[00:43] - Dobry wieczór w Radiu Na Fali w audycji Hiperprzestrzeń i w Radiu Paranormalium, które transmituje audycję Hiperprzestrzeń. Witam wszystkich serdecznie. Już jestem z wami. Witam wszystkich w Hiperprzestrzeni. Witam wszystkich na czacie Radia Na Fali. Pozdrawiam czytelników Radia Paranormalium. Pozdrawiam wszystkich oczywiście. Chciałem podziękować, bo koniec miesiąca, finansowy czas. Finansowy, jak to brzmi, some bullshit. Chciałem podziękować wszystkim sponsorom radia, najzwyczajniej w świecie za wspieranie i pomaganie.
Także respect, peace and love, moi drodzy. Chciałem oczywiście zaprosić wszystkich do wspierania radia. Oczywiście chciałem pozdrowić wszystkie audycje w Radiu Na Fali, które są nadawane. A przypominam, że jutro o godzinie 21:00 Lorem Ipsum Krawca. Ale mówię prawie jak Adolf. Staram się, jak mogę. Słuchajcie, co jeszcze? Pozdrawiam oczywiście audycję Teoria Chaosu, która była wczoraj. Bardzo ciekawa. Pozdrawiam Kolo serdecznie.
Gdzieś śmiga po Polsce, żeby tam w tej Polsce nie aresztowali za te spiski. Żeby on ocalał, wrócił cały i zdrowy do tej deszczowej Irlandii, właściwie deszczowego Dublina. Dublin jest deszczowym miastem. Taka jest prawda. Wiem, bo mieszkałem. Tu mogę powiedzieć coś, o czym wiem, bo mieszkałem. Witajcie kochani w ten piękny sobotni wieczór. Co dzisiaj w Hiperprzestrzeni? Dzisiaj ciekawy temat. Mam nadzieję ciekawy.
Dzisiaj moim pomysłem na temat jest to: czy to możliwe, żeby odkręcić sprawy? To jest takie palące pytanie dzisiejszych czasów: czy można stworzyć nową cywilizację? Dokładnie nową. Generalnie używając elementów starej, ale bez przesady. Po angielsku się mówi from scratch, czyli od zarysowania. Dokładnie tak. Czy da się zrobić taką cywilizację? Czy można coś takiego stworzyć? Czy w ogóle można zostawić ten cały syf i generalnie zacząć od nowa? You know, baby, let's do it again.
Coś takiego, taki pomysł. I dzisiaj właśnie na ten temat, moi drodzy. Palące pytanie dzisiejszych czasów: czy można stworzyć nową cywilizację jeszcze raz od nowa, z sukcesem? Nie taką toksyczną, jak aktualnie mamy. Szaleństwo dzisiejszych czasów. Tylko coś bardziej normalnego, bardziej dla ludzi, od ludzi, przez ludzi, z ludźmi, zwierzakami, roślinami, przyjemnym życiem. Tego typu historiami oczywiście. Właśnie chciałem wam powiedzieć jeden ciekawy news à propos dzisiejszego tematu, żebyście sobie gdzieś w kalendarzu zapisali, że we wrześniu się pojawi nie kto inny, jak założyciel Co-habitatu, bo oni teraz są zajęci strasznie, robią masę rzeczy. Robią tam pomysł na deprivation tank. Jeszcze raz powtórzę: deprivation tank.
Pierwszy w Polsce. Wow! Także pokręćcie się troszkę dookoła pomysłu Co-habitat i zobaczcie, co tam się dzieje, moi drodzy. Zobaczcie, warto. Rzecz się dzieje w Łodzi. Ja zapraszam. Wspieramy jako radio Co-habitat jak nic. My w ogóle wspieramy sensowne inicjatywy i na tym to polega. Moi drodzy, dzisiaj wrócę troszkę do Ameryki Południowej. Tryptyk.
Było pierwsze o złotych miastach, drugie o złotych miastach, były historie. Nie możemy się odkleić od tej dżungli. Tam coś jest, ciągnie, czeka do lasu, a im większy las, tym bardziej czeka, ciągnie. Taka zasada. Człowiek z lasu przyszedł, do lasu musi wrócić. Tego się dowiemy dzisiaj. Dzisiaj się wybierzemy troszkę do Ameryki Południowej w takie miejsce. Jak to się nazywa? Mam gdzieś duży atlas. Zaraz wyjmę jakiś duży atlas świata, który gdzieś tu mam pod ręką.
Taki papierowy. Ja lubię papierowe rzeczy. Wiem, że to nieekologiczne, ale ja lubię dobrą papierową bibliotekę. I się tam przeniesiemy. To takie miejsce, które się nazywa Sierra Madre. I to są góry, proszę ja was, takie góry tropikalne. Bardzo dziwne miejsce i mieszka tam bardzo dziwny lud. Lud, o którym niewiele wiemy. Jest dosłownie na palcach jednej ręki policzyć badaczy na świecie, którzy właściwie dotarli do tego ludu, porozmawiali z tym ludem i wiedzą coś o tym ludzie. A lud nazywa się Indianie Kogi.
Gdzie to się znajduje? To się znajduje w Wenezueli. Jeżeli wiecie, gdzie jest Trynidad, to jakbyście z Trynidadu zjechali na dół do Wenezueli i tak wzdłuż wybrzeża Wenezueli i tam jest takie miejsce, i zaczynają się te góry. One nie są duże w skali takiej właściwie jak cała Polska w sumie, ale jak na skalę kontynentu nie są duże. Intrygująca sprawa. Dzisiaj będzie i Nikola Tesla, i tego typu rzeczy. Także takie historie. Będziemy kleili to wszystko do kupy. Czy to się w ogóle da zrobić? Da się zrobić jakąś nową cywilizację taką, żeby żyć pogodzonym, niczym pierwotni ludzie z naturą?
Nie wpadając w żadne pułapki teologicznych pomysłów, żadnych bzdur. Czy oprócz tego da się utrzymać technologię, taką fajną technologię, która jest naprawdę pożyteczna, praktyczna i wszystko jest z tą technologią okej. Bo wiem, że taka technologia istnieje. Wiem, że jest zabroniona. Wiem, że duże korporacje kładą gigantyczną kasę, żeby ta technologia nigdy do nas nie dotarła albo dotarła. Nie, nigdy do nas nie ma nie dotrzeć. Jeżeli już, to może jeżeli ktokolwiek przeżyje na tej planecie, używając tej współczesnej technologii, to może w dziesiątym pokoleniu od dzisiaj jakiś tłusty kot z Łostrzyn, jakiś popapraniec stwierdzi: „Może zarobimy i na tym”. I przez przypadek wypuszczą to na rynek. Ale to wszystko. Zostawmy takie rzeczy.
Dzisiaj wszystko będzie w temacie. Mam troszkę papieru zapisanego różnymi rzeczami. Co jeszcze chciałem zrobić? Pozdrowienia wszystkich. Właśnie, pozdrawiam wszystkich. Jakbym zapomniał pozdrowić. Oczywiście pozdrawiam wszystkich. Właśnie chciałem jedną rzecz. Dziękuję bardzo serdecznie za komentarze, moi drodzy. Za komentarze do audycji „Hiperprzestrzeń”.
Tu chciałem pozdrowić wszystkich tych, którzy słuchają „Hiperprzestrzeni” jako podcastu, mknąc gdzieś w swoich srebrzystych bolidach przez Europę albo inne kontynenty, albo Australię na przykład, bo wiem, że mamy słuchaczy z Australii i pozdrawiam bardzo serdecznie. Niesamowite miejsce i dzisiaj będzie też troszeczkę o tym. Co jeszcze chciałem powiedzieć? Oczywiście poza pozdrowieniami, ja mogę tak pozdrawiać przez całe życie. Chciałem coś zrobić w tym momencie. Przepraszam bardzo, bo ja tu w ogóle mam taki temat. Łączę się z czatem. Już się łączę, za chwilę będę. Chciałem pozdrowić wszystkich z czata, także pozdrawiam wszystkich z czata Radia Nafali. Przypominam, że radionafali.com zakładka czat i tam śmiało wbijać.
Ja tam sobie jestem. Nie czytam specjalnie, ale generalnie jestem z wami duchem. Może nie ciałem, ale duchem. Także pozdrawiam wszystkich czatowników. Przypominam, że „Hiperprzestrzeni”, która jest oczywiście w Radiu Nafali, a dodatkowo jest transmitowana w Radio Paranormalium i nie tylko, bo jeszcze w jednym takim Radio FM gdzieś tam w Polsce. Generalnie pozdrawiam wszystkich słuchaczy, moi drodzy. Pozdrawiania nie ma końca. Staropolska, słowiańska tradycja. Właśnie à propos staropolskich, słowiańskich tradycji jest głosowanie i sprawa lokalnej polskiej waluty. Jeżeli ktoś z was jeszcze nie wie, bo nie wpadł na ten pomysł albo nie wpadł na naszą stronę radionafali.com, to są banery w kolumnie po lewej stronie i tam jest piękny baner „Polska waluta lokalna” i generalnie trwa pomysł na nazwę, szukanie nazwy.
Ja jestem pomysłodawcą nazwy Slav, także jeżeli ktoś z was chce popierać nazwę Slav. Chciałem powiedzieć coś po niemiecku. À propos tego poparcia nazwy Slav to proszę popierać, można nam dać klik. Są różne propozycje różnych nazw. Można, zdaje się jeszcze zgłaszać swoje własne propozycje. Także bądźcie aktywni, nie siedźcie dupą w miejscu, bo ktoś to zrobi za was i jak zrobi to za was, to generalnie was tak orżnie, że już nic wam nie zostanie w portfelu. Także nie czekajcie, aż ludzie będą robili za was. Sami róbcie swoje rzeczy i można zrobić lokalną walutę. Róbcie tą lokalną walutę. Radio Nafali patronuje tej sytuacji, także pozdrawiamy serdecznie.
Jedna bardzo istotna sprawa, o której jeszcze powiem, zanim w ogóle zacznę całą tą historię o Indianach Kogi, będzie o złocie. Jak zawsze będzie fajna historia, proszę państwa, mam nadzieję, że z banki z kawą już dymią i z herbatą. Oczywiście chciałem zaprosić wszystkich miłośników takich tematów, rozważań, wszystkich słuchaczy „Hiperprzestrzeni”, podcastu, audycji i wszystkiego. Jeżeli będziecie, a to już za parę chwil, dosłownie za tydzień w Gdańsku odbywa się Konwent Wiedzy Alternatywnej. Goście są rewelacyjni. Jest naprawdę taki, nie pamiętam polskiej nazwy. Reader po angielsku to się nazywa. Czyli taka kartka papieru, na której jest wypisana cała lista tego wszystkiego, co ma być na scenie. No i się będzie działo. Ja się już oczywiście zapętliłem.
Z gości to oczywiście będzie kilku gości, których wytrwali słuchacze „Hiperprzestrzeni” doskonale kojarzą. Tomasz Gruba, będzie Michał Święszek, będzie oczywiście Jakub Babicki, czyli Kuba Babicki, będzie Mikołaj Rozbicki, będzie Alanis Antori. Będzie w ogóle wielu ludzi. À propos waluty lokalnej, bo wspominałem o niej, to będzie oczywiście Paweł Noga, będzie Dariusz Brzozowiec i oczywiście Janusz Zagórski, czyli cała załoga NTV. Ci to obstawiają wszystko. Są na miejscu, to mogą i bardzo dobrze, niech to robią. Także będzie troszeczkę. Będą nawet jakieś zajęcia z jogi. Będzie od jogi poprzez DMT. Będzie dosłownie wszystko.
Lista chyba już jest właściwie zamknięta. Nie możecie już chyba kupić biletu online, chociaż spróbujcie. Właściwie okazuje się, że chyba będzie niezły tłok. Bilet na jeden dzień kosztuje dwadzieścia parę złotych. Sprawdźcie na stronie generalnie. Ja nie pamiętam dokładnie wszystkich danych. Generalnie bilet na dwa dni, bo cała impreza trwa dwa dni, kosztuje 50 złotych. Także to jest najlepsza opcja. Wziąć ze sobą śpiwór, karimatę. Jeżeli jesteście z Trójmiasta, nie musicie brać ze sobą śpiwora, to weźcie karimatę, żeby było na czym siedzieć na przykład przez całą noc jeżeli tam będziecie.
Myślę, że będą niezłe nocne rozmowy na wiele różnych ciekawych tematów. Oprócz tego, jeżeli nie wiecie jak dojechać do Trójmiasta, to na stronie internetowej to się nazywa konwent.fraktalna.pl jest coś w rodzaju giełdy dojazdu, także można się zorganizować. Transport tak się nazywa zakładka i tam możecie się zorganizować. Może ktoś z waszego miasteczka, z waszego miasta, z waszej okolicy albo przez waszą okolicę gna do Trójmiasta na Konwent Wiedzy Alternatywnej i może was zabrać po drodze za dorzucenie się do benzyny. Doskonała opcja. Róbcie takie rzeczy, organizujcie się, sprawdzajcie. Mnie nie będzie na konwencie. Bardzo żałuję. Jak zwykle będę duchem, a mam mocnego ducha, także będę mocną stroną z wami. Pozdrawiam wszystkich organizatorów, uczestników i wszystkich prelegentów.
