Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Sie porobiło, ludzie. Jesień przyszła, październik się zaczął, a my zaczynamy kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:39] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy. Zaczynamy kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. I tak jak obiecałem, moje wstępne felietony będę poświęcał jednak książkom. Sam siebie przekonałem, że to jest chyba najlepsze wyjście. Proszę państwa, ja przez długi czas uważałem, że moją ulubioną książką Roberta Silverberga jest „Człowiek w labiryncie”. Ja tę książkę w dalszym ciągu bardzo lubię, ale pojawił się dla niej spory konkurent. To jest książka „Skrzydła nocy” tegoż autora, czyli Roberta Silverberga. I dzisiaj o tej książce chciałbym państwu opowiedzieć, bo to jest, proszę państwa, książka niezwykła, co postaram się wykazać.
Bo wiecie państwo, są takie książki science fiction, które chcą przede wszystkim pokazać nam przyszłość. Oczywiście są też takie, które wykorzystują przyszłość jako rodzaj zwierciadła. Zwierciadła, w którym odbija się człowiek współczesny, jego lęki, jego winy, marzenia, błędy. A „Skrzydła nocy” Roberta Silverberga należą zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Ona jest może dla niektórych mniej atrakcyjna niż wizje pięknej, rozbuchanej technologicznie przyszłości. Ale wierzcie mi państwo, że ta książka – mówię o „Skrzydłach nocy” – pozostawia takie niezatarte piętno w człowieku, bo ta opowieść zabiera nas na Ziemię. Ziemię odległą od naszej rzeczywistości o niewyobrażalną liczbę lat. Najważniejsze pytania w tej książce i w tej rzeczywistości pozostają jednak zaskakująco bliskie naszym czasom. Co zrobić ze światem, który został przez człowieka zniszczony? Czy można w jakiś sposób odkupić taką winę i czy po utracie niemal wszystkiego można zacząć od nowa?
Dla tych wszystkich z państwa, którzy się skrzywili, myśląc sobie: „Silverberg napisał coś ekologicznego”, od razu śpieszę poinformować, że nie. Tu nie chodzi o ekologię. Chodzi o autentyczne zniszczenie świata, zniszczenie jego kultury, jego dziedzictwa. Ten świat odległej przyszłości jest po prostu inny. Tak nieprzyjemnie inny. Silverberg napisał „Skrzydła nocy” pod koniec lat 60. XX wieku. To był pierwotnie cykl trzech powiązanych ze sobą opowieści. Ale wierzcie mi państwo, to jest science fiction, jednak to nie jest na przykład space opera ani powieść skoncentrowana na technologii. Tu mamy do czynienia z przyszłością po katastrofie.
Świat, który przetrwał własną wielkość, ale utracił dawną pozycję. Planeta Ziemia jest zubożała i podporządkowana bliżej nieokreślonej, ale potężnej cywilizacji z zewnątrz. A ludzkość żyje wśród pozostałości dawnej chwały. I w takim świecie poznajemy strażnika. On nie jest ani zdobywcą, ani wojownikiem. Jest człowiekiem, który patrzy i czuwa. Strzeże tego świata, przed czym to państwu nie powiem, ale strzeże go. Jego największym problemem okazuje się jednak nie tyle zagrożenie zewnętrzne, lecz to zagrożenie, które on sam nosi w sobie. Wraz ze strażnikiem poznajemy niezwykłą istotę, niby kobietę o imieniu Avluella. To jest istota, tak jak powiedziałem, niby kobieta, ale kobieta zdolna do lotu.
Ona nadaje całej tej historii niemal baśniowy wymiar. Relacja tych dwojga, czyli strażnika i kobiety, jest czymś więcej niż romansem. To jest opowieść o fascynacji, o samotności i chyba o pragnieniu przekroczenia granic. W tej opowieści jest oczywiście miłość. Miłość z pozoru niemożliwa. Strażnik jest człowiekiem starym, naznaczonym doświadczeniem oraz świadomością przemijania. Okrutną świadomością. A Kobieta Avluela należy do zupełnie innego porządku istnienia. Ta różnica wieku i dzielące ich granice wydają się nieprzekraczalne. A jednak rodzi się uczucie.
Rodzi się mimo wszystko. Silverberg pokazuje, że bliskość może pojawić się tam, gdzie tak naprawdę nie powinno być dla niej miejsca. Ta miłość, może nie miłość... No dobrze, miłość, chociaż jest niełatwa, naznaczona jest w dodatku tragizmem. Staje się znakiem życia, dowodem, że nawet człowiek, który jest u kresu drogi, a takim człowiekiem jest strażnik, nie musi być skazany na samotność. Wierzcie mi państwo, dzięki temu wątkowi, i tak nie opowiedziałem go w całości, książka mimo całej tej futurystycznej scenografii staje się bardzo intymna i wzruszająca. Ja wiem, co mówię. To była książka, po której naprawdę byłem wzruszony. Silverberg rozegrał po prostu po mistrzowsku to, co chciał rozegrać. Silverberg nie zasypuje czytelnika jakimiś technologicznymi szczegółami.
My ten świat przyszłości poznajemy poprzez ludzi, poprzez ich rytuały, poprzez hierarchię, poprzez wierzenia i wspomnienia. Ta przyszłość ma więc charakter... Szukam słowa. Ona ma charakter niemal archeologiczny. Jest obca, na pewno obca dla nas, ale zarazem wydaje się chwilami znajoma. To tak, jakbyśmy oglądali cywilizację tysiące lat po jej upadku. Najważniejszym symbolem tej książki jest podróż. Jest droga strażnika, która prowadzi przez świat będący ruiną cywilizacji. Tę książkę można również odczytać jako wędrówkę przez ruinę jego własnego życia. Bohater, strażnik niesie poczucie winy, ale stopniowo próbuje zrozumieć przeszłość ludzkości oraz źródło zagrożeń, które wiszą nad tą ludzkością, nad tymi niedobitkami ludzkości.
Dzięki temu „Skrzydła nocy” stają się powieścią pielgrzymią. Podróż prowadzi od niewiedzy ku poznaniu, od winy ku próbie odkupienia tej winy i od rozpamiętywania przeszłości ku przyszłości potencjalnej, ale nie takiej wyimaginowanej, takiej uchwytnej, którą trzeba złapać, po którą trzeba wyciągnąć dłoń. Świat Silverberga jest światem po utracie. Tak to sobie tłumaczę. Po utracie wszystkiego, co człowiek wcześniej osiągnął. Ludzkość nie znajduje się u szczytu potęgi, ale wyraźnie znajduje się na końcu swojej drogi. To wszystko można odczytać jako ostrzeżenie przed cywilizacją, która jest przekonana, że jej rozwój jest czymś automatycznym i nieodwracalnym. Tymczasem cywilizacje mogą upaść, a ich największym przeciwnikiem może okazać się nie obcy, nie najeźdźca, ale krótkowzroczność, jaką taka cywilizacja może się wykazywać. Właśnie dlatego „Skrzydła nocy” Silverberga wykraczają poza klasyczną fantastykę przygodową. Tę książkę można czytać jako komentarz do lęków epoki, w której to dzieło powstało.
To oczywiście zimna wojna, przemoc, kryzys wiary. Kryzys wiary nie tylko w Boga, ale i w nieustanny cywilizacyjny postęp. Jednocześnie Silverberg nie sprowadza powieści do prostego przesłania, że człowiek zniszczył świat, więc człowiek jest zły. Silverberga interesuje przede wszystkim możliwość, potencjalna możliwość odrodzenia. Przeszłość, która jest pełna winy, wcale nie musi oznaczać, że przyszłość jest niemożliwa, że zatrzasnęła się przed ludzkością. Ocalenie w tej powieści nie przychodzi dzięki cudownej technologii ani dzięki jakiemuś jednemu bohaterowi, który rozwiązuje wszystkie problemy. Silverberg wybiera rozwiązanie, które nazwałbym bardziej ludzkim. Ono sprowadza się do poznania i do odpowiedzialności. Trzeba zrozumieć przeszłość, przyjąć własną winę i dopiero wtedy próbować rozpocząć nowy etap. Strażnik, bohater powieści, staje się więc figurą człowieka pamiętającego, który próbuje pogodzić się zarówno z historią świata, jak i z własną przeszłością.
Tytułowe skrzydła nocy można odczytać jako symbol przekraczania ograniczeń Skrzydła oznaczają wolność i możliwość wyrwania się z ziemskiej perspektywy. A noc oznacza zapewne niewiedzę, tajemnicę i lęk. Razem tworzą obraz świata pięknego, ale mrocznego, pełnego ograniczeń, ale też pozostawiającego możliwość przekroczenia owych ograniczeń. Ważny jest chyba styl powieści. "Skrzydła nocy" nie są książką dla czytelnika oczekującego nieustannego tempa. Silverberg pisze spokojnie, momentami powiedziałbym, że nawet medytacyjnie, a atmosfera i refleksja wydają się być ważniejsze od spektakularnej akcji. Świat przedstawiony trzeba czasami rekonstruować z fragmentów, ponieważ autor pozostawia wiele niedopowiedzeń. To może na początku dezorientować szczególnie współczesnego czytelnika, ale zarazem nadaje powieści charakter symboliczny i w sumie realistyczny. Na uwagę, moim zdaniem, zasługuje przekład Krzysztofa Sokołowskiego. Polski tekst zachowuje podniosły, lekko archaizujący charakter narracji.
On dobrze współgra z atmosferą odległej przyszłości. Jest w tym stylu zarówno dostojność, jak i liryczność potrzebna książce, której siła tkwi w dużej mierze w nastroju. Czy warto przeczytać "Skrzydła nocy"? Moja odpowiedź jest oczywista: tak, zdecydowanie warto. Jeśli oczekujemy od science fiction czegoś więcej niż wartkiej fabuły, to naprawdę warto, bo to jest książka dla czytelnika zainteresowanego przemijaniem, winą, pamięcią, upadkiem cywilizacji oraz możliwością odkupienia. Wiem, ja to powtarzam, ale robię to świadomie, bo to są elementy tej książki, które uważam za naprawdę ważne. Jeśli natomiast ktoś szuka przede wszystkim dynamicznej spaceoperowej atmosfery, bitew, technologicznych szczegółów oraz spektakularnych zwrotów akcji, to ta powieść może mu się wydać zbyt spokojna i zbyt kontemplacyjna. Ale najważniejszą, największą wartością powieści Roberta Silverberga jest jej paradoks. Opowiada o bardzo odległej przyszłości, a jednocześnie mówi o tym, czego człowiek doświadcza od zawsze. Mówi o tym, że łatwiej patrzeć w gwiazdy, niż spojrzeć wstecz.
O tym, że ruiny mogą być nie tylko świadectwem końca, ale również początkiem pytania i tym, że czasem najdłuższa podróż prowadzi nie do nowego świata, lecz z powrotem do samego siebie. "Skrzydła nocy" warto więc polecić nie tylko ze względu na fabułę, lecz przede wszystkim ze względu na atmosferę, język, symbolikę i pytania, które pozostają w głowie długo po odłożeniu książki. Tak jak mówiłem, to jest melancholijna, momentami piękna fantastyka opowiadająca o świecie stojącym na granicy końca i początku. I o tym, czy po upadku możliwa jest jeszcze kolejna szansa. Proszę państwa, tyle wstępniaka mówiącego o znakomitej książce Roberta Silverberga. A teraz już klasyka. Zatem polecanki książkowe. Pierwszy tytuł, który na dzisiaj wybrałem, to "Waldkaus". Autorem jest Szczepan Twardoch, wydawcą Wydawnictwo Marginesy, a książka na rynku będzie od 14 października. Jest sierpień 1920 roku.
Na Górnym Śląsku panuje napięcie. Mieszają się polszczyzna, niemczyzna, śląska mowa oraz języki alianckich żołnierzy. To świat pogranicza, w którym niełatwo jednoznacznie określić własną tożsamość. W tym świecie poznajemy Wilhelma Pisulę, byłego wachmistrza gliwickiej policji kryminalnej, a obecnie prywatnego detektywa. Pewnego dnia do jego biura przychodzi kobieta poszukująca zaginionego dziecka. Bardzo szybko okazuje się jednak, że ani ona nie jest tym, za kogo się podaje, ani Pisula nie jest zwyczajnym detektywem. Wilhelm posiada bowiem drugą, mroczniejszą naturę. Przybiera ona postać Waldkausa, puszczyka, z którym związany jest jego instynkt i nadprzyrodzone zdolności. Bohater zna mowę ptaków i potrafi rozmawiać z utopcami. Granica między rzeczywistością a światem śląskich wierzeń staje się więc niezwykle cienka.
Jednocześnie Pisula sam żyje w cieniu straty. Jego syn Franz zaginął podczas wojny. Żona odeszła, zabierając młodszego Karliczka. A jedną z niewielu bliskich mu osób pozostaje Wendelin Draga, przyjaciel z dzieciństwa skrywający własne tajemnice. Śląsk, wojna i tożsamość. Górny Śląsk nie jest w tej powieści jedynie tłem. To jeden z jej największych bohaterów. Jest miejscem ścierania się języków, kultur i politycznych interesów, ale także przestrzenią, w której świat rzeczywisty spotyka się ze światem legend. Szczepan Twardoch pokazuje region, w którym pytanie „kim jestem?” nie ma prostej odpowiedzi. Śląskość, polskość i niemieckość nakładają się na siebie, podobnie jak rzeczywistość historyczna miesza się z ludowymi wierzeniami.
