[00:36] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Właśnie tutaj i właśnie teraz rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, na którą czekają przede wszystkim mole książkowe, ale nie tylko. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a dzisiaj po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór panowie.
[01:02] - Czołem.
[01:03] - Dobry wieczór.
[01:04] - Zanim przejdziemy do książek, które dzisiaj staną się punktem wyjścia do dyskusji, tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium, bowiem Bibliotekarium realizujemy raz na żywo, raz z taśmy. Dzisiaj tak akurat wyszło, że na żywo. Oczywiście z taśmy leci co dwa tygodnie podcastowe wydanie, czyli ABW. Dzisiaj kontakty do Radia Paranormalium to numery telefonów: 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Oczywiście linię telefoniczną będziemy otwierać tak gdzieś po 21:00. Jak zawsze. Mamy nadzieję, że tym razem ktoś zadzwoni. Głównie państwo piszecie, co świadczy chyba pozytywnie o zdolności pisania, że zdolność pisania poprawnie po polsku w narodzie nie umarła, ale czasami też dobrze byłoby zadzwonić.
A jeżeli ktoś woli pisać, to można do nas napisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02, 36 08 80 02. Jesteśmy też na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam również wysłać pytania i komentarze na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Halo, halo Bydgoszcz!
[02:47] - Halo, halo! Jesteśmy. Tak jak powiedzieliśmy wcześniej w ostatnim odcinku Bibliotekarium, dzisiaj audycja nietypowa. Pytanie, dlaczego właściwie jest nietypowa? Zastanawiałem się, od której strony zacząć o tym opowiadać. Myślę, że najprościej. Otóż 13 stycznia 2017 roku mieliśmy przyjemność spotkać się z państwem po raz pierwszy. Wtedy wyemitowano pierwsze Bibliotekarium, a zatem dzisiaj, 12 stycznia 2018 roku mamy rocznicę. Taką rocznicę wypadałoby w jakiś szczególny sposób obchodzić. Tak się trochę zastanawialiśmy, jak mamy właściwie obchodzić, skoro co dwa tygodnie nadajemy o tych książkach.
A więc cóż oryginalnego można o książkach jeszcze powiedzieć? Postanowiliśmy zatem, że tę jubileuszową audycję wykorzystamy do zaprezentowania książek, które były dla nas – dla Wiktora i dla mnie – ważne. Każdy z nas dostał zadanie, żeby wymienić takich książek 10. Oczywiście jak zaczęliśmy myśleć, to nie udało nam się 10, w związku z czym zrobiliśmy 10 plus dyscyplina dodatkowa: jedna książka awaryjna. Czyli łącznie wyszło prawie 20 tytułów, a właściwie ponad 20 tytułów. Dlaczego właściwie w taki sposób? Tak jak zacząłem już mówić, to nie będą zawsze książki najlepsze literacko albo jakieś szczególnie wysublimowane myślowo. Nie. To będą książki, które były dla Wiktora i dla mnie ważne w życiu. Coś zmieniły, jakoś przestawiły zwrotnice.
I z tego względu dzisiaj się tak troszeczkę uzewnętrznimy przed państwem. Powiemy o naszych literackich fantazjach. Pewno nie o wszystkich, bo ta formuła 10 tytułów jednak była dla nas ograniczająca i to dosyć mocno. Wiktor strasznie narzekał, ale w końcu stwierdziliśmy, że samoograniczenie jest rzeczą jak najbardziej dobrą i czasami warto coś takiego zrobić. Cóż, Wiktorze, cóż powiesz?
[05:15] - Tak bardzo grzecznie żeś zagaił.
[05:17] - Bo ja grzeczny człowiek jestem.
[05:19] - No niestety, ale ja chyba dotknę problemu-
[05:23] - Ależ z grubej rury.
[05:24] - Tak. Takiego, jaki on jest. Otóż Marek to wszystko zapowiedział tak, a ja powiem, jak to jest naprawdę po prostu. Otóż naprawdę to jest tak: jeżeli przez cały rok prezentuje się, że tak powiem, dokonania innych, w nas po prostu buzuje zwykły ludzki ekshibicjonizm. Chcemy się też popisać, pokazać po prostu kawałek swoich obsesji. Dlaczego obsesji? Dzisiaj- Dzisiaj się wydaje może to dziwne, ale kiedyś czytelnictwo, czytanie książek to była pewna obsesja. To nie był wybór, to nie było hobby, to była obsesja. Czytało się. Ludzie czytali książki jak opętani, od jednej do drugiej, od następnej, następnej, bez przerwy, dzień i noc, przy każdej okazji, kiedy tylko można było.
Z latarką pod kołdrą, kiedy mama nie pozwalała. Tak się czytało książki kiedyś naprawdę do imentu. Jeżeli się tak żyło, tak się dojrzewało w tym obłędzie, to zaprocentowało taką osobowością, jaką dzisiaj mamy. Bo w sumie to nie my jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, tylko jesteśmy w pewien sposób ulepieni z tego, co żeśmy przeczytali.
[07:04] - Więc słowo osobowość wcale nie musi brzmieć podniośle.
[07:11] - Nie.
[07:12] - I nie musi być czymś podniosłym, bo sami państwo ocenicie, czy-
[07:17] - Osobowość z osobliwością się również dobrze kojarzy.
[07:20] - Pewnie, bardziej czasami. Sami państwo zresztą ocenicie, czy te nasze wybory świadczą o tym, że podobają nam się książki, które również państwu się podobają, czy też są po prostu zdziwactwem dwóch zgryźliwych tetryków, tak jak moglibyśmy się określić. Cóż, Wiktorze, ja myślę, żeby nie przedłużać, tylko zacząć, żeby otworzyć listę. Bo czas biegnie, a tych tytułów troszeczkę mamy. Sami sobie zgotowaliśmy ten los.
[07:53] - Wiesz, mnie bardzo ciekawi ewentualna korespondencja z naszymi słuchaczami, bo na ile te trajektorie naszego czytelnictwa zbiegają się z ich trajektoriami, na ile się zbliżały albo oddalały od siebie. Bo drogi ludzi do czytania są bardzo różne. Ale zobaczymy. Ja w każdym bądź razie nie wiem, Marku.
[08:31] - Cóż, ja powiem tak: tak jak powiedziałeś, nie ma jednej dobrej drogi. Natomiast zacząłem o tym mówić, że ten przegląd, który przygotowaliśmy dzisiaj, to nie jest przegląd książek dobrych, książek najlepszych. Właściwie świetnie to ująłeś. To jest przegląd naszych czytelniczych obsesji. Bo to jest tak, że my jesteśmy z tego pokolenia, w którym po książki stało się w kolejkach. To, że nie było internetu, to rzecz oczywista, ale ludzie już jednak nie malowali ścian w jaskiniach oraz nie wykuwali tam nic. Papier był, książki były, ale to były czasy, kiedy po dobre książki stało się w kolejkach albo miało się znajomą panią w księgarni, która pracowicie pod ladę książki co cenniejsze chowała.
[09:25] - Ja może słuchaczom przypomnę, co to jest kolejka. Otóż kolejka do księgarni potrafiła mieć, ja pamiętam takie na Starym Rynku w Warszawie i w Bydgoszczy również.
[09:39] - Ale już nie na Starym Rynku?
[09:41] - Po kilkaset metrów, do kilometra ludzie w kolejce stali po to, bo się pojawiła nowa książka jakiegoś Garcii Marqueza albo kogoś tam innego. Takie były kolejki. Na przykład po „Ulissesa” Joyce'a, to w Warszawie stało— nigdy nie widziałem, nawet w stanie wojennym, kiedy wódkę sprzedawano, tak długich kolejek jak za „Ulissesem”. Nie wiadomo po co większość ludzi kupowała te książki, wcale nie po to, żeby czytać. Akurat mówię o „Ulissesie”.
[10:16] - Właśnie chciałem powiedzieć-
[10:17] - Że należało stać po prostu.
[10:18] - Ale ten „Ulisses” to był taki wyjątek. To była taka książka, po którą się stało. Później zaczynało ją czytać i po kilku stronach dochodziło do wniosku, że to się nie da czytać. Oczywiście tak nie jest, że się nie da, ale znam kilku ludzi, którzy po prostu na tej książce polegli. To właśnie chciałem powiedzieć, że w tamtych czasach nie tylko stało się w kolejce po to, żeby książkę kupić, ale w dodatku te kupione książki się czytało. Bo to nie był taki typowy snobizm, że książki się kupowało po to, żeby zapełniać półki. Byli oczywiście i tacy, którzy bardziej interesowali się grzbietami owych książek, żeby ładnie wyglądały na regale i żeby później się dom dobrze prezentował, ale to była raczej mniejszość. Jednak większość ludzi książki czytała. I nie mówię tego po to, żeby zaraz skonstatować, że dzisiaj są takie złe czasy, że już nikt nic nie czyta. Nie, to moim zdaniem, przynajmniej w części, są bzdury.
Ludzie czytają. Są tacy, którzy taką potrzebę mają, są tacy, którzy jej nie mają. I właściwie nie zamierzam boleć nad tym, że ktoś czyta albo nie czyta. Ci, co czytają, wygrywają. Ci, co nie czytają, w gruncie rzeczy też wygrywają, tylko w zupełnie innej grze. Także ja bym tu jakichś ocen specjalnych nie serwował, ale tak jak zacząłem mówić, Wiktorze, przejdźmy do listy, bo lista krótka nie jest.
[11:47] - Wiesz, moja lista, że tak powiem, zaczyna się od bardzo śmiesznych rzeczy, bo po pierwsze nie pamiętam tej książki. Pamiętam tylko tytuł i ilustracje śladowo. W ogóle nie wiem, o czym to jest, ale pamiętam W jaki sposób ją czytałem? To była moja pierwsza książka. Czytałem ją w przedszkolu, gdyż moje kuzynki, które nie miały brata, więc nie wiem dlaczego się bardzo interesowały swoim kuzynem, który był mały. Mama mnie kąpała w wannie, one przychodziły i się na mnie strasznie gapiły. I to zainteresowanie pociągnęło na tyle, że pomagały mi również w wielu sprawach. I kiedy zobaczyły, że pod pachą noszę książkę, a miałem ze cztery czy pięć lat, to po prostu w ciągu dwóch, trzech dni nauczyły mnie czytać i pisać. I to była pierwsza książka, którą przeczytałem. Ale tę książkę przed tym i potem nosiłem pod pachą do przedszkola.
Kładłem ją pod poduszkę, spałem z książką pod poduszką. Byłem opętany tą książką, ale nie wiem w ogóle, o czym to jest. Była to książka pod takim bardzo znaczącym tytułem: „Bajka o Żelaznym Wilku”. O ile się orientuję, to ona w tej chwili jest nawet wydawana od czasu do czasu, wznawiana, bo to jest taki sztandarowy-
[13:28] - Nie, bo to klasyka jest po prostu.
[13:30] - Klasyka dziecięcych rojeń.
[13:34] - To, o ile pamiętam, książka Wacława Sieroszewskiego.
[13:39] - Chyba tak.
[13:40] - Chyba tak mi się to kojarzy. Powiem ci tak: to książka, jako pięciolatek to przeczytałeś?
[13:48] - Nawet chyba nie miałem pięciu lat.
[13:50] - Wiesz co, mnie ta książka wydawała się zawsze trudna. Bo to chyba nie jest książka tak naprawdę dla dzieci, pomimo tego, że to niby bajka czy też baśń właściwie. Ale to trudna książka jest.
[14:05] - Tak, ale wiesz, do mnie przemawiały ilustracje w tej książce, bo ja odczytywałem ilustracje, tworzyłem sobie obraz, a potem porównywałem to, co sobie wytworzyłem w głowie, z tym, co zostało napisane i tak dalej. Zresztą Bogiem a prawdą, to przez całe życie czytałem książki, których nie rozumiałem, które były zdecydowanie na wyrost w stosunku do mojego wieku, bo większości książek, które tutaj dzisiaj będę cytował, to tak na początku nie rozumiałem.
[14:38] - Ja nie wiem, czy nie rozumiałeś. Bardziej się zastanawiam nad czymś. Powiem ci tak: ta książka mnie przerażała momentami.
[14:47] - Tak?
[14:48] - Tak, bo ona mocna była taka. Przecież te układy, które tam były zawierane. Staram się, żeby zgodnie z naszym zwyczajem nie opowiadać tej książki, ale to była książka nie wiem, czy o wielkiej polityce, ale o polityce, o takim życiu, byciu władcą, ale też o pójściu na kompromisy. Niełatwa lektura.
[15:16] - Marku, tego to ja nie łyknąłem. Dla mnie to była bajka, tak jak w tytule „Bajka o Żelaznym Wilku”. To była bajka ta książka. Prawdopodobnie sam sobie stworzyłem bajkę na podstawie tej książki w głowie i tak dalej, ale ona została dla mnie, gdybym miał, tak jak to w tej chwili robię, wymieniać książkę, która zaważyła na moim życiu najbardziej, to ta „Bajka o Żelaznym Wilku” właśnie.
[15:43] - „Bajka o Żelaznym Wilku”. Wiesz co, mam w takim razie nietypową propozycję, żebyśmy już na tym etapie spróbowali posłuchać Ivelliosa, bo mamy akurat nagrany fragment „Bajki o Żelaznym Wilku”.
[15:58] - Z naciskiem, z akcentem na „spróbowali”.
[16:02] - Tak. A cóż takiego się stało?
[16:06] - Bo jakoś tak wiesz, ja jakoś nie cenię sobie swojego głosu za bardzo, swoich nagrań nie potrafię słuchać.
[16:18] - Ale my lubimy słuchać Ivelliosa.
[16:21] - Ale tylko koniecznie, żeby go pochwalić po prostu.
[16:24] - Zdaje się.
[16:26] - Nęca po prostu.
[16:27] - Ale zdecydowanie opowiadamy się i tu już bez lania wazeliny, opowiadamy się za tym, żeby jednak Ivelliosa posłuchać. A w jego interpretacji właśnie książka „Bajka o Żelaznym Wilku” Wacława Sieroszewskiego. Prosimy, Marku.
[16:46] - Ja jeszcze tylko powiem, że ten pierwszy rozdział, który zaraz zabrzmi tutaj na antenie, jest dosyć zachęcający do sięgnięcia po resztę. A więc zaczynamy prezentację fragmentu „Bajki o Żelaznym Wilku”. Wacław Sieroszewski, „Bajka o Żelaznym Wilku”. Rozdział pierwszy. Polował król w głuchych borach swego państwa. Polował król. W gonitwie wśród gęstwin i bagnisk zgubił swój orszak. Znalazł się sam w puszczy na gniadym koniu, od którego złota łuna biła na ciemne, omszałe pniska drzew, grubych jak kancie, wysokich jak wieże kościelne. Zielonkawy zmrok rozlewał się wokoło. Czaił w załomach ziemi i drzew, w dołach wykrotów, w podcieniach gajów niby wielooki, drzemiący smok.
Bystrym wzrokiem król wpatrywał się w przeloty lasu, bacząc, czy nie przemyka się gdzie sarna płowa, nie przekrada czarny tur, nie przepęza lis ognisty. Ale było martwo i cicho. Jeno w dali, jak szum uchodzącej burzy, grzmiała wrzawa oddalających się opławników i ciężkie ich młoty kamienne waliły jak pioruny o drzewska. W tym wydało się królowi, że siwy cień sunie nisko przy ziemi w stronę przeciwną od tych głosów. Wyciągnął co prędzej z saidaka strzałę o miedzianym ostrzu, położył na tęgiej cięciwie łuku i puścił. Brzękła jak osa i utonęła w zmierzchu. Jednocześnie rozległ się cichy jęk. Król spiął srebrnymi ostrogami konia i rzucił się w tę stronę. Trafiłem pomyślał radośnie, ale na miejscu, gdzie padła strzała nie znalazł nic. Natomiast znowu opodal rozległ się cichy, podobny do skowytu jęk.
Król ponownie spiął chrapiącego konia ostrogami i skoczył. Siwy cień pomykał przed nim, kryjąc się wśród korzeni i pniska. Raniony szepnął król i drugą strzałę na cięciwę nałożył. Daremnie jednak to z jednej, to z drugiej strony zajeżdżał opierającego się konia ostrogami przynaglał. Raniony zwierz krył się zręcznie. Na rzut strzały nie dopuszczał, ale i z oczu nie znikał. Gniewał się król. Cuglami konia szarpał ostrogami, boki mu krwawił. Zapatrzony na siwy cień to zjawiający się, to niknący w zielonawej pomróce. Nie spostrzegł, że wierny jego rumak drży, że lęka się, że grzywa mu się jeży.
Nie widział, że to już nie jeden cień, lecz kilka ich miga się to tu, to tam i zwodzi go wyraźnie. Aż nagle zaroiły się jak mrowie blade cienie wyskoczyły spoza pni, wychynęły z wądołów, wypełzły z obrosłych sitowiem bajorów. Zalśniły ogniki ich ślepi równo nad ziemią jak krwawy różaniec. Koń zatrzymał się i przysiadł na zadzie. Zrozumiał wreszcie król, co mu grozi. Ujął w garść złotą brodę i wsunął ją na piersi za kołnierz skórzanego kaftana, żeby mu nie przeszkadzała w bitwie. Po czym jął szybko strzałę za strzałą wypuszczać, mierząc w krwawe ogniki. Z dzikim wyciem leciały teraz ku niemu siwe szeregi. Wreszcie nie wytrzymał strasznego widoku koń bojowy. Spiął się, okręcił na tylnych nogach i wichrem popędził od napastników.
W ucieczce król pogubił strzały. Łuk mu pękł uderzony o nawisłą na drodze rosochę. Został jedynie u boku krótki, ciężki brązowy miecz. Pędził król na oślep i od czasu do czasu grał na złotym rogu, nawołując straże. Za daleko wszakże odbiegł od nich, aby go mogły usłyszeć. Za to wilki były coraz bliżej. Już siwe ich kłódły migotały z obu stron. Już wyprzedzały go. Koń robił ciężko bokami, charczał, potykał się, wyciągał cudną szyję jak lecący łabędź, a biała piana całkiem pokryła złotą jego sierść i złotą grzywę. Z wrzawą, z wyciem, z tętentem lecieli tak po sennym lesie, strasząc zdumiałe obumarłe drzewa.
Aż spostrzegł król, że siwe cienie migają już przed nim, że jest otoczony. Wtedy zeskoczył z konia na zwalony pień. Wdrapał się wysoko na ogromne, sterczące ku górze korzeniska. Oparł plecami o tarczę potwornego wykrotu oklepionego kamieniami, gliną i mchem. Podniósł oburącz swój ciężki miecz brązowy. Wilczyska obiegły go natychmiast jak fale powodzi. Przez nie rwał chwilę jego rumak. Traktował je kopytami, szarpał zębami, aż z żałosnym rżeniem spiął się, runął i utonął w ich skłębionym mrowisku. Teraz wszystko zwróciło się na króla. Szerokie, kosmate mordy, rozdziawione pyski z białymi kłami, czerwone ozory, łapy zbrojne w szpony żelazne pięły się ku niemu, wznosiły coraz wyżej, gęsto błyskając rubinowymi jak żar ślepiami.
Co gorsza, król dostrzegł poza pierścieniem leśnych bestii brunatne ciała znanych mu leśnych włóczęgów, półnagich dzikusów żyjących za pan brat z leśnym zwierzem, odziewających się w skóry wilcze i ukrywających swe kudłate łby pod wilczymi szłykami. Te hordy krążyły dotychczas luźno na pograniczach jego państwa i żywiły się przeważnie tym, co zdążyły skraść lub zrabować u jego pracowitych oraczy. Potrząsali łukami i szczuli zwierzęta na króla wilkołackim wyciem i podszczekiwanie. Nie mogły się wszakże wilki dostać na pień wysoko wsparty na gałęziskach i okrzewiach, a ich człowieczy pobratymcy nie wiadomo dlaczego nie puszczali strzał. Dodało to królowi otuchy. Zatrąbił, ile tchu starczyło w róg i stanął mocno w kroku. Potem swój ostry miecz opuścił. Zatoczył jego końcem szerokie półkole i obtarł pień z wilczej piany. Z wyciem ze skomleniem opadła nawała rozżartych bestii. Pogasły ślepia zalane posoką.
Ale trwało to chwilkę, po czym znowu wezbrały straszliwe zastępy. Spiętrzyły się i zaszalały wokoło, szukając drogi. Niedługo król dostrzegł, że znalazły przejście po pniu od rozpleśniętej na ziemi korony drzewa. Zrozumiał, że koniec ich bliski i znowu, ile miał mocy w piersiach, zatrąbił w swój złoty róg. Wilki odpowiedziały mu wściekłym wyciem. Jednocześnie grzbietem drzewa jak po kładce ruszył ku niemu szereg doborowych przeciwników. Przodem szło wielkie, siwe, prawie białe wilczysko ze łbem szerokim, potężnym jak u niedźwiedzia. Mordę naprzód wytknął. Paszczę z lekka rozdziawił, że widać było straszliwe zębiska, a ostre uszy położył za siebie. Szedł wolno, mocno wpierając twarde szpony w oślizgłą od wilgoci korę drzewa i zad pod siebie podpierał, gotując się do skoku.
Król patrzał mu w gorejące ślepia i nie ruszał się. Dopiero gdy bestia zatrzymała się zupełnie blisko, postąpił śmiało pół kroku i ciął mieczem brązowym. Śmiertelnie ranione wilczysko potoczyło się jak kłąb śniegu na łby spoglądających z dołu towarzyszy. Tymczasem król, nie zwlekając ciął raz drugi i zrzucił z pnia drugiego zwierza. To wywołało popłoch wśród napastników. I gdy król znowu ku nim postąpił, błyskając złocistą szatą i mieczem ognistym, rzucili się w popłochu w tyłu. Skłębili, wpadli na siebie i gryząc się wzajem, wyjąc ze strachu, skomląc z przerażenia, spadli z pnia na dół, na ciekawie przyglądające się im stado. Wtedy i reszta, podwinąwszy ogony, zaczęła uciekać w przerażeniu. Król cofnął się na swe stanowisko i wytarł spocone czoło. Wilki zatrzymały się opodal, a skupieni za nimi włóczędzy leśni zaprzestali szczucia i zdawali się ze sobą naradzać.
Ale nie trwało to długo. Jakiś pomruk piekielny, podobny do szelestu wichury w leśnej gęstwinie, podniecił ich. Zerwali się znowu ludzie i zwierzęta. Obiegli wściekłą powodzią stojącego na pniu monarchę. Ten, doświadczony w bojach, pojął, że zaraz napad ponowią. Mocno się oparł stopami o nierówności pnia i czekał spokojnie z wzniesionym mieczem. Istotnie, tłum wilków już wpadł na drzewo i oślizgując się, przewalając, popychając się wzajem, leciał ku niemu. Znowu król, nie czekając na nich, krok naprzód postąpił. Pociął przeciwników, popłatał, pospychał, po czym cofnął się, aby chwilkę wypocząć. Ale wilki tym razem nie uciekły.
Nieza długo znów były u jego nóg. Chwytały go za poły rozwianego kaftana, za buty, za pochwę oręża, ciągnąc na dół w przedśmiertnych podrygach. Poczuł król, że rychło zginie, że siły go opuszczają, więc coraz częściej w krótkich odstępach dął w złoty róg. Trąbił. Trąbił rozpaczliwie na swoich dworzan, na swoje liczne wojska. I wydało mu się przez chwilę, że odpowiada mu gdzieś z dala srebrna trąbka wielkiego łowczego. Nabrał otuchy. Kilkoma potężnymi cięciami pień z wilków oczyścił. Oparł zmęczone ciało o tarczę wykrotu, aby wytchnąć cokolwiek i słuchał. Wilki wahały się i niechętnie spozierały na pień, pomimo zajadłego naszczuwania włóczęgów.
