Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radio Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek Bibliotekarium, w którym dziś Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz będą dyskutować o książce „Metro 2035”. Właściwie będzie to taki punkt wyjścia do dyskusji o tym, jak żyją w tej powieści ludzie w metrze moskiewskim, gdzieś tam głęboko pod Moskwą. Ale tak naprawdę nie jest to książka o metrze i przyszłości, tylko o tym, kim dzisiaj jesteśmy. I właśnie o tym będą dyskutować dzisiaj gospodarze Bibliotekarium. Dobry wieczór, Marku, Wiktorze.
Dobry wieczór. Dobry wieczór. A audycję od strony technicznej, jak zawsze, będę obsługiwał ja, Marek Sęk "Ivellios". Zanim oddam głos do Bydgoszczy, tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium, bowiem audycja, tak jak zawsze, realizowana jest w całości na żywo. Można będzie do nas dzwonić po godzinie dwudziestej pierwszej. Wtedy otworzymy naszą linię telefoniczną dla słuchaczy, ale myślę, że kontakty warto zapisać sobie już teraz. Numer telefonu: trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem.
Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem. Numer komórkowy: pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Skype: radio.paranormalium.pl. Można oczywiście cały czas do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa.
Trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Czekamy także na Państwa pytania, komentarze, jakieś spostrzeżenia na naszych czatach na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas oczywiście także znaleźć na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu Infra, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam również wysyłać wiadomości drogą e-mailową na adres: radio@paranormalium.pl.
Halo, Bydgoszcz! No to jeszcze raz witamy wszystkich bardzo serdecznie. I cóż, zaczynamy totalną apokalipsę. Aaa, myślę, że, o! Myślę, że się Wiktor zbiera do mikrofonu, to mu oddam głos. Jak z tą apokalipsą? Nie oddawaj mi głosu, ja skończę głosem.
Dobrze, dobrze. Dobra, to ja jestem przy głosie. Będę się go trzymał w takim bądź razie. Yy, powiem tak: może zacznijmy od tego, że, yy, będziemy rozmawiać o książce „Metro 2035”, o książkach, yy, poprzedzających tę, tę, tęże powieść, ale także w ogóle o literaturze, którą się w skrócie nazywa postapo, yy, i w najróżniejszych jej, w najróżniejszych jej wydaniach. Od tych takich współczesnych po nieco takie może przykurzone albo, albo zakurzone. Nie wiem, w sumie nie wiem jak.
W każdym razie myślę, że o tym, o tym także porozmawiamy. Ale na początek, żeby dopełnić, yy, jakby formalności, powiem tylko jeszcze o jednej sprawie: że, yy, w związku z książką „Metro 2035” wydawca portalu bibliotekarium.pl postanowił słuchaczy naszych, yy, zarówno tych online, jak i offline, yy, obdarować.
Oczywiście nie wszystkich, bo to pewno byłoby niemożliwe. Natomiast, yy, każdy, kto wejdzie na stronę, yy, bibliotekarium.pl — prosta, prosty, prosty adres. Yy, i tam znajduje się u góry strony taki, taki prostokącik ze zdjęciami. Tam się te zdjęcia zmieniają. Jedno z tych zdjęć to jest, yy, „Metro 2035” jest napisane: konkurs dla słuchaczy audycji Bibliotekarium. A wystarczy w to kliknąć.
Tam jest, yy, cała instrukcja. W skrócie powiem, że każdy, kto, yy, w komentarzach pod tym artykułem do szóstego kwietnia tego roku napisze, yy, w tymże komentarzu, aa, dlaczego lubi albo też nie lubi powieści postapo, zarówno tych postatomowych, zombiastych i wszelkich innych, to spośród, yy, wszystkich tych osób, które jakieś komentarze napiszą, aa, wydawca portalu bibliotekarium.pl wybierze dwie, którym prześle książkę „Metro 2035”. To tyle o tym, o tym, o tym konkursie, czy też o-o tym rozdawnictwie. Jeszcze, jeszcze przypomnę.
A teraz przejdźmy do książki Metro, „Metro 2035”, od której, od której wypada zacząć dzisiejszą audycję. Ja powiem tak: z, yy, specjalnie wybrałem, yy, tę książkę, dlatego że pomimo że jest to, yy, książka, która reprezentuje nurt postapo, to jest to książka nietypowa.
Jedni, yy, jedni tę książkę, yy, za tę nietypowość pokochali, inni natomiast znienawidzili, o czym przekonałem się dosyć, dosyć dobitnie, kiedy, kiedy przejrzałem sobie różne fora internetowe i na temat tej książki można przeczytać zarówno, yy, hymny pochwalne, jak i jakieś takie, yy, organizowane są tam seanse nienawiści. Otóż, mm, bo autor, czyli, yy, czyli Dmitrij Gluchowski, yy-...
Zrobił jakiś czas temu, to już ponad dziesięć lat. Już w tej chwili nie pamiętam, w którym roku wyszła pierwsza powieść, czyli "Metro 2033". Napisał takie uczci- uczciwą, ucz- uczciwe opowieściło o tym, jak to, yy, rakiety, yy, jądrowe zostały przechwycone nad Moskwą. W ogóle wybuchła wielka wojna pomiędzy Wschodem, Zachodem, a właściwie pomiędzy wszystkimi wybuchła wojna. I, i te rakiety nad Moskwą zostały przechwycone. Pojawił się opad ogromny. No i niedobitki ludzkości i niedobitki, yy, ludzi, którzy żyli w Moskwie, przetrwały bodajże, o ile dobrze pamiętam, pięćdziesiąt tysięcy osób przetrwało w metrze. W metrze, mm, moskiewskim, które jest rozbudowane, które jest, które jest pajęczyną. I poznajemy w pierwszej książce, w "Metrze 2033", społeczności, mm, które, yy, no niczym nie zaskakują. No, mamy tam, znaczy zaskakuje to poziom ich rozwoju, bo poznajemy ich wiele lat po wojnie. Yy, ci ludzie tam gnieżdżą się, gnieżdżą się w tych mrocznych korytarzach.
Na zewnątrz są jak- jaki, jest opad, jakieś bestie grasują, ale w tych korytarzach też się, też nie tylko ludzie żyją. Poznajemy te, poznajemy te, yy, poznajemy to środowisko, ale ono się wydaje takie właściwie poza tym, poza dekoracjami, to wydaje się dosyć normalne. To znaczy, jest tam jakaś hansa, są jakieś niezależne stacje, jest też odpowiednik komunistów czy tak zwani czerwoni. Jest wreszcie Rzesza. I te wszystkie organizmy, takie parapolityczne, a właściwie polityczne, ze sobą, ee, się ścierają.
Yy, żyją w zgodzie, w pokoju, a czasami w stanie wojny. Różnie się to układa. No, tak jak, tak jak, tak jak się to ludziom zwykle, zwykle układa. I na tym, na, na tych, na tym, na tych dekoracjach występują główni bohaterowie.
Tam się pojawia zresztą bohater, który, który później, ee, w "Metrze 2035" również się pojawia, czyli Artem. Ale to, ta książka oraz ta następna, "Metro 2034", one były normalne, zwykłe. Znaczy, jakby to nie jest pejoratywne. To były bardzo dobrze napisane książki. Książki, yy, o tym, dlaczego one były takie dobre, to jeszcze za chwilę, ale powiem o tym fenomenie "Metra 2035". Otóż myśmy się po prostu przyzwyczaili do tej, do, do tego świata. W dodatku ten świat został uzupełniony przez wielu pisarzy, yy, z Europy, między innymi z Polski.
Dwóch, dwóch pisarzy polskich, Robert Szmidt i Paweł Majka, napisali łącznie cztery książki dziejące się w tym świecie. Oczywiście nie w moskiewskim metrze, ale w bardziej, w bardziej takich bliskich nam terenach. Czyli Robert Szmidt to jest, to, to są książki dziejące się we Wrocławiu, a Paweł Majka to Kraków, szeroko pojęty, no bo tak właściwie, yy, przynajmniej, yy, znaczy gdzieś tam się jeszcze przecież przewija, ee, Nowa Huta. Yy, więc tych książek w różnych krajach pojawiło się sporo. Pojawiły się też wydania, kiedy, kiedy fani pisali opowiadania dziejące w tym, się w tym świecie. No, właściwie wszystko się toczyło tak dosyć komercyjnie i dosyć, yy, to zresztą powstawały bardzo, bardzo przyzwoite, bardzo fajne powieści, yy, w których się sporo działo, w których ten wątek postapokaliptyczny był bardzo wyeksponowany.
Przeważnie były sprawnie napisane, bo, bo, bo wydawcy, ci, którzy dostali licencję na to "Metro", ee, dbali o to, żeby to nie były gnioty. W związku z tym wychodziła z tego całkiem, całkiem fajna literatura rozrywkowa.
I co zrobił Glukhovsky, autor? Otóż "Metro 2035" absolutnie przewraca ten świat. To znaczy, nagle do, yy, w tym, yy, w tej książce dowiadujemy się rzeczy, które to wszystko, co wiedzieliśmy przez tyle lat, stawia na głowie. I myślę, że to jest, yy, dobry punkt wyjścia, żeby o tej, o tej książce, yy, rozmawiać. Po pierwsze dlatego, że ona w dalszym ciągu jest książką jak najbardziej postapokaliptyczną, ale to jest pier- to, to, po pierwsze dlatego, ale po drugie dlatego, że jest to książka, której... to się nie zdarza często, żeby autor przeskakiwał sam siebie, żeby robił w trzecim tomie coś, co bardzo wiele osób uznaje za lepsze niż to, co było w tomie pierwszym.
To już jest mistrzostwo świata. Oczywiście ci, którzy uważają, że autor sprzeniewierzył się pierwotnemu założeniu i w ogóle zniszczył swoje dzieło, są i tacy. I oczywiście, yy, można, można z tym dyskutować, ale ja jednak się przychylę do tej grupy, do tej grupy, która jest pełna podziwu dla autora. A co ty, Wiktorze, sądzisz o "Metrze 2035"? O, to jest długie, długie, długie, długie chyba gadanie na ten temat. Natomiast- Mamy sporo czasu. Zanim chyba dojdziemy do, do, do, do samego "Metra", ku czemu zmierzasz dosyć prostą drogą, yy, w tym zagajeniu. Bo ja prosty jestem dosyć, tak, wiesz. No, natomiast jednak wszystko, co istnieje na świecie, ma swoje źródła. Otóż ta powieść, yy, trzeba sobie uświadomić, nie spadła nam z nieba, nie została, nie pojawiła się znikąd zupełnie i nie, nie otworzyła nam oczu na świat, jakbyśmy ich nigdy nie mieli otwartych. Yy, i mam taką tezę dziwną, że, yy, upodobanie do w ogóle apokaliptycznych, yy, filmów, książek, różnych wizji, które, yy, nie jest wcale upodobaniem powszechnym, cywilizacyjnym.
Jest wyłącznie upodobaniem naszym, europejskim, no, może amerykańskim jeszcze i tak dalej, i niewiele więcej. Yy, reszta, że tak powiem, świata ma bogie ma prawdą, chyba trochę inne, yy, poczucie, mm, no, wartości. Czy, dlaczego tak mówię? No właśnie, dlaczego? Otóż skąd, skąd się bierze nasza, nasza w ogóle, yy, takie patrzenie na świat?
... Początek bierze się z Pisma Świętego. Czym innym jest koniec świata opisany w Piśmie Świętym, jednak jeśli nie apokalipsą, tak jak Apokalipsa świętego Jana opisuje, czyli wybrani idą do nieba, potępieni idą do piachu i tak dalej, czyli tam do metra, ewentualnie. Piachu, no to raczej gorszy los, los ich czeka niż tylko piach. Nie, no, idą do piekła po prostu. A, no właśnie. Tak jak idą do metra Borowskiego albo do, do, do jakichś tam ruder w Nowej Hucie i tak dalej.
Reszta, wybrańcy idą do nieba. Otóż dla wyznawcy buddyzmu czy dla, nie wiem, filo-filozofa zen sprawa apokalipsy nie istnieje w ogóle. Taki problem nie istnieje. Dzisiaj jestem sobą, jutro będę kim innym. Dzisiaj jestem tym, jutro będę czym innym. A może uda mi się w tym wcieleniu wyzwolić z tego, z tego kieratu kolejnych wcieleń i osiągnę stan nirwany i już w ogóle będę miał święty spokój. Dokładnie tak. Tam, tam nie istnieje, że tak powiem, filozoficzny determinizm apokalipsy. A w naszej kulturze istnieje. Został oczywiście, do, na początku właśnie była to tylko wizja Pisma Świętego, ale potem się pojawił prorok, który naprawdę uwiarygodnił nam tę wizję.
Nie mówię o Chrystusie, to mówię o bombie atomowej, nie? No, powiem ci, pojechałeś ostro teraz. Bomba atomowa uświadomiła wyznawcom apokalipsy o narodowych chrześcijańskim- Że ona jest w zasięgu ręki. Tak! Apokalipsa jest w zasięgu ręki. Yy, że jest jakiś sens w takim, w takiej wizji. Oczywiście, zwróćmy uwagę, że, że to wi-, wizja tej apokalipsy przekształowuje nie tylko, yy, z religii czy z... Przekształowuje nawet do naszych wyobrażeń o wszechświecie. A czym innym jest teoria Fryda Hoyle o tym, że świat wybuchł, następnie się rozpełzał, rozpełza tak, jak się rozpełza, a następnie zdechnie. To jest wizja apokaliptyczna, po prostu. Coś się narodziło i coś zginęło. Dla wyznawcy reinkarnacji nie ma takiej ewentualności, że coś się narodziło i coś zginęło. Wszystko jest falą, wszystko trwa, wszystko ku czemuś dąży, tylko się zmienia. Nic nowego nie powiem, ale to, to, to jest. Mówisz oczywiste oczywistości. Tak, specjalnie. Zacytuję klasyka. No bo w ogóle cywili-, cywilizacja europejska, czy powiedzmy cywilizacja białego człowieka. I tu znów wyjdziemy na rasi-, wyjdę przynajmniej ja na rasistę. No dobrze, więc cy- cywilizacja o korzeniach europejskich to może będzie bardziej poprawne. Yy, to jest cywilizacja czasu liniowego. Czyli rzeczywiście my ten czas w ten sposób postrzegamy. Tak, tak.
Cywilizacje dalok, daleko, te z Dalekiego Wschodu, aż indyjska czy jakie, to są cywilizacje czasu kołowego. Wszystko jest nieustannym, nieustanną zmianą, powrotem. I to nieważne, że coś zginie, skoro się odrodzi. Światy się odradzają.
Tak. Wcielenia. I teraz- No właśnie. Tak jak Chiny budowały swoje, yy, imperium dziesięć tysięcy lat temu, yy, wytwarzały porcelanę dziesięć tysięcy lat temu. Żyły, bawiły się, umierały i tam wszystko i tak dalej, ale przetrwały do dzisiaj. A człowiek biały, wyłącznie europejski, zgodnie z tą swoją filozofią liniową, właśnie dobiega kresu, że tak powiem, swojego istnienia na padole ziemskim. I oni nas po prostu przetrwają. A my zgodnie ze swoją, ze swoim założeniem filozoficznym, po prostu my odchodzimy, pakujemy walizki i idziemy dalej. Po prostu. Chwilę, coś jeszcze powiem, bo, bo śledzę sobie kątem oka. No, w każdym razie gdzieś tu sobie dostrzegam, śledzę czat i o trzydzieści pięć napisał o tym, że w buddyzmie i zen nie przewidziano nagłego bum. No, całkowicie się zgadzam. Oczywiście, ale to nie znaczy, że nie możemy takiego bum im zorganizować. To o tym, o tym właśnie między innymi mówimy.
Tak, ale naszym- Ale oni się tym specjalnie- Dla nich nie znaczy bum. Dokładnie. Oni się specjalnie tym po prostu nie przejmą, tym naszym bum. W związku z tym bardziej o tym, o tym problemie, o tym problemie mówię.
