Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Zrobiło się już konkretnie chłodno, całkiem konkretnie, także trzeba rozgrzać atmosferę ponownie kolejnym odcinkiem Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:40] - Halo, halo. Tradycyjne dzień dobry, wieczór państwu. Dzień dobry wieczór i od razu przejdźmy do rzeczy. A zaczniemy dzisiejszą audycję od antologii, od omówienia antologii. W tym początkowym felietonie postaram się państwu przybliżyć antologię, która jest jeszcze cieplutka. Wyszła właśnie z drukarni. Nosi tytuł „Mroczne wizje”. I nie ukrywam, mam z tą antologią trochę wspólnego, bo dla wydawcy pisałem zarówno wstęp do tej antologii, jak i urządzałem polowanie. Nie, to złe określenie. Po prostu pozwoliłem sobie zaprosić autorów do tej antologii, a wśród tych autorów są nazwiska naprawdę z górnej półki, bo jest wśród tych autorów tegoroczny laureat Zajdla, czyli Paweł Majka.
Jest też na przykład Jacek Inglot, jest Marta Kwaśkocot. I proszę państwa, ja bym mógł wymieniać wszystkie 14 nazwisk, ale te nazwiska pojawią się w tym moim felietoniku. Więc prosiłem tych wszystkich autorów i autorkę o to, żeby napisali o swojej wizji mrocznej przyszłości. A co dostaliśmy? Dostaliśmy, moim zdaniem, pasjonujący tom. Ja zapewne jestem nieobiektywny, bo skoro maczałem palce przy powstaniu tego tomu, skoro uczestniczyłem w całym procesie powstawania antologii, to o obiektywizm trudno. Ale posłuchajcie państwo. Są książki, które czyta się dla przyjemności. Są też takie, które czyta się po to, aby na chwilę przenieść się do innego świata. Antologia „Mroczne wizje” należy do jeszcze innej kategorii.
To jest książka, która wykorzystuje niezwykłość. Wykorzystuje niezwykłość, aby zmusić czytelnika do uważniejszego przyjrzenia się światu. Światu, w którym ten ktoś naprawdę żyje. To jest 14 opowiadań, które napisało 15 autorów. Te 14 opowiadań składających się na antologię nie tworzy jednej historii ani jednej wizji przyszłości. Każde z tych opowiadań prowadzi czytelnika inną drogą, ale wszystkie spotykają się w podobnym miejscu. Przy pytaniu o człowieka, o jego wybory, lęki, ambicje i cenę, jaką gotów jest zapłacić za własne pragnienia. Już przedmowa do antologii, notabene mojego autorstwa, ustawia lekturę w sposób, który wydaje się kluczowy dla zrozumienia całego tomu. Bo fantastyka nie jest tutaj traktowana jako ucieczka od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie, fantastyka ma być narzędziem do poznania owej rzeczywistości.
Niezwykłe światy, sztuczne inteligencje, alternatywne historie czy zjawiska nadprzyrodzone stają się swoistym zwierciadłem, lustrem, w którym odbijają się nasze realne problemy, takie jak potrzeba władzy, lęk przed nieznanym, ambicja nadmierna, samotność, odpowiedzialność oraz granice ludzkich możliwości. Mrok nie jest więc wyłącznie atmosferą. Jest metodą patrzenia na rzeczywistość. I to właśnie dlatego antologia „Mroczne wizje” jest interesująca również dla czytelnika, który nie uważa się za wielbiciela fantastyki. Autorzy nie próbują jedynie wymyślać coraz bardziej niezwykłych światów. Oni stawiają pytania, które dotyczą nas wszystkich. Co się stanie z człowiekiem, kiedy technologia zacznie decydować o jego możliwościach? Co pozostanie z wolności, kiedy wiedza, inteligencja albo kreatywność staną się usługą, którą można wykupić? Czy rozwój cywilizacyjny automatycznie oznacza rozwój moralny? Jak łatwo społeczeństwo może zaakceptować rzeczy, które początkowo wydają się nie do przyjęcia?
Jednym z najmocniejszych przykładów jest opowiadanie „Dwa koty i pegaz” Bogusława Raca. Opowiadanie wyrasta z lęków związanych ze sztuczną inteligencją, ale jego wymowa nie sprowadza się do takiego prostego ostrzeżenia przed technologią. Bo problemem okazuje się przede wszystkim jej bezrefleksyjne wykorzystywanie. W opowiadaniu „Artysta” Janis zostaje postawiony wobec świata, w którym twórczość człowieka traci znaczenie, a traci, ponieważ coraz więcej zadań przejmuje tak zwana nieludzka inteligencja. To jest interesujący paradoks. Technologia, która miała poszerzyć ludzkie możliwości, może jednocześnie odebrać człowiekowi coś, co uważał za najbardziej własne – zdolność tworzenia. Bardzo podobny niepokój, choć w jeszcze bardziej bezpośredniej formie, pojawia się w opowiadaniu „Blask tysiąca słońc” Wojciecha Guni. Tutaj przyszłość przynosi rozwiązanie pozornie niezwykle atrakcyjne. Możliwość zwiększania inteligencji, kreatywności czy kompetencji dzięki technologicznemu brain boosterowi. Problem zaczyna się wtedy, gdy ludzka inteligencja zostaje zamieniona w rodzaj usługi abonamentowej.
Nie wystarczy już posiadać urządzenia. Trzeba nieustannie płacić za możliwość korzystania tak naprawdę z własnych zdolności. W ten sposób technologia przestaje być narzędziem emancypacji, staje się instrumentem zależności. Jeszcze inną odmianę mroku pokazują „Czarne urodziny” Mirosława P. Jabłońskiego. To historia alternatywna, w której nazistowskie Niemcy wygrały II wojnę światową i stworzyły globalne imperium. Autor nie poprzestaje jednak na samym odwróceniu wyniku wojny. Buduje cały świat, w którym ideologia, przemoc i pseudonaukowe uzasadnienia zostały wpisane w codzienność. Jednocześnie pojawia się motyw niepokojącego regresu. Regresu świata, który zaczyna się cofać, tracić zdolność rozwoju i zapominać.
Fantastyczny koncept staje się w ten sposób swoistym pytaniem o cenę zwycięstwa, o związek ideologii z nauką oraz o to, czy cywilizacja zbudowana na przemocy może rzeczywiście osiągnąć trwały sukces. Zupełnie inny ton ma „Pokój, w którym płoną książki” Marty Kładź-Kocot. Tu fantastyczna rzeczywistość wiąże się z biblioteką, z miejscem, które jest czymś więcej niż zwykłym zbiorem książek. Staje się przestrzenią wiedzy, pamięci i możliwości, a zarazem obiektem zagrożenia. W opowiadaniu pojawia się również pytanie o cenę dostępu do wiedzy i o to, co dzieje się ze społeczeństwem, kiedy próbuje się kontrolować jego pamięć. W zestawieniu z pozostałymi utworami pokazuje to, jak szeroko antologia rozumie pojęcie mroku. Zagrożeniem może być nie tylko wojna, katastrofa czy technologia, lecz także utrata wiedzy i ograniczenie możliwości samodzielnego myślenia. Siłą zbioru jest właśnie ta różnorodność. Po „Czarnych urodzinach” przychodzi tekst zatytułowany „Dwa koty i pegaz”, a po „Death Husband's Club” – „Pokój, w którym płoną książki”, a następnie „Kość i jej psy”, „The Last Chat”, „Epidemic of Silence”, „Hologan”, „Ostatnia minuta”, „Gambit awansu”, „Sztafeta”, „Templariusz” i „Pod kryształowymi sferami”, a także „Blask tysiąca słońc” i „Ballada o dwóch końcach”. Już same tytuły pokazują, że autorzy nie zamierzali zamknąć się w jednej odmianie fantastyki i dzięki temu czytanie antologii przypomina taką podróż po różnych odmianach wyobraźni.
Raz otrzymujemy historię alternatywną, innym razem dystopijną wizję technologicznej przyszłości, zaraz potem opowieść o pamięci i wiedzy, groteskę, fantastykę metafizyczną czy też historie z pogranicza horroru i science fiction. Nie wszystkie opowiadania próbują wywołać ten sam rodzaj emocji. Jedne niepokoją, inne bawią, ale bawią absurdem. Jeszcze inne budują napięcie albo prowadzą ku refleksji natury filozoficznej. Właśnie dzięki temu antologia nie staje się monotonna. Ważne jest także to, że autorzy nie ograniczają mroku do wielkich katastrof. W opowiadaniu „Kość i jej psy” niepokój wiąże się między innymi z utrwalonymi społecznymi mechanizmami, władzą, patriarchatem i sposobami manipulowania wiedzą. Posłowie, które zawarte jest w tym tomie, zwraca uwagę, że nawet w rzeczywistości, która rozpada się na skalę niemal kosmiczną W takiej rzeczywistości ludzie potrafią pozostawać uwięzieni w starych obsesjach, hierarchiach oraz lękach. To jest bardzo charakterystyczne dla całej tej antologii. Wielkie fantastyczne wydarzenia są często tylko scenografią dla znacznie bardziej przyziemnego dramatu człowieka.
Podobnie działa „Ballada o dwóch końcach” Wojciecha Szydy. Jej punktem wyjścia jest pomysł turystyki końcoświatowej, odwiedzania różnych wariantów końca świata. Sam koncept jest jednocześnie fascynujący i groteskowy. Koniec świata, który z definicji powinien być ostatecznym doświadczeniem grozy, zostaje potraktowany jak przedmiot ciekawości. Autor dotyka w ten sposób ludzkiej fascynacji katastrofą i własnym końcem. To kolejny przykład tego, że w mrocznych wizjach fantastyka służy nie tylko kreowaniu świata, ale również badaniu ludzkiej psychiki. Tytuł antologii może sugerować, że czeka nas przede wszystkim literatura grozy. Tymczasem tytułowy mrok jest znacznie bardziej wieloznaczny. W posłowiu, o którym już wspomniałem, jego autor Tadeusz Kamyk Krajewski podkreśla, że mrok może oznaczać niewiedzę, niepewność i przestrzeń, w której kończą się proste odpowiedzi. Dlatego nie wszystkie przedstawione wizje są straszne w klasycznym sensie.
Siła ich mroku bierze się często z tego, że wydają się prawdopodobne. Czytelnik zaczyna rozpoznawać w fantastycznych światach elementy własnej rzeczywistości technologicznej, politycznej, czasami społecznej. I właśnie tutaj znajduje się największy atut książki, bo mroczne wizje nie próbują przewidzieć przyszłości. One raczej pokazują różne możliwości i pytają, dokąd mogą doprowadzić nasze dzisiejsze decyzje. Fantastyka działa więc jak swoiste laboratorium wyobraźni. Możemy obserwować skutki określonych wyborów, zanim pojawią się one w rzeczywistości. Możemy sprawdzić, co stanie się z wolnością, z wiedzą, ze sztuką, a także z pamięcią i ludzką godnością, jeśli pewne tendencje zostaną doprowadzone do skrajności. To jest szczególnie ważne w czasach, w których granica między tym, co jeszcze niedawno wydawało się fantastyką, a tym, co się staje codziennością, coraz bardziej się zaciera. Sztuczna inteligencja, cyfrowa rzeczywistość, rozwój technologii, zmiany społeczne, kryzysy i konflikty. To wszystko sprawia, że pytania stawiane przez fantastykę przestają być abstrakcyjne.
Posłowie słusznie zauważa, że współczesna fantastyka jest potrzebna właśnie dlatego, iż uczy myślenia kategoriami możliwości, konsekwencji oraz odpowiedzialności. Dlatego „Mroczne wizje” warto polecić nie tylko miłośnikom science fiction, fantasy czy horroru. To jest książka dla tych, którzy lubią literaturę stawiającą pytania. Dla czytelników zainteresowanych przyszłością, ale również teraźniejszością. Dla tych, których fascynuje technologia, lecz nie chcą bezkrytycznie przyjmować jej obietnic. Dla osób zainteresowanych historią alternatywną, metafizyką, społecznymi mechanizmami władzy i ludzką psychiką. I wreszcie dla wszystkich, którzy oczekują od fantastyki czegoś więcej niż efektownej fabuły. Najciekawsze w tej antologii jest bowiem to, że jej mrok nie znajduje się wyłącznie w wymyślonych światach. Nie pochodzi z odległych planet, tajemniczych wymiarów czy fantastycznych potworów. Bardzo często rodzi się z ludzkich decyzji, z przekonania, że technologia rozwiąże każdy problem.
Z pragnienia władzy, z wygody, z obojętności, z potrzeby kontroli, z gotowości do poświęcenia wolności w zamian za bezpieczeństwo albo w zamian za wygodę. „Mroczne wizje” są więc antologią natury ostrzegawczej, nie antologią moralizatorską. „Mroczne wizje” nie mówią czytelnikowi, jak ma myśleć. Dają mu za to 14 różnych scenariuszy i pozostawiają przestrzeń do własnej oceny. Jedne historie mogą zachwycić, inne zaniepokoić, jeszcze inne sprowokować do sprzeciwu. Nie wszystkie muszą się podobać w jednakowym stopniu. I właśnie to jest zaletą zbioru, ponieważ wielogłosowość pozwala konfrontować ze sobą różne sposoby patrzenia na świat. Ostatecznie jest to książka o wyobraźni, ale także o odpowiedzialności. O tym, że każda przyszłość zaczyna się jako możliwość, jako potencjalność. Najpierw w czyjejś głowie, potem w opowieści, a dopiero później może stać się rzeczywistością.
Dlatego warto czytać "Mroczne wizje" nie tylko po to, by dowiedzieć się, jakie koszmary wymyślili autorzy. Warto czytać je po to, by zadać sobie pytanie, które z tych wizji zależą od nas? Tak naprawdę dobra fantastyka nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Zostaje w pamięci i zaczyna pracować w wyobraźni. "Mroczne wizje" mają właśnie tę właściwość. Po zamknięciu książki rzeczywisty świat może przez chwilę wydawać się nieco mniej oczywisty. A to chyba jedna z najlepszych rekomendacji, jaką można wystawić literaturze. Ja w każdym razie lepszej nie znajduję. Proszę państwa, jeśli kogoś ta antologia zainteresowała, to mam propozycję. Wydawca obiecał mi, że każda osoba, która napisze na adres mailowy: redakcja@fantalibre.pl.
Powtórzę: redakcja@fantalibre.pl. Każdy, kto napisze pod ten adres i poda hasło: wehikuł wyobraźni otrzyma zniżkę na książkę. Książka nie jest tania, ale to jest 450 stron w twardej oprawie, więc wydawca obiecał zniżkę. Wydawca odpowie na maila i poda szczegóły finansowe, techniczne. Może warto sięgnąć po "Mroczne wizje"? Może warto po prostu zapoznać się z ofertą wydawcy? Sprawdźcie to państwo. To nic nie kosztuje. No cóż, proszę państwa, tyle o mrocznych wizjach, z którymi jestem w jakiś sposób związany emocjonalnie. Bo wiecie państwo, kiedy przygotowuje się antologię do druku, jest się jej redaktorem prowadzącym, który nie tylko rozmawia z autorami, ale również, do pewnego stopnia oczywiście, selekcjonuje te teksty, układa te teksty, układa ich kolejność.
To siłą rzeczy człowiek ma taki emocjonalny stosunek do książki. Ja mam. I dlatego tak gorąco "Mroczne wizje" państwu polecam. Okej, tyle tytułem wstępu. Trochę się czuję jak Ator, który w swoich audycjach robi wstępy, które trwają czasami po 20 minut. Często to obserwuję z uśmiechem, ale też z pewnym podziwem. Ach, dobrze. Zostawmy Atora. Teraz czas na polecanki. Polecanki książkowe oczywiście.
Na początek przygotowałem coś klasycznego. Książka nosi tytuł "Śmierć w chmurach", a jej autorką jest Agatha Christie. Wydawca to Wydawnictwo Dolnośląskie, a książka pojawi się na rynku 14 października. "Śmierć w chmurach" to jedna z tych powieści Agathy Christie, których pozornie prosta zagadka bardzo szybko zaczyna wymykać się logice. Samolot lecący z Paryża do Crozon staje się klasycznym zamkniętym pokojem. Tyle że zamiast czterech ścian mamy kilkanaście foteli, przelatającą nad kanałem La Manche maszynę i grupę obcych sobie ludzi. Oficjalna strona Agathy Christie właśnie w ten sposób opisuje konstrukcję powieści. Morderca musi znajdować się wśród 12 osób na pokładzie. Punktem wyjścia jest śmierć madame Giselle, bogatej lichwiarki, która dzięki swoim interesom zgromadziła nie tylko pieniądze, ale również pokaźną kolekcję wrogów. Początkowo wszystko wskazuje na absurdalny wypadek.
W kabinie pojawia się osa. Poirot szybko jednak dostrzega szczegół, który zmienia charakter całej sprawy. Ciało kobiety nosi ślad zatrutej strzałki. Co więcej, wśród pasażerów znajduje się sam Poirot, a przy jego fotelu zostaje odnaleziona dmuchawka. Detektyw, zamiast jedynie prowadzić śledztwo, musi więc najpierw oczyścić własne nazwisko. Siła tej książki nie tkwi jednak wyłącznie w efektownym sposobie dokonania zbrodni. Christie buduje całą galerię postaci, które mogłyby mieć powód, by życzyć Giselle śmierci. Hrabina z kłopotami finansowymi, młoda kobieta, pisarz kryminałów, lekarz dentysta czy francuscy archeolodzy. Każdy z nich otrzymuje własną historię, a wraz z nią potencjalny motyw. Kolejne elementy układanki nie tyle przybliżają rozwiązanie, ile komplikują obraz sytuacji.
Nic dziwnego, że czytelnicy zwracają uwagę na mnogość podejrzanych oraz motywów, a także na fakt, że rozwiązanie potrafi zaskoczyć nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystkie możliwości zostały już przeanalizowane. Jest w tym tomie coś szczególnie charakterystycznego dla Agathy Christie. Elegancka, niemal salonowa forma opowieści zostaje zestawiona z wyjątkowo precyzyjnie zaplanowaną zbrodnią. Autorka nie potrzebuje pościgów ani gwałtownej akcji. Wystarczą jej rozmowy, obserwacje, drobne sprzeczności i pozornie nieistotne przedmioty. Poirot pracuje przede wszystkim umysłem, a jego śledztwo pokazuje, że w kryminale najważniejsze może być nie to, co widzimy, lecz to, czego nie zauważamy. „Śmierć w chmurach” pozostaje więc przede wszystkim znakomitą łamigłówką, klasycznym kryminałem, w którym ograniczona przestrzeń, zamknięty krąg podejrzanych i pozornie niemożliwa zbrodnia tworzą idealne warunki dla Poirot. To również jedna z tych powieści Agathy Christie, w których sama konstrukcja zagadki jest równie ważna, jak jej rozwiązanie. I właśnie dlatego, mimo upływu lat, ten lot z Paryża nadal potrafi trzymać czytelnika w napięciu praktycznie do ostatnich stron. Przypomnę państwu tytuł: „Śmierć w chmurach”, Agatha Christie, Wydawnictwo Dolnośląskie.