Gdy wtem tuż za królem rozległ się i zawarkotał coraz bliżej łoskot podobny do szczęku tysiąca bijących o ziemię oręży. Wilki zawyły radośnie i znowu zamrowiły się na pniu. Król zadął raz jeszcze przenikliwie w róg, ale w jednej chwili ktoś mu go z rąk wytrącił, miecz wyrwał. Przerażone oczy króla zdołały dostrzec tylko poza wykrotem ogromny czarny cień. Włochata, żelazna łapa przycisnęła go. Ugiął się pod jej ciężarem, potoczył i spadł z pnia na ziemię. Gdy ocknął się, poczuł przede wszystkim twarde kolana na piersiach, a nad sobą ujrzał wilczym futrem okrytą pierś. Z dziur przyłbicy patrzyły nań zimno okropne stalowe średnice. „Jesteś moim jeńcem, królu” — rozległ się głos cichy, lecz silny. „Twoje państwo rozległe prawem wojny do mnie należy.
Twój rolnik spokojny, gdy zechce, dla mnie siać i zbierać będzie. Twoje stada karmić będą me wojska nieprzeliczone. Twoje zamki i grody warowne staną się memi legowiskami, a twój lud mego ludu sługą i niewolnikiem”. „Ktokolwiek jesteś, dobij mnie. Po co się znęcasz?” — jęknął król. „Nie po tom żywcem brać cię kazał. Nie po tom stracił tyle sług wiernych. Nie przez litość dla ciebie, nie. I to, co mówię, nie dla urągania, ale na rozkaz mych bogów, mych wróżów. Słuchaj więc spokojnie.
Wszystko się odmieni. Puszczę cię wolno i nawet na twe krainy napadać przestanę. Ale mi obiecaj, że mi oddasz w zakład przymierze na wieczną własność to, czego nie było jeszcze nigdy, a jest już w twoim pałacu. Co choć twoje jest, a czego nie znasz, w czym przyszłość i teraźniejszość łączą się niby wody zlewających się rzek. Tak kazali mi powiedzieć nasi siwi wróżowie”. „Puść mnie, abym mógł pomyśleć” — zwrócił się do zwycięzcy król. A gdy ten usunął mu z piersi kolano, podniósł się, usiadł i zadumał. „Cóż by być mogło, co do mnie należy, a czego nie znam?” — rozmyślał, z wolna przychodząc do siebie i nieustannie nasłuchując, czy nie doleci go z oddala granie rogów myśliwskich. „Wszystko ważne znam i pamiętam. Cóż więc to jest?
Po co ci ta rzecz?” — spytał, chcąc zyskać na czasie. „Sam nie wiem. Chcą tego wróżowie, a zwykliśmy ich słuchać. Zresztą nie wolno mi wiele z tobą gadać”. „A jeżeli powiem nie?” — zżymnął się rycerz żelazny. „Uległeś w walce. Pozwoliłeś się wciągnąć nierozważnie w zasadzkę. Powiodę cię jako jeńca przy moim koniu z grodu do grodu, abyś był świadkiem, że uczynię wszystko, com obiecał z twym ludem”. Król bystro spojrzał na rycerza. „Sądząc z głosu młodzieniaszek jakiś.
Niedoważony barbarzyńca. Usłyszę pewnie przesadne opowiadania o jakiejś błyskotce w moim pałacu. Dużo tego jest i być może, że czego nie znam. Leży w kącie schowane. Powiedzieli mi o tym schwytani jeńce, a chytrzy dzicy wróże tłumanią tych sobie podwładnych wilkołaków rozmaitymi gusłami. Może im potrzebny do czego ten przedmiot dziwaczny. Ha! Tym lepiej” — postanowił król z szybkością błyskawicy, dostrzegłszy niecierpliwy ruch ręki rycerza. „Zgoda. Rzekł głośno: Dam ci, czego żądasz, ale pamiętaj, że w ciągu lat dziesięciu uszanujesz moje granice.
Ale po mój zastaw przyjdę, kiedy mi się spodoba. Po zastaw? Ano tak, po zastaw. Przychodź, przychodź choć jutro, ale pozwól odgadnąć, czy to czasem nie mój ulubiony puchar kryształowy, w którym woda i wino mieszają się jak nurt Bożeny z nurtami Popławy. Co? Dawno mi go już nie podawano i doprawdy zapomniałem o nim — pytał już łaskawie. Albo nabijany turkusami pas, który w sekrecie przygotowała dla mnie na imieniny królowa. Sekret zdradził mi szatny, gdy nowy pas zamówić kazał. Dlatego dopytuję się, abym czasem przez nieświadomość nie zgubił albo nie darował komu rzeczy tobie obiecanej, rycerzu. Owszem, powtarzam, że oddam ci, co zechcesz z pałacu, więc mnie puść, gdyż towarzysze szukają mnie i są niespokojni.
Straże moje wstrzymają twych towarzyszy — zaśmiał się rycerz Żelazny. Tym bardziej! O cóż więc chodzi? Puść mnie i przybywaj w moje dziedziny, a przyjmiemy cię godnie. Pierwej przysięgnij, że dotrzymasz obietnicy i pamiętaj, że za złamanie przysięgi srogo się zemszczę. Tak nakazują nasi bogowie. Król przysiągł trochę dotknięty okazanym mu niedowierzaniem. Gdy wstał i potargane ubranie poprawił, już ciemna postać rycerza otoczona zastępami wilków nikła w zmierzchu leśnym. Król odszukał swój strzaskany miecz, swój złoty róg i natychmiast zagrał na nim przeciągle raz, drugi i trzeci. Rychło odpowiedziało mu srebrne echo.
Król poszedł w tym kierunku, trąbiąc od czasu do czasu. Zatetniały wkrótce kopyta po twardej glebie boru i zabłyszczały w zmierzchu złociste zbroje królewskiego orszaku. Zeskoczyli rycerze i dworzanie z koni, otoczyli pana swego zdumieni i przerażeni bladością jego twarzy, strzaskanym orężem i krwią na podartych szatach. Ale ponieważ król milczał posępnie, nie śmieli go pytać. Wielki łowczy podprowadził mu swego konia. Miecznik podał mu na klęczkach swój miecz. Król wskoczył na siodło i skinął na leśniczych, aby wiedli go do domu. Popędzili z tętentem i łoskotem, a w cichym borze, w zielonkawym jego zmroku zostały jeno trupy pobitych wilków, złotem okute siodło królewskie i szczątki roztartego konia.
[33:31] - No cóż, Wiktorze, to właśnie początek bajki o Żelaznym Wilku.
[33:37] - Słuchałem w tej chwili zauroczony zupełnie, bo to jest tak, jakbym czytał naprawdę dobrą powieść fantasy.
[33:46] - Wszystkim tym, którzy nie mieli kontaktu z tą książką od razu powiem, że to nie jest bajeczka dla grzecznych dzieci.
[33:55] - Tak.
[33:55] - To nie jest tak, że tu się wszystko fajnie kończy i latają elfy i królewny. To jest historia nieco bardziej skomplikowana i tak jak zacząłem o tym wcześniej mówić, tu naprawdę, pomimo pozoru tej bajkowości czy bajeczności, dzieje się prawdziwe życie. Mają miejsce prawdziwe emocje. Ten sztafaż bajkowy ukrywa prawdziwą historię. Nie w sensie tego, że coś takiego się wydarzyło, ale prawdziwą psychologicznie. Być może dlatego usiłuję znaleźć jakiś klucz. Być może dlatego tak ci się to podobało.
[34:38] - Po prostu pewne rzeczy odciskają na ludziach piętno, ale te rzeczy muszą coś znaczyć. Musi być ten stempel rozżarzony do czerwoności, żeby zostawił odcisk na dupie człowieka. Ta książka jest chyba taka właśnie. Ona odcisnęła na mnie swoje piętno i łażę z tym piętnem całe życie. Ale wiesz, to jest moje piętno.
[35:09] - A to jest twoje pierwsze piętno.
[35:10] - Pierwsze piętno. Każdy ma własne. Ciekawy jestem, co ciebie ubodło najmocniej.
[35:20] - Ja nie zastosowałem twojego kryterium, czyli kryterium historycznego, że to była moja pierwsza książka. Nie. Ta książka, którą za chwilę wymienię, nie była pierwszą, którą przeczytałem, ale to była pierwsza książka, która... Albo inaczej. Od innej strony zacznijmy. Ja gdzieś od wczesnej młodości czy dziecięcości właściwie czytywałem fantastykę. Najpierw to była rzeczywiście fantastyka dla dzieci typu Pececki. „Bal na Pięciu Księżycach” albo coś tam było. Ale to nie jest książka, którą zamierzam wymienić. Czy jakieś inne historie młodzieżowe.
Fantastyka naukowa kojarzyła mi się z lekkimi, zabawnymi historiami. Na przykład „Mój księżycowy pech”. Taka była też. „Ci z dziesiątego tysiąca”. To były takie książeczki, które się czytało lekko, przyjemnie. Wsiąkłem w fantastykę naukową i wydawało mi się, że to tak powinno być. Pewnego dnia natrafiłem na książkę i tu wymieniam tytuł. Pierwszy mój stempel na książkę Stanisława Lema. Nie dlatego, że się snobowałem, bo ja wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem, co oznacza słowo snobowanie się, tylko wydała mi się i okładkowo, i objętościowo całkiem fajna. To była książka zatytułowana „Eden”.
W dodatku ona się zaczyna tak, jak sobie to wyobrażałem, czyli wielką przygodą. Statek kosmiczny ulega katastrofie. Na szczęście nikt nie ginie. Kończy się to w miarę dobrze. Załoga przeżywa.
[36:57] - Tak. Fajna, klasyczna science fiction.
[36:59] - Tak! Statek się rozwala, oni go muszą naprawić. Wydawało się, że oni go naprawią i odlecą i to będzie super historia.
[37:07] - Ale wiesz co? Tak samo się po tej mojej książce wydawałoby. Król, wilki, Nietzsche i tak dalej. I że się na tym skończy, nie?
[37:17] - Tak. I tutaj podobnie. Rzeczywiście do pewnego momentu ta książka na początku wydawała się spełniać moje oczekiwania. Rzeczywiście było tam dużo przygody. Oni się musieli wykopać z tego statku, który wbił się w planetę. Musieli go odremontować, doprowadzić do porządku. Zaczęli organizować nawet wyprawy po okolicy, żeby się zorientować, co jest. I w tym momencie, tak jak już powiedziałem, ta książka zaczęła mi się rozpadać w mojej młodzieńczej wyobraźni, bo tam się zaczęły dziać takie rzeczy, które już nie wpisywały się w taką młodzieńczą przygodę. Tam nie wszystko mi się zgadzało. Później, kiedy dochodzi do kontaktu pomiędzy załogantami a mieszkańcami tej planety, to już w ogóle mi się przestawało podobać.
To było nieproste. Oni się nieprosto kontaktowali, ten kontakt był jakiś nie taki. Zamiast się dogadać, to oni się właściwie nie mogli dogadać. Nie wiadomo, co to było. Ale w sumie, ponieważ dosyć konsekwentnie odbudowywali ten swój statek, to w końcu go odbudowali i odlecieli. Każdemu, komu się w tej chwili wydaje, że opowiedziałem tę książkę, powiem, że wzorem bohaterów pewnego sitcomu, jest w mylnym błędzie, bo o coś innego w tej książce chodzi i ja tego przy pierwszej lekturze nie załapałem. Odłożyłem tę książkę nieco zawiedziony i przekonany, że Lem to nie jest dla mnie, muszę czytać inne rzeczy. Ale coś było takiego w tej książce, co mnie chyba niepokoiło. Wtedy to na pewno o tym nie wiedziałem. Dzisiaj to tak bym to chyba podsumował, że coś mnie niepokoiło w tej książce i cały czas właściwie wracałem wyobraźnią i wspomnieniami do tej książki.
To się rzadko zdarzało w tamtym czasie, młodzieńczym, nazwijmy to, że po trzech miesiącach wróciłem do tej książki i przeczytałem ją jeszcze raz. Nie powiem, że ją zrozumiałem, ale już mi się podobała bardziej. Już zacząłem przynajmniej rozumieć tyle, że kontakt z inną planetą — przypomnę, że jeszcze 10 lat nie miałem — z mieszkańcami innej planety wcale nie musi być lekki, łatwy i przyjemny, jak to bywało przy innych lekturach. Tylko może być coś takiego jak niezrozumienie i że to jest bardziej chyba prawdopodobne nawet niż ten kontakt lekki, łatwy i przyjemny. Trudno powiedzieć, że wtedy zrozumiałem wszystko, ale to był taki punkt zwrotny dla mnie. Książka „Eden”. Kiedy zacząłem patrzeć na fantastykę, którą później czytałem i czytam do dzisiaj, kiedy zrozumiałem albo uświadomiłem sobie, może tak lepiej. Uświadomiłem sobie, że fantastyka to nie są takie fiki-miki opowieści różnej treści, w której wszystko się dobrze kończy i w ogóle wszystko jest lekkie, łatwe, przyjemne i całkowicie zrozumiałe. Że to czasami trzeba się troszeczkę pogimnastykować umysłowo. Trzeba te bruzdy w mózgu zagęścić albo pogłębić, żeby cokolwiek zrozumieć.
I to chyba dlatego jest książka, którą wymieniam na pierwszym miejscu, bo ona coś tam zmieniła. Zresztą pod tym kątem właściwie dobierałem wszystkie swoje lektury.
[40:53] - Muszę ci powiedzieć, że akurat ta książka do mnie trafiła, już kiedy byłem w wieku bardziej podatnym na zrozumienie. Po prostu byłem jednak odrobinę starszy od ciebie. O ile ja pamiętam, Lem zrobił niesamowitą rzecz. Otóż w tej książce, jeśli ktoś jej nie czytał, pozornie, praktycznie biorąc, nie ma ludzi. Tam bohaterowie nawet imion nie mają. Jest kapitan, inżynier, doktor ktoś i tak dalej. Oni są prawie bezkłóciowi. Ta załoga tego statku w ogóle nie ma charakterów, nie mają żadnych... Nic od tej strony. Jest to takie jakby wyprute z uczuć, z empatii i tak dalej.
[41:44] - Książka psychologiczna to to nie jest.
[41:47] - Pozornie.
[41:48] - Pozornie, ale na tej pierwszej warstwie nie jest.
[41:50] - Tak. Natomiast w trakcie lektury nagle zaczynasz rozumieć, że zupełnie nie wiesz, dlaczego ta książka chwyta za gardło. Już nie mówiąc o ktoś, kto odkłada tę książkę po przeczytaniu, o wzruszeniu, jakie ona wyzwala w człowieku, jakie ona emocje budzi. Ona budzi olbrzymie emocje. Problemy, które ona dotyka w ogóle, również mają wymiar naprawdę cywilizacyjny i są potężne. Tylko że w tej warstwie Lem chyba wiedział, co robi. Spodziewał się, że mnóstwo takich Żelkowskich weźmie ją i zacznie czytać po prostu-
[42:43] - Szukając rozrywki.
[42:44] - Szukając rozrywki po prostu. A potem ugrzęźnie.
[42:46] - Ugrzęźnie. Tak. Co więcej, przyznam się do tego, że nawet jak tutaj tak starałem się przedstawić spójną historię o tym, jak skruszony wróciłem do książki, ale m- Przesadziłbym, kiedybym powiedział, że zrozumiałem tę książkę, czytając ją drugi raz. Nie, nie zrozumiałem, ale już wychwyciłem takie obrazy, które wtedy wydawały mi się bardzo groźne, które są groźne, ale ja chyba ich do końca nie zrozumiałem, bo sobie też wyobraziłem, że mamy do czynienia z cywilizacją na poły faszystowską, jakieś obozy koncentracyjne, bo tam są tego rodzaju obrazy, które tak się mogą kojarzyć. Tylko że ja myślę, że to znowu była kolejna warstwa, którą Lem rzucił na pożarcie już takim nieco bardziej doedukowanym Żelkowskim, a w każdym razie bardziej wnikliwym czytelnikom Żelkowskim. Ale to też nie jest ta warstwa ostateczna. Lem troszkę zrobił tę swoją książkę tak, jak to mamy do czynienia w „Shreku”, że ogry są jak cebula, to zdaje się chyba tak brzmiało. Więc ta jego książka też jest jak cebula, ma warstwy.
[43:54] - Ma warstwy. Lem napisał dużo rzeczy bardzo ważnych, wspaniałych i tak dalej. Ale ta jego pierwsza książka, warto przeczytać tę książkę.
[44:08] - To nie jest pierwsza jego książka.
[44:10] - Tak, ale naprawdę taka science fictionowa, mocna, normalna, nowoczesna.
[44:15] - „Obłok Magellana”, „Astronauti”, „Człowiek z Marsa” długo niepublikowany.
[44:21] - Tak, ale to są książki, które można w pewnym sensie pominąć. Kręgosłup Lema zaczął się kształtować chyba w książce... Jaka była pierwsza ta cała o lekarzach?
[44:45] - „Szpital Przemienienia”.
[44:47] - „Szpital Przemienienia”. Lem był z wykształcenia lekarzem, więc po prostu zaczął pisać książkę. To jest książka bardziej o etyce, o filozofii.
[45:04] - Ale wbrew pozorom „Eden” też jest o etyce.
[45:07] - Przede wszystkim o tym, Marku.
[45:11] - Ale mówię wbrew pozorom, bo to jest w ogóle książka, którą pewno wypada mi tutaj wynosić pod niebiosa, ale to naprawdę jest książka po pierwsze wielowarstwowa. Mnie się w niej najbardziej podoba to, że tę książkę mógł czytać kilkulatek. Raczej z taką wskazówką na osiem, może dziewięć lat, ale może ją czytać dorosły. I ten kilkulatek wychwycił sobie tam, pomimo tego, że sarkał, ale to jednak była kosmiczna przygoda na innej planecie, coś się działo i tak dalej. Przeczytałem ją i w sumie byłem zadowolony. A później tę książkę przeczytałem jeszcze w życiu kilka razy i za każdym razem byłem zadowolony, tylko chyba za każdym razem inaczej.
[45:58] - Marku, już w tej chwili, gdybyśmy usiedli i zaczęli czytać tę książkę tak jak chyba posłuchamy z przyjemnością fragmentu.
[46:04] - Nie, tej akurat nie posłuchamy.
[46:07] - Szkoda. Bardzo szkoda, bo książka jest rzeczywiście pozornie tak prosta i taka oczywista, a dotyka tak ważkich problemów, chyba najważniejszych, z jakimi się cywilizacja człowieka i człowiek zetknął kiedykolwiek.
[46:23] - Wiesz co, jak tak sobie teraz patrzę na tempo, w jakim omawiamy naszą listę, to myślę, że dzisiejsza audycja skończy się gdzieś tak o szóstej rano. To chyba nie jest możliwe. W związku z tym proponuję, żebyś wymienił drugą książkę na swojej tajnej liście.
[46:40] - Słuchajcie, jak powiem co, to zdaję sobie sprawę, że będzie taki ryk śmiechu, jeśli chodzi o mężczyzn w ogóle, bo kobiety to raczej pojęcia o tego typu literaturze nie mają.
[46:57] - Oj, myliś się.
[47:00] - W każdym razie ja wam powiem i dlaczego. Dobra, walę z grubej rury. Otóż drugą książką jest „Winnetou” Karola Maya. Po pierwsze, połowa mojego dziecięcego życia to były zabawy w Indian, Winnetou, Komanczów, Apaczów i tak dalej. Bieganie po strychach, bieganie po podwórkach, bieganie po lesie, po ogrodach, szalenie i tak dalej. Wiązanie przeciwników. Skalpowania nie było, ale poza tym wiele podobnych rzeczy było. To jest książka, która to moje pokolenie bardzo rozrywała, dziecięce. Mogę pominąć wszystkie rzeczy, które dotyczą czasu przeszłego. Natomiast dlaczego ja uważam, że ta książka jest dzisiaj straszliwie ważna, Marku?
I tu cię zaskoczę chyba.
[48:06] - Zaskakuj.
[48:07] - Wiesz, dlaczego ta książka jest ważna? Otóż od tej książki mniej więcej człowiek, a właściwie cywilizacja europejska zaczęła rysować karykaturę samej siebie po prostu i sprzedawać ją całemu światu.
[48:31] - To ciekawe podejście.
[48:32] - Tak, udowodnię to bardzo prosto. Otóż o czym jest ta książka i co ma ze światem współczesnym wspólnego? Otóż ta książka jest przede wszystkim, głównym bohaterem jest Old Shatterhand. To jest człowiek, który nie zabija, tylko wali pięścią, wybija zęby, powala na ziemię, że tak powiem, ale następnie nie jest zwolennikiem kary śmierci, tylko, że tak powiem, obezwładniania i nieczynienia krzywdy. Najgorszemu bandycie. I teraz, o czym jest ta książka? Otóż ta książka jest o tym, jak Old Shatterhand nie zabija. Natomiast ci, których on nie zabił, zabijają, podpalają, gwałcą, rabują połowę Ameryki. Za każdym razem, kiedy Old Shatterhand kolejnego złoczyńcę wypuszcza wolno, ten złoczyńca spokojnie morduje, robi swoją robotę dalej. I tak się ta książka do samego końca, kiedy ten sam z pierwszych stron bandyta zabija wreszcie narzeczoną Old Shatterhanda, zabija jej ojca, ginie Winnetou i tak dalej.
Następnie Old Shatterhand do samego końca nic nie robi, tylko wreszcie sprawiedliwość tamtemu bandycie wymierza natura, ziemia, Opatrzność i Pan Bóg go wreszcie pokarał. I gdyby nie ten kretyński Old Shatterhand, to ta książka-
[50:20] - Nie byłoby tej książki.
[50:21] - Nie byłoby tej książki, bo jest jeden tom, drugi tom, trzeci tom. I chcę wam zwrócić uwagę, że w tym kierunku, o czym była ta książka, poszła cała nasza europejska cywilizacja. Zwyciężył Old Shatterhand. Dzisiaj wszyscy są naokoło przeciwnikami wymierzania kary śmierci i dzięki temu przestępcy mogą zabijać, gwałcić spokojnie, posiedzą te dwa lata w więzieniu, potem wyjdą.
[50:50] - Możemy też być ubogacani kulturowo dzięki temu.
[50:52] - Tak. Zawsze można się umówić. Adwokat z prokuratorem mogą się dogadać i uwolnić tego oprawcę. I robi to na stronach wielotomowej serii Karola Maya właśnie mój niezbyt ulubiony bohater, czyli Old Shatterhand. Wolałem Komanczów, Apaczów, nawet Winnetou, bo jednak nie byli tacy cywilizowani.
[51:28] - Muszę ci powiedzieć, że nigdy w ten sposób nie patrzyłem na Winnetou. Ale rzeczywiście, jak to powiedziałeś, można rzeczywiście w ten sposób spojrzeć. I naprawdę, gdyby nie to, że on był taki, jaki był, to właściwie tej książki by nie było.
[51:46] - Pewnie, że by nie było.
[51:47] - Nie byłoby o czym pisać. O czym, że tam sobie ganiali się po stepach Ameryki Północnej? Nie wiem. Musiałby w każdym razie mocno popracować nad fabułą, ale tak stworzył sobie bohatera, który był jądrem krystalizacji dla wszystkich wydarzeń. Okej, powiem ci, że w jakiś sposób nowy spojrzałem na lekturę z młodości. Dobra, to teraz ja powiem swój drugi typ. To jest książka, od której zaczęła się moja przygoda z kryminałem. Byłem człowiekiem, który częściej czegoś nie czytał, niż czytał. To dosyć zabawne jest, przynajmniej na początku, bo miałem naście lat wtedy, ale takie wczesne naście lat, powiedzmy 12, może 13. I wydawało mi się, że już jestem w tak poważnym wieku, że powinienem jakiś kryminał przeczytać.
