Transkrypcja oparta jest na napisach przygotowanych dla potrzeb wstawienia tej audycji na YouTube. Może się zdarzyć, że transkrypcja nie będzie zawierała oznaczeń wyciętych elementów (np. w niektórych audycjach z relacjami świadków, gdzie osoba wypowiadająca się prosiła o wycięcie czegoś przed publikacją). Jeśli masz taką potrzebę, napisy możesz
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Kończą się wakacje, ale nie kończy się AWF. Właściwie to AWF się właśnie teraz zaczyna. Krótko po godzinie 20:00 w Akademii Wszelkiej Fikcji witają państwa siedzący za sterami technicznymi audycji, jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" oraz gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:36] - Tradycyjne dzień dobry, wieczór państwu. Tak, startujemy z AWF kolejną, ostatnią? Nieee. Przedłużymy sobie, to w końcu jest Akademia, więc mamy akademickie wakacje i wrzesień to również wakacje. Ale nie da się ukryć, że mamy właśnie kolejne wydanie AWF. Na początek przygotowałem dla państwa opowieść sięgającą korzeniami XIX wieku. Tak, dzisiaj porozmawiamy o historii, ale ja mam takie nieodparte wrażenie, że z tej mojej opowieści można wyciągnąć kilka bardzo ważnych wniosków dotyczących teraźniejszości. No to startujemy. Na Księżycu odkryto życie. Wiadomość mniej więcej tej treści opublikowana została w sierpniu 1835 roku przez nowojorski dziennik „The Sun”.
Musiała brzmieć ta wiadomość jak spełnienie jednego z najstarszych ludzkich marzeń. Bo od stuleci, a może nawet od tysiącleci, człowiek spoglądał w stronę Srebrnego Globu i zastanawiał się, czy on jest światem podobnym do naszego świata, czy może zamieszkują go istoty rozumne. W XIX wieku, gdy rozwój astronomii i coraz doskonalsze teleskopy zdawały się przesuwać to, co nazywamy granicami poznania, to pytanie o zamieszkały Księżyc nabrało szczególnej aktualności. Problem polegał na tym, że ta wiadomość, o której mówiłem, była całkowicie zmyślona, ale została skonstruowana w taki sposób, tak przekonująco, że uwierzyły w nią tysiące czytelników, a echa tej wiadomości rozeszły się po całych Stanach Zjednoczonych, a także po Europie. Historia ta znana jest jako wielkie oszustwo księżycowe. Jest nie tylko ciekawostką z dziejów prasy. To jest w ogóle ciekawostka dotycząca tego, jak my, ludzie, skłonni jesteśmy przyjmować pewne wiadomości, nawet jeśli coś nam koło ucha szepcze, że to nie musi być prawda. To jest też niezwykle aktualna lekcja o tym, dlaczego ludzie wierzą informacjom, które po prostu potwierdzają ich oczekiwania. W tym pytaniu znajduje się jednocześnie odpowiedź. I to jest też takie wyjaśnienie, dlaczego i jak łatwo autorytet nauki może zostać wykorzystany do uwiarygodnienia fikcji.
Jeśli mają państwo wrażenie, że to, co powiedziałem przed chwilą, jakoś tak zadziwiająco przypomina nasze czasy, szczególnie z tym autorytetem nauki, to odnoszę wrażenie, że nie są państwo w błędzie. Ale wróćmy do tej historii. 25 sierpnia 1835 roku „The Sun” rozpoczął publikację serii sześciu artykułów zatytułowanych „Wielkie odkrycia astronomiczne w ostatnim czasie. Odkrycia dokonane przez sir Johna Herschela”. Teksty publikowane w prasie w „The Sun” miały rzekomo być przedrukiem z dodatku innej gazety, takiego dodatku naukowego do „Edinburgh Journal”. Ich autorem miał być niejaki doktor Andrew Grant, przedstawiany jako współpracownik słynnego astronoma sir Johna Herschela. Już sama konstrukcja tej informacji była sprytna. Tyle mogę powiedzieć. Posłużono się nazwiskiem prawdziwego i szanowanego uczonego, Herschela. Posłużono się prawdziwym miejscem jego pobytu oraz istniejącymi instytucjami o charakterze naukowym.
Herschel w tym czasie rzeczywiście przebywał na Przylądku Dobrej Nadziei, gdzie prowadził obserwacje astronomiczne południowego nieba. Fikcja została więc w ten sposób zbudowana na fundamencie z faktów. Według gazety Herschel miał dysponować niezwykłym teleskopem. Teleskopem pozwalającym obserwować powierzchnię Księżyca z niespotykaną wcześniej dokładnością. Czytelnicy mieli dowiedzieć się z „The Sun” o księżycowych lasach, o księżycowych morzach, oczywiście o księżycowych kryształach, roślinności i licznych, bardzo licznych zwierzętach. Wśród nich, tych zwierząt, znajdowały się ponoć między innymi jednorożce, dwunożne bobry oraz inne fantastyczne stworzenia. Najbardziej niezwykłe miały być jednak istoty przypominające skrzydlatych ludzi lub nietoperze. Tak zwani Man Bats. Nie były to przy tym prymitywne zwierzęta. Według opowieści miały własną kulturę, porozumiewały się ze sobą i budowały świątynie.
Całość była więc czymś znacznie więcej niż tylko pojedynczą fałszywą wiadomością. The Sun stworzył rozbudowany świat, który miał wyglądać jak rezultat bardzo systematycznych obserwacji naukowych wielkiego astronoma Herschela. Autor publikacji zastosował język raportu, podał nazwiska, miejsca, szczegóły techniczne, a nawet stworzył fikcyjne źródło, czyli ten dodatek dotyczący nauki, dodatek prasowy. Dzięki temu czytelnik otrzymywał nie tylko opowieść fantasy, lecz coś, co przypominało relację naukową. I właśnie ta forma artykułów The Sun okazała się kluczowa. Za autorstwo serii powszechnie uznaje się Richarda Adamsa Locka, reportera The Sun, który był wykształcony w Cambridge. Smithsonian Institution przechowuje późniejsze wydanie tekstów The Moon Hoax przypisywane Locke'owi. Co ciekawe, intencje autora nie były prawdopodobnie tak jednoznaczne, jak sugerowałoby to określenie „oszustwo”. Locke zamierzał przede wszystkim stworzyć satyrę wymierzoną w dosyć popularne wówczas przekonania o powszechności życia we wszechświecie, a szczególnie w poglądy szkockiego duchownego i autora popularnonaukowego Thomasa Dice'a. Dice przekonywał, że wszechświat jest pełen istot żywych, a według jego rozważań sam Księżyc mógł być zamieszkały przez miliardy stworzeń.
