Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:40] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy audycję dedykowaną nie tylko molom książkowym, ale również wszystkim innym wielbicielom dobrej literatury. Audycję zatytułowaną „Bibliotekarium” raz na żywo, raz z puszki, tak żeby było jeszcze ciekawiej. Co prawda z pewnymi problemami technicznymi, ale jednak w końcu udało nam się wystartować. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a dzisiaj po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór panowie.
[01:14] - No to jesteśmy. Jesteśmy tym razem na żywo, w przeciwieństwie do poprzedniego tygodnia. A za tydzień znowu będziemy lecieli z puszki.
[01:25] - Wtedy to było na Strupa, tak?
[01:27] - Z puszki było. Z puszki, nie Strupa.
[01:30] - Wiesz co, ja mam taką uwagę à propos tych różnych aspektów technologicznych. Otóż to jest ostatni gwizdek, ostatnia chwila, kiedy jeszcze możemy się zachwycać, że technologia sprawia pewne kłopoty. Bo niedługo, już bardzo niedługo, właściwie jedyny kłopot to my będziemy sprawiać.
[01:55] - Oj, myślę, że jesteś zbytnim optymistą. Myślę, że technologia ma to do siebie, że się zawsze w najmniej odpowiednim momencie lubi spierdzielić i taka jest jej uroda.
[02:05] - Tak było, ale tak nie będzie. Niedługo technologia będzie perfect, a my będziemy wyłącznie, bo przewalowość, że tak powiem, to jest natura ludzka. My pozostaniemy.
[02:17] - Ciągnąc to dalej, można powiedzieć: w naszą technikę wpisane są błędy, ponieważ my nie jesteśmy perfect. W związku z czym trudno, żeby istoty, które nie są perfect, wytwarzały perfect technologię, technikę. Chociaż najgorzej, jak ta technologia zacznie sama siebie produkować, powielać, to wtedy się mogą zacząć kłopoty.
[02:42] - Dlaczego? Bo powiedziałeś, że niedoskonała istota nie może rzeczy doskonałej stworzyć.
[02:47] - Ja mam wątpliwości.
[02:48] - Ale zwróć uwagę na przykład na ptaki. Ptaki są byle jakie, ale guano jest fundamentem przeciwieństwie żyzności ziemi i tak dalej. Czyli doskonałą rzecz stworzyły ptaki.
[03:00] - Przypomina mi się taki wierszyk Boya. Nie pamiętam niestety imienia dziewczynki. Powiedzmy, że to była Justysia. Justysia miała matkę bardzo małomówną, więc gdy raz zapytała z minką zatroskaną: „Co to jest guano, mamusiu?” Matka odrzekła... No wiadomo, co odrzekła.
[03:21] - I dzięki temu postęp. Poza tym dziewczynka się dowiedziała i my też wiemy.
[03:27] - Wiesz co? Zanim zaczniemy mówić o książkach Marcina Kozioła, czyli o „Skrzyni Władcy Piorunów” oraz drugim tomie, czyli „Tajemnicy Przeklętej Harfy”, nie mogę sobie odmówić przyjemności albo dania upustu swojej obsesji. Ostatnimi czasy mam taką obsesję, że gdy zbliża się audycja, to sprawdzam, co się zdarzyło w przeszłości. A to wszyscy, którzy słuchają ABW już wiedzą, że wyszukuję najdziksze jakieś daty. Tutaj niestety trafiło też na „Bibliotekarium”, bo postanowiłem sprawdzić, co się stało jakiś czas temu i odkryłem, że trzeciego listopada w odległych dosyć czasach próbowano porwać króla. Konkretnie Stanisława Augusta Poniatowskiego. To było w 1771 roku. To były czasy konfederacji barskiej, której się nie bardzo podobało. Mówiąc w skrócie, nie wchodząc w jakąś historię szczegółową, nie bardzo się podobało to, że Polska staje się coraz bardziej zależna od Rosji. A już w tym momencie, kiedy caryca Katarzyna zaczęła bardzo promować swojego faworyta, czyli właśnie Stanisława Augusta Poniatowskiego na króla, objęła go swoją kuratelą w latach 60.
XVIII wieku, wtedy się wreszcie coś takiego jak ruch anty pojawił i konfederacja barska, która w 1768 roku wybuchła. Ośrodkiem takim centralnym tej konfederacji, o ile dobrze pamiętam, chyba dobrze, była Częstochowa, ale na pewno Bar też w jakiś sposób. Ale tu akurat szczegółów nie znam, ale wiem, że oni tam sporo w tej Częstochowie też urzędowali. Tam był ich taki ośrodek wypadowy. W każdym razie zrodził się w konfederatach taki pomysł, że porwą króla. I pomińmy to, bo u nas w naszej historii zadziwiająco często rzeczy poważne stykają się z rzeczami farsowymi wręcz. Bo rzeczywiście tego króla, tak jak już powiedziałem, trzeciego listopada 1771 roku porwano. Wracał akurat z wizyty u swojego chorego krewnego i na ulicy Miodowej w Warszawie jego powóz czy też kareta. Na pewno kareta, bo to król, na pewno karetą jeździł. Został zatrzymany.
Padły strzały, bijatyka się uczyniła wokół karety i nie tylko. Jak to bywa najczęściej ze służbą, to służba pierwsze co zrobiła, to uciekła. Król został sam, ale król był cwany i prysnął z tej karety. Zaczął się dobijać do drzwi najbliższego pałacu. Niestety miał pecha, bo o ile pamiętam, chyba pałac Czartoryskich, tam mu nikt nie otworzył. Więc go ci konfederaci, ci zamachowcy ujęli. Nawet padły jakieś strzały. Dowodził tymi konfederatami-
[06:53] - Ciemna plama na rodzie Czartoryskich. Drzwi zamknięte przed królem.
[06:57] - Zamknięte dla króla. W każdym razie dorwali go ci konfederaci. Jednym z dowódców tego oddziału komandosów barskich był niejaki Kuźma. I w tym momencie właściwie zaczyna się cała parodia westernu, bo na razie było wszystko przeprowadzone w miarę tak, jak to komandosi powinni przeprowadzić, czyli złapali tego króla. Ale gdzieś w okolicach ówczesnej Warszawy, na przedmieściach ówczesnej Warszawy czekał powóz, którym król miał być wywieziony jak najdalej od miasta. Ale trzeba było do tego powozu dotrzeć. Więc konfederaci się podzielili i gdzieś sobie przemykali bocznymi uliczkami. Przynajmniej próbowali. I zaczęła się parodia, która polegała na tym, że oni po pierwsze się rozdzielili, później ten Kuźma wraz z kilkoma ludźmi prowadził tego króla. Prowadził go na koniu.
Przecież nie będą go pędzili piechotą. Ale koń pod królem niestety przewrócił się, złamał nogę. To później maszerowali piechotą. W międzyczasie gdzieś się pogubili w ciemnościach. W rezultacie król został z samym Kuźmą. I żeby było zabawniej, to król zaczął wzbudzać w konfederacie, patriocie, czyli w Kuźmie, poczucie winy. Widać był bardzo przekonujący, bo go w końcu przekonał, że nie wypada się na króla zasadzać. I ten zdjęty jakimiś wyrzutami sumienia stwierdził, że rzeczywiście może króla jednak nie porywać. Trafili w końcu do jakiegoś młyna. Tam przenocowali.
Ale król, tak jak powiedziałem, to był jednak cwany gość. Niby oficjalnie się nie wygadali, kim jest i w ogóle był incognito, ale w tak zwanym międzyczasie wysłał młynarczyka, który nocą chyłkiem dotarł gdzieś do służby królewskiej, do ludzi króla. Oni go przyszli i uwolnili. I w rezultacie tak się cały ten zamach skończył. Dosyć idiotycznie, można by powiedzieć, bo jak się już kogoś porywa, to go trzeba porwać skutecznie, a nie kombinować i mieć wyrzuty sumienia. Niemniej tak się rzecz odbyła i taką mamy dzisiaj rocznicę. Nie okrągłą, ale mamy.
[09:38] - Ja tutaj dowiążę, proszę ciebie, do tego, co powiedziałeś. Parę zabawnych rzeczy. Otóż ty mówisz, że cała się skończyło pewnym kabaretem. No tak, jednym z bohaterów tego kabaretu był wielki bohater narodowy, amerykański późniejszy, czyli Kazimierz Pułaski.
[10:00] - Bo to był jeden z przywódców konfederacji. Tak, to prawda.
[10:04] - Nie udało mu się tutaj, ale za to potem pojechał do Ameryki. Zmiał do Ameryki i tam został bohaterem. Dzięki niemu prawdopodobnie również być może Amerykanie doszli do wniosku, że porywać należy skutecznie, jak żeś to powiedział. Czyli wylatujemy helikopterami, żeby porwać, ale tak naprawdę lecimy po to, żeby wykonać wyrok. Z porwanym będzie tylko kłopot.
[10:32] - Oczywiście, że z porwanym zawsze jest kłopot.
[10:35] - Więc należy usunąć. Ale żeby dowiązać do książki, którą tutaj będziemy omawiać. Otóż użyłeś jeszcze jednego słowa. Otóż ja, szukając tutaj jakiejś informacji, odkryłem. A cóż takiego, Marku, odkryłeś? Odkryłeś coś, co w historii jest faktem, o czym historycy wszyscy wiedzą. Każdy człowiek w miarę, przepraszam, bardzo wykształcony, a ja nie jestem, też o tym nie wiedziałem. Więc każdy człowiek właściwie wie, że to się zdarzyło i to jest fakt. A ty mówisz: odkryłem fakt.
[11:16] - A właśnie nie. Bo powiem ci tak: poza ludźmi szczególnie zainteresowanymi tym okresem, czyli XVIII wiekiem, poza ludźmi, którzy z wykształcenia są historykami, to przeciętny człowiek raczej wie mało o tego rodzaju wydarzeniach. Co więcej, ja nie pamiętam, żeby w szkole jednej, drugiej czy trzeciej, do której miałem obowiązek chodzić, żebym o takich faktach słyszał, jak porwanie króla.
[11:52] - Ja też nie. A szkoda, bo przecież świetny film by z tego był.
[11:56] - Myślę, że tak. Ale jakiś taki niepoprawny. Króla porywać my i tak dalej. U nas się właśnie nie wykorzystuje tego rodzaju szans. Ale powiem ci coś jeszcze, co jest dosyć ciekawe i co nawiązuje do dzisiejszych czasów. Bo my ostatnio mamy taki czas w Polsce- Że mamy nie najlepszą prasę na Zachodzie. Jesteśmy bardzo czuli.
[12:17] - Mówisz, żeby porwać prezesa?
[12:20] - Nie, tak daleko nie pójdźmy, bo zanim skończymy audycję, wkroczą oddziały i audycja się skończy niezwykle widowiskowo. Dużo będzie efektów specjalnych, jak wkroczą.
[12:34] - My też prowadzimy ABW.
[12:35] - Granat hukowy wrzucony do małego pomieszczenia zrobiłby dużą atrakcję. Nawiązując, my jesteśmy bardzo czuli na to, co się na Zachodzie mówi o nas i w tej chwili mamy różne problemy z tym, że ci nas nie lubią, tamci nas nie lubią, a tamci to już w ogóle nas nie lubią, a jeszcze inni to w ogóle słyszeć o nas nie chcą albo się z nas śmieją. Otóż po nieudanym porwaniu króla środki masowego przekazu. Nie wiem, czy to się wtedy tak nazywało, ale te środki informacyjne, które wtedy funkcjonowały na zachodzie Europy, też sobie nieco poużywały. Po pierwsze wystarczyło, że opisano to nieudolne porwanie. Już była beka i to ogromna. Ale dalej starano się też wykazywać, że w Polsce panuje anarchia i tak naprawdę do pewnego stopnia przyczyniło się to również do pierwszego rozbioru Polski. Przypomnę, porwanie miało miejsce pod koniec roku 1771, a w roku 1772 miał miejsce pierwszy rozbiór. Ja oczywiście nie przeceniam tego. To na pewno nie był główny powód, ale propagandowo dało się to wykorzystać.
Ale to jest tylko jeden z elementów, bo warto pamiętać o tym, że również publicyści z krajów zachodnich, między innymi Voltaire na przykład, szydził z obskurantyzmu zamachowców. Pisał o tym, że na Jasnej Górze święcili swoje noże i przyjmowali komunię świętą przed wyruszeniem do Warszawy, aby króla porwać. Po pierwsze już wtedy dworowano sobie z tego, że Polacy jacyś tacy głęboko w wierze pogrążeni. Po drugie dworowano sobie z samego przebiegu zamachu i kiedy tylko można było i z jakiego tylko powodu można było, to sobie robiono te przysłowiowe jaja.
[14:58] - Robi się do dnia dzisiejszego, że tak powiem, tylko powody musimy dostarczać na nowo.
[15:04] - Ale my mamy taką tendencję.
[15:06] - Nie my. Wszyscy coś mają na świecie.
[15:11] - Ja myślę, że my szczególnie pięknie mieszamy farsę z tragedią albo komedię z tragedią. Dorzucamy jeszcze elementy farsowe. Ja myślę, że to nam nieźle idzie.
[15:26] - Mi się wydaje, że nie. Jest coś takiego, że my dokonując pewnych rzeczy na własnym poleczku, równocześnie, że tak powiem, dywagujemy nad słusznością albo niesłusznością czegoś takiego. Tu o wiele bardziej mi się podobał i podoba taki model węgierski, gdzie Orban miał w nosie Europę, w nosie miał Brukselę, w nosie miał wszystko. Postanowił zrobić to, co uznał za słuszne i zrobił. Nie wiem, czy tam się ktoś rozckliwiał i czy ktokolwiek się śmiał z Węgrów. Nikt się z nich nie śmiał, bo oni sami nad sobą nie płakali. Nigdy zresztą. A my tak. Może dlatego, że nas jest za dużo. Ale powoli będzie nas coraz mniej, więc ten problem zaniknie.
Dysonansu, że tak powiem.
[16:22] - Muszę powiedzieć, że jakieś zgredziarstwo z nas przemawia w tej chwili, to myślę, że czas się odmłodzić. Książki, o których dzisiaj będziemy mówić, będą dobrą okazją do takiego odmłodzenia się.
[16:39] - Wrócę, Marku, do tego słowa, które powiedziałem, że ty odkryłeś pewien fakt z historii. Otóż książki młodzieżowe są właśnie po to, a taką książką jest książka, którą będziemy omawiać, żeby młodzi ludzie mogli odkryć coś, czego jeszcze nie wiedzą. Nie dlatego, że są na tym pierwszym kręgu, wstępują w krąg wtajemniczenia, żeby zorientować się, jaki jest świat, czym jest świat naokoło i tak dalej. Książki młodzieżowe są pisane po to, żeby wprowadzać zalążkę młodego człowieka. Wejdź przez ten pewien próg, potem pójdziesz sobie dalej.
[17:30] - Zanim powiemy o książce, to ja myślę, że warto troszeczkę powiedzieć kilka słów o autorze. Marcin Kozioł to postać naprawdę ciekawa. Nie będę mówił dlaczego, tylko opowiem troszeczkę.
[17:45] - Właściwie każdy autor, który pisze książki, jest ciekawą postacią.
[17:49] - Coś takiego jest, ale dobrze. To ja teraz będę swoją tezę udowadniał. Po pierwsze to jest człowiek, który wydał swoją pierwszą książkę, kiedy był nastolatkiem. Miał 15 lat i wydał książkę o mikrokomputerach. Właściwie dla fanów mikrokomputerów. W dodatku nie przyznał się, że taką książkę wysłał do wydawnictwa i będzie ta książka wydana, nie przyznał się rodzicom. I pewno w ogóle by się nie przyznał, tylko cała sprawa się rypła w momencie, kiedy do domu autora przyszły egzemplarze autorskie z wydawnictwa. Wtedy sprawa się wydała i tajemnica przestała być tajemnicą. Życzę każdemu autorowi, żeby debiutował książkowo mając lat piętnaście. Co prawda nie była to beletrystyka, niemniej jednak zawsze książka.
Przedmiot materialny z obrazkami albo przynajmniej i z literkami, z okładką. Rzecz cenna, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Dalej, jako szesnastolatek został stypendystą pewnej szkockiej uczelni, na której wyglądzie właściwie można powiedzieć, że wzorowany był Hogwart Harry'ego Pottera. To też miejsce klimatyczne niezwykle. Można powiedzieć, że nasz człowiek ukończył Hogwart jeszcze przed Harrym Potterem. A dzisiaj to człowiek, który jest specjalistą w dziedzinie mediów elektronicznych, czyli jest specjalistą od marketingu. Zbiera stare komputery. To już w ogóle pełen szacun. I pisze świetne książki. Takie mam przynajmniej wrażenie.
Ale oczywiście wszystkim, którzy zarzucą mi, że ja się zawsze książkami zachwycam. Zawsze. Praktycznie rzecz biorąc, chyba nie było jeszcze takiej książki, przy której bym nie powiedział, że jest świetna. Tak już mam po prostu. Więc może tobie głos na chwilę oddam.
[20:07] - Nie. Ja protestuję, ale znam parę książek, którymi się nie zachwycasz i to zdecydowanie się nimi nie zachwycasz. Mogę dać przykład. To są wszystkie moje książki.
[20:20] - A nieprawda. To jest prowokacja grubymi nićmi szyta.
[20:25] - Dobrze. W każdym razie wiesz, jak czytałeś rzeczy oraz aktualny status autora książeczki „Skrzynia władcy piorunów”, to weźcie tę książkę do ręki i spróbujcie, właściwie nawet nie potrzebnie, spróbujcie wydedukować z tej książki, kim jest autor. Nigdy w życiu nie wpadniecie, że facet się zajmuje jakąś elektroniką. Jest po prostu zwykłym, piszącym ze spadem człowiekiem o dzieciakach. Nie wiem, trudno mi to określić. Mam takie dziwne wrażenie, że po prostu na tym to polega urok literatury, że piszą ją bardzo dziwni ludzie. Czasami bardzo sympatyczni, a czasami strasznie zgryźliwi, a pisząc w literaturze błyskających humorem i dobrotliwością.
[21:28] - Powiem tak, Marcin Kozioł, który jest autorem książek, o których dzisiaj będziemy mówić, na pewno nie jest postacią zgryźliwą. Wiem, bo prowadziłem z nim rozmowy telefoniczne, których ślad zresztą można znaleźć na portalu Bibliotekarium. Tam są dwie rozmowy dotyczące książek, o których dzisiaj będziemy mówić, czyli „Skrzyni władcy piorunów” oraz „Tajemnicy przeklętej harfy”. Tam autor mówi o tych swoich książkach i robi to w sposób niezwykle kompetentny i sympatyczny. Zresztą, o ile na temat swoich własnych książek łatwo jest wypowiadać się kompetentnie, to z sympatycznością bywa już różnie u autorów. I tu absolutnie Marcin Kozioł daje radę. Jest po prostu sympatycznym człowiekiem, który potrafi tę narrację tak przedstawić, że się tę książkę chce czytać. Zresztą się na czacie pojawiają pytania, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo na przykład pytanie, czy konfederację barską można nazwać powstaniem. Masz coś na ten temat?
[22:32] - Był jakiś to spisek. Po prostu pewien lokalny.
[22:35] - Ale z drugiej strony oni jacyś tacy byli, bo jakieś takie bojowe skłonności mieli. Nie wiem. Nie będę udawał, że jestem mądrzejszy, niż jestem. Pewno trzeba by się historyka zapytać, czy już to można nazwać powstaniem, czy jeszcze nie. Nie wiem. Nie będę udawał. Ale wracając do książki. Marcin Kozioł. Dobrze, już nie będę mówił, że jest świetna i że mi się podobała. Powiem coś innego.
Ja po tym, jak rozmawiałem z autorem, byłem zachęcony i siadłem do tej książki, do pierwszego tomu. I powiem ci, chciałem, zobaczę, jak pisze, jak człowiek pisze. Bo to zawsze dla człowieka, który również literki składa ze sobą, to zawsze jest takie doświadczenie, dla mnie ważne, żeby zobaczyć, jak piszą inni. Siadłem i powiem ci, że tak z rozpędu, niejako tak mimochodem przeczytałem kilkanaście stron i stwierdziłem, że będę czytał dalej. Bo po prostu ta narracja, którą prowadzi autor, wciąga. Przypomnę tylko, że to jest narracja tak naprawdę dla nastolatków i to takich wczesnych nastolatków, bo przypomnę pierwszy tom, czyli „Skrzynia władcy piorunów” to jest obecnie w nowym kanonie lektur szkolnych, to jest lektura uzupełniająca dla klas cztery, sześć.
[24:14] - Bardzo dobrze.
[24:15] - Bardzo dobrze.
[24:16] - Doskonały ruch dla tej książki. Tym bardziej że wiesz, tak jak mówiłeś o tym, że usiadłeś i zacząłeś czytać. Ja chyba wiem dlaczego. Bo ja też takie miałem wrażenie, kiedy zajrzałem do tej książki. Właściwie na początku wcale jej nie czytałem, tylko przerzucałem rozpaczliwie próbując się czegoś doczepić. Bo taka jest moja rola. Wiesz, co stwierdziłem? Przerzucając kartki, zwróciłem uwagę, że ta książka językowo jest tak czysta jak kryształ. Jest przezroczysta zupełnie. Tam nie ma żadnego zamulenia, żadnego miejsca, w którym zwalnia ci umysł fabuła.
Ślizgasz się wzrokiem po tych literach, po zdarzeniach, które są w tej książce, tak jak po czystej tafli lodu. Jest to bardzo ważna cecha, gdyż wszelkie wyboje dla młodego człowieka bardzo często zniechęcają do lektury, a tutaj właściwie ich nie ma. Od początku siadasz, czytasz i jedziesz. Porywa ta książeczka.
[25:37] - To powiem tak, ktoś na czacie zadał pytanie kim jest Marcin Kozioł? Ja powiem tak, warto-
[25:45] - Takie pytanie będzie jeszcze prawdopodobnie wielu ludzi zadawało.
[25:49] - Tak.
[25:49] - Aż napiszę trzecią książkę i wtedy przestaną zadawać.
[25:52] - Ja powiem tak. Warto to nazwisko zapamiętać już teraz, bo te dwie książki, które wydał, być może jeszcze się nie odbiły tak szerokim echem. Jeszcze telewizje masowo się nie pchają do autora.
[26:08] - Jak to nie? A Bibliotekarium już oblega tę książkę.
[26:12] - No tak, Bibliotekarium zawsze jako przodownicy postępu.
[26:18] - My mamy dobry węch. My wiemy, na co warto postawić.
