Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji.
[00:13] - No niestety, drodzy Państwo, wychodzi na to, że w tym roku listopad troszeczkę wcześniej się nam zaczął. Jak państwo wiecie, zmarł kilkanaście dni temu Grzegorz Tarczyński w wieku całych dziewięć czterdziestu siedmiu lat. To nie jest pora na to, żeby odchodzić z tego świata. Niestety tak się wydarzyło. Grzegorz Tarczyński, badacz częstochowski UFO i zjawisk paranormalnych odszedł przedwcześnie. Także dzisiejszy odcinek myślę, że możemy zadedykować jego pamięci. Tematy paranormalne, szczególnie tematyka związana z życiem po życiu, były bardzo bliskie jego sercu. Także i taką też formą upamiętnienia go w tym trudnym okresie jest to, że Radio Paranormalium teraz przez kilka najbliższych dni, właściwie przez kilkanaście najbliższych dni, bo zbliża się Wszystkich Świętych. Zawsze taki mam zwyczaj, że przestawiam autopilota na audycje poświęcone właśnie życiu po śmierci, reinkarnacji i tak dalej. To jest też taka forma upamiętnienia zmarłego niedawno Grzegorza.
Grzegorzu, będzie nam cię bardzo, bardzo brakować. Rozpoczynamy kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk Ivellios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:44] - Dzień dobry, wieczór Państwu. Tradycyjne dzień dobry, wieczór. Dzisiaj, jak państwo zauważyli tytuł „Pod kontrolą”. No to żeby nie trzymać Państwa w niepewności, od razu zacznę rozwijać temat. Bo proszę państwa, świat za oknem staje się coraz bardziej ponury i ja wcale nie mam na myśli pogody. Świat staje się ponury, a wolności, do których człowiek przywykł w ostatnich dziesięcioleciach, zdają się powoli gdzieś odpływać, odpływać w niebyt. To, co jeszcze niedawno wydawało się takim trwałym fundamentem nowoczesnego społeczeństwa, a zatem swoboda wypowiedzi, prywatność, prawo do własnych poglądów i do niezależnego myślenia to wszystko coraz częściej okazuje się kruchym przywilejem, a nie czymś danym nam raz na zawsze. Naprawdę wystarczy spojrzeć na świat, w którym to strach staje się narzędziem polityki, prawda przedmiotem negocjacji, a język służy nie tyle opisywaniu rzeczywistości, ile jej odpowiedniemu kształtowaniu. Naprawdę trudno w takich okolicznościach nie pomyśleć o George'u Orwellem i jego powieści Rok 1984. Kiedy Orwell pisał tę książkę, on nie tworzył jedynie ponurej wizji przyszłości.
On wyraźnie kreślił ostrzeżenie. Wyobraził sobie społeczeństwo, w którym władza nie zadowala się posłuszeństwem obywateli. Władza chce czegoś znacznie więcej. Kontroli nad pamięcią ludzi, nad językiem, nad emocjami, a w końcu także nad tym, co uważają za prawdę. W Oceanii nie wystarczy zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami partii. Trzeba jeszcze myśleć tak, jak partia sobie tego życzy. A jeśli rzeczywistość przeczy oficjalnej wersji, no cóż, tym gorzej dla rzeczywistości. Winston Smith, główny bohater powieści, pracuje w Ministerstwie Prawdy. Już sama ta nazwa brzmi jak ponury żart, bo jego zadaniem jest poprawianie przeszłości. Poprawianie w taki sposób, by zawsze zgadzała się z aktualnymi potrzebami władzy.
Dawne gazety, dokumenty i zapisy są niszczone i właściwie zmieniane. Niewygodne fakty znikają, a w ich miejsce pojawiają się nowe wersje historii. Wczorajszy wróg może stać się dzisiejszym sojusznikiem, a człowiek, który popadł w niełaskę, może zostać wymazany nie tylko z pamięci społeczeństwa, ale nawet z dokumentów potwierdzających, że kiedykolwiek istniał. Orwell trafnie rozumiał, że władza nad człowiekiem zaczyna się od władzy nad informacją. Kto decyduje o tym, co wolno pamiętać, ten może również wpływać na to, jak ludzie rozumieją teraźniejszość i czego spodziewają się po przyszłości. Dlatego w świecie roku 1984 tak ważne są nie tylko wszechobecne ekrany i policyjny nadzór, ale też propaganda, manipulacja językiem i nieustanne podważanie granicy między prawdą a kłamstwem. Partia chce, by człowiek przestał ufać własnym oczom i własnemu rozumowi. By w końcu uznał, że prawdziwe jest nie to, co widzi, lecz to, co każe mu widzieć władza. Słynne hasła partii: wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to siła, nie są tylko literackimi paradoksami. To skondensowany obraz systemu, który próbuje zawłaszczyć znaczenie słów.
Jeżeli można sprawić, że sprzeczność przestaje być sprzecznością, a kłamstwo zaczyna funkcjonować jako oficjalna prawda, wówczas człowiek traci jeden z najważniejszych instrumentów obrony – zdolność rozpoznawania manipulacji. W takim świecie język nie służy już porozumieniu. Język staje się narzędziem dyscyplinowania umysłów. I właśnie dlatego „Rok 1984” pozostaje książką niepokojąco aktualną. Nie dlatego, że żyjemy w Oceanii, a za każdym rogiem stoi funkcjonariusz policji myśli. Nie trzeba przecież kopiować fikcyjnej dyktatury w najdrobniejszych szczegółach, żeby dostrzec niebezpieczne mechanizmy. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak łatwo podsyca się lęk, jak szybko przeciwnik polityczny staje się wrogiem, jak chętnie rezygnujemy z prywatności w zamian za wygodę i poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy zauważyć, że informacyjny chaos potrafi być równie skutecznym narzędziem kontroli, jak narzucona odgórnie cenzura. Człowiek zalany sprzecznymi komunikatami może w końcu dojść do wniosku, że nie warto już dociekać, co jest prawdą. Orwell przestrzegał również przed czymś, co można uznać za szczególnie groźne – przed stopniowym przyzwyczajaniem się do rzeczy, które jeszcze niedawno budziłyby sprzeciw.
Ograniczenie wolności rzadko musi przychodzić w postaci jednego wielkiego dekretu. Ono odbywa się czasem etapami, pod hasłami konieczności, bezpieczeństwa, wyjątkowej sytuacji albo dobra wspólnego, a każdy kolejny krok można uzasadnić i dopiero po pewnym czasie widać, jak daleko odeszliśmy od punktu wyjścia. A wtedy odzyskanie tego, co utracone, bywa znacznie trudniejsze niż obrona tego, co jeszcze pozostało. Nie oznacza to, że każda współczesna forma nadzoru jest zapowiedzią totalitaryzmu ani że każda manipulacja informacją prowadzi nieuchronnie do świata Orwella. Takie porównania łatwo zmienić w retoryczny banan. Siła tej powieści „1984” polega na czymś innym. Daje nam język do opisywania zagrożeń i uczy rozpoznawać mechanizmy, zanim staną się wszechogarniającym systemem. Przypomina, że wolność nie jest wyłącznie prawem zapisanym w konstytucji. Jest także codzienną praktyką, gotowością do zadawania pytań, sprawdzania faktów, sprzeciwiania się kłamstwu i obrony prawa innych ludzi do myślenia inaczej niż my. „Rok 1984” nie jest więc jedynie opowieścią o nieszczęściu Winstona Smitha.
To historia o granicach ludzkiej odporności, o samotności człowieka postawionego wobec potężnego systemu i o cenie, jaką płaci się za próbę zachowania wewnętrznej niezależności. Orwell nie oszczędza czytelnika i nie proponuje łatwego pocieszenia. Pokazuje, jak daleko może posunąć się władza, gdy uzna, że jej celem nie jest już rządzenie ludźmi, lecz całkowite zawładnięcie ich świadomością. W dzisiejszym świecie pełnym technologicznych możliwości, politycznych napięć i informacyjnych pułapek ta lektura sprawia, że stawiamy pytanie, którego nie powinniśmy lekceważyć: ile wolności jesteśmy gotowi oddać, zanim zorientujemy się, że oddaliśmy zbyt wiele? I czy będziemy jeszcze potrafili rozpoznać moment, w którym troska o bezpieczeństwo zamienia się w zgodę na kontrolę, a wygoda – w rezygnację z samodzielnego myślenia? W Akademii Wszelkiej Fikcji sięgamy dzisiaj po książkę, która od dziesięcioleci nie pozwala czytelnikom spokojnie odłożyć jej na półkę. Po powieść, której tytuł stał się ostrzeżeniem, a wizja przyszłości jednym z najważniejszych punktów odniesienia w rozmowach o władzy, prawdzie i wolności. Zapraszam zatem państwa do świata George'a Orwella i jego „Roku 1984”. To jest naprawdę książka, którą warto przeczytać. Nie chcę mówić tak górnolotnie, że powinien przeczytać ją każdy, ale na pewno warto.
Być może najważniejsze pytanie, jakie zada nam ta książka, nie brzmi: „Czy kiedyś będziemy żyć w takim ponurym świecie?”. Brzmi raczej: co zrobimy, żeby nie pozwolić mu stać się Naszą rzeczywistością. Proszę państwa i tyle o dosyć ponurej, ale pouczającej książce George'a Orwella "Rok 1984". A teraz, ponieważ mamy już końcówkę października, to nadszedł czas na polecanki „Nieznanego Świata". Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omawiamy oczywiście numer listopadowy. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Tak, właśnie numer 11 „Nieznanego Świata" pojawia się w kioskach, chciałem powiedzieć. No tak, kiosków już nie ma. W punktach sprzedaży prasy.
A skoro się pojawia, to śpieszymy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówić dla państwa najważniejsze i najciekawsze artykuły tego numeru. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[13:04] - Dobry dobry, to już jak jesteśmy przy tych polecajkach i przypominajkach, to powiedzmy, że jest równocześnie numer elektroniczny, który można sobie nabyć, jeżeli ktoś już znielubił papier. No cóż, kolejny numer, kolejny numer 11. I tradycyjnie 11 w jakiś sposób zawsze, jeżeli chodzi o „Nieznany Świat", odnosi się do życia po życiu, do zaświatów, do duchów, zjaw i tak dalej, kontaktów ze zmarłymi. Wiadomo z jakiego powodu. Z powodu dnia zadusznego. Tutaj też oczywiście nawiązujemy w tym numerze do tego tematu, ale nieco w sposób inny, nieoczywisty. Może bardziej taki, jakiego może tyle jeszcze nie było, co na pewno jest to numer inny niż przed rokiem. Ale wpierw jeszcze jedna przypominajka, gdzie nas szukać oprócz tych punktów sprzedaży prasy. To są jeszcze w marketach takie stoiska, takie półeczki z prasą. Tam też warto szukać.
One są w różnych marketach i w tym na L, i w tym na B, i w tym na A takim niemieckim. Generalnie wszędzie. Można też czasami natknąć się na gazety w Orlenie i tak dalej. Także tam nas szukajcie. I pamiętajcie o tym wydaniu elektronicznym, także o zamówieniu prenumeraty. Szczególnie, że się zbliża nowy rok. Wspierając „Nieznany Świat" wspieracie nie tylko nas, ale i polskie czytelnictwo. Warto, bo trochę już te gazety się robią jak mamuty, że jest ich coraz mniej, coraz mniej, a w końcu przyjdzie taki czas, że nie będzie ich w ogóle. Ale może warto, w przeciwieństwie do mamutów, do tego nie dopuścić.
[14:41] - No to kartkujemy, kartkujemy numer listopadowy i natrafiamy na artykuł doktora Roberta Kościelnego. Artykuł zatytułowany: „Mentalność kreatorów nowego porządku świata". To jest tytuł, który po pierwsze sprawia, że pojawiają się ciarki, a poza tym gdzieś tam w tle pobrzękuje teoria spiskowa. Ponieważ teorie spiskowe coś nam mówią, może niekoniecznie o rzeczywistości, ale w ogóle o pewnym odbieraniu, odbiorze świata. No to Piotrze, o czym jest ten artykuł?
[15:26] - Samo hasło NWO u niektórych już wywołuje ciarki. Często słyszymy, że nam się kreuje nowy porządek tak zakulisowo, bo zazwyczaj to ci, którzy ten nowy porządek świata nam chcą zgotować, to nie są osoby z pierwszych stron gazet. Te osoby z pierwszych stron gazet to są raczej, powiedzmy, marionetki tych prawdziwych decydentów. Jakie to są zasady, które mają być nam wprowadzone? Jaka jest ta mentalność? Co ona obejmuje? Na pewno dyktaturę równości, na pewno też dyktaturę poprawności. Na pewno też pogoń za pieniądzem, konsumpcjonizm, medialne pranie mózgu również oraz straszenie. Straszenie ludzi w internecie stało się nowym sportem dla niektórych. I muszę powiedzieć, że media stały się już taką pralką stuprocentową dla mózgów.
Tyle że są to teraz media elektroniczne, w przeciwieństwie do telewizji, która też już obumiera, ale dawniej to ona odgrywała tą rolę. Natomiast media elektroniczne, ponieważ są wszędzie i są w kieszeni, są dostępne cały czas to przejęły tą rolę, być może głównego dyktatora, jeżeli chodzi o pewne zakusy, pewne projekty wprowadzane przez to NWO. No ale kto to robi? No cóż, cóż, no nie wiem, bo można by zostać od razu posądzone o jakąś szurię i tak dalej. Pytanie raczej, czy świat zmierza w dobrą stronę albo czy my sobie w ogóle zdajemy, gdzie ten świat zmierza, bo sztuczna inteligencja pokazuje, że my nie wiemy, jak będzie wyglądał rok 2040. No i pojawia się od razu pytanie w kontekście tego NWO, czy aby te zmiany nie są jakoś odgórnie planowane? Wiecie, wielkie kryzysy, wielkie zmiany społeczne, wielkie migracje. To wszystko jest nowy porządek.
[17:20] - Tak, Piotrze. Kiedy czytałem tekst doktora Roberta Kościelnego, to ja może mniej bałem się wspominanych przez niego wizji tego, co się nam szykuje. Mnie bardziej zainteresowało coś innego, a mianowicie autor wspomina tam o tym, jakim trzeba być człowiekiem, żeby innym ludziom gotować ten los. Nie najlepszy, a wręcz chwilami, jeśli posłuchać tych wszystkich, którzy mówią o nowym porządku świata, to los momentami tragiczny. Więc tam pojawiają się takie pytania dotyczące tego, jaką moralność, jaki stan ducha, jaki stan umysłu trzeba mieć Żeby coś takiego szykować? Odpowiedzi oczywiście nie ma, ale to nie o odpowiedź chodzi, tylko o to, żeby się zastanowić, co nadciąga. Kartkujemy „Nieznany Świat" dalej i natrafiam na artykuł Marcina Stacheckiego o ezoterycznych zjawach Oliviera Lodge'a.
[18:37] - I to jest jeden z tych artykułów, które nawiązują do tematyki numeru, do ducha numeru. Nomen omen, bo brytyjski fizyk, wynalazca, pisarz, jeden z pionierów radia, autor wielu patentów, czyli Oliver Lodge, jak wielu współczesnych naukowców jemu interesował się zaświatami, duchami, eterem, tak zwanym życiem po życiu. Był zwolennikiem hipotezy o nielokalnej świadomości, chociaż tego tak chyba nie nazywał, ale chodziło po prostu o to, że jego zdaniem dusza, świadomość musiała istnieć poza mózgiem. I tak samo jak wielu kolegów po fachu, od kolegów z Towarzystwa do spraw Badań Parapsychicznych przez Juliana Ochorowicza, on się interesował tymi, którym do duchów było najbliżej, czyli mediami spirytystycznymi, takimi jak chociażby kontrowersyjna Eusapia Palladino. Lodge szukał też eteru, tej zasady wszechrzeczy, która miała napędzać kosmos. Interesowała go też telepatia i zdolność do przesyłania myśli na odległość. Szczególnie w dobie, kiedy radio i telegraf były nowościami. Interesowała go szczególnie, bo miał pomysły, jak te różne fluidy i zdolności mierzyć. Był autorem bardzo kontrowersyjnych maszyn. A Marcin Stachewski, który specjalizuje się w tematach spirytystyczno-medialnych, nam to wszystko bardzo elegancko, jak zwykle zresztą, opisuje.
[20:18] - To kartkujemy dalej i natrafiamy na artykuł. Zanim o tytule tego artykułu, to zróbmy sobie mały kącik poetycki. „I oto idą zapięci szczelnie, patrzą na prawo, patrzą na lewo, a patrząc widzą wszystko oddzielnie, że dom, że Stasiek, że koń, że drzewo”. To był, proszę państwa, fragment jednego z moich ulubionych wierszy Juliana Tuwima. Fragment wiersza „Mieszkańcy”. Dlaczego go zacytowałem? Dlatego, że kolejny artykuł nosi tytuł „Diabeł, szczury i mistyka słowa”. To jest artykuł o specyficznych bardzo zainteresowaniach Juliana Tuwima. Autorką tego artykułu jest doktor Joanna Bochaczyk-Tromska.
[21:13] - Tuwim nam się dzisiaj kojarzy w większości z tekstami piosenek, z kilkoma takimi sztandarowymi wierszami na poważnie, jak jeden z tych, które zacytowałeś. I oczywiście z twórczością dla dzieci. Mało się pamięta o tym, że on w swoich czasach, kiedy żył, szczególnie w dwudziestoleciu międzywojennym, miał status gwiazdy i to prawdziwej gwiazdy. Był mistrzem słowa, był prawdziwym celebrytą, bywaczem salonów, ale też człowiekiem, który bardzo mocno się interesował naszą tematyką, chociaż rzadziej chyba stricte paranormaliami, raczej ciekawostkami i okultyzmem oraz wszelkimi dziwactwami. O szczurach na przykład poszukiwał informacji, ciekawostek. Bardzo się tymi zwierzętami interesował, ale też czymś się interesował, co nam się kojarzy bardzo z folklorem, nawet tym tak zwanym żywym folklorem, czyli diabłami, diabłem, czartami, biesami i tak dalej. Stąd „Czary i czarty polskie”. Oczywiście nie tylko. Na rynku ukazują się ciągle takie zbiorcze pozycje z tymi mniej znanymi utworami Tuwima, który też był postacią trochę wewnętrznie rozdartą. Pamiętamy.