W tym miejscu pojawia się pierwszy paradoks całej tej historii, którą państwu opowiadam. Tekst miał być satyrą, ale odbiorcy potraktowali go jako wiadomość. Można powiedzieć, że żart wymknął się autorowi spod kontroli. Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych zwraca uwagę, że popularność historii była tak duża, iż kolejne informacje o rzekomych mieszkańcach Księżyca były szeroko powielane, a historia dosyć szybko zaczęła żyć własnym życiem. Dlaczego jednak tak wielu ludzi uwierzyło w coś, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się po prostu absurdalne? Odpowiedź nie sprowadza się do stwierdzenia, że XIX-wieczni czytelnicy byli łatwowierni. To byłoby chyba zbyt proste i chyba niesprawiedliwe. Trzeba pamiętać, że ludzie wtedy żyli w epoce gwałtownego rozwoju nauki. Nowe odkrycia astronomiczne, geograficzne i techniczne dosyć systematycznie zmieniały obraz świata. To, co jeszcze niedawno wydawało się absolutnie niemożliwe, z dnia na dzień stawało się rzeczywistością.
Podróżnicy docierali do odległych regionów świata, rozwijała się fotografia, astronomowie obserwowali coraz bardziej odległe obiekty, a teleskopy stawały się coraz doskonalsze. W takiej atmosferze wiadomość o odkryciu życia na Księżycu wcale nie musiała wydawać się całkowicie absurdalna. Wręcz przeciwnie, mogła wyglądać jak kolejny wielki przełom naukowy. Dosyć istotne było również to, że The Sun należał do nowego typu amerykańskiej prasy, tak zwanej penny press. Tanie gazety były kierowane do szerokiej publiczności i stawały się dosyć atrakcyjnym medium, a przede wszystkim stawiano w nich na atrakcyjną, dynamiczną narrację. Sukces tego rodzaju prasy zależał w znacznej mierze od liczby czytelników, a wielkie odkrycie astronomiczne było idealnym materiałem. Niezwykłe, sensacyjne i jednocześnie przedstawione jako odkrycie naukowe. Po rozpoczęciu publikacji serii artykułów zainteresowanie gazetą gwałtownie, ale to naprawdę gwałtownie wzrosło. Nakład skoczył pod niebiosa. Właśnie tutaj historia z 1835 roku zaczyna przypominać współczesny problem fake newsów.
Co prawda najpierw musielibyśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czym właściwie są fake newsy, bo dzisiaj zależy, z której strony przyłoży się ucho, to to można usłyszeć. Dzisiaj mam wrażenie, że jak komuś coś się nie podoba, to mówi, że to fake news. To chyba trochę bardziej skomplikowane. Ale wróćmy do 1835 roku. Bo tak w przypadku porównania tamtych artykułów i dzisiejszych fake newsów można powiedzieć jedno: technologia oczywiście się zmieniła, ale podstawowy mechanizm pozostał zaskakująco podobny. Informacja przyciąga uwagę, ponieważ jest niezwykła. Zostaje następnie opakowana w pozory wiarygodności. Wtedy odbiorca widzi jakieś nazwiska ekspertów, nazwy instytucji, liczby, szczegóły techniczne, a nawet odwołanie się do najnowszych badań. To wszystko może tworzyć wrażenie rzetelności i to nawet wtedy, gdy podstawowa informacja jest fałszywa. A właściwie absurdalna.
Może trochę nadużywam tego słowa absurdalna, bo patrzymy w końcu na ten XIX wiek, jego pierwszą połowę z perspektywy pierwszej połowy XXI wieku. Więc dobrze, niech połknę swój język. Może nie absurdalna, ale na pewno dziwna. W 1835 roku zamiast linku do nieistniejącego artykułu naukowego, można było wskazać nieistniejący dodatek do Edinburgh Journal of Science. I to właśnie zrobiono. Zamiast zmanipulowanego zdjęcia można było posłużyć się szczegółowym opisem obserwacji. Zamiast anonimowego konta w mediach społecznościowych wystarczyło wykorzystać nazwisko rzeczywistego autorytetu. Mechanizm perswazji był podobny. Prawdziwe elementy służyły do uwiarygodnienia fałszywej całości. Szczególnie interesujący jest przypadek samego Herschela.
Przypomnę: to ten astronom, którego nie było, bo wyjechał, ale miał ten wspaniały teleskop. Bo Herschel był rzeczywistym i cenionym astronomem. On tak naprawdę cenionym astronomem jest do dzisiaj, a obecność Herschela w Afryce była faktem. Twórca całej mistyfikacji wykorzystał więc wydarzenie, o którym czytelnicy mogli wiedzieć z jakichś wcześniejszych publikacji. Dołączył do tego wszystkiego zmyślone konsekwencje. To, proszę Państwa, bardzo skuteczna technika. Technika dezinformacyjna. Nie trzeba wymyślać wszystkiego. Wystarczy połączyć prawdę z fałszem i to w taki sposób, aby odbiorca nie zauważył momentu przejścia od jednego do drugiego. I już mamy sensacyjną wiadomość.
Historia pokazuje także, jakie znaczenie ma autorytet. Przeciętny czytelnik z tamtych czasów nie mógł samodzielnie sprawdzić, czy Herschel rzeczywiście obserwował takie stworzenia, o jakich napisano w artykule. Ten przeciętny czytelnik nie dysponował ani odpowiednim teleskopem, ani dostępem do laboratoriów czy też jakichś archiwów. Nie mógł też skontaktować się z samym astronomem i zapytać, czy on aby na pewno jest tam, gdzie napisali w prasie. Zatem czytelnik musiał w pewnym stopniu zaufać gazecie. Dzisiaj sytuacja wygląda pozornie inaczej, ponieważ niemal każdy ma dostęp do ogromnej ilości informacji. Paradoksalnie jednak ten nadmiar informacji może utrudnić weryfikację. Tak, utrudnić, a nie ułatwić. Człowiek może znaleźć tysiące stron, które potwierdzają niemal dowolną tezę, którą aktualnie ktoś wygłasza. A popularność informacji, ich ilość, może raczej liczba, może zostać pomylona z prawdziwością.