[26:23] - Tak, ale powiem ci, że ja mam takie wrażenie, że tak jak każde pokolenie ma swoich autorów. Nasi autorzy to już w ogóle gdzieś z wykopalisk, ale tak jak my sobie oglądaliśmy, czytaliśmy „Wakacje z duchami” czy „Stawiam na Tolka Banana”, czy „Podróż za jeden uśmiech”, czy jakieś książki Nienackiego.
[26:50] - Same tytuły, które młodemu człowiekowi nic nie mówią.
[26:54] - Tak, to pokazuje głębię czasów, z jakiej wypełzliśmy. To ja myślę, że Marcin Kozioł jest godnym następcą tychże autorów, bo to naprawdę jest fajna literatura. Ale znowu ktoś powie: „Dla Żelkowskiego wszystko jest fajne, byleby się składało z literek”. To powiem tak: ona jest fajna, ponieważ łączy w sobie elementy fajnej literatury z kryminałem przeznaczonym na ten poziom wiekowy, o jakim mówimy. Kryminałem, a właściwie książką sensacyjną i kryminałem.
[27:39] - Nie tyle kryminał, co bardziej-
[27:41] - Kryminału też trochę jest, bo jest przecież w pierwszym tomie porwanie, to jest istotne, a w drugim jest przemyt.
[27:47] - Księga krwa-
[27:49] - Ojca. Nie. To takim mimochodem luźne nawiązanie. Mieliśmy porwanie Poniatowskiego, a w pierwszym tomie, czyli-
[27:58] - Wszyscy lubimy porywać.
[28:00] - Czyli władcy piorunów porywają ojca jednego z bohaterów. Tu jest chyba czas, żeby powiedzieć o bohaterach, ale powiem ci jeszcze, że warto powiedzieć o czymś takim, o czym mówiłeś mi przed audycją.
[28:16] - Niby tak, ale ja sam wcale nie jestem nigdy pewien tego, czy to, co ja mówię, ma sens w ogóle jako takie.
[28:23] - Tym bardziej powiedz.
[28:24] - Tak mi się skojarzyło. Zupełnie przypadkiem rzuciłem taki tekst, że pisarstwo właściwie jest dokładnie takim samym odwzorowaniem krawiectwa albo kucharstwa. Dlaczego krawiectwa?
[28:44] - To się tłumacz teraz.
[28:47] - Tak jak krawiec na początku naszej drogi kroi nam, dopasowuje do naszej pupci pampersa, bo to robi również współczesny krawiec.
[29:02] - Słuchaj, chciałbym zobaczyć tego krawca, który szyje pampersa. To byłoby ciekawe.
[29:07] - To są szyte, są projektowane. To jest pierwszy ubiór. Tak, to jest pierwszy ubiór. Bardzo ważny.
[29:13] - Mów dalej.
[29:13] - Bardzo często wracamy do niego na starość. Czyli ta rzecz nie jest wcale taka głupia.
[29:19] - Jesteś pewien, że to jest projektowane?
[29:22] - Tak.
[29:23] - Dobra, niech będzie. Ja już wszystko dzisiaj przyjmę.
[29:26] - Ale później są te, dzisiaj może mniej, ale ja mówię symbolicznie, krótkie spodenki, potem dłuższe, potem dżinsy czy współczesne cokolwiek innego i tak dalej. Krawiec dopasowuje ubranko do naszego ciała, a pisarze również dokładnie tak samo ubierają nasz umysł. Dla takiego baby niewiele pisarz ma do powiedzenia. Kici kici, bara bara i to wszystko, nie? Natomiast później pojawiają się bajki, potem się pojawiają następne rzeczy. I teraz, dlaczego to ma również związek, a dlaczego to można również bardzo podobnie skojarzyć z kucharstwem? Otóż zwróćcie uwagę, że jak myśmy rozpoczęli przygodę z literaturą gdzieś tam w czasach homeryckich, zupełnie być może jeszcze w czasach Enkidu, czyli pisma klinowego Co to była za literatura? To jest właściwie rodzaj zupy, która została ugotowana te 2000 lat temu. I teraz, czy ta zupa powinna nam wystarczyć na dwa, trzy tysiące lat do przyszłości i w ogóle, aż będziemy latali na Mgławicę Andromedy? Nie.
Przepis na tę zupę wymyślono, starożytni Grecy i tak dalej. Natomiast ta zupa powinna być gotowana na nowo, powinna być świeża.
[31:06] - Dokładnie, bo po trzech tysiącach lat się zepsuje już. Jest niejadalna.
[31:13] - Jesteś świetny! Hektor, tak jak mówiliśmy, Troja, koń trojański, wszystkie inne rzeczy. Przepis jest kapitalny. Ale teraz należy tę zupę na nowo ugotować, żeby była świeża. I to robią pisarze, właściwie wszyscy, od tych dla dorosłych i od tych młodzieżowych, żeby kolejnym pokoleniom przygotować świeżą zupę, świeżą książkę. Bo wydawałoby się, że tych książek podobnych do tych, które napisał Marcin Kozioł przedtem, napisano sporo. I na Zachodzie, i u nas. kapitalnych rzeczy. Ty mówisz u nas niemal, ale były kapitalne rzeczy na Zachodzie i w Anglii, i we Francji pisane. Ale co z tego?
To są stare, że tak powiem, zupy, stęchłe trochę, bardzo zawiesiste. Dużo kalorii posiadają.
[32:10] - Ale już sfermentowały.
[32:13] - Sfermentowały. Należy to odświeżyć.
[32:15] - Nie, bo tak jest właśnie.
[32:17] - Odświeżyć język, nie tylko wartość. A Marcin Kozioł zdecydowanie robi to.
[32:22] - Językiem posługuje się świetnie.
[32:24] - I to językiem współczesnym, takim zupełnie lekkim, prostym. To znaczy lekkim, prostym. On nie unika trzymania się logiki, używania słów takich, które są...
[32:42] - Cała ta książka jest logiczna, ale ta logika nie zabija narracji, nie zabija przyjemności czytania.
[32:50] - Trudno, żeby logika zabijała narrację.
[32:53] - Chyba nie czytałeś dzieł logicznych . Czasami logika może zabić, jak jest w nadmiarze.
[33:00] - Na mój gust logika powinna tylko pomagać.
[33:04] - Tak. Jeszcze uszlachetniać.
[33:05] - Uszlachetniać.
[33:06] - Oczywiście, jak najbardziej. Powiem ci jeszcze jedną rzecz. Dobrze, że powiedziałeś o tej skwaśniałej zupie, bo to jest w ogóle dylemat wszystkich osób, wszystkich instytucji, które ustalają kanony lektur. My pewno nie raz mówiliśmy o tym, że niestety to jest tak, że jak się później młodym ludziom wtrynia kanon lektur i oni muszą czytać te wszystkie kocopały napisane wieki temu, to oczywiście myślę, że im jest młodsza klasa, tym jest trudniej. Zdaję sobie sprawę z tego, że historię literatury poznać warto. Nie wiem, czy trzeba, ale warto. Natomiast uszczęśliwianie wszystkich jakimś osiemnastowiecznym czy dziewiętnastowiecznym dziełem jest czasami bolesne dla niektórych. A im to się odbywa we wcześniejszych klasach, tym jest bardziej bolesne. Bo to jest tak: ostatnio byłem w zeszłym tygodniu na targach w Krakowie, XXI Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie i tam miałem przyjemność rozmawiania z różnymi autorami, między innymi z panem Szczygłem. I on powiedział bardzo ciekawą rzecz, że w dzieciństwie pasjami czytał trylogię Nesbit, między innymi „Pięcioro dzieci coś”, „Historię amuletu” i mówi, że zaczytywał się tym, po prostu się zaczytywał.
A teraz, niedawno, po 40 latach, czyli szmat czasu upłynął, kupił sobie te książki, cały komplet na Allegro i próbował czytać. I nie mógł tego przeczytać. Absolutnie nie mógł tego przeczytać. Nawet perspektywa powrotu do dzieciństwa, do jakiegoś czasu błogiego, szczęśliwego, nawet to mu nie pomogło i nie przebrnął przez te książki. Mam czasami takie wrażenie, kiedy na przykład ktoś z młodych ludzi mi mówi: „Nie, ja nie mogę przeczytać "W pustyni i w puszczy", bo to jest nudne, głupie i bez sensu”. To pierwszy odruch mam taki, że się buntuję. Jak to? Przecież to się świetnie czytało. A później sobie przypominam, że od tego czasu, kiedy ja to czytałem, też minęło sporo czasu. I może rzeczywiście czas, kiedy powstawała ta książka, już tak się oddalił, że dzisiaj zaczyna to być literatura, jeśli chodzi o warstwę narracyjną, może ciekawa, ale jeśli chodzi o język, to już trudna.
[35:52] - Widzisz, jest to stare przysłowie, że wszystko na świecie ma swoje pięć minut w historii. Cudowne rzeczy, takie jak „W pustyni i w puszczy” czy książki Nesbit, które też czytałem, i tak dalej. Jadąc dalej, jedna z najgenialniejszych utworów europejskich, jakie powstały. Europa tego nie wie w ogóle. Ale coś takiego jak „Pan Tadeusz” Mickiewicza to jest rzecz zupełnie genialna. To są rzeczy wspaniałe, ale one miały swoje pięć minut w historii. To były ukochane dzieła mojego ojca, mojego dziadka, również jeszcze moje. Ale to już nie są arcydzieła przemawiające do moich dzieci. Dlaczego? Bo nasze dzieci chcą mieć swoje Tu wrócę do krawiectwa pisarskiego.
Chcą mieć własne ciuchy, własne ubranko, własne gacie, własne spodnie, własną torebkę i tak dalej. Chcą wyglądać modnie, tak jak dzisiaj jest pojmowana moda. Na tym polega cały urok. Warto cenić panią Nesbit, ale czytać Marcina. Książkę dokładnie tą, o tajemnicy władcy piorunów. Bo książki Nesbit to jest rodowód. To jest trop, po którym Marcin Kozioł poszedł.
[37:33] - Na czacie czytam: Raiden pisze o tym, że podobnie miał z serią o Tomku Szklarskim. Że po latach wrócił do tej książki i też był zawiedziony. Tak to jest z lekturami z młodości, że one mają coś takiego, że się starzeją. Wrócę, bo przerwałem myśl. Jeśli chodzi o kanon lektur, którym się wtłacza młodym ludziom takie książki, których oni tak naprawdę nie chcą czytać, bronią się rękami i nogami. Bardzo często jest tak, że ktoś mówi: „Ale musicie to przeczytać. Musicie, musicie, musicie”. To czytają. Problem polega na tym, że to pan Marcin Kozioł powiedział w jednej z audycji, bodajże w TVN-ie. Po pierwsze powiedział o tym, że kiedy się dowiedział, że jego książka trafiła na listę lektur, to prawie spadł z krzesła, bo dowiedział się o tym, gdy zadzwoniły do niego media, czy się czuje wyróżniony.
Zostawmy to. Ale powiedział też o tym, że jest coś takiego, o czym między innymi mówimy w tej chwili, że książki muszą korespondować z tym, co się dzieje obecnie. A jego współrozmówca podczas tej audycji telewizyjnej mówił o tym, że młodzi ludzie, bardzo młodzi ludzie czytają. Albo czytają sami, albo czytają za pomocą dziadków, rodziców dużo ciekawych książek. A później przychodzi szkoła i sukcesywnie oducza ich czytania, bo każe im czytać rzeczy, których oni czytać nie chcą. W związku z czym zaczyna im się taki odruch wytwarzać, w którym oni kojarzą czytanie z nudnymi piłami, z jakimiś zabytkami literatury. A może trzeba zrobić odwrotnie? Może najpierw trzeba młodych ludzi albo bardzo młodych ludzi nie tyle nauczyć czytać, co wzbudzić w nich potrzebę czytania. A może później im wtryniać te wszystkie arcydzieła mniejsze albo większe?
[40:09] - We mnie wzbudziłeś tym swoim monologiem w tej chwili takie skojarzenie, że-
[40:16] - Na pewno nie zachwyt.
[40:17] - Szkoła kiedyś miała za zadanie wnosić ten kaganek oświaty w te przyszłe pokolenia, które będą tworzyć świat. Natomiast ja nie wiem, dlaczego bardziej mi się od tego kaganka oświaty przypomniał ten dawny zakrystianin w kościołach, który po skończeniu mszy chodził z takim kapturkiem metalowym do gaszenia-
[40:46] - I zagasał.
[40:47] - I zagasał te świece, te kaganki oświaty.
[40:50] - I tym jest współczesna szkoła.
[40:53] - Bardzo często nie wszyscy nauczyciele i większość na pewno nie.
[40:57] - Na szczęście.
[40:59] - Ale ten model właśnie takiego przygaszania tych świec, bo niby się już msza odbyła.
[41:06] - Na szczęście jest tak, że Marcin Kozioł, o którego książkach dzisiaj mówimy, jest człowiekiem, który na tle tych wszystkich lektur, które są obowiązkowe i nie zawsze przyjmowane z entuzjazmem. Myślę, że jego książki będą się cieszyły zainteresowaniem młodych ludzi.
[41:31] - Dlaczego? Bardzo proste. Co jest tematem? Ty powiedziałeś kryminał, sensacja i tak dalej. Wszystko coś tego. Ale gdzie tajemnica? Otóż tajemnica jest bardzo blisko takiego nazwiska jak Nikola Tesla.
[41:52] - Ale zanim jeszcze, bo wiem, co chcesz powiedzieć. Przejrzałem cię. Ale powiem ci tak: jeszcze się wytłumaczę, dlaczego tak się zachwycam książkami, które dzisiaj omawiamy. Otóż ja uwielbiam taki oto zabieg, że czytam w tym wypadku książkę „Skrzynia władcy piorunów” i podchodzę do niej tak, jakbym miał te 10 lat mniej.
[42:21] - Nie sprawia ci to chyba wielkiej trudności.
[42:24] - Już dochodzę do fazy zdziecinnienia, więc nie sprawia mi to trudności. Natomiast powiem ci tak, że ja uwielbiam wtedy wyobrażać sobie, jaki byłbym zachwycony, gdybym miał 11 lat i czytał tę książkę. Aż mnie ciarki przechodzą i żałuję wtedy, że nie miałem okazji. Miałem oczywiście inne swoje fajne lektury w tamtym czasie, ale żałuję, że takich jak ta nie miałem. Wiem, że gdybym trafił na tę książkę mając lat 11, to bym był oczarowany. Dzisiaj czytam ją właśnie dlatego z taką fascynacją, że na tę chwilę Potrafię w sobie wzbudzić tę odrobinę dziecka, bo to chyba jest potrzebne. Dzisiaj się przyczepiło do mnie słówko oczywiście. To jedźmy dalej. W każdym razie czytałem sporo książek, które były bardziej sensacyjne, bo były książkami dla dorosłych, były bardziej napakowane różnymi tajemnicami. Były krwawe, były takie, śmakie, owakie.
Niemniej jednak, jeśli zawiesimy na chwilę te swoje doświadczenia z lat późniejszych, to książka przeznaczona dla nastolatków, „Skrzynia władcy piorunów” i „Tajemnica przeklętej harfy” to są książki fascynujące. Z punktu widzenia nastolatka absolutnie fascynujące. Ja powiem tak. Krótko przedstawię, jak autor sobie radzi z bohaterami. Otóż jest trójka bohaterów. Jest Julka. Julka to jest dziewczynka jeżdżąca na wózku inwalidzkim. Zresztą cała seria, o której dzisiaj mówimy, to są detektywi na kółkach. Dziewczynka jeździ na wózku inwalidzkim i ma psa. Pies ma na imię Spike i ten Spike jest psem asystującym.
On opiekuje się tą dziewczynką. Jest pomiędzy nimi głęboka więź. Oni rozumieją się bez słów. A ten Spike, czyli biszkoptowy labrador, to jest pies, który pamięta swoje poprzednie wcielenia. Jeśli ktoś ma zmysł pisarski, to widzi, jak autor świetnie komponuje bohaterów. To znaczy, jakie to mu daje możliwości. Zresztą on o tym mówił, że dlatego ta dziewczynka jest na wózku i ma psa asystującego, ponieważ więź pomiędzy taką parą jest ogromna. Oni się naprawdę rozumieją bez słów, a ten pies w dodatku ma taką swoją cechę specjalną, o której wie czytelnik, że on jest naprawdę kimś więcej niż zwykłym psem. Ale mamy jeszcze trzeciego bohatera. Mamy bohatera, który ma na imię Tom.
Tom jest starszy od Julki. Oni się poznają w ten sposób, że on udziela Julce korepetycji. Ta Julka chyba nie do końca tych korepetycji potrzebuje, bardziej chyba potrzebuje towarzystwa Toma. Więc mamy już taki element, nie wiem, młodzieńczego uczucia, czy w każdym razie pewnego napięcia. Znowu z literatury dla każdego, kto tworzy jakikolwiek utwór wie, że pewne napięcie pomiędzy bohaterami, czy to pozytywne, czy negatywne, bardzo się przydaje. Tak jak z psem jest bliska relacja, tak tutaj pomiędzy młodymi ludźmi również. Co więcej, ten Tom, co z lektury później poznajemy, on się też tej Julce podkochuje. I ktoś znowu powie: o czym Żelkowski opowiadasz? Właściwie opowiadasz historyjkę taką w sumie dziecinną. Ale właśnie w tej dziecinnej historyjce, w tej prostej narracji, którą ja tutaj tak szybko naszkicowałem, Marcin Kozioł osiąga pewną bliskość, bo to są te problemy, te sytuacje, na które bardzo młodzi ludzie napotykają.
Te pierwsze młodzieńcze uczucia, jeszcze niewinne, jakieś takie fascynacje. Z drugiej strony tajemnica. To jest ten klimat, który Marcin Kozioł znakomicie oddaje.
[46:49] - Nawet jak nie robi pewnych rzeczy świadomie albo podświadomie.
[46:54] - Nie podejrzewam.
[46:56] - Ale ja ci podam przykład, bo mnie na przykład ta książka uwiodła wręcz.
[47:01] - I tak przejdziemy od młodzieńczej miłości, młodzieńczej fascynacji do uwiedzenia.
[47:07] - Tak, bo jak tylko przeczytałem, jak ma na imię pies, to powiedziałem: tak, to jest moja książka. Przez pół życia paliłem spike'i. To był taki mój ulubiony gatunek. Do czasu, kiedy połknął je koncern, że tak powiem, tych Palmali i tak dalej.
[47:28] - Ja cię proszę.
[47:29] - No i widzisz, geniusz zawsze potrafi, nawet nie chcąc dotknąć czegoś.
[47:36] - To, co mówisz, jest najlepszym dowodem, że to jest książka przeznaczona dla wszystkich.
[47:40] - Tak.
[47:41] - Czyli zarówno dla ludzi bardzo młodych, jak i dla bardzo starych dzieci.
[47:46] - Tak.
[47:47] - W każdym razie wrócę do tego. Patrz, jak zgrabnie zawiązuje akcję. Znowu wycofuję się, wymazujemy. Nie akcję, tylko jak fajnie przedstawia bohaterów.
[48:01] - Wiesz, ja bym tutaj nie epatował za bardzo zachwytami. Co robi Marcin Kozioł? Marcin Kozioł robi po prostu najlepszą robotę w tym, że nie cudaczy po prostu. To nie jest wspaniałe, to jest normalne. To jest jak najbardziej normalne. Całe życie tych bohaterów.
[48:22] - Przelicytowałeś mnie. Rzeczywiście tak jest.
[48:25] - Przywołam taką anegdotkę. Kiedyś, jak mojemu czteroletniemu synkowi zadałem takie pytanie, kiedy miał cztery latka. Mówię: Paweł, chodź tutaj. Bo miałem problem. Powiedz mi, jaki jest świat? On się popatrzył na mnie jak na durnia i mówi: jaki świat? Ja mówię: ten nasz świat, jaki jest? Paweł popatrzył na mnie z politowaniem, wzruszył ramionami, obrócił się na pięcie i powiedział: normalny. Normalnie, po prostu. I poszedł sobie.
Dlaczego ta książka jest dobra?
[49:01] - Dlatego w prostocie jest genialność.
[49:02] - Bo świat w tej książce jest normalnym światem młodych dzieciaków, młodych ludzi, którzy już mają komputery, wszystkie akcesoria, którymi się posługuje dzisiejszy człowiek. Ani pióro, ani gwiazdę betlejemską.
[49:22] - Tak, ale właśnie to jest fajne. I to też było fajne w książkach naszej młodości, czyli na przykład u Nienackiego, Niziurskiego, Waldaia, że na tę normalność chwilę później nakłada się dziwność, tajemniczość. To wszystko jest w tych książkach. To jest ten moment, kiedy z naszego normalnego świata, który nas otacza, przeskakujemy do świata fikcji i do świata niezwykłości. I to w książce, zarówno w „Skrzyni Władcy Piorunów”, jak i w „Tajemnicy przeklętej harfy” dokładnie to jest. Ale ja myślę, że my możemy długo opowiadać i zachwycać się. Ja się będę zachwycał, ty będziesz mnie trochę kontrował, wyciszał, żebym się aż tak nie zachwycał. Ja myślę, że to jest najlepszy moment, żebyśmy przedstawili początek pierwszej z tych książek, czyli „Skrzyni władcy piorunów” i prosiłbym naszych słuchaczy, żeby posłuchali, jak świetnie autor radzi sobie z zawiązaniem akcji, z przedstawieniem bohaterów. Z wciągnięciem czytelnika do świata swojej książki. Marku, a zatem chyba czas na pierwszy fragment.
[50:40] - „Gdzie jest skrzynia? – wrzasnął. – Gdzie jest skrzynia twojego ojca? Jaka skrzynia? Nie udawaj smarkaczu, że nie wiesz. Nie pomożesz tatuśkowi, jeżeli nie będziesz gadał. Nie wiem, naprawdę nie wiem – wydusił z siebie przerażony Tom, którego wielkolud chwycił za koszulę i próbował unieść. Spike z wnętrza domu usłyszał zamieszanie na podwórzu. W kilku susach przeskoczył taras, obiegł dom i dopadł zamaskowanych mężczyzn. Złapał zębami nogawkę spodni wielkoluda i zaczął odciągać go od Toma.
Drugi napastnik, znacznie drobniejszej postury, do tej pory tylko przyglądający się zajściu, schylił się i próbował odepchnąć labradora. Ten wbił się na tyle mocno w nogawkę wielkoluda i nie dawał za wygraną, że starania mikrusa niewiele mogły tu pomóc. Nawet Julia włączyła się do obrony przyjaciela. Swoimi drobnymi rękami z całych sił okładała plecy wielkiego bandziora i krzyczała. Jej razy może nie były silne, ale na pewno nie ułatwiały wielkoludowi obrony przed dzielnym Biszkoptem. Bierzemy ich i znikamy – zakomenderował mikrus. Wielkolud próbujący dotąd uwolnić się od psa zmienił taktykę. Z całych sił wepchnął Toma do części bagażowej furgonetki. Mikrus zwinnie wskoczył za nim, a potężniejszy z oprychów dopiero po chwili zdołał wtoczyć swoje cielsko do środka pojazdu. Na zewnątrz został tylko kawałek nogi z przyklejonym do nogawki labradorem.
