[00:12] - Witamy bardzo serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Wolne Media, Radia Na Fali, czytelników portalu Infra i wszystkich innych miejsc w internecie, w których nas słychać. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie Skype'a ponownie jest ten pan, którego mamy częściej zapraszać do audycji, czyli Marcin Drews z projektu ŁowcyPrzygód.tv. Witam panie Marcinie.
[00:37] - Kłaniam się panu, kłaniam się państwu i dorzucę jeszcze jeden tytuł. Słychać państwa również na łamach strony Łowcy Przygód, dlatego że chcemy, żeby nasi widzowie słuchali też Radia Paranormalium.
[00:52] - Bardzo mi miło. Bardzo nam miło, bo Radio Paranormalium tworzy cała duża ekipa. Dzisiaj będziemy dyskutować o zamku Czocha. To będzie temat główny naszego dzisiejszego wywiadu. To jest jedno z najciekawszych miejsc na Dolnym Śląsku, które mają za sobą przygodę z nazistami. Co wiadomo o tej budowli, panie Marcinie? Czy mógłby pan przybliżyć naszym słuchaczom jej historię? Czy na temat zamku zachowały się jakieś dokumenty?
[01:23] - Trochę przekornie zacznę od końca, czyli od dziejów najnowszych, bo paradoksalnie są to fakty chyba najmniej znane. Otóż Czocha była i jest ukochanym zamkiem twórców filmowych i telewizyjnych. Kręcono tam chociażby „Wiedźmina”, choć to akurat chluby zamkowi nie przynosi, więc może nie powinienem o tym wspominać. Ale obiekt ten znalazł się również w świetnym, choć zapomnianym australijsko-polskim serialu fantastycznym pod tytułem „Spellbinder”. O ile dobrze pamiętam, polski tytuł brzmiał „Między światami”. To taki serial dla młodzieży, ale ja oglądałem go już jako dorosły, jako żonaty mężczyzna i bawiłem się naprawdę znakomicie. Polecam wszystkim „Spellbindera”, szczególnie jeśli chcecie państwo zobaczyć animację, w której nieznane obiekty latające wiszą właśnie nad zamkiem Czocha. Mam do tej produkcji ogromny sentyment, więc dlatego musiałem tutaj wyraźnie zaznaczyć ten tytuł „Spellbinder”. Ale to oczywiście nie koniec. Było wiele innych produkcji.
Myślę, że słuchacze na pewno kojarzą opartą na faktach serię „Tajemnica twierdzy szyfrów” na podstawie książki Bogusława Wołoszańskiego. Oczywiście wspomnieć tutaj należy o słynnej polskiej komedii wojennej z, o ile dobrze pamiętam, 1963 roku pod tytułem „Gdzie jest generał” z niezapomnianym Jerzym Turkiem, nieżyjącym już aktorem w roli głównej. Chociaż nie roli tytułowej, bo Turek nie grał tam generała, tylko, o ile pamiętam, kaprala Wojska Polskiego o wdzięcznym nazwisku Orzeszko. Mam nadzieję, że się nie mylę. Wiele lat tego filmu nie widziałem. To jeszcze produkcja czarno-biała. Oglądałem ją jako dziecko po raz pierwszy i zafascynowany byłem wtedy wnętrzami zamku Czocha. Niedawno też w zamku Czocha rozgrywał się międzynarodowy LARP. Słuchacze i nasi widzowie zapewne wiedzą, ale jeśli ktoś nie kojarzy tego skrótu, to jest live action role playing, czyli taka gra terenowa, w której ludzie przyjmują pewne zasady i grają taki interaktywny teatr wedle ustalonych reguł. Ten LARP dotyczył realiów Harry'ego Pottera.
I tutaj taka ciekawostka. Nasza umiłowana stacja TVN, która od dłuższego czasu szczędzi na jakości, opublikowała kompletnie nieprawdziwą wiadomość, że fani Pottera chcą ten właśnie zamek, czyli zamek Czocha, wykupić. W odpowiedzi natychmiast uaktywniła się strona wojowniczych fanatyków Ninja, którzy postanowili zamku bronić, żeby im go szatan nie odebrał, bo jak wiemy Harry Potter to szatan i demoni. No cóż, żyjemy w Polsce, czyli nigdzie, jak powiedział autor „Ubu króla”, więc nie takie rzeczy się u nas dzieją. Natomiast widać, że wokół zamku Czocha zawsze jest gorąco. Ale pytał pan o historię, więc do rzeczy. To uwaga do mnie samego, bo nie będę już tu więcej mówił o Harry'm Potterze, bo zupełnie to osobny temat. Natomiast odniosę się już konkretnie do historii. Zamek powstał w połowie XIII wieku z inicjatywy króla czeskiego Wacława I Przemyślidy i miał on być takim punktem obrony przed Polakami. To jest fakt, to jest autentyczna informacja pochodząca z podręczników historii.
Jak to w przypadku każdego zamku bywa, w ciągu stuleci zmieniał on zarówno właścicieli, jak i wizerunek. Zmieniał też tak naprawdę przynależność terytorialną. Oczywiście stał cały czas w tym samym miejscu, natomiast zmieniały się granice państwowe. Ja nie będę państwa męczył nazwiskami i datami, bo to nie lekcja historii w gimnazjum, a ja nie chcę uchodzić za nudziarza. Dlatego przytoczę tylko dwie ponure historie z XVIII wieku. Obiekt dysponował wówczas drewnianym mostem. I po śmierci jednego z właścicieli w 1719 roku tym drewnianym mostem ruszył kondukt pogrzebowy, niosąc trumnę tegoż zmarłego właściciela zamku. Most załamał się pod ciężarem tak licznej grupy ludzi i wszyscy runęli w przepaść. Część osób poniosło śmierć. „Przepaść” może trochę przesadzam.