Pozdrawiam serdecznie. Next time, guys. I will come. I promise. I will try anyway. To co? To może jakaś muzyczka, proszę państwa, na sam początek. Przepraszam, porobię trochę hałasu myszką. Mam głośną myszkę. Ona klika i klika, i nie może klikać.
Kliku bez liku. To jakąś muzyczkę może zaczniemy, zanim zacznę tą całą opowieść o tych wszystkich historiach, to zacznę od jakiejś muzyczki. No dobra, już jestem przygotowany, jestem z wami. To zaczniemy od tej całej historii. Zaczniemy troszkę medytacyjnie, bo to dzisiaj troszkę o tym, czy da się odkręcić cywilizację na nowo, czy da się zbudować na nowo coś może nie od zera, ale bardzo blisko zera od sytuacji, którą mamy aktualnie, czyli patowej. Wszystkie technologie do pozyskiwania energii. Co tu dużo mówić, jesteśmy centralnie w dupie i nie jest to żart. Oczywiście telewizja mówi inaczej, ale fuck the TV. Tylko psycholaci oglądają telewizję. Także wyłącz telewizję człowieku, weź nożyczki, odetnij kabel i wypieprz ten klamot na śmieci.
Nawet nie dawaj nikomu w prezencie, bo to jest zbyt toksyczny prezent. Niebezpieczny prezent. Można się zatruć, można głowę sobie zatruć. A głowa rządzi całą resztą ludzkiego organizmu i to jest dosyć niebezpieczne. Jak człowiek sobie spieprzy głowę, to generalnie reszta spieprzona. Tu na miejscu, w kraju, w którym mieszkam, jest takie słynne powiedzonko i generalnie brzmi to mniej więcej tak, jest oczywiście niecenzuralne i brzmi: „TV fucks your brain”, czyli generalnie TV pierdoli ci w głowie. Także bardzo to lubię. Taka jest prawda. Piękny, dosadny angielski język. So let's do it.
Let's do it again. Dobra, to może muzyczka, proszę państwa. Ale emocje, prawda? Bo taki emocjonujący temat. Startujemy cywilizację na nowo. Nie tylko będzie cohabitat, dowiemy się, jak budować wszystkie takie urządzenia z lamp na nowo. Ktoś z was się interesuje elektryką? Ktoś może jest tak zwanym inżynierem elektrykiem i wie troszeczkę o lampach takich klasycznych jak Tesla używał? Dzisiaj trochę będzie na ten temat. Może bardzo niewiele, ale myślę, że inspirująco.
To co? Muzyczka. Ja oczywiście wracam po muzyczce do was z całym tym dobrodziejstwem tematu. Ja się już w ogóle pogubiłem z tą całą muzyczką. Pogubiłem się absolutnie. Właśnie przełączyłem, także jeszcze muszę was zagadać przez sekundę, zanim włączę jakąkolwiek muzyczkę. Okej, szaleństwo. Dobra, to ja włączam. I utworek nazywa się „W połowie kroku”. Teraz jesteśmy chyba tak w połowie kroku jako cywilizacja.
To co? „W połowie kroku”, proszę państwa. Kto poznał ten głos? Sam Carl Gustaf Jung, moi drodzy, zsamplowany na końcu. To jest o tym, że mamy taką psychopatyczną jakoś... Nie psychopatyczną. Ja to nazwałem psychopatyczna. Jakąś tendencję do wyobrażania sobie na przykład wolności jako ptak w tej cywilizacji. I to też jest taki kulturowy mit i nazywamy to demokracją. I wydaje nam się, że to wolność jest.
Co za bullshit. Demokracja to po prostu dyktatura nie mająca nic wspólnego z wolnością, taki sam shit jak pozostałe shity. Anyway, wracamy do naszego pięknego miejsca. Poza tym, że jesteśmy w lesie oczywiście, a wy słuchacie Radia Nafal. Ja mam na imię Tomek. Audycja nazywa się „Hiperprzestrzeń” i jest retransmitowana też w Radiu Paranormalium. Mamy jeszcze oczywiście Skype'a, radionafali.com i możecie do nas zadzwonić na żywo. Zapraszam serdecznie. Zapraszam, prosimy, czemu nie? Ale to może trochę później.
Niech się wygadam. A jak się wygadam, to generalnie dzwońcie, bo dzisiaj myślę, że będzie masa ciekawych refleksji. Miejsce, o którym mówię. Ja tu mam mapę w ręku. Taką mapę komputerową. Znowu mi gdzieś coś uciekło, bo ona tak szybko działa. Trzeba paluchami dotykać. Nie reklamą sprzętu. Wszyscy wiedzą, o jaką zemstę cywilizacyjną chodzi. Gdzie to jest?
Szukam po prostu góry. Come on, wyłącz się albo włącz się. To nazywa się tablet i to jest Google Earth. Już więcej nie powiem. Jest takie miejsce niedaleko San Felipe. Puerto Cabello tak się nazywa. To się w Wenezueli generalnie znajduje. Jeżeli ktoś wie, gdzie jest Aruba. Aruba ponoć słynie z gorących dziewczyn i z pływania jachtami, bo tam jest port mariny taki dla białasów, którzy chcą sobie po Karaibach popływać. Także tam niedaleko są owe góry, w których mieszkają Indianie Kogi.
Coś mi się tu ciągle z tą... Ciągle próbuję tam się wbić na te góry na tej mapie, a to jest taka dżungla, generalnie konkretna dżungla. Bo to są niesamowite góry. Góry są kompletnie tropikalne, bo to jest strefa równikowa i to jest tropik. I to są takie góry. One nie są wysokie. Mają 5000, 6000 metrów maksimum. Chyba 6000 nie mają nawet. Ale dowcip polega na tym, że w najwyższej partii gór zawsze jest śnieg, a na dole zawsze jest dżungla tropikalna. Tam bardzo ciężko jest przetrwać.
O tym może za chwilę. Wrócę do tego wszystkiego. Ale wiecie, gdzie są Indianie Kogi już? Wiecie? Przytulcie mnie. Wiecie, gdzie są Indianie Kogi. Dobrze. To wracam. Jest taki starożytny mit o starożytnych miastach zagubionych. To wszystkie te historie, o których były ostatnio „Hiperprzestrzenie”, o tych wszystkich Dziwnych, zagubionych cywilizacjach.
I są ślady takich cywilizacji znalezione. Absolutnie. I nie tylko tak jak na przykład ostatnio się okazało na Szlaku Jedwabnym. Okazało się, że gdzieś tam wykopano jakąś tysiącletnią cywilizację i się okazuje, że Jedwabny Szlak to, co my nazywamy Jedwabnym Szlakiem, prawdopodobnie, tu robię cudzysłów z dwóch palców, jest pozostałością po bardzo pradawnej kulturze i wygląda na to, że wszyscy się świetnie znaliśmy. Nie było żadnych granic ani tych rzeczy. Skąd ten pomysł? Odkopano resztki miasta gdzieś na granicy z Chinami, Mongolią, po drugiej stronie Tybetu. No i co się okazuje? Wszystkie te miasta, które odkupują w tym miejscu, nie że są cholernie stare i nijak bardzo stare, bo to już z tym datowaniem jak zwykle różnie bywa. Generalnie to, co oficjalnie jest podawane, jakieś minimum 6000 lat.
No i te wszystkie rzeczy są zbudowane bez murów obronnych. Te wszystkie budynki. I wygląda na to, że po prostu nie ma żadnych murów obronnych. Nie było żadnego takiego pomysłu, żeby się bać kogoś i się grodzić. Im bardziej kopie się w ziemi, tym częściej się wykopuje rzeczy, które nie są grodzone, bo nie było się przed kim grodzić. Wygląda na to, że wszyscy byli cywilizowani, normalni i nikt nie chciał nikomu trzaskać po pysku dla pieniędzy. Ta sama historia dzieje się w Ameryce Południowej. Nie tylko, z powrotem sięgam w to diabelskie urządzenie El Diablo Devices, niedaleko Peru. Znaczy nie niedaleko Peru, tylko w Peru się znajduje miejsce, niedaleko poniżej Limy znajduje się taka pustynia długa. Ona się ciągnie przez kawał wybrzeża Peru, właściwie z góry na dół, przez chyba całe Peru do samej granicy Chile.
To jest w ogóle fenomen. Gdziekolwiek się nie wbije łopaty, wyciąga się pozostałości kultur i takich pradawnych. Teraz ostatnio, nie tyle ostatnio, chyba w zeszłym roku udało się odkryć mumię dziewczynki, bo tam też są góry, w których jest nieustanna wieczna zmarzlina i też podobna sytuacja. Tylko że tam jest bardziej kamieniście, bardziej surowy klimat i nie ma aż tyle tropików z tego, co się orientuję, jak po drugiej stronie w Wenezueli. Wracajmy do tej dziewczynki. Znaleziono dziewczynkę, która miała być złożona w ofierze, czy została w ogóle złożona w ofierze w Peru. To były takie bardzo brutalne cywilizacje, które tam mieszkały ostatnie 500 lat. Taki downhill cywilizacyjny nie tylko w Europie, ale i tam. No i co się okazało? Okazało się, że dziewczynka była szprycowana w bardzo specyficzny sposób.
Po prostu była pijana, była kompletnie nawalona i jeszcze naładowana koką i generalnie wszystkim, czym się dało. I tak napakowane dziecko jeszcze było karmione specjalnie, żeby troszkę utyło i tak trzymane w tym kompletnym rozwodnieniu umysłu było poddawane ofierze. Coś się stało z cywilizacją i jest to w miarę młody ślad. A jak się wbija łopatę, to się znajduje takie bardzo stare ślady takiej starej cywilizacji, która prawdopodobnie, nawet nie tyle prawdopodobnie, wygląda na to, że nie ma nic wspólnego z tą naszą kulturą, którą właściwie do dzisiaj żyjemy, czyli ze składaniem ofiar z ludzi. To, co się dzisiaj dzieje w Iraku, to co się dzisiaj dzieje w Afganistanie, to co się dzieje praktycznie w każdym miejscu na świecie, to co się dzieje w korporacjach. Takie składanie ofiar z ludzi w dzisiejszych czasach, rytualne składanie ofiar z ludzi, żeby cywilizacja mogła trwać dalej. W Afryce ktoś mi powiedział także też. Wszędzie generalnie. Zanim była ta cywilizacja składania ofiar z ludzi, okazuje się, że są gigantyczne kompleksy, piramidy, miasta ciągnące się wzdłuż wybrzeża. Właściwie jedno wielkie miasto, gigantyczne kompleksy mieszkalne i żadnych murów obronnych, śladów broni, śladów walki.
Wygląda na to, że po prostu ludzie żyli pokojowo. Podobna historia jest związana z Indianami Mają, którzy przecież gdzieś tam te legendy mówią, że oni przyszli, zastali te starożytne miasta, oni je odkopali, odgruzowali jeszcze raz i dopiero wtedy powstała ta krwawa kultura rozcinania sobie klatek piersiowych i wyciągania sobie serca na zewnątrz. Nie wiem po co. Psychopaci generalnie, ale to wiara w boga Bolon Yokteku, czyli boga wojny. Do dzisiaj wierzymy w tego boga, dlatego do dzisiaj właściwie strzelamy sobie w głowy po to, żeby na przykład Bank Światowy mógł przewalić kasę z jednego konta na drugie. Ale o tym wszystkim w audycji, którą prowadzę, która się nazywa „Dokładka”. W środę o godzinie 22:00 w Radiu Nafali. Serdecznie zapraszam. Dobra, koniec tego promo „Dokładki”, tego krypciochy. Generalnie mamy takie ślady i nie jest to wcale nic nadzwyczajnego w dzisiejszych czasach.
Podobne historie znajdują się w innych miejscach na świecie, w Afryce i tak dalej. Zamykając temat znajdujemy masy gigantycznych kompleksów zamieszkałych tysiące lat temu przez ludzi, które nie posiadają murów obronnych i nie wykupujemy nic na kształt broni. Natomiast wykupujemy dużo kamiennych rzeźb, dużo sztuki, generalnie takiej dziwnej sztuki, bo to jest sztuka metaforyczna. To nie jest nic, co służy jakimiś na przykład wymianie się, coś, co my znamy w jakikolwiek sposób. Do tego dochodzą jeszcze malunki naskalne, które jak na ironię, bo nas tak uczono w szkole, używając do tego najbardziej dziadowskiej ilustracji przedruku do książki, że to prymitywni ludzie malowali nas w jaskiniach rzeczy i to w ogóle bez światła. Po prostu wzięli, kijem smarowali i to wysmarowane im wyszło. Kolejna bzdura. Absolutnie bzdura. Jeżeli ktoś z was jest zawodowym grafikiem, to proszę odwiedzić jaskinię we Francji. Ja śmiem twierdzić, to jest moje prywatne doświadczenie, a jestem zawodowym grafikiem, że człowiek potrzebuje zawodowo, ja generalnie miałbym kogoś wpuścić na taki warsztat, żeby mi taką animację zrobił, to bez jaj, moi drodzy, bez jaj.