Stop, stop! – szczekał Spike. Czy panu drukarzowi strony się pomyliły? A może autor oszalał? Wiercił się niespokojnie, patrząc na pierwszy wydrukowany egzemplarz. No jak można taką opowieść zaczynać od środka? Po kolei, proszę. Kto powiedział, że tylko ludzie mogą mieć zdolności nadprzyrodzone? Spike od zawsze czuł, że jest wyjątkowy. Nie dlatego, że powtarzała mu to matka, Etna Horant.
Jak każda matka mogła przesadzać. Ale jeśli nawet ojciec, dumny Kipling Spoolstead, czempion nad czempiony, raczył zauważyć: co za szczeniak, musiało być coś na rzeczy. Spike ledwo nauczył się mówić albo jak kto woli szczekać. Zdał sobie sprawę, że to, czego doświadcza na co dzień, jest zupełnie nieznane innym labradorom, ba, także owczarkom, spanielom, a nawet Rodowi, staremu mądremu dogowi kanaryjskiemu, zamieszkującemu prawdziwy pałac na podwórku sąsiadów. Rod swoje już przeżył, widział i słyszał. Na okrągło chwalił się, że przed kilkoma laty zabrał swoich gospodarzy na Wyspy Kanaryjskie, z których podobno pochodzili jego prapradziadkowie. Z tym zabieraniem trochę chyba przesadzał, bo nawet szczeniak wie, że zwykle to ludzie zabierają psy w dalekie podróże, nie odwrotnie. Nawet jeśli stary dog dokonał czegoś tak niezwykłego, ani on, ani żaden inny pies, którego Spike dotąd poznał, nie mógł zaszczekać, a tym bardziej powiedzieć: pamiętam swoje poprzednie życie i wcześniejsze także, i jeszcze wcześniejsze. A Spike, nazywany również Biszkoptem, pamiętał przynajmniej co nieco. To znaczy tak mu się wydawało, bo przecież nie mógł być pewny.
Ale jeśli byłaby to jedynie psia fantazja, skąd ten biszkoptowy psotnik o wielkich orzechowych oczach znałby w najdrobniejszych szczegółach układ pokoi w posiadłości hrabiego Malmsbury'ego, nieżyjącego już od prawie dwóch wieków? Skąd wiedziałby, jak przenosić sieci rybackie po ściętej lekkim lodem wodzie? I to, że rybacy zwykli naśmiewać się z jego rasy: tak kochają wodę, że to nie mogą być psy. W takim razie co? Wydry? Mogło to rozwścieczyć każdego z natury przyjaznego, ale i dumnego labradora. Spike nie przepadał zatem za wydrami. Tak dla zasady, na wyrost, bo na przedmieściach raczej trudno jakąś spotkać. Nie mieściło się też w głowie, dlaczego był przekonany, iż podziwia bohaterskie czyny swojego praprzodka, niewysokiego, ale bardzo odważnego nowofundlanda, John Jah the Great, w którego żyłach płynęła krew pierwotnych psów Indian i Wikingów.” Po prostu wiedział dużo. O wiele za dużo jak na swój wiek, nawet zbyt dużo jak na możliwości jakiegokolwiek psiego umysłu.
Gdy wspomniał o George'u i wikingach staremu Rodowi, ten wyśmiał młokosa i orzekł, że zanadto fantazjuje. Uznał, że nasłuchał się awanturniczych opowieści, które jego przyjaciółka Julia czytała wieczorami na głos z wypiekami na twarzy. Julia, piękna czternastolatka o jasnych włosach, niebieskich oczach i cudownym uśmiechu malującym się nie tylko na jej drobnych ustach, ale na całej śnieżnobiałej buzi. Jej niezwykła delikatność i dobroć szły w parze z odwagą i ciekawością świata. Piętrzyły się już przeczytane lektury, czasami zajmując nawet kawałek posłania, na którym nocą wypoczywał labrador. Julia wychowywała Spike'a od pierwszych dni jego życia. Przynajmniej tego obecnego. Jeśli dać wiarę temu, co o dziwnych wspomnieniach Biszkopt szczekał sam do siebie, zwykle po cichu pod nosem, by nie narazić się na wyśmianie przez inne zwierzęta. Etna Horant odeszła już z tego świata, choć nie jest to zbyt precyzyjne określenie. Spike wierzył, że jeszcze kiedyś ją spotka, bo skoro tak wiele wskazywało na to, że sam miał już niejedno życie, to pewnie i jego mama cieszy się gdzieś odkrywaniem świata na nowo jako szczenię.
Żałował tylko, że nie wie gdzie. Zamiast niej miał teraz przyjaciółkę, której nie opuszczał na krok. Biszkoptowowłosą Julię. Spike lubił podkreślać, i to z nieukrywaną dumą, podobieństwo barwy włosów dziewczyny do koloru swojej sierści. W jego oczach zdawała się być boginią. I to jeszcze jaką! Nie taką zwykłą jak w mitach czy fantastycznych opowieściach. Boginią na czterech kółkach. „Spike, proszę, otwórz drzwi do ogrodu” — zawołała cicho Julia. Na delikatny dźwięk jej głosu Biszkopt poderwał się ze swojego ulubionego miejsca nieopodal wygaszonego o tej porze roku kominka.
Podbiegł do przeszklonych drzwi, stanął na tylnych łapach, by przed nimi zawisnąć na klamce. Dopilnował, aby drzwi otworzyły się na pełną szerokość. Wziął w pysk książkę leżącą na podłodze i delikatnie położył ją na kolanach Julii. Bogini na czterech kółkach niemal bezszelestnie wyjechała na taras swoim lśniącym w słońcu aluminiowym czterokołowcem Avantgarde model CLD Viking, a za nią, radośnie merdając ogonem, wybiegł Spike, w którego żyłach naprawdę płynęła krew dzielnych psów nowofundlandzkich Indian Batalque i czworonożnych towarzyszy wikingów. No, przynajmniej odrobina. Tom uśmiechnął się, próbując nieco złagodzić zakłopotanie Julii. „Tak nie można dodawać ułamków, Julko” — cierpliwie tłumaczył, siedząc z nią w ogrodzie i ciesząc się ciepłem wiosennego popołudnia. Wziął kartkę i zaznaczył, gdzie popełniła błąd. Dziewczyna wzdrygnęła się i ze złością, ale nie na Toma, tylko na siebie, odsunęła ją na drugi koniec stolika. Odwróciła głowę i wpatrywała się przez chwilę w kwitnącą jabłoń.
Nie lubiła się mylić i choć nie przepadała za matematyką, zdecydowanie wolała historię i naukę języków, drażniło ją, że nie dała sobie rady z tak prostym zadaniem. Pamiętaj, że najmniejszy możliwy wspólny mianownik czasami jest równy iloczynowi mianowników. Wiedziała o tym dobrze. Obecność chłopca przy wspólnym odrobieniu zadań onieśmielała ją jednak tak bardzo, że równie dobrze mogłaby popełnić błąd ortograficzny w swoim imieniu. Wcale nie chciała jednak rezygnować z pomocy starszego o rok Toma. Co więcej, zdarzało się, choć nie tym razem, że celowo popełniała błędy, dając chłopakowi dobry powód, by spędził z nią jeszcze trochę czasu. Biszkopt już dawno wyniuchał, co się święci. Wprawdzie był nieco zazdrosny o uczucia swojej Julii, ale też nie miał złudzeń. W tej konkurencji skazany był na porażkę. Coś podpowiadało mu, że tak musi być i prędzej czy później jakiś dwunóg oczaruje Julkę.
W wielkim sercu dziewczyny nadal powinno wystarczyć miejsca dla niego. Co do tego Spike nie miał wątpliwości. A że Tom był wyjątkowo miłym i dobrze wychowanym chłopakiem, a o dobrym wychowaniu według Spike'a świadczyły przynoszone mu w prezencie chrupkostki o smaku wędzonego boczku, postanowił nie tylko nie rywalizować z nim o względy Julii, ale nawet nieco pomóc w tej skomplikowanej sprawie. „Spike, chodź tutaj, przyjacielu, pociesz Julkę”. Pies podszedł do dziewczyny, ale tak niezdarnie — no, przynajmniej tak to wyglądało — że potrącił głową ogrodowy stolik. Oparty na jednej nodze blat zachwiał się i ręka chłopca notującego coś na kartce zsunęła się, trafiając wprost w opartą na kolanach dłoń Julii. Dłonie splotły się mimowolnie w delikatnym uścisku. Dziewczyna zadrżała. Jej wielkie niebieskie oczy zwróciły się w stronę chłopca. Tom zaniepokoił się, że zupełnie przypadkowo zrobił coś bardzo, bardzo niestosownego.
W pierwszym odruchu chciał cofnąć rękę. Coś jednak podpowiadało mu, by tego nie robić. Serce chłopca biło szybciej niż kiedykolwiek. Wkrótce zorientował się, że nie tylko jego serce galopuje. Chociaż śpiew ptaków skutecznie zagłuszał dudnienie w klatkach piersiowych, uczucia zdradzały oczy. Lekko spłoszone, ale szeroko otwarte, by niczego nie stracić z tej wyjątkowej chwili. „Julka?” – wykrztusił, jakby chciał się przekonać, czy dziewczyna nadal jest z nim w ogrodzie, czy też swoją przypadkową śmiałością ją spłoszył. Dziewczyna się nie odzywała. Od dawna myślała o tym, by powiedzieć Tomowi, jak bardzo lubi jego cierpliwość, delikatność i burzę ciemnych, kręconych włosów niedających się porządnie ułożyć. Jak bardzo podziwia jego wiedzę i uwielbia słuchać jego gry na gitarze klasycznej.
Ta sytuacja zaskoczyła ją jednak. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Dopiero gdy zdezorientowany brakiem odpowiedzi Tom zaczął się powoli wycofywać, zdobyła się na to, by pokonać onieśmielenie. Zacisnęła mocniej swoją drobną dłoń na ręce chłopca. Tom się rozpromienił. „Bardzo cię lubię, Julio” – wyszeptał zachęcony. – „Bardzo. Bardziej niż…” Zatrzymał się, by wybrać najwłaściwsze określenie. Takie, które nie zabrzmi ani zbyt pompatycznie, ani banalnie. W końcu jednak zdecydował się na to najbardziej banalne i pompatyczne, jakie przyszło mu do głowy.
„Bardziej niż wszystkie inne dziewczyny razem wzięte” – dokończył. „W szkole czy w ogóle?” – zapytała Julia, odzyskawszy oddech i swą dziewczęcą przekorność. Uśmiechnęła się przy tym i mrugnęła okiem, zdradzając, że wcale nie oczekuje odpowiedzi. „W ogóle” – odpowiedział śmiertelnie poważnie. „Ja też cię lubię”. I już chciała otworzyć swoje serce i wyłożyć wszystko kawa na ławę, gdy na swojej drugiej dłoni poczuła mokry nos Spike'a. „Nie tak szybko z tą wylewnością maleńka. Niech się jeszcze trochę chłopak postara” – po psiemu wyszeptał Biszkopt. Żałował, że wachlarz jego nadprzyrodzonych zdolności kończy się na dziwnych wspomnieniach z zamierzchłych czasów. Nie musiał jednak wcale mówić językiem Szekspira, Moliera, Dostojewskiego czy Mickiewicza, by być dobrze zrozumianym.
Julia trafnie odczytała sygnał i pozwoliła się wygadać ośmielonemu Tomowi. „Julka, znamy się już rok, a ja nigdy nie powiedziałem ci, jaki kolor ma twoje imię”. Uśmiechnęła się sądząc, że próbuje być romantyczny. „Gościkowy. Czasami nawet lekko lawendowy, ale pachnie inaczej. Jak świeża mandarynka”. Spike spojrzał zdziwiony na chłopaka swoimi wielkimi orzechowymi oczami i zmarszczył kąciki pyska, co ludziom mogło przypominać uśmiech, choć niewiele z nim miało wspólnego. Julia też była zaskoczona, ale nie chciała dać tego po sobie poznać i nie przerywała przyjacielowi. „Muszę ci coś powiedzieć, Julko. Ja…
Ja widzę kolory”. „No ja też, Tom” – wtrąciła, uśmiechając się serdecznie. „No ja też, bracie” – wyrwało się Biszkoptowi. Zaszczekał, rzecz jasna niezrozumiale dla ludzi, ale skutecznie zwrócił na siebie uwagę. „Tylko wiesz co?” Już mamrotał po cichu pies. „Jak Julka mówi o czymś, że jest fioletowe, zielone albo różowe, to mnie się wydaje, że jest niebieskie. Pozostałe jej wydumane kolorki to dla mnie żółty albo szary. A jak włoży czerwoną sukienkę, to mnie się wydaje, że jest prawie tak czarna jak węgiel. Tylko co do koloru biszkoptowego, barwy jej włosów i mojego futerka jesteśmy z Julką zgodni. Czy z wami wszystkimi jest coś nie tak, gdy mówicie o kolorach?
Czy to mnie się coś pokręciło?” Zapytał retorycznie, z pewną zgryźliwością, bo w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że to z nim mogło być coś nie w porządku. Mimo niezwykłej inteligencji nie wpadł też na to, że psy i ludzie nieco inaczej postrzegają barwy. „Julka, ja jestem…” – wyszeptał Tom. „No powiedz, proszę”. „Jestem synestetykiem”. Dziewczyna pisnęła. Gdyby nie to, że nie była w stanie poderwać się ze swojego czterokołowca, pewnie by podskoczyła. Przyklasnęła więc tylko, po czym z powrotem położyła swoją dłoń na dłoni chłopca, by nie psuć tej chwili. „To nie choroba, Julko”. „Wiem, Tom, wiem” – uśmiechnęła się.
– „Może nie znam się na ułamkach, ale czytam jak szalona, niemal bez przerwy. Rok temu czytałam o synestezji. Nawet pozazdrościłam synestetykom bogactwa doznań. Wyobrażałam sobie, jak może smakować muzyka albo że dźwięki mogą mieć kolor. Bo właśnie o takiej formie synestezji wówczas czytałam. Wiem, że jest ich wiele”. Biszkoptowi opadła szczęka. Nie żeby od razu uderzyła z trzaskiem o podłogę, ale bez wątpienia opadła. Wcale jednak nie na myśl o tym, że muzyka może smakować jak jego ulubione chrupkostki. Przypomniał sobie bowiem co nieco z czasów świetności hrabiego Malmesbury'ego, u którego w jednym ze swoich żyć musiał mieszkać, a przynajmniej bywać.
Do posiadłości w angielskim hrabstwie Wiltshire przyjeżdżał od czasu do czasu w odwiedziny pewien artysta z Paryża. Zazwyczaj hrabia gościł u siebie statecznych panów z dubeltówkami wybierających się na polowania. Równie często odwiedzali go ornitolodzy, którzy podzielali pasję hrabiego do obserwacji latających stworzeń. Trochę dziwne, że gospodarz z jednymi gośćmi strzelał do dzikich kaczek, a z drugimi przesiadywał w krzakach, wypatrując ptaków. Dziwniejsze od tego było jednak zachowanie artysty, zdecydowanie wyróżniającego się wśród pozostałych odwiedzających hrabiego. Artysta mawiał: „Mon Dieu, powinien pan zmienić nazwisko, bo to M jest takie oziębłe, a I wulgarne”. Albo: „Ależ ten Dedour był żółty”. Wszyscy myśleli, że to taki twórczy ekscentryzm, aż do czasu pewnej kolacji u hrabiego, podczas której ów artysta spotkał się z myśliwym i jednocześnie słynnym naukowcem sir Francisem Galtonem. Czy jakoś podobnie, bo przecież psia pamięć mogła być zawodna. Mężczyźni zaczęli się później widywać na londyńskich bankietach i po kilku tygodniach Galton uświadomił zdziwionemu artyście, że zapewne ma on trochę nadprogramowych połączeń w mózgu, które czynią go nieprzeciętnym w postrzeganiu świata.
Francuz zawsze był przekonany, że jest wyjątkowy, głównie ze względu na swoje talenty, ale nie przypuszczał dotąd, że inni nie widzą barwy dźwięków i nie dostrzegają temperamentu liter. Od tej pory obrósł jeszcze bardziej w piórka, mając naukowy dowód na swoją niezwykłość. Wyznanie Toma przywołało wspomnienie o hrabim Malmesbury'm i jego francuskim znajomym ukryte głęboko w głowie Spike'a. Aż zakręciła mu się łza w oku. „Spike, chyba nie płaczesz?” Pogłaskała go po głowie zazdrosna Julia. Nie przerywała jednak Tomkowi. „Julio, mówię ci o tym, bo czuję coś wyjątkowego do ciebie. Nie wiem jeszcze, jak nazwać to, co czuję, ale wiem, że pięknie pachnie i ma cudowną barwę. Zupełnie jak twoje imię. I chcę, byś wszystko o mnie wiedziała.
Wszystko. O synestezji prawie nikomu dotąd nie mówiłem. Wiedzą o tym tylko moi rodzice. Tata też tak ma”. „Twój tata? Twój tata też jest synestetykiem?” Zdziwiła się Julia i przez moment zrobiło się jej nawet przykro, bo już zaczynała przyzwyczajać się do myśli, że jej Tom jest jedyny, wyjątkowy, niepodobny do nikogo, kogo zna. Może nawet najbardziej wyjątkowy na świecie. Szybko jednak ta nuta melancholii ustąpiła. „Tak. I to na dodatek postrzegamy świat tak samo.
Ja i tata. Dokładnie tak samo. Nuta w nutę, kolor w kolor”. „Łata w łata” – doszczekał sobie dalszy ciąg labrador. „Czyli jak?” – spytała Julia. „Opowiedz dokładnie, proszę”. „Widzę litery i liczby tak, jakby odpowiadały im pewne kolory. Gdy przed chwilą dodawaliśmy ułamki, kolory nakładały się na siebie, tworząc nowe barwy. Czasami też całe wyrazy nabierają barw, zwłaszcza imiona. Zdarza mi się również wyobrażać sobie, że niektóre słowa pachną, ale nie takie zwykłe jak cebula czy czekolada.
Na przykład sprawiedliwość ma zapach fiołków, a diagnostyka pachnie jak przypalony olej”. Julia roześmiała się głośno. „A co najdziwniejsze, czas w moim umyśle ma kształt. Narysuję ci go”. Tom zaczął kreślić na odwrocie kartki, na której wcześniej dodawali ułamki. „Poniedziałek ciemnożółty, wtorek niebieski, środa zielona, czwartek szary, piątek błękitny, sobota żółta, niedziela czarna. Tak widzę tydzień. Kręci się w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara, a poszczególne dni mają różne barwy. Miesiąc z podziałem na dni i tygodnie nie przedstawia mi się w żaden szczególny sposób. Za to widzę rok podzielony na miesiące”.
Znów zaczął niesgrabnie rysować. „Miesiące krążą, nie wiadomo czemu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Od czerwca do grudnia zajmują w przestrzeni znacznie więcej miejsca, jakby były dłuższe. Najkrótszy jest kwiecień, choć przecież to luty jest najkrótszym miesiącem roku. Nie pytaj mnie, Julko, dlaczego. Nie wiem. Dziwny jestem, prawda?” „Nie” – odpowiedziała bez namysłu. „Fascynujący” – kontynuowała, rzeczywiście zaintrygowana relacją chłopca i szczęśliwa z powodu zaufania, jakim ją obdarzył. „Ktoś inny na pewno pomyślałby, że oszalałem. Zależy mi na tobie i nie chcę mieć przed tobą żadnych tajemnic.
Dlatego ci o tym wszystkim mówię”. Wtem Spike, który schronił się przed słońcem pod ratanowym fotelem zajmowanym przez Toma, poderwał się gwałtownie z miejsca, uszczypnięty przez jakiegoś robala. Grzmotnął przy tym głową o siedzisko i niemal przewrócił krzesło z siedzącym na nim chłopakiem. Tom zachwiał się i zbliżył. Oj, zbliżył tak bardzo jak nigdy wcześniej do śnieżnobiałej buzi Julii. Jego usta, czy tego chciał, czy nie, musnęły policzek dziewczyny. Spike spekulował później, że na pewno chłopak wykorzystał nadarzającą się okazję. Biszkopt nie mógł przecież za bieg wypadków winić siebie ani nawet robaka, który wybrał najmniej odpowiednią porę na gryzienie go w zadek. W ostatecznym rozrachunku nie było powodu, by szukać winnych. Stało się to, co prędzej czy później i tak by się pewnie wydarzyło.
Julia zaróżowiła się, zawstydziła, ale w serduszku dziękowała swojemu Biszkoptowi za niestarność. „Julka, przynieść wam owoce?” – dobiegł ich głos z głębi domu. Spike ruszył czym prędzej do budynku, by odwrócić uwagę mamy i zatrzymać ją jeszcze na moment. Przerażeni tym, co mama mogłaby sobie pomyśleć, wyprostowali się w swoich ogrodowych krzesłach i oddalili od siebie. Ich dłonie się rozplotły. W pamięci na zawsze pozostał jednak zapach pierwszego pocałunku, dźwięk splecionych rąk i smak wyjątkowego wyznania. Tego wiosennego popołudnia wszystkie zmysły wirowały i krzyżowały się ze sobą w magiczny sposób
[01:13:12] - Tutaj taka uwaga dla słuchających tę audycję z archiwum Radia Paranormalium. Otóż niestety podczas premiery na żywo coś nam się popsuło w odtwarzaczu. Coś się, mówiąc mało poprawnie, wzięło i zacięło, skutkiem czego gospodarze Bibliotekarium niestety nie słyszeli tego, co słuchacze słyszeli w radiu. Wiktor Żwikiewicz stwierdził z nieutulonym żalem, że zamiast fragmentów książek słyszy głuche ciszę. Dlatego też po audycji, przed wklejeniem tych fragmentów do mp3 wysłałem mu je drogą e-mailową. Okej. Myślę, że nie jesteśmy w stanie przeskoczyć kłopotów technicznych.
[01:13:56] - Ale ja jestem rozżalony, bo ja tak koniecznie chciałem posłuchać o Julii, proszę ciebie, tam mój pajku.
[01:14:04] - No cóż, posłuchamy sobie później. A teraz mamy sytuację kryzysową. Wreszcie w którejś audycji się takowa zdarzyć musiała. Teraz sobie musimy radzić. Ciągnijmy w takim razie dalej. W tym pierwszym fragmencie trochę opowiem. Chociaż właściwie on będzie później w mp3. Powiem tylko tyle, że mamy takie brawurowe zawiązanie akcji. Poza tym, że mamy później przedstawionych bohaterów, to mamy brawurowe zawiązanie akcji. To się dzieje właściwie błyskawicznie i dla mnie to jest, żeby nie nadużywać słów, wspaniałe.
