Witajcie bardzo gorąco i serdecznie na antenie Radia Paranormalium. Rozpoczynamy właśnie teraz kolejny odcinek audycji, która spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem z Państwa strony, mianowicie Bibliotekarium. Co dwa tygodnie na antenie Radia Paranormalium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a dzisiaj po drugiej stronie Google Hangouts są z nami gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór, panowie. Dobry wieczór. Wita, wita. Oraz dzisiaj trzeci uczestnik audycji, świetny znawca literatury science fiction, Tadeusz Krajewski, który o polskiej i zagranicznej literaturze science fiction wie wszystko lub prawie wszystko i potrafi o niej pasjonująco opowiadać. Dobry wieczór, panie Tadeuszu.
Dobry wieczór. To jest nieprawda to, co pan powiedział. Jestem tylko czytelnikiem i miłośnikiem literatury science fiction i nigdy w życiu nie, nie, nie rościłem sobie pretensji do miana znawcy. Ale będąc czytelnikiem, w jakimś sensie jest pan znawcą. Tak mi się wydaje.
Nie, ja tu, ja tu się przyznaję. Ja tu się przyznaję, że to, że, że to, że to ja. I ja myślę, że, że Tadeusz z wrodzonej skromności mówi to, co mówi. Ponieważ ja, ja także się podpisuję pod tym, że jeślibym czegoś, czegoś akurat nie wiedział o literaturze science fiction, to pierwsze swoje kroki skierowałbym właśnie do Tadeusza Krajewskiego, bo u niego najprawdopodobniej wyjaśnienie tych moich wątpliwości czy jakiejś mojej niewiedzy z całą pewnością bym znalazł. I jestem, jestem co do tego przekonany. Ty, Wiktorze, jak? Nie, no, on się kryguje, po prostu. On się kryguje, jak każdy. Zresztą wiesz, tak samo ja się kryguję, jak mówię o własnym pisaniu. Tak samo on się kryguje, mówiąc o swojej wiedzy, nie? No właśnie. Bez, bez- A! To dzisiaj będziesz miał dużo okazji do tego, żeby się trochę pokrygować, bo dzisiaj będziemy mówić właśnie o twojej twórczości. Także, także już możesz zacząć właściwie krygować się. Ale musimy jeszcze podać słuchaczom Radia Paranormalium dane do kontaktowania się z nami, bowiem audycja dzisiaj, jak zawsze, realizowana jest w całości na żywo. Gdzieś tak po godzinie dwudziestej pierwszej piętnaście będzie można do nas zadzwonić i wdać się w dyskusję na antenie, ale całą audycję można również wysyłać nam komentarze, pytania, jakieś spostrzeżenia. No, a nasze, nasz numer telefonu to trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem. Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem. Numer komórkowy: pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy.
Pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Gadu-Gadu: trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Jesteśmy również na czacie Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nam również wysyłać pytania, komentarze i różne swoje spostrzeżenia poprzez Facebooka na naszych kontach Radia Paranormalium i portalu Infra, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Niestanego Świata. A jeżeli ktoś chce, to może nam również wysyłać pytania, komentarze, jakieś swoje spostrzeżenia i inne ciekawe wiadomości na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
Panowie, przekazuję wam mikrofon. Dziękujemy bardzo. Ja na początku, tak zupełnie, yy, zupełnie na początku załatwię prywatę. Chciałem serdecznie pozdrowić kogoś, kto na czacie podpisuje się jako Kaktus.
Yy, to, co napisał, w tej chwili jest wybitne. Naprawdę jestem pełen podziwu i myślę, myślę, że, że jeszcze na wiele tego pana stać. W każdym razie serdeczne pozdrowienia. A teraz zajmijmy się rzeczami, yy, nieco bardziej intelektualnymi, czyli, czyli, czyli twórczością Wiktora Żwikiewicza. To teraz myślę, myślę, że, myślę, że oddamy głos Tadeuszowi. Ja tylko powtórzę, że z mojej strony to nie była kokieteria, to, co powiedziałem wcześniej, ale jestem rzeczywiście miłośnikiem twórczości Wiktora i myślę, że Wiktor Żwikiewicz wszedł do literatury, do polskiej literatury science fiction w sposób taki wymarzony dla, dla wielu pisarzy. A mianowicie dotarł od razu bezpośrednio do czytelnika. Pamiętam, jak czytaliśmy... Mówię: czytaliśmy, bo ja byłem jednym z tych czytelników. Pierwsze teksty Wiktora porozrzucane po różnych „Młodych Technikach". To było „Zerwane ogniwo", „Marzenie", czyli Star Omnium. Star Omnium w czwartym tomie chyba „Kroków w nieznane". No i mówiliśmy o tych tekstach. Mówiliśmy, że jest taki nowy pisarz, który wprawdzie, no, widać, tam u niego było, tam stygmaty Bredbere'go i trochę Strugackich, ale jest mimo wszystko inny. Mówi coś nowego. Mówi w sposób, yy, który do tej pory w polskiej fantastyce, yy, był rzadko spotykany albo w sposób zupełnie nowy. Wprawdzie wtórował mu już wtedy inny wielki pisarz, który wkraczał wtedy na scenę, Adam Wiśniewski, z Nerką i takim głosem bardzo dobitnym.
No i, mówiąc szczerze, cieszyliśmy się z tego bardzo, ponieważ mieliśmy już dość tych wszystkich takich dziadków, którzy tam gdzieś na tym panteonie sie- siedzieli i spoglądali na nas, a my po prostu już nie chcieliśmy tego czytać.
My nie chcieliśmy, nie chcieliśmy czytać Zajdla. Zaznaczam, Zajdla sprzed, yy, „Cylindra Van Troffa", bo jak się pojawił „Cylinder Van Troffa", no to wtedy pojawił się nowy Zajdel, właściwie nowy, młody pisarz. Nie chcieliśmy czytać już Beronia, Trepki czy, czy, czy Chwiakowskiego. I tutaj się pojawia ktoś, kto ma coś zupełnie innego do powiedzenia. I to, i to było fantastyczne. No i właściwie można powiedzieć, że przełamanie takie nastąpiło w momencie, gdy ukazało się „Ułanie na Mlecznej Drodze". Więc-...
opowiadanie, które zdobyło drugie miejsce na konkursie Młodego Technika w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym roku. No i wtedy, mm, Żwikiewicz dotarł do, nie tylko do swoich czytelników, ale także do, yy, ludzi z branży, że tak powiem. Mm, zauważyli go krytycy, recenzenci, publicyści, mm, trochę później literaturoznawcy. Yy, no i właśnie nastąpił wielki boom. Pojawiały się teksty w zbiorach „Stało się jutro". Niektóre tomiki Wiktor Żwikiewicz całkowicie zawłaszczył, yy, zaanektował dla siebie.
Nawet na jednym chyba grzbiecie pojawiło się jego nazwisko, co było ewenementem, bo na żadnych innych grzbietach nazwisk nie było. Pojawiła się powieść „Druga jesień", potem, yy, „Imago", „Delirium w Tarsis". Były też, yy, książki, właściwie opowiadania, dłuższe opowiadania, traktowane przez niektórych jako takie minipowieści. „Ballada o przekleństwie" czy, yy, czy później jeszcze „Kajo Mars". Mm, no i, mm, wypowiadali się, yy, pochlebnie, z zachwytem o nim, yy, zarówno, mm, Przyrowski, jak i, jak i Jęczmyk, jak i Parowski czy Smuszkiewicz, a ludzie- A ja ci przerwę na chwileczkę- Z różnych branż. Pewne, pewne wytłumaczenie.
Yy, redaktor Przyrowski to był człowiek, który właściwie, yy, z pewną przesadą, ale jednak, no, nie czuję się spec..., nie czuję się specjalnie winni, winny tej przesady. To był człowiek, który właściwie ukształtował polską fantastykę. To był redaktor naczelny, yy, miesięcznika „Młody Technik" i to było właściwie przez długi, długi czas, w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, jedyne pismo, gdzie w ogóle fantastyka naukowa się pokazywała.
Mówię o polskiej fantastyce, fantastyce naukowej. I stąd, yy, jeśli mówi się o, o tak zwanych dawnych czasach w fantastyce, to redaktor Przyrowski to jest właściwie, to jest właściwie ktoś. Jeśli chodzi o Lecha Jęczmyka, to z kolei był człowiek, który, który, yy, stworzył ten, ten właściwie wybitny w latach siedemdziesiątych unikat, czyli, czyli, yy, zbiór opowiadań, yy, „Kroki w nieznane". Almanachy. Almanachy, yy, które skupiały zarówno opowiadania... No, głównie były takim łącznikiem z, yy, z fantastyką zachodnią, której wtedy było jak na lekarstwo. Trochę się pokazywało innej fantastyki, ale pokazywały się również opowiadania między innymi Polaków, a w tym Wiktora Żwikiewicza. Listopada. Tu przepraszam. Tak, między innymi z ta Omnium. A tu przepraszam za ten wtręt, yy, ale, yy, to, to tylko, to tylko pokazuje, jak... Chciałem tylko pokazać, jak w gruncie rzeczy Wiktor bardzo szybko, jak taka rakieta wystarto- wystartował. Kiedy już, już się przebił, to naprawdę poszedł, poszedł jak rakieta. To tyle i to tyle, jeśli, jeśli chodzi o moje przerywanie i moje przeszkadzanie. Nie, nie, ale proszę bardzo, Marcin, prze-przerywaj, kiedy tylko chcesz. Ja dodam jedynie, że- W złą godzinę to powiedziałeś. No, to się okaże. Ja tylko dodam, że w tym samym czasie, pod koniec lat siedemdziesiątych, yy, Wiktor, yy, sprawdził się bardzo dobrze jako nauczyciel i wychowawca, bo, yy, zaopiekował się grupką młodych, yy, pisarzy. Ludzi, którzy po raz pierwszy tak naprawdę sięgnęli po pióro i którzy mieli odwagę, żeby publicznie prezentować swoje teksty.
Pozwolę sobie wymienić nazwiska tych chłopaków, bo, mm, pamiętam ich jak, no jak dziś. Yy, to był Marian Młynarczyk. Powtarzam Marian Młynarczyk, ponieważ w leksykonie bydgoskich pisarzy, yy, przedstawiano go jako Maja Młynarczyk, więc- Zmienił płeć. Tak, tak. O, mój Boże! Ktoś mu zmienił płeć.
Wiem kto, ale nie będę złośliwy, więc nie powiem nazwiska. Marian Młynarczyk, Bogdan Niedźwiedzki, Grzegorz Iwanciw, Mariusz Piotrowski i Wojciech Chłudziński. No i niektórzy z tych, yy, twórców, yy, zasłynęli potem i zrobili karierę. Wojtek Chłudziński, znany dziennikarz, publicysta, felietonista, eseista czy, yy, twórca popularnonaukowych tekstów, yy, autor kilku książek, także poeta i prozaik, chociaż w tej branży jeszcze z, yy, nie doczekał się debiutu książkowego. I Mariusz Piotrowski, mm, też, mm, pisarz.
Jego powieść „Pisk" ukazała się dokładnie w tym samym roku i w tym samym wydawnictwie, co „Delirium w Tarsis", tak na marginesie. Ale zasłynął przede wszystkim jako redaktor i, i wydawca. Tadeuszu, ja przerwę ci na chwilę.
Mm, pojawiło się na czacie pytanie. Pytanie skierowane wprost do Wiktora, więc, yy, nieco, nieco przyciszony dzisiaj, przeżywający, przeżywający to, że o nim rozmawiamy Wiktor, będzie miał okazję coś powiedzieć, bo dzisiaj powiedział niewiele. A zatem Wiktorze, pytanie z czata: mm, zanim zacząłeś pisać i stałeś się pisarzem, to jacy twoi, jak-jakimi, jacy pisarze byli twoimi ulubionymi pisarzami?
Pytanie proste, ale daję ci głos. Mm, ludzie się bardzo lubią odwoływać do, do bardzo pięknych wzorców. Ja też mógłbym. Mógłbym się odwoływać do, do Topira i do Mistrza Ariady, ale to, to tak naprawdę nieprawda. Tak naprawdę to ja, ja fascynowałem się wyłącznie Karolem Mayem, yy, Sienkiewiczem, może trochę wczesnym, yy, Juliuszem Verne, Wellsem i tak dalej. Czyli totalna ta, totalna- Literatura przygodowa. Literatura przygodowa, nie? Literaturą przygodową. Tylko to mnie pasjonowało.
A dopiero mając lat gdzieś około trzydzieści, to właściwie zacząłem czytać porządne książki, nie? Te, które wypada czytać natomiast. Tak jest. Wypada czytać takiemu uznanemu pisarzowi. Tylko że ty byłeś takim przypadkiem, yy, ja w mojej prywatnej nomenklaturze strasznym, bo ty pożerałeś jakieś nieprawdopodobne ilości książek, nieprawdopodobne ilości tytułów z nieprawdopodobnie dużej ilości dziedzin. To była historia sztuki, to była, nie wiem, historia w ogóle, yy, cywilizacja, yy, polityka, astronomia, fizyka. Czego ty nie czytałeś właściwie?
Yy, to jako anegdotę. Yy, może nikt w to nie uwierzy, ale w Bydgoszczy była taka przy Starym Rynku wielka biblioteka miejska, główna biblioteka. Tak jak w każdym mieście największa, która, yy, mieściła, yy, w której mieściły się właściwie wszystkie zbiory-... Otóż ja w tej Bibliotece Miejskiej na Starym Rynku przeczytałem wszystko.
Wszystko, wszystkie książki przeczytałem. Yy, kiedy, mm, pa- panie, które wypożyczały te książki, obsługiwały tą całą bibliotekę, patrzyły na, na mnie, yy, w ogóle jakoś tego, bo ja przychodziłem, brałem po dziesięć książek codziennie i, i codziennie przychodzi..., następnego dnia przychodziłem, brałem dziesięć książek następnych. Czytałem wszystko i, yy, na początku to była oczywiście literatura przygodowa, ale ta literatura przygo..., ta literatura przygodowa wte- w tamtych czasach się sy- dosyć szybko skończyła i już nie było co czytać. Więc, yy, czytałem książki, yy, wszystkie, czyli wspomnienia naukowe, popularnonaukowe i tak dalej.
Kiedy skończyły się te książki, yy, sięgnąłem do archiwów i zacząłem czytać, yy, roczniki gazet wydawanych w Polsce. Yy, mm, czytałem je wstecz, od lat moich tam pięćdziesiątych, od urodzin. I tak dos- doszedłem gdzieś do począ-, yy, początków Pol- Polski po pierwszej wojnie światowej. Przeczytałem również wszystkie roczniki gazet, które, które są zarchiwizowane w tej bibliotece. Yy, panie, które to już nie mogłem wypożyczać do domu, więc siedziałem w czytelni. Siedziałem w czytelni cały czas. Jak, jak czytelnia była otwarta, tak siedziałem i czytałem. Panie patrzyły na mnie jak na wariata, nie? No, natomiast, yy, yy, na czym to polega? Ja bym chciał tutaj dowiązać troszeczkę szybciutko do tego, co mówił tutaj Tadeusz Krajewski na samym początku. Otóż, yy, ja rzeczywiście tak jestem postrzegany, że tak nagle wparowałem w toś, w tą, yy, w ten świat, yy, pisarzy science fiction w Polsce i zacząłem coś robić, yy, po swojemu, na nowo. Nie po swojemu, wcale nie po swojemu. Mnie zawsze interesował świat zewnętrzny i, yy, ja mogę odpowiedzieć Tadeuszowi Krajewskiemu: ja nie pisałem o tym i nie ceń mnie za to, że ja byłem oryginalny i tam w przeciwieństwie do Zajdla czy Trepki by- by, ym, byłem tego. Nie! Ja po prostu zrealizowałem zamówienie, yy, które, yy, mnóstwo, dziesiątki ludzi młodych już wtedy składało i czekało. Czekało na kogoś, kto będzie robił to tak, jak oni chcą. Tak jak dzisiaj ludzie młodzi czekają, że, że ktoś zrobi coś tak, jak oni tego chcą. Ja po prostu zro- zrea- realizo...
Zacząłem pisać takim językiem, jak, jak mówili młodzi ludzie, jak myśleli młodzi ludzie. Yy, yy, no to po prostu to nie jest moja zasługa. Taki był czas. Ja obserwowałem, byłem tylko dobrym obserwatorem świata zew- zewnętrznego.
Chyba, chyba. Do dzisiaj jestem. Yy, no. To znaczy realizowałeś chyba nie tylko takie zapotrzebowania, mm, literackie młodych ludzi. Yy, Wiktor Żwikiewicz, yy, w tym czasie dał się poznać też jako animator, yy, fantastyki, animator fandomu bydgoskiego i nie tylko bydgoskiego, ogólnopolskiego. Dziewiątego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku założyłeś pierwszy w Bydgoszczy klub, yy, fantastyki, który, yy, parę lat później nazwał się Maską i przyjął tę nazwę od fanzinu, który zresztą zredagowałeś razem z młodymi pisarzami. I, yy, no i, yy, w, no i zadbałeś o całą oprawę, yy, graficzną. Także okładka tego fanzinu jest do dziś, do dziś kultowa. Czyli krótko mówiąc, mm, realizowałeś wiele zapotrzebowań młodych ludzi z tego, z tego czasu, nie tylko tych czytelniczych. I wydaje mi się, że to, co w takim biegnie skrócie teraz powiedzieliśmy o, o, o tym okresie, przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych szczególnie, no to świadczy tylko o tym, że nie można, mm, przecenić twojego wkładu w taki bardzo progresywny rozwój, yy, polskiej fantastyki naukowej w tym czasie. Faktycznie, ja, ja, ja nie tego, ja, ja, ja nie jestem skromną osobą. Ja wiem, że beze mnie w ogóle fandomu by w Polsce nie było. Po prostu. No proszę, jak Wiktor mówi, że nie jest skromny, to zaraz daje najlepszy dowód tego. Tak. I mo- mogę, mogę na przykład, yy, spoko powiedzieć. Otóż dzisiaj istnieje internet. W tamtym czasie to ja byłem w Polsce jedynym internetem. Yy, ja po prostu wsiadałem w pociąg albo w autobus i jeżeli ktokolwiek dał głos w Polsce, napisał słowo, opowiadanko albo i tak dalej, albo wy- wypowiedział się ja- w jakikolwiek sposób, no to ja wsiadałem w pociąg albo w autobus, tak jak mówię, i jechałem do tego gościa, obojętnie, gdzie mieszkał: w Katowicach, w Krakowie, w Sopocie, w Gdańsku i tak dalej. Yy, spotykałem...
