[00:20] - Infra zaprasza na autorski cykl felietonów. „W Ałtaju widać więcej. Tajemnice i zagadki Rosji według Wojciecha Grzelaka”. 9 stycznia 2009 roku w górach Ałtaju rozbił się śmigłowiec należący do floty powietrznej Gazpromu. W katastrofie zginęło siedem osób, ale ocalało trzech pasażerów helikoptera i jeden z jego pilotów. Samo zdarzenie było dość, jeśli tak można powiedzieć, pospolite. Śmigłowce dość często ulegają awariom z przyczyn bardziej lub mniej wyjaśnionych. Słynną sprawą była śmierć w katastrofie znanego generała Lebiedzia. Z kolei w 2002 roku, także na Ałtaju, rozbił się śmigłowiec, w którym zginęło kilku snowboardzistów z Nowosybirska. Załoga tego śmigłowca zginęła również.
Takie rzeczy zdarzają się zatem, ale ta katastrofa była szczególna. Natychmiast rozpoczęły się poszukiwania zaginionych i mimo że znany był rejon, w którym mogła nastąpić katastrofa, skala tych poszukiwań była ogromna. Włączył się do nich osobiście minister do spraw nadzwyczajnych Federacji Rosyjskiej, Siergiej Szojgu, który zorganizował te poszukiwania z wielkim rozmachem. Dość powiedzieć, że wydano na nie około dwóch milionów złotych, a trwały bardzo krótko. Podczas kiedy na poszukiwania parę lat wcześniej zaginionych polskich alpinistów na o wiele większym obszarze i znacznie trudniej dostępnym, bo w rejonie góry Biełucha, tamte poszukiwania kosztowały około 300 000 złotych. Zaraz zaczęły się pojawiać znaki zapytania związane z tą katastrofą, bo ocaleni pasażerowie zostali zatrzymani w lokalnym szpitalu w Barnaule, zresztą pod bardzo dobrą opieką. Władze Republiki Ałtaj dołożyły wielu starań, żeby bardzo powściągliwie i wymijająco komentować media samo zdarzenie. Cóż się okazało? Na pokładzie śmigłowca znajdowało się, a były to tak zwane wakacje zimowe akurat, czyli dni przypadające bezpośrednio po Nowym Roku, znajdowało się bardzo szczególne towarzystwo. Najważniejszą postacią był Aleksander Posokhin, pełnomocnik prezydenta Rosji w rosyjskim parlamencie.
Eksperci również z rosyjskiej Dumy, z Moskwy i wysocy urzędnicy lokalni. Całe to towarzystwo wybrało się na polowanie. Śmigłowiec, a raczej jego szczątki oraz tych, którzy przeżyli, odnaleziono na terenie ścisłego rezerwatu. Goście z Moskwy polowali na argali, rzadki gatunek odmiany barana górskiego. Oczywiście ściśle chroniony. Sprawa wyszła na jaw wówczas, kiedy wyciekły zdjęcia wykonane na miejscu katastrofy. Widać było na nich wyraźnie zabite zwierzęta. Nie udało się całej sprawy zatuszować. Wybuchł pewien skandal. Odbyły się w Moskwie demonstracje gromadzące nawet po 200, 300 osób, głównie działaczy ruchów ekologicznych, ale nie tylko.