Poza tym Chiny, tutaj jest mowa też o Chinach. No, Chiny to jest w ogóle kraj, który, który, z którego by można ulepić cały kontynent, bo tam, bo tam i nie tylko. Tak się mówi Chińczycy, Chińczycy, a to tak naprawdę kraj, który jest bardzo różny, w zależności od tego, w której części Chin się znajdziemy i w zależności od tego możemy się zetknąć z bardzo, tak naprawdę bardzo różną cywilizacją. Mówimy cywilizacja chińska, Chiny, Chiny i tak dalej. Ale w gruncie rzeczy, kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy z Chin wracali, to mi mówili, że po pierwsze, jak się podróżuje po Chinach, lata tym samolotem z jednej części Chin do drugiej, to człowiek wysiada z samolotu, o którym już zresztą wspomniałem częściowo, że się zjawił w innym kraju. A to dalej są Chiny.
To dalej są Chiny, tylko one są w zależności od położenia geograficznego trochę inne. Troszeczkę. To nie zawsze jest znacząca różnica, ale jest. Dobra, wróćmy do naszej, do naszej apokalipsy, bo ja powiem, powiem tak, zanim przy- ... Że może w naszej kulturze, yy, ta książka „Metro” Gombrowiczskiego też ma swoje źródła, w tym nurcie liniowym po prostu. Gdzie są jego źródła? Na pewno, jak, jak wspomniałem, w tym Piśmie Świętym jako takim, no ale w takich bardziej, bardziej prostych rzeczach.... które tego na pewno John Wyndham piszo, pisząc, yy- Poczwarki, Poczwarki napisał, ale napisał Dzień tryfitów i o ten, o to ci chodzi. I tak dalej. To na pewno też są, yy, źródła, yy, skąd, yy, tego rodowodu powieści Gluchowskiego. Ale coś muszę powiedzieć.
Przerwę ci oczywiście, bo ja jestem od tego, żeby przerywać. Bardzo nie polecam filmu nakręconego na podstawie, na podstawie książki, mm, Dzień tryfitów. O ile książka jest super, w swoim czasie za tą książką uganiały się całe tabuny ludzi, żeby ją zdobyć. Były to lata osiemdziesiąte, a właściwie już koniec siedemdziesiątych. O tyle film jest, no, już się mocno zestarzał po prostu. I ja specjalnie nie polecam, ale jak zwykle ci przerwałem i zgubiłeś wątek pewnie. Nie, nie, film jest toporny po prostu.
Natomiast książka jednak daje coś dla wyobraźni, dla czytelnika dużo do... dalej, a film nic nie daje dla tego. Natomiast książka Gluchowskiego na pewno daje bardzo dużo. No właśnie, a co ci dała takiego? Yy, dlaczego? Właściwie to niewiele, bo ja mniej więcej wiem, jak wszystko będzie. Nie, ale dobra, dobra, wycofuję pytanie, ale powiem o coś innego.
Tak. Powiedz mi, yy, bo ty zacząłeś o tym mówić, a właściwie, ee, zacząłeś i ja zacząłem. I tak się gubimy w zeznaniach. Powiedzmy albo spróbuj to powiedzieć, dlaczego niektórzy ludzie, spora część, bo ja znam ki, sporą, sporą grupę ludzi. Dlaczego lubimy taką literaturę? Dlatego, że kiedyś powstała Apokalipsa? Dlatego, że czytaliśmy Pismo Święte? No sorry, to możemy się tak pobawić, pobawić, wiesz, w takie analizy, yy, związane z religią i historią. To oczywiście jest bardzo zajmujące, ale powiedzmy też o takim, no, skąd się to zainteresowanie bierze? No skąd? Ale to trzeba by było Freuda zapytać, a nie mnie.
Chyba, bo- Sorry. Upodobanie do, yy, robienia krzywdy sobie albo własnemu społeczeństwu, albo swojej cywilizacji. I do rozpatrywania tej krzy... Tego czegoś jak, jako, jako pewnej atrakcyjności, że tak powiem.
No, no jest, jest widocznie przez freudystów może być jakoś wytłumaczone. Mi to trudno, yy, poza, poza tym, że, są takie dziwne paradoksy związane z, yy, z naszą psychiką i może z tym lubieniem rzeczy, yy, negatywnych albo apokaliptycznych. Zadam ci proste pytanie, Marek.
Nie wiem, czy ci kiedyś zadawałem, yy- A będę potrafił odpowiedzieć? Chyba tak, nie? Yy, Marek, co lepiej: być optymistą czy pesymistą? Każdy w naszej europejskiej kulturze natychmiast odpowie, że oczywiście lepiej być optymistą. Absolutnie nieprawda.
Absolutne pomylenie czegokolwiek. Otóż, yy, lepiej być pesymistą. Dlaczego? Bo człowiek się może pozytywnie rozczarować. Rozczarować, może się ucieszyć. Dla zdrowia psychicznego lepiej być pesymistą. Pesymista wie, że jutro go nic dobrego nie spotka. A jak go spotka?
Jutro go nic dobrego nie spotyka. Nic się nie stało. Następny dzień, nic się nie stało. Wreszcie przypadkiem ups! Oo! Święto. Wspaniale. Optymista jutro wie, że go spotka coś wspaniałego. A tam nic. Tragedia. Następny dzień. Tragedia.
Też kos- Tragedia. Też kosmos milczy. Tak, kosmos milczy. Optymistą być nie warto. Zdecydowanie lepiej być pesymistą, żeby zachować zdrowie, zdrowie psychiczne. Może też dlatego my lubiąc, yy, te wizje apokaliptyczne, pesymistyczne, po prostu jesteśmy zdrowi psychicznie. Po prostu. Yy, w przeciwieństwie do optymistów, takich jak, ee, tych, którzy budowali kiedyś komunizm. Czyli przyszłość będzie świetlana, piękna, doskonała, yy, wszystko będzie cudownie i, i będziemy nażarci, natchnieni i w ogóle będzie wspaniale. Okazało się, że nie będzie. No, jesteśmy rozczarowani, mm, bo byliśmy optymistami. No dobrze. No. Wybroniłeś tezę, to przyznaję ci. Natomiast, natomiast z Gluchowskim to, to dlaczego my takie coś lubimy? A, a nie wiem. Ale pa- pamiętasz, były te w średniowieczu, te takie marsze biczowników. Szli w pielgrzymce i chlastali się po plecach pejczami.
Pamiętasz? Takie coś było, nie? No, było. No, my lubimy. My widocznie jesteśmy masochistami w jakimś, w jakimś sensie i lubimy się biczować, nie? No i, yy, a poza tym, a poza tym, jeśli, jeśli napisać książkę, że wszystko będzie dobrze, to przecież jest nudne. Nie, to pewnie, pewnie, że, że tak. Ale ja ci powiem. Ja cały czas obsesyjnie wrócę, wrócę jednak do tego Metra 2035, bo to jest książka, która, mm, w przeciwieństwie do wielu osób i to podkreślam, że rzeczywiście ta książka bardzo wiele osób mogła zawieść, bo ona niszczy, rzeczywiście niszczy w jakiś tam... Nie mogę za dużo oczywiście powiedzieć, bo staram się, staramy się jednak nie opowiadać książek, yy, które sygnuje, sygnalizujemy, o których istnieniu, yy, sygnalizujemy. Yy, to jednak, yy, rzeczywiście ta książka rozbija świat metra, yy, ten świat, który poznajemy w Metrze 2033 i w Metrze 2034 oraz wszelkich innych kontynuacjach, właściwie uzupełnieniach tej, tej sagi.
Ten świat zostaje rozbity. No, nie do końca, co prawda nie do końca, ale nagle poznajemy mechanizmy, które rządzą tamtą rzeczywistością. Dowiadujemy się czegoś, do- dowiadujemy się czegoś, yy, zarówno o tej Hanzie, która jest, która się gdzieś w pierwszym tomie wydaje taką, tako, takim miejscem, które chroni cywilizację, która właściwie nastawiona jest na to, żeby prowadzić handel, żeby, żeby wymieniać towary. No, czysty interes. Zaczynamy się dowiadywać czegoś więcej o Czerwonych, o których wiemy od pierwszego tomu, że ufać im nie można w ogóle. Wprowad, jakiś taki renesans, yy, komunizmu starają się wprowadzić. Gdzieś tam się pojawia Rzesza.
No, Rzesza też się nam jednoznacznie, jednoznacznie kojarzy, ale w pierwszym czy, czy drugim tomie my to traktujemy jak taki, jako taki swoisty folklor. Jako takie, no tak, no, sobie tam napisał ten Gluchowski, że a tu są ta, tu są Czerwoni, tu są Czarni, a tu jest jeszcze jaki, jakaś, jakaś Europa w postaci Hanzy, taka mini Europa w metrze i w związku z tym te siły się ścierają.
Ale w sumie, w sumie-... Nic się wielkiego nie dzieje. Tymczasem "Metro 2035" ma jeszcze tę, yy, moim zdaniem pozytywną cechę, inni powiedzą, że przypadłość, że, ee, "Metro, yy, 2035", aa, przynajmniej tak sobie liczę w tej chwili w pamięci, no, przynajmniej dwa razy rozbija w proch, yy, pracowicie budowaną konstrukcję. To znaczy autor coś tam buduje, buduje, buduje, przez ileś tam rozdziałów, a potem jednym, dosyć krótkim, no może nie akapitem, ale na kilku stronach rozwala to wszystko w pył. To znaczy nie do końca. Po prostu tłumaczy to w taki sposób, który, który nam po prostu nie przyszedł do głowy, albo w każdym razie, jeśli nawet przyszedł, to nie do końca dopuszczaliśmy. I tak się dzieje raz. I to powiedzmy, no udało się. Ślepej kurze ziarno. No ale jak to robi drugi raz po kolejnych tam iluś dziesięciu stronach, no to człowiek zaczyna nabierać szacunku. A jak się jeszcze pod koniec książki dzieją różne dziwne rzeczy, no to człowiek naprawdę ja chylę czoła. I to tyle, co mogę, to, co, tyle, co mogę powiedzieć o "Metrze".
Powiem jeszcze jedno, że to jest dla mnie książka i dlatego, dlatego wspominałem już w poprzedniej audycji o tym, że, że, mm, książka "Metro 2035" ona może się wydawać książką taką postapokaliptyczną, która mówi o tym, jak będzie wyglądał świat, jak się nawzajem pobombardujemy czy powystrzeliwujemy na siebie rakiety. Ale moim zdaniem, yy, w świetle tego, o czym pisze Goluchowski, o rzeczywistości, o postrzeganiu przez ludzi rzeczywistości, o postrzeganiu przez ludzi autorytetów, o postrzeganiu przez ludzi władzy, to to jest książka, która mówi tak naprawdę o naszych czasach, o kryzi, o kryzysie zaufania, o tym, że dzisiaj masy uwierzą we wszystko, co będzie odpowiednio podane. A człowiek, który będzie miał rację, który będzie mówił im prawdę, ale nie będzie, nie będzie za nim stała żadna siła, żadne media, żadna władza, to może krzyczeć tę swoją prawdę na ulicy i nikt go nie będzie słuchał, a w dodatku wszyscy go wezmą za idiotę. Idiotę, który się drze gdzieś na ulicy, opowiada pierdoły i co? Nic z tego nie wynika. Nikt tego, nikt go nie słucha. Yy, trochę to przypomina sytuację ludzi, którzy, którzy mówią: "Słuchajcie, nasz świat wygląda troszeczkę inaczej, niż wam się to wydaje. Yy, otaczają nas, no, tak, szukam, no, otaczają nas spiski". I wszyscy mówią: "Ha, ha, jakie spiski? Nie ma żadnych spisków.
Teorie spiskowe są dla wariatów". I tak właściwie się dzisiaj kwituje każdego, kto ma troszeczkę inne zdanie na temat tego, jak wygląda nasza rzeczywistość. Nikt nie sprawdza. To znaczy, bo gdyby to było tak, że ktoś mówi: "No dobrze, uważasz, że jest bardzo spiskowo? No to ja w takim razie, yy, w takim razie, mm, sprawdzę to, co ty mówisz i jeśli będzie po twojemu, to okej. Jeśli nie, to ci udowodnię, że opowiadasz jakieś tam pierdoły i nie zamierzam, i nie, dlatego nie warto ciebie słuchać".
Tymczasem proszę, zobacz, jest zupełnie inaczej. Dzisiaj ludzie mówią: "Co ten gość gada? No pierdoły". I przełączają na następny kanał, czy to w radiu, czy w telewizji, czy gdziekolwiek. No po prostu. Czy odkładają gazetę, bo pewnych ludzi z pewnymi tezami się po prostu nie słucha. I to jest między innymi, yy, moim zdaniem świetnie pokazane w książce "Metro 2035", że, że nie wystarczy mieć rację, nie wystarczy, yy, być przekonanym o tej racji. Nie wystarczy chcieć uratować kogoś, chcieć zrobić coś dobrego. To wszystko są dobre chęci, którymi wiadomo, co jest wybrukowane. Nie zgodzę się. No dobrze, to właśnie na-- czekam, żebyś się nad czymś nie zgodził. Wystarczy. Nie mówię, że nie wystarczy. Jest przykład. Przywołałem tutaj dzisiaj Chrystusa. Chrystus nie miał swoich żołnierzy ani politycznego zaplecza, ani niczego. Miał tylko swoją, swoje przekonanie i swoją wiarę, którą po prostu potrafił, yy, zaszczepić innym. Ale na to trzeba zapracować, tu trzeba znaleźć czego?, a nie myśleć, że wpadłem na ideę albo, że tak powiem, na coś tego. I teraz natychmiast wszyscy padną mi do nóg. Padną, powiedzą, jaki jestem genialny. Idę za tobą do nieba, nie? Ale nie zgodzę się. Ale nie.
Dobra, dobra, już rozumiem. Ale zapytam ciebie w ten sposób: o tym zapracowaniu zgoda na pewien autorytet trzeba sobie zapracować, bo o tym pewno myślisz. Mhm. Natomiast, a jeśli, yy, uda ci się, bo weźmiesz jak-jakąś wiedzę o świecie, która jest herme-- ta wiedza jest hermetyczna, nieznana wielu osobom, ale jest to prawda.
I wiesz, że jeśli podasz to ludziom, to przynajmniej część z nich uratujesz. A oni cię nie słuchają, bo nie, bo nie masz autorytetu, nie zasłużyłeś sobie. Chrystus mówił ludziom, że wszyscy są równi, co nie było w żaden sposób świa-świa-świadomości absolutnie nikogo.
Ale nie wszyscy mogą być Chrystusami. No niestety. No to, to, co byśmy nie powiedzieli. Jeśli chcesz być prorokiem, to musisz dorównać. Zgoda. Ten mechanizm rzeczywiście to, to jest rzeczywiście też mechanizm. Rzeczywiście można na ten, na książki Goluchowskiego spojrzeć w ten sposób. Rzeczywiście, Artem jest takim człowiekiem, który stara się chwi-chwilami w rozpaczliwy sposób ocalić część ludzi, niektórych ludzi, jakieś tam mniejsze, większe społeczności. I to mu się nie udaje. W każdym razie nie o to chodzi, czy mu się udaje, czy nie, bo to znaczy bywa różnie. Może tak, bywa różnie, ale on bez przerwy ma poczucie tego, że ci ludzie nie chcą słuchać tego, jaka jest prawda. Oni wolą swoją prawdę. Co więcej, później jeszcze autor oczywiście przewrotnie robi tak, że, że sam Artem, główny bohater, nie jest do końca pewien, czy...
O ile na początku jest pewien, że ma rację, to w niektórych momentach książki, w niektórych momentach powieści, tę wiarę na chwilę traci. A à propos tego, yy, znowu niezawodny O 35.... Piszę o tym, znaczy, na, na czacie, o tym, jak silne jest, jak silne jest oddziaływanie chociażby środków masowego przekazu.