Runęli do fosy. Natomiast nie była to tak mała wysokość, żeby upadek nie spowodował żadnych urazów. Zginęło kilkoro dzieci, między innymi. Szybko więc zbudowano most kamienny, żeby zapobiec podobnej tragedii. Ale kolejna z kolei tragedia przyszła z zupełnie innej strony. Warto tutaj wspomnieć o tej historii. W wyniku głupiego przypadku zamek całkowicie spłonął w 1793 roku. Jakaś drewniana część zajęła się ogniem od szczapki drewnianej z komina i spłonął dosłownie cały zamek. Jego odbudowa trwała równe pięć lat. O zamku w sumie można dzisiaj przeczytać w bibliotekach.
Jego przeszłość jest stosunkowo dobrze udokumentowana i poza tymi dwoma ponurymi historiami w sumie dość nudna. Tajemnice pojawiły się dopiero wraz z nazistami.
[07:41] - No właśnie, choć zamek Czocha nie posiadał jakiegoś znaczenia militarnego, często był odwiedzany między innymi przez Wernhera von Brauna, któremu towarzyszyli liczni dygnitarze NSDAP i naukowcy. Co wiadomo o tych wizytach i w ogóle o zainteresowaniu nazistów zamkiem Czocha?
[07:59] - Z jednej strony mamy w tej materii tylko poszlaki, z drugiej interesujące zbiegi okoliczności, które mogą uchodzić za dowody. A przynajmniej takie jest moje osobiste zdanie, choć wiele innych osób to zdanie podziela. Ja spróbuję to wyliczyć. Po pierwsze zamek Czocha miał w tym czasie bardzo silną obronę przeciwlotniczą, co już samo w sobie świadczy o tym, że był obiektem szczególnym, że był obiektem strategicznym, że coś się tam musiało dziać, że taka mocna linia obrony wokół zamku została postawiona. Po drugie, blisko zamku drążono sztolnie podobne do tych w kompleksie Riese. Według dokumentów miała to być fabryka lotnicza. Zresztą powojenne dokumenty dokładnie używają sformułowania „niedokończona fabryka lotnicza”. Po trzecie nie jest już dzisiaj tajemnicą, że Dolny Śląsk, w tym Lubań leżący niedaleko zamku, był terenem badań nad rakietami V1 i V2, a także kolejnymi wersjami tej broni. Ostatnio mieliśmy okazję rozmawiać o następcach rakiety V2, czyli o rakietach międzykontynentalnych, które miały latać z Europy do Ameryki i bombardować Nowy Jork. W samym Lubaniu było aż pięć fabryk zbrojeniowych, a z kolei w Leśnej, czyli tam, gdzie stoi zamek Czocha, wytwarzano korpusy do rakiet V2.
Podejrzewa się więc, że ówczesny właściciel, tajemniczy, spokrewniony podobno z rodziną Rockefellerów Ernst von Gütschow, o ile dobrze wymawiam to nazwisko, zgodził się na to, by jego zamek stał się centrum badań naukowych nad technologiami rakietowymi. A to z kolei wiąże zamek Czocha z kompleksem Riese. Już tutaj słyszę głosy osób, które krzyczą, że nie, że to nieprawda. Już wiem, że zaraz odezwą się historycy, twierdząc, że konfabuluję. Jednak pamiętajmy o tym, że działalność Wernhera von Brauna należy bez wątpienia, i o tym mówiłem ostatnio, łączyć z badaniami Hubertusa Strugholda, a ten przeprowadzał je najpewniej w Książu zaliczanym do kompleksu Riese i w podziemiach Szczawna-Zdroju. Swoją drogą to niesamowite, ale dokładnie wczoraj wszedłem w posiadanie kopii niemieckiego filmu, gdzie Wernher von Braun w otoczeniu nazistów obserwuje start rakiety V2. Niestety nie mam opisu, nie wiem, gdzie to kręcono. Przypuszczam, że na wyspie Uznam, bo tam wcześniej był taki ośrodek badań rakietowych. Z chęcią podzieliłbym się kopią ze słuchaczami, ale takiej potrzeby nie ma. Okazuje się bowiem, że ten film, który ja dostałem na płycie, jest po prostu kopią zgraną z serwisu YouTube.
Tam spokojnie na łamach YouTube'a można ten film obejrzeć. Co ciekawe, jest to film kolorowy i to naprawdę kolorowy, nie kolorowany. Fragment tego filmu będzie można w najbliższy czwartek obejrzeć w nowym odcinku Akt X, czyli tego naszego subcyklu Łowców Przygód.
[11:43] - A czy te wizyty Wernhera von Brauna między innymi miały jakiś związek z wydobyciem uranu i ciężkiej wody w sztolniach w pobliskich Kowarach?
[11:52] - Nie mogę tego ani potwierdzić, ani wykluczyć. Nie mogę temu zaprzeczyć. Mogę wyrazić tylko swoje osobiste, amatorskie zdanie oparte na lekturze mnóstwa książek i opracowań. Co wiemy? Wiemy, że Niemcy pracowali nad bronią atomową. Strughold niczym doktor Mengele torturował więźniów w czasie eksperymentów, które miały przyczynić się do zwycięstwa III Rzeszy, a w konsekwencji stały się podstawą programu badań kosmicznych w Stanach Zjednoczonych. Bo przypomnijmy, że zarówno Hubertus Strughold, jak i Wernher von Braun trafili do Stanów Zjednoczonych, gdzie rząd amerykański przez wiele lat ukrywał przeszłość obu panów. Von Braun potem, podobnie jak Strughold, stał się jednym z filarów NASA. Obaj panowie byli dość mocno związani z badaniami nad rakietami. Byli ojcami technologii V1 i V2 i związani byli z pracami nad bronią atomową.
Z kolei uran w Kowarach jest faktem, który zbiera nam tę historię w całość. Zobaczmy jeszcze raz: uran w Kowarach, Strughold w Książu i von Braun w Czosie i badania nad wunderwaffe. To wszystko klei się ze sobą zbyt dobrze, żeby mógł być to tylko przypadek. Moim zdaniem, tak jak mówiłem na początku, jest to tylko moje subiektywne zdanie, amatorskie bardzo, ale oparte na wielu źródłach. Niemcy byli o krok od stworzenia atomowej wunderwaffe i w związku z tym Książ, Riese, wyspa Uznam i omawiany dzisiaj zamek Czocha łączą się w jeden wielki plan, jakim miało być stworzenie nowych rakiet. Rakiet, które zbombardowałyby Stany Zjednoczone.