Jeżeli ktoś się interesuje, to pewnie wie o jego problemach z matką, jego problemach z wizerunkiem osobistym nawet, którego się wstydził, bo nosił znamię na twarzy, ale też tym, że bezsprzecznie jest jednym z największych polskich poetów i człowiekiem o bardzo ciekawym życiorysie. I ten wątek, może nie paranormalny, ale taki lekko okultystyczny, warto wspomnieć. Na koniec Marku tekst nawiązujący tytułem do duchów, ale dotykający zupełnie innej kwestii. Dość kontrowersyjny tekst popełniony przez ciebie, czyli „Nauka, duchy i pycha pewności”. Co się kryje za tym skomplikowanym, lekko zwodniczym tytułem?
[23:20] - To jest tekst, który porusza problem odróżniania wiedzy od własnych przekonań. Ja troszeczkę gdzieś tam hasając po YouTubie i w różnych innych ciekawych miejscach internetu, zauważam, że nasze czasy są pod tym względem dosyć dziwne. Ludzie naprawdę przestali rozróżniać to, co wiedzą od tego, do czego są głęboko przywiązani mentalnie, w co tak naprawdę bardziej wierzą niż wiedzą. To pielęgnowanie własnych przekonań na przykład w dyskusjach o zjawiskach paranormalnych, o UFO, życiu po śmierci, to jest rzecz charakterystyczna. Myślę, że dla naszych czasów, chociaż pewno nie tylko. W tym artykule staram się podkreślić, że nauka opiera się na badaniach, na obserwacjach, na eksperymentach i że ma pewną siłę. Jeśli jest uprawiana w sposób rzetelny, to jej siłą jest możliwość korygowania błędów, chociażby własnych błędów. Staram się też w tym tekście zwrócić uwagę, że brak dowodów na istnienie danego zjawiska wcale automatycznie nie oznacza, że takie zjawisko nie istnieje. Dlatego powiedziałeś, że jest kontrowersyjny. Bo ja w jakimś stopniu, ale chyba delikatnym, krytykuję osoby, które bez wystarczających dowodów uznają, że jakieś niezwykłe doświadczenia są potwierdzeniem zjawisk paranormalnych.
To jest chyba tekst, który ma charakter filozoficzno-argumentacyjny, może popularnonaukowy. Jego celem jest tak naprawdę zachęcenie czytelników, ludzi, którzy interesują się zjawiskami chociażby paranormalnymi, do krytycznego myślenia i do otwartości na różne możliwości. Bo nie wystarczy zadeklarować, że jest się otwartym. Trzeba to realizować w praktyce, a otwartość oznacza bardzo często również przyjmowanie poglądów, które nam się po prostu nie podobają i nie zaczną nam się nagle podobać. Ale czasami warto również tymi poglądami, tymi stwierdzeniami się zainteresować. To jest coś takiego, co nazywamy intelektualną pokorą oraz gotowością do prostego przyznania się. Po prostu jeszcze tego nie wiemy. Ja mam może taką swoją małą obsesję, ale jestem przekonany, że to czasami jest ważniejsze niż bezkrytyczna wiara albo stanowcze zaprzeczanie: „Nie, nie, to na pewno jest niemożliwe”. Dlatego powstał ten artykuł.
[26:34] - A w tym numerze, 11. numerze znacznie więcej treści oczywiście. Witold Vargas i jego podróż do Ameryki Południowej. Oczywiście taka folklorystyczna. Mamy felietony Witkowskiego, Jackowskiego, Byka, mamy cykl Piotra Witolda Lecha o Anthonym de Mello. Tym razem to będzie dwuczęściowy artykuł w całym cyklu pod tytułem „Nauczyciele duchowi”. Jest też bardzo ciekawy tekst doktora Piotrowskiego o tematyce matematyki choroby. O co chodzi, przekonać się możecie sami. Pamiętajcie, gdzie szukać „Nieznanego świata”. Pamiętajcie o e-wydaniu i piszcie, jeżeli macie jakieś sprawy na adres redakcji.
Chętnie poznamy wasze opinie na temat tego numeru. Trzymajcie się!
[27:24] - Skoro były polecanki nieznanoświatowe, to czas na polecanki książkowe. Tradycyjnie trzy tytuły. Dzisiaj tytuły, które wyjdą 28 października. Zatem niedługo, ale tak jak powiedziałem, wszystkie trzy książki ukażą się 28 października. Pierwsza z tych książek nosi tytuł „Gąszcz”. Jej autorem jest Robert Małecki, wydawcą Wydawnictwo Literackie. A data premiery? Już ją państwo znacie. W gąszczu cudzych kłamstw najłatwiej zagubić siebie. Robert Małecki doskonale wie, że najtrudniejsze śledztwa nie kończą się wraz z odnalezieniem nowego tropu.
Czasem po latach wracają sprawy, które miały już na zawsze pozostać nierozwiązane, a wraz z nimi powracają pytania, od których bohaterowie najchętniej by uciekli. W powieści „Gąszcz”, czwartym tomie cyklu z policjantami bydgoskiego Archiwum X, wszystko zaczyna się od tajemniczego zniknięcia ciała. Mężczyzna, który w deszczu kopie grób w nadwiślańskim rezerwacie, odkrywa, że zwłoki ukryte wcześniej pod gałęziami przepadły. Wkrótce znika również miejscowy biznesmen, David Wróblewski. Przez 17 lat sprawa pozostaje nierozwiązana, aż jeden nieoczekiwany trop prowadzi Marię Herman i Olgierda Borewicza do Chełmna. Tyle że śledczy już na początku popełniają błąd. Błąd, który może kosztować ich znacznie więcej, niż przypuszczają. Małecki buduje kryminał, w którym przeszłość nie jest zamkniętym rozdziałem, lecz raczej pułapką zastawioną na tych, którzy próbują ją rozwikłać. Dochodzenie coraz mocniej splata się z prywatnymi problemami bohaterów. Maria Herman zbliża się do granicy, której obiecała sobie nie przekraczać, a Olgierd Borewicz zaczyna działać coraz bardziej bezkompromisowo.
Dobre intencje nie gwarantują dobrych decyzji, a pragnienie odkrycia prawdy potrafi popchnąć człowieka w stronę, z której trudno wrócić. „Gąszcz” to opowieść o tajemnicach, które zapuszczają korzenie głęboko pod powierzchnią pozornie zwyczajnego życia, o ludziach uwikłanych w cudze kłamstwa, ale też w te, które sami sobie powtarzają. Bo w tej historii stawką nie jest wyłącznie rozwiązanie zagadki sprzed lat. Jest nią również to, czy Maria i Olgierd zdołają ocalić samych siebie, zanim śledztwo pochłonie ich bez reszty. A im bliżej prawdy, tym trudniej odróżnić właściwy trop od kolejnego błędu. Przypomnę tytuł: "Gąszcz", autor Robert Małecki, wydawca Wydawnictwo Literackie. A data premiery? Powtórzę: 28 października. Tego samego dnia pojawi się na rynku książka Izabeli Janiszewskiej "Stracone w ogniu". Tym razem wydawnictwo Czwarta Strona.
Są sekrety, które nie znikają. Można je zamknąć w pamięci, przykryć warstwą kłamstw, próbować o nich zapomnieć. Ale wystarczy jedna iskra, by wszystko stanęło w płomieniach. Właśnie w taką mroczną przestrzeń wprowadza czytelnika Izabela Janiszewska. Wprowadza w powieści "Stracone w ogniu" – kryminale, w którym poszukiwanie prawdy oznacza konfrontację z tym, co najbardziej przerażające. Policjantka Anita Bauer trafia na wyjątkowo makabryczne miejsce zbrodni. Młoda kobieta ginie we własnym mieszkaniu, a okoliczności jej śmierci stają się początkiem śledztwa, w którym każdy kolejny trop zdaje się prowadzić w coraz większą ciemność. Równolegle Maciej Wajda, psycholog od lat próbujący rozwikłać zagadkę własnej amnezji, odzyskuje wspomnienie. Wspomnienie, które burzy jego uporządkowany świat. Przeszłość przestaje być dla niego zamkniętym rozdziałem.
Staje się zagrożeniem, z którym musi zmierzyć się twarzą w twarz. Janiszewska splata kryminalną zagadkę z psychologicznym niepokojem, pokazując, jak cienka potrafi być granica między tym, kim jesteśmy, a tym, kim boimy się okazać. W tej historii pamięć nie daje ukojenia, a odkrywanie prawdy nie musi prowadzić do wyzwolenia. Czasem odsłania jedynie kolejne warstwy zła i zmusza do zadania sobie pytania, czy naprawdę chcemy wiedzieć wszystko o sobie i ludziach, którym ufamy. "Stracone w ogniu" to opowieść o nienawiści, wypieranych wspomnieniach i sekretach, które potrafią spalić życie do fundamentów. Bo ogień może zatrzeć ślady, ale nie zawsze niszczy to, co najgroźniejsze. Niekiedy pozostawia po sobie popiół, pod którym wciąż tli się prawda. A kiedy wreszcie wybucha płomień, nie wiadomo już, kto jest ofiarą, kto sprawcą i kto tak naprawdę pociąga za sznurki. Przypomnę Państwu tytuł: "Stracone w ogniu". Autorka Izabela Janiszewska, wydawnictwo Czwarta Strona.
Data premiery oczywiście 28 października. I trzecia książka na dziś. Książka, która nosi tytuł "Ogród kości". Autor Simon Beckett, wydawnictwo Czarna Owca. Datę premiery już Państwo znacie. Są miejsca, które najlepiej omijać po zmroku. I są tajemnice, których lepiej nie odkrywać, nawet jeśli całe zawodowe życie poświęciło się ich wyjaśnianiu. Simon Beckett w powieści "Ogród kości" ponownie wysyła antropologa sądowego Davida Huntera w sam środek mrocznej zagadki, w której ślady przeszłości prowadzą do prawdy znacznie bardziej niebezpiecznej, niż można się spodziewać. Gwałtowna zimowa burza zmusza Huntera do zatrzymania się w odizolowanej wiosce pośród wzgórz. To, co miało być jedynie przymusowym postojem, szybko zmienia się w koszmar.
W pobliskim lesie dochodzi do makabrycznego odkrycia, a żywioł odcina mieszkańców od świata. Zniszczona droga i zerwana łączność sprawiają, że pomoc nie nadejdzie szybko. Hunter zostaje uwięziony w miejscu, gdzie każdy może coś ukrywać, a dawne sekrety wciąż mają moc niszczenia ludzkiego życia. Beckett umiejętnie buduje atmosferę osaczenia. Niepokój rodzi się tu zarówno z surowego krajobrazu, jak i z nieufności wobec ludzi, którzy zbyt długo żyli w cieniu niewygodnych wydarzeń. Hunter, przyzwyczajony do odczytywania śladów pozostawionych przez zmarłych, tym razem musi zmierzyć się również z żywymi i zdecydować, komu może wierzyć. Bo nawet najbardziej precyzyjna analiza nie uchroni go przed kłamstwem, jeśli nie będzie wiedział, gdzie szukać jego źródła. "Ogród kości" to thriller, w którym las staje się czymś więcej niż scenerią zbrodni, a odizolowana społeczność pułapką bez łatwego wyjścia. To opowieść o przeszłości, która nie chce zostać pogrzebana i prawdzie, której ujawnienie może okazać się równie groźne jak samo przestępstwo. W końcu kości potrafią przetrwać całe lata, ale kiedy ktoś zaczyna je odkopywać, nie zawsze wiadomo, co jeszcze wydostanie się na powierzchnię.
Tytuł: "Ogród kości". Autor Simon Beckett, wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery na rynku książkowym: 28 października. Proszę państwa, jakby tego nie rozpatrywać, czas na korepetycje filozoficzne. Piotr Damiani żył w latach 1007-1072 i był włoskim mnichem, teologiem, kardynałem i reformatorem Kościoła. Nie był filozofem w dzisiejszym akademickim znaczeniu tego słowa. Mimo to pozostawił po sobie jeden z ciekawszych problemów filozoficznych średniowiecza: pytanie o wszechmoc Boga i granice ludzkiego rozumowania. Jego myśl można sprowadzić do zasadniczego pytania: czy rozum człowieka może wyznaczać granice temu, co może uczynić Bóg? Damian żył w epoce, w której odradzało się zainteresowanie logiką i dialektyką. Uczeni coraz sprawniej posługiwali się argumentami, rozbierając twierdzenia na przesłanki z precyzją godną zegarmistrza.
Damiani nie był jednak przekonany, że sama sprawność rozumowania wystarczy do poznania wszystkich tajemnic rzeczywistości. Uważał, że filozofia i sztuki wyzwolone powinny służyć teologii, a nie stawiać się ponad nią. Nie oznaczało to całkowitego odrzucenia rozumu. Paradoksalnie, aby pokonać jego ograniczenia, Damiani sam musiał argumentować. Rozum jest znakomitym narzędziem, ale czy narzędzie może samo zdecydować, do czego wolno go używać? To pytanie pozostaje aktualne także i dzisiaj. Ekspert może doskonale znać metody swojej dziedziny, a mimo to nie musi dysponować odpowiedzią na każde pytanie dotyczące ludzkiego życia. Najsłynniejszy traktat Damianiego o wszechmocy Bożej podejmuje problem, który brzmi jak zagadka wymyślona podczas wyjątkowo ambitnej kolacji. Czy Bóg może sprawić, żeby coś, co już się wydarzyło, nigdy się nie wydarzyło? Jeżeli jest wszechmocny, czy może cofnąć przeszłość?
Czy może sprawić, że Rzym nigdy nie powstał albo że wczorajszy obiad pozostanie niezjedzony, mimo że właśnie go zjedliśmy? Problem wydaje się błahy, ale błahy nie jest. Jeśli Bóg czegoś nie może, czy oznacza to ograniczenie jego mocy? Damiani argumentował, że niemożność zmiany przeszłości nie musi oznaczać bezsilności Boga. To, co się wydarzyło, nie może zarazem wydarzyć się i nie wydarzyć. Sprzeczność nie jest kolejnym zadaniem czekającym na wykonanie, lecz czymś, czego nie da się spójnie pomyśleć jako rzeczywistego stanu rzeczy. Wszechmoc nie musi oznaczać zdolności do urzeczywistnienia nonsensu. Nie należy więc sprowadzać stanowiska Damianiego do twierdzenia, że Bóg dowolnie zmienia historię. Jego rozważania są bardziej złożone. Dotyczą relacji między wiecznością, czasem, logiką i boską wolnością.
W tym sporze kryje się głębsze pytanie: czy prawa logiki są niezależnymi regułami, którym nawet Bóg musi się podporządkować, czy też ich obowiązywanie wiąże się z naturą stworzonej rzeczywistości? Damiani nie chciał przedstawiać Boga jako istoty uwięzionej w ludzkich definicjach. Jednocześnie jego rozważania pokazują, że nie każda pozorna sprzeczność jest rzeczywistym problemem. Można zapytać, czy wszechmocny Bóg może stworzyć kwadratowe koło, ale być może trudność tkwi nie w braku mocy, lecz w tym, że połączyliśmy pojęcia, które wzajemnie się wykluczają. Innymi słowy, nie każda rzecz, której nie potrafimy sobie wyobrazić, jest możliwa, a nie każda niemożliwość świadczy o czyjejś słabości. Dla Damianiego filozofia miała również wymiar duchowy. Niepokoiła go sytuacja, w której intelektualna biegłość prowadzi człowieka do przekonania, że potrafi osiągnąć wszystko. Wiedza może pomagać w poszukiwaniu prawdy, ale może też karmić pychę. Człowiek zaczyna wówczas mylić umiejętność argumentowania z posiadaniem ostatecznej odpowiedzi. Damiani przypomina, że istnieje różnica między pytaniem, które warto postawić, a twierdzeniem, które rzeczywiście potrafimy uzasadnić.
Oczywiście można się z nim spierać, głównie o to, jak daleko powinny sięgać granice rozumu. I właśnie dlatego jego filozofia jest interesująca. Nie pozwala łatwo oddzielić problemu poznania od pytania o nasze przekonania i ambicje. Piotr Damiani nie stworzył systemu filozoficznego na miarę Arystotelesa. Pozostawił jednak problem, który powracał później w filozofii średniowiecznej. Jak rozumieć wszechmoc, możliwość, konieczność i granice ludzkiego myślenia? Jego przykład pokazuje, że filozofia nie zawsze polega na budowaniu wielkich systemów. Czasami zaczyna się od jednego, w sumie prostego pytania, które nie chce dać nam jednak spokoju. Czy to, czego nie potrafimy pomyśleć, jest naprawdę niemożliwe, czy tylko przekracza granice naszego rozumienia? Damiani skłania nas do intelektualnej pokory.
Nie musimy przyjmować wszystkich jego teologicznych założeń, aby dostrzec wartość tej przestrogi. Rozum jest niezbędny, ale świadomość jego możliwości powinna iść w parze ze świadomością jego ograniczeń. Bo czasami największym błędem myślenia nie jest brak odpowiedzi. Czasami jest nim przekonanie, że skoro potrafimy zadać pytanie, to musimy już znać wszystkie zasady, według których można na nie odpowiedzieć. A to nie jest prawda. Proszę państwa, tyle korepetycji filozoficznych na dzisiaj. A teraz jest czas na „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj rozmawiamy o filmie „Koniec ulicy Dębowej”. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejna część „Filmotekarium” wjeżdża na antenę.
Dzisiaj porozmawiamy o filmie. Coś powinienem powiedzieć mądrego, tylko nic mądrego mi nie przychodzi do głowy. To nie oznacza, że film jest nie do oglądania, ale oznacza, że ja mam z tym filmem kłopoty. Ale zanim do tego, to tradycyjnie: dzień dobry, wieczór, Piotrze.
[44:54] - Dzień dobry wieczór. Ja też mam z tym filmem kłopot. Dlaczego? Dlatego, że to jest trochę „Jumanji”, trochę „Jurassic Park” i trochę film familijny z gatunku filmy familijne lekko straszne. A dzisiaj opowiadamy o „Końcu ulicy Dębowej”. W ogóle Marku, ja nie wiem czemu miałem takie głębokie przekonanie, że ten film jest oparty o jakiś komiks albo książkę. Nie wiem, z czego to wynikało. Gdzieś może coś zasłyszałem, może coś przekręciłem. Nie jest. To jest scenariusz oryginalny Davida Mitchella, który też jest reżyserem.
