Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Połowa września za nami, a wakacje w AWF jakoś tak nie chcą się skończyć. Ciekawe jak to dalej będzie? Zobaczymy. A póki co zapraszamy na kolejny odcinek AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:41] - Tradycyjne dzień dobry, wieczór państwu. Zaczynamy. Dzisiejsza audycja, jeśli to państwo zauważyli, ma dziwny tytuł. Dziwny, ale postarałem się, żeby on się dosyć szybko wyjaśnił i dlatego zapraszam na coś, co nazywam słowem wstępnym, a tak naprawdę to jest taki typowy felietonik, esejk na początek. Szanowni państwo, wyobraźmy sobie, że idziemy samotnie przez wrzosowisko. Wokół nie ma domów, nie ma dróg ani ludzi, tylko trawa, kamienie, wiatr i cisza. Nagle na ziemi zauważamy coś. Podnosimy ten przedmiot. To zegarek. To nie jest zwykły kamień ani kawałek metalu.
Wewnątrz znajdują się maleńkie koła zębate, sprężyny, osie. Są też wskazówki, cyferblat. Wszystkie elementy są ze sobą połączone, jak to w zegarku. Są połączone i wykonują określone zadania. Jedne poruszają się, drugie też się poruszają, bo są napędzane przez te pierwsze, a te następne uruchamiają kolejne. Cały mechanizm sprawia, że wskazówki przesuwają się w precyzyjnie określony sposób. Co sobie pomyślimy? Czy my uznamy, że zegarek po prostu leżał tam od zawsze? Czy też pomyślimy, że wiatr, deszcz, przypadkowe ruchy kamieni i miliony lat działania natury doprowadziły w końcu do powstania mechanizmu, który potrafi odmierzać czas? Pewno ani jedno, ani drugie nie przyjdzie nam do głowy.
Więc oczywiście nie. Najbardziej naturalny wniosek będzie zupełnie, zupełnie inny. Ktoś ten zegarek kiedyś zaprojektował. Ktoś dobrał materiały, wykonał poszczególne części, odpowiednio je ułożył i połączył. Musiał zatem istnieć zegarmistrz. Właśnie takim przykładem posłużył się osiemnastowieczny angielski duchowny i filozof William Paley w swojej słynnej książce „Natural Technology”, wydanej w 1802 roku. Paley postawił jednak następujące pytanie: jeśli na podstawie skomplikowanej budowy zegarka możemy wnioskować o istnieniu zegarmistrza, to co w takim razie z naturą? Spójrzmy na ludzkie oko. Jest niezwykle złożonym układem soczewki, siatkówki, nerwów i mięśni. Spójrzmy na skrzydło ptaka, na budowę serca, na staw kolanowy albo sposób, w jaki roślina pobiera wodę i wykorzystuje światło.
Czy wszystkie te elementy są jedynie przypadkowym nagromadzeniem materii? Dla Paleya odpowiedź była oczywista. Tak jak konstrukcja zegarka wskazuje na zegarmistrza, tak uporządkowanie i funkcjonalność świata przyrody miały wskazywać na jego projektanta. To rozumowanie nazwano później argumentem z projektu albo argumentem teleologicznym. I właśnie tutaj prosty zegarek z wrzosowiska przestaje być tylko zegarkiem. Staje się metaforą całego świata. Co właściwie zauważył Paley? Siła przykładu Paleya nie polegała na samym stwierdzeniu, że zegarek jest skomplikowany. Kamień również może mieć bardzo skomplikowaną strukturę, a jednak nie zakładamy automatycznie, że został zaprojektowany. Istotna jest organizacja elementów oraz ich funkcja.
Zębatka ma określony kształt, ponieważ musi współpracować z inną zębatką. Sprężyna jest częścią mechanizmu. Wskazówki są połączone z układem, który wprawia je w ruch. Poszczególne części nie tylko istnieją obok siebie, ale współpracują ze sobą. Współpracują, tworząc całość spełniającą określone zadanie. I właśnie tę cechę Paley dostrzegł również w organizmach żywych. Gdy patrzymy na oko, widzimy system, którego elementy są ze sobą funkcjonalnie powiązane. Gdy obserwujemy skrzydło ptaka, widzimy konstrukcję umożliwiającą lot. Dla Paleya podobieństwo było wystarczająco mocne. Wystarczająco mocne, aby uznać, że przyroda również musi mieć projektanta.
Czy zegarek rzeczywiście dowodzi istnienia zegarmistrza? Tak postawmy pytanie. I tu zaczyna się znacznie ciekawsza część tej historii. Argument Paleya przez długi czas robił ogromne wrażenie, ale rozwój nauki zmienił sposób, w jaki patrzymy na ten przykład dzisiaj. Najważniejsza zmiana przyszła wraz z teorią ewolucji przez dobór naturalny. Charles Darwin czy Karol Darwin po polsku pokazał, że złożone i funkcjonalne struktury biologiczne mogą powstawać stopniowo, bez konieczności zakładania, że każda z nich została bezpośrednio zaprojektowana. To nie znaczy, że przykład zegarka stał się bezwartościowy. On nadal świetnie pokazuje różnicę między przypadkowym przedmiotem a układem, którego części współpracują ze sobą w pewien określony sposób. Zmieniło się natomiast pytanie. Paley pytał, kto to zaprojektował, a nauka zaczęła pytać, jak taki układ mógł powstać.
To są tak naprawdę dwa zupełnie różne pytania i być może właśnie dlatego zegarek na wrzosowisku przetrwał jako jeden z najbardziej znanych przykładów filozoficznych. Nie dlatego, że rozstrzygnął problem istnienia Boga, Stwórcy, lecz dlatego, że zmusił kolejne pokolenia do zastanowienia się nad źródłem porządku i złożoności w przyrodzie. Wyobrażenie Paleya jest niezwykle proste, ale warto je przywołać po raz wtóry. Idziemy przez wrzosowisko, znajdujemy ten zegarek, podnosimy go, patrzymy na jego mechanizm i zanim jeszcze poznaliśmy nazwisko jego konstruktora, intuicyjnie zakładamy, że nie powstał bez przyczyny. Cała filozoficzna zagadka zaczyna się dopiero wtedy, gdy zamiast zegarka położymy na wrzosowisku całą przyrodę. Czy nadal mamy prawo wyciągnąć ten sam wniosek? To pytanie Paleya pozostało z nami na długo. Na długo po tym, jak jego zegarek przestał odmierzać czas. To, proszę państwa, taki materiał do przemyślenia, jak u Sztyrlica. Warto sobie o tym troszeczkę pomyśleć, bo ja zaledwie naszkicowałem cały problem.
Może warto go trochę rozszerzyć. Ale teraz, proszę państwa, bez zbędnej zwłoki zapraszam na polecanki książkowe. Pierwszy tytuł, który wybrałem na dzisiaj to „Cienie przeszłości”. Autorką jest Tess Gerritsen, pisarka znana z powieści sensacyjnych osadzonych w środowisku lekarskim. Okazuje się jednak, że to nie jest wyłączna jej specjalizacja. Wydawcą książki jest wydawnictwo Albatros, a pojawi się ta książka na rynku 23 września. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda niewinnie. Spokojne miasteczko Parity w stanie Maine. Grupa emerytów, spotkania przy książce, kieliszek martini, trochę rozmów i obserwowanie ptaków. Można by pomyśleć, że to idealny przepis na spokojną emeryturę.
Jest tylko jeden problem. Członkowie klubu Martini są byłymi szpiegami. Tess Gerritsen zbudowała na tym prostym pomyśle serię, która bardzo zręcznie łączy thriller szpiegowski z kryminałem i sporą dawką humoru. Maggie Baird i jej przyjaciele nie przypominają typowych bohaterów sensacyjnych. Nie są już młodymi agentami, którzy skaczą z samolotów i uciekają przed kulami. Mają swoje lata, przyzwyczajenia oraz problemy, które znacznie bardziej pasują do spokojnego życia na emeryturze. Tyle że emerytura najwyraźniej nie oznacza końca szpiegowskiego życia. W trzeciej części serii „W cieniach przeszłości” pozorny spokój miasteczka ponownie zostaje zburzony. W hotelu Coot Cove dochodzi do morderstwa, a w tym samym czasie znika Ingrid, jedna z przyjaciółek Maggie i również była agentka. Jej mąż Lloyd, dawniej analityk CIA, nie zamierza siedzieć z założonymi rękami.
Wyrusza na poszukiwania żony, a Maggie oczywiście nie może pozwolić mu działać samemu. I tutaj zaczyna się właściwa zabawa. Bo kiedy do sprawy wkraczają byli szpiedzy, zwykłe zaginięcie szybko przestaje być zwykłym zaginięciem. Przeszłość, która miała pozostać pogrzebana, zaczyna wychodzić na powierzchnię. Dawne operacje, stare znajomości i tajemnice sprzed dekad okazują się mieć zaskakująco długi termin ważności. Gerritsen ciekawie odwraca przy tym znany schemat. Zazwyczaj thriller szpiegowski kojarzy się z młodym agentem, który ma do dyspozycji najnowszą technologię, broń i nieograniczoną energię. Tutaj mamy ludzi, którzy dawno przeszli na emeryturę. Ich największą bronią nie jest jednak kondycja fizyczna, lecz doświadczenie, a także pamięć i umiejętności czytania ludzi. Właśnie na tym polega urok klubu Martini.
Jest też Jo, miejscowa policjantka, która coraz bardziej musi liczyć na tych nieoficjalnych sojuszników. Problem w tym, że emerytowani agenci nie są przecież częścią policji. Mają własne metody, własne kontakty i co może być dla Jo najbardziej irytujące- Własne zdanie na temat tego, jak powinno prowadzić się śledztwo. Miasteczko okazuje się więc miejscem, w którym nic nie jest tak spokojne, jak powinno być. Najciekawsze w tej serii jest chyba właśnie zderzenie dwóch światów. Z jednej strony mamy małe miasteczko, książki, ptaki i Martini, z drugiej CIA, dawne operacje, zabójstwa i międzynarodową intrygę. To trochę tak, jakby ktoś wziął klasyczny klub seniora i nagle przypomniał jego członkom, że kiedyś byli ludźmi, którzy potrafili prowadzić tajne operacje. I może właśnie dlatego „Cienie przeszłości” brzmią jak historia o tym, że przed własną przeszłością właściwie nie da się uciec. Nie da się przejść na emeryturę. Można zmienić miasto, można odstawić służbową broń, można zacząć czytać książki i obserwować ptaki.
Ale jeśli przez lata żyło się w świecie sekretów, czasem wystarczy jedno morderstwo i jedno zaginięcie, żeby dawne życie zapukało do drzwi. A wtedy Martini może poczekać. Klub Martini znów ma sprawę do rozwiązania. Przypomnę państwu tytuł: „Cienie przeszłości”. Tess Gerritsen, wydawnictwo Albatros. Książka na rynku od 23 września. Drugi tytuł to „Silver Elite”. Autorką jest Dani Francis. Wydawnictwo Uniesienia. Ta książka na rynku również od 23 września.
W świecie „Silver Elite” Dani Francis zaufanie jest luksusem. Luksusem, na który właściwie nikt nie może sobie pozwolić. Kontynentem rządzi bezwzględny reżim, a ludzie obdarzeni niezwykłymi zdolnościami, tak zwani zmodyfikowani, są ścigani i skazywani na śmierć. Wśród nich znajduje się Warren Darlington, jedna z najpotężniejszych osób posiadających moce psychiczne. Warren od dawna ukrywa swoją prawdziwą naturę i potajemnie pomaga rebeliantom. Wszystko zmienia się w chwili, gdy popełnia błąd i zostaje schwytana. Trafia do Bloku Srebrnego, elitarnego oddziału szkolącego żołnierzy reżimu. Zamiast traktować to jako koniec, postanawia wykorzystać sytuację. Ma zostać szpiegiem wewnątrz organizacji, zdobyć informacje i uderzyć wroga od środka. Problem polega na tym, że w takim miejscu jeden fałszywy gest może oznaczać śmierć.
