Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Się porobiło, proszę państwa. Jesień przyszła, zrobiło się chłodno. Trzeba tę atmosferę zatem na powrót rozgrzać. Najlepiej kolejnym odcinkiem AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry, wieczór państwu. Tak, zrobiło się chłodniej, ale ja żyję cały czas nadzieją, bo mówią, mogą się mylić niestety, że w przyszłym tygodniu będzie ciepło. Ja jako osoba ciepłolubna żyję nadzieją, że jeszcze odrobinę tej złotej polskiej jesieni będziemy mieli okazję zaobserwować. Startujemy z kolejnym odcinkiem Akademii Wszelkiej Fikcji. Czas, by zacząć od słowa wstępnego. Państwo zauważyli, że ja na różne tematy w tym słowie wstępnym mówię, raz o astronomii, raz trochę o polityce, raz trochę o innych rzeczach. Dzisiaj postanowiłem, że skoro to jest Akademia Wszelkiej Fikcji i rozmawiamy głównie o książkach, to ten dzisiejszy wstępniak, a kto wie, może i następne, będzie o książkach. O książkach, a w dodatku o książkach bardzo bliskich mojemu sercu czy umysłowi. Sam się zastanawiam. Zachęcił mnie do tego Wojtek Sedeńko, wydawca, człowiek kochający fantastykę naukową.
Rozmawialiśmy ostatnio o twórczości Arkadija i Borysa Strugackich. Dzięki Wojtkowi przypomniałem sobie te wszystkie wzruszenia, które przy książkach tychże autorów przeżywałem. Postanowiłem się podzielić z państwem tymi wzruszeniami, a właściwie ich echami. Arkadij i Borys Strugaccy to są pisarze, którzy należą do tej grupy pisarzy science fiction, których twórczości tak naprawdę nie da się sprowadzić do efektownych wizji przyszłości. To znaczy nie tylko do wizji przyszłości, czy też do spotkań z obcymi, czy niezwykłych technologii. Owszem, w ich książkach znajdujemy wszystkie te elementy, o których mówiłem przed chwilą, ale tak naprawdę to fantastyka naukowa jest dla Arkadija i Borysa Strugackich przede wszystkim narzędziem myślenia o człowieku. Służy do stawiania pytań o władzę, o odpowiedzialność, czasami o granice poznania, o rozwój cywilizacji, a czasami o naturę dobra, naturę zła oraz cenę, jaką płacimy za próby urządzania świata według własnych wyobrażeń albo wyobrażeń ludzi, którym się wydaje, że wiedzą lepiej. Bracia Strugaccy pisali wspólnie przez wiele dekad, tworząc kilkadziesiąt powieści i opowiadań. Ich twórczość zajmuje szczególne miejsce w historii rosyjskiej, ale i światowej fantastyki. W Polsce ukazały się między innymi takie książki jak: „Piknik na skraju drogi”, „Trudno być bogiem”, „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, „Ślimak na zboczu”, „Miliard lat przed końcem świata”, „Żuk w mrowisku”, „Przenicowany świat”, czy „Hotel pod poległym alpinistą”.
Ja wymieniam te tytuły, bo być może państwo również książki Arkadija i Borysa Strugackich czytali i wymienienie teraz tych tytułów otworzy jakąś klapkę w państwa umyśle. Coś się przypomni, pojawi się jakaś tęsknota za dawnymi lekturami. Co charakterystyczne, Strugaccy bardzo często wychodzili od pomysłu, który mógłby stać się punktem wyjścia dla klasycznej powieści przygodowej, a następnie właściwie odwracali perspektywę. Zamiast pytać przede wszystkim, co się wydarzy, oni pytali, co to wydarzenie mówi nam o ludziach, o naszych bliźnich. Myślę, że dlatego ich książki potrafią być jednocześnie fascynującymi opowieściami natury fantastycznej, a przy okazji filozoficznymi eksperymentami. Zróbmy zatem, taka jest moja propozycja, krótki przegląd wybranych książek, które wyszły spod pióra Arkadija i Borysa. Chyba najbardziej znaną książką braci Strugackich jest książka zatytułowana „Piknik na skraju drogi”. Ona została wydana, pojawiła się na rynku wydawniczym po raz pierwszy w 1972 roku. Naprawdę dawno temu. O czym opowiada?
W kilku miejscach na Ziemi pojawiają się Tajemnicze strefy. One są pozostałością krótkiej obecności pozaziemskiej cywilizacji na Ziemi. Tych obcych właściwie nikt nie widział. Pozostały po nich niezwykłe artefakty i anomalie, których ludzie nie potrafią do końca zrozumieć. Do stref zakradają się tak zwani stalkerzy. Ryzykanci. Tak, to jest chyba najlepsze określenie. Ryzykanci przemycający stamtąd przedmioty, które mogą przynieść im ogromne pieniądze, a spragnionym ludziom różne ciekawe korzyści. Ten pomysł wymyślony przez braci Strugackich jest genialny. Jest genialny dzięki swojej prostocie.
Strugaccy odmawiają nam klasycznej historii o kontakcie z obcą cywilizacją. Tu nie ma żadnej wielkiej bitwy, przekazu skierowanego do ludzkości ani jakiegoś kosmicznego dialogu. Człowiek znajduje po prostu śmieci po kimś, kogo nawet chyba nie jest w stanie zrozumieć. Tytułowy „Piknik” sugeruje niezwykle mocną analogię. Być może dla odwiedzających Ziemię obcych nasza planeta, z której jesteśmy tacy dumni i nasza cywilizacja, z której również jesteśmy dumni, to było tylko przypadkowe miejsce postoju, a te pozostawione przez nich przedmioty mają znaczenie dla nas, ale wyłącznie dlatego, że próbujemy te przedmioty zrozumieć, nadać im jakieś znaczenie. „Piknik na skraju drogi” to także książka o ludzkiej chciwości, o ludzkiej ciekawości i potrzebie przekraczania zakazów. Strefa jest zawsze z jednej strony miejscem groźnym, fascynującym, ale też kuszącym z drugiej strony. Wpływ „Pikniku na skraju drogi” wykracza daleko poza literaturę SF. W ogóle poza literaturę. Ta powieść stała się podstawą filmu Andrieja Tarkowskiego zatytułowanego „Stalker”, a później stała się jednym ze źródeł inspiracji dla kultury gier komputerowych.
Jeżeli „Piknik” jest opowieścią o zetknięciu się człowieka z czymś radykalnie obcym, to inna powieść Strugackich, „Trudno być bogiem”, przenosi problem w inną sferę. Co zrobić, kiedy wiemy więcej niż inni i mamy możliwość ingerowania w ich los? Brzmi tajemniczo. Zerknijmy do tej książki, żeby zobaczyć, jak zawiązuje się akcja. Ziemianie osiągnęli wysoki poziom rozwoju i prowadzą obserwacje innych cywilizacji. Bohater powieści trafia na planetę, której społeczeństwo przypomina ziemskie średniowiecze. Jest tu przemoc, wojny, zacofanie i brutalna walka o władzę. Przybysz z Ziemi mógłby teoretycznie wykorzystać swoją przewagę, aby powstrzymać całe to cierpienie, ale problem polega na tym, że każda taka ingerencja oznaczałaby złamanie zasad, według których ziemianie prowadzą swoje eksperymenty społeczno-historyczne. I właśnie tutaj zaczyna się najważniejszy wymiar tej powieści. Czy człowiek ma moralne prawo poprawiać historię innych istot, innych ludzi?
Czy można narzucić jakiemuś społeczeństwu własne pojęcie postępu? Czy przemoc może być usprawiedliwiona tym, że prowadzi do lepszego świata? Strugaccy nie dają łatwej, prostej odpowiedzi. Ich bohater nie jest wszechmocnym Bogiem. Jest człowiekiem. Człowiekiem uwikłanym w sytuację, w której każda decyzja ma jakieś konsekwencje moralne. To jest, proszę państwa, jedna z najbardziej przejmujących cech literatury Strugackich. Rozwój technologiczny wcale nie oznacza automatycznie rozwoju moralnego. Na pozór zupełnie inna jest powieść zatytułowana „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”. Mamy tutaj do czynienia z fantastyką humorystyczną.
Mamy satyrę i świat, w którym magia staje się przedmiotem badań naukowych. Bohater trafia do Instytutu Magii i spotyka ekscentrycznych uczonych zajmujących się problemami, które dla zwykłego człowieka byłyby całkowicie nieprawdopodobne. Strugaccy bawią się tutaj konwencją fantastyczną, a właściwie bardziej bawią się konwencją radzieckiego świata nauki i administracji. Fantastyczne pomysły w świecie przedstawionym są traktowane z biurokratyczną powagą, a najbardziej absurdalne sytuacje stają się elementem codziennego życia bohaterów. Za całym tym humorem kryje się jednak, myślę, że całkiem poważna pochwała poznania. Pochwała ciekawości i pracy intelektualnej. Bohaterowie książki są ludźmi, dla których badanie świata jest wartością samą w sobie. A jednocześnie pisarze Arkadii i Borys pokazują, jak łatwo nawet szlachetne idee mogą stać się czymś, co zupełnie odbiega od punktu wyjściowego. Jak łatwo te szlachetne idee mogą zostać obudowane procedurami, formalnościami i takim instytucjonalnym absurdem. To jedna z tych książek Strugackich, które pokazują, że ich fantastyka nie musi być ponura, aby być intelektualnie wymagająca.
A teraz skaczemy do innej powieści zatytułowanej „Ślimak na zboczu”. Ona należy do najbardziej osobliwych i w sumie niejednoznacznych dzieł braci Strugackich. To jest opowieść o zderzeniu człowieka z ogromną i niezrozumiałą strukturą administracyjną. Bohaterowie próbują funkcjonować w rzeczywistości, której procedury i instytucje właściwie zaczynają żyć własnym życiem. Ten fantastyczny świat powieści staje się właściwie metaforą systemu, którego już nikt nie jest w stanie kontrolować. Strugaccy pokazują mechanizm, który jest niezwykle aktualny. Jest aktualny również dzisiaj. Instytucja, która miała służyć człowiekowi, może zacząć istnieć przede wszystkim dla samej siebie. Regulaminy produkują kolejne regulaminy, decyzje wymagają następnych decyzji, a rzeczywistość staje się tak naprawdę coraz bardziej absurdalna. W powieści „Ślimak na zboczu” szczególnie dobrze widać zainteresowanie autorów tym, co nazywamy alienacją jednostki.
Alienacją wobec bezosobowych struktur społecznych, całej tej biurokracji właśnie. Fantastyka służy tutaj nie do budowania jakiegoś eskapistycznego świata, ale do pokazania rzeczywistości, do pokazania jej w krzywym zwierciadle. Krzywym i niepokojącym zwierciadle. Z kolei w powieści „Miliard lat przed końcem świata” Strugaccy sięgają po jeszcze bardziej fundamentalny problem. Pytają, czy istnieją jakieś granice ludzkiego poznania. Otóż grupa naukowców prowadzi swoje badania i wtedy zaczynają dziać się rzeczy sugerujące, że ich działalność komuś lub być może czemuś przeszkadza. Uczeni zaczynają otrzymywać sygnały, zaczynają otrzymywać groźby, pojawiają się naciski, a to wszystko ma skłonić ich do zaprzestania pracy. Ale tak do końca nie wiadomo, kto stoi za tymi wszystkimi wydarzeniami. To jest znakomity przykład fantastyki epistemologicznej. Zamiast kolejnej historii o wielkim odkryciu, my dostajemy pytanie: co by było, gdyby sam wszechświat stawiał opór naszemu poznaniu?
Czy naukowiec powinien kontynuować badania, nawet jeśli ich konsekwencje mogą być nieznane, a nawet niebezpieczne? Czy istnieje granica wiedzy, której człowiek nie powinien przekraczać? A może sama potrzeba poznawania jest jedną z najważniejszych cech człowieczeństwa? Strugaccy tak naprawdę zestawiają w tej powieści racjonalność nauki z czymś, co wymyka się racjonalnemu wyjaśnieniu i dzięki temu powieść pozostaje interesująca także jako rozważanie filozoficzne o granicach rozumu. W książce zatytułowanej „Przenicowany świat” młody Maksym trafia na obcą planetę. Trafia tam po katastrofie swojego statku. Przyznacie państwo, to z pozoru jest klasyczny początek powieści przygodowej. Nieznany świat, nowe społeczeństwo, bohater, który musi zrozumieć otaczającą go rzeczywistość. Ale bracia Strugaccy bardzo szybko komplikują tę sytuację. Świat, który Maksym poznaje, jest miejscem wielkich napięć społecznych, wielkiej, wszechogarniającej propagandy i konfliktów społecznych.
Powieść można czytać jako taką historię o dojrzewaniu społeczno-politycznym bohatera, ale można ją również czytać jako odzwierciedlenie eksperymentu. Eksperymentu dotyczącego tego, jak człowiek rozpoznaje manipulację i jak długo potrafi wierzyć w narzucony mu obraz rzeczywistości. I to jest kolejny charakterystyczny dla Strugackich motyw. Człowiek przybywający do obcego świata sądzi, że będzie jego obserwatorem, a bardzo szybko odkrywa, że tak naprawdę sam jest uczestnikiem bardzo skomplikowanego systemu. To robimy teraz skok do następnej powieści. „Żuk w mrowisku” Ta powieść należy do cyklu opowieści o świecie Południa i kontynuuje zainteresowanie braci Strugackich społeczeństwem przyszłości. Tym razem fantastyka przybiera postać niemal kryminału. Trzeba odnaleźć człowieka, którego działalność może mieć naprawdę ogromne znaczenie dla przyszłości ludzkości. Najciekawszy jest jednak sposób, w jaki Strugaccy podchodzą do samej idei utopii społecznej. Świat rozwiniętej cywilizacji nie jest tutaj rajem, w którym rozwiązano wszystkie problemy.
Wręcz przeciwnie. Wraz z rozwojem pojawiają się nowe pytania dotyczące kontroli, bezpieczeństwa, indywidualności i granic interwencji w ludzkie życie. Człowiek przyszłości nie musi już walczyć wyłącznie z głodem, wojną czy chorobami. Może natomiast stanąć przed problemem znacznie subtelniejszym. Czy można zbyt mocno ingerować w naturę człowieka? Czy można ingerować w nią w imię stworzenia lepszego społeczeństwa? Na koniec warto wspomnieć również o „Hotelu pod Poległym Alpinistą”. To kolejna książka. Dlaczego o niej mówię? Ona ma lżejszy charakter, jest bardziej rozrywkowa, ale doskonale pokazuje wszechstronność braci Strugackich.
Początkowo otrzymujemy niemal klasyczną zagadkę kryminalną. Odcięty od świata hotel, grupa podejrzanych i pewne tajemnicze wydarzenia. Problem w tym, że rzeczywistość stopniowo zaczyna wymykać się regułom zwykłego kryminału. Strugaccy tak naprawdę wykorzystują konwencję detektywistyczną, aby postawić pytania o naturę rzeczywistości i o to, jak bardzo nasze wyjaśnienia zależą od przyjętych wcześniej założeń. Fantastyka nie pojawia się tu jako ozdobnik. Fantastyka jest narzędziem, dzięki któremu można podważyć samą konstrukcję kryminalnej zagadki. Po przedstawieniu tych kilku powieści, podkreślam, to jest tylko mój subiektywny wybór. Tych powieści jest naprawdę dużo więcej i właściwie każda z nich jest fascynująca. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego warto wracać i czytać książki Arkadija i Borysa Strugackich. Otóż wszystkie te książki, o których mówiłem i o których nie mówiłem, bardzo się od siebie różnią.
„Poniedziałek zaczyna się w sobotę” jest pełen humoru. „Piknik na skraju drogi” ma atmosferę tajemnicy, nawet grozy. „Trudno być bogiem” jest tak naprawdę dramatem moralnym. „Ślimak na zboczu” przypomina koszmarną satyrę na biurokrację. „Miliard lat przed końcem świata” to filozoficzna fantazja naukowa, a „Hotel pod Poległym Alpinistą” wykorzystuje konstrukcję kryminału. Te książki łączy jednak to, że Strugaccy traktują czytelnika jak partnera do rozmowy. Nie podają wszystkich odpowiedzi, nie tłumaczą każdego zjawiska. Nie zawsze też wyjaśniają, kto ma rację. Zostawiają przestrzeń na interpretację. Te ich światy często są bardziej interesujące właśnie dlatego, że nie zostały do końca wyjaśnione.