To jest takie dobre warsztatowo rozpoczęcie.
[01:14:48] - Mów co, Marku.
[01:14:53] - Co?
[01:14:54] - Bo ja nic nie rozumiem, do czego zmierzasz. Czyli jestem pierwszym twoim słuchaczem.
[01:14:58] - Dobrze. Mówię o brawurowym rozpoczęciu utworu.
[01:15:02] - A co w nim widziałeś brawurowego?
[01:15:05] - Przepraszam, to ja już teraz zastąpię na chwilę Ivelliosa. Książka zaczyna się: "Gdzie jest skrzynia? – wrzasnął. Gdzie jest skrzynia twojego ojca?"
[01:15:18] - Normalnie każda historia ciekawa się zaczyna od skrzyni, strychu, proszę ciebie albo od jakiejś łamigłówki i bardzo dobrze.
[01:15:27] - Ale nie, zaczyna się od dynamicznej akcji przede wszystkim. To jest ten stary przepis na robienie filmu. Co ja będę tu powtarzał jakieś stare znowu ramoty, że najpierw musi być trzęsienie ziemi, a później napięcie musi sukcesywnie rosnąć. Nie ma co opowiadać. Trochę tak jest to napisane. Oczywiście dla nastolatków. Niemniej jednak właśnie tak. Technika daje nam popalić dzisiaj.
[01:15:55] - Tajemnicze. Marku, to jest bardzo tajemnicze. To jest prawie tak samo tajemnicze jak książka o władcy skrzyni piorunów. Po prostu ja zaczynam podejrzewać i robię to zupełnie na poważnie, że technologia po prostu zaczyna żyć własnym życiem.
[01:16:19] - A to ja wolę takie wyjaśnienie, że gdzieś takie mamy zagięcia czasowe albo jakieś takie podróże w czasie.
[01:16:27] - To są proste wyjaśnienia.
[01:16:29] - Przyznam szczerze.
[01:16:30] - To, że ona zaczyna żyć własnym życiem, to jest najbardziej karkołomne podejrzenie i ja jestem za nim. Zwróć uwagę, Tesla był wariatem, a dzisiaj wszyscy przyznają mu rację. To ja wolę być też dzisiaj wariatem, może mi za 20 lat ktoś przyzna rację. Technologia zaczyna żyć własnym życiem. My w tej chwili nie posługujemy się już laptopami, komputerami. One się zaczynają posługiwać nami, czyli my tu w tej chwili, w tej audycji mamy co zrobić. Róbmy to.
[01:17:06] - Zmanipulowani przez tablet.
[01:17:08] - Przez tablet.
[01:17:09] - Tak. Dobrze, to wiesz co? Musimy sobie, tak jak ustaliliśmy z Markiem, radzić bez fragmentów. Fragmenty będą wklejone, a my na żywo ciągnijmy sprawę dalej. Nie bez przyczyny wymieniłem wcześniej takie nazwiska jak Nienacki, Niziurski i Bahtej, bo to były książki. Myślę, że Marcin Kozioł bez żadnych kompleksów do tej grupy należy. I to jest człowiek, który pisze z podobną swadą i z taką swobodą. Oczywiście pisze o naszych czasach. Kiedy mówiłem o tym, że lubię sobie wyobrażać, że jestem nastolatkiem i czytam taką książkę, to miałem takie uczucie, jak kiedy po raz pierwszy czytałem „Pana Samochodzika”. Lektura mi w końcu bliska, bo później wiele lat później udało mi się kilka, właściwie to dziewięć „Samochodzików” również napisać.
Oczywiście one nigdy nie dorównają tym „Samochodzikom”, które tworzył Nienacki. Niemniej pamiętam, że-
[01:18:29] - Ale to Marku już były świeższe zupy.
[01:18:33] - Świeższe.
[01:18:33] - Tego samego pana.
[01:18:34] - Być może, ale ja jakoś jestem miłośnikiem starej zupy.
[01:18:38] - Starej. Wiesz, ja bym ci zadał tylko jedno pytanie. Szukając racjonalności po prostu tego typu literatury młodzieżowej, takiej jak pisał Nienacki, taką, jaką pisze Marcin Kozioł literaturę, to jest jeszcze świeża rzecz. Ale ty czytałeś rzeczy, że tak powiem, mało już dzisiaj świeże. Ale ja bym ci zadał proste pytanie, Marku. Minęło wiele lat. Co ty wyniosłeś z tych książek? Co one ci dały, że tak powiem? Zwróć uwagę, że to jest pytanie przełomowe, bo jak ty mi odpowiesz, to mniej więcej będziemy wiedzieli, co za 20 lat powiedzą czytelnicy tej książki, którą omawiamy. Wal.
A masz coś do powiedzenia? Wyniosłeś coś z tego?
[01:19:30] - Masz.
[01:19:30] - Wiesz, ukształtowałeś się jakoś? To powiedz, co tam ciekawego było.
[01:19:34] - Ale oczywiście zacznę od tego, że nie odpowiem wprost na pytanie, bo byłoby za łatwo. Powiem o tym, że pierwszy raz zetknąłem się w formie książkowej z Panem Samochodzikiem, z książką pod tytułem „Księga Strachów” czy „Księga Tajemnic” — chyba tak to się nazywało. Wyleciało mi z głowy. Dlaczego? Ponieważ byłem po obejrzeniu filmu „Pan Samochodzik i templariusze” i to był film, który mnie niezwykle zafascynował. Do tego stopnia, że byłem wtedy w drugiej klasie podstawówki i przez całą drugą klasę podstawówki nie robiłem nic innego, tylko rysowałem plany podziemi. Rysowałem jakieś tajne przejścia, mapy skarbów. Moi rodzice to już włosy z głowy rwali. Po prostu ja się niczym innym nie zajmowałem, tylko kreśleniem planów podziemi. Smarowałem tego na kopy, całe stosy się tego walały po moim pokoju.
Zafascynowany tak niezwykle filmem postanowiłem sięgnąć po książkę. Ale ponieważ już znałem „Pana Samochodzika i templariuszy”, to sięgnąłem po inny tom, czyli po tę „Księgę strachów”. I odbiłem się od tej książki. Przypomnę, że byłem w drugiej klasie, więc jakiś taki młody byłem. Jakoś mi ta książka nie podchodziła kompletnie. Nie mogłem. Starałem się bardzo. Czytałem, czytałem i co rusz właściwie utknąłem. I w końcu utknąłem na tyle, że już zostałem i w ogóle nie ciągnąłem lektury dalej. I zostało mi w pamięci tyle, że może i „Pan Samochodzik i templariusze” to był fajny film, ale książki są do kitu.
I tak minęło kilka lat. Pewnego razu pojechałem do babci do Białegostoku i tam moi kuzyni mieli na półkach tych „Samochodzików” sporo. A ponieważ wyjechali i byłem przez jakiś czas sam, to sięgnąłem na półeczkę. Byłem wtedy nastolatkiem, takim mniej więcej początkującym nastolatkiem, czyli takim, dla których w tej chwili przeznaczona jest na przykład „Skrzynia władcy piorunów”. Sięgnąłem po pierwszą książeczkę i tak myk! Połknąłem ją dosyć szybko, chociaż była gruba, znacznie grubsza od książek, które wówczas czytałem. Było smacznie. No to myk, następna, następna i tak właściwie wyczytałem kuzynom wszystko, co mieli z serii Pan Samochodzik. I okazało się po prostu, że kiedy próbowałem czytać książkę, będąc w drugiej klasie, to nie była książka dla mnie i się od niej odbiłem. To jest taki dowód na to, że książki warto czytać wtedy, kiedy są dla nas, kiedy czujemy, że powinniśmy je przeczytać, a nie wtedy, kiedy musimy.
I w tym momencie sprawa lektur szkolnych staje się bardzo problematyczna. A zatem warto o tym pamiętać, że książka musi mieć swój czas. Ja w każdym razie staram się o tym pamiętać. A teraz odpowiedź na twoje pytanie, bo ty mi zadałeś pytanie, co wyniosłem? Kilka książek z biblioteki wyniosłem, później płacąc kary. I to też moja zasługa. Na szczęście rzecz uległa już przedawnieniu. Każdy sąd mnie uniewinni. Więc przyznaję się, w latach komuny grabiłem biblioteki. No cóż.
[01:23:24] - Kiedyś to był cenny towar.
[01:23:26] - I rozdawałem biednym, czyli sobie i w związku z tym to prawie Janosikiem byłem. Ale wróćmy do twojego pytania. Dowiedziałem się między innymi w czasach głębokiej komuny, że istnieje coś takiego jak pistolet gazowy. Dla mnie rzecz absolutnie niepojęta wtedy. Istnieje pistolet gazowy, czyli jakaś wiedza o świecie, który w komunie był słabo rozpoznany.
[01:23:55] - Kapitalne! Jakaś wiedza o świecie.
[01:23:59] - Pistolet gazowy.
[01:23:59] - Pistolet gazowy.
[01:24:01] - Ja ci powiem, że do dzisiaj o takim pistolecie marzę. Także to jest jakaś wiedza o świecie. Ale dobrze, żeby ci nie dawać powodu do następnych kpin, to już teraz zacznę ambitniej. W Panu Samochodziku — właśnie nie wiem, czy to był „Straszny dwór” — jakiś dwór w każdym razie — przeczytałem dosyć długi i dosyć szczegółowy wykład na temat masonerii. Po raz pierwszy się zetknąłem wtedy z takim pojęciem. Bo gdzie tam 11-, 12-latek coś wie o masonerii? Wie, że może była i to wszystko. A wtedy sobie poczytałem o tej masonerii trochę i tak mi zostało.
[01:24:44] - I w konsekwencji jesteś zwolennikiem teorii spiskowych.
[01:24:49] - No tak, pasjami je połykam dzisiaj. Jeśli ktoś chce, żebym słuchał i to słuchał uważnie, to powinien mi przedstawić teorię spiskową. Niekoniecznie w nią uwierzę, ale zawsze się zafascynuję.
[01:25:04] - No tak.
[01:25:05] - Teorie spiskowe zawsze mnie fascynują. Zarówno te, w które wierzę, jak i te, w które nie wierzę, bo zawsze podziwiam ich konstrukcję. Konstrukcja teorii spiskowej jest dosyć specyficzna i mnie fascynuje. Ale dobrze. O podziemiach już wspomniałem, bo ta miłość do podziemi wróciła mi właśnie za sprawą kolejnych „Samochodzików” przeczytanych. Tych już przeczytanych właśnie, nie tylko filmu. I tak zacząłem się włóczyć po różnego rodzaju bunkrach, po różnego rodzaju podziemiach, narażając życie. Życie nastolatka w jakimś tam niebezpieczeństwie było, bo włóczenie się po tego rodzaju miejscach — oczywiście w tajemnicy przed rodzicami, jakżeby inaczej — nie jest chyba z punktu widzenia osoby dorosłej, którą dzisiaj jestem, nawet bardzo dorosłej, najrozsądniejsze, ale wtedy wydawało mi się szczytem jakiejś przygody takiej, którą można przeżyć. Dalej. Myślę, że takim przeżyciem i chyba dla wszystkich tych, którzy czytali „Pana Samochodzika” Była zawsze ta scena, kiedy Pan Samochodzik, czyli Tomasz, ścigał kogoś swoim wehikułem.
Ta strzałka szybkościomierza, która powoli pięła się w górę. Ta narastająca prędkość, ten silnik wyciągnięty ze sportowego Ferrari, jeżeli dobrze pamiętam, ale tu się akurat mogę mylić. W każdym razie to zawsze budziło takie emocje. Na tę scenę pościgu, szybkiej jazdy samochodem zawsze się czekało w oryginalnych książkach Nienackiego. Już sam fakt, że można po drodze jeździć 200 na godzinę w czasach komuny wydawał się absolutną abstrakcją, bo wtedy 110 jechane Fiatem 125p wydawało się naprawdę zawrotną prędkością. Dalej, cóż jeszcze? Myślę, że fascynującym przeżyciem z czasów Pana Samochodzika były też elementy zagadek, różnego rodzaju szyfrów, tajnych przejść. To właściwie w książkach Nienackiego było dniem powszednim, a dniem książkowym. I powiem ci, na pewno masz rację, że takie książki kształtują. Bo gdybym tego Samochodzika tyle wtedy nie czytał, to bym się dzisiaj tymi wszystkimi rzeczami tak nie interesował.
A rzeczywiście jest tak, że nie dość, że teorie spiskowe, to podziemia w dalszym ciągu gdzieś mnie ciągną, gdzieś mnie zawsze to fascynuje.
[01:28:03] - Podejrzewam, że byś się interesował, że ten wir cię wciągnął dużo szybciej w tę całą tajemniczość świata. Ale jak już dotknąłeś tej tajemnicy świata, to ja mam do ciebie takie proste pytanie, bo ja sobie dopiero teraz skojarzyłem. Zobacz, jak tajemnice i teorie spiskowe można rozbudowywać. Jak powiedziałeś, miał Pan Samochodzik, jak się nazywał?
[01:28:27] - Tomasz. Miał na imię Tomasz.
[01:28:30] - A jak ma na imię główny bohater książki?
[01:28:34] - Podobnie, bo Tom.
[01:28:37] - Przypadek, proszę ciebie.
[01:28:39] - Nie sądzę.
[01:28:40] - Też nie sądzę. Albo dziwny zbieg okoliczności.
[01:28:43] - Trudno powiedzieć. Nie mamy linii bezpośredniej z autorem, ale rzeczywiście jakaś koincydencja występuje. Ciekawa sprawa. W każdym razie powiem tak, że to, co mnie jeszcze zbliża do książki, którą napisał Marcin Kozioł, to to, że w obu książkach, zarówno w „Skrzyni władcy piorunów”, jak i w „Tajemnicy przeklętej harfy” pojawiają się różnego rodzaju szyfry.
[01:29:18] - A tak. To jest ogromna zaleta tych książek, bo my je próbujemy interpretować, nieważne nad istotą tego, który to założył. Natomiast śledzenie to jest tak, jak ty robiłeś te całe labirynty. Tu jest też w tej książce sporo różnych rysuneczków, dziwnych szyferków. Zresztą jest wprost nawiązanie do kryptografii i tak dalej. Co one robią? One właściwie robią taką przestrzeń w tekście, robią pewien ruch, ale tworzą taki moment, w którym się przyklejasz wzrokiem do tych: styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj. Czerwiec leci, rok. Wskazówki są. I co to znaczy?
I do czego to zmierza? Zaczynasz myśleć, zaczynasz kombinować. Czytasz dalej, żeby się dowiedzieć. I to jest świetna zabawa. Chodzenie takim tropem. Kiedyś się tak samo znajdowało ścieżki, jak czytałem „Tropiciela śladów”. Jak Indianin szedł po ścieżce i zobaczył kurzą łapkę, to też był dla niego taki znak, który należało zinterpretować.
[01:30:39] - No tak.
[01:30:39] - Dzisiaj w książkach znajdujemy takie znaki.
[01:30:42] - Co więcej, Marcin Kozioł w sposób myślę, że świadomy nawiązuje do tego, co jest dla młodego człowieka fascynujące. Było fascynujące dla mnie, kiedy czytałem kolejne tomy Samochodzika. Było fascynujące jeszcze wcześniej przecież, bo książki autorów, których wymieniałem wcześniej, też były oparte na tajemnicy, na zagadce. W Panu Samochodziku bardzo często pojawiały się różnego rodzaju szyfry. Pojawiały się jakieś tajemnice. Marcin Kozioł umiejętnie z tego korzysta, ale ma jeszcze jedną ważną zaletę. On w sposób prosty, przejrzysty tłumaczy zastosowanie tych szyfrów, w sposób nienachalny. Ale mamy też element dydaktyczny, kiedy on właściwie pokazuje, w jaki sposób można z szyfrów korzystać. Po przeczytaniu książki, jeżeli ktoś zapragnie skorzystać z pewnego rodzaju szyfru, to już wie, jak to robić. Jest podany przykład, jak to w starożytności wymyślono pewien rodzaj szyfru i możesz z niego korzystać.
Proszę bardzo. Dla młodego człowieka ten walor edukacyjny, gdyby był nachalny, mógłby być odstręczający. Ale jeśli jest to zrobione umiejętnie, a moim zdaniem jest to zrobione umiejętnie, to jest super.
[01:32:13] - Co to jest za książka? Ja ci powiem, co to jest za książka. Kiedyś żeśmy tutaj omawiali „Sztukę wojny”. To jest książka dla każdego. To jest sztuka wojny. Natomiast książki młodzieżowe to jest po prostu sztuka myślenia. Nauka. Jeszcze młodzi ludzie, którzy dopiero wkraczają na ten teren posługiwania się umysłem w sposób samodzielny, a nie zalążkiem mamusi i tatusia. W samodzielny sposób. Czyli to jest sztuka myślenia.
Każda z takich książek. I Józef Mackiewicz 50 lat temu, i Ralph Delce czy kogokolwiek innego z 200 lat temu. I Marcina Pyża dzisiaj.
[01:33:00] - Ale ja, pewno w sposób nieumiejętny, cały czas szyję, mówiąc o tym, że w książkach dla młodzieży pojawienie się szyfrów, pojawienie się tajemnic to jest murowany przepis na sukces. Bo młodzi ludzie, tacy bardzo młodzi, oni chcą tajemnic, chcą szyfrów. Powiem tak, że wiedział to Nienacki. Starałem się korzystać oczywiście z tych wzorców i w pierwszym samochodziku, który napisałem, czyli „Pan Samochodzik i toruńska tajemnica” też się oczywiście pojawiały szyfry, tajne plany, jakaś kryptografia. Wiedziałem, że to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. I chyba się nie pomyliłem. Zresztą korzystałem z mistrzów. I Marcin Kozioł też robi to znakomicie. Właściwie nie też. Robi to znacznie lepiej, bo ja mam takie poczucie, że robi to z większą swadą i z większą swobodą.
Takie mam wrażenie. Ale wrócę jeszcze do pewnego wątku, który sobie przemknęliśmy troszeczkę, ale warto do niego wrócić. Otóż młodzieńcza miłość to jest zawsze problem w takich książkach, bo nastolatkowie mają to do siebie, że dojrzewają w sposób nierównomierny. To znaczy dziewczynki wcześniej, chłopcy później. I w rezultacie pojawia się taki moment, kiedy chłopcy mówią: „O te głupie baby, w ogóle nie chcemy z nimi mieć nic wspólnego”. U dziewczyn też to się pojawia. Nie jestem ani psychologiem rozwojowym, ani więc się wymądrzał nie będę, jak to dokładnie wygląda. W każdym razie, jeśli się ten wątek młodzieńczej fascynacji, młodzieńczej miłości poruszy w sposób nieumiejętny, to się pojawia jakaś chryja w książce i książka jest z punktu widzenia nastolatka w ogóle nie do czytania, bo jest o jakichś pierdołach, a nie o tym, o czym powinna być książka. Natomiast znowu to jest przewaga naszego autora, o którym dzisiaj mówimy. Przewaga, że on to znowu robi w sposób sympatyczny.
To jest takie słowo, które dzisiaj się już pojawia po raz któryś. Sympatycznie to robi. I każdy z nas sobie przypomina swoje szkolne fascynacje, szkolne miłości i takie jakieś sytuacje, które się w życiu pojawiają.
[01:35:55] - Wiesz co, jak mówisz o tej tajemnicy, tajemniczość i niejawność. Może nie tyle tajemniczość, ale niejawność uczuć na przykład. Dzieci bardzo kochają na przykład mamę i tatę, ale nie lubią się z tym obnosić i nie lubią, żeby kto inny wiedział. Do mamusi to się chętnie przytuli, jak nikt tego nie widzi. Natomiast tylko rzadko manifestujemy te rzeczy. A do ojca to w ogóle raczej niechętnie przez całe pierwsze 10 albo kilkanaście lat. I właściwie całe życie. Ta tajemniczość po prostu. Na tę twoją tezę mogę zawsze użyć swojego własnego przykładu. Pamiętam, jak pierwszą wielką, szaloną zupełnie miłość przeżyłem w przedszkolu i to na samym początku.
[01:37:02] - O, przepraszam. Proszę dobrze słuchać, bo w tej chwili Wiktor opowiada rzeczy, których jeszcze chyba publicznie nie opowiadał.
[01:37:12] - Książki żadnej z tego nie napisałem, ale pamiętam, jak się śmiertelnie zakochałem. Nawet pamiętam, jak się nazywała moja Ola S. Taka koleżanka z podstawówki. Nie, z tego przedszkola.
[01:37:29] - I fatalnie, bo wtedy jeszcze byłeś w przedszkolu, to nie mogłeś żadnego wiersza romantycznego napisać. Fatalnie.
[01:37:35] - Ja umiałem pisać już w przedszkolu. Akurat mnie kuzynki nauczyły.
[01:37:39] - Napisałeś jakiś utwór?
[01:37:42] - Broń Boże, bo ja wszystko robiłem, tylko nie pisałem.
[01:37:45] - Nie byłeś kochankiem romantycznym.
[01:37:47] - Nie. Największy mój romans, jaki przeżyłem w tym całym związku, to było to, jak mi w którymś tam roku przedszkola pozwoliła nieść worek z kapciami z przedszkola do domu. Szedłem po ulicy dumny jak paw, niosąc te całe kapcie jej aż do domu. Potem kochałem się w niej przez całe siedem lat szkoły podstawowej. Ona była prymuską w klasie, ja byłem ostatni w klasie. Widocznie ten związek wymagał totalnego rozbicia. I tak minęło następne 30 lat. Po 30 latach już jako zrąbały człowiek idę po ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy, patrzę, idzie Ola Z dwiema swoimi prześlicznymi siostrami, również kiedyś. Spojrzeliśmy po sobie. „Wiktor!” „Ola!” Ja mówię: „Chodźcie na obiad was zapraszam albo na drinka do knajpy obok”.
Usiedliśmy przy stoliku i zamówiliśmy dobre wino. Patrzę na te trzy siostry i mówię: „Ola, a wiesz?” No i walnąłem wszystkim po prawie 40 latach. Wiesz, jaka była reakcja? Trzy dziewczyny wywaliły na mnie takie oczy, jakbym spadł z nieba. Absolutnie. W życiu czegoś takiego nie dopuściły, a ja też ani palcem nie kiwnąłem, żeby to było w jakikolwiek sposób jawne, bo to była moja tajemnica, moja potrzeba tajemnicy i skrywanie czegoś takiego. Ale ja jeszcze byłem z tego pokolenia, które nie miało w szkole przy przedmiocie życie seksualne mrówek albo innych pierwocień z życia. Dzisiaj dzieci już nie będą ciągnęły do tajemnicy. Myśmy ciągnęli, i to bardzo.
