[00:00] - To think for yourself and question authority. Tak jak zwykle w dźwiękach lasu. Na początek Timothy Leary powiedział, żeby kwestionować autorytety. Witam cię, człowieku, serdecznie. Live Radio na fali w hiperprzestrzeni. Jak zwykle troszeczkę dźwięku dookoła. Podokręcam sobie mikrofony, poprawię sobie latający statyw. Oprócz tego pozdrawiam serdecznie wielce słuchaczy słuchających też hiperprzestrzeni poza Radiem Na Fali, w Radiu Paranormalium, które transmituje hiperprzestrzeń oraz w radiu Dream Time. Pozdrawiam pana Ibelliosa i pana Grzegorza serdecznie. Peace and love, dżentelmeni.
I w ogóle wszystkich, którzy tutaj są obecni. Ciebie przede wszystkim pozdrawiam, słuchaczu i słuchaczko. Pozdrawiam przede wszystkim mecenasów Radia Na Fali, którzy się dorzucają swoim skromnym groszem do wspierania tego, żeby to było na serwery i żeby przynajmniej archiwum działało to, które jest. Anyway, żeby w ogóle radio było. Tak że dzięki za wsparcie, zawsze jest na jakąś drobną kawkę. I czasami nawet na mleko do tej kawki. Ekstra! Dzięki wielkie. I co dzisiaj w hiperprzestrzeni? Co w ogóle dzisiaj?
Tematów, jak zwykle jest miliony i rzeczy, o których chciałbym opowiedzieć, począwszy właśnie od tego momentu, w którym jesteśmy aktualnie cywilizacyjnie, czyli ten piękny moment, który ja tu ciągle ilustruję. Oczywiście. Tak konkretnie to kwestia kultu solarnego i kultu księżycowego. Ciągle się zbieram do tego, żeby wreszcie wyrzucić z siebie tak zwaną kolokwialnie rozkminkę na ten temat. I jest tam sporo dat. Jest tam sporo nazwisk, które się pamiętają przez te wszystkie śmierdzące kurzem i stęchlizną karty historii. Ale zanim wdepnę w te wszystkie starocie, to w ogóle chcę się trochę zastanowić nad tym, jak to jest dzisiaj, teraz. Troszkę będę dziś kursował po drodze do zabytkowych rzeczy, ale dzisiaj naprawdę odpuszczamy wielkie daty, wielkie nazwiska. Będą może, a może nie, kto wie. Bo jest ciekawy moment w historii.
Nie tylko dzisiaj, ale generalnie dzisiaj dostałem kolejnego SMS-a, wiadomość gdzieś tam w internecie z linkiem i tak się przyjrzałem. Świat się zmienia, słuchaj, człowieku. Jest kilka takich serwisów, które pokazują, co się dzieje na świecie. Chodzi mi o trzęsienia ziemi. I poważnie to wygląda. Anyway, jest to taka sprawa, która była bardzo mocno przewidywalna, jak się okazuje. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo właściwie to, o czym dawno mówiłem nie raz, nie dwa, to te dziwne zapiski na śladach tych pradawnych kultur. Właśnie może wspomnę o tych pradawnych kulturach. Ciągle o tym mówię. Nigdy nie mogę się odkleić od tego tematu, ale ja coś w tym wszystkim widzę.
Anyway, Indianie Hopi nazywają tą cywilizację, mam nadzieję, że się nie pomylę, czwartą. To jest czwarta cywilizacja, to jest koniec i nadchodzi piąta. I opowiadają niesamowite rzeczy, że sieć będzie jak pajęcza sieć na świecie i już jest. Sieć połączeń informacyjnych możemy nazywać na różne sposoby. Technologia tu myślę nie gra roli, to bardziej takie pryncypia dla technologii grają rolę, bo czy to jest w skali mikro, w postaci telefonu komórkowego wykorzystującego bramkę CMOS na mikroprocesorze. Ale fachowo powiedziałem. Chodzi o taki detal, duperel związany z mikroprocesorami. Każdy siedzący w temacie doskonale wie, że bez tego czegoś żaden komputer by nie ruszył. Bo ta bramka logiczna to małe coś, mostek i takie tam. Mostek nad dwoma półprzewodnikami.
Właściwie mostek z półprzewodników, można powiedzieć pomiędzy dwoma przewodnikami, właściwie też półprzewodnikami. Każdy przewodzi pół, a na końcu jest całość i jest zero-jeden i informacja sobie może iść dalej. Ale tak czy siak chodzi zwyczajnie o informację, bo to, że się zawisimy na tym, w jaki sposób jest ona przesyłana, to troszkę taki syndrom majsterkowicza, który zapomniał, po co właściwie wchodzi do tej szopy, którą ma w ogrodzie. I pewnego dnia sobie uświadomił, że właściwie przez całe życie myślał, że on tam wchodzi coś zrobić. A to doniczkę. Nie tyle doniczkę, chyba że garncarz, ale podstawkę pod doniczkę, coś tam naprawić, jakąś deskę poskrobać. Tak chodził, chodził, chodził. Skrobał te deski, wbijał gwoździe, wkręcał śrubki, coś tam naprawił, coś nie naprawił, coś zrobił, coś zostawił. A koniec końców zrozumiał, że właściwie on tam nic zaś nie przyszedł zrobić. On tylko tam jest i robi coś.
Nieważne co. Ważne, że robi. Ważne, że jest nowa wiertarka, jest nowe wiertło. Ja też mam troszkę takiego syndromu. Tato majsterkowicz. Mi też troszkę zostało z tego i nawet zostałem rzemieślnikiem w życiu. Właściwie dalej jestem, mam nawet na to papier, żeby było zabawniej. Tak się wydarzyło. Anyway. I jest taka historia, która zawsze różni od moim zdaniem takich niedzielnych turystów.
Czasami się używa słowa amator. Ja lubię słowo niedzielny turysta od człowieka, który definitywnie wsiąkł w jakąś koncepcję i definitywnie postanowił zmierzyć się z konkretnym tematem. Chciałem użyć po raz kolejny słowa definitywnie. Taki definitywny dzisiaj może będę. Zobaczymy. Koniec końców, wracając do tego naszego majsterkowicza, którym możemy być każdy z nas z osobna i ty, i ja. Może być tak, że pewnego dnia skumamy, że więcej energii poświęciliśmy na sprawdzanie tego, czy mamy wszystkie papiery ścierne, których potrzebujemy, czy mamy wszystkie pilniki, wszystkie wkrętarki, wszystkie śruby, gwoździe, narzędzia i inne rzeczy. I właściwie skończy się na tym. Ja widziałem nie raz na własne oczy i widuję czasami piękną kolekcję narzędzi. Człowieku, zdziwiłbyś się jaka kolekcja narzędzi.
Taka kolekcja, że firmy komercyjne, firmy, które wykonują usługi opierające się na używaniu właśnie takich narzędzi piałyby z zazdrości i piją często z zazdrości na widok takiego, można powiedzieć, domowego warsztaciku, który jest tak profesjonalny, że jest bardziej profesjonalny niż profesjonalne firmy w profesjonalnym świecie. Otóż to. I dżentelmeni, którzy właściwie to posiadają na własność, nic specjalnego z tego nie robią, poza tym, że czasami jakaś podstawka pod kwiatek, która niekoniecznie jest nawet specjalnie ładna, po prostu jest ociosana tymi narzędziami i cała frajda, o czym wielu majsterkowiczów wie. Ja też wiem, bo też taki syndrom w sobie posiadam. Ma frajdę z używania tych narzędzi, że coś tam się kręci, wierci, robi. Jest fajnie. To jest moim zdaniem i jak zwykle tutaj się odwołam do tego mojego syndromu, że każdy z nas, tak samo jak sztuka, kultura, nauka portretuje zdecydowanie zawsze samego siebie i nic innego więcej. I tak się portretuje nawzajem. Portretuje, portretuje, portretuje. No i co?
I zawsze, cokolwiek byśmy nie zrobili, jest to portret naszej szalonej cywilizacji. Myślę, że w takim składaniu garażowym, ciężko nazwać to garażowym składaniem. Bardziej jest to kwestia jarania się narzędziami, bo de facto do tego się to sprowadza. Opanowaliśmy do mistrzostwa tą sztukę jarania się narzędziami jako cywilizacja i w ogóle jako osoby. Bo to nie jest tylko tak, że chłopaki się jarają narzędziami. Rozumiesz, czasami i ja jestem w związkach i wiem o tym doskonale, że dziewczyny potrafią się też jarać kolorem lakieru do paznokci. Widziałem to nie raz na własne oczy i to wcale nie znaczy, że jest to osoba mało inteligentna albo coś w tym stylu. Nic z tych rzeczy. Jest zawsze taki syndrom, ja to nazywam gadżeciarstwa. Jest zbieractwa w życiu, które nas osacza czasami.
I czy to jest narzędzie w warsztacie, czy to jest nowy lakier do paznokci, nowe coś, nowy telewizor na ścianie, nowe urządzenie w kuchni, nowy kubek, nowa szklanka. Nie dlatego, że się stara zbiła, tylko dlatego, że jest fajna. Wszystkie te nowe rzeczy, wszystkie te gadżety. One przecież nie pojawiają się w naszym życiu tylko dlatego, że... Oczywiście są tacy zbieracze, którzy robią to tylko dlatego, żeby mieć. Pytanie jest, dlaczego to robimy? Dlaczego zbieramy? Z reguły odpowiedź jest bardzo prosta. Bo potrzebuję szklanki, bo potrzebuję wywiercić coś tam, dlatego wziąłem najlepszą wiertarkę, jaką mam. Bo paznokcie muszą wyglądać, dlatego mam lakier taki, jaki mam.
Bo coś tam, bo coś tam. Te „bo” to jest coś, co popularnie nazywa się celem. Search and destroy, jak mawia komenda pilotów wojskowych, czyli znajdź i zniszcz. Jak się okazuje, chyba jedynie w wojsku przetrwał w najbardziej patologicznym tego słowa znaczeniu ten opis sensu, logiki naszych działań. Search and destroy, ale my akurat nie w tą stronę. Chodzi mi o działanie, że właściwie wsiadasz do tego samolotu tak jak pilot wojskowy, po to, żeby dolecieć, znaleźć i zniszczyć. W naszym przypadku jest troszkę tak, że cywilizacyjnie zawiesiliśmy się na momencie, że wsiedliśmy do samolotu i lecimy tym samolotem i oglądamy wskaźniki. Wow, jaki fajny! A ten obok zobacz, się kręci do góry nogami. Ale jazda!
I tak to wygląda. Właściwie samolot może teraz pikować mocno w dół. My nawet nie jesteśmy tego świadomi. Nawet nie wiemy, jak za bardzo wyskoczyć z tego samolotu. Jesteśmy zafascynowani tą deską rozdzielczą i tymi wszystkimi kolorowymi światełkami. Ja pewnie bym zwariował ze szczęścia, gdybym wylądował w takim zaawansowanym samolocie odrzutowym, w którym jest milion światełek i przycisków. Oczywiście ponaciskałbym wszystkie, a najchętniej to nacisnąłbym taki duży przycisk z napisem „Nie naciskaj”. Moja ulubiona zabawa oczywiście. Anyway, wracając do sensu naszej cywilizacji. Dzisiaj chcę się skupić na tym naszym gadżeciarstwie, bo jest to piękna ilustracja, która pokazuje, w którym momencie czasami lądujemy.
Właściwie wylądowaliśmy jeszcze jako cywilizacja. Właściwie nie jeszcze. Jeszcze niektórzy siebie nazywają cywilizacją. Ja bym tak troszkę nie przesadzał z tym słowem cywilizacja. Indianie Hopi powiedzieli, że czwarty świat, bo właściwie tam nie ma opisu cywilizacji, jest opis na światy i że kończy się czwarty świat czy już się skończył. Patrząc na świat w gazetach, kiedy widzę, kto jest nominowany do nagrody największego rzeźnika świata, czyli prezydenta jakiegoś dużego mocarstwa i widzę postacie, które przypominają mi do żywego takie charaktery typu Myszka Miki. W ogóle mówiąc szczerze, uważam, że największym sukcesem mieszkańców kraju Zjednoczone Stany Ameryki Południowej jest jedna rzecz, że do tej pory nie udało im się wybrać na prezydenta Myszki Miki. I to jest ich największy sukces życiowy moim zdaniem. Co jeszcze świadczy o tym, że jest pewna nadzieja, że nie jest tak źle, chociaż to też niedługo może się zmienić. Chociaż nie wiem, czy mają aż tyle czasu, żeby wykonać taką dużą transformację intelektualną.
Chociaż właśnie w przypadku Ameryki, o ile zawsze wydawało mi się dobrym dowcipem, to teraz wygląda na to, że mój dowcip zaczyna nabierać realnych kształtów i być może jeżeli ten kraj w jakichś dziwnych marzeniach dotrwa nie wiadomo gdzie, do momentu, gdzie będzie opcja na kolejnego prezydenta, to wygląda na to, że albo będzie Goofy, albo Myszka Miki i wybory będą przeprowadzane. Właściwie nie wiem, czy będą przeprowadzane. To będą takie pojedynki na kreskówki w telewizji. Myślę, że Struś Pędziwiatr dołączy do Republikanów. Albo Miś Yogi do Demokratów i będzie głosowanie na postaci z kreskówek, bo właściwie postaci z kreskówek już w tym momencie chyba więcej znaczą w świecie gadżetów. A jest to bardzo gadżeciarski świat, bardzo gadżeciarski. Chociaż nie byłem w Ameryce, także nie wiem. Wszystko, co wiem, wiem z pierwszej ręki albo drugiej ręki, bo mieszkam w Londynie i jest tu dużo ludzi, którzy w Ameryce bywają, mieszkają jedną nogą i mieszkają też tutaj. Teraz już nie mam. Pokończyły się trochę te znajomości, ale miałem dużo dosyć dobrych znajomych, którzy na przykład wychowali się i dorastali w twardym mieście New York i mieszkali na Queens i mieszkali później tu w Londynie i mieli tu biznesy.
Nie tylko takich, bo i różnych ludzi. I takiej radosnej z Kalifornia, którzy tu mieszkali w tym deszczowym kraju i deszczowym mieście w Londynie. I często rozmawialiśmy o różnych kulturowych historiach. Tak się jakoś złożyło. Fajnie jest, jak się ludzie spotykają i gadają o fajnych kulturowych różnicach. O tym, co na przykład stanowi taki background kulturowy. Kiedyś miałem taką ciekawą rozmowę z panną, która już nie mieszka w Londynie. Wyprowadziła się z Londynu, wróciła do Kanady ze swoim mężem. Taka historia trochę jak z bajki. Dziewczyna przyjechała do Londynu , poznała księcia z bajki i wróciła do siebie.
Tam, gdzie rodzina. Tam, gdzie biegają niedźwiedzie grizzly z tym księciem z bajki i sobie radośnie mieszkają, wychowują dzieci, czy jakoś tak. Taka historia. Tam jest oczywiście troszkę mniej bajkowo w rzeczywistości, ale w sumie nie aż tak bardzo mniej bajkowo. Także widzisz, fajne rzeczy się działy u niektórych ludzi w życiu. Kwestia nastawienia. Anyway, mieliśmy takie rozmowy na temat, jak wygląda pewna różnica kulturowa w ogóle opowiadania sobie o tym, że ruszasz w drogę, że jest w twoim życiu ten element, który Aborygeni nazywają dream time. Wstajesz i ruszasz gdzieś w drogę. Taki kamyk do naszego ogródka. Ogródka podróżników i tych w głowie i tych w nogach.
Każdego podróżnika, bo tu nie ma żadnej różnicy. Kto podróżuje w głowie, ten podróżuje w nogach. Kto podróżuje w nogach, czasami podróżuje też w głowie. I nasza refleksja dotyczyła tego, z czym jest związana taka podróż, takie wybranie się gdzieś tam, taki zryw młodzieńczy. I usłyszałem taką ciekawą opowieść o tym, że w jej stronach taki młodzieńczy zryw to jest wzięcie pierwszej fury, którą się dostało od starych, że tak kolokwialnie powiem. Cześć tata, cześć mama. Dokładnie. Wzięcie fury, wywalenie się z przyjaciółmi albo jeżeli masz kogoś tam na boku, jeżeli masz dziewczynę albo masz chłopaka, to bierzesz swoją drugą połowę w wieku nastoletnim. Walisz nogi na deskę rozdzielczą. No, chyba że ktoś prowadzi.
