[00:01] - Syberia jest, jak wiadomo, ogromną krainą i rzeczywiste jej rozmiary może ocenić tylko ten, który po niej podróżował. Ale już na mapie stwarza bardzo imponujące wrażenie. W końcu chodzi o dobre 10 milionów kilometrów. Naturalnie obszar Syberii nie jest jednolity, jest zróżnicowany. Co innego daleka północ czy też Daleki Wschód, a co innego krainy znajdujące się na południu tej bardzo rozległej przestrzeni. Jest ich kilka i różnią się od siebie charakterem, mimo że generalnie południe Syberii porasta przede wszystkim tajga. Nie mówię oczywiście tutaj o śladach działalności człowieka. Tych regionów Syberii jest dość sporo i same już ich nazwy mogą rozpalać wyobraźnię. Szoria, Urianhaj, Taurea, Ałtaj czy Urman. Właśnie Urman to jest skrawek Syberii wysunięty najbardziej na zachód w stronę Europy.
Nazwę Urman można przetłumaczyć jako ciemną czy też mroczną tajgę. I rzeczywiście kraina ta, ciągnąca się na północ od szosy biegnącej z Omska do Nowosybirska, a jest to dystans blisko tysiąca kilometrów, istotnie wygląda dość odpychająco. Porastają przeważnie ogromne jodły. Można zauważyć też charakterystyczne stożki sosen syberyjskich, nazywanych na Syberii cedrami. Włodzimierz Srokowski, żołnierz polskiej Dywizji Syberyjskiej Wojska Polskiego utworzonego na Syberii w czasach wojny domowej w Rosji, tak opisywał przy okazji tak zwanej wyprawy urmańskiej, czyli rajdu części wspomnianej dywizji przeciwko partyzantce bolszewickiej, w ten sposób opisywał Urman: „Jest to właściwie dzika, bagnista, malaryczna puszcza. Nieliczne drogi łączące ze sobą poszczególne osady położone są na ściętych pniach i gałęziach. Na całym tym obszarze znajduje się zaledwie kilkadziesiąt wsi zamieszkanych przez ludność tubylczą i osadników przeniesionych tu z Rosji centralnej za karę za różne przestępstwa. Ręka sprawiedliwości i władzy rzadko sięga w te oddalone tundry. Ludność tutejsza więc przywykła do swobody, rządzi się przeważnie własnymi prawami zwyczajowymi”. No cóż, można powiedzieć, że opis ten, jakkolwiek powstały ponad 80 lat temu, pasuje jak ulał do wielu dzisiejszych, zapomnianych nadal przez Boga zakątków Urmanu, przy których najbardziej głuche ostępy, powiedzmy Puszczy Białowieskiej, to przypominają starannie pielęgnowany park.
Urman trzeba zobaczyć. Tego się nie da opisać. Jego atmosferę można poczuć dopiero wówczas, kiedy widzi się na przykład tkwiące w bagnach pnie martwych brzóz rozerwanych zimą przez potężne mrozy syberyjskie czy też zakryte wysiewami oparzelic. Kiedy zobaczy się błota, martwą wodę, moczary rojące się od oślizgłych gadów i kępy ostrej trawy, rdzawej, blakłej, jakby przesyconej jadem tych moczarów. Ciągnąć się mogą takie pejzaże aż po horyzont. Mchy porastają stare, wiekowe pnie. Jest to las niezwykły. W pewien sposób jego atmosfera kojarzy się z opisami mitycznego lasu Broceliandy, wielkiego lasu ciągnącego się przez wiekami przez całą Europę, od Paryża aż po Konstantynopol. Lasu słynącego też z różnych wypadków, zdarzeń nadzwyczajnych i magicznych. No cóż, może Urman to rzeczywiście takie resztki dawnej Broceliandy wyparte z obszarów zajętych przez cywilizację.
Las, który przekroczył starożytne góry hiperborejskie, być może tak nazywano Ural, i schronił się na Syberii. Tym bardziej że w Borach Urmańskich teraz, na progu XXI wieku, dzieją się także rzeczy, które przypominają czasy czarnoksiężnika z Krainy Oz. Może taką najbardziej demoniczną częścią Urmanu jest rejon kysztowski. Zupełna głucha prowincja położona na zachodzie obwodu nowosybirskiego nad rzeką Tau. Mieszkańcy regionu kysztowskiego nawiedzani są przez ostatnie kilkanaście lat przez śnieżnego człowieka czy rosyjskiego odpowiednika yeti. Dość regularnie. Myśliwi z tamtego regionu są wręcz oswojeni z tym zjawiskiem, a mieszkańcy kilku wiosen uważają, że po prostu dzielą swoje życie właśnie z tajemniczymi istotami z tajgi. Uważają, że nawet mają z tajgą pewien układ. Dzień należy do nich, do ludzi, ale noc przeznaczona jest dla mieszkańców tajgi. Generalnie nie uważają, żeby śnieżni ludzie specjalnie ich niepokoili.
No, czasem któryś zabłąka się po prostu zbyt blisko zagrody. Wiosną 2004 roku włochate stwory widywały dzieci z rejonu kysztowskiego, potem także dorośli. Obszar, na których pojawiają się Syberyjski Yeti jest to kwadrat około 60 kilometrów na 50. I w tym rejonie śliwi wielokrotnie napotyka legowiska, które z pewnością nie mogły służyć ludziom, a nie były także schronem zwierząt. Nawet w biały dzień widywano śnieżnych ludzi, na przykład we wsi Komarowka, także w 2004 roku. Na tym obszarze właśnie nad rzeką Tarą istnieje również miejsce nazywane Przeklętą Wsią i jest to rejon ściśle strzeżony jeszcze do dziś przez wojsko. Chociaż poligon funkcjonujący tam właśnie za bagnami wasiukańskimi istniał tam już ponad trzydzieści lat temu. Wyłuszywano z niego dziwne obiekty latające. Mieszkańcy Urmanu widywali je na niebie. Innym ciekawym zjawiskiem występującym w Urmanie jest pojawienie się na drogach, ale nie tylko na drogach, na uroczyskach tej krainy, masowe pojawianie się, można by powiedzieć, włóczęgów syberyjskich.
Tradycyjna postać syberyjskiego bradiagi jest utrwalona nawet w rosyjskich pieśniach, balladach. Ale to, co dzieje się z nimi w Urmanie, to rzeczywiście może zastanawiać. Dość często bowiem przy drodze są świadkiem, już czterokrotnie takiego zjawiska przy właśnie tej szosie z Omska do Nowosybirska biegnącej prosto jak strzała z zachodu na wschód. Sam widywałem wielokrotnie potężnie zbudowanych starszych mężczyzn, brodatych, zwracających uwagę już samym swoim wyglądem. Nie byli to śnieżni ludzie, byli to zdecydowanie ludzie, ale zachowujący się zastanawiająco. Nawet gdyby sposób ich zachowania przypisać upodobaniu do pewnych trunków. Ludzie ci zachowywali się trochę jak odurzeni, jak zombie. Co więcej, zagadnięci nie reagowali nawet. Szli dalej po sobie wiadomym celom. W niektórych wsiach urmańskich krążą słuchy, że ci tajemniczy włóczędzy to krzyżówki ludzi z bliżej nieokreślonymi istotami z bagien.
Kto wie, być może chodzi właśnie o nawet śnieżnych ludzi. Parę lat temu zdarzyło się, że ciężarówka potrąciła pod miejscowością Szuminskoje jednego z takich włóczęgów. Ofiarę zabrała karetka i odwiozła na sygnale do szpitala w Barabińsku, ale nie dotarła do celu. W niewyjaśnionych okolicznościach miała wypadek, dachowała i doszczętnie spłonęła, a we wraku pojazdu znaleziono tylko zwęglone szkielety załogi karetki. Tajemniczy pacjent zniknął jakby nigdy nic. Produkcja i realizacja: Portal Infra. www.infra.org.pl