współczesnych naukach właściwie, który bardzo dużo obiecuje. Obiecuje człowiekowi nie tylko zwielokrotnienie jego zdolności poznawczych czy intelektualnych, ale też poprawę zdrowia, komfortu życia, kontrolę emocji, a w rezultacie po iluś pokoleniach nawet nieśmiertelność. Bo transhumanizm to jest taki ruch, który postanowił wykorzystywać technologie genetyki, robotyki, informatyki, nanotechnologii do udoskonalania człowieka. Do tego, żeby wprowadzić w nim takie zmiany biologiczne, a czasami nawet jakieś dodatki mechaniczno-elektroniczne, żeby człowiek stał się właściwie prawie równy bogom, żeby nagle ten postczłowiek uzyskał jakieś specjalne umiejętności, takie jak powiedzieliśmy już: długowieczność, superpamięć, jakieś takie elementy, które właściwie zamienią go troszeczkę w takiego nadczłowieka. Dzisiaj temat niemodny z tym nadczłowiekiem, ale coś takiego. Ja obserwuję coś takiego, że bardzo wiele osób zachwyca się tym, że to jest szansa dla ludzkości. Tymczasem bardzo wielu innych myślicieli, takich jak na przykład Fukuyama albo filozof Habermas mówią, że to tak naprawdę jest pułapka.
Że transhumanizm, który obiecuje nam takie wspaniałości, właściwie same dobre rzeczy wydawałoby się, jest tak naprawdę pułapką, która doprowadzi ludzkość gdzieś na skraj zagłady. Dlaczego tak mówią? Otóż mówią, że my patrzymy na te kąski, które na nas czekają. Takie fajne zapowiedzi, co to będzie, jak będzie fajnie, jak będzie znakomicie.
[47:10] - Kiedy będziemy mieli skrzydła, skrzela i będziemy dysze.
[47:15] - Wszystko, co będziemy chcieli, będziemy mieli i będziemy wszechwładni. Patrzymy na to. Tymczasem ci filozofowie, których wymieniłem, bardzo często powołują się na taki argument, który nazywają argumentem śliskiego zbocza. To z angielskiego chyba jest. Albo dla nas będzie łatwiej zrozumiały argument równi pochyłej. I w tych argumentach mówi się o tym, że czasami nie warto ruszać pierwszego kamyka, chociaż wydaje się, że jego ruszenie jest bardzo ekscytujące, bo zapowiada fajne rzeczy. Bo w rezultacie wywołamy lawinę, nad którą nie zapanujemy. Nie będziemy w stanie opanować tej lawiny. I może dlatego właśnie owego kamyka nie warto wyciągać.
[48:06] - Przypomina mi się historia Polski chłopskiej, że tak powiem. Kiedyś chłop siedział na ojcowiźnie z dziada pradziada. Siedział i siedział. Przecież mógł ją sprzedać i pójść w diabły, czyli chwycić ten gorący pieniądz, który dostanie za to, co posiada. I niektórzy tak robili. I co po nich zostało? Nic. Natomiast przetrwali tylko ci, którzy nic nie zmieniając, tylko doskonaląc to, co mieli po ojcach i dziadkach, trwali na tych samych pięciu morgach, na tych paru hektarach ziemi. Czyli ta opcja nagłej zmiany frontu. Można spakować manatki i ze słomą w butach wynieść się do miasta.
Przecież to jest też droga rozwojowa. Po co pisać artykuły ciekawe, nawet zacząć pisać powieści, książki. Wszystko jest w porządku. Natomiast mi się bardziej uśmiecha ten model. Jak mnie pytają — bo ja różne dziwne poglądy wygłaszam — czy jesteś wierzący? To ja wzruszam ramionami. Ja mówię: „Nie wiem, ale mój ojciec był chrześcijaninem, mój dziadek był chrześcijaninem i ja jestem”. Tylko to. Nie zastanawiam się, nie myślę. To jest po prostu mój okop.
Ja w nim siedzę i nie mam zamiaru z niego wychodzić. Jest mi w nim dobrze.
[49:57] - A ja wrócę jeszcze na chwilę do argumentu równi pochyłej, bo nie wiem, czy go do końca dobrze wytłumaczyłem. W tym argumencie chodzi o to, że jeśli nawet jakieś działanie wydaje się usprawiedliwione czy wręcz pożądane, to czasami nie należy go podejmować, gdyż — i tu cytuję — „stanie się ono pierwszym ogniwem łańcucha kolejnych następujących po sobie wydarzeń, z których przynajmniej ostatnie jest trudne lub wręcz niemożliwe do zaakceptowania”. I ci ludzie, którzy nazywają sami siebie biokonserwatystami, czyli przeciwnikami transhumanizmu, uważają, że ludzkość nie powinna popadać w taki ślepy zachwyt nad możliwościami stwarzanymi przez współczesną technologię. Powinni ci ludzie spojrzeć również na odległe skutki swojej aktywności.
[50:45] - Marku, ja lubię takie bardzo konkretne przykłady i tak sobie pomyślałem, że tam było o tych trupach i tak dalej. Sklejaniu i tak dalej. I mniej więcej tak komponowaniu na nowo tego genialnego, wspaniałego człowieka. Otóż jak ja sobie przypomnę wszystkie moje wielkie miłości, gdybym ja je tak wszystkie za życia pozarzynał, z każdej wybrał ten najlepszy kawałek.
[51:12] - Brzmi groźnie.
[51:14] - Następnie zszył to wszystko w jednej postaci. To by była doskonała zapewne postać.
[51:21] - Doskonały koszmar to by był.
[51:23] - Prawdopodobnie byłby to doskonały koszmar.
[51:26] - Doskonały koszmar byłby. Wiesz co? Zapuściliśmy się gdzieś w rejony transhumanizmu, które trochę wynikają z opowiadań Williama Tenna. Ale wróćmy do „Potworów”, a właściwie do „Ludzi i potworów”. Do tego fragmentu, którego słuchaliśmy. Przecież jak przeczytałem ten początek, to już wiedziałem — tak jak mówiłem wcześniej — że tej książki nie zostawię, póki jej nie przeczytam w całości. Ten specyficzny dosyć język, ta historia, która zahacza o fantasy, obiecuje powieść drogi.
[52:01] - I cały czas taki nonszalancki humor.
[52:03] - Nonszalancki humor i nonszalancki język. Nazywanie tych poszczególnych ludzi od różnych ich czynności. Ta stratyfikacja, ułożenie ludzi w tej ludzkości mikro.
[52:19] - Jeśli nas to bawi, to ja sobie wyobrażam, jak to musiało Williama Tenna bawić, kiedy to pisał.
[52:26] - Ja w ogóle jestem zwolennikiem — ja to pewno często, a pewno za często powtarzam w naszych audycjach — że ja bardzo lubię czytać książki, co do których podejrzewam, że autorzy świetnie się przy nich bawili. To tak doskonale widać, jakie książki są takim owocem wyrobnika, który męczył się przy tej książce. Przesadzam, nie męczył się, ale który miał podpisany termin i musiał tę książkę oddać na dany termin, bo gdyby się spóźnił, to zapłaciłby kary umowne. To bardzo często widać taką książkę, że ona jest poprawnie napisana, że jest świetnie skomponowana, ale jakiegoś ducha w niej nie ma. Być może jest to oczywiście bardzo subiektywne moje zdanie.
[53:14] - Pardon, nie jest subiektywne. Weź obiad ugotowany przez kucharza, który ciężko pracuje oraz porównaj z obiadem sporządzonym przez kucharza, który troszeczkę lekką ręką to traktuje, ale z pomysłem na dzisiaj, na chwilę, na te komponenty, które w danym momencie ma i tak dalej. I nagle się okazuje, że ciężkie żylaki na mózgu wcale nie są potrzebne, żeby danie było naprawdę wspaniałe.
[53:47] - Coś w tym jest, to prawda. A czasami się trafiają książki, które widać, że ona jest jakaś taka. Albo to cienkie jest, cienkie w sensie objętości, albo to jest jakaś taka niepozorna książeczka. Bierzesz taką książeczkę do ręki — to oczywiście nie jest reguła — bierzesz taką książeczkę do ręki i nagle okazuje się, że to jest perełka. Ja tak trafiłem zupełnie przypadkowo — już o tym mówiłem — na książkę Williama Tenna o ludziach i potworach. Ja naprawdę nie obiecywałem sobie niczego wielkiego po tej książce, szczególnie po tym fragmencie z okładki, który przeczytałem. I stąd ten mój entuzjazm. Później tylko się w tym entuzjazmie utwierdzałem, bo kiedy dotarłem do fragmentów, w których William Tenn opisuje – trudno to nazwać kontaktami – ale to, kiedy przedstawiciele ludzkości tamtejszej.
[54:46] - Czterdzieści parę osób.
[54:48] - W każdym razie niewielu, obserwuje te potwory, czyli tych gospodarzy, tych obcych. Ja to gdzieś przeczytałem w internecie, ale zgadzam się z tym całkowicie, że troszeczkę masz wrażenie, że drugi stopień zabawy Williama Tenna polega na tym, że on przedstawia tych obcych w takich sytuacjach. Oczywiście ci nasi ludzie postrzegają tych obcych jako takie wędrujące góry troszeczkę, bo taka jest różnica wielkości. Ale kiedy opisuje zachowanie tych obcych, to trochę tak, jakbyśmy oglądali nas, ludzi. A kiedy trafiamy na opisy ludzi, to oni rzeczywiście się trochę zachowują jak robactwo albo jak myszy.
[55:36] - Wszywy pmiot.
[55:38] - Dosyć taki wszywy. Taki dosyć paskudnawy momentami. I coś w tym jest. William Tenn robi to dosyć konsekwentnie. Widać, że on ma pewne założenie, które dosyć konsekwentnie realizuje. Tam jest ten fragment, który ja czytałem, że przeznaczeniem tego człowieka naznaczonego jest sprawić, by człowiek powrócił w kosmos. Trudno sobie to wyobrazić w tej sytuacji fabularnej, z której wystartowaliśmy, że ludzkość to są takie osiłki biegające z pałami, dzidami czy innymi włóczniami oraz parzące się i odbierające kolejne mioty. Jak ci ludzie mają wyruszyć w kosmos? Zaręczam państwu, naszym słuchaczom, że to się nie odbywa w sposób banalny. Oni wyruszają w ten kosmos troszeczkę tak, jak my dzisiaj odbieramy doniesienia, że gdzieś tam na stacji kosmicznej, która krąży nad naszymi głowami – bądź też według niektórych nic nie krąży, ale to jest inna teoria spiskowa, nie na dzisiejszą audycję.
Gdzieś tam na stacji kosmicznej nagle przedostają się jakieś muchy, jakieś owady ni stąd, ni zowąd. Coś tam się pojawia.
[57:01] - Robaczki.
[57:01] - Coś tam się gdzieś dostaje. Troszeczkę w taki sposób ludzkość wyrusza w kosmos. I znowu wszystkich śpieszę uspokoić, że naprawdę niczego tak naprawdę nie zdradzam, nawet mówiąc to, co mówię. W dalszym ciągu książka po pierwsze warta przeczytania, po drugie zaskoczy i to nie raz.
[57:21] - Tutaj akurat wydawcy, którzy tę książkę tak pięknie zareklamowali na ostatniej stronie, ale za to nad tytułem jest jednak hasło najważniejsze: „Mistrzowie SF i fantasy”. Po prostu, bo rzeczywiście William Tenn do tych wielkich mistrzów tamtych lat i współczesnych należy.
[57:48] - Wiesz co, muszę ci teraz zadać pytanie, bo kiedy jak zwykle rozmawialiśmy przed audycją, tak sobie tu przed mikrofonem, troszeczkę pocąc się, czy w ogóle audycja dojdzie do skutku, bo wszystko wskazywało na to, że sprzęt się rozpadnie. Jak nie u Illaeliosa, to u nas, bo jakieś takie awarie się rzeczywiście od pewnego czasu zdarzają i nam, i w Paranormalium.
[58:15] - Nam się nie zdarzają. Mój sprzęt jest w porządku.
[58:18] - Dobrze, to zachowaj to dla siebie. W każdym razie w pewnym momencie powiedziałeś mi, że koniecznie mam ci przypomnieć, więc ci niniejszym przypominam, że koniecznie chcesz powiedzieć o miejscu człowieka w przyrodzie.
[58:34] - Faktycznie, ta książka, jak ją czytałem i słuchałem w tej chwili, przedstawia ludzi jako robaczki jakieś, które żyją w domach gigantycznych potworów, przybyszach. Wszystko jest fajne, natomiast zwróćcie uwagę, że fantastyka naukowa – tego filozofowie nigdy chyba nie dotykali. Filozofowie zastanawiali się nad miejscem człowieka między Bogiem a diabłem, między przyszłością a przeszłością, między wszystkim i tak dalej. Natomiast nigdy się nie zastanawiali nad funkcją człowieka w rzeczywistości, jaką my spełniamy.
[59:35] - To my spełniamy jakąś funkcję?
[59:38] - Właśnie nie wiem. Ja mam do ciebie pytanie: czy pszczółka czy jakakolwiek tego, która się ugaja za miodem i za nektarem, ma jakiekolwiek pojęcie o zapylaniu kwiatów? Ich to nie obchodzi. One latają za miodem. My tak samo piszemy powieści.
[59:59] - Za miodem nie, bo w tym kwiatku miodu jeszcze nie ma.
[01:00:02] - Ale nektar. I pyłek sobie z tego zbiera.
[01:00:07] - Wiem, ja się muszę czepiać.
[01:00:09] - Natomiast spora część polega na tym, że wszystko ma dwa wymiary, bliższy i dalszy. Tę perspektywę. I w tej bliższej perspektywie co nam się na przykład w tej chwili wydaje, co my, Marku, w tej chwili robimy? My siedzimy, gadamy o książce Williama Tenna.
[01:00:32] - Zanudzając naszych słuchaczy.
[01:00:33] - Wydaje się, że to jest rzecz, którą my w tej chwili wykonujemy, a ja wcale nie jestem taki pewien. Widzisz, w trakcie naszych audycji na przykład co pewien czas o 23:00 czy jakiś nasz korespondent-
[01:00:49] - 35.
[01:00:49] - O 35 pisze jakąś uwagę. Nagle odezwie się do nas jakiś przyjaciel z Anglii albo ktoś wyśle nam nowe opowiadanie. To się dzieje poza tą bezpośrednią perspektywą tego, co my w tej chwili robimy.