Wojna pozostawiła po sobie nie tylko zniszczenia, lecz także ludzi naznaczonych stratą. Pisula, poszukując cudzego dziecka, w pewnym sensie konfrontuje się również z własną tragedią i utratą syna. Relacja Pisuli i Wendelina stanowi ważną część powieści. Ich przyjaźń zostaje wystawiona na próbę przez sekrety i wydarzenia z przeszłości. Twardoch stawia pytania o lojalność, odpowiedzialność i możliwość odkupienia dawnych win. Dlatego śledztwo dotyczące zaginionego dziecka staje się czymś więcej niż kryminalną zagadką. Jest również podróżą w przeszłość i próbą zmierzenia się z własnymi stratami. Najbardziej charakterystycznym elementem „Waldkauza” jest połączenie kryminału z fantastyką i śląską mitologią. Pisula funkcjonuje pomiędzy dwoma światami: racjonalnym światem detektywa oraz światem duchów, utopców, ptaków i dawnych wierzeń. Tytułowy puszczyk może być odczytany jako symbol tej granicy.
Widzi w ciemności i porusza się tam, gdzie człowiek traci orientację. Podobnie Pisula znajduje się pomiędzy człowiekiem a własną nieznaną naturą, pomiędzy historią a legendą, przeszłością a teraźniejszością. „Waldkauz” jest więc nie tylko opowieścią detektywistyczną. To jest historia o tożsamości, wojnie, samotności, przyjaźni, stracie, winie i potrzebie odkupienia. Twardoch pokazuje świat, w którym przeszłość nie umiera, a rzeczywistość ma więcej niż jedną warstwę. Dlatego pod kryminalną intrygą kryje się znacznie głębsze pytanie: co pozostaje z człowieka, kiedy wojna, historia i własne decyzje odbiorą mu wszystko, co uważa za swoje? A może jeszcze ważniejsze: czy można odnaleźć drogę powrotną do drugiego człowieka i do samego siebie? Przypomnę Państwu tytuł – „Waldkauz”, Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Marginesy. Książka na rynku od 10 października. Drugi tytuł na dzisiaj to „Ognica”.
Autorką jest Katarzyna Puzyńska, Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 27 października. „Ognica” Katarzyny Puzyńskiej to kryminał, w którym zagadka morderstwa szybko okazuje się jedynie początkiem znacznie bardziej skomplikowanej historii. Komisarz Iwo Wilkowski prowadzi śledztwo w sprawie śmierci starszego mężczyzny, którego ciało znaleziono w kontenerze na śmieci za hotelem w Zalesiu. Na kontenerze ktoś pozostawił jedno słowo: „otchłań”. Tej samej nocy ginie również właścicielka hotelu. Wszystko wskazuje na to, że między tymi wydarzeniami istnieje związek. Związek, który policjanci muszą dopiero odkryć. Wilkowski nie może jednak całkowicie poświęcić się sprawie. Kilka dni wcześniej otrzymał ultimatum, które stawia go przed dramatycznym wyborem.
W dodatku w śledztwie brakuje Kai Dalke, niekonwencjonalnej podkomisarz, która nagle znika, wcześniej zdradzając swoim współpracownikom coś bardzo niepokojącego. Michalina Murawska i prokurator Grzegorz Hala zaczynają podejrzewać, że ich koleżanka może znajdować się w poważnym niebezpieczeństwie. Równolegle własne dochodzenie prowadzi dziennikarka śledcza Oliwia Bacewicz. Trafia na sprawę włamań do willi w okolicach Zalesia, podczas których ktoś zostawiał mieszkańcom gnijące mięso. Co szczególnie istotne, półtora roku wcześniej próbował ją rozwiązać Wilkowski, ale z niewiadomych powodów zrezygnował. Ten pozornie zamknięty wątek zaczyna łączyć się z obecnymi wydarzeniami. Puzyńska buduje napięcie przede wszystkim poprzez stopniowe odkrywanie tajemnic z przeszłości. Zalesie i Lipowo stają się miejscami, w których dawne winy wciąż wpływają na teraźniejszość. Ważnym elementem historii jest również niedokończona spowiedź odnaleziona na komputerze jednej z ofiar. Może ona ujawnić, czego naprawdę dopuściła się hotelarka i dlaczego ktoś chciał, aby jej przeszłość pozostała ukryta.
Ognica łączy klasyczne śledztwo kryminalne z historiami bohaterów, których prywatne problemy stają się równie ważne, jak sama zagadka. To opowieść o tajemnicach, o poczuciu winy i konsekwencjach decyzji, które po latach mogą powrócić z niespotykaną i niespodziewaną siłą. Przypomnę tytuł: „Ognica”. Katarzyna Puzyńska, Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 27 października 2026. Trzecią książką na dzisiaj jest książka Jakuba Żulczyka zatytułowana „Pan Darek”. Wydawcą jest Wydawnictwo Świat Książki, a książka pojawi się na rynku 21 października. „Pan Darek” Jakuba Żulczyka to trzecia i zarazem ostatnia powieść osadzona w świecie książki „Ślepnąc od świateł”. Tym razem autor oddaje głos bohaterowi, którego wcześniej mogliśmy znać przede wszystkim jako bezwzględnego i budzącego respekt człowieka. Teraz jednak poznajemy go z zupełnie innej strony.
Zaglądamy do jego głowy i obserwujemy świat jego oczami. Jest rok 1990. Polska właśnie przechodzi ogromną przemianę, a z więzienia wychodzi Pan Darek. Dawniej był silnym, wpływowym i bezwzględnym gangsterem. W czasach PRL-u potrafił podporządkować sobie innych i brać to, czego chciał. Teraz jednak nie jest już tym samym człowiekiem. Jest starszy, słabszy i fizycznie ograniczony. Największym problemem okazuje się jednak nie jego kondycja, lecz świat, który zmienił się szybciej, niż on sam zdążył się do tego przystosować. Nowa rzeczywistość początku lat 90. jest dla Pana Darka jednocześnie zagrożeniem i wielką szansą.
Pieniądze pojawiają się niemal wszędzie. Stare zasady przestają obowiązywać, a przedsiębiorczość miesza się z oszustwem i przestępczością. Bohater chce odnaleźć się w tej rzeczywistości, ale szybko przekonuje się, że nie wystarczy być silnym. Musi również nauczyć się funkcjonować w świecie kontaktów, kontraktów, interesów i ludzi takich jak Zmora, który próbuje wciągnąć go w podejrzaną umowę. Najciekawszym elementem powieści jest właśnie perspektywa głównego bohatera. Żulczyk nie pokazuje Pana Darka wyłącznie jako brutalnego przestępcę. Pozwala zobaczyć jego sposób myślenia, jego lęki, ambicje, wspomnienia i stosunek do zmieniającej się Polski. Dzięki temu postać, która wcześniej mogła wydawać się niemal komiksowym, czarnym charakterem, staje się bardziej złożona i niejednoznaczna. „Pan Darek” jest więc nie tylko historią gangstera próbującego odnaleźć się w nowej Polsce. To również opowieść o człowieku, który odkrywa, że świat, w którym kiedyś czuł się potężny, bezpowrotnie zniknął.
Żulczyk wykorzystuje jego historię, aby pokazać moment przełomu. Czas, w którym stare reguły upadają, a nowe reguły dopiero się tworzą. Pan Darek musi zdecydować, czy potrafi odnaleźć się w tej rzeczywistości. Musi zdecydować, zanim ona całkowicie go pochłonie. Przypomnę Państwu tytuł: „Pan Darek”. Autor: Jakub Żulczyk. Wydawnictwo Świat Książki. Data premiery: 21 października. Proszę Państwa, jakiś czas temu apelowałem do Państwa o nadsyłanie opowiadań. Opowiadań swojego autorstwa oczywiście.
Opowiadań, które moglibyśmy zaprezentować na antenie naszej audycji. Niewiele z tych apelów wynikło. Opowiadania nie pojawiły się masowo na skrzynce mailowej Radia Paranormalium. Szkoda. Naprawdę szkoda. Może jeszcze Państwo pomyślą o takiej możliwości, ale mam odrobinę satysfakcji, bo jeden tekst godny uwagi pojawił się. Pojawił się i za chwilę go Państwu zaprezentuję. Właściwie to zaprezentuje go Państwu Marek Sęk. Ale skoro już jesteśmy przy temacie opowiadań, to ja ponawiam apel o nadsyłanie tychże opowiadań do audycji AWF. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli prześlą Państwo takie opowiadanie na skrzynkę mailową Radia Paranormalium.
Myślę, że czasami warto przestać pisać do szuflady i pokazać swoją twórczość innym ludziom. Nadsyłajcie zatem Państwo swoje utwory. A teraz? Teraz już zapraszam Państwa na opowiadanie, które wyszło spod pióra czy też klawiatury Adama Baki. Twórcy, który mówi o sobie, że jest fizykiem z duszą informatyka i ciałem złożonym głównie z kofeiny oraz człowiekiem zafascynowanym teorią chaosu. A zatem Adam Baka i jego opowiadanie „Niewidzialni” czyta dla Państwa Marek Sęk Ivellios.
[30:09] - „Niewidzialni” Rok 2034 nie różnił się od poprzednich lat niczym szczególnym, poza tym, że wszystkie problemy zostały już oficjalnie rozwiązane. Tak przynajmniej codziennie informował Centralny System Informacyjny Ministerstwa Harmonii Społecznej i Edukacji Adaptacyjnej. Na ekranach rozmieszczonych w miastach przesuwały się spokojne komunikaty: „Polska liderem cyfrowej transformacji edukacji”, „Pracownie AI w każdej szkole”, „Nauczyciel przyszłości wspierany przez inteligentne systemy”. Ludzie przywykli już do tego języka. Był miękki, uspokajający i całkowicie pusty. Marek pamiętał jeszcze stare czasy, kiedy słowo nauczyciel oznaczało człowieka uczącego konkretnego przedmiotu. W nowym systemie był operatorem modułu kompetencji fizyczno-technicznych poziomu podstawowego. Brzmiało nowocześnie. W praktyce oznaczało, że prowadził trzy godziny fizyki tygodniowo w siedmiu klasach, uczył elementów cyberbezpieczeństwa, nadzorował pracownię AI, prowadził dokumentację emocjonalną uczniów, uczestniczył w obowiązkowych szkoleniach motywacyjnych i raz w tygodniu pełnił funkcję mobilnego koordynatora stabilności sieci. Etat nadal wynosił 18 godzin.
Ten zapis pozostawiono chyba wyłącznie dla celów humorystycznych, bo Marek od dawna nie liczył czasu pracy. Liczył jedynie momenty, kiedy system przestawał czegoś od niego żądać. Takie chwile zdarzały się rzadko. Szkoła numer 48, w której zaczynał dzień, wyglądała dokładnie tak, jak wszystkie inne szkoły po reformie. Szare korytarze, sensory obecności, ekrany motywacyjne i idealnie wyposażona pracownia AI stojąca obok zamkniętego laboratorium chemicznego, którego od pięciu lat nie było komu remontować. Ministerstwo szczególnie lubiło fotografować pracownię AI. Nigdy laboratorium. Tego ranka trzy terminale nie działały. System zgłaszał błąd autoryzacji centralnej licencji edukacyjnej. Marek próbował połączyć się z Regionalnym Centrum Wsparcia Technicznego.
Po 20 minutach odezwał się automat. „Zgłoszony problem nie wpływa na ogólny poziom realizacji kompetencji cyfrowych. Dziękujemy za współtworzenie edukacji przyszłości”. Rozłączył się. Na pierwszej lekcji uczniowie siedzieli w półmroku, patrząc bardziej na ekrany niż na niego. Nie byli gorsi od poprzednich pokoleń. Byli po prostu zmęczeni permanentnym procesem optymalizacji własnej przyszłości. „Proszę pana” – odezwał się jeden z chłopców. „Czy fizyka będzie nam jeszcze do czegoś potrzebna?” Marek spojrzał na ścianę. Wisiał tam nowy plakat ministerstwa: „Wiedza faktograficzna ogranicza kreatywność”.
Przez chwilę miał ochotę się roześmiać. Zamiast tego odpowiedział zgodnie z procedurą. „Kompetencje fizyczne rozwijają zdolność adaptacji do zmiennych warunków rynku”. System lubił takie zdania. Były długie, bezpieczne i nic nie znaczyły. Po lekcjach czekało go jeszcze sześć raportów dobrostanu ucznia, dwa zebrania online, aktualizacja cyfrowych kart rozwoju emocjonalnego i obowiązkowe szkolenie pod tytułem: „Jak budować pozytywne doświadczenie edukacyjne mimo braków kadrowych”. Prowadzący szkolenie miał 27 lat i nigdy nie pracował w szkole. Był certyfikowanym trenerem transformacji edukacyjnej trzeciego stopnia. „Kluczowe jest nastawienie” – mówił z uśmiechem. „Dzisiejszy nauczyciel musi być elastyczny, multidyscyplinarny i gotowy do ciągłego rozwoju”.
Marek patrzył na migający ekran i zastanawiał się, ilu jeszcze nauczycieli fizyki zostało w kraju. Niewielu. Większość przeszła do przemysłu energetycznego, laboratoriów albo sektora AI. Tam przynajmniej płacono za wiedzę techniczną, zamiast wymagać heroizmu w zamian za elektroniczny certyfikat uznania. Ale oficjalnie kryzysu nie było. Oficjalnie edukacja przeżywała najlepszy okres w historii. Statystyki wyglądały znakomicie, odkąd zmieniono definicję problemu. Wieczorem Marek siedział sam w pustej pracowni chemicznej. Ze starej instalacji sączyła się woda do plastikowego wiadra. W ciszy było słychać jedynie buczenie serwerów nowych terminali AI.
