Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Dla niektórych wakacje się skończyły, a u nas wakacje cały czas trwają, czego widomym przejawem będzie jedna z dzisiejszych pozycji. Audycja, która wciąż nie doczekała się tytułu, a która poświęcona jest właśnie takim wakacyjnym podróżom w różne miejsca kojarzące się z tematyką paranormalną, ufologiczną i nie tylko. To tyle słowem wstępu. Zaczynamy kolejne spotkanie w AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:53] - Dzień dobry, wieczór państwu. Kłaniam się i zapraszam na kolejny AWF, ciągle jeszcze wakacyjny. Dzisiaj na początku mam zawsze swoje słowo i bardzo często poświęcam je sprawom kosmosu, które mnie interesują. A dzisiaj nie będzie o kosmosie. Dzisiaj będzie trochę o archeologii, która również mnie interesuje. Tak czasami sobie myślę, że mnie chyba za dużo rzeczy interesuje, ale to już jest mój problem. Natomiast trochę o archeologii. Tak sobie myślę, że kiedy gdzieś tam bierzemy na tapet monumentalne budowle i to monumentalne budowle dawnych ludzi, to my najczęściej wyobrażamy sobie egipskie piramidy, może greckie świątynie albo jakieś budowle ze starożytnego Rzymu, chociażby Koloseum. Dla nas to są symbole potęgi dawnych starożytnych, rozwiniętych cywilizacji. Cywilizacji, które dysponowały miastami, rządzili nimi potężni władcy i były dobrze zorganizowane.
To cywilizacje, które rozwinęły i wzmocniły państwowość, bo tak to chyba należałoby nazwać. A tymczasem okazuje się, że monumentalna architektura pojawiła się znacznie wcześniej, niż zwykliśmy o tym myśleć, bo zanim powstały piramidy, ludzie tworzyli naprawdę ogromne konstrukcje ziemno-kamienne. Konstrukcje, których budowa wymagała współpracy bardzo wielu osób. Dobrym przykładem tego rodzaju budowli jest chociażby Watson Brake w Luizjanie, ale też jest tutaj polski akcent, bo my nie w Luizjanie, tylko na Kujawach mamy grobowce megalityczne w Wietrzychowicach. To naprawdę robi wrażenie, kiedy człowiek zjawi się przy tych grobowcach, które nazywane są też łożami olbrzymów, bo składają się z takich kopców. Właściwie trudno to nazwać kopcem. To są takie długie, kamienno-ziemne budowle. Trochę to przypomina taki kompostownik. To złe porównanie, ale kształt mniej więcej taki. Naprawdę robi to wrażenie, bo kamienie, które były wykorzystane do wzniesienia tej budowli są naprawdę ogromne.
Ale zacznijmy od tej budowli z Luizjany. Watson Brake powstało około trzy i pół tysiąca lat przed naszą erą i to naprawdę jest bardzo, bardzo dawno temu. Pomyślmy sobie ponad pięć tysięcy lat temu, pięć i pół dokładnie. I to, co powstało w Watson Brake należy do najstarszych znanych kompleksów o charakterze monumentalnym w Ameryce Północnej. Te budowle składały się z jedenastu ziemnych kopców, które były połączone wałami. To wszystko tworzyło bardzo rozległy układ. Dzisiaj wiadomo na podstawie wykopalisk, że budowano te kopce i te połączenia etapami, a archeolodzy doszli do wniosku, że prace mogły być prowadzone przez wiele pokoleń. Szczególnie interesujące jest to, że twórcami tych budowli nie była żadna rozwinięta cywilizacja z dużymi miastami albo scentralizowaną władzą. Czegoś takiego, o ile nam to dzisiaj wiadomo, na kontynencie północnoamerykańskim po prostu nie było wtedy. To były społeczności zajmujące się przede wszystkim polowaniem, rybołówstwem, zbieractwem, a mimo tego potrafiły zorganizować się w taki sposób, aby wspólnie stworzyć konstrukcję, która wymagała dużej ilości pracy.
A jak to bywa z wykopaliskami archeologicznymi, dokładne przeznaczenie Watson Brake nie jest dzisiaj do końca znane. Bardzo możliwe, że to miejsce służyło spotkaniom, uroczystościom lub jakimś ważnym obrzędom, ważnym dla całej społeczności. I tutaj ten polski akcent, bo podobny podziw budzą grobowce w Wietrzychowicach. Tak jak mówiłem, ta miejscowość, w pobliżu której te grobowce się znajdują Osadzona jest na Kujawach, a te budowle, te grobowce zostały zbudowane przez ludność kultury pucharów lejkowatych. I to był okres neolitu. Te charakterystyczne grobowce kujawskie miały postać bardzo długich nasypów ziemnych. Tego słowa brakowało mi na początku. Nasypów, których boki wzmacniano dużymi kamieniami, naprawdę bardzo dużymi. Niektóre z tych grobowców osiągały ponad sto metrów długości. W Wietrzychowicach zachowało się sześć takich monumentalnych grobowców, a ich rozmiary sprawiają, że bywają nazywane polskimi piramidami.
Chociaż oczywiście różnią się od piramid egipskich zarówno konstrukcją, jak i przeznaczeniem. Ale najciekawsze jest to, że Watson Brake i Wietrzychowice dzielą tysiące kilometrów, a mimo to możemy dostrzec między tymi budowlami pewne podobieństwa. W obu przypadkach ludzie zdecydowali się przeznaczyć ogrom pracy, ogrom czasu, ogrom wysiłku na stworzenie budowli, które nie były wcale konieczne do codziennego życia, nie były konieczne do zdobywania pożywienia ani do zapewnienia podstawowego schronienia tamtym ludom. A to oznacza, że te społeczności miały potrzeby, które wykraczały poza samo tylko przetrwanie. Ci ludzie chcieli tworzyć miejsca związane z pamięcią, ze wspólnotą, z wierzeniami, no i prawdopodobnie z obrzędami. Różnica pomiędzy tymi budowlami tam w Ameryce i tu w Polsce polega przede wszystkim na funkcji owych miejsc. Wietrzychowickie konstrukcje były przede wszystkim monumentalnymi grobowcami. Ich naprawdę ogromne rozmiary mogły podkreślać znaczenie pochowanych osób, a jednocześnie wzmacniać więzi całej wspólnoty, całej społeczności. Watson Brake nie jest natomiast takim typowym cmentarzyskiem. Jego funkcja pozostaje do dzisiaj przedmiotem badań i dlatego należy ostrożnie podchodzić do prób jakiegoś jednoznacznego wyjaśnienia, dlaczego zbudowano te amerykańskie kopce.
Jednak oba te stanowiska, zarówno to amerykańskie, jak i polskie, pokazują coś bardzo ważnego. Dawni ludzie byli zdolni do współpracy na znacznie większą skalę niż wcześniej przypuszczano. Wcześniej traktowano te ludy, które polowały, zajmowały się zbieractwem jako takie grupy, które owszem, już troszeczkę specjalizowały się w niektórych zadaniach. Był podział pracy, ale jednak traktowano te ludy, że one były bardzo pragmatyczne, głównie walczyły o przetrwanie. A tymczasem okazuje się, że chyba nie tylko, bo budowla ogromnego nasypu czy całego kompleksu kopców wymagała po pierwsze planowania, po drugie podziału pracy. No i w przypadku tej budowli amerykańskiej zdecydowanie przekazywania wiedzy kolejnym pokoleniom. Zarówno wiedzy, jak i celu, w jakim ta budowla była tworzona. Musiała istnieć i to jest niemal pewne, jakaś silna motywacja, która sprawiała, że ci dawni ludzie byli gotowi poświęcić swój, możemy powiedzieć, wolny czas. Ten czas, którego nie przeznaczali na polowania czy na inną aktywność związaną z przeżyciem. To był wolny czas i oni poświęcali ten czas oraz energię, żeby stworzyć coś, żeby wykonywać przedsięwzięcie, którego efekty miały służyć przez długi czas, ale miały służyć kolejnym pokoleniom.
Moim zdaniem to właśnie to jest najbardziej fascynujące w Watson Brake i w Wietrzychowicach. Oba te miejsca pokazują, że monumentalna architektura wcale nie narodziła się dopiero wraz z wielkimi cywilizacjami. Potrzeba tworzenia trwałych i wręcz imponujących budowli istniała zatem już we wcześniejszych społecznościach. Społecznościach, które nie znały pisma, nie znały pieniądza, nie znały też państwa w takiej formie, w jakiej my ją znamy. Ci prehistoryczni ludzie potrafili nie tylko walczyć o przetrwanie, ale również myśleć o przyszłości. O przyszłości i o tej wspólnocie, która miała przetrwać. Watson Brake i Wietrzychowice przypominają zatem, że historia ludzkiej cywilizacji jest chyba bardziej skomplikowana, niż sugerowałyby to jakieś takie proste obrazy rozwoju roztaczane wcześniej przez historyków czy archeologów. To nie było tak, że ten rozwój prowadził od prymitywnych osad do wielkich miast. I to był taki rozwój w jedną stronę i po drodze nie było żadnych odnóg. Okazuje się, że wielkie przedsięwzięcia, nazwijmy to, że to były przedsięwzięcia inżynieryjne.
Te wielkie przedsięwzięcia pojawiały się dużo wcześniej Niż wcześniej przypuszczano. Bo zanim Egipcjanie wznieśli swoje piramidy, to inne społeczności w innych częściach świata już tworzyły naprawdę monumentalne konstrukcje. Konstrukcje, które do dzisiaj skłaniają nas wszystkich do zadawania pytań o życie tamtych ludzi, o ich wierzenia, o sposób, w jaki się organizowali. Być może właśnie w tych tajemniczych budowlach my, ludzie XXI wieku, możemy dostrzec jeden z pierwszych przejawów ludzkiej potrzeby pozostawienia po sobie czegoś trwałego, przy czym można by szepnąć non omnis moriar. Wiecie państwo, nie wiem, czy namawiać państwa do podróży do Stanów Zjednoczonych, do Watson Brake, ale do Wietrzychowic zdecydowanie warto pojechać. Co prawda w lesie, w którym te grobowce się znajdują, komary tną w sposób niemiłosierny, ale czas komarów przemija. Zaczyna się jesień, a być może to jest bardzo dobry okres, żeby się w tych Wietrzychowicach pojawić. W każdym razie ja państwa serdecznie do tego namawiam, bo wyjechałem stamtąd naprawdę poruszony. Kiedy stoi się przy tych grobowcach, które mają pięć i pół tysiąca lat, to człowiek ma poczucie tego, że jest pyłem. Nie tylko w kosmosie, ale jest też pyłem w oceanie dziejów.
Proszę państwa, to tradycyjnie zapraszam państwa na polecanki książkowe. Pierwszy tytuł, który wybrałem na dzisiaj, to „Pępek świata”. Jego autorem jest Alek Rogoziński, wydawcą Wydawnictwo Filia, a data premiery to 9 września. Przyjaciół poznaje się po zbrodni. Zgodnie z corocznym zwyczajem piątka serdecznych przyjaciół ze studiów składa sobie online życzenia w rocznicę dnia, kiedy wszyscy się poznali. W czasie tegorocznego spotkania dzieje się coś dziwnego. Jedna z osób wysyła tajne znaki, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Zaniepokojeni przyjaciele alarmują policję. Jednak na miejscu okazuje się, że po ich słynącej z niecodziennych pomysłów koleżance nie ma śladu. Sąsiedzi twierdzą, że nie widzieli jej już od dawna i byli pewni, że się wyprowadziła.
W mieszkaniu zostały jednak obcięty kciuk i stary pamiętnik. Czwórka przyjaciół postanawia odnaleźć swoją serdeczną przyjaciółkę i tym samym sprowadza na siebie śmiertelne zagrożenie. „Pępek świata” to kolejna komedia kryminalna Alka Rogozińskiego, autora znanego z łączenia klasycznych fabuł kryminalnych z dużą dawką ironii oraz czarnego humoru. Przypomnę Alek Rogoziński, „Pępek świata”, Wydawnictwo Filia. Data premiery: 9 września. Drugi tytuł, który przygotowałem na dzisiaj, to również kryminał. Jego autorem jest Przemysław Szarski. Tytuł: „Pleśń”, Wydawnictwo Literackie. Data premiery: również 9 września. Przemoc łamie ludzi jak zapałki.
Mroczny kryminał z Sosnowcem w tle. Maciej Miłek zaginął ponad 30 lat temu na obozie harcerskim. Nigdy nie rozwiązano tej sprawy, a ciała chłopca nie odnaleziono. Jego brat dorastał w cieniu tragedii, uciekając od zrujnowanego życia rodzinnego w używki i subkulturowe wojny. Wszyscy przestali już wierzyć, że kiedyś dowiedzą się, co tak naprawdę wydarzyło się na fatalnym obozie. Podkomisarz Laura Halber wraca do siebie po utracie brata i odnajduje spokój w nowej relacji. Gdy natrafia na szczątki zwłok pod starym domem głośnego mordercy, wie już, że będzie musiała wybrać się w podróż do miejsc, do których nigdy nie chciała zaglądać. Po śladach, które dawno zniknęły pod grubą warstwą kłamstw i niedomówień. Osadzona w znakomicie oddanych realiach Zagłębia i Górnego Śląska „Pleśń” to duszny, przepełniony emocjami dramat kryminalny. Druga odsłona cyklu z podkomisarz Laurą Halber w roli głównej.