Ja tak naprawdę, yy, nie wiem, yy, nie wiem, czy to jest prawda, czy nieprawda. Mój rozsądek podpowiada mi, że to jest absolutny fejk, ale być może ja nie jestem człowiekiem rozsądnym. Ale historia o błękitnym wielorybie, która teraz jest wałkowana w tę i we w tę przez różne media, yy, w sposób, yy, znaczy inaczej: nikt moim zdaniem nie zadaje, yy, wśród tych dziennikarzy, którzy wałkują ten problem, wałkują tę sprawę, nie zadaje moim zdaniem podstawowych pytań, które tam w ogóle nie padają, w tym, w tej, w tych rozmowach, w tych, w tych przekazach o błę, o tym błękitnym wielorybie. Yy, tam po prostu wałkuje się ciągle i to, ciągle to samo. A moim zdaniem wystarczyłoby zadać kilka rozsądnych pytań i już, yy, ta napompowana do granic informacja o błękitnym wielorybie stałaby się nieco sflaczala. Ja powtarzam, nie wiem, jaka, ja, być może będę musiał za, za tydzień, dwa, może za miesiąc odszczekać to wszystko, co w tej chwili powiem, bo rzeczywiście problem urośnie, ale jakoś jestem, jakiś taki dziwny spokój jest we mnie, że jest to absolutnie, yy, absolutnie rzecz, yy, nadmuchana. Yy, uważam, uważam, że po prostu, yy, po prostu ktoś zrobił newsa i tego newsa, yy, dosyć sukcesywnie media podtrzymują i jeszcze go pompują. Dobra! Zobacz, ja, na mnie to nie działa, bo ja w ogóle się od ciebie się tego dowiedziałem.
No tak, no trudno, żeby działała- Miałem oczywiście skojarzenie z Moby Dickiem natychmiast, bo to była też, że tak powiem, wy-wymyślona wizja, wymyślona dla czytelników, dla widzów, dla, dla, dla tego. Moby Dick, czyli niesamowite zamyślenia wieloryb czy tak dalej. No tak, ale wiesz co? Proponuję, yy, z błękitnego wieloryba jeszcze, yy, jeszcze uciec jednak w stronę postapo. Yy, w pewnym momencie, w pewnym momencie, yy, powiedziałem o tym, że, yy, książka Metro 2033 doczekała się kontynuacji, to licznych kontynuacji w różnych krajach. Yy, byli, yy, i Włosi się za to brali, i oj, to pamiętam, chyba Niemcy. Tych krajów było więcej, ale niestety nie pomnę, bo nie wszystkie, nie wszystkie książki z cyklu czytałem. Natomiast, yy, mamy też swój polski wkład w postaci Pawła Majki, yy, człowieka, który, który napisał dwie książki, i Roberta Szmidta, który również dwie książki napisał. Yy, o ile, o ile pierwszy autor, czyli Paweł Majka, to jest człowiek, który, yy, jakby para się różną fantastyką, bo jego nagrodzona książka Pokój, yy, Pokój na Ziemi, ja przepraszam, Pokój Światów. Pomyli-pomyliłem się. Pokój Światów to była książka z zupełnie innego nurtu. O tyle te dwie książki, yy, w świecie, yy, Metro 2033, no, były takimi typowymi produktami, tylko typowymi pod, pod względem dekoracji, natomiast bardzo, bardzo dobrze napisanych. Te książki były bardzo dobrze napisane.
Podobnie zresztą, yy, jak Robert Szmidt był bardzo chwalony za obie swoje książki, yy, że tam się, tam się po prostu działo. To były, to były książki pełne akcji, pełne zwrotów akcji. Yy, powiem tak: jak każda książka przygodowa jednym się podoba, drugim nie. Jedni mówią: "Eee, nie będę tego czytał, bo to głupie", a drudzy mówią: "Świetna książka!". Ja jestem w tej drugiej, w tej drugiej grupie, która mówi, że mnie się po prostu to dobrze czytało.
Ja w ogóle jestem ten typ, który zawiesza, zawiesza niektóre swoje sądy, yy, na czas czytania. I powiem tak, yy, po, po lekturze, yy, naszych polskich reprezentantów nie musiałem swoich sądów odwieszać. To znaczy naprawdę, naprawdę było tak, że byłem zadowolony z lektury. Ale powiem jeszcze jedną rzecz: Robert Szmidt, yy, jest ciekawy, yy, w tym, yy, w tym kontekście, mm, ciekawym pisarzem, bo to jest człowiek, który wcześniej, zanim, yy, książki w uniwersum Metro trzyći- dwa tysiące trzydzieści trzy popełnił, napisał też książkę niezwykle chwaloną i która mi się, też mi się bardzo podobało, podobała. Apokalipsa według, yy, według pana Jana. To jakoś w jakiś sposób nawiązuje do tego, co mówiłeś.
Aczkolwiek ten pan Jan to tam jest zupełnie in-zupełnie inna osoba. Yy, bardzo ważna zresztą dla książki, ale to też była super książka, taka postapo. No jak najbardziej przecież, prawda? Mm. Yy, dalej, yy, Robert, yy, Robert popełnił też, yy, słowo "popełnił" jest tu nie na miejscu, bo znowu, znowu całkiem, całkiem udana książka.
Aczkolwiek tu, tu nie do końca, nie do końca, yy, znaczy, tam taką książkę popełnił: Szczury Wrocławia. To jest książka, która mówi o, o apokalipsie zombie, yy, jak, która jest, yy, jak to powiedzieć? Po części naste, to jest następstwem teg-tych wydarzeń we Wrocławiu, które miały miejsce w tysiąc dziewięćset, yy, sześćdziesiątym trzecim roku. Chyba była epidemia czarnej ospy w tymże Wrocławiu. No i to jakby nawiązuje, nawiązuje. To jest w ogóle fajna książka, tylko tam mi przeszkadza jedna rzecz, ale rozumiem, dlaczego Robert Szmidt ją zrobił. Yy, po prostu tam są wymienianki od, yy, dotyczące tego, jak tam giną poszczególni ludzie, w jaki sposób.
Yy, Robert, Robert śmiał się zresztą, że mordował ich na stro, yy, konkretnych ludzi, bo rzeczywiście brał konkretne imiona i nazwiska ludzi, którzy się zgłaszali i ich mordował na kartach książki. Yy, robił to na różne sposoby, yy, bardzo, bardzo, bardzo sprawnie zresztą mu to wychodziło. I to są, to są takie elementy tej post-książki postapokaliptycznej, które mnie chwilami nużyły. Ale to tylko chwile, chwile były, bo sama, sama intryga, yy, to, co się w książce dzieje, jest znowu bez zarzutu. Ale ja ci zadam inne pytanie, bo ty zawsze się mienisz dinozaurem.
No, więc zadam pytanie, pytanie takie dinozaurowate. Powiedz mi, jakbyś miał powiedzieć, kiedy się, yy, ten, to, ten zachwyt literacki literaturą postapo zaczął według ciebie? Jakbyś tak miał powiedzieć: tak, rzucam cię na głęboką wodę i teraz mi odpowiadaj.
No, zaczął się chyba, jak ja, tak mam skojarzenia. No, pierwsze co, co Wells, Wells i Very Good z czasu, gdzie, yy-... Wiesz, co to jest bomba? Co to jest zagrożenie? Co to jest apokalipsa? Największą, najstraszniejszą rzeczą, jaka może być dla człowieka, dla nas, dla nas dzisiaj, tu i teraz, jest po prostu nie żadna bomba atomowa, nie kosmiczna, ale ogólnie przyszłość. Przyszłość jest, może być straszna i najstraszniejsza. To jest najbardziej tego. No i po prostu w wehikule wyobraźni, yy, czy raczej tym, yy, wehikule czasu u Wellsa w przyszłości okazuje się, że tak powiem, tak jak powiedziałem, aniołki bujają w niebie, natomiast warlocki tkwią pod ziemią i świat jest straszny. Mniej więcej taki sam, jak opisany tutaj. Yy, ale jak będziemy mówili o, o Hadesie i tak dalej, to będzie się długo wlekło. Ja, ja powiem o najbliższej przyszłości, takiej przeszłości. Otóż według mnie upodobanie do tego typu, yy, podziem-- sprowadzania człowieka do bunkra, pojawiło się po pierwsze w czasie II wojny światowej, kiedy były naloty, więc ludzie u, schronili się do podziemi, do bunkrów, do piwnic i tak dalej. I ta naturalna potrzeba chronienia się, yy, pod ziemię, yy, pojawiła się chyba w czasie II wojny światowej, tak na bar-- w sposób masowy. Natomiast w kulturze najlepiej została odzwierciedlona ta, ta, ta, wcale nie w książce, wcale nie w żadnej literaturze, ale w grze komputerowej.
Mojej ulubionej zresztą, czyli w cyklu, yy, Fallout. Gry Fallout to była jedynka, dwójka, trójka. A mogę ci bezczelnie jeszcze przerwać? Bo chcę coś, coś, chcę coś odpowiedzieć, yy, zanim powiesz o grze, bo wiem, że o tej grze będziesz mówił długo i warto, warto zresztą posłuchać. A, yy, odpowiem, yy, o trzydzieści pięć. Rzeczywiście, yy, tu czytam na, na czacie i ma, yy, ma o trzydzieści pięć rację. Yy, rzeczywiście Robert Schmidt, yy, Apokalipsę według pana Jana, yy, napisał przed Goluchowskim. Bo tak sobie w tej chwili zdałem sprawę, że Goluchowski napisał swoją książkę, o ile mnie pamięć nie myli, w dwa tysiące piątym roku, a Robert Schmidt, znaczy ona była wydana wtedy, a Robert Schmidt pierwsze wydanie Apokalipsy według pana Jana, jeśli mnie pamięć nie myli, w dwa tysiące trzecim.
No. Problem polega na tym i rzeczywiście, yy, o trzydzieści pięć ma rację. Yy, moim zdaniem zupełnie nie odbiega. Znaczy po prostu Robert Schmidt, yy, ma takie literackie kopyto, z którego bardzo umiejętnie korzysta. I rzeczywiście, rzeczywiście to, to jest, to jest fajna książka. Yy, problem polegał na tym, że, no, niestety, yy, Rosja czy auto-autor rosyjski miał większe przebicie, bo może dzisiaj nie, gdyby, gdyby przebicie czy powiedzmy, dojście do, do, do, do, do mass mediów, do, do, do, do w ogóle do, do, do rynku, do show-biznesu.
Nie wiem, jak to, jak to określić, bo, ale być może, yy, dzisiaj czytalibyśmy, czytalibyśmy cykl rozpoczęty książką Apokalipsa według pana Jana, gdybyśmy mieli lepsze, lepsze jakieś koneksje literackie, a nie, a nie kopiowali, kopiowali, yy, Metro dwa tysiące trzydzieści trzy. Ale- Uważam, że zupełnie, zupełnie rzecz prawdopodobna. No, tylko niestety, no, Goluchowski może by się okazał, może się okazał po prostu lepszym menadżerem swoich produktów. No tak, tak bym to, tak bym to powiedział. Chcę zwrócić uwagę, że w tym, w tej próbie ranking, rankingowania, że tak powiem, kto był pierwszy, kto był lepszy, to i tak Fallout wygrywa.
Dobra, opowiadaj. Fallout był pierwszą grą, która po prostu, yy, wymieniła atrybuty. To znaczy, przedtem gry by, gry były o rycerzach, o, o takie te bajkowe, średniowieczne, całe fantasy, czyli, yy- A przedtem jeszcze były o strzelaniu do Niemców. Mm.
Wolfenstein, yy- Nie, nie, nie. Super się do Niemców strzelało. Tak, tak, tak. Ale- No dobra, mów. Przepraszam, przepraszam. Natomiast, natomiast rzeczywiście w Fal, w Falloucie, yy, autorzy, którzy to robili, czyli to nie byli Amerykanie, to byli akurat, o ile ja się orientuję, to było paru Kanadyjczyków, paru Australijczyków, yy, mm, ktoś tam jeszcze. No, ale oni przyjechali sobie do Stanów i tam znaleźli sponsorów, żeby zrobić grę, że tak powiem. I ją zrobili. I oni wpadli na pomysł, żeby wymienić te dekoracje, całe, yy, miecze, wszystkie jakieś średniowieczne bajki, które, które się w, w literaturze science fiction i w grach science fiction funkcjonowały, wymienić je na współczesne. Nie rysować twarzy, yy, żadnych rycerzy, tylko po prostu używać zdjęć, fotografii, tego wszystkiego, co my dzisiaj, yy, posługujemy się w internecie.
Po prostu pewnej rzeczywistości. I oni po prostu to zrobili. Zrobili grę. Natomiast, yy, ta gra nie miała mówić o żadnym bajkowym świecie. Nie miała mówić o tym, tylko dokładnie o świecie postapokaliptycznym. Jak wygląda punkt wyjścia, yy, fabuły gry Fallout, Fallout? Otóż po dokładnie totalnym, yy, zniszczeniu całej ziemi, yy, to znaczy po jakiejś bombie jądro..., yy, wojnie jądrowej, yy, gdzieś pod ziemią, w paru miejscach na ziemi, między innymi może i w metrze moskiewskim, a może gdzieś pod Pentagonem, może gdzieś pod Chicago i tak dalej, przetrwają, przetrwają w bunkrach małe grupki ludzi, zwykle, zwykle dosyć dobrze zmilitaryzowane, bo to są ci ludzie, którzy od tego. No, oni przeżywają tą całą wojnę, trwają tam pod ziemią, rozwijają się i tak dalej. No i powolutku, powolutku zaczynają wyłazić na powierzchnię ziemi. Jednym to się udaje, inni giną. Yy, na powierzchni ziemi grasuje w tym czasie zupełnie, zupełnie inny świat. Są zupeł- są te wszystkie rzeczy, które potem się w, w książkach, yy, innych autorów, już późniejszych, yy, pojawiały: potwory, zombie, mo, yy, mutanci, genomuty, wszystko i tak dalej. Natomiast tam, yy, wyłazi spod ziemi człowiek i to jest cykl Fallouta. Yy, na tym, na tym, na Falloucie wychowało się-... W tą grę gra, grali gówniarze, którzy później siadali do, do komputerów i pisali książki. Ja dam sobie łapę uciąć, że Grochowski, jak dał te czternaście, piętnaście lat, to, to grał w Fallouta. Po prostu nie ma innego wyjścia. Nie da się, to prawda. No, bo to na tej, na tej, na tej grze się wychowywali ludzie, którzy później pisali książki, pisali scenariusze. Dzisiaj piszą scenariusze filmowe. Muszę wam powiedzieć, że bardzo często w dobrych filmach sensacyjnych tego nikt nie zauważa, ale w dobrych filmach, takich show biznesowych, które teraz krążą, często pojawiają się motywy muzyczne z Fallouta wzięte, bo to jest odniesienie. Ono nikomu nic nie mówi, ale Amerykanom mówi i graczom Fallouta mówi. Czują klimat, czują atmosferę. To są, to są może parę sampli, może parę, coś tego, ale to jest. I ja jako znawca tego, ja to wyłapuję. Normalny człowiek nie widzi tego. Natomiast nawet najlepsi muzycy, którzy, którzy przez ostatnie.. , którzy dzisiaj mają dwadzieścia, trzydzieści lat, oni urodzili się, grając w Fallouta.
Coś, coś chciałem, coś chciałem dopowiedzieć, bo O35 jest niezawodny i ciekawą rzecz, ciekawą rzecz, jak zwykle napisał. Otóż coś w tym jest. On napisał o Alei Potępienia Roberta Żelaznego. Tak, tak. Rzeczywiście są pewne, pewne podobieństwa pomiędzy Falloutem, który..., którego tak ukochałeś, Aleją Potępienia, która powstała znacznie, znacznie wcześniej. Ale zobacz, to jest, to rzeczywiście jest ten klimat. Ja, co prawda, nie do końca zgadzam się z tym, że wszystko zaczęło się od Alei Potępienia.