Spojrzał na zakurzone modele atomów stojące pod ścianą. Nagle zrozumiał, że system osiągnął doskonałość. Nie musiał już walczyć z nauczycielami, nie musiał ich cenzurować ani usuwać. Wystarczyło obciążyć ich wszystkim. Resztę zrobiło zmęczenie. Kilka miesięcy później Centralny System Informacyjny opublikował komunikat: „Dzięki skutecznej cyfrowej transformacji problem niedoboru nauczycieli przedmiotów ścisłych został rozwiązany”. Marek przeczytał tę wiadomość rano, już po podpisaniu umowy w sektorze energetycznym. Szkoła numer 48 nadal działała bez zakłóceń.
[36:13] - To ja teraz pozwolę sobie powtórzyć swój apel dotyczący opowiadań. Ja naprawdę myślę, że warto przestać pisać do szuflady i naprawdę warto pokazać swoją twórczość innym. Zatem nadsyłajcie państwo swoje utwory na skrzynkę mailową Radia Paranormalium. Ja przypomnę: radio@paranormalium.pl. Proszę państwa, teraz zgodnie z tym, co mam tutaj napisane, czas na korepetycje filozoficzne. Zaczynamy zatem. Faworynos z Arelate, czyli dzisiejszego Arles, był filozofem, retorem i erudytą żyjącym na przełomie I i II wieku naszej ery. Urodził się w Galii, ale działał głównie w świecie greckojęzycznym, między innymi w Atenach, w Koryncie, ale także w Rzymie, więc już nie do końca greckojęzycznym miejscu. Przyjaźnił się z Plutarchem, a w kręgu jego uczniów i znajomych znajdowali się między innymi Herodes Attyk, Korneliusz Fronto oraz Aulus Gelliusz. Źródła łączą go również z dworem cesarza Hadriana.
Faworynos interesował się nie tylko filozofią, ale również historią, literaturą, gramatyką i retoryką. Napisał wiele dzieł, jednak większość z nich nie zachowała się do naszych czasów. Jego poglądy znamy przede wszystkim z fragmentów i relacji późniejszych autorów. Najważniejsze pytanie, które można postawić w związku z jego filozofią, brzmi: czy człowiek naprawdę może być pewien tego, co uważa za prawdę? Faworynos należał do tradycji sceptycznej i określał się jako zwolennik akademii. Interesował się także sceptycyzmem pyrionejskim. Nie chodziło mu jednak po prostu o stwierdzenie, że niczego nie można wiedzieć. Bardziej interesowało go badanie argumentów przemawiających za różnymi stanowiskami oraz pytanie, czy rzeczywiście mamy podstawy, aby wydać jakiś ostateczny sąd. Sceptycyzm akademicki wyrastał z tradycji Akademii Platona, szczególnie z myśli kilku filozofów późniejszych, mianowicie Arcesilaosa oraz Karneadesa. Jedną z jego metod było przedstawianie argumentów po obu stronach problemu.
Możemy na przykład zapytać, czy można być pewnym, że nasze zmysły pokazują nam rzeczywistość taką, jaka naprawdę jest. Możemy znaleźć argumenty przemawiające za tym, ale również przykłady, w których zmysły nas zwodzą. Sen może wydawać się rzeczywistością. Złudzenie optyczne może zmieniać sposób, w jaki postrzegamy przedmiot, a ten sam obiekt może wyglądać inaczej w różnych warunkach. I co wtedy? Zamiast natychmiast wybierać jedną odpowiedź, można powiedzieć: „Sprawdźmy zatem argumenty obu stron”. W tym sensie sceptycyzm staje się nie zaprzeczeniem wiedzy, lecz metodą intelektualnej ostrożności. Faworynos interesował się również Pyrronem i sceptycyzmem pyrionejskim. Napisał dzieło „Tropy pyrionejskie” w 10 księgach. Dzieło to oczywiście nie zachowało się, ale wiemy o nim między innymi dzięki kilku przekazom późniejszym.
Sceptycyzm był więc dla Faworynosa nie tylko przedmiotem badań historycznych. Był żywym sposobem prowadzenia filozoficznego namysłu. Łączył się z jego zainteresowaniem retoryką. Dobry mówca powinien potrafić przedstawić argumenty przemawiające za określonym stanowiskiem, ale również argumenty strony przeciwnej. Nie zawsze chodziło o zwycięstwo w sporze. Czasami ważniejsze było pokazanie, że problem jest bardziej skomplikowany niż początkowo sądzono. To prowadzi do jednego z podstawowych problemów sceptycyzmu. Załóżmy, że jesteśmy absolutnie przekonani o jakimś twierdzeniu. Skąd wiemy, że ono jest prawdziwe? Możemy przedstawić argument, ale skąd wiemy, że argument jest poprawny?
Możemy też odwołać się do kolejnego argumentu, ale wtedy pojawia się pytanie o jego uzasadnienie. Sceptyk nie musi twierdzić, że prawda nie istnieje. Może po prostu pytać, czy mamy wystarczające podstawy, aby powiedzieć: wiem. A to wbrew pozorom są dwie różne sytuacje. Być może największym problemem nie jest samo to, że czasami się mylimy. Problemem jest to, że nie zdajemy sobie sprawy z możliwości własnego błędu. Życie Faworynosa było pełne paradoksów. Urodził się w Galii, ale działał w świecie greckiej kultury i pisał po grecku. Był filozofem, ale również retorem i sofistą. Obracał się wśród elit, a jednocześnie zajmował się tradycją sceptyczną, która uczyła ostrożności wobec ludzkich przekonań.
Pokazuje to, że filozof nie musi być człowiekiem stojącym z boku świata. Faworynos był częścią życia intelektualnego i politycznego swojej epoki, a mimo to jego filozofia przypominała o konieczności dystansu wobec własnych sądów. Jedna z najbardziej znanych historii związanych z Faworynosem dotyczy jego konfliktu z cesarzem Hadrianem. Szczegóły znamy z późniejszych przekazów i nie wszystkie możemy uznać za pewne. Według tej anegdoty Faworynos po przegranym sporze z cesarzem miał zauważyć, że nie warto poprawiać logiki człowieka posiadającego władzę nad legionami. Niezależnie od historycznej dokładności tej opowieści dobrze oddaje ona paradoks jego sytuacji, bo filozof może posiadać argument, ale to władca ma władzę. Nie zawsze prowadzi to do tego samego rezultatu. Sceptycyzm Faworynosa nie oznaczał całkowitego odrzucenia rozumu. Powiedziałbym, zgodnie ze swoją tradycją, że wręcz przeciwnie. Aby skutecznie podważać argumenty, trzeba dobrze rozumieć argumentowanie.
Aby dostrzec słabość własnego stanowiska, trzeba być gotowym wysłuchać stanowiska przeciwnego. Sceptycyzm wymaga więc intelektualnej dyscypliny i nie wystarczy powiedzieć: nic nie wiadomo. To również jest przecież jakieś twierdzenie. Trudniejsza postawa brzmi mniej więcej tak: nie jestem jeszcze pewien. I właśnie tutaj Faworynos spotyka się z innymi filozofami sceptycznymi. Można teraz zadać pytanie, co pozostało po Faworynosie? Jego dorobek zachował się jedynie fragmentarycznie. To już mówiłem. Wiemy między innymi o „Historii różnorodnej” to tytuł dzieła, o wspomnieniach oraz o tropach pyronejskich, o których wspominałem. Za zachowaną mowę Faworynosa uważa się także mowę do Koryntian, zachowaną w zbiorze mów przypisywanych Dionowi Chryzostomowi.
Współczesne badania przypisują ją Faworynosowi, chociaż historia tego tekstu jest chyba bardziej złożona. Paradoksalnie więc człowiek, który zajmował się problemem pewności, sam pozostał dla nas postacią, której poglądy musimy rekonstruować z niepełnych świadectw. Dlaczego warto dziś wracać do Faworynosa? Nie dlatego, że posiadał on gotowe odpowiedzi na wszystkie pytania, ale właśnie dlatego, że przypominał, jak łatwo człowiek może pomylić przekonanie z wiedzą. Możemy być czegoś pewni, znaleźć argumenty, przekonać innych, a nawet wygrać spór, dyskusję. Ale żadna z tych rzeczy sama w sobie nie gwarantuje nam, że mamy rację. Faworynos proponuje inną drogę. Jakie są argumenty? Jakie są argumenty przeciwne? Co właściwie możemy uzasadnić, a czego tylko się domyślamy?
Być może właśnie dlatego sceptycyzm nie jest końcem filozofii. Tak naprawdę jest jej początkiem. Kiedy człowiek przestaje mówić: na pewno wiem, a zaczyna pytać: sprawdźmy, skąd to wiemy, to wtedy otwiera się przestrzeń dla prawdziwego myślenia. Faworynos przypomina nam, że mądrość nie zawsze polega na posiadaniu odpowiedzi. Ona czasami polega na tym, żeby umieć wystarczająco długo pozostać przy pytaniu. Proszę państwa, tyle korepetycje filozoficzne. A teraz zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś już czeka, a porozmawiamy o kolejnej odsłonie pewnego atrakcyjnego uniwersum filmowego. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu.
Rozpoczynamy „Filmotekarium”. Dzisiaj nawiązanie do bardzo klasycznej serii filmów. Mianowicie wjeżdża na naszą filmotekaryjną stronę „Resident Evil”, odcinek któryś tam, już nie pomnę. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[47:43] - Dzień dobry wieczór. Powiedziałeś, o czym dzisiaj będziemy mówić. To ja tylko dodam, że to oczywiście jest kolejna odsłona filmowo-growej serii. Wybuch epidemii w Raccoon City. I w zasadzie to tak, to jest tyle, co o tym filmie można by powiedzieć przy jakiejkolwiek próbie omówienia albo recenzji, bo bardzo łatwo tutaj spalić i zniechęcić kogoś albo powiedzieć za dużo. Aczkolwiek szczerze powiem, to już jest kolejny odcinek serii i jeżeli ktoś chociaż raz miał kontakt z tym uniwersum, to pewnie i tak będzie wiedział, o co chodzi. Jedną z cech tego nowego „Residenta”, który został przyjęty chyba przez publikę w miarę Jest to, że mamy do czynienia z czymś a la one man show. Po drugie, w sumie to będzie to samo, o czym już mówiłem, że to jest film, o którym się ciężko opowiada, ale też osobiście mnie się go trudno oglądało. Ale to dlatego, że ja nie jestem zwolennikiem tego typu historii, bo ja uważam, że one są już tak obtrzaskane, tak obite, one są tak przeżute, że tutaj jest trudno czymkolwiek zaskoczyć. I niestety muszę powiedzieć, że tak, jest trudno zaskoczyć i ja się męczę na tego typu produkcjach.
Ja wiem, że rekiny, zombie, apokalipsa zombie i tak dalej to jest coś, co jakiegoś tam przeciętnego Amerykanina strasznie łechce i rajcuje, ale mnie to po prostu w ogóle nie rusza. Także od samego początku mówię, że ja tutaj będę na specyficzne nie. Kolejna sprawa. Ja lubię jak film jest jakąś opowieścią, jak opowiada jakąś historię. Tutaj też ją opowiada. Tyle że, nie wiem, jakbym się miał uprzeć, to ta specyficzność polega na tym, że przenosi się tak zwany survival horror, taki typ gry na ekran. Czyli chłop musi przeżyć, przez te kilkadziesiąt minut musi przeżyć. I wiecie, to trzeba konesera do takiego filmu, do takiego kina w ogóle. Wszystko się tam dzieje bardzo szybko. Celem jest oczywiście na początku przeżyć.
Potem mamy troszeczkę takie przewrócenie wszystkiego na głowę. Role się odwracają, to inni muszą robić wszystko, żeby przeżyć zetknięcie z głównym bohaterem. Natomiast zaczyna się to wszystko w sposób nawet fajny, dość specyficzny. Pamiętam, kiedy zobaczyłem teaser tego "Rezidenta" w kinie. Nie znałem tytułu jeszcze. To ja pomyślałem, że zbliża się jesień. Może to będzie jakiś w ogóle świąteczny horror, bo tam i zima, i śnieg, i pusta droga, i kurier, który wiezie paczkę, kłóci się z dziewczyną i nagle dochodzi do potrącenia osoby. I pierwszy rzut oka wystarczy, żeby zobaczyć, z kim mamy do czynienia. I powiem ci, że to jest taki cyk, trigger. Ja już wiem, o czym ten film będzie.
Naprawdę nie jestem fanem. Nie wiem, jak nasi słuchacze. Nie zaskoczył mnie ten film niczym. I nawet jakbym był pochłaniaczem tego typu produkcji, to też bym nie czuł się jakoś szczególnie ukontentowany czy nasycony, syty tym filmem, bo tam wszystko wiemy od samego początku. To zatrzymanie przez policję, potem wizyta w domu, gdzie już jest ostateczna konfrontacja z naturą fenomenu, z naturą zagrożenia, które się pojawia. To wszystko sprawia, że już od samego początku ja wiem, gdzie to będzie dryfowało i nawet końcówka, która jest taka bardzo... Ja wiem, czy ona jest przewidywalna? W pewnym sensie tak. Powiedzmy sobie szczerze, to jest reboot tego uniwersum i tutaj już wiele rzeczy było. Nie wiem, czy ona zmienia mój stosunek do całości.