Jaja to na Boże, na Wielkanoc, chyba na Wielkanoc jaja. Zostawmy je na Wielkanoc, a tu potrzeba jest trzy lata minimum zawodowego rysowania, takiego siedzenia i rysowania minimum po cztery, pięć godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu. Po prostu mięśnie ręki muszą się wyrobić, żeby na przykład kreska była płynna, żeby nie było takich szarpnięć na kresce. I to się wszystko wyrabia. To jest po prostu ćwiczenie. Jak się ogląda te rzeczy namalowane przez ludzi w jaskiniach Datowane oficjalnie na 40–100 tysięcy lat, jakoś tak. Czy 60 tysięcy lat, przynajmniej w Europie. Robił to taki profesjonalista, że niewielu jest takich grafików. Jednym z kolesi, którzy miał taki genialny warsztat w Europie w ciągu ostatnich 200 lat był na przykład Picasso, Dali. Poważnie, ci kolesie po prostu rysowali jak szaleni.
Rysowali całe dnie, mieli genialną kondycję w ręku i ich kreski były idealnie równe i płynne. Dokładnie to obserwujemy w tych rysunkach naskalnych. Czyli coś istniało, coś, co naprawdę nieźle sobie radziło. Także mamy ślady tej kultury. Jeżeli ktoś mógł spędzić w życiu tyle czasu na dopracowywaniu swojej własnej kreski i bawieniu się w namalowaniu jelonków w jaskini, mając w dupie spłacanie kredytu, to znaczy, że cywilizacja musiała działać, prawda? Coś musiało być okej. Jeżeli nie było agresji, człowiek, który jest zastraszony i ma stres, nie będzie siedział i malował kotków czy jelonków w ruczaju. Prosta sprawa, prawda, proszę państwa? Ale coś w pewnym momencie poszło nie tak. Moja teoria jest taka, że...
Poczekajcie. To może zacznę od pierwszej teorii. Pierwsza teoria jest taka, o której chyba mówiłem w jednej z hiperprzestrzeni o kosmicznej fali, że Ziemia ulega transformacji i tak dalej. O tym, o czym mówią te wszystkie starożytne legendy. Że być może nastąpił taki shutdown cywilizacyjny, spadło napięcie Ziemi i zaczęliśmy być kretynami. Zaczęliśmy mordować siebie nawzajem i nam się wydaje, że na przykład w imię ideologii jakiejkolwiek powinniśmy poświęcić swoje własne życie, bo ideologia albo nasz pomysł na coś, nasz koncept jest ważniejszy od cudzego życia. Pomysł jest ważniejszy od życia. Wyobrażacie sobie? Fenomen. Coś musiało pójść nie tak.
Pierwszy koncept jest taki, że jest to kwestia związana właśnie z tak zwanym photon belt po angielsku, czyli pas fotonów. Rosyjscy naukowcy mówią o chmurze plazmy w danej części kosmosu, że wlatujemy w wyżej naładowaną chmurę plazmy. Pamiętacie, że wspominałem, że będzie troszkę o elektryce? Jeżeli ktoś z was jest elektrykiem albo ktoś zajmował się studiowaniem takich rzeczy, pierwsza rzecz: słuchajcie, jest na świecie taka moc . Słuchajcie, mamy XXI wiek, a prawda wygląda tak, że gówno wiemy na temat co znaczy grawitacja i co znaczy prąd elektryczny. Wiemy, że te rzeczy chodzą ze sobą. Einstein był idiotą. Taka jest prawda. Przepisał cudzą robotę i jeszcze tak przepisał, że mu się to nie składa do kupy. Słuchajcie, możecie mnie cytować.
Einsteinowi się nie udało. Do tej pory się nie udało. Dalej stoimy na etapie właściwie Maxwella. Po Maxwella był Tesla, ale Tesla nie zostawił po sobie zbyt wiele śladów w sensie zapisanych i wyjaśnień, o co chodzi. Ale to Maxwell mówił, że nie ma plusa i minusa, że jest tylko jeden rodzaj energii i można go tylko rozdzielać. I on się wtedy polaryzuje, a jak złączymy go razem, to jest po prostu razem. Tak jak rosyjscy naukowcy, którzy mówią o tej chmurze plazmy. To troszkę taki powrót do pierwszych eksperymentów z prądem elektrycznym 200 lat temu. Ktoś czytał prace Maxwella? Jest to bardzo intrygujące.
Jest to praca naukowa sprzed 200 lat, w której nie ma praktycznie ani jednego wzoru, bo praktycznie Maxwell jako taki właściwie jak wymyślił ten prąd i te wszystkie rzeczy, to właściwie nigdy nie sformalizował żadnego wzoru. On. Jest tylko taka legenda, że on to zrobił. To zrobił jakiś koleś za niego, który zresztą właściwie sformalizował te wszystkie rzeczy, a Maxwell był filozofem. On po prostu siedział i wymyślał. On stwierdził, że na przykład to jest siła eteru i gnany siłą eteru prąd razem z grawitacją to jest ta sama moc i tak dalej. Wszystkie tego typu historie. Jest taki pomysł, że właśnie teraz wlatujemy w ten kawałek kosmosu, w którym jest wyżej naładowana plazma, przez co mądrzejemy i przestajemy się zabijać nawzajem. Zaczynamy zauważać wartość, którą mamy dla siebie, tą kwantową wartość dla siebie. Czyli im więcej nas myślących fajnie, tym fajniej się żyje.
To jest pierwsza teoria, że właśnie wlecieliśmy w obiekt tej fali, a wcześniej wlecieliśmy w tą negatywną i ta negatywna spowodowała taki po angielsku downhill, czyli zjazd w dół, po polsku cywilizacyjny, że się zaczęliśmy mordować. Stąd te mury obronne. Kolejna teoria, która jest bardzo ciekawa i jak na ironię to najnowsze odkrycie związane z tą ofiarą z Peru, składaniem ofiar, ma wspólnego dużo z teorią Terrence'a McKenna, który twierdził, że ten downhill, zwrot cywilizacyjny nastąpi w momencie, kiedy wprowadzimy do naszej diety alkohol. Kiedy zaczniemy rafinować alkohol i zamiast używać substancji psychoaktywnych, które są w roślinach, które mają dokładnie tą samą budowę molekuł jak receptory do czytania molekuł w naszej głowie. Czyli wygląda na to, że jesteśmy dedykowani sobie. Nie przez przypadek. Naprawdę. Słuchajcie, ja powtarzam to od lat. Nie przez przypadek znajdujemy się wszyscy razem na tym samym kawałku tej skały i zasuwamy przez kosmos razem z resztą skał dookoła. Nie przez przypadek akurat rośliny, my, zwierzaki, wszystko inne znalazło się na tej jednej skale.
To absolutnie nie jest przypadek według mnie. Teoria Terrence'a McKenna mówi o tym, że kiedy wprowadziliśmy do naszej diety alkohol, szlag wszystko trafił i generalnie od tego momentu zaczął się taki downhill cywilizacyjny. I to by się troszkę zgadzało. Są oczywiście takie teorie. To w ogóle jest sprawa, którą chciałbym rozwinąć z Grahamem Hancockiem, ale to już w ogóle może zostawię na inny temat, bo to jest kwestia tego, czym tak naprawdę byli faszerowani ludzie, których składano w ofierze. Mi się wydaje i jak na razie taki jest mój koncept, że jednak to był alkohol, bo przynajmniej te ostatnie badania to potwierdzają. Jest taka na przykład tajemnicza kultura gdzieś w Azji. Szalona historia. Kolesie żyli praktycznie tylko dwa pokolenia. Nie było trzeciego pokolenia.
Była to grupa nomadów, która się zebrała, niczym Majowie swego czasu. Wtedy nie było żadnej władzy na Bliskim Wschodzie, była to bezkresna ziemia sięgająca horyzontu i co człowieku zdobyłeś, to było twoje. Okazało się, że powstała taka cywilizacja rzeźników. Rzeźnicy się zgadali, najbardziej brutalni kolesie i zaczęli pędzić alkohol. Mieli doskonały system rafinacji, robili bardzo mocny alkohol z jakiejś pszenicy, która rosła na stepie jako piersi. Tak im odjechało, że zaczęli mordować wszystkie plemiona dookoła. Postanowili zrobić jedno wielkie imperium. Fascynujące jest to, w jaki sposób pili alkohol. I to nie jest dowcip, bo to jest właśnie to, po czym wykopano tych kolesi z ziemi. Pili w ludzkich czaszkach.
Obrabiali ludzkie czaszki, zamieniali je w puchary i z nich pili. Taką mieli jazdę. I to wszystko mocny alkohol. Nie przeżyli drugiego pokolenia. Cała ta cywilizacja upadła, sami siebie powykańczali jak Sparty. Taka historia. Generalnie myślę, że dlaczego my nie, skoro jesteśmy takie łebskie osobniki. Myślę, że można połączyć te teorie. Wygląda na to, że być może coś takiego się stało. Być może wiele rzeczy się dorzuciło do pieca i wygląda na to, że być może te dwie rzeczy się dorzuciły do pieca: i zmiana polaryzacji grawitacyjnego, które wiemy, że się zmienia, bo to akurat wiemy.
Nie wiemy, w jakich odstępach. Starożytne budowle, które pokazują gwiazdy, mówią 12 000 lat, 6 000 lat, 3 000 lat. Dzielą wszystko na interwały. Magiczna, tak zwana złota geometria robi dokładnie to samo. To są te same interwały. Jest coś takiego i być może właśnie w tym jest ta informacja zawarta i być może właśnie to jest ta dokładnie informacja o tych zmianach polaryzacji całego świata, które oddziaływują na polaryzację naszych myśli. Dzisiaj troszkę o tym. Już gonię do Chin Jankowi, spokojnie, nie zapomniałem, że jesteśmy w lesie. Są takie dwie teorie, które można zamknąć. Jest nawet trochę więcej, można zamknąć to wszystko do kupy.
Jest to pewien ślad, że te wszystkie kultury wpadły na tą samą minę. Na to wygląda. Wszystkich rozerwało i zaczęli tworzyć nową kulturę, która generalnie jest taka, jaka jest. Składamy ofiary z ludzi i wydaje nam się, że wszystko jest naprawdę okej, że żrąc McDonalda jest naprawdę cool, man. Nie jest tak do końca. Wręcz jest zupełnie odwrotnie. Jak na ironię alkohol jest właściwie jak w cywilizacji tych szaleńców, którą odkopano gdzieś w Azji, głównym narkotykiem współczesnej cywilizacji. Wszystkie inne zdrowe rzeczy, czyli LSD, MDMA, psylocybina, meskalina, nawet marihuana, czyli cannabis jest oczywiście nielegalny, ale największy, najbardziej niszczący drag w historii ludzkości na przestrzeni tysięcy lat i najbardziej rozpieprzający ludzką głowę, czyli alkohol, jest absolutnie legalny. Wszędzie jest promowany w telewizji, promowany w reklamach. Widzimy tego uśmiechniętego dupka, który siedzi ze szklanką w ręku i mówi: „Hey man, if you gonna drink it, you gonna feel better.
Just do it now”. Bullshit, guys. Tego nie należy robić, możemy to zostawić. Co dalej z tych wszystkich śladów à propos cywilizacji? Bo jeszcze mamy jeden dodatkowy ślad, który jest bardzo ciekawy do dzisiejszych rozważań i to właściwie już nas wrzuca we właściwe tory. To może zanim opowiem o tym, zanim to wrzucę ten właściwy tor, to może jakaś muzyczka, proszę państwa. Myślę, że czas najwyższy troszeczkę popromować jednego z gości tej audycji. To na razie nie bałem się za jakiś czas, jak przyjdzie właściwa pora i właściwy czas się pojawi ponownie. Jakaś muzyczka, a tymczasem skorzystam z zielonej herbaty z cytryną, moi drodzy. Bardzo polecam.
Doskonały mix, doskonały, wyborny. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy. Pozdrawiam. Nie odchodźcie od tych radioodbiorników. A ja oczywiście popijam zieloną herbatę marki Maminę z cytryną. Cytryna też oczywiście marki Maminę. Maminę. Mamma mia! Okej, dobra. Wy słuchacie oczywiście „Hiperprzestrzeni” jak nic.
