[00:00] - To think for yourself and question authority. W lesie, w hiperprzestrzeni, w Radiu Na Fali oczywiście, jak najbardziej retransmitowanym przez Radio Paranormalium oraz Dream Time. Dream Time akurat dzisiaj, czyli czas snu. Dzisiaj akurat nie. Anyway, Radio Paranormalium. Pozdrawiam słuchaczy Radia Paranormalium. Jestem tu na czacie Radia Na Fali. Jestem ze wszystkim. Głośny mikrofon, głośno mi w słuchawkach. Las.
Niech będzie las, niech będzie ognisko. Mam mikrofon, taki długi mikrofon. Także jak chcesz zadzwonić to oczywiście radionafali.com człowieku. Ja pozdrawiam Mecenasko i Mecenasie serdecznie. Namaste. Pomimo że ja taki rozleniwiony i nic dookoła radia widocznego się nie dzieje specjalnie. Ostatnio mój znajomy zażartował sobie, kiedy rozmawialiśmy o Facebooku, bo ja tak powiedziałem: „Kurde, nie mam siły po prostu siedzieć, tam wchodzić, facebookować i tak dalej. Jeszcze pomyślę o Twitterze, to już w ogóle zawał serca mnie łapie". I on tak zażartował, że Facebook umiera. Trochę tak jakby.
Ja naprawdę nie zawsze mam czas. Ciężko mi się w ogóle zebrać do tego Facebooka. Nie wiem jak ty. Ja tak te media społecznościowe to tak... Dużo mam żywych ludzi dookoła siebie, także z tymi mediami społecznościowymi tak nie masz czasu za bardzo na takie rzeczy czasami. Anyway, ale tak czy siak, zagonić tam sobie czasami. Ja na razie nic nie uzupełniam, się leniuchuję, poniekąd leniuchuję, bo jestem tu zarobiony swoimi sprawami. Taki rok, że wystartowało i tak się troszkę zagęściło i dobrze. Chwila relaksu, chwila zagęszczenia, później z powrotem chwila relaksu. Ale tak czy siak spokojnie, nic tam nie uciekło, tak na relaksie jest wszystko robione w tle, że tak się wyrażę.
Ja tu mam swoją herbatę, którą sobie będę popijał. Mam temat z zeszłego tygodnia, który zamierzam kończyć, bo nie skończyłem. Nie udało mi się wszystkich wątków poruszyć, a tam jest kilka ciekawych wątków. A ja dzisiaj w ogóle jestem taki leniwy mocno i bardzo dobrze, bo jestem po całym tygodniu zasuwania, robienia, organizowania i tak dalej. Dzisiaj w ogóle centralnie jakiś taki relaks się włączył w głowie i bardzo dobrze. Sobota wieczór. Ja może zacznę od... Od czegoś miałem zacząć jeszcze, jakieś ogłoszenie chciałem powiedzieć. Wszystko zapomniałem chyba. Nie, chyba nie mam żadnych ogłoszeń.
Także dzisiaj historia. Dzisiaj wskakuję w historię tak troszkę szamańsko. Jak się używa słowa szamanizm? Słowo w ogóle pochodzi z Syberii. Uwaga, nie ma nic wspólnego z Ameryką Południową. Jeżeli ktoś myślał albo coś takiego, nie, nic z tych rzeczy. Pochodzi poważnie z Syberii, bo ktoś tam skojarzył, że tam ktoś używa muchomorów i w ogóle jakieś takie historie. Stare babcie używają muchomorów. Kurczę, zapomniałem, ale nawet mam tą książkę. Taka historia, do której czasami nawiązuję, na pewno o niej wspominałem.
Mogło się zdarzyć. Polski szlachcic. Słuchaj poważnie. Historia nieziemska. Jest na necie za darmo, normalnie w PDF-ie można sobie ściągnąć, wydrukować, przeczytać. Jak się nazywał koleś? Ja w ogóle nigdy nie pamiętam nazwisk. Anyway, historia jest niezła. Jest tysiąc siedemset tam dziewięćdziesiąty któryś tam rok, czy dziewięćdziesiąty siódmy jakoś tak. Jest już po historii z Napoleonem.
No i to jest taki polski szlachcic aresztowany przez wojska carskie i zesłany gdzieś tam na cholerę gdzie, na jakiś sam koniec świata, gdzie już sama zima, sam śnieg. No i tam jego przygody. On jest wielkim patriotą i tak dalej. On tam jest zesłany i ciągle kombinuje, jakby tu zwiać do Polski. No i pewnego dnia, ale tam oczywiście musi parę lat spędzić jakieś Kołymy albo I don't know, gdzieś na samym końcu świata Rosji, gdzieś, gdzie naprawdę nocują białe niedźwiedzie i chyba nie tylko polarne niedźwiedzie, ale te brązowe też. Wszystkie niedźwiedzie tam nocują. Takie miejsce. Wyobrażasz to sobie? Ja też. I z tej okazji, bo tam mieszkał trochę u Inuitów, to gdzieś tuż przy granicy z Japonią.
Taka historia, gdzieś bardzo daleka, egzotyczna, 1800 rok, coś w tym stylu. I on tam zachorował jakoś tak i w końcu okazało się, że nikt nie jest w stanie go wyleczyć. Ostatnia deska ratunku to takie babki, które on używał słowa szamanki, że od diabła, że diabelskie ceremoniały nad nim wyczyniały, że dał mu specjalną rzecz, grzyby jakieś takie specjalne. Muchomora się nawcinał chłopak i one go wyleczyły tym muchomorem. No i wrócił do Polski. Udało się. Znaczy jak wrócił to napisał właśnie te pamiętniki i... O kurczę, zapomniałem. Poważnie, taka klasyka literatury w ogóle polskiej, swoją dobrą sprawę. Jego wspomnienia z tej podróży.
I tam jest takie wspomnienie właśnie o szamankach, które odprawiały nad nim taki rytuał odganiania złych duchów, a on krzyczał na nie, był przerażony: „Idźcie czarty złe", czy jakoś tak. Uwaga, taka historia. Polski szlachcic wrócił do Polski i tam jego dalsze losy są, znaczy były takie, bo on już jest bardziej były niż dalszy niż jutrzejszy. No i były mniej więcej takie, że dostał jakiś tam pokoik u jakiegoś państwa szlachciców na jakimś dworku i tam dożył swoich sędziwych dni jako polski patriota, wspominając stare czasy i robiąc te zapiski i coś tam na tym folwarku. I don't know, jakaś taka historia. No ale jest zapis o szamankach w każdym razie. Później te szamanki się pojawiły troszkę później w Nowym Jorku. Taki ciekawy, no właśnie, jak to nazwać? Ciekawy deal się pojawił, bardzo egzotyczny deal. Może zanim zacznę o tym egzotycznym dealu, bo jest naprawdę egzotyczną historią z jednej strony i z drugiej, i z trzeciej, i związana w ogóle z alchemikami w Europie.
Ostatnio śledzę troszkę historię Johna Dee i śladów, które po sobie zostawił. Jest tego trochę na świecie. Ciekawe rzeczy mu się przypisuje. Z tym jest związana historia Szekspira i wymyślania języka angielskiego. W ogóle strasznie zamotana sprawa, ale ja może nie będę dzisiaj aż tak motał. Może zacznę od tego 100 lat temu, od kontynuacji z tymi szamankami i szamanami. Zanim oczywiście włączę muzyczkę, to szybko powiem, o co chodziło. Numer polegał na tym... Dzisiaj same numery lecą, jakbym grał w numery liczbowe. Zagrajmy zatem w numery liczbowe.
Zatem pierwszy numer z tej historii brzmiał mniej więcej tak, że dżentelmeni, którzy odkryli dziwne rośliny w Amazonii, nie odkryli ich przez przypadek. Odkryli je podczas tak zwanej gorączki kauczuku. Było coś takiego w Ameryce Południowej. Bardzo brutalna sprawa. W Europie się o tym nie mówi, bo jest to taki blamaż, takie coś w twarz białego człowieka i historia kolonii. Chyba jedna z najbardziej brutalnych historii zaraz po Afryce na świecie. Jak to biały człowiek sobie radził z koloniami, jakie stanowił i jak wyglądała eksterminacja, dosłownie masowa eksterminacja ludności cywilnej. Ale zostawmy, to jest sobota wieczór, bo tak brutalne historie, że aż się płakać chce. W każdym razie podczas tej gorączki kauczukowej, gdzie zdziesiątkowano praktycznie plemiona przy Amazonii, gdziekolwiek znaleziono kauczuk, jeżeli plemię liczyło tysiąc ludzi, to po całej historii może jedna, może dwie osoby ocalały z plemienia. Tak to często wyglądało.
Ofiary szły grubo w setki plemion. Nie było litości żadnej. Chodziło o kauczuk i ta gorączka kauczukowa była związana z dżentelmenami, którzy pracowali dla służb specjalnych różnych wywiadów, głównie niemieckiego. Właściwie z amerykańskiej strony to oczywiście Rockefeller Foundation. Wszyscy szukali tego kauczuku i wszyscy szukali jeszcze do tego medycyny i wszystkich możliwych benefitów tak zwanych, czyli korzyści, które mogą wyciągnąć gdzieś z roślin rosnących w Ameryce Południowej, a dokładnie to w dżungli. Wysłano takich dżentelmenów wielu. Oni mieli z reguły dosyć mocne uposażenie i szukali tych drzew kauczukowych. Jak znaleźli, to pisali raporty, później tam przybywała ekipa i było złoże drzew kauczukowych, a wszyscy lokalni ginęli na plantacjach. A jak nie chcieli iść na plantacje, to ginęli jeszcze szybciej. W takiej oto atmosferze po Amazonii włóczyło się kilku białych kolesi.
Jeden z tych kolesi trafił na jakieś plemię, bo oni nie robili tych rzeczy. To byli ci tak zwani odważni turyści. Troszkę pierwowzór Indiany Jonesa. W każdym razie jeden z nich trafił na substancje psychoaktywne. Ten dżentelmen zapakował to w kopertę, na grzyby dokładnie, wysłał do Nowego Jorku do Smithsonian Institute, tego słynnego Smithsonian Institute, w którym giną wszystkie fajne wynalazki i nie tylko. Wysłał to. Opis tego był bardzo ciekawy, taki dziwaczny można powiedzieć. To troszkę stare czasy, takie zderzenie białego kolonizatora, który tutaj krzewi kulturę, cywilizację i tak dalej, z karabinem i garścią ołowiu, żeby powystrzelać wszystkich, z ludźmi, którzy na przykład nie kumają, co znaczy słowo kłamstwo. Nie kumają czegoś takiego, że mówisz jedno, a robisz drugie. To nie istniało.
Bardzo łatwi do zmanipulowania w tym momencie, bo oni brali wszystko tak, jak powiedziałeś. Jak mówisz, że jesteś o 14, to jesteś o 14. Tego typu historia. Tacy konkretni od tej strony w życiu, poukładani, nie ma ściemy. Nabrali się na ściemę białych. Ale jak biali tam penetrowali obszar, to byli tacy milisi i czasami dopuszczano ich do różnych ceremonii. Ten dżentelmen trafił na ceremonię używania grzybów. Ceremonia bardzo takie troszkę dziwne słowo, właściwie wymyślone przez białych kolonizatorów, bo dla nich to była ceremonia. Natomiast to właściwie można nazwać sesją, jeżeli chcesz to przetłumaczyć tak bezpośrednio z języków indiańskich, to jakie to ma znaczenie? To jest po prostu sesja, posiedzenie, coś w tym stylu.
Zdalna od takiego znaczenia ceremonia raczej nie za bardzo. Anyway, ale to jak kto woli. Ja akurat nie jestem miłośnikiem słowa ceremonia przy takich rzeczach. Bardzo mi odpowiada zawsze słowo sesja. Jest sesyjka, proszę pana i proszę pani. Sesja. I co dalej z tą historią? Dżentelmen trafił na taką sesję. Opisał to nieco koślawo jako takie magiczne rzeczy, które widział. Dziwne, że jest to potężna substancja, niesamowity potencjał i tak dalej.
Niewiele go to zmieniło. Dalej tam szukał kauczuku, ale w międzyczasie zapakował to w kopertę, wysłał do Nowego Jorku, to dotarło do Smithsonian Institute i gdzieś tam utkiło z opisem na półkach. Nie przypomnę sobie nazwiska w tym momencie. W każdym razie Shulgin, zdaje się, trafił na tą kopertę i część tej koperty, bo wiadomo było, że to jest psylocybina, bo zrobiono analizę i wiadomo, że substancja tak się nazywa. Część tego wysłano do korporacji Sandoz w Szwajcarii, tej słynnej korporacji, dla której pracował Albert Hofmann, odkrywca LSD, kwasu lizuridowego. Zawsze sobie łamię na tym język. Lizuridowy. Otóż to. I ta fama się rozniosła, ale Mowa o substancjach to jedno. Ja może zostawię te substancje na bok, bo to jest seria podcastów w archiwum na Radiu Nafani, nazywa się Synteza.
Także proszę sobie zaglądnąć. I też stare odcinki Hiperprzestrzeni. Tam jest trochę więcej na ten temat. Ale skupmy się na ludziach dzisiaj. Substancja substancją, ale ludzie zawsze najważniejsi. Clou tych opowieści to były wspomnienia o takich specjalnych osobach, które wyciągają sobie z kieszeni jakieś takie substancje, grzybki i tak dalej. Dają ci do jedzenia, ty zjadasz i one robią ci rewolucję razem z tymi grzybami w głowie. Albo jakoś tak. Właściwie ty sobie robisz rewolucję w głowie. Zaczynasz patrzeć na siebie inaczej, nabierasz troszkę innego spojrzenia.
I to są ludzie, którzy wiedzą, jak dealować z tą substancją, bo ciebie składa, ciebie czasami nosi, a oni tam siedzą z grzechotkami albo coś tam. Spełniają taką rolę opiekunów i rolę opiekunów nazwano szamanami. Tak jakoś wyszło. Nie wiem, skąd to się wzięło. Właściwie wiadomo, skąd się wzięło. Wzięło się z Syberii. Zapisy o kobietach, które suszyły grzyby o magicznych właściwościach, a później do Europy albo w Europie, to właściwie chyba bardziej poprawnie, czarownice słynne, które robiły wywary z wilczej jagody. Na pewno była amanita muscaria. Na pewno był jeszcze do tego... Co to było?
Jak to się nazywa? Jest kilka ziół takich. Robi się z tego wywar. W każdym razie dosyć ryzykowna historia, bo jeżeli nie znasz takiej precyzyjnej receptury, a ja ci jej teraz nie podam, zapomnij o tym. Wyobraź sobie, że jej w ogóle nie znam i zrobisz sobie taką historię nieprecyzyjnie, to możesz się troszkę przytruć i uszkodzić sobie troszeczkę układ nerwowy, czy jakoś tak. W każdym razie może być takie kachu kachu i do piachu, ale troszkę coś w tym stylu. Także trzeba tutaj pewnej, podejrzewam, biegłości w obsługiwaniu suszonych roślin. Ponoć tutaj w Europie robiono takie mazie, takie substancje, które mają takie właściwości. Ja myślę, że masa takich ziół rośnie na polskich łąkach, w polskich lasach. Tylko trzeba to spenetrować, dowiedzieć się, które łączyć ze sobą.