I kiedy zadałem pytanie, nie pamiętam, komuś z rodziny zapytałem, co powinienem przeczytać. Ta osoba bez wahania wymieniła mi nazwisko Raymonda Chandlera. I że powinienem to koniecznie przeczytać. Cóż, ja ufałem osobom dorosłym. Zacząłem czytać, ale Philip Marlowe nie przypadł mi do gustu. Jakieś to było dla mnie jednak za ciężkie.
[53:20] - Bo jeszcze wtedy piwa nie piłeś.
[53:22] - Nie.
[53:23] - A nie whisky.
[53:23] - Whisky chyba.
[53:24] - Whisky, tak.
[53:26] - Nie, ale w ogóle jakieś takie, zgodnie zresztą z zamierzeniem autora, mroczne to było, ponure. Brzydka ta Ameryka była w tych książkach jakaś taka nieposkładana, paskudna dosyć. Nie, to mi nie podeszło, więc odpadłem od lektury. I stwierdziłem, że może ja nie jestem tak skonstruowany psychicznie, żeby czytać kryminały. Ale jak wiadomo, nastolatki płci męskiej bywają zajadłe i zawzięte, więc jak minęło kilka tygodni, to postanowiłem, że jednak coś przeczytam. I na półce u rodziców znalazłem książkę, która nosiła tytuł, i to jest właśnie mój drugi typ, „Błękitny młoteczek”. Tytuł wydaje się dosyć infantylny.
[54:14] - Nie czytałem.
[54:16] - A autorem tej książki jest Ross Macdonald. To autor wielu kryminałów.
[54:23] - Znam.
[54:23] - Notabene takich troszeczkę jednak klimatem zbliżonych do Chandlera. Może nie tak mrocznych, ale jednak to nie jest ta Ameryka taka blichtrowana i taka błyszcząca. To jest jednak czasami prowincja, to są jednak czasami takie problemy nie za fajne. On stworzył też swojego bohatera. To jest detektyw Lew Archer. I powiem szczerze, to były fajne historie. Fajne, bo pozornie dosyć proste, ale jednak było tam wszystko, co w książce, ja nie wiem, czy w książce dla dwunastolatka, ale w książce, w dobrym kryminale rzeczywiście tam było to, co powinno się tam znaleźć. Czyli był zawsze wątek miłosno-romansowy, był wątek Świetnej, prostej, ale nie prostackiej zagadki kryminalnej. Musiał się ten Ross Macdonald troszeczkę nachodzić, żeby sprawę rozwikłać. Na ogół ta sprawa miała drugie dno, czyli kiedy już myśleliśmy, że wiemy wszystko, to okazywało się, że nic nie wiemy, a w każdym razie nie wiemy tyle, ile nam się wydawało.
To był według mnie strzał w dziesiątkę, ale dokonany całkowicie na ślepo. Tak jak powiedziałem, ja sobie wyciągnąłem po prostu książkę z półki i chyba miałem szczęście. Co więcej, ja tym śladem podążając, przeczytałem kolejne książki tego autora. Pamiętam dzisiaj tylko jeden tytuł, w tej chwili na gorąco, to „Pasiasty karawan” na przykład.
[56:04] - To czytałem.
[56:06] - A jeszcze były inne oczywiście, ale wyleciały mi z głowy. Natomiast ta lektura, ten „Błękitny młoteczek”. Czym jest „Błękitny młoteczek”? Na pewno nie będę opowiadał, ale na pewno nie tym, co sobie państwo wyobrażacie, kiedy słyszycie te słowa. „Błękitny młoteczek” ma swoją tajemnicę.
[56:27] - Dobrze, że trafiłeś na Rossa McDonalda po prostu, bo on zrobił coś, co w amerykańskiej literaturze było pozytywnego, strasznie fajnego. Nie wszystko oczywiście. Czym się charakteryzowała właśnie ta sensacyjna literatura amerykańska, która dla Europejczyka mogła być sztampowa, natomiast ona była jednak dobra, tak samo jak dobre były amerykańskie filmy. Na czym to polegało? Na jawnej, bardzo przyciągającej umysł, szczególnie nastolatka, szczególnie młodego człowieka, intrydze. To wszystko, co mówiłeś, ta fabuła, zagadka i tak dalej, to wszystko budowało intrygę taką, do której się umysł czytelnika przyklejał jak pijawka po prostu. Ja pamiętam chyba akurat jedną książkę też z podobnej półki, „Noc bez brzasku”.
[57:38] - To nie jest z podobnej półki, bo w innym czasie napisana. A wyleciało mi z głowy. To jest ten sam autor. Macklin?
[57:50] - Macklin, tak. Ale na czym to polegało? Otóż ja pamiętam, że dostałem tę książkę, zacząłem czytać i mniej więcej tak samo Ross Macdonald pisał. I większość dobrej science fiction, również amerykańskiej, taka była. Otóż dostałem sobie taką książkę, która nosiła nomen omen tytuł „Noc bez brzasku”.
[58:13] - Alister.
[58:14] - Tak. Zacząłem ją czytać, ale zrobiła się godzina dwunasta w nocy. Musiałem gdzieś potem do szkoły chyba czy coś takiego, więc zgasiłem światło i położyłem książkę na poduszce. Powierciłem się pół godziny, zapaliłem światło, czytałem i czytałem ją do rana. I przeczytałem. Nie mogłem jej nie skończyć. Następnego dnia chyba zaszedłem do mojego przyjaciela z tą książką pod pachą, Krzysia Rogozińskiego. On mówi: „Co czytasz?”. Ja mówię: „Już to przeczytałem”. „A co to jest?”.
„Taki kryminał”. „Daj mi”. Ja mówię: „Tylko uważaj, bo to ma taki tytuł, "Noc bez brzasku". Nie można zasnąć przy tej książce". On mówi: „Mi to nie robi”. Wziął tę książkę, po czym następnego dnia zadzwonił do mnie i mówi: „Cholera jasna, Wiktor. Miałem w radio — bo to był dziennikarz radiowy — audycję. Poszedłem tak niewyspany. Musiałem przeczytać”. Tak się pisało kiedyś tę dobrą, sensacyjną literaturę amerykańską.
Właśnie Rossa McDonalda, właśnie Alistaira Macleana, również wielu, wielu pisarzy. To jest coś, co dzisiaj próbują naśladować młodzi pisarze i czasami im się udaje. Ale to był taki czas i takie książki.
[59:47] - Z takich jeszcze książek znanych Rossa McDonalda można wymienić „Lewe pieniądze”. Aż się dziwię, że zapomniałem o tym tytule. I „Śpiąca królewna”.
[59:59] - No i „Śpiąca królewna”.
[01:00:01] - Tych książek zresztą jest sporo. Jest zresztą sporo, bo to jest autor, który pierwszą bodajże książkę wydał pod koniec lat 40. Skończył w latach 70. pisać książki. To były fajne lektury. Dobra, nie przedłużając.
[01:00:21] - Czy amerykańscy pisarze pisali książki po to, żeby nie iść na II wojnę światową?
[01:00:27] - Nie.
[01:00:27] - Z Jackiem Hemingwayem.
[01:00:29] - Nie, on w 1949 napisał książkę, już po wojnie było, a wcześniej się pewno sprawiał. Nie zagaduj, tylko powiedz, jaki jest trzeci punkt twój.
[01:00:40] - Taki podobny jak twój, bo to też kryminał, autentyczny kryminał, tylko że nie taki nowoczesny, że tak powiem. Ale tak samo fabułka. To jest książka, którą zaczytywałem się gdzieś w pierwszej, drugiej klasie szkoły podstawowej. To był „Hrabia Monte Christo” Dumasa. Po prostu ta książka chwytała mnie też za gardło, bo to jest intryga, tajemnica, a poza tym to, co współcześni pisarze bardzo lubią podkreślać, czyli ta Dwie strony tej samej osobowości. Że tak powiem, taki nobliwy ktoś, piękny, sympatyczny, bogaty, ale skurwysyn na przykład. Albo odwrotnie. Ta dwoistość ludzkiej natury. Hrabia Monte Christo był archetypem właśnie takiego spojrzenia na człowieka. Z jednej strony właśnie taki, jak ja mówię, subtelny arystokrata, a w podszewce siedziało, tylko że nie diabeł, ale po prostu mściciel.
[01:01:54] - Tak, ale to była książka. To rzeczywiście jest coś takiego, że nie wiem, czy to ta książka, ale na pewno umocniła to moje przekonanie właśnie ta książka. Przekonanie o tym, że jeśli autor opisuje swojego bohatera w sposób prosty, czyli to jest fajny facet, na przykład Conan Barbarzyńca. On jest właściwie wszędzie na „aj”, ma rzadko wątpliwości, to on może być fajnym bohaterem, ale i tak wolimy tego bohatera, który nie jest jednoznaczny, który jest taki trochę posklejany, który się nam wydaje: dziwny facet, trochę się waha albo ma jakieś wątpliwości, albo w jakimś momencie, kiedy powinien mieć wątpliwości, to ich nie ma. To nam się wydaje takie: kurczę, skomplikowany gość, będzie nudził. No właśnie nie. Ja co prawda mam trochę wątpliwości, czy ja jeszcze dzisiaj zdołałbym hrabiego Monte Christo przeczytać.
[01:02:54] - Tak?
[01:02:54] - Nie wiem. Zastanawiam się, bo jestem pod wrażeniem kilku książek, które próbowałem czytać po latach i było mi ciężko, więc zastanawiam się. Nie próbowałem, może spróbuję, ale zastanawiam się, czy hrabiego Monte Christo bym jakoś strawił. Nie wiem. Po prostu nie wiem. Wiem, że kiedyś to była fajna lektura, ale czy dzisiaj? Trudno powiedzieć.
[01:03:18] - Wiesz, to było tyle razy sfilmowane to wszystko, że można sobie film obejrzeć.
[01:03:22] - Powiem ci-
[01:03:23] - Ale filmy były do chrzanu.
[01:03:25] - Ja nie widziałem dobrego filmu. Nawet serial kiedyś był i to takie wszystko było, nie wiem.
[01:03:30] - Przypudrowane, przelakierowane.
[01:03:32] - I przegadane.
[01:03:33] - I przegadane zupełnie.
[01:03:34] - Bardzo często przegadane. Książka miała jednak tę zaletę. Byłem wtedy nastolatkiem. Nawet ta książka zrobiła mi coś takiego jak tobie „Noc bez brzasku” Alistaira Macleana. Mnie też, może nie tyle noc, ale w każdym razie mocno mi nockę zawaliła. A już o czytaniu pod kołdrą, co właściwie chyba wszyscy przerabiali, to w ogóle nie wspominam, bo to klasyka.
[01:04:03] - Ale czytałeś pod kołdrą z latarką?
[01:04:08] - A z czym miałem, ze świeczką czytać?
[01:04:09] - No pewnie! Ja czytałem ze świeczką. Matka, jak się zaczęło, że tak powiem, dymić w pokoju i matka przychodzi.
[01:04:21] - Taki odważny nie byłem. W każdym bądź razie, hrabia Monte Christo. To ja cię przebiję inną książką. Przebiję w sensie tak, jakbyśmy w karty grali. Na moim trzecim miejscu jest Bułhakow, ale nie ta najsławniejsza książka, czyli „Mistrz i Małgorzata”, chociaż też chylę czoła. Książka znakomita. Mnie natomiast mocno jakoś tak wdarła się w pamięć książka zatytułowana „Psie serce”.
[01:04:54] - To jest książka, którą ja również polecam wszystkim. Po prostu jest to książka powalająca z nóg zupełnie. Jest tak wspaniała, tak zachwycająca i tak straszna, i tak obrzydliwa, i piękna, że tak powiem, że naprawdę zatyka. Warto tę książkę przeczytać. Każdy właściwie człowiek, który chce mieć pojęcie o współczesnym świecie, powinien przeczytać „Psie serce”.
[01:05:24] - Tak. A swoją drogą też poza tym, że zrozumie trochę, nie wiem, czy zrozumie naturę człowieka, ale trochę się dowie o naturze człowieka, to poza tym zrozumie każdy czytelnik, dlaczego władza radziecka tak nienawidziła Michaiła Bułhakowa. Ja się wcale nie dziwię tej władzy, że ktoś, kto sportretował tak wspaniale człowieka radzieckiego, nie był darzony sympatią.
[01:05:50] - W dodatku sekretarza.
[01:05:53] - Ale poza tym jaki szybki awans. Powiem ci, że ja znowu się przyznam do swojego głuptactwa, w dodatku głuptactwa już takiego poważnego, bo „Psie serce” czytałem, będąc już na studiach. W związku z tym wymagałoby się od takiego człowieka odrobiny chociaż jakiejś normalnej i w miarę trzeźwej refleksji. Mnie się naprawdę wydawało, jak brałem książkę do ręki, nie wiem, skąd to głuptactwo i idiotyzm mnie dopadł, że ja biorę jakąś książkę, która będzie o piesku i to będzie jakaś taka smutna historia. Nie wiem. Później sam się śmiałem z tego, jak można być takim głuptakiem, ale jednak byłem. To też wiesz, radość była większa, ponieważ ja się spodziewałem jakiejś żałobliwej historii o jakimś skrzywdzonym piesku, a przeczytałem tę historię, która jest po prostu z jednej strony satyrą na określone czasy, ale z drugiej strony taką okrutną analizą, kim może być człowiek, jaki może być, co w nim siedzi tak naprawdę. Powiem ci, że byłem zachwycony tą książką. Poza tym wiesz, jest jeszcze ta potrzeba, żeby odkrywać w życiu coś, czego nie odkryli inni. To znaczy to oczywiście bzdura, co mówię, książkę "Psie serce" czytało przede mną całe tabuny ludzi.
Natomiast człowiek, który czyta książkę i go ta książka fascynuje, ma przez chwilę takie złudzenie, wrażenie, że odkrył coś, czego inni nie odkryli. I w takim stanie świadomości się znajdowałem, kiedy skończyłem lekturę "Psiego serca".
[01:07:40] - Na marginesie analizy tej książki i jakiś uwag do tej książki, muszę ci powiedzieć, że mam takie wrażenie i zawsze go mam, nie za bardzo mi się podoba nasz obraz początków całego komunizmu. Ten komunizm, żeby go dokładnie totalitarnie ztotalitaryzować, trzeba było nad tym trochę popracować. I nad tym dopiero pracowano w czasach, kiedy Bułhakow pisał tę książkę. Gdyby ten totalitaryzm był już zapięty na ostatni guzik, to Bułhakow by palca ponad ziemię nie wystawił, bo dawno byłby zakopany razem z książką i nigdy w życiu ślad tej książki ani Bułhakowa imię i nazwisko by na powierzchni ziemi się nie pojawiło. W tych początkach jednak ludzie szaleli. Aleksander Tołstoj też pisał dziwne rzeczy. Wielu pisarzy rosyjskich i radzieckich pisało dziwne rzeczy, które oczywiście były dla władzy nie do przełknięcia, ale jednak przetrwały, zostały w naszej pamięci, a nie zostały zabite i zakopane na amen. Do tego się nadawał Bułhakow, gdyby ta władza była taka.
[01:09:12] - Każdy czas, każda historia to jest jednak pewien proces. Na szczęście historia nie toczy się zrywowym trybem, czyli dziś jest albo nie, dzisiaj nie ma, jutro jest. Na szczęście komunizm czy też to coś, co się ukształtowało w Rosji, która została nazwana Rosją Radziecką czy Związkiem Radzieckim później, nie mogło się ukształtować ot tak, na pstryk, więc się kształtowało jakiś czas. A człowiek z takim zmysłem obserwacyjnym, jaki miał Bułhakow po prostu to wychwycił.
[01:09:49] - Poza tym, Arku, jeszcze jest geografia, czyli wielkie, gigantyczne imperium sowieckie, rosyjskie to jednak był organizm bardzo złożony przez cały czas. Na przykład powiem o takich przykładach. Pewne książki science fiction Strugackich, które nie mogły się ukazać w Związku Radzieckim, nie mogły się ukazać, ukazywały się w Nowosybirsku. Dlaczego w Nowosybirsku? Bo tam był ośrodek akademicki, byli inni ludzie. Oni drukowali te książki, wydawcy z Nowosybirska wydawali te książki, potem jakoś to było łykane gdzie indziej. Otóż to, co można było czasami w Odessie, a nie można było w Moskwie, to nie można było gdzieś w Polsce, ale można było w Warszawie. Ja takie same miałem problemy. W Warszawie nie można było wydać książki, a w Poznaniu można było.
[01:10:49] - To mówimy o drugiej jesieni.
[01:10:52] - Tak.
[01:10:53] - Ale wiesz co ci powiem? W ogóle Rosja. Dzisiaj się często w memach internetowych czy w filmikach mówi, że Rosja to nie kraj, to stan umysłu. Ze Związkiem Radzieckim było dokładnie tak samo. To też był stan umysłu. Być może tę historię opowiadałem, ale historia Konrada Fijałkowskiego, kiedy po raz pierwszy zagościł w Moskwie i udał się do redakcji pisma „Technika Mołodioży", ponieważ miał tam zaległe honorarium. Oni wydrukowali jego opowiadanie. Ponieważ był na wycieczce, poszedł do tej redakcji, żeby mu ewentualnie wypłacili. Cieszył się już, że jakichś zakupów dokona. Zjawił się w redakcji, opublikował chyba jedno opowiadanie, a oni się tam ucieszyli, jakby Hemingway do nich przyjechał chociażby.
Po prostu święto było. To się trochę zdziwił. Młody pisarz w końcu, a oni go tu fetują jak jakiegoś mistrza. Zdziwił się, ale zachował się godnie. Nie dał po sobie znać.
[01:12:01] - Wypił tyle, ile należy.
[01:12:02] - Nie. Oni powiedzieli, że bardzo się cieszą, że on przyszedł. Wypłacili mu i oni z powodu tego, że on przyjechał, organizują wieczorem bankiet.
[01:12:12] - Tak.
[01:12:13] - I był na tym bankiecie. Jak wspominał, wódki i szampana oraz dań po stole turlało się tam naprawdę sporo, w różnych odmianach i ilościach, a wódka to była w takich radzieckich czy rosyjskich ilościach, czyli całkiem sporo. Ale on cały czas się zastanawiał, dlaczego go tak fetują. Zastanawiał się, czy może jego nazwisko już jest takie sławne w Związku Radzieckim, że oni mając świadomość, że mają do czynienia z tak wielkim autorem, tak go fetują. Ponieważ on się wypytywał i wypytał, ktoś go wziął na bok i powiedział: „No cóż, jest u nas taki przepis, że jak się pojawi inostraniec, autor, to można zorganizować przyjęcie". I oni zorganizowali, wykorzystali, bo normalnie w redakcji nie można było dokonywać zakupów na redakcję i tak dalej. A przyjechał gość, to można było. I oni skrzętnie wykorzystali okazję Że się pojawił jakiś autor z Polski, którego niekoniecznie kojarzyli i zorganizowali sobie przyjęcie takie, że się z niego wychodziło na czworakach albo w ogóle pełzając. Także to mówię: Rosja, stan umysłu mimo wszystko, a Związek Radziecki z całą pewnością również.
[01:13:33] - A Bułhakowa przecież jest obrazkiem larwianej formy systemu komunistycznego w sposób obłędnie oddany. Jak żadna z książek, które tutaj wymieniamy i wymienimy jeszcze, tak bym przy sercu, chociaż to ty żeś ją wymienił, ale ja bym polecał ją wszystkim.
[01:14:03] - Ja też zdecydowanie. Dobra, podaj w takim razie swój czwarty typ.
[01:14:08] - Ja już jestem taki trochę zdziecinniały, więc po prostu ja się cały czas trzymam dzieciństwa, a do dorosłości dopiero dojdę, proszę cię, panie Marku. Otóż dla mnie po „Hrabim Monte Christo” następna książka to jest „Tajemnicza wyspa” Verne'go. Proszę cię, bo jak pod Lima musiał być Verne, po prostu nikt inny. „Tajemnicza wyspa” ze wspaniałymi sztychami, drzeworytami. Taka wielka, ogromna ta książka była, miała chyba pół metra wysokości i z 20, 30 centymetrów szerokości i gruba też jak pajda chleba. W każdym razie ta książka była cudowna również dlatego, że wciągała w umysł. Była niesamowita. To była książka z pogranicza prawie science fiction. Tam nie było science fiction. Co prawda potem gdzieś tam w głębi, pod skałą tej tajemniczej wyspy pojawił się sławny kapitan Nemo w „Nautilusie”, co jest takim pierwszym przebłyskiem tego, że Juliusz Verne sięgnie po science fiction w przyszłości.
No i zrobił to. A „Tajemnicza wyspa” pozostała ze mną do dzisiaj i chciałbym tam pobyć.
[01:15:38] - Wiesz co? Ja mam kilka rzeczy odnośnie „Tajemniczej wyspy”. Po pierwsze ostatnio trafiłem na takie wydanie „Tajemniczej wyspy”, z której usunięto wszystkie elementy związane z opisami.
[01:15:52] - Tak?
[01:15:53] - I to jest coś strasznego. Sama fabuła została i dialogi. Fabuła w sensie narracji, takiej typowej akcji i dialogi. I nie ma nic poza tym. Powiem ci, że to się nie daje czytać. To się nie daje czytać. Ja wiem, że Juliusz Verne to nie był człowiek, który malował piórem jakieś obrazy tworzył. Ale jednak bez przesady. To, co miałem okazję zobaczyć, to się ciężko czytało. Natomiast powiem ci jeszcze taką anegdotyczną sprawę, że ja chyba nic nie robię w życiu normalnie, bo czytałem tę trylogię, którą można by określić tajemniczą.
Czyli w kolejności wydarzeń, nie wiem, jaka jest kolejność napisania, w kolejności wydarzeń to są „Dzieci kapitana Granta”...
[01:16:42] - „Dwa lata wakacji”.
[01:16:44] - Nie kojarzę tego. Nie. „Dzieci kapitana Granta”. Ja się popiszę swoją wiedzą, a ty za chwilę swoją. „Dzieci kapitana Granta”, bo tam oni go wysadzają na wyspie. Później jest „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”.
[01:17:03] - No tak.
[01:17:04] - No i „Tajemnicza wyspa”. Ja przeczytałem oczywiście najpierw „Tajemniczą wyspę” i odkryłem tam, że tam jest łódź podwodna, jakiś facet pod tą wyspą, który steruje życiem tych rozbitków. No właściwie rozbalonionych kompletnie. On właściwie po części tym życiem steruje, trochę ich wspomaga, trochę matkuje, ojcuje im trochę, w jakiś sposób. Kurczę, mówię, to taka postać. I jeszcze przeczytałem, że jest książka o nim. No to dawaj! „Dwadzieścia tysięcy mil”. A nie, jeszcze gdzieś tam w przypisie było napisane, że ten Ayrton, on się chyba tak nazywa.
[01:17:49] - Tak.
[01:17:50] - Jakoś tak. Że on się pojawia jeszcze w „Dzieciach kapitana Granta” i oni go tam wysad... O, to też przeczytałem. Przeczytałem dokładnie odwrotnie, jeśli chodzi o chronologię. Mówiąc szczerze, specjalnie to nie miało znaczenia, ale mówię, nic człowiek normalnie nie robi. Zresztą „Tajemnicza wyspa” to była chyba książka, nie jestem pewien, jedna z pierwszych książek w ogóle Verne'a, którą czytałem. To były książki, które też na mnie w taki sposób działały. Być może to była kwestia dobrych tłumaczeń, których w latach 70. było dosyć sporo, ale ja pamiętam, że wydawało mi się, że taka niefantastyczna książka, mało fantastyczna, jak „Pięć tygodni w balonie” to w ogóle mnie nie może wciągnąć. Po czym zacząłem czytać i prawie się nie mogłem oderwać.