Chyba że prowadzisz. Właśnie wtedy masz ręce na desce rozdzielczej, bo tam raczej jest mister officer, który się pyta ciebie, dlaczego nie masz rąk na desce rozdzielczej i może do ciebie zacząć strzelać. Także tam się ręce trzyma na kierownicy. O, to chciałem powiedzieć. W każdym razie numer polega na tym, że kiedy chcesz się zerwać, kiedy masz już wszystkiego dość, nadchodzi ten moment poczucia tej wolności. To jest to obarczone takim zestawem gadżetów. Na przykład klasyczny numer to jest to, że bulasz fajki swojej starszej, jeżeli oczywiście pali. Ja miałem ten numer w dzieciństwie też nie raz, nie dwa. Takie lepsze fajki buchnąć starszej. Akurat nie miałem samochodu starszej, nie miałem takich luksusowych form.
W PRL-u, gdzie dorastałem, takiej opcji raczej nie miałem, ale generalnie można było mieć samochód. To też nie było aż takim wielkim dramatem. Anyway, taki młodzieńczy zryw to oprócz tego, że zryw po wolność, zobaczyć nowy świat, o czym ja na przykład wtedy właściwie myślałem, ale nie myślałem. To nie było kwestią rozważań. Rozważaniem był zachwyt nad tym, że się wyrwałem, że ruszyłem w drogę. I to samo moja kumpela z Kanady mówiła: „Słuchaj, najważniejsze było to, żeby walić nogi na deskę rozdzielczą, rzucić fajki, które się buchnęło starej. Ja akurat buchałam Lucky Strike'i. Rzucić na deskę rozdzielczą z przodu przed nogami, zajarać sobie fajkę, może jakiegoś jointa. I wiesz, jedziemy gdzieś prostą drogą”. Ale o ile zauważyłaś i ty też w tej całej opowieści jest ta nieszczęsna historia pod tytułem, że ktoś ma jakiś atrybut.
W tym momencie ta paczka fajek. Ona pojawia się w wielu amerykańskich filmach. Akurat moje pokolenie należy do takiego, które było skutecznie osaczane amerykańską popkulturą. Większość bohaterów tych filmów jarała fajki. Zresztą co tu dużo mówić. Słynny plakat Solidarności na wybory z dżentelmenem, który szedł w kowbojskim stroju. Właściwie nikt tego chyba nie pamięta dokładnie. On tam jeszcze jara cygara w tym westernie. I właściwie taka główna sprawa związana z plakatem, że on jest tam chyba z cygarem oryginalnym na oryginalnym plakacie. Chyba jakoś tak, I don't know.
Sprawdź sobie. Tam generalnie jeszcze wszyscy jarają, ale mówię o tym atrybucie i gadżeciarstwie, że nawet nasza wolność ma taką stygmę, że zapożyczamy sobie obraz z popkultury, skądkolwiek. Zapożyczamy sobie obraz po to, żeby podpisać się pod swoim własnym życiem. Przepraszam, troszkę zamotałem. Zapożyczamy cudzy tytuł z cudzej książki, żeby podpisać się pod własnym życiem. Bo nie wiem czemu, tak już się porobiło, że zamiast portretować swoje własne życie własnymi słowami, uwierzyliśmy w to, że jak zrobimy to w taki sposób, że dostosujemy się do czyjegoś opakowania, to czasami będzie lepiej, wygodniej albo coś w tym stylu. I to za nami się ciągnie. Czy to w postaci właśnie takiego dziwnego, dzikiego atrybutu, że wyruszam na wyprawę, pierwszą wyprawę w swoim życiu, z dala gdzieś od starych obowiązków i wszystkiego. I też jest jakiś atrybut. Coś tam jest.
W moim przypadku były to fajki. W twoim przypadku I don't know. W niektórym przypadku była to butelka browaru, która była po to, żeby dojechać w jakieś miejsce, takie dalekie, w którym jeszcze nigdy samodzielnie nikt z nas nie był wcześniej. Z ekipą, z dziewczyną, z chłopakiem dojechać w to miejsce, otworzyć sobie tego browara czy tą fajeczkę, czy tego jointa i sobie tam po prostu posiedzieć chwilę, zapalić i pocieszyć się, że jest się tam, gdzie się nigdy nie było, gdzie się nie zakładało, że się będzie. I jest to taki zryw wolnej woli, dokładnie tu i teraz. I teraz jest pytanie, co by było, gdybyśmy nie mieli tych gadżetów? Co by było wtedy z naszymi zrywami wolnej woli? Ja myślę, że zryw byłby o wiele ciekawszy i właściwie mogłoby być tak, że świat nie skończyłby się na powrocie ze zrywu, jeśli nie byłoby nigdy powrotu ze zrywu. Zryw byłby nieustanny, niekończący się i właściwie wszyscy byliby w drodze. Bo jedyny moment, który nas zatrzymuje w tej całej drodze, to czasami poza tym, że świat nie daje nam zbyt wielu takich formalnych opcji, że hej, człowieku, rusz się w drogę i nie przejmuj się niczym.
Chociaż czasami takie opcje powstają. Różnie to wygląda. Nie chcę mówić, co jest możliwe, co nie jest możliwe, bo to takie gadanie o tym, jakby zmusić wszystkich ludzi do chodzenia w tym samym rozmiarze buta. Coś dla jednego jest możliwe, dla drugiego już troszeczkę gorzej osiągalne. I każdy z nas ma swoje własne życie i swoje własne sprawy, które realizuje, które chce zrobić. I wiadomo, że jak chcemy coś zrobić, to i tak to zrobimy. Nic nas nie zatrzyma. Także w dużej mierze kwestia tego, co robimy w swoim własnym życiu, przynajmniej w moim tego słowa rozumieniu, zależy w 100% od naszego widzimisię. Albo mi się chce i coś robię, albo mi się nie chce i tego nie robię. Mogę udawać, że to robię, ale jasna sprawa, że jest to udawanie.
Można się oszukiwać oczywiście i tak dalej, ale po co? Wracając do nawyków, które mamy z tej cywilizacji, to cały ten portret przypomina mi się historia z tym dżentelmenem w tej szopie, który ma te piękne narzędzia. Że nawet ten nasz zryw po wolność potrafi być czasami skręcony do paczki fajek, którą gdzieś tam pokątnie, bo w domu nie można palić, za młodzi albo coś. Chodzi o ten atrybut wolności, że wybierasz się na wyprawę, na której robisz coś, na której normalnie nie robisz czegoś. Bo życie na przykład z rodziną dookoła wymusza pewne konwenanse i chcesz zrezygnować z pewnych konwenansów. I po to jest ta wyprawa, żeby znaleźć siebie w innej perspektywie, w momencie, gdzie przełamujesz tą barierę. Barierę doświadczenia swojego świata, barierę wszystkich ograniczeń wynikających z poznania swojej rzeczywistości. Nowy świat. Nowa droga. Jestem miłośnikiem Marka Twaina tak jakoś chyba przez całe życie, się okazuje.
Do tej pory mi nie przeszło, chociaż o wiele mniej Marka Twaina teraz czytam. Mówiąc szczerze, zaglądałem po raz ostatni chyba dwa lata temu do jego książki, polskiego tłumaczenia zdaje się. Także nie jest tak, że czytam codziennie, budzę się z Markiem Twainem pod poduszką. Nie jest aż tak, ale lubię sobie do niego czasami wrócić, do niektórych opowieści i niektórych historii przede wszystkim z Marka Twaina i w ogóle do pewnej logiki działania bohaterów z Marka Twaina. To jeszcze były czasy Dzikiego Zachodu, pełnego szaleństwa, gorączki złota, wielu innych dziwnych spraw na świecie. Ale jedna rzecz była pewna. Ludzie robili coś po to, żeby zrobić. I w tych opowieściach Marka Twaina często pojawiają się właśnie takie przezabawne historie o ludziach, którzy robią coś i popadają troszkę w niewolę tego, co robią i właściwie nie doprowadza ich to nigdzie. To są te słynne opowieści o szukaniu złota, o tej gorączce złota. Ja tu nie będę spalał tematów i opowiadał, o czym są te opowiadania, o czym są te książki.
Weź sobie tą książkę do ręki w wolnej chwili. Teraz zima nadchodzi. Jak nie będzie trzęsło pod nogami, będzie jeszcze kawałek światełka, będziesz miał chwilę czasu to sobie człowieku poczytaj fajną książkę. Polecam serdecznie. W każdym razie, o czym ja tutaj mówię? O tym, że dawniej ta informacja, że zbierasz jakieś narzędzia, robisz coś, poza oczywiście dworami królewskimi, była związana z tym, że koniec końców załatwiasz jakąś sprawę. Że nie jest to po to, żeby tylko i wyłącznie mieć. Ja tu kiedyś opowiadałem namiętnie tą starą historię, której nie wszyscy są miłośnikami albo może w inny sposób. Nie wszyscy chcą ją zrozumieć w poprawny sposób albo nie wszyscy to łapią. Jest to historia pewnego dżentelmena.
Powtórzę jeszcze raz, żeby nie było, że nie mówię i nie przypominam, bo myślę, że jest warta przypominania. Autentyczna historia pewnego dżentelmena, który wylądował wśród Indian. Dziki Zachód. Może nie aż taki dziki, ale dzicz. Generalnie dzicz i Indianie dookoła. I za bardzo poza wiewiórkami, bizonami i jeziorami nic nie ma. No i taki biały tam wylądował na brzegu. Nie miał nawet łódki, miał tylko strzelbę. Wiadomo, że strzelba działa tylko na proch i tego prochu jest niewiele. To jak upolujesz troszeczkę zwierzątek do jedzenia, to po paru chwilach nie ma już prochu.
Jeżeli nie potrafisz sobie radzić w lesie, to sobie w ogóle nie poradzisz. A wiadomo, że człowiek ani potrafi sadzić, ani nic. Taki kowboj, wieśniak co tylko strzelać potrafi i jak ustrzeli to zje. Indianie z lokalnego szczepu się nad nim zlitowali i dali mu w prezencie. Przynieśli mu, kiedy go nie było w chacie, canoe i oparli o ścianę jego chatki. No i tam chyba poczekali, aż zejdzie na niego. On przyszedł, powiedzieli mu, że dają mu to canoe, żeby sobie na nim łowił ryby, że jest jego, żeby nie padł z głodu. No bo był problem, że jak facet zacznie zdychać z głodu, zacznie się odżywiać niewłaściwie albo coś tam. Po prostu będzie zaraza, zachoruje na coś, zatruje wodę w jeziorze. Cholera, nie wiadomo co się stanie.
To żywy człowiek. Po co nam człowiek, który ma problemy, skoro człowiek z problemami generuje jeszcze więcej problemów? Więc dajmy mu coś, co rozwiązuje jego wszelkie problemy. Będzie najedzony, zdrowy, szczęśliwy. Git. Może jeszcze zacznie z nami się dogadywać tutaj. Znajdzie sobie dziewczynę, rozumiesz? I wszystko będzie okej. No i okazało się, że ten dżentelmen nie skumał za bardzo po co ma to canoe i może dwa razy wypłynął tym canoe na jezioro. Oparł o chatę i to sobie stało, stało, stało i butwiało i sztywniało.
No i pewnego dnia, kiedy wrócił z polowania, zobaczył, że canoe nie ma i zdziwiony, taki wkurzony, że oczywiście ktoś mu buchnął to canoe, bo to było jego canoe. Jak to możliwe, że jakiś cham, bęcwał, buc nieprzeciętny przychodzi w środku lasu, w środku dżungli, gdzie on sobie mieszka w spokoju i kradnie mu jego pieprzone canoe? Okazało się, że to Indianie wzięli z powrotem, co go bardzo zdziwiło. Kiedy się spytał: „Dlaczego zabraliście moje canoe?”. Tak się spojrzeli na niego: „Człowieku, daliśmy ci to canoe, żebyś go używał, a ty wziąłeś to canoe, oparłeś o ścianę. Canoe niszczeje. Za miesiąc czasu albo za dwa będzie kompletnie nie do używania. Czy ty myślisz, że my po to zabijamy te zwierzę, po to robimy tą skórę, żeby zrobić to canoe, po to robimy masę cholernej roboty skomplikowanej, żeby zbudować świetną, niezniszczalną łódkę, która doskonale się sprawuje na jeziorze, żebyś ty wziął, roztrzaskał tą łódkę tylko dlatego, że ci się podoba jako fajna dekoracja, która stoi oparta o ścianę? Jeżeli nie używasz to my to zabieramy i tą łódkę używa ktoś, kto tego potrzebuje”. I to była piękna logika.
Taka logika też istniała jakiś czas temu na świecie. W dzisiejszych czasach z tą logiką jest troszeczkę inaczej. Ona wzięła się, podejrzewam, z dworów królewskich, które zbierały nagminnie złoto i inne kosztowności, chociażby po to, żeby opłacić armię. W pewnym momencie armie zaczęły być osobnymi instytucjami I ten nadmiar zbieractwa, bo jak opłacić armię, jest tyle pieniędzy, żeby opłacić armię, to może coś sobie zatrzymam, to ja sobie jakiś skarbiec wybuduję. Okazało się, że wielcy i możni tego świata zaczęli gromadzić wszystkie tekana tego świata. Ich mieszkańcy zaczęli zdychać z głodu. Porobiło się troszeczkę rewolucji na świecie. Do tej pory świat nie jest spokojny. To jest ciekawa refleksja na temat naszej niedoskonałej rzeczywistości. Czy zauważyłeś to, że świat, nie mówię o trzęsieniach ziemi, świat w tym aspekcie, w którym funkcjonuje aktualnie, w tym wymiarze, w tym pomyśle na rzeczywistość, nie jest spokojnym miejscem?
Jest, jeżeli chodzi o zagadnienia związane z państwowością, finansami, prawem, porządkiem publicznym i tak dalej, najbardziej gównianym, siciarskim miejscem w kosmosie. Jeżeli chciałbyś się tu urodzić, to masz przesrane, bo w momencie, kiedy się rodzisz w jakimkolwiek tak zwanym cywilizowanym kraju, jesteś już z nadania niewolnikiem, który musi odrobić jakimś frajerom to, że się urodził z kobiety na planecie Ziemia. Tak samo jak ci frajerzy, którzy się urodzili też z kobiety na planecie Ziemia. Tylko że oni są w lepszej sytuacji, bo ich ojcowie wymordowali więcej ludzi albo ktoś się umówił na coś. W każdym razie ustawka zwana oficjalnym sposobem na życie. Tu wielu popada w tą amnezję umysłową i nieustannie tworzą manifesty, tworzą prawa, tworzą różne dziwne rzeczy i chcą koniecznie budować jakiś nowy rząd, nowy porządek, nowy ład świata. I don't know. Pewne szaleństwo. Ja rozumiem, że można się zebrać i zrobić sobie ekipę, która stwierdza: „Okej, w tym momencie się organizujemy, robimy coś w rodzaju takiego stowarzyszenia ludzi, którzy otwarcie deklarują, że w tym momencie jedyne, co chcą kontynuować w swoim życiu, w swoim fakcie egzystencji na planecie Ziemia, to spokój i miłość”. I to jeszcze rozumiem.
Można się zrzeszać, można się organizować, można stworzyć wspólnie community, czyli grupę ludzi, która ma podobny cel. Niezależnie od tego, że czasami się zawieszają na tych środkach, ale podobny cel. I przede wszystkim, żeby ta grupa ludzi chciała realizować ten cel. Niekoniecznie stała i przyglądała się na te wiertarki i zastanawiała się, jak szybko, jak powoli chodzą, która ma ładniejszy kolor. I chodzi mi o te aspekty techniczne, tylko chodzi o ludzi, którzy mają w rzeczywistości zamiar zbudowania czegoś za pomocą tej wiertarki. Tu właśnie pojawia się cała ta historia związana z naszą zabawną cywilizacją, że właściwie ile wymyśliliśmy te wszystkie narzędzia, to okazało się koniec końców, że ciężko powiedzieć, żeby były do czegoś potrzebne. Możemy mnożyć logiczne uzasadnienia posiadania wielu urządzeń dookoła nas. Przy czym czy jakiekolwiek z tych uzasadnień albo ile z tych uzasadnień, może to jest lepsze pytanie, ile z tych uzasadnień byłoby w stanie się zwyczajnie obronić? Ale nie mówię o logicznym obronieniu, bo logika to taka zabawna historia, ale mówię o takim rzeczywistym, że mamy ten koncept, stajemy w środku lasu i koncept dalej działa. A wcześniej staliśmy na przykład w środku dużego miasta, które jest zurbanizowane, zelektryfikowane i tak dalej.