Bo to nie jest do końca tak, że ayahuasca to jest taka substancja połączona z paru roślin, którą się robi w jednym gadże przez godziny. I ona ma takie właściwości. Grzyby też mają takie właściwości, ale w Europie w ogóle dużo było takich substancji i one w takim bardzo wielkim skrócie mówiąc, bo nie chcę dzisiaj o substancjach, absolutnie, ale muszę zahaczyć trochę ten temat. Mają ten status, my nazywamy magiczny, ale w rzeczywistości ten magiczny status nazywał się po prostu medyczny. Podobne pierwsze słowo, też na literkę M. W każdym razie medyczny i chodziło o medycynę naturalną. Do tej pory gdzieś tam w Ameryce Południowej, w Afryce, w Azji i tak dalej. Może niekoniecznie tak na pierwszy strzał, że jak wjedziesz jako turysta do takiego kurortu, to zauważysz coś takiego. Możesz nawet nie zauważyć, ale gdzieś pomiędzy lokalesami, z ziomami na dzielni te sprawy są doskonale znane. Jak ktoś jest chory albo coś się dzieje, to są magiczne rośliny tak zwane, czyli medycyna naturalna i wiadomo, że medycyna potrafi przestawić cię w głowie i tak dalej, ale to nie jest tak do informacji dla każdego, to jest taka informacja z reguły schowana gdzieś tam głęboko pod dywanem.
Może nie aż tak, ale bardziej pod dywanem niż na dywanie. Także my o takich rzeczach nawet nie wiemy. One się robią popularne z czasem, tak jak swego czasu, w latach 90., właściwie na początku lat 80. wystrzeliła cała historia z ibogą. Ibogaina tak się nazywa substancja zawarta w roślinie iboga, która leczy ze wszystkich uzależnień. Sesje są okrutne, te oryginalne w Afryce, bo to jest korzeń rośliny, która rośnie sobie w Afryce i jest kilka plemion, które umieją się tym obsługiwać. Jak mówię, opowieści nigdy nie używałem, także tu w tym momencie powtarzam coś, co usłyszałem. Także nie mam bladego pojęcia, czy jest to prawda, czy nie. Okej, dobra. Myślę, że jest to prawda, bo to z pierwszej ręki.
Roślina jest ponoć okrutna i trip może trwać 24 godziny i tak wysyła cię na 24 godziny i tam się cały człowiek rekonstruuje na nowo podczas takiej wyprawy i wraca. I są nawet przypadki takich, którzy nie wrócili, bo się nie zdążyli zrekonstruować albo nawet nie chcieli, albo coś. Po prostu nie mieli już tutaj wrócić. Ciekawa roślina, w każdym razie dookoła tych roślin zawsze, mogę ci jeszcze opowiadać o wielu innych roślinach na wielu innych kontynentach. Ale widzisz, tutaj nie o rośliny chodzi, nie o medycynę naturalną, nie o substancje. Chodzi o ludzi, o człowieka. Tym człowiekiem jest ktoś, kto obsługuje system. Tak zwana obsługa systemu, można powiedzieć drugi pilot, można powiedzieć albo pierwszy pilot, albo nawigator. Rozumiesz, taka funkcja potrzebna do przejścia i wejścia na drugą stronę. Ja to tak nazywam.
Nie musisz się z tym specjalnie identyfikować. Tak to wynika z mojego doświadczenia, że to jest inny świat, w który wchodzimy. Sklejony bardzo mocno z tym światem oczywiście, nie ma tu czegoś takiego, że tu jest oderwane od całego kosmosu. Jest raczej wręcz odwrotnie. Nagle dowiadujemy się, jak wiele jest powiązań z kosmosem tej rzeczywistości, w której żyjemy. Czyli nie tyle, że traci człowiek rozum, ile zyskuje człowiek rozum. I zawsze przy tej sytuacji, przynajmniej w takich miejscach, gdzie jest to normalnie robione, jest właśnie postać tak zwanego nawigatora albo drugiego pilota. Kogoś, kto leci generalnie z tobą na lot tak, żeby nie było, że zostawia cię samopas. Szczególnie jeżeli robisz to po raz pierwszy. I dokładnie tą funkcję tego nawigatora nazwano właśnie szamanem, szamanką, ponieważ to on odprawia te tańce.
Ciekawa historia, prawda? Jest w tym schowana w ogóle jeszcze kolejna historia, która jest z kolei związana z takimi Można powiedzieć nowoczesnymi historiami. Wu-zia, można powiedzieć z Dalekiego Wschodu. Bardzo ciekawa sprawa. Te szamańskie historie, bo to ma coś związanego z piramidami. Ja dojdę do tego na końcu, bo ja dalej kontynuuję ten piramidalny wątek, człowieku. I z szamańskimi historiami jest w ogóle związana jeszcze kolejna sprawa, bo oczywiście ten trop nazywania kogoś szamanem i tak dalej w Ameryce, gdzie te grzyby zasuszone, jest Smithsonian Instytut, wrócę do tego wątku na parę filmów, później wywołały rewolucję, bo ktoś je odkopał, wysłał gdzieś, sprawdził tu, ktoś w Ameryce sprawdził. Później Shulgin się pojawił, później ktoś inny, później ktoś jeszcze. Człowieku, się działo. Rewolucja lat 60., ale historia.
Tam się pojawiło w ogóle takie znaczenie szaman, takie troszkę wykręcone. Zaczęto mówić na tak zwanych medicine men. Tak to się nazywało u Indian, czyli człowiek medycyna albo magik, coś w tym stylu. Indianie nigdy nie mieli dobrych nazw. Nigdy. Jeszcze wtedy nikt nie używał słowa szaman w czasach Dzikiego Zachodu także tam to nie panowało. To dopiero zapanowało na początku stulecia. Właściwie w latach 50., na początku lat 30. się zaczęło i lata 50. słowo szaman, już lata 60., 70.
weszło na stałe. I tak się potoczyło. Teraz są komercyjne zabiegi, historie. Możesz się na kursy szamańskie zapisać, rozumiesz? Takie dowcipy się porobiły. Monty Python. Ale ta historia ma jeszcze swoje korzenie. Oczywiście nikt tam korzeni się nie grzebie, bo wiadomo, że jest taki miszmasz, że z jednej strony każdy się powołuje na każdego. Jedni na tradycje z Amazonii, drudzy na jakieś stare babcie z Syberii, ktoś inny na kolesi z bębenkami w Ameryce Północnej, gdzieś tam na szamanów z Afryki. Wiesz, o co chodzi.
Cały ten mętlik. Ale poza tym mętlikiem jak pogrzebiesz dalej, zaczyna się historia. Historia jest zabawna, bo ja tak wspomniałem nie przez przypadek o tych naszych prababciach, czarownicach z Europy, które się smarowały różnymi maściami, ewentualnie używały różnych dziwnych rzeczy do picia. Tego nie wiemy, bo prasłowiańskie, katolickie podejście do rzeczywistości wypleniło te wszystkie historie. Dokładnie to katolickie, watykańskie podejście wypleniło do gołej ziemi prawie że. Tak że niewiele wspomnień po tym zostało. Zostało kilka traktatów alchemicznych, ale to alchemicy może za chwilę. W każdym razie takim bezpośrednim, można powiedzieć, taką postacią, która przekazywała taką tradycję, była z reguły kobita w naszej części świata, podobnie jak w Syberii. Podobna historia. I tu znaczy, że możemy cofać się dalej.
Cofając się dalej, tam dochodzimy, mijamy Europę, znajdujemy się w końcu na Syberii. Ktoś tam zrobił badania DNA. Okazuje się, że nawet ta sama grupa RNA, DNA się zgadza i tak dalej. Słynne historie ze słowiańskimi korzeniami, które pewnie wszyscy znają doskonale i na pamięć. Jest to wałkowane nieustannie, zdaje się od paru lat. I bardzo dobrze. Niech ktoś sobie wałkuje, ale jeżeli cofniemy historię dalej, to oczywiście wracamy do Afryki i wracamy do jeszcze Aborygena i się okazuje, że właściwie chyba najstarszy to jest Aborygen. Na dodatek jeszcze ta afrykańska historia, która jest związana z kodem genetycznym gdzieś tam w środku Amazonii, że też jest bardzo podobny. Można oczywiście powiedzieć, że życie zaczęło się w Afryce, ale równie dobrze możemy powiedzieć, że życie wygląda na to, zaczęło się po prostu na środku równika albo jakoś tak. I to jest miejsce, z którego wyszła jakakolwiek cywilizacja.
Tak można to w takim wielkim skrócie opisać. Ślady poniekąd, jeżeli się tak cofasz, używając właśnie tej historii z szamanami, wiodą z Europy. Jeżeli idziemy po własnych śladach, bo oczywiście nie znamy śladów z Ameryki Południowej i wielu innych miejsc, ale z Europy wiemy, że ślady wiodą do Syberii. Tam muchomory i tego typu historie. I ślady stamtąd wiodą jeszcze w dół do Australii. I w ogóle z tymi szamanami jest taka historia, bo oczywiście po drodze tego całego szlaku, który tam wiedzie przez Tybet, pojawiły się różne modele na ten szamanizm. Pojawiły się różne pomysły, bo oczywiście trwało to x lat. Ta cała ewolucja tej całej historii gdzieś tam zamieniło się w religię, gdzieś tam zamieniło się w jakiś system filozoficzny, gdzieś tam zamieniło się w coś innego, gdzieś tam powędrowało dalej. W takiej w miarę czystej formie właśnie zostało gdzieś tam jeszcze na Syberii, gdzie właściwie nawet komuniści nie mieli z tym aż takiego problemu. To takie przestrzenie, że ciężko było takiego dżentelmena namierzyć.
Kto się zajmował wtedy, czy on jest szamanem, czy nie szamanem? W gruncie rzeczy Związek Radziecki działa i to wszystko. Tam polowano na nich jeszcze w latach 80. Tam za bardzo władzy czerwonej się nie podobało, że ktoś ma jakiś inny pomysł na życie niż radziecka nauka. No ale jakoś koniec końców troszeczkę tej tradycji tam przetrwało. Jako że przetrwała, można, że tak powiem, dokopać się pewnych, nie wiem, czy wzorców, jakichś takich podstawowych czynności, które są związane z tym zawodem nawigatora i w ogóle o co w tym wszystkim chodzi. Jest w ogóle bardzo ciekawa legenda, która cofa nas do czasu przed religią, przed jakimikolwiek systemami filozoficznymi. Legenda mówi o tym, że coś w rodzaju religii na świecie nie istniało. W Egipcie mamy bardzo ciekawą rzecz, bo w Egipcie jest to określane mianem religii człowieka. Doktryny człowieka, bo słowo religia nie istniało.
My używamy tłumaczenia z anglosaskiego, ale w oryginale powinno być doktryna, a nie religia. Ale tak jakoś się potoczyło. W każdym razie nasz wątek, wracając do głównego wątku z szamanami, wiedzie do właściwie szamańskich rytuałów, które stoją u podstaw każdej religii, każdego systemu filozoficznego, bo gdzieś tam w tym szamańskim świecie jest schowana cała ta historia, która jest związana z tymi poprzednimi cywilizacjami. To jest jedyna rzecz, która jest wspólna dla tych dziwnych rzeźb, które się znajdują gdzieś tam w Egipcie, tych najstarszych przedstawień i takich dziwnych zapisków, które występują gdzieś tam na kawałkach manuskryptów, wspominających jeszcze czasy Starego Królestwa, krainę Duat. Wszystkie te tajemnicze opowieści o tym, gdzie nie ma właściwie śmierci, jest przejście pomiędzy wymiarami. Właściwie człowiek determinuje, jak daleko poleci sobie w kosmos. Różne ciekawe rzeczy. I te zapiski są zduplikowane praktycznie w Ameryce Południowej. I się okazuje, że jak pogrzebiemy, tak jak często wspominam, właściwie gdziekolwiek na świecie, to wyskakuje spod nóg taka struktura, że tam się zastanawiasz: „Jejku, kto to mógł zrobić? Przecież to jakaś siła kosmiczna.
Takie bloki kamieni, tak równo wszystko poukładane. Nasza cywilizacja nie potrafi”. Jest to właśnie związane, co by nie mówić, z tymi szamańskimi historiami. Być może brzmi to dziwnie, ale jak na razie, jeżeli chodzi o kwestie komunikacji zapomnianych języków, sprawdziło się na przykład w przypadku kilku wzorków z tak zwanego predynastycznego Egiptu w Afryce po drugiej stronie Sahary. Tam, gdzie jest Egipt, to jest druga strona Sahary, bo tam pośrodku jest pustynia. Jeżeli przejdziesz na drugą stronę i przeżyjesz, znajdziesz plemię, które się nazywa Dogoni. Kiedyś o nim wspominałem. Jest to słynne plemię, ponieważ jest tam taki koncept, że Dogoni znają na przykład takie gwiazdy jak Syriusz A i Syriusz B, które zostały odkryte raptem parę lat temu. Historia jest mocno spekulatywna, można dużo spekulować na ten temat, bo są też ludzie, którzy twierdzą, że nie do końca, że nie jest to takie wcale bezpośrednie, że możesz sobie to, co mówią Dogoni, zinterpretować na kilka sposobów. Ale z drugiej strony jest bardzo mocny dowód na to, że ci dżentelmeni wiedzieli o takim układzie astronomicznym jak Syriusz A i Syriusz B.
Dosyć spektakularny. Tam jest jakaś ciężka mała gwiazda, która zaciąga drugą gwiazdę. Taki bardzo unikatowy ponoć w kosmosie, bardzo specyficzny, dosyć dobrze rozpoznawalny. W każdym razie związany też z Ziemią, bo jest historia z konstelacją Oriona, która też występuje u Dogonów. A to jest takie plemię, które sobie żyje na końcu pustyni. Lepią sobie chatki z cegieł glinianych. Poważnie. I sobie rysują różnymi kolorowymi pigmentami historię swojego ludu i ciągle rysują gwiazdy. Mają taką legendę, że pewnego dnia bracia z gwiazd wrócą i że bracia z gwiazd przywieźli im tą cywilizację. I najlepszy numer, że mają swój język taki, w którym zapisują swoje ceremonialne historie.
Część tego języka, jak nie prawie wszystko, przypomina do żywego właśnie te stare hieroglify. I to też jest tak dosyć abstrakcyjnie, bo część z nich odnaleziono właśnie w tym piśmie predynastycznym w Egipcie i u Dogonów, którzy żyją do dzisiaj. Nagle się okazuje, że masz takie małpie plemię na końcu Sahary, które obsługuje część hieroglifów sprzed sześciu tysięcy lat. Cholera wie sprzed ilu tysięcy lat. Na dodatek jeszcze oczywiście można się pokusić o kilka takich ciekawostek związanych z pismem znajdowanym w stanie Michigan w Stanach Zjednoczonych. Te tajemnicze tablice. Tam jest pismo, które z kolei jest określane mianem postfenickiego. Taki śmietnik, ale ten śmietnik też jest taki dosyć nietypowy. Niektórzy próbują to rozczytać. Jest, zdaje się, dwóch dżentelmenów, którzy w tym celują.