Coś takiego było. Być może to kwestia wieku, w którym byłem. Być może dzisiaj tak bym już nie szalał. Albo nie wiem. Nie wiem, czy to jest... Znowu, ja zawsze mam wątpliwość, kiedy mówimy o lekturach starszych, takich wiekowych już trochę, to mam wątpliwość, czy one się jeszcze dzisiaj, cudzysłów, czytają. Mam nadzieję, że tak. A w każdym razie w czasach, kiedy ja czytałem, czytało się to naprawdę całkiem nieźle.
[01:19:10] - Ale wiesz, to, co powiedziałeś, że Ten dowcip, który współcześni wydawcy potrafili zrobić z Verne'a, czyli same dialogi i sama akcja, obciąć tego. Według mnie to jest projekcja zwykłego naszego współczesnego przemysłu konsumpcyjnego. Co robi przemysł konsumpcyjny? Przemysł konsumpcyjny doskonale wie, że ludziom smakują te kurczaczki, chociaż im się obetnie skrzydełka i nóżki, a one są smaczne. I to samo robi z literaturą, obcina Verne'emu strony wszystkie i te opisy. I ludziom to będzie smakowało. Jakoś chyba niesmaczne to jest.
[01:19:56] - Na naszym czacie ktoś napisał, że występujesz w stroju krowy z brodą. Krowa z brodą. To à propos twojego występu telewizyjnego.
[01:20:03] - Pewnie, że tak.
[01:20:05] - Jakoś trzeba szokować.
[01:20:07] - Ostatnio człowiek, który mi dostarcza tycień do domu, zadzwonił do mnie i mówi: „To ja przyjadę. A jak my się poznamy na ulicy?” Bo on mi szara strefa, on dostarcza tytoń.
[01:20:21] - I ty się tu przyznajesz?
[01:20:22] - Pewnie, że tak. Uwielbiam szarą strefę.
[01:20:24] - Ale wiesz, że CPS czy jakiś tam inny organ, to już się szykuje, już jest w blokach startowych.
[01:20:31] - Tak. On mnie pyta: „Jak my się poznamy?” Ja mówię: „Proszę pana”, bo on samochodem podjeździe. Ja mówię: „Proszę pana, jak pan zobaczy na chodniku krowę, to będę ja”. I wyłączyłem komórkę. On mówi, że jechał samochodem i się zastanawiał: „Wariat, kretyn, debil. Z kim on rozmawiał w ogóle?”
[01:20:51] - Potem zobaczył krowę.
[01:20:53] - Potem zobaczył krowę na chodniku i widział, że to ja. Proszę, jestem bardzo bezpośredni.
[01:20:58] - Także obserwacja naszego słuchacza jak najbardziej cenna i celna. Rzeczywiście Wiktor Żwikiewicz to jest gość, który występuje w telewizji w stroju krowy i w dodatku ma brodę.
[01:21:15] - To jest piętno „Tajemniczej Wyspy”, proszę ciebie. Lubię dziwne rzeczy, proszę ciebie. A ty co lubisz najbardziej?
[01:21:24] - Jako czwarte, co lubię. Wiesz co? Ja pozostanę przy psach.
[01:21:29] - Po „Psim sercu”, tak?
[01:21:31] - Nie.
[01:21:32] - Nie wątroba?
[01:21:33] - Nie. Ja pozostanę przy psach, bo kolejną książką, która odegrała ważną rolę w moim życiu czytelniczym, to książka „Psy wojny”.
[01:21:47] - Pewnie.
[01:21:48] - Fredericka Forsytha. Powiem dlaczego. Być może Frederick Forsyth napisał lepsze książki, ale problem polega na tym, że-
[01:21:57] - Że ta ma dobry tytuł.
[01:21:59] - To nie tylko. Ja nieco bardziej prozaiczną rzecz podam. Otóż w latach 80. bardzo niewiele książek Fredericka Forsytha było dostępnych na polskim rynku. Był oczywiście „Dzień szakala”. Były właśnie „Psy wojny”, które dostać było. Sposób otrzymania tej książki trochę opisuje ta nasza historyjka, którą przytoczyliśmy na początku, czyli stanie w kolejkach, zdobywanie spod lady i tak dalej. Tak się wtedy tego rodzaju książki zdobywało, a Fredericka Forsytha to zdecydowanie. Gdzieś tam w jakiejś gazecie drukowano również „Akta Odessy”. I to właściwie było wszystko, bo w wielu książkach Frederick Forsyth pisał rzeczy uwierających komunistów w tyłek.
W związku z tym niespecjalnie drukowano, w każdym razie nie wszystko. Nie wyobrażam sobie, żeby za komuny wydrukowano na przykład książkę „Diabelska alternatywa”, która opowiada o Ukrainie czy o problemach związanych z Ukrainą.
[01:23:15] - „Psy wojny” można było, bo to było o najemnikach i o Amerykanach.
[01:23:18] - O najemnikach. W dodatku ja myślę, że to jest książka, którą dzisiaj będzie trudno zrozumieć. Przesadzam oczywiście, ale tam na przykład jednym z problemów bohaterów jest to, jak broń, która jest potrzebna dla najemników, przemycić przez granicę. Granicę taką, nie wiem, czy to była francusko-jakaś tam, już nie pamiętam, do jakiego kraju, ale to był problem. Przemycano tam w dnach beczek i tak dalej. Takiej Europy my już dzisiaj nie znamy. To Europa sprzed nie wiem, 40 lat przynajmniej. Nie pamiętam, kiedy była napisana ta książka. W każdym razie sensacja naprawdę niezła. Jakżeż byłem zawiedziony, bo w latach 80.
pokazał się film.
[01:24:09] - O nie.
[01:24:09] - Który miał niewiele wspólnego z książką. Nie powiem, że zupełnie nic, ale niewiele wspólnego. W dodatku ja wolałem zakończenie. Oczywiście nie zdradzę, ale wolałem zakończenie, które jest w książce od tego zakończenia, które zaserwował film. Zdecydowanie wolałem książkowe zakończenie. Chyba jest bardziej dramatyczne, jest bardziej uwierające, ale chyba je zdecydowanie wolałem. Dobrze, to mamy troszkę sensacji, bo ja starałem się też gatunkowo troszeczkę podchodzić. A co zaserwujesz ty w punkcie piątym naszej pogadanki?
[01:24:49] - Ja już teraz odchodzę od dzieciństwa zdecydowanie, czyli dołączam do twoich poważnych typów i to już dużo poważniejszych, a chyba najpoważniejszych. Otóż zaraz na samym początku odniosłeś się do Stanisława Lema. Tak jak mówiłem, Stanisław Lem napisał mnóstwo rzeczy wspaniałych, łącznie z „Edenem”, który jest naprawdę wspaniałą książką. Natomiast mnie powaliła jedna książka Stanisława Lema. Nie pierwsza i nie ostatnia, tylko gdzieś tak ze środka jego kariery. Książka dzisiaj może zapomniana, może nudna przede wszystkim, bo tam się niewiele dzieje, niewiele tej fabuły jest. Jakby dzisiaj wydawca próbował wyciąć i zostawić tylko dialogi, to z tej książki może by zostało pięć stron. W każdym razie to jest książka „Głos Pana”. To jest książka według mnie najwspanialsza literatura science fiction, jaka kiedykolwiek się ukazała. Tam się prawie nic nie dzieje.
Wszystko jest teoretyczne.
[01:26:01] - Filozoficzne.
[01:26:02] - Filozoficzne i gdzieś tam sobie jakimiś dywagacjami o czymś, Bóg wie o czym. O prawdzie i życiu, i Bogu, i diable. W każdym bądź razie jest to książka, nie ma o czym gadać. Po prostu ta książka, tak jak „Psy wojny” mają dobry tytuł i odnosi się do zawartości, tak samo „Głos Pana” też uderza w to, w co miał trafić.
[01:26:32] - Ale powiedzmy od razu, że „Głos Pana” to jest jednak lektura mało narracyjna. Tak jak powiedziałeś, tam się prawie nic nie dzieje. To są rozważania. Nie wiem. Ja to mam jakąś taką tendencję, żeby wszystko zamieniać na filozofię. Więc dla mnie to są rozważania filozoficzne. Chyba najbardziej. Jeśli miałbym to ująć.
[01:26:56] - Tak, ale ta książka nie jest esejem, nie jest tym, czym potem jest wiele jego książek, takich jak na przykład „Golem” i tak dalej, który bardziej zbliża się do eseistyki. To jest jednak autentycznie powieść, która działa również na emocje. Ona mi przypomina wiele książek takich przyrodoznawczych bardziej, a nie filozoficznych, bo w sumie to się dotyka wiedzy o wszechświecie, interpretacji tego wszechświata przez uczonych i przez nas, zjadaczy chleba.
[01:27:39] - Mówisz „Głos Pana”. Dobrze, ja tu jeszcze nawiążę, bo się wywiązała dyskusja o „35” zastanawia się, jak to z tą kolejnością było. Pisze tu tak, że w sumie przyznam rację o „35”, że ja też takiej pełnej pewności nie mam. Podałem tę kolejność, że „Dzieci kapitana Granta”, „20 000 mil” i „Tajemnicza wyspa”. Ale jakbym miał coś cennego postawić na tę kolejność, to bym chyba się nie odważył. Bardziej to biorę na logikę. Ja nawet nie wiem, jak powstawały te książki, ale właśnie tę, którą wymieniłem, czyli skąd się wziął Ayrton, skąd się wziął później kapitan Nemo na wyspie. I stąd mi wyszła ta kolejność. Ale się zakładał nie będę. To zdecydowanie.
[01:28:32] - Ja mam wrażenie, że-
[01:28:35] - To chyba nie ma większego znaczenia.
[01:28:36] - Nie ma znaczenia. Mi się wydaje, że Verne chyba napisał „Tajemniczą wyspę” wcześniej niż tamte dwie pozostałe. Chyba coś takiego było.
[01:28:47] - Myślisz?
[01:28:47] - Tak. Wcześniej, a potem wykorzystał, po prostu umotywował jego byt, tego kapitana.
[01:28:53] - Może. Z punktu widzenia pożeracza książek to naprawdę nie ma większego znaczenia. Każdy sobie to ułoży jak umie, a przy okazji rzeczywiście może to jest dobry powód, żeby sprawdzić, jak to było z kolejnością pisania, jak to jest z kolejnością narracyjną. Cóż, to teraz ja właściwie za ten twój „Głos Pana” muszę ci czymś odpłacić. I ja też w punkcie piątym. A jeszcze coś powiem, zanim powiem o punkcie piątym, że myli się ten nasz słuchacz, który sądzi, że ja na pierwszym miejscu umieszczę „Pana Samochodzika”. Na pewno nie. Co więcej powiem, w całym naszym zestawieniu przynajmniej ja nie przygotowałem „Pana Samochodzika”, bo staram się jednak prywaty nie uprawiać. To znaczy ja sobie oczywiście „Pana Samochodzika”, różne jego części z tego oryginalnego cyklu Nienackiego bardzo cenię, ale starałem się jakiejś takiej autoreklamy w związku z Samochodzikiem nie uprawiać. W związku z czym Samochodzika dzisiaj nie będzie.
A jeśli chodzi o punkt piąty na mojej liście supertajnej, to jest też punkt SF. Książka, która kiedyś umiliła mi pewną chorobę. Konkretnie, o ile dobrze pamiętam, to dzisiaj choroba, która jest skrzętnie unikana przez mamusie i szczepią mamusie swoich synusiów i córeczki przeciwko odrze. Ja odrę przeszedłem. Dosyć lekko.
[01:30:24] - To był taki obyczaj kiedyś, że chodziły te odrze, żeby do tego Berlin trafić.
[01:30:30] - Wisła przeszłyście? Wisłę w ograniczonym zastępie.
[01:30:35] - Zostaliście susi czy musi?
[01:30:38] - Tak różnie było, bo ja trochę się potem oblewałem w czasie tej odry. W każdym bądź razie jak już tę odrę byłem, przechodziłem, to umiliła mi tę chorobę książka zatytułowana „Non Stop”. Jej autorem jest Brian Aldiss.
[01:30:58] - Ciekawe czy ktoś pamięta jeszcze.
[01:31:00] - Ja też jestem ciekawy, bo ja wiem, że ta książka się ukazała po raz pierwszy w latach 70. w Polsce. Później wyszła w 90., ale odnoszę wrażenie, że w latach 90. była w nieco innym tłumaczeniu i chyba gorszym. Ale znowu albo ja byłem starszy i mi się gorzej czytało. Nie będę się kłócił. W każdym razie książka umiliła mi chorobę, bo to była książka, która — nie będę się silił na mówienie, że ta książka miała głębokie treści, bo być może miała, ale ja ich na pewno tam nie widziałem — miała wartką akcję, świetną tajemnicę, świetnie opisany świat, którego nie byłem w stanie do końca wyobrazić sobie, nawet pomimo tego, że byłem już w jednej trzeciej książki. A w dodatku był to świat opisany tak plastycznie, wyprawa opisana z takim sensem, że ja po prostu żałowałem, że zbliżam się do końca książki, bo ja chciałem być w tym świecie jak najdłużej. W świecie, jakby to opisać? W świecie arki.
Kto czytuje science fiction, ten mniej więcej już w tej chwili wie, o co chodzi. Motyw arki w literaturze science fiction jest dosyć popularny i powtarza się. Z tym że Brian Aldiss skonstruował swoją książkę w sposób niekoniecznie typowy, bo arka może wędrować gdzieś od gwiazdy do gwiazdy, a może też być właśnie taką arką trochę zapomnianą, trochę już właściwie zdegenerowaną, jak to opisał Brian Aldiss. I powiem ci, że to była książka, która bardzo mocno działała na moją wyobraźnię. Do tego stopnia, że ja nie tylko zacząłem rysować ten statek kosmiczny, ale też zacząłem sobie go wyobrażać. Co więcej, zacząłem popisywać jakieś takie — dzisiaj to fanfiki by się nazywało — historyjki, które się w tej arce działy. Naprawdę, to była książka, która mocno pobudziła moją wyobraźnię. A już koniec tej książki, którego tradycyjnie nie zdradzę, jest po prostu taki, że — tego oczywiście Brian Aldiss nigdy nie zrobił — jest właściwie początkiem następnej historii, którą można pisać, pisać i pisać.
[01:33:37] - Widzisz, ale jak wymieniasz tę książkę, też bym ją wymienił jako dobrą książkę sensacyjną.
[01:33:42] - Science fiction.
[01:33:43] - Science fiction, tak. Natomiast w moim życiu ona już przeszła, muszę ci powiedzieć, bokiem, bo ja już wtedy dochodziłem do dużo poważniejszej literatury.
[01:33:53] - Mianowicie.
[01:33:55] - Do dużo poważniejszej. To znaczy właściwie nie do dużo poważniejszej, tylko to było dokładnie chyba w tym samym czasie, jak ty czytałeś „Non Stop”. Ja przyznam się, że przedtem w życiu czytałem wszystkie bajki, wszystkie klechdy domowe Konopnickiej, a potem książki historyczne, przede wszystkim historyczne. I tak czytałem wszystko. Natomiast nigdy w życiu nie tknąłem żadnej książki obyczajowej, książki współczesnej.
[01:34:33] - Ja już wiem, o czym ty mówisz. A wiesz co? Zanim opowiesz, o czym mówisz, bo już cię przejrzałem, wiem, do czego podprowadzasz. To ja się mimo wszystko wtrącę, bo teraz jest dobry czas, żebyśmy kawałek powieści „Non Stop” zaprezentowali na antenie.
[01:34:49] - Koniecznie.
[01:34:50] - I dobre to podprowadzenie, ale zapamiętaj, bo ono jest naprawdę niezłe. Jak wiem, o jakiej książce mówisz, to naprawdę jest niezłe wprowadzenie. Cóż, Marku, prosimy zatem o „Non Stop” Briana Aldissa.
[01:35:05] - Brian Aldiss „Non Stop”. Część pierwsza. Kabiny. Rozdział pierwszy. Jak fala radaru odbita od jakiegoś odległego przedmiotu wraca do swego źródła, tak odgłos bicia serca Roya Complaina wypełnia w jego odczuciu całą otaczającą go przestrzeń. Stał w drzwiach swojego mieszkania, słuchając gniewnego tętnienia pulsu w skroniach. „Więc idź już sobie, jeżeli w ogóle masz iść, dobrze? Powiedziałeś przecież, że wychodzisz.” Zjadliwy głos za plecami, głos zgwenny, przyspieszył jego decyzję. Wydając stłumiony pomruk wściekłości, zatrzasnął drzwi, nie odwracając się, po czym stał, trąc ręce aż do bólu, by się opanować. Tak właśnie wyglądało życie Zgwenny.
Najpierw kłótnie bez żadnego powodu, a potem te szalone, wyczerpujące jak choroba wybuchy gniewu. Co gorsza, nie był to nigdy zwykły, czysty gniew, tylko obrzydliwe, lepkie uczucie, które nawet przy największym nasileniu nie było w stanie zagłuszyć świadomości, że wkrótce będzie to z powrotem, przepraszając ją i poniżając się. Cóż, Complain nie mógł się bez niej obejść. O tej wczesnej porze kręciło się jeszcze kilku mężczyzn. Później dopiero mieli ruszyć do swoich zajęć. Grupa siedząca na pokładzie grała w skacz wzwyż. Complain podszedł do nich i nie wyjmując rąk z kieszeni, ponuro obserwował przebieg gry ponad ich rozwichrzonymi głowami. Plansza do gry namalowana była na pokładzie i stanowiła kwadrat o boku równym podwójnej długości męskiego ramienia. Na planszy rozrzucone były bezładnie kostki i pionki. Jeden z grających pochylił się i przesunął swoje dwa pionki.
„Oskrzydlenie na pozycji piątej” — stwierdził z bezlitosnym triumfem, po czym uniósł głowę i mrugnął konspiracyjnie do Complaina. Complain odwrócił się obojętnie. Przez długi czas jego zainteresowanie tą grą było wręcz niezdrowe. Grał w nią nieustannie. Tak długo, aż jego młode nogi przestały wytrzymywać ciągłe siedzenie w kucki, a zmęczone oczy nie były w stanie dostrzec srebrnych pionków. Także na innych, prawdę mówiąc prawie na wszystkich członków szczepu Green, gra ta rzuciła jakiś czar. Dawała im poczucie przestrzeni i siły, a więc doznania, których ich normalne życie było całkowicie pozbawione. W tej chwili czar prysł i Complain był już od tego wolny, chociaż na pewno byłoby dobrze mieć znowu coś, co by podobnie absorbowało. W smętnej zadumie powlókł się przed siebie, nie zwracając prawie uwagi na znajdujące się po obu stronach drzwi, ale za to bystro obserwując przechodniów, jakby w oczekiwaniu jakiegoś sygnału. Nagle dostrzegł spieszącego do barykad Wantage'a, który odruchowo ukrywał swoją zdeformowaną lewą połowę twarzy przed ludzkimi oczami.
Wantage nigdy nie brał udziału w grach towarzyskich. Nie znosił być otoczony ludźmi. Dlaczego Rada oszczędziła go, gdy był jeszcze dzieckiem? W szczepie Green przychodziło na świat wiele zdeformowanych dzieci, ale oczekiwał je tylko nóż. Jako chłopcy nazywali Wantage'a Dziurawą Gębą i znęcali się nad nim. Lecz obecnie, gdy wyrósł na silnego i agresywnego mężczyznę, ich stosunek do niego stał się bardziej tolerancyjny, a przytyki bardziej zawoalowane. Nieświadom, że jego leniwe włóczenie się nabrało sensu, Complain także skierował się w stronę barykady, podążając za Wantage'em. W okolicy tej znajdowały się najlepsze pomieszczenia przystosowane do użytku Rady. Drzwi jednego z nich otworzyły się gwałtownie i ukazał się sam porucznik Green w towarzystwie dwóch oficerów. Wprawdzie Green był już w mocno podeszłym wieku, ale jego rozdrażnienie i nerwowy chód nosiły jeszcze znamiona młodzieńczego temperamentu.
Obok niego szli dumnie oficerowie Patched i Ziliak z wyraźnie widocznymi paralizatorami wetkniętymi za pasy. Ku wielkiej radości Complaina, Wantage, zaskoczony ich nagłym pojawieniem się, wpadł w panikę i oddał wodzowi honory. Był to żałosny gest. Głowa przyłożona do ręki zamiast na odwrót, co Ziliak skwitował wymuszonym uśmiechem. Służalczość była ogólnie obowiązującą zasadą, choć duma nie pozwalała się do tego przyznać. Kiedy Complain miał ich mijać, postąpił zgodnie z ogólnie przyjętym zwyczajem, to znaczy odwrócił się, patrząc w ich stronę. Nikt nie miał prawa myśleć, że on, łowca, może być od kogokolwiek gorszy. Powiedziane było bowiem w nauce: „Żaden człowiek nie jest gorszy od innych, chyba że sam odczuwa potrzebę okazania drugiemu szacunku”. W wyraźnie lepszym nastroju dogonił Wantage'a i położył mu rękę na lewym ramieniu. Wantage odwrócił się i przystawił mu do brzucha krótki, zaostrzony kij.
Ruchy miał jak zawsze bardzo ekonomiczne. Zachowywał się jak człowiek otoczony zewsząd nagimi ostrzami. Czubek kija spoczywał dokładnie w okolicy pępka Complaina. „Spokojnie, pięknisiu. Czy zawsze tak witasz przyjaciół?” — zapytał Complain, odsuwając ostrze kija. „Sądziłem... Przestrzeni. Łowcze, dlaczego nie jesteś na polowaniu?” — spytał Wantage, odwracając wzrok. „Ponieważ idę w stronę barykad w twoim towarzystwie. Poza tym mój garnek jest pełny, a podatki zapłacone.
Osobiście nie czuję potrzeby mięsa”. Szli w milczeniu. Complain usiłował znaleźć się po lewej stronie Wantage'a, który jednak do tego nie dopuszczał. Complain był ostrożny. Bał się prowokować zbytnio Wantage'a, aby się na niego nie rzucił. Przemoc i śmierć były zjawiskiem powszechnym w kabinach. Tworzyły naturalną przeciwwagę dla wysokiego przyrostu naturalnego. Nikt jednak nie umiera chętnie jedynie dla zachowania równowagi. Bliżej barykad korytarz był zatłoczony i Wantage oddalił się, mamrocząc coś o porządkach, jakie musi jeszcze zrobić. Szedł pod ścianą, wyprostowany, z pełną goryczy godnością.
Główna barykada była drewnianą przeszkodą, która całkowicie blokowała korytarz. Pilnowało jej stale dwóch strażników. W tym miejscu kończyły się kabiny i zaczynał labirynt splątanych glonów. Sama barykada była budowlą tymczasową, gdyż miejsce, w którym ją stawiano, ulegało stałym zmianom. Szczep Green miał charakter koczowniczy. Niezdolność do uzyskania dostatecznych zbiorów i niezbędnej żywności zmuszała go do częstej zmiany miejsca. Polegało to na posuwaniu do przodu barykady przedniej, a cofaniu tylnej. Coś takiego działo się właśnie w tej chwili. Plątanina glonów, atakowana i niszczona na przodzie, mogła spokojnie rosnąć za nimi. W ten sposób szczep wdzierał się powoli w niekończące się korytarze jak czerw w gnijące jabłko.