[01:01:06] - Trzeba przyznać w dodatku, że to są te momenty niezwykle fajne, kiedy się dostaje fajną uwagę, czasami krytyczną, ale fajną uwagę od naszych słuchaczy. Czasami dostaje się świetne opowiadania, a mówię to z przekonaniem i ekscytacją, bo dostaliśmy w ostatnim czasie naprawdę całą masę świetnych opowiadań. Już za tydzień będziecie ich mogli państwo posłuchać. Pojawiło się sporo nowych nazwisk, czego państwo doświadczycie w przyszłym odcinku. Oczywiście wróciły też stare nazwiska, bo pojawi się w następnym odcinku Piotr Prokopowicz z kilkoma swoimi króciutkimi opowiadankami. Ale to są perełki. Chyba najkrótsze z nich liczy 1300 znaków, czyli to w ogóle jest na stroniczkę. Ale to są naprawdę perełki. Pojawią się, tak jak mówiłem, nowe nazwiska. Trochę boleję, bo jeden z autorów, mówiąc krótko, nas olał.
Najpierw przysłał nam opowiadanie, po czym teraz go bombardujemy prośbą o zgodę na publikację i jakoś nie możemy jej dostać. Szkoda, bo opowiadanie, zresztą zamieszczone w jednym z blogów Radia Paranormalium, zatytułowane „Poczekalnia”, jest opowiadaniem, które może w jakichś aspektach nie jest doskonałe, ale opowiadanie przynajmniej zastanawiające czy interesujące. Niestety autor postanowił konsekwentnie milczeć. Jeżeli nas słyszy, to prosimy o jakiś odzew, bo bez dopełnienia formalności nie możemy go na antenę wpuścić.
[01:02:54] - Dlaczego masz z żywymi takie problemy, a z Williamem Tennem już go pozewany?
[01:03:04] - Może właśnie dlatego. Ale powiem jedną rzecz: w następnym odcinku będzie naście opowiadań. Krótszych, dłuższych, ale naście. Ja już widzę w tej chwili przerażoną minę Ivelliosa, który ma wizję, że podobnie będzie katowany jak w ostatnim odcinku. Od razu spieszę donieć, że to nie będzie jednak taki przedział czasowy. Nie, będzie znacznie krótszy.
[01:03:30] - To całe szczęście, bo mój sprzęt jeszcze nie wrócił z warsztatu. Na zapasowym sprzęcie troszeczkę się głupio nagrywa. Słychać chyba, jak komputer stacjonarny udaje odrzutowiec.
[01:03:43] - W każdym razie-
[01:03:45] - Wiesz co, ja znowuż mam uwagę, ale ja mojego sprzętu do żadnego zakładu naprawczego nie wysyłam.
[01:03:51] - Bardzo ci gratuluję. Proszę przyjąć gratulacje. W każdym razie, pomimo tego, że nie będzie to taki kęs ogromny jak w ostatnim odcinku „ABW”, to jednak tych opowiadań będzie sporo. Bardzo różnych, bo mamy tam takie perełki SF, ale mamy też opowiadania absurdalne, ale w zamierzeniu absurdalne. Taki pure nonsens kompletny. Powiem, że to jest nasze nowe odkrycie. Nowy zupełnie autor. Ja jestem zachwycony. Opowiadanie, które jak pierwszy raz przeczytałem, mówię: „Kurczę, co to jest?” Okazuje się, że jak człowiek jest nastawiony na jakąś konwencję jak najbardziej rzeczywistą, to jak przeczyta coś absurdalnego, to mu się wydaje, że to jest bez sensu. Po czym przeczytałem sobie drugie opowiadanie tego autora i doszedłem do wniosku, że taka konwencja jest tego po prostu, że to są świetne kawałki.
Musiałem się po prostu przestawić. Ale to jest kolejne odkrycie następnego odcinka. Ale dobrze, nie gadajmy już o „ABW”, bo „ABW” będzie za tydzień. Zaręczam, że będzie jak zwykle świetnie. Jak się człowiek sam nie pochwali, to może liczyć na pochwały z pewnym odsunięciem.
[01:05:23] - Powiesz, Marku, „ABW” nie jest świetne z naszego powodu, tylko z powodu opowiadań, które tam-
[01:05:28] - My tam jesteśmy takim ględzącym dodatkiem. Tak naprawdę „ABW” jest świetne, moim zdaniem, z tego powodu, że autorzy w to, co piszą, wkładają swoje serce i to od razu można wyczuć. Ale dobrze, zostawmy, tak jak powiedziałem, „Bibliotekarium”. Wróćmy do Williama Tenna. Często podkreślamy, mówimy o tej złotej erze science fiction. Ja tylko powiem, że to znowu jest coś dziwnego, bo William Tenn, jak mówiłem o zbiorkach opowiadań, wyprodukował kilka zbiorków opowiadań w latach 50. Pisał te zbiorki tak od 1955 roku bodajże do 1958. Do 1958 roku napisał trzy zbiorki opowiadań. Później była długa cisza i niezwykle, nie wiem, czy to można tak nazwać, płodnym rokiem okazał się rok 1968, bo wyszły trzy zbiorki opowiadań i dwie powieści. To albo on tak długo to bunkrował u siebie w domu i wydał wszystko za jednym zamachem, albo też jakieś inne czynniki zaważyły.
Bo wtedy, tak jak powiedziałem, trzy zbiory opowiadań, dwie powieści. Później znowu długo nic i w 75. roku wydał swój ostatni zbiór opowiadań. W 75. roku, tak jak powiedzieliśmy, do końca życia już nic nie wydał.
[01:06:59] - Może był wierny muzie, czyli przedtem to było od muzy do muzy, ale potem, jak już nastąpiła ta muza, która mu do końca życia towarzyszyła, to się skończyła twórczość, bo zwykle tak bywa. Muza jest muza. Bez muzy nic nie ma, nic się nie dzieje. Pojawia się muza, jest muzyka.
[01:07:19] - Może.
[01:07:22] - Przynajmniej tak to wygląda. Był wiernym człowiekiem.
[01:07:25] - Wiesz co, ja nie wiem. Mam takie wrażenie, że ci przerwałem, bo ja nic innego nie robię właściwie w tej audycji, tylko przerywam tobie. Zacząłeś mówić o miejscu człowieka w przyrodzie, w rzeczywistości. Czy ty skończyłeś? Czy jeszcze masz coś do dodania?
[01:07:45] - Tylko zagaiłem. To we mnie tkwi od dłuższego czasu. Nie wiem, czy nie od wielu lat. Po prostu absolutnie nie wiem, jaką funkcję pełnimy w przyrodzie. Bardzo realistycznie. Nie wiem, co my w przyrodzie robimy.
[01:08:06] - Ale czy my w ogóle musimy pełnić funkcję? Zobacz, William, a jaką oni pełnią funkcję? Mieszkają w ścianach wielkich domostw. Czy oni pełnią jakąś funkcję?
[01:08:17] - Może, że tak powiem, tamte istoty dzięki temu mają poczucie, że ich coś swędzi.
[01:08:25] - Tak. Robale w naszych domach pełnią funkcję niezwykle istotną. To prawda. Mamy na co polować na przykład albo coś wytruć. To rzeczywiście niezwykła funkcja.
[01:08:39] - Na pewno jest jedna rzecz: nie ma ani jednego elementu w przyrodzie, który nie jest ewidentnie wkomponowany w pewną konstrukcję, czyli coś używa po to, żeby ktoś albo coś miało z tego pożytek. Nie ma takiego elementu. Jedynym takim elementem abstrakcyjnym jak na razie jest człowiek, bo my wiemy, co chcemy dla siebie. Natomiast absolutnie nie mamy pojęcia, co dajemy przyrodzie.
[01:09:20] - Może zgodnie z niektórymi teoriami my nic nie dajemy. Jesteśmy pasożytem tutaj na matce ziemi.
[01:09:27] - Absolutnie to jest abstrakcja. Pasożyty są bardzo użyteczne, bardzo pożyteczne w jakimś wymiarze swojej rzeczywistości. Nie ma w przyrodzie czegoś, co jest tylko i wyłącznie tym pasożytem.
[01:09:41] - Czasami pasożyty albo jakieś robactwo, albo w ogóle jakieś owady się wyradza i nagle jest rój szarańczy. Rój szarańczy nie wiem, czy pełni jakąś-
[01:09:54] - Świetnie czyści w danym momencie.
[01:09:57] - Szarańcza była jakiś czas temu traktowana jednak jako plaga, mimo wszystko, jak się pojawiała.
[01:10:05] - Marku, na pierwszej okładce ostatniego numeru miesięcznika „Wiedza i Życie” jest wielki tytuł: „Wirus”. Czyli my wszyscy wiemy, że to największy wróg ludzkości.
[01:10:19] - Jest taka reklama, że matka mówi do dziecka, że tam są wirusy, a dziecko przerażone krzyczy: „Wirusy!” Jakby to przynajmniej je zjadało już te wirusy.
[01:10:29] - A na okładce „Wiedzy i Życia” jest tytuł: „Wirus – wróg czy przyjaciel?” Nagle się okazuje, że to wszystko nie jest cienką i grubą nicią szyte.
[01:10:44] - Cienką czy grubą?
[01:10:45] - Obojętnie.
[01:10:47] - Tak, ale wiesz, ja ci powiem tak: ja zawsze trochę jak do jeża podchodzę, do takiego mówienia, że ludzkość albo ludzie są do czegoś potrzebni albo do czegoś niezbędni. Ja mam niestety takie jakieś przekonanie niczym nieumotywowane.
[01:11:02] - Wiem, że żeniłeś się dlatego, że ci do niczego nie była potrzebna ta żona.
[01:11:08] - Nie, tak się nie dam nabrać, bo ludzkość sami dla siebie wiemy, do czego jesteśmy sobie potrzebni i w ramach własnych rozliczeń. Po pierwsze, może nie wszyscy, ale część z nas przynajmniej dochodzi do takich wniosków, po co żyje, albo czasami się nam wydaje, po co żyjemy, albo jakieś mamy cele mniejsze, większe. Mamy złudzenie, że wiemy. Natomiast ty zadałeś pytanie szersze, czy my jako ludzie w ogóle do czegoś służymy? Nie mam takiego przekonania. My po prostu jesteśmy.
[01:11:46] - Nie, mi się wydaje, że po prostu jesteśmy, że tak powiem, graczami w ruletkę, którzy grają tak, jak ty mówiłeś. Kochamy się, zabijamy się. To jest nasza ludzka ruletka. Tylko że co pewien czas z tych domów gier z wypchanymi kieszeniami, bo oni coś wygrali albo wychodzą ze łzami w oczach, bo wszystko przegrali. Otóż mi się wydaje, że dla ludzkości ten wymiar przyszłości jest bardzo ważny. Albo wygrana, albo przegrana, albo transhumanizm, albo dupa blada. Nie wiem co. Jest szukanie tego sensu dalekosiężnego, konsekwencji danych wyborów, jakie podejmujemy w dniu dzisiejszym z czymkolwiek: z chemią, biochemią, z medycyną, z socjologią, z literaturą, sztuką. To wszystko jest Ku czemuś zmierza albo czemuś to służy. Dzisiaj, tkwiąc tutaj, na tym kawałku liścia, jak to Lem pisał, jak ten ślimak trzymamy się tego liścia.
My nie możemy wiedzieć, do czego to służy, choćbyśmy nie wiem jak się główkowali, nigdy w życiu nie będziemy wiedzieli. Tak samo jak ten robak lemowski w środku jabłka. Nie wie, że jest w środku jabłka. On żyje we wszechświecie.
[01:13:26] - Dobrze. Wiesz co? To wszystko tak fajnie brzmi, jak ty to opisujesz. Taka wielka perspektywa. Ale co z tego wynika tak naprawdę? Jakbyś miał odpowiedzieć.
[01:13:38] - Strasznie mnie to frapuje. Co jest poza tym.
[01:13:41] - Ale masz jakieś podejrzenia, jakieś intuicje?
[01:13:43] - Nie mam. Uważam, że nie mogę mieć. Nie dam rady. Choćbym nie wiem jak główkował, to jestem jak ten ślimak albo jak ta pszczółka.
[01:13:51] - Czyli kombinujesz na ślepo.
[01:13:53] - Na ślepo.
[01:13:54] - Zadajesz pytania.
[01:13:55] - Zadaję pytania.
[01:13:55] - Czyli jak filozof rasowy. Pyta. Nawet nie oczekuje odpowiedzi.
[01:14:02] - Bo według mnie być nie może. Natomiast to, że odpowiedzi być nie może, nie zwalnia nas od obowiązku zadawania pytań. Jednak pytanie jest pewnym elementem wiedzy, ogromnym elementem wiedzy. Może odpowiedzi nie być. Tak jak na pytanie, czy Bóg istnieje albo czy diabeł istnieje. Odpowiedzi może nie być, ale pytanie ważną rzeczą.
[01:14:34] - Wiesz co, jak zadajesz takie pytanie czy Bóg jest, czy nie, czy może być, czy nie może być, to powiem ci tak: to jest najprostszy sposób, żeby wywołać w danym towarzystwie jakąś dziką awanturę albo przynajmniej jakąś niezdrową dyskusję, bo na to pytanie właściwie nie ma odpowiedzi. Mocno podejrzani są zawsze dla mnie ludzie, którzy wiedzą.
[01:15:03] - A ja wiem.
[01:15:04] - Ale w którą stronę wiesz? Bo dla mnie równie podejrzani są ci, którzy wiedzą, że jest, jak i ci, którzy że nie ma. To jest zawsze mocno podejrzane, bo wyobraźmy sobie taką sytuację. Kiedyś w związku radzieckim udowadniano, że Boga nie ma, bo Gagarin poleciał na orbitę i tam Boga nie zobaczył. Tylko jakoś nikt wtedy nie chciał widzieć.
[01:15:23] - W tych średniowiecznych rysunkach, w tych rycinach był facet, który doszedł do krańca świata, wyttenął głowę przez tego i zobaczył gwiazdy, a Boga tam też nie było.
[01:15:32] - Widzisz, to jest stary numer, bo ta rycina wcale nie pochodzi ze średniowiecza.
[01:15:37] - Ja tak mówiłem.
[01:15:39] - Wszyscy tak ją kojarzą, że ten facet wyglądający poza tę kopułę, poza sferę, że to jest jakiś sztych średniowieczny, a nie jest. Zalęczam, że nie jest, bo sobie to sprawdziliśmy w swoim czasie. To jest taka pułapka. On jest znacznie późniejszy i nie pamiętam w tej chwili, czy pochodzi z XIX wieku, czy z początku XX. W każdym razie nie jest tak stary, jakby się mogło wydawać.
[01:16:10] - On się pojawił wtedy, kiedy się pojawił druk, czyli warto było coś wydrukować, więc wydrukowano taki obrazek.
[01:16:17] - Nie, druk się pojawił wcześniej. Gutenberg sobie to trzaskał troszkę wcześniej, ale to jest gdzieś koło XIX wieku. W każdym razie ja powiem tak: w tym związku radzieckim próbowano udowodnić, że Boga nie ma. A jak miał być, kiedy bardzo wielu myślicieli, filozofów, nawet niezwiązanych z tym nurtem teistycznym, mówi o tym, że jeśli przyjmiemy to, że Bóg jest, to my go nie znajdziemy w naszym świecie, choćbyśmy cały wszechświat przelecieli od końca do końca. Bo jeśli jest tak, jak to opisują rozmaite religie, to Bóg jest czymś zewnętrznym dla naszego wszechświata. Choćbyśmy atom po atomie przejrzeli, to tutaj Boga nie znajdziemy. Jest czymś na zewnątrz naszego wszechświata, nie ma do niego dostępu. Nie ma po prostu.