Na to wygląda. Ja mam na imię Tomek. Słuchacie oczywiście w Radiu Nafali, moi drodzy i w Radiu Paranormalium, które transmituje „Hiperprzestrzeń”. Także pozdrawiamy wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium. Gdybym miał jakieś oklaski, bym puścił teraz. Także wyobraźcie sobie, że właśnie są oklaski dla wszystkich. Nie tylko Radia Paranormalium, dla radiosłuchaczy Radia Nafali też i tych, co słuchają jako podcast gdzieś w świat słuchacza. A ja sobie trzymam żonę za rękę i opowiadam wam tą historię. Wracamy, bo jest bardzo ciekawe zagadnienie związane z pomysłem na cywilizację, który na przykład bierze się z tych legendarnych starych opowieści, które gdzieś tam krążą po Indiach, gdzieś krążą po Pacyfiku, gdzieś krążą po wielu różnych miejscach. Generalnie krążą tu i tam.
Co te opowieści mówią? Te opowieści mówią o tym, że pewnego dnia przyjdzie ktoś, kto to wszystko wybawi, zmieni i już będzie wszystko okej. Każda z tych kultur zawiera jakąś informację, która mówi, że praktykowanie tej nauki, praktykowanie tego zwyczaju doprowadzi do właściwych drzwi, doprowadzi do właściwej bramki z dużym wykrzyknikiem, ze szczęściem, bogactwem, powodzeniem, radością i tak dalej. Każda z tych nauk ma tam swoje Swoje techniki mniej lub bardziej praktyczne dla niektórych. Każdy może sobie wybierać. Jest taka zabawna historia, bo dla nas jest to troszeczkę tak, że w tej kulturze my to stopniujemy, dzielimy i dla nas to jest: „A tutaj są zasady buddyzmu, są zasady katolicyzmu, są zasady siakie, owakie”. Generalnie przypominamy konie pracujące w kopalni. Mamy klapki na oczy i być może jest to taki koncept, że nie do końca złapaliśmy albo poza tym, że zgłupieliśmy do reszty jako cywilizacja, to jeszcze zgłupieliśmy w sensie tej teologii. Wymyśliliśmy sobie teologię, a nie kumamy w ogóle, do czego to służy, po cholerę są te wszystkie narzędzia, po co się medytuje, po co człowiek siedzi w skupieniu i tak dalej. Po co w ogóle wykonuje te wszystkie dziwne ruchy i dlaczego czuje się tak dziwnie.
I dlaczego to nie ma nic wspólnego z żadną religią na świecie. Bo właściwie te ruchy, te odczucia, te zjawiska występują dosłownie w każdym systemie filozoficznym, który jest sklejony w jakiś sposób z naszym systemem duchowym i generalnie mówi o naszym rozwoju duchowym. Czy to jest buddyzm, czy jakakolwiek inna religia. W tym przypadku czyli na przykład katolicyzm, bo buddyzm akurat nie do końca jest religią, to jest bardziej system. Tam nie ma Boga. W buddyźmie ty jesteś, mój drogi, Bogiem. Nie ma nikogo innego. Ty możesz być Buddą. Nie ma Buddy poza tobą. Budda jest w tobie.
Little Budda. Mały Budda tak się nazywa. Takie coś mieszka w człowieku. Generalnie człowiek jest tym najlepszym. Jest bardzo ciekawa historia, którą opowiadają Aborygeni na ten temat, bo dla nas to jest troszkę nie do objęcia. Przynajmniej jest masa dualizmów. Tu ktoś namawia: „Panie, jak nie jesteś tu, w ogóle test tu sprawdź, ja się dowiem, czy twoja wiara jest najprawdziwsza, czy nie. Ja to cię sprawdzę”. To jest takie sprawdzanie się i deklarowanie. Deklaracje, sprawdzanie, deklaracje i sprawdzanie.
Z pustego w próżne, z kieszeni do kieszeni i z powrotem. Przekładanie papierów z jednego końca biurka na drugi. Aborygeni mówią bardzo ciekawą rzecz, bo u Aborygenów jest oczywiście taka genialna legenda, której nie będę dzisiaj opowiadał, ale pewnego dnia wam opowiem. Specjalnie zrobię odcinek i poświęcę dreamtime, bo to jest jedna z największych intelektualnych fascynacji prawdopodobnie mojego aktualnego życia. Historia triby Australii. Niesamowite to jest. I o czym mówi ta legenda? Że jak świat został stworzony i tak dalej, te wszystkie nasiona, te wszystkie żółwie i tak dalej, to wszystko zostało rozrzucone. I właściwie każde plemię czy każda grupa plemion opowiada inną legendę stworzenia troszeczkę. I kiedy się zbiorą do kupy, to każdy z nich opowiada swoją część legendy.
I tak naprawdę, kiedy każdy opowiada swoją część legendy, nagle układa się cały potężny obraz. Wielka układanka. I cała ta historia jest tak skonstruowana, o tym mówi legenda, że dlatego historia została rozłożona na te wszystkie elementy, żeby nigdy nie uległy zatraceniu. Że część tego może zniknąć, część nie, ale zawsze jakiś kawałek tej historii zostanie. I mając kawałek tej historii, będziemy w stanie odbudować pozostałą część tej historii. I tu człowiek się puka: „Głupki. Jak można odbudować pozostałą część historii, skoro wszyscy zostali wymordowani przez białych?”. Aborygeni zostali uznani za ludzi dopiero w 68. roku. Do 68.
roku Aborygeni w Australii mieli status gorszy od psa dingo, bo kopnięcie psa dingo można było pójść do pierdla. Generalnie na przykład taki pies mógł mieć właściciela, który trzymając browara w ręku, powiedział: „Hej dude, what you do?” i generalnie można było pójść do pierdla za to, bo kopnęło się cudzego psa. Natomiast Aborygena można było zabić na środku ulicy, zakatować. Aborygen nie miał statusu człowieka. Miał status rośliny w Australii. Wyobrażacie sobie? Do 68. roku biali, wykształceni Europejczycy mieszkający w Australii myśleli, że Aborygen jest rośliną. Fenomen. Nasza kultura jest w ogóle pełna fenomenów.
To jest chyba największy toksyczny oszustwo, jakie istnieje w tej części kosmosu stworzyliśmy. Intelektualnie, emocjonalnie i materialnie. Kto spala ropę? Kto spala ropę? Dokładnie. O spalaniu ropy już niedługo będzie w audycji „Dokładka”. Także dla wszystkich tych, którzy nie wiedzą. W środę w Radiu Nafali o godzinie 22:00 audycja „Dokładka” o Bilonie z Babilonu. Dobra, koniec krepciochy. Wracamy do tematu, moi drodzy.
Krepciocha się będzie jeszcze pojawiała po drodze, także przypomnę wam o tym. Przypomnę jak nic. Ta historia Aborygenów jest niesamowita, bo jest nakierunkowana i nas kierunkuje. Jeżeli spojrzymy na to przez tą perspektywę, to wygląda na to, że właściwie ktoś mógł zrzucić te wszystkie legendy, mity, rozrzucić po całym świecie, bo są to historie związane z obserwacją gwiazd. Na przykład słynne 12 apostołów. 12 apostołów, czyli 12 cykli na niebie, bo to jeszcze z Egiptu pochodzi. Słynna historia z postacią Jezusa. Jezus to nowa nazwa. Dawniej nazywało się to Mitra. Przed Mitrą nazywało się to Bóg Ra, Ozyrys.
Nie Ozyrys. Jakoś tak. Nie będę tutaj w tym momencie motał, przypominał tych wszystkich rzeczy. Tak samo jak z 12 przykazaniami, czy tam z 10, które są wyryte parę tysięcy lat wcześniej w Egipcie, w dolnym Nilu. Można sobie przejść na ścianie właśnie wszystkie te: „Nie będziesz to, nie będziesz tego, nie będziesz tego”. Wszystkie te historie, tylko że są zapisane troszkę innym językiem i nie są podpisane: „To my, Hebrajczycy”, tylko nie wiemy, kto to napisał. Ale to już inna historia. Generalnie wygląda na to, że te wszystkie mity też mają swoje wspólne korzenie i że też jest coś wspólnego w tym wszystkim. Chociażby kwestia bajek dla dzieci, kwestia w ogóle bajek, które sobie opowiadamy. Elementy chociażby mitów stworzenia.
Wszystko to, o czym doskonale myślę miłośnicy Erika von Dänikena wiedzą, o co chodzi. Jest troszkę coś takiego. Jest słynna historia powrotu Bogu na ziemię i tak dalej. Słuchajcie, jest takie miejsce, gdzie ludzie żyją tak jak żyli przed tym, zanim się biały pojawił, czy to w Australii, czy w Ameryce Południowej. Jest takie miejsce w Ameryce Południowej, gdzie ludzie jeszcze żyją jak przed białasami. Uchowali się. Dzisiaj właśnie o Indianie Kogi. Tak się nazywają ludzie Kogi. Jak ta historia się zaczęła? Już wam opowiem, ale zanim wam opowiem, włączę jakąś muzyczkę, żeby nie było, że ten teges.
Muzyczka jest dokładnie o szaleństwie ludzkiej natury. Jeżeli ktoś z was kojarzy film amerykański, bardzo znany film, tam jest taka scena strzelania z helikoptera. To generalnie skojarzy, o co jest w piosence. Bo to z tego filmu, proszę państwa. Może nie z filmu, ale generalnie cytaty są z filmu w tym. Także zapraszam, a ja wracam po muzyczce, a wy słuchacie hiperprzestrzeni. Hiperprzestrzeni z bliska i z daleka, i z otchłani hiperprzestrzeni prosto do waszej głowy. Tak wygląda prawdziwe radio, moi drodzy. Taka jest rzeczywistość. Także zapraszam do wspierania prawdziwego radia, w którym taka jest rzeczywistość i ja mówię, że jest właśnie taka rzeczywistość.
Zapraszam serdecznie wszystkich do wspierania finansowo. Przypominam, że możecie to zrobić przez PayPala na naszej stronie www.radionafali.com, ewentualnie Bitcoiny. Nie mamy żadnych płatności po Polsku. Ja po prostu nie mieszkam w Polsce od lat, także nie mam żadnego konta w Polsce. Także jedna opcja to po prostu PayPal. Proszę państwa, zapraszam do wspierania duchowego, finansowego na wszelkie sposoby i dziękuję serdecznie wielce sponsorom radia. Dziękuję wielce. Wracam do opowieści. Słuchajcie, pewnego razu, jakieś 500 lat temu, a dokładnie to był 1400. Ja tu sięgam do notatek.
Nie tak, żebym miał w głowie. Dajcie spokój. Koleś, który się nazywał Alonso de Ojeda. Tak to się poważnie czyta: Ojeda. Konkwistador. Ruszył z Hiszpanii dokładnie. Najpierw oczywiście w poszukiwaniu tak zwanej nowej drogi do Indii. Zaraz po Kolumbie, bo to był 1499 rok i zajęło mu to trzy lata. Przynajmniej ta pierwsza część wyprawy. Odkrył Wenezuelę.
Popłynął pierwszy do pierwszego miejsca, które okazało się, że to nie są Indie, tylko że to są dorzecza Amazonki, Amazonii i tak dalej. To się nazywało Boca de Esquilfo. Później była Boca de Orinoco, czyli dorzecze rzeki Orinoco. I on płynął wzdłuż wybrzeży. Płynął, troszkę zajęło, bo wiadomo, to było dawno, nie było silników elektrycznych, także trochę to trwało. Później była Margarita. Jeżeli ktoś z was kojarzy drink margarita, to nazwa Margarita pochodzi od kogoś, kto się nazywa Alonso de Ojeda. Dokładnie od niego. Później jest oczywiście Paraguaná. Paraguaná to jest to miejsce, gdzie się zatrzymali i gdzie w ogóle odkryto tych Indian Kogi.
To jest właśnie ten pierwszy odkrywca, który przybył na to wybrzeże. Jak świat był odkrywany przez Alonso Ojeda? Świat odkrywany był w ten sposób, że Alonso wyskakiwał na brzeg razem z kumplami i wódzcem. Brał ze sobą księdza, kapelana, brał sobie jakichś przydupasów, trochę broni. Stawali na plaży i generalnie wbijali flagę. I co ten Alonso czytał? Ten Alonso brał do ręki to. Przetłumaczyłem sobie tylko kawałek, bo to długi tekst jest. I powiem wam, co Alonso czytał. Bo on w ogóle wymyślił nazwę Wenezuela.
To jest jego pomysł. Kiedy wylądował na wybrzeżu, na którym mieszkali Indianie Kogi, stanął i powiedział tak: „Przysięgam na imię Boga Wszechmogącego, że będę z pomocą Bożą walczył z tobą w każdym miejscu i w każdy sposób, jaki będę mógł. Przywrócę cię Kościołowi w każdy możliwy sposób i nie spocznę w swoich wysiłkach ku twojej chwale. Wezmę ciebie i twoje kobiety i dzieci i zrobię z nich niewolników. Wezmę twoje wszelkie dobra i zadam ci każdy ból i wyrządzę każdą krzywdę, którą będę mógł w imię Boga”. Mniej więcej taki tekst zacytował nasz Alonso koleżka w stosunku do Indian. Generalnie tak potraktował Indian. Spuszczał na nich psy, potraktował ich jako niewolników i tak dalej. Indianie próbowali na początku żyć z białymi. To właśnie owi Indianie Kogi.