Za barykadą pracowali mężczyźni, którzy ścinali długie łodygi z taką energią, że jadalny sok tryskał im spod ostrzy. Łodygi te zabezpieczano potem celem zachowania możliwie największej ilości soku. Suchych tyczek pociętych na równe części używano później do najróżniejszych celów. Na samym przodzie, tuż przed migającymi ostrzami odbywał się zbiór innych części roślin. Liści dla celów leczniczych, młodych pędów jako specjalnego przysmaku, nasion o różnorodnym zastosowaniu, a więc jako pożywienia, guzików, sypkiego balastu do kabinowej wersji tamburynu, pionków do gry skacz wzwyż i wreszcie zabawek dla dzieci. Były one na szczęście za duże, aby się zmieścić w zachłannych dziecięcych buziach. Najtrudniejszym zadaniem przy oczyszczaniu terenu z glonów było karczowanie korzeni, które jak stalowa siatka rozciągały się pod powierzchnią, wgryzając się niektórymi odnogami głęboko w pokład. Po wycięciu korzeni następna ekipa zbierała łopatami humus do worków. W tym miejscu próchnica była wyjątkowo głęboka. Pokrywała pokład prawie na wysokości dwóch stóp Co wskazywało na to, że tereny te były zupełnie niezbadane i nie przebywał tutaj żaden inny szczep.
Pełne worki dostarczano do kabin, gdzie w kolejnych pomieszczeniach zakładano nowe pola uprawne. W trwającej przed barykadą pracy brała udział jeszcze jedna grupa mężczyzn i tę właśnie grupę obserwował z zainteresowaniem Complaine. Byli to strażnicy, wyżsi rangą od pozostałych. Rekrutowali się wyłącznie spośród łowców i istniała pewna szansa, że którejś jawy Complaine przy odrobinie szczęścia lub jako wyróżnienie wejdzie do tej godnej pozazdroszczenia klasy. Gdy prawie jednolita ściana, jaką tworzyły splątane glony, została już wykarczowana, oczom ludzi ukazały się ciemne otwory drzwi. Pokoje znajdujące się za tymi drzwiami kryły rozliczne zagadki. Tysiące dziwnych przedmiotów, czasem potrzebnych, czasem zupełnie zbędnych lub bez znaczenia, które stanowiły kiedyś własność zaginionej rasy gigantów. Do obowiązków strażników należało wyważanie drzwi prowadzących do tych starożytnych grobowców i rozstrzyganie, co z ich zawartości może być przydatne dla szczepu. Oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem siebie samych. Po pewnym czasie zawartość albo rozdzielano, albo niszczono, w zależności od kaprysu rady.
Wiele z tego, co w ten sposób trafiało do kabin, komenda uznawała za niebezpieczne i paliła. Sama czynność otwierania drzwi nie była pozbawiona ryzyka, chociaż istniało ono bardziej w wyobraźni niż w rzeczywistości. W kabinach krążyły pogłoski, że inne małe szczepy, także walczące o byt w gęstej dżungli, znikały cicho i bez śladu po otwarciu takich właśnie drzwi. Complaine nie był w tej chwili jedynym, któremu udzieliła się fascynacja pracą innych. Liczne kobiety, każda otoczona wianuszkiem dzieci, stały obok barykady, przeszkadzając swoją obecnością tym, którzy byli zajęci transportem próchnicy i glonów. Z cichym brzęczeniem much, których kabiny nigdy nie mogły się całkowicie pozbyć, łączyły się głosy dziecięce. Przy akompaniamencie tych dźwięków strażnicy otworzyli następne drzwi. Na chwilę zapadła cisza i nawet robotnicy rolni przerwali pracę, patrząc z lękiem na stojący otworem pokój. Przyniósł on rozczarowanie. Nie zawierał nawet fascynującego i budzącego grozę szkieletu giganta.
Był niewielkim magazynem zastawionym półkami, na którym leżały małe woreczki z różnokolorowym proszkiem. Dwa z nich z kolorami jasnożółtym i szkarłatnym spadły i popękały, tworząc na pokładzie dwa wachlarze, a w powietrzu dwie mieszające się ze sobą chmurki. Rozległy się pełne zachwytu okrzyki dzieci, które rzadko widywały jakiekolwiek kolory, a strażnicy wydając krótkie, energiczne rozkazy, ustawiwszy się w żywy transporter, zaczęli wynosić swoją zdobycz do czekającego za barykadą pojazdu. Uświadomiwszy sobie pewien spadek napięcia, Complaine oddalił się. Może jednak mimo wszystko wybierze się na polowanie. „Ale dlaczego tam w gęstwinie jest światło, skoro nie ma nikogo, kto by go potrzebował?” Pytanie to dotarło do Complaine'a pomimo gwaru. Odwrócił się i zobaczył, że zadał je jeden z małych chłopców zgromadzonych wokół siedzącego w kucki wysokiego mężczyzny. Obok stało kilka matek, uśmiechając się pobłażliwie i opędzając leniwie od much. „Światło potrzebne jest po to, aby glony mogły rosnąć. Ty także nie mógłbyś żyć w ciemnościach” — padła odpowiedź.
Okazało się, że udzielił jej Bob Faymore, człowiek ociężały i powolny, który z tych właśnie przyczyn nadawał się tylko do pracy w polu. Był wesoły nieco bardziej niż na to zezwalała nauka i dlatego ogromnie lubiany przez dzieci. Complaine przypomniał sobie, że Faymore miał opinię gawędziarza i poczuł nagle gwałtowną potrzebę jakiejś rozrywki. Bez gniewu, który mu już przeszedł, czuł w sobie pustkę. „A co tam było, zanim pojawiły się glony?” — zapytała mała dziewczynka. Dzieci wyraźnie próbowały w naiwny nieco sposób skłonić Faymore'a do opowiadania. „Opowiedz im historię świata, Bob” — poradziła jedna z matek. Faymore spojrzał z zakłopotaniem na Complaine'a. „Nie zwracaj na mnie uwagi” — rzekł Complaine. „Teorie znaczą dla mnie mniej niż te muchy”.
Władze szczepu nie popierały teoretyzowania ani żadnych rozważań niemających praktycznego znaczenia. I to było przyczyną wahania Faymore'a. „No cóż, to są wszystko tylko domysły, ponieważ nie mamy żadnych zapisów z okresu poprzedzającego pojawienie się szczepu Green” — rzekł Faymore. „A jeżeli nawet coś jest, to i tak nie ma to wielkiego sensu”. Po czym patrząc uważnie na dorosłych słuchaczy, dodał szybko: „Mamy poza tym ważniejsze sprawy na głowie niż roztrząsanie starych legend”
[01:48:59] - Dziękujemy Marku. Nie wiem, czy nasi słuchacze poczuli się zachęceni. Ja jedno powiem, że wszyscy ci, którzy słuchali mniej uważnie, tym wszystkim mogło się wydawać, że mamy do czynienia z książką, która gdzieś zahacza o fantasy. Ja zaręczam jednak, że to jest twarde SF i to takie, które wymagało troszeczkę wyobraźni chyba od autora. Ale dobrze, bo wszystko można przechwalić. Myślę, że już się powstrzymam. Wiktorze, wróć zatem do swojego wywodu.
[01:49:37] - „Non stop” był kiedyś takim szlagierem księgarskim w tych czasach, kiedy się ukazał, że jak rzadko która książka. To fakt. Natomiast ja, tak jak wspomniałem, w tamtych czasach, kiedy ty żeś tam się zaczytywał non stop, właśnie wtedy dorwałem pewną książkę, bardzo dziwną z kręgu książek, które mnie w ogóle nie interesowały. Krytycy się wypowiadali, prasa o tym pisała. Literacka, że tak powiem. Więc jakiś tam początkujący inteligent jak ja postanowił, zmusił właściwie przeczytać tę książkę, a przynajmniej zajrzeć do tej książki. Zajrzawszy do tej książki zgłupiałem. Ta książka była absolutnie nieinteresująca dla mnie. Mówiła o rzeczach jakichś współczesnych, obyczajowych, troszkę takich przebarwionych kulturą japońską, bo to autora japońskiego. Przeczytałem tę książkę i wiecie, co zrobiłem?
Zaraz po przeczytaniu tej książki rzuciłem się na całą wielką literaturę, której nigdy w życiu nie przeczytałem. Zacząłem czytać Dostojewskiego, zacząłem czytać Emila Zoli, zacząłem czytać tę wielką literaturę, która po prostu mnie nigdy nie interesowała, bo nie była, tak jak Marek tu podkreśla, literaturą czysto sensacyjną. Nie była literaturą science fiction, nie była przygodówką żadną, nie była niczym. Była właściwie o niczym, o współczesności, o świecie, o takim tam czucie i tak dalej. Ja po prostu nagle po tej książce odkryłem tamtą literaturę. Ta książka, którą wspominam, to była powieść Kobo Abe „Kobieta z wydm”. Taka obsesyjna, japońska. Nawet nie wiem, czy to jest książka dobra, czy zła, czy w ogóle jaki jest sens tej książki. Wiem, że była bardzo dobrze przez krytykę przyjmowana, kiedy się ukazała, natomiast wiem, jakie piętno ona ode mnie na mnie wycisnęła. Ja po tej książce zrozumiałem, że warto czytać również książki nie sensacyjne, nie science fiction, nie kryminały, nie tą całą literaturę, którą w życiu się pasjonowałem, tylko te książki z cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu”, że tak powiem, bo one są książki o niczym i o czymś wielkim zarazem.
Czyli to była „Kobieta z wydm”. Czy ja wiem, o czym to było? Było o jakimś facecie, jakiejś plaży.
[01:52:52] - Entymologu. On sobie pojechał złapać jakieś tam owady.
[01:52:56] - Owady jakieś tam.
[01:52:58] - Owady zwane popularnie robalami. To musiała być ulubiona książka naszego posła Niesiołowskiego, bo on też entomolog. Rzeczywiście to jest taka książka, która na pierwszy rzut oka wydaje się, to się dzisiaj często powtarza, książka o niczym. Tylko że kiedy my mówimy, że książka jest o niczym, to tak naprawdę to jest chyba niezła rekomendacja, bo jeśli książka byłaby o niczym i nie miałaby żadnych walorów, to by się nie dawała po prostu czytać. To traktujmy raczej jako hasło, że to książka o niczym, bo usiląc się na jakąś taką górnolotność, to można by powiedzieć, że ona jest o niczym i o wszystkim. Nie, tak nie będziemy mówić, bo to jest taki bełkot, który często serwują różne telewizje. Nie, to może nie jest książka o wszystkim, ale to jest książka o tym... Teraz będzie problem, o czym. Jak to powiedzieć, nie zdradzając? Jak powiem, że to jest książka o relacjach międzyludzkich, to gromkim śmiechem wszyscy.
[01:54:12] - To jest o relacjach między mężczyzną a kobietą przede wszystkim. Taka troszkę egzystencjalna książka, ale w tym japońskim pojęciu, że tak powiem, czyli trochę obsesyjna.
[01:54:30] - Tam taki element horrorowaty jest w tej książce.
[01:54:33] - Wszystko jest. Element horrorowaty, prawie fantasy i science fiction.
[01:54:41] - Nie, ale prowadzę do tego, żebyśmy my oraz nasi słuchacze zrozumieli, dlaczego cię ta książka tak zafascynowała. Bo ona jest podstępna. Bo ona opowiadając oczywiście o niczym, trzymajmy się tej formuły, jednocześnie wysuwa takie macki w twoim kierunku, łudząc, mamiąc. A tu trochę tego, a tu trochę tego i człowiek odkrywa, że czyta, przewraca te kartki i jest zafascynowany.
[01:55:11] - Ta książka rzeczywiście pochłania. Ludziom, którzy daleko żyją, że tak powiem, w czasie i przestrzeni od czasu, kiedy się pojawiła ta książka, polecam tę książkę, żeby zajrzeli do powieści Kobo Abe „Kobieta z wydm”. Zdziwią się, jak można-
[01:55:34] - Skomplikować relacje międzyludzkie.
[01:55:36] - Że tak powiem, ale w sposób pozytywny, bo naprawdę tę książkę się czyta. Ją się czyta naprawdę. Ze zdziwieniem przewracasz każdą kolejną kartkę i jedziesz dalej, a wydawałoby się, że wyrzucisz po pierwszej stronie.
[01:55:54] - Tak. Ja teraz wypadnę nieco mniej korzystnie, bo ja do twojej ambitnej literatury Kobo Abe i „Kobiety z wysp” dorzucam w punkcie szóstym książkę zatytułowaną „Igła”. To jest książka Kena Folletta. Wyszła po raz pierwszy ta książka w latach 70. Kiedy usłyszałem, że to jest książka, która się dzieje w czasach II wojny światowej, jako namiętny czytacz fantastyki naukowej stwierdziłem: „E tam, będę czytał”. Ale przy następnej recenzji, która została odczytana czy wygłoszona w programie dla młodzieży przed lub po dobranocce, nazywał się „Siódemka”. Okazuje się, że wtedy i dzieci miały swoją dobranockę, i młodzież miała swoją dobranockę i to dłuższą, 20-minutową. W tejże „Siódemce” pojawiła się gadana recenzja tej książki. To, co usłyszałem, typu, że tam się nie można oderwać i człowiek jednym tchem to czyta, to kupiłem tę książkę, żeby udowodnić sobie, że to jakieś bzdury, że oczywiście jak to komuna kłamie i to nawet w programach dla młodzieży. A może przede wszystkim.
Finał jest wszystkim znany. Zanim go wygłoszę, to już wszyscy wiedzą, że było tak, że jak siadłem, to wstałem, jak przewróciłem ostatnią kartkę. To jest książka z tego gatunku. Oczywiście książka sensacyjna, napisana przez mistrza. Później ukazało się szereg innych, może lepszych nawet książek Kena Folletta, ale to był mój pierwszy kontakt z jego twórczością. Pomimo że to się dzieje podczas II wojny światowej w Anglii, niby wszystko wiadomo, kto wygrał wojnę, a kto ją przegrał, to i tak, kiedy śledzimy losy niemieckiego agenta w Anglii, kiedy właściwie w pewnym momencie zaczynamy mu kibicować i kiedy nie jesteśmy przekonani, czy powinniśmy być po jego stronie, czy może po stronie jego przeciwników, ale tak naprawdę przecież po dobrej stronie mocy byli ci jego przeciwnicy, to się naprawdę czyta. Wiele lat później dowiedziałem się, że książka, którą przeczytałem, miała pewne braki. To znaczy wycięto z niej prawie wszystkie sceny erotyczne. Jakaś taka obsesja komunistów była, żeby wycinać wszystko, co ciekawe. Tu wycięto.
[01:58:45] - Co ma wspólnego seks z komuną?
[01:58:47] - Nie wiem, co ma wspólnego seks. Może to, że komuniści bywali purytańscy mocno. W każdym razie ta książka, powiem ci tak, że ponieważ ja ją czytałem jako nastolatek, taki późniejszy trochę, z mocno rozbudzonymi czy rozbuzowanymi hormonami, to mnie się wydawało, że i tak w tej książce jest sporo tego łomotu, a tu się okazuje, że tam jeszcze tyle wycięte. Powiem ci, że ja później odszukałem sobie odnośne fragmenty, żeby zobaczyć, co wycięto. I powiem szczerze, że naprawdę być może było wiele powodów, żeby komuna upadła, ale za głupotę w wycinaniu różnych fragmentów z książek to powinna upaść zdecydowanie. To, co tam wycięto, nie wiem, po co to zrobiono. Chyba jakiś cenzor musiał się wykazać, że coś wyciął. To wyciął. Naprawdę nie widzę w tym działaniu większego sensu. Ale co wyciął, to jego.
Cóż, Wiktorze, w takim razie czekam na twój numer siedem.
[01:59:54] - To już jest końcówka, że tak powiem, moich wyborów, czyli naprawdę z grubej rury jadę po „Kobiecie z wysp”. Przeszedłem, tak jak mówię, do literatury całej, a potem już przestałem czytać w ogóle literaturę, praktycznie biorąc. To się mniej więcej zaczęło od książki francuskiego dyplomaty Tocqueville'a „O demokracji w Ameryce”. To są podróże dyplomaty w dawnych czasach po Ameryce. Jest to książka zbijająca z nóg zupełnie. Dzisiaj każdy Europejczyk i każdy Amerykanin powinien ją czytać tak jak Biblię, po to, żeby się dowiedzieć, na czym polega demokracja w ogóle. Bo demokracja w Ameryce kiedyś była po prostu. Była tam, naprawdę możesz mi wierzyć, a przynajmniej ja wierzę Tocqueville'owi, więc po prostu widocznie ona kiedyś tam była. To, co dzisiaj, że tak powiem, nam sprzedaje się jako ten towar pod słowem demokracja, nie ma nic wspólnego z tym, co pod tytułem „O demokracji w Ameryce” się kryje w tej książce. Nie będę się rozwodził, bo ja nie wiem, czy ja w ogóle dokładnie tę książkę rozumiem.
Może dlatego tak mówię, jak mówię. W każdym razie warto, żeby tę książkę czytali wszyscy, a zresztą chyba ona jest w prawie obowiązkowych lekturach studiów wyższych, socjologii czy coś takiego. Ktoś tej książki chyba dalej dogląda, że tak powiem, żeby ona była w obiegu, bo ona z obiegu cywilizacyjnego nie może wypaść.
[02:01:41] - Tak. Poza tym nie może wypaść z tego obiegu między innymi dlatego, że to jest cegła bodajże 700 stron przynajmniej, jeśli nie pamiętam dokładnie. Może służyć. Jeśli człowiek jej nie czyta, to na pewno może się nią bronić. Nie. To oczywiście może mało subtelny, a nawet prostacki żart. Ja powiem tak: ja nie wiem, bo Tocqueville w pewnych momentach sugeruje, że tak jak ty powiedziałeś, demokracja w Ameryce była, a później już jej nie było. To jest tak, jak kiedyś mówiono za komuny o Zachodzie, że Zachód umiera, ale jaka to piękna śmierć. Demokracja w Ameryce umiera i umiera, i nie może umrzeć. Ja nie muszę być specjalnym sympatykiem Stanów Zjednoczonych, bo nie jestem aż takim wielkim.
Chociaż imponuje mi ten kraj oczywiście, ale gdybym się miał zachwycać, to może niekoniecznie, bo takiego kraju, który tyle wojen wywołał i tyle smrodu i syfu na świecie zrobił, chyba ciężko znaleźć. Ale jednak trudno też nie zauważyć, że jest to kraj, który jakąś tam politykę prowadzi.
[02:02:52] - Trudno nie zauważyć, Marku, że jeśli jakikolwiek kraj jeszcze pielęgnuje tę demokrację, to jednak Stany Zjednoczone, a nie kto inny.
[02:03:01] - Nie jestem przekonany, czy demokracja funkcjonuje w Europie. W Stanach Zjednoczonych pewno ma się nieźle, ale to jest moje prywatne zdanie. Ja niekoniecznie muszę mieć rację. Nie poczuwam się, nie mam takiej potrzeby. Być może ktoś ma inne zdanie. Książkę Tocqueville'a warto przeczytać chociażby z tego względu, że ponieważ napisana kilkadziesiąt lat temu, wydawać by się mogło, że to jest staroć.
[02:03:26] - Już, Marku, sto lat prawie temu.
[02:03:30] - Brzmi kilkadziesiąt. Że to jest staroć niewarta czytania. Warto czytać, ale jeżeli mogę coś podpowiedzieć, to warto tę książkę przeczytać razem. Autora nie pomnę, ale jest taka książka „Samotna gra w kręgle”. Każdy, kto wstuka sobie to w Google, i autora znajdzie, i książkę znajdzie. Ta „Samotna gra w kręgle” – mam nadzieję, że nie przekręciłem tytułu – to jest takie dzieło, które troszeczkę jest odpowiedzią po kilkudziesięciu latach na to, co napisał Tocqueville. Trochę analizuje ta książka, dlaczego Stany Zjednoczone tak bardzo się zmieniły, dlaczego to społeczeństwo obywatelskie, które tam właśnie przecież rozkwitało, dzisiaj może już nie zawsze jest takie obywatelskie i ludzie są zapatrzeni sami w siebie i już niekoniecznie są tacy fajni i tacy demokratyczni. Ja to tak widzę, że warto tę książkę sprzed wielu lat, czyli o demokracji w Ameryce, uzupełnić książką autora, którego nie pomnę, zatytułowaną „Samotna gra w kręgle”. To, myślę, lektura równie gruba, równie samoobronna.
[02:04:49] - Ale wiesz co, z tą książką, jak mówisz o tych grubych książkach, akurat to są książki takie, do których warto zaglądać. Nie czytać ich w ogóle, nie polecam do czytania, ale żeby sobie na przykład jak masz chwilę nudności, że tak powiem, zajrzeć do niej tak, jak się kiedyś do Biblii zaglądało, czyli przeczytać sobie jakiś jeden rozdziałek, pół rozdziałku i zobaczyć, ile jest sensu, ile treści może być ukryte właściwie w dwóch, trzech stronach albo w jednej stronie nawet. We współczesnej literaturze jest nieporównywalnie mniej, a może jestem niesprawiedliwy.
[02:05:32] - Jeden z naszych czatowych korespondentów napisał, czym sprawił mi ogromną przykrość, że „Igła” to oklepany. Być może dzisiaj już oklepane, ale ja to czytałem jako jeden z tych pierwszych ludzi. Pierwszych ludzi w Polsce to idiotycznie brzmi, ale w pierwszym nakładzie czytałem, w każdym razie załapałem się na pierwszy nakład i wtedy, proszę mi wierzyć, to była zdecydowanie ożywcza lektura. A poza tym, jeśli czytam, że nakręcono film pod tytułem „Igła”, to ja powiem tak: kto chce oglądać film „Igła”, niech go ogląda, zmarnuje trochę czasu, a kto chce czytać niezłą sensację, to jednak polecam, żeby się na „Igłę” skupił. Oczywiście tu też w innym miejscu czatu pisano o tym, że przecież Ken Follett to również inne książki. Wymieniona została chociażby taka jak „Klucz do Rebeki”. Ale tych książek przecież masa i dzieją się i dawno, gdzieś w okresie II wojny światowej, ale dzieją się współcześnie. I też później Ken Follett trochę odszedł od tej sensacji i zajął się literaturą historyczno-sensacyjną czy historyczną, czyli zupełnie zmienił zainteresowania. W ogóle tych książek było sporo. Była ta książka, która miała „Petersburg”.
To szpieg? Nie szpieg z Petersburga. W każdym razie coś z Petersburga. Była też książka „Noc nad oceanem”. Masa tych tytułów i po prostu Ken Follett to jest sprawdzona firma. Bardzo rzadko popełnia książkę, której się nie chce czytać, a „Igła” to bardziej jest mój sentyment niż cokolwiek innego. To tyle tytułem tłumaczenia się. Mieliśmy zatem o demokracji w Ameryce. To był punkt siódmy. Teraz ja pojadę trochę ambitniej, bo u mnie na ósmej pozycji jest książka, którą znowu pewno się narażę wielu osobom, bo to jest też książka oklepana, ale w swoim czasie, tak jak mówiłem na początku, to była książka, która znowu otworzyła mi oczy na kilka zjawisk literackich, a w dodatku książka, która w latach 80., w drugiej połowie lat 80., była praktycznie rzecz biorąc niedostępna.
Jak bardzo była niedostępna? Zanim zdradzę jej tytuł, to przytoczę pewną historię. Otóż Wyszukałem tę książkę w katalogu pewnej wyższej uczelni, w której miałem zaszczyt studiować. Wyszukałem ją i uradowany chciałem wypożyczyć. Pani wypożyczająca książki nie popukała się wprawdzie palcem w czoło, ale była blisko. Powiedziała: „Proszę pana, to jest książka, która nie jest wypożyczana do domu. Tę książkę może pan przeczytać w czytelni”. Dobra, zamówiłem i czytałem przez dwa dni od rana do wieczora i to był weekend. Przychodziłem sobie. Właściwie nie pamiętam, może to był piątek i sobota, nie pamiętam.
