Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:34] - W Radiu Paranormalium witajcie bardzo gorąco i serdecznie. Już teraz rozpoczynamy kolejny odcinek audycji dedykowanej głównie molom książkowym, ale nie tylko. A mianowicie Bibliotekarium na żywo z Markiem Żelkowskim i Wiktorem Żwikiewiczem. Dobry wieczór panowie.
[00:56] - Dobry wieczór.
[00:56] - Dobry wieczór.
[00:57] - Audycję od strony technicznej oczywiście będę obsługiwał ja, Marek Sęk "Ivellios". A dzisiaj dowiemy się, jak to jest sprzedać duszę diabłu za kawałek chleba. Ale zanim przejdziemy do tematu diabła, który będzie protagonistą wszystkich przytoczonych dzisiaj opowiadań i w ogóle głównym bohaterem naszej audycji. Zanim przejdziemy do diabła, tradycyjnie podamy kontakty do Radia Paranormalium, bowiem Bibliotekarium, tak jak już mówiłem, jest realizowane w całości na żywo. Można będzie do nas dzwonić prawdopodobnie koło godziny 21:00, może 22:00. Zdecydowanie później, ale jednak będzie można. Nasze numery telefonów to 32 746 0008, 32 746 0008. Numer komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można oczywiście również do nas pisać cały czas na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02, 36 08 80 02.
Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu Infra, na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”. A jeżeli ktoś woli, to może nam również wysyłać pytania i komentarze, jakieś sugestie, może recenzje przytoczonych dzisiaj opowiadań na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Halo, halo, diabły z Bydgoszczy. Odbiór.
[02:45] - No to meldujemy się. Dzisiaj o diable. A to dlaczego? Pomyśleliśmy sobie, że zaistnienie trzynastej audycji do czegoś w końcu zobowiązuje. Skoro trzynastka tak różnie się ludziom kojarzy, ale najczęściej niezbyt sympatycznie, to postanowiliśmy wyciągnąć jakieś wcielenie zła. I diabeł wydawał się najbardziej pasować do tej roli. W związku z tym zajmiemy się dzisiaj diabłem. Diabłem w literaturze, ale zarówno tej wielkiej, wiekopomnej i która towarzyszy nam po pierwsze od dawna, bo na przykład męczy nas od czasu szkoły, ale też bywa przyjacielem wakacyjnych różnego rodzaju wypadów. Czy też jak deszcz pada, to też warto coś ciekawego poczytać. I czasami ten diabeł też się przydaje.
Zanim jednak o szczegółach, to powiedz Wiktorze, jak ty widzisz dzisiejszą audycję? O czym dzisiaj pogadamy?
[03:54] - Nie wiem Marku, ale tak jak mówisz, to pytanie jest, od czego zaczniemy? A ja mam duży problem, bo wiedza o tym, od czego się zaczyna, właściwie zmierza ku temu, że do wieku wiedzy jak skończymy? A o tym pojęcia nie mamy. Tym bardziej, że temat dosyć śliski. Ja już z tym diabłem mam pewien problem. Taki wierzący. Widzisz, jak zmierzałem sobie chodniczkiem w stronę bydgoskiej rozgłośni Radia Paranormalium, to fundnąłem sobie po drodze „Wiedzę i Życie” oraz amerykańskiego „Scientific American”. I tak szedłem, szedłem, szedłem i poczułem w pewnym momencie wielki ciężar pod pachą. Może dlatego, że akurat trzymałem pod lewą ręką te dwa czasopisma, bo były blisko serca. Ale one były coraz bardziej ciężkie.
Naprawdę zaczęły mi ciążyć. Zwolniłem kroku. Ale jestem racjonalistą, jakoś ich ciężar przerastał moje wyobrażenia, więc zirytowany zajrzałem do środka jednego z pism i odkryłem przyczynę. Prostą. Diabeł. Bardzo prosta rzecz. Po raz trzeci potwierdzono istnienie fal grawitacyjnych. To ja zrozumiałem, czemu te litery takie ciężkie. A refleksja, jaka z tego wynikła. Otóż nam się wszystkim wydaje, że jest takie piękne słowo, polska zbita angielskiego z naszym.
Żyje się jak swywolny człowiek. Ja tak żyłem przez całe życie. Nagle się okazuje, że to free, wolny, czyli wolny niż wolny. Nie jest takie proste, bo jakoś nie wierzyłem w tą grawitację do końca. Niestety okazuje się, że ta grawitacja jest. A cóż to jest grawitacja? Grawitacja jest po to, żeby nam nie było zbyt lekko. A po coś jest diabeł? Diabeł jest po to, żeby nie było nam zbyt dobrze. To są porównywalne stany, porównywalne rzeczy.
Zobaczymy.
[06:31] - Okej, tak jak powiedziałem, 13. audycja, a zatem diabelską audycję czas zacząć. I właściwie obiecaliśmy w poprzedniej audycji, że będziemy rozmawiać o tym, jak ten diabeł nas atakuje literacko w różnych miejscach. I co? Musielibyśmy zacząć od Biblii, później pogadać jeszcze o kilku innych utworach i pewno to dzisiaj zrobimy, ale trochę mnie świerzbi, żeby jednak pogadać o diable. Diable w konkursie, prawda? A przy okazji powiedzieć... Albo dobra, najpierw powiedzmy o konkursie. Zaczynaj, Wiktorze.
[07:18] - Któregoś dnia zjawiła się u nas dwóch, że tak powiem, Marek i Wiktor, dwóch szansów, taka niezła laska, koleżanka Marta Sowiecka i powiedziała, że jej czegoś w życiu brakuje. Brakowało jej diabła. Widocznie sobie tego diabła wymyśliła i postanowiła trochę pogrzeszyć, czyli namówić ludzi do pisania o tym diable. I zaczęli pisać. Marta Sowiecka i Michał Stonawski to redaktorzy portalu Polska Groza. Postanowiliśmy zrobić, to znaczy oni postanowili, że zrobią ten cały konkurs.
[08:13] - Tylko dodam, że ta Polska Groza teraz się przemianowała. To już nie jest teraz Polska Groza, tylko portal, który się nazywa lubiemgroze.pl.
[08:24] - Jestem bardziej optymistyczny. Lubię.
[08:27] - Myślę, że tak.
[08:28] - Może brakuje „kocham”, a może w ogóle padnę.
[08:32] - Polska groza otacza nas na co dzień.
[08:34] - No tak. Lubię grozę.
[08:37] - Lubię grozę to zawsze lepiej brzmi. W każdym razie gdzieś w drugiej połowie zeszłego roku zostaliśmy jurorami konkursu, który dwoje wymienionych wcześniej ludzi zorganizowało, rozpromowało w internecie. Muszę przyznać, że świetnie to zrobili, bo miałem duże wątpliwości, czy w ogóle ktoś jakąś pracę przyśle na ten konkurs. A tu się okazało, że na ten konkurs, świetnie wypromowany przez oboje wcześniej wspomnianych, czyli przez Martę Sowiecką oraz Michała Stonawskiego, pojawiło się, o ile mnie pamięć nie myli, około 300 opowiadań. Muszę powiedzieć, że byłem pod dużym wrażeniem, ale później się pojawiła robota po prostu karkołomna.
[09:29] - I właśnie do tego przemysłu musiałoby być zatrudnione jury wielkości, bo właściwie to ja sam bym wystarczył, gdyby to były dwa, trzy opowiadania. Ale do tego przemiału zorganizowano jury w postaci Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz, Marek Zychla, Michał Gacek i Maciej Parowski.
[09:53] - I takie skromne jury wykonało robotę stu Wiktorów.
[09:58] - Tak jest, dokładnie. Wiktor zawsze słynął ze skromności. W każdym razie za to go wszyscy lubią. W każdym razie to jury przeczytało te opowiadania. Powycinało co gorsze, ale w dalszym ciągu, nawet po tym ostrym cięciu zostało ich dosyć sporo.
[10:22] - Nie mówi się, Marku: „wycięło te gorsze”, ale „ubrzydziło te lepsze”.
[10:28] - Masz rację, zdecydowanie jestem za tym, żeby być takim pozytywnym jurorem oraz życzliwym recenzentem. W związku z tym rzeczywiście tak. Ci, którym się nie udało, na pewno spróbują jeszcze nie raz. Myślę, że warto próbować. Tym bardziej że większość, gros opowiadań, nawet tych, które zostały już w pierwszym etapie odrzucone, miało w sobie jednak pewną iskrę. To zawsze jest tak, że ja zawsze podziwiam człowieka, który siada i pisze coś dla innych tak naprawdę. Bardzo często mówi, że dla siebie, ale tak naprawdę dla innych. Dlatego też nie rozumiem, bardzo się zawsze dziwię, że w środowiskach pisarskich pojawiają się takie spory, pojawiają się takie wyzwiska, pojawiają się różne takie niesnaski, ponieważ ci ludzie chyba się nie nauczyli tego, żeby szanować autora już za sam fakt, że siada, że mu się chce, a później coś pojawia się z niczego, czyli pojawia się jakiś tekst literacki. Inna sprawa, czy on jest dobry, czy on jest zły, czy on jest bardzo dobry.
[11:46] - Ale ja osobiście muszę, Marku, powiedzieć, że o ile nie jestem człowiekiem, a raczej jestem człowiekiem, który się jak ten tam był, co kulą się nie kłaniał To przy paru opowiadaniach ja padłem na kolana normalnie. Parę rzeczy mnie tak zaskoczyło, że zbiło mnie z nóg zupełnie. Przede wszystkim inteligencja piszących. Lekkość języka. A to młodzi ludzie przede wszystkim i tak dalej. Ja uczciwie muszę powiedzieć, że jak ja pamiętam, bo bywałem w jury w fantastyce przed 20-30 laty, w ubiegłym wieku jeszcze przecież, to wtedy tak bystrych ludzi nie było. Tak, wyskoczył czasami jakiś Sapkowski, jak Filip z konopi, ale reszta to była miazga. Natomiast tutaj-
[12:38] - Ale jak wyskoczył Sapkowski, to on już nie był młody.
[12:41] - Już nie był młody, już był prawie leciwy. A tutaj ludzie, którzy pisali, byli z reguły bardzo młodzi.
[12:53] - Powiem ci jeszcze jedną rzecz, że to tak właśnie jest, że myśmy się przyzwyczaili do narzekania, że to młode pokolenie jest takie, śmakie i owakie. A rzeczywiście po tych opowiadaniach widać, że ci, którzy postanowili coś napisać, to przystąpili do tego pisania z pewnym jednak przygotowaniem. Oczywiście było tak, że to przygotowanie czasami było zbyt małe, czasami gdzieś się komuś noga powinęła. Tak zawsze jest. Od czegoś trzeba zacząć, ale generalnie. O, jakie fajne słowo, generalnie. Super. W każdym razie generalnie było całkiem okej. Po pierwszym etapie tych opowiadań z pewną grozą wspólnie w jury zauważyliśmy, że tych opowiadań dalej jest dużo. Dalej przypadało po pół hektara opowiadania na każdego jurora, co było dosyć trudne.
W dodatku teraz, w tym drugim etapie, trzeba było przeczytać wszystkie opowiadania, które zakwalifikowały się do drugiego etapu. A ponieważ było ich dalej kilkadziesiąt, to roboty był huk. I przyznasz, że nie byłeś pierwszy.
[14:06] - No.
[14:07] - Z wykonaniem tego zlecenia.
[14:09] - Może nie byłem, ale też nie byłem ostatni, bo to miejsce zostało dla Pawłowskiego przecież zarezerwowane. Natomiast ja-
[14:15] - Który w rezultacie nie do końca został tym jurorem.
[14:21] - Ja uczciwie, Marku, powiem jeszcze jedno, że ja osobiście jestem trochę wkurzony na kochaną Martę, bo w jej wyborze, a do niej należało ostatnie słowo, ja bym dużo więcej opowiadań przeznaczył do publikacji, niż ona to wybrała. Ale to babska brzytwa, o krawężnik.
[14:45] - To sobie wyjaśnisz z wyżej wymienioną. Ja powiem jedno o tym, czy mieliśmy rację, czy mamy rację, że te opowiadania są naprawdę całkiem nieźle. Za niedługo będziemy mieli okazję się przekonać, bo trzy z nich wybraliśmy dzisiaj do odczytania. Ponieważ ostatnio ktoś na czacie podśmiewał się z naszego prowadzącego Marka Sęka "Ivelliosa", że jak czytał Kubusia Puchatka, to jakby Darth Vader bodajże jakąś arię śpiewał. Nie wiem, nie wtrącam się. Natomiast głos Marka zdecydowanie do horrorów dzisiaj prezentowanych. Czy też poprawiono mnie ostatnio, że się nie mówi teraz horrorów, bo to jest passé. Dzisiaj się mówi groza. To jest groza. Więc w sumie słusznie.
Właściwie bardziej mi się to nawet podoba niż: „Groza, mrok.” No właśnie, to mniej więcej właśnie tak zabrzmiało. Widzę, że Marek się przygotowuje do swojej roli dzisiaj. To bardzo dobrze. Ja powiem jeszcze jedno, że przyszło nam w związku z tym, że będziemy dzisiaj prezentować również utwory ludzi młodych, czyli część plonów konkursu zorganizowanego przez Polską Grozę, która się przekształciła w Lubię Grozę. W sumie wydawnictwo działa bardzo prężnie. To jest w tej chwili wydawnictwo, które publikuje książki, publikuje debiuty. Warto o tym wspomnieć, bo to nie jest rzecz częsta i może przyszli autorzy, początkujący autorzy mogą tam skierować swoje kroki. Ale skończę, co zacząłem. Ponieważ będziemy dzisiaj prezentować debiutantów, to przyszedł nam do głowy, obgadaliśmy to przed audycją z Wiktorem, przyszedł nam do głowy pewien pomysł, który jest adresowany do ludzi piszących, do ludzi, którzy coś tam popisują do szuflady, czy może nie tylko do szuflady, którzy odsyłają różnego rodzaju konkursy czy różnego rodzaju czasopisma. O czymś ciekawym powiemy na koniec audycji dzisiejszej.
Będziemy mieli coś do zaproponowania tym wszystkim, którzy w pisanie się bawią. Nawet nie wiem. To nie jest nigdy zabawa. Pisanie to jest rzecz poważna. To nie jest nigdy zabawa. Więc którzy zabierają się za pisanie. Myślę, że coś ciekawego będziemy mieli im do powiedzenia. Ja powiem jedno, że z tymi opowiadaniami to jest tak, że jurorzy wykonali swoją pracę, wybrali opowiadania jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte i jeszcze ich było drugie tyle przynajmniej. Ale tak naprawdę katorżniczą pracę nad tymi opowiadaniami wykonał nasz wspólny znajomy, czyli Wojciech Chudziński. To jest człowiek, który według mnie jest chyba- Nie chyba.
Jest najlepszym redaktorem, jakiego znam. Człowiekiem, który czuje tekst, który dużo z tekstem potrafi zrobić i sprawić, że czasami to, co może nie jest doskonałe, nagle w zadziwiający sposób staje się zdecydowanie lepsze. Wojciech Chudziński poza tym, że jest świetnym redaktorem, jest również redaktorem miesięcznika „Nieznany Świat”. Jest tam zastępcą redaktora naczelnego, ale nie o tym dzisiaj będziemy mówić.
[18:42] - Może ja uściślę, co to znaczy dobry redaktor w takim razie.
[18:45] - Właśnie, bo nie o tym będziemy mówić, że jest zastępcą redaktora naczelnego, ale że jest świetnym redaktorem.
[18:51] - Że dobry redaktor-
[18:52] - Tutaj znowu, panowie, pojawi się diabeł w szczegółach.
[18:57] - To znaczy?
[18:59] - Dlaczego jest takim świetnym redaktorem?
[19:01] - Właśnie. Dokładnie.
[19:03] - To jest bardzo prosta rzecz. Dobry redaktor powinien zmieniać, ewentualnie coś rozjaśniać w tekście, absolutnie w ten tekst nie ingerując, nie dokładając niczego od siebie. To wydaje się paradoks, ale dobry redaktor musi myśleć bezwzględnie tylko i wyłącznie o autorze. Co autor chciał w danym tekście zainwestować. Jeśli redaktor próbuje sprzedawać siebie, to jest bardzo kiepski redaktor.
[19:38] - I redaktor powinien za każdym razem brać pod uwagę to, że autor opowiadania czy też dłuższej formy napisałby to lepiej, ale mu akurat nie wyszło, a ten redaktor stanowi taki plasterek na ranę, czyli przywraca temu tekstowi taką formę, jaką on powinien mieć. Myślę, że taka jest rola redaktora. Powiem jeszcze, bo pomyliłem wszystko. To jest tak, że ten nowy portal, czyli lubięgrozę.pl jest powiązany z czasopismem, o którym też warto wspomnieć. To jest kwartalnik, w którym zresztą wspomniana Marta Sobiecka pracuje, dla którego również dokonuje redakcji tekstów. To jest kwartalnik „Okolica strachu”. Polecam. Myślę, że jeżeli ktoś lubi grozę, lubi czytać tego rodzaju kawałki, to to jest świetne miejsce, gdzie tę grozę można znaleźć. Myślę, że już tak zagadaliśmy temat, a jeszcze nic mądrego nie powiedzieliśmy, że czas, żeby oddać głos autorom i zaprezentować pierwsze opowiadanie, które wpłynęło na konkurs. My sobie teraz spokojnie tego opowiadania posłuchamy, a później sobie o tym opowiadaniu porozmawiamy.
Marku, oddajemy ci głos.
[21:27] - Agnieszka Biskup. Opowiadanie pod tytułem „Ten zły”. „Biblię masz?” Bizon odsuwa zamek błyskawiczny i pokazuje skitraną pod kurtką książkę. Chłopak ma 12 lat, ale wygląda na 16. Zbyt szeroko rozstawione oczy i szczęka z krzywiznami wycinanki łowickiej nie zdradzają przesadnego intelektu, lecz w kolegach z podwórka wzbudzają respekt. „Babci zajamałem” — rechocze. — „Razem z paczką zefirów. Stuka fachowo w dno miękkiego opakowania. Biały łebek papierosa wysuwa się nieśmiało z paczki. Bajer.
