[00:52] - Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych w Radiu Na Fali oraz w Radiu Paranormalium. Ja mam na imię Tomek, a wy właśnie zaczynacie słuchać audycji „Hiperprzestrzeń” czy też podcastu „Hiperprzestrzeń” tudzież, I don't know. Żyjemy w nowoczesnych czasach, stare nazwy się kończą, nowych jeszcze nikt nie wymyślił. Także witam wszystkich bardzo serdecznie w dzisiejszej „Hiperprzestrzeni”. Słuchajcie, jeżeli jeszcze ktoś z waszych przyjaciół, dziadków za ścianą, ktokolwiek jeszcze nie słucha tej audycji, to ja myślę, że to doskonały moment, żeby sobie przypomnieć, że należy tę audycję promować, rozsiewać, mówić ludziom, przekazywać z ust do ust. Chciałem tak płynnie powiedzieć, żeby się wieści rozchodziły, że tak pocztą pantoflową. Także promujcie audycję. Ja chciałem bardzo wielce podziękować wszystkim sponsorom audycji „Hiperprzestrzeń”. Także zapraszam wszystkich serdecznie do sponsorowania Radia Na Fali, sponsorowania audycji „Hiperprzestrzeń”. Zapraszam wszystkich na czata radiowego www.radionafali.com zakładka „Czat”.
A z tym sponsorowaniem to oczywiście też zapraszam na stronę radiową www.radionafali.com. Tam jest zakładka, proszę państwa, „Wspieraj i sponsoruj”. Także wspierajcie i sponsorujcie nas. A dzisiaj druga część historii, która się pojawiła jakiś czas temu, jakieś trzy tygodnie czy dwa tygodnie temu o złotych miastach. Druga część o El Dorado. Tym razem wybierzemy się bardziej do dżungli Amazonii, czyli tego miejsca, w którym jak myślano znajduje się owe złote miasto, bo lokacji jest wiele. Są podejrzenia, że to Meksyk, są podejrzenia, że to gdzieś indziej. Każdy kontynent ma jakieś swoje zaginione miasto i jest także w Afryce. A my dzisiaj uderzymy do Amazonii. Nigdy tam nie byłem.
Czas najwyższy się czegoś nauczyć i dowiedzieć o tym miejscu, bo jak tam człowiek wyląduje, to już będzie coś wiedział, prawda? Dokładnie tyle chciałem powiedzieć. Zapraszam wszystkich serdecznie do ściągania audycji „Hiperprzestrzeń” radioanafali.com zakładka na górze w nawigacji „Audycje” „Hiperprzestrzeń” ściągać. Ja polecam ostatnią rozmowę z Kubą Babickim. Mam nadzieję, że Kuba jak będzie miał czas to się odezwie i zrobimy jakąś kolejną audycję. A co proszę państwa? To tyle à propos archiwum. Zrobiłem, powiedziałem wszystko. Słuchajcie, właśnie à propos „Hiperprzestrzeni” oczywiście zapraszam wszystkich na wieczorową porę. No i co dzisiaj?
Dzisiaj będzie o misjonarzach. Będzie dużo różnych historii. Będzie o tym, jak zdobywano rzekę Amazonkę, o takich historiach i troszkę takim porównaniu, bo żyjemy chyba w bardzo podobnych czasach. Dzieją się bardzo podobne rzeczy i myślę, że to wszystko jest ze sobą bardzo mocno połączone w jakiś dziwny, tajemniczy, ezoteryczny sposób. Chciałem powiedzieć nielogiczny albo jakoś tak. Także będziemy szukali tych wszystkich połączeń pomiędzy światem naszych przodków a dzisiejszymi czasami i tym, co być może się wydarzy całkiem niedługo. Tym, co czeka nas za kolejnym rogiem, zakrętem naszego życia, w sensie cywilizacji, co nas spotka. Ale może chciałem powiedzieć. Okej, to może słuchajcie, lekka przerwa na muzyczkę, moi drodzy. Ja przypominam, że słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali, a dzisiaj o legendzie złotego miasta El Dorado.
Zanim jeszcze włączę muzyczkę, to powiem, nakręcę atmosferę. Mamy dzisiaj cztery hipotezy właściwie i dzisiaj będę chciał poruszyć te wszystkie cztery hipotezy. Pierwszą hipotezą jest to, czy w ogóle takie miasta jak złote miasta, czy w ogóle takie El Dorado w ogóle kiedykolwiek istniało gdziekolwiek, w jakimkolwiek miejscu, a już szczególnie w Amazonii. Kolejnym pytaniem jest, czy to jest wspomnienie jakichś innych cywilizacji. Być może. Kto to wie? Ale takich cywilizacji, które jeszcze ogarniamy z naszego na przykład okręgu datowania w czasie czy jakieś ostatnie 12 tysięcy, może ostatnie 6 tysięcy lat. Jakoś tak. Jeszcze coś, co jesteśmy w stanie przytulić na to datowanie węglem C14. No i kolejna hipoteza.
Czy nie jest to przypadkiem coś związanego z tą historią o Atlantydzie, o w ogóle zupełnie innych cywilizacjach? Ktoś na pewno zna nazwisko Klaus Dona. Bardzo ciekawy, nie wiem, jak nazwać. Po angielsku się nazywa researcher, czyli poszukiwacz. Ktoś, kto poszukuje po polsku. Nie mam bladego pojęcia, chyba badacz to chyba byłoby najlepsze słowo. Człowiek, który organizuje wystawy i bada takie stare zabytki, które są wyciągane z ziemi, różne artefakty z różnych miejsc na świecie. I są to z reguły takie artefakty, że włosy stają dęba i człowiek absolutnie nie ma pojęcia skąd to się wzięło, co to przedstawia, o co tu w ogóle wszystko chodzi i przeczy to całej oficjalnej mainstreamowej teorii na temat tego, jaka historia spotkała naszą cywilizację i skąd się w ogóle wzięliśmy na tej planecie. A ostatnią hipotezą, którą będę chciał poruszyć, jest hipoteza związana z tymi wszystkimi substancjami, które znajdują się w tych niesamowitych roślinach w Amazonii. A ta główna substancja nazywa się DMT.
I co to może mieć wspólnego ze złotymi miastami? Czy to ma coś wspólnego z tajemniczą złotą geometrią i katedrami w Europie? Będziemy dzisiaj próbowali rozkminić tę zagadkę, troszkę wgryźć się w temat złotego miasta i trochę szerzej go ogarnąć na tyle, na ile się da. Przypominam, że audycja jest jak najbardziej na żywo, moi drodzy. Ja sobie będę poprawiał mikrofon nawet specjalnie, żeby mniej dmuchać do mikrofonu, a więcej mówić. Oprócz tego, że jest na żywo, możecie oczywiście zadzwonić. radionafali.com na Skype. Przepraszam bardzo, ja muszę w ogóle wszystkie kamery jeszcze poprawić chyba. Nasz adres na Skype'ie to oczywiście radionafali.com. Także zapraszamy serdecznie.
Dajcie mi chwilę. Zacznę tą całą historię. Opowiem wam sam początek tych blichtr i później zaczniemy, myślę, drapać się w głowie i zastanawiać, co za tym wszystkim stoi, bo jest to, jakby nie spojrzeć, jakiś rodzaj uniwersalnego mitu, który pojawia się w tak wielu miejscach, że człowiek powinien się podrapać po głowie. Myślę, że to jest dobra rzecz, nad którą warto by się zastanowić, że być może ma coś wspólnego z naszą codzienną egzystencją na co dzień, tu i teraz, moi drodzy. To co? To ja odrzucam notatki na bok, przygarnę sobie inne notatki za chwilę na dzisiejszy temat. Proszę państwa, mam oczywiście przygotowaną całą tę historię, bo jak zwykle nigdy nie pamiętam dat, także sobie zawsze daty spisuję. A tymczasem, moi drodzy, moi mili, troszeczkę muzyki. A ja oczywiście wracam po muzyce. A dzisiaj o El Dorado, złote miasta.
Kto jest fanem złota? Kto chce inwestować w złoto? To dzisiaj właśnie na ten temat. Dokładnie na ten temat. No właśnie, czy wszyscy już się poczuli odpowiednio transowo? Wystarczająco do podróży do dżungli? Słuchajcie, zaczynamy tę całą opowieść, a ja przypominam, że słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali, która jest retransmitowana w Radiu Paranormalium i nie tylko. Którą na pewno ktoś jeszcze z was słucha teraz jako podcast gdzieś. Nie wiem gdzie. Po prostu gdzieś na tej pięknej planecie Ziemia.
Także pozdrawiam wszystkich serdecznie. I wracam do opowieści o El Dorado, złotych miastach. Jeżeli ktoś z was słuchał pierwszego odcinka o złotych miastach, „Hiperprzestrzeni” chyba sprzed dwóch tygodni, być może pamięta. Tak szybko wspomnę. Słuchaliście historii o pierwszym misjonarzu, pierwszym białym człowieku, który przez przypadek, podczas kiedy Hiszpanie próbowali zaraz po odkryciu Hispanioli, czyli Dominikany, spenetrować dalej, co się dzieje dalej w głąb lądu i odkryć złoto. Jedna z wypraw została stracona, gdy przybiła do brzegu. Spotkała się z wrogim nastawieniem ludności lokalnej, która postanowiła wziąć do niewoli tych, którym się nie udało uciec na statek z powrotem. I z 26 wziętych do niewoli 24 zjadła rytualnie żywcem. Znaczy nie żywcem, tylko po prostu upiekła i zjadła. Był to tak zwany akt ludobójstwa.
Jedna osoba została ocalona jako niewolnik tego plemienia i tę osobę spotkał nasz odkrywca Meksyku, kiedy przybył na Jukatan, czyli nijaki Manuel Cortés. Generalnie cała historia o złotych miastach właściwie zaczyna się w sumie od legendy, którą ów misjonarz zaszczepił Cortésowi, chociaż ta legenda gdzieś tam krążyła po Hispanioli. Oczywiście legenda o złotych miastach. Ja przypomnę tę legendę troszeczkę, bo ta legenda brzmi dokładnie tak, że gdzieś w środku dżungli, nie wiadomo gdzie, gdzieś tam pokazywano ręką daleko niezbadane, w ogóle nigdy niezbadane, nieprzybyte rejony zielone w głąb kontynentu. Że gdzieś tam jest takie miasto, w którym jest tyle złota, że król tego miasta czy królestwa jest obsypywany całym złotem z samego rana, ubierany w złoto, a następnie wieczorem jest obmywany z tego złota w specjalnym jeziorze i że wszystko lśni ze złota. Że jest samo złoto. I się okazało, że przybysze z Europy, którzy mają swoją własną religię, a ich religią jest materializm i więcej złota generalnie. Wierzą tam w swojego boga i tak dalej, bo oczywiście są to wysłannicy Watykanu, ale generalnie taka rzeczywistość, że wyznają bożka o nazwie złoto i srebro. Także wylądowali w Nowym Świecie i ta legenda zaczęła się rozprzestrzeniać. Bo wiadomo, że jak informacje o tym, że coś jest i że można to zdobyć, a w Europie nędza, to trzeba podjąć ryzyko czy jakoś tak i wyruszyć i zbadać.
No i wyruszono i zbadano. I właśnie pierwsza wyprawa, o której mowa, pierwsza wyprawa okazała się kompletnym fiaskiem. Moment. Gdzie tu jest las? Jesteśmy w lesie. Więc pierwsza wyprawa okazała się kompletnym fiaskiem. Kolejna okazała się zwycięska. Zdobyto i podbito Meksyk. Następna wyprawa też w miarę zwycięska. Może nie do końca, ale też w miarę, że tak powiem, przyniosła złoto koronie Hiszpanii.