[01:17:07] - Widzisz, Marku. Odpowiedziałeś mniej więcej. To była taka trochę pułapka.
[01:17:14] - Czuję się złapany.
[01:17:16] - Złapałeś się, bo odpowiedziałeś na moje pytanie. Tej funkcji, jaką my pełnimy w rzeczywistości. A to jest dokładnie ta sama odpowiedź. Odpowiedzi nie ma, gdyż to jest poza naszym. Ta funkcja, którą my pełnimy, jest poza naszą rzeczywistością. My tego nie wiemy i nie możemy wiedzieć. Tak jak mrówka nie może wiedzieć, do czego służy jad kwasu mrówczany.
[01:17:47] - Może w każdym bądź razie posłużyć. Ale mrówka nie wie też kilku innych rzeczy, że na przykład gdzie buduje swoje mrowisko, że na przykład jest ruchliwa autostrada. Nigdy się tego nie dowie. Zresztą wiesz, ktoś nam w tej chwili powie, że znowu dwa stare osły dyskutują o rzeczach niebywałych, bo mrówka w ogóle nie myśli, więc nie ma powodu, żeby z czegokolwiek zdawała sprawę. Podajemy sytuację raczej teoretyczną. To nie o to chodzi.
[01:18:18] - Mrówka nie myśli, ale ja wcale nie jestem pewien, czy ten rój nie zdaje sobie jakoś sprawy.
[01:18:27] - Właśnie. Dochodzimy do tego, o czym mówił w swoim czasie, ale to wielu innych badaczy. Był taki badacz Wilson, o Wilson, jeśli dobrze pamiętam. On napisał „Społeczeństwa owadów”.
[01:18:42] - Czytałem tą książkę.
[01:18:43] - Później, ale wiesz. To była książka ciekawa. Opisał wszystkie owady. Wszystkie może nie, ale sporo gatunków owadów społecznych. Natomiast później ten sam autor zasłynął teorią socjobiologii. Z tym był szał w latach 80. W Polsce to był po prostu szał. Gdzie nagle po tym marksistowskim trzepaniu mózgów nagle pojawiło się coś nowego. Coś, co tłumaczyło świat nieco inaczej. Właśnie takie odwołanie do pewnej osobowości roju i tak dalej.
Akurat nie tylko o to chodzi w tym wszystkim, ale gdzieś tam się pojawia ten temat już w tej pierwszej książce o społeczeństwach owadów. Czy przypadkowo nie jest tak, że właśnie takie mrowiska, takie termitiery czy podobne owady społeczne-
[01:19:42] - Co taka za przewrotem ludzkość.
[01:19:46] - Czy te owady i ta ludzkość nie ma czegoś takiego jak świadomość zbiorowa? Ciężko oczywiście odpowiedzieć wprost czy odpowiedzieć jakoś jednoznacznie, ale czasami człowiek, kiedy obserwuje te społeczeństwa owadów, ma takie podejrzenie. Oczywiście pojedyncza mrówka z naszego punktu widzenia jest głupia i to nawet bardzo. Już patrzymy, jak się zachowuje mrowisko, to już jest troszeczkę inaczej.
[01:20:21] - Oj Marku, ale popatrz z górnego rzędu na stadionie na piłkarzy grających w piłkę nożną. Żaden z nich sam nie wstrzeli braki.
[01:20:30] - No chyba, że jest bardzo wybitny.
[01:20:33] - No ale chyba, że przed nim nikogo nie będzie. Natomiast to, jak działa ta mini społeczność, ta drużyna, to jest coś poza jednostką. Przecież to nie tylko dochodzi ta jedenastka, ale również jeszcze trener, jeszcze ten muzy, które zostały w domach i wiele innych rzeczy. To jest model pewnego społeczeństwa, drużyna jako tego. Tak samo działają oddziały wojskowe, potrafią funkcjonować i potrafiły zawsze. Tak samo grają zespoły muzyczne albo tylko my piszemy samodzielnie.
[01:21:16] - No właśnie. Pisarze to jednak ludzie, którzy nie działają zespołowo.
[01:21:22] - Nie do końca, bo ostatnio przecież nasz autor kochany Cichoń wziął i dokończył opowiadanie napisane przez kobietę.
[01:21:32] - Ale po pierwsze to był wypadek jednostkowy, a poza tym kończył je jednak samodzielnie. Chociaż, żeby z kolei samemu sobie zaprzeczyć, co czynię z wyjątkową pasją, zdarzały się w historii pisania takie wydarzenia, kiedy ludzie podejmowali zbiorowy wysiłek. Na przykład takie zbiorowe pisanie powieści odbywało się w swoim czasie w miesięczniku „Fenix”. Kiedy z numeru na numer zbiorowym wysiłkiem powstawały kolejne części. Notabene jak już jesteśmy przy „Feniksie”, to warto powiedzieć, że „Fenix” na razie jeszcze nie w postaci periodyka, ale w postaci antologii reaktywował się. Takim człowiekiem sprawcą, który mocno koło tej inicjatywy chodził i nie tylko chodził, a także ją mocno promował, jest nasz dobry znajomy Krzysztof Sokołowski. Wspaniały tłumacz między innymi Kinga, ale nie tylko Kinga, bo również Roberta Silverberga. Warto o tym powiedzieć. W każdym razie warto pamiętać o tym, że „Fenix” się reaktywował. Na razie w postaci antologii wydawanej co jakiś czas.
Niemniej jednak ta antologia gromadzi naprawdę bardzo ciekawych autorów.
[01:23:07] - Nie do końca gromadzi, bo cholera jasna, nie mogę znaleźć opowiadania, które mu obiecałem, więc cały czas mnie tam brakuje. Gdzieś mi się w komputerach zaplątało. A miałem takie świetne opowiadanie pod tytułem „Koniec warkocza”. Nie mogę go znaleźć. Ale gdzieś tam się znajdzie może.
[01:23:26] - Mam nadzieję, bo ty masz dużą zdolność do gubienia swoich opowiadań w swoich własnych komputerach. Przypomnę, że w ten sposób zniknęła przynajmniej jedna powieść, przynajmniej dwie powieści.
[01:23:40] - Trzy, cztery. Kupę opowiadań.
[01:23:44] - To wyjątkowa zdolność.
[01:23:45] - To nieważne specjalnie, jak już się coś stworzyło. A jeśli jeszcze przypadało to na okres w historii naszej ojczyzny, kiedy nic na tym nie można było zrobić, bo nie się nie dostał, to wzruszało się ramionami.
[01:24:02] - Ale gdybyś przechował do dzisiaj, to może byś coś zarobił. A tak po pierwsze możesz dzisiaj tylko opowiadać te historie. To czynisz i chwała ci za to, ale czasami trochę żal.
[01:24:14] - Wiesz, te utwory spełniły to, co prawdopodobnie spełniły utwory Williama Tenna w jego życiu. Po prostu ukształtował jego umysł taki, jaki został, a potem już nie musiał. Ja też nie.
[01:24:36] - No dobrze, jak nie musisz, to nie musisz. Natomiast trochę żal. W każdym razie co by nie powiedzieć, to wracając do tych owadów, o których mówiliśmy, do tych społeczeństw, to ja ci powiem, że to jest dosyć frapujące. Tylko do czego to tak naprawdę prowadzi? Do tego, że my jako ludzkość w pewnym momencie zaczniemy się tak jak owady zachowywać? Do tego tak naprawdę ten transhumanizm może doprowadzić? Bo ja czasami mam takie podejrzenie, że w gruncie rzeczy, kiedy obiecuje się to, jest to nawiązanie do tej lawiny, o której mówiłem, do tej równi pochyłej. Czasami obiecuje się nam wspaniałą pamięć, niezwykłe możliwości, skrzydła, skrzela i tym podobne. Nieśmiertelność prawie. Haczyk, który ma nas w kierunku transhumanizmu pociągnąć.
A może tak naprawdę nie chodzi o to, żebyśmy mieli fajnie, tylko żebyśmy się stali taką masą myślącą.
[01:25:35] - Marek, pies pogrzebany jest tutaj, według mnie, w momencie pewnej równowagi, taka jaka w ewolucji człowieka zaistniała. Otóż równowagi między jego istotą społeczną a indywidualizmem jednostek. Jeśli ta równowaga w drugą stronę zostaje naruszona, kończy się historia człowieka na Ziemi albo kończy się historia tej cywilizacji. Po prostu nie może być tak, żeby społeczeństwo stawało się wrogiem jednostki. Tak samo, jak nie może być jednostka wrogiem społeczeństwa. To wszystko jest bardzo cienka linia między jednym a drugim, a wiele wskazuje na to w dzisiejszych czasach, że przewaga jest po stronie społeczeństwa. To znaczy właściwie my wszyscy musimy tańczyć tak, jak nam społeczeństwo gra.
[01:26:44] - Wiesz co? Ale z drugiej strony, kiedy ty takie wątpliwości zgłaszasz, kiedy mówisz o tym, o czym mówisz, to ja ci odpowiem na to tytułem opowiadania Williama Tenna. To jest ludzki punkt widzenia. Tak byśmy to zdefiniowali. Nie mówię o tym, że kiedy doszedłeś do społeczeństwa, tylko że czy tak musi być i kiedy się zastanawiamy nad tym. Bo tak my dzisiaj myślimy bardzo często. Nie chcemy być cząstką masy, chcemy być indywidualnościami. Sam bym nie chciał wtopić się w tłum i tak dalej. Każdy z nas ma potrzebę indywidualności. Ale może taka jest przyszłość, że się mamy stopić w coś.
[01:27:23] - Ja nie wiem, co oznacza słowo ludzki punkt widzenia, bo ludzki punkt widzenia to jest równocześnie punkt widzenia nasz, Marku oraz ludzkim jest mój punkt widzenia. I to, i to jest ludzkim punktem widzenia.
[01:27:41] - Tak, to prawda. Tylko że kiedy jest bliższe, czy kiedy mówisz ludzki punkt widzenia, mówisz ludzki, a myślisz mój tak naprawdę. Owszem, w sensie takim czysto językowym, to rzeczywiście, kiedy mówimy, że jakaś zbiorowość podjęła decyzję, to też jest ludzki punkt widzenia. Ale tak jak odwołamy się do tego, jak myślimy na co dzień, ludzki punkt widzenia to tak naprawdę jest mój punkt widzenia, twój punkt widzenia, ale on jest zawsze czyjś, czyjś konkretny. My bardzo rzadko jako ludzie myślimy w kategoriach zbiorowości. Jeszcze nie myślimy zbiorowością.
[01:28:29] - Bo zbiorowość nie myśli.
[01:28:31] - Komuniści chcieli, żeby zbiorowość zaczęła myśleć i żeby to taka jednolita masa ugnieciona była. To by było super z ich punktu widzenia. Na szczęście się nie udało.
[01:28:41] - Ale nie, jak to się nie udało? Udaje się z dnia na dzień coraz lepiej.
[01:28:45] - Ale to już nie komunistom, tylko temu, co się teraz. Teraz ugniata nas ktoś zupełnie inny. To już kwestia tego, kto tak naprawdę to robi. Natomiast rzeczywiście przyznaję ci rację. My jako społeczność, chociażby internetowa społeczność, w bardzo wielu momentach sami się możemy złapać na tym, że poddajemy się różnym odczepnym. Coś czytamy, jakiś tytuł, jakiś clickbait się pojawia i nagle pyk, pykamy, bo nie możemy się powstrzymać. Ale to jest dopiero początek pewnej drogi, bo dzisiaj już spece od różnego rodzaju kombinowania wpadli na to, jak sterować pewnymi zachowaniami. Oczywiście w przypadku jednostek bardziej dociekliwych czy bardziej wnikliwie traktujących różne informacje, to się jeszcze nie zawsze udaje. Taka manipulacja internetowa czy takie zanęcenie. Są coraz lepsi w tym, co robią, w takim manipulowaniu ludzkością.
Za duże słowo ludzkością. Manipulowaniu ludźmi za pomocą środków czy to masowej informacji, czy dezinformacji, czy internetu. Jakkolwiek to będziemy nazywać, to coś w tym takiego jest.
[01:30:03] - Bo my w społeczeństwie pełnimy po prostu właściwie tylko jedną, jedyną dzisiaj rolę, czyli rolę konsumencką, a konsumentem można sterować do woli, jak się chce i tutaj to są rzeczy proste i łatwe do wyobrażenia. Natomiast troszeczkę gorzej, jednak trudniej sterować indywidualnością, więc skoro trudno, należy się jej pozbyć po prostu, a przynajmniej ograniczyć jej efektywność albo intensywność tego indywidualizmu, czyli po prostu wychodzą klocki w szkole te same na boisku i tak dalej. Wtedy pięknie wszyscy gramy w piłkę nożną.
[01:30:52] - Ja tu tradycyjnie w tej chwili rzucam okiem na czat w radiu i to nasza krótka wycieczka w kierunku spraw boskich wzbudziła pewien oddźwięk na czacie. Ja powiem tak, ja zawsze, kiedy poruszam temat związany z Bogiem, to zawsze wiem, że to wzbudzi pewien odzew, ponieważ my zawsze gubimy się w słowach. Ja również się zaczynam gubić w słowach, bo to jest tak: jak coś jest nam bardzo trudno opisać, to my właśnie uciekamy się do różnych paradoksów, do różnych przenośni. Kombinujemy, jak to opisać. Albo jest wszędzie, albo jest nigdzie, albo jest tam, albo nie ma. Tej zasady, że Ja zakładam, że jeśli jest nasz wszechświat, nasz świat, to Bóg będzie czymś zewnętrznym. Ale równie dobrze można przyjąć, tak jak tu niektórzy uczestnicy czatu mówią: a może tak wcale nie jest? Może to jest moje tylko głębokie, ale całkowicie błędne przekonanie, że Bóg jest czymś zewnętrznym, transcendentnym dla świata, wszechświata, a może on jest jednak w naszym świecie, gdzieś tu przenika wszystko.
[01:32:05] - Nie w naszym świecie, ale tym światem.
[01:32:08] - O, właśnie! Tego mi jeszcze brakowało. A może jest tym światem? Bardzo fajnie, że sobie o tym rozmawiamy. Natomiast na pewno nie dojdziemy do konkluzji, a już z całą pewnością nie dojdziemy do ujednolicenia stanowisk, że przyznamy sobie rację albo powiemy, że wiemy, jak jest i niech tak zostanie. Dzięki temu jeszcze niejedna dyskusja, nie tylko w Radiu Paranormalium, się będzie toczyła, bo to jest zawsze temat, który w jakiś sposób ekscytuje. Mnie w każdym razie ekscytuje. To nie ekscytuje dlatego, żeby sobie pogadać, tylko dlatego, że to jest rzeczywiście taki temat, przy którym można gadać i tak się za dużo nie dowiemy z tego wszystkiego.