Ja może po prostu robię na samym początku błąd mówiąc wam, że tego typu filmów nie lubię. Może jestem już uprzedzony, ale tak to wygląda. Jakby tam wjechało coś nowego, jakby wjechał jakiś dramatyzm. O, dramatyzm. Tam go nie ma. To, jak mówię, jest film o przeżyciu survival horror. Oglądamy, a za chwilę opowiem, co ma to jeszcze wspólnego z grą.
[52:29] - Piotrze, ja się uśmiechnąłem, kiedy zacząłeś mówić i właściwie mówiłeś o tym, że ten film ci się nie podoba, bo oto mamy sytuację rzadko zdarzającą się tutaj w Filmotekarium, że mamy przeciwne zdania. To znaczy ja co do zasady, którą ty wygłosiłeś, że to jest film z taką akcją, powiedzmy, dosyć umowną i przewidywalną, i grową, bo tę growość, nie lubię tego słowa, ale niech będzie, wszyscy wiedzą, o co chodzi. Tę growość widać w tym filmie. On jest trochę skonstruowany jak gra i to bardzo łatwo da się wyłuskać ze scenariusza. Ale powiem tak, że być może mój, chciałem powiedzieć, że zachwyt to już bym trochę przesadził, ale moje ukontentowanie może wynikać z tego, że my ostatnimi czasy oglądaliśmy różne ambitne dzieła i one mnie już tak zmęczyły, że w momencie, kiedy dostałem film prosty jak ta przysłowiowa konstrukcja cepa, naprawdę to jest bardzo prosty film. Jeśli chodzi o scenariusz, uwierzcie państwo, tam nie ma żadnych takich dramatycznych zwrotów. Jest to rzeczywiście dobrze odrobiona lekcja pisania scenariusza i nie mówię tego złośliwie. On jest po prostu przyzwoicie napisany. Mam tu na myśli wynikanie. To znaczy nic się nie dzieje bez powodu, niczego się państwo nie musicie domyślać, wszystko jest logicznie wyłożone.
Wiecie, gdzie jesteście w każdym momencie tego filmu. I to jest w gruncie rzeczy przy obecnej sieczce, która wrzucana jest na różne portale, w różne miejsca streamingowe, to jest duża zaleta, przynajmniej dla mnie. Być może ta nieobiektywność mojej oceny wynika z tego, że tak jak powiedziałem, myśmy ostatnio oglądali sporo Cudzysłów arcydzieł. A arcydzieła mają to do siebie, że męczą, przynajmniej mnie i mnie już tak zmęczyły, że kiedy dostałem film prosty, powtarzam to prosty, a nawet bardzo prosty, to ja się przez półtorej godziny świetnie bawiłem. To znaczy, zrozummy się, zabawa polega na tym, że można na chwilę oderwać się od świata, pogrążyć w bajce, bo to w gruncie rzeczy jest baśń, taka horrorowa, ale baśń. Jeśli przestawimy zwrotnicę w głowie swojej na tego rodzaju odbiór, to ten film może być satysfakcjonujący. I ja nie chcę przez to powiedzieć, że to jest arcydzieło. Ja się ze sporą częścią tego, o czym mówił Piotr zgadzam. Absolutnie się zgadzam. Tylko ta zwrotnica w głowie.
Ja po prostu to inaczej odebrałem. Dla mnie to, co ty, Piotrze, mówiłeś, że to jest w sumie feler tego filmu, to nagle u mnie urosło to do zalety. To jest paradoks oczywiście, ale mamy prostą fabułę, naprawdę taką grową fabułę. Tak jak Piotr mówił, ta droga zaśnieżona, dochodzi do tego wypadku i później ten facet robi wszystko, żeby przeżyć i wypełnić misję. Bo w dobrej grze trzeba wypełnić misję, zakończyć to. I co więcej, tam się pojawia pewna komplikacja i my cały czas, może dobrze, nie my, ja przez cały czas czekałem, jak ta komplikacja się rozwinie, w którym to kierunku pójdzie. Mamy w końcu do czynienia z produktem popkulturowym, to człowiek myśli: powinien być jakiś happy end. Może nie w tej serii, ale przynajmniej facet zasłużył sobie, żeby go samo dobro spotkało. I następuje koniec. On jest taki, właśnie Piotr zawiesił głos, ja też go zawieszę, ale jest taki nie do końca satysfakcjonujący, ale właśnie.
I podsumowując, żeby za długo państwa nie zwodzić i nie epatować różnymi historyjkami. Ja po prostu byłem zadowolony, że ten film jest do bólu prosty, czasami do bólu przewidywalny. Wiadomo, że bohater sobie poradzi, chociaż niektóre jego takie miniakcje potrafiły mnie zaskoczyć, kiedy kombinowałem, jak on sobie z tym psem poradzi. Albo nagle ten pies zaczyna się dziwnie zachowywać. Nie wiem, czy to jest dobre określenie. Dziwne się zaczyna robić przy okazji psa. Później on poznaje historię, co się wydarzyło u właścicieli tego psa i tak dalej. To sami państwo widzicie, że ja państwu streszczam historię banalną w gruncie rzeczy, ale całość składa się na taki obraz, który ogląda się, troszeczkę nawiążę do przedwojennej recenzji. To jest, proszę państwa, obraz, który przeczyszcza łagodnie, nie przerywając snu. To autentyczna recenzja ze sztuki teatralnej przedwojennej, więc zacytował ją autor tejże recenzji, powołując się na reklamę lekarstwa oczywiście.
Więc troszkę jest tak z tym filmem, że on przeczyszcza łagodnie, nie przerywając snu, a w każdym razie tego samozadowolenia, że wreszcie się trafiło na obraz, który nie stwarza problemów samym swoim istnieniem. A tak niestety, proszę państwa, było, że ostatnimi czasy, to już mówiłem, ale powtórzę, trafiały nam się filmy ambitne w najgorszym rozumieniu tego słowa. Więc jak się trafił film nieambitny, to ja byłem usatysfakcjonowany.
[58:53] - Tak, bo to nie jest obraz nędzy i rozpaczy. To jest jeden z tych filmów, które są wyprodukowane po to, żeby zarobić i one są zrobione dobrze. Dużo razy było tak, że omawialiśmy film, który w głębi gdzieś tam nie miał za bardzo sensu, ale był zrobiony dobrze i często było słychać pochwały, że coś jest kiepskie, ale dobrze się ogląda, bo dobra obsada, bo wszystko jest utrzymane w jakimś toku takim, że to się po prostu ogląda, że to się niesie samo w sobie, że się patrzy i chce się więcej. Tutaj może działa troszeczkę to, że jak wspominam, ja nie jestem fanem tego typu filmów. Powiedziałem też, że to jest one man show. To też tak nie do końca. Mamy tam mnóstwo pobocznych bohaterów, również także z firmy, która stworzyła remedium na ową epidemię. Tyle że tak jeszcze o growości tego obrazu. Mam wrażenie, że my właśnie oglądamy gameplay, że jest bohater, jest misja i są potwory. I on musi wszystko zrobić, żeby przejść tę misję, żeby kampanię skończyć.
Są takie momenty, kiedy w tym filmie się nic nie mówi, tylko się ogląda. Ma wystarczać ta wartka akcja. Mi to nie odpowiada. Znudziło mnie to. Poza tym ja przez ostatnich kilkanaście lat obejrzałem mnóstwo filmów o takiej czy innej odmianie zombie. Bo czy to jest zombie, to można też się byłoby kłócić, prawda? Ale wiemy, o co chodzi. To jest pewne wyobrażenie na temat patogenu, który powoduje, że ludzie zaczynają się nie tylko dziwnie zachowywać, ale ulegają też różnego rodzaju mutacjom. Pamiętasz? Omawialiśmy "28 lat później" i tam już wszystko zostało postawione rzeczywiście najwyżej jak się da pod względem artystycznym.
Artystycznym to ja nie wiem, bo tam zostało to wszystko zrealizowane w dość charakterystyczny sposób przy pomocy smartfona. Ale jeżeli chodzi o sposób przedstawienia tej historii, postaci, samego pomysłu, to było pewne novum. Starano się zaprezentować to inaczej niż zwykle. I to tak wyszło. Dobrze, to było fajne, ale było tak sobie. Myślę, że są takie pomysły, które już nie szokują. To tak jakby nakręcić kolejne "Szczęki" i udawać, że się tym podnieca. Tak jest dla mnie. Nie ukrywam, że są ludzie, którym się to podoba i których to rajcuje. Oczywiście jest też inny punkt widzenia niż nasz z perspektywy fana całej serii.
Kogoś, kto lubi to uniwersum w wersji filmowej i w wersji growej. I tutaj mamy do czynienia w przypadku tego filmu jeszcze, pamiętajmy, z rebootem, czyli ponownym rozruchem tegoż uniwersum. I niech to sobie już ocenią fani i powiedzą, bo ja chyba nie jestem w stanie. Nie jestem dobrym recenzentem w tym przypadku, nie jestem obiektywny. Natomiast powiem ci też, ja bym się czuł bardzo mocno rozczarowany, gdyby mi ktoś kupił bilet w ciemno i wysłał mnie na to do kina. Nie wiem, czy ja bym to wytrzymał, ale mówię tylko w swoim imieniu.
[01:02:21] - Wiesz, Piotrze co, ja za dobrą monetę wziąłem to, że ani razu podczas swojego seansu nie spojrzałem na zegarek, kiedy to się wreszcie skończy. Bo ja państwu przypominam, że zdarzało nam się ostatnio mówić o filmach, że trwały za długo, że można by je skrócić, że się męczyliśmy, że przez godzinę nic się nie działo. I tak dalej. Tu nie ma tego problemu. To oczywiście nie jest ocena wartości filmu. Nawet nie mówię już o wartościach artystycznych. Mówię chociażby o rozrywkowości tego filmu. To nie może być ocena i nie jest to ocena, ale jednak pewna poszlaka jest. To, że ja nie sprawdzałem godziny, tylko dałem się porwać temu, co się działo na ekranie. To było raz bardziej wciągające, raz mniej wciągające, niemniej jednak była opowiedziana pewna historia.
I wrócę. Ty wróciłeś. Ja wróciłem. To ja też jeszcze raz wrócę. To jest historia, która ma wszelkie cechy gry. Powtarzamy to do znudzenia, ale warto o tym pamiętać. Bo gra rządzi się swoimi prawami. Sam grywam. Nie powiem, że jestem graczem namiętnym, ale grywam w różne gry. Gdzież mi tam do Wiktora Żbikiewicza, który gra 24 na 24.
Czasami śpi, ale jednak widzę wyraźnie, że ten film, ten reboot serii filmowej wyraźnie bazuje na tej growości. I ja do końca nie potrafię powiedzieć, przyznam się do tej słabości, czy to jest wada, czy zaleta, bo zależy jak na to patrzeć. Jeżeli szukacie państwo w filmach czegoś głębszego, to zupełnie nie jest ten film. Jeśli szukacie doznań artystycznych, to absolutnie nie jest ten film. Jeśli, jak by to powiedzieć tak delikatnie, jeśli szukacie skomplikowanej fabuły, w której pewne rzeczy wychodzą w najmniej oczekiwanych momentach, następuje odwrócenie, na końcu przestawia nam się świadomość i to, co myśleliśmy na początku, okazuje się zupełnie nietrafione, bo twórcy filmu pokazują, że ten świat wygląda inaczej. To też nie jest ten film. Tu wszystko jest dosyć proste. Ja chyba jestem na tym etapie swojego filmowego życia, że ja czekam na rzeczy proste i dlatego ten film mnie usatysfakcjonował. Nie mówię, że to jest arcydzieło. Chyba zresztą w świetle tego, co mówił Piotr i co mówiłem ja, to chyba państwo już to wyczuli.
Ale jeśli pragniecie państwo takiej prostej, ale to nie jest w tej chwili z mojej strony jakieś wyśmiewanie się, prostej rozrywki, to jest dobry film do tego rodzaju działania. Jeśli szukacie głębi, to absolutnie nie. Skoro skończyło się Filmotekarium, to teraz czas na MAUP, czyli książki z pogranicza. Dzisiaj wspólnie z Piotrem zerkniemy na książeczkę z serii Fenomen, a konkretnie na drugi tom tej serii zatytułowany "Nadludzie". Dzień dobry wieczór państwu. Książki z pogranicza. Któryż to już odcinek? Sam chciałbym wiedzieć. Niemniej jednak startujemy. Książki z pogranicza.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:06:19] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj domknięcie pewnej podserii, bo zajmiemy się analizą kolejnego tomu periodyka Fenomen. Co to było, możecie się dowiedzieć z poprzednich odcinków. W dużym skrócie to była cykliczna, krótka, efemeryczna publikacja, która nie wychodziła w formie magazynowej, zeszytowej, ale de facto w formie książek. Wydawała to Bellona. Każda część była poświęcona innej tematyce z pogranicza. Omówiliśmy dotychczas wszystkie wydania oprócz jednego pod tytułem "Nadludzie". Tytuł mówi sam za siebie, niektórym się może źle kojarzyć, ale od czasów najdawniejszych ludzie wierzyli w herosów, półbogów. Dzisiaj lubią superbohaterów, czyli ludzi o nadludzkich zdolnościach. Od Heraklesa przez Ilię Muromca, Supermana, pana Wołodyjowskiego, chciałoby się wymieniać dalej.