Na pewno jeszcze porozmawiamy o tym, co było jeszcze wcześniej niż Aleja Potępienia. Ale przyznaję, Aleja Potępienia to była jedna z tych książek, które w swoim czasie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Naprawdę! To było, co prawda, w czasach, kiedy tej literatury zachodniej było trochę mniej i jak to się ukazało pierwszy raz w Fantastyce, to wszyscy zrobili takie: wow! Ale książka. Trochę było później gorzej, bo zobaczyłem film, film, film ten telewizyjny na ten temat, który poza tytułem właściwie w ogóle nie przypominał książki. No, ale pomińmy, pomińmy to milczeniem. Na razie zostawmy te pierwociny, bo pewno do nich jeszcze pożeglujemy. W każdym razie rzeczywiście Aleja Potępienia Żelaznego to jest książka, no, którą do dzisiaj wspominam z pewnym takim dreszczykiem. Po prostu dobra, dobra lektura była. Dobra, opowiadaj o Falloucie, bo Fallout to jest taka- Najpierw jeszcze tego. Filmy należy w ogóle generalnie przemilczać, gdyż one są, że tak powiem, jak te mięcie zwykle w towarzystwie. Jedynym filmem, który lepszym chyba od książki, który został zrobiony na współczesnej literaturze, to jest chyba Lśnienie w porównaniu z książką...
Kinga. Kinga, tak, to- Ale wiesz, że to Lśnienie Kubricka, King się wypiął na nie i powiedział, że absolutnie się.. kazał wycofać swoje nazwisko i absolutnie się pod nim nie podpisuje. Dlatego, bo się nie zgadzał z tą, z tym filmem. Po prostu, ale wiele, wiele, wiele lat później King nakręcił swoją wersję, która była fajna i wierniej, bardzo wierna temu, co napisał. A ja i tak wolę Kubricka. Tak, tak, tak, bo tamta była dobra. Po prostu tak.
Ale dobra, wiesz co? Powiedz jeszcze o Falloucie, bo o Falloucie właściwie moglibyśmy zrobić osobną audycję, o tej grze, więc na to na razie sobie nie pozwolimy. Ale wiem, że Fallout to jest właściwie dla ciebie troszeczkę taki sposób życia. Ja zaraz wytłumaczę, bo wytłumaczę to, bo Wiktor to jest taka, to jest taka postać, która jak czasami zaczyna grać w poniedziałek, to w poniedziałek kończy. Ale to jest poniedziałek za dwa tygodnie, z krótkimi przerwami na sen oczywiście i na kawkę. Niekoniecznie. Na kawkę niekoniecznie, ale na papierosa- Nie, na sen niekoniecznie. A, sen nie, ale kawka, kawka owszem i papierosek owszem, też. No tak, ale te rozgrywki czasami trwają. I tu wcale nie przesadzam z tymi, z tymi, z tymi dwoma tygodniami. A mnie bardziej zafascynowały, zafrapowały nawet twoje opowieści o zabawach z Falloutem, a właściwie nie zabawach... czy nie z Falloutem, ale z twórcami tej gry i z tym, co oni tak naprawdę w tej grze ukryli. Bo ty, zdaje się, z racji tego, że w swoim czasie pracowałeś, w każdym razie mocno współpracowałeś ze Świat... z pismem Świat Gier Komputerowych, to miałeś taką swoją pasję i rozkładałeś gry na czynniki pierwsze, to znaczy wyciągałeś z nich bebechy. I może coś na ten temat? Nie, oczywiście, jak pomieszkiwałem w redakcji Świata Gier Komputerowych, to po prostu dostawałem te pierwsze wersje przesyłane przez firmy ze Stanów do, do, do Piotra Linkowskiego po to, żeby je rozgryźć. Po prostu. Co, co, co tam autorzy zrobili i ewentualnie zasugerować autorom, co by warto było zmienić, bo to była wielostronna wymiana, dwustronna, a nie jednostronne tylko dostarczanie tego. No ale to jest, to jest taka historia. Natomiast dlaczego? Dlaczego ja tak się upieram troszeczkę przy, przy Falloucie w porównaniu z Grochowskim? Otóż i w ogóle z literaturą jako taką. Otóż książkę, najwspanialszą książkę ja mogę przeżywać, mogę ją przeżywać wielokrotnie. Dzisiaj to już ciężko, ale jednak nie mam wielkiego pola manewru, żeby wpłynąć w jakiś sposób na fabułę tej książki. Moje zrozumienie może iść oczywiście śladowo, na początku, może się rozwijać i dojrzewać w trakcie czytania. Natomiast ja nie, bogiem a prawdą, nie mam wpływu na, na fabułę książki....
Natomiast, yy, na, w dobrych grach komputerowych ich, ich jest bardzo mało. Ich właściwie w ogóle nie ma, takich gier. Natomiast ku takim grom wielu ludzi dąży i dążyło, żeby takie gry robić. To są gry takie, w których ty będziesz mógł kreować w sposób rzeczywisty, w pewien sposób rzeczywistość, nie naruszając logiki rzeczywistości, nie naruszając, że tak powiem, praw natury, logiki i tak dalej. Natomiast móc manipulować jakieś. No i na pewno jest wiele gier, gier, które takie rzeczy próbowały robić, o, jeszcze bardzo, bardzo, bardzo dawno, trzydzieści, czterdzieści lat temu. Natomiast Fallout, autorom Fallouta udało się w pewien sposób coś takie, takiego zrobić. Otóż co najgorsze, ja nie mogę tego powiedzieć o grze Fallout, yy, na przykład Fallout Tactics, ostatniej, przedostatniej, czyli tej takiej czysto strategicznej grze. Otóż ja kiedyś miałem, yy, w piśmie, yy, w Świecie Gier Komputerowych miałem styczność z betą tej gry, czyli z produktem nie finalnym, ale tym robocym, który fabryka tam- Docierał. Do, do, docierała. No i ja jego rozgryzałem. I słuchajcie, to była rzecz genialna. To była rzecz nieprawdopodobna.
Tam wszystko się działo zgo, zgodnie... Działo się zależnie od tego, jak ty, jaki ty masz charakter, jak ty postępujesz w życiu. My, swoim tu obecnym, a nie w grze. Tylko od, od tego zależało wszystko w tej grze.
Była to gra nieprawdopodobna. Ten kadłubek, który dotarł na rynek, yy, no, bo w końcu trzeba było zarobić. Otóż, mm, autorzy, jak ja pamiętam, to ta cała firma, która robiła grę Fallout Tactics, została z dnia na dzień wywalona za drzwi. Producent po prostu wywalił ich wszystkich. Następnie z kilkoma ludźmi podpisał umowę na nowo, po to, żeby dokończyli tego, reanimowali tego trupa i żeby można było to wydać, nie? Zostało to wydane.
Jest to najgenialniejszą grą, jaką się, jaka się udała, ale- Ten kadłubek. Ten kadłubek. Kadłubek. Natomiast w porównaniu z betą to, to jest zero zupełnie, nie? No, ale to jest- Niemniej namiętnie grasz w te, w kadłubka. Tak, bo, bo mam tam ogromne pole do popisu.
To znaczy mogę tam, yy, robić wiele rzeczy, których, których, yy, które normalnemu gracu, gracu, graceri w ogóle do głowy nie przyjdą. Że można, że można w ten sposób na przykład postępować, że można coś obejść, coś wykombinować albo, że tak powiem, zachowywać się w taki, a nie inny sposób, nie? No, ale to, to nie tego. Ale widzisz, to, to jest... Bogactwo tej gry jest fajne, ale ono jest porównywalne w pewnym sensie z bogactwem, yy, świata, yy, Goluchowskiego. W czym? Dlaczego?
Dlaczego jest porównywalne? Otóż nie od dawna, jak ty wymieniasz tam, yy, Aleję Potępienia i Windjama, i ja sam wymieniam mnóstwo, bo to jest literatura, literatura- ... Po czwórki. Tak. Czwórki. Na których się, to jest literatura, na której ja się wychowałem. Ale w porównaniu niestety albo raczej z literaturą, ogólnie mówiąc, rosyjską, ale wte, tu wchodzi również, yy, literatura polska, mm, czasami niektóre rzeczy czeskie również, czyli tą, trudno to określić, by że powiedzieć o słowiańskiej jakiejś literaturze. Ona jest jednak zupełnie inna. Ona jest, yy, i to, yy, u Go, u Goluchowskiego widać szkołę strugackich.
Strugaccy też pisali w sposób niejednoznaczny, wieloznaczny. Nigdy nie, nie, wątek nie był prosty. Nie zawsze, bo nie zawsze im się to udawało. Zresztą oni, oni to robili, ale oni nigdy... Zresztą literatura w ogóle rosyjska i również polska, nigdy nie pisze rzeczy wprost, nigdy nie dąży do czegoś, co ma się skończyć tak i, yy, jednoznacznie. Zawsze jest tego, ale zwróć uwagę, jakie są nasze rozmowy.
Jeśli, za przeproszeniem, Polak z Rosjaninem usiądzie przy piwie, to nie będą rozmawiali o piwie. Będą mówili o duszy, o Falloucie, proszę ciebie, o Big Bangu, o czymkolwiek innym. Po prostu będą mówili o takich rzeczach, po prostu. Natomiast, natomiast ta inna strona cywilizacji, jedząc hot doga, będzie raczej rozmawiała o hot dogu.
Przepraszam tą resztę cywilizacji, ale mam takie obserwacje. Albo czy piwo jest odpowiednio zimne? Czy piwo jest odpowiednio zimnie do tego hot doga, nie? Tak jest. No. Ja powiem jeszcze tak, że tu jeszcze, yy, mamy kilka podpowiedzi, bo Witek Stik wspomina o Stalkerze, czyli tak naprawdę o Pikniku- Tak, tak. Pikniku na skraju drogi. Jańcio Kropotkin także, także, yy, rozmawiają o tym, ee, na czacie. Rzeczywiście, yy, to co prawda nie jest takie czyste postapo, to też zauważają, tylko właściwie w tej zonie dzieją się rzeczy takie, takie bardzo dziwne. Ale warto. Wspomniałeś Strugackich, więc warto, warto o tych Strugackich powiedzieć. To rzeczywiście, to rzeczywiście jest taka namiastka, ta, ta zona, to, co tam jest, zachowanie tego stalkera. Notabene, przecież to jakby z racji, z racji pewnego nazewnictwa stalker pojawia się, stalkerzy to jest również nazwa tych, tych ludzi w powieści Goluchowskiego, którzy wychodzą na powierzchnię- No tak!
I eksplorują tę powierzchnię. Wychodzą tam w różnych celach. Nie mogę powiedzieć, bo, bo znowu bym za dużo, za dużo o książce opowiedział. W każdym razie też się pojawiają stalkerzy, ale w oryginale, czyli w Pikniku na skraju drogi, czy później w grze, czy w grze, która się, yy, która także się Stalker nazywa, ale też filmie, który, który powstał, no to, to też jest takie, takie miejsce, które, no, które mnie przygnębia.
A w ogóle wszystkie takie postapo dla mnie są, przynajmniej po części, przygn... Dosyć przygnębiające, mimo wszystko.... Ale ponieważ szukamy korzeni, to jeszcze, yy, to jeszcze warto, warto wymienić przynajmniej kilka książek. Kilka i to, co więcej, fajne jest to, że wśród tych książek znajdą się również książki polskich autorów. Zanim jednak o tym, o tych książkach, to przypomnę tylko o tym konkursie, o którym wspominałem na początku, yy, naszej audycji. A mianowicie wystarczy wejść na stronę bibliotekarium.pl. Tam na pierwszej stronie, ee, jest taki zmieniający się prostokąt duży. Raz się pokazują książki, a raz się pokazuje coś, co się nazywa Metro 2035. Konkurs dla słuchaczy audycji Bibliotekarium. Jak się kliknie ten obrazek, to tam jest, yy, tam jest ogłoszony przez wydawcę portalu, yy, wydawcę portalu konkurs polegający na tym, że każdy, kto dosz...
Dlaczego lubi albo nie lubi literaturę, yy, postapokaliptyczną. A wśród tych wszystkich osób zostaną wylosowane dwie książki właśnie Dmitrija Goluchowskiego Metro 2035. Nie tyle wylosowane, co zostaną wybra- wybrane te książki, że wybrany, wybrane zostaną te wypowiedzi przez miłościwie nam panującego wydawcę i tenże, tenże wydawca zdecyduje, kto, kto jedną i drugą książkę dostanie. To tyle. To tyle o konkursie. Natomiast, yy, natomiast warto, warto powiedzieć jeszcze na przykład o takiej książce z polskiego rynku, która w latach osiemdziesiątych narobiła naprawdę dużo, dużo szumu. A mianowicie właściwie bardzo długie opowiadanie, no, ale właściwie prawie w objętości książki. Właściwie książka, czyli książka Głowa Kasandry. To była książka, yy, wymieńmy też autora. Marek Baraniecki. Bardzo często, właściwie co roku, bywa na, yy, Festiwalu Fantastyki w Nidzicy, organizowanej przez, yy, przez Wojtka Sedeńkę i wydawnictwo Solaris. I tam można z Markiem Baranieckim porozmawiać. To bardzo, bardzo ciekawa postać. Yy, ta książka, Głowa Kasandry, to była książka, która takie... Wbijała w fotel w latach osiemdziesiątych, bo to była książka, która mówiła w tamtych czasach. Dzisiaj się to wydaje śmieszne, ale w tamtych czasach powiedzenie, że to może jednak, yy, nie Amerykanie zaczęli wojnę, to było w ogóle, to był kosmos. W dodatku ta książka miała być zekranizowana, yy, i to naprawdę dużym, z dużym rozmachem szło ku tej ekranizacji.
A potem się okazało, że ekranizacji nie będzie, ponieważ ktoś, gdzieś tam, nie wiem, w Komitecie Centralnym czy w jakimś innym na Mysiej Urzędzie Kontroli Publikacji i Widowisk, wpadł na pomysł, że ponieważ główny bohater, yy, powieści Głowa Kasandry, yy, jest takim człowiekiem, który rozbraja, yy, głowice atomowe, które nie opuściły silosów, to ten facet będzie musiał, yy, schodzić do silosów, a na tych, na tych rakietach będzie musiało być coś napisane. No, na przykład jakaś gwiazda będzie musiała być narysowana albo coś. I to im się tak cholernie nie zgadzało. To im się tak cholernie nie zgadzało, że w rezultacie doszło do tego, że, że pomysł ekranizacji został ugrobiony. I może szkoda, i może szkoda. Ty znasz dosyć dobrze Marka Baranieckiego. Powiedz coś o tym, jak to, jak to, jak to w ogóle z tą książką było? Kiedy się z nią pierwszy raz zetknąłeś? No, kiedy się zetknąłem z Markiem Baranieckim. Ale to widzisz, cięż-cięż-ciężko mówić, wiesz, o tych, o tych spotkaniach, bo to ludzie powoli odlatują. Natomiast, widzisz, tak jak książka Głowa Kasandry, wiele zostało napisanych na Zachodzie, również takich jak, yy, książek, jak Strugaccy napisali. W warstwie tej sensu powstało na Zachodzie bardzo dużo. Yy, otóż czym się różnią te książki? Literackością.
Literackością się różnią. Tak, dokładnie. Yy, jakby to, co ja powiedział- mówiłem przed chwilką. Żeby nie być gołosłownym, ja to pociągnę. Otóż jeśli weźmiemy najwspanialszą głębię psychologiczną, na przykład cudownie zrobioną, tak jak monolog, yy, Molly w Joyce'a, w Joyce'ie. Yy, jest to coś, cudowny kawałek literatury, wspaniały, ale weź pół stronicy bełkotu pijaka jakiegoś w knajpie u Dostojewskiego albo bełkotu, yy, zapyziałego człowieka, yy, gościa od Strugackich, albo bełkotu jednego z bohaterów, yy, Goluchowskiego i porównaj z bełkotem Molly. To jest przepaść cywilizacyjna. Przepaść po prostu. Yy, no i na tym, ta różnica, ta różnica jest również między książkami. O, przepraszam cię. W Ulissesie jest bardzo, bardzo udana scena rozmowy dwóch podpitych gości. A jeszcze jak jest czytana przez dobrego aktora, to jest po prostu wybitna. A tak, bo jest fajna teatralnie, świetnie zrobiona i tak dalej.