[01:32:58] - Bardzo często to w ogóle zbacza od Boga, zbacza na religię albo na aktualny taki czy inny kościół.
[01:33:06] - A w końcu kończy się na tym, że ksiądz ma dzieci albo coś takiego i w ogóle nie rozmawiamy na temat.
[01:33:13] - Dla anegdotki à propos tego tematu, miałem niedawno, Marku, chyba nawet zadzwoniłem do ciebie taki zachwycony, jaki miałem sen. Śniło mi się, że coś się w Europie dziwnego dzieje.
[01:33:25] - Ja wiem.
[01:33:26] - Ludzie ze sobą rozmawiają, ktoś do mnie wpada, ktoś przyjeżdża, dostaję jakieś maile i tak dalej. Moi dzieci się gdzieś wybierają. Ja mówię: „Gdzie? Co się dzieje?”. I tak czuję, że coś się dziwnego dzieje. I nagle zrozumiałem, o co chodzi w tym śnie. Otóż Europa podjęła inicjatywę.
[01:33:49] - Rany boskie, już się boję.
[01:33:50] - Postanowiła odbić Bizancjum.
[01:33:52] - O rany. Proszę.
[01:33:54] - Taki sen miałem.
[01:33:55] - Kolejne wyprawy krzyżowe. Ciekawe, czy zostanie zachowana numeracja. Wiesz, mamy bogatą tradycję. Jakby tak się nagle pojawiła kolejna w numeracji, to byłoby ciekawie. Wiesz co? Tak gadamy, to czas może trochę na literaturę. Stanowczo.
[01:34:15] - William Ten nas rozbawił ewidentnie.
[01:34:18] - William Ten poza tym.
[01:34:22] - Jeszcze raz w żyłę dajmy.
[01:34:24] - A zatem drugi odcinek powieści Williama Tenna „O ludziach i potworach”. Marku, prosimy.
[01:34:37] - Rozdział drugi. Szczep zebrał się w centralnej i zarazem największej z jam, oświetlanej olbrzymimi wiszącymi lampami, które mogły się zmieścić tylko w tym pomieszczeniu. Oprócz kilku strażników pilnujących zewnętrznych korytarzy była tu cała ludzkość. Ponad setka osób, co tworzyło jedyny w swoim rodzaju widok. Na niewielkim podeście zwanym Kopcem Tronowym rozsiadł się Franklin, ojciec wielu złodziei, wódz ludzkości. On jeden pośród tych srogich wojowników wyróżniał się wielkim brzuchem i obwisłymi mięśniami, bo tylko on cieszył się przywilejem próżniaczego życia. W porównaniu z otaczającymi go potężnie zbudowanymi kapitanami grup wyglądał niemal jak kobieta, a mimo to jeden z przydomków, który oficjalnie nosił, brzmiał po prostu „Mężczyzna”. I zaprawdę mężczyzną pośród ludzkości był Franklin, ojciec wielu złodziei. Świadczył o tym zarówno szacunek, z jakim traktowali go stojące wokół kopca wojownicy, jak i pełne uwielbienia spojrzenia kobiet stojących po przeciwległej stronie jamy w szeregach zgodnych z hierarchią stowarzyszenia kobiet. Świadczyły o tym pełne wyższości i pogardy spojrzenia, które rzucała im Otylia, pierwsza żona wodza, jak i wreszcie rysy twarzy dzieci stojących opodal w bezładnej ciżbie, których większość w mniejszym lub większym stopniu nosiła podobieństwo do rysów twarzy Franklina.
Wódz klasnął w dłonie trzy razy głośno i dobitnie. „W imieniu naszych przodków” — odezwał się — „i przywołując ich wiedzę, dzięki której władali ziemią, ogłaszam radę za otwartą. Niech zakończy się ona uczynieniem jeszcze jednego kroku ku odzyskaniu dawnej mądrości i chwały. Kto domagał się zwołania rady?”. „Ja” — Thomas, niszczyciel pułapek, wystąpił ze swojej grupy i stanął przed wodzem. Franklin skinął głową i zadał następne przewidywane ceremoniałem pytanie: „Jaka była tego przyczyna?”. „Jako kapitan chcę przedstawić kandydata na mężczyznę. Jest nim Eryk Jedynak, członek mojej grupy i zarazem mój siostrzeniec. Nosił ze mną włócznię przez wymagany zwyczajem czas i został zaakceptowany do inicjacji przez stowarzyszenie mężczyzn”. Usłyszawszy swoje imię, Eryk poczuł dreszcz przeszywający jego ciało.
Częściowo wiedziony własną wolą, a częściowo reagując na zachęcające kuksańce pozostałych wojowników grupy, wystąpił z szeregu, stanął obok wuja i spojrzał odważnie w twarz wodza. Był to najważniejszy moment w całym jego życiu i z trudem tylko udawało mu się utrzymywać nerwy na wodzy. Znajdowało się tu tak wielu ludzi, wszyscy zebrani w jednym miejscu. Wielcy i słynni wojownicy posiadający tak rozległą wiedzę, przepiękne kobiety, sam wódz. A wszystko to zaledwie w kilka chwil po usłyszeniu straszliwej tajemnicy wuja. Nie zdołał jeszcze uporządkować myśli, a musiał wszak zachować jasność umysłu. Zaraz będzie udzielał odpowiedzi na kilka pytań i nie może przy tym popełnić najmniejszego błędu. „Eryku Jedynaku” – zaczął wódz. – „Czy chcesz ubiegać się o status mężczyzny?” Eryk z trudem wypuścił powietrze i odparł lekko drżącym głosem: „Chcę”. „Jaką wartość będziesz miał dla ludzkości, gdy staniesz się mężczyzną?” „Będę kradł dla ludzkości każdą rzecz, jaka będzie jej niezbędna.
Będę bronił ludzkości przed wszystkimi obcymi. Zwiększę stan posiadania i wiedzę społeczności kobiet, aby stowarzyszenie kobiet mogło pomnażać potęgę i dobrobyt ludzkości.” „I jesteś gotów przysiąc, że tak będziesz czynił?” „Jestem gotów przysiąc, że tak będę czynił.” Teraz wódz zwrócił się ponownie do wuja Eryka: „Jako jego protektor, czy poświadczysz tę przysięgę? Czy zaręczysz swoim słowem, że jest godzien zaufania?” Z ledwo uchwytną nutką sarkazmu w głosie Thomas Niszczyciel Pułapek odparł: „Tak. Poświadczam jego przysięgę i zaręczam swoim słowem, że jest godzien zaufania.” Trwało to zaledwie chwilę. Ulotny moment, kiedy spojrzenie wodza skrzyżowało się ze spojrzeniem Thomasa. Ale Eryk, mimo iż zaprzątnięty czymś zupełnie innym, wyczuł niezwykłe napięcie, jakie zaiskrzyło w powietrzu. Wódz jednak natychmiast odwrócił wzrok i wskazał kobiety stojące po przeciwnej stronie jamy. Został zaakceptowany jako kandydat na mężczyznę. Teraz jednak kobiety muszą poddać go próbie, albowiem tylko kobieta może dać mężczyźnie męskość. Pierwsza część zakończyła się i nie poszło najgorzej.
Eryk odwrócił się i spojrzał na zbliżające się przywódczynie stowarzyszenia kobiet. Prowadziła je Otylia, pierwsza żona wodza. Dopiero teraz miała nadejść ta część ceremonii, której naprawdę się obawiał. Część należąca do kobiet. Jak to było w zwyczaju teraz, gdy one się zbliżały, wuj i mentor opuścił go. Thomas Niszczyciel Pułapek powiódł swoich wojowników do stóp kopca tronowego, gdzie tak jak wszyscy zebrani mężczyźni skrzyżowali ręce na piersiach, by przyglądać się w milczeniu temu, co za chwilę miało nastąpić. Albowiem mężczyzna może udowodnić swoją męskość tylko będąc sam. Gdy ma do czynienia z kobietami, przyjaciele mu nie pomogą. To nie będzie łatwa sprawa, doszedł do wniosku Eryk. Miał nadzieję, że przynajmniej jedna z żon jego wuja znajdzie się pośród egzaminujących.
Obie były miłymi kobietami i lubiły go. Często też rozmawiały z nim o tajemniczych zajęciach kobiet. Ale teraz naprzeciw niego stały trzy inne kobiety o srogich twarzach, a z ich oczu czytał wyraźnie, że mają zamiar bardzo poważnie potraktować zbliżającą się próbę. Rytuał rozpoczęła Sara Lecząca Chorych. Obeszła go wkoło czujnym krokiem, z dłońmi opartymi na biodrach, a jej olbrzymie piersi kołysały się miarowo. Spoglądała na Eryka z wyraźną pogardą. „Eryku Jedynaku” – zaczęła, a po wypowiedzeniu tego słowa zamilkła na moment, jakby to, co powiedziała, wydało jej się niepojęte. – „Eryku Pojedynczy. Eryku, jedyne dziecko tak swojej matki, jak i swego ojca. Twoi rodzice spędzili ze sobą zaledwie tyle czasu, by spłodzić jedno dziecko.
Czy to jednak wystarczyło, by spłodzić zarazem mężczyznę?” Rozległy się głośne chichoty, najpierw wśród dzieci stojących w oddali, a potem także znacznie donośniejsze od strony tronowego kopca. Eryk poczuł, jak jego twarz i szyja oblewają się purpurą. Za taką obrazę wezwałby na pojedynek na śmierć i życie każdego mężczyznę. Każdego, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Ale nie mógł przecież podnieść ręki na kobietę. Taki czyn przypłaciłby życiem. Poza tym jednym z podstawowych celów tej próby było udowodnienie, że potrafi kontrolować swoje emocje. „Tak sądzę” – odpowiedział wreszcie po długiej chwili milczenia. – „I jestem gotów to udowodnić.” „Udowodnij więc” – warknęła kobieta. Jej prawa ręka, uzbrojona w długi, naostrzony kolec, wystrzeliła ku niego piersi jak włócznia.
Eryk napiął mięśnie, starając się skupić myśli na czymś zupełnie innym i odległym. Tak radzili mu starsi mężczyźni. Właśnie to należało zrobić w tym momencie próby. To nie ciebie ranił ostry kolec. Ty, twój umysł, twoja osobowość, twoja dusza były w tej chwili w zupełnie innej części jamy. Przyglądały się po prostu temu bolesnemu rytuałowi, którego dokonywano na jakimś obcym ciele. Kolec wbił się lekko w jego tors. Zatrzymał się. Cofnął. Sondował różne miejsca, aż wreszcie znalazł nerw w ramieniu.
Tam prowadzony z całą wiedzą, jaką posiadała na temat ludzkiego ciała Sara Lecząca Chorych, nakłuwał i wwiercał się w ten delikatny obszar, aż Eryk miał wrażenie, że jego zacisnięte z całej siły zęby skruszą się na pył. Nie krzyczał. Jego zwarte pięści drżały w paroksyzmie bólu, ale siła woli utrzymywała ciało nieruchomo. Nie poruszył się, nie uniósł ręki, aby się bronić. Sara Lecząca Chorych cofnęła się o krok i przyjrzała mu się z uwagą. „Nie ma tam jeszcze mężczyzny” powiedziała dobitnie. „Ale być może zaczyna się on rodzić.” Teraz mógł się rozluźnić. Próba fizycznej wytrzymałości była za nim. Czekała go jeszcze inna, dużo później, gdy zakończy sukcesem swą kradzież, ale ta będzie dokonywana przez mężczyzn jako część przynoszącego chwałę ceremoniał pasowania na wojownika. Wiedział, że przystąpi do niej z wielką radością.
[01:44:21] - Dziękujemy Marku. To kolejny odcinek za nami.
[01:44:29] - Jak tego słuchałem, to mi się skojarzyło, że właściwie do czego służy nasza współczesna i w ogóle przez cały czas medycyna? Medycyna przecież dzisiaj to już może troszeczkę mniej, ale tak samo jest potwornie bolesna. W dawnych lazaretach się po prostu zwykłą piłą piłowało kości, czyli pasowało nas na mężczyznę.
[01:44:57] - Przeżywalność była tam skromna, powiedziałbym.
[01:45:00] - Ale była. Kto przeżył, ten był silnym mężczyzną.
[01:45:04] - Nawet bardzo silnym mężczyzną.
[01:45:07] - Dzisiaj moja córa, która medycynę właśnie skończyła, mówiła, że brała udział w takich, gdzie rurę wtykają do-
[01:45:18] - Gastroskopia.
[01:45:19] - Gastroskopii, tak. I ona mówiła: „Gastroskopia jest, jaka jest.” To wielu ludzi wie, ja również. Natomiast ona mówiła, że brała udział w takim spektaklu, kiedy malutkie dzieci się poddaje temu obrzędowi. I ona mówiła do mnie: „Tata, ty nie masz pojęcia, jak to wygląda. Rodzice nie mają prawa brać udziału w takim spektaklu. To dziecko jest jak mucha nawleczona na igłę, na szpilkę. Jest opętane przez demona zupełnie. Dokładnie, jakby diabeł się ujawniał, bo to dziecko nic nie rozumie, tylko jest poddawane obrzędowi leczenia, czyli pasowania na użytecznego dla społeczeństwa człowieka, żeby jeszcze był zdrowy i się nadawał do roboty i tak dalej.” Czyli medycyna właściwie pasuje nas na pełnoprawnych obywateli, na tych, którzy się nadają do życia i do produkcji.
[01:46:22] - W książce Williama Tenna medycyna jest znacznie prostsza. Jest Sara, o ile dobrze pamiętam, lecząca ludzi.
[01:46:30] - Tak.
[01:46:31] - Medycyna jest prosta, jak wszystko w tym świecie zresztą, który William Tenn opisuje. Wszystko jest tam dosyć proste. To jest też dosyć ciekawe, że w naszym świecie wszystko jest skomplikowane. Czego się nie dotkniesz, jest skomplikowane. Nie ma właściwie prostych spraw. Można dzielić włos na czworo, ale można go dzielić dalej. Natomiast tam ta cywilizacja, ta ludzkość tamtejsza żyje bardzo prosto. Zobacz, jakie proste zasady są. Daleki jestem od tego, żeby teraz powiedzieć coś takiego, że: „Jacy oni szczęśliwi”, bo wcale nie są tam szczęśliwi. Ta ludzkość szczęśliwa jest średnio, ale zobacz, jak mniej skomplikowana jest ich codzienność.
[01:47:26] - Wiesz, nie wiem, ale bardziej mi się podoba to od współczesnego świata, dlatego, że po prostu sprawy są jasne i proste.