O czym jest ta historia? Ona jest bardzo prosta. Polega to na tym, że jest sobie rodzina, której się wiedzie średnio, ale mają potencjał i się kochają. I nagle ich okolica, sąsiedztwo zostaje przeniesione dziesiątki milionów lat wstecz do czasów dinozaurów. W ogóle ciekawe jest to w tym filmie, Marku, że dinozaury, jeżeli chodzi o „Koniec ulicy Dębowej”, to w tym filmie mają pióra i włosy. I to jest interesujące. W przeciwieństwie do chociażby „Jurassic Park”, bo nie pamiętam wszystkich parków jurajskich, bo one czasami były głupie, ale tam dinozaury chyba były łyse, a tutaj mają włosy, mają pióra. I to jest takie novum naukowe, bo teraz jest taki konsens naukowy, że oni, czyli dinozaury, miały włosy i miały pióra, czyli wyglądały zupełnie inaczej, niż nam się wydaje. Nie był to taki gołodupiec jak żółw na przykład. Tylko wyobraźmy sobie połączenie żółwia z kotem puchatym albo z kurą na przykład jakąś, kogutem.
I wychodzi coś w tym stylu. W tym filmie tak jest. Te dinozaury. Ja powiem ci, że doszedłem do wniosku, że one, jak tam tyle ton mięcha się przetaczało, one musiały śmierdzieć w tych piórach. Sama kura czasami jak śmierdzi, albo jakiś ptak. Każdy, kto hodował, to wie, że to pachnie w określony sposób. Pomyślmy, że taki brontozaurus, teraz tam tych piór, tego puchu tyle i musiało tam vaniać. No dobrze, co tam się dzieje? W sumie to, co się dzieje w każdym filmie o dinozaurach. Ganiają, zjadają, polują, ale w końcu bohaterowie odnajdują tunel czasoprzestrzenny, który ich znowu wypluwa do ich czasów.
I koniec. Taki happy end niby. Cóż, taki to filmik. W sumie go opowiedziałem. Ani to specjalnie sci-fi, ani to stuprocentowo film przygodowy. Taki właśnie à la „Jumanji”. Plusem jest to, że mamy wrażenie, że to się bardzo szybko toczy i w ogóle byłem zaskoczony tym, że ten film się tak szybko skończył. Muszę ci powiedzieć, ja byłem przygotowany, że on mnie znudzi, że on mnie wymęczy, przeżuje. A on się skończył i bardzo dobrze. Ja nie mówię, że on mnie nie wymęczył, ale szybko się skończył i to jest jeden z jego nielicznych plusów.
[47:59] - Powiem ci, Piotrze, że kiedy cię słucham, to dochodzę do wniosku, że w jakiejś części Einstein musiał mieć rację i że to nie jest tak, że rzeczywistość jest postrzegana, czy może być postrzegana w jeden i ten sam sposób zawsze i przez wszystkich. Wyraźnie widać, że mieliśmy różne odczucia na tym filmie, bo mnie ten film się niestety dłużył. Bo on zawiera podstawową akcję. Tak jak powiedziałeś, oni się tam gdzieś ganiają, zjadają to może za duże słowo, to głównie dinozaury wpylają sąsiadów tejże rodzinki, która jest zbiorowym bohaterem. Nie powiedziałeś jeszcze, bo u Amerykanów musi być tak, że ta rodzinka może się i kocha, ale ma przejściowe problemy. Rodzice mają przejściowe problemy, takie emocjonalno-uczuciowe. Nie, chyba uczuciowe nie, bardziej emocjonalne. To znaczy jedno z małżonków wkurza drugiego i wzajemnie, ale to się oczywiście gdzieś tam w końcu rozwiązuje i to przeniesienie się w czasie bardzo temu sprzyja. Co jeszcze państwu powiem, to ja myślałem na początku, że Piotr mi zaserwował coś na kształt „Koszmaru z ulicy Wiązów”, tylko z lepszym tytułem. Wiecie państwo, jak człowiek myśli podstawowymi kategoriami, że jak jest film o ulicy, sami państwo wiecie.
Nie, nie, to nie jest „Koszmar z ulicy Wiązów”, obojętnie która część. Ja odnosiłem w ogóle wrażenie, że to jest film telewizyjny. On jest troszeczkę tak skonstruowany jak film telewizyjny. Produkcje telewizyjne troszeczkę różnią się od produkcji kinowych i tu miałem takie nieodparte wrażenie, że to jest telewizja. Ja wiem, dzisiaj jeszcze wszedł streaming i to takie proste nie jest, ale zostańmy przy tym prostym rozróżnieniu, żeby mnie było prościej. Wracając jeszcze do fabuły, mnie się ten film dłużył, ponieważ to, co się dzieje po przeniesieniu się w czasie do epoki dinozaurów, to jest głównie bieganie, uciekanie i kombinowanie, jak się nie dać zeżreć. Jak na cały film w takim minutażu kinowym to trochę mało i to widać. W pewnym momencie ja miałem wrażenie: niech się coś już ruszy, bo wiadomo, że ruszyć się musi. To trochę trwało, zanim się spełniło moje życzenie. Ale żeby nie być już takim kompletnym krytykantem, to muszę powiedzieć, że końcówka jest logiczna.
Ona jest oczywiście happy endowa, ale powiem tak: do tego happy endu wykorzystuje pewne paradoksy związane z czasem, które przydają się. I powiem tak: to jest akurat wykorzystane inteligentnie. Oczywiście jeśli ktoś siedzi w tematyce podróży w czasie, w ogóle interesuje się tym zakątkiem literatury i filmu sci-fi, to nie będzie zaskoczony, że różne takie wygibasy z czasem można robić. Ale tu to jest zrobione w ten sposób, że film dzięki temu zyskuje całkowite rozwiązanie narracji. I to jest w sumie chyba najbardziej pozytywne w tym filmie, bo nie ukrywam, nawet jeśli będę się tutaj nadymał i udawał takiego bardzo groźnego oceniacza filmów, to umówmy się, każdy z nas, prawie każdy z nas lubi happy endy. A tutaj mamy zaserwowany mega happy end na wszystkich obszarach, od rodziny po sąsiadów. Nawet mamy wstawki, jak sobie dzielny rząd amerykański i jego służby poradziły z tym. Bo nie powiedzieliśmy tego, że rzecz działa mniej więcej w ten sposób, że część miasteczka przenosi się w przeszłość do dinozaurów, a niewielki fragment planety dinozaurów przenosi się do naszych czasów. I to już jest problem dla służb rządowych, o czym też zostajemy poinformowani bardzo szczegółowo pod koniec filmu. Tak, to jest film, który dba o szczegóły, w sensie o rozwiązanie akcji, o jej zawiązanie, później ciągnięcie i rozwiązanie.
Więc on jest absolutnie poprawny. Natomiast jeśli państwa nie chwyci, nie poderwie, nie pociągnie za sobą, to się państwo nie dziwcie. Obserwujcie, jak się ganiają, jak uciekają przed dinozaurami, jak kombinują. Trochę jak koń pod górkę, mówiąc szczerze, ale kombinują. I jak to wszystko wreszcie się świetnie kończy, to też jest rodzaj pewnej filmowej zabawy. I tyle.
[53:44] - Tak, filmowej zabawy. Ja często to podkreślam, że amerykańskie filmy się często posługują takimi wyświechtanymi straszakami. A to rekinem, a to zombie, a to dinozaurem. Ja nie wiem, czy można się jeszcze bać rekinów. Czy jakby ktoś nakręcił drugi raz „Szczęki”, to ja bym się przeraził? Chyba nie. Filmy z dinozaurami są generalnie przewidywalne, czyli one się gonią, łapią, zjadają i tak w koło. Co one miały do roboty? Na mnie to robi wrażenie średnie. Nie wiem, czy w ogóle na współczesnym widzu to robi wrażenie.
Ten film miał też jeszcze pewnego rodzaju wprowadzenie. Otóż oni nie od początku wpadli do tego świata zaurpodów. Tam były takie drobne znaki na początku, że coś się przedostaje innego. A to kwiatek, a to łajno, za przeproszeniem, bo ktoś sąsiadowi narobił na trawnik taką wielką kupę.
[54:38] - No tak. Przerwę ci Piotrze, a przecież dla Amerykanów trawnik przed domem to fetysz.
[54:45] - Tak. I nawet ten aktor, co grał w tym filmie, ja ciągle zapominam, jak on się nazywa. W ogóle aktorzy w tym filmie są dobrani bardzo klasowo. To nie jest produkcja niższych lotów. Natomiast on mówi do swojego sąsiada: "Ja ci pomogę to posprzątać". Panie, to się nie sprząta, to się rozgrabi, to będzie nawóz. A tam oni tak myślą: jak uprzątnąć, Marku, 50 kilo łajna albo więcej? I w ogóle się nie zastanawiają, kto to zrobił. Na dzieci poszło, że to dzieci zrobiły. Aha, już to widzę.
No i oczywiście jest wątek pisarski, jak to w amerykańskich niektórych filmach bywa. Bardzo często się zresztą ten wątek pojawia pisarski, że główna bohaterka jest aspirującą pisarką, a pod koniec filmu jest już pisarką spełnioną i odnoszącą sukcesy. Film jest pudrowy, film jest różowy, film jest cukierkowy, dydaktyczny, sztampowy i niektórzy powiedzą, że typowo rodzinny. Nie wiem, czy to jest film dla dorosłych. Według mnie nie. Ja żałuję, że to obejrzałem. Oczywiście nie wszystko jest tak okej, różowo i cukierkowo, bo ojciec zostaje zeżarty w pewnym momencie przez tyranozaura. Ale kiedy oni wracają tym tunelem, jak Marek mówi, to trafiają na niego drugi raz i osoby, które to oglądały nieuważnie, mogą się zastanawiać, jak to było. Jak to się stało, że oni trafili do tej rzeczywistości, gdzie on jeszcze jest, prawda? Czy oni trafili w ogóle do swojej rzeczywistości?
Ale Marek to wszystko zgrabnie przed chwilą wytłumaczył.
[56:27] - No tak. I proszę państwa, paradoksy czasowe. Tyle mógłbym powiedzieć zupełnie na koniec. Ale nie. Właśnie nie. One się pojawiają w tym filmie, owe paradoksy, ale tak naprawdę Piotr chyba najlepiej to podsumował. Tak, to jest film, który nie porwie państwa. Mnie nie porwał, więc przypuszczam, że i państwo będą mieli problemy, żeby się dać porwać. Chociaż powtarzam, to jest taki paradoks. Ten film jest wykonany poprawnie, ale ta poprawność nie w sensie obyczajowym, tylko w sensie realizacyjnym.
Ta poprawność ten film chyba gubi, bo tam jest wszystko takie, bardzo dobre określenie, różowe, cukierkowe, pudrowe, że nic dodać, nic ująć. A to film, w którym giną ludzie. Ale tak jak Piotr powiedział, oni giną, powiedzmy, czasowo. Czyli idealny film do tego, żeby pójść z rodziną i ubawić się, proszę państwa, po pachy. Chyba nie w Polsce. Być może widz amerykański trawi to lepiej, ale my, przyzwyczajeni do filmów, w których to filmach o coś chodzi, to my chyba jednak chcielibyśmy więcej. Być może państwo macie inne zdanie. Jeśli macie, to piszcie to pod audycją. Być może dam się przekonać. Być może Piotr się da przekonać.
Być może inaczej spojrzymy na ten film. I to na razie tyle w Filmotekarium. To był film "Koniec ulicy Dębowej". A teraz chciałem państwu opowiedzieć o kolejnej książce, bo w poprzedniej odsłonie opowieści o książkach w ramach Akademii Wszelkiej Fikcji przyglądaliśmy się wizji George'a Orwella i jego rokowi 1984, czyli wizji świata, w którym to władza chce kontrolować nie tylko ludzkie zachowanie, lecz także myśli, pamięć i samo rozumienie prawdy. Orwell ostrzegał przed rzeczywistością, w której człowieka łamie się strachem, inwigilacją i przemocą. Ale czy istnieje sposób sprawowania kontroli znacznie subtelniejszy, a przez to być może jeszcze trudniejszy do rozpoznania? A co, jeśli do odebrania nam wolności nie trzeba wcale więzienia, zakazów ani wszechobecnej policji? A co, jeśli wystarczy sprawić, byśmy sami nie chcieli być wolni? Takie pytania prowadzą nas do "Nowego wspaniałego świata" Aldousa Huxley. Powieści, która choć powstała kilkanaście lat przed książką Orwella, kreśli równie niepokojącą wizję przyszłości.
Huxley przedstawia społeczeństwo, które osiągnęło pozornie wymarzony stan. Nie ma tam wojen, powszechnej biedy ani gwałtownych konfliktów. Ludzie są przypisani do określonych kast jeszcze przed narodzinami, odpowiednio następnie warunkowani i jeszcze przygotowywani bardzo starannie do pełnienia wyznaczonych im ról. Oni nie muszą zastanawiać się nad swoim miejscem w świecie, bo od początku uczono ich, że właśnie tam powinni być, gdzie są. Nie muszą też buntować się przeciwko systemowi, ponieważ system zadbał o to, by nie odczuwali takiej potrzeby. Na pierwszy rzut oka to rzeczywistość znacznie przyjemniejsza niż ponura Oceania George'a Orwella. Nie ma tu Wielkiego Brata, którego spojrzenie towarzyszy obywatelom na każdym kroku. Nie trzeba bezustannie demonstrować lojalności wobec władzy i to pod groźbą tortur. Zamiast strachu są rozrywka, konsumpcja, przygodny seks i soma – środek zmieniający świadomość, który pozwala błyskawicznie uciec od przykrych emocji. Zamiast otwartej przemocy pojawia się przyjemność, zamiast przymusu – ukształtowane pragnienia.
Człowiek nie czuje się zniewolony, bo nie potrafi już wyobrazić sobie innego sposobu życia. I właśnie w tym tkwi najważniejsza różnica pomiędzy wizjami obu pisarzy. Orwell pokazywał władzę, która zmusza człowieka do posłuszeństwa. Huxley opisywał system, który sprawia, że posłuszeństwo staje się źródłem zadowolenia. W roku 1984 prawda zostaje zniszczona przez propagandę i terror. W nowym, wspaniałym świecie nie trzeba jej tak brutalnie niszczyć, ponieważ zastępuje ją nieustanna pogoń za rozrywką, komfortem i natychmiastową gratyfikacją. Orwellowski więzień wie, że jest więźniem. Obywatel autora nowego, wspaniałego świata może być przekonany, że żyje w najlepszym z możliwych światów. Nie oznacza to, że Huxley uważa przyjemność za coś złego, a szczęście uważa za podejrzane. Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się one narzędziami kontroli, a człowiek traci prawo do przeżywania tego, co trudne, niewygodne i nieprzewidywalne.
Smutek zostaje potraktowany jak usterka, samotność – jak stan wymagający natychmiastowej naprawy, a głębsza refleksja – jak niepotrzebne zakłócenie harmonii. Wszystko, absolutnie wszystko powinno być łatwe, szybkie i przyjemne. Nawet cierpienie, które przecież bywa częścią miłości, dojrzewania czy poznawania samego siebie, nie ma w tym świecie prawa do istnienia. To dlatego tak istotną postacią powieści jest John zwany Dzikiem. Wychowany poza uporządkowanym społeczeństwem, wnosi do niego wartości, których mieszkańcy nowego świata nie potrafią już tak naprawdę zrozumieć. Zna literaturę Szekspira, wierzy w miłość wymagającą poświęcenia i rozumie, że wolność oznacza również prawo do popełniania błędów, do cierpienia, do podejmowania ryzyka. W konfrontacji z cywilizacją, która obiecuje szczęście za cenę rezygnacji z głębi ludzkiego doświadczenia, John staje się niewygodnym przypomnieniem, że człowiek nie potrzebuje wyłącznie komfortu. Tak naprawdę najbardziej potrzebuje sensu. I tu pojawia się pytanie, które brzmi zaskakująco aktualnie: czy rzeczywiście chcemy być wolni, jeśli wolność oznacza niepewność, odpowiedzialność i konieczność samodzielnego podejmowania decyzji? A może w pewnych okolicznościach chętniej oddamy ją w zamian za wygodę, bezpieczeństwo i obietnicę, że ktoś inny zadba o nasze potrzeby?
Huxley nie daje łatwej odpowiedzi, ale jego wizja zmusza do zastanowienia się, czy niektóre formy zniewolenia nie zaczynają się właśnie wtedy, gdy przestajemy postrzegać je jako ograniczenia. Nie trzeba oczywiście utożsamiać współczesnego świata z dystopią Huxleya, by dostrzec pewne niepokojące podobieństwa. My żyjemy w rzeczywistości, która oferuje nam coraz więcej możliwości natychmiastowego zaspokajania potrzeb. Technologie ułatwiają komunikację, dostarczają rozrywki, podpowiadają, co warto obejrzeć, przeczytać, kupić, polubić. Algorytmy uczą się naszych preferencji i tak naprawdę coraz skuteczniej podsuwają nam treści, które mają przyciągnąć naszą uwagę. To wszystko może być oczywiście użyteczne, a nawet wzbogacające. Niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy wygoda zastępuje refleksję, a ten nieustanny strumień bodźców odbiera nam przestrzeń na jakiekolwiek samodzielne myślenie. W świecie nowego, wspaniałego świata kontrola nie polega na tym, że obywatelom zakazuje się czegokolwiek. Wszystkiego, co mogłoby ich wyzwolić. Przeciwnie, oferuje się im tyle rozrywek, że nie odczuwają potrzeby szukania czegokolwiek poza nimi.
Nie trzeba zakazywać książek, jeśli nikt nie chce ich czytać. Nie trzeba tłumić pytań, jeśli ludzie nauczyli się ich nie zadawać. Nie trzeba zmuszać do milczenia tych, którzy nigdy nie mieli ochoty mówić o sprawach istotnych. To mechanizm znacznie trudniejszy do rozpoznania, ponieważ nie przypomina przemocy. Przypomina wybór, ale wyborem tak naprawdę nie jest. Warto jednak pamiętać, że zarówno Orwell, jak i Huxley nie pisali instrukcji przewidywania przyszłości. Oni tworzyli literackie ostrzeżenia. Ostrzeżenia, które pomagają nam rozpoznawać zagrożenia, które otaczają nas obecnie, a także w różnych innych epokach i systemach politycznych. Pierwszy z autorów przypomina, że władza może próbować zawłaszczyć prawdę i podporządkować sobie ludzką świadomość. Drugi ostrzega, że wolność może zostać rozmieniona na drobne nie tylko pod presją strachu, lecz także w zamian za przyjemność i wygodę.