To nie jest zwykły kryminał. To wielogłosowa opowieść o buncie i samotności. Przypomnę tytuł: „Pleśń”. Autor: Przemysław Szarski, Wydawnictwo Literackie. Data premiery: 9 września. I trzecia propozycja na dzisiaj. „Familia”. Autor: Mariusz Kanios, Wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery: ponownie 9 września. Najnowszy kryminał mistrza suspensu i zaskakujących zwrotów akcji.
Wakacje na Sycylii miały być dla Marka i Iwony ostatnią szansą na uratowanie małżeństwa. Marek od lat zdradza żonę i coraz bardziej pogrąża się w alkoholowym zamroczeniu. Wszystko zmienia się, gdy Iwona i ich córka Alicja znikają bez śladu. Marek musi otrząsnąć się z nałogu i ruszyć ich tropem. Wspólnie z młodą policjantką Carmelo Librizzi odkrywa, że ktoś manipuluje śledztwem, a wokół zaginięcia kobiet narasta sieć kłamstw i tajemnic. Każdy krok może przybliżyć go do rodziny albo sprowadzić na niego śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy Marek zdoła je odnaleźć, zanim będzie za późno? I komu może zaufać, gdy nawet ci, którzy powinni chronić, mają coś do ukrycia? Przypomnę tytuł: „Familia”. Autor: Mariusz Kanios.
Wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery: 9 września. Proszę państwa, nieuchronnie zbliżają się korepetycje filozoficzne. Pewno ku niezadowoleniu jednych, a radości drugich. Nie wiem. Piszcie Państwo, jak widzicie tę formułę korepetycji filozoficznych, bo coś mnie korci, żeby ją lekko zmienić, ale być może przedstawianie sylwetek tych mniej znanych filozofów całkiem państwu odpowiada. Piszcie zatem. Albo coś zmienimy, albo zostaniemy przy starej formule. A dzisiaj przygotowałem dla państwa sylwetkę kolejnego mniej znanego filozofa Alana z Lille. Wyobraźmy sobie filozofa, który zamiast pisać jakiś suchy traktat o człowieku, urządza w swojej książce prawdziwe przedstawienie.
Na scenę wprowadza Naturę. Taką Naturę z dużej litery. Obok niej pojawia się jeszcze Rozum, Roztropność, Zgoda, Teologia oraz inne cnoty. Wszystkie te postacie mają coś do powiedzenia, a między nimi trwa dyskusja o tym, jak powinien wyglądać człowiek doskonały. Brzmi to trochę jak średniowieczna wersja filozoficznego teatru. I właśnie takim autorem był Alan z Lille. Był teologiem, filozofem, ale też poetą, nauczycielem, człowiekiem o ogromnych ambicjach intelektualnych. Jego współcześni nazywali go doctor universalis, czyli doktorem uniwersalnym. Ta nazwa zobowiązywała, bo Alan rzeczywiście próbował wiedzieć niemal wszystko. Filozofię, teologię, logikę, nauki przyrodnicze, poezję, sztuki wyzwolone.
Wszystko to chciał ogarnąć. Jakby chciał powiedzieć: skoro już mamy świat, to spróbujmy go „przeczytać” od pierwszej do ostatniej strony. Problem polegał na tym, że świat nie został wydany w szczególnie wygodnym wydaniu. Ale przejdźmy na chwilę przynajmniej do życiorysu. Alan urodził się prawdopodobnie, bo tak to w średniowieczu bywało, że datę było trudno ustalić, a więc urodził się prawdopodobnie między 1115 a 1128 rokiem. Rozrzut spory. Urodził się najpewniej w Lille. O jego życiu wiemy zaskakująco mało, a część dawnych opowieści o nim pomieszała go z innymi Alanami żyjącymi w tym samym czasie. Wiemy natomiast bardzo dobrze, że nauczał w Paryżu. Uczestniczył w III Soborze Laterańskim w 1179 roku, a później związał się z cystersami.
Zmarł w 1202 roku i to wiemy przynajmniej na pewno. Tutaj pojawia się pierwsza rzecz, która czyni tego filozofa przynajmniej interesującym. Alan żył w XII wieku, a XII wiek był dla Europy okresem intelektualnego przebudzenia, takiego troszeczkę średniowiecznego renesansu. Powstawały wówczas szkoły, rozwijały się miasta. Do Europy wracały kolejne teksty starożytnych autorów, starożytnych filozofów, a średniowieczni filozofowie zaczynali te teksty odkrywać. Odkrywali między innymi Platona, Arystotelesa, Boecjusza i w ogóle całe dziedzictwo starożytności. To nie był jeszcze ten prawdziwy renesans, ale tak jak powiedziałem, renesans średniowieczny. Można jednak powiedzieć, że Europa zaczynała przecierać oczy. Alan był jednym z tych ludzi, którzy bardzo chcieli wiedzieć, co właściwie widzą wokół siebie. Jego filozofia jest naprawdę ciekawym połączeniem dwóch światów.
Z jednej strony mamy rozum, logikę, argumentację i zamiłowanie do systematyzowania wiedzy, a z drugiej pojawia się mistyka, symbole, alegorie i platońska wizja rzeczywistości. Alan nie widział w tym najmniejszej sprzeczności. Wręcz przeciwnie. Uważał, że świat jest uporządkowany, ponieważ ma swoje źródło w boskim rozumie. Skoro więc człowiek posiada rozum, może próbować ten porządek odkrywać. To była bardzo ważna myśl, szczególnie w średniowieczu. Bóg nie stworzył świata jako kompletnego bałaganu, którego człowiek ma się bać. Bóg stworzył świat, który człowiek może poznawać. Co więcej, powinien go poznawać. I właśnie dlatego Alan był tak zainteresowany naturą.
I to tą naturą z dużej i z małej litery. Dla niego natura to nie były wyłącznie lasy, rzeki, góry czy powiedzmy pogoda. Natura była dla niego czymś znacznie więcej. Była zasadą, która porządkuje świat. W jego słynnym dziele „De planctu naturae”, czyli skardze natury, natura pojawia się niemal jak osoba. Skarży się na ludzkie występki oraz na moralny chaos. Alan wykorzystuje przy tym formę literacką, aby opowiedzieć o problemach stricte filozoficznych oraz także moralnych. To dzieło łączy prozę i poezję, a wyobraźnia autora jest mocno związana z tradycją szkoły w Chartres oraz Boecjuszem. I to jest dosyć niezwykłe. My dzisiaj mamy naukę o przyrodzie.
Tak to ogólnie ujmijmy. Alan miał naturę, naturę z dużej litery i można z nią było porozmawiać, czego dowód znajdujemy w jego dziełach. Tyle że natura Alana nie jest wcale miłą panią od ekologii, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli. Panią, która przychodzi przypomnieć nam o segregowaniu śmieci. Po pierwsze, w tamtych czasach nikt się tym nie zajmował na poważnie, a na niepoważnie również nie. A poza tym co innego się działo w umyśle naszego filozofa, bo według niego człowiek nieustannie próbuje popsuć porządek natury. No i w sumie to jest dobry punkt wyjścia do jednego z najciekawszych tematów filozofii, o której mówimy. Człowiek jest istotą, która znajduje się pomiędzy porządkiem świata a chaosem, który sam wytwarza. Człowiek potrafi poznawać rzeczywistość, ale potrafi również żyć niejako wbrew niej. Człowiek ma rozum, ale czasami zachowuje się tak, jakby go gdzieś zgubił.
Alan nie byłby więc szczególnie zdziwiony, gdyby zobaczył nasze współczesne media społecznościowe. Co więcej, lektura niektórych wpisów chyba by go utwierdziła w jego przekonaniach. Prawdopodobnie tylko zapytałby naturę: „Naprawdę musiałaś stworzyć coś takiego jak Facebook?”. Jeszcze bardziej niezwykły jest jego „Anticlaudianus”. Kolejne dzieło. To jest ogromny poemat filozoficzny napisany w dziewięciu księgach. Bohater tego dzieła ma być człowiekiem doskonałym. Problem jest tylko taki, że człowiek doskonały nie może zostać zrobiony z jednego składnika. Potrzebuje cnót, potrzebuje wiedzy, potrzebuje rozumu, potrzebuje sztuk wyzwolonych, filozofii. No i oczywiście potrzebuje również teologii.
Alan buduje więc coś w rodzaju intelektualnej konstrukcji. Konstrukcji człowieka oczywiście. To zupełnie tak, jakby chciał stworzyć najlepszą możliwą wersję homo sapiens, tylko bez aktualizacji systemu i przez internet. W dziele, o którym wspomniałem, pojawiają się natura, roztropność, zgoda, rozum, teologia. To już mówiłem. Poemat jest jednocześnie dziełem literackim, moralnym, filozoficznym, ale jego ambicją jest właściwie stworzenie takiej wielkiej panoramy wiedzy, ówczesnej wiedzy. Współcześni badacze, nam współcześni, podkreślają właśnie ten encyklopedyczny charakter utworu. Alan pokazuje swoim współczesnym świat, w którym różne dziedziny wiedzy nie powinny ze sobą walczyć. Matematyka nie musi być wrogiem teologii. Filozofia nie musi być wrogiem wiary.
Rozum nie musi być przeciwnikiem religii. Wręcz przeciwnie. Wszystkie te dziedziny mogą prowadzić człowieka w stronę poznania. I wcale nie chodzi o miasto Poznań. To jest bardzo charakterystyczne dla intelektualnego klimatu XII wieku. Alan był przy tym człowiekiem mocno platońskim. Arystoteles miał dopiero zdobyć w Europie pozycję, jaką znamy z późniejszej scholastyki i z dzieł świętego Tomasza. Póki co Platon rządził. Alan patrzył więc na świat bardziej oczami Platona niż Arystotelesa. Arystotelesa oczywiście znał, ale bardziej cenił jego poprzednika.
Rzeczywistość materialna była dla filozofa czymś uporządkowanym i mającym sens, ale pełne jej zrozumienie wymagało sięgnięcia poza to, co my na co dzień bezpośrednio widzimy. On twierdził, że nie wystarczy patrzeć. Trzeba jeszcze wiedzieć, na co się patrzy. I tutaj filozofia spotyka się z matematyką. Alan miał niezwykłą słabość do porządku. W jednym z jego dzieł filozoficznych, które zatytułował „Reguły teologii”, próbował uporządkować wiedzę teologiczną za pomocą jasno określonych tez i zasad. Czerpał przy tym inspiracje między innymi z Boecjusza. Widać w tym próbę zastosowania do teologii metod, które przypominają sposób organizowania wiedzy matematycznej. To jest w sumie bardzo ciekawy moment, bo człowiek średniowieczny mówi: „Wierzę”, a Alan odpowiada: „No dobrze, a teraz spróbujmy zobaczyć, jak to można uporządkować”. To jeszcze nie jest nowoczesna nauka, ale to jest bardzo nowoczesna potrzeba.
Potrzeba, żeby wiedza miała strukturę. I tu dochodzimy do problemu rozumu i wiary. Alan nie uważał, że rozum można zastąpić wiarą. W sprawach świata naturalnego przypisywał rozumowi dużą autonomię. Człowiek może dzięki rozumowi poznać wiele prawidłowości tego wszystkiego, co go otacza — rzeczywistości. Ale kiedy człowiek dochodzi do tajemnic religijnych, sprawa według naszego filozofa staje się nieco trudniejsza, bo wtedy potrzebna jest wiara. Alan próbuje więc przeprowadzić człowieka między dwiema skrajnościami. Z jednej strony mamy fideizm. Nie pytaj, po prostu wierz. Z drugiej strony mamy takie głębokie przekonanie — rozum sam wszystko wyjaśni.
Alan mówi: „Ani jedno, ani drugie”. Rozum ma swoje możliwości. Wiara również ma swoje możliwości. A człowiek powinien nauczyć się korzystać z obu. Warto jednak wspomnieć o pewnej pułapce związanej z Alanem. Przez długi czas przypisywano mu dzieło „Ars catholicae fidei”. Słynący z prób zastosowania niemal geometrycznego sposobu rozumowania do prawd wiary. Starsze opracowania traktowały je jako jego dzieło. Ale dzisiaj sprawa wygląda inaczej. Dzisiaj przypisuje się „Ars catholicae fidei” Mikołajowi z Amiens, a nie Alanowi z Lille.
To ważne, bo pokazuje pewną zabawną przypadłość historii filozofii. Czasami filozof dostaje pośmiertnie cudze pomysły, a potem przez stulecia musi się z nimi męczyć. A właściwie męczą się z tym ludzie, którzy lubią, cenią filozofię. Ale Alan ma własny, bardzo charakterystyczny projekt. On chciał stworzyć człowieka doskonałego i nie chciał tego dokonać przez cud, przez wiedzę, przez cnotę, przez rozum czy przez wychowanie. On chciał dokonać tego przez rozwój wszystkich ludzkich zdolności. I tutaj jego filozofia zaczyna przypominać coś, co było znacznie późniejsze — humanizm. Człowiek nie jest dla Alana tylko biernym obserwatorem stworzenia. Jest jego uczestnikiem. Jest uczestnikiem porządku.