[01:47:34] - Ja wiem, tobie się bardziej podoba to, że jakbyś żył w takiej ścianie i obserwował obcych, to by ci dopiero pasowało. To by było ekscytujące i ciekawe, a nie to rąbanie w Fallouta. To jest właśnie coś takiego. Zarzucając tobie, to właściwie zdradziłem swoje marzenia, bo ta książka, poza tym, że się nieźle przy niej bawiłem, niezwykle pobudziła moją wyobraźnię. Ja sobie przez długi czas wyobrażałem, jak by to było żyć rzeczywiście w takich warunkach, jak żyła ta ludzkość z książki „O ludziach i potworach”. Bardzo mi się to podobało. To niezwykle plastycznie było opisane i bardzo działało na moją wyobraźnię. Ja przez długi czas sobie wyobrażałem różne sytuacje, jak by to mogło być, jakbym żył w ścianie takiego wielkiego domostwa. Przyznam, że to obsesja.
[01:48:30] - Ja właściwie mam takie dziwne, będę bredził chyba, ale ja mam takie wrażenie, że-
[01:48:35] - No to dalej.
[01:48:35] - Żyjemy dokładnie.
[01:48:37] - O!
[01:48:37] - Ludzie albo coś prostują, albo komplikują. Ja lubię upraszczać i właściwie sztuka powinna ku temu dążyć. Bez przesady z cackaniem się i skomplikowaniem rzeczy. Jak ja czasami czytam albo słucham interpretacji tego, jak funkcjonuje nasza cywilizacja, jak funkcjonuje nasze życie, to wszystko jest straszliwie skomplikowane. Cywilizacja, socjologia, polityka i tak dalej. A te rzeczy są czasami bardzo proste. Zwróć uwagę, my tutaj często się odwołujemy do komunizmu czy do faszyzmu, do takich rzeczy. I te rzeczy są też przez historyków przedstawiane w sposób straszliwie skomplikowany, te mechanizmy. A zwróć uwagę, jak to można bardzo prosto przedstawić. Przecież tak naprawdę to nie żaden Stalin zniewolił Rosję ani żaden Hitler nie zniewolił Niemców.
To te Niemcy i ta Rosja, to społeczeństwo, że tak powiem, rozłożyło nogi i ręce i powiedziało do nich: „Weźcie mnie.” Po prostu to społeczeństwa zaakceptowały tych ludzi. Większość zaakceptowała, czyli mniejszość poszła do lagrów albo do Oświęcimia i tak dalej, a większość siedziała zadowolona i zachwycona tym, co jest. Jestem przeciwnikiem większości. Większość nie ma racji, a przynajmniej nie ma opcjonalnie prawa do racji.
[01:50:37] - W tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz. Żeby był ten ktoś, kto rozkłada to, co mówiłeś, to musi być też ten, który będzie chciał ewentualnie skorzystać. Musiała się spotkać ta większość i ta jednostka, która dała jakąś propozycję.
[01:50:56] - Gdyby nie było Hitlera, to by był kto inny. Gdyby nie było Stalina, to by był Trocki przedtem, bardziej intelektualny i bardziej tego.
[01:51:08] - Wiesz co, powiem ci tak. To oczywiście jest gdybanie ahistoryczne zupełnie, ale wcale nie jestem przekonany, że gdyby to Trocki wygrał rywalizację, to nie byłoby jeszcze okrutniej.
[01:51:21] - Byłoby tak samo.
[01:51:21] - Ja nie wiem, czy ten facet na przykład nie pierdzielnąłby jednak bombą atomową.
[01:51:26] - Marku, zwróć uwagę na jedną rzecz, że to jest bardzo podobne do przyrodoznawstwa. To jest takie same mówienie, że Boże mój, Einstein zrobił to równanie. Gdyby nie Einstein, to by zrobił to ktokolwiek inny, bo było mnóstwo ludzi gotowych do sformułowania tego.
[01:51:46] - Wiesz co, jednak się z tobą do końca nie zgadzam. To nie jest tak, że jednostka nie odgrywa żadnej roli. Tak chcieli marksiści. Marks tak chciał, że jednostka nie odgrywa żadnej roli i nawet Napoleon, to by się działo inaczej. On to zresztą pisał w jednym ze swoich dzieł, że jednostka niczym i tak by się pewne rzeczy zdarzyły. Ja nie do końca w to wierzę. Jednak jednostka, czasami genialna jednostka w historii może odegrać rolę znaczącą i czasami jest trudna do zastąpienia.
[01:52:16] - Dobrze, ja też jestem zwolennikiem jednostki u siebie w domu.
[01:52:20] - No tak.
[01:52:22] - Natomiast zdecydowanie jestem zwolennikiem w ogóle jednostki czy skrajnego zupełnie, tak jak podkreślam zawsze, indywidualizmu dotyczącego szczególnie europejskiej. Tutaj totalny sowinizm, czyli indywidualizm, który dotyczy właściwie tylko jedynie białej rasy.
[01:52:43] - A ja nie wiem, czy biały-
[01:52:44] - Białego człowieka. Nigdzie poza tym nie istnieje tak skrajny indywidualizm jak w Europie i Ameryce. Reszta społeczeństw jest dokładnie biologicznym modelem takich społecznych owadów po prostu.
[01:52:59] - Nie wiem, nie jestem przekonany. Powiem ci w dodatku, kiedy zacząłeś mówić o tym, że ta większość zdecydowała i tak dalej, ale z drugiej strony patrz, co mamy w tej chwili na przykład w Europie.
[01:53:11] - Też większość decyduje.
[01:53:12] - Właśnie nie. To się nam wmawia, że demokracja na tym polega, że decyduje większość. Oczywiście mówię to z pewną przesadą, trzeba brać na to poprawkę, ale mamy coś w rodzaju dyktatury mniejszości.
[01:53:27] - Nie, to też jest tak.
[01:53:31] - I to też się zaczyna coś takiego dziać, że nagle to mniejszość narzuca pewne standardy i czasami to jest dobrze, a czasami to niestety nie jest dobrze. To naprawdę nie jest tak, że jest jedna recepta na wszystko i że zawsze-
[01:53:44] - Tak jak, Marek, to mówiłem, to balansowanie na tej linii, chwytanie tej równowagi w społeczeństwie między jednym a drugim.
[01:53:54] - Ale ja mam wrażenie, że nam się już przestało chcieć balansować i my sobie powiedzieliśmy: „Nie, to zawsze musi być na jedno kopyto. Zawsze mniejszość ma rację, bo trzeba uwzględniać głos mniejszości i mniejszość widzi to, czego nie widzi większość”. I troszeczkę poszedłeś w tym kierunku, że większość jest zawsze głupia, bo większość nie wie, a mniejszość dostrzega. Tak może być, ale to też nie jest recepta na sukces. Ja się nawet boję takich genialnych wszelkich recept, które są na wszelkie okazje. Nie, nie wierzę w coś takiego. To po prostu może też być pułapka równie bolesna jak to, jak my mówimy, że albo mniejszość, albo większość. Nie, się zgadzam z tym zdaniem, które powiedziałeś na końcu. Balans, nieustanny balans pomiędzy tym, co może się wydarzyć. Tylko ja się zastanawiam, bo to się tak łatwo mówi.
Balans, balans, sobie balansujmy. A jak ten balans przekuć w rzeczywistość, w praktykę? Chyba ciężko jest mimo wszystko.
[01:54:59] - Ja zawsze moim takim politycznym oponentom mówiłem à propos głosowania.
[01:55:09] - To ty miałeś politycznych oponentów?
[01:55:12] - Różnych. Taką dosyć bulwersującą rzecz i będę musiał ją powtórzyć, ale po prostu mózg jest ostatnim narzędziem, które się nadaje do głosowania. Rozumiesz? Ostatnim.
[01:55:28] - Rozwiń to.
[01:55:29] - Organem, który się nadaje do głosowania. Mózgiem się nie należy posługiwać.
[01:55:35] - A niektórzy to mają wrodzone, to spoko.
[01:55:38] - Ale w trakcie wyborów czy głosowań należy się posługiwać, za przeproszeniem, dupą. Tym, na czym się siedzi, co ciebie boli i tym głosować po prostu. Czyli nieważny program, nieważna inna rzecz, tylko własna w danym momencie wygoda, własna korzyść. Ja mówię tak: jeśli w ten sposób będzie głosowała cała masa, każdy- Jest indywidualistą, bo głosuje przez swój tylko i wyłącznie tyłek. I wypadkowa tych tyłków, za przeproszeniem, da jakąś strukturę, receptę, pogląd. Jeśli się głosuje głową, to już nie siedzisz w swoim fotelu, ale jesteś istotą społeczną, czyli poddającą się manipulacjom, reklamie, programom politycznym, filozofii.
[01:56:38] - Nienawiści politycznej na przykład.
[01:56:40] - Tak. Organ mózgu powinien być .
[01:56:46] - Czuję się w jakiś sposób w tej części rozmowy zagięty, bo nie mogę powiedzieć „nie”, bo właściwie po cichu ci przyznaję rację. Coś jest w tym, co mówisz. To pewno nie jest recepta generalna, ale coś jest w tym, co powiedziałeś. My rzeczywiście w tej chwili często w głosowaniach posługujemy się naszym mózgiem. Co lubimy, czego nie lubimy.
[01:57:13] - Co nam w mózgu osiadło.
[01:57:14] - Tego polityka nie lubimy, tamtego lubimy. Albo ten mówi prawdę, a ten kłamie, i to, i tamto. A rzeczywiście coraz mniej interesujemy się tym, co tak naprawdę z tego wszystkiego wyniknie.
[01:57:27] - Czy ten fotel, na którym siedzimy jest wygodny czy nie jest wygodny?
[01:57:32] - Czy ten polityk nas potem kopnie w tyłek, czy nie kopnie i nas będzie ten organ w jakiś tam sposób ważny.
[01:57:40] - Ten organ jest chyba najważniejszy.
[01:57:41] - Będzie nas bolał później. To prawda, rzeczywiście coś w tym jest. Jeszcze sobie to muszę przemyśleć. Może ci jakoś zaoponuję w następnej audycji, ale na razie nie mam specjalnie uwag.
[01:57:55] - My jako Europejczycy strasznie postawiliśmy umysł na najwyższym piętrze tej wielkiej budowli. Dzięki za to Grekom. I chwała im za to, że umysł, rozum, a dzisiaj to już wprost organ mózgu został wyniesiony na piedestał. Ale mi się wydaje, że po drodze zgubiliśmy wiele rzeczy, które decydują o nas samych. Zgubiliśmy wątrobę, nerki i serce w tym wszystkim. A te organy wbrew pozorom miały i mają wpływ na to, jakimi jesteśmy ludźmi. Jakim każdy z nas jest człowiekiem. Rozum jest tylko kalkulatorem, tylko komputerem przystawionym do naszej całej konstrukcji.
[01:59:05] - Wiesz co, żeby uciec trochę z linii strzału tobie, bo w końcu jak ci muszę przyznać rację, to się trochę gorzej czuję zaraz. Wrócę do Williama Tenna. Do autora, którego powieści dzisiaj mówimy. Ale przypomniałem sobie jedno z jego opowiadań. Ono nosi tytuł „Moje potrójne ja”. Jest opowiadaniem o podróży w czasie. I kiedy czytałem to opowiadanie, to był ten czas, kiedy przepisywałem pracowicie z książki wujka, to przeczytałem to opowiadanie. „Fajna historia” — sobie powiedziałem. Ale jak sobie później o tym opowiadaniu myślałem, to doszedłem do wniosku, że ten facet w latach 50. rozważał problemy, którymi tak na poważnie zaczęto się zajmować dużo później, kilka dziesięcioleci później.
Otóż w tym opowiadaniu jest taka historia, która później była wielokrotnie w fantastyce wykorzystywana, że cofnięcie się w bardzo odległe czasy i zmienienie tam jednego szczegółu, typu przesunięcie kamienia o kilka centymetrów, powoduje totalną zmianę w naszej rzeczywistości po milionach lat.
[02:00:43] - Ale to jest koncepcja, z którą się nie zgadzam.
[02:00:45] - Nie. Okej, na razie zostawmy koncepcję, czy się z nią zgadzamy, czy nie. Można przytoczyć inne, ale powiem ci tak. A potem oglądam wiele dziesięcioleci później film, a wcześniej było też oczywiście opowiadanie. Ten film to się nazywa „I uderzył grom”. Tam jest podobna sytuacja. Wycieczka w czasy dinozaurów. Następuje pewien wypadek, zgniecenie ważki czy coś podobnego. Już nie pamiętam w szczegółach. I rzeczywiście nasz świat zaczyna się zmieniać.
Zmienia się zupełnie. Absolutnie staje się innym światem. Tu jest bardzo podobna historia, tylko cały numer polega na tym, że Ten pisał to jako prekursor. On to pisał kilkadziesiąt lat temu. Później to już było właściwie powtarzanie pomysłu. I oczywiście można dyskutować, czy ewentualne, jeśli w ogóle będą możliwe podróże w czasie, czy to będzie wyglądało w ten sposób, czy takie zmiany drobne gdzieś daleko w czasie będą powodowały wielkie zmiany u nas, czy też zanikną jak taka fala na wodzie. O tym oczywiście można dyskutować. A ty powiedziałeś, że się nie zgadzasz. To z czym się zgadzasz?
[02:02:12] - Bardzo prosto. Ja uważam, że to nie miałoby najmniejszego znaczenia. Ogólnie znaczenie by może i miało na przykład dla mnie i dla ciebie, ale dla całości nie miałoby znaczenia. Konkretnie, gdyby mój dziadek nie dorwał kiedyś babci, to by mnie nie było i byś siedział tu z kimś innym. I rozmawiał o czymś samym albo kto inny by siedział na twoim miejscu i też by rozmawiali o czymś innym, albo by nie siedzieli i nie rozmawiali, co by też rzeczywistości nie zmieniło.
[02:02:48] - Sorry za wejście w tę poetykę, ale twój dziadek dorywał twoją babcię w takiej perspektywie czasowej stosunkowo nieodległej. Natomiast ten oraz jego następcy pisali o takiej perspektywie, że się cofamy miliony lat i oni wyznawali zasadę, że jeżeli tam nawet drobna zmiana nastąpi, to ona się będzie nawarstwiać jak lawina. Rzucasz kamyczek i to wszystko coraz większe. Od jednego kamyczka po lawinę.
[02:03:18] - Jak na taflę jeziora rzucisz ten twój kamyczek.
[02:03:22] - Tak, to jest druga koncepcja.
[02:03:23] - To ten kamyczek robi chlup, rozchodzi się fala i znika.