Obaj autorzy stawiają człowieka przed pytaniem o granice kompromisu, na jaki jest gotów się zgodzić. Można powiedzieć, że Orwell obawia się świata, w którym książki są zakazane, a Huxley takiego, w którym nikt nie odczuwa potrzeby ich czytania. W pierwszym przypadku prawda jest zagłuszana przez rozkaz, w drugim ginie w natłoku rozrywek. Jedna wizja przeraża brutalnością, druga pozorną łagodnością, a jednak obie prowadzą do podobnego finału. Człowiek traci zdolność samodzielnego osądu, a wraz z tym coś, co stanowi podstawę prawdziwej wolności. Dlatego w Akademii Wszelkiej Fikcji sięgamy po powieść, która nie pyta jedynie, czy ktoś może odebrać nam wolność. Pyta również, czy potrafimy sami z niej nie rezygnować. Czy umiemy zachować prawo do własnych myśli w świecie, który nieustannie walczy o naszą uwagę? Czy my jesteśmy gotowi zaakceptować smutek, niepewność i trud poszukiwania sensu, zamiast za wszelką cenę uciekać w przyjemność? I wreszcie, czy społeczeństwo, w którym wszyscy są zadowoleni, jest społeczeństwem wolnych ludzi?
Mówiąc o roku 1984 przyglądaliśmy się koszmarowi, w którym człowieka podporządkowuje się za pomocą strachu, a w drugim przypadku przyglądamy się koszmarowi, w którym zniewolenie przychodzi w atrakcyjnym opakowaniu, a kajdany są tak wygodne, że nikt nie ma ochoty ich zdejmować. Bo być może największym zagrożeniem dla wolności nie jest tylko władza, która każe nam być posłusznymi. Bywa nim również świat, który oferuje nam wszystko, czego pragniemy. Dopóki nie zaczniemy pragnąć czegoś, czego nie przewidział system. Ja zatem zapraszam państwa do lektury „Nowego wspaniałego świata”. Świata, w którym szczęście stało się obowiązkiem, a cena za jego utrzymanie może naprawdę okazać się wyższa niż ktokolwiek chciałby to przyznać. I tyle, proszę państwa, o drugiej utopijnej powieści. O powieści „Nowy wspaniały świat”. Tyle radości, tyle rozrywek, tyle wspaniałości. A jednak pod koniec lektury robi się naprawdę ponuro.
A teraz zapraszam państwa na sentymentalnik. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o świecie księgarni i antykwariatów. O świecie z dawnych czasów, czasów PRL, ale również tych nieco bliższych naszej codzienności, naszej rzeczywistości. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Czas na kolejny sentymentalnik. Dzisiaj porozmawiamy o księgarniach. Trochę o książkach, ale głównie o księgarniach i antykwariatach w dawnych czasach, w czasach PRL-u i w czasach tuż po transformacji, w latach 90. To może się wydawać temat taki nijaki. Zapewniam państwa, że opowieści związanych z księgarniami i antykwariatami jest całkiem sporo.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:11:47] - Dzień dobry wieczór. Tak, tych opowieści jest dużo i pewnie ci, którzy wydreptywali swoje ścieżki w księgarniach i pośród stosów książek w antykwariatach, bo tak, mój ulubiony antykwariat miał stosy książek, nie zawsze był uporządkowany do końca. Pamiętają, jak to było i mają świadomość tego, jak się to wszystko zmieniło nagle. Może nie nagle, ale stopniowo się zmieniało, aż się okazało, że te księgarnie to już takie prawie białe kruki na naszym rynku. A mimo wszystko to czytelnictwo, kiedy by się spojrzało z boku na to, ile się wydaje, ile się mówi o książkach, ile osób pisze, wydawałoby się, że to czytelnictwo kwitnie. Przeniosło się to wszystko w zupełnie inne rewiry. Oczywiście mówię o internecie, ale są też tacy złośliwcy, nie wiem, czy złośliwcy, którzy mówią, że w Polsce więcej osób pisze niż czyta. Ale o tym może innym razem.
[01:12:47] - Tak, jest takie twierdzenie. Trochę mnie ono niepokoi. Chyba aż tak źle nie jest z tym pisaniem i czytaniem, ale- Dobrze też nie jest. Pierwsze pytanie, Piotrze, które chciałbym ci zadać i robię to trochę przewrotnie, bo najpierw porozmawiamy o czasach, w których ty byłeś aktywny, jeśli chodzi o przeglądanie antykwariatów, półek antykwarycznych i stosów antykwarycznych oraz przeglądanie półek księgarskich. To były lata 90. A o tym, co było wcześniej, to opowiem później. Zatem Piotrze, jak wyglądało to, weźmy to w cudzysłów, życie księgarń i antykwariatów w tak zwanych twoich czasach? Czy to były takie miejsca, w których po prostu kupowało się książki, czy też te przestrzenie pełniły jakieś dodatkowe role?
[01:13:53] - Zacznę od tego, że moje najwcześniejsze wspomnienia, jedne z najwcześniejszych, dotyczą tego, że ja kiedy się kładłem spać, to miałem takie pudła z książkami. Oczywiście dla dzieci. Może kiedyś zrobimy sobie osobny sentymentalnik na temat tego, jak strasznie potrafiły wyglądać książki dla dzieci wydawane w PRL-u. One się często różniły pod względem chociażby ilustracji od tego, co dzisiaj otrzymujemy. Czasami te ilustracje były wręcz groteskowo-horrorowe. Może mnie to tak ukształtowało. Ja tych książek miałem mnóstwo i były bardzo różne. To pamiętam, że one były bardzo różne i były też świadectwem czasów, bo tam był i Koziołek Matołek, i były już komiksy Lutczyna na przykład, które były wtedy bardzo popularne. Dzisiaj to jest taki zapomniany zupełnie rysownik, ale tych książek było multum. Ja nie do końca wiedziałem, skąd one się biorą.
To była pewnie jakaś końcówka PRL-u, początek lat 90., ale te świadome kroki do księgarni to już jest zupełnie inny okres. Ja się wtedy już nie interesuję książkami dla dzieci w ogóle. Porzucam je. Uważam, że to już nie jest dla mnie, interesuję się tematyką... Wpierw po prostu jako dziecko interesowałem się bardzo mocno zoologią i gromadziłem książki o zwierzętach, bardzo różne. To był już ten okres, wiesz, boom lat 90., kiedy pojawiają się bardzo kolorowe, atrakcyjne wydania różnych książek, często zachodnich. Bardzo często też pamiętam, że takie atrakcyjne pod względem wydań i rysunków książki to były po prostu z Czech. Jeżeli chodzi o zoologię, jeżeli chodzi o zwierzęta. Mam tego multum. Czytam to, gromadzę to.
To są bardzo różne książki. Pamiętam, że niektóre wychodziły w cyklach. Też gromadzę encyklopedie. A potem, kiedy się pojawia komputer, to też był taki dziwny okres, bo o tym też się za bardzo nie pamięta, ale okolice roku 2000 to jest czas, kiedy zaczynają się pojawiać różnego rodzaju książki na płytach. Tak można to powiedzieć. To są programy edukacyjne, które przyjmują rolę książek popularnonaukowych. One są oczywiście dużo bardziej atrakcyjne, ale o tym sobie może jeszcze innym razem powiemy. Także to był ten drugi okres. Trzeci okres to już są lata, powiedzmy, nastoletnie. Najbardziej to pamiętam liceum, bo wtedy zacząłem te księgarnie odwiedzać.
Zresztą była taka fajna księgarnia, moja ulubiona, którą odwiedziłem już po komunii, żeby sobie kupić kilka książek. I to była księgarnia na Placu Daszyńskiego w Częstochowie. Ona się nazywała U Sapiehów i ona istniała bardzo długo. Teraz już jej nie ma. Ona była na samym rogu przy kościele Zygmunta, a kiedy ja ją pamiętam z dzieciństwa, to ona była malutka. Potem ją powiększyli i ja ją odwiedzałem jeszcze w liceum. Odwiedzałem bardzo często. Pamiętam ją doskonale. Jakie tam można było cuda znaleźć różnego rodzaju. Ale wiadomo, potem człowiek zaczyna...
To jest jeszcze ten czas, ten okres, kiedy internet nie daje nam wszystkiego na tacy. Początek lat 2000. Ten internet jest, ale trzeba się trochę natrudzić, żeby pewne rzeczy znaleźć. Dzisiaj nie jest to żaden problem, natomiast wtedy było różnie. Dlatego też kieruję coraz częściej swoje kroki do antykwariatów. W Częstochowie tych antykwariatów było dużo. Słynny antykwariat pana Biernackiego, który istnieje do dzisiaj. To chyba powiem, bo się wszyscy zgodzą. Totalnego buca, który jest kolekcjonerem i potrafi wygonić ze swojego sklepu dlatego, że mu się ktoś nie podoba. Także wielkie tutaj wyrazy szacunku dla tego człowieka, który pewnie zarabiałby na swojej pasji mnóstwo, gdyby nie był zwykłym chamem takim totalnym.
Ale był też potężny antykwariat na ulicy Kościuszki i to był antykwariat, gdzie chodziłem bardzo często. Był też antykwariat na dworcu. Tam też dużo kupowałem, ale on nie miał nic w sobie ciekawego. Natomiast ten antykwariat na Kościuszki był w dwóch miejscach, bo on najpierw w piwnicy był cały czas. Schodziło się do tego lokalu i miało się wrażenie, że się jest w składzie makulatury. Prowadził to taki młody człowiek z żoną i z pomocnikami. Pamiętam, że to wchodziłeś i po prostu miałeś kilka pomieszczeń książek. Co było ułożone, to było ułożone. Pamiętam, że zawsze mieli fantastykę naukową ułożoną na półkach, bo to schodziło. Natomiast cała reszta tak naprawdę często leżała poukładana albo stosach, albo jakoś tam rzucona w kąt.
To nie tak, że to było bezładnie rzucone, ale po prostu leżało, bo się nie dało tego uporządkować, bo nie było czasu, były ciągłe dostawy. Tam też zawsze byli ludzie. Ale ciekawe było to, że jeżeli o coś zapytałeś, to chłop wiedział, gdzie jest i gdzie leży albo gdzie leżało i szanse na to, że znalazł były bardzo duże. To był świetny antykwariat. On też już nie istnieje. Nie pamiętam, w jakich okolicznościach został zamknięty, bo potem przeniósł się ze swojej pierwotnej siedziby nieco dalej. I to jest moje ostatnie wspomnienie o nim: że był, był, ale się zbył. Tam kupiłem chyba większość swoich książek, tych starych o UFO, o zjawiskach paranormalnych. Ale tam było dosłownie wszystko. Były też książki, które były po prostu kolekcjonerskie.
Oni tego nie za bardzo pokazywali, ale tam naprawdę można było wszystko kupić: od starych gazet, przez podręczniki, podręczniki techniczne, oczywiście literaturę piękną, encyklopedie. Wszystko. Ceny nie były za niskie. I to są moje wspomnienia, takie, które mi przychodzą do głowy. Oczywiście było więcej tych księgarń i antykwariatów, takich, których nie pamiętam na przykład już, bo bywałem rzadko, albo takich, które były już nowe. Nowe księgarnie pamiętam nie za bardzo. Te sieciówki też bardzo często odwiedzałem. One najlepiej pachniały z tego wszystkiego. Tyle mogę powiedzieć.
[01:20:13] - Proszę państwa, to teraz ja zapraszam, żeby wcisnąć gaz w maszynie czasu i podróżujemy do lat 70. To zupełnie inny okres. Księgarnie mają inny status, jest ich cała masa. Naprawdę. W moim mieście, w Bydgoszczy, księgarnia była na przysłowiowym każdym rogu, a wtedy byłem jeszcze uczniem szkoły podstawowej, więc takie wypady do miasta, ponieważ mieszkałem na jednym z peryferyjnych osiedli, musiały być ustalone z moimi rodzicami. Ale jak powiedziałem, że idę do księgarni, zawsze dostawałem zgodę. Właściwie idę jak idę, ale jadę, bo trzeba było całkiem niezłą podróż autobusową odbyć. Więc do księgarni mogłem jechać. Z tym że od razu uświadommy sobie jedną bardzo ważną rzecz. Książki w czasach PRL-u, tego gierkowskiego PRL-u, bo o takim tylko mogę mówić, w księgarniach były towarem, chciałem powiedzieć luksusowym, ale nie.
Unikalnym. To znaczy nie że puste były półki, tylko nowe książki. Coś, co się pokazywało i było atrakcyjne, wpadało na chwilę i wypadało. Na półkach natomiast leżały książki, które schodziły mniej intensywnie, że tak to ujmę. Więc jeśli ktoś interesował się jakąś tematyką, a ja wtedy już miałem hopla na punkcie science fiction, musiał mieć księgarnię pod kontrolą. Po prostu. Bo jeśli nie był w takiej księgarni codziennie, dużo go omijało. Tak wyglądał system dystrybucji w PRL-u. I jeśli chodzi o czasy podstawówkowe moje, nie ogarniałem jeszcze. Ogarniałem księgarnię na swoim osiedlu.
Byłem w niej codziennie. Maniactwo typowe, ale to była księgarnia tak zwana peryferyjna i tam nie wszystko było. Więc kiedy wybierałem się do miasta, do centrum, do księgarni legendy, tutaj w Bydgoszczy, księgarni pod nazwą Współczesna, to był inny obszar rzeczywistości. Tam było naprawdę wszystko. Tylko trzeba było trafić na odpowiedni czas. Pamiętam, tytułem opowieści dziwnej treści przytoczę państwu taką historię, że szedłem sobie kiedyś w niedzielę ulicą, to wtedy była ulica 1 Maja, dzisiaj nazywa się Gdańska, i tam właśnie była księgarnia Współczesna. Patrzę, a tu na wystawie są trzy książki, których nie znam. To było wielkie przeżycie, bo to były oczywiście książki science fiction. Ja do dzisiaj pamiętam ich tytuły. To była „Ekspedycja mikro” wydana w Fantastyce i przygodzie, takiej serii.
Była też książka Lema. Akurat tytułu nie pamiętam, ale pamiętam, że to była książka, której nie znałem, więc natychmiast chciałem ją poznać. I w tej samej serii ukazała się jeszcze jedna książka. O ile dobrze pamiętam, to „Próba inwazji” Czesława Białczyńskiego. Ale była niedziela, księgarnia nie działała. Wyobraźcie sobie państwo cierpienia młodego pasjonata fantastyki, że musiał iść w poniedziałek do szkoły. Na szczęście miał obgadane z mamą, że pojedzie do tej Współczesnej i kupi te książki. Pamiętam, że te trzy książki kosztowały wtedy 110 złotych razem. Musiałem zaciągnąć pożyczkę, bo mi nie starczało z kieszonkowego. Mama najpierw popatrzyła groźnie, ale później pożyczki mi udzieliła.
I co było charakterystyczne, ja jechałem do księgarni Współczesna z taką duszą na ramieniu, czy jeszcze te książki dostanę. Bo tak wyglądała dystrybucja książek. To, co było w niedzielę na wystawie, w poniedziałek po godzinie 14 nie musiało wcale w księgarni być. Na szczęście wtedy się udało. Ja tak szczegółowo to państwu opisuję, ponieważ To charakteryzuje, jak wyglądała dystrybucja książek. W PRL-u książki w księgarniach bywały. Te atrakcyjne książki, te, które ludzie chcieli kupić, nabywać, czytać, chcieli się z nimi bliżej zapoznać. Kiedy poszedłem do liceum, wyciągnąłem z tego bardzo prosty wniosek. Liceum było w centrum miasta, więc chodziło o to, żeby nauka w liceum się skończyła i żebym w okolicach godziny 14, 15, czasami 16 wyszedł z tego liceum i zrobił rajd po księgarniach. Tak jak powiedziałem, księgarnie były na każdym rogu, więc miałem szczegółowo opracowany plan poruszania się pomiędzy księgarniami i to było, niech policzę, jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć punktów, które obowiązkowo musiałem odwiedzić.
Czasami dochodził punkt siódmy. To zależało od tego, ile czasu miałem do obiadu. Bo obiad w domu rzecz ważna. Zatem to były księgarnie różne. Była Księgarnia Międzynarodowa, była Księgarnia Wysyłkowa, była Księgarnia Współczesna, były dwa antykwariaty. Dlaczego ja musiałem wszystkie te księgarnie zwiedzić? Bo to jest kolejna specyfika księgarń w PRL-u. To, co było w jednej księgarni, wcale nie musiało być w drugiej. Ale o ile w tej pierwszej były książki atrakcyjne, to w tej drugiej mogły być książki równie atrakcyjne, które do tej pierwszej nie trafiły. Wiem, to szaleństwo, ale też rynek księgarski w PRL-u był szaleństwem, absolutnym szaleństwem.
W Księgarni Międzynarodowej w dodatku kupowałem książki science fiction po rosyjsku. Była bardzo niesympatyczna pani, która sprawiała wrażenie, że chce przepłoszyć każdego, kto pyta o jakąkolwiek książkę. Ale byłem dzielny. Po kilku doświadczeniach, kiedy pani mnie wypłoszyła z księgarni, stwierdziłem, że potrzeba nabywania książek ciekawych i science fictionowych jest we mnie mocniejsza niż strach przed panią, która straszy. W związku z tym później zachowywałem się bezczelnie i to przynosiło skutki. Bo ten gówniarz chudy i taki niepozorny, który stawiał się pani, która była obszerna, tak to należało ująć. Chyba nie jestem jakoś niepoprawny politycznie. Pani była obszerna i opryskliwa. Kiedy gówniarz zaczął się stawiać, stała się zadziwiająco sympatyczna i pomocna. Przynosiła tyle książek, że nie zawsze byłem w stanie nabyć drogą kupna.
Mówiłem o antykwariatach. Był tak zwany Antykwariat Popularny, w którym popularnie polowałem na fantastykę, bo tam były całe stosiki fantastyki. Trzeba było wpaść. Jak się wpadło zbyt późno, to się nie miało urobku, czyli książek, które chciało się nabyć. Ale jeśli kończyło się lekcje odpowiednio wcześnie, to tam się pojawiały naprawdę perełki. W dodatku po wielu latach dowiedziałem się, że mniej więcej tą samą trasą, nie znaliśmy się wtedy, podążał równie zainteresowany fantastyką Wojtek Chudziński. Całkiem niedawno to był jeszcze zastępca redaktora naczelnego Nieznanego Świata, ale w ogóle człowiek instytucja. I on wtedy również myszkował po tych samych miejscach. I czasami ja byłem wcześniej, a czasami on był wcześniej. Jak był wcześniej, to mi zabierał co ciekawsze kąski.