I w tym sensie fantastyka Strugackich jest bliska filozofii. Najważniejsze nie jest to, czy my na końcu odkryjemy tajemnice strefy, czy pokonamy system albo rozwiążemy zagadkę. Ważniejsze jest to, jak zmieniło się nasze myślenie podczas gdy szukaliśmy odpowiedzi. Dlatego twórczość Strugackich pozostaje aktualna mimo upływu dziesięcioleci. Ich książki powstawały w określonych realiach Związku Radzieckiego i niewątpliwie można czytać je jako komentarz do tamtej rzeczywistości. Ale pytania, które zadawali bracia, są znacznie szersze. Dotyczą odpowiedzialności człowieka za swoje własne decyzje. Dotyczą granic władzy, ceny postępu, relacji jednostki z instytucjami oraz tego, czy większa wiedza rzeczywiście czyni nas mądrzejszymi. I to dlatego Strugaccy są czymś więcej niż tylko klasykami radzieckiej science fiction. Są autorami, którzy pokazali, że fantastyka naukowa może być jednocześnie opowieścią, eksperymentem myślowym i filozoficzną rozmową z czytelnikiem.
Książki Strugackich myślę, że weszły na trwałe do kanonu światowej fantastyki, a „Piknik na skraju drogi” doczekał się między innymi słynnej ekranizacji Tarkowskiego, o której już mówiłem. Jeżeli jednak chcecie państwo wejść znacznie głębiej w świat Strugackich, w ich pomysły, filozofię, kontekst epoki, ewolucję pisarstwa i pytania, które stawiają czytelnikowi, to ja zapraszam państwa na kanał „Wehikuł Wyobraźni”. W jednym z odcinków z cyklu opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki rozmawiałem z tymże właśnie pasjonatem i wydawcą, czyli Wojtkiem Sedeńką. Rozmawiałem właśnie o twórczości Arkadija i Borysa Strugackich. To była okazja, żeby przybliżyć się nie tylko ich książkom, nie tylko klasyce science fiction, ale także była to okazja do poznania bogatej w idee literatury. Więc jeżeli Strugaccy są dla państwa czymś więcej niż tylko nazwiskiem z historii fantastyki naukowej, jeżeli chcielibyście sprawdzić, dlaczego po ich książki warto sięgać, warto sięgać również dzisiaj, to ja zapraszam do Wehikułu Wyobraźni na godzinną rozmowę o ich twórczości. A teraz zapraszam państwa pięknie na omówienie październikowego numeru miesięcznika „Nieznany Świat”. Dzień dobry wieczór państwu. Pewnie powinienem teraz powiedzieć, że miesiące mijają szybko i w ogóle to jak z bicza strzelił i nie ma już numeru dziewiątego, pojawił się numer dziesiąty. Oczywiście numer „Nieznanego Świata”.
No tak. Zaczynamy omówienie numeru październikowego. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[25:41] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. No tak, dzisiaj się dowiecie co nowego w nowym numerze. Ale wpierw kilka słów, gdzie w ogóle znaleźć ten październikowy „Nieznany Świat”. Przede wszystkim warto polecić zastanowić się nad prenumeratą także na przyszły rok. Można ją zamówić ze strony www.nieznany.pl. Można też kupić numer elektroniczny jak ktoś się nie chce babrać z papierem, ale jeżeli ktoś woli szukać po sklepach, to znajdzie „Nieznany Świat” w punktach z prasą, w marketach, ale także w przetrwałych salonach prasowych, na stacjach paliw i tak dalej. Pamiętajcie, że wspierając „Nieznany Świat” wspieracie polską firmę i niezależny, najstarszy w kraju tytuł prasowy poświęcony zjawiskom z pogranicza.
[26:31] - No to zerknijmy, co nas czeka wewnątrz numeru. Kiedy sobie kartkuję numer październikowy, to rzuca się w oczy artykuł zatytułowany „Żywy folklor”. Temat jak najbardziej interesujący. Żywy folklor wokół nas i Arkadiusz Miazga, czyli w sumie gwarancja ciekawego czytania.
[26:57] - Ciekawego i takiego, które trochę jeży włos na głowie i na plecach. Bo Arek Miazga, znany podkarpacki ufolog, pod koniec października rusza ze sprzedażą swojej nowej książki poświęconej żywemu folklorowi. A cóż to jest ten żywy folklor? To wcale nie są koła gospodyń wiejskich. Chodzi o zupełnie współczesne spotkania z istotami, które swoim wyglądem klasyfikują się, przynależą do kategorii demonów ludowych albo czegoś podobnego. Na pewno im bliżej do tych demonów ludowych niż do ufonautów. Ale ciekawe jest to, że okazuje się, że zbierając te relacje, okazało się, że tych doniesień o istotach, które przypominają krasnale, skrzaty i tak dalej, jest więcej w Polsce niż doniesień o spotkaniach z ufonautami. To jest dziwne. Tak, drodzy państwo, ludzie nadal widują krasnale, skrzaty, boginki, wodniki i praca Arka to udowadnia. Ludzie donosili o tym przez lata, przez dziesięciolecia, ale nie mówiło się o tym dlatego, że uważano, że to jest zbyt dziwne, żeby to nagłaśniać.
Kilkanaście lat temu się to wszystko zmieniło. Jak to jest, że ludzie nadal spotykają te istoty? Czy one są realne, czy może mają naturę bardziej parapsychiczną? To wszystko wyjaśnia Arek w swoim artykule i w swojej książce. A o czym mówi teoria o wdzięcznej nazwie TIR, dowiecie się z numeru. Marku, w tym numerze jest także twój tekst. Bardzo interesujący. Bardzo, bardzo jak zwykle, w którym pada prowokacyjne pytanie: czy świadomość jest największą iluzją ewolucji? I muszę powiedzieć, że już sam tytuł może niektórych przerazić, bo ta hołubiona świadomość, mająca być kluczem do zrozumienia wszechświata, nagle może się okazać, no właśnie iluzją? Jak to jest?
Czy tylko nam się zdaje, że jesteśmy świadomi?
[29:06] - Nie, chyba nie o to chodzi, że zdaje nam się, że jesteśmy świadomi, tylko my mając w naszych głowach, przyjmijmy, że to się znajduje w naszej głowie. Mając taki aparacik, w którym gromadzimy wiedzę, w którym gromadzimy wspomnienia, no to przy okazji mamy również coś, co nazywamy samoświadomością. Wiemy, że jesteśmy. Trochę takie kartezjańskie stwierdzenie, ale myślę, że warto sobie na początek uświadomić, że czym innym jest świadomość, czyli takie głębokie poczucie własnego ja, a czym innym jest inteligencja. To są dwie różne sprawy i można w dłuższym albo krótszym wywodzie to udowodnić. No, chociażby skoro mamy sztuczną inteligencję, to ona jest inteligentna, ale czy jest świadoma? Prawdopodobnie nie. Na razie nie. Czy kiedykolwiek? A to się jeszcze zobaczy.
To są wszystko tak naprawdę to, co powiedziałem przed chwilą à propos samoświadomości sztucznej inteligencji. To są tak naprawdę opowieści dziwnej treści. I ludzie spierają się na ten temat, myślę, że za wcześnie. Ale warto sobie uświadomić, że świadomość jest czymś bardzo ulotnym. Bo o ile inteligencję swoją można udowodnić chociażby w teście IQ, chociaż nie polecam, są inne metody, to faktu samoświadomości już udowodnić nie można. Nie można tego zbadać. Rzadko kto zdaje sobie z tego sprawę. My obserwując innych ludzi zakładamy, że oni są tacy jak my, mają świadomość, ale musimy to tylko zakładać. I ja nie twierdzę, że wszyscy inni są nieświadomi. To są takie aparaty, które krążą wokół mnie i one są nieświadome.
Nie o to chodzi w tym wszystkim. Tu na scenę wkracza filozofia, która mówi, że właśnie nie o to chodzi, czy ktoś jest świadomy, czy nie. Tylko problem polega na tym, że nie potrafimy tego udowodnić. Podobnie jak nie potrafimy udowodnić sztucznej inteligencji. Gdyby sztuczna inteligencja zaczęła udawać, że jest świadoma i nagle zażądała praw dla siebie, to musielibyśmy powiedzieć: „Ale ty nie jesteś świadoma, ty tylko udajesz”. Pytanie, skąd byśmy to wiedzieli? Dlaczego ciągnę państwa w kierunku takich dywagacji bardzo, powiedziałbym, abstrakcyjnych? Dlatego, że świadomość jest czymś, co abstrakcyjne nie jest, ale jest bardzo trudne do uchwycenia. Jak to wszystko się zaczęło? Dlaczego ten artykuł powstał?
Dosyć dawno temu, kiedy w Polsce wyszła po raz pierwszy książka Petera Wattsa „Ślepowidzenie”. Ja ją przeczytałem i się zbuntowałem. Jak to? On tam właśnie przedstawia sytuację, w której przybysze z jakiegoś odległego świata, inteligentni, jednocześnie są przybyszami, którzy nie mają samoświadomości. Oni są inteligentni, funkcjonują znakomicie, kontaktują się z ludźmi, ale wszystko wskazuje na to, że są istotami bez świadomości, tej samoświadomości. Ja się na początku zbuntowałem, a później zacząłem zgłębiać temat i okazało się, że świadomość być może jest w każdym z nas. Być może jest tylko w niektórych, ale jest po pierwsze rzeczą bardzo trudną do wywiedzenia, udowodnienia, a po drugie wcale nie musi się okazać czymś niezbędnym do funkcjonowania chociażby społeczeństwa. I ja wiem, że kiedy słyszy się to po raz pierwszy, to człowiek siłą rzeczy się buntuje, tak jak ja się buntowałem. Ale kiedy zacznie się temat zgłębiać, to nagle się zacznie okazywać, że ta ceniona przez nas świadomość to jest poczucie naszego ja, naszej indywidualności. Może się okazać, że to jest tylko dodatek do tego wszystkiego, co mamy w głowie.
I to wcale nie dodatek najważniejszy. A jeśli chodzi o inne sprawy związane ze świadomością, to już zapraszam państwa do lektury tekstu. To mamy omówioną świadomość. Kiedy kartkuję dalej „Nieznany Świat”, najnowszy numer, to rzuca się w oczy tekst Kamili Kamińskiej „Tulpa. Emanacja iluzji”. A cóż to takiego, Piotrze?
[34:12] - Wiesz, z tekstu się dowiadujemy, że tulpa to jest taki bardzo zeuropeizowany termin. W rzeczywistości to powinno brzmieć mniej więcej „skrulpa”. Ale ja już zostanę przy tej tulpie. Temat jest niezwykle ciekawy, ocierający się tak naprawdę o wszystkie dziedziny z pogranicza, a przynajmniej o większość takich, w których występują jakieś istoty, czyli o ufologię, spirytyzm, może węfolklor właśnie. Tam, gdzie się pojawiają jakieś stwory z jednej strony bardzo podobne do ludzi, z drugiej jakieś dziwne, straszne, ale też tak jakby niematerialne. Tulpy to są myślokształty w dużym uproszczeniu, emanacje świadomości człowieka. Chociaż niektórzy uważają, że nie jest tak, że tulpa to jest coś w ogóle innego. Myślokształt to jest tylko taki nie synonim, tylko przybliżenie znaczenia. To są w europejskim rozumieniu eteryczne emanacje zrodzone ze świadomości i z ducha albo ze zbiorowej nieświadomości. Mogą mieć różne formy, nawet takie dość trwałe.
Tutaj oczywiście padnie pytanie, jaka jest różnica między tulpą a na przykład zjawą czy fantomem. No właśnie, dobre pytanie. Termin został wprowadzony do europejskiej ezoteryki przez Alexandera Davida Neilla. Moim zdaniem jest on niedoceniany i oprócz tego, że wiąże się ze wspomnianymi fenomenami, ta tulpencja czy tulpomancja sięga tak naprawdę szeregu innych sfer, chociażby OOBE- czy bilokacja. Myślę, że będziemy o tym mówić i koniecznie się państwo zapoznajcie z tym tematem. To ja odbijam piłeczkę, Marku, bo w tym numerze październikowym jest też twój wywiad z bardzo ciekawą osobą. Zatytułowany jest wywiad „Duchy przeszłości, lęki teraźniejszości”. Duchy przeszłości, lęki teraźniejszości. Przeprowadziłeś go z Krzysztofem Bilińskim. Czy mógłbyś krótko przytoczyć, kim jest rozmówca i jakie tematy poruszyliście?
[36:24] - Ja nie wiem, czy o Krzysztofie, o rozmowie z nim da się powiedzieć krótko, ale spróbuję Krzysztofa poznałem, jak to się mówi, jakiś czas temu, ale to już jest kawał czasu. On mnie zafascynował na początek tym, że wydał książkę Krzysztofa Grudnika „Okkultyzm i nowoczesność”. Ta książka, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy w internecie, wydała mi się niezwykła i pasjonująca. Jeszcze nie znałem jej treści, ale już same opisy sprawiały, że powiedziałem sobie: „Muszę, po prostu muszę ją przeczytać”. Później się zainteresowałem wydawnictwem IX, pisanym z rzymska. I nagle odkryłem Krzysztofa Bilińskiego, człowieka, który wydaje literaturę grozy, chociaż to nie opisuje zjawiska. I ktoś powie w tej chwili: „Tak, panowie, ale wy się macie w nieznanym świecie zajmować tym, co się wydarza, a nie literaturą”. Powiem państwu, że Krzysztof Biliński, wydawca, właściciel wydawnictwa, interesuje się tym, co się dzieje naprawdę. I on znając świetnie te wszystkie niezwykłe wydarzenia oraz świetnie znając literaturę poświęconą tego rodzaju wydarzeniom, jest doskonałą osobą, która łączy te dwie rzeczy. Z jednej strony wydaje książki takie jak książka Krzysztofa Grudnika „Okkultyzm i nowoczesność”, a z drugiej strony przybliża nam historię pisania o rzeczach niezwykłych.
Bo to nie tylko duchy, ale też najdziwniejsze rzeczy, które pojawiały się pod koniec, właściwie w drugiej połowie XIX wieku i na początku wieku XX. Dzięki wydawnictwu IX polski czytelnik otrzymał, czasami po raz pierwszy, takie arcydzieła jak chociażby „Nadchodzącą rasę” Lyttona, która wcześniej była znana tylko z fragmentów. I tu nagle dostajemy cały tom. A to jest książka, która odegrała ogromną rolę w kształtowaniu się różnych ruchów o charakterze ezoterycznym czy teozofii i tak dalej. Takich książek Krzysztof w tak zwanym międzyczasie wydał całą masę. Dzięki niemu poznajemy dzieła wszystkie Grabińskiego, takiego polskiego Lovecrafta trochę. Być może to porównanie nie przypadnie państwu do gustu. W każdym razie mistrza grozy. Niektórzy go bardzo cenią, innych nudzi. Ja nie namawiam państwa w tej chwili, żebyśmy przeprowadzali analizę literacką, bo tak to już jest z literaturą, że ona jednych fascynuje, innych nudzi.
Chodzi o to, że Krzysztof Biliński, właściciel wydawnictwa, jest człowiekiem stojącym na granicy pomiędzy literaturą, która stara się oddać to, co dziwne, niezwykłe, poruszające, a drugim biegunem jest rzeczywistość, która również bywa niezwykła, poruszająca, fascynująca. Rozmowa z Krzysztofem Bilińskim to nie jest rozmowa wyłącznie o literaturze. To jest rozmowa o dziwnościach naszego świata, o tym, że wokół nas dzieją się rzeczy niezwykłe, a osoby wrażliwe, takie jak pisarze, starają się tę niezwykłość uchwycić. Starają się ją pokazać. Starają się przemycić swoje myśli, swoje przemyślenia, swoje obserwacje dotyczące nieznanego świata. Ale nie tego w postaci miesięcznika, tylko tego, który nas otacza. Ja bardzo serdecznie namawiam państwa do lektury tego wywiadu, ponieważ kiedy go pisałem, czułem gęsią skórkę, bo to są naprawdę rzeczy, o których mówi Krzysztof, niezwykłe i fascynujące. Jeśli ktoś lubi literaturę i lubi rzeczy niezwykłe, to to jest wywiad dla niego.
[41:06] - Tak. A w tym numerze jeszcze, drodzy państwo, inne interesujące tematy. Leszek Matela odwiedza bałkańskie miejsca mocy. Doktor Joanna Bohaczek-Trąbska pisze o czarnoksiężniku z Menlo Park, czyli o Tomaszu Edisonie. O UFO na freskach w wielkopolskim kościele pisze Adam Piekut. To oczywiście jeszcze nie wszystko. Pełen spis treści możecie znaleźć na www.nieznanyświat.pl. Pamiętajcie też o stronie księgarni www.nieznany.pl, a jeżeli macie jakieś sprawy, piszcie na adres redakcji.