A popularność i prawdziwość to naprawdę zupełnie dwie różne rzeczy. W przypadku wielkiego oszustwa księżycowego, o którym mówię, problemem był również fakt, że historia, która została przedstawiona na łamach The Sun, dobrze odpowiadała społecznym oczekiwaniom. Ludzie naprawdę chcieli wiedzieć, czy wszechświat jest zamieszkany. Pytanie o życie poza Ziemią nie było wymysłem Locke'a. Od dawna zajmowano się badaniami, które miały dostarczyć informacji na temat życia na innych planetach. Ten temat zresztą zajmował filozofów, astronomów i teologów od bardzo dawna. Fikcja The Sun trafiła więc na bardzo podatny grunt. Czytelnicy nie otrzymali informacji całkowicie obcej ich wyobrażeniom. Oni otrzymali odpowiedź na pytanie, które już wcześniej sami sobie zadawali. A to prowadzi do jednej z najważniejszych lekcji, jakie można wyciągnąć z tej historii.
Najłatwiej uwierzyć jest, proszę Państwa, w fałszywą informację wtedy, gdy mówi ona coś, co z jakiegoś powodu chcemy uwierzyć. I nie bez znaczenia w tamtym czasie była także forma publikacji, bo historia była rozwijana w kolejnych odcinkach. Czytelnik nie otrzymywał wszystkiego naraz. Każda kolejna część publikacji rozszerzała wcześniejsze obrazy, dodawała nowe szczegóły. Współczesne media wykorzystują bardzo podobny mechanizm. Informacja może być stopniowo wzmacniana przez kolejne wpisy, przez kolejne komentarze, nagrania, artykuły. Po pewnym czasie odbiorca zaczyna mieć wrażenie, że skoro wszędzie o tym mówią, to musi być w tym coś prawdziwego. W 1835 roku sytuacja posunęła się nawet do tego stopnia, że grupa naukowców z Yale udała się do Nowego Jorku w poszukiwaniu rzekomego źródła informacji. Źródła, z którego miały pochodzić owe rewelacje. Pracownicy The Sun mieli wprowadzić tych naukowców w błąd, odsyłając ich raz do drukarni, raz do redakcji, raz na Berdyczów.
W każdym razie w różne dziwne miejsca. I tak naprawdę naukowcy nie uzyskali żadnej informacji, żadnego potwierdzenia. Wrócili zatem do New Haven, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę uczestniczyli w mistyfikacji. Oni stali się wręcz jej częścią. Ten epizod księżycowy powiedziałbym, że jest szczególnie wymowny, ponieważ pokazuje, że Wykształcenie samo w sobie nie chroni nikogo przed dezinformacją. Człowiek może być kompetentny w jakiejś swojej dziedzinie, a jednocześnie może paść ofiarą informacji skonstruowanej tak, aby wykorzystać jego wiedzę i założenia. Weryfikacja źródła jest czymś innym niż posiadanie wiedzy. To księżycowe oszustwo nie trwało bez końca, bo ostatecznie The Sun przyznał, że ta publikowana historia była fikcją. Ale to paradoksalne wydarzenie, to ogłoszenie o fikcji wcale nie zniszczyło gazety. Przeciwnie, ta sensacyjna historia znacząco zwiększyła jej rozpoznawalność, a przede wszystkim nakład.
Smithsonian podkreśla, że ta opowieść, która była drukowana na łamach The Sun, została później wielokrotnie przedrukowana, a jej popularność, tak jak mówiłem, przekroczyła granice Stanów Zjednoczonych. I właśnie ten element wydaje się szczególnie aktualny, bo dzisiaj fałszywa informacja może być niezwykle skuteczna nawet wtedy, gdy ostatecznie zostanie zdemaskowana. Sprostowanie ma to do siebie, że zazwyczaj nie ma już tej samej siły przebicia, siły emocjonalnej, co sensacyjna wiadomość. „Na Księżycu żyją skrzydlate istoty” czytał ktoś w prasie. To jest historia, którą chce się czytać. Chce się, żeby ktoś nam ją opowiadał. A stwierdzenie: „Nie, nie. To była satyra. To był taki artykuł, żeby się z kogoś pośmiać.” Nie, takiego czegoś to już nikt nie chce czytać. Współczesny świat cyfrowy tę asymetrię, o której przed chwilą powiedziałem, bardzo mocno wzmocnił.
Dawniej fałszywa wiadomość musiała zostać wydrukowana i fizycznie rozpowszechniona. A dzisiaj? Dzisiaj może zostać skopiowana tysiące razy i to w ciągu kilku minut. Może być dodatkowo wzbogacona zdjęciem, filmem, wykresem, wypowiedzią rzekomego eksperta czy jakimś wygenerowanym przez sztuczną inteligencję materiałem. Ja przypomnę, pierwsza połowa XIX wieku, fotografia zaledwie raczkowała. To były niewyraźne, rozmazane często obrazki, na których ledwo co można było rozpoznać coś tam. Więc zdjęcia wtedy nie były popularne. Cały artykuł, właściwie artykuły w The Sun były ilustrowane, ale rysunkami podobno wykonanymi z natury. To znaczy dzięki patrzeniu w teleskop, ale jak już Państwo wiecie, to okazało się bajką. Technologia zwiększyła możliwości tworzenia fałszu, ale jest taki paradoks, że obojętnie czy mamy wiek XIX, czy wiek XXI, ludzie w jakiś zadziwiający sposób są podatni na tego rodzaju fałsze.