Może się rozwijać, może kształtować własny charakter, może przejść drogę od niewiedzy do poznania. A wiedza nie jest dla niego tylko ozdobą. Jest narzędziem przemiany człowieka. To właśnie dlatego Alan z Lille jest znacznie ciekawszy, niż sugerowałoby jego miejsce w podręcznikach. Od razu powiedzmy, że w niektórych podręcznikach historii filozofii po prostu go nie ma. Alan z Lille nie stworzył systemu tak monumentalnego jak na przykład Tomasz z Akwinu. On nie prowadził tak efektownych sporów jak Abelar. Nie stał się symbolem konfliktu filozofii z Kościołem. Nie był też rewolucjonistą. Był raczej wielkim sprzątaczem, a może mówiąc bardziej precyzyjnie — wielkim porządkującym.
On zbierał rozproszone idee i próbował zbudować z nich rodzaj mapy wiedzy. Platon, Boecjusz, sztuki wyzwolone, teologia, filozofia, natura, moralność, człowiek. Wszystko to według Alana miało swoje miejsce i należało to miejsce znaleźć. Może właśnie dlatego postać tego filozofa tak dobrze pasuje do naszych czasów. Bo my żyjemy w epoce, w której informacji jest więcej, niż było kiedykolwiek. Ale informacja nie jest jeszcze wiedzą. Można wiedzieć wszystko o niczym. Można mieć dostęp do miliona odpowiedzi i nie wiedzieć, które pytanie jest właściwe. Alan z Lille prawdopodobnie powiedziałby nam, że problem nie polega na braku informacji. Problem polega na braku porządku w tych informacjach.
A człowiek, który nie potrafi uporządkować własnego umysłu, może mieć bibliotekę większą od średniowiecznego klasztoru i nadal nie będzie wiedzieć, co właściwie czyta i co będzie chciał przeczytać. W tym sensie Alan jest filozofem niezwykle aktualnym i nie dlatego, że przewidział internet. Nie, nie przewidział. Nie dlatego, że stworzył nowoczesną naukę, bo nie stworzył. Nie dlatego nawet, że jego poglądy są dzisiaj bezpośrednio obowiązujące, bo nie są. On jest aktualny z zupełnie innego powodu. On przypomina nam, że poznanie nie polega na kolekcjonowaniu odpowiedzi. Poznanie polega na budowaniu między tymi odpowiedziami sensownych relacji. Sensownych połączeń. Jest jeszcze jedna rzecz.
Alan wierzył, że świat ma pewną strukturę, że natura absolutnie nie jest chaosem, że rozum człowieka nie jest przypadkowym dodatkiem do organizmu, że między światem, człowiekiem i źródłem istnienia istnieje pewna harmonia oraz więź. To się dzisiaj może wydawać naiwne, ale proszę sobie wyobrazić człowieka żyjącego w XII wieku, który patrzy na ogrom wszechświata i mówi: „To wszystko musi mieć jakiś porządek. A skoro mamy rozum, spróbujmy ten porządek odnaleźć”. To jeszcze nie jest fizyka, to jeszcze nie jest współczesna filozofia nauki. Ale to był bardzo ważny krok, bo zanim człowiek zacznie mierzyć świat, musi najpierw uwierzyć, że ten świat w ogóle warto mierzyć. Alan z Lille pozostawił więc po sobie nie tyle jedną wielką teorię, ile pewien sposób patrzenia na świat. Świat jest księgą, natura jest jej językiem. Rozum jest narzędziem, które ułatwia nam czytanie. Filozofia pomaga nam zrozumieć sensy. A teologia?
Teologia próbuje odpowiedzieć na pytania, przy których sam rozum zaczyna dochodzić do swoich granic. To jest całkiem niezły program jak na XII wiek. Zwłaszcza, że Alan nie zamknął tego programu w nudnym podręczniku. On zrobił z tego programu poemat. Wprowadził na scenę naturę, tak jak to mówiłem na początku. Dał jej głos, dał rozum. Pojawiła się roztropność, zgoda i teologia. I pojawiła się dyskusja. Tak! Bo on potem pozwolił tym wszystkim postaciom dyskutować o człowieku.
Może właśnie dlatego warto dzisiaj wrócić do Alana z Lille. Bo w czasach, kiedy każdy ma natychmiastową odpowiedź na każde pytanie, dobrze czasami spotkać filozofa, który przypomina, że najpierw trzeba jeszcze zrozumieć, o co się pyta. A to, jak wiadomo, bywa czasami trudniejsze niż znalezienie odpowiedzi. Alan z Lille wiedział o tym doskonale. Był przecież doktorem uniwersalnym, czyli człowiekiem, który próbował ogarnąć prawie wszystko, co, jak dobrze wiemy, jest bardzo rozsądnym, a może nierozsądnym zajęciem. A to wszystko pod warunkiem, że mamy około 900 lat wolnego czasu. Tak, proszę państwa, tyle korepetycji filozoficznych. A teraz trochę na odtrutkę po tych ciężkich ideach średniowiecznych, dwunastowiecznych. Zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o horrorze.
Tak. Może zaskoczenie jest małe, bo my często rozmawiamy o różnych gatunkach horroru. Ale dzisiaj horror o groźnie brzmiącym tytule. Przynajmniej dla mnie groźnie brzmi ten tytuł. Tytuł: „Pasażer”. Dzień dobry wieczór państwu. Nastał czas „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[40:30] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj jestem pasażerem w tym programie. W sumie to już od kilku lat jestem pasażerem. A „Pasażer” to też tytuł filmu dzisiejszego horroru z podgatunku paranormal, który miał premierę w tym roku. Zapowiadał się dobrze, tak można było wywnioskować z trailera. Chociaż z tego, co pamiętam, kiedy ten trailer widziałem, to on trochę mnie zwiódł. Ten film jest nieco inny. Nie tego się spodziewałem. Można było się spodziewać po tym trailerze, że dostaniemy film oparty o jakieś legendy miejskie na temat autostopowiczów widmo albo podobnych zjawisk paranormalnych drogowych. Okazało się, że nie do końca o tych autostopowiczów widmo chodzi, ale o równie oklepany temat klątwy albo zakaźnego ducha, demona, który przechodzi z ofiary na ofiarę wskutek wykonanej przez nią czynności.
I takich opowieści o zakaźnych czynnikach paranormalnych mieliśmy w kinie w ostatnich latach dużo. Byleby wymienić „Smile” czy „Coś za mną chodzi”. Natomiast tutaj jest to przedstawione w trochę innym świetle, w trochę innym otoczeniu. Historia „Pasażera” opowiada nam o parze narzeczonych, oczywiście z Ameryki, którzy się decydują wieść camp life, czyli sprzedają mieszkanie w Nowym Jorku i się przenoszą do zaimprowizowanego na mieszkanie busa, takiego dużego mercedesa. U nas się takimi wozi towary, skrzynki na przykład, a tam Amerykanie mieszkają w tym busie. Nie tylko Amerykanie. U nas van life— powiedziałem camp life, a to chodzi o van life — też jest dość popularny, ale w naszym kraju pogoda nie na wszystko pozwala. W naszym kraju mamy trochę popularnych van life'owców, na przykład takiego jednego detektorystę Ale w tym filmie oni nie jeżdżą wcale łowić nad Missisipi fanty magnesem neodymowym, tylko sobie jeżdżą po kraju dla jaj. Początkowo w ramach wycieczki, dowiadujemy się potem, że to ma być dla nich sposób na życie, czyli zamierzają znaleźć pracę, taką zdalną i ją wykonywać w busie, i w międzyczasie zmieniać ciągle miejsce położenia. Dobrze, okej.
Początkowo jest fajnie. Jeżdżą sobie, jeżdżą od stanu do stanu, ale stają się w pewnym momencie świadkami wypadku drogowego i tutaj się zaczyna ich gehenna. Okazuje się, że podchodząc do rozbitego auta ściągają na siebie tego zakaźnego demona, który się rozprzestrzenia w ten sposób, że gdy ktoś pomaga ofierze wypadku, to tego demona zabiera i potem ginie, bo on go wykańcza. I potem znowu apiać, apiać. Jak ktoś podejdzie do rozbitego samochodu, to zabiera demona i tak dalej. Tenże byt nęka najpierw główną bohaterkę, a potem jej narzeczonego. Początkowo on jej nie wierzy, potem wierzy. I może to chyba nie do końca dobrze, że on się tak szybko przekonuje, że coś się złego dzieje, bo ten film nam traci w pewnym momencie. Bo kiedy oni się dowiadują, że są prześladowani, to starają się dotrzeć do pewnej kobiety, którą poznają na zlocie vanlife'owców, która im kiedyś przypadkiem zupełnie, kiedy jeszcze nie byli prześladowani przez autostopowego — to nie jest demon autostopowy, to jest, dajmy na to, autostradowy demon. Też nie jest autostradowy demon, źle mówię, bo to jest demon, który się pojawia na drogach bocznych i ona im kiedyś opowiadała taką historię, a oni nie wierzyli, a potem się okazało, że ich to spotkało.
Ten film właśnie polega po części na próbie odszukania tej dziewuchy.
[44:35] - I tak jak Piotr to streścił, to ja bym taki film chciał obejrzeć. W sumie dosyć to zwarta historia, dosyć prosta, a jednocześnie mająca w sobie potencjał grozy. Tylko że niestety nie Piotr pisał scenariusz i nie Piotr realizował i dostaliśmy coś, co z grubsza odpowiada temu streszczeniu, które zaserwował Piotr. A jednak jest pewna różnica i to jest różnica na niekorzyść. Bo owszem, ten mechanizm przyczepiania się do ofiar, tak to wygląda. Natomiast to coś, co męczy główną bohaterkę i bohatera, jest męczące nie tylko dla tych dwojga, ale również bywa męczące dla nas. Bo gdyby ten horror rozgrywał się szybciej, to byłby krótszy, ale gdyby rozgrywał się szybciej, to nie dostalibyśmy takiej dosyć długiej sekwencji kolejnych scen, w których, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, wydziwia się na różne sposoby, jak to też ten demon, to coś, co się do nich przyczepiło, dręczy i dręczy, i w ogóle wymyśla różne sposoby, żeby ich udręczyć. Oni z kolei szukają sposobu, jak się tego pozbyć. Próbują przyspieszać swoją podróż. To oczywiście w ogóle nie ma szans.
Wymyślają w końcu sposób. I brniemy do finału. I ten finał bywa satysfakcjonujący, bo wszystko kończy się tak, jak się kończy. Oczywiście nie powiem jak, ale jest dramatycznie. Z tym że nie wiem jak ty, Piotrze, ale ja w tym filmie nie czułem napięcia. Nie byłem w stanie identyfikować się z bohaterami, z tym, co oni przeżywają, jak wielka to jest trauma i w ogóle. Nie. W pewnym momencie ten film zaczyna męczyć właśnie rozwlekłością. Bo ja rozumiem, że główny bohater musi najpierw uwierzyć swojej dziewczynie, narzeczonej właściwie, bo on się zdążył jej jeszcze oświadczyć, więc musi jej uwierzyć. Później oni muszą coś przeżyć.
I są to przeżycia momentami dramatyczne do tego stopnia, że osoba, która udzieliła im informacji ma duże kłopoty i to takie kłopoty, nazwałbym je ostatecznymi. Tak, to wszystko się musi wydarzyć, ale ja mam wrażenie, że to ma się chyba toczyć klimatycznie, ma się jakiś klimat budować, a zamiast klimatu dostajemy coś, co wybaczcie państwo, ale nazwę taką piłą i to nudną chwilami, bo ja spodziewam się po horrorze pewnego napięcia. Nie akcji, która umyka nie wiadomo jak szybko, ale pewnego budowanego napięcia. Nie wiem jak ty, Piotrze, ja tego napięcia po prostu nie czułem. Przyjmowałem do wiadomości, że to coś, co się przyczepiło do pary, którą oglądamy na ekranie, to coś ich tam dręczy i na pewno chce doprowadzić do dosyć mrocznego finału. Tak, przyjąłem to do wiadomości, a później oglądałem kolejne sceny i zastanawiałem się, która to już minuta tego filmu. Dobrze, to jeszcze zostało 20 minut, a wcześniej było 30. Trochę dużo upłynęło między 20 i 30, ale odwrotnie między 30 a 20 minut wydawało mi się, że to już naprawdę znacznie więcej. Było. To jest dla mnie widoma oznaka tego, że coś nie pykło, przynajmniej z mojego punktu widzenia, w tym filmie.