Marcin sięga po fajkę. Ogląda ją, obwąchuje z nabożnością. Oklepuje kieszenie, aż trafia na tą właściwą, gdzie grzechocze pudło po zapałek z wizerunkiem czarnego kota w eleganckim kłusie. „Zostaw” — powstrzymuje go Bizon. — „Poczekamy na Ewkę. Jej też się należy parę sztachów w płucko. Tym bardziej że pewnie zesrana będzie. Wiesz, jak to dziewczyna.” Kiwają z pobłażaniem głowami. Jakie to z tych bab strachajła? Czemu oni się właściwie na obecność Ewki kocą?
A tak, bo to przecież jej inicjatywa. A teraz się spóźnia. Bizon jest spięty, Marcin nie mniej. Powód mają osobliwy. Będą dziś nawiązywać kontakty z drugą stroną. Nie wiadomo, co z tego wyniknie. Pewnie nic. I będą się po wszystkim nabijać ze swojej naiwności. A może i coś. Coś strasznego, nieodwracalnego.
Kuzyn Marcina jest autentycznym satanistą. Słucha Kata, ma długie pióra i nitowaną jubę. Zna się na tych sprawach jak nikt inny. Raz zresztą wywoływał ducha swojej zmarłej babci z pełnym sukcesem. Od niego Marcin spisał wnikliwą instrukcję co do procedury i rekwizytów. Na miejsce wybrali pomieszczenie piwniczne w bloku przy ulicy Wyswolenia. Kiedyś wydzielone na suszarnię, teraz stoi puste, zapomniane przez Boga i wszystkich mieszkańców. Osiedlowe dzieciaki założyły tam swój klub. Przytachały wyświechtaną kanapę i biurko ze sklejki. Oblepiły ściany plakatami Metalliki i Def Leppard.
Sorencja. Ewka wpada jak rudy fajerwerk. Odkłada na podłogę nadętą jak balon reklamówkę i wita się z kumplami. Otacza ich chudymi ramionami, aż ci wzdrygają się jak rażeni prądem. Ewka ma 13 lat, ale przecież jest kobietą. W wersji miniaturowej i niedorozwiniętej, ale jednak. A kobiety są dla Bizona i Marcina jakąś niezgłębioną enigmą, na wpół wstydliwą, na wpół frapującą. Odkrywają ją nieporadnie na wycieczkach po rozkładówkach „Kacza”, ale jeszcze nie wiedzą, jak te dziewczyny z papierowych stron powiązać z tymi z podwórka. I dlatego jest to wszystko takie skomplikowane. „Ile ich masz?” Marcin odsuwa się od dziewczyny i pochyla nad reklamówką, która jest ściągnięta na górze gumką do włosów.
Plastikowy worek porusza się samoistnie. Podryguje niespokojnie. Z jego wnętrza dochodzi niski pomruk rozstrzelałych owadzych skrzydeł. „Jakąś setkę” — odpowiada z dumą Ewka. Unosi torbę i potrząsa nią stanowczo. Bzyczenie jeszcze się wzmaga. „No to jedziemy z tym przedstawieniem” — komenderuje Marcin. Z kieszeni wyciąga fragment kredy i rysuje na betonowej podłodze spory okrąg. W który wpisuje pięcioramienną gwiazdę. Pentagram jest.
Wylicza. Biblia? Bizon sięga po książkę w wyświechtanej okładce. Otwiera na chybił trafił i układa w centrum wyrysowanego symbolu. Świeczki. Ewka ustawia po jednym woskowym kikucie w każdym rogu gwiazdy, a następnie podpala zapałką knoty. Ofiara. Kończy Marcin i nagle robi się poważnie. Reklamówka trzęsie się jeszcze bardziej desperacko, jakby ściśnięte w niej owady wyczuwały swój rychły koniec. Nadal uważam, że lepszy byłby kot.
Chojrakuje Bizon, ale wszyscy wiedzą, że to takie gadanie. Nie zabiłby kota, nawet z myszką miałby problem. Poza tym Ewka by na to nie pozwoliła. Wszystko, co ma futerko z miejsca ją rozczula. Co innego robale. Te miażdży podeszwą buta w bezwarunkowym odruchu i nie ma potem śladu wyrzutów sumienia. Marcin obluzowuje gumkę, upuszcza z reklamówki powietrze. Owady mają coraz mniej przestrzeni. Kotłują się na potęgę. Gdy nadchodzi sezon na chrabąszcze, dzieciaki z całego blokowiska ogarnia szaleństwo.
Gromadzą się na łąkach obok tramwajowej pętli. W chuderlawych ciałkach odżywają pierwotne łowieckie instynkty. Małolaty tłuką paletkami od badmintona rześkie wieczorne powietrze. Z daleka wygląda to jak dzikie plemienne tańce. W rzeczywistości jest aktem bezmyślnego okrucieństwa. Wystarczy takiego kołującego giganta łupnąć w chitonowy pancerzyk, a ogłuszony pada w bujną trawę. Stamtąd leci do reklamówki, do reszty ogłupiałych, rozedrganych jeńców. Freud mawiał, że dzieci nie są złośliwe. One są złe. Może sumienie musi w człowieku urosnąć, jak rośnie ciało, włosy i paznokcie.
Dzieci mają ledwie jego oszczędną, kiełkującą wersję. Marcin przytrzymuje czubkiem buta wylot reklamówki. Drugą nogę wbija w sam środek, aż chrupoczą łamane pancerzyki, plaskają pękające odwłoki i gruchotane główki. Ewka i Bizon dołączają do niego. Depczą zapamiętale tak, że drży podłoga. Przestają, gdy tumult dobiegający z reklamówki całkiem ustaje. Marcin odplątuje worek, wywraca go do góry dnem i potrząsa. Na wyrysowaną kredą gwiazdę pietagorejską wysypują się zdeformowane zwłoki wielkich jak żołędzie chrabąszczy. Dobra. Chłopak rozsmarowuje trochę ciągliwych owadzich flaków po betonie.
Ewka, zgaś światło. W ciemnościach klękają wokół pentagramu, łapią się za ręce. Słupy świec kładą się zębatymi cieniami po podłodze. Płomienie biegają leniwie. Ciszę rozprasza natarczywe żądanie Bizona. Mów! Ale Ewka milczy. Uścisk jej rąk słabnie, jakby opuściła ją odwaga. No gadaj! Ponagla Bizon.
Ja to zrobię – mówi pośpiesznie Marcin. Odchrząkuje oficjalnie, nabiera tchu i wypala tonem księdza skrytego za tarczą ambony. Lucyferze, panie ciemności. Wzywamy cię. Lucyferze, szatanie, panie piekieł, ukaż się nam, bo... Traci rezon, szukając odpowiednich słów. Bo sprawę do ciebie mamy. Nic się nie dzieje. Słyszą tylko uderzenia własnych serc i świst niecierpliwych oddechów. Pierwszy irytuje się Bizon.
Gówno. Burczy, wyplątując ręce z uścisku. Przerywasz krąg, głąbie – obrusza się Marcin. I nagle coś huczy. Ciąg powietrza kotłuje płomykami świec, szarpie z szelestem stronicami Biblii. Marcin czuje, jak Ewka mocniej wbija palce w jego dłoń. Co to było? Głos jej drży. Przeciąg chyba – odpowiada szeptem Marcin. Bizon pochyla się nad babcinym egzemplarzem Biblii Tysiąclecia.
Przemyka wzrokiem po pierwszym zdaniu, jakie dostrzega w blasku świec. Kurwa. Nakrywa dłonią usta. Co tam jest napisane? – piszczy trwożnie Ewka. Bizon głośno przełyka ślinę. Żadna wiadomość z piekła. Przypadek. Czytaj! – grzmi Marcin i Bizon cytuje.
Nikt, kto ma zgniecione jądra lub odcięty członek, nie wejdzie do zgromadzenia Pana. Wymyśliłeś to – zarzuca oschle Ewka. Podnosi się z zimnego betonu i otrzepuje nogawki spodni. Tak jest napisane. Serio. Księga Powtórzonego Prawa. Marcin szturcha Bizona. Kładzie wymownie palec na ustach. Cii. Tam ktoś jest.
Labirynt piwnicznych korytarzy rozbrzmiewa tętentem ciężkich kroków i przytłumionych głosów. Coś dudni na schodach od strony klatki schodowej. Przez szparę uchylonych drzwi suszarni przesącza się mdły blask żarówki. Dzieciaki wstrzymują oddechy, widząc, jak piwniczny korytarz wypełnia się ludźmi. W pierwszym z nich wszyscy rozpoznają pana Kluskę, nauczyciela historii z trzeciego piętra. Ciśnięty na beton skulił się w embrion i łka w głos. Dwóch napakowanych dresów kopie go po nerkach. Baba, dość! Z cienia wyłania się trzeci mężczyzna. Ten wydaje się inny.
Zły. Ładna twarz kontrastuje z bestialskim chłodem oczu. Wycięta bokserska koszulka prezentuje jego przesadnie szczupłą sylwetkę z drgającymi pod skórą supłami mięśni i ścięgien. Z szyi zwisa złoty łańcuch, gruby jak te przy psich budach. Daj mi jeszcze jeden tydzień. Spłacę dług. Przysięgam. Jeden tydzień – skowycze bity nauczyciel. Ten zły w bokserce przyklękuje przy nim. Coś mówi cichym i monotonnym głosem, który zlewa się w niewyraźne mamrotanie.
Gładzi Kluskę po wypłowiałych włosach w czułym, rodzicielskim geście. Wyjmuje z kieszeni srebrny owal, który tańczy w jego dłoni wyuczoną choreografię i rozkłada się w ostry jak brzytwa nóż. Kluska stęka. Chlustrze krew. Ewka krzyczy. Dresy ruszają zgodnie w stronę suszarni. Kop nakierowany na drzwi niemal wyrywa je z zawiasów. Muskularne cielska osiłków wypełniają framugę, blokując prawie cały dostęp światła z korytarza. Marcinowi trzęsą się nogi. Strach zalewa mu wrzątkiem wnętrze brzucha.
Występuje jednak krok do przodu, aby zasłonić Ewkę. Szpicle. Baba kładzie wielkie łapsko na głowie Bizona, jak ksiądz, który chce pochwalić dziecko za wrzuconą na tacę monetę. Ten drugi o kaprawych, chytrych oczkach obchodzi łukiem Marcina i Ewkę. Co tu się odpierdala? Podnosi reklamówkę z resztką przyklejonych do plastiku chrabąszczy. Di-ja-buła. Bizon się jąka. Wywoływaliśmy – dodaje na wpół stręczyły Marcin. Nie słyszą, kiedy bezszelestnie dochodzi do nich ten zły.
Złoty łańcuch nie grzechocze ostrzegawczo. Podeszwy sportowych butów nie szurają choćby stawkowo. Rzuca okiem na nich, to znów na rozstawione rekwizyty. Ciągnie się za nim jakiś mrok, prawdziwy i namacalny. Jakby aura przypisana ludziom, którzy pół życia spędzili w więzieniu i widać po nich po pierwszym wejrzeniu, że są niebezpieczni, że nie znają granic. To odczucie każe dzieciakom trzymać kępy na kłódkę. Po co go obzywaliście? Ten zły podnosi z ziemi Biblię. Wachluje się kartkami. Dzieciaki nie odpowiadają, sparaliżowane strachem.
Po co? – powtarza ostrzej. To ja – wypala zdrowo przerażona Ewka. Ja chciałam go o coś prosić. Ty. Wzywa ją do siebie. Obwąchuje ją za uchem jak pies gończy łapiący trop. O co chciałaś go prosić? Żeby zabił mojego ojca. Po policzku Ewki płynie łza.
W ślad za nią kolejna. To ciekawe. Mała dziewczynka chce śmierci swojego tatusia. Czym sobie na to zasłużył? Ten zły okrąża ją hipnotycznymi łukami. Jest złym człowiekiem. Nie patrzy na niego, jakby nie chciała go sprowokować. Usta jej dygoczą, zęby wydzwaniają paniczną melodię. Przypilnujcie kluskę. Ten zły odprawia osiłków ruchem ręki.
Myślicie, że diabeł robi coś charytatywnie? Jak chcieliście mu zapłacić? Cisza przypomina tę na lekcjach z najbardziej wymagającymi belframi. Myśleć! Czym się płaci diabłu? – ponawia pytanie. Duszą? – ryzykuje Marcin, co wywołuje wilczy uśmiech na twarzy tego złego. A czyją? Góruje teraz nad Ewką, jakby sugerował, że to jej czas na zabranie głosu.
Jej przysłowiowe pięć minut. Dziewczyna rozchyla usta. Moją – wyprzedza ją Marcin. Chłopak jeszcze nigdy tak się nie bał i nigdy nie dał popisu większej odwagi. Nie jest pewien, czy rozpływać się z dumy, czy zeszczeć z przerażenia. Bliżej jednak tego drugiego. Ciekawe. Ten zły klepie Marcina po policzku, a potem obraca się na pięcie i znika w korytarzu. Dresy zgarniają z podłogi kluskę i pędzą w ślad za nim. Przedstawienie się kończy tak, jak się zaczęło.
Niespodziewanie, bez jakiejkolwiek logiki i wyjaśnień. Ewka ściska ufnie dłoń Marcina. Spowiada mu się szeptem z własnych strachów. Chłopak jest gotów uwierzyć, że ona już nigdy nie zejdzie do piwnicy. Szczególnie gdy mijają na korytarzu niewielki, oblepiony krwią przedmiot. Ewka trąca go z obrzydzeniem czubkiem sandałka. Łakcieni klusca język. Chłopcy nie wyprowadzają jej z błędu, choć oboje rozpoznają w skrawku mięsa odrżnięte męskie przyrodzenie. Marcinowi śni się ten zły, ubrany jak wtedy w piwnicy w bokserkę i z goldem na szyi. Siedzi na ławce przed blokiem, wpatrzony w okno pokoju należącego do chłopaka.
Marcin jest schowany za gęstą firanką, ale ten zły i tak go dostrzega. Śmieje się i grozi mu palcem. Budzi się zlany potem. Cały dzień wałkoni się w łóżku, sparaliżowany ostatnimi wydarzeniami, ale wieczorem gna do Ewki. Dlaczego do niej, a nie do Bizona? Zastanawia się dopiero wtedy, gdy dziewczyna zaprasza go do pokoju. Pierwszy raz tu jest. Siadają na odrapanym metalowym łóżku, jakby żywcem przeniesionym tu z psychiatryka. Trzeszczą sprężyny. Co się dzieje?
– pyta ona. Ma na sobie krótkie bawełniane szorty i sprany, za mały T-shirt. Jej matka stoi pod drzwiami. Widzą czubki jej bamboszy. Słyszą oddech. Nic. Wyjdziesz na podwórko? Wyjdę. No to poczekam na huśtawkach za rogiem. Na placu zabaw wrze jak w ulu.
Małolaty obsiadły zardzewiałe karuzele i skrzypiące huśtawki. Dziewczyny zwisają nogami w dół na pałąkach drabinek. Chłopaki rżną w nogę, a najmniejsze hobbiciątka rychtują z piasku groteskową konstrukcję, która równie dobrze może być zamkiem co blobem. Zabójcą z kosmosu. Dziewczynka z ciężką, obwisłą pieluchą przerzuca jedną nóżkę za murek piaskownicy. Gramoli się nieporadnie na drugą stronę i puszcza biegiem przed siebie, jakby uciekała z Alcatraz. Jeden z piłkarzy pędzi za nią. Łapie w pół i wrzuca z powrotem do karceru piaskownicy. Mała drze się niepocieszona, a on wraca do gry jak gdyby nigdy nic. Identyczny spektakl powtarza się jeszcze trzy razy, zanim pojawia się wreszcie Ewka.
Mam papierosa. Zagaja. Matce podprowadziłam. Jaki to? Klubowy. Marcin krzywi się z rozczarowaniem, ale i tak ruszają na łąki. Tam jest cisza i spokój. Pośród bujnej, szumiącej trawy piętrzą się sterty porozrzucanych przygodnie azbestowych płyt. Niektóre zachodzą na siebie na kształt domków z kart, inne leżą płasko jedna na drugiej, popękane, z wybebeszonymi zbrojeniami skorodowanych drutów. Wspinają się na najwyższy punkt i kładą płasko na rozgrzanym betonie.
Ewka odpala fajkę, zaciąga się ostrożnie i puszcza ją w obieg. „Mów” ponagla Marcin, blady i rozpity. „Milicja u nas była”. „Policja” poprawia ją odruchowo, a później gani się w myślach, że niepotrzebnie się czepia. „No i?” „Co i?” „Widziałeś klepsydry porozwieszane. Nie żyje. Pogrzeb w sobotę”. Marcin bierze trzy sztachy z rzędu. To mu daje czas, żeby zebrać myśli i odsupłać zdrętwiały język. „Myślisz, że on to zrobił?” Marcin nie precyzuje, czy chodzi mu o tego złego z piekła, czy tego złego z piwnicy.
„Nie wiem.” Ewka dopala do filtra. Wywala niedopałek w chaszcze. „Mówili, że nadział się komuś na nóż. Barowa bójka.” „Jak się trzyma twoja matka?” „Ryczy. Ale to przez szok. Nie spodziewała się po prostu.” Ewa memle w ustach końcówkę cienkiego jak mysi ogonek warkocza. „Ale potem zobaczy, że bez niego nam lepiej. A ty?” Marcin kładzie dłoń na jej kościstym ramieniu. „Nie masz wyrzutów?” „Czemu mam mieć?” „Bo to przecież przez ciebie.” Ewka wzdryga się i odpycha Marcina. „Zwariowałeś.
Ja nic nie zrobiłam.” „A Biblia? Pentagram, chrabąszcze. Prosiliśmy diabła, żeby zabił twojego starego i on nie żyje. Nie widzisz, kurwa, związku?” Ewka zaciska pięści, mruży wściekle oczy. „Ale z ciebie cieciak” sądzi przez zęby i zeskakuje na ziemię. Marcin dogania ją nieprzejęty jej wybuchem i idą krok w krok w milczeniu. Mijają kolubryny upiornych wieżowców i wijące się cielska czteropiętrowych bloków. Obchodzą łukiem plac zabaw, który opustoszał w jednej chwili. I nic dziwnego, bo to dziewiętnasta. Czas dobranocki.
Kwadrans raju w technikolorze. Docierają pod klatkę schodową Ewki. Siadają na ławeczce zrzucającej wyliniały lakier jak wąż skórę. „Siedem razy się nadział na ten nóż” mówi ponuro Ewka. „Bóg w siedem dni stworzył świat.” Marcin ma wrażenie, że gada bez sensu. A może przeciwnie. Dostrzega oczywistą oczywistość. „W Apokalipsie Jezus zrywa siedem pieczęci” podchwytuje sceptycznie Ewka. „Żydowski świecznik ma siedem ramion.” Przebijają się na zmianę. Kiszą się oboje w czarnych myślach.
Analizują. Podstawiają różne zmienne do równania ostatnich wydarzeń. Nagle Ewka wybucha gromkim śmiechem. Marcin gapi się na nią, nic nie rozumiejąc, ale ta niehistoryczna wesołość zaczyna mu się udzielać. Po chwili oboje zwijają się na ławce, jakby dostali jakiegoś ataku. „I morze apostołów też było siedmiu” chichra się Ewka. Marcin pochyla się nad nią i znienacka całuje ją w usta. Ona nie oponuje. Ma wrażenie, jakby poraził ją prąd. Po fakcie ciągle czuje odrętwienie, jak po znieczuleniu zębów.
Rzuca się biegiem na schody. Reiteruje, bo nie wie, co innego miałaby zrobić. Przeskakuje po trzy stopnie aż pod frontowe drzwi na samo czwarte piętro. Gdy wchodzi do domu, zakrywa dłonią usta, jakby matka mogła ją przejąrzeć jednym wytrawnym spojrzeniem. Marcina wciąż dręczą złe sny, gorsze każdej kolejnej nocy. Ten zły z piwnicy siedzi na Marcinie okrakiem albo wiesza go na rzeźniczym haku, a potem rozpakowuje tak, jak rozpakowuje się prezenty. Zdziera skórę, wyrywa mostek, wyłamuje szczebelki żeber. Wywleka skrupulatnie wnętrzności i ciska je na podłogę. Marcin jest coraz bardziej pusty w środku, ale bandzior nadal ryje we flakach, jakby chciał się do czegoś dokopać. „Tam już nic nie ma.
Czego tak szukasz?” krzyczy Marcin. I chociaż wie, że śpi, to nie może się obudzić. Ciepłe łzy wsiąkają w poszewkę poduszki. „Twojej duszy” syczy kat Marcina. „Przecież mi ją sprzedałeś.” Sprzedał? Tak tylko powiedział. Niezobowiązująco. Żeby zaimponować Ewce. Pokazać jej, że mu zależy. Ale niczego nie podpisywał.
Krwi na papier nie upuszczał. Przebudzenie szczypie piaskiem w oczach. Marcin wlecze się do łazienki. Po drugiej stronie lustra napotyka obcego chłopaka. Zastraszonego. Zmęczonego swoim dwunastoletnim życiem. Czego się właściwie boi? Że Lucyfer pofatyguje się pod jego drzwi? Śmieszne. Ale i tak ciągle odwraca się przez ramię.
Nie panuje już nad rozbieganym spojrzeniem. Wyhodował sobie pulsującą gulę w brzuchu. Ewka uważa, że popadł w paranoję. I kto wie, może ma rację. Na pogrzeb starego Ewki nie idzie. Wydaje mu się, że to miejsce podwyższonego ryzyka. Jeżeli miałby go trafić szlag za paktowanie z upadłym, to właśnie tam. Odpicowany w czarny graniak idzie więc do Pawła, kuzyna heretyka. On jest ekspertem od death metalu i sił nieczystych. Przekazał Marcinowi instrukcję, jak przywołać diabła.
Może poradzi, jak go teraz odwołać. Paweł słucha z uwagą relacji z tamtej nocy. Rozwala się na wersalce z blantem w zębach i brzdąka na pudle początkowe frazy "Nothing else matters". W kółko i do znudzenia te same luty. Pewnie dalszej części nie potrafi. Ożywia się, gdy Marcin dochodzi w swojej historii do trzech oprychów i uciętej fujary. „Wdepnąłeś, Marcinek, w gówno” - Paweł pletnie. „Naprawdę nie kojarzysz kolesi?” „Tych dresów? Nie. A powinienem?” „Jeśli pierwszym był Baba, to drugim musiał być Smoku.
Prawa i lewa ręka miejscowego gangstera. Szczupły, wysportowany, złoty łańcuch. Mówią na niego Diabeł. Podobno siedział w Nowym Wiśniczu z najgorszą recydywą. Trzyma łapę na brudnych interesach w całym mieście. Prostytytucja, lichwa, narkotyki. Kurwa, mieliście fuksa, że was nie zabetonowali w tej piwnicy. Diabeł lubi robić takie rzeczy własnoręcznie, a jego ludzie są nie lepsi.” „Wiesz, co mówią, gdzie Diabeł nie może, tam Babę pośle” - dokończył Marcin, przełykając ślinę. Paweł wcale go nie uspokoił. Prawdę mówiąc, po skręcie z kuzynem złe przeczucia tylko się wzmogły.
Jest w czarnej dupie. Zło skierowało na niego swoje oko. Był jak Frodo, który wsunął na palec przeklęty pierścień. Przez następne dni Marcin łazi tylko do budy i z powrotem. Unika Bizona, kumpli. Ewki też unika. Dzwoniła do niego raz czy dwa, ale dał matce znać na migi, że go nie ma. Wyjechał, kurwa, w Bieszczady albo do Honolulu. Wydaje mu się, że widzi pod szkołą tego, na którego wołali „Smoku”. Biegał wzdłuż siatki okalającej boisko.
Przystanął, zawiązał sportowe obuwie i pogalopował dalej. Marcin tłumaczy sobie, że to taki znak, specjalnie dla niego przeznaczony. Synek, sraj w gacie. Nadchodzimy. Najchętniej przestałby wychodzić ze swojego pokoju. Matka, jak na złość, sądząc, że się nudzi, obsypuje go mrowiem idiotycznych obowiązków. Do babci musi jeździć. Starowinka po operacji unieruchomiona w gipsie od starczej stopy aż po starcze, przeżarte osteoporozą biodro. A Marcin, jak ten Kapturek, zapierdala do niej z koszyczkiem pełnym leków i smakołyków. No już, tylko nie włócz się.
Na autobus, 16 przystanków i prosto do babci. Brakowało tylko: „I uważaj na wilka”. Uważa. Wypatruje go w każdym zakamarku, za winklem, śmietnikiem, całodobowym monopolowym. Już zmierzcha. Na przystanku stoi saab. Wokół żywej duszy. Przed Marcinem jestnia, za jestnią bujne zarośla. Nikt ich nie przycina, nikt tam nie zagląda, ale tym razem ktoś tam jest. Gałęzie falują, liście szeleszczą, oczy błyskają pomiędzy zielenią.
Złe oczy. Zatracone. Marcin postępuje krok naprzód. Dostrzega mężczyznę. Jego drapieżny uśmiech. Wilczy. Marcin idzie dalej, by lepiej dostrzec. I widzi. Opuszczone na kostki spodnie. Miarowy ruch ręki w górę i w dół.
Uśmiech jeszcze szerszy. Marcin upuszcza koszyk i rzuca się do ucieczki. W tym czasie jego bębenki rozrywa przeraźliwy pisk. Widzi olbrzymie spodki autobusowych świateł. Czuje smród palonej gumy. Maska czerwonego potwora hamuje tuż przed twarzą Marcina. Czyli to się dzieje. Nie ucieknie od swojego przyrzeczenia. Słowa mają moc, dlatego trzeba nimi ostrożnie szafować. A on obiecał.
I teraz zabiorą mu duszę. Jedyne, co się liczy. Uniknął zderzenia z autobusem, ale go dopadną. Nie w ten sposób to winny. Pędzi do Ewy. Musi jej opowiedzieć. Pożegnać się. Naciska dzwonek przy jej drzwiach oklejonych jasną blaserią. Rozlega się idiotyczna melodyjka z „Pszczółki Mai”. Marcin wyciera spocone dłonie o nogawki.
Dyszy ze zmęczenia. Otwiera matka Ewki. Dwie różne skarpetki prawie go rozśmieszyły, ale potem dostrzega podpuchnięte oczy i nieświeżą podomkę poplamioną tłuszczem i czerwonym winem. „Jest Ewa?” - pyta chłopak, ale matka kręci głową. Ewy nie ma. I już nie będzie. Marcin odtrąca ją łokciem i wpycha się do zapyziałego M3. Pamięta drogę do jej pokoju. Ewa leży na łóżku z zaślinioną twarzą, z rękami wykręconymi w serpentyny pod nienaturalnymi kątami. Wygląda jak te dorosłe dzieci z porażeniem mózgowym albo ludzie opętani przez demony.
Przypadki dla egzorcysty. Dystonia jakaś tam. Matka Ewki smarka w bawełnianą chusteczkę. Tak lekarz mówi. Choroba pojawia się znienacka, zwykle po 12. roku życia. Jakaś genetyczna Sodoma i Gomora. Marcin cofa się, aż natrafia na ścianę. Chce wierzyć, że nie miało to nic wspólnego z ich spotkaniem z diabłem. Przecież przypadki chodzą po ludziach.
Czy to znaczy, że tamten dług został spłacony? Ewa postanowiła wziąć go na siebie? A może nigdy nie istniał wybór? Może grzechu nie da się scedować na kogoś innego. Może jest kroplą trucizny, która wpuszczona do pełnej szklanki zatruwa całą wodę.
[48:55] - Ja tylko uzupełnię, że tytuł konkursu brzmiał „Jakie czasy, taki diabeł”. I to, myślę, ważna informacja w kontekście opowiadania, które usłyszeliśmy.
[49:12] - Chcesz, żebym coś powiedział? A mi się, Marku, chce trochę milczeć po tym opowiadaniu. Trzeba trochę ciszy. Wydawałoby się wielu ludziom, że diabeł to taka pacynka z czasów średniowiecza, a może sięgająca starożytności, że to było, minęło i już nigdy nie wróci. To i wiele innych opowiadań uświadamia nam, że diabeł to zjawisko socjologiczne przypisane każdemu z czasów, również naszemu dniu powszedniemu, naszemu tu i teraz. Straszne jest to według mnie opowiadanko. Trochę może za długie, ale straszne i piekielnie prawdziwe, bo autorka niczego właściwie w tym opowiadaniu nie wymyśliła. Te rzeczy się dzieją. Tak jest. Tak było, jak ja byłem dzieckiem.
Może mniej brutalnie, ale tak było i tak jest dzisiaj tu i tam.
[50:33] - Wiesz co, ja się z tobą nie zgadzam, ja się zawsze z tobą nie zgadzam, że ono jest za długie. Ja myślę, że w tym wypadku autorka całkiem świadomie budowała pewien nastrój. Ja sobie zdaję sprawę, że opowiadanie czy utwór literacki nie jest po to, żeby budować nastrój, tylko po to, żeby opowiadać pewną historię. Ale jednak przyznasz, że gdyby zrobić z tego opowiadania short, to nie miałby takiego wydźwięku. Tu jednak myślę, że autorka dosyć konsekwentnie, dosyć sprawnie prowadzi nas w kierunku takiej grozy codziennej, jak to nazwałeś. Grozy codziennej i to, co powiedziałeś. Myślę, że cenne w tym opowiadaniu jest to, że to, o czym ona opowiada, jest na wyciągnięcie ręki właściwie. Takie historie, tak jak powiedziałeś, dzieją się gdzieś wokół nas, są właściwie codziennością. Ale trudno się dziwić, że tak historia została poprowadzona, skoro przypomnę tytuł konkursu „Jakie czasy, taki diabeł”. Myślę, że w tym wypadku autorka bardzo zgrabnie wychwyciła sens tego tematu.
[51:53] - Tak, bo bardzo często ludzie po prostu wracali do upudrowanych, wyperukowionych jakichś tam szatanów z ogonem w cholewie wysokiego buta, gdzieś tam z czasów Kościuszki albo coś takiego. A to nie o to szło nam ani tym, którzy ten konkurs robili. To jest odpowiedzią. To opowiadanie jest dokładnie odpowiedzią na hasło, które rzuciliśmy. Zresztą wiesz, jak ja mówiłem o tej chwili ciszy po tym opowiadaniu, bo wiesz, jak się słucha, a większość ludzi słucha raczej w samotności, bo tak słuchacze słuchają radia zwykle. Nie jest to obowiązek raczej grupowy.
[52:42] - Tak, bo jak się słucha radia w grupie, to zawsze ktoś zaczyna gadać i nie można słuchać tego, co się chce słuchać, tylko trzeba gadać. Radio rzeczywiście najlepiej smakuje, jak jest słuchane w pojedynkę.
[52:53] - Ale wbrew pozorom bardzo również dobrze się tak samemu ogląda filmy, szczególnie filmy grozy. Wtedy te kochane ciary chodzą po nas od tych do głów. Zwróćcie uwagę, że to opowiadanie, może trochę za długie, wlokące się-
[53:11] - Nie zgadzam się.
[53:11] - Od słowa do słowa dobrze, ale jest to piękny scenariusz na świetny film współczesny. Tak dosłownie krok po kroku zmierzający do jakiegoś finału. O ile w opowiadaniu trochę za długo, o tyle w scenariuszu filmowym idealnie pasuje, bo tam się wszystko realizuje, wszystko się spełnia i kończy się tak, jak trzeba.
[53:38] - Złośliwi może powiedzą po wysłuchaniu tego opowiadania, że diabeł współcześnie przybrał postać po prostu osiedlowego dresa w adidasach.
[53:48] - Tak, ale zobaczymy jeszcze w kolejnych opowiadaniach, jakie inne postacie może przyjmować, czy z jak dziwnych miejsc może się wynurzać. Natomiast skoro nas diabeł podkusił i zaczęliśmy o nim rozmawiać w dzisiejszej audycji, to myślę, że jakoś tak tytułem obowiązku byłoby dobrze chociaż na chwilę pożeglować w kierunku literatury i tego, skąd ten diabeł się w ogóle wziął. To tak naprawdę chyba powinniśmy zacząć od-
[54:25] - Od Biblii.
[54:26] - Od Biblii. Zdecydowanie. I tu się oczywiście zaczyna jak zwykle z diabłem, bo to nasienie diabelskie musi jakoś zaowocować. Zaczyna się problem od razu w przypadku interpretacji Biblii. Niektórzy nie mają problemu, tylko mówią, że jest tak i tak i koniec. Inni natomiast zaczynają rozwałkowywać Pismo Święte i doszukiwać się różnych niespójności, niezgodności. Ja nie chcę w tej chwili wchodzić w tego rodzaju dyskusje, bo to ani nie jest ważne, ani nie jest, z mojego punktu widzenia oczywiście, celem. Natomiast warto o tych niezgodnościach czy o jakichś takich niedociągnięciach, to złe słowo jest zdecydowanie, wspomnieć. Otóż kiedy się diabeł w Biblii pojawia? Pamiętasz?
[55:24] - Na samym początku.
[55:25] - Tak jest.
[55:26] - W historii, tak.
[55:30] - To znaczy kiedy jest utożsamiany diabeł przecież z wężem, który skusił naszą pramatkę i tak dalej. Nie wiem, nie będę popadał w ton patetyczny. Powiedzmy w każdym bądź razie, że według niektórych interpretacji To wąż, a właściwie to diabeł przybrał postać węża i swoje narobił, w wyniku czego znaleźliśmy się w takiej, a nie w innej sytuacji. Już nie mieszkamy w raju i w ogóle nie doświadczamy samych radości, tylko mamy głównie problemy i życie jest takie, jakie jest. Tu już ludzie mają problem, bo nagle się okazuje, że to, co dalej mówi Pismo Święte o diabele, o złym, o tym przeciwniku Boga, nie do końca się zgadza z tym, co było na początku. Bo mówi się o tym przecież, że szatan, diabeł to zbuntowany anioł. To jest jedna historia. Tak dużych przeskoków dokonuję, żeby jednak nie streszczać Pisma Świętego, bo to strasznie długie dzieło jest i myślę, że musielibyśmy się poddać. W każdym razie streszczając, mamy problemy w ogóle w religii, bo nagle się pojawił bodajże jeszcze w czasach rzymskich ni stąd, ni zowąd w tłumaczeniach niejaki Lucyfer. I tu się zaczynają przysłowiowe jaja, bo Lucyfer, jeśli przetłumaczymy, to jest „niosący światło”.
To się pewno wzięło z jakiegoś nieporozumienia przy tłumaczeniu.
[57:17] - Nie, Marku. Przypomnij sobie, jak się nazywa drzewo, z którego Adam zrywał czy Ewa zerwała to jabłko. To jest drzewo poznania.
[57:27] - Oczywiście.
[57:28] - Zrozumienia.
[57:30] - Chodzi o to.
[57:30] - Czyli światło.
[57:31] - Oczywiście. Chodzi o to. Racja. Nie chcę, broń Boże, sugerować, że powinniśmy teraz przedyskutować Pismo Święte. Chciałbym tylko zaznaczyć, zaakcentować, że niestety jest tak, że w Piśmie Świętym ten diabeł pojawia się w różnych miejscach, pod różnymi nazwami, w różnych przejawach i to się nie zawsze zgadza. Oczywiście teraz nie będę wchodził w szczegóły, nie będę uwypuklał tych różnic, ale zwracam na nie uwagę po prostu, że to jest pewien problem. Zresztą jeśli chodzi o chrześcijaństwo, to wczesne i to późniejsze, w ogóle pojawił się bardzo szybko problem, jak to jest z tym złem. Bo szatan jest uosobieniem zła, obojętnie czy to jest zbuntowany anioł, czy to jest ten Lucyfer, czy to jest wąż i tak dalej. To oczywiście mogą być różne postacie tego samego złego. Ale problem polegał na tym, że już gdzieś na końcu starożytności zaczęto dyskutować, jak to jest z tym złem.
Czy to zło istnieje? Jedni twierdzili, że jest dobro i jest zło. Ale drudzy pytali: „Dobrze, ale jak to jest, skoro Bóg jest stworzycielem świata, to jak to się stało, że on jednocześnie stworzył zło?”. Dodawano tu w tym momencie, że może chciał, żeby było jednocześnie poza tym, że jest dobry i miłościwy i litościwy, to jest także sprawiedliwy, to być może to zło dlatego się pojawiło. Na co inni filozofowie odpowiadali: „Nie, proszę państwa, nie istnieje zło tak naprawdę”. Na co inni oczywiście pukali się w czoło: „Jak to? Przecież zło nas otacza, na co dzień je widzimy, więc jak nie ma zła?”. Na co tamci odpowiadali: „Nie. To, że my postrzegamy zło, że widzimy to zło, to nie jest zło tak naprawdę, tylko to jest brak dobra. Czyli jeżeli nie czynimy dobra, to się pojawia zło, ale ono nie jest bytem tak jak dobro”.
Pewno plączę bardzo mocno te filozoficzne dywagacje, ale tak naprawdę było, tak twierdzono. Co więcej, żeby było zabawniej i żeby model trójcy, ale nie świętej, tylko takiej trójcy, która się najczęściej pojawia w myśli filozoficznej czy jakiejkolwiek innej, to oczywiście pojawili się też ludzie, którzy mówili: „Nie. Istnieje samo zło, a jak my walczymy z tym złem, to się dopiero pojawia dobro”. Myślę, że w tym momencie odpowiednio wszystko zaplątałem. Nikt nic nie wie i nikt właściwie specjalnie się nie orientuje. Po co to robię? Po to, żeby się czasami nad Pismem Świętym, nad Biblią zastanowić. I nie po to, żeby ją oczywiście reformować czy żeby te sprzeczności przemawiały przeciw Pismu Świętemu. Wręcz przeciwnie, ale po prostu warto się tym zainteresować. Skąd te rozbieżności?
Skąd ten Lucyfer? Skąd te wszystkie przejawy złego, dobrego? Skąd to się wzięło?
[01:00:30] - Zwróć, Marku, uwagę, że jak dywagujesz na temat rozbieżności i sprzeczności w Biblii, to tak właściwie jakbyś omawiał fizykę kwantową. Tam też rozbieżności, sprzeczności i tak dalej. Nagle się okazuje, że to jest istota rzeczy. Ta sprzeczność i rozbieżność. Bez tego istnieć nie może świat, tak jak nie może istnieć bez dobra i zła.
[01:00:59] - Tak. Zresztą zauważ, że w Piśmie Świętym całe chrześcijaństwo nie może istnieć bez złego.
[01:01:07] - Nie.
[01:01:08] - Jest tam niezbędnie potrzebne. Jest niezbędnym elementem. I właściwie patrząc na historię Pisma Świętego Starego, Nowego Testamentu, to zauważamy, że ten diabeł jest obecny od początku świata właściwie do końca. Jeśli sobie przypomnimy Apokalipsę świętego Jana, to diabeł. Właściwie od początku do końca mamy to towarzystwo i myślę, że biorąc to pod uwagę, warto się sprawą zainteresować po prostu.
[01:01:43] - Zwróć uwagę, że jak mówiłeś o tym paradoksie dobra i zła, to według Biblii przecież cóż to jest diabeł, jeśli nie anioł? Strącony. Jak można być dobrym, a po strąceniu być złym?
[01:02:01] - Tak, ale jeszcze jest tak, że jeszcze się tam tych nazw pojawia tyle, bo mamy Szatana, mamy Lucyfera, mamy Belzebuba, mamy Władcę Much. W każdym razie jest tyle-
[01:02:14] - Wymieniłbym jeszcze paru polityków współczesnych.
[01:02:17] - Tak, wiadomo, że jeszcze by się tego nazbierało. Nie tylko współczesnych, bo jeszcze w historii też niektórzy twierdzą, że kilku szatanów się na świecie pojawiło. Wymieniają wśród nich Napoleona, Stalina i jeszcze kilku innych sympatycznych osób.
[01:02:32] - Nie tylko w polityce, ale na przykład taki Paganini.
[01:02:37] - Tak, diabeł artysta.
[01:02:40] - Normalnie też nas wielu było.
[01:02:45] - Ale zwróć uwagę, że jak już jesteśmy przy diable i artyście, to warto wspomnieć, że takim dziełem, którego dzisiaj nikt nie czyta poza tymi, co muszą czytać, to diabeł pojawia się w „Boskiej komedii”. Dante opisał odpowiednio wszystkie te kręgi piekielne. W „Boskiej komedii” szatan jest uosabiany przez Lucyfera, tego, o którym wspominaliśmy, czyli tego niosącego światło. Dante o nim wspomina. Ja nie jestem pewien, czy dzisiaj warto jeszcze czytać „Boską komedię”. Na pewno nie powiem, że to jest dzieło, które koniecznie trzeba przeczytać. Ale jeśli ktoś miałby ochotę, to zaręczam, że warto. W dobrym tłumaczeniu to naprawdę może być przyjemność, ale tylko dla tych, którzy chcą. Skoro już rozmawiamy, gwarzymy sobie o szatanie w literaturze, bo taki jest nasz obowiązek, bo do tego się zobowiązaliśmy, to warto powiedzieć o „Fauscie” Goethego. A dlaczego warto?
Dlatego, że z tego dzieła, i nie mówię tego z przekąsem, wręcz przeciwnie. Moje potknięcie językowe proszę mi wybaczyć. Z dzieła pod tytułem „Faust” wynika bardzo niepokojąca refleksja. Faust jest kuszony przez, bodajże dobrze pamiętam, Mefistofelesa, przez diabła co się zowie. Ale dlaczego jest kuszony? Pamiętasz?
[01:04:32] - Nie.
[01:04:32] - Dlatego, że on dokonał swoistego zakładu z Bogiem, Mefistofeles, że skusi Fausta. Powiem ci, że Goethe wykombinował sobie to dosyć przewrotnie, bo skoro te dwie istoty zakładają się o duszę człowieka, to w jakim świetle to właściwie stawia naszego Stwórcę?
[01:05:01] - Ale nas w jakim świetle? Zwróć uwagę, my jesteśmy ruleta.
[01:05:05] - Taka ruleta, pionki na szachownicy, ruleta czy cokolwiek innego.
[01:05:10] - Oni sobie grają.
[01:05:11] - Oni sobie grają o naszą duszę. Nie jest to budujące. Ja pamiętam, to jest niezapomniany spektakl, który oglądałem kiedyś, ale też można sobie to przeczytać. To jest naprawdę rzecz, nad którą człowiek, jak już przebrnie przez język, który jest barierą, bo to jednak jest dzieło, które powstało sporo lat temu i przez ten język trzeba przebrnąć. Myślę, że warto, bo człowiekowi się wtedy jawią różne takie myśli i zaczyna się zastanawiać nad tą ruletą, nad tą szachownicą.
[01:05:52] - Zwróć uwagę, że ten diabeł funkcjonował w każdym czasie, w każdej kulturze. Tak jak poleciałeś z Faustem i tak dalej. W naszej rodzimej literaturze jak najbardziej, również u Mickiewicza, u Pani Twardowskiej. Było coś takiego. Czyli również Pan Twardowski.
[01:06:19] - Ale zobacz, jaki morał z Pani Twardowskiej wynika. Kto się załatwił z diabłem? Kto mu pogonił kota? Kto? Tytułowa pani Twardowska. Gdzie diabeł nie może, tam panią Twardowską pośle chociażby. Tak byśmy mogli to skwitować.
[01:06:44] - Wiesz co, mogę na chwilkę refleksje osobiste?
[01:06:49] - Jak najbardziej. Ale będzie o diable?
[01:06:52] - Nie o mnie.
[01:06:53] - Aha.
[01:06:55] - Może na jedno wychodzi, ale w każdym razie wiesz, co znaczy Żwirkiewicz?
[01:06:59] - Nie, pojęcia nie mam.
[01:07:00] - Bo to nic nie znaczy, prawda? Nic. Żwirkiewicz nic.
[01:07:03] - Zaraz nam powiesz, co znaczy.
[01:07:04] - Gdyby to znaczyło Żwirkiewicz albo Żbikiewicz, to by coś znaczyło. Ale Żwirkiewicz nie znaczy nic. Wydawałoby się. Otóż nieprawda. Niejaki Blinkner, który opisał historię słowiańskich wierzeń, grzebiąc w panteonie bóstw i tych Żmudzko-Litewskich, a stamtąd pochodzi moja rodzina. Na samym wierzchołku tej piramidy bóstw postawił Żworunę, bogini słońca, a dalej to wszystko wchodziło w dół, aż w ciemny las. W tym ciemnym lesie, najgłębiej, najbliżej ziemi żyły sobie takie wściekłe, złośliwe duszki leśne. Nazywały się Żwikulce. Proszę ciebie. Wiesz, jak mnie w szkole przezywano, jak ktoś był wściekły na mnie?
„Dawaj ty Żwikulcu”. Tak do mnie mówiono.
[01:08:02] - Chodź Żwikulcu.
[01:08:03] - Jak ja to opowiedziałem ojcu Kiedy ja znalazłem ten szlab, mówię ojcu tego, a ojciec patrzy się na mnie wielkimi oczami: „Wiktora, wiesz, od kogo my pochodzimy? Od smolarzy, od smolników, którzy siedzieli głęboko w lesie i wytapiali czarną smołę.” Czyli przez ludzi miastowych, czyli zaściankowych, byli traktowani jako te diabły leśne. Widzisz, jakie mam koligacje?
[01:08:29] - Diabelskie rzekłbym. Ale powiem ci jeszcze jedno. Cały czas mi chodzi po głowie ta pani Twardowska. Wiesz co? Mickiewicz to jednak był, niestety dzisiaj matury ogłosili, pewnie maturzystom w większości się kojarzy z jakimiś dosyć drętwymi utworami. A w gruncie rzeczy zobacz, jaki to był nie wiem, czy złośliwy, ale dowcipny człowiek na pewno. Wymyślić coś takiego, że Twardowski w ostatnim życzeniu nakazuje spędzić Mefistofelesowi rok z panią Twardowską. A diabeł co robi? Natychmiast spierdziela, bo po prostu jest to rzecz, której sobie nie wyobraża. I chociażby z tego względu lubię Mickiewicza, bo coś w nim złośliwego niezwykle było.
Nieco mniej złośliwy-
[01:09:19] - Ale to dzisiaj powinna być cała rzecz w ogóle odrzucona przez kulturę europejską.
[01:09:27] - Oczywiście.
[01:09:28] - Szlaban, koniec. Nie ma tam z internetu w ogóle.
[01:09:33] - Powiem ci jeszcze więcej. Jak już Mickiewicz zostanie zakazany, to wtedy będzie czytany. A na razie niestety-
[01:09:40] - To jest najlepsza recepta na poczytność.
[01:09:43] - W ogóle było tak, że Mickiewicz w ogóle nie-
[01:09:46] - Słowackiego też.
[01:09:48] - Za chwilę o Słowackim, bo Mickiewicz jeszcze popełnił „Dziady". I w „Dziadach" też mamy, w trzeciej części pojawia się diabeł. Tam jest nawet pewne takie myślowe przynajmniej nawiązanie do „Fausta" Goethego. Jakieś takie można pewne porównanie z tym utworem zrobić. W każdym razie w „Dziadach" diabeł jak najbardziej się pojawia. Przecież gdzie? W „Wielkiej Improwizacji". Po prostu trzeba o tym pamiętać. A skoro wspomniałeś Słowackiego, to pojawia się również diabeł w „Kordianie". W każdym razie jeszcze bywa tam wspomniany.
Oczywiście ten diabeł pojawia się w wielu dziełach XIX-wiecznych, bo to był taki modny temat w XIX wieku. Ale nie po to jesteśmy tutaj, żeby zanudzać naszych słuchaczy historią literatury, bo i tak już to robimy. Więc żeby nie nadużywać, to przeskoczmy sobie troszeczkę ten XIX wiek, w którym diabła było sporo. Przeskoczmy do dzieła. To dobre określenie – dzieła. Tak się właśnie pilnuję, żeby drugi raz nie popełnić faux pas. Więc dzieła, w którym diabeł pojawia się w Moskwie, a mianowicie „Mistrz i Małgorzata".
[01:11:13] - To rzeczywiście wspaniała literatura.
[01:11:16] - A dlaczego ona jest taka wspaniała? Bólśmy powiedzieć.
[01:11:19] - Dlatego, bo też jest na czasie. Doskonale się wpasuje w czas Bułhakowa, kiedy on pisał, kiedy on obserwował Moskwę, kiedy on widział. I w jej realiach zwróć uwagę, Bułhakow zrobił mniej więcej to samo, co nasza autorka tego opowiadania.
[01:11:39] - Brawo! O to chodziło.
[01:11:43] - Ten sam mechanizm. Ale co z tego wszystkiego wynika? Że diabeł nam jest pilnie do życia potrzebny, że bez diabła my się obejść nie możemy. Wtykamy go wszędzie. Do muzyki, do sztuki, do literatury, do języka, bo już słowo diabeł chyba jest jednym z najczęściej używanych. Może dzisiaj są jeszcze bardziej dosadne niż diabeł, ale jakoś to tam.
[01:12:13] - Ale nie będziesz wymieniał.
[01:12:14] - Nie będę.
[01:12:15] - Nie będziesz wymieniał. Wiesz co? Chciałbym jeszcze powiedzieć o jednej książce, w której może diabeł nie pojawia się wprost, ale jednak nawiązanie w tytule jest oczywiste. To jest powieść późniejszego laureata Nagrody Nobla, Williama Goldinga. Powieść, która nosi tytuł „Władca much". A przecież ten tytuł odnosi się do hebrajskiego imienia demona Belzebuba. Demona czy też diabła. Różnie to bywa utożsamiane. W każdym razie on się rzeczywiście tam nie pojawia w samej powieści jakoś tak osobowo. Tak nie do końca w każdym bądź razie.
[01:13:04] - Nie musi. Mechanizm.
[01:13:07] - Mechanizm grupy dzieci na wyspie i to, co się zaczyna z nimi dziać. To jest książka wstrząsająca. I o ile miałbym wątpliwości, czy namawiać kogokolwiek dzisiaj do czytania-
[01:13:22] - Jakiejkolwiek książki, to „Władcę much” warto.
[01:13:26] - Tak samo jakbym nie odważył się nikomu polecać Goethego. Jak ktoś ma ochotę, to bardzo proszę. Ja miałem ochotę. Natomiast nie uważam, że każdy musi, bo to już dzisiaj naprawdę trzeba się troszeczkę pomęczyć. Jeśli inne wcześniej wymienione dzieła też komuś nie pasują, to „Władcę much” polecam, bo może nie ma tam diabła w takiej czystej postaci, w jakiej chcielibyśmy go może oglądać czytając horrory, ale tak naprawdę książka Goldinga to jest horror co się zowie. Zresztą O35 koresponduje z nami. Witamy, bo przez jakiś czas O35 nie było, nic nie pisał, pojawił się z opóźnieniem. Witamy w każdym bądź razie. I o 35 pisze ważną rzecz moim zdaniem: że owszem, Mickiewicz, Słowacki, że to wszystko okej, ale Bułhakow był po prostu wspaniałym pisarzem i to myślę dla mnie jest przynajmniej oczywiste. Jak jest z tobą, to nie wiem.
To się wypowiedz.
[01:14:33] - Tam był jeszcze jeden. Jeszcze jedną opowieść napisał o diable, nie wymieniając diabła. Czyli to "Psie serce", które ja reklamuję, bo to jest też o diable. To jest o diable socjo-
[01:14:45] - Chociaż nie pada słowo.
[01:14:47] - Nie pada.
[01:14:48] - Ale tak naprawdę-
[01:14:49] - To jest to straszna rzecz. No i kary sense action.
[01:14:54] - O! O 35 wspomina bardzo fajny utwór, który już naprawdę może obejrzeć czy też przeczytać, na pewno bardziej obejrzeć każdy, a mianowicie "Igraszki z diabłem." Ja nie zapomnę przedstawienia bodajże w latach 80. zrobionego. To było arcydziełko. Arcydziełko nie w sensie, że mam dzisiaj taką tendencję do zdrobnień. To chyba świat otaczający tak mnie dzisiaj nastroił. Dzieło naprawdę, to po prostu kawał dobrego teatru, a przy okazji śmiesznego. Aha, jeszcze przy trzeciej okazji po prostu plejada polskich aktorów. Znakomite rzeczy po prostu. I jeszcze ważna rzecz: wspomina o 35 o Jakubie Wędrowyczu, czyli o bohaterze, którego stworzył Pilipiuk.
I to też się gdzieś obraca w takie przygody, chociaż śmieszne i takie trochę na luzie i z przymrużeniem oka, to jednak gdzieś się w takich sferach diabelskich to wszystko porusza, prawda?
[01:16:19] - Wystarczy spojrzeć na Pilipiuka.
[01:16:21] - W każdym razie bardzo ważna informacja o 35, który jest w takich wypadkach niezawodny, że na YouTubie można "Igraszki z diabłem" z Kociniakiem w roli głównej obejrzeć. A właściwie nie z jednym Kociniakiem, tylko z jednym i drugim Kociniakiem. Obaj niestety już nie są z nami, ale zostali. I to naprawdę warto obejrzeć. I pojawił się na czacie w tej chwili, pojawiła się osoba, o której mówiliśmy wcześniej, czyli mister Stonawski, który się wita z nami i to jest człowiek, redaktor naczelny portalu LubieGroze.pl. Również pozdrawiamy i przekazujemy ukłony, bo to jest naprawdę kawał dobrej roboty co portal Lubię Grozę robi.
[01:17:20] - Tak, życzę, żeby miał zdrowe ciary po nim chodziły.
[01:17:25] - Żeby chodziły ciary i żeby to, co robią, rozwijało się dalej. Po pierwsze w tym samym tempie i w tej samej jakości myślę, prawda? A myślę, że wiesz co? Tyle nawijamy, że myślę, że trochę chyba damy oddechu.
[01:17:48] - Trochę prozy życia.
[01:17:49] - Trochę prozy i to takiej konkretnej. Myślę w takim razie, Marku, że oddamy tobie głos i drugie opowiadanie.
[01:18:01] - A ja oddam głos magicznemu urządzonku, z którego to opowiadanie odtworzę. A więc start.
[01:18:11] - Izabela Ozga. Opowiadanie zatytułowane "Krukom na szerę." Przybysz wyszedł z jego snów. Zmaterializował się na tle zamieci. Miał włosy rude jak ogień w chłodną zimową noc. Oczy zielone jak zapowiedź lata. Odzienie staroświeckie niczym z ubiegłej epoki. Pomimo półmroku jego sylwetka wyróżniała się na tle słabo migoczących świateł starych gazowych latarni i posępnych kamienic gubiących kontury pod czarnym niebem bez gwiazd. Nie przysłaniała go zamieć. Płatki śniegu nie wpadały do oczu, omijając miejsce, w którym stał. Widząc to wszystko, druciarz zacisnął mocniej poły znoszonego wełnianego płaszcza i cofnął się o krok.
Sięgnął do kieszeni po pudełko zapałek i zapalił jedną z nich.umyślnie sparzył sobie palce. Niedopałek wypadł z drżących dłoni i z cichym sykiem zgasł w śniegu. Druciarz odwrócił się i ruszył przed siebie. Pod butami przybysza, który wyszedł z jego snów, nie skrzypiał śnieg. Wydawało się, że nie uczynił kroku. Jednak za każdym razem, kiedy druciarz odwracał się, by to sprawdzić, odległość pomiędzy nim a tamtym nie zmieniała się. Po chwili zauważył, że nie zmieniało się też otoczenie. Te same przerwiałe szyldy nad wejściami do kamienic, ta sama ulica, te same zniszczone budynki o wąskich klatkach schodowych, zużyte jak przegnodzone ubrania. Uliczne latarnie przygasły, sącząc w rzeczywistość więcej ciemności. Ciężkie jak aksamitna tkanina.
"Zatrzymałem czas" oznajmił uprzejmy głos. Ponieważ rozległ się on tuż za jego plecami, druciarz odwrócił się gwałtownie. Szczegóły. Dziwny grawerunek na guzikach płaszcza, jakich nie produkowało się od lat. Wiekowość noszonego na palcu srebrnego pierścienia. Kosztowny, ciężki aksamit ubrania. Wreszcie oczy przybysza. Spokojne i zielone jak zapowiedź wiosny, ale nie pełne ciepła. Raczej chłodu przypominającego, że wiosna przychodzi po zimie. Dwa okruchy lodu.
"Zatrzymałem czas" — powtórzył. Stało się tak, ponieważ ukradłeś coś, co należy do mnie. Druciarz zbladł i cofnął się. Jesteś wytworem mojego umysłu, nie wyrzutem sumienia – powiedział i roześmiał się histerycznie. Piekło nie istnieje. Ty nie istniejesz. Przez twarz przybysza, który wyszedł z jego snów, dotąd posągowo nieruchomą, przemknął grymas niezadowolenia. Zapewniam cię, że choć nie jestem do końca materialny, jestem jak najbardziej rzeczywisty. Przez ciebie zagości tu dzisiaj śmierć. Dziś po raz pierwszy, a potem znowu i znów.
Jeżeli nie oddasz mi tego, co ukradłeś. Prócz mnie nie ma tu teraz nikogo, kogo mógłbyś zabić – odparł Druciarz. Nie mam też nic, co należy do ciebie. Ukryłeś to w skrytce pod podłogą, pod starą obluzowaną deską w cieniu szafy. Czemu więc sam tego nie weźmiesz, skoro tak dobrze wiesz, gdzie to jest? Odnalazłem swoją własność w twoich snach. Próbowałem wydzierać ją po kawałku, lecz materia fizycznego świata nie jest dostosowana do magii. Przybyłem więc osobiście. Wyszedłem z twoich snów. To jednak kosztuje.
Za każde przejście płaci się śmiercią. Dlatego jeżeli nie chcesz zostać mordercą, oddaj co ukradłeś, złodzieju. Dobrze wiesz, że cenne rzeczy zawsze do kogoś należą. Nie znajduje się ich ot tak na ulicy. Cenne rzeczy mają swoich właścicieli i muszą zostać zwrócone. Taka już ich właściwość. Druciarz cofnął się, ale to nic nie dało. Odległość nie uległa zmianie. Byłem głodny – wyrzucił z siebie nagle, żywo gestykulując rękami. – Tak bardzo byłem głodny.
Zjadłem wszystko. Z chleba, o który pytasz nic nie zostało. Ani okruszka. W jego oczach błysnęło coś twardego. Upór zaznaczył się w spojrzeniu i postawie. Przybysz, który wyszedł z jego snów, uśmiechnął się pobłażliwie, niczym dorosły do dziecka. Chleba, który zjadłeś nigdy nie ubywa, dlatego wciąż jest tam, gdzie go schowałeś. W skrytce pod podłogą. Bochenek chleba ukryty jak najcenniejszy skarb. Ty nie wiesz, co to głód.
Nie masz o tym pojęcia. Istotnie, tam skąd przychodzę, rozwiązaliśmy ten problem. Jednak chleb, zaczarowany chleb, którego nie ubywa, musisz mi oddać. Takie są zasady. Wyciągnął dłoń. Pierścień na jego palcu połyskiwał zimno jak kość, jak martwe światło księżyca. Nie możesz mi go zostawić? Tam skąd przychodzisz pełno jest takich cudów. Widziałem to. Proszę cię tylko o odrobinę jedzenia.
Tam, skąd przychodzę panują okrutne zasady, których nie możesz zrozumieć – powiedział. – Ty tylko oglądasz mój świat w swoich snach. Oddaj chleb – powtórzył z nienaganną uprzejmością. Nie – sprzeciwił się Druciarz. Wtedy ruszył czas. Wrócę tu jeszcze trzy razy i trzy razy zapytam. Dziś zginie tylko jeden ptak, a za każdym razem, gdy odmówisz – kolejny. Lecz kiedy odmówisz trzy razy, przestaną ginąć ptaki. Stanie się coś o wiele gorszego. Kiedy odmówisz trzy razy, zniszczę ten świat.
Gdy tak przemawiał, jego postać zaczęła się rozmywać. Znikał z powierzchni rzeczywistości jak stary rysunek. Potem z nieba spadł pierwszy martwy ptak. Runął jak kamień. Maleńki wróbel o nastroszonych piórach. Cienka strużka ciemnej krwi popłynęła białym śniegiem. Zmieszała się ze zbrązowiałą brudną wodą rynsztoków. Spłowiałe odcienie miasta po raz pierwszy zabarwiły się intensywną czerwienią. Nad padlinę zleciały się kruki. W noc, w którą znalazł magiczny chleb, dłonie miał tak zgrabiałe z zimna, że przestał czuć koniuszki palców i trzy razy upuścił bochenek na śnieg, zanim udało mu się oderwać choć okruszynę.
To, co zostało, schował pod płaszczem. W noc, w którą znalazł magiczny chleb, wiatr dął z północy z taką siłą, jakby nie tylko chciał zerwać z Druciarza płaszcz, ale i odebrać jedyny posiłek. Mężczyźnie udało się jednak w końcu dojść do domu, a kiedy za progiem wyjął bochenek, okazało się, że jest cały, zupełnie nietknięty. Nie ubyła nawet okruszynka. Chleb zachował też świeżość. Obie te właściwości były jego stałą cechą. W noc, w którą znalazł magiczny chleb, Druciarz nie wierzył w Boga, ale po tym, jak spotkał go mały cud, po raz pierwszy od wielu lat pomodlił się żarliwie. Po raz drugi przybysz, który wyszedł z jego snów, pojawił się głęboką nocą. Gdy Druciarz wrócił do domu, on już tam był. Siedział tyłem do wejścia, a przodem do okna na krześle o wąskim, wysokim oparciu, jedynym krześle w pokoju.
W smudze księżycowego światła rysował się posągowy półprofil o wyrazistych rysach. Twarz wydawała się elegancka jak na antycznych rzeźbach, ale wyrzeźbiona zbyt mocno, jakby trzymającemu dłuto artyście zabrakło umiaru. Nawet kurz, który osiadł na podłodze wokół krzesła wyglądał jak żelazne opiłki. Układał się w dziwnie regularne kształty. Na szarą betonową ścianę padał krzywy cień. Anomalie. Inne światy nakładające się na tę rzeczywistość niczym prześrocza – wyjaśnił mężczyzna, niedbałym ruchem ręki wskazując na kurz, a potem na złamany cień na ścianie. I kolejny martwy ptak – dodał łagodnie. Druciarz nic nie powiedział. Usiadł na łóżku, wygładził dziurawy koc, brzydko szary w świetle księżyca i patrząc na rysujące się za oknem postrzępione czarne cienie fabrycznych budynków, przerwał milczenie.
„Ty w ogóle wiesz, jak to jest czuć przyjemność z jedzenia?” Mówił z początku cicho, lecz potem w jego głos wkradło się rozdrażnienie i zaczął ze złością akcentować słowa. „Jeżeli masz go dużo i nie musisz się martwić, przyjemność, o której mówię, znika. Jednak ja nigdy nie jadłem takiego chleba przez całe swoje życie. Rozumiesz? Bywały dni, że oddałbym duszę za kawałek. Jeden kawałek. A sam zapach pieczywa, gdy przechodziło się koło starej piekarni, był jak tortura i łaska jednocześnie”. Przybysz, który wyszedł z jego snów, drgnął i lekko się obrócił. W jego chłodnych, zielonych oczach pojawił się ślad zainteresowania. Po rudych włosach przesunęło się miękko światło księżyca.
„Duszę?” Zapytał z autentyczną ciekawością. „Duszę” – potwierdził druciarz. Na jedną chwilę, jak kreska widoczna tylko gdy śledzi się rękę rysownika biegnącą po papierze, oblicze przybysza, który wyszedł z jego snów, naznaczył ślad emocji. Powiedziałbyś, że na moment stopniał zimny okruch lodu tkwiący w zielonych oczach. Mogło to być jednak tylko złudzenie. Kąt padania światła. „Mylisz się” – powiedział cicho. „Mam sporą wiedzę o takim rodzaju cierpienia, mimo iż, jak już wspomniałem, tam, skąd przychodzę, poradziliśmy sobie z tym problemem. W tej sprawie nie ma to jednak zasadniczo żadnego znaczenia”. „Zasadniczo” – odparł gniewnie druciarz – „zmienia to moje życie z powrotem w głód i nędzę”.
„Przykro mi” – powiedział, wymawiając to słowo, jakby pochodziło z obcego języka. „Nie mogę ci pomóc. Moja magia w fizycznym świecie byłaby zaledwie cieniem prawdziwej mocy”. Skrzywił się. „Marnym cieniem. Jak widzisz, nie mogę nawet odebrać ci chleba. Takie są zasady”. „A jednak możesz zniszczyć świat” – powiedział cicho druciarz. Przybysz, który wyszedł z jego snów, drgnął. „Tak, to mogę zrobić”.
Zamilkł. „Oddaj, co ukradłeś” – zażądał po chwili. „Nie” – odparł druciarz. „Oddaj” – powtórzył mężczyzna i cień gniewu przemknął przez jego twarz, a wąskie palce dłoni zacisnęły się na prostej poręczy krzesła. „Nie” – powtórzył druciarz. „Za nic nie oddam ci chleba. Ja go znalazłem, więc należy do mnie. To prawo złodziei”. „To moje prawo”. Mężczyzna wstał.
W jego zielonych oczach błysnęła złość. „Skoro tego chcesz”. Przez chwilę był nieruchomą sylwetką na tle okna. Po tym, jak zniknął, jego cień jeszcze przez chwilę padał na deski podłogi. Później także i on rozwiał się jak dym ze dmuchniętej świecy. W miejscu, w którym wcześniej stał, leżała kawka. Cienka strużka krwi biegła zygzakowatą, poszarpaną kreską przez całą długość rozłożonych skrzydeł. Ciszę wypełnił głośny wrzask wron i przeraźliwe krakanie kruków. Druciarz uniósł głowę. Niebo na zewnątrz było czarne od ptaków.
Na początku druciarz chciał podzielić się z kimś magicznym chlebem. Sam nie cierpiał już głodu, a ponieważ bochenka nie ubywało od wielu tygodni, cud został oswojony. Stał się częścią codzienności. Jednego wieczoru wziął chleb i wyszedł na ulicę pomiędzy biednych. Wcisnął go głęboko pod pachę i trzymał tuż przy sercu, raz po raz nerwowo dotykając. Gdy szedł wąską, brudną uliczką, dłonie zaczęły mu drżeć. Bał się, że cud zdarzy się na oczach nędzarzy, więc mocniej przycisnął swój skarb do piersi. Przyspieszył kroku, po czym skręcił w jedną z przecznic. Nim wąski sierp księżyca schował się za chmury, wrócił do domu po własnych śladach. W ten sposób jedną z pierwszych myśli, gdy się obudził, była ta o magicznym chlebie.
Towarzyszył jej strach, że nadejdzie dzień, kiedy cud się skończy, a chleb zniknie. Co jakiś czas obsesyjnie sprawdzał, czy bochenek jest na miejscu. Dopiero gdy mógł go dotknąć, odzyskiwał spokój. Po raz kolejny przybysz, który wyszedł z jego snów, pojawił się przed nim na drodze z pracy do domu późną nocą, w samym środku wzmagającej się zamieci. Wśród wirujących płatków śniegu wyglądał jak naprędce naszkicowany ochrą i węglem fantom. „Oddaj, co ukradłeś” – zażądał, wyciągając dłoń. Jego palce, porwane na końcach, przywodziły na myśl dłonie upiora. „Nie” – odparł druciarz. „Dlaczego?” – zapytał z odcieniem ciekawości. „Czemu wciąż odmawiasz?” „Nie zrozumiałbyś”.
„Spróbuj wyjaśnić”. „Twój chleb odmienił moje życie. Wyeliminował z niego głód. Twój chleb to mój cud. Nie rezygnuję się z cudów, szczególnie takich, które odmieniają życie tak złe i zepsute jak moje”. „Sam możesz je naprawić. Nie potrzebujesz do tego magicznego chleba”. Druciarz uśmiechnął się krzywo z pewną dozą smutku. „Kiedy nie jesteś głodny, to pomaga. Dlatego nie oddam ci chleba.
Jest mi potrzebny” – mówił teraz z nutą wyższości w głosie, tak jakby bieda stanowiła rysę charakteru, która uszlachetnia. „Dziś zginie kolejny ptak” – oświadczył cichym głosem przybysz, który wyszedł z jego snów. „Umrze z twojego powodu”. „Dlaczego umierają właśnie ptaki?” „Krukom na żer”. Po tych słowach fantom obrócił się i zniknął pochłonięty przez zamieć. Pozostał po nim martwy ptak. Gawron z ukręconą głową. Druciarz jadł magiczny chleb, kiedy nikt go nie widział. Czasem wydawało mu się, że ktoś za nim idzie. Skrada się ciemną uliczką, czai na obskurnej klatce schodowej.
Postępuje za nim krok w krok spiralnymi schodami. Przylega ściśle do niego pleców niczym cień. Innym znów razem miał wrażenie, że para oczu przygląda mu się przez dziurkę od klucza. To znów słyszał szepty i tupot drobnych dziecięcych stóp na poddaszu nad głową. W takich chwilach odsuwał bochenek od ust i zastygł nieruchomo jak tropione zwierzę. Magiczny chleb zdawał się pojmować jego intencje. Sprzyjać im. Wystarczyło, że zjadł kromkę czy dwie, a był syty przez wiele godzin. W ten sposób odkrył kolejną cechę magicznego chleba. Odwrócił się od okna.
Tak jak się tego spodziewał, stał przed nim przybysz, który wyszedł z jego snów. „Podjąłem decyzję” — oświadczył druciarz. „Nie oddam ci chleba”. „Więc zniszczę twój świat” — padła odpowiedź. „Chcesz wiedzieć, co to znaczy?” — zapytał uprzejmie, jakby rozważał problem czysto akademicki. Druciarz wzruszył ramionami. „Światy takie jak twój można przedstawić jako linię na skomplikowanej strukturze czasu” — wyjaśnił. „Gdy zniszczę twój świat, linia zniknie. Będzie tak, jakby nigdy go nie było”. „Nie dasz rady tego zrobić” — odparł druciarz.
„Twoja magia w fizycznej rzeczywistości jest zaledwie cieniem prawdziwej mocy. Sam to powiedziałeś. Nie możesz nawet odebrać mi chleba. Nazywasz mnie złodziejem, a sam jesteś kłamcą”. Wydawało się, że ten zarzut rozbawił przybysza, który wyszedł z jego snów. Kłamstwo to użyteczne narzędzie, lecz w tym przypadku zupełnie nieprzydatne. Nie potrzebuje magii, żeby zniszczyć twój świat. Wystarczy jedno zaklęcie. Ty jedząc magiczny chleb kawałek po kawałku, potrzebowałbyś wielu lat, aby zniszczyć jego strukturę. Lecz ja jestem anomalią.
Nawet moja obecność tutaj sprawia, że zaburza się struktura rzeczywistości. Nie wszystko działa tak, jak należy. Ten świat nie toleruje magii. Rozpada się pod jej wpływem jak znoszony płaszcz. Twój chleb i kilka lat, moje pojawienie się i trzy martwe ptaki. Moja całkowita materializacja i czas, z którego nic nie zostanie. Struktura powyłazi niczym nici z materiału. Rozejdzie się, a potem się rozpadnie. Dlatego musisz oddać, co ukradłeś. Zastanów się raz jeszcze.
Rozważ to bardzo dokładnie. Druciarz ponownie odwrócił się do okna. Zapatrzył się w poszarpane krawędzie budynków, widoczne za mleczno-białą szybą nierówne dachy kamienic ciągnące się jak koronka wzdłuż cuchnącego kanału. Chude niczym szkielety psy walczyły ze sobą o padlinę, wyrywając ją sobie. Patrzył na to przykucnięty w kącie kilkuletni chłopiec, chudy jak one. Gdzieś daleko za sinym dymem kotłowni i fabryk mieszającym się z mgłą był lepszy świat ludzi bogatych. Jedyne, co od nich dostał, to nędzne miedziaki rzucone pod nogi, odrazę w oczach i odwrócone na ulicy spojrzenia. Marne grosze za marną pracę. „Weź sobie ten świat” — powiedział mocnym, opanowanym głosem, nie odwracając się. „Weź go sobie.
Oddaję ci go” — powtórzył głośniej, a potem dodał, jakby wypowiadał zaklęcie: Krukom na żer. Przybysz, który wyszedł z jego snów, zrobił krok w stronę okna. Druciarz poczuł na ramieniu ucisk jego palców zimnych jak lód. „Powiedziałeś, że oddałbyś duszę za kawałek chleba?” — zapytał z uprzejmą ciekawością. Zacisnął palce mocniej jak drapieżny ptak wbijający szpony w ciało ofiary. „Oddałbym” — potwierdził druciarz. „Całe życie byłem głodny”. „Zapewniam cię” — dobiegła go cicha, niemal łagodna odpowiedź — „że nigdy przez całą wieczność nie zaznasz głodu”. Druciarz poczuł szarpnięcie i silniejszy przy skroniach ucisk w głowie. Trwało to chwilę, po czym ustąpiło.
Coś zmieniło się w otaczającej go rzeczywistości. Było tak, jakby zatrzymał się czas. Skupił w jednym punkcie i znieruchomiał. Zastygł jak inkluzja w bursztynie. Zdawało się, że nie ma tu miejsca na oddech ani ruch. Jednak ani jedno, ani drugie nie stanowiło problemu. Przybysz, który wyszedł z jego snów, wydawał się teraz częścią rzeczywistości. Nie przypominał już fantomu, lecz człowieka z krwi i kości. Pstryknął palcami. Okienna szyba rozpadła się w ułamku sekundy.
Fragmenty szkła, jasne jak kryształki, z trzaskiem uderzyły o bruk wiele pięter niżej, pokrywając szarość betonu oślepiającą bielą niczym śniegiem. „Krukom na żer” — rzekł twardo i głośno przybysz, który wyszedł z jego snów, a świat na zewnątrz rozpadł się. Spłynął jak atrament. „Krukom na żer” — powtórzył raz jeszcze cicho i dobitnie. „Kim jesteś?” — zapytał druciarz, gdy wszystko, co miało wybrzmieć, wybrzmiało do końca. Nie doczekał się odpowiedzi. Przybysz, który wyszedł z jego snów, zniknął. Rozwiał się jak dym ze zdmuchniętej świecy. Druciarz został sam w gęstej, bezkształtnej ciemności, która zamknęła się wokół niego jak więzienne kraty. Poczuł, że trzyma coś w zaciśniętej dłoni i zrozumiał, że oddał duszę diabłu za kawałek chleba.
[01:38:53] - Takie było to opowiadanie, ale znowuż jest pytanie, o czym to było opowiadanie? O współczesności, o współczesnym świecie. Zwróćcie uwagę, że-
[01:39:03] - Ale jakże inne niż to pierwsze, prawda?
[01:39:06] - Ale też o współczesnym świecie.
[01:39:08] - Ale taki był temat konkursu.
[01:39:09] - Tak. I wszystkie one są właśnie przede wszystkim o współczesności. A tak mi się, kiedy słuchałem tego opowiadanka, przypomniała mi się jedna rzecz, że przecież żyjemy sobie w tej chwili za tym wielkim murem demokracji, a równocześnie pojawia się książka polskiego dziennikarza pod tytułem „Głód”, prawda? Wspaniała książka.
[01:39:39] - Ja nie wiem, czy ona jest polskiego dziennikarza. Nie jestem przekonany. Tak? Polskiego?
[01:39:44] - Chyba tak.
[01:39:44] - A, nie wiem. No, sprawdzimy.
[01:39:48] - W każdym razie jest te problemy, które wydawałoby się, że były, minęły w czasach, kiedy Chrystus dzielił jednym bochenkiem chleba, dzielił połowę współczynnej. Te problemy istnieją i istnieć będą zawsze, gdyż świat nie może istnieć tak naprawdę bez Boga, bez szatana, bez głodu i tego głodu zaspokojenia. Głód jest tak samo jak diabeł, nieodłączną rzeczą. Po to, żebyśmy mieli pragnienia, żebyśmy czegoś chcieli, do czegokolwiek dążyli.
[01:40:32] - A to tak ci wtrącę, bo już sobie szybciutko wyszukałem. Ta książka „Głód”, o której mówisz, jest oczywiście przetłumaczona na język polski.
[01:40:40] - A!
[01:40:40] - Ale no niestety tłumaczona, tłumaczona i to z języka, którego nie potrafię wymówić. „El Hambre” chyba to się tak wymawia oryginalny tytuł. W każdym bądź razie nieistotne. W każdym razie książka wstrząsająca. Książka, która jak to usłyszałem ostatnio, książka, po której po przeczytaniu jakiejś części trzeba przeczytać trzy Pratchetty, trzy powieści Pratchetta i później wrócić do następnego rozdziału, przeczytać i następne trzy książki Pratchetta tak, żeby po prostu jakoś odzyskiwać równowagę. Ponieważ to jest książka „Głód”, chyba jeszcze bardziej straszna niż najstraszniejsze opowiadania grozy, bo ona mówi o czymś tak realnym, co się dzieje wokół nas, a właściwie no może nie wokół nas, ale niedaleko od nas, stosunkowo niedaleko, że to może budzić po prostu grozę. To drugie-
[01:41:40] - Ale na mnie takiego wielkiego wrażenia nie zrobiła z bardzo prostego powodu. Ja kiedyś wiele rozmawiałem z byłymi siberiakami.
[01:41:50] - A, no tak, no to rzeczywiście, to prawda. To rzeczywiście trudno, żeby aż tak wstrząsnęła. W każdym razie ja powiem tak. Chciałbym zauważyć, jakże to jest w sumie fascynujące, że mamy drugie opowiadanie zaprezentowane na antenie i opowiadanie zupełnie inne. No też opowiadanie grozy, też opowiadanie, które odpowiada na temat konkursu, czyli jakie czasy, taki diabeł. A przecież tak inne zupełnie. Ten motyw powtarzania tej frazy o tym człowieku, który wyszedł z jego snów, prawda? To się powtarza jak taka mantra przez całe opowiadanie. I to robi nastrój, między innymi. Oczywiście to nie jest jedyny motyw, ale coś takiego jest, że to opowiadanie ma taką trochę mantryczną konstrukcję moim zdaniem.
[01:42:47] - No i tak jak wspomniałeś o tej całej książce „Głód”, to po przeczytaniu każdego z tych opowiadań naszych konkursowych też tak trochę by trzeba było poczytać Pratchetta dla rozrywki.
[01:43:01] - Zgadza się.
[01:43:02] - Bo one są w większości bardzo przygnębiające. Niewiele jest radości.
[01:43:09] - To prawda.
[01:43:10] - W tym, co sobie ludzie wyobrażają, jak patrzą na świat współczesny.
[01:43:17] - Świadczy tylko o tym, że nasi pisarze, którzy brali udział w konkursie, no po prostu właściwie odczytali temat. No, temat diabła to nie jest — oczywiście poza wyjątkami — to nie jest temat, z którego sobie można robić jaja albo żarty. No albo trzeba niezłego pióra, żeby to robić. Natomiast to ujęcie, które zaproponowali uczestnicy konkursu, było po pierwsze prawidłowe w sensie takiego podejścia po prostu, że było przekonujące. To były opowiadania, te które przynajmniej zostały wybrane do finału, to były opowiadania, które każde z nich miało w sobie coś takiego, że tak jak powiedziałeś, Pratchett czekał po lekturze, bo po prostu nie można było przejść obok tego obojętnie. Ale ja oczywiście zgodnie ze zwyczajem odwołam się na chwilę do tego, co się pojawia na czacie, a na czacie dzieją się rzeczy wspaniałe, bo się okazuje, że zostaliśmy wręcz zasypani. Może niesłusznie zrobiłem, że tak sobie historię literatury potraktowałem nonszalancko i przeleciałem ją w tempie błyskawicznym, bo o 35 wspomina szereg książek, które gdzieś o diabła, o zło się ocierają. Zresztą warto. Przedtem jeszcze napisał o tym, że pani Twardowska, warto mówić o tym utworze w kontekście czy w ogóle o panu Twardowskim, w ogóle o tym nazwisku, na przykład w kontekście filmu, filmów, którymi reklamowały się, reklamowało się Allegro. No przecież znakomita rzecz się pokazała.
Ale Bardzo dziękuję O35 za przypomnienie takiego utworu. Oczywiście większości pewno jest znany bardziej z filmu, ale to jest opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza pod tytułem „Matka Joanna od aniołów", które w jakiś sposób nawiązuje do wydarzeń historycznych. Opowiadanie stare, bo z lat czterdziestych, o ile dobrze sobie to przypominam, które nawiązuje do wydarzeń, które miały miejsce, żebym sobie przypomniał nazwę tej miejscowości, w Ludyniu bodajże, dawno, dawno temu. I tam mamy do czynienia z egzorcyzmami, z opętaniem. A czym się zajmuje diabeł, jak nie wstępowaniem? I później trzeba tego opętanego uzdrowić. Trzeba tego szatana, demona wyrzucić z niego i od tego są egzorcyzmy.
[01:46:06] - Diabły są bardzo dobre w wywadzanie planów.
[01:46:09] - Tak, oczywiście. W każdym razie jeśli ktoś spodziewa się po opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza, że to horror, to śpieszę donieść, że się zawiedzie. Ale rzeczywiście motyw diabła tam jak najbardziej się pojawia.
[01:46:26] - Ale tu jeszcze jeden z korespondentów naszych, gość, Reksio, przypomniał mi film z panem Turkiem jako szlachcicem Pogorzelskim i Hańczą. Jezu, przecież to była rewelacja!
[01:46:39] - Tam jest diabła mało. Tam jest po prostu człowiek, który się musi po piekle pałętać, bo on mu mówi: „Pan tu, panie Pogorzelski, dziewce korale przynosisz, a ja gorę". No to gdzie on gorze? W piekle na pewno. Tu też warto powiedzieć, że to jest film znakomity, w latach sześćdziesiątych nakręcony, ze świetnymi aktorami: z Turkiem, tak jak powiedziałeś, z Hańczą. To jest film nakręcony na podstawie opowiadania Henryka Rzewuskiego. To opowiadanie, o ile dobrze sobie przypominam, znalazło się w zbiorze „Polska nowela fantastyczna". Rzeczywiście autor Henryk Rzewuski. Komu dzisiaj coś mówi to nazwisko, jeśli mówimy o pisarzach? Natomiast to opowiadanie się ostało, a ta wersja filmowa jest absolutnie rewelacyjna.
A skoro już o filmach mówimy, przecież o diable, to jakżesz nie wspomnieć o „Egzorcyście"? To jest film, ta głowa kręcąca się wokoło, ta dziewczynka unosząca się. Dzisiaj pewno film z pewnego punktu widzenia zabawny, bo nakręcony dosyć dawno, ale też trzeba pamiętać, że film, który ma też swoją wersję książkową, czy też odwrotnie należy powiedzieć: która ma swoją wersję filmową. Tego akurat nie wiem, co było pierwsze. W każdym razie jest i taka, i taka wersja. Podejrzewać należy, że to jednak książka była pierwsza. W każdym razie warto. Nasi czatowicze wspominają również, i to myślę, jest świetny ślad, też wyciągnięty przez O35, o takiej książce, która się nazywa „Pamiętnik znaleziony w Saragossie". Tam to zło, to jest powieść łotrzykowska napisana przez Jana Potockiego, w dodatku po francusku, żeby było. W związku z tym jedno z dzieł naszej literatury musiało być tłumaczone i pierwszy raz było przetłumaczone jeszcze w XIX wieku i o tym tłumaczeniu zapewne O35 wspomina.
To rzeczywiście dosyć stare tłumaczenie. Śpieszę donieść, że w roku 2013 i 2015 pojawiły się zupełnie nowe tłumaczenia. Myślę, że bardziej przystające do naszych czasów. Ale tak czy inaczej w każdej wersji warto przeczytać, a warto też obejrzeć film. Film jest absolutnie rewelacyjny, bo w tym czasie jakoś aktorzy grali z większym zaangażowaniem i ten film jest super. Nie sposób o nim.
[01:49:33] - W tamtym czasie aktorzy po prostu czytali książki, dlatego grali dobrze.
[01:49:39] - Tak mówisz? Jeszcze jest, jak już tak jedziemy dzięki naszym czatowiczom po literaturze nieco bardziej szczegółowo, to trzeba wspomnieć też powieść dla dzieci Kornela Makuszyńskiego: „Przyjaciel wesołego diabła".
[01:49:57] - O tego to zapomniałem. Było, ale ja już nie mogę pamiętać sprzed prawie stu lat wszystkich.
[01:50:05] - Ale w dodatku film był, już nie przed stu laty, bo o ile dobrze pamiętam, to w latach osiemdziesiątych nakręcony. „Przyjaciel wesołego diabła". Diabeł się pojawia, ale ten diabeł w powieści Makuszyńskiego nie jest diabłem strasznym specjalnie. To jest taki diabeł, z którym się można zaprzyjaźnić. Taki diabeł, który jest całkiem okej. Cóż jeszcze? Myślę jeszcze, że warto wrócić na chwilę do opowiadania, które przed chwilą było zacytowane. Powiedz mi, jak ty widzisz ten motyw chleba, który się tam pojawia? Co ci przyszło na myśl, jak usłyszałeś? Że rzecz się toczy tak naprawdę...
Dobra, nie będę ci. Mów ty.
[01:50:59] - Ja to jestem wrażeniowiec. Ja nie analizuję tak, Bogiem a prawdą, rzeczy. Nie rozkładam po akademicku.
[01:51:06] - Ja jestem akademik. Dobrze, to ty w takim razie powiedz o swoich impresjach. Proszę bardzo.
[01:51:14] - Ja mówię, moje wrażenia były takie po prostu wrażeniowe. Ja odbierałem to wszystko tak, że właściwie po każdym z tych opowiadań Chwila milczenia, chwila spokoju.
[01:51:26] - I lektura Pratchetta. Koniecznie.
[01:51:32] - Tu nie ma co tego. Zresztą sztuki w ogóle niespecjalnie warto analizować, bo z tego niewiele wynika.
[01:51:40] - A nieprawda. Ja bym sobie czasami poanalizował. Czemu nie? Dobra, à propos analizy, bo myślę, że wspomnieliśmy na początku audycji, że będziemy mieli coś do zaproponowania ludziom piszącym. Jeśli nas teraz tacy słuchają, to poproszę, żeby nadstawili ucha. A jeśli nas nie słuchają, a będą nas podsłuchiwać gdzieś w przyszłości z podcastów, to też proszę, żeby ucha nadstawili. Bo tak sobie wymyśliliśmy z Wiktorem i skonsultowaliśmy to z naszym prowadzącym Ivelljosem, że od jesieni zaproponujemy naszym słuchaczom dodatkową, nową audycję, pewno też w cyklu dwutygodniowym. Audycję, którą nazwaliśmy roboczo „Warsztaty Bibliotekarium” i te „Warsztaty Bibliotekarium” będą polegały na tym, że będziemy czekali na wasze opowiadania, wasze próby literackie. Nie będziemy określać ani tematyki, ani jakichś specjalnych ograniczeń poza jednym.
[01:52:52] - Ja mam takie ograniczenie.
[01:52:55] - Mów.
[01:52:56] - Paranormalium.
[01:52:58] - Nie, jak chcą pisać romanse.
[01:53:01] - Ale zwyczajne rzeczy to wszyscy piszą.
[01:53:04] - Ale ja chcę to zobaczyć. Dobrze, z naciskiem na paranormalium. Ale powiem jedną rzecz, z jednym ograniczeniem: 10 000 znaków. W takim razie będziemy to oczywiście jeszcze powtarzać. Czekamy na wasze opowiadania. Jakie będą korzyści? Nagrody będą takie jak w dzisiejszej audycji. Te najlepsze opowiadania, które zakwalifikujemy, będą czytane.
[01:53:30] - Wszyscy chciwie będą wskakiwali na antenę.
[01:53:32] - Będą wskakiwały na antenę w czasie audycji „Warsztaty Bibliotekarium”. Ale nie będziemy okrutnymi recenzentami. To znaczy, my wyznajemy taką hermeneutyczną zasadę przyjaznego recenzenta. To znaczy o opowiadaniach ewidentnie złych, nieudanych, takich potknięciach nie będziemy mówić na antenie. Będziemy oczywiście odpowiadać, jeśli ktoś się do nas zwróci drogą mailową, jakąś inną. Oczywiście odpowiemy, natomiast nie będziemy nikogo masakrować na antenie.
[01:54:07] - Chcę podkreślić, co myśmy postanowili zrobić. Otóż my właściwie niczego nie wymyśliliśmy, tylko po prostu podejmujemy pałeczkę, którą przekazuje nam portal Lubię Grozę, który zrobił świetny konkurs. Ale szkoda, żeby ten konkurs umarł śmiercią naturalną po wydaniu jednej książki. Niech ta inicjatywa żyje. Może również wtedy będziemy się uśmiechali do wydawnictwa, żeby te najlepsze rzeczy były publikowane.
[01:54:43] - Może i tam, może gdzieś jeszcze. Zobaczymy. Będziemy nad sprawą myśleć. W każdym razie warto jeszcze powiedzieć, że prosimy naszych słuchaczy, żeby ideę rozpropagowali, bo takich piszących osób wokół nas jest zawsze dosyć sporo, a one nie bardzo mają w tej chwili gdzie publikować. Więc my zapraszamy, ale jeszcze powiem, że tak jak wspomniałem, nie będziemy nikogo masakrować. Po prostu nie będziemy o tych najgorszych rzeczach, które są czasami nie najgorsze, tylko po prostu komuś powinie się noga. Tak się zdarza. Najlepszym pisarzom się zdarza, że po prostu czasami piszą knoty. Pisałeś knoty?
[01:55:24] - Pewnie, namiętnie.
[01:55:26] - To masz tak samo jak ja. Pisanie knotów to jest główne zajęcie pisarzy, a czasami coś się im udaje. Ale będziemy też udzielać rad. Te opowiadania, które do przeczytania się nie zakwalifikują, będziemy anonimowo, w sensie z imienia i miejscowości oraz inicjału mówić, co byśmy radzili, może to lepsze słowo. Co byśmy radzili w nich na przykład poprawić i na przykład przysłać do nas drugi raz.
[01:55:54] - Tak, żeby wskoczyło do puli.
[01:55:55] - Na przykład. Albo co radzilibyśmy na przyszłość, co uwzględnić i tak dalej. To już będzie tak półanonimowo, czyli bez nazwisk. Nie będziemy nikogo... Tak jak powiedziałem, mamy być przyjaznymi recenzentami, którzy raczej promują ludzi i pomagają im startować.
[01:56:14] - To co ja zrobię z tym kałachem, którego w chacie naoliwiłem?
[01:56:18] - Nie wiem. Wymyślimy jakąś trzecią audycję. No spoko. Strzelanie do rzutków na przykład, albo nie wiem, jakąś taką wymyślimy. Ale to jeszcze z czasem. W każdym razie, tak jak powiedziałem, to jest jeszcze sprawa przed nami. Po pierwsze muszą zacząć nadchodzić opowiadania. Dlatego też w kolejnych audycjach będziemy o tej naszej inicjatywie mówić, ale też, tak jak wspomniałem, wystartujemy z „Warsztatami Bibliotekarium” gdzieś jesienią, pewno we wrześniu, może w połowie września. Zobaczymy. Nic nas nie goni, nic nas nie popędza.
W każdym razie polecamy się.
[01:56:56] - Jak się zacznie szkoła. Nasza szkoła.
[01:56:59] - Zaciąłeś mnie. Powtarzam się i się powtarzam. Więc polecamy się pamięci zarówno osób piszących oraz przekazaniu informacji o tej inicjatywie. Ale się nagadałem.
[01:57:13] - Ja nie zachęcam piszących, bo piszący i tak mają tą ochotę. Natomiast jest mnóstwo ludzi, którzy na pewno chętnie by się zmierzyli z problemem, ale że tak powiem, nie mają co z tym począć. I wbrew pozorom to może nas zasypać lawiną.
[01:57:30] - To dobrze. W każdej lawinie jest tak, że nie wszystkie elementy tej lawiny będą się do publikacji na antenie nadawały. Ale mam nadzieję i życzyłbym sobie nawet tego, żeby od czytania dobrych opowiadań Ivellios nam zachrypł. Nie wiem, kto będzie radio wówczas prowadził, ale to jest problem, który da się rozwiązać. Powiem tak, pisarze dzielą się na dwie kategorie. Są tacy, którzy są zazdrośni o to, że ktoś inny pisze. I to są niestety nieszczęśliwi ludzie, którzy uważają, że oni piszą i już nikt inny na świecie pisać nie powinien, bo oni powinni zgarniać całą sławę, całą chlubę i w ogóle powinno być tak, że wszyscy powinni ich podziwiać. Ja wychodzę z innego założenia. Wydaje mi się, że im jest nas więcej, czyli ludzi, którzy coś w życiu skrobią, popisują, męczą się, trudzą, piszą i chcą, żeby to inni też czytali, tym lepiej. Tym jest z kim rozmawiać, jest o czym rozmawiać i w ogóle jest fajnie.
Stąd nasza inicjatywa i dlatego o niej wspominamy i wspominać pewno będziemy jeszcze nie raz.
[01:58:52] - A będziemy testować jeszcze gardło?
[01:58:56] - Będziemy testować gardło Ivelliosa. Myślę, że czas najwyższy, żeby zaprezentować trzecie z wybranych na dzisiaj opowiadań. A tym razem, o ile dobrze pamiętam, to mężczyzna.
[01:59:08] - Nareszcie.
[01:59:09] - Okej, Ivelliosie oddajemy głos.
[01:59:14] - Piotr Kulpa. Opowiadanie zatytułowane „Diabeł” przez U na końcu. „Panie Diabeł, czyli mówi pan, że potrafi czynić cuda, jak Jezus. Dobrze rozumiem?” Lekarz na izbie przyjęć nic nie rozumie. „To dobrze. Diabeł przez U, nie diabeł” — mówię i kreślę palcem w powietrzu wyraz z U na końcu. Lekarz wodzi wzrokiem za moim palcem. Neurologicznie jest w porządku. Na jego piersi, wpięty w kieszeń fartucha widnieje identyfikator: Doktor nauk medycznych Konrad Lepiej. „Psychiatra” — kontynuuję jego myśl.
Lepiej mruga oczami jak przebudzony z drzemki. „Słucham?” „Lepiej niż Jezus. Lepiej niż stu Jezusów razem wziętych”. „Do nieba?” „Niekoniecznie”. „Wymówi pan?” Psychiatra wzdycha. Jest zmęczony. Dyżur był niespokojny. W domu umiera mu matka. No i ta cholerna giełda. Stracił w ciągu ostatniego tygodnia chyba ze 100 000.
„Pracy?” „Nie. Kocham tę robotę”. „Moje imię. Czy wymówi pan poprawnie moje imię?” Lepiej oblizuje wargi, masuje językiem zęby. Zbiera się w sobie. Uśmiecha niepewnie. „Diabeł” — rzuca i patrzy na mnie wyczekująco. Potakuję mrugnięciem powiek. Szybko dopowiada: „Diabeł. Diabeł.
Diabeł”. Wchodzi pielęgniarka. Na tacy niesie strzykawkę w otwartym foliowym opakowaniu z igłą ukrytą jeszcze w plastikowej pochewce. Obok waciki i atomizer z płynem dezynfekcyjnym. Staza zrobiona z cielistego cewnika zwisa z kieszeni błękitnego fartucha, pod którym kobieta ma żółte koronkowe majteczki z wkładką higieniczną. Kieszeń wybrzusza się słodko, co dostrzega lekarz. Moszna mu się napina, zaciska uda. Końcówka cewnika wygląda jak sterczący sutek. Ma ochotę chwycić go w zęby. Uśmiecham się do niego wyrozumiale.
Też bym coś skonsumował. „Czyli reasumując” — zaczyna Lepiej, wodząc przez chwilę wzrokiem za błękitnym fartuszkiem opiętym teraz z przeciwnej strony. „Twierdzi pan… Mówi pan, że jest diabłem. Przepraszam, Diabełem”. Pielęgniarka pochyla się nad moją wyprostowaną ręką i wyciąga sutek. To znaczy cewnik. Obwiązuje go wokół mojego bicepsa i klepie mnie po żyłach na wysokości łokcia. Jej dekolt przypomina szczelinę w Morzu Czerwonym. Obok identyfikator: Maria Święta, pielęgniarka.
Ma męża boksera i dwie aborcje na koncie. Na jego życzenie, poparte silnymi argumentami. Doktor nauk medycznych notuje coś w karcie. To coś to pierdoły typu: pacjent płci męskiej, lat około 50, przywieziony przez patrol straży miejskiej, zatrzymany na dworcu kolejowym. Siedział na torach, czekając na pociąg. Próba samobójcza. Ciekawość. Rzucam od niechcenia, patrząc, jak nad Egipcjanami zamykają się ściany morza. Trochę im zazdroszczę. Igła wnika w skórę.
Staza spada. Do strzykawki napływa ciemny płyn, gęsty i urzekający. „Ale ma pan krew” — mówi pielęgniarka. „Jak smoła”. Lepiej, nie patrząc na mnie, pyta: „Co ciekawość?”. Zginam łokieć z wacikiem. „To była zwykła ciekawość. Chciałem sprawdzić, czy można mnie zniszczyć przez rozczłonkowanie, rozmazanie, zmiażdżenie, porozrywanie”. Lekarz notuje: rozpoznanie — zespół depresyjno-paranoidalny. Proponowane leczenie — neuroleptyki.
Podnosi wzrok znad karty i z przekąsem pyta: „I co? Widzi pan? Jest pan nieśmiertelny. Nie udało się”. Pieczątka z łupnięciem ląduje poniżej jego bazgrołów nieczytelnych dla każdego oprócz nas dwu. Karta się zamyka. „A pamięta pan, co to takiego ciekawość?”. „Jest ciekaw”. Chciwie ciekaw, jak wygląda srom skryty pod higieniczną wkładką. Chciałby wsunąć pielęgniarce dłoń pod fartuch za majtki i położyć na waginie.
Spuszcza z siebie powietrze jak dziurawy ponton. Mówi: "No to witamy w piekle, panie Diabeł". Po południu Maria Święta przynosi pierwsze tabletki. Każe otworzyć buzię i wsypuje mi je na język. "O Matko Boska, ale pan ma język! Przecięty na pół". Chowam i wysuwam go ponownie. Bez tabletek. "O, a teraz cały". Wysuwam język jeszcze raz.
Z tabletkami. "O, znowu. Ale z pana magik". Udaję, że łykam. Patrzy nieufnie i tyłem wychodzi z sali. "Jebać! Brrr". Dopada do mnie pan Tourett. Mówią tak na niego, bo odczuwa przymus bluźnienia i wykonywania różnych gestów. Jak większość ludzi na ziemi.
Dziś akurat klepie się rękami, że niby mu zimno i wydyma wargi. "Pokaż" — mówi. "Pokaż jeszcze raz. Nie widziałem". Pcha mi do ust brązowe od papierosów palce. Odpycham go i wysuwam język. Jest szybki. Zanim się orientuje, jednym ruchem zgarnia wszystkie moje tabletki, jakby łapał muchę. Wpycha je sobie do ust i połyka natychmiast, bez popijania. "Brrr.
Jebać". Cieszy się i zaciera ręce. "Dobry jesteś. Daleko zajdziesz". Do chwili, kiedy gasną światła, mówi "jebać" i "jebany" na zmianę. 807 razy. Coraz wolniej co prawda i ciszej, bo dodatkowa porcja pigułek robi swoje, ale jednak. Mam dość. W nocy zamieniam mu to na głuchoniemotę. Na drugi dzień po śniadaniu przychodzi doktor nauk medycznych Lepiej.
"A właściwie dlaczego przez 'u'?" — pyta, wpatrując się w Touretta siedzącego w milczeniu nieruchomo na łóżku. "A temu co?" "Nie wiem" — kłamię, żeby nie wyjść z wprawy. "A widział pan, ile ma odsłon na YouTube w ostatnim czasie?" Lepiej marszczy brwi. "Kto? Kaczmarczyk?" To prawdziwe nazwisko Touretta. "Diabeł. YouTuber. Jest cholernie popularny. Chcesz być popularny? Kiedyś byłem.
Jeszcze 200, ba, 100 lat temu straszono mną dzieci i dorosłych. Handlowałem duszami. Cyrografami mogłem tapetować ściany. Kobiety śniły o mnie potajemnie. Ludzie mnie szanowali. Ze strachu, ale jednak. Lecz mój czas się kończy. Nastały czasy ostatnie, jak mówił Jezus. Ludzie są już tak zajęci swoimi sprawami, że nie zwracają na nic uwagi. Chyba że pokażesz to na YouTube".
Lepiej staje obok Touretta i klaszcze mu za uchem. Tourett nie reaguje. "Dziwne" — mówi lekarz. Klaszcze jeszcze raz i dodaje: "Ale w ten sposób nie jesteś sobą, YouTuber". Bierze do ręki podkładkę z kartkami papieru i notuje: "Pacjent Kaczmarczyk przestał przejawiać syndromy zespołu Tourette'a. Prawdopodobnie utracił słuch i mowę. Proponowane dalsze leczenie w oddziale otolaryngologii". Staje przede mną z rękami skrzyżowanymi na wysokości podbrzusza. "Pokaż język". Pokazuje.
"Ech, te kobiety. Nienasycone. Jednego jej mało". Wychodzi. Maria Święta jest w ciąży. Jeszcze o tym nie wie. Mąż bokser dopadł ją w kuchni tego samego wieczora, kiedy ona w magazynku brudnej pościeli dopadła Lepieja. A potem... Wkrótce się dowie. Za kilka dni.
Ale wtedy nie będzie wiedziała z kim. Matka doktora Lepieja ma się gorzej. Rak skancerował jej odbytnicę. Leczą ją, ale bez skutku. Skutków się nie leczy. Na przestrzeni tysięcy lat ludzie odeszli od umiejętności leczenia. Skupili się na skutkach, oddalając się od przyczyn. Rak Lepiejowej to nie choroba, to skutek. Przyczyną jest pogarda. Pogarda jest chorobą.
Pogarda dla samej siebie. Ona sobą gardzi, bo będąc małą dziewczynką dotykała tego miejsca palcami. Oblizywała je i wąchała, a potem sprawiała sobie rozkosz. Kiedyś przyłapała ją na tym mama. Zaprowadziła do pani doktor, a pani doktor powiedziała, że dostanie od tego raka. Mała przyszła mamusia doktora Lepieja uwierzyła starszej, szanowanej kobiecie i swojej mamie. Od trzech nocy mam koszmary. Już nawet łykam te proszki, które dają mi po kolacji, ale to nie pomaga. Śni mi się, że budzi mnie szmer. Wstaję, podchodzę do okna i zamieram.
Na dole wokół szpitala, aż po horyzont z każdej strony stoi szemrzący tłum ludzi. Przyszli tu, by mnie zobaczyć. Chcą mnie dotknąć, pomacać, zrobić sobie ze mną zdjęcie. Trafili tu, idąc śladem smartfonowej aplikacji "Idź do diabła". Cofam się za ścianę, ale już mnie dostrzegli. Szmer przeradza się w pomruk, który niesie się falą z lewej na prawą i z powrotem. Ktoś rzuca w okno telefonem. Szyba rozsypuje się z brzękiem. Smartfon ląduje na łóżku. Pulsuje błękitnym światłem komunikatu: "Kochamy cię".
Słyszę, jak na dole pęka ogrodzenie. Ktoś krzyczy: "Jezu, moje nogi!" Ktoś inny: "Nie lękaj się" albo: "Ja tylko po autograf". Wchodzę pod łóżko. Kulę się w najdalszym kącie, lecz tupot nóg na schodach i korytarzu narasta. Słyszę, jak zbliża się do drzwi i wiem już, że za chwilę mnie znajdą. Próbuję jeszcze zesłać ogień, ale pod łóżkiem nie mogę unieść ręki, a poza tym mam w gębie gęsty kisiel i wszystko zaczyna się kręcić Kręcić. On mnie zabije. Zobacz, co mi zrobił, jak się dowiedział. Maria Święta odsłania połę fartucha i pokazuje piękne udo z zieleniącym już sińcem w okolicy pachwiny. Następnie odchyla rękawek i na ramieniu pojawiają się cztery odciśnięte czarne paluchy.
I tu razem z salową sprzątają łóżko po panu Turecie. Przenieśli go na otolaryngologię. A bo już dawno mogłaś go podać na policję – stwierdza salowa, trzepiąc poduszkę. Potem ściąga prześcieradło. Jest silna i ma całkiem spory wąs. Jak? On ma wszędzie znajomych. To psychol – mówi pielęgniarka i ukradkiem zerka na mnie. Wpatruję się w sufit. Przecież i tak wiem, co będzie dalej.
Ona nachyla się do koleżanki. Kazał mi zrobić test DNA. No to zrób. Zapada cisza. Maria siada na moim łóżku i płacze. Salowa powoli tężeje. Jej ruchy stają się coraz wolniejsze. Wreszcie odwraca się i upuszczając poszewkę, mówi z szeroko otwartymi ustami i oczami: Chyba nie. O w mordę! Maria szepcze.
On mnie zabije. Więc tak trwamy w tej sali w ciszy i zadumie nad pokrętnością ludzkiego losu. Mimo wszystko świat nie przestaje mnie zdumiewać. Gdzieś tam, ściśnięty pasami bezpieczeństwa mąż Marii uderza swoim Camaro w grube drzewo. Kierownica łamie się, a jej oś przebija mężczyznę na wylot. Napęczniała od treningów klatka piersiowa zapada się jak dziurawy materac. Nie zabije. Odzywam się z trudem, bo wargi kleją mi się wysuszone proszkami na sen. Tydzień później przychodzi do mnie doktor nauk medycznych Konrad Lepiej. Coś go gryzie.
Nie jest sobą. Jakiś nieswój. Słuchaj, mam do pana pytanie. Prośbę w zasadzie. Odzywa się, trzymając rękę na klamce. Patrzy w podłogę. Drugą ręką nerwowo mierzwi siwiejącą czuprynę. Czekam. Bo widzi pan, może to głupie, ale pan mówił, że czyni cuda lepiej niż Jezus. Oczywiście to tak między nami.
Więc pomyślałem, że dam panu szansę. Jak się panu uda, to natychmiast pana wypuszczam i ma pan u mnie wizyty za darmo do końca życia. Czekam. Moja mama… Matka już tak długo cierpi. Choruje na raka i pomyślałem, że może pan by użył swojej mocy. Wie pan. Głos mu się łamie. Wyciera wolną ręką nos. Siadam na łóżku.
Patrzę na niego. Jak mi się uda, zostaję tu do końca życia. Zgoda? Wygląda na zaskoczonego. Nie rozumiem. Nie chciałby pan wyjść? Czekam. Pociąga nosem i uśmiecha się jak dzieciak. Zgoda. Wieczorem gram w warcaby z Nowym.
Ja białymi. Nowy to Szatan. Nie wierzysz, co? Atakuje mnie po pierwszym ruchu. Wierzę. Kłamię z kilku powodów. Już samo wypowiadanie tego słowa sprawia mi perwersyjną frajdę. Nabroiłeś w życiu, co? – pytam. Nachyla się do mnie, jednocześnie kradnąc z planszy dwa białe piony i mówi: Dwadzieścia sześć kobiet, wszystkie zgwałcone i uduszone.
Stu czterdziestu czterech policjantów – szepcze, przejeżdżając palcem po szyi. – A dzieci… Dzieci to nawet nie liczę. Haha – odpowiadam. Kiedy zerka na pielęgniarkę Marię, która nadchodzi w towarzystwie Lepieja, sprawiam, że na planszy pojawiają się ponownie dwie białe bierki. Wkurzyłem się. A ty? Podobno jesteś diabeł. Uuu. Diabeł, proszę.
Wpycha sobie do ust piony. Dużo istnień masz na sumieniu, co? – bełkocze. Maria z Lepiejem chyba się kłócą. Machają rękami i zatrzymują się co kilka kroków. Wszystkie. Szatan zamiera. Wypluwa pionki na rękę. Jak to wszystkie? Normalnie.
Wszystkie śmierci od początku świata to moja sprawka. Twoje też. Fuch. Szatan zrywa się, strącając planszę. Piony z grzechotem toczą się po podłodze. Facet zaczyna płakać. Odwraca się i zgarbiony idzie w stronę korytarza B. Słyszę jeszcze, jak rzuca pod nosem: Jebany Chuck Norris. Obok mnie stają lekarz i pielęgniarka. Nie widzą mnie.
Słyszę każde słowo. Maria, ostatni raz cię proszę, dam ci na zabieg. Pielęgniarka chce odejść, ale doktor nauk medycznych łapie ją za ramię. Kobieta syczy: A policją mnie nie strasz. Dobrze wiesz, jakie mam z nimi układy. Maria wyrywa się z płaczem i odchodzi. Głupia dziwka – stwierdza Lepiej. Nadchodzi jesień. Deszcz siąpi od tygodnia. W sobotę przychodzi na oddział ksiądz.
Spowiadać. Mamy zadanie zlecone na terapii. Jedna spowiedź na miesiąc. No to postanawiam pójść. Jestem czwarty w kolejce, ale idzie szybko. Klękam. Oddziela nas dziurkowana deska. Facet jest zmęczony. Całą noc grał w karty. Teraz przysypia, co jakiś czas pukając w konfesjonał i zadając jako pokutę jakąś modlitwę.
Tę, na której otworzy mu się modlitewnik. Zaczynam opowiadać mu wszystko po kolei. Od momentu, gdy pierwszy raz poczułem zazdrość o mojego brata Jezusa dawno temu, zanim jeszcze stały się gwiazdy i Ziemia. Mówię o tym, jak zaczęło narastać we mnie poczucie niższości i pragnienie, by Bóg dał mi tyle samo. Uwagi, miłości, władzy i o tym, jak wreszcie sam ją sobie wziąłem. Jak łatwo odebrałem Bogu ludzi jednym prostym kłamstwem gadziego pyska. "Tak, tak, ja to znam. Ja wiem, o co chodzi” — mówi nagle ksiądz. Litania do Wszystkich Świętych trzy razy. Wstaję.
Będzie mi odpuszczone? Pod koniec października zbiera się komisja. Wchodzimy po kolei do sali, w której siedzi doktor nauk medycznych Konrad Lepiej, pielęgniarka oddziałowa i lekarz spoza oddziału. Chuda, starsza kobieta o złym spojrzeniu. Zadają mi kilka pytań, szepczą coś między sobą, stukają długopisami w karty. Na koniec Lepiej oznajmia: "No cóż, najwyraźniej nowe leki poskutkowały. Był pan nawet u spowiedzi. Społecznie też się pan podniósł. Wypiszemy leki i jutro do domu. Gratuluję." Zatyka mnie.
Idę do sali i kładę się na łóżko. Leżę tak i leżę, rozmyślając o słabościach ludzkiej natury, gdy wchodzi doktor. Nie patrzę na niego. Jest mi przykro. "No co? — pyta. — Nie tak się umawialiśmy, prawda?" Robię wielkie oczy. O co mu chodzi? "Prosiłem cię, żebyś ulżył mojej matce w cierpieniu. A ty co?
Uzdrowiłeś ją. Nie przestała cierpieć? Przestała, a jakże. Ale dom na razie przepadł. A ja potrzebuję... Słuchaj, a może..." Patrzę na niego i strasznie, ale to strasznie mnie korci, żeby mu coś zrobić. Lepiej pokazuje mi środkowy palec wystawiony do góry ze zwiniętej pięści i mówi: "Spierdalaj. A może byś tak mi pognół jeszcze raz? Spierdalaj. Co jest?
Spierdalaj." Drugą ręką łapie się za usta i wybiega. Wychylam się z sali i patrzę za nim, jak biegnie z wystawionym palcem. Mija suchą koleżankę z komisji i krzyczy do niej z dłonią na ustach: "Spierdalaj!" Wszak on siada na szynach. Tym razem siedzę na torach za miastem, w losie. Słyszę nadjeżdżający pociąg. Zardzewiała stal pod przymarzniętymi dłońmi śpiewa cichutko pieśń toczących się kół. Musi się udać. Ja mam dość. Pora na zmianę. Za kilka miesięcy Maria Święta powije dziecko.
Dobrze, że nie robiła testu DNA. Widzę już wielkie żółte oczy sunące na mnie. Wyje syrena. Pociąg hamuje, ale za późno. Zamykam oczy i zostaję z tym wspomnieniem, gdy w magazynku brudnej pościeli zamknęły się nade mną ściany Morza Czerwonego.
[02:19:10] - No i co dodać? Co ująć do tego opowiadania? Ja akurat byłem zafascynowany tym opowiadaniem, ale zwróćcie uwagę na jedną rzecz. O ile dwa poprzednie opowiadania były o współczesności, tak jak żądał właściwie tego tytuł, to to opowiadanie świadczy o tym, że współczesności nie ma. To opowiadanie zamyka pętlę między czasem minionym, między właściwie początkiem naszej cywilizacji i gatunku Homo sapiens i tak dalej, a dniem dzisiejszym. Jest to taka pętla, z której wyjścia nie ma. I co tu gadać?
[02:19:54] - Ale Wiktor, ty tak na poważnie. A nie zauważyłeś, że to opowiadanie w przeciwieństwie do tych pozostałych jest po prostu dowcipne?
[02:20:01] - A jest. A ja wiem, a ja wiem, że jest. Ale tym właśnie jest dlatego straszne, że to jest tak samo, jak jest śmiech przez łzy na przykład bywa, tak samo w tym opowiadanku dowcip, gra słów i tak dalej, to zresztą się tak nie rzuca w oczy. Ale gdyby przeanalizować, dlaczego ta Maria nie dobrze, żeby nie robiła tego testu DNA, dlaczego, dlaczego, dlaczego to wszystko, to naprawdę można się nieźle ubawić.
[02:20:38] - Ten numer z teściową.
[02:20:40] - Numer z teściową, tak, którą uzdrowił.
[02:20:44] - No i źle zrobił.
[02:20:45] - Źle zrobił, nie?
[02:20:46] - Bardzo pechowy diabeł.
[02:20:48] - Bardzo pechowy diabeł.
[02:20:49] - Diabeł.
[02:20:50] - Diabeł, tak. Ja tutaj zresztą zauważyłem taką śmieszną, znaczy nie śmieszną, ale fajną rzecz z naszym lektorem. Otóż ja to opowiadanie czytałem sam z sobą w maszynopisie, natomiast pierwszy raz je słyszę w interpretacji, nie?
[02:21:16] - Dobry jest, nie? Dobry jest Ivellios.
[02:21:18] - A wiesz dlaczego? Tak, ale wiem dlaczego. Otóż on nie używa nadinterpretacji, nie? Czyli nie akcentuje tego, co właściwie my sami w sobie robimy. Bo to jest zbędne. Właśnie. Nie odbiera nam, że tak powiem, osobistego kontaktu z tą literaturą przez intensywność własnego wyłożenia. Świetnie, świetnie czyta. Ja obydwiema wersjami, tą czytaną i tą dzisiaj słyszaną, jestem zachwycony.
[02:21:55] - Nagle coś się zrobiło tak luksusowo i tak bardzo fajnie, bo tak: Ivelliosa chwalimy. Trzy świetne opowiadania były na antenie. Nikogo nie krytykujemy. No ja nie wiem, co się dzieje po prostu. Jakoś pazur straciliśmy kompletnie.
[02:22:11] - Chyba mamy najdłuższy dzisiaj odcinek „Bibliotekarium”, a jeżeli jeszcze nie mamy, to będziemy mieć. Słuchacze raczej chyba nie będą z tego powodu narzekać. Wręcz przeciwnie.
[02:22:24] - My pewno aż tak długo nie będziemy już gadać, ale jeszcze sobie trochę pogadamy. W związku z tą naszą inicjatywą, czyli z Warsztatami Bibliotekarium, ponieważ inicjatywa się rodzi dopiero, a my na szczęście nie pozjadaliśmy wszystkich rozumów, chociaż staramy się, robimy, co możemy, to zapraszamy wszystkich zainteresowanych, którzy chcieliby nam coś doradzić, chcieliby się podzielić jakimiś propozycjami z nami, żeby napisali o tym albo na Facebooku Bibliotekarium. Wystarczy wpisać bibliotekarium.pl i pojawi się pod zapowiedzią dzisiejszej audycji. Ewentualnie na forum, tu podaję adres: forum.bibliotekarium.pl. Tam jest zakładka, która się nazywa Warsztaty Bibliotekarium w Radiu. I tam prosimy napisać po pierwsze co sądzicie o tej inicjatywie, po drugie o jakichś usprawnieniach, o czymś, czego nie uwzględniamy albo co warto by zrobić. Zakładamy, że ponieważ inicjatywa jest na wczesnym etapie, to jeszcze dużo rzeczy możemy przyjąć, możemy uwzględnić, możemy po prostu bawić się tą inicjatywą. A im więcej głów myśli nad audycją, tym ona-
[02:23:43] - Tym większy zamęt.
[02:23:45] - Zamęt najpierw, ale później jest lepsza wbrew pozorom, bo z zamętu rodzi się coś fajnego. Zapraszam jeszcze raz. Czyli powtórzę: Facebook bibliotekarium.pl, ewentualnie forum.bibliotekarium.pl w zakładce Warsztaty Bibliotekarium w Radiu. Tam można się spokojnie rozpisywać, coś nam poradzić. To myślę byłoby dla nas cenne, bo dużo prochu nie wymyślimy. Może się przyda ktoś mądrzejszy.
[02:24:23] - Pewnie, że tak. Ja na przykład przy lekturze tego ostatniego opowiadania stwierdziłem, że rzeczywiście lepsi to są poza mną, bo ja bym nie potrafił napisać takiego opowiadania. Bezwzględnie.
[02:24:37] - À propos naczelny mister Stonawski z grozy. Zaraz, już mi się pomyliły. Była polska groza, a teraz-
[02:24:52] - Lubię grozę.
[02:24:53] - Lubię grozę. O, widzisz.
[02:24:54] - Lubię grozę.
[02:24:57] - Ja też lubię grozę. W każdym razie naczelny był napisał, że lubi to opowiadanie. Ja mu się wcale nie dziwię. Mówię o tym ostatnim. I że się szczerzy do ekranu iście diabolicznie. I w sumie słusznie, bo myśmy się też szczerzyli. Nie wiem, czy diabolicznie, ale jednak. No cóż, masz jeszcze coś o diable do powiedzenia?
[02:25:23] - Prędzej czy później wszyscy do diabła.
[02:25:26] - Do diabła? Nie, są tacy wśród nas wybrani. Tak że wiesz, wielu jest wezwanych, lecz niewielu wybranych czy jakoś tak. Chyba dzisiaj mam problemy z pamięcią i z cytatami. Zdecydowanie. No cóż, myślę, że powinniśmy w tej chwili w takim razie, jeśli nam się temat diabelski wyczerpał, znaczy on się nie wyczerpał, tylko tak jak Ivellios powiedział, już zdaje się podchodzimy pod najdłuższą audycję, a jeśli jeszcze trochę pogadamy, to zaczniemy bić rekordy. Chyba nie o to chodzi. Myślę, że warto powiedzieć o temacie następnej audycji. Tym tematem będą wakacje, czas wakacyjny. W związku z tym trzeba o wakacjach trochę porozmawiać.
Żeby uchylić rąbka tajemnicy, a nie powiedzieć za dużo, to powiem tak: któż nie słyszał o takich powieściach czy też filmach, bo to i filmy jak na przykład „Podróż za jeden uśmiech” albo „Wakacje z duchami”. Ale kto nie czytał w dzieciństwie, w młodości takiej powieści Verne'a jak „Dwa lata wakacji”?
[02:26:43] - Ja czytałem i to chyba z 10 razy.
[02:26:46] - Okej. W każdym razie ten motyw wakacyjny w literaturze jest po pierwsze nieco bardziej jasny i nie tak mroczny jak ten diabelski, a po drugie dobrze pasuje do czasu, który przeżywamy. A poza tym myślę, że ten wakacyjny odcinek będzie też taką próbą polecenia lektur na wakacje, bo i taki plan podstępny mamy, żeby kilka ciekawych lektur naszym słuchaczom sprzedać. W każdym razie takie mamy niecne plany. A co ty jeszcze masz jakieś plany dodatkowe?
[02:27:31] - Tylko w audycji wyjdzie.
[02:27:34] - Wiesz, bo się boję.
[02:27:37] - Nie, po prostu wszyscy myślą, że wakacje to taka prosta rzecz. To nie jest taka prosta rzecz. Wakacje to jest rzecz tak uwarunkowana cywilizacyjnie, jedno z największych zresztą osiągnięć chrześcijanizmu, czyli te wolne soboty, weekendy i tak dalej. Chętnie zresztą spożywane przez ludzi niewierzących również. Wakacje to jest coś, co jest Po to, żeby złapać oddech na nowo, tak jak po każdym tym. To nie jest taka prosta rzecz. To jest piekielnie potrzebne.
[02:28:13] - O, proszę, od razu nasi słuchacze reagują. Reksio pisze: „A pan samochodzik templariusze?” Czyż nie o wakacjach? O wakacjach jak najbardziej, oczywiście. Temat mi jakoś drogi, bo pan samochodzik się pojawia, to się zaraz staję czujny. W związku z tym rzeczywiście pan samochodzik też. No cóż.
[02:28:34] - Pan samochodzik i temat drogi.
[02:28:37] - Tak jest. Nie wiem, czy aż tak będziemy ambitnie podchodzić do tematu. Reksio napisał, że wakacje są bardzo męczące. Też tak mam, ale myślę, że wakacje mają też swoje dobre strony.
[02:28:53] - Mają dobre.
[02:28:54] - Na przykład? Czuję podstęp, który tutaj stosujesz.
[02:28:58] - Po prostu mam trójkę dzieci. To wina tych wakacji. Wszystkie.
[02:29:04] - Cała trójka wina wakacji.
[02:29:06] - Wina wakacji.
[02:29:08] - Nie komentuję, bo mi nie wypada. W każdym razie jeszcze raz przypominam o naszej inicjatywie warsztatów Bibliotekarium, o jakichś cennych radach dla nas na forum biblioteka.bibliotekarium.pl, ewentualnie na Facebooku. Zapraszamy na następną audycję. Za dzisiejszą diabelską bardzo pięknie dziękujemy. Dziękujemy słuchaczom. Dziękujemy Ivelliosowi. Naprawdę wielki szacunek, jeśli chodzi o te dzisiejsze opowiadania. Myślę, że autorzy opowiadań powinni być zadowoleni.
[02:29:50] - Ale ci, którzy kiedyś w tych warsztatach będą pisać, jak sobie wyobrażą swoje opowiadania, też czytane przez Ivelliosa.
[02:30:01] - To jest coś! A jeszcze Michał Stonawski pisze, że na przykład w wakacje jest gorąco jak w piekle i to jest dobre podwiązanie pod dzisiejszą audycję.
[02:30:12] - A audycji Radio Paranormalium słuchają w diabły słuchacze.
[02:30:17] - Tak jest. Natomiast warto powiedzieć, że właściwie ta następna audycja będzie przedłużeniem tej dzisiejszej. Skoro jest gorąco jak w piekle, to rzeczywiście wakacyjna audycja będzie świetnie pasowała jako przedłużenie. A naczelnemu gratulujemy refleksu. Rzeczywiście tak o wakacjach nie myślałem, jak o jakimś takim piekielnym doświadczeniu. Jeszcze raz pięknie dziękujemy.
[02:30:53] - Dziękujemy bardzo.
[02:30:53] - Dobranoc. Wszystkiego dobrego. Życzymy pięknych wakacji, wypoczynku i żeby było wreszcie gorąco jak w piekle, ale bez przesady. Dla tych, co lubią umiarkowane klimaty, to również wszystkiego dobrego. Słyszymy się za dwa tygodnie.
[02:31:11] - Ja bym proponował, żeby te wakacje były diabelnie wesołe, diabelnie urozmaicone, diabelnie gorące, diabelnie wspaniałe.
[02:31:23] - I diabelnie obfitujące oczywiście w kontakt z książką. A mówili te słowa do państwa gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz panowie.
[02:31:36] - Dziękujemy. Wszystkiego dobrego.
[02:31:39] - Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie w kolejnych audycjach na naszej antenie.
[02:34:15] - To show you the truth is there. Things you doubt, yet you know well. If it hurts then gives you pain. You believe that it's insane. I'll show you the truth is there. Things you doubt, yet you know well. Know well. Wake up. Oh please, wake up! Wake up.
Oh please, wake up! Wake up. Please wake me up. Have you forgotten what we were? That's we are lost, we are nowhere. Though you hold my hand. You can't hide, you pretend. At things you doubt, it's you know well. If you fall and if you cry. I'll do my best, I shall try.
To show you the truth is there. Things you doubt, yet you know well. If it hurts then gives you pain. You believe that it's insane. I'll show you the truth is there. Things you doubt, yet you know well. Know well.