[01:39:42] - Wspomnienie romantycznej młodzieńczej miłości.
[01:39:45] - To jest bardzo podobnie sprowadzona ta cała narracja romansowa w książce „Skrzynia władcy piorunów”. Dyskretnie, to jest, a jakby tego nie było.
[01:40:08] - Zgadza się. Ja tutaj zerkam, z pewnym opóźnieniem oczywiście, podyktowanym kłopotami technicznymi, które dzisiaj nas ukochały. Zerkam na czat i jeden ze słuchaczy, 66 Szary, chyba dobrze odczytuję, napisał o tym, że po przeczytaniu Marka Piegusa też stał się tropicielem przestępców.
[01:40:38] - Ależ oczywiście!
[01:40:40] - Oczywiście! Dokładnie.
[01:40:43] - W dawnych czasach, jak ktoś wchodził w ciemną bramę, żeby się na przykład odlać, to ja szybciutko biegłem. Na tropie byłem przestępcy, który się ukradł, bo chce kogoś zamordować.
[01:40:53] - Powiem ci tak, ja chyba byłem większym obsesjonatem. To znaczy, że mam coś jednak nie po kolei w głowie, bo namówiłem swojego kolegę, że będziemy śledzić osobę, która się wydała nam podejrzana. I ty sobie wyobraź, że myśmy zorganizowali kasę i jeździliśmy za biednym człowiekiem przez pół dnia. W pewnym momencie gość się zorientował, że dwójka szczeniaków jeździ za nim po całej Bydgoszczy. Na początku się zaniepokoił, ale w przeciwieństwie do nas był jednak dorosły i gdzieś po kilku godzinach podszedł do nas. Ale nie był to kulturalny pan i tak nam powiedział, że tak zwiewaliśmy stamtąd. Coś nieprawdopodobnego. Jak ja mogłem o czymś takim zapomnieć? Też byłem na tropie przestępców, podobnie jak nasz słuchacz. Tu zresztą nasi słuchacze mówią o kilku szczegółach z życia Tomasza, o którym wspomnieliśmy, czyli bohatera „Pana Samochodzika”.
O tym, że jeden z naszych słuchaczy ukochał go od momentu, kiedy dowiedział się, że był ormowcem. Rzeczywiście, dzisiaj pewno nie zostałby zweryfikowany przez IPN. Tu jeszcze ktoś podkreśla, że zachodzi takie podejrzenie, że pan Tomasz był gejem. Nic mi na ten temat nie wiadomo. To, że był samotny. Dobra, w każdym razie to nie był temat.
[01:42:30] - Ale miał samochodzik.
[01:42:31] - Miał samochodzik. Poza tym ja wiem, on ciągle jakieś dziewczyny gdzieś podrywał, co i rusz w którymś z tomów. Kochliwy był.
[01:42:40] - Ale w życiu doczesnym wystarczył mu samochodzik. Co wielu dzisiaj
[01:42:44] - On na ten samochodzik być może podrywał, bo w czasach PRL-u taki samochodzik, który wyglądał jak żaba, ale jeździł 200 na godzinę, to była atrakcyjna rzecz. Przypomnę tylko, że kilka dziewczyn poderwał. Ale to może się maskował, nie wiem. Nie szyćmy może z bohatera. W końcu to był bohater naszej wyobraźni i myślę, że mimo wszystko troszkę szacunku się należy. Powiem tak, warto by troszeczkę powiedzieć o tych książkach, troszkę o ich treści. Ale to trudne zadanie, żeby nie zdradzić całej narracji. Powiem tak, „Skrzynia władcy piorunów” zaczyna się od tego, że porwany zostaje ojciec jednego z naszych bohaterów. Wtedy nasi młodzi detektywi rozpoczynają śledztwo. Ciekawe jest to, że akcja toczy się niejako na dwóch planach.
Z jednej strony mamy współczesność, z drugiej strony mamy czasy nikolitesu. Oba te wątki wydają się jednakowo fantastyczne, jednakowo sensacyjne. Ale o ile wątek dotyczący Toma, Julki i Spike'a to jest wątek, który powstał w wyobraźni autora, o tyle wątek dotyczący władcy piorunów to jest wątek jak najbardziej prawdziwy. To jest rzecz napisana na podstawie faktów, przynajmniej tych, które zdołaliśmy odtworzyć, poznać. Faktów z życia Nikoli Tesli. To jest ciekawe, że oba te wątki wydają się równie fantastyczne. Fantastyczne w sensie wciągające. Wydają się równie ciekawe. Co więcej, w drugiej książce, czyli w „Tajemnicy przeklętej harfy”, nasi bohaterowie, młodzi bohaterowie oraz pies. Ale w dodatku pojawia się dodatkowy bohater, kot walczący z nadwagą, czy jak to możemy powiedzieć?
Kot, który się nazywa Jagger. Chyba jakoś tak. Też jest inteligentny i dogaduje się ze Spike'iem. Tu znowu przenosimy się do Egiptu. Tam się oczywiście pojawia zagadka, ale znowu akcja toczy się niejako na dwóch planach. Ona toczy się rzeczywiście we współczesności. I tu nasi młodzi detektywi działają, i to całkiem sprawnie. Ale znowu mamy do czynienia również z przeniesioną o dobrych kilkadziesiąt lat wstecz akcją. I bohaterką tego drugiego wątku jest pewna archeolożka. Pani archeolog.
Bardziej mi się podoba ta forma. Pani archeolog, która rzeczywiście działała w Egipcie, która rzeczywiście pewne badania tam podejmowała. I znowu mamy sytuację, w której oba te wątki są jednakowo niezwykłe i fantastyczne i świetnie się czytają. Moim zdaniem jest to kolejny powód do tego, aby chylić czoła.
[01:46:14] - Wiesz, ja Marku, nieprzypadkowo zadałem ci wtedy pytanie, co ty wyniosłeś z tamtych książek o panu Samochodziku? Wyniosłeś to, co wyniosłeś. Wyniosłeś wiedzę o templariuszach, wyniosłeś wiedzę o podziemiach w ogóle jako takich i tak dalej, o zamkach i o dziwnych rzeczach. Z tych książek wielu ludzi, to będzie ich pierwsza rzecz. Pierwszy ślad, naprawdę pierwszy, że dowiedzą się w ogóle o tym, że jest tam starożytny Egipt. Marku, tak!
[01:46:48] - Aż tak źle jest?
[01:46:49] - Nie, nie jest tak źle, tylko tak jest naturalnie. Tak jest naturalnie, że zwróć uwagę, że większość ludzi, dzieci, które chodzą do McDonalda, myślą, że dzisiaj to jesteśmy my, a przedtem to był jurajski park i dinozaury. A nagle się dowiedzą, że między nami był jeszcze starożytny Egipt i jeszcze wiele innych rzeczy. Ten moment, w którym się pojawia ta informacja i ta informacja musi się pojawić dokładnie wśród ich rówieśników, czyli w ich świecie, czyli w świecie bohaterów książek Marcina Kozioła.
[01:47:35] - Tak, bo to zawsze jest taki moment. Każdy czas ma swoją fascynację. Ja też jeszcze nie powiedziałem o tym, że tak jak jeszcze jakiś czas temu wielu młodych ludzi fascynowało się dinozaurami. Był taki czas. Park jurajski, te rzeczy. Natomiast ja z kolei poza tym, że kreśliłem te podziemia ze skarbami i moim największym problemem, którym zamęczałem rodziców, było to, jak odwzorować na kartce wielopoziomowość podziemi. Że się nie da. Wymyśliłem taki sposób. W związku z tym moje plany stały się jeszcze bardziej skomplikowane, bo jak na jednej kartce rysujesz trzy poziomy podziemi, to powstaje taki galimatias. Nawet jak to rysujesz różnymi kolorami, tak jak ja próbowałem to robić, że tego nikt poza tobą nie jest w stanie odczytać.
Ale zostawmy sprawę tych podziemi. Ale poza tym, że kreśliłem te podziemne lochy i różne takie, a tam musiały być oczywiście pułapki, tak jak w panu Samochodziku, jakieś zapadnie. To dostałem absolutnego hopla. Tak jak niedawno mieli ludzie hopla na punkcie dinozaurów, tak miałem kompletnego hopla na punkcie zakonów rycerskich. To, co ja byłem w stanie wygłosić na temat templariuszy i innych zakonów, czyli chociażby Krzyżaków, jeszcze dzisiaj budzi we mnie szacunek. Jednak uwielbienie własnej postaci to jest to, co chyba przerabiam najlepiej. Ale powiem tylko tyle, że to mi też nastręczyło pewnych kłopotów, bo zafascynowany Krzyżakami, którzy w książce o Samochodziku, książce Nienackiego, on pisze w książce o tym, jak to Krzyżacy z templariuszami w swoim czasie współpracowali. Więc ja absolutnie zafascynowany zakonem krzyżackim między innymi, nie byłem dobrym rozmówcą na historii dla pani, która wykładała. Jeszcze za komuny to się tak w specyficznym sosie to podawało, jacy ci Krzyżacy byli źli, bo byli Niemcami i w ogóle byli paskudni. Całkowicie idiotycznie w czasie filmu pod tytułem „Krzyżacy” kibicowałem przynajmniej troszeczkę jednak zakonowi pod Grunwaldem.
Więc to mnie naraziło, powiedzmy tak delikatnie, pewne kłopoty. I pani nie była najlepszego zdania na temat mojej wiedzy historycznej, ponieważ-
[01:50:15] - No ale co pani miała kiepską wiedzę historyczną, bo Krzyżacy nie byli Niemcami po pierwsze. Po drugie i po trzecie jest mnóstwo rzeczy, które po prostu ten świat wykrzywiały. I w sumie to ty byłeś lepszy, bo Jak przywołam anegdotkę, czyli nie anegdotkę, ale prawdę historyczną, że pod Grunwaldem Polacy się tłukli z Polakami, a nie z żadnym zakonem krzyżackim, gdyż całe Mazowsze i pół Polski była po stronie krzyżackiej i tak dalej.
[01:50:48] - Oni nawet nie z własnej woli. Przynajmniej w niektórych opracowaniach można to znaleźć, że to nie tyle z własnej woli czy z sympatii, ale zależność lenna była tak silna. To oczywiście będzie pewne nadużycie, ale dla przybliżenia można sobie wyobrazić, że pod Grunwaldem w sporej części przynajmniej, nie tej rycerskiej, ale częściowo i rycerskiej, walczyli Polacy z Polakami. Również. Może nie przesadzajmy.
[01:51:18] - Krzywy obraz tych Hitlerjugend, że tak powiem, zakonnych, przedstawiony, zbudowany w komunie po to, żeby niszczyć mit hitlerowskich Niemiec. Przeniesienie tego i tak dalej.
[01:51:32] - Przypomnę ci, że jeszcze mieliśmy film „Aleksander Newski”, gdzie byli Krzyżacy na jeziorze i tak dalej.
[01:51:41] - Tonęli tam ładnie pod tą krą.
[01:51:43] - Niemniej jednak nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Zakon krzyżacki miał taki rodowód, jaki miał. Z domem niemieckim coś wspólnego również.
[01:51:55] - Niewiele. Z domem europejskim przede wszystkim. Większość ludzi, która odwiedzała ten zakon, to było rycerstwo i z Francji, i z Anglii, i z Hiszpanii, i tak dalej. Z calutkiej Europy, a nie tylko z Niemiec. Z Niemiec o tyle dlatego, bo to był najludniejszy kraj, więc w sumie najwięcej pieniędzy ładował.
[01:52:14] - Tam się zawsze dużo działo. Rzeczywiście. A ja jestem ciekaw, co na te jawne prowokacje powiedzą nasi słuchacze. Wróćmy do książek. Tak jak powiedziałeś, fascynacja tutaj może się narodzić. Rzeczywiście nie wziąłem tego pod uwagę, kiedy czytałem. Jednak nie w pełni przecież gnąłem się w tego nastolatka, bo tak na to nie patrzyłem. Ale rzeczywiście, jak teraz patrzę na treść obu tych książek, rzeczywiście może się zrodzić taka fascynacja. Po pierwsze tym, co robił Nikola Tesla. Ktoś może sięgnąć dalej, głębiej.
[01:52:57] - Zwróć uwagę Marku na jedną rzecz. Jeszcze 20 lat temu Tesla to było totalne oszołomstwo. Ten facet w ogóle nie istniał, że tak powiem. Istniał tylko w nauce Edison. Natomiast Tesla był wyśmiewany tak samo, jak są wyśmiewani jeszcze astrolodzy czy jacyś tam wróżbiarze i wszystkie inne tak zwane naukowe czy pseudonaukowe oszołomstwo. Taki był Tesla. Tesla był człowiekiem, który właściwie nic nie wiedział, tylko po prostu coś kombinował. Tylko że tak był przedstawiany przez swoich oponentów albo przez naukę, tą sztywną naukę jeszcze 20, 30 lat temu. Przez ostatnie 20 lat zmieniło się to, poszło w tempie piorunującym. Nagle się okazało, że totalne mity z przesyłaniem energii bezprzewodowej, z którego się wyśmiewał cały świat naukowy.
Podejrzewam, że łącznie z Einsteinem i wszystkimi innymi uznanymi fizykami. Nagle się okazało, że to jest wręcz oczywiste. Już w tej chwili można sobie zamówić w internecie jakieś przystawki, pierdółki. Już zwykłe komórki zaczynają wykorzystywać zjawisko przesyłania energii bezprzewodowe. To się stało naszym dniem dzisiejszym. I o czym pisze Marcin Kozioł? W czym umiejscawia sytuację w dniu dzisiejszym? A w dniu dzisiejszym prorokiem tego dnia dzisiejszego, tylko że jeszcze wiele lat temu był Nikolaj Tesla, a nie inni uznani autorytety, mądrzy ludzie, którzy wiedzieli, jak świat naprawdę wygląda. Nie. Prorokiem współczesnego świata był osioł i wariat sprzed pięćdziesięciu paru lat.
[01:55:01] - Można za ciekawostkę uznać jeszcze jedną rzecz, że u pisarza ważne jest coś takiego jak intuicja.
[01:55:11] - Intuicja.
[01:55:11] - Intuicja i Marcin Kozioł patrząc na to, co się w tej chwili dzieje, ma niesamowitą intuicję. Otóż akcja się toczy, więc ta akcja się toczy. Ja jestem taki trochę skrępowany dzisiaj, bo dostaliśmy baty od jednej pani, która się co prawda nie przedstawiła, ale o tym, że jest Kleopatrą, napisała. Więc ją pozdrawiamy.
[01:55:45] - To jest nawiązanie do tej książki, która jest o Egipcie?
[01:55:48] - W jakiś sposób pewnie tak. Dostaliśmy baty, że po polsku nie mówimy. W takim razie tą łamaną polszczyzną powiem o tym.
[01:55:57] - Wiesz, tak na marginesie, Marku, my nie jesteśmy tak naprawdę od gadania, tylko od pisania.
[01:56:03] - Tak lepiej.
[01:56:03] - Jak piszę, to ja błędu nie popełnię na pewno. Natomiast jak gadam, to ględzę jak stary menel. To ja wiem.
[01:56:11] - Tak, ale jakoś jesteśmy jednak chyba rozumiani. Ale jak się mówi o wyższych uczelniach, to trzeba się posługiwać językiem polskim, a nie jakimś narzeczem.
[01:56:24] - Język jest między. My tu zmieniamy istotę polskiego języka.
[01:56:29] - Z pozdrowieniami dla Chilli Kleopatry. A wrócę do myśli przerwanej o tej intuicji. Otóż W "Tajemnicy przeklętej harfy" przenosimy się do Egiptu. A o czym w tej chwili mówi się w środkach masowego przekazu? Otóż o tym, że odkryto tajemniczą komnatę w jednej z piramid, tej największej oczywiście. Że tam nad Wielką Galerią znajduje się tajemnicze pomieszczenie, które na razie tylko zlokalizowano. Wielkie, tajemnicze i cholera wie, co tam jest. Pewno to przypadek, ale o to właśnie chodzi, żeby takie przypadki się tworzyły.
[01:57:13] - Marku.
[01:57:14] - Zainteresowanie będzie. Ja coś jeszcze powiem.
[01:57:17] - Ale Mareczku, może byśmy założyli przedsięwzięcie albo założymy fundację. Wiesz jaką? Dobudowywania komnat do starych zabytków. To się zawsze przyda.
[01:57:32] - Nie sprowadzaj tego do idiotyzmu, proszę cię. Tu odkrycie w Wielkiej Piramidzie. Co więcej, a jeśli byśmy chcieli...
[01:57:41] - Coś tu wykuł teraz.
[01:57:43] - Nie, jeszcze się tam nie dostali. Oni na razie tylko zlokalizowali. Ale ja ci powiem jeszcze jedną rzecz, bo teraz pojadę już kompletnie śladem teorii spiskowych, które lubię. Lubię je naprawdę. Bo jest taka teoria spiskowa, która mówi o tym, że przemiany na świecie, które będą następowały, pojawią się wtedy, kiedy pojawią się pewne fałszywe odkrycia archeologiczne. To będzie powód do tego, żeby zmienić całą historię świata. I tak sobie teraz wyobraź, że oni odkryją tę tajemniczą komnatę, a tam będzie ukryta wiedza, która przewróci nasz światopogląd, nasze pojmowanie świata, naszą wiedzę o historii. Wszystko to wywróci do góry nogami i przemieni ten świat. Proszę, jak się na naszych oczach realizują teorie spiskowe.
[01:58:42] - Polecam wszystkim National Geographic ostatniego, gdzie jest na stronie tytułowej wybite wielką czcionką: jak powstała Polska. Warto przeczytać ten artykuł. Przewraca wszystko do góry nogami.
[01:58:57] - A tutaj widzisz, tajemnicza komnata. Patrz, prawie jak w „Harrym Potterze”. Komnata Tajemnic. I tam ukryta wiedza, że tam zupełnie było inaczej. Może Annunaki działali, a może coś tam jeszcze innego.
[01:59:10] - Masoneria egipska.
[01:59:12] - Masoneria egipska? To ciekawe. Ale okej. W każdym razie proszę, jak ładnie się snują historie. W każdym razie trzeba mieć sporo intuicji. Oczywiście ktoś powie: intuicja, intuicja. Żelkowski dobudowuje teorię do kawałka przypadku. To przypadek po prostu. Ale znowu trzeba mieć odrobinę szczęścia w życiu i tak pisać, żeby ten przypadek się nam zdarzył.
[01:59:50] - Można powiedzieć, że jakiś szef zbił majątek, bo wymyślił wysokie obcasy. Tylko że nikt ich nie kupował. Ale jak stały się modne. Z drugiej strony nie stałyby się modne, gdyby on ich nie wymyślił. I tak dalej. Ale z drugiej strony on zrobił majątek tylko dlatego, że stały się modne. Ale co było pierwsze? Kura czy jajko? Obcasy czy moda?
[02:00:13] - Powiem tak: my już w tej chwili chyba kompletnie odjechaliśmy. Jak już zaczynamy sięgać po teorie spiskowe, szczególnie w Egipcie, to myślę, że dla uspokojenia emocji to jest ten moment, kiedy trzeba odwołać się do literatury i do kolejnego fragmentu książki Marcina Kozioła.
[02:00:36] - „Za co nas zamknęli? Na dziką kaczkę? — warczał Spike, z trudem obracając się w ciasnej klatce. Nie wiem, za co siedzisz, stary — zamiałczał Jagger — ale ja sam jestem sobie winny — wyznał kot, wzdychając przy tym głęboko. Oparł pyszczek o pręty różowego pojemnika do transportu zwierząt, wykonanego z twardego plastiku i ozdobionego brokatowymi, mieniącymi się tysiącem barw gwiazdkami. Do twarzy mi z tymi błyskotkami dla dziewczyn — zamiałczał żałośnie, a jego czarne oczy zaszkliły się. Znam cię ledwo od paru godzin, ale nie wyglądasz mi na dzikiego zwierza, futrzaku. Ani na groźnego, ani złośliwego. Co przeskrobałeś, że wsadzili cię za kratki? A może siedzisz, jak ja, za niewinność?
— dopytywał z nudów Spike. Labrador Spike, zwany też Biszkoptem, nie potrafił zbyt długo usiedzieć bezczynnie. Zatem rozmowa z kotem, która jak dobrze wiedział, raczej nie przystoi labradorom, wydawała mu się najlepszym sposobem na zabicie czasu. No mów, futrzaku, wygadaj się. Czasami warto wyrzucić z siebie to, co leży na wątrobie — ciągnął Biszkopt. Obydwaj poczuli lekkie drżenie podłogi, ale nie przejęli się tym specjalnie. Przynajmniej nie na tyle, by wyrwać kota z zadumy i melancholii. Jagger raz jeszcze westchnął głęboko. Za kotlety. Dwa i pół kotleta — konkretnie miaucząc.
Jak to? Zjadłeś i za to cię zapuszkowali? No, co ty miauczysz, futrzaku? Miauczę całą prawdę — odpowiedział od niechcenia Jagger. Wpatrywał się osowiały w majaczącą w głębi pomieszczenia zieloną lampkę z napisem wyjście ewakuacyjne. Zjadłeś komuś kotlety? Spike nadal nie bardzo rozumiał wystania kota. Nie komuś. Zjadłem sobie. I za to cię zamknęli?
Za obżarstwo. Obżarstwo obrzydliwe. Och, jak ja siebie nie znoszę. Nie znoszę! I dobrze mi tak teraz. Apetyt nieposkromiony i tyłek rośnie jak na drożdżach. No popatrz sam. Widziałeś kiedyś innego Maine Coona z taką wielką pupą? Tylko Jagger mógł sobie coś takiego ufundować — złościł się na siebie zdruzgotany kot. No całkiem ładne krągłości.
Biszkopt chciał być miły dla współwięźnia z sąsiedniej klatki, ale szybko zdał sobie sprawę, że zabrzmiało to wyjątkowo niestosownie. Wiem, wiem. Gdybyś był kocicą, to pewnie łatwiej byłoby ci przyjąć tego rodzaju komplement. Odszczekaj to lepiej szczeniaku — wzburzył się nie na żarty kot, choć zdawał sobie sprawę, że pies chciał być po prostu miły. No dobra, odszczekuję, ale wyjaśnij, o co w tym wszystkim koci. Zamknęli cię za zjedzenie kotletów? Za zbyt dużą pupę? Za nadwagę. Nadwagę? — zdziwił się labrador.