Warto zachować pewną ostrożność w używaniu współczesnego terminu fake news. Ja co prawda sam to zrobiłem, ale warto zachować ową ostrożność. Wielkie księżycowe oszustwo to było bowiem coś, co było bardziej skomplikowane. Może to jest dobre słowo. Locke, czyli autor, prawdopodobnie nie zamierzał stworzyć takiej klasycznej dezinformacji, która ma naturę polityczną czy naukową. On chciał stworzyć satyrę. Tak przynajmniej deklarował. Chciał zakwestionować niektóre modne podówczas poglądy. I stworzył coś takiego. Dlaczego o tym wspominam?
Bo to rozróżnienie jest ważne. Nie każda fikcja podszywająca się pod rzeczywistość jest tworzona tylko po to, żeby kogoś oszukać, żeby oszukać odbiorcę i żeby przy okazji mieć konkretne korzyści w postaci wzrostu nakładu, a to wiadomo więcej pieniędzy. Czasem jest tak, że problem pojawia się dopiero na poziomie odbioru. Autor może żartować, ale odbiorca może potraktować żart jako fakt. A wtedy granica między satyrą, fikcją, sensacją i informacją staje się niezwykle cienka. Ja nawet nie wiem, czy w ogóle uchwytna. Proszę Państwa, i tyle mniej więcej na temat Wielkiego Księżycowego Oszustwa. Ja bym Państwu jeszcze mógł o nim trochę poopowiadać, ale tak czuję, że i tak mówię już zbyt długo. Czas na kolejne punkty programu. A sprawę Wielkiego Księżycowego Oszustwa warto sobie przemyśleć w kontekście tego, jak dzisiaj rozchodzą się informacje nieprawdziwe albo takie informacje, i to jest może ważniejsze, takie informacje, w które chcemy wierzyć, takie informacje, które potwierdzają coś, w co wierzymy.
Oj, proszę Państwa, takie newsy rozchodzą się naprawdę żywiołowo i bardzo szybko. Cóż, to teraz czas na polecanki książkowe. Jak zwykle trzy tytuły. Zaczniemy od tytułu „Kamień w wodę”. Autorką tej książki jest Paulina Cedlerska, wydawcą Filia, a książka na rynku od 2 września. Mieszkańcami Czernika wstrząsa brutalna zbrodnia. W cieniu starej garbarni Ktoś bestialsko morduje dziewczynę. Przy ciele śledczy znajdują guzik powleczony ludzką skórą. Jednak profil DNA zamordowanej nie pokrywa się z materiałem genetycznym z pobranej próbki. Trop wiedzie do zaginionej przed laty nastolatki.
Czy te pozornie różne historie mają jakiś wspólny mianownik? Zagadkowa zbrodnia wabi do Czernika Jakuba Lubańskiego, który w tajemniczych okolicznościach stracił siostrę. Owładnięty pragnieniem schwytania lalkarza podkomisarz Lubański zamiast tropić seryjnego mordercę, wraca do rodzinnego miasteczka, chcąc uwierzyć w to, że przyszłość może odmienić przeszłość. Jednak za policjantem ciągnie się długi cień. W jego mroku czai się prawda, której nigdy nie chciałby poznać. Przypomnę tytuł: „Kamień w wodę”. Autorka Paulina Cedlerska, wydawnictwo Filia, a książka na rynku od 2 września. Druga książka została napisana przez Patrycję Pelicę. Tytuł: „Milczące”, wydawnictwo Replika. Data premiery: 1 września.
Z wodą nic nie wiadomo. Jest jak serce człowieka. Kto by się domyślił, co kryje na dnie? Wiosna 1928 roku. Komisarz Eryk Maciejowski przyjeżdża do Włodawy. Spokój sennego kresowego miasteczka burzy tragedia – śmierć córki młynarza w pobliskiej rzece. Wszystko wskazuje, że uwielbiana przez wszystkich Julianka została utopiona niemal w przeddzień własnego ślubu. Okazuje się, że to nie jedyny taki incydent. Wcześniej w wodzie zginęły już inne dziewczęta, w tym całkiem niedawno Rachela Goldberg. Mieszkańcy nie chcą jednak zdradzić swoich tajemnic, uparcie zrzucając winę na wodnika.
Komisarz musi się zmierzyć nie tylko z ludową wiarą w dybuki, topielce i rusałki, ale i z własnymi demonami, które dręczą go od czasów wojny bolszewickiej. By rozwiązać zagadkę, będzie musiał zakwestionować wszystko, w co do tej pory wierzył. Kto stoi za tajemniczymi morderstwami? Gdzie czai się zło? W ludowych podaniach czy w ludzkich sercach? Rzeka pochłania kolejną ofiarę. Przypomnę tytuł: „Milczące”. Autorka Patrycja Pelica, wydawnictwo Replika. Data premiery: 1 września. Kolejny tytuł: „Księżniczka”.
Autorka Lucyna Olejniczak, wydawca Prószyński Media. Data premiery: trzeci dzień września. Ta historia wydarzyła się naprawdę. Ta historia wydarzyła się autorce. Lena, dorosła kobieta, mężatka. Lenka, dziewczynka, która dopiero rozpoczyna podróż przez życie. Ta sama osoba, ale pierwsza z bagażem doświadczeń tej drugiej. To ciężar, z którym po latach musi się zmierzyć księżniczka tatusia. W porządnym domu szanowanego inżyniera i budowniczego socjalistycznej Nowej Huty za zamkniętymi drzwiami rozgrywa się dramat pozornie idealnej rodziny. Dramat obserwowany oczami dziecka.
Ten dramat dodatkowo nabiera ostrości. Dorosła Lena wraca do rodzinnego domu, by stanąć z ojcem twarzą w twarz i przekonać się, czy wszystko można wybaczyć, czy szacunek i miłość wpisane w relację rodzicielską są silniejsze niż pamięć o krzywdzie. Przypomnę tytuł: „Księżniczka”. Autorka Lucyna Olejniczak, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: trzeci dzień września. Tak mi coś mówi, proszę państwa, że teraz według rozkładu czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiejszego bohatera nazwałbym filozofem, który stanął przeciwko czystemu rozumowi. Johann Georg Hamann to filozof, który należy do najbardziej oryginalnych, a zarazem najtrudniejszych do jednoznacznego sklasyfikowania myślicieli XVIII wieku. Żył w epoce niemieckiego oświecenia, w której rozum, nauka i krytyczne myślenie stawały się podstawowymi narzędziami poznawania świata. Sam jednak należał do najostrzejszych krytyków projektu oświeceniowego.