Ludzie patrzyli na mnie jak na idiota: „Przyjechał, a, a czego pan chce?“ Albo raczej: „Czego ty chcesz?, nie?”. Ja mówię: „Słyszałem, czytałem. Chciałbym pogadać. Nie, chciałem poznać“. „Dobrze“. No to czasami żeśmy ucięli rozmowę, wypiliśmy jakieś piwo. Ale moja fobia nie polegała na tym, że ja poznałem kogoś, kto coś robi. Ja miałem jeszcze, yy, obsesję jedną. Otóż ja chciałem koniecznie, żeby ten człowiek, który, którego poznałem gdzieś w Katowicach albo w Sopocie, poznał tego gościa w Kra- w Krakowie albo w Warszawie. Brałem go w pociąg, wiozłem do Krakowa i w ten sposób się ludzie poznawali.... W ten sposób poznali się wszyscy ludzie w Warszawie, którzy się nigdy nie znali. Nawo-- dlatego istniał Jędrzejczyk, istniał Wójcik, istniał Rodek.
Istnieli, istniało mnóstwo ludzi, moich przyjaciół, bo to wszystko byli moi przyjaciele, ale oni o sobie nie mieli zielonego pojęcia. Gdzieś tam słyszeli, że żyją i tak dalej. Natomiast ja po prostu brałem faceta za chachu i mówię: „Chodźmy, pójdziemy na piwo, pogadamy razem", nie? I w ten sposób się zaczął, yy, instalowała się, że tak powiem, sieć w tamtym czasie, czyli fandom. Okej, ja jeszcze chciałem nawiązać do jednej rzeczy, bo kiedy Wiktor opowiada, że czytał dziesięć książek dziennie albo że czytał jakieś nieprawdopodobne ilości, no to może budzić, przyznaję i budziło na przykład we mnie wątpliwości. Znaczy, ja mówię: a tak, no ściemnia, po prostu opowiada jakieś duby smalone. I ja zacząłem Wiktora sprawdzać. To znaczy, zacznijmy, zostańmy na, na początku o...
przy czytelnictwie. Otóż Wiktor, na ogół, jak się mówi, że czytałem jakąś książkę, Wiktor mówi: „Tak, wiem, czytałem". No, więc ja powiedziałem kilka razy: sprawdzam. Znaczy nie kilka razy, tylko ponieważ jestem niewiernym Tomaszem, to, to było pewno kilkanaście albo kilkadziesiąt razy. Zacząłem, tak jak ta bibliotekarka, przepytywać Wiktora po prostu, czy przeczytał. I proszę sobie wyobrazić, że ja właściwie nie trafiłem takiej książki, której Wiktor by, yy, mi nie zrelacjonował, nie opowiedział, o czym ona była. Yy, właściwie trochę wymiękłem, bo w tym momencie okaza-okazało się, że on w swoim czasie rzeczywiście musiał całe hałdy tych książek przekopać. I to był najlepszy dowód. Zresztą ja, jako ten niewierny Tomasz, sprawdzałem też inne rzeczy, bo Wiktor ma to do siebie, że na przykład opowiada o tym, jak to w swoim czasie, w latach siedemdziesiątych, był internetem jednoosobowym, a... i takie inne opowieści. No, to niektóre z tych opowieści, nie tylko przeze mnie, ale przez innych ludzi, bywają kwestionowane. No, jak to?
No przecież takie rzeczy są niemożliwe, które Wiktor opowiada. I przyznam się szczerze, uderzę się w pierś, tylko nie za głośno, bo mikrofon może tego nie wytrzymać, że, mm, także miałem taki pogląd. Nie, no, że jak Wiktor opowiada, to sobie tam opowiada. Po czym zacząłem spotykać ludzi, którzy z Wiktorem w tych latach siedemdziesiątych mieli do czynienia. Tych, których Wiktor zabierał do tego pociągu albo jechał do nich przez pół Polski. I oni zaczęli potwierdzać jego słowa. To, że gdzieś tam- To można.
Tak, to można. Dokładnie tak było. Ja chcę to potwierdzić, taka próbę tego ściemniania, o które czasami ktoś podejrzewa Wiktora. Nie, no, to jest całkowita prawda. Ja pamiętam, że jak, yy, poznałem Wiktora, to chyba już tydzień później, dzięki niemu, dzięki temu, że mnie po prostu wypchnął za drzwi, pojechałem do Łodzi na mój pierwszy konwent miłośników science fiction z przesyłką do Marka Auranusa, którego w związku z tym po prostu musiałem poznać, a przy okazji poznałem Andrzeja Krzepkowskiego, Andrzeja Wójcika, a także osoby, o których mówiłem wcześniej z pewną niechęcią, czyli Andrzeja Preppę i Krzysztofa Borowiaka, którzy zresztą okazali się bardzo sympatycznymi ludźmi. Miałem w ciągu tygodnia, yy, okazję poznać bardzo ważnych twórców SF, o których przed tym tylko mogłem sobie czasami pomyśleć, że może kiedyś, gdzieś będzie jakaś okazja. A tutaj dzięki Wiktorowi stało się to wszystko od razu. Toż ja już w pewnym momencie miałem obsesję i praktycznie rzecz biorąc, kogo spotykałem, to pytałem o Wiktora.
Jestem sobie w swoim czasie w Radzie Polityki Pieniężnej. Przygotowuję książkę składającą się z wywiadów z pisarzami z lat siedemdziesiątych, yy, pisarza- z pisarzami science fiction. I tam się spotykam, w tej Radzie Polityki Pieniężnej, z profesorem Dariuszem Filarem, wtedy członkiem Rady Polityki Pieniężnej, a w latach siedemdziesiątych pisarzem i to takim pełną gębą. I właściwie pierwszą rzeczą, którą mówi do, którą pan profesor do mnie mówi, to żebym pozdrowił Wiktora, bo on pamięta, jak kiedyś, jak kiedyś, tam w latach siedemdziesiątych, Wiktor przyjechał do niego trochę niespodziewanie. No, ale się wtedy poznali, bardzo polubili. I takich historii w związku z tą książką, ale nie tylko z tą książką, ja słuchałem na kopy. I wtedy, wtedy nastąpiła przemiana. To znaczy, ja już przestałem wątpić. Dzisiaj właściwie Wiktor może mi opowiedzieć dużo różnych historii. Od czasu do czasu sprawdzam, ale coraz rzadziej, bo się okazuje, że nawet historie mocno nieprawdopodobne okazywały się prawdopodobne i... Znaczy, nie prawdopodob- okazały się prawdziwe, a, yy, a w dodatku potwierdzane przez ludzi niezwykle, niezwykle utytułowanych, poważnych i czasami nawet nobliwych. Także naprawdę z Wiktorem- Dodam, jeśli można, tylko dodam- Oczywiście. W dwa tysiące ósmym roku do Bydgoszczy przyjechał Andrzej Sapkowski, z którym miałem okazję wtedy porozmawiać. Pierwsze pytanie, jakie mi zadał- O Wiktorze! Co słychać u Wiktora Żwikiewicza? Tak jest.
Jak przyjechał kiedyś, lat temu chyba siedem, Marcin Wolski, to też pierwsze pytanie: czy będzie dzisiaj Wiktor Żwikiewicz? No, a potem jeszcze, mm, zostało opowiedziane bardzo wiele różnych pikantnych historii, których tutaj- Nie przytoczymy, nie przytoczymy. Natomiast, yy, natomiast ja z kolei pamiętam, jak obaj panowie przytoczeni przed chwilą, czyli Marcin Wolski i Wiktor Żwikiewicz, na festiwalu w Nidzicy, yy, organizowanym przez Wojtka Sydeńkę. A też miałem okazję zaobserwować, że Wiktor wysiadł z samochodu, yy, i pierwsze, co zrobił, yy... Właściwie nie, co zrobił.
Został zaatakowany przez jakiegoś faceta. Ja sobie w pewnym momencie, zaatakowany w sensie takim, że się zaczęli obłapać, obściskiwać i mówić sobie: kopę lat. I dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że to właśnie te obściskiwanki to z Marcinem Wolskim. Także to tak wygląda.
No, Wiktor, ja nie wiem, jak on to, jak on to robił, ale rzeczywiście tu warto potwierdzić, że w latach siedemdziesiątych tym internetem, tę rolę spełniał. No, nie, nie tylko siedemdziesiąte, osiemdziesiąte i w ogóle- Takim trochę Facebookiem, można powiedzieć. A, Facebookiem.
No też tak, to prawda. Yy, na pewno, na pewno to robiłem, bo to, to jest, to jest moje... Na czym polega moje życie właściwie. To znaczy nie na pisaniu, tylko na, na poznawaniu ludzi, na, na i kojarzeniu ludzi i tak dalej. Na łapaniu, na łapaniu czegokolwiek. Natomiast, yy, jakby mówić o sobie, to powiem, wywane z grubej rury może. Otóż w ogóle ludzie piszący mają... to są takie istoty trójwymiarowe.... w pełni, w pełni pełna trójwymiarowość. No to rozwijaj, rozwijaj!
Jeden wymiar to jest wymiar prozaiczny, czyli taki, jak ot, teraz widzisz mnie, jak siedzę, nie? Drugi to jest wymiar heroiczny, czyli to, co ja o sobie sądzę. I trzeci wymiar to jest historyczny, czyli jak jesteś postrzegany, kiedy ciebie już nie ma, nie?
Ale to jeszcze nie jest- To jest historia. To jeszcze nie teraz. Ale historia kształtuje się przez cały czas, czyli ten wymiar historyczny jest, jest kształtowany, nie? Otóż ja za- rzeczywiście w tym wymiarze prozaicznym jestem zwyczajnym połykaczem Karola Maya i, i innych sensacyjnych rzeczy. À propos twojej aktywności, to nie tylko aktywności. Na czacie zostałeś nazwany Wiktorem Mnemonikiem.
Dzięki, dzięki. Niniejszym, niniejszym. A wiesz co? Ale jak już na czat patrzę, to tu oczywiście musiało paść pytanie, a będziesz się z niego tłumaczył w tej chwili. A ponieważ powiedziałem, że historie okazały się prawdziwe, no to oczywiście musiało być, paść pytanie: a jakie się okazały nieprawdziwe? To teraz powiedz, kiedy okłamałeś, nakłamałeś albo nawymyślałeś coś? Nie, może, może w oreł tak. Otóż ludzie bardzo często, kiedy ja opowiadam o historii swojej rodziny, nie o sobie, tylko o historii swojej rodziny, to się łapią za głowę i mówią do mnie: „Ty weź napisz powieść, napisz książkę o tym, nie? Nie pisz tych science fiction, tylko napisz historię swojej, o, o swojej rodziny, bo to jest historia po prostu nieprawdopodobna". Wszystko, co będę mówił, a c, i co mówię, jest absolutnie nieprawdopodobne. To jest jakby z innej planety. Historia, która tylko, że ja uważam, że wszystkie rodziny mają takie historie, szczególnie w Polsce, tutaj między Wschodem a Zachodem i tak dalej. Tylko że te historie są nie- nieodkryte.
Dzięki temu, że my już dzisiaj to już w ogóle nie rozmawiamy z dziadkami ani z babciami, bo co oni mają do powiedzenia? Yy, bo wiem, a prawdą, nie, gdzieś tam się z jakichś listów dowiadujemy o przeszłości i tak dalej. Natomiast jak ja, widzisz, zacznę może kru... i króciutko tylko. Otóż historia mojej rodziny zaczyna się od Piotra I, cara rosyjskiego. U, to dzisiaj audycja się przedłuży do dwudziestej czwartej.
Nie, ja to szybko, szybko skończę. Natomiast tak. Otóż car Piotr I kiedyś postanowił zbudować flotę czarnomorską. Jako pierwszy tego, żeby tam Turków łoić troszeczkę i tak dalej. Najpierw zbudował Flotę Bałtycką. Nie wiem, czy najpierw, czy później. W każdym razie postanowił zbudować flotę czarnomorską.
Rosjanie nie posiadali absolutnie żadnych szkutników, nikogo zupełnie, kto by mógł zbudować taką flotę. Więc, yy, po prostu sprowadził całe wioski, całe miasteczka rzemieślników z Holandii, z Danii. Przyjechały całe wsie z rodzinami szkutników, drwali, cieśli. Wszystko, wszystko, co, co potrafiło robić, yy, budować statki. Yy, zbudował dla nich wioski nad Morzem Czarnym. No i oni zaczęli budować dla Piotra I Flotę Czarnomorską. Zwróćcie uwagę, jakie to były czasy. Dzisiaj się wydaje, że to tak można sobie pojechać po Europie, a wtedy cała wioska się pakowała i jechała gdzieś z, z, znad Bałtyku. I jechała pomagać carowi zbudować flotę. No dobrze, flotę zbudował, ale nie miał, nie miał kogo obsadzić, bo nie miał.
Rosjanie nie posiadali żadnych marynarzy, nikogo, żeby tego. Następnie tak się trafiło, że o tych kłopotach dowiedział się mój również prapradziadek, yy, który w tym czasie, mieszkając na Litwie, skończył Akademię, yy, Wojskową w Petersburgu. No i ten, i długo slajał się po Europie, bo jeździł po Paryżach, Londynach i Madrytach, nic nie robiąc, tylko underując rodzinę z zaścianka z pieniędzy. Natomiast gdzieś tak, kiedy się dowiedział o kłopotach, to się wynajął, że tak powiem, jako ten, jako kapitan. Został jednym z pierwszych kapitanów tej Floty Czarnomorskiej i od niego się zaczyna historia w ogóle mojej rodziny. Ta zapisana, że tak powiem, zapamiętana. Historia, herb rodzinny to były takie jak libanu dwa drzewka z procy, czyli dwa drzewka z jednego pnia wyrastające, a w środku krzyżyk. Ja myślałem, że to jest krzyż, bo ktoś był w rodzinie biskupem albo coś takiego. Nie. Babcia wyprowadziła mnie z tego: „Nie, Wiktor, to nie była, to nie jest krzyżyk".
A ja mówię: „Jak to nie jest? Przecież widzę krzyżyk, nie?" „Nie, to jest korzik marynarski". Otóż Piotr I do herbu polskiego dołożył ten korz marynarski jako te, jako, jako, yy, no- No, element. Element po prostu za zasługi tego całego jakiegoś praprzura Żółkiewicza. No i następnie ten cały Żółkiewicz pływał we Flocie Czarnomorskiej. Miał dwóch synów.
Ech, no nieważne, po- pominę już całą historię. Na, na samym prawie końcu je- jeden z, mój osobisty już dziadek, yy, też skończył Akademię w Petersburgu. Przed rewolucją stworzył kozackie wojsko taczanki, czyli artylerię konną, kozacką. On był autorem tego, tego w ogóle pomysłu i, yy, nauczył Kozaków. Zorganizował oddziały, które, które były w tamtym czasie nieprawdopodobnie dynamiczne i nieprawdopodobnie szybkie. To była kozacka artyleria konna. Natomiast i on był... Mam jego zdjęcia z patronasami w kozackiej czapie. A wiecie, kim był jego brat? Też mam jego zdjęcia.
W płaskim kapeluszu, szerokim, yy, z drzewcem flagi trzymanej jedną ręką. A flaga była amerykańska. Był w tym czasie chorążym w Stanach Zjednoczonych, w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. No, widzę, że- To był, to był mój dziadek i mój brat mojego dziadka, nie? Nie, nie, niepodległość. Jaką niepodległość? No, coś ci się- Kochany!
Nie, nie. Otóż wszyscy patrzą na mnie jak na, jak ja takie rzeczy. Tylko trzeba uwzględniać jedną rzecz, że u mnie w rodzinie mężczyźni mieli dzieci.... mając dopiero najwcześniej pięćdziesiąt lat. Czyli u mnie przez-, przeskok pokoleniowy to jest pięćdziesięcioletni.
Pięćdziesiąt lat, pięćdziesiąt lat, pięćdziesiąt lat i już mamy Napoleona. Proszę ciebie, tak! No dobrze, ale to brat, brat dziadka. No to może o secesyjnej wojnie mówisz? O secesyjnej, tak. No, no, wiedziałem, wiedziałem, że coś się...
Wiedziałem, że coś się, coś się, wszystko się już odetchnąłem. Odetchnąłem. Ale zwróćcie uwagę, już tylko tak zamarkowana historia, bez opowiedzenia mojej ba..., historii mojej babci, która w czasie rewolucji urod-, poroniła dziecko, czyli brata mojego ojca, pod wiszącym dziadkiem, tym dowódcą kozackim, bo czerwoni powiesili go pośrodku aula na drzewie jako dowódcę ciężko rannego. Natomiast wszystkich kozaków, starców i dzieci rozstrzelano pod stodołami. Całą wioskę, a babcię z nowo narodzonym dzieckiem, które przeżyło, łącznie z kobietami i niemowlakami, bo małe dzieci, czyli chłopacy, chłopcy mający dziesięć, dwanaście lat, również zostali zabici. Natomiast moja babcia została zesłana na Syberię. W drodze na Syberię pociąg, pociągi ogarnęły wojska generała Denikina, które biało-gwardyjskie się wycofywały na Daleki Wschód i zostały internowane przez Japończyków na Wyspach Japońskich. I moja babcia z tym nowo narodzonym dzieckiem oraz moim ojcem była w Japonii internowana z carskim wojskiem. No, to jest taka historia. A co opowiadała mi babcia o Japonii w tamtych czasach, to, to już jest naprawdę nieprawdopodobne. To się nie nadaje przed dwudziestą drugą, bo ja znam tę, znam tę historię. Tak. Ja proponuję, żebyśmy się zachowywali jak, jak dobrzy gospodarze i dopuścili naszego gościa jednak do głosu. Tadeuszu, proszę.