Konkretnie pół kilo. Czego? Tłuszczu — wyznał kot. I od razu do puszki wsadzili? Nie od razu. A kiedy? Na lotnisku przy odprawie bagażowej. Jak to? Biszkopt był zaintrygowany, bo i jego w podobnych okolicznościach wsadzili do klatki. Tyle że nie miał zbyt dużej pupy ani nadwagi, choć bardzo lubił swoje chrupkostki i jego przyjaciółka Julia spakowała dla niego spory ich zapas na czas podróży samolotem.
Zwyczajnie zważyli i już. Powiedzieli, że osiem i pół kilo, o pół kilo za dużo. I że muszą mnie zabrać. Do paki muszą wsadzić. Do luku, do zwykłego luku bagażowego. Zamiast wygodnie podróżować przy mojej pani Lotte Vandenberg w kabinie pasażerskiej w pierwszej klasie, jak na porządnego kota przystało. Może też bym siedział w tym różowym domku, który Vandenberg pożyczyła dla mnie od swojej kuzynki, miłośniczki tchórzofretek. Ale przynajmniej podróżowałbym z klasą, a nie jak dzikie zwierzę w luku w półmroku z biszkoptowym labradorem w jednej celi. Tylko bez urazy szczeniaku. Współczuję — nieco zgryźliwie mruknął Spike.
On w końcu też był uwięziony w metalowej, ciasnej klatce w luku bagażowym i jeszcze bardziej zaskoczony swoim losem niż kot. Dotąd zawsze latał z Julią samolotami w kabinie pasażerskiej. Jako pies asystujący czternastolatki poruszającej się na wózku zawsze mógł podróżować obok niej. Na dodatek bez klatki czy kagańca. Wystarczyło, że miał założoną smycz na wszelki wypadek. I tak wiadomo było, że dobrze wyszkolony pies asystujący o tak wyjątkowym charakterze i inteligencji nie stanowi zagrożenia dla nikogo na pokładzie. Tym razem jednak linie lotnicze stanęły okoniem. Przepraszamy pani Julio, ale na pokładzie jest pasażerka, która nie życzy sobie obecności zwierząt. Pani Vandenberg ma alergię na psią sierść i boi się dużych zwierząt. Pies musi lecieć w luku — tłumaczył pracownik lotniska podczas odprawy bagażowej.
Na nic zdały się protesty Julii. Nie i już. Spike słyszał, co ów człowiek mówi, ale zupełnie nie mógł pojąć, za co spotyka go taka zniewaga. Z zaplecza przyniesiono metalową klatkę, przymierzono i mimo nieśmiałych protestów Biszkopta zaproszono go do jej środka. Vandenberg, Vandenberg — zaszczekał Spike. Gdzieś już słyszałem to nazwisko. To przez twoją paniusię tu siedzę w futrzaku. Zazgrzytał zębami, aż Jaggerowi zjeżyło się futro na karku. Twoja paniusia ma alergię, co? I w dodatku boi się dużych zwierząt.
Ma rację. Na twoim miejscu też bym zaczął się ich bać. Podłoga w samolocie znowu zadrżała. Tym razem jednak na tyle mocno, że i Jagger, i Spike lekko podskoczyli wraz ze swoimi klatkami. Nie znoszę samolotów, nie znoszę samolotów. O, jak ja nie znoszę latać — recytowała pod nosem pasażerka pierwszej klasy, kurczowo trzymając się przy tym fotela i mrużąc oczy. Proszę się nie bać — wyszeptała Julia zajmująca sąsiednie miejsce w pierwszym rzędzie za kabiną pilotów. To tylko lekkie turbulencje, zupełnie normalne. Nic nam nie grozi, proszę pani — uspokajała troskliwie współpasażerkę. Ależ co ty mówisz, dziecko!
Proszę dać mi spokój — odburknęła i recytowała dalej. Nie znoszę samolotów, nie znoszę. Jak pani sobie życzy. Ale naprawdę nie ma się czego bać. Zapewne wlecieliśmy z jednego prądu powietrza w drugi, w którym kierunek i prędkość wiatru były inne. Dlatego czujemy drobne wstrząsy. Wystarczy mieć zapięte pasy. Pasy, pasy, pasy. Czy ja mam zapięte pasy? Kobieta, niczym rażona piorunem, chwyciła metalową sprzączkę na brzuchu, upewniając się, że jest dobrze zamknięta.
Po chwili wstrząsy ustały, a samolot znowu delikatnie przecinał masy powietrza nad Morzem Śródziemnym, cudownie mieniącym się tysiącem barw w popołudniowym słońcu. Mogło się wydawać, że ktoś posypał brokatem błękitną taflę wody. Błyszczy się jak klatka mojego kocura — wymamrotała do siebie kobieta, która po nagłym ataku paniki przez dłuższą chwilę tępo wpatrywała się w morze przez małe owalne okienko. Towarzyska czternastolatka od razu pomyślała, że wcześniej przerażona i niezbyt sympatyczna współpasażerka wreszcie uspokoiła się I próbuję zagaić sympatyczną rozmowę. Ślicznie. Jakbym wiedziała, że lecimy do Egiptu, mogłabym pomyśleć, że zbliżamy się do Lazurowego Wybrzeża, które też bardzo chciałabym… Kobieta odwróciła się w stronę Julii i przeszyła ją świdrującym spojrzeniem. Tak zimnym, że dziewczyna nie zdołała dokończyć zdania, bo słowa wydawały się zamarzać w ustach. Przepraszam, pewnie obraziłam panią straszliwie, bo się nie przedstawiłam — ubolewała dobroduszna nastolatka, chwytając się za głowę. Mam na imię Julka, a tam z tyłu, o tam, proszę zobaczyć, macha do nas mój przyjaciel Tom.
Tuż za nim siedzą jego rodzice i moja mama. Pierwszy raz wszyscy razem jedziemy na wakacje. Brakuje tu tylko Spike'a, bo… — nie przestawała radośnie świergotać Julka, nie zwracając uwagi na nadal chłodne spojrzenie pasażerki. Van den Berg — wyrzuciła z siebie Królowa Lodu, przerywając potok słów wypływający z ust dziewczyny. Przepraszam, nie dosłyszałam. Julka była zaskoczona zwięzłością wypowiedzi, ale też szczerze uradowana, że w końcu udało jej się skłonić kobietę do mówienia. Zupełnie nie zwróciła uwagi, że już dzisiaj słyszała to nazwisko. Przy odprawie bagażowej, kiedy biednego Spike'a linie lotnicze skazały na podróż w luku bagażowym ze względu na widzimisię jakiejś pasażerki, pani kary i alergiczki zarazem. Van den Berg.
To moje nazwisko. Lotte van den Berg. Miło mi, pani Van… Panno van den Berg. Tak się składa, że jestem panną — skrzywiła się, jakby wszyscy powinni wiedzieć, że nie ma i nigdy nie miała męża. A czy teraz mogę w końcu odpocząć, młoda damo? — wycedziła, nie odwracając się już w stronę Julki. Nacisnęła przycisk, by fotel odchylił się do tyłu i upodobnił do wygodnego szezlonga. Nie czekając na odpowiedź dziewczyny, zsunęła z czoła czarną opaskę i zasłoniła nią oczy. Z wewnętrznej kieszeni czarnej marynarki wyciągnęła parę zatyczek do uszu.
Nie zdążyła ich jednak założyć. Samolot zatrząsł się niespodziewanie i przez chwilę zdawał się podskakiwać niczym samochód terenowy na wertepach. Bum! Huk dobiegający z luku bagażowego znajdującego się tuż pod pokładem sparaliżował pasażerów zdecydowanie bardziej niż gwałtowne i nieoczekiwane turbulencje. Spike! — krzyknęła Julka, zaniepokojona hałasem dobiegającym z miejsca, gdzie podróżował jej biszkoptowy przyjaciel. Van den Berg najpierw zesztywniała, po czym, kiedy upewniła się, że to nie jest jeszcze żadna katastrofa i świat się nie kończy, wykrztusiła: moja klatka. Wow! Co to było? — prychnął Jagger, a długie włosy na jego grzbiecie nastroszyły się niczym grzywa.
W pomieszczeniu oszczędnie oświetlonym ledwie dwoma bladoniebieskimi świetlówkami przypadkowa osoba mogłaby z powodzeniem pomyśleć, że w różowej klatce przytwierdzonej do półki pasem z dwiema małymi sprzączkami podróżuje młody lew. To chyba jeszcze nie koniec świata — wymamrotał Spike, obserwując trzeszczącą konstrukcję pomieszczenia pod głównym pokładem samolotu. Podłoga w luku bagażowym znowu zadrżała. Tym razem jednak na tyle mocno, że wszystkie lżejsze przedmioty podskoczyły do góry. Cyk, cyk. Cichy metaliczny dźwięk przedarł się przez szum silników i hałas podskakujących przedmiotów. Spike postawił uszy i spojrzał do góry. Cyk, cyk. Sprzączka otworzyła się cichutko, a pas przytrzymujący różową klatkę kocura zsunął się niespiesznie z półki prosto na stojącą na podłodze dużą klatkę labradora. Na dziką kaczkę!
Będzie niezła draka, jak futrzak nauczy się latać w swoim różowym… Nie zdążył dokończyć. Samolot zadrżał raz jeszcze, przechylając się przy tym na lewą stronę. Po sekundzie, a może dwóch, które zdawały się trwać wiecznie, samolot ustabilizował lot, ale to wystarczyło, by bagaże w nieoświetlonej części luku poprzewracały się na siebie jak kostki domina, robiąc przy tym sporo huku. Szus! No i futrzak poleciał — wydusił z siebie Spike, zasłaniając odruchowo łapami głowę. Tak na wszelki wypadek, gdyby jego solidna klatka nie uchroniła go przed różową bombą przyozdobioną brokatowymi gwiazdkami. Osiem i pół kilograma materiału wybuchowego zamkniętego w różowej bombie zamiałczało rozpaczliwie. Wow! Lecę na ciebie, szczeniaku.
Trzask. Plastikowy domek rozprószył się na drobne części, spadając z półki dobre półtora metra i roztrzaskując się o metalową konstrukcję klatki labradora. Spike tuż nad sobą zobaczył rozpłaszczoną futrzaną postać leżącą na suficie psiej klatki z pyszczkiem wciśniętym siłą uderzenia między pręty. Futrzaku? Futrzaku! Kot nie odpowiadał. Futrzaku, żyjesz? Kocur leżał na wierzchu metalowej klatki, obejmując ją szeroko rozłożonymi łapami. Teraz nie wyglądał jak lew. Bardziej przypominał wielką latającą wiewiórkę, która dzięki rozpiętym między przednimi i tylnymi łapami fałdą skóry potrafi szybować nawet kilkadziesiąt metrów.
Tyle że ta wiewiórka nie zaliczyła miękkiego lądowania. Daj znać, że żyjesz! Ale kot ani drgnął. Nie mrugnął nawet okiem. Nie miauknął. Samolot przestał drżeć, ale pomieszczenie wypełniał nieprzyjemny półmrok. Jedna ze świetlówek podczas turbulencji zgasła, a druga dawała bladoniebieskie światło Na dodatek gasnąc i zapalając się, jakby jakieś złośliwe dziecko bawiło się przełącznikiem. Zapadła cisza. Kiedy Spike zwątpił już, że Jagger żyje, pędzelki na końcu uszu maine coona, podobne do tych, którymi może pochwalić się ryś, zawibrowały. Ba, nie tylko one.
Cały samolot zadrżał, jakby umęczeni pasażerowie nie mieli już dość turbulencji. „Na dzisiaj mam już dość latania” — niespodziewanie zamiauczał Jagger, a pędzelki na końcu uszu, a potem całe uszy zaczęły się poruszać energicznie, jakby kocur miał nadzieję, że trzepocząc i wirując pozwolą mu unieść się w powietrzu, czyniąc z niego helikotera. „Na dziką kaczkę, ależ mi strachu napędziłeś, futrzaku” — zaszczekał radośnie Biszkopt. Kocur z trudem wyciągnął pyszczek unieruchomiony między prętami klatki i powoli podniósł rozpłaszczone ciało, przybierając na powrót kształt, jaki zazwyczaj mają domowe koty. Fałdki, które przez chwilę upodobniały Jaggera do latającej wiewiórki, okazały się prozaicznymi wałeczkami tłuszczu, a nie efektem ewolucji i narzędziem ułatwiającym szybowanie. Wielki, gruby ogon zwisał jeszcze bezwładnie, ale kiedy oszołomiony kocur zdołał poruszyć jego końcem, zamiauczał radośnie: „Miałabyś babo placek, droga Vandenberg, ale ja z siebie placka zrobić nie dam. Może i parę kilo mi przybyło. Może tym sobie na zapuszkowanie zasłużyłem, ale nadal jestem zwinny niczym…” Słowa ugrzęzły mu w gardle. Patrząc triumfalnie na wrak swojej latającej klatki, Jagger dostrzegł płaski, biały przedmiot pomiędzy różowymi fragmentami. Zeskoczył zwinnie z klatki Biszkopta i zaczął rozgrzebywać stertę plastikowych elementów.
Roztrzaskana podstawa klatki złożona była z dwóch warstw różowego plastiku. Pomiędzy nimi coś ukryto. „Co tam masz?” — zapytał Spike, który nie mógł nic dostrzec ze swojej klatki. Raz po raz zapalające się na sekundę i znowu gasnące światło uszkodzonej jarzeniówki nie pomagało w rozwikłaniu zagadki. Wprawdzie, tak jak inne psy, dobrze widział w ciemności, jednak nie tak dobrze jak koty. Błona odblaskowa w psich i kocich oczach nazywana makatą zwiększa wrażliwość na światło poprzez jego lepsze odbicie, a przy okazji sprawia, że oczy wydają się świecić w mroku. Kocie oczy odbijają światło nawet 130 razy lepiej niż ludzkie. W tej dyscyplinie wygrywają też z psami. „No mów, co znalazłeś, futrzaku” — niecierpliwił się Biszkopt. Kocur nie spieszył się jednak z odpowiedzią.
Po chwili namysłu, jakby nie mogąc zaakceptować tego, co widział, zamiauczał: „To nie ja. Ktoś mi to podrzucił.”
[02:17:59] - Ja powiem ci tak: książki, bo w tym wypadku mamy do czynienia z dwoma tomami. Pewno ich będzie więcej. Lubię takie książki, które się toczą, tak jak „Samochodzik”. „Samochodzik” jest nie do pobicia, bo ma w tej chwili blisko 150 tomów. Nawet saga o ludziach lodu ma mniej i wszystkie inne skandynawskie sagi. Więc pan Samochodzik jest nie do przebicia. Niemniej jednak już sam pomysł, że można stworzyć taki cykl jest dla mnie godny szacunku. Trzymam kciuki za autora, że taki cykl powstanie. To ważne. Ważnym elementem obu tych książek jest to, że one, już zresztą o tym mówiłeś, sprzedają różnego rodzaju wiedzę.
Szczególnie w drugim przypadku.
[02:18:56] - Ale dyskretnie.
[02:18:57] - Dyskretnie. Oczywiście! To jest w ogóle mistrzostwo świata. Tam nie ma wykładów. To często się zresztą u mojego mistrza Nienackiego pojawiało, że Nienacki w „Samochodziku” działa się akcja i nagle bach! Wykład na kilka stron.
[02:19:16] - Tak się kiedyś pisało.
[02:19:17] - Tak się kiedyś pisało. U Marcina Kozioła dzieje się to delikatniej. Ale też sporo wiedzy młody czytelnik może łyknąć na temat chociażby Egiptu. To super. Nie bez przyczyny nawiązuję do pewnej historii, którą opowiedziałeś mi kilka lat temu, związanej z twoim przyjacielem filozofem.
[02:19:48] - Są różne metody zanęcania młodego umysłu czytelnika do poznawania wiedzy i do chwytania, że tak powiem, tego wiatru w żagle, budzenia ciekawości. Tak jak mówiliśmy, można tę zupę, że tak powiem, odgrzebać 50 tysięcy razy i można też wpisać zupełnie świeżą nową. Ale w sumie i tak na początku, tak jak zauważyłeś jeszcze w tamtej rozmowie, to na początku rodzice decydują o lekturach dzieci, prawda? Rodzice podsuwają książki, o ile w ogóle sami jeszcze czytają. Dzisiaj większość młodych ludzi czyta książki może z przekory, dlatego, bo ich rodzice nie czytali.
[02:20:49] - Mogę zrobić coś, co robię najlepiej?
[02:20:51] - Tak.
[02:20:52] - Czyli przerwać ci i rozwalić ci wątek. Powiem ci tak: znowu nawiążę do mojej zeszłotygodniowej wizyty na Targach Książki w Krakowie. Tak się mówi źle o czytelnictwie w Polsce, że to masakra, że my nic nie czytamy, że tragedia. Powiem ci, że ja się nawet dałem w to wciągnąć. Wydawało mi się, że tak rzeczywiście jest. Ale wróciłem z tych targów naprawdę zbudowany, bo na targach było tak ciasno, że jeszcze nie widziałem takich targów, gdzie czasami w poszczególnych alejkach targowych ruch zamierał, zastygał. Było tak ciasno, że nie można było iść ani do przodu, ani do tyłu, ani w bok, ani nigdzie się stało. Takiego tłoku to dawno nie widziałem, ale to pomińmy, bo to niedociągnięcia organizacyjne. I tak targi były świetnie zorganizowane, ale z powodu nadmiaru gości korkowały się momentami. Ale ważniejsze jest to, że gros odwiedzających targi to byli ludzie młodzi.
Dwudziestopięciolatek to był tam staruszek. Były nastolatki, takie późniejsze. Byli bardzo młodzi ludzie, byli wreszcie rodzice z dziećmi. To, co mówiliśmy, dzieci do pewnego momentu czytają czy to same, czy za pomocą rodziców, ale są spragnione książek. Później szkoła im to skutecznie wybija z głowy, podsuwając różnego rodzaju drętwe lektury. Ale na szczęście chyba się coś takiego wydarzyło, że my cały czas mówimy, że nastolatkowie nie czytają, bo oni te komputery eksploatują, w gry grają. Nie, w gry to grywa Wiktor Żwikiewicz. Natomiast młodzi ludzie pewno grają w gry, ale też czytają. Te ilości książek, które wynosili ci młodzi ludzie z targów, mnie fascynowały, bo oni zostawiali na tych targach majątek. Ja wiem, że na targach książki są znacznie tańsze, ale oni wynosili góry książek z tych targów.
Chyba nie na podpałkę. A ilość tych młodych ludzi, którzy gdzieś tam siedzieli, zaczepiali tych autorów, bo tych autorów tam na kopy było, z którymi można było zamienić kilka słów albo i więcej. To była rzecz dla mnie, przy której przecierałem oczy, bo na targach na przykład w Warszawie, które odbywają się w maju na Stadionie Narodowym, tam ta różnica pokoleniowa nie była taka widoczna. Tam skręciło się sporo ludzi. Jedyne, co łączyło te targi warszawskie i krakowskie, to to, że do Remigiusza Mroza ustawiały się kolejki, w których trzeba było przestać dobrą godzinę, to minimum, żeby uzyskać autograf. To jedyne, co łączyło. A poza tym widać było różne pokolenia. Targi warszawskie były bardziej wyśrodkowane, natomiast targi w Krakowie całe tabuny młodych ludzi i super. Dzięki temu odzyskałem wiarę w to, że czytelnictwo upada, ale tylko w statystykach. Myślę, że po prostu młodzi ludzie zaczęli znowu czytać.
[02:24:18] - Marku, użyłeś słów „tylko w statystykach”. Statystykę to wiesz gdzie ja ją posiadam. Nie będę tego ukrywał.
[02:24:25] - Dobrze, ja też ją mam w tym samym miejscu.
[02:24:28] - Statystyka to jest bardzo ciekawe zjawisko, które czasami do czegoś służy, ale nie do końca. Natomiast ja wiem jedno, właściwie to, o czym my tutaj dyskutujemy. Z jednej strony trzeba rozumieć pewną prawidłowość. Nie będzie czytelników, jeśli nie będzie ciekawych książek, prawda? Ale z drugiej strony nigdy w życiu nie pojawią się ciekawe książki, jeśli nie będzie czytelników. Te książki by się nigdy nie pojawiły, nigdy by nie zostały lekturami jakimiś uzupełniającymi, gdyby po prostu nie było zapotrzebowania na te książki. Bo o ile tak w superlatywach się wyrażamy o autorze, to też zwróćmy uwagę, jest to istota rozumna. Nie sądzę, żeby czynił coś, czego nikt nie będzie używał. Jeśli pisze książki, to pisze takie książki, które wie, że będzie ktoś to czytał i dla kogoś to pisze, dla określonych ludzi, dla określonych pokoleń. I to robi mądrze i robi dobrze wtedy.
[02:25:42] - Ja z fascynacją czytam to, co się dzieje na czasie. Znowu z opóźnieniem oczywiście, ale czytam, bo mi O35 uświadomił rzecz, o której też nie powiedziałem, a o której zupełnie zapomniałem. On to napisał, zrobił dokładnie to samo, czyli jest pewna wspólnota. Otóż napisał o tym, że jak z kumplem przeczytali „Samochodzika”, to zaczęli wykopaliska archeologiczne. Ja tak samo to robiłem w ogródku dziadka. Przekopałem. W dodatku ja miałem taką tendencję do kopania w głąb. Ku przerażeniu dziadka wgryzałem się w glebę mniej więcej na swoją wysokość. Raz się wgryzłem tak głęboko, że nie mogłem wyjść o własnych siłach. Nie byłem się w stanie wyskrobać tam.
Jak zobaczyła to w dodatku moja babcia, to natychmiast zadecydowała, że ta ziemia mi przywali i miałem szlaban na wykopaliska. Później uzyskałem tyle w drodze negocjacji, że mogłem robić wykopaliska takie płytkie do pół metra. I z dziką pasją to oczywiście robiłem. I stąd mój powód takiej fascynacji, że nagle przypomniałem sobie, że ja też byłem archeologiem. Wtedy jeszcze nikt nie słyszał o Indianie Jonesie, a już byłem archeologiem.
[02:26:55] - Marku, mi w tej chwili włosy stanęły dęba na głowie.
[02:26:59] - Też byłeś archeologiem?
[02:27:00] - Nie. Jestem przerażony, bo chcę wam przypomnieć O czym jest „Skrzynia władcy piorunów”, której autorem jest Marcin Kozioł? O Tesli. Jezu Maria, jeśli teraz dzieciaki zaczną eksperymentować z elektrycznością w taki sposób, jak to robił Tesla , to może być nieźle wesoło.
[02:27:27] - A jeśli prawdą jest to, że Tesla zorganizował katastrofę tunguską, bo i takie teorie są, to może być ciekawie.
[02:27:38] - No widzisz.
[02:27:40] - Może być ciekawie.
[02:27:40] - Ta drobna komnata w tej piramidzie, to spokojnie można zmanipulować takie coś.