Twierdzą, że rozkodowali ten taki prefenicki czy jakiś taki wczesny fenicki język. Nie jestem lingwistą, także ciężko mi tutaj weryfikować cokolwiek. Może się udało, nie mam pojęcia. Ja ostatnio sprawdzałem sobie temat hieroglifów w Australii. Przy okazji obejrzałem taki trzygodzinny wykład ponad na temat różnicy drobnych hieroglifów i tego, jak się różnią, jak były używane, w którym czasie, co i jak. Nie dlatego, że bym chciał zostać specjalistą od hieroglifów, ale wykład był bardzo interesujący i konkluzją tego wykładu było rozszyfrowanie, czy hieroglify, które zostały znalezione w Australii w latach 50. w jednym miejscu niedaleko, zdaje się, Sydney, są prawdziwe czy nie. Bo oczywiście jest podejrzenie, że to australijscy żołnierze, którzy wrócili z okupacji Egiptu podczas pierwszej wojny światowej, w desperacji gdzieś tam zrobili sobie taką atrakcję turystyczną, że sobie tak wyrzeźbili i zniknęli. I teraz wszyscy się nabierają na egipskie hieroglify w Australii. Albo że jest to prawda.
No i tacy dżentelmeni nakręcili kamerą swoje własne investigation, dochodzenie, gdzie określili to mianem hoax, że jest to nieprawda. Ale są z kolei ludzie, którzy zajmują się studiowaniem. Kemetologia, tak to się nazywa, czyli nauka o starożytnym Egipcie. Poważnie. To nie jest egiptologia, bo Egipt jako taki jest bardzo młodym krajem. Natomiast Kemet to jest oryginalna nazwa, jeszcze predynastyczna, tej krainy. Kemet, Kamet, Kemet. Jest nauka, która się tym zajmuje. Są to ludzie, którzy zajmują się na przykład zawodowo studiowaniem hieroglifów. W ogóle są ekspertami w odczytywaniu tych hieroglifów.
Polega to na tym, że masz taką dużą, grubą księgę, w której masz te wszystkie wzorki zapisane i każdy wzorek ma swój numer. Powaga. I teraz sprawdzasz sobie, co oznacza na przykład wzorek sowi. Masz numerek i jest zapisane, jak się go wymawia i tak dalej, gdzie został skatalogowany, na jakiej steli się znajduje, w jakim miejscu w Egipcie został znaleziony i tak dalej. Także wszystkie wzorki są opisane, skąd pochodzą, z jakich tekstów i tak dalej. Bo ten język jest dosyć złożony. Tam jest, zdaje się, 800 hieroglifów, jak nie więcej do tej pory znalezionych. I ciągle gdzieś ktoś znajduje coś nowego, bo tak jak oficjalnie mówią archeolodzy, znaleziono raptem na środku Panoru raptem nieco chyba 5% tego, co tam się znajduje pod piaskiem. Ja już nie będę wspominał o tych podziemiach, o których to opowiadałem nie raz, nie dwa. W każdym razie dano to do rozszyfrowania dwóm braciom, którzy organizują takie bardzo profesjonalne tour po piramidach.
Też są egiptologami. Oprócz tego zajmują się jeszcze właśnie Studiowaniem kemetologii i są ekspertami od hieroglifów. Więc poproszono ich o audyt i panowie zrobili audyt tego tekstu, sprawdzając, czy może być to oryginalny tekst z czasów Egiptu. Bo jeżeli ktoś wymyślał tekst na przykład w latach 50., to mógł pewnych rzeczy nie wiedzieć, bo na przykład pewne wzorki zostały skatalogowane dopiero 10 lat temu, bo gdzieś coś odkopano na pustyni i nikt wcześniej o tym nie wiedział. Przeczytano ten tekst. Okazało się, że wygląda na to, że tekst jest oryginalny, egipski i są wszystkie potknięcia, błędy, które mogłyby się potencjalnie wydarzyć człowiekowi, który właśnie nie jest z Egiptu. Sposób zapisywania, sposób miksowania na przykład dwóch znaków, że wygląda tak samo jak pierwszy i ostatni, ale jest gdzieś tak w połowie, ale oznacza to samo i on zostaje znaleziony w Egipcie w kilku miejscach. Też jest mowa o przejściowym okresie czasu. Tam jest problem z dynastiami w Egipcie i to bardzo poważny. Właściwie jest tak dużo teorii, że ciężko było zacząć w ogóle opowiadać o tych teoriach, bo nie wiadomo byłoby, gdzie zacząć, w którym miejscu, bo tam są potężne dziury.
Właściwie nikt do końca nie wie, jak wyglądało z tymi królami. Jest coś takiego jak Stella Królów w Egipcie i można mniej więcej po tym dojść do czegoś. Ale to też jest dyskusyjne. Nikt nie potrafi do końca odczytać właściwie ile, jak zniknęli, kiedy to się stało, bo oczywiście sięga to troszkę dawniej do tyłu i zaczynają się okresy predynastyczne. I jest oczywiście jak zwykle problem. Okej, mamy faraona i króla Egiptu, który jest który? Do którego momentu byli faraoni, a do którego momentu byli królowie Egiptu? Albo od którego, do którego? Albo do którego? Albo właśnie wszystkie te odpowiedzi na dziwne pytania, które wysnuwają archeolodzy.
W każdym razie teorii jest bardzo dużo i pomiędzy tymi nazwiskami są duże luki, bo o ile nazwiska na tych stellach się zgadzają, to jest problem z wykopaliskami archeologicznymi, które nie zawsze pasują do tego, co jest opisane. Wiadomo, że część tych hieroglifów to propaganda. Ale wracając do samego początku, ciągle zostaje ten główny ślad religii człowieka. I też historia z substancjami w Egipcie. Były takowe substancje w Egipcie. Egipt to, można powiedzieć, drugi dom dla ayahuaski. Może niekoniecznie pod nazwą ayahuaska, ale pod nazwą DMT, czyli substancji, która w ayahuasce się znajduje, tej aktywnej substancji. Chodzi o taki rodzaj krzewów i nie tylko, które rosną sobie w Egipcie. Jest tego naprawdę dużo. Jest jeszcze niebieska lilia, jest kilka innych substancji.
Cofając się troszkę po tych rysunkach do tyłu. To oczywiście spekulacje, jak zwykle, bo nikt z nas, tak jak powiedziałem do końca nie zdaje sobie sprawy i nie wie, co oznacza to pismo. Pewne rzeczy jesteśmy w stanie odczytać, ale pewne rzeczy nie. Nie znamy wszystkiego, nie wiemy wszystkiego na ten temat, ale rysunki są jednoznaczne. Ludzie używający magicznych roślin. I co ty na to? I ciekawa technologia, bo oczywiście mowa jest o tych wszystkich wydarzeniach, które nastąpiły w czasach, gdzie przesuwano wielkie bloki skalne. I teraz jak to wytłumaczyć? Haha. I jest to właśnie ciekawe połączenie pomiędzy, co tu dużo mówić, szamaństwem a prehistorią naszej planety.
Jak się okazuje jest to chyba jedyne działające połączenie i takie jedyne, które przetrwało, bo reszta to co? Wykoliła się na religię, na państwa, na państwowość, na politykę, na teologię. Jest w ogóle jedna taka ciekawa historia związana z takim szczepem, można powiedzieć, który postanowił zamrozić pewne szamanistyczne tradycje. Zamrozić tak konkretnie. I schować się tak przed ludzkim wzrokiem. Ale ci opowiem tą legendę. Opowiem ci, a co! Wracam do historii z szamanami, bo jest taka historia z tym szamańskim nurtem, że część z tych kolesi wykonała taką rewoltę. W paru miejscach się tak wydarzyło ponoć. Kiedyś mówiłem o Indianach Kogi, którzy wykonali taką bardzo ciekawą rewoltę, ale ja dzisiaj nie o nich, o innym, zupełnie innym miejscu.
Pewnego dnia, kiedy okazało się, że świat się zmienia. Troszkę potraktuj to jak legendę. Nie wiem, czy przypadkiem nie dodałem jakiegoś dramatyzmu swojej postaci. Pewnego dnia, kiedy stare czasy odeszły czy zaczęły odchodzić i coś się zaczęło robić z ziemią. To jest w ogóle ciekawa historia. Tu wrócę jeszcze raz do dżentelmena o nazwisku Emanuel Velikovsky, o którym wspominałem w poprzednim odcinku i poprzednim. On też mówił o przebiegunowaniu się Ziemi. O podobnych historiach mówią mity związane z początkami bytności, można powiedzieć, szamaństwa na tej planecie, że Ziemia się zmieniła. Coś się wydarzyło, tego nie wie nikt. Tak się pozmieniało, że wiadomo było, że będzie po prostu inaczej, że będzie mocno przyciągało, że będzie niebezpiecznie, że ludzie zwariują, że coś takiego się wydarzy.
I moc malała. A zapisy o tym są właściwie na każdym kontynencie. I z tej okazji wymyślono cywilizację, której zdaniem było utrzymanie mocy. Tą mocą jest informacja, dostęp do kosmosu, do kosmicznej informacji. I niektóre plemiona zrobiły taki myk, że schowały sobie tam pod spodem to całe połączenie z kosmosem, żeby nikt na zewnątrz nie widział, że oni w ogóle się tym zajmują na przykład albo coś w tym stylu. Jest taka technologia, można powiedzieć, wykonywania takich skoków i w ogóle utrzymywania na przykład grupy ludzi w kontakcie z kosmosem. Żebyś tu miał jakiś odbiornik, bo się okazuje, że z pewnych powodów nasza planeta się odizolowała zewnętrzną skorupką od kosmosu, której nic nie jest w stanie przebić ani nasza myśl, ani nic innego. I mamy bardzo poważne problemy, żeby się skomunikować z naszymi braćmi. Tak to w skrócie można opisać. Technologia polega na tym, że szkoli się osobników, takich sprytnych osobników, których zadaniem jest wykonać taki kosmiczny skok.
W niektórych kulturach jest to opisywane jako złota nić, srebrna nić życia, diamentowa nić życia. Różne nazwy. Wiadomo, o co chodzi oczywiście. Jest to ta nić, która łączy takiego podróżnika z kosmosem i on wybiera w ogóle taki job, że zajmuje się od tego momentu skokami w tył i w przód w czasie. Można powiedzieć zdecydować kaliber 44. Na tym to polega. Ten dżentelmen autentycznie zajmuje się skokami w czasie i przestrzeni. Jest takie miejsce na Ziemi, są tacy ludzie, którzy postanowili za wszelką cenę utrzymać to połączenie z kosmosem i praktykują taki numer, że ćwiczą przez lata i tam delegują się. Jeżeli dżentelmen przejdzie wszelkie możliwe próby. Jedną z ciekawych prób jest próba niejedzenia.
Ten dżentelmen musi po prostu przestać żreć, przestać żyć doczesnymi wartościami, takimi jak wiesz, chce ci się coś, to już ci się nie chce, bo już w tym momencie widzisz to z kosmicznej perspektywy. Stajesz się taki bardzo, można powiedzieć święty człowiek. No prawie że. Przepraszam bardzo, ja tu sobie popijam herbatę, dlatego tak wyciszam mikrofon. To ja sobie popiję jeszcze przez chwilę. W lesie jestem, nie? To nie będę hałasował herbatą. Żartowałem. Hałasuję, nie. Ale dokończę tą historię.
No więc wiadomo było, że taki dżentelmen musi przestać żreć i żyć doczesnymi historiami. Że nie jest to skok, który się wykonuje od razu, że trwają przygotowania przez parę lat i że ten proces po prostu musi potrwać ileś tam lat i niektórzy są do niego lepiej predysponowani, niektórzy nie. Właściwie stara wiedza, bo jest tam schowana stara szamańska wiedza. To są naprawdę szamańskie historie. Tylko że to nie są te szamańskie historie, że wiesz, koleś w przepasce piotrowej biega i krzyczy jak oszalały pośrodku wioski dookoła ogniska gdzieś nie wiadomo gdzie w dżungli. Tylko to jest troszkę inna historia, taka już poważniejsza, która za tym stoi. I konkretniejsza, wiesz? Na to wygląda. No ale tak jak mówię, traktuj to tak, jak chcesz. Może być to legenda, może być to bajka, a może być to prawda.
Nigdy nie wiadomo. No i co dalej z tymi ludźmi? No więc kiedy zauważyli, że świat się zmienia, postanowili, że najlepszą opcją będzie utrzymanie własnych organizmów, własnego ciała. Stworzenie takiej grupy ludzi, która jest żywym reaktorem, który zasila takie skoki w tył i w przód, w czasie i przestrzeni, w kosmos dla kilku takich osobników. I podczas takiego długiego treningu w ogóle przez całe życie się przygląda się dzieciom i tak dalej, i tak dalej. I jeżeli ktoś tam się zdecyduje na tą ścieżkę, to jest, że tak powiem, wtajemniczany. No i zaczyna się okres szkolenia takiego pilota doświadczalnego, bo to jest ciekawy zawód, bo oni nie są nawigatorami, oni nie są pierwszymi ani drugimi pilotami. To są tacy troszkę kamikadze. To jest taki pilot samolotów eksperymentalnych, nawet nie samolotów. To jest pilot pojazdów eksperymentalnych.
Dokładnie. No ale robi to świadomie. To jest wszystko robione świadomie. To nie jest tak, że tam ktoś kogoś oszukuje, że to w ogóle będzie jakaś ściema i tak dalej. Nie, nie, to jest wszystko robione absolutnie świadomie. Są konkretne etapy, na których się wyławia tych dżentelmenów. Czy on ma te predyspozycje, czy nie, bo to też nie chodzi o ściemę. To wiadomo, że w tym momencie taki dżentelmen rezygnuje z doczesnego życia. Zaraz ci powiem, co się w ogóle z nim dzieje. To jest niezła jazda.
No i kiedy zrezygnuje i okaże się, że potrafi usiąść na tyłku na przykład przez parę lat i on jest na przykład zakopywany albo zamykany w jakiejś jaskini. Wcale nie żartuję. I on tam sobie te parę lat jest. Później przychodzą kolesie odkopać go z tej jaskini, zasypują wejście tak, że i tak on nie wyjdzie. I albo koleś żyje, albo nie żyje. Jak koleś żyje, no to wiadomo, że przekroczył pewną barierę, można powiedzieć barierę światła i dźwięku, i potrafi podróżować w dalekie miejsca zupełnie, że tak powiem, na własnym zasilaniu i jeszcze łapać zasilanie planety Ziemia tak wireless na zasadzie, że nie on obiadek, śniadanko, kolacyjka, tylko po prostu system wireless. Zdalnie dostaje energię. No ale numer jest taki, że pan jest na takim ciężkim locie, że on właściwie ma problem z powrotem. To znaczy może nie tyle problem. On utrzymuje funkcje życiowe tutaj, a on jest tak pomiędzy światami.