Wszyscy słyszeliśmy o ludziach o nadludzkich zdolnościach albo nawet nadludzkich cnotach. To jest jedna strona fenomenu, bo w tej publikacji widzimy nieco inny profil nadludzi, uzdrowicieli duchowych, media spirytystyczne czy nawet Spring Heeled Jacka, który tutaj jest tłumaczony jako Skocznonogi Jacek. Trudno powiedzieć, kto to był, bo to był trochę wiktoriański superbohater, trochę psotnik, prowokator, według niektórych demon, według jeszcze innych znudzony życiem, wysportowany arystokrata. Na pewno ktoś, kto się nie bał tego, że zostanie złapany. Ale te demoniczne interpretacje były. Wbrew oczekiwaniom, niestety to jest powtórzenie dobrze znanych historii w większości. Taka repeta momentami po bandzie, że kiedy widzę tytuły niektórych rozdziałów, to mi się już odechciewa. Ale z drugiej strony jest tam też coś ciekawego. Na przykład mamy rozdział o ludziach, którzy władają ogniem chodząc po nim. Nie wiem, czy to jest dla mnie zaskoczenie, ale pamiętajmy też, że fenomen wychodzi w specyficznych czasach.
To są lata 90. Wtedy jeszcze ludzi dużo rzeczy interesuje, bo internet nie działa tak jak dzisiaj, że możecie sobie wklepać dowolny temat w wyszukiwarkę YouTube'a i dostajecie nie tylko informacje, ale też na przykład obrazki czy wizualizacje. Wtedy na wiedzę się często czekało, aż się pojawi w kiosku. Mamy tam inne postaci, które sprawiają, że można by ten tom nazwać może nie "Nadludzie", ale "Ludzie-fenomeny", bo tam jest i Eusapia Palladino i Ted Serios. Jeżeli ktoś zna dobrze temat, to też wie, że oni akurat nie byli do końca nadludźmi, bo Eusapia Palladino może jakieś zdolności miała, ale też była łapana na mistyfikacjach. Ted Serios z kolei, ten facet, który potrafił przenosić treść myśli na kliszę fotograficzną, miewał poważne problemy z aktywowaniem u siebie tych zdolności, żeby one zaczęły działać. Także może jednak nie do końca nadludzie, ale ludzie o specyficznym profilu, pokroju, zdolnościach, talentach.
[01:09:54] - Tak, tam jest cała plejada tychże ludzi, bo najpierw, tak jak powiedziałeś, mamy ludzi związanych z ogniem, chodzących po ogniu i w ogóle takich ogniotrwałych. Zaraz potem pojawia się, żeby to uzmysłowić państwu, jak skonstruowany jest ten tom, na przykład Sai Baba, któremu przypisywano materializowanie przedmiotów, uzdrawianie, nawet wskrzeszanie zmarłych. Ta jego działalność jest przedstawiona na pograniczu religijnego cudu i zjawiska paranormalnego. Ale mamy rozdział poświęcony Rosemary Brown, która utrzymywała, że otrzymuje, słyszy muzykę od zmarłych kompozytorów. Mamy José Arigo, chyba to tak się wymawia, chirurga, który był niewykształcony medycznie, ale wykonywał operacje przy użyciu bardzo prostych narzędzi i przypisywał te swoje zdolności duchowi lekarza. Mamy potem Teda Seriosa, czyli tworzenie obrazów na kliszy, o czym mówił Piotr. I tak dalej. Gdzieś tam pojawia się uzdrowiciel Willard Fuller, pojawia się Gurdżijew, pojawia się Swedenborg, Crowley. Już z samych tych nazwisk, które wymieniam, orientujecie się państwo, że zakres tematyczny tego tomu jest niejednorodny. To chyba najlepsze określenie.
Bardzo różne fenomeny pojawiają się. Może Piotr ma rację, że to się nie powinno nazywać "Nadludzie", tylko właśnie "Ludzie-fenomeny", tylko chyba za bardzo by się gryzło z tytułem całej serii. Ten tom kończy się taką próbą syntezy i autor sugeruje, że te niezwykłe zdolności niekoniecznie muszą być przywilejem nielicznych wybrańców. Sugeruje, że każdy człowiek może posiadać niewykorzystane możliwości, które są związane z koncentracją, hipnozą, autosugestią, medytacją, czy wreszcie z kontrolowaniem reakcji własnego organizmu. Zdaniem autora w ten sposób nadczłowiek zostaje przedstawiony nie tyle jako istota, która jest nadnaturalna, ale bardziej jako człowiek wykorzystujący Ten potencjał, który w nim drzemie, wykorzystujący w stopniu dalece wykraczającym poza codzienne doświadczenie. Takie były moje odczucia po lekturze tego tomu. Tom jest krótki, jak każdy w tej serii, około stu stron. I to jest taka tabletka, taka bomba z różnymi dziwnościami. Nie wiem, czy to akurat służy temu tomowi, bo siłą rzeczy pewne zjawiska, pewne osoby, pewne fenomeny muszą być potraktowane skrótowo. To chyba nie służy zgłębianiu, ale podobnie jak w poprzednich tomach, to jest dobry starter dla kogoś, kto nie zgłębiał do tej pory takich tematów, to to jest dobry starter, żeby zacząć szukać, czy to w internecie, czy w literaturze.
[01:13:54] - Tak. Pomimo wad powtórzeń to jest ciekawy temat. Raz na jakiś czas rodzą się ludzie o wybitnych zdolnościach i może nawet jest tych ludzi więcej niż się komukolwiek wydaje. Zresztą ta książka też o tym mówi. Tylko pamiętajmy, że to nie są supermoce. To są nietypowe, choć może zupełnie naturalne zdolności mieszczące się w kategoriach normalności dla homo sapiens. Może nie są częste. To jest coś jak talent. One nie są po równo rozdawane wszystkim. Ci ludzie to są fenomeny.
Oni są też solą w oku dla, nie powiem sceptyków, raczej dla zaprzeczaczy naukowych, którzy chcą w nich właśnie widzieć superbohaterów. Że to są zdolności na pstryknięcie palcem, że ktoś może aktywować rentgenowy wzrok. A taki przypadek też był. Przecież pamiętamy, w Rosji była taka dziewczynka. Na życzenie. Nie jest tak. O tym mówi parapsychologia. To są po prostu jakieś zdolności, w które wyposaża natura, bo przecież nie są to wszczepione czy sztucznie wygenerowane moce. To jest coś, co ci ludzie mają od urodzenia. Nie są to też talenty chyba, bo tego się nie da wyćwiczyć.
Tak się przynajmniej wydaje. Zatem ta publikacja jest poprawna, tak jak cały fenomen. On ma gorsze i lepsze strony. Może publikacji to już nie, nie wiem, czy dzisiaj jest miejsce na rynku na coś takiego, ale żeby takich tekstów było więcej dzisiaj, ale też żeby było trochę więcej reprezentantów tej grupy, czyli nadludzi. Oni mieliby też w naszych czasach ciężki orzech do zgryzienia, bo wywoływaliby ogromne sensacje, ale też co za tym idzie ogromną uwagę. Tylko czy mamy do czynienia z porywającą lekturą? Nie. To wszystko zależy może od tego, kto jaką ma wiedzę w temacie. Bo jeżeli ktoś jest obtrzaskany, to nie zaskoczy go to. A jeżeli ktoś nic o tym nie wie, to będzie usatysfakcjonowany.
A przecież my słyszymy, że gdzieś tam cały czas coś ciekawego się na świecie dzieje. Ostatnio na przykład słyszałem o takim 16-letnim chłopaku z Polski, który ponoć dysponuje superpamięcią. Zatem może ci nadludzie, te fenomeny cały czas gdzieś występują, tak? Tylko że nie jest to tak, jak wielu chciałoby ich widzieć. Nie zawsze są to superbohaterowie.
[01:16:29] - Ja mam takie wrażenie, że książeczka „Nadludzie” to jest w sumie interesująca książka popularna. Taka, która jak mówiłem, może być starterem do dalszych poszukiwań. Myślę, że to jest znacznie słabsza książka, znacznie słabsze opracowanie mające dowodzić na przykład istnienia zjawisk paranormalnych, bo nie do końca da się wyciągnąć tego rodzaju wniosek po lekturze. Właśnie bardziej można skierować się ku temu, o czym mówił Piotr, że gdzieś tam w człowieku drzemią moce, które trudno nazwać paranormalnymi. Może one są najzupełniej normalne. Myślę, że jeśli byśmy szukali zalet tej książki, to jej największą zaletą jest umiejętność opowiadania historii. Ja to zawsze cenię. Lubię, jeśli autor ma taką żyłkę, żeby coś czytelnikom opowiedzieć. Bo zamiast abstrakcyjnych rozważań, jakichś filozoficznych rozkmin, my otrzymujemy konkretne postacie, konkretne wydarzenia. Mamy tego Arrigo z chirurgicznymi narzędziami, mamy Seriosa przed aparatem fotograficznym, tą Rosemary Brown przy fortepianie, Swedborga, który opisuje pożar czy Paladino podczas seansu.
Mocną stroną jest również różnorodność materiału. Bo owszem, ta książka meandruje, halsuje po różnych tematach, ale to w gruncie rzeczy w pewnym momencie staje się interesujące. Ona, mówię o książce, łączy religię, medycynę, psychologię, okultyzm, parapsychologię. Pokazuje w sumie dzięki temu bardzo wiele różnych znaczeń pojęcia nadludzkich możliwości. I myślę, co ważne, autor nie zawsze w sposób bezkrytyczny przyjmuje wszystkie historie, które są przez niego opisywane. Widać, że czasami ma do tego dystans. W przypadku tego, jak to mówiłeś, skocznonogiego Jacka czy Jacka, dopuszcza rozmaite wyjaśnienia, a na przykład przy Palladino podaje też informacje o wykrywaniu ewidentnych oszustw. A więc widzimy, że to nie jest książka pisana pod tezę. Skoro już mówiłem o lepszych stronach tej książki, to powiem też o słabościach. Moim zdaniem coś, co męczy każdą tego rodzaju publikację, jest nierówna jakość dowodów.
One są z różnych bajek. Niektóre są naprawdę interesujące, niektóre wydają się po prostu słabe. Często schemat rozumowania wygląda następująco: wiarygodny świadek zaobserwował jakieś niezwykłe zdarzenie, a zatem należy uznać je za rzeczywiste paranormalne zjawisko. A tymczasem nawet bardzo szczery i w sumie kompetentny świadek może się po prostu pomylić albo nie znać wszystkich okoliczności danego wydarzenia. Szczególnie, że bardzo problematyczne są przypadki medyczne takiego Arrigo czy Fullera, gdzie potrzebne byłyby dokładne, niezależne badania kliniczne. Niczego takiego nie dostajemy, relacji o niczym takim nie dostajemy. Te niezwykłe fotografie, o których pisze, to może być interesujący fakt czy też interesująca ciekawostka, ale to przecież automatycznie nie oznacza, że ta fotografia została wytworzona siłą myśli. Ja wcale tego nie neguję. Być może tak, ale mnie chodzi o wartość dowodową, o to, co my tak naprawdę dostajemy. Być może tak, być może nie.
W każdym razie nie wynika to z przytaczanych dowodów czy też poszlak, bo aby wyciągnąć takie silne wnioski, należałoby wykluczyć oszustwo, błędy w eksperymencie, jakieś inne możliwe wyjaśnienia. A tego nie dostajemy tak naprawdę. Książka zbyt często przechodzi od stwierdzenia: „Nie potrafimy tego wyjaśnić” do stwierdzenia: „Być może jest to zjawisko paranormalne”. I to jest coś, co mnie chwilami drażniło, ale to kwestia osobnicza. Myślę, że dużym problemem jest selekcja materiału, bo dostajemy jako czytelnicy przede wszystkim przypadki niezwykłe, a dużo mniej dowiadujemy się o różnych nieudanych próbach, o wynikach negatywnych czy w ogóle o wszystkich okolicznościach poszczególnych eksperymentów. W dodatku jest coś, co nazwałbym podkręceniem narracji. Autor ma tę zdolność i stosując sensacyjny język, dodatkowo wzmacnia w czytelniku wrażenie niezwykłości. Ale przy wszystkich tych zastrzeżeniach myślę, że ta książka ma pewną wartość historyczną, kulturową, bo ona pokazuje sposób, w jaki gdzieś pod koniec XX wieku, kiedy te książki się ukazywały, literatura popularna przedstawiała granice ludzkich możliwości. Robiono to, łącząc dawne tradycje spirytystyczne z językiem psychologii i nauki. I to chyba działało, tak mi się wydaje.
Proszę państwa, było już dzisiaj opowiadanie, ale to było opowiadanie premierowe. A tymczasem od jakiegoś czasu... Ale się ładnie zapętliłem. Czas, czas, czas. No dobrze. Od jakiegoś czasu prezentujemy opowiadania z archiwum Radia Paranormalium, a konkretnie z audycji „ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty”. Dzisiaj przygotowałem trzy teksty. Opowiadanie Przemysława Cichonia z cyklu „Świnioryje”, opowiadanie zatytułowane „Pieruńskie ożywienie”. Drugim autorem z dzisiejszej serii jest Piotr Prokopowicz, opowiadanie zatytułowane „Robaczywe owoce”. I wreszcie trzecie opowiadanie, Marek Myszograj, „Zdarzenie”.
Zapraszam państwa, a czyta dla państwa Marek Sęk Ivellios.