Próbowali żyć z białymi. Oni nie mieli za dużo złota, więc biali nie za bardzo mogli. Cisnęli ich, jak mogli. W końcu 100 lat po tym, jak była pierwsza konkwista, pierwsza wyprawa, pojawił się nowy burmistrz w mieście. Nie pamiętam nazwiska burmistrza generalnie. To był nowy burmistrz w San de Marto. Właściwie gubernator wtedy, nowy gubernator San de Marto, który stwierdził, że właściwie on chce się pozbyć tych Indian. To były takie czasy, że trzeba było złożyć ofiary z ludzi, a Indianie nie byli ludźmi, także trzeba było złożyć dwa razy więcej ofiar z Indian. Generalnie obsesja mordowania po prostu nie gasła. Stwierdził, że to w ogóle nie są, bo oni mają swoje zwyczaje.
Oni na przykład nie przyjmowali misjonarzy, oni nie chcieli niczego od białych. Oni w ogóle nie chcieli paciorków na przykład od białych. W ogóle nie chcieli niczego od białych. Przynieśli białym dali złoto. Powiedzieli, że nic nie chcą. Po prostu wszystko i że wracają do siebie. Że oni chcą mieć tylko dostęp do wody, żeby mogli łowić ryby i tak dalej. Oni sobie mieszkali pomiędzy górami, bo góry Sierra Madre zaczynają się zaraz przy wybrzeżu. To jest troszkę tak, jeżeli ktoś z was zna Polskę, to tak jak na przykład mieszka w Karkonoszach albo w Tatrach, tak jakby się od razu schodziło z gór i wychodziło na plażę. Mniej więcej taki klimacik.
I jest jeszcze do tego tropikalnie, Cocabana i w ogóle tropikalnie i ciepło. Z tej okazji, że tam jest tak miło, biali sobie otworzyli tam fort i używali Indian jako niewolników. Cisnęli tych Indian, cisnęli. W końcu Indianie nie wytrzymali. Ten gubernator San de Marto zrobił coś takiego, że generalnie postanowił cisnąć ich dalej, bo tam był taki myk, że część Indian uciekła w góry i przyszli do białych w końcu poprosić o to, żeby dali im dostęp do wody, bo po prostu potrzebują, chcą zjeść ryby i tak dalej. To nie było plemię, które mieszkało w górach w ogóle na początku. Na samym początku, jak przybyli tam biali, to ci ludzie mieszkali na wybrzeżu pomiędzy górami a morzem. Właściwie Morze Karaibskie, tak to się dokładnie nazywa, przynajmniej w dzisiejszych czasach. Ale kiedy pojawili się Hiszpanie, to ich wykopali z tego wybrzeża, bo tam sobie wybudowali fort, a Indian zapędzili do robotek. Indianie troszkę w las i w góry uciekli.
Ale się okazało, że to niewiele pomogło, bo jakakolwiek próba dostania się do wybrzeża kończyła się tym, że biali chcieli ich czardżować za cokolwiek. Więc starszyzna stwierdziła, że: „Okej, dobra, to robimy deal”. Po prostu zebrała złoto i wystosowali taką ekipę. Wysłali do białych, chyba 1500 któryś tam rok, tuż przed tym, zanim zaczęło się to całe zamieszanie, 1600 któregoś tam. Razem z tym złotem ci Indianie wyruszyli, zeszli z gór i to była zapłata. To był taki coś w rodzaju prezentu, żeby biali dali im święty spokój, dali im dostęp do wody, żeby oni mogli sobie odłowić te parę ryb i w ogóle przytaraskać w góry i tak dalej. Biali jak skumali, że Indianie mają złoto, to generalnie przycisnęli Indian jeszcze mocniej niż można było, a nowy gubernator, który się pojawił, stwierdził, że najlepszy pomysł na przyciśnięcie Indian to posądzić ich o homoseksualizm oczywiście i o sodomię. Oczywiście Indianie mieszkają... Właśnie, to za chwilę wam opowiem, jak mieszkają ci Indianie Kogi, bo to jest w ogóle ciekawa sprawa. Generalnie postanowiono posądzić ich o wszelkie możliwe zarazy, przede wszystkim o sodomię.
Te domy, w których mieszkają, to one się w części Amazonii nazywają moloka. U Indian Kogi się nazywają troszeczkę inaczej. Nikwe się nazywają. Nukwe. Trochę jak niuki. Nukwe. Chyba tak się powinno poprawnie mówić. Tak się nazywają te chaty Indian Kogi. Ale to mniej więcej to samo, co właśnie takie duże moloki, czyli generalnie duże, gigantyczne szałasy, w których jest 20 ludzi spokojnie. Potężne takie przestrzenie, potężne.
Prawie koncertowa hala. Może bez przesady, ale generalnie są naprawdę duże. My to żyjemy w norach, malutkich norkach. Oni to mają przestrzeń. Wracając do tej historii, okazało się, że nowy gubernator postanowił już tak docisnąć, że postanowił ich wymordować. Stwierdził, że oni są nieopłacalni. Postanowiono zrobić z nimi dokładnie to samo, co zrobiono ze wszystkimi rdzennymi mieszkańcami na Dominikanie, na Kubie i na wszelkich możliwych wyspach karaibskich, poczynając od Trynidadu i Tobago. Wiecie co zrobiono ze wszystkimi rdzennymi mieszkańcami? Wymordowano co do nogi. Na Wyspach Karaibskich do dzisiaj nie ma ani jednego fizycznie, genetycznie potomka oryginalnych mieszkańców, których zastali tam biali.
Biali wymordowali dosłownie wszystkich w imię Pana. I to, że taki koleś sobie wyskakiwał z łódki i mówił, że wyrżnie wszystkich w pień, dzieci, kobiety, starców w imię Pana, to było normalne w tamtych czasach. A w nocy spuszczano psy oczywiście na tych wszystkich mieszkańców, żeby ich sterroryzować. Oczywiście ten dom Indian nazwano dom diabła, bo to była chrześcijańska moralność, która nie zmieniła się do dzisiaj jak zwykle. Watykan jest jednym z największych skandali pedofilskich. Moralność się nigdy nie zmienia. Więc Indianie w tym momencie podjęli decyzję, że już po prostu mają tego wszystkiego dosyć, mają to już w dupie i wyprowadzają się w góry. Prowadzeni przez członków tej społeczności, którzy są nazywani mamas. Mamas, czyli szamani. Wyprowadzili całe plemię w 1600 którymś tam roku.
Na początku właściwie 1601, 1602, kiedy tuż po pierwszej fali nieprzeciętnej brutalności, kiedy przybyli Hiszpanie, spuścili psy. Po prostu mordowali ludzi jak bydło. Dla frajdy zarzynano ludzi. Odcinano kawałki ciał i sprawdzano, jak będą reagowali po kolei. Brutalność Watykanu nigdy nie miała granic. Ci ludzie są w stanie mordować do dzisiaj praktycznie. Tylko kwestia sumy, którą macie do przeznaczenia. Oni to robią za pieniądze, bo po prostu kochają to robić chyba. Indianie Kogi stwierdzili, że mają w dupie i uciekają w góry. No i uciekli w góry.
Oczywiście były próby podążania za Indianami, ale wszystkie te próby generalnie spadały na panewce. A dlaczego spadały na panewce? Ponieważ są to bardzo ciężkie i trudne góry. O co chodzi? Bo tam jest tropikalny klimat, moi drodzy, w tej dolnej partii gór. I zanim się wejdzie w te wysokie góry, to trzeba przejść setki kilometrów dżunglą i to taką dżunglą w górach. A dżungla w górach oznacza, bo to jest pas równikowy, oznacza to, że deszcz pada co 15 minut, a właściwie nie tyle co 15 minut, tyle co 5 minut. I nie ma opcji ugotowania sobie jakiegokolwiek obiadu w dżungli, ponieważ jakiekolwiek drzewo, cokolwiek zetniecie, cokolwiek chcecie spalić, w ciągu ułamka sekundy cieknie z tego woda, zamieni się w gąbkę i możecie wyciskać wodę. Generalnie do picia wody jest masa. Natomiast jeżeli chcecie sobie podgrzać i zrobić herbatę, tak jak jest tutaj, chlup, chlup, robię swoją ulubioną zieloną herbatą z cytryną.
Ciężko. Wszyscy pionierzy z tamtych czasów, którzy próbowali dogonić Kogi, bo oczywiście okazało się, że to, co odkryli Hiszpanie, to był jeden z powodów, o których zapomniałem powiedzieć, dlaczego męczyli tych biednych Indian Kogi. Ponieważ ci Indianie Kogi mieszkali na czymś, co wygląda jak pozostałości pradawnej cywilizacji, która wygląda jak to złote miasta. A ten mit złotych miast był dla Indian. Dla złota morduje się ludzi do tej pory na świecie. Także Hiszpanie nie byli tu ostatni ani pierwsi. Właśnie te miasta przykuły ich uwagę. Te budowle. Nikt tak naprawdę nie wie, kto to wybudował do końca. W ogóle nawet na początku nie wiadomo, kto to wybudował.
Z końcem to już w ogóle inna historia. Ale Indianie Kogi po prostu wiedzieli, że całe góry w środku gór Sierra Madre są po prostu miasta w dżungli, które zostały zostawione przez dawną cywilizację. I co zrobili Mamas? Mamas wzięli wszystkich Indian ze sobą i odeszli do dżungli. Dosłownie. Tak jak w dzicz odchodzili wszyscy pionierzy na Dalekim Zachodzie, którzy ledwo co stawiali nogę na suchym lądzie, od razu uciekali do Indian. Dlatego wymyślono wszystkie te wyprawy Castora i tak dalej, żeby wytłuc Indian, wytłuc rezerwaty, żeby nie było gdzie uciekać. Żeby każdy musiał płacić podatki, żeby każdy płacił na kolej żelazną i żeby każdy zajmował się giełdą w Nowym Jorku. Żeby każdy budował ten koślawy, parszywy, toksyczny system. Ale Indianie postanowili zrobić inną rzecz.
Po prostu uciekli sobie w takie góry, w których nikt nie mógł ich złapać. Były próby, ale nikomu się naprawdę nie udało tam dotrzeć. Do dzisiaj właściwie niewiele ludzi tam dociera. W ogóle z Indianami Kogi jest taka historia, że oni postanowili od tamtej pory żyć w kompletnej izolacji od białych. Nawet jest specjalna grupa Indian wydelegowana do kontaktów z białymi. To nie jest tak, że oni tam wszyscy się kontaktują. Jest specjalna grupa starszyzny, która decyduje, czy oni chcą się spotkać z białym, czy nie. Zezwoli jednemu misjonarzowi. To jest jakaś opowieść z filmu dokumentalnego. Wiem to na pewno, bo w ogóle ludzi zajmujących się badaniem Indian Kogi jest na świecie tyle, co palców jednej ręki.
Jest chyba dwóch czy trzech profesorów z Wenezueli, którzy w ogóle są wpuszczani przez Indian Kogi na ich teren. I jeden koleś tu z Londynu, który właśnie robił film dokumentalny o nich i dlatego stał się ich dobrym przyjacielem. I jeszcze jakieś dwie osoby, antropolodzy. Ale to jest bardzo zamknięta społeczność. Oni od tamtej pory, kiedy Hiszpanie zachowali się jak dzikie świnie, unikają. Jest taki kompletny shadow na kontakty z białymi. Oczywiście co Indianie Kogi? Indianie Kogi wrócili do tych miast, do tych starożytnych miast i zamieszkali z powrotem. Miasta są niesamowite. Jedna z takich niesamowitości, która jest związana właśnie z tymi miastami, które są gdzieś tam w dżungli wybudowane, to jest na przykład kwestia jakości informacji, którą mieli budowniczowie.
Nie wiem, jak to nazwać. Po prostu chodzi o to, że kolesie, którzy to budowali, najprościej mówiąc, byli geniuszami. My sobie z tego nie zdajemy sprawy, bo dla nas są to na przykład kamienie rozrzucone, położone na kupę. I to jest taki trakt. Przy czym dowcip polega na tym, że te trakty są tak zbudowane, że są jednocześnie akweduktami na przykład. I one działają od tysięcy lat. I fenomen polega na tym, bo to jest wszystko z kamienia, że te akwedukty się nie rozpadły, co w tym klimacie jest wręcz takim fenomenem, bo to trzeba naprawdę być mega ekspertem, żeby zorganizować, wybudować wszystko tak, dobrać taki kamień, dobrać tak kąty wody, jakąś energię dookoła, tak żeby to w ogóle przetrwało. Normalnie jak się puszcza wodę po kamieniu, to po paru tysiącach lat będzie dziura w tym kamieniu. Albo kamień zgnije, bo kamień zaczyna porastać mchami i grzybami, a mchy i grzyby to jest jak papier ścierny na najtwardszy granit. Wystarczy w takim tropikalnym klimacie, po kilkuset paru tysięcy lat, może dwóch tysięcy lat i połowa kamienia jest zmielona na pył przez grzyby.