To jest, myślę, taki papierek lakmusowy każdego konceptu, że albo koncept działa i odwołuje się otwarcie do kosmicznych sił, które rządzą całym kosmosem, albo się nie odwołuje, albo się odwołuje tylko teoretycznie, czyli też się nie odwołuje. Bo jest masa różnych historii w dzisiejszych czasach, w dzisiejszym świecie, gdzie już widać, że świat składa się nie tylko i wyłącznie z tego, o czym mówią na kanale Discovery, że jest jeszcze druga część tego świata i jak się okazuje, ta druga część jest o wiele ważniejsza niż ta z kanału Discovery. Coś z tym kawałkiem trzeba zrobić i jakoś go usystematyzować w swoim życiu. Może nie tyle w swoim życiu, ile w ogóle usystematyzować kawałek tego świata, żeby nie kolidował z tym obrazem rzeczywistości, który mamy na co dzień. Tym obrazem, w którym gadżeciarstwo jest głównym podmiotem wykonawczym. I właściwie okazuje się, że robimy rzeczy głównie po to, żeby mieć jakąś rzecz, która daje nam kupę zabawy, kiedy coś robimy. Niekoniecznie zastanawiamy się nad sensem, skutecznością, sensownością w ogóle jakiegokolwiek zachowania tego, co robimy. Absolutnie. Przynajmniej taka jest moja refleksja. Swego czasu tu w Londynie co jakiś czas, nie wiem, jak to teraz wygląda, bywały takie akcje w metrze.
Okej, też taką robiłem. Oczywiście w bardzo małym wymiarze, ale są dżentelmeni, którzy robią je w o wiele większych wymiarach. Bo w metrze są ogłoszenia, komercyjne ogłoszenia różnych firm. Jak sobie jeździsz metrem po różnych miastach na świecie, to na pewno zauważyłeś, że w metrze jest w cholerę reklam. I te reklamy są zawsze ustandaryzowane. Te same boardy. Wszystko wygląda bardzo podobnie. Jest też oczywiście zawsze taka specjalna, to się nazywa zawodowo identyfikacja wizualna, czyli odpowiednio dobrana czcionka odpowiednim krojem, żeby zawsze wyglądała tak samo. Odpowiednie znaczki, piktogramy, tak to się nazywa, które pokazują, co powinieneś w danej części wagonu robić, co jest zakazane, co jest dozwolone. Cały ten język identyfikacji wizualnej, tak to się fachowo nazywa, czyli brand danego metra w danym mieście.
I ten brand jest taki homogeniczny. To jest informacyjna historia i w Londynie, nie tylko w Londynie, bo i w wielu innych miastach robi się taki numer. Projektuje się coś, co zawiera troszeczkę inne treści, ale wygląda dokładnie tak samo. Używa się tych samych czcionek, robi się dokładnie te same loga, tylko pisze się coś zupełnie innego. I była taka akcja przeprowadzona przez kilku dziarskich dżentelmenów tu w Londynie, którzy podmieniali te plansze reklamowe w londyńskim metrze i wieszali takie plansze swoje własne, z różnymi ciekawymi napisami. Jechałeś metrem i normalnie obok reklamy na przykład złotego środka na porost włosów albo doskonałych wakacji nie wiadomo gdzie, nagle reklama obok wyglądająca jak oficjalne obwieszczenie metra, które brzmi... Nie zacytuję z pamięci. I jak się czujesz, kiedy wracasz ze swojej kompletnie nieużytecznej i nikomu nieprzydatnej do niczego pracy, która powoduje, że połowa świata teraz żyje w nędzy? Coś w tym stylu. Tak pięknie opisane w trzech zdaniach.
Jak się teraz czujesz? Mówi: „A useless job. I stojąc w tym tłumie w metrze, gdzie nie możesz się ruszyć nawet o centymetr. Jaki to ma sens w twoim życiu? Gdzie są te łąki, o których marzyłeś?” Coś w tym stylu. Takie fajne napisy pozostawiające w głowie czytelnika, który potencjalnie wierzy w powodzenie swojego życia w strukturach korporacyjnych, bardzo duży znak zapytania. Bo tu się okazuje, że jest inny świat i ten inny świat, do jasnej cholery, przyszedł nawet do metra i nie wiadomo, co z tym zrobić. I było zabawnie, bo oczywiście było parę artykułów w gazetach, takich nawet ogólnoangielskich, na ten temat, między innymi w „Guardianie”. Okazało się, że oczywiście komentarze tam były o wiele większe niż sam artykuł do tej historii. W komentarzach oczywiście pojawili się ludzie, którzy poczuli się wręcz osobiście zaatakowani, że jakiś głupek nazwał ich pracę, a oni są inżynierami, którzy dbają o to, żeby na przykład karetki pogotowia jeździły gdzieś tam, że jakiś głupek nazywa ich pracę bezmyślną, że na pewno nie ma mózgu, że to prostactwo i tak dalej.
Z drugiej strony pojawiają się bardzo cenne komentarze puentujące sensowność działania służby zdrowia, która się opiera na technologii w dzisiejszych czasach, która jest tak dziadowska, że te całe jeżdżenie do pacjenta w 99 przypadkach bierze się stąd, że ktoś po tym pacjencie przez całe życie jeździł. I to dokładnie ci sami kolesie, którzy sprzedają ci ubezpieczenia. Ci sami kolesie, do których należy fabryka tych karetek pogotowia. Ci sami kolesie, do których należą prywatne kliniki, w których marzą pracować ci lekarze zaczynający na karetce pogotowia później, żeby robić swoją karierę. Generalnie wygląda na to, że wszyscy się tak nieźle poustawiali i poskładali tego jednego kolesia po to, żeby doprowadzić go do sytuacji, w której jedyne, co można zrobić, to wysłać po niego karetkę, a później twierdzić, że to jest największe bohaterstwo świata zbudować tą karetkę i wysłać po niego. Szczególnie w momencie, kiedy się wyorało mu kompletnie cały kawałek życia i doprowadziło do sytuacji, że właśnie pada na zawał przerażony swoją kolejną płatnością kredytową za dom, który miał mu dać szczęście i poczucie bezpieczeństwa. To jest najlepszy numer w tym wszystkim. Taka ironia losu. Proszę ja, koleżanki i kolegi z współczesnego świata, bardzo duża ironia losu, bo my jesteśmy w momencie move from here, czyli ruszamy się stąd. Centralnie się ruszamy, ruszają się kontynenty.
I tu tak już konkretnie: trzęsienia ziemi we Włoszech, które jasno i wyraźnie pokazują, że płyta kontynentalna, właściwie chyba wszystkie płyty kontynentalne, są już mocno w ruchu. Kalifornia właściwie zaraz odpłynie i się zapadnie. Takie rzeczy. I jak zwykle w takiej sytuacji widać paniczne ruchy na horyzoncie, bo część z nas o tym wie. Nie tylko ja, taki tutaj dżentelmen na południu Londynu. Nie tylko ja o tym wiem od paru lat, co się dzieje. Wielu ludzi wie, co się dzieje. Wielu naukowców, wielu ludzi w polityce, ale tylko tam troszkę wyżej. Podejrzewam, że lokalnych przydupasów, takich, którzy żyją z prowizji handlu bronią i ropą naftową, żeby kontrolować zasoby. Takich cwaniaczków to akurat tam nikt za bardzo nie informuje, bo takie cwaniaczki to są takie na jedno machnięcie i tyle.
Ale widać taki popłoch. W ogóle ciekawe rzeczy się dzieją w Londynie. Banki się wycofują, robi się brexit, że niby już nie można w Anglii, że trzeba się oddzielić, że tu oddziały trzeba gdzieś wycofać. Jakieś dziwne ruchy, że niby jakiś papier załatwi jakąś sprawę. W rzeczywistości jest to historia związana z kultem cargo, któremu ulegliśmy, o którym kiedyś już dawno wspominałem. Bo co tu dużo mówić, żyjemy w kulcie. Kulcie tego, że tworzymy cywilizację, chociaż nie tworzymy nic. Mamy jedynie pewne zaawansowane mniej lub bardziej, jak nam się wydaje, urządzenia technologiczne, które zostały zminiaturyzowane i odpowiadają za przekazywanie komunikacji pomiędzy nami. Przy czym doszło do takiej patologicznej sytuacji, że nawet ta forma komunikacji jest potężnie skorumpowana. Dawniej próbowano to korumpować w ten sposób, że wytłukiwano wszystkich.
Jak armia wjechała do miasta, to nie było tak, że ktoś zostanie żywy. To był taki klasyczny numer, który robił Watykan razem z możnymi z Wenecji za pieniądze tych możnych z Wenecji. Chodziło oczywiście o zdominowanie handlu dookoła Morza Śródziemnego, zdominowanie wszelkich możliwych portów. A wiadomo, że jeżeli są jacyś cholerni gnostycy, którzy na dodatek jeszcze posiadają tak zwaną alchemiczną wiedzę i to jest tak, że my tu sprzedajemy kit o kolesiu, który chodzi po wodzie, a tu się okazuje, że tam jest szkoła i tam uczą każdego, jak chodzić po wodzie i jak robić wino z wody. Świetnie, to trzeba ich wszystkich wytłuc, bo w tym momencie ktoś pewnego dnia zakwestionuje boskość naszego Boga. A jeszcze na dodatek oni mają porty, także wiadomo, że jest konflikt interesów bardzo poważny. Jedni żyją z zasobów, a drudzy te zasoby tworzą. Więc wiadomo, że jeżeli zasobów jest ilość niezliczona, przynajmniej tak nam się wydaje, zawsze jest ktoś, komu można zabrać kość i można zrobić mu łomot i można zabrać jego rzeczy. I wiadomo, że żadna kara nam nie grozi, bo jak ktoś się zbuntuje, to pójdziemy do niego większą armią i zrobimy mu jeszcze większy łomot. I co nam zrobiś, koleżko?
Nic nam nie zrobisz. Tak myśleli Amerykanie do momentu, dopóki nie okazało się za każdym razem, kiedy podpływają swymi największymi lotniskowcami w okolice Związku Radzieckiego, coś w dziwny sposób wyłącza ich wszystkie systemy i największe imperium świata, jak dawniej mówiono, sprzedawano taki kit, że Ameryka jest największym imperium militarnym na świecie. Się okazało, że w obliczu Iranu, w obliczu Rosji, w obliczu kraju o nazwie Ghana poważnie ci nie dysponują żadną technologią poza jednym wielkim, jak to się elegancko po angielsku mówi, po amerykańsku nawet jeszcze, poza jednym wielkim scientific bullshit and we know how to make more smoke. We know how to make more bullshit with more smoke. Czyli wiemy jak zrobić jeszcze więcej dymu i jeszcze więcej gówna i jeszcze więcej dymu z tego gówna. I tylko tyle wiedzą Amerykanie, jak się okazuje. Amerykanie w cudzysłowie. Chodzi o rządowe agencje, które tam brylują, że niby dysponują jakimś postępem światowym i globalnym. Jak się okazuje chyba tam najwięcej i najmocniej naukowcy zapatrzyli się właśnie w te wiertarki. Będę nawiązywał ciągle do tego mojego garażowego syndromu pana Czesia, który sobie wychodzi w niedzielę pomajstrować.
Taki niedzielny kierowca, niedzielny majsterkowicz, niedzielny turysta. Otóż to, że właściwie nie chce tego robić i robi tylko tak, żeby nie było, że nic nie robię w życiu. Bo chodzi o to, żeby życie miało cel. I tak jak to wychodzenie do garażu i skręcanie czegoś tymi wiertarkami, kupowanie nowych wiertarek nie ma żadnego sensu, bo co najwyżej po 20 latach skręcania 300 milionów desek, 300 milionów gwoździ, przywaleniu 50 modeli wiertarek, sprawdzeniu co jest najlepsze aktualnie na rynku i za najlepsze ceny, w najlepszym dyskoncie się okazuje, że właściwie tylko jedna podstawka pod kwiatek powstała. Smutna historia i właściwie można się zastanowić po jaką cholerę te parę tysięcy ludzi, które pracowało przy pakowaniu tej wiertarki, przy produkowaniu tej wiertarki, wysyłaniu jej z fabryki gdzieś tam, ja już nie mówię o wyprodukowaniu tej wiertarki, zaprojektowaniu wiertarki i prądu elektrycznego do tej wiertarki, żeby w ogóle włączyć i coś z nią zrobić, żeby to w ogóle miało sens. Się okazuje, że łańcuszek jakiegoś miliona ludzi, który rozciągnął się w czasie na 100 lat od momentu, kiedy oficjalnie używamy prądu elektrycznego w jakimś tam standardzie wymyślonym w Nowym Jorku, dokładnie przez dżentelmenów z giełdy nowojorskiej, którzy gówno znali się na prądzie i wymyślili dzięki namowom Edisona, że najlepszy będzie taki prąd, jaki proponuje Edison, bo wszystkie inne warianty powodują, że ludzie mogą go mieć za darmo. Był problem z telegrafem, bo jak wybudowano telegraf, to się okazało, że telegraf nie używa żadnego prądu. Nie wszyscy o tym do dzisiaj wiedzą. Znacznie nie wszyscy. Znamienita część jak myśli, że telegraf to myśli: „A bateryjka.
Taki pierwszy telefon komórkowy”. Nie, co ty człowieku. Telegraf był pierwszym urządzeniem, które pracowało na prąd z ziemi. Nigdy nie miało własnych baterii, nigdy nie miało własnego zasilania. Telegraf zasilany jest kablem, który jest zakopany w ziemi pomiędzy jednym a drugim telegrafem. I zawsze tak działało. Dlatego burze słoneczne były bardzo łatwe do odnotowania w dawnych czasach. W takim 1800 którymś roku odnotowanie burzy słonecznej było pikusiem i każdy o niej wiedział, ponieważ jak to się po angielsku mówi, to jest też taki termin z anglosaskiego języka związany z pierwszymi czasami radia, tak zwany jamming, że sygnał jest jammed, czyli jest scrushowany, zjamowany takim... Nie wiem, jak przetłumaczyć słowo jammed na polski. Zmielony .
Zmielony to by było troszkę inaczej. Generalnie jest taki pomielony, wymemłany i nic nie ma. Jammed, czyli po prostu , bo intensywność promieni słonecznych odbija się w drucie elektrycznym, produkuje więcej prądu i nie słychać już tego pik, pik, pik, tylko słychać . Coś takiego i koniec rozmowy. I tak działały pierwsze telegrafy. Tak że wiadomo było od samego początku, od kiedy pojawiała się jakakolwiek forma energii, jakakolwiek. Ja na razie sięgam tylko do prądu elektrycznego, ale to naprawdę tylko czubek góry lodowej. To już wtedy było wiadomo, że wszystko jest za darmo i że nie ma tutaj żadnej lipy. Wystarczy zakopać kabel w ziemi i każdy, kto chce sobie zakopać kabel w ziemi ma prąd za darmo. I wszyscy ci kolesie, którzy się pojawiali przez jakieś 100 lat, jak nie dłużej do dzisiejszych czasów, byli przez oficjalną naukę i oficjalną cywilizację, czyli każdego z nas, bo to siedzi w każdym z nas, negowani, stawiani do kąta i obarczani mianem idioty, szaleńca, wariata, fantasty i tak dalej.
Oczywiście dalej spaliliśmy ropę, jak gdyby nigdy nic. Dalej modliliśmy się do tej zabawy, że wyprodukujemy sobie zminiaturyzowaną wersję gadżetu, który właściwie jest nam na cholerę potrzebny. 100 lat temu były bardziej praktyczne rzeczy produkowane niż teraz i działają do dzisiaj. Gdyby nie one, to być może ciężko by było z tym dzisiejszym światem. Nie byłoby opcji na istnienie współczesnych modeli, które robią jedno wielkie nic i dużo pipczenia, świecenia i nie wiadomo czego. No właśnie, nie byłoby tego nowego systemu, który jest oparty na zminiaturyzowaniu i upakowaniu do takiej bardzo wygodnej formy tych wszystkich rozwiązań, które dawniej były za darmo. Dawniej radio budowało się samemu, łącznie z nadajnikiem i do 1905 roku, czyli te pierwsze złote lata radia. Chociaż oficjalnie złotymi latami radia nazywa się coś innego. Ten termin oznacza wszystko do powstania telewizji w Stanach Zjednoczonych, czyli gdzieś tak do początku lat 50. Ten okres się nazywa właśnie złotymi czasami radia, ponieważ radio wtedy miało potężne oddziaływanie i wystarczyło zrobić taki eksperyment socjotechniczny za pieniądze Fundacji Rockefellera, złamać kilka zasad, żeby wprowadzić całą Amerykę w błąd i doprowadzić do ogólnej paniki, że ludzie myślą, że obcy właśnie lądują i najeżdżają Amerykę.