Ja mogę być milczącym gościem. Nie ma problemu. Ja tylko chcę powiedzieć, że Wiktor nie jest postacią historyczną, czy tego chce, czy nie. I to nie dlatego, że jego rodzina przeżywa tak spektakularne fragmenty naszych dziejów, tylko dlatego, że swoją twórczością już na stałe zapisał się do historii literatury polskiej. No, nie tylko literatury SF. No i właśnie dlaczego? Bo nie każdy pisarz science fiction przecież do tej historii literatury przechodzi. Może dlatego, że proza Wiktora Żółkiewicza- Realizowała wasze zamówienia. No. Odpowiadała na wasze zapotrzebowania. I dlaczego, Tadeusz? To, co powiedziałem. Nie tylko dlatego. Dlatego, dlatego mi się wydaje, że sprawa jest o wiele bardziej złożona. Ta proza stawiała przed czytelnikiem bardzo poważne wymagania. Można powiedzieć, że na pewno Wiktor Żółkiewwicz nie był ojcem, który bezstresowo wychowuje dzieci.
Rzucałeś człowieka na, do basenu głębokiego na dziesięć metrów i mówiłeś mu: "Toń albo, albo płyń". I właściwie każdy, kto wchodził do tej kreacji stworzonej przez ciebie, to musiał natychmiast, błyskawicznie uczyć się pływać. Musiał o te wszystkie tropy, które tam umieszczałeś, umieć się otrzeć.
Czasami nabijał sobie siniaków. No i robił wszystko, żeby wypłynąć na powietrze albo przynajmniej płynąć w tym nurcie, który ty wskazałeś. Ty nie dawałeś czytelnikowi żadnego koła ratunkowego. Ty mu w żaden sposób nie pomagałeś. Ty nie stosowałeś prostych chwytów narracyjnych, które były kiedyś w literaturze science fiction. Dość oczywiste, że w jakimś tam świecie, odległym świecie przyszłości, jakiś odmrożenie wstaje z hibernatora i poznaje rzeczywistość. I jeszcze ma pod ręką jakiegoś nauczyciela, który mu to wszystko tłumaczy. Notabene, to wcale nie jest taki stary pomysł, ponieważ współczesny pisarz SF, na pewno genialny, na pewno uważany słusznie za, za postać absolutnie wyjątkową, Jacek Dukaj, na taki prosty chwyt sobie pozwolił w powieści "Perfekcyjna niedoskonałość".
Żeby wyjaśnić pewne sprawy, które tam, które dla, dla czytelnika, dla czytelnika mogą być zupełnie niezrozumiałe. Więc tę metodę, starą metodę zastosował. Wiktor Żółkiewicz nigdy tego typu pomysłów czytelnikowi nie, nie podsuwał. Także właściwie byliśmy skazani sami na siebie. I na dobrą sprawę można powiedzieć, że niektórzy docierali gdzieś tam do jakiejś pięćdziesiątej strony twojej książki, pomimo tego, że realizowałeś, jak mówisz, ich zamówienia i odkładali tę książkę.
I to nie dlatego, że intelekt tego nie wytrzymywał. Nie dlatego, że nie podziwiali piękna języka, jego kunsztowności, tylko dlatego, że po prostu tonęli i zabijałeś na pięćdziesiątej stronie. Krótko mówiąc, traktowałeś trochę czytelników jak graczy, którzy gdzieś tam przez ten pierwszy level nie mogli przejść. No, a jak nie mogli przejść, no to dalej nie mogli grać.
No i właściwie tam na tym pierwszym levelu bardzo wielu się zatrzymywało. Miałem okazję z wieloma osobami rozmawiać, które mówią, że Wiktor Żółkiewicz... Ja nawet spotkałem się z czytelnikiem, który powiedział wręcz: "Wiktor Żółkiewicz jest moim ulubionym pisarzem. Nigdy nie przeczytałem ani jednej jego książki do końca, bo nie dałem rady". Coś w tym jest.
Ale, ale, ale był zakochany w tej osobie. Także, także tak traktowałeś czytelników. No i co jest jeszcze bardzo istotne, w twojej prozie trzeba się było przebijać przez gąszcz metafor, przez całą masę symboli.
Barokowy język. No, mi się wydaje, że przede wszystkim była tam poezja i proponowałeś, ja mam takie odczucie, poezji jako pewien klucz do deszyfrowania rzeczywistości. Tej rzeczywistości, którą przedstawiałeś w swoich książkach, ale jednocześnie tej, która nas otacza, tak żebyśmy może z tym, z tym kluczem mogli wyjść na zewnątrz. Mogli wsiąść do windy, do, do autobusu, przejść na drugą stronę jezdni, spotkać jakichś ludzi i zobaczyć różne symbole. Spojrzeć na to wszystko metaforycznie i wtedy wskoczymy na kolejny level. I w tej rzeczywistości, w której jesteśmy, poczujemy się inaczej, jakbyśmy byli z tego innego świata, z innego czasu, co oczywiście dawało nam bardzo...... Dużo frajdy nam, czytelnikom, ale czasami też cierpieliśmy z tego powodu i, i to do ciebie tylko wtedy mogliśmy mieć o to pretensje.
Słusznie. Do- dobry tekst żeś zapodał, bo chyba proza życia jest chyba najpiękniejszą poezją, jaka w ogóle jest możliwa, nie? Yy, i ludzie tego nie dostrzegają bardzo często. Myślą, że żyjąc prozaicznie, żyją bez poezji, że tak powiem, nie? Moja poe-- moja poezja jest, yy, żeby nie było tak górnolotnie, Tadeusz, nie? Mogę zacytować moją poezję? Start, Wiktorze, start. Ułożyłem mnóstwo wierszyków, ale przyszedł mi w tej chwili jeden do głọ, do głowy. Żeby to nie było... To napisałem taką rzecz. Rzecz o robaczku. Rzecze robak do robaczki: „Pójdź, robaczko, ze mną w krzaczki. Tam pod krzaczkiem wielkie rzeczy. Zabierzemy się do rzeczy. Rzecz się stanie niesłychana, gdy się obudzimy z rana.
Dookoła same dziwy. Świat nas wita, robacze!". Dobrze, Wiktorze, teraz coś chciałem, coś chciałem powiedzieć. Chciałem się dorwać do głosu. Ty mnie chciałeś w poezji, to właśnie- Nie, nie, ja- Zaznaczam, proszę państwa, nie mówiłem o rymowankach Wiktora, mówiłem o poezji.
Tak, no wiadomo, o tej poezji. Do tej poezji w, yy, w utworach Wiktora jeszcze wrócimy. A ja powiem o pewnej refleksji, która właśnie mi przyszła do głowy, bo mam takie nieprzeparte wrażenie, nieco, nieco wprawiające mnie w dyskomfort, yy, że niektórzy, yy, nasi słuchacze, yy, obecni także na czacie, mają jakąś sondę w mojej głowie. Bo jeden z nich właśnie napisał na czacie, yy, żebyśmy trochę podzielili się, yy, naszymi, naszymi refleksjami na temat pierwszych książek Wiktora, które przeczytaliśmy. No to już się dzielę. Ja powiem tak: dla mnie, yy, przed chwilą, przed chwilą Tadeusz opisał, yy, stan mojego ducha, mm, kiedy się po raz pierwszy wziąłem za lekturę Wiktora Żwikiewicza. Pamiętam, była druga połowa lat siedemdziesiątych. Pojechałem z tatą do Zakopanego.
Chodziliśmy po górach, a na wieczór, na każdy z wieczorów wziąłem sobie książkę ze swojej biblioteczki science fiction i była to— sam się dzisiaj zastanawiam, czy na szczęście, czy, czy, czy, czy właściwie odwrotnie, nie na szczęście — yy, książka Wiktora Żwikiewicza „Happening w oliwnym gaju". Ponieważ byłem wtedy wczesnym nastolatkiem, jakimś dwunasto-, trzynastolatkiem, to powiem, yy, tak: średnio przejeżdżałem przez pięć, dziesięć zda- zdań i po prostu odrzucałem tę książkę.
Odrzucało mnie od tej książki, ponieważ to była literatura absolutnie nieprzeznaczona dla tego wieku. Albo jeżeli ktoś byłby genialny, to być może, może by przebrnął. Natomiast ja byłem zupełnie przeciętnym dwunasto-, trzynastolatkiem i po prostu, yy, odbijałem się od tej, od tej prozy jak piłeczka pingpongowa od stołu. To absolutnie, absol- absolutnie do mnie nie docierało. No więc wróciłem z tego Zakopanego przekonany, że, yy, co prawda Wiktor Żwikiewicz wielkim pisarzem jest, ale pisze w sposób absolutnie niezrozumiały i w ogóle to w ogóle się nie daje czytać. Potem dotarły do mnie kolejne tomiki. No i na nieszczęście był to kolejny kol, kolejny tomik, którego nie zdołałem w jakikolwiek sposób przełknąć, a nawet większych kawałków. Czyli to był „Sindbad na RQM". I znowu ten trzynastolatek, no, może już wtedy troszkę starszy, nie, na pewno niewiele.
No, zresztą się odbiłem od tego elegancko, tak jak ja nie wiem, no, nieważne, jak się odbiłem. W każdym razie było to dla mnie nie do przeczytania. No więc rosło we mnie to przekonanie, że Wi- Wiktor Żwikiewicz bardzo fajne książki wydaje, bo one były wtedy całkiem, całkiem nieźle wydane, jak na tamte czasy. No ale to nie są książki, które można czytać. No, je można na półce postawić ewentualnie.
I stało się tak, że w tej samej serii „Stało się jutro" ukazała się taka książka, która nie była już autorskim tomikiem, yy, Wiktora Żwikiewicza, tylko jakimś takim tomikiem łączonym. I tam się pokazało opowiadanie, które wcześniej miało chyba swoją premierę, yy, a w każdym razie książkową w „Krokach w nieznane".
Tam się pokazało- „In star omnium". Tam się pokazało In, yy, „In star omnium" i przejechałem przez to opowiadanie elegancko, bez problemu. Było super. Takie narracyjne, typowo opowiadanie. Specjalnie mnie to nie bolało i w ogóle się fajnie kończy to opowiadanie. Opowiadał oczywiście nie będę.
Natomiast... I wtedy podzieliłem się taką radosną informacją ze swoim ojcem. A ponieważ mój ojciec znał doskonale Wiktora Żwikiewicza, to mu przy okazji to powiedział. Spotkali się, a Wiktor odpisał tak: „No tak, ale to było opowiadanie, które napisałem, jak miałem lat chyba siedemnaście czy szesnaście. Dzisiaj piszę już zupełnie inaczej". Kiedy ojciec przyniósł mi tę wiadomość, no to się trochę zmartwiłem, że Wiktor już nie pisze takich fajnych opowiadań, jak pisał, jak był szesnastolatkiem, tylko już teraz takie właśnie, takie właśnie ciężkie piły. No, ale mimo wszystko poczułem się zachęcony i, i zacząłem szukać. I powiem tak: trafiłem na zbiorek, który... taki pokonkursowy zbiorek, który się nazywał, zresztą tytuł wziął od właśnie od opowiadania Wiktora, yy, czyli „Wołanie na Mlecznej Drodze". Ja przeczytałem to opowiadanie, chociaż ono nie należy do tych łatwych opowiadań.
Przeczytałem i byłem wstrząśnięty. Jako taki gówniarz miałem poczucie, że przeczytałem coś absolutnie wielkiego. Yy, ja sobie zdaję sprawę, że taki nastolatek, yy, ma tendencję do takiej egzaltacji, do, do mówienia z przesadą, że to po prostu było wielkie, wspaniałe, to było arcydzieło i tak dalej. Tak wtedy sądziłem. To było absolutne objawienie. Ja wtedy czytałem dużo fantastyki i po pierwsze pokonałem po raz pierwszy materię, czyli przebrnąłem przez cały utwór Wiktora Żwikiewicza. Znaczy taki z tych trudniejszych, już nie taki, nie taki prosty jak „In star omnium". Przebrnąłem w całości, a w dodatku jak do mnie dotarło, o czym to jest, no, to było takie wielkie. Wtedy się nie mówiło tak, ale dzisiaj bym powiedział: „Wow, niesamowite!" I to był mój pierwszy kontakt, yy, z prozą Wiktora Żwikiewicza.
Yy, z przyczyn obiektywnych Wiktora, yy, Wiktora o, o pierwszy kontakt z prozą Wiktora Żwikiewicza nie zapytam, ale zapytam w takim razie Tadeusza. Co przeczytałeś? Yy, co było twoim pierwszym utworem? Pamiętasz jeszcze? Tak, „In star omnium". Też „In star omnium", czyli mamy wspólne doświadczenia.
Ale ja, ja padnę wam. Ja ostatnio, redagując jakiś tam swój zbiorek, yy, chyba dla-... Solarisa, dla wydawnictwa Solaris musiałem zredagować, yy, "Wołanie na, na Mlecznej Drodze". Ja też byłem w szoku. Teraz, jak redagowałem, bo ja w ogóle tego nie pamiętam. Tam ogólnie wiem, o czym to było, ale jak sobie na starość przeczytałem, co ja napisałem, kiedy miałem lat, nie wiem, dwadzieścia chyba miałem czy dziewiętnaście, jak to pisałem, dwadzieścia chyba, to ja jestem w szoku. Naprawdę, to opowiadanie jest tak, jak ty mówisz, Marek, do dzisiaj jest niesamowite. Ono jest mądrzejsze ode mnie dzisiaj, kurde. Ja nie wiem skąd. Ja wiem skąd.
Teraz patrz, wpadłem na, na coś. To opowiadanie zdecydowanie przerasta mnie dzisiaj i przerastało mnie wtedy. A wiesz dlaczego? Wracamy Tadeusz do tego, co mówiłeś. To jest realizowanie za-za-zamówienia, zapotrzebowania tego zbiorowego odbiorcy, zbiorowego postrzegacza całego świata. Ten postrzegacz zbiorowy był o wiele mądrzejszy od jednostek. Rozumiesz? Ja, yy, w sumie naprawdę, jakby pisząc to, wylazłem z własnych butów, po prostu. Wyskoczyłem z własnych gaci, ze spodni. Byłem lepszy, nie? No i coś takiego mi przyszło do głowy. Na pewno coś takiego jest. No, mnie kolejność rzeczy taka była, mnie stanął, yy, bardzo fajny tekst, bardzo dowcipny, przede wszystkim z fajną puentą i rozbawił mnie.
Stwierdziłem, że jest jakiś pisarz kompletnie mi nieznany, Wiktor Żwikiewicz, który potrafi mnie zaskoczyć. Bardzo fajnie, bo wtedy fantastyka naukowa jeszcze z "Jęczmieniem w krukach" nieznane przedstawia. Mimo wszystko jeszcze dużo tekstów tej złotej ery SF.
Trochę awangardy, trochę nowej fali. Tam już był Vanegu, tam już, yy, był Ballard, ale tak naprawdę jeszcze cały czas trzymam się tych starych wzorców. Tam był Wyndham między innymi. To było takie hard science fiction oparte na pomyśle. Żwikiewicz, który też postanowił spuentować to w jakiś sposób. Oczywiście, jeżeli jest tutaj zasada, że nie opowiadamy treści- Nie opowiadamy. Nie opowiem treści, tylko opowiem o wymowie tekstu. O tym mogę. No, dla mnie to było opowiadanie o tym, że po prostu do tego, aby z tobą porozmawiać, to ja potrzebuję instrukcji obsługi.
Inaczej po prostu ja się z tobą nie dogadam, nie? No więc i to, to, to w sumie na dobrą sprawę, mm, opowiadanie zawładnął strasznym pesymizmem. W tych czasach, kiedy rzeczywiście w latach siedemdziesiątych, yy, jednak ten problem był taki sam jak dziś. No, ludzie rzeczywiście mieli kłopot z kontaktem i ten problem został tutaj bardzo fajnie przedstawiony. Uderzyło mnie to jako młodego człowieka bardzo mocno. A potem szukałem innych tekstów Żwikiewicza, bo mówię sobie: no, taki pisarz nie może umknąć mojej uwadze.
Muszę, muszę dalej go tropić. I tropiłem go tam, gdzie należy. W sumie trochę intuicyjnie, w "Młodych technikach" starych. I znalazłem marzenie. A ponieważ byłem wielkim miłośnikiem Raya Bradbury'ego, to po przeczytaniu "Marzenia" zakochałem się w Żwikiewiczu. No, wiedziałem, że... ja, ja go nazywałem polskim Bradburym. Po prostu, tam było wszystko, czego, czego, czego oczekiwałem od tej nowej polskiej fantastyki. Ktoś zrobił to na poziomie Bradbury'ego i mówię tutaj to naprawdę nie po to, Wiktorze, żeby ci kadzić. Po prostu to był dla mnie polski Bradbury i powiedział... ten tekst mówił o bardzo ważnej sprawie. W sumie mówił o tym, że można zostać świętym, tylko zupełnie z innych powodów. Nie z tych powodów, o których się, się, yy, powszechnie mówi. Tam świętość jest w każdym z nas i, mm, nie trzeba jej specjalnie, specjalnie szukać. Yy, ja to zinterpretowałem w taki sposób. Nie wiem, czy Wiktor się z tym zgodzi. Ja wiem, że kiedyś taki list do niego wysłałem, w którym opisałem moją, moją wizję marzenia i, no i po prostu to był ten drugi tekst, który mnie uderzył, jak się okazuje, okazuje, nie tylko mnie. No, no i potem, i potem właśnie było "Wołanie na, na Mlecznej Drodze". Ja powiem tak, że, yy, Wiktor, jeszcze, jeszcze, kiedy powiedziałeś o tym, że właściwie, żeby, żebyśmy porozmawiali, to potrzebuję, żebyś ty zrozumiał mnie, ja, żebym zrozumiał ciebie, to potrzebujemy instrukcji obsługi. To zdałem sobie sprawę, że Wiktor, yy, być może dorabiamy, dorabiam w tej chwili filozofię, ale tak naprawdę każdy, kto słyszał o hermeneutyce, o sposobie, o tym, czym się zajmuje hermeneutyka, chociażby filozoficzna, to zrozumie, że Wiktor, yy, jakby nie mając nawet z nią zetknięcia, poruszył problem- Mając Majer.
Dobrze, no, mając, ale ja nie wiem. Ja wtedy nie... wtedy to ja się zajmowałem, wtedy ja się zajmowałem, ee, poznawaniem fizyki w szkole podstawowej. Natomiast, a natomiast z filozofią w ogóle nie miałem nic wspólnego, poza takim podwórkowym filozofowaniem. Natomiast, yy, hermeneutyka filozoficzna dokładnie o tym, nie, znaczy nie dokładnie. Między innymi tym się zajmuje.