Bo grzyby swoimi korzeniami rozkruszają kamień i go po prostu mielą na pył. Wszędzie. Tu się okazuje, że mieszkali tacy sprytni ludzie, którzy wiedzieli, jak budować akwedukty, które przetrwają tysiące lat i woda ich nie rozsypie, ani klimat ich nie zniszczy, ani wilgotność, ani nic. Do tego jest kolejna rzecz. Są drogi wybudowane przez tą starożytną cywilizację, których używają dzisiaj Kogi. Kogi twierdzą, że to ich przodkowie, ludzie, którzy mieszkali wcześniej, którzy zeszli na wybrzeże i później wrócili do kraju przodków, bo góry to są dla nich takie miejsce, z których wyszli przodkowie według Indian Kogi. Co tam jeszcze takiego fascynującego jest w tej technologii, którą posiadają Indianie Kogi? To, że na przykład ich ścieżki. Oni mówią, że ścieżki należą do Mamy Ziemi, że ścieżki są wytyczone z energią Mamy Ziemi, że Mama Ziemia wytyczyła te ścieżki. Tu się okazuje, że to są takie klasyczne ley lines, czyli ścieżki energii.
Nie wiem, jak to się w Polsce nazywa. Ścieżki wilka. Jest tysiąc nazw na to. Generalnie to są te właśnie energetyczne punkty na Ziemi, które jeżeli się weźmie bardzo czułe urządzenie, które mierzą pole elektrograwitacyjne i się po prostu przyłoży w tym miejscu, objawia się anomalia pola i automatycznie skacze wszystko do góry, wszystkie odczyty. I to nie jest żadna tajemnica. Wiemy to w dzisiejszych czasach. Nie jest to naprawdę już żadne czary-mary. Na przykład takie rzeczy. Fascynująca historia, absolutnie fascynująca. Co się okazuje?
Indiankogi wierzą w coś w rodzaju kwantowego, fraktalnego świata, tak to można nazwać. Może ja wam przeczytam kawałek, bo sobie przetłumaczyłem kawałek legendy opowieści o stworzeniu Indiankogi, bo to też jest fenomenalne. Oni mają swoją opowieść o tym, jak powstali, jak powstał świat. To niesamowite. Mi się to kojarzy z czasami wielkiego potopu. Tak jakby wielki potop zmył wszystko i od tego zaczyna się historia Indiankogi. Czekajcie, wszystko zapisałem na kartce papieru, żeby nie było. To ja czytam, proszę państwa. Historia Indiankogi. Na początku było morze nicości i ciemności.
Nie było słońca, nie było księżyca, nie było ludzi, zwierząt i roślin. Był tylko ocean. Ocean był matką. Mama nie była człowiekiem. Mama była nicością. Mama nie była właściwie niczym. Była tym, kim była. Duchem. Była pamięcią i możliwościami. Była Anu.
Anu to jest nazwa, tak jak na przykład w Ameryce Południowej na siebie mówi „Pachamama”, czyli generalnie Matka Ziemia to mała ziemia i wszystko jest pacha. Pachaberet, pachabuty, pachamanana, pachamama. Po prostu pacha pacha. A tam z kolei się nazywa Anuna. Troszkę brzmi jak z Pacyfiku. Anuna. Haha. Dobra, wracam do opowieści. Przepraszam bardzo, się rozgadałem. Anuna była duchem i pamięcią i możliwościami.
Indianie Kogi twierdzą, że mama, czyli Anuna dba o wszystko. Mama ma obowiązek dbania o wszelkiego rodzaju istoty żywe na tej planecie. Ludzi, młodszych braci. Według Indiankogi każdy, kto ma białą skórę jest tak zwanym młodszym bratem. Ludzie, którzy mają czerwoną skórę i ciemną, czyli Indianie, są starszymi braćmi, a biali bracia, my, przyszliśmy później po Indianach na ten świat i wiemy ponoć mniej i nasza rola jest troszkę inna i generalnie jesteśmy młodszymi braćmi. Legenda Indiankogi mówi, dlaczego okaleczamy naszą Mamę Ziemię? Bo jej nie pamiętamy. Mama nie jest żadnym bogiem. Mama Ziemia jest duchem żyjącym wewnątrz natury. I tu jest oczywiście opowieść o tym, co tu się powiedziało.
Przepraszam, ja tę legendę sobie rozpisałem. Nie tak opowiadałem. W ogóle powinienem tę legendę rozpiąć jak bajkę, a tak jeszcze antropologicznie ją rozpisałem. Mama Ziemia miała pomysł na Ziemię i miała pomysł na wodę. I miała pomysł na słowa. I wszystkie nazwy i wszystkie rzeczy na świecie wzięły się od tego, że Anuna o nich pomyślała. I one się wzięły z myśli mamy, bo Anuna to znaczy mama. Mówi się mama i mówi się nawet mama ziemia, tylko mama. I to mama stworzyła myśląc o ziemi, myśląc o wodzie, myśląc o wszystkich tych rzeczach. Stworzyła je.
Generalnie była woda, ziemia i góry. Ale zanim cokolwiek istniało, był jeden wielki ocean, który był tym, kim był. Coś takiego. Fajny język. Wtedy mama natura zaczęła kręcić swoim kołowrotkiem. Kołowrotek do wici? To jest do robienia własnej przędzy. Wrzeciono po polsku! Kręćcie wrzeciono. Właśnie.
Przepraszam bardzo, ja w ogóle nie kojarzę takich rzeczy. Przez to, że nie szydełkuję chyba. Mama Ziemia wzięła wtedy wrzeciono, aby zrobić nić i zaczęła kręcić tym wrzecionem. Kręcić, kręcić i zatrzymywała go co chwilę. I z każdego zatrzymywania powstawał świat. I tak powstało dziewięć światów. I każdy z tych światów był kolejnym światem. Pierwszy z nich to był świat Anuna, czyli świat Mamy. I każdy kolejny świat był kolejnym dodatkowym kolorem. I każdy z tych dziewięciu światów, które stworzyła mama, miał inny kolor.
I to były tylko światy, w których jeszcze nie było ludzi, nie było niczego. I wtedy mama urodziła dziewięć córek. I kiedy urodziła te dziewięć córek, usiadła z córkami i zaczęła myśleć. Zaczęła myśleć o górach. Zaczęła myśleć o wodzie. Zaczęła myśleć o ziemi. Zaczęła myśleć o braciach, o siostrach, o rodzicach, o dzieciach, o ludziach. Zaczęła myśleć o chodzeniu, o ruszaniu się, o ptakach, o wszystkim. I tak oto właśnie z tego myślenia, które przeprowadziła Anuna razem ze swoimi dziewięcioma córkami, w dziewiątym świecie powstał człowiek. I wszystko stało się gotowe.
I to był właśnie dziewiąty świat, który należy do nas, do świata. To jest świat ludzi. I nadszedł czas, kiedy mama miała trudne dni. Bo mama Anuna jest kobietą, czyli ma tak zwane trudne dni. I świat zalał się krwią. Jej krew to złoto. Dokładnie. Czekajcie. I według legendy Indiankogi złoto i woda tworzą takie połączenie. A drugie połączenie to jest złoto I krew.
To są takie cztery żywioły, które są niezbędne do życia. Tak mówi legenda. A naszym obowiązkiem jako ludzi w tym dziesiątym świecie jest generalnie dbać o wszystkie istoty żywe tutaj, czyli opiekować się roślinami, zwierzętami i myślami, które zostawiła nam Anuna. Ponieważ to nie są nasze myśli o stworzeniu, to nie my stworzyliśmy ten świat. To jest myśl mamy i naszym zadaniem jest się opiekować tą myślą mamy o stworzeniu. Niesamowite, prawda? Niesamowite. To właśnie à propos tego złota, o którym była mowa, to takie małe złote figurki. I właśnie te złote figurki jak Hiszpanie zobaczyli, to postanowili wytłuc wszystkich Indian właśnie dla tych złotych figurek. A oni generalnie medytują do tych figurek.
One pomagają w medytacji, trochę jak w buddyzmie nepalskim, bardzo ortodoksyjnym, bardzo wysoko w Nepalu. Niektórzy nazywają to szamańskim buddyzmem. Szamanistyczny. Jest masa różnych grzechotek, różnych dziwnych urządzeń służących do medytacji, do wprawiania się w trans i kontaktowania się albo ze sobą, albo z inną rzeczywistością, albo z czymkolwiek się człowiek kontaktuje. I są robione na przykład z kości ludzi i tak dalej. Jest tam cała teologia, masa historii na ten temat, masa legend. Wszystko jest strasznie bogate w swoich znaczeniach. Godzinami można o tym opowiadać. Podobna historia, jak się okazuje, jest tutaj. Indianie Kogi nie lubią białych i jak się zamknęli na białych w 1600 roku, to dzisiaj właściwie wpuścili tylko paru ludzi i tylko im powiedzieli coś.
Jak Indianie Kogi mają coś do zakomunikowania światu, to nawet kilku z nich specjalnie zostało wydelegowanych po to, żeby nauczyli się hiszpańskiego. Oni są wysyłani na zewnątrz i wtedy mówią. To jest jakby rada starszych i oni przekazują te informacje. To jest ta historia o legendach stworzenia. Pamiętacie, jak wspominałem na początku o prądzie elektrycznym i o Tesli, o pierwszych pracach Maxwella? Jeżeli ktoś z was przypadkiem czytał te rewolucyjne prace, które do tej pory są rewolucyjne, jeżeli ktoś z was chce zostać legendą nauki, droga otwarta. Do tej pory nikt nie wyjaśnił, jak działa grawitacja i elektryczność. To jest po prostu czarna magia. To są tylko teorie i fizyka atomowa się właśnie skończyła. Fizyka kwantowa właściwie jest gorzej nawet niż w powijakach.
Generalnie droga otwarta. Nic się nie zmieniło od 300 lat. Dalej można po prostu rozwikłać zagadkę. À propos tej zagadki. Maxwell i po nim Tesla i nie tylko oni, jeszcze kilku innych kolesi, bardzo łebskich kolesi, którzy wyprodukowali maszyny, które produkowały prąd elektryczny z niczego, tak zwaną free energy. Wiecie, co ci ludzie mówili? Ci ludzie mówili, że prąd elektryczny nie funkcjonuje tak, jak my to znamy w trzech stanach. Tak jak mamy w gniazdku, że mamy plus, minus i uziemienie. Co twierdził Tesla za Maxwellem? Że prąd elektryczny to jest generalnie, rozwijając takie bardzo prostackie tłumaczenie, plus, minus i plus i minus.
To są dwie dokładnie te same siły, że właściwie składa się z czterech elementów. Jeżeli się prześledzi wykres prądu elektrycznego, to widać, że płaszczyzny, w których ta energia, cokolwiek prądem elektrycznym jest, opiera się w cyklu, który liczymy jako cztery, a nie w cyklu, który liczymy jako trzy albo jako dwa. I tu jest w ogóle ciekawa historia z Indianami Kogi. Jak wyglądają Indianie Kogi? Indianie Kogi są niscy, mali, mają czarne włosy. Z reguły nie mają zarostu, bo Indianie nie muszą się golić, bo im nic nie rośnie, ale to chyba wszyscy wiedzą. Mają na przykład coś takiego, co się nazywa paparo przy sobie. To jest taka tykwa z takiej dużej dyni z dziurą w środku. Paparo wygląda jak taki duży muchomór, jak duży grzyb w ręku. Tylko że trzyma się tą szeroką puszką na dole, w dół.
Ma się taki patyczek i tam jest taka dziurka i w środku paparo są zmielone muszle, które są wcześniej spalone, z dziewięciu specjalnych muszli. W ogóle numerologia u tych ludzi jest niesamowita. Tam jest jeszcze razem z dodatkiem koki i czegoś tam jeszcze, o czym nie wiemy dokładnie, bo Indianie Kogi nie zdradzają swoich wszystkich tajemnic. Generalnie wiemy tylko o tym, że na pewno są tam muszle, które są wcześniej palone. I to jedyna rzecz. I liście koki, i to wszystko. Natomiast dodatkowych składników nie znamy. Być może coś tam jeszcze więcej jest. I to jest taka tykwa, którą się trzyma w ręku. I oni non stop to żują, tam mają patyczek i non stop żują.
Wybierają z tego i żują sobie, i żują. I to non stop robią Indianie Kogi. Indianie Kogi twierdzą, że właśnie są od pilnowania tego balansu w naturze, że oni są od medytacji, żeby na świecie było okej. To może opowiem wam po prostu, jak się w ogóle żyje, jak ci Indianie po prostu żyją. Przynajmniej to, co wiemy na ich temat, bo to jest w ogóle bardzo dziwne plemię. Na przykład idą medytować na dziewięć dni do jaskini. Dziewięciodniowa dieta. Zamykają się w ciemnościach, siedzą przez dziewięć miesięcy i medytują. To trochę taki powrót do bardzo starego buddyzmu, gdzie te jaskinie są gdzieś tam jeszcze w Nepalu, można je jeszcze znaleźć. Niektórzy dalej medytują w ten sposób.
Ale oni nie tylko medytują, bo oni używają też substancji do tej medytacji. To nie jest taka medytacja bez substancji. Także ciekawe. To ja może muzyczkę, moi drodzy, i po muzyce opowiem wam, jak w ogóle Indianie Kogi sobie żyją, na co im przynajmniej to, co wiemy o Indianach Kogi, bo wiemy bardzo niewiele. Oni nie chcą zbyt wiele mówić, jeżeli już, to mówią nam tylko to, co mówi mama. Czyli generalnie mają tak zwany message, mają przesłanie dla nas, żebyśmy na przykład robili to, to i to albo nie niszczyli tego i tego. I to są jedyne momenty, kiedy właściwie Indianie Kogi wychodzą z izolacji i kontaktują się z białymi ludźmi. To jest taki fenomen, że właściwie w ciągu ostatnich 500 lat Indianie Kogi wyszli do białych może tylko z trzy, może więcej, z 10 razy maksymalnie. Przy czym te 10 ostatnich wydarzyło się w ciągu ostatnich 10 lat chyba. A tak normalnie to kompletna izolacja.
To co, proszę państwa, jakaś muzyczka? A ja po muzyczce oczywiście jak najbardziej wracam do państwa i przypominam, że słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Nafali retransmitowanej w Radiu Paranormalium.
[01:13:40] - 451 Commercial Avenue, Apartment K, Richmond, California, September 9, 1951. Dear Lester, I'm sorry I didn't write before and because this record wasn't sent, which I intend doing before this, everything went wrong. Tonight we got together, kept the kids up and decided to have a little fun making this record. But of course, coming up, we didn't have any trouble. We had a lot of fun. Mama slept all the way and I didn't get tired driving, was overanxious. We got in about 12:45, got to Richmond, woke the family up. There's so many things I could say, but I just can't get them together. So I'll let you hear from somebody else.
[01:14:40] - Dobra, to wracamy do tej historii. Słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Nafali oraz retransmitowanej w Radiu Paranormalium. No i wszędzie na świecie, po prostu retransmitowanej przez cały kosmos. Cały kosmos słucha „Hiperprzestrzeni”. Nie zapomnij powiedzieć swojej babci, swojemu dziadkowi, swojej siostrze, swoim nieślubnym dzieciom. Wszyscy powinni słuchać takiej audycji. No! To się rozumiemy. To co? To właśnie à propos dzieci.
Jak się wychowuje Indianie Kogi? W ogóle co z tymi Indianami Kogi? Bo tak brzmi dosyć dziwnie, prawda? Ubierają się wszyscy na biało. Generalnie nie ma takiego specjalnego podziału na kobiety i mężczyzn. Kobiety mają swoją własną dużą chatę, taką, w której mieszkają, a mężczyźni mają własną chatę, w której mieszkają. Jak na przykład chłopak i dziewczyna się spotykają, bo są małżeństwa i tak dalej, to na przykład jakby co, to sobie idą na wzgórza po prostu. Idą sobie na wzgórza. Nie robią tego w ciemnym pokoju. Po prostu idą na łono natury, prawda?
To musi być dobry seks. Także tak robią ci Indianie. No i co z tymi Indianami? Oni kiedyś wpuścili misjonarzy. Wspomniałem na początku. Oni wpuścili misjonarzy, żeby tam nie było chryi. Bo generalnie w Ameryce Łacińskiej było tak, że jak ktoś nie wpuścił misjonarza, to generalnie bardzo często tracił głowę. To nie jest opcja wyboru, tylko opcja zaakceptowania albo samobójstwa, albo poddania się rytualnej śmierci po prostu w imię bożka z Watykanu, który się nazywa Jezus, czy jakoś tak. Pozdrawiam wszystkich wyznawców. Ja nie wyznaję absolutnie tego diabła.
No i moi drodzy, ci Indianie pozwolili na tego misjonarza i jest nawet krzyż w jednej z tych miasteczek, który nawet ten film dokumentalny uchwycił. Ale fenomen polega na tym, że nie udało się nigdy w historii, 500 lat w ogóle od kiedy Indianie się oderwali od całej reszty świata, przekabacić jakiegoś Indianina na wiarę białych. Oni zezwolili po prostu tym kolesiom na to, jednemu kolesiowi, tylko jednemu misjonarzowi, żeby tam czasowo przebywał i pozwolili mu postawić krzyż i zamieszkać w jednej z chat. To wszystko. Jak wyglądają ich kontakty ze światem? Tak, że to oni wybierają, co chcą wziąć. Biorą tylko metalowe narzędzia i tylko te, które służą do pracy ręcznej. Niektóre rozwiązania technologiczne, takie jak na przykład prasy do mielenia, do wyciskania oleju albo tego typu rzeczy, maczety i to wszystko. Na przykład nie biorą ubrań, żadnych absolutnie ubrań od białych ani butów. Oni chodzą na bosaka, biegają sobie po tych górach na bosaka i mają fantastyczne białe ubranie.
To ubranie się robi samemu. Każdy z tych Indian. Jak jesteś dzieckiem, to mama ci robi, ale jak jesteś już dorosły, to sobie sam robisz. W każdej tej dużej chat jest kilka takich wrzecion, na której się to robi. Człowiek siada i się robi wszystkie te bluzy, całe takie ubranie po godzinach. Znaczy wieczorami się gada z ludźmi i się siedzi przy tym wrzecionie. Niektórzy na przykład oglądają seriale w telewizji, Dziennik Telewizyjny, a inni sobie robią ubranie w tym momencie i wiedzą, że za na przykład parę dni nowa bluza będzie gotowa. Na przykład w paski albo jakieś tam wzorki i tak dalej. I tak to wygląda. Nie jest to takie tylko i wyłącznie robienie ciuchów, tylko jest to związane z autologią Indian.
Indianie właściwie używają wszystkiego łącznie z tym fajnym urządzeniem, które się nazywa paporo. To się kabus nazywa to, co mają w tym paporo bodajże, o ile dobrze pamiętam. Generalnie paporo oznacza po prostu jedność. Kij, który się tam wkłada i macza i się wyciąga odrobinę tego stamtąd i się żuje to. Ten kijek reprezentuje żeńską część świata, a paporo z dziurką reprezentuje męską część świata na przykład. No i o co chodzi? Chodzi o intencje. Chodzi o zatrzymanie się z intencją. I ci Indianie generalnie, tak tłumacząc na bardzo europejski, chociaż to nie jest być może puryści medytacji, puryści buddyzmu, biali puryści buddyzmu mnie w tym momencie zaszlachtują albo zaczną mi wysłać kolejne prostujące maile. Słuchajcie, oni po prostu medytują.
Ci Indianie po prostu medytują cały czas. Cały czas w intencji tego, żeby był balans na świecie. I generalnie od małego dziecka uczy się medytacji. Być może był to taki deal, bo tam takie podejrzenia, legendy mówią, że tak zwani mamas, czyli szamani, kiedy Indianie byli katowani przez Hiszpanów Kiedy było spotkanie starszyzny, mamas dali zasadę, że tylko wtedy, kiedy plemię przejdzie na szamańskie życie, dopiero wtedy się zaopiekują, wezmą go i poprowadzą w góry. Tylko wtedy, jeżeli plemię porzuci Babilon, przejdzie na drogę prawdy. Tylko wtedy mamas, czyli szamani i iniankogi zaopiekują się nimi, pokażą im ukryte miasta w górach, w których będą mogli przetrwać ten czas, kiedy mama Ziemia krwawi. Tak się też stało. Każdy z nich jest praktycznie szamanem i każdy z nich medytuje. Kiedy rodzi się małe dziecko, kładzie się je w jaskini. To są specjalne jaskinie.
Tam jest ciepło. To nie jest tak, że dziecko zamarznie. To nie jest żaden extreme, nic takiego. Kiedy rodzi się dziecko, kobieta kładzie to dziecko w jaskini i przychodzi tylko do jaskini. W ciemnej jaskini. To jest kompletna ciemna jaskinia i przychodzi tylko i wyłącznie karmić to dziecko piersią co jakiś czas. Jest oczywiście dieta, ale dieta na temat ciężarnych kobiet jest wszędzie na świecie. Nie wiem, jak jest w Polsce, bo ja nie mam dzieci. Dziewczyny ode mnie uciekają. Wiecie jak to jest.
Całe życie kawaler. Niektórzy tak mają. Z tej okazji nie jestem ekspertem w dziedzinie wychowywania dzieci i posiadania dzieci. Chociaż kto wie, może gdzieś mam. Nie wiem. Jak się zgłoszą, to się zgłoszą. Zgłaszajcie się, jeżeli twierdzicie, że jesteście moimi zagubionymi dziećmi porwanymi przez Cygan, przez tabor cygański na innym kontynencie. Także śmiało. Najlepiej jak osiągnęliście jakiś sukces finansowy i możecie wesprzeć Radia Na Fali, wtedy zgłaszajcie się. Jestem waszym tatą, na bank!
Wracając do Indian. Zostawiają to dziecko w jaskini. Tak wygląda ten proces. Ten pierwszy moment zaraz po porodzie to dziecko nie jest wystawiane na świat, tylko trzymane tak, żeby mogło spokojnie, bardzo powoli aklimatyzować się do świata. Mama, kobieta tylko przychodzi je karmić. I to jest pierwszy moment narodzin. Także każdy jest przyzwyczajony do tej elementarnej prawdy o życiu, że jesteśmy sami ze sobą na tym świecie, a dookoła jest masa istot żywych, a my jesteśmy sami ze sobą. To jest taki pierwszy moment. Później oczywiście jest cała edukacja i jest coś normalnego, że dzieci, wszyscy praktycznie medytują. A owa tykwa, w której się znajduje ta substancja, czyli paporo, to jest taka historia, że to jest robione tylko przez mężczyzn.
Mężczyźni mogą tylko zbierać te muszle i robić palenisko. Jakoś tak. Jest tam podział obowiązków. Nie chcę was zanudzać, ale generalnie są związane z posiadaniem energii żeńskiej albo męskiej, że kobiety nie powinny robić pewnych rzeczy, bo do kobiet się lepi energia inna. I ta energia powoduje jakieś disturbance, zawirowania, o które nie chodzi. A czasami facet się nie powinien dotykać, bo facet ma taką energię, że wszystko wysadza w powietrze. Tam jest dosyć zgrzebnie wszystko poukładane. Nie mają z tym problemu. Na przykład kobieta nie może przygotowywać paporo. W sensie tego w środku.
Ale może już na przykład robić kabus, czyli generalnie ten wkład do środka. A dlaczego nie może paporo? Bo paporo reprezentuje męską część, dlatego nie może dotykać paporo, ale natomiast może dotykać pozostałe żeńskie części tej tykwy. Przynajmniej te, które reprezentują żeńskie części. Nie ma takiego zakazu ogólnego. W sensie może napełniać i tak dalej, chociażby z prostych rzeczy, że kobieta jest po prostu mamą, także jest automatycznie reprezentacją mamy Ziemi na Ziemi. To trochę tak, jakby u nas, w naszej białej kulturze stwierdzono, że wszelkie kobiety, wszystkie kobiety mają w sobie święty pierwiastek z dnia na dzień i to wszystko. I te rzeczy, które normalnie w kulturze się każe, kobiety się gromi, że nie możesz tego, nie możesz tego, to nagle by się okazało, że kobiety są szefami. To jest dokładnie taka sytuacja. W tym filmie dokumentalnym, jedynym, który został nakręcony, jest bardzo ciekawa scenka, kiedy właśnie kobieta opowiada: „Jak ja mogłabym tego paporo nie robić, skoro ja jestem sama mama?
To mama przeze mnie mówi. Ja jestem mamą. To kto ma moim chłopcom paporo robić? To ja im robię. Chłopcom mama robi paporo”. Tak to wygląda. Niesamowite. Oni całe z tym paporo żują i medytują. Uczą się medytowania, uczą się koncentracji myśli. Mają jaskinie, mają specjalne miejsca oddalenia i tak dalej.
Całe życie jest podyktowane temu, żeby siedzieć i medytować po to, żeby zachować balans na świecie. Po to, żeby cała ta energia, która przepływa na świat, nie była tak rozdygotana. Szczególnie po tym, co zrobił młodszy brat, czyli biały człowiek, który wykopał masę dziur w ziemi i zniszczył praktycznie wszystko, do czego się dotknął. Rozpieprzył wszystko w pył i zatruł wszelkie ujęcia wody. Indianie medytują po to, żeby świat nie zwariował, bo Indianie twierdzą, że opiekunowie, których wysłała mama natura na ziemię, którzy się opiekują nami. Mamy tak zwanych opiekunów. Na świecie są oprócz nas, według teologii Indian, opiekunowie. Teraz jest taki moment, że opiekunowie Ziemi zaczęli się bać, bo młodszy brat, czyli my, zwariowaliśmy kompletnie. Niszczymy tą planetę, ryjemy ją strasznie. Fenomenem jest sposób, w jaki mieszkają Indianie.