[14:07] - Wątek, który teraz poruszymy, przywodzi na myśl pewne skojarzenia z obserwacjami UFO. Mianowicie w przejeżdżających nieopodal zamku Czocha samochodach często podobno gasły silniki, które po jakimś czasie same z siebie uruchamiały się ponownie. Dlaczego? Czyżby występowały tam jakieś zjawiska nadprzyrodzone? A może to był tylko efekt uboczny prowadzonych tam badań i eksperymentów?
[14:32] - Właśnie, wątek niemieckich latających talerzy to dość popularna historia. Wątek jest tak bardzo fantastyczny, że większość z nas z miejsca chowa go między bajki. A to jest błąd, bowiem badania nad takimi konstrukcjami były prowadzone i o tym wszyscy dobrze wiemy. Zresztą są nawet filmy pokazujące, że po wojnie Amerykanie próbowali konstruować podobne maszyny, oczywiście oparte w tym przypadku o zwykłe silniki wirnikowe. Nie były to żadne nowatorskie technologie związane z napędem antygrawitacyjnym. Natomiast nie zmienia to faktu, że statki powietrzne w kształcie dysków zawsze były marzeniem każdej armii i zarówno naziści, jak i Amerykanie potem nad podobnymi konstrukcjami pracowali. Nie wiadomo jednak, czy sam zamek Czocha był jakoś z tą historią tajnych niemieckich broni związany. Odważni mówią natomiast, że w tym przypadku mieliśmy do czynienia raczej z nazistowską wersją eksperymentu Filadelfia. Niemcy mieli w zamku lub w jego pobliżu eksperymentować z silnym polem elektromagnetycznym. Niestety nie wiem, w jakim celu, bo to doniesienie o samochodach, które stawały bez powodu w okolicach zamku po dziś dzień jest jedyną poszlaką.
[16:09] - I kolejna tajemnica. Podobno za czasów ostatniego nadzorcy Ernesta Götscha w zamku zgromadzono skarby skradzione z polskich muzeów.
[16:20] - Skarby to naprawdę były bajeczne wręcz skarby. I tutaj w tym stwierdzeniu nie ma grama przesady i uśmiecham się teraz, a wręcz śmieję się dlatego, że wszędzie chcemy szukać skarbów, wszędzie je widzimy. Rzadko się to sprawdza. Natomiast faktycznie w zamku Czocha były skryte nieprzebrane wręcz skarby. Oczywiście nie była to ani Bursztynowa Komnata, ani tym bardziej Arka Przymierza.
[16:51] - A może to był zagadkowy złoty pociąg?
[16:55] - Tak. Złoty pociąg bardzo mocno w tej chwili promuje się, czy też jest promowany w mediach. Natomiast to też rozmowa na przyszłość, bo jest to świetny temat. Może skoro wina spadnie na pana, to pana dygresja, więc ja już sobie pozwolę ją rozwinąć. Z moich danych wynika-
[17:20] - Właśnie chodzi mi po głowie pomysł, żeby opracować pytania do audycji o złotym pociągu również z panem.
[17:28] - Z przyjemnością. Ja zresztą zamierzam się na dniach skontaktować z prawnikiem reprezentującym panów, którzy twierdzą, że wiedzą, gdzie jest pociąg. Natomiast z moich-
[17:37] - Słuchacze Radia Paranormalium już mogą zarezerwować sobie którąś z niedziel, żeby posłuchać wywiadu.
[17:44] - Tak jest. A ja zapraszam na najbliższy czwartek, dlatego, że pojawi się właśnie na prośbę widzów i słuchaczy odcinek krótki co prawda, ale jest to materiał wstępny dotyczący właśnie tego złotego pociągu. Ja uchylę rąbka tajemnicy i powiem jedną rzecz. Muszę państwa bardzo rozczarować. Otóż Pociąg, który zaginął pod Wałbrzychem, a który jest teraz poszukiwany i tak zwane złoto Wrocławia to są dwa zupełnie różne tematy, natomiast oba są równie fascynujące. Łączenie ich w tak zwany złoty pociąg jest ogromnym błędem. Natomiast nie zmienia to faktu, iż istnieją pewne doniesienia, pewne dowody mówiące o tym, że faktycznie na 61 lub 65 kilometrze trakcji Wrocław-Wałbrzych pociąg ulotnił się jak kamfora i prawdopodobnie było w nim coś cennego, a wręcz na pewno, ponieważ miał on zostać ukryty w specjalnej, wyposażonej oczywiście w torowisko sztolni, której wejście potem zostało wysadzone. Natomiast to złoto Wrocławia to było kilka do kilkunastu ton faktycznie złota i srebra. To były też depozyty ówczesnych wrocławian, Niemców, także zbiory jubilerskie. To wszystko wyjechało ciężarówkami, nie pociągiem i też zostało ukryte na Dolnym Śląsku.
W związku z czym trochę mylnie łączy się obie te historie, ale jak wspomniałem obie są równie fascynujące, więc z chęcią porozmawiam i opowiem słuchaczom o tym, co udało mi się ustalić. A być może za tydzień już będę wiedział znacznie więcej niż dzisiaj. Ale wracając do skarbu, bo mówiliśmy o skarbie zamku Czocha. Był to, jak wspomniałem, skarb absolutnie bajeczny, choć w ogóle nie mistyczny. Tu może niektóre osoby poczują się rozczarowane, ale proszę posłuchać, czym naprawdę był ten skarb. Otóż ówczesny właściciel, wspominany już von Gütschow, był obrzydliwie wręcz bogatym kolekcjonerem dzieł sztuki i zabytków ruchomych. W całej Europie skupował obłędnie drogie woluminy, pierwsze wydania, księgi ręcznie pisane jeszcze sprzed epoki Gutenberga. Niesamowite różne zabytki piśmiennictwa, w zasadzie bezcenne. Miał też w swoim skarbcu, bo miał tam specjalny skarbiec, klasery szalenie drogich znaczków. A jak wiemy, znaczki to potrafi być fortuna.