Zauważcie państwo, że ja opisuję całe to przemieszczanie się po księgarniach w Bydgoszczy trochę na zasadzie polowania albo jakiejś imprezy z nagonką. Bo tak to właśnie było. Wtedy na książki się polowało. Wtedy książki się zdobywało, wtedy książki odkładało się na półce. Ja dużo czasu poświęciłem na to, żeby zadzierzgnąć, stare słowo, ale jare, zadzierzgnąć znajomości ze sprzedawcami w różnych księgarniach, żeby mi co ciekawsze tytuły odkładali. I jak każdy nastolatek, ja byłem mało sympatyczny. Jakoś tak byłem skonstruowany. I wyobraźcie sobie państwo, że wspinałem się na naprawdę wyżyny poprawności i sympatyczności, żeby w tych księgarniach wypaść na tyle przekonywująco, na tyle sympatycznie, żeby ci sprzedawcy spojrzeli na mnie tak: „Dobra, to jest ten gość, dla którego książkę odłożymy”. To się udawało. Co przyznaję, ja nawet dzisiaj nie wiem, czy sam sobie sprzedałbym książkę i czy obdarzałbym się wtedy sympatią, ale jakoś mi się udało przynajmniej zamarkować to, że nie jestem aż takim wrednym, opryskliwym nastolatkiem.
Tak mniej więcej scharakteryzowałbym, jak wyglądał rynek księgarski w PRL-u. On się trochę zmieniał. Antykwariaty, poza tym popularnym, był oczywiście tak zwany Antykwariat Naukowy w Bydgoszczy. On się mieścił na Starym Rynku. Tam się pojawiały rzeczy. Może mniej było fantastyki, ale tam się pojawiały rzeczy Takie smaczki związane z nauką, z wydaniami popularnonaukowymi. Tam też się polowało. Coś z tymi antykwariatami jest. Właściciel był w porządku. Wtedy było państwo, później był właściciel, ale człowiek, który tym zawiadywał, bo on właśnie stał się właścicielem, był sympatyczny.
Ale pracowała tam jedna pani, która była postrachem. Też się na nią uodporniłem w pewnym momencie, ale ona też, na początku przynajmniej, przepłaszała mnie. Jak o cokolwiek pytałem, to pokazywała, że są półki i mam sobie szukać, a nie pytać, zawracać jej głowę. Tak to wyglądało wtedy. Dzisiaj chyba nie do pomyślenia. Zresztą tak naprawdę nie wiem, bo księgarni dzisiaj jest mało. Dzisiaj głównie książki kupuję za pośrednictwem internetu, bo dzisiaj w Bydgoszczy księgarnię ustrzelić to jest naprawdę duże osiągnięcie. Tam, gdzie była współczesna wielka księgarnia dwupiętrowa, nie ma śladu po tej księgarni. Pojedyncze jakieś księgarnie się trafiają, ale jest ich coraz mniej. Są całe osiedla liczące po kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, na których nie ma żadnej księgarni.
Tej mojej osiedlowej księgarni na Błoniu również już nie ma. Całe wielkie osiedle, które według różnych szacunków liczy od 10 do 20 kilku tysięcy ludzi. Skąd ta rozbieżność? Nie wiem. Całe to osiedle pozbawione jest księgarni. I tak dalej. To są wspomnienia, to są porównania z czasami obecnymi. Ale coś się zmieniło. Coś się zmieniło bardzo mocno, bo księgarnie to były też miejsca, w których spotykało się ludzi zainteresowanych tym samym. Ja dzięki tym swoim rajdą po księgarniach w poszukiwaniu fantastyki naukowej poznałem bardzo wielu innych ludzi, którzy interesowali się tym samym.
Niektóre te znajomości przekształciły się w głębsze znajomości, bardziej zaangażowane, niektóre nie. Fenomenem swoistym jest to, że nigdy, absolutnie nigdy nie spotkałem Wojtka Hudzińskiego. Chodziliśmy dokładnie po tych samych śladach. W tych samych księgarniach bywaliśmy i jakoś na siebie nie natrafiliśmy. Ciekawe. Tak czysto obyczajowo ciekawe. Piotrze, jak w twoich czasach zdobywało się książki? Ten wątek się częściowo pojawił, ale pewno twórczo go rozwiniemy. Jak się zdobywało książki? Nie wiem, jak było w latach 90.
Nie do końca pamiętam. To objawy sklerotyczne zapewne, ale czy wtedy trzeba było też zdobywać książki? Czy czytelników interesowały tylko nowości? Czy na przykład w antykwariatach były jakieś szczególne rarytasy poszukiwane? Jak to w ogóle było?
[01:34:23] - Wiesz co, ja byłem wtedy w takim wieku, że trochę inaczej na to spoglądałem. Miejscem, w którym znalazłem bardzo dużo ciekawych książek, była biblioteka szkolna u nas. Ponieważ to była bardzo duża biblioteka i bardzo było to wszystko fajnie uporządkowane, to ja tam znalazłem dużo fajnych pozycji. Ale dziecko ma zupełnie inny stosunek do poszukiwania wiedzy, do poszukiwania nowości. I dopiero potem, kiedy zacząłem czytać czasopisma, „Niezwykły Świat” i tak dalej, to byłem bardziej na czasie. Natomiast w wieku kilku lat byłem zdany na to, co znajdę w księgarni. I to też tak było. Z tego też powodu później odwiedzałem antykwariaty, żeby coś zdobyć. Ale jeżeli chodzi o niektóre pozycje, to już w późniejszym okresie rzeczywiście bywało różnie. Oczywiście najprostszy sposób to było udać się do biblioteki, ale czasami było tak, że chciałeś mieć książkę dla siebie.
Po prostu dla siebie chciałeś coś mieć. Wtedy rozpoczynało się polowanie. Pamiętam też, Marku, jakim dużym problemem swego czasu było dostanie książek z Ameryki na przykład. Kiedy otrzymałem książkę „Polowanie na skinwalkera”, która była bardzo głośną pozycją, byłem podekscytowany. Byłem potem bardzo mocno rozczarowany poziomem tej książki. Natomiast to, że dostajesz coś takiego stamtąd i płacisz za to, oni ci wysyłają. Pamiętam, jaki to był dla mnie szok. Przypominam, to był początek lat 2000. Tak to wyglądało. Jakoś nie pamiętam tego specjalnie, jak się te książki zdobywało, bo za moich czasów nie było tych niedoborów.
Bardziej chyba cenny był człowiek, który powiedział ci, co czytać, czego szukać w kwestiach, które cię interesowały, niż same książki. Bo te same książki zawsze jakoś żeś mógł zdobyć. Czy to w antykwariacie, czy to w bibliotece. Pamiętam, że to było dla mnie w pewnym momencie odkryciem, że trzeba się nauczyć tych książek szukać, bo to, na co się trafiało w księgarni, to był niestety chłam. Potem szczególnie się o tym przekonałem, kiedy zbierałem już literaturę z zakresu parapsychologii. Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli chodzi o UFO, to tych książek w księgarniach było mało. Bardzo mało. Je trzeba było zamawiać wysyłkowo w księgarni Nolpressu albo podobnych. Ale można było na przykład w księgarni zwykłej dostać Dänikena, można było dostać Sicina. To pamiętam.
Natomiast była dość duża oferta wydawnictw parapsychologicznych i pokrewnych. Tylko że to był taki chłam, takie dziadostwo Taki szajs, że powiedziałem sobie: nie, muszę jakoś sobie wyostrzyć to sito, jakoś tak ustawić, żeby szukać tylko tych pozycji, które są wartościowe. I muszę powiedzieć ci, że do dzisiaj osoba, która zaczyna, która wchodzi, która szuka, kompletuje ten księgozbiór, to może mieć poważny problem, dlatego że duża część tej oferty niewiele jest warta. Ja tutaj pominę szczegóły odnośnie książek pożyczanych, bo to było normalne, że jeżeli się u kogoś coś fajnego widziało, to się pożyczało i tyle. I to chyba tak wyglądało.
[01:37:56] - To ja zapraszam państwa ponownie do wehikułu czasu, który znowu gdzieś nas wepchnie, przynajmniej do początku lat 80. Bo ja nie wiem, czy dzisiaj ludzie, którzy są z tak zwanego młodszego pokolenia, są w ogóle w stanie w to uwierzyć, że w księgarniach albo przed księgarniami ustawiały się kolejki liczące po kilkadziesiąt metrów albo nawet kilkaset metrów. Tak, naprawdę przed księgarnią współczesną ustawiały się takie kolejki, kiedy była dostawa. I co było śmieszne, nie do końca było wiadomo, co w danej dostawie jest, bo były tak zwane wielkie dostawy. To właśnie wtedy ustawiały się kolejki. Mniejsze dostawy, takie codzienne albo kilka razy w tygodniu. Ale te wielkie dostawy budziły ogromne emocje i pojawiały się kolejki i te kolejki powoli się przesuwały. Wyobraźcie sobie państwo znowu męczarnie młodego Wertera jak Wertera, ale w każdym razie młodego mnie, kiedy musiał się ustawić w takiej ogromnej kolejce wystającej daleko poza siedzibę księgarni. I wiedział w dodatku ten młody człowiek, czyli ja, że w środku są pozycje, które chce nabyć drogą kupna i to w dodatku czysty science fiction. I to było dokładnie to, co się pojawiało w innych sklepach w czasach PRL-u.
Czy aby wystarczy? Czy aby się załapię? I często zdarzało się tak, że się załapywałem, ale bywały momenty, kiedy się nie załapywałem. Tu pewna historia. Byłem świadkiem tego, jak ludzie kupowali książki hurtowo, to znaczy podchodzili i brali zestaw obowiązkowy niejako. I to nie byli ludzie na przykład zainteresowani fantastyką. Ale ponieważ ukazał się zbiór fantastyki radzieckiej, fantastyki naukowej, radzieckiej, olbrzymi tom liczący na pewno pięćset stron, jak nie więcej, klejony, zatem musiał się rozpaść dosyć szybko. Podchodzili do lady i mówili: to, to, to i to. I wśród tych wszystkich tomów z różnych dziedzin literatury był również ten tom fantastyki naukowej. I ludzie to brali bez względu na swoje zainteresowania.
Brali zestaw obowiązkowy, na przykład pięciu, sześciu książek, które były akurat na topie. Pamiętam, w tym samym czasie, kiedy tę antologię fantastyki radzieckiej zdobywałem, udało się. Na przykład na tapet księgarski wjeżdżały dwie książki o świętym. Tak, tym świętym, którego w swoim czasie odgrywał na przykład Roger Moore. Te książki, chociaż to były ramoty tak naprawdę, to były stare książki. Stare, jeśli chodzi o czas urodzenia. Tu w księgarni były nówki nierdzewki i ludzie to nabywali. Nabywali trochę bezrefleksyjnie, bo była nowość, to trzeba to było wziąć. Dzisiaj ja w ogóle nie obserwuję tego rodzaju trendów. Ja sobie w ogóle nie wyobrażam kolejki przed księgarnią, a wtedy to były monstrualne kolejki i ludzie kupowali a to Szekspira, a to fantastykę radziecką, a to świętego i jeszcze kilka innych pozycji, których już dzisiaj nie pamiętam.
I każdy niemal wychodził z zestawem obowiązkowym. Taka specyfika. W ogóle księgarnie w czasach, które omawiamy, czyli czasach PRL-u, to były miejsca, już trochę o tym wspominałem, że można było zadzierzgnąć znajomość ze sprzedawcą, ale też... No dobrze, powiem, bo to się przedawniło. Ci księgarze, ci ludzie za ladą byli też wredni i ja to przerobiłem. Kiedy widzieli człowieka takiego jak ja, to po prostu danej pozycji nie było. Po prostu nie było, bo mnie nie lubił w jednej z księgarni pewien facet i już. Ale jak wysłałem kolegę, to w tej księgarni ta pozycja była. To już prawie horror. Z mojego punktu widzenia był to ewidentny horror.
To tyle, jeśli chodzi o księgarnie, ale ten rynek był uzupełniany giełdami książki, na których byłem często obecny. To były oczywiście giełdy książki fantastycznonaukowej i one pełniły rolę dopełniającą, uzupełniającą. Tam, jeśli czegoś nie udało się zdobyć, bo mówiłem państwu, jeśli się księgarni nie odwiedzało regularnie, to się część pozycji gubiło, bo książki przyjeżdżały. Gdyby to były określone dni tygodnia, określony czas, to jakoś człowiek by nad tym panował. Ale PRL nie panował nad niczym i książki przyjeżdżały wtedy, kiedy się komuś zachciało. W związku z czym siłą rzeczy, nawet jak człowiek był czujny, to jednak książki przepuszczał. Jedyną możliwością na rynku wtórnym były właśnie te giełdy książki. Antykwariaty skupowały, ale niektóre z nich niechętnie. Ten antykwariat popularny to była jedyna nadzieja, ale on również skupował to tak, powiedziałbym, że ekstensywnie i nie w tyle wystarczy. Natomiast giełdy książki to były miejsca okrutne.
I ja wiem, co mówię. To słowo jest adekwatne, bo na giełdzie książki za szczególnie chodliwe tytuły cena przebijała tę okładkową cenę czasami nawet dziesięciokrotnie. Człowiek płakał i płacił, bo chciał tę książkę mieć. Ja w ogóle miałem rozwinięte bardzo mocno chcenie posiadania danej pozycji. Jeśli chodzi o fantastykę, to byłem człowiekiem niereformowalnym i wszystko musiałem mieć na własność. A to się wzięło z tego, o czym Piotr napomknął. Pierwszym miejscem, które nas wiązało z książką, była biblioteka szkolna. Ale ja bardzo szybko doszedłem do wniosku, że w mojej bibliotece szkolnej nie ma już żadnej pozycji związanej z fantastyką naukową, którą chciałbym przeczytać, którą mógłbym przeczytać. To właściwie nawet ważniejsze. Wniosek był dla mnie prosty: należy eksploatować księgarnie i to też skutecznie, nawet bardzo skutecznie robiłem.
To się może wydawać, że wtedy człowiek miał ten urobek, to, co się pozyskiwało z księgarni, że to było w dużej ilości, w dużej liczbie właściwie. Nie, bo książki w PRL-u wychodziły, kiedy chciały i nieczęsto. Jeśli człowiek był zainteresowany fantastyką, to odwiedzanie codzienne księgarni bardzo często było odwiedzaniem, żeby dowiedzieć się, że nic nowego nie ma. To było polowanie. Polowanie i jakaż wielka satysfakcja była, kiedy polowanie się udało i książka nówka-nierdzewka pojawiała się w naszych rękach. Oczywiście te niepowodzenia w zwykłych księgarniach wynagradzały mi wizyty w antykwariatach. I to bardzo było często tak, że w tych antykwariatach napotykałem na autentyczne perełki. Ale było też tak, że cały dzień był bez urobku i człowiek wtedy szedł do domu, nic się nie udało kupić, nic nie ma. A wszystko to, o czym mówię, to były ilości, z dzisiejszej perspektywy homeopatyczne. To, co się zaczęło dziać na rynku po zmianie władzy, po zmianie ustroju, to było coś niepojętego.
O ile wcześniej, w tych czasach PRL-u, człowiek cieszył się każdą książką, którą zdobył i to słowo należy wziąć i pogrubić, wyboldować i cokolwiek z nim zrobić, żeby było bardzo widoczne, bo to było zdobywanie książek. Człowiek miał niesamowitą satysfakcję. A kiedy zaczęła się zmiana ustrojowa, to owszem, księgarnie działały, ale książki kupowało się z łóżek polowych. W Bydgoszczy, w przejściu podziemnym, w centrum miasta było kilka stoisk, które dostarczały nówki-nierdzewki. Coś, co wychodziło aktualnie i to z sensacji, z kryminału i z fantastyki. Rynek się rozbudował i ja miałem w pewnym momencie takie poczucie, że już nie jestem w stanie zapanować nad tym, co się ukazuje, bo w PRL-u to ja miałem wszystko pod kontrolą. Czasami się czegoś nie udało zdobyć, ale i tak wiedziałem, że wyszło. I oczywiście uruchamiałem inne kanały, ale kiedy zaczęła się transformacja, to bardzo szybko dotarło do mnie, że nie jestem w stanie nabyć i w dodatku przeczytać wszystkiego, co by mnie interesowało i co ukazywało się na rynku. To był szok poznawczy, w sumie ozdrawiający. Taki, który mówił: człowieku, teraz już nie musisz zdobywać, teraz musisz zacząć wybierać.
I wydawało się, że to jest okej. Ale w pewnym momencie okazało się, że do końca okej nie jest. Piotrze, ja mam takie pytanie, które nawiązuje do tego, co powiedziałem, bo w 1989 roku wszystko się zmieniło, jeśli chodzi o księgarnie. Ty byłeś w tym czasie w wieku, kiedy jeszcze księgarnie tak do końca cię nie interesowały. Ale zapytam o coś innego. Czy ta swoboda wyboru, to, że możesz nabyć dowolną książkę, w tej chwili to w sieci, dowolną książkę z całego świata. Czy to pomaga w jakiś sposób porządkować swoją wiedzę, czy też raczej stawia nas przed czymś takim, że człowiek czuje się bezradny wobec ogromu tego, co powinien, może przeczytać?
[01:49:07] - Ja myślę, że niewiele się zmieniło. Chodzi o to, że musisz najpierw wiedzieć, czego szukasz i jakiego autora szukasz, żeby nie nakupić barachła tak naprawdę, bo mnie się kupowanie barachła bardzo często zdarzało i pozbyłem się tego już w większości. Zresztą muszę się przyznać do takiej rzeczy, dla niektórych może szokującej, że ja się wyzbyłem większości swojego księgozbioru. I poprzenosiłem to, co mogłem na wersje cyfrowe. Po prostu nie miałem już miejsca. To tak wygląda. Swego czasu ja nawet, Marku, dostawałem książki od wydawnictw, kiedy prowadziłem działalność internetową. Potrafiłem dostać w jednym miesiącu tych książek nawet kilkadziesiąt. Ja już nie miałem z tym co robić. Zdałem sobie sprawę, że to już jest nadprodukcja tych książek.