Data premiery: 14 października. Tego samego dnia, czyli 14 października, na rynku wydawniczym pojawi się książka „Płatek za płatkiem”. Jej autorem jest Alek Rogoziński, wydawnictwo Purple Book. „Płatek za płatkiem” zapowiada się na kryminał, w którym świąteczna sielanka bardzo szybko zostaje wystawiona na ciężką próbę. Piastów, zasypany śniegiem i pachnący choinką, barszczem, kapustą z grzybami i piernikiem, mógłby być scenerią niewinnej opowieści o sąsiedzkiej integracji. Ale u Alka Rogozińskiego nawet najbardziej swojska atmosfera może skrywać trupa. Tym razem dosłownie, i to w wannie z karpiami. Punktem wyjścia jest zbrodnia, która uruchamia nie tylko policyjne śledztwo inspektora Krzysztofa Darskiego, ale również prywatne dochodzenie Agaty i Radka Walczaków, wspieranych przez ekscentryczną ciotkę Eugenię. Co ciekawe, sprawa prowadzi w przeszłość do wydarzeń, które były dla ciotki tak traumatyczne, że jej własna pamięć postanowiła je wymazać. W tej historii przeszłość nie jest więc jedynie tłem dla teraźniejszej zagadki, lecz jednym z kluczy do jej rozwiązania.
Rogoziński po raz kolejny sięga po sprawdzoną formułę komedii kryminalnej. Klasyczna zagadka zostaje zestawiona z absurdem, z czarnym humorem i obserwacją małomiasteczkowych relacji. Szczególnie interesujący jest motyw sąsiedztwa – miejsca, które z jednej strony powinno oznaczać bliskość i poczucie bezpieczeństwa, z drugiej zaś pozwala autorowi pokazać, jak wiele sekretów może kryć się za pozornie zwyczajnymi drzwiami. Hasło „Uważaj na sąsiadów” nabiera tutaj wyjątkowo dosłownego znaczenia. Tytułowa śnieżna sceneria dodatkowo wzmacnia kontrast między obrazkiem idealnych świąt a coraz bardziej niepokojącą rzeczywistością. Im bardziej Piastów przypomina pocztówkę, tym mocniej wybrzmiewa przekonanie, że sielskość jest wyłącznie dekoracją. Pod śniegiem kryją się tajemnice, urazy i dawne wydarzenia, które najwyraźniej wcale nie zamierzają pozostać pogrzebane. „Płatek za płatkiem” wydaje się więc propozycją dla czytelników, którzy lubią, gdy kryminalna łamigłówka nie musi oznaczać ponurej atmosfery. Ta książka to połączenie świątecznego klimatu, lokalnej społeczności, rodzinnych sekretów i makabrycznej zbrodni. A to wszystko podane z charakterystycznym dla Rogozińskiego przymrużeniem oka.
A skoro akcja rozgrywa się w Piastowie, warto pamiętać, że w tej książce najniebezpieczniejsze może okazać się to, co znajduje się najdalej od sąsiadów. Przypomnę tytuł: „Płatek za płatkiem”. Autor: Alek Rogoziński, wydawnictwo Purple Book i data premiery: 14 października. Trzeci tytuł przygotowany przeze mnie na dzisiaj to „Rzeka kłamstw”. To tak naprawdę jest 13. tom cyklu o Josie Quinn. Autorką jest Lisa Regan. Tym razem również Wydawnictwo Dolnośląskie i również 14 października jako data premiery. „Rzeka kłamstw” to 13. tom serii Lisy Regan o detektywie Josie Quinn, ale konstrukcja cyklu pozwala potraktować tę historię jako osobną kryminalną zagadkę.
Tym razem punktem wyjścia jest zaginięcie Amber Watts, rzeczniczki prasowej policji i partnerki Finna Mattnera. Kobieta znika bez telefonu i dokumentów, a tajemnicza wiadomość pozostawiona na oszronionej szybie jej samochodu Prowadzi Josie do tamy na obrzeżach Denton. Tam detektywka znajduje ciało rudowłosej kobiety łudząco podobnej do Amber. Regan buduje napięcie nie poprzez brutalność, lecz poprzez niepewność. Im głębiej Josie wchodzi w sprawę, tym wyraźniej okazuje się, że ludzie z jej najbliższego otoczenia mają sekrety, o których woleliby nie mówić. Szczególnie interesujący jest motyw zaufania. Śledztwo prowadzone wśród znajomych i współpracowników sprawia, że granica między zawodową dociekliwością a prywatnymi relacjami zaczyna się powoli zacierać. „Rzeka kłamstw” wpisuje się tym samym w charakter całej serii. Obok zagadki kryminalnej ważne są losy samych bohaterów, ich relacje i przemiany. Każdy tom przynosi nową sprawę, ale kolejne części rozwijają również życie prywatne Josie Quinn, dzięki czemu cykl z czasem nabiera również wymiaru obyczajowego.
Ta książka to propozycja przede wszystkim dla miłośników klasycznego kryminału. Takiego, w którym zamiast makabrycznych opisów najważniejsze są tropy, sekrety i pytanie, komu właściwie można zaufać? „Rzeka kłamstw” obiecuje spokojniejszą nastrojowo formę, ale nie oznacza to braku napięcia. Przeciwnie. Kiedy sprawa dotyczy ludzi, których Josie zna, odkrywanie prawdy może okazać się znacznie trudniejsze niż samo znalezienie sprawcy. Przypomnę tytuł: „Rzeka kłamstw”. Autorka Lisa Regan, Wydawnictwo Dolnośląskie. Data premiery: 14 października. Proszę państwa, czas na kolejny stały punkt programu, czyli na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj kolejny filozof, mniej znany.
Tak mi weszli w krew ci filozofowie z pogranicza, że coraz lepiej się bawię przy tym cyklu. Dzisiaj filozof z IV wieku naszej ery. Temistiusz był filozofem, rektorem i politykiem żyjącym w IV wieku naszej ery. Urodził się około 317 roku w Paflagonii, na terenie dzisiejszej Turcji, ale znaczną część życia spędził w Konstantynopolu. Był nauczycielem filozofii, komentatorem dzieł Arystotelesa, senatorem, doradcą cesarzy, a pod koniec życia był również prefektem Konstantynopola. Żył w niezwykle interesującym momencie historii. Cesarstwo Rzymskie stawało się coraz bardziej chrześcijańskie, podczas gdy filozof pozostał przywiązany do tradycji greckiej – greckiej filozofii. Mimo to Temistiusz potrafił współpracować z kolejnymi cesarzami, zarówno pogańskimi, jak i chrześcijańskimi. Służył między innymi Konstancjuszowi II, Julianowi, Jowianowi, Walensowi i Teodozjuszowi I. Najważniejsze pytanie, które można postawić w związku z jego filozofią brzmi: czy filozofia powinna pozostawać z dala od świata, czy też powinna pomagać człowiekowi kształtować świat, w którym żyje?
Dla Temistiusza odpowiedź była dosyć wyraźna. Filozof nie powinien uciekać od życia publicznego. Powinien używać rozumu, wiedzy i mowy po to, aby wpływać na ludzi oraz na sposób sprawowania władzy. Temistiusz nie był filozofem, który spędził całe życie w szkole, z dala od polityki. Wręcz przeciwnie. Filozofia doprowadziła go do samego centrum życia publicznego. Około połowy IV wieku rozpoczął karierę jako nauczyciel filozofii i retor. Około 347-350 roku wystąpił przed cesarzem Konstancjuszem II, a w 355 roku został przyjęty do Senatu Konstantynopola. Z czasem stał się ważnym doradcą cesarskim i jednym z najbardziej wpływowych intelektualistów stolicy. Nie oznaczało to jednak, że porzucił filozofię.
Przeciwnie! Temistiusz uważał, że właśnie filozofia daje człowiekowi narzędzia potrzebne do właściwego uczestnictwa w życiu publicznym. Możemy więc postawić pytanie: po co człowiekowi filozofia, jeśli nie ma ona wpływać na jego sposób życia? Dla Temistiusza odpowiedź brzmiała: filozofia powinna kształtować charakter, sposób myślenia i sposób sprawowania władzy. Filozof nie musi być władcą. Może jednak doradzać władcy. Nie musi posiadać armii. Może natomiast próbować przekonać człowieka posiadającego armię, aby korzystał ze swojej potęgi w rozsądny sposób. Najważniejszym filozofem dla Temistiusza był Arystoteles. Temistiusz napisał obszerne parafrazy wielu dzieł tego filozofa.
Zachowały się między innymi jego opracowania analityk wtórnych fizyki oraz utworu dzieła O duszy. Parafrazy dzieł O niebie i dwunastej księgi Metafizyki znamy natomiast dzięki późniejszym przekładom hebrajskim. To nie były jednak takie zwykłe, proste streszczenia. Temistiusz próbował uczynić trudne teksty Arystotelesa, naprawdę trudne, bardziej zrozumiałymi dla kolejnych pokoleń uczniów. Jego sposób interpretowania Arystotelesa okazał się niezwykle wpływowy i odegrał naprawdę ważną rolę w późniejszej filozofii arabskiej, hebrajskiej oraz łacińskiej. Można powiedzieć, że Temistiusz był jednym z tych filozofów, którzy nie tyle tworzą całkowicie nowy system, ile raczej przenoszą wielką filozofię w przyszłość. Znaczenie tego filozofa polegało więc nie tylko na tym, co on sam powiedział. Polegało również na tym, że pomógł kolejnym filozofom zrozumieć Arystotelesa. Jednym z najważniejszych problemów filozofii Temistiusza była natura ludzkiego intelektu. Arystoteles w traktacie O duszy pisał o intelekcie możliwościowym i czynnym.
Temistiusz podjął ten trudny problem i przedstawił własną interpretację. I wtedy pojawiło się niezwykle interesujące pytanie: co właściwie sprawia, że człowiek potrafi myśleć? Nasze zmysły pozwalają nam widzieć, słyszeć i dotykać rzeczy. Ale czym jest zdolność rozumienia? Kiedy widzimy konkretnego konia, postrzegamy konkretne zwierzę. Możemy jednak pomyśleć o koniu w ogóle. Możemy zrozumieć pojęcia, których nie da się sprowadzić do pojedynczego obrazu. Temistiusz uważał, że intelekt jest kluczowym elementem ludzkiej natury. Jego interpretacja była szczególnie ważna w sporze o tak zwany intelekt czynny. W przeciwieństwie do Aleksandra z Afrodyzji, Temistiusz nie utożsamiał intelektu czynnego z Bogiem.
Traktował go jako element ludzkiej duszy, choć zarazem uważał, że ma on szczególny, niepodlegający zniszczeniu charakter. A to otwierało niezwykle ważną perspektywę. Człowiek jest historią, której najwyższą zdolnością jest rozum. Czy rozum jest częścią naszej natury? Jeżeli intelekt jest najważniejszym elementem ludzkiej duszy, pojawia się kolejne pytanie: co właściwie znaczy być człowiekiem? Dla Temistiusza człowiek nie jest jedynie organizmem, który odczuwa przyjemność lub ból. Nie jest również tylko istotą społeczną. Jest przede wszystkim istotą zdolną do rozumienia. Rozum pozwala nam wyjść poza bezpośrednie doświadczenie. Możemy porównywać, abstrahować, tworzyć pojęcia i zastanawiać się nad zasadami rządzącymi rzeczywistością.
Dlatego rozwój intelektualny nie jest dla Temistiusza dodatkiem do życia. Jest jednym z najważniejszych sposobów realizowania ludzkiej natury. Filozofia staje się więc czymś więcej niż tylko zbiorem teorii. Jest swoistym ćwiczeniem właściwego używania rozumu. Tutaj filozofia Temistiusza zaczyna łączyć się z jego działalnością polityczną. W późnej starożytności część filozofów uważała, że prawdziwy filozof powinien odsunąć się od świata i poświęcić się kontemplacji. Temistiusz miał zupełnie inne podejście. Uważał, że filozof może, a nawet powinien uczestniczyć w życiu publicznym. Wiedza filozoficzna nie powinna być zamknięta w szkołach. Powinna być przekazywana szerzej i to szerokiej publiczności.
Filozof potrzebuje więc nie tylko rozumu, ale potrzebuje również mowy. To jest ważne połączenie. Filozofia daje argument. Retoryka pozwala ten argument przekazać innym. Jeżeli filozof posiada wiedzę, ale nie potrafi nikogo przekonać, jego wpływ na świat pozostaje skromny. Temistiusz próbował więc połączyć dwie tradycje: filozoficzne myślenie i sztukę przemawiania. Najbardziej interesującym elementem tej filozofii jest relacja między filozofem a cesarzem. Temistiusz wielokrotnie wygłaszał mowy do cesarzy. Były to często mowy pochwalne, ale nie oznaczało to, że ich jedynym celem było schlebianie władcy. Temistiusz przedstawiał w nich, w tych mowach, również pewien ideał sprawowania władzy.
Dobry cesarz powinien być rozumny. Powinien być umiarkowany. Powinien troszczyć się o poddanych. Powinien panować nie tylko dzięki sile, ale również dzięki sprawiedliwości. Władza bez rozumu może stać się tyranią. Władza podporządkowana rozumowi może natomiast służyć wspólnocie. Tymistiusz próbował więc wykorzystać filozofię jako język. Język, za pomocą którego można było mówić władcy o jego obowiązkach. To prowadzi do jednej z najważniejszych idei politycznych Tymistiusza. Jeżeli cesarz posiada ogromną władzę, nie oznacza to, że wszystko mu wolno.
Wręcz przeciwnie. Im większa władza, tym większa odpowiedzialność za sposób jej wykorzystania. Władca powinien panować nad własnymi namiętnościami, podobnie jak człowiek powinien panować nad sobą. W tym sensie istnieje podobieństwo między etyką jednostki a filozofią państwa. Człowiek powinien kierować swoim życiem za pomocą rozumu. Władca powinien kierować państwem również za pomocą rozumu. Można więc powiedzieć: dobre państwo zaczyna się od dobrego panowania nad sobą. Tymistiusz żył w okresie gwałtownych przemian religijnych. Był poganinem, ale funkcjonował na dworze chrześcijańskich cesarzy. Nie próbował prowadzić otwartej wojny z chrześcijaństwem.
Zamiast tego poszukiwał takiego języka filozoficznego i politycznego, który mógł być akceptowany zarówno przez chrześcijan, jak i przez zwolenników tradycyjnej kultury grecko-rzymskiej. To była niezwykle pragmatyczna postawa. Tymistiusz zdawał się mówić: możemy się różnić religią, ale nadal możemy zgodzić się co do wartości rozumu, sprawiedliwości, umiarkowania i dobrego rządzenia. Dzięki temu filozofia mogła pełnić funkcję pomostu pomiędzy różnymi grupami społecznymi i religijnymi. I nie chodziło o stworzenie jednej religii. Chodziło o znalezienie wspólnego języka kultury. Z filozofią Tymistiusza wiąże się również idea tolerancji religijnej i politycznej. Nie oznaczały one nowoczesnego liberalizmu, takiego w dzisiejszym rozumieniu. Tymistiusz pozostawał człowiekiem późnego Cesarstwa Rzymskiego. Jednak jego myśl polityczna podkreślała możliwość współistnienia ludzi o różnych przekonaniach w ramach jednego państwa.
Jego filozoficzne podejście do państwa akcentowało między innymi rządy rozumne i tolerancję. Jest to szczególnie interesujące, ponieważ Tymistiusz nie był filozofem żyjącym poza polityką. Był wręcz jej częścią, a jego filozofia była próbą odpowiedzi na bardzo praktyczne pytanie: jak można rządzić społeczeństwem, w którym ludzie nie zgadzają się ze sobą w najważniejszych kwestiach? Tymistiusz był związany przede wszystkim z tradycją Arystotelesa. To już mówiłem. Nie podzielał niektórych kierunków rozwijającego się w IV wieku neoplatonizmu. Szczególnie krytycznie odnosił się do nurtów związanych z Jamblichem i z jego zainteresowaniem pitagoreizmem oraz teurgią. W jednym z przekazów jego stanowisko zostało przedstawione jako wyraźna krytyka takiego właśnie sposobu uprawiania filozofii. Można tu dostrzec ważną różnicę. Tymistiusz ufał przede wszystkim argumentacji filozoficznej oraz rozumowi.
Nie uważał, że filozofia powinna opierać się przede wszystkim na tajemnych praktykach, rytuałach czy mistycznym doświadczeniu. Dlatego nie darzył sympatią pitagorejczyków. Jego zdaniem filozof powinien przede wszystkim pytać, analizować, argumentować i wyjaśniać. Czy Tymistiusz był arystotelikiem, czy neoplatonikiem? Tutaj pojawia się interesujący problem. Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się prosta. Skoro tłumaczył Arystotelesa, to Tymistiusz był arystotelikiem, bo przecież większość jego filozoficznej działalności koncentrowała się na interpretowaniu Arystotelesa. Ale sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Jego myśl wykazuje również wpływy platońskie i neoplatonizujące. Współcześni badacze nie są tak naprawdę całkowicie zgodni co do tego, jak najlepiej określić jego stanowisko filozoficzne.
Niektórzy widzą w nim przede wszystkim perypatetyka, czyli człowieka związanego z pewnym nurtem filozoficznym, czyli z Arystotelesem. Inni podkreślają obecność elementów platońskich oraz wpływ Plotyna. To prowadzi do ciekawego wniosku. Tymistiusz nie musiał uważać się za człowieka należącego wyłącznie do jednej szkoły. On najwyraźniej mógł traktować tradycję filozoficzną jako coś, co należy czytać, interpretować i rozwijać, a nie tylko mechanicznie powtarzać. Być może właśnie tutaj znajduje się największe znaczenie Tymistiusza. Nie był filozofem, którego znaczenie wynika przede wszystkim z jednego słynnego twierdzenia. Jego znaczenie polegało na przekazywaniu filozofii w kolejne wieki. Arystoteles pisał trudne traktaty, naprawdę trudne. Temistiusz je objaśniał.