[41:45] - Skoro były polecanki dotyczące czasopisma, to teraz czas na polecanki książkowe. Zaczynamy! Jak zwykle trzy tytuły. Pierwszy z nich „Posusz”. Autor Maciej Siembieda, wydawnictwo Znak Litera Nowa, a data premiery trochę odległa, ale chyba warto czekać, bowiem ta książka pojawi się na rynku 30 listopada. Maciej Siembieda po raz kolejny sięga po historię, która mogłaby zostać zapomniana, gdyby nie literatura. W powieści „Posusz” wraca w Góry Świętokrzyskie. Tym razem, po sukcesie „Gołoborza”, opowiadając historię człowieka uwikłanego w najbardziej dramatyczny moment polskich dziejów. Centralną postacią tej powieści jest Rudolf Widera, przedwojenny szybownik ze Śląska. Człowiek, który podczas wojny staje przed dramatem tożsamości.
Jako dezerter z Luftwaffe trafia do polskiej partyzantki w świętokrzyskich lasach. Jego śladem podążają siostra pragnąca go ocalić oraz zakochany w niej przyjaciel. Z tej pozornie sensacyjnej konfiguracji Siembieda buduje opowieść o lojalności, zdradzie i wyborach, których konsekwencje potrafią przetrwać całe pokolenia. Najciekawszy wydaje się właśnie motyw tożsamości rozdartej przez historię. Rudolf Widera nie mieści się łatwo w prostym podziale na swoich i obcych. Wojna odbiera człowiekowi komfort jednoznaczności i zmusza go do podejmowania decyzji, w których nie ma dobrych rozwiązań. Siembieda wykorzystuje więc konwencję powieści historycznej i sensacyjnej, aby postawić pytania znacznie bardziej uniwersalne. Czym jest lojalność? Czy można uciec od własnej przeszłości? Czy dawne winy rzeczywiście mogą pozostać pogrzebane?
Przypomnę tytuł: „Posłuż” Maciej Siembieda, wydawnictwo Znak Litera Nowa. Książka na rynku od 30 listopada. Nieco wcześniej, bo 30 września pojawi się na rynku książka Katarzyny Gołdy zatytułowana „Dosiad”. Wydawcą jest Wydawnictwo Literackie. „Dosiad” Katarzyny Gołdy to thriller szpiegowski osadzony w świecie polskich służb. Główną bohaterką jest kapitan Bogna Bor, naczelniczka ABW. Podczas pogrzebu swojego kolegi z wywiadu Roberta „Jogiego” Strojskiego spotyka byłego przełożonego. Ten przekazuje jej informację, która całkowicie zmienia perspektywę na śmierć Jogiego. Twierdzi, że nie zmarł on na atak serca, lecz zginął z jej powodu. Kilka godzin później ktoś włamuje się do mieszkania Bogny.
Nie kradnie jednak żadnych przedmiotów. Dokonuje tak zwanego dosiadu, niejawnego przeszukania, pozostawiając przy okazji czerwony samochodzik i butelkę wina. Rzeczy związane ze zmarłym funkcjonariuszem. Wszystko wskazuje na to, że jest to świadomie pozostawione ostrzeżenie. Wkrótce pojawiają się kolejne elementy układanki. Zaginiona broń oraz karta microSD zawierająca materiały mogące zagrozić ludziom stojącym u władzy. Bogna zostaje wciągnięta w rozgrywkę, której skali początkowo nie zna. Sytuację dodatkowo komplikuje pojawienie się jej brata zaginionego przed laty. Istotnym wyróżnikiem książki jest doświadczenie samej autorki. Katarzyna Gołda była oficerem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Służby Kontrwywiadu Wojskowego.
Według informacji Wydawnictwa Literackiego wykorzystuje wiedzę wyniesioną ze służby w swoich thrillerach. Jest również absolwentką polonistyki, pisarką, recenzentką teatralną i inicjatorką projektów literackich. „Dosiad” jest jej drugą powieścią po „Złotym spadochronie”. Przypomnę tytuł: „Dosiad”, Katarzyna Gołda, Wydawnictwo Literackie. Data premiery: 30 września. Trzecia książka, którą przygotowałem na dzisiaj nosi tytuł „Tarantula”. Autor Jay Klareneste, wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery również 30 września tego roku. Jeden oddany strzał zmienia życie trzech osób. Tak można zacząć zapowiedź tej książki.
Punktem wyjścia jest tragedia Cassandry. Kobieta znajduje na ulicy ciało swojego brata bliźniaka Theo. Nie zamierza pozostawić jego śmierci bez odpowiedzi i postanawia sama wymierzyć sprawiedliwość. Ma ku temu szczególne predyspozycje. Wychowała się w rodzinie handlarzy bronią i doskonale posługuje się tą bronią. Kiedy odkrywa, kto odpowiada za śmierć Theo, podejmuje decyzję, która zmusza ją do ucieczki. Cassandra wyjeżdża na drugi koniec kraju i ukrywa się pod fałszywym nazwiskiem. Szybko okazuje się jednak, że zmiana miejsca i tożsamości nie wystarczą. Nie wystarczą, by uciec od przeszłości. Na jej drodze pojawia się bowiem Tarantula, płatny zabójca, którego sposób działania wyróżnia się szczególnym okrucieństwem.
Swoje ofiary zabija, wstrzykując im jad pająków. Cassandra staje się jego kolejnym celem, ale zabójca nie zamierza od razu jej uśmiercić. Ten opis sugeruje więc powieść zbudowaną wokół zemsty, ucieczki i polowania, ale również relacji między dwojgiem ludzi uwikłanych w skrajnie niebezpieczną sytuację. Natomiast w katalogach księgarskich „Tarantula” klasyfikowana jest jako literatura obyczajowa, romans i ten opis wydawcy Może zmylić, a może nie, bo wydawca mocno eksponuje elementy sensacyjne, kryminalne, wszelkie mroczne elementy. „Tarantula” zapowiada się zatem jako historia, w której granica między ofiarą a prześladowcą zostaje postawiona w centrum fabuły. Kasandra rozpoczyna swoją historię jako siostra szukająca zemsty za zabójstwo Theo, ale bardzo szybko sama staje się celem, a jej przeciwnik nie jest zwykłym zabójcą. Jest człowiekiem, który uczynił z polowania swój sposób działania. Przypomnę Państwu tytuł: „Tarantula”, Wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery: 30 września tego roku. I jeszcze autor: Jay Klareneste.
Proszę państwa, to teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj filozof jak zwykle mało znany, chociaż akurat tego filozofa mogli państwo gdzieś kiedyś namierzyć. Nazywał się ten filozof Boecjusz z Dacji i dużo mówił o autonomii rozumu. Zaczynamy zatem. Boecjusz z Dacji był filozofem żyjącym w XIII wieku, filozofem związanym z paryskim środowiskiem akademickim. Należał do nurtu średniowiecznego arystotelizmu i interesowało go przede wszystkim jedno z fundamentalnych pytań filozofii. Co właściwie może poznać ludzki rozum i jak daleko może sięgnąć filozoficzne wyjaśnianie świata? To pytanie było w jego czasach szczególnie ważne. XIII wiek był okresem wielkich przemian intelektualnych. Do łacińskiej Europy trafiały i były intensywnie komentowane dzieła Arystotelesa, a wraz z tymi dziełami pojawiały się pytania, które nie zawsze łatwo było pogodzić z tradycyjną teologią chrześcijańską.
Świat średniowiecznego uniwersytetu był bowiem światem, w którym filozofia i teologia pozostawały ze sobą bardzo blisko związane. Filozofowie zastanawiali się nad naturą rzeczywistości, przyczynowością, duszą, poznaniem i szczęściem, ale jednocześnie musieli określić, jaka jest relacja między tym, co można ustalić za pomocą rozumu, a tym, co człowiek przyjmuje dzięki objawieniu. Boecjusz z Dacji zajął w tej kwestii stanowisko, które okazało się bardzo interesujące, ale przy okazji kontrowersyjne. Rozum ma swoje granice, stwierdził. Ale rozum ma również swoje prawa. Jedną z najważniejszych idei filozofii Boecjusza z Dacji była autonomia rozumu. Nie oznaczało to po prostu odrzucenia religii. Chodziło o coś bardziej subtelnego. Boecjusz uważał, że filozof, kiedy uprawia filozofię, powinien posługiwać się argumentami filozoficznymi. Jeżeli bada naturę świata, powinien szukać przyczyn naturalnych.
Jeśli pyta o ludzkie szczęście, powinien analizować ludzką naturę i ludzkie działanie. Innymi słowy, każda dziedzina poznania ma swoje własne zasady. To może wydawać się dzisiaj oczywiste, ale w XIII wieku było to niezwykle istotne. Boecjusz rozróżniał bowiem to, co można uzasadnić za pomocą filozofii, od tego, co należy do wiary i do objawienia. Filozof nie powinien więc przerywać swojego rozumowania tylko dlatego, że doszedł do pytania, na które teologia odpowiada inaczej, niż on by chciał. Powinien konsekwentnie prowadzić analizę tak daleko, jak pozwalają mu na to narzędzia rozumu. Pojawia się tutaj bardzo współczesna intuicja. Nie możemy wymagać od jednej metody, żeby odpowiadała na wszystkie możliwe pytania. Fizyka bada przyrodę, matematyka bada relacje formalne. Filozofia pyta o najbardziej ogólne zasady rzeczywistości, poznania, działania.
Teologia zajmuje się natomiast rzeczywistością objawioną. Boecjusz z Dacji chciał wyraźnie oddzielić wszystkie te porządki. Człowiek chce wiedzieć. W centrum jego filozofii znajduje się również poznanie. Boecjusz, idąc za Arystotelesem uważał, że człowiek z natury pragnie wiedzy. Nie chodzi tylko o praktyczną potrzebę zdobywania informacji. Człowiek chce rozumieć świat nie dla praktycznych korzyści, dla samego rozumienia. Pytamy, dlaczego coś istnieje? Dlaczego rzeczy zachowują się w pewien określony sposób? Jakie są przyczyny tego, co obserwujemy?
Czym, kim jest człowiek? Co oznacza dobre życie? To właśnie takie pytania prowadzą człowieka w stronę filozofii. Dla Boecjusza rozwój rozumu nie jest czymś oderwanym od ludzkiego życia. Człowiek realizuje swoją naturę właśnie poprzez poznanie. Im bardziej rozwija swoje zdolności intelektualne i moralne, tym pełniej wykorzystuje to, czym jest. I tutaj pojawia się kolejny ważny temat filozofii Boecjusza: szczęście. Ale czym jest prawdziwe szczęście? Boecjusz z Dacji zastanawiał się, co właściwie może uczynić człowiek, żeby stać się szczęśliwym. Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się bardzo prosta.
Człowiek może przecież szukać pieniędzy, sławy, władzy, przyjemności albo bezpieczeństwa. Wszystkie te rzeczy mogą dawać poczucie szczęścia. Problem polega jednak na tym, że są one nietrwałe. Bogactwo można stracić, sława może zniknąć, władza może zostać odebrana. Przyjemność, jak prawie wszystko, przemija. Jeżeli więc szczęście człowieka zależy całkowicie od rzeczy zewnętrznych, człowiek staje się zależny od czegoś, nad czym nie ma właściwie kontroli. Boecjusz szukał czegoś bardziej trwałego. Według niego najwyższe ludzkie dobro jest związane z doskonaleniem własnej natury, a więc przede wszystkim z rozumem i cnotą. Człowiek powinien rozwijać to, co jest w nim najbardziej charakterystyczne — zdolność rozumnego poznawania i kierowania własnym działaniem. To dlatego filozofia nie jest dla Boecjusza wyłącznie akademicką dyscypliną.
Dla niego jest sposobem życia. I nie chodzi tylko o to, żeby wiedzieć, czym jest dobro. Trzeba również próbować według dobra żyć. W tym miejscu filozofia Boecjusza z Dacji staje się szczególnie interesująca. Jeżeli rozum ma własne prawa, to musi również uznać własne granice. Nie wszystko jesteśmy w stanie udowodnić. Nie na każde pytanie możemy znaleźć odpowiedź, nawet jeśli bardzo się staramy. Nie każda rzecz może być poznana w ten sam sposób, ale to nie oznacza, że rozum jest bezwartościowy. Wręcz przeciwnie. Właśnie dlatego, że ma granice, musimy dokładnie wiedzieć, gdzie te granice przebiegają.
Jest to jedna z najważniejszych lekcji płynących z filozofii Boecjusza. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć: „Rozum może wszystko”. Nie chodzi też o stwierdzenie: „Rozum niczego nie może poznać”. Chodzi o pytanie, co dokładnie możemy uzasadnić i na jakiej podstawie. To pytanie brzmi zaskakująco nowocześnie. Kontrowersja wokół Boecjusza trwała jednak bardzo długo. Jego poglądy stały się częścią szerszego sporu o relacje filozofii i teologii w średniowiecznym Paryżu. W 1277 roku biskup Paryża, Etienne Tempier, potępił szereg tez związanych z ówczesnym arystotelizmem. Wśród filozofów, których poglądy zostały w ten sposób zakwestionowane, znalazł się również Boecjusz z Dacji. Spór dotyczył między innymi tego, jak daleko filozof może prowadzić rozumowanie dotyczące świata i ludzkiego życia.
To nie była zatem tylko akademicka dyskusja o poszczególnych zdaniach. W tle znajdowało się znacznie większe pytanie: czy rozum ma prawo prowadzić swoje poszukiwania niezależnie od tego, do jakich wniosków te pytania prowadzą? Boecjusz z Dacji odpowiadał na to pytanie w sposób zdecydowany. Filozof powinien być wierny rozumowaniu filozoficznemu. Jeżeli coś wynika z określonych przesłanek i poprawnego rozumowania, zadaniem filozofa jest zbadać ten wniosek, a nie unikać go tylko dlatego, że jest trudny lub niewygodny. Dlaczego Boecjusz z Dacji może być interesujący dzisiaj? Częściowo już o tym powiedziałem, ale popatrzmy raz jeszcze. Bo choć od jego czasów minęło ponad 700 lat, te jego pytania wcale nie straciły na znaczeniu. Współczesny człowiek żyje w świecie ogromnej ilości informacji. Właściwie każdego dnia spotykamy opinie, interpretacje, przekonania i twierdzenia, które bywają przedstawiane jako fakty.
Dlatego problem, który interesował Boecjusza, pozostaje aktualny. Co naprawdę wiemy, a co tylko zakładamy, że wiemy? I jest jeszcze ważniejsze pytanie: jak możemy odróżnić jedno od drugiego? Boecjusz z Dacji przypominał, że myślenie wymaga dyscypliny. Nie wystarczy mieć przekonanie, nawet głębokie. Trzeba jeszcze zapytać, z czego owo przekonanie wynika. Nie wystarczy powiedzieć: „Tak jest i już”. Trzeba zapytać: „Dlaczego?”. Nie wystarczy powiedzieć: „Wszyscy tak uważają”. Trzeba zapytać, czy to jest dobry argument.
I właśnie dlatego filozofia pozostaje czymś więcej niż historią dawnych idei. Filozofia jest ćwiczeniem w samodzielnym myśleniu. Boecjusz z Dacji pokazywał nam człowieka, który chciał potraktować rozum poważnie. Nie jako narzędzie do potwierdzania tego, co już wiemy, ale jako narzędzie do sprawdzania, czy rzeczywiście mamy podstawy, by coś uważać za prawdę. Być może właśnie tutaj znajduje się najciekawsza lekcja jego filozofii. Nie chodzi o to, żeby rozum znał odpowiedź na każde pytanie. Chodzi o to, żebyśmy mieli odwagę pytać, co możemy wiedzieć, dlaczego to wiemy i gdzie kończy się nasza pewność. A kiedy kończy się pewność, filozofia nie musi się kończyć. Może dopiero wtedy naprawdę się zacząć. Tak, proszę państwa i tyle o Boecjusz z Dacji oraz jego przemyśleniach, jego filozofii.
A teraz zapraszam państwa na „Filmotekarium", a konkretnie zapraszam do Wdowiej Zatoki. Dzień dobry, wieczór państwu. „Filmotekarium" czasami sięga po seriale. Dzisiaj właśnie to zrobimy. „Wdowia Zatoka". Muszę powiedzieć, że podchodziłem do tego serialu jak do jeża, bo jak usłyszałem, że to jest połączenie horroru i komedii, tak mi uśmiech zamarł na twarzy. Ale o tym za chwilę. Dzień dobry, wieczór Piotrze.
[01:02:34] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj obsypany nagrodami Emmy serial okrzyknięty serialem roku przez internet. Czy rzeczywiście? To się zaraz okaże. Pewnie wielu z was o nim słyszało, bo nawet byliśmy proszeni o to, żeby się jakoś do tego odnieść. Zacznę od tego, że przeglądałem komentarze i recenzje w sieci i ktoś na Filmwebie napisał, że czuć tam atmosferę Twin Peaks. Nie czuć. Powiem, że nie czuć.
[01:03:06] - Nie czuć.