Słynne słuchowisko Orsona Wellesa „Wojna światów”. Jak się po latach okazało, wielu ludzi gonionych takim niepokojem: jak to możliwe, że ktoś to zrobił? Jak to się stało? Bo to nie jest takie łatwe w tamtych czasach. Nie było takie łatwe w tamtych czasach wykonać taki manewr. Się okazało, że manewr został sprytnie zaprojektowany, ale o nim już kiedyś opowiadałem. Jest nawet chyba kawał audycji gdzieś w archiwum Radia Nafali, dostępnego oczywiście jak najbardziej na stronie www.radionafali.com nazywa się „Dokładka”. Gdzieś tam w archiwach któryś odcinek „Dokładki” jest poświęcony dokładnie temu, jak był przeprowadzony ten eksperyment socjotechniczny, bo było kilku naukowców, którzy go przygotowywali łącznie tu w Anglii, sprawdzając to eksperymentalnie i tak dalej. Tak że tutaj zostawię ten wątek, wycofam się do archiwum Radia Nafali, ale wrócę do tego fetyszyzmu, który mamy, że cywilizacyjny model, w cudzysłowie cywilizacyjny, to, co określiliśmy jako cywilizacją, ustawiło taką bardzo wyraźną barierę, poprzeczkę, że okej stary, chcesz się rozwijać, rozwój jest bardzo prosty. Tu są różne przedmioty i możesz dołączyć do grupy ludzi, która produkuje te przedmioty.
Polega to na tym, że bierzemy stare rozwiązania, które działają na świecie od 100 lat. Nie są wydajne, są tak naprawdę o kant dupy rozbić, nie nadają się zupełnie do niczego, ale staramy się zrobić z nich coś, co działa. Mamy przy tym masę strat energii. Właściwie urządzenie jest zasilane tysiącem watów, a 99% idzie w powietrze tylko po to, żeby wzbudzić zjawisko, którego i tak nie kontrolujemy do końca. Nawet tego po 100 latach pracy z tym urządzeniem nie potrafimy zrobić jako cywilizacja. Co dopiero mówiąc o prądzie elektrycznym i tego, co myślimy o prądzie elektrycznym i o pozostałych zjawiskach, bo właściwie ten prąd, benzyna, wszystko się skądś bierze, prawda? Nie jest tak, że powstaje i jest benzyna. Benzyna ma swoje powody, które powodują, że się manifestuje. Ale ten wątek zostawię, już nie będę taki naukowy w sobotni wieczór. Bez przesady, jest przecież sobotni wieczór.
Wracając do tych naszych attachmentów i do tego kultu, to jest taki kult. Nam zaproponowano dokładnie taką zabawę, że możesz zostać konstruktorem tego świata. Zasada jest prosta: wszystko, co budujemy, musi mieć wmontowany licznik i musi być skonstruowane w ten sposób, że każda próba dotknięcia tego urządzenia kończy się informacją o tym, że musisz za to zapłacić. I nie ma tak, że ktokolwiek skorzysta. A wiadomo, że urządzenia, które budujemy, czy chcemy, czy nie, jako cywilizacja zawsze służą tylko jednemu: przekazywaniu informacji. Nawet jeżeli jest to urządzenie, które służy do powlekania paznokci czerwonym lakierem. Nawet ten czerwony lakier, cała ta historia ma swój głęboki sens. Mniej lub bardziej głęboki oczywiście. Chodzi o to, że jest konkretny cel, dla którego jakaś kobieta maluje sobie paznokcie na czerwony kolor. I historia, gdyby tak poszperać troszkę dłużej w życiorysie, nagle się okazuje, że za tym stoi cała sprawa i być może właśnie udaje się na randkę, konsekwencją której będzie trzódka dziatwy, która gdzieś tam się pojawi z jakimś dżentelmenem i szczęśliwe życie.
Albo i nie, albo jakieś zupełnie inne życie. Kto to wie? Nikt tego nie wie, ale jest ku temu jakiś cel. A w tym momencie nam zaproponowano zabawę pod tytułem: nie ma żadnego celu. Jedyny cel, jaki może się pojawić, to musisz zabić swoje własne wyrzuty sumienia, które się pojawią w momencie, kiedy zrozumiesz, że praktycznie cała technologia, która cię osacza, jest technologią ludobójcy. Tak jak do kawy, do jedzenia dodaje się substancje, które są rafinowane z ludzkich płodów. I nie jest to żart. Do kawy w Starbucksie to są wszystkie te smakowe różne dziwne dodatki. Nagle się okazuje, że z ludzkich zarodków się ekstraktuje pewien kawałek molekuły i nagle ta molekuła reaguje z naszym układem organiczno-plazmowym, jakkolwiek nie nazwiesz, nami reaguje i powoduje, że na przykład pewien smak jest dla nas bardziej pociągający albo mniej. I to się robi z ludzkich płodów.
Taki fenomenalny pomysł, który sobie zaserwowała ludzkość. Wyobrażasz to sobie? Ja sobie nie za bardzo wyobrażam, jak wiewiórki mogłyby na przykład siedzieć i rozparowywać na kawałki jedną ze swoich zdechłych wiewiórek i zastanawiać się, w jaki sposób zrobią z tego biznesplan i sprzedadzą pozostałym wiewiórkom. Rozumiem różne historie rytualne, tak zwane rytualne. Rozumiem, że w pewnych sytuacjach pewne działania mają sens. I o ile nie mam problemu z dżentelmenami, którzy żyją sobie w Tybecie i kiedy któryś z nich zejdzie z tego świata, jest ćwiartowany na kawałki, wynoszone są zwłoki w wysokie góry, ćwiartowane na specjalnym takim obelisku na kawałki i zostawiane na pożarcie ptakom, przyrodzie, naturze. Mają się rozpaść. Część jest zachowywana i to wszystko. I to mi się bardzo podoba. Właściwie mówiąc szczerze, jeżeli mam odejść z tego świata, to jest to rodzaj odejścia, jaki sobie wyobrażam.
Właściwie nie za bardzo widzi mi się, żeby był jakikolwiek sens brania resztki organicznej po mnie i pakowania jej do ziemi. Ta resztka organiczna powinna wylądować gdzieś na jakichś skałach, gdzieś, gdzie ktoś, jeżeli jeszcze potrzebuje zjadać jakieś mięso, to będzie miał jakieś pożywienie z tego. I że ta energia gdzieś pójdzie od razu do mamy natury, że niekoniecznie będzie gniła pod ziemią. I to jeszcze rozumiem, ale to jest moja własna decyzja, a nie decyzja, że ja tutaj wcinam ekstraktowane ludzkie płody. Po to, żeby mieć lepszy smak kawy. A ten lepszy smak kawy jest tylko po to, żeby inwestorzy, którzy już zainwestowali w pewną sieć kawiarni, mieli lepszy zysk, bo się okazuje, że sieci kawiarni jest więcej i już jest trochę tak, że to już nie jest sieć kawiarni prowadzona przez konesera kawy, który jest twoim sąsiadem, uwielbia kawę. Zawsze wpadałeś na świetną kawę i facet pewnego dnia stwierdził: „Otworzę kafejkę”. Będziesz przychodził do niego do kafejki, będzie więcej ludzi przychodziło, będzie fajnie. I ty chodzisz teraz do kafejki i jest fajnie. To jest twój lokalny ziom z parafii, który robi lokalną kawę i wszystko idealnie działa.
Teraz już nie ma, bo teraz jest grupa inwestorów, która nawet nie pije tej kawy, bo przecież to jest za tania kawa. Oni piją inną kawę. Oni są tylko właścicielami i obchodzi ich tylko interes. Obchodzi ich tylko zysk. Nie obchodzi ich to, jak się czujesz na tej ulicy. Obchodzi tylko wyciągnięcie tej kasy. Więc jeżeli można doprowadzić do sytuacji, że przyciągnie się ciebie w jakiś sposób uzależniając od smaku, dać ci coś, czego ty nie wiesz, a będzie powodowało, że będziesz chętniej patrzył na ten produkt, to robi się to natychmiast, niezależnie od tego, czy jest to zdrowe, czy jest to niezdrowe, jaki to ma sens i jaki jest sens egzystencji ludzi zasiadających w radzie nadzorczej. Jaki jest sens człowieka, który ma fabrykę, w której płaci ludziom tak zwaną najniższą pensję po to, żeby oni w pocie czoła produkowali dla niego przedmioty, które on sprzedaje za najwyższą marżę, jaką tylko może sprzedać, po to, żeby kupić swojej rodzinie najpiękniejsze i najdroższe przedmioty, jakie może znaleźć na świecie, twierdząc, że dzięki temu jego rodzina będzie szczęśliwa. Jakim popaprańcem trzeba być w głowie, żeby mieć coś takiego? A jak się okazuje, jest to taki obrazek, w który wszyscy uwierzyli w dzisiejszych czasach, że to jest taki świat, że właśnie tak wygląda cała ta zabawa.
To jest ten nowy system. W dzisiejszych czasach obserwujemy jeszcze zabawniejszą rzecz, bo jak się okazuje, informacja, pomimo że była próba trzymania jej pod kluczem nieprzeciętnie i to się ciągnie Od bardzo dawna, od samego początku, gdzie zmanipulowano kalendarze, gdzie zmanipulowano sposób, w jaki odbieramy rzeczywistość. Nie masz kalendarza księżycowego, jest kalendarz słoneczny. Skąd się wziął kalendarz słoneczny? Co my mamy wspólnego z kalendarzem słonecznym, skoro cała planeta, wszystkie cykle przyrody, cały świat, który nazywamy organicznym, czyli wszystko to, co się manifestuje z tej kondycji plazmowej na tej planecie i nie tylko w kosmosie, żyje w ogóle w innych cyklach. Ten nasz cykl na planecie nie jest cyklem Słońca, jest cyklem Księżyca. To jest nasz sztuczny satelita. Nasz statek kosmiczny, można powiedzieć. Część naszego statku kosmicznego. Ciekawa historia.
Co tu zrobić z tym cyklem Księżyca? Bo cykl Księżyca wrzuca ciekawy pomysł do głowy, bo od razu się pojawia pytanie: co to jest Księżyc? Bo jeżeli cykl czegoś, to cykl czegoś, co powinniśmy znać. Okazuje się, że nie znamy za bardzo Księżyca. Były jakieś tam wyprawy na Księżyc, było parę zdjęć, które dla wielu są kontrowersyjne, mniej lub bardziej. Nieważne. Wiadomo, że byliśmy na Księżycu. Wiadomo, że ludzie też tam byli. Jest lusterko zamocowane na Księżycu. Jeżeli masz teleskop, możesz sobie puścić laserem światełko do tego lusterka i ono odbite wraca do ciebie.
Dzięki temu możesz sobie zmienić tak zwaną delatację odległości pomiędzy Księżycem a Ziemią, mając nawet takie domowe obserwatorium. Taki dobry teleskop możesz to zrobić. Poważnie, to nie jest żadna tajemnica. W każdym razie, wracając do naszego wątku. Co z tego? Tu wypada sobie zadać pytanie, że przecież w pewnym momencie, kiedy ta informacja i tak naturalnie stanieje i dostęp do niej będzie bardziej niż ogólnie dostępny. Bo wiadomo, że nawet te najdroższe produkty będą musiały mieć swoją nowszą, droższą wersję. A wiadomo, że stare produkty, które operują na tym, że budują strukturę informacji typu telefony komórkowe, typu gazety, w ogóle jakakolwiek infrastruktura, dzięki której przede wszystkim, bo taki był oryginalny pomysł, będą sprzedawane te masowo produkowane produkty. Bo jak się okazało, armia jest świetnym odbiorcą. Bo po pierwsze nigdy nie grymasi, zawsze jest ten sam model buta, nigdy nie trzeba zmieniać designu.
Fabryka produkuje jeden produkt przez lata i nikt nie ponosi odpowiedzialności, jak się okaże, że wszyscy zdychają na raka, bo zjedli puszki, które są zatrute. Wiadomo, rozkaz był, armia była, umarł za ojczyznę, wszyscy powinni być szczęśliwi. A jak ktoś będzie nieszczęśliwy, to się zrobi dodatkowo pogrzeb z honorami. Pomacha się szmatą, którą się nazywa flagą narodową. Zaśpiewa się piosenkę, o której się mówi, że jest hymnem narodowym i powinna jednoczyć wszystkich. I zrobi się bohatera i generalnie będzie okej. I nikt nie będzie się zastanawiał, dlaczego tego kosiarza trafił szlag. Co tam było w tym jedzeniu? Ale biznes już został skalkulowany. Okazało się, że lepiej sprzedawać te same buty milionom ludzi niż sprzedawać na przykład grupie tysiąca ludziom inne buty i później produkować inne buty, bo jeszcze ktoś inny na tym zarobi.
Ktoś, kto produkuje lepsze, tańsze albo produkuje dla sąsiadów i sąsiedzi lubią, bo są dopasowane do strefy klimatycznej lepiej niż gorzej. Ale ten pomysł znikł, kiedy pojawiło się zapotrzebowanie na duży biznes i okazało się, że armia to jest najlepszy model. Teraz mamy taki model armii, łącznie z przechodzeniem przez lotniska, że wszyscy przechodzimy jak w obozach koncentracyjnych na lotnisku. Jak ktoś był na lotnisku ostatnimi laty, doskonale wie, o co chodzi. Ja widziałem jako młody człowiek, jako młode dziecko dorastające w PRL-u, byłem katowany filmami dokumentalnymi o obozach koncentracyjnych przymusowej pracy i nie tylko. Obozach koncentracyjnych masowej zagłady i tak dalej. Wiesz, o co chodzi. Cała ta martyrologia, jak to biedny i poszkodowany jest cały kraj i jak wiecznie musimy się wszyscy kopać w dupę tylko dlatego, że mówimy w języku polskim i czuć się winni przez całe życie, klepiąc czołem w kościele do jakiejś schizofrenicznej postaci rozczłonkowanego dżentelmena na krzyżu, która jedyne co może zrobić, to bardzo niesmaczne emocje wywołać u wszystkich ludzi dookoła. U kolesi, którzy na dodatek są pedofilami z Watykanu. Smutna historia.
I to budzi jakieś dziwne poczucie winy, jakieś niezdrowe, że brakuje troszeczkę świeżego oddechu. Ale to doskonale pasuje korporacjom, bo poczucie winy, flaga narodowa, pozdychali za ojczyznę, a ty co? Nie zdechłeś? Jeszcze żyjesz? Co? Za mało pracowałeś dla ojczyzny, co? Do kamieniołomów. Co, za mało się do Boga modlisz? No ale cię tu już naprawimy, ziom. Taka historia.
I wszyscy uwierzyli w ten model i tak pognali. Teraz są czasy, gdzie część z nich się dorobiła i wiadomo, że ten model się wypalił, bo nikt nie był funkcjonalny. Każdy zauważa. Nawet ci bogaci ludzie z Polski, którzy zawsze chcieli żyć jak Amerykanie. „I wanna, I wanna to go to Disneyland. Yeah, yeah, yeah.” Nagle ten Disneyland zaczął być namacalny i okazało się, że śmierdzi, cuchnie ropą. Ludzie zdychają na raka, nie wiadomo, co z tym zrobić. Korporacje wpieprzają się w życie. Człowiek żyje. Tak wspominałem o tym obozie koncentracyjnym w filmach dokumentalnych.
Skojarz to z lotniskami, jak to dzisiaj wygląda. Jedyna różnica to to, że na lotnisku, przechodząc przez bramkę, nie podnosisz rąk do góry. To jest jedyna różnica pomiędzy przejściem do obozu koncentracyjnego a przejściem przez bramkę na lotnisku. Zauważyłeś to? Ja też to zauważyłem. Jedyna rzecz. Chociaż ja robię sobie czasami taki numer. Teraz nie robię, bo już olałem takie częste latanie i nie muszę. Kiedyś miałem taki moment w życiu, że spędzałem bardzo dużo czasu w samolotach. Czasami sobie żartowałem na lotniskach, jak już byłem naprawdę nawet nie tyle wkurzony, ile proszę odsuniąć dzieci od głośników, bo użyję niecenzuralnego słowa.
Czy dziadwa już schowana w pokoju dziecięcym, już ściszone radio. Byłem po prostu centralnie wkurwiony czasami na zachowanie tych buców na lotnisku. Potrafiłem zrobić taki numer, że podnosiłem rękę i się pytałem: „Czy macie tu jakieś komory gazowe, bo całe otoczenie wygląda, jakbym wchodził do obozu koncentracyjnego?”. Wzbudzało to takie uśmiechy z tyłu za mną i wzbudzało też refleksję w głowie. Taki szpanerski numer, bo wiadomo, że jak zrobisz taki numer, to zwracasz na siebie uwagę. Jesteś gwiazdorem na lotnisku, któremu odjechało i robi problemy. Myślę, że ja to lubię czasami obudzić w sobie tego niegrzecznego chłopaka na lotnisku. Kiedy coś takiego się wydarza, bo akurat zostałem potraktowany w taki sposób, że mam coś zdjąć, że mam coś zrobić i tak dalej. Moja odpowiedź była jednoznaczna. Jak się okazało, zadziałało, bo dżentelmen powiedział, że nie trzeba, ręce mogę mieć opuszczone.
Ja jeszcze specjalnym głosem się pytałem: „Ale muszę mieć opuszczone?”, tak, żeby wszyscy słyszeli: „Bo słyszałem, że podejrzewasz mnie, że jestem terrorystą i chcę cię zabić, a broń widzę tylko u twojego paska. Czyli tylko ty masz broń, to ty możesz mnie zabić, a mówisz, że to ja jestem terrorystą”. I to wszystko po angielsku. Ludzie słyszeli dookoła. Także zabawa była na całego, ale czasami trzeba zrobić taki numer. Inna sprawa, że nie mam w sobie tego syndromu kundla, tego syndromu skundlenia, żeby akceptować wszystkie te rzeczy dookoła. I uważam, że taka jest moja prywatna opinia z tego powodu, że znamienita część z nas uległa już takiemu skundleniu, że jak im się napluje w twarz, to wszyscy twierdzą, że deszcz pada. Ja nie mówię o tym, żeby teraz zawinąć ręce w pięść i zabić człowieka, który ci napluł w twarz, bo nie o tym jest mowa, ale delikatnie zrobić solidny statement taki, żeby dżentelmen nie robił takich numerów, to chyba standard jest w życiu, że jak ktoś cię okrada i jest cwaniakiem, który później próbuje to sprzedać pod swoim nazwiskiem. Ja tu mam taki klasyczny numer, bo na przykład robię zdjęcia, pracuję z pewną technologią i wyobraź sobie, docierają do mnie takie newsy, że ktoś gdzieś na Allegro sprzedaje coś, pokazuje zdjęcia, które nie są jego własnością i tak dalej. Są takie historie.
Zdarzają się. Przecież nie przyjdę i nie stukam gówniarzowi po pysku, bo już z tego wyrosłem. Chociaż mógłbym. Czasami w człowieku coś takiego jest, że wziąłbym i by naprostował za to ucho, naciągnął za jedno i za drugie i by trzepał. No właśnie gnojka. Ale z drugiej strony to też nie jest mój biznes w tym momencie. To jest człowiek starego świata, to jest zasada, która rządzi w tym starym świecie. Jak przeglądasz sobie biografie takich postaci jak Rockefeller, to zauważasz, że jedna zasada, na jakiej ich wychowano, to to, że jeżeli ktoś cię zaprosi na darmowy obiad i jak skończysz ten obiad, to wyjdź razem z talerzem. Czyli ukradnij talerz, jak ktoś ci da obiad za darmo. To jest taka mentalność tej cywilizacji i nawet w tym schemacie, w tej mentalności dociera informacja, bo wiadomo, że tanieje, że cała informacja tanieje i dostęp do informacji się powiększył w ciągu ostatnich 20 lat nieprzeciętnie.
Masz dostęp do newsów z dowolnego miejsca na świecie za pomocą pstryknięcia palców. Masz dostęp do słowników online, które nawet jeżeli nie znasz języka, są w stanie przetłumaczyć ci mniej więcej kawałek tekstu, tak że jeśli nie mam pojęcia, co tam się dzieje, może nie będzie to literackie, piękne tłumaczenie, żebyś się rozkoszował językiem i stylem dziennikarskim, ale będziesz doskonale wiedział, co się dzieje w danym miejscu świata. Mamy taki dostęp do informacji. Jak się okazało, ta piękna klasa panująca, jak minęło troszkę czasu, dorobiła się pełna wiary w te światłe ideały, że robią to coś dla sensu, że tak naprawdę ich fabryka, która powoduje, że wszyscy tam pozdychają przed swoim naturalnym zejściem ze świata, bo ich organizm będzie zatruty. To, że muszą harować w twojej fabryce, ich zniszczy i tak dalej. Wykończy się im życie. Taka jest prawda. Przecież każdy z nich, harując w fabryce przy takich robotach, jak dojdzie do sześćdziesiątki, to będzie wrakiem człowieka. Wszyscy o tym doskonale wiedzą. Każdy lekarz ci to powie.
Nie ma tu żadnej tajemnicy. Wiadomo, że człowiek nie jest stworzony do harowania jak koń. Nawet koń nie jest stworzony do harowania jak koń, tylko do biegania po łące. Wszyscy ci, którzy zawodowo zajmują się tymi zwierzętami, też doskonale to wiedzą. Nie ma w tym żadnych tajemnic. To jest tylko taka iluzja Walta Disneya, w której my żyjemy i chcemy widzieć, że te małe chińskie dzieci, które pracują w obozie koncentracyjnym albo gdzieś w Malezji albo Indonezji, one naprawdę kochają robić te buty z napisem Nike dla nas. One modlą się do wszystkich bogów świata. Rano specjalnie się zrywają o godzinie 3:00 w nocy z łóżeczek te małe sześcio-, siedmioletnie dzieci, żeby wyrabiały te wszystkie procesy chemiczne, bo wiadomo, że ta guma musi zostać poklejona klejami, które są kompletnie toksyczne, od których ludzie umierają. I oni uwielbiają to robić dla ciebie. Te dzieci uwielbiają wstawać o 3:00, 4:00 rano na piechotę, na bosaka iść, bo ich nie stać na te Nike do tej fabryki, bo jest to jedyna działająca fabryka w okolicy.
I ta fabryka, akurat tak się złożyło, korzysta z jedynego źródła wody, z którego korzystają wszystkie okoliczne wioski. Także jedyna woda teraz, którą możesz mieć do picia, to jest woda, którą musisz kupić w butelce, która jest fluoryzowana. I na dodatek, żeby zarobić na tą wodę, musisz pracować w fabryce, bo jest to jedyne miejsce, gdzie panowie ubrani w garnitury, biali panowie, którzy przyjechali z innego końca świata, którzy mają duży uśmiech, duże lśniące białe zęby i zawsze rozglądają się za ładnymi dziewczynami. I ci ludzie to są jedyni ludzie, którzy mają pieniądze. I teraz ty musisz zacząć się bawić w tą zabawę, w którą oni się bawią i przyjechali do ciebie. I jak coś jest nie tak, to przyjeżdżają ci drudzy biali, którzy wynajmują największych zbirów z wioski obok, gdzie dostają wszystko: czekoladę, wodę za darmo dostają, jedzenie za darmo dostają i karabiny maszynowe dostają za darmo. I im naopowiadali, że jak te dzieci przestaną chodzić do fabryki, to oni przestaną dostawać czekoladę. Więc ci wzięli te karabiny i powiedzieli tym dzieciom, że od tej pory pracują w fabryce już nie codziennie, ale pracują codziennie i co noc, bo oni chcą więcej czekolady. To jest taki świat zbudowany aktualnie. Numer polega na tym, że część z tych, którzy mają te fabryki i tak liczą na to, że ten sukces w biznesie korporacyjnym czy prywatnym, czy jakimkolwiek zbawi ich świat, to teraz pakują ten paszport, jadą sobie na wakacje i niektórzy z nich wychodzą z hotelu all inclusive.
Wychodzą na zewnątrz w tym pięknym kraju, w tym pięknym raju na ziemi, który oglądali na zdjęciach z folderów. Wychodzą i nagle się okazuje, że dookoła jest nędza, rozpacz, złodziejka. Oni mają portfel, są biali, nikt nie ma takiego koloru skóry. Wszyscy wyglądają, jakby obgryzali korę z drzew i tylko i wyłącznie z tego się utrzymywali. I taki biały z aparatem fotograficznym wartym tyle co budżet 300 rodzin w danym miejscu na kolejne 40 lat, może czuć się nieswojo troszeczkę. Dobrze, że nie kojarzy, że część komponentów do wyprodukowania jego matrycy w aparacie cyfrowym jest wydobywana dokładnie rękami tych ludzi w tym kraju i dlatego oni wyglądają tak, jak wyglądają. Dlatego nikogo z nich nie będzie nigdy stać na aparat z taką matrycą cyfrową, bo akurat oni są od tego, żeby kopali dziury w ziemi, a nie od tego, żeby robili zdjęcia. Ty jesteś tym ładnym, pięknym, cywilizowanym człowiekiem, który ma wziąć to do ręki, zrobić zdjęcia tych biednych ludzi w Afryce, następnie później wygrać konkurs fotograficzny w Europie, pokazując nędzę w Afryce. Najlepszy numer jest taki, że konkurs jest sponsorowany przez na przykład korporację Shell albo Texaco, albo inną kompanię wydobywczą, która akurat tego dnia zwolniła te biedne dzieci z fabryki i z kopalni, żeby fotograf mógł zrobić dzieciom zdjęcia, bo normalnie to one o tej porze zapieprzają w tej fabryce pod ziemią. No właśnie.
To ja może puszczę jakąś muzyczkę, bo tak dzisiaj rozkminiam sobie ten system. Dlaczego jeszcze zanim puszczę muzyczkę, bo nie chciałbym zostawić cię w jakimś permanentnym dole i desperacji. Nie, to nie o to chodzi. Dlaczego o tym ciągle mówię? Bo to jest to tak zwane sprytne przestawienie systemu. Jak się przyglądam czasami różnym tak zwanym w cudzysłowie ruchom społecznym dookoła, widzę, jak co poniektórzy chcą zakładać nowe państwa, nowe organizacje, chcą sprzedawać produkty, chcą organizować wszystkim życie dookoła. Ale zawsze zwracam uwagę na taki jeden element tego wszystkiego, na informację. Albo cała informacja, która za tym stoi, czy to jest produkt, czy to jest jakakolwiek technologia, czy to jest zachowanie społeczne, czy to jest jakikolwiek proces, który się dzieje, w którym partycypuję. To jest pierwsze podstawowe pytanie: czy ja mam dostęp do pełnej informacji na temat tego procesu, czy nie mam? Idąc na lotnisko nie mam.
Jest jeszcze gorzej. Jeszcze powiem jedną rzecz, bo dla wszystkich miłośników technologii Keshe polecam po podróżach na lotnisku i wychodzeniu szczególnie z lotnisk, szczególnie na terenie Europy, nie tylko, w Stanach też, szklaneczkę tak zwanej płynnej plazmy CO2. Powód jest banalnie prosty. Jak się wychodzi z lotnisk, jest taki długi korytarz. Często on jest taki szeroki na cztery, pięć metrów, że masz wrażenie, że wychodzisz takim szerokim korytarzem prosto do tej hali odpraw, gdzie już tam za barierkami czekają na ciebie twoi przyjaciele, rodzina, znajomi, machają: „Ej!” i tak dalej, żeby cię przywitać. Tam stoją z reguły takie panele. Przyjrzyj się uważnie. Na większości lotnisk wygląda dokładnie to samo, bo to jest jedna firma, która to robi ta sama z reguły. Są takie panele. Wygląda to jak takie powstawiane na ostatnią chwilę sztuczne ścianki, takie przedziałowe ścianki.
Idziesz i masz nie normalne ściany, tylko takie przedziałowe ścianki, często białe, metalowe. Widzisz, że to jest metalowe, pomalowane na biało tak, żeby nie wzbudzało twojej uwagi. Takie po prostu ścianki. Nie jest to normalna ściana, bo widzisz, obok jest normalna ściana. To nie jest normalna ściana. To jest urządzenie. I powiem ci lepszy numer. Ty jesteś zwyczajnie prześwietlany. Nawet o tym nie wiesz. Tam jest rentgen, który cię prześwietla na wejściu i na wyjściu z lotniska.
Tylko nikt ani tobie, ani mi o tym nie chce mówić, bo kiedy by się okazało, że kobiety w ciąży, ludzie z nowotworem i tak dalej nagle przechodzą przez rentgen, a wyobraź sobie, jak słaba musi być ta maszyna, skoro u lekarza stajesz w rentgenie i lekarz wychodzi z pomieszczenia, bo się boi, że umrze szybciej od ciebie, lecząc się oczywiście po drodze na to, żebyś żył dłużej niż on. To jest największym paradoksem tej historii. To lekarz zakłada ci tą kamizelkę z ołowiu i tak dalej, a stoisz przy maszynie w okolicach metra. To sobie wyobraź teraz, jak mocna musi być maszyna, która cię prześwietla na odległość pięciu metrów. Ciekawe, prawda? I nikt o tym nie mówi oficjalnie, bo oczywiście nie ma sprawy. Możesz sobie zdychać do oporu. Najważniejsze jest to, że wybudowaliśmy urządzenie. Milion specjalistów z długopisami w rękach siadło, sobie zaprojektowało to urządzenie, zrobiło. Spałują się do dzisiaj nad tym, jaka to jest cudowna technologia.
Panowie, którzy projektowali procesory do tego, się po prostu szczycą, chwalą, jak to pracują w branży IT, produkują sterowniki do specjalnych urządzeń i w ogóle to jest high-tech dla dużych rządowych korporacji i tak dalej. Każdy z tych frajerów jest z siebie dumny. Każdy z tych frajerów, wypijając kolejny łyk alkoholu na firmowej imprezie, jest coraz bardziej dumny ze swojego mikrochipa, który doprowadził do tego, że komuś na głowę spadła bomba i nawet nie wiedział, że jest na wojnie. Ktoś w tym partycypuje, ktoś buduje ten świat. I to jest właśnie moim zdaniem ten kult gadżeciarstwa taki dosyć mocny, bo to gadżeciarstwo pozwala nam zatrzymać się przed tą kolejną refleksją, czy to, co robimy w naszym życiu, czy robota, którą wykonujemy, czy zawód, który mamy, czy cokolwiek to jest, ma jakikolwiek sens. Czy jest sens kupować kolejną wiertarkę tylko po to, żeby nie zrobić nic? Poza tym, że jak kupimy kolejną wiertarkę, to damy robotę tej kopalni, która wydobywa te wszystkie rzeczy, żeby tą wiertarkę zrobić z tych stopów metali, żeby ten silnik elektryczny działał w tej wiertarce. Musimy zasilić hutę jakąś, która odleje jakieś elementy, z których będzie zrobiona prądnica i elektrownia, gdzie stanie ta prądnica i tak dalej. Nagle się okazuje, że te procesy są potężne. Wyobraź sobie, że kiedyś człowiek wychodził przysłowiowo, brał sobie takie canoe.
Czwarty naród, czyli Indianie, nie mieli tego problemu i to do nich uciekali biali z tej cywilizowanej Europy, która miała już największe banki wtedy. Przecież w Europie w XVI wieku były największe banki na świecie. Wszystko było już działające, był wolny rynek, można było sobie pływać po świecie, po koloniach. Oczywiście były wojny pomiędzy krajami, była nędza i tak dalej, ale to był taki niby cywilizowany kraj i cywilizowana kraina właściwie w porównaniu do wszystkich pozostałych. I się okazuje, że mieszkańcy tej cywilizowanej krainy szybko po skonfrontowaniu, na czym opiera się ich cywilizacja, na czym opiera się normalne życie, szybko, kiedy wylądowali w Nowym Świecie, w Ameryce, uciekali do Indian. O tym już mówiłem nie raz, że jedynym problemem fortów w Ameryce było to, że pustoszały od mieszkańców i że ciężko było utrzymać kogokolwiek w tych fortach, więc starano się mobilizować armię na wszelkie możliwe sposoby, rozdając przede wszystkim za darmo alkohol. Tylko mieszkając w forcie można było dostać za darmo alkohol na przykład. Wiele różnych zabawnych sytuacji. Także starano się zrobić, co tylko można, żeby informacja o tym, że jest inne życie, że jest milion opcji na świat, że każdy z nas może zbudować coś pięknego, fantastycznego, cudownego i wcale nietoksycznego. Opcja została wycięta z informacji o cywilizacji.
Takiej opcji oficjalnie nie ma. Jeżeli gdziekolwiek pojawia się informacja, przyjrzyj się uważnie, czy to nowe technologie, że nagle się okazuje, że jedna maszyna już nie robi ping ping i nie ma tysiąca naukowców wielkiego brandzlowania się nagrodą Nobla, która nie ma nic wspólnego z nauką, jest nagrodą smutnego dupka, który wymyślił coś, co zabijało ludzi, mordowało ludzi i właściwie nic innego w życiu nie zrobił poza wymordowaniem milionów ludzi sprzedając ropę i dynamit. Niejaki Nobel miał takie kompleksy i problemy, że był takim dupkiem, że wymyślił nagrodę, że niby będzie pokojowa. W rzeczywistości nagroda od samego początku służyła do prania brudnych pieniędzy dla naukowców, którzy pracowali dla kompleksu zbrojeniowo-naftowego. Od samego początku. Jak chciałeś żyć dobrze ze swoimi sponsorami, to lizałeś im dupę i po chwili dostawałeś nagrodę Nobla. Trzeba było tylko wymyślić nową broń, opracowanie naukowe i ta cała nagroda jest przecież tylko i wyłącznie po to, żeby kolesie, którzy nie mają nic do powiedzenia, mieli coś do powiedzenia. Przynajmniej żeby im się wydawało, że mają coś do powiedzenia, bo mogą ci zawsze pokazać dyplom na ścianie i powiedzieć: „Ale ja mam Nobla”. Ja szczęśliwie akurat jestem obywatelem Unii Europejskiej, jak każdy posiadający polski paszport między innymi. Tak jakoś wyszło.
Także każdy z nas może powiedzieć: „Też mam Nobla, bo Unia Europejska dostała Nobla parę lat temu”. Jak się okazuje, jest to tylko kwestia tytularna i jak sobie wymyślimy kult, że przedmiotem kultu jest tytuł Nagrody Nobla. I mamy taki kult Nagrody Nobla, że mamy kolejny kult. A to wszystko stoi w bardzo mocnej opozycji w rzeczywistej wymianie informacji, bo właściwie jeżeli się przyjrzę na to od początku do końca, widzę zawsze tą samą historię i to się nigdy nie zmienia, że dostaję coś z takim obwarowaniem, że mogę tylko nacisnąć jeden guzik i nie mam prawa znać technologii. A jeżeli nagle wymyślę coś, co spowoduje, że ten guzik działa dwa razy lepiej, to w tym momencie albo podlegam prawu patentowemu, albo ja muszę zrobić prawo patentowe, albo w ogóle muszę coś zrobić przede wszystkim. Nie, że coś wymyśliłem i to działa dwa razy lepiej, to nagle się okazuje, że mam z tym wielki problem. Ale to jest zabawa, w którą można wdepnąć lub nie. To jest słynna historia z każdym odkrywcą, że albo jest się łajzą nieprzeciętną i chciwym dupkiem i się idzie po te patenty i się później wyciera sobie gębę. „My, wielki naród, ojczyzna, narodowy patent, zrobimy wielki wynalazek, rozpieprzymy wszystkie armie świata, będziemy wielcy”. Wiadomo, że choroba psychiczna na horyzoncie dosyć mocna.
A z drugiej strony mamy rzeczywistą wymianę informacji. Czyli jeżeli masz coś, co powoduje, że dzięki temu ten dżentelmen mieszkający nad jeziorem, który tam się pojawił pięć minut temu i nie wie za bardzo, jak przetrwać, a przed nami sroga zima, żeby dać mu kanu, dzięki któremu złowi sobie własne ryby i będzie mógł spokojnie żyć i przetrwać. A jeszcze może się nauczy łowić fajnie ryby i pozna jakąś dziewczynę na wiosce. Będzie z tego fajna miłość, fajne dzieciaki, kto wie? Kto wie, co się wydarzy. You never know. Piękne życie w każdym razie. Zamiast tego ogranicza się opcje. Architektura systemów komputerowych pozamykana, architektura wszystkiego pozamykana, architektura tego pozamykana. Chcesz przestawić?
Pozamykane. Chcesz zmienić kolor? Nie możesz. Wszystko już dostajesz z szablonu. Co najwyżej pojawia się taka opcja, że firma, która produkuje wszystko z tego samego template'a, z tego samego szablonu, akurat odpuszcza na parę sekund. Przekręcają jedną maszynę i dokładnie tak samo, żeby nie zmienić technologii, żeby nie kosztowało to zbyt wiele, produkują za pół ceny troszkę gorszy model, ale w innym kolorze, po czym sprzedają go za dwa razy większą cenę, mówiąc: „Ale to jest specjalny model anniversary”. Urodziny 25. produkowania masowego gówna, które nie nadaje się do użytku. Ale mamy wersję urodzinową, która kosztuje dwa razy tyle, bo jest w innym kolorze i też jest do niczego niepotrzebna. No właśnie, takie historie.
Ja jeszcze zakończę ten wątek, bo ciągle kończę i się rozbiegam. I teraz sobie wyobraź tą klasę średnią, która marzy o tym nowym systemie, że oni jak już się tylko dorobią, to zrobią ten nowy, lepszy świat, w którym już nikt nie będzie cierpiał, nie będzie głodu i rozpaczy. I lądują w tym hotelu all inclusive i czasami wychodzą na zewnątrz i nagle dowiadują się, gdzie jest robiony ten ich świat i jak wygląda te rzeczywiste 80% tego, co im się wydaje, że w ogóle nie istnieje na tej planecie. I to jest, myślę, czasami bardzo pobudzająca refleksja dla bardzo wielu. Wielu automatycznie stwierdza, że chyba wybiera drugą opcję i postanawia na przykład uznać wszystkich tych, którzy nie mają takich samych pieniędzy jak oni, za największych wrogów w ich życiu. To jest tak zwany rasizm ekonomiczny. Czyli w tym momencie nie zadajemy się z ludźmi, którzy nie zarabiają takich pieniędzy jak my, bo oni nie mogą zrealizować takich możliwości, jakie my możemy zrealizować. I co będą robiły nasze dzieci, kiedy będą patrzyły na dzieci tych biedaków? Nie możemy do tego doprowadzić. I bardzo dobrze się tak dzieje, bo dzięki temu te całe gówno, największy szlam cywilizacyjny, jaki może kiedykolwiek powstać, przynajmniej sam siebie izoluje.
A służy jedynie tylko dzieciom, bo tam są też normalne dzieci, które też chciałyby mieć normalne życie. Ale trudno, może pewnego dnia dorosną, zobaczą, co zrobili ich rodzice, zastanowią się nad tym, jak głęboko i psychicznie rodzice zachorowali, że naprawdę nie ma powodu iść w tą całą patologię i może zmienią coś w swoim życiu, bo to jest jedyna opcja na to, żeby zmienić cokolwiek w świecie. Jeżeli ty nie zmienisz czegoś w swoim własnym życiu, to świat też nie zmieni niczego w swoim własnym życiu. Słowem wylądujesz w tym samym starym życiu, w tym samym starym świecie, bo nowego nie będzie nigdzie na horyzoncie. I ten nowy system i nowa próba budowania jakiegokolwiek nowego systemu zawsze będzie kończyła się tym samym, bo nowy system zawsze jest niczym innym jak gadżetem. Przynajmniej taka jest moja refleksja właśnie na dzisiejszy wieczór, że jakikolwiek system sobie nie wymyślisz, to jest twój nowy gadżet, to jest twoja nowa wiertarka. Nie ma nowego systemu. Jeżeli jest jakikolwiek system na świecie i ktokolwiek wprowadza, to tylko dlatego, żeby związać ze sobą grupę ludzi, która ma problem z tym, że nie potrafią zobaczyć siebie jako indywidualnej jednostki. Jeżeli jakikolwiek system istnieje na świecie, jeżeli jakakolwiek organizacja istnieje w ten sposób, to tylko dlatego ideologicznym. Nie mówię o tym, że ludzie się organizują, żeby wspólnie razem zrobić jakieś przedsięwzięcie, bo to jest co innego.
To jest po prostu projekt, który polega na tym, że we are the shapers. My jesteśmy kształcicielami, posiadając pewne talenty, razem tworzymy piękną rzeczywistość, z której będziesz mógł skorzystać, którą będę chciał ci na przykład zaproponować kompletnie za darmo, bo taka jest moja wizja świata i to jest inna historia. Natomiast jeżeli jest to tylko i wyłącznie konsumpcja i dążenie do tego, żeby wyeliminować konkurencję i dalej żyć z zasobów, nie zdając sobie sprawy, że każdy płaci cenę tego, co jest dookoła, że informacja jest za darmo, próbując blokować tą informację, to wiadomo, że ten świat jest skazany na zagładę. Wiadomo, że nic tam dobrego się nie wydarzy. Wiadomo, że to jest koniec. To jest od początku do końca martwa sytuacja. Czy zwłoki mogą mówić? Nie, zwłoki nie mogą mówić. Także jeżeli człowiek ląduje w momencie, gdzie zabija swoją własną duszę, doprowadzając to do redukcji takiego czystego materializmu, gdzie właściwie jakakolwiek żywa istota, która istnieje na horyzoncie, ma tylko dwa zastosowania: albo jest naszym niewolnikiem, albo zarabia tyle samo co my i jest naszym partnerem. Ewentualnie trzecie zastosowanie, ta trzecia opcja, że jest właścicielem większego biznesu i że dzięki temu zrobimy większy biznes, to troszeczkę za mało, żeby przetrwać na tej planecie.
Tym bardziej że do przetrwania potrzebny jest składnik organiczny, który bierze się z aminokwasów, bierze się z kilku innych rzeczy. Tu nie będę się rozpędzał z tematem naukowym, ale skracając tą całą moją myśl, wszyscy ludzie tworzą pole na tej planecie. Gdyby nie aminokwasy wszystkich żywych istot, nie byłoby tu ani jednej żywej istoty. I teraz, jeżeli jest jakakolwiek żywa istota, której odjechało na głowę tak, że jej się wydaje, że robiąc komuś krzywdę zarabia coś na tym, jest naprawdę albo bardzo naiwna, albo bardzo głupia, albo jest to jeden z tych objawów współczesnej cywilizacji. Czyli mamy do czynienia z produktem dzisiejszych czasów. Człowiekiem, który uwierzył w to, że odpowiedzią na wszystko jest wziąć młotek, zatłuc sąsiada i zabrać mu jego własny telewizor w sytuacji, kiedy będzie chciał sobie oglądać telewizor, a jego się zepsuje, bo właściwie do tego się to sprowadza. Przy czym akurat w naszym wydaniu jest to troszkę mniej radykalne, bo nie bierzemy młotka, nie idziemy, żeby zatłuc sąsiada i zabrać mu telewizor, kiedy chcemy obejrzeć telewizję, a nasz się zepsuł telewizor, tylko wysyłamy tam armię. Właściwie zgadzamy się na rząd, na armię, na podatki po to, żebyśmy tego nie widzieli. Gazeta nie wyświetli tego na pierwszej stronie. Nikt o tym nie wspomni.
Dzięki temu będziemy mogli się czuć słodko, doskonale, a nasz sąsiad i my będziemy w dobrej komitywie i nikt nie będzie musiał nikogo w mało komfortowy sposób tłuc młotkiem tak, żeby pozbawić go życia po to tylko, żeby zabrać telewizor. Dzięki temu zachowujemy nasze swoje piękne wyobrażenie o tym, jakoby jesteśmy cudowną i wspaniałą cywilizacją i wcale nie jesteśmy popierdoleni. Wcale nie, jesteśmy normalni i dzięki temu możemy trwać w naszej iluzji. W rzeczywistości to tylko iluzja. A ty słuchasz „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali. Ja tutaj dzisiaj opowiadam troszeczkę więcej na temat historii z nowym systemem. Właściwie tak to można w skrócie opisać. Tak się przyglądam troszkę na to, co się dzieje dookoła i tak sobie wyciągam różne wnioski. Tak się zastanawiam jak to wygląda, bo widać transformację, widać, że się trzęsie mocno. Widać, że ludzie nawet podświadomie czują, że to, co jest teraz, nie wytrzyma do jutra.
W cudzysłowie do jutra. Może do jutra jeszcze wytrzyma, ale więcej sensu żadnego nie ma. Nagle się okazuje, że właściwie jakkolwiek głośno, jakkolwiek nieskutecznie, mniej lub bardziej albo skutecznie byś tłukł tym młotkiem w tą ścianę, przybijał gwoździe, to i tak nie ma żadnego znaczenia. Absolutnie. Przynajmniej w tej cywilizacji nie oferuje nic takiego, co mogłoby spowodować, że cokolwiek się zmieni. Przynajmniej ja nic takiego nie zauważyłem. To jest taki łabędzi śpiew, jak to się zwykło określać i tylko wyłącznie po to, żeby się wymasować i żeby nie zrobić żadnego kroku do przodu. Ja myślę, że inna sprawa z drugiej strony, wielu z nas byłoby mocno przerażonych, gdyby miało zrobić jakikolwiek krok do przodu po latach zbierania rzeczy i wierzenia w to, że jak sobie nazbierają, to będą już mieli, że na tym polega całe życie. Ten moment może być bardzo brutalny. Nie może, będzie na 100%.
Tym bardziej że i tak już niedługo ten moment. Ja sobie myślę, że te trzy dni ciemności to wcale nie jest taki enigmatyczny i że tak powiem, poetycki opis. Nie no, mowa jest o konkretnych historiach i to tak dosyć konkretnie. Naprawdę jeszcze raz się powołam. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek zadał sobie tyle trudu, żeby wybudować urządzenia, żeby wybudować takie budowle, które stoją na tej planecie Ziemia, które są tak konkretnie skorelowane na konkretne ustawienia kosmiczne, które jasno i wyraźnie mówią: właśnie teraz, w tym momencie z Ziemią się coś takiego dzieje, a jednocześnie dzieje się to z mieszkańcami tej planety. Indianie Hopi, o których ciągle wspominam dzisiaj i ciągle wspominam to samo zdanie. Indianie Hopi powiedzieli, że kończy się czwarty świat i nadchodzi piąty. Piąty świat jest pokojem. To jest ta słynna przepowiednia. I żeby było śmieszniej, to jest jedyna przepowiednia, która w sumie się tak stuprocentowo sprawdza.
Oczywiście kiedyś tam wspominałem Edgara Cayce'a i tak dalej, już szczęśliwie nawet znany w Polsce, bo jeszcze 15 lat temu czy 10 tak nie za bardzo, ale teraz już Edgar Cayce. Wyszły chyba jakieś książki Edgara Cayce'a z przepowiedniami, chyba po polsku nawet zdaje się już teraz dostępne są gdzieś w kraju przodków. I don't know. Zostawiamy to. W każdym razie Nawet on nie przewidział kilku najistotniejszych spraw, które się pojawią, aczkolwiek część opowieści tam jest dosyć ciekawych. Teraz się pojawia dużo lightworkerów tak zwanych. Nie wiem, jak to nazwać. Lightworker, czyli pracujący w świetle. Ja nie wiem do końca, o co chodzi, bo z reguły to jest ciągle ta sama historia, że nie dostaję pełnej informacji. Dostaję tylko takie ściapki informacji i ciągle widzę tą samą cywilizację.
I to naprawdę nie gra dla mnie żadnej roli, czy to się nazywa coś zależne, czy nazywa się niezależne, czy nazywa się siakie takie owakie. Jakkolwiek by się izmem na izmę nie nazywało, to i tak jest tylko i wyłącznie dotykana przedstawiająca tytuł albo tytuł tylko i wyłącznie. Teraz jest pytanie, co jest dalej, co jest za tym tytułem? I teraz albo jest pełna informacja, albo nie ma pełnej informacji. Pełna informacja to jest na przykład opisywanie jakichś procesów, że masz do czynienia z technologią i dowiadujesz się o tym, i ludzie ci podają informację: „Okej, jest coś takiego, tak to działa, tak to możesz zrobić, takie są benefity, które z tego tytułu otrzymujesz, jeżeli w to wejdziesz”. Tak to wygląda. To jest pełna informacja. Brak informacji, to nawet się o tym nie dowiesz, że coś takiego istnieje. Nasza cywilizacja skutecznie, w cudzysłowie nasza, broniła tego dostępu do informacji przez ostatnie 100 lat. Dlatego właśnie młodzież dalej jara się silnikami spalinowymi, tym, ile fura wyciągnie, jak docisna, ile spali, nie zdając sobie sprawy, że to taki złom.
Gdyby mieli odrobinę oleju w głowie, to pusty śmiech by ich ogarnął na widok nawet tych najbardziej luksusowych samochodów, bo te najbardziej luksusowe są właściwie największym złomem w dzisiejszych czasach, o tyle tylko różniącym się od pozostałej części. Są naszpikowane elektroniką do oporu i to wszystko. I jest dużo wyświetlaczy i wstawione drewniane wykładziny w środku, żebyś nie siedział w plastiku. Właściwie tylko na tym polega ta różnica. I oczywiście znam milion ludzi, którzy ci powiedzą, że w tym się lepiej jeździ, w tym się gorzej jeździ. To jest jednak porządny samochód, a to jest słaby samochód. A wiesz skąd się to bierze? Z głowy. Bo tak samo dojedziesz jednym samochodem, jak i drugim w dane miejsce i ani jednym samochodem, ani drugim się nie zmęczysz. Ani mniej, ani bardziej.
Taka jest prawda o jeżdżeniu. Po prostu siadasz w fotelu, bierzesz kierownicę i prowadzisz furę. Jedyne od czego się męczysz, to od jeżdżenia przez nudny i monotonny krajobraz, a nie od tego, że prowadzisz furę. Furę trzeba zaprowadzić w konkretne miejsce. I to jest zawsze różnica pomiędzy na przykład kierowcami, że są kierowcy, którzy muszą mieć samochód. To są prawdopodobnie ci, którzy mają problem z własną seksualnością najczęściej. Oni muszą mieć wystawny samochód. Natomiast nie ma tam tego pomysłu, po co właściwie jest samochód. Wyobraź sobie, że znam takich ludzi, którzy mają parę samochodów i to mają parę takich ekskluzywnych samochodów, na które ciężko byłoby stać normalnego człowieka. I te samochody są tylko po to, żeby oni mogli pokazać światu, że oni je mają i że ich na nie stać.
Nie da się tym za bardzo jeździć, bo właściwie grzmi, pali za dużo, psuje się. To nie jest działająca technologia. To, że ktoś wymyślił samochód spalinowy, to tylko dlatego, że firma Rockefellera razem z rodziną Rothschildów zainwestowała w ropę, a nie dlatego, że to jest działająca technologia w jakikolwiek sposób. To, że Tesla uratował silniki elektryczne, wprowadzając rozwiązanie, dzięki któremu działają, wcale nie znaczy, że pomysł Edisona ma jakikolwiek sens. Edison nie miał żadnego pomysłu poza tym, że należy pomysł ukraść. Podobnie ma się z dżentelmenami typu Elon Musk, którzy aktualnie produkują Tesle, a patenty pochodzą z koncernów zbrojeniowych, bo przecież kto finansuje Teslę? Tam się oczywiście opowiada bajkę, że jakoby student na uczelni, dzieciak jeszcze bawiąc się magnesami niczym Kim Ir Sen już w wieku pięciu lat wiedział, jak prowadzić ku światłości naród Korei Północnej. Tak samo tutaj jest podobna historia. Robi się wielką legendę takiego wielkiego wodza, który od dziecka już bawił się magnesami i wiedział, jak zbuduje samochód Tesla. Nie.
W rzeczywistości jest to technologia wojskowa, która została wypuszczona na cywilny rynek. Trzeba było znaleźć właściwą twarz do tej technologii, żeby to sprzedała we właściwy sposób. Tak samo jak właściwą twarzą był Steve Jobs do sprzedania technologii przez jakiś czas. Tak samo jak dla części inwestorów najlepszą twarzą był ktoś z nich. Ktoś należący do najmożniejszych rodów w Stanach Zjednoczonych, tak samo skurwiony jak on, czyli Bill Gates. Zawsze jest potrzebna taka twarz, do której się dorabia później piękną legendę, żeby nie było, że Emanuela Marcos była złą kobietą. Albo Bill Gates nie mordował wcale ludzi. Nie, on w ogóle nie mordował, bo on siedzi tylko za biurkiem i wydaje polecenia. Tak jak Adolf Hitler równie dobrze. Taka sama historia.
Obydwaj są niewinni. Obydwaj i Bill Gates, i Adolf Hitler. Obydwaj są niewinni, tak samo jak rząd Izraela. Tak samo, też jest niewinny. Przecież oni swoich dzieci żydowskich tam nie wysyłają. I to jest ten właśnie nowy system. To są przedstawiciele tego cyklu, oryginalnego cyklu słonecznego, tego, że nieważny jest sens naszej egzystencji. Nieważny jest sens, ale taki sens, który odbija się w drugiej istocie, która stoi naprzeciwko ciebie i tym, jak się czuje ta druga istota. Istotny jest tylko cykl Słońca, istotny jest cykl rozwijania cywilizacji, gonienia, robienia kolejnego gadżetu, który wysadzi jeszcze wszystko bardziej w powietrze, jeszcze więcej huku narobi. Zawsze się śmieję z jednej historii, która idealnie opisuje, znamienita historia opisująca doskonale poziom rozwoju technologicznego NASA.
Na czym polega poziom rozwoju technologicznego? Polega na tym, że specjaliści z NASA opracowali, że do paliwa lotniczego trzeba dodawać specjalnie cukier, bo kiedy nie ma cukru, nie ma tego dymu, który się wydobywa z tych dysz rakietowych i nie można sprzedać światu wizerunku startującej amerykańskiej rakiety, która ma najpotężniejsze silniki, które wręcz miażdżą ziemię. I ten dym, i ten błysk. Zobacz, take, take, look at that, look at the fucking shit! Największe na świecie. I oczywiście wszyscy muszą w to uwierzyć. W rzeczywistości dosypywany jest tam cukier po to, żeby był dym i sztuczne ognie, bo silniki, których używają, są centralnie do dupy i tak naprawdę większość satelitów jest wynoszonych na radzieckich silnikach, bo są o wiele lepsze, mniej niezawodne, a tamtejsze to w ogóle nawet nie działają. Ostatnio, kiedy chcieli wysłać swoją satelitę wojskową, szpiegowską, żeby zhakować rosyjskie instalacje nuklearne, przeleciał tylko reaktor obok rakiety i . Rakieta nawet nie zdążyła wystartować. Bardzo dobrze.
Widać, w jakim celu jest to robione. Widać, że część z obecnych tu nas i to nie chodzi tylko o ludzi władzy i pieniądza, ale są wśród nas takie umysły. Może to ty. Sprawdź w swojej własnej głowie, których już tak pokręciło i tak pogięło, że są w stanie poświęcić żywą istotę, która stanie przed nimi tylko po to, żeby dostać do ręki nowy gadżet, który nawet sobie nie zdają z tego sprawy, pozwoli im zabić ich samotność na 15 minut. Ich samotność wynika z tego, że w całym procesie tworzenia tych gadżetów odpięli się od żywych istot i nie mają z nimi żadnego kontaktu. I teraz rozpaczliwie szukają takiego interfejsu, ekstra substytutu, który zastąpi żywego człowieka. Chodzi tylko o to, żeby ten żywy człowiek nie przypominał nam, jakimi kutasami jesteśmy wewnętrznie, jakie gówno robimy dla świata, już nawet nie dla samych, tylko nawet dla tego świata, który jutro się zamanifestuje po tym, co my zrobimy. Dlatego sztuczny człowiek jest fajniejszy, bo sztuczny człowiek jest do zaprogramowania. On ci nie powie, że robisz gówno i że twoja robota jest gówno warta. Tobie się wydaje, że zmieniasz świat, bo przerzuciłeś parę papierków z jednego końca biurka na drugi albo dokręciłeś parę śrubek w karabinie, albo napisałeś aplikację, która gówno robi i nikomu nie jest do niczego potrzebna, poza tym, że daje kilku frajerom możliwość kontroli danych spływających od całej grupy ludzi, bo do tego się to wszystko sprowadza.
To jest w nas, to jest w każdym z nas, tak podejrzewam. W niektórych mniej, w niektórych więcej. I ten cały system, jakikolwiek nowy system się pojawi, jakakolwiek idea na to, żeby stworzyć nowy system, zawsze będzie przyciągała dokładnie te same charaktery, to samo gówno. To gówno, które już się znudziło tym, co było wcześniej, tym, co jest aktualnie i to nowe gówno, które dalej chce czerpać benefity z tego, że świat jest poustawiany, jak jest poustawiany, że oni chcą mieć swój nowy model, chcą mieć nowe swoje państwo, nową flagę, nowe symbole, bo pod starymi się nie czują. Ciągła potrzeba takiej wewnętrznej identyfikacji, że oni się czują samotni ze sobą samym i muszą udowodnić światu, że oni nie są sami przede wszystkim. To jest ten syndrom mówienia, że my, organizacja, jakby za moimi plecami stała cała armia ludzi, żeby było, że jestem ważny, że nie jestem sam. To jest krzyk rozpaczy współczesnego człowieka, który ma tak chorą duszę, że nawet nie zauważył, że właśnie zdycha z samotności, osaczony milionem gównianych urządzeń, gówno wartej technologii, za pomocą której może się skontaktować nawet z tymi ludźmi, którzy latają w kawałku blachy na orbicie dookoła ziemskiej. I co z tego? I dalej jest samotny. Gdzie się podziała ta radość z produkowania tej technologii?
Gdzie się podział sens tej technologii, skoro jedyny efekt, do jakiego to doprowadziło, jest porażająca, wręcz miażdżąca samotność ludzi, która doprowadza do tego, że wszyscy siedzą cicho, przerażeni. Jak rząd robi nową ustawę, to oni jeszcze bardziej się boją. Jak coś się dzieje, to pierwsze, nad czym się zastanawiają, to to, ile stracą. Ludzie żyjący wiecznie w piwnicy, zamknięci przez kilku cwaniaków w piwnicy, którzy im wrzucają tam czasami ochłapy do tej piwnicy. Oni się biją między sobą w tej piwnicy i ten, kto wygra, to zje największy kawałek śmierdzącego mięsa. Gdyby się razem dogadali ze sobą, razem ruszyli dupę, nie byłoby żadnego cwaniaka i wszyscy żyliby na powierzchni. Jedli zdrowe, soczyste owoce, które dojrzewają w słońcu i nie musieli żreć tej gównianej padliny i mieszkać wiecznie w piwnicy, strzelając do siebie nawzajem po to, żeby sobie wyrwać tą resztkę kości. To jest ta różnica. I nie sądzę, żeby to, co czeka nas już niedługo, pokazało coś innego. Pokaże dokładnie tą różnicę.
Zamanifestuje bardzo mocno i to będzie mocny cios w bardzo wielu ludzi. Taki konkretny cios. Wielu z nas ma bardzo mocne sny ostatnimi czasy. Ja też mam takie sny. Nadchodzi duże wydarzenie i wielu ludzi już o nim mówi. To nie jest naprawdę nic aż tak tajemniczego. Oczywiście możesz dalej siedzieć w swoim własnym schronie pod ziemią i użerać się o to, żeby komuś zabrać ten kawałek zgniłego mięsa i kiwać teraz głową ze zrozumieniem, mówiąc: „Tak, Tomek zawsze. Co roku słyszę o katastrofie”. A ja mam do ciebie pytanie, jeżeli należysz do tych ludzi, to się rozejrzyj po swoim życiu i powiedz mi, gdzie nie ma tej katastrofy w twoim życiu. Pokaż mi te relacje, które opierają się na tym, że jeżeli cokolwiek robisz, to robisz to z czystej idei serca.
Nie chcesz za to pieniędzy i tak dalej. Pokaż mi ten świat dookoła siebie. Pokaż mi świat, w którym jedyną zależnością jest tworzenie właściwego otoczenia, w którym dzieciaki zdrowo rosną i fajnie się czują, w którym ludzie fajnie się czują i zdrowo sobie żyją. Pokaż mi, że masz takie środowisko dookoła. Ja znam takie środowiska i wiem, kto je robi, bo nie chcę sobie powiedzieć, że tego nie ma. To jest i są ludzie, którzy potrafią to robić. Ale nie ci, którzy zbierają nowe telefony. Nie ci, którzy zbierają nowe portfele. Nie ci, którzy zbierają nowe wpisy do CV, żeby sobie zrobić nową karierę. I nie ci, którzy zbierają sobie różne punkty, żeby spisać nowy system, którym będą rządzili światem.
Jest aktualnie robiona taka sztuczka na świecie. Ja nie będę mówił co i jak dokładnie. Niektórzy może złapią, niektórzy nie, bo świat się za chwilę bardzo mocno zmieni. Właściwie już zaczął się zmieniać bardzo mocno, niedługo bardzo radykalnie i tak bardzo, że z górki będzie. I część z nas, nawet tych chcących zmienić swoje własne życie i zmienić to środowisko, w którym żyjemy na normalne, ma ciągle problem z tym, żeby odpuścić w głowie tą iluzję, że muszą zdychać w piwnicy i żyć w tej piwnicy. To jest taki największy paradygmat, który ludzie sobie wrzucają do głowy. Nie powiesz człowiekowi, że stary rząd ci jest niepotrzebny, armia ci jest niepotrzebna, policja ci jest niepotrzebna. To właśnie to jest ta mafia, która niszczy twoje życie. W miejscach, gdzie tej mafii nie ma, jest spokój, cisza i pogoda ducha, i ludzie mają czystą wodę i czyste jedzenie. Jeżeli potrzebują coś zjeść, mają je za darmo.
Tylko ty, mając policję, wojsko, rząd i tą całą hołotę, być może pracujesz w służbach mundurowych i jesteś jednym z tej hołoty, to ty tworzysz taką rzeczywistość. To dzięki tobie jest brudna woda, to dzięki tobie nie ma co jeść, to dzięki tobie ludzie zdychają z głodu i dzięki tobie ludzie w cywilizowanym świecie mieszkają na ulicy, bo nie stać ich na dach nad głową. Przecież to się nie dzieje w dżungli. Znaleźć mi bezdomnego człowieka w dżungli amazońskiej. Znaleźć mi bezdomnego człowieka w Australii, tam, gdzie ludzie żyją na dziko, gdzie się normalnie żyje w taki plemienny sposób. Znaleźć mi bezdomnego, głodnego człowieka w takim miejscu. Fenomen polega na tym, że tam nie ma głodnych, bezdomnych ludzi. Jedyni, którzy byli głodni i bezdomni, to są biali podróżnicy, którzy tam trafiali schorowani, zdychający, umierający. Gdyby nie lokalne plemię, które za darmo ich wyleczyło... Może nie powinni ich leczyć, bo później ci zdobywcy wracali do siebie i mówili: „Hej, jest tam lokalne plemię, które ma świetne drzewo, na którym rośnie masa kauczuku.
Mają lasy kauczukowe, trzeba tylko ich wymordować”. I niestety kończyło się tak, że to plemię, które uratowało tego świra, który tam przyjechał po to, żeby zbudować swoją karierę, zobaczyli w nim żywą istotę, dali mu nowe życie, a co on zrobił? On sprowadził na nich zagładę. I dokładnie to zrobiła ta cywilizacja ze wszystkimi rzeczami, które jawią się jako potencjalne zasoby na tym świecie. Także jedyna opcja jest taka, żeby w ogóle nie budować żadnego systemu. I jest teraz robiona taka historia na świecie, że jest organizowane coś w rodzaju grupy ludzi, którzy mają pokojowe intencje. I powiem ci dlaczego. I to nie jest dlatego, że trzeba koniecznie zorganizować taką organizację, jakakolwiek by nie była, że są pokojowe intencje. To jest robione tylko dlatego, że jak się okazuje, znakomita część bardzo fajnych ludzi, którym może właśnie ty jesteś, bo każdy człowiek jest fajny, dopóki mu nie odjedzie na czaszkę, to nawet fajni ludzie mają problem, żeby zrozumieć, że nie potrzebują wojska, nie potrzebują policji, nie potrzebują nikogo, nie potrzebują rządu, nie potrzebują być niewolnikiem w swoim własnym życiu. Że sobie sami doskonale radzą z tym wszystkim i że mamy całą tą technologię tu na miejscu.
I wcale nie potrzeba żadnych czarów z mek ani latania w kosmos, kontaktów z nie wiadomo jakim światem. Wszystko mamy tutaj na miejscu. A bracia z kosmosu, jeżeli naprawdę jesteś ślepy, każdej nocy ich zobaczysz. Jest tego na niebie tona. W każdym razie nigdy nie przestaje latać na niebie. Nigdy. I bynajmniej nie są to samoloty rejsowe wyprodukowane w fabrykach na Ziemi. Także nie ma z tym absolutnie problemu. Jak się okazuje, problem jest. I ten jedyny problem to jest twoje wyobrażenie o świecie.
Tak długo, jak w twoim wyobrażeniu jacyś ludzie odgrywają ważniejszą rolę w twoim życiu niż ty sam, tak długo masz przesrane. Tak długo trzeba ci zorganizować troszkę zabawę, żebyś nie zwariował, bo kiedy przyjdzie duża zmiana, to ty zwariujesz, bo nagle się okaże, że nie ma rządu, nie ma banku, nie ma instytucji, nie ma autorytetów, nie ma religii. Okazało się kłamstwem. Wszyscy podpierdalali tylko po to, żeby orwnąć cię z kasy i wymordować wszystkich, jak tylko się da, żeby zabrać ich pieniądze. Nagle okaże się to wszystko jedną wielką iluzją. I co wtedy? Wtedy wielu ludzi może mieć bardzo poważny problem, bo całe ich życie jest, przynajmniej ta najważniejsza rzecz, która daje im poczucie stabilizacji, jest oparta na wierze w te filary złomy cywilizacji. Nagle się okaże, że to zniknie i dobrze, żeby ci ludzie mieli przynajmniej taką poduszkę, do której się przytulą z tymi swoimi biednymi uzależnieniami i nałogami myślenia o tym, że są niewolnikami. I ta poduszka to jest taka organizacja pokojowa, że w taki magiczny sposób zamieniasz tych, którzy stali się niewolnikami, na tych, którzy sami zaczynają decydować o sobie. Bo jak dasz im tą organizację w ręce i jak oni sami zaczną to robić i tworzyć, i budować swój własny ruch pokojowy bez żadnych liderów, bez żadnych specjalnych funkcji, gdzie właściwie każdy jest dokładnie taki sam, to automatycznie uczysz tego człowieka jednej rzeczy.
Dajesz mu jedną informację, bardzo ważną informację, bo on się sam właściwie uczy. Nigdy nikogo niczego nie uczymy. Sami się uczymy indywidualnie. Ja się uczę od siebie, od swojego życia, ty się uczysz od swojego. Nie jestem w stanie ciebie niczego nauczyć. Uwierz mi. Jeżeli ktokolwiek mówi, że coś go nauczyłem, to znaczy, że kłamie i to permanentnie kłamie. Opowiada ci bzdury. Nie ma takich ludzi na świecie. Co najwyżej ja mogę się nauczyć sam, tak samo jak ty możesz się nauczyć sama.
I to się nigdy nie zmienia. Także wracając do tego konceptu, jeżeli nie dasz takiemu człowiekowi czegoś, czego może się złapać, to on po prostu zwariuje. Widziałem kilka takich sytuacji nie raz. Zresztą jeżeli jest tu ktoś obecny wśród słuchaczy, ktoś, kto zajmuje się naturalną medycyną typu ayahuasca, to są takie większe spotkania, parę osób, można zaobserwować kilka rzeczy, które z nas wychodzą. Psylocybina, bo też sezon grzybowy w pełni. Także przypominam, żeby wybrać się na łąki, ale z dala od służb mundurowych. Słuchaj, człowieku, nie ryzykuj konfliktów z psychopatami, którzy w imię prawa, pokoju i miłości spowodują, że możesz mieć bardzo poważne problemy w życiu. Nie będzie już fajnie, bo kilku świrów postanowiło zrobić karierkę w policji. Także uważaj na tych cwaniaczków, kiedy zbierasz grzyby. Nie rób tego w obecności policji.
Bandziorów zostaw tam, gdzie ich miejsce, a ty się usuń z tego poletka na inne pole. Anyway, jako że substancja daje bardzo dużo wiedzy, którą się samemu zdobywa, takie podróże do samego siebie i nie tylko, z różnymi ludźmi. Jest taki bardzo ciekawy pattern, doskonale znany wszystkim podróżnikom. To jest moment, kiedy nagle wszystkie nasze iluzje o rzeczywistości, te iluzje, wszystkie wyobrażenia, kim jesteśmy, co będziemy robili w życiu, jak będzie wyglądała nasza kariera, cokolwiek, te wszystkie bzdury nagle trafia szlag i wszystkie z łomotem rozpadają się na podłodze. I nagle okazuje się, że jesteśmy tylko i wyłącznie istotą, którą jesteśmy. Bez niczego, bo nic już właściwie w tym momencie nie gra roli. I czasami widać u niektórych charakterów, jak ten moment, kiedy wszystkie te iluzje się rozsypują, jak ich przeraża, bo nagle się okazuje, że w ich życiu nie było absolutnie niczego sensownego, czego można się złapać jako jakiejś treści, jakiejkolwiek informacji. Nagle się okazuje, że całe życie było takim pustostanem. Bywa, ale to jest piękny moment pobudki, bo od tego momentu wiadomo już, że co jak co, ale nie wrócimy już nigdy na 100% do tego pustostanu. Ludzie wracają do różnych sytuacji po medycynie naturalnej.
Znam na przykład ludzi, którzy robili psylocybinę. Wiem o tym, że robili psylocybinę. Minęło troszeczkę czasu, nawet nie aż tak dużo i tak się zeszmacili z powrotem, że chciwość za kasą zamieniła kompletnie mózg na coś, nie wiem, jakiś chyba zestaw aukcji na różnych serwisach internetowych, podpierdalactwo, złodziejstwo i tak dalej. Chociaż wcześniej medycyna gościła w głowie i ten koncept rzeczywistego świata, tego właśnie bez iluzji jest tam dobrze znany. Jak się okazuje nie zawsze. To są wybory każdego z nas i to jest nasza indywidualna odpowiedzialność, jak każdy z nas dealuje cywilizację ze sobą, czy tak jak, się powołam jeszcze raz na tego dżentelmena w thrift shopie, czy tak jak on się zawiesimy na kolejnym modelu wiertarki i dalej nie zrobimy nic z tymi wiertarkami? Czy się zawiesimy na modelu cywilizacyjnym, jak to nazwali Indianie Hopi, że właściwie biały człowiek nie stworzył nic. Biały człowiek tylko przyszedł, ukradł, zgwałcił i spalił. I tak jak przyszedł, tak samo odejdzie. Bez znaczenia, bo to nie jest jego ziemia.
To prawda. Także można wybrać troszeczkę inną opcję, tak mi się wydaje. I to jest ten najważniejszy wybór, który rzeczywiście zmienia otoczenie dookoła nas. Właśnie ten drobny wybór, że przestajemy już zbierać, kolekcjonować, cokolwiek by to nie było, czy to jest flaga narodowa, czapeczka z napisem Polska, czy mity i legendy o Lechitach, Prasłowianach, którzy witali się prasłowiańskim pozdrowieniem „Sława”. Wszystkie te bzdury o płaskiej ziemi i tak dalej, cały ten bullshit. Albo zaczniemy żyć swoim własnym życiem, albo będziemy robili po prostu taki duplikat tego samego gówna, które mamy w telewizji. Zobacz na „Dziennik Telewizyjny” albo na „News z Gazetami”. Ja tam raczej nie zaglądam. Na newsy jeszcze, znaczy na gazety na internecie jeszcze zaglądam. Dzisiaj zaglądałem na Guardiana.
Zajęło mi to pięć sekund i wyłączyłem, bo dostałem jakieś fikcyjne opowieści, którymi mam się przejmować, że ktoś, coś komuś tu polityk. Przecież wiem, że wszystko to skurwysyny i złodzieje, którzy żyją z tego, że mordują innych ludzi. Dlaczego miałbym nagle w ciągu pięciu sekund zmienić swoją opinię? Czy jestem idiotą? Nie, nie jestem idiotą. Ty chyba też nie jesteś. Także tutaj się nic nie zmieni. Teraz pytanie, dlaczego, skoro nie akceptuję tej rzeczywistości tam i nie partycypuję w niej, dlaczego miałbym akceptować na innym poziomie, czyli na poziomie, gdzie ludzie nie bawią się w politykę od tej strony, ale mówią, że na przykład robią alternatywną politykę? Jaka jest alternatywna polityka? Samo to, że w ogóle ktoś używa słowa polityka, to jest w ogóle patologia.
Polityka jest w ogóle chorobą psychiczną, chociaż wielu chciałoby widzieć w tej chorobie psychicznej taką brzytwę, której się złapią w poszukiwaniu ratunku, że oni ustalą nowe prawa, które już nikogo nie skrzywdzą. Jeżeli ktoś ma taką jazdę, że musi ustalać nowe prawo, żeby kogoś nie skrzywdzić, to znaczy, że w jego głowie jest tylko jedna rzecz. Domyślasz się jaka? Mhm. Dokładnie ta, żeby kogoś skrzywdzić. Bo jeżeli nie miał tego w głowie, to po co mu to wszystko? Kogo on zabezpiecza? On tak naprawdę zabezpiecza siebie przed jakąś sytuacją. To jest nasz obraz nas samych w świecie, który sobie sami robimy. To jest rzeczywistość, w której żyjemy i część tego fenomenu zwanego tym gównianym światem, tą całą gównianą cywilizacją, zabawą w pieniądze, kawałki papieru, które odebrały nam godność i właściwie wszystko, cokolwiek żywa istota ma, zostało odebrane w momencie pojawienia się pieniędzy.
Możesz się z tym zgadzać lub nie. Są tacy, którzy się modlą do pieniędzy i twierdzą, że nagle dają im szczęście. Ja jeszcze takiego nie spotkałem, który by osiągnął szczęście przez pieniądze, a żyję na tym świecie już troszeczkę czasu. Szczęśliwie akurat nie żyję aż tak długo, także jeszcze trochę przede mną. Spokojnie, nie wybieram się jeszcze w dębowy piórnik, chociaż wiele rzeczy się wydarzy w najbliższych miesiącach. Już niedługo. Anyway, może niektórzy wylądują w dębowych piórnikach. Wybory w Ameryce też będzie śmiesznie. Może wprowadzą sobie stan wojenny, bo mieszkańcy stwierdzą, że nie chcą wybierać Myszki Miki albo coś w tym stylu. Kto wie?
Kto wie? Przed nami ciekawe czasy i jedynym, myślę, takim sensownym podejściem na te czasy, bo tak wszyscy się pytają: „Co robić? Co robić? Przecież to przerażające”. Na czacie jest pytanie od niejakiego Lukiasza, który ma przezabawnego awatara z taką literacką postacią o nazwie Jesus. Ciekawa literacka postać stworzona z paru charakterów. Nie klei się kupy. Ale słuchaj, pół świata w to wierzy i jeszcze jest w stanie cię zamordować za to, że ty w to nie wierzysz. Ten dżentelmen na czacie napisał: „Ale jak naprawić ten świat?”. Nie dodał „ale” to ja dodałem, żeby było bardziej dramatycznie oczywiście.
Napisał: „Jak naprawić ten świat?” i został znak zapytania. Jak to jak naprawiać? Nie trzeba naprawiać świata. Problem polega na tym, że jeżeli go nie spieprzysz ty i mówię tylko, Łucjuszu, do ciebie. Tylko do siebie też. Do każdego z nas mówię. Świata nie trzeba naprawiać. Świata po prostu nie trzeba spieprzać za każdym razem. I to jest cała tajemnica w naprawianiu świata, że nikt nie musi naprawiać świata. Wystarczy, że go nie spieprzysz.
Wystarczy, że ten weekend, który teraz jest, jest piękny weekend, że nie spieprzysz żadnej sprawy w swoim życiu i jeżeli jej nie spieprzysz, to nie spieprzysz kolejnej i nie spieprzysz kolejnej. I to jest cała tajemnica naprawiania świata. Wystarczy go po prostu nie spieprzyć. Prawda, że proste? Nic więcej. Jak się okazuje, najprostsze rozwiązania... Właśnie. Najciemniej pod latarnią, a wyjście jest zawsze w podłodze. No właśnie. I to tyle chciałem powiedzieć w tej dzisiejszej hiperprzestrzeni O tych cyklach, bo za chwilę będę chciał wrócić, poopowiadać o historycznych rzeczach związanych z cyklami, bo jest taki prosty patent, żeby pomóc mi zapomnieć o tym, że mam swój własny cykl, to wrzucić mnie w inną sytuację.
Myślę, że to przestawianie kalendarza na słoneczny, wszystkie te bzdury robione cywilizacyjnie służyły do tego, żebyśmy się sami próbowali przekonać, że to wszystko, co robimy, ma jakiś wyjątkowy, zjawiskowy sens. Że ta cała cywilizacja, magazyny mody, telewizja, którą ludzie oglądają, książki, gazety, to całe życie, to, że spotkałem się na kawie z kimś, porozmawiałem w dupie maryni, że to ma jakikolwiek sens. Zaraz wyjdzie na jaw, że to nie miało żadnego sensu. Wszystko było podszyte odgrywaniem roli w fałszywych dekoracjach, które ktoś nam tu postawił. My zaczęliśmy sobie dobudowywać i właściwie zaczęliśmy prowadzić życie wśród dekoracji jako społeczność żywych istot na planecie Ziemia. Nawet wiewiórki nie żyją w dekoracjach. Tylko ludzie potrafią sobie dekorować pomieszczenia. To jest ciekawe. Skoro zmienił się już dźwięk, nastała noc, jak głosi świerszcz za moim uchem, to ja zostawiam te wszystkie dekoracje i przypomnę ci na sam koniec, że moim zdaniem, jeżeli masz kiedykolwiek pytanie pod tytułem: „Jak naprawić świat?”, zadaj sobie inne pytanie: „Jak nie spierdolić tego świata?”. Excuse my French, ale to jest chyba najlepsze i najbardziej dosadne pytanie.
I tyle wystarczy. Dokładnie. Jak go po prostu nie spieprzyć? To jest moja odpowiedź. Jeżeli to zrobisz, to wszystko załatwione. A ja tymczasem ze świerszczami w tle znikam z tej hiperprzestrzeni. Pozdrawiam serdecznie Ivelliosa. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy z Radia Paranormalium bardzo serdecznie, którzy tam też są na czacie. Nigdy nie bywam na czacie, ale na pewno są tam fajne ziomy i fajne ziomki i fajni ludzie na czacie. Sorry za to kolokwialnie, ale taki jestem dzisiaj kolokwialny.
Także pozdrawiam was serdecznie i ciebie, i ciebie, i pozdrawiam przede wszystkich tych, którzy są na czacie Radia Na Fali. Nawet tych, którzy nie potrafią samodzielnie myśleć i muszą w avatara sobie koniecznie wkleić literacką postać, bo bez tej literackiej postaci czują, że tracą swój kontakt z rzeczywistością. Gdzie jest ta rzeczywistość? Gdzie? W literackich postaciach? Nie. Rzeczywistość jest dokładnie tam, gdzie się nie spieprzy. Tam działa, tam wszystko funga i ludzie są szczęśliwi. Na tym to polega. Miłego, niespieprzonego weekendu i całego tygodnia niespieprzonego, człowieku.
Do usłyszenia w następną sobotę. Postaram się wrócić do tego cyklu słonecznego, księżycowego, bo historia z trupami w szafie jest bardzo ciekawa z tymi systemami odmierzania czasu. Na tym poprzestanę dzisiaj. A ciebie zapraszam na jakąś wieczorową porę do Radia Na Fali, czyli zaraz po audycji na żywo, bo teraz jest sobotni wieczór, nowy dzień, właściwie już niedzielna noc. Zapraszam cię na audycję po hiperprzestrzeni. To jest tylko w Radiu Na Fali. Nazywa się „Wieczorowa Pora Absolutnie Live” i tam sobie jeszcze porozmawiamy, koleżanko i kolego. A tobie już dziękuję tutaj. Dzięki za wysłuchanie. Miło, że ściągasz, że słuchasz jako podcast i mam nadzieję, że się fajnie podróżuje i zwiedza świat przy tym podcaście w uszach i przy tych moich opowieściach i że jest miło.
Fajnie, że wpadłeś tu na żywo, ty, człowieku, który jesteś tu na żywo. Pozdrawiam wszystkich na czacie. Tymczasem ja tu znikam i do usłyszenia niebawem, proszę ja szanownej koleżanki i szanownego kolegi. Przypominam, że w środę jest etykieta zastępcza księcia Edwarda i zobaczymy, co książę przyniósł z wypraw grzybowych. Także zapraszam. 20:00 polskiego czasu. Najbardziej zjawiskowa audycja w radiu polskojęzycznym. Książę Edward, który ostatnio nagrywa szuranie swoich butów po łąkach w poszukiwaniu grzybów. Człowiek na tropie medycyny. Dokładnie.
Także zapraszam serdecznie. Oprócz tego oczywiście spiski i teorie spiskowe w teorii chaosu i pozostałe rzeczy w Radiu Na Fali. Oczywiście ja jestem w czwartek, a w czwartek myślę, że wszyscy keszyści już wiedzą: cewki na kosę. Cewki na sztorc chciałem powiedzieć, a nie na kosę. Co ja? Coś tu mieszam. To chyba czas najwyższy, żebym skończył „Hiperprzestrzeń”. Człowieku, miłego weekendu. Myślę, że będzie piękny weekend, niczego nie spieprzymy i nie trzeba będzie nic naprawiać. Także peace and love i do usłyszenia tuż niebawem w radionafali.com.
To think for yourself and question authority