I on sobie tutaj wraca i te siedem lat. Tam są takie wiesz, różne okresy. Zaczyna się od tygodnia, później trzech tygodni, później trzech miesięcy i tak dalej, i tak dalej. Coraz dłużej, coraz dłużej. Nie jest tak, że od razu koleś wchodzi i zostaje takim pilotem pojazdów eksperymentalnych, tylko trwa to przez x lat. To dopiero w tym momencie, kiedy jest gotowy. Oczywiście są sytuacje, że pilot eksperymentalny nie przeżyje, że coś jest z maszyną nie tak i kiedy panowie odkopują jaskinię, to spotykają tylko zasuszoną mumię. Bywa i tak. No ale niektórym się udaje i słuch o nich zanika. Ginie dosłownie, bo wiadomo, że są to już tacy kolesie, którzy mogą usiąść na chyba dwieście lat, a może na sto.
I legenda, która dookoła tego wszystkiego się tam plącze pod nogami, mówi jasno i wyraźnie, że clou tego całego zamieszania nie są właściwie nawet ci panowie. Oni są tylko takimi wzmacniaczami i cała ta historia, która się dzieje dookoła nich, całe te, można powiedzieć, oficjalne struktury systemów filozoficznych, które się tam kręcą przy tym temacie, są tylko i wyłącznie po to, żeby zapewniać taki support dla tych kolesi, którzy są właśnie podczas eksperymentalnych lotów połączeni tą cieniutką, złotą, srebrną, diamentową, kryształową, jakkolwiek nazwiesz linią z życiem. Oni świadomością są gdzieś w kosmosie, w innym wymiarze. W niektórych miejscach jest nazywane kronikami Akaszy. W niektórych miejscach nazywany jest Szambalą. Tylko że Szambala to jest jeszcze inna rzecz. Przekracza się granicę wymiarów i jak głosi legenda, przekraczasz ją w całości. Przechodzisz na inny wymiar z tą całą swoją fizycznością między innymi też. To jest ciekawa sprawa. A tu panowie centralnie wystrzeliwują się głową w kosmos.
Ich ciało jest fizycznie gdzieś, siedzi sobie na kamyku, nie wiadomo gdzie, gdzieś schowane, a oni podróżują dookoła. I to, co robią, to jest transmitowanie informacji. Oni tworzą coś w rodzaju takiego biologicznego interfejsu z całym kosmosem, z tą całą wiedzą kosmosu. Ponieważ dżentelmen składa się dokładnie z tego samego, z czego składa się każdy inny dżentelmen oraz lady na tej planecie. Dokładnie z tych samych molekuł, tych samych atomów, tych samych substancji, tych samych neutronów, protonów i atomów oraz garści elektronów. To automatycznie emisja tych informacji, które on streamuje, to jest jak antena, która ściąga wszystko na ziemię, rozchodzi się dookoła. Jeżeli on jest w takim stanie i oni w ogóle ćwiczą pewne specjalne stany emocjonalno-medytacyjne, emocjonalne właściwie. Numer polega na tym, że jeżeli jesteś zatopiony w konkretnej emocji, to w tym momencie łapiesz połączenie wireless z dżentelmenem, który jest out of space. The Prodigy. To powinno dzisiaj polecieć.
„Out of Space”. Stanowisz niejako źródło zasilania dla tego dżentelmena. I zasilania, i odbierania zasilania od niego. Łączysz się w taką strukturę, taką sieć, niewidoczną sieć połączeń. Jak internet. Dokładnie. Tylko że wszystko na zasadzie wireless. Tak jak komputery w domu, które używają właśnie takiego bezprzewodowego modemu. I temu służy ta struktura. Cała ta historia, która jest tam zorganizowana dookoła, że ludzie siedzą, zbierają odpowiednią emocję dookoła.
To jest taki mościk, połączenie pomiędzy tym dżentelmenem a całą resztą. I oni tam siedzą i utrzymują ten stan. Utrzymują odpowiednie pole, bo to inaczej nie jest nazywane. Jest do tego specjalna terminologia, którą oni tam sobie uknuli. Wszystkie te teologiczne święte pisma i tak dalej, zbierane. Tam jest dosyć dużo tego wszystkiego, ale pod spodem jest taka szamańska historia, że jest pilot maszyny eksperymentalnej. Pilot ma za zadanie przynieść informacje z kosmosu i wyrównać tą nierównowagę, która panuje po tym, jak ruch Ziemi został zakłócony podczas jakiegoś wydarzenia, które było ostatnim bardzo ważnym wydarzeniem. I po to, żeby wszyscy przeżyli i nie zwariowali do końca, ta informacja musi być podana na Ziemię, przekazana przez jakikolwiek rodzaj nadajnika. A najlepszy nadajnik do streamowania tej informacji to jest nadajnik organiczny. Drzewo to robi, wszystko to robi, ale człowiek zwariował troszeczkę i człowiek potrzebuje nadajnika, który pasuje do niego.
To jest ten kluczyk, który pasuje dokładnie do tego jednego gniazdka. Na dodatek jeszcze idealnie pasuje razem z długim 200-cyfrowym szyfrem. Zawsze idealnie. I ci dżentelmeni sprowadzają tutaj taki set informacji. Ale numer polega na tym, że właściwie jest tam kilku, którzy są tacy najważniejsi, bardzo długo zawieszeni w tej podróży. I jest taka legenda, kolejna z legend, które się tam plączą pod nogami, która mówi bardzo jasno i wyraźnie, że pierwsze podróże zaczęły się od spotkania braci. Że bracia zostawili im kawałek technologii, o którym oni nie mówią. To jest bardzo niewielki kawałek technologii. Ten kawałek technologii pozwala podróżować pomiędzy wymiarami, pozwala streamować informacje. Wyobraź sobie na przykład taki magiczny kocyk.
Dosłownie. Na przykład rozmiarów dwa na dwa metry. Taki cieniutki kocyk, taką narzutę utkaną na przykład z jedwabiu w różne kolorowe wzorki, ale utkaną taką jakością, jakiej w życiu na oczy nie widziałeś. Wyobraź sobie takie cudo, troszkę jak z opowieści gdzieś z krajów Arabii. Cuda z tajemniczych skarbców, magiczne przedmioty. W krajach arabskich zostało bardzo dużo legend i bajek dla dzieci, które są oparte właśnie na tym archetypie, że gdzieś ktoś tam w sejfie ma kawałek technologii, magicznej technologii, latający dywan. Wiesz, o co chodzi. Wszystkie tego typu wynalazki i tam sobie trzyma, troszkę, ale zawsze jest więcej niż mniej. No i tu jest dokładnie ta sama historia, że jest kawałek technologii, specjalna narzuta, cokolwiek, która robi coś takiego, że ty jesteś w stanie się połączyć z kosmosem. Ty jesteś w stanie w ogóle przesiedzieć sobie tak przykryty tą narzutą, w ogóle niewidoczny dla...
No, może widoczny dla świata, ale przesiedzieć sobie tak tysiąc lat, że stanowi stałe połączenie z kosmosem i to pozwala ci utrzymać jednocześnie swoje fizyczne ciało dokładnie tu na ziemi. Czyli na przykład wyobraź sobie, że sobie siedzisz na środku podłogi i sobie tam siedzisz. Zasuszony taki sobie siedzisz. Mija 100, 200 lat. Ale numer polega na tym, że ty właściwie jesteś tutaj, ale oprócz tego właściwie jesteś jeszcze w kosmosie. Widzisz siebie z zewnątrz tutaj, widzisz wszystkie te rzeczy, ale ty właściwie jesteś gdzie indziej. I historia polega na tym, że trzeba o ciebie dbać. I po to jest ustanowiony cały ten ruch, całe to zamieszanie dookoła, że tak powiem, ta cicha przykrywka, która pozwala to troszkę tak zadymić, żeby tam nikt nie zaglądał za tą kurtynę, co tam się dalej dzieje, że to chodzi o te połączenia na przykład z kosmosem. Taka legenda. I z tej okazji właśnie, że jest to tak sprytnie schowane, nikt się za bardzo nie domyśla.
Kilku ludzi o tym wie. Tam były polowania na tych na przykład najdłużej medytujących, którzy właśnie są takimi przekaźnikami informacji, bo oni są do pewnego stopnia bardzo łatwi do złapania, ponieważ nie mogą się zwyczajnie ruszać. I żeby taki delikwent został przeniesiony, potrzebuje pomocy specjalnych dżentelmenów, którzy mają specjalny stan emocjonalny, który nie zakłóca tego dżentelmena, który właśnie medytuje, który ma centralny lot. Ponieważ dotknięcie przez nieodpowiedniego człowieka mogłoby spowodować, że facet się rozsypie w pył. Tak zwyczajnie. Różnica energii pomiędzy jednym a drugim. Takie ponoć cuda się dzieją. Nie wiem, nigdy tego nie widziałem na swoje własne oczy. To, co ci mówię, może być bajką, może być legendą, może być też prawdą. To zostawiam już do twojej własnej dyspozycji.
W każdym razie właściwi ludzie muszą przenosić ten żywy reaktor. I teraz sobie skojarz historię z Arką Przymierza. Przecież kto miał przenosić Arkę Przymierza? I wiadomo było, że chłopaki nie przeżyją. To nawet jest zapisane w tych pokręconych książkach zwanych biblijnymi opowieściami zdaje się. Wiadomo było, że chłopaki nie pociągną zbyt długo po noszeniu takiego urządzenia. Ale podobna historia. Tu jest trochę tak, że chłopaki żyją doskonale, nie mają problemu z tym, że schodzą przed czasem, ale też muszą mieć odpowiednią kondycję, żeby przenieść ten żywy reaktor, który jest cały czas w stanie medytacji. Ciekawa historia. Nie wiem, czy kojarzysz, ale jak sobie poszperasz w internecie, to znajdziesz na przykład ciekawostki na temat buddyzmu.
Ciekawostka numer jeden: prześwietlanie takiej statuetki Buddy naturalnych rozmiarów pokrytej złotem i prześwietlanie, czy właściwie jest złota, czy coś tam jest, bo okazało się, że właściwie jej waga jest troszeczkę inna, niż powinna być. I właściwie wszyscy się zastanawiali, o co chodzi, czy jest pusta w środku, co tam jest, bo czasami są schowane różne pisma, różne dziwne rzeczy. Podejrzewano bardzo wiele historii. Po prześwietleniu okazało się, że jest tam zmumifikowane ciało jakiegoś mnicha. I don't know. Może to był właśnie taki pilot pojazdów eksperymentalnych. Kto to wie? Wspomniałem o tym, że są tacy dżentelmeni, którzy są żywymi reaktorami, a jest to bardzo dziwne połączenie. Jest to bezpośrednie połączenie z kosmosem. Przynajmniej tak mówią stare legendy.
Bajki tudzież prawda. Kto to wie? I jest tu jedna ciekawa rzecz, bo jak wspomniałem, że są szukani z tego właśnie powodu, że są połączeniem, ale właściwie może nie tyle ze względu na samych siebie są szukani, ile ponoć ze względu na to, że część z nich, tych najważniejszych reaktorów, to w skrócie powiem, odhumanizuje te postacie. Zwyczajnie rzecz biorąc używają kosmicznej technologii, mają przy sobie pewne rzeczy, które nie pochodzą z tej planety. I tak naprawdę to polowanie nigdy nie było na nich, tylko polowaniem na dokładnie te rzeczy, które tu dostały. I oni dzięki temu, że są w posiadaniu tych rzeczy, utrzymują sobie swobodnie to połączenie, jakby tuningują sobie rzeczywistość dookoła siebie. Są tacy troszkę niewidoczni w tym, co robią. Jest dużo opowieści na ten temat i to są bardzo ciekawe opowieści. Jeżeli się, że tak powiem, przeczołgasz przez te wszystkie szamańskie historie na całym świecie, na całym globie, to praktycznie historie o tym skoku w kosmos znajdziesz wszędzie i w dosyć konkretnym kontekście, że jest to właściwie tymczasowa historia. Jest to technika związana z tym, żeby utrzymać moment stabilizacji do czasu, kiedy wrócą bracia z kosmosu.
I że to wszystko to jest coś, co dawno już było, że właśnie to jest to, na czym chodzi cały świat, na czym chodzi cały kosmos i tak dalej, i tak dalej. Słynna historia kolesi w dzikich dżunglach, którzy czasami robią taki numer przy takich turystach białych, co tam przyjeżdżają i udają, że są tacy twardzi, hardzi wiesz, i razem z nimi w tej dżungli będą mieszkali po to, żeby porobić troszeczkę zdjęć do National Geographic i sprzedać za you know big money. Czy jakoś tak. Na tym polega cała ściema. To tacy poszukiwacze kauczuku. Tylko że teraz polują z nowymi aparatami fotograficznymi i polują na takie dobre strzały, za które coś im stuknie dobrą gotówkę i napiszą o tym jeszcze książkę. O tym, jak ciężko było w dżungli, jak robaki ich pogryzły, jak napili się ayahuaski. Wiesz, o co chodzi. Wszystkie te podróżnicze historie. Świat się teraz roi od tych historii podróżniczych i każdy wymyśla, że doskonale wie, o czym mówi szaman.
A najlepszy numer polega na tym, że rzadko kiedy którykolwiek z tych kolesi zna lokalny język. Oni się dogadują tam ściapkami, oszczepkami, obcinkami, skrawkami hiszpańskiego. Ale jest taka sztuczka, którą robi bardzo wielu tak zwanych szamanów w dżungli. To jest historia związana nie tylko w dżungli, bo też jest robione w Azji, jest robione w kilku innych miejscach, w Afryce też, w Australii, w Indonezji. Na czym polega? Sztuczka polega na sprawdzaniu, jaka będzie pogoda. No więc dżentelmen, który sobie mieszka w takiej dżungli albo w takich leśnych odstępach, bierze sobie kawałek kijka z drzewa, robi sobie kółeczko, podchodzi sobie do strumyka, otacza kawałek wody tym, kładzie sobie to kółeczko na wodzie tak, żeby nie mieć tam wzburzonej fali i używa tego jako lusterka. I patrzy się w niebo. I jak głoszą legendy, opowieści i takie tam, łączy się mentalnie. Słuchaj, uwierz mi, musisz uwierzyć mi na słowo w tym momencie.
Łączy się mentalnie z niebem. Otóż to. I on musi mieć tylko ten niezakłócony obraz na zasadzie naturalnego lusterka. I on używa do tego wody specjalnie, bo woda to jest ten sam duch, który jest na niebie. To jest połączenie tych duchów, taka historia. I on musi to kółeczko sobie tam położyć i popatrzeć sobie w tą wodę, w odbicie wody na niebie, czyli chmury na niebie, które się odbija w wodzie, która płynie pod nogami, właściwie w strumyku. Jak sobie tak popatrzy, to nagle się okazuje, że jego trafienia pogodowe są idealne, a nigdy nie ma tak, żeby jakąś wioskę wzięło i zmyło po prostu z brzegów. To, że zmyło całą wioskę albo pół miasteczka, zdarza się raczej w cywilizacji zachodniej, gdzie powodzie nękają mieszkańców dolin tuż przy górach. Czy jakoś tak, bo sobie tam pobudowali domy, także raczej w dżungli się to nie zdarza. No, nie wiem, czy jest to wina tego, że kolesie doskonale wróżą pogodę, czy nie.
W każdym razie takie proste historie, że oni sobie używają tego do komunikacji i to na przykład jak Indianie w ogóle Hopi i nie tylko Hopi, bo u Hopi zostało to troszeczkę lepiej zachowane z tego powodu, że przez moment im trochę odpuszczono, bo używano ich jako żołnierzy podczas II wojny światowej. Okazało się, że Indianie Hopi mają nieprzeciętny język, którego nie kuma nikt na świecie. Nikt za wyjątkiem Indian Hopi. Brano ich na takich specjalistów do oddziałów specjalnych podczas II wojny światowej, do komunikacji. Indianie Hopi rozmawiali ze sobą po indiańsku na tych krótkofalówkach i żaden wróg nie był w stanie skumać, o czym ci ludzie mówią. Polowano tych Indian Hopi z tego powodu, że znali ten język Hopi. W każdym razie dzięki temu zapłacili dużą cenę, bo próbowano ich ucywilizować i tak dalej, ale szybko wcisnęli się w angielski i część tych opowieści została utrwalona właśnie w angielskim, dzięki czemu nie zniknęły raz i na zawsze, tak jak większość indiańskich opowieści z Ameryki Północnej. Tam jest dużo nawiązań do takiego załatwiania spraw, że ty sobie wychodzisz na pole, duże pole, pustynia, nic nie pada. Bierzesz sobie trzy kamyki czy cztery kamyki, bierzesz patyczek albo cholera wie co. Dosłownie kilka rzeczy.
Otwierasz swój magiczny woreczek, wyciągasz nasionka magicznej rośliny, cokolwiek. Robisz z tego jakąś konstrukcję na ziemi. To jest twój reaktor. I tam siedzisz, koncentrujesz swoją myśl konkretnie, łączysz się z czymś, z jakimś duchem. Tam generalnie zawsze jest powiedziane dosyć bezpośrednio, że w tym momencie człowiek łączy się z duchami. Nigdy nie ma jednego ducha, jest z duchami. Zawsze jest taki konkrecik. Łączysz się z duchami i wzywasz duchy na pomoc. Jakkolwiek to brzmi w dzisiejszych czasach dla człowieka, który wsiada do windy, naciska przycisk i jedzie na konkretne piętro. Trochę inny świat.
Tam po prostu siadasz na podłodze i właściwie trzeba było wymyślić sobie, że wciskasz guzik na konkretne piętro i ty podlatujesz na to konkretne piętro. Tak musiałoby to wyglądać w naszej cywilizacji. Niemniej Indianie robili takie sztuczki na przykład z pogodą. To normalny numer, że on sobie siada i sobie tak siedzi przez pół dnia albo krócej, albo dłużej. I don't know. Nigdy tego nie widziałem na własne oczy, ale wiem, że takie historie istnieją, bo opowiadano mi to z pierwszej ręki. W każdym razie dżentelmen sobie siada, wyrzuca te wszystkie rzeczy przed sobą, sobie posiedzi i po chwili spada deszcz. Po chwili dłuższej lub krótszej. Mniejsza o to, ale po prostu człowiek sobie siada, posiedzi chwilę i deszcz spada albo pogoda się zmienia. I dżentelmeni na jakiś czas, kiedy potrzebują, potrafią sobie stuningować warunki pogodowe.
Nie robią tego non stop, tylko i wyłącznie na parę chwil. Zresztą co tu dużo mówić. Wydarzył się taki przypadek w niemieckiej telewizji chyba RDF, zdaje się, która dostała zgłoszenie z Malezji, że jest dżentelmen, który robi niesamowite rzeczy i nie jest iluzjonistą. Robi to dziwnymi mocami. Telewizja RDF, jakaś taka poważna niemiecka telewizja, pojechała do tej Malezji. Polecieli, wzięli kamery, wzięli sprzęt i poprosili go o pokazy. Dżentelmen akurat zajmował się leczeniem głównie ludzi i tam był znany przez wszystkich w wiosce, że leczy dosłownie ze wszystkiego. Przykłada ręce i robi z tobą wszystko, cokolwiek trzeba i jesteś jak nowonarodzony. Dżentelmen jest uczniem pewnej starej wiedzy starych mistrzów, jak to określił. Nic więcej nie powiedział.
Nam powiedział, że ma mistrza i tak dalej, ale nigdy nie powiedział nic więcej, tylko tyle, że jest to stara wiedza, która dalej jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Tylko my o tym nie wiemy. Tylko jeden dżentelmen teraz wyskoczył i poproszono go o kilka sztuczek. Pokazał taką sztuczkę, jak rękami, bez żadnych zapałek rozpala gazetę. I to nakręcono. Dżentelmenowi przyniosło to dosyć dużo problemów. Został wykluczony z tego kręgu ludzi, że tak powiem, wtajemniczonych, którzy go uczyli. Został wykluczony, skrzyczany i zniknął. Po prostu kazano mu zniknąć i nie pokazywać się nikomu już więcej, nie pokazywać żadnych sztuczek. To jest ukryta, tajemnicza wiedza.
W cudzysłowie tajemnicza. My mamy o tym nie wiedzieć, że coś takiego jest możliwe, bo to pobudza wyobraźnię zbyt mocno. Trzymaniem tej wiedzy zajmowali się właściwie ludzie, których my lubimy w dzisiejszych czasach nazywać szamanami. Nic więcej. Na to wygląda, że to była taka ewolucja po drodze. Nie wiem, czy jest to związane z trzymaniem wiedzy takim, jak się wydarzyło w Europie. W Europie podobna historia z alchemikami. Przecież kim był alchemik? To był taki zalegalizowany szaman. Bo ta szamanka, która mieszkała w lesie, leczyła za darmo, to szła z dymem.
A ten, kto siedział na dworze i potrafił tym szamańskim rytuałem tak zwanym albo wyleczyć króla i jeszcze na dodatek wyprodukować kawałek złota, ten był cennym cwaniakiem, który miał medal, ordery i sławę. Taka historia. Nasza cywilizacja dosyć brutalnie się obeszła z nami samymi, z człowieczeństwem, które w sobie nosimy ponoć. Nasza cywilizacja nie zauważyła tego człowieczeństwa, ale w Europie dalej ta tradycja została hermetycznych szkół. Tylko że tu posłużyło to władzy, żeby się jeszcze bardziej, że tak powiem, usadowiła na tym tronie, żeby jeszcze mocniej kontrolować wszystkie rzeczy dookoła i żeby wszyscy dookoła byli jeszcze większymi głupkami. Tak się skończyło w Europie. To właśnie jest powstanie tych wszystkich zakonów, krzyżowców, zakonów takich, maltańskich, siakich i owakich. To są zakony, które trzymają kawałki starej wiedzy i to konkretne kawałki, może niepowiązane ze sobą i nieszkodliwe w taki sposób, w jaki sobie wyobrażamy czasami. Niemniej są to kawałki starożytnej alchemicznej wiedzy, przynajmniej najczęściej w Europie, z tego, co ja się dowiedziałem. Te kawałki wiedzy są bardzo mocno związane z czymś, co w dzisiejszych czasach nazywa się fizyką nuklearną i to bardzo mocno związane.
Okazuje się, że są takie moce poniżej tych radioaktywnych i nagle wszystko zaczyna się zgadzać. Zresztą słynna historia z III Rzeszą. Gdzie wybierali się chłopcy z III Rzeszy? Po wiedzę. Legenda, nawet nie legenda, bo przecież są dokumenty na to. To nie jest wymyślone, że tak powiem, wyssane z palca. To jest autentyczna sprawa, która się wydarzyła w czasach III Rzeszy, że specjaliści od silników rakietowych, od wynalazczości, od różnych dziwnych rzeczy, można powiedzieć nowoczesnych technologii, wtedy wybrali się na wyprawę właśnie do Tybetu w poszukiwaniu owych szamańskich tradycji, a dokładnie to przejścia do królestwa Szambala i pozyskania właśnie tajemniczej technologii, która być może tam została po naszych braciach z kosmosu. Tak, znana historia o wyprawie nazistów do Szambali i poszukiwaniach. Przywieźli troszeczkę materiału. Część z tego nawet była we Wrocławiu, w Instytucie Wschodnim, coś tam Historii Wschodu, czy jakoś tak.
Dokumenty nigdy się nie odnalazły po drugiej wojnie światowej. Tajemnicza historia. Wielu ludzi do dzisiaj świdruje temat, drąży, sprawdza, bo to oczywiście krąży dookoła. Niby taka globalna historia, ale lokalnie po polsku. I bardzo dobrze. W każdym razie też szukano tej wiedzy. To jest normalne chyba dla każdego etapu, każdej w cudzysłowie można powiedzieć cywilizacji, każdej takiej dziwnej kultury, która ciągle poszukuje technologii, bo sama nie ma własnej. To samo się działo wcześniej, w czasach średniowiecza. Przecież alchemicy to dokładnie takie wynajęte strzelce, że tak powiem, wolne, które potrafią robić więcej niż normalny naukowiec, który wierzy w Boga. Ten alchemik już nie wierzy w Boga.
Ten alchemik wierzy w wiedzę. On już zna siły i procesy w naturze. Dzięki temu, zamiast w takiej sytuacji, kiedy król zachorował albo za mało złota w skarbcu, albo coś takiego, rozłożyć ręce i powiedzieć: „Musimy się teraz pomodlić do Pana”. Taki alchemik zakasuje rękawy i mówi: „Dobra, za tydzień będzie gotowe”. I na tym ta różnica polega. Na wiedzy, a nie na wierze. I tacy ludzie istnieli. I wiadomo, że jest to spuścizna starożytnej wiedzy. Wiadomo, że pochodzi w europejskim przypadku z Egiptu. Wiadomo, że pochodzi z tłumaczeń nie hebrajskiego.
Nie, tłumaczenia z hebrajskiego pochodzą z arabskiego. To w języku arabskim zostały zapisane gdzieś tam w Afryce, po tych strasznych pożogach Biblioteki Aleksandryjskiej. Część tych manuskryptów gdzieś tam pozostała. Słynna mapa Piri Reisa, która pokazuje kontynenty przed zlodowaceniem z inną w ogóle zupełnie linią brzegową spod lodowca, który ma dwa kilometry aktualnie. Także słynna historia. Jak oni to zrobili? Słynna historia z kosmosem. Także ta historia szamańska ma troszkę takich, można powiedzieć nawet sporo aspektów, które bardzo mocno łączą się z jedną rzeczą. Czy chcemy, czy nie, z przeszłością tej planety, z przeszłością cywilizacji. I w tych szamańskich historiach to, co wspomniałem o Indianach Hopi, to właśnie konkluzja tego wszystkiego.
A na temat Indian Hopi może nie taka końcowa, bo jeszcze pewnie o nich wspomnę nie raz. Ale Indianie Hopi mówią, że żyjemy w tym momencie w przejściu pomiędzy cywilizacją, że starożytna wiedza musi zostać zagubiona, żeby się odnalazła, że to jest część cyklu. I to jest właśnie ten cykl już po konkretnej cywilizacji, gdzie jesteśmy już down, wyrównani po prostu. Zresztą rozejrzyj się dookoła. Ja miałem spotkanie towarzyskie w tym tygodniu. Ja mam taki cwal numer na znikanie z takich imprez, gdzie zaczyna się mówić o polityce, gazetach, telewizji i tak dalej. Mówię, że wiesz, wychodzę na chwilę zapalić. Wychodzę sobie raz, później drugi raz. Za każdym razem to wyjście jest dłuższe. Za trzecim razem mówię nara i wychodzę i znikam.
W każdym razie, kiedy przyszedłem po raz trzeci, żeby już tak się wycofać klasycznym angielskim wyjściem, to usłyszałem opowieści o jakiejś imprezie rozdawania nagród za jakiś film, jakimś skandalu, bo ktoś nie tak tą kopertę otworzył. I ludzie tym żyją, słuchaj. Ja byłem w XXI wieku, tu i teraz, w tym tygodniu na spotkaniu dorosłych ludzi, którzy mają swoje własne dorosłe życie i słuchaj, ich życie ogranicza się do tego, co zobaczą w telewizji. Zabawne, prawda? Bardzo zabawne. Życie szamana nie jest ograniczone do tego, co się widzi w telewizji. Właściwie ciężko powiedzieć, żeby był szamanem jakimkolwiek, bo właściwie mamy tu do czynienia z kilkoma rolami, w ogóle kilkoma funkcjami. W tych tajemniczych strukturach, można powiedzieć, które zostały gdzieś ukryte na świecie. Nie mówię o Europie, nie mówię o alchemikach. Dalej funkcjonuje ponoć, jak głoszą legendy, ta technologia w jakimś tam konkretnym wymiarze do utrzymywania komunikacji z kosmosem.
I są tam wyspecjalizowane, że tak powiem, jednostki takich samodzielnych skoczków w kosmos, które obsługują tą komunikację i wykorzystują do tego właśnie część tej technologii. Kolejna, gdzie właściwie ta wiedza stała się hermetyczną wiedzą, czyli taką zakazaną, praktykowaną tylko przez wąskie grupy, głównie zakony. No bo wiedza rządzi światem, czy chcemy, czy nie. Nie złoto, ale wiedza, skąd wziąć złoto, jak je wyprodukować i co z nim zrobić, kiedy już będziemy mieli go w bród. To wiedza na temat złota, a nie złoto samo w sobie. To z każdą rzeczą jest dokładnie tak samo, że to wiedza, a nie rzecz sama w sobie, tylko wiedza, jak użyć to zjawisko, jak je wykorzystać. I w Europie zostało to zakopane właśnie po to, żeby złapać gdzieś taką sytuację dominacji nad wszystkimi. No i się udało, no bo Rothschild dominuje. Jak prapradziadek Rothschildów wyprodukował to złoto, no to tak do dzisiaj rodzinka całkiem nieźle wszędzie jest właścicielem banku, właścicielem Anglii, kilku innych miejsc i kilka rodzin na świecie całkiem dobrze z tego żyje. Także do dzisiaj ta alchemia gdzieś tam jest.
I widzisz, w Europie to poszło troszkę takim krzywym torem, jakby zapomniano o prawie wszystkim. Skomercjalizowano do cna wszystko, co się działo i w efekcie czego masa wiedzy została zapomniana. Bo chyba zabrakło tego czegoś, co tam mają kolesie do przenoszenia reaktorów, że oni to robią w głowach. Oni mają taką specjalną kondycję, można powiedzieć, emocjonalną w głowie i dzięki temu są jak ci kolesie od przenoszenia arki gdzieś tam opisani, że musiał specjalnie mieć wyczyszczoną głowę, nie mieć złych myśli w głowie, nie mieć nienawiści, być takim bardzo porządnym, że tak powiem. Nieporządny człowiek nie mógł się dotknąć do tej technologii. No i dokładnie tutaj jest ta sama historia. No i teraz mamy taką alchemiczną historię w Europie, która poszła bardzo dziwnym tropem. Takim, żeby zapewnić każdemu możnowładcy tego świata skorzystanie z tej technologii, jednocześnie nie dotykając jej. Czyli wszystkie odkrycia naukowe zaczęto chować i zaczęła się ta zabawa z patentami, z dominacją. Wiedza na temat jak długo i zdrowo żyć, bo przecież każdy chciałby być nieśmiertelny z tych władców.
Przecież nie po to gromadził te bogactwa. I tak dalej. Także tu się stało coś zupełnie takiego toksycznego w tym miejscu. Korzenie wszędzie sprowadzają nas. Jeżeli nawet sięgniemy do korzeni alchemicznej Europy, to tam ciągle jest cień końca świata, który nadchodzi. Tak jest to opisywane. Europejska wersja jest zawsze taka dramatyczna: smoki, koniec świata, piekło. Odjechali kolesie na maksa pod tym względem, gorzej być nie mogło. Mieli zamiłowanie do horrorów. Nic na to nie poradzimy.
W każdym razie gdzieś z tych horrorów, jak sobie obgolisz je z tej całej scenografii horrorystycznej, tryskającej krwi, masakry mechaniczną piłą w wykonaniu Nostradamusa, to zobaczysz, że jest mowa o tym samym momencie. Momencie przejściowym, momencie, gdzie wiedza została zgubiona i jeszcze będzie moment zamieszania, moment pożogi i odrodzi się jak feniks z popiołów. Właściwie każdy z tych wielkich astrologów, astronomów, alchemików, bo to poprawna nazwa, czy to był Nostradamus, czy ktokolwiek inny, czy John Dee. Nie wszyscy publikowali i nie wszystkie publikacje trafiły na światło dzienne, do naszych oczu i uszu, tak jak Nostradamusa. Wielu kolesi, którzy istnieli wtedy i robili bardzo ciekawe rzeczy, w ogóle nie trafiło na żadne tłumaczenia i nigdy nie zostało ponownie odkrytych, ponieważ w swoich czasach już byli dżentelmenami dbającymi o swoją prywatność i starali się nic nie publikować. Ponieważ mieli kluczyk do niesamowitych możliwości i od tego zależało czasami ich życie. Jeżeli okazałoby się, że patent przeszedł na kogoś innego, to ktoś mógłby skrócić komuś głowę i pozbawić sukcesu do końca życia. A tak dzięki temu mieli zapewnioną pozycję do końca swoich dni na dworze czy gdziekolwiek indziej, w biznesie. Do dzisiaj się korzysta z wielu takich sztuczek. Teraz jest ciągle próba znalezienia interfejsu, który będzie obsługiwał kompleksowo ludzkie życie.
W sensie wszystkie zachowania. Wyobraź sobie robota, który jest w stanie zebrać skarpetki z twojego dywanu. Zawsze pamiętam, może nie zawsze, od momentu, kiedy usłyszałem zdanie Terrence'a McKenna na temat współczesnej cywilizacji, że to jest fenomen, że kolesie siedzą i wydają miliony dolarów, jakieś pięć bilionów dolarów. Tysiące facetów w białych kitlach, inżynierów biega, żeby wymyślić robota, który w przeciągu dwóch minut zbiera twoje brudne skarpetki w pokoju. A wpuść pięcioletnie dziecko i poproś go o to samo. Rozumiesz? Nie ma w ogóle konkurencji. Ale ciągle jest taka historia, że te substancje związane z szamanami są dokładnie tym, czym dla technologów w czasach Trzeciej Rzeszy były wyprawy do Tybetu. To jest kawałek technologii, z której chcą skorzystać, bo wiadomo, że to jest z tym związane. Teraz jest szukanie przez bardzo ciekawe fundacje bardzo ciekawych zjawisk, które są związane z szamanami.
Chyba największe zainteresowanie tak zwanym szamanizmem, jeżeli tak moglibyśmy to określić ze strony poważnych, uznających się za duże organizacji, które się tym interesują, to oczywiście Rockefeller Foundation, Smithsonian Institute, kilka uniwersytetów, które są powiązane właśnie z Fundacją Rockefellera, z Fundacją Rothschildów, z badaniami kodu DNA. To jest badanie tego, jak daleko możemy z punktu widzenia materii, czyli mało organicznej sytuacji, to jest ten numer, że wsiadamy do windy, naciskamy na przykład piąte piętro i jedziemy na piąte piętro. Jak skorzystać z tych mocy, żeby już nie trzeba było budować windy, tylko być jak ten szaman, który sobie usiądzie, wyrzuci 10 kamyków, pięć przesunie do przodu i podniesie się na wysokość piątego piętra. To jest coś, za czym się wszyscy teraz uganiają. Właściwie nie od teraz. Uganiają się od 100 lat za tym, żeby znaleźć wytrych do tych magicznych mocy, ale wytrych, który będzie można kontrolować. Jak na razie jedyną opcją kontroli jest tak zwany operator systemu. Jest tak zwany nawigator. Nawigator nawiguje całym systemem. Od niego zależy jego skuteczność.
Ale nawigator jest człowiekiem, nawigator jest żywą istotą. I tu jest problem, i to taki dosyć poważny dla wielu ludzi natury moralnej, ponieważ moce, które są, jak mówią legendy, schowane w rękach nawigatora, są tak potężnymi narzędziami, że mogłyby potencjalnie zgładzić niejednego władcę. Taka historia. Uratować mu życie, cokolwiek zrobić. Ale pytanie jest, jak teraz przenieść te moce i w ogóle czym są te moce, jak są wytwarzane? Bo to też jest taka dla wielu tajemnica. Chociaż nie do końca. Już powoli ogarniamy ten temat cywilizacyjnie, w cudzysłowie. Czyli chyba nadchodzi nowa cywilizacja, skoro odkrywamy to ponownie, bo to jest ta stara wiedza, która została zapisana. Właśnie ta stara wiedza, wszystkie te kawałki nawet alchemicznych zapisków ze średniowiecznej Europy o tym mówią, że alchemik jest częścią swojego procesu.
Wróćmy do arabskich oryginalnych zapisów. Zresztą skąd się wzięła cała nauka w Europie? Dokładnie wzięła się z zapisów w języku arabskim. Dokładnie stąd, gdzie też są wszystkie te historie. Alchemia w krajach Maghrebu też była popularną rzeczą. Zresztą była to normalna nauka. Tylko że nie mamy żadnych dokumentów, żeby sprawdzić, jak to wyglądało troszkę dawniej, bo wszystko się później rozmywa. Powstają te wszystkie duże ruchy religijne i jest poważne zamieszanie. Wiadomo, że mamy ten Egipt, wiadomo, że mamy Meksyk, wiadomo, że mamy kilka innych rzeczy. Ciekawostka à propos Meksyku czy Ameryki Południowej.
Właściwie do końca nie wiadomo, chociaż oczywiście można spekulować. W muzeum jest przy opisie akurat taka spekulacja. Można to ubliżyć muzeum, bo jest takie urządzenie. Właściwie są dwa takie urządzenia w dwóch muzeach, o ile dobrze pamiętam. Jest takie specjalne czarne lusterko zrobione z oksydianu Bardzo ciekawa rzecz. Używana, jak głosi legenda. Lusterko, przepraszam, nie używana. Lusterko było używane do przewidywania przyszłości i widzenia na odległość. My to dzisiaj nazywamy w żargonie tajnych wojskowych służb remote viewing, czyli widzenie na odległość, że są takie grupy ludzi, które się spotykają, siadają i mają za zadanie wypatrzyć wyrzutnie rakiet gdzieś na drugim końcu świata i to określić jakoś na mapie. I się ponoć udaje.
Nie wiem, nigdy nie dostałem do ręki takich poważnych badań na ten temat. Znaczy dostałem, robione takie przez NASA, bo one były ogólnie dostępne na internecie przez jakiś czas, można było sobie poczytać i okazuje się, że skuteczność tego połączenia, tego rodzaju komunikacji, która była badana pomiędzy bazą orbitalną, na której byli kosmonauci a ekipą, która siedziała na Ziemi, jest potężna. Wynosi około 70%. To trochę tak, jakbyś miał zdanie albo całą stronę książki i z tej strony książki gubisz tylko 30% tekstu. Czyli 70% tekstu dociera. To nie jest źle, porównując do czasu pierwszego telegrafu. To nie ma w ogóle porównania, bo tam czasami trzeba było jednego dnia, żeby przesłać jedno słowo albo nawet tygodnia. Czasami tak się zdarzało. Tutaj sobie ludzie siedzą na Ziemi, myślą i sobie ludzie siedzą na stacji orbitalnej i myślą. Takie same eksperymenty robili Rosjanie.
Wiadomo, że to działa. Nie jest to żadnym, że tak powiem, wynalazkiem takim science fiction. Jest coś takiego jak remote viewing. I tu się okazuje, że wracamy do szamanów, do nawigatorów, którzy sobie mieszkają w różnych dziwnych miejscach, żyją sobie zupełnie inną kulturą i mają nieprzeciętne właściwości, umiejętności nawigowania po dowolnym kosmosie, bywania gdziekolwiek chcą, odczytywania dowolnych informacji, które tylko sobie zapragną odczytać. Tylko że problem z nimi polega na tym, że nie chcą robić tego dla pieniędzy, nie chcą robić tego dla wojny. Mają swoje bardzo mocne moralne zasady, które mówią jasno i wyraźnie, że wszystkie zdolności, które mają, mają służyć dobru ludzkości. Zresztą na tym polegała ta historia z dżentelmenem właśnie w Indonezji, zdaje się. Tam, gdzie pojechała ta niemiecka telewizja. Po prostu został za to skrzyczany, że pokazał te wszystkie rzeczy jak taka cyrkowa małpa. A to są rzeczy, które mają służyć ludzkości do leczenia ludzi, do stawiania ich na nogi, a nie do zabawiania.
I tak został zrugany przez Radę Starszych, która zarządza tą wiedzą. Nikt do końca z nas nie wie, jak daleko sięga ta wiedza. Są bardzo ciekawe opowieści z Indii, ale takie bardzo egzotyczne dla nas w Europie. Dla części z nas podejrzewam, które mówią o ludziach, którzy się unoszą bez problemu nad ziemią. Są takie opowieści z Tybetu. Zresztą jeżeli cofniemy się dokładnie o 100 lat do tyłu, troszkę dawniej, do czasów Marii Curie-Skłodowskiej, genialnej kobiety, która zmieniła kawał nauki. Teraz odkrywam powoli właśnie pracę Marii Curie. Jestem pod wrażeniem geniuszu tej postaci. Genialna postać. Ciekawe badania robiła, bo my oczywiście jesteśmy uczeni, że to taka albo nudna laska, albo głupia laska, która miała męża.
To troszkę inna historia. Pani była jednym z najbardziej łebskich charakterów swoich czasów. I to była Marie Curie-Skłodowska. Otóż to. To była osobowość. I razem z mężem mieli taki zwyczaj, że prowadzili coś w rodzaju takiego otwartego salonu, poszukując radiacji. Tych dziwnych, tajemniczych mocy. Uwaga! Właśnie Marie Curie-Skłodowska odkryła przecież promieniowanie. Chodziła później w rękawiczkach, miała problemy skórne, wypadały jej włosy.
Do tej pory, kiedy chcę wziąć do ręki jej manuskrypty, nie można wziąć oryginalnych pism, kartek papieru ani notatek Marii Curie. Bierze się w specjalnych rękawiczkach. Wszystko jest spakowane w takiej grubej, ołowianej szybie, bo jest promieniotwórcze. Ta dziewczyna wysmarowała wszystko tymi promieniotwórczymi pierwiastkami dookoła. Do tej pory świeci. W cudzysłowie oczywiście świeci. No ale Marie Curie wiedziała o promieniowaniu. Mówiła o magnetyzmie i studiowała zagadnienie magnetyzmu. To jeszcze było przed reaktorami jądrowymi i zauważyła jedną rzecz, że ten magnetyzm, który wywiera tą taką poważną presję na ludzki organizm. Chodziło o tą radioaktywność szkodliwą, że komórki umierają, wszystko opada, naświetla się klisza fotograficzna i tak dalej.
Ma swojego brata bliźniaka z drugiej strony, który odpowiada za lewitację. I czym się zajmowała na spotkaniach towarzyskich w swoim salonie? Zapraszaniem najbardziej ciekawych, egzotycznych gości, których tylko mogła znaleźć w celach badań naukowych. To było w ogóle takie kółko naukowe, amatorskie. Znaczy amatorskie. Było tam kilku znanych ludzi, których książki możesz teraz znaleźć na wykazie zdobyczy literatury światowej zrobionej przez UNESCO. Kilku pisarzy. W każdym razie to, co tam się działo, to na przykład lewitujący dżentelmeni. Na przykład sprowadzono pana z Indii, który deklarował, że lewituje w powietrzu. No i pan na oczach wszystkich obecnych w salonie uprawiał tą lewitację.
Zmieniał warunki grawitacyjne dookoła siebie. Panowie robili eksperymenty. Podstawiono krzesła, urządzenia, sprawdzano, czy na czymś nie wisi i tak dalej. Rzeczy się działy niesamowite. Próbowano wywoływać duchy, próbowano wywoływać ektoplazmy, czyli takie chmury niewiadomego pochodzenia, chmury gazu, w których materializowały się postacie. I takie rzeczy działy się w salonie Marii Curie-Skłodowskiej. I żeby było zabawniej właśnie badaniami tych tajemniczych zjawisk się Marie Curie zajmowała i ona do końca życia próbowała złapać właśnie to wejście, tą szamańską bramkę do pola. No ale ona zajmowała się od strony radiacji. To później się pojawiło w reaktorach jądrowych na zasadzie transmutacji odkrytej w latach 50. po raz kolejny i wykorzystanej teraz do produkcji złota między innymi gdzieniegdzie na świecie.
To jest właśnie ta europejska historia, gdzie od strony mechaniki, poza oczywiście Marie Curie, która jako chyba jedyna skumała w tamtych czasach, że jest grupa tego zjawiska, że jest druga moc, która powoduje, że dżentelmen sprowadzony z Indii gościnnie nagle w salonie lewituje. Oni mogą sobie robić badania naukowe, nie są w stanie wytłumaczyć tego procederu. Wiedzą, że zmienia się promieniowanie, bo odczyty promieniowania, nawet tego promieniotwórczego się zmieniały właśnie podczas takich rzeczy. Wiadomo, że jest ten ludzki magnetyzm. Tak to jeszcze było opisywane przez Marie Curie, że są potężne siły ludzkiego magnetyzmu. Nikola Tesla mówił o magnetyzmie ludzkim i właściwie o tym samym można się doczytać w owych alchemicznych europejskich dziełach. I nie tylko. Jeżeli wrócisz do Azji, tam widzisz już ten magnetyzm plus jeszcze coś drugiego. Coś, co teraz opisuje się jako siłę grawitacyjną, a mianowicie yin i yang. Dwie przeciwstawne siły.
W Europie wiadomo, że była jedna, która ciągnie drugą, ale od strony mechanicznej Viktor Schauberger, doskonały znawca tematu, badacz natury, który odkrył, jak budować urządzenia, które tworzą naturalne wiry, które są w stanie zasilać te urządzenia tak, że jest nadwyżka energii, że jest w stanie zawirować powietrze, jest w stanie zawirować wiele innych rzeczy i to w taki sposób, że właściwie wstawia urządzenie, które samo się zaczyna kręcić. Widziałem takowe urządzenie projektu Viktora Schaubergera, wykonane przez dżentelmena, który był jednym z ostatnich uczniów Viktora Schaubergera, jednym z lokalnych chłopaków z wioski obok, gdzie Schauberger dokonał swojego żywota po powrocie ze Stanów. Ten starszy pan budował właśnie takie urządzenia. Żeby było zabawniej, naprawdę nie wykorzystywał do tego zaawansowanej technologii. Używał po prostu zwykłych kawałków cynkowanej blachy, jakichś starych puszek, tego typu historii i na przykład takie fajnie zmontowane, odpowiednio wycięte w takie fajne śmigło, można powiedzieć, albo turbinę, coś w tym stylu. Takie dwa płaty właściwie, takie dwie turbiny w odpowiedniej osłonie zawieszone i nagle same zaczynają się kręcić. Delikatnie. To nie jest jakiś wielki ruch, ale same zaczynają wirować. Takie historie pan robił. Wiadomo, że byli tacy dżentelmeni, którzy wpadli na trop tych sił, bo wykorzystywali je w swoich urządzeniach.
Nikola Tesla między innymi. Cała ta historia z tak zwanym magnetyzmem i związana z elektrycznością. Nie było jeszcze wtedy pojęcia elektronu. Nikola Tesla używał nazwy magnetyzm. Było już pojęcie elektronu, było, ale nie w tym samym znaczeniu, jak używamy go dzisiaj popularnie w nauce. Nikola Tesla w ogóle miał na to swoje różne nazwy i przez cały czas, od momentu, kiedy zaczął publikować rzeczy w 1895, 1897 roku, zaczął dosyć jasno na swoich wykładach, odczytach właściwie, bo te odczyty są zapisane, można sobie pościągać. W opisach patentowych jest trochę mniej. Na odczytach jest trochę więcej takich ciekawych informacji, co Nikola Tesla w rzeczywistości miał na myśli, a nie to, co dzisiaj dzieciaki, które oglądają YouTube'a, myślą, że Nikola Tesla miał na myśli. On opowiadał o tym, że jest jakaś tajemnicza moc, której nie może złapać, która odpowiada za całą część tych wszystkich żywiołów. To ciągłe było poszukiwanie czegoś.
On zawsze twierdził, że to, co ma, to jest tylko część tego wszystkiego i on zmierza w tym kierunku, żeby wreszcie poznać, co odpowiada za tak naprawdę siły stworzenia, bo tak do końca nie wie. Podobne historie opowiadał Viktor Schauberger, że też nie do końca jest pewien, co za tym stoi. Wilhelm Reich i wielu tych wielkich naukowców. I teraz właściwie na dobrą sprawę można powiedzieć, że chłopaki miały pecha, bo po prostu nie były alchemikami. Gdyby oficjalnie ogłosili, że są alchemikami, być może... No właśnie, ale to jeszcze musieliby to zrobić w średniowieczu. Może uratowaliby swoje skóry od chciwych kolesi, którzy w ogóle nie byli zainteresowani tym, żeby ktokolwiek rozwijał ten temat, bo okazało się przez jakiś czas, że świat może doskonale iść na tym pomyśle pod tytułem „wsiadam do windy, naciskam guzik piąte piętro i winda mnie podnosi do góry”. Tylko żeby wybudować tą windę, ja potrzebuję około 1000 inżynierów, ludzi pracujących po drodze, robiących te wszystkie materiały, żeby w ogóle fizycznie konstrukcja o nazwie winda razem z budynkiem się pojawiła, żebym ja mógł nacisnąć ten przycisk. A tu się okazuje, że są potężne moce obsługiwane przez nawigatorów, tak to nazwijmy. I właściwie nawigatorzy wywołują sami sobą te moce.
I to było właśnie badane. Dalej jest nieustannie badane. To są chyba te najbardziej tajne badania, jakie możesz sobie wyobrazić na świecie, tak mi się wydaje. Przynajmniej z tego, co do mnie dotarło. A ja wracam do opowieści na temat tych szamanów, bo tak się rozpuściłem troszkę z tym europejskim wątkiem Marie Curie i alchemikami, ale chciałem ci po prostu rzucić troszkę więcej kontekstu, że to nie jest taka wiedza, która jest gdzieś tam zapisana w starych księgach, w muzeach i to w ogóle nie istnieje. To jest coś, co stanowi właściwie podstawy połowy rzeczy dookoła nas. Dalej, czy chcemy, czy nie, jest wykorzystywane w praktyce wszędzie na świecie. To jest ta tajemnica, część, której się nigdy nie uczy, ale kiedy trzeba zrobić czary-mary, to trzeba wyciągnąć magiczną technologię nagle nie wiadomo skąd. I są systemy wireless nagle. I tak dalej.
Ale do sedna sprawy, do sedna, bo przepowiednia Indian Hopi, która mówi, że teraz jesteśmy w połowie, w takiej podmiance, że nie jesteśmy żadną cywilizacją, że jedna się skończyła, a druga jeszcze nie nadeszła i czekamy na znak, kiedy nadejdzie. Bo jest pytanie, po co są ci nawigatorzy? Nawigatorzy ponoć są utrzymywani, tacy już nawigatorzy tam z kosmosem na stałe, którzy się wybierają na taką konkretną wyprawę właśnie po to, żeby w momencie, kiedy nadejdzie ten moment, żeby przekazać jakąś ważną informację, jakoś tak, żeby było połączenie do informacji, że Kiedy tylko coś się zacznie przestawiać, to nagle ta informacja zacznie dosięgać do większej ilości głów. Jest taki moment, to jest opowieść, saga Yuga, tak to się nazywa. Mity z Indii i legendy, stare opowieści, tysiące lat, Wedy i tak dalej. Jest moment, kiedy grawitacja Ziemi robi coś takiego, że ludzie waliły dookoła. Centralnie łapiemy za broń, coś się tam dzieje. Tam jest opis saga Yuga. Masz wieki ciemne, wieki jasne. Jest taki cykl nieustanny i wszyscy ci kolesie od skoków w dal, że tak to nazwę kolokwialnie, mówią dokładnie o tym, że te skoki są przygotowane na ciężkie czasy, bo normalnie każdy właściwie jest sklejony z tej energii kosmosu.
Także nie ma problemu z tym, żeby się posklejać i połączyć z kosmosem za pomocą własnego telefonu we własnej głowie. Ale jak się okazuje, coś takiego się stało, że zostali wyselekcjonowani specjalni ludzie. Część wiedzy została schowana po to, żeby nie została zniszczona. Oczywiście częścią tej wiedzy, przynajmniej jak głosi legenda, jest kilka przedmiotów, które pochodzą od braci. Po to, żebyśmy w cudzysłowie nigdy nie zapomnieli o tym, że jesteśmy sami na świecie, że wcale nie jest tak do końca, że jesteśmy sami. Mamy tu ponoć wszędzie braci, nie do końca ich widzimy. Różnie z tym bywa i ta zmiana, która ma nadejść, jest taką klasyczną zmianą, która jest zapisana właściwie w każdym z tych mitów. To troszeczkę tak, jak mit o powodzi z Noe. Biblijny mit, wszędzie ta powódź. Pojedziesz sobie na wyspy Polinezji, też masz mit o powodzi.
W Australii to samo u Aborygenów. Wszędzie masz mit o powodzi. Tu możemy się kłócić, ile było tych powodzi i tak dalej. W zeszłym tygodniu była historia z powodziami, także zostawiamy te powodzie, ale drugim takim mitem schowanym za powodziami, bo powodzie to takie fajne dla katastrofistów zakochanych w filmie Titanic. Ale co dalej? Co dalej ósma klaso? Dalej jest mit lub nie o tym, że następuje raptowna zmiana warunków na Ziemi. Widzimy potwierdzenie tego mitu w mamutach, które są znajdowane na Syberii, w wiecznej zmarzlinie. Trawka jeszcze w układzie pokarmowym, żołądku. Zwierzątko zamarzło, dosłownie zamarzło w okamgnieniu.
Nie zdążyło nawet ciapnąć, że tak dziecięco powiem ząbkami schrupać sobie trawki. Po prostu zmarzło biedactwo, przewróciło się i już było kawałkiem lodu. Dane archeologiczne jasno dowodzą, że to w ogóle była zabawna ta era lodowcowa, bo trwała parę dni. Właściwie można godzinami liczyć, ile trwała epoka lodowcowa, która zmroziła wszystko, a później z powrotem się odmroziło. Oczywiście nie do tego stopnia, w którym było oryginalnie wcześniej. Także nic już tam nie wróciło. Palmy nie zaczęły rosnąć z powrotem. Zostało tam trochę śniegu, ale tylko na chwilę podniosło tak ekstremalnie temperaturę na minus i gdzieś tam podniosło na plus prawdopodobnie. I don't know. Tego nie wie nikt.
W każdym razie w tych wszystkich alchemicznych zapiskach jest mowa o tym, że transformacja Ziemi jest bardzo raptowna i że jest taki moment, że ta transformacja zmienia wszystko. I to wszystko to jest nasz umysł. I wyobraź sobie, że każdy z nas ma alchemiczny umysł albo i nie. Racja wygląda na to, że każdy z nas ma to połączenie. I nadchodzi czas, kiedy ci skoczkowie ponoć będą przydatni, że ta wiedza zacznie się łatwiej upowszechniać. Chociaż celem tych skoczków było to, żeby doprowadzić nas do tego momentu, w którym jesteśmy teraz, na tyle, żebyśmy nie zwariowali do końca. Przynajmniej taki był cel. Na ile się udało? Nie wiem. Wnioskując po kolacji, na której byłem w tym tygodniu, nie udało się.
Chociaż nie, jest sukces. Ze mną się udało. Jak chcemy z drugim uczestnikiem tej kolacji też się udało. Z trzecim tak połowicznie. Z pozostałą resztą nie za bardzo. Także w sumie coś w tym jest. Wygląda na to, że 30% na 70 łapie, o co chodzi. Czyli się udało. Tak zwana krzywa Mahavishiego, czyli 10% populacji została przekroczona. Wow!
Można powiedzieć, że mamy sukces. Może jest to zaleta tych dżentelmenów, którzy ćwiczą skoki w czasie i skoki w przestrzeni i są przenoszeni z miejsca na miejsce, kiedy istnieje jakiekolwiek ryzyko naruszenia ich cielesności. Że gdzieś do jaskini, w której stoi sobie taki koleś, który pilnuje połączenia z kosmosem, żeby nam się fajnie i zdrowo żyło. Nagle wchodzi ktoś i robi coś i koleś już nie może wrócić i w tym momencie odlatuje na stałe w kosmos, bo jego złota, diamentowa, srebrna, kryształowa nić, zwał jak zwał, właśnie się zrywa. Zrywa to jedno połączenie z ciałem, przez które jest transmitowana energia. Ponoć ci dżentelmeni potrafią wrócić. Ponoć. Nigdy nie słyszałem o takiej historii, chociaż słyszałem historie o tym, że wielu się wybrało na taką wyprawę. Natomiast nigdy nie słyszałem o tym, żeby komukolwiek udało się wrócić. Wiem o tym, że są tacy ludzie, którzy są w zawieszeniu długo.
Wyobraź sobie. Może to bajka, a może nie. A może on tam jest 200 lat? A może on tam jest 400, 500 lat? Skąd wiesz? A może to tylko bajka? A może tylko legendy? Kto to wie? No właśnie. Nigdy nie wiadomo.
Sobotni wieczór w środku lasu, ognisko płonie. Czy to jest prawda? Czy nie? Czy to tylko bajki? No właśnie. I taki dżentelmen przez te 300 lat albo i 500 lat, albo i dłużej. Jest gdzieś jedną nogą w kosmosie, drugą nogą tutaj. I nie słyszałem nigdy o przypadku, żeby ktokolwiek z tych ludzi wrócił. Nigdy nie słyszałem. Nigdy nie dotarło do mnie nawet szczępki informacji, a próbowałem.
Nie to, że miałem jakieś takie dalekie ręce informatorów schowanych gdzieś po dżunglach świata. Aż tak dobrze nie jest, ale nigdy do mnie nie dotarła ta informacja. Tajemnicą poliszynela, taką cichą, jest to, że nikt nie wraca, że jest to wyprawa w jedną stronę, tylko jest to wyprawa taka dosyć specyficzna, że dalej masz możliwość bycia tu ciałem na ziemi. Ponoć możesz wrócić. Jest taka opcja, ale Historia nie potwierdza ani jednego przypadku, za wyjątkiem jednego ciekawego. I to jest historia z Europy. Historia bardzo dobra. Nazywa się Saint Germain. W pewnym momencie we Francji, w Paryżu pojawił się dżentelmen, który mówi, że jest Saint Germain. Twierdzi, że jest synem węgierskiego cesarza czy króla.
Tylko że sprzed 200 lat czy 300 lat. Niewielu ludzi daje mu wiarę, bo brzmi to naprawdę szaleńczo. Dżentelmen opowiada takie rzeczy, że można z tego wywnioskować tylko jedną konkluzję: jest podróżnikiem w czasie. Ale jest 1800 któryś. Nikt nie wierzy za bardzo w jego opowieści. Tylko jest jeden szkopuł, że dżentelmen zna się dosłownie na wszystkim w praktyce i zostaje doradcą króla. Jak się okazuje, jeżeli mówi o czymś, o jakimś naukowym czymś w tamtych czasach, pokazuje, że coś działa, że coś jest związane z tym i z tamtym, to zawsze jest w stanie to udowodnić. Także jego wiarygodność jest stuprocentowa, ale jednocześnie treść jego opowieści jest nie do zaakceptowania przez ludzi ówcześnie mu żyjących. Jego opowieści zostały częściowo spisane przez jego kumpla, pewnego pisarza o nazwisku Voltaire, który spisał opowieści właśnie tego dżentelmena. Kiedy zmarł, znaleziono tylko jego ubranie.
Po prostu jedną zmianę ubrań. Nie znaleziono żadnego notesu. Znaleziono, zdaje się, chyba jakieś parę monet, kilka banknotów. Tak dosłownie, jakby koleś wyszedł z restauracji albo z kawiarni bardziej. Tylko tyle po nim zostało. Żadnych walizek, żadnych zapisków, żadnych dokumentów, nic. Po prostu znikł. Ponoć zmarł. Pochowano go na cmentarzu w dzielnicy Saint Germain zresztą, zdaje się. Chyba tak.
Chociaż wiesz co? Sprawdź sobie na Wikipedii, bo jest to znana historia. Ja tu mogę coś w tym momencie przekręcić i powymyślać. Ale o co chodzi z tym dżentelmenem? Bo tak malowniczo opowiadam o tym panu, jegomościu. Chodzi o to, że jest taka postać alchemika, która co jakiś czas się pojawia w Europie. Znika. Człowiek jest jak wąż. Gubi skórę i odradza się w nowej pod nową postacią młodzieńca. Błyskotliwy dżentelmen, który wie wszystko o historii i potrafi robić wiele rzeczy.