Były też obrazy, ikony, grafiki i rzeźby oraz to, o czym faktycznie myślimy mówiąc skarby, czyli złote i srebrne precjoza. W tym przypadku podobno były to insygnia władzy carów rosyjskich, więc w zasadzie rzeczy absolutnie bezcenne. Tu nie da się tego wycenić, ponieważ zapomnijmy o Arce Przymierza. Spójrzmy na to. Skarb wręcz cesarski. Coś niesamowitego. I powiem więcej, te skarby nietknięte przetrwały II wojnę światową. A co dalej? Niestety zostały potem rozkradzione. Pozostała przy życiu niemiecka opiekunka zamku, taka klucznica czy bibliotekarka.
Porozumiała się z ówczesnym burmistrzem Leśnej, czyli tej miejscowości, przy której zamek Czocha do dziś stoi. Oboju udało się najpierw skraść skarby, a potem dotrzeć z ciężarówką wypchaną tymi skarbami do Niemiec Zachodnich. Tutaj dość dziwny pojawia się wątek. Jakim cudem udało się to przewieźć przez granicę? Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Ja myślę, że najprostsze jest założenie, gdzieś musiała pójść do celnika spora łapówka, może kawał złota i w związku z tym ta ciężarówka została przepuszczona przez granicę. Tam z kolei, w Niemczech Zachodnich, zbiegły po II wojnie światowej von Gütschow znalazł tych dwoje, czyli tę swoją byłą klucznicę i już byłego burmistrza Leśnej i oskarżył oboje o kradzież. Ale podobno niespecjalnie mógł udowodnić, że sam był prawowitym właścicielem tych skarbów. Natomiast dziwnym trafem, bardzo krótko po tym, kiedy wysunął oskarżenia, sam zginął w wypadku samochodowym. Czy to przypadek, czy nie?
Tu już pozostawiam ocenę słuchaczom. Natomiast była to szalenie dobrze zorganizowana kradzież, dlatego że była też i druga ekipa, która jechała inną trasą i inną ciężarówką, mimo że oczywiście zarządzała tym ta femme fatale, ta bibliotekarka, klucznica, była opiekunka zamku Czocha. W tym przypadku jednak ciężarówkę już na granicy zatrzymano. Być może był celnik nieprzekupny albo kierowca zbyt skąpy i te skarby do Polski zostały zawrócone. Dodatkowo w samym zamku pozostało jeszcze trochę skarbów, których nie udało się zapakować na obie wspomniane ciężarówki. I co się z tym wszystkim stało? Niestety i zawrócony ładunek z drugiej ciężarówki i skarby, które się nie zmieściły na pakę, więc pozostały w zamku Czocha, zaginęły, podobnie jak wszystkie inne w zasadzie w Polsce po II wojnie światowej. Ja panu powiem coś raz i nie powiem tego nigdy więcej z uwagi na własne zdrowie i życie. W kradzież tych dóbr zamieszana jest bardzo znana i poważana polska aktorka. I kto zna Kto wie, ten wie.
Przepraszam, nie jest to zbyt inteligentne stwierdzenie, ale powiem tak: w środowisku eksploratorów mówi się o tym powszechnie, ale zawsze się mówi o tym na ucho i po cichu i tylko w tym zamkniętym gronie. Ja nie chcę się znaleźć ani w sądzie, ani na dnie rzeki w betonowych butach, więc nic więcej w tej materii już nie wspomnę. Dociekliwi to nazwisko sami odnajdą, ponieważ w tej chwili sypnąłem garść okruszków, które prowadzą do bochenka chleba. Dość powiedzieć, że historia skarbów odzyskanych na granicy, czyli tych z tej drugiej ciężarówki, to temat na znakomity film sensacyjny. Ale tutaj ja dokładnie nie chcę próbować opowiadać tej historii. Zapraszam do lektury trzech książek mojej drogiej koleżanki Joanny Lamparskiej. To są książki, które chyba już można w tej chwili kupić tylko i wyłącznie w serwisach aukcyjnych, bo nie spotkałem się ze wznowieniami. Ale to też dobrze pod tym względem, że nie będzie mnie nikt pomawiał o nabijanie komuś kawzy. Ja nie reklamuję wydawnictw, które są na rynku, tylko zachęcam do szukania tego w antykwariatach czy w serwisach aukcyjnych. Mówię tu o książkach z początku XXI wieku.
Trzy tytuły: „Tajemnice zamki podziemia”, „Tajemnice ukrytych skarbów” oraz „Tajemnicze podziemia”. Wszystkie te trzy książki opisują tę historię ze szczegółami, każda z trochę innego punktu widzenia, więc warto skorelować wszystkie te trzy doniesienia. Ja czekam na porządny, wysokobudżetowy film sensacyjny. Powiem tylko jedną rzecz: jeśli w muzeum, które stało się miejscem złożenia uratowanych na granicy skarbów, pojawia się mężczyzna, który bardzo szybko zostaje dyrektorem, a jego poprzednik trafia zdaje się do radzieckiego obozu pracy, to już jest zaczyn na dobrą historię. A jeśli dodam, że na końcu okazuje się, iż ten mężczyzna przedstawił się fałszywymi personaliami, a kiedy chciano go rozliczyć, wyszedł z biura i już nigdy nie wrócił, to mamy naprawdę materiał na świetną historię. A wszystko to, o czym w tej chwili mówię, to są fakty historyczne. Nie zmyślam, nie konfabuluję, nie koloryzuję. Tak faktycznie było. Tak że zachęcam do przeczytania tej historii. Jest może nie wywiad, taki quasi-wywiad, bo to raczej spisane zeznanie pani, która w tym muzeum pracowała i ona ze szczegółami opowiada, jak znikały z magazynu te skarby i jak potem zniknął fałszywy dyrektor.