[01:24:07] - Przemysław Cichoń. Pewnego razu w Świnioryjach. „Pieruńskie ożywienie”. Lipiec był wyjątkowo deszczowy tego roku. Po bezśnieżnej zimie natura postanowiła wyrównać wodne rachunki. Lało jak z cebra. Deszczowa aura utrzymywała się od początku miesiąca. Przez pierwsze dwa tygodnie lipca spadło więcej deszczu niż przez ostatnie pół roku. Na domiar złego co jakiś czas przechodziły przez północno-wschodnią Polskę gwałtowne burze z porywistym wiatrem, a nawet gradem. Jednak jak do tej pory zjawiska te szczęśliwie obijały Świnioryje.
Waldek siedział w domu i doskonalił swój kunszt kulinarny. Dziś na obiad miały być mielone z pieczarkami, do tego ziemniaki z wody i surówka z kiszonej kapusty. Na stole leżała tęga książka kucharska, którą Waldek dostał w prezencie od Gertrudy, kiedy to przeszedł już podstawowy kurs gotowania jej autorstwa. Zdarzały mu się jeszcze czasem małe wpadki, ale radził sobie w kuchni całkiem nieźle. W garnku wolniutko pyrtoliły się pod przykrywką ziemniaki, a Waldek właśnie zaczął smażyć kotlety, gdy nagle wodnistą, szarą, prawie czarną przestrzeń za oknem rozświetlił blask błyskawicy, a zaraz potem powietrze rozdarł huk potężnego wyładowania. Niemiłosierny łoskot wprawił na chwilę w drgania wszystkie sprzęty w Waldkowej kuchni. Garnki zagrały tusz, a światło zgasło. Zapadły prawie egipskie ciemności. Prawie, bo niewielki gazowy płomień pod garnkiem otulał niebieskim światłem Wandka dłonie, a przez okno wlewał się do wnętrza ciężki od wilgoci półmrok deszczowego popołudnia. Jasna cholera!
Musiało walnąć w transformator – pomyślał Waldek i podszedł do okna, potykając się przy tym o krzesło. Krajobraz za oknem przypominał scenę z filmu o końcu świata. Deszcz, a teraz też grad, tłukł niemiłosiernie w okna, jakby zakłopotany tym, że szyby jeszcze nie rozsypały się w drobny mak. Wszystko to przypominało bardziej październikową noc niż lipcowe popołudnie. Trwało to niecały kwadrans, po czym burza odeszła na wschód. Niskie burzowe chmury powoli odpływały w stronę horyzontu, powłócząc leniwie słabnącą ulewą. Miejsce październikowej gradowej nocy zaczęło znowu zajmować, co prawda jeszcze pochmurne, ale jednak lipcowe popołudnie. Zrobiło się dużo jaśniej. Wprawdzie nie wyjrzało słońce, ale miejsce czarnych, ciężkich jak ołów burzowych chmur zajęły teraz rozciągnięte i poszarpane stratocumulisy, przez które momentami prześwitywały wątłe promyki słońca. Waldek postanowił, gdy deszcz już całkiem przestał padać, wyjść i rozejrzeć się po okolicy.
Ten piorun musiał uderzyć gdzieś blisko. Ubrał gumofilce i płaszcz przeciwdeszczowy, który zawsze zabierał na ryby. Na zewnątrz było rześko. Waldek udał się drogą w stronę transformatora oddalonego od jego chałupy o jakiś kilometr. Gdy znalazł się już na miejscu, nie stwierdził żadnych widocznych uszkodzeń. Transformator wyglądał normalnie, ale nie mruczał jak zwykle. Brak zasilania – pomyślał. Zaczął rozglądać się po okolicy. Nigdzie nie było żywego ducha. Zaraz za transformatorem odchodziła od głównej wąska polna droga prowadząca na wzgórze, gdzie znajdował się cmentarz.
Spojrzał w tamtą stronę. Było cokolwiek daleko, ale zdawało mu się, że widzi dym. A może to tylko mgła podnosząca się po gradowej nawałnicy. Ruszył więc dróżką w stronę cmentarza. Cmentarz był stary. Pamiętał jeszcze czasy zaborów. Wtedy ta wieś nazywała się Schweineschnauzen i liczyła sobie tylko 36 kominów i zaledwie 150 dusz, ale był tu ewangelicki kościół i cmentarz. Po wojnie kościół całkowicie spłonął. Na jego miejscu postawiono nowy, już rzymskokatolicki, ale na cmentarzu stała jeszcze do dziś drewniana kaplica z czasów, w których Świnioryje zamieszkiwali prawie sami luteranie. Podchodząc w górę wzniesienia, Waldek miał coraz większe wrażenie, że coś jest nie tak.
To nie była mgła. Powietrze przesycone było wyraźnym zapachem ozonu i dymu. Kiedy doszedł do cmentarnej furty, już wiedział, co go tak intrygowało. Nie było kaplicy. Stara drewniana kaplica zniknęła. Postanowił to sprawdzić. Wszedł przez niedomkniętą furtę i podreptał brukowaną kamieniami alejką pod górę do miejsca, gdzie do niedawna znajdował się stary luterański cmentarny przybytek. Dotarłszy na szczyt pagórka zrozumiał już, co tutaj się wydarzyło. Znajdował się teraz sporych rozmiarów krater. Wokoło porozrzucane były tlące się deski i belki konstrukcyjne, które jeszcze niedawno stanowiły XVII-wieczny zabytek.
Znajdujące się najbliżej nagrobki były uszkodzone. Trawa wokół była wypalona. Wszędzie unosił się dziwny zapach. Dopiero gdy przyjrzał się bliżej, stwierdził, że ów zapach pochodził z tlących się poczerniałych kości, których całe mnóstwo leżało porozrzucane wśród desek i spalonej trawy. Kiedy zdał sobie sprawę z pochodzenia owego dziwnego zapachu, zaczął się krztusić i kaszleć. Wtedy ją zobaczył. Stała może 20 metrów od niego. Zgarbiona, podpierająca się laską stara kobieta ubrana w czarne łachmany, bo ubraniem tego raczej by nie nazwał, a na głowie miała czarną chustkę. Stała odwrócona do niego plecami. Zastanawiał się, kto też to może być, ale nie mógł nikogo skojarzyć z tą postacią.
Może tylko stara Skowronkowa przychodziła mu na myśl, ale ona przecież już nie żyje ze trzy miesiące. Nawet był na jej pogrzebie. Pochowano ją gdzieś niedaleko tego miejsca. Jego ciekawość zaczęła go już tak uwierać, że w końcu nie wytrzymał i zawołał: „Dzień dobry!” Kobieta nie odwróciła się, nawet się nie poruszyła, jakby była głucha. „Dzień dobry!” – powtórzył, tym razem głośniej. Żadnej reakcji. Zaczął iść w jej kierunku i dopiero wtedy się odwróciła. Waldek stanął jak wryty. Mój Boże! – pomyślał.
Stał jak słup soli i wlepiał wzrok w twarz staruchy. Jej oczy były matowe, niemalże białe. Nie było prawie w ogóle widać źrenic. Nos był zapadnięty do wewnątrz czaszki. Jej skóra koloru zielonej pleśni wyglądała, jakby naprawdę pokrywała ją pleśń. Z jej otwartych ust, oblamowanych szarą mazią warg, wypadały na czarną chustę, którą była okryta, niewielkie, białe, wijące się czerwie. Waldek był tak przerażony, że nie mógł się ruszyć. Ba! Nie mógł nawet mrugnąć oczami. Stał i patrzył na starą kobietę, a ona podniosła wolno rękę i wskazała go chudym, kościstym palcem zakończonym długim, czarnym, zakrzywionym pazurem.
To naprawdę była Skowronkowa i naprawdę nie żyła. Kiedy ruszyła, wolno powłócząc nogami w jego stronę, Waldek się w końcu otrząsnął. Odwrócił się i zaczął uciekać, ale po kilku krokach potknął się o fragment przewróconego nagrobka i upadł. Już miał wstać, kiedy poczuł, że ktoś go chwyta za kostkę. To niemożliwe, by Skowronkowa tak szybko go dopadła. Odwrócił się i zobaczył, że za kostkę lewej nogi trzyma go jakaś ręka wyzierająca z grobu, o którego leżącą na alejce część nagrobka się potknął. W kilka sekund później w okolicy jego głowy, spomiędzy patyków i odłamków ludzkich kości porozrzucanych przez eksplozję, wychynęła z ziemi następna dłoń, tylko częściowo pokryta rozkładającą się tkanką. Waldek wyrwał nogę z uścisku kościstej dłoni i zaczął pędzić na łeb, na szyję, nie oglądając się za siebie w stronę cmentarnej furty. Gdy przez nią przelazł, zaczął z całych sił dopychać zardzewiałe żelazne skrzydło, by ją zamknąć. W pewnym jednak momencie zreflektował się, że mur, którym ogrodzony był cmentarz, nie był w najlepszym stanie i w kilku miejscach znajdowały się w nim wyrwy o wiele szersze od tej furtki.
Zaprzestał bezsensownych wysiłków i rzucił się biegiem w stronę wsi. Mundek właśnie stał przy swojej bramie, oparty na zbrojeniowym pręcie, którym jeszcze przed chwilą próbował udrożnić przepust pod swoim mostkiem, by woda odpływała dalej rowem, a nie wlewała się na podwórko. Najpierw usłyszał krzyki, a dopiero później zobaczył biegnącego w jego kierunku Waldka. „Waśka, Waśka!” – krzyczał Waldek, z trudem łapiąc pomiędzy olszykami powietrze. „Co się Wala drzesz, jakbyś ducha zobaczył?” „Gorzej, Waśka. Dużo gorzej.” – Dopadł furtki i nie bacząc na wielką kałużę, pobiegł na przełaj przez podwórko Waśki, krzycząc: „Zamykaj szybko chałupę. Idą tu.” „Kto idzie?” – zapytał Waśka, gdy już dogonił kolegę prawie pod swoimi drzwiami. „Zombiaki.” „Kto?” – zapytał jeszcze raz Mundek i rozdziawił japę. „No przecież mówię, że zombiaki” – powtórzył Waldek. „Coś ty Wala pił.
Jakie zombiaki? Co ty wygadujesz? Wala, opanuj się, bo zaraz ci jakaś żyłka pierdyknie. Opowiadaj spokojnie, gdzie te zombiaki widziałeś.” „Gdzie Gertruda?” – zapytał ni z gruszki, ni z pietruszki Waldek. „W kościele. A gdzie ma być? Dziś niedziela, to śpiewa w chórze.” „No cóż, może tam będzie bezpieczna. Rozumiesz, poświęcona ziemia, święte miejsce.” – usiłował tłumaczyć Waldek. „Co ty bredzisz? Mów normalnie, co się stało.” „Na trzeźwo nie dam rady, Waśka.
Chodźmy do drewutni.” Poszli. Mundek od razu wyjął z tajnego barku dwie szklanki i pełną butelkę wyborowej. Walnęli po jednym. Waldek od razu podsunął Mundkowi szklankę, żeby ten nalał mu jeszcze. Mundek to zrobił i patrzył szeroko otwartymi oczyma na swojego przyjaciela. Waldek wychylił drugą szklankę i dopiero teraz zakąsił ogórkiem ze słoika stojącego na warsztacie koło szlifierki. Wypuścił głośno z płuc przegrzane powietrze i zaczął. „Na pewno widziałeś tę burzę. Nie sposób było jej nie zauważyć. Zwłaszcza jednego pioruna, który uderzył gdzieś blisko.
Myślałem, że walnęło w trafo, bo zaraz po tym zgasło światło, więc jak tylko przestało lać, poszedłem zobaczyć, co się stało, ale transformator był w porządku. Co prawda nie działał, ale to nie od pioruna. Brak zasilania. Musiało walnąć gdzieś w linię i wywaliło jakieś zabezpieczenie na podstacji. Poszedłem więc szukać miejsca gdzie i w co tak walnęło. Na logikę to najwyżej w okolicy jest cmentarz i tam też poszedłem. Wyobraź sobie, że się nie myliłem. Piorun walnął centralnie w kaplicę na cmentarzu. Teraz nie ma po niej śladu. A właściwie jest ślad.
Spory lej jak po bombie. No to nalej jeszcze jednego, bo zasycha mi w gardle.” Mundek ocknął się z zasłuchania i polał Waldkowi trzy czwarte szklanki. Ten wypił duszkiem, chuchnął w rękaw, zakąsił ogórkiem i kontynuował opowieść. „Tlące się jeszcze deski i belki były porozrzucane w promieniu kilkunastu metrów. Nagrobki były poprzewracane, a pomiędzy nimi walały się ludzkie kości. Krajobraz jak po wojnie. I wtedy zobaczyłem Skowronową. Pamiętasz Skowronową?” „Pamiętam, ale ona już nie żyje jakiś czas. W kwietniu był chyba pogrzeb.” – odpowiedział rzeczowo Mundek. „No właśnie.
N-I-E Ż-Y-J-E. Nie żyje.” – prawie przeliterował Waldek. „Otóż stała tam ubrana na czarno. Gdy zobaczyłem jej twarz, przeraziłem się i zacząłem uciekać, ale się przewróciłem o jakiś nagrobek i wtedy oni zaczęli po kolei wyłazić z grobów. Zaczęli się wygrzebywać. Jeden nawet złapał mnie za nogę, ale się wyrwałem. Uciekłem i przybiegłem tutaj.” „Ale kto oni? Umarlaki?” – nie dowierzał Mundek. „Umarlaki, ożywieńcy, nieumarli, zombie. Nazywaj ich, jak chcesz.” Mundek nadal stał wpatrzony w przyjaciela, a w ręku trzymał naboczętą butelkę.