Potrafi robić wszelkie możliwe sztuczki rękami. Nagle wyciąga króliki z kapelusza, robi dziwne rzeczy, zna się na nauce nieprzeciętnie i co jakiś czas pojawia się gdzieś w różnych miejscach. Spotyka ciebie albo może spotkać mnie. Nazywa się Saint Germain i mówi, że żyje od tysiąca lat. Czy jakoś tak. I posiada nieprzeciętną wiedzę. Być może to jest jakiś dżentelmen, któremu się kiedyś skok udał i do tej pory podróżuje w tej przestrzeni tego skoku w tę i z powrotem. Się manifestuje tutaj, gdzieś znika. Są takie postacie wśród Indian. Tam jest kilka legend na ten temat, bardzo ciekawych, że są takie postacie.
Tylko że tam jest to troszeczkę inaczej odbierane. Taki skok jest raczej takim samobójczym skokiem i tak to jest traktowane, że wiadomo, że wkrada się w krainę pomiędzy krainami już tak na stałe, że raczej powrót tutaj fizyczny taki w pełni jest niemożliwy. Można się tu zamanifestować, można się pojawić, można się przejść ulicą, ale jest się już tylko i wyłącznie taką chmurą energii. I są takie postacie. Są czarownicy, którzy się co jakiś czas w którychś miejscach pojawiają. I legendy indiańskie mówią, że ci czarownicy mają tysiące lat. I historia z tym wszystkim jest związana, że tego dnia, tak, żeby malowniczo brzmiało, po prostu teatralnie opowiadam, że nastąpi czas, kiedy ci czarownicy, wszyscy ci kolesie się pojawią tak konkretnie i wrócą wszystkie duchy. I to jest właśnie moment, kiedy ziemia się zmieni. I żeby było zabawnie, to jest największy numer tego wszystkiego. Praktycznie we wszystkich przepowiedniach tej wielkiej zmiany Ziemi, tego, że przyjdą szamani albo wszyscy zamienimy się w szamanów, cholera wie co, jest ta historia, że słońce zajdzie na wschodzie, a wstanie na zachodzie.
Czyli mowa jest o przebiegunowaniu Ziemi i zmianie się w ogóle atmosfery. Jest nazywane jeszcze w Europie radiacją eteryczną, czy jakoś tak. Takie różne dziwne, ciekawe nazwy. Chodziło po prostu o to, że przy pewnym układzie tych fal magnetycznych, grawitacyjnych, zwał jak zwał, nasz mózg pracuje zupełnie inaczej. I wiemy o tym, bo te badania nad tymi tajemniczymi alchemicznymi pomysłami trwają do dzisiaj i sprawdza się to za pomocą rezonansów dźwiękowych, gdzie wzbudza się pewne też nie wiadomo do końca co, bo tak się mówi, że na początku był dźwięk, ale taki bullshit jest troszeczkę, bo taki wymyślony, biblijny raczej. Nikt nie wie, co było na początku. To jest taka dowolna spekulacja. Dźwięk jest nic więcej niż konkretnym promieniowaniem konkretnych pól. I wiedzą o tym ludzie pracujący przy reaktorach jądrowych między innymi, bo tam też się pojawiają dziwne dźwięki. Wiadomo, że to promieniowanie pojawia się w skorupie ziemskiej.
Wiadomo, że pojawia się w kosmosie, pojawia się w wielu miejscach. Czyli mamy coś, co jest, a nie widać. To jest jak magnes na lodówce. Klei się do lodówki, klei się do drugiego magnesu, ale nic dookoła nie widać, tylko widać jak się klei. I to jest dokładnie ta sama historia. Tylko że tu mowa jest o tym, że ma to bardzo poważny wpływ na sposób, w jaki funkcjonuje fizycznie nasz mózg. Tutaj akurat prym wiodą rosyjscy naukowcy, którzy badają wszystkie te rzeczy. Wpływ emocji i tak dalej, i tak dalej. Zresztą to nie tylko oni. Na pewno widziałeś nie raz.
Jeżeli się interesujesz tematem, to sobie sprawdź wpływ medytacji na odczyt MRI, czyli na odczyt pracy mózgu w czasie rzeczywistym. Zobaczysz co się dzieje w ogóle i wpływ na całą resztę organizmu. Jak nagle zmieniamy wszystkie funkcje i to tak dosyć radykalnie Ciekawe rzeczy. To sobie wyobraźmy, co się stanie, jeżeli właśnie taka historia się wydarzy. Jeżeli nagle wszystko się odwróci do góry nogami. Może się zatrząść troszeczkę. Na pewno się zatrzęsie też inna sprawa. Amerykanie nie świętują ostatnio. Siedzą cicho, nie chcą nic mówić specjalnie. Tam są dane wypuszczane, zreperowane.
Chodzi o zaporę w Kalifornii. Walnęła jedna z największych zapór w Stanach Zjednoczonych i woda jest teraz po cichu spuszczana. Tam było 200 000 ludzi ewakuowanych na samej górze Kalifornii. Mówiłem o tym zdaje się i to nie przez przypadek. Tam oczywiście są opowieści, że to ziemia się osuwa, bo to góry i tak dalej, ale wszyscy wiedzą, że chodzi o uskok San Andreas, który idzie pod spodem i że jest to nieuchronny znak, o czym coraz głośniej mówią właśnie specjaliści do spraw sejsmicznych, chociażby ze Stanów Zjednoczonych, z Kalifornii. Właśnie, że jest to nieuchronny znak, że Big One jest bliżej niż dalej i że to wszystko jeszcze za naszego życia. Taka historia. Oczywiście oni mówią o Big One. Wiadomo, że jest to związane z innym modelem klimatycznym, bo ta historia się też opiera o trochę dodatkowych badań. Właśnie odkrycie tego nowego modelu klimatycznego, który pokazuje, że właściwie takie sztuczki pod tytułem Ziemia w ciągu ułamka sekundy, ping ping.
Może nie ułamka sekundy, ale dosłownie 10 minut jest w stanie się zmienić. Nie jest takim wcale science fiction. Jak się okazuje, jest to możliwe. Jest bardzo ciekawy zapis magnetyzmu Ziemi w skałach Ziemi. To jest sposób, w jaki się bada różne okresy geologiczne. Sprawdza się sposób, w jaki zostały namagnetyzowane gasnące skały wulkaniczne i sprawdza się kierunek, w którym miejscu pole magnetyczne idzie, bo wiadomo, że wtedy biegun Ziemi był gdzie indziej. I masz kilka warstw na przykład w takim wulkanie i nagle możesz sobie sprawdzić, jak się ten biegun magnetyczny Ziemi ustawia. Tylko właśnie ten biegun magnetyczny Ziemi jest związany jeszcze z tym drugim polem. Tym drugim polem, które właśnie badała Marie Curie, tym drugim polem, które tworzą szamani, tak zwani nawigatorzy. To jest to drugie pole, którego bezskutecznie poszukują wszystkie mocarstwa świata i firmy zbrojeniowe, żeby tylko z tego wyprodukować broń.
Na to wygląda. A przepowiednia mówi, że nadchodzi moment takiej odmianki. Do tej pory koleś z karabinem wygrywał i on generalnie miał fory. A teraz nadchodzi czas, kiedy koleś z karabinem raczej będzie miał słabe fory. Przynajmniej tak brzmią te stare opowieści. W biblijnych sprawach zostało to zapisane jako Apokalipsa. Jak się przetłumaczy z łaciny Apokalipsa, to wiadomo, że jest to nowy początek i to jest ciągle powoływanie się na ten sam stary mit, żeby się uwiarygodnić moim zdaniem. Bo to jest klasyczny numer. Wziąć starą, legendarną opowieść, która jest być może prawdą, wcale nie jest bajką, a może jest bajką, kto to wie. I na podstawie tej uknuć swoją własną.
Wymienić nazwiska głównych bohaterów i zrobić w troszkę nowej scenografii. Tym razem zamiast na plaży w Europie nasi bohaterowie jadą na wakacje na Hawaje. Splot jest ten sam. Wynajmują dom, Kevin zostaje sam w domu. Rozumiesz? Zróbmy czwarty odcinek, a później zrobimy pełną serię i zrobimy pięć sezonów na ten temat. I to troszeczkę cała ta kultura to tylko te nasze pięć sezonów na ten temat. Jak się cofamy gdzieś do tyłu, a wiadomo, że — przynajmniej tak mi się wydaje — że najlepiej cofnąć się do samych źródeł, do tych właśnie szamańskich opowieści. Tam są takie ciekawe wątki, takie ciekawe historie pochowane. Tam jest taki ciekawy świat, że się w głowie nie mieści.
Znaczy mieści się w głowie jakoś. W każdym razie tam są chyba troszeczkę ciekawsze odpowiedzi na te pytania, które nam najczęściej pojawiają w głowach, jak myślimy o tym, skąd my na tej planecie i co i jak. Takie bardziej egzystencjalne kawałki, że tak powiem. To właśnie myślę, że tam jest odpowiedź. To jest ta najstarsza część historii, która gdzieś tam została. Być może odpowiadają za to ci kolesie, którzy wykonują ten samobójczy lot, z którego już nigdy nie wracają, ale dzięki temu przytrzymują kawałek informacji tutaj i my jesteśmy w stanie się zebrać w sobotę i sobie pogadać o takich rzeczy i być może gdzieś nas to pewnego dnia zaprowadzi. Kto to wie? Może to jest grubszy plan. I to wszystko jest związane z piramidami. Bo jak sobie wrócisz do tego Egiptu, to jak sobie zobaczysz na te hieroglify i zaczniesz to czytać troszeczkę w inny sposób, to nagle się okazuje, że mamy do czynienia z towarzystwem, które było na nieustannej sesji, która była połączonym interfejsem z niesamowitą technologią, z kosmosem, ze wszystkim.
I to wszystko gdzieś ciągle w tych szamańskich oparach. Ciekawe. To co? To ja się zabijam. Na dzisiaj koniec mojej szamańskiej tematyki sobotniej. Tak się troszkę przesunęło parę minut do przodu. No cóż, czasami musisz zakończyć tą hiperprzestrzeń. A ty, człowieku, pojaw się tu za tydzień. Ja na pewno pociągnę ten wątek, bo naprawdę ostatnio mam bardzo tak piramidalnie. Po prostu od wielu aspektów sprawy zaczynają mi się jakoś tak kleić w głowie i chętnie ci opowiem w przyszłą sobotę w lesie przy ognisku trochę więcej na ten temat.
Bo jest tu dużo historii, dużo ciekawych historii. Wspólne mianowniki wyskakują niczym zające za drzewa. Właśnie. To ja kończę na dzisiaj. Zostawiam cię samopas. Uprzedzam, że nie ma dzisiaj wieczorowej pory. Ja sobie znikam. Mam jutro dzień pełen obowiązków, także dzisiaj się relaksuję. Wystarczy tych opowieści. Mam nadzieję, że tak czy siak wyobraźnia jest pobudzona, człowieku.
I kurde, może złapiesz kontakt z jakimś takim nawigatorem, który na przykład lata gdzieś w kosmosie. Może nie nawigatorem. Może ty na przykład jesteś nawigatorem, a będąc nawigatorem uda ci się złapać kontakt z pilotem pojazdów eksperymentalnych na misji samobójczej, który ma potężną ilość wiedzy. Kto wie, może to jest właśnie ta bramka do Biblioteki Akaszy czy jak to zwał. W wielu innych językach jest to inaczej nazywane, ale chodzi o miejsce, gdzie się wybieramy głową, czasami też ciałem i są odpowiedzi na wszelkie możliwe pytania. Ciekawa rzecz, może właśnie to tędy droga. Przynajmniej wszystkie te opowieści na temat poszukiwania wiedzy trafiają w to wąskie gardło, które się nazywa szamanizm. Czy nam się to podoba, czy nie, czy jest to badanie organizacji pod tytułem NASA, czy jest to Rockefeller Foundation, czy jest to Rothschild Family, czy jest to laboratorium i rosyjscy naukowcy, czy jest to wiele innych rzeczy, takich bardzo oficjalnych, gdzie mamy bardzo poważnych facetów w poważnych garniturach, z teczkami, z grubą kasą, facetów w białych kitlach, grube granty, budżety, czasami rakiety latają w kosmos. To wszystko jest pod spodem mocno alchemiczne i tam się okazuje, że nie wszystko trafia do naszych uszu i że świat nie do końca jest taki, jaki nam się wydaje i że jest tam bardzo wąska bramka, która się nazywa szamanizm. Mi się zawsze kojarzy z tak zwaną chorobą kosmiczną, czyli space madness, że kolesie w rakiecie kosmicznej, kiedy zaczynają widzieć Ziemię małą, kiedy są na orbicie, dostają tripa.
Dostają niezłego lotu i odmawiają wykonywania rozkazów. Dzieją się ciekawe rzeczy. Mają widzenia. I don't know. Trzeba by tam kiedyś polecieć, nie? Może kiedyś polecimy. To ja się zawijam sprzed tego mikrofonu. Zostawiam cię samopas w tą sobotę. Jeszcze raz mówiąc ci, że zostawiam cię samopas. Pozdrawiam cię serdecznie, mecenasko i mecenasie Radia Nafali i tego, co tu się dzieje.
Zapraszam serdecznie do „Etykiety Zastępczej”, do księcia Edwarda, który ostatnio tak w kratkę. Ale książę zawsze po książęcemu. Książęce obowiązki. Ja to nadrabiam w miarę regularnie. I zapraszamy przy okazji do Radia Paranormalium, które jutro serwuje kolejną część debaty ufologicznej dla wszystkich miłośników ugryzienia tematu od tej strony. Oczywiście do radia czasnu.com, gdzie Grzegorz publikuje wszystkie sprawy związane z łapaniem tej furtki. Też w taki szamański sposób, poprzez wyjście przez nasze ciało do innego wymiaru za pomocą na przykład innych stanów sennych, w ogóle różnych stanów. To jest to właśnie wąskie gardło naszej cywilizacji. Szamańska historia. Ciekawa sprawa.
Ja też sobie jeszcze chyba nad tym pomyślę, bo naprawdę jest to bardzo intrygujące. Szczególnie teraz, kiedy mam takie ciekawe technologiczne rzeczy dookoła. Takie czasy się porobiły. To ja tymczasem się zawijam i tyle. I co ci jeszcze mogę powiedzieć? Właściwie to wszystko ogłoszę. Zapraszam serdecznie oczywiście na Facebooka, jak masz chwilę i lubisz zaglądnąć. Radiowego. Ja tam rzadko kiedy bywam, ale może się pojawię, coś zostawię. Książę tam zostawia wiadomości, tak że wpadaj i sprawdzaj newsy na temat „Etykiety”, bo książę ostatnio tam najczęściej serwuje jakiekolwiek informacje.
A ja wracam do swoich obowiązków i spotkamy się za tydzień, słuchaczko i słuchaczu. I pozdrawiam ciebie, słuchaczu offline. Mam nadzieję, że jest miło i sympatycznie w drodze. Jeżeli słuchasz tego w drodze oczywiście. Zatem słuchałeś kolejnej „Hiperprzestrzeni” w radionafali.com.pl transmitowanej przez Radio Paranormalium.