Późniejsi filozofowie czytali Temistiusza i wszystko stawało się bardziej jasne. Te jego interpretacje trafiły następnie do świata arabskiego, hebrajskiego, w końcu łacińskiego. Jego komentarze miały szczególne znaczenie dla średniowiecznej recepcji Arystotelesa, a jego interpretacja o duszy wpłynęła między innymi na późniejsze dyskusje dotyczące intelektu. W pewnym sensie Temistiusz stał się więc ogniwem między filozofią starożytną a filozofią średniowieczną. Bez takich komentatorów jak on wielkie dzieła starożytności mogłyby pozostać niezrozumiałe albo zostać odczytane w zupełnie inny sposób. Życie Temistiusza zawierało jednak pewien paradoks. On był filozofem, który głosił wartość rozumu. Jednocześnie był blisko władzy. Był człowiekiem, który mówił cesarzom o cnotach, ale sam musiał funkcjonować w świecie politycznych interesów, a nierzadko intryg. Był poganinem, który służył chrześcijańskim cesarzom.
Był nauczycielem filozofii, który został senatorem i urzędnikiem państwowym. Można więc zapytać, czy filozof, który znajduje się tak blisko władzy, nadal może być niezależnym filozofem? Na to pytanie tak naprawdę nie ma łatwej odpowiedzi. Krytycy Temistiusza już w starożytności, później zwracali uwagę na jego pochwały kolejnych cesarzy, o których mówiłem. Jego działalność pokazuje więc napięcie intelektualne, którego nie można całkowicie usunąć, bo filozof chce wpływać na władzę, ale wpływ na władzę może, a nawet jest to pewne, on może wpływać na filozofa. Temistiusz proponuje jednak bardzo interesujące rozwiązanie. Filozof nie musi uciekać od świata, aby zachować filozoficzny charakter swojego życia. Może wejść w świat polityki, może przemawiać, może doradzać, może uczestniczyć w instytucjach państwa. Warunek jest jeden, tylko jeden. Nie powinien przestawać kierować się rozumem.
W tym sensie filozofia Temistiusza jest filozofią zaangażowania. On nie mówi: „Świat jest niedoskonały, więc trzeba od niego odejść”. On raczej mówi coś takiego: „Świat jest niedoskonały, dlatego człowiek rozumny powinien próbować go poprawić”. Co pozostało po Temistiuszu do dzisiaj? Z jego dorobku zachowały się 33 mowy oraz szereg komentarzy i parafraz dzieł Arystotelesa. I one są naprawdę ważnym źródłem wiedzy nie tylko o filozofii, ale również o kulturze i polityce IV wieku naszej ery. Teksty tego filozofa przetrwały także poza światem greckim. Niektóre jego dzieła dotarły do późniejszych czytelników za pośrednictwem przykładów arabskich, hebrajskich i łacińskich. To właśnie dlatego jego wpływ okazał się znacznie większy, niż mogłoby wynikać z jego miejsca w podręcznikach historii filozofii. Temistiusz pomógł zachować i przekazać sposób czytania Arystotelesa, który to filozof oddziaływał na filozofów średniowiecznych i właściwie wszystkich późniejszych.
A dlaczego warto dzisiaj wracać do Temistiusza? Na pewno nie tylko dlatego, że był ważnym komentatorem Arystotelesa. Jego filozofia stawia również pytania dotyczące samego sensu filozofowania. Co powinien zrobić człowiek, kiedy już coś zrozumie? Może to zatrzymać dla siebie, może zatrzymać dla siebie ową wiedzę, może zamknąć się w szkole. Może poświęcić życie wyłącznie kontemplacji, ale może również spróbować wykorzystać wiedzę, którą zdobył, wykorzystać ją w świecie. Temistiusz wybrał właśnie tę drogę. Uważał, że rozum powinien wpływać na życie, że filozofia powinna być przekazywana, że filozof powinien potrafić przemawiać, że władza potrzebuje nie tylko siły. Ona potrzebuje również rozumu. Uważał również, że człowiek nie powinien oddzielać myślenia od działania.
I być może właśnie dlatego najważniejszym pytaniem Temistiusza nie jest co wiemy, ani nawet jak działa intelekt, lecz pytanie bardziej praktyczne: co zrobimy z tym, co dzięki rozumowi zrozumiemy? Możemy posiadać wiedzę, ale jej nie używać. Możemy znać zasady sprawiedliwości, ale postępować niesprawiedliwie. Możemy rozumieć, czym jest dobre rządzenie, a mimo to rządzić źle. Filozofia zaczyna się więc od poznania, ale nie musi się na nim kończyć. Rozum powinien kształtować życie, a życie publiczne powinno być miejscem, w którym filozoficzne idee zostają poddane najtrudniejszej próbie. Ten mistrz przypomina nam, że filozof nie zawsze musi stać poza światem. Czasami powinien wejść w sam jego środek i właśnie tam spróbować odpowiedzieć na pytanie: jak sprawić, aby człowiek, państwo i władza były kierowane nie przez samą siłę, lecz przez rozum? Być może właśnie w tym tkwi największa wartość jego filozofii. Nie chodzi tylko o to, aby nauczyć się myśleć.
Chodzi o to, aby nauczyć się żyć zgodnie z tym, co rozum pozwala nam zrozumieć. Tak długo dzisiaj było, ale to dla mnie prywatnie bardzo interesujący filozof i pewnie dlatego tak się rozgadałem. Mam nadzieję, że to było chociaż w części interesujące. A teraz zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzisiaj mówimy o filmie katastroficznym. Tak, katastroficznym. W tym przypadku to określenie wydaje się zadziwiająco niejednoznaczne. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium. Ja powinienem teraz zagaić, coś powiedzieć, o jakim filmie będziemy rozmawiać i w ogóle państwo się przyzwyczaili, że coś tam zdradzam.
Nie, dzisiaj mnie na to po prostu nie stać. A zatem dzień dobry, wieczór Piotrze.
[56:13] - Dzień dobry wieczór. To ja zacznę muzycznie. Chciałbym tutaj przypomnieć słowa piosenki Rudiego Schuberta: „Ja wybuduję sobie szklarnię, szklarnię albo dwie”. Tylko że dzisiaj nie mówimy wcale o filmie o badylarzach, tylko o końcu świata. Szklarnia tam odgrywa pewną rolę, efekt szklarni też. „After Impact”, bo o tym filmie dzisiaj mowa, to jest taki stary nowy film o przetrwaniu w postapokaliptycznym świecie. Dlaczego użyłem słów nowy stary? Bo on jest nowym metryką. Natomiast jeżeli chodzi o świat przedstawiony i o historię, to już jest tak obtrzaskane jak śliwka stara, która spada z bardzo wysokiego drzewa, obija się jeszcze po drodze o stosy kamieni i spada. To taki jesienny wątek.
Czyli mamy reminiscencje z życia na starej Ziemi, zgniły świat postapokaliptyczny, perypetie związane z tym, jak się w nim utrzymać, jak w ogóle przeżyć wędrówkę po tym samotnym świecie. Wszystko się kończy, jedzenie, broń, nadzieja się kończy. Takich filmów było sporo. „Post Impact” jest kolejny. Całkiem niedawno omawialiśmy „Grenlandię”, ale było tego multum. Postapo to przecież taki jest wdzięczny temat dzisiaj. Wiemy, z czym to się je. I ten film się właśnie z tym je. Scena uderzenia jakiegoś ciała niebieskiego w Ziemię, od którego się wszystko zaczyna, jest w którejś tam kilkunastej minucie i to jest jeden z niewielu efektów specjalnych w tym filmie. Trwa bardzo krótko ten efekt i potem przez kilkadziesiąt minut tak naprawdę obserwujemy, jak sobie główny bohater Ethan łazi.
Łazi, a to pod ziemią sobie łazi, a to na ziemi sobie łazi. Raz łazi po śniegu, raz gdzieś tam między skałami, a potem na końcu jest spotkanie z ludźmi. I to jest w zasadzie cały film. I po co o nim mówimy? Moglibyśmy sobie dać spokój. Wiecie, czasami jest tak, że my te filmy do naszego programu po prostu losujemy. Widzimy, że coś jest i wybieramy, jak to się mówi, na pałę. A potem czasami narzekamy, dlatego że coś z tym kinem się porobiło, że nie ma filmów średnich ostatnio. Od około kilku miesięcy nie ma filmów średnich. Są filmy często po prostu złe.
Czasami się trafia coś dobrego, ale to coś dobrego jest zazwyczaj filmem wysokobudżetowym i filmem też dobrze nagłośnionym. Natomiast dawniej było tak, że czasami na streamingu, gdzieś tam w internecie się natrafiło na film, o którym nikt nie wiedział, który był gdzieś tam pokazywany na jakichś zapierdzianych, za przeproszeniem, festiwalach horroru czy science fiction i to było niezłe. Natomiast ostatnio gdzieś to wszystko się psuje, jest więcej złego niż dobrego. I mówimy o tym filmie, żeby też pokazać, że kino katastroficzne, ale też poniekąd science fiction, gdzieś się znajduje na skraju w Europie, bo mówimy dzisiaj o produkcjach, jakby to powiedzieć, bardziej niezależnych. One nigdy nie miały łatwego życia. Tylko że czasami się udało. Czasami stworzono jakieś dzieło, które poruszało. Jeżeli chodzi o filmy katastroficzne, to też jest inna sprawa. Tu już dużo pokazano w wielkich produkcjach przed laty, ale czy to oznacza, że nie ma miejsca nawet w filmach realizowanych po taniości na dobre historie? Jest miejsce.
Tyle że coś tutaj nie zagrało. To jest po prostu film mdły i nudny jak flaki z olejem, ale ja chyba wiem dlaczego. Słuchaj, często jak omawialiśmy europejskie science fiction albo europejskie horrory, albo nawet polskie horrory, to było tak, że brali się za to ludzie, którzy się strasznie potem podniecali tym, że zrealizowali taki film w takim gatunku, ale nie mieli o tym żadnego pojęcia. Nie mieli żadnego pojęcia. Po prostu dla nich wystarczały takie oklepane wzorce. I to już było wielkie science fiction. Czyli tu nie ma wizji, tu nie ma znawstwa, tu nie ma orientacji. I dlatego wychodzą takie badziewia jak „After Impact”.
[01:00:37] - Oj tak. Trochę cię podziwiałem Piotrze przed chwilą, jak starałeś się w okrągłych słowach nie zmiażdżyć tego filmu. A ten film zasługuje na zmiażdżenie, bo to jest film zły na kilku poziomach. On jest zły na etapie opowieści. Wiecie państwo, kiedy piszemy scenariusz, to trzymamy się pewnych zasad. Oczywiście jest kino eksperymentalne, które zasady wszelkie łamie, ale to jest kino dla nielicznych. Natomiast jeśli film ma być oglądany, to powinien się trzymać pewnych zasad związanych z narracją. To jest mi trochę bliskie, bo jak to się mówi w narracji co prawda książkowej, ale też radiowej, związanej z produkcją słuchowisk, troszkę robię i robiłem. Zatem mniej więcej orientuję się, jak powinien wyglądać scenariusz, żeby on wciągnął widza. I jeżeli obserwuję taki film jak "After Impact", który jakby na złość postanowił podeptać wszystkie zasady rządzące pisaniem scenariusza, rządzące układaniem akcji fabuły w taki sposób, żeby ona wciągała widza, angażowała go, w pewnym momencie wywoływała napięcie i później rozładowywała to napięcie.
To jest taki schemat, powiedzieliby niektórzy hollywoodzki. Nie, proszę państwa, to jest schemat zaczerpnięty ze starożytności. Tak były konstruowane mity, tak była konstruowana literatura od jej początków, znaczy się gdzieś od Homera. Pewne zasady są żelazne. Były w starożytnych dramatach, w starożytnych komediach i we współczesnych dramatach czy tragediach one występują. Również w komediach występują, tych współczesnych. I ktoś może powiedzieć, że sztuka eksperymentalna zaprzecza temu wszystkiemu. Dobrze, niech ona sobie zaprzecza, ale jeśli film ma być kasowy, to proszę państwa, on musi być pisany według pewnych zasad. Nie dzieje się bez przyczyny to, że "Gwiezdne Wojny" i na przykład "Władca Pierścieni" — to jeszcze w wersji książkowej nawet — napisane są według pewnego fabularnego schematu. Tak, proszę państwa, tam jest tak zwana podróż bohatera.
W skrócie to polega na tym, że mamy bohatera, który sobie żyje pozornie spokojnie. W pewnym momencie dochodzi do niego wiadomość, że coś powinien zrobić. On wyrusza w podróż, przeżywa przygody i żeby skracać, nie będę robił teraz wykładu z pisania scenariuszy, ale po wielu doświadczeniach, czasami dramatycznych, on wraca do punktu wyjścia, ale już zupełnie inny. Tak tworzono mity, tak tworzono literaturę, tak tworzy się filmy. Jeżeli powstaje film, który postanawia to wszystko wyrzucić do kosza, to ja chętnie go obserwuję, chętnie zobaczę efekty. Ale efekty na ogół są takie jak w tym filmie, który omawiamy. Czyli dostajemy absolutnego gniota, który zresztą zmylił mnie, bo na początku nawet fajna scena jest, gdzie ostrzeżenie przed uderzeniem ciała niebieskiego w ziemię jest gdzieś w tle. Dzieją się inne rzeczy, obserwujemy w tle zupełnie ekran telewizora. Mówię sobie: "O, niezłe to jest. To jest po prostu niezłe zagranie".
Ale później było już gorzej. Proszę państwa, ten film jest słaby, tak jak powiedziałem, na wielu poziomach. Na poziomie scenariuszowym, ale też na poziomie faktów. Bo owszem, następuje to uderzenie. Bohater przygotował sobie kryjówkę, kryje się w tej kryjówce, przeżywa w tej podziemnej kryjówce szereg dramatów bardzo kameralnych, bo wnętrze jest dosyć ciasne. Ale przeżywa te dramaty. Później się łączy z jakąś odległą nieznajomą. Radiowo się łączy, później ją odnajduje. Nie będę państwu spoilerował, bo może jednak ktoś z państwa obejrzy. O co mi tak naprawdę chodzi?
O to chodzi, że ten film w ogóle nie trzyma realiów faktograficznych, naukowych. Po prostu nie trzyma się kupy. Bo uderzył jakiś meteor, może planetoida, może kometa. Coś uderzyło w Ziemię. My to nawet obserwujemy. Ale jak sobie tak dobrze pomyśleć, to jest też druga strona planety. Ta na antypodach. To uderzenie nie było takie wielkie jak w przypadku dinozaurów. Świat nie stanął cały w płomieniach, co obserwujemy pod koniec filmu, bo to, co zostało z ludzkiej cywilizacji, jednak jakoś się trzyma. Raz lepiej, raz gorzej, ale nie aż tak źle, żeby na przykład lekarstwa albo żywność nie uległy zniszczeniu.
Czyli to takie wielkie aż nie było. Proszę państwa, upływają godziny, dni, pewno miesiące i lata i nic się nie dzieje. Ci z drugiej strony planety, z antypodów w ogóle się nie interesują. Nic nie przetrwało. To wygląda tak, jakby całą Ziemię spotkała apokalipsa. Nikt nie przetrwał, żadne śmigłowce nie przylatują. Nic. Nikt się nie interesuje tą Europą. Ja się zresztą nie dziwię wobec tego, co w tej chwili wyprawia Europa. To może brak zainteresowania Dalekiego Wschodu byłby nawet uzasadniony.
Ale to tyle złośliwości natury politycznej. Natomiast to się kupy nie trzyma. Naprawdę nie wyruszyły żadne wyprawy z Dalekiego Wschodu, żeby zobaczyć, co się w tej Europie stało, jakie były skutki uderzenia. Bo co się stało, to wiadomo. Ale jakie były skutki? Żadnych wypraw ratunkowych. Poza tym wiecie państwo, jak on odnajduje tą nieznajomą, dobrze, nie skomentuję, bo bym musiał spoilerować, ale to nie jest udany wątek. A później wątek, kiedy główny bohater odnajduje ludzi, pewną grupę ludzi pod przewodnictwem człowieka, którego on zna z dawnych czasów. To już było wiele razy. To jest tak sztampowe, tak zgrane, że naprawdę nie będziecie mieli państwo żadnego problemu, żeby zgadnąć, żeby wiedzieć, co się stanie za chwilę.
Naprawdę tyle gorzkich słów, tyle wrednych słów w gruncie rzeczy ode mnie, ale ten film całkowicie sobie na te wredne słowa zasłużył.
[01:08:30] - Na słowa krytyki zasługuje też zamdłość i nijakość aktor odgrywający główną rolę. Rozumiem, że może chciano pokazać reakcję typowego przedstawiciela społeczeństwa, średniaka z szaraka. Tutaj jednak efekt jest osobny od zamierzonego. Ja oglądałem dużo filmów naprawdę złych albo takich, które były półamatorskie, ale taką miągwę znaleźć, to naprawdę trzeba szukać ze świecą. Nie wiem, po co kręcić takie filmy. Dla mnie to jest zagadka. Żeby ktoś spełnił marzenia, żeby coś było pokazywać na festiwalach, żeby sobie do portfolio wpisać. To się mija z celem. To jest wydawanie kasy, energii po nic. Dodatkowo to nic nie wnosi do dyskusji, bo ja bym się nie czepiał, gdyby to było oryginalne, w jakiś sposób wnosiło coś do spojrzenia na temat apokalipsy, a tutaj nie wnosi.
Ten film ani nie bawi, ani nie wzrusza. Śmieszy, w ogóle nie śmieszy i nie jest zaczątkiem jakiejś refleksji oryginalnej. I to jest najgorsze. Oczywiście to nie oznacza, że kręcenie takiej fantastyki niskobudżetowej zawsze musi oznaczać porażkę, bo czasami po prostu jest jakiś pomysł w tym. A tutaj? Wracam do tej myśli poprzedniej. Wydaje mi się, że winni są twórcy. Twórcy, którzy mają często wielkie ambicje. Twórcy, którzy myślą, że to się robi po prostu tak jak każdy inny film, każdy zwykły spektakl. I oni wchodzą w ten świat sci-fi czy horroru z wielkimi wizjami, a potem się okazuje, że to są zupełnie kiepskie wizje, przetrawione historie milion razy i coś, co w ogóle nie przyciąga uwagi.
Oni wchodzą z wielkim hukiem na dobrze zeksplorowane obszary, kręcą film i nagle się okazuje, że się tego oglądać nie da. To jest tak, jak po prostu nie zna się tematu i bierze się za pewne rzeczy. Tutaj oczywiście machamy ręką do córki Agnieszki Holland, która też produkowała nam różnego rodzaju science fiction i inne seriale. Film też wyprodukowała, "Erotica" pamiętamy. Też oczywiście pewnie należałyby się oklaski, ale niestety wyszło, jak wyszło. Same chęci nie wystarczą i nazwisko mamusi też. Ale to nie tyczy się tylko Nepo babies. To się tyczy też takich reżyserów, którzy myślą, że wchodzą na obszar, gdzie mają jakiś pomysł, natomiast nigdy po prostu nie oglądali science fiction. O tym chciałem powiedzieć. I nie tylko science fiction.
[01:11:11] - Tak to jest, jak się pogardza, do pewnego stopnia przynajmniej, gatunkiem. Później się realizuje film w obrębie tego gatunku z taką nadzieją, że ponieważ ja jestem geniuszem filmu, to zrobię coś, co absolutnie wywróci stolik. Na ogół to wychodzi żałośnie, bo nieuświadamianie sobie przez mainstream tego, że fantastyka ze szczególnym uwzględnieniem, w tym wypadku fantastyki naukowej, od lat przerabia pewne tematy. W dodatku przerabia je głęboko, bo jeśli wziąć mainstream fantastów naukowych, to są ludzie nie tylko bardzo wszechstronnie wykształceni, bardzo głęboko myślący. Ludzie, którzy mają więcej wspólnego z filozofią niż z literaturą. Tak bardzo często jest. I oni naprawdę potrafią przedstawić świat na przykład po apokalipsie w taki sposób, że to nie tylko zapiera dech w piersi, ale również skłania do refleksji. I później przychodzi ktoś, kto uważa, że z definicji fantastyka czy elementy fantastyki naukowej to bzdura. Taka pożywka dla motłochu. Jeżeli z takim nastawieniem robi się film, to musi wyjść to, co w tym wypadku omawiamy.
Ja nie znam intencji, tu od razu się przyznaję, nie znam intencji twórców tego filmu, ale po efektach i po szczegółach jestem skłonny podejrzewać, że im jest bardzo daleko do prawdziwej fantastyki naukowej. To jest zupełnie nieuzasadnione poczucie wyższości, jaką odczuwa mainstream w stosunku do fantastyki albo fantastyki naukowej. To jeszcze gorzej właściwie. To poczucie wyższości daje właśnie takie efekty jak ten film. Ja do dzisiaj pamiętam, że kiedy Radek Rak dostawał nagrodę Nike, to jury w laudacji zrobiło wszystko, żeby tam ani razu nie padła nazwa wraża, czyli fantastyka. To nie była fantastyka. To były klechdy, to były cuda-niewidy i cuda na kiju, byle tylko nie fantastyka. Przecież laureat Nike nie może pisać fantastyki, bo fantastyka z definicji jest czymś gorszym. My się możemy śmiać z tego rodzaju odlotów mainstreamowych, ale to później skutkuje właśnie takimi knotami, jakie dzisiaj dla państwa omawiamy. To jest film perfekcyjnie zły w każdym momencie.
Powiedziałem, że do którejś, może to była trzecia, może piąta minuta, jeszcze mnie zainteresowało. Mówię: „O, nieźle to rozegrane jest.” A później było... nawet nie wiem, jak to nazwać, bo nie chcę nikogo obrażać tylko dlatego, żeby go obrażać, ale to po prostu było bardzo złe pod wieloma względami. Tak jak mówiłem, i tym narracyjnym, czyli pod względem budowania historii, jak i faktograficznym, jak i takim czysto emocjonalnym, psychologicznym. To jest po prostu bardzo zły film. Nie wiem, co miałbym powiedzieć więcej. A teraz zapraszam państwa na Sentymentalnik. Po wakacyjnej przerwie wracamy do wspomnień. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu.
Po wakacyjnej przerwie wraca Sentymentalnik. Zaczynamy kolejny sezon. Tak sobie myślę w tej chwili, zaczynamy go bardzo odpowiednio. Niejako przed chwilą zaczął się październik, a październik to jest początek roku akademickiego. Postanowiliśmy więc z Piotrem Cielebiasiem, że trochę o studiowaniu w dawnych i trochę mniej dawnych czasach troszeczkę państwu opowiemy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:16:00] - Dzień dobry wieczór. Skupimy się dzisiaj na aspekcie pierwszego zderzenia ze studiami, bo i czas odpowiedni. Może skłonimy was też do podzielenia się wspomnieniami. Bądźmy szczerzy, studia dla niektórych są szokiem, bo one nie pokazują, nie odzwierciedlają troszkę wcześniejszego toku nauki. Nawet sobie uświadamiamy, że moglibyśmy w sumie na studiach taką maturę pisać co dwa tygodnie. Wycisk niekiedy jest nieziemski, stres również. Ale to popłaca. Myślę, że popłaca. Owszem, jest wiele osób, które powiedzą, że na przykład studiowały coś, a pracują w zupełnie innym zawodzie, ale wydaje mi się, że dobrze dobrane studia, dobra uczelnia, nawet nie musi to być uczelnia wybitna, może czegoś człowieka nauczyć albo przynajmniej w jakiś sposób ukierunkować jego myślenie.
[01:17:02] - Absolutnie się z tobą zgadzam. Niekoniecznie trzeba patrzeć na ranking szanghajski, żeby po prostu dobrze studiować. Tylko że dobre studiowanie to nie tylko ranga uczelni, ale również własna praca. Jeśli ktoś postanowił studiować dobrze, postanowił studiować tak na pełen gwizdek, to nawet na średniej uczelni może mieć nie tylko sukcesy, bo to nie o sukcesy chodzi, tylko może mieć po prostu wtłoczone do głowy nieprawdopodobne wiadomości, które później da się zestawić w pewne ciągi i przede wszystkim w pewien konstrukt, który nazywamy wiedzą. Ale Piotrze, zacznijmy od tego momentu zerowego, tego momentu, kiedy wszystko startuje. Mam na myśli proces dostawania się na studia, bo dzisiaj w przypadku nowej matury to się po prostu składa papiery i uczelnia albo delikwenta weźmie w pierwszym rozdaniu, może go weźmie w drugim, a jak go nie weźmie, to jeszcze się jest w kilku innych uczelniach zameldowanym i któraś w końcu się zlituje. Kiedyś to było troszeczkę inaczej. Proces dostawania się na studia to był proces stresogenny, bo były egzaminy wstępne i te egzaminy miały swoje znaczenie. Miały swoje stresujące znaczenie. Jak to wyglądało w twoich czasach?
I zapytam, co stresowało najbardziej? Sam ten egzamin, czy może ta świadomość, że od przyjęcia na wybrany kierunek, i nie bardzo była alternatywa, nie można było na kilka różnych kierunków się zameldować, więc od przyjęcia na ten wybrany kierunek naprawdę sporo zależy. Jak to było?
[01:19:15] - U nas było tak, że nie było egzaminów wstępnych na studia, bo była tak zwana nowa matura i polegało to na tym, że zachodziło się na uczelnię z wynikami, z taką teczuszką. Wtedy jeszcze nie było tej rejestracji komputerowej jak teraz. Zanosiło się teczuszkę i normalnie, tak jak to dawniej, oczekiwało się na listę. Wywieszano listy, wtedy człowiek mógł się przekonać, czy się dostał, czy był na liście oczekujących. Nie było więc tych egzaminów, ale też był pewien stres związany z tym, że nikt nic nie wiedział, jak to będzie wyglądało. Nikt nie wiedział, jak będzie funkcjonowało. Straszono nas tym, że na przykład przyjmą więcej osób, bo to też był taki duży rocznik, tylko po to, żeby potem 90% upierniczyć. To chyba było najbardziej stresujące, że tak naprawdę nikt nie wiedział, nie miał pewności, jak to wszystko będzie wyglądało. Co było dla mnie też zawsze stresujące na studiach w pewnym sensie, to zapisywanie się na zajęcia, na przykład na wykłady monograficzne, bo tam ilość miejsc często była ograniczona, bo wiadomo, trzeba było zapełnić robotę wszystkim tym, którzy byli przypasowani do danego rocznika i na przykład mogło się zapisać tam 20 osób. To było dla mnie zawsze stresujące, żeby zdążyć na coś fajnego, żeby nie wylądować na jakimś nudnym wykładzie jeszcze o 20.00 godzinie, bo też tak mogło być.
Także u mnie to w ten sposób wyglądało z tymi egzaminami. Natomiast przekonałem się, że rzeczywiście ta nowa matura w rzeczywistości już akademickiej, ona by mogła być pisana po prostu jako kolokwium co kilka tygodni. Czy to był szok dla mnie to takie przejście? Na pewno w pewnym sensie tak, ale ja się bardzo szybko dostosowałem, bo mi się to zaczęło podobać. To znaczy po prostu uczysz się dla siebie. Nie ma już takiego czegoś, jak było wcześniej, kiedy chodziłeś kilka lat do jednej szkoły i bardzo dużo zależało od tego, czy cię nauczyciel lubił, czy nie. Tutaj jak byłeś głąbem, czegoś nie wiedziałeś, to nie mogłeś nadrobić aparycją czy dobrymi kontaktami. Nie. Po prostu była większa sprawiedliwość. To mi się zawsze podobało, chociaż też było oczywiście pełno takich, którzy próbowali się podlizywać, że tak powiem, i to zawsze skutkowało, ale myślę, że już nie tak bardzo jak wcześniej.
Tacy wszędzie istnieją. Także u mnie to tak było. Teraz w sumie nie wiem, czy egzaminy na studia wróciły, bo jestem dość daleki od systemu edukacji. Wydaje mi się, że wróciły, przynajmniej na niektórych kierunkach. Czy to dobrze, czy źle, to ja też w sumie nie wiem, dlatego że nie wiem, czy w tych dzisiejszych czasach te egzaminy są w jakiś sposób miarodajne. To znaczy chodzi mi o to, że uczelni jest tyle, że one czasem mają po prostu poważne niedobory na niektórych kierunkach. Może te egzaminy są na tych bardziej obleganych. Kto wie? Nie wiem. Przyznam się, że nie wiem.
Po prostu mnie to nie interesowało, ale tak to wygląda.
[01:22:45] - Piotrze, to wygląda tak, że dzisiaj to nawet egzaminów nie ma na studia medyczne. Żeby zostać lekarzem, też jest konkurs tych nowych matur. Egzaminy z tego, co się orientuję, być może nie orientuję się odnośnie wszystkich kierunków, ale egzaminy pojawiają się na uczelniach artystycznych różnego rodzaju oraz na uczelniach związanych z wojskiem, ale to są egzaminy sprawnościowe. I na przykład egzaminy w uczelniach związanych ze sportem, też sprawnościowe. A poza tym egzaminoza jakoś się wycofała. Ja natomiast muszę państwu powiedzieć, że studiowałem w czasach, kiedy były egzaminy wstępne. Ponieważ studiowałem dwa razy, to raz studiowałem w czasach, kiedy były egzaminy wstępne, a raz studiowałem w czasach, kiedy ich nie było. Zacznijmy od pierwszej możliwości. Moje pierwsze podejście na historię w Toruniu było nieudane, czyli po prostu oblałem ten egzamin. Nie wiem, czy jest powód do tego, żeby dramatyzować.
Nie jest też to powód, żeby się chwalić. Po prostu oblałem, a stawka była bardzo wysoka, bo jak się nie zdało egzaminu i nie dostało na daną uczelnię, to gdzieś tam wojsko czyhało, Ludowe Wojsko Polskie, które, żeby nie używać brzydkich wyrazów, miałem w głębokim poważaniu i obiecałem sobie, że tam nigdy nie trafię i nie trafiłem. Dużo to wysiłku kosztowało, ale nie trafiłem. Oblałem te egzaminy i trzeba się było ratować. Ratunkiem były szkoły pomaturalne. Obojętnie jaki kierunek, byle do szkoły pomaturalnej i ten rok trzeba było przeczekać. Tak właśnie zrobiłem. W następnym roku zdawałem egzamin już nie do Torunia, bo stwierdziłem: może za głupi jestem. To się w końcu zdarza. Ludzie nie muszą być inteligentni, w związku z tym może nie będę celował tak wysoko.
Spróbuję w Bydgoszczy. To była jeszcze wtedy WSP. Dzisiaj to Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, ale wtedy Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Okej, nauki społeczne, nauki polityczne. Okej, zdajemy. Jako jedyny napisałem egzamin pisemny z języka polskiego na piątkę. Jedyny na całym roku. Muszę się pochwalić. A dlaczego nie? Był taki temat, na którym pan profesor od języka polskiego wystąpił.
To były ulubione lektury. Był nieco bardziej skomplikowany ten temat, ale dobrze, niech będzie takie hasło: ulubione lektury. I wystąpił pan i mówi: tylko nie piszcie mi tutaj o kryminałach, tylko o takiej poważnej, głębokiej literaturze. Jakby to państwu powiedzieć tak, żeby znowu się nie nadymać. Ale ja byłem wtedy mocno oczytany, naprawdę ponadprzeciętnie. I jak wywaliłem wypracowanie, bo to było wypracowanie tak naprawdę, to było na, już sam nie pomnę, ale to była cała masa tego papieru kancelaryjnego zapisana. Oczywiście złośliwie, jak już opisałem o tych wszystkich arcydziełach literatury współczesnej, bo byłem na bieżąco naprawdę, to mówię sobie: nie, żaden profesor nie będzie mi mówił, o czym mam pisać. W związku z tym gdzieś pod koniec zacząłem pisać o Raymondzie Chandlerze, o tym, że to jest kryminał specjalny i taki wybitny. Jeszcze o kilku innych rzeczach z popkultury napisałem. I dostałem tę piątkę, ale miałem stres, bo na przykład ja zawsze miałem kłopoty z ortografią, ale nie tak, że nie wiedziałem, jak napisać „który” albo nie wiedziałem, jak napisać „długi”, ale z pewnymi wyrazami miałem problem.
I zacząłem już pisać taki wstęp, takie wprowadzenie zrobiłem do kolejnej lektury i to był „Lot nad kukułczym gniazdem”. I kiedy już doszedłem do tego momentu, kiedy miałem wymienić tytuł, to doszedłem do wniosku, że ja nie mam pojęcia, jak napisać „kukułka”. A problem polegał na tym, że te pisemne egzaminy były sprawdzane przez polonistów. No i trzy błędy. Dziękujemy panu za uczestnictwo. Tak to wyglądało, więc nie było lekko. I teraz rozpuściłem wici po całej sali, jak się pisze tę cholerną kukułkę. Bo ja oczywiście kiedy nie pamiętałem nazwiska jakiegoś autora, bo cytowałem autorów z różnych stron świata z różnymi nazwiskami, to czasami pisałem fonetycznie i zaznaczałem, że piszę fonetycznie, ponieważ nie pamiętam. Przechodziło. Natomiast jakbym napisał kukułka nie tak, jak trzeba, czyli Lot nad kukułczym gniazdem, to by była, proszę państwa, żeby nie używać słów wulgarnych, zupa, kompletna zupa, bo w kukułce można popełnić tyle błędów, że już właściwie mógłbym wyczerpać limit.
Rozpuściłem wici po sali, zaufałem swoim współzdającym i okazało się, że kukułkę zapisałem dobrze. To takie wspomnienia martyrologiczne. W ogóle te egzaminy lekkie nie były. Nie w sensie merytoryki, bo akurat później były egzaminy na przykład ustne z historii, poradziłem sobie bez większego problemu, ale już na przykład język polski, wydanie ustne zaliczyłem dzięki temu, że dostałem tę piątkę z pisemnego. Bo jak wszedłem na tę salę i dostałem pytania o poezję Broniewskiego, szczególnie tę rewolucyjną, to ja pojęcia nie miałem, co o tej poezji mam powiedzieć. Zacząłem szyć. Tak się mówi. Szyłem. Bo ja jeśli miałbym coś powiedzieć, to jeszcze może coś o powojennej poezji Broniewskiego bym powiedział, ale o tej rewolucyjnej to ani nie miałem ochoty, ani nie miałem też takiego drygu, żeby się uczyć i nie wiedziałem praktycznie nic albo wiedziałem bardzo niewiele. I jak tak mówiłem, to widziałem pewną taką, ja nie wiem, czy to była panika, czy zdziwienie w oczach tego profesora.
Notabene tego samego, który mówił, żebyśmy o kryminałach, broń Boże, nie pisali. Tak mu się ta brew podnosiła. Jak to? Ten facet, który dostał piątkę z pisemnego, teraz może nie bredzi, ale opowiada takie ja wiem, kocopwały w gruncie rzeczy o tym Broniewskim. Tak mu się ta brew unosiła. Na szczęście na drugie pytanie w miarę sprawnie wybrnąłem i wyszedłem z tego egzaminu wstępnego z trójką. Ale wiecie państwo, wtedy się średnie też liczyło. Piątka i trójka dały dobry efekt. Później dobry wynik z egzaminu z historii i właściwie już byłem studentem. To wspomnienia z czasów PRL-u.
Już się wojska nie musiałem bać. Było super. Ale uczestniczyłem też w procesie rekrutacji dużo, dużo później, bo już w XXI wieku, kiedy postanowiłem jako stary chłop postudiować sobie dziennie. Miałem takie możliwości, więc postudiować sobie dziennie filozofię. Ten proces rekrutacji mnie zaskoczył, bo był bardzo sformalizowany. Ty mówisz, Piotrze, o rejestracji elektronicznej. Niby ona była, ale nie była. I tak po rejestracji elektronicznej trzeba się było z papierami zjawić i z teczuszką kiwałem w miejsce, gdzie rejestrowano. Wzrok, który padł na mnie, bo tam była głównie młodzież, a przyszedł stary dziad i chciał się na filozofię zapisać. Mnie zapisali i studiowałem tę filozofię, więc było zupełnie inaczej.
Lajtowo powiedziałbym. I w sumie dobrze. To takie wspomnienia odnośnie egzaminów, ale tak jak powiedziałem, w czasach PRL-u od tych egzaminów bardzo dużo zależało. To wojsko nad chłopakami to było coś, co bardzo było motywujące. Naprawdę bardzo. Ale Piotrze, przejdźmy dalej, bo kiedy zostało się już studentem, to opowiedz mi o swojej codzienności studenckiej na tej uczelni. I oczywiście kiedy pytam, to broń Boże nie pytam o program studiów, ale raczej o tak zwane studenckie życie. Owszem, wykłady wykładami, czasami jakieś psikusy, ale też akademik, stołówka, imprezy, zdobywanie książek, różne podchody związane z administracją. Bo zawsze przecież wiadomo, że w dziekanatach pracują najgorsze zołzy, jakie tylko da się znaleźć, żeby odstraszały studentów. I tak dalej.
Jak to twoje studenckie życie wyglądało?
[01:32:39] - Wyglądało bardzo bogato, chociaż może nie wszyscy mieli takie wrażenie, kiedy mnie obserwowali. Ja studiowałem politologię najpierw i potem historię. Historię wspominam lepiej z tego powodu, że politologia to jest po prostu głupi przedmiot i są tam często straszne brednie wykładane. Jak wyglądało to codzienne życie? Mnie przede wszystkim zależało na tym, żeby nie siedzieć na tej uczelni bardzo długo, bo zauważyłem, że mi po prostu niektóre rzeczy do głowy nie wchodzą i starałem się ten plan tak zrobić, żeby mieć na przykład czasami jakiś dzień wolny nawet w tygodniu. I parę razy się udawało. Muszę powiedzieć, że jakoś to było. Najbardziej nie lubiłem wstawać na godzinę ósmą na wykłady. Bardzo nie lubiłem, bardzo wiele opuszczałem, ale czasami się trzeba było pojawić, bo robili listy. Nie było nas na roku też aż tak bardzo dużo.
Co jeszcze pamiętam? Stołówki nie pamiętam. Znaczy była stołówka, było coś takiego. Potem została zlikwidowana. Na pewno po drugiej stronie, bo po drugiej stronie była Politechnika Częstochowska. Były też inne budynki w akademii. Tam to wyglądało inaczej. Natomiast myśmy się tam rzadko zapuszczali. Czasami żeśmy się zapuszczali do takiego głównego budynku w ogóle w innej części jeszcze. Potężnego budynku, który kiedyś był domem partii.
Tam mieliśmy lektoraty. O, lektoraty! Zapomniana część tego wszystkiego. Ale to wszystko tak naprawdę toczyło się bardzo stabilnym rytmem. I muszę powiedzieć, że ja nie mam jakichś negatywnych wspomnień poza łaciną na przykład, której nienawidziłem osobiście na studiach. Była najgorszą z najgorszych rzeczy. Dlaczego? Bo ona mi przypominała po prostu czasy szkolne, kiedy trzeba było wkuwać rzeczy na pamięć i to mnie denerwowało na przykład strasznie. To pamiętam. Natomiast cała reszta jakoś tak przepłynęła w miarę bezboleśnie.
Ja nigdy nie miałem żadnej poprawki. Raz nawet miałem stypendium. Nigdy nie dostałem jedynki. Nie było tak, że bym musiał poprawiać egzamin. Zdarzało się tak, że musiałem na przykład zdawać jakieś nieobecności. Ale nieobecności to wiadomo, każdemu się mogą zdarzyć. Także to wszystko jakoś przepłynęło z tej dzisiejszej perspektywy mojej bardzo swobodnie, bardzo bezboleśnie. Czasami się zdarzały jakieś tam perypetie z wykładowcami, ale nie były one aż tak bardzo straszne. Może po prostu ja sobie nie robiłem z tego tak wiele, jak robili moi koledzy, bo na przykład miałem kolegów, którzy się bardzo bali niektórych wykładowców do takiego stopnia, że to już wkraczało nawet w jakieś tam traumy. Dzisiaj pewnie by to było podciągnięte już nawet pod jakiś mobbing.
Natomiast ja się po prostu nie bałem i może to dlatego tak wyglądało. Ja też powiem wprost, ja się za bardzo nigdy nie przykładałem do tej nauki, nigdy nie robiłem notatek, a jeżeli robiłem, to bardzo rzadko, a potem już mi się nie chciało. Rzeczywiście czasami trzeba było pożyczyć te notatki, bo często one były bardziej przydatne niż podręczniki. Zdobywanie książek. To jest dobry temat, dlatego że wiadomo, biblioteka. Ale czasami było tak, że były takie przedmioty głupie, jakieś administracyjne czy związane z Unią Europejską, gdzie tych publikacji po prostu nie było i one były na przykład w jakiejś tam bibliotece w Katowicach. To też było denerwujące. Natomiast cała reszta, tak jak mówię, jakoś tak bezboleśnie to wszystko przeszło w pewien sposób. Myślałem, że będzie gorzej. Nie lubiłem tylko tych momentów rozpoczynania się nowych semestrów i tego zapisywania się, kiedy ktoś mógł cię po prostu podgryźć i wypadałeś.
Na przykład musiałeś iść na jakiś dziadowski wykład albo coś w tym stylu. To było denerwujące. Natomiast cała reszta, tak jak mówię, nie miałem większych problemów. Gorzej wspominam chociażby podstawówkę.
[01:36:59] - Ja znowu posnuję wspomnienia odnośnie i pierwszych, i drugich studiów. Przy pierwszych studiach, studiach z politologii czy właściwie nauk społecznych, było troszeczkę inaczej. Wtedy studia były sformalizowane, nie trzeba się było nigdzie zapisywać. Wszystko było wyznaczone, był plan i trzeba się było meldować w określonych miejscach. To było w sumie wygodne. Później tego drugiego systemu już zażyłem podczas studiowania filozofii. Ale wróćmy do tego pierwszego okresu. Otóż ja też miałem łacinę, z tym że ja łacinę miałem jeszcze w szkole średniej i nie lubiłem łaciny, ale nie dlatego, że ona mi jakoś specjalnie przeszkadzała, tylko ja nie polubiłem łaciny w szkole średniej. Jeśli państwo słuchacie w miarę regularnie różnych audycji, to wiecie państwo, że ja w szkole średniej byłem uczniem strasznym, krnąbrnym i w dodatku szczerze zbuntowanym, mającym w pompie cały system edukacji. Na studiach troszeczkę inaczej do tego podszedłem.
Stwierdziłem, że jak już jestem na studiach, to robimy coś na poważnie. I nastąpił taki przełom czy taka przemiana, jak w przypadku doktora Jekylla i pana Hyde'a. Byłem zupełnie innym studentem niż byłem uczniem szkoły średniej. I tej łaciny na studiach już się uczyłem z dystansem. Ja jej dalej nie lubiłem, ale wiedziałem, że ona się czasami przydaje. To jest język bardzo sformalizowany. Tam się pewne rzeczy trzeba po prostu wykuć na pamięć. Miałem tę przewagę, że pewne rzeczy wykute już miałem w szkole średniej, więc szło mi jakoś łatwiej. Ja do dzisiaj, à propos pamięciówki, to pamiętam początek „Pamiętników Cezara” z wojny galijskiej. Na pewno ktoś, kto uczył się łaciny, to pamięta, że: „Gallia est omnis divisa in partes tres, quarum unam incolunt Belgae, alia Aquitani, tertiam qui ipsorum lingua Celtae nostra Galli appellantur” i tak dalej.
Pamięciówki zawsze sprzyjały jednak ćwiczeniu pamięci. Ale jeśli chodzi w ogóle o taki system studiowania, to PRL był czasem chorym. Książki, skrypty to była rzecz cenna, na którą się polowało. Co więcej, ta uczelnia, do której chodziłem, była, jakby to powiedzieć, bieda uczelnią. W związku z tym jak chciałem sobie na przykład przeczytać zupełnie prywatnie, nieuczelnianie książkę Márqueza „Sto lat samotności”, to musiałem spędzić ten czas w czytelni. Cały weekend poświęciłem na przeczytanie tejże książki, bo był jeden egzemplarz i już. I mogłem albo w czytelni, albo w ogóle. To może mało miało wspólnego ze studiowaniem, ale pokazuje, jaka bida była. Jedyne, co było dostępne dosyć powszechnie, to filozofia marksistowska. Taka cegła licząca sobie coś koło tysiąca stron.
To było, ile państwo chcieli, tyle tego było. To też świadczy o tym, jak wtedy to intelektualnie funkcjonowało. Trudno. Takie były czasy, że tak się wyrażę. Jeśli chodzi o program studiów, to on był dosyć ciekawy, ale ja miałem zadziwiająco podobną przypadłość jak Piotr. To znaczy nie do końca odpowiadał mi ten reżim godzinowy, wykładowy i w ogóle takie chodzenie, meldowanie się, podpisywanie listy. Ale ja, ponieważ wziąłem tę swoją deklarację na poważnie, czyli że teraz studiujemy na poważnie, to ja właściwie od drugiego półrocza miałem permanentne stypendium naukowe. Miałem średnią bardzo wysoką. W ogóle w ciągu całych studiów moja najgorsza ocena to było 3+ z pedagogiki, której nienawidziłem. To w ogóle była jedyna trójka, jaką dostałem na studiach.
Poza tym szło mi jakoś tak lepiej. To skutkowało tym, że po drugim roku mogłem złożyć wniosek o indywidualny tok studiów. To troszeczkę inaczej wyglądało wtedy i dzisiaj. Wtedy to było coś takiego, że deklarowałem, że ja tę wiedzę, która gdzieś tam jest wtłaczana w głowy studentów na ćwiczeniach i na wykładach, zdobędę samodzielnie, a jak chcę, to mogę chodzić na wykłady. I to od trzeciego roku było zbawienie. Ja chodziłem na te wykłady, na które chciałem. Ćwiczenia omijałem szerokim łukiem. Oczywiście musiałem to zaliczać w pewnym momencie, ale to mi się jakoś udawało bez specjalnego bólu i to był duży luz tak naprawdę. Jeśli chodzi o życie akademickie, żeby się już tak nie przechwalać, to wtedy najważniejszy był akademik, w którym mieszkali niektórzy koledzy. Ja byłem miejscowy, więc o akademiku nie było sensu w ogóle myśleć.
Nie było potrzeby. Ale akademik to było miejsce kulturalno-oświatowe. Powiedzmy sobie: mało kulturalne i mało oświatowe. Tam się chodziło na imprezy i tam się, jakkolwiek to zabrzmi, zalewało pałę tak naprawdę, bo tam się odbywały dzikie imprezy. To był czas PRL-u. Studenci byli tacy, jacy byli i imprezy były naprawdę dzikie. Nie będę zdradzał szczegółów, bo to byłyby drastyczne szczegóły. Teraz weszły obostrzenia, jeśli chodzi o patostreaming, a ja myślę, że jakbym zaczął państwu o tych imprezach opowiadać, to patostreaming wszedłby na pełnej. Zatem życie studenckie wtedy było bogate. Ja łączyłem to bogate życie studenckie właśnie z tym studiowaniem na poważnie.
Niektórzy moi koledzy sobie z tym nie radzili. Ja studiowałem naprawdę na pełnej kurtyzanie, jak to się mówi i to przynosiło efekty. Pamiętam do dzisiaj, jak to niektórym profesorom podnosiła się brew, podobnie jak temu poloniście podczas egzaminów wstępnych, ponieważ ja sunąłem na egzaminach takie teksty, że oni się nie spodziewali, ponieważ rzeczywiście zgłębiałem literaturę, czytałem artykuły, powiedzmy sobie szczerze, których innym studentom nie chciało się czytać. Ja to czytałem i to przynosiło efekty. Może byłem kujonem, chociaż nie mam takiego wrażenia. To imprezowe życie jednak jakoś mnie chyba na takiego kompletnego kujona nie kwalifikuje. Ale tak to się wszystko toczyło.
[01:44:32] - To jak już zagaiłeś o tej pedagogice, to powiem swoje. Tak, to było najgorsze, z czym miałem do czynienia na studiach. Może jeszcze były jakieś głupsze przedmioty, ale je wyparłem z pamięci, jakieś tam prawa Unii Europejskiej i tak dalej, które totalnie mnie nie obchodziły. Natomiast rzeczywiście ta pedagogika była męcząca pod wieloma względami. Nawet nie wiadomo, po co to było. Dlatego, że Maria Montessori na przykład i musiałeś poznać model jej szkoły. Na jaki grzyb mi model szkoły Marii Montessori, jak ja nie będę nigdy w niej uczył na przykład? Albo bo tam jest jedna na przykład gdzieś na jakiś obszar. Po jakiego grzyba się tego uczyć? Czasami to były jakieś aberracje, myślę.
Natomiast co do tego akademika, to powiem ci, że ja to widziałem w ten sposób, że po pewnym czasie zaczęło mnie męczyć, bo było tak samo w akademikach tutaj. Ja na historii miałem więcej kolegów w akademikach, tylko że zaczęło mnie męczyć coś takiego, że tam było za dużo takich pieczeniarzy w tych akademikach, którzy tam spędzali całe swoje życie. To nie byli mieszkańcy akademików, to byli ludzie, którzy tam chodzili i to był jakby ich drugi dom. I powiem ci, że oni mnie zaczęli męczyć, ci ludzie po pewnym czasie i bardzo niechętnie do tych akademików się chodziło, bo tam zawsze można było spotkać tych ludzi, którzy zawsze byli na krzywy ryj. Nigdy nic nie mieli, zawsze chcieli coś pożyczyć, zawsze chcieli coś zjeść, zawsze chcieli coś wypić. Czyli myślę, że odstraszali od tych akademików poniekąd. To byli tacy, takie motyle, które myślały, że tam wiecznie rozdają nektar w tych akademikach, a tak naprawdę przeszkadzali tym, którzy tam mieszkali, bo cały czas tam przesiadywali. Tak to wyglądało. Jedną z rzeczy, która mnie męczyła na studiach, były referaty na przykład. Referaty często mnie męczyły, bo one mi też przypominały szkołę wcześniejszą, bo mogłeś się po prostu wykuć.
Natomiast studia mnie nauczyły poszukiwania informacji i przede wszystkim krytycznego myślenia. Jestem za to bardzo wdzięczny do tej pory tak naprawdę.
[01:46:45] - Ja w sumie też. Tam się nauczyłem tego, że źródła należy sprawdzać i nikomu nie należy ufać, że tak się wyrażę. Ale powiem jeszcze jedną rzecz à propos akademików, bo poza dzikimi imprezami, które na przykład polegały na tym, że każdy przynosił swój alkohol, a potem zlewało się wszystko to do jednej butli takiej, w której się na ogół wino pędzi. Jakie mogą być skutki łączenia w jednej butli wina, piwa oraz wódki różnych gatunków? To państwo sobie możecie wyobrazić. Działa szybko i morderczo. Ale poza takimi dzikimi imprezami w akademikach działy się też rzeczy prześmieszne, bo miałem takiego kolegę, z którym kulturalnie chodziliśmy sobie do takiego dyskusyjnego klubu filmowego. Obejrzeliśmy film i zawsze mieliśmy taki zwyczaj, że po filmie bardzo głębokim i bardzo takim do przemyślenia szliśmy do akademika, w którym on mieszkał i tam rozpijaliśmy jedną albo dwie kulturalnie butelki wina wytrawnego i to takiego nie jabcoka, tylko jakiegoś takiego z górnej półki. Dyskutowaliśmy o filmie w ogóle i tak dalej, co było samo w sobie dosyć zabawne. Ale à propos takich dziwnych postaci, o których wspomniał Piotr, to tam był taki jeden człowiek, który mieszkał dwa piętra wyżej niż ten mój kolega i on mieszkał w pokoju z dziewczyną.
Nieformalnie zresztą pół akademika wiedziało, ale jakoś to się przemycało. Mieszkał z dziewczyną i on wiedział, że my danego dnia rozpijamy dobre wino, więc się zawsze meldował o określonej godzinie. On oficjalnie od tej dziewczyny wychodził, żeby umyć zęby. To było bardzo przydatne, bo wpadał na kielicha, na pierwszego kielicha. Wypijał dosyć szybko. Szedł do dziewczyny, już umył zęby po drodze, ale ja nie wiem, jak ta dziewczyna na to nie wpadła. On te zęby mył średnio trzy razy tego wieczora. Później wpadał kolejny raz i kolejny raz. Na początku to on mówił: „No chłopaki, nalejcie”, a później to już tylko palcem pokazywał, żeby mu wlać. Więc dostawał swoją porcję, znowu mył zęby i w pewnym momencie już przestawał przychodzić, więc już mieliśmy spokój.
To à propos takich obrazków obyczajowych, tak to nazwijmy. Zresztą w tych akademikach naprawdę kwitło życie nie tylko rozrywkowe. Przesadziłbym, jakbym powiedział, że intelektualne, ale działo się i to było w sumie coś, co się wspomina. Piotrze, ale taka istotna rzecz: czy ty kojarzysz, bo ja trochę kojarzę, ale ja jestem w drugiej transzy, czy coś z tego studenckiego życia od twoich czasów zmieniło się? Czy masz okazję obserwować? Czy masz jakieś takie przegłosy, przesłuchy? Proponuję, żebyśmy trochę porozważjali w takim gatunku: za moich czasów, a dzisiaj to już jest inaczej.
[01:50:18] - Niestety nie mam żadnych znajomych, którzy by studiowali teraz. Przynajmniej takich, którzy są na studiach dziennych. Przypuszczam, że to wygląda trochę inaczej. Ja mam akurat znajomych, którzy pracowali na przykład na uczelniach, także na tych, na które uczęszczałem i oni mi opowiadali, jak to wyglądało na przykład parę lat później, kiedy ja zniknąłem. Przede wszystkim dużo mniej ludzi. Te roczniki były często mniejsze niż u nas grupy. To już samo w sobie pokazuje, jak to pewnie wyglądało, bo oczywiście ta mniejsza liczba studentów rozwojowi intelektualnemu sprzyja. Ale tak naprawdę jak masz osiem osób na sali z całego roku, może przesadzam, że osiem, ale masz te kilka osób, to szansa na to, że cię na ćwiczeniach ktoś złapie na tym, że nie wiesz, jest duża, co nie? Nas było więcej. Po prostu czasami się można było nie przygotować, bo była cała sala ludzi.
Zawsze na kogoś innego mogło paść, a byli tacy, którzy tą wiedzę egzekwowali, trzeba powiedzieć. Absolutnie nie mam pojęcia, jak to teraz wygląda. To się też wszystko na pewno zmieniło. Podejrzewam, że jeżeli już jest, to jest wszystko bardziej zdigitalizowane. W ten sposób, że powiem ci, że za moich czasów jeszcze widok człowieka z laptopem na wykładach był rzadkością. Nie pozwolili rejestrować w żaden sposób, wtedy jeszcze dyktafonami. W domach na pewno mieli laptopy, natomiast mało kto je przynosił, mało kto pisał na tych laptopach. Podejrzewam, że teraz jest to powszechne. Powszechne jest wykorzystanie sztucznej inteligencji i tak dalej. Naprawdę nie wiem, jak te studia mogą teraz wyglądać.
Nawet jestem ciekaw, może masz jakieś informacje?
[01:52:14] - Mam to z pierwszej ręki, ponieważ całkiem niedawno studiowałem i dzisiaj to wygląda naprawdę inaczej. Od razu powiem, mój rok filozofii liczył sobie w sumie sześć osób, więc na każde ćwiczenia trzeba było być przygotowanym, bo nie było bata, że gdzieś to się człowiek przemknął. Po prostu trzeba było czytać. A teksty filozoficzne mają to do siebie, że one lekkie nie są. One nie są lekkie do przeczytania, a co dopiero później na przykład do zreferowania. Więc trochę trzeba było wysiłku, ale jeśli się do tego poważnie podchodziło, to naprawdę nie było takie bolesne. Natomiast powiem jeszcze o takiej rzeczy, że to była ta wielka różnica, kiedy studiowałem po raz pierwszy. Grupy, tak jak powiedziałeś, były wielkie i tam rzeczywiście można się było ukryć. Tu ukryć się nie było można. À propos rejestracji, ja na początku pytałem wykładowców, czy mogę rejestrować.
Oni reagowali różnie, ale to była taka moja przypadłość wyciągnięta z dziennikarstwa, kiedy zawsze jako dziennikarz pytasz, czy możesz rejestrować rozmowę, czy możesz rejestrować wydarzenia. Ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że ja nie lubię robić notatek i nie będę ich robił, bo wolę to nagrywać. I ja to nagrywałem już bez pytania, ponieważ robiłem to na prywatny użytek. Nie czułem się specjalnym przestępcą. Nagrywałem wszystkich, i to permanentnie. Korzystałem z tego jako z notatek. Ja w ogóle jestem słuchowcem. W związku z tym wystarczyło, że sobie taki wykład odtworzyłem dwa, trzy razy i mogłem go sam wygłosić. To mi dużo rzeczy ułatwiało. Raz zostałem złapany na tym, że nagrywam bez pozwolenia, ale profesor okazał się rozsądnym człowiekiem.
Na początku się oburzył, ale później okazał się rozsądnym człowiekiem, kiedy mu wyjaśniłem, że to na prywatny użytek, że tego nie upubliczniam, nie upowszechniam i tak dalej. Powiedzmy, filozofowie mają to do siebie, że czasami reagują emocjonalnie, a później jak dociera do nich argumentacja, to dochodzą do wniosku, że nie ma co robić tej przysłowiowej gównoburzy. To jeśli chodzi o rejestrację. Powiem tak, natomiast ja miałem okazję obserwować na moim roku, tym niewielkim roku było sporo osób w moim wieku, ale były też osoby młodsze i różnica była potężna. Naprawdę potężna, bo to inne pokolenia, inne w ogóle generacje ludzi i To nie zdarzyło się na moim roku, ale mogłoby się zdarzyć wśród tych młodych ludzi. Otóż oni bardzo formalnie podchodzili do pewnych rzeczy, które się na uczelni działy. Nie zdarzyło się akurat na mojej uczelni, tylko na innej. Jak przeczytali w regulaminie, że wykładowca zalicza studentowi pod koniec semestru, to przychodzili, nie będąc ani razu na zajęciach, po zaliczenia. Kiedy profesor mówił: ale ja panów widzę po raz pierwszy, ale tu jest napisane, że wykładowca zalicza. W ogóle nie czytali tego, co było dalej.
Oni wychodzili z założenia, że jego psim obowiązkiem jest im zaliczyć to półrocze. To mniej więcej ta formacja umysłowa, gdzie się coś należy. W ogóle oburzenia przy egzaminach, że dostało się trójkę. A przecież wiedziałem, kim był Arystoteles. No tak, ale poza tym niewiele więcej wiedziałeś. No ale jak to trójkę? Ja specjalnie sprowadzam rzeczy do absurdu, ale czułem się dziwnie. Powiem tak, na szczęście zachowałem gdzieś tam w podświadomości, nie, chyba już w świadomości taki dryl, że na studiach jesteśmy po to, żeby się czegoś dowiedzieć. Ja w dodatku byłem przecież na tych studiach z nieprzymuszonej chęci studiowania filozofii. W związku z tym mnie to pasjonowało.
Ja łykałem tę wiedzę jak pelikan, a widziałem, że część tych bardzo młodych ludzi po prostu studiowała bezsensowny przedmiot, bezsensowną dziedzinę wiedzy, jaką jest filozofia. Powiedzmy sobie szczerze, ona do pewnego stopnia we współczesnym świecie jest bezsensowna. Po co komu dzisiaj filozof? Chyba że zostaje na uczelni, ale poza tym to bez sensu. Tylko zwróćcie państwo uwagę, jak łatwo ludzie po filozofii, którzy jednocześnie łyknęli logiki, znajdują pracę w zupełnie odległych, bardzo odległych dziedzinach aktywności zawodowej. Nie znam człowieka po filozofii, który miałby jakieś problemy z pracą. To tyle refleksji starego dziadersa, powiedzmy sobie to szczerze. Ale Piotrze, wiem, że ten nasz sentymentalnik dzisiaj się wydłuża, ale muszę zapytać, czy masz jakieś wspomnienia związane z wykładowcami? Oczywiście te barwne wspomnienia, typu jak wyglądała relacja student-profesor. Czy to był wielki dystans?
Czy zdarzali się ludzie, nazwijmy ich luzakami. Czy też panował pełen respekt? Jakie sytuacje, nazwijmy to humorystyczne, zdarzały się podczas tego całego studiowania?
[01:58:46] - Tych historii mam chyba najwięcej. Oczywiście te inne to związane z kolegami, ale ich nie będę opowiadał. Tych opowieści o profesorach jest dużo. U nas, chociaż to się wydawało, że była taka bieda uczelnia, to też było dużo profesorów utytułowanych. Na politologii może nie tak bardzo. Chociaż muszę powiedzieć, że pamiętam wykłady z profesorem Paneckim. Profesor Panecki, może dzisiaj wam to nic nie mówi, ale w tamtych czasach jeszcze trochę była gwiazda, bo to był główny przewodniczący jury w Wielkiej Grze. Wielka Gra to było coś. Niesamowity człowiek, muszę powiedzieć. To była chyba jedyna osoba, na której wykłady przychodziłem rano.
Natomiast pamiętam też z politologii jeszcze taki incydent, kiedy mieliśmy historię filozofii. W ogóle historia filozofii to był ten przedmiot, który najwięcej zmienił w moim światopoglądzie. W ogóle zetknięcie z tą filozofią na studiach to było coś wielkiego dla mnie wtedy. Dlatego uważam, że filozofii się powinno uczyć nawet na tych najwcześniejszych etapach. Pamiętam, profesor Woźniczka, bardzo fajny facet, wykłada. On do nas przychodził ze swojego wydziału, który był w innej części miasta i w pewnym momencie wpada do tej sali takie coś. Taka kosmiczna małpa, można powiedzieć, jakiś rozczochrany chłop z brodą w ogóle. Niektórzy myśleli, że to menel i coś tam piszczy pod nosem do tego Woźniczki. A on mówi: dobra, zaraz przyjdę. Zamykają się drzwi.
Woźniczka się odwraca do nas i mówi: Wiecie kto to był? To był najwybitniejszy filozof w Częstochowie. Mniej więcej tak to powiedział. To było zabawne, ale było dużo takich historii. Pamiętam, mój kolega ubierał się tak trochę po skate'owsku, nosił takie łańcuchy. Spóźnił się oczywiście na wykład do profesora Szyndlera. Wtedy to była znana postać. Wchodzi, a ten Szyndler do niego mówi: Panie, co pan tu ma? Krowy pan prowadzi? To też było dobre.
Tych historii było mnóstwo. Ci nawet utytułowani profesorzy, bo to może nie były postaci z pierwszych stron gazet, niektórzy, ale w swoim środowisku byli znani i oni w większości okazywali się ludźmi bardzo w porządku tak naprawdę. Ja nie miałem z żadnymi problemu nigdy. Tych anegdot jest mnóstwo. Więcej problemów było z tymi, którzy prowadzili ćwiczenia, bo często to byli ludzie pracujący tam, liczący na to, że jak się przyłożą, to tam zostaną. Najczęściej tak nie było. Natomiast cała reszta była czasami zabawna. Niesamowicie. Mieliśmy wykładowcę, który pochodził z Afryki i on bardzo słabo mówił po polsku wbrew wszystkiemu, bo on mieszkał bardzo długo, ale mówił słabo i różne żarty rzucał. Kiedyś mówi tak, nie powiem tego tak, jak on to wypowiada, ale mówi tak: „Jak nie będziecie mogli mnie zrozumieć, jak będziecie mieli problemy ze zrozumieniem mnie, to rozumiem, ale ja ze Śląska jestem”.
Bo on rzeczywiście na Śląsku mieszkał i on był przekonany, że on mówi polszczyzną ze Śląska. Albo jak były wykłady późno, jak się ciemno robiło, to mówił: „Oho, trzeba światło włączyć, bo zaraz mnie nie będzie widać”. To też było dobre. Takich historii było multum. Pewnie wielu nie pamiętam, ale było zabawnie i naprawdę to byli ludzie w większości bardzo na poziomie. Pamiętam kilku buców, ale ich bardzo szybko zweryfikowało życie uczelniane. Oni byli bucami, ale oni nie byli szanowani, jak się potem dowiedziałem, pokątnie przez swoich kolegów. Pamiętam kilka sytuacji na egzaminach różnych ciekawych, ale może sobie daruję tutaj opowiadanie o nich. Także ja nie mogę powiedzieć złego słowa na te studia. Było na pewno momentami śmiesznie, czasami się trzeba było uczyć, ale generalnie było okej.
[02:03:07] - Ja też i z jednych, i z drugich studiów mam jak najlepsze wspomnienia. Oczywiście zdarzały się różne incydenty, niekoniecznie zabawne, ale powiem tak przy tych pierwszych studiach, ponieważ to była bieda uczelnia WSP, to na ten kierunek ściągano ludzi z różnych uczelni, takich o wyższym statusie. Z Poznania, z Warszawy, już nie pamiętam. Na pewno z Poznania i z Warszawy przyjeżdżali wykładowcy i jeden z takich wykładowców, nazywany przez nas Reganem z racji fizjonomii, był bardzo podobny. Wykładał prawo konstytucyjne i był człowiekiem dziwnym, ale zostawmy jego dziwności. Pamiętam egzamin, bo on miał później, na drugim roku z nami również konstytucje europejskie. To tak się mniej więcej ten przedmiot nazywał. I był egzamin. On brał grupowo, czyli brał czwórkę albo piątkę studentów. I to pytanie, to pytanie, to pytanie i wskazywał palcem.
I pamiętam niezwykle zabawną sytuację, bo ktoś wyczaił, jeden z moich kolegów o pseudonimie Świrek. To nie było przypadkowe pseudo. Więc kolega Świrek wyczaił, że profesor Regan jest głuchy jak pień. To znaczy trzeba mówić bardzo głośno. I w pewnym momencie słyszę, już moje pytanie minęło, odpowiedziałem, byłem zadowolony i słyszę nagle: „No kuźwa” słowo było grubsze. Miał zasłonięte pięściami, ręce przyłożone pięści i zasłonięte usta i słyszę głos: „No kuźwa, zacznij mi podpowiadać, bo on jest głuchy jak pień”. To szeptem było takim teatralnym szeptem. „On jest głuchy. Mów, a ja będę powtarzał. Tylko że głośniej.
Dalej. Szybciej”. No i tak się odbył egzamin. Całkiem niezłą ocenę dostał, bo rzeczywiście profesor był głuchy. To może jest szydzenie z niedoskonałości profesorskich, ale przyznacie państwo, że sytuacja tak dramaturgicznie całkiem zabawna.
[02:05:40] - To myśmy mieli na politologii takiego profesora. Ja nie wiem, czy on jeszcze żyje. Chyba nie. Także mogę wymienić z nazwisko Walczak. To był taki po prostu stary komuch ze wszystkimi plusami i minusami. To znaczy on był dość zmierzły, natomiast był głuchy, również jak pień. On opowiadał o ideologiach, on się strasznie jarał tym wszystkim. Wiesz, to było po prostu nudne w pewnym momencie to była de facto filozofia. Natomiast on był z tych, którzy nie umieli tego wykładać. I on był głuchy absolutnie.
I też była taka sytuacja, że oni dostawali takie mikroporty, mikrofony, żeby ich było słychać na dużych salach swego czasu i on nie umiał się tym obsługiwać, ale on zawsze robił przerwę w środku wykładu, żeby iść, siku albo iść sobie zamówić pierożki na przykład. I on nie wyłączał mikrofonu, kiedy wychodził z sali, a że toaleta była niedaleko, to łapało. No i na przykład profesor Walczak wychodził i wszyscy wiedzieli, że robi siku. Trzask, trzask. Trept, trept, trept, potem pytanie do pani Marzenki, jakie dzisiaj pierogi są? I wracał. To się bardzo często powtarzało. To też zapamiętałem.
[02:07:01] - Piękna historia. Muszę powiedzieć, że piękna, ale ja jeszcze na chwilę w tych kombatanckich wspomnieniach wrócę do pedagogiki. Profesor, który to wykładał, chyba nawet nie profesor. To był chyba ktoś niższy rangą doktor, ale wiadomo na uczelni typu WSP to pedagogika była królową. No i tenże doktor P, tak go nazwijmy. On miał takie nieakademickie inklinacje. To znaczy, kiedy miał wykłady Które były nudne, bo umówmy się, przynajmniej w jego wydaniu ta pedagogika była nudna jak flaki z olejem. I cóż, jakby to delikatnie powiedzieć, studenci bardzo szybko zorientowali się, że to po prostu nie nadaje się do słuchania. Ale na wykładzie trzeba było być, bo to był jeden z tych gości, który kazał sporządzać listę, a później tę sporządzoną listę jeszcze sprawdzał. Każdy musiał się podnieść, że to on.
To już w ogóle... Tak to się odbywało. Ale jak już studenci doszli do wniosku, że to są nudy kompletne, to zaczęli prowadzić życie towarzyskie. Czyli zaczęli gadać. A on myślał, tenże doktor, że uda się taką metodą szkolną nas poskromić. Czyli wykładał, wykładał i w pewnym momencie zaczął ściszać głos, że niby jak my go nie będziemy słyszeć, to ucichniemy, żeby nie było tego gwaru rozmów i będziemy spijać wszystkie jego mądrości z jego ust. Tylko nie docenił nas. Po prostu on ściszał głos prawie do szeptu, a myśmy dalej gadali i byli zajęci wszystkim, tylko nie wykładem z tejże pedagogiki. I tu widziałem, metoda pedagogiczna nie wyszła, więc się po prostu w ku... Wiecie państwo, zdenerwował i doszedł do wniosku.
Najpierw nawrzucał nam, oczywiście bardzo kulturalnie nawrzucał, jacy my jesteśmy. A potem zaczął, i tu państwo nie uwierzycie, zaczął nam sprawdzać notatki. Czy my robimy notatki? Proszę państwa, powiem tak, że tu już wkroczył w bardzo intymną sferę. Notatki studenckie to jednak taki element rzeczywistości, którego wykładowca nie powinien dotykać. Ale dotykał. Niektórzy się krygowali, niektórzy się tłumaczyli. Ja mu po prostu pokazałem swoje notatki. A ja mam tę cechę, jeśli chodzi o pisanie, że jak ktoś zajrzy do moich notatek, to nic nie może przeczytać. Ja już nawet nie mam lekarskiego pisma.
U mnie notatki wyglądają jak fale, takie zapisane mniej lub bardziej kształtnie fale. On się tak uśmiechnął i spojrzał na mnie. „No to proszę mi to przeczytać”. Tu mnie nie docenił, bo ja potrafię czytać swoje pismo, chociaż ono jest dla innych nieczytelne. I zacząłem mu czytać. I on, kurczę, nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że z tego czegoś, co tam było zapisane w tych notatkach, ja mu powtarzam to, co on powiedział. To był dla niego szok poznawczy. Widziałem, że tak się skurczył w sobie. Po prostu ten gość mu nie pasował.
Ale w czasie egzaminu, ja już kiedyś opowiadałem tę historię, w czasie egzaminu on miał taki zwyczaj, też belferski, głupi, przeglądania indeksu. A jak powiedziałem państwu, ja miałem indeks całkiem nieźle zorientowany. Tam trudno było trafić na czwórkę, jak już to z plusem. I tak przegląda, przegląda i mówi: „Pan dostał z pisemnego trójkę”. Jak to jest możliwe? Taki dobry student i trójkę dostał? Ja modliłem się, żebym trójkę dostał, bo ja po prostu byłem kompletnie pozbawiony jakiegokolwiek obrazu tej pedagogiki. Nic nie wiedziałem. I mówię sobie: kurczę, on teraz będzie chciał mnie poprawić. Zadał mi dwa pytania i ja zacząłem odpowiadać.
Na jedno odpowiedziałem dobrze, a przy drugim pytaniu, jak zacząłem odpowiadać, to widziałem, jak mu te kąciki ust opadają. Musiałem pierdzielić naprawdę niestworzone rzeczy. Mówi: „Niech pan przestanie, niech pan przestanie. Zostaniemy przy tej ocenie. Ja tu panu plusik wstawię za tę pierwszą odpowiedź. Dziękuję panu bardzo”. Po prostu musieliśmy się rozstać. On zrozumiał, że powyżej tej trójki plus to ni hu hu, nie da rady po prostu. To à propos takich opowieści. Tak jak powiedziałeś, Piotrze, tych opowieści w związku z tym, że uczelnia ściągała ludzi z zewnątrz, to takich oryginałów, naprawdę oryginałów, przyjeżdżało do Bydgoszczy całkiem sporo.
Przyjeżdżał na przykład wyklęty filozof z Warszawy. I powiem państwu, wtedy poczułem zew do filozofii. Ten człowiek po kilku wykładach sprawił, że mi się światopogląd przestawił. Nie żeby dokładnie, chodzi o to, że po prostu zrozumiałem, czym jest filozofia. Że to nie jest takie pierdzielenie w bambus i takie opowiadanie kocopałów i rozdzielanie włosa na czworo. On mi naprawdę pokazał, czym jest filozofia i za to jestem mu wdzięczny. To był oryginał bardzo nieprzystępny, bardzo zafascynowany filozofią egzystencjalną, Jaspersem i tym podobnymi rzeczami. Wiecie państwo, trochę żeby się podlizać, to też się zacząłem tym interesować. Jaspers nie porwał mnie tak bardzo, ale do dzisiaj pamiętam, że człowiek jest bytem ku śmierci. Co by nie powiedzieć, to ja tym wszystkim uczelnianym profesorom, i nie tylko, belwederskim również, jestem bardzo wdzięczny.
I to zarówno z tych studiów pierwszych, jak i z tych studiów filozoficznych, bo tu już było mniej zabawy, więcej było właśnie filozofii. I to sobie bardzo cenię. Piotrze, czy coś jeszcze na koniec, jeśli chodzi o tę naszą przydługą rozmowę?
[02:14:05] - Myślę, że będziemy wracać do tematu, bo nie tykamy dzisiaj kwestii egzaminów. Pewnie będzie też coś do opowiadania, bo to na samym początku wydawało się dość traumatyczne. Potem w sumie też było traumatyczne. Będziemy pewnie jeszcze opowiadać o obronie pracy i o tych sprawach, które dzisiaj zostały zapomniane. To, o czym dzisiaj mówimy, to taki wstęp do naszych studenckich opowieści. Może macie podobne, może studiowaliście coś ciekawszego, może przeżyliście na tych studiach coś niezwykłego? Piszcie w komentarzach. Jesteśmy ciekawi.
[02:14:38] - Tak, odcinek o egzaminach to będzie odcinek prawie martyrologiczny, ale było ciekawie. Proszę państwa, to tyle naszych wspomnień studenckich. Pięknie ci dziękuję, Piotrze, za te wspomnienia.
[02:14:57] - Również dziękuję, pozdrawiam.
[02:15:00] - Proszę państwa, jeśli macie komentarze studenckie, to serdecznie zapraszam. A teraz już pięknie państwa pozdrawiamy i do usłyszenia. I proszę państwa, czas na prozę. Dzisiaj jedno opowiadanie, ale za to świetne. To jest opowiadanie Marty Sobieckiej. Przypomnę, że ta autorka nominowana była w tym roku do Nagrody Zajdla. To jest taka nagroda, w której sama nominacja jest niezwykle ważna, a Marta Sobiecka tę nominację uzyskała. A zatem zapraszam państwa na opowiadanie Marty Sobieckiej „Obon Matsuri”.
[02:15:49] - Marta Sobiecka, „Obon Matsuri”: Wykałaczka przebiła jasnozieloną skórkę i ugrzęzła w miękkiej tkance. Pociekł sok, a powietrze wypełnił zapach świeżego ogórka, przezwyciężając intensywną woń białych orchidei. Jeszcze jedna i gotowe. Pochylony koń stanął na swych chudych nóżkach. Przypomina tygrysa szykującego się do skoku. Tao jednak patrzy na zwierzę skonstruowane przez panią Yoko i mówi: „Wygląda jak skorpion”. Staruszka chichocze. Pora na bakłażany. Przynosi małe, granatowe warzywa, a ogórki nienadające się na budulec wkłada do wielkiej ceramicznej misy. Obok koni stają krowy.
Bakłażany są mniejsze, przez co zwierzętom łatwiej utrzymać równowagę. Dziewczyna przygląda się nieruchomym kształtom shoryuma, podczas gdy pani Yoko układa granatowe warzywa w drugiej misie. W migotliwym blasku czerwono-białych lampionów zwierzęta wyglądają dostojnie i tajemniczo. Ich pancerze lśnią. Dziś w nocy pełnić będą rolę przewoźników dusz. Po obu stronach małego ołtarzyka stoją także białe wazony z kwiatami, niczym strażnicy, którzy mają dopilnować, by wszystko przebiegło tej nocy zgodnie z tradycją. Kobiety, klęcząc na poduszce, przyglądają się krytycznie swojemu dziełu. butsudan jest gotowy. Pozostało im tylko rozpalić mukebi – ogień, który powita przodków. Pani Yoko podnosi się z klęczek i powolnym krokiem rusza przed dom.
Tao asystuje staruszce. Nie są pierwsze. Lampiony, latarnie i ogniska już świecą na progach kilku domów, a z każdą chwilą jest ich więcej. Tao rozpala małe łuczywko sporządzone z łodyżki lnu. Od strony świątyni dolatują dźwięki muzyki, niskie, miarowe uderzenia bębnów, natarczywe drewniane łyżki, klekot kołatek. Ponad tym unosi się wysoki, melodyjny dźwięk fletów. Muzyka wzywa do rozpoczęcia Bon Odori, rytualnego tańca. Tak rozpoczyna się Obon Matsuri. Tao wraz z panią Yoko dołączają do owionego dźwiękiem tłumu. Kierunek trasy wyznaczają mukebi, będące drogowskazami nie tylko dla żywych, ale przede wszystkim dla zmarłych.
Obok Tao idzie dwoje dzieci. Wędrują w ciszy, trzymając w dłoniach lampiony wymalowane w symbol słońca. Idą w kierunku świątyni Amaterasu, opiekuńczego bóstwa miasteczka. Wejścia do siedziby kami pilnują Kinko i Ginko – złoty i srebrny lis, które kamiennymi oczami bacznie obserwują wszystkich pielgrzymujących. Wokół wirują tancerze, próbując dogonić muzykę. Wielu przybyłych bez wahania przyłącza się do zabawy. Tao siada na spróchniałym pniu, pozostając na uboczu. Przygląda się ludziom, podziwiając ich energię i brak skrępowania, jakie cechują wszelkie uroczystości. Morska bryza rozrzedza powietrze gęste od duszącego upału. Tao wspomina poranek, który teraz wydaje się jej niezwykle odległy.
Jest 13 sierpnia, jeden z gorętszych dni tego lata. Riksza pędzi przez miasto. Mija wózki i wozy zaprzęgnięte w muły transportujące towary, a także omnibusy przewożące ludzi. Koła pojazdu nieznośnie zgrzytają, z trudem obracają się na nierównej powierzchni. Chlust!
[02:19:57] - Coś uderza z siłą w baldachim. Ktoś wykrzykuje obelgi. Rikszarz grozi pięścią. Tao kuli się pod okapem. Pojazd wjeżdża w wyjątkowo wąską alejkę, zazwyczaj zablokowaną przez różnego rodzaju towary. O dziwo, dziś jest pusta. Mieszkający tutaj handlarze bez skrępowania wystawiają towar bezpośrednio przed domem, blokując sporą część uliczki. Kupcy traktują ją jak swoją własność, z której skrupulatnie korzystają. Władze walczą z tym zjawiskiem, osiągając mierne efekty. Budynki na co dzień ginące pod stosami skrzyń, pak i rzuconych bezładnie towarów, dziś dumnie prezentują drewniane i kamienne ściany.
Widok jest niecodzienny. Tao nie ma jednak czasu podziwiać. Riksza pędzi dalej. Wjeżdża w tłum i zwalnia. Tao wciska się w pojazd, chowa się za baldachimem. Choć przejażdżka omnibusem byłaby znacznie tańsza i wygodniejsza, nie chce narażać się na docinki. Ludzie patrzą nieprzychylnie na kobiety przemierzające miasto w pojedynkę. Dociera na dworzec, rozluźnia się. Tu już nikt jej nie zaczepi. Próbuje ogarnąć wzrokiem niesamowity tłum ludzi.
Widzi złączone w uściskach pary, starców, samotne kobiety. Słomkowe kapelusze, getry i słomiane sandały oddzielają ją od pociągu. Wszyscy chcą wydostać się z miasta. Dziś rozpoczęło się O-bon, trwające cztery dni święto, na czas którego prawie każdy ma wolne od pracy. Tao wkracza w wielobarwny tłum. Nie obawia się, że nie zmieści się do pociągu. Na peronie panuje spokój. Ludzie pomagają sobie. Ktoś wnosi bagaż starszej pani. Gromada dzieci ubrana w odświętne kimona otacza pielęg.
Pląsają wokół, dzieląc się z Tao radością. O-bon jest świętem lubianym przez nie szczególnie. Całymi dniami przygotowują się do Matsuri, ćwicząc tańce i śpiewy pod okiem opiekunów, którzy nie czynią tego z obowiązku, lecz pełnią rolę widowni, dodając powagi próbom. Dzieci są dziećmi. Nie przekroczyły wieku, który stawi je na równi z dorosłymi, czyniąc wrażliwymi na napomnienia i kary. Korowód rusza dalej, pozostawiając Tao samą sobie. Pociąg opuszcza tę znużoną działalnością ludzką krainę. Krajobraz powoli uwalnia się spod miejskiego jarzma. Z początku w delikatnym manifeście odsłania gaje morwowe, sady wiśni i jabłoni, by wreszcie zerwać pęta i zademonstrować w pełnej krasie rozciągającą się aż po horyzont nieskrępowaną niczym zieleń. Lokomotywa ciągnąca masywny korpus pluje w niebo dymem, brudząc błękit nieba.
Żelazna bestia nagle przestaje pasować do otaczającej scenerii. Zmienia się w intruza. Siedząc w jednym z wagonów, Tao ma wrażenie, że znalazła się w brzuchu olbrzymiego smoka. Monstrum pędzi jakby świadome tego, że nikt nie jest w stanie go zatrzymać. Gdy miasto zostaje w tyle, Tao czuje wdzięczność do tego hałaśliwego gada, że ją stamtąd wyrwał. W przedziale panuje radosny nastrój. Pasażerowie śpiewają, racząc się obficie sake. Tao dosiadła się do podróżującej samotnie dziewczyny. Ma na imię Mei. Jedzie tam, gdzie ona, na prowincję.
Opowiada Tao o swoim miasteczku, o staruszce mieszkającej na uboczu, u której z pewnością będzie mogła się zatrzymać. Gdy wysiadają z pociągu, ściągają buty. Tę czynność, która w mieście naraziłaby ich na śmieszność, z radością naśladują inni pasażerowie. Tao uśmiecha się i razem z Mei rusza boso w stronę miasteczka. Jest w domu. „Tao” – głos pani Yoko przebija się przez dźwięki muzyki. Staruszka podchodzi do pnia. Tao ustępuje miejsca. Czarka z sake przechodzi z rąk do rąk. Piją przez jakiś czas, nic nie mówiąc.
„Patrzysz jak niegdyś twoja matka.” „Skąd wiesz?” „Każdy, kto przyjeżdża z miasta, patrzy w ten sposób. Tu nawet drzewa snują swoje opowieści. Drzewa zawsze szumią, zawsze coś opowiadają. Przestają, gdy nie ma komu słuchać.” Tao przygasa. Jej rodzinne miasto padło ofiarą rozwoju. Skostniałe społeczeństwo obsesyjnie próbowało modernizować istniejący od lat stan rzeczy. Okoliczności sprzyjały. Bez wyraźnego zrozumienia powtarzano magiczne słowo „Zachód”. Wciąż próbowano nowego, a skutki owych zmian szczególnie wyraźnie widoczne były na zewnątrz. Krajobraz niczym plastelinę zgniatano i rozciągano, a bez wizji finalnego kształtu skończyło się na tym, że wzdłuż rzek i w cichych dolinach wyrosły kominy fabryczne.
Małe, spokojne mieściny jedna po drugiej przemieniły się w hałaśliwe przemysłowe miasta. Domy stawiano seryjnie, korzystając z każdego dostępnego budulca. Kamienne, gipsowe i ceglane bryły wkomponowały się w drewniany krajobraz, czyniąc zeń pozbawiony finezji przekładaniec. Niebo pociemniało od fabrycznych wydzielin. Miejsce ciszy zajął zgiełk, będący odtąd wizytówką każdego miasta. Inaczej było tutaj. Tao od razu zakochała się w tym małym portowym miasteczku, przesiąkniętym gwarem i ożywieniem, dalekim od wielkomiejskiego tłoku i przepychu. Tao wzdycha. Chciałaby tu zostać. „Twój ojciec był naszym najlepszym wioślarzem.
Nie miał sobie równych. Co roku brał udział w zawodach i zawsze wygrywał. Wierzyliśmy, że zaskarbił sobie względy Kami Słońca.” Tao uśmiecha się. Jej serce przepełnia duma. „Wiesz, jak zginął?” Spuszcza wzrok zawstydzona. Nie wie. „Wypłynął łodzią wraz z innymi. To miał być dobry połów. Nikt nie wrócił żywy. Rozbili się o przybrzeżne skały.
A może utopił ich Umi-bozu? Kto to wie?” „Umi-bozu?” „Gdy dostrzeżesz jego wielką łysą głowę pośród fal, nie odzywaj się ani nie wytykaj go palcem. Jeśli cię usłyszy, wciągnie cię na samo dno. Czy wiesz, że morze nigdy nie oddaje nam swych ofiar? Ilu dzielnych ludzi pochłonęło? Twój ojciec był jedynym, którego znaleźliśmy na plaży. Mogliśmy go pochować. Wierzyliśmy, że Amaterasu wybrał się do Rigujō i wyprosił u Watatsumiego, by zwrócił jego ciało, żebyśmy mogli urządzić pogrzeb.” Tao milczy. Nie chce naciskać. Hitoshi, syn pani Yoko, tak jak ojciec Tao żył z rybołówstwa.
Wypłynął kilka dni temu, licząc, że zdąży na Obon. Do tej pory nie wrócił. Drugi, Okuda, wyjechał z rodziną do miasta za pracą. Fabryki nie zwalniały nawet w czasie świąt. Świat nie mógł czekać. „To właśnie on zbudował mi wózek. Wspaniały z niego stolarz.” Tao widziała przed domem pani Yoko drewniany wózek z zamontowanym z tyłu małym piecykiem. „Żebym mogła dotrzeć tam, dokąd chcę się udać. Nie jestem już młoda, Tao. Coraz trudniej mi się poruszać.” Pani Yoko pochowała męża kilka lat temu.
Opowiada o nim Tao. Wspominanie zmarłych należy do tradycji Obon. Karan-koron, karan-koron. Słychać drewniane geta tańcerzy ognia. Czerwone kimona, pięknie haftowane w złote słońce wirują. Ogień rozmywa się w smugi. Tłum stojący przed świątynią wiwatuje. Sake uderza do głowy. Zabawa jeszcze trwa, gdy Tao i pani Yoko zmierzają do domu. Kłęby dymu ulatują z wiatrem.
Znaczą trasę parowców sunących niespiesznie przez morze. Wyładowane po brzegi ryżem i sake, wielkie i masywne wzbudzają respekt. Z niezwykłą szybkością wypierają żaglowce, swych skarlałych kuzynów. Nie muszą czekać na pomyślne wiatry, by przemierzać bezkresne wody. Nie boją się sztormów ani burz. Te kolosy są ucieleśnieniem postępu. „Ciekawe, jak Umi-bozu poradzi sobie z nimi” – myśli Tao. Stoi na klifie i obserwuje. Widok oszałamia. Z jednej strony bezkresne morze naznaczone maleńkimi statkami, z drugiej osada.
U podnóża urwiska rozciąga się pasmo ostrych skał. Burzą rytm morza i ludzkiego życia. To tutaj łódź ojca roztrzaskała się, gdy wracał do domu. Przytupnięte u podnóża wzniesienia miasteczko, jak okiem sięgnąć otaczają gaje morwowe i lasy. Gdzieś tam, nad zalesionymi wzgórzami po drugiej stronie osady ulatują w niebo smużki dymu. Węglarze wypalają węgiel drzewny. Za plecami Tao, pomiędzy jodłami i świerkami ciągnie się ścieżka prowadząca do celu. Tam, wśród szumiących drzew na małym cmentarzu pochowano jej ojca. Tao rusza, wdychając zapach ściółki i lasu. Jest drugi dzień Obon.
Czas, by odwiedzić grób i zanieść zmarłemu ofiarę. Słońce świeci wysoko, gdy odnajduje właściwy nagrobek. Składa ojcu w darze miseczkę z ryżem. Chce, by wszystko było zrobione jak należy. „Odkąd nie żyjesz, ani razu nie uczciłem twej duszy” – mówi w duchu. – „Czy smutno ci z tego powodu? Czy smutno ci, że nigdy się nie poznaliśmy?” Wiatr, dotąd leniwie potrząsający koronami drzew, rozrzuca leżące wśród nagrobków liście. Miseczka przewraca się, ryż rozsypuje się wśród igiełu. Nagle, jak spod ziemi pojawia się człowiek. „Od lat nie widziałem nikogo przy tym grobie.
Kim jesteś?” Zaskoczona Tao zadziera głowę. Stoi przed nią niewysoki mężczyzna w średnim wieku. „Tao, córka Yuriego.” Wstaje i kłania się. „Och tak! Znam tę historię” – przytakuje mężczyzna. – „Twoja matka była wyjątkową kobietą. Któż by jej nie pamiętał?” Tao spogląda zaciekawiona. „Dlaczego przyjechałeś dopiero teraz? Tyle lat nikogo tu nie było.” Przyleciał kruk. Zakrakał oskarżycielsko w stronę Tao, po czym zaczął wydziobywać rozsypany ryż.
Tao czuje nieodpartą potrzebę, by opowiedzieć obcemu o wszystkim. Przysiadają na zniszczonym przez lata murku i dziewczyna zaczyna mówić. Fusumę oddziela mały pokoik od reszty świata. W pomieszczeniu jest duszno. Lampki oliwne ustawione tuż u wezgłowia rozpraszają wieczorny mrok. U stóp łóżka dymi rozpalone kadzidło, rozpraszając zapach choroby. Tao. Dziewczyna klęczy przy łóżku. Nachyla się przy szepczącej matce. W słabym świetle widzi gorączkę trawiące wątłe ciało chorej.
Włosy, zawsze starannie uczesane, teraz leżą rozsypane na poduszce, pozbawione blasku. Jest taka krucha. Bezradność i wzruszenie wlewają się do serca Tao. Tak bardzo ją kocha. Pochyla głowę. Nie chce, by matka widziała łzy. Pamiętasz, jak oglądałyśmy mapy, kiedy cię uczyłam? Tao pamięta. Zawsze pokazywałam ci drogę, którą pokonuje pociąg, by dojechać nad morze. Pamiętasz ostatnią stację?
Kiwa głową. Czy wiesz, że w tym miasteczku się zakochałam? Tao nie wie. Wpatruje się w matkę w skupieniu. Czuje, że to ważne. Drżąca dłoń wysuwa się spod kołdry. Tao zatrzymuje ją w uścisku. Jedź tam. Dziewczyna nie rozumie. Na szczycie najwyższego wzgórza, z którego rozciąga się widok na miasto, znajduje się cmentarz.
Co chcesz mi powiedzieć? Tao. Przeszywa ją dreszcz. Nagłe przeczucie. Ta wiadomość mnie nie ucieszy, prawda? Jedź tam i znajdź grób. Niedługo Obon Matsuri. Pokaż mu drogę do domu. Minęły 22 lata. Nie byłam tam ani razu.
Nigdy nie zapaliłam mokebi twojemu ojcu. Ojcu? Mamo, mój ojciec jest w domu. Japończycy wierzą, że na czas Obon otwiera się pomost. Przejście między światem żywych a światem duchów. Boję się, że tam, dokąd pójdę, nie znajdę go. Boję się, że on nie może przejść na drugą stronę. Czy mogłaby nie dotrzymać słowa? Mama uciekła od rodziców, by móc związać się z tatą. Nie pochwalali tej decyzji.
To wstyd dla rodziny, gdy córka okazuje nieposłuszeństwo. Tao mówiła, nie mogąc i nie chcąc powstrzymać słów. Nieszczęśliwie tata zmarł, zostawiając mamę w ciąży. Nie miała wyboru. Wróciła z pokorą do rodziców. Złamana śmiercią taty zgodziła się na wszystko. Za namową dziadka wyszła ponownie za mąż, a uroda i majątek sprawiły, że kwestię bękarta przemilczano. Dziadek postawił jednak kilka warunków. Mama nigdy nie miała powiedzieć mi prawdy, nosić żałoby po tacie i wybrać się na święto Obon. Wzruszenie zalewa dziewczynie serce.
Cieszę się z jej odwagi. Zawsze ją podziwiałam, choć żal mi taty, bo nie było mu dane zobaczyć mamy w ślubnym kimonie. Wzdycha. Taką opowieść snuje Tao pośród starych drzew. Opowiada choć inaczej niż dzień wcześniej podczas rozmowy z panią Yoko. Człowiek, z którym rozmawia, porusza najwrażliwsze struny jej duszy. Opowieść odsłania przed nią wspomnienia, których nie ma prawa znać. Kręci się jej w głowie. Wierzę, że we wspomnieniach tkwi prawdziwe piękno — odzywa się mężczyzna. Mam wrażenie, żeśmy się już gdzieś spotkali — mówi Tao, która myśli przecież o tym samym.
Mnie się także zdaje, żeśmy się powinni byli spotkać wcześniej — słyszy w odpowiedzi. Para bucha z kociołka zawieszonego nad ogniem. Hak, na którym wisi naczynie, ma kształt karpia. To właśnie w nim mieszka opiekuńcze bóstwo. Pani Yoko roznieca ogień na palenisku. W pomieszczeniu nie jest gorąco. Słomiana strzecha skutecznie chroni dom przed słońcem. Tao z radością siedzi przy irori. Podziwia staranność, z jaką staruszka podtrzymuje ogień. Jeśli ja nie zadbam o dom, to dlaczego bóstwo ma mnie w tym wyręczyć?
— tłumaczy dziewczynie. Tao kiwa głową. W mieście już nikt nie przywiązuje do tego tak wielkiej wagi. Odkąd pojawiły się zapałki i hibachi nie ma problemu z gotowaniem i ogrzewaniem domu. A jeśli rozpalanie nie sprawia już kłopotu, nie ma potrzeby, by dbać o ogień. Nie mówi tego na głos. Rozgrzana jesteś, dziecko. Coś ci dolega? Pani Yoko patrzy z uwagą na dziewczynę. Tao wpatruje się w ogień.
Oczy ma szkliste, czoło mokre od potu. Ciepły dzień. Para z misek bucha. Nic mi nie jest. Uśmiecha się wdzięczna za okazaną troskę. Dodaje niespodziewanie: Poznałam dziś na cmentarzu przemiłego człowieka. Cały dzień spędziliśmy na rozmowie. Bardzo był ciekawy tego, kim jestem. Jak ma na imię? Och, dopiero teraz Tao zdaje sobie sprawę, że zapomniała zapytać.
Po kolacji siadają na progu. Pani Yoko pali fajkę. Tao zasypia. Staruszka przyciska rozżarzony węgielek do tytoniu i obserwuje pogrążoną we śnie dziewczynę. Widzi, że ma gorączkę. Kropelki potu zbierają się na czole śpiącej. Drży przez sen. Coś tu jest nie tak. Pani Yoko rozpala chińskie kadzidło używane przy uroczystościach pogrzebowych i nabożeństwach żałobnych. Stawia je przy Tao i obserwuje.
Dziewczyna marszczy nos, jakby wzbraniała się przed intensywnym aromatem. Nagle wzmaga się wiatr i rozgania zapach. „A to ciekawe” – dziwi się pani Yoko. Tao lubi późne lato, czas, kiedy liście trzymają się gałęzi, jeszcze niegotowe, by opuścić drzewa. Jak dziecko, które tłustymi paluszkami chwyta się kurczowo smukłych dłoni matki, by nie upaść. Do czasu, gdy nadchodzi kamikaze, jak nazywa ten czas Tao. Wtedy liście rzucają się do tańca z żywiołem niczym młode jaskółki podczas pierwszego lotu. Złote i czerwone wykonują wdzięczne piruety, jakby się żegnały przed wyruszeniem w świat. Lecz to jeszcze nie teraz. Najpierw O-bon, święto zmarłych.
Zdaniem Tao święto ku czci przodków odpowiedniejsze byłoby późną jesienią. Nigdy jednak nie wypowiedziałaby tego na głos, a już szczególnie w obecności dziadka. Bo choć ten już nie żył, szacunek, jaki okazywała mu przez lata, pozostał. Zapamiętała go jako surowego i nieznoszącego sprzeciwu mężczyznę. Całe życie tłumiła w sobie sprzeciw wobec jego decyzji, zdaniem Tao często niesprawiedliwych. Jej protestem było przybycie tutaj, do rodzinnego miasta nieżyjącego ojca. Protest jej i mamy. Nieraz wyobrażałam sobie, jak ojciec dotyka brzucha matki i mówi do mnie, tam w środku. Tao uśmiecha się. Siedzą na cmentarnym murku – dziewczyna i poznany dzień wcześniej mężczyzna.
Tao, gdy tylko obudziła się, poczuła potrzebę, by znów iść na cmentarz. Tyle lat jej tu nie było. Czy tata wybaczy to zaniedbanie? „Czy dano mi do zrozumienia, że jestem córką obcego?” – powtarza pytanie. Nie. Ojczym nigdy nie okazywał specjalnych uczuć ani matce, ani mnie. Był dobry, opiekuńczy i to wszystko. Skupiony na pracy. Co czeka cię po powrocie? Życie u boku męża.
Kochasz go? Czy muszę kochać, by być dobrą żoną? Pani Yoko, ukryta za osypującym się murkiem, jest zbyt daleko, by usłyszeć wymianę zdań. Staruszka ruszyła za Tao, gdy ta z samego rana wybrała się na cmentarz. Aby dostać się na wzgórze, musiała pokonać o wiele dłuższą drogę rozpoczynającą się od strony plaży, skąd prowadziła kręta, ale nie tak stroma ścieżka. Gdy dotarła na miejsce, z przerażeniem stwierdziła, że Tao czuwa przy grobie w towarzystwie ducha. Twarz zjawy jest straszna. Mięso i skóra oderwane od twarzy zwisają, odsłaniając białe kości. Ręce i nogi są przeraźliwie chude, a skóra ma odcień szaro-zielony. Trup siedzi bardzo blisko niczego nieświadomej dziewczyny.
Przejęta grozą staruszka wycofuje się powoli i znika w oddali. Tao nie czuje się dobrze. Gorączka nasiliła się. Nasączyła w wodzie tenugui i przyłożyła do rozpalonego czoła. Usiadła przed paleniskiem na macie i zasnęła. Śni jej się płonący lampion. Leży na plaży, ale mimo tego, że morze próbuje zagarnąć go do siebie, nie gaśnie. Nagle lampion przemienia się i zaczyna przypominać twarz pani Yoko. Budzi ją hałas. Naczynie z wizerunkiem Kami Słońca leży na ziemi potłuczone.
Jakim cudem spadło ze ściany? Dziewczyna słyszy deszcz popędzany przez wiatr z natarczywością uderzający o ściany domu. Wygląda na zewnątrz. Na dworze zapadła ciemność. Jak długo spała? W momentach, kiedy błyskawice rozświetlają niebo, zdaje się jej, że widzi drobne sylwetki nekomata – kotów o rozwidlonych ogonach, które tańczą na podwórzu z tenugui na głowach. Na jej widok rzucają się do ucieczki, strząsając z głów ręczniki. Tao wybiega na podwórze, ale po zwierzętach nie ma już śladu. Tylko ręczniki tańczą do wtóru z wichurą. Ze zgrozą zauważa, że nadal nie ma wózka, którym pani Yoko wybrała się gdzieś rano.
Wraca po lampę i wybiega na zewnątrz. W jednej chwili włosy i ubranie są całe mokre. Wędruje od drzwi do drzwi, ale pani Yoko nie ma w żadnym domu i nigdzie przez cały dzień jej nie widziano. Tao idzie naprzód. Nie zawróci, dopóki nie odnajdzie staruszki. Wicher szarpie jej ubraniem. Dziewczyna coraz wyraźniej słyszy szum morza. Błysk. Kilka razy ociera ręką mokry nos. Dyszy.
Idzie plażą z ręką przy twarzy, wytężając wzrok, by dostrzec coś wśród wody lejącej się z nieba. Wiatr drwi z jej uporu i zawziętości, rzucając nią jak szmacianą lalką. Błyska. Pędząc po falach do uszu Tao dociera potężny grzmot. Dziewczyna zrywa się do biegu. Kształt, który dostrzega w świetle błyskawicy, na pewno nie jest spróchniałą kłodą. „Yoko!” – woła, gdy jest już pewna, że ma przed sobą wózek staruszki. Pani Yoko tkwi uwięziona w środku, przemoczona, z zamkniętymi oczami. Tao chwyta otępiałą, pozbawioną sił kobietę, zarzuca ją na plecy i rusza z powrotem w stronę miasteczka. Wózek zostawia.
Zalany deszczem nie nadaje się do niczego. Docierają do świątyni. Tao kieruje instynkt przetrwania. Świątynia jest pierwszym budynkiem, od którego rozpoczynają się zabudowania miasteczka, gdy wędrować od strony plaży. Dziewczyna nie ma sił, by iść dalej. Mnich mieszkający w świątyni nie śpi. Odmawia sutry. Na widok przemoczonych kobiet zrywa się z maty. Wspólnie sadzają panią Yoko przy palenisku. Mnich dorzuca drwa.
Tao rozbiera staruszkę i owija kocami. Opiekun świątyni częstuje kobiety sake. Tao pomaga pani Yoko utrzymać w drżących dłoniach naczynie. „Widziałem, z kim rozmawiałaś na cmentarzu. To był yūrei” – odzywa się niespodziewanie kobieta słabym głosem. Tao nie wierzy. Cmentarz stoi z dala od świątyni. Jest bardzo stary, a Materasu nie zagląda tam tak często. „Zapal lampion na grobie w Noc Duchów. Inaczej twój ojciec nigdy nie zazna spokoju” – odzywa się mnich głosem cichym, ale surowym.
Duch przez lata nieodwiedzany mógł poczuć się samotny. Dopóki on nie zazna spokoju, ty również. Ojciec rzucił na ciebie urok. „Ojciec?” – powtarza Tao. „A myślisz, że kim on jest?” Niemal do samego świtu Tao i mnich odmawiają sutry. Dziewczynka odważnie robi krok, zanurzając bosą stopę w wodzie. Asystuje jej młody mężczyzna. Małe rączki kładą na wodzie drewnianą, pięknie wystruganą łódeczkę. Wewnątrz znajduje się lampion. Łódeczka rusza, nabierając prędkości, jakby tylko czekała na moment, gdy zostanie położona na wodzie.
Podpływa odważnie do czerwonych, żółtych, niebieskich i zielonych światełek i rozpoczyna wspólną wędrówkę. Ojciec bierze na ręce córkę, by mogła dłużej obserwować swoją lampkę. Dziewczynka patrzy w skupieniu, jakby bojąc się, że gdy straci z oczu łódeczkę, ta wywróci się i zatonie. Tao przyglądała się dyskretnie tej scenie. Siedzi na skraju wody, susząc mokre kimono. Drewniany mostek górujący nad rzeczką pozostaje pusty. Wszyscy stoją po obu brzegach wody. Jest bardzo spokojnie. Pani Yoko siedzi przytulona do Tao. Światełka unoszące się na rzece suną powoli przed siebie.
Widać je wyraźnie. Słońce zaszło już jakiś czas temu. Mija ostatni dzień święta Obon. Tej nocy okuribi, ognie pożegnalne odprowadzają duchy do krainy zmarłych. Mieszkańcy miasteczka jak co roku rozpalają wielkie ognisko na wzgórzu, by wspólnie żegnać przodków. Gdy Tao wraz z panią Yoko idą w stronę wzgórza, z tłumu wynurza się mnich. Podchodzi do kobiet i wkłada w dłoń Tao talizman. „Kiedy będziesz szła na cmentarz w okuribi, nie zobaczysz zjawy. Duch nie będzie mógł cię nękać. To, co martwe, nie dla oczu żywych.” Znika pośród ludzi.
Tao prowadzi panią Yoko na wzgórze, sadza wśród trawy i całuje. „Będę tu na ciebie czekać.” Staruszka ma w oczach łzy. Tao mija mieszkańców. Nikt się za nią nie ogląda. Ludzie uprzejmie odwracają wzrok, widząc, dokąd idzie dziewczyna. Tao wchodzi coraz wyżej i wyżej. Wspina się po stromiźnie, próbując zachować kierunek. W jednej ręce trzyma lampion, drugą wyciąga przed siebie, by w razie upadku osłonić się. Talizman podarowany przez mnicha wisi u jej szyi. Wiatr uparcie spycha Tao w stronę konarów.
Gałęzie trzeszczą, ocierając się o siebie. Liście przedwcześnie wyrwane z opiekuńczych ramion drzew szeleszczą wokół. „Tao, gdzie jesteś? Tao.” Czy to głos ojca? Wiatr rozwiewa jej włosy. Ciska piaskiem i liśćmi w twarz. „Tao.” Tao zatrzymuje się. „Całe życie ukrywano cię przede mną” – myśli. Dosyć. Ściąga z szyi talizman i zawiesza go na gałęzi.
Nagle robi się zupełnie cicho. Dziewczyna rusza dalej. Mgła w kolorze bladego fioletu sunie leniwie po ziemi niczym wąż. Kątem oka Tao dostrzega ruch. Po jej prawej stronie przelatują dwa czy trzy światełka i znikają, by po chwili pojawić się znów. Czy to wracające do domu dusze? Tao przyspiesza. Podąża za ognikami. „Nie widzę drogi, Tao. Czuję, że jest tu gdzieś blisko, ale nie mogę jej dostrzec” – słyszy za sobą głos ojca.
Odwraca się, ale nikogo nie widzi. „Tato, nie bój się, poprowadzę cię. Idź za lampionem. Idź za mną. To droga w jedną stronę. Czy wiesz, co to znaczy?” Zadaniem każdego dziecka jest być przy rodzicach, gdy nadchodzi odpowiedni czas. Otoczyć opieką, by nie odeszli w samotności. Nigdy ci tego nie powiedzą. Sama dostrzeżesz ten moment. Kim byśmy byli bez swych przodków?
To oni dają początek naszej historii i są przy nas na jej zakończenie. Dbaj o przodków za życia, jak i po śmierci. „Nie boję się śmierci” – uśmiecha się. Mgła powoli ustępuje. Odsłania przed Tao most. Dziewczyna zatrzymuje się na krawędzi. Pod spodem widzi tylko bladoróżowy opar. Wpatruje się w mgłę, jakby próbowała dojrzeć dno. Czy to nie szum fal rozbijających się o skały? Robi krok do przodu.
Gdy ostatni duch wkracza na most, ten znika pośród mgły i rozpływa się. Pojawi się dopiero za rok, gdy Mukebi wezwą zmarłych z powrotem. Matka i córka siedzą na ławce. Złote i czerwone liście wirują wokół nich, powoli opadając ku ziemi. „Mamusiu, co tak pięknie pachnie?” „To zapach piwonii. Ulatuje w niebo i tam znów zamienia się w kwiaty. Wszystko, co materialne, odradza się na nowo w świecie duchów”. „My też?” „Dusza ludzka też. Gdy twój duch opuści ciało i dostanie się tam, na górę, odtworzy ciało, które pozostawił tu na ziemi”. „Więc jeśli umrzesz, odszukam cię tam?” „Oczywiście”.
„W jaki sposób?” „Kiedy ludzi łączy miłość, nic nie potrafi ich rozdzielić. Miłość poświęci wszystko, by doprowadzić stęsknione serce do celu. To piękne uczucie i bardzo niebezpieczne”. „Dlaczego?” Dziecięce oczy rozszerzają się z zaciekawienia. „Gdy człowiek kocha, jego serce jest szczęśliwe w każdym momencie, czy to podczas ciężkiej pracy, czy haftowania. Kiedy traci miłość, nawet najzdolniejszy słowik i najpiękniejszy kwiat są mu obojętne”. Łza spływa po policzku kobiety, znikając w kasztanowych włosach. „Mamo, nie płacz, przecież cię kocham”.
[02:53:27] - I tradycyjnie pięknie państwu dziękuję za dzisiejszą Akademię Wszelkiej Fikcji. Pięknie państwa pozdrawiam, życzę dobrej nocy, a później dobrego weekendu i w ogóle wszystkiego dobrego. I tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Dobranoc.
[02:53:52] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.