[00:15] - Witamy bardzo serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Wolne Media, Radia Na Fali, czytelników portalu Infra i bywalców wszystkich miejsc w internecie, w których nas słychać. Dziś ponownie zaprosiliśmy do Radia Paranormalium pana, którego chcieliście coraz częściej słyszeć. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie Skype'a jest z nami Marcin Drews z serwisu ŁowcyPrzygód.tv. Dobry wieczór, panie Marcinie.
[00:44] - Kłaniam się państwu jak zawsze nisko i kłaniam się panu. Bardzo się cieszę, że możemy znowu porozmawiać.
[00:49] - Dzisiaj znów będziemy rozmawiać o tajemnicach związanych z Dolnym Śląskiem. Mianowicie tematem głównym naszej audycji będzie kanibal z Ziębic. Natomiast na początek chciałbym pana zapytać o rzecz z zupełnie innej beczki. Mianowicie co pan preferuje? Czy preferuje pan książki tradycyjne, czy też sięga pan czasami po e-booki?
[01:14] - Nie wiem dlaczego, ale ostatnio każdy mnie o to pyta. Naprawdę. To nie kogiateria z mojej strony. Autentycznie niemal co dzień słyszę takie pytanie. Sprawa wygląda następująco: ja jestem szczęśliwym właścicielem Kindle'a, czyli chyba najlepszego czytnika na rynku. I zanim nabyłem ten czytnik, twierdziłem, że jeśli książka, to tylko drukowana, ponieważ zapachu farby drukarskiej i szelestu kartek nic nie jest w stanie zastąpić. Na co znajomy odpowiedział mi, że w takim razie powinienem sobie napchać starych gazet w buty i otworzyć puszkę z farbą drukarską i będzie ten sam efekt. To nieco kąśliwe stwierdzenie przekonało mnie do tego, żeby spróbować z książką elektroniczną. I jestem niezwykle zadowolony, dlatego że mój księgozbiór jest ogromny. Nie mieści się w domu.
Mam wiele książek w piwnicy, nad czym ubolewam. Musiałbym mieć domek jednorodzinny, żeby wszystkie książki pomieścić. Natomiast obecność czytnika rozwiązała ten problem. Mam bardzo dużo, mam chyba z 10 000 pozycji w wersji elektronicznej. Ciągle kupuję nowe bądź też ściągam darmowe produkcje. Nie będę ukrywał, że szukam też wersji elektronicznych książek, które mam w oryginale papierowym, ale te książki się rozpadają i mogą już w zasadzie tylko i wyłącznie stać na półce, ponieważ w rękach rozpadłyby się na pojedyncze kartki. Także e-book jak najbardziej. Zawsze najważniejsza w książce jest treść. Chyba że ktoś kupuje książki po to, żeby stały na półce, tak jak u większości Polaków Biblia na przykład, i zdobiły półkę niczym kiedyś kryształy lub jakaś ceramika. Ja książki czytam.
Dla mnie książka to przede wszystkim treść i dlatego stawiam znak równości między papierem a elektroniką.
[03:31] - Właśnie pytanie takie zadałem na początku z uwagi na akcję, która miała miejsce nie dalej jak dwa dni temu we Wrocławiu, właśnie w komunikacji miejskiej. Akcja zatytułowana „Czytam Wrocław”, która miała w zamyśle promować czytelnictwo w tym pięknym mieście. Ale skończyło się na tym, że jeżeli ktoś przyniósł i pokazał w tramwaju czy w autobusie książkę drukowaną, to mógł jechać za darmo. Natomiast jeżeli ktoś miał przy sobie czytnik i nawet go czytał, to dostawał mandat. Także promowanie czytelnictwa i tępienie analfabetyzmu we Wrocławiu poszło chyba troszeczkę nie pomyśli.
[04:13] - Wie pan, ja zawsze mówię, że jeśli... To znaczy powiem inaczej. Kiedy rządzą nami analfabeci, to trudno się spodziewać, żeby doceniali nasze czytelnictwo. I takie jest moje zdanie o osobach, które zorganizowały tę akcję. Ja tylko przypomnę, że nie dalej niż chyba rok temu ten sam urząd, bo głową wszystkich urzędów w mieście jest urząd miejski, poprzez bibliotekę publiczną zakupił, zdaje się, kilkanaście czytników Kindle po to, żeby promować to czytelnictwo, żeby promować czytanie w każdym miejscu. Te Kindle można wypożyczać w bibliotece. Promuje się to czytelnictwo, a za chwilę ten sam urząd wlepia kary, twierdząc, że e-book to nie jest book. Także głupota, analfabetyzm. Nie wiem, jak to nazwać. Generalnie nie polecam decyzji wrocławskich urzędników dlatego, że są bardzo często nonsensowne.
[05:18] - Ci z naszych słuchaczy, którzy interesują się różnymi bardziej mrocznymi zagadkami nie tylko Dolnego Śląska, ale w ogóle, słyszeli pewnie o pojawiających się w naszej historii tu i ówdzie kanibalach. I właśnie dzisiaj o jednym z takich kanibali będziemy rozmawiać. Historia niegdyś dosyć głośna, dziś już prawie zapomniana. Bardzo niewiele jest informacji w internecie na jej temat. No właśnie. Karl Denke, kanibal z Ziębic. Panie Marcinie, spróbujmy może na początek nakreślić krótko jego życiorys. Choć był kanibalem, to jednak, o dziwo, dziś jest postacią niemal zapomnianą, a podobno już od małego sprawiał różne problemy. Jak to było z Karlem Denke?