Bo jak horror zaczyna nas nudzić i czekamy, żeby to wreszcie się skończyło, rozwiązało jakkolwiek, to nie jest w tym wypadku najlepsza recenzja dla twórców tego obrazu. Ten film ma oczywiście swoje lepsze strony. Jakoś je pomijam w tej chwili. Złośliwie oczywiście. Ma lepsze strony, ale ja mówię o tym, co najbardziej mnie w tym obrazie uwierało. Po dosyć dynamicznym początku oni ruszają, to wszystko gra, a później męczenie widza różnymi scenami, które mają go przestraszyć, a tak naprawdę go nie straszą, uważam za porażkę tego filmu. I tyle na razie.
[49:48] - Tak, niestety. Tym bardziej, że to jest dobrze zrealizowany film i szkoda pewnego wkładu, który poszedł, bo to się ogląda dobrze. To się ogląda przyjemnie. Pod tym względem nie można mu nic zarzucić. Zostały włożone nie tylko pieniądze, ale też duże dawki talentu i pewnej wiedzy o tym, jak się kręci współczesne filmy. Tylko nie ma temperatury, nie ma emocji. On jest poprawny wizualnie. To jest kolejny dość dobry horror, taki, jak to się mówi, branżowy, czyli dziejący się w pewnym środowisku, w pewnej chyba raczej subkulturze. I ja nie uważam wcale, że to jest zły film, ale z czasem on po prostu traci impet. Im oni dalej jadą, tym tego paliwa w tym filmie ubywa.
On się toczyć zaczyna nie wiadomo gdzie i po co. Jest mało emocji. On się robi deczko męczący. Przypomnijmy sobie „Obsesję”. Ten bardzo prosty film oparty o wyświechtany scenariusz, ale zagrany w taki sposób, że jak się to oglądało, to się mówiło: „To jest coś”. Niestety, „Pasażer”, chociaż niczego mu nie brakuje, wpada w jakąś dziurę w drodze, owija się o słupek przydrożny, staje tam i czeka. I nawet te wymyślone, nietypowe sceny, które oglądamy, bo duchy, demony pojawiają się zazwyczaj w filmach w określonych momentach. Tutaj się pojawiają w momentach drogowych i to jest pewne novum, ale to nic nie wnosi. To mnie nie przeraża. Kiedy mamy świadomość tego, że oni są na pustkowiu, że są nie wiadomo gdzie, że ich atakuje jakaś paranormalna siła, my to widzimy i w sumie dobra, i to tyle.
Czegoś tam brakło. Nie wiem, z której strony. Dlatego, że aktorzy są sympatyczni. Może oni są za sympatyczni również. Jest kilka dobrych scen. Jest taka scena nawiązująca trochę do zjawiska błędu, kiedy ona podchodzi do auta i nie może podejść. Jest też scena w kinie plenerowym, też dość fajna. Natomiast to jest wszystko. Pomimo minusów to też nie jest film klasy B, pamiętajcie. Tyle że problem w tym, że nikt nie zapamięta chyba tego „Pasażera” jakoś szczególnie.
Może poza miłośnikami kamperów i van life'u, którzy powiedzą: „I mamy i my swój horror dziejący się w naszym środowisku. Może i u mnie w busie straszy na przykład” — tak powiedzą. Może. Natomiast cała reszta raczej... Nie wiem. Po prostu ten film nie ma tego czegoś i tyle. Nawet powiem ci, że złapałem się na tym, że ja nie mam tutaj o czym opowiadać o tym filmie. Dlatego, że w tym obrazie, w „Pasażerze”, nie tylko bardzo szybko główny bohater przyznaje rację swojej narzeczonej, ale też bardzo szybko nam się objawia demon. My go widzimy, teraz nie będę strzelał, w którym momencie, ale szybko widzimy, co to jest i tak dalej. Ten film ma kilka tak zwanych jump scare'ów.
To jest być może coś dodanego, żeby go trochę ożywić. Ale to wszystko. I on gdzieś w 75% czasu, który minął, staje się nużący, a już pod sam koniec staje się męczący. Końcówka jest nieudana, nie jest szokująca. Końcówka jest nijaka i muszę powiedzieć, że ja czekałem, aż on się skończy. Nic tam nie jest przerażające. Ani demon, ani to, co się dzieje. Chociaż to jest zrobione tak, że powinno być. Jesteśmy na polnej drodze gdzieś w Ameryce. Nie ma tam nic, absolutnie nic prócz jakiegoś pijanego ranczera na przykład, albo kozy, która się tam pasie, albo Indianina, który mieszka tam gdzieś.
Nie ma tam nic i pojawia się demon. I oni są nękani. Nie ma znikąd pomocy. Szukają tej pomocy w barze przydrożnym. To nas powinno przerażać. Tymczasem to jest nijakie. Moja ocena tego filmu w skali szkolnej to jest słaba trójka, trójka z minusem, ponieważ w kwestiach realizacyjnych nie jest źle. Nawet sam pomysł jest jako taki, natomiast nie jest po prostu wciągająco. Ten film można obejrzeć, tylko podejrzewam, że w pewnym momencie zaśniecie.
[54:34] - Ja muszę przyznać, że trochę jestem nieprzygotowany do dzisiejszej audycji. Miałem sprawdzić, czy scenariusz „Pasażera” Powstał na bazie jakiegoś utworu literackiego. Bo kiedy myślałem o tym filmie, przyszło mi do głowy, że kiedy to byłoby zamknięte w zdaniach, kiedy mielibyśmy do czynienia z powieścią, mini powieścią czy z opowiadaniem z gatunku horror, to mógłby być udany utwór. Bo kiedy ten film przerobiłoby się, ktoś oczywiście, kto potrafiłby to zrobić, przerobiłoby się, albo kiedy ktoś napisałby tego rodzaju historię, to ona mogłaby przerażać, bo historie napisane działają inaczej, działają inaczej na człowieka i powodują, że ktoś inaczej to odbiera. Film niestety odziera tajemniczość, odziera różne opowieści właśnie z tajemniczości. W warstwie literackiej dałoby się zrobić z tego naprawdę groźną, straszną historię. Chyba w wersji kinowej byłoby trudno. Ta historia jest chyba zbyt dosłowna chwilami, a w każdym razie tak została zrealizowana. Może dałoby się to zrobić nieco bardziej tak ezoterycznie, może mniej dosłownie niektóre sceny należałoby nakręcić i wtedy byłoby groźniej. Nie wiem.
Nie jestem scenarzystą filmowym, nie jestem człowiekiem, który kiedykolwiek stał za kamerą, aby kręcić jakikolwiek film fabularny. Nie mam pojęcia o tym po prostu. Ale taką mam intuicję, że jeśli to by było opowiadanie tudzież mikropowieść, to byłoby to udane. Ale jako film? Dobrze, Piotrze, niech to będzie taka trójka. Może obejrzeć, a może nie obejrzeć. Może nadejdą długie zimowe wieczory, kiedy człowiek szuka czegoś. To może wtedy ten film ma się szansę sprawdzić. Proszę państwa, czas teraz na audycję bez tytułu. Wakacje powoli mijają.
Tytułu nie doczekała się ta audycja ani nam nie przyszło nic rozsądnego do głowy, ani państwo nie zgłosili swoich propozycji. Czuję, że w najbliższym czasie uruchomimy jakiś konkurs związany z tym tytułem. Co prawda czas wakacyjny się kończy, ale tak jak często żartuję, będzie nazwa jak znalazł na przyszły rok. Ale zostawmy już te dywagacje. Dzisiaj wspólnie z Piotrem porozmawiamy o miejscu niezwykłym, a może zwykłym. W każdym razie porozmawiamy o Emilcinie. Dzień dobry wieczór państwu. Witamy w kolejnym odcinku audycji wakacyjnej. Ona nie ma nazwy i już chyba tej nazwy nie uzyska. Może w tak zwanym międzyczasie i w przyszłym roku będzie jak znalazł.
Ta audycja wakacyjna opowiada o miejscach, które można odwiedzić w ramach wakacji. A ja przypominam, że wakacje, przynajmniej dla niektórych, ciągle jeszcze trwają. Ciągle mamy lato, a zatem podróże jak najbardziej mile widziane. Dzisiaj wspólnie z Piotrem zabierzemy państwa do miejscowości, o której wszyscy zapewne słyszeli. Wszyscy, którzy interesują się sprawami niezwykłymi. Tą miejscowością jest Emilcin. Emilcin, w którym stało się to, co się stało. Za chwilę o tym powiemy. A na początek taka uwaga. O ile wcześniejsze odcinki tej audycji wakacyjnej były robione trochę według takiego klucza, że jeden z nas gdzieś był, a drugi pytał, jak tam było, to dzisiaj możemy państwu opowiedzieć o miejscowości, w której byliśmy obaj.
W Emilcinie pojawiliśmy się w tym roku, w maju. No i było ciekawie, ale my dzisiaj nie będziemy państwu opowiadać o naszej wizycie, a właściwie nie konkretnie o przeżyciach tego pikniku emilcińskiego, tylko raczej o samej miejscowości, bo sama miejscowość również warta jest obejrzenia. Ale zanim opowiemy o tym wszystkim, to tradycyjne dzień dobry wieczór, Piotrze.
[59:44] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Dzisiaj się skupimy na odpowiedzi na pytanie, czy warto do Emilcina się wybrać w sezonie niepiknikowym? Czy to rzeczywiście jest jakieś niesamowite przeżycie, kiedy stąpamy po tych samych ścieżkach, po których chodził Jan Wolski? Czy to jest ciekawe miejsce? Czy warto je sobie zaznaczyć? Czy po prostu warto je odhaczyć sobie, że się tam było? Wiecie, odpowiedź jest na to pytanie dość kontrowersyjna, muszę powiedzieć. Dlatego, że Emilcin każdy zna, jeżeli się interesuje zjawiskiem UFO. Wiadomo, Jan Wolski, 10 maja 1978 rok.
Jedzie sobie dróżką, na polance widzi dziwne istoty. One wskakują na furę, jadą, dojeżdżają do statku. Wolski wjeżdża do statku. Tam zostaje przebadany, zjeżdża. No i w sumie zaczyna się afera na całą Polskę. Afera, której echa słychać do dzisiaj. Nie ma roku tak naprawdę od kilkunastu lat, żeby ten Emilcin nie był w okresie kolejnej rocznicy tamtych wydarzeń wałkowany. No i w zasadzie mamy- Co roku przypominano hipotezę, że ktoś go wprowadził w hipnozę i tak dalej. To też jest internetowa specyfika. Jest powód do tego, żeby ludzi polaryzować, żeby wprowadzać element dyskusji, to się to robi, bo zawsze będą komentarze: „A jaka tam hipnoza?
Nieprawda, to byli kosmici”, a drudzy powiedzą, że stary dziadek coś tam. Myślę, że ludzie bardzo się rozpolitykowali, rozgadali o tym Emilcinie. Bardzo dużo słuchają ludzi, którzy o Emilcinie mówią, a nie słuchają tego, co miał do powiedzenia Wolski. Od tego trzeba zacząć. Tak myślę, bo za dużo jest gadających głów na temat Emilcina, które już czasem wymyślają naprawdę absurdalne teorie, bo nikt już z tamtych ludzi nie żyje, a dorabia się do tego rzeczy niesamowite. Ja byłem świadkiem różnych dyskusji na tym pikniku i w zasadzie tam brakowało tylko symbolicznego nawiązania typu Jan Wolski, kosmiczaki a sprawa polska. Tak jak słonia sprawa polska. Momentami to już przechodzi w dyskusję o absurdach. Ja jestem za tym, aby się skupiać na rzeczach namacalnych, na tym, co wiemy, na tym, co zostało, a nie włączać w to pseudointelektualne dyskusje ludzi, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, o czym mówią. I tutaj kieruję swoje słowa krytyczne w stosunku do pewnej mocno wypromowanej przez polskie media dziennikarki, rzekomo pisarki, która zajmuje się epoką słusznie minioną, a tak naprawdę chyba ani jej nie pamięta, ani do końca wie, o czym mowa.
Ale o tym sobie już pewnie kiedyś mówiliśmy. Ten Emilcin rzeczywiście stał się polem do bojów między zwolennikami ufologii i przeciwnikami, sceptykami. Niektórzy się na tym wypromowali. Jak taki jeden, dwóch w sumie sceptyków. Bartosz Żółtowski zaczął to wszystko i de facto położył kamień do dyskusji współcześnie. Położył kamień do promocji Emilcina. Natomiast jest tam cała grupa obszczekiłaczy różnego rodzaju z jednej i z drugiej strony, którzy chcą i na tym Wolskim, i na tym Bartoszu Żółtowskim się trochę wybić. To też jest kolejna uwaga. Ale czy do Emilcina warto jechać? To jest pytanie, na które sobie dzisiaj spróbujemy odpowiedzieć.
I powiem ci tak, Marku, jeżeli się jedzie na piknik, to tak. Natomiast kiedy się jedzie tam w celu zdobycia jakiejś wiedzy czy w celu przeżycia czegoś, w celu doświadczenia jakichś emocji, to powiem ci szczerze, że już nie do końca wiem, czy przyniesie to tych emocji aż tak dużo.