[27:36] - Wspomniana przed chwilą aktorka widocznie musiała bardzo lubić świecidełka. Wiem, że Radia Paranormalium słucha również wiele pań. Wiemy, że panie również bardzo sobie cenią wszystko, co się świeci i co jest ładne. I właśnie teraz z myślą o was będzie o świecidełkach. A konkretnie o kryształkach. Około 2005 roku jeden z poszukiwaczy skarbów potajemnie prowadził poszukiwania w lasach otaczających zamek. W pewnym momencie jego wykrywacz metali zaczął piszczeć, po czym okazało się, że pod ziemią znajduje się szczelnie zaplombowana metalowa puszka. Później wyszło na jaw, że zawiera ona około 200 maleńkich kryształków. Co to mogło być? Czy wiadomo coś o ich pochodzeniu i możliwym przeznaczeniu?
[28:22] - Niestety tę historię, dokładnie tę dotyczącą tych 200 kryształków, znam tylko z internetu i nie mogę potwierdzić jej prawdziwości. Trafiłem natomiast na komentarz jednego z eksploratorów, który twierdzi, że jest to bujda. Zaraz z kolei jednak pojawił się kolejny człowiek, który twierdził, że nie i że sam odkupił około 150 kryształków od znalazcy. Osobiście uważam, że ktoś próbował zaimponować internautom i opublikował historię zmyśloną, chociaż opartą na innej, prawdziwej z kolei historii związanej z zamkiem Czocha. Umówmy się, w dzisiejszych czasach zrobienie zdjęcia danego artefaktu nie jest problemem, a jednak do dziś nikt nigdy nie pokazał w sieci ani wspomnianej puszki, ani 150 czy 200 kryształków zebranych razem. To dziwne, że nie ma ani jednego zdjęcia tego znaleziska. Osobiście uważam, że jest to więc historia zmyślona, natomiast bardzo sprytnie oparta na historii prawdziwej, bo te świecidełka faktycznie istnieją.
[29:38] - No właśnie, podobne kryształki odnaleziono również podobno w Lubomierzu, 20 kilometrów od zamku Czocha oraz w Kamieńcu Ząbkowickim, to jest 150 kilometrów. Te znaleziska tylko jeszcze bardziej podgrzały atmosferę, czy też raczej pogłoski o tych znaleziskach i stanowiły przyczynek do kolejnych pytań. Tym bardziej że przy odpowiednich warunkach w kryształkach podobno można dostrzec fotografie.
[30:02] - Dokładnie tak. I to właśnie już jest historia prawdziwa. W przewodzie kominowym na zamku Czocha odkryto takie kryształki, czy też raczej szklane pałeczki, już w latach 90. Z kolei kilkadziesiąt takich artefaktów znaleziono w pudełku po zapałkach w krypcie w Lubomierzu. O tych dwóch znaleziskach wiem i te dwa znaleziska są faktem. Natomiast czytałem Też o Kamieniu Ząbkowickim, gdzie podobno znaleziono aż tysiąc takich pałeczek. Trzeba tutaj dodać, że miejsc podobnych odkryć na Dolnym Śląsku było podobno znacznie więcej i wszystkie były związane z obiektami o znaczeniu strategicznym. Czym są te kryształki czy też pałeczki? Są to szkiełka o długości około sześciu milimetrów. Wyglądają jak małe, przezroczyste pigułki.
Na jednym końcu mają nadrukowane różne plany i zdjęcia. Udało się odcyfrować z tych kryształków czy też szkiełek znalezionych w zamku Czocha między innymi wizerunki szwajcarskich kurortów. Wykonano je nowatorską techniką tak zwanej mikrokropki, która została, proszę zwrócić uwagę, wymyślona na potrzeby szpiegów. Udoskonalenia tej techniki dokonał wywiad niemiecki, czyli tak zwana Abwehra. Abwehrę chyba znamy wszyscy, ponieważ oficerem Abwehry był Hans Kloss. To udoskonalenie techniki mikrokropki miało miejsce na początku lat 40. XX wieku. Po wojnie z kolei publikowano podobno w ten sposób nawet zdjęcia pornograficzne, bo to było dość dyskretne. Taką pałeczkę, takie szkiełko można było mieć w kieszeni, schować w papierośnicy, gdziekolwiek, nawet za paskiem kapelusza, a cieszyć się potem erotycznym fotoplastikonem bez obaw, że ktoś inny będzie wiedział, co oglądamy. Natomiast niestety nie wiemy absolutnie nic o tym, jakie przeznaczenie miały kryształki w zamku Czocha.
Warto wspomnieć jedną rzecz. Jeśli zostały ukryte w tym kanale kominowym, to znaczy, że bardzo komuś zależało na tych kryształkach, na tym, żeby one przetrwały. Ponieważ to właśnie kominy są tym elementem budynku, który najczęściej pozostaje, kiedy budynek chyli się już ku upadkowi albo kiedy zostaje zniszczony bombardowaniem. To jest taki najmocniejszy element. W związku z czym, jeśli chowa się coś cennego w budynku, to chowa się właśnie w tym kanale kominowym. I tam zostały te kryształki czy szkiełka w zamku Czocha znalezione.
[33:22] - Jedna z teorii o przeznaczeniu kryształkowych fotek, nazwijmy to tak, mówi o tym, że mają one prezentować miejsca ukrycia skarbów zrabowanych przez Trzecią Rzeszę.
[33:33] - Ja bardzo bym chciał, żeby tak było. Chociaż wtedy cierpiałbym, ponieważ nie mam tych kryształków przed sobą. Niestety możemy tylko gdybać, czy był to kod szpiegowski, czy były to fotografie miejsc ukrytych skarbów, czy po prostu część jakiegoś niemieckiego fotoplastikonu. Tego po prostu nie wiemy, a odpowiedzi prawdopodobnie nie poznamy już nigdy. Niestety.