One często były w ogóle bez wartości. Absolutnie. Dostawałem tylko książki ezoteryczne czy paranormalne, to mogę na palcach śmiało policzyć, co z tego mi zostało, a czego się pozbyłem i co sprzedałem. Także ten 1989 rok wyznaczał też... Ja nie mówię, że za PRL-u wydawano tylko to, co było ważne i tak dalej, bo wiadomo, że wychodziło mnóstwo rzeczy. Natomiast stracono też trochę kontrolę. To jest takie zjawisko, o którym mówiliśmy, kiedy wspominamy książki z pogranicza. Zaczęto wydawać wszystko zza granicy i czasami to było totalne łajno. Totalne łajno, absolutnie niewarte upamiętnienia. I doszło nawet do takiej sytuacji, że niektórzy nasi autorzy, ja tutaj się poruszam po tym naszym polu, czyli paranormalia różnego rodzaju, że oni zostali wyparci ze świadomości czytelników, bo przyszli nowi autorzy zza granicy, którzy nic nie wnosili, ale byli lepiej wydani.
Mogę też powiedzieć, jaka była różnica między moimi książkami, które miałem w łóżku jako dziecko, przed spaniem zawsze, a tym, co potem widziałem w księgarni, która była u nas w miejscowości, czyli w Olsztynie. To była taka księgarnia, która żeby się utrzymać, to musiała też funkcjonować jako sklep papierniczo-zabawkarski, ale był oddzielny dział. Wchodziło się przez bramkę, gdzie były książki. I wtedy już, to były lata 90., to był tak kolorowy świat na papierze kredowym, z zupełnie innymi ilustracjami, z zupełnie innymi wydaniami, z pięknymi albumami. Nie mówię, że nie wydawano albumów za PRL-u, bo oczywiście wydawano i nawet sporo tego swego czasu miałem. Nie ja, tylko w domu były. Natomiast to już biło po oczach. Ale powiem ci, że można się było w tym pogubić. Ten blichtr, który bił z okładek już troszeczkę powodował zamieszanie w głowie. Ja to w ten sposób wspominam.
A dodatkowo jeszcze jedna sprawa, to był okres, kiedy mnie interesowały książki takie jak paranormalia, UFO, fantastyka. Natomiast mnie interesowały też książki takie, powiedzmy popularnonaukowe, różnego rodzaju encyklopedie, ale nie encyklopedie sensu stricte, tylko takie bardziej przekazujące wiedzę w sposób prosty, często z obrazkami, jakieś ciekawostki i tak dalej. Takich książek było dużo i niedużo, bo one były często drogie. To mnie bardzo jarało. Pamiętam, strasznie lubiłem tego typu pozycje, różnego rodzaju atlasy, leksykony. Strasznie mnie to jarało. Do dzisiaj podobają mi się takie książki. Myślę, że one nawet mają rację bytu jeszcze, kiedy jest się w stanie zawartość przedstawić w taki sposób, żeby przyciągnęła czytelnika. Te wszystkie infografiki i tak dalej. Takie ciekawostkowe książki ja bardzo lubiłem.
Ale też w późniejszym okresie kupowałem już, co leciało, żeby uzupełnić kolekcję paranormalną i naprawdę nakupiłem mnóstwo badziewia. A to świadczyło o tym, że wydawano mnóstwo badziewia różnego rodzaju. Nie mówię, bo niektóre z tych pozycji były okej, ale bardzo było wśród tych pozycji trudno dostać coś od nas. To też jest znaczące. Także ja to w ten sposób wspominam. Na pewno się dużo pozmieniało pod względem formy prezentacji książki. To wynikało prawdopodobnie z niedoborów materiałów w PRL-u. Widzimy, jak niektóre typy literatury, szczególnie technicznej, bo powiem ci, że nawet jest taki profil na Facebooku pokazujący stare książki, jakąś literaturę specjalistyczną, techniczną, naukową z PRL-u, pokazujący, jak to wydawano, jak prosto to wydawano, jakie to było często siermiężne, jakie rysunki, jakie okładki tam były. I to nam się dzisiaj nie mieści w głowie. Oczywiście potem poznałem specyfikę wydawnictw naukowych, która cały czas się koło tego kręciła, ale to nadal było coś zupełnie nowoczesnego.
Także ja to tak widzę. Zupełnie inny świat. Plus jeszcze było coś. Oprócz tych książek, które mnie strasznie rajcowały, były też księgarnie wysyłkowe. Nie podam nazwy, bo to chyba nawet istnieje w jakimś stopniu do dzisiaj, ale były księgarnie wysyłkowe. Była taka jedna duża i było kilka mniejszych, związanych na przykład z jakimiś czasopismami. Nie mówię o Nieznanym Świecie akurat, bo to w sumie też było. I w tej wielkiej księgarni, która miała bogaty katalog, były różne cuda. I kiedy człowiek patrzył i marzył o tym, żeby sobie coś z tego kupić, a to było cholernie drogie, pamiętam. No cóż, takie były czasy.
A dzisiaj to wszystko jest w ogóle postawione na głowie. Nawet nie wiem, czy w Częstochowie, gdyby się przejść po centrum, czy by się księgarnie znalazło tak naprawdę. Nie licząc Empików. Empików, powiem ci szczerze, nie lubię za bardzo. Gubię się w Empikach. Za dużo jest rzeczy w Empikach. Nie wiem, jak to było, że w księgarni człowiek jakoś potrafił się znaleźć, a w Empiku już nie. Mam z tym problem.
[01:55:24] - A to ja mam bardzo podobnie, jeśli chodzi o Empiki, chociaż czasami się przydają. Mnie zastanawia inna rzecz. Wspomniałeś o wysyłkowej sprzedaży, o księgarniach wysyłkowych. Ja tu państwu wspomniałem gdzieś na początku audycji, że w Bydgoszczy jeszcze w latach 70. Już właściwie, nie jeszcze. Już w latach 70. istniała księgarnia, która w nazwie miała „wysyłkowa” i ona naprawdę była wysyłkowa. Tylko wyobraźcie sobie Państwo tę wysyłkowość. Ona później jeszcze przeszła na lata 80. Tę wysyłkowość sobie Państwo wyobraźcie, bo ta wysyłkowość z racji nieistnienia Internetu polegała na tym, że trzeba było do księgarni dodzwonić, odpowiednie deklaracje złożyć, zamówić i tak dalej.
I wtedy ta książka przychodziła do Państwa pocztą. To jest w ogóle inny czas, inne miejsce i inna forma organizacji. Ale to działało. To zresztą była księgarnia, którą można było też normalnie odwiedzić, przetrzepać półki. Ale główną formą działalności i podobno główną formą zarabiania była sprzedaż wysyłkowa. I to na cały kraj. Fenomen, swoisty fenomen. Kiedy tak sobie wspominam, zresztą w kontekście tego, co powiedziałeś, to z fantastyką naukową było bardzo podobnie. Na przełomie lat 80. i 90.
było coś nieprawdopodobnego. Kiedy ludzie zafascynowani fantastyką naukową w latach 80. wyobrażali sobie, jak wygląda amerykański, brytyjski rynek książki SF, to myśleli sobie: wow, tam jest po prostu raj. Można czytać, czytać i czytać. Myśmy dostawali w PRL-u najlepsze z najlepszych. Dobierali te książki mistrzowie, między innymi znakomici tłumacze, tacy jak chociażby Lech Jęczmyk. Oni wiedzieli, co chcą rzucić na polski PRL-owski rynek, bo wiadomo, trzeba było tym autorom zapłacić w dewizach. No i trzeba było bardzo selekcjonować te książki. Więc myśmy dostawali w latach 80. książki przesiane, wybrane, najlepsze.
I wyobraźcie sobie Państwo, ta świadomość ukształtowana taką oto myślą, że tam na Zachodzie to potrafią pisać książki. Tam jest to, co najlepsze. Ta świadomość zderzyła się na początku lat 90. z rzeczywistością, bo to, co zaczęło się na polskim rynku ukazywać pod znanymi nazwiskami, to się okazało nagle, że to tak jest jak zawsze. Pisarz raz napisze książkę lepszą, potem napisze trzy trochę gorsze i dopiero następna, kolejna jest lepsza. A na początku lat 90. ukazywało się wszystko ciurkiem, jak leci. I to były straszne rozczarowania, bo książki, które znaliśmy ze streszczeń, które w streszczeniach jeszcze się broniły, to w szybkim tłumaczeniu, to jest osobna sprawa, w tym szybkim tłumaczeniu, ale też w nie najlepszej formie, bo powtarzam, żaden pisarz nie tworzy wyłącznie arcydzieł, więc te książki nagle zaczęły nas zawodzić. I powtarzając za Piotrem, na początku lat 90. ukazała się naprawdę kupa chłamu, jeśli chodzi o science fiction, ale nakłady wtedy były ogromne, bo jeszcze sobie ludzie do końca z tego sprawy nie zdawali.
To był taki przełom. W ogóle księgarnie zmieniły się bardzo. Piotr o tym wspomniał. Księgarnie zmieniły się trochę w takie targowiska próżności, bo książki w PRL-u wychodziły raz lepiej, raz gorzej. Czasami wyglądały jak coś wyciągnięte z makulatury, a czasami wyglądały całkiem przyzwoicie. Ten poziom edytorski był bardzo różny. Ale kiedy zaczęła się nowa rzeczywistość, to te książki kusiły kolorami, okładkami na wszelkie możliwe sposoby i człowiek niedoświadczony dawał się na to nabierać. Można było kupić naprawdę kompletną grafomanię, ale wydaną tak, jak arcydzieła w czasach PRL-u nie miały szans się ukazać. Takie to były dziwne czasy. Tak to się to wszystko zmieniało.
Myślę, że dzisiaj człowiek, który jest młodym człowiekiem, który zna tę rzeczywistość i tylko tę rzeczywistość, chyba to, co opowiadamy, to co opowiadam o latach 70. i 80. to trochę brzmi jak taka baśń o żelaznym wilku. Księgarnia na każdym rogu, polowanie na książki, czekanie na książki w kolejkach. To jest dopiero science fiction. Bo dzisiaj książki i księgarnie, właściwie księgarnie stoją puste, jeśli w ogóle stoją. Rzadko ktoś tam wpada, przemknie między półkami, coś nabędzie drogą kupna i wychodzi. Księgarnie dzisiaj nie pobudzają emocji, nie pobudzają właściwie niczego. Są takim miejscem, gdzie się czasami coś kupuje, ale bez entuzjazmu. Kiedy sobie to porównam z tymi moimi opowieściami z lat 70.
i 80., to dokładnie wiem, że coś bardzo się zmieniło. No tak Piotrze, ale kiedy dzisiaj wspominamy te dawne księgarnie i antykwariaty, to w sumie często pojawia się takie wrażenie organoleptyczne. Zapach starych książek, półki pełne w sumie niespodzianek. I ludzie, którzy pracują w tych miejscach, znają te książki, znają je na pamięć, potrafią wskazać, gdzie coś stoi. Ja dzisiaj już tego nie spotykam i trochę tęsknię za tamtym czasem. Jak to jest u ciebie, Piotrze?
[02:02:11] - W sumie też pamiętam ten wielki antykwariat częstochowski, gdzie rzeczywiście ci ludzie wiedzieli, gdzie co leży. I to był cud, że oni się orientowali. Może sobie to jakoś układali, może pamiętali, gdzie coś rzucili, ale wystarczyło pójść i zapytać. Oni byli bardzo w porządku. I zawsze znajdowali, prawie zawsze znajdowali to, o co się prosiło, a jeżeli nie, to mówili, że to może gdzieś tam być. I wskazywali na przykład na jakąś stertę książek. To było dla mnie niezwykłe. Aczkolwiek ten zapach starych książek, o ile on był w porządku, tak na przykład kurz, który tam panował, to był dla mnie nie do zniesienia. Nie lubię kurzu z jednej strony, z drugiej strony kicham po nim strasznie i to było dla mnie trochę odpychające. Te książki były po prostu brudne niekiedy, trzeba było je doprowadzać do stanu używalności.
To też miałem na uwadze zawsze. Ale były tam cuda. Tam naprawdę były cuda i jeżeli ktoś wiedział, czego szukać, to naprawdę mógł się nieźle obłowić. Także pod kątem bibliofilskim również. Co jeszcze było charakterystyczne dla tych antykwariatów w tamtym okresie? Pamiętam, że było ich dużo i na przykład niektóre były bardzo małe i trzeba było wejść do bramy. Wchodziło się do tej bramy, tam się potem właziło w jakąś szopę i tam był antykwariat na przykład, i tam były te książki poukładane. Pamiętam, że był taki antykwariat, który miał bardzo bogatą ofertę książek wojennych. Rzadko go odwiedzałem, bo nie lubię tego tematu. Ale jeszcze jedna niesamowita rzecz mi się przypomniała właśnie teraz.
Otóż dworzec PKP w Częstochowie, który został zburzony, teraz jest stawiany nowy, ładniejszy. I się zgodzę, że ładniejszy, bo tamten stary to był po prostu behemot. Był brzydki i po prostu brudny. Natomiast to ma cały czas mnóstwo obrońców ten stary dworzec. On był też miejscem, gdzie się mieściły antykwariaty. Jeden, drugi i trzeci zapomniany, który mi się teraz przypomniał. Ten pierwszy to było takie miejsce, które też skupowało książki. Tam był bardzo duży asortyment, chociaż sam w sobie ten antykwariat może nie był jakiś bardzo duży. Potem pamiętam, że był, może to był ten sam, może to była jakaś odnoga tego gdzieś tam na pięterku. Natomiast na początku lat dwutysięcznych na froncie dworca w Częstochowie, tego modernistycznego od Placu Rady Europy, była taka wnęka i tam się wchodziło i tam był antykwariat, i tam ten antykwariat w dużej mierze specjalizował się w science fiction.
Jakie tam były cuda! Tylko że on był taki trochę efemeryczny, bo oni to wejście zlikwidowali, dlatego, że ono psuło chyba wygląd całego miejsca, bo się wchodziło po prostu do takiej kanciapy z frontu. To źle wyglądało, ale pamiętam, że było. Pamiętam, że było takie dość zaskakujące, bo tak jakbyś do jakiejś jaskini wchodził. Tak to wyglądało. Tam i fajki można było kupić, ale oczywiście też dzieła science fiction. I tam były wszystkie rzeczy epoki z ich plusami i minusami, czyli można było dostać tą literaturę również thrillerową i sensacyjną, w tym te wszystkie nie tylko „Conany” i tak dalej, ale też to wszystko barachło, które wychodziło. Pamiętam, że to było na długo przed epoką „Wiedźmina” jeszcze, bo „Wiedźmin” był takim okresem, kiedy nastąpiła pewna reanimacja. „Wiedźmin” i potem „Władca Pierścieni” jako filmy. Ten polski „Wiedźmin” oczywiście, że to były takie kamienie milowe.
Ludzie trochę się zaczęli tą fantastyką interesować i tam chyba był ruch w temacie wtedy w tym antykwariacie, ale pamiętam go jak dziś. Pamiętam tą specyficzną atmosferę. Nie wiem, co się z nim potem stało. On musiał funkcjonować bardzo krótko, ale tak było. Natomiast tego na Kościuszki to ja nie zapomnę nigdy. Jak oni się tam byli w stanie z tym wszystkim uporać, jak oni zapamiętywali te tytuły, jak to porządkowali. Może nawet potem to już w ogóle nie porządkowali, tylko po prostu sobie to żyło wszystko własnym życiem. Niesamowita sprawa. Dzisiaj już takich miejsc chyba nie ma. Podejrzewam, że są jeszcze jakieś targi, jakieś giełdy, gdzie można po prostu od jakiegoś sprzedawcy mobilnego uświadczyć się z takich usług antykwarycznych, jakie były dawniej.
Co jeszcze? Przypomina mi się, Marku, że prawdopodobnie w Bydgoszczy działał antykwariat, który świadczył usługi godne potępienia, bo oni skanowali. Nie, nie skanowali. Oni kserowali rzadkie książki. I pamiętam, że niestety skorzystałem z ich usług, ponieważ nie można było kupić niektórych książek, nawet nie można było ich dostać tak naprawdę, a one mi były bardzo potrzebne do mojej pracy na studiach, to postanowiłem skorzystać z usług tego antykwariatu. Ja pamiętam, że on jeszcze kilka lat temu działał i zamówiłem sobie. I przyszły, wyobraź sobie, pokserowane książki Bugaja i wielu innych autorów. Uff, ciężka sprawa. Ale coś takiego też było.
[02:07:43] - A to muszę powiedzieć, że to dla mnie nowość. Ja akurat na to nie trafiłem, ale powiedziałeś o bardzo ważnej rzeczy, która nasunęła mi szereg wspomnień. Ja w latach 90. byłem szalejącym reporterem i trochę jeździłem po Polsce. I rzeczywiście, proszę państwa, księgarnie przeniosły się w tamtych czasach na dworce. Do dzisiaj wspominam dworzec w Katowicach, gdzie można było nabyć wszystko. Ja akurat na Śląsku bywałem dosyć często i pamiętam nieco przerażony wzrok mojej żony, kiedy wyjeżdżałem na delegację jedno-, dwudniową z taką sobie torbą, w której miałem rzeczy podręczne, a wracałem objuczony książkami, bo akurat sprzedawali na dworcu. Przechodziłem i nie mogłem się oprzeć, tylko to szło w duże kilogramy. Tak było w Katowicach, w Lublinie, we Wrocławiu, w Poznaniu. Pewnie jakieś miasta jeszcze mi uciekły.
W Warszawie oczywiście też handlowano nie tylko na dworcu, a piękne tam były miejsca do zdobywania książek, ale też na ulicach Warszawy pamiętam handel. Może już nie z łóżek polowych, ale z takich stoisk organizowanych ad hoc. I to jeszcze na początku XXI wieku to całkiem sprawnie działało. Ten rynek był rozbuchany, szalony, nieprzewidywalny i dziwny. Żerował na mnie, nie ukrywam, bo jakąś słabość do książek, oczywiście w pewnych kategoriach, w pewnych tematach, miałem i naprawdę traciłem rozum. Traciłem zdrowe postrzeganie rzeczywistości i zakracałem się, kupując kolejne książki. Tak było. To wspomnienie. Taka jest już natura wspomnień. Ta nostalgia, która dzisiaj przebija z tych wspomnień, staram się zanalizować, skąd się bierze.