Chociaż też nie za dużo, bo gdzieś tam chyba mówiłem, policzono całe złoto z Hiszpanii. Tego złota to raptem było chyba sześć ton z pierwszej wyprawy, czyli właściwie To ledwo co na pokrycie kosztów całej wyprawy, statków, żołnierzy, uzbrojenia i tego wszystkiego. Jeżeli nie, to tak naprawdę namiastka tego, ile kosztowała ta wyprawa w tamtych czasach. Ale zostawmy ekonomiczny aspekt wyprawy Corteza. Przejdźmy do następnej wyprawy, bo wszystko tak naprawdę dla nas, dla El Dorado w środku Amazonii zaczyna się dokładnie, kiedy Hiszpanie opanowali mniej więcej całą tak zwaną Amerykę Środkową i zaczęli ruszać swoje dupska do Ameryki Południowej. Pierwsze królestwo Peru zostało podbite, a dokonał tego Francisco Pizarro, który jak się okazało, kiedy dotarł do tych starożytnych miast poświęconych bogom w królestwie Peru, to się okazało, że ściany w tych budowlach są wyłożone złotymi płytami, że posągi są całe okute złotem i tego złota jest tona. Stąd się wzięła pierwsza legenda. Historia o tym, że jak król lokalnych Indian został złapany do niewoli przez Hiszpan, to wyznaczono nagrodę. Indianie mieli dostarczyć tyle złota, ile się mieściło do wysokości króla w komnacie w zamku i tak dalej, czy we wszystkich komnatach tego zamku. I kiedy dostarczono pierwszą część tego złota, jak mówi legenda, Hiszpanie nie wytrzymali.
Zabili króla. Lokalni mieszkańcy, którzy mieli dotransportować pozostałą część złota, złapali ten numer i schowali jeszcze złoto gdzieś w jaskiniach. Jest słynna historia z Erikiem von Dänikenem, który opowiada o jednym zakonniku w Ameryce Południowej, który zyskał sobie przyjaźń lokalnych mieszkańców i oni mu pokazali jakieś artefakty, które wyciągnęli z dziwnych jaskiń. I że to jest część tego gigantycznego skarbu Inka, który miał trafić w ręce Hiszpanów, ale nigdy de facto nie trafił w te ręce. To jest kolejny przyczynek, który rozpala umysły o złotym mieście El Dorado, bo się okazuje, że co jakiś czas wyciekają niesamowite opowieści o tym, że gdzieś znajduje się kawałek złota, jakiś kawałek niesamowitych artefaktów z napisami, zdobieniami, których jeszcze nie odkryto i ciężko do czegokolwiek porównać. To zawsze budzi taką gorączkę wyobraźni wśród wszystkich poszukiwaczy, że oto właśnie odnaleziono to El Dorado, czyli że być może to prawdziwe złote miasto jest. Wiara była chyba bardzo potężna, bo jak się okazuje, praktycznie wszyscy owi zdobywcy tego Nowego Świata byli napędzani jedną główną ideą. I to była właśnie idea El Dorado. Wspomniałem wcześniej to nazwisko. Był to kuzyn niejakiego Francisco Pizarro, tego, który zdobył całe Peru, wywiózł stamtąd złoto i wymordował praktycznie wszystkich w Peru.
Jego kuzyn, Francisco de Orleans postanowił poszukać tego złotego miasta w dżungli tak naprawdę, ponieważ wszyscy ci zdobywcy w tamtych czasach, wszyscy ci ludzie z Europy naprawdę wierzyli w to złote miasto. I to nie była czcza legenda. Na każdym statku był oczywiście przedstawiciel Watykanu, ponieważ ta legenda o tym, że gdzieś są jakieś złote miasta, była znana w tajemnych kręgach. Tudzież w kręgach, które posiadały dostęp do map i wiedziały o tym, że jest drugi kontynent i że można płynąć przez Atlantyk i że coś tam się spotka, a nie wróci dookoła albo spadnie z Ziemi, bo jest płaska. Bo trzeba przypomnieć, że wtedy w Europie znakomita większość Europejczyków wierzyła w to, że Ziemia jest płaska. Były to czasy, kiedy palono na stosie za twierdzenie, że na przykład są inne galaktyki albo że są inne słońca, albo że mieszkamy w systemie heliocentrycznym. Generalnie za to się płonęło na stosie w tamtych czasach. Wtedy panowała inkwizycja, ale jednocześnie odkrywano nowy świat. Oczywiście na każdym z tych statków i na każdej wyprawie był przedstawiciel Watykanu. Coś w rodzaju, jak w dzisiejszych czasach przy każdej korporacji jest pracownik amerykańskiej agencji wywiadowczej z reguły albo brytyjskiego wywiadu, jeżeli ta korporacja pochodzi z tak zwanego cywilizowanego w cudzysłowie świata.
Dokładnie tak samo w tamtych czasach na każdym ze statków było oczywiście dwóch czy trzech księży, z reguły jezuitów, których zadaniem było raportowanie tego, co znaleziono, jakie złoto znaleziono i tak dalej. Spisywanie, pilnowanie map i tak dalej. Część tych legend wzięła się właśnie od owych misjonarzy, którzy właściwie byli taką forpocztą cywilizacyjną. Byli wysyłani, byli coś w rodzaju mięsa armatniego, byli wysyłani na najbardziej odległe przyczółki, żeby podbijać, krzewić chrześcijańską wiarę i tak dalej. Inna sprawa, że mieli potężne wsparcie i zaplecze swojego protektora, czyli Watykanu oraz królów, których reprezentowali. Niestety takiego zaplecza wśród mieszkańców lokalnych tubylców nie mieli, ponieważ o ile owi misjonarze twierdzili, że niosą pokój, miłość, braterstwo i cywilizację do świata, tak naprawdę przynosili zarazę, biedę, cholerę, dżumę, wszystkie możliwe zakaźne choroby. Wyglądali jak siedem nieszczęść. Brudne, śmierdzące, zagłodzone, z oczami, w których błąka się szaleństwo twierdzące, że w imię swojego Boga idzie krzewić wiarę swojego Boga gdzieś w środku dżungli. Na pewno obraz nie tyle przerażający, ile budzący litość wśród lokalnych Indian. Oprócz litości te bakterie się przenosiły na lokalnych Indian i często ci Indianie bardzo szybko wymierali.
Czasami się udawało, że ci misjonarze gdzieś się douczyli języków lokalnych na rzeczy i gdzieś te informacje o złotych miastach przetrwały i ciągle podsycały wszystkich odkrywców. Pomimo że teren trudny, odkrywców tych tak naprawdę nie było aż tak, przynajmniej na początku, wielu. Pierwszy był w 1542 Don Francisco de Orleans, czyli ten pierwszy szalony Hiszpan, który ruszył z wyprawą odkrycia złotych miast i w ogóle dopłynięcia do Atlantyku. Oczywiście nikt tego oficjalnie nie mówi. To jest tylko i wyłącznie, moi drodzy, moja prywatna spekulacja. Ponieważ mieli papiery albo z Watykanu, albo skądś. Prawdopodobnie Watykan miał mapy i dalej pewnie ma mapy Nowego Świata. Generalnie wiedzieli, że do rzeczy tej wielkiej rzeki, która zaczyna się zaraz za górami, kiedy się przejdzie wszystkie te góry w Peru prosto od jednego oceanu, po to, żeby zejść na dolinę do tej wielkiej rzeki Amazonii. Właściwie wtedy nie znano nazwy tej rzeki. Wtedy w ogóle ta rzeka nie miała jeszcze nazwy, że tam jest jakaś rzeka i że się dopłynie do Atlantyku tą rzeką, że można wrócić z powrotem do Hispanioli poprzez Trinidad.
Takie były plany. Ja podejrzewam, że mieli mapy, tudzież wydaje mi się, że nikt nie był w tamtych czasach tak szalony, żeby być aż takim wariatem, aż tak do końca zwariowanym. Mniejsza o to. Wróćmy do tej wyprawy. Wyprawa była potężna, zaangażowano w nią potężny zestaw ludzi. Tam było chyba 2000 ludzi czy prawie 3000 ludzi. Jakieś prawie 100 dział wzięto, takich małych armat, muszkiety, chyba 300 świń, takie gigantyczne stado świń, stada wytresowanych psów. Tylko że psy, którymi się posługiwali Hiszpanie, to były takie specjalne charty. Jeszcze jeden gatunek psów, zapomniałem. Nieważne.
Generalnie takie psy obronne, które tresowano po to, żeby zabijały ludzi. One generalnie zjadały ludzi. Te psy żywiono ludźmi. Tak wyglądały wtedy czasy, że Hiszpanie w taki sposób dokarmiali swoje psy, szczując je na Indian. Mieli te psy i jeszcze dodatkowo jakieś około 60 koni. Jak wyruszyli w wyprawę w 1542 roku Don Francisco de Orleans, to taką armią potężną. Ta armia robiła ileś tam kilometrów dziennie, rozbijała obóz, stała w tym obozie, potem ruszała dalej. Oczywiście jak na ironię ciężko w to uwierzyć w dzisiejszych czasach, ale byli to tacy naprawdę dumni, potężnie butni Hiszpanie, którzy naprawdę wierzyli w to, że tylko oni mają rację, a Indianie nie są ludźmi, tylko są podludźmi. Że tylko im się należy cokolwiek, jeżeli cokolwiek się komukolwiek gdziekolwiek od życia należy. Pierwsze co, to oczywiście wytyczenie kierunku wyprawy.
Jako że Europejczycy to nieznający się kompletnie na dżungli ani z tych rzeczy, więc pokazano wprost to, że trasa ma przebiegać dokładnie z linią słońca. Idziemy na wschód i tyle. Nieważne, że Indianie mówili, że tam się nie da, bo tam są bagna albo rzeka. Okazało się, że wyprawa miała swoich indiańskich przewodników, bo w tamtych czasach brano Indian do niewoli. Już ten język indiański był w miarę opanowany, że ci tłumacze już powoli, powoli ich trochę było. Sami misjonarze zajmowali się głównie tłumaczeniem. Zresztą zdaje się chyba jeden z jezuitów, który był z Don Francisco na tej wyprawie, był tłumaczem tej wyprawy. Ale to nie jestem pewien. Nie chcę, żebyście mnie, że tak powiem, trzymali za słowo, bo mogę się mylić w tej materii. Mniejsza o to.
Wracajmy do sedna sprawy. Co ja chciałem o tym Don Francisco powiedzieć wam? Z tymi tłumaczami było tak, może nie tyle z tłumaczami, ile z przewodnikami, że oni łapali tych lokalnych przewodników i generalnie pokazywali im trasę, mówili, że chcą iść na wschód i żeby ten przewodnik ich prowadził. Jeżeli przewodnik mówił, że on nie chce iść tamtędy, bo na przykład tam są bagna albo tam jest coś, tam się nie idzie, tam jest zła ziemia, to Don Francisco bezpardonowo wyciągał swoją szpadę tudzież swoją szablę i generalnie odcinał takiemu delikwentowi głowę. W ogóle nie liczono się z życiem takich Indian, bo zasada była prosta: albo respektują rozkazy Don Francisco, albo są martwi. Inna sprawa, że Indian, w ogóle wszystkich rdzennych mieszkańców, wszystkich chrześcijan z Europy mieli takie zabawy, że na żywych ludziach zawsze sprawdzano jakość mieczy, jakość stali, która przyszła z Hiszpanii. Także ustawiano kolejkę Indian i sprawdzano po jakiej ilości ściętych rąk albo ściętych głów stal się stępi, czyli jak dobry jest ten miecz. I w taki oto sposób krzewiono katolicką wiarę w imię Pana w Ameryce Środkowej i Południowej. Oczywiście jeszcze z psami. Właściwie to nie konie, jak się okazało, najbardziej przeraziły Indian, bo często się mówi w legendach, że to Indianie byli bardzo przerażeni na widok konia, bo nie wiedzieli, o co chodzi.
Z końmi sobie dosyć szybko poradzili. Bardzo szybko zrozumieli, że jest to rodzaj zwierzęcia, coś jak duży jeleń. Ale psów w ogóle nie rozumieli, a już szczególnie chartów i tych wszystkich rottweilerów czy takich obronnych psów, które ze sobą przywieźli Hiszpanie właśnie po to, żeby te psy zagryzały Indian. Oczywiście w Ameryce Południowej i Środkowej jest pies i jest jeden gatunek psa oryginalnie i jest to piesek, który się nazywa chihuahua. To jest takie małe coś i chihuahua był nie tyle zwierzęciem domowym, ile był traktowany jak chomik w Peru, tak jak u nas kurczak. Czyli zabija się takiego pieska, obiera się ze skóry, piecze i dzięki temu jest fantastyczny obiad. Chihuahua się po prostu zjada na obiad. To był jedyny pies, który był właściwie znany w Ameryce Południowej. Więc jak Hiszpanie przyjechali ze swoimi psami, które zaczęli szczuć na Indian, to to przeraziło, bo po prostu psy w oczach Indian to były takie diabelne bestie. Inna sprawa, że tam w ogóle oni wylądowali, tak jak mówiłem wcześniej, trafił się taki idealny moment, kiedy Indianie spodziewali się i w tych wszystkich wierzeniach nastąpił koniec jednego cyklu i zaczynał się drugi cykl.
