Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:27] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji dla moli książkowych i nie tylko, czyli Bibliotekarium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Dzisiaj po drugiej stronie łącza internetowego są z nami oczywiście, jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór panowie.
[00:50] - Dobry wieczór.
[00:52] - Dzisiaj tematem przewodnim Bibliotekarium będą motywy wakacyjne. Będą między innymi wakacje z duchami, ale nie tylko. Dzisiaj jednak wyjątkowo nie jesteśmy na żywo. Lecimy, że tak powiem, trybem taśmowym, dlatego na ewentualne komentarze i pytania panowie gospodarze Bibliotekarium odpowiedzą w następnym odcinku, który będzie wyemitowany na żywo już za dwa tygodnie. Wracając jednak do motywów wakacyjnych, oddam głos do Bydgoszczy. Halo, Bydgoszcz?
[01:28] - Halo, halo! Jeszcze raz dobry wieczór. Zaczynamy temat wakacyjny. Wakacje nas wszystkich dopadły. Panują naokoło. Sami się z Wiktorem wakacjom oddajemy, stąd to puszkowe nagranie dzisiejszej audycji. Ale na szczęście wakacje, przynajmniej nasze, nie są zbyt długie. Za dwa tygodnie, tak jak już Marek powiedział, radośnie pląsając, przybędziemy na żywo. Skoro rozmawiamy o wakacjach, to wakacje kojarzą mi się z błogim lenistwem i nicnierobieniem.
[02:09] - O nie.
[02:10] - Tak?
[02:11] - Dla mnie wakacje to jest najbardziej intensywny okres w życiu, proszę ciebie.
[02:16] - O Jezus! Ci współczuję.
[02:20] - Intensywność, proszę ciebie, to jest tak samo, jakbyś powiedział, że miłość to jest coś takiego byle jakiego, byle nie wiem co i w ogóle błogie rozleniwienie i patrzenie sobie w oczy. Nie! To spala kalorie.
[02:36] - Tak! Ciężka praca.
[02:38] - Ciężka praca, proszę ciebie. To samo jest w wakacje. Aktywne wakacje to znaczy takie, kiedy masz mnóstwo ciekawych zajęć. Praca nie musi być ciekawa. Praca jest obowiązkowa. Lepiej, jak jest ciekawa. Natomiast wakacje powinny być ciekawe.
[02:59] - Wiesz co? Nie zostawiłeś mi innej możliwości niż ta, żeby zapytać ciebie, jakie były twoje najpiękniejsze, wynika z tego, najbardziej pracowite wakacje.
[03:11] - Tak, oczywiście. Otóż któregoś dnia wpadło do mnie paru moich przyjaciół, profesorów filozofii i powiedziało: „Wiesz, Wiktor, koniec tej twojej roboty”. A siedziałem akurat wtedy przy koszmarami Machu Picchu, jak zresztą od 40 lat robię.
[03:29] - Pół życia to robisz, tak.
[03:31] - Siedziałem przed tym i mówią: „Stary, w borach się pojawiły pierwsze prawdziwki”. „To jadę do tego lasu z wami”. Pakuję, wyłączam komputer i tak dalej. I się zastanawiam. Faktycznie, pierwsze to powinny majowe prawdziwki być. A oni tak się na mnie patrzą. „Wiktor, jakie majowe? Co ty pieprzysz?” A ja mówię: „Jak nie majowe? Piękna pogoda, słoneczko świeci. A co mamy za miesiąc?” Mówi: „Stary, mamy połowę września”.
Ja od maja do września nie zauważyłem, że były wakacje. Dlatego, gdyż tak byłem radośnie zafascynowany swoją twórczością, że tak powiem, że mi przeleciały całe nie dwa, ale cztery miesiące koło nosa. To były wspaniałe wakacje.
[04:27] - Wiesz, coś w tym jest, co mówisz, bo całkiem niedawno jakoś taką zbliżoną do twojej historię sprzedał mi pewien profesor filozofii zajmujący się filozofią analityczną, a więc już taką naprawdę filozofią z krwi i kości. Akurat ten fragment filozofii na pewno można nazwać nauką, bo tam logika i wyższa matematyka właściwie rządzą. Ten człowiek powiedział, że w okresie, kiedy pisał swoją habilitację, to też stracił poczucie czasu. I tak nagle, nie pamiętam miesięcy, ale powiedzmy zakładając. Ze stycznia zrobił się maj. Ni stąd, ni zowąd. Stwierdził, że czas minął w chwili, gdy zjawił się na poczcie. On oczywiście na co dzień jadł, pił i jakieś podstawowe czynności wykonywał, a jakoś nie bardzo mózg odnotowywał. Zajęty bowiem był tą pracą habilitacyjną i odkrył, że minęło tyle czasu w maju, kiedy zjawił się na poczcie z plikiem awizo na różne przesyłki. Oczywiście większość tych awizo była już nieaktualna, bo po pewnym czasie poczta wszelkie przesyłki odsyła.
Te ostatnie odebrał, a podpisując się na formularzu, na którym to musiał odebrać Zapytał panią, jaki jest miesiąc, bo nie bardzo sobie zdawał z tego sprawę. Zdawał sobie sprawę z tego, że upłynął pewien czas. Natomiast o to, który jest miesiąc i że to jest maj, o to się musiał wypytać. Więc coś jest z tą pracowitością.
[06:18] - Do czego to jest podobne, to moje i tego filozofa? Jak odkryli te ptaki na lotnisku w Denver w Stanach w tej chwili. Te, które żyły przez 18 milionów lat, szybowały nad oceanami o rozpiętości skrzydeł trzydziestu paru metrów, czyli porównywalne z współczesnymi samolotami. Otóż taki ptak najpierw startował z oceanu, czyli musiał zdrowo pobiec, następnie zdrowo pomachać skrzydłami. To była ciężka praca. Machały tymi skrzydłami długo, aż wzbiły się w tą warstwę atmosfery, w której mogły rozpostrzeć skrzydła i planować, fruwać sobie, płynąć w powietrzu lekko, bez machania, bez wysiłku fizycznego, spokojnie. I one wtedy szybowały nad tymi oceanami przez wiele godzin, całymi tygodniami, miesiącami, nigdy nie lądując na wodzie. To były wakacje. To była swoboda.
[07:27] - Mogły filozofować.
[07:28] - Mogły filozofować i robiły to 18 milionów lat, aż je słak trafił i myśmy przejęli pałeczkę. Ciekawe, kiedy nas trafi.
[07:38] - Nie prorokujmy. Czego nie będziemy wiedzieć, tego nam nie będzie żal. W każdym razie lepiej, żebyśmy tego nie wiedzieli.
[07:50] - Natomiast à propos wiedzy, to ja się wychyliłem. A moja wiedza na temat twoich wakacji?
[07:58] - Znaczy się moje wakacje. Powiem ci, że one też były związane z wysiłkiem i to wysiłkiem fizycznym. Nie wiem, czy one były najlepsze, ale je po prostu najbardziej zapamiętałem chyba ze względu na ten wysiłek fizyczny. Otóż kiedy byłem w liceum w jednej z ostatnich klas, zaplanowaliśmy sobie z kumplem, że pojedziemy w Polskę rowerami. Wtedy pojazdy poruszały się po drogach nieco mniejszymi stadami niż obecnie i rowerzysta, który chciał jechać drogą, był właściwie w pełni bezpieczny. To nie to co dzisiaj, że właściwie każdy rowerzysta jadący drogą tak naprawdę przeszkadza kierowcy. I to sam jako kierowca wiem, że jak się jedzie w tak natężonym ruchu, jaki w tej chwili panuje, to ten rowerzysta jeszcze objuczony, bo na takie wypady wielotygodniowe to się właściwie cały dobytek zabiera, szczególnie że myśmy pojechali w stanie wojennym, więc tych puszek, puszeczek ze wszystkim mieliśmy całą masę. Pojechaliśmy w Polskę na Mazury. Powiem ci, że pierwsze dni to był koszmar. Obaj przeceniliśmy swoje siły, a nam się wydawało, że mamy niezłą kondycję.
Życie to wyprostowało, bo powiedzmy po kilkudziesięciu kilometrach kończyła się kondycja, zaczęły nam się ból i rozpacz. Ale byliśmy twardzi. Na Mazury dojechaliśmy. Zrobiliśmy też kilka innych ciekawych tras. Pod koniec robiliśmy po 100 kilometrów dziennie. Było wspaniale, chociaż przyznam, że wysiłek był ogromny. Może dlatego też wspominam tę wyprawę, że to jest właściwie rzecz nie do powtórzenia dzisiaj, bo wtedy jak się jechało szosą i to nawet taką szosą na Warschau, to te samochody nie jeździły tak gęsto jak obecnie. Tego było mało. W związku z tym, nawet jadąc szosą, można było mieć takie poczucie wolności, niezależności i w ogóle czegoś takiego wakacyjnego. Konia z rzędem temu, kto na dzisiejszej szosie jadąc rowerem odkryje wolność i wakacyjność.
Przepraszam, można spaliny i smrody odkryć oraz tłok i wygrażanie pięściami w naszym kierunku, ale na pewno nie jakiś wakacyjny nastrój. To zdecydowanie.
[10:35] - Zwróć uwagę, że to, co powiedziałeś o swoich wakacjach i ja o swoich wakacjach. Dobre wakacje powinny być bardzo intensywne, czyli tak, zmęczenie i tak dalej. Ale to jest tak, to jest twój wybór, a nie twój przymus. To jest mój wybór, że siedzę i piszę. To jest twój wybór, że jedziesz na rowerze, a nie przymus, bo akurat pracujesz w tej albo innej korporacji i musisz być o tej godzinie, a wyjść o tej, a właściwie cały dzień przeleciał koło nosa.
[11:09] - Ja też pamiętam, że na tę wyprawę rowerową to dzisiaj może rzecz właściwie szalona po części, bo do całego tego obciążenia samego bagażu ja miałem na rowerze ponad 30 kilo. Rower też swoje ważył, a więc do tego wszystkiego każdy z nas zabrał przynajmniej dwie książki. Z racjonalnego punktu widzenia to jest absolutne szaleństwo. W związku książki wcale nie były ciężkie. Ciężkie były, nie były cienkie. Jeden z nich to było tomiszcze dosyć spore. W każdym razie wtedy wydawało nam się to oczywiste, że wakacje to są wakacje z książką. Ja wiem, to taki fanatyzm przeze mnie przemawia, bo ja sobie w ogóle mało sytuacji bez książki wyobrażam. Ale przepraszam, jak ty spędzałeś wakacje? Bo teraz, ale jak kiedyś spędzałeś wakacje, książka była?
Czy już byłeś tak zmęczony tym popisywaniem kosmodromu?
[12:11] - Nie, po prostu książka zapełniała dziury, że tak powiem, w aktywności takiej fizycznej, czyli włażenia na górę. Jak już się wlazło, to się tam usiadło i poczytało. Jak się zlazło, to się też poczytało leżąc na biwaku przy ognisku i tak dalej. Jak się skończyło piwo, to też się poczytało trochę. No i tak bez przerwy. Książka była takim uzupełniaczem. Jak się nic nie działo albo deszcz padał, to książka była skarbem wtedy. Czasami jeszcze dziewczyna, ale książka przede wszystkim.
[12:46] - Tak mówisz.
[12:46] - Tak.
[12:48] - Wiesz co, powiem ci, że jakiś czas temu byłem na świetnej imprezie, mianowicie na Międzynarodowym Festiwalu Fantastyki w Nidzicy organizowanym przez wytrawnego fantastę i znawcę fantastyki, czyli Wojtka Sedeńkę. I powiem ci, że na tej imprezie sporo było propozycji na lato. Takich lektur, które myślę warto polecić. I ja to zrobię, ponieważ naprawdę spotkałem tam i ludzi, którzy potrafili pięknie o tych książkach opowiadać, ale potrafili też tymi książkami zainteresować. I powiem ci tak, ja przede wszystkim zwróciłem tam uwagę na, jak to się śmiał Wojtek Sedeńko, na redaktora wszystkich fantastów, czyli na Macieja Parowskiego, który właśnie wydał książkę pod takim trochę dziwnym tytułem „Kukułka na koniu trojańskim”. To jest uzupełnienie. To jest właściwie dalsza część takiej dosyć monumentalnej pracy, która nazywała się „Małpy Pana Boga”. Składała się z dwóch tomów w trzech woluminach, która mówiła o obrazach w fantastyce i o różnych zjawiskach dotyczących fantastyki. „Kukułka na koniu trojańskim” jest jakby uzupełnieniem tamtych tomiszczy. I powiem ci, że to, co Maciej Parowski o tej książce powiedział, mnie zachęciło do lektury.
Jeśli moje zdanie jest dla kogoś mało wiarygodne, a zakładam, że tak może być, to relację ze spotkania z Maciejem Parowskim można znaleźć na portalu Bibliotekarium albo na kanale YouTube Bibliotekarium. Tam Maciej Parowski o tej książce opowiada. Myślę, że opowiada w sposób jak najbardziej zachęcający. Ja bym po tę książkę sięgnął, ale to jest książka, która nawet nie powiedzmy, a na pewno to jest książka, która nie jest beletrystyką. To jest dla ludzi, którzy interesują się fantastyką i chcieliby o historii polskiej fantastyki trochę się dowiedzieć. Natomiast spotkałem tam też człowieka, a konkretnie Marcina Podlewskiego, który wydał kolejny tom, moim zdaniem znakomitej space opery napisanej z dużym rozmachem. Space opery, której taki zbiorczy tytuł brzmi „Głębia”. To jest opowieść z wypalonej galaktyki, to znaczy z naszej galaktyki, która za wiele lat, nawet bardzo wiele lat już wygląda troszeczkę inaczej. Nie będę w tej chwili przytaczał całej historii tej galaktyki, bo spotkanie z Marcinem Podlewskim również znajduje się na kanale YouTube Bibliotekarium i tam możecie państwo tę historię galaktyczną prześledzić. Ale historia historią, bo powiedzmy taką tendencję do budowania różnych historii, mniej lub bardziej rozbudowanych, można zaobserwować w literaturze dosyć powszechnie.
Asimov, pisząc „Fundację” też właściwie napisał historię ludzkości wprzód. Marcin Podlewski stworzył po prostu ciekawe— trochę się boję użyć słowa czytadło, bo to książka jednak z ambicjami, ale naprawdę to się świetnie czyta. To jest świetnie napisana historia, która jak to głębia wciąga. Po prostu wciąga. I te tomy, które z tego, co jak sobie tak zgrubnie obliczyłem, każdy z nich ma ponad milion znaków, jakieś milion dwieście tysięcy znaków. To jest co czytać. To naprawdę jest co czytać, a jednak dosyć szybko wchodzą. I gdyby to było tylko moje zdanie, to powiedzmy, jest znowu mało ważne. Ale Marcin Podlewski był na tym festiwalu oblegany przez ludzi, którzy deklarowali, że te tomy, które napisał właśnie, grubaśne, wielgaśne, po prostu połknęli ot tak i już. Dlatego myślę, że warto się zainteresować tym cyklem, czyli cyklem „Głębia”, bo to może być całkiem fajna lektura na lato.
[17:09] - Po tym, co powiedziałeś, to ja już jestem bardzo zainteresowany. Ale w trakcie zwróciłem jeszcze na jedno uwagę. Otóż nie wiem, co w tej chwili porabia Marcin Podlewski. Musiałbym z nim pogadać. Natomiast wiem, co porabia Maciej Parowski. Otóż zwróć uwagę gdyby on dalej był redaktorem fantastyki, w życiu by nie napisał tych książek, które napisał w tej chwili. Napisał je dlatego, gdyż jest człowiekiem wolnym i właściwie ma wakacje nieustające i może sobie pozwolić na to, żeby pisać, co mu ślina na język przyniesie po prostu.
[17:48] - Powiem ci, że ta ślina przynosi mu na język ciekawe spostrzeżenia, bo porozmawialiśmy trochę po głównym spotkaniu. Po tych wszystkich oficjałkach porozmawiałem z Maciejem prywatnie i powiem ci, że Siła jego przemyśleń dotyczących współczesnego świata literatury, tego, co się dzieje wokół nas, jest naprawdę ogromna. To jest człowiek, który przez całe lata zbierał, ładował akumulator, a w tej chwili dzieli się tym z ludźmi i myślę, że byłem absolutnie oczarowany tym, czego się dowiedziałem, pewnymi syntezami, które usłyszałem od Macieja. To były absolutne perełki. I te perełki można znaleźć oczywiście w książce, o której już mówiłem, czyli przypomnę „Kukułka na koniu trojańskim”. Ale powiem tak: niespodzianka dla wszystkich słuchaczy Bibliotekarium jest taka, że mniej więcej pod koniec tego miesiąca, czyli pod koniec lipca 2017 roku, na portalu Bibliotekarium ukaże się wywiad w formie audio, czyli do odsłuchania, właśnie z Maciejem Parowskim o książkach, które ukształtowały jego „ja” i ukształtowały to, kim jest. Powiem tyle, że kiedy Maciej Parowski opowiadał o tych książkach z dzieciństwa, o tych książkach z młodości, poczułem coś na kształt wzruszenia. To były historie.
[19:26] - To były nasze książki w większości.
[19:29] - Maciej opowiadał tak o nich, że ja wtedy dopiero poczułem, że nie ma czegoś takiego jak przepaść pokoleniowa, bo jednak należymy do różnych pokoleń, a właściwie okazało się, że łączą nas te książki. Przez ten ocean czasu, przez te dzieje nagle się okazuje, że właśnie książki są tym elementem, który może sprawić, że pokolenia pozornie od siebie odległe nagle mają o czym rozmawiać. Zresztą na tym samym festiwalu Lech Jęczmyk powiedział o tym, że kiedyś, kiedy były takie dosyć srogie czasy PRL-u, kiedy książek nie wydawano zbyt dużo, to jeśli istniała jakaś dobra strona tego, że nie wydawano zbyt wielu książek, to taka mianowicie, że niemal wszyscy, którzy czytali coś w ogóle, to czytali podobne książki, niemal to samo, bo nie było tego za dużo po prostu.
[20:34] - Mogli się porozumieć, mieli o czym rozmawiać.
[20:36] - Tak się tworzy kultura. Dzisiaj mamy bogactwo i trudno zaprzeczyć, trudno powiedzieć, żeby to było złe. Ja na pewno tego nie powiem, ale coś w tym jest, co Lech Jęczmyk zauważył. Lech Jęczmyk, czyli znakomity tłumacz. Wystarczy sięgnąć po listę tłumaczeń, których dokonał. To są absolutne perełki w polskiej literaturze czy w przekładach na język polski. To są absolutne perełki właśnie z języka angielskiego. Ale właśnie o tym warto powiedzieć, że dzisiaj ludzie czytają różne książki i czasami zdarza się, że nie mają o czym rozmawiać, bo po prostu różne treści.
[21:20] - Zwróć uwagę, że przez całe średniowiecze, długie średniowiecze, co prawda różne nacje europejskie czytały to, co tworzyli autorzy danej nacji na własny rynek. Tego było bardzo niewiele. Mogli się ewentualnie wymieniać informacją na temat tego, co robią tutaj nad Wisłą albo co robią tam nad Odrą czy za Bugiem gdzieś. Natomiast jedna rzecz była wspólna. Wszyscy, absolutnie wszyscy, którzy czytali, mieli przeczytaną Biblię. Czytali. Była to wspólnota pewnych archetypów, pewnych wzorców, pewnych rzeczy. I o tych wzorcach mogli dyskutować.
[22:02] - Co więcej, oni się nawet nie zawsze z tą Biblią zgadzali.
[22:05] - Tak, oczywiście.
[22:05] - Ale mieli o czym rozmawiać. To prawda. Wiesz, to jest jedna prawda i trudno Lechowi Jęczmykowi nie przyznać racji. Rzeczywiście, jeśli ludzie czytają to samo, to mają o czym rozmawiać i kultura kwitnie. Z drugiej strony burzę się troszeczkę przeciwko takiemu stwierdzeniu, że jak ludzie czytają różne rzeczy, to źle? To, że się tyle publikuje, to właściwie przecież dobrze. Nie potrafię tego tak dokładnie rozgryźć.
[22:34] - Wiesz, coś w tym jednak jest, będę chętnie wracał, jak z tą miłością. Boże mój, jak tu mówić o porozumieniu, kiedy śpimy w osobnych łóżkach?
[22:50] - Odważna teza. Okej. W każdym razie wrócę jeszcze do tej myśli, że polecam wywiad, który ukaże się pod koniec lipca z Maciejem Parowskim, bo to jest wywiad, w którym możemy odkryć samych siebie. Paradoksalnie, ale możemy odkryć w tym wywiadzie samych siebie. Zostawmy te sprawy, nazwijmy to, wywiadowcze, związane z Festiwalem Fantastyki w Nidzicy. Nie, nie mogę zostawić tego, bo jeszcze była tam jedna postać absolutnie rewelacyjna, którą my z Wiktorem świetnie znamy, a mianowicie Cezary Zbieszowski. Myśmy kiedyś w nieistniejącym już „Science Fiction, Fantasy and Horror” recenzowali jego pierwszą książkę, zbiór opowiadań „Requiem dla lalek”. Pamiętasz?
[23:50] - Tak.
[23:50] - Rewelacyjna książka, pisana z taką kulturą, z takim poszanowaniem słowa i z taką głębią. Czuć było, że człowiek naprawdę ma coś do powiedzenia.
[24:04] - Ale równocześnie z pełną dynamiką.
[24:06] - Tak. Absolutną sprawnością. To był jego zbiór opowiadań. On zresztą później ukazał jako audiobook, nawet wzbogacony, bo trzy opowiadania dodano do tego audiobooka. Powtarzam: „Requiem dla lalek” Cezary Zbieszowski to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć.
[24:28] - Szczególnie na wakacje, żeby się rozerwać. Jeśli komuś nudno przez chwilę.
[24:34] - Tak, ale muszę to powiedzieć: to nie jest książka leciutka, taka, żeby się rozerwać. To jest nieco cięższy granat. Natomiast warto, bo człowiek ma absolutną satysfakcję. Warto też powiedzieć, że Cezary Zbieszowski nie poprzestał na tym zbiorze opowiadań i całkiem niedawno wydawnictwo Powergraph wydało jego książkę „Holokaust F”. Co się kryje pod tym tytułem, zdradzał nie będę. Natomiast warto powiedzieć, że „Holokaust F” to początek dłuższej historii, bo w tej chwili autor kończy kolejną książkę, która dzieje się w tym świecie. A więc mamy świat, który nie jest naszym światem. To świat alternatywny do naszego, w którym rozpoznajemy oczywiście pewne dekoracje, rozpoznajemy pewne gadżety, nawet nie tylko gadżety, przedmioty dnia codziennego. Ale to jednak nie jest nasz świat i książka „Holokaust F” absolutnie polecam. Ja dzisiaj chyba nadużywam słowa „absolutnie”.
Coś mnie tak dzisiaj wzięło. Czasami są takie słowa wampiry natrętne i chyba mnie dzisiaj takie słowo dopadło. Niemniej jednak polecam. To jest kolejny autor z takiej polecanki. I cóż, myślę, że ponieważ dzisiaj jako ilustrację naszego tematu wybraliśmy trzy fragmenty z trzech takich, weźmy to w cudzysłów, wakacyjnych książek.
[26:15] - Może dlatego, że o ile dzisiaj polecamy to, co polecamy, o tyle kiedyś, dawno temu coś żeśmy czytali, co wszyscy czytali na świecie praktycznie.
[26:26] - Ano tak.
[26:27] - Oczywiście tym europejskim świecie. I to są książki, które właściwie można również polecić, chociaż mają historię daleką od naszego czasu. Ale jak się je łyknie dzisiaj obok tych książek, które żeś opowiadał, to chyba jednak każdemu satysfakcję sprawią.
[26:52] - Pierwsza z nich jest znana absolutnie. Właśnie mówię, że coś dzisiaj niedobrze. Pierwsza z tych książek znana jest na całym świecie, bo Jules Verne napisał „Dwa lata wakacji” i od czasu, kiedy w XIX wieku, w drugiej połowie napisał tę książkę, to już spore chmary ludzi zdołały ją poznać. A historia jest właściwie banalna? Nie wiem, ale w każdym razie taka przewidywalna, bo w jakiś sposób nawiązuje do opowieści o Robinsonie. Tylko że nie mamy jednego Robinsona, tylko tych młodych Robinsonów jest tam cała garstka. Ci Robinsonowie rozbijają się na wyspie i tytułowe dwa lata wakacji spędzają i muszą sobie na tej wyspie poradzić. Pomimo że są młodzi, pomimo że brak im jeszcze doświadczenia. Myślę, że taka książka to jest książka wakacyjna. Te dwie następne, które zaproponujemy, one już na całym świecie nie są znane, ale w Polsce dzięki świetnemu pióru autora oraz adaptacjom filmowym też są znane.
Właściwie chyba nie ma osób, które nie poznały następnych tytułów, które zaproponujemy. Ale najpierw Jules Verne i „Dwa lata wakacji”. Prosimy Marku.
[28:14] - Juliusz Verne „Dwa lata wakacji”. Rozdział trzeci. W Auckland, stolicy Nowej Zelandii, wyspy będącej ważną kolonią angielską, cieszyło się w owych czasach najwyższym uznaniem Collegium Germanum. Uczęszczało tam około stu uczniów pochodzących z najznakomitszych rodzin tego kraju. Maorysi, ludność tubylcza archipelagu, nie mieli dość środków, by kształcić swoje dzieci u Germanów. Dla nich przeznaczono zresztą inne szkoły. Tylko młodzi Anglicy, Francuzi, Amerykanie, Niemcy, synowie właścicieli ziemskich, rentierów, bogatych kupców i urzędników pobierali naukę w tym kolegium. Otrzymywali tam wszechstronne wykształcenie, takie samo, jakie dają podobne zakłady naukowe w całym Zjednoczonym Królestwie. W skład archipelagu nowozelandzkiego wchodzą dwie wielkie wyspy: Ika-Nama-Ui, czyli Wyspa Ryb na północy i na południe od niej Te Waipounamu, czyli Wyspa Zielonego Jadeitu. Wyspy te oddzielone od siebie Cieśniną Cooka leżą między 34.
a 35. równoleżnikiem półkuli południowej, co odpowiadałoby położeniu Francji i północnej Afryki na półkuli północnej. Wyspa Ika-Nama-Ui, bardzo rozczłonkowana od północy, tworzy rodzaj nieregularnego trapezu wyciągniętemu jak gdyby ku północnemu zachodowi, w ślad za krzywą, którą wytycza przylądek Van Diemena. Niemal na początku tej krzywej, tam, gdzie szerokość półwyspu nie przekracza kilku mil, znajduje się Auckland. Położenie tego miasta przypomina położenie Koryntu i temu właśnie zawdzięcza miano Koryntu Południa. Auckland posiada dwa otwarte porty, jeden w zachodniej części miasta, drugi we wschodniej, nad niezbyt głęboką Zatoką Hauraki, którą pocięto na angielską modłę długimi molami, dzięki czemu mogą tam zawijać okręty o średnim tonażu. Molo handlowe, jedno z wielu, sięga aż po Queen Street, jedną z najznaczniejszych ulic miasta. Mniej więcej na połowie tej ulicy stał dom, gdzie mieściło się Collegium Germanum. Otóż 15 lutego 1860 roku po południu wysypała się z budynku szkoły setka uczniów, którym towarzyszyli rodzice. Wesołe twarze i radosne gesty upodobniały chłopców do ptaków, które wypuszczono z klatki.
Nie było w tym nic dziwnego. Zaczynały się wakacje. Dwa miesiące swobody, dwa miesiące wolności, a dla pewnej liczby chłopców nadzieja podróży morskiej, o której rozprawiano już od dawna w kolegium. Po cóż opisywać zawiść, jaką budzili ci, których fortuna wyróżniła, zapewniając im miejsce na pokładzie Slowy, jachtu gotowego wyruszyć w podróż dookoła Nowej Zelandii. Ten piękny szkuner wynajęty przez rodziców przygotowany był na sześciotygodniowy rejs. Należał on do jednego z ojców, pana Williama H. Garneta, byłego kapitana marynarki handlowej. Człowieka, który budził całkowite zaufanie. Sumy uzyskane od rodziców przeznaczono na koszty podróży, która miała odbyć się w najlepszych warunkach, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i komfort. Wielka radość czekała chłopców i naprawdę trudno byłoby lepiej wykorzystać wakacje.
Edukacja, jaką zapewniają kolegia angielskie, różni się znacznie od tej, którą otrzymują wychowankowie kolegów francuskich. Anglicy pozwalają uczniom rozwijać własną inicjatywę, a zatem dają im więcej swobody, co wpływa pomyślnie na ich rozwój. Są oni znacznie krócej dziećmi niż uczniowie francuscy. Słowem wychowanie dotrzymuje kroku wykształceniu. Stąd uczniowie szkół angielskich są w większości wypadków grzeczni, uważni, dbali o swój wygląd zewnętrzny i co godne jest podkreślenia, nie lubią na ogół uciekać się do obłudy czy kłamstwa, nawet wówczas, gdy chodzi o uniknięcie sprawiedliwej kary. Należy również zaznaczyć, że w tych szkołach młodzież nie jest tak bardzo skrępowana dyscypliną, jaką narzuca życie w gromadzie i konieczne w nim godziny ciszy. Najczęściej każdy ma osobny pokój, dokąd przynoszą mu niektóre posiłki, a kiedy chłopcy zasiadają w jadalni, mogą gawędzić swobodnie. Uczniowie podzieleni są na klasy w zależności od wieku. W Collegium Germanum było pięć klas. O ile chłopcy z pierwszej i drugiej całowali jeszcze rodziców na powitanie w policzki, o tyle ci z trzeciej, starzy zastępowali synowski pocałunek męskim uściskiem dłoni.
Nadzorcy nie byli potrzebni, a lektura powieści i dzienników dozwolona. Dni wolne od nauki częste. Ilość godzin lekcyjnych niezbyt wielka. Stosunek do ćwiczeń cielesnych właściwy. Gimnastyka, boks i wszelkie gry zalecane. Ale mimo panujących tutaj swobód, których chłopcy nie nadużywali prawie nigdy, wprowadzono pewien rygor. Były nim kary cielesne, najczęściej chłosta, stosowane z reguły w wypadkach ciężkich przewinień. Zresztą żaden młodociany Anglik nie uważał chłosty za dyshonor i poddawał się tej karze bez szemrania, jeśli uznał, że na nią zasłużył. Anglicy hołdują tradycji, o czym każdemu wiadomo zarówno w życiu prywatnym, jak i publicznym. Toteż i w zakładach naukowych przetrwały najróżniejsze, niekiedy absurdalne obyczaje.
Zresztą nie przypominają one w niczym owych chrztów szkolnych, przez które w kolegiach francuskich przechodzi nowy uczeń. Starsi opiekują się młodszymi, ale pod tym warunkiem, że malcy świadczą im w zamian pewne usługi, od czego nie wolno im się wymawiać. Usługi te polegają na przynoszeniu rankiem śniadania, czyszczeniu ubrania, pucowaniu butów i załatwianiu sprawunków. Nadaje się im miano fagizmu, tych zaś, którzy je wykonują, nazywa się fagami. Właśnie ci najmłodsi z pierwszej klasy byli fagami uczniów z klas wyższych, a jeśli któryś spróbowałby się opierać, los jego byłby godny pożałowania. Ale nikt nawet o tym nie myślał. Malcy podporządkowywali się owej dyscyplinie, jakiej nie znają wychowankowie francuskich szkół licealnych. Wreszcie wymagała tego tradycja. A przecież jeśli istnieje na świecie państwo przodujące w jej poszanowaniu, jest nim na pewno Zjednoczone Królestwo, gdzie władczyni ta rządzi zarówno najlichszym cockneyem londyńskiej ulicy, jak i parem zasiadającym w Izbie Lordów. Uczniowie mający wyruszyć w rejs żeglarski rekrutowali się z rozmaitych klas Collegium Germanum.
Toteż na pokładzie szkunera, co nie uszło zapewne uwadze czytelnika, znajdowali się chłopcy od lat ośmiu do czternastu. I oto tych piętnastu chłopców, licząc razem z mokiem, straszna przygoda porwała w swój nieubłagany wir i mogła nimi miotać, kto wie jak długo. Winniśmy zapoznać czytelnika z ich nazwiskami, wiekiem, uzdolnieniami, usposobieniem, z sytuacją ich rodzin, a także objaśnić wzajemne stosunki istniejące między nimi w Collegium Germanum, nim opuścili jego progi z nadejściem wakacji. Z wyjątkiem dwóch Francuzów, braci Briant i Gordona, wszyscy są Anglikami. Doniphan i Cross pochodzą z rodzin bogatych właścicieli ziemskich przewodzących społeczeństwu Nowej Zelandii. Obaj mają po trzynaście lat i parę miesięcy. Chodzą do piątej klasy i są kuzynami. Doniphan, elegancik, dbały o swój wygląd, to z pewnością najbardziej dystyngowany uczeń. Inteligentny i pilny, wziął sobie za punkt honoru nigdy nie opuszczać się w nauce. Lubi się kształcić, ale pragnie również górować nad kolegami.
Zadziera niekiedy nosa, jak to bywa wśród arystokracji, skutkiem czego koledzy przezywają go lordem Doniphanem. Jest despotyczny z natury i chciałby zawsze wszystkimi rządzić. Stąd owa rywalizacja między nimi a Briantem, która zaczęła się już przed paru laty, a przybrała na sile od momentu, gdy wzmógł się wpływ Brianta na kolegów. Cross, uczeń dość przeciętny, zachwyca się bezkrytycznie wszystkim, co myśli, mówi i czyni jego kuzyn Doniphan. Baxter z tej samej klasy. Chłopiec trzynastoletni, opanowany, roztropny, pracowity, bardzo sprytny, uzdolniony do wszelkich robót ręcznych. Jest synem niezbyt majętnego kupca. Web i Wilcox, obaj z czwartej klasy, mają po 12 i pół roku. Średnio inteligentni, dość samowolni i kłótliwi. Byli zawsze bardzo wymagający wobec schwagów.
Ojcowie obu tych chłopców są bogaci i piastują wysokie urzędy w sądownictwie. Garnett i Service, dwaj przyjaciele z trzeciej klasy, mają po 12 lat. Jeden z nich jest synem emerytowanego kapitana marynarki, drugi zamożnego kolonisty. Obie te rodziny mieszkają na bulwarze North Shore w północnej części portu White Mala i żyją w wielkiej przyjaźni. Skutkiem tego Garnett i Service są nierozłączni. Obaj chłopcy mają dobre serca, ale nie odznaczają się wielkim zamiłowaniem do pracy i gdyby im dano do ręki klucz swobody, na pewno nie pozwoliliby mu zardzewieć. Garnett uwielbia grę na harmonii, instrumencie cenionym wysoko w angielskiej marynarce. Jako syn marynarza grywa na swoim ulubionym instrumencie w każdej wolnej chwili. Oczywiście nie omieszkał go zabrać na pokład Slothy. Service zaś to z pewnością najweselszy trzpiot z całej bandy.
Prawdziwy trefniś Kolegium Chermana. Chłopak rozmiłowany w przygodach podróżniczych. Zapalony wielbiciel Robinsona Crusoe i Robinsona Szwajcarskiego. Przyszła teraz kolej na dwóch innych dziewięcioletnich chłopców. Pierwszy z nich, Jenkins, jest synem dyrektora Towarzystwa Naukowego New Zealand Royal Society, drugi zaś, Iverson, jest synem pastora Kościoła Metropolitalnego św. Pawła. Chociaż Jenkins jest dopiero w drugiej, a Iverson w trzeciej klasie, wymieniają ich obu jako dobrych uczniów. Dwaj następni, Dole, dziewięć i pół roku, Coaster, osiem lat, są to synowie oficerów, a mieszkają w miasteczku Ociunga o sześć mil od Oakland, na wybrzeżu nieopodal portu Manukau. O tych dwóch malcach można powiedzieć tylko tyle, że Dole jest uparciuchem, a Coaster łakomczuchem. Nie uświetniają bynajmniej klasy pierwszej, niemniej uważają się za bardzo wykształconych, bo umieją czytać i pisać.
Czymże zresztą innym można chełpić się w tym wieku? Jak widzimy, wszyscy ci chłopcy należą do zamożnych rodzin, z dawna osiadłych w Nowej Zelandii. Pozostało nam tylko opowiedzieć o trzech innych chłopcach jadących szkunerem: Amerykaninie i dwóch Francuzach. Amerykanin to czternastoletni Gordon, typowy Jankes o pospolitych rysach i szorstkim obejściu. Mimo że jest trochę niezręczny i przyciężki, należy z pewnością do najlepszych uczniów piątej klasy. Nie tak błyskotliwy jak Doniphan, odznacza się jednak zdrowym rozsądkiem i praktycznym umysłem, czego już nieraz dał dowody. Lubi zajęcia poważne. Z natury jest obserwatorem, a z usposobienia flegmatykiem. Metodyczny, a nawet drobiazgowy. Układa myśli w mózgu niby przedmioty w swoim pulpicie, w którym wszystkie rzeczy są poklasyfikowane.
Każda ma etykietę i zarejestrowana jest w specjalnym notesie. Koledzy szanują go na ogół. Uznają jego przymioty i choć nie jest rodowitym Anglikiem, odnoszą się do niego serdecznie. Gordon pochodzi z Bostonu, ale gdy stracił rodziców, zaopiekował się nim jedyny krewniak, urzędnik konsularny, który dorobiwszy się majątku, osiadł w Nowej Zelandii. Od kilku zaś lat mieszka w pobliżu miasteczka Mount Saint John, w jednej z prześlicznych will rozsianych licznie na tamtejszych wzgórzach. Dwaj młodzi Francuzi, Briant i Jakub, są synami znakomitego inżyniera, który przybył tutaj dwa i pół roku temu, aby pokierować robotami nad osuszaniem bagien leżących w środkowej części wyspy Ikanamawi. Starszy ma lat trzynaście. Ten leniwy, aczkolwiek bardzo inteligentny chłopiec, dostaje się często na listę najgorszych uczniów piątej klasy. Ale jeśli tylko zechce, potrafi dzięki wybornej pamięci i niezwykłej łatwości przyswajania wiedzy stanąć w pierwszym szeregu. I tego właśnie Doniphan najbardziej mu zazdrości.
Toteż Briant i Doniphan nieraz czubili się w kolegium, czego dalszy ciąg zaobserwowaliśmy na Slothy. Briant jest odważny, przedsiębiorczy, wygimnastykowany, cięty w języku, a przy tym usłużny, dobry i w przeciwieństwie do Doniphana bynajmniej nie pyszałkowaty. Dodać należy, że nie bardzo dba o swe ubranie i wygląd. Słowem, Briant to typowy Francuz i tym samym jakże różny od swoich kolegów Anglików. Występował często w obronie najsłabszych, kiedy starsi chłopcy wykorzystywali malców ponad ich siły. Skoro zaś o tym mówimy, nigdy nie chciał spełniać obowiązków, jakie na nim narzucał fangizm. Wynikały sprzeczki, bójki, nawet całe batalie, z których dzięki odwadze i sile wychodził zawsze zwycięsko. Toteż był powszechnie lubiany i kiedy wynikł spór o dowództwo na Slothy, wszyscy, niemal z małymi tylko wyjątkami, zgodzili się podporządkować jego komendzie. Tym bardziej że podczas podróży z Europy do Nowej Zelandii zdobył, jak wiemy, trochę umiejętności żeglarskich. Gdy zaś idzie o młodszego, Kubusia, uważano go dotychczas za największego psotnika w trzeciej klasie A może nawet w całej szkole, nie wyłączając serwisa.
Płatał kolegom ustawicznie psoty i psie figle, a brał chłostę częściej niż na to zasługiwał. Ale jak się o tym przekonamy, usposobienie Kubusia zmieniło się całkiem już na początku podróży i nikt nie potrafił odgadnąć dlaczego. Tacy są ci chłopcy, których sztorm rzucił na nieznany ląd Oceanu Spokojnego. Podczas kilkutygodniowego rejsu wzdłuż wybrzeży Nowej Zelandii ojciec Garneta, jeden z najśmielszych żeglarzy, jakich znano na wodach Australii i Oceanii. Właściciel Slothy miał dowodzić jachtem. Ileż to razy Slothy pływał wzdłuż wybrzeży Nowej Kaledonii, Nowej Holandii, od cieśniny Torresa aż po południowy cypel Tasmanii, aż po wody koło wyspy Moluki, koło Filipin i Celebesu. Tak niebezpiecznie częstokroć dla okrętów o większym tonażu. Ale Slothy był solidnie zbudowany, przystosowany doskonale do żeglugi morskiej nawet w okresie burz. Załoga składała się z bosmana, sześciu marynarzy, kucharzy i chłopca okrętowego imieniem Moko. Był to 12-letni Murzyn, którego rodzice służyli od lat pewnemu koloniście nowozelandzkiemu.
Trzeba jeszcze wymienić pięknego psa myśliwskiego setera wabiącego się Fan. Był on własnością Gordona i nie odstępował go na krok. Wyznaczono termin odjazdu na dzień 15 lutego. Tymczasem Slothy stał przycumowany u końca Commercial Pier, a więc w części portu najbardziej wysuniętego na morze. Kiedy młodzi pasażerowie przybyli 14 lutego na jacht, marynarzy nie było na pokładzie. Kapitan Garnet miał się zjawić dopiero w momencie ostatecznych przygotowań do odjazdu. Jedynie więc bosman i chłopiec okrętowy powitali Gordona i jego kolegów. Reszta załogi bowiem powędrowała na ląd, by pokrzepić się ostatnim kieliszkiem whisky. Kiedy chłopcy rozgościli się i położyli spać, bosman uznał, że wolno mu podążyć za towarzyszami do portowej knajpy, gdzie zabawił aż do późnej nocy. Moko, zaszywszy się w kubryku, spał jak suseł.
I cóż się wtedy wydarzyło? Jedno jest pewne. Cuma przytrzymująca jacht odczepiła się skutkiem czyjegoś niedbalstwa albo złej woli. Na pokładzie nic nie spostrzeżono. Głęboka ciemność spowijała port i zatokę Hauraki. Wiatr od lądu dął coraz silniej. Szkuter znoszony odpływem niknął na pełne morze. Kiedy Moko się zbudził, Slothy kołysał się tak silnie, że położenie jego nie budziło wątpliwości. Nie było to bowiem łagodne bujanie, jakie odczuwamy na statku stojącym w porcie, ale gwałtowne huśtanie wzburzonych wód na morzu. Moko wybiegł bez chwili namysłu na pokład.
Jacht dryfował. Posłyszawszy okrzyki chłopca okrętowego Gordon, Brian, Doniphan i kilku innych zeskoczyło z koi i popędziło ku schodni. Daremnie wołali o pomoc. Nie dostrzegali już ani portowych świateł, ani miasta. Jacht znajdował się w połowie zatoki o trzy mile od wybrzeża. Najpierw za radą Brian, którą poparł Moko, chłopcy próbowali rozwinąć żagiel, aby płynąć halsem, dotrzeć z powrotem do portu. Ale żagiel był zbyt ciężki, by chłopcy mogli go ustawić właściwie. Złapał wiatr zachodni, który gnał ich coraz dalej na pełne morze. Slothy opłynął przylądek Colville, przebył cieśninę dzielącą go od wyspy Grand Barrier i znalazł się niebawem w odległości wielu mil od Nowej Zelandii. Łatwo pojąć grozę takiej sytuacji.
Brian i jego koledzy nie mogli już liczyć na żadną pomoc od strony lądu. Gdyby któryś ze statków stojących w porcie wyruszył na poszukiwania szkunera, wiele upłynęłoby czasu, zanim by zdołał go odnaleźć. Zakładając, iż byłoby to w ogóle możliwe w tak głębokich cieśninach. Zresztą nawet za dnia, któż zdołałby dostrzec ten mały stateczek zagubiony na bezkresnych wodach? Nieprawdopodobne zaś byłoby chłopcy wydostali się o własnych siłach z tak trudnej sytuacji. Jeżeli wiatr się nie zmieni, będą musieli zrezygnować z powrotu. Pozostała im, to prawda, nadzieja napotkania któregoś z okrętów zmierzających do jednego z portów Nowej Zelandii. I jakkolwiek możliwość ta była bardzo problematyczna, Moko wciągnął latarnię na fokmaszt. Nie pozostawało teraz nic innego, jak czekać świtu. Hałasy na pokładzie nie zbudziły malców.
Pozwolono im więc spać spokojnie. Ich przerażenie wywołałoby jeszcze większe zamieszanie. Tymczasem niejeden już raz próbowano ustawić jacht pod wiatr, ale Slothy wykręcał się natychmiast i dryfował na wschód. Nagle w odległości trzech mil pojawiło się jakieś światło. Białe światło zawieszone na topie masztu. Znak rozpoznawczy płynącego parowca. Wkrótce pojawiły się też światła pozycyjne zielone i czerwone. Ponieważ było je widać jednocześnie parowiec musiał płynąć wprost na jacht. Przerażeni chłopcy daremnie krzyczeli. Łoskot fal, świst pary buchającej z rur wypustowych parowca, wycie wiatru, który na otwartym morzu był niezwykle gwałtowny.
Wszystko to zagłuszyło ich wołania. Ale jeśli nawet wachta na parowcu nie słyszała okrzyków, musiała dostrzec światło sygnałowe szkunera. Była to ich ostatnia szansa. Nieszczęściem szkuner zakołysał się gwałtowniej. Lina i latarnia spadła w morze. Nic już teraz nie ujawniało obecności jachtu, ku któremu parowiec sunął z szybkością dwunastu mil na godzinę. Po kilku minutach parowiec otarł się o jacht, który zatonąłby niechybnie, gdyby uderzenie nastąpiło od strony burty. Ale statek zawadził tylko o rufę szkunera i zerwał kawałek tablicy, nie naruszywszy kadłuba. Zderzenie było tak nieznaczne, że parowiec popłynął spokojnie dalej, zostawiając Slothy na pastwę zbliżającej się nawałnicy. Zdarza się, że kapitan ani pomyśli, żeby przyjść z pomocą statkowi, z którym się zderzył.
Można by wymienić wiele przykładów takiego zbrodniczego postępowania. W tym jednak wypadku na pokładzie parowca prawdopodobnie wcale nie odczuło się wstrząsu, jaki wywołało zderzenie z lekkim, niewidocznym w ciemnościach jachtem. Mali pasażerowie musieli wtedy uznać się za zgubionych, gdyż wicher gnał jacht coraz dalej. O świcie ukazały się ich oczom puste bezkresy wód. W tych stronach Oceanu Spokojnego, z rzadka tylko odwiedzanych, szlaki okrętów kursujących między Ameryką a Oceanią i Australią biegną zwykle albo bardziej na południe, albo bardziej na północ. Ani jeden statek nie pojawił się więc w polu widzenia. Nadeszła noc gorsza od poprzedniej, bo jeśli nawet wicher zmniejszał się chwilami, to kierunek jego nie zmienił się wcale. Ani Briant, ani jego koledzy nie potrafili sobie wyobrazić, jak długo miała trwać ta podróż. Próżno wytężali siły, by skierować statki ku wybrzeżom Nowej Zelandii. Nie wiedzieli, jak się zmienia kurs jachtu pod wiatr i byli za słabi, by rozpiąć żagle.
W takich to okolicznościach Briant, wykazując energię o wiele większą niż można było się spodziewać po tak młodym chłopcu, zyskał w oczach kolegów taki autorytet, że nawet Doniphan musiał mu się podporządkować. Nie zdołał wprawdzie, mimo pomocy Mocka, skierować jachtu na zachód, ale uciekając się do swoich, jakże skąpych doświadczeń żeglarskich, chronił go przed wywróceniem. Nie szczędził sił. Czuwał dniem i nocą. Spojrzenie jego obiegało ustawicznie widnokrąg, poszukując możliwości ocalenia. Nie omieszkał też rzucić w morze kilka butelek, w których zapieczętował kartki z wiadomościami o losach Slothy. Nie rokowało to wielkich nadziei, ale chłopiec nie chciał zaniechać żadnego środka. Tymczasem, gdy wiatr zachodni gnał statek po wodach Oceanu Spokojnego, niepodobna było ani zmienić kursu szkunera, ani zmniejszyć jego szybkości. Wiemy, jakie były dalsze losy Slothy. W kilka dni po opuszczeniu przez jacht zatoki Hauraki rozpętał się sztorm i szalał z niezwykłą gwałtownością przez dwa tygodnie.
Szkuner atakowany przez olbrzymie fale uniknął Bóg wie ile razy zdruzgotania i zatopienia, a nastąpiłoby to niechybnie, gdyby nie nadzwyczaj solidna jego budowa. Wreszcie Slothy przybił do nieznanego lądu na Oceanie Spokojnym. Jakiż los czekał tutaj gromadkę młodych rozbitków rzuconych na nieznany ląd, odległy o tysiąc osiemset mil od Nowej Zelandii? Skąd mógł nadejść ratunek, którego chłopcy nie zdołali wywalczyć własnymi siłami? Tak czy inaczej, rodziny chłopców miały wszelkie powody, by mniemać, że morze pochłonęło ich wraz ze szkunarem. Kiedy nocą z czternastego na piętnaste lutego skonstatowano w Oakland zniknięcie Slothy, powiadomiono przede wszystkim kapitana Garnetta i rodziny nieszczęśliwych chłopców. Nie będziemy opisywać szczegółów wrażenia, jakie ten wypadek wywołał w całym mieście. Dość powiedzieć, że zapanowało tu powszechne przerażenie. Może jednak jacht nie zdążył jeszcze wypłynąć poza zatokę? Czy nie udałoby się go odnaleźć, mimo że wzmagający się wiatr zachodni budził najgłębsze obawy co do losu szkunera?
Nie tracąc ani chwili, kapitan portu pośpieszył zaginionym z pomocą. Dwa małe parostatki ruszyły na poszukiwania. Wypłynęły z zatoki Hauraki i zapuściły się daleko na pełne morze. Przez całą noc przeszukiwały okoliczne wody. Fala stawała się coraz wyższa. Rankiem wróciły do Oakland, by nieszczęśliwym rodzicom odebrać wszelką nadzieję. Parowce nie odnalazły jachtu. Wyłowiły tylko jego szczątki. Rozbity kasztel rufowy runął w morze, gdy statek peruwiański Quito otarł się o Slothy, o czym zresztą nikt na pokładzie parowca nie wiedział. Na jednej z desek widniało jeszcze kilka liter nazwy Slothy.
Było tedy pewne, że jacht zdruzgotany przez gwałtowniejszą od innych falę zatonął razem z załogą o jakieś dwadzieścia mil od Nowej Zelandii.
[53:18] - Dziękujemy bardzo. I mamy historię. Wiesz co? Już mnie znowu korciło, żeby absolutnie powiedzieć, ale się powstrzymałem. Jednak jestem silnym człowiekiem. Mamy historię, która porywa siłą rzeczy. Historie o człowieku, który jest na wyspie. To są zawsze historie.
[53:41] - Tym bardziej że ta książka jest bardzo dynamiczna. Pokazuje kształtowanie charakterów i kształtowanie pewnej społeczności. Po prostu właściwie jest to taka perspektywa, jak cywilizacja może powstać, jak można uruchomić społeczność. Co prawda składającą się z kilkunastu czy iluś chłopaków i tak dalej, ale w jaki sposób oni dojrzewają. Oni nie mają wyjścia. Muszą współistnieć, żeby przetrwać. Tak, tam się próbują wyłamać z szeregu niektórzy. Ale ta wyspa może zatonąć razem z nimi, tak jak ten okręt przedtem. Jeśli nie będą współpracowali, jeśli nie będą tworzyli. A rzecz jest cholernie ciekawa, cholernie fajna.
Co prawda ja sobie kojarzę późniejszą powieść Marka.
[54:42] - „Tajemnicza wyspa”.
[54:44] - „Tajemniczą wyspę”. To jest też właściwie Robinson Crusoe. Ta sama historia. Zwróć uwagę, że wiele książek w fantastyce było takich, czyli oderwanie od naszej społeczności, rzucenie gdzieś.
[55:03] - To już rzucam tytułem. Na przykład Robert Silverberg „Człowiek w labiryncie”. To jest taka książka, która też jest w ogóle ciekawa. Tak mi przyszło do głowy, niezbyt odkrywcza, ale jednak pewna myśl. Cenną ją trudno nazwać. Taki Robinson Crusoe dopiero miał wakacje.
[55:23] - Pewnie, że tak.
[55:23] - 20 ponad lat sobie na tej wyspie. Trzeba przyznać, że piękna była ta wyspa. Jak się człowiek wczyta, to się wcale nie dziwię, że książka Robinson Crusoe kończy się tym, że właściwie Robinson wraca na wyspę.
[55:41] - Tak?
[55:42] - Wraca.
[55:42] - Też bym wrócił, znając
[55:45] - Coś w tym jest. W każdym razie, przyszło mi do głowy, że oczywiście tych książek o wyspach, o ludziach, którzy na wyspę bezludną czy też mniej ludną trafili, jest oczywiście sporo, ale podczas ostatniej audycji o diable wspominaliśmy też książkę o wyspie, a mianowicie „Władcę much”.
[56:08] - I bardzo podobna sytuacja.
[56:09] - Bardzo podobna sytuacja.
[56:10] - Jak dwa lata wakacji. Tak.
[56:12] - Młodzi ludzie trafiają na wyspę. Oni co prawda, o ile dobrze pamiętam, lecieli samolotem. Nie, przepraszam. Samolot się pojawia w innym kontekście. Tak. Stąd się bierze ten „Władca much”. Nie opowiadajmy. W każdym razie rzeczywiście rozbitkowie pojawiają się na wyspie. Są to właściwie dzieci, młodzieńcy. Tylko że ta historia toczy się zupełnie inaczej.
Nie tak jak w „Dwoch latach wakacji”, gdzie właściwie można nazwać ten obraz sielankowym, bo ta cywilizacja się rozwija harmonijnie. W momencie, kiedy napotyka na problemy, to je rozwiązuje. Jest przywódca, jest jakieś grono przywódcze, ludzie, którzy kierują. Są ludzie, którzy wykonują. Jakoś to hierarchicznie, społecznie, wspólnie działa. Tymczasem we „Władcy much” co obserwujemy właściwie? Ty mi kiedyś powiedziałeś, że to jest książka postfreudowska. To teraz się wytłumacz.
[57:15] - Bardzo prosto. Ewidentnie „Dwa lata wakacji” Verne’a powstało przed Freudem, że tak powiem. Wtedy, kiedy nasza europejska cywilizacja była o wiele bardziej pozytywistycznie nastawiona do rzeczywistości. Była dynamiczna, próbowała rozwiązywać problemy. Natomiast po Freudzie właściwie zamiast rozwiązywać problemy zewnętrzne, zaczęliśmy się grzebać we wnętrznościach, we flakach tych ludzi. Wspaniała książka, jaką jest „Władca much”, niestety jest dla mnie taką książką, takim grzebaniem w ludzkich odwłokach, w ich bólu. Skąd się wzięło to tego, w tych uwarunkowaniach właściwie nie genetycznych, ale jakichś dziedzicznych po prostu. Po prostu jest obłędna. To znaczy jest w tym obłęd taki sam, jak się pojawia potem w szwedzkiej szkole filmowej u Bergmana. To jest też epoka postfreudowska, czyli grzebanie w podświadomości, w lękach, w strachach, które nas gnębią i tak dalej.
Tamci ludzie w „Dwóch latach wakacji” Verne’go są młodzi, zdrowi, stają na dzikim lądzie i zaczynają na nowo żyć. Tak samo, jak to robili odkrywcy.
[58:43] - Są zdobywcami.
[58:44] - Są zdobywcami, tak jak to robili odkrywcy Ameryki. Ci, którzy płynęli do Indii, ci, którzy opływali świat. Oni byli odkrywcami. Natomiast ta epoka właśnie postfreudowska już pokazuje właściwie odszczepieńców, którzy trafiają w inny świat ze swoimi kompleksami, z tymi rzeczami, których nagle nie odegrali sobie w życiu, a teraz to sobie odkują, po prostu mają okazję i tak dalej. Jest to takie strasznie molochowate.
[59:20] - Ale wiesz co? Trudno odmówić tej książce jednak pewnej prawdy.
[59:25] - Oczywiście, że tak.
[59:27] - Bo to tak naprawdę, prawda? Coś mówię dzisiaj z tymi słowami, jakoś tak się plączą. W każdym razie trudno odmówić prawdy, bo to właśnie książka Verne’a, chociaż jest taka fajna, bo się ją tak fajnie czyta o takich zdobywcach, to ona jest chyba mniej prawdziwa. Bo przecież kto jak kto, ale dzieci mają w sobie to takie pierwotne okrucieństwo. Takie okrucieństwo nie nacechowane jakimś takim cynizmem czy takim dążeniem do osiągnięcia czegoś, ale czymś takim pierwotnym. Nawet mówi się często, że dzieci są złe. Nie wyrachowane, tylko złe. To im oczywiście mija.
[01:00:16] - Czasami. Ale ja ci powiem, że to nie jest tak. Jak ja patrzę na moje dzieciństwo i moje podwórkowe dzieciństwo, to po prostu to zło to było. Myśmy się prawie nigdy, praktycznie nigdy nad nikim systemowo nie znęcali. Natomiast podstawić nogę komuś?
[01:00:33] - Ależ bardzo proszę.
[01:00:35] - Żeby się wyrąbał? Bardzo proszę, nie? Zrobić mu psikusa, żeby sobie nam rozbił gały i tak dalej. Albo jakieś inne takie rzeczy, zupełnie porąbane pomysły, które nie liczą się z ewentualnością szkody drugiego. To jest fajna zabawa, fajne jaja po prostu, nie? Dopiero później przychodzi mądrość jakaś taka, żeby unikać takich sytuacji i tak dalej. Ale systemowo nigdy żeśmy się nie znęcali.
[01:01:01] - Ale wiesz co? Coś takiego jest, że chyba rzeczywiście Coś się zmieniło, bo w tej chwili systematyczne znęcanie się nad kolegą, koleżanką z klasy pojawia się coraz częściej w szkołach. Coś się nawet w tej tkance społecznej zmieniło. Chyba. Nie wiem. Nie znam się na tym. Trudno mi zabierać głos w sprawach, które zahaczają o socjologię. To powinien się socjolog wypowiedzieć, jak to jest, jak było i jak jest.
[01:01:36] - Wiesz, Marku, ja mam swoją tezę, którą bardzo chętnie na lewo i prawo sprzedaję, że my się stajemy powoli społeczeństwem owadów, typowym społeczeństwem. Zwróćcie uwagę, że w społeczeństwie owadów nie ma czegoś takiego, żeby mrówka wpadła na pomysł, żeby postawić drugiej nogę. Nie. Jeśli tamta mrówka nie spełnia swojej funkcji, to się ją po prostu eliminuje bezwzględnie. Jeśli jakakolwiek pszczoła czy ktoś nie spełnia swoich funkcji, od których wspólny dobrobyt zależy, to my ją po prostu eliminujemy. Tam nie ma okrucieństwa, tam nie ma psychologii. To jest po prostu mechanizm społeczny i te mechanizmy eliminowania jednostek, które się wychylają w stronę niewygodną dla naszego współczesnego społeczeństwa, to po prostu jest mechanizm owadzi. Automatyzm.
[01:02:46] - Powiem ci, to co mówisz brzmi okrutnie. Chyba sam przyznasz. Ta eliminacja, już samo słowo eliminacja to jest po prostu słowo szrapnel kompletny, bo brzmi tak niewinnie, a przecież kryje się pod swoim znaczeniu coś strasznego.
[01:03:02] - Oczywiście, że tak.
[01:03:03] - Eliminacja.
[01:03:03] - Nie ja na to wpadłem. Perfekcyjne cywilizacje wpadają na to błyskawicznie. Cały Holokaust hitlerowski i tak dalej.
[01:03:16] - Notabene zobacz jak to koresponduje z tematem naszej następnej audycji, który zaproponujemy pod koniec tego wydania. Jak to eliminowanie bardzo koresponduje z naszym tematem.
[01:03:31] - A jaki to będzie?
[01:03:33] - To nie mogę powiedzieć. Pod koniec audycji powiem.
[01:03:35] - Dobrze.
[01:03:37] - Okej.
[01:03:38] - Czyli faktycznie mieliśmy te dwa lata wakacji. Mamy władcę much.
[01:03:43] - Mamy władcę much. W tym kontekście, bo tak podejrzewam, miałem cię zapytać. Tak mi wygrażałeś palcem przed audycją. Miałem cię zapytać o wolny czas w Azji i nie wiem, co powiesz, bo zaczynam się bać, bo Azja zawsze mi się dosyć okrutnie kojarzy, więc aż się boję pomyśleć, czym się w wolnych chwilach zajmują Azjaci.
[01:04:05] - Tak jak ja ich podziwiam. To są wspaniałe narody, wspaniałe nacje i wspaniałe kultury, zupełnie nieprzystające do naszych. Ostatnio mój przyjaciel, z którym robię komiks według „Derelict of Tharsis”, postanowił sobie na skuterze objechać Wietnam i Bangladesz, jakieś tam okolice i tak dalej. Otóż jeździł po terenach, w których pomimo wojny z Amerykanami, namiętnych przez Amerykanów, rzucaniu napalmu na tą dżunglę, są tam całe narody i całe plemiona, które nigdy w życiu nie widziały białego człowieka. Może akurat pokolenia nigdy nie widziały. Ci ludzie biegli z tymi Samsungami i Apple'ami, żeby sobie porobić zdjęcia z białymi ludźmi, gdyż nigdy na oczy własne poza telewizją i laptopem nie widziały. Ale co mówi mój przyjaciel Andrzej Bogacz? On mówi: „Oni pracują bez przerwy. Bez przerwy od świtu, ledwo wstanie, jak słoneczko się pojawi i tak dalej, zaczynają pracę”.
[01:05:27] - Społeczeństwo owadów.
[01:05:27] - Społeczeństwo owadów, tak. Przestają pracować wtedy, kiedy słońce gaśnie. Co najdziwniejsze, oni to robią z dziką radością, z przyjemnością. W Europie, o ile tak moje córeczki ostatnio powiedziały, że przejeżdżając przez Szwajcarię, rozmawiając ze Szwajcarami, z ludźmi, którzy tam w Szwajcarii w tej chwili pracują, mówią, że to jest chyba jedyne europejskie społeczeństwo, w którym obywatele cieszą się pracą. Są radośni z tego powodu, że pracują po prostu. Wszędzie gdzie indziej to jest kaganiec, namordnik na ryju po prostu, który trzeba znosić aż do wakacji, aż do weekendu, aż do chwili wytychnienia wolnego i tak dalej. Tylko w Szwajcarii się jakoś można cieszyć pracą oraz cała Azja rzeczywiście cieszy się pracą. Ale też oni wolnego czasu nie mają.
[01:06:29] - Przerwę ci. Jakbyś zarabiał tyle co Szwajcarzy, to też byś się cieszył pracą, ci gwarantuję.
[01:06:36] - Zapewne tak. Ale otóż co z tego wynika, że Azja jest taka, a Europa jest trochę inna? Otóż rzeczy są wręcz zawrotne i potężne. Otóż gdzie pojawiła się idea wakacji w Europie? O ile tak informowałeś mnie, to chyba w czasach rzymskich już pierwsi Rzymianie wyjeżdżali z Rzymu
[01:07:06] - Za miasto.
[01:07:07] - Za miasto na wakacje po prostu. Wakacje wiążą się, że tak powiem W ogóle z pojęciem wolności.
[01:07:17] - Wiesz co? Przerwę ci. Zapamiętaj, że pojęciem wolności. Rzymianie wyjeżdżali z Rzymu nie tyle, żeby zakosztować wolności, co żeby nie wąchać smrodu. Po prostu.
[01:07:29] - To samo nasze.
[01:07:31] - Przychodziło lato, robiło się jakby goręcej. Szczególnie, że Italia to taki kraj, w którym jest dosyć ciepło na ogół latem.
[01:07:39] - I powietrze nieruchave.
[01:07:41] - Nie, bo od morza to jeszcze tam jakoś sobie powiewa, ale w gruncie w takim mieście to się robi atmosfera ciężkawa właśnie latem. I dobrze było wyjechać, żeby sobie świeżym powietrzem pooddychać. Bo chociaż Rzymianie to był naród cywilizowany, znał akwedukty i w ogóle coś kombinował, żeby tam sobie jakoś te toalety i tak dalej, żeby to wszystko jakoś działało. To jednak to nie działało tak, jakbyśmy sobie my to wyobrażali dzisiaj. I trochę w tym Rzymie, chociaż był starożytny i był bardzo piękny i miał sporo łuków triumfalnych i świątyń oraz był bardzo rozległy, to śmierdziało tam po prostu. I jak kogoś było stać, to sobie wyjeżdżał najlepiej gdzieś w góry, gdzie jest świeże powietrze, gdzie jest czym odetchnąć. Po prostu. A teraz wróćmy do wolności.
[01:08:38] - Wrócę, że tak powiem, przez to, jak mówi się o wolności, to natychmiast się kojarzy Francja po prostu i to źródło wolności. Otóż w Paryżu też śmierdziało. Nie dlatego, że posiadali kulturę, która budowała wspaniałe toalety, bo ich w ogóle nie robiono. Natomiast zwróć uwagę ten, kogo było stać, ten się wyprowadzał z Paryża, jak tylko mógł. Zrobili to przede wszystkim królowie francuscy, którzy się przenieśli szybciutko na wieś, na wspaniałą, i zostawili Luwr do podziwiania przyszłym turystom, że tak powiem. I Bastylię, że tak powiem, w środku.
[01:09:18] - Trochę to bardziej skomplikowane.
[01:09:20] - Ja wiem.
[01:09:22] - Co więcej, w swoich różnych rezydencjach też nie mieli zwyczaju projektować. W swoich głównych rezydencjach nie mieli zwyczaju projektowania wychodków, tak to powiedzmy. W związku z tym potrzeby fizjologiczne załatwiano na klatkach schodowych w tej kulturalnej, fajnej Francji. Ja wiem, że to jest uproszczenie. Wiem. Niemniej jednak to robiono i w tej samej Francji, wiesz, jak głosi wieść gminna, wiesz, czemu się zaczęto pudrować i noszono peruki?
[01:09:55] - Pewnie, że wiem.
[01:09:57] - Żeby nie było widać wągrów i żeby przykryć, zatuszować tym pudrem i tymi perukami to całe robactwo, które na człowieku się gnieździło.
[01:10:10] - Wylaniałe głowy normalnie, na których było pięć włosów na krzyż, po prostu zwisających do uda. Gdyby nie podepchać się spokojnie pod tą całą peruczkę i wyglądać pięknie.
[01:10:21] - Nie, proszę cię. Wiesz co? Wróćmy jednak do wolności, bo temat jest mało apetyczny. Mamy czas wieczorny. Ludzie niektórzy może nawet jedzą, a my tutaj o jakichś wągrach i robactwie. Nie.
[01:10:35] - To może tak. Zwróć uwagę, że jest coś takiego, gdyby szukać wolności między Europą a tą Azją zasiedloną, czyli Chinami, Japonią, to było takie miejsce, gdzie można było znaleźć wolność. To miejsce było w dużym sensie osierocone przez Mongołów, czyli cała wielka Syberia, strony te wyspy, o które się dzisiaj Japonia kłóci z Rosją, że tak powiem.
[01:11:07] - Mongołowie wybrali się do Europy na wycieczkę.
[01:11:10] - Do Europy, tak. Do Samarkandy, również do Azji i tak dalej.
[01:11:13] - Chcieli sobie pozwiedzać.
[01:11:14] - I tam zostali, że tak powiem, osierocając całą wielką Azję. Otóż kto zasiedlał tą Azję? Nigdy nie wybrali się, nie wyprawił tam żaden Japończyk ani żaden Chińczyk. Dlaczego? A czy widziałeś, żeby jakakolwiek pszczoła chciała samowolnie opuścić ul i odlecieć, poszukać wolnego terenu albo jakakolwiek mrówka opuścić mrowisko? Żadnej mrówce ani pszczole to do głowy nie wpadnie. Również nigdy nie wpadło żadnemu Japończykowi ani Chińczykowi. Oni mieli swój Chiński Mur albo Morze Czerwone naokoło tam wysp i tak dalej. Siedzieli w swoich mrowiskach. Te tereny zajmowali Europejczycy.
Ja mówię o Rosji, o Rosjanach, Kozakach.
[01:12:11] - I Polakach.
[01:12:12] - I Polakach również, że tak powiem. Te wszystkie wysepki wokół Japonii zasiedlili zupełnie biali. Po prostu tam były plemiona, które pozostały po tej erupcji jeszcze sprzed Chin, że tak powiem, sprzed powstania właściwie narodowości chińskiej, japońskiej i tak dalej. To były plemiona, które zasiedlały tak jak Ajnowie te przy Kamczatce wyspy i Kamczatkę, tak jak niżej wyspy. Ale absolutnie Japończyków to nie interesowało. Oni po prostu chcieli mieć dobrze urządzony własny ewentualnie dom i tam posiadali honor samuraja, żeby walczyć o swój honor, o swoją prawdę, o swojego władcę i cesarza. Tego, którego my chcemy, a nie tego, którzy inni chcą. Ale wolność? Wolność w domu tak, ale nie poza domem, nie poza tym mrowiskiem. Tylko w Europie szukano wolności Jeśli tutaj mnie trzymają za gardło, to ja pójdę tam, bo tam widzę, że nikogo nie ma i będę tam i założę nową ziemię.
Wyjdę tak jak Żydzi, wyjdę z Egiptu, poszukam Synaju i tam założę nowe państwo. To jest rzecz typowa dla białej nacji, nie dla absolutnie innych narodów, a przynajmniej nie w tym czasie.
[01:13:46] - Ty rasisto!
[01:13:49] - Nie.
[01:13:49] - O białej nacji mi tutaj opowiadasz. Zaraz się jakiś Ku Klux Klan do nas zgłosi i zacznie się z nami bratać, a z kolei jakaś inna organizacja doniesie na nas, że szerzymy poglądy jakieś takie przynajmniej rasistowskie.
[01:14:05] - Ale zwróć uwagę-
[01:14:06] - Mowa nienawiści, panowie, mowa nienawiści.
[01:14:10] - Prawie się zbliżamy do tego.
[01:14:12] - Zwróć uwagę, że poczucie wolności jest absolutnie zbieżne z poczuciem indywidualności. Nie może istnieć w ogóle pragnienie wolności, jeśli nie posiadam indywidualności.
[01:14:26] - Jak ty mnie przygnębiasz, naprawdę. Jak ty mnie przygnębiasz tym, co mówisz, naprawdę. Wiesz co? Okej.
[01:14:32] - Czyli również, jak powiedziałem, pragnienie wolności nie może istnieć bez indywidualności. Również pragnienie wakacji, czyli swobody i wolności, nie może istnieć bez poczucia indywidualizmu, skrajnego nawet.
[01:14:49] - Wiesz co? Tak jak mówisz, to warto by chyba poruszyć tak na chwilkę temat, skąd się w ogóle wziął wolny czas. Jak sobie analizowałem sprawę, to właściwie człowiek zawsze chciał mieć wolny czas.
[01:15:06] - Na czym polega istota homo sapiens?
[01:15:09] - Chyba tak. Chyba się to w jakiś sposób wiąże, że człowiek ma taką cechę, że jak pracuje, przynajmniej niektórzy taką cechę mają, że jak pracują, to pracują, ale jak odpoczywają, to na całego. Zobacz już w starożytności, żeby tylko w czasach, które różnie się określa, nazwijmy ich w czasach, kiedy ludzie mieszkali w jaskiniach, już wówczas mieli potrzebę uzyskania wolnego czasu. Bo te czasy były nielekkie. W dzień się polowało jak nie na jakieś mamuty, to na coś troszkę mniejszego, ale też równie zabójczego. Trzeba się było natyrać, narobić, nakombinować. W związku z czym wieczorem, kiedy zapadał mrok, kiedy z jaskini czy też z tego miejsca, gdzie akurat człowiek mieszkał, niespecjalnie bezpiecznie było wychodzić, to człowiek wtedy odpoczywał. To czym się wtedy zajmował? Jak wynika z wykopalisk, trudno, żeby to wynikało z wykopalisk, bo trudno porę ustalić, ale przypuszcza się, że to właśnie wtedy malował ściany. To właśnie wtedy tańczył.
[01:16:30] - Śpiewał, wszystkie misteria i tak dalej. To była kultura, to była opera i operetka tamtych czasów.
[01:16:38] - A przy okazji połączona z magią.
[01:16:40] - Tak. I jeszcze wielu rzeczy nie wiemy o obyczajach i tak dalej, ale to puszczanie wianków, że tak powiem, w naszej Słowiańszczyźnie po rzekach i tak dalej, to była wielka rozrywka.
[01:16:53] - Też wieczorem. Ale powiem tak à propos Stonehenge to wiesz co, poniektórzy by powiedzieli, że po prostu mamy kuku, że tam się zupełnie inne rzeczy odbywały niż mówimy. To zostawiamy, bo rzeczywiście z archeologią i w ogóle mówieniem o dawnych czasach to jest tak, że możemy przyjąć jakiś pogląd, który lansują archeolodzy albo inni badacze, ale pewności sorry, ale nigdy mieć nie będziemy, bo czasy były takie mało piśmienne, mało zachowane. Coś, co znajdziemy na rysunkach, to czasami coś z tego można wywnioskować, ale tak naprawdę skazani jesteśmy na domysły. I domyślamy się, że po zmroku to człowiek zażywał odpoczynku, ale bawił się, odpoczywał w sposób aktywny, czyli tańczył, śpiewał, malował. Różne takie inne rzeczy też robił. To są czasy, powiedziałem, przedpiśmienne i tu, tak jak zaznaczyliśmy, skazani jesteśmy na fantazję. Natomiast w nieco bardziej piśmiennych czasach to już troszeczkę wiemy, jak było. Mało wiem, jak było w Egipcie, ale tam zdaje się klasy te takie, które budowały piramidy, czy też w każdym razie coś tam budowały i służyły swoim panom, to one, zdaje się, mało wolnego czasu miały. Tak ujmijmy to enigmatycznie, że mało wolnego czasu.
A jak już miały ten wolny czas, to zapadały w kamienny sen, bo właściwie ręką, nogą nie bardzo się dało ruszyć.
[01:18:29] - To były te warstwy społeczne niewolne.
[01:18:32] - Niewolne. Natomiast wolne warstwy gniły w nieróbstwie po prostu do tego stopnia, że aż sobie to trudno wyobrazić. Ale to też nie było aż takie. Powiedzmy, mamy taką tendencję do pomyślenia, że jak już ktoś gnił w nieróbstwie, to już kompletnie nic. Jednak byli w tym Egipcie artyści, byli użytkowi co prawda, ale byli. Byli ludzie, którzy robili rzeczy piękne. To jest rzecz charakterystyczna, że żeby powstawało piękno, to musi być ten moment oddechu, moment nieróbstwa i pomyślenia, bo tak się rodzą rzeczy piękne. Rzeczy piękne rodzą się najpierw w naszej głowie, dopiero później wykonują je ręce. To ważna rzecz, ale tak jak powiedziałem, w cywilizacjach mezopotamskich też z tą wolnością było średnio. Natomiast takim wybuchem wolności, oczywiście nie dla wszystkich i nie powszechnie, była jednak cywilizacja grecka.
Grecy mieli podejście do czasu wolnego takie, że dzisiaj byśmy mało zrozumienia dla tego podejścia znaleźli, szczególnie wśród uczniów, bo Grecy używali na określenie czasu wolnego takiego pojęcia, nie wiem, jak to się wymawia, ale zapisuje się mniej więcej „schule”. Nie bez przyczyny kojarzy się to ze szkołą, ponieważ Grecy uważali, że owszem, czas wolny to między innymi bezczynność, odpoczynek, spokój, jakiś rodzaj wytchnienia, ale również zajmująca rozmowa z kimś mądrym, a także nauka. Oni uważali, że czas wolny to czas szkoły, uczenia się, czas zdobywania wiedzy. Co więcej, oni uważali, że tak naprawdę szkoła to jest właśnie ten czas wolny, a człowiek dzieli swój czas pomiędzy naukę, czyli zdobywanie kolejnych etapów wiedzy a pracę. Oni wyraźnie o tym mówili, że czas wolny to czas bardzo sporej części nauki.
[01:20:58] - Dlatego ja, jeśli kiedykolwiek będę głosował na jakąkolwiek partię, to będę głosował tylko na taką, która w swoim programie wyborczym będzie miała hasło „prawa do wolności dzieci, czyli prawo do wolności, do nauki przez zabawę w czasie wolnym”.
[01:21:26] - Tak zresztą pojmowali to Grecy.
[01:21:27] - Tak jak Grecy to pojmowali.
[01:21:28] - Grecy tak to pojmowali. Oczywiście.
[01:21:30] - Nie może być czegoś takiego, że my po prostu chcemy mieć wyszkolone mrówki, które będą bardzo użyteczne dla społeczeństwa. Natychmiast, szybciutko, mając pięć lat pójdą do szkoły, gdzie nauczy się wszystkiego.
[01:21:42] - Zaczną się uczyć wykuwania kolejnych regułek.
[01:21:45] - Regułek i tak dalej. Po czym będą gotowe do produkcji, do wytwarzania tych rzeczy, które reszta stada baranów pożąda, potrzebuje i tak dalej. Nie na tym polega prawo do wolności. Ja przypomnę jedną rzecz wszystkim. Otóż my kiedyś uczyliśmy się przede wszystkim na podwórkach wtedy, kiedy byliśmy ludźmi wolnymi. To znaczy kiedy ten okres dziecięcej wolności trwał dosyć długo.
[01:22:19] - Bo przychodziło się ze szkoły, rzucało tornister w kąt i podwórko.
[01:22:25] - I masz wolność, a nie, że wracasz ze szkoły-
[01:22:28] - A następnego dnia nieodrobione zadanie.
[01:22:30] - Tak. A w domu masz przedłużenie szkoły, nie? Nie, to nie ta bajka.
[01:22:35] - I kolejne zajęcia obowiązkowe, balety, języki i tak dalej. Codziennie dziecko jeździ na jakieś zajęcia dodatkowe.
[01:22:42] - A jaka jest tego konsekwencja? Przypomnę rzeczy, które wszystkim muzykom na przykład są wiadome, że na przykład całą rewolucję w Anglii muzyki rockowej dokonali ludzie, którzy uczyli się w pubach, na podwórkach, nie chodzili do szkół i tak dalej.
[01:23:05] - Że o Beatlesach wspomnę.
[01:23:07] - Tak, czwórka Beatlesów. Co prawda miała jeszcze piątego Beatlesa, który był wykształcony, wiedział, jak się nuty pisze i co robił Bach i Mozart przed nimi. On im to wszystko udostępnił i opowiedział. Ale to oni mieli żywe umysły chętne do grania, chętne do zużycia tej wiedzy, którą im ten Martin podpowiadał ewentualnie. Sam Martin niczego nie skomponował, on nic z tego nie zrobił. To ta czwórka barbarzyńców po prostu z podwórek, z pubów i tak dalej wzięła i zrobiła muzykę.
[01:23:43] - Nie, racja, to wszystko zgoda, ale zwróć uwagę, że oni później uczyli się w trakcie.
[01:23:52] - Tak.
[01:23:52] - Zobacz, jak oni się cywilizowali. Jeśli się prześledzi kolejne albumy Beatlesów, to widać, jak z tej pierwotnej zdolności, umiejętności wydobywania fajnych dźwięków i robienia fajnych kawałków muzycznych, do których się dobrze tańczyło, jak to ewoluuje w kierunku dużej muzycznej kultury.
[01:24:11] - Powiedziałem dzisiaj to samo o Maćku Parańskim. Jak on zbierał informacje, dojrzewało to w nim, żeby na starość wreszcie rąbnąć coś z pełną świadomością, z interpretacją właściwą albo ciekawą w ogóle i tak dalej. Tak, człowiek jest po to, żeby długo się rozwijać. Rozwijać, zbijając bąki, patrząc w chmury, jak się układają te cyrkusu i tak dalej, jak się te chmurki układają. Po to, żeby potem dojść do wniosku, dlaczego one się tak układają i dlaczego są takie. Dlaczego to? Żeby sobie zacząć zadawać to pytanie. A na to trzeba mieć wolny czas, a troszeczkę mi się współczesna cywilizacja z tym wyobrażeniem naszego wolnego czasu kłóci. To jest pewien obowiązek. Mamy to dane, czyli haramy przez te 10 miesięcy w roku, w szkole, bo ten pracujący to ma jeszcze tego mniej.
Zwróć uwagę, ja jeszcze kiedyś, kiedy byłem geodetą i poszedłem do pracy, to była taka praca akordowa. Czyli trzeba było pracować na akord, zaczynać koguta maksymalnie, zrobić robotę i tak dalej. Wiesz, co ja wyprawiałem? Otóż ja powiedziałem mojej pomiarowej ekipie, miałem 30 ludzi: „Słuchajcie, mamy na ten projekt osiem miesięcy. Dokonałem swoich własnych obliczeń, w przeciwieństwie do projektodawców tego projektu, którzy sobie przewidzieli to na osiem miesięcy. Uważam, że jeśli zęby w ścianę wbijemy, jeśli sobie nogi urobimy po łokcie, że tak powiem-
[01:26:07] - Nogi po łokcie. To ciekawe
[01:26:09] - ... to damy radę w trzy miesiące ten cały projekt zrobić”. A oni tak na mnie popatrzyli: „Ale po co? Przecież nikt nam więcej pieniędzy za tą robotę nie da, bo tylko pieniędzy jest na osiem miesięcy”. Ja mówię: „Tak, ale słuchajcie, ja przymykam oko. Robimy to w trzy miesiące, a potem balanga, pięć miesięcy wolnych, wakacji”. Oni patrzą na mnie: „A jak nas ktoś przyłapie?”. A ja mówię: „W dupę, normalnie. Ja tu jestem kierownik”. I tak żeśmy zrobili.
Moi ludzie harowali jak psy. Naprawdę biegaliśmy po tych polach, mierzyliśmy, robiliśmy tą poligonizację, niwelację, wszystko, co trzeba było i tak dalej. Uwinęliśmy się w trzy miesiące na polu, a potem ja jeszcze musiałem dokonać obliczeń. To jeszcze wymagało miesiąca mojej indywidualnej pracy i tak dalej. Ja sobie zasiadłem w hotelu w Chojnicach, pamiętam, i tylko liczyłem, a moi pojechali na wakacje. Miałem pecha. Przyjechali inspektorzy i mówią: „Co, ale gdzie jest ekipa?”. Ja mówię: „Myśmy tą robotę wykonali”. „Jak? To niemożliwe”.
Ja mówię: „Pracowaliśmy jak wściekli i zrobiliśmy to w trzy miesiące. Teraz mamy wolne. Skorzystaliśmy. Mamy wakacje”. Wywalono mnie z roboty za ten numer, bo nie wolno. Człowiek nie ma prawa do większej wolności niż ta, która jest przewidziana. Siódmy dzień, dwa miesiące wakacji albo urlop. Nie możesz mieć więcej, chyba że jesteś człowiekiem wolnym, tak jak wolne zawody. W wolnych zawodach masz jeszcze odrobinę wolności. Oczywiście, o ile cię na nią stać.
O ile zarobisz na tej wolności.
[01:28:07] - Teraz się okazało, dlaczego Wiktor Żwikiewicz został pisarzem.
[01:28:12] - Oczywiście.
[01:28:12] - Wszystko dlatego, żeby mieć dużo wolnego. Ja jeszcze wrócę na chwilę, bo przerwaliśmy na Grekach, ale warto sobie uświadomić, że w Rzymie Rzymianie też kombinowali z tym czasem wolnym. Mianowicie oni mieli coś takiego jak otium, czyli wolność. To była wolność od wszelkich zajęć zawodowych. Absolutna bezczynność, spokój, czas wolny nawet od spraw publicznych, bo przecież Rzymianie to byli obywatele i w związku z tym oni się dosyć żywo sprawami publicznymi zajmowali. Tą działalnością, dzisiaj byśmy powiedzieli, dla dobra ogółu. Nie. Oni mówili o tym, że to otium to jest czas absolutnie wolny. Mówię absolutnie, dzisiaj mnie zjada po prostu.
[01:29:04] - Zwróć uwagę, że chyba szybciutko zaakceptowało ten akurat model tej wolności chrześcijaństwo, które powiedziało, że niedziela jest po to, żeby nic nie robić.
[01:29:15] - Zaraz o tej niedzieli chwilę powiemy. Tak, to prawda. Ale oni mieli też inne słowo i nie doszedłem, czy jest jakiś związek. Mieli słowo negotium. To jest praca, wykonywanie czynności. Zastanawiam się, jak to się wiąże ze słowem negocjacja. Negotium, negocjacja. Czy jest jakiś w ogóle związek? To jest absolutnie wolna myśl. Może któryś z naszych słuchaczy coś na ten temat będzie wiedział.
[01:29:45] - Po prostu negocjujemy, a potem będziemy robić.
[01:29:48] - Może wyjaśnienie jest tak proste. Ja nigdy z łaciny w liceum nie miałem dobrych ocen. Na studiach miałem trochę lepsze, ale powiedzmy zawdzięczałem to nie tyle swojej skłonności do języka łacińskiego, co pewnej przebiegłości. I na tym temat urwijmy. Powiem ci jeszcze jedno, że czasami wolność przybiera dziwne maski, bo po rewolucji francuskiej, która wolność miała na ustach — o tej wielkiej rewolucji mówię — która mówiła wolność, równość i braterstwo i w ogóle wszystko co popadnie, to oni sobie podzielili, przynajmniej na początku, cały miesiąc. Trochę się gubię w nomenklaturze, bo u nich tydzień trwał 10 dni.
[01:30:41] - Postanowili być inni niż reszta cywilizacji. Czyli zaczynamy wszystko na nowo.
[01:30:47] - Wszystkie dni się nazywały pierwszy dzień, drugi dzień, trzeci dzień. Dziesiąty dzień to było święto. Zobacz, z sześciu plus jeden zrobili dziewięć plus jeden i co dziesiąty dzień był świętem, w związku z czym każdy miesiąc liczył sobie 30 dni. Oni kombinowali oczywiście także z podziałem czasu, z godzinami. Ta ich godzina nowa miała 144 wcześniejsze minuty i tak dalej. Każdy, kto będzie zainteresowany, może rzecz znaleźć, ale musiało być to wyjątkowo upierdliwe. Przypuszczam, że ta wolność co 10 dni musiała być wyjątkowo upierdliwa, bo już w roku 1802 znieśli to w cholerę Bo uzasadnieniem oficjalnym było to, że to jest tak uciążliwe dla społeczeństwa, że się nie da dłużej utrzymać i eksperyment poszedł sobie w cholerę.
[01:31:46] - To znaczy nie tylko w czasie rewolucji francuskiej poszedł w cholerę, ale również dzisiaj wiele eksperymentów idzie w diabły, bo na przykład zupełnie nie rozumiem pewnego odłamu lewicowości, który z dziką radością strąca krzyże ze ścian, natomiast w żaden sposób nie chce pozbyć się niedzieli, która jak najbardziej ma rodowód chrześcijański. To znaczy nie tyle chrześcijański, co biblijny, gdyż Bóg tworzył świat, a siódmego dnia sobie zbijał bąki. I ten model, że tak powiem, ludzie strącający te symbole religijne bardzo chętnie zachowują dla siebie.
[01:32:38] - To Stary Testament. Nowy troszeczkę to zmienił, jeśli chodzi o te dni. Niemniej status quo się zachowało, czyli sześć dni plus jeden wolny. Dzisiaj już doszliśmy właściwie do weekendów, czyli mamy jeszcze jeden dzień, ale i aż trudno uwierzyć, że urodziłem się w czasach, kiedy była tylko niedziela, a dzisiaj jest wolna sobota. Dla niektórych rzecz niepojęta. Ja jeszcze tylko wspomnę, żeby już z tą historią sobie definitywnie odpuścić, że tak naprawdę coś, co nazywamy urlopem, pojawiło się bardzo późno. Bo wyobraź sobie na początku XX wieku. Jeżeli dobrze pamiętam, w roku 1910, mogę się omsknąć o jeden, dwa lata, ale gdzieś tak zupełnie na początku w Holandii robotnicy wyszli na ulice, żądając — i tu uwaga — jednego tygodnia płatnego urlopu. To w tamtych czasach była absolutna rewolucja. Pracodawcy na początku w ogóle słyszeć o czymś takim nie chcieli.
Tydzień wolnego, za który będą musieli zapłacić. A ci te nieroby nie będą żadnej pracy wykonywali. Niemniej jednak pod wpływem, po pierwsze masowości tych wystąpień, a po drugie takiego zdecydowania, ustąpili. Po prostu ustąpili. A warto też wiedzieć, że jak już raz ustąpili, to się szerzyło jak zaraza już później w Europie, bo jakiś czas później bardzo podobną reformę wprowadzili Brytyjczycy. A cały czas mówimy o początku XX wieku, czyli powiedzmy gdzieś tam nastę lata XX wieku. A jak na przykład Francuzi, taki cywilizowany kraj, dwutygodniowy płatny urlop wprowadzili zgadnij, w którym roku?
[01:34:48] - Jak to początek wieku, to chyba...
[01:34:51] - Nie, oni byli jeszcze lepsi. Tu wiem na pewno. W 1936 roku.
[01:34:57] - O Boże, tuż przed wojną dopiero.
[01:34:59] - Tuż przed wojną, tak. W każdym bądź razie tak to mniej więcej wyglądało, jeśli chodzi o czas wolny. Krótko i historycznie.
[01:35:09] - Zaraz, ale jakim cudem Verne napisał dużo wcześniej „Dwa lata wakacji”?
[01:35:17] - A nie, bo Verne-
[01:35:19] - To są wakacje dla dzieci. Dzieci miały zawsze wakacje od szkoły, a pracujący nie mieli żadnych.
[01:35:26] - To nie były dwa lata urlopu. Nie, to były dwa lata wakacji. U nas się troszeczkę zlały te pojęcia, ale kiedyś były jakby rozdzielne. Wrócę jeszcze do tego, co powiedziałeś, czyli o wolności dzieci. To jest prawda, że coś się takiego złego dzieje, że te dzieciaki w tej chwili troszeczkę się w taki kierat pakuje i wozi od jednych zajęć dodatkowych do drugich zajęć dodatkowych. I tu jest dobry czas, żeby zaprezentować drugi z fragmentów, który na dzisiaj przygotowaliśmy, opisujący czasy, w których tego rodzaju problemów, jak wrzucenie dzieciaków, młodzieńców w kierat po prostu nie istniało. Tym drugim fragmentem jest fragment z książki „Podróż za jeden uśmiech”. Znakomita książka, znakomity film z młodymi aktorami, którzy brawurowo zagrali. Zresztą nie tylko w tym filmie. Sama książka Adama Bahdaja to jest perełka.
Po prostu świetnie się to czyta.
[01:36:41] - I zwróć uwagę, o czym jest ta książka. Ta książka jest właśnie o tym, co robią dzieci, kiedy nie chodzą do szkoły.
[01:36:48] - Mają wolne i realizują swoją fantazję. A co ważne jeszcze, co jest bardzo moim zdaniem ważne, to ta książka mówi taką prostą prawdę o tym, że wakacje, czas wolny nie tylko uruchamia fantazję, ale uruchamia też działanie, poznawanie świata. Tam mamy dwie postacie. Mamy Dudusia, czyli takiego właśnie kujona. Może go krzywdzę. Takiego człowieczka młodego, który uczy się, uczy, ma wbite to, że jak się będzie uczył, to zostanie kimś i pełnego luzaka.
[01:37:30] - A wiesz, kiedy nasz laptop, nasza komórka ma wakacje? Wtedy, kiedy wkładamy ładowarkę do kontaktu i kiedy ją ładujemy.
[01:37:39] - Tak jest.
[01:37:40] - I tak samo ona wtedy nie musi zapindalać nam, po prostu pokazywać obrazków, bo ona się ładuje, ona odpoczywa. Po prostu i się ładuje, a potem dzięki temu będzie dopiero sadziła teksty i łączyła z Internetem jak trzeba.
[01:37:54] - Ale zobacz w takiej prostej książce jak ta „Podróż za jeden uśmiech”, jaka jest fajna, prosta prawda pokazana, że przecież ci dwaj młodzi ludzie, ten luzak i ten spięty, przynajmniej na początku, Duduś nawzajem przekazują sobie pewne informacje, uczą się od siebie.
[01:38:12] - Uczą się od siebie, uzupełniają się.
[01:38:14] - Ten luzak uczy się pewnego szacunku jednak dla wiedzy. Ten spięty Duduś uczy się tego, że trochę luzu w życiu przydaje się. Po prostu się przydaje. I ja myślę, że dla dzisiejszych czasów powiedziałem, że to jest książka, którą świetnie się czyta. Ja wiem, że jestem skażony, już jestem starym dziadem. Jeszcze się tak nie czuję, ale bywa, że takie myśli mnie nachodzą. Ta książka towarzyszy mi od dawna i towarzyszyła mi w czasach dzieciństwa i może dlatego wydaje się taka świetna. Dzisiaj mamy okazję przekonać się, czy świetna jest naprawdę. A zatem kolejny fragment wybrany na dzisiaj „Podróż za jeden uśmiech”. Marku, prosimy.
[01:39:08] - Adam Bahdaj „Podróż za jeden uśmiech”. Rozdział drugi. W każdym chłopcu tkwi żyłka awanturnicza. Jestem pewny, że we mnie tkwi takich żyłek niezliczona ilość. Dlatego mam pewne trudności w szkole i w domu. W Dudusiu natomiast żyłka awanturnicza była zupełnie znikoma. Gdybyśmy jednak dodali to, co tkwi we mnie i to, co tkwi w Dudusiu, starczyłoby zapewne jeszcze dla trzech czternastolatków. Dlatego prawdopodobnie Duduś Fąferski, mimo błękitnej muszki i kantów na spodniach, zdecydował się pojechać ze mną autostopem do Międzywocia. Z Dworca Głównego pojechaliśmy tramwajem na plac Dzierżyńskiego. Tam przesiedliśmy się w autobus, który jechał na Bielany, a z Bielan znowu tramwajem pchnęliśmy się do Młocin.
Dzień był pogodny, ciepły, jak gdyby pan Wicherek z telewizji specjalnie dla nas zamówił w Państwowym Instytucie Meteorologicznym. Nic, tylko bezchmurne niebo i śpiew ptaków w przydrożnych zaroślach. Usiedliśmy więc przy Szosie Gdańskiej w cieniu przydrożnej topoli i zrobiliśmy rachunek. Ja, jak już wspomniałem, miałem tylko trochę drobnych. Naliczyłem tego coś cztery złote dziesięć groszy. Sytuację finansową ratował jednak Duduś. Oprócz dwudziestu złotych, które dała mu babcia na drogę, posiadał jeszcze książeczkę PKO, a na książeczce dwieście czterdzieści złotych. Podsumowaliśmy szybko. Razem było dwieście sześćdziesiąt cztery złote i dziesięć groszy. Jeżeli te dziesięć groszy miało jakieś znaczenie.
„Kupa forsy” — zawołałem uradowany. Gdyby Jack London podczas swej podróży po stanie Missisipi miał tyle pieniędzy, dojechałby na pewno do Teksasu. „Czy to nam wystarczy?” — zapytał zawsze przezorny Duduś. „Człowieku, możemy walić na koniec świata”. „Tak, ale te pieniądze przeznaczyłem na wielki atlas historyczny”. „Nie martw się, zwrócę ci moją część. A jak wuj Waldek dostanie premię za wybudowanie kombinatu petrochemicznego, to ci jeszcze dosolę z empetyki”. „To są pieniądze od babci”. „A niech będą nawet od ministra. Czy to ma jakieś znaczenie?” Wzruszył tylko ramionami.
Czułem, że nie potrafię go przekonać, więc dodałem: „Pomyśl człowieku. Przypuśćmy, że razem zgubiliśmy te pięćset złotych. Ile wypadałoby na ciebie? Dwieście pięćdziesiąt, prawda?” Duduś zaprotestował: „Daję ci słowo, że to nie ja zgubiłem”. „Ja też nie” — żachnąłem się żywo. „W takim razie kto?” Bylibyśmy się znowu pokłócili, więc wolałem przerwać tę jałową gadaninę. „Niech ci będzie. Funduję ci całą wyprawę, bo jestem pewny, że nie wydamy wszystkiego. A zresztą rodzina Wanotowiczów zawsze miała gest”. „A ty zawsze jesteś taki hojny, kiedy nie masz pieniędzy”.
„Mniejsza o to. Najważniejsze, żebyśmy jeszcze dzisiaj pojechali do Gdańska”. W ten sposób skończyłem dyskusję o naszych zasobach finansowych. A że takich i tym podobnych dyskusji w czasie podróży mieliśmy bez liku, poprzestanę na tym, że w końcu Duduś zgodził się na wspólną kasę. Najważniejsza była jednak sama technika podróżowania autostopem. Jako zupełnie zieloni autostopowicze nie mieliśmy o niej pojęcia. Wyobrażałem sobie, że to zupełnie proste. Stajesz na szosie, podnosisz do góry łapę, a kierowca jak aniołek ze skrzydełkami podjeżdża, kłania się uprzejmie i zapytuje, dokąd cię podwieźć. Tymczasem na autostopowicza czeka siedem plag egipskich, zanim jedna rozdręczona ciężarówka raczy zatrzymać się na szosie. Musisz mieć nerwy jak postronki, zdrowie jak kulturysta, wolę jak święty Franciszek z Asyżu, a przebiegłość dziesięciu przekupek, żebyś ujechał przynajmniej dziesięć kilometrów.
Ludzie za kierownicą zamiast skrzydeł mają rogi i ogony z chwostem, a przy tym tak niewyparzone pyski i tak plugawą mowę, że uszy więdną. Na szczęście mnie uszy nigdy nie więdną, ale przyznam się, zanim złapaliśmy pierwszego przewoźnika, kilkakrotnie byłem już na skraju rozpaczy. Nie wspominam oczywiście o Dudusiu. Mój cioteczny brat, pożal się Boże, śmiał mniemać, że kierowcy będą go prosić, by raczył zaszczycić ich wóz swoją osobą. Co za zwyczaje! Stoi elegant z walizką oblepioną nalepkami hoteli z całego świata. Spodnie w kant, muszka jak barwny motyl, a tymczasem kierowca nawet nań nie spojrzy, tylko doda gazu, a na pożegnanie wypuści dymek z rury wydechowej. Skandal. Nie można się dziwić, że Duduś Fąferski chciał wracać do babci. Na szczęście znalazł się jeden sprawiedliwy.
Zdarzyło się to wieczorem, w momencie, kiedy chciałem powiedzieć Dudusiowi, że babcia jednak miała rację. Z daleka zobaczyłem zbliżającego się stara. Wywlokłem się z rowu. Z rezygnacją wyciągnąłem rękę, jakbym prosił o jałmużnę. Nie patrząc na dryndę, czekałem, kiedy mnie minie. Tymczasem usłyszałem, że wóz hamuje, zatrzymuje się przy mnie i ze zdumieniem zobaczyłem, jak z szoferki wychyla się czyjaś opalona gęba. Uśmiechają się czyjeś niebieskie oczy. Myślałem, że to sen, ale daję słowo, że to nie był sen, ani nawet złudzenie. Po prostu młody, uprzejmy mężczyzna. „Dokąd to, kolego?” — zawołał.
„Do Gdańska.” „Do Gdańska nie dojedziemy. Mogę cię podrzucić do Grudziądza.” „Dobre i to” — zawołałem tak głośno i radośnie, że Duduś, który w stanie zupełnego zwątpienia drzemał pod topolą, zerwał się nagle i złapał za cud walizkę z cielęcej skóry. Na jego widok kierowca zachłysnął się śmiechem. Widocznie bardzo mu się spodobała błękitna muszka w białe groszki i jamnikowate wejrzenie. „A ten co? Na występy?” „Nie” — odparłem ze wstydem. Nic mi innego nie przyszło do głowy, więc palnąłem: „On do cioci na imieniny.” „Kolega?” „Nie. Ot, przypętał się po drodze.” Kierowca ze zdumieniem kręcił głową. „Ho, ho! Z taką walizką do cioci na imieniny.” Myślałem, że przez tą piekielną walizkę zostaniemy znowu na lodzie, a raczej na szosie, ale kierowca skinął na mnie.
„Masz taki miły uśmiech, że trudno ci odmówić. Pakujcie się, niech stracę.” Wpakowaliśmy się pospiesznie do szoferki. Ja oniemiałem ze szczęścia. Duduś oniemiały z przerażenia. Muszę zaznaczyć, że szoferka nie była przeznaczona ani dla jego elanowych spodni, ani dla białej popelinowej koszuli, nie mówiąc o muszce w groszki. Siedzenie wyszmelcowane lśniło od zakrzepłej ropy, a na ścianach leżała gruba warstwa kurzu. Duduś wsunął się jak aniołek do piekielnej bramy i tak usiadł, jakby nie chciał w ogóle dotknąć siedzenia. Najchętniej zostałby w stanie nieważkości i wisiał jak kosmonauta w swej kabinie. Ale cóż, Ziemia ma swoje fizyczne prawa, więc Duduś, chcąc nie chcąc, dotykał kantami swych spodni płótna szoferskiej ławy. Nie wyglądał wcale na trampa ani na autostopowicza.
Właściwie to w ogóle nie wyglądał. Kierowca od razu znalazł temat do rozmowy. „To kolega na imieniny cioci?” — zaczął wesoło, gdyśmy tylko ruszyli. Duduś spojrzał na mnie błagalnie. Zrozumiałem, że wzywa pomocy, więc odrzekłem za niego: „Tak, właśnie na imieniny.” „Z walizaczką pełną prezentów, co? A nie stać było kolegi na pociąg?” „Niestety zgubił pieniądze albo ktoś go okradł” — fantazjowałem, łykając ciężko ślinę. Kierowca gwizdnął cicho. „No proszę, takie dzisiaj czasy.” „Zlitowałem się nad nim, bo sam nie dałby sobie rady” — dodałem, przerażony tym, co mówię. Duduś jęknął przeciągle i posłał mi nienawistne spojrzenie. Kierowca jeszcze raz gwizdnął przez zęby.
„No proszę, takie nieszczęście. Aż go zatkało. Cóż, to kolega nie potrafi sam odpowiadać?” „Tak” — rzuciłem pospiesznie. „On ma błędy w wymowie. Jest bardzo upośledzony.” Tego już Duduś nie wytrzymał. „Nie jestem upośledzony” — zawołał. „I nie jadę na imieniny cioci ani nie wiozę dla niej prezentów. Jestem jego ciotecznym bratem.” Wskazał na mnie. „I wcale nie zgubiłem pieniędzy ani mi nie ukradli. Tylko on zgubił.” Oniemiałem.
Struchlałem. Byłem pewny, że kierowca zatrzyma wóz i nas wysadzi. On jednak ani nie zatrzymał wozu, ani nas nie wysadził, tylko zaczął się tak serdecznie śmiać, że aż boki zrywał. A gdy skończył się śmiać, spojrzał na nas ubawiony. „No koledzy, przyznajcie się, pewno nawialiście z domu.” Chciałem się przyznać, bo cóż mi to szkodziło? Ale Duduś mnie uprzedził. „To wszystko przez Poldka” — jęknął. „To on ma takie fantastyczne pomysły.” „No, no” — kpił kierowca. „Podiwaniliście walizkę rodziców i hop! Rozumiem.” „Wcale nie podiwanili, tylko tatuś mi ją pożyczył.” „Mowa.” „Tatuś jest inżynierem chemikiem i pracuje przy budowie kombinatu petrochemicznego w Płocku.
I dostał Złoty Krzyż Zasługi” — dodałem mimo woli. „A wy zwiewacie z domu. Nie bujajcie, nie bujajcie” — żartował kierowca. „Ja też nieraz zwiewałem. Nie wiem tylko, czy daleko zajedziecie. Lepiej łapcie pierwszy wóz do Warszawy i wracajcie.” Myślałem, że teraz zatrzyma stara i wysadzi nas w szczerym polu, ale on tymczasem zapalił papierosa. Nie patrząc już na nas, zaczął nucić jakiś szlagier. Miał niski, ładny głos, a gdy śpiewał, mrużył wpatrzone w szosę oczy i uśmiechał się. Jechaliśmy przez mazowiecką ziemię. Słońce już zachodziło.
Czerwoną banią wisiało nad polami. Wokół było srebrzyście od falującego żyta. Zielone kępy drzew złociły się w słońcu, a star pruł naprzód, aż szumiało mi w uszach melodią wspaniałej muzyki. Dudusiowi prawdopodobnie nie szumiało. Siedział nieruchomo jak mumia egipska i myślał o wygniecionych spodniach i poplamionej koszuli. Ja natomiast o niczym nie myślałem. Było mi dobrze. Czułem, że zaczyna się wspaniała podróż. Kierowca miał w repertuarze kilka najnowszych szlagierów z programu radiowego. Śpiewał coraz głośniej, jak gdyby chciał nas zabawić.
Potem: Do twista nie trzeba nam lakierków. Potem Tbilisi, a na końcu: Gdy mi ciebie zabraknie, gdy zabraknie mi ciebie. Od razu przypomniała mi się ciocia Anka i Szajba, który strzelał kosze z zamkniętymi oczami. Pomyślałem sobie: jak to dobrze, że miałem taki fantastyczny pomysł. Teraz ciocia nie ma z nami kłopotu, ani my z ciocią i wszyscy jesteśmy zadowoleni oprócz Dudusia. Ale Duduś w ogóle się nie liczy, bo nie ma fantazji. Gdy nasz miły wybawca skończył śpiewać, zaznaczyłem ot tak sobie: ładny szlagier, co? To moja ciocia stale puszcza go na adapterze i wzdycha do Franka Szajby. Kierowca ożywił się nagle. Tego z Legii?
Tego samego, co strzela kosze z zamkniętymi oczami. To narzeczony naszej cioci. Ma 198 centymetrów. Szkoda, że nie urósł jeszcze. Byłby równy rachunek. Fenomenalny — cmoknął kierowca. — Widziałem go ostatnio na meczu z Realem. Mówię ci: koncert gry. Przez następne 20 kilometrów rozmawialiśmy tylko o Franku Szajbie. Opowiedziałem mu, jak kiedyś Szajba nie przyszedł o piątej, a ciocia Ania przez dwa dni nic nie robiła, tylko puszczała „Gdy mi ciebie zabraknie”.
A potem długo pisała list i prosiła mnie, abym ten list zaniósł Frankowi na treningi. I jak ja byłem ogromnie ciekawy, co w tym liście napisała. I rozkleiłem kopertę nad parą, ale w ostatniej chwili zamknąłem oczy i nie przeczytałem, bo pomyślałem, że to świństwo czytać cudze listy. A potem jak ciocia Anka prosiła mnie, żebym śledził Szajbę po treningach, a ja cały wieczór jak Sherlock Holmes chodziłem za najlepszym koszykarzem. I co? Pewno poszedł do drugiej cioci — przerwał mi w tym miejscu kierowca. Ale skąd! — zawołałem z oburzeniem. Poszedł na pocztę i przez godzinę i 22 minuty pisał list. Do twojej cioci?
Zgadł pan, bo na drugi dzień ciocia dostała ten list i była taka szczęśliwa, że go pocałowała. I od tej pory już się nie gniewali, tylko razem chodzili na treningi. I zdaje mi się, że dlatego teraz jedziemy z panem. Nie zajechaliśmy jednak daleko. Za zakrętem ukazał się nagle wóz naładowany sianem. Ale to nie było najważniejsze ani najgorsze. Najgorsze dopiero nastąpiło. Wóz stał na środku szosy, a woźnica, jak gdyby nigdy nic, przymocowywał do wozu latarnie. Kierowca pochylił się nad kierownicą. Zaczął gwałtownie hamować.
Rozpędzony star zatańczył na szosie. Bujał się od rowu do rowu. Zdawało mi się, że wpadniemy prosto na siano, ale na szczęście w ostatniej chwili kierowca skręcił i znaleźliśmy się w rowie. Duduś ocknął się z kompletnego odrętwienia. Zapytał zaspanym głosem: co się stało? Nikt nie udzielił mu odpowiedzi. Kierowca wyskoczył z szoferki i sypnął tak rozkoszną wiązanką życzeń, że woźnicy zwiędły uszy. Ale to wcale nie zmieniło naszego położenia. Star dwoma kołami tkwił w głębokim rowie, przechylony jak warąca się buda, a my zamiast do Grudziądza zajechaliśmy nie wiem dokąd. No, koledzy — powiedział kierowca, kiedy nieco ochłonął z pierwszego gniewu.
— Wpakowaliśmy się porządnie przez tego małorolnego parafiana. Rozłożył szeroko ręce. Umarł w butach. Do rana nikt mnie stąd nie wyciągnie. Prześpię się w szoferce, a wy musicie poszukać jakiegoś noclegu. Ładna perspektywa — wyszeptał blady jak płótno Duduś. — Pierwszy skok do Gdańska — dodał z przekąsem. Człowieku! — zawołałem. — Czy ja jestem odpowiedzialny za wypadki drogowe?
Ciesz się, że wyszliśmy z tej kraksy cało. Spodnie mi się wymięły — jęknął. Oto cały Duduś Fąferski. Życie nasze przed chwilą wisiało na włosku, a on o swoich spodniach. Byłem pewny, że za chwilę rozpłacze się, a cały ten przykry wypadek zwali na moją rodzinę. Lecz Duduś nie rozpłakał się. Wyciągnął z szoferki walizkę i torbę i stanął tak bezradnie, że zamiast niego ja powinienem się rozpłakać. Potem zapytał: właściwie gdzie my jesteśmy? Pod Płońskiem — wyjaśnił kierowca. — Do miasta jeszcze jakieś 15 kilometrów.
Ale lepiej zrobicie, jeżeli pójdziecie polami. Tam po drodze musi być jakaś wieś. Pokazał w nieokreślonym kierunku, a my, chcąc nie chcąc, ruszyliśmy przed siebie. Niełatwo jest iść przed siebie, jeśli się nie wie dokąd. Noc już zapadła. Nie było nic widać prócz białej koszuli Dudusia i nic słychać prócz jego ciężkiego sapania, a wokół pusto i groźnie. Można się domyślić, że nie uszliśmy daleko, jeśli Duduś musiał siadać z babcią na walizce, żeby ją domknąć. Po kilkudziesięciu krokach jęknął i postawił walizkę na drodze. Dokąd my właściwie idziemy? — zapytał.
Przed siebie — odparłem zniecierpliwiony. Jeżeli idziemy przed siebie, to możemy dojść nie wiadomo gdzie. A dokąd chcesz dojść? Duduś ziewnął rozkosznie. Jestem okropnie śpiący. Czy tu jest w okolicy jakaś gospoda lub hotel? Parsknąłem śmiechem. Dla szanownego pana zamówię zaraz pokój z łazienką. Nie żartuj — westchnął jękliwie. — Chciałbym się umyć, wyczyścić sobie spodnie i zmienić koszulę, bo mi się lepi do pleców.
Zaraz zadzwonimy na pokojową. Z tobą to w ogóle nie można poważnie rozmawiać. Nie widziałem jego jamniczej gęby, ale zdawało mi się, że obraził się na mnie, bo znowu podniósł walizkę i ruszył chwiejnym krokiem. Pomyślałem, że gdyby go teraz zobaczyła babcia Fąferska, to zemdlałaby z przerażenia. Na szczęście było tak ciemno, że nikt nie mógł go zobaczyć. Przez chwilę rozkoszowałem się myślą: ta cud-walizka tak mu da w kość, że już nigdy nie wybierze się w podróż. Potem jednak pożałowałem go. Bądź co bądź towarzysz podróży. Podniosłem więc z ziemi patyk i zastopowałem Dudusia. Przeciągnęliśmy patyk przez uchwyt walizki i ruszyliśmy w dalszą drogę, niosąc między sobą skarb rodziny Fąferskich.
Szliśmy dalej i nic nie wskazywało, żebyśmy mieli dojść do wsi. Zupełne pustkowie, można powiedzieć Sahara. Piaszczysta droga wiodła przez ugory porośnięte z rzadka krzakami. Nad nami wisiało wysokie, przepastne niebo, ciemne i bezkwiestne. W trawach cykały koniki polne, a w dali coś pohukiwało. Może puszczyk, a może mi się tylko tak zdawało. Ogarniał mnie powoli strach i miałem wrażenie, że zgubiliśmy drogę. Ale jak można zgubić coś, o czym nie ma się zielonego pojęcia? Duduś zatrzymał się gwałtownie. Wybacz mi, ale ja już dalej nie idę.
Cóż miałem robić? Wybaczyłem mu. Przyszło mi to bez trudu, bo sam byłem porządnie zmęczony. W takim razie robimy biwak — powiedziałem zuchwale. Co? — zdziwił się Duduś. Tutaj w szczerym polu? A gdzie chcesz? Myślałem, że znajdziemy jakiś nocleg. Jak możemy znaleźć, kiedy nie chcesz iść dalej.
A zresztą nie wiadomo, czy dalej nie będzie tak samo jak tutaj. Zrzuciłem z ulgą plecak, wyjąłem latarkę i przyświecając rozejrzałem się dookoła. Nic, tylko piach, sucha trawa i jałowce. Poczułem się trochę jak Robinson Crusoe na bezludnej wyspie, a trochę jak Jack London na dachu pędzącego pociągu. Chwilę stałem bezradnie. Duduś stał bezradnie do kwadratu i tak staliśmy, nie wiedząc, co robić. Dłuższy czas nie robiliśmy nic i było okropnie głupio. Nie należę do chłopców lękliwych, ale przyznam się, trząsłem portkami na samą myśl, że spędzimy noc na tym pustkowiu. Duduś też trząsł portkami i tak trzęśliśmy razem, żeby było raźniej. Dopiero gdy przypomniałem sobie, jak wędrowcy północy rozbijali namiot wśród huraganowej burzy śnieżnej, zrobiło mi się lżej.
Tutaj przynajmniej nie było śnieżycy, ani nie wyły wilki, ani ślina nie zamarzała, zanim wypluta upadła na ziemię. Wziąłem się żwawo do roboty. Znalazłem zaciszne miejsce osłonięte gęstym jałowcem. Narwałem suchej trawy, wymościłem legowisko i zacząłem wciągać gruby wełniany sweter. Duduś spojrzał na mnie skorszony. Nie wkładasz na noc piżamy? W tym jednym pytaniu tkwił cały Fąferski. Roześmiałem się głośno, bo cóż mogłem odpowiedzieć. Kładziemy się — zawołałem. Duduś stał jak sparaliżowany.
Tutaj? A gdzie można wymyć zęby? W Warszawie. Możesz gdzie indziej, jeśli ci się nie podoba. A gdzie można wymyć zęby? W Warszawie. Duduś wzruszył ramionami. Nie rozumiem, jak można położyć się, nie myjąc zębów. Jeżeli nie myje się zębów, bakterie atakują szkliwo, szkliwo pęka i można dostać próchnicy. To niech dostanę.
I w ogóle to niehigieniczne. Zamknij się i umyj za mnie. Położyłem się na suchej trawie. Nogi starym zwyczajem traperskim włożyłem do plecaka i spojrzałem w górę. Nade mną rozciągało się czyste już niebo. Gwiazdy zamigotały w ciemności. Było ich coraz więcej, jak gdyby sypały się z czarnej czeluści. Zapachniało mi suchym jałowcem i trawami i wszystko zawierowało w głowie. Ciocia Anka, szajba, tłum na dworcu, wesoły kierowca, wóz pełen siana, ciemne świece jałowców i gwiazdy. Gwiazdy.
I nic już więcej nie pamiętam, bo zasnąłem. Obudziło mnie beczenie kozy. Chwilowo nie wiedziałem, gdzie jestem. Otworzyłem najpierw jedno oko, potem drugie i nad sobą zobaczyłem białą bródkę, potem rogi, wreszcie całą kozę. Nie mogłem pojąć, skąd się ta koza tutaj wzięła. Nigdy nie miałem zwyczaju sprowadzać kozy do mieszkania. Przetarłem oczy i dopiero wtedy pojąłem całą sytuację. Przypomniałem sobie, że od wczoraj podróżujemy autostopem. Widok był zdumiewający. Nade mną biała koza, obok mnie Duduś, a nad nami czyste niebo i śpiew ptaków.
Zupełnie jak w opowiadaniach Jacka Londona. Duduś spał oczywiście w pasiastej piżamie. Miał nieumyte zęby, co poznałem po jego niezadowolonej minie i po bakteriach, które niszczyły szkliwo. Zerwałem się. Przeciągnąłem rozkosznie. Przez chwilę wsłuchiwałem się w śpiew makolągwy i czyżyków, a potem pełen dobrych myśli zawołałem: Och, jak jest pięknie! I było naprawdę pięknie. Poranny wiatr szumiał w jałowcach, na trawach wisiała gęsta rosa, a dalej był sosnowy las. Pnie sosen czerwieniły się w delikatnym żarze wschodzącego słońca. Niebo było czyste, wysokie, przepastne i bardzo wesołe.
Przez następny kwadrans budziłem Dudusia. Duduś nie chciał uwierzyć, że spędził noc na biwaku. Mruczał przez sen: Babciu, jeszcze minutkę. Babciu, zlituj się nade mną, babciu, przecież wakacje. Śmiałem się z jego babciowania, lecz dość miałem użerania się z zaspanym Fąferskim. Zawołałem więc pełnym głosem: "Duduś, ktoś ukradł walizkę!" Zerwał się w jednej chwili. Parsknąłem jeszcze głośniejszym śmiechem, bo oto miałem przed sobą zupełnie innego Dudusia. Nie pozostało nic z jego wrodzonej elegancji i szyku. Stał przede mną w wymiętej piżamie, rozczochrany, z twarzą usmarowaną i oblepioną piaskiem. Jednym słowem nie Duduś Fąferski, tylko straszydło.
"Gdzie walizka?" — zawołał. Walizka była tam, gdzie być powinna, a na walizce porzucone w nieładzie ubranie Dudusia. "Głupie żarty" — powiedział, szczękając zębami. — "I jestem pewien, że przez ciebie dostanę zapalenia płuc, bo mnie kłuje w boku." "Popatrz jak pięknie" — powiedziałem pojednawczo. Duduś skrzywił się. "Pięknie, pięknie. Kości mnie bolą i jeżeli nabawię się reumatyzmu, to wszystko przez ciebie." "Będziesz mnie przynajmniej pamiętał do końca życia" — zażartowałem. Duduś nie znał się na żartach. Skrzywił się płaczliwie, zakaszlał, jakby w ten sposób chciał mnie jeszcze bardziej oskarżyć. "Mam chrypkę i gardło mnie boli." "Wymień od razu wszystkie choroby, a na drugi raz nie śpij w piżamie, bo to bardzo niezdrowo.
Teraz bratku, rozruszajmy się trochę. Kości się zastały." Zacząłem skakać i wymachiwać rękami. Wyglądało to zapewne jak taniec wojenny Siouxów albo Czarnych Stóp. Na koniec machnąłem potężnego kozła i znalazłem się w gęstych krzakach jełowca. Duduś wciąż jeszcze trząsł się w swojej pasiastej piżamie jak zdychająca zebra. Żal mi się zrobiło, że to takie niewydarzone i nie potrafi cieszyć się pięknym porankiem, więc złapałem go za ręce i razem zaczęliśmy wirować wokół krzaków. Gdy go wreszcie rozruszałem, pozwoliłem sobie zauważyć: "Jestem strasznie głodny. Zjadłbym konia z kopytami." Oczywiście nie zjadłem konia z kopytami ani kozy z rogami, tylko wyjąłem z plecaka żałosne resztki mojego prowiantu. Było jeszcze jedno jajko, pół kotleta i kromka czerstwego chleba. Spałaszowałem to w okamgnieniu.
Duduś patrzył na mnie zgorszony. "Zwyczaje dzikich ludzi. Najpierw jedzą, a później dopiero się myją." "Jestem dziki, dziki, dziki" — zawołałem. — "Jeżeli chcesz, to mogę upiec cię na rożnie i spałaszować bez musztardy." Duduś udał, że nie słyszy. "Przepraszam cię bardzo, czy mógłbyś mnie wreszcie poinformować, gdzie tutaj można się porządnie umyć?" "Informacje udziela się między 12:00 a 14:00. A jeżeli chodzi o mycie, to będziemy mieli sposobność wykąpać się w Międzywodziu. Teraz trzeba się spieszyć, żeby złapać jakiś środek lokomocji do Gdańska." Na tym zakończyliśmy poranną dyskusję na temat mycia się i w ogóle higieny. Duduś był niepocieszony. Przypuszczam bowiem, że za chwilę wypadną mu wszystkie zęby i oblezą go najpaskudniejsze insekty. W kiepskim nastroju zabrał się do śniadania.
Nareszcie otworzył lotniczą torbę, w której znajdowały się wytwory sztuki kulinarnej rodziny Fąferskich. Czego tam nie było. Cielęcinka na zimno, udko kurze, kanapki z szynką i polędwicą, karp w galarecie, kilka rodzajów sera, termos z gorącą herbatą i pyszny placek z wiśniami. Pyszny dla Dudusia, lecz nie dla mnie, bo Duduś niezwykle skupiony wyjął z torby serwetkę, rozłożył ją na piasku i z tajemniczym uśmiechem zabrał się do konsumowania darów kuchni babci Fąferskiej. "Smacznego" — powiedziałem pełen nadziei, że cioteczny brat raczy zauważyć moją obecność i uwzględnić mój apetyt. Ten skinął tylko głową. Potem powiedział rzeczowo: "Rośniemy. Musimy dobrze się odżywiać. Uczeni obliczyli, że w naszym wieku potrzeba 2400 kalorii dziennie. Jak myślisz, na ile mi to wystarczy?" "To zależy." "Od czego?" "Czy będziesz sam jadł, czy się podzielisz." "Przecież już zjadłeś śniadanie." "Zjadłem dopiero 60 kalorii." "Jak na posiłek poranny to ci wystarczy." Wbił zęby w udko kurczęcia i dorzucił ot tak od siebie: "Właściwie gdzie my jesteśmy?" "Pod Płońskiem, na łonie natury." "A mieliśmy być w Gdańsku." "Jestem pewny, że dzisiaj jeszcze tam wylądujemy." Po śniadaniu złożonym z 1200 kalorii w Dudusia wstąpił nowy duch.
Przebrał się szybko w swoje galowe ubranie, zawiązał muszkę i poprosił, żebym mu pomógł zamknąć walizkę. Potem ruszyliśmy w nieznanym kierunku. Po drodze powiedziałem Fąperskiemu: "Stary, jeżeli chcesz dojechać do Międzywodzia, to musisz mnie słuchać. Autostop to nie podróż z wycieczką ORBIS-owską do Złotych Piasków. Tu trzeba mieć móżdżek elektronowy i kombinować. Bo jak nie będziemy kombinować, to nie zajedziemy nawet do Płońska." Duduś wysłuchał w skupieniu. "Pamiętaj" — dorzuciłem — "żebyś nie odstawiał takich numerów jak wczoraj. Jeżeli ja mówię, że masz błąd w wymowie, to masz. Jeżeli mówię, że jesteś upośledzony, to jesteś." "Wypraszam sobie" — zaprotestował. "Możesz sobie wypraszać, ale to niczego nie zmieni." "Babcia mówiła, że ty masz zbyt rozwiniętą wyobraźnię i dlatego bujasz czasami jak najęty." "O, właśnie.
Do autostopu trzeba mieć bujną wyobraźnię i fantazję, a ty ich nie masz. Musisz więc polegać na mnie." Po pierwsze nie możemy podróżować z tą walizką, bo nam ręce poodpadają. Po drugie... Nie zdążyłem jednak dokończyć, gdyż na drodze ukazał się wóz, a na wozie zobaczyłem tęgą babinę w chustce na głowie. Byliśmy uratowani. Kiedy wóz zrównał się z nami, ukłoniłem się jak najuprzejmiej i zagadnąłem z pełną elegancją: „Przepraszam, dokąd pani jedzie?” Babina zatrzymała konia. Jej spojrzenie spoczęło na oblepionej nalepkami walizce Dudusia. Może pomyślała, że Duduś spadł przed chwilą z kosmosu? A może stało się coś innego? W każdym razie odparła zafrasowana: „Do Płońska na jarmark, a dokąd by?” Dopiero teraz zauważyłem, że na wozie leżał skrępowany tucznik potężnych rozmiarów.
Leżał i pochrząkiwał nieprzyjaźnie. „Do Płońska?” — zawołałem uradowany. — „To się nawet dobrze składa. Czy mogłaby pani podwieźć tego nieszczęśliwego cudzoziemca?” Pokazałem ruchem pełnym współczucia na Dudusia. Oświadczenie moje zrobiło na niej kolosalne wrażenie. Jeszcze raz spojrzała na cud-walizkę. Któż pod Płońskiem na piaszczystej drodze mógł mieć taką walizkę, jak nie cudzoziemiec? Któż mógł nosić taką szałową muszkę w białe groszki? Któż mógł wyglądać tak okazale? Wiadomo, że Polacy mają słabość do cudzoziemców.
Babina też miała. Zapytała więc przyjaźnie: „A co się stało? A cóż ten nieborak taki wystraszony?” „To Anglik” — odparłem bez zmrużenia powieki. — „Nie umie mówić po polsku, więc zabłądził.” „A gdzie zabłądził?” „Na bezdrożach.” „Tak piechotą?” — zdziwiła się i spojrzała na mnie podejrzliwie. Myślałem, że na nic się zda moja bujna wyobraźnia i fantazja, ale wnet wpadł mi nowy pomysł do głowy. „Piechotą?” — prychnąłem lekceważąco. — „Widziała pani Anglika, który by w Polsce chodził piechotą?” Okazało się, że babina nie widziała. Ciąglełem więc z fantazją: „Leciał helikopterem do Gdańska, bo tam rodzice na niego czekają. I niech sobie pani wyobrazi, rozbił się.” Babina pokiwała z politowaniem głową. „Taki biedny, taki mizerny.
Jak tak, to siadajcie.” Wypadało w tej chwili przemówić do Dudusia po angielsku. Od dwóch lat braliśmy razem lekcje angielskiego, ale teraz jak na złość wszystko wyparowało mi z głowy, prócz kilku słów z pierwszej czytanki. Powiedziałem więc akcentem amerykańskim, który dobrze znałem z westernów: „Shut up! Go on. The pen is red. The desk is brown.” Nie zrozumiał, o co chodzi, więc szepnąłem: „Pakuj się, łamago.” Na szczęście babina nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi, więc nie dosłyszała mowy ojczystej. Uwierzyła, że Duduś jest stuprocentowym Anglikiem. Pomogła mu wtaszczyć walizkę na wóz i ofiarowała honorowe miejsce na kośle. Ja, jako stuprocentowy Polak, musiałem zadowolić się miejscem obok dwustukilowego tucznika. Ale i to dobre, jeżeli ma się perspektywę dojechania do Płońska.
[02:11:49] - Dziękujemy za kolejny fragment. I zobacz, czasy zupełnie inne niż nasze. Zupełnie inne.
[02:11:56] - I teraz zwróć uwagę ktoś, kto spędził te wartego dwa lata wakacji albo sobie odwalił tą podróż za jeden uśmiech, wraca do szkoły albo przystępuje do pracy, wraca do pracy. To jest zupełnie inny uczeń. To jest zupełnie inny pracownik. Ja podejrzewam, że ci Holendrzy, właściciele, którzy, że tak powiem, ustąpili tym protestującym Holendrom, oni nie ustąpili z dobrej woli, tylko że po prostu policzyli. Policzyli, że ten pracownik będzie o wiele bardziej efektywny. Lepiej spełni swoją funkcję społeczną wtedy, kiedy da mu się przynajmniej odrobinę czasu, zdejmie kaganiec z pyska, żeby sobie pohasał swobodnie. Potem będzie pracował, bo wie, że za rok czeka go znowuż taki kawałek wolności po prostu. I on z chęcią po prostu będzie pracował, bo zarobi na ten płatny kawałek wolności, nie?
[02:13:06] - To się może zgadzać. Tym bardziej że tu co prawda nie dysponuję jakąś sprawdzoną wiedzą, a wiedzą przekazaną mi przez znajomych, którzy jednak w Stanach Zjednoczonych mieszkają. Oni mi powiedzieli, że w niektórych stanach nie ma czegoś takiego jak uregulowana sytuacja urlopowa pracownika. Co nie oznacza wcale, że pracodawca nie wywala pracownika na płatny urlop. Wręcz przeciwnie, ponieważ większość pracodawców doszła już do tego etapu, żeby rozumieć, że pracownik wypoczęty, pracownik, którego się spuszcza ze smyczy, żeby sobie pohasał, jest po prostu pracownikiem lepszym. Że można oczywiście pracownika przywiązać czy to do tokarki, czy do biurka.
[02:13:57] - Czy do ławki w galerzanie.
[02:13:59] - Tak, ale po prostu ta wydajność wcześniej czy później spadnie i można ją podbić, podnieść wtedy, kiedy się odrobinę luzu da. Z tego, co słyszałem, to właśnie tak w niektórych stanach USA właśnie się rzecz odbywa. To znowu jest z tego, tak jak to zrozumiałem, tego rodzaju regulacje odbywają się na poziomie prawa stanowego. Zatem nie jest to uregulowane federalnie, ale to znowu wiadomość ewentualnie do zweryfikowania. Jeśli tak jest, to świadczyłoby o tym, że amerykańscy pracodawcy chyba dobrze kombinują. Psychologią są na pana brat.
[02:14:44] - Nie tyle kombinują, co również mają wolność, bo dzisiaj w Europie takiej wolności by nie mieli, bo Bruksela by natychmiast zaprotestowała przeciwko jakimś wyskokom nie w tą stronę niż my akceptujemy.
[02:15:00] - Tak jest. Wiesz co, ten fragment z „Podróży za jeden uśmiech” tak mnie rozrzewnił, bo przypomniał mi czasy, kiedy podróżowało się autostopem.
[02:15:14] - Kiedy to było na topie. Po prostu sposób życia.
[02:15:20] - Sekundę, bo dzisiaj ktoś powie, że naprawdę przeginamy pałkę, bo dzisiaj też się podróżuje autostopem. Tak, to prawda. Rzeczywiście ludzi machających rękami przy drogach czy nawet z tabliczkami, dokąd chcą jechać, rzeczywiście jest sporo. Jeżdżąc po kraju to widzę, a czasami nawet zabieram. Natomiast warto wiedzieć, że ileś tam lat temu, sporo lat temu, w czasach Dudusia, to odbywało się troszeczkę inaczej. To był cały ruch, cała społeczność, to wszystko było zorganizowane, bo na przykład funkcjonowały książeczki autostopu. Zdobywało się tam punkty. Zarówno kierowcy, którzy brali autostopowiczów, jak i autostopowicze mogli wylosować nagrody. Te książeczki się kupowało, tam się wklejało jakieś punkty. Zobacz, działalność bardzo nowoczesna tak naprawdę.
Przecież do dzisiaj się zbiera jakieś punkty, wkleja tam jakieś nalepki. To wszystko już było tak naprawdę. Zresztą autostopowiczka to jedna z bohaterek „Podróży za jeden uśmiech”. Kobieta, która się zaopiekowała głównymi bohaterami, to przecież rekordzistka autostopowiczka, która była królową autostopu. Warto o tym pamiętać, bo to dzisiaj funkcjonuje zupełnie inaczej.
[02:16:53] - Ale na przykład moi przyjaciele objechali całą Europę i prawie kawałek Azji autostopem trochę innym, czyli umawiają się przez internet z kimś, kto akurat jedzie w tamtym kierunku, na przykład na południe, Azja czy Afryka i tak dalej. Wsiadają, jadą do jakiegoś miejsca, ale później, kiedy już są na miejscu, to również łapią ot tak sobie, machając ręką.
[02:17:20] - Ale co więcej, zmieniły się trochę czasy, bo jak ktoś przypomni sobie albo pamięta „Podróż za jeden uśmiech”, to tam podróżowało się w warunkach, które dzisiaj byłyby absolutnie niedopuszczalne. To znaczy na przykład na pace samochodu ciężarowego, czy to w chłodni, wewnątrz chłodni, czy też w różnych innych pojazdach, nie do końca dostosowanych do przewozu osób. A jednak się podróżowało. Dzisiaj policja zawyłaby z radości, gdyby złapała takiego autostopowicza, który sobie jedzie na pace samochodu ciężarowego. To po prostu mandat, który by wlepili kierowcy i wlepili temu autostopowiczowi snułby się za oboma postaciami długo.
[02:18:14] - Wtedy wolność była wolnością, a dzisiaj wolność jest systemem zasad, które należy przestrzegać, żeby ta wolność była wolnością nowoczesną. Czyli tego nie robić albo to robić i to robić. Wtedy byłeś luźny, miałeś charakter. Postępowałeś tak. Nie jeździłeś na gapę na przykład pociągiem. Miałeś inny charakter, to jeździłeś na gapę pociągiem.
[02:18:44] - Dogadywałeś się z konduktorem.
[02:18:46] - Zawsze się dogadywało. Objechałem tak połowę świata prawie. Natomiast ja mam taką jedną śmieszną obserwację z mojego osobistego autostopu. Tego jeszcze nieskolnego, ale późniejszego, kiedy byłem właśnie geodetą. Otóż zwróćcie uwagę, jaki dziwny mechanizm psychologiczny funkcjonował wtedy. Otóż ja wychodziłem na szosę zabydgoską, tam w okolicach mostu na Fordon idącego i tam stawałem. Stawało tam razem ze mną o godzinie porannej 30, 40, 60 osób. Zwykle mężczyzn, ale również i kobiet.
[02:19:26] - Też tam stawałem.
[02:19:27] - Tak. Otóż jak wyglądali wszyscy, a jak wtedy wyglądałem ja? Otóż wszyscy starali się wyglądać bardzo porządnie, żeby ich ewentualnie ktoś zabrał. Moi koledzy geodeci byli w garniturach czarnych z muszką i z krawatem, w białej koszuli.
[02:19:47] - Żartujesz. Z muszką?
[02:19:48] - Tak.
[02:19:49] - Porannej?
[02:19:50] - Porannej oczywiście. Poza tym to były wcześniejsze sytuacje niż twoje, bo jesteś jednak młodszy. Otóż było coś takiego dziwnego, że wszyscy tam zdecydowanie długo stali, czekając na ewentualnego kogoś, kto zabierze, a ja nawet nie musiałem machnąć ręką. Ja sobie stałem i pierwszy samochód, który podjeżdżał, natychmiast przy mnie hamował i proszę, drzwi się otwierają. Wsiadaj. Dlaczego? Bo ja wyglądałem zupełnie inaczej niż oni. Ja miałem włosy do bioder, łata na łacie. Pierwsze wąsy zapuściłem w ogóle i miałem jakąś naszywkę. Pamiętam ego, super ego, id na piersi, a na pępku miałem czerwoną gwiazdę w okolicy jak najbliższej niższej wyhaftowaną i tak dalej.
Wyglądałem straszliwie pociesznie. Psychologizm funkcjonował tylko u właściciela samochodu. Otóż ten, który jest porządnie ubrany, ale oni wszyscy wyglądają tak samo. On teraz nie wie, czy on jest porządny, czy tylko udaje porządnego, nie? Natomiast ten tak się rzuca w oczy, że po pierwsze, przecież ja go mogę spokojnie wziąć, bo wygląda tak pociesznie, że musi być nieszkodliwy, nie? A poza tym, nawet jeśli będzie szkodliwy, to ja natychmiast mogę poinformować policję jak on wygląda i oni go natychmiast dorwą, nie? Czyli to jest człowiek bezpieczny dla autostopu, nie?
[02:21:24] - Tak! W dodatku dodam, że odbywało się to w czasach, kiedy na zachodzie Europy, jeśli do przyzwoitej restauracji wchodził facet w garniturze, czy to w muszce, czy w krawacie, nie wiem, jak oni tam wchodzili. Elegancko, w każdym bądź razie ubrany. Kelnerzy w porządku, witali go, sadzali na miejsce i wszystko było okej. Ale kiedy w drzwiach restauracji zjawiał się facet w dżinsowym wdzianku, lekko sponiewieranym, podartym, połatanym i zarośnięty i wyglądający ogólnie tak nieschludnie, to kelnerzy na ogół kłaniali się w pas, bo taki facet to mógł być syn milionera. To autentyczna opowieść. W związku z tym, dosyć charakterystycznych czasach to było.
[02:22:24] - To teraz ja rozumiem. Ja wyglądałem jak syn milionera po prostu, a nie te bajery wszystkie.
[02:22:29] - Ty żeś to powiedział. To prawda. Wiesz co mi jeszcze przyszło do głowy, kiedy tak rozmawiamy o tym wolnym czasie? I tu nawiążemy do naszej audycji o płci mózgu, że faceci mają lepiej jednak, bo my sobie możemy wakacje zrobić w każdej chwili.
[02:22:51] - Zgadza się, mamy puste pudełko.
[02:22:52] - Mamy pudełko z nicością. To prawda. I tu tego nie mówię złośliwie, ale rzeczywiście tak jest, że nasza bliźniacza płeć ma gorzej. Bo żeby mieć wolne, to musi mieć wolne.
[02:23:09] - Tak.
[02:23:10] - Natomiast my zawsze możemy-
[02:23:11] - I tak nie będzie miała tego wolnego, bo i tak będzie myślała, co zrobi w domu, jak wróci.
[02:23:16] - No tak.
[02:23:17] - A facet nie myśli o takich rzeczach.
[02:23:20] - Ja bym nie szedł w tę stronę, bo już samo brzmienie hasła, że facet nie myśli brzmi co najmniej niebezpiecznie.
[02:23:29] - A ja uwielbiam nie myśleć.
[02:23:31] - To prawda.
[02:23:31] - To jest piękny stan, prawie jak nieważkość.
[02:23:34] - To bywa atrakcyjne, to prawda. Szczególnie jak jest dużo problemów, to wtedy wyłączenie działa cuda po prostu.
[02:23:41] - Odczekamy, jutro się obudzimy i co? Okazuje się, że nic się nie stało, więc możemy spokojnie pominąć te problemy i zacząć mnożyć nowe problemy w życiu.
[02:23:51] - Żeby to było takie proste. Wiesz co? To chyba tak nie działa. Niemniej bywa przydatne. To pudełko z nicością naprawdę bywa przydatne z punktu widzenia czasu wolnego. No cóż, zastanawiam się, jak nawiązać do następnego tematu, który chciałbym poruszyć, bo on z czasem wolnym ma wspólnego niewiele. Niemniej chciałbym nawiązać do tego, o czym mówiliśmy podczas audycji poprzedniej, kiedy prezentowaliśmy opowiadania diaboliczne o diable, będące wynikiem, plonem konkursu zorganizowanego przez Martę Sobiecką. Otóż wtedy zaproponowaliśmy od jesieni warsztaty. Warsztaty Bibliotekarium, które miałyby polegać na takim swoistym powtórzeniu metody audycji, czyli będziemy prosili wszystkich zainteresowanych, wszystkie osoby, które coś tam w życiu piszą, opowiadania, o przesyłanie nam próbek swojej twórczości. Będziemy tę twórczość analizować, będziemy ją upowszechniać.
Bo te najlepsze prace, które do nas nadejdą będą czytane przez Ivelliosa. Będziemy także te nieco gorsze starali się z autorami doprowadzić do stanu takiego, żeby Ivellios mógł je przeczytać. Jak to widzimy? Otóż chcielibyśmy namówić wszystkich piszących, którzy mają taką potrzebę, żeby nadsyłać-
[02:25:39] - I mają akurat czas, bo są wakacje.
[02:25:41] - I mają akurat czas.
[02:25:42] - Są wakacje, więc możemy spróbować swoich sił.
[02:25:45] - Tak.
[02:25:46] - I wziąć, rąbnąć coś.
[02:25:48] - O nadsyłanie nam tekstów nie dłuższych niż 10 000 znaków brutto. Brutto oznacza ze spacjami. To sobie można znaleźć w statystykach Worda. Czyli 10 000 znaków brutto około. Oczywiście za kolejne 100 znaków, czy tam nawet 150 nikt nikogo nie będzie dyskwalifikował. O przesyłanie tych prac, tych próbek na adres redakcja@bibliotekarium.pl. Ja za chwilę powtórzę jeszcze ten adres mailowy. W każdym bądź razie te prace myślę, że warto do nas przesyłać, bo chyba myślę, że człowiekowi dobrze robi, kiedy usłyszy swoją twórczość w interpretacji kogoś innego. Ja pamiętam, jakim szokiem było dla mnie, kiedy usłyszałem na antenie pierwsze swoje słuchowisko. Bo pisząc to słuchowisko wydawało mi się, że ja je świetnie znam.
A tymczasem okazało się, że owszem, znam je nieźle, natomiast ta moja wrażliwość, która sprawiła, że pisałem słuchowisko, przefiltrowana przez wrażliwość aktorów, dawała efekt, który mnie zaskakiwał. Tak jak ty mówiłeś ostatnio, że inaczej odbierałeś opowiadania, kiedy czytałeś je sam, a inaczej, kiedy czytał je Marek. Tak samo ja, kiedy usłyszałem swoje słuchowisko po raz pierwszy, to było przeżycie, naprawdę. Namawiam każdego, kto pisze, żeby takiego przeżycia zakosztował.
[02:27:31] - Mam taką uwagę. Na pewno się z chęcią odezwą na to wyzwanie ludzie kreatywni. A kreatywność to taki stan, który dopada ludzi w różnym okresie życia. Czasami za młodu, a czasami dopiero na starość. Nigdy nie wiadomo. Natomiast są ludzie również, którzy mają tak zwaną lekką rękę do pisania, łatwość posługiwania się słowem, ale nie mają na przykład pomysłu i tak dalej. Jest świetna okazja, mamy wakacje, mamy lato i tak dalej. Bardzo prosto. Opisz, człowieku, jakąś sytuację ze swoich wakacji. Co się zdarzyło?
Coś ciekawego zauważyłeś? Spotkałeś jakiegoś człowieka ciekawego? Weź to opisz fajnie, lekką, luźną ręką.
[02:28:19] - Okej. Natomiast oczywiście będziemy namawiali naszych słuchaczy piszących do tego, żeby spróbowali swoich sił w kilku gatunkach. Proponujemy, żeby to była szeroko pojęta fantastyka, więc fantasy, science fiction, groza, ale także kryminał, sensacja.
[02:28:47] - Ale również, tak jak już mówiłem, obyczajowa, pewna niezwykłość. Bo wszystko, co się pisze zwykle, jest niezwykłe, nawet jeśli jest ciekawe. Żeby było ciekawe dla innych, musi być niezwykłe dla tego, który tworzy.
[02:29:03] - Na pewno będzie tak, że każdy kawałek prozy, który uznamy za naprawdę przyzwoity, na pewno na antenie się znajdzie. Albo zanim powtórzę te adresy, to powiem tak: stworzymy dzięki temu, jeśli będziemy tę audycję robić cyklicznie, rodzaj swoistej antologii dźwiękowej opowiadań. Zniknęło z rynku pismo „Science Fiction. Fantasy & Horror”. Postaramy się wejść w tę lukę. Będziemy starali się przynajmniej umożliwić debiut literacki. I to w takiej formie audio. Być może szykuje się to gdzieś później w nieco bardziej poważne przedsięwzięcie związane chociażby z wydawaniem czegoś, czy to antologii, czy czasopisma. Nie wiem. Nie chciałbym tego w tej chwili rozstrzygać ani tak daleko planować.
Na razie cieszmy się tym, że będzie można gdzieś na antenie publikować, że będzie to można powielać, że to po prostu będzie. Dlatego namawiamy do przesyłania opowiadań na adres redakcja@bibliotekarium.pl. Namawiamy także do rozpowszechniania tej informacji, do mówienia ludziom, o których wiemy, że piszą czy popisują, czy zdarza im się coś napisać, do tego, żeby ich powiadomić o takiej inicjatywie. Zacznijmy to po prostu od września. Róbmy to, a myślę, że będziemy się mogli przekonać, że pewne rzeczy tak naprawdę robią się właściwie same. Tak jak Wiktor powiedział, mamy wszyscy wolny czas, to może ten czas sobie troszeczkę zająć czymś jak najbardziej twórczym.
[02:31:04] - Już jak powiedziałeś, Marku, o tej swojej abnegacji łacińskiej, to ja wtedy sobie pomyślałem, że naprawdę jestem niewiele lepszy. Chyba naprawdę dużo gorszy, bo, że tak powiem, z łaciną niewiele mam wspólnego, chociaż bardzo chętnie używałem tego. Natomiast wtedy mi tak zabrzmiało w głowie ten cały termin. I co on ma wspólnego z naszymi wakacjami? Vacatio legis.
[02:31:39] - A tu akurat wiem. Nie wiem dokładnie, jak się to tłumaczy, ale wiem, jak to jest rozpoznawane w języku prawniczym. To się mówi o próżnowaniu ustawy. Coś tam te wakacje z próżnowaniem jednak wspólnego mają. O co chodzi? To mniej więcej polega na tym, że jak się jakąś ustawę uchwala, to zanim ona wejdzie w życie, musi upłynąć trochę czasu. Tłumacząc rzecz najprościej: jeśli ustawodawca dojdzie do wniosku, że trzeba wyłapać wszystkich panów na literę Ż, w tym Żelkowskiego i Żwikiewicza, to jeśli nawet dzisiaj uchwali tego rodzaju ustawę, to ona wejdzie w życie za pół roku.
[02:32:26] - A my już będziemy w Bangladeszu wtedy.
[02:32:28] - Tak jest. To ma swoje dobre i złe strony, bo za pół roku ustawodawca nie będzie musiał aresztować tych panów Ż, bo oni już dawno stąd wyemigrują i właściwie problem będzie z głowy. To tyle, jeśli chodzi o vacatio legis.
[02:32:43] - Czyli że również prawo ma wakacje, że tak powiem. Ma pewien czas niezobowiązywania do aktywności, do działania.
[02:32:55] - Tak jest.
[02:32:57] - Dlaczego ma tą wolność? Bo należy wypróbować, rozsądzić, posłuchać odgłosu. Może ktoś zaprotestuje, może ktoś zmieni tę całą ustawę i tak dalej.
[02:33:10] - A może powie, że ją trzeba zaostrzyć.
[02:33:12] - No tak.
[02:33:12] - Że nie tylko tych na „ż”, ale też na „zz”.
[02:33:15] - Tak. Ale po prostu mamy pewien luz. Nic na świecie nie powinno być zapięte na ostatni guzik, bo to jest tak, jak się weźmie czajnik, zatka czymś bez gwizdka, tylko na ślepo. No i spróbuj ugotować wodę. Wybuchnie. A dzięki temu, że ma odrobinę luzu, to gwiżdże i my wiemy, i jest spokojnie, nie wybucha.
[02:33:47] - Czyli miło sobie pogwizdać na wszystko.
[02:33:49] - To są wakacje. To jest czas dla 10 miliardów ludzi w tej chwili żyjących, żeby sobie-
[02:33:55] - Nie ma 10 miliardów. Co ty opowiadasz?
[02:33:58] - No osiem.
[02:34:00] - No to tak.
[02:34:01] - Jaka różnica? Żeby sobie pogwizdali po prostu. Czyli my sobie gwiżdżemy i dzięki temu się nie buntujemy.
[02:34:09] - Tak jest. Coś w tym jest. Na pewno. Ja jeszcze tylko powiem jedną rzecz, bo jakoś mnie tak strasznie ekscytuje ten pomysł tej dźwiękowej antologii, że wyobraźmy sobie pięć opowiadań da się przeczytać w ciągu takich na 10 000 znaków. Pracowicie przecież Marek Ivellios przeczytał podczas ostatniej naszej audycji trzy opowiadania. Każde z nich miało około 20 000 znaków. Ten pracowity człowiek przeczytał 60 000 znaków. To jest naprawdę kawał czytania, więc zmniejszając nawet liczbę, w każdym odcinku warsztatu w Bibliotekarium będzie można pięć opowiadań zaprezentować. Dla mnie bomba! Czekam w związku z tym na wasze teksty.
redakcja@bibliotekarium.pl. A teraz powiem tak, już zdradzę, właściwie to jest oczywiste. Następnym fragmentem będą „Wakacje z duchami”. Ale jeszcze nie tak szybko. Jeszcze nie zaraz, bo „Wakacje z duchami”, autor ten sam co „Podróży za jeden uśmiech”, ale wybrana rzecz świadomie. Bo po pierwsze ta opowieść nie tylko z tego względu, że ma w tytule wakacje, bardzo mi się kojarzy z tym czasem letnim, czasem odpoczynku i nie tylko dlatego, że opowiada właśnie o wakacjach młodych ludzi, ale też jakimś swoim nastrojem, takim wewnętrznym kolorytem. To jest dla mnie kwintesencja wakacji. Co więcej, zwróćmy uwagę na to, że jeśli porównamy „Wakacje z duchami” z taką książką, która pozornie jest gdzieś daleko, ale taką książką jak „Harry Potter”.
[02:36:08] - Tak, to jest prawie pierwowzór tej książki, „Harry Pottera”. Wszystkie atrybuty, które później pojawiają się u Harry'ego Pottera, są w książce „Wakacje z duchami”. Gdzie mamy miejsce akcji? Stary zamek, prawda?
[02:36:24] - I okolice.
[02:36:24] - I okolice po prostu. Mamy dzieci? Mamy dzieci. Mamy problem? Mamy tajemnice.
[02:36:32] - Co więcej, są chłopaki i dziewczyna.
[02:36:34] - Dziewczyna. Dokładnie tak. Mamy tajemnice? Mamy tajemnice. Mamy duchy? Mamy duchy. Wszystko tam jest to samo.
[02:36:41] - Co więcej, jest zagadka. I to tak sensacja. Są szkice Dürera. Są jacyś złoczyńcy. Ludzie niedobrzy, oj bardzo niedobrzy. W każdym razie proszę, jak można zrobić książkę, która po prostu sama się czyta. Taki hicior, co by nie mówić.
[02:37:07] - Ja wiem, co mówisz.
[02:37:08] - No to mów.
[02:37:09] - Przypomina mi się moja młodość. Otóż wakacje z duchami ja kiedyś miałem. Sam je zrobiłem. Otóż kiedyś pojechałem na kolonie, bo się wyjeżdżało na takie kolonie z ojca pracy chyba, czy matki. No i w każdym razie było to na Wale Pomorskim między Szczecinem a Gdańskiem, że tak powiem, czyli tam, gdzie Niemcy mieli ogromne umocnienia w czasie II wojny światowej budowane. A to były jeszcze lata 50. Chciałem powiedzieć. Czyli jeszcze, że tak powiem, to wszystko było aktywne, czyli te bunkry stały otworem, można było tam grzebać, można było tam chodzić i tak dalej. Otóż myśmy zrobili takie wakacje z duchami. Ja dobrałem sobie paczkę kolegów albo oni dobrali mnie.
Nie pamiętam, jak to było. W każdym razie żeśmy szybciutko odkryli taki ogromny, gigantyczny bunkier. To był bunkier, w którym zmieściłby się dzisiejszy cały sklep, gdzie są te galerie czy jakieś takie Lidly albo Biedronki. To wszystko by się zmieściło w tym jednym wielkim, gigantycznym bunkrze.
[02:38:29] - W każdym razie tak to wyglądało z perspektywy kilkulatka.
[02:38:33] - Kilkulatka.
[02:38:33] - Nie wiem, czy dzisiaj by się nie zdziwił.
[02:38:35] - Ale na podłodze tego całego gigantycznego bunkra stało około, ja pamiętam policzone, to akurat jest około 60 trumien, gdzie były niepogrzebane jeszcze ciała niemieckich żołnierzy, z oznaczeniami, z mundurami. To już właściwie były szkielety wszystkie i tak dalej, ze strzępkami mundurów to wszystko leżało. To były jeszcze takie czasy. Otóż myśmy tam wleźli. Niektóre trumny były otwarte. Widocznie ktoś tam grzebał w tym wszystkim. Spenetrowaliśmy całą okolicę. Poszła sensacja. Szybciutko dowiedziały się inne grupy na kolonii, że chłopacy odkryli wielki bunkier. Wspaniale!
Chłopacy szybko to wszyscy obejrzeli i wszyscy za naszym śladem poszli, wszystkie grupy. Natomiast chyba po tygodniu czy po dwóch tygodniach zażądały również, że chcą to obejrzeć dziewczyny. A były grupy dziewczęce, dziewczyn z paniami wychowawczyniami, nauczycielkami. I one postanowiły też tam pójść. No i poszły. Była piękna niedziela, pamiętam. Pola, które prowadziły do tego wzgórza ogromnego, były całe chwastami zarośnięte, przede wszystkim pokrzywami wielkości dorosłego człowieka. Ogromne chwasty, pokrzywy rosły. W tym była taka wąziutka, zygzakowata ścieżka, przez nas między innymi wydeptana, która prowadziła prosto do wejścia.
[02:40:12] - Zrobię coś, co lubię najbardziej, czyli ci przerwę. Wiesz co? Jak tak słucham ciebie, to się dziwię, że zacząłeś pisać SF, a nie horrory.
[02:40:20] - Posłuchaj, horror dopiero będzie. Otóż ta wąziutka, zygzakowata ścieżka prowadzi do wielkich, ogromnych wierzei, bo to była ogromna brama. Tamtędy czołgi mogły wjeżdżać do tego bunkra. W każdym razie one się skradają. Idą sobie w szorcikach, w krótkich spodenkach, w koszulkach i tak dalej, bo jest upalne lato. Około 90 dziewczynek w wieku od 9 do 16 lat. Podchodzą, drzwi zamknięte. Skradają się. Wiedzą, chłopacy tam byli, ale atmosfera absolutna, niesamowita. Panie podchodzą i próbują te ogromne wierzeje rozsunąć.
Drzwi się ze skrzypieniem otwierają i nagle z głębi tej czeluści słychać straszliwy ryk, a w powietrzu prosto na te dziewczyny i nauczycielki wylatuje wielki, rozkrzyżowany szkielet. Tak to było. Myśmy się dobrze do tego spektaklu przygotowali. Jeden szkielet związaliśmy sznurkami, sznurowadłami, powiesiliśmy na linach na suficie, bo jakiś tam hak był. Odciągnęliśmy daleko. Dwóch ludzi czekało przy drzwiach, żeby je szybko otworzyć, a reszta pchnęła ten szkielet i ten szkielet poleciał na te dziewczyny i na nauczycielki. Oczywiście była totalna panika i paniczna ucieczka. Dowcip był świetny, ale niestety nie uwzględniliśmy jednej rzeczy: tych pól porośniętych pokrzywami. Te 90 dziewczyn, łącznie z nauczycielkami, półgołych po prostu, bo to było lato, przetratowało to. I na apelu wieczornym nam się płakać chciało.
One były poparzone od nóg w twarz, ręce, nogi. Po niektóre przyjechało pogotowie, kilka karetek pogotowia przyjechało, żeby zabrać te, które były uczulone i tak dalej. Ale dowcip był przedni, był duch, horror i tak dalej. Taki miałem pomysł. To był mój pomysł osobiście.
[02:42:32] - Mój Boże, to po prostu groza. Dzisiaj byłaby afera ogólnopolska.
[02:42:37] - Widzisz.
[02:42:37] - Po pierwsze bezczeszczenie zwłok.
[02:42:39] - Tak.
[02:42:40] - Po drugie-
[02:42:41] - Jakich zwłok? To był szkielet.
[02:42:43] - Szkielet to też poniekąd zwłoki, tylko już takie bardziej utlenione, odparowane, może tak. W każdym razie afera byłaby ogólnopolska. Na szczęście wtedy nie było tak aktywnych.
[02:42:55] - Nie było, bo nie było internetu, nie było telefonu nawet u nas na kolonii.
[02:42:59] - Nie było tak aktywnych mediów. Ale przyszło mi do głowy, że w ogóle nie uwzględniliśmy w naszej rozmowie dzisiejszej takiego wyśmienitego zjawiska, jakim jest sezon ogórkowy. On jest przecież ściśle związany z czasem wakacyjnym, z czasem relaksu. Przecież to, co się wyprawia w prasie, wyprawia i wyprawiało, to znaczy stosy głupot pisanych w tym czasie, po prostu przekraczają pewną granicę, ale też podnoszą inwencję twórczą dziennikarzy. Bo jak już naprawdę nie ma o czym pisać, to się pisze o czymkolwiek. I stąd z jednej strony powstają jakieś głuptactwa o jakichś oczwarach płynących w górę Wisły i zatrzymujących się na tamie we Włocławku, bo nie ma jak przepłynąć. Stąd się biorą doniesienia o potworze. Loch Ness jest passé, ale innych potworach, które gdzieś tam kogoś za coś.
[02:44:07] - Chociażby o Marsjanach, którzy wylądowali w Stanach Zjednoczonych.
[02:44:11] - Tak. Nie, ale wiesz co? Jeszcze więcej. Pojawiają się artykuły w całkiem, może nie poważnych to za mocne słowo, w każdym razie w dosyć poczytnych na przykład portalach internetowych informacje o tym, że za niedługo NASA ujawni swój kontakt z obcymi cywilizacjami. Naprawdę pojawiają się super teksty.
[02:44:38] - To ja wiem. Teraz na pewno Trump nam tą wiadomość przywiezie.
[02:44:41] - Tak, na pewno powie to w Polsce. Tylko wiesz co?
[02:44:44] - Tylko że jak to powiedziałeś, otóż te wiadomości bardzo często zagłuszają rzeczy rzeczywiście niezwykłe, bo te niezwykłe zdarzają się.
[02:44:52] - Tylko wiesz, jaki jest problem? Że my sobie teraz nagrywamy audycję, a w chwili, kiedy ona dotrze do naszych słuchaczy, to już będzie po wizycie Trumpa. Więc ja proponuję, żebyśmy tak nie szaleli, bo już będziemy mało wiarygodni, bo oni już będą wiedzieć to, czego my nie wiemy w tej chwili. Także odpuśćmy sobie Trumpa. Natomiast sezon ogórkowy. Ja ci powiem tak Dzisiaj już mnie zaczyna czasami drażnić, bo stopień abstrakcji i głupoty w tym sezonie ogórkowym bywa zbyt wysoki. To znaczy, czasami przekracza granice z jednej strony dobrego smaku, z drugiej strony logiki, a z trzeciej strony podstawowej rzetelności dziennikarskiej. Nie mówię o prawdziwości, tylko rzetelności w sensie układania tekstów. Natomiast kiedyś sezon ogórkowy to był sezon pisania tekstów. Tak naprawdę wymyślało się rzeczy nieprawdopodobne.
Sam tego nie robiłem, ale trafiłem na końcówkę, kiedy jeszcze w redakcji się siadało i wymyślało się, co napiszemy w następnym numerze, bo przecież nie ma o czym pisać. Oczywiście można pisać o kampanii żniwnej i o braku sznurka do snopowiązałek. To żelazny temat tamtych czasów. Ale trzeba czymś te łamy zapełnić. To się wymyślało. Wymyślało się rozmaite rzeczy. I cóż, nie ma tego dzisiaj. Dzisiaj się bardzo często wymyśla głupoty.
[02:46:30] - Nie ma co wymyślić. Ja pamiętam, jak się wymyślało takie teksty, że płyną do Polski banany. Płyną, płyną, kiedyś dopłyną.
[02:46:43] - Ale to nie w sezonie ogórkowym.
[02:46:46] - Przedświątecznym.
[02:46:47] - O pływaniu pomarańczy i bananów to zupełnie inny czas dziennikarski. Natomiast powiem tak: w tej powodzi głupot, które zalewają nas w czasie ogórkowym, to muszę ci przyznać ze skruchą, lepiej jest sięgnąć po jakąś prasę, która mówi o czymś konkretnym. To znaczy, może nie mówi o bieżączce, nie mówi o wydarzeniach politycznych czy rzeczach, które są tu i teraz, ale mówi chociażby o takich rzeczach, które są związane z nauką. Dlatego myślę, że rozsądnie robisz, kiedy sięgasz po swój „Świat Nauki”, bo tam pewne rzeczy się oczywiście deaktualizują. W jednym roku teoria strun jest okej, a już w drugim jest nie w ogóle.
[02:47:36] - Ostatnio mówiłem o falach grawitacyjnych, a zapewne za dwa miesiące się okaże, że to jednak nie fale, tylko korpuskuły albo jakoś inaczej się będzie wabiło to wszystko.
[02:47:50] - Powiem tak, że mnie na przykład ostatnio zajął taki artykuł, bo wszyscy się ekscytują niezwykle tymi samochodami bez kierowcy. Samochodami autonomicznymi.
[02:48:05] - Daje szansę na wakacje. Wyjeżdżasz na urlop.
[02:48:08] - W dodatku wyjeżdżasz rano i możesz być na bani kompletnie, bo samochód będzie prowadził za ciebie. Po ekscytowaniu tym wszystkim okazuje się, że my w ogóle nie uwzględniamy pewnych, wydawałoby się oczywistych faktów. Otóż przynajmniej na razie te samochody, chociaż Tesla mówi o tym, że przecież to działa. Tak nie do końca, bo jest szereg problemów, których samochody Tesli nie potrafią rozwiązać. To nie samochody, konstruktorzy nie potrafią rozwiązać tych problemów. Jeden problem, który jest związany z naszym prawem, więc to nie oni będą go rozwiązywać. Na przykład w Polsce samochód autonomiczny nie ma prawa jeździć po drogach publicznych. Nawet jakbyś go sobie sprowadził, to łapki na kierownicę, ponieważ w polskim kodeksie ściśle jest określona definicja prowadzącego pojazd. Żaden tam program, żaden tam robocik czy jakieś inne urządzonko. Ty.
Twoje łapy i ty to jest jedyny kierowca, który jest dopuszczalny. Poza tym te wszystkie próby, ja wiem, że to w przyszłości będzie rozwiązane, ale na razie mówię o tym, co mnie zainteresowało. Te wszystkie próby nie uwzględniają na przykład tego, jak w gruncie rzeczy ta sztuczna inteligencja na poziomie naszego czasu jest mało inteligentna. Mapy, każdy, kto używa GPS-a w samochodzie zdaje sobie doskonale sprawę, że ten GPS bywa nieoceniony, jak gdzieś mamy dojechać, ale trzeba do niego podchodzić z ograniczoną ufnością, bo inaczej wylądujemy gdzieś w szczerym polu albo w lesie, albo na innej kupie piachu. Bo kierowca ma to do siebie, że jak jedzie kierowany przez GPS-a, to bierze poprawkę na głupiznę tego urządzenia i jeśli widzi, że to urządzenie prowadzi go w jakieś dziwne miejsce, to wprowadza korektę i to jest pozytywne. Zastanawiam się, kto będzie wprowadzał korektę, jeśli oddamy prowadzenie samochodu steru tej sztucznej inteligencji samochodowej. Ja zastanawiam się, czy ona jest na tyle inteligentna, że rzeczywiście załatwi sprawę.
[02:50:33] - Jak ona może być inteligentniejsza od systemu, który podaje informacje z zewnątrz? No nie może być.
[02:50:42] - Może to kiedyś nastąpi. W każdym razie sztuczna inteligencja jest lekuchno jeszcze zawodna. Poza tym my musimy sobie zdać sprawę, że taki samochód autonomiczny to na razie. Ja wiem, że to wszystko tanieje, bo kiedyś telewizory zakrzywione kilka lat temu, tak naprawdę nie wiadomo, po co one są zakrzywione. Ja tam specjalnej różnicy nie widzę, ale jeśli ktoś widzi, to przepraszam. Te zakrzywione telewizory kosztowały kilkadziesiąt tysięcy jeszcze niedawno, kilka lat temu. Dzisiaj najprostsze, najtańsze modele są między troszeczkę ponad 2000. To już taki naprawdę najtańszy model. Pewno on jest niedoskonały i pewno się psuje, ale jest. Tak samo ta technologia, która dzisiaj technologia Tesli jest koszmarnie droga.
Te samochody Niespecjalnie bajeranckie, super i tak dalej. Jednak są drogie koszmarnie, ale nie dziwmy się, skoro technologia zaprzężona do tego, żeby ten samochód mógł rozpoznawać rzeczywistość, która jest wokół niego, mógł ją analizować i doprowadzić samochód do celu, to urządzenia oparte o lasery i nie tylko są bardzo drogie. Poza tym cały czas trzeba pamiętać o tym, że urządzenia związane z samochodem autonomicznym bazują jednak na internecie. I okazuje się, nawet Amerykanie to przyznają, że ten internet mobilny, w oparciu o który te urządzenia funkcjonują, jest zbyt wolny. Nawet ten szybki, bezprzewodowy, niezwykle szybki, jest zbyt wolny jak na potrzeby masowego odbiorcy i masowej produkcji samochodów autonomicznych. A zatem mówi się już dzisiaj o tym, że my co prawda mamy 4G, ale ten internet 4G to będzie za mało. Może 5G, może 6G, może nie wiadomo ile G. W każdym razie to jest kolejny problem. I pojawiają się też dylematy moralne, które są związane z tym, że jak taki samochodzik sobie jedzie i na drogę przewróci się drzewo, to ta sztuczna inteligencja ma za zadanie ciebie ratować. On będzie omijał to drzewo.
A jeśli tym miejscem, tym chodnikiem, którym on by ewentualnie omijał, będzie sobie maszerowała grupka przechodniów, to kogo on ma zabić? Tych przechodniów czy tego kierowcę?
[02:53:10] - Tu się kłania Asimov i ileś tam praw robotyki.
[02:53:14] - Tak, ale nikt dzisiaj o tym poważnie nie mówi.
[02:53:18] - Tylko, Marek, zwróć uwagę na jedną rzecz. Mówisz, że jest z tym problem, ale dobrze, że ktoś poszedł w tą stronę, żeby zobaczyć problem. Gdyby Tesla nie poszedł w tą stronę, to by ten problem się nie pojawił. Dobrze, że ktoś poszedł. Problem się pojawił, a problem zostanie rozwiązany, tak jak zostało rozwiązane wszystko. Przypomnijmy sobie, jeszcze niedawno, mówiliśmy to w audycji, wszyscy o tym wiedzą, przed takim automobilem musiało biec dwóch ludzi z chorągwiami, z kołatkami, krzyczeć, że jedzie i tak dalej.
[02:54:00] - Ale wiesz co, ktoś się może właśnie w tej chwili zastanawiać, może już to napisał nawet na czacie, nie wiem, to się okaże, czy Żelkowski przypadkowo nie zwariował. Rozmawiamy dzisiaj o wakacjach, a ten gada o samochodzie autonomicznym. Bo ostatni argument zostawiłem sobie na koniec. Otóż samochód autonomiczny będzie odbierał przynajmniej mnie coś, co lubię bardzo robić, czyli prowadzić samochód. Bo ten samochód autonomiczny zlikwiduje pojęcie kierowcy. Ja wiem, że dzisiaj jest jeszcze możliwość przejęcia sterów, ale jak znam życie, to pójdzie w tym kierunku, żeby kierowca w ogóle się do prowadzenia samochodu nie dotykał wcześniej czy później. A zatem człowiek straci coś, co jest bardzo fajne. W artykule, który czytałem, mówiono tak: dzisiaj każdy powie „nie, to jest niemożliwe. Jak to? Nie pozwolą mi prowadzić samochodu?
Przecież to jest nie do pomyślenia.” To ja przypomnę czasy Verne’a, o których mówiliśmy dzisiaj, o „Dwóch latach wakacji”. W tamtych czasach mówiono, że niemożliwe jest, żeby zniknęła instytucja kamerdynera. Powiedz mi, ilu kamerdynerów zatrudniasz? Bardzo podobnie może być z samochodem. Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni, że wsiadamy, trzaskamy drzwiami i jedziemy.
[02:55:24] - Wiesz co, tak mi się skojarzyło to z cywilizacją ptasią. Gdyby ptaki rozwijały cywilizację, to ty byś był w takim miejscu, kiedy tam inteligentne ptaki doszły do wniosku, że jeśli w pewien umiejętny sposób używać odbytu, to można latać odrzutem, nie machając skrzydłami. A ty byś zięczał, że tobie odebrano przyjemność machania skrzydłami. A po co?
[02:55:54] - Dobra, trudno. Przyjmuję pokornie ten komentarz, aczkolwiek to nie zmienia faktu, że gdyby zakazano mi prowadzenia samochodu, czułbym jakiś dyskomfort. Ale skoro już mówiliśmy o wakacjach z duchami, to myślę, że najwyższy czas, żeby zaprezentować kolejny fragment prozy. A zatem Marku, prosimy o „Wakacje z duchami”.
[02:56:24] - Adam Bahdaj „Wakacje z duchami”. Rozdział pierwszy. Maniuś zatrzymał się na brzegu jeziora. Pod nogami czuł miękki, nagrzany piasek, a w oczach migotały mu srebrzyste cętki. To woda odbijała blask stojącego nad lasem słońca i zamieniała jezioro w taflę łamliwego szkła. Było cicho. Chłopiec słyszał wyraźnie szelest szuwarów i słaby świst własnego oddechu. Z wolna ogarniała go radość. Zdumionymi oczami wodził po cienistym brzegu, po obłokach sunących nad grzbietem dalekiego wzgórza, a gdy znów spojrzał na jezioro, wydało mu się, że ciemna głębia ciągnie go ku sobie. Uśmiechnął się niby do siebie, niby do obłoków, a potem jego łobuzerska twarz stężała w wyrazie spokojnej zadumy.
Pierwszy raz wyjechał z Warszawy w daleką podróż A teraz od trzech dni nie mógł się nadziwić, że świat jest tak szeroki i takie sprawia niespodzianki. Od trzech dni chodził oszołomiony i nie mógł wprost uwierzyć, że znalazł się pięćset kilometrów poza rodzinnym miastem. A wszystko było przecież takie proste. Pewnego razu na wiosnę mały Perełka, jego najlepszy przyjaciel z kamienicy, otrzymał od swej ciotki list. Maniuś widzi teraz wyraźnie, jak Perełka wpadł do niego z radosnym okrzykiem: „Hura, jedziemy wszyscy nad jezioro!” A potem, jak obaj zeszli na drugie piętro do Felka, którego nazywali Mandżaro, i wszyscy razem czytali z wypiekami na twarzach. Na początku listu było oczywiście: „Dlaczego tak długo do nas nie piszecie?” Potem: „Co u ciebie słychać i jak zdrowie tatusia?” Ale najciekawsze okazało się zakończenie. Maniuś pamięta dokładnie okrągłe pismo pani Lichoniowej i mógłby recytować na pamięć jego treść. Pani Lichoniowa pisała: „Wspominałeś nam o swych serdecznych kolegach, o Paragonie i Mandżaro. Skąd te dziwaczne przezwiska? Ale mniejsza o to.
Jeżeli mają ochotę, niech przyjeżdżają razem z tobą. U nas w leśniczówce jest dość miejsca, no i powodzi się nam, dzięki Bogu, nie najgorzej. Myślę, że weselej i raźniej będzie ci z kolegami.” Oczywiście małemu Perełce zawsze raźniej było z Maniusiem i Felkiem, których dziwaczne przezwiska nikogo prócz cioci Marii nie raziły. Na Woli nie mieć przezwiska to tak, jakby nie mieć charakteru. A wiadomo przecież, że najmilsi i najmorowsi chłopcy w Warszawie to ci z Woli. Perełkę bolały wtedy zęby, więc polecił Paragonowi, żeby w jego imieniu odpisał cioci. Odpowiedź roiła się od byków i byczków, ale list to przecież nie zadanie szkolne. „Kochana pani ciociu” — pisał Maniuś. „To ja, Paragon. Odpowiadam w imieniu całej trójki.
Pyta pani, dlaczego mam takie dziwne przezwisko. Raz nasza pani zapytała mnie w klasie: Tkaczyk, dostałeś od matki pięć złotych. Idziesz do sklepu, kupujesz cztery bułki po osiemdziesiąt groszy. Ile ci wyda kasjerka? A ja na to: Proszę pani, kasjerka wyda mi paragon. Chłopcy się śmiali, a ja od tej pory zostałem Paragonem. Proste, prawda? Z Mandżarem była gorsza sprawa. Jemu zdaje się, że jest najmądrzejszy z nas wszystkich. Raz pan od geografii pyta go, jaki jest najwyższy szczyt w Afryce, a on, proszę pani, nie wiedział.
To ja mu podpowiedziałem: Kilimandżaro. To on, proszę pani, nie usłyszał dobrze i mówi: Mandżaro. No i od tego czasu wszyscy na niego mówią Mandżaro. Ładnie, prawda? A Perełka, to znaczy Boguś, to już od urodzenia jest Perełką, a my z nim to najlepsi koledzy. Perełkę boli ząb trzonowy. To ja za niego piszę. Dziękujemy serdecznie za zaproszenie. Miło nam będzie nałykać się świerze-go powietrza i postraszyć w jeziorze rybki. Mam nadzieję, że szanowna pani nie będzie miała z nami wielkiego kłopotu.
Ja pierwszy raz wyjeżdżam na wieś. Bardzo się cieszę i Mandżaro także. Nie będziemy robić ceregieli. Zjemy byle co, bo apetyty mamy fenomenalne. Przyjeżdżiamy w czerw-cu. Jeszcze raz dziękujemy za zaproszenie. Paragon.” I oto od trzech dni są już u cioci Marii nad jeziorem. I oto Maniuś, zwany na Górczewskiej Paragonem, stoi na brzegu, radośnie oszołomiony pięknem letniego popołudnia. Ławica drobnych rybek przemknęła niemal pod jego stopami. Spod sosen nadleciała siwa rybitwa.
Łagodnym łukiem spięła błękit nieba z zielenią lasu. Naraz runęła jak strzała, aż zakotłowało się w trzcinach. Potem wzbiła się lekko, unosząc trzepotliwą rybkę. W tym momencie na ścieżce biegnącej do lasu rozległo się głośne wołanie: „Paragon! Paragon!” Maniuś odwrócił się. Nad lepni zobaczył biegnącego Perełkę. Był to drobny, filigranowy chłopiec o ruchach szybkich i nerwowych. Twarz miał okrągluchną jak spodek i gęsto obsstrzoną dużymi piegami. Oczy szare, zuchowate. Nosek mały, nieco zadarty i łuszczący się na końcu jak młody kartofelek.
Włosy króciutko strzyżone i zaczesane na jeża. Jednym słowem Perełka. „My na ciebie czekamy” — zawołał zdyszany. „A ty, bracie...” Utknął w tym miejscu, nie mogąc wydusić ani słowa. „Co się stało?” — zapytał wesoło Paragon. „Jak to co? Mamy przecież naradę w sprawie szałasu.” „Zupełnie o tym zapomniałem.” „No chodźże, bo Mandżaro się wścieka.” Paragon uśmiechnął się wyrozumiale, wbił dłonie w kieszenie i nie spiesząc się, ruszył za Perełką. Szli przez stary las sosnowy. Wąska ścieżka wiła się wśród pni poprzecinana długimi cieniami. Pachniało rozgrzaną żywicą, a w gałęziach wesoło grały trzmiele.
Wkrótce ukazała się leśna polana pełna słońca, kwiatów i trzepotu motyli. Na polanie pod lasem stał świeżo zbudowany szałas, a przed szałasem nerwowymi krokami przechadzał się wysoki i skrabny chłopiec. Miał ładną, nieco zasępioną twarz, mądre, myślące oczy, jasne włosy opadające kędziorami na czoło, a z całej jego postaci biła wyjątkowa stateczność i powaga. Był to właśnie Mandżaro. Na widok chłopców uniósł ręce gestem zniecierpliwienia. „Jak długo mam czekać?” Paragon skwitował to przyjaznym uśmiechem. Ciał. Nie denerwuj się, bośmy przecież na bezpłatnych wczasach. W milczeniu usiedli pod szałasem. Rozdział drugi.
Był to solidny szałas wykonany według planu Paragona. Ściany miał wyplecione wikliną, wsparte na grubych panikach sosnowych, dach ułożony ze świeżej świerkowej cetwy. Trzej chłopcy patrzyli na ten szałas, nie wiedząc, w jakim właściwie celu go wybudowali. Początkowo miał być wigwamem indiańskich wojowników, potem domem poszukiwaczy złota, wreszcie namiotem króla Władysława Jagiełły wyruszającego na grunwaldzkie pola. Chłopcy z fantazją rzucali pomysły, ale od wczoraj nie mogli uzgodnić, do czego ma służyć ich wspaniałe dzieło. Szałas stał więc gotowy, świeży, pachnący żywicznym igliwiem, a trzej budowniczowie wciąż jeszcze zastanawiali się nad sposobem jego wykorzystania. Mandżaro spojrzał wyzywająco. Mam świetny pomysł. Paragon poruszył się. W jego głosie zabrzmiała nutka zniecierpliwienia.
Ty zawsze masz fenomenalne pomysły. Perełka wygodniej ułożył się na trawie. Upstrzoną piegami twarz zwrócił ku chłopcom. No mów. Trącił Mandżaro łokciem. Ten zastanawiał się chwilę, jak gdyby chciał rozstrzygnąć, czy warto wyłożyć swój plan. Nagle zapytał tajemniczym szeptem: Czytaliście przygody Sherlocka Holmesa? Legalnie. Ulubione słówko Paragona zabrzmiało jak wyzwanie. Myślisz może, że nie czytałem?
Sam mi pożyczałeś tę książkę. Można powiedzieć obleci. Ciekawe kawałki z dziedziny kryminologii. Cmoknął głośno i łypnął zaczepnie oczami. Perełka milczał. Utkwił wzrok w brudnych palcach wyłażących z podartych tenisówek. Udawał, że nic go ta rozmowa nie obchodzi. Może nie chciał się przyznać, że nie czytał przygód Sherlocka Holmesa. Zapadła przedłużająca się cisza. Paragon urwał soczyste źdźbło trawy.
Ssał jego seledynową nasadkę. No i co z twoim pomysłem? Mandżaro ocknął się. To naprawdę świetny pomysł, tylko nie wiem, czy się wam spodoba. Ba, bracie, nad czym tak dumasz? Mandżaro uniósł się na łokciach. Skupionej twarzy nadał wyraz niezwykłej tajemniczości. Patrzał na kolegów przymrużonymi oczami. Wreszcie rzekł przeciągle: Chodzi o to, że może byśmy założyli klub detektywów. Tego się nie spodziewali.
Chłopcom z nagłego wrażenia opadły brody. Zaniemówili. Perełka mrugał rudawymi rzęsami. Paragon marszczył śmiesznie czoło. Fenomenalny pomysł. Wyszeptał pierwszy Perełka. Mandżaro odetchnął z ulgą. Spojrzał pytająco na Paragona. Ten uśmiechnął się po swojemu, szczerze, łobuzersko. No dobra.
Pomysł obleci. Ale skąd weźmiemy przestępców? Mandżaro żachnął się. Ty zawsze masz jakieś zastrzeżenia. Nie słyszałeś, jak wujek Perełki opowiadał o kłusownikach? A ty myślisz, że Sherlock Holmes zawracałby sobie głowę kłusownikami? Perełka jęknął. Znowu się kłócicie. Jeżeli będą detektywi, to na pewno znajdą się przestępcy. Oczywiście.
Podjął Mandżaro. Czy to tak trudno o przestępców? Grunt to zastosować metodę dedukcji. Tak ich zaskoczył tym obcym słowem, że znowu rozdziawili usta. Paragon zsunął kolarkę na czoło. Długo drapał się za uchem. O czym ty mówisz, Mandżaro? Czytałeś Sherlocka, a nie wiesz, co to metoda dedukcji. A ty wiesz? Pewnie, że wiem.
Perełka westchnął żałośnie. Znowu się kłócicie. Paragon zapeszył się. Jak wiesz, to powiedz. Czy to takie ważne? Mandżaro posłał mu surowe spojrzenie. To bardzo ważne. No to mów. Mandżaro zaczął niezwykle poważnie. Dedukcja to metoda.
To metoda. Utknął w połowie zdania. Ze złości zacisnął usta, aż mu wargi zbielały. Paragon pokiwał z politowaniem głową. Metoda, której używał Sherlock Holmes do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Tyle to ja też wiem. Perełka złapał się za głowę. Wy zawsze musicie się kłócić. Dedukcja dedukcją, a my mamy założyć klub detektywów. O, właśnie.
Podchwycił skwapliwie Mandżaro. Proponuję nazwę Klub Młodych Detektywów. Spojrzał pytająco na chłopców. Paragon skinął głową. Obleci. Proponuję — ciągnął Mandżaro — żeby nasz klub mieścił się w tym szałasie. Obleci. Przytaknął Paragon. I żebyśmy tymczasem stworzyli jedną brygadę śledczą. Ja będę nadinspektorem.
Paragon chlasnął dłonią w kolano. Jak ciocię kocham, ty zawsze musisz być nad. A może raz będziesz pod? Mandżaro zmierzył go karcącym spojrzeniem. Jak uważasz. Ale zdawało mi się, że- Nie kłóćcie się. Przerwał mu Perełka. Nie znamy jeszcze przestępców ani zagadek do rozwiązywania, a wy już... Z wami to tak zawsze. Machnął z rezygnacją ręką i położył się na plecach.
Paragon uśmiechnął się pojednawczo. Niech już tak będzie, panie nadinspektorze. Ale ja wam mówię, najpierw musimy mieć przestępców. Najpierw musimy się dobrze zorganizować. Powiedział Mandżaro. Perełka wstał. Przeciągnął się, aż mu kości zatrzeszczały. „Organizacja organizacją, a ja czuję przeraźliwą pustkę w żołądku. Chodźmy Wiara, bo ciocia znowu będzie gderała, żeśmy się spóźnili.” „Złota myśl” — uśmiechnął się Paragon. „Śniły mi się pierogi z wiśniami.
Pycha.” Oblizał się i przejechał dłonią po zapadniętym brzuchu. „Mówię wam, grunt to witaminy.” Mandżaro stał zamyślony. „Trzeba przecież wszystko obgadać.” „Będziemy gadać po drodze” — uspokoił go Perełka. Ruszyli ku leśniczówce. Polana tonęła w głębokim cieniu. Słońce zapadało już za wierzchołki drzew. Przesiane przez zbity mur gałęzi kładło się ciepłymi centkami na rozkołysane trawy. Pachniało żywicą i sianem. Nad polaną wisiało wysokie, czyste niebo. Kudłaty różowy obłok zaplątał się w najwyższe konary drzew jak kłębek waty w kolce głogu, a ponad lasem, na wyniosłym wzgórzu, w łunie zachodzącego słońca stała wysoka, posępna baszta zamku.
Na skraju polany chłopcy przystanęli. Jeszcze raz spojrzeli na siebie, na szałas. Stał ukryty w cieniu, solidny, przysadzisty jak chłopska chata. „Pierwszorzędny szałas” — rzucił z dumą Paragon. „Niech wiedzą, że warszawiacy umieją budować.” „Pierwszorzędny” — powtórzył Perełka i pierwszy zagłębił się w leśną drogę, która przecinała lekki skłon wzgórza jak wykuty z żywej ziemi tunel.
[03:11:13] - Dziękujemy za kolejny i niestety już ostatni fragment. My też powoli musimy się chylić ku końcowi.
[03:11:20] - A ja zdradzę słodką tajemnicę. W tej książce jest jeszcze dużo, dużo, dużo, dużo więcej takich fragmentów. Także polecam.
[03:11:29] - Zdecydowanie tak. Cały czas mnie ekscytuje to nasze przedsięwzięcie związane z warsztatami Bibliotekarium. Powiem, że właściwie to czekam już na te teksty. Prowadziłem w swoim czasie sporo warsztatów i powiem, że bardzo fajnie prowadzi się dialog z autorami, bo taki dialog też na antenie zamierzamy prowadzić. Tak jak mówiłem w poprzedniej audycji, to nie będzie dialog imienny, więc się nikt nie musi bać, że coś powiemy, co będzie słodką tajemnicą. Nie, będziemy to mówić anonimowo. Raczej odwołując się do tytułów tekstów i ewentualnie do pseudonimów czy imion. Ale przecież każdy tekst, nawet nie do końca udany, można poprawić. I tutaj oferujemy swoją pomoc w poprawianiu takich tekstów.
[03:12:21] - Albo w doradzeniu.
[03:12:23] - W doradzeniu, oczywiście. Tak. Ja też jestem zdecydowanie za tym, żeby my nie będziemy za nikogo tekstów pisać, ale doradzić pewne rzeczy jak najbardziej możemy. I myślę, że to jest taka oferta, z której można, ale oczywiście niekoniecznie trzeba skorzystać. I powiem tak, że ten czas wakacyjny to jest jeszcze taki czas, w którym warto pomyśleć o tym, że on się kiedyś kończy. To niby truizm i taka głupotka, ale ja czasami mam wrażenie, kiedy jadę sobie na wakacje, że moi bliźni w ogóle czasami tego nie uwzględniają. I kiedy widzę te biedne istoty smażące się na przykład na plaży, to żałość mnie ogarnia, bo wiem, że za dwa, trzy dni te skwierczące ciałka będą cierpiały i to mocno. Ponieważ jak się takie ciałko złoży na plaży i podgrzewa odpowiednio długo, to później kefir czy tam jakieś inne środki domowe są w użyciu z całą pewnością. A w dodatku później zaczyna człowiek obłazić i w ogóle to wszystko bez sensu. Nigdy nie lubiłem się opalać.
[03:13:40] - No ale widzisz, ty się nie lubiłeś i prawdopodobnie dlatego nie dojrzałeś do końca. Ja tutaj zwrócę uwagę na-
[03:13:52] - Dzięki ci.
[03:13:53] - Wszyscy narzekają na przykład na to, że kiedyś ten kalafior to był taki, kiedyś te jagody to były tak, kiedyś te maliny to smakowały. Otóż jedną z najważniejszych rzeczy na świecie są promienie słoneczne. Bez promieni słonecznych wszystko, co my jemy z inspektów, świetnie nawodnione, świetnie naświetlone i tak dalej, nie będzie miało i nigdy nie może mieć takiego smaku jak to, które naświetlają bezpośrednie promienie słoneczne. Po to są również prawdopodobnie wakacje dla dzieci szkolnych, żeby nas troszeczkę popieściło słońce, niestety.
[03:14:37] - Wiesz co, o czym ty opowiadasz? Ja mówiłem tylko o tych, co się smażą na plaży. Dzieciaki się opalają i to świetnie, ale na ogół w ruchu, na ogół biegając. I ja robię to samo. Po prostu jak sobie pomyślę, że mam leżeć i skwierczeć na plaży, to mnie jakoś tak-
[03:14:54] - Ale biegać może ktoś, kto ma nogi, a słonina sama nie biega przecież. Słonina leży i się smaży przecież.
[03:15:04] - No cóż, niech tak będzie. Wiesz co, jeden temat nam uciekł w czasie naszej dzisiejszej rozmowy. A ponieważ zbliżamy się gdzieś do końca, bo każda audycja, nawet najdłuższa, ta zdaje się rzeczywiście ma szansę pobić wszelkie rekordy, każda audycja się jednak kiedyś kończy. A ja sobie tutaj wyciągnąłem z zasobów swoich książkę, której tytuł nic nikomu nie powie Tytuł brzmi „Lśnij morze Edenu”. Cóż to takiego? To rzecz wydana niedawno przez wydawnictwo Rebis. Autorem jest, niestety nie wiem, jak się wymawia po hiszpańsku nazwiska.
[03:15:48] - Ibanez.
[03:15:50] - Andreas Ibanez chyba. Może tak. W każdym razie cóż to za książka? Odrobina historii. Większość z nas zapewne pamięta serial, który szedł przebojem w swoim czasie, nazywał się „Lost”. Ten serial wzbudził na początku entuzjazm. Ludzie czekali na kolejny, drugi i trzeci sezon. Tylko było niestety tak, że im więcej tych sezonów było, tym historia zaczynała się rozpadać. W pewnym momencie, to zresztą była tajemnica poliszynela, ujawniono to nawet, że w pewnym momencie na skutek tego, że producent wymuszał kolejne sezony na scenarzystach, to w pewnym momencie włączona została opcja przy pisaniu serialu, którą tak sobie nazwijmy roboczo: czy wiemy, dokąd zmierzamy? Bo było tak, że opcji zakończenia serialu „Lost” było naprawdę kilka, nieustannie zmienianych.
I doprowadzonych w pewnym momencie, moim skromnym zdaniem, być może nie uzyskam potwierdzenia u naszych słuchaczy, doszło do szaleństwa. Niemniej pierwsze sezony były, i tu ulubione dzisiejsze słówko, absolutnie rewelacyjne. Oczywiście można grymasić i można mówić, że komuś się to nie podobało. Też to zrozumiem, ale z pewnego punktu widzenia ten serial przełamywał, nie przełamywał, pokazywał nowe możliwości.
[03:17:38] - Dobrze, ale co to ma wspólnego z tą książką?
[03:17:40] - Ano właśnie. Andreas Ibanez też oglądał ten serial i też doszedł do wniosku, że mu rozwój kolejnych sezonów nie odpowiada i postanowił napisać swoją historię. Oczywiście ona nie może się nazwami oraz pewnymi faktami odwoływać do historii oryginalnej, ponieważ to jest wszystko zastrzeżone, opieczętowane i absolutnie nie można użyć, ale Andreas Ibanez stworzył swoją wersję „Losta”. Tu też mamy bardzo podobną historię katastrofy samolotu, pewną grupę ocalałych ludzi i absolutnie, ulubione słówko dzisiejsze, magiczną historię. Historię, która jest wersją autorską, jaką historię można by stworzyć z takim punktem wyjściowym, czyli katastrofy samolotu na wyspie. To jest jego wersja i myślę, że wersja ciekawa, nie mniej sensacyjna, nie mniej rozbudowana. Proszę, niech naszych słuchaczy, a potencjalnych czytelników nie odstrasza to, że autor jest Hiszpanem. Nie tylko Anglosasi potrafią pisać zajmujące i przejmujące historie, a w dodatku historie sensacyjne. Ta historia jest naprawdę sensacyjna, naprawdę wakacyjna, bo mamy piękne okoliczności przyrody.
[03:19:10] - Jak widzę jej grubość, aż mi się tak... Dlaczego ja nie miałem takiej książki w dzieciństwie? Przecież ja przeczytałem wszystko, a tak bym miał kupę do czytania. O rety, wspaniała!
[03:19:22] - Grubość książki poraża, bo książka ma 810 stron czytania.
[03:19:28] - Wspaniale.
[03:19:30] - Cóż, myślę, że warto zapamiętać. „Lśnij morze Edenu” taki jest tytuł, który jeszcze nie zdradza całej tajemnicy. Andreas Ibanez to autor i myślę, że ta literacka eksplozja prosto z Hiszpanii jest zajmującą lekturą.
[03:19:48] - Na wakacje.
[03:19:49] - Na wakacje. Na pewno ją polecę. Polecam. I cóż, tak jak powiedziałem, pewno będziemy kończyli.
[03:19:56] - To znaczy nie, zaczynali wakacje.
[03:19:59] - Wakacje tak, zdecydowanie. Natomiast tak jak zawsze jesteśmy winni naszym słuchaczom ujawnienie tematu następnej audycji. Następna audycja będzie, w przeciwieństwie do tej nieco frywolnej, nieco wakacyjnej, będzie na poważnie.
[03:20:22] - Bardzo.
[03:20:23] - Bardzo na poważnie.
[03:20:23] - Śmiertelnie.
[03:20:24] - Zacznę od historii mojego profesora filozofii, który opowiedział mi kiedyś historię o tym, że pewnego dnia dał swoim studentom do czytania tekst. Tekst był, jaki był. Dosyć brzmiał nieprzyjemnie. Ale okazało się, że po zajęciach pierwsze, co zrobili studenci, to potuptali do rektora i napisali zbiorowy donos, że profesor każe im na zajęciach czytać jakieś faszystowskie dzieła. Zabawą, ubawą i radości profesora nie było końca, ponieważ ci młodzi ludzie czytali ni mniej, ni więcej, tylko klasykę, a mianowicie „Państwo” Platona. Bo „Państwo” Platona często w niektórych opracowaniach mówi się, że to jest takie państwo idealne, takie państwo wspaniałe. Tak, ono jest idealne, ale warto zwrócić uwagę, notabene uprzedzę, że my nie będziemy w przyszłej audycji omawiać „Państwa” Platona. To jest dopiero wstęp. W każdym razie owszem, to jest książka o państwie idealnym, ale z jakiego punktu widzenia to państwo jest idealne? Nie z punktu widzenia obywatela.
Każdy obywatel państwa idealnego powinien żyć w taki sposób, żeby państwo było idealne, żeby było silne. Powinien się myć w taki sposób, spać w taki sposób, pracować w taki sposób i w ogóle wszystko robić w taki sposób, żeby państwo było idealne. I Platon podaje przepis. W ogóle go nie interesuje to, jak tam żyją ludzie, czy się dobrze czują. To jest w ogóle nieistotne, mało interesujące. Istnieje tylko państwo. To państwo ma być idealne. A co będzie z ludźmi, to jest naprawdę niewielki problem z punktu widzenia Platona. I po co ja to wszystko mówię? Oczywiście śmiechom i zabawom profesorskim nie było końca, kiedy pan rektor spotkał się z panem profesorem i doszli do wniosku, jaki jest stan umysłowy studentów.
Notabene z tego, co kojarzy filozofię. Nie najlepiej to świadczyło, w każdym razie kilka lat nauki wyprostowało tę donosicielską inklinację owych młodych ludzi. A na pewno to doświadczenie z państwem Platona, bo to jakieś takie jednak ośmieszające. Co jednak państwo Platona ma wspólnego z tematem przyszłej audycji? Otóż takich prób sformułowania idei państwa czy w ogóle nawet nie idei, a też takich przepisów, skonstruowania przepisów na państwo idealne było w historii całkiem sporo. Był Campanella, był Tomasz Morus, czyli była utopia, było „Miasto Słońca”. Odwrotnie właściwie. W każdym razie to były utopie, ale w ślad za nimi zaczęły powstawać tak zwane antyutopie. Właściwie w dzisiejszej nomenklaturze częściej używa się chyba bardziej prawidłowego zwrotu: dystopie. Jakie to książki?
Jest ich sporo. Jest „Rok 1984”, ale po dyskusji z Wiktorem doszliśmy do wniosku, że „Rok 1984” to jest ciekawa książka, o której warto powiedzieć i pewno o niej będziemy mówić, ale to jest książka, która nieco jednak dotyczy czasów minionych. Ten komunizm, ta nowomowa. Orwell pisał to, żeby pokazać, czym komunizm jest i do czego jeszcze może prowadzić. Oczywiście są tam pewne niepokojące odwołania do naszej rzeczywistości i warto o nich powiedzieć, ale my postanowiliśmy, że książką wyjściową do tego, żeby sobie pogadać za dwa tygodnie, będzie książka Huxleya „Nowy wspaniały świat”. To nie jest książka łatwa. Wiem od niektórych osób, że tę książkę czasami czytało się trudno, ale to jest książka, która pokazuje grozę tego, jak może wyglądać cywilizacja, która się stechnicyzuje, która przestanie dostrzegać człowieka i zacznie dostrzegać, tak jak państwo Platona dostrzegało tylko to, że musi istnieć idealne państwo. Tak z książki Huxleya wynika, że postęp, rozwój.
[03:25:33] - Wszyscy muszą jeździć tymi autonomicznymi samochodami.
[03:25:38] - Tam jest jeszcze trochę inaczej. Ale dobrze, to jest ten ślad. A zatem następna audycja to audycja o klasyce gatunku, ale nie tylko. Oczywiście Huxley i jego „Nowy wspaniały świat” to będzie punkt wyjścia. Takich dystopii w historii powstało naprawdę sporo i brali się za tworzenie tych dystopii autorzy naprawdę dużej klasy, dlatego będzie o czym rozmawiać. A zatem to tyle.
[03:26:12] - Jedziemy na wakacje i spotykamy się w nowym świecie.
[03:26:15] - Nowym wspaniałym świecie. A przy okazji czekamy również na wasze bądź waszych przyjaciół opowiadania. Przypomnę adres: redakcja@bibliotekarium.pl. I cóż, myślę, że na dzisiaj to wszystko. Zapraszamy za dwa tygodnie. Przepraszamy, że dzisiejsza audycja była z puszki. Więcej to nie, takiej deklaracji nie złożę, ale postaramy się, żeby nie zdarzało się to zbyt często.
[03:26:46] - Może moje słowa są w puszce, ale mój duch nigdy nie będzie nagrany.
[03:26:51] - Miejmy nadzieję. Bardzo by było miło. W każdym razie nie będziemy tego praktykować zbyt często. I cóż, jeszcze raz wszystkim serdecznie dziękujemy za słuchanie dzisiejszej audycji. Polecamy się na przyszłość. Dziękujemy. Do usłyszenia.
[03:27:08] - I właśnie teraz przypomniało mi się słynne nagranie Piłsudskiego, jak jego głos będzie sprzedawany gdzieś za trzy grosze.
[03:27:17] - Tak, zgadza się. Było takie nagranie. Ono jest zresztą oczyszczone dźwiękowo. Tam jest mowa o tej tubce, do której się mówi i jakiś młody człowiek będzie sobie mógł to kupić tam za jakieś grosze. Trzeba przyznać, że potrafił przewidywać. Tak to niestety jest. Niemniej my postaramy się jednak częściej być na żywo niż właśnie tak z puszki. Jeszcze raz dziękujemy. Wszystkiego dobrego, do usłyszenia.
[03:27:49] - A mówili te słowa do państwa gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz, panowie.
[03:27:57] - Dziękujemy, dobranoc.
[03:27:58] - Dziękujemy. Dobranoc.
[03:28:00] - A audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia.
[03:28:12] - She sees me, she understands, she helps with all of my fears. When we stand together for life, who will hold a child in her arms? She reaches out so many friends who seek to leave this world. When we stand together for life, she will hold a child in her arms. Without woman, earth would fade and die. Without woman, who am I? Who am I on this island of faith? Who am I on this island of life? You are the sea. You are the sky.
You are the ocean. I am the earth. I am the island of your love. She listens, she understands for those searching for truth. We will stand together for life. We will hold a child in our arms. Without woman, earth would fade and die. Without woman, who am I? Who am I on this island of faith? Who am I on this island of life?
You are the sea. You are the sky. You are the ocean. I am the earth. I am the island of your love. She sees me, she understands. She helps with all of my fears. When we stand together for life, she will hold a child in her arms. Without woman, earth would fade and die. Without woman, who am I?
Who am I on this island of faith? Who am I on this island of life? You are the sea. You are the sky. You are the ocean. I am the earth. I am the island of your love. You are the sea. You are the sky. You are the ocean.
I am the earth. I am the island of your love. Of your love
[03:34:10] - Dreams are the understanding of love. Dreams are the understanding of life. Dreams are the understanding of love.