[02:03:26] - I zanika. Są dwie koncepcje, jest ich więcej, ale te dwie zasadnicze można wymienić, wykorzystywane pasjami przez literaturę science fiction i obie są równie nośne, jeśli chodzi o pomysły. Na jednym i na drugim można zbudować całkiem fajne historie. Ja polecam tę historię, o której mówiłem, czyli „Moje potrójne ja”. Kończy się zresztą to opowiadanie pewną zagadką. I znowu pamiętam, jako nastolatek próbowałem na tę zagadkę odpowiedzieć. Odpowiedź jest zresztą dosyć oczywista, ale polecam wszystkim, którzy to przeczytają, żeby się chwilę zastanowili, bo człowiek pod koniec tego opowiadania staje i waha się przez chwilę, jaka jest odpowiedź. Ja tu jeszcze nawiążę, bo dostaliśmy pewną korespondencję. Pisze jeden nasz słuchacz: „Nawiązując do rozmowy panów jedna myśl. Jesteśmy jak ta mrówka idąca po płycie lotniska.
Nigdy nie zrozumie zjawiska lądowania samolotu, mimo że oba obiekty znajdują się w tym samym czasie i w tej samej płaszczyźnie.” Oczywiście, dokładnie tak. Tak to też odbieramy. „A coś, co łączy dzisiaj ludzkość, to kredyty na auto i mieszkanie.” Bardzo dobrze. Absolutne brawo.
[02:04:49] - To znaczy, że jestem poza ludzkością. Nie mam ani kredytów, ani auta. Mieszkanie mam do działki.
[02:04:57] - Mieszkanie na szczęście masz. Ale to nie koniec korespondencji naszego słuchacza. „Kościuszko jako przykład jednostki. Wspaniała postać, dynamiczna, ambitna i konsekwentna. Bez Kościuszki nie byłoby USA, West Point, a kto wie, może i Polski. Swego czasu Kościuszko nawet po śmierci żył w sercach Polaków. Żył w niezwykłych czasach, czasach kształtowania się USA, upadku Imperium Brytyjskiego, Jerzego Waszyngtona, carycy Katarzyny.” Nic dodać, nic ująć. Dokładnie.
[02:05:31] - Zresztą i Pułaskiego, i Kościuszka jako jednostki sobie wybitnie cenię, w przeciwieństwie do wielu innych. A przede wszystkim ich cenię za to, że przedtem, zanim uciekli do Ameryki, to powymieszali targowiczan.
[02:05:49] - Proponuję nie ruszać tego tematu, bo on w związku z pewnymi wydarzeniami jest dzisiaj gorący, a chciałbym, żeby kolejna audycja się odbyła. A w tej chwili nasze służby specjalne działają bardzo aktywnie i zresztą słusznie. Natomiast ja się zawsze boję takich gorących tematów, bo służby mają to do siebie, że pomimo iż spełniają swoje obowiązki, to czasami bywają nadgorliwe. Więc proponuję temat wieszania targowiczan odłożyć na półkę w ogóle. O tym nie rozmawiajmy dzisiaj. Nie dlatego, że sobie taką autocenzurę fundujemy, tylko ja po prostu nie mam zaufania. Stopień zrozumienia niektórych funkcjonariuszy, mam bardzo dobre doświadczenia również, ale do niektórych czasami nie dociera i tych się boję.
[02:06:42] - Wiesz co?
[02:06:44] - Tych się boję.
[02:06:45] - Nie wiem, o czym ty mówisz, Marek.
[02:06:47] - To dobrze. Ja ci to poza anteną wyjaśnię.
[02:06:50] - Ja nie oglądam.
[02:06:51] - Tak, nie oglądasz.
[02:06:51] - Ani nie słucham.
[02:06:53] - Ani nie słuchasz. To jest tak zwany gorący temat.
[02:06:56] - Ja zawsze wolałem jednak poczytać starego Wiliama Tenna.
[02:06:59] - Niż słuchać ciepłego, gorącego nawet „Dziennika Faktów” czy też innych wydarzeń. I w sumie dobrze. Tak sobie spoglądam na nasz plan gry na dzisiejszy wieczór i mam zapisane coś takiego, co nawiązuje do poprzedniej audycji, ale jest dzisiaj zapisane, więc czytam: „Psie serce”. Co miałeś na myśli, kiedy to napisałeś?
[02:07:28] - Przy tym całym transhumanizmie mnie rozbawiło, że przecież ktoś świadomie wybierając części do promowania dla swoich potomków przyszłych, do kształtowania, może po kolei się pozbywać tych elementów zwierzęcych w istocie ludzkiej. Żebyśmy nie byli zwierzętami, tylko wspaniałymi ludźmi. I ten człowiek nie będzie już miał brzucha, nie będzie miał wątroby, nie będzie miał również serca, tylko będzie ideałem. Wtedy przypomniało mi się to opowiadanie, które reklamowałeś, „Psie serce”, gdzie widać jak Potężne znaczenie ma taki organ jak serce w człowieku.
[02:08:26] - To prawda. Tylko wiesz co? Bliższa mi była ta część audycji, kiedy bardzo arbitralnie przyrównywaliśmy ludzkość do owadów, robali albo myszy. To po pierwsze było zgodne z pewną poetyką, którą narzuca William Tenn. A po drugie, kiedy mówiliśmy o ludzkości opisywanej w tak dosyć niepochlebny sposób, to jednak łatwiej się utożsamić. Bułhakow to jednak pewna kondycja jednostki, bo on w swojej powieści opisuje pewną jednostkę, jej przemiany, jej zezwierzęcenie. Niby stał się człowiekiem, a stał się w gruncie rzeczy większym bydlęciem niż był w pierwotnej roli. Owszem, to na takim poziomie jednostkowym. Rzeczywiście Bułhakow miał tę ciekawą obserwację, ale myślę, że do dzisiejszej audycji znacznie bardziej pasuje model społeczny, czyli społeczeństw owadzich, zachowań agresywnych, ale przez masę, a nie przez jednostkę. W ogóle temat serca ciekawy, bo kiedy to powiedziałeś, to sobie przypomniałem tematykę i gdzie to widziałem.
Natomiast tytułu za cholerę sobie nie mogę przypomnieć. Był taki film polecany w serii „Ewa Ewart poleca” i to był film o tym, kiedy rozmawiamy o opozycji rozum i serce. Często to traktujemy bardzo przenośnie, że mózg to jest mózg, tam sobie myślimy, a serce to jest taki poetycki organ.
[02:10:25] - Pompka.
[02:10:27] - Oczywiście pompka, ale taki poetycki organ, w którym umiejscawiamy uczucia, ale wszyscy i tak dobrze wiedzą, że wszystko się w głowie znajduje. Otóż ten film, który w cyklu Ewy Ewart był polecany, nie rozstrzygał sprawy, ale mówił o tym, że są badania, obserwacje, które stwierdzają, że serce chyba nie do końca i nie tylko pompą jest. Że są takie obserwacje, iż w pewnych sytuacjach serce wyprzedza nawet czas. Ono przed jakimś działaniem człowieka jakby „wiedziało”. Tu ogromny cudzysłów postawmy, bo myślę, że trzeba by zobaczyć ten film. To serce jakby przed jakąś akcją podjętą przez otoczenie człowieka wie, że coś się wydarzy. Nie wiem, na ile to są rzeczy weryfikowalne, ale pani Ewa Ewart to nie jest dziennikarka zajmująca się sprawami różnymi niezwykłymi, takimi jakie często poruszane są w Radiu Paranormalium, o jakich my czasami przynajmniej mówimy. Pani Ewa Ewart to jest tak zwany mainstreamowy dziennikarz zajmujący się reportażem. Zresztą naprawdę szacunek. Natomiast tu ona wyraźnie powiedziała, że ten film ją zafrapował.
Pamiętam w swoim czasie w „Nieznanym Świecie” moim piórem zresztą skreślone było dosyć obszerne sprawozdanie z tego filmu, z obszernymi nawet cytatami, bo to był film naprawdę fascynujący. Fascynujący pytaniami, jakie zadawał. Pytaniami nierozstrzygniętymi, ale nurtującymi, niezwykle mocnymi pytaniami i sugerującymi, że jeśli uważamy, iż tylko nasz mózg jest siedzibą, że tam się wszystko toczy, co dotyczy naszych myśli, to chyba jesteśmy w błędzie. Nie stawiał kropki nad i.
[02:12:42] - Marku, na pewno jesteśmy w ogromnym błędzie. Dam ci inny przykład, bo to nie tylko mózg, ale na przykład wszyscy jak idą na koncert muzyki rockowej, to myślą, że odbierają oczyma ten widok, a uszami dźwięk i tak dalej, i przeżywają to głową. Otóż absolutny jest to błąd i nieprawda. Po pierwsze muzykę się słyszy najpierw i przede wszystkim przeponą. A co to jest przepona? Kto to prawie wie, co to jest przepona? Taki kawałek błony między żołądkiem a resztą naszych flaków. Ale to jest jakby ekran. To jest membrana, która przyjmuje na siebie i generuje stany emocjonalne, jakie w naszym organizmie są wyzwalane. Wcale nie mózg.
To znaczy mózg również i tak dalej, ale ta przepona jest piecielnie ważnym programem właśnie w odbieraniu sztuki tam, gdzie jest potrzebna empatia jakiejkolwiek wrażeniowa. Zresztą już tak dla anegdoty powiem ci, że to nie tylko ani przepona, nie tylko żołądek, nie tylko mózg. Pamiętam z moich dawnych lujowskich, ulicznych przygód, jak szedłem po Parku Sztywnych w Bydgoszczy. To dawny cmentarz poniemiecki, jak większość parków w całej Europie, czyli dawne cmentarze. Szedłem po Parku Sztywnych i nagle się pojawiały Jeden to by mnie tak nie ruszył, ale jak się pojawiały trzy, cztery cienie, to moje nogi naprawdę wiedziały dużo szybciej od głowy, co należy robić.
[02:14:27] - A z drugiej strony, jak już tak sobie błądzimy po tych tematach, to się mówi: „słuchaj uchem, a nie brzuchem”. A tu wygląda, że to nie do końca jest racja.
[02:14:37] - Tak, dokładnie tak.
[02:14:38] - Ale powiem ci tak: żeby być w pełni uczciwym, to trzeba powiedzieć też, że są badacze, którzy jednak twierdzą, że to w mózgu się wszystko dzieje. Modna w tej chwili gałąź wiedzy, kognitywistyka, która gdzieś tam próbuje podskórnie, nawet nie podskórnie, a całkiem wprost udowodnić, że wszystko to, co się wiąże z naszą świadomością, z naszym myśleniem, to jest jednak gra pomiędzy neuronami pod naszą czaszką i tam się właściwie wszystko toczy.
[02:15:11] - To prawie tak samo, jakby twierdzili, że jak ja siadam do gry w „Fallout”, to ta gra się toczy w komputerze i tam jest gra. Ta gra nie jest tam, tylko jest tu, po mojej stronie, gdzie siedzą same flaki i stare podroby.
[02:15:27] - Okej, ale trzeba gwoli pewnej uczciwości przyznać, że są i tacy. Kognitywistyka zresztą jest bardzo modna w tej chwili. Ona łączy kilka różnych dziedzin i warto o tym wspomnieć, że są też tacy, którzy uważają, że to nasze pierdzielenie o przeponie czy o sercu możemy w bajeczki dla dzieci wstawić, a oni wiedzą, że jest troszeczkę inaczej. Ale z tą nauką w ogóle teraz jest tak, że... To powiem tytułem anegdoty.
[02:16:01] - Ja tak kombinuję. Skoro to mózgiem, jak to zrobić mózgiem?
[02:16:10] - Co?
[02:16:10] - No to. Jak to zrobić mózgiem?
[02:16:14] - Dobra, ja nie wchodzę w tę dyskusję, bo zaraz zejdziemy na tematy pornograficzne prawie. To nie, dziękuję.
[02:16:22] - Ja tylko o mózgu przecież.
[02:16:23] - Dobrze, odpowiadając ci na twoje zapytanie, przytoczę pewien dowcip. Otóż mamusia kąpie synusia. Kąpie go i w pewnym momencie synuś, wskazując na swoje przyrodzenie, mówi: „Mamusiu, czy to jest mój mózg?” A matka z kamienną twarzą mówi: „Jeszcze nie, synku”. To à propos tego, co powiedziałeś.
[02:16:54] - To nie à propos tego, co powiedziałem, tylko à propos wielu moich przyjaciół.
[02:16:58] - Tak. Natomiast ja cały czas nawiążę do tej kognitywistyki. To jest bardzo modny kierunek. Z tym że, tak jak powiedziałem, z tą wiedzą dzisiejszą, z dziedzinami nauk trzeba bardzo uważać. Dlaczego? W pewnym momencie, gdzieś tam w historii całkiem niedawnej odbył się taki eksperyment pana Ascha, o ile dobrze pamiętam i czegoś nie pokręciłem. Ten eksperyment na czym polegał? Otóż pan Asch posadził iluś tam swoich studentów, wytłumaczył im dogłębnie, szczegółowo, tak na fest, na czym polega schizofrenia, po czym wysłał ich, na terenie Stanów Zjednoczonych bodajże, do różnych miejsc i kazał udawać chorych. I większość jego studentów, bodajże dwóch, kilku w każdym razie nie zatrzymano. Resztę po prostu zapuszkowano.
Troszeczkę to bardziej skomplikowane, to aż nie jest tak, że puszkują, ale w każdym razie stwierdzono u nich chorobę. Ile się później pan Asch namęczył, żeby to odkręcić, to inna sprawa. Ale jaki z tego wniosek wypływa? Przynajmniej taki, że a może psychiatria nie jest do końca nauką? To oczywiście jest pewien żart z mojej strony. Proszę nie traktować tego śmiertelnie poważnie, bo skoro można ją tak oszukać. Przecież ile serca musiał włożyć ten Asch, żeby wyciągnąć tych swoich studentów, którzy ewidentnie udawali. Ale skoro jakąś naukę można oszukać, bo fizyki czy też matematyki tak nie oszukasz. Dwa plus dwa jest cztery. A tutaj im wyszło, że chorzy psychicznie.
No schizofrenicy.
[02:18:45] - Ale socjologia to są takie same nauki jak-
[02:18:48] - Dobrze, ja tylko to wrzucam jako kamyczek. Ja, broń Boże, jestem daleki od wyciągania wniosków. To jest z jednej strony przykład. Z drugiej strony jeden z profesorów filozofii, z którym miałem okazję niedawno rozmawiać, przytoczył mi inny przykład. Człowiek jak najbardziej racjonalny. Człowiek, który jest bardzo sceptycznie nastawiony do różnych opowieści o duchach, upiorach, wampirach i tak dalej. To zostawmy w ogóle na boku, ale powiedział taką rzecz. Mówi: „Wie pan, czasami się zastanawiam, jak to jest ze współczesną nauką, bo ja nie wierzę w horoskopy. To, że ich nie czytam, to już w ogóle jest inna sprawa. Ale nie wierzę w to po prostu.