Gdyby przyjechali rok później albo rok wcześniej, prawdopodobnie zostaliby wszyscy wystrzelani przez Indian. I to wcale nie jest przegadanie, że zostaliby wystrzelani, moi drodzy, bo jak na ironię, nie jest to jedyny kontynent, który był zdobywany przez białych Europejczyków. Jednym z takich miejsc, które próbowali zdobyć biali Europejczycy, w którym też była taka bardzo dzika lokalna ludność, jest Papua Nowa Gwinea. Kiedy Europejczycy próbowali cokolwiek tam zrobić, automatycznie byli pozbawiani życia, z reguły zjadani, bo tam mieszkają jeszcze kanibale. A ich czaszki były suszone na słońcu, następnie gotowane w takim specjalnym wywarze, żeby zmniejszyły rozmiar, żeby były bardzo małe i wtedy te czaszki służą jako amulety gdzieś tam u jakiegoś specjalnego wodza w jego szałasie. To są czaszki wrogów, których plemię zjadło i posiadło ich moc. Także tam się okazało, że tego okienka w czasie i w wierzeniach nie ma, że nikt się nie spodziewa nadejścia Mesjasza i nikt nie sądzi, że biały jest Mesjaszem. Generalnie jak zwykle to byli pierwsi misjonarze i żołnierze. I takie żołdaki, takie okrutne, że tak powiem, żołdaki, które nie miały nic do stracenia. I owi apostołowie nowej wiary.
Towarzystwo śmierdzące, zawszone, chorobliwe, zarobaczone. Takie coś, tałatajstwo lądowało na brzegu, wyskakiwało z łódki i pierwsze, co robiło, to stawało. Ksiądz wychodził z łódki, wychodził żołdak, wychodził kapitan, wbijano flagę w plażę. Tak po prostu wyciągano flagę i wbijano i mówiono, że chrzci się tę ziemię w imię na przykład króla Hiszpanii i od tej pory jest to własność króla Hiszpanii. Nazwa jest taka a taka. Gubernatorem jest ten, kto to odkrył. Takie historie. Tak to wyglądało. Na Papui Nowej Gwinei tego okienka historycznego nie było. Nikt się Mesjasza nie spodziewał, także wszyscy biali byli z reguły wystrzeliwywani w trymiga.
Także żaden z białych do tej pory właściwie w Papui Nowej Gwinei się w tej dżungli za bardzo nie pojawił. Pojawia się czasami, bo to jest w sumie takie cywilizowane miejsce, ma swoją stolicę. Można tam dolecieć samolotem, można się samochodem przejechać. Ale dalej tam mieszkają dzicy i to tacy dzicy dzicy. I o tych dzikich z Papui Nowej Gwinei, zanim wrócimy do Ameryki Południowej, opowiem wam za chwilę. A na razie przerwa na muzyczce. A opowieść jest z cyklu: jak to wygląda naprawdę w dzisiejszych czasach na tej Papui Nowej Gwinei. To co? Przerwa na muzyczkę, a ja wracam za parę chwil. Słuchacie audycji „Hiperprzestrzeń” w Radiu Na Fali i retransmitowanej w Radiu Paranormalium oraz kilku pirackich rozgłośniach radiowych.
Pozdrawiam wszystkich słuchaczy z czata, wszystkich słuchaczy, którzy słuchają tego jako podcastu gdzieś w słuchawkach, w samochodach, gdzieś mknąc przez tą piękną planetę po jej powierzchni i wszystkich tych, którzy słuchają teraz, w tym momencie. Także pozdrawiam bardzo serdecznie. Hello, to ja! A dzisiaj jest o El Dorado, złotych miastach. Słuchajcie, z tym tematem lecę, bo opowieści jest co niemiara. Zatrzymaliśmy się na Papui Nowej Gwinei, że nigdy nie udało się jej zdobyć. Taka jest prawda. Słuchajcie, Papua Nowa Gwinea, jako że mieszkańcy byli butni i dumni i mieszkali w dżungli i nigdy nie dali z siebie zrobić niewolników, nie jest jedynym takim miejscem. Podobnie było na przykład w Chinach. Podobnie było w Japonii, gdzie brytyjskie imperium, że tak powiem, wykruszyło swoje zęby pomimo prób zdobycia.
Nawet czasami się udawało mniej lub bardziej. Nigdy tak naprawdę nie udawało się spacyfikować tych ludzi i zamienić ich w stada niewolników, co udało się na przykład zrobić w Indonezji. Udało się zrobić w Malezji, udało się zrobić w Afryce, udało się zrobić w Ameryce Południowej, ale nigdy nie udało się na przykład w Chinach, Papui Nowej Gwinei, w Japonii, w takich miejscach. Wracając do naszej dżungli i tej historii tego, że akurat idealnie Hiszpanie trafili w taką idealną lukę historyczną. Oprócz tego, że trafili na doskonały mit o Vera Cocie, czyli białym bogu, który przyjdzie i wyzwoli wszystkich od złych i głupich pomysłów, które się czasami pojawiają gdzieś tam na świecie w głowach innych ludzi. I się okazało, że jak człowiek spędzi troszkę na oceanie, przepłynąć, to słona woda, wiatr i to smaganie, to każdy się robi, że tak powiem, śniady i blondyn. Jak ktoś żeglował po oceanie, to wie, jak to jest. To każdy schodzący z łódki tak wygląda. Jak tacy przybili do brzegu, to wiadomo, że to chyba od bogów. Także Indianie nie kwestionowali tego.
To mieli chłopaki dużego fuksa. Ale wracając do tej wyprawy do El Dorado, do Złotych Miast, do Don Francisco de- De Orleans, który wysłał swoją wyprawę z potężną armią. Jak przewodnik nie chciał iść, prowadzić go przez bagna, to koleś zabijał przewodnika i znajdował kolejnego. Fenomenem tej wyprawy było to, że ci ludzie umierali z głodu podczas tej wyprawy, bo szli przez dżunglę, w której właściwie urodzaj jedzenia się nigdy nie kończy. W dżungli jest zawsze coś do jedzenia. Jedynymi ludźmi, którzy generalnie nie umierali z głodu, którzy szli z Hiszpanami, byli z reguły niewolnicy Indianie, którzy byli pojmani po to, żeby oporządzali całą tę wyprawę i walczyli. Byli takim mięsem armatnim dla Hiszpanów, kiedy spotykają obce plemiona w dorzeczu Amazonki. Ktoś musi jeszcze łodzie budować, ktoś generalnie musi robić najcięższą robotę. Wiadomo, że to podludzie według katolików z Europy, z Watykanu. Jak podludzie, to Indianie, bo Indianin to nie człowiek.
Tak właśnie traktowano. Tak czy siak, karma jest nieubłagana. Klimat, choroby, moskity, wszystkie tego typu historie wykończyły tę wyprawę. Z tej całej wyprawy chyba tylko 14 osób ocalało na sam koniec, bo Indianie też uciekali. To nie było do utrzymania za bardzo. Oni zdychający prawie z głodu, wycieńczeni, bo na przykład nie wiedzieli, że można jeść banany albo tego typu rzeczy. W ogóle nie wiedzieli, jak się zachować w dżungli i taszczyli całe zbroje ze sobą. Tacy bardzo zasadniczy Hiszpanie. Dotrwało ich chyba 14 po tej całej wyprawie. A wyruszyła prawie armia, prawie 3000 ludzi.
Zajęło im to chyba dwa czy trzy lata. Zapiski z tej wyprawy są ciekawe, bo podsycają i są niejako podwalinami do jednej z postaci, o której dzisiaj powiem. Pierwowzór Indiany Jonesa, Percy Fawcett. Tak się nazywał zdobywca Amazonii, ale już z czasów brytyjskich. Właściwie ta postać historyczna, istniejąca w rzeczywistym świecie, jest to normalna historyczna postać odkrywcy. Posłużyła za pierwowzór do postaci Indiany Jonesa. Została zmiksowana z drugą postacią, czyli z Richardem Schultesem, który odkrył grzyby psychoaktywne w dżungli i tego typu historie. Z tych dwóch postaci tak naprawdę sklejono jedną, którą filmowcy nazwali Indiana Jones. Stąd się zaczęły te przygody. Wróćmy jeszcze do tych ostatnich wypraw.
W tamtych czasach jeszcze ponawiano kilka wypraw związanych ze Złotym Miastem. Oczywiście Francisco de Orleans nie znalazł żadnego miasta, ale przywiózł pamiętniki. Nie wiadomo, czy te pamiętniki pisał mając malarię, czy cholera wie co, bo w tych pamiętnikach są bardzo dziwne rzeczy. On na przykład przywiózł takie opowieści, że ludzie mają twarze na torsach, że na przykład nos wyrasta z klatki piersiowej, że nie mają głowy, że są na jednej nodze i że są jakieś złote miasta. On właśnie napisał, że płynęli i mijali przez pięć tygodni niekończące się domostwa, potężne królestwo nad rzeką i tak dalej. Wszystkie te opowieści na temat Złotego Miasta są u niego w pamiętnikach. Nie wiadomo, ile z tego jest fantazją człowieka ogarniętego malarią albo nie wiadomo czym, a ile z tego nie. Kto to wie? Tak czy siak zapaliło to wielu podróżników do sprawdzenia tego, czy naprawdę te złote miasta w praktyce są, czy istnieją. Jeżeli chcecie się wbić troszeczkę mocniej w historię Dona Francisco de Orleans.
Chyba dobrze wymawiam to nazwisko. Nigdy nie wiem, czy dobrze wymawiam nazwiska. Jak zwykle odwieczny problem mojego życia. Polecam film „Misja”. Cała kanwa tego filmu jest oparta na dokładnie tej historycznej postaci. Cała ta wyprawa, którą tłuką się kompletnie bez sensu przez Amazonię, żeby coś sobie udowodnić. Tacy psychopatyczni rzeźnicy z Europy. To jest dokładnie film „Misja”, tak się nazywa. Chyba bardzo kultowy w wielu kręgach z powodu muzyki Ennio Morricone. Don Francisco de Orleans umiera w 1546 roku wyczerpany właściwie tymi wszystkimi chorobami, malarią i tak dalej.
Przynajmniej tak głoszą pamiętniki, że jego stan zdrowia był fatalny i wyczerpany zmarł raptem dwa lata po tej swojej wyprawie. Czy rok chyba po wyprawie, bo ona też ileś tam trwała. Oczywiście udało mu się wypłynąć Amazonką do Atlantyku i wrócić z powrotem wzdłuż wybrzeży Wenezueli do Hispanioli. Taka przygoda, proszę państwa. Raptem chyba 12 czy 14 lat później, w 1559 roku niejaki Lope de Aguirre, nieprzeciętny rzeźnik. Jeden z Hiszpanów, to już był chyba Portugalczyk, który przybył do Peru. Rzeźnik po prostu. Każdego Indianina, którego spotykał, praktycznie zabijał. Człowiek odszedł w niesławie, ale nawet takiej potężnej. Nawet w tamtych czasach, gdzie właściwie każdy z tych gubernatorów, każdy z tych wielkich białych panów, który przybywał z Europy, był nieprzeciętnym rzeźnikiem na poziomie doktora Mengele, co najmniej.
Ten ponoć był największym rzeźnikiem. Lope de Aguirre to był charakter. Wszyscy w tamtych czasach prawdopodobnie były takie charaktery pojechane dosyć mocno. Ten koleś był gubernatorem Peru. W pewnym momencie stwierdził, że organizuje wyprawę do W poszukiwaniu owego El Dorado, złotego miasta. Bo to złote miasto musi być. Tego złota jest tyle, że po prostu musi go znaleźć i że ono jest. Generalnie wszyscy oni byli przekonani, że mają jakieś mapy, że mają jakieś wskazówki, które mówią im, że naprawdę coś tam jest. Chociaż kto wie, na ile byli szaleńcami gnanymi swoją mglistą wizją złota, obsesji swoją religią uwielbienia dla złota i srebra, czy rzeczywistą mapą albo coś takiego. Ja myślę, że pół na pół troszeczkę, ale to w ogóle zostawię spekulacje może na później.
Lope de Aguirre ruszył z tą wyprawą, też zebrał jakieś prawie 2000 ludzi i ruszył w wyprawę po to, żeby odkryć złote miasta w dorzeczu Amazonii. A w międzyczasie oczywiście don Francisco de Orellana pierwszy w swoich pamiętnikach opisał kobiety, które sobie obcinały pierś, żeby móc strzelać z łuku. Plemię kobiet, nie pamiętam już dokładnie, czy one w jego opisach sobie obcinały pierś, czy nie, ale generalnie było plemię walecznych kobiet, od którego on i Hiszpanie dostali łupnień i musieli się salwować ucieczką. Część z nich zostało zabitych przez te kobiety. I stąd właśnie wzięła się nazwa rzeki Amazonka od plemienia tych walecznych kobiet, które z podziwem opisał don Francisco de Orellana w swoich pamiętnikach. Wracajmy do naszego szalonego rzeźnika Lope de Aguirre, który wyruszył z kolejną wyprawą w 1559 roku, żeby zbadać, gdzie jest więcej złota. Ten to już w ogóle był rzeźnik. Ten miał taką zasadę, że każde plemię Indian, które mu się nie podporządkowało, nie nakarmiło i nie oddało wszystkiego, co miało, było wycinane w pień. I chrzczono zwłoki, ponieważ twierdzono, że ciężko jest ochrzcić Indian, kiedy są żywi, bo uciekają i lepiej jest ich wymordować i zrzucić wszystkich na jeden plac, bo wtedy za jednym zamachem można ich wszystkich ochrzcić. Generalnie tak też robiono.
Taka była zasada. Kiedy tylko Lope de Aguirre przekroczył góry i znalazł się w dżungli, oczywiście stwierdził, że rezygnuje, że już nie jest przedstawicielem króla Hiszpanii czy króla Portugalii, absolutnie, że teraz to on jest królem. Obwołał się królem Peru i wysłał list do króla Hiszpanii, że to on jest od tej pory królem Peru, a Peru jest jego królestwem i on ma swoją armię i tak dalej. Armia stanęła przed faktem dokonanym. Stwierdzili, że zostają z kolesiem, bo co mają robić? Są w środku dżungli. To jest jedyny dowódca, jakiego mają. Obwołał się królem Peru, łamiąc prawo, bo normalnie to oni w tym momencie wszyscy stawali się automatycznie skazańcami, ponieważ każdy, kto się przeciwstawił koronie, a szczególnie w koloniach, automatycznie był martwy. Nie było innego wyroku niż kara śmierci za odmowę służenia koronie, w ogóle za zdradę wobec korony. Nie do pomyślenia, żeby ktoś ocalał takie coś.
Automatycznie wydano wyrok na Lope de Aguirre, który się obwołał królem Peru. Był tak rzeźnicki, że nawet jego brutalność przerażała jego własnych ludzi. Efekt był taki, że kiedy płynęli Amazonką, kiedy gdzieś tam w okolicach Wenezueli jego ludzie go zdradzili i doprowadzili do lokalnego gubernatora. Trwało to oczywiście, bo tam takie odległości, takie przestrzenie i napęd analogowy w tych wszystkich łodziach i na nogach, to miesiące czasami taka wyprawa, lata, tygodnie trwała. Dotransportowali go do lokalnego gubernatora. Oczywiście został postawiony przed sądem, odebrano mu wszelkie możliwe prawa. Został zamknięty w stalowej klatce, dokładnie jak dzikie zwierzę zamknięte w stalowej klatce i był obwożony po kilku miejscach Wenezueli, po tych wszystkich gubernatorskich miastach koło fortach. Następnie spuszczono na niego psy, żeby go w tej klatce chyba zagryzły. W taki brutalny sposób skończył. Rzeźnik skończył naprawdę w rzeźnicki sposób.
Nie odkrył złotego miasta ani z tych rzeczy. Ponoć on miał jakiś kolejny element tej układanki, bo ponoć znalazł jakiś kawałek złota, który być może coś tam, ale tego nie wiemy. Kolejna wyprawa była raptem niecałe 100 lat później po nim, w 1637 do 1638 roku. Trwała chyba przez cały rok i to był niejaki Pedro Teixeira, który też wziął taką potężną wyprawę, ale on zrobił to zupełnie w inny sposób, ponieważ już 100 lat później Amazonia dalej właściwie Amazonka i cała ta dżungla była kompletnie nieznana. Właściwie nikt nie wiedział, co tam jest. Ludzie myśleli, że w środku kontynentu może być gigantyczne jezioro albo gigantyczne morze, albo nie wiadomo co. Właściwie nikt nie wiedział, co tam jest, bo nikomu się nie udało przebić tego obszaru. Jedyną drogą w ogóle, żeby gdzieś tam wedrzeć się tak głęboko w dżunglę była właśnie rzeka Amazonka. O ile właściwie trzy wyprawy, które się odbyły wcześniej, przepraszam bardzo, dwie w 1542 i 1559. Dwie wyprawy, które się odbyły.
Oczywiście robiły mapy, także po tych mapach płynął Pedro Teixeira. Tylko że on płynął z drugiej strony. On postanowił popłynąć do Iquitos, a nie w drugą stronę. Czyli postanowił zacząć od Atlantyku. Wziął ze sobą 37 ciężkich dział. Wziął ze sobą gigantyczną armadę statków. Bo inna sprawa była taka, że 100 lat później to moment, gdzie Amazonia wypływa do Atlantyku, był już miejscem opanowanym przez Holendrów Anglików. Generalnie były forty i każdy ze sobą rywalizował. Trwały walki, czasami strzelano do przepływających statków z obcą banderą. Żeby wpłynąć do rzeki Amazonka, trzeba było się przedzierać, czasami stoczyć jakąś walkę, wpływając do tej rzeki.
Takie czasy były. Nie było łatwo. Udało się, wpłynięto i udało się dotrzeć. Oczywiście z jakimiś stratami, wycieńczeni. Udało im się dotrzeć w drugą stronę od Atlantyku, płynąc w górę rzeki do Iquitos. I to był pierwszy raz, kiedy udało się opisać, sklasyfikować i nazwać rzekę, że to jest właśnie Amazonka i że po obu stronach jest dżungla i że żadnego złotego miasta nie znaleziono i nie znaleziono też śladów żadnej żyjącej cywilizacji, poza oczywiście plemionami Indian, które zamieszkują dookoła rzeki. Wtedy oficjalnie stwierdzono, że właściwie w dorzeczu Amazonki żadnej wielkiej cywilizacji nie było. W tym momencie zapadła klamka nad tym słynnym El Dorado. W tym momencie El Dorado stało się już tylko i wyłącznie mitem fascynującym psychopatów albo tych, którzy mają dużo wolnego czasu i lubią się wdrapać tam, gdzie ich nie swędzi. Czyli na przykład lubią iść w góry albo do dżungli, albo do lasu, albo gdzieś tam i lubią to robić nałogowo.
A my zrobimy drobną przerwę, moi drodzy. Przypominam, że słuchacie audycji „Hiperprzestrzeń”. Ja mam na imię Tomek. Dzisiaj kolejna część o złotych miastach, kolejna część hipotez. Czy te złote miasta, El Dorado w ogóle istnieje i czym może być, jeżeli istnieje? Jeżeli istnieje. No właśnie. To co? Jakaś muzyczka. Przypominam, że słuchacie Radia Na Fali oraz w Radiu Paranormalium, które retransmituje „Hiperprzestrzeń” i nie tylko.
Pozdrawiam wszystkich słuchaczy bardzo serdecznie. Sieram param papram. I pozdrawiam tych, którzy są na czacie oczywiście. No się okazało, że coś, jak zwykle, czasami musi się coś stać. Jutrów się wyjątkowo zaciął. Słuchajcie, to może zróbmy tak. Jesteśmy cały czas w hiperprzestrzeni. Może jak ten się zaciął, to ja mam taką specjalnie dla was, specjalnie na dzisiejszy temat. Chciałem puścić później, to może niech poleci teraz piosenka prosto z amazońskiej dżungli. W sumie prosto właściwie z Iquitos, z tego miasteczka, o którym mówimy.
Czy wszyscy już się poczuli jak w dżungli? Tak naprawdę jak w środku dzikiej dżungli. To były właśnie Pieśni Chaos. No właśnie. Dobra, to my wracamy do tej całej opowieści dzisiaj o złotych miastach, moi drodzy, złotych miastach. Ciąg dalszy legendzie El Dorado, złotego miasta Myślę, że czas najwyższy skoczyć do naszych współczesnych czasów, bo oczywiście ta legenda została. Ona gdzieś tam była kultywowana. Ten mit, jak zwykle już po tych trzech wyprawach miał swoje własne życie. Inna sprawa, że oczywiście te wszystkie zapiski czasami wspominały o tym Eldorado, bo ktoś tam czasami mówił: a to Indianie gdzieś wspomnieli, a to ktoś tam. Zawsze jacyś poszukiwacze się znajdowali, były jakieś tam wyprawy, ktoś próbował zrobić.
Największa chyba ilość, jeżeli chodzi o wyprawy poległych uczestników, dotyczy szukania prawdopodobnie Eldorado w Amazonii. To w ogóle takie czasy. I niewiele się działo do pewnego czasu, do właściwie 1800 któregoś roku, kiedy odkryto kauczuk. Kiedy właściwie w XIX wieku kauczuk stał się popularny, a było to związane z fabryką Forda. Chodzi o wynalazek samochodu. Okazało się, że kauczuk świetnie się nadaje na opony, a kauczuk oczywiście jest drzewem, które sobie rośnie wszędzie wzdłuż i wszerz wzdłuż Amazonki bez żadnych problemów. Więc zapanowała w Amazonii coś takiego jak kauczukowa gorączka, właściwie boom kauczukowy. I zapanowało coś przerażającego. Okazało się, że biali koloniści dostali po prostu świra. To właściwie na przykład miasteczko Iquitos, które wcześniej było takim fortem założonym przez Hiszpanów, pierwszych, którzy dotarli tak daleko i tak w głąb Amazonki, nagle stało się stolicą ówczesnych czasów w Ameryce Południowej.
To stamtąd na przykład panny wysyłały suknie do Europy po to, żeby je wyprać w Europie, bo w tamtych czasach były to krynolinowe suknie potężne. Kiedy suknia się zabrudziła, pakowano ją w pudełko i wysyłano wzdłuż rzeki Amazonii do Europy po to, żeby gdzieś w Holandii albo we Francji została wyczyszczona i odesłana z powrotem jako czysta do Iquitos. Niesamowite, szalone czasy, kompletnie szalone, a jednocześnie totalne ludobójstwo Indian, których używano na farmach kauczuku. Okazuje się, że z populacji Indian żyjących dookoła Iquitos, z niesamowitych plemion, co po nich pozostało? Zostały czarno-białe zdjęcia, które wyglądają niesamowicie. To są ludzie, którzy na przykład mają pomalowane ciała w te wszystkie wzory, które się pojawiają często podczas rytuału ayahuaski. Niesamowicie to wygląda. Tylko te czarno-białe zdjęcia po nich pozostały, bo z populacji, która liczyła prawdopodobnie, są to zaniżone szacunki, proszę o tym pamiętać, 50 milionów ludzi w tej części Amazonii ocalał może milion ludzi, jakieś dwa miliony niecałe lokalnych mieszkańców. I może nie zawsze była to hiszpańska stal ani ołów, ale były to przede wszystkim hiszpańskie i europejskie choroby i plagi, które wybiły po prostu Indian. A kiedy zaczął się boom kauczukowy, to Indian tysiącami łapano do niewoli.
Robiono takie dokładnie wypady na indiańskie wioski po to, żeby złapać jak najwięcej wolno żyjących Indian i zakuć ich dosłownie fizycznie w łańcuchy. Ponieważ nie opłacało się ściągać w tamtych czasach z drugiej strony Murzynów z Afryki czy jakoś tak. Przynajmniej było to zbyt kosztowne. Bardziej się opłacało ściągać ich do Brazylii, a w dolinie Amazonki po prostu robić takie wyprawy i łapać tych biednych Indian, zakuwać w metalowe łańcuchy, w kajdany i zmuszać ich do zbierania kauczuku. Oni po prostu byli przypinani na łańcuchu w takich plantacjach i ich rolą było pilnowanie drzewa, żeby cały czas ten kubeczek był pełny, żeby nacinać kolejne rowki, żeby ten kauczuk spływał do kubeczków. Bo kauczuk to jest taki sok, który wydziela drzewo, kiedy je się natnie. I w ten oto sposób boom kauczukowy przyczynił się kompletnie do właściwie eksterminacji Indian dookoła Iquitos. To znaczy część z nich pozostała, bo żyją do dzisiaj. Ale to, co zrobiono, to było po prostu gigantyczne ludobójstwo. Właściwie nie wiemy, jak dużo Indian przetrwało tak naprawdę, jak duża populacja była wcześniej, bo jeszcze zanim się oczywiście pojawiły te wszystkie kauczukowe historie, pojawili się pierwsi Hiszpani.
To już z czasów Hiszpanów jest datowany na przykład moment, kiedy do Meksyku dotarły choroby, które przynieśli ze sobą biali. Około 30 milionów ludzi zmarło. Zostało tylko jakieś sześć milionów populacji tylko w jednym mieście. Troszeczkę jak czarna zaraza, która przechodzi przez cały kontynent i nagle okazuje się, że gdziekolwiek przeszła, zostaje tylko i wyłącznie pustka. Tak naprawdę Hiszpanie już nie musieli zbyt wiele się męczyć z tym całym zdobywaniem, bo właściwie pokolenie wcześniej, kiedy oni wysiadali ze statków na wybrzeżu, kiedy te bakterie dopiero wylądowały na nowym lądzie, w tym momencie automatycznie wydali wyrok śmierci na wszystkich rdzennych mieszkańców Nowego Świata, których flora bakteryjna nie była przygotowana na przyjęcie tych europejskich zaraz, które to wszystko wybiły. I tak to wyglądało. I jeszcze ten boom kauczukowy, który doprowadził już kompletnie do szaleństwa. Ale to były w ogóle szalone czasy. Nasz, że tak powiem, rodak Joseph Conrad, który napisał „Jądro ciemności”, tak się tłumaczy na polski, The Heart of Darkness. I to jest taka opowieść o bardzo podobnej sytuacji, która działa się dokładnie w Afryce.
To były czasy właśnie szalonego kolonializmu, gdzie praktycznie niewolnictwo było czymś standardowym na świecie, gdzie mordowano miliony ludzi w imię budowania cywilizacji, w imię budowania demokracji, kontynentów i tak dalej. To były czasy pięknych myślicieli w Europie. XIX wiek, XVIII wiek, moi drodzy. I dokładnie w tym samym czasie eksterminowano. Słuchajcie, niejaki Adam Schmidt Znany w Polsce jako piewca wolnego rynku, jak się po latach okazało. Był piewcą wolnego rynku i wolności osobistych, ale osobiście był właścicielem plantacji niewolników, bo były coś takiego jak plantacje niewolników, gdzie spędzano niewolników na wyspy i pilnowano, żeby się ich tam dużo rozmnażało. Następnie ładowano statki i wysyłano ich dalej. Nie był bezpośrednio właścicielem, ale miał udziały w bardzo wielu takich interesach. W taki oto sposób Adam Schmidt, który jawił się wszystkim jako teoretyk, dobry człowiek, ekonomista z ludzką twarzą, materialista z ludzką twarzą, tak naprawdę w życiu nie zrobił pensa uczciwą pracą. Gdyby nie niewolnictwo, nie byłoby zbyt wiele miejsca na jego światłe, szlachetne myśli, jak się okazuje.
Ale to już opowieść na zupełnie inną historię, a my wracamy do dżungli. W tamtych czasach, właściwie troszkę później, tuż pod koniec tego wszystkiego pojawia się postać Percivala Fawcett. Kto to jest? Percival Fawcett to jest brytyjski podróżnik. W historii jest określany jako ostatni legendarny wielki podróżnik. Facet, który brał kapelusz, torbę, strzelbę, paczkę amunicji, przegryzał coś zębami, spluwał i mówił: „Ja lecę zdobyć ten ląd” i go zdobywał. To był taki koleś. On w przeciwieństwie do poprzednich zdobywców miał troszeczkę inne podejście do sprawy. Był członkiem na dodatek brytyjskiego klubu. Jak to się nazywa?
Zaraz sprawdzę. To jest bardzo elitarne towarzystwo, taki klub explorerów, do którego należy bardzo wielu sławnych ludzi, którzy generalnie bujają się po świecie. Nie pamiętam, jak to się nazywa. Zaraz sobie przypomnę. Moment. Nieważne. Królewski? W Anglii wszystko się nazywa królewskie. Dobra, żartowałem. Mniejsza o to.
Generalnie ten koleś na jednym z zebrań tego klubu rzucił ten pomysł, że jedzie odkrywać Złote Miasto, bo się okazuje, że zdobył jakieś mapy i chce to sprawdzić. A to jeszcze były czasy kauczuku, kiedy była gorączka kauczukowa, kiedy okazało się, że prawdopodobnie w amazońskiej dżungli jest masa naturalnych skarbów przyrody, które można wyciągnąć stamtąd bardzo tanio, praktycznie za darmo. Jeżeli nie w ogóle z dopłatą, bo Indianom nie trzeba płacić, a jak się buntują, to się ich morduje i tyle. Także wszystko jest za darmo. Można kraść, ile da się tylko wynieść stamtąd na własnych plecach i to wszystko. Żadnych limitów. Trzeba zbadać teren, bo teren dalej jest nieznany. Dalej jest teoria, że w środku jest na przykład jezioro albo góry. Nikt właściwie nie wie, co się znajduje w środku Amazonki, skąd się te wszystkie rzeczy biorą. Percival postanowił to zbadać.
Zgłosił się do Królewskiego Towarzystwa Geograficznego z planem zrobienia ekspedycji, odkrycia źródeł starożytnej cywilizacji, Eldorado. Generalnie plan był taki, by odszukać Eldorado i sprawdzić, co się kryje w Amazonii. Więc ruszył na wyprawę. Wyprawa była niesamowita, dlatego że Percival był troszkę innym kolesiem niż wszyscy pozostali odkrywcy. Właśnie dostałem wiadomość, że nie włączyłem radiowego Skype'a. Przepraszam bardzo, już przełączam radiowego Skype'a, ale mam nadzieję, że się miło słucha. Trudno. Tu się przełączam na radiowego Skype'a, moi drodzy. Dobra, to ja lecę dalej z tym Percivalem, bo czasu mało, a opowieści jak zwykle wiele i wiele barwnych podejrzewam. Oka to oka.
Okej, jesteśmy z powrotem. Jestem już na radiowym czacie. Znaczy nie czacie, na radiowym Skype'ie, także za parę chwil zapraszam do oddzwonienia. Okej. Percival Fawcett, moi drodzy, pojawił się w dżungli i postanowił zrobić te wyprawy. I zrobił te wyprawy. Tylko że to był facet, który miał trochę inne podejście do tej całej wyprawy. Inna sprawa, że był zawodowym podróżnikiem, był klasycznym zdobywcą. Jeździł w te dzikie miejsca, uczył się, jakie rośliny są jadalne, jakie są niejadalne. To były czasy takich przygód, kiedy odkryto, że te wszystkie nowe kontynenty mają masę miejsc, które nie zostały nigdy eksplorowane przez białego człowieka.
Gdzie trzeba pojechać, zrobić mapę i nie wiadomo, co można tam odkryć. Można złoto odkryć. To ciągle ten Święty Graal złota, że coś tu zmieni nasze życie i że to będzie złoto. Więc ten Święty Graal cały czas pracował. Pracował, budował tą generację odkrywców. Percival był tym najgłośniejszym odkrywcą swoich czasów. Zebrał tą wyprawę, a że był świetnie zorganizowany, to było w ogóle takie przedstawienie, takie show tamtych czasów, że nie schodziło z tytułów gazet. To było na pierwszych stronach gazet. Cała ta wyprawa miała świetnych sponsorów i tak dalej. Percival też nie był w ciemię bity, bo zajmował się survivalem, tak jak wcześniej wspomniałem.
Oprócz tego, że sam się zajmował, to jeszcze uczył innych tego survivalu. I to dosyć skutecznie. Także miał bardzo wysoką reputację w tym Królewskim Klubie Geograficznym. Inna sprawa, że w tamtych czasach Pojęcie o medycynie, jeżeli coś się działo, było dosyć specyficzne, oryginalne. Na przykład miało więcej wspólnego prawdopodobnie z pierwszymi wyprawami wzdłuż Amazonii niż z medycyną. Facet, który płynął w 1637 roku z Pedro Texeirą w górę rzeki Amazonki od Atlantyku do Iquito, miał ze sobą niejakiego ojca Cristóbala de Acuña. To był też jezuita. Oni wszędzie po prostu, jak zaraza. Ten jezuita zajmował się prowadzeniem pamiętników wyprawy. Jego spostrzeżenia były takie, że elektryczne węgorze leczą z malarii.
Rozumiecie? Takie historie były. Na przykład w klubie geograficznym były takie przekonania, z czego się ludzie do dzisiaj śmieją, że jeżeli ugryzł was wąż w rękę, to natychmiast trzeba wysypać proch strzelniczy w to miejsce, gdzie was ugryzł. Trzeba rozciąć to miejsce głęboko nożem, wsypać tam proch strzelniczy i odpalić. Stworzyć taki mały wybuch po prostu. Tylko nie wysypać za dużo, żeby ręki sobie nie odstrzelić. I to generalnie powinno uratować. Albo na przykład jak Indianin strzeli zatrutą strzałą, to trzeba szybko ugotować wodę i tą gotowaną wodą polewać, wrzątkiem zalać to miejsce. Wrzątkiem czy coś w tym stylu. Przez jakieś liście, coś w tym stylu.
Jakieś takie szalone pomysły. Ale Percival był na tyle skuteczny, że udało mu się przeżyć. W swoich czasach był najbardziej ekstremalnym kolesiem, jakiego można było spotkać. Żaden koleś nie był w stanie dojść tak głęboko, tak daleko i tak ekstremalnie jak ten facet, który miał tylko kapelusz. Miał strzelbę, miał cały sprzęt ze sobą. Nie brał tego dużo. On złamał zasady wielkich wypraw, bo do jego czasów wszyscy organizowali gigantyczne wyprawy. Oczywiście byli pojedynczy odkrywcy i tak dalej, ale nie było to tak popularne. Nawet wyprawy na biegun były robione całym statkiem. Cała ekipa była brana, sto, dwieście ludzi, obozy i tak dalej.
A ten koleś brał 12 kolesi ze sobą. Bardzo mały zestaw. Przede wszystkim znał lokalne języki, bo nie był w ciemni bity, jak powiedziałem, czyli generalnie radził sobie z tłumaczeniem i rozmawianiem z Indianami. Miał oczywiście siatkę na moskity, którą sobie zakładał na głowę, żeby go nie żarły wszędzie. I gdzieś w jego pamiętnikach jest świetny zapis, że koleś miał jaja jak to mówią ze stali. Jak wspominali w pamiętnikach ci, którzy z nim podróżowali. Rymuję i nawet nie czuję. Jako że miał jaja ze stali, to na przykład do wioski Indian wchodził dokładnie w taki sposób, że wchodził, ściągał tą swoją białą osłonę, którą miał na głowie, tą siatkę z głowy, podnosił obydwie ręce do góry i machał. Tak jakby machał białą flagą w jednym ręku na dzień dobry. Machał.
Wchodził i machał, nie przejmując się niczym. W pamiętnikach jest zapis o kolesiu, dosłownie użyte słowo „nut”, że po angielsku jest taki orzech, że jest twarde. Jaja ze stali. Tak by można było to powiedzieć w języku polskim. Taki był koleś. Oczywiście robił te wyprawy. Twierdził, żeby nikt nie podążał jego wyprawami, że niewielu jest białych ludzi, którzy potrafią w ten sposób funkcjonować. I to prawda, bo on właściwie cały swoje sukcesy zawdzięczał temu, że miał świetne kontakty z Indianami, że tak naprawdę to indiańscy przewodnicy go oprowadzali po dżungli, a nie on sam siebie oprowadzał po dżungli. Słuchajcie, zrobił tą pierwszą wyprawę. Wyprawa Percivala Fawceta.