[33:58] - Kolejna z takich teorii głosi, że kryształki miały stanowić materiał szkoleniowy dla działającej na zamku Czocha w latach II wojny światowej Abwehry. Co wiadomo o tym okresie i o działaniach Abwehry w tym miejscu w tym czasie?
[34:15] - O działaniach samej Abwehry w zasadzie nie wiemy nic i to bardzo dobrze świadczy o Abwehrze. Wszak był to wywiad wojskowy, więc raczej zależało mu na absolutnej tajności, na utajnieniu wszelkich możliwych działań. Ale to, o czym pan mówi, jest całkiem możliwe, dlatego że przecież to właśnie Abwehra udoskonaliła technikę mikrokropki na potrzeby nazistowskich szpiegów. Niestety do dziś wiele osób przyznaje się w sieci do tego, że jest w posiadaniu tych kryształków, a jednak mimo to znaleźć można chyba tylko jedno zdjęcie pokazujące to, co można w takim kryształku zobaczyć. W tym przypadku jest to sześć różnych miejsc, obiektów geograficznych nadrukowanych techniką mikrokropki właśnie na jednym szkiełku. Nie jest to obraz wysokiej jakości, natomiast sprawne oko rozpozna te miejsca i faktycznie czemuś to musiało służyć.
[35:25] - Czy oprócz tych kryształków udało się natrafić jeszcze na jakieś inne interesujące przedmioty?
[35:31] - Powiem tak: z uwagi na restrykcyjne polskie prawo sytuacja wygląda następująco. To jest może lekki sarkazm, ale słuchacze przekonają się prędzej czy później, że jest w tym więcej prawdy, niż może się wydawać. Otóż jeśli ktoś mówi, że coś znalazł, to kłamie, żeby się popisać. Natomiast jeśli naprawdę coś znalazł, to milczy jak kamień. Dlaczego? Już mówię. Otóż istnieje coś takiego jak ustawa z dnia 23 lipca 2003 roku o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Ja tę ustawę znam dość dobrze, dlatego że sam walczę o ochronę zabytków, w związku z czym muszę ten akt prawny po prostu mieć nie tylko pod ręką, ale i w głowie. Ta ustawa wyraźnie mówi, że poszukiwanie ukrytych lub porzuconych zabytków ruchomych, w tym zabytków archeologicznych, przy użyciu wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych i technicznych oraz sprzętu do nurkowania wymaga pozwolenia wojewódzkiego konserwatora zabytków. Nawet jeśli mamy tylko saperkę, to jest to urządzenie techniczne.
Jeśli chcemy cokolwiek kopać, musimy mieć na to pozwolenie. Jeśli nie mamy tego pozwolenia, to łamiemy prawo. W związku z czym jeśli ktokolwiek cokolwiek znalazł, nie może się do tego przyznać, chyba że miał wcześniej pozwolenie na poszukiwania albo odnalazł coś przypadkiem, jak leśniczy chyba na Mazurach czy gdzieś w Borach Tucholskich. Nie pamiętam lokalizacji, ale parę miesięcy temu leśniczy natrafił na gar pełen złotych monet, o ile dobrze pamiętam i bezzwłocznie zgłosił to władzom. On nie szukał tego, w związku z czym nie złamał przepisów, natomiast zgłosił to władzom i oddał całe znalezione mienie. Tak musiałby postąpić każdy uczciwy poszukiwacz, chcąc pozostać w zgodzie z polskim prawem. I tu odwołuję się do kolejnego przepisu z rzeczonej ustawy. Kto niezwłocznie nie powiadomił wojewódzkiego konserwatora zabytków lub wójta, czy też burmistrza, czy prezydenta miasta, czy jakikolwiek inny organ władzy na danym terenie o przypadkowym odkryciu przedmiotu, co do którego istnieje przypuszczenie, iż jest on zabytkiem archeologicznym, a także nie zabezpieczył przy użyciu dostępnych środków tego przedmiotu i miejsca jego znalezienia, podlega karze grzywny. Reasumując, polskie prawo chętnie widzi w poszukiwaczach potencjalnych przestępców. Do tego mamy coś takiego jak brak gratyfikacji dla znalazców.
Tutaj każdy słyszał o domniemanych 10%, natomiast to jest plotka, która absolutnie nie ma pokrycia w polskim prawie. Nie ma czegoś takiego jak znaleźne, chyba że mamy na myśli dyplom, a dyplom jest robiony z celulozy, czyli z tego samego materiału, z którego robi się papier toaletowy. Więc niech to będzie wkład w ogólnopolską opinię na temat gratyfikacji, jaką oferuje stosowne ministerstwo. Mało tego, nie tylko brak gratyfikacji dla znalazców, ale i nawet kary finansowe za to niepowiadomienie czy szukanie bez zezwolenia sprawiają, że odnalezione przedmioty, zamiast znaleźć się w muzeach, często trafiają na czarny rynek lub pozostają w prywatnych zbiorach znalazców. Ja mam bardzo dobrego kolegę, który jest dyplomowanym i praktykującym archeologiem zarabiającym na tak zwanym nadzorze archeologicznym. Kiedy buduje się jakikolwiek obiekt, blok mieszkalny, supermarket, cokolwiek, kiedy nawet kładzie się nową drogę, to potrzebny jest tak zwany nadzór archeologiczny, czyli dyplomowany archeolog musi sprawdzać, czy tam nie znajdą się jakieś archeologiczne artefakty. I od tegoż kolegi wiem, że większość członków grupy archeologicznej, mówię tutaj o archeologach na terenie całego kraju, takie artefakty po prostu chowa do kieszeni i w ten sposób ci ludzie budują własne prywatne kolekcje. Względnie też handlują tylko i wyłącznie na czarnym rynku. Ta sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby ktoś inteligentny. To jest duży problem, żeby kogoś takiego w rządzie znaleźć.