[06:05] - Może zacznę od małego sprostowania, choć do końca nie wiem, czy ono jest Takie małe, ponieważ Karl Denke owszem, był seryjnym mordercą, natomiast nie wiemy do dziś, czy żywił się ludzkim mięsem. Na pewno spożywali je klienci Denkego, oczywiście nieświadomi tego, co jedzą. Natomiast czy sam Denke był kanibalem? Tego nie wiemy. Nie ma na to żadnych dowodów. Postawiono taką tezę, ale teza nie była poparta żadnymi dowodami. Natomiast jeśli chodzi o jego życiorys, to faktycznie ten człowiek zapomniany jest z dwóch powodów. Po pierwsze rzecz działa się na przełomie XIX i XX wieku. To znaczy może inaczej. Denke żył na przełomie XIX i XX wieku, a cała akcja działa się w latach 20.
XX wieku na Dolnym Śląsku, który był wówczas niemiecki. Więc to jest historia zupełnie odrębna, nie jest to część historii polskiej, więc nic dziwnego, że jest to rzecz już dość mocno zapomniana. Po drugie, nawet gdybyśmy odrzucili te lata niechęci Polaków do historii niemieckiej, to tak naprawdę mało kto chciał opowiadać taką mroczną historię. Natomiast sam Denke, wspomniał pan, że były z nim problemy. On faktycznie do orłów nie należał. Podobno był fatalnym uczniem, a już w wieku 12 lat, o ile dobrze pamiętam, po raz pierwszy uciekł z domu. I wbrew pozorom tutaj powodem wcale nie była bieda, ponieważ jego ojciec był średnio zamożnym rolnikiem. Nie mamy żadnych danych dotyczących tego, jak przebiegały tam stosunki rodzinne. Natomiast wiemy, że Karl Denke był osobą nieprzystosowaną społecznie i to jest tutaj największy pewnik tej sprawy.
[08:22] - Z dostępnych materiałów wyłania się dosyć dziwna ocena Denkego. Z jednej strony wyobcowany, mało lubiany, a z drugiej zaś szanowany i uważany za człowieka o dobrym sercu. W niektórych publikacjach pada wręcz określenie „ojczulek Denke”. Skąd mogą się brać te rozbieżności, te skrajności?
[08:44] - Cóż, na pewno cieniem na jego osobie kładła się jego przeszłość. Wszak był to na początku słaby uczeń, jednocześnie krnąbrny syn, a potem już jako dorosły człowiek był dość złym gospodarzem. Mimo że w wieku 25 lat odziedziczył po śmierci ojca trochę pieniędzy i zakupił gospodarstwo rolne wraz z ogrodem, nie umiał nim gospodarować. I z tego był znany. Sprzedał więc ziemię i kupił dom, który zresztą niedawno miałem okazję odwiedzić. Mowa tu oczywiście o domu w Ziębicach. Wracając do opinii o samym Karlu. Z jednej strony niegospodarny samotnik, do tego podejrzewany o homoseksualizm, z drugiej jednak człowiek spokojny, stateczny, zrównoważony i co chyba wtedy było najważniejsze — pobożny. Na pogrzebach często nosił krzyż i właśnie tak zapisał się w pamięci ówczesnych mieszkańców Ziębic, gdzie mieszkał aż do śmierci. Do tego nie pił, nie palił, stronił od kobiet, wspierał ubogich i żebraków.
Stąd też przydomek Ojczulek Denke. Chociaż słowo wspierał będzie tu eufemizmem, skoro dzisiaj już wiemy, dlaczego tak naprawdę interesował się tymi biednymi i bezdomnymi.
[10:10] - A w którym momencie zorientowano się, że z tym dobrym człowiekiem jest coś nie tak? Czy pojawiały się może jakieś przesłanki mogące wskazywać na niezbyt szczytną działalność Karla Denke? Czy ktoś w ogóle wiedział, czym ten człowiek zajmuje się w swoim mieszkaniu? Bo jeżeli wierzyć wrocławskiemu dziennikarzowi Maksowi Gruschwitzowi, już w 1920 roku niektórzy miejscowi mieszkańcy mieli do niego właśnie jakieś „ale”.
[10:36] - Wątek Gruschwitza był swego rodzaju pomyłką. Gruschwitz był członkiem Niezależnej Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i zdarzyło się, że na jednym z wieców podszedł do niego Denke i zaproponował mu nocleg. Zaraz potem tego działacza, który jak pan zwrócił uwagę, jednocześnie był dziennikarzem, otoczyli lokalni robotnicy, którzy zasugerowali, że Denke jest homoseksualistą i szuka partnera. W ten sposób interpretowano kontakty Denkego z obcymi ludźmi. Dopiero potem okazało się, że było to zupełnie błędne założenie. Mimo to Denke był dość lubiany, a przy tym jako handlarz mięsem i skórami cieszył się dobrą opinią. Nie dziwiło więc nikogo, że nocą tłucze tasakiem czy piłuje kości i wylewa za domem zakrwawioną wodę. Kim był naprawdę, zorientowano się w zasadzie dopiero na końcu tej historii i to zupełnie przypadkiem. Dlatego też osobiście co dzień zadaję sobie pytanie, ilu podobnych mu ludzi jest dzisiaj naszymi sąsiadami? Bo to jest niepokojące, że podobne osoby mogą żyć wokół nas, a my nie będziemy sobie zdawać z tego sprawy.