"To co? Jeszcze jednego?" odezwał się wreszcie do Waldka, wykonując gest butelką w jego kierunku. "A polej. Już mi trochę lepiej. Zaczynam się uspokajać" powiedział Waldek i podsunął swoją szklankę w stronę Mundka. Tym razem Mundek nalał i sobie. Wypili. "Wiesz, musimy coś z tym zrobić" podsumował Waldek. "Ale co chcesz zrobić trupom? Przecież ich nie zabijesz.
I tak już nie żyją." "Oglądałem kiedyś z Moniką taki film o zombiakach. Noc żywych trupów czy coś takiego. I w tym filmie załatwiali zombie, strzelając im w głowę. A jak który ugryzł kogo albo zadrapał do krwi, to ten też stawał się zombiakiem." "To może osikowy kołek i srebro na sztuczce?" zaproponował Mundek. "Nie, to na wampiry. I jeszcze czosnek" zganił go Waldek. "Musimy wziąć jakąś broń. Masz jeszcze ten pistolet?" "Jasne, że mam." "To leć po niego, ja skompletuję resztę." Mundek pobiegł do domu po pistolet, który bezpiecznie leżał sobie pod podłogą w sieni. Waldek w tym czasie wziął szpadel i małą siekierę, a właściwie toporek, który wcisnął sobie za pasek od spodni. Wychodząc zabrał też siekierę wbitą w pniak przed drewutnią.
Ze szpadlem w jednej, a siekierą w drugiej ręce ruszył w stronę chałupy. Spotkali się w połowie drogi. "Masz gnata?" — spytał Waldek. "Mam" odpowiedział Mundek. Waldek wręczył Mundkowi jeszcze siekierę i ruszyli w stronę cmentarza. Pierwszego ożywieńca spotkali już na głównej drodze. Coś mruczał i wyciągał do nich ręce. Mundek trafił go pierwszym strzałem w sam środek głowy. Mózg, czy co to tam było, rozprysło się zaniem na asfalt. Zachwiał się i upadł na jezdnię.
Nie tracąc czasu, zepchnęli go tylko nogami do rowu i poszli dalej. Następny wisiał na płocie Chabrowskich, nabity na jeden z ozdobnych kolców solidnego, kutego ogrodzenia. Drugi strzał także był precyzyjny. Na płocie został tylko tors, a głowa poszybowała gdzieś na podwórko. Zbliżając się do kościoła usłyszeli krzyki. Na schodach przed świątynią stało kilka kobiet i jedna przez drugą coś krzyczały. Przed nimi stał ksiądz proboszcz z kropidłem i wymachując nim w powietrzu kreślił jakieś dziwne znaki. Na pewno nie krzyża. Jednak na zebranych pod kościołem zombiakach nie robiło to większego wrażenia. "Wynocha wszyscy z powrotem do kościoła i zamknąć drzwi" ryknął Waśka swoim tubalnym głosem.
"My się tym zajmiemy." Podniósł do góry rękę z pistoletem. Proboszcz Kuleczka, bo tak go nazywał Mundek z powodu jego dość znacznej nadwagi, zagonił baby z powrotem do kościoła i zamknął drzwi. Dokładnie tak, jak mu Mundek polecił. "Oszczędzaj naboje!" krzyknął do niego Waldek, wykonujący właśnie manewr oskrzydlający. Teraz pomiędzy nim a Waśką znajdowało się pięciu nieumarłych. Poruszali się niemrawie, powłócząc nogami, człapiąc raczej niż idąc. Ich koordynacja ruchów też pozostawiała wiele do życzenia. Mieli bardzo słabą orientację w terenie. Nie byli też zbyt spostrzegawczy, ale kiedy już cię zobaczyli, parli do przodu, nie bacząc na przeszkody. Walka z jednym takim była banalnie prosta.
Wystarczyło z zaskoczenia, a nie były to zbyt bystre bestie, przywalić szpadlem w kolana, by zwalić zombiaka z nóg. Potem już tylko odrąbać mu łeb. Pestka. Problem zaczynał się, gdy było ich więcej. Na przykład tak jak teraz. Trzech truposzczaków jednocześnie szło na Waśkę. Człapali powoli, ale z determinacją, popychani pierwotną żądzą krwi. Czy mózgów? W każdym razie Mundek wyjął gnata i wycelował w pierwszego z brzegu. Nacisnął spust.
Nic. Zamek się zaciął. Nacisnął spust jeszcze raz. Nadal nic. Ożywieńcy byli już o kilka kroków i wyciągali do niego swoje suche, kościste ramiona. Waldek, wyciągając właśnie toporek z czaszki drugiego zombie, ruszał na odsiecz kolece. Zamaszystym, półkolistym ciosem szpadla zwalił dwóch umarlaków na ziemię, druzgocząc im piszczele. Mundek trafił siekierą precyzyjnie w kark jednego z nich. Zamachnął się drugi raz i trzymając siekierę za koniec styla, poprawił, rozgniatając jego czaszkę na miazgę. Waldek skończył ze swoim i spojrzał na Mundka.
Został jeden. Mundek zamaszystym ciosem obucha powalił zombiaka pod stopy Waldka, a ten szpadlem odrąbał czerep od reszty zwłok. Gratulując sobie nawzajem i poklepując się po plecach ruszyli dalej w stronę cmentarza. Na polnej drodze napotkali jeszcze jednego. Nie miał nóg. Czągał się biedak, kłapiąc bezdźwięcznie szczęką. Jeden cios Mundkowej siekiery załatwił sprawę. Weszli na teren cmentarza. Niektóre groby były nienaruszone, ale im bliżej miejsca, w które uderzył piorun, kiedyś stała kaplica, a teraz znajdował się pięciometrowej średnicy lej jak po bombie, coraz więcej grobów było rozkopanych. Gdzieniegdzie poruszały się jakieś okaleczone, niekompletne zwłoki i wyciągały do nich ręce, jakby z niemą prośbą o litość.
Waldek załatwiał to jednym uderzeniem szpadla. Trzeba przyznać, że Mundek dbał o narzędzia. Szpadel był solidnie oprawiony i porządnie naostrzony. Gdy obeszli już cały cmentarz, a zajęło im to dobrą godzinę, Waldek przystanął i ni stąd, ni zowąd zapytał Waśkę: "Ty widziałeś gdzieś Skowronkową?" Mundek stanął jak wryty. Masz rację. Nie widziałem. Spojrzeli jeszcze raz na siebie i bez słowa ruszyli biegiem w stronę wsi. Baby zaczęły już wyłazić z kościoła i powoli rozchodzić się do domów, omijając z daleka leżące pokotem na placu przed kościołem szczątki umarlaków. Proboszcz Kuleczka oddawał właśnie na jednego z nich obiadek, nie mogąc powstrzymać targających nim torsji. Gertruda z dwoma jeszcze koleżankami z chóru krzyknęła w stronę chłopaków: „To wy ich tak urządziliście?” „Ktoś musiał” – odpowiedział, nie zatrzymując się Mundek i dodał: „Zmykaj szybko do domu i zamknij dobrze drzwi”.
Byli już niedaleko domu Zdzicha Skowrona. Gdy dopadli furtki, ta była otwarta na oścież. Drzwi do chałupy też. Ruszyli bez zastanowienia. Gdy weszli do izby, Skowronowa już chciała zanurzyć zęby w szyi leżącego na łóżku z nogą w gipsie Zdzicha Skowrona. Jeden precyzyjny cios Mundkowej siekiery na długim stylu odrąbał jej głowę i posłał ją w kąt izby. Z głowy, gdy toczyła się po podłodze jak z zepsutej grzechotki, wysypywały się niczym ryż białe robaki. Reszta Skowronowej osunęła się do tyłu i z cichym plaskiem upadła na podłogę. „Co się stało?” – odezwał się przebudzony i zaskoczony widokiem Mundka i Waldka stary Skowron. „Nie, nic.
Śpij dalej. Z tą nogą i tak nam nie pomożesz, a mamy trochę sprzątania.” Piotr Prokopowicz, „Robaczywe owoce”. Nadzieja. Jestem ostatnim przedstawicielem wspaniałej rasy. Samotnie przemierzam bezkresny kosmos. Wreszcie po podróży trwającej eony udało się. Komputer zidentyfikował idealną planetę. Moja rasa przetrwa. Przystępuję do inwazji. Po lądowaniu szybko uruchamiam procedurę adaptacyjną.
Trochę to potrwa, ale czujniki nie wykazują wrogiego życia. Organizmy z okolicy nie reagują na wszelkie próby komunikacji. Należy więc uznać je za pierwotną formę życia bezrozumnego. Mają gruby, twardy rdzeń, z którego wychodzi mnóstwo odnóg z płaskimi końcami. Mój statek staje się zalążkiem wielkiego megaorganizmu. Przebudowuje się tworząc miasto komputer gotowe zaopiekować się moimi dziećmi. Miasto rośnie w siłę, tworząc zdrowy rdzeń dla nowej populacji. Algorytm realizuje konstrukcję, naśladując prymitywne istoty w okolicy. To stara zasada mojej rasy, by w trakcie inwazji wzorować się na lokalnych organizmach. Ta planeta jest cudowna.
Jest tu tak dużo zasobów, że już po trzech cyklach moje miasto bez trudu zbudowało domy statki dla moich dzieci. To standardowa procedura, która sprawi, że w razie zagrożenia każdy osobnik jest gotów szybko wyruszyć w kosmos, by szukać nowej planety i zapewnić przetrwanie naszej wielkiej rasie. W końcu komputer wyhodował moje dzieci z mojej krwi i mego ciała. Zagrożenie. Niedobrze. Ta planeta nie jest taka idealna. Jest tu sporo istot, które poruszają się bardzo szybko. Czujniki ledwo je rejestrują. Prawdopodobnie wiąże się to z cyklami. Na rodzimej planecie naszej wspaniałej rasy cykle trwały sto razy dłużej niż tutaj.
Zapewne długość cyklu wpływa w jakiś sposób na metabolizm i funkcjonowanie niektórych z tutejszych organizmów. Oni poruszają się bardzo szybko, wręcz błyskawicznie. Dopiero analiza stopklatki z kamery ujawniła ich istnienie. Na szczęście większość tych istot jedynie uszkadza miasto, z czym komputer radzi sobie sprawnie dzięki zasobom dostępnym na wyciągnięcie ręki. Niestety są tu też potworne istoty, które pożerają moje dzieci. Mają ostre głowy i dwie cienkie nogi. Nie mają rąk. Poruszają się jeszcze szybciej. Walka. Nie poddamy się bez walki.
Myśl techniczna naszej wspaniałej rasy zwycięży. Musimy się zwielokrotnić. Moje dzieci są już na tyle duże, że mogą same zbudować swoje miasta. Aktywuję drugi stopień inwazji. Każdy statek wraz z mieszkańcem opuszcza moje miasto. Nie leci jednak w kosmos. Mamy tu w końcu rachunki do wyrównania. Stagnacja. Walka trwa. Jedno z moich dzieci wymyśliło specjalną substancję spowalniającą i obezwładniającą ostrogłowe potwory.
Gdy tylko któryś z nich dotyka miasta naszej wielkiej rasy, zostaje uwięziony. Z początku szamocze się. Po krótkiej chwili zwalnia i w końcu po mniej więcej jednym lokalnym cyklu zamiera. Po pierwszym dużym sukcesie, gdy dość szybko pokonaliśmy setki tych paskudnych stworzeń, okazało się jednak, że niektóre z tych potworów potrafią porywać moich potomków bez dotykania miasta. Dlatego okopaliśmy się na pozycjach. Już tylko nieliczne ostrogłowy wpadają w naszą pułapkę. My unikamy wychodzenia z domów. Mimo że tracimy od czasu do czasu niektóre jednostki, nasza wielka rasa wciąż się rozwija. Olbrzymy. Kamery zarejestrowały ruchy w okolicy naszych miast.
Okazuje się, że są na tej planecie jakieś olbrzymie istoty, które niestety poruszają się podobnie szybko jak ostrogłowe potwory. Nie mamy na razie dokładniejszych danych. Ostatnio zaobserwowaliśmy też niekontrolowane uruchomienia domów statków. Niestety nie dało się nawiązać z nimi kontaktu. Jedno z moich dzieci wysnuło teorię, że ma to związek z tymi bliżej nieokreślonymi olbrzymami. Być może. Musimy zebrać więcej danych. Aktywował się mój system ostrzegawczy. To chyba w związku z olbrz- „Zobacz Kaśka, jaki dziwny owoc!” Ośmioletni Adam podsunął starszej od dwa lata siostrze lepki, żółty owal wielkości dużego jabłka, zerwany właśnie ze stojącego w pobliżu równie dziwnego drzewa. Dziewczynka zignorowała gest brata i krzywiąc nos odparła: „Fuj, jak śmierdzi!
Jak zgniłe mięso.” „No bo na drzewach są poprzyczepiane martwe ptaki” – podkreślił z przejęciem chłopiec. Po chwili dodał: „Super miejsce. Odkryłem je tydzień temu.” „A mi się tu nie podoba. Paskudne drzewa bez liści, jakby pousychane i do tego martwe ptaki i smród. Fuj” – odparła Kasia. „Bo ty jesteś babą i się nie znasz. Ale zobacz, jakie śmieszne owoce.” Podsunął siostrze pod nos ten, który przed chwilą zerwał. „Nie jedz ich! Na pewno są trujące. Fuj, a ten jest robaczywy.” Kasia wytrąciła owoc z ręki brata.