Tak à propos, bo wspominałem ciągle o tej elektryczności. À propos tego podziału świata. Budowa domu jest dosyć specyficzna, bo właściwie budowa domu tej dużej moloki. To nie jest moloka. Zanotowałem, bo ciągle mylę z newe. Budowa tej newe jest specyficzna. Podłoga reprezentuje dziewiąty świat, czyli świat człowieka. Jest taka konstrukcja w kółko. Generalnie dom ma ileś tam poziomów. Podłoga jest takim poziomem, a reszta jest tylko wizualne.
Takie rusztowanie wewnątrz domu, na które jest kładziony dach. To rusztowanie ma dziewięć poziomów razem z podłogą. Podłoga reprezentuje nasz świat i każdy inny reprezentuje inny kolor, inny świat. I na końcu jest zwieńczenie szałasu, które jest dosyć specyficzne i Jest w formie krzyża, ponieważ Indianie od tysięcy lat, milionów lat albo cholera wie od kiedy, twierdzą, że krzyż jest symbolem uniwersum. Jest ich symbolem uniwersum świata. Tak, krzyż, moi drodzy, prawdziwy krzyż. Dokładnie ten sam krzyż, o którym Nikola Tesla mówił, że jest reprezentacją mocy i energii, które funkcjonują w świecie. Jeżeli chcesz sobie rozrysować i zrozumieć to, o czym mówił Nikola Tesla, jak działa prąd elektryczny, że prąd żyje w czterech, a nie trzech stanach i tak naprawdę jest tylko wartość dodatnia, nie ma wartości ujemnej. Jeżeli to rozrysujesz na grafie, to co wyjdzie? Wyjdzie krzyż z wektorem do wewnątrz.
To jest tak zwany vortex energii, który jest spinem. Cała galaktyka się kręci w ten sposób. I dokładnie to samo pisał Maxwell w swoich pracach. To samo pisał Tesla. To samo pisał Viktor Schauberger. Praktycznie wszyscy ci geniusze dokładnie mówili to samo, co Indianie Kogi, wskazując na centrum świata, na to, jakie jest clue centrum uniwersum i jak to w ogóle wygląda. Fenomen. To jest coś fantastycznego. Takie ciekawostki à propos. Niby Indianie, prawda?
Kolejna rzecz to ta historia z kwantowym medytowaniem. Pamiętacie historię, którą wam opowiadałem jakiś czas temu o grupach medytacyjnych? O tym, że jeżeli się wstawi grupę medytacyjną, która stanowi ileś tam procent populacji, ta grupa ma dosyć mocny impact w tą populację, zmienia statystyki i tak dalej. Wszystkie te historie. Indianie dokładnie tworzą jedną gigantyczną grupę medytacyjną i uczą się medytacji tak, żeby kierować swoje myśli idealnie w konkretny cel. Na przykład teraz kierują po to, żeby nas uzdrowić, po to, żeby opanować szaleństwo młodszego brata, czyli nas, bo nas już się boją opiekunowie roślin. À propos roślin. Kobiety sadzą rośliny u Indian Kogi, ponieważ kobiety mają tą żeńską energię. Mężczyźni robią pole, a kobieta wrzuca nasionko i je zasypuje. Po prostu mężczyzna nie może dotknąć nasiona.
Jest taki niesamowity podział energii. Taki, żeby nie było problemów z vortexem, że jak jest męska energia, to jest męska, jak jest żeńska, to jest żeńska, żeby nie mieszać, żeby to wszystko było idealnie dopasowane do siebie. Proszę państwa, idealnie. Tak właśnie funkcjonują Indianie Kogi. Medytują, mają te swoje cykle. Na przykład wchodzą do jaskini oddzielna na dziewięć dni i nie zajmują się niczym innym, jak tylko myśleniem o tym, żeby przywrócić balans światu i nic więcej. I co robią co jakiś czas? Ostatnio wysłali radę starszych, żeby przypomniała nam, że przeginamy, że niszczymy, że naprawdę już opiekunowie roślin się zaczynają nas bać na tej planecie. Mama Natura przeżyje, my przeżyjemy, ale to może się kiepsko skończyć dla nas. I o tym mówią nam Indianie Kogi.
Dokładnie. A taki Indian Kogi, który na przykład pamięta historię, nazywa się Mama Valencia. W ogóle nawet nie wiem, jak się nazywają ci Indianie, bo oni dla białych na przykład nie mają swoich imion. Nie chcą przed białymi żadnych informacji. Absolutnie. Każdy mówi do siebie jednym imieniem, każdy zwraca się do każdego jednym dokładnie imieniem. To jest po prostu tajemnica. To jest takie zagadkowe plemię. Ci kolesie żyją dokładnie od 500 lat. Stworzyli swoją własną cywilizację, uciekli od białego, wybudowali wszystko praktycznie od zera.
Może nie od zera, bo skorzystali z tych wszystkich tarasów, z tych wszystkich genialnych budowli zostawionych przez nie wiadomo kogo, bo to właściwie budowle chyba robione w tym samym czasie co piramidy w Meksyku albo w Peru. Mniej więcej ten sam klimat, ta sama atmosfera dookoła tego wszystkiego. Ci Indianie jak nic odpowiedzieli na palące pytanie naszych czasów, moi drodzy. Czy można stworzyć nową cywilizację od zera? Czy da się spieprzać to wszystko i powiedzieć: „Okej, możemy zrobić lepsze, wydajne i bez problemu”. Jasne, można. Nie, że mieszkają w tych górach. Mają tam wioski, są zorganizowani, mają swoje poletka. I fenomen jest to, że są kompletnie w 100% biodegradalni. Absolutnie.
Są tak zasieci w takim miejscu, że tam praktycznie żaden biały nie może dotrzeć. Używają grzybów. To ja wiem z zupełnie innego źródła, że używają grzybów z psylocybiną, że to jest część tych całych historii, tego całego rytuału. Nie jestem pewien tego na 100%. Wiem to od człowieka, który podróżował dużo po świecie i tam był. Bardzo ciekawa rzecz. W ogóle to są bardzo, nie wiem, tajemnica. Może pewnego dnia Indianie Kogi po prostu się bardziej otworzą przed nami. I może to jest taki papierek lakmusowy, że jak my skumamy, jak zbudować swoją własną cywilizację od zera, jak my złapiemy, że nie ma co duplikować tego toksycznego koszmaru, który nam towarzyszy od paru tysięcy lat, tego bullshitu, tego kultu mordowania się dla zysku, mordowania się dla przedmiotu, gdzie przedmiot ma większą wartość od życia dookoła nas, bo na tym jest oparta kultura, w której żyjemy. Dlatego gazety i dzienniki telewizyjne wyświetlają takie newsy, a nie inne, bo dokładnie o tym jest ta cała historia.
I być może, kiedy nam wróci olej w głowie, potrapiemy się po głowie, kopniemy tych wszystkich psychopatów i zaczniemy stawiać na normalne, ekologiczne emocjonalnie, duchowo rozwiązania. Już nie mówię o technologii, tylko takie, żebyśmy uwierzyli w to, że jest miłość i pokój na świecie. Takie proste, elementarne sprawy, bez których nie da się niczego zbudować. Absolutnie. Że może wtedy Indianie Kogi się otworzą i może to jest część naszej wiedzy na przyszłość. Może to jest taka biblioteka na przyszłość, że jak my postanowimy zmienić cywilizację, to ci kolesie powiedzą: „Okej, skoro już dorśliście, to mamy dla was niezły tutorial”. A ich tutorial jest po prostu niesamowity. Po prostu niesamowity. Żyją w kompletnej izolacji, są kompletnie samowystarczalni. Ich szamani mówią o fizyce kwantowej, czyli wpływaniu myślą na rzeczywistość.
Cała ich teologia mówi o czymś, o czym nasza fizyka i pojęcie rzeczywistości dopiero zaczynają skrobać, o ten kawałek informacji. My to zakopaliśmy razem z Teslą i tymi wszystkimi historiami, bo ktoś nie mógł na tym zarobić, nie mógł kogoś zamordować za to. Ktoś nie mógł wziąć czyichś pieniędzy, nie mógł rządzić kimś, nie mógł zrealizować swojej popierdolonej żądzy. I tylko dlatego wylądowaliśmy w tym punkcie, w którym wylądowaliśmy. Mamy wielkie reaktory jądrowe, które promieniują tą energią poza, bo jest to zjawisko kwantowe, które występuje wszędzie na świecie, o czym mówią Indianie Kogi. Indianie Kogi się boją, że pewnego dnia, kiedy ich zabraknie, kiedy młodszy brat, czyli my, będziemy dalej popierdoleni, jak jesteśmy popierdoleni, to być może jakaś wielka kometa grzmotnie w tą planetę i wyparujemy wszyscy w ułamku sekundy i wrócimy tu duchem w postaci roślin. Albo już nie wrócimy tu duchem, polecimy gdzieś indziej. Być może wrócimy do niższego levelu. Kto wie? Indianie Kogi naprawdę brzmią jak bardzo mądrzy ludzie.
Brzmią, jakby przeczytali wszelkie książki Maxwella, jakby rozumieli, o czym mówi Tesla, a jednocześnie fantastycznie żyją w zgodzie z naturą, w zgodzie z tym, co zostawili przodkowie. Dalej oni nie mają łatwego życia, bo tam dalej krążą kolesie, którzy próbują wyciągnąć złoto z ziemi, bo są groby ich przodków i te złote maskotki, o których mówiłem, które służą do medytacji, tam są znajdowane. Wszyscy chciwi ludzie z Zachodu, którzy są chciwi na złoto, polują na to strasznie. To kosztuje fortunę. Teraz chyba 50 000 dolarów. Widziałem ostatnio ceny za taki kawałek. To jest wielkości może 13 centymetrów. Taka figurka mała, złota. Nikt nie zna pochodzenia oryginalnej kultury Indian Kogi. Nie wiemy nic na ten temat.
Oni sami trzymają tajemnicę. Twierdzą, że stworzyła ich swoją myślą Mama Ziemia i że oni są od tego, żeby pilnowali tego, żeby ich myśl powodowała, że ten świat będzie dalej w konsystencji, że to się wszystko nie rozsypie z powodu naszego szaleństwa i naszej głupoty. Także słuchajcie, moi drodzy, może pomyślmy czasami wieczorem, jak ci Indianie Kogi, zgaśmy sobie światło i pomyślmy w intencji. Oni myślą w intencji. To nie chodzi o medytację, chodzi o intencję. Nie o opróżnienie swojego własnego umysłu do poziomu pustego wiadra, które nie ma ani ścian, ani dna. Tu nie chodzi o oczyszczanie umysłu. Chodzi o sprecyzowanie tego, co właściwie chcemy wysłać. Sprecyzowanie zdrowej myśli. Być może to działa.
Słuchajcie, u Indian to działa. Wygląda na to, że można się przenieść, można zrobić sprawy lepiej, można odkręcić sprawę. Można wiele rzeczy. Można się przenieść z bycia na leżaku na piaszczystej, pięknej, tropikalnej plaży i stworzyć fantastyczną cywilizację mieszkającą w samym środku kompletnie niedostępnych dla nas do życia miejsc. A oni tam stworzyli wszystko od zera. I oni tam se palą ogniska. Nie mają problemu z tym, żeby suszyć drewno. To my mamy problem, żeby tam dotrzeć, bo zanim tam dojdziemy, to z głodu zdechniemy albo nas dżungla zje. Taka historia. Czyli można, proszę państwa.
Może czasami, jak już nas powoli zaczyna boleć i ludzie mówią, że nie ma alternatyw, że to wszystko musi szlag trafić, że to w ogóle katastrofa. Może właśnie nie katastrofa. Może czas najwyższy odkręcić sprawę. Okazuje się, że można i może jak odkręcimy sprawę, to dostaniemy kolejną część tej układanki, której się kompletnie nie spodziewamy. Tego wam wszystkim życzę i życzę, żeby to się zdarzyło w pokojowych warunkach, pełnych miłości, żeby wszyscy byli naprawdę peace and love. Dziękuję serdecznie wszystkim za słuchanie „Hiperprzestrzeni”. Pozdrawiam wszystkich sponsorów audycji. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy Radia Na Fali, wszystkich słuchaczy Paranormalium i zapraszam do następnej „Hiperprzestrzeni”, proszę państwa, która będzie... No właśnie, o czym będzie następna „Hiperprzestrzeń”? Tego nie wie nikt.
Tego nie wie nikt. Tego nie wie nikt. Tego nie wie nikt.