I jeśli ktokolwiek w tej chwili z posłów czuje się urażony, niech idzie do sądu, ale wtedy mu przypomnę, że jako obywatel jestem jego pracodawcą, więc niech spada z tego sądu i idzie pracować, bo póki co jest darmozjadem żyjącym z mojej krwawicy. Także gdyby ktokolwiek inteligentny znalazł się w rządzie, ustawa powinna zostać zmieniona, bo w tej chwili generuje ona patologię polegającą na tym, że jeśli znajdziemy nawet guzik od munduru, to musimy z nim pędzić do prezydenta miasta, bo jeśli tego nie zrobimy, a pochwalimy się tym na Facebooku, to zaraz możemy trafić przed oblicze sędziego, który przyłoży nam stosowną karę grzywny.
[41:21] - Zmienimy teraz temat. Podobno na zamku Czocha straszy i jest z nim związanych wiele przerażających historii o duchach.
[41:31] - Dokładnie tak. Czymże byłby zamek bez duchów? Na szczęście nie straszą tam ani posłowie, ani senatorowie. Natomiast umiejętnie robią to w telewizji, dlatego coraz rzadziej włączam telewizor. Natomiast sam zamek Czocha pełen jest mrocznych historii i fizycznie pełen jest sekretnych przejść, skrytek, znikających pomieszczeń. Dla przykładu do dziś nie trafiono na komnatę ze szklaną podłogą, pod którą miały pływać ryby. A podobno właśnie taką atrakcję zafundował sobie von Gütschow. Ale miało być o duchach, więc już wracam do właściwego pytania. Krótka historia. Dawno, dawno temu jeden z właścicieli wrócił z wieloletniej wojny i zastał małżonkę w ciąży.
Jak wiemy, ciąża u człowieka nie trwa dłużej niż dziewięć miesięcy, w związku z czym po wieloletniej absencji w zamku właściciel mógł się czuć trochę nieco przyprawiony o rogi, tak bym to określił. Poddał więc swą małżonkę tak zwanej próbie wody, która miała wykazać, czy faktycznie małżonka pozostała wierna. Próba wody odbyła się na zamku w studni. Kobieta została tam wrzucona. Oczywiście utonęła, co oznaczało wówczas, że była winna zdrady. Winna cudzołóstwa. Natomiast noworodka podobno właściciel zamku żywcem zamurował w kominku. I jak twierdzą niektórzy, dziś po komnatach w środku nocy błąka się nieszczęsny duch niewiernej żony, a z kominka słychać płacz dziecka. Ja w zamku Czocha nie byłem trzydzieści lat. Zamierzam to nadrobić w ramach „Łowców przygód”, więc prawdopodobnie zostaniemy tam na noc i będziemy chcieli tę historię zweryfikować.
Inna z kolei historia mówi o zamku, który stać miał w pobliżu, na wspomnianym już wzgórzu, gdzie potem, w czasie II wojny światowej naziści drążyli sztolnie pod fabrykę lotniczą. Otóż w 1431 roku husyci zaatakowali warownię i pewna młoda dziewczyna imieniem Zonka pomyślała, że jeśli wskaże wrogom tajne wejście do zamku, to oszczędzą oni kobiety i dzieci. Tak się niestety nie stało. Wymordowano wszystkich. Wcześniej zgwałcono jeszcze kobiety. Zginęła także Zonka. Od tej pory pojawiać się ma ona co sto lat, w rocznicę wydarzeń. Za każdym razem podobno dzieją się rzeczy mroczne i niezwykłe. W 1731 roku, czyli trzysta lat po tych tragicznych wydarzeniach, pojawić się tam na miejscu, na wzgórzu mieli widmowi mnisi wznoszący wielką szubienicę. Sto lat później, w kolejną rocznicę śmiałków, którzy zapuścili się nocą na wzgórze, wystraszył podobno ogromny kot.
Czarny kot o gorejących ślepiach. I chociaż mówię o tym wszystkim oczywiście z przymrużeniem oka, to tak naprawdę sam czekam na rok 2031, by w rocznicę tych strasznych wydarzeń osobiście wybrać się z kamerą na to wzgórze.
[45:10] - Co prawda wątek losów zamku po II wojnie światowej pan już poruszył na początku audycji, ale na tym chyba nie koniec.
[45:20] - Tak, jest kilka ważnych wątków, o których trzeba powiedzieć, dlatego, że zdecydowały one o tym, że ten zamek w ogóle do dziś istnieje. Zacznę od tego, że po wojnie zamek był regularnie rozkradany przez Rosjan i przez rodzimych szabrowników. I miała też miejsce ta ogromna kradzież, o której tutaj przed chwilą mówiliśmy. Ale bardzo ważna dla historii zamku jest następująca data: rok 1952. Dlaczego? Dlatego, że zaczął tam działać wojskowy dom wczasowy. Z tego powodu zamek Czocha był utajniony i proszę sobie wyobrazić, nie występował nawet na mapach. Za to dzięki temu przetrwał do dziś, dlatego, że wiele podobnych obiektów niestety zamieniło się w siedziby PGR-ów i po zabytkowych wnętrzach radośnie hasały świnie. W związku z czym dziś mamy ledwie stojące ruiny, które są bardzo dalekim echem dawnej świetności. Natomiast zamek Czocha wygląda znakomicie, a od 1996 roku — to kolejna ważna data — jest już publicznie dostępny jako ośrodek hotelowo-konferencyjny, w związku z czym tam można ten obiekt nie tylko zwiedzać, ale i spędzić noc.
Oczywiście on wcześniej też bywał dostępny. Ja jako dziecko byłem w latach 80. i zwiedzałem ten zamek właśnie krótko po tym, jak obejrzałem w telewizji film „Gdzie jest generał”. Pamiętam, że tam na dziedzińcu rósł wówczas miłorząb japoński, a to drzewo w Polsce dość rzadkie. Pamiętam, że od przewodnika dostałem na pamiątkę liść z tego drzewa. Natomiast nie zmienia to faktu, że nie był to obiekt ogólnie i na co dzień dostępny. Za to był obiektem, o który dbano i który doprowadzono do ponownej świetności. Także serdecznie zapraszam. Ja co prawda tę najnowszą świetność znam tylko z fotografii, ale jak już powiedziałem, wkrótce z „Łowcami przygód” wybierzemy się tam dlatego, że te okolice skrywają tematy na kilka kolejnych reportaży.