Jak sobie, jak się dogadać i jak, mówiąc to samo, zrozumieć to samo. Oczywiście spłycam do jakichś nieprawdopodobnych, yy, do jakichś prawdopodobnych granic to, czym się ona zajmuje. Więc może już przestanę, bo, bo chyba nie czas i nie miejsce, żeby o hermeneutyce w tej chwili, w tej chwili rozmawiać. Natomiast nie wiem, Wiktorze, czy widziałeś na czacie, yy, odpowiedź, jaką dostałeś na wierszyk swój?
Widziałem, dlatego taki wiersz się pisze, żeby Odyseusz, Odyseusz się pojawił przecież. No dobrze, powiem tak. To ja zapytam, ja zapytam w tej chwili, ja zapytam w tej chwili w ten sposób. No dobrze, ale to rozmawialiśmy na razie o opowiadaniach Wiktora. No, powiedzmy, jak się ktoś bardzo zawzię się, to opowiadania Wiktora... ja w końcu też się zawziąłem i przeczyta- większość przeczytałem. Też nie wszystkie. Też jest-- należę do tego gatunku, którzy, którzy, tych ludzi, którzy nie wszystko przeczytali. No dobrze, ale później Wiktor zaczął, yy, zaczął pisać utwory nieco dłuższe. Zaczęły się pojawiać powieści. Którą powieść, Tadeuszu, pierwszą przeczytałeś?
Według kolejności, czyli "Drugą, Drugą jesień". "Drugą jesień". Inaczej nie mogłem właściwie. No, chyba że- No nie, ale mogłeś sobie odłożyć. Mogłeś sobie na jakiś czas odłożyć i mogłeś w innej kolejności. Jeśli chodzi o powieści czy o dłuższe formy, bo myślę, że i "Parada" o Przekleństwie Ikaru" też do takich należą, to, yy, to myślę, że tutaj Wiktor wszedł właśnie na, na taką bardzo, yy, mm, ciekawą ścieżkę.
Yy, mówiłem wcześniej o tym, że bardzo dużo symboliki jest w jego tekstach i właśnie poprzez nią wydaje mi się, że Wiktor rozpoczął, yy, w swoich dłuższych utworach taki dyskurs z, z mitem. Yy...... Wynikało z tych tekstów właściwie na daną sprawę, że człowiek bez względu na to, jaki ma stosunek do mitu, czy, yy, czy traktuje go literalnie, jest wyznawcą jakiejś religii cały czas, czy też traktuje go tylko i wyłącznie jako tam, powiedzmy sobie, pewien, mm, wzorzec kulturowy, który, yy, jest do danej kultury jakoś przypisany, czy też po prostu odrzuca go, bo racjonalizm mu absolutnie nie pozwala na to, żeby w ogóle o tym micie myśleć. Bez przerwy, bez względu na to, jak się do tego mitu odwróci, bez przerwy jest z nim związany. Ten mit, mit w niego wrasta i nie może z niego wyjść.
Czyli właściwie u Wiktora, w jego tekstach jest bardzo dużo takich, no, no powiedziałbym, artefaktów, yy, mitycznych. Mamy, mamy tam i chrzcielnicę, i krzyż, i drzewo wiadomo jakie, i ziarno, i nawet pojawiają się, mm, pojawiają się i postacie, i, i artefakty z mitologii już całkowicie umarłych, na przykład, yy, mitologii perskiej w Kajmarsie oczywiście. Yy, no i na pierwszy rzut oka wychodzi na to, że Wiktor jest w, yy, jest tropicielem mitów i ich, yy, i ich pogromcą. Tak jak siebie lubi nazywać mój kolega literaturoznawca, doktor Mirosław Gołuński. Ale to tylko pierwsze wrażenie. No bo przykładowo Wiktor, yy, znaczy Wiktor mówi, że pierwsze prawdziwe znaczenie słowa chrzest to jest odbieranie życia, nie nadawanie, tak jak my to, yy, postrzegamy. Nie, nie, powiedzmy ponowne pojawienie się człowieka w planie fizycznym i metafizycznym, tylko odbieranie życia. No bo czym innym jest chrzest bioły, czym innym jest, no, próba, próba ognia, czym innym jest, yy, to, to przejście, inicjacja myśliwych, którzy zabijają zwierzynę i smarują się krwią czy piją krew. To wszystko to jest chrzest. Czyli prawdziwe pierwsze znaczenie słowa chrzest to, to jest właśnie odbieranie, odbieranie życia. Podczas gdy wszyscy widzą to trochę inaczej.
Przypominają się tutaj słowa Gandhiego, który powiedział, że jeżeli kiedyś spotka, mm, chrześcijanina, który żyje zgodnie ze swoimi zasadami, to sam przejdzie na chrześcijaństwo. Nie zrobił tego. Nie spotkał nikogo ta-takiego. Właśnie może dlatego, że jak sugeruje Witkiewicz, po prostu chrześcijanie, tak jak i wyznawcy innych mitologii, że tak się wyrażę, są, mm, zupełnie opacznie, yy, rozpatrują z... podstawowe znaczenie tych różnych mitycznych, yy, mitycznych archetypów, no w ogóle mitów, znaczeń symbolicznych, yy, ukrytych w mitologii. Oj, panie Zenoniuszu, ale ja jestem chrześcijaninem jednak. No tak, ale, ale, ale ja tutaj wręcz zacytowałem panie Wiktorze pana- Tak, tak, tak. -że chrzest to jest odbieranie życia. Zgadza się. Tak było napisane. Zgadza się. Nie, no bo tam, to idzie jeszcze dalej. Ja, ja myślę, że, mm, przedstawia się też w swoich książkach, yy, bestie. Bestie, no, dosłownie albo bestie, taką tutaj już metaforyczną, która, yy, poznaje, uprawia epistemologię poprzez mord, zabijanie, gwałt, agresję - wszystko to, co z bestią jest związane.
Mm, i tylko w ten sposób naprawdę można poznawać, sugerują twoje teksty. Yy, i potem, żeby z tego mordu się jakoś usprawiedliwić, to zaczyna się tworzyć jakiś rytuał. Rytuał, który staje się sacrum i wtedy ten mord już jest usprawiedliwiony. Yy, to idzie dalej. W „Balladzie o przekleństwie" ukazujesz cywilizację, mm, cywilizację z Imperium Czerwonej Gwiazdy. Yy, właśnie ci ludzie, mm, te istoty żyjące w kręgu Czerwonej Gwiazdy, mm, nie potrafią inaczej poznawać rzeczywistości, jak poprzez, yy, zabijanie, poprzez mord, poprzez agresję i to na skalę, i to na skalę taką ludobójczą wręcz. Mm, oczywista tutaj była aluzja, to są lata osiemdziesiąte, do bolszewizmu. Mówiąc: „Jestem Imperium Czerwonej Gwiazdy". Moim zdaniem bardzo fajnie tutaj korespondowałeś z, mm, tekstami z epoki, yy, międzywojnia. Mam na myśli tutaj historiozofów i socjologów Mariana Zdziechowskiego czy Jana Karola Kochanowskiego, którzy uważali właśnie bolszewizm za współczesne barbarzyństwo, które najbardziej zagraża cywilizacji i chrześcijaństwu. Jeszcze nie znali nazizmu, bo pisali to w latach dwudziestych, więc w związku z tym bolszewizm był dla nich czymś najgorszym.
Yy, bardzo fajnie to korespondowało, yy, to, co napisałeś z ich tekstami. I ja tylko chcę powiedzieć tutaj w ramach, no, takich, w ramach anegdoty, powiedzmy, że miałem okazję rozmawiać na temat „Ballady o przekleństwie" z dwiema osobami, z dwoma czytelnikami, którzy... jeden z nich urodził się w roku osiemdziesiątym, drugi w dziewięćdziesiątym. Yy, no i oni bardzo fajnie odczytali „Balladę o przekleństwie", ale w ogóle nie zauważyli aluzji do bolszewizmu.
Absolutnie. I gdy im to powiedziałem, to powiedzieli, że absolutnie tego nie zauważyli. To jest, to jest ciekawe. Dobrze świadczy to o tekście, no bo w sumie, ee, oprócz tej, tej aluzji, którą my wtedy, w latach osiemdziesiątych, widzieliśmy jak na dłoni, no, yy, oznacza to, że tekst jest tekstem uniwersalnym. Bo to, yy, nie dotyczy tylko Czerwonej Gwiazdy, tylko w ogóle totalitaryzmu jako takiego.
Natomiast wiesz, ja, ja tutaj tak troszkę, bo Tadeusz Konarski mówi bardzo, bardzo poważnie na ten temat, a ja chciałbym tylko taką uwagę. Ja bardzo chętnie robię sobie jaja sam z siebie, z tego, co piszę i w ogóle z życia, bo to jest, na czym polega wesoło...
No dawaj, Wiktor. Natomiast jeżeli- Dawaj, Wiktor, dawaj. Natomiast jeżeli piszę-... Jeżeli piszę, jeżeli siedzę sam, to, yy, to traktuję rzecz strasznie śmiertelnie poważnie. Kocham tych ludzi, któ-- o których opisuję, przeżywam problemy, które, które opisuję, yy, wiążę je, yy. Nie wyobrażam sobie, żebym napisał, yy, rzecz o, yy, dziecku małym bez świadomości tego, yy, jak rodziły się dzieci, yy, na przykład w czasach Neandertalczyka czy w Neolicie.
Jak umierały, co przeżywały i tak dalej. Jak, jak to się, jak to się ma ten czas miniony do czasu obecnego, do dzisiejszego? Te wszystkie rzeczy mi siedzą. Ja to wtedy traktuję to poważnie i wtedy te moje, moje rzeczy, które ja tam opisuję, to potem, po-potem wtedy już mogę tak mówić. Ja nie mam nic przeciwko temu- To teraz- Bo ja sobie dzisiaj robię jaja, ale jak, jak piszę, to nie. Nie, to było widać, że nie robisz sobie jaj. Bo ja z kolei, jeśli mó-- jeśli mówiliśmy o powieściach, to ja, yy, podchodziłem do twojej pierwszej powieści, czyli do Drugiej jesieni, trochę jak do jeża. A bo takie tam... Nie dość, że te opowiadania takie skomplikowane, to jeszcze powieść napisał. No i przeczytałem. I powiem ci, wtedy sobie pomyślałem: kurczę, tępi komunistów, to jest fajny gość, bo to się, to była powieść, to była powieść, która się ukazała na, w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, trochę tuż po stanie wojennym i była, jednoznacznie miała takie podteksty.
Znaczy dzisiaj być może już, znaczy dzisiaj się w dalszym ciągu dobrze czyta, na zasadzie tak, już nie trzeba tych odwołań do komunizmu. Natomiast wtedy się czytała jednoznacznie: no, wali w komunistów. Znaczy się spoko gość. I tak to, tak to wtedy odczytywałem. Aa, i, i to był, to, to był dla mnie sprawdzian. Pamiętam do dzisiaj. Yy, poszedłem na spotkanie autorskie i Wiktor Żwikiewicz spojrzał tak na mnie i wpisał mi dedyka-dedykację, yy, na, na tym, na tym spotkaniu, patrząc mi się, przyglądając mi się trochę krytycznie.
Założę się, że wtedy sobie pomyślał: ten gówniarz oczywiście nie przeczytał tej książki. W życiu jej nie przeczytał. A ja właśnie wtedy tę akurat przeczytałem. Chociaż powiem, powiem ci, Wiktorze, że potem, jak, yy, tę Balladę o przekleństwie, yy, napisałeś, to ja do dzisiaj zachodzę w głowę, jak ci cenzura w komunie puściła tę czerwoną gwiazdę, która na końcu... No, dzieje się z nią to, co się, co się dzieje.
Ostatnie zdanie. Ostatnie zdanie tej, tej mini powieści jest bardzo chara-bardzo charakterystyczne. Jak ty to zrobiłeś, że ko-- że cenzura komunistyczna ci to puściła, to do dzisiaj nie wiem. Pewno nikt tego nie wie. Bardzo sprytnie. Otóż po pierwsze, yy, jeszcze wcześniej Druga jesień, która opowiada, yy, o drugiej jesieni, czyli o czerwonym smogu, który po-pochłania cały świat, więc czyli- Dobra i to zostańmy, zostawmy, zostawmy. Otóż, yy, otóż ta książka została napisana na zamówienie wydawnictwa Czytelnik w Warszawie.
Yy, no i Czytelnik, yy, wydawnictwo Czytelnik przyjąło tą książkę w osobie Lecha Jędrzejka pełnym, pełnym zachwytem. No i książka miała być wydana, ale niestety cenzura, yy, cenzorem był jeden z pisarzy, zresztą przygodowych, yy, współczesnych. Tam pomijam te całe tego, on był kiedyś, kiedyś był, yy, ce- cenzor, czy jak, jakimś tam sekretarzem w Komitecie Warszawskim. No i on recenzował te książki. No i, yy, kiedy przyszedłem do Czytelnika, Lesek Jędrzej-- pan redaktor Leszek Jędrzejek wtedy położył przede mną taką kartkę, na której była opinia, yy, tego całego recenzenta z komitetu.
Yy, no i tam były napisane takie superlatywy, Tadeusz, chyba lepsze niż, niż ty, yy, mówisz dzisiaj na, na ten temat. Co za wspaniały język, co za wspaniała powieść! No wszystko wspaniałe. Podpis: PS. Nie nadaje się do druku. Taka, taka, taka była. Mam to, mam to gdzieś w chacie, yy, tą całą recenzję, którą tego... Yy, że dlaczego się nie nadaje? Dlatego, bo, bo tej książki nie można było wydać wtedy w Warszawie ze względów politycznych.
Natomiast, yy, Leszek Jędrzejek, który był wtedy, yy, redaktorem, natychmiast pojechał do Poznania, do Bronisława Chradzika, który wtedy był wydawni-- yy, redaktorem w Wydawnictwie Poznańskim. I, yy, dowcip polegał na bardzo śmiesznej rzeczy. W tym czasie w Poznaniu działał taki kabaret Tey z Laskowikiem i Smoleniem. To był bardzo wesoły kabaret i tak dalej. Wszyscy go w Polsce oglądali i znali, i tak dalej. No, ale również poznańska cendu- cenzura została wychowana na tym kabarecie. Otóż, yy, cenzura w całej Polsce nie była w stanie przełknąć pewnych rzeczy. Natomiast Laskowik i Smoleń wychowali sobie cenzor, cenzurę poznańską. Ja skorzystałem z cenzury poznańskiej, bo cenzura poznańska, w przeciwieństwie do cenzury całej, w całej Polsce, spokojnie puściła to, bo nie takie rzeczy Lasko, Lasko, Laskowikowi i Smoleniowi puszczała w kaba, do kabaretu, nie? Więc to było, to było z Drugą jesienią. Tylko w Poznaniu mogli to wydać. Nigdzie w Polsce wtedy nie. Nie, nie tego. Natomiast z Balladą o przekleństwie był, było, było w ten sposób to zrobione, że po pierwsze, mm, yy, całe życie lubiłem udawać idiotę.
Yy, jak patrzę, jak ktoś na siebie patrzy i widzi idiotę, to, to zawsze masz, że tak powiem, taki carte blanche na, mm-... No, możesz sobie pozwolić trochę więcej- Na więcej. Na więcej, nie? No otóż ja, ja w, w rozmowie tam z cenzorami i tak dalej wyglądałem jak słodka idiotka i normalnie wyraża..., mówiłem takie teksty.
Słodki idiotek. Słodki idiotek. Tak, słusznie. No, dlatego w pewnym oni patrzyli na mnie co... w trakcie rozmowy coraz bardziej pobłażliwie. W końcu się właściwie z zażenowaniem uśmiechali z tego. No, mówią: "No tak, no, ten idiota pisał, Boże mój, niech se wyda" i tak dalej. I ten. I pamiętam, jak redaktorka, która powiedziała, że to nie ma szansy, żeby wyszło, żeby się dostać opinię pozytywną. Kiedy ja poszedłem do, do tego, porozmawiałem z tymi cenzorami i wróciłem z gotową tą. Ona mówi: "Jak to? Jak ty żeś to zrobił, nie? Jak żeś ich przekonał?". Ja ich nie przekonałem. Ja ich przekonałem, że jestem nieszkodliwy i moje pisanie również jest nieszkodliwe. Okej, Wiktorze. Ja chciałbym tutaj jeszcze może dodać, bo to jest okres, w którym ukazuje się dość dużo książek o takiej jawnej wymowie antykomunistycznej, bardzo ostrych i które przechodzą- Tak. I czytelnicy odkrywają to drugie dno. Czują się tak trochę jak jeszcze w czasach zaborów nasi tam pradziadowie się czuli, gdy odczytywali w tekstach jakieś zakamuflowane informacje. No i pojawia się "Wyjście z cienia" Zajdla, pojawia się "Wir pamięci" wnuka Lipińskiego, pojawia się "Twarzą ku ziemi" Parowskiego, pojawia się cała masa książek. Pojawia się Krzepkowski i Wójcik z "Obszarem nieciągłości". Oramus.
No, oczywiście Oramus z "Niezwyciężonymi", no i te wszystkie książki w jawny sposób uderzają w komunę. Właściwie tam już nawet momentami aluzyjność jakaś zanika. Tak. To już wszystko wprost, wprost mówione. No i to, i to rzeczywiście zmienia oblicze polskiej fantastyki w tym okresie. Ona z jednej strony odgrywa bardzo ważną rolę, kształtującą świadomość młodych czytelników, bo to, to jest nieprawdopodobne. Ludzie zauważają, że można coś w tym kraju jednak powiedzieć, można coś zmienić. Ponadto w tych książkach, zwłaszcza u Parowskiego, "Twarzą ku ziemi", widać bardzo wyraźną analizę, bardzo niepochlebną także społeczeństwa. Społeczeństwo. Tak. I to, i to też, to, to jest bardzo ważny element tych tekstów, gdzie dowiadujemy się pewnej prawdy o samych sobie.
Nie tylko uderzamy w tych, którzy- To nie była fajna prawda. To nie była fajna prawda. To nie była fajna prawda. To nie była fajna prawda. Pojawiają się zresztą też dobre filmy w tym czasie. Pojawia się Piotr Andrzejew z "Czułymi miejscami", pojawia się Szulkin przecież z "Wojną światów" i to wszystko jednak przechodzi, wchodzi, dociera do nas bezpośrednio. Oczywiście są to rzeczy, w przypadku filmu szczególnie niszowe, no, niełatwo dostępne. No, nie można było sobie tak pójść po prostu na Szulkina do, na jakiś seans, bo film leciał przez dwa, trzy dni góra i znikał z ekranów.