Ale wie pan co? Co ja mam powiedzieć? Mam taką koleżankę i sto na sto, jak wejdzie do pomieszczenia i będzie tam siedziało 10 osób i chwilę z każdym z nich porozmawia, to bezbłędnie podaje jego znak zodiaku”. Czyli mówi: „To wygląda z zewnątrz, jakby miała jakąś metodę”. Czyli gdzieś jesteśmy na pograniczu nauki? Bo jeżeli jej się sprawdza sto na sto, mówi: „Wie pan co? Ja wiem, że jak ja panu to opowiadam, to pan mnie traktuje, że to stary wariat opowiada jakiś, ale tak nie jest. Ja to mam stwierdzone empirycznie, po prostu. Co rozmowa, to celny”. I mówi: „Chciałbym, żeby to był strzał, ale może ona rzeczywiście ma jakąś metodę”.
[02:20:19] - Ona ma metodę.
[02:20:20] - Ale widzisz, wniosek tego, oczywiście znowu proszę traktować, proszę naszych słuchaczy, żeby jednak traktowali to, co mówię, z przymrużeniem oka, ucha czy czegoś, w każdym razie przymrużeniem. Ale gdzieś jesteśmy o krok od powiedzenia, że może to jest jakiś rodzaj nauki. Ta pani może sięgnęła po jakąś wiedzę i gdzieś ją unaukawia. Chyba tak. Robi ją bardziej naukową. Może tak. Takie paradoksy. Mnie nie chodzi o to, żeby w tej chwili psychiatrię dezawuować, a horoskopy uwznioślać. Tylko chodzi o to, że we współczesnej nauce jest troszeczkę tak, że gdzieś dotykamy pewnego obszaru szarlatanerii. I tak troszeczkę jest z tym, o czym mówiliśmy wcześniej.
Też o kognitywistyce, że ona jest bardzo modna.
[02:21:12] - Używasz właściwego słowa. Moda opęzywuje również w nauce.
[02:21:18] - W nauce. Ona jest modna, ale nie dałeś mi dokończyć, a chciałem powiedzieć, jest nie tylko modna, ale ma też bardzo wiele argumentów i to takich argumentów sensownych. Muszę przyznać, że jak się czyta przynajmniej część twórczości kognitywistów, to jest racjonalne. Oni odpowiadają na to, tylko to nie zawsze odpowiada na przykład filozofom. To jest cały stary problem. Bo mamy mózg i mamy umysł. I dla filozofów to nie jest to samo.
[02:21:56] - Tak. Właśnie.
[02:21:58] - To nie jest to samo, a kognitywiści raczej skłonni są zrównać oba te pojęcia. Nie rozstrzygniemy tego oczywiście. Jesteśmy znowu w takiej sytuacji, że każdy sam powinien sobie rozstrzygnąć. Mam takie wrażenie, że już tak daleko odjechaliśmy od Williama Tenna, że znowu czas do Williama Tenna wrócić. Ostatni fragment książki o ludziach i potworach. Marku, prosimy.
[02:22:32] - „Kobiety zakończyły swoje zadanie i to było teraz najważniejsze. Jego ciało zareagowało na rozluźnienie napiętej woli wydzieleniem dużej ilości potu, który teraz spływał po każdym calu skóry i szczypał niemiłosiernie poranione miejsca. Jeszcze raz musiał wytężyć wolę, aby nie usunąć się na siebie. „Bardzo bolało?” To pytanie zadała Rita, Strażniczka Pamięci. Na jej twarzy malował się współczujący uśmiech, ale Eryk wiedział, że nie był on szczery. Tak stara, czterdziestoletnia kobieta nie mogła mieć w sercu współczucia dla nikogo. Jej własne wymęczone ciało sprawiało wystarczająco wiele bólu. Nie przejmowała się już dolegliwościami innych ludzi. „Trochę” odparł. „Nie za bardzo”.
„Potwory sprawią ci znacznie więcej cierpień, jeśli złapią cię, gdy będziesz kradł na ich terytorium. Zadadzą ci większy ból niż my kiedykolwiek bylibyśmy w stanie”. „Wiem, ale kradzież jest najważniejsza. Warta ryzyka, które podejmuję. Kradzież jest najważniejsza spośród wszystkiego, co może czynić mężczyzna”. Rita, Strażniczka Pamięci, przytaknęła ruchem głowy. „Tak, ponieważ kradniesz rzeczy, które pozwalają ludzkości przeżyć. Kradniesz rzeczy, które Stowarzyszenie Kobiet może zamienić na pokarm, ubrania i broń, dzięki czemu ludzkość trwa i rozwija się”. Dostrzegł, ku czemu zmierza ta rozmowa i odparł tak, jak tego oczekiwano: „Nie, nie dlatego kradnę. Żyjemy dzięki temu, co ukradniemy, ale nie kradniemy wyłącznie dlatego, aby po prostu żyć”.
„Dlaczegóż więc?” spytała, jakby nie znała odpowiedzi lepiej niż ktokolwiek z zebranych tu ludzi. „Dlaczego więc kradniemy? Co jest dla nas ważniejsze niż samo życie?”. A więc teraz katechizm. „By uderzyć w potwory. Cieszyć oczy odwetem. Aby wygnać je precz. By odzyskać planetę. Aby sprawić cierpienie, które nam było zadane”. Poradził sobie ze słowami długiej modlitwy, zatrzymując się po zakończeniu każdego fragmentu tak, aby Strażniczka Pamięci mogła zadać kolejne pytanie i umożliwić mu wypowiedzenie następnej kwestii.
Raz spróbowała go zmylić. Zmieniła porządek piątego i szóstego pytania. Zamiast spytać: „Co uczynimy z potworami, gdy odzyskamy ziemię?”, zapytała: „Dlaczego nie możemy używać wiedzy przybyszów, którą władają potwory, aby je pokonać?”. Niełatwo było przezwyciężyć długoletnie przyzwyczajenie i dopiero gdy zabrzmiały już słowa: „I powstaną dla nich, dla zwierząt miejsca, które zoo zwali nasi przodkowie lub też w jamach pod naszymi domami wieść będą nędzne życie swoje” Eryk zorientował się, że wpadł w pułapkę i skonfundowany zamilkł. Po krótkiej chwili zmieszania zebrał jednak myśli i znalazł w pamięci właściwą odpowiedź, tak jak uczyły go przez wszystkie te lata żony wuja. Rozpoczął ponownie: „Trzy są powody, dla których wiedza przybyszów zakazana dla nas” przemówił znów, unosząc w górę dłoń i dotykając kciukiem palca wskazującego. „Albowiem nie jest dla ludzi wiedza przybyszów i nieludzka jest wiedza przybyszów i antyludzka jest ona. Ponieważ jest nie dla ludzi, nigdy nie będzie dane nam jej pojąć. Ponieważ jest nieludzka, użyć jej chcieć nie będziemy, choćby nawet pojąć ją dane nam było. Ponieważ wreszcie antyludzka jest ona, przeto tylko zniszczenie i śmierć ludzkości przynieść zdolna.
Przeto póki ludźmi jesteśmy, użyć jej nie zdołamy. Albowiem wiedza przybyszów przeciwieństwem wiedzy przodków jest w każdym aspekcie. Tak wstrętna, jak tamta piękna, tak szkodliwa, jak tamta pomoc niosąca. I po śmierci tylko ku krainom potworów przywieść by nas mogła miast ku krainom zmarłych przodków naszych”. Ostatecznie poszło zupełnie dobrze, mimo tego drobnego potknięcia. Nie mógł jednak powstrzymać się przed odbieganiem myślami ku rozmowie, którą dopiero co odbył z wujem. W czasie, gdy jego usta wymawiały tak znane słowa i prawa, umysł porównywał je z tym, co wtedy usłyszał. Wuj był wyznawcą wiedzy przybyszów. Jeśli wierzyć jego słowom, byli nimi również jego rodzice. Czy byli więc nieludzcy i antyludzcy?
Co ma zrobić? Znał dobrze swoje religijne obowiązki i zgodnie z nimi powinien był natychmiast powiedzieć całej ludzkości o przerażającym sekrecie wuja. Cała ta sprawa była zbyt skomplikowana dla kogoś o tak małym doświadczeniu życiowym. Kiedy wreszcie ukończył recytowanie długiego katechizmu, Rita, Strażniczka Pamięci, oznajmiła: „Do tej pory ty mówiłeś o wiedzy naszych przodków. Teraz zobaczymy, co wiedza przodków ma nam do powiedzenia o tobie”. Na jej gest dwie młode dziewczyny, najwyraźniej jeszcze przed obrzędem inicjacji, zbliżyły się, pchając przed sobą wielką maszynę, która była jednym z najświętszych przedmiotów posiadanych przez szczep. Cofnęły się zaraz, przyglądając się z zawstydzonymi uśmiechami Erykowi Jedynakowi. Wiedział, że te uśmiechy oznaczały po prostu najlepsze życzenia od tych, które znajdowały się wciąż jeszcze przed inicjacją dla tego, który właśnie ją przechodził. Ale nawet to sprawiło mu przyjemność, gdyż dopiero teraz poczuł, że znajduje się znacznie bliżej upragnionego statusu niż one. Ten uśmiech oznaczał też, iż w oczach bezstronnych obserwatorów jego egzamin przebiegał zupełnie dobrze.
„Pojedynczy” — jeszcze raz zawrzała w jego głowie wściekła myśl. „Ja im jeszcze pokażę, co pojedynczy potrafi zrobić”. Rita, Strażniczka Pamięci, przekręciła gałkę znajdującą się u szczytu maszyny, a ta zaczęła znajomo turkotać. Kobieta uniosła w górę ręce i wszyscy zebrani — wojownicy, kobiety, dzieci, a nawet sam wódz — pochylili z szacunkiem głowy. „Wsłuchujcie się w słowa naszych przodków. — Rita zaintonowała pieśń. — Przypatrujcie się dobrze tym obrazom ukazującym wam ich wielką moc. Moc, którą rozporządzali, zanim nadszedł ich koniec. Ale wiedzieli oni, że my, ich potomkowie, możemy odzyskać ziemię, którą oni utracili. Stworzyli zatem tę maszynę dla przyszłych pokoleń ludzkości jako przewodnik ku wiedzy, którą kiedyś posiadali, a którą my musimy odzyskać”.
Stara kobieta opuściła ręce i dopiero wtedy wszyscy zebrani odważyli się unieść głowy. Spoglądali z wyczekiwaniem na białą ścianę znajdującą się naprzeciw maszyny. „Eryku Jedynaku” — zawołała Rita, wciskając przypadkowe guziki na jednym z boków maszyny. — „Ta część wiedzy naszych przodków jest przeznaczona dla ciebie. Ta wizja będzie z tobą przez całe życie i w momencie twojej śmierci”.
[02:30:08] - Dziękujemy, Marku. To kolejna wizja Williama Tena. Powiem tak: to jest oczywiście rozbiegówka do całej powieści. Później się dzieje dużo więcej i jest sporo zaskoczeń. Staram się dobierać słowa, żeby nie spoilerować. Jedno powiem: na pewno warto powieść przeczytać, bo to jest naprawdę po pierwsze klasyka, po drugie ta powieść zaskakuje. Wbrew pozorom, pomimo tej ilości słów, które na jej temat wypowiedzieliśmy, naprawdę jeszcze jest w stanie zaskoczyć. Skoro jesteśmy przy literaturze, to powiem jedną rzecz, nawiążę do ABW. W swoim czasie mówiliśmy o takim pomyśle, że czasami warto zadawać sobie różnego rodzaju zadania. Wyznaczać sobie pewne zadania literackie.
I mówiliśmy o tym, że na przykład wyobraźmy sobie sytuację, w której opisujemy świat z perspektywy kamienia leżącego przy drodze. Ja sobie tak to rzuciłem jako przykład pewnego sposobu narracji. A tu się okazało, że dwóch autorów przysłało nam swoje opowiadania o kamieniach. Co więcej, właściwie jeden z autorów podesłał nam dwa opowiadania, troszkę powiązane ze sobą, ale dwa opowiadania. Czyli dobrze licząc, mamy trzy opowiadania o kamieniu.
[02:31:54] - A jeszcze było przedtem opowiadanie „Kamyk pełen nieba”.
[02:32:00] - Tak, to był „Kamyk pełen nieba”. Ale ja wrócę do tej perspektywy kamienia i powiem tak: zrodził się w nas niecny pomysł. Wiktor, jak każdy niecny pomysł, go podchwycił. Chodzi o to, żeby namówić państwa, autorów, którzy nie tylko słuchają „Bibliotekarium”, ale również pisują do ABW albo mają ochotę coś napisać, żeby spróbować napisać krótki tekst. Nawet kilkaset wyrazów, może kilka tysięcy znaków, może tylko tysiąc znaków. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy kamieniami i opisujemy to, co widzimy. Leżymy przy drodze i opisujemy. Chcielibyśmy zrobić taki odcinek, w którym będzie ileś takich opowiadań. Moglibyśmy zaprezentować. Dlaczego?
Dlatego, że to pokaże, jak niezwykłym miejscem na Ziemi jest ludzka wyobraźnia. Wyobraźnia nas jako jednostek. Jak różna jest i jak niesamowite rzeczy potrafi zrobić. Ja to mówię oczywiście trochę w kosmos na zasadzie: nie znam przecież tych opowiadań, ale mam już pewne doświadczenie z podobnymi zabiegami literackimi i wiem, że na ogół to bywają zabiegi niezwykle płodne i niezwykle ciekawe. Dlatego jeżeli chcielibyście państwo coś takiego napisać i przesłać na nasz adres do „Bibliotekarium”, to zapraszamy. To na pewno będzie ciekawy odcinek, jeśli się oczywiście państwo dacie na tego rodzaju twórczość namówić.
[02:33:44] - Ja się dam namówić.
[02:33:46] - Zapraszam, Wiktorze.
[02:33:48] - Gdzieś półtora roku temu napisałem wspaniałe opowiadanie pod tytułem „Przyjaciel”. O kamieniu właśnie.
[02:33:56] - Zapraszam do ABW.
[02:33:59] - Tylko że jak znajdę.
[02:34:00] - Proszę przesłać. Rozpatrzymy. Wracając do tego, co mówiłem, jeżeli ktoś ma ochotę, to tym bardziej zapraszamy. Nie jesteśmy strasznymi jurorami ani jakoś specjalnie wrednymi. Raczej staramy się patrzeć na twórczość naszych korespondentów w sposób łagodny, przychylny, bo wiemy, że wielu z nich zaczyna dopiero swoją przygodę z pisaniem. Co więcej, najczęściej nie musimy aż tak bardzo przymykać oka czy oczu właściwie, bo to są rzeczy ciekawe. Czasami może niedoszlifowane, ale ciekawe. To jest najważniejsze. Zaproszenie zostało wysłane. Teraz je państwo łapcie i róbcie z niego użytek.