[01:03:07] - Stwierdzam po zetknięciu się z Wdową Zatoką, że to jest raczej coś à la The Office z domieszką horroru. A jakbym już miał bardzo szukać na siłę odniesień, to raczej do kreskówek jak Hoey Rack, jak Flapjack, ale to takie luźne skojarzenie. Nie mówię, że to jest kopia The Office czy Hoey Racka. Nie, to czerpie. Tak powiedzmy. O czym ten serial jest? O wyspie, przeklętej wyspie. I tutaj nam przychodzi na myśl Nocna msza. Przecież tam też było podobnie, że była przeklęta wyspa, był ksiądz i działy się różne rzeczy. Ale tutaj jest trochę inaczej, bo mieszkańcy tej wyspy, którzy są tam urodzeni, nie mogą jej opuścić.
Oni o tym dobrze wiedzą, nie wiedzą o tym inni. Czyli jak się urodziłeś na tej wyspie, to nie możesz jej opuścić, bo coś ci się stanie. Stąd wynika problem na przykład syna głównego bohatera. Ale to nic, bo ta wyspa jest pełna różnego rodzaju strachów, duchów, upiorów, demonów, które dają o sobie znać w kolejnych odcinkach. I one dotykają nie tylko głównego bohatera, którym jest Tom Loftis, burmistrz, który chce uczynić z tej lekko zacofanej, peryferyjnej wyspy w Nowej Anglii atrakcję turystyczną. Ona jest po prostu tak zacofana, że wydaje się ciekawa dla przybyszów z kontynentu.
[01:04:35] - Ale Piotrze, przerwę ci w tej chwili, bo jedną rzecz trzeba dopowiedzieć. To, że wyspa jest przeklęta, czy w ogóle coś nad nią ciąży, to my się dowiadujemy niejako w trakcie, w akcji. Bo na początku to jest takie sobie miejsce jak każde inne. To, co jest, wymieńmy chociaż rzeczy, które są cenne, to jest pewne wchodzenie w ten serial. Bo mamy sytuację pozornie bardzo prostą, że mamy burmistrza, mamy miasteczko i on kombinuje, jak uczynić z tego miejsca atrakcję turystyczną. I zaczynają napływać turyści, ale kiedy zaczynają napływać, to zaczynają też powracać takie echa wydarzeń czy też echa dziwnych zdarzeń, które mieszkańcy od jakiegoś czasu skłonni byli uważać nawet za przesądy.
[01:05:42] - Tak, szybko się o tym dowiadujemy. Okazuje się, że naruszono pewne tabu i tak naprawdę Loftis bardzo szybko się o tym przekonuje. On w pierwszym odcinku sprowadza nawet dziennikarza znanej gazety. I co ciekawe, ten plan uczynienia z Widows Bay atrakcji turystycznej mu się udaje. Tylko że to ma drugie dno, bo lokalsi są sceptyczni, ale oni mają konkretne powody. Szczególnie jeden z nich jest sceptyczny. Twierdzi, że to jest narażanie ludzi, przybyszów na niebezpieczeństwo. I muszę ci powiedzieć, że to jest ciężkie. Ja byłem do tego serialu nastawiony bardzo dobrze, bardzo przychylnie, bo ja startowałem z przekonaniem, że tam będzie więcej horroru niż komedii. Szybko się to zweryfikowało, ale też pojawił się pewien wrodzony ciężar Widows Bay.
I jednym z tych ciężarów jest rola tego faceta, który jest początkowo głównym przeciwnikiem burmistrza. Nie można tak szybko rozwiązywać pewnych kwestii w serialach. Dodajmy jeszcze jedną rzecz. Widows Bay W pierwszym sezonie ma tych odcinków osiem i one są bardzo krótkie. To są odcinki kręcące się wokół trzydziestu kilku, czterdziestu minut. Tam się wszystko bardzo szybko dzieje i wprawny widz dość szybko się orientuje, o co chodzi. Dlatego myślę, że ten serial zaczął mnie szybko męczyć. On się toczy, szybko się wszystko dzieje. Odcinki są krótkie, ale już w okolicach czwartego odcinka miałem wrażenie lekkiego znużenia, jakbym wiedział, co się wydarzy. Jakbym czuł podskórnie, co będzie treścią następnej afery, następnego odcinka.
Kto będzie miał do kogo pretensje, o co się kogo będzie oskarżać. Tam gdzieś w tle przebłyskuje mi też taka schematyczność, którą znamy z polskich produkcji również. Prowincyjka. Prowincyjka jest i mamy oczywiście na tej prowincyjce, tak jak w serialu „Ranczo”, określone typy ludzi, którzy zawsze się zachowują identycznie. Oni są zawsze tacy sami. Wiadomo, co powiedzą, wiadomo, jak się zachowają. Wiadomo, ile fajek wypalą w danym dniu, ile mamrotów wypiją. To można kupić na pierwszy rzut oka, ale jak masz za dużo czegoś takiego, to się zaczyna ulewać. I mnie się ulało serialem „Widow's Bay” po czwartym odcinku.
[01:08:33] - Ja powiem tak, że też byłem nastawiony w miarę pozytywnie, ale bardzo szybko doszedłem do wniosku, że twórcy tego serialu wykorzystują raczej konwencję horroru, niż świadomie z niej korzystają. Tak do końca świadomie. Bo wykorzystują konwencję horroru do opowiadania o dziwacznej społeczności, o jej przesądach, o lokalnych konfliktach, o ludzkiej potrzebie szukania racjonalnych wyjaśnień dla tego, co jest niewytłumaczalne. I w sumie można odnieść wrażenie, że ten serial momentami bardziej interesuje się osobowością mieszkańców niż samą klątwą, która tam podobno funkcjonuje. Ktoś może powiedzieć, że to jest dosyć pomysłowe rozwiązanie, ale ja powiem tak: może i jest pomysłowe, tylko nie do końca jest przekonujące. W każdym razie nie zawsze. A w dodatku to, co mi najbardziej przeszkadzało, bo oczywiście dostrzegam plusy dodatnie i plusy ujemne, więc dostrzegam nawiązanie do klasyki horroru, do pewnych rzeczy, które wydarzyły się gdzieś indziej i tu do tego jest nawiązanie. Wszystko to widzę, owszem, może nie wszystko, ale dużo widzę. Natomiast ja mam takie przemyślenie, że połączenie horroru z komedią nie zawsze daje dobre efekty, bo kiedy rośnie napięcie albo w każdym razie obserwujemy pewne napięcie, to humor potrafi osłabiać owo napięcie i to bardzo poważnie. A horror powinien budować właśnie napięcie.
I to połączenie nie wydaje mi się do końca udane. Jedną rzecz na plus muszę powiedzieć, że pod względem realizacyjnym, to „Wdowia Zatoka” jest serialem wykonanym starannie. Na przykład w warstwie atmosfery. To, co powiedziałeś, Piotrze, tam rzeczywiście poznajemy pewne typy. Myślę, że to jest kluczowe porównanie do „Rancza”. Rzeczywiście coś w tym jest. Aż jestem zły na ciebie, że na to nie wpadłem. Ale rzeczywiście bardzo jest to celne. Myślę, że ta wyspiarska sceneria, morze, stare zabudowania, mgła. Notabene jest nawiązanie do filmu „Mgła”.
Odizolowanie od świata, poczucie tego, że mieszkańcy nie mogą tak po prostu uciec, czy to z wyspy, czy to od własnej historii. My mamy historię, która polega nie tyle na krwawym horrorze, bo tego tak właściwie nie ma, ale budujemy niepokój, chociażby poprzez oczekiwanie na to, co może się pojawić w ciemności. Wszystko zgoda, tak to wygląda, tylko nagle pojawia się jakiś element humorystyczny i całe misternie budowane napięcie, misternie budowana groza nagle pryska. Nie wiem, czy to każdy tak odczuwa. Ja tak to chwilami odczuwałem. W stylistyce tego serialu, w jego pomysłach naprawdę można odnaleźć nawiązania do wielu kultowych dzieł, takich jak „Szczęki”, jak „Carrie”, jak „Lśnienie”, jak „Mgła”. Zauważcie państwo, że większość z tych tytułów to są tytuły związane ze Stephenem Kingiem. I tak, to jest interesujące, tylko zastanawiam się, na jak długo starczą te nawiązania, to czerpanie z innych dzieł. Jak długo będzie to zajmujące dla odbiorcy serialu? Tak, to małomiasteczkowa atmosfera, małomiasteczkowa komedia z dodatkiem horroru.
Takiego horroru w rodzaju, nie wiem, chwilami poltergeista. Owszem, to nie jest tak, że ten film, ten serial to są wyłącznie cytaty z innych filmów, cytaty dla znawców gatunków. Ale z drugiej strony trzeba powiedzieć, że twórcy serialu wykorzystują dobrze znane schematy. Zauważcie państwo, pojawia się przeklęte miejsce, miejscowe legendy, sceptyczny bohater, zagrożenie ukryte gdzieś poza zasięgiem wzroku. I ja nie wiem tak do końca, czy te schematy są wykorzystane po to, aby je jakoś przynajmniej częściowo ośmieszyć, czy po to, żeby je przekształcić w komedię, czy może jeszcze po coś, czego nie ogarniam. Ale to jeśli krytycznie podejść. Myślę, że zaletą jest świadoma gra z konwencją. Tylko że to, co powiedziałem, wadą bywa przewidywalność na przykład. Bo my, skoro bazujemy na tradycji, na konwencji, to jesteśmy w stanie przewidzieć, co będzie dalej. Bo przecież ten serial nie tworzy nic nowego.
On bazuje na pewnych kalkach, na tym, co już znamy. To jest trochę serial z cyklu: znacie to, posłuchajcie. Jeśli ktoś często obcuje z horrorem, jeśli ktoś śledzi ten gatunek, to tu zaskoczeń nie będzie wiele. Bardzo szybko rozpoznamy, dokąd prowadzą niektóre rozwiązania proponowane przez twórców serialu.
[01:14:52] - Tutaj tych kingowskich nawiązań jest więcej. 1408, It. Można się z tą konwencją bawić, ale większą sztuką jest stworzyć krótką opowieść. Bo to jest krótki metraż, to jest 30 minut. Można poeksperymentować z opowieściami, które nie są w żaden sposób inspirowane Kingiem. Można się skłonić ku creepy pastom na przykład, które są często bardzo oryginalne. Tam jest pokazane bogactwo wyobraźni twórców. One nie są tak sztampowe. A tutaj jak po raz kolejny widzę klauna mordercę, mnie to nie rusza absolutnie. To jest jedna rzecz.
Ten serial się wydaje początkowo okej. Liczyłem oczywiście na większą dawkę strachu i większą oryginalność. Nie ma tego. Dodatkowo mała wyspa, wszyscy się znają, każdy ma jakąś gębę, każdy jest jakiś. Okej, ale postaci są wyraźne, czasami za wyraźne. Taka konwencja mnie osobiście już trochę męczy. Czy rzeczywiście tam w Ameryce to każdy w małej miejscowości się zna, każdy każdemu mówi po imieniu, wszyscy wiedzą, jaki ktoś jest? Mi się wydaje, że nie. Sam mieszkam na wsi i wiem, że nie wszyscy się znają na przykład. Ja części swoich sąsiadów nie kojarzę.
Może jestem mało socjalny. A tutaj każda postać w "Widow's Bay" jest schematyczna. My wiemy, co ona powie, jaką ona ma gębę, jakie ona ma pretensje do na przykład głównego bohatera i to zaczyna z czasem przeszkadzać. I to bardzo szybko. Sam Leftis jest najciekawszym bohaterem, lekko inspirowanym Michaelem Scottem z "The Office". Takie odniosłem wrażenie osobiście. Oryginalne są jego współpracowniczki, ale to one męczą między innymi. I ta sama wyspa męczy też po pewnym czasie, bo tamtych wszystkich strachów, strzyg, demonów jest za dużo. To taki przystanek Alaska jest z dużą dawką przesadzonej, nie wiem, czy horrorystyki, czy jest takie słowo. Szybko mi się przejadło strasznie.
Oczywiście będą tacy, którzy powiedzą: "Uwielbiam zabawę z konwencją. Chcę zobaczyć, jak ktoś 150. raz ukazuje w krzywym zwierciadle Stephena Kinga". Ja na przykład nie. Mam to gdzieś, jak ktoś ukazuje w krzywym zwierciadle Stephena Kinga. Ja bym chciał zobaczyć na przykład fajną opowieść inspirowaną creepy pastą przeniesioną na tą wyspę. Mnie już te ukłony w stronę klasyki to nie kręcą, powiem szczerze. Czy to wystarcza na miano serialu roku? Nie. Czy ja chcę obejrzeć drugi sezon?
Nie. Jest to za mało straszne jak na horror, za mało śmieszne jak na serial komediowy. Porównanie z "Twin Peaks" jest absolutnie nietrafione. Ci, którzy tak twierdzą, to chyba w ogóle nie oglądali "Twin Peaks". I przykro mi to stwierdzić, ale ja nie będę czekał na kontynuację i rozczaruję tych, którzy lubią "Widow's Bay", ale ja tam nie odnajduję żadnego klimatu, który by mnie wciągnął, który by mnie przeraził. Tak jak mówię, tu nie trzeba dużo. Oni mają mnóstwo wzorców w internecie, od chojraka i różnego rodzaju kreskówek wykorzystujących strachy i demony po niezliczone creepy pasty, które krążą. Można sobie naprawdę dać spokój z tymi klaunami mordercami, nawiedzonymi hotelami. Znajdą się takie historie, które nie tylko postawią włos na głowie, ale też widzowie powiedzą: "Kurde, tego jeszcze nie widziałem". I to są historie, które można znaleźć na Reddicie i których twórcy myślę, że byliby bardzo uradowani, gdyby ktoś przeniósł je na mały ekran.
[01:18:56] - Trochę Piotrze to jest tak, jak było z pastiszem horrorów, czyli „Strasznym filmem”. Pierwszy „Straszny film” był do obejrzenia. Jeszcze człowiek bawił się zabawą twórców tego filmu, czyli pastiszem horroru. Problem polega na tym, że „Straszny film” zaczął powielać pomysły. Trochę zaczął powielać też historię „Krzyku”, horroru na poważnie. Chociaż tu bym miał wątpliwości, bo „Krzyk” ma niezliczoną ilość odsłon i „Straszny film” też ma niezliczoną ilość odsłon. Oczywiście dlatego, że kolejne odsłony parodiują kolejne horrory. Tylko czy to nie jest trochę za mało? Bo sparodiować można wszystko, można bawić się konwencją mniej lub bardziej w sposób subtelny bądź mniej subtelny. Akurat „Straszny film” robi to zupełnie niesubtelnie.
W „Wdowiej zatoce” rzecz odbywa się nieco bardziej subtelnie, chociaż nie przesadzałbym z tym sądem, bo ten serial ma oczywiście pewne zalety. Niektórzy twierdzą, że to jest umiejętne połączenie horroru z komedią. Ja tu miałbym wątpliwości, ale nie da się odmówić, że twórcy stworzyli obraz, który ma jakiś swój charakter. Tylko pytanie brzmi inaczej: czy ten charakter, który jest wypadkową odtwórczą, będzie każdemu widzowi odpowiadał? W pewnym momencie byłem nieco bardziej wytrwały, w sensie, że później się zmęczyłem, jeśli chodzi o ten serial, ale w pewnym momencie to też mnie zaczęło męczyć. Zresztą seriale komediowe, częściowo komediowe, mają coś takiego w sobie. Pamiętam, bez zdradzania tytułu, taką komedię science fiction, która miała parodiować rodzaj inwazji. A właściwie nie inwazji, tylko obcego przybysza, który się wciela w człowieka i ukrywa się tutaj, bo rozbił się na Ziemi. Pierwsze pół sezonu pierwszego było zabawne. Drugie pół było już mniej zabawne, ale niestety powstały kolejne sezony.
Ja jako człowiek uparty śledziłem i byłem coraz bardziej zażenowany, bo ten serial, o którym mówię, nie zdradzając jego tytułu, zaczynał zjadać własny ogon. Mamy pierwszy sezon, ale boję się, że jeśli powstanie sezon drugi, to on już dokona samozaorania właśnie podczas tego drugiego sezonu. Być może jestem starym zgredem, którego nie bawią tego rodzaju hopsasy, które się odbywają w tym serialu. Trudno. Weźcie to państwo z takim zastrzeżeniem, że mówiłem to ja, który już nie do końca bawi się konwencją, bo już się nią zabawiłem. Teraz oczekiwałbym czegoś więcej. Skończyło się „Filmotekarium”. To czas na MAUP, na „Książki z pogranicza”. Piotr Cielebiaś opowie nam dzisiaj o książce, która miała nam narysować obraz obcych. A czy spełniła to zadanie?
Posłuchajcie państwo. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejny odcinek „Książek z pogranicza”. Dzisiaj wydanie nieco inne niż te, które państwo znacie, ponieważ książka, którą dzisiaj będziemy omawiać, jest dla mnie trochę niewiadoma. Jeszcze jestem przed lekturą, ale jestem mocno zachęcony. Natomiast człowiekiem, który książkę przeczytał, jest Piotr Cielebiaś. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:23:48] - Dzień dobry wieczór. To ja się od razu wypowiem. Nie czytaj tego, bo po co sobie człowiek głowę zawracał, jak ty wiesz 10 razy więcej rzeczy niż taki Tyson. To jest skok na kasę i książka jest swego rodzaju horrendum straszliwym. Nosi tytuł „Czy jesteśmy sami na Ziemi?” i to już jest manipulacja ze strony wydawnictwa, które wydało tą książkę w Polsce, bo oryginalny tytuł brzmi w przełożeniu na polski: „Prowadźcie nas do dowódcy”. Jak słyszymy taki rozdźwięk między znaczeniem tytułów, to się zastanawiamy, co się stało po drodze i kto tutaj chciał zrobić czytelników w bambo. Powiedzmy troszeczkę o autorze. Neil deGrasse Tyson. Zostańmy przy tej wersji wymowy. Astrofizyk, znany amerykański popularyzator nauki nazywany nowym Saganem.
Nie to, że Sagan to taki wielki garnek, że on jest gruby na przykład. Tylko że Carl Sagan albo Sagan. Można wymawiać Sagan, bo Carl Sagan pochodził z Ukrainy. Był ukraińskim Żydem, czyli najpopularniejszy, chyba najbardziej znany popularyzator tematów kosmicznych w Ameryce. Tyson ma być takim drugim Saganem. Zdaniem niektórych wcale nie Popularyzator, wcale nie sceptyk, raczej zawodowy wątpiciel zjawiska z pogranicza, w tym UFO, którym się ostatnio zainteresował, bo chyba warto, ale tylko dlatego, że przemawiają za tym względy medialno-finansowe. Dowodem tego jest ta książka. O tytule mówiłem. Natomiast wydawnictwo polskie, czyli Filia, które odpowiada za naszą edycję, zmienia tytuł na „Czy jesteśmy sami na Ziemi?”. To jest spore nadużycie, bo ta książka takiego tematu na więcej niż dwóch, trzech akapitach nie porusza.
To nie jest temat o tym, czy obcy są tutaj na Ziemi z nami, czy chodzą z nami, czy mieszkają z nami. Także psikołek, ktoś powie, a moim zdaniem manipulacja. Co do budowy, to jest cienka książka. Oryginał ma 199 stron plus tytułowa i spis treści. Reszta to są przypisy. Ja czytałem to w oryginale, zanim jeszcze pojawiła się wersja polska. Rozdziałów jest kilka. Skupiają się głównie na obcości obcych i jej różnych formach.
[01:26:24] - Piotrze, ja powiem tak, że Sagan to przynajmniej pisał książki science fiction przy okazji swojej pracy i upowszechniania wiedzy. Natomiast Tyson chyba tego, przynajmniej na razie, nie robił i boję się, że zacznie pisać fantastykę naukową i dopiero się zrobi. Ale żeby utrzymać pewien porządek, powiedz Piotrze, jaki tak naprawdę jest główny temat książki i jakie pytanie, bo zawsze powinno się jakieś pytanie, które jednocześnie jest rodzajem tezy, pojawić. Jaki jest punkt wyjścia jego rozważań? Przy okazji jak autor wykorzystuje tę wiedzę, którą ma niewątpliwie z zakresu astronomii i fizyki, aby odpowiedzieć na to pytanie, które zadał? Tylko najpierw jakie to jest pytanie?
[01:27:22] - Właśnie, jakie to jest pytanie? Sądząc po tytule oryginalnym, to jest skierowanie naszej uwagi na problem, jak będą nas traktować obcy, kiedy się spotkamy i czy każą nas prowadzić siebie do naszych przywódców, czy będą mieli totalną sieczkę w głowie, co tu się w ogóle na tej ziemi wyrabia. Natomiast dalej jest już gorzej i jest totalny chaos w tej książce. Miszmasz, połączenie jednego z drugim. Wychodzimy od takiej refleksji czy przyznania się autora do tego, że on zawsze chciał być porwany przez kosmitów, a kończy się na typowych hasłach, czyli równanie Drake'a czy życie na Ziemi to jest ewenement i tak dalej. Czyli miało być ciekawie, a tak naprawdę kończymy na takiej typowej śpiewce, którą słyszymy w każdym programie od każdego astronoma, czyli nie wiadomo, czy jesteśmy sami we wszechświecie i pewnie przekonamy się dopiero wtedy, kiedy sami polecimy w kosmos i natkniemy się na obcych. I to się może stać, nigdy koniec, kropka. I tak dalej. Tak się ta książka kończy. Niestety jest bardzo chaotyczna.
Tam jest za dużo wątków, za dużo srogich złapanych za ogon. Ciężko jest się w tym wszystkim połapać. Czy on wykorzystuje jakąś wiedzę? Tu jest pewien problem, dlatego że Tyson bywa nazywany astrofizykiem kardasziańskim. Nie mylić z Kardaszewem. Chodzi o Kardashianów, on jest po prostu bardzo popularny. On jest taki medialny, ale jeżeli chodzi o te jego kwestie naukowe, to jest trochę gorzej. Może jest dobrym popularyzatorem, ale jeżeli idzie o filozofię nauki czy obiektywne podejście, to już jest trochę inaczej. Bywa krytykowany za zbyt skostniałą linię myślenia. Ja tą książkę dogłębnie u siebie omówiłem na lajcie.
Tłumaczę, dlaczego to jest skok na kasę, dlaczego wydawnictwo Filia powinno się wstydzić i że to nam przypomina o tym, żeby sprawdzać książki nawet po spisie treści, zanim kupimy. Szczególnie dlatego, że kiedy wchodzimy na takie portale jak Lubimy Czytać, które nam dają po części fałszywe recenzje, to my dostajemy tak naprawdę w jakiejś części opłacone recenzje. Kiedy ja się zapoznałem z opiniami o tej książce na Lubimy Czytać, to ja byłem zszokowany. To było ewidentnie napisane pod dyktando. Ktoś, jakiś bloger dostał książkę od Filii, a potem napisał o publikacji Tysona rzeczy, które w ogóle nie przystają do treści. Ta książka jest zbiorem esejów, tak naprawdę dość pobieżnych, płytkich esejów o tym, jak nas obcy widzą, o tym, jak my ich będziemy postrzegać, jak może wyglądać postrzeganie naszego świata przez obcych, jak mogą wyglądać zmysły obcych, ich technika. Na samym końcu, jak mówiłem, mamy o poszukiwaniu kosmitów, tym takim całkiem namacalnym. Są też ciekawe wątki, nie powiem, ale też muszę przyznać, że ja na tą chwilę nie wiem, na ile te ciekawe wątki nie zostały, czy one nie zostały zaczerpnięte przez Tysona z innych książek. To dotyczy głównie rozkmin nad naturą obcych, czyli na przykład, że zbyt małe istoty jego zdaniem nie stworzą cywilizacji, bo są zbyt małe i nie będą potrafiły manipulować materią w odpowiedni sposób, by na przykład polecieć w kosmos. Co tam jeszcze mamy?
Wzmianki o mentalności, o strukturze obcych cywilizacji. To jest w miarę ciekawe, tylko że jest jeden problem. On temu poświęca dwa, trzy zdania. To są właśnie te ciekawe rzeczy, o których mówię. To nie jest tak, że o tym jest rozdział, dwa, trzy, że tam jest pół książki takich rozważań. Nie. To są dwa, trzy zdania na każdy rozdział, a reszta to jest takie lanie wody, byleby to zapełnić. Dodatkowo Tyson się skupia bardzo mocno na wyobrażeniach obcych w kinie i literaturze. O tym może za chwilę powiemy. Jest o tym tam bardzo dużo.
Poza tym mamy takie okropne przeskoki z jednego hasła, z jednej dziedziny na drugą. Nagle mamy Dünkena, a chłopie, nie ogarniesz się i za chwilę jesteś przy serialu „Pluribus”. Naprawdę duży przeskok. Nic nie jest rozwinięte. A przecież kiedy się kupuje książkę takiego tuza, drugiego Sagana, jak to się mówi, chociaż nam się Sagan kojarzy z saganem bigosu. Nie. Kojarzy się z Carlem Saganem. To może wymawiajmy „Sejgan”. Kiedy się kupuje książkę takiego tuza, to się człowiek spodziewa dogłębnej analizy, a tutaj nie. I powiem szczerze, zamiast wydać te pieniądze włączcie sobie jakąś pogadankę Tysona i dostaniecie dosłownie to samo.
Szkoda jest marnować kasę i szkoda jest marnować miejsca na półce. Można tam sobie postawić coś innego. Nie wiem, nie będę teraz nawet sugerował co. Natomiast 200 stron to jest zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć cały temat. Powiem ci, że nawet czasami te książki, które omawiamy, które były wydawane w PRL-u, które dotyczyły jakiegoś tematu, takie syntezy, monografie na temat podróży na Księżyc ostatnio omawialiśmy. Szczerze mówiąc, ta książka sprzed 50 lat stoi kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt poziomów wyżej. Książka wydana w Polsce w PRL-u w stosunku do tego, co nam daje ten osławiony autor.
[01:33:25] - A wydawnictwo Filia przecież wydaje całkiem sprawnie napisane i po prostu ciekawe kryminały i książki sensacyjne. Może jednak wydanie takiej książki, z tego, co mówisz przynajmniej, nie było do końca trafioną decyzją. Ale Piotrze, powiedz mi, dlaczego autor, bo tyle zdołałem jeszcze przeczytać, sięga nie tylko do tej twardej nauki, do nauk ścisłych, ale również penetruje tematy historyczne, literackie, filmowe, w ogóle takie popkulturowe. Dlaczego to robi? Opowiada o kosmitach i UFO. To jest mu naprawdę potrzebne. I co daje takie połączenie wiedzy naukowej, którą, nie kwestionujmy, ma, z tymi naszymi wyobrażeniami, połączenie wiedzy naukowej z wyobrażeniami o istotach pozaziemskich. Czy to w jakiś sposób jest manipulacją czytelnikiem, czy też czemuś naprawdę konkretnemu służy?
[01:34:35] - To jest w pewien sposób manipulacja na pewno, dlatego że to jest zrzucenie z siebie pewnej odpowiedzialności. Bo spójrzcie wszyscy na ten paradoks. Z jednej strony po lewej mamy de Grassa Tysona i wszystkich tych, którzy mówią: „Kosmici będą wyglądać tak, a tak. Tego się spodziewajmy”. Po drugiej stronie mamy twórców literatury, filmów, gier, którzy nam przedstawiają obcych. I z tego Tyson w swojej książce korzysta i wskazuje plusy i minusy. Na przykład minusem jest to, że obcy wyglądają zbyt humanoidalnie, bo ludzki mózg nie jest sobie w stanie ogarnąć niehumanoidalności. Oni mogą być zupełnie inni. Ale tak na dobrą sprawę, im dalej brniemy w tą książkę, to zauważamy, że Tyson tak naprawdę też kreuje coś na podobieństwo, nie powiem powieści, może źle to powiedziałem, nie powiem powieści science fiction, ale pewnej wizji, która też jest po prostu tylko wizją, de facto science fiction. On się nie różni niczym od twórców fantastyki.
Te jego koncepcje niczym się nie różnią. Nawet koncepcje jakiegoś profesora, wielkiego profesora bioastronomii, biochemii, astrofizyki odnośnie życia w kosmosie to nadal będą tylko koncepcje na papierze tyle samo warte co opowieści science fiction. Nie wszystkie, ale jednak. Ja miałem straszną bekę z takiego propagatora nauki. On się nazywa Maciej Kawecki. To jest ten typ, który się pojawia w internecie zawsze jak są miniaturki, to on ma taką minę, jakby myślał, bardzo mocno myślał. Zauważcie, to też jest ciekawe. On kiedyś przytoczył, wyskoczyło mi po prostu na internecie, że on wrzucił materiał z jakimś profesorem, nie pamiętam którym, i powiedział, że to jest facet, który w laboratorium swoim bada kosmiczne cywilizacje. Nie muszę chyba mówić jak bada, czym te jego wnioski się różnią od innych wniosków napisanych przez w miarę roztropnego twórcę science fiction. To jest główny problem także książki de Grassa.
Zrzucenie odpowiedzialności, czyli kiedy jakiś tam ktoś nienaukowy sobie wyobraża, to sobie wyobraża z błędami. Natomiast kiedy de Grass wyobraża sobie, to już jest to dobrze, bo to już przeszło przez sito jakiejś akademii i to jest okej. Nie, to jest to samo. Dopóki tych obcych nie spotkamy, ewentualnie nie zderzymy się z tą obcością na Ziemi, to nie będziemy wiedzieć i część naszych wyobrażeń jest na pewno błędnych, część jest utrwalonych w jakiś sposób za pośrednictwem literatury, filmu i tak dalej. Jemu to w tej książce pomaga. Na pewno, bo ten amerykański czytelnik nie jest wymagający. Jeżeli się zbyt trudne rzeczy przedstawi, to on nie będzie wiedział. Zatem kiedy pada porównanie do ksenomorfa albo do Alfa, to już jest jakiś punkt zaczepienia, żeby mu to przetłumaczyć. Myślę, że polski czytelnik stoi nieco wyżej, chociaż to wszystko kieruje się nieuchronnie w stronę mcdonaldyzacji mózgów. I widzisz, to jest taki paradoks tej książki.
Są plusy w tym wszystkim. Plusy związane, że czasem dostajemy jakąś błyskotliwą myśl i błyskotliwy przykład. Ale dodajmy coś jeszcze, bo ta książka tak naprawdę wychodzi na fali zainteresowania Tysona UFO. To nie jest tak, że on po raz kolejny dotyka tematu życia w kosmosie. Tutaj de facto w tle jest UFO, są te kongresowe przesłuchania, jest cały disclosure i od tego on wychodzi, ale niestety w książce on od tego ucieka. Nie dostajemy dostatecznego porównania tych dwóch sfer, czyli astrobiologicznych spekulacji na tle tego, co otrzymujemy ze strony ludzi związanych z disclosure. Oczywiście oni by musieli przedstawić jakieś dowody. Niemniej jednak czytamy u Tysona, że jest film „The Age of Disclosure", ludzie się jacyś wypowiadają i tak dalej. On nie wyciąga z tego żadnych wniosków. Wiesz co Tysona boli?
Na pewno to, że jeżeli nawet by się okazało prawdą, iż ci ludzie od disclosure trochę prawdę mówią, że jest tak, że pewne rzeczy są ukrywane przed ludzkością, to taki Tyson wychodzi na głupka tak naprawdę, bo okazuje się, że jego własne państwo, które jego opłaca, opłaca też naukowców, którzy mają wiedzę kilka rzędów wyżej, jeżeli chodzi o pewne sprawy, w tym wypadku istnienie obcych. On spogląda też na problem obcych z perspektywy ETH, czyli hipotezy o ich pozaziemskim pochodzeniu. Bardzo mało poświęca uwagi innym koncepcjom. Co prawda pisze o istotach z innych wymiarów, ale to nadal jest tylko kilka akapitów. Wiesz, mi to nie wystarcza. Tak jak mówię, kiedy myślę sobie o tuzach, kiedy myślę sobie o takich koryfeuszach, nie wiem, jak to nazwać nawet. Polihistorem, polimatem to on nie jest, dlatego że na wielu sprawach się nie zna. Ewidentnie to nawet w tej książce widać, ale jeżeli ktoś trochę liznął i jest popularyzatorem nauki, liznął astronomii, to ja się spodziewam szerszego spojrzenia. Tutaj otrzymujemy tak naprawdę, muszę powiedzieć coś, co może się wydać szokujące, ale tak naprawdę ja mam wrażenie, że Tyson tą książkę napisał na podstawie artykułu w Wikipedii. Nie przyłożył się do tego.
Znalazł kilka fajnych przykładów i to poszło. To nie jest nic więcej niż zbiór esejów. To nie jest nic więcej niż kolejny ubrany w gładkie słowa wykład o obcych, z którego się nic nie dowiecie. Nic. Poza tym, że kilka rzeczy wyda wam się zabawnych, kilka rzeczy waszą uwagę zwróci. Także podkreślam raz jeszcze: szkoda kasy.
[01:41:23] - Miałem tego pytania nie zadawać, ale tak jak mawiał Ferdynand Kiepski: „Nie wytrzymię”. Nie wytrzymię i muszę je zadać, bo z tego, co przeczytałem o książce, to wiem, że Tyson przedstawia człowieka, widok, obraz człowieka z perspektywy takiego hipotetycznego przybysza pochodzącego z innej cywilizacji. Czy ten wątek mógłbyś troszeczkę omówić? Bo to jest chyba ciekawe. Jeśli autor poświęcił temu odpowiednią ilość miejsca, to może być pewien atut tej książki. Jak to jest z tym obrazem człowieka w oczach obcego?
[01:42:10] - Chyba to, co powiem, będzie wszystkim, co Tyson na ten temat pisze w tej książce. Także on wspomina na przykład o tym, że jeżeli przylecą obcy, tacy w ogóle niezorientowani na Ziemię, to zastanowią się. Ktoś tu musi rządzić i każą się zaprowadzić do dowódcy, ale jak spojrzą na tą cywilizację, to sobie zadadzą pytanie: kto tu rządzi? Czy prezydent Stanów, czy może Elvis Presley, czy papież, czy Jezus może? W zależności od tego, co uznają za symbol władzy, co uznają za reprezentacyjnego mieszkańca Ziemi również. Te istoty, których jest najwięcej. Te istoty, które wydają się najbardziej rzucające się w oczy w niektórych miejscach, na przykład samochody, ryby, słonie, walenie, a może człowieka, prawda? I takich przykładów jest jeszcze trochę. Nie ma tego aż tak dużo. To nie jest książka, która wywróci wasze postrzeganie do góry nogami.
Raz na jakiś czas zdarza się kilka zdań na temat natury obcych, że mogą nie posiadać zdolności, które my mamy, że mogą dysponować telepatią, ale mamy to napisane w ten sposób: obcy mogą dysponować telepatią, kropka. Albo obcy z innego wymiaru mogą nas widzieć w środku, kropka. To jest taka trochę kakuizacja. Michio Kaku robi to samo, czyli jest rzucenie jakichś tam hasełek. Ale nie dowiesz się z tego, czy istnieją inne wymiary. One może są, może ich nie ma. Ja się trochę spodziewam po naukowcach, po popularyzatorach nauki czegoś innego, bo czy inne wymiary są, czy ich nie ma, to my się możemy zastanawiać w swoich podcastach, w swoich audycjach możemy o nich mówić. Natomiast tu bym się spodziewał podsumowania, jakiejś sugestii, nawet takiej autorytatywnej. Może nie ma tych innych wymiarów, może w ogóle tych obcych nie ma. A tutaj tak jest to wszystko rozmyte, że w sumie nie wiemy, co o tej książce sądzić.
Nie wiemy, co o tych obcych sądzić. Nie wiemy, co sądzić o człowieku. Jak mówię, Tyson wpada w pułapki, które sam na siebie zastawia. On też w pewnym momencie pisze na przykład, że obcy pojawiają się tylko w krajach angielskojęzycznych, ale bierze pod uwagę tylko źródła angielskojęzyczne. To już jest głupie. To jest po prostu palnięcie sobie w kolano kijem bejsbolowym, bo po prostu nie przyjrzałeś się, chłopie, relacjom z innych krajów, to co się odzywasz? Ale on tak twierdzi i to tak jest. I wiele osób to powtórzy. Nie wiem. Książka wybitnie słaba.
Może gdyby Tyson się do tego bardziej przyłożył, może gdyby nie potraktował tego wszystkiego tak wybiórczo, może gdyby skupił się na samej inności obcych, co nas obchodzą zupełnie inne kwestie. Czasami on sięga do tematów bardzo odległych. Może to wszystko wymaga innego uporządkowania i zamiast tworzyć zupełnie nieudaną próbę zsyntezowania tematu, może ten esej puścić w stronę takich dzikich spekulacji, a może w stronę rozprawienia się z tymi spekulacjami. A tutaj tak naprawdę to nie wiemy, co otrzymujemy. Jestem bardzo zawiedziony tą książką. To jest jedna z najgorszych książek w tym roku, jakie czytałem w tym temacie. Mówię o tym segmencie, ja nie mówię o temacie UFO. W tym segmencie, czyli jeżeli chodzi o publikacje popularnonaukowe i generalnie chyba jedna w ogóle z gorszych, bo jeżeli te publikacje Michio Kaku są w podobnym duchu, czyli powiedzieć dużo, żeby nic nie powiedzieć, tak Tyson jest tutaj mistrzem. Jeżeli chociaż trochę się interesujecie w temacie, to ta książka absolutnie nic nie wnosi do waszego życia. Jeżeli nie wiecie nic, absolutnie nic i to jest pierwsza książka o kosmitach, którą przeczytacie w życiu, to też nie wniesie do waszego życia, bo ona startuje z pewnego pułapu.
Musicie mieć już jakąś świadomość na temat tej kwestii, żeby przez nią przebrnąć. Czyli w sumie to jest książka dla internautów, takich, którzy trochę wiedzą, trochę by się chcieli dowiedzieć, trochę szukają odpowiedzi, a koniec końców jej nie znajdą, bo może tej prawdy rzeczywiście nie ma. Nie jest tak łatwo osiągalna. Z tym się zgodzę. Natomiast myślę, że w tym momencie mamy do czynienia ze skokiem na kasę samego Tysona, a w przypadku polskiego wydawnictwa mamy do czynienia ze sporym nadużyciem. Naprawdę sporym nadużyciem. Nie powinno się zmieniać tytułu książki aż w taki sposób radykalnie wykrzywiając jej tytuł, radykalnie kierując uwagę potencjalnego nabywcy w stronę czegoś, co w ogóle z tą książką nie jest związane. Jakichś teorii kryptoziemskich może nawet. Tutaj nie otrzymacie odpowiedzi na to, w ogóle żadnych odpowiedzi nie otrzymacie. Przygotujcie się na takie repetytorium bardzo pobieżne z tematyki życia pozaziemskiego, ale to bardzo pobieżne.
Jeżeli się nie zetkniecie z tą książką, to nie będziecie wiedzieli, z jakim poziomem popeliny macie do czynienia. Ale po co się stykać, skoro to popelina?
[01:48:05] - Podsumowując, Piotrze, to ja chyba sobie kupię ze dwa kilo fantastyki naukowej. Myślę, że dzięki niej po pierwsze można lepiej włączyć dopalacze wyobraźni, a po drugie może można uzyskać obraz obcych, których tutaj tych obrazów od autora chyba nie otrzymujemy z tego, co mówisz.
[01:48:34] - Ja bym sobie kupił trzy kilo śliwek na przykład i bym się z tym czuł lepiej.
[01:48:41] - Ja pozostanę przy dwóch kilogramach fantastyki. To w gruncie rzeczy nie jest aż tak dużo tomów. No i proszę państwa, tradycyjnie na koniec audycji czas na odrobinę literatury. Przygotowałem na dzisiaj trzy opowiadania. Autorem pierwszego jest Tomasz Andrzejewski. Nosi ono tytuł „Okno na świat”. Autorem drugiego opowiadania jest Marek Myszograj i to opowiadanie nosi tytuł „Zakazane historie”. Trzecie opowiadanie nosi tytuł „Prawdziwa miłość”, a jego autorem jest Piotr Pocałuń. Zapraszam państwa do wysłuchania owych opowiadań, a czyta Marek Sęk Ivellios.
[01:49:34] - Tomasz Andrzejewski, „Okno na świat”.
[01:49:39] - Całymi dniami stoję wpatrzony w okno skierowane na zachód. Pomimo żelaznych krat i grubej warstwy brudu wciąż mogę przez nie dostrzec zapłoconą wiejską drogę, wzdłuż której rośnie kilka starych wierzb płonących żółcią i czerwienią w promieniach jesiennego słońca. To teraz cały mój świat. Może oprócz ciasnej i śmierdzącej szpitalnej izolatki o odrapanych szarych ścianach. Tak bardzo chcę wyjść, pooddychać świeżym powietrzem, poczuć ciepły wiatr mile pieszczący twarz. Lecz oni mi na to nie pozwalają. Twierdzą, że jestem niebezpieczny, obłąkany, że zabiłem już trzy osoby i mogę to zrobić znowu. Tyle razy im tłumaczyłem, nierzadko ze łzami w oczach, iż jestem niewinny, a prawdziwym zagrożeniem jest ta mroczna postać, która zawsze podąża za mną i szepcze mi do ucha najgorsze możliwe plugastwa. Każe robić rzeczy, których nawet najgorszy ze wszystkich ludzi nie byłby w stanie dokonać. Nie pamiętam żadnej chwili w moim życiu, jakiej bym nie spędził bez niego.
Nawet wtedy, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem, z trudem stawiającym pierwsze kroki. On już górował nade mną niczym mroczna zapowiedź nadchodzącego koszmaru. Wtedy jeszcze nic nie robił, ani też nie mówił, tylko wpatrywał się we mnie czarnymi, martwymi oczami. Wyłącznie ja go dostrzegałem, a wszelkie próby opisania tego monstrum moim najbliższym kończyły się tylko żartami z naiwnej, dziecięcej wyobraźni. Na szczęście w miarę dorastania powoli uczyłem się lekceważyć mojego prześladowcę, co pozwoliło mi przeżyć w miarę normalnie pierwsze lata dzieciństwa. Nie przewidziałem jednak, że prawdziwa groza dopiero nadchodzi. Miałem równo 12 lat, gdy on przemówił po raz pierwszy. Początkowo tylko szeptał niewyraźnym głosem, lecz szybko jego słowa stawały się coraz donośniejsze. Rozkazywał mi krzywdzić ludzi, których kocham i obrażać tych, którym powinienem okazywać szacunek. Zatykałem z całej siły uszy, byleby odciąć się od tych okropieństw, lecz one nadal rozbrzmiewały w mojej głowie.
Od tego czasu cierpiałem bez przerwy. Każdego dnia. Zbyt przerażony oskarżeniami o obłęd, starałem się stłumić w sobie wszystkie negatywne emocje, przez co w oczach innych zawsze uchodziłem za człowieka może i roztargnionego, ale przynajmniej zdrowego na umyśle. Jak się wkrótce okazało, najgorsze wciąż było przede mną. Co prawda, pomimo bezustannych zakusów demona, potrafiłem się przeciwstawić jego jadowitym słowom przesiąkniętym złem. Problem tkwił jednak w tym, iż on sam odnalazł sposób, aby zerwać się ze smyczy mojej woli, a następnie bez litości krzywdzić, ranić i zabijać. Co gorsza, potrafi dokonać tych okropności w ten sposób, aby wszystkie dowody wskazywały na mnie. Pierwszy raz uczynił tak w Boże Narodzenie roku Pańskiego 1848. Do tamtego czasu miałem żonę i maleńkiego synka oraz wiodłem w miarę szczęśliwe życie i to pomimo gnębiącego mnie od wczesnego dzieciństwa przerażającego upiora. Wieczorem, w przeddzień masakry, pokłóciłem się okropnie z żoną o typowe małżeńskie błahostki.
Wykrzyczałem wtedy wiele paskudnych słów wymierzonych w moją małżonkę i nieletniego potomka. Żałuję ich jak niczego w życiu i oddałbym wszystko, byleby cofnąć czas i odwołać. Tymczasem nie dano mi nawet szansy, abym powiedział proste „przepraszam”. Następnego ranka po awanturze obudziłem się pełen złych przeczuć. W moim odziedziczonym po rodzicach wiejskim domu panowała niczym niezmącona cisza, choć zazwyczaj już od samego świtu wszystkie jego pokoje rozbrzmiewały śmiechem pięcioletniego, kipiącego życiem chłopczyka. Na łożu u mego boku nie znalazłem również Anny, mojej żony, uroczej kobiety o czułym, aksamitnym głosie. Szukałem obu tych tak drogich mi osób we wszystkich pokojach, ale bez najmniejszego rezultatu. Dopiero kiedy zdecydowałem się wyjrzeć na zewnątrz domu, ujrzałem wąski ślad świeżej krwi. Odcinał się wyraźnie na śniegu i prowadził meandrami do stojącej nieopodal szopy. Poszedłem tam pomimo przejmującego mnie strachu.
Nie miałem już żadnej nadziei, iż moja żona i syn żyją. Jednakże nic nie mogło mnie przygotować na widok, który zastałem w małym drewnianym budynku. Oni leżeli martwi na podłodze, z poderżniętymi gardłami i wyłupionymi oczyma, a tuż obok nich leżał umazany krwią sierp. Upadłem na kolana, z płaczem obejmując okaleczone ciała. Emocje odebrały mi zdolność racjonalnej oceny sytuacji, toteż nie zważałem na fakt, że brudzę swoje ręce i ubranie, co później uznane zostało za jeden z dowodów mej winy. Lęk na krótką chwilę eksplodował przerażeniem, aby przemienić się w pełną udręki rozpacz. Mój oprawca, nawet w tak trudnym dla mnie momencie nie odstępował ode mnie ani na krok, bezustannie sącząc ze swych ust jad. „I po co się tak żalisz, obłudnie?” — szeptał. — „Sam wczoraj mówiłeś, że życie sobie marnujesz z tą jędzą, a ten rozwrzeszczany gówniarz? Aż trudno uwierzyć, abyś to ty spłodził tak nieudanego syna.
Anna na pewno oddawała się każdemu chętnemu, kiedy nie było cię w domu. Zostaw mnie, ty potworze! Ryknąłem z bólem i odwróciłem głowę w kierunku zmory. Dopiero teraz zauważyłem, że po jego długich, szponiastych palcach wąskimi strumykami ścieka krew. Ty? Krzyknąłem oniemiały. Ty to zrobiłeś? A czy to nóż zabija, czy raczej ręka, która go dzierży? Odpowiedział pytaniem. Nie odebrałbym im życia, gdybyś ty tego nie chciał.
W napadzie szału skoczyłem na dzieciobójcę z pięściami, lecz ten zdążył rozpłynąć się w powietrzu, nim zdołałem go dotknąć. Choć straciłem go z oczu, w dalszym ciągu słyszałem jego śmiech. Obleśny rechot, który bezlitośnie wył w mojej głowie, podczas gdy ja opuściłem miejsce kaźni i rzuciłem się biegiem przez ośnieżone pola w kierunku najbliższej wioski. Gdy już tam dotarłem, wędrowałem od jednych drzwi do drugich, łomocząc w nie i błagając ludzi o pomoc. Jak łatwo można się domyśleć, nikt nie wierzył w moją niewinność i wyłącznie dzięki histerycznemu oskarżaniu o całe popełnione zło nieludzkiej istoty, którą jedynie ja mogłem dostrzec i usłyszeć, uratowałem się przed stryczkiem. Zamiast tego zamknęli mnie w szpitalu dla psychicznie chorych przestępców. Śmiem jednak twierdzić, iż los, jaki mnie spotkał w tym szarym, ponurym gmachu leżącym w znacznej odległości od miasta, okazał się gorszy od samej śmierci. Władzę nad ośrodkiem sprawowała grupa sadystycznych pseudolekarzy stosujących przemoc jako standardowy środek sprawowania kontroli nad pacjentami. Pobicia, przymusowe głodówki czy też okrutne metody leczenia były tutaj na porządku dziennym. W tym obrzydliwym piekle brudu, nienawiści i cierpiących dusz znalazła się jednak jedna jedyna osoba, która przynosiła mi ukojenie.
Był nią psychiatra o imieniu Adam. Starszy, siwy mężczyzna w okularach o drobnym, wątłym ciele i wielkiej dobroci. Był on wielkim zwolennikiem leczenia moralnego, czyli traktowania osób obłąkanych jako pełnoprawnych ludzi, obdarzonych takimi samymi uczuciami jak wszyscy inni. Jako jedyny z całego personelu nie gardził mną, a wręcz przeciwnie, głęboko mi współczuł. Nieraz ochronił mnie przed okrutnymi pielęgniarzami oraz dbał o to, abym chociaż raz na jakiś czas zjadł coś lepszego niż śmierdzące odpadki. Pewnego letniego popołudnia Adam przyszedł do mojej sali i poprosił o chwilę rozmowy. Usiadłem na krawędzi łóżka, a on spoczął tuż obok na krześle, po czym uśmiechnął się do mnie i zapytał o samopoczucie. Bardzo tęsknię za bliskimi — odpowiedziałem. — Chciałbym zobaczyć kogoś z rodziny albo jednego z moich przyjaciół. Kiedyś miałem ich tak wielu.
No cóż. Zrobił zatroskaną minę. Nie jesteś jedyny. Do żadnego z moich pacjentów nikt nie przychodzi w odwiedziny. Nawet do tych, którzy nikogo nie skrzywdzili. A czy mam szansę kiedyś stąd wyjść? Przerwałem mu. Przecież jestem posłuszny. Z nikim się nie kłócę. Zawsze dobrowolnie poddaję się zabiegom, jakkolwiek okropne by one nie były.
Posłuchaj, Edwardzie. Adam położył mi dłoń na ramieniu, żeby mnie uspokoić. To wszystko prawda. Jesteś jednym z moich ulubionych pacjentów i wzorem dla całego szpitala. Jednak ze względu na to, co zrobiłeś, wypuszczenie cię na zewnątrz wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem. Musisz się pogodzić z tym, że spędzisz tutaj resztę swojego życia. Te słowa przeszyły moje serce niczym zatruty sztylet. Nie pozostało mi już nic innego, jak ukryć twarz w dłoniach i zapłakać. Czy to właśnie taki cel chciała osiągnąć gnębiąca mnie kreatura? Zniszczyć mnie?
Jeżeli tak, to w pełni mu się to udało. No jak tak można? Dobiegł do mych uszu znajomy, obśmiewczy głos. Przecież jesteś człowiekiem i to wysoko urodzonym, a nie jakimś zwierzęciem, które można zamknąć w małej, brudnej klatce. Podniosłem wzrok. Czarny upiór stał dokładnie za Adamem i zbliżał pazurzaste dłonie do jego szyi. Wrzasnąłem, zrywając się z łóżka, lecz upiór okazał się szybszy. Chwycił lekarza za gardło i rzucił nim na podłogę. Ten sparaliżowany nawet nie próbował się bronić, podczas gdy demon silnym chwytem miażdżył mu krtań. Bez wahania ruszyłem na pomoc memu przyjacielowi, lecz niewiele mogłem zdziałać.
Choć próbowałem oderwać smoliście czarne palce z szyi lekarza, te nie ustępowały i nim do pomieszczenia wtargnęli zwabieni mym krzykiem pielęgniarze, Adam skonał. Zostaw go, bydlaku! Warknął jeden z sanitariuszy, po czym, nie czekając na moją reakcję, uderzył mnie z całej siły w twarz. Odpełzłem w kierunku ściany, trzymając się za broczący krwią nos. Jednak napastnicy bynajmniej nie zamierzali poprzestać tylko na jednym ciosie. Zamiast tego zaatakowali mnie, kopiąc bez litości po całym ciele, aż straciłem przytomność. I tak wylądowałem tutaj. W izolatce o wymiarach 2 m na 1. Moje miejsce do spania to kupka spleśniałej słomy. Wyposażenie celi stanowią ponadto zardzewiały kubeł na fekalia oraz gruby, ciężki łańcuch, którym przykuto mnie do ściany.
Złamana podczas brutalnego pobicia noga zrosła się krzywo, przez co poruszanie nawet po takiej małej klatce przychodziło mi z trudem, a jedyny kontakt z innymi ludźmi miewam tylko rano oraz wieczorem, kiedy jeden z pielęgniarzy przynosi mi talerz obrzydliwej zupy i opróżnia wiadro z odchodami. Bardzo rzadko się przy tym odzywa, a raczej tylko patrzy wzrokiem przesyconym pogardą i nienawiścią. Co gorsza, czarna kreatura wciąż jest przy mnie. W dzień bezustannie naśmiewa się z mojego cierpienia, nocą zaś drapie pazurami po ścianach, nie pozwalając mi zasnąć. Nawet teraz, gdy spoglądam na zachód przez małe, zakurzone okienko, widzę w nim również odbicie jego odrażającej twarzy. Zastanawiam się tylko, czy kiedy już przyjdzie mi umrzeć, to ta bestia podąży za mną w zaświaty, by tam również mnie dręczyć. A może umarłem jeszcze przed własnymi narodzinami i właśnie teraz pogotuję w piekle? Marek Myszograj, „Zakazane historie”. Prolog. Trójka przyodzianych w skóry mężczyzn podążała w kierunku południowym.
Kierowali się pragnieniem przetrwania. Byli głodni, zmęczeni oraz mocno zziębnięci. Zaledwie kilka tygodni wcześniej żyli na terenie porośniętym bujną roślinnością. Nie znali zimna oraz białego puchu. Zmiana pogody zaskoczyła ich dosłownie z dnia na dzień. Instynkt mówił im, że idąc w kierunku impulsywnych świateł, odnajdą pożywienie oraz bezpieczeństwo. Jeśli plan zadziała, sprowadzą tutaj kobiety i dzieci. Mylili się. Strumień światła przyszedł z nieba. Po chwili nastąpił błysk, który rozprzestrzenił się nad okolicą.
W paryskiej piwnicznej budynku przy rue des Saussaies numer 11 odbywało się jedno z wielu mocno rutynowych przesłuchań. Za biurkiem skromnie urządzonego pomieszczenia siedział 30-letni oficer SS o nienagannym wyglądzie. Palił papierosa. Niespełna godzinę temu wylądował specjalnym samolotem z Berlina w celu spotkania się z zatrzymanym i poprowadzenia śledztwa. Major starał się ukryć emocje. Pomagało mu kilkuletnie doświadczenie, które nauczyło panować nad sobą. Wojna zmienia ludzi. W tej chwili wpatrywał się w wystraszoną twarz przesłuchiwanego. Był o jakieś 10 lat starszy od niego samego. Sięgnął do kieszeni po zapalniczkę oraz paczkę ulubionych Echt Orient, by poczęstować nieszczęśnika i rozluźnić w ten sposób nieco atmosferę przesłuchania.
Musiał wzbudzić zaufanie. „Nazywam się Thomas Müller i jestem majorem SS” – odezwał się łamaną polszczyzną. „Dzisiejszej nocy mam zaszczyt z panem porozmawiać” – kontynuował powoli, lecz bez większego trudu. „Jeśli jednak odmówi pan współpracy ze mną, to doskonale pan wie, gdzie się znajdujemy. Zatem, panie Adamski, proszę się nie krępować, zapalić i przygotować na nieco dłuższą pogawędkę”. „Panie majorze, zdaję sobie sprawę, po co tu pana przysłano” – odpowiedział przesłuchiwany, by po chwili sięgnąć po papierosa, włożyć go w usta i odpalić użyczoną, przyozdobioną w swastykę zapalniczką. „Proszę, niech pan major zadaje pytania. Wszystko i tak jest stracone”. „Spokojnie, panie Adamski, mamy czas. Proszę, może pan zacząć od ekspedycji.
Kto był zleceniodawcą, kim byli uczestnicy i tak dalej”. „No tak, cholerna ekspedycja. Gdyby nie ona, nie byłoby tego całego gówna. Gdzieś w okolicach października 37. roku wyruszyliśmy dość dobrze zaopatrzonym statkiem w kierunku Antarktydy. Sama ekspedycja była podobno kosztownym przedsięwzięciem. Przynajmniej tak nam się wydawało, ale nikt nie zadawał pytań, z jakiego źródła pochodzą pieniądze i dla kogo konkretnie pracujemy. Zresztą wszystko było owiane tajemnicą. Większość załogi nie znała się wcześniej, a naszym zadaniem było wykonanie przeróżnych badań przed kongresem naukowym w Ameryce. Tak nam to wyjaśniono.
Statek wypłynął z Wielkiej Brytanii, by po jakimś może miesiącu dotrzeć na biały ląd. Na miejscu przyjęła nas ekipa z Ameryki obsługująca kilka baraków zwanych bazą. Amerykanie wyznaczyli nam cel, po czym uprzedzili, że no właśnie wie pan majorze, że coś znaleźli. Z początku myśleliśmy o skambelinach, zamarzniętych szczątkach mamuta lub nawet dinozaura. Inni zaś roili o odkryciu nowych form życia, na przykład drobnoustrojów, które mogłyby zagrozić ludzkości. Majorze, zna pan historię o pandemii grypy po Wielkiej Wojnie? To mogła być podobna sytuacja, tylko na większą skalę. Naprawdę obawialiśmy się i szukaliśmy rozwiązań na wypadek przeróżnych sytuacji. Jednak to, co nam Amerykanie przekazali, przeszło oczekiwania nas wszystkich”. Przewieźli nas do takiego miejsca, gdzie ponad lodu wyrastał trójkątny czubek skalny i kazali nam po prostu przejść przez szczelinę w ścianie wzniesienia.
Już na pierwszy rzut oka uznaliśmy, że nie była to naturalna formacja skalna. Majorze, proszę sobie wyobrazić: gdy tam na miejscu zaczęliśmy ustawiać oświetlenie, to nas zatkało. Znaleźliśmy się w innym świecie. To był jakby hangar albo stocznia, czy coś podobnego. To tak, jakby porównać biedaka, który znalazł się nagle na balu bogaczy. Człowiek używa przez całe życie jedynie łyżki i widelca, a tu nagle ma do dyspozycji komplet 12 sztućców. Coś niesamowitego. Tam na miejscu nasze zadanie nie polegało, niczego tam właściwie nie odkryliśmy. Raczej stwierdzaliśmy, czego tam nie ma. A nie było przede wszystkim drzwi i okien.
Nie zauważyliśmy oświetlenia, tablic informacyjnych, książek, czy też jakiejkolwiek dokumentacji. Nie było toalet, kuchni, garnka, talerza. Z czasem stwierdziliśmy, że jak na tak dziwną budowlę mechaniczną, to brakowało instalacji elektrycznej. Oczywiście miejsce przypominało, a raczej mocno kojarzyło się z halą remontową lub właśnie hangarem. Tylko w środku nie było żadnych pojazdów ani narzędzi. W pomieszczeniach, powiedzmy socjalnych, tak je można umownie nazwać, ponieważ były zdecydowanie mniejsze od hali właściwej, do której przylegały, znajdowały się krzesła i stoły. Ale majorze, tamto krzesło porównać z tym, na którym ja tu teraz siedzę? Adamski uśmiechnął się ironicznie. Tamto krzesło, nie. Wszystkie tamte krzesła przypominały siedziska królów.
Każde co najmniej trzy razy większe od naszych, bogate w ozdoby i takie guziczki w miejscu, gdzie mogły spocząć dłonie. Te krzesła, niczym fotele, miały miejsca na plecy, głowę, łokcie, a nawet na ułożenie nóg. Każde jedno. A naliczyliśmy przecież ich około stu. Rozumie pan, majorze? Panie Adamski, proszę mi jeszcze powiedzieć, czy udało wam się dowiedzieć, w jaki sposób natrafiono na to miejsce. Wiem jedynie, że z tej okolicy rozchodził się nietypowy sygnał radiowy. Podczas odtwarzania były to głównie piski w różnych tonach. Raz na tydzień w ciągu 10 minut piski zanikały i można było usłyszeć dźwięk lecącego bąka. Taki zmienny ton.
Wiem, że to dziwne. Wszystkie informacje pochodziły od Amerykanów, więc może to oni wiedzą coś więcej. Zatem czy nie lepiej ich zapytać? Po czym przesłuchiwany drwiąco spojrzał na majora. W tym momencie do pomieszczenia wszedł funkcjonariusz Gestapo, niosąc tacę z dwiema filiżankami kawy. Pierwszą podał od niechcenia przesłuchiwanemu, po czym sięgnął po drugą. Może to z powodu późnej pory lub strachu, a może raczej z dziwnego niemieckiego poczucia respektu, ręka mu zadrżała. Kawa w niewielkiej ilości rozlała się na biurko. „In Ordnung” powiedział ze sztucznym uśmiechem major do młodego gestapowca, który jak nagle i niespodziewanie pojawił się, tak równie szybko wyszedł. Widzi pan — kontynuował major, sięgając ponownie po papierosy, by jednego rzucić Adamskiemu, natomiast drugiego wyciągnął dla siebie.
Tak to już Stwórca skonstruował nasz świat. Przez przypadek? Może. Może niekoniecznie i wszystko jest zaplanowane. À propos Stwórcy, czyli tak zwanego Boga. Nawet nie zdaje sobie pan sprawy, jak mocno go prowokujemy. Przyłożył płomień zapalniczki do papierosa przesłuchiwanemu, po czym powtórzył tę czynność, odpalając swojego Echt Orienta. Jego naród wybrany właśnie wymiera, ginie, a on wciąż milczy. Dziwna sytuacja, nie uważa pan? Chwycił filiżankę kawy, by uronić jej łyk, po czym zaciągnąć się dymem nikotynowym.
Znalazł się pan, panie Adamski, w trudnej sytuacji — kontynuował. Po naszej rozmowie będzie pan miał dwie możliwości: albo dalsza współpraca z nami, albo… Zresztą powtórzę, sam pan wie, gdzie się znajdujemy. By pana zachęcić, zdradzę panu kilka tajemnic. Jedną z nich jest to, że współpracujemy z Amerykanami. Spojrzał przenikliwie na Polaka. O, widzę, że nie wywarło to na panu większego wrażenia. Otóż właściwie mamy kontakt głównie z firmą IBM. Druga to to, że w 1938 roku Trzecia Rzesza postanowiła stworzyć podwaliny Nowej Szwabii na Antarktydzie. Statek o nazwie Schwabenland tuż przed wybuchem wojny został skierowany w rejon waszej wcześniejszej eksploracji.
Trzecia tajemnica to osoba Rudolfa Hessa. Całkiem nie tak dawno, bo w maju tego roku, Hess udał się do Wielkiej Brytanii. Oficjalnie miała to być misja pokojowego zakończenia tego całego gówna. Nieoficjalnie mieliśmy, chcieliśmy, tak, to lepsze określenie. Chcieliśmy po prostu nawiązać współpracę, złapać kontakt z aliantami w sprawach, które wyraźnie nas przerosły. Major odchylił się do tyłu, by wysunąć szufladę biura. Wyciągnął fotografię, po czym ułożył ją z niemiecką precyzją naprzeciwko przesłuchiwanego. Adamski spojrzał na nią. Poczuł nagłe ukłucie w żołądku. Ukłucie, które w jednej chwili sparaliżowało każdą część ciała.
Zamarł, wpatrując się w obrazek. Jak przez mgłę i pisk w uszach przyszło wspomnienie z dzieciństwa o tamtej nocy. Adamski miał pięć, góra sześć lat. Mieszkał z rodzicami w podwarszawskim dworku. Którejś letniej nocy obudził się i zobaczył ich. Zobaczył ich nad łóżkiem. Księżyc oświetlał trzy wydłużone sylwetki. Nie rozmawiały ze sobą, jedynie gestykulowały w jakiś nieludzki sposób. To był jedynie moment, krótka chwila. Wydawało się, że nie trwało to dłużej niż kilka wdechów i wydechów.
Rano bał się opowiedzieć rodzicom, co zobaczył. Do końca dnia przyjął, że musiało mu się to wszystko tylko wydawać lub było tylko nocnym koszmarem. Po latach zapomniał o tej historii. Teraz, gdy łza strachu spływała mu po policzku, wpatrując się w fotografię, miał uczucie olśnienia. Ta sama sylwetka, to samo wydłużone ciało leżało na śniegu, a wokół niej pozowało kilku niemieckich żołnierzy w zimowych mundurach. „Hans!” – ryknął w stronę drzwi major. W jednej chwili do środka wszedł gestapowiec i pchnięciem ręki zmusił Adamskiego, by pochylił głowę do przodu. Szarpnął tylną część kołnierza, odsłaniając bark z niewielką blizną. Adamski, oszołomiony, czekał na cios. „Das stimmt” – usłyszał za plecami.
„Wszystko się zgadza.” Major wyszczerzył zęby w uśmiechu. „Tym tutaj” – wskazał palcem na fotografię – „to sam Hess.” Przesunął palec na kolejną osobę. „Może pan nie poznaje, ale byłem tam osobiście. Jest pan cennym nabytkiem i zapewne ma pan pytania, na które możemy wspólnie poszukać odpowiedzi.” Czy Adamski miał wybór? Epilog. 3 sierpnia 1947 roku kilku amerykańskich żołnierzy obserwowało dziwny spektakl nad pustynnym niebem. Dwa obiekty poruszały się w nietypowy dla siebie sposób. Obniżały lot, ukazując kształty, po czym w mgnieniu oka były już niemal poza zasięgiem wzroku, by ponownie zbliżyć się i oddalić kilkukrotnie. „Chyba walczą ze sobą” – powiedział niepewnie i raczej sam do siebie jeden z wojskowych. Nagle jeden z obiektów pozostał nieco dłużej w prostej linii lotu za drugim.
Nie padł żaden strzał. Nie dało się zauważyć żadnego błysku, jednak upolowany cel runął na ziemię kilkaset metrów od obserwatorów. Po drugim nie było już śladu. Cholera! Będziemy mieli kolejny obiekt do badań. Piotr Pocałuń „Prawdziwa miłość” Budynek, w którym znajdował się urząd pocztowy, nie wyróżniał się niczym szczególnym, jak to w małym, zapizałym miasteczku. Wewnątrz również nie było nic, na co można byłoby zwrócić uwagę. Po lewej stronie na półce znajdowała się wystawka nowych znaczków dla filatelistów oraz zabawki z logo „Strażak Sam”. Ani jeden, ani drugi towar prawie nigdy nie znajdował nabywców. Natomiast po prawej stronie leżała sterta poradników siostry Zofii „Jak zrobić najlepsze przetwory mączne” oraz dziwaczne kolorowanki dla dzieci, które mogły je raczej przestraszyć niż nauczyć kreatywności.