[47:49] - Na koniec audycji tradycyjne pytanie, co nowego słuchać u „Łowców przygód”?
[47:56] - Dziękuję dobrze. Przypomniał mi się... Młodzież by powiedziała, że to suchar. Był taki dowcip, który podobno oparty jest na prawdziwej historii. Podobno w którejś ze szkół nauczycielka języka polskiego dała temat na wypracowanie „Jak spędziłeś wakacje?” i jeden z uczniów odpisał: „Dziękuję dobrze”. Także kiedy ktoś mnie pyta, co nowego u „Łowców przygód”, to odpowiadam tym zacnym sucharkiem. Ale już mówiąc bez uśmiechu na twarzy, powiem szczerze jestem przepracowany, ponieważ zostałem zasypany pytaniami o złoty pociąg. Dzwoniło mnóstwo mediów, udzieliłem wiele wywiadów, z czego się bardzo cieszę. Nie dlatego, że cierpię na tak zwany syndrom parcia na szkło. Nie mam z tym na szczęście problemu.
Zresztą wiele lat pracowałem w telewizji. Po jakimś czasie człowiek na samego siebie już nie może patrzeć i nie ogląda własnych materiałów. I chyba raczej na taki syndrom cierpię. Natomiast zadowolony byłem dlatego, że to jest sukces. Ten pociąg, którego tak naprawdę jeszcze nie ma i jeszcze go nikt nie odnalazł, już stał się sukcesem „Łowców przygód”. Dlaczego? Dlatego, że media dzwoniły właśnie do nas. Ja jestem osobiście z tego powodu zadowolony, bo świadczy to o tym, że nasze materiały są coraz bardziej popularne, a my jesteśmy uważani za wiarygodne źródło. I to mnie raduje, dlatego, że naprawdę wkładamy wiele pracy w research. Rzadko popuszczamy wodze fantazji, a jeśli już to robimy, to puszczamy do widza oko.
Więc dalecy jesteśmy od procederów uprawianych przez „Super Expressy”, „Fakty” i inne tabloidy. Także tyle bym powiedział, jeśli chodzi o Łowców. O to, jak wygląda sytuacja teraz. Natomiast oczywiście pracujemy, nie opuszczamy szpady. Wczoraj kręciliśmy stand-upy, czyli nasze rozmowy przed kamerą właśnie do materiału o tym domniemanym złotym pociągu. I mamy też kilka wyjazdów zaplanowanych. Jak zawsze słuchaczom tutaj jako pierwszym zdradzę, że będziemy podejmowali bardzo mroczny temat pewnego dolnośląskiego kanibala, który doprowadził nie tylko do śmierci wielu osób, ale też do upadku bardzo dobrze prosperującej niemieckiej fabryki konserw, dlatego, że pojawiła się plotka, iż dostarczał tam mięso ludzkie. Ale o tym może następnym razem. Myślę, że to też świetny temat. To jest ogromna historia i ogromna tajemnica w niej skryta, więc mam nadzieję, że będziemy mogli jeszcze na ten temat porozmawiać.
A ja tymczasem zapraszam do odwiedzania naszej strony: lowcyprzygod.tv. I taka osobista prośba z mojej strony. Proszę tego nie traktować jak żebrolajki, ale powiem tak: zbliżamy się do sympatycznej, okrągłej liczby subskrybentów na łamach YouTube. To nie jest duża liczba, bowiem my się nie zajmujemy grami komputerowymi czy rozrywką, czy uśmiechniętymi kotkami. Raczej historią.
[51:49] - Ani sztuką nakładania tapety na twarz.
[51:55] - Tak. Nie zdarzyło nam się też niestety nic rozpakować. Podobno takie filmy mają miliony wyświetleń. Kiedy ktoś na przykład kupuje sobie nowy telefon i robi tak zwany unboxing. I proszę mnie o to nie pytać, bo ja do dziś nie ogarniam tego fenomenu. Zupełnie nie wiem, o co chodzi i dlaczego ma to taką oglądalność. Natomiast Łowcy zbliżają się do skromnej, ale bardzo sympatycznej, okrągłej liczby 5000 subskrybentów. Brakuje nam 47 osób z tego, co przed chwilą sprawdzałem. Więc jeśli ktoś ze słuchaczy ma konto na YouTubie czy na Gmailu, czy na Google'u, a zechciałby nas wesprzeć swoją subskrypcją, to z naszej strony będzie to dozgonna wdzięczność. I obiecuję, że tak jak nigdy nie spamowaliśmy, tak spamować nigdy nie będziemy.
U nas najczęściej co tydzień pojawia się krótki nowy filmik i na tym poprzestajemy. Także wszystkich zapraszam do subskrypcji na kanale YouTube.
[53:09] - Oczywiście zapraszamy słuchaczy Radia Paranormalium, Radia Wolne Media, Radia Nasz Ali, czytelników portalu Infra i wszystkich innych miejsc, w których nas słychać i widać, i czytać do śledzenia Łowców Przygód. To jest naprawdę bardzo ciekawy projekt. Szczególnie polecamy Łowców Przygód wszystkim tym, którzy interesują się tajemnicami, zagadkami historii, różnymi dziwnymi legendami i tak dalej. To był kolejny kapitalny wywiad z Marcinem Drewsem. Dziękuję jeszcze raz, panie Marcinie.
[53:43] - Ja również dziękuję. Bardzo się cieszę, że mogliśmy znowu porozmawiać i bardzo się cieszę, że Łowcy Przygód i Radio Paranormalium mają tak wiele ze sobą wspólnego.
[53:52] - Pana Marcina, tak jak prosiliście, nadal będziemy bardzo często zapraszać do wzięcia udziału w naszych audycjach. A tymczasem dziękujemy państwu za uwagę. Mówił do państwa Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium „Paranormalny głos w twoim domu”. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już niedługo.