Natomiast Bogiem a prawdą tam z tego niewiele wynika, bo, yy, właściwie jak szukam w tej chwili, to mi przychodzi jedyne, jedyne sensowne gadanie do siebie, to-... yy, wydane na Zachodzie, to jest chyba "Czekając na Godota". O! To było dobre. To było dobre.
To kiedyś, dlatego teatr to robi do dzisiaj, chyba od czasu do czasu, no. Nikt co prawda, a może nie, przesadzam nikt, ale niewielu to rozumie, ale wszyscy- Tak. -wszyscy się ekscytują, także- Tak, tak. Wszyscy mają poczucie obcowania z czymś głębokim i wielkim. To zawsze też uwzniośla i czyni, czyni człowieka takim bardzo, bardzo takim no, yy. Czuję się dobrze. Po prostu czuję się dobrze. Ale Marku, właśnie yy, dochodząc, docierając do tego, yy, Goluchowskiego. Otóż ja wcale nie jestem taki zachwycony książką, natomiast jestem zachwycony kulturą tego świata. Po prostu, yy, rozmowami, zabraniem się w tym, jak to jest podane, bo to jest strasznie, strasznie fajne. Takie ja wiem, że to, to jest brzydkie, ale może. Natomiast jeśli się to weźmie w palce, to to ma wspaniały, jak jedwab, jak czysta bawełna. Wspaniale się tego dotyka i dlatego ta książka jest według mnie dobra. Dzięki, dzięki, dzięki materii, gęstości materii, wieloznaczności materii, a wcale nie dzięki wizji. Wizja została przetestowana, jak ja powiedziałem, w Fallout-cie, yy, przetestowana gdzie indziej i tak dalej.
Wszelka kupa ludzi pisała na ten temat, ale tak jak Goluchowski to robi, jeśli chodzi o kulturę, to mi się podoba. To jest świetna rzecz. Ja się z tobą zgadzam, aczkolwiek jak zwykle nie do końca. To znaczy, yy, rzeczywiście jest coś w tym, że, że Goluchowski po prostu pewno to dobrze napisał i zostało to znakomicie przetłumaczone, bo to też jest, też jest ważna sprawa, żeby ktoś, kto się bierze za tłumaczenie, yy, znał nie tylko język oryginału, ale też znał dobrze język polski. Myślę, że w tej chwili nie pamiętam niestety nazwiska tłumacza, ale, yy, bez wzgl... Znaczy wielki hołd dla tego człowieka, bo naprawdę przełożył, przełożył rzecz znakomicie. Yy, ale powiem coś takiego, że nie tylko moim zdaniem, o ile wszystko to, co powiedziałeś przed chwilą, da się przyłożyć do Metra dwa tysiące trzydzieści trzy, da się przełożyć do Metra dwa tysiące trzydzieści cztery, to przy Metrze dwa tysiące trzydzieści pięć. I to jest dla mnie naprawdę, ja to już raz mówiłem, ogromne zaskoczenie, że trzecia książka w cyklu może być tak inna i tak odkrywcza. Bo do tego języka, do tego właśnie, co powiedziałeś, gęstości materii, a dokłada jeszcze intrygę- Tak, tak. -która rozwala po prostu. Ale, yy, wspaniałą rzecz, o której mówisz, to jest jedna.
Zwykle, generalnie wszystkie książki enta, enta, enta były gorsze od pierwszej. To jest chyba jedna z pierwszych książek, która jest lepsza od całych swoich, od swoich poprzedników, od jedynki i dwójki. Od tych, yy, poprzednich. Metr, yy, że tak powiem. Ten trzeci metr jest nawet lepszy od pierwszego i drugiego. Tak jest. Ja ci powiem tak i znowu, znowu mam takie, już to raz kiedyś mówiłem podczas audycji. Mam takie poczucie, że uczestnicy czatu, a na pewno o trzydzieści pięć gdzieś siedzi, ma sondę w mojej głowie, bo właśnie napisał coś, czego bałem się powiedzieć przy tobie, że mnie zaraz zrugasz. A więc teraz zacytuję: "Mam takie głupie skojarzenie. Autor Metra tak, jakby trochę narrację zaczerpnął od Sołżenicyna." No, miałem to powiedzieć, ale się bałem, że- Rzeczywiście tak. -zaraz na mnie naskoczysz. Nie.
No to dobrze. No więc ja się w pełni zgadzam. Ale on tego nie zaczerpnął. To jest jego kultura- Yy. -to jest powietrze, którym on oddychał w Rosji. To jest, to jest jego świat, nie? Także ten świat jest właśnie dlatego tak bogaty, tak smrodliwy i tak gęsty po prostu. A jednocześnie- I tak piękny. A jednocześnie tak pełen ludzkich uczuć. Dokładnie tak. Bo tam jest bardzo dużo, bardzo dużo, bardzo dużo takich wątków, że ludzie są dla siebie ludźmi. Niestety są, są również potworami. Chciałbym ci zwrócić uwagę, że ludzie byli w Polsce najbardziej sympatyczni wobec siebie w czasach komuny.
No tak. Wtedy byli mili wobec siebie, sympatyczni. W tej chwili upodobniamy się do naszych wierzycieli. Po prostu. To jest prawda. Jak jedziemy windą, to najlepiej metr od siebie i broń Boże nie odezwać się. A już w ogóle, a już nie dotknąć w ogóle, no. Nie dotknąć, ani się nie odezwać. Nie, no to po co się odzywać? No, wiadomo, że nikt taki mądry jak my nie jest.
I to tak mniej więcej takim nurtem, takim nurtem się porusza. Ludzie uważają się za najmądrzejszych, najwspanialszych i najlepszych i nie będą z jakąś hołotą rozmawiać, szczególnie w windzie. No niestety, coś takiego się porobiło, ale to wiesz, to są takie w tej chwili, yy, narzekania czy skrzeczenia starych zgredów. Tak. I zostawmy to, zostawmy to na boku. Ja proponuję na chwilę, yy, zmienić trochę krąg kulturowy, bo mówimy, mówimy o rosyjskiej duszy, mówimy o, o Metrze, a cały czas szukamy, yy, szukamy tego, co legło u podstaw. Pewno nie znajdziemy. Ty zresztą pojechałeś tak daleko. Pojechałeś do Morlocków i Elojów u Wellsa, więc już chyba dalej nie skoczymy. No dalej byłem. Byłem dalej, w Piśmie Świętym. No, w Piśmie Świętym. No tak, zaraz coś wyłupanego, wyłupanego wyciągniemy z jakiejś jaskini.
Nie, ale powiem ci tak, no, z takich książek bardziej wprost, yy, to ja chciałbym zapytać, yy, o twoje no wiesz, no, obrażenia. Czytałeś "Ostatni brzeg?" To jest pytanie retoryczne. Natomiast, yy, czy to nie jest... Czy to też twoim zdaniem nie jest dobre postapo? Tam teoretycznie nie jest tak źle. Znaczy nie jest tak źle, jak na przykład w Metrze, ale jednak, yy, wizja umierającego świata, gdzie Australia to jest taki ten, ten właśnie ostatni brzeg. Z tym, że też nie na długo.
Też umierający. Powiem ci, że ta książka jest przygnębiająca. Ja co prawda pierwsze, co widziałem, to widziałem film. Stary film. Nie wiem, bodajże z sześćdziesiątych lat. Nie pamiętam dokładnie, ale ten film zrobił na mnie takie wrażenie, że później przeczytałem książkę. A i oczywiście jak zwykle, bo to nic, nic odkrywczego, nic, nic odkrywczego. Książka była oczywiście lepsza, ale dla mnie to też jest typowe postapo.
Może jeszcze nie tak epatujące, yy, nie tak atrakcyjne w sensie takim tego, co się dzieje, bo książka, yy, książka "Ostatni brzeg" toczy się powoli.... tam coś próbują odkryć, coś próbują przechować, próbują ocalić trochę tego człowieka w sobie, w tych ostatnim, w tym ostatnim czasie. Próbują żyć po prostu, chociaż wiedzą, że to tak naprawdę gdzieś chyli się ku upadkowi wszystko. Ale próbują. I to dla mnie, ta książka jest przygnębiająca, bo w ogóle dla, książki postapo, yy, dzie-- można podzielić tak naprawdę na te rozrywkowe, gdzie tak naprawdę nie wierzymy w to, co czytamy, dobrze się bawimy i takie, które, no, niestety pokazują, jak to się może skończyć. Była taka, była taka, być może zbyt odważna teza, że książka "Ostatni brzeg" uratowała ludzkość przed prawdziwą wojną atomową. Ja oczywiście się nie będę do tego ustosunkowywał, bo nie wiem. To oczywiście ktoś rzucił i ja to złapałem. Czy to jest prawda? Nie wiem.
W każdym razie wiem jedno, że to jest książka niezwykle sugestywna i, yy, jeśli nawet nie ocaliła, bo to pewno za dużo, to na pewno, na pewno mogła się przyczynić do tego, jak ludzie myśleli o potencjalnym konflikcie zbrojnym. No i na pewno to na czytelnikach tej książki, którzy potem dorastali, dorośli, stali się politykami, stali się biznesmenami i tak dalej, w jakiś sposób po prostu mają to we krwi, bo zo-- pozostało coś takiego. Ten, ten, ten atawizm bomby atomowej tkwi w ludziach współczesnych, w jakiś sposób tkwi tam po prostu takie, czasami chyba mocniej niż promieniowanie. Promieniowanie się ulotniło, a ta, ta, ta wizja, ten, to odium, yy, odium Hiroshimy i Nagasaki, Czarnobyla to nie jest tylko właśnie promieniowanie. To jest jeszcze, jeszcze coś, coś, co, coś o wiele bardziej apokaliptycznego. Po prostu, nie? Tak! To jest totalne... No tak- Zniszczenie. I, i tak jak tu znowu na czacie, yy, piszą nasi, nasi słuchacze. Książka, książka "Ostatni brzeg" jest beznadziejna. Beznadziejna. Beznadziej- beznadziejna w sensie, w sensie beznadziei, którą przekazuje. Jest bez- I teraz to się zdenerwowałem. Nie, nie jest.
Ja, ja będę bronił. Jest niezła, niezła książka. Beznadziejna jest w tej warstwie, w tej warstwie- Tak ... yy, tego, że nic się już nie zmieni. Tak, tak, tak. Po prostu to jest koniec. U Gorchowskiego- Tak ... to jest książka rozrywkowa tak naprawdę. Tak. Tam się dużo dzieje i musi się dużo dziać. Natomiast ona jest momentami też przerażająca, bo ona pokazuje, jak w gruncie rzeczy, yy, podatni jesteśmy na to, żeby w każdych, dosłownie w każdych warunkach, my byśmy się zakopali nie w metrze, a nie wiem, yy, trzy kilometry pod, po, yy, powierzchnią ziemi.
I też, też byli, znaleźliby się tacy, którzy, yy, wykorzystywaliby jedni drugich i manipulowaliby jedni drugimi. To jest po prostu jakaś taka nieodło, nie, nieodłączna cecha człowieka, że jak się, jest grupa ludzi, to zawsze się muszą znaleźć przywódcy, którzy odpowiednio zmanipulują pozo- pozostałych i przejmą nad nimi kontrolę.
Mm, e- Ale czasami jest też tak, że nad tymi, co przejęli kontrolę, yy, jeszcze ktoś inny przejmuje kontrolę. Wtedy się zaczyna dopiero zabawa. Mm, ale tą cechę mają, yy, nie tylko politycy. Teraz to akurat mówisz o tej stronie sterowalności. Natomiast, yy, człowiek sam samodzielnie również ma, yy, również ma pewne, jakby ci to powiedzieć? Bo nie lubię teoretycznie, teorety- gadać. Otóż- Mów praktycznie.
Praktycznie powiem. Otóż, yy, trzydziesty dziewiąty rok w Polsce, yy, to była też apokalipsa. Dokładnie coś takiego. Polska przestała istnieć. Właściwie zeszliśmy do podziemia. Jest to koniec świata! No tak.
Autentycznie koniec świata, nie? Wyobraźmy sobie, jakby człowiek, yy, człowiek, yy, obud-- zasnął- Tak ... yy, powiedzmy trzydziestego czy trzydziestego pierwszego sierpnia, jak zapadł w jakąś śpiączkę i obudził się miesiąc później- Tak ... to obudziłby się w innym świecie. Tak, ale zwróć uwagę, yy, zwróć-- dajmy na to, że reszty świata nie ma. Jest tylko Polska po trzydziestym dziewiątym roku. Nie ma świata, nie ma nic. Jest koniec świata. Koniec!
Koniec. No i co robimy? I co robią ci, którzy przetrwali tą ako- apokalipsę? Yy, jeżdżą po całym świecie i rozpaczliwie szukają wojska, do którego by się mogli zaciągnąć, żeby walczyć dalej. Przecież nie ma już o co, bo już koniec świata się stał, nie?
Nikt z tych ludzi nie wierzy w koniec świata. Wszyscy jeżdżą dalej i walczą na wszystkich możliwych frontach, wszędzie i tak dalej. To robili Polacy, to robili, Rosjanie. Zawsze na tym polega siła, również indywidualności in- indywidualnego człowieka, czyli, yy, sterowalność później. Tak, no Boże, znajdzie się Sikorski, no i powoła tych paru żołnierzy do kupy, weźmie. Potrzebny jest przywódca. Mówimy oczywiście o Sikorskim, który zginął w Gibraltarze.
Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak. Natomiast czy, czy inny. Natomiast ten, yy, ta siła przetrwania, ja mówię, ta indywidualna, yy, indywidualnych jednostek, jest o wiele lepiej pokazana, chyba, mm, pokazywalna, że tak powiem, w ksi- w książkach i filmach, yy, tutaj, z naszej sfery, tutaj z, z naszego bloku, że tak powiem, europejskiego.
Dlaczego? Bo myśmy te rzeczy wielokrotnie przeżyli. Yy, w kulturze amerykańskiej o, o apokalipsie mogliby właściwie to mówić Indianie, ale ich już nie ma. No, w każdym razie niewielu ich zostało. Niewielu ich zostało. No. Wiesz co? Tak naprawdę, tak naprawdę ktoś kiedyś powiedział, że, yy, apokalipsa na świecie, yy, zdarza się każdego dnia i dotyczy... tylko jest na taką skalę mikro.... I dlatego jej nie dostrzegamy.
Ja nie mówię tutaj o takim, o takim aspekcie, że właściwie śmierć każdego człowieka jest rodzajem apokalipsy. Nie, tak głęboko nie schodzę, ale różnego rodzaju, różnego rodzaju apokalipsy właściwie wydarzają się prawie codziennie. Tak.
Jesteśmy, właściwie nie jesteśmy ich świadkiem, bo nauczyliśmy się, nauczyliśmy się ich nie dostrzegać w wiadomościach. Wiadomości też nauczyły się, yy, nie przekazywać takich, takich złych, niedobrych informacji, które burzą ludziom spokój. Mogę wskoczyć w słowo? Jasne.
Przypominam sobie anegdotkę sprzed dwudziestu lat prawie. Yy, była wiadomość w Wiadomościach, że nastąpił jakiś wybuch w metrze, w tym, yy, no, w Okrąglaku w Katowicach. Nie w Okrąglaku, no to A gdzie to tam było? W siedemdziesiątych latach- Tak. -w Warszawie. Bank PKO. Nie! A to gdzie było?