Nie odrzucał rozumu jako takiego. On kwestionował przekonanie, że rozum może istnieć samodzielnie, niezależnie od wiary, doświadczenia, języka, historii i relacji międzyludzkich. Hamann jest filozofem paradoksów. Był przeciwnikiem racjonalizmu, ale nie irracjonalistą. Był głęboko religijnym chrześcijaninem, lecz jego filozofia nie sprowadzała się do obrony dogmatów. Krytykował oświecenie, ale posługiwał się narzędziami filozoficznymi, które samo oświecenie wypracowało. Fascynował się Sokratesem, Humem i językiem, a jednocześnie ostro występował przeciwko próbom stworzenia czystej filozofii. Jego pisma były celowo ironiczne, pełne metafor, aluzji biblijnych i gier językowych. Z tego powodu jego filozofię trudno Przedstawić w postaci prostego, zamkniętego systemu. Ale można próbować.
Hamann urodził się w Królewcu w 1730 roku. Studiował początkowo filozofię i teologię, później prawo, ale jego zainteresowania szybko wykroczyły poza ramy uniwersyteckiego programu. Interesował się bowiem literaturą, filologią, retoryką, matematyką i naukami przyrodniczymi. W rezultacie nie ukończył formalnie studiów i nigdy nie został profesorem uniwersyteckim. Mimo to Hamann należał do najbardziej oczytanych i intelektualnie wpływowych postaci niemieckiego XVIII wieku. Decydujące znaczenie dla jego rozwoju miała podróż do Londynu w latach 1757-1758. Hamann przeżył tam głęboki kryzys osobisty i religijny. On zakończył się nawróceniem. Od tego momentu wiara chrześcijańska stała się centrum jego intelektualnego życia. Nie oznaczało to jednak porzucenia filozofii.
Przeciwnie, Hamann zaczął stawiać pytanie, czy filozofia, która próbuje podporządkować wszystko autonomicznemu rozumowi, sama nie opiera się na założeniach, których nie potrafi uzasadnić. To właśnie doświadczenie stało się podstawą jego późniejszej krytyki oświecenia. Hamann uważał, że człowiek nie jest istotą, która najpierw posiada czysty rozum. To pojęcie wzięte z Kanta. O tym Kancie to za chwilę. Więc nie jest człowiek istotą, która najpierw posiada czysty rozum, a dopiero później zaczyna doświadczać świata. Człowiek od początku jest zanurzony w historii, w języku, w kulturze, w relacjach z innymi ludźmi i przede wszystkim w relacji z Bogiem. Oświecenie XVIII wieku opierało się w dużej mierze na przekonaniu, że człowiek powinien uwolnić się od przesądów, autorytetów i nieuzasadnionych przekonań. Rozum miał umożliwić mu samodzielne poznanie rzeczywistości. Hamann uważał, że w tym projekcie tkwi fundamentalny błąd.
Nie dlatego, że rozum jest niepotrzebny. Problem polegał na tym, że filozofowie oświecenia próbowali uczynić z rozumu instancję całkowicie autonomiczną. Tymczasem według Hamanna rozum nigdy nie występuje w stanie czystym. Zawsze posługuje się językiem, zawsze funkcjonuje w określonej tradycji i zawsze jest związany z doświadczeniem konkretnego, pojedynczego człowieka. Coś takiego jak czysty rozum według Hamanna po prostu nie istniało. Hamann odrzucał zatem przeciwstawienie rozumu i wiary. To przeciwstawienie, które często pojawiało się w myśli oświeceniowej. On uważał, że sama wiara nie jest czymś, co można najpierw udowodnić za pomocą rozumu, a następnie zaakceptować. Wiara według niego jest podstawowym sposobem ludzkiego odniesienia się do rzeczywistości. I w tym sensie Hamann nie mówi: „Odrzućmy rozum i uwierzmy we wszystko”.
Jego stanowisko jest znacznie bardziej subtelne. On mówi raczej: „Zanim zaczniemy ufać naszemu rozumowi, musimy zobaczyć, na czym ten nasz rozum się opiera”. To pytanie stanie się później niezwykle ważne dla filozofii wspomnianego już Immanuela Kanta. Jednym z najważniejszych tekstów Hamanna są „Sokratejskie pamiątki” z 1759 roku. Wybór Sokratesa nie był przypadkowy. W kulturze oświecenia Sokrates często był przedstawiany jako wzór racjonalnego filozofa, który dzięki rozumowi przezwycięża przesądy. Hamann odczytuje jego filozofię nieco inaczej. Dostrzega w Sokratesie człowieka świadomego własnej niewiedzy. Sokrates nie jest dla niego filozofem, który posiada systematyczną wiedzę o świecie. Sokrates jest człowiekiem, który wie, że jego wiedza jest ograniczona.
W tym sensie sokratejska niewiedza staje się dla Hamanna argumentem przeciwko pysze rozumu, przeciwko takiemu oświeceniowemu stwierdzeniu: jeśli coś nie daje ogarnąć się rozumem, to znaczy, że to jest fikcja, baśń, coś, co można zaniedbać. Hamann w swoich pismach posługuje się ironią. Nie przedstawia swoich poglądów w formie typowego traktatu filozoficznego. On pisze w sposób zagadkowy, wykorzystuje pseudonimy, aluzje, gry słowne. Sam ten sposób pisania staje się wręcz częścią jego filozofii, a to niezwykle istotne. Hamann uważał bowiem, że forma filozoficznej wypowiedzi nie jest obojętna wobec jej treści. Jeżeli rzeczywistość jest historyczna, konkretna, przynajmniej konkretna na poziomie językowym, to nie można tej rzeczywistości w pełni uchwycić za pomocą jakiegoś abstrakcyjnego, czysto formalnego systemu, a także za pomocą jakiegoś wysublimowanego, oderwanego od tej filozofii języka. Tak, język był dla niego fundamentem rozumu, bo to w sumie najbardziej nowoczesny aspekt filozofii Hamanna. Ta jego refleksja nad językiem. Bo dla Hamanna człowiek nie posiada najpierw gotowych myśli, które następnie ubiera w słowa.