Czasami tylko jeden seans miał miejsce. No, ale z książkami było trochę inaczej. Te książki ukazywały się w dużym nakładzie. Był to swego rodzaju fenomen i mi się wydaje, że absolutnie nie do powtórzenia w żadnym, żadnym innym kraju bloku sowieckiego, no, z wyjątkiem samej Rosji.
I oczywiście myślę tutaj o Strugackich. Tak, Strugaccy, Strugaccy to... oni sobie wywalczyli. Ale oni sobie wywalczyli. Wywalczyli w, w, toporami, wręcz jakimiś takimi literackimi, wyciechali sobie taką, taką swoją, taką swoją niszę. I rzeczywiście oni publikowali z punktu widzenia tamtejszej władzy, rzeczy straszne o tej władzy. Ale to im przechodziło. Rzeczywiście to im przechodziło. Im wolno było więcej. A jeśli ktoś zna tą radziecką fantastykę z tamtych czasów, to właściwie byli Strugaccy, był Bułyczow i właściwie niewiele więcej. Pozostałe rzeczy to były takie, takie, takie, takie miałkie właściwie. Ja trochę tej fantastyki w oryginalnym, w rosyjskim mam.
Znaczy to były dobre rzeczy, no, Bielienkin, Warszawski. Tak, tak. Tylko, że- To tak, to tak, ale były też, była też- Unikały prawdy. Tak, ale były... była też cała masa chłamu, odbudowy komunizmu. Ja mam takie książki. To były, to były książki, które dzisiaj to właściwie, jak się próbuje je czytać, to chrzęszczą. Ale ja mam jeszcze... Mówimy trochę o historii. Ja tylko o Strugackich jeszcze wspomnę, bo z tego, co wiem, na jakimś konwencie we Francji uznano, że trzej pisarze z Europy Wschodniej, czyli bracia Strugaccy, Stanisław Lem i Wiktor Żulkiewicz, to są pisarze, którzy zmieniają oblicze światowej fantastyki. Twoje nazwisko zostało wtedy wymienione. Proszę, z kim siedzimy przy jednym stole, rozmawiając. Proszę sobie zdać z tego sprawę. Znajomość z Wiktorem Żulkiewiczem, bez względu na to, jak w tej chwili bardzo prywatnie ona wygląda, była dla mnie zaszczy- zaszczytem.
Wiktorze. Ja chciałem, chciałem co do tego, jak- Już tak czaję od dziesięciu minut, żeby ci pytanie zadać. Wiecie co, jak mówimy o fantastyce minionej, dzisiaj ludzie już tego nie czytają. Może, może tam ktoś jeszcze i tak dalej, ale ja bym miał tak na... Jak jesteśmy na antenie Radia Paranormalium, ja bym miał propozycję, żeby ludzie, którzy nie mają pojęcia, czym jest komunizm, czym jest totalitaryzm, bo to dawno, dawno, dawne czasy minęły i tak dalej, a chcą przeczytać rzecz bardzo rozrywkową, bardzo dynamiczną, bardzo fajną, zrozumieć i coś prze tego.
Niech zajrzą sobie, na pewno można ściągnąć, na pewno jest tego, bo jest tłumaczona, jest zresztą wydawana dosyć często, chyba niedawno, może w okresie pięciu lat, była wydana w Polsce, przetłumaczona. Niech zajrzą do jednej, jednej książki. Resztę można pominąć. Napięcie wzrasta. Bułhakowa "Psie serce". No, no pewnie! To znakomita książka.
Oczywiście, że tak. To ciarki chodzą. Trzeba, to nie jest, to nie jest długie- Nie jest. Więc można sobie poczytać, nie? Jest dynamiczne, fajne, wesołe.... ale, ale ja na początku, na początku lat osiemdziesiątych, co jest dość istotne, wyszło to w samizdacie i wydali to fani, miłośnicy fantastyki. Tak, tak.
Nielegalne wydanie właśnie "Serce" i muszę powiedzieć, że Kruk Maską, teraz mogę to chyba głośno powiedzieć, już nikt nie będzie nas ścigał, wydał też nielegalnie "Fatalne jaja" Bułhakowa też. No, druga rzecz- Tak, tak.
Mówiąca prawdę o bolszewizmie. Z właśnie z tej pozycji, z tej pozycji człowieka, który był w to strasznie mocno uwikłany. No, to się wreszcie przepcham i zadam to pytanie, bo pytanie zresztą nie moje, zadane na, zadane na czacie. Brzmi mniej więcej tak: jakich pisarzy tworzących teraz ceni Wiktor Żwikiewicz? I nie musi koniecznie wymieniać- Siebie.
Mnie, mnie, tym razem mnie. Ale tak naprawdę powiem od razu, że Wiktor wcale nie lubi tego, co ja sobie tam popisuję, gryzmolę. Więcej dostaję batów niż, niż pochwał. Natomiast no cóż, Wiktorze, oddaję Ci głos.
Kogo cenisz? Kogo cenisz? O mnie nie mówimy. Dobrze, w takim razie mówimy. Każda trójca ma parę wcieleń. O osobie trzeciej, tak? A ta osoba trzecia składa się z dwóch półkul, że tak powiem. Czyli no cóż, z tego... Otóż najbardziej cenię pisarza, który właściwie nigdy nie istniał, ale został stworzony przez dwie osoby. Otóż tak się zdarzyło, że kiedyś miałem taki okres, kiedy wspólnie z Markiem Zorkowskim napisaliśmy kilka shortów dla wydawnictwa takiego Roberta Schmidta, dla fanzinu. Jak on się nazywał, ten fanzin Roberta Schmidta? A, to nie był fanzin. To było w pełni, w pełni, w pełni, w pełni pismo pełną gębą, czyli fan, czy fan... Science Fiction, Fantasy and Horror. Tak, tak, tak. Tak. No, no, otóż, otóż myśmy tam spłodzili kilka, kilkanaście prawie shortów, takich opowiadanek na półtorej, dwie strony. I ja uważam, że to są absolutnie najwie- największe osiągnięcia współczesnej literatury science fiction. Grud to skromność. Ale pardon, ja nie o sobie ani nie o tobie. Tak jest. To trzecia osoba, czyli to, co było z nas, co się złożyło do kupy.
Każdy, każdy, kto chce zobaczyć, co ja potrafię i co potrafi, oczywiście przy wielkim wzrocie, Marek Zorkowski, niech zajrzy do tych opowiadań, bo według mnie one są genialne. Okej. One są najgenialniejsze. Okej, ale i tak pocisnę.
Jakbyś miał wymienić jeszcze jakichś innych autorów poza naszymi genialnymi nazwiskami, niech cię już będzie, to kogo byś tak naprawdę wymienił? Mówiąc zupełnie poważnie. Zupełnie poważnie, to w takim razie i tak nie mogę oceniać, bo ja nie jestem krytykiem. Ja tylko mogę powiedzieć to, co ja lubię. A ja lubię Rafała Ziemkiewicza. Okej. Tak. Okej.
Lubię to, co pisze. Lubię, to jest zupełnie obce mi. To jest zupełnie nie tak, jak ja lubię pisać. To jest zupełnie nie takie i tak dalej. Muszę ci przerwać. No. Mówisz o publicystyce czy mówisz o fantastyce?
O fantastyce. O fantastyce. Okej. Tak, ale publicystykę lubię. Publicystykę szanuję, a, a ten, a pozdrawiam bardzo. Jeśli mogę, bo pamiętam, jak odkrywaliśmy Rafała Ziemkiewicza, to było tak trochę podobnie jak z tobą. Pierwszy tekst z "Młodego Technika". Pierwszy tekst też bardzo taki w duchu brytw- Tak, tak. Jezus, no bardzo fajnie. Pojawi się ktoś, kto tak pisze. Podobne myśli jak przy "Marzeniu" się pojawiły. No i krótko potem mieliśmy okazję poznać autora, który rzeczywiście robi dość szybko karierę. No i "Droga na Zaleszczyki" otworzyła moim zdaniem już tak wrota Rafałowi do pisania tej, tej najlepszej fantastyki, bo w sumie to są też gdzieś... Znalazł się też w pewnym momencie na panteonie, ale jednak nie utrzymał się na nim dość długo. Chyba dlatego, że po prostu już nie był systematyczny. Przestało go to interesować. Zajął się czymś zupełnie innym. Ja w ogóle à propos tych, tych najlepszych pisarzy, mogę powiedzieć też- Jak najbardziej zapraszamy. No właśnie, bo jak już anegdoty się pojawiają, to ja też od czasu do czasu chcę wtłuczyć moje, chociaż są bardzo mało spektakularne w porównaniu z tym, co mówi Wiktor i Ty, Marku, również. No ale powiem: kiedyś młody człowiek, bo ja po prostu, no, specyfika mojego zawodu powoduje, że często kontaktuję się z bardzo młodymi ludźmi. No i jakiś bardzo młody człowiek, mając lat gdzieś tam chyba siedemnaście, spytał mnie, to niedawno to było, jakieś dwa lata temu, czy...
Ponieważ mówiłem o wyższości literatury science fiction nad literaturą fantasy, trochę prowokacyjnie, bo ja nie jestem jakimś tam szowinistą i nie uważam, że fantasy to coś gorszego. Po prostu lubię SF. No i poprosił mnie, żebym zrobił coś takiego. Powiedział bez zastanowienia, bez zastanowienia, pięć najlepszych moim zdaniem książek science fiction, jakie w swoim życiu przeczytałem.
No, rzeczywiście, test dość trudny, ale o tyle łatwy, że rzeczywiście, no, mówić można bez zastanowienia. I zrobiłem to. Podejrzewam, że gdybym nie zgodził się na ten eksperyment i zaczął myśleć i główkować, to do tych pięciu tytułów to do dziś bym nie doszedł. No więc powiedziałem, to były w następującej kolejności. To są też ciekawe.
"Trylogia księżycowa" Żuławskiego, "Głos Pana" Lema-... robot Adama Wiśniewskiego "Snerga", "Delirium Faustus" Żbikiewicza i "Domek świeczki" Domolewskiego. No i gdy to skończyłem, on na mnie spojrzał zdziwiony. Myślę, że niektóre nazwiska usłyszał po raz pierwszy i powiedział: "Przepraszam bardzo, ale ja chciałem, żeby pan mi powiedział pięć najlepszych książek science fiction, jakie pan w ogóle w swoim życiu przeczytał, a nie pięć polskich książek." I ja wówczas zauważyłem, że faktycznie, bo nie zastanawiałem się nad tym, wymieniłem samych polskich pisarzy. I jak się okazuje, yy, potwierdzam to dzisiaj i myślę, że przy tej piątce zostanę po bardzo poważnym zastanowieniu. Nie moja wina, że tak się złożyło, że najlepsze książki SF, jakie poznałem w swoim życiu, wyszły spod pióra polskich pisarzy. Nie było w tym jakiegoś mojego szczególnego patriotyzmu. Yy, nie, nie z tego powodu te, tych pisarzy w takiej kolejności wymieniłem, tylko dlatego, że po prostu tak to odczuwałem i coś- Polska fantastyka rzeczywiście była dobra, ale też, yy, jak, jak mówisz, że wolno mieć tylko polskie, polskie tytuły, to, mm, ktoś tutaj na czacie, jak kątem oka widzę- No tak, zrobi się zaraz szowinistyczny. Ostrzegam. Tak. Zadał pytanie: dlaczego, dlaczego nie wymieniamy żadnej pisarki? No, jak tu wymienić pisarkę, szczególnie polską? No, no można. Ty mówisz, że można, a ja, ja twierdzę, że to jest jednak- Wiktor poleci szowinizmem zaraz. Pewna hermetyczność. Jeszcze gorzej niż szowinizm. Otóż, yy- I tak dobrze, dobrze zapowiadającą się audycję zdejmą z anteny. No trudno, mów! Tak. Otóż, yy, ja ostatnio zadałem pytanie komuś, już nie pamiętam komu: czy zna pisarza światowej klasy jakiegokolwiek marki, czarnoskórego? Nie ma. Nie ma.
Kochani, fantastykę naukową tworzyli wyłącznie biali ludzie. Tylko jechałeś. Tylko. Yy, i w dodatku tylko mężczyźni. Jesteście rasistami za trzy, dwa, jeden. Już, już. Nie jesteśmy, nie jesteśmy. Nie jesteśmy rasistami- Nie. -bo ja już mam od razu argument dla Wiktora, który go zdruzgocę. A na przykład Ursula Le Guin, czyżby nie była kobietą? Jak najbardziej była. Tak, no ale to wiesz, mniej więcej tak samo jak, jak, jak autor, yy... Jak to było z tą różą całą? Yy. Nie wiem, o jaką różę ci chodzi? Roger Zelazny. Nie! Ta powieść współczesna. A, "Imię róży", "Imię róży". Jak, jak Umberto Eco też nie był pisarzem, tylko po prostu był profesorem, który postanowił napisać powieść. No, ale tu wyszło, ale mu wyszło. Wyszło mu. Tak samo Ursuli Le Guin, która była językoznawcą i tak dalej, właściwie wykładała jakieś gdzieś tam coś. Też po prostu postanowiła zarobić trochę pieniędzy na pisaniu i trochę jej wyszło. Na początku wyszło- Wyjść to jej może jedna, może i druga powieść, ale jak jej wychodzi któraś z kolei, to chyba już jest jednak pisarką z całego- Nie, mówimy o, o innym wychodzeniu. Ja mówię o wychodzeniu, żeby wyszła powieść, a ty mówisz o wydaniu.
Wydać to jej mogli do pięćdziesiąt powieści. Ale już cię punkt, już cię punktują nasi słuchacze. Proszę bardzo, jest przez O trzydzieści pięć, naszego niezawodnego słuchacza, podana kolejna autorka, yy, która, która w swoim czasie, dawno już, bo dawno, ale stworzyła postać kultową. Tak, Mary Shelley- No i Frankenstein.
Była fajna, była dobra. No, w tamtym czasie tego kobiety nie miały coś tego. To dawno, dawno- Także twoja teza się sypie. Odnoszę wrażenie. Ponieważ przypisano mi tutaj jakiś rasizm, bo powiedziano, że jesteśmy rasistami. Jesteśmy? Ja się sprzeciwiam całkowicie, bo ja się za takiego w ogóle nie uważam.
Yy, no, pisarek bardzo dobrych SF, yy, można podać, yy, więcej. No, chociażby ja wiem, że podam teraz nazwisko męskie, ale takie jest pseudonim tej pani. Jane Tiptree Jr. To jest pani Alice Sheldon. Używała męskiego pseudonimu. Używała, bo niestety już nie żyje, yy, popełniła samobójstwo, pomimo tego, że była psychiatrą i miała już siedemdziesiąt parę lat, to, to jednak stwierdziła, że to jest jedyny sposób pożegnania się z tym światem. Pisała znakomitą fantastykę.
Polecam szczególnie "Jasność spływa prosto z powietrza" i "Histion Houston". I tak, rzeczy szokujące naprawdę pod każdym względem. Bardzo mocne, yy, teksty, yy, i właśnie, właśnie wskazujące na, na ten problem, który tutaj, który tutaj delikatnie został zarysowany, tak? Że, yy, jakie są... Nie, nie są to teksty, yy, androginiczne. Na pewno nie o to tu chodzi. Pokazujące, mm, z punktu widzenia kobiety, mm, prawdziwe relacje pomiędzy mężczyznami a kobietami. Teksty, mm, zawierające, mm, bardzo duże, yy, duże okrucieństwo. No, w powieści "Jasność spływa prosto z powietrza" spotkałam się z okrucieństwem tak wielkim, jakim, jakiego jeszcze nie, nie miałam okazji, mm, w żadnej fabule, yy, nie tylko w literaturze fantastycznej, yy, zauważyć.
Yy, rzeczywiście, ale są to rzeczy, które mają, mają swoją, swoją wielką wymowę. Nie wymieniłem tutaj, jak miałem tych, podać tych pierwszych pięć tytułów, żadnej pisarki polskiej, dlatego, że... Czy w ogóle żadnej pisarki, bo miałem mówić o książkach science fiction. Natomiast jeśli chodzi o literaturę fantasy, to podobno dwie polskie pisarki, które się wyróżniły, moim zdaniem: Anna Borkowska i, i powieść "Garingali. Wyspa szczęśliwa", rzecz niezwykła i właśnie jakoś zupełnie zapomniana. No i Krystyna Kwiatkowska, niestety też już nie- nieżyjąca, i jej "Opowieści z Sherwood". No, yy, jest to rzeczywiście literatura absolutnie wyjątkowa. Warto o tych paniach też rozmawiać. Yy, może jak powiedziałeś, że nigdy nie przeczytałeś czegoś tak okrutnego, wstrząsającego, jak ten, jak to, co pisała, mm-... To ja się odwołam do instrukcji amerykańskiej, yy, dotyczącej zwalczania terroryzmu na świecie. Dlaczego? I ci wytłumaczę, dlaczego ta powieść była tak okrutna. Otóż, yy, w instrukcji dotyczącej walki z terroryzmem jest wprost napisa-, yy, napisane, że jeśli oddział, yy, antyterrorystyczny ściera się z grupą terrorystów, to, oczywiście, należy pierwszy strzał. Ale jeśli nie ma czasu albo trudno rozpoznać, strzelać do kobiet, bo one są najbardziej okrutne. One są niepoczytalne w walce, w wojnie i tak dalej. Mężczyźni są, yy, można ich, yy, że tak powiem, rozwałkować, można ich odczytać, można ich o-ocenić, co potrafią. Kobiety? Kobiety się nie oceni.
Kobieta potrafi więcej. Mężczyzna miętkii jest, a kobieta, a kobieta jest twarda i nieprzejednana. Tak. Tak jest. I to mówimy na ko..., to mówimy akurat na korzyść. Znowu, znowu możemy na O35 liczyć. Rzeczywiście, rzeczywiście mów... pisze o tym, że ukazały się w swoim czasie opowiadania czarnoskórych pisarzy science fiction i mam dokładnie to samo. Też nie pamiętam żadnego, też nie pamiętam żadnego nazwiska, ale rzeczywiście taki, taki zbiór się, zbiór, taki, taki, taki magazyn, taki magazyn z, z, z ludźmi czarnoskórych, którzy... Teraz nie wiem, jak to, jak to się teraz mówi, bo teraz poprawność polityczna jest. W każdym razie, w każdym razie z czarnoskórymi piszącymi, piszącymi fantastykę rzeczywiście się, rzeczywiście się ukazał. Pewno znowu nie byłem poprawny politycznie, ale, ale to, to nie, to niezamierzone. Wręcz, wręcz przeciwnie.