Nie wiem, czy w niedzielę było otwarte. Nie pamiętam. W każdym razie takie wolniejsze dni. Czytałem od momentu otwarcia czytelni do momentu jej zamknięcia. Jaka to była książka? Książka absolutnie wtedy niedostępna, czyli „Sto lat samotności” Gabriela Garcíi Márqueza. I znowu dzisiaj, kiedy ta książka jest dostępna, kiedy jest przeczytana i przeanalizowana na wszelkie możliwe sposoby, to rzeczywiście wydaje się, że to już jest taka klasyka i to właściwie taka nudna klasyka. Ja mam jednak związane z nią wspomnienia i odczucia, których nie da się skwitować tak prostym podsumowaniem. Ja oczywiście słyszałem o realizmie magicznym, o tym, że literatura iberoamerykańska jest specyficzna i tak dalej. Ale właściwie ta książka jako pierwsza przekonała mnie, że literaturą iberoamerykańską warto się zainteresować.
Miał ten Gabriel García Márquez coś takiego w sobie, że tę książkę czyta się jak mit. Kiedy czytamy o niej, kiedy dowiadujemy się o losach tej rodziny, kiedy w ogóle dowiadujemy się, jak powstało to miejsce, w którym oni się osiedlili, to wszystko jest jakby się czytało jakiś mit, jakieś podanie, jakąś taką sagę, a wszystko to zanurzone w takim sosie nie do końca realnym. Niby to się dzieje w naszym świecie, ale gdzieś człowiek czeka, że za każdym rogiem, w każdym momencie tej powieści wyskoczy coś niesamowitego. I to są moje odczucia związane z książką „Sto lat samotności”. Tak jak mówię, być może oklepaną, być może dzisiaj ona już nie robi takiego wrażenia i nikt moim wzorem przez dwa dni nie siedziałby, wygniatając twarde krzesło w czytelni szkoły wyższej i nie zgłębiał w ten sposób tej książki. Mnie było to dane. Być może dlatego tak ją cenię, że okupione to było jednak pewnym trudem i odciskami wiadomej części ciała.
[02:11:20] - Dobra książka, dobra. Pamiętam trochę z niej. I w każdym bądź razie całe to zjawisko literatury iberoamerykańskiej, które kiedyś zaistniało na polskim rynku i może na całym świecie, bo ona się stała tak popularna. Ona była po prostu inna niż to, co serwowała, że tak powiem, w tym czasie tak zwana biała rasa. Meksykanie, cała Ameryka Południowa pisała troszeczkę inaczej.
[02:12:02] - Magicznie.
[02:12:02] - Magicznie. Bardzo barwnie.
[02:12:05] - A ja jako oczadziały-
[02:12:08] - I emocjonalnie, cholernie emocjonalnie czasami.
[02:12:12] - Oczywiście w książce „Sto lat samotności” nie ma science fiction, nie ma tych elementów, ale ja jako człowiek oczadziały wtedy kompletnie i zwariowany na punkcie SF, fantasy i w ogóle wszelkich przejawów fantazji, jakieś pokrewieństwo tej literatury z fantastyką, to oczywiste, ale z tym, co czytałem najczęściej, znalazłem. Dla mnie ten świat, w którym się zagłębiłem, świat powieści „Sto lat samotności” to był właśnie magiczny świat. Świat, w którym wszystko jest możliwe. Magia jest na wyciągnięcie ręki. Nie potrzeba było literatury fantasy, w której czarodzieje i czarownicy biegają po każdej stronicy. Nie. Tu była magia, chociaż tak nie do końca była tak literalnie. Nie wylewało się to z książki, a jednak była.
[02:13:05] - Widzisz, Marku, mówisz o książce Márqueza „Sto lat samotności”, a ja myślałem, że mówisz o książkach, które ja chciałem następnie wymienić jako swoje książki.
[02:13:17] - To za chwilę. A wiesz co? Znowu ci przerywam. Jakiś taki masz dzisiaj. Ale ja zresztą zawsze przerywam. Bo ja postanowiłem, że damy możliwość tym, co słuchali, do posłuchania po raz kolejny. A tym, co nie słuchali, to być może w ten sposób zarazimy ich troszeczkę tym stylem, tym sposobem narracji, tym sposobem opowiadania. A zatem Marku, prosimy o kawałek „Stu lat samotności” Gabriela Garcíi Márqueza. Prosimy.
[02:13:51] - Gabriel García Márquez „Sto lat samotności”: „Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go ze sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód. Macondo było wówczas niewielką osadą. Dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną, zbudowanych na brzegu rzeki, której przeźroczyste wody bystro toczyły się po gładkich, białych kamieniach koryta, wielkich jak jaja przedhistorycznych ptaków.” Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem. Co roku w marcu rodzina Cyganów rozbijała namiot niedaleko wioski i pośród zgiełku piszczałek i bębnów prezentowała mieszkańcom nowe wynalazki. Najpierw przywieźli magnes. Krępy Cygan imieniem Melkiades z skrzecząca brodą i rękami jak łapki wróbla dał imponujący pokaz czegoś, co sam nazwał ósmym cudem świata wymyślonym przez uczonych alchemików z Macedonii. Chodził od domu do domu, ciągnąc za sobą dwie metalowe sztaby i wszystkich ogarniało przerażenie na widok spadających ze swego miejsca rondli, kotłów, obcęgów i fajerek. Drewno trzeszczało, bo gwoździe i śruby rozpaczliwie usiłowały się wyrwać, a zagubione od dawna przedmioty ukazywały się gdzieś, gdzie już tysiące razy bezskutecznie ich szukano, wlokąc się hałaśliwie za magicznym żelazem Melkiadesa. Przedmioty mają własne życie — wołał Cygan swoim twardym akcentem. Trzeba tylko obudzić w nich duszę.
José Arcadio Buendia, którego nieokiełznana wyobraźnia daleko wybiegała poza działanie i prawa natury, a czasami nawet także poza dziedzinę cudów i magii, pomyślał, że można by posłużyć się tym bezużytecznym wynalazkiem do wydobywania złota z ziemi. Melkiades, który był człowiekiem uczciwym, uprzedził go: do tego się nie nadaje. Ale José Arcadio Buendia nie wierzył w owym czasie w uczciwość Cyganów, toteż wymienił swego muła i stadko kóz na tamte dwie namagnetyzowane sztabki. Nie zdołała go z tego odwieść jego żona Urszula Iguarán, która liczyła na te zwierzęta, by pomnożyć uszczuplony inwentarz domowy. Wkrótce będziemy mieć dosyć złota na wybrukowanie całego domu — odpowiedział jej mąż. Przez wiele miesięcy zawzięcie starał się udowodnić słuszność swoich przypuszczeń. Pięć po pięci przes szukał całą okolicę, a nawet dno rzeki, ciągnąc za sobą dwie żelazne sztabki i recytując na głos zaklęcie Melkiadesa. Jedyną rzeczą, jaką udało mu się wykopać, była zardzewiała zbroja z XV wieku, której wszystkie części zlutowała rdza i która za potrząśnięciem wydawała głuchy grzechot niby olbrzymia wydrążona dynia pełna kamieni. Kiedy José Arcadio Buendia i czterej jego ludzie należący do wyprawy zdołali rozebrać zbroję, znaleźli wewnątrz zwapniały szkielet z zawieszonym na szyi miedzianym relikwiarzem zawierającym pasmo włosów kobiecych. W marcu powrócili Cyganie.
Tym razem przywieźli teleskop i lupę wielkości bębna. Pokazywali to jako ostatnie odkrycie Żydów z Amsterdamu. Posadzili jedną z Cyganek na końcu wsi i zainstalowali teleskop u wejścia do swego namiotu. Za opłatą pięciu realów ludzie patrzący przez teleskop widzieli Cygankę tak blisko, że wydawała się niemal w zasięgu ręki. Nauka wyeliminowała odległość — głosił Melkiades. Wkrótce człowiek nie wychodząc z domu będzie mógł zobaczyć, co się dzieje w każdym zakątku świata. Któregoś dnia w samo południe Cyganie urządzili zadziwiającą demonstrację olbrzymiej lupy. Ułożyli stertę siana na środku ulicy i zapalili ją za pomocą zogniskowanych promieni słonecznych. José Arcadio Buendia, wciąż jeszcze niepocieszony pokąsce z magnesem, wpadł na pomysł wykorzystania nowego wynalazku jako broni wojennej. Melkiades znowu usiłował wybić mu to z głowy.
W końcu jednak przyjął z powrotem dwie namagnetyzowane sztabki i trzy kolonialne monety w zamian za lupę. Urszula szlochała w bezsilnej rozpaczy. Te pieniądze pochodziły z kuferka ze złotymi monetami, które jej ojciec zbierał przez całe swoje pełne wyrzeczeń życie i które ona zakopała pod łóżkiem w oczekiwaniu jakiejś dobrej okazji, aby je zainwestować. José Arcadio Buendia nie próbował nawet jej pocieszać. Oddany bez reszty swoim eksperymentom taktycznym z poświęceniem prawdziwego człowieka nauki, a często nawet z narażeniem życia. Aby wykazać skuteczność lupy przeciwko wojsku nieprzyjaciela wypróbował koncentrację promieni słonecznych na sobie, przy czym poparzył się tak, że bąble zmieniły się w ropiejące rany i długo nie chciały się goić. Wobec protestów żony przerażonej tak niebezpiecznymi próbami mało brakowało, by podpalił własny dom. Długie godziny spędzał zamknięty w swoim pokoju, pogrążony w kalkulacjach na temat możliwości strategicznych nowej broni. Aż wreszcie udało mu się opracować podręcznik zadziwiający jasnością dydaktyczną i darem nieodpartej argumentacji. Posłał go władzom wojskowym, załączając liczne opisy własnych doświadczeń i kilka arkuszy rysunków objaśniających.
Posłaniec, który wiózł to cenne dzieło, przebył góry, błądził po bezkresnych bagnach, przeprawiał się przez burzliwe rzeki i omal nie zginął w zębach drapieżników. Dręczony rozpaczą i chorobą, zanim trafił na trakt mów pocztowych. Mimo że podróż do stolicy była w owym czasie imprezą prawie niemożliwą, José Arcadio Buendia przyrzekł sobie podjąć ją natychmiast po otrzymaniu rozkazu rządu, aby zademonstrować praktyczne zastosowanie swego wynalazku dygnitarzom wojskowym i osobiście ich wprowadzić w tajniki skomplikowanej sztuki wojny słonecznej. Przez kilka lat czekał na odpowiedź. Wreszcie, znużony oczekiwaniem, poskarżył się Melkiadesowi, ubolewając nad niepowodzeniem swej inicjatywy. I wtedy Cygan dał niezbity dowód swojej uczciwości. Zwrócił mu złote dublony i zabrał lupę, dokładając kilka portugalskich map i parę instrumentów żeglarskich. Osobiście i własnoręcznie napisał zwięzłą syntezę studiów mnicha Hermana, żeby mu ułatwić posługiwanie się astronabium, kompasem i sekstansem. José Arcadio Buendia spędził wiele deszczowych miesięcy zamknięty w izdebce, którą specjalnie na ten cel dobudował w głębi domu, tak by nikt mu nie przeszkadzał w doświadczeniach Porzuciwszy całkowicie obowiązki domowe, przesiadywał całymi nocami na podwórku, śledząc bieg gwiazd i omal nie dostał porażenia słonecznego, usiłując wynaleźć dokładną metodę określania południa. Kiedy wyćwiczył się już w używaniu i manewrowaniu swoimi instrumentami, poczuł się tak bardzo panem przestrzeni, że nie opuszczając swego gabinetu mógł żeglować po nieznanych morzach, wędrować przez bezludne ziemie i nawiązywać znajomości z cudownymi istotami.
W tym okresie przyzwyczaił się rozmawiać sam ze sobą i krążyć po całym domu, nie dostrzegając nikogo, podczas gdy Urszula z dziećmi mozoliła się w ogrodzie przy uprawie bananów, manioku, malangi, ignamu i bakłażanów. Nagle, zupełnie nie wiadomo dlaczego, jego gorączkowa aktywność urwała się i nastąpiło coś w rodzaju fascynacji. Kilka dni chodził jak urzeczony, powtarzając sobie cichym głosem łańcuszek zadziwiających przypuszczeń, jakby nie wierzył własnemu rozumowi. W końcu pewnego grudniowego dnia, we wtorek podczas obiadu, za jednym zamachem zrzucił z siebie cały ciężar swych udręczeń. Dzieci do końca życia miały zapamiętać uroczystą powagę, z jaką ich ojciec zasiadł na głównym miejscu przy stole, dygocąc jak w gorączce, wycieńczony bezsennością i wysiłkiem imaginacji i wyjawił im swoje odkrycie. Ziemia jest okrągła jak pomarańcza. Urszula straciła cierpliwość. „Jeśli masz zwariować, wariuj sam” — wykrzyknęła. — „Ale nie próbuj uczyć dzieci swoich cygańskich pomysłów”. José Arcadio Buendía niewzruszony nie dał się zmiękczyć desperacją małżonki, która w napadzie złości zrzuciła na ziemię astrolabium, rozbijając je na kawałki.
Skonstruował przyrząd na nowo i zebrawszy w swoim pokoiku ludzi ze wsi, wykazał im za pomocą teoretycznych objaśnień, których nikt nie rozumiał, że można powrócić do punktu początkowego, kierując się stale na wschód. Cała wieś była przekonana, że José Arcadio Buendía postradał zmysły, ale w tym momencie zjawił się Melkiades, aby doprowadzić sytuację do porządku. Publicznie pochwalił inteligencję człowieka, który dzięki czystej spekulacji astronomicznej wymyślił teorię już sprawdzoną w praktyce, chociaż dotychczas nieznaną w Macondo. W dowód uznania ofiarował mu dar, który miał później wpłynąć decydująco na przyszłość wioski. Laboratorium alchemiczne. W tym czasie Melkiades zaczął się starzeć ze zdumiewającą szybkością. Z początku, gdy tu przyjeżdżał, wydawało mu się, że jest w tym samym wieku co José Arcadio Buendía, ale podczas gdy ten ostatni zachowywał wciąż swoją niepospolitą siłę, która pozwala mu obalić konia chwytem za uszy, Cygana jakby toczyła jakaś uporczywa choroba. W rzeczywistości był to rezultat wielu osobliwych chorób nabytych w niezliczonych podróżach dookoła świata. Tak jak to sam opowiadał Josému Arcadiowi Buendii, pomagając mu urządzić laboratorium, śmierć szła za nim zawsze jak pies. Obwąchiwała mu spodnie, ale nie decydowała się skoczyć do gardła.
Wymknął się wszystkim plagom i kataklizmom, jakie nawiedzały rodzaj ludzki. Przeżył pelagrę w Persji, szkorbut na Półwyspie Malańskim, trąd w Aleksandrii, beri-beri w Japonii, dżumę na Madagaskarze, trzęsienie ziemi na Sycylii i olbrzymią katastrofę okrętową w Cieśninie Magellana. Ten niezwykły człowiek, który twierdził, że posiada więcej tajemną Nostradamusa, był ponury i smutny, a spojrzenie jego azjatyckich oczu zdawało się dostrzegać odwrotną stronę rzeczy. Nosił czarny, duży kapelusz, niczym rozpostarte skrzydła kruka i aksamitną kamizelkę, którą przyprószyła patyna wieków. Ale pomimo swojej ogromnej wiedzy i posiadania tajemnic, był na wskroś ludzki, związany z ziemią, nieobcy najdrobniejszym problemom życia codziennego. Us skarżał się na starcze dolegliwości. Wrażliwy na najmniejsze niepowodzenia finansowe. Od dawna już przestał się śmiać, gdyż szkorbut pozbawił go zębów. Tego upalnego popołudnia, kiedy wyjawił swoje najtajniejsze sekrety, José Arcadio Buendía był pewien, że jest to początek wielkiej przyjaźni. Dzieci były oszołomione fantastycznymi opowiadaniami.
Aureliano, który wówczas liczył nie więcej niż pięć lat, miał go potem pamiętać przez resztę swego życia takim, jakim go widział tego popołudnia, gdy starzec siedział przy stole na tle metalicznego, rozżarzonego do białości blasku i swoim głębokim głosem o brzmieniu organów rozświetlał najciemniejsze zakątki wyobraźni, a z czoła i skroni spływał mu tłusty pot. José Arcadio, starszy brat Aureliana, miał przekazać ten wspaniały obraz jak dziedziczną pamiątkę wszystkim swoim potomkom. Urszula natomiast zachowała niezbyt dobre wspomnienie z tej popołudniowej wizyty, bo weszła do pokoju akurat w momencie, kiedy Melkiades przez nieuwagę stłukł flakonik z dwuchlorkiem rtęci. „Pachnie diabłem” — powiedziała. „Nic podobnego” — sprostował Melkiades. Dowiedziono, że diabeł posiada własności siarkowe, a to jest tylko odrobina sublimatu. Jak zawsze skłonny do dialektyki, wygłosił uczony wykład na temat diabolicznych właściwości cynobru, ale Urszula nie zwracała na niego uwagi, tylko zabrała dzieci na modlitwę. Ten gryzący zapach miał pozostać na zawsze w jej pamięci skojarzony ze wspomnieniem Melkiadesa. Prymitywne laboratorium poza obfitością miseczek, lejków, probówek, filtrów i sitek składało się ze zwykłego tyngla, ze szklanej retorty z długą, wąską szyjką, imitacja jaja filozoficznego oraz aparatu do destylacji skonstruowanego przez samych Cyganów według współczesnych opisów trzyramiennego alembiku Marii Żydówki. Prócz tych rzeczy Melkiades pozostawił próbki siedmiu metali odpowiadających siedmiu planetom, formuły Mojżesza i Zosimusa do wyrobu złota, a także serię notatek i rysunków dotyczących procesów wielkiego wtajemniczenia, które temu, kto umiałby je odczytać, pozwalały uzyskać kamień filozoficzny.
Zachęcony prostotą formuł alchemicznych José Arcadio Buendía przez wiele tygodni przekonywał Urszulę, żeby mu pozwoliła odkopać swoje monety kolonialne i pomnożyć je tyle razy, na ile można rozdzielić rtęć. Urszula, jak zawsze ustąpiła przed niezłomnym uporem męża. Wtedy José Arcadio Buendía wrzucił trzydzieści złotych dublonów do rondla i roztopił je z opiłkami miedzi, orypimentem, siarką, ołowiem. Wszystko to podgrzewał na wielkim ogniu, dolewając oleju rycynowego, aż otrzymał gęsty, cuchnący syrop, który bardziej przypominał pospolity karmel niż wspaniałe złoto. W kolejnych ryzykownych i rozpaczliwych procesach destylacyjnych w aliażu z siedmiu metali planetarnych przeżarte rtęcią i cypryjskim witriolem, prażone na nowo w wieprzowym smalcu z braku oleju rzepakowego cenne dziedzictwo Urszuli zostało doprowadzone do postaci zwęglonej skwarki, której nie sposób było oderwać od dna rondla.
[02:28:22] - No cóż, to było „Sto lat samotności”. Przyznam, że ta książka cały czas robi na mnie wrażenie, chociaż przyznaję, że pewno nie musi. Sam jestem ciekawy, jak ona działa dzisiaj na ludzi. No cóż, Wiktorze, zacząłeś-
[02:28:44] - Może się odniosę jeszcze do tego fragmentu, który żeśmy czytali. Tam była taka na samym zupełnie końcu taka ciekawostka bardzo. Nie wiem, czy ktoś zwrócił uwagę. Otóż zwróćmy uwagę wszyscy, jak pewne miejsce, w którym się toczy akcja, uwzniośla pewne rzeczy z innego miejsca tylko dlatego, że w tym miejscu tego nie ma. Otóż jakiegoż to alchemicznego ingredientu najbardziej temu alchemikowi brakowało? Oleju rzepakowego, czyli tego, co u nas w Polsce zawsze było-
[02:29:27] - Sporko głodno.
[02:29:28] - Bród, tak. Bo zresztą mam na temat, ten olej rzepakowy to jest bardzo magiczna, dziwna rzecz. Otóż kiedy Europa wkraczała do Polski, natychmiast pojawiły się artykuły naukowe, ściśle naukowe, które udowadniały, że olej rzepakowy jest rakotwórczy.
[02:29:53] - O!
[02:29:54] - Tak. I trwało to tak długo, aż te firmy, które wkraczały tutaj, zajmujące się oliwą i olejami, aż one wykupiły te polskie wytwórnie. Kiedy wykupiły, no to wtedy natychmiast olej rzepakowy stał się cacyś i bardzo dobry i żadnych rakotwórczych właściwości nie wykazuje. Cudowna rzecz, nie? Natomiast odnosząc się także do moich takich książek, które ja czytałem, one są bardzo bliskie temu, co ty żeś tutaj na przykładzie Márqueza powiedział i pokazał. Otóż ten flirt z magią, z niesamowitością, z bajkowością, z science fiction, z czymkolwiek po prostu niezwykłym, magicznym zupełnie pojawia się w literaturze, ale pojawia się również na przykład w filozofii. Ja tak sąsiadując blisko już prawie filozofii, dotykając, chciałem wymienić pod rząd dwie książki, ale właściwie wymienię je jednym tchem jako jeden punkt, ale były to osobno na początku planowane. Otóż były to książki, które powiem wam, dlaczego one mnie powaliły też z nóg. Pierwsza to było „Sacrum i profanum” Mircei Eliade. No, książka sztandarowa, jeśli chodzi o te rzeczy, które opisuje.
I druga książka bliska bardzo temu, czego dotykał Mircea Eliade. To jest książka Vincenta van der Leeuwe.
[02:31:54] - Nie. Dobra, van der-
[02:31:58] - Van der Leeuve.
[02:32:00] - Leeuwe. Gerardusa van der Leeuwa.
[02:32:04] - Tak. „Fenomenologia religii”. Otóż dlaczego te książki w pewnym momencie mnie naprawdę zafascynowały tak, że ja zapomniałem o czytaniu jakiejkolwiek innej literatury, tylko czytałem, pochłaniałem wszystko, co napisał Mircea Eliade i tak dalej. Otóż już wiele razy-
[02:32:25] - A wspomnę, że „Traktat o historii religii” napisał Eliade oraz „Historię wierzeń” i tam doktryn religijnych i tak dalej w trzech tomach dzieło.
[02:32:33] - Tak, ja to wszystko- Łykałem jednym tchem i tutaj nie wymieniam wszystkiego po kolei, bo to nie ma sensu.
[02:32:41] - Nie, on bardzo dużo napisał tego. Oczywiście.
[02:32:43] - Przeczytałem-
[02:32:43] - Był Rumunem.
[02:32:44] - Był Rumunem, oczywiście mieszkającym w Paryżu i piszącym książki. Czyli jak widać nie tylko Polak potrafi, ale Rumun również.
[02:32:55] - Rumun też potrafi. Tak jest i to nawet bardzo dobrze, bo Mircea Eliade to był facet, którym zaczytywała się Europa Zachodnia, była pod jego ogromnym wpływem. I nawet nie tylko ta Europa, która się religią, w ogóle religioznawstwem fascynowała, ale również to był taki pisarz, który trafił pod strzechy. Notabene zresztą popełniał też i beletrystykę, tak między nami mówiąc.