Mamy nadzieję, że coś ciekawego do nas na skrzynkę mailową trafi. Tak sobie znowu spoglądam w plan naszej gry, naszej rozmowy i mam tu zapisane coś, czego, mówiąc szczerze, dużo pamiętam, ale tego nie pamiętam. Mam zapisane hasło „falowa natura kultury” i jak to się wiąże z Williamem Tennem. I o co ci w ogóle chodzi, Wiktorze?
[02:35:17] - O co mi chodzi? Boże mój. Bardzo proste. Przecież zobaczcie, o czym jest ta powieść o ludziach i potworach. O pewnym przechyle naszej cywilizacji ku pierwotnemu prawie barbarzyństwu, jakiejś pierwotnej formie tej cywilizacji. O tych przechyłach napisano mnóstwo powieści, mnóstwo opowiadań bardzo ciekawych, które uwzględniają właśnie ten balans naszej cywilizacji od cywilizacji do barbarzyństwa i znowu do cywilizacji. Jakoś to się dziwnie pokrywa z dziejami rzeczywiście naszej ludzkości, która balansuje tak od tej Mezopotamii, Egiptu po Greków najpierw katujących łowiecki, a potem tworzących wspaniałą kulturę i potem znów barbarzyństwo rzymskie, ale potem znowuż rzymska kultura. I tak się balansuje. Ten balans w polityce, w historii ludzkości istnieje, ale on tak samo według mnie, mnie się tak skojarzył, że istnieje również w kulturze. Wszystkie prądy, wszystkie nurty, wszystkie ekscytacje, czy to weźmiemy malarstwo, czy pisarstwo, czy pewne mody.
One mają kształt fali. Wzbierają, a potem opadają. Czasami już nigdy się nie podniosą, ale fala się podnosi. Kultura faluje. Po prostu kultura faluje. Tu faluje ludzka cywilizacja w powieści.
[02:37:22] - Nie jest to kultura falliczna.
[02:37:24] - Nie. Natomiast rzeczywiście jest jakieś takie dziwne falowanie. To dotyczy nie tylko naszej cywilizacji, ale jednostki z osobna. Tak samo ta fala, jak patrzymy na rozkład zajęć Williama Tenna, który miał też ewidentne fale, przypływy twórczości i odpływy ochoty do tworzenia tego, co mu Pan Bóg dał najlepiej. Coś w tym po prostu jest. Ja wiem dlaczego. Znowu tak pyszałkowato mówię, że wiem, bo nie wiem. Tak przypuszczam, że chyba wiem, dlaczego. Otóż jest co nami kieruje i wszystko w naszej mentalności ludzkiej i w naszej cywilizacyjnej decydują dwa słowa: głód i przesyt. Głód prowadzi do wzmożenia, wzbierania tej fali, pożądania czegoś, uwznioślania czegoś, dowartościowania, stworzenia rzeczy niezwykłych.
Głód jest największym motorem napędowym. Przesyt dokładnie wygasa tą całą falę po to, żeby pojawił się głód nowy. Już tak anegdotycznie. Na ostatnim ABW, jak czytane było wspaniałe opowiadanie Bruno Kadyny pod tytułem Jaki to był tytuł? "Bezwartościowy człowiek". Chyba pierwszy raz w życiu poczułem ten dziwny balans. Otóż wydawałoby się, że nie ma nic piękniejszego niż szczytne idee, miłość, piękno. Cudowna rzecz, a ja po wysłuchaniu tego wspaniałego opowiadania miałem taki przesyt pięknem, uczuciem, miłością, że za przeproszeniem obaliłbym tą owieczkę na siano i nie pieprzył o miłości. Chyba pierwszy raz w życiu takie pragnienie poczułem, bo dobitnie pokazał przesyt, przegięcie w jedną stronę idealizmu, subtelności, wrażliwości i tak dalej. My nie jesteśmy tylko subtelni i wrażliwi.
Jesteśmy również chamami i brutalnymi od czasu do czasu, czy chcemy się do tego przyznawać, czy nie. A jeśli nie jesteśmy, to źle.
[02:40:12] - Z tego, co mówisz, tego mi nie trzeba oczywiście udowadniać, ale spróbując podsumować, to Bruno Kadyna dobrym pisarzem jest. Tak jak mówiłeś, ostatnio czułeś jakiś taki przesyt, ale przecież nie przesyt prozą Bruno Kadyny, tylko tym obrazem, który zarysował. Tak, to prawda. Zgadza się.
[02:40:35] - Czy mnie następny raz prowadzi za łopatki?
[02:40:37] - Oczywiście, że tak. Rzeczywiście to był mocny obraz. À propos mocnych obrazów, to ja przeczytam za chwileczkę. To jest rodzaj motta, które William Ten umieścił przed swoją powieścią. To jest fragment Jonathana Swifta, "Podróży Guliwera", konkretnie podróż do... właściwie to nie mogę przeczytać. Brobdingnag chyba. Mam to zamazane, w związku z czym przepraszam, pewno przekręcam.
[02:41:14] - Marku, ja pamiętam. To jest podróż do Brobdingnagu.
[02:41:18] - Właśnie. Dziękujemy.
[02:41:20] - Ale masz pamięć!
[02:41:22] - Filologia angielska czy kontakt z językiem angielskim to jednak jest to.
[02:41:27] - Tak jest, jak się zafascynowało "Guliwerem" w wieku 10 lat po obejrzeniu filmu, a potem się przeczytało całą lekturę.
[02:41:36] - Zgadza się. To dziękujemy, bo ja tu mam właśnie kłopoty z przeczytaniem. W każdym razie przekład jest Macieja Słomczyńskiego i to warto zderzyć z tym, co już usłyszeliśmy w wykonaniu Marka, z treścią książki. Otóż taki oto fragment: "Z tego wszystkiego, co rzekłeś, nie wynika, aby choć jedna zaleta konieczna była dla uzyskania u was jakiegokolwiek stanowiska, a tym mniej, aby ludzie zostawali szlachcicami dzięki swym cnotom, księża uzyskiwali wyższe godności dzięki pobożności lub uczciwości, żołnierze dzięki męstwu, sędziowie dzięki uczciwości, senatorowie dzięki miłości ojczyzny lub doradcy dzięki mądrości. Mogę jednak dojść do wniosku, że ogromna większość twoich rodaków to najzłośliwszy rodzaj małych, obrzydliwych robaków, jakim kiedykolwiek natura zezwoliła pełzać po powierzchni ziemi." Jeśli to motto przytoczone przez Williama Tena zestawić z tym, co się później dzieje w powieści, to przesłanie tej książki stanie się troszeczkę jaśniejsze. I myślę, że warto sobie te dwie rzeczy zestawić. Tę dosyć pasjonującą książkę z dosyć-
[02:43:08] - Nie dosyć, Marku. Bardzo pasjonującą.
[02:43:10] - Bardzo pasjonującą, ale z dosyć absorbującą akcją, która się dzieje. Bo to też podkreślmy, że przy tych wszystkich ochach i achach to bardzo często jest tak, że jak książki są och, ach i tak wspaniałe literacko, to na ogół bywają nudne. Ta książka łączy jedno z drugim i jeszcze dopycha czymś trzecim. W każdym razie warto po nią sięgnąć. My zawsze polecamy książki, po które warto sięgnąć, że tak sobie nieskromnie powiem.
[02:43:39] - Ja bym dodał jeszcze coś takiego może, że my w tej audycji dzisiaj zajęliśmy się taką dyscypliną, która nie jest jeszcze znana i nie wiem, czy Wikipedia ją uwzględnia, ale ja ją uwzględniam.
[02:43:57] - Czyli jesteś lepszy niż Wikipedia.
[02:43:59] - Archeologia literatury. Otóż myśmy się zajęli archeologią literatury. Wygrzebaliśmy dla was z podziemi, z tych warstw naleciałości, całych tych osadów historycznych, literackich i tak dalej, książkę Williama Tena. Po co? Po to, żeby pokazać wam, jak wspaniałe rzeczy potrafili ludzie pisać pół wieku temu.
[02:44:27] - Czyli wtedy, kiedy mniej więcej wyginęły dinozaury.
[02:44:30] - Tak.
[02:44:31] - Mniej więcej to wtedy było. W każdym razie rzeczywiście podoba mi się ta koncepcja archeologów literatury. Myślę, że co jakiś czas chyba sobie zrobimy w ramach "Bibliotekarium" takie odcinki dotyczące archeologii, bo takich książek nie tylko z SF-u, ale jeszcze z innych dziedzin, które z taką działalnością archeologiczną trochę mi się kojarzą, jest kilka. Jest przynajmniej kilka.
[02:45:03] - Całe pokłady.
[02:45:03] - Ja jestem człowiekiem asekuracyjnym. To w tych pokładach będziemy grzebać Kilka znajdziemy, bo się jeszcze musimy dogadać, czy to są aby te same. W każdym razie podoba mi się ta koncepcja bycia archeologiem literackim, bo ciekawa dziedzina, nowa. Nie, nowa nie jest, ale dla mnie nowa, powiedzmy w ten sposób. Myślę, że gdzieś dochodzimy do kresu dzisiejszej audycji. Do przesytu. Do przesytu. Zgodnie z twoją teorią falowej natury kultury, czy też wszystkiego, co z kulturą związane. Musimy też wykazać pewną falowość i po prostu- I zniknąć. Zniknąć z anteny jako taki twór falowy.
Ale oczywiście trzeba dopełnić obowiązku i trzeba powiedzieć, co za dwa tygodnie w następnej audycji. A w następnej audycji nie będzie archeologii. Będzie rzecz jak najbardziej nowa, a mianowicie książka Łukasza Orbitowskiego, człowieka, u którego miałeś okazję gościć jakiś czas temu w audycji telewizyjnej. Między innymi chyba dlatego uważam, że warto promować tego młodego faceta, bo chyba myśli sensownie i pisze sensownie. Ale nie dlatego, że cię zaprosił, tylko dlatego, że dobrą książkę napisał. Ta książka to „Exodus”. Książka dosyć niedawno wydana. Książka ciekawa. Jak dosyć? Świeżutka zupełnie.
Świeżutka. Pojęcie świeżości. Przypominam ci Bułhakowa i o jesiotrze drugiej świeżości. Więc ta książka jest pierwszej świeżości. Absolutnie pierwszej. To jest książka, której autor, moim zdaniem, musiał poświęcić sporo serca, sporo swoich umiejętności. Ja wiem, że ja zawsze chwalę. Jak Żelkowski zaczyna gadać do mikrofonu, to musi pochwalić, bo inaczej chory był. Ale dlaczego mam nie chwalić, skoro dobra? Po prostu dobra.
Postaramy się to jakoś udowodnić. Pewno nieudolnie, bo jak się opowiada o książkach, to zawsze trzeba mieć taką świadomość, że po to autor napisał grubą książkę. Nie po to, żeby dwóch zgryźliwych tetryków ją opowiadało, tylko po to, żeby ją przeczytać. My jakoś nieudolnie postaramy się państwu ją przybliżyć. Naprawdę warto. To książka, po którą sięgałem z taką pewną nieśmiałością, bo Łukasz Orbitowski pisze książki, które wydają się bardzo trudne, przynajmniej niektórych. W moich rozmowach z wieloma czytelnikami jeden z takich zarzutów, który padał, mówi: „Orbitowski dostał Paszport „Polityki””. Jakby to nie była poważna nagroda. Owszem, bardzo poważna i bardzo nobilitująca. Ale dobrze, zostawmy te komentarze.
Mówią: „Dostał, ale on tak trudno pisze”. Moim zdaniem to jest tylko ta powierzchnia. Wcale nie pisze trudno, a pisze rzeczy absorbujące umysł, które nie pozostawiają człowieka obojętnym, a w dodatku robi to w literacki, piękny sposób. To tyle. Co będziemy dzisiaj opowiadać? A miejscami równie wartki jak William Kenny, chociaż w innym świecie, w zupełnie innych dekoracjach. Co więcej, to jest książka, która jednak dotyka naszej rzeczywistości. Może nie tylko naszej, ale w każdym razie jakoś bardziej jest nam współczesna. Zapraszamy zatem za dwa tygodnie. Zapraszamy za tydzień do kolejnego „Bibliotekarium”.
Rozpoczyna się trzecia seria, czyli rozpoczynamy kolejną serię do trzeciego już numeru „Podpalaczy Nieba”. Tych wszystkich, którzy jeszcze nie trafili na YouTube i nie znaleźli „Podpalaczy Nieba”, to polecam. Wystarczy w wyszukiwarkę wpisać „Podpalacze Nieba” YouTube i spokojnie nasz dwumiesięcznik się znajdzie. Gdzieś za dwa tygodnie drugi numer „Podpalaczy Nieba” pojawi się na kanale YouTube. Tam będzie również cała masa opowiadań. W dodatku ten numer będzie dłuższy o jakieś dwie godziny od pierwszego, czyli będzie gdzieś już dotykał ośmiu godzin, jak nie więcej. To dzięki ciężkiej, katorżniczej pracy Ivelliosa, który naprawdę w ostatnim odcinku wykonał morderczą pracę. Chylimy czoła, ale też warto powiedzieć, że te opowiadania są bardzo różne. W tym numerze chyba będą jeszcze bardziej różne niż w pierwszym. Mówię o gatunkach, mówię o nastroju, mówię o sposobie wyrażania naszych autorów.
„Podpalacze Nieba” numer dwa już wkrótce, dwa tygodnie. To chyba naprawdę koniec dzisiejszej audycji. Dziękujemy państwu pięknie. Życzymy wszystkiego dobrego na kolejny tydzień. Samych dobrych lektur, samych ciekawych lektur. Może od czasu do czasu posłuchania tego, co się znajduje w „Podpalaczach Nieba”. Dziękujemy państwu bardzo. Dobranoc. Dobranoc. Śnijcie falowo.
A mówili te słowa do państwa gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. A audycję od strony technicznej jak zawsze obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w podcastowym wydaniu „Bibliotekarium”, czyli ABW, już za tydzień.
[02:51:41] - When I wake up to the days, I see the sunlight like I see it all my many yesterdays. But in my heart it's not the same, 'cause when I turn to look for you, I realize I'm alone again. But let me put this point of view, I can be lost and lonely too. No more afraid to say to myself, I miss you, I miss you. So if these days are for sanctuary, to help me understand myself a little more. I've learned one thing that surprises me, to be alone is not alone as I thought it was before. For who lights up this very dawn I see, when I feel the tears in my eyes? Who lights the way when all around the clouds are darkening my skies? Trust is all I need, trust is all I know. And the ounce of love, to see my senses grow.
Who knows if I can discover myself? Who knows if I can contain the power? Say just what you mind, say just what you need. I feel better knowing it's not for nothing we are growing. So when you ask me am I feeling okay, I only know I'm waking up to all my days. Looking for your help, looking for your trust and the ounce of love. The ounce of love. The ounce of love. The ounce of love.