W przeciwieństwie do Wiktora nie mam jakichś takich, jakichś takich ciągot. Ale wrócę jeszcze do tego pytania. Wiesz co, Wiktor, yy, powiedz jeszcze coś o tym, kogo cenisz, jak czytasz. No bo trochę, trochę czytasz. Sam widzę, sam widzę, że czy, że czytujesz. Co ty... Dobrze, powiedziałeś już, deklarowałeś, że lubisz czytać Karola Maya, no ale nie można ciągle czytać Karola Maya. No, bo tyle można, ile razy to można przeczytać? Dobrze. Co czytasz? Do, do, do, jeśli chodzi o bieżącą polską, yy, fantastykę, to, to ja będę wymieniał, yy, książkę, która, książki na pewno te, które Tadeusz nie w tej piątce nie wymienił. No cóż, na pewno powieści Huberata. Aha. Według mnie są po prostu genialne. On przeskakuje mnie, Ziemkiewicza i wszystkich innych, i tak dalej, yy, w pewnym sensie o głowę, po prostu zupełnie. No, je-jest to sza-, yy, szalona zupełnie fantastyka.
Zresztą wariat, co chyba pisze po prostu, bo inaczej go nie można nazwać, bo po prostu, yy, pisze- Ale w tym pozytywnym sensie. Pozytywnym, tak. Absolutnie. Zwariowany, zwariowany. Znakomita proza. No, znakomita proza. Wspaniałym językiem pisana, wspaniała, yy- Szczególnie "Portal zdobiony posągami" również. Ach, tego ja akurat nie znam jeszcze. To najlepsza. To ja mówię o tym, że jest genialny, a nie czytałem tej najlepszej. Tej najlepszej.
Kurde, ileż wzruszeń przed tobą! Także Huberat, Huberat na pewno. Yy, do Dukaja mam takie, yy, miękkie, yy, serce po prostu, bo trudno mi cenić coś, co jest strasznie, yy, mi bliskie. Po prostu on, on, po prostu Dukaj pisze tak, jak ja bym chciał to napisać, więc, więc trudno mi to, że tak powiem, za bardzo chwalić.
Skoro ja bym to potrafił, to co, co, co tego, nie? Nie, Hubera, a Huber, tak jak Hubera to ja bym nie napisał, nie. Dobrze, Wiktorze, ja myślę, że nadszedł czas. Nadszedł czas, żebyś powiedział trochę o książce... Właśnie nie wiem, czy to można nazwać książką. O utworze swoim, który obrósł, obrósł, był mitem i który w dalszym ciągu, yy, tak naprawdę, yy, dane poznać ten utwór, to tylko nieliczni go poznali po prostu.
Wiesz już, o czym mówię. I w takim razie opowiedz o tej książce. Co się z nią dzieje tak naprawdę? Bo to jest książka, o której ja już słyszałem w latach osiemdziesiątych. Ona powstała jeszcze wcześniej, tak naprawdę. I tak ciągle o niej słyszę, słyszę.
Co rusz, co rusz ktoś mówi, że ona już, już. Nawet ty ostatnimi czasy mówiłeś, że już, już. No to co jest z tym, z tą książką? Przypomnę, książka nazywa się "Kosmodram Machu Picchu". W swoim czasie liczyła ponad tysiąc stron maszynopisu.
Co tam się dzieje? No i ona będzie tyle liczyła, czyli będzie około tysiąc ośmiuset stron. Yy, do, może dla rozrywki zacytuję cały jej tytuł, a nie tylko ćwiarteczkę. Yy, to jest, yy, powieść ma tytuł: "Kosmodram Machu Picchu, czyli historia okrutna o miłości i zbrodni, o zwycięstwach, upadkach i rozterce walecznego Tristana w czterysta trzydzieści tysiące... " Coś tam, jakiś numer, "w najwspanialszej galaktyce wszechświata".
O, taki jest pełen tytuł tego utworu. Yy, w tym- Już tytuł jest długi, a co dopiero powieść. Tak. Yy, jeśli ko-kogoś bawi, yy, zorientowanie się, na czym to, yy, ta rzecz polega, to na portalu, yy, na Facebooku, w portalu, yy, cholera, jak on się nazywa?
Dobrze, to ja przejmę pałeczkę na chwilę. Tak. Yy, na Poltergeiście. Na Poltergeiście. Na Poltergeiście, czyli nie na Facebooku, na Poltergeiście. Tak, tak. Yy, cztery rozdzialiki, bodajże- Cztery chyba rozdziały, yy, pierwsze tej powieści są. Ale nie, nie, to jeszcze musimy powiedzieć jedną rzecz.
To są cztery rozdzialiki, yy, z nowej wersji Kosmodramu, ponieważ Wiktor w swoim czasie był, skończył, napisał te swoje ponad tysiąc stron. Powieść sobie poleżała lat dwadzieścia. Pewnego dnia, pięknego, Wiktor wziął powieść, przeczytał i powiedział: "Tak". Pamiętam to.... Trzeba tu wszystko zmienić, wszystko zmienię, absolutnie wszystko. Mam taką żelazną zasadę, że jak już powieść jest skończona, to muszę się jej przyjrzeć i wprowadzić tam jeszcze jednego bohatera. I właśnie to robię. I od pewnego czasu, tak już ze trzy lata albo cztery, Wiktor wprowadza tam nowego bohatera, więc nic dziwnego, że najpierw wyrzucił kilkaset stron z tej powieści, a potem wprowadza kolejne kilkaset.
Mieli. I warto powiedzieć, że te cztery rozdziały, które na Poltergaście się znajdują, to jest już ta nowa, lepsza, przerobiona wersja, przerobiona wersja Kosmodramu. I nadaje się do czytania. Tak! I Wiktor deklaruje, że się nadaje do czytania. Ja powiem tak: to jest oczywiście taka, taka deklaracja, taka deklaracja, w której Wiktor puszcza do nas oko, bo to jest rzecz, która nie tylko w mojej ocenie, bo ja jestem nieobiektywny, Wiktora znam w ogóle, w ogóle tam, w ogóle jestem nieobiektywny. Natomiast rozmawiałem z ludźmi, którzy są po lekturze, yy, tak, tego fragmentu i byli autentycznie zadziwieni. Znając to, co pisze Wiktor i znając te cztery, cztery rozdziałiki, no, spotkałem się z takim niedowierzaniem: "To Wiktor? To naprawdę Wiktor to napisał?" Słucham cię, Tadeuszu, mów. Powiedziałeś, że pierwszy spotkałeś się z tytułem Kosmodram Maciu Pichciu w latach osiemdziesiątych, a ja spotkałem się jeszcze w siedemdziesiątych, czyli w siedemdziesiątym dziewiątym roku. To już jest dzieło mityczne. Tak. Tak, ja zacząłem, mając lat osiemnaście czy dziewiętnaście. Ale, ale co jest istotne i teraz ja już tutaj nie będę, yy, adorował żadnego puszczania oka, bo chcę powiedzieć coś bardzo serio i dobitnie. Wiktor wtedy obiecał nam, miłośnikom fantastyki, że ta książka będzie Biblią science fiction. I dlatego bardzo cię proszę, Wiktorze, w imieniu nas, wyznawców, Mesjaszu, proszę, daj nam nasze Pismo Święte. Jak długo możemy na to czekać? No fakt, to objawienie, to objawienie rodzi się w bólach. Yy, przede wszystkim długo się rodzi, yy, bo Wiktor, bo Wiktor cały czas coś poprawia. Bo Wiktor w ogóle to jest człowiek, który, który cyzeluje to, co pisze.
Ja, yy, miałem taki epizod, że napisaliśmy wspólnie opowiadanie. Ja nie, nie mówię o tym opowiadaniu, które... o których, o tych opowiadankach krótkich, które miały kilka, kilka stron, więc to je się pisało w miarę szybko. Ale coś mnie podkusiło i kiedyś się, yy, jakby, nie jakby, a na pewno, yy, zasiedliśmy do pisania, do pisania długiego opowiadania, liczącego ponad sto tysięcy znaków, więc to już taka jedna czwarta książki.
Długie to okrutnie było. Pomysł był niezły, ale to, co myśmy, to, co udało nam się zrobić, było jeszcze lepsze. Tylko, taki, taki nieskromny jestem, ale, ale mam poczucie tego, że mam poczucie tego, że po pierwsze okupione to było sporą pracą, a po drugie myślę, że wyszło nam dokładnie to, co chcieliśmy i tylko pod tym kątem oceniam, yy, oceniam nasze opowiadanie. Yy, nazywało się Zajebisty singiel. W związku z tym na przykład Wikipedia przez dłuższy czas nie chciała wprowadzić tego tytułu, bo krzyczała, że to jest słówko, które się w tak szacownym miejscu jak Wikipedia nie nadaje po prostu, żeby to natychmiast zdjąć. W końcu jednak jakoś przyjęła. Ale wrócę do tego zajebistego singla.
Oczywiście nie będę go opowiadał i naprawdę już go przestanę oceniać. Czy jest dobry, czy jest zły, to tak naprawdę jest ocena każdego czytelnika. Natomiast powiem trochę o pisaniu z Wiktorem. To była, yy, ogromna, yy, powtórzę, bo ktoś pyta na, ktoś pyta na, yy, na czacie. Zajebisty singiel. Tak jak, tak jak płyta, no, singiel, małe, mała płyta. Yy, w każdym bądź razie, yy, pisanie z Wiktorem to była wielka przygoda intelektualna, bo przede wszystkim pisząc wspólnie, pisząc rzeczywiście razem, w jednym czasie, takim rzeczywistym czasie, pisząc razem, trzeba się dorobić metajęzyka.
Trzeba porozumiewać się z jednej strony, yy, o tym, co się pisze, yy, konkretnie, co się przelewa na papier, a z drugiej strony trzeba rozmawiać ze sobą, yy, i te, te dwie mowy od siebie oddzielić. Więc ja pamiętam, jak to, to trwało, to pisanie trwało kilka miesięcy i kiedy już taki zadowolony postawiłem ostatnią kropkę, wspólnie ją postawiliśmy, bo ja byłem, tak, ja pisa- ja pisałem, yy, na klawiaturze. Razem to układaliśmy i postawiłem ostatnią kropkę. Wiktor powiedział: "No tak, no to mniej więcej połowę pracy mamy za sobą". Ja myślałem, że zemdleję wtedy po prostu, bo to było kilka miesięcy pisania, takiego dosyć ostrego, a, a Wiktor mi mówi, że tak połowę pracy mamy za sobą. Ale muszę powiedzieć, że ta metoda, ta metoda była niezwykle skuteczna i bardzo wiele mnie nauczyła, ponieważ okazało się, że każdy tekst, nawet ludzi — oczywiście znowu żart i cudzysłów — tak genialnych, jak Wiktor Żwikiewicz i moja skromna osoba, jak coś napisze, to to powinna bardzo wiele razy przeczytać, poprawić, pokreślić, co nam szło, yy, no bardzo, bardzo, bardzo udatnie przez, przez kolejnych kilka miesięcy. I muszę powiedzieć, że tak to było jedno z tych opowiadań, z którego, jak już później zostało naprawdę skończone, kiedy już Wiktor powiedział: "No, ono się do niczego nie nadaje, no ale już dobrze, no, wyślijmy je do tej Nowej Fantastyki.
No, trzeba, uważam, że powinniśmy jeszcze przynajmniej z pół roku nad nim posiedzieć". Tu już zaprotestowałem i wysłałem do Macieja Parowskiego. Maciej Parowski odpisał mi po tygodniu. Mówi: "Tak, przeczytałem.
Jeszcze mi się w głowie kręci. Za, powiedzmy, tam kilka miesięcy opowiadanie się ukaże". Opowiadanie jest trudne, ale myślę, że, yy, jakby jestem z nim oczywiście związany jako współautor. Ale powiem jedno: to było je, to był ten czas, kiedy tak naprawdę, yy, po tym, że, po tym, jak już coś tam w życiu napisałem, mniej lub bardziej ważnego-... to dostałem takie po pierwsze niezłe baty. Jak się człowiek czuje za bardzo pewny, yy, za bardzo taki umocniony w tym, że już coś napisał, to dobrze jest, jak dostanie trochę batów, bo, bo wtedy nabiera więcej szacunku. Z jednej strony do czytelnika, z drugiej strony do materii pisarskiej. To bardzo ważne, żeby nie, jakby nie uwierzyć w to, yy, właściwie przez cały czas nie wierzyć, że się już naprawdę wszystkie rozumy pozjadało i wie się już wszystko o pisaniu. Mm, to, to taka lekcja pokory bardzo dobrze robi. Yy, nie wiem, yy, py zapytam, Wiktorze, coś na temat, na temat pisania, żebyś powiedział, bo to ty tak naprawdę dałeś mi taką naprawdę solidną szkołę tego, żeby się, broń Boże, nigdy sobą nie zachwycać. No, ale bo- To bardzo zdrowe. To bardzo zdrowe. Ja jestem pełen zachwytu nad sobą, bo ja mam taką cechę właśnie, czyli ja się nigdy nad sobą nie zachwycam.
Poza, poza chwilami- Poza stwierdzeniem, że jestem pełen zachwytu z tego. Ale ja rzeczywiście, jeżeli napiszę zdanie, to jeżeli cokolwiek z tego, nigdy nie uważam, że, że napis- napisałem dobrze albo, że potrafię. Najwyżej to musi się odleżeć, potem spojrzeć po jakimś czasie, yy, jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz, i tak dalej. To trzeba, o, trzeba, że tak powiem, ten karabin obstrzelać z wszystkich, wszystkich możliwych, yy, sytuacjach, wszystkich możliwych ujęciach, wszystkich możliwych pozycjach, żeby stwierdzić, że on dobry, że, że ten karabin jest dobry. Jeśli go nie przetestujesz w pełni, no to prędzej czy później znajdzie się czytelnik albo tak samo jak strzelec, który powie: „No tak, pa, yy, świetnie się strzela, ale niestety, yy, tak jak amerykańskim żołnierzom, mm, pociski w Wietnamie siadają na liściach i spadają na ziemię, bo nie potrafią przestrzelić przez dżunglę, nie?”. Tak samo jest ze słowem. Słowo też, yy, jest jak, jak ten karabin z pocisku, yy, jak ten pocisk z karabinu i tak dalej. To nad tym trzeba przynajmniej, yy... Tu nie chodzi o to, żeby, żeby strasznie ciężko pracować, tak jak ja pra, na przykład lubię się, bo jestem widocznie masochistą.
Natomiast, mm, yy, zawsze trzeba mieć tą, yy, tą, ten dystans, żeby jeszcze jednak zawsze móc z tego, żeby mieć potem z czystym sumieniem, po prostu potem, yy, powiedzieć: „Zrobiłem to tak, na ile dzisiaj potrafiłem. Jestem uczciwy, daję to innemu, yy, komuś do czytania”. Jeśli tej uczciwości zabraknie, bra zabraknie, no to prędzej czy później, mm, ktoś ci to wyzyga w twarz.
Wiktor Żwikiewicz nazywano, yy, właśnie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, pionierem, bo odkrywał pewne nowe możliwości, yy, w fantastyce, zarówno od strony, yy, warsztatowej, językowej. Yy, podkreślano plastyczność twojego języka. Ja mówiłem tutaj o tej, yy, metaforyczności. Yy, czasami posądzano ciebie o, o, o jakieś niestosownsprawki. Na przykład, że hołdujesz jakimś manieryzmom młodopolskim, co na szczęście, yy, było rzadko. Yy, tego typu zarzuty z-z... trafiały się rzadko. Yy, ale, ale, mm, generalnie rzecz biorąc, uważano, że jednego nowego. Moim zdaniem, mm, jesteś epigonem właściwie, yy, fantastyki, yy, naukowej w Polsce i chyba w ogóle na- należysz do tych epigonów, którzy zamykali pewien etap. I, yy, to chyba nie przypadek, że twoja, yy, ostatnia wielka rzecz „Delirium Tarsis” ukazała się chyba w tym samym roku co „Fiasko” Lema, czyli ostatnia, ostatnia beletrystyczna rzecz mistrza, który też zamykał, yy, pe- pewną, pewną, pewną epokę. Mm, wydaje mi się, że po tym, co ty tworzyłeś, ja nie mówię, że tylko ty. Ty i jeszcze kilku innych pisarzy zamknęliście drzwi i jak się okazuje, czekaliśmy na to, że pojawi się ktoś z nową propozycją. Tej nowej propozycji moim zdaniem do dziś nie ma. Ja nie mówię, że nie ma wielkich, wspaniałych pisarzy, wybitnych, genialnych, wspaniałych, chociażby Jacek Dukaj. No, ale jak, jak przyjrzymy się, yy, Jackowi Dukajowi, to, to jest to twórczość, która czerpie z Lema, czerpie ze Żwikiewicza, czasami łączonego, czasami jest to Lem i Żwikiewicz w jednym. Ja, broń Boże, nie sugeruję, że Jacek Dukaj tutaj korzysta z jakichś, yy, recept, yy, napisanych przez, przez ciebie, stworzonych przez ciebie, czy... Ale po prostu jest oczytany i to z niego wychodzi.
To, co ma do powiedzenia, jednak, no, to nie jest nic nowego. Robi to na absolutnie wybitnym poziomie, ale to nie jest nic nowego. Pozdrawiamy z live'a. Witamy. Mamy słuchacza telefonicznego na naszej antenie. Jesteśmy już na antenie. Halo, halo?
No, pozdrowił się i się rozłączył. Tak więc panowie, kontynuujcie. Halo, halo? Czy nic nie słych... No, o Zajdla. Pytał się o Zajdla? No, chyba tak. Ale nie wiemy niestety, o c- o, o co się pytał, jeśli chodzi o Zajdla.