[01:03:40] - To ja się też wypowiem. Otóż zacznę może od tego bałaganu, który troszeczkę nakreśliłeś odnośnie różnych relacji dotyczących Emilcina. Najbardziej rozbawiła mnie pewna fraza wypowiedziana przez bardzo znaną osobę, która stwierdziła, że ktoś inny nie ma prawa wypowiadać się na temat Emilcina. To chyba jest jedno z tych powiedzeń, które na długo ze mną zostaną, ponieważ jest tak abstrakcyjne i tak w gruncie rzeczy irracjonalne, że myślę, trudno będzie pobić tę frazę. Ale zostawmy, to są jednak złośliwości. Natomiast jeśli chodzi o zwiedzanie, to chyba jest jednak semantyczne nadużycie. Ale dobrze, zostańmy. Zwiedzanie Emilcina to, odpowiedzmy sobie szczerze, tam nie ma co zwiedzać, bo to jest wioseczka. Ja nawet nie wiem, czy istnieje jeszcze stopień niżej. To jest coś bardzo małego, dosłownie kilka domów, może 10.
Nie liczyłem. Może nie wszędzie się zapuściłem. W każdym razie domów jest naprawdę niewiele. I co chciałbym powiedzieć? Otóż znam człowieka, który dotarł do Emilcina. Bardzo się sprawami z pogranicza interesował i dotarł do domu Wolskiego. Tam trzeba pewnego samozaparcia, żeby wejść, bo właściwie nie wolno, ale kto zabroni osobie ciekawej. Dotarł do tego domu, ale już na polankę, w której rzeczy dramatyczne się odbywały w '78 roku, nie dotarł. Nie dotarł, ponieważ nie bardzo mógł kogoś zapytać, bo ludzie to tam przemykają i nie zawsze są widoczni w ogóle. Więc pochodził, pochodził i poszedł.
A tymczasem, i tu element praktyczny, jeśli jesteście państwo w Emilcinie i traficie do domu Jana Wolskiego, o co nie jest trudno, bo jeśli zjedziecie z głównej drogi, to przejedziecie dosłownie 100–200 metrów i po lewej stronie będziecie mieli państwo dom opuszczony. To jest właśnie dom Jana Wolskiego. A na wprost, po drugiej stronie drogi, na wprost tego domu jest taka droga przez las. To tą drogą należy zapuścić się w tenże las. Kawałek do przejścia całkiem spory. Po drodze zwalone drzewo trzeba ominąć i docieracie państwo na polankę. I to jest to miejsce, w którym można poczuć. Ja wiem, niektórzy mówią, że czują wibracje. Ja tam nic nie czułem. Natomiast samo miejsce jest ciekawe.
Jeśli człowiek ma bogatą wyobraźnię, a nawet nie musi mieć bogatej wyobraźni, samo miejsce działa w ten sposób, że człowiek mimo woli wyobraża sobie, jak to mogło być W tych dawnych gierkowskich czasach. To element, nazwijmy, przewodnikowy. To są właściwie dwa główne miejsca do zwiedzenia w Emilcinie, zatem niewiele. Możecie państwo jeszcze popytać mieszkańców. Jeśli macie taką żyłkę reporterską w sobie, to możecie państwo popytać o te czasy. Nie gwarantuję, że odpowiedź będzie entuzjastyczna, bo mieszkańcy różnie reagują na tego rodzaju pytania. Jedni jak najbardziej sympatycznie, inni niekoniecznie. Niekoniecznie możecie się państwo spotkać z reakcją taką: „Czciciele szatana, czciciele ciemnych sił. Jak możecie w ogóle takimi sprawami się interesować?”. Bądźcie państwo przygotowani również na tego rodzaju narrację.
I teraz w zależności od tego, czy macie państwo w sobie jakieś takie wibracje i czujecie czasami tę energię miejsca, to albo będziecie czuli się tam niesamowicie, albo nie. Ja państwu nic nie mogę zagwarantować, bo trudno odpowiedzieć na pytanie, czy to miejsce ma w sobie dzisiaj, po tylu latach coś szczególnego, niesamowitego. Niesamowite jest to, że kiedyś, dawno temu odbyło się tam to albo może się tam odbyło to, co relacjonował Wolski. I to jest chyba dosyć ważne i takie dosyć ekscytujące. Ale tak jak Piotr to powiedział, jeśli nie trafiacie do Emilcina w czasie pikniku ufologicznego czy emilcińskiego, to sama wioseczka jest ospała, senna, nic się tam nie dzieje. Dziura, po prostu dziura. Nie obrażając, to raczej opis sytuacji niż wartościowanie. Ludzie z wielkiego miasta czują tam, że to prawie dzicz jest. Nie przesadzajmy. Natomiast nie spodziewajcie się też państwo tam jakichś ekscytujących widoków czy jakichś ekscytujących przeżyć.
Jest dom Jana Wolskiego z dosyć takim przejmującym elementem, bo kiedy zajdziecie państwo od strony podwórka, to nad drzwiami wisi krzyż. Krzyż, który zapewne powiesiły tam osoby, które skłaniają się ku temu, że to, co się stało w 78 roku, miało jakieś aspekty diabelskie w sobie, jakieś piekielne to miały być wibracje i jakieś piekielne emanacje. Tak to należy chyba odczytywać. Sama polanka, porośnięte krzaczory, mało ekscytujące. Ale z drugiej strony, jak sobie człowiek spojrzy na te krzaczki i to miejsce, gdzie mógł się unosić ten pojazd obcych, to jest przeżycie. Piotrze, ty jako specjalista od spraw związanych z UFO i w ogóle tymi klimatami, myślę, że warto powiedzieć tak w wielkim skrócie, bo my tu mówimy Jan Wolski. Kim był Jan Wolski? Bo to jest senna miejscowość. Jaka to była miejscowość w latach 70? Moim zdaniem nie mogła być to metropolia, która się zamieniła w senną miejscowość.
To musiała być miejscowość równie senna jak dzisiaj. Taka maleńka i w sumie oddalona od świata. Może nie w kilometrach, ale po prostu w jakiś sposób odseparowana. Więc cóż to była za miejscowość dawno temu i kim był Jan Wolski?
[01:11:24] - To my tutaj nie będziemy chyba za bardzo się rozwodzić. Jan Wolski był rolnikiem z tejże wsi, który spotkał kosmitów, jak niektórzy twierdzili. Moim zdaniem dużo ciekawsze jest to, co działo się potem, to znaczy kiedy Emilcin przeżywał najazd ciekawskich, kiedy to wszystko dostało się do prasy, kiedy stał się swego rodzaju celebrytą. Bo rzeczywiście to było w okresie letnim, jakby nie było. Zaczęły tam zjeżdżać autokary ludzi ciekawskich. Gdzie to było? Co to było? Jak to było? Gdzie byli ci kosmici? I potem też pojawiały się dodatkowe historie.
Było ich dużo. One się pojawiały jeszcze przez całe dziesięciolecia po Emilcinie. Słynne zgubione wahadełko, jakieś tam inne obserwacje, latające trumny. Pamiętam nawet coś takiego było. Ludzie przypominali sobie legendy dawne, coś tam do tego dodawali. Starali się jakoś nadać kolorytu tej historii. Bo jak ktoś przyjeżdża na waleta do Emilcina i nie zna tej historii, to rzeczywiście po prostu krajobraz taki jak wszędzie. Niewielka rolnicza miejscowość, dawniej rolnicza, teraz to w sumie nie wiem. Emilcin ma to do siebie, że on nie jest jakoś bardzo daleko, jak to się mówi, od szosy, tylko on jest po prostu na uboczu. Jest odseparowany tymi lasami i sprawia nawet dzisiaj takie wrażenie miejsca cichego.
Dzisiaj by się powiedziało letnisko, miejsce, gdzie chętnie przyjeżdżają ludzie na grzyby do lasu, ale kiedy nie znają tej historii, to jest po prostu taka lokalizacja jak wszędzie. I dopiero kiedy znasz tą opowieść, kiedy sobie dopowiadasz całą tą metahistorię tak naprawdę związaną z kamieniem emilcińskim, z uzdrawiającymi mocami, z tymi wszystkimi dziwnymi sprawami. Potem się pojawiają ufonauci, potem się pojawiają te wszystkie problemy Wolskiego. Wreszcie mamy czasy współczesne I te nieustające kontrowersje to rzeczywiście są jakieś emocje. Natomiast żeby tam był jakiś czynnik wizualny, trigger wizualny, poza oczywiście pomnikiem, który by jakoś działał, to nie powiem osobiście. Kolejna rzecz jest taka, że Emilcin jest mocno przewałkowany. Historia opowiadana rok po roku, raz za razem, kiedy z natury rzeczy cały czas słyszymy to samo, sprawia, że po dziesiątym razie opowiedziana już nie robi takiego wrażenia. Może trzeba sobie zrobić troszeczkę przerwy, żeby Emilcin znowu smakował. Myślę, że najwięcej emocji dostarczają nagrania, kiedy Wolski o tym opowiada, a cała reszta to jest taki nawis zupełnie współczesny. Tego, co dzisiaj znajdujemy.
Bo oczywiście były jeszcze publikacje z okresu, kiedy Wolski żył, kiedy to się zdarzyło, rok, dwa później, że dyskusja na ten temat była bardzo rozbudowana i żeśmy o tym mówili, jak prasa PRL-owska do tego podchodziła. Podchodziła bardzo różnie. Także Emilcin można oznaczyć na mapie jako miejsce do odwiedzenia, ale raczej na mapie powiatu, regionu, może nawet województwa, bo szczerze mówiąc to, co mnie interesuje dzisiaj, to nawet nie ta polanka, to nawet nie ten dom Wolskiego, który sprawia upiorne wrażenie, ale to po prostu jest opuszczony dom. Tylko ludzie, których tam spotkaliśmy, ludzie, którzy mieli coś do opowiedzenia. Czasami nie mieli nic do opowiedzenia, ale ich podejście pokazywało, że ta historia żyje. Niestety nie można jeździć po wsi i chodzić po domach i prosić, żeby ludzie coś opowiadali. Mnie chodzi o pewnych pasjonatów, fascynatów miejscowych, których też żeśmy spotkali. Osoby bardzo przyjemne, bardzo inteligentne. Takie, którym myślę, że należy poświęcać uwagę. Nie po raz kolejny Bernatowicz, Wawrzonek i cała reszta.
Nie, do tych ludzi się należy zgłosić. Marku, ty będziesz niedługo publikował takie trochę wspomnienie z tego pikniku, ale w ramach właśnie takiego reportażu, który daje do myślenia o Emilcinie, o tym, co się wydarzyło. I ty rozmawiałeś z wieloma tymi osobami, lokalsami, którzy tej historii dotykają. I myślę, że jeżeli mielibyście takie szczęście, żeby jechać i ich spotkać, wtedy jest sens, bo dotykacie tej historii. Natomiast tak to się możecie przejść po polance i w zasadzie tyle. Do domu też raczej nie wchodźcie, bo może akurat będzie tak, że ktoś was tam przyczai i was wygoni. W końcu własność prywatna. Także ja to widzę w ten sposób, że fajna historia, ale musicie tam jechać z pewnym nastawieniem, bo jeżeli go nie ma, to po prostu kolejny punkt na mapie. Kolejne miejsce, gdzie się coś kiedyś wydarzyło. Natomiast te wszystkie emocje kumulują się tam właśnie w okolicach pikniku, kumulują się w maju.
A poza tym Emilcin to Emilcin. Wieś, gdzie wydarzyła się bardzo dziwna rzecz, która rozsławiła tą podlubelską miejscowość chyba nawet nie tylko w Polsce, ale też na całym świecie. Marku, ty rozmawiałeś z tymi ludźmi, widziałeś, jak oni reagują. Byli tacy, którzy podchodzili do tego w sposób bardziej powiedziałbym historyczny. Interesowały ich wspomnienia, relacje. Chociaż pamiętajmy, to prawie 50 lat minęło. Niewiele jest tak naprawdę już osób, które jeszcze to pamiętały, bo osoba, która miała wtedy 18 lat, to praktycznie jest osoba, która dzisiaj dobiega siedemdziesiątki, prawda? Ale były osoby, które miały szersze trochę spojrzenie na to wszystko. I mówię o tych lokalsach właśnie. Tych, którzy patrzą na to wszystko z pewną perspektywą oraz mniemam, że to, co mówią, ma pewną wartość, nie wiem, czy historyczną, na pewno pamiętnikarską, tak bym powiedział.
Ich warto słuchać, myślę. Nie tych kolejnych komentatorów na YouTubie, którzy opowiadają, co się tam wydarzyło. Nie. Dzięki tobie, Marku, część tych ludzi zostanie dopuszczona do głosu. Zostaną przypomniani, bo oni często się też wypowiadali w przeszłości, ale rzadko możemy trafić na ich słowa. I to już wkrótce w jednym z nadchodzących numerów „Nieznanego Świata”.
[01:17:57] - Zanim powiem o tym materiale w „Nieznanym Świecie”, który miejmy nadzieję pojawi się w grudniu, to jeszcze jedna historia dla państwa. Otóż moi znajomi wybrali się do Emilcina i oni mi powiedzieli rzecz, która mnie nieco ubawiła. Otóż oni zjawili się pod pomnikiem. Tam jest pomnik czy monument, nie wiem, jak to nazwać. Kamień na postumencie, w którym jest informacja. Co do tej informacji to też można by dyskutować, ale ci znajomi powiedzieli mi o jednej rzeczy: że na nich dosyć piorunujące wrażenie wywarło to, że ów obelisk, kamień, to coś, co tam stoi, ufundowane przez Fundację Nautilus, stoi w pobliżu takiego miejsca zabaw dla dzieci, placu zabaw. I oni mi powiedzieli, że to dla nich takie były klimaty wręcz horrorowe. Oni się czuli niesamowicie. Ten plac zabaw i informacja o tym, że przylecieli do Emilcina kosmici. To pewno kwestia indywidualna, jak ktoś coś odczuwa, ale oni mi o tym powiedzieli, że dla nich to było Takie zdarzenie, taka sytuacja, która ich o te ciarki przyprawiła.
A teraz krótko o tym materiale, który prawdopodobnie jest w grudniowym numerze Nieznanego Świata. Otóż ja miałem tę przyjemność rozmawiania z ludźmi, z lokalsami, jak to ująłeś, Piotrze, i z ludźmi, którzy przyjechali na piknik. I to były rozmowy z gatunku niezwykłych. Dlaczego? Nie dlatego, że ci ludzie mówili rzeczy niezwykłe, chociaż zdarzało się. Natomiast ciekawe było to, że po tak wielu latach osoby, czasami starsze, wspominały Jana Wolskiego. Rozmawiałem z osobą z władz miejscowych, organizatorów pikniku, współorganizatorów. Ta osoba mi mówiła o tym, że to jest sposób promowania tej miejscowości, ale jednocześnie oddania pewnego hołdu pamięci mieszkańcowi Emilcina. Ciekawe były też rozmowy z przyjezdnymi. Jeszcze nie powiedziałem o jednej rzeczy, bo kiedy wspominałem o tym, że usłyszeć możecie państwo o jakimś diabelskim oddziaływaniu, to takie osoby również spotkałem, które o tym wspominały, które mówiły: „Jak możecie interesować się tym, co tak naprawdę strąca was w czeluście piekielne?”.
I to nie był żart. To było absolutnie na poważnie. Ciekawe były też rozmowy z przyjezdnymi, bo oni patrzyli na to zupełnie inaczej. O ile dla miejscowych to była część ich małej historii dotyczącej ich małej ojczyzny, to dla ludzi przyjezdnych to się jawiło w zupełnie innych obrazach. To było coś wielkiego, coś niesamowitego. Ci przyjezdni rozumieli, że to jest mała wioseczka podlubelska i w ogóle tu wszystko jest nie za duże i troszkę wycofane, ale jednocześnie nie mogli pozbyć się wrażenia, że stało się w tym Emilcinie coś naprawdę niezwykłego, o czym warto pamiętać. Ja wiem, czy kultywować. Pamięć o tym należy kultywować. Myślę, że pewnym dysonansem były natomiast osoby, które mówiły, że mają patent, wyłączność na Emilcin. I to był dla mnie spory dysonans.
Tradycyjnie, proszę państwa, czas teraz na odrobinę prozy. Dzisiaj pięć nieco krótszych opowiadań, ale myślę, że będziecie się państwo nieźle bawić. Pierwsze z tych opowiadań „Kamień” napisał Bruno Wioska. Drugie Piotr Prokopowicz „Ludzie mówią”. Następnie Kamila Ciołko-Borkowska „Kamień”. Tak, to nie pomyłka. To jest drugie opowiadanie o tym tytule. Opowiadanie czwarte to opowiadanie Przemysława Cichonia „Pamięć” i po raz kolejny Piotr Prokopowicz „Odżałowana strata”. Zapraszam państwa na 40 minut dobrej zabawy. Wita dla państwa Marek Sęk Ivellios.
Bruno Wioska „Kamień”: „W trawie leżały dwa kamienie. O czym milczysz? – zapytał bezgłośnie drugi. Wiesz, przez miliony lat przyzwyczaiłem się do milczenia. Milczę o wiedzy, którą skromadziłem w ciągu tych lat. Wiem bardzo wiele. O wiele więcej niż najmądrzejsi ludzie, ale oni są zbyt mało inteligentni, by nas zrozumieć. Utracili intuicję do tego stopnia, że nawet zwierząt już nie rozumieją. Byłeś tutaj zawsze? – zapytał drugi.
Bo ja byłem zakopany w ziemi i dopiero niedawno wykopano mnie. Opowiedz mi, co wiesz – poprosił. Słuchaj. Wtem przeleciał mały chłopiec. Wrzucił kamień do wody. Kamień w wodę – rzekł drugi i zapłakał. A może były to krople wody?”. Jakub Karbownik „Zachcianka”: „Jasna tarcza księżyca pobłyskiwała na gładkiej tafli jeziora. Wzdłuż linii brzegowej ciągnęła się droga. Siedział na niej kamyczek, rozmyślając i marząc o wielkich przygodach.
Spoglądał na potężne góry i śnił na jawie. Tam jest na pewno lepiej – wzdychał. Piękne widoki, lepszy klimat, większe i ciekawsze kamienie. Ech, po prostu inne życie. Jego monologu słuchał orzeł siedzący na gałęzi drzewa. Po dłuższej chwili przerwał rozmyślania małego ułomka bazaltowej skały. Mogę cię tam zabrać. Zaskoczony kamień podskoczył. Kto to mówi? Spójrz do góry.
Tutaj jestem. Kamień przetoczył się i zerknął w stronę dumnego ptaszyska. Naprawdę możesz mnie tam zabrać? Jeżeli tego naprawdę chcesz, to nie ma problemu. Ale pamiętaj, że to podróż tylko w jedną stronę – ostrzegł orzeł. Po chwili namysłu kamień stwierdził: No to lecimy.
[01:25:22] - Nie tak szybko. Jutro o poranku przylecę po ciebie. Czemu nie teraz? Zapytał oburzony Kamyk. Ponieważ nie przepadam za lataniem w nocy, szczególnie w okolicach gór. Na samą myśl o czekaniu kamień niemal pogrążył się w procesie galopującej erozji. Orzeł nie baczył jednak na jego pomruki. Wzbił się w powietrze i powiedział: dobrze to wszystko przemyśl. O brzasku podekscytowany Kamyczek wypatrywał ptaszyska. Orzeł nadleciał od strony wschodzącego słońca.
Gotowy? Zapytał. Oczywiście. No to w drogę. Szpony orła pewnie chwyciły kamień i ptak wzbił się wysoko w powietrze. Ekscytacja zmieszana z przerażeniem walczyły w Kamyku przez cały czas. Chwilami zaczynał żałować podjętej decyzji. Kiedy jednak ujrzał cudowny krajobraz w dole, jego strach czmychnął i zastąpił go podziw. Zauważył jelenie gaszące pragnienie w rzece, wilki skradające się pośród gęstego lasu. Wszystko było takie piękne i niezwykłe.
Niecałą godzinę później otoczyły ich pierwsze górskie szczyty. Gdzie cię posadzić? Zapytał Orzeł. Jak najwyżej, jak najwyżej. Może tam? Nie, za nisko protestował Kamyczek. Zanieś mnie wyżej, prawie na sam szczyt. Dobrze, ale wydaje mi się, że to nie jest najlepszy pomysł. Ja wiem, czego chcę. Wiem.
W końcu orzeł wzbił się tak wysoko, że większość górskich wierzchołków pozostawała w dole. Wybrał najwyższą górę i mógł już położyć zniecierpliwionego pasażera na skalistym podłożu. Na pewno zostawić cię tutaj? Zapytał. To miejsce jest doskonałe prawie wykrzyczał Kamyczek. Do szczytu jest wprawdzie jeszcze spory kawałek, ale jest wspaniale. Dziękuję przyjacielu. No skoro tak twierdzisz. Mam nadzieję, że naprawdę ci pomogłem. Żegnaj powiedział i odleciał.
Ach, co za widok. Trochę zimno, ale co tam, kwestia przyzwyczajenia. Nie to co tam na dole. Nudno i nijako. Rozejrzał się uważnie, chcąc poznać sąsiadów, ale oni byli jacyś tacy ponurzy. Patrzyli na niego ze zdziwieniem. No cóż, nie od razu muszę się z nimi dogadać pomyślał. Delektował się widokami. Wieczorny krajobraz miał w sobie szczyptę magii. O dziwo, ta prysła, kiedy dostrzegł jezioro, a przy nim drogę.
Z tej odległości tamto miejsce wyglądało naprawdę wspaniale. Przez ułamek sekundy zapragnął tam wrócić. Nagle usłyszał narastające dudnienie, dudnienie, które zmieniło się w narastający huk. Obrócił się. Zobaczył pędzący biały wał śniegu. Potem nastały kompletne ciemności. Byle do wiosny mruknął Kamyczek. Piotr Prokopowicz Ludzie mówią. Ludzie mówią, że podróże kształcą. No cóż, byłem świadkiem niejednej podróży.
Nie powiem, żeby wykształciły mnie jakoś szczególnie. Może dlatego, że to nie ja podróżuję. Jestem kamieniem, a właściwie skałą. Dawniej obserwowałem ludzi z daleka. Ostatnio jednak często podróżują obok mnie. Dzięki temu poznałem ich lepiej. Wiem już, jacy są i dokąd zmierzają. Ludzie mówią, że przede wszystkim liczy się wnętrze, chociaż wielu z nich zwraca uwagę tylko na pozory. W moim przypadku jest to jednak prawda. Niby jestem skałą, ale moje wnętrze jest specjalne.
Pozwala ono słuchać i obserwować ludzi na odległość. To nie wszystko. Kryje w sobie więcej niespodzianek. Zbliża się czas, gdy wszyscy się o nich dowiedzą. Ludzie mówią, że dzieci są najważniejsze. Coś o tym wiem. Moje dzieci nie są z mego ciała, więc nie całkiem są moje, ale opiekuję się nimi. Dbam o ich bezpieczeństwo tak jak ludzie dbają o swoje dzieci. Wielu jednak nie dba. Wielu z nich krzywdzi swoje dzieci.
Moje dzieci śpią, a ja zsyłam im sny. Uczę je w ten sposób najważniejszych spraw. Jaki jest świat? Jacy są ludzie? Co jest ważne w życiu? Jak rozwijać i wykorzystywać swoje zdolności? Ludzie mówią, że trzeba znać swoje korzenie. Dziwne jednak, jak często ignorują wiedzę i doświadczenia przodków. Wciąż i wciąż powtarzają te same błędy. Mnie stworzono dawno temu w...
Ludzie używają nazwy Atlantyda. Potężna rasa, która mnie stworzyła, ceniła wiedzę, prawdę, honor, uczciwość. Ich umiejętności i zdolności były... Wystarczy powiedzieć, że ludzie przy moich stwórcach są jak niemowlaki przy dorosłych. Ludzie mówią, że trzeba mieć cel w życiu, jednak bardzo często spędzają czas na działaniach, które oddalają ich od realizacji zamierzeń. Ja mam cel. Atlantydzi, opuszczając ziemię, powierzyli mi swoje dzieci z krwi, ciała i umysłu. Mam opiekować się nimi, przekazać wiedzę i wartości przodków. Chroniłem, uczyłem, obserwowałem ludzi i czekałem. Moi stwórcy umieścili mnie na orbicie w grupie skał okrążających Ziemię.
Statki ludzi mijają mnie codziennie, odkąd założyli oni miasto na Księżycu. Można więc powiedzieć, że jestem skałą przy kosmicznym szlaku. Nie sonda, nie placówka badawcza, ale dopiero miasto jest oznaką ekspansji. Kwestią czasu było, kiedy ruszą dalej na inne planety. Teraz właśnie wyrusza misja założycielska na Marsa. Ma przekształcić tamtejszy ośrodek badawczy w regularną siedzibę ludzką. To jest moment, na który mnie zaprogramowano. Cel mojego istnienia. Ludzkość jednoznacznie dokonuje ekspansji poza swoją planetę. Nie można dopuścić, by kłamstwo, zdrada, okrucieństwo i chciwość rozprzestrzeniały się po galaktyce.
Budzę moich podopiecznych. Będą strażnikami. Będą sędziami. Będą oczyszczać ludzkość z wadliwych jednostek. Ciekawe ilu. Ciekawe, co ludzie powiedzą teraz. Kamila Ciąarko-Borkowska "Kamień". Świt identyczny jak miliony przed nim. Spoczywając przy szutrowej ścieżce, byłem świadkiem wielu mijających dni. Przechodzili obok mnie różni wędrowcy.
Widywałem myślicieli i kochanków. Tych drugich nie rozumiałem, pomimo tylu lat obserwacji. Nie mam serca, więc nie wiem, o co chodzi z całą tą miłością. Nigdy nie brakowało mi towarzystwa, choć całe swoje życie spędzam samotnie wszędzie tam, gdzie zaniesie mnie los. Kiedyś pewien filozof rozłożył obóz tuż obok na łące i patrząc w gwiazdy, mówił do mnie godzinami. Wiele wówczas zrozumiałem. Nawet to, jak wiele nie rozumiem. Jedyne, czego mi żal, to tego, że nie mogę widzieć, o czym mówią mijający mnie ludzie. Nie mam pojęcia, czym są piękne miasta, góry drapiące obłoki czy jeziora tak błękitne, że można je pomylić z niebem. Słuchałem więc i słucham szumu wiatru, który opowiadał o tym, co działo się wszędzie tam, gdzie mnie nie było, a deszcz przynosił w swych kroplach obrazy miejsc, do których potem tęskniłem.
Pewnego dnia wygrzewałem się na słońcu. Miałem świadomość, że już niedługo jego promienie nie będą miały w sobie tyle ciepła. Niedaleko rozsiadła się para. Zacząłem nasłuchiwać. Może dowiem się czegoś o ciekawym miejscu. Zamiast jednak porcji nowych informacji, poczułem, że czyjaś dłoń unosi mnie z idealnie umoszczonej pozycji. Przestraszyłem się. Przecież miną lata, nim znów ułożę się w nowym miejscu. "Spójrz kochanie, jaki piękny kamień", "Oj tam. Kamień jak kamień trochę świeci.
Co w nim wyjątkowego?" "Popatrz." Delikatna kobieca dłoń wytarła kurz, który na mnie osiadł. Sprawia wrażenie, jakby mrugał do mnie tysiącem złotych iskier. "Piękny. Jak zwykle marudzisz. Chodź" – chmurzy się. Dziewczyna niezadowolona powiedziała coś jeszcze, jednak już nie słuchałem. Odłożyła mnie, ale nie na to samo miejsce, w którym tkwiłem od lat. Nadciągał deszcz, a ja nie byłem tam, gdzie powinienem. Ulewa mnie zmyje. Tego byłem pewien.
Zaczęła mnie ogarniać panika. Jednak w pewnej chwili młody mężczyzna podszedł blisko, odszukał mnie, a następnie schował do kieszeni. Było tam ciepło oraz ciemno. Dużo, dużo później wyjął mnie. Położył na czymś twardym i zaczął coś rysować. Leżałem tak przez kilka dni. Słońce w tym miejscu było zupełnie inne niż to na mojej łące. Dalekie, obce i zimne. Dopiero po czasie zorientowałem się, że to nie słońce. Dlaczego oni uciekają przed naturą?
Nie mogłem tego pojąć. W końcu człowiek zabrał mnie do innego pomieszczenia. Tam skrzywdził mnie. Zadał mi ból tak ogromny, że myślałem o tym, czy to nie jest koniec mojego życia. Mówił do mnie, że oszlifowany będę jeszcze piękniejszy. Jak można być pięknym po tak wielkim cierpieniu? Jednak na koniec usłyszałem: "Teraz jesteś piękny". Tyle wystarczyło, bym potrafił wybaczyć. Przez następne dni, niestety nie wiem ile, bo w miejscu, w którym leżałem nie było widać prawdziwego słońca, mężczyzna pracował w pocie czoła. Ciągle coś robił, coś skręcał, poprawiał i ciągle mówił do mnie.
Zastanawiał się, czy spodobam się Magdzie. Czym jest Magdzie? Nie powiedział. Gdy owinął mnie czymś delikatnym i z zadowoleniem wytarł miękką szmatką, zobaczyłem na jego twarzy uśmiech. Pogłaskał mnie delikatnie. Nie rozumiałem tego gestu. Zazwyczaj mocno łapano mnie i odkładano nie tam, gdzie trzeba. Czasem rzucano bez celu, więc lądowałem w zupełnie nowym otoczeniu. Pierwszy raz czyjeś ręce były dla mnie tak delikatne. Pierwszy raz od początku mojego życia coś czułem.
Przez kolejne dni leżałem w pudełku wyłożonym miękkim materiałem. Człowiek nosił mnie w kieszeni. Często dotykał paczuszki. Jego dłonie wielokrotnie wykonywały ten sam taniec. Jednak najwyraźniej w ostatniej chwili rozmyślał się. Brakowało mu odwagi. Pewnego dnia nie cofnął dłoni. Wyjął mnie i poczułem, że stawię na czymś twardym. Słońce wtargnęło do środka, gdy wieko pudełka uchyliło się. „Jaki piękny” — usłyszałem.
To było o mnie. „Dziękuję, kochanie.” „Poczekaj, założę.” Zawisłem na szyi kobiety. Co chwilę słyszałem, że jestem cudowny. Poczułem się ważny. Okazało się, że spełniło się moje marzenie. Co dzień widziałem nowe miejsca i rzeczy. Byłem świadkiem cudów, o jakich nie śniłem na łące. Kobieta często głaskała mnie delikatnie. Czasem patrzyła na mnie z uśmiechem, dotykając opuszkami palców. Czułem się szczęśliwy.
Byłem świadkiem tego, jak wymieniali się prezentami. Pewnego dnia on dał kobiecie pierścionek. Płakała, kiwała głową i co chwilę wycierała zapłakane oczy. Nie mam serca, więc nie wiem, o co chodzi z tą całą miłością. Jakub Karbownik „Odzyskać za wszelką cenę”. Stuku-puku, puku-stuku. Dyliżanse pędziły przez nierówne drogi, podskakując na wybojach. Trasa znajdowała się w trakcie przebudowy, ale pomimo niedogodności była bardzo ruchliwa. Wiodła przez prastary, gęsty las, lecz sukcesywnie, dzień za dniem stawała się coraz szersza. Zmieniał się również krajobraz wokół.
W trakcie prac wykopywano wiele kamieni, które walały się na obrzeżach drogi. „To koniec. Apokalipsa nadciąga” — rzekł długowieczny otoczak z wyżłobionym znakiem księżyca. „Mówię wam, bracia, musimy stawić temu czoła.” „Ale jak ich pokonamy?” — zapytał młodszy kamień. „Sami sobie nie poradzimy. Przeciwnik jest zbyt przebiegły.” Starzec popadł w zadumę. „Co kamień może zrobić człowiekowi? Nie mamy wyjścia. Zaśpiewamy pieśni naszego ludu. Miejmy nadzieję, że nasi sprzymierzeńcy nie pozostaną głusi.” „Pieśń?” — dopytywał młodzik.
„Nie martw się, wszystko zrozumiesz, kiedy ją usłyszysz.” „Tak, tak. Nadchodzi czas pieśni” — zawtórowała reszta kamieni. „Poczekamy na przyjście przewodnika, wtedy to wygłosimy nasze prośby.” Noc była piękna. Czyste, gwiaździste niebo wraz z jaśniejącym księżycem stanowiły malowniczy, fascynujący obraz. Na ziemi miało jednak miejsce coś niezwykle rzadkiego. Niektóre z kamieni błyszczały srebrzystym światłem na podobieństwo księżyca. „Legenda mówi, że nasz ród pochodzi z góry” — mówił stary otoczak. „Tam też nieśmy nasze błagania. Zabrzmijcie, bracia.” Dookoła zapadła głucha cisza, po której wzbiła się fala przepięknej, przenikliwej melodii. Na powierzchni poniektórych błyszczących kamieni pojawiły się drobne pęknięcia.
Odzew natury następował powoli. Pierwsze zareagowały drzewa. Ruszyły ze swych miejsc i przybyły, aby zatarasować drogę swoimi pniami i splątanymi korzeniami. Niedługo potem dołączyły zwierzęta. To one pomagały przy transporcie większych i mniejszych głazów. Ptaki wypatrywały wszelakich luk i niedoskonałości. Ostatecznie cała noc spędzła na gruntownym zablokowaniu ludzkiej drogi. Stary otoczak z pomocą jelenia spoglądał z satysfakcją na ogrom wykonanych prac. „Przygotowania do bitwy zakończone” — szepnął. „Przygotowania?” — zapytał młodzik leżący nieopodal.
„Przecież już odzyskaliśmy teren.” „Chciałabym, żeby tak było, lecz jesteś w błędzie, mój drogi. Ludzie to uparte zwierzęta. Tak łatwo się nie poddadzą.” Zmierzając na skraj lasu, przemawiał do wszystkich: „Odpoczywajcie, przyjaciele. Jutro czeka nas prawdziwa walka.” Pieśń ustała, a wraz z jej końcem życie wróciło do normy. Słowik dał ostrzeżenie przed nadjeżdżającym dyliżansem. Rżenie koni i grzechot trafianej konstrukcji były świadectwem gwałtownego hamowania. Ludzie wyszli z wozu, rozglądając się z niedowierzaniem. Jeden z nich energicznie wymachiwał rękoma, raz po raz wykrzykując coś głośno. Reszta słuchała krzykacza. Później poszli na tył dyliżansu i zaczęli szukać czegoś w bagażu.
Najwidoczniej jednak nie znaleźli potrzebnych narzędzi, gdyż wkrótce dyliżans zawrócił. Większość kamieni wydała z siebie okrzyk zwycięstwa. Tylko jeden spośród nich pozostał spokojny. Jeszcze tego samego dnia przy konstrukcji wzniesionej na drodze pojawiło się znacznie więcej ludzi. Tym razem byli uzbrojeni w przeróżne narzędzia. Kopali, wycinali, czyścili. Ptak wyćwierkał raport. „Tak jak myślałem” — skwitował sytuację stary otoczak, a następnie podziękował latającemu bratu i zwrócił się do kamieni: „Nie mamy wyjścia, ale to będzie nas dużo kosztować.” Inni spojrzeli na niego z troską. Bracia, czas na śpiew. Kamienie zamarły.
Nikt jeszcze nie śpiewał w blasku dnia i na dodatek w obecności ludzi. Wiem, co czujecie. Nie prosiłbym was o to, gdybyśmy mieli inne wyjście. Starzec widział, że jego towarzysze nadal nie mogą się przełamać, więc sam rozpoczął pieśń. Pierwsze pęknięcia pojawiły się na jego powierzchni. Inni, widząc jego poświęcenie, zaczęli dołączać do śpiewu. Wyglądało na to, że natura tylko czekała na ten znak. Jednocześnie rośliny i zwierzęta ruszyły do ataku. Przerażeni i zaskoczeni ludzie porzucali swoje narzędzia i zaczęli uciekać w popłochu. Pęknięcia na starym otoczaku były coraz głębsze.
Zdołał jednak zobaczyć, jak natura wypiera najeźdźców. Cichy trzask był ostatnim dźwiękiem pradawnego pieśniarza. Po dziś dzień las omijany jest przez ludzi szerokim łukiem. Uchodzi za przeklęty, a na jego skraju można znaleźć osobliwe otoczaki. Przemysław Cichoń „Pamięć”. Teraz trakt jest gładki jak stół i asfaltowy, a koła wozów są gumowe i pompowane, a same wozy przejeżdżają tak szybko, że nie sposób się im nawet przyjrzeć. Pamiętam jeszcze czasy, gdy wozy na drewnianych kołach okutych stalowymi obręczami przetaczały się po brukowanym otoczakami kamiennym trakcie, ciągnione przez zaprzężone do nich woły. Uwielbiałem się im przyglądać, jak co tydzień ciągnęły do grodu na targ wyładowane po brzegi towarami. Czasami również przejeżdżały tędy kolorowe cygańskie tabory. Stawali obozem, a wtedy palili ogniska, śpiewali, biesiadowali prawie do rana, a piękne Cyganki tańczyły z tamburynami w blasku ogniska i księżyca.
Ciągnęli też tędy pątnicy, by oddać pokłon Najświętszej Panience. Niektórzy nawet na kolanach. Inni się biczowali, jeszcze inni modlili na głos. Raz traktem przejeżdżała cała chorągiew husarii. Rota była liczna. Ze 150 okutych w stal skrzydlatych konnych, a za nimi jeszcze 300 ciurów z wozami i tobołami. A pewnego roku to nawet sam Kościuszko tędy zmierzał ze swym oddziałem kawalerii. Jakże on się pięknie prezentował! I te pióra przy rogatywce, a za nim cały szwadron kawalerii. Każdy ułan, niczym heros z szabelką u boku, w siodle wyprostowany na bój za wolność ojczyzny zmierzał, a za nimi kozynierzy pod wodzą Sławskiego.
Co tu gadać, trochę się tu działo przez te parę lat. Nawet sam Bonaparte tędy z Księstwa Warszawskiego zmierzał na wojnę z Ruskimi. Pozmieniało się to trochę. Wszystko jakoś tak szybko przemija. Coraz mniej jest do podziwiania, coraz mniej ludzi. Czasami tylko przysiądzie na mnie jakaś zdrożona autostopowiczka. Tyle mi z tego życia jeszcze zostało na marną pociechę. Właściwie jakiego życia? Przecież jestem tylko przydrożnym kamieniem. Piotr Prokopowicz „Odżałowana strata”.
Słowo wstępne. Niniejsze opowiadanie zostało zainspirowane cyklem zatytułowanym „Pewnego razu w Świnioryjach”, którego autorem jest Przemysław Cichoń. Jest to seria zabawnych opowiadań opisujących niezwykły i pełen specyficznego nastroju świat. Opowiedziana tu historia jest pewną wariacją wydarzeń fabuły cyklu świnioryjskiego i wpisuje się w nią w okres tuż po części „Opowieść kontestatora”. W założeniach opowiadanie konstruowałem w taki sposób, by odbiór treści był zrozumiały również dla czytelników nieznających oryginalnego cyklu, a jednocześnie z nadzieją, że zachęci takie osoby do zapoznania się z twórczością Przemysława Cichonia. Piotr Prokopowicz. Było już po 20:00. Mundek Waśka i Waldemar Paciaja siedzieli w domu tego drugiego i kończyli rozpijać flaszkę. Stojący na stole obok butelek i szklanek słoik ogórków, dopiero co napoczęty, oferował jeszcze istotny potencjał zakąskowy. W tym kontekście lodówka Waldka była jego przeciwieństwem i nie zawierała już żadnego potencjału procentowego.
Zastanawiali się nad przenosinami do Mundkowej drewutni, która w ostatnich czasach przeszła duże przeobrażenie i była pełna wszelkiego potencjału. Ktoś zapukał w drzwi. Spojrzeli zdziwieni na siebie i Waldek krzyknął: „Proszę!” „Dzień dobry. Wieczór” – poprawił się wchodzący. Był to pan Hieronim, świeżo wybrany sołtys, a przy okazji emerytowany nauczyciel lokalnej szkoły podstawowej. „Powitać, powitać zacnego gościa” – uśmiechnął się Waldek. Obaj wstali, chcąc uszanować wiek i status przybysza. Jednak najważniejszy powód szczególnej atencji i szacunku do Hieronimusa wiązał się z faktem, iż był znany w całej gminie z produkcji wyśmienitego bimbru. Waldek zapraszającym gestem wskazał wolne krzesło i zaczyna głowić się nad tym, czym by tu gościć przybysza. Tamten usiadł i widząc zatroskanie gospodarza, powiedział uspokajająco: „Przyszedłem tylko podziękować za twoje wsparcie w wyborach na sołtysa”.
„Ale ja nic nie zrobiłem.” Waldek uciekł spojrzeniem. Nie chcesz się przyznać, ale starego belfra nie oszukasz. Ja wiem, że miałeś coś wspólnego z wycofaniem się Piaseckiej. Gość wyjął butelkę z kieszeni i postawił przed Waldkiem. Miała niestaranny kształt z lekko wygiętą szyjką. Zamiast typowej nakrętki miała korek. Płyn w środku był nieco mętny. To ostatnia z produkcji mojego świętej pamięci tatki. Mam już swoje lata i nie wiem, ile jeszcze pociągnę, więc nie ma co czekać na lepszą okazję. Waldek z Mundkiem patrzyli jak urzeczeni.
To była legendarna okowita Gerwazego. Nie mieli okazji jej skosztować i nie mieli już nawet na to nadziei. Za młodych lat rodzice opowiadali im niewiarygodne historie. Podobno gdy Ruscy przeganiali Szkopów z tych stron, to tylko dzięki tej okowicie okoliczne wioski uniknęły rozszabrowania przez wojska sowieckie. Jeden z generałów tak zachwycał się tym trunkiem, że gdy otrzymał cały 20-litrowy kanister, to zakazał swoim zaczekać miejscowych pod karą kuli w łeb. Hieronim wstał i ruszył do wyjścia. Ależ panie Hieronimie, proszę nie odchodzić. Musi pan z nami. Mundek, szklanka! Wezwany zorientował się, o co chodzi i dostawił trzecią szklankę.
Proszę usiąść i wypić z nami, skoro to ostatnia. Hieronim ustąpił. Wrócił na krzesło. Waldek odkorkował butelkę i powąchał, a potem dał powąchać Mundkowi, który zamruczał z uznaniem. Co najmniej 70 stopni. 80 – poprawił Hieronim. Waldek jako gospodarz polał pierwszą kolejkę. Wypili. Nie śmieli zagryzać, by nie stracić smaku. W oczach mieli niemy zachwyt, a nawet łzy.
Przy drugiej kolejce Hieronimus zachęcił jednak, żeby zakąsili ogórkami, bo to odkryje przed nimi nowe walory smakowe. Po trzeciej rozgadał się nieco. Zawsze chciałem dorównać kunsztowi tatki. Niestety zabrał większość swych tajemnic do grobu. Mundek z Waldkiem westchnęli zasmuceni. Hieronimus kontynuował. Tuż po wojnie miał on gdzieś w okolicy ziemiankę, w której tworzył te swoje arcydzieła. To był jakiś poniemiecki bunkier. Niestety setki razy przeszukiwałem okolicę i nic nie znalazłem. Jak nie Ruscy, to naród rozszabrował i poniszczył – skwitował Mundek.
Ależ panie Hieronimie, z całym szacunkiem dla kunsztu pańskiego rodziciela, to pana okowita też jest zacna i niejeden woli niż te sklepowe – zauważył Waldek. Gdzie tam ja. Ja jestem tylko rzemieślnikiem. Jest pan skromny, ale ludzkość wiele by straciła, gdyby takie zdolności przepadły. Czy znalazł pan już następcę godnego poznać tajniki kunsztu? – zapytał Mundek. Próbowałem. – Westchnął smutno. – Ale wiecie, jaka jest dzisiejsza młodzież. Wolą pójść do sklepu i kupić gotowe, zamiast trochę popracować.
No tak, nie ma już poszanowania dla tradycji – ponuro zgodził się z przedmówcą Waldek. Dokąd ten świat zmierza? – dorzucił Mundek. Nic, tylko się napić. Następnego dnia cały czas lało. W pewnym momencie tak gwałtownie, że aż strumienie płynęły drogami. Strach było wysunąć nos z chaty. Jednak nazajutrz słońce przyjemnie zaświeciło. Po całym dniu spędzonym w czterech ścianach Waldek postanowił wybrać się na ryby. Założył gumofilce, nakopał robaków do starej puszki po mielonce, wziął wiadro i wędkę.
Najpierw należało jednak dobrze się zaopatrzyć. W sklepie u Maźniakowej nabył trzy flaszki, piwo, pęto kiełbasy i chleb. Chleb był przede wszystkim na zanętę, ale też trochę do przegryzania. Wszystko ładnie mieściło się w wiadrze i wciąż było sporo miejsca. Piwo opróżnił od razu z tyłu sklepu na dobry początek dnia. Nad jeziorem miał swoje ulubione miejsce, o którym wiedział, że ryby dobrze biorą. Lokalizację zdradził jedynie Mundkowi i niejedną flaszkę już tam wspólnie opróżnili. Maszerował raźniej ścieżką przez las. Gdzieniegdzie widać było powypłukiwane korzenie, co świadczyło o intensywności wczorajszych opadów. Kształty korzeni były intrygujące.
A! Potknął się o coś wystającego z ziemi. Poleciał na twarz. Wiadro wyleciało z ręki. Wstając, rozcierał obolałe miejsca. Kurwa! – krzyknął, gdy zobaczył, że dwie butelki rozbiły się o kamień. Ten sam, o który się potknął. To był jakiś większy głaz. Musiały go odsłonić wczorajsze deszcze.
psiocząc zebrał rozbite szkło i kuśtykając ruszył dalej. Gdy dotarł na miejsce, wypił kilka łyków z jedynej ocalałej flaszki i zajął się łowieniem. Jak się spodziewał, ryby brały nieźle. Najpierw złapał dwa ładne leszcze, potem jeszcze kilka okoni. Opróżnił butelkę do końca. Chętnie by jeszcze coś wypił. Mimo to był w wyśmienitym humorze. Około południa złowił jeszcze dorodnego karpia i stwierdził, że dosyć, bo i tak więcej nie przyrobi, a marnotrawstwa nie lubił. W radosnym uniesieniu po udanych łowach planował, co sobie przyrządzi na obiad. A!
Potknął się ponownie w tym samym miejscu o wystający kamień. Ryby wyleciały z przewróconego wiadra i oblepiły się piachem i igliwiem. Tym razem poza siniakami innych strat nie było. Postanowił jednak, że zrobi porządek z tym kamieniem. „Ja tu jeszcze wrócę” – boleśnie wystękał w stronę głazu. W domu oczyścił ryby. Część usmażył na obiad, resztę wstawił do lodówki. Późnym popołudniem stwierdził, że czas rozprawić się z wrogiem. Wziął łom i szpadel. Chciał jeszcze zdążyć do Maźniakowej przed zamknięciem, żeby zaopatrzyć się we flaszkę.
Bez tego ciężko zebrać siły, a nastawiał się na dłuższą walkę z głazem. Gdy z zaciętą miną i flaszką w kieszeni, ściskając w jednym ręku łom, a w drugim szpadel, mijał ostatnie domy wioski, dogonił go krzyk Mundka. „Wala, czekaj!” Zatrzymał się i rozejrzał. Tamten zbliżał się szybkim krokiem. „A co ty, kurna, na wojnę idziesz?” – zapytał go Mundek, wskazując narzędzia. „Można tak powiedzieć.” „Wiesz co? Jakby co, to tylko powiedz. Skoczę po gnata.” Waldek chwilę popatrzył na kumpla i powiedział: „Aż tak to nie, ale pomóc możesz.” Wręczył mu łom i ruszył. „Dokąd idziemy? Komu ten tego mamy wpierniczyć i za co?” „Takiemu jednemu twardzielowi z lasu.
Pozbawił mnie dwóch flaszek i poturbował boleśnie.” Wskazał odrapaną twarz. Tamten ze zrozumieniem pokiwał głową. Szli jakiś czas w milczeniu. Potem Mundek zaczął opowiadać, co zrobi takiemu skurkovańcowi, który ruszył jego kumpla. „To tutaj.” Waldek zatrzymał się. Mundek rozglądał się, szukając przeciwnika. Nikogo nie widział. „To on.” Waldek wymownie stuknął szpadlem w głaz. „Wala, no co ty? Jaja se ze mnie robisz?
Z kamieniem?” „Nie piekl się, Waśka. Ja przez niego naprawdę dwa razy się obiłem boleśnie i straciłem flaszki. Ostatnie ulewy musiały go wypłukać. Trzeba zasypać gnoja albo przesunąć. Lepiej przesunąć, bo jak znowu popada, to przysypanie nic nie da.” „Ale to kupa roboty. Jeszcze tak na sucho.” „A kto mówi, że na sucho?” Waldek podał flaszkę koledze. „Możesz rozpocząć. Wygląda na dużego skurczybyka i sam pewnie bym się z nim ostro namordował, a we dwójkę pójdzie łatwiej.” Pół butelki opróżnili od razu na rozruch. Zabrali się do pracy. Kamień był mocno chropowaty i choć dawało się go zarysować, to trudno było skruszyć.
Podkopywali i podważali z boku. Niestety flaszka skończyła się już po pół godzinie, a oni ustalili jedynie, że głaz rozszerza się w dół. „Chyba jednak łatwiej będzie zasypać” – mruknął zrezygnowany Waldek. „Zaraz” – stękał Mundek, wciskając się w łom. „Chyba znalazłem spód.” Po chwili głaz się ruszył. Coś głośno syknęło. Waldek rzucił się, żeby pomóc szpadlem. Wyglądało, jakby kamień był płytą. Szeroki, ale płaski. Wydawało się też, że pod nim jest kolejny, jeszcze większy.
W trakcie odsuwania widzieli, jak odsłania się ciemna jama. „Co to, kurna, jest?” – zapytał Mundek. „Ciekawy zapach” – dodał. Dziura w ziemi miała niecały metr średnicy. Zapalił świeczkę i nachylił się. Wyczerpany ostatnim wysiłkiem nie zdołał jednak zachować równowagi. Poleciał do środka. „Waśka! Waśka!” – wołał Waldek, ostrożnie pochylając się nad dziurą. Z dołu słychać było stękanie i sapanie.
„Waśka, co ci jest?” Jednak na górę docierały tylko jęki kumpla. Nagle i to ucichło. Po chwili dało się słyszeć głośny szept: „O mój Boże!” Waldek widział w dole, nieco z boku, rysy Mundka i rękę trzymającą świecącą zapalniczkę. „Skoro da radę utrzymać światło, to nie jest tak źle” – przekonywał siebie w myślach. Zauważył też wewnątrz, pół metra poniżej otworu, przymocowaną do ściany metalową drabinkę. Trzymając się brzegu, wymacał ją nogami i gdy upewnił się, że jest w miarę solidna, zaczął schodzić. Znalazł się w pomieszczeniu. Panował w nim zaduch. Gdy odwrócił się, zobaczył Mundka klęczącego z nabożną czcią i patrzącego na ścianę. Zapalił swoją zapalniczkę i również padł na kolana.
Przy ścianie stał solidny regał, a na nim znajdowały się rządki zakorkowanych flaszek o dość charakterystycznym kształcie. To była legendarna okowita Gerwazego.
[02:01:25] - Tak, proszę państwa, nie da się ukryć, że kolejna Akademia Wszelkiej Fikcji właśnie mylowymi krokami zmierza ku końcowi. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Zapraszam tradycyjnie za tydzień. Życzę dobrego weekendu, dobrej nocy i do usłyszenia.
[02:01:49] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.