[02:33:23] - Był po prostu rewelacyjnym popularyzatorem wszelkiej możliwej wiedzy, ale że się na tym akurat znał, bo to studiował i to wykładał, czyli tego dotykał i te książki napisał. Ale zwróć uwagę, co zafascynowało i Europę, i mnie, i Polaków również, kiedy sięgali do tych książek. Otóż myśmy tak po szoku II wojny światowej, po tym pierwszym przypływie europejskiego kapitalizmu, a na Wschodzie komunizmu, żyli w dosyć siermiężnym świecie, w którym gasła powolutku wielkość Watykanu. Wszelka wielka idea traciła na wartości. Ludzie żyli tym, co mieli w kieszeni albo na obiad i niczym więcej. Natomiast te książki, które systematyzują koloryt wierzeń, mitów, które dotknęły w ogóle na przestrzeni dziejów całą ludzką cywilizację. Ten koloryt jest tak barwny, to jest tak nieprawdopodobnie ciekawe mówienie o mitach, skąd się biorą, jak się biorą, jakie mają relacje, jakie mają koligacje, co z czego wynika i tak dalej. Jest to świat tak fascynujący, bo nam się wydaje, że XX wiek był takim ściółkiem chyba takiego totalnego racjonalizmu po prostu, że racjonalizm wszystko załatwi i wszystko wytłumaczy. A to, co fantasy czy fantastyka dotyka w pewnym sensie, magia albo symbol, albo mit w wydaniu już uczonych po prostu, którzy się zajmują mitem, to jest dopiero naprawdę wspaniała rzecz.
[02:35:45] - Notabene Mircea Eliade napisał też książkę, to dla mnie była fascynacja. Nie wymieniam Mircei Eliadego, zaraz powiem dlaczego, ale taką książkę „Mit wiecznego powrotu”. Absolutna rewelacja. Polecam. Co jest ciekawe w tych książkach, co wymieniłeś, to to, że one pokazują zjawisko religii, trochę naświetlają z różnych stron. Mircea Eliade od swojej strony, Gerardus van der Leeuw od swojej strony. To są ciekawe książki, dlatego, że okazuje się, to niby oczywiste, ale że można zjawisko, jakim jest religia, analizować bez angażowania się w samą religię, ale analizować nie tylko od strony tego, czy ona jest prawdziwa, czy nieprawdziwa, bo myślę, że takie rozważania mają niewiele sensu. Natomiast rozważanie tego, jak to działa, ale też nie od tej technicznej strony, tylko jak to się dzieje, że pewne idee ludzi porywają, dlaczego ich porywają, uwarunkowania tego wszystkiego, to jest fascynujące w obu tych książkach, które wymieniłeś. Ja ich nie wymieniłem z bardzo prostego powodu. Dla mnie to była w czasie studiów literatura, lektura obowiązkowa.
A słabo się wspomina książki, które się musiało przeczytać, nawet jeśli to sprawiało sporo frajdy, sporo przyjemności. To jednak wspominasz, że gdzieś tam nad tobą bat był i trzeba to było przeczytać od tego do tego terminu. I już. I miało być przeczytane, bo ktoś to dosyć skrupulatnie sprawdzał, czy było. Z tego względu ja nie wymieniłem tych pozycji, ale zdecydowanie się solidaryzuję z tobą, że to są książki, które warto przeczytać. I tu znowu złośliwie powiem, ta książka Gerardusa „Fenomenologia religii” Gerardusa van der Leeuwa to jest też książka obronna, bo to jest też książka licząca kilkaset stron, a rzucona w przeciwnika może zabić.
[02:37:58] - Ale jak tutaj przez moment paroma słowami rozważałeś istotę, że tak powiem, dlaczego religia, dlaczego to i tak dalej, to nie będzie ani Mircea Eliade, ani Gerardus van der Leeuw, tylko Żwikiewicz po prostu. Ja sobie kiedyś powiedziałem, dyskutując właśnie z ludźmi, którzy, że tak powiem, niewierzącymi, kiedy im mówiłem, że patrzenie na religię może być nieprawdopodobnie wspaniałą, ciekawą rzeczą, użyłem takiego argumentu. Otóż mówiłem: „Słuchajcie, możecie mi wymienić Największe dokonania człowieka w historii naszej ludzkiej cywilizacji można bardzo szybko usystematyzować. Po pierwsze ogień, koło i bomba atomowa. Można naprawdę dużo rzeczy wymyślić, czego człowiek nie dokonał. A dla mnie najbardziej karkołomną rzeczą, której dokonała ludzka cywilizacja, jest stworzenie idei Boga. To jest nieprawdopodobne. Ogień, koło to są pryszcze zupełnie. Boga wyobrazić sobie, w ogóle założyć istnienie.
[02:39:28] - Tak, tylko wiesz co? Tu jedno uzupełnienie, bo nawet idąc śladem autorów, których wymieniłeś, powiedziałeś o wyobrażeniu sobie Boga. Ktoś inny powie: „Ale to tak nie do końca”, bo jedni mówią o wyobrażeniu sobie Boga, a drudzy o rozumowym dojściu człowieka do tego, że taka istota istnieje. Ja abstrahuję od tego, który z tych nurtów ma rację, czy to, że człowiek sobie Boga wyobraził, czy też ten, który zakłada, że człowiek Boga po prostu odkrył. Pominąwszy to, to jest między innymi jeden z tych elementów, dla którego warto tego rodzaju książki, jak Mirce Eliade i Gerardus van der Leeuw czytać, bo oni właśnie te rzeczy rozważają. Pokazują, że można tak na to spojrzeć, jak powiedziałeś. I można inaczej, że zamknięcie zjawiska, jakim jest religia, do jednego wora i mówienie: „To wszystko są bzdury, bajki i w ogóle. Siadł jakiś dziadek leśny i wymyślił”, pokazuje wyraźnie, że ktoś, kto tak mówi, po prostu nic nie rozumie.
[02:40:41] - Nic nie rozumie i co pokazuje właśnie Mircea Eliade szczególnie, ta potrzeba mitu istniała zawsze, zanim się pojawił Zeus, zanim się pojawił Hare Kryszna i zanim się pojawił Jezus. Jest to naturalna potrzeba istoty ludzkiej, poszukiwanie mitu, a nie tylko racjonalnego wytłumaczenia rzeczywistości.
[02:41:14] - Powiem tak. Teraz wymienię książkę, która jeszcze się wpisuje zarówno w twoją narrację, czyli twoje książki, jak i moją wcześniejszą. Otóż jest jeszcze jedna książka, która mnie zafascynowała i to jest książka z kręgu literatury iberoamerykańskiej. Książka z tego gatunku, o którym już dzisiaj wspominaliśmy, czyli książka o niczym. O niczym nie jest pojęciem pejoratywnym. Jest takim naszym hasłem. Otóż książka nosi tytuł, to jest książka Alejo Carpentiera „Podróż do źródeł czasu”. I to jest znowu książka, która opowiada na pierwszym planie bardzo prostą historię. Pewien facet, który sobie żyje w cywilizowanym świecie, nagle z pewnych powodów odbywa podróż do świata dzikiego. Świata, w którym nie ma cywilizacji.
I nagle rzeczywiście przenosimy się w inny czas. W czas, o którym zresztą wielu autorów, między innymi Mircea Eliade, pisze, że czas w religii, w micie jest bardzo ważny. Alejo Carpentier pokazuje współczesny mit. Pokazuje, jak on się kształtuje, pokazuje, jak czas może rzeczywiście w różny sposób płynąć. To oczywiście nie jest taka prosta narracja. Tam nie ma wątków czy fragmentów pod tytułem, że czas spowolnił, bo to byłoby głupie po prostu. Alejo Carpentier pokazuje, jak nasza cywilizacja i życie daleko od tej cywilizacji zmienia nasze spojrzenie w gruncie rzeczy chyba na czas, ale drążąc temat, to chyba na życie w ogóle. I dlatego książka Alejo Carpentiera „Podróż do źródeł czasu” to jest książka, którą, jak wszystkie zresztą dzisiaj, bardzo polecam, ale to była książka, którą przeczytałem stosunkowo późno, bo już na studiach. Polecił mi ją profesor, bo ja wtedy właśnie byłem na etapie zgłębiania poszczególnych tytułów związanych z religioznawstwem. A to właśnie Mircea Eliade, a to inni, a to Max Weber, a to jeszcze inni.
Byłem zaczytany w tych wszystkich teoretykach, a mój profesor-
[02:43:45] - Po czytali literaturę.
[02:43:47] - Albin Biliński powiedział mi: „Młody człowieku, jak chcesz zrozumieć, o co w tym micie i w tej religii tak naprawdę chodzi. Wiem, że ty czytasz dużo literatury i interesujesz się, to wiesz co? Przeczytaj właśnie Alejo Carpentiera «Podróż do źródeł czasu». Wtedy zrozumiesz więcej”. I za to profesorowi Albinowi Bilińskiemu, nieżyjącemu już zresztą, bardzo jestem wdzięczny. To była jedna z tych lektur, które gdzieś tam zostały we mnie. To jest takie piętno pozytywne, które we mnie zostało.
[02:44:29] - Wiesz, dotknąłeś bardzo ważnej rzeczy w tych rozważaniach. Otóż my tutaj cytujemy szczególnie Marqueza, Carpentiera. Można bardzo wiele rzeczy, ale Kto z nas tak naprawdę żyje problemami, które są w tych książkach opisywane? Albo żyje w taki sposób, jak żyją bohaterowie tych książek? Ci bohaterowie nie są z powietrza wzięci. To są obserwacje, jak ludzie potrafią żyć naprawdę. Ale kto z nas? Tak jak tutaj siedzimy, my gadamy, wy słuchacie. Kto z nas żyje tak? Myśmy dzisiaj byli zjeść coś dobrego w Carrefourze.
Przedtem pojechaliśmy samochodem. Wkurwiałeś się strasznie na debilów kierowców i tak dalej. To jest takie życie. A kto żyje tak naprawdę?
[02:45:32] - Ale wiesz co? Oni żyją tak naprawdę. Stąd się bierze to sławne powiedzenie, które wszyscy znają, że ci ludzie z prostych cywilizacji mówią do nas, Europejczyków: „Wy macie zegarki, a my mamy czas”. I rzeczywiście. Ale ta książka porusza jeszcze inną rzecz: że my czasami nie widzimy tego, że to wszystko nas otacza, tylko nie poświęcamy temu czasu. I to jest może takie smutne. To też jeden z wniosków, który z lektury „Podróży do źródeł czasu” wynika: że my, zagłębieni w cywilizacji, nie widzimy rzeczy prostych, które są na wyciągnięcie ręki. Dopiero jak gdzieś się znajdziemy daleko od cywilizacji, to nagle zaczynamy je dostrzegać. A one naprawdę są wokół nas.
[02:46:19] - Dam ci taki życiowy przykład. Wyjdź z chaty. Teraz jest zimno. Połóż się pod mostem, tam, gdzie leżą prawie zwłoki bezdomnych, i pogadaj z nimi. Będziesz tak jak w puszczy nad Amazonką i będziesz straszliwie zdziwiony, jacy to czasami mądrzy ludzie. Śmierdzą, cuchną i są brudni, ale sobie z nimi porozmawiaj, jak Boga kochasz.
[02:46:51] - Może nie aż tak ekstremalnie, na tej zasadzie, że się kładłem pod mostem, ale miałem kilka tego rodzaju rozmów w życiu. I potwierdzam, że to nie jest reguła oczywiście. Potrafiają się tam trafić dziwne typy.
[02:47:03] - Ale w salonach trafiają się tacy samo.
[02:47:06] - Dokładnie. W salonach trafiają się jeszcze więksi idioci. Ale rzeczywiście to jest tak, że czasami są to ludzie, którzy pewne rzeczy przetrawili i głęboko przemyśleli. Ale dobra, nie wchodźmy w filozofię, bo audycję trzeba kiedyś skończyć, a my jeszcze kilka punkcików mamy. A zatem co jest na twojej supertajnej liście na pozycji dziewiątej?
[02:47:35] - To już jest ostatnia pozycja u mnie. Absolutnie ostatnia.
[02:47:39] - Aj, niestety nie. Ale dobra, zostańmy przy dziewiątej.
[02:47:47] - Nie. Może ja odwrócę.
[02:47:49] - Dobra, odwracaj.
[02:47:51] - Tę zostawię. Na dziewiątą pozycję wrzucę ostatnią książkę science fiction, która mnie zatkała zupełnie. Czyli nie żadna filozofia, nie żadne rzeczy młodzieńcze i tak dalej. Książka, która odcisnęła na mnie piętno już wtedy, kiedy byłem starym, dorosłym idiotą. To była książka Gibsona „Neuromancer”. Science fiction. Kto tego nie czytał, to polecam. Mówiliśmy o magii. Ta książka jest właśnie książką magiczną.
[02:48:30] - Ale o technologii.
[02:48:31] - Tak. Jest tam internet, w każdym razie.
[02:48:39] - Chyba nie nazywa się internet.
[02:48:41] - Tak, nie nazywa się, bo jeszcze wtedy nie było, kiedy pisał Gibson. Natomiast ta książka jest wspaniale racjonalną książką science fiction. Jest to książka magiczna, gdyż pokazuje magiczny wymiar przyszłości. Wielu autorów tego dotykało, począwszy od Gibsona, a kończąc na Ziemkiewiczu w Polsce. Wspomnę tam „Kataryniarza” i inne takie kawałki.
[02:49:20] - „Pieprzony los” Kataryniarza.
[02:49:21] - Tak. To są dziwne książki, które właściwie pokazują nam świat taki, który w tej chwili można w sklepach prawie kupić.
[02:49:33] - Ale przeminionego człowieka. Tam jest też kwestia tych wszczepów, które tam są, całego podróżowania pomiędzy.
[02:49:41] - Tak.
[02:49:44] - To się dzieje na naszych oczach.
[02:49:45] - To się dzieje. Nasi autorzy też to piszą.
[02:49:47] - Transhumanizm na przykład, taki modny w tej chwili.
[02:49:51] - Zgadza się. To wszystko za tego, ale właśnie Gibson był jednym z tych, który chyba najcelniej, najaktualniej dotknął tego problemu.
[02:50:01] - Dobra, to ja przebijam twoją książkę rzeczą, która znowu może rozśmieszyć, bo twoją supernowoczesną książkę-
[02:50:10] - Sprzed 20 lat.
[02:50:11] - Sprzed 20 lat, ale supernowoczesną, ja przebiję książką sprzed lat stu, a mianowicie klasykiem, który znowu pewno będzie skwitowany tym: „Kto to czyta dzisiaj?”, a mianowicie „Wojną światów”.
[02:50:25] - No pewnie.
[02:50:26] - „Wojną światów” Wellsa, bo znowu można powiedzieć: „A kto to czyta? Dziś są lepsze książki na temat inwazji”. Pewno, że są, ale dzisiaj mamy przecież subiektywny przegląd książek, a subiektywność polega na tym, że mnie ta książka, po raz kolejny ta sama historia, znowu ją przeczytałem jako głupi nastolatek I przede wszystkim przeczytałem ten wątek inwazyjny, przecież on tam jest najważniejszy. A potem tę książkę przeczytałem po latach i stwierdziłem, że jest tam wątek znacznie bardziej ważny. Wątek upadającej cywilizacji. To się wydaje takie oczywiste, bo to jest połączone. Ta inwazja i ten upadek to niby jest jedno, ale ten wątek u Wellsa był dla mnie ciekawszy niż te machiny kroczące.
[02:51:20] - Tak, ten wątek u Wellsa się pojawia we wszystkich jego książkach: w „Ludziach jak bogowie”, w „Kulę czasu”. To jest takie proroctwo chyba. Być może kiedyś nie będzie już nikt pamiętał o książkach Wellsa, że tak powiem, i zostanie on w mitach opisywany przez jakiegoś przyszłościowego Misailiadę jako prorok.
[02:51:54] - Drodzy panowie, mamy słuchacza na linii. Panie Grzegorzu, czy się słyszymy?
[02:52:02] - Tak, słyszymy się. Witam.
[02:52:05] - Witam.
[02:52:05] - Dzień dobry.
[02:52:08] - Witam panów serdecznie. Pierwsza sprawa to gratuluję roczku świetnej audycji.
[02:52:16] - Dziękujemy.
[02:52:17] - Życzę wszelkiej pomyślności na następny roczek i na wiele lat, bo audycja jest naprawdę świetna. Pierwsze słowo chciałem tylko krótko do ojca dyrektora, do Ivelliosa, bo wspomniał na początku, że nie lubi się słuchać. To normalne, że się samemu nie lubi się słuchać samego siebie. Tak chyba mają wszyscy. Ale myślę, przynajmniej mi się tak wydaje, że Ivellios jest znakomitym następcą świetnego i uwielbianego polskiego lektora.
[02:53:06] - Proszę nie porównywać do Tomasza Knapika, broń Boże, bo to by była chyba obraza dla niego.
[02:53:13] - Mam na myśli Jana Suzina. Myślę, że, Ivellios, jesteś świetnym jego następcą.
[02:53:21] - Bez przesady. Dziękuję za słowa uznania.
[02:53:26] - Poważnie. Świetny głos. Urodziłeś się do tej roboty. Wracając do książek. Nie będę tutaj mówił o swoich książkach, chociaż mogę wspomnieć na przykład tylko tak w kwestii takiej ciekawostki, że moją pierwszą książką przeczytaną tutaj w Anglii po angielsku była książka Kena Folletta „Filarzy ziemi”. Coś niesamowitego.
[02:53:56] - Rzeczywiście.
[02:53:58] - Nie mogłem się oderwać.
[02:54:02] - Później napisana, ale w dalszym ciągu mistrz dojrzewa jak stare wino. Jest coraz lepszy.
[02:54:10] - On nawet w przedmowie wspomina, że miał sporo problemów z tą książką, bo to była jego pierwsza tego typu książka, zupełnie odrębna od tego, co robił do tej pory i w ogóle musiał się wszystkiego nauczyć, bo nawet nie miał słownictwa odpowiedniego, żeby tę książkę napisać. Udało mu się to fantastycznie i ja miałem tę przyjemność czytać tę książkę po angielsku. Także mi się udało. Jest naprawdę super. Ale co chciałem powiedzieć? Ja bym panów bardzo zachęcał do tego, żeby pewną audycję może poświęcić takiej niewielkiej książeczce, którą niedawno odkryłem. I to, nawiasem mówiąc, w temacie dzisiejszej audycji. Ta niewielka książeczka właśnie zaczęła zmieniać trochę moje życie. W sensie otwierać oczy na pewne rzeczy, bo są w niej rzeczy opisane tak oczywiste, że po prostu zwalają z nóg. A ta książeczka niewielka, nie wiem, czy ona wyszła po polsku, nazywa się „Tao Te Ching”.
Autorem jest Lao Tzu. Tylko że nie wiadomo dokładnie, kto to tak naprawdę był, bo ta książeczka powstała gdzieś mniej więcej dwa i pół tysiąca lat temu.
[02:55:39] - Tak.
[02:55:40] - To jest coś takiego mniej więcej jak „Sztuka wojny”, którą panowie prezentowaliście jakiś czas temu. Tylko że traktuje o troszeczkę innej materii i te oczywistości w niej po prostu zwalają z nóg. Jeśli wolno mi przytoczyć niewielki fragmencik tylko. Mam ją po angielsku. Postaram się jakoś to przetłumaczyć na polski. Tak więc rozdział 81 mówi tak: „Prawdziwe słowa nie są piękne, a słowa piękne nie są prawdziwe. Człowiek, który się kłóci, nie ma nic do zaargumentowania. Człowiek, który nie ma nic do zaargumentowania, nie będzie się kłócił. Prawdziwa wiedza... Nie wywodzi się z uczenia, a uczenie nie ma nic wspólnego z wiedzą.
I tego typu historie na kartach tej książki, ona jest naprawdę cieniutka. Całość zawiera się w mniej więcej pięć tysięcy znaków, ale tego typu oczywistości tutaj się znajdują. Bardzo polecam, żeby panowie którąś z audycji poświęcili, bo moim zdaniem to jest chyba najmądrzejsza książka na świecie.
[02:57:29] - Tym bardziej, że takie oczywistości, jak pan mówi, czasami warto przypominać, bo to się wydaje, że to wszystko niby wiemy, a czasami powiedziane właśnie z kart książki czy przeczytane przez kogoś, nagle zaczyna do nas docierać, że niby to wiemy, ale jakoś nas to omija na co dzień. Warto sobie co jakiś czas taką książkę przeczytać, przerzucić nawet.
[02:57:56] - Tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że wiemy to nie dzisiaj, ale już wiadomo było dwa tysiące lat temu.
[02:58:05] - Tym bardziej. Ponad nawet. To bardzo cenna wskazówka. Rzeczywiście pomyślimy. Może nie od razu, nie za dwa tygodnie, bo mamy pewien plan za dwa tygodnie. Natomiast rzeczywiście ciekawa propozycja. Dziękujemy bardzo.
[02:58:19] - Trzeba zajrzeć będzie, poszukać czy w Polsce, ale na pewno była.
[02:58:22] - Wyszła. Na pewno wyszła.
[02:58:25] - Myślałem, że tak. To jest trochę już pozycja, że tak powiem, z brodą.
[02:58:31] - Dzięki panu za pomoc.
[02:58:32] - Także jeszcze raz wszystkiego najlepszego i dziękuję bardzo.
[02:58:36] - Dziękujemy. Do usłyszenia.
[02:58:38] - Do usłyszenia.
[02:58:40] - No cóż, mówiłem o tej „Wojnie światów”. Powiem tylko jeszcze tyle, że mnie tam na przykład zafascynowało w tym upadku cywilizacji, kiedy on spotyka takiego człowieka, który planuje założenie podziemnej cywilizacji w kanałach. Ja ci powiem, że jako szczeniak natchnęło mnie, że ja napiszę kontynuację „Wojny światów”. Tylko kurczę, później nie uwzględniłem w tych swoich planach, że ci Marsjanie jednak wymarli i nie można założyć podziemnej cywilizacji. Nie, to oczywiście żart. To były takie jakieś młodzieńcze fascynacje. Ale rzeczywiście „Wojna światów” to była dla mnie ważna książka. Dzisiaj pewno ją traktuję jak każdą inną, ale w swoim czasie odcisnęła to piętno. Ja jestem na pozycji dziewiątej, a ty?
[02:59:29] - Ja już skończyłem. Zostaje mi tylko ostatni.
[02:59:33] - Ostatni, dziesiąty.
[02:59:35] - Tak.
[02:59:36] - Czyli?
[02:59:38] - Czyli niestety książka, która-
[02:59:39] - Której część nienawidzi po prostu.
[02:59:42] - Połowa Polski dostanie rozrzew w szczękach.
[02:59:46] - A część umrze ze śmiechu.
[02:59:48] - Ze śmiechu tak. A ja nie padam na kolana. Natomiast to jest książka, która mnie wychowała, która była moją ojczyzną, że tak powiem, i według niej pewne wartości ustawiałem sobie w życiu i w światopoglądzie. To jest ta śmieszna trylogia Sienkiewicza. Jest to nie dosyć, że wspaniale napisana książka. Przypomnę wszystkim, że jednak my dzisiaj troszeczkę tak, ale już należy porozmawiać z Amerykanami, jak bardzo cenią sobie Sienkiewicza. Oczywiście za „Quo vadis”. Trzeba pamiętać, że pisał tę książkę noblista, nie byle jaki facet od sensacyjnej literatury. Dlaczego uważam trylogię, to znaczy ja uważam, mój ojciec uważał za największe arcydzieło polskiej literatury pana Żeromskiego. I też miał rację.
Ja uważam, że taką literaturą jest właśnie trylogia Sienkiewicza. Kiedyś zaproponowałem miłośnikom fantasy. Mówię: „Słuchajcie, co wy tam czytacie, te amerykańskie fantasy. Żadna powieść fantasy nie umywa się w najmniejszym stopniu do trylogii Sienkiewicza. Wystarczyłoby leciutko zmienić tylko dekoracje, lekko podsprawić. Nie ma żadnej książki, która by tak wspaniale opisywała klimat, szczególnie «Ogniem i mieczem»”.
[03:01:29] - „Ogniem i mieczem”. Ono się zaczyna jak rasowa książka fantasy.
[03:01:32] - Fantasy, tak jest. Akurat w każdej z tych książek jest opis bitew, które tam się odbywają, podstępów bitewnych i różnych peregrynacji jest dokładnie na miarę homerowskich „Iliady” i „Odysei”.