Chyba stąd, że te zjawiska, które opisywaliśmy dzisiaj w Sentymentalniku, właściwie dzisiaj nie występują. Jako na koniec, na podsumowanie – i to nie będzie wesołe podsumowanie – chciałbym powiedzieć coś takiego. Byłem kilka lat temu na Coperniconie. To jest konwent fantastyki organizowany w Toruniu i tam temu konwentowi zawsze towarzyszy takie miejsce, w którym znajdują się sprzedawcy. A to sprzedawcy gier, a to sprzedawcy gadżetów różnych fantastycznych. I czasami pojawiają się wydawcy. Ja to naprawdę widziałem. Młodzi ludzie szerokim łukiem omijali te miejsca, w których znajdowały się stoiska wydawców. Naprawdę, ponieważ otaczało dane stoisko, na przykład z jednej strony były kości do gier, a z drugiej strony była manga, to żeby, broń Boże, nie zarazić się książkowym bakcylem, to szerokim łukiem od stoiska z kostkami do stoiska z mangą młodzi ludzie obchodzili. Nie chodzi mi o to, że mam coś przeciwko młodym ludziom, ale coś zdecydowanie się zmieniło.
Dzisiaj książki czyta, zdobywa, obserwuje zdecydowana mniejszość. Większość jest już w innym czasie, w innym rozwoju, w innej świadomości. Im książki papierowe, takie ramoty, nie są do niczego potrzebne. I ja tego nie robię ocennie, chociaż czujecie państwo, że mój sentyment zmierza w określonym kierunku, ale staram się nie robić tego ocennie. Po prostu czas się zmienił i to zmienił się zdecydowanie. Dzisiaj książka jest już czymś chyba archaicznym, co pewno nie zginie, tak jak nie zginęły inne zjawiska kultury, ale przestały być masowe. I tak chyba właśnie stanie się z książką. Czas, proszę państwa, na odrobinę literatury. Na dzisiaj przygotowałem trzy opowiadania. Pierwsze z nich napisał Tomasz Andrzejewski i nosi ono tytuł „W skórze bestii”.
Naprawdę mocna rzecz. Autorką kolejnego opowiadania jest Dagmara Adwentowska i tu dostajemy tytuł „Spokrewnieni”. Wreszcie trzecie opowiadanie, którego autorem jest Bruno Wioska. Nosi ono tytuł „Terror w Nowym Jorku”. Zapraszam państwa bardzo serdecznie. A czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[02:13:22] - Tomasz Andrzejewski, „W skórze bestii”: W środku nocy obudził mnie głuchy odgłos uderzenia w metal. Dźwięk powtórzył się trzykrotnie. Wysłużone drzwi wejściowe ustąpiły pod naporem ciosów i rozwarły się na oścież. Do środka opuszczonej hali fabrycznej wkroczyło czterech uzbrojonych w strzelby mężczyzn, wszyscy wyposażeni w latarki czołowe, które rzucały jasne smugi na rzędach pordzewiałych maszyn produkcyjnych. Widziałem ich dokładnie. Uczepiony wszystkimi ośmioma dłońmi wysokiego sufitu wsłuchiwałem się w każdy wydawany przez przybyszy dźwięk. Docierały do mnie nie tylko słowa padające z ich ust, ale także oddechy, przyspieszone bicia serc, a nawet szum krwi krążącej w żyłach. „Ona może czaić się dosłownie wszędzie, więc nie rozdzielajcie się.” Wyszeptał chrapliwie wysoki brunet idący na czele. „Jeżeli tylko dostrzeżecie to paskudztwo, prujcie w nią jak w tarczę strzelniczą. Ta suka zamordowała już kilkunastu ludzi, więc nie miejcie żadnych skrupułów ani litości”.
Na chwilę rozchyliłam blade wargi i wysunęłam długi język. Odrobinka powietrza wciągnięta do ust pozwoliła mi dokładnie wyczuć ich woń. Byli zdrowi. Żadnego skrodu chorób, alkoholu czy narkotyków. Ich mięso powinno być smaczne. Bardzo smaczne. Mężczyźni niemal natychmiast zwrócili uwagę na szeroki pas zaschniętej krwi ciągnący się w głąb fabryki i ruszyli jego śladem. Gdyby tylko wiedzieli, że celowo go namalowałam. Jako przezorna gospodyni zawsze dbam o to, aby odwiedzający mnie goście podążali z góry ustaloną przeze mnie trasą. Uśmiechnęłam się na myśl o czekającej mnie zabawie.
To nie było rozsądne. Z moich spiczastych zębów ściekła wielka kropla sinozielonej śliny, która spadła kilka metrów w dół prosto na ramię jednego z tropiących mnie ludzi. „Kurwa, co to jest?” Zaklął szpetnie, patrząc na ściekającą mu po barku gęstą maź, a następnie skierował promień latarki do góry. Jednakże oświetlony fragment odrapanego sufitu okazał się zupełnie pusty. Choć przybyłam na ten ponury świat przed wieloma stuleciami, wciąż potrafię naprawdę szybko się poruszać. W ciągu ułamków sekundy zeszłam po pionowej ścianie, aby ukryć się w kącie hali, który tonął w mroku. „Co się stało?” Zapytał mężczyznę wysoki brunet. „Kapnęło na mnie jakieś świństwo. Pojęcia nie mam skąd. Na suficie nic nie ma.” „Jak nic nie ma, to nie drzyj ryja” Warknął na niego szczupły kompan w wytartych dżinsach.
„Prawie się przez ciebie zesrałem.” Pomimo iż z wyraźnym trudem powstrzymywali trzęsienie portek, udało im się zebrać do kupy i ponownie ruszyć krwawym tropem. Idąc, bezustannie obracali się to w lewo, to w prawo, błyskając na wszystkie strony latarkami. Aczkolwiek jasne snopy światła nie były w stanie wychwycić z gęstej ciemności czegokolwiek innego niż gruz i skorodowany metal. Po cichu poszłam za nimi. Nie mam nóg, ale to nie przeszkadzało mi w żadnym stopniu. Moje kobiece dłonie o długich, zwinnych palcach potrafią uczepić się każdej nierówności. Nieważne, czy jest to podłoga, ściany, czy też sufit. Zawsze znajduję solidne oparcie. Mknęłam bezgłośnie za nimi. Wbrew pozorom to ja byłam myśliwym.
Na swoją pierwszą ofiarę wybrałam tego, który szedł ostatni. Chłopak z bujną czupryną jasnych włosów nie zdążył nawet jęknąć, gdy zeszłam go od tyłu. Jedną parą rąk złapałam go za ramiona. Chwyciłam mocno, tak żeby uniemożliwić mu jakikolwiek ruch. Następnie drugą parą dłoni wykręciłam mu głowę gwałtownie do tyłu. Pękający kręgosłup trzasnął cichutko, a on patrzył na mnie martwymi, otwartymi na oścież błękitnymi oczyma. Były takie czyste, że niemal mogłam się w nich przejrzeć. I uczyniłam to. Jestem przecież taka piękna. Gładka dziewczęca twarz o skórze białej jak śnieg tak cudownie kontrastuje z krwistoczerwonymi oczami.
Kruczoczarne włosy opadają na szczupłe, ale nieludzko silne ramiona. I te usta bardzo szerokie, cudowne. Kryją dziesiątki zębów o kształcie grotów włóczni. Nigdy nie spotkałam mężczyzny mojego gatunku, który potrafiłby się oprzeć mojemu urokowi. Niestety coraz mniej nas na ziemi i za każdym razem coraz więcej wysiłku muszę wkładać w poszukiwania nowego partnera. „Cholera jasna! Dorwała Jacka. Zabijcie ją!” Rozległ się przeraźliwy krzyk. Tak zapatrzyłam się we własne odbicie, że zapomniałam o moich gościach. Cóż, próżność bywa czasami zgubna, lecz nie tym razem.
Kanonada wystrzałów wyparła przyjemną ciszę, jaka do tej pory panowała w hali, a gęste stado śrutu pomknęło w moją stronę. Uchyliłam się bez trudu, ale blond włosa głowa martwego chłopca spektakularnie pękła, rozpryskując pokryte czerwienią fragmenty czaszki. Padłam na zimną podłogę i zaczęłam pełznąć z twarzą przy ziemi w kierunku agresorów. A ci poniesieni emocjami strzelali na oślep. Chybiali raz za razem, tak że już po chwili stali zupełnie bezbronni, z pustymi magazynkami strzelb. Nic nie mogło mnie już powstrzymać przed wskoczeniem na jednego z nich i rozszarpaniem mu gardła. Poczułam rozkoszny smak krwi rozpływający się w ustach. Nie miałam jednak czasu. Zabiłam trzeciego z mężczyzn serią potężnych ciosów wymierzonych prosto w twarz. Jego zmasakrowany trup nie zdążył jeszcze upaść na ziemię, kiedy ostatni żywy człowiek, ów wysoki brunet z chrapliwym głosem, zdołał wreszcie przeładować strzelbę i wypalił prosto we mnie.
Krople smoliście czarnej posoki pociekły po moim ciele w ślad za falą palącego bólu. Mężczyzna uśmiechnął się, widząc moje cierpienie i przyciągnął czółenko strzelby do siebie. Nowy nabój z metalicznym szczękiem wsunął się do komory, podczas gdy pusta łuska wypadła na zewnątrz, ciągnąc za sobą warkocz szarego dymu. Huk wystrzału powtórzył się po raz drugi i trzeci. Mój brzuch oraz lewe przedramię eksplodowały bólem. Wyraźnie czułam strużki ciepłej wilgoci ściekające po nagim ciele. Upadłam na podłogę, krztusząc się własną krwią. „I co, suko?” – zarechotał brunet. – „Już nie jesteś taka twarda. Nie miej żadnych złudzeń.
Zrobię wszystko, abyś umierała możliwie powoli”. Myślał, że zwyciężył. Żałosny naiwniak. Nie tak łatwo mnie zabić, a już na pewno nie jakimiś małymi kawałkami ołowiu. Zebrałam wszystkie siły i skoczyłam na napastnika z ogromnym impetem. Wredny uśmiech momentalnie przekształcił się w wyraz przerażenia. Wyrwałam strzelbę z jego dłoni i odrzuciłam ją na drugi koniec hali, a potem przygniotłam mężczyznę do ziemi całym swym ciężarem. Moje dłonie zwinnie objęły kończyny mężczyzny po to, żeby jednym szarpnięciem powyrywać je ze stawów. Jednak poza tym nie zrobiłam mu żadnej większej krzywdy. Nie chciałam odbierać mu życia, a jedynie pozbawić go możliwości ucieczki czy też obrony.
Co ciekawe, nie krzyczał. Być może dlatego, że był zbyt zajęty patrzeniem, jak moje ciało wypycha z siebie śruciny, a następnie wysysa strumyczki krwi i zasklepia rany. Nie pozostawały nawet najmniejsze blizny. Zawlokłam swoją ofiarę do podłużnego, ciemnego pomieszczenia ulokowanego w odległym końcu fabryki. Wypełniały go ogryzione do gołych kostek ludzkie szkielety. Położyłam mężczyznę na betonowej podłodze, po czym cofnęłam się kilka kroków. Przez cały ten czas brunet gapił się na mnie rozszerzonymi do granic możliwości oczyma. „Co chcesz ze mną zrobić?” – jęknął. – „No zabij mnie wreszcie, do ciężkiej cholery!” Ale jak już wspomniałam, nie zamierzałam go uśmiercać. Potrzebny mi był żywy, a konkretnie moim dzieciom.
W ciągu następnych sekund dziesiątki słodkich maleństw wyczołgało się spod bielejących kości. Wyczuły posiłek. Przypominały zwykłe ludzkie niemowlęta, ale różniły się od nich dużo bardziej różową skórą i buziami pełnymi drobnych, ostrych zębów. Ich delikatne brzuszki mogły strawić jedynie świeże i ciepłe mięso wyrwane prosto z ciała żywej istoty. Brunet próbował się poruszyć, ale krzyczeć zaczął dopiero wówczas, gdy moje dzieci zaczęły go pożerać żywcem. Przestał, kiedy jedno z maleństw rozszarpało mu płuca. Zatem wszystko skończyło się szczęśliwie. Jednak skoro miejscowi odkryli naszą kryjówkę, na pewno wcześniej czy później przyjdą tutaj kolejni śmiałkowie. Będą coraz liczniejsi i coraz lepiej uzbrojeni. Tak jak było ostatnim razem, gdy banda wieśniaków podpaliła opustoszały młyn, w którym ja i mój partner znaleźliśmy schronienie.
Ojciec moich, wtedy jeszcze nienarodzonych dzieci, zginął w płomieniach, skazując mnie na ciężki los samotnej matki. Szkoda, że znowu będę musiała szukać nowego domu. Tak dobrze nam tutaj było. Mnie i mojej rodzinie. Dagmara Adwentowska, „Spokrewnieni”. Staruszka nie odbija się w lustrach, ale i tak sadzam ją przed wykładaną szynkretem toaletką. To tu leżą pudry, pomadki i szminki. Lśnią flakony perfum, a z puzderek skrzącą falą wylewa się zbierana przez pokolenia biżuteria. W trójskrzydłowym zwierciadle widzę tylko własną twarz. Ani ładną, ani brzydką.
Ciocia Leokadia też spogląda w lustro. Stwierdza, że jeszcze mam czas, by wypięknieć. Znów czyta mi w myślach, ale się nie obrażam. Mam osiemnaście lat i wyrosłam już z buntu przeciw temu, czego zmienić nie można. Czeszę jej włosy tak rzadkie i cienkie, że zdają się kreskami namalowanymi na czaszce. Na wiotkiej, pomarszczonej szyi wieszam sznur pereł, ale po zastanowieniu wymieniam go na czarną aksamitkę z kameą z kości słoniowej i kolczyki od kompletu. Ciocia akceptuje wybór z godnością królowej. Rzadko nosi tę starą biżuterię, lecz dziś jest ta szczególna okazja. Zależy jej, by wyglądać jak najpiękniej, a ja spełniam te zachcianki bez wahania. Jeszcze psiknięcie perfumami i gotowe.
Drżąca dłoń Leokadii wspiera się na moim ramieniu. Gdy schodzimy ze schodów, rodzina zaczyna bić brawo. Oklaski milkną. Salon rozbrzmiewa powitaniami i komplementami. Zaciągnięte szczelnie na oknach grube story pachną kurzem. Dębowe blaty uginają się pod ciężarem armii rodzinnych pamiątek i zdjęć. Oczywiście mam świadomość, że Leokadia nie jest moją prawdziwą ciocią. To taka wiedza, którą posiada każdy przywiązany do rodziny. Wiem więc, że kuzyn Staszek jest pies na baby. Stryjna Weronika nie trzyma moczu, a wujków Włodzimierza i Bronisława nie sadza się obok siebie, bo kłócą się o politykę.
Tych sekretów nie zdradza się nikomu spoza rodziny. Dotyczy to też największej z tajemnic. Ta miła staruszka, którą prowadzę do fotela u szczytu stołu, jest wampirem. Oznacza to między innymi, że jest martwa i pije krew. Nigdy co prawda nie wiedziałam, jak się pożywia i sądzę, że robi to rzadko, dlatego wygląda jak tysiącletnia mumia. Ale nie dowiaduję się o detale. Byłoby to równie niegrzeczne, jak dociekanie, jak często Weronika musi zmieniać zasikaną bieliznę. Wiem, że wiele naszą rodzinę dzieli i że łączy ją nierozerwalnie wspólna praprabapka Helena, śmiertelna siostra Leokadii. Piękna kobieta z łuszczącego się ze starości portretu nad kominkiem w salonie, w którym moja ciocia wampirzyca wydaje uroczyste kolacje. Czasem, kiedy staruszka chce mi sprawić przyjemność, mówi, że jestem do Heleny podobna.
Kłamie oczywiście. Szczerość nie jest cnotą wampirów. Z tym też się pogodziłam. Leokadia zasiada w fotelu. Wujkowie, ciotki i kuzyni ustawiają się do niej w kolejce. Całują w wierzch dłoni lub policzek, wręczają drobiazgi i kwiaty. Życzą jeszcze stu lat i jeszcze stu więcej. Bo dziś są nieumarłej cioci Leokadii urodziny. Nie wiem, czy jako człowieka, czy wampira. Nie pytałam, a ona nigdy się nie straciła.
Teraz uśmiecha się słodko. Odpakowuje podarki. Cieszy się jak dziecko na pierwsze w życiu święta. Po tylu wiekach nadal sprasza rodzinę, by podjąć wszystkich przyjęciem z wielkim tortem. Celebrować swój dzień. Pozwala się wielbić, komplementować i obdarowywać. Jest taka szczęśliwa. Tak, kochamy ją, chociaż jest nieumarłym potworem. Pije krew, czyta w myślach i kłamie jak z nut. To przecież nasza ciotka.
Przeprowadziła nas przez wszystkie wielkie historyczne zawieruchy, o których uczyłam się w szkole. Wielu ocaliła życie, a na pewno ocaliła pozycję i majątek rodziny. I pomimo wszystkich swych wad jest uroczą, miłą staruszką. Dla każdego z 42 członków rodziny zaproszonych na urodziny wydziergała na szydełku białe koronkowe kotyliony. Tort też jest biały i wielki. Trzypiętrowy, przekładany bitą śmietaną i musem z mango. Sama wybierałam. Ciocia słabo orientuje się w kulinariach, ale i tak się cieszy. Wciąga powietrze w bezużyteczne na co dzień płuca i zdmuchuje świeczki. Kamerdyner nakłada kawałki ciasta na talerzyki.
Nakrycie Leokadii pozostaje puste, jak i jej kieliszek, w który stuka łyżeczką, gdy chce coś powiedzieć. „Kocham was wszystkich” — mówi, gdy po torcie zostaje tylko wspomnienie. „Kochając, nie potrafię wybrać żadnego z was”. Za plecami cioci wyrasta jej kamerdyner. Niesie spore czarne pudło. W oczach dziadka Hieronima, najstarszego z rodziny, miga jakieś wspomnienie i strach. Zanurza jednak rękę w pudle. Wyciąga biały kotylion. „Kochając, wybieram tylko wtedy, gdy już muszę.” Ciocia splata dłonie, a w jej głosie zażenowanie splata się z pożądliwością. „Lecz wiem, że i wy mnie kochacie i mi wybaczycie, tak jak moja siostra Helena.
Za jej dar chronię jej potomków. Za wasz będę otaczać opieką wasze dzieci.” Kolejne ciotki, wujkowie i kuzyni wylosowują białe rozety. Jeszcze nie do końca rozumieją, w czym uczestniczymy. Myślę o wczorajszym wieczorze, gdy nakryłam ciocię w bibliotece nad miską z czarnym barwnikiem. Myślę o tym, że już 30 członków mej rodziny wyciągnęło białe kotyliony i szanse maleją z każdym kolejnym. Myślę o tym, że nie mam dzieci, które Leokadia mogłaby chronić w zamian. Bruno Wioska „Terror w Nowym Jorku”. Nowy Jork jest bardzo niebezpiecznym miastem. To wie każdy. Wiedział to też Kowalik.
Wielokrotnie przez obytych w świecie przyjaciół został ostrzeżony, że po przyjeździe do Nowego Jorku mogą mu się przytrafić kłopoty, a co gorsza grozi mu tam nawet niebezpieczeństwo. I to na każdym kroku. Żona zabroniła mu oddalać się z pokoju po godzinie 20.00 i broń Boże zapuszczać się samotnie w małe uliczki. Dostał parę dziesięciodolarówek na wypadek, gdyby został napadnięty przez narkomanów. „Wystarczy, że dasz 5 dolarów na działkę i zostawią cię w spokoju” — radzono mu. Przyrzekł wszystkim być bardzo ostrożnym. Radzono mu, aby nikogo nie wpuszczał do pokoju. Zdarzają się napady na gości hotelowych i to w biały dzień. Miał się strzec wszelkich posłańców, a nawet przed służbą hotelową powinien mieć się na baczności. Może być przekupiona.
Hotel, w którym zamieszkał, należał do hoteli High Society i znajdował się na 54 ulicy. Fundacja Gurmeta, która ponosiła wszelkie koszty pobytu, ufundowała nagrodę wręczaną co pięć lat za wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury. Kowalik jako jedyny europejski artysta został wytypowany przez międzynarodowe jury do nagrody w dziedzinie sztuki. Na konkurs Kowalik wysłał obraz, który już wcześniej wzbudzał kontrowersje. Obraz ten z okazji dorocznej wystawy okręgowej w Krakowie został przez jury odrzucony. Trochę przemalował niektóre fragmenty płótna i wysłał do Nowego Jorku. Dużym zaskoczeniem była wiadomość o zakwalifikowaniu obrazu na wystawę. Już to było wielkim wyróżnieniem. Do tej pory żadnemu polskiemu artyście nie udało się jeszcze wystawić tam swojego dzieła, a żadnemu europejskiemu zdobyć nagrody. Dwaj zachodnioeuropejscy jurorzy, tak jak i północnoamerykańscy oraz Japończyk głosowali za obrazem Kowalika.
Jedynie Bułgar wstrzymał się od głosu, a dwaj arabscy krytycy jako jedyni z jury nie tylko stanowczo głosowali za odrzuceniem, ale i ostro zaprotestowali przeciwko wystawieniu dzieła. Ponieważ zostali przegłosowani, opuścili obrady, grożąc bojkotem fundacji. Kowalik otrzymał list z sugestią wycofania swego obrazu. Proponowano mu nawet, jak to określono w liście, pewną sumę za zniszczenie pracy, która zrekompensowałaby mu utratę ewentualnej nagrody. Do nagrody zakwalifikowane zostały oprócz Kowalika obraz Koreańczyka i rzeźba Argentyńczyka. Do momentu wytypowania przez jury głównej nagrody, co stało się w trzy dni po pierwszej turze, Kowalik poruszał się po Nowym Jorku dość swobodnie. Odwiedził miejsce po pamiętnym Wall Street Center, gdzie trwały właśnie roboty porządkowe. Parę godzin przesiedział w Central Park. Park ten kojarzył mu się zawsze z „Buszującym w zbożu” Salingera. Tam przeżył tę książkę po raz drugi.
Pomimo że przeczytał ją jako nastolatek, utkwiła mu obok Martina Edena Londona i Colas Breugnon Romain Rollanda głęboko w pamięci. O godzinie 12 ogłoszono wyniki. Kowalik nie wierzył własnym uszom. Został zwycięzcą. Dostał Oscara, a nawet można by powiedzieć, że Nobla malarstwa. Cała sala wiwatowała na jego cześć. Oszołomiony tą wiadomością zachowywał się jak nieprzytomny. Podawano go sobie z rąk do rąk. Ludzie gratulowali we wszystkich możliwych językach. Jacyś Arabowie mówiąc, a właściwie krzycząc, gestykulowali rękami i nogami.
Skacząc przed nim w podnieceniu, próbowali mu coś przekazać. Straż porządkowa odepchnęła wzburzonych Arabów, którzy zmuszeni byli do wycofania się. Po wspaniałym bankiecie udał się do swego pokoju. Była godzina 6.00. Po drodze zauważył jakichś dwóch ludzi w ciemnych okularach ukrytych za palmami w holu. Wyraźnie spoglądali w jego stronę. Cała ta atmosfera wpłynęła znacznie na samopoczucie Kowalika. Z jednej strony ogromna radość, a z drugiej ostrzeżenia przyjaciół i żony i cała heca z Arabami spowodowały, że siedział jak na szpilkach i nie odbierał telefonów. Poprzednio miał ich kilka w dokładnie 10-minutowych odstępach, ale nikt się nie zgłaszał. Ktoś zapukał również do drzwi.
„Kto tam?” – zapytał Kowalik po angielsku. Podszedł do drzwi i zapytał jeszcze raz. Nikt się nie odzywał. Zauważył leżącą na podłodze małą, złożoną we dwoje kartkę. Rozłożył ją. Na kartce była tylko cyfra 11. Co to ma znaczyć? Jakaś zakodowana wiadomość? Zadzwonił telefon. Postanowił nie odbierać, ale tym razem telefon dzwonił bardzo długo.
Mimo obaw podniósł słuchawkę. „Dostał pan wiadomość?” – odezwał się łamaną polszczyzną głos w słuchawce. Kowalik przytaknął. „Proszę być przygotowanym. Bez obaw, my pana znajdziemy. Nawet jeśli wtopi się pan w tłum przechodniów. Przyjemnego pobytu życzymy” – powiedział głos z nieukrywaną radością. To ostatnie zdanie zabrzmiało dla Kowalika jak pogróżka. „Czego chcecie?” – zapytał, ale w słuchawce była już tylko cisza. Okup?
Tak, na pewno chcą okupu. No jasne. Dostałem 500 000 dolarów i chcą okupu. Jezus Maria! Oni porwali moją żonę. Mają ją jako zakładniczkę. Podniósł słuchawkę. „Recepcja? Proszę o połączenie z Polską”. Ale zamiast znanego mu głosu recepcjonistki uprzejmy, ale obcy, choć bardzo seksowny kobiecy głos zapytał: „Czyżby nie przeczytał pan wiadomości?
Dostał pan przecież kartkę. Życzymy panu przyjemnego pobytu w Nowym Jorku”. „Oni już zawładnęli wszystkim, nawet centralą hotelową” – myślał ze strachem. Usiadł na łóżku, starając się zachowywać bardzo cicho, najciszej, jak tylko mógł. Usłyszał czyjeś kroki na korytarzu. Ktoś chodził tam i z powrotem. Rytmicznie, tam i z powrotem, tuż pod jego drzwiami. Po chwili rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Kowalik siedział jak sparaliżowany. Bał się poruszyć.
Ktoś włożył klucz do zamka i próbował otworzyć drzwi. Wydawało mu się, że klucz w zamku się przekręcił. Nikt jednak nie wszedł. Słyszał, że klucz przekręcił się raz jeszcze. Zamknął z powrotem. Przeleciało przez myśl zdrętwiałemu ze strachu Kowalikowi. Po chwili zabrzęczał telefon. Podniósł słuchawkę z nadzieją, że to Polska, ale w słuchawce uprzejmy głos poinformował go, że w portierni hotelowej czekają na niego bilety na następny wieczór do loży w Metropolitan Opera. Występuje Pavarotti, który zaprasza go do garderoby. Chciałby osobiście pogratulować laureatowi.
Mercedes hotelowy jest do dyspozycji. Życzono mu jeszcze przyjemnego wieczoru. Ten głos był mu znany. Była to pani dyrektor sekretariatu fundacji. Wielokrotnie rozmawiał z nią po polsku jeszcze w czasie pobytu w Polsce i poznał ją osobiście już w Ameryce. Była siostrzenicą doradcy Reagana, Brzezińskiego, z pochodzenia Polaka, zresztą bardzo w Polsce znanego. Po chwili znowu odezwał się telefon. Kowalik podniósł słuchawkę. Usłyszał w słuchawce: „Kowalik?” Odpowiedział: „Tak”. Trzask rozłączonego połączenia.
Leżąc na łóżku myślał: „O co tu właściwie chodzi? Okup? Ile będą żądać? Za wcześnie cieszyłem się z pieniędzy. O samochodzie mogę teraz na pewno zapomnieć. Na pewno nie zostawią nic. Pewnie będę dalej jeździł tym starym, rozklekotanym Volkswagenem. Nawet na naprawę nie będę miał pieniędzy”. Obudził go dzwonek telefonu. Brzęczał coraz natarczywiej.
Nie reagował na jego natrętny sygnał. Kowalik, poważnie zaniepokojony, nie świecił nawet światła. Odczuwał już po całodziennych spotkaniach zmęczenie i głód. Bał się zamówić kolację w restauracji hotelowej. Nigdy nic nie wiadomo. Znalazł w kieszeni zabranego ze stołu konferencyjnego Marsa. Napił się wody z kranu. Nie wiedział, że ma do dyspozycji cały barek. Wszystkie napoje i trunki znajdujące się w nim zostały z góry opłacone przez fundację. Gdyby nie brak doświadczenia hotelowego, mógłby siedzieć spokojnie i popijać szampana lub whisky.
W barku znajdowało się także polskie piwo, ale tego Kowalik nie wiedział i chłeptał z kranu ohydną, chlorowaną nowojorską wodę. Ktoś znowu zapukał do drzwi. Kowalik nie poruszył się i wstrzymał oddech. Ktoś wołał po angielsku: „Kowalik, wiem, że tam jesteś. Otwórz!” Potem jeszcze jakieś głosy arabskie dyskutowały i jakby się kłóciły. Po chwili się uspokoiło. Kowalik odetchnął z ulgą. Może mi dadzą już spokój. Cisza nie trwała zbyt długo. Zagrzechotał zamek u drzwi.
„Co robić?” – myślał intensywnie. „Wezwać pomocy, policję? I co im powiem? Muszę rozeznać sprawę trochę lepiej.” Poczuł napływ odwagi. Starając się zachować ciszę, posuwał się po omacku do drzwi. Potrącił przez nieuwagę stolik z kwiatami stojący na środku pokoju. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Przerażony już nie na żarty, zamarł, nasłuchując. Grzechot zamku ucichł. Rozległ się odgłos tłumionych, oddalających się kroków.
Zdopingowany wywołanym hałasem odważył się otworzyć po cichu drzwi. Nie było nikogo. Przemykał korytarzem, chowając się we framugach drzwi pokojowych. Minął uśpioną już o tej porze windę. Dotarł do końca korytarza i z bijącym sercem spojrzał w dół klatki schodowej. Zamarł z przerażenia. Za rogiem o dwa kroki od niego stało dwóch mężczyzn. Byli odwróceni do niego tyłem. Ciśnienie podskoczyło mu gwałtownie. Omal nie krzyknął, ale strach sparaliżował mu głos.
Bał się poruszyć, ale i tak z przerażenia nie mógł wykonać nawet najmniejszego ruchu. „Musimy go mieć na muszce najpóźniej pięć przed jedenastą” – odezwał się głos w mundurze nowojorskiego listonosza. „A co, jak wyjdzie do miasta?” – powiedział drugi. „To żaden problem. Widać, że jesteś nowy. Jesteśmy najlepiej zorganizowani w Nowym Jorku. Nie zrobi ani kroku, abyśmy nie wiedzieli, gdzie jest. Chodź do baru na whisky.” Po chwili, już na dole, ucichły ich kroki. Kowalik stał jeszcze chwilę. Koszula przylepiła mu się do spoconych ze strachu pleców.
Zauważył, że cały czas stał nieoddychając. Łapał oddech szybko, jakby po jakimś biegu. Wrócił prostą do pokoju. „Co to za mafia tak znakomicie zorganizowana? Ile chcą? Jakie niebezpieczeństwo zagraża mnie lub mojej żonie?” – myślał. – „Co oni mają wspólnego z Arabami? A właściwie czego chcą ci Arabowie? Nie namalowałem przecież nic konkretnego. Obraz jest prawie abstrakcyjny.
Owszem, jeden fragment może przypomina część Gwiazdy Dawida, jednak wyszło to przypadkowo. Czy łączy ich coś z mafią? Muszę uciekać. Przynajmniej zadzwonię do domu z budki telefonicznej.” Popatrzył przez otwarte okno na ulicę. Ósme piętro, jakieś 30 metrów w dół. Stało tam kilku podejrzanych typów. Na samą myśl, że miałby schodzić po linie, której zresztą nie miał, zakręciło mu się w głowie. „Poza tym mogliby mnie zauważyć ci na dole. Nie mogę zejść po schodach ani wyjść przez okno, więc spróbuję górą. Może przez dach dostanę się do następnego budynku.
Tak uciekają zawsze w filmach.” Idąc do windy nie usłyszał najmniejszego szmeru. Wiedział, że jego opiekunowie, pijąc whisky, obserwują hol hotelu. Tutaj na górze nie mają teraz nic do roboty. A Arabowie? „Ale muszę ryzykować” – myślał. – „To jedyne wyjście z tej matni.” Już miał nacisnąć guzik windy. W ostatniej chwili cofnął palec. Winda mogłaby wzbudzić podejrzenie jego stróży. Poszedł dalej do schodów. Bezszelestnie, ale bardzo zmęczony, po pokonaniu kilkunastu pięter dotarł na samą górę.
Po drabince wszedł na dach. „Dobrze, że klapa na dach nie była zamknięta” – pomyślał. Prawie czołgając się przeszedł na następny budynek, który na szczęście dla niego miał tyle samo pięter. Szczęście zaczęło mu wyraźnie dopisywać. Drzwi do klatki schodowej były otwarte. W dół wiodły wygodne schody. Klatka schodowa była oświetlona dyskretnym światłem lamp wbudowanych w stopnie schodów. Cisza panowała w całym domu. „Chyba dochodzi już godzina 12” – zgadywał. Schodził spokojnie.
Wiedział, że szczęście go już nie opuści. Dotarł wreszcie na parter budynku. Portiera nie było już o tej porze. Na zegarze zauważył, że była godzina 22:59. „Teraz mnie już nie dostaną”. Nagle, jak spod ziemi wyrośli jego dwaj umundurowani opiekunowie, zachodząc mu drogę do drzwi wejściowych. Odwrócił się, chcąc pobiec z powrotem na schody, ale tam w rozkroku, trzymając ręce z tyłu, stały trzy umundurowane panie. „No, to już koniec” – powiedział głośno Kowalik. „Niestety dla pana to dopiero początek, panie Kowalik” – powiedział jego umundurowany prześladowca, podając mu telefon komórkowy. – „To pańska żona”.
„Co z moją żoną? Ile żądacie?” „Wszystkiego dowie się pan od niej. Jest właśnie godzina 11. Myśmy zlecenie wykonali. Jak już powiedziałem, jesteśmy najlepiej zorganizowani w Nowym Jorku, a nawet na świecie. Muszę przyznać, że nie utrudniał pan nam zbytnio pracy. Mieliśmy łatwe zadanie, ale przy telefonie jest pańska żona. Proszę rozmawiać”. „Halo” – odezwał się do słuchawki zaniepokojony Kowalik łamiącym się ze strachu głosem. – „Jesteś cała, zdrowa?
Traktują cię dobrze? Kto cię porwał?” „Oczywiście wszyscy traktują mnie jak jakąś królową. Nawet Kwaśniewska nie była tak traktowana jak ja. A porwali mnie wszyscy twoi przyjaciele. Świętowaliśmy twój sukces na rynku w Krakowie, w Ratuszowej, całą noc. Postanowili całą grupą złożyć ci życzenia, ale pani w recepcji poinformowała mnie, że nie wie, gdzie jesteś i najlepiej będzie, jeżeli zadzwonię o 11.00. To u nas właśnie piąta rano. Siedzieliśmy w restauracji i wznosili toasty na twoją cześć, a amerykańska poczta przyrzekła, że zrobią wszystko, aby cię odnaleźć i punktualnie o 11.00 zaimprowizować mały event, jak się w Ameryce mówi. Ale tutaj też coś ci przygotowano. Słuchaj.
Happy birthday to you” – odezwał się chór głosów w słuchawce. Gdy umilkły, umundurowane amerykańskie dziewczyny zaśpiewały pięknie po polsku: „100 lat, 100 lat”. Kowalikowi złożono także gratulacje i otrzymał kwiaty od przyjaciół z Polski oraz gratulacje ze związku plastyków wraz z przypomnieniem, że jeszcze ostatnioroczna składka związkowa nie została zapłacona. „Nowojorska poczta wykonuje zlecenia z dokładnością co do minuty” – powiedział człowiek w mundurze. – „Ale jeszcze jedno, panie Kowalik. Nie rozumiem, dlaczego wymykał się pan z hotelu przez ten budynek i przechodził przez dach. Mieliśmy trochę kłopotu z tego powodu i musieliśmy szybko się przeorganizować”.
[02:48:08] - Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. „Akademia Wszelkiej Fikcji”, niniejszym kolejne jej wydanie dobiegło końca. I tradycyjnie ja życzę państwu wspaniałego weekendu. Dobrej nocy to na za chwilę. I oczywiście tradycyjnie, bo wszystko już robimy tradycyjnie, przy tylu wydaniach audycji, to tradycja jakaś musiała się ukształtować, więc tradycyjnie zapraszam państwa za tydzień na kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. A za tydzień będzie rozmowa z autorem, którą wcześniej zapowiadałem już w zeszłym tygodniu. Porozmawiam z autorem książki „Zabić Boga”, czyli z Lesem Choduniem. A teraz już wszystkiego dobrego i do usłyszenia.
[02:49:04] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” z Radio Paranormalium, „UFO Historie” i „Wehikułu Wyobraźni”. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.