[02:27:51] - Wróćmy jeszcze w takim razie do historii, bo ci przerwałem opowieść zgodnie z tradycją ugruntowaną i z takimi moimi pasjami to robię. Zacząłeś mówić o swoim przyjacielu filozofie.
[02:28:09] - To znaczy nie.
[02:28:10] - O podawaniu wiedzy.
[02:28:12] - To, że można wykorzystywać tą świeżą zupę, to jest oczywiste. Natomiast rodzicom nie powinno padać ręce również przy próbach przemycenia czegoś, zanim jeszcze dziecko nabierze własnej świadomości i ukształtuje swój światopogląd. Otóż takim przykładem tego może być jeden z takich bydgoskich filozofów i profesor filozofii, ale również poeta, który zrobił taki zabieg ze swoim wnukiem, ale zrobił to straszliwie wcześnie, kiedy ten wnuk miał jeszcze sześć, siedem lat, dokładnie w tym czasie, ku przerażeniu swojego własnego syna, który stukał się w głowę, co ten dziadek zwariował, zidiociał i co on wciska temu gówniarzowi mojemu, jakieś takie rzeczy. Otóż ten profesor filozofii poeta oszalały trochę wcisnął temu małemu siedmiolatkowi konia trojańskiego, Medeę, czyli zaklinającą nieuważnych w kamień, labirynt, po którym się Tezeusz włóczył, ciągnąc złotą nić i tak dalej. On mu naopowiadał te wszystkie historie wtedy, kiedy jeszcze to dziecko nie łyknęło żadnych innych, jeszcze nie za bardzo łapało filmy, które by samo rozumiało. Natomiast zaczęło się bawić. Koń trojański szybko przemówił i tak jak ty robisz, nagle ten dzieciak zaczął robić w domu konie trojańskie, w dłóżkę wciskał coś, bo to jest koń trojański i tak dalej. Gorzej było z obcinaniem głowy Medei, może były komplikacje, więc tu się potykał. I otóż można zrobić taki zabieg i dzięki temu to dziecko wcale nie będzie mądrzejsze od tego dziecka, które nigdy w życiu nie usłyszało o Tezeuszu i o Odyseuszu i o historii Troi. Natomiast wzbudzenie ciekawości będzie zawsze plusem.
Ta ciekawość może być budzona różnymi drogami, albo właśnie w taki sposób zabawowy, kiedy jesteś mądry, coś wiesz i sprzedaj to gówniarzowi lekką ręką albo napisz coś współczesnego dla młodzieży o jej współczesnych, o dzieciakach w świecie, w którym oni żyją.
[02:31:11] - Ja ci powiem, że coś w tej Bydgoszczy jakiś taki klimat widać jest, bo ja po raz pierwszy z mitologią, jak wspomniałeś o tym wnuku, zetknąłem się też w jakimś takim... Kto mi to podsunął? Być może któryś z rodziców. Muszę sprawdzić w historii rodziny, kto był tak przewrotny, bo w pewnym momencie w swoich książkach, wtedy jeszcze dziecinnych w gruncie rzeczy, znalazłem „Mitologię” Markowskiej.
[02:31:42] - Kiedyś w każdym domu polskim była.
[02:31:45] - Ale ona była w moich książkach, więc ja nie wiem, skąd się wzięła.
[02:31:48] - Ktoś podłożył.
[02:31:49] - Tak, ktoś perfidnie podłożył. Teraz sobie zdałem z tego sprawę, że ona tam się chyba przypadkowo nie znalazła, jak powiedziałeś historię swojego przyjaciela, bo ja ją tam znalazłem i zacząłem czytać. A ponieważ w przeciwieństwie do „Mitologii” Parandowskiego czy do „Mitologii” Grapesa, czy późniejszej Kubiaka, ale wtedy jeszcze nie było tej „Mitologii”, ta „Mitologia” Markowskiej jest napisana bardzo prostym językiem. W dodatku jest pozbawiona, a w każdym razie bardzo mało jest takiej seksualności w tej „Mitologii”. Być może dlatego mi ją podrzucono.
[02:32:25] - Czy są tam fotografie rzeźb?
[02:32:27] - No są, Wenus.
[02:32:28] - To była pierwsza kobieta naga, którą w życiu widziałem.
[02:32:32] - Dokładnie. Więc to był ten jedyny element seksualny, który był. Ale w ogóle sama treść jest troszeczkę tej seksualności wypompowana, wypompowała autorka. I te mity to są takie bajeczki. Ja sobie te mity przeczytałem od deski do deski. Bardziej mi się podobały te greckie niż rzymskie.
[02:32:53] - Były ciekawsze.
[02:32:54] - Jakoś tak mi bardziej leżały. I wyobraź sobie szczeniaka, który do trzeciej klasy chodzi i ma mitologię w małym palcu, bo zapamiętywałem to na zasadzie bajek. A o tym takie szczegóły. Dzieci mają umysły chłonne jak gąbka. Kiedyś byłem dzieckiem i miałem taki umysł. Dzisiaj już takiego nie mam. Więc wchłonąłem tę książkę prawie w całości.
[02:33:22] - Stała się jeszcze wątroba.
[02:33:23] - Wątroba. Chłonna. Niezwykle. W każdym razie wchłonąłem i nagle zacząłem sypać. Oczywiście każdy dzieciak się musi popisywać swoją wiedzą. Przynajmniej ja. Byłem zawsze człowiekiem próżnym i się popisywałem. Zacząłem się popisywać, budząc pewną fascynację. Ale w gruncie rzeczy w moim pokoleniu — jak to brzmi tragicznie — to nie było takie dziwne, bo nie byłem jedyny. Bo to były czasy jakżeż odległe, kiedy po „Dzienniku” w niedzielę leciała sobie „Odyseja” na przykład.
Taka zrealizowana. W dodatku ja jeszcze wcześniej... Dlaczego z taką przyjemnością sięgnąłem po te mity Markowskiej? Otóż dlatego, że obejrzałem sobie historię Heleny trojańskiej w jakimś takim, nie pamiętam, co to za film był, chyba telewizyjny. Całą wojnę trojańską obejrzałem. Zafascynowała mnie niezwykle. Bardzo kibicowałem Trojańczykom, żeby im się udało to miasto obronić. Nie znałem historii, w związku z czym prawie do końca filmu byłem przekonany, że im się uda. A jak Grecy zniknęli i został tylko koń, to już byłem przekonany, że się udało. Bardzo byłem zawiedziony.
Ale to był pierwszy kontakt ze starożytnością i później łatwiej mi było czytać mity. Natomiast tak jak powiedziałem, po „Dzienniku” w niedzielę leciała sobie „Odyseja” i oglądałem z wypiekami na twarzy przygody Odyseusza. A to z Kirke, a to z Cyklopem, a to gdzieś tam jeszcze. Było to niezwykle fantastyczne. Już wtedy się fantastyką interesowałem, w związku z czym chłonąłem. Jakiś czas potem, niejako siłą rozpędu, pokazano również w telewizji, też w niedzielę, „Eneidę”. Wydaje się, że to jest dzisiaj rzecz, której przeczytać nie można, ale sfilmowano ją całkiem sprawnie i też oglądałem to z fascynacją. Najśmieszniejsze było to, że jeden z największych łotrów w mojej klasie w pewnym momencie na boisku, kiedy graliśmy w piłkę, powiedział przeciwnikowi z drużyny, która nie chciała dać sobie napukać do zera, tylko trochę się nam opierała, jednemu z napastników, że wydłubie mu oko jak Cyklopowi. Powiem ci szczerze, że to był taki irracjonalny tekst, jak sobie dzisiaj o tym pomyślę, ale wtedy to był kod, który był zrozumiały.
[02:36:26] - Tak, wszyscy oglądali film.
[02:36:27] - Wszyscy oglądali film i natychmiast został zrozumiany i przekaz nastąpił.
[02:36:35] - Pełny respekt.
[02:36:36] - To ci powiem, taka historia. Mam też ciekawą historię z czata. O35 napisał, że jeśli mowa o „Krzyżakach”, to przypomniała mi się lekcja religii, na której ksiądz mówił: „My, Polacy pod Grunwaldem, jak chrześcijanie śpiewaliśmy „Bogurodzicę”, a Krzyżacy co? Śpiewali swoje Hailu.” Niezła historia.
[02:37:07] - Przyznam się, że-
[02:37:08] - Ale przepraszam, taki jest przecież film „Krzyżacy”. Dokładnie.
[02:37:14] - Pam taram dam.
[02:37:15] - Tak.
[02:37:16] - Ale Hail Mary.
[02:37:20] - Dobrze. Powiem ci tak: to jest kolejny moment, kiedy Ivellios może zanotować, że czas na kolejny fragment książki „Tajemnica przeklętej harfy”, którą napisał Marcin Kozioł. Marku, prosimy.
[02:37:40] - Spacer z targu w ruchliwym mieście do świątyni, w której mieszkała dziewczyna, tym razem dłużył się Bentresyt wyjątkowo. Szła ze spuszczoną głową, pogrążona w niedających jej spokoju myślach. Dopiero kiedy drogę zastąpiła jej grupa małych urwisów, rozchmurzyła się nieco. Chłopcy mieli nie więcej niż siedem lat, a każdy z nich świecił niemal zupełnie ogoloną głową. Zgodnie ze zwyczajem i modą na ogolonej skórze pozostawiono sięgający do barków solidny pukiel, często spinany nie z tyłu, ale z boku głowy, przez co figlarnie zasłaniał jedno ucho. Dziewczyna często zastanawiała się, dlaczego rodzice wybierali taką osobliwą fryzurę dla swoich dzieci, ale szybko doszła do wniosku, że to po to, by mieli za co targać niesforne pociechy i przywoływać je do porządku. „Zobacz, co dostałem. No zobacz, Bentresyt” — chwalił się jeden z chłopców, który nieraz spotykał już tę dziewczynę, a czasami spędzał całe przedpołudnie na rozmowie z nią i zabawie. O ile tylko udało jej się wyprosić u kapłana Antella kilka wolnych godzin. Bentresyt obejrzała trzymaną przez chłopca glinianą figurkę zabarwioną na niebiesko.
„Piękny hipopotam. To prezent?” „Tak, od taty. Ale to nie hipopo coś tam. To pan burz, ciemności i chaosu.” „Setech? No może trochę” — uśmiechnęła się. Wygląda groźnie, ale nie tak jak prawdziwy Setech. Chłopiec nieco zdziwił się, bo figurka hipopotama, zwierzęcia, które często było utożsamiane z tym bogiem, wyglądała według niego dość przerażająco, czyli akurat w sam raz, by zabawa była przednia. Nie znał jednak zapewne historii o tym, jak to bóg Set, nazywany też w Egipcie Setekhem, podstępnie zabił swojego brata Ozyrysa. Jego żona Izyda poskładała poćwiartowane ciało, formując coś w rodzaju mumii i cudem ożywiła małżonka, który od tej pory króluje w świecie zmarłych. Bentreshyt nie chciała, by chłopiec nabawił się koszmarów.
Nie przypominała więc tej opowieści ani nie wdawała się w szczegóły. Drugi z malców podbiegł i pokazał jej drewniany bumerang, podobny do tych znacznie większych, których mężczyźni używali na polowaniach. Inny znów pochwalił się drewnianą figurką krokodyla z poruszoną sznurkiem paszczą. A na koniec kolejni dwaj chłopcy przynieśli wykonaną z kawałków drewna i wypełnioną pierzem piłkę, którą dzieci próbowały do siebie rzucać. Ale żeby nie było za łatwo nią rzucić ani tym bardziej złapać ją w powietrzu, uczestnicy zabawy musieli siedzieć na ramionach innych dzieci. „Ja tylko raz dostałam w dzieciństwie lalkę z drewna. Gdy jeszcze żyła moja mama” – westchnęła Bentreshyt, ale szybko zorientowała się, że jako osoba dorosła, odpowiedzialna i oddana służbie bogini Izydzie nie powinna dzieciakom zakłócać chwili radości. Za kilka lat te maluchy też wkroczą w dorosłe życie. Jako synowie skrybów, czyli ważnych urzędników potrafiących posługiwać się skomplikowanym pismem hieroglificznym, a także umiejący liczyć i planować, mogli chodzić do szkoły przy świątyni. Po zakończeniu nauki, ledwie w wieku 12 lat mieli odziedziczyć po ojcach zawód i rozpocząć pracę.
„Cóż to za okazja? Wszyscy coś dostaliście? Ależ piękne te prezenty” – uśmiechała się Bentreshyt. „To nagrody za postępy w nauce” – powiedział dumny z siebie chłopiec. „Tak, ojcowie nam je dali. Nauczyciel nas pochwalił” – dorzucił drugi. „Dostaniemy też solidne nowe kalendarze i nowe trzcinki do pisania” – dodał trzeci. „A gdy będziemy dalej tak dobrze się uczyć, ojcowie zrobią składkę i kupią nam grę planszową.” „Grę planszową?” – zdziwiła się Bentreshyt, bo jej taty nigdy nie było stać na tak kosztowne prezenty. „Tak. W psy i szakale.
Nie znasz tej gry?” – zdziwił się. „Wyrzeźbione z kości główki psów i szakali doczepione są do patyków. Wędrują po planszy w taki sposób, żeby...„ „Wystarczy już tej paplaniny” – przerwał surowy głos nauczyciela wychodzącego z zaułka. Zmierzył chłodnym wzrokiem rozemocjonowane dzieci. „Żeby mieć taką grę, powinniście jeszcze sporo się nauczyć. Zatem biegiem do domu. Jutro w szkole sprawdzian” – przypomniał nauczyciel, a spłoszone jego pojawieniem się dzieci rozbiegły się we wszystkie strony i pochowały po kątach. „O, coś zgubiły.” Bentreshyt podniosła z ziemi glinianą figurkę, od razu rozpoznając w niej podobiznę boga Bes. Nie dało się go pomylić z żadnym innym. Ten skarziony karzełek z wywieszonym językiem i dużymi uszami przypominającymi uszy jakiegoś zwierzęcia, koroną ze strusich piór i lwią skórą na ramionach od razu rzucał się w oczy.
Tak, Bes należy do jednego z chłopców. Pewnie wysunął mu się z kieszeni. „Jak zwykle stroi miny. Ponoć po to, by odstraszyć bestie i węże. Ale ja myślę, że to po to, by poprawiać nam humor” – uśmiechnęła się dziewczyna. „Może to i to” – przyznał nauczyciel. „Proszę mi dać figurkę, a zwrócę ją chłopcom. Niech Bes ma ich jak zwykle pod opieką.” „Oczywiście, proszę bardzo.” Bentreshyt uprzejmie oddała znalezisko nauczycielowi. „Wracasz do świątyni?” – zapytał. „Tak, ale zanim wrócę do codziennych obowiązków, kapłan Antef nakazał mi uporządkować papirusy w bibliotece pod świątynią.” „Zatem nie zatrzymuję.
Spiesz się, spiesz. Nie warto Antefowi się narażać.” Pomachał dziewczynie na pożegnanie i ruszył w swoją stronę. Wkrótce Bentreshyt dotarła do murów świątyni w Abdos i bocznym, znanym tylko nielicznym osobom wejściem dostała się do podziemnego korytarza prowadzącego do ukrytej pod ziemią biblioteki. Pośrodku głównej sali znajdował się kamienny stół, na którym rozłożono wiele papirusów. Pod wszystkimi bocznymi ścianami stały drewniane regały albo raczej solidnie ociosane, gładkie belki skrzyżowane ze sobą w literę X. Układano na nich zwinięte w rulony i posegregowane według tematu i autora papirusy zawierające ważne dokumenty urzędowe, zarządzenia faraonów, ale też historie o bogach i pisma mędrców, które potrafiły pochłonąć Bentreshyt na długie godziny. Dzięki wyjątkowo pojętnej mamie już w pierwszych latach swojego życia zaczęła uczyć się czytać. Kiedy trafiła do świątyni, miała okazję przysłuchiwać się lekcjom w szkole i nauczyła się zarówno biegle czytać, jak i pisać. Dlatego praca w bibliotece była dla niej nie tylko obowiązkiem, ale i przyjemnością. Mogła dzięki niej przenosić się w odległe strony świata, poznawać obyczaje bogów i dotykać skrawka wiedzy, o czym większość biednych dziewcząt w ogóle nie mogłaby marzyć.
Bentreshyt podeszła do rozłożonych na stole papirusów. Delikatnie podniosła pierwszy z nich, czyniąc to z takim namaszczeniem, jakby oczekiwała, że ów papirus przemówi i wyrazi zgodę na przeczytanie i odniesienie go na miejsce. „Do roboty. W każdej chwili może zejść tu kapłan i sprawdzić, czy się już z tym bałaganem uporałam” – mówiła do siebie. Każdy z papirusów dokładnie badała. Wczytywała się w zapiski i próbowała określić, skąd został wyciągnięty. Potem zwijała ostrożnie w rulon i odnosiła na miejsce. Tup, tup. Dziewczyna zamarła w bezruchu. Dźwięk kroków powtórzył się.
Bentreshyt nie sądziła, że w bibliotece może być ktoś oprócz niej. Ale nie, tym razem nie mogła się mylić. Przyszedł na pewno przed nią. Inaczej zauważyłaby, że nadchodzi. Może to kapłan Antef ukradkiem przyglądał się jej pracy? A może jakaś kapłanka zastała w chłodnym wnętrzu, chroniąc się przed słońcem i teraz próbuje wymknąć się niepostrzeżenie? Tup, tup. Nagle serce Bentreshyt zabiło mocniej niż zwykle. Nie wiedziała, kto stoi za jej plecami, kto zbliża się do niej. Nie bała się, a mimo to jej serce dudniło jak zwariowane.
Obróciła się na pięcie, jakby zaraz miała zobaczyć ducha albo egipskiego boga. Patrzył na nią sam faraon Seti I, Bóg na ziemi. Ten sam, którego kilka tygodni wcześniej spotkała w ogrodzie przed świątynią. Ten sam, który ośmielił ją, by przemówiła i spojrzała mu w oczy. Ten, który oczarował ją i przeraził. Przecież złożyła już śluby czystości i oddania bogini Izydzie. Nie mogła więc pozwolić, by jakiś mężczyzna, nawet sam faraon, zawrócił ją z tej drogi. Nesut Biti. Pokłoniła się, ale nie potrafiła oderwać od niego oczu. Faraon uśmiechnął się.
„Jesteś cudem” wyszeptał, próbując dotknąć złotych włosów dziewczyny, ale ta nieoczekiwanie zrobiła krok w tył. „Nie bój się. Ja się nie boję.” „Nie? To czemu uciekasz?” „Nie uciekam.” „A czemu tak bije ci serce, że słyszę je tutaj dwa kroki od ciebie?” Zaśmiał się Seti. „Nie bije. To znaczy bije, ale sama nie wiem, dlaczego tak szybko, tak mocno” plątała się. „Zobacz, jak mocno bije moje.” Faraon gwałtownie zbliżył się do dziewczyny i chwycił jej dłoń. Przyłożył ją do swojej klatki piersiowej, ale nie na prawo od mostka, gdzie można by się spodziewać serca. Położył ją dokładnie po przeciwnej stronie, a mimo to dziewczyna wyczuwała mocne uderzenia serca pod swoją drobną dłonią. „Serce po prawej?” pisnęła.
„Nie rozumiem. Zapominasz chyba, że jestem bogiem” uśmiechnął się raz jeszcze faraon, wyraźnie zadowolony z tego, że udało mu się zadziwić dziewczynę niezwykłą, bardzo rzadką, ale i u zwykłych ludzi spotykaną cechą. „Naprawdę nie rozumiem” namrotała, a jej serce biło jeszcze szybciej i mocniej niż przedtem. I nie wiedziała już, czy to z jakiegoś niepojętego lęku, czy też z zupełnie innej przyczyny. „Przyglądałem ci się, kiedy posługiwałaś w świątyni” rzekł w końcu faraon, przyciągając ją do siebie. „Patrzyłem, kiedy przycinałaś krzewy w ogrodzie. W końcu zastałem cię w Ozyrionie, kiedy kąpałaś się w świętej wodzie.” „To byłeś ty? Menma Tra?” „Tak, to byłem ja.” „Wiedziałam. Wiedziałam.” Dziewczyna wzdrygnęła się i wyrwała z objęć faraona. „Ja nie mogę.
Nie mogę myśleć o tobie, Nesut Biti. Nie mogę.” „Bzdury” żachnął się faraon. „Ale to prawda. Ofiarowałam swoje życie bogom. Oddałam się pod opiekę Izydy i tylko jej ślubowałam posłuszeństwo.” „Bzdury” powtórzył. „Ja też jestem bogiem tu na ziemi. I jeśli mówię, że to bzdury, to znaczy, że tak właśnie jest. Słyszałem, jak bije twoje serce. Wiedziałem, jak wtedy w Ozyrionie błądziły twoje myśli.” „O tobie, panie” wyszeptała, choć rozum podpowiadał, że nie powinna. „No i to właśnie chciałem usłyszeć” rozpromienił się faraon, czując, że jest już o krok od celu.
Chwycił dziewczynę i raz jeszcze przytulił do siebie. A ta nie potrafiła dłużej z nim walczyć. Z nim ani ze sobą i uczuciem, które kiełkowało w niej od tygodni. W końcu on był bogiem, a ona młodą kobietą. Wiele jej rówieśniczek niedługo miało wyjść za mąż, a ona postanowiła ślubować oddanie bogini. Mimo to, skoro sam Bóg zachęcał ją do tego, by nie tłumiła uczuć, postanowiła złożyć broń. Spojrzała faraonowi głęboko w oczy. Ten musnął delikatnie jej usta. To był pierwszy pocałunek, który złożył na nich mężczyzna. Świat wirował jej przed oczami, a to chciała się wyrwać z objęć, a to przytulić jeszcze mocniej.
Odwróciła głowę, przykryła dłonią usta, próbując zetrzeć z nich ślady pocałunku. Chwilę później spojrzała odważnie w oczy faraonowi i nie mogła się już od nich oderwać. Zbliżyła swoje usta i odwzajemniła pocałunek. Za moment odepchnęła jednak władcę. Ten jednak zdążył wcisnąć jej w dłoń złoty klejnot. Już miała wyrzucić podarunek, ale szybko zmieniła zdanie, kiedy Seti poprosił. „To skarabeusz. Miej go zawsze przy sobie, blisko serca. Jeżeli czujesz to, co ja.” Zamknęła podarek w dłoniach, a wielka kryształowa łza spłynęła jej po policzku. „Ja zachowam drugi.