Warren musi więc nieustannie udawać kogoś, kim nie jest. Nie może zdradzić swoich zdolności, prawdziwych przekonań ani celu, który ją tu sprowadził. Szczególnie trudne okazuje się jednak ukrywanie prawdy przed Crossem Rednerem, jej dowódcą. Jest bezwzględny, inteligentny i zdecydowanie zbyt spostrzegawczy. Im więcej czasu spędzają razem, tym trudniej oddzielić misję od własnych emocji. Właśnie na tym opiera się jeden z najciekawszych elementów książki „Silver Elite”. Jest nie tylko historią o nadnaturalnych mocach i walce z reżimem, ale również opowieścią o granicach zaufania. Co zrobić, kiedy człowiek, któremu najbardziej nie wolno ufać, zaczyna być osobą, której najbardziej potrzebujemy? Warren żyje w świecie, w którym kłamstwo jest narzędziem przetrwania, a prawda może kosztować życie. Każda relacja może być pułapką.
Każdy sojusz może okazać się zdradą, a każdy wybór ma swoją cenę. To sprawia, że książka łączy dystopijny klimat z dynamiczną akcją i romansem, w którym uczucie pojawia się dokładnie tam, gdzie nie powinno się pojawić. Warren miała, infiltrując wroga, pozostać niewidzialna. Tymczasem największym zagrożeniem może okazać się nie jej niezwykła moc, lecz człowiek, który zaczyna ją naprawdę widzieć. „Silver Elite” to historia o buncie, tajemnicach władzy oraz cenie, jaką trzeba zapłacić za wolność. Ale przede wszystkim o tym, jak trudno zachować własną tożsamość, kiedy cały świat zmusza cię do nieustannego udawania. Przypomnę tytuł: „Silver Elite”, Dani Francis, wydawnictwo Uniesienia. Data premiery: 23 września. I również 23 września na rynku pojawi się książka Magdaleny Majcher. Książka zatytułowana „Podcaster”.
Wydawnictwo WAB. W świecie true crime granica między tym, kto opowiada o zbrodni, a tym, kto staje się jej bohaterem, może zniknąć szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. „Podcaster” Magdaleny Majcher właśnie na tej granicy buduje swoją historię. Łukasz Płonka budzi się po mocno zakrapianej nocy i odkrywa, że jego życie właśnie zmieniło się w kryminalny scenariusz. Jego największy konkurent, podcaster Miłosz Majchrzak, został brutalnie zamordowany. Problem w tym, że Łukasz niedawno publicznie się z nim pobił, a teraz sam znajduje się w kręgu podejrzanych. Zamiast czekać bezczynnie, rozpoczyna własne śledztwo. Szybko okazuje się, że prowadzenie podcastu o cudzych zbrodniach to zupełnie co innego niż znalezienie się w centrum jednej z nich. Majcher zagląda za kulisy popularnego świata true crime. To świat, w którym tragedia staje się materiałem na odcinek, tajemnica sposobem na zdobycie słuchaczy, a konkurencja o uwagę potrafi być równie bezwzględna jak sama zbrodnia.
Autorka pokazuje też drugą stronę tej rzeczywistości. Ludzi, którzy zaczynają żyć cudzymi historiami tak intensywnie, że tracą kontrolę nad własnym życiem. Łukasz, próbując znaleźć mordercę, musi więc jednocześnie przyjrzeć się sobie. W jego prywatnym śledztwie coraz więcej jest niewygodnych pytań, przemilczeń i relacji, które nie wyglądają już tak jak wcześniej. Najciekawsze jest jednak to, że podcaster bawi się samą naturą true crime. Czy można bezpiecznie opowiadać o cudzych zbrodniach, kiedy samemu zaczyna się żyć według logiki kryminalnej opowieści? I co się dzieje, kiedy człowiek odkrywa, że jego własna historia jest znacznie bardziej skomplikowana niż wszystkie sprawy, które dotąd opowiadał swoim słuchaczom? To kryminał o morderstwie, ale również o fascynacji zbrodnią, potrzebie sensacji i cenie popularności. Bo w świecie true crime najgorszy okazuje się czasem nie scenariusz, który wymyśliłeś. Najgorszy jest ten, którego nie napisałeś sam.
Przypomnę tytuł „Podcaster”. Autorka Magdalena Majcher, wydawnictwo W.A.B., a książka na rynku od 23 września. Proszę państwa, wszystko wskazuje na to, że nadszedł czas korepetycji filozoficznych. Zaczynamy zatem. Ainesidemos z Knossos nie należy do filozofów, którzy zostawili po sobie imponującą bibliotekę. Właściwie zostawił przede wszystkim problem. I to całkiem spory. Żył prawdopodobnie w I wieku przed naszą erą. Należał do tradycji sceptycznej. Interesowało go pytanie, które brzmi banalnie, dopóki człowiek nie zacznie się nad tym pytaniem naprawdę zastanawiać.
Skąd właściwie wiemy, że to, co uważamy za prawdę, jest nią rzeczywiście? Ainesidemos miał na to odpowiedź niezbyt pocieszającą dla ludzi lubiących mieć rację. Jego sceptycyzm nie polegał jednak na prostym stwierdzeniu: niczego nie da się wiedzieć. To byłoby zresztą całkiem dogmatyczne stwierdzenie. Jeśli mówię, że na pewno niczego nie możemy wiedzieć, to właśnie ogłaszam pewną wiedzę. Sceptyk wolał więc zachować ostrożność. Zamiast wydawać wyrok, po prostu zawiesił sąd. I tutaj Ainesidemos robi się naprawdę interesujący. Zwraca uwagę, że nasze poznanie zależy między innymi od tego, kto poznaje, w jakich warunkach i za pomocą jakich zmysłów. To, co dla jednego stworzenia jest przyjemne, dla innego może być szkodliwe.
To, co wydaje się nam ciepłe, komuś innemu może wydawać się chłodne. Człowiek widzi świat inaczej niż inne zwierzęta, a nawet ludzie nie zawsze postrzegają tę samą rzecz w identyczny sposób. Nie oznacza to oczywiście, że świat zewnętrzny nie istnieje. Problem polega na czymś innym. Mamy dostęp przede wszystkim do własnego sposobu jego doświadczania. Ainesidemos zebrał takie argumenty w słynne dziesięć tropów sceptycznych. Pokazywały one, dlaczego nasze sądy mogą być zawodne. Różnice między ludźmi, zwierzętami, kulturami i sytuacjami, odmienne działanie zmysłów, zmienność rzeczy, wpływ przyzwyczajeń czy okoliczności. Wszystko to powinno jego zdaniem studzić naszą pewność siebie. I trudno nie zauważyć, że jest w tym coś niezwykle współczesnego.
Dzisiaj powiedzielibyśmy może: uważaj, zanim uznasz własne wrażenia za obiektywny fakt. Ainesidemos powiedziałby zapewne: bardzo dobrze, a teraz jeszcze raz zastanów się, skąd to wiesz. Jego sceptycyzm miał więc także wymiar praktyczny. Człowiek, który nie jest przekonany, że posiada absolutną prawdę, jest mniej skłonny narzucać ją innym. Zamiast walczyć o ostatnie słowo, może powiedzieć po prostu: nie wiem. A to, jak na historię filozofii, jest niezwykle odważne posunięcie, bo filozofowie przez tysiąclecia z wielkim zapałem szukali prawdy. Ainesidemos przypomniał im, że równie ważną umiejętnością może być rozpoznanie chwili, w której nie mamy wystarczających powodów, żeby twierdzić, że ją znaleźliśmy. I być może właśnie dlatego warto poznać jego myśl. Nie po to, żeby zwątpić we wszystko, lecz żeby nauczyć się wątpić we właściwy sposób. Bo między „wiem”, a „nic nie wiem” istnieje jeszcze bardzo rozsądna pozycja.
Sprawdźmy to. Właśnie na tym polega znaczenie filozofii Ainesidemosa. Nie zachęcał on człowieka do całkowitego odrzucenia rozumu ani do przekonania, że prawda nie istnieje. On uczył raczej ostrożności. Ostrożności wobec własnych przekonań. Pokazywał, że nasze poznanie jest ograniczone i zależne od wielu czynników. Dlatego warto unikać pochopnych sądów. Filozofia Ainesidemosa pozostaje aktualna, ponieważ również dzisiaj często mylimy własne przekonania z pewną wiedzą. Jego sceptycyzm przypomina nam, że warto zadawać pytania, sprawdzać informacje i dopuszczać możliwość, że możemy się mylić. Nie jest to oznaka słabości, lecz oznaka intelektualnej uczciwości.
Ainesidemos nie dał więc swoim uczniom prostej odpowiedzi na pytanie, czym jest prawda. Dał im coś innego. Umiejętność zatrzymania się przed zbyt łatwą odpowiedzią. I właśnie dlatego jego filozofia, mimo że powstała ponad dwa tysiące lat temu, nadal może być dla nas ważną lekcją myślenia krytycznego. Tyle, proszę państwa, jeśli chodzi o korepetycje filozoficzne. A teraz zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy horror zatytułowany „Parasomnia”. Dzień dobry wieczór państwu. Filmotekarium. Tak, kolejny odcinek Filmotekarium.
Horrorowy, jak najbardziej horrorowy odcinek. Dzisiaj będziemy mówić o filmie, który jest mieszanką. Trochę mam tej mojej nielubianej konwencji kręcenia czegoś z ręki, ale nie, to nie jest film found footage. Nie do końca, ale takie elementy się tam pojawiają. W ogóle szereg konwencji różnych jest tam połączonych. Tylko ja się cały czas zastanawiam, czy ja chciałem ten film oglądać. Bo, co jest może nietypowe i ciekawe, w ostatnich dziesięciu minutach może nawet robi się fajnie. Tylko ja nie wiem, czy ja chcę oglądać film przez kilkadziesiąt minut po to, żeby układać sobie puzzle w ostatnich dziesięciu minutach. Naprawdę nie jestem przekonany do takiej konwencji. A te kilkadziesiąt minut, no to powiedzmy sobie, jest taki seans, który wciąga średnio.
Ale ja tu gadu, gadu, a pewna konwencja nie została dopełniona. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[27:29] - Dobry dobry. Dzisiaj sobie opowiemy o horrorze sennym, filmie pod tytułem „Parasomnia”. Jest to w dużym skrócie opowieść o kobiecie, która jest niebezpieczna, kiedy śpi. Ale nie, że na przykład wtedy wydaje jakieś dziwne odgłosy czy wstaje i robi niebezpieczne rzeczy w stanie somnambulicznym. Nie. Zupełnie inna sprawa wchodzi w grę. Jest to jeden z wielu filmów, bardzo wielu filmów, które wykorzystują właśnie motyw snu jako przestrzeń do spotkania z potworami. Tak chyba można powiedzieć. I powiem szczerze, że te filmy są zazwyczaj średnio udane. Trzeba to dobrze zrobić, żeby nie wyszło coś absolutnie niezjadliwego i takiego do zapomnienia.
Natomiast „Parasomnia” to jest film dziwny, bo on z jednej strony nudzi, ale on ma pewien potencjał. Jest to film zrealizowany w ogóle przez taką platformę specjalizującą się w filmach, powiedzmy, grozy i fantastycznych. Oni dawniej robili przyzwoite horrory, a teraz dostajemy film taki robiony od metra, jak to się mówi, odcinany, czyli zrobiony, żeby istnieć, bo go ktoś obejrzy. Ale powiem tak: to jest film też zrobiony dla pewnej grupy etnicznej i rozgrywający się w ramach pewnej grupy etnicznej. Czyli to jest kolejny film dla Afroamerykanów. I gdybym ja wiedział o tym na samym początku, to ja bym go nie oglądał. Dlaczego? Dlatego, że one mają jakąś taką swoją, opowiem to ładnie, poetykę i estetykę, która w ogóle dla mnie jest zabawna i absolutnie jest niestrawna na przykład. Nie rozumiem tych filmów estetycznie, one są dla mnie po prostu nudne. Nie kupuję ich.
Może to jest wina, nie wiem, jakichś kulturowych różnic. Chociaż pamiętajmy, że to jest film amerykański. Natomiast jest w nim coś takiego, co drażni po prostu. I to estetycznie drażni. On jest taki telewizyjno-melodramatyczny momentami. Nie wiem, coś mi tam nie pasowało. Teraz powiedzmy trochę, o co w tym chodzi. Jest dziewczyna, Riley się nazywa, która jest obarczona pewną klątwą, można tak powiedzieć, która się uaktywnia, kiedy ta Riley śpi. I na samym wstępie otrzymujemy zresztą dość udaną zajawkę, która ma nas zaciekawić odnośnie tej historii, dość przerażającą, ale już też widzimy pewne niedociągnięcia, które dają nam wyraźnie do zrozumienia, że to jest jednak film klasy niższej, prawda? Potem u tej Riley się zaczynają kłopoty, stare kłopoty tak naprawdę.
Wracają te stare demony. Wszystkiemu przygląda się jej chłopak. Natomiast ja miałem pewien problem z tym filmem, bo rzeczywiście on jest Generalnie jako historia on nie jest najgorszy, natomiast wykonanie już można mieć wiele wątpliwości. To nie to, że mamy do czynienia z filmem, który jest po prostu tak jak niektóre, jakie omawialiśmy, czy jakaś produkcja półamatorska. Nie, to jest w pełni profesjonalna produkcja, taka streamingowa. To też nie jest film najwyższych lotów, ale pamiętajmy o tym, że chodzi o historię. Czasami prosta historia, nawet fajna historia może zostać opowiedziana w taki sposób, że nie trzeba do tego naprawdę nie wiadomo jakich pieniędzy, nie wiadomo jakich efektów, ale trzeba aktorów. Trzeba kogoś, kto stworzy wrażenie, że mamy do czynienia z opowieścią, której gdzieś tam potencjalnie blisko do rzeczywistości. Tutaj niestety jest poważny problem. Ten film przypomina, jakby to powiedzieć, żeby nas potem nie wyćwielili.
Powiedzmy przypomina taką afroamerykańską operę mydlaną momentami i to stanowi o jego ogromnej słabości, myślę. Po prostu nie da się w pewnych momentach go znieść i to 10 minut najciekawszych końcowych powinni dać trochę wcześniej, dlatego, że uważam, że niestety zostało to wszystko źle zbalansowane w tym filmie, jeżeli chodzi o elementy, które mają widza przytrzymać i on po prostu nudzi do tego stopnia, że ja miałem wątpliwości, czy ja to chcę tak po połowie oglądać dalej.
[32:18] - W sumie dokładnie powiedziałeś to, co chciałem powiedzieć. Ja też miałem tego rodzaju dylemat, czy ja chcę dalej oglądać ten film, bo on mnie, pomimo różnych dziwnych rzeczy, które się wydarzają związanych ze snem, on mnie normalnie nudził. Po prostu mnie nudził. Te obyczajowe wątki, ale nawet te paranormalne wątki były takie sobie. O tym, że one były takie sobie, może cofając trochę, chyba nie jest przypadkiem to, że ten film nie trafił do kin. On od razu poszedł w streaming, więc to o czymś świadczy. Sami sobie państwo odpowiedzcie o czym. Dobrze, mamy tę główną bohaterkę, która od 15. roku życia w sumie cierpi na koszmary i takie epizody. Tak, chyba dobre określenie.
Epizody na granicy snu i jawy. I to oczywiście ma związek z pewnym traumatycznym wydarzeniem. Tu się muszę ugryźć w język, żeby nie spoilerować, bo ona ma zresztą trudną przeszłość za sobą. I oczywiście mamy też wątki dotyczące paraliżu sennego czy przedsennego, świadomego śnienia. To wszystko się tam pojawia, tylko to się pojawia, proszę państwa, w takich dawkach przetkanych codziennością. Jaka to jest codzienność, to już Piotr powiedział. Już nie będę powtarzał, żeby nie drażnić algorytmu. To jest taka codzienność, która nam tu nad Wisłą, Odrą i Bugiem jest całkowicie obca. Przynajmniej na razie. Po prostu tak patrzymy.
Aha, naprawdę to tak wygląda. Trudno. Dobrze, dochodzimy do momentu, że ta dziewczyna, która ma dziwne sny, jakieś takie demoniczne, ona w dodatku coś ukrywa, coś wie. Tak może nie do końca, ale nie chce śnić w taki sposób, jakby mogła. To się wiąże z tym, że ona na przykład w bardzo rygorystyczny sposób funkcjonuje, jeśli chodzi o sen. Znaczy kontroluje to, kiedy zasypia, kto z nią śpi i w dodatku jak się budzi. To jest istotny element tego filmu. A w dodatku pojawia się problem, bo ten jej chłopak nie przestrzega zasad tego zasypiania, tego budzenia i główna bohaterka zasypia w niewłaściwy sposób, tak to określmy. I pewien demon się przedostaje do naszej rzeczywistości i śladem tego zaczynają ginąć, ewentualnie znikać ludzie z otoczenia głównej bohaterki. I ona w sumie chyba w pewnym momencie nie jest pewna, czy to się dzieje naprawdę, czy to się dzieje w jej śnie.
Okej, wszystko jest okej, tylko ja państwu opowiadam coś, co w warstwie wizualnej wcale nie jest atrakcyjne, bo kiedy ja to opowiadam, to jeszcze jakoś, jak to się mówi źle. Dałoby się z tego zrobić całkiem fajną historię, tylko w warstwie tej wizualnej to jest tak sobie. Cieszcie się państwo, że ja to państwu opisuję. Unikniecie wielu minut jednak nudy. Mimo wszystko nudy. Ja sobie zdaję sprawę, że celem reżysera, celem scenarzysty było to, żeby zatrzeć granicę pomiędzy snem, wspomnieniem i rzeczywistością. I tak, to wszystko nawet ja to rozumiem, ale jakoś tak nie wchodzę w tę konwencję. W dodatku główna bohaterka w pewnym momencie trafia do takiego koszmarnego labiryntu W którym są uwięzione ofiary tego demona, który jakoś ją jednak prześladuje. Nie tylko zresztą ją. Nawet jest tam zastosowany zabieg, że my jako widzowie zaczynamy oglądać wydarzenia oczyma tej istoty, tej wrogiej istoty.
I to się wszystko tak toczy nieśpiesznie. Film nie jest długi, a i tak mi się dłużył. Potem następują te wspomniane 10, może 15, ale raczej stawiałbym na 10 minut, kiedy klocki układanki, te puzzle zaczynają wskakiwać. I to rzeczywiście wtedy robi się ciekawa historia. Trzeba być zresztą bardzo uważnym, bo ta końcówka jest zrobiona tak, że jak państwo odwrócicie głowę na chwilę tylko, żeby na przykład sięgnąć po krakersa, to już wam coś może uciec. Więc to jest bardzo gęste na końcu i może stać się niejasne, jeśli ucieknie wam zbyt dużo. Ja nie lubię tego rodzaju narracji, która nam wyjaśnia całość pod koniec. I rzeczywiście to się może nawet robi atrakcyjne jako historia, ale jako film moim zdaniem się kompletnie nie broni, bo rzeczywiście w tej ostatniej części filmu wskakują klocki. My się dowiadujemy dużo o chłopaku tej dziewczyny, dowiadujemy się o jego motywacjach, dlaczego on tam jednak kombinował z tym snem swojej partnerki. Dowiadujemy się dużo o przeszłości.
Tak, to wszystko jest jasne. To jest prawda, tylko to jest w takim zagęszczeniu, że ja to przyjmowałem z trudem i zastanawiałem się, czy nie dałoby się, może trzeba było nakręcić film, który trwałby godzinę, może 50 minut, ale byłby bardziej dynamiczny. A tymczasem dostajemy takiego długasa. To nie trwa nawet półtorej godziny, więc ten długas bierze się z tego, że on jest zrobiony średnio atrakcyjnie. Ciekawa jest końcówka, ale nie wiem, czy warto czekać na tę końcówkę.
[39:07] - Tutaj nie byłoby problemu, gdyby te sceny z życia, gdyby ta historia paranormalna była nałożona na dobrą historię obyczajową czy dramatyczną, bo tak często było, że horror był dodatkiem do opowieści na przykład o problemach, o dysfunkcjach, o traumach jakiejś rodziny czy jakiejś osoby, to by uszło. Natomiast tu to jest tak, jak mówię, taka jakby to powiedzieć, mrzeżyńska telenowela. Nie podoba mi się to. To dla mnie jest nie do końca strawne. Było wiele filmów na temat demonów sennych różnego typu i moim zdaniem one też wyczerpały temat. Od piaskowego dziadka, przez mary różnego rodzaju i inne. W tym filmie jest jakiś pomysł, ale nie wykorzystuje się tego potencjału. On wygląda jak typowy film telewizyjny, ale jest jeszcze jeden wielki minus, potężny minus. I to chyba jest trochę taka lekcja dla tych, którzy będą szli w tym kierunku robienia takich tanich, szybkich filmów. Po prostu główna bohaterka się nie nadaje.
Nie można wybierać do głównej roli osoby tak potężnie bezbarwnej. Osoby, która wygląda na cierpiącą i uciemiężona jest w ogóle przez życie, przez Związek Radziecki, przez wszystkich. Trudno się ten film ogląda przez tą kobietę. Trudno jest przez niego przebrnąć, kiedy się patrzy na nią i ciągłą pretensję do wszystkiego w zasadzie. Źli aktorzy nie powinni grać. I tak mi się wydaje, że to był straszny wybór. Zero charyzmy, zero napięcia. Ona utopiła ten film, jakkolwiek się nazywa, bo nawet nie wiem. Była męcząca. Film przez to stał się męczący.
Może gdyby to ożywić osobą bardziej charyzmatyczną czy może nawet utalentowaną, miałby to jakiś sens. A tak to możecie sobie to obejrzeć, ale czy to straszy? Czy to jest dobra rozrywka? A może lepiej poświęcić czas na jakiś starszy film o demonach sennych? Chyba tak. Tak mi się wydaje. Shudder, czyli ta platforma, która wypuściła „Parasomnię”, kiedyś była znana z lepszych produkcji, teraz idą w masówkę i pewnie będzie się pojawiać więcej tego typu produkcji. Ale naprawdę można podnieść tą poprzeczkę tylko dosłownie pięć centymetrów wyżej i pojawi się coś, co będzie do oglądania. Już pal sześć, niech to sobie będzie osadzone w jakichkolwiek realiach kulturowych czy społecznych, ale będzie to jakaś historia. Będzie to historia o czymś.
A tak otrzymujemy smętny, nędzny teatrzyk i niestety dla mnie to jest wielkie nie.
[41:53] - W dodatku dostajemy jeszcze podhistorię dotyczącą oczu. Znowu nie mogę mówić zbyt wiele, ale obejrzyjcie to państwo chociażby dla tych oczu i to teoretycznie miało być groźne, niesamowite i straszące. Jakoś mnie nie przestraszyło. W dodatku w pewnym momencie mnie rozśmieszyło. To trochę taki słaby dowcip z tymi oczami. Owszem, można się ekscytować tym, że pod koniec my się dowiadujemy, kim naprawdę jest chłopak Cam, chłopak tej głównej bohaterki. Że to wszystko nie jest przypadkowe, że to wszystko ma zakorzenienie w przeszłości. Tak, ja to wszystko wiem, tylko nie da się, proszę państwa, tak mi się wydaje, uratować filmu tym, że się powie, że coś było w przeszłości, że to ma zakorzenienie i w związku z tym zadziwiajcie się tym, co teraz wam pokazujemy. Nie. Te klocki wskakujące pod koniec filmu na swoje miejsca, które nam porządkują całą historię, to jest za mało, żeby znieść tę ciężką bułę.
To synonim tego filmu, którą nam serwują przez pierwsze kilkadziesiąt minut. My się patrzymy, co jakiś czas pojawiają się te takie, wiecie państwo, straszą nas, coś wyskakuje. Oczywiście super się bawiłem tym, że mnie próbowali kilka razy przestraszyć. Każdy, kto ogląda horrory, to wie, że w pewnym momencie różni reżyserzy i ludzie, którzy odpowiadają za film, idą w tę konwencję i te ciampy się pojawiają. Nastraszymy was. Więc ja nie wiem, czy ten finał, w którym główna bohaterka uzyskuje dostęp do mocy i potrafi zobaczyć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość i wszystkie elementy zaczynają się ze sobą łączyć. Ona się dowiaduje, że jej rodzina, ta tragedia, że to nie było przypadkowe i tak dalej. Urywam, żeby nie spoilerować. To nie jest warte, żeby to oglądać. My ostatnimi czasy, a te ostatnie czasy to już tak z rok będzie, raczej jesteśmy na nie, bo ja odnoszę takie nieprzyjemne wrażenie, że gdzieś tam ktoś za oceanem doszedł do wniosku, że horrory to jest bardzo prosta robota.
Trzeba od czasu do czasu wyskoczyć z czymś do widza typu: a teraz cię straszę. Od czasu do czasu trzeba dać mu zagmatwaną, zawikłaną historię i on już będzie szczęśliwy. Ja nie wiem, czy widzowie za oceanem są szczęśliwi. Ja zdecydowanie szczęśliwy nie byłem. Teraz zapraszam państwa na kolejne wydanie „Audycji bez nazwy”. Tak, wakacje, jak to wspomniał Ivellios na początku, powoli jednak dobiegają końca, bo ileż można przedłużać czas wakacyjny. Jeszcze do końca września uchodzi. Później to już chyba nie bardzo. A zatem nasza wakacyjna audycja również odejdzie w przeszłość, ale póki co mamy dla państwa kolejny odcinek. Dzisiaj w tej „Audycji bez nazwy” opowiemy o miejscu tajemniczym z historią PRL-u i ZSRR w tle.
Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Wakacje powoli, a właściwie i tak za szybko, stają się już historią. Ale tak jak obiecaliśmy z Piotrem Cielebiasiem, dociągniemy cykl bez nazwy. Cykl wakacyjny o miejscach dziwnych i paranormalnych dociągniemy do końca września. Dzisiaj miejsce może nie do końca paranormalne, nie do końca ezoteryczne, ale dziwne. Bardzo dziwne. Ale zanim o tym miejscu, to tradycyjne: dzień dobry wieczór, Piotrze.
[46:46] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj będziemy mówić o czasach, jak niektórzy powiedzą słusznie minionych, a też i czasach, które są wspominane przez część ludzi z łezką w oku. Czasach, kiedy na ziemiach polskich stacjonowali Sowieci, a potem sobie odeszli, ale pozostawili po sobie dość interesujące z dzisiejszego punktu widzenia, z punktu widzenia dzisiejszych eksploratorów, ruiny. I to też, Marku, nie jest tak do końca, że te miejsca, o których mowa, są pozbawione wątków paranormalnych, bo jak zajrzymy do internetu, to tego będzie sporo. Często dla tych eksploratorów różnego rodzaju, którzy tłuką się, włóczą się po opuszczonych miejscach, każda ruina będzie nawiedzona. To jest jedna rzecz, ale tak naprawdę bardziej interesuje mnie druga sprawa. Otóż przecież jakby nie było, według legend i nie tylko legend, bo istnieją nawet pewne relacje sugerujące, że to polskie UFO, słynne polskie UFO, które się rozbiło i zostało wydobyte w Gdyni, cokolwiek to było, zostało przekazane w ręce stacjonujących na terenie naszego kraju Sowietów. Ale dziś powiemy o kolonii Brzeźnica. Słuchaj, i od razu pytanie do ciebie. Kiedy pojechałeś tam po raz pierwszy?
Tuż po tym, jak Sowieci się wycofali. Co zobaczyłeś na miejscu? Jakie to zrobiło na tobie wrażenie? Czy patrzyłeś na to jako jakiś mini Mordor, który został nagle opuszczony, czy też świadectwo przewrotności historii?
[48:37] - Dobre to porównanie z tym Mordorem. Rzeczywiście ja się tam pojawiłem, może nie bezpośrednio po tym, jak Rosjanie się wycofali. Byłem tam około roku 2000, więc już minęło kilka lat od wycofania się Rosjan, ale to jeszcze było miejsce, które rzeczywiście pachniało czy też capiło Mordorem. I ja, mówiąc szczerze, ta reporterska wyprawa do Kolonii Brzyźnicy to było coś, co mną krótko wstrząsnęło, bo nie wiem, czy państwo wiecie, czy sięgacie pamięcią, ale Polska to według oficjalnej wersji w czasach słusznie minionych, w czasach socjalizmu, to było miejsce, w którym nie było broni jądrowej. Taka była oficjalna deklaracja, że to jest miejsce pozbawione broni jądrowej. Okazuje się, że ta baza w Kolonii Brzyźnicy oraz jeszcze bodajże dwie inne na terenie Polski, które się zresztą do dzisiaj zachowały w lepszym stanie, ale są wierną kopią tej kolonii Brzyźnicy, świadczą o tym, że Rosjanie tutaj przechowywali głowice jądrowe. I ja o tej kolonii Brzyźnicy w pobliżu Wałcza za Piłą, w sensie jak jadę od Bydgoszczy, to już takie moje określenie, dowiedziałem się z dosyć krótkiego artykułu w tygodniku „Przegląd”. Mówię: „Wow, jako dziennikarz muszę tam być”. I pojechałem tam. To jest dziwne miejsce, bo żeby tam dotrzeć, to wtedy dobrze trzeba było ludzi wypytać.
Otóż jest tam skrzyżowanie dróg w kształcie litery T, dróg asfaltowych, a kolejna droga, zupełnie taka gruntówka, szła sobie, idzie sobie w las i tam właśnie należało podążać. Idzie się jakieś półtora kilometra i wtedy, dzisiaj już tego nie ma, bo ja tam oczywiście po tym 2000 roku byłem jeszcze kilka razy, więc dzisiaj już tego nie ma. Ja mam ten obraz pierwszy i on jest bardzo ciekawy. Ja trafiłem na autentycznie opuszczoną bazę radziecką z dużym kompleksem, powiedzmy koszarowym, typowych koszar oraz budynków dla oficerów, plus dodatkowa część bazy, która była obiektem specjalnym. Już zaraz będę to wszystko tłumaczył, ale idziemy sobie tą polną drogą przez las, a więc pewną leśną drogą. Najpierw widzimy już z daleka ogrodzenie, ogrodzenie podwójne, drutem kolczastym najeżone i wewnętrzna część była na izolatorach. No więc sami państwo sobie odpowiedzcie, co to oznacza. Jakby ktoś próbował mówić, że tak nie było, to ja mam na to odpowiednie zdjęcia. Także nie dam sobie powiedzieć, że tak nie było. Mam po prostu zdjęcia.
I idziemy tą drogą dalej i trafiamy na taki pas ziemi niczyjej. Jesteśmy w lesie, nic nie widzimy. Jest taki betonowy bunkier z pewną rampą. Wchodzimy przez coś, co było kiedyś bramą, te podwójne ogrodzenie i wchodzimy do takiej strefy przejściowej. Rampa, budynek. Co jest zabawne, budynek myślę, że jakiś administracyjny, taki związany z przepustkami, przejazdem, z kontrolą. Ja podobny budynek zobaczyłem ostatnio w serialu „Star City”. „Star City” to jest właśnie miasto odizolowane i tak dalej. Zobaczcie państwo serial, ale prawie kopię tego budynku, który tam wtedy stał w 2000 roku zobaczyłem w tym serialu. Więc stał tam taki bunkier betonowy z rampą.
Pewno tam podjeżdżały pojazdy, jeśli zostały przepuszczone, to przejeżdżały i zaraz za tym trafiały na następne podwójne ogrodzenie, zapewne z podwójną bramą i dostawaliśmy się na teren bazy. Już było tak, jak to się dzisiaj mówi creepy, czyli gdzieś tam w dodatku wzdłuż tej linii ogrodzenia z drutu kolczastego były okopy, normalnie wykopane głębokie okopy. Już to było dziwne, ale idziemy dalej. I wydawało mi się wtedy, że właśnie trafiamy w miejsce, znowu się powtórzy słowo dziwne, bo trafiliśmy do kompleksu koszarowego. Takie wiecie państwo ponure, trudno to nazwać barakami, bo to piętrowe było, ale taki kompleks koszarowy. Rosjanie, czy powiedzmy wojsko, Armia Radziecka, Soviet Army raczej nie rozpieszczało zwykłych żołnierzy. O tym zresztą pewno dzisiaj jeszcze powiem. Więc te koszarowe budynki były takie sobie. Były też budynki z wielkiej płyty. To były budynki dla, przypuszczam, oficerów i były też takie budynki, powiedzmy integracyjne, pewno jakieś stołówki, jakieś takie kina, sale zebrań.
Tam też oczywiście wszedłem. Jakieś takie dziwne socrealistyczne malunki, oczywiście jakiś superheros z gwiazdą. Nieprawdopodobny socrealizm. To było wtedy. Dzisiaj tego nie ma. To zostało wszystko przez gminę zburzone, zrównane z ziemią. Ale coś jednak nie zostało zrównane. O tym za chwilę. I kiedy zwiedzaliśmy sobie ten kompleks koszarowy, to nam, bo ja byłem z kolegą, wydawało nam się, że już jest dziwnie, ale dziwnie to dopiero miało być. Otóż okazało się, że ten kompleks koszarowy jest oddzielony Podwójnym albo pojedynczym, tego już nie pamiętam, ogrodzeniem od jakiejś następnej części owej bazy.
To wszystko, żebyście państwo mieli obraz, ta część koszarowa była zbudowana na polance, na wycince leśnej. Tam nie było drzew, a ten dalszy kompleks za ogrodzeniem, dowiedziałem się zresztą z artykułu w Przeglądzie, że ta część za tym ogrodzeniem to już była część ściśle chroniona. Ona była umieszczona w lesie. Tam wszędzie rosły drzewa. I pierwsze, co było dziwne, jak już się przekroczyło tę linię ogrodzenia, to było to, że znowu były okopy. Ale te okopy były inne. Co jakieś kilkaset metrów pojawiały się tam takie stanowiska, nie wiem, jak to państwu opisać. To pewno było spychaczem zrobione. Stanowiska służące do tego, że wjeżdżał tam czołg i wystawała tylko lufa. Nawet wieży specjalnie nie było widać i mógł prowadzić ogień i był całkowicie bezpieczny.
Jego nie można było ustrzelić. Gdyby tam nawet naprzeciwko jechał jakiś pojazd, też pancerny albo ktoś z ręczną wyrzutnią, to by po prostu w ten czołg nie trafił, bo jego nie byłoby widać. Jemu wystawałaby lufa, kawałek wieży może. To były specjalnie przygotowane stanowiska. Wyobraźcie sobie państwo ten obraz: okopy i te stanowiska dla czołgów, ewidentnie dla czołgów. Człowiek się zaczyna zastanawiać. Ja już oczywiście wiedziałem, co jest dalej, ale człowiek się zastanawia, co tu się, kurczę, odpierdziela, co to jest w ogóle? Idziemy dalej. Znowu przez las. Jest dziwnie.
I docieramy do kompletnie zarośniętego terenu. I pierwsze, co zobaczyłem, to taki, nie wiem, jak to opisać tak do końca, tunel pod wzgórzem porośniętym drzewami. Tunel, w który mogła spokojnie wjechać mobilna wyrzutnia, którą Rosjanie dysponowali do miotania właśnie rakiet z głowicami jądrowymi. Ona się tam mogła cała schować. Drzwi już nie było, bo były ukradzione, ale cały ten tunel, bo tak to należy nazwać, on miał wylot z jednej i z drugiej strony, był do dyspozycji i już to robiło wrażenie. Ale kawałek, dosłownie może 50 metrów od tego tunelu było coś, co było jeszcze bardziej ciekawe. To był kompleks podziemny, do którego się wchodziło z latarkami i tak dalej. Sam siebie podziwiam, że odważyłem się tam wejść, bo to kilkupiętrowy, przynajmniej dwupiętrowy kompleks w głąb ziemi. I tam się wchodziło. Doszedłem do tego miejsca, w którym były stacjonowane te głowice, były umieszczone te głowice.
To bardzo niskie pomieszczenie podziemne. Tak na tyle niskie, że jak wyciągnąłem rękę, to dotykałem stropu. Tam były szyny, tam były prawdopodobnie, wtedy już kiedy byłem, nie było tych wózków i tam były przechowywane głowice jądrowe. Co jest ciekawe, w tym kompleksie, po którym się poruszałem, dosyć duży ten kompleks podziemny, tam było pełno znaków i rosyjskich napisów. Ja akurat czytam język rosyjski, więc nie miałem problemów. Te znaki, które były na ścianach, były też czytelne. One były takie, powiedzmy, intuicyjne. Ale co jest ciekawe, pewna część tych znaków była wyłupana ze ściany. Widać było, że tam był jakiś znak, ale to, co tam było, było wyłupane. Ja oczywiście podejrzewam, że tam był znak koniczynki, tej jądrowej koniczynki i to było wszystko wyłupane.
Tego tam oficjalnie nie było. Powtarzam, to był taki kompleks, gdzie był jeden poziom na poziomie ziemi i później była część podziemna. Tam kiedyś funkcjonowała suwnica. Ja państwu powiem, skąd ja wiem o tej suwnicy. Funkcjonowała suwnica, która te głowice mogła ewentualnie przenosić. Dawno, dawno temu, jak się później dowiedziałem od okolicznych mieszkańców, tam były drzwi z dwóch stron tego kompleksu podziemnego. Drzwi wielotonowe, mające minimum pół metra grubości. I wyobraźcie sobie państwo, to jest opowieść na później, te drzwi zostały przez sprytnych handlarzy złomu wywiezione stamtąd. Jak oni to zrobili? Jak te drzwi pocięli?
Potężne, bo to nie były takie drzwi. To były bramy, właściwie potężne bramy do tego kompleksu. One zniknęły. Nie było. Podobnie zresztą jak instalacje elektryczne były wyprute z całego tego kompleksu. Chodziliśmy tam z latarkami i to było naprawdę, powtórzę to słowo, creepy. Tak było w roku 2000. Ja się tam zjawiłem jeszcze kilka razy. Byłem w 2006 roku. Byłem też później.
Całe te koszary, te wszystkie budynki, ta strażnica przy wjeździe, to wszystko zostało zrównane z ziemią przez gminę. Ale tego kompleksu oraz tego tunelu dla wyrzutni nie dało się zniszczyć. Po prostu to było ponad siły miejscowych wykonawców, więc to pozostało. Zrobiono jedną rzecz. Ten kompleks podziemny zasypano. Zasypano w tym sensie, że zasypano wejście. I tu się uśmiecham, bo w momencie, kiedy tam pojawiłem się w roku 2006, oczywiście ktoś już to zasypanie przekopał, żeby móc tam wejść do środka. Ludzie są po prostu ciekawi. No i To wejście w dalszym ciągu jest możliwe dla ewentualnych eksploratorów. Powiem państwu, niesamowite przeżycie.
Ten kompleks był zrobiony tak, że miał być chyba broniony za wszelką cenę. Gdyby coś się zmieniło, gdyby tu nastąpił jakiś atak, desant NATO czy coś, to było nie do zdobycia. Ta centralna część poza koszarami była nie do zdobycia, byłaby broniona do upadłego. Zresztą trudno się dziwić, skoro tam miała być broń jądrowa.
[01:01:46] - Właśnie, a jak się czułeś spacerując po tamtym miejscu ze świadomością, że przechowywano tam atomówki? Czy to jest jakieś szczególne uczucie?
[01:02:00] - Jest. Ewidentnie jest, Piotrze. Ja pomijam już fakt odrobiny strachu, bo człowiek sobie uświadamia, że jest w miejscu, gdzie leżały głowice jądrowe. To pierwsze o czym myśli: czy tutaj przypadkowo promieniowania nie ma? Ale refleksja przyszła trochę zbyt późno. Przede wszystkim zwiedziliśmy też ten kompleks. On był naprawdę rozbudowany. Z późniejszych informacji, o których zaraz powiem, wiem, że tam było wytwarzane -- i tu państwo wybaczcie, bo ja już nigdy tego nie pamiętam -- coś było manipulowane z ciśnieniem, że wewnątrz tego obiektu, żeby nie przenikała atmosfera z zewnątrz, on mógł być odizolowany. Czyli wytwarzano chyba większe ciśnienie, żeby nic nie wnikało do środka. On był rozbudowany, tam był szereg pomieszczeń.
Trochę się kręciłem. Część z nich była zalana, ale to bez przesady. Nie zalana w sensie, że już tak po kokardę, tylko powiedzmy tak po kolana, ale siłą rzeczy nie wchodziłem tam ani mój kolega. To było niesamowite, naprawdę. Jak jesteście państwo w takim miejscu, jeszcze nie ma światła, skazani jesteście na latarki. To jest niesamowite. I ten kompleks naprawdę jest duży. I uświadamiacie sobie państwo, że kilka lat temu, bo skoro to był rok 2000, to jak 10 lat i tam normalnie funkcjonowała sowiecka armia i tam przechowywała tę broń jądrową. Niesamowite. Tam oczywiście wśród miejscowej ludności krążyły różne opowieści, że tę bazę zbudowano.
Notabene do Bornego Sulinowa jest stamtąd może 20 kilometrów. W Bornym Sulinowie stacjonowały jednostki pancerne. Tam był taki ogromny plac. Dzisiaj już go nie ma, właściwie jest zagospodarowany. Olbrzymi plac, na którym mogło się zmieścić -- ja nie jestem żadnym analitykiem wojskowym -- ale setki czołgów, które ewentualnie stanowiłyby szpicę do uderzenia na zachód. Taki olbrzymi plac stojący przy tym koszarowym miasteczku, na którym te czołgi i wozy bojowe stały. Ale zostawmy Borne Sulinowo, to może przy okazji. Natomiast wróćmy do kolonii Brzeźnicy. Tam chodziły legendy, że jak ta baza powstała, to budowali ją więźniowie i tych więźniów oczywiście później rozstrzelano. Nic na to nie wskazuje.
To znaczy należy to traktować jako legendy miejskie. Natomiast rzeczywiście to była tajna absolutnie inwestycja. Ja się nie dziwię, że ona była tajna, rzeczywiście schowana w lesie. Przypuszczam, że ona była niewidoczna nawet dla satelitów. To znaczy satelity mogły widzieć tę koszarową część i ona, powiedzmy sobie, była dosyć -- nie wiem jakiego określenia użyć -- trywialna, banalna, taka ruska typowo. Tam żadnych cudów na kiju nie było. To była taka zwykła baza. Sowieci się ukonstytuowali tam. Natomiast to, co było zakryte przed satelitami, było zakryte koronami drzew. Było w lesie, było absolutnie niewidoczne i to naprawdę robi wrażenie.
Ja oczywiście byłem tam w tej kolonii Brzeźnicy jako dziennikarz, więc oczywiście co robi dziennikarz, jak już sobie zwiedzi miejsce, które jest creepy? Idzie pytać ludność okoliczną, jak to było. I wierzcie mi państwo, to chyba jeszcze bardziej było niesamowite niż ta wizyta albo równie niesamowite, bo oczywiście zacząłem od zabudowań, które były najbliżej. I dowiedziałem się od pewnej pani, która tam mieszkała, że jak Rosjanie wycofali się z tej bazy, to ona została w stanie idealnym. Tam był prąd, tam były wszystkie media, tam była działająca suwnica, wszystko było idealnie. Przejęło to polskie wojsko, bodajże jednostka z Wałcza pobliskiego i przez jakiś czas tego pilnowali. I tam wszystko działało. Ta suwnica działała. Tam wszystko było idealnie, można było zrobić z tego perełkę. Zresztą w innym miejscu kraju udało się to zachować, ale w pewnym momencie jednostka z Wałcza została wycofana i wtedy pojawili się ludzie.
To była druga połowa lat 90. Zupełnie inny czas. Czas powiedzmy biedy, a w każdym razie takiego dzikiego kapitalizmu w Polsce, w tym wydaniu takim hard. I w związku z tym pojawili się ludzie, którzy byli w stanie coś z tymi wrotami do kompleksu zrobić. I to dwie sztuki, a właściwie cztery, bo tam jest drugi taki kompleks na terenie Tego wewnętrznego kręgu, tej bazy. Drugi identyczny kompleks i druga identyczna rura w ziemi, czy też tunel w ziemi, w którym taka potężna, mobilna wyrzutnia rakiet mogła się znajdować, niewidoczna dla satelitów. I ci ludzie, w jakiś sposób te drzwi wielotonowe, było widać po prowadnicach i po zawiasach, jakie to było potężne. Zresztą później zobaczyłem zdjęcia i przekonałem się, że to było nawet potężniejsze, niż sobie wyobrażałem. Ci ludzie, którzy tam buszowali zarówno w koszarach, jak i w tym kompleksie podziemnym, wypruli wszystkie instalacje, jakiekolwiek tam były. To wszystko wypruli.
Tam został goły beton tak naprawdę. Wypruli również suwnice, wypruli silniki, wszystko. Po prostu wszystko zniknęło. Wypruli barierki, dlatego tam niebezpiecznie jest chodzić, ponieważ tam jest tak, że były kondygnacje, ale część środkowa to była jedna wielka hala. W związku z tym ona nie była podzielona stropami i można było spaść, i to całkiem nieprzyjemnie z dużej wysokości. Ale barierki też zostały wyprute z tego pomieszczenia. Ta kobieta pokazała mi nawet zdjęcia, bo ja tak nikomu na słowo nie wierzę. Pokazała mi zdjęcia, jak wyglądała ta baza po wycofaniu się Rosjan. Wyglądała całkiem ciekawie, a później została wywieziona, przynajmniej w części. Ale ta kobieta też powiedziała mi, jak to było w latach 80.
I to jest kolejna część, o której warto powiedzieć, bo ona mi opowiadała, że co jakiś czas Rosjanie, znaczy wojsko radzieckie, przeprowadzało jakieś takie, trudno to nawet nazwać ćwiczeniami, marszobiegi. Oni formowali oddział i biegiem poruszali się po drodze, po jednej z tych asfaltówek. Biegli sobie przez kilka kilometrów, a później wracali też biegiem przez kilka kilometrów. Potem wracali do bazy w ramach utrzymania morale czy utrzymania dyscypliny. I ona mi opowiadała rzecz niezwykłą, taką creepy, bo mówi, że widziała, jak jeden z tych zwykłych żołnierzy po prostu nie wytrzymał, bo było gorąco, było lato i padł na asfalt. Ona nawet wybiegła z domu, bo to prawie przy jej domu się stało, żeby udać wody i wsiadł na nią radziecki oficer. Tam padły grube słowa po rosyjsku, a tego padniętego żołnierza potraktowano dosyć tak, że na kopach go podniesiono. Może tak, żeby było bardziej obrazowo. I on jakoś do tej bazy w końcu dotarł. To trochę mówi o tym, jak wyglądały stosunki w tej bazie i w ogóle wśród kadry i zwykłych żołnierzy.
Były takie, jak pewno w każdej armii, bo na ogół te stosunki pomiędzy zwykłymi żołnierzami a oficerami, przynajmniej w takiej armii poborowej, bywają średnio fajne. Ja się dużo dowiedziałem o tej kolonii. Na przykład opowiadano o tym, że jak ewakuowano tę bazę, to tam się pojawiły ciężkie śmigłowce. Pomyślmy, co one takiego mogły stamtąd zabierać. Państwa domyślności już to pozostawiam, ale te ciężkie śmigłowce, ona mówiła, ta kobieta, że one buczały tam przez kilka dni. Lądowały czy zawisały właściwie, coś podnosiły i to się o zmroku działo, więc to też ma swoje znaczenie. Poza tym opowiadała również o takiej codzienności, że w latach 80. właśnie z tej kolonii Brzeźnicy dzieci, prawdopodobnie oficerów, którzy nad tym wszystkim sprawowali pieczę, były wożone z tej kolonii Brzeźnica do Bornego Sulinowa, do szkoły. I tak dalej. Proszę państwa, ta wycieczka w 2000 roku i później w 2006, i później też, ale te dwie pierwsze wycieczki zostawiły mnie z takim poczuciem i pewno dlatego włączamy do naszego cyklu, niesamowitości absolutnej.
Nie trzeba było duchów, nie trzeba było żadnych innych zjawisk. Miałem poczucie, że to, co się tam działo, to, co obserwuję, jest jak z innego świata. Naprawdę z innego świata. To teraz czas na odrobinkę literatury. Dzisiaj przygotowałem dla państwa cztery opowiadania. Autorem pierwszego jest Piotr Prokopowicz. Nosi ono tytuł „Dorosły”. Autorką kolejnego opowiadania jest Dagmara Adwentowska. Nosi ono tytuł „Wielki triumf ludzkości”. A potem poznamy tekst Jakuba Karbownika.
Tekst zatytułowany „Niewinne dziobanie”. I czwarte opowiadanie Justyny Karolak „Cisza i bezczas”. To jest fragment powieści „Kobieta w pomarańczach”. Bardzo serdecznie państwa zapraszam. Czyta Marek Sęk "Ivellios".
[01:13:10] - Piotr Prokopowicz „Dorosły”. W grupie było dokładnie pięćdziesięcioro dzieci w różnym wieku, od około 10 do około 16 lat. Czworo starszych, ale nie najstarszych, stało pośrodku, podczas gdy reszta zrobiła krąg wokół nich. Pani Magda głośno oznajmiła: „A teraz dzieci zaśpiewamy sto lat naszym absolwentom. Cała czwórka skończyła już 14 lat oraz zdali pomyślnie wszystkie testy i jutro otrzymają dyplom dorosłości. Zaczną funkcjonować w społeczeństwie jako obywatele”. Po czym zaczęła głośno: „Sto lat”. Reszta szybko dołączyła. Po odśpiewaniu dzieci rozeszły się – jedne do zabaw, inne do boksów edukacyjnych oferujących zajęcia szkolne. Grupka absolwentów została na środku.
Mariusz spojrzał na pozostałych. Leszek, Zosia i Basia. „Spotkamy się jeszcze?” „Mam nadzieję” – odparła optymistycznie Zosia. „Rozpoznamy się? Na pewno tak wyglądacie?” – zapytał Leszek. Wszyscy potwierdzili, tylko Basia nieśmiało dodała: „Ja trochę zmieniłam naturalnego awatara” – szybko jednak zastrzegła: „Ale tylko włosy. Naprawdę to mam czarne”. „Był już ktoś poza boksem?” – zapytał Mariusz. „Cały czas o to pytasz” – żachnął się Leszek. „Przecież wiesz, że nie.
Zielone drzwi w naszych boksach otworzą się jutro”. „Tata mówił mi, że otrzymamy ważne zadania, ale nie chciał zdradzić żadnych szczegółów” – powiedziała Zosia. „A mój tata odzywa się do mnie bardzo rzadko” – odparł Mariusz. „Głównie mama do mnie przychodzi. Czasami jeszcze babcia. Tatę widziałem ostatni raz chyba miesiąc temu”. „No dzieci” – podeszła do nich pani Magda. „To ostatni dzień, kiedy mogę tak do was mówić. Życzę wam powodzenia w przyszłym życiu i pamiętajcie – społeczeństwo liczy na was”. „Czy będziemy mogli czasami odwiedzić szkołę?” – zapytała Basia.
„Oj kochanie, przecież będziecie zajęci. Podejrzewam, że nie będziecie mieli zbyt wiele czasu na wirtuala. Wiem, macie wiele pytań, ale są sprawy, o których samo mówienie niewiele daje. Pewne rzeczy trzeba po prostu doświadczyć. Poza tym przepisy nie pozwalają mi z wami o tym mówić. Jutro się dowiecie wszystkiego”. Widząc ich niepewne miny, zagarnęła rękoma całą grupkę i uściskała serdecznie. „Życzę wam szczęścia dzieciaczki i może do zobaczenia”. Uśmiechnęła się szczerze. Grupka podeszła do drzwi wejściowych i wyszła na korytarz rozłączeniowy.
„Jak nie będziemy mogli się rozpoznać i odnaleźć, to zawsze możemy doprecyzować szczegóły przez maile” – pocieszył się Mariusz. „Mój tata mówi, że dla dorosłych pojawiają się nowe opcje w wirtualu” – powiedziała Zosia. „Są tak absorbujące, że nie ma pokusy szukania wejścia do szkoły”. „Do zobaczenia” – rzucili do siebie nawzajem, zamykając wirtuala. Mariusz wypiął się z kulistego urządzenia i wyszedł do pokoju dziennego. Usiadł i rozejrzał się wokół. Boks był całym jego życiem, od kiedy pamięta. Tu miał swoją czytelnię, sypialnię i kuchnię. Było tu troje drzwi. Jedne do łazienki, jedne do pokoju z wirtualem i jeszcze jedne zielone.
Te jak na razie były cały czas zamknięte. Mikrus, robot domowy zaoferował mu szklankę wody. Na ścianach były dwa ekrany. Jeden do zastosowań osobistych, drugi komunikacyjny. Z tego drugiego patrzyła na niego twarz mamy. „Jak się czujesz synku?” – zapytała. „Nie wiem” – milczał przez chwilę, po czym dodał: „Do tej pory wyjście z boksu oznaczało wejście do wirtuala. Tam były wycieczki, większość zabaw, szkoła i wakacje”. Znowu zamilkł. Mama patrzyła z zatroskaniem.
Po dłuższej chwili milczenia kontynuował: „Pamiętasz naszą wycieczkę w góry? To była piękna przygoda”. Twarz na ekranie uśmiechnęła się ciepło. „Czy jutro będziemy mogli pojechać w prawdziwe góry? Przyjdziesz do mnie? Ale tak naprawdę, nie przez ekran”. „To nie jest takie proste, syneczku” – odparła mama. „Ale jak chcesz, to mogę jutro być przy tobie, gdy drzwi się otworzą. Pamiętaj, że jesteś bardzo ważny dla mnie, dla wszystkich, dla całego społeczeństwa”. „Bądź mamo, chociaż przez ekran” – milczał chwilę.
„Teraz muszę pobyć sam. Do widzenia. Przyjdź”. Nie mógł spać. Sygnał pobudki wyrwał go z letargu. Zerwał się i ubrał w ekspresowym tempie. Twarz mamy pojawiła się na ekranie. „Już czas synku. Śmiało”. Mariusz usłyszał syk z kierunku zielonych drzwi.
Podszedł. Zatrzymał się. Przez chwilę brakowało mu odwagi. Potem popchnął. Otworzyły się ze zgrzytem. Za nimi było ciemno. W boksie było dużo jaśniej. To przeszkadzało w dojrzeniu, co jest dalej. Zrobił kilka kroków. Był na zewnątrz.
Rozejrzał się. Był w olbrzymim pomieszczeniu, w którym wielkie kontenery stały w rzędach. Właśnie wyszedł z jednego z nich. Wokół rozjaśniło się nieco. Kontenery wyglądały bardzo podobnie. W trzech stojących niedaleko były otwarte drzwi. Było w nich widać sylwetki młodych ludzi. Rozpoznał Leszka, Zosię i Basię. Basia rzeczywiście miała czarne włosy. Zdecydowanie lepiej jej pasowały niż jasne, które pokazywała na awatarze.
Nad głowami mieli czarną przestrzeń z niebieską kulą pośrodku. „To chyba kosmos” – pomyślał, kojarząc sobie obrazy z filmów edukacyjnych. Nagle coś piknęło i z głośników rozległ się rzeczowy męski głos. „Witajcie nowi obywatele. Całe społeczeństwo cieszy się i gratuluje wam, że wyrośliście na dojrzałe i zdrowe jednostki. Jak na razie jako jedyni z waszej grupy zdaliście wszystkie testy fizyczne pomyślnie. Zapewne macie wiele pytań. Zacznijmy od podstawowych. Gdzie jesteście i dlaczego? Otóż jesteście na bazie orbitalnej wokół Ziemi.
Jesteście tu dlatego, żeby zwiększyć szanse na wasz zdrowy rozwój. Ludzkość na Ziemi wyginęła w wyniku epidemii. Z 10 miliardów przed zarazą przetrwał zaledwie milion ludzi. Każde dziecko jest bardzo cenne i nie może być narażone na infekcje. Dlatego społeczeństwo zdecydowało, że wszystkie zdrowe noworodki będą rozwijały się w bazach orbitalnych i na Księżycu. Niestety, mimo izolacji wciąż często pojawiają się wady w rozwoju nowych osobników. Wam się udało. Jesteście nadzieją ludzkości na odrodzenie i zdrowy rozwój”. Chłopak spojrzał z niepokojem na szeregi kontenerów. Nie liczył, ale mógłby się założyć, że jest ich tyle, ile było dzieci w grupie.
Pięćdziesiąt. Pomyślał o starszym szesnastoletnim Robercie, z którym często bawił się i uczył. On został w szkole. Mariuszowi kłębiło się w głowie milion pytań i wątpliwości. Na wierzch wybijały się ponure myśli. Jak wyglądają naprawdę pozostałe dzieci z grupy? Czy jest jeszcze szansa, że któreś z tych, co zostały, kiedykolwiek opuści swojego boxa? Co będzie z tymi, którzy nigdy nie zdadzą tych fizycznych testów? Dagmara Adwentowska „Wielki triumf ludzkości”. Ciało Lee McCully, 999 admirała Pierwszej Floty Zjednoczonych Stanów Ziemi, Księżyca i Marsa spoczywało na twardej jak kości wszechświata leżance, przypięte mocno pasami.
Na wszelki wypadek. Sztuczna grawitacja ostatnio wysiadała. Jakoś tak od śmierci 807 admirała. Mężczyzna uśmiechał się do siebie trochę z triumfem, a trochę z ulgą. Pierwsza Flota płynęła przez kosmos od tysiącleci, ale każdy skok w nadprzestrzeń zbliżał ich do celu. Technicznie zgadzali się co do tego, że potrzebny jest tylko jeden dzień. Na szczęście Orfeusz, statek flagowy i jedyny pozostały z floty mógł nie wytrzymać kolejnego wejścia w nadprzestrzeń. I tu winna była nadprzestrzeń. Według historyków pierwsza jej ofiarami padły bliźniacze transportowce Dr Jekyll i Mr Hyde. Dr Jekyll rozpadł się w błysku tysiąca słońc po skoku.
Mr Hyde zaś chwilę potem uzyskał świadomość. Ogłosił się Bogiem. Z początku spamował systemy łączności, głosząc swą ewangelię. Potem znalazł proroków i zaczął zwiastować o konieczności wyplenienia heretyków. Piąty admirał zdecydował o eksterminacji Hyde'a. Działy się rzeczy jeszcze dziwniejsze ze statkami i ludźmi, którzy je prowadzili przez pustkę, na nich się rodzili, na nich żyli i umierali. Jedni i drudzy zmieniali się w tempie nieznanym ziemskiej nauce. Na ekranie komunikatora pojawiła się zielona tęczówka oka Jane, szefa technicznych. Na krawędzi jej powieki drgała łza wzruszenia. „Admirale, wszystko gotowe.
Rozpocząć odliczanie”. Kobiecy głos wypełniał trzewia statku. Zdawał się odliczać nie tylko czas do przejścia, ale i kroki ostatniego admirała Pierwszej Floty podążającego w stronę mostka, skąd będzie obserwował wypełnienie misji i ukoronowanie życia setek pokoleń. Ciało Lee zapadło się w głęboki fotel. Gwiazdy rozmazały się w długie smugi. Lee zamknął oczy, by przetrwać nieprzyjemne wrażenie rozpadania się. Zwlekał z ich odtworzeniem. Zawsze bał się, że nie wyjdą po drugiej stronie tacy sami. Otworzył powieki i zdębiał. W pustce wisiały lśniące, srebrzyście kształty.
Przez ich powierzchnię przebiegało migotliwe drżenie. Za nimi na skalnej asteroidzie pięły się w górę smukłe wieże oplecione siecią przeźroczystych mostów. Z systemu łączności dobiegł niezrozumiały jazgot. Srebrne kształty ściemniały, by nagle wybuchnąć oślepiającym światłem. Lee zabolało serce. Ciało Lee McCully, 999 admirała Pierwszej Floty Zjednoczonych Stanów Ziemi, Księżyca i Marsa spoczywało na twardej jak kości wszechświata leżance przypięte mocno pasami. Na wszelki wypadek, jakby ożył albo zrobił coś podobnie zdumiewającego i niebezpiecznego. Naukowcy stali wyprężeni przed kapitanem stacji jak uczniowie na apelu. „Skład i budowa przejętej jednostki” – najstarszy wiekiem i stażem zabrał głos jako pierwszy – „wskazują na to, że statek powstał na Ziemi. Tylko że wieki temu.” „Badania DNA wykazały wiele części wspólnych w genomie załogi i ludzi” – dodała biolog.
Kapitan spojrzał na nią z góry. „Nie, doprawdy. Niech pani spojrzy.” – wskazał na zwłoki Li. Bezwłose, z długim, chwytnym ogonem i stopami o przeciwstawnym kciuku. Długa, wąska czaszka zdawała się być zbyt wielka dla wątłej szyjki. Oczy były wielkie, ciemne jak kosmos i obce. „Czy to pani wygląda na człowieka?” „Pierwsze hipernapędy miały efekty mutagenne” – wtrącił cicho szef grupy naukowców. „Dość tych nonsensów.” – kapitan uciął dywagacje zniecierpliwionym tonem. „Obroniliśmy ważną kolonię Zjednoczonych Układów Drogi Mlecznej przed atakiem obcych. Odnieśliśmy wielki triumf.” Kapitan wstał energicznie i ruszył zdać odpowiedni raport przełożonym.
Liczył na premię, może nawet dostanie order. Jakub Karbownik „Niewinne dziobanie”. Robotnicy zaczęli schodzić się dosyć wcześnie. Był ciepły letni poranek. Poniemiecki budynek służył jako siedziba Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej. Ze względu na wartość zabytkową zdecydowano się na odrestaurowanie elewacji oraz wymianę zużytego chodnika wzdłuż obiektu. Rusztowanie powstało jakiś tydzień wcześniej i ozdobione zostało siateczką ochronną. Przeszło pozytywnie testy BHP i teraz czekało dumnie na swoją załogę. Po porannej kawie oraz szybkim śniadaniu robotnicy rozpoczęli mozolne przygotowania do pracy. Renowację mieli rozpocząć od góry, a następnie w miarę postępu robót stopniowo schodzić w dół.
Natomiast chodnik czekał na dostawę kostki brukowej. Stare, popękane płyty zostały już usunięte i wywiezione. Student architektury, wchodząc przez główne wejście, wyrzucił kawałek niedojedzonej słodkiej bułki. Jedzenie zwabiło latających amatorów resztek. Skubali, dziobali, skakali i walczyli, rozgrzebując piach, który miał być podłożem pod betonową kostkę. Robotnicy nie przejmowali się tym zbytnio. Ostatecznie i tak mieli dopiero zagęścić piasek. Ku uciesze ptactwa dorzucali nawet resztki ze śniadania. Tuż za ulicą, jakieś 12 metrów od rozkopanego chodnika rozciągał się park. Przy dwóch oczkach wodnych rezydowały tam kaczki i łabędzie, a pod taflą wody czaiły się ryby.
Drzewa nie rosły gęsto, ale dawały przyjemny cień. Na jednym ze wzniesień przycupnęła niepozorna kapliczka. W parku, jak należy, wytyczone było miejsce zabaw dla dzieci oraz szerokie chodniki, idealne zarówno dla biegaczy, jak i dla miłośników spacerów. Pas zieleni w środku miasta przyciągał studentów, którzy w wolnych chwilach zalegali na miękkiej trawie, zupełnie lekceważąc drewniane parkowe ławki. Na jednej z nich siedział staruszek. Karmił gołębie lekko czerstwym chlebem. Kiedy skrzydlate towarzystwo wyjadło już wszystko co do okruszka, wówczas przeniosło się dalej, aby poszukać nowych, potencjalnych żywicieli. Natomiast siedzący na ławeczce siwy mężczyzna w kaszkiecie zaczął uważnie lustrować prace restauracyjne na elewacji jego ukochanego budynku. W pewnej chwili poczuł delikatne wibracje w prawej kieszeni. To była wiadomość od syna.
Czekał na nią od kilku godzin. Odblokował smartfona i otworzył MMS-a. Syn przesłał mu parę zdjęć z Japonii oraz króciutką relację z pobytu na obczyźnie. Chwalił się też swoimi sukcesami. W Kraju Kwitnącej Wiśni nie było łatwo zabłysnąć w dziedzinie robotyki. Staruszek uśmiechnął się. Kochał swoje dzieci i był z nich dumny. Dla ojca nie ma większego szczęścia niż zdolne dzieci. Zerknął na zegarek. Dochodziła dziesiąta.
Słońce zdołało już nieco podnieść temperaturę powietrza. Pracownicy z rusztowań zmierzali właśnie na kolejną przerwę śniadaniową. Mężczyzna spoglądał na niewinnie dziobiące w piachu ptaki. Z nadzieją szukały ostatnich okruszków. To się przewróciły, to poganiały, robiąc coraz to większe zagłębienia. Tuż obok ławki przeszedł wysoki wąsacz, który przekroczył już nieco granicę wieku średniego. Ukłonił się z uśmiechem i powiedział: „Dzień dobry, panie profesorze.” Nawet nie zwolnił i udał się prosto w stronę budynku akademickiego. „Dzień dobry.” – odpowiedział po dłuższej chwili staruszek. Zrobił to z dużym opóźnieniem, a jednak kosztowało go to bardzo wiele wysiłku. Po ostatniej operacji osłabiony organizm odmawiał pełnej współpracy z umysłem.
Zwykłe przywitanie stawało się wyczynem porównywalnym do zdobycia sporego górskiego szczytu. Na ławkę dotarł rano dzięki uprzejmości sąsiada. Pan Mietek miał też po niego wrócić około południa i zabrać na obiad. Jednym z niewielu miejsc, do których choroba nie miała dostępu, była głowa staruszka. Lata nauczania fizyki wyostrzyły jego umysł do granic. Ze względu na brak innej rozrywki coraz częściej zatapiał się w otchłani swych przemyśleń lub skupiał się na uważnej obserwacji. Zauważał zmiany. Patrzył na świat inaczej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Ale to właśnie tego ranka wskoczył na zupełnie nowy poziom. Odblokował swego rodzaju synestezję.
Połączenie praw fizyki, dynamiki zmian w materii ożywionej i nieożywionej, rachunku prawdopodobieństwa, a na koniec pokaźnego zakresu wiedzy ogólnej dawało mu szeroki obraz rzeczywistości. Bardzo szeroki. Czuł się tak, jak gdyby wkroczył w nowy wymiar. Świat pozostał właściwie taki sam, ale zmienił się sposób, w jaki starszy mężczyzna patrzył na swe otoczenie. Nie czuł się przytłoczony potężną falą informacji. To wszystko było dla niego naturalne. Z wyprzedzeniem wiedział, co się wydarzy. Wartości niezauważalne dla przeciętnego człowieka. Wartości, które znajdują się daleko za przecinkiem ułamka, miały kolosalne znaczenie. Teraz dopiero widział to w pełni.
Teraz to wiedział. Często zastanawiał się nad sytuacjami, które rzekomo zsyłane były przez los. Czy to nie była po prostu wymówka ukrywająca brak wiedzy o świecie? A może raczej przyznanie się do limitu poznawczego? On właśnie przełamał ten limit. Przerwał filozoficzne dywagacje. Coś się stało. Coś niedobrego. Chwila skupienia. Będzie wypadek.
Wie o tym. Czuje to. Wińci. Chce jakoś ostrzec ludzi, ale nie może. Całą życiową energię pobiera mózg. Wcześniejsze „dzień dobry” stało się wyczynem nie do powtórzenia. Huk. Pisk. Fala uderzeniowa. Widzi, jak ona sunie, automatycznie opisywana przez jego umysł skomplikowanymi fizycznymi wzorami.
Widzi, jak rozpędzony tramwaj uderza w ciężarówkę. Na szczęście nikt nie stracił życia. Ale to nie koniec. Fala pędzi prosto w kierunku rusztowania. Jedna z aluminiowych podpór nie została odpowiednio zabezpieczona. Energię wywołaną uderzeniem bezlitośnie zatrzęsła rusztowaniem. Robotnicy na wysokości, zabezpieczeni pasami, odruchowo łapią się najbliższych elementów konstrukcji, ale zaraz potem zaczynają pośpieszną ewakuację. Zdążą. Staruszek wie to. Zanim aluminiowe nogi zakończą swój taniec, a rozchwiana konstrukcja runie, wszyscy będą już w bezpiecznym miejscu.
Wrzawa. Biegacze stanęli. Ptactwo z okolicznych oczek zerwało się do lotu. Studenci przerwali swoje błogie nicnierobienie i spojrzeli w kierunku rusztowania. Matki zaczęły nerwowo nawoływać dzieci. On sam był bezpieczny. Wiedział to. Jednak było jeszcze dziecko. Dziewczynka, która nie wiedzieć skąd znalazła się w pobliżu rusztowania. Różne scenariusze zaczęły przemykać przez głowę mężczyzny, aktualizowane o coraz to nowe zmienne.
„Jest szansa” – krzyknął w myślach. – „Można uratować to dziecko”. Tą zmienną niosącą nadzieję okazał się jeden z robotników. Był najwidoczniej spóźniony, ale teraz nie miało to znaczenia. Ważne, że zareagował. Ten warunek został spełniony. Ale to nie był jeszcze koniec. Jeden z elementów walącego się rusztowania spadł pół metra od dzieciaka. Aluminiowa rura wbiła się niemal pionowo w piach i zaczęła przechylać się w stronę sparaliżowanej strachem dziewczynki. Robotnik miał dwie, góra trzy sekundy.
Tyle wystarczyło. Chwycił dziecko w pół i odskoczył z nim w bok. „Uratowani” – pomyślał starzec. Wypuścił z wolna powietrze. Nawet nie zauważył, że wcześniej wstrzymał oddech. Ludzie wiwatowali na cześć bohatera. Brawurowy wyczyn przykrył na razie pytania, dlaczego w ogóle rusztowanie runęło. Ale uratowanie dziecka to nie była wyłącznie zasługa robotnika. Staruszek widział to teraz wyraźnie. Gdyby roztrzepany student nie wyrzucił resztek jedzenia na piach, gdyby nie zrobili tego później robotnicy, nie powstałyby wówczas zagłębienia zrobione przez ptaki.
Te małe, wydawać by się mogło nic nieznaczące dziury w piasku dały szansę na uratowanie dziecka. Gdyby element rusztowania wbił się w gładki piach, to od razu runąłby na dziewczynkę. Wgłębienie tylko minimalnie zmieniło rozkład sił działających na aluminiową rurę, ale to opóźniło upadek ciężkiego elementu i w rezultacie dało szansę na uratowanie dziecka. Niewinne dziobanie ptaków było jednym z koniecznych warunków do zaistnienia scenariusza z happy endem. Starzec uśmiechnął się radośnie, ale nie trwało to długo. W pierwszej chwili wydało mu się, że traci wzrok. Później poczuł rozdzierający ból. Złapał się za serce i z przerażeniem spojrzał na klatkę piersiową. Wiedział już wszystko. Jego serce niedługo się zatrzyma.
Powodem były emocje wywołane wypadkiem. Ciało staruszka opadło bezwładnie na oparcie ławki. Wydawać by się mogło, że w ostatnich chwilach życia nic ważnego nie może się już wydarzyć. A jednak, gdy sekundy dzieliły profesora od śmierci, jego umysł wskoczył na jeszcze wyższy poziom. Staruszek zrozumiał, co jest po drugiej stronie. Zrozumiał sens życia i tego wszystkiego, co spotkało go w życiu. „Szkoda, że nie mogę im tego wszystkiego przekazać” - pomyślał. Z uśmiechem na twarzy zamknął oczy. Tuż przy nim zebrało się kilka ptaków. Wyglądało to tak, jakby chciały towarzyszyć profesorowi w ostatniej podróży.
Precyzyjnie i mozolnie dziobały napis na ziemi. Jednak nikt z przechodniów nie zwrócił uwagi na koślawe litery, a czas i wiatr na zawsze zakrył to, co niewinnie wydziobały. Justyna Karolak „Cisza i bezczas”. Fragment powieści pod tytułem „Kobieta w pomarańczach”. Tego dnia mężczyzna postanowił wpaść do mnie niespodziewanie. Wieczór upłynął zwyczajnie i mile, więc poszliśmy do łóżka w dobrych nastrojach. Obudziłam się wcześnie rano, nagle i od razu przytomna. Otworzyłam oczy z uczuciem, jak gdyby czekało na mnie coś pilnego. Pomyślałam, że to dziwne i niepasujące do rzeczywistości uczucie. Spojrzałam na ścienny zegar.
Było 21 po 5. Za wcześnie. Otuliłam się kocem. Zamknęłam oczy, ale nie mogłam zasnąć, mimo że mi na tym zależało. Kręciłam się wbrew swojej woli i byłam bardzo świadoma i rozbudzona. Kręciłam się z zamkniętymi oczami przez mniej więcej 10 minut. Ponownie spojrzałam na ścienny zegar. Zdziwiłam się. Było wciąż 21 po 5. Wskazówki nie drgnęły ani o minutę.
Pewnie czas mi się dłużył. To wszystko. Jeszcze raz zamknęłam oczy i spróbowałam zapaść w sen. Starałam się odprężyć. Skupiałam umysł na perspektywie snu. Tym razem utrzymałam się w tym stanie chyba 15 minut. Po upływie kwadransa zrozumiałam, że po prostu nie mogę już spać i postanowiłam się z tym pogodzić. Otworzyłam oczy i znowu spojrzałam na ścienny zegar. Pokazywał wciąż 21 po 5. Obsypał mnie dreszcz upiornego niepokoju.
Najpierw pojawiła się racjonalna myśl ratunkowa, że w zegarze wyczerpały się baterie, że zegar stanął. Ta myśl zdążyła mnie ukoić, kiedy zauważyłam, że sekundnik porusza się. Cyk, cyk, cyk. Zegar odmierzał czas podzielony na sekundy. Zegar żył. Wcale nie wyczerpały się baterie. Tylko dwie główne wskazówki zamarły, całkiem znieruchomiały. Wskazywały nieugięcie godzinę 5:21. Nie mogłam tego pojąć. Wpatrywałam się w zegar przez kilka kolejnych minut.
Jestem pewna, że to były minuty, ale nic się nie zmieniało. Godzina była przez cały czas ta sama. Byłam tym absolutnie oszołomiona. Działo się ze mną coś dziwnego, szalonego, zimnego. Moje oczy widziały wciąż tę samą godzinę na zegarze, chociaż sekundnik się ruszał. Nie mogłam znaleźć logicznego wytłumaczenia tego, co widzę. Raptem przyszło mi do głowy, żeby pójść do kuchni i spojrzeć na zegar, który tam wisi, żeby porównać godzinę na zegarze w sypialni z godziną na zegarze w kuchni. Byłoby logiczne, gdybym tak zrobiła, ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Nie mam pojęcia co. Nie potrafię tego określić.
To było uporczywe, odśrodkowe uczucie, żeby niczego nie sprawdzać, żeby zostawić sytuację, jaką jest, nie ingerować. To nawet nie była myśl, żadna świadoma intencja, tylko przeświadczenie, że nic nie muszę robić, a wręcz nie powinnam. Absurdalne przeświadczenie, które dezorientowało i zarazem utwierdzało, że wokół dzieje się coś obiektywnego, a nie coś związanego z moim subiektywnym postrzeganiem. I wtedy odniosłam wrażenie, że czas się zatrzymał. I to wrażenie nie było już podobne do uczucia, tylko do surowej, czystej, w nic nie ubranej myśli. Po prostu uświadomiłam sobie, że czas się zatrzymał dla wszystkich ludzi, dla całego świata. Oprócz mnie. Ja jedna pozostałam w ruchu i byłam przytomna, ponieważ dla mnie jednej wskazówka sekundnika niezachwianie wędrowała do przodu. Ale dla całego świata, dla wszystkich ludzi czas się zatrzymał. Nie widziałam w tym najmniejszego sensu ani logiki, ale coś podobnego przyszło mi do głowy i miałam stuprocentowe przekonanie, że to jest prawda.
Wtedy odwróciłam głowę od zegara i spojrzałam na mężczyznę, który spał obok. Zauważyłam, że nie oddycha. Jego klatka piersiowa nie unosiła się i nie opadała. Nie drgało skrzydło nosa. Powieki się nie poruszały, choć jego twarz miała wyraz mówiący o tym, że mężczyzna jest pogrążony w głębokiej fazie snu. Jednak nie było w nim żadnego ruchu, iskry życia. Znowu obsypał mnie upiorny dreszcz. Przestraszyłam się gwałtownym pomysłem, że on nie żyje, że umarł w nocy. Może powinnam przynieść do łóżka lusterko i przyłożyć mu do nosa, do ust, żeby zobaczyć, czy osadzi się para świadcząca o oddechu. Przyznaję, że byłoby to racjonalne, logiczne, ale ja nie pomyślałam o lusterku dlatego, że widziałam wyraźnie, że on nie oddycha.
Wiedziałam, że się nie mylę. Przyszło mi do głowy, żeby dotknąć jego czoła, twarzy, żeby w ten sposób rozstrzygnąć, czy on żyje, czy nie. Tak zrobiłam. Miał ciepłe czoło, normalną dla żywego człowieka, przyjemną temperaturę. Poza tym wyczułam życie w tym dotyku, w jego skórze, pod swoimi palcami. Rozumiałam, że tętni w nim krew. Wyczułam, jak gdyby żywe naczynia krwionośne gdzieś w środku jego skóry, kiedy głaskałam go po czole i po twarzy. A więc mężczyzna żył. Byłam tego pewna. Nie umarł, lecz mimo tego nie oddychał.
Znowu spojrzałam na zegar. Mimo że sekundnik parł w przód, godzina była wciąż ta sama. Wróciłam wzrokiem do mężczyzny. Ułożyłam się na boku i wpatrywałam w jego niby umarłą twarz. Zrozumiałam, że czas dla całego świata się zatrzymał, a tylko dla mnie jednej nie. Nie mogłam pojąć dlaczego ani po co. Zaczęłam świadomie nasłuchiwać odgłosów zza okna, ale nic nie słyszałam. Nie przejechał ani jeden samochód, nie zaszczekał pies, nie rozległy się odgłosy niczyich obcasów na chodniku. Wszystko się zatrzymało. Poczułam to wyraźnie.
Ogarnęła mnie cisza i bezczas. Poczułam to wyraźnie. Nie rozumiałam, dlaczego coś takiego przytrafiło się właśnie mnie. Nie widziałam w tym ani sensu, ani tym bardziej celu. Nie umiałam dopatrzyć się przyczyny. Nie wiedziałam, co doprowadziło do zaistnienia tej dziwnej, anormalnej sytuacji, lecz wydało mi się, że dziwne, anormalne rzeczy powinny czemuś służyć, pojawiać się z jakiegoś powodu i być przeznaczone w jakimś celu. I to nie z byle jakiego powodu i nie w dowolnym celu. Musiała istnieć precyzyjna przyczyna, dla jakiej to spotkało właśnie mnie. I musiałam doszperać się w tym, co mnie spotkało precyzyjnego znaczenia i motywacji do działania. Pomyślałam, że w życiu jest tak, że to zwykłe sytuacje następują, toczą się bez celu.
Praca, zakupy, pranie, jedzenie, spanie, myślenie to są sytuacje, codzienne sprawy, zupełnie zwykłe i potoczne, ale i bezcelowe. Pomyślałam, że to normalne, że prozaiczne czynności nie mają sensu, że donikąd nie prowadzą. Pomyślałam, że to normalne, ale kiedy dzieje się coś anormalnego, wyjątkowego, to przecież nie może dziać się po nic. Dlatego starałam się nadać znaczenie temu, co mnie tego ranka spotkało, ale nie potrafiłam nadać żadnego znaczenia. W tym naprawdę nie zawierało się nic. Jednak skoro właśnie ja zyskałam ten dodatkowy czas, ponieważ wszyscy inni zastygli w bezruchu, a pozostałam świadoma tylko ja, to wydało mi się logiczne, że powinnam w tym dodatkowym czasie dojść do jakichś błyskotliwych wniosków. Powinnam mieć tu i teraz jakąś iluminację, objawienie. Powinnam wykorzystać ten czas i potraktować go jak wielką wygraną na loterii. Powinnam dokonać czegoś z jego pomocą. Powinnam w tym czasie poczynić jakieś ogromne odkrycie intelektualne.
Kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy. Po prostu zupełnie niczego wokół siebie nie zauważałam. Żadnego punktu zaczepienia. Zero matrycy dla ukształtowania jakiegokolwiek wniosku, nie mówiąc o ogromnym odkryciu. Ogarnęła mnie cisza i bezczas. Poczułam to wyraźnie. Zagięła się dla mnie czasoprzestrzeń. Znalazłam się w pętli czasowej. Właśnie ja. Lecz pomyślałam, że to się stało przez zupełny przypadek, że w rzeczywistości wcale nie chodziło o mnie, a może nawet nie chodziło w ogóle o nikogo.
To się stało przez zwykłą omyłkę. Pomyślałam, że czas też ma swoje wady, że nie jest doskonały. Czasowi także może przydarzyć się usterka, niedociągnięcie, awaria. Pomyślałam, że to jest tego typu sytuacja. Trywialna awaria. Przyglądałam się zatrzymanemu w czasie mężczyźnie, z którym spędziłam noc, który spał teraz obok mnie wczesnym rankiem i który nie oddychał. Jego głowa była absolutnie pusta, ale nie tak, jak pusta byłaby skorupka po jajku, tylko tak, jak gdyby wszystko w jego głowie zastygło i stało się przeźroczyste. Nie dostrzegałam w tym mężczyźnie, w jego wnętrzu ani jednego szczegółu, z jakim biłoby ciepło. Na pewno winny był temu bezczas, w którym się znalazłam, ale nie mogłam wyłuskać z siebie ani jednej emocji do tego mężczyzny. Był mi całkiem obojętny.
Przyszło mi do głowy, że mogłabym przeżyć z nim resztę życia. Wstawałabym co rano na dźwięk budzika i szła przed siebie, a on leżałby w ten sposób i spał, nie oddychając i nie myśląc przez wszystkie dni, wieczory, noce, świty i zmierzchy naszej wspólnej codzienności. Pomyślałam, że wcale by mi nie przeszkadzało, gdyby on tak leżał i był w moim łóżku pusty, nieświadomy, zatrzymany w czasie na wieki wieków. Do tego stopnia był mi obojętny, że ani trochę nie przeszkadzałaby mi jego milcząca obecność. Opowiadanie pod tytułem „Cisza i bezczas” to fragment mojej powieści pod tytułem „Kobieta w pomarańczach”. Fragment ten w książce jest poszerzony, zawiera więcej szczegółów, stanowiąc istotny element szerszego kontekstu i służąc rozwojowi fabuły. „Kobieta w pomarańczach” to opowieść o 36-letniej dziennikarce Dorocie, przed którą w wyniku przypadkowego spotkania ze znacznie starszym mężczyzną otwiera się dziwny nurt zdarzeń. Wychowana przez zaborczą matkę, nieznająca ojca, nagle zaczyna oglądać świat oczami i ciekawskiego, i zagubionego dziecka. Wcześniejsza egzystencja okazuje się albo nieprawdziwa, albo niewystarczająca dla potrzeb krystalizującej się wewnętrznie, a nadal młodej kobiety. Koszmary mieszkające za ścianą w ukrytej alternatywnej rzeczywistości, choć skutecznie budzą myśli z przydługiego zimowego snu, zarazem pchają głowę w kompletnie obce i zawiłe rewiry.
By sprostać układom chaotycznym i własnemu cieniowi, Dorota musi uporządkować trzy relacje: z młodym kochankiem, z dojrzałym redaktorem naczelnym gazety, dla którego pracuje i z owym tajemniczym starszym mężczyzną. To nie romans, to nie powieść obyczajowa. To literatura piękna, oniryczna, surowa, brutalna, a zarazem prostolinijna i zanurzona w akwenie świadomej jaźni i sennych mar. Analogicznie do tego, jak proste i jednocześnie absurdalne oraz surrealne potrafi być samo życie.
[01:51:36] - Proszę państwa, niniejszym ogłaszam, że kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji właśnie dobiega końca. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi tu na radiowej antenie Radia Paranormalium. Bardzo państwu za to dziękuję. Polecam się na przyszłość. Tradycyjnie zapraszam za tydzień, a teraz już dobrej nocy, dobrego weekendu i w ogóle dobrego tygodnia. Pozdrawiam.
[01:52:06] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkie Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.