Tak. Także możemy różne rzeczy o Zajdlu w tej chwili powiedzieć. Bardzo proszę. O Zajdlu mogę powiedzieć, że nigdy w życiu chyba nie spotkałem bardziej sympatycznego człowieka, jak, niż, niż Zajdel. To był człowiek, który miał zawsze uśmiechnięte oczy normalnie. Yy, w dodatku był, był, ee, empirystą, czyli fizykiem, a, a nie żadnym humanistą, który tyrauje, że tak powiem, o nie wiedząc, o czym. Zajdel z- dla Zajdla pisanie było taką, taką właściwie zabawą, troszeczkę właśnie uczonego czy technokraty, który się troszeczkę kulturą pobawi po prostu. I on się bawił tym. On miał wielką, wielką radochę. Wszyscy go traktowali czasami na poważnie, a on... Pamiętam, jak siedział w knajpie, wszyscy pili piwo, a Zajdel się śmiał do rozpuku nad głupimi pomysłami, na które w danym momencie wpadał do tego i on to umieścił w książce. Do tego był strasznie zabawowy, strasznie rozrywkowy, chociaż bardzo poważny i sympatyczny człowiek. Bardzo sympatyczny.
A ja mam, ja mam do ciebie, Wiktorze, bardzo poważne pytanie, bo tak sobie żartujemy, yy, zabawiamy się tutaj, ale ja mam poważne pytanie....Powiedz, dlaczego nie piszesz? Bo ty masz swoiste credo, jeśli chodzi o to niepisanie, bo z pisarza stałeś się niepisarzem w tej chwili z pełną świadomością, z pełnym takim zrozumieniem tego, że nie chcesz pisać. Dlaczego nie piszę? To znaczy, to jest zabawowe w sumie, bo są różne metody, że tak powiem, pisarskie, różne kuchnie, różne warsztaty.
Różnie, różnie to się wszystko odbywa, nie? U mnie to wszystko jest straszliwie proste i może jednokanałowe, że tak powiem. Otóż ja muszę mieć z tego, co robię, dobrą zabawę i muszę się tym bawić. I muszę traktować równocześnie cholernie na poważnie. Muszę się tym pasjonować.
Muszę, że tak powiem, tym, co piszę, muszę żyć po prostu. To jest mój-- jeśli ja nie żyję tym, co piszę, to ja nie piszę po prostu. To ja w tym momencie żyję, grając w Fallouta Tactica albo w Master of Oriona, że tak powiem, albo w UFO i tak dalej. W jakąś grę, bo ja się wtedy tym bawię, tym żyję i tak dalej. I jeśli ja, kiedy... żeby, żeby móc pisać, to ja się muszę tym bawić. I o ile dzisiaj mnie, że tak powiem, nie za bardzo bawi pisanie, nie, ciężko mi to wybrnąć. To tak samo jak z tym sowinizmem albo, albo rasizmem, że tak powiem. Tak, zakopie się człowiek, a później nie wie, jak wybrnąć. Nie, ja po prostu nie jestem z tej paczki ludzi, którzy na przykład potrafią to traktować jako zawód, nie? Ty, Marek, potrafisz w pewnym sensie traktować jako zawód. Piszę, bo umiem, bo, bo potrafię i tak dalej, nie? Potrafię jakoś tam żyć z tego, bo mnie i mnie to pasjonuje, bo ja wiem, że cię to pasjonuje. Każdą rzecz przeżywasz i jest, jest to ba- bardzo, bardzo tego. Natomiast ja w ogóle kiedy, kiedy piszę, to nie, nie myślę o tym, żeby z tego żyć. A nie można tak nie myśleć. Rozumiesz? Nie można. Ja całe życie żyłem tylko dlatego pisałem tylko dlatego, że właściwie stać mnie było na pisanie. Byłem młodym człowiekiem, nie miałem żony, dzieci i tak dalej. Nie miałem domu, nie miałem plecaka, niczego w ogóle. Miałem plecak, gitarę na plecach po prostu i ten.
I łaziłem po świecie i pisałem, jak, jak ten. Nigdy nie myślałem o pieniądzach. Zresztą miałem z czego innego, a nie z pisania. Ale przerwę ci. Ale wiesz, Wiktor, to też tak nie do końca, bo pewna anegdota opowiedziana mi przez naszego wspólnego znajomego, aa, mówi o tym, że on postanowił zostać pisarzem, kiedy dowiedział się, ile kasy dostałeś za jedną ze swoich książek. Otóż dowiedział się, że jego dobrze zarabiający tato zarabia tyle, ile ty dostałeś za jedną książkę w ciągu dwóch lat z hakiem. I wtedy powiedział sobie, to było oczywiście młodzieńcze, młodzieńcze przekonanie, że zostanie pisarzem. Później, później dojrzał do tego i jakby zupełnie inne czynniki zdecydowały o tym, że rzeczywiście pisarzem został. Natomiast, no, to te czasy, te czasy, w których zaczynałeś pisać, one były takie, no, nazwijmy to, nierówne. Z jednej strony panowała jakaś taka, jakaś taka szarość socjalistyczna i tak dalej, i tak dalej. Z drugiej strony pisarz to był ktoś. Jak napisał powieść, urodził ją, została, została wreszcie stworzona i zaakceptowana przez wydawnictwo. No to, to był pan. Jak w Ameryce. Jak w Ameryce.
Dokładnie! Dokładnie tak. To było panisko. Dwu, ponad dwuletnią pensję dostawałeś na tacy. Ja powiem po prostu nakłady, jakie to jest. A nakłady, nakłady to tak- Dziesięciu tysięcy do stu tysięcy. A no, dwieście też, ale taki podstawowy to, w ogóle podstawowy to sto tysięcy. Sto tysięcy. Ale ja, ja tak dla anegdoty. Otóż ja pierwsze opowiadanko, które napisałem, opublikowałem w Młodym Techniku. To było pismo dla młodzieży, no, tak dla inteligencji technicznej, które również publikowało. Otóż ja wtedy za opowiadanko napisane, oj! ciężką pracą tam, bo musiałem pojechać w Bieszczady, żeby to napisać.
Albo, albo gdzieś nad morze. Zwrócę uwagę, że już wtedy, żeby mieć święty spokój, jeździło się w Bieszczady. Spokojnie, tak. No, ale ja za to opowiadanko dostałem z Młodego Technika cztery tysiące złotych polskich. Cztery tysiące. Jest to absolutnie porównywalne z dzisiejszą złotówką, gdyż mój ojciec, wtedy mając siedmioosobową rodzinę, trójkę dzieci, babcię, babcię, matkę i tak dalej, siedmioosobową rodzinę na utrzymaniu, będąc głównym księgowym w Jutrzeńce Bydgoskiej, czyli firmie produkującej słodycze i stojącej bardzo dobrze, zarabiał wtedy tysiąc dwieście złotych miesięcznie. To był główny księgowy w firmie Jutrzenka. Zarabiał tysiąc dwieście złotych. Ja za opowiadanko jedno dostałem cztery tysiące.
To sobie można wyobrazić, ile ja dostałem. Ja oczywiście te wszystkie pieniądze przyniosłem do domu i dałem, oddałem rodzicom, bo mi one nie były do niczego potrzebne. W tamtych zresztą czasach oddawało się pieniądze rodzicom, a nie, nie przetrwało ani nie przepijało, ani nie- Nie prowadziło życia hulaszczego. Hulaszczego i tak dalej, nie?... Bo to były takie czasy, kiedy, kiedy rodzice tego, nie? W każdym razie mi te pieniądze nie były potrzebne. Kiedy dostałem, wydałem pierwszą czy drugą książkę i one poszły, bo to kwestia była, tak jak mówisz, Tadeusz, o ile rynek je zaakceptował, rynek w przymrużeniu oka, to mówimy również tego, no, ale w Ameryce też rynek to jest wydawca, a nie tylko czytelnik był, nie? To jest promocja, to jest tego. Także to, to są porównywalne rzeczy. Tu komuna, tam, tam show-biznes, nie? Czyli to, to zawsze jest tego.
I, ale chcę wrócić do czasów dzisiejszych. Ty mi mówisz, czemu nie piszę. Ja wspomniałem, ile ja dostawałem za to. A to jest ciężka praca, tak jak żeśmy mówili, nie? Ile ja muszę spalić papierosów i ile ja muszę wypić kawy, żeby napisać jedno w miarę dobre opowiadanie. To są rzeki kawy, po prostu rzeki. Nie mówiąc o papierosach, to już w ogóle nie mówmy, bo, bo to, to każdy człowiek dobrze zarabiający zbankrutuje. Rozumiem, że ci się nie bilansuje. Z tego, tak. I teraz ja ci przypomnę, ile myśmy dostawali za opowiadanka, które żeśmy napisali wspólnie dla, dla, dla, dla horroru. Tego pięćdziesiąt złotych? No wiesz, sytuacja, sytuacja finansowa, sytuacja finansowa, akurat Science Fiction, Fantasy and Horror była taka, jaka była. Dla mnie najważniejszą rzeczą w tym piśmie było to, że ono się w ogóle ukazywało. Dla mnie też! Bo- I dlatego, żeśmy to pisali nie dla tych pięćdziesięciu złotych. Dokładnie, nie dla tych pięćdziesięciu złotych. Dla mnie ważne było, że to pismo się ukazuje i do dzisiaj boleję, że się nie ukazuje i nie jest pewną konkurencją dla Nowej Fantastyki. Ponieważ Robert Schmidt, który założył, założył to pismo, robił moim zdaniem znakomitą robotę. Promował ludzi, którzy chcieli pisać, marzyli o tym, żeby pisać, którzy po prostu czuli, że coś chcą z siebie wyrzucić. Ja mam nawet swoją prywatną teorię, że tak naprawdę boom, który przeżył, przeżyło później, jakiś czas później, wydawnictwo Fabryka Słów.
Boom, zakończony zresztą drugim, bardzo spektakularnym boom, które się... To wydawnictwo prawie się zawaliło, ale na szczęście odbiło się od dna. W każdym bądź razie Schmidt i to jego pismo zrobiły znakomitą robotę.
Zrobili oni wspólnie tą znakomitą robotę. Dzięki nim pojawił się boom na polską fantastykę. Okazało się, że u nas w kraju, po jakichś latach posuchy, po latach pisania pod pseudonimami brzmiącymi tak z angielska, nagle okazało się, że mamy sporo pisarzy. Mnóstwo. Mnóstwo, tak, mnóstwo. Może to nie są jakieś wybitne nazwiska, ale to są ludzie, którzy potrafią pisać fajne historie. To może nie są arcydzieła literatury, ale to powiedzmy sobie szczerze, literatura rozrywkowa również ma swoje miejsce i warto, żeby takie ciekawe, zajmujące, intrygujące historie powstawały. I to było miejsce. Czyli to pismo Science Fiction, Fantasy and Horror to było miejsce, gdzie była, było dużo miejsca dla ludzi, którzy piszą, piszą opowiadania, dłuższe, dłuższe formy. I teraz bardzo wielu, bardzo wiele osób debiutowało przecież. Ale teraz masz, masz bez, bez pytania mnie możesz sobie sam odpowiedzieć, dlaczego ja nie piszę. Było miejsce, to pisałem.
Nie lubisz pisać do szuflady? Nie lubię pisać do szuflady, bo po co? Ja mam to wszystko w głowie i tak dalej. Jeśli jest miejsce, to, to czasami warto ustąpić miejsca, że tak powiem, młodemu człowiekowi i nie zajmować, jak to stary pierdziel, po prostu sobie, sobie tego. Ale, ale w każdym razie brakuje mi miejsca, w którym by można było, że tak powiem, poszaleć troszeczkę, że tak powiem.
Może, może, o, jak się odezwa, odezwał inter... w internecie. Zwróć uwagę. No, czekaj, jaki, jaki, jakie to forum się odezwało, że poprosiło nas o opowiadanka na... A, no tak, no, w swoim czasie odezwał się do nas ShortAl.
A, no tak. I ShortAl umieścił twoje opowiadanie. Bardzo proszę. Napisałem od ręki, po prostu. Od ręki było napisane. Aha, czyli już cię, już cię złapałem. Znaczy się, jak będą zamówienia, to będą nowe opowiadania Wiktora Żółkiewicza.
Nie będą, bo, bo, bo pracuję nad kosmografią. Aha, rozumiem. No tak. I powiem jeszcze jedno. O trzydzieści pięć napisał, że wymienione przeze mnie wydawnictwo jest super. Zgadzam się. Oczywiście, że tak. Tylko ja powiedziałem o tym, że dla niego, dla tego wydawnictwa stworzony został rynek. Tak naprawdę, moim zdaniem, właśnie przez pismo Science Fiction. A i niestety Fabryka Słów w swoim czasie popełniła, moim zdaniem, kilka błędów, nazwijmy je, repertuarowych. Dzisiaj, dzisiaj je chyba odrobiła. Rzeczywiście, to jest wydawnictwo, jedno z tych silniejszych chyba na rynku, tych, które wydają polską fantastykę. Można oczywiście dyskutować, czy, czy te tytuły, które dobierają, są takie, czy, czy nie znalazłyby się lepsze, ale o tym zawsze można dyskutować.
Pewnie. W związku z tym, w związku z tym no proponuję w tę dyskusję nie brnąć. Tadeuszu, a ty co sądzisz na temat, na, na temat zadany? Chodzi mi po prostu o to, jeśli, jeśli rozmawialiśmy o Wiktorze, to ja ciebie zapytam, chociaż dlaczego Wiktor nie pisze?
Teraz poplotkujemy przy Wiktorze o Wiktorze. Ja właściwie o Wiktorze mówić nie będę. Ja powiem po prostu o sytuacji ogólnej, która zaistniała. Już właściwie to wyraziłem. Nie, nie wiem, czy Wiktor to przemyślał, czy to zaplanował, ale wynikło to z jakby pewnych sił nadrzędnych.
Gdzieś jest okno materii, tu się już coś skończyło, dalej już nic powiedzieć nie można. Jeżeli Wiktor-...Chcę dalej tworzyć, muszę powiedzieć coś zupełnie nowego. A to jest wysoka poprzeczka. I to jest bardzo wysoka poprzeczka. I ja myślę, że Wiktor się do tego przygotowuje, a być może zrobił to już dawno temu. Być może właśnie to "Kosmodram Machu Picchu" jest tą nową rzeczą, tą Biblią, o której mówiłem. I to wcale nie żartem. Na którą czekamy. No i to właśnie będzie nowe otwarcie, nowe rozdanie w polskiej fantastyce. Mam nadzieję, że tak się stanie.
No, nie wiem, czy tak się stanie, ale przypomniała mi się moja prawie ostatnia, ale chyba trzy, nie, trzy ostatnie rozmowy z Maciejem Parowskim, dawnym redaktorem Fantastyki i chyba największym współczes-, współczesnych znawców polskiej. Ja po prostu znałem, bo gdyż on w tym siedział. On po prostu sterował tym wszystkim i tak dalej. No, po prostu Maciej Parowski zna wszystkich. Zna wszystkich. Zna wszystkich i o wszystkich wszystko wie. Wszystko wie, nie? No, bo właściwie to, to był taki pan fantastyka. Tak. Pan fantastyka.
Tak. Otóż- Kapitan. Kapitan fantastyka, tak? Maciej Parowski trzykrotnie, kiedy się ze mną spotkał, tu w Bydgoszczy i w Warszawie, miał takie coś. Siedzieliśmy sobie, popijaliśmy piwko. On patrzy na mnie i chyba nigdy nie pamięta, że, że powtarza ten tekst już po raz trzeci z kolei. Mówi: "Wiesz, Wiktor, a jak tą polską fantastykę, młodego technika, te wszystkie rzeczy, nie? No, czytałem, czytałem wszystko. I potem nagle trafiłem tam na... w takiej książeczce na tekst Sindbad na RQM57. Przeczytałem, usiadłem i pomyślałem: idzie nowe, idzie nowe." I on mi to powtarza już trzy-trzykrotnie pod rząd. A ty, Tadeusz, mówisz, że pójdzie nowe. Nie! Idzie nowe. To wtedy mi wyszło. Dzisiaj to młody człowiek przeczyta to, co ja tam napisałem i powie: "No znowu stary pierdziel. Normalnie to samo w koło, Macieju." No i się będzie mylił. Ale, ale tak potraktuje na pewno pisanie, bo my już jesteśmy pokoleniem.
Znaczy ja jestem pokoleniem odchodzącym, które właściwie żyje nie wiem czym i tak dalej. Nie wiem w czym. I napiszę, napiszę co? Ja ci powiem, Marek, tak dla rozrywki, nad czym ja tak ciężko pracuję. Otóż- Ja wiem. Nad Falloutem Tactikiem. To tak, to, to swoją drogą. Nat- natomiast w "Kosmodramie" na przykład nie mam żadnych zastosowań do tego, co ja tam wymyśliłem trzydzieści lat temu. W ogóle do filozofii, tego wszystkiego nie. Natomiast poprawiam rzeczy bytowe, życiowe. Normalnie.
Otóż tam bohater dosyć szybko spotyka dziewczynę. No i zakochuje się w niej. Tylka, że ja do dzisiaj nie rozumiem dlaczego. A to tak wszyscy mają. Wiesz? To wszyscy tak mają. To się na ogół tak dzieje, że tak się... Ja wiem. Się spotykają. Nie wiem dlaczego. No, ale ja jednak postanowiłem to jakoś uwiarygodnić. Po prostu, żeby jednak czytelnik przynajmniej, no, zakochał się razem z tym bohaterem. Ja nie wiem, czy powinieneś iść tą drogą. Nie jestem przekonany. Nie jestem.
Wiktorze, wiesz co? Czas płynie nieubłaganie. Mamy już dwudziestą drugą, ale ja jeszcze muszę o coś, o coś zapytać. A właściwie nie tyle, no tak, zapytać, bo ty, o tym wspominał Tadeusz. Tak troszeczkę, ale ty poza tym, że byłeś, jesteś pisarzem, to miałeś też świetną rękę do rysunku. Kilka tomików twojej prozy było przez ciebie ilustrowanych. Te wydania w naszej księgarni z serii "Stało się, stało się jutro" były w sporej części ilustrowane przez ciebie. Wiele okładek z serii, serii wydawanej przez KAFF, tej serii z glizdą tak zwanej, było ilustrowanych przez ciebie. Okładki były robione do nich, zatem miałeś, miałeś rękę, miałeś, miałeś to, to kopyto, ten warsztat, który- którym się posługiwałeś.
Byłeś człowiekiem, który, który się... Nie wiem, czy tak parał się grafiką. Tego dzisiaj nie ma, ale coś, jaka, jakieś coś nad tobą ciąży, bo w tej chwili pracujesz nad czymś, co, co również gdzieś o obraz zahacza. Powiedz o tym. Ja, że ja nie będę, ja nie będę. Ja nie będę mówił zamiast ciebie, bo to jest wielki...