W Katowicach, w Katowicach. Taki, ten to już w naszym czasie, w dwutysięcznym którymś roku, jak-jakiś, jakaś tam- Ja nie pamiętam. - eksplozja nastąpiła i to już w czasach jeszcze prezydenta Kaczyńskiego, yy, to się odbyło. No i została ogłoszona żałoba narodowa. I był komunikat, że zginęło wtedy w Katowicach, tam chyba sześćdziesięciu czy, czy coś ludzi. To katastrofa, yy, na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich.
Pamiętam, bo to wtedy się- O, zgoda! - świętowałem wtedy osiemnastkę. Niewiele kojarzyłem, ale pamiętałem, że coś takiego było, nie? I otóż, yy, została ogłoszona żałoba narodowa. Ja tylko dodam, pozwolę sobie przerwać. Ja wtedy mnie... Pamiętam, bo wtedy świętowałem osiemnastkę i piętnaście minut po tym, jak otworzyłem szampana, dowiedziałem się, że jest katastrofa. No.
Apokalipsa. Apokalipsa. Ale tak, ale ja chcę powiedzieć, jaki wymiar ma apokalipsa, o tym, co względność tej apokalipsy, w tym, co dorównać do tego, co ma, yy, co Marek mówi. Otóż, yy, zginęli ludzie. Zdarzyła się tragedia. Yy, została ogłoszona żałoba narodowa. Wszystko pięknie. Yy, tydzień później przeczytałem w gazecie, że akurat wiosna już się robiła powolutku. No nie, tydzień potem to nie, bo to było- To, to, ale tak, ale jakoś tego, ale nie-niewiele. Dwa, trzy tygodnie później przeczytałem w gazetach, że w tym roku zimą, yy, od mrozu zmarło dwustu, chyba sześćdziesięciu bezdomnych.
Nikt nie ogłaszał żałoby narodowej. Nie było to tragedii, nie było problemu, nie było apokalipsy. Ot, padli ludzie w rystokach, nie? No tak, ale to wiesz, w ogóle to, to, co zacząłem mówić, że, yy, media oraz ludzie- No. - wszyscy się uodporniliśmy na, na- Tak. - te apokalipsy. Małe, duże, średnie. Może duże, nie, właśnie duże są jeszcze medialne, ale te średnie i małe zupełnie już nikogo nie obchodzą.
Mhm. To, że ktoś umiera, to, że ktoś, że ktoś ginie w dramatycznych okolicznościach, nie doczekawszy się na przykład pomocy, to dzisiaj nie jest... To czasami gdzieś jakiś portal umieści, żeby łzy wycisnąć, ale w gruncie rzeczy traktuje to przedmiotowo, instrumentalnie. Jak, yy, jak dobrze wyciśnie łzy, to dobrze. Jak nie, to, to w ogóle tego nie puszczamy. Wiesz dlaczego? Jak to powinno być załatwione? Powinien człowiek być podłączony do sieci- To by zwariował. -internetowej. Nie. To by zwariował. I w momencie takiej wiadomości powinno to boleć. Naprawdę boleć. No tak, to byśmy byli w nieustannym bólu. Ja powiem tak, ale wiesz, ja powiem tak: no, niestety, no, yy, myśmy się przyzwyczaili do tego, że gdzieś tam jakieś jedno plemię wyrzyna drugie plemię. I my to tak patrzymy z perspektywy Europy. No trudno, tutsi, hutu, widać mieli jakieś zadawnione konflikty i się wyrzynają.
Później ktoś nam zaczyna to tłumaczyć, skąd to się wzięło i tak dalej. Mówi o, o jakichś tam zjawiskach związanych z kolonializmem, a później z wycofaniem się państw europejskich, z tym podziałem, który nastąpił i z jakimiś waśniami, które, które sięgają tam ho, ho, ho, jak daleko. Ale i w pewnym momencie słyszymy, że zginęło kilkadziesiąt, a w pewnym momencie kilkaset tysięcy ludzi i nagle przychodzi, spływa to jak po kaczce. To znaczy nagle nic, w ogóle. No, zginęło kilkaset tysięcy ludzi czy kilkadziesiąt tysięcy. No trudno. Widać tak musiało być. I my w ogóle stajemy się dosyć uodpornieni. Ale nie chcę, nie chcę znowu narzekać, bo, bo znowu będzie, że jakiś lamet tutaj roztaczam. Więc nie. Dobrze, ale wiesz, takie apokalipsy, ja wiem... No, ktoś mi ostatnio powiedział, że, yy, według niego taką apokalipsą jest na przykład to, co się dzieje na Islandii. A cóż takiego? Mówię: no, więc, a cóż takiego się dzieje na Islandii? On mówi: "Słuchaj, ty wiesz, że Islandia ogłosiła, że jest krajem całkowicie wolnym od zespołu Downa? Tam się nie rodzą dzieci z zespołem Downa". No i wiesz, ja w swojej naiwności, tam właściwie graniczącej, naiwności graniczącej z głupotą już, zapytałem: "No, to co to jakieś tam, jakieś opracowali metody czy coś?" On powiedział: "Tak, opracowali. Sto procent dzieci, sto procent ciąż, u których stwierdzi, stwierdzi się chorobę Downa, jest abortowanych". I to jest, to jest- Aha. - i wiesz, dla niego to była apokalipsa. Ja, jakby ktoś inny powie: "No, co to za apokalipsa?
Nie ma żadnego problemu". Dla niego to była apokalipsa. No, słusznie, że tak powiem. Lepiej, żeby nie było ludzi z zespołem Downa. Ja akurat mówię to jako prakty-, yy, praktykujący, że tak powiem. A mówisz to poważnie? Tak. Po prostu ja miałem siostrę, mm, która dożyła sześćdziesięciu pięciu lat z zespołem Downa, co jest prawie rekordem świata.
Chyba największy, najstarszy Down na świecie ma siedemdziesiąt lat. Żyje do dzisiaj i tak dalej. Moja siostra przeżyła sześćdziesiąt pięć lat. Średnia siostra moja była Downem. Pochowałem ją, nie wiem, chyba trzy dni temu, chyba czy cztery i tak dalej. I mam wiele do powiedzenia na temat tego kim jest Down, czym jest Down i tak dalej. I to znaczy też człowiek-...
zespołem Downa, mm, i tak dalej. I mnie to roz-, yy, rzeczywiście, jak tak mówisz o apokalipsie w Islandii, to, no to dla mnie też to jest w pewnym sensie apokalipsa, bo my możemy mieć w domu pieska, kotka, możemy mieć papużkę, możemy mieć roślinkę w doniczce, ale człowieka trochę, że tak powiem, niezbyt takiego jak, czy nie, nie za, nie zupełnie takiego zdrowego, to już nie możemy mieć, nie? Nie wypada po prostu. Jest to, mm, no, niez-niezbyt miło widziane i tak dalej. Ale powiedz, że, no przecież, no powiedz, bo, bo ktoś się jeszcze nabierze.
No przecież szydzisz w tej chwili. No, szydzisz! No przecież, że tak. Nie, nie szydzę. Przecież tak nie, nie myślisz. Nie, nie. Nie myślisz tak, że najlepiej byłoby ich wszystkich, wszystkich zlikwidować. No przecież śmiejesz się.
Otóż, otóż nie. Otóż, yy, ja wiem, że co z człowieka uczyniło człowieka? Otóż natura sc-, yy, zrobiła kiedyś gatunkowi człowieka takiego psikusa, że po prostu, yy, właściwie, właściwie większość zwierząt, yy, wyższych i tak dalej, mm, okres dojrzewania, yy, nowych pokoleń jest bardzo króciutki. Tam parę dni u gołąbka, że tak powiem, albo parę tygodni u troszeczkę bardziej zaawansowanych organizmów, albo, no, naj-najwyżej te pół roku, najwyżej u jakiejś sarenki czy tego, gdzie to takie zwierzę właściwie właś- natychmiast jest gotowe do tego, żeby jak ten mały ż-żółwik, który wykluł się z jajeczka, szybciutko pełznąć do wody, yy, chlupnąć tam i płynąć, ratując się oczywiście przed ścigającymi padlinożercami i tak dalej. Natomiast człowiek niestety nie da rady. Człowiek wymaga opieki, wymaga bardzo długiej, yy, opieki.
Czasami to są, yy, przynajmniej te pięć, osiem, dziewięć, dziesięć lat, żeby w ogóle mógł chodzić, stanąć na nogi, a nie mówiąc o żywieniu. A właściwie to potrzeba tych osiemnastu lat, a czasami dużo więcej, a czasami całe życie wymaga.
Otóż człowiek wymaga opieki. I teraz wydawałoby się, że, yy, tego kłopotu można się pozbyć po prostu. No, pozbyć się. To jest kłopotliwe, opiekować się, nie wiem, dzieckiem chorym i tak dalej. Tylko że to, ta opiekuńczość stworzyła całą cywilizację naszą. Dlatego mówię, że szydzisz. No po prostu, przecież jest rzeczą... Wiktor, przecież z jakichś powodów, yy, twoja siostra została na tym świecie. Z-została. Dlatego, bo miała matkę- No bo miała matkę! -i siostrę- Oczywiście. -którzy, którzy ją, pozwolili jej żyć. Ale co decyduje o tym? No, to właśnie to decyduje o człowieczeństwie, prawda? No tak, ale można wprowadzić prawo, że prawo, że tak powiem, przez głosowanie, bo demokracja- No.
-przecież widocznie islandzka tak za-za-za-zadekretowała, że tak powiem, bo inaczej to by nie było możliwe. No i dzisiaj nie ma tam Downów i dobrze, lepiej, żeby nie było. Ja też uważam, że lepiej, żeby nie było na świecie ludzi chorych, nie? No ale, za przeproszeniem, jeżeli się urodzi człowiek, yy, pardon! Jeśli, yy, negujemy felerie w uro-, yy, u dzieci, które się, yy, u noworodków. Ja bym myślę teraz logicznie.
Teraz dopiero w tej chwili na to wpadłem. To jeśli ktoś i daj na to, yy, wychodzi nam z tego, z badań, że dziecko się rodzi bez nogi, bez rączki, no to lepiej to usunąć, prawda? To przecież chyba, yy, dobrze by było, żeby politycy wpadli na to, że jeśli ktoś stanie się kaleką, za, kaleką za życia, bo go samochód przejedzie i utnie mu nogę, to należy go również zabić.
No widzisz, Wiktor, ty właśnie nam szykujesz następną apokalipsę. Nie, no dobrze, rozumiem. Wiesz, ja też bym chciał, żeby wszyscy byli mądrzy, szczęśliwi i bogaci. Ale niestety tak jest, że, yy, niektórzy nie są mądrzy, niektórzy nie są szczęśliwi, a bogatych to w ogóle ostatnio rzadko spotykam. Yy, więc wiesz, no, ale to jeszcze nie jest powód, żeby ich eliminować. Sam mi opowiadałeś o tym, jak, yy, twoja siostra żyła, cieszyła się życiem, pracowała. Yy, były też gorsze okresy, były lepsze. Na pe-, na, na pewno, że tak powiem, cieszyła się życiem dużo więcej niż doniczka, niż kwiatek, niż piesek, kotek i papużka i tak dalej. No tak, ale jestem, ja jestem, ja jestem w ogóle przekonany, że czasami się cieszyła życiem bardziej niż ty. Niż ja. Na pewno. No.
Na pewno. Dokładnie. Jako anegdotkę powiem również, że przeczytała na pewno książek więcej od ciebie i mnie razem wziętych. Skoro mówimy o bibliotekach. Rozwiń temat. Zaczyna być intrygująco. Po prostu ona, ona, yy, ona tego, ona była, miała po prostu genialną pamięć i sko-skończyła szkołę normalną dla niepełnosprawnych. Natomiast ja, maniakalny czytacz i moja siostra, również młodsza, podsuwaliśmy Zosi książki do czytania i ona czytała nam niemal wszystko. Ona czytała potwornie szybko.
Yy, nasze, na czym polegały nasze zabawy później, pamiętam. Otóż my zadawaliśmy jej pytania, żeby sprawdzić, co ona to przeczy-przeczytała, nie? No, na przykład, na przykład takie pytanie: Zosiu, a jak, jak miała ta panienka, yy, d'Artagnana w Trzech muszkieterach? Jak ona miała, miała... Jak ona się nazywała, nie? Na co ona opowiadała, bo po francusku przecież nie umiała. To się nazywała pani Bonacieux, nie? A na jakiej ulicy mieszkała? No, Zosia podawała adres, numer i tak dalej....
Jakąkolwiek stronę książki można było, yy, otworzyć i zapytać Zosi. Zosia pamiętała wszystko. Czyli był to down, że tak powiem, o którym my myślimy, że nie ma świata wewnętrznego, nie? Że, że, że, że on nie tego. To, że ktoś milczy, to nie znaczy, że jest idiotą przecież. To, że ktoś nie kontaktuje się ze światem zewnętrznym w taki sposób, jak to wypada, nie? Jak to jest, yy, że tak powiem, nie tego, to nie znaczy, że jest idiotą albo, albo i tak dalej. Ludzie. No ale to tak ludzie, chwała Bogu, że jeszcze dzisiaj leżą w szpitalach, w hospicjach i tak dalej. I ktoś się nimi opiekuje, nie? Ale nie dali im zastrzyku.
Tak, nie dali im tak, jak Wiesławowi zastrzyku, nie? No, to prawda, no. Więc, ale właśnie to do tego, do tego nawiązuje. Więc my jesteśmy jeszcze w strefie, która do, yy, do tej, do Apokalipsy nie doszła. Tak. Ale gdzieś tam te Apokalipsy się szykują. No, no nie byłbym sobą, gdybym w kontekście tego, o czym dzisiaj rozmawiamy, czyli Apokalipsy, nie wspomniał, nie wspomniał gdzieś w sposób taki odległy, tego, co się w ogóle w Europie dzieje, tego, co tej wędrówki ludów i tak dalej. I tego, że tej Apokalipsy niektórzy zdają się nie dostrzegać. I mówią: „Nie, nie, no, wszystko jest okej, w porządku, no przecież jak najbardziej”. A drudzy z kolei mówią: „Nie, nie, to tragedia, bo rozmieszczane są obce wojska tutaj i tak dalej”. A no wiesz co? I to jest trochę tak, jak w tej powieści Goluchowskiego. Ja nie wiem, który z nich ma, który z nich, który z tych ludzi ma rację, yy, który grup ma rację? Czy ci, którzy nas straszą, czy ci, którzy nas uspokajają? Tego nie wiem, ale z pewnym niepokojem obserwuję stan ekscytacji tych ludzi. Oni są tak podekscytowani i głoszą nam jedną, yy, jedną prawdę. Oni są tak... Jedni mówią: „Słuchajcie, musimy przyjmować uchodźców, bo to jest, uchodźców czy też emigrantów, czy jakkolwiek to nazwiemy. Nomenklatura jest w tej chwili nieważna, ponieważ oni potrzebują naszej pomocy w imię, jakby pomińmy wszystko inne i tak dalej, i tak dalej.
Pamiętajmy, że jesteśmy ludźmi. To decyduje o naszym człowieczeństwie”. I wpadają w taki słowotok mniej więcej. Drudzy wpadają w bardzo podobny słowotok, strasząc nas i przywołując kolejne, kolejne straszne rzeczy, które się, które się miejscami w Europie dzie-dzieją. A wszystko to jedni i drudzy robią po to, żeby nam przekazać pewną prawdę. Czuję się troszeczkę tak, jak bohater książki Goluchowskiego, Artem, który też krzyczał ludziom w oczy. Nie, nie można krzyczeć coś w oczy? Nie, w uszy się pewno krzyczy. No, ale w każdym razie krzyczał im prosto w twarz, jak jest. A oni patrzyli na niego i mówili: „To jest nieprawda. Okłamujesz nas. Tak nie jest. Jest zupełnie inaczej”.