Osoby te niosły transparenty, na których widniały napisy w rodzaju: „Argali jest 300 sztuk” lub „Urzędniku, twoje polowanie kończy się w piekle”. W każdym razie gniew skierowany przeciwko grubym rybom, które dopuszczają się rzeczy zabronionych i uważają, że są w tym całkiem bezkarni. Trzeba powiedzieć, że tradycja polowań, jeśli można tak nazwać te jatki zwierząt, w górach Ałtaju jest dość stara. Przyjeżdżał na nie już jeden z dygnitarzy czasów wczesnego Związku Sowieckiego, Mikołaj Bucharin, który podobno nawet lubował się w piciu krwi zabitych osobiście przez siebie zwierząt. Następnie w latach 60. zorganizowano wielkie polowanie właśnie na owce górskie z nagonką właśnie na helikopterach. To był prezent rządu komunistycznego dla syna szacha Iranu. Dość powiedzieć, że na skutek właśnie zamieszania spowodowanego tym polowaniem i niesłychanej ilości śmigłowców latających nad górami, stado argali zostało wypłoszone z terenu Ałtaju rosyjskiego. Znalazło się w Mongolii i wróciło dopiero po ponad 20 latach. W każdym razie do dziś widuje się śmigłowce, w których znajduje się wesołe towarzystwo różnych dostojników.
Często takie loty kończą się masakrą całego stada polatorosów na przykład. Oczywiście w pewnym stadzie są Ciężarne matki, młode zwierzęta. Na to nikt nie patrzy. Ważniejsza jest tutaj przyjemność i dobra zabawa ludzi, których na to stać. Niecałe pół roku po tej katastrofie na Ałtaju rozbił się śmigłowiec wiozący gubernatora obwodu irkuckiego Igora Sobowskiego w takich samych okolicznościach. Oczywiście próbowano sprawę zapuszować, mówiąc, że 9 maja, więc w dzień zwycięstwa budowy kompleksu turystycznego, ale faktycznie wszystko wskazywało na to, że zamierza zapolować na niedźwiedzie właśnie z pokładu śmigłowca. Ostatnie słowa utrwalone w czarnej skrzynce tego śmigłowca Gazpromu, który rozbił się na Ałtaju, brzmią: „Niżej, jeszcze niżej”. Ale nie jest to wypowiedź jakiegoś przerażonego pasażera patrzącego na to, co się dzieje, czyli że śmigłowiec opada, ale żądanie jednego z kłusowników, aby piloci zniżyli, obniżyli lot śmigłowca maksymalnie, aby mógł prawdopodobnie nawet podnieść zabitą przez siebie sztukę z ziemi. Te masakry dokonywane na stadach chronionych zwierząt powodują, że wzrasta gniew i oburzenie, zwłaszcza miejscowej ludności, na to, co wyprawiają wysocy urzędnicy. Oczywiście za wiedzą i przychylnością władz lokalnych, które upatrują w tym swoich korzyści.
Sami tubylcy mają bardzo szczególny stosunek do zwierząt i w ogóle przyrody. Oczywiście z prawnego punktu widzenia bywa, że Ałtajczycy, którzy żyli w tym kraju od stuleci i od stuleci też polowali na zwierzęta, że czynią to również bezprawnie, a więc kłusują. Ale po pierwsze nigdy nie zabijają więcej zwierząt niż potrzebują. Te potrzeby też są swoiste, bo nie chodzi tylko o zaspokojenie głodu, ale na przykład o upolowanie jakiejś ilości soboli na sprzedaż skórek. W każdym razie szanują przyrodę, szanują zwierzęta i podchodzą do polowania jako do pewnej konieczności, ale z pewnością nie zabijają żadnych zwierząt dla potrzeby, czy też nie lubują się w łowiectwie w takim sensie, jakie są one traktowane choćby u nas, czyli jako rodzaju jedynie sportu. I rzecz bardzo ciekawa. Otóż okazuje się, że te katastrofy czy też tragicznie zakończone polowania dość często mają taki dramatyczny finał. Częściej niż wynikałoby to z pewnej statystyki. Nawet jeśli by uwzględnić, że towarzystwo kłusowników wymagało od pilotów jakichś nadzwyczajnych umiejętności, że było pijane, bo zdarzają się i wypadnięcia takiego strzelca z pokładu helikoptera. Podczas tej styczniowej katastrofy w 2009 roku zginęło siedmiu kłusowników.
Policzono ilość ustrzelonych przez nich argali. To było również siedem sztuk. Wydaje się, że świat przyrody w tym wypadku Ałtaju nie jest tak całkowicie bezbronny. To barbarzyństwo ludzi pobudziło, zdaje się, do działania jakieś moce przyrody, które pozostają ukryte za tajemną kurtyną, nieprzeniknioną dla człowieka. Ale w ostatnich latach nastąpiło bardzo dziwne zagęszczenie osobliwych wypadków, jakie przytrafiają się tym pseudomyśliwym na Ałtaju. Śmigłowce nie tylko rozbijają się, to już jest taki najbardziej dramatyczny finał tej przygody, tej rzezi bezbronnych zwierząt, ale często zacina się nowoczesna, kosztowna, zdawałoby się niezawodna broń myśliwska. A bywa i tak, że zwierzę widoczne jak na dłoni w celowniku optycznym, znakomitym celowniku optycznym, według określenia, dosłownie cytuję jednego z polujących, „rozpływa się w powietrzu”. O takich zjawiskach opowiadali mi zresztą inni myśliwi z Ałtaju, którzy często też nie potrafili wyjaśnić, dlaczego sztuka zdawałoby się bardzo łatwa do ustrzelenia, ucieka. Według szamanki z Górnoałtajska, Dżany Majewnej, gospodarz Ałtaju czy Ałtajczycy, Zaałtaj, duch strażnik tej górskiej krainy, wziął zwierzęta pod swoją opiekę. Inna rzecz, że też najwidoczniej nie każdy myśliwy, nie każdy polujący jest godny, aby odnieść sukces.
Nie mówię już o tych skrajnych wypadkach tych morderców zwierząt, których działania opisałem wcześniej, ale zaczyna się to z wypadkami polowań myśliwych, którzy przyjechali specjalnie dla rozrywki. Jednak w przypadku, kiedy okazywali szacunek dla przyrody, dla zwierząt, mogli liczyć na pewne powodzenie. Gorzej było, jeżeli byli zadufani w swój sukces i bardziej miejscowymi zwyczajami. Tak się zdarzało. Te przygody kończyły się różnie. Najgorszymi klientami, oczywiście według lokalnych ludzi lasu, są nowi Rosjanie, czyli wzbogaceni, najczęściej w podejrzany sposób biznesmeni, jakby u nas powiedzieli gaje w skarpetach, którzy strzelają do wszystkiego, co się rusza. Do ptaka wysiadującego w gnieździe jajka. Matki prowadzące młode. Ciekawą rzeczą jest świadectwo świetnego myśliwego z Ułaganu Andrzeja Czu, który pokazał mi kiedyś trop w tajdze nieoczekiwanie urywający się. Były to ślady marala, altejskiego gatunku jelenia.
Braciki pozostawiły w śniegu wyraźne wgłębienia i raptem to się gdzieś urywało. Śnieg wokół był nienaruszony. Nie było mowy o tym, że zasypało śniegiem te ślady. Nawet na tym śniegu były widoczne odbicia łapek drobnej zwierzyny. Natomiast jeleń tak jakby rozwinął się w powietrzu. Zdaniem mojego przewodnika był to ślad zwierzęcia wybranego przez Ezel Atai, czyli przez podarzało Atai. To już jest oczywiście zdanie Andrzeja Czu, który w tajdze spędził kilkadziesiąt lat. Według niego być może ten maral, ten jeleń spaceruje teraz po łąkach ukrytego przed nami wymiaru, do którego wstęp mają tylko wybrani. Myśliwy jest też zdania, że z tego wymiaru przybywają do naszego świata omysy, czyli człekokształtne istoty nazywane altejskim yeti. W każdym razie te dziwne opowieści o zwierzętach, które raptem znikają myśliwcom czy celownikom, czy też o jeleniach lub łosiach, których minąłem się kule są na Ałtaju wśród osób związanych z łowiectwem bardzo popularne.
Produkcja i realizacja Portal INFRA www.infra.org.pl