Dowiedział się o tym micie El Dorado i ten mit El Dorado go strasznie podkręcił. Inna sprawa, że takie czasy. Wiecie, o co chodzi. Wszystkie te fantastyczne powieści w 1840, 1860 latach pisane przez Verne. Takie czasy były. Takie czasy: zdobywcy, podróżnicy, tajemnice, niezbadane cywilizacje pojawiające się w dżungli, co chwilę jakieś niesamowite doniesienia ze świata. Takie czasy. Nic, tylko być Indianą Jones. Koleś postanowił zrobić to El Dorado i zostać odkrywcą tego El Dorado. Tylko że wtedy to nazywano już troszeczkę inaczej i nazywało się to Zagubione Miasto Z.
Nie wiem dlaczego Z, ale tak to się nazywało. Ekspedycja nazywała się Ekspedycja do znalezienia Miasta Z. Starożytnego zagubionego miasta, które, jak wierzyli, miało być tym El Dorado. Miało znajdować się w dżungli Brazylii. Dokładnie. I gdzieś tam miało być. No i ten ogarnięty miłością do niczego Percival Harrison Fawcett postanowił to zbadać. Ruszył, oczywiście zbadał. Nie znalazł. Z pierwszej wyprawy wrócił, nie znalazł, ale za to wrócił z informacjami, że coś jest na rzeczy.
Inna sprawa, że okazało się, że wszelkie te miejsca, o których pisał wcześniej de Francisco de Orleana ze swojej podróży, bo on dokładnie wyszedł właściwie jego szlakiem. Okazało się, że wcale nie ma tam ludzi, którym wyrastają twarze bezpośrednio z torsów. Okazało się, że nie ma też żadnego królestwa, przez które się płynie przez pięć tygodni i domostwa są cały czas wzdłuż rzeki. Absolutnie. Ale okazało się, że są ślady ceramiki i bardzo dziwne właściwie wykopaliska archeologiczne znajdowane w dżungli. I to był pierwszy ślad, który podkręcił naszego głównego zdobywcę, Percivala Fawceta na trop, że jednak coś w tym musi być. I generalnie zrobił tą wyprawę. Mało tego, się nie wykończył. To były takie wyprawy, że normalne było w tamtych czasach, że jeżeli na wyprawę ruszało 24 członków Przeżyć miało szansę może sześciu, może dziesięciu. Na pewno nie wszyscy wrócą do domu w całym kawałku i w jednym kawałku.
Także należało się zawsze liczyć z tym, że 50 na 50, bez tendencji. To był twardy orzech ten koleżka i on zawsze wychodził cało. Udało mu się przeżyć tę wyprawę. Paru jej uczestników też przeżyło razem z nim. Chłopaki wymęczeni, wykończeni. Jest nawet zdjęcie, wyglądali jak żywe szkielety. Wypłynęli Amazonką gdzieś tam i wreszcie udało im się ocaleć. Tu się zaczęła w ogóle legenda o Fawcett, bo Percy Fawcett to właściwie jest gigantyczna legenda. Facet podróżował po Amazonii w tą i z powrotem. W tamtych czasach był najlepszym ekspertem od tego miejsca na świecie.
Nie było kogoś, kto zna lepiej dżunglę, mieszkańców tej dżungli i całą tą okolicę niż on. Kiedy rzucił się do tej wyprawy, to oczywiście wielkie newsy. Cały świat śledził to z wielką uwagą. On oczywiście cały czas pisał z tej wyprawy listy, co jakiś czas ktoś był odsyłany z tymi listami, żeby je dostarczyć do cywilizacji. Był taki moment tej wyprawy, że Percy Fawcett generalnie stwierdził, że on już dalej sam będzie szedł, bo jest zbyt trudno i on nie chce brać ryzyka tego, że pozostali uczestnicy tej wyprawy mogą zginąć. Taki twardy koleś. Podczas pierwszej wyprawy nic nie zdobył, poza tym, że zrobił mapę. Inna sprawa, że facet miał świetną robotę w tamtych czasach. Nam się tak wydaje, że to takie dzikie życie. Owszem, było to dzikie życie, łapanie wszelkich możliwych tropikalnych chorób i zarazy, jaka mogła być gdziekolwiek w dżungli.
Ale z drugiej strony facet pracował właściwie dla największej korporacji w tamtych czasach, bo jego zadaniem było zrobienie tej wyprawy, sprawdzenie, gdzie rzeka dopływa i ustalenie granicy. Właściwie tak naprawdę nie były to wyprawy tylko i wyłącznie, żeby odnaleźć Złote Miasto. Jednym głównym punktem było na przykład ustalenie granicy pomiędzy Peru, Brazylią, a bodajże Wenezuelą, która przebiegała w dżungli. Właściwie nikt nie wiedział, co tam tak naprawdę w tej dżungli jest, czy tam jest właśnie owo jezioro na przykład. Trzeba było tą granicę gdzieś tam ustawić i trzeba było to pomierzyć. Trzeba było wypłynąć rzeką z samej góry tej rzeki i spłynąć w dół, rysując mapy po drodze, cały czas mierząc, robiąc pomiary i z tymi pomiarami przeżyć tą całą wyprawę i jeszcze dotrzeć i te wymiary dostarczyć. Jeszcze badać lokalne owady, badać lokalne ludy i tak dalej. Generalnie tym się koleżka zajmował. Też miał wtedy potężnych sponsorów, bo to były właśnie te gigantyczne kompanie wydobywcze, które się wbijały do dżungli po to, żeby ją spenetrować i sprawdzić, jak dużo się da zarobić na tym, co tam jest i co w ogóle tam jest w tej dżungli. To była pierwsza wyprawa, która była oczywiście gigantycznym sukcesem.
Facet został gwiazdą międzynarodową. Każda okładka gazet. Percival Fawcett, moi drodzy, wielki badacz, wielki odkrywca, wielki inspirator. Postanowił zrobić drugą wyprawę, na którą wziął już swoich dwóch synów, po to, żeby znaleźć dokładnie tajemnicze Miasto Z. A o tym wszystkim po drobnej muzycznej przerwie, bo się tak rozgadałem. A tu czas leci. Czas leci, proszę państwa, a tu warto by posłuchać jakiejś muzyczki, prawda? No właśnie, a wy słuchacie „Hiperprzestrzeni” w Radio Nafalo oraz Radio Paranormalium i nie tylko. Dostałem sprostowanie. Bardzo dziękuję za sprostowanie.
Klub, o którym mówiłem, ten, do którego należał Percival Fawcett, to oczywiście The Explorers Club. Byłem w ich siedzibie nawet. W Londynie mają sklep dla turystów. The Explorers Club — tak się nazywało to stowarzyszenie. To stowarzyszenie właśnie poproszono o to, żeby wytypowało jakichś członków swojego stowarzyszenia, którzy udadzą się w dziką, niedostępną dżunglę i na zlecenie rządu Brazylii, rządu brytyjskiego oraz rządu Peru i tak dalej, na zlecenie rządów i korporacji pomierzą i ustalą, gdzie de facto przebiega granica pomiędzy Brazylią a jej sąsiadami w środku dżungli. Percival Fawcett był tym człowiekiem, który miał to zrobić. I zrobił to. Fajna jest jego odpowiedź, kiedy wyprawa została skończona. Taki wykończony wysłał telegram do Explorers Club i na telegramie była legenda, jedno zdanie: „Zrobione”. Jedno słowo, „zrobione” i kropka.
Twardy ziom. Zrobione. Koniec. Taki był to koleżka. Tu się zaczynają, moi drodzy, spekulacje. Być może coś ciekawego w dżungli usłyszał. Być może dowiedział się o czymś, o czym nie mamy dlatego pojęcia. Legenda mówi o tym, że wszedł w posiadanie mapy informacji o Złotym Mieście, o zaginionej cywilizacji. Tym bardziej że zauważył, że kopiąc te dziwne kurhany, które my dzisiaj nazywamy terrapeta w sumie. To jest dokładnie ta czarna ziemia, bo w niej są te wszystkie szalone wykopaliska archeologiczne.
I właśnie na to trafił Percival. Jest kilka rzeczy, które ponoć opisał, o których my nie mamy bladego pojęcia, co tam się znajduje. Widocznie było coś tam na tyle poważnego, że postanowił zmontować drugą wyprawę, ruszyć i odkryć konkretnie Złote Miasto w dorzeczu Amazonii. Na drugą wyprawę zabrał swoich dwóch synów, którzy ruszyli razem z nim. Roalda i Roberta bodajże. Nie pamiętam. Nie ważne. Zawsze jakieś problemy mi się takie rzeczy mieszają. Nie mam dobrej pamięci do detali. Także zostawmy detale.
Linki będą jak zwykle pod audycją na stronie radionafali.com zakładka Audycje Hiperprzestrzeń albo hiperprzestrzeń.com. Też możecie wejść od razu na podstronę Hiperprzestrzeni. Tam jak zwykle będą linki pod audycją. Tam będą wszystkie możliwe detale na ten temat, żebym ja tutaj nic nie nakombinował, nie poprzekręcał i nie pomylił wszystkich dat, bo bardziej chodzi konkretnie o historię, która się wydarza, proszę państwa. Wracajmy do tego odkrywcy. Podczas tej drugiej wyprawy Percy Fawcett znika. Wysyła ostatnią wiadomość, ostatnia wiadomość dociera do cywilizacji i nagle po tej wiadomości znika. Nie ma już żadnej kolejnej. Jest rok 1925 czy jakoś tak i ani śladu. Ludzie za bardzo nie wierzą w to, że zniknął, bo wszyscy twierdzą, że facet świetnie sobie radzi w dżungli.
Zna Indian. Nie umiera z głodu tak jak Hiszpanie, którzy bali się cokolwiek zjeść z drzewa i woleli umrzeć z głodu niż zjeść banana, który właśnie przed oczami wisi. Percy Fawcett był innym kolesiem, doskonale się orientował w dżungli, nie miał takich problemów. I fenomen polega na tym, że nagle znika. Nie ma ani śladu po nim, ani po jego synach. Kompletnie. Jego rodzina i jego żona nie wierzy absolutnie, że znika. Są takie legendy, przypuszczenia, że być może miał wypadek, stracił pamięć i taka zabawna legenda. Zaczął mieszkać z jakimś plemieniem Indian i jako że stracił pamięć, już nigdy nie wrócił do cywilizacji, bo właściwie nie miał po co, bo właściwie już nie pamiętał, kim był, jak się nazywał i tak dalej. I tak został już wśród Indian.
Taka legenda. Były wyprawy, żeby go znaleźć. Inna sprawa, że kiedy ruszył na tą ostatnią swoją wyprawę, to jasno i wyraźnie zaznaczył, żeby nikt nie szedł jego tropem, ponieważ ta wyprawa będzie bardzo ekstremalnie trudna, będzie w bardzo ekstremalnym terenie i praktycznie nie zna nikogo poza tubylcami i sobą, kto mógłby przeżyć taką wyprawę i w ogóle w niej przetrwać. Także poprosił, żeby nie ruszać jego śladem. Oczywiście ta prośba nie zadziałała, bo jak tylko się okazało, że Percy Fawcett zniknął, a to był taki news na wszystkich pierwszych stronach gazet na całym świecie, to oczywiście w jego kierunku i na ratunek wyruszyło kilku po kolei. Była jakaś gwiazda Hollywoodu, byli jacyś inni odkrywcy. Część z nich oczywiście zginęła. Znakomita większość tych, która ruszyła po to, żeby go ratować właśnie zginęła w tej dżungli. Nie wiadomo, co się stało. Parę lat temu jeszcze żyli jacyś ostatni Indianie, którzy pamiętali Percya Fawceta, kiedy ruszał na wyprawę, te ostatnie miasteczka czy jakieś tam ostatnie społeczności, z którymi miał kontakt.
Jeszcze go gdzieś tam pamiętają, bo to był 1925 rok, kiedy znika kompletnie w dżungli. I znika z tymi wszystkimi mapami, z całą tą informacją, a uparcie twierdzi tuż przed wyprawą, że Złote Miasto nie jest fantazją, nie jest iluzją, nie jest jakąś fantasmagorią wymyśloną po prostu z dupska, za przepraszaniem, przez szalonych konkwistadorów. Tylko że to Złote Miasto naprawdę istnieje i że jest de facto złoto, że są artefakty, że to wszystko jest i że on nie idzie tam po to, żeby eksplorować dżunglę, tylko on po prostu wie, gdzie to miasto jest i gdzie należy skręcić i że jest to gdzieś w części prawdopodobnie brazylijskiej Amazonii. Nie wiadomo. Słuch po nim znika w 1925 roku. Ani śladu. Nikomu nie udaje się znaleźć ani kości, ani szczątków wyprawy. Pytania tubylców tudzież jakichś plemion, które tam mieszkają też nic nie dały. Właściwie facet rozpływa się niczym mgła, nie pozostawiając po sobie ani grama śladu. W ogóle ani grama śladu po całej wyprawie.
I tak oto znika tajemnicza legenda miasta Z. Oczywiście legenda robi się jeszcze większą legendą po tym zniknięciu. Mija troszeczkę czasu i do dżungli rusza kolejny bohater. Już w innych czasach. W czasach, kiedy wymyślono syntetyczną gumę, także nie było już zapotrzebowania na kauczuk, który musiał być koniecznie z dżungli, bo tylko tam te drzewa kauczukowe rosną. Ale okazało się, że w dżungli jest bardzo dużo roślin, które są świetnymi lekarstwami. Także rzeczywiście ta tradycja penetrowania dżungli i szukania tam czegoś, na czym da się zarobić przez duże koncerny cały czas trwa. Kolejną taką postacią, która rusza dokładnie i właściwie jest bardzo mocno zainspirowana Percyelem Fawcetem, bo Percval Fawcett to taka ikona podróży, to właściwie każdy chciał być jak on, każdy chciał jak w takiej dżungli. Ostatni prawdziwy brytyjski dzielny. On z pochodzenia był Kanadyjczykiem, ale oczywiście wtedy Kanada była absolutnie Brytanią, a nie żadną Kanadą.
Także wtedy wszyscy byli Brytyjczykami. I to była po prostu gigantyczna legenda, moi drodzy. Taka, że tam wszyscy mu się w pas kłaniali i każdy dzieciak chciał być jak on gdzieś w tej dżungli i szukać tego złotego miasta i tak dalej. Przecież te wszystkie filmy, które powstały na ten temat, całe to szaleństwo w Hollywood na ten temat, to właśnie on był tą postacią, która zapaliła wyobraźnię Tłumu, bym tak powiedział. Jednym z takich zapaleńców, który zresztą podążał jego śladami, był Richard Evans Schultes, człowiek, który przywiózł do cywilizacji białego człowieka z powrotem substancje psychoaktywne, czyli halucynogenne z Amazonii. I tu właśnie, moi drodzy, chcę skoczyć do naszej hipotezy, bo w tej całej opowieści dzisiaj mamy te cztery hipotezy. Przelecieliśmy wszystkie po kolei. Tu się okazuje, że pierwsze to jest to prawdziwe złote miasto. To właśnie to, w co wierzyli wszyscy ci odkrywcy jeszcze do poprzedniego stulecia, łącznie z Percivalem Fawcettem. Kolejna rzecz to jest wspomnienie tej cywilizacji.
To, co właśnie znaleziono, czyli ta dziwna ziemia Terra preta. Ślady wskazują na to, bo nie ma tam żadnych kości ludzkich za bardzo, nie ma tam grobów. Jak na ironię są znajdowane kamienne kręgi dodatkowo. Jest taka legenda, że w czasach, kiedy ta właściwie pierwsza wyprawa płynęła, zorganizowana przez Hiszpan, czyli Don Francisco de Oleana, ta cywilizacja już dawno zniknęła. Tej cywilizacji już dawno nie było. Jest pewne przypuszczenie, że być może tysiąc lat wcześniej, kiedy Wikingowie dotarli jako pierwsi, właściwie salwując się przed nadchodzącą inwazją chrześcijan z południa Europy, próbowali odkrywać troszeczkę i handlować z ludami, które mieszkały w Ameryce Północnej i prawdopodobnie posuwali się troszeczkę w dół. Są bardzo dziwne ślady. Jest kultura Olmeków, jest masa różnych zachowanych kultur, które właściwie, co tu dużo kryć, mocno i bardzo wyraźnie wskazują, że mają bardzo dużo wspólnych elementów z ludźmi, którzy żyli w Afryce, z ludźmi, którzy żyli w Europie. Być może było tak, że ta zaraza, która wybiła gigantyczną cywilizację, która mieszkała w dorzeczu Amazonii, być może przydarzyła się o wiele wcześniej, niż nam się wydaje. Być może przydarzyła się jeszcze przed Hiszpanami.
Być może był to ten pierwszy kontakt z Europejczykami. Ostatnie wykopaliska, które gdzieś tam są robione, wskazują, że właściwie ostatni raz prawdopodobnie ta Terra preta była robiona czy tam konstruowana, czy ta ceramika, która jest znajdowana, ma w sumie 2000 lat. Jest pewna teoria, która mówi o tym, że przed starożytnym Rzymem, który jak się okazało był taką totalną tyranią. Nam się mówi o cywilizacji, o tym, że jesteśmy dziećmi tej cywilizacji, że to jest cywilizacja. Natomiast w rzeczywistości, że się nie uczy w szkołach, bo to taki już niefajny widok naszej cywilizacji, mało krzepiący, ale właściwie Rzym był upadkiem cywilizacji. To była po prostu tyrania, która zastąpiła spokojne, w miarę spokojne, na przykład lokalne kultury Etrusków i tak dalej, które ze sobą bez problemu współpracowały i nie robiły takich wielkich wojen, nie musiały się jednoczyć, nie musiały budować wielkich armii i nie opierały się przede wszystkim na przemocy, czyli na wielkich armiach. O tym się po prostu w ogóle nie chce mówić, bo nie pasuje do aktualnie sprzedawanego wszystkim modelu historii. Ale jest taka teoria, że kiedy Rzym upadał, czyli tamte cywilizacje kompletnie upadały, stawały się coraz bardziej totalitarne. Duża grupa uciekinierów z Europy wylądowała w Nowym Świecie. Jest masa dziwnych odkryć archeologicznych w Ameryce Północnej, w Ameryce Południowej i wszystko to w dorzeczach rzek, takich, którymi można spłynąć w głąb lądu prosto praktycznie z Atlantyku.
Także być może, jest to jedna z wielu hipotez na ten temat, być może ta wielka cywilizacja tych złotych miast naprawdę istniała i być może to złote miasto gdzieś tam może być, a ta cywilizacja tak naprawdę wyginęła o wiele wcześniej niż nam się wydaje, bo nawet właściwie Indianie nie są spuścizną po tej cywilizacji. Oni też nie do końca są w stanie odpowiedzieć na pytanie, kto tak naprawdę tą całą Terrę pretę zrobił na przykład. Kolejna hipoteza. To jest związane troszeczkę z kontaktami cywilizacyjnymi, ale to już zostawmy może na inny w ogóle temat. Kolejna hipoteza to jest taka, że ta kultura być może, czyli te tajemnicze złote miasto El Dorado, jest pozostałością po jakiejś pradawnej cywilizacji. Jeszcze o ile być może wszystkie sprawy związane z tą tajemniczą ziemią, właśnie Terra preta i tak dalej. Jeszcze można powiedzieć, że tam jacyś Indianie mieszkali na przykład 2000 lat temu i że ci Indianie zniknęli, ich miejsce zastąpili kolejni i tak dalej. Ale to się niewiele różni, bo są jakieś tam wykopaliska archeologiczne, które wskazują, że sposób budowania chat jest praktycznie identyczny jak 2000 lat temu, z tym jak się buduje na przykład teraz w wielu miejscach Amazonii. Także być może to ta współczesna zaraza, która przybyła 2000 lat temu spowodowała, że ta choroba wybiła, wytrzebiła całą cywilizację. Kto wie?
Kolejnym przypuszczeniem jest właśnie próba znalezienia czegoś, co być może jest jakimś śladem zaginionego lądu, zaginionej cywilizacji, takiej potężnej, której ślady mamy po drugiej stronie gór, bo wystarczy po prostu przejść góry. Jesteśmy w Peru i mamy już Machu Picchu, mamy już te gigantyczne, tajemnicze kamienne budowle, które nie wiadomo jak ktoś zrobił. I kolejna rzecz, o której się nie mówi chętnie, bo to też jest zbyt mało mainstreamowe, że tam, gdzie są te potężne zasoby tej ziemi Terra preta, są znajdowane kamienne kręgi niczym Stonehenge. Może nie aż tak potężne i może nie aż tak kwadratowe, ale wyglądające bardzo podobnie do tego, co się znajduje na północy Szkocji. I też nikt nie wie właściwie, o co chodzi. Nikt nie próbował tego śdatować. Jest to w środku dżungli, także ciężko cokolwiek wykopać. Wygląda troszkę tak, jakby to ktoś bardzo dawno temu zostawił. I też jest taka hipoteza, że być może jest to coś związanego z tymi poprzednimi cyklami cywilizacyjnymi, które gdzieś tam mamy dawno, dawno za nami, że być może jest to część naszej zapomnianej historii. To tak naprawdę złote miasto jest.
I to by świetnie pasowały te wszystkie opowieści Seria Von Danikena na temat tych niesamowitych złotych artefaktów, na których są niesamowite, dziwne języki, dziwne znaki, których nikt nie jest w stanie zrozumieć w dzisiejszych czasach. Także być może. I ostatnia, słuchajcie, i to jest chyba taka najciekawsza hipoteza na ten temat. Co z tymi złotymi miastami? Czy jest do tego jakakolwiek mapa? Bo czy w ogóle to istnieje? To jest substancja, która znajduje się właśnie w owych roślinach w dżungli, czyli substancja o nazwie DMT, która zmienia naszą podświadomość, powoduje, że mamy wizje i podczas tych wizji bardzo często te złote miasta są widywane. To jest fenomen, że coś takiego istnieje. Jest oczywiście pewne przypuszczenie, że być może łącznie z jednym z pierwszych odkrywców rzeki Amazonka, czyli Don Francisco de Orellaną, który być może miał malarię i być może został poczęstowany przez Indian jakąś substancją roślinną, która zawierała substancje halucynogenne. I być może stąd się wziął ten mit o złotych miastach.
Być może stąd się wzięły te opowieści. Nie wiemy. To jest największa zagadka. Podobnie jest z Percy Fossettem. Wiemy, że mieszkał z Indianami. Wiemy, że uczestniczył w ceremoniach. Wiemy, że prawdopodobnie pił ayahuaskę. Reszta jest tajemnicą. Nie wiemy nic na ten temat, ale wydaje mi się, że byli to na tyle rozsądni ludzie, że doskonale potrafili odróżnić rzeczywistość od wizji, które mają. Choćby dlatego, że wykonywali taką pracę, jaką wykonywali.
Żaden fantasta nie byłby w stanie przeżyć w dżungli w ciągu 15 sekund. Coś by go po prostu zjadło. Trzeba być poukładanym ze sobą. Ciężko być wariatem. Jest pewna bardzo ciekawa rzecz ze świata fizyki kwantowej. Chodzi o na przykład zmienianie właściwości materiałów za pomocą częstotliwości. Takie bardzo futurystyczne rzeczy w fizyce. Jest taki stan, kiedy każda materia zmienia swój stan stały na płynny i ten stan, kiedy coś jest płynne, z reguły błyszczy, bo ta powierzchnia polimerów jest bardzo równa. Być może stąd złoto oznacza jakąś transformację. Jest masa przypuszczeń, masa różnych teorii na temat, dlaczego na przykład wizje, które są spowodowane substancjami halucynogennymi zawartymi w roślinach, które występują w dżungli.
Dlaczego te wizje na przykład wyświetlają nam takie bardzo specyficzne, błyszczące elementy? Skąd się biorą takie konkretnie, a nie inne obiekty podczas wizji i taki, a nie inny sposób widzenia świata, że być może to jest jakaś biblioteka. Czasami o tym mówię. Podłączenie się do jakiejś biblioteki z jakąś ekstra informacją. Być może coś jest w tym micie złotego miasta. Może o to chodzi. Złoto błyszczy i właściwie to, co w naszej cywilizacji jest podporządkowane pod złoto w sensie archetypu kulturowego, to jest to, że złoto zawsze błyszczy, że potrzebujemy coś, co błyszczy, że ten odbłysk to lustro jest dla nas wabikiem. Ma bardzo dużą emocjonalną wartość. Być może ta wartość nie bierze się z niczego. Być może to złoto po prostu w jakiś tam sposób reprezentuje wizualnie jakiś element naszych wizji.
Jest bardzo ciekawa teoria na ten temat, o której mówią ludzie, którzy mają kontakt z ayahuaską i nie tylko. Że właściwie substancje normalnie, które zjadamy, to sposób, w jaki żyjemy, właściwie zabezpiecza nas przed tym, żebyśmy nie doświadczali przez 24 godziny na dobę wizji. Jeżeli ktoś z was czytał książkę „Drzwi percepcji” Huxleya, tam się pojawia po raz pierwszy ten koncept, że świat chemiczny, świat fizyczny dookoła nas jest czymś w rodzaju filtra, żebyśmy po prostu nie zwariowali, bo dookoła dzieje się tyle, że po prostu wow, wow, że nie wiadomo co. Że być może te złote miasta są po prostu cały czas dookoła i kiedy tylko wypijemy tą tajemniczą, niesamowitą medycynę, bo to właściwie jest lekarstwo, to lekarstwo zwane ayahuaską i będziemy w tym niesamowitym stanie przez te parę godzin. I wtedy właśnie na przykład spotkamy te złote miasta. Że to jest być może to rozwiązanie, że to jest może wyprawa do innej częstotliwości. Może. Jak na razie dla mnie jest to jedna z najciekawszych hipotez i chyba z najbardziej trafnych. Myślę, że El Dorado znajduje się gdzieś pomiędzy światem fizycznym a światem duchowym. Indianie mówią o El Dorado właściwie, że to nie jest tylko i wyłącznie kraina złota, bo ten zapis o tym, że jest to kraina złota, mamy od tego szalonego Hiszpana, który wyruszył po to, żeby spotkać właśnie tylko i wyłącznie złoto.
Ale gdzieś tam później były próby dotarcia do źródła tej informacji o tym tajemniczym mieście. To się okazuje, że to miasto nie jest tylko i wyłącznie kwestią i sprawą związaną z materialnym aspektem, czyli z tym, że tam jest po prostu dużo złota. Że bardziej chodzi o to, że tam jest coś w rodzaju raju na ziemi, że jest coś w rodzaju świetnego życia. że to chodzi o coś więcej, zdecydowanie więcej niż tylko i wyłącznie ów kruszec zwany złotem lub srebro. Nie, proszę państwa. Przepraszam bardzo. Słuchajcie, przypominam, że jeżeli macie jakiś pomysł na to, czym może być to El Dorado, to macie ostatnie minuty. Proszę dzwonić radiofali.com. Także zapraszam bardzo serdecznie do spekulacji na ten temat. Ja tu jeszcze rzucę może odrobinę garści informacji.
Także mamy ostatnie chyba niecałe 10 minut audycji czy pięć minut. To może z tej okazji, słuchajcie jeszcze raz troszeczkę dźwięku z tej dżungli. Tego, co śpiewa szaman takiemu człowiekowi, który jest leczony podczas takiej ceremonii właśnie ayahuaską. I być może właśnie ktoś podczas tej ceremonii, podczas której to było nagrywane, widział owe złote miasta i odwiedzał to El Dorado i był w tym miejscu. A ciekawą rzeczą z tymi złotymi miastami jest powiązanie tego z rzeczywistością. Nie wiem, czy wiecie, ale ten potężny kompleks piramid, który znajduje się niedaleko miasta Meksyk. W Meksyku dokładnie. Ten, który my znamy jako kamienne piramidy, w oryginale był pokryty miką, wypolerowanym kamieniem miki. Także właściwie z daleka i nawet z bliska wyglądał jak wielkie lśniące lustro. Odbijał idealnie światło.
Czyli nie jest tak do końca z tym mitem, że te błyszczące złote miasta mogą być tylko i wyłącznie mitem. Jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę to, co spotkali Hiszpanie w Peru, że tam naprawdę ściany tych świątyń były wybrukowane złotem, złotymi płytami. Być może tego złota trochę jest jeszcze gdzieś tam w dżungli. Teraz Klaus Dona znajduje jakieś niesamowite artefakty, które prawdopodobnie mają tysiące lat. Właściwie nikt nie jest w stanie tego zdatować. Wszyscy robią wielkie oczy i po prostu głupieją, bo nikt nie jest w stanie wysnuć żadnej sensownej hipotezy na ten temat. Przynajmniej na tyle sensownej hipotezy, żeby nie obaliła panującej już aktualnie, bo to, co jest wykopywane z ziemi, kompletnie zaprzecza temu, co aktualnie jest uznawane za historię naszej cywilizacji. Także kto wie, jak jest z tymi złotymi miastami. Słuchajcie, jeżeli macie jakiś pomysł, zapraszam serdecznie. Ostatnie minuty audycji „Hiperprzestrzeń” w Radiu Na Fali transmitowanej w Radiu Paranormalium.
Także zapraszam, żebyście dzwonili bardzo serdecznie. Ja też się zastanawiam, moi drodzy, co jest z tym El Dorado. Tak z ciekawości jeszcze dla ciekawostki powiem wam, że był pewien polski książę, który też był zapalonym podróżnikiem i postanowił wybrać się do Ameryki Południowej w XVIII wieku. Przywiózł do Polski tajemnicze pismo quipu na sznureczkach z Ameryki Południowej i przywiózł też ze sobą, jak legenda mówi, chyba Indianina, który go uczył, czy szamana. Nikt tak naprawdę do końca nie wie. Też taka niesamowita historia. I ponoć te quipu jest właśnie zakodowaną informacją i drogą wskazówką, gdzie znaleźć skarby Inków albo skarby tej poprzedniej cywilizacji, która żyła tam tysiące lat temu być może. Słuchajcie, historia jest tak tajemnicza i jest tak wielowątkowa w tym wszystkim. Na koniec jeszcze wam powiem jedną ciekawostkę, ale to już myślę po muzyce, moi drodzy. To co?
To odrobinę muzyczki z dżungli. Niech nas wyleczy jakiś człowiek od medycyny. A wy słuchacie oczywiście audycji „Hiperprzestrzeń” w Radiu Na Fali transmitowanej w Radiu Paranormalium i nie tylko. Ja przypominam, że audycja „Hiperprzestrzeń” nie jest jedyną audycją w Radiu Na Fali. Jutro zapraszam na godzinę 21:00 do audycji Lorem Ipsum Craft. Nie wiem jeszcze, o czym będzie. O tym, mam nadzieję, dowiemy się na wieczorowej porze. Także zapraszam na wieczorową porę zaraz po „Hiperprzestrzeni”, już za parę minut. Zapraszam również do „Teorii Chaosu”, do Kloda na piątek o godzinie 24:00. Generalnie zapraszam do słuchania radia.
Zapraszam do DJ Avelona i do wszystkich pozostałych audycji. Proszę odwiedzić nas na naszej stronie internetowej www.radionafali.com, zakładka na górze nawigacji „Ramówka”. Albo obejrzyjcie sobie slidera, tam generalnie się wyświetla, co się będzie działo. Ja oczywiście zapraszam na najnowszą audycję, która wchodzi w tym tygodniu, która się nazywa „Dokładka” i będzie w niej Cios, Brusali. Taka to będzie audycja. Będzie o polityce, ekonomii i generalnie o tym, co się dzieje dookoła nas. Także nie uciekamy od rzeczywistości w gęstości. Zostajemy w rzeczywistości tej gęstości i o tym będzie ta audycja. Także zapraszam serdecznie. Ja będę ją prowadził, będzie się pojawiał Krawiec i będzie troszkę newsów ze świata o tym, o czym media nie mówią.
Zrobimy troszkę newsowo, bo to czas najwyższy ogarnąć ten temat. Przecież nie żyjemy, moi drodzy kochani słuchacze, na pustyni. Rzeczy się dzieją dookoła nas. Już nie będziemy udawali, że się nie dzieją, prawda? Dokładnie. Także zapraszam do słuchania Radia Na Fali i zapraszam oczywiście wszystkich do słuchania Radia Paranormalium. Oprócz tego, jeżeli nie chcecie słuchać Radia Na Fali i wszystkich innych radiów, tych pirackich, które transmitują też. Dokładnie. Brym, brym. I to była, moi drodzy, dzisiejsza „Hiperprzestrzeń”.
I to była dzisiejsza „Hiperprzestrzeń” o poszukiwaniu złotego miasta i o tym, czy to złote miasto jest. Słuchajcie, bo ja się ciągle zastanawiam, bo to jest fascynujący temat, co tak naprawdę przykuło uwagę tylu ludzi, żeby zaryzykować swoje własne życie, karierę, właściwie wszystko, co mieli, i zadedykować swoje własne życie tylko i wyłącznie jednemu celowi: podążaniu za tą legendą, odnalezieniu złotego miasta, które znajduje się gdzieś tam w dzikim świecie, nie wiadomo gdzie, gdzie strzałki zatrute latają w powietrzu, węże gryzą, moskity zjadają nas żywcem i tak dalej. Co tak naprawdę tych ludzi pchało? Co tak naprawdę nas pcha do tego? Bo właściwie być może wszyscy zmierzamy właśnie w tym kierunku. Być może tam jest dokładnie to Eldorado. Może to DMT jest tym Eldorado. Może jak użyjemy trochę więcej tego DMT, to zrozumiemy, po co były piramidy albo zrozumiemy jakąś zaawansowaną technologię. Może nie zaawansowaną, ale tą prawdziwą technologię, która spowoduje, że wreszcie przestaniemy spalać ropę, przestaniemy smrodzić, trudzić i brudzić, i ta cywilizacja wróci na jakiś normalny, ekologiczny, zdrowy poziom, gdzie jedzenie służy do jedzenia i do robienia nas zdrowym, a nie do robienia nas chorym na przykład. Ta cywilizacja, którą znaleziono w okolicy Amazonki, ta gigantyczna, o której wam tutaj opowiedziałem, tam, gdzie niby te 50 milionów ludzi do tylko takiego małego kawałku, a w sumie tych kawałków jest pięć dookoła tej rzeki Amazonka.
Czyli te 50 milionów razy pięć to jest jakieś 25 milionów ludzi. Wyobraźmy sobie taką gigantyczną populację. 25 milionów ludzi żyjących pokojowo, bez żadnych murów obronnych. I to się zaczyna kleić do kupy, bo podobną rzecz wykopano w Peru na jednej z pustyń. Gigantyczną cywilizację, która nie budowała murów obronnych. Czyli z natury wszystko z nami jest okej. To bardzo dobry znak. Myślę, że to bardzo inspirujące i myślę, że to dobry kierunek. Myślę, że być może właśnie nadchodzi nasze Eldorado. Być może Eldorado jest tym czymś, co musimy odkryć w czasie i przestrzeni.
Być może jest to coś związanego właśnie i z DMT, i z tą informacją, która ma przyjść z tej dżungli. Być może jest jakieś złote miasto. Być może są jakieś złote tablice, na których są zapisane jakieś superdyrektywy albo historia tego, jak powstaliśmy, skąd jesteśmy i to pomoże nam, że tak powiem, złapać troszkę więcej dystansu i bardziej uczciwie, spokojnie i z większą ilością logiki i sensu obsługiwać świat, w którym żyjemy na co dzień, żeby być mniej toksyczni, a bardziej kochani. Dokładnie. I to była dzisiejsza „Hiperprzestrzeń”. Także dziękuję bardzo wszystkim serdecznie za słuchanie. Pozdrawiam wszystkich sponsorów audycji. Zapraszam do wspierania „Hiperprzestrzeni”. Bez waszego wsparcia audycja po prostu nie działa. Także dziękuję bardzo wszystkim tym, którzy pomagają, że to w ogóle się kręci i zapraszam do następnej „Hiperprzestrzeni”.