I troszeczkę tak się czuję w tej chwili. Wiesz, jak to wszystko obserwuję, co się wokół nas dzieje. Troszeczkę tak, tak niepewnie. Yy, słuchaj, jak o tym mówisz, to przecież ludzi, do ludzi nigdy nie dotrze prawda jakakolwiek, jeśli tego nie odczują na własnej skórze.
Jeśli będziesz im mówił na przykład, co akurat ze, z tym światem nie ma nic wspólnego, że światu grozi głód, no to możesz sobie długo mówić. Uwierzą w głód wtedy, kiedy będą puste sklepy. Kiedy go poczują.
Kiedy go poczują po prostu, nie? O tym, że człowiek boli, o tym, że, że, że tak powiem, wkładanie palca w płomień świeczki, że to parzy, to możesz mówić każdemu dziecku i tak wątpić będzie przecież, nie? No akurat, nie ma wątpliwości. Bo to jest, bo to jest ogień świeczki i bo to jest palec, nie? No to prawda, to prawda.
Także nie rozczarowuj się specjalnie tym, tym, że, yy, natomiast, że świat jest taki, jaki jest. Natomiast dobrze czytać tego typu książki, jak Goluchowskiego, po to, żeby, żeby mieć świadomość tego, że świat nie jest jednoznaczny. Nie jest ani taki, ani taki, ani taki. Tylko że jest jeszcze coś, yy, że że tak powiem, poza skórą mamy jeszcze krwiobieg, mamy mięśnie i, a, i, a nie oglądać tylko ładnego naskórka, że tak powiem, bo naskórek nie tego, prawda? A natomiast, jak wspomniałeś na samym początku, yy, audycji, yy, wspomniałeś o jednej rzeczy, że mnóstwo ludzi, którzy czytali książkę Goluchowskiego, było albo pełna zachwytu, albo, albo strasznie nienawidząca, wręcz obrazona na to, że, że, że trzecią książkę napisał. Ja wtedy pamiętam, że sobie pomyślałem, że tak, to jest bardzo niebezpiecznie łamać reguły gry. Otóż, yy- No tak, Goluchowski ewidentnie złamał.
Napisał pierwszą książkę, drugą, w tym, że tak powiem, klimacie, a następnie złamał reguły gry. A teraz dam przykład, na czym polega łamanie gier. Otóż kiedyś tam w Hiszpanii czy w Kastylii wymyślono pewien zestaw reguł, reguł, zestaw reguł, który ogólnie nazywamy, nazywamy tango. Ten, to tango tańczy się tak, tak się kładzie rękę na ramieniu, tak się trzyma za biodro, taki się ruch wykonuje. Jest to zespół mnóstwa zasad i tych zasad należy się trzymać. Można je doskonalić.
Można tego. Tym one się różnią od poloneza czy od, od jakiegokolwiek innego tańca, że, że dosyć tworzą rozpoznawalny system, yy, zachowań i tak dalej. Rozpoznawalny system reguł gry. I mamy te reguły gry. Jesteśmy zachwyceni, kiedy oglądamy spełnienie tych reguł gry, gry. Najbardziej doskonałe.
Ale! Ale tu się pojawia na przykład Hollywood i taki amerykański producent takiego filmu mówi: „Cholera jasna, świetnie tańczą. No świetnie tańczą. Świetnie. Cudowne, cudowne”.... Wiesz co? Ale niech ona się na końcu rozbierze. Niech zrobi striptiz. No świetne! Mnóstwie ludzi się to strasznie spodoba, prawda? A mnóstwo ludzi właściwie wyjdzie z tego filmu zniesmaczone. Bo to są, to są właśnie złamane reguły gry. My w tamtym świecie wymyśliliśmy striptiz, więc połączmy nowoczesną kulturę amerykańską ze staroświecką kulturą europejską. Wtedy mamy tango kończące się striptizem.
Świetna rzecz, świetny pomysł i tak dalej. Ale to są nowe reguły. To są nowe reguły. Nowe reguły. I teraz jest kwestia, czy takich reguł łamać, czy nie łamać. Tak jak powiedziałem, jednym to się spodoba, innym, innym się to nie spodoba po prostu, nie? No, no i tak dalej. Okej, mam pytanie z czata. Szyderca pyta. Pan... Pytanie do Wiktora Żwikiewicza: jaki wpływ, jego zdaniem, na literaturę SF w Polsce miał system komunistyczny?
Pytanie jest do ciebie. Męcz się. No, gigantyczny. Właściwie to po prostu my powinniśmy komunist... systemowi komunistycznemu wystawiać pomniki, a nie ich, jego ruszyć. My jako czytelnicy, yy, w ogóle literatury science fiction. Po prostu komunizm nauczył nas czytać ksią..., czytać w ogóle, chcieć czytać książki w ogóle, a przede wszystkim jeszcze myśleć w trakcie czytania książek. Bez tego systemu myśmy, my byśmy tą trawę przeżuwali, no, no, tak jak wszyscy przeżuwacze książek na świecie, którzy czytają tylko po to, żeby czytać. Myśmy czytali książki po to, żeby się czegoś dowiedzieć o świecie, gdyż innego kanału nie było.
Nie było internetu, nie można się było ze światem połączyć. Te książki pisarzy amerykańskich, angielskich, również naszych i rosyjskich, otwierały nam po prostu oczy na świat. Dlatego ja jestem wdzięczny. A poza tym, tak jak już wspomnieliśmy, czytelnictwo, yy, rosło. Ale ja odpowiem ci jeszcze lepiej. Chyba. Przecież zrozumcie, że wszystkim się wydaje, że ucisk to jest coś złego, że, że dominacji, że, że, że to, że tego nie powinno być na świecie. Powinno być.
Gdyby ktoś nie wymyślił tego, że garnek należy zamknąć i gotować wodę, no to nigdy by nie gwizdał. Nigdy by nie wydał gwizdu otwarty garnek. Pity na siłę garnek będzie gwizdał po prostu. Po co to gwizdanie? A bo myśmy gwizdali. Na tym polegała polska literatura science fiction. To był ten gwizd po prostu. Wiesz co? No. Ale jeszcze, jeszcze Szyderca, yy, Szyderca pyta o coś takiego.
Doprecyzowuję, że jego zdaniem, yy, nie było wtedy kiczu. To teraz coś powiedz. No bo, yy, słuchajcie, po prostu jedna rzecz. Wtedy ludzi piszących było, no, jak spojrzę na dłoń, to pięciu, no może dziesięciu w Polsce, piszących. Ci ludzie nie musieli, yy, że tak powiem, pisać co, co tydzień książki, żeby żyć po prostu. Byli albo fizykami, jak, jak Zajdel, który pracował w instytucie. Byli jakimiś politykami albo, albo byli uchodźcami politycznymi, którzy żyli z datków rodziny i tak dalej. Jakoś żyli, a pisali po to, żeby coś napisać, a nie po to, żeby z tego żyć po prostu. I dlatego po prostu nie było ki...
nie było kiczu. No, bo ja nie pisałem po to, żeby, żeby mnie dobrze sprzedano. Nikt nie pisał w ten sposób. Nikt, absolutnie, bo to było obojętne. Pisałeś po prostu, bo chciałeś coś powiedzieć i pisałeś to, co chcie..., co, co, co miałeś do powiedzenia. Najwyżej się okazywało, że nie masz nic do powiedzenia.
No to trudno. To, to czytelnicy tego nie czytali albo, albo wywalali. Natomiast nie pisało, nie, nie, nie ubierało się na, na siłę różowych gaci albo, albo nie, nie, nie tego pawiego ogona się nie przyprawiało do literatury. Masz mało do powiedzenia, to mało powiedziałeś. Masz więcej, to powiedziałeś trochę więcej.
Natomiast każdy rozpaczliwie robił z tego... Ale na tej zasadzie w latach pięćdziesiątych również pisali amerykańscy ludzie. Wtedy, w czasie boomu, boomu nowelistyki amerykańskiej, oni pisali, trzaskali te nowelki po prostu i tak dalej. Nie dlatego, żeby z tego żyć, chociaż z tego żyli. Ale rynek był tak ogromny, tak olbrzymi, że jeśli się to całe towarzystwo gdzieś tam w paru miastach amerykańskich znało, oni się wszyscy znali po prostu, to oni, choćby nie wiem, ile napisali, to i tak amerykański rynek to wszystko pochłaniał.
Więc oni naprawdę nie musieli pisać, żeby z tego żyć. Po prostu. No, no to, to. Okej, chciałbym cię zapytać. Wiesz co? Bo siłą rzeczy, kiedy rozmawiamy o Metrze- Mhm. 2033, 2034, 2035 oraz wszystkich dodatkach z innych krajów, między innymi z Polski, to rozmawiamy o niezwykle rozbudowanym świecie. No, to tak jak mówię, Moskwa, gdzieś tam się jakieś inne kraje pojawiają. Pojawia się Wrocław, pojawia się Kraków wspomniany, yy, oczywiście inne miasta europejskie. Ale co ty w ogóle sądzić, jeżeli, jeże... o takim sposobie pisania, w którym, yy, autor tylko częściowo kreuje świat?
Oczywiście ma dużą wolność, bo pomiędzy Moskwą a Krakowem czy też Wrocławiem, no, jest taka odległość, że właściwie, yy, te, te ramy, w których pisze, pisze autor, są niezwykle rozległe, ale jednak-... Jest taki autor wtłoczony w pewien cykl. Pewien cykl, w którym są pewne, yy, no, trudno powiedzieć żelazne, ale jednak pewne reguły, które musi spełnić, żeby jego, jego książka została przyjęta do cyklu, żeby dostała ten stempel, że to jest uniwersum Metro 2033. Niektórzy mówią, że to jest bardzo zła praktyka, że pisarz nie powinien takich rzeczy robić, żeby wpisywać się, wpisywać się w coś, co stworzył ktoś inny i niejako, jako podpinać się pod to. Po pierwsze, nikt nie powinien mówić pisarzom, co powinni robić, a czego nie powinni robić, bo to pisarze mają głęboko w nosie, że tak powiem, czy, co, co, co im kto powie, co powinienem robić albo co. Jeśli będę chciał pisać o różowym prosiaczku, że tak powiem i tak dalej, to ja mam prawo to napisać i po prostu być pełen zachwytu, że napisałem genialną rzecz. Może tego nikt nie czytać oczywiście. Natomiast pisarz to jest człowiek, który po prostu, któremu nikt nie będzie dyktował, że tak powiem, że, za-- znaczy pisarze nie mają generała nad sobą, nie mają żadnego dowódcy, nie mają nikogo i tak dalej. To są szeregowi żołnierze, którzy po prostu robią to, co chcą na tym froncie, froncie walki. A jeśli, że tak powiem, nie potrafią w tej dżungli walczyć, no to po prostu giną po drodze.
Ale to jest ich sprawa, nie? To są, yy, samotni komandosi, którzy rzuceni w tą dżunglę wietnamską, że tak powiem, przeżył, to przeżył. Nie przeżył, to nie, to nie. Trudno się mówi i tak dalej. Nie ma co się żałować. Skoro nie przeżyłeś, to nie warto było, żebyś żył, znaczy. No to ja sądzę, że nasi komandosi w postaci, yy, Roberta Szmidta- Tak. Pawła Majki, jak najbardziej przeżyli w tej dżungli. Moim zdaniem sobie poradzili świetnie. Szybko odpowiem Jańciu Kropotkinowi, że obie książki, które wymie-wymienił, yy, mnie przynajmniej są, yy, nieznane, ale chętnie, ale ja zawsze korzystam z takich podpowiedzi jak tutaj i na pewno sobie te tytuły wynotuję i postaram się luknąć do obu, a może nawet zostanę z tymi tytułami na dłużej. Ja, ja chyba zamorduję tego Jańcia Kropotkina, bo to jest po prostu coś, co... Skąd sobie wziął tą swoją ksywę? Bo ja się wychowałem na Księciu Kropotkinie.
To były moje lektury i dlatego, że tak powiem, mam anarchistyczne wypowiedzi zwykle, gdyż Księciem Kropotkin był moim ideałem, kiedy miałem lat czternaście. Po prostu pozdrawiam Kropotkina. No, właśnie, właśnie spotkałeś. No. A, yy, ja jeszcze, ja jeszcze mam, yy, jedno, jedno pytanie, yy, właściwie nie pytanie. Yy, w swoim czasie pamiętasz, długo dyskutowaliśmy o takim filmie, a właściwie i filmie, i książce, który, yy, obie, no, oba i film, i książka. No, to był tytuł Atlas chmur. Tak, tak. I powiem, że, yy, to, na początek komuś może się wydać, że to jest jakby zupełnie od czapy wyciągam ten tytuł. Yy, dzisiaj, kiedy mówimy o książkach postapokaliptycznych, o jakichś zombie, o-o wojnie atomowej, a ja tutaj wyjeżdżam z Atlasem chmur. Ale proszę zobaczyć, yy, zarówno konstrukcja filmu, czy też właściwie jeszcze lepsza konstrukcja, moim zdaniem ta książka to jest arcydzieło. Yy, od tytułu, od tytułu począwszy, na konstrukcji jakiejś takiej misternej, yy, skończywszy, to też jest książka, której ten taki, takie poczucie schyłkowości się pojawia. W zależności od tego, w którym z tych światów przedstawionych w książce czy w filmie jesteśmy, to to nasilenie schyłkowości jest oczywiście różne, bo kiedy jesteśmy gdzieś w dziewiętnastym stuleciu, yy, czy, mm, czy to, to nasi, to, to ta schyłkowość nie jest może taka wielka.
Kiedy jesteśmy w wieku dwudziestym, bywa różnie, ale kiedy poznajemy kolejne światy, to ma się takie wrażenie, że, yy, ludzkość upada. I trochę się tak dzieje, yy, że cicho przemija chwała świata. Yy, to nie jest tak, że apokalipsa musi nadejść w huku, yy, głowic jądrowych, że rzeczywiście muszą przebudzić się, yy, jakieś potwory, jakieś zombie.
Yy, tego w filmach o tych zombie to już naprawdę. Czy, czy, czy w książkach, czy Walking Dead, czy, czy, czy... Tych tytułów można by wymienić bardzo dużo, ale czasami apokalipsa może być cicha, niezwykle cicha. Po prostu. Chcę ci zwrócić uwagę, że w historii Ziemi, yy, te spektakularne wydarzenia, które na przykład powaliły dinozaurów na kolana albo parę razy jeszcze wcześniej inne gatunki, to są te spektakularne rzeczy, które są naprawdę fajne do sprzedania.
Ale życie toczyło się cały czas równiutko, głaściutko i były, wymiana gatunków następowała wcale nie, yy, to tylko największe takie przełomo-przełomy nastąpiły tak gwałtownie i spektakularnie, a reszta odbywała się ciepło, skromniutko, płynnie, zupełnie powoli sobie odchodziły te gatunki zbędne, powoli przyho-- pojawiały się nowe, nie? Tak jak wiesz, jak, jak, jak ja byłem dzie- dzie, jak ja byłem młodym człowiekiem, to w Borach Tucholskich, na przykład tutaj koło Bydgoszczy, nie było takiego zwierzęcia jak kojot. A dzisiaj sobie żyje, nie? No, po prostu powolu- powolutku przeszedł, nie? Powolutku przeszedł z Azji do nas i tak dalej. Ten piesek jakiś tam sobie żyje. Już nie tylko lisy. Jak ja byłem młody, to tylko rude wiewiórki biegały w Polsce po, po, po drzewach, a dzisiaj to już rudych trzeba szukać. Większość jest szara, bo przyłazi, przylazła ta cała wiewióra kanadyjska, yy, przez Anglię do Polski i tak dalej. I ona zasiedli tą całą Europę do końca. Rudych już nie będzie. Tak samo jak blondynek, yy, tego, jak w ogóle.