Bo to jest wielki projekt, który robisz i projekt, o którym warto powiedzieć, bo ja myślę, że minie niewiele czasu i zrobi się o tym projekcie głośno. Ale ty najpierw nakrzycz i okrzycz to, co robisz. No, ja właśnie zapomniałem.
Jak mówiliśmy o "Kosmodramie", to ja zapomnia- zapomniałem o tym, że mam inną robotę jeszcze do skończenia. I to błyskawicznie, bo to kwestia najbliższego roku, dwóch lat, jakiejś ciężkiej dosyć roboty i to cia- ciężkiej roboty. Otóż poza "Kosmodramem" najtrudniejszą książką, którą napisałem, to było "Delirium w Tarsis".
Oj, ciężko. Większość ludzi nie jest w stanie to przeskoczyć. No, ale tak się zdarzyło, że kiedy ta książka się ukazała na tym świecie bożym, znalazł ją w kiosku, bo okładka była przeze mnie namalowana, dosyć sprośna. obsceniczna, powiedziałbym.
obsceniczna wręcz. Sam ją zrobiłem, sam ją osobiście wykonałem dla siebie. Ale nie za to cię cenimy. Tak. I otóż tą książkę sobie kupił w kiosku czternastoletni gówniarz. No i przeczytał jako jedną z pierwszych książek w ogóle, jakie w życiu przeczytał, nie? No i dostał świra po prostu. No, no, ale to miał czternaście lat wtedy. No, ale potem poszedł na, do szkoły, potem skończył studia, Akademię Sztuk Pięknych, potem wyjechał do Francji, potem wrócił z Francji, potem znów pojechał i tak dalej. Potem zaczął, zaczął tego. Otóż ten człowiek całe życie chodził ze świrem w głowie. Świrem "Delirium w Tarsis" po prostu. To była jego książka, jego coś, co on w młodości przeczytał i wszystkie odnośniki, wszystkie tego. Otóż ten człowiek zgłosił się do mnie dzisiaj. No, sobie mówię, tam pół roku temu- Ale oczywiście ci przerwę. Powiedzmy o jednej rzeczy.
Człowiek, który w dorosłym życiu, poza tym, że był zakochany w "Delirium w Tarsis", również był zakochany w komiksie w ogóle. Tak, tak. To był człowiek, który na komiksie był. Tak. Jest człowiek, który na komik- na komiksie się świetnie zna i postanowił te dwie pasje ze sobą połączyć. Pasję do książki Wiktora Żółkiewicza i pasję do komiksu. Tak. I postanowił najtrudniejszą książkę, jaką w życiu przeczytał, psu-...przełożyć na komiks. Yy, jak przyszedł do mnie i powiedział mi to prawie stojąc w drzwiach i tak dalej, to popatrzyłem oczywiście na niego jak na idiotę. Bo co ta książka ma wspólnego z komiksem i jak to, tego się w ogóle nie da przełożyć, nie? Natomiast jak spojrzałem mu w oczy, zobaczyłem taką pasję, taki ogień w nim. Ja mówię: "Cholera, skoro on w to wierzy- To ja też uwierzę. To ja przynajmniej powinienem spróbować uwierzyć, nie?"
Zacząłem z nim rozmawiać po prostu, nie? No i widzę, że oczywiście facet nie ma pojęcia, jak to zrobić, nie? Natomiast patrząc na mnie, wierzy, że ja będę miał pojęcie, nie? No, skoro on wie, ufa mi, no to ja nie mam tego. Nie mam wyboru.
Muszę. Muszę podjąć tą pałeczkę- Ja myślę, że już dobrze przeciągnęliśmy, przeciągnęliśmy. To zdradź teraz imię i nazwisko swojego współpracownika. Andrzej, Andrzej Bogacz. Pan Bogaczyk jest, yy, jest grafikiem, jest komiksiarzem, jest... Robi- Znawcą komiksu. Znawcą komiksu i tak dalej. No, rzeczywiście będzie, będzie. Znaczy mamy wiele, wiele rzeczy zrobione i wiele rzeczy można znaleźć na, na, u Krzysztofa Sokołowskiego, na- Na Facebooku. Na Facebooku. I Krzysztof Sokołowski ma plansze, które żeśmy mu podesłali. Ja jeszcze tylko przerwę. Krzysztof Sokołowski to z kolei, yy, znakomity tłumacz, yy, tłumacz między innymi książek Stephena, niektórych książek Stephena Kinga. No dobrze, ale jeszcze takim pewnym smaczkiem, yy, tego komiksu, który wspólnie tworzycie, który właściwie w sporej części już powstał- Tak, tak. A jest to, że on prawdopodobnie nie ukaże się w Polsce.
Przynajmniej najpierw nie ukaże się w Polsce, a najpierw ukaże się... To znaczy, chyba się ukaże we Francji najpierw, ale wcale nie jesteśmy, yy, ja nie jestem do tego przekonany. Ja bym wolał to wydać bogiem a prawdą, yy, za darmo w Polsce, a potem zarobić we Francji. Na tej zasadzie. Ja teraz wiem, Wiktor. Ja teraz wiem, Wiktor, dlaczego, dlaczego, dlaczego, yy, powinieneś się trzymać od biznesu z daleka. Ja myślę, że jak ona wyjdzie we Francji, a później przyjdzie do Polski, to- To przynajmniej w przekonaniu powszechnym będzie lepsze. To będzie lepsze, bo jak coś przychodzi z Zachodu, to zawsze jest lepsze. Tak, tak, tak. Nie, no oczywiście żartujemy, ale, ale, yy, i co? Dało się przerobić "Delirium" na komiks?
Da się, da się przerobić i ja, ale- Ale powiedz o tym, że właściwie trzeba było całą książkę zdemolować. No, zdemolowałem ją bezlitośnie i to w przeciągu pierwszego dnia. Chyba od razu w rozmowie, gdyż kiedy ten człowiek, Andrzej Bogaczyk, patrzy na mnie i mówi, że chce zrobić, yy, komiks z tego, to ja od razu wiem, że to się nie nadaje na komiks.
Natomiast klimat, filozofia, wszystko, co zostało zrobione, yy, w powieści, doskonale się nadaje jako tło w komik-- do komiksu, jako pejzaż, w którym się będzie poruszała fabuła komiksu. No, ale jak to zrobić, żeby ten sam bohater co w powieści, że tak powiem, żył troszkę inaczej niż w powieści, bo w komiksie, no, nie da za rady specjalnie. A poza tym szkoda sobie zawracać głowę takim problemem. Dużo prościej było zrobić. No, to była, nie wiem. Pięciu mi... Po pięciu minutach rozmowy z Bogaczykiem mówię, mówię mu: "Słuchaj, wy-wywalamy Jonasza Hebrajczyka, głównego bohatera. On pozostaje głównym bohaterem, ale nie pierwszoplanowym. To jest główny bohater powieści. Główny bohater komiksu będzie osobą, której w powieści w ogóle nie było". Bogaczyk na mnie tak patrzy, gdzie- Czyli pełna demolka. No, ale, ale jaka? Ja- jako tego?
Ja mówię: "Wiesz, ten Megaloxantha to jest taki gigantyczny, yy, megaloxanty to są w ogóle żuki żyjące na Ziemi i tak dalej. Takie wspaniałe, kolorowe, bardzo bojowe, bardzo toczące walki. To jest nazwa, mm, łacińska gatunku żuku megaloxanty. Natomiast, yy, i to jest Jonasz Hebrajczyk, główna postać. Jest nieprawdopodobny i niesamowity. W ogóle jest to ktoś, kto się, że tak powiem, prawie rozrzedza w przestrzeni kosmicznej, a, yy, tym, yy, pod ciśnie- pod ciśnieniem atmosfery staje się pancernym, że tak powiem, herabączym żukiem. To jest taka postać, nie? A poza tym jest Mesjaszem. Yy, nieprzypadkowo się nazywa Jonasz Hebrajczyk i tak dalej. To jest on, to jest główny bohater. A ja mówię: "A wiesz, Bogaczyk, kto będzie bohaterem? Będzie taka czternastoletnia dziewczynka, Masajka albinoska". Masajowie byli dla mnie zawsze ideałem urody człowieka.
Yy, w ogóle Homo sapiens. Mm, uwielbiałem jako dziecko Masajów. Masajowie byli dla mnie piękni. A to będzie ich dziew-- mała dziewczynka, Masajka, czternastoletnia, w dodatku albinoska, czyli taka, która jest przez plemię właściwie odrze, yy, odrzucana.
Troszkę napardziej, na południu Afryki, to by ją zjedli albo na podroby podzielili. Nie! Zrobiliby z niej amulety albo jakieś tam- No tak, no tak. Jakieś tam inne lekarstwa. No więc jest, jest to taka Masajka i tak dalej. Bogaczyk się do mnie tak patrzy: "Jaka Masajka? Co, co tego?" Ja mówię: "No, ale to ten..."
I, i pamiętam naszą rozmowę, nie? Ale jak, a on do mnie mówi: "A jak ona ma mieć na imię, nie?" A ja mówię: "A skąd ja mam wiedzieć? To ty masz wiedzieć, nie?" A on mówi: "Ja? Nie". Ja mówię: "Wejdź, masz internet. Ja nie używam, bo ja nie mam i nie używam komputera. Ty idź, wejdź do internetu- Nie, rzecz jest bardziej dramatyczna. Mam, ale nie używam. Mam, ale nie używam, tak. Mam, ale nie używam.
Natomiast mówię do Bogaczyka: "Wejdź do internetu, znajdź hasło Masajie, pogrzeb w kulturze masajskiej, przerzuć mity masajskie. Przerzuć wszystko, co, co wiesz na temat. Yy, dowiedz się wszystko o Masajach, a następnie znajdź mi imię tej dziewczyny, mm?" ... Bohaterczyk. Patrzę, no dobrze, pojechał do tego Poznania, bo gdzie, gdzie, gdzie mieszka. I ten, i, yy, po, chyba po tygodniu dzwoni do mnie i mówi: "A czy może być coś takiego?"
Ja mówię: "Co? Mów, nie." "Engito apusz." Jakoś sztucznie mi to brzmiało, jakoś tego. Mówię: "A co to znaczy, nie?" "Słuchaj - on mówi - to jest po masajsku. Engito to jest nieobrzezana dziewczynka, bo oni, yy, dziewczynki obrzezują. No, to jest nieobrzezana dziewczynka, to jest engito." Ja mówię: "A pusz?" "A pusz to jest, yy, taki amok w tańcu masajskim, również w walce. Tak jak, jak berserk, yy, skandynawski albo Ma-Masaj, tak samo w tańcu doprowadzał się do takiego amoku, no i po czym rzucał się do obcinania łba sąsiednim, łbów sąsiedniemu plemieniu, że tak powiem. Ale działo się to w tańcu. Od tańca się zaczynało. No i w ten sposób nasza bohaterka ma, ma imię i pełne tego: Engito Apusz. Dobrze, Wiktorze, ja myślę, że za dużo nie zdradzajmy już z tego komiksu.
... Jest piękna. Tak. Znaczy, yy, rysunki są znakomite. Nie mnie oceniać, bo się słabo znam, ale robi wrażenie. Na mnie to, na mnie, nie wiem, czy coś jest piękne, czy niepiękne, ale robi wrażenie. I ten komiks naprawdę ro- naprawdę robi wrażenie. Myślę, że, yy, i tak już przeciągnęliśmy audycję dosyć, dosyć znacznie. Chyba to jest najdłuższa z tych, które, które dotychczas, yy, robiliśmy. Możecie panowie przeciągać do woli. Nie ma, nie ma żadnych ograniczeń czasowych. Ja wiem, wiem, że nie ma, ale, ale już, yy, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Ja myślę, że powoli będzie, powoli rzeczywiście będziemy zmierzać do końca. Natomiast to takie pytanie, nazwijmy kończące, zadać muszę. Aa, gdybyśmy mieli podsumować, to Wiktor teraz zatyka uszy, a my z Tadeuszem plotkujemy. Tadeuszu, dlaczego warto czytać Wiktora Żwikiewicza albo przynajmniej zetknąć się z tą prozą? Jakbyś to miał, yy, teraz naszą rozmowę dzisiejszą podsumować, to co byś, tak jak już wtedy wymieniałeś na przykład najlepsze książki science fiction w punktach, to teraz, jakbyś miał w punktach powiedzieć, dlaczego warto czytać Wiktora, to co byś powiedział?
Wiktora warto czytać, ponieważ, yy, jego, mm, teksty nie są adresowane tylko i wyłącznie do fanów, do miłośników fantastyki. I jakim zaskoczeniem było dla mnie, gdy spotkałem kiedyś mojego, yy, bardzo dobrego kolegę, pisarza, poetę, yy, który zawsze gardził fantastyką. Mówił, że to nie jest literatura, że nie warto o tym rozmawiać. Którego próbowałem zarazić literaturą fantastyczną. Podrzuciłem mu "Niebezpieczne wizje" Harlana Ellisona, z czego wydłubał dwa czy trzy opowiadania, które ewentualnie do czegoś się nadawały.
Myślę tutaj o bydgoskim twórcy, dziennikarzu Krzysztofie Derdowskim. Krzysztof Derdowski pewnego dnia zaczepił mnie i powiedział: "A dlaczego ty mi nic nie powiedziałeś o Żwikiewiczu? Przecież to jest fenomenalna twórczość". I nie interesowało go to, mm, co dla mnie było ważne, czyli właśnie ten imaginacyjny świat stworzony przez Żwikiewicza. Jego interesowało to, jak za pomocą, yy, tego poetyckiego języka mówi prawdę o człowieku.
Dla, yy, Krzysztofa Derdowskiego nie było, yy, niczego ważniejszego chyba w literaturze, jak mówienie prawdy o człowieku, o tożsamości, yy, człowieka w różnych sytuacjach, czasami nawet bardzo skrajnych. Sam to zresztą znakomicie robi. O ludzkiej doli. Sam to zresztą Krzysztof Derdowski znakomicie robi. Tak, oczywiście, oczywiście. I, yy, i właśnie stwierdził, że Żwikiewicz o tym mówi, że go guzik obchodzi to, że on ma tam etykietkę science fiction. Więc proszę państwa, jeżeli ktoś nie jest przekonany do fantastyki, też niech sięgnie po Żwikiewicza. Jeżeli ktoś chce szukać po prostu dobrej literatury, mówiącej, mówiącej prawdę o nas, o człowieku, o ludzkości, o naszej kondycji, niech sięga po, po Żwikiewicza.
Dlatego warto go czytać, po prostu. Myślę, że lepszego podsumowania niż, yy, niż przed chwilą usłyszeliśmy, no, trudno by lepszego oczekiwać. Bardzo dzi-- bardzo dziękuję, Tadeuszu, za, za, za te słowa. A myślę...
Właściwie powiedziałeś to, co chciałbym powiedzieć, ale, ale tak mi się, ale tak, tak dobrze by mi się to nie udało. Dziękuję za udział. Dziękuję za udział w audycji. Dziękuję tobie, Wiktorze. Sam również się żegnam.
Dobranoc wszystkim. Dziękujemy. Dziękujemy. To była czysta przyjemność być tu z wami. Tak więc to był kolejny odcinek audycji "Bibliotekarium". Dziś oprócz gospodarzy Marka Żelkowskiego i Wiktora Żwikiewicza w audycji wziął również udział świetny znawca literatury science fiction. To powtórzymy jeszcze raz: Tadeusz Krajewski, który o polskiej i zagranicznej literaturze science fiction wie, jak się przekonaliśmy dzisiaj w audycji, prawie wszystko i potrafi o niej pasjonująco opowiadać. Dzięki jeszcze raz, panowie, za udział. Jeszcze raz dziękujemy. Dziękujemy. No i zapraszamy na kolejny odcinek "Bibliotekarium" już za dwa tygodnie.
A książką, która będzie stanowiła punkt wyjściowy do dyskusji, będzie- A no właśnie, a no właśnie, jak zwykle, jak zwykle się opuszczam, yy, w swoich obowiązkach. I to jest najważniejsze pytanie z całej dzisiejszej audycji. Tak, zaniedbuję się wyraźnie. Aa, ja powiem tak: ogólnym, ogólnym tematem, yy, najbliższej, na- najbliższego "Bibliotekarium", ee, będzie coś, co określa się, yy, taką zbiorczą nazwą, yy, literatura postapokaliptyczna. Ee, znowu gdzieś tam zahaczymy o fantastykę, ale, a, a książką, od której, której, od której spróbujemy wyjść, aa, jakby potoczyć tę kulę śnieżną z dyskusją, będzie książka, yy, "Metro 2035". Powtarzam nie 2033, tylko 2035. Yy, tego samego autora, czyli Goluchowskiego. Yy, to myślę, jest książka, która w bardzo wielu momentach może zaskoczyć, bo wszyscy spodziewają się, że to będzie kolejna historia o tym, że na Moskwę spadły bomby i później ludzie żyli w metrze.... Tak podchodziłem do tej książki, kiedy ją czytałem, ponieważ ja staram się czytać yy możliwie wszystko, co jest i nie miałem specjalnych złudzeń, że to będzie jakaś dobra literatura. Yy, tym bardziej że to wszystko, co jest pisane jako kolejny tom czegoś, na ogół się nie sprawdza. Byłem zaskoczony tą książką. Yy, ona sprawiła, że mm zacząłem na przykład myśleć o tym, jak w gruncie rzeczy ludzie są odporni na wiedzę. Można im mówić prawdę, a i tak w nią nie uwierzą. I tak dalej, i tak dalej. Myślę, że dzisiaj, yy, na dzisiaj to, to, to yy ograniczymy te refleksje. Natomiast yy zapraszam na przyszły, na następne Bibliotekarium za dwa tygodnie.
Wtedy o "Metrze 2035" porozmawiamy. Jeszcze raz dziękuję. Dobranoc wszystkim. Tak więc zachęcamy do słuchania Bibliotekarium. Już za dwa tygodnie kolejny odcinek. A dzisiaj już życzymy Wam wszystkim pięknych, zdrowych, paranormalnych, a przede wszystkim świadomych snów. Kończymy już powolutku nadawanie. No i zachęcamy również do śledzenia strony internetowej Radia Paranormalium www.paranormalium.pl, naszego profilu na Facebooku, naszego kanału na YouTube. Przy okazji zachęcamy do subskrybowania. No i cóż. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych audycjach na naszej antenie.