Pieprzona Poczta Polska. Paczka, polecony, przelew i tak do usranej śmierci. Tę ponurą, ale ze wszech miar słuszną refleksję przerwała mu wysoka brunetka około czterdziestki, która weszła szybkim krokiem do punktu obsługi klienta. „Panie Andrzeju, za chwilę ósma” – powiedziała, stojąc obok. „Niestety dziś nie będzie pani Ani i… słowem, jest pan sam. Da pan radę?” – zapytała, chociaż doskonale wiedziała, że nie pozostawia swemu pracownikowi żadnego wyboru. „Oczywiście, pani kierownik” – odpowiedział, a w myślach dodał: „Niech cię szlag”. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Siódma pięćdziesiąt.
No to zaraz się zacznie. Pod drzwiami wejściowymi stał już klient. Trudno było określić jego wiek, gdyż miał na głowie kaptur. Nerwowo szarpał za klamkę, jakby wysłanie jakiejś gównianej paczki było na wagę życia lub śmierci. „Poczekaj chwilę. Wytrzymasz. Na pewno wytrzymasz” – pomyślał i spojrzał na zegar. Ósma. Klient wszedł chwiejnym krokiem i rzucił niedbale kopertę na ladę przed Andrzejem. „Polecone do Warszawy” – powiedział.
„To dla mnie życie lub śmierć albo… jakoś tak.” Andrzej wyczuł woń nieprzetrawionego alkoholu. „Nadużyło się wczoraj” – stwierdził w duchu, a głośno powiedział: „Dobrze, ale, proszę pana, musi pan wypełnić druczek.” Podał mężczyźnie blankiet i odwrócił wzrok. „Ale ja nie mogę. Nie mogę, bo mi się ręce trzęsą. Niech pan… Niech pan wypełni.” W tym momencie do pomieszczenia weszła kierowniczka poczty i spojrzała wymownie na Andrzeja. „Oczywiście, pomogę panu” – odparł, a w duchu pomyślał: „Niech cię szlag trafi, dziadu.” „Do kogo adresujemy?” – zapytał. „Agnieszka Justasz” – odpowiedział mężczyzna. „Proszę teraz podać ulicę i kod pocztowy.” „Sobieskiego 23/13.
Ale kodu nie znam. To w Warszawie.” Proszę pana, Warszawa ma wiele kodów. Nie zna pan właściwego? A pan pracuje na poczcie i też pan nie zna? To co pan tu robi? – odparł wyraźnie zdenerwowany, chwiejąc się na nogach. Nie mogę znać na pamięć wszystkich kodów – odpowiedział Andrzej. – Ale mogę sprawdzić w internecie – dodał i mimo woli spojrzał w stronę, gdzie stała kierowniczka poczty, od której niestety zależała jego premia. No! I to właśnie jest obsługa klienta – dodał podpity niegomość, nachylając się w stronę lady.
Nieprzyjemna woń wczorajszego alkoholu buchnęła na Andrzeja. Panie Andrzeju, czy napije się pan kawy? – zapytała kierowniczka, gdy na poczcie nie było już żadnych oczekujących klientów. Jeśli pani taka dobra, to chętnie – odparł. A, tak myślałam. Proszę kupić sobie coś nowego. Ten pana niebieski sweter jest już, jakby to powiedzieć, nie najnowszy. No i proszę się częściej golić. Sam pan rozumie. Tu przychodzą ludzie.
Droga z poczty do domu jak zawsze była męcząca. Ciągle spotykał tych samych ludzi. Dzień po dniu te same twarze. Przerażające. I każdy chce, żeby mu powiedzieć „dzień dobry”, bo tak wypada. Gówno wypada! Skąd wiecie, że dzień jest dobry? Czy jest dobry i czy go wam życzę? W bloku, w którym mieszkał, starsza kobieta zamiatała podłogę klatki schodowej tuż przy drzwiach do jego mieszkania. Niby taka porządna, ale on dobrze wiedział, że to tylko pretekst, aby szpiegować sąsiadów.
Kto, kiedy, a najważniejsze – z kim wraca do domu. Ta wiedźma chyba specjalnie zaśmieca klatkę – pomyślał. Zaśmieca, żeby mieć pretekst do niekończącego się zamiatania. Panie Andrzeju! – zawołała z daleka kobieta. – Coś pan dzisiaj niewyraźny. No a szlag. Następna – pomyślał, ale na głos stwierdził: za to pani wygląda kwitnąco. Panie Andrzeju – złapała go za ramię. – Niech pan wpadnie na herbatkę.
Mam pyszne ciasteczka maślane. Nikt pana nie odwiedza. Żyje pan jak pustelnik. Martwię się o pana. Lepiej być pustelnikiem, niż jeść z tobą ciasteczka – pomyślał. Wersja wypowiedziana na głos brzmiała jednak inaczej: panie Joanno, na pewno przyjdę, ale jeszcze nie teraz. Wie pani, że jestem zapracowany. E tam, zapracowany. Całymi wieczorami przesiaduje pan w domu, nikt pana nie odwiedza. I jeszcze jedno – nie pozwoliła mu wejść do mieszkania, zastępując stanowczo drogę.
Kto to jest ta Marzenka, o której pan mówił? Pamięta pan? Wtedy, jak pan był pan w dobrym humorze. Pani Joasiu, powiem pani, jak będę gotów. Dobrze, dobrze – odpowiedziała. – Ale nigdy jej tu nie widziałam. Ani nikogo innego, kto by pana odwiedzał. Do widzenia – stwierdził szybko, a następnie przemknął się obok kobiety, otworzył drzwi i wbiegł do mieszkania. Energiczne trzaśnięcie, które niemal wyrwało zawiasy z futryny, było tylko logicznym dopełnieniem sceny. Pokój, w którym leżał, był zaniedbany.
Andrzej nie miał czasu ani ochoty na remonty. Liczyło się tylko nocne spotkanie z Marzenką. Która godzina? Dopiero dziewiąta. Nie, na pewno nie przyjdzie. Trzeba czekać. Warto. Wypadł z mieszkania niczym błyskawica. Kierował się w stronę pobliskiego parku. Światło gwiazd i blask księżyca, jak zawsze w pełni, oświetlały teren.
Można było rozpoznać gatunki poszczególnych drzew, a nawet zwierzęta chowające się za pniami. Ona schowała się natomiast za niebieskimi kwiatami bzu. Jak zawsze. Dostrzegł ją jednak z daleka. Lubiła się z nim droczyć. Dlaczego się ukryłaś? – zawołał. A nie chcesz mnie szukać? – dodała przekornie i uśmiechnęła się do niego. Po powrocie ze spotkań zastanawiał się zawsze, jak ona naprawdę wygląda.
Znał ją tylko z nocnych randek i prawie nigdy nie umiał przypomnieć sobie szczegółów jej twarzy ani sylwetki. Zawsze myślał o niej jak o promiennej, ciepłej istocie, która spadła mu z nieba. Chodź, pobiegniemy nad potok – powiedział, próbując złapać ją za rękę, ale jej dłoń wymknęła się uściskowi. Nie teraz. Coś ci opowiem. Wiesz, poznałam nowe gwiazdy – powiedziała, wskazując na nocne niebo. Nowe? – zdziwił się. Przecież wiesz – stwierdziła i delikatnie musnęła go ustami w policzek. – To moi przyjaciele.
A wczoraj rozmawiałam z drzewem. Wskazała na stojącą obok alejki sosnę. Powiedziała mi, że jestem piękna. A co ty o tym sądzisz? Powiem ci, jak ty mi powiesz – odpowiedział, głęboko wciągając powietrze do płuc. Jaki masz kolor oczu, Marzenko? Powiem ci jutro, Andrzejku. Obiecuję – odparła. – Ale teraz musisz już iść. Musisz.
Wiesz o tym. Zostały jeszcze dwie godziny do szóstej. Chwilę się zdrzemnę – pomyślał. Nastawił budzik w komórce i rzucił się w ubraniu na tapczan. Głośny dźwięk telefonu wyrwał go z głębokiego snu. Szlag by to trafił. Pieprzona Poczta Polska. Tuż po ósmej rano na poczcie jak zwykle było dużo ludzi. Andrzej nie dawał rady wszystkiego ogarnąć, gdyż Anki w dalszym ciągu nie było. „Co się z tobą dzieje?” – rzuciła ostrym tonem kierowniczka.
– Wyglądasz, jakbyś całą noc nie spał. Co ty wyrabiasz?” „Nic takiego. Spałem, pani kierownik. Spałem jak aniołek, naprawdę” – odparł cicho. – Może jestem chory. „Chore to jest twoje tłumaczenie. Ty masz pracować. – Spojrzała na niego z góry. – Zrobię ci kawę, żebyś stanął wreszcie na nogi, chłopie.” Paczka. Polecony.
Przekaz. Paczka. Polecony. Przekaz. Paczka. Polecony. Przekaz. Pieprzona Poczta Polska. Wieczorem znów pobiegł do parku, ale Marzenki nie było. Dopiero po dłuższej chwili przepełnionych lękiem poszukiwań odnalazł ją nad brzegiem potoku.
„Marzena, bałem się, że nie przyjdziesz” – wyszeptał. „Przecież chciałeś dowiedzieć się, jaki mam kolor oczu” – odpowiedziała i wskazała na płynący między drzewami potok. – Patrz. Podeszła do strumienia i zanurzyła ostrożnie dłoń w wodzie. Ze wszystkich stron podpłynęły do jej palców kolorowe rybki, ale dziwnym trafem te o odcieniu brązowym były jakby bardziej śmiałe. Podpływały najbliżej i nawet delikatnie muskały skórę. „Brązowe! Masz brązowe oczy” – krzyknął. „Tak, zawsze miałam.” – zaśmiała się, a następnie zatańczyła. Jej bose stopy zdawały się nie dotykać trawy.
– A ty? Jakie ty masz oczy? „No cóż” – odpowiedział zmartwiony. – Niebieskie. Niestety niebieskie. „Czemu się smucisz?” – zapytała, dotykając dłonią jego ust. – Niebieskie jest niebo, ocean. Niebieskie mogą być również marzenia, ale zależy, o czym marzysz. „To piękne. Piękne to, co mówisz.” – uśmiechnął się i chciał ją przytulić, ale jak zwykle umknęła mu i schowała się za krzakiem bzu.
„Musisz już iść. – Pomachała mu ręką. – Noc się kończy.” Na poczcie znowu nie było Anki. Musiał wszystko robić sam. „Niech to wszystko szlag trafi. Mam już dość” – myślał raz po raz. Do pomieszczenia weszła kierowniczka i spojrzała na niego z pogardą. „Panie Andrzeju” – stwierdziła. – Są skargi na pana opieszałość i brak kultury. Mówiłam panu, żeby zmienił pan w końcu ten sweter.
W końcu reprezentuje pan urząd, Pocztę Polską. Nie wytrzymał. Wstał i rozrzucił leżące na biurku kartki oraz koperty. „W nosie mam Pocztę Polską” – powiedział, a potem, nie czekając na reakcję przełożonej, wybiegł z budynku. „Co się stało, panie Andrzeju?” – zapytała staruszka zamiatająca klatkę schodową. „A, to pani. Pani też jest z nimi w zmowie” – odburknął złośliwie. – Dobrze wiem, że mnie pani szpieguje. „Co pan?” – Cofnęła się do ściany. – Przecież wie pan, że pana lubię.
„Przepraszam panią. – Zrobiło mu się trochę głupio. – Jutro zaczynam nowe życie.” „Jakie?” – zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi, bo on zamykał już drzwi od mieszkania. „Dopiero 20:00” – pomyślał, leżąc na tapczanie. – Ale wytrzymam. Zostanę z nią. Nie wytrzymał. Jeszcze przed 22:00 wybiegł z mieszkania i skierował się w stronę parku. Marzenki nie było. „Muszę chwilę poczekać.
Jestem za szybko” – pomyślał. Księżyc był jak zwykle w pełni i jak zawsze nie było słychać samochodów ani żadnych innych odgłosów całego tego gównianego miasta. „Cześć.” – Zaskoczyła go. Podeszła od tyłu i połaskotała go delikatnie w kark. – Jestem. „Witaj. – Uśmiechnął się. – Podjąłem decyzję. Zostaję z tobą.” „Ale wiesz, co to oznacza” – odparła, przeczesując zalotnie włosy dłonią. – Nie ma odwrotu.
I jeszcze powiem ci, jaki mam kolor włosów – dodała, chowając się za krzakiem bzu. „Ale ja już wiem! – zawołał, biegnąc za nią. – Masz włosy koloru słońca.” „Jesteś pewien?” „Mam cię!” – zawołał, chwytając ją mocno za dłoń. Spomiędzy drzew zaczynały prześwitywać pierwsze promienie wschodzącego słońca. Delikatne światło tańczyło na kroplach rosy, jakby mówiąc: już czas. Syrena karetki pogotowia obudziła mieszkańców bloku przy ulicy Parkowej. Na miejscu była już policja. Stojąca w drzwiach wejściowych staruszka nerwowo zacierała ręce. „Proszę się uspokoić i opowiedzieć jeszcze raz” – łagodnym głosem poprosił jeden z policjantów.
„Panie komisarzu – wykrztusiła. – Tak jak mówię, tuż obok mieszka pan Andrzej. Od dwóch dni nie wychodził z domu, a wiem, bo widziałam go zawsze, jak wychodził i wracał z pracy. A od dwóch dni nic się nie dzieje.” „Dobrze, spokojnie.” Odparł policjant. Próby pukania i dzwonienia nie przyniosły efektów. W końcu ktoś zniecierpliwiony chwycił za klamkę. Drzwi były otwarte. Bałagan panujący w mieszkaniu wskazywał, że osoba w nim mieszkająca nie miała zamiłowania do porządku i czystości. W sypialni młody mężczyzna około trzydziestki leżał na tapczanie w skotłowanej pościeli. Prawdopodobnie nie żył.
Lekarz z karetki stwierdził zgon. Mężczyzna nie żył od co najmniej dwóch dni. „Czy miał jakąś rodzinę lub znajomych?” Policjant zwrócił się do staruszki. „Nikt go nie odwiedzał. Raczej nie miał” – odparła. – „Coś mówił o jakiejś Marzence, ale nigdy jej tu nie widziałam. Panie doktorze” – staruszka zwróciła się do lekarza. – „Może to ważne. On często mówił, jak miał dobry humor, że dusza może we śnie opuszczać ciało i gdzieś wędrować. Mówił o jakichś podróżach.
Nie pamiętam tego określenia. As, astro...” „Astralnych” – domyślił się lekarz. – „Słyszałem o tym. Niektórzy ludzie wierzą, że we śnie ich jaźń podróżuje do innych światów. Ale to bujdy. Proszę w to nie wierzyć.” „Więc co mu się stało, panie doktorze?” „Zawał. Zwykły zawał. Nic magicznego.” To powiedziawszy, ruszył w kierunku wyjścia. Starsza kobieta stała obok tapczanu Andrzeja i przez długą chwilę patrzyła na twarz zmarłego. „Dziwne” – pomyślała.
Rysy mężczyzny były pogodne. Miała wrażenie, że nieżyjący sąsiad uśmiecha się delikatnie. Poczuła zimny dreszcz na plecach. „Przecież nie można cieszyć się z zawału” – pomyślała. „Marzenko, już wiem, jaki masz kolor oczu. Wiem, jaki jest kolor twoich włosów. Czuję twój dotyk. Powiedz mi, co będzie dalej.” „Chodź, pokażę ci” – odpowiedziała, ściskając mocno jego dłoń i poprowadziła go w kierunku potoku. Ubrany w sportowy strój mężczyzna jak co rano biegł parkową alejką. Jednak tego dnia coś niezwykłego przykuło jego uwagę.
„Co do cholery?” – pomyślał. Obok płynącego między drzewami potoku stały dwa krzaki bzu zrośnięte ze sobą. „Nigdy ich tu wcześniej nie było” – pomyślał mężczyzna. – „Nieważne. Nie mam czasu na bzdury. Ostatecznie udało mi się w końcu zdobyć pracę. Zwolniło się stanowisko na poczcie.” Proszę państwa, to już koniec dzisiejszej „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Tradycyjnie zapraszam za tydzień, a teraz już życzę państwu dobrej nocy, dobrego weekendu, dobrego przyszłego tygodnia, który ma być ciepły, więc dla mnie to on już z zasady będzie dobry. I cóż, do usłyszenia za tydzień.
[02:35:39] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski, a audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. „Radio Paranormalium”, „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum „Radia Paranormalium” na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.