Blondynek już nie będzie, ale ja wida- widziałem czarną kiedyś.... Tak, bo, bo już ten gatunek wymienia po prostu to środowisko. Odbywa się to może niesłyszalnie dla nas. Może wiewiórki to bądź, nie? Może tak. Ale, ale my to- Ale powtórzę: cicho przemija chwała świata. Cicho przemija chwała świata, cichutko. Cicho przemija chwała świata. I tak niestety, tak niestety trochę ten świat żegluje od... Ja mam właśnie takie poczucie, że ja mam takie poczucie, że z tego względu warto o książce- Tak. o książce "Atlas chmur" wspomnieć i warto ją polecić. To jest dla mnie taka książka kultowa.
Może tam się nie dzieje tak dużo, jak w "Metrze". Nie, dzieje się bardzo dużo właściwie. Tylko to jest książka z klimatem. Zresztą powiem tak, mam do tej, mam do tej, do tego obrazu słabość, zarówno do książki, jak i do filmu, bo uważam, że film, aczkolwiek zupełnie inny niż książka. Znowu nie chcę opowiadać zbytnich szczegółów. Film jest zupełnie inny, ale film jest też dobry. Naprawdę. Byłem pod dużym czarem tego filmu. Może dlatego, że ja jestem człowiekiem naiwnym i mnie jest łatwo kupić w kinie szczególnie. Wystarczy, wystarczy, że historia jest spójna i po prostu dobrze opowiedziana, starannie opowiedziana. Może tak, może.
Może to jest, to jest dla mnie szczególnie ważne i ja naprawdę polecam. Polecam, bo niektóre światy narysowane, narysowane w "Atlasie chmur", no, są przerażające. Są takie, że ty powiedziałeś, że ty powiedziałeś o tym, że, że gdzieś tam ta apokalipsa się czai. No, ja mam cały czas taką nadzieję, że... Nie, nadzieję to wiem. Mam pewność, że większość z nas lubi czytać o apokalipsie, ale ma taką cichą nadzieję, że nigdy ta apokalipsa nie przyjdzie. Bo tak jak lubimy o apokalipsie czytać, jak lubimy ekscytować się losami bohaterów, tak kiedy pomyślimy sobie o tym, że ona już gdzieś jest za progiem, to nam się tak smutno robi, bo chcielibyśmy sobie jeszcze trochę pożyć.
Chcielibyśmy troszeczkę tego życia użyć. A apokalipsa powiedziałbym, że nie sprzyja tego rodzaju planom. Każdy, każde, każda wizja czegoś, czego nie ma, bezpośrednio, jest dla nas— ty mówisz o apokalipsie. Tu nie trzeba apokalipsy. Kiedy czytałem jako dziecko Conana Doyle'a o jakimś tam Kubie Rozpruwaczu, to oczywiście cudowne rzeczy, wspaniałe dochodzenia, dochodzenia i tak dalej, ale jak szedłem ulicą, to oczywiście miałem nadzieję, że za rogo, za rogiem nie czai się na mnie ten facet z nożem. Ale książki o takich rzeczach to cudowna sprawa po prostu, nie? Wiesz co, Wiktorze, tak patrzę jeszcze na czat i Sziderca zadał pytanie, a właściwie to nie pytanie, to jakby stwierdzenie, ale będziesz się z tego stwierdzenia tłumaczył. O Wiktorze Żiwikiewiczu mówi się, że wymusza powolne czytanie. Świadomie to robiłeś swoim czytelnikom? Nie, broń Boże! Tylko, że tak powiem, ja nie myślałem, że ktoś, że ktokolwiek będzie to czytał. Ja pisałem to, co miałem na myśli po prostu i pisałem o tego...
Gdybym ja wiedział, że ktoś to będzie czytał, to chyba bym ułatwił tą całą procedurę, ale ja w ogóle o tym nie myślałem po prostu, nie? W trakcie pisania i to był albo błąd, albo zaleta tej całej literatury. Nie wiem.
Chyba błąd albo zaleta. Nie, no może jak czytelnik, czytelnik dłużej obcuje z twoją książką, to może więcej z niej zostaje. Znałem, znałem mnóstwo ludzi, którzy pluli na to, co napisałem. I słusznie, ale nie znałem ani jednej osoby, która by narzekała na to, kiedy przeczytała po raz drugi to, co napisałem. No. To nie znam takiej osoby i nigdy takiej nie było i nie będzie. No tak, bo jest...
Nie, to jest nieprawda. Tu jestem pewien. To jest nieprawda. To jest nieprawda. Do kilku, do kilku twoich tekstów wracałem. No. Wracałem, żeby przeczytać je po raz drugi. No, no. Jednym z takich kultowych tekstów jest "Wołanie na Mlecznej Drodze", które naprawdę polecam. To jest, to jest książka, to jest opowiadanie, które jak już mówiłem w poprzedniej audycji, no, po prostu w pewnym momencie wbiło, wbiło mnie, coś mnie tam wbiło, no w każdym razie w glebę to na pewno. I wbiło mnie w kompleksy później, bo, bo, bo to była, to był ten typ literatury, ten rodzaj pisarskiej, takiej ekspresji, której można Wiktorowi po prostu zazdrościć. Ale audycja o Wiktorze- Tak, tak, tak. była poprzednia, więc dajmy Wiktorowi, dajmy Wiktorowi spokój. Ja myślę, że gdzieś powoli żeglujemy ku końcowi audycji i myślę, że na ten koniec to powinienem jeszcze raz, bo mnie wydawca, wydawca portalu obu... Nie portalu, portalu Bibliotekarium zamorduje, więc jeszcze raz wspomnę o konkursie www.bibliotekarium.pl. Tam na pierwszej stronie największe zdjęcie, takie zmieniające się. Proszę, prosę, każdy, kto będzie miał ochotę wejść na, na taką, na to zdjęcie, które ma na sobie taki tytuł "Metro 2035" - konkurs dla słuchaczy audycji Bibliotekarium. No i tam jest wszystko napisane.
Wystarczy jeden krótki komentarz napisany do szóstego kwietnia dwa tysiące siedemnaście. Napisanie tego komentarza, zarówno pozytywnego, jak i negatywnego na temat literatury postapo, sprawi, że będziecie, każdy, kto weźmie w tym udział, może, może otrzymać— może właśnie nie każdy, ale dwie osoby spośród tej grupy otrzymają, otrzymają książkę, o której dzisiaj rozmawialiśmy, czyli "Metro 2035" Dymitryja Glukhovsky'ego.
I zachęcam, to, to myślę, to myślę, jeżeli ktoś nie czytał, to to jest chyba najprostszy, najprostszy sposób, yy-... aby tę książkę, aby tę książkę zdobyć. Dzisiaj, a coś Wiktor chce powiedzieć? Ja- Proszę. Ja tak chciałbym, prawie kończąc, od siebie powiedzieć, że ja jako przeciwnik czytania książek we współczesnym św- świecie, bo w świecie Internetu czytanie książek to już jest czas właściwie zmarnowany. Ale jeśli ktoś ma czas na marno, na marnowanie, do zmarnowania i chce koniecznie czytać jakąkolwiek książkę, to chyba książka Gołuchowskiego jest jedną z bardzo, bardzo niewielu książek, dla których, yy, ten czas warto zmarnować. Po prostu. No pewnie tak.
Polecam. Pewnie tak. Yy, masz jeszcze jedno pytanie od od czytelnicy: „Panie Wiktorze, czy nie stawia pan zbyt wysokich wymagań, yy, odbiorcy, czytelnikowi?”. Yy, pa- pamiętam, jak, jak rozmawiałem... Kiedyś był taki skoczek polski, yy, Wszoła się nazywał.
Ano był. Mm, pamiętam, że rozmawiałem z Wszołą: „Jak ty żeś skoczył te dwa metry siedem centymetrów?” Bo chyba tyle skoczył tam kiedyś, nie? On mówi: „Słuchaj, ja całe życie marzyłem, że jak się, jak tylko zacząłem rosnąć, że przeskoczę trzy metry”. Ja mówię: „No, ale to niemożliwe”.
„No tak, ale ja marzyłem o trzech metrach. Gdybym ja nie marzył przez całe życie, że przeskoczę trzy metry, to podejrzewam, że nigdy w życiu nie przeskoczyłbym dwóch”. Poprzeczka zawsze powinna być stawiana dużo wyżej, niż można ją przeskoczyć. Okej, to teraz jeszcze kilka słów o tym, yy, jak będziemy stawiać poprzeczkę w następnej audycji. Otóż, yy, wspólnie mieliśmy kilka, kilka, kilka książek do wyboru, bo tak się jakoś dziwnie składa, że im, yy, dłużej trwa, yy, audycja, w sensie im więcej odcinków audycji „Bibliotekarium”, tym więcej książek nam przybywa, które chcemy omówić. To jakiś paradoks jest.
Mimo wszystko, zamiast ich ubywać, to ich przybywa. No, ale spośród licznych, które przedyskutowaliśmy sobie, yy, dosyć burzliwie zresztą przed audycją, doszliśmy do wniosku, że następną audycję, yy, chcielibyśmy zrobić o zjawisku. Właściwie tak, to jest dobre określenie: zjawisku, aa, które nazwijmy, aa, popularnością skandynawskiego kryminału. I tutaj, yy, powiem tak: będziemy rozmawiać w ogóle o zjawisku, yy, związanym z tym, dlaczego kryminały, szczególnie skandynawskie, szwedzkie, ale nie tylko szwedzkie, są takie popularne i w ogóle dlaczego, dlaczego kryminały są popularne? Bo nagle się okazuje, że Polska też jest swoistym zagłębiem, yy, ludzi, którzy piszą kryminały i to kryminały całkiem dobre. Tak, ale, yy, kryminały pisała cała Europa. Natomiast zjawisko to skandynawskie- Tak! jest bardzo dziwną rzeczą. Oczywiście. Oni piszą, że tak powiem, inaczej trochę. Ano właśnie, dokładnie. I ponieważ piszą inaczej i tak się zastanawialiśmy, jaką książ-, jaka książka będzie tym punktem wyjścia. Początkowo sądziliśmy, że, yy, zrobimy tym punktem wyjścia, yy, trylogię. No, trylogię, chociaż właściwie czwarty tom też powstał, czyli „Millenium”.
Ale później Wiktor zauważył, że to już jest mimo wszystko, no, jakby tak brać pod uwagę, yy, warunki czasowe, to już pewna ramota jednak, to już swoje lata ma. To prawda, jestem starszy. Już nie mówiąc o tym, o tych, o tych, o tych, o tych stronach do przebrnięcia- Tak, tak ... niesamowitej ilości. Więc dobrze. Doszliśmy do wniosku, że, yy, punktem wyjścia uczynimy, yy, książki, yy, innego, yy, innego skandynawskiego pisarza, a mianowicie, yy, Henninga Mankella i jego bohatera, czyli, yy, czy- czyli komisarza, yy, komisarza Wallandera. Nie podajemy konkretnej książki, bo tak naprawdę z postacią, z postacią, yy, komisarza Wallandera wystarczy zetknąć się raz, w jednej, w jednym, w jednym z tylko z książek. I to bez względu na to, czy to będzie książka z początków kariery, yy, tego komisarza, czy... Chyba komisarza. Chyba się nie pomyliłem. Mam nadzieję.
W każdym razie Wallandera, czy też z końcowej, skąd, skąd, z końcowych etapów jego kariery, kiedy już był człowiekiem starszym i w dodatku nękanym poważną chorobą. Yy, chorobą, która zaatakowała rzecz w sumie dla, yy, policjanta, dochodzeniowca najważniejszą, czyli jego, jego mózg, jego głowę. W związku z tym, yy, nie wyznaczamy, znaczy nie, nie mówimy, że będziemy zaczynać od jakiejś konkretnej książki.
Zaczniemy po prostu od twórczości Henninga Mankella i od tego, yy, dlaczego ona jest intrygująca i dlaczego w ogóle Skandynawii tak nas intrygują w tym, co piszą. I to myślę, i to myślę, yy- Nie tylko w książkach, ale również w filmie. Robią to troszeczkę inaczej niż Ameryka i reszta Europy.
Tak. Powiemy o kilku, o kilku, o ki-ku filmach. Okazały się przebojami, a w wersji amerykańskiej były po prostu niestrawne, nudne do bólu i głupie do... i mętu. Także to, to też jest, to też jest swoiste, to też jest swoiste, no, takie zjawisko, to już urasta do, do rangi zjawiska. Dlatego o tym postanowiliśmy, postanowiliśmy porozmawiać. A na pytanie jednego ze słuchaczy, yy, o to, czy będziemy rozmawiać o Kingu, mm, odpowiedź jest twierdząca.
Będziemy prawdopodobnie za miesiąc albo za półtora, yy, bo musimy się jeszcze co do pewnych rzeczy, yy, odnośnie, odnośnie Kinga nie tyle umówić, umówić, czy musimy je omówić po prostu. Zadam ci retoryczne pytanie: a czy można nie rozmawiać o Kingu? Nie, no nie można nie rozmawiać o Kingu.
No właśnie! Ale będziemy rozmawiać. Tylko jeszcze musimy, yy, musimy o pewnych rzeczach między sobą porozmawiać, bo, yy, postać Kinga, yy, jakby kiedy rozmawiamy o Kingu, my tutaj we dwójkę, to-... to zawsze dochodzi do, dochodzi do jakiejś awantury? Nie, do awantury nie dochodzi, ale do sporu zawsze dochodzi dzikiego po prostu. W związku z tym, w związku z tym- Mam kałasznikowa zawsze. Musimy jeszcze utrzeć swoje stanowiska, no jakoś doprowadzić je do cywilizowanej formy. To jeszcze troszeczkę, to jeszcze troszeczkę potrwa, a na razie wszystkim bardzo serdecznie dziękujemy dzisiaj za uwagę. EE, polecamy, polecamy się na przyszłość. No i prosimy pamiętać o, o, o konkursie. No, w końcu jak wydawca portalu bibliotekarium.pl się szarpnął, to proponuję skorzystać z jego szczodro-, szczodro- szczodrobliwości i przytulić.
Jest możliwość przytulenia, yy, dwóch książek Goluchowskiego "Metro dwa tysiące trzydzieści pięć". Proponuję skorzystać. I przeczytać. A potem oczywiście przeczytać. Jeszcze raz wszystkiego dobrego. Dziękujemy.
Dobra. A do wzięcia udziału w konkursie zapraszali gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz panowie. A jeszcze, ale jeszcze! My się zawsze ciężko żegnamy. Nam jest się zawsze ciężko pożegnać. Jeszcze o trzydzieści pięć pyta. No to potraktujmy, że to będzie ostatnie pytanie. Panie Wiktorze, czy polscy autorzy kryminałów nie piszą również inaczej? Na przykład pani Chmielewska, Krajewski też.
Zupełnie inna literatura. Pewnie nawet Joe Alex, który próbował, yy, zmałpować, że tak powiem, angielską, angielski kryminał i tak pisał go dużo inteligentniej od Anglików. No tak, to czy- ja powiem tak: O trzydzieści pięć i szanowni słuchacze, ee, od czegoś musimy wyjść, ponieważ skandynawski kryminał jest swoistym fenomenem na polskim rynku. Pewno nie tylko polskim, ale jest pewnym fenomenem. Ja nawet nie wiem, czy dobrym, czy złym.
To się utrze w ciągu następnej audycji. Natomiast od czegoś musimy wyjść. Po prostu ten fenomen świat postrzega. Tak. A my, że tak powiem, przy okazji pokażemy, na czym polega nasz fenomen, którego świat jeszcze nie dostrzega, ale być może kiedyś dostrzeże. Nie! Znaczy, nie bylibyśmy sobą, jakbyśmy z tego skandynawskiego kryminału nie doszli do polskiego kryminału i, yy, nie, nie przypięli kilku łatek oraz kilku medali, yy, ludziom, którzy te kryminały piszą. No. Ale tym, w takim razie do usłyszenia w następnej, w następnej audycji. Tym razem to już naprawdę koniec. Dziękujemy. Dobranoc wszystkim. A Bibliotekarium jak zawsze obsługiwał od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios". No i cóż, dobranoc. No i do usłyszenia w kolejnym odcinku Bibliotekarium już za dwa tygodnie.