Ten ochoczo przydeptał wystającą z żółtej kuli małą, owadopodobną istotkę, po czym dodał: „No właśnie. Chyba wszystkie są robaczywe, bo jak byłem tu ostatnio, to w każdym, który zerwałem też był jakiś robal.” Marek Myszograj „Zdarzenie” Wczoraj miałem dylemat – zrobić to czy nie? Jednak dzisiaj rano bez skrupułów ogoliłem się wbijającą już brodę, a następnie odświeżyłem ciało, biorąc prysznic. Teraz byłem gotów. Zapowiadało się całkiem dobrze. Trzy miesiące temu wykryto u mnie guza mózgu. Dzisiaj miałem rozpocząć chemioterapię. Dochodziła ósma rano. Przygotowałem śniadanie, trzy kanapki z serem żółtym, a do picia oczywiście kawa. Nieźle, gdyby tylko nie ograniczał mnie kompletny brak apetytu.
9:30. Ubrany w jasny podkoszulek z krótkim rękawem wyszedłem z mieszkania. Przez kilka tygodni szykowałem się na tę chwilę. Zawsze żyłem tak, jak Bóg nakazał, nikogo nie krzywdząc, dbając o dom i rodzinę. Na zewnątrz, w cieniu drzewa czekała na mnie moja nowa biała furgonetka. Pojazd wraz z wyposażeniem otrzymałem od... No właśnie. Powiedzmy – firma podarowała mi to auto. Wsiadłem więc za kierownicę i sprawdziłem, czy wszystko jest na swoim miejscu. Było okej.
Pozostawało mieć nadzieję, że nie będzie żadnych problemów. Serce biło mi nieco mocniej niż zwykle. Firma powinna być zadowolona. Wcisnąłem pedał sprzęgła, przekręciłem kluczyk w stacyjce, wrzuciłem pierwszy bieg i ruszyłem. Kierowałem się do centrum. Ruch na ulicach był dość spory. Większość samochodów wyprzedzała mnie. Ogólnie dobrze się czułem. Muzyka w radiu dodawała odwagi. Przecież to wcale nie było takie trudne.
Dochodziła dziesiąta. Stałem na czerwonym świetle. Za szybą ludzie podążali pogrążeni w swoich sprawach. Miałem wrażenie, że niemal każda z tych osób rozmawia przez telefon. Dziwny świat. Ludzie mijają się na drodze bez żadnych ceregieli. Przechodzą obok siebie, nie zmieniając wyrazu twarzy. Nie pozdrawiają się. U nas w rodzinnych stronach taki zwyczaj byłby uznany co najmniej za gorące. Żółte.
Ruszyłem dalej. Już blisko. Jeszcze tylko dwa skrzyżowania i w lewo. Znałem przecież tę trasę na pamięć. Kilka razy pokonałem ją spacerkiem. Po kilku minutach wjechałem przed dystrybutor na stacji benzynowej. Wyłączyłem silnik, wygramoliłem się z siedzenia i rzuciłem okiem na okolicę. Na wprost mnie znajdował się McDonald's. W środku jak zwykle spora ilość osób. Następnie mój wzrok powędrował w lewo.
Po przeciwnej stronie ulicy mieścił się niewielki oddział tutejszego banku oraz sklepik z elektronicznymi wynalazkami. Na wystawie można było zobaczyć między innymi gitarę elektryczną z umieszczonymi po jej bokach sporych rozmiarów głośnikami oraz naprawdę wielki, kolorowy telewizor. Nie zamykając za sobą drzwi auta podszedłem do dystrybutora. Zachło mi w gardle i miałem cholerną ochotę właśnie w tym miejscu zapalić papierosa. Chwyciłem za nalewak, a następnie zdjąłem go z dystrybutora. Drugą dłonią otworzyłem wlew paliwa. Gdy zbiornik samochodu zaczął się napełniać, zablokowałem przepływ na automatyczne nalewanie. W tym samym czasie wróciłem do szoferki. Od tego momentu musiałem się spieszyć. Choć dzień był słoneczny, to na plecach czułem lodowaty pot.
Moje serce mocno biło, a w uszach głośno szumiało. Drżącymi rękoma odchyliłem fotel kierowcy do przodu. Za siedzeniem leżała kamizelka odblaskowa. Delikatnie ją zsunąłem i ukazała się mała skrzyneczka. Wziąłem głębszy oddech, po czym bez wahania, jednym szybkim ruchem przestawiłem przełącznik na bocznej ściance z pozycji dolnej na górną. Boże, co za beznadziejna obsługa! Człowiek chce coś zamówić i szybko zjeść, a w zamian otrzymuje dziesiątki pytań o wybór sosu, o dodatkową colę, o wielkość porcji frytek. Trzeba zwyczajnie skrzyczeć "durni", aby otrzymać ot tak po prostu dwa hamburgery z frytkami. I jeszcze ten tłok. Siedzę jak ostatni idiota obok obcej rodzinki z bachorami.
Dobrze, że chociaż mam miejsce przy oknie. Zjem szybko i spadam. Hamburger dycha. Widać, że facet z naprzeciwka również dosiadł się do obcej mu grupy nastolatków. Kompletnie nie pasuje do nich. Młodzież. Jak można jeść w takim bałaganie, a przy tym być tak sztucznie szczęśliwym? Żrą, gadają i głupio się śmieją z byle czego. Rzeczywiście nie wpasowuje się do młodych. Wybiera powoli z małego pudełeczka jakąś frytkę i ostentacyjnie wkłada sobie ją do ust.
Kurwa, gapi się na mnie. Dobrze, że siedzę przy oknie. Jakaś znajoma furgonetka podjechała pod dystrybutor. Kolejny dziwak. Co on się tak rozgląda? Nic. Dojem i wychodzę. A ten wciąż gapi się we mnie z frytką w gębie. Dobra, dosyć. Wychodzę.
Wstałem i coś mnie nagle powaliło na podłogę. Boli mnie wszystko, a w uszach słyszę przytłumiony gwizd. Co się stało? Nie mogę się ruszyć. Ja pierdolę! Coś jakby huknęło przed chwilą. Nic nie widzę. Nie mogę się podnieść. Ktoś chwycił mnie mocno za nogę i ciągnie po podłodze. Rękoma staram się chronić głowę, jednak czuję mnóstwo potłuczonego szkła.
Odłamki wżynają się w moje ciało. Ból jest okropny. Nagle ten ktoś chwycił mnie za drugą nogę. Czuję, że unosi moje ciało i rzuca niczym workiem w górę. Boże, tyle roboty, a tu kolejny klient. Źle się czuję. Wszystko mnie boli i oczy pieką. Miałem tylko napisać raport końcowy i do domu. „Dzień dobry, czym mogę służyć?” – zapytałem z udawaną uprzejmością. „Dzień dobry” – odparł z dziwnym uśmiechem.
– „Chciałbym zapytać o kredyt”. „Proszę sobie wygodnie usiąść” – wskazałem krzesło naprzeciwko stołu. – „Dobrze pan trafił. Za chwilkę przygotuję odpowiednią ofertę”. Gdzieś już go widziałem. Ten drwiący wyraz na twarzy. – „Zatem proszę powiedzieć, jaka kwota kredytu by pana interesowała?” – „Kwota?” – zapytał. Uśmiechnął się, po czym nagle uniósł prawą rękę na wysokość oczu i wyciągnął palec wskazujący ku górze. Zszokował mnie tym zachowaniem. Wariat.
Spojrzałem mu w oczy. Były zimne i chłodne. Nieznajomy obserwował teraz swój uniesiony palec. Ja również. Jego dłoń zadrgała kilkakrotnie, po czym powoli i nieludzko zaczęła się wykręcać o 360 stopni. Włosy zjeżyły mi się na głowie, ale to nie był koniec. Jego palec wskazujący nagle zmienił kąt, kierując mój wzrok w stronę okna. Tam, na zewnątrz, przy dystrybutorze stał dziwnie znajomy bus. Poderwałem się z krzesła. Tajemniczym sposobem przeczułem, co za chwilę nastąpi.
W jednej chwili ciszę zagłuszył potężny wybuch. Później wydawało się, że czas zwolnił. Ściana ognia, jak w mocno spowolnionym filmie, dotarła do okna. Widziałem taflę szkła, która pod naporem ciśnienia pęcznieje, by po chwili ulec fali uderzeniowej. Pękła. Odłamki szkła wraz z jęzorami płomieni skierowały się w moim kierunku. Nie mogłem nic zrobić. Moje ciało nie reagowało, chociaż bardzo chciałem wykonać jakiś rozpaczliwy unik. Widziałem wyraźnie i czułem, jak odłamki kaleczą moją twarz, a inne przeszywają ręce, nogi, brzuch. Jeden z nich był szczególnie duży.
Rozgrzane ostrze przebiło moje czoło, a potem bez żadnego oporu weszło w głąb czaszki, masakrując powoli świadomość. Penetracja zdawała się trwać w nieskończoność, a ból przeszywał kręgosłup aż do odbytu. I nagle czas jakby przyspieszył. Nieznajomy zerwał się na równe nogi, chwycił mnie jedną ręką za gardło i uniósł do góry. „Zadowolony jesteś?” – usłyszałem jego gardłowy głos. – „Tego się spodziewałeś?” Wokół płomieni i dymu fruwały setki papierów. – „Nie ma dziewic i nigdy nie będzie. Od teraz ja jestem twoją jedyną dziewicą”. Brzdęk, brzdęk. Boże, co za sen!
Trzy szybkie brzdęk, brzdęk, brzdęk wybudziły mnie na dobre. Nie! Co za licho o tej porze? Jakiś typ musiał wejść do sklepu, gdy kimałem. Z trudem uniosłem obolałe ciało. Wstałem. Czułem się jak psu z gardła wyjęty. Nic to. Klient nasz pan. Brzdęk, brzdęk.
– „W czym mogę panu pomóc?” – zapytałem z głębi sklepu. Cisza. – „Bo widzi pan” – zacząłem niezręcznie, ruszając w kierunku nieznajomego. – „Ta gitara z wystawy jest dobra, ale mamy lepsze”. Brzdęk. Uniósł głowę znad gitary i spojrzał mi prosto w oczy. Już gdzieś widziałem tego typa. We śnie? Nie, to nie to. A zatem déjà vu czy coś.
Skinął na mnie raz, a potem drugi w kierunku wystawy. W pierwszej chwili nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Głupia sytuacja. Nasz wzrok ponownie się spotkał. Jezu, znam gościa! Brzdęk. Ponownie ruchem głowy wskazał w kierunku wystawy. Olśniło mnie. Za oknem na stacji benzynowej stała dziwnie znajoma furgonetka. Biała, identyczna jak ta ze snu.
Zamurowało mnie. Rozsądek mówił, że to niemożliwe, jednak przeczucie tego, co mogło nastąpić, było silniejsze. Nie myliłem się. Uderzenie było nagłe i silne. Wylądowałem kilka metrów dalej. Czułem się jak kupa bezwładnego mięsa. Zdołałem jedynie unieść powieki, by ujrzeć, że leżę wśród powalonych głośników. Mimo pisku w uszach usłyszałem jeszcze złowrogie „brzdęk, brzdęk”. Ocknąłem się otumaniony, wpatrując się tępo w wirujące na podgrzewaczu parówki na hot dogi. Do środka wszedł klient, rozejrzał się i skierował się prosto do mnie.
„Kawę i jednego hot doga tylko z ketchupem” – krzyknął pewnie i uśmiechnął się, ukazując idealnie białe zęby. Odwzajemniłem uśmiech, po czym obolały schyliłem się do szafki z bułkami. Mimo dziwnych skojarzeń starałem się zachowywać naturalnie i zwróciłem się do nieznajomego: „Może pan sobie przygotować kawę w tym czasie”. Uśmiecham się. Niesamowite. Obok jest McDonald's, a są i tacy, co przychodzą na stację po zwykłego hot doga. Przełknąłem ślinę przez ściśnięte gardło, a potem otworzyłem opiekacz. W tym samym czasie kątem oka dostrzegłem, że pod dystrybutor podjechała znajomo wyglądająca biała furgonetka. Trzęsącą ręką starałem się trafić bułką do opiekacza. Facet pod dystrybutorem rozglądał się.
Znałem go. Bułka tak trzęsła mi się w dłoni, że musiałem ją przytrzymać palcami drugiej. Spojrzałem ze zgrozą na klienta, którego próbowałem obsłużyć. Ten szczerzył zęby w moją stronę. Nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Bułka upadła na podłogę, a łzy popłynęły mi po policzkach. „O co tu chodzi?” – zapytałem rozdygotany. „Witaj w raju” – gardłowym głosem odparł mężczyzna, szczerząc lśniące zęby. „Mamy czas, mnóstwo czasu” – kontynuował. – „No i następnym razem nie wzywaj Boga.
Już cię nie usłyszy. ” – zaśmiał się upiornie, a potem nastąpiło to, co w nieskończoność mógłbym opowiadać.
[02:05:03] - Proszę państwa, tradycyjnie to już koniec dzisiejszego wydania „Akademii Wszelkiej Fikcji” i tradycyjnie życzę państwu dobrej nocy, dobrego weekendu. Równie tradycyjnie, jakoś to powtarzanie wyszło mi dzisiaj w krew, zapraszam państwa za tydzień na kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Pięknie państwa pozdrawiam. Dobrej nocy.
[02:05:33] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” z Radio Paranormalium, „UFO Historie” i „Wehikułu Wyobraźni”. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.