Język nie jest jedynie narzędziem przekazywania myśli. Język niejako współtworzy ludzkie myślenie. To jest w sumie jedna z najważniejszych intuicji Hammana. On uważał, że próba stworzenia czystego rozumu jest niemożliwa, ponieważ rozum zawsze działa za pośrednictwem języka, a język jest ściśle związany z doświadczeniem, zmysłami, historią i relacjami społecznymi. Dlatego słynna formuła Hammana: „Rozum jest językiem” nie oznacza banalnego utożsamienia obu pojęć. Chodzi o coś znacznie głębszego. O to, że nie możemy oddzielić racjonalnego myślenia od językowych warunków, które umożliwiają to myślenie albo go uniemożliwiają. Hamann krytykował filozofów, którzy traktowali pojęcia tak, jakby były rzeczami istniejącymi niezależnie od języka. Jego zdaniem człowiek łatwo popełnia błąd polegający na tym, że zaczyna traktować jakieś abstrakcyjne pojęcie jak realny przedmiot. Tutaj Hamann niejako antycypuje problemy, które w XX wieku staną się niezwykle ważne dla filozofii języka.
To jego przekonanie, że analiza języka jest konieczna do zrozumienia granic ludzkiego poznania, sprawia, że on bywa postrzegany jako prekursor późniejszego zwrotu lingwistycznego. A jeśli wspomnicie państwo filozofa, który nazywał się Wittgenstein, to skojarzycie jego formułę, w której on mówił, że o czym nie można pomyśleć, o tym nie należy mówić. Czy jakoś tak, cytat był niedosłowny. To będziecie wiedzieli, dlaczego Hamann był taki ważny. Najważniejszym celem Hamanna nie było jednak samo ustanowienie filozofii języka. To chyba było trochę za wcześnie. Jego refleksja nad językiem służyła w sporej części obronie wiary. Hamann uważał, że oświeceniowa próba sprowadzenia religii do racjonalnie uzasadnionych twierdzeń prowadzi do zniekształcenia religii. Wiara nie jest bowiem jakimś matematycznym dowodem ani nie jest też hipotezą naukową. Człowiek nie zaczyna życia od neutralnego punktu, z którego następnie na podstawie dowodów wybiera, czy będzie wierzył, czy nie będzie wierzył.
To wiara w tej najgłębszej, najczystszej postaci, ale my przecież wierzymy również ludziom, tradycjom, własnemu doświadczeniu, językowi i wierzymy często świadectwu innych osób. Wiara w tym szerszym sensie jest obecna w samym fundamencie ludzkiego życia. Hamann wykorzystuje między innymi inspiracje płynące z filozofii Davida Hume'a, bo Hume podważał przekonanie, że wszystkie nasze przekonania wynikają z rozumowania. Hamann przejął pewne elementy tej krytyki i zastosował je w odniesieniu do religii. Tak, są takie rzeczy, w które wierzymy, które wyznajemy, którymi posługujemy się na co dzień językowo, rozumowo, które wcale nie wypływają z jakiegoś głębokiego rozumowania. Ale wracając do myśli Hamanna, to, co mówił, nie oznaczało dla niego przynajmniej triumfu irracjonalizmu. Jemu chodziło raczej o wykazanie, że rozum nie jest jedynym źródłem ludzkiego odnoszenia się do rzeczywistości. Tych źródeł jest więcej. Najbardziej bezpośrednim filozoficznym przeciwnikiem Hamanna stał się jego dawny znajomy z Królewca. I tu pada to wielkie nazwisko, które pojawiło się już dzisiaj dwukrotnie.
Immanuel Kant był przeciwnikiem Hamanna. Być może dlatego dzisiaj słyszymy o Immanuelu Kancie, natomiast o Hammannie jakby rzadziej. Relacja między obu panami była dosyć szczególna. Kant był jednym z najwybitniejszych filozofów oświecenia, a Hamann znał go osobiście i pozostawał z nim w kontakcie. Jednocześnie Hamann uważał, że projekt filozofii krytycznej reprezentowanej przez Kanta nadal zakłada możliwość oddzielenia rozumu od jego historycznych i wszelkich innych uwarunkowań. To mu się wcale nie podobało. W 1784 roku Hamann napisał dzieło, w którym chciał dokonać krytyki nie tyle pojedynczej teorii Kanta, ile samego projektu czystego rozumu. Jego pytanie można sprowadzić do prostego problemu. Jeżeli rozum jest czysty i niezależny od doświadczenia, to w jaki sposób człowiek może w ogóle posiąść taki rozum? Człowiek przecież rodzi się w określonym miejscu i w określonym czasie.
Uczy się konkretnego języka, otrzymuje konkretną, określoną tradycję, poznaje świat poprzez swoje zmysły, uczy się od innych ludzi. Wszystko to, co wymieniłem, poprzedza jego świadome filozofowanie. Dlatego Hamann uważał, że Kant zbyt mocno abstrahuje od rzeczywistego człowieka. Nie istnieje człowiek jako czysty podmiot poznający. To znowu pojęcie z filozofii Kanta. Tak, nie istnieje człowiek jako czysty podmiot poznający. Istnieje człowiek konkretny, człowiek historyczny, cielesny, językowy, społeczny, religijny. Taki człowiek, jakim jest każdy z nas. Jedną z charakterystycznych cech hammanowskiego myślenia jest zdecydowany sprzeciw wobec Sztucznego rozdzielania rzeczywistości, która nas otacza na różnego rodzaju przeciwieństwa. Bo my bardzo często mamy taką tendencję i przeciwstawiamy ducha ciału, wiarę wiedzy, teorię praktyce, jednostkę społeczeństwu, naturę kulturze.
Hamann uważał, że takie podziały mogą być użyteczne analitycznie, ale stają się błędne, gdy zaczynamy traktować je jako podziały absolutne. Język był dla niego znakomitym przykładem takiej jedności. Bo język łączy to, co zmysłowe, intelektualne, konkretne, abstrakcyjne, indywidualne oraz społeczne. Słowo jest jednocześnie materialnym dźwiękiem, ale też znakiem i również nośnikiem znaczenia. Podobnie człowiek nie jest ani czystym rozumem, ani wyłącznie istotą zmysłową. Jest jednością bardzo wielu wymiarów. Hamann sprzeciwiał się także oświeceniowemu przekonaniu, że poznanie musi mieć przede wszystkim charakter abstrakcyjny i logiczny. W dziele z 1762 roku podkreślał znaczenie obrazu, symbolu, metafory, poezji i twórczej wyobraźni. Jego zdaniem język nie zaczyna się od abstrakcyjnych definicji. Język pierwotnie jest pełen obrazów i symboli.
Hamann uważał nawet, że poezja, w pewnym sensie oczywiście, jest pierwotnym językiem człowieka. Dlatego poeta i artysta mogą dostrzegać w rzeczywistości coś, czego nie potrafi uchwycić filozof posługujący się wyłącznie logiką i abstrakcyjnymi pojęciami. Nie oznacza to, że Hamann odrzucał logikę. Raczej uważał, że logika jest tylko jednym z wymiarów ludzkiego poznania, jednym z wielu wymiarów. Obok niej istnieją doświadczenie, wyobraźnia, emocje, historia, język, a także wiara. Bo w centrum hamannowskiego obrazu świata zdecydowanie znajduje się Bóg. Rzeczywistość nie jest dla niego neutralnym zbiorem przedmiotów, które człowiek może w sposób całkowity opisać. Opisać je z zewnętrznej perspektywy. Świat jest pełen znaczeń i znaków. Natura, historia i ludzkie doświadczenie mogą być rozumiane jako pewnego rodzaju język.
Język, poprzez który człowiek pozostaje w relacji z Bogiem. Znaczenie Hamanna, jego filozofii, wykracza daleko poza XVIII wiek. Jego wpływ można dostrzec u Johanna Gottfrieda Herdera, u Goethego, u Friedricha Jacobiego, u romantyków niemieckich, no i u Sørena Kierkegaarda. Szczególnie interesujące jest jego podobieństwo do późniejszych filozofii egzystencjalnej. Znaczy nie jego, a jego filozofii. Kierkegaard również będzie podkreślał znaczenie jednostkowego istnienia, paradoksu, wiary i niemożności sprowadzenia ludzkiego życia do jakiegoś abstrakcyjnego systemu. Największym nieporozumieniem byłoby przedstawianie Hamanna jako prostego wroga rozumu. Hamann nie mówi, że rozum jest zły. Nie twierdzi też, że należy odrzucić naukę. Krytyka Hamanna jest skierowana przeciwko absolutyzacji rozumu.
Rozum jest potrzebny, ale nie jest samowystarczalny. Rozum jest potrzebny, ale nie dostarczy nam wszystkich informacji o świecie. Człowiek potrzebuje rozumu, ale również potrzebuje chociażby doświadczenia. Potrzebuje wiedzy, potrzebuje wiary. Potrzebuje pojęć, ale także języka obrazowego. Potrzebuje krytyki, ale również tradycji. Potrzebuje indywidualnej refleksji, ale nie może istnieć poza relacjami z innymi ludźmi. Dlatego filozofię Hamanna można streścić jako próbę przywrócenia człowiekowi jego konkretności. Hamann przypomina, że człowiek nie jest tylko rozumem. Jest również istotą mówiącą, czującą, wierzącą, pamiętającą, no i interpretującą.
A skoro tak, to filozofia, która próbuje oczyścić człowieka ze wszystkich tych elementów i pozostawić samą abstrakcyjną racjonalność. Taka filozofia w rzeczywistości oczyszcza go z tego, co czyni go człowiekiem. Właśnie dlatego Hamann pozostaje interesujący również dzisiaj, w epoce sztucznej inteligencji, algorytmów, danych oraz przekonania, że każdy problem można rozwiązać za pomocą odpowiednio dużej ilości informacji. To w tych czasach to jego pytanie brzmi zaskakująco współcześnie. Czy my naprawdę możemy zrozumieć człowieka, jeśli sprowadzimy go wyłącznie do tego, co da się logicznie zmierzyć i opisać? Odpowiedź Hamanna byłaby prawdopodobnie przecząca. Rozum jest niezbędny, ale człowiek zawsze, absolutnie zawsze pozostaje czymś więcej niż ten cały jego rozum. Przyznaję, proszę państwa, że ta dzisiejsza wypowiedź filozoficzna, te korepetycje filozoficzne były długie, ale nie ukrywam też, że Hamann to jest jeden z tych filozofów, którym się pasjonuję troszeczkę i którego troszeczkę sobie zgłębiam. I ja wiem, że on przy pierwszym kontakcie jest dosyć hermetyczny i człowiek się może aż wstrząsnąć. No gada, gada ciągle o tym rozumie.
Ale w naszych czasach te jego refleksje nad rozumem Warto prześledzić. Może warto też jeszcze raz odtworzyć sobie to, co mówiłem, bo to jest tylko punkt wyjścia. To jest próba syntetycznego ujęcia jego filozofii. Prawdziwa głębia jest dopiero wtedy, kiedy się wejdzie w tę filozofię dalej, zacznie poznawać jej szczegóły. Wtedy okaże się, że Haman miał do powiedzenia bardzo dużo. I to dużo takich rzeczy, które w naszych czasach – czasach podobno rozumu – mogłyby zburzyć dobre samopoczucie tych wszystkich, którzy uważają, że rozum, rozum i tylko rozum. Dobrze, odchodźmy już od filozofii, bo i tak się dzisiaj przedłużyła. Zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówić o horrorze. O horrorze w dekoracjach irlandzkich.
Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium. Dzisiaj porozmawiamy o horrorze. To żadna nowość. My bardzo często rozmawiamy o horrorach, ale to jest horror... Chyba go lubię, aczkolwiek nie do końca. Zostawiam państwa na razie z tą zagadką i tradycyjne: dzień dobry wieczór, Piotrze.
[50:34] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj film horror o żywym folklorze. Może po prostu o folklorze. Nie wiem, czy tak bardzo żywym. Horror, film grozy, film o pisarzu również jednocześnie, czyli „Hokum”. Tak się ten film nazywa. „Hokum srokum” tak naprawdę. Dlaczego od razu tak mocno karcę ten film? Zresztą zaraz się dowiecie dlaczego. O czym ten film jest?
Powiedziałem, że o folklorze. To dobrze, nie będę się z tego wycofywał, ale jest to też film – uwaga, uwaga – o bucu. Tak, o bucu. To są sceny z życia buca, głównego bohatera, pisarza, który jest wielkim pisarzem amerykańskim, jaki wyjeżdża do Irlandii śladem zmarłych rodziców, żeby sobie rozsypać ich prochy w pobliżu hotelu, w którym oni kiedyś gościli za młodu. I on tam sam chce dokonać żywota w tym hotelu. Ale hotel ma mroczną tajemnicę i bohater też ma mroczną tajemnicę. W ogóle wszyscy mają w tym filmie mroczne tajemnice i one się nakładają na siebie jak warstwy w wafelku. I to się kończy tak naprawdę dość dramatycznie, drastycznie dla tego filmu. Problem jest też w tym, że ten bohater jest tak antypatyczny, a wcielający się w niego aktor tak nijaki, że w sumie od początku ja już kibicowałem, żeby coś go zeżarło, bo na faceta nie można patrzeć. Tragiczny jest.
Ile można? Jak się można tak zachowywać? Bo wiecie, gdyby on jeszcze był takim superinteligentnym cynikiem albo gdyby był ekstrawagancki, albo gdyby był w jakimś spektrum chorobowym, to okej, ale on jest po prostu bucem, zwykłym bucem. To nie jest całość historii. Nie, on się wplątuje w wyjaśnienie zagadki morderstwa w tym hotelu. Potem się włamuje z pomocą miejscowego łazika do środka. Zostaje tam uwięziony, schodzi do lochów, odnajduje zwłoki. To wszystko się jednak dzieje już tak nieśpiesznie, tak jakoś smętnie, że mamy wrażenie, iż ten film wytraca gdzieś bokami energię i zaczyna w połowie dryfować po oceanie smętności. Dodatkowo mamy zaznaczone, że to się dzieje w Irlandii, natomiast ja mam wrażenie, Marku, że to może być dosłownie wszędzie kręcone i że tej irlandzkości jakoś w tym filmie nie widać. Chyba chcieli pokazać, że te wierzenia celtyckie, wierzenia europejskie również, one są takie mroczne, że to wszystko takie jest tajemnicze.
Nie wyszło za bardzo. Nie czuję tej temperatury i tej mistyki celtyckiej też z tego filmu nie czuję.
[53:37] - Piotrze, nie wiem, czy zrobiłeś to świadomie, ale wydaje mi się, że wygłosiłeś właściwie wielką pochwałę dla aktora, czy też może dla scenarzysty, bo ta główna postać, postać pisarza, absolutnego narcyza. Ja odnoszę wrażenie, że ona od początku miała być taka wkurzająca, że to miał być taki właśnie facet i wspólnymi siłami scenarzysty i tego aktora my tego gościa nie trawimy od początku. To jest gość niesympatyczny, bucowaty, tak jak powiedziałeś, konsekwentnie bucowaty i w sumie to jest dosyć silnie zbudowana postać. On taki po prostu jest. Zresztą tam jest taka klamra dotycząca twórczości jednego z pomniejszych bohaterów, pracownika hotelu, który proponuje bardzo sławnemu pisarzowi, żeby mu przyniesie jakąś swoją powieść, bo on dopiero zaczyna. I on po prostu mówi: „Nie, nie chcę tego czytać”. A na końcu troszeczkę inaczej to wygląda. Ale do czego ja prowadzę? Ten film, mówiłem na początku, że go lubię, bo tak. Bo trudno mi wyrzucić pierwotne skojarzenia.
Ja od początku zacząłem ten film kojarzyć, skojarzać właściwie Ze Stephenem Kingiem, chociażby z jego opowiadaniem przerobionym później na film "Pokój 1408", chyba taki to tytuł był. Atmosfera jest w niektórych momentach podobna i ja się już tego skojarzenia nie potrafiłem pozbyć. Zresztą sam fakt, że bohaterem jest pisarz. U Stephena Kinga także pojawia się, i to dosyć często, postać pisarza. Człowiek nie ucieknie od swoich przyzwyczajeń i swojego świata. Ten świat jest najłatwiej opisywać i dlatego Stephen King często sięga po postać pisarza. Tu mi się to bardzo kojarzyło. Tylko ja mam z tym filmem jeden problem, bo początek okej, nawet z wkurzającym głównym bohaterem. Wiedziałem, że chcą mnie wkurzyć, to się nie dawałem tak mocno wkurzyć. I ten film w pewnym momencie się rozsypuje.
Kiedy akcja się zagęszcza, nagle się robią dłużyzny, nagle się robią rzeczy, których nie wiem, czy chciałem oglądać. Tam są oczywiście w trakcie tych dłużyzn również pokazane ciekawe miejsca, jakaś wewnętrzna winda, jakieś podziemia, dopracowane są szczegóły. Tu wspomnę państwu element dzwonka, który dawał znać na recepcji, że ktoś w danym apartamencie, a tu chodzi o pewien odizolowany, świadomie zamknięty apartament, że ktoś czegoś chce w apartamencie czy kiedyś chciał w apartamencie. Więc te szczegóły są w tym filmie dosyć dobrze dopracowane, ale to nie zmienia faktu, że cała środkowa część jest niepotrzebnie wydłużona. Ktoś powie, że to po to, żeby nastrój wypracować. Ja nie wiem, we mnie to wypracowało po prostu poczucie nudy i to chwilami nudy. Ten film później się domyka, mamy końcówkę i to znowu zaczyna iść swoim torem. Tylko ja nie wiem, czy ja temu filmidłu jestem w stanie wybaczyć tę środkową część, która momentami mnie nużyła. Ona miała być straszna zarówno w tej warstwie, nazwijmy ją paranormalnej, jak i w tej obyczajowo-życiowej. Co ja poradzę, że mnie to chwilