Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:02] - Dotknięcie nieznanego. Wybrane relacje z archiwum Nieznanego Świata w wersji dźwiękowej.
[00:09] - Pragnę opisać pewną podróż do domu. Od tego zdarzenia minęło 14 lat, a jednak do dziś pozostało ono w mojej pamięci. Był czerwiec 1983 roku, a ja wracałam ze Szczecina z konkursu poetyckiego, na którym udało mi się odnieść niemały sukces. Pełna wrażeń z pobytu w Zamku Książąt Pomorskich wyjechałam nocnym pociągiem do Poznania. Tu miałam przesiadkę na inny pociąg. Okazało się, że muszę czekać kilka godzin. Mimo że był środek nocy, postanowiłam zrobić mężowi niespodziankę. Zadzwoniłam do niego, informując o dokładnej godzinie przyjazdu. Obiecał czekać rano na konińskim dworcu, prosząc jednocześnie, aby na siebie uważać, bo nocą dzieją się różne rzeczy. Nie przypuszczałam wtedy, że tamta rozmowa telefoniczna, która sprawiła mężowi tyle radości, wkrótce stanie się dla mnie prawdziwą udręką.
Niczego nie przeczuwając, spokojnie czekałam na peronie. Była ciepła, gwiaździsta, czerwcowa noc. Myślałam o domu. Do dziś nie pojmuję, jak mogłam pomylić pociągi. A jednak coś mi się pokręciło. Okazało się później, że niemal w tym samym czasie wyjeżdżały dwa składy w kierunku Warszawy. Jeden miejscowy, a drugi przyspieszony. Obydwa stały przy tym samym peronie i obydwa przejeżdżały przez moje miasto. Ale jednego nie przewidziałam, że jeden z nich nigdy nie zatrzymuje się w Koninie. Pomyłkę tę tłumaczyłam sobie potem zmęczeniem.
Była trzecia nad ranem. Zbytnią pewnością siebie i nieuwagą. Pociąg ruszył. Usiadłam wygodnie i zamknęłam oczy. Usłyszałam cichą rozmowę w języku francuskim. Pewnie bym zasnęła, ale przyszedł konduktor. Po chwili byłam nie tylko zupełnie rozbudzona, ale zerwałam się na równe nogi. Nie mogłam uwierzyć, że pociąg, w jaki wsiadłam, zatrzymuje się dopiero sto kilometrów za moim miastem. Wyszłam na korytarz. Pociąg pędził jak szalony.
Chciało mi się płakać. Ale się urządziłam! Nie chodziło tu o mnie. Ja mogłam jechać choćby na koniec Polski. Ale przecież dzwoniłam do męża. Będzie czekał. Co sobie pomyśli, gdy mnie nie znajdzie? Tyle lęku było w jego głosie. Konduktor był szczerze zmartwiony moją sytuacją, ale nie mógł mi pomóc. No cóż, wsiadłam do pociągu międzynarodowego i musiałam ponieść tego konsekwencje.
Ale ja nie umiałam, nie mogłam, nie chciałam się z tym pogodzić. Stałam na korytarzu samotna i zrozpaczona. Pociąg nabrał ogromnego rozpędu. Nie mogłam tego znieść. Wszystko we mnie dygotało. Czułam, że muszę coś zrobić. Chciałam coś zrobić. Mijał czas. Przytuliłam twarz do chłodnej szyby. Cała moja radość z sukcesu literackiego prysła jak bańka mydlana.
Oczami wyobraźni wciąż widziałam zatroskaną twarz męża na pustym peronie. Na cały głos krzyknęłam: „Nie!” Ciemność nocy łagodniała. Pojawiły się różne odcienie szarości. Zaczęłam odczuwać wewnętrzny ból. Czułam, że dłużej tego nie wytrzymam. I nagle, jak błyskawica, przemknęła pewna myśl. Uchwyciłam się jej z nieopisaną wiarą. Postanowiłam zwrócić się bezpośrednio do jedynej wszechogarniającej miłości. Zamknęłam oczy i zaczęłam się w niezwykły sposób modlić. Znikał powoli korytarz i pędzący pociąg.
Miałam wrażenie, że przekraczam jakąś niewidzialną barierę miejsca i czasu. Modliłam się całą sobą, każdą cząstką mojej rozdygotanej duszy. Rozpłynęłam się. Rozdzieliłam na cząstki świetlanej nadziei. Dotknęłam miłości. To trudno opisać. Byłam ponad lękiem, nocą, ziemią. Nigdy nie zapomnę słów, które wtedy nieustannie powtarzałam. „Boże, który stworzyłeś ten ogromny świat, który stworzyłeś wszystko, Ty jedyny możesz zatrzymać ten pociąg. Proszę, oszczędź mojemu mężowi lęku.
Wierzę, że możesz to uczynić. Twoja jest ziemia, gwiazdy i każda kropelka rosy. Jesteś ponad wszystko. Wierzę, że ten pociąg się zatrzyma. Nie dla siebie proszę. Wierzę, wierzę!” Nie wiem, jak długo trwała moja nieobecność, ale gdy otworzyłam oczy, ogarnął mnie niezwykły spokój. Bardziej czułam, niż rozumiałam, że właśnie zostałam wysłuchana. Była to niczym niezmącona pewność. Po chwili pociąg zaczął zwalniać. Uśmiechnęłam się pełna wdzięczności.
Spokojnie podeszłam do drzwi. Gdy pociąg zwolnił jeszcze bardziej, niemniej nadal wolniutko jechał, śmiało otworzyłam drzwi. Jakaś kobieta idąca właśnie korytarzem krzyknęła: „Pani chce wysiąść? Przecież ten pociąg tu się nie zatrzymuje! Co pani robi?” Odpowiedziałam z uśmiechem: „Dziś się zatrzymuje. Wyjątkowo.” Kobieta osłupiała. Lekko zeskoczyłam na żwirowy nasyp i szybko zatrzasnęłam drzwi. Pociąg natychmiast ostro ruszył. Wkrótce zapadła cisza. Nikt inny nie wysiadł.
Stałam oszołomiona. Byłam przed stacją Strzałkowo, 40 kilometrów przed Koninem, co oznaczało, że zaraz nadjedzie mój właściwy pociąg i zdążę dojechać na czas. Poczułam, że drżę z przejęcia i ogromnej radości, a moje kolana same się zginają. I uklęknęłam na pustym peronie, otoczona szarością przedświtu. Pochyliłam głowę przed nieskończoną miłością. Ze wzruszenia nie mogłam wypowiedzieć słowa. Moją wdzięczność wyraziłam językiem duszy. Kilkanaście minut później znów stałam w korytarzu innego pociągu. Gdy pociąg dojeżdżał do mojego miasta, nagle przypomniały mi się słowa z Ewangelii świętego Marka: „Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam. Tylko uwierzcie, że otrzymacie.” Zrozumiałam te słowa jak nigdy dotąd.
Danuta Olczak, Konin. Od redakcji. Autorka relacji jest między innymi autorką tomików poetyckich „Na przekór samotności”, „W ogrodzie czasu” oraz „Dotyk przestrzeni”.