[03:01:53] - Albo na miarę „Władcy Pierścieni”.
[03:01:57] - Albo na miarę „Władcy Pierścieni”. Dokładnie. To jest książka według mnie wspaniała, piękna. Nie mówię o bohaterach moich ulubionych, ale miłośnikom fantasy przypomnę Czeremisa i Rupinę. Kim byli, jak wyglądali, co robili i tak dalej.
[03:02:19] - Magia.
[03:02:20] - Magia.
[03:02:21] - Magia.
[03:02:21] - Czarna magia i to wielka magia. Sienkiewicz był ogromnym pisarzem. Zwróćcie uwagę na jedną rzecz.
[03:02:31] - Chociaż wątłej postury.
[03:02:32] - Wątłej postury, ale ten rozrzew między „Quo vadis”, trylogią a pustynią i puszczą, że tak powiem.
[03:02:41] - Ale to dla dzieci książka.
[03:02:43] - Tak, ale również świetnym, kapitalnym, sensacyjną historią zupełnie.
[03:02:50] - Zainteresowałem się przygodami Stasia i Nel.
[03:02:53] - Też Sienkiewicz był całkiem niezłym poetą, trzeba tutaj wspomnieć. Taki mało znany wiersz pod tytułem „Lotus”. Warto poszukać.
[03:03:06] - Właśnie, to taki wątek może mniej troszeczkę znany.
[03:03:10] - Ja mam taką teorię, bo Sienkiewicz był prozaikiem zdecydowanie, a nie poetą. Natomiast z jego poezją to jest coś takiego, jak z poezją właściwie wszystkich. Wszyscy piszą wiersze za młodu. Za młodu właściwie każdy jest poetą po prostu. Potem to zwykle przechodzi i chwała Bogu.
[03:03:31] - Ale wiesz co? Nie przesadzaj. Jednym to za młodu wychodzi lepiej, drugiemu wychodzi gorzej. Jemu chyba nieźle wychodziło mimo wszystko.
[03:03:39] - No tak.
[03:03:41] - Audycja się zbliża do końca. Ja jeszcze tylko wymienię ostatni, swój dziesiąty typ.
[03:03:48] - Jeszcze fragment rzeczonego „Quo vadis” nie leciał. Przepraszam, nie „Quo vadis”, tylko „Ogniem i mieczem”.
[03:03:55] - Tak sobie wstępnie zaplanowałem, że to może puścimy na pożegnanie naszych słuchaczy. Została już ostatnia książka. To jest książka, która nosi tytuł, i znowu wydaje się książką dla młodzieży, a nie jest książką dla młodzieży. Znaczy jest książką dla młodzieży, ale mogą ją stare konie czytać też. To książka Marka Twaina. I nie, to nie są „Przygody Tomka Sawyera”, nie. Te mnie nudziły. Ale „Przygody Huckleberry Finna” to była książka, od której się nie mogłem oderwać. Nie wiem, dlaczego mnie tak zaczarowała, ale ta podróż rzeką tego chłopaka z Murzynem. Teraz można chyba mówić jeszcze Murzyn, więc z Murzynem.
Dla mnie fascynujące. Fascynujące po prostu. Nie wiem, jak to inaczej opisać. Ja pamiętam taką scenę, że kiedy wróciłem ze szkoły, była 13.00, jakoś krótko miałem lekcje. Jak siadłem o 13.00, to zanim mama wróciła do domu gdzieś tak po 16.00, to ja już miałem ho ho tej książki, a później był obiad i musiałem niestety iść na ten obiad i zrobiłem wszystko, żeby wrócić jak najszybciej. Ja pod wieczór już miałem prawie książkę przeczytaną. Leciałem w jakimś astronomicznym tempie przez te przygody. To była rzecz, która, nie wiem, jakiś szalony się zachowywałem po prostu czytając książkę.
[03:05:27] - Marku, jak to mówiłeś, to ja na ciebie zerkałem i patrzyłem, jaki masz wyraz twarzy, bo ja tutaj chyba taką puentę do tej naszej audycji wystrugam, że wszyscy uczeni próbują nam wcisnąć racjonalność świata, ale niestety literatura nie jest racjonalna. Literatura jest po prostu mitem. Zawsze była mitem i pozostanie mitem. Literatura dotyka tego racjonalnego świata, ale po prostu ona się bawi tym światem. Pieści ten świat, zachwyca się i obrzydza nam ten świat, ale po prostu na tym polega mit pozytywny, negatywny i tak dalej. Tym się zajmuje literatura. Jeśli my czytamy książki, to dlatego, że nudzą nas czyste kalorie i procenty.
[03:06:28] - No tak. Powiem tak: dzisiejszy subiektywny przegląd dwóch dziesiątek równie dobrze mógł być znacznie dłuższy i tu mogły być dwie dwudziestki, dwie pięćdziesiątki. Dwie pięćdziesiątki to dobrze brzmi.
[03:06:40] - Marku, ja podkreśliłem, że ja nie wymieniałem najlepszych książek, które ja w życiu czytałem, bo musiałbym wymienić na przykład „Wilka stepowego” i „Grę szklanych paciorków”, a nie wymieniłem tysiąca innych książek, tylko wymieniłem książki, które znaczyły w moim fizjologicznym, biologicznym organizmie.
[03:07:01] - Była gra w klasy. Dla mnie też ważną książką były dwie książki, na przykład książka Homara von Ditfurtha. Kto dzisiaj pamięta to nazwisko? „Na początku był wodór” i „Dzieci wszechświata”. Ale był drugi pan na von, czyli von Däniken. Pamiętam jego pierwszą książkę „Wspomnienia z przyszłości”. Ona zupełnie zburzyła mój obraz świata. Zacząłem inaczej patrzeć na świat. Co sobie będziemy? Tak moglibyśmy jeszcze do 12.00 same tytuły teraz rzucać.
To chyba nie ma sensu.
[03:07:30] - I tak by się okazało-
[03:07:31] - Że i tak nasi słuchacze znają lepsze książki. No oczywiście, że tak.
[03:07:35] - Nawet lepiej, że nasz przyjaciel z Anglii by nas poinformował, że dwa tysiące lat temu i tak ktoś to napisał lepiej.
[03:07:44] - Bo to jest prawda. Dokładnie. On ma rację. Dokładnie tak. On trafił w punkt. Dokładnie. Co więcej, my byśmy mogli teraz wymieniać i to byłby subiektywny przegląd, a nasi słuchacze również mogliby takiego przeglądu dokonać. Ja zresztą polecam czasami usiąść nad kartką i pomyśleć sobie, które książki są dla mnie ważne. To bardzo dobrze oczyszcza i porządkuje naszą wiedzę o tym, co przeczytaliśmy. Polecam.
To bardzo fajne ćwiczenie. Fajna zabawa z takim porządkowaniem książek. No cóż, my już na dzisiaj kończymy. Dziękujemy bardzo. Jeszcze zostawiamy państwa oczywiście z głosem Marka Ivelliosa i z zakończeniem audycji, czyli z fragmentem powieści „Ogniem i mieczem”. Ale zanim to, najpierw powiem o tym, że zapraszamy za tydzień na kolejne „ABW”. Ósmy już. Bardzo ciekawi autorzy z bardzo ciekawymi opowiadaniami oraz to jest ten odcinek, w którym pojawiają się również autorzy, nazwijmy to profesjonalni, którzy zechcieli nam udzielić zgody na przeczytanie swoich opowiadań na antenie. Fajne nazwiska, znane nazwiska, między innymi Tadeusz Olszubski i człowiek, z którym pisał opowiadania. Pisali razem, bo drugim autorem, który zaprezentuje swoje opowiadanie, jest Wojciech Chudziński, znany wszystkim tym, którzy czytają miesięcznik „Nieznany Świat”.
Tam jest zastępcą redaktora naczelnego. Wojciech Chudziński pisze, moim zdaniem, niezwykłe opowiadania. Co prawda dzisiaj mówi, że to już dawno pisał i że nie jest przekonany, że to są dobre opowiadania. Ja jestem przekonany, że to są dobre opowiadania, które warto czytać, więc zapraszamy. Ale poza tymi znanymi nazwiskami jak Wojciech Chudziński i Tadeusz Olszubski będą też autorzy, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki na drodze literackiej. Też niezwykle ciekawe opowiadania. Będzie kolejny odcinek cyklu „Świniorijskiego pszennoburaczanego”. Bardzo polecam, ale będą też inne naprawdę świetne teksty. A za dwa tygodnie? Cóż, za dwa tygodnie w „Bibliotekarium na żywo” zastanawiam się, od czego zacząć.
Zacznę nie od tytułu książki, tylko od autora. Autorem jest William Tenn. Wszyscy, którzy interesują się fantastyką naukową, znają to nazwisko z krótkich opowiadań. Wymienię kilka tytułów. Może komuś się takie zbiory opowiadań obiły o oczy. Czyli na przykład „Wyzwolenie Ziemi” albo „Ludzki punkt widzenia”, albo „Bernie Faust”, albo „Pierwiastek kwadratowy z człowieka”. To są wszystko tytuły zbiorów opowiadań, które William Tenn opublikował. To złota era science fiction. My już nie raz mówiliśmy, że to była era z jednej strony niezwykle płodna, jeśli chodzi o utwory, a z drugiej strony niezwykle płodna, jeśli chodzi o pomysły. Z tego względu warto Williama Tenna czytać.
Punktem wyjścia do naszej rozmowy o książkach będzie powieść. Niewielkich rozmiarów powieść Williama Tenna. On nie napisał dużo, napisał w życiu dwie powieści. Tylko jedna z nich wyszła w języku polskim. Tytuł jest moim zdaniem – Wiktor się oburzył, jak to powiedziałem, ale ja to mimo wszystko powtórzę na antenie – tytuł jest moim zdaniem idiotyczny. Absolutnie idiotyczny, bo tytuł brzmi: „O ludziach i potworach”.
[03:11:43] - To tak, jakby było „O ludziach i kobietach”, nie?
[03:11:45] - To ty powiedziałeś. Ja się odcinam . W każdym razie jest „O ludziach i potworach”. I powiem tak: to jest bardzo mylący tytuł, bo można by odnieść wrażenie, że to jest jakieś horrorzydło albo coś głupiego. Nie, to jest fajna książka. Książka z pomysłem, który jest dosyć rzadko spotykany i dlatego warto o tej książce porozmawiać. A zatem za dwa tygodnie zapraszamy na audycję, której punktem wyjścia do różnych naszych rozważań będzie książka Williama Tenna, zmarłego w 2010 roku w wieku 90 lat człowieka. Książka Williama Tenna „O ludziach i potworach”.
[03:12:35] - Szczególnie ciekawa, że ja nigdy niespecjalnie nie lubiłem piszących dziennikarzy, a William Tenn był dziennikarzem, który pisał świetnie, naprawdę .
[03:12:47] - To tyle tytułem zapowiedzi zarówno co będzie za tydzień, co za dwa tygodnie. Żegnamy się z państwem pięknie. Dziękujemy za ten rok, który przyszło nam wspólnie spędzić. Za miłe słowa, za słowa krytyki, bo te zawsze się przydadzą. Zawsze pozwalają, po pierwsze, troszeczkę wyjąć sobie ten kij z kręgosłupa i nie czuć się takim nadętym, bo człowiek zawsze taką tendencję ma, więc czasami się trochę trzeba z tego powietrza spuścić. Krytyka poza tym pomaga wyłapywać jakieś oczywiste bzdurstwa, które się czasami wygaduje, więc to też nikomu nie zaszkodzi. Ale dziękujemy oczywiście też za słowa pochwały, bo te w jakiś sposób motywują i pozwalają się człowiekowi sprężyć i myśleć o następnej audycji. Jeszcze raz w takim razie dziękujemy za ten rok. Mamy nadzieję na wiele następnych interesujących audycji. I cóż, dobranoc państwu i zostawiamy państwa z Markiem „Ivelliosem” i z trylogią, a właściwie z „Ogniem i mieczem”.
[03:13:55] - A właściwie z początkiem rozdziału pierwszego, tomu pierwszego. A więc zaczynamy. Henryk Sienkiewicz, „Ogniem i mieczem”. Fragment rozdziału pierwszego, tomu pierwszego. „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wylejeła się z dzikich pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach. Odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki. Nareszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej.
W południowych województwach lody nie popętały wcale wód, które podsycane topniejącym każdego ranka śniegiem wystąpiły z łożysk i pozalewały drogi. Padały częste deszcze.” Step rozmókł i zmienił się w wielką kałużę. Słońce zaś w południe dogrzewało tak mocno, że dziw nad dziwy w województwie bracławskiem i na Dzikich Polach zielona ruń okryła stepy i rozłogi już w połowie grudnia. Gdy więc tak porządek przyrodzenia zdawał się być wcale odwróconym, wszyscy na Rusi, oczekując niezwykłych zdarzeń, zwracali niespokojny umysł i oczy szczególnie ku Dzikim Polom, od których łatwiej niźli skądinąd mogło się ukazać niebezpieczeństwo. Tymczasem na polach nie działo się nic nadzwyczajnego i nie było innych walk i potyczek jak te, które się odprawiały tam zwykle, a o których wiedziały tylko orły, jastrzębie, kruki i zwierz polny. Bo takie już były te pola. Ostatnie ślady osiadłego życia kończyły się, idąc ku południowi, niedaleko za Czechrynem od Dniepru, a od Dniestru niedaleko za Umaniem, a potem już hen ku limanom i morzu, step i step w dwie rzeki, jakby w ramę ujęty. Na łuku dnieprowym, na Niżu wrzało jeszcze kozacze życie za porochami, ale w samych polach nikt nie mieszkał i chyba po brzegach tkwiły gdzieniegdzie polanki, jakoby wyspy pośród morza. Ziemia była de nomine Rzeczypospolitej, ale pustynna, na której pastwisk Rzeczpospolita Tatarom pozwalała. Wszakże gdy Kozacy często bronili, więc to pastwisko było i pobojowiskiem zarazem.
Ile tam walk stoczono, ilu ludzi legło, nikt nie zliczył, nikt nie spamiętał. Orły, jastrzębie i kruki jedne wiedziały. A kto z daleka usłyszał szum skrzydeł i krakanie, kto ujrzał wiry ptasie nad jednym kołujące miejscem, to wiedział, że tam trupy lub kości niepogrzebione leżą. Polowano w trawach na ludzi jakby na wilki lub słuchaki. Polował kto chciał. Człek prawem ściganym chronił się w dzikie stepy. Orężny pasterz trzód strzegł. Rycerz przygód tam szukał, łotrzy głupu, Kozak Tatara, Tatar Kozaka. Bywało, że i całe watahy broniły trzód przed tłumami napastników. Step to był pusty i pełny zarazem.
Cichy i groźny, spokojny i pełen zasadzek. Dziki od Dzikich Pól, ale i od dzikich dusz. Czasem też napełniała go wielka wojna. Wówczas płynęły po nim jak fale czambuły tatarskie, pułki kozackie to chorągwie polskie lub wołoskie. Nocami rżenie koni wtórowało wyciom wilków. Głos kotłów i trąb mosiężnych leciał aż do Owidowego Jeziora i ku morzu, a na Czarnym Szlaku na kucmańskim rzekłbyś: powódź ludzka. Granice Rzeczypospolitej strzegły od Kamieńca aż do Dniepru stanice i polanki. I gdy szlaki miały się zaroić, poznawano właśnie po niezliczonych stadach ptactwa, które płoszone przez czambuły leciały na północ. Ale Tatar byle wychylił się z czarnego lasu lub Dniestr przebył od strony wołoskiej, to stepem równo z ptakami stawał w południowych województwach. Wszelako zimy owej ptactwo nie ciągnęło z wrzaskiem ku Rzeczypospolitej.
Na stepie było ciszej niż zwykle. W chwili, gdy rozpoczyna się powieść nasza słońce zachodziło właśnie, a czerwonawe jego promienie rozświetlały okolicę pustą zupełnie. Na północnym krańcu Dzikich Pól nad Omelniczkiem aż do jego ujścia najbystrzejszy wzrok nie mógłby odkryć jednej żywej duszy, ani nawet żadnego ruchu w ciemnych, zaschniętych i zwiędłych buszach. Słońce połową tylko tarczy wyglądało jeszcze zza widnokręgu. Niebo było już ciemne, a potem i step z wolna mroczył się coraz bardziej. Na lewym brzegu, na niewielkiej wyniosłości podobniejszej do mogiły niż do wzgórza, świeciły tylko resztki murowanej stanicy, którą niegdyś jeszcze Teodoryk Buczacki wystawił, a którą potem napady starły. Od ruiny owej padał długi cień. Opodal świeciły wody szeroko rozlanego Omelniczka, który w tym miejscu skręca się ku Dnieprowi. Ale blaski gasły coraz bardziej na niebie i ziemi. Z nieba dochodziły tylko klangory żurawi ciągnących ku morzu.
Zresztą ciszy nie przerywał żaden głos. Noc zapadła nad pustynią, a z nią nastała godzina duchów. Pływający w stanicach rycerze opowiadali sobie w owych czasach, że nocami wstają na Dzikich Polach cienie poległych, którzy zeszli tam nagłą śmiercią w grzechu i odprawiają swoje korowody, w czym im żaden krzyż ani kościół nie przeszkadza. Toteż gdy sznury wskazujące północ poczynały się dopalać, odmawiano po stanicach modlitwy za umarłych. Mówiono także, że one, cienie jeźdźców, snując się po pustyni, zastępują drogę podróżnym, jęcząc i prosząc o znak krzyża świętego. Między nimi trafiały się i upiory, które goniły za ludźmi, żyjąc. Wprawne ucho z daleka już rozeznawało wycie upiorów od wilczego. Wiedywano również całe wojska cieniów, które czasem zbliżały się tak do stanic, że straże grały larum. Zapowiadało to zwykle wielką wojnę. Spotkanie pojedynczych cieniów nie znaczyło również nic dobrego, ale nie zawsze należało sobie źle wróżyć, bo i człek żywy zjawiał się nieraz i niknął jak cień przed podróżnymi.
Dlatego często i snadnie za ducha mógł być poczytanym. Skoro więc noc zapadła nad Omelniczkiem, nie było w tym nic dziwnego, że zaraz koło opustoszałej stanicy pojawił się duch czy człowiek. Miesiąc wychynął właśnie zza Dniepru i obielił pustkę głowy bodiaków i dal stepową. Wtem niżej na stepie ukazały się i inne jakieś nocne istoty. Przelatujące chmurki przesłaniały co chwila blask księżyca, więc owe postacie to wybłyskiwały z cienia, to znów gasły. Chwilami nikły zupełnie i zdawały się topnieć w cieniu. Posuwając się ku wyniosłości, na której stał pierwszy jeździec, skradały się cicho, ostrożnie, z wolna, zatrzymując się co chwila. W ruchach ich było coś przerażającego, jak i w całym tym stepie, tak spokojnym na pozór. Wiatr chwilami podmuchiwął ode Dniepru, sprawiając żałosny szelest w zaschłych podjakach, które pochylały się i trzęsły, jakby przerażone. Na koniec postacie znikły, schroniły się w cień ruiny.
W bladym świetle nocy widać było tylko jednego jeźdźca stojącego na wyniosłości. Wreszcie szelest ów zwrócił jego uwagę. Zbliżywszy się do skraju wzgórza, począł wpatrywać się w step uważnie. W tej chwili wiatr przestał wiać. Szelest ustał. Zrobiła się cisza zupełna. Nagle dał się słyszeć przeraźliwy świst. Zmieszane głosy poczęły wrzeszczeć przeraźliwie: „Hałła! Hałła! Jezu Chryste!
Ratuj! Bij!” Rozległ się huk samopałów. Czerwone światła rozdarły ciemność. Tętent koni zmieszał się z szczękiem żelaza. Nowi jacyś jeźdźcy wyrośli jakby spod ziemi na stepie. Rzekłbyś, burza zawrzała nagle w tej cichej, złowrogiej pustyni. Potem jęki ludzkie zawtórowały wrzaskom strasznym. Wreszcie wszystko ucichło. Walka była skończona. Widocznie rozgrywała się jedna ze zwykłych scen na dzikich polach.
Jeźdźcy zgrupowali się na wyniosłości. Niektórzy podsiadali z koni, przypatrując się czemuś pilnie. Wtem w ciemnościach ozwał się silny i rozkazujący głos: „Hej tam! Skrzesać ognia i zapalić!” Po chwili posypały się naprzód iskry, a potem buchnął płomień suchych oczeretów i łuczywa, które podróżujący przez dzikie pola wodzili zawsze za sobą. Wnet wbito w ziemię krąg od kaganka i jaskrawe, padające z góry światło oświeciło wyraźnie kilkunastu ludzi pochylonych nad jakąś postacią leżącą bez ruchu na ziemi. Byli to żołnierze ubrani w barwę czerwoną, dworską i w wilcze kapuzy. Z tych jeden siedzący na dzielnym koniu zdawał się reszcie przywodzić. Zsiadłszy z konia, zbliżył się do owej leżącej postaci i spytał: „A co, wachmistrzu, żyje czy nie żyje?” „Żyje, panie namiestniku, ale charcze” — arkan go zmówił. „Co zacz jest?” „Nie Tatar. Znaczny ktoś.” „To i Bogu dziękować.” Tu namiestnik popatrzył uważniej na leżącego męża.
„Coś jakby hetman” — rzekł. „I koń pod nim Tatar zacny. Jak lepszego u chana nie znaleźć” — odpowiedział wachmistrz. „A ot tam go trzymają.” Porucznik spojrzał i twarz mu się rozjaśniła. Obok dwóch szeregowych trzymało rzeczywiście dzielnego rumaka, który tuląc uszy i rozdymając chrapy, wyciągał głowę i poglądał przerażonemi oczyma na swego pana. „Ale koń, panie namiestniku, będzie nasz” — wtrącił tonem pytania wachmistrz. „A ty, psia wiaro, chciałbyś chrześcijaninowi konia w stepie odjąć? Bo zdobyczny.” Dalszą rozmowę przerwało silniejsze chrapanie zduszonego męża. „Wlać mu gorzałki w gębę” — rzekł pan namiestnik. „Pas odpiąć.
Czy zostaniemy tu na nocleg?” „Tak jest. Konie rozkulbaczyć, stos zapalić.” Żołnierze skoczyli co żywo. Jedni poczęli cucić i rozcierać leżącego, drudzy ruszyli po oczerety, inni rozesłali na ziemi skóry wielbędzie i niedźwiedzie na nocleg. Pan namiestnik, nie troszcząc się więcej o zduszonego męża, odpiął pas i rozciągnął się na burce przy ognisku. Był to młody bardzo człowiek, suchy, czarniawy, wielce przystojny, ze szczupłą twarzą i wydatnym orlim nosem. W oczach jego malowała się okrutna fantazyja i zadzierżystość, ale w obliczu miał wyraz uczciwy. Wąs dość obfity i niegolona widocznie od dawna broda dodawały mu nad wiek powagi. Tymczasem dwaj pachołkowie zajęli się przyrządzeniem wieczerzy. Położono na ogniu gotowe ćwierci baranie. Zdjęto też z koni kilka drobiów upolowanych w czasie dnia, kilka pardew i jednego słuchaka, którego pachoł wnet zaczął opłukiwać ze skóry.
Stos płonął, rzucając na step ogromne czerwone koło światła. Zduszony człowiek począł z wolna przychodzić do siebie. No i tak oto dotarliśmy do końca dzisiejszego odcinka Bibliotekarium. Ponownie w Bibliotekarium usłyszymy się już za tydzień, tym razem w wersji podcastowej ABW Antologia Bibliotekarium Warsztaty, a na żywo ponownie już za dwa tygodnie. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia.