Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. 11 września 2001 roku lata 90. oficjalnie się skończyły. 11 września 2026 roku natomiast rozpoczyna się kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Tu i teraz. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Hola, hola Bydgoszcz.
[00:42] - Halo, halo. Tradycyjne dzień dobry, wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie na kolejnym wydaniu Akademii Wszelkiej Fikcji. Zaczniemy dzisiaj od polecanki, ale nie od polecanek książkowych, tylko od polecanki. To jest polecanka książki, która mnie ostatnimi czasy zafascynowała. Ja czytam sporo książek, ale kiedy już mówię o fascynacji, to trzeba sobie na tę fascynację zapracować. I autor dzisiejszej książki, książki, którą omówię, zdecydowanie powalił mnie na kolana po prostu. Przejdźmy do tej polecanki. Zacznijmy ją tak: wyobraźmy sobie podróż. Podróż, podczas której nie przemieszczamy się w przestrzeni, ale w czasie. My nie odwiedzamy przyszłości, ale cofamy się coraz dalej, aż świat, ten świat, który znamy, zaczyna znikać. Znikają miasta, znikają cywilizacje, znikają ludzie, a w końcu także zwierzęta i rośliny, które zaczynają nam się wydawać jakieś inne, jakieś takie mało znajome. Tak, pozostaje planeta, ale planeta całkowicie inna od tej, na której żyjemy. To właśnie taką podróż proponuje nam Thomas Halliday w książce „Miliony światy”. To jest, proszę państwa, podróż do początków Ziemi. I taki jest zresztą podtytuł. Halliday, planetolog i biolog ewolucyjny zabiera nas w podróż przez około pół miliarda lat. Nie tworzy jakiegoś tradycyjnego podręcznika historii Ziemi. Zamiast tego przedstawia 16 dawnych światów. Każdy z nich jest odrębnym i naprawdę niezwykłym ekosystemem. Ta podróż rozpoczyna się stosunkowo niedawno, około 20 000 lat temu, a następnie prowadzi coraz głębiej w przeszłość, aż do około 550 milionów lat od dzisiaj. Ten pomysł, który prezentuje autor książki, jest jednym z największych atutów książki, bo zamiast prowadzić czytelnika taką tradycyjną drogą od początku do współczesności, Halliday robi coś odwrotnego. On cofa zegar. Dzięki temu historia życia nie wygląda jak taki prosty marsz, który prowadzi nieuchronnie do pojawienia się człowieka. Wręcz przeciwnie, czytelnik szybko zaczyna rozumieć, że przez zdecydowaną większość historii naszej planety człowieka po prostu nie było. Nie było nawet organizmów, które przypominałyby współczesne ekosystemy. Istniały za to niezliczone światy, które przez miliony lat funkcjonowały według własnych reguł, a następnie bezpowrotnie znikały. I właśnie słowo „światy” jest tutaj szczególnie trafne. Halliday nie ogranicza się do wymieniania wymarłych gatunków. Jego interesuje całe środowisko, klimat, krajobraz, roślinność, zwierzęta, geologia i zależności między poszczególnymi organizmami. Dzięki temu czytelnik nie otrzymuje suchej listy nazw i dat. Ma za to wrażenie, że rzeczywiście znalazł się w konkretnym miejscu i w konkretnym czasie. Wspólnie z autorem możemy odwiedzić między innymi pliocenańskie sawanny Afryki, tropikalną Antarktydę, dawne morza i lądy, a także środowiska tak odległe od współczesnego świata, że trudno je sobie wyobrazić. W jednym z opisanych przez autora światów Antarktyda nie jest krainą lodu, lecz miejscem, które jest porośnięte bujną roślinnością. W innym czasie niezwykłe krajobrazy zamieszkiwały ogromne zwierzęta, których odpowiedników nie znajdziemy już dzisiaj. A jeszcze dalej w przeszłość, kiedy się cofamy do okresów, gdy dopiero kształtowały się pierwsze naprawdę złożone ekosystemy, robi się jeszcze dziwniej. To właśnie ta zdolność Hallidaya do ożywiania przeszłości sprawia, że książka, o której dzisiaj państwu opowiadam, wyróżnia się spośród wielu publikacji popularnonaukowych. Wielu recenzentów zwraca uwagę na niezwykle sugestywny charakter tej książki. Autor nie tylko przedstawia fakty, ale też rekonstruuje całe środowiska, wykorzystując wiedzę z paleontologii, geologii, a także biologii i klimatologii. Dzięki temu odległa przeszłość przestaje być czymś abstrakcyjnym. Przestaje być skalą czasu. Staje się miejscem, które naprawdę można sobie wyobrazić. I to jest szczególnie ważne, ponieważ głęboki czas, taki naprawdę głęboki, jest dla człowieka niemal niemożliwy do wyobrażenia. Sto lat to my potrafimy sobie jeszcze wyobrazić. Tysiąc to już jest coś bardzo odległego. Milion lat to brzmi już abstrakcyjnie, a setki milionów lat to przekracza możliwości naszej codziennej, zwykłej intuicji. Halliday znajduje jednak sposób, by tę niewyobrażalną skalę jakoś nam przybliżyć. Zamiast zasypywać czytelników samymi liczbami, on umieszcza tych czytelników w konkretnym krajobrazie i pokazuje, jak wyglądało życie w danym momencie historii naszej planety. Dzięki temu książka jest czymś więcej niż tylko opowieścią o wymarłych organizmach. To jest także lekcja patrzenia na Ziemię z innej perspektywy. Czytając „Minione światy” zaczynamy dostrzegać, że współczesny świat nie jest czymś stałym i oczywistym. Kontynenty zmieniały swoje położenie, oceany powstawały, a potem znikały. Klimat wielokrotnie przechodził ogromne przemiany, a całe grupy organizmów najpierw się pojawiały, potem rozwijały, a potem wymierały. To, co dzisiaj wydaje nam się naturalne i niezmienne, jest jednym z wielu etapów historii naszej planety. Szczególnie fascynujące jest to, że ewolucja nie jest w książce przedstawiona jako historia prowadząca do powstania człowieka, do powstania jego cywilizacji. Nie ma tu przekonania, że kolejne organizmy były jedynie etapami, które przygotowywały świat na pojawienie się homo sapiens. Halliday pokazuje raczej ogromną różnorodność możliwych dróg rozwoju życia. Przez setki milionów lat Ziemia była pełna organizmów, które odnosiły ewolucyjny sukces, chociaż dzisiaj już nie istnieją. To bardzo otrzeźwiająca perspektywa. Człowiek pojawia się w tej historii niezwykle późno. Z punktu widzenia geologicznego jesteśmy niemal naprawdę chwilowym trwaniem, epizodem. A jednak mamy wyjątkową zdolność poznawczą. Wydaje się, że jako pierwszy gatunek możemy próbować odtworzyć historię świata, który istniał na długo przed nami. I właśnie w tym miejscu książka Hallidaya staje się również opowieścią o samej nauce. Paleontolog nie obserwuje przecież przeszłości bezpośrednio. On dysponuje fragmentami informacji, skamieniałościami, śladami działalności organizmów, warstwami skał, składnikami chemicznymi osadów. Z tych niepełnych danych rekonstruuje dawne środowiska. Halliday pokazuje, jak niezwykła jest naukowa praca i jak wiele można dowiedzieć się o świecie, który przestał istnieć miliony lat temu. Co istotne, autor nie udaje, że nauka zna wszystkie odpowiedzi. Tam, gdzie dowody pozwalają na kilka interpretacji, pozostawia miejsce na niepewność. A to sprawia, że książka nie jest fantastyczną opowieścią, która udaje naukę. Wyobraźnia jej autora wyrasta z danych paleontologicznych i geologicznych. Halliday pokazuje, jak można z owych danych stworzyć przekonujący obraz dawnego świata, a jednocześnie pamiętać o granicach naszej wiedzy. „Minione światy” są więc tak naprawdę znakomitym przykładem tego, jak można popularyzować naukę bez upraszczania jej do poziomu banalnych ciekawostek. Ta książka wymaga od czytelnika uwagi, a momentami może być nawet wymagająca. Pojawia się w niej sporo specjalistycznych terminów oraz informacji z różnych dziedzin nauki. Niektórzy czytelnicy zwracają uwagę właśnie na tę gęstość materiału, ale jednocześnie podkreślają bogactwo opisów i niezwykłość przedstawianych ekosystemów. I to wszystko nie jest wadą, lecz raczej argumentem za tym, aby tej książki nie traktować jako lektury do szybkiego przeczytania w jeden weekend. „Minione światy” warto czytać powoli, zatrzymywać się przy opisach, a nawet sprawdzać nieznane nazwy, wracać do wcześniejszych rozdziałów. I wtedy książka zaczyna działać jak prawdziwa wyprawa badawcza w czasie. A największą siłą książki pozostaje zdolność do wzbudzania zachwytu. Wcale nie przesadzam. Okazuje się bowiem, że prawdziwa historia naszej planety jest pod wieloma względami bardziej niezwykła Niż najbardziej fantastyczne opowieści. Trzymetrowe organizmy przypominające grzyby, lasy na dzisiejszej Antarktydzie, gigantyczne zwierzęta, oceany pełne stworzeń, których dzisiaj nie możemy już spotkać. Wszystko to nie jest wymysłem autora. To fragmenty rzeczywistej historii Ziemi. Ale książka Hallidaya nie jest wyłącznie pochwałą przeszłości. Zawiera również ważną refleksję nad teraźniejszością. Historia planety pokazuje, że życie potrafi przetrwać ogromne katastrofy i wielkie zmiany środowiskowe. Po okresach masowych wymierań następowały kolejne fazy różnicowania się życia i powstawania nowych ekosystemów. Z perspektywy całej planety można więc powiedzieć, że życie jest niezwykle odporne. Nie oznacza to jednak, że każdy gatunek czy każdy ekosystem jest bezpieczny. Ta myśl nadaje książce szczególną aktualność. Historia Ziemi uczy pokory, ale nie daje człowiekowi prostego pocieszenia. Planeta prawdopodobnie przetrwa kolejne wielkie zmiany. Pytanie brzmi raczej, czy przetrwają w nich warunki, od których zależy współczesna cywilizacja oraz nasze własne życie. Dlatego „Minione światy” warto polecić nie tylko miłośnikom dinozaurów czy paleontologii. To książka właściwie dla każdego. Dla każdego, kto chce lepiej zrozumieć, czym naprawdę jest historia Ziemi. Dla czytelnika zainteresowanego przyrodą będzie to fascynująca podróż, dla miłośnika nauki — niezwykle szeroka panorama paleontologii i nauk o Ziemi, a dla osoby zainteresowanej historią — przypomnienie, że historia człowieka stanowi zaledwie niewielki fragment znacznie dłuższej opowieści. Przede wszystkim jest to jednak książka, która zmienia perspektywę. Po jej lekturze naprawdę trudno patrzeć na Ziemię wyłącznie jako na miejsce, w którym obecnie żyjemy. Zaczynamy widzieć pod powierzchnią współczesnego świata kolejne warstwy przeszłości, dawne morza, lasy, pustynie, lodowce i wymarłe ekosystemy. Zwyczajny krajobraz staje się śladem czegoś, co wydarzyło się miliony lat temu. I właśnie dlatego warto sięgnąć po „Minione światy”. Thomas Halliday nie tylko opowiada o tym, jaka była Ziemia. Pokazuje, jak niezwykła jest sama możliwość poznania jej przeszłości. Jego książka przypomina, że planeta, którą uważamy za dobrze znaną, jest w rzeczywistości tylko jednym z wielu oblicz Ziemi. A im dalej podróżujemy w przeszłość z Hallidayem, tym wyraźniej widać, że nasz świat nie jest końcem historii. Jest tylko jednym z jej rozdziałów. Proszę państwa, to teraz po tej długiej, powiedziałbym nawet bardzo długiej polecance, zapraszam państwa na polecanki tradycyjne. Pierwszy tytuł, który wybrałem na dzisiaj, to „Jego piękna żona”. Autorka Loreth Anne White, wydawnictwo Mando. Data premiery 23 września. Chloe Cooper zna swoich sąsiadów lepiej, niż powinna. Obserwowanie innych stało się jej osobliwym hobby. Pozwala jej uciec od własnego, dosyć przewidywalnego życia i dopowiadać historie, których bohaterowie nigdy jej nie opowiedzieli. Wszystko zmienia się jednak w chwili, gdy naprzeciwko zamieszkują Adam i Gemma. On, szanowany chirurg, ona piękna, tajemnicza kobieta, która każdego ranka samotnie pływa w oceanie. Z pozoru tworzą idealną parę, która przyjechała nad wybrzeże, by rozpocząć życie od nowa. Chloe szybko zauważa jednak, że za elegancką fasadą ich małżeństwa kryje się coś znacznie bardziej niepokojącego. A potem na spowitej mgłą plaży dochodzi do morderstwa. Chloe widzi więcej, niż powinna. Problem w tym, że ktoś również obserwuje ją. Śledztwo zaczyna odsłaniać kolejne warstwy sekretów, a granica między świadkiem podejrzanym i ofiarą coraz bardziej się zaciera. Każda odpowiedź prowadzi do następnego pytania, a każdy pozornie niewinny szczegół może okazać się elementem większej i niebezpiecznej układanki. Bo w tej historii nikt nie patrzy bez powodu. „Jego piękna żona” to gęsty, pełen napięcia dreszczowiec psychologiczny o obsesji, o pozorach i o tajemnicach, które potrafią zniszczyć nawet najbardziej idealne życie. Loreth Anne White prowadzi czytelnika przez labirynt niedopowiedzeń, w którym łatwo zaufać komukolwiek, nawet osobie, która twierdzi, że mówi prawdę. A kiedy wszyscy mają coś do ukrycia, najważniejsze pytanie brzmi nie kto zabił, tylko Kto będzie następny? Przypomnę tytuł "Jego piękna żona". Autorka Laureth Annie White, wydawnictwo Mando. Data premiery 23 września. Druga z wybranych przeze mnie książek nosi tytuł "Wyższa konieczność". Autor Wojciech Chmielarz, wydawnictwo Marginesy. Data premiery 30 września. Bezimienny miał już do czynienia z ludźmi, dla których przemoc jest narzędziem, a zasady jedynie przeszkodą. Tym razem jednak stawka jest znacznie wyższa. Kiedy wpływowy polityk próbuje odzyskać materiał, który może zrujnować jego karierę, uruchamia mechanizm, nad którym szybko traci kontrolę. Ślad prowadzi do Bezimiennego. To, co miało pozostać pogrzebane, zaczyna wychodzić na światło dzienne. Dawne wydarzenia, niewygodne powiązania i ludzie, którzy pamiętają znacznie więcej niż powinni. Wszyscy tworzą coraz bardziej niebezpieczną układankę. Tym razem zagrożenie nie dotyczy wyłącznie samego Bezimiennego. W centrum wydarzeń znajduje się również jego rodzina, a przeciwnik dysponuje niemal nieograniczonymi możliwościami. Po jednej stronie garstka ludzi, którym można jeszcze zaufać. Po drugiej służby, wojsko, grupy operujące poza oficjalnymi strukturami i polityczne układy, w których prawda ma naprawdę niewielką wartość. W tle pojawiają się wielkie pieniądze, kontrakty związane z najnowocześniejszymi technologiami wojskowymi i plan, którego kolejne elementy zostały przygotowane z niemal szachową precyzją. Za tą rozgrywką stoi człowiek, który nie musi sam pociągać za spust. Wystarczy, że odpowiednio ustawi pionki. "Wyższa konieczność" to Wojciech Chmielarz w sensacyjnym wydaniu. Szybka akcja, brutalna gra wpływów, tajemnice z przeszłości i bohater, który tym razem musi walczyć nie tylko o sprawiedliwość, ale przede wszystkim o przetrwanie. To piąty tom serii Bezimienny. Ten tom otwiera kolejną odsłonę historii bohatera, którego przeszłość wciąż nie daje o sobie zapomnieć. To również kolejny krok w stronę ekranowego świata Bezimiennego. Po adaptacji "Prostej sprawy" z Mateuszem Damięckim trwają właśnie prace nad ekranizacją "Długu honorowego". Tym razem pytania są wyjątkowo niebezpieczne. Komu można zaufać, gdy przeciwnik wie o tobie wszystko? Jak daleko można się posunąć w imię sprawiedliwości? I co się stanie, kiedy prawda o Bezimiennym wreszcie ujrzy światło dzienne? Przypomnę Państwu tytuł "Wyższa konieczność". Autor Wojciech Chmielarz, wydawnictwo Marginesy. Data premiery 30 września. Proszę Państwa, a teraz czas na książkę autorki, którą jedni wielbią, a drudzy jej po prostu nie trawią. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że autorka zrobiła bardzo dużo, aby zapracować zarówno na Nagrodę Nobla, jak i na opinię pisarki o kontrowersyjnych poglądach. Ta książka nosi tytuł "Świata jest za dużo". Autorką jest Olga Tokarczuk, wydawnictwo Literackie, a data premiery 14 października. Najbardziej niesamowita literacka podróż Olgi Tokarczuk. I co, jeśli jedno życie dopełnia drugie? Albo te życia przenikają się na wiele sposobów, a ludzie o tym nie wiedzą. Lub gdy wiele ludzkich losów splata się w trudne do wyobrażenia figury. I co to wszystko oznacza? Po raz pierwszy spotykają się tuż po wojnie, wiosną 1946 roku, w zniszczonej bombardowaniami kamienicy we Wrocławiu. Kim są ludzie, których drogi zeszły się na gruzach twierdzy Breslau? Co zmusiło ich do zebrania się wokół tej dziwnej kosmicznej osi, która jednoczy niebo, ziemię i podziemia? Czy pamięć pozostawionych za sobą domów, upraw, smaków i zapachów odejdzie bezpowrotnie, jak część ich pomordowanych rodzin i przyjaciół? Czy też będzie żyć w nich, pomagając zasiedlić ziemię równie obcą jak nowi sąsiedzi? I czy tajemnice, z którymi przybyli, rany, których doznali, ich często niejasna przeszłość i nowe nazwiska, wody rzek, nad którymi mieszkali, pozwolą im odbudować tożsamość? A może będą musieli stworzyć zupełnie nową? Ta książka jest moim aktem wiary w siłę życia, w moc budowania nowego po katastrofie, w potęgę różnorodności, która zdaje się być ewolucyjną siłą. Siłą pomagającą zachować nam odporność na wszelkie zagrożenia. Mam także nadzieję, że przysłużyły się lepszemu rozumieniu naszej złożonej zbiorowej tożsamości - stwierdziła Olga Tokarczuk. "Świata jest za dużo" to powieść konstelacyjna i panoptykalna. Jest w niej wszystko, co w twórczości Olgi Tokarczuk budzi najwyższy podziw. Dolny Śląsk, zwłaszcza Wrocław i Wałbrzych, stają się w niej sceną jednego z największych w historii Europy eksperymentów społecznych. Autorka, opisując jego istotę, podąża jednak dalej. Poza ziemie zachodnie. W tej barwnej, napisanej z niespotykanym rozmachem powieści wędrujemy wraz z bohaterami po Lwowie, Drohobyczu, Buenos Aires, wzdłuż Dniestru i Odry, przez góry i niziny kilkadziesiąt i kilkaset lat temu. I dzisiaj. Przypomnę tytuł: „Świata jest za dużo”. Autorka Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie. Książka na rynku od 14 października. Proszę państwa, wszystko wskazuje na to, że czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj kolejny filozof z tych mniej znanych. Nosił imię Francisco, a nazywał się Sanchez. Proszę państwa, filozof kojarzy się zazwyczaj z człowiekiem, który wie dużo, często bardzo dużo. Czasem nawet mówi, że wie wszystko. Jeśli jednak spotkalibyśmy Francisco Sancheza, portugalskiego filozofa, lekarza i humanistę żyjącego w XVI wieku, szybko okazałoby się, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Sanchez należał bowiem do tych myślicieli, którzy zamiast cierpliwie budować kolejne piętra gmachu ludzkiej wiedzy, zapytali najpierw, czy fundamenty w ogóle się jakoś trzymają. Jego najbardziej znane dzieło nosi znamienny tytuł: „O tym, że właściwie niczego nie wiemy”. To brzmi dosyć ponuro, ale w przypadku Sancheza nie chodziło o filozoficzne wzruszenie ramionami i powrót do domu. Chodziło o przeprowadzenie poważnego rachunku sumienia, ludzkiego sumienia, a właściwie sumienia ludzkiego poznania. Francisco Sanchez urodził się około 1551 roku, prawdopodobnie w Bradze lub w Tui, a większość dorosłego życia związał z Francją. Studiował między innymi w Bordeaux, Rzymie i Montpellier, a następnie został lekarzem i profesorem medycyny w Tuluzie. Był więc nie tylko filozofem siedzącym w bibliotece i zastanawiającym się, czy świat istnieje. Był także człowiekiem zajmującym się konkretnymi problemami ludzkiego organizmu. Ta podwójna perspektywa jest bardzo istotna dla jego filozofii. Sanchez interesował się bowiem nie abstrakcyjnym wiedzeniem czegoś, wiedzeniem dla samego wiedzenia, lecz zajmował się również pytaniem, w jaki sposób człowiek rzeczywiście może poznawać świat. A problem był jego zdaniem bardzo poważny. W XVI wieku europejskie uniwersytety wciąż pozostawały w dużej mierze pod wpływem scholastyki i filozofii Arystotelesa. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy profesorowie bezmyślnie powtarzali starożytne formuły. Oznacza jednak, że system arystotelesowski był niezwykle ważnym punktem odniesienia dla nauki i dla filozofii. Sanchez uznał, że najwyższy czas przestać traktować autorytet starożytnego filozofa jak instrukcję obsługi rzeczywistości. Arystoteles był wielki, ale wielkość Arystotelesa nie sprawiała jeszcze, że natura miała się do niego dostosować. W tym miejscu pojawia się jeden z najważniejszych elementów filozofii Sancheza: krytyka pozornej pewności wiedzy. Sanchez szczególnie mocno atakował sposób rozumowania, w którym człowiek wychodzi od ogólnych definicji i przesłanek, a następnie poprzez logiczne rozumowanie dochodzi do kolejnych twierdzeń, przedstawiając je jako naukowo pewne. Problem polega na tym, że nawet jeśli rozumowanie jest logicznie poprawne, pozostaje pytanie, czy jego punkt wyjścia jest prawdziwy. Problem polega na tym, że nawet poprawne logiczne rozumowanie może prowadzić do błędnych wniosków, jeśli opiera się na fałszywych założeniach. I dlatego Sanchez uważał, że należy najpierw sprawdzić podstawy naszej wiedzy, a dopiero potem wyciągać jakieś dalsze wnioski. Właśnie dlatego Sanchez podejrzliwie patrzył na tradycyjne pojęcie nauki jako wiedzy pewnej i koniecznej. Aby naprawdę coś wiedzieć, należałoby znać rzecz w sposób pełny, uchwycić jej istotę i móc wykazać, dlaczego jest dokładnie taka, a nie inna. Tymczasem ludzkie poznanie okazuje się znacznie skromniejsze. Człowiek obserwuje, porównuje, doświadcza, rozumuje, ale niekoniecznie dociera do ostatecznej natury rzeczy. I tu zaczyna się filozoficzna przewrotność Sancheza. Tytuł: „O tym, że właściwie niczego nie wiemy” można przecież potraktować jako deklarację totalnego sceptycyzmu. Bo skoro niczego nie możemy wiedzieć, to po co właściwie zawracać sobie głowę filozofią? Można równie dobrze zamknąć książki, wyrzucić atrament i zająć się na przykład uprawą kapusty. Sanchez nie idzie jednak aż tak daleko. Jego sceptycyzm jest przede wszystkim narzędziem krytycznym. Chodzi o to, aby odróżnić to, co rzeczywiście wiemy, od tego, co tylko wydaje nam się, że wiemy. I to jest bardzo ważna różnica. Człowiek ma bowiem wyjątkową zdolność do produkowania pewności z zadziwiająco skromnej ilości danych. Wystarczy kilka podobnych przypadków, odrobina autorytetu i odpowiednio poważny ton głosu, a już jesteśmy gotowi ogłosić zasadę obowiązującą dla całego wszechświata. Sanchez nie ufa takiej łatwości. W jego filozofii szczególne znaczenie ma doświadczenie. Nie oznacza to jednak, że Sanchez był empirystą w dokładnie takim sensie, w jakim później rozumieć będziemy empiryzm Francisa Bacona, Johna Locke'a czy Davida Hume'a. Sanchez żył wcześniej i jego stanowisko ma własną specyfikę. Można jednak powiedzieć, że podkreślał konieczność zwrócenia się ku rzeczom samym, ku obserwacji i doświadczeniu, zamiast nieustannego obracania się w świecie odziedziczonych pojęć. Pojęć odziedziczonych po starożytnych. Jest to szczególnie interesujące w zestawieniu z jego zawodem. Przypomnę – zawodem lekarza. Medycyna bardzo szybko pokazuje, że rzeczywistość nie zawsze chce współpracować z eleganckimi teoriami. Organizm człowieka nie czyta podręcznika przed zachorowaniem, a choroba nie ma obowiązku występować zgodnie z definicją. Lekarz musi obserwować konkretnego pacjenta, badać konkretne objawy, porównywać różne przypadki i wyciągać wnioski z takich doświadczeń. Tego rodzaju poznanie jest trudniejsze i mniej efektowne niż wygłoszenie uniwersalnej teorii, ale za to ma tę drobną zaletę, że dotyczy, wybaczcie Państwo ten żart językowy, rzeczywistej rzeczywistości. Sanchez krytykował również samo pojęcie definicji. Wydawałoby się, że zdefiniowanie rzeczy jest początkiem poznania. Jeśli powiemy, czym coś jest, możemy przecież zacząć o tym rozumować. Sanchez zauważa jednak, że definicja często tylko przesuwa problem, bo my możemy zdefiniować jakieś pojęcie za pomocą innych pojęć, ale wtedy musimy zapytać, czy te wcześniejsze pojęcia są już naprawdę znane. W pewnym momencie pojawia się więc filozoficzny rachunek bez końca. Definiujemy A przez B, B przez C, C przez D, a na końcu okazuje się, że nadal nie wiadomo, co właściwie chcieliśmy wiedzieć. To nie oznacza, że Sanchez był przeciwnikiem rozumu. Wręcz przeciwnie. Rozum jest konieczny, ale jego możliwości są niestety ograniczone. Człowiek nie powinien udawać, że posiada narzędzie doskonałe, skoro ma narzędzie tylko całkiem niezłe. To trochę jak z posługiwaniem się mapą. Mapa jest niezwykle użyteczna, ale nikt rozsądny nie oczekuje, że będzie zawierała zapach lasu, temperaturę asfaltu i wszystkie komary, które występują gdzieś po drodze. I w tym sensie sceptycyzm Sancheza ma wymiar metodologiczny. Nakazuje ostrożność zawsze i wszędzie. Zamiast pytać wyłącznie, czy potrafię to logicznie udowodnić, należy zapytać raczej, na czym właściwie opieram te swoje twierdzenia. Zamiast przyjmować autorytet jako gwarancję prawdy, trzeba raczej poddać ten autorytet krytyce. Zamiast mnożyć pojęcia, należy wrócić do doświadczenia. Jest to szczególnie ważne dlatego, że Sanchez żył w okresie wielkich przemian intelektualnych. Renesans podważał wiele średniowiecznych autorytetów i rozwijały się nauki przyrodnicze. Zmieniało się spojrzenie na człowieka oraz na naturę. Wkrótce miały pojawić się wielkie nazwiska nowożytnej filozofii i nauki. Galileusz, Bacon, Kartezjusz. Sanchez znajduje się niejako na progu tej epoki. On nie stworzył kompletnego systemu nowożytnej nauki, ale pomógł postawić pytanie, bez którego rozwój nowoczesnego poznania byłby znacznie trudniejszy. Co właściwie uprawnia nas do twierdzenia, że coś wiemy? To pytanie sprawia, że Sanchez pozostaje filozofem interesującym również dzisiaj. Współczesny człowiek ma przecież dostęp do niewyobrażalnej ilości informacji. W kieszeni nosimy urządzenie, które potrafi w kilka sekund znaleźć więcej danych niż dawna biblioteka. Paradoksalnie jednak większa ilość informacji nie oznacza automatycznie większej ilości wiedzy. Internet umożliwia nam zarówno poznanie wyników badań naukowych, jak i przeczytanie w ciągu 30 sekund opinii kogoś, kto właśnie odkrył prawdę, której naukowcy nie chcą ujawnić. Sanchez prawdopodobnie miałby tutaj sporo pracy. Jego sceptycyzm można potraktować jako intelektualną higienę. On nie mówi: "Nie wierzcie w nic". Mówi raczej: "Uważajcie, kiedy jesteście przekonani, że coś wiecie". To jest ogromna różnica. Zdrowy sceptycyzm nie polega na odrzuceniu wiedzy, lecz na sprawdzaniu podstawy tej wiedzy. Nie niszczy rozumu, ale zmusza go do samokontroli. Filozofowanie w duchu Sancheza zaczyna się zatem od pewnej niewygodnej pokory. Człowiek powinien przyznać, że jego poznanie jest ograniczone, ale to nie jest powód do rozpaczy. Wręcz przeciwnie, świadomość niewiedzy może być początkiem prawdziwego poszukiwania. Człowiek, który jest przekonany, że wie wszystko, nie ma już o co pytać. Ten, kto wie, że może się mylić, pozostaje otwarty na doświadczenie. I właśnie dlatego Francis Sanchez jest ciekawszy niż sugerowałoby to, co czytamy w tytule jego dzieła. To, że nic nie jest wiadome, nie musi oznaczać filozoficznej kapitulacji. Można odczytać ten tytuł jako prowokację. Skoro nie mamy prawa zbyt łatwo twierdzić, że posiadamy wiedzę pewną, zacznijmy wreszcie naprawdę badać. Zamiast czcić gotowe odpowiedzi, przyjrzyjmy się pytaniom. Zamiast ufać autorytetom tylko dlatego, że są autorytetami, sprawdzajmy ich argumenty. A zamiast budować kolejne piętra teorii, upewnijmy się, że nie budujemy ich na piasku. Sanchez przypomina więc, że filozofia nie musi być sztuką produkowania odpowiedzi. Czasem jej najważniejszym zadaniem jest nauczanie człowieka dobrego zadawania pytań i rozpoznawania granic własnej pewności. To zadanie może wydawać się skromne, ale w rzeczywistości jest bardzo wymagające. Łatwo jest bowiem powiedzieć: wiem. Znacznie trudniej powiedzieć: tego jeszcze nie wiem. A zatem sprawdźmy to. I być może właśnie w tym tkwi największa wartość filozofii Sancheza. On nie proponuje nam wygodnego świata, w którym na każde pytanie istnieje gotowa odpowiedź. On proponuje świat trudniejszy, ale intelektualnie uczciwszy. Świat, w którym niewiedza nie jest wstydem, ale punktem wyjścia. Jeśli po lekturze Sancheza zaczniemy od czasu do czasu podejrzliwie patrzeć na te swoje własne przekonania, to znaczy, że filozof osiągnął swój cel. W końcu prawdziwy sceptyk nie musi twierdzić, że wie, iż niczego nie wie. Wystarczy, że rozsądnie zapyta: a skąd właściwie wiemy? Proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Ten filozof wydaje mi się naprawdę zaskakująco współczesny. Bo ileż to razy spotykacie państwo ludzi, którzy wydają się wiedzieć wszystko? Na każde pytanie mają gotową odpowiedź. Człowiek ma taką tendencję, żeby od razu, natychmiast odpowiedzieć na każde pytanie. Może nie warto. Może to wcale nie jest objaw mądrości, wykształcenia czy czegoś tam jeszcze. Może to jest objaw zwykłej pychy, bo przyznanie się do tego, że czegoś nie wiemy, naprawdę nie jest wstydem. Jest, tak jak powiedział Sanchez, punktem wyjścia do tego, żeby się czegoś dowiedzieć. Proszę państwa, porzucamy na tydzień filozofię. Zajmijmy się teraz filmem. Dzisiaj w „Filmotekarium” rozmawiamy z Piotrem o filmie, a właściwie o filmowej baśni z Pinokiem w tle. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy „Filmotekarium”, a dzisiaj wspólnie z Piotrem mamy dla państwa bajkę. Ale ponieważ my nie omawiamy bajek, a właściwie filmowych baśni, to będzie bajka bardzo specyficzna. Ale zanim co do czego: dzień dobry wieczór, Piotrze.
[41:32] - Dzień dobry wieczór. Specyficzna bajka. Na pozór horrorowa wersja bajki Collodiego, czyli „Pinokio”. Kolejny horror, w którym główną rolę odgrywają koszmarni bohaterowie bajek dla dzieci. Myśmy już mieli Puchatka, mieliśmy Prosiaczka, no i teraz mamy Pinokia. Zresztą szczerze mówiąc, jak się wejdzie w produkcję tego reżysera, czyli Freyka Waterfielda, tak ma na nazwisko, to znajdziemy jeszcze „Piotrusia Pana”. Szczerze mówiąc nie kojarzę tego filmu. Znajdziemy też „Bambi”. I to jest taki cykl, który się nazywa „Uniwersum skrzywionego dzieciństwa”. I rzeczywiście te filmy są skrzywione. Powiem szczerze, że „Pinokio Unstrung”, bo taki nosi tytuł ten film, jest chyba najlepszym z nich wszystkich, chyba najwyżej ocenianym. Jest to horror, a może raczej slasher komediowy, których osobiście nie lubię. Nie lubię ani jednych, ani drugich, także nie będę tutaj dzisiaj obiektywny. Raczej tego nie polubię. Nie wiem, co by się musiało stać. Oczywiście Pinokio nie zmienia mojego podejścia do tego typu filmów i raczej będzie mnie trudno namówić na kolejną, szóstą część z tego cyklu. W sumie to chyba źle powiedziałem, że to jest horrorowa wersja bajki o Pinokiu, bo to jest opowieść przeniesiona w nasze czasy tak naprawdę. Pinokio zostaje w tym filmie stworzony w określonych celach, aby być przyjacielem samotnego i wyszydzanego w szkole, nielubianego chłopca. Oczywiście z czasem Pinokio się zachciewa być człowiekiem i powiedzmy sobie jakoś tak delikatnie, żeby nas nikt nie wyciął tutaj potem, zbiera sobie kolejne kawałki ciała, żeby się posklejać. Przy czym robi też totalną rozpierduchę. Raz to robi śmieszniej, raz to robi w sposób bardziej żenujący. To jest oczywiście nie tylko ukłon w stronę bajki. Nie wiem, czy to jest ukłon w stronę bajki, skoro ona jest zmasakrowana i robi się z tego slasher, natomiast na pewno jakieś sentymenty związane z kinem lat 80. i to kinem takim niskobudżetowym, niskoklasowym są. Także nie wiem, czy tutaj w ogóle się da, Marku, coś więcej powiedzieć. Nie wiem. Podobało ci się to coś, ta produkcja?
[43:56] - Nasza rozmowa jest dla mnie dowodem, że pewne oceny zmieniają się i to bardzo błyskawicznie. Kiedy zasiadaliśmy do nagrania, to ja byłem bardzo nabuzowany na ten film i po prostu miałem do powiedzenia wszystko, co najgorsze. Aż do momentu, kiedy Piotr uświadomił mi, że jestem człowiekiem chyba pozbawionym poczucia humoru, bo nie dostrzegłem w tym filmie i przyznaję się, biję się w pierś, bo chyba powinienem, nie dostrzegłem tych elementów związanych ze specyficznym po specyficznym, ale humorem. Bo rzeczywiście, tak jak sobie o tym filmie myślę, to on tam rzeczywiście jest. Ja go nie dostrzegłem, bo byłem tak nabuzowany i tak wściekły. Co mnie tak wściekało? Wydawało mi się, że to jest nieporadność związana z efektami. Jak ten Pinokio dokonuje różnych rzezi, to jest takie nienaturalne. Pękająca skóra ludzka jest gumą ewidentnie i to widać na ekranie. I właściwie miałem do powiedzenia wszystko, co najgorsze. Piotr uświadomił mi i jak sobie tak zerknąłem na całość, to rzeczywiście jest to rodzaj, ja wiem, pastiszu albo właśnie takiego hołdu dla filmów klasy B lat 80. Właściwie wszystko po trochu. I wówczas ta baśń opowiedziana na nowo nabiera pewnego sensu. Ale żeby nie było tak różowo, że kompletnie się nawróciłem na ten film, to proszę państwa, jeśli nawet uznamy, że to była konwencja zabawowa, humorystyczna i w ogóle, to ten film, tu muszę wypowiedzieć bardzo podobną myśl co Piotr. Ja chyba nie lubię tej konwencji. Nawet mogę ją uznawać. To znaczy tak, że to dla żartu było zrobione. Tylko zastanawiam się, czy coś z tego wynika. I zrozummy się dobrze. Mnie nie chodzi, żeby znajdować w tego rodzaju filmach filozoficzne głębie. Nie, nie oszalałem do tego stopnia, ale chodziłoby o taki podstawowy sens, a ja tego podstawowego sensu nie widzę. To jest zabawa starą baśnią. To jest zabawa, która idzie w taką stronę właśnie slasherową, horrorową. Krew się leje, tylko że sztuczna i to widać. Nawet doceniam, że tam pewne elementy psychologiczne są zrobione, a właściwie odrobione w prawidłowy sposób. Ten film nie jest nawet długi, ale niemniej jednak ja się trochę męczyłem na tym seansie. On mi się dłużył, a już teraz widzę to wyraźnie, że jak jakiś film, jakiś odcinek serialu mi się dłuży, to nie jest oczywiście wyrok i przesądzająca rzecz o tym, że to jest słabe, ale ja po prostu chyba nie chcę tego oglądać. I ten Pinokio nie jest chyba jednym z takich filmów. Owszem, obejrzałem bez radości i drugi raz bym nie chciał. I podobnie jak Piotr, chyba po inne filmy z tego cyklu nie sięgnę, bo chyba trzeba w filmie troszeczkę więcej niż oprzeć scenariusz na sławnym dziele, dorzucić do tego wątki slasherowe i to takie czasami to tam naprawdę jest ostro, to jest trochę mało. Chyba że podobnie jak za pierwszym razem w sprawie humoru czegoś w tym filmie nie widzę, co powinienem dostrzec i po prostu nie jestem w stanie o tym państwu opowiedzieć. Zatem może warto go zobaczyć i tu pod filmem napisać, czego nie dostrzegłem, na co jestem absolutnie impregnowany.
[48:29] - Są ludzie, którzy uwielbiają takie produkcje i to jest dla nich rozrywka. Każdy ma swoje gusta, z tym się absolutnie nie dyskutuje. Mnie to po prostu nie bawi. Nie bawią mnie ani slashery, takie zupełnie na poważnie, ani nie bawią mnie takie filmy jak "Pinocchio Unstrung". Tutaj akurat jest tak, że w tym filmie, w przeciwieństwie do poprzednich z tej serii, pojawia się znany aktor Robert Englund, czyli Freddy Krueger. Ikona tego gatunku kina, bo pojawiał się też w innych produkcjach, powiedzmy sobie szczerze, orbitujących w stronę taką jak ten nasz nieszczęsny "Pinokio". To, że my po ten film jedziemy, to jest kwestia osobista, jak to się mówi. Ja po prostu po to nie sięgnę już raczej nigdy. Nie znajduję tam żadnego szpasu. Nie za bardzo mnie to bawi. W ogóle nie lubię też komedii. One mnie rzadko śmieszą, a szczególnie nie lubię komedii amerykańskich, bo one mnie w ogóle nie śmieszą. To jest film brytyjski, ale powiedzmy, że stylistyka jest podobna. Nie bawi mnie to i tyle. A będą tacy, którzy powiedzą, że to jest prześmieszne i dobrze, możemy się rozejść. Ale myślę, że dyskutować nad czymś tu nie ma sensu, bo to nie jest film do omawiania. To jest film do obejrzenia czy do zapomnienia, nie wiem. Najlepsze i najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten film de facto nie jest tak bardzo tragiczny jak inne, nawet horrory na poważnie, które żeśmy oglądali. Duży się, rzeczywiście się duży. Też miałem go już troszeczkę dość. Nawet te hektolitry krwi, które się tam pojawiają, go nie ratują. Przynajmniej dla mnie. Czy on ma jakąś wartość popkulturową? Szczerze mówiąc, zobaczy się. Nie wiem po prostu, czy jeszcze jest zapotrzebowanie na tego rodzaju produkcje. Dlaczego? Dzisiaj internet już widział wszystko. Kolejny slasher tak naprawdę nie wprowadza nic poza dodatkowymi litrami krwi, które się wyleją na ekranie. Nie wiem, czy to po prostu dzisiaj szokuje w jakikolwiek sposób. Ale są osoby, które znajdą w tym frajdę i tyle. Co jeszcze? Jeżeli jakaś wartość jest i o czymś można wspomnieć, to wykorzystywanie bajek, motywów bajkowych w horrorach, motywów bajkowych, baśniowych. Mieliśmy wiele eksperymentów. Było bardzo różnie. Często były to eksperymenty na poważnie lub półpoważnie. Mieliśmy film o Jasiu i Małgosi. Horror. Mieliśmy nieco zapomnianą „Śnieżkę” dla dorosłych i pewnie też wiele innych. Ponoć baśnie braci Grimm też nie wzięły się z fajnych opowieści na dobranoc, tylko były de facto dość wykrzywionymi historiami, strasznymi historiami ubranymi w pewne ozdobniki, dzięki którym stały się opowieściami dla dzieci. Natomiast ich sens jest często makabryczny. Może po prostu tutaj nam twórca „Pinokia”, tego „Pinokia” filmowego, ponownie o tym przypomina, że bajki dla dzieci niekoniecznie wywodzą się z krainy niewinności, ale może oparte zostały o całkowicie horrorowe wątki. Tylko o tym zapomniano, o tym się często nie mówi. Zresztą, szczerze mówiąc, nie trzeba zbyt dużo. Wystarczy sobie przypomnieć, o czym te wszystkie bajki są i jak tak naprawdę momentami są makabryczne. Może takie koło się zatoczyło. Nie wiem. Piszcie, czy wam się to podoba. Piszcie, czy znajdujecie radość w oglądaniu tego typu produkcji. Bo był przecież jeszcze ten „Puchatek: Krew i miód”. Były te inne filmy. Powstało takie uniwersum. Skoro są odbiorcy, to są, ale ja się do tego pociągu pchał nie będę.
[52:40] - Ja się zastanawiam nad jeszcze jedną rzeczą, ale to, co powiem za chwilę, raczej świadczy o mojej dużej naiwności. Ale przyznam się państwu do tej naiwności, bo w takim optymalnym uniwersum, naszym uniwersum, ja sobie wyobrażam, że ktoś, kto niespecjalnie jest za pan brat z literaturą, z czytaniem i w ogóle z tymi wszystkimi płodami literackimi, obejrzy ten horror o Pinokiu, bardzo specyficznym Pinokiu i zechce sprawdzić, jaki był oryginał. Tak sobie to wymarzyłem. To naprawdę świadczy o dużej naiwności. A jeśli miałbym powiedzieć, czy ten film warto zobaczyć, to wybrnę, jak już wiele razy próbowałem wybrnąć. Jeśli państwo chcecie skonfrontować te nasze spostrzeżenia z własnymi odczuciami, to zdecydowanie warto. Chociażby po to, żeby nam zaprzeczyć albo w każdym razie jakoś pięknie się z nami nie zgodzić. Natomiast jeśli uważacie państwo, że prawdziwy horror powinien straszyć nie w tej warstwie, którą kojarzymy ze slasherem, czy to na poważnie, czy to na żarty, to nie jest, proszę państwa, film dla was. Bo to jest slasher, w którym ta krew się leje, ciała są rozrywane, dzieją się rzeczy obrzydliwe chwilami. I dobrze, niech się dzieją. Sami państwo zdecydujcie. Teraz proszę państwa czas na MałPę. A zatem książki z pogranicza. Tak. Poprzednia to była książka z lat siedemdziesiątych, ta dzisiejsza też jest z lat siedemdziesiątych i też jest książką niezwykłą, bo dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o katastrofach, a właściwie o książce, która o tych kataklizmach i katastrofach traktuje. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy rozmawiać o książkach z pogranicza. Rozmawiamy dzisiaj o książce poświęconej kataklizmom. Tak. Jak sobie rozejrzę się po naszym świecie, to kataklizmów ci u nas dostatek. Ale to jest książka niezwykła, jak to w naszym cyklu. Z tym że książka, która trochę kontynuuje tradycję z poprzedniej audycji, kiedy rozmawialiśmy o książce z początku lat siedemdziesiątych. Ta książka również jest książką starą, ale książką ponownie niezwykle ciekawą. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[56:03] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj książka interesująca, ale myślę, że nieco bardziej interesująca jest postać autora, trochę zapomnianego. Od niego zacznę. Jest to Alfred Lambremont Webre. Jak mówiłem, postać nieco zapomniana, już leciwa. Amerykański prawnik, pisarz, aktywista związany głęboko z tym, co dzisiaj się kojarzy z ruchem disclosure. Natomiast on to robił wcześniej. Przez lata się piął po szczeblach kariery, ale takiej normalnej, bo YouTube'a jeszcze wtedy nie było. Pewnie dzisiaj byłby youtuberem. Natomiast Webre był sędzią międzynarodowym, zgodnie ze swoim wykształceniem. Przez lata też działał w wielu fundacjach, organizacjach pozarządowych. Dzisiaj pozostaje znany jako przeciwnik militaryzacji przestrzeni kosmicznej, ale również Webre jest uważany za twórcę albo współtwórcę terminu egzopolityka, czyli mówiąc krótko takiej dziedziny hipotetycznej, która mówi o stosunkach zupełnie formalnych, politycznych, prawnych mogących łączyć człowieka z ET, z przybyszami z kosmosu. Czyli chodzi mniej więcej o taką kosmiczną dyplomację, ale nie tylko. Według niego, według Webre żyjemy na odizolowanej planecie, odizolowanej przez inne inteligencje, a tam gdzieś ponad nami jest społeczeństwo kosmiczne, wielowymiarowe, wielowarstwowe. O tym aspekcie myśli Webre'a, który zajmował się też wieloma innymi sprawami, to my sobie może jeszcze kiedyś porozmawiamy. Natomiast on w latach osiemdziesiątych był też doradcą przy gubernatorze Kalifornii, doradcą do spraw trzęsień ziemi i zwalczania ich skutków. I z tym wiąże się książka, o której dzisiaj mówimy, napisana wspólnie z Philipem Lisem. Tak, Philipem Lisem. Nie wiem, czy to jest krewny Tomasza, ale chyba nie. Mówi ona o tym, co nas czeka i że tak naprawdę kataklizmy w globalnej skali, może nie w globalnej, kataklizmy takie duże, powiedzmy, to jest coś pewnego, coś, czego się należy spodziewać, ale one występują ekstremalnie rzadko. Niemniej jednak kiedyś się mogą wydarzyć. Chodzi o takie kataklizmy, które mogą być odczuwalne przez większość mieszkańców globu. Można rzec, że to jest też norma na tej planecie, że przecież tutaj mamy w historii geologicznej Ziemi bardzo wiele różnego rodzaju kataklizmów, nie tylko kosmicznych, ale także tych związanych na przykład z wulkanizmem. Tylko że z powodu ograniczonego czasu życia ludzkiego, a także dość krótkiego stażu cywilizacyjnego, my nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dlaczego? Bo cywilizacja nie zmierzyła się jeszcze z takim kardynalnym zagrożeniem. Były straszaki. I tu mówimy o katastrofach naturalnych. Nie mówimy na przykład o wybuchach jądrowych. Były straszaki w postaci Tunguski, były wielkie trzęsienia ziemi, San Francisco, Armenia, było tsunami, była Fukushima. Katastrofa wywołana przecież przez czynniki naturalne. Natomiast to są takie duże koło duże, ale jednak nie ekstremalne przypadki. Możliwe, że nadejdzie coś jeszcze bardziej dotkliwego. Coś, co nie wiem, czy dzisiaj jest w stanie zagrozić istnieniu homo sapiens, ale mogłoby. Na razie zatem mamy katastrofę o ograniczonym zasięgu, ale kto wie, co będzie w przyszłości. Tym bardziej że widzimy, jak Ziemia staje się niestabilna również. Natomiast to nie jest książka o analizie katastrof tylko. Bo to, co się może najbardziej zaskakujące czytelnikowi wydać, to że już na wstępie Webre i Lis wspominają, uwaga, o Edgarze Cayce. O Edgarze Cayce, tak, śpiącym proroku. I okazuje się, że i przepowiednie biblijne też nie są im obce. I kiedy czytamy to wszystko razem tak zmieszane, to możemy odnieść bardzo dziwne wrażenie. Ja miałem takie dziwne wrażenie po przeczytaniu tej książki, że co to właściwie jest? Bo tak z jednej strony brzmi trochę jak podręcznik, z drugiej strony brzmi jak jakaś ekspertyza przedstawiona wyższym organom. Jak jakiś briefing jakiegoś eksperta na temat sytuacji związanej z katastrofami naturalnymi. A tutaj nagle nam jeszcze wjeżdża ten Edgar Cayce jako w sumie coś, czego powinniśmy się też obawiać. No bo Edgar Cayce Przypominam, jeden z najsłynniejszych jasnowidzów amerykańskich. Zmarł w 1945 roku. Znany z tego, że udzielał swoich wizji w trakcie transu przypominającego sen. I on nagle wjeżdża nam w kartki książki napisanej przez sędziego międzynarodowego, przez prawnika, przez człowieka poważnego. Weber jeszcze wtedy się kosmitami tak bardzo nie zajmował. Wrażenie jest, powiem ci, nie takie, że to mnie zbija z pantałyku, natomiast jest to dość osobliwe.
[01:01:18] - Tak, to prawda. Tym bardziej, że obaj autorzy działają podstępnie, tak bym się wyraził. Otóż oni wychodzą od rozwoju ówczesnych, bo to w końcu lata 70., a powiedzmy współczesnych nauk o Ziemi. Zwracają uwagę na to, że dzięki geologii, sejsmologii, oceanografii i wielu innym dziedzinom nauki, człowiek coraz lepiej rozumie procesy, które zachodzą na naszej planecie. Zaczynamy mniej więcej orientować się, o co w tym wszystkim chodzi. Trzęsienia ziemi, powodzie, huragany, susze, fale tsunami. To, według autorów, nie są przypadkowe wydarzenia. W każdym razie nie tylko przypadkowe, ale zjawiska, których mechanizmy można badać i co więcej, można te zjawiska przynajmniej częściowo przewidywać. Obaj autorzy dużo miejsca poświęcają również problemowi przygotowania społeczeństw na różnego rodzaju katastrofy. Pokazują, że sama wiedza naukowa nie wystarczy. Jeżeli państwa nie mają odpowiednich planów związanych z katastrofami, a więc wszystkie plany ewakuacji, schronienia, zaopatrzenia w żywność, opieki medycznej, to może być bardzo źle. Oni tu się posługują między innymi oczywiście przykładem zagrożenia Kalifornii przez trzęsienie ziemi. Ważnym tematem w całej książce jest też problem niedoboru żywności, a właściwie szerszy problem. Problem niedoboru zasobów. Obaj autorzy uważają, że w przypadku wielkich kryzysów nie można dopuścić do sytuacji, w której jedne społeczeństwa mają wystarczające zapasy, podczas gdy inne zostają pozostawione bez pomocy. Oni to uważają za absolutnie amoralne i postulują właściwie pewną solidarność pomiędzy ludźmi. I dopiero w tym momencie wjeżdża Edgar Cayce. I to, mówiąc szczerze, było dla mnie spore zaskoczenie. Mówię sobie: „Ale zaraz, o co chodzi?” Po tym przygotowaniu, nazwijmy go tak przenośnie, artyleryjskim, związanym z nauką, z analizami różnego rodzaju, nagle wjeżdża śpiący prorok. I to, proszę państwa, było dosyć zaskakujące. Obaj autorzy próbują przedstawiać, a właściwie zestawiać przewidywania dotyczące przyszłości czynione przez Cayce'go z prognozami naukowymi. Ale oczywiście zaznaczają, że różne decyzje dotyczące czegoś, co można by nazwać polityką publiczną, zdecydowanie nie powinny opierać się na prekognicji, ale warto brać ją pod uwagę. Myślę, że takim fragmentem, który uznałbym za kontrowersyjny, może w ten sposób, jest analiza zabójstwa Johna F. Kennedy'ego. Tu autorzy wykorzystują między innymi oczywiście analizę stresu, zachowania Lee Harveya Oswalda i mówią o tym, czy był winny, czy niewinny i że może w sprawę były zaangażowane osoby związane z policją w Dallas. Trochę mnie to w ogóle zbiło z pantałyku, ale odpowiadając wprost, ta książka przedstawia nie tylko katastroficzną wizję przyszłości, ale co ważne, przedstawia propozycje zmian społecznych i politycznych. To jest chwilami taka nuta utopijna w całej książce. Trochę się uśmiechałem, bo kiedy autorzy marzą o większej współpracy państw, a nawet o powstaniu czegoś w rodzaju światowej federacji, to jedni czują po prostu dreszcze na plecach z przerażenia, a inni mówią: „Słuchajcie, minęło tyle lat. Rozejrzyjcie się. Czy naprawdę uważacie, że w tym oto świecie da się współpracować i naprawdę ludzie czują jakąś tam solidarność ze sobą?” Chyba nie. To tyle na początek.
[01:06:25] - Tak, rzeczywiście. To jest uderzające. Natomiast ja czytałem dużo podobnych raportów przez lata i on się jakoś tak utrzymuje w takiej narracji, bo ja mam wrażenie, że Weber trochę to odpisał z ekspertych, które sporządzał. Ta książka ma mniej więcej 50 lat, ale Jeżeli chodzi o niektóre sprawy, to niedużo się zmieniło. Żyjemy w ciągłym cieniu kataklizmów. W naszych czasach to nawet mamy możliwość obcowania z nimi na żywo. Chociażby ostatnio sprawa Nepalu i Tybetu, katastrofa naturalna. Filmiki stają się viralem, krążą po sieci. Ludzie od zawsze się zastanawiali, drodzy państwo, a co jeżeli się coś naprawdę wydarzy? Jeżeli się ziszczą te przepowiednie o końcu świata? W ogóle katastrofy, jeżeli o nich mowa, możemy podzielić na takie, które są bardziej prawdopodobne, związane z trzęsieniami ziemi, z wulkanizmem, z superwulkanami, z kometami. Ale są też takie, o których się rzadziej mówi, bo na przykład zdarzają się ekstremalnie rzadko, ale kiedyś się wydarzyły prawdopodobnie, a ich źródła tkwią gdzieś głęboko w kosmosie. Patrz rozbłyski gamma albo wielkie chmury pyłu. Sama ta książka jakoś mega porywająca nie jest, mimo chwytliwego tytułu. Stanowi studium systemowej reakcji na katastrofy, po części oczywiście, napisanej przez kogoś, kto się zna na prawie. Ale to wszystko jest uzupełnione wizjami na przykład śpiącego proroka. I wszystko to razem nam pokazuje, że świadomość katastrofy wisi nad rodzajem ludzkim od zawsze, niezależnie od tego, czy ktoś jest sędzią, czy szarym człowiekiem wierzącym w przepowiednie. Tak samo jest chociażby w wiedźmie z analizą mitów dawnych, które mówią o katastrofach, kataklizmach. Na przykład mit o potopie. Kiedy sobie go analizujemy, to widzimy, że ludzkość ma od zawsze jakąś fazę na opowieści, może nawet baśni o wielkich katastrofach. Tylko że taka jest ta planeta. Ona żywi, ale potrafi też dać człowiekowi kopniaka. Na szczęście jeszcze się o tym nie przekonaliśmy. Może nas to minie. Nie, nie minie to nas. Prędzej czy później nas to czeka. Natomiast wracając do książki, ona jest ciekawa z perspektywy kulturoznawczej, socjologicznej, nie do końca się przeterminowała. Dodatkowo ona nam przypomina o bardzo ciekawej postaci, jaką był Weber. Weber, o którym pewnie jeszcze będziemy w kontekście egzopolityki, chyba Marku, jeszcze w ogóle nieruszanej na naszych kanałach mówić.
[01:09:21] - Tak, to prawda. Ja powiem o mocnych stronach tej publikacji. Myślę, że jedną z nich jest proste zwrócenie uwagi na konsekwencje, praktyczne konsekwencje katastrof, bo autorzy nie zatrzymują się na samym opisie trzęsień ziemi. Bo w końcu ja wiem, czy jest coś takiego ekscytującego w tym opisie, czy to trzęsień ziemi, czy innych zagrożeń. Myślę, że znacznie istotniejsze są ich pytania, co społeczeństwo powinno zrobić, aby ograniczyć skutki ewentualnych katastrof. Oni mówią o takich rzeczach praktycznych i kiedy powiedziałeś, że być może jeden z autorów przepisał to ze swoich raportów, to mi to otworzyło kolejną klapkę w moim pojmowaniu tej książki, bo tam rzeczywiście sporo jest tego rodzaju klimatów. Zwracają autorzy uwagę na konieczność tworzenia map zagrożeń, monitorowania aktywności sejsmicznej, rozwijania badań geodezyjnych i sejsmologicznych. To wszystko rzeczywiście nas kieruje w kierunku twardego obserwowania naszego otoczenia. Chyba ważną zaletą tej książki jest jej interdyscyplinarność, bo dzięki autorom oglądamy problemy związane z katastrofami i uświadamiamy sobie, że tych problemów nie da się rozwiązać z wykorzystaniem jednej tylko dziedziny nauki. Potrzebna jest współpraca wielu specjalistów: geologów, fizyków, lekarzy, polityków, planistów i w ogóle instytucji, które tego rodzaju klimatami się zajmują, i to w dodatku instytucji międzynarodowych. To podejście sprawia, że z jednej strony mamy takie przekonanie, iż książka próbuje spojrzeć na problem katastrof jako na problem całej ludzkości. I tak jak powiedziałeś, ten problem wcześniej czy później jakąś część, w jakimś miejscu ludzkości dotknie. Myślę, że bardzo ciekawy jest również sposób, w jaki obaj autorzy łączą kwestie katastrof naturalnych z kwestiami politycznymi i moralnymi. Oni, już to sygnalizowałem, pytają między innymi, jak należy się zachować w sytuacji ograniczonych zasobów, a w przypadku katastrof to się wcześniej czy później może pojawić. I oni konsekwentnie pytają, czy można dopuścić do podziału ludzi na tych, których można uratować, i tych, których pozostawia się bez pomocy. Ciekawe, chociaż na co dzień takich pytań sobie nie zadajemy, a myślę, że powinniśmy. Myślę, że inną mocną stroną tej książki jest odważne stawianie pytań, bo autorzy w sumie nie boją się podważać różnych oficjalnych stanowisk i zastanawiać się nad tym czy Te instytucje, które działają, istnieją. Czy one są rzeczywiście przygotowane na przyszłe kryzysy? Okazuje się, że niekoniecznie i nie wszystkie. W sumie dzięki temu ta publikacja może skłaniać czytelnika do myślenia o tym, co się może wydarzyć. Powiem tak, nieco nawiązując do sytuacji, która ma miejsce w Europie, kiedy my sobie uświadomimy kryzysy, może już niekoniecznie naturalne, ale takie związane z działalnością człowieka i uświadomimy sobie, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani jako społeczeństwo, jako państwo do tego, że taki kryzys może nastąpić, to człowiek zaczyna odczuwać, że mu po krzyżu mrówki biegają i to takie mrówki bardzo znerwicowane. Myślę, że zaletą książki jest ta szerokość spojrzenia. Dzięki temu czytelnik otrzymuje nie tylko jakiś opis możliwych katastrof, ale dostajemy gotowe pytania o to, jak powinna wyglądać odpowiedzialna organizacja społeczeństwa w takim świecie, który siłą rzeczy jest światem niepewności, bo nigdy nie wiadomo, kiedy się coś groźnego, niebezpiecznego wydarzy. A teraz zapraszam państwa na odrobinę literatury. Dzisiaj Joanna Piłatowicz. To jest zestaw tekstów pod zbiorczym tytułem „Nosorożec i wróżka”. Życzę państwu dobrej zabawy. Ja w każdym razie bawiłem się świetnie.
[01:14:44] - Joanna Piłatowicz, „Nosorożec i wróżka”. Drogi czytelniku, jeśli myślisz, że nosorożca można spotkać tylko w zoo czy gdziekolwiek one tam jeszcze żyją, prawdopodobnie w afrykańskich rezerwatach, to bardzo się mylisz. Być może codziennie przechodzisz koło jakiegoś nosorożca i nawet o tym nie wiesz. Wyjawię ci pewną tajemnicę. Otóż nosorożec może być dyrektorem i wcale ci się nie dziwię, że możesz tego nie zauważyć. Nosorożec-dyrektor pozornie wygląda normalnie. Potężna istota, ubrana w garnitur od Bossa, krawat marki równie dobrej, a nawet wymalowany ręcznie przez najlepszych artystów. Idzie do pracy. Na nosie ma okulary, co nadaje mu bardziej inteligentnego wyglądu. Całą swą postacią wzbudza szacunek, stąpając pewnie, stanowczo i emanując niezaprzeczalnym autorytetem. Natychmiast wiadomo, kto tutaj ma władzę. Tubalnym głosem oznajmia wszem i wobec: „Dzień dobry”. Nosorożec kroczy niczym arystokrata. Stąpa głośno i ciężko, bo przecież jego buty to najlepsze lakierki stukające i oznajmiające środowisku, kto idzie. Nosorożec zaznacza swój teren i dba, by uwaga była skoncentrowana na nim. Doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej ważności. Jest przy tym szarmancki i uprzejmy. „Panie dyrektorze, wizyta do pana” — przekazuje sekretarka w biurze. Nosorożec dostojnie unosi się z fotela. Jego źrenice rozszerzają się w radości ujrzenia zwierzyny łownej. Jeśli mu się nie spodoba, pokręci co najwyżej nosem, ale nadal będzie uprzejmy. W końcu został dobrze wychowany. Cechą nosorożca jest stałe polowanie. Jest wiecznie głodny, spragniony i nienasycony. Tam, gdzie okazja, tam i nosorożec. Spotkasz go zatem tam, gdzie dają jeść, pić i gdzie są zdecydowanie większe skupiska ludzi. W domu go spotkasz rzadko, chyba że jest impreza. Wyjdzie ostatni, upewniwszy się, że na talerzu już nic nie ma. Przecież dba, żeby się nie zmarnowało. Jest przy tym dowcipny. „Jestem ludzkim śmietnikiem” — mówi, połyka i uśmiecha się szarmancko, po czym rozgląda się za kieliszkiem, by mieć czym popić. Rzecz jasna interesują go pełne kieliszki, ale ten nosorożec, którego mam na myśli, to osobnik dystyngowany. Dobiera swoje towarzystwo ostrożnie i bywa tam, gdzie może zabłysnąć swoją elokwencją oraz pozycją społeczną. Wydaje się bardzo towarzyski, wygadany. Potrafi mówić o wszystkim, co nie ma większego znaczenia, bo po chwili i tak go nie ma. Już rozmawia z kimś innym. Nosorożec uważa, by za długo z nikim nie konwersować. Zwinnie lawiruje po płytkości tematów. To jest nosorożec jak najbardziej ucywilizowany, do tego dyplomata. „Jakże się cieszę, że cię widzę” — podaje rękę kobiecie, która rozjaśnia się na jego widok, mając nadzieję na miłą pogawędkę. „Co nowego?” „Ach, byliśmy...” — opowiada kobieta, lecz Nosorożec już jest myślami gdzie indziej. Właśnie ustawia się kolejka po przysmaki. „Ach, to cudownie!” Nosorożec zawsze wie, co powiedzieć i jak zareagować. Kobieta poczuła się wysłuchana, a Nosorożec niby przez przypadek odwrócił się w kierunku podawanego jedzenia. A tam kolejny znajomy. "Ach, to ty" – mówi z entuzjazmem. – "Jak dawno się nie widzieliśmy." Podaje rękę innemu dyplomacie. Obaj całkiem zgodnie przesuwają się w kierunku kolejki. Nosorożec musi być pierwszy. Absolutnie nie zniesie bycia ostatnim. Przez grubą skórę nosorożca niewiele się przedrze. Wydaje się, że nie można go zranić. Serce pewnie gdzieś tam jest, ale tylko dlatego, że mu tak wypada. Czasem serce się zgubi i nie może się odnaleźć na skutek gwałtownej działalności nosorożca. Nosorożec bada rzeczy zza okularów, używając też często swojego nosa. Posługuje się zasadą: badając coś, należy to mocno szturchnąć. Jeśli się przewróci, to znaczy, że szybko trzeba na to nadepnąć, podeptać lub po tym przejść. Jeśli to coś okazuje się żywe, czyli okazuje się kimś, to należy się po tym przespacerować jeszcze raz i zobaczyć, co się stanie. Jeśli ten ktoś narzeka i ma pretensje, nosorożec poczuje się niedoceniony i odrzucony. To już wychodzi poza jego pojęcie rozumowania. Jak można go nie adorować za jego naturalne zachowania? Wtedy nosorożec się wycofuje i obrażony idzie dalej. Zdarza mu się zawracać, udawać przy tym, że nie patrzy w kierunku leżącego i deptać raz jeszcze, stwarzając wrażenie, że tego nie robi. Być może nie mieści mu się w mózgu, że nie otrzyma poklasku i na wszelki wypadek próbuje szczęścia jeszcze raz. Jeśli chwilowo adoracji nie ma, bo ktoś leży już bezwładnie i nawet pretensji nie zgłasza, to nosorożec unosi wysoko głowę i szuka innej okazji. Jak długo ma co jeść i pić, do tego jest ktoś, kto go adoruje, nie musi włączać zaawansowanych procesów myślowych. Podstawowe potrzeby zostały wszakże zaspokojone. Spotkanie. Pewnego dnia nosorożec szedł jak zwykle do pracy. Nagle na jego drodze coś się pojawiło. Leżało. Wyjątkowo powstrzymał swoje ogromne kopyto, które już chciało to coś nadepnąć. Jego źrenice się rozszerzyły. Nosorożec zastygł w bezruchu z nadzieją, że dziwne leżące zjawisko zacznie uciekać. Na ziemi leżała wróżka. Wiotka to była istota i jakoś mało skoncentrowana. Wydawała się nieco rozlazła i przeźroczysta, ale świeciła swoistym blaskiem. To świecące złotko właśnie wyłożyło się na prostej drodze i nieco potłukło. Wróżka, mimo posiadania wielu umiejętności i talentów, nie zdołała ich wykorzystać, by nie spaść na ziemię. Okazało się, że jest kompletnie nieprzystosowana do życia na tej planecie. Do tego jej skrzydła tutaj nie zadziałały. Brak podstawowej umiejętności latania osłabił ją. Wróżka nauczyła się właśnie, że powinna uważać. Już kilkakrotnie mało brakowało, by kilka istot rozerwało ją. Co jakiś czas rozpalony do czerwoności dwunog zaczynał ją gonić. Niektórym zdarzało się na czterech. Dość szybko udało jej się przekonać własne nogi, by niosły ją w jednym kierunku i szybko podejmowały decyzje. Ale teraz wróżka leżała. Zdążyła unieść głowę, popatrzeć w źrenice dzikiego zwierza, jakim wydawał jej się nosorożec i również zamarła. Kogo odblokowało pierwszego? Nie wiadomo. Wróżka zerwała się na nogi i zaczęła uciekać. Prawdopodobnie zadziałał już jako tako wyrobiony instynkt. Nie ma co ukrywać. Nosorożec się napalił, podniecił. Tego mu brakowało. Ruszył za nią. Wiotka wróżka miała zdolność wtapiania się w środowisko i udawania, że jej nie ma. Nosorożec zatem przestał ją widzieć. Ona chwilowo postanowiła zakamuflować swoją obecność, wtapiając się w otoczenie. Przypominała więc drzewo. „No proszę, wyjdź, spotkajmy się” – prosił nosorożec. Wróżka wyszła zza drzewa, a nosorożec hamował się, jak potrafił. Być może użył nawet woli, której tylko pozornie nie posiada. A może jego wola jest inaczej zaprogramowana? Dopaść cel. Nosorożec patrzył na wróżkę i coś sobie ważył w głowie. Szala przechyliła się na niekorzyść wróżki. „Pf” – prycha sobie w umyśle. – „Nie warto tego łowić nawet. To nic dla mnie. Nie lubię ekstremalnych sportów. Słabe to jakieś.” Niestety to były myśli nosorożca i całkowicie przegrały z potężniejszym organem, który już postanowił sobie wróżkę złowić. Wróżka patrzyła na nosorożca i nic sobie w umyśle nie ważyła, bo i umysł i reszta nakazywały: „Wiejemy. Wiej i się nie oglądaj”. Wróżka zwiała. Niepocieszony nosorożec szukał jej bardzo długo. Oferta. Wróżka rozpaczała. Jak to się stało, że spadła na ten świat? Czy mogła nie spadać? Ewentualnie nastąpiła pomyłka i zaraz ją stąd zabiorą. Trzeba tylko poczekać. Nikt jej jeszcze nie zabrał. Wędrowała zatem coraz bardziej zmęczona i potykała się o własne nogi, które były już zniechęcone. Czegoś też zaczęło jej brakować. Nazywano to podstawowymi potrzebami. Wcześniej nie miała takich problemów. Teraz się okazało, że ma. Ups, znów się wywróciła. Jakim cudem pojawił się nosorożec? Nie wiedziała. Zdążyła zerwać się na nogi i już miała uciekać, kiedy nosorożec ją dogonił. Wyraźnie się nią bawił. Biegał zafascynowany obok i wcale nie zamierzał jeszcze na nią nadepnąć. Najlepsze wszak zostawia się na potem. „Zostań ze mną” – zaproponował. Wróżka nie chciała, czując i widząc w tym podstęp. Nie miała wyjścia. Szarmancki nosorożec zaoferował, że może na niego wsiąść i on ją będzie od teraz woził. Zaprosił ją do siebie. „Wyglądasz, jakbyś się pierwszy raz inkarnował” – zaśmiała się wróżka. – „Chyba przedtem byłeś dinozaurem, a teraz jesteś nosorożcem” – skomentowała. „Nie jestem nosorożcem. Jestem dyrektorem” – nosorożec zaoponował. – „A ty skąd jesteś? Pierwszy raz tutaj?” „Nie pierwszy, niestety” – zmartwiła się. – „Właściwie to kolejny. Nie liczę” – dodała wymijająco. „Nie podoba ci się tutaj?” „Nie bardzo” – przyznała. „No to czemu tu jesteś?” „Ach, za każdym razem mnie tu spychają.” „O” – nie zrozumiał. – „No ale tu jest fajnie.” „Komu fajnie, to fajnie. Ja nie mam głowy do tych detali, wycierania się, mycia, ubierania, malowania, nie daj Boże robienia paznokci. To trwa wieki. Ach, no i do tego zarabiania. Najpierw coś musisz zarobić, potem dostajesz kwitek, indziesz i robisz zakupy, żeby się potem w coś ubrać albo coś zjeść. No i po co?” „No ale to jest najlepsza frajda tutaj. Wygrywa ten, kto ma więcej.” Nosorożec miał entuzjazm w oczach. „A co wygrywa?” – spytała. „No...” – nosorożec się zawahał. Nie spodziewał się tego pytania i musiał uruchomić nowy proces myślenia, mało funkcjonujący do tej pory. – „A wiesz, rozmowa z tobą jest bardzo ciekawa. Stymulująca. Ja z nikim tak do tej pory nie rozmawiałem.” „A jak?” – dopytywała się. „Ty masz zupełnie inne podejście do wszystkiego.” „Bardzo możliwe” – przyznała wróżka. – „Ale muszę cię ostrzec, że to niewiele zmienia ani w niczym nie pomaga.” „Jesteś fascynująca.” Nosorożec miał błysk w oczach, który wróżka odczytała jednoznacznie. Zapoluj, zdobądź, posiądź. Nic dziwnego, że się przestraszyła. „Czy myślisz, że bylibyśmy udaną parą?” Nosorożec przeszedł do rzeczy. „Absolutnie nie!” – zaprotestowała nadzwyczaj gwałtownie, co tylko bardziej wyzwoliło w nosorożcu instynkt łowcy. „Zobaczymy.” Zapalił fajkę i w milczeniu przypatrywał się wróżce niczym zwierzynie spokojnie stojącej na łące. Jeszcze nie ucieka, więc miło popatrzeć, co się będzie goniło. „Możesz u mnie mieszkać” – dodał wymijająco. „Dziękuję, skorzystam” – powiedziała wyniośle, doskonale wiedząc, że nie ma dokąd pójść. Została zatem i coraz bardziej sobie to chwaliła. Podróżowanie z nosorożcem. Podróż z nosorożcem wymaga ogromnego dystansu i uwagi. Ucywilizowany nosorożec w podróży pędzi. Czuje zapewne zew przygody. Trudno jednak się wtedy na nim utrzymać, a tym bardziej trzymać go na wodzy. Nosorożec w podróży staje się nieco nerwowy. Chcąc ze wszystkim zdążyć, często zapomina o kilku drobiazgach. Zatem wraca po nie, ani trochę nie zwalniając kroku. Nauczona doświadczeniem wróżka ma już pewną wprawę w traktowaniu nosorożca. Zabiera prowiant, pakuje to, co jej będzie potrzebne. Myśli też za niego, więc pakuje rzeczy dla niego, chociaż on twierdzi, że nie jest głodny i już nie będzie jadł, względnie jest na diecie. Wróżka spokojnie obserwuje pocącego się nosorożca i lekko się uśmiecha. Uważa przy tym, by nie pokładać się ze śmiechu. Pędzący niczym w rajdzie nosorożec powoli przyzwyczaja się do tempa, jakie sobie narzuca i staje się bardziej komunikatywny. „Gdzie jest moja komórka?” – pyta, uznając, że wróżka z racji nazwy powinna takie rzeczy wiedzieć. „A wzięłaś czajnik?” – pyta dalej, bo skoro miał taki pomysł, to ona powinna się domyślić, że go miał i spakować czajnik. To normalne, że każda wróżka czyta w myślach. Ogarnia go zdziwienie, kiedy ona tego nie robi. Na kolejnym etapie podróży nosorożec robi się zmęczony. Gwałtownie staje. I dobrze. Wróżka musi mieć czas na oddech. Trzeba mieć zdrowie do podróży z nosorożcem. Nosorożec na imprezie brata. Nosorożec lubi swój czas spędzać aktywnie, a nawet bardzo, nad wyraz wręcz aktywnie. Wróżka na jedno narzekać nie może – na nudę. Zawsze jest coś do zrobienia, gdzie pojechać, czymś się zająć. Brat nosorożca to podwójny nosorożec. Jest jeszcze potężniejszy, zauważa wróżka. Zarówno wzwyż, jak i wszerz. Wszerz nawet bardziej. Na imprezę brata dociera zawsze wiele istot, które po wymienieniu grzeczności powitalnych ruszają do zastawionych stołów z jadłem. W końcu po to się przychodzi na imprezy. Jest to szansa na darmowe żarcie i popitek. Na szczęście nie wszystkie istoty wychodzą z tego założenia. Panuje bowiem kultura i nikt się nie rzuca, a przynajmniej otwarcie, na dostawy żywności, jakich dostarcza gospodyni domu. Wypada przy tym mieć prezent. Prezentów zatem zawsze przybywa. W tym wszystkim wróżka może wydawać się istotą wielce bezradną. Poznawanie kilku miłych osób, przeprowadzanie lekkich rozmów w fałszu alkoholu unoszącego się gdzieś wokół sprawia, że robi jej się nieprzyjemnie. Opuszcza zatem towarzystwo, czego nosorożec nawet nie zauważa, zajęty imprezowaniem z rodziną. Można mu to wybaczyć. Wszakże nie widzieli się dość długo. Wróżka ukradkiem płacze. „Ja wcale nie chcę ujeżdżać nosorożca. To nie są zwierzęta do jeżdżenia” mówi sama do siebie, świadoma, że obecnie raczej nikt jej nie słucha. Chyba jednak nie odnajduje się w tym świecie. Nosorożec na wakacjach. Ogromny nosorożec, bardzo niepewnie, jak na nosorożca, stanął przed zaspaną wróżką i powiedział: „Pobaw się ze mną” i rzucił jej piłeczkę. Wróżka zauważyła, że rozpoczął zabawę, nie czekając na jej zgodę. Właściwie to nawet nie zdążyła pomyśleć, czy chce. „Złap piłeczkę!” Nosorożec był już w trybie zabawy. W przypływie spontanicznej gry nosorożec mało nie przydusił towarzyszki zabaw. Biegł za piłeczką, którą nieopatrznie złapała wróżka i teraz postanowił złapać je obie. Chwycił wróżkę i trzymał mocno, jakby obawiał się, że ona mu zaraz ucieknie. Wróżka uważnie popatrzyła w wielkie czarne oczy nosorożca. Dostrzegła niepewność i to jej nie pasowało. On dziś naprawdę był niepewny. Mimo podążania za swoimi potrzebami zabawy i chwili obecnej. „Dobrze się czujesz?” — spytała. „Ależ oczywiście, ja zawsze dobrze się czuję” — odparł nosorożec, a ona już wiedziała, że pytanie to mija się z celem. Z drugiej strony, wedle mądrości Tao, jego odpowiedź była jak najbardziej prawidłowa. Należy wszakże podtrzymywać pozytywne nastawienie do życia i nie obdarzać uwagą tego, czego się nie chce. Wtedy rzeczy z braku troski o nie powinny same zaniknąć. Nie zawsze się tak jednak działo, ale nosorożec uparcie wierzył w tę zasadę i stosował ją bez wyjątku. Zignorować, zaprzeczyć i trzymać się harmonii za wszelką cenę. Nosorożec był w tym naprawdę dobry. Może to jego wrodzona cecha. Puślępota. Kula. Wróżka jednak miała pewien problem z niedostrzeganiem rzeczy, które wręcz nachalnie zabiegały o jej uwagę. Z jakiegoś bliżej nieznanego jej powodu miała przyczepiony do nogi łańcuch z czarną, dość ciężką kulą. Nie pozwalało jej to na wiele swobody. Musiała poczynić pewne akrobacje i dodatkowe wysiłki, by bawić się lekko jak inni. Dość trudno było jej nie dostrzegać kuli, nie czuć jej i nie słyszeć. Oczywiście bywały momenty, że brała kulę, forsowała rzeczy tak, jak chciała. W końcu musiała sobie jakoś radzić. Nie było co ukrywać. Potrzebowała piły najlepszej jakości. Jak do tej pory wszystkie napotkane się tępiły. Ale nie ma co ustawać w poszukiwaniach. Zresztą to była tylko jedna z wielu przeszkód na drodze wróżki. Wróżka miała swoje cele, lecz te często rozmazywały się poprzez codzienne wyzwania, jakie świat z zadowoleniem stawiał na jej drodze. Ona kochała tańczyć. Nosorożec uwielbiał imprezy. Pewnego wieczoru wybrali się w miejsce, gdzie oferowano tego typu atrakcje. Wróżka dziarsko wzięła kulę w ręce i zaczęła tańczyć. Nosorożec przytupywał obok. Nie bardzo czuł rytm, ale jej to już nie przeszkadzało. Po pewnym czasie nosorożec zauważył, że nie tylko męska część istot żywych wpatruje się w jego ukochaną. Mimo swojej ślepoty dostrzegł też, że męska część istot żywych wydaje się mieć reflektory w miejscach oczu. Wróżkę to cieszyło. Dawała właśnie upust swej frywolności, na którą na co dzień nie mogła sobie pozwolić. Nosorożec spontanicznie trącił nosem wróżkę. Złapał ją w talii, przyciągnął do siebie i rozejrzał się po sali, jakby chciał oznajmić: „To moja własność. Nie ruszać.” Na scenie jednak pewien muzyk nie zraził się tym gestem i już ruszał z gitarą elektryczną wprost w kierunku wróżki. Ta odwróciła się i uznała, że fajnie będzie potańczyć dla niego i do dźwięków gitary. Takiej okazji do zabawy przepuścić przecież nie można. Muzyk gdzieś po drodze zdążył zamienić gitarę na saksofon. A może to było potem? Nie pamiętała. Zajęta była wyginaniem się we wszystkich możliwych kierunkach i przestrzeniach. Głośno wyrażała swój aplauz dla muzyków. Dźwięki flirtowały z nią. Proszę bardzo. Nareszcie! Wróżka czuła się wolna, żywa i zadowolona. Jak na nią to dość rzadkie uczucie, zatem tym bardziej witane z radością. Coraz bardziej niepewny nosorożec przysunął się bliżej wróżki, a ona naprawdę się bawiła. Wpadła w jego ramiona tylko po to, by za chwilę odskoczyć. Wodziła go całkiem świadomie, być może za nos. Muzyk był bardzo niepocieszony, kiedy wróżka i nosorożec opuszczali lokal. „A więc” nosorożec sprawdzał grunt. „Wydaje się, że ten muzyk chciał cię poderwać” dokończył z wyrzutem. „Ależ skąd” odparła zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy nosorożec flirtował z kobietami na imprezach, udając, że tego nie robi. Z jakiegoś powodu nagle sobie to przypomniała. Ale teraz wyglądał na zupełnie innego nosorożca. Ogromny nosorożec, ale teraz kuli swój mały ogonek i wygląda całkiem jak zbity nosorożec. Życie z nosorożcem. Życie z nosorożcem jest ogromnym wyzwaniem i szkołą przetrwania. „Nosorożce to jedyne zwierzęta, które nie ewoluowały i są w połowie ślepe” – przeczytała wróżka. Westchnęła czytając dalej. „Są zwierzętami objętymi ochroną i żyją w rezerwatach.” Pomoc. Nosorożec próbował pomóc wróżce. „A więc” – zaczął tubalnym głosem i wszechogarniającym. – „Co ty właściwie możesz robić, żeby zarabiać na życie?” Jak dyrektor czekał na odpowiedź. Wróżka zaniemówiła. Do tej pory wyglądało na to, że mimo wykształcenia i dyplomów, które gdzieś po drodze zdążyła załapać, nic nie może tu robić. Co robi typowa wróżka? To taka wdzięczna, artystyczno-magiczna istota. Ale ta istota przebywa w bajkach, więc co ona robi na ziemi? Tu nikt nie chce bajek, opowieści dobrze się kończących. Ziemia ekscytuje się raczej dramatami i tragediami, względnie perfidnymi eksperymentami testującymi wytrzymałość istot i natury. Co ona ma tu do roboty? W magię też już tu nikt nie wierzył. Jakby wszyscy mieli klapki na oczach i śnili jakiś koszmar. Ona nie chciała brać udziału w tym koszmarze, a jednak w zasadzie została zmuszona. „Nie wiem” – odparła cicho. „Może otworzysz firmę?” „Bardzo chętnie.” Nie miała jeszcze pojęcia, co to znaczy, ale dowiedziała się po kilku miesiącach bezowocnych wysiłków. „Możesz też studiować” – podsuwał nosorożec. „Ale ja mam wykształcenie.” „Ale widać, że tu bezużyteczne. To jakbyś go nie miała.” Wróżka firmy nie otworzyła. Studia okazały się za drogie. Zbyt mało zarabiała. Przecież jako artystka coś zarabiała, ale to za mało. „Dlaczego nie otworzyłaś firmy?” – dopytywał się wkrótce nosorożec. Tłumaczyła bardzo spokojnie, jak przechodziła przez wszelkie urzędy, rejestracje, dzwoniła, chodziła osobiście. Mnóstwo rzeczy, jej zdaniem niepotrzebnych, załatwiła po drodze, bo kraj się domagał. Rząd nakazywał, ale niewiele wynikło z jej starań, poza szeroką wiedzą na temat poszukiwania pracy i otwierania własnej firmy. Poznała też mnóstwo ludzi. Po wielu miesiącach dotarło do niej, że nie znajdzie klientów w ciągu kolejnych dni czy godzin roznoszenia ulotek. Klienci to sprawa poczty pantoflowej. Nosorożec nie rozumiał, a wróżka nie miała już sił tłumaczyć tego, czego on nie rozumie. „To może poszukasz sobie pracy?” Miał wiele pomysłów. „Owszem, szukam.” Wróżka działała na wielu polach. Szukała i sprawdzała. Była zarejestrowana w kilkudziesięciu biurach pracy. Doświadczała przy tym bardzo ziemskiej depresji. Karty. Karty tarota zawsze do niej mówiły. Po prostu patrzyła i wszystko się układało. Nie pamiętała już, skąd miała tę talię kart. Siedziała w domu i czekała na klientkę. Nosorożec upierał się, by postawiła dalszej znajomej karty. Sam w to nie wierzył, ale co jakiś czas prosił o stawianie kart w związku z jego pracą. Dzwonek u drzwi dzwonił i wyrwał wróżkę z rozmyślań i wpatrywania się w świeczkę. Wróżka uwielbiała świeczki, kolory, zapachy, kształty, dekoracje. „Dzień dobry pani.” „Dzień dobry” – odparła wróżka. „Ida jestem.” „Bardzo mi miło.” „To jak to działa?” „Najlepiej mieć konkretne pytania. Ma pani?” „Mam, mam. Całą listę przygotowałam.” „To pani Ido chyba nie pierwszy raz?” – zapytała z zaciekawieniem. „Ano nie, ale mi jakaś tarocistka naopowiadała, że umrę i dziecko stracę i w ogóle same problemy.” Wróżka rozłożyła karty. „Nic takiego nie widzę.” „Ja się teraz boję.” „To tylko karty” – powiedziała wróżka, która sama w karty bardzo nie wierzyła. Kto by wierzył obrazkom, które mówią raz tak, raz tak. Co innego wyczucie pewnych zdarzeń, a co innego interpretacja. Ale jej klientka tego nie wiedziała. Postanowiła jej to zatem uświadomić. Na swój sposób odczarować od jakiejś głupiej, jej zdaniem, sugestii o umieraniu. „Dziś wyjdzie tak, jutro inaczej. Zazwyczaj wychodzi to, co aktualnie się u pani dzieje. To trochę jak lustro. Wtedy można zawsze coś poprawić. Jak pani źle makijaż zrobiła, to można nanieść korektę, nie?” „Aha.” – Ida otworzyła usta nieco szerzej ze zdumienia. – „Bo ja myślałam, że to się stanie.” „To zależy w dużej mierze od pani. Czasem sugestie tak długo działają, że można na siebie rzeczywiście coś dziwnego ściągnąć. Zatem proste rozwiązanie to zmienić myślenie” – dedukowała na głos. „To co się wydarzy?” „Tego nie wiem, ale tendencje są takie.” Wróżka była w swoim żywiole i opowiadała, co wiedziała. "No co też pani powie! A tamta mi nagadała i mówiła, żebym dzwoniła do niej." Wróżka pohamowała swoje myśli na temat braku odpowiedzialności innych ludzi. "Zrobi pani, co będzie chciała. Wyjścia są takie. Jak pani czegoś nie chce, to trzeba reagować, coś zmienić albo podążyć inną drogą." "To urodzę normalnie i zdrowe dziecko?" "Przeszkód nie widzę. Czytam to, co widzę. To tylko karty" – wspomniała. Wróżka nie wiedziała, czy kobieta rozumie, czy nie, ale poczuła się lepiej i chyba jej się spodobało. "A postawi pani karty mojej koleżance?" Tak milczej po pani wróżbie. "Też da radę." Koleżanka znała koleżankę, a ta znów kolegę, co znał koleżankę czy też kolegę. Ktokolwiek to był, wróżka miała pełne ręce roboty i postanowiła trochę ograniczyć ten biznes. Stawki nieco wzrosły, a klienci się domagali. Czasem tłumaczyła, że to tylko karty, ale twierdzili, że im się sprawdza i chcą więcej. Coraz szersza klientela. Pani Alina weszła do wróżki, patrząc podejrzliwie wokół. "Nie ufam kartom" – powiedziała. "Ale córka mnie przysłała." "O, jak wspaniale" – ucieszyła się wróżka. – "Nie ma co ufać kartom. To zupełnie nie na tym polega. Zaraz to pani wytłumaczę." "Może być. Pani rozkłada." Wróżka zajęła się odpowiedziami. "O!" – podchwytywała pani Alina. – "Toć to samo wyszło w kartach mojej córce. To samo. No co też pani powie? Jak to możliwe?" "Wszystko może się zdarzyć" – odparła wróżka lekko. "A co się stanie z tym domem tam?" "Tu jest pewne zamieszanie." Wróżka opowiadała o naturze kobiet, które wyszły mało przychylnie nastawione do pani Aliny. "Ha! Dobrze czułam. Te małpiatki niewdzięczne wszystko by chciały. Też mi." "Spokojnie, na wszystko jest sposób. Dyplomatycznie tu trzeba." Wróżka się zawahała. "No z dyplomacją u pani kiepsko. To może ja pomogę." "To co ja mam im powiedzieć? Niech się dymają." "No jak tak pani powie, to będzie zapewne tak, jak w kartach wychodzi. Ciekawie, aczkolwiek nie do końca o to chodzi." Sposób na Nosorożca. Nosorożec odchrząknął, jakby chciał zacząć rozmowę. "Widzę, że jesteś zajęta i nie masz dla mnie czasu" – powiedział z wyrzutem. "No i masz pracę i zarabiasz." Tym razem w głosie dało się wyczuć szacunek. "Może byś pracowała trochę mniej. Ja zarabiam wystarczająco. Wystarczy nam." "Ale ja to całkiem lubię. Nie cieszysz się?" "Cieszę się, cieszę" – powiedział jakoś za szybko. "To o co chodzi?" "O nic. Słuchaj, a może pojedziemy na wakacje?" "Wspaniale." Wróżka się uśmiechnęła i też udawała, że nie wie, o co mu chodzi. Czyżby się bał, że ona jest już całkiem niezależna od niego i coraz lepiej sobie poradzi? Może nawet odejść? Wakacje mogą pomóc. "To kiedy możesz?" "W najbliższym miesiącu nie mogę." "No ja też nie. Przecież pracuję." Nosorożec patrzył w kalendarz. "Tak, mój grafik jest bardzo, bardzo napięty." "Ale kiedy możesz?" "Za półtora miesiąca." "O, widzisz, ja też wtedy mogę." Czy wróżce się wydawało? Czy też on jakby teraz kochał bardziej? Może szanował bardziej? Czy to miało jakiś związek z jej pracą, której nie rozumiał? Ale wszystko, co przynosi dochód, jest dobre, więc akceptował. Wróżka nie wiedziała, ale była bardzo rada ze swojej nowej roli. Czuła się, jakby awansowała. Szacunek, pieniądze. Czemu nie? Może ta ziemia nie taka najgorsza. Spojrzała ku górze i pomyślała jeszcze: "Niech wam będzie. Na razie da się przeżyć. No przyznam, że całkiem dobrze się udaje."
[01:47:50] - To, proszę państwa, był zestaw tekstów Joanny Piłatowicz. Zestaw, który nosi tytuł „Nosorożec i Wróżka”, a czytał dla Państwa Marek Sęk Ivellios. Proszę państwa, no cóż, po odrobinie literatury zawsze moja gadka jest mniej więcej taka sama. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi w dzisiejszej audycji. Zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji, a teraz już życzę dobrej nocy, wspaniałego weekendu i do usłyszenia.
[01:48:29] - A ja mam taką właściwie prośbę do słuchaczy. Jeżeli ktoś ma namiary na zerowy numer niestalego świata, jeżeli ktoś wie, gdzie taki numer można zobaczyć, a najlepiej jakby się go dało kupić, to będę bardzo wdzięczny. Cel archiwizacyjny. Kończymy kolejne wydanie AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Mówił do Państwa przed chwilą gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.