Taki sam jak ten, który daruję tobie Bentreshyt.” "Jeżeli miałbym odejść przed tobą, każę poddanym włożyć go w miejsce swojego serca. Tak zostanę pochowany. Na znak miłości, która nigdy nie zgaśnie i nawet śmierć jej nie pokona." Bentreshyt w najśmielszych snach nie marzyła, że kiedykolwiek usłyszy takie słowa od mężczyzny. A tym bardziej nie marzyła o tym, że wypowie je sam faraon. Zmrużyła oczy, a po chwili, jakby wybudzona ze snu, otrząsnęła się i pobiegła w stronę kamiennych schodów. "Co tu się dzieje?" — wrzasnął kapłan Antef, kiedy zderzyła się z nim na szczycie schodów przed wyjściem z podziemnej biblioteki, trzęsąc się cała i roniąc łzy, które spływały po jej rozpalonych policzkach. Mała Dorothy otworzyła oczy. Sypialnia tonęła w ciemnościach. Po chwili jednak wątły płomyk księżycowego światła odszukał szczelinę pomiędzy zasuniętymi kotarami i jak nieproszony gość wtargnął przez nią do wnętrza pokoju. Światło oparło się na ramie drzwi prowadzących na korytarz, wyznaczając drogę w kierunku schodów.
Tych schodów, na których kilka dni wcześniej potknęła się i niemal straciła życie. Trzylatka usiadła na łóżku. Nie zwróciła nawet uwagi na leżącą tuż obok niej mamę, która od czasu wypadku nie odstępowała jej na krok ani w dzień, ani nocą. Jakby sądziła, że jakieś licho uparcie czyha na życie Dorothy. Dziewczynka zsunęła się z łóżka i zaczęła iść po drewnianej podłodze za poświatą księżyca. Ta zdołała wedrzeć się ledwie do połowy korytarza, ale to wystarczyło, by wyznaczyć drogę do miejsca, w którym zaczynały się schody. Te schody. Skrzypienie starych desek w podłodze obudziło matkę. Nie zastanawiając się ani chwili, wyskoczyła z łóżka i wybiegła na korytarz. "Dorothy!
Dorothy, stój!" — wołała. Zaledwie krok dzielił dziecko od pierwszego stopnia. Dziewczynka nie odpowiadała. Zdawała się nie słyszeć matki. Zatrzymała się co prawda przed schodami, ale nie ze względu na nią. Wyglądała tak, jakby czekała na polecenia, które dyktował głos, którego nikt inny nie mógł słyszeć. Już miała skręcić w lewo i skierować się w dół ciemnych i wąskich schodów, kiedy nagle obróciła się na pięcie i niespiesznie ruszyła w stronę mniejszego pokoju. W kącie stał stary sekretarzyk. Mebel przypominający biurko z papierem, kałamarzem i zatemperowanymi ołówkami. Podeszła do niego, wdrapała się na krzesło i nie zważając ani na obecność matki za plecami, ani na ciemność, która mogłaby przerazić każdą inną trzylatkę, zaczęła rysować coś na leżącej na biurku kartce.
Jej drobna rączka poruszała się sama, jakby bez wiedzy i udziału jej właścicielki. W pokoju tonącym w ciemności Dorothy nie mogła wiedzieć, co rysuje. Caroline Edy położyła dłoń na ramieniu córki. "Córeczko, kochanie." Dorothy milczała, wciąż nie przestając rysować. Choć wzrok matki przyzwyczaił się do ciemności, nie była w stanie przekonać się, co jej córka z takim zapałem kreśli po omacku. "Dorothy, słyszysz mnie? Kochanie." Dziewczynka wypuściła w końcu z rąk ciężki ołówek, a ten upadł na blat sekretarzyka z takim hukiem, jakby ważył co najmniej kilogram. Rozejrzała się zdezorientowana. Nie rozpoznawała miejsca, w którym się znajduje. Dopiero kiedy matka nachyliła się nad nią i wzięła na ręce, zrozumiała, że jest w małym pokoju obok sypialni.
"Co robisz, Dorothy?" Dziewczynka nie odpowiadała. Nie dlatego, że nie chciała. Po prostu nie potrafiła sobie przypomnieć, jak tu trafiła i co miała zamiar zrobić. Pamiętała jednak dobrze co innego. "Mamusiu, ja tam byłam." "Gdzie, kochanie? Gdzie byłaś?" "W wielkim kamiennym domu z ogromnymi kolumnami."
[02:56:02] - Warto nawiązać do tego, co nam autor serwuje. Otóż tak jak powiedziałem, ta historia z Egiptu, jeszcze z kotem cierpiącym na nadwagę, to jest dla mnie absolutny hicior. Ja tu zadeklarowałem wcześniej, że się poczułem nastolatkiem i czytałem książki. Myślę, że zaletą tej książki, jednej i drugiej, i „Skrzyni władcy piorunów” i „Tajemnicy przeklętej harfy” jest to, że pomimo że udawałem nastolatka, to też bawiłem się nieźle jako zupełnie nie nastolatek z pewnym bagażem na grzbiecie lat. Myślę, że każda inteligentna książka tak właśnie funkcjonuje, bo ta książka bawi zarówno młodych, jak i starych. Stary to ja. Przyznaję się bez bicia. Tam się znajdują takie elementy, które może nie zawsze są czytelne dla tego docelowego czytelnika, czyli nastolatka, ale ubawią też osobę starszą. To troszeczkę tak działa jak współczesne animowane filmy. Zauważ, że tam jest warstwa dla widza młodego i warstwa dla rodziców, którzy przychodzą jako obstawa do kina.
[02:57:33] - Mhm.
[02:57:34] - Chodzi o to, żeby ten rodzic nie wynudził się na tej bajce, żeby ta bajka nie dobiła go, nie wbiła go w fotel, nie uśpiła.
[02:57:42] - Oczywiście się nie nudziłem na żadnych bajkach. Ale widzisz, jak nawiązałeś do tych książek, do tego drugiego tomu, czyli o tajemnicy przeklętej harfy i wspomniałeś tego kota, który tam cierpi na nadwagę. I zwróć uwagę, autor znowuż jest na czasie. Otóż wzorem Ameryki, Polska w tej chwili w Europie, jak rozmawiałem z córą, która medycynę kończy studiować, to Polska jest w tej chwili absolutnie w Europie na pierwszym miejscu w przybieraniu na wadze, przede wszystkim przez dziewczynki. Czyli przoduje w Europie w otyłości. I jak tu się nie utożsamiać z tym kotem? Wszystkie młode dziewczyny czytając tą książkę będą przeżywały problem tego kota. I znowuż autor trzyma rękę na pulsie wydarzeń. Bardzo mu gratuluję, bo to jest świetny pomysł.
[02:58:44] - Tak, jeśli mowa o kocie z nadwagą, to ja powiem, że to jest-
[02:58:48] - Skomentuję to, co przed chwilą powiedziałem cytatem z tej książki: „Bzdury! — żachnął się faraon. Ale to prawda. Ofiarowałem swoje życie bogom”. I tak dalej. Akurat coś takiego mi się otworzyło.
[02:59:05] - Ja powiem tak à propos kota: poza tym, że cierpi na nadwagę, to jest to postać intrygująca, fajnie nakreślona. O ile jesteśmy po pierwszym tomie przyzwyczajeni do Spike’a, który sobie swoje rzeczy myśli, kombinuje i pamięta swoje wcielenia, to tu nagle się pojawia ten kocur . Jest jak to kot. Znowu autor jest dlatego taki wiarygodny, bo myślę, że fajnie zarysowuje charakter kota. Ktoś powie: co to za problem? Wszyscy wiedzą, że koty to indywidualiści.
[02:59:54] - Od paru tysięcy lat wiemy, ale też, tak jak żeśmy powiedzieli, to wszystko trzeba uaktualniać. Każdy wpis w internecie, każdą informację w tej chwili w internecie, co robimy? Uaktualniamy. Nie może być informacji, która po prostu jest i leży. Jeśli będzie tam leżała i nikt jej nie uaktualni przez najbliższe dwa, trzy miesiące, to znaczy, że jest nieważna i że można ją wyrzucić.
[03:00:22] - Ale jeszcze jednej ważnej rzeczy nie powiedzieliśmy. Słuchaj, to objawy starczej sklerozy albo czegoś jeszcze gorszego. Przecież nie powiedzieliśmy o ważnej rzeczy, która wiąże się z Tomem. Bo tak sobie powiedzieliśmy, że on udziela korepetycji Julce, że to, że tamto. Ale przecież Tom specyficznie postrzega świat. O, tak to określmy. Jest synestetykiem. Mieszają mu się odczucia. Potrafi, ja w tej chwili nie pamiętam, ale widzieć kolor dźwięków na przykład. Znowu autor przecież porusza bardzo ważne, ja nie wiem, czy to jest ważne, ale intrygujące zjawisko.
[03:01:13] - To zjawisko jest w tej chwili strasznie intrygujące i zawsze zresztą było. Szczególnie w małżeństwach, nie?
[03:01:20] - Rozwiń myśl, bo ja się nie odważę.
[03:01:24] - Sam nie wiem, czy bardziej ją kocham, czy nienawidzę.
[03:01:26] - Nie, to nie o to chodzi. Zupełnie nie. Nie. Chodzi o to, że smakowanie dźwięków albo widzenie ich kolorów, to jest jakby można świat odkryć pełniej. Skąd się bierze to zjawisko? Podobno jest tak, że część ludzi, część populacji ma w mózgu więcej połączeń niż trzeba. Nawet właściwie nie wiem, czy trzeba, czy może właśnie dobrze, że ma te połączenia i tak im się pewne odczucia zmysłowe zaczynają, trudno powiedzieć mieszać, ale nakładać w pewnym stopniu. I ja powiem tak: znowu autor stworzył taką postać, ale przecież nie stworzył jej bez sensu. To znowu jest stworzone po coś. Ja w ogóle cenię sobie takie książki, w których sytuacje, które są stwarzane przez autora, dzieją się po coś.
Mamy niestety taką modę w tej chwili, że spora część autorów tworzy takie książki, w których rzeczy dzieją się niektóre z sensem, a niektóre bez sensu.
[03:02:42] - Wymyślone sztuka dla sztuki. Same dla siebie po prostu. Nie patrząc na to, żeby po prostu zwyczajnie w miarę szybko przebiec obok współczesności i pobiec sobie dalej w przyszłość. Ta książka jest po prostu lekka, łatwa i przyjemna, ale co nie znaczy nierozumna, niemądra. Bo ona jest mądra, ona jest spokojna. Ona jest luźna, po prostu. Nie ma tego nadęcia, zadęcia i tak dalej. Nie ma wszystkiego złego, co by na dobre nie wyszło.
[03:03:16] - Ale żeś pojechał w tej chwili. Powiem tak: ja myślę, że myśmy się już tyle nachwalili tej książki, że dzisiaj jesteśmy już z całą pewnością podejrzewani o brak jakiegokolwiek obiektywizmu. Ale ja znowu podkreślę, że tak, przyznaję się, ja jestem tą książką Mocno. Szukam jakiegoś słowa takiego. Podżółć, Wiktor. Zafascynowany to będzie brzmiało głupio, więc jestem tą książką.
[03:03:52] - Uroczony.
[03:03:53] - Zauroczony. Tak. Sympatycznie zauroczony, bo naprawdę ona rzeczywiście mnie cofnęła do dzieciństwa. Rzeczywiście odkryłem coś nowego. Poczułem się tak, dokładnie tak, jak dzisiaj tu niektórzy uczestnicy czatu zauważyli, jak czytali po raz pierwszy Marka Piegusa "Wakacje z duchami" czy tego rodzaju hiciory naszej młodości. Czy jeszcze ktoś pamięta, jak się człowiek wtedy czuł? Bo ja jak czytałem "Wakacje z duchami", to miałem poczucie tego, że, oczywiście zachowując pełną miarę, ja nie wiem, czy ja byłem później tak wzruszony czytając Dostojewskiego.
[03:04:41] - Po prostu to jest zupełnie inna.
[03:04:43] - Oczywiście, że tak. Ja to oczywiście zastrzegam, że nie staram się nawet stawiać na tej samej półce, ale chodzi o to, że dzieciak.
[03:04:54] - Tak.
[03:04:55] - Jego wzruszenie, poruszenie.
[03:04:57] - Boże mój, myśmy potrafili nie spać całą noc, bo czytaliśmy książkę.
[03:05:04] - Przy latarce pod kołdrą.
[03:05:05] - Czy ktokolwiek nie spał książki po przeczytaniu kawałka "Imienia róży"? Wszyscy spali i to jeszcze lepiej, bo była nudna.
[03:05:14] - Nieprawda. Ja czytałem ją prawie cięgiem.
[03:05:18] - Tak, ale nie spałeś w nocy? Spałeś spokojnie. Natomiast dziecko potrafi tak przeżywać nie tylko po filmie.
[03:05:27] - Tak. Ale wiesz, o czym ty właśnie powiedziałeś? O tym, że w tym czasie bycia nastolatkiem bardzo emocjonalnie przeżywamy książki. Kiedy czytamy, to je czytamy na całość. Jesteśmy w nich, niejako wchodzimy w nie. Później to się troszeczkę zaciera, bo kiedy jesteśmy nastolatkami, dużą rolę odgrywają emocje. Dlatego być może mi się przypominały te emocje. Kiedy jesteśmy dorośli, kiedy czytamy już Dostojewskiego, kiedy czytamy inne dzieła światowej literatury, to już je czytamy bardziej rozumem. Mniej emocji. Pewno emocje się pojawiają przy niektórych powieściach, przy niektórych opowiadaniach.
Są emocje, ale bardziej gra rozum. Już wiemy, już kalkulujemy. A to po to, a to zostało zrobione. Autor to chciał powiedzieć, to nam przekazuje. Przynajmniej ja tak mam. Niestety czasami nie mam przyjemności czytania dlatego, bo analizuję treść. Ale kiedy byłem nastolatkiem, to żyłem. Kiedy czytałem książkę, to żyłem w tym świecie.
[03:06:41] - Tak. Dobrze Marku. Ja mam taką propozycję. Ja ostatnią pochwałę wygłoszę. Mogę wygłosić ostatnią pochwałę tej książki.
[03:06:52] - I czas byłoby już kończyć audycję.
[03:06:54] - Bo według mnie innej pochwały na końcu wygłosić nie mogę. Otóż odniosę się do samej końcówki tej książki. Do podziękowań. Otóż ja jako nie tyle szalejący, nie tyle wojujący, ale raczej dworujący sobie szalejącego we współczesnym świecie feminizmu, mam swoją teorię i zawsze ją wygłaszałem, że tak naprawdę światem rządzą i rządziły kobiety, a nie mężczyźni. Feminiści mają na to swoje własne zdanie. Ale chcę powiedzieć, że właśnie w podziękowaniach do tej książki autor dał mi jeszcze jeden argument. Po prostu dołożył. Ja zacytuję to podziękowanie. "Dziękuję mojej ukochanej żonie Kasi Chrzanowskiej-Kozioł. Dzięki jej wierze w siłę tej opowieści i jej bohaterów, dzięki dopingowaniu mnie do dalszej pracy nad tekstem, recenzowaniu kolejnych tekstów i zawsze trafnym sugestiom udało mi się dotrzeć do ostatniego akapitu." I teraz ja mam pytanie: kto rządzi światem?
Kto w ogóle cokolwiek? Kto był autorem tej książki? Marcin Kozioł, ale również ta nieobecna, której nie ma na okładce, ale jest w podziękowaniach. Dziękuję, panie Marcinie.
[03:08:19] - Ty przeczytałeś podziękowania z pierwszego tomu, to ja dołożę z drugiego, bo autor jest niezwykle konsekwentny. "Szczególnie dziękuję mojej żonie Kasi Chrzanowskiej-Kozioł, która niestrudzenie dopingowała mnie do pisania i była pierwszą recenzentką tej powieści. Nade wszystko była też inspiracją, dzięki czemu przygodowa, detektywistyczna i pełna zagadek historia zyskała więcej romantycznych rumieńców, niż planowałem."
[03:08:48] - No widzisz.
[03:08:50] - Powiem tak, ale to się już przewijało w naszych audycjach, że takimi niemymi bohaterkami dla pisarzy, mówię o męskiej części ludzi piszących, są-
[03:09:05] - Muzy.
[03:09:05] - Są muzy, ich żony.
[03:09:09] - Ich żony.
[03:09:10] - Bo ty mówisz o tym aspekcie uniesienia, muzy, a ja mówię o tym prostym fakcie, że jak pisarz pisze którąś godzinę, to ktoś mu to jedzenie musi przynieść, bo inaczej padnie przy tej klawiaturze. I cud polega na tym, żeby trafić na kogoś takiego, kto cię zrozumie, że pisać musisz albo chcesz i nie traktuje tego jako fanaberie i idiotyzmy.
[03:09:35] - Wiesz co, jak ta dobroć w świecie jest nierównomiernie rozłożona. Pan Marcin Kozioł nie dosyć, że pisze dobre książki, to jeszcze ma dobrą żonę.
[03:09:46] - Ja też mam dobrą żonę.
[03:09:48] - Ale jest skrzynia. Dobrze niech będzie.
[03:09:56] - Tak jest. Cóż, Wiktorze, myślę, że czas pochwał już się skończył. Po prostu więcej pochwał wygłosić nie możemy. Jedyne, co mogę powiedzieć na koniec, to że warto się przełamać i sięgnąć po książkę dla nastolatków. Czy to „Tajemnicę przeklętej harfy”, czy „Skrzynię władcy piorunów” warto spojrzeć. Może wciągnie.
[03:10:19] - Nie przełamujcie się. Wreszcie podrzućcie to swoim dzieciom, jeśli je macie albo ludziom w wieku kilkunastu lat. Kupcie i podrzućcie tę książkę, bo to warto.
[03:10:34] - Warto. Teraz warto powiedzieć o tym, co w następnej audycji. Otóż w następnej audycji spotkamy się z książką. Jak to powiedzieć? Najlepiej, najprościej. Z książką pani Arlety Boyke „Władimir Putin. Wywiad, którego nie było”. To są reportaże, które opowiadają o tym, jak zajmowany był Krym i jak powoli rozgorzała wojna w Donbasie. Pani Arleta Boyke przez cztery lata była korespondentką Telewizji Polskiej w Moskwie. Poznała świat zza naszej wschodniej granicy dosyć dobrze i napisała książkę, która tak naprawdę nie jest autentycznym wywiadem z Władimirem Putinem, ale jest zbiorem reportaży, który opisuje to, co się na Wschodzie dzieje z różnych punktów widzenia.
Książka, która jednym może zmienić troszeczkę optykę, innych może nawet przerazić, jeśli mają jeszcze jakieś złudzenia. Myślę, że książka mądra i widać, że autorka ma pazur do reportażu. To jest książka, która udowadnia, że jest nie tylko dobrą dziennikarką telewizyjną, ale również nieobca jest jej sztuka reportażu pisanego. Opowiada historię naszych wschodnich sąsiadów w sposób frapujący i taki, który zachęca do czytania. Tak jak powiedziałem Arleta Boyke „Wywiad, którego nie było. Władimir Putin”. To za dwa tygodnie. Zapraszamy na audycję na żywo za dwa tygodnie, a za tydzień jak zwykle, jak wtedy powiedziałeś, z trupa, czyli z puszki. Kolejne wydanie ABW, już trzecie. Myślę, że z niezłym zestawem opowiadań.
Pojawią się wreszcie pierwsze kobiety, bo dotychczas byli sami panowie.
[03:13:19] - Pamiętasz, jak Pan Bóg stworzył świat? Najpierw był Adam, a dopiero później tam się...
[03:13:24] - Tak pojawią się pierwsze kobiety. Co więcej, pewną niespodzianką jest to, pamiętasz, w ostatniej audycji mówiliśmy o opowiadaniu jednej z autorek, które nie miało końca. Pamiętasz o tej złodziejce?
[03:13:39] - Tak.
[03:13:41] - Otóż autorka wykazała się niezwykłą sprawnością. Krótko po tym, jak dałem znać, że jej opowiadanie, które przesłała, nie może ukazać się z racji tego, że nie ma końca, dostałem-
[03:13:59] - To przesłała koniec bez opowiadania.
[03:14:01] - Nie. Okazała się bardziej sprawna. Przysłała opowiadanie z końcem, ale nowe opowiadanie, zupełnie nowe, z początkiem, środkiem i końcem i w dodatku z sensem.
[03:14:12] - O matko!
[03:14:14] - To było dla mnie fajne doświadczenie, bo miło jest poczuć, że czasami kilka słów napisanych w mailu, pewnego doradztwa, pewnej sugestii, może zaowocować czymś, że powstaje nagle nowe opowiadanie. To zawsze jest dla mnie ważny moment, przynajmniej pod tym względem. Także zapraszamy zarówno za tydzień na ABW numer trzy, jak i za dwa tygodnie na kolejny odcinek „Bibliotekarium”.
[03:14:48] - Ciekawe, czy znowu z tą technologiczną zagwozdką, czyli z problemami, czy bez problemów.
[03:14:54] - Myślę, że już bez problemów. Do tego czasu nawet najbardziej zepsuty laptop można reanimować.
[03:15:01] - Ale to jest reakcja łańcuchowa. Widocznie coś narasta. Jak cię rdyknie, to zobaczymy dopiero.
[03:15:09] - Zobaczymy. Także jeszcze raz wszystkiego dobrego dla wszystkich. Zapraszamy na kolejne audycje. Dobrej nocy.
[03:15:17] - Dobrej nocy.
[03:15:18] - I miłego czytania.
[03:15:20] - A mówili te słowa do państwa właśnie tutaj, właśnie teraz, prosto z Bydgoszczy gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz panowie.
[03:15:30] - Dobrej nocy.
[03:15:31] - Dobrej nocy.
[03:15:31] - A audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium Paranormalny głos w twoim domu. Dzisiejszy odcinek „Bibliotekarium” zakończymy utworem, który w pewien sposób nawiązuje i do psa, i kota pojawiających się w książkach Marcina Kozła oraz do niedawnego Święta Zmarłych i Zaduszek. Utwór pochodzący z kreskówki „Here Comes Garfield”, a dokładnie z nieprawdopodobnie wzruszającej sceny, w której Garfield żegna się z małym pieskiem Odie, mówiąc do niego: „Żegnaj, stary przyjacielu”. Raz jeszcze dziękujemy za uwagę i do usłyszenia w kolejnym odcinku, tym razem antologii „Bibliotekarium Warsztatów”, ABW i na żywo już za dwa tygodnie.
[03:16:59] - So long, old friend. I wish that I could see you once again. I never knew the time would come when I'd be losing you. I hope you know I never meant to treat you badly. And now I know just what a friend like you is for. I never thought that it would end so sadly and you'd be walking through that door. So long, old friend. I wish that I could see you once again. I never knew the time would come when I'd be losing you. I always thought our fun and games would just go on and on.
I never knew I'd have to say so long.