[12:00] - Wiemy, że Denke handlował ludzkim mięsem między innymi w Hali Targowej we Wrocławiu. Czy to nie budziło wówczas jakichś zastrzeżeń? Gdzie ono mogło jeszcze trafiać?
[12:10] - Pamiętajmy, że państwo niemieckie cierpiało wówczas kryzys po pierwszej wojnie światowej. Sam zresztą pamiętam, oczywiście nie te czasy, myślę tu o innych. Pamiętam, jak to wyglądało w czasie kryzysu w socjalistycznej Polsce. Mam tu na myśli przełom lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Ludzie nosili surowe mięso zawinięte w szary papier czy nawet w gazetę, nie przejmując się, że odbija się na nim farba drukarska, która przecież pełna była metali ciężkich i w zasadzie jest trucizną. Nic więc dziwnego, że w czasie powojennego kryzysu w Niemczech brano mięso na pniu i niespecjalnie zastanawiano się nad jego pochodzeniem. Do tego dobra opinia, jaką miał Denke oraz, na co zwracam uwagę, licencja na wyrób peklowanej wieprzowiny otrzymana od gildii rzeźników, rozpraszały wówczas wszelkie wątpliwości. Denke był po prostu licencjonowanym producentem wyrobów mięsnych.
Mięso więc, jakby to powiedzieć, prawdopodobnie rozchodziło się jak ciepłe bułeczki, jeśli wybaczy mi pan ten niesmaczny żarcik.
[13:25] - A w jaki sposób Karl Denke dobierał swoje ofiary? Ciekawi mnie też, jak on to robił, że przez tak długi czas nie udawało się go nakryć. Jak wyglądało miejsce lub miejsca, w których Denke mordował? Co robił później ze zwłokami? Podobno, tak jak pan mówił przed chwilą, potrafił zrobić użytek ze wszystkiego, włącznie z krwią.
[13:46] - Trzeba tutaj wyraźnie powiedzieć, że w tamtych czasach nikt nie tęsknił za włóczęgami i żebrakami. Za włóczęgostwo groziła nawet kara aresztu. Nic więc dziwnego, że w tym właśnie gronie Denke wyszukiwał swoje ofiary. Wiedział, że nikt nie będzie takich ludzi szukał, a że znany był jako lokalny dobroczyńca, nikogo nie dziwiło, że oferował bezdomnym nocleg i wsparcie. A jeśli następnego dnia znikali, no cóż, ruszali w swoją drogę. Przynajmniej tak wszyscy myśleli. Denke mordował swoje ofiary we własnym domu, gdzie oprawiał też zwłoki. Było to zwyczajne mieszkanie w smutnym, szarym, wielorodzinnym domu. A że, jak wspomniałem, miał licencję rzeźniczą, nikogo nie dziwiły hałasy. Nikogo nie dziwiło to, że porcjował zwłoki.
Wszyscy byli przekonani, że przygotowuje tę swoją słynną peklowaną wieprzowinę.
[14:47] - Działalność Denkego prawdopodobnie nie znalazłaby swego końca, gdyby nie pewien człowiek o nazwisku Wincent Oliver, który o mały włos nie padł ofiarą kanibala.
[15:00] - Tak, jest takie powiedzenie: o włos od śmierci i chyba doskonale opisuje ono tę sytuację. Oliver przybył do Ziębic w sobotę, 20 grudnia 1924 roku. Najpierw odpowiedzmy sobie na pytanie, kto to był. Był to bezrobotny czeladnik stolarski, po prostu zwykły włóczęga. Na to włóczęgostwo skazał go brak pracy. Pierwszą noc spędził w schronisku, a już następnego dnia zaczął żebrać po domach. I w ten właśnie sposób trafił pod drzwi Karla Denkego. Ten z kolei zaprosił go do siebie, obiecując 20 pfenigów za pomoc w napisaniu listu do brata Adolfa. W pewnym momencie, w reakcji na dyktowane słowa, Oliver zaśmiał się i odwrócił do Denkego dokładnie w momencie, gdy zabójca wyprowadzał cios ciężką, zaostrzoną motyką. Oliver, ranny, ale żywy, uciekł i ruszył prosto na posterunek policji w Ziębicach.
I tak zaczął się ten słynny, aczkolwiek niesławny początek końca działalności kanibala z Ziębic.
[16:22] - No właśnie. Oliver co prawda dotarł na posterunek policji, ale początkowo policjanci nie potraktowali jego zeznań poważnie, mimo nawet widocznych głębokich ran. Dlaczego?
[16:33] - Policjanci nie uwierzyli w jego zeznania, ponieważ Oliver był tylko włóczęgą, gdy tymczasem Karl Denke uchodził za wzorowego obywatela. Dlatego też Olivera osadzono od razu w celi. Kiedy jednak lekarz potwierdził, że włóczęga odniósł poważne obrażenia, zdecydowano się zatrzymać Denkego do wyjaśnienia. I tu taką wisienką na torcie jest fakt, że mimo iż Oliver był niedoszłą ofiarą i mimo że okazało się, że mówił prawdę, że został zaatakowany, to i tak po, zdaje się, dwóch tygodniach postawiono mu zarzut włóczęgostwa i pół miesiąca po całej sprawie skazano na 10 dni pozbawienia wolności. Doprowadzony na posterunek Denke twierdził, że i owszem, zaatakował bezdomnego, ale w odpowiedzi na próbę kradzieży. W efekcie postanowiono więc również Denkego osadzić w areszcie do czasu wyjaśnienia wszelkich wątpliwości.
[17:45] - No ale z materiałów, które są dostępne dziś, wiadomo, że nie zdołano nawet jakoś dokładnie przesłuchać Denkego, ponieważ zmarł w jakichś tajemniczych okolicznościach. Podobno sam sobie odebrał życie.
[17:58] - Dokładnie. Dość szybko Denke postanowił zakończyć tę farsę i o 21:30 został już znaleziony martwy w celi. Jakkolwiek to brzmi, powiesił się na chusteczce do nosa. Co samo w sobie nie jest tak szokujące, jak fakt, co potem w jego domu odkryli policjanci, którzy wyruszyli na poszukiwania.
[18:30] - No właśnie, co tam takiego ciekawego znaleziono w mieszkaniu Denkeego? Ile ofiar udało się zidentyfikować?
[18:38] - W sumie zidentyfikowano 20 osób, ale podejrzewa się Denkeego aż o 40 morderstw. Co do samego miejsca zbrodni myślę, że nie będę tu opowiadał, tylko bezpośrednio przytoczę jedyny znany opis pochodzący z protokołu policyjnego sporządzonego w 1926 roku, czyli już jakiś czas po całej tej historii. Cytuję: „Pierwsze, co zostało odkryte podczas przeszukania w domu Denkeego, to kości i kawałki mięsa. Mięso było marynowane w roztworze soli w drewnianej beczce. W sumie znajdowało się tam 15 kawałków mięsa wraz ze skórą. Dwa kawałki stanowiły dość mocno owłosione piersi. Tors został przecięty przez środek trzy palce nad pępkiem. Jego poprzeczną granicą był bark. W kawałku stanowiącym fragment brzucha widoczny jest pępek. Pozostałe kawałki należą do bocznych i tylnich części ciała.
Największy z nich ma wielkość 40 na 20 centymetrów. Najbardziej ciekawym znaleziskiem jest dobrze oczyszczony odbyt wraz z oboma pośladkami”. Tutaj pominę jeszcze kilka opisów i cytuję dalej: „W trzecim słoju znaleziono liczne kawałki ludzkiej skóry oraz fragmenty aorty zanurzonej w galaretowatej substancji. Na stole w jego pokoju znajdowała się misa wypełniona bursztynowym tłuszczem, który wydawał się być ludzkim. Testy biologiczne dały słaby, ale pozytywny wynik na obecność ludzkich białek. W szopie, gdzie znaleziono kawałki mięsa, była także beczka pełna kości, które oczyszczono ze ścięgien, mięśni i tym podobnych, i które najprawdopodobniej zostały wcześniej ugotowane. Śledztwo początkowo odkryło istnienie sześciu kości przedramienia, co oznaczało, że należały one do przynajmniej trzech osób. Inne ślady znaleziono za szopą. W stawie, który Denke wykopał wiele lat wcześniej, znaleziono część nogi, a w pobliskim lesie odkryto części szkieletu”. I tu znowu pominę bardziej szczegółowe opisy i kolejny cytat: „Pośród szelek znalezionych u Denkeego trzy pary zostały zrobione z ludzkiej skóry.
Mają one około 6 centymetrów szerokości i 70 centymetrów długości. Skóra nie jest gładka, za to jest wyraźnie naderwana w jednym miejscu. Wydaje się nie być garbowana, jedynie pozbawiona tkanki podskórnej i wysuszona. W jednym miejscu widać, że Denke wykonał cięcia pod brodawkami sutkowymi, które są nadal widoczne. Cztery z nich są wynikiem zszycia łat z ludzkiej skóry uzyskanej z okolic słonowych. Pod mikroskopem widoczne są ślady po wszach. Wszystkie pary szelek noszą ślady użytkowania, a jedne z nich zostały znalezione na samym Denke. Oprócz szelek Denke z ludzkiej skóry wyrabiał także skórzane rzemienie, które smarował pastą do butów, a ich fragmenty zostały zszyte ze sobą oraz elementami szmat. Wiele ze sznurowadeł zrobiono z ludzkich włosów. Jedna z przysłanych próbek miała jeden centymetr długości.
Była szaro-biała i jak wykazała analiza, była zrobiona z włosów czaszkowych”. No dobrze, to może dość tych cytatów, bo zrobiło mi się zimno, gdy patrzę na to sprawozdanie. W każdym razie-
[22:14] - Dobrze rozumiem, że Denke też się ubierał w to, co zrobił?
[22:17] - Tak, dokładnie tak. Ubierał się w ludzką skórę, a także wyrobami z ludzkiej skóry handlował podobnie jak mięsem.
[22:28] - No dobrze, a co się działo po tym jak— przepraszam, aż mi się żołądek podniósł. Co się działo po tym, jak wyszła na jaw cała ta afera z handlem ludzkim mięsem? Przecież to nie mogło się chyba obejść bez jakichś reperkusji.
[22:43] - Po odkryciu tego makabrycznego procederu podobno spadła sprzedaż mięsa w całych Niemczech. Mówię podobno, bo tak mówi moje źródło, natomiast nie wiem, na ile jest to prawda, na ile plotka. Natomiast na pewno działająca w Ziębicach fabryka konserw Sidla stanęła na progu bankructwa, bowiem ktoś puścił plotkę, że była zaopatrywana w mięso właśnie przez Denkeego. Plotki tej nie potwierdzono, ale fakt faktem, że Denke sprzedawał ludzkie mięso na wielu różnych targowiskach i w Ziębicach, i we Wrocławiu, i być może jeszcze w innych miastach. I właśnie to budzi we mnie podejrzenie co do orzekanego kanibalizmu. W mojej skromnej opinii Denke był raczej psychopatycznym fetyszystą, jeśli tak mogę powiedzieć, którego podniecało to, że mógł czynić nieświadomych niczego ludzi kanibalami mimo woli. Na korzyść tej mojej niepotwierdzonej oczywiście teorii o fetyszyzmie przemawia fakt, iż Denke sprzedawał właśnie te wyroby z ludzkiej skóry, a w domu kolekcjonował na przykład zęby ofiar. Produkował także mydło. Także nie wyglądał on na smakosza, a raczej na osobę, która była szczęśliwa, że smakoszami są inni ludzie.
[24:22] - W przypadku kanibala z Ziębic, czy też fetyszysty z Ziębic, jak go teraz powinniśmy już nazywać, mamy również do czynienia z wyciszaniem całej sprawy. Relacje prasowe o ziębickim fetyszyście szybko się urwały. Dlaczego? Komu zależało na ukręceniu sprawie łba?
[24:44] - Tutaj sprawa sięgnęła aż kręgów rządowych. Pamiętajmy, jaki to był okres. Państwo niemieckie dopiero co przegrało wojnę. Był kryzys, więc władzom nie był potrzebny dodatkowy ciężar w postaci nośnej historii o seryjnym mordercy podejrzewanym o kanibalizm. Faktycznie więc szybko wyciszono sprawę, a wszelkie doniesienia prasowe były raczej zdawkowe. W zasadzie pisała o tym tylko prasa lewicowa, oskarżając władze prawicowe i prasę prawicową o wyciszanie tematu.
[25:24] - Dziś już wiadomo, że Karl Denke nie był jedynym masowym mordercą, kanibalem, fetyszystą działającym w tym rejonie w tamtym czasie. Co wiadomo o jemu podobnych?
[25:36] - Tak, właśnie to ciekawe, bo te pierwsze dwie dekady XX wieku wydają się być dziś okresem wzmożonej działalności seryjnych zabójców. Nie wiem, czy to była kwestia związana z wojną, z biedą, z różnymi złymi rzeczami, które wokół wojny się działy. Ciężko mi to powiedzieć. Trzeba byłoby sięgnąć po jakieś psychologiczne opracowania, jeśli oczywiście takie w ogóle istnieją. Fakt faktem, że tych seryjnych morderców pojawiło się wówczas dość dużo. Wspomnę tylko jednego, Friedricha Haarmanna, odpowiedzialnego za 50 mordów, a nazywanego "Rzeźnikiem z Hanoweru". Wspominam o nim nie tylko dlatego, że również handlował ludzkim mięsem, ale również z uwagi na fakt, iż jego fotografię błędnie przyjmuje się obecnie w sieci za zdjęcie Denkego. Na to zwracam baczną uwagę, bo wielu dziennikarzy czy vlogerów piszących o sprawie popełnia ten błąd, ufając wyszukiwarce graficznej Google'a. Tymczasem jest to błąd algorytmu wyszukiwarki. Wiele artykułów mówi o obu tych mordercach: i o Denkem, i o Haarmannie.
W związku z tym wyszukiwarka zapytana o Denkego pokazuje zdjęcia Haarmanna, ponieważ tych zdjęć jest po prostu więcej. To ten sympatyczny pan z wąsikiem i w gustownym kapeluszu. Jeśli ktoś już szukał, to na pewno to zdjęcie zna. Natomiast jeśli chodzi o Denkego, istnieje tylko jedno zdjęcie i trzeba to zapamiętać. Niezależnie od tego, co Google pokazuje, tylko jedno zdjęcie pokazuje samego Denkego. Jest to zdjęcie zrobione już po śmierci, gdy leżał w trumnie.
[27:40] - A co dzisiaj dzieje się z, nazwijmy to w cudzysłowie, dziedzictwem Denkego? Mam tu na myśli nie tylko jego dom, ale również to, co zostało z jego ofiar: zęby, przedmioty wykonane z ludzkiej skóry i tak dalej. Czy obecni lokatorzy jego domu w ogóle wiedzą, co się tutaj wyprawiało 80 lat temu?
[27:59] - Miałem okazję ostatnio rozmawiać z właścicielką tego domu. Ta pani wie, co się działo tutaj przed wojną i szczerze mówiąc, ma kompletnie dość zarówno nachodzących ją dziennikarzy, jak i — proszę uważać, co powiem — nocnych poszukiwaczy kości, bo tacy się też zdarzają, którzy próbują rozkopywać jej ogródek. Dlatego w tej chwili wszystkich, którzy zamierzają wybrać się do Ziębic, bardzo proszę, nie zakłócajcie państwo spokoju obecnym lokatorom tego domu, bo mają oni takie samo prawo do spokoju i prywatności jak my wszyscy. Z kolei nie mają nic wspólnego z mordercą, a ślady po nim już dawno zaginęły. Tam ostatnio nawet tynk z tego domu został zerwany i budynek będzie odnawiany. W środku jest wyremontowany. Nie ma żadnych śladów po tej niesławnej przeszłości. Natomiast powiem szczerze — nie lubię się przyznawać do niewiedzy — ale nie wiem, co stało się z tymi szczątkami. Podejrzewam, że po zamknięciu śledztwa z czasem trafiły do zbiorowej mogiły. Natomiast ciekawe są losy fotografii z miejsca zbrodni.
Dziwnym splotem przypadków trafiły one w latach 80. ubiegłego wieku do kubła na śmieci pod wrocławską Akademią Medyczną. Były to fotogramy na szkle i wyrzucono je prawdopodobnie dlatego, że zepsuł się sprzęt do ich wyświetlania. Tak twierdzi ich znalazca, naukowiec, który trafił na nie przypadkiem, a koniec końców przekazał je do Muzeum Medycyny Sądowej we Wrocławiu, gdzie są do dziś.
[29:57] - Miał pan okazję odwiedzić dom Karla Denkego. Jakie pan odniósł osobiście wrażenia z tej wizyty?
[30:04] - To jest bardzo dziwne uczucie, kiedy zna się tę historię i trafia się w miejsce, gdzie żył taki człowiek, to mimo woli po grzbiecie, po karku przechodzą zimne dreszcze. Nie jestem do końca w stanie określić Co czułem? Miałem wrażenie, że patrząc na ten dom, na to miejsce, przekraczam granicę, której nie chciałbym przekraczać. To troszeczkę jak oglądanie filmów ze scenami drastycznymi, kiedy zasłaniamy dłońmi oczy, ale mimo to patrzymy przez palce. To jest dziwne uczucie. Nie ma tam specjalnie mrocznej atmosfery na samej ulicy. Wydaje się, że sąsiedzi wokół kompletnie się tą historią nie przejmują. Nawet nie byli zainteresowani tym, że stoją nasze statywy, bo byłem tam z moim kolegą Mateuszem, z którym razem robimy „Łowców”. Byliśmy tam kręcić materiał, więc stały statywy, stały aparaty, nagrywały się materiały. Nikt na to kompletnie nie zwracał uwagi.
Natomiast my się dość dziwnie tam czuliśmy. Myślę, że to jest oczywiście sugestia. Nieważne, czy to uczucie pochodzi z zewnątrz, czy z wewnątrz. Ważne jest, że ono funkcjonuje. Więc osobom, które nie mają dystansu do tego typu historii, nie polecam odwiedzania takich miejsc.
[31:50] - Z tego, co czytałem, mieszkańcy prosili też księdza proboszcza o interwencję, poświęcenie czy też przeprowadzenie egzorcyzmów, oczyszczanie.
[32:00] - Coś takiego słyszałem, nie wiem dokładnie, więc nie będę się wypowiadał. Wiem natomiast na pewno, że spokój mieszkańców, jak już wspominałem, burzony jest przez różnych dziwnych gości, którzy chcieliby tę sprawę odkopać dosłownie i w przenośni, mimo że śledztwo zostało zakończone blisko 100 lat temu. 80. Nie, już tak blisko. 90, jeśli będziemy dobrze liczyć. Mój humanizm to przekleństwo. Muszę zawsze sobie w głowie policzyć. W każdym razie faktycznie blisko wiek temu sprawa została zakończona. Natomiast dziś na fali powtórnej fascynacji seryjnymi mordercami pojawiają się w Ziębicach ludzie, którzy chcieliby wynieść jakąś pamiątkę, na przykład wykopać kość, której nie odnalazła niemiecka policja.
[33:05] - I właśnie dotarła do mnie teraz w tym momencie świadomość, że nie bez powodu zakończyłem romans z matematyką na ocenie dostatecznej, bowiem od tamtych wydarzeń minęło już prawie 90, a nie 80 lat. Biję się w pierś i przepraszam wszystkich matematyków słuchających tej audycji.
[33:24] - Muszę powiedzieć, że przepraszam, ciągły mój problem. Opowiadając o tej historii i przypominając sobie, który to był rok, zdałem sobie sprawę, że nie wiem, jaki mamy obecnie rok i to jest mój stały problem, na co zresztą zwracają, czy ostatnio zwrócili uwagę widzowie „Łowców Przygód”, bo pomyliłem się o cały rok, wspominając o doniesieniach dotyczących złotego pociągu. Na szczęście rok temu również o pociągu i dwa lata temu i trzy lata temu również o tym mówiono. Natomiast moją wielką wadą jest właśnie to, że nie żyję z bieżącą datą. Brzmi to może dziwnie, ale tak to bywa. Być może ludzie, którzy na co dzień tak jak ja mocno rozgrzebują przeszłość i sięgają po historię, po prostu nie wiedzą jaka jest obecna data.
[34:21] - Ja się dzisiaj przez chwilę zastanawiałem, czy mamy czwartek, czy może piątek, a tu się okazuje, że jednak nie, że mamy środę. Tak więc niestety znam ten ból. Ale skoro już zahaczyliśmy o skarby, skoro już omówiliśmy całą historię, całą sprawę Karla Denkego, to może przejdźmy do tych skarbów właśnie. Co ciekawego słychać w sprawie złotego pociągu i różnych innych skarbów, które miały podobno zostać odkryte niedawno w okolicach Wałbrzycha?
[34:52] - Właśnie. Tutaj sytuacja rozwija się w najlepsze. Nie do końca zdrowo, ponieważ pojawiło się już gro konfliktów. Domniemani znalazcy zostali wykluczeni z towarzystwa eksploratorów, w którym dotychczas działali. Pisze się o tym, że są oszustami. Ci z kolei odpowiadają poprzez swojego prawnika, że mówią prawdę i że mają na wszystko dowody. A my wszyscy tak naprawdę oglądamy coś w rodzaju meczu w tenisa stołowego i patrzymy na to ciągłe odbijanie piłeczki. Natomiast wciąż nikt z nas, widzów, słuchaczy, czytelników nie miał okazji zapoznać się z dowodami. Ja zawsze twierdzę, zgodnie z tym, co mówili najwięksi znawcy prawa, że człowiek jest niewinny, dopóki mu się tej winy nie udowodni. W związku z czym na dziś dzień staję po stronie obu eksploratorów, ponieważ uważam, że wykonali swoją pracę, że zdobyli poprzez oryginalny kanał informacje, które pomogą znaleźć ten pociąg, jeśli on w ogóle istnieje.
I w związku z tym należy się tym ludziom przynajmniej jakaś cząstka naszej dobrej woli, naszego zaufania. Natomiast widzę już nagonkę medialną i rządową na obu tych panów. Co może potwierdzać te spiskowe teorie, o których ostatnio mówiliśmy. Wygląda to tak, jakby wszyscy chcieli wyciszyć sprawę. Być może tak by było, gdyby nie kolejne odkrycie. Na razie to są wszystko informacje nieoficjalne, ale podobno ci dwaj panowie wskazali na kolejne miejsce. Oczywiście nie jest to przypadek. Wygląda na to, że faktycznie dysponują oni wiedzą, którą przekazał im człowiek, który brał udział w ukrywaniu tych wszystkich dóbr, czyli jakiś żołnierz niemiecki i to chyba dość wysoki stopniem, który na łożu śmierci postanowił zwierzyć się z tych skrywanych od '45 roku tajemnic. Nie jest możliwe, żeby ci dwaj panowie, Polak i Niemiec, dwa razy mieli tyle szczęścia i wpadli przypadkiem na skarby. Co jest tym drugim odkryciem?
Podobno znaleźli oni wielki tunel czy też halę podziemną.
[37:53] - Ci sami odkrywcy?
[37:56] - Tak, dokładnie. Z tym że to jest informacja niepotwierdzona. Dowiemy się szczegółów prawdopodobnie w piątek o godzinie 13:00 podczas konferencji prasowej w Wałbrzychu. Wszystko, co w tej chwili wiemy, to są nieoficjalne doniesienia prasowe, ale na 99% wskazuje się na to, że są to ci sami panowie, odkrywcy. Mieli oni znaleźć w Walimiu ogromną halę czy też tunel o długości dwóch kilometrów, jeśli dobrze pamiętam. Jeśli okaże się to prawdą, proszę zapamiętać moje słowa, będzie to znaczyło, że będziemy musieli zrewidować wszystko, co wiemy na temat kompleksu Riese. Nie jest możliwe, by taki obiekt podziemny w Walimiu, tuż obok części Riese, jaką był obiekt Włodarz, nie był związany z tym kompleksem. Jest rzeczą naturalną, że jeśli faktycznie dokonano tego odkrycia, to odkryto kolejną część kompleksu Riese i być może będzie to pierwsza część, która nie została opróżniona przez Rosjan. Także możemy spodziewać się wiele. Warto wspomnieć o tym, że zdjęcie z georadaru, które tak dużo namieszało w sieci, ma podobno przedstawiać szyby prowadzące do tej hali.
Ci dwaj znalazcy zaprzeczyli, jakoby miało być to zdjęcie pociągu, który stoi pod Wałbrzychem. Powiedzieli, że zdjęcie jest z zupełnie innego odkrycia. Wczoraj ujawnili, że chodzi o kolejne nieodkryte dotychczas miejsca w Walimiu. Być może czeka nas ogromny przełom zarówno w poszukiwaniach skarbów, jak i w badaniu historii II wojny światowej. Być może czekają nawet na nas dokumenty dotyczące kompleksu Riese. Oczywiście jest to twierdzenie niczym niepoparte. To jest moje prywatne marzenie. Bardzo bym chciał dotrzeć do takich dokumentów. Dla mnie byłyby cenniejsze niż złoto, ponieważ wiedza nie ma ceny, a ja bardzo chciałbym wiedzieć wszystko i bardzo chciałbym wiedzieć, czemu tak naprawdę służył kompleks Riese.
[40:48] - Oczywiście nie zachęcamy nikogo, nie kusimy, żeby się w tę stronę wybierać, bo nawet jeżeli nie rozwali nas mina, w którą przypadkiem wdepnęliśmy, to może nas rozwalić kara, którą nam nałoży pilnujące tego miejsca wojsko i policja. Na koniec takie pytanie, bez którego ta audycja nie może się obejść, bez którego ta audycja brzmiałaby troszkę dziwnie: co nowego u łowców przygód?
[41:17] - Łowcy przygód postanowili w najbliższym odcinku postraszyć, ale postraszyć w dość militarnym i nowoczesnym stylu. Zajęliśmy się tematem, który jest konsekwentnie wyciszany, który spycha się na ostatnie strony gazet, a który jest bardzo ważny. Mowa tu o ogromnych składowiskach broni chemicznej, które spoczywają na dnie Bałtyku, bardzo blisko polskiego wybrzeża. Jeździmy do Ustki, jeździmy do Kołobrzegu czy do Darłowa, a są to dokładnie trzy miejsca, gdzie kilka do kilkunastu mil morskich od brzegu spoczywają dziesiątki tysięcy ton odpadów wojennych i mniej więcej jedna trzecia z tego to broń chemiczna, w tym pojemniki z iprytem siarkowym, czyli tak zwanym gazem musztardowym. Chociaż naukowcy mówią, że te pojemniki będą szczelne jeszcze przez 150 lat, to już od czasów wojny, od czasów zatopienia tej broni zdarzały się wielokrotnie przypadki, kiedy to Sztormy spychały te pociski, te pojemniki blisko brzegu i zdarzały się poparzenia. Bardzo często też na to trafiają rybacy, którzy zamiast sieci pełnej ryb wyławiają na przykład pocisk, który w ogóle nie jest zabezpieczony albo pojemnik, z którego wycieka substancja chemiczna, silnie żrąca i absolutnie trująca. Jak wspomniałem, o tym mówi się bardzo niewiele. To się spycha do czasopism naukowych z racji tego, że prowadzone są jakieś nieśmiałe badania nad wpływem tych składowisk. Natomiast nie zmienia to faktu, że to jest smutny przykład tego, jak alianci potraktowali Polskę jako śmietnisko. Najwięcej tych odpadów jest właśnie u wybrzeży Polski.
Trzeba jeszcze dodać przede wszystkim Głębinę Gdańską, mniej więcej na wysokości Helu. Tam znajdowało się dzikie wysypisko, bo o ile notowano i rachowano, ile tych trujących śmieci wyrzuca się w innych miejscach, o tyle Głębina Gdańska jest określona przez fachowców jako wild dumping site, czyli dzikie śmietnisko. Szacuje się, że może być tam nawet 60 tysięcy ton broni, niezabezpieczonych pocisków i z tego jedna trzecia to jest broń chemiczna. Także wszyscy śpimy na wielkiej bombie ekologicznej, która może nam skasować całe nasze morze.
[44:41] - Miejmy nadzieję, że uda nam się tej bomby ekologicznej jak najszybciej pozbyć dla naszego dobra. A na razie kończymy kolejny wywiad z Marcinem Drewsem z „Łowców przygód”. Wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium zachęcamy do śledzenia tego ciekawego projektu. Jeżeli ktoś jeszcze nie zna, to zachęcamy, aby czym prędzej poznał. Zapraszamy do odwiedzenia www.lowcyprzygod.tv, a także do odwiedzenia i zasubskrybowania kanału „Łowców przygód” na YouTube. Ja jeszcze raz bardzo serdecznie chciałbym podziękować panu, panie Marcinie, za przyjęcie po raz kolejny zaproszenia do Radia Paranormalium.
[45:23] - Ja również dziękuję i na koniec jeszcze przekornie się z panem nie zgodzę. Mówił pan, żeby nie jeździć do Wałbrzycha. Ja powiem coś wręcz przeciwnego. Zapraszam wszystkich. Przyjeżdżajcie, odwiedzajcie, badajcie, eksplorujcie, ale te miejsca bezpieczne. Te miejsca, które mają status atrakcji turystycznych. Zapraszam do kompleksu Riese, szczególnie do Włodarza, do Osówki. Natomiast tak jak powiedział pan Marek, nie eksplorujmy niczego na dziko, bo jeśli nie trafimy nawet na niemiecką minę, to trafimy na polskiego policjanta czy wojskowego, który osadzi nas w areszcie, bo tak mniej więcej to w tej chwili wygląda. Także nic na dziko, natomiast oficjalnie jak najbardziej wiele miejsc wokół Wałbrzycha wartych jest odwiedzinę.
[46:16] - Dokładnie. Eksplorujcie, ale z głową. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie z łowcą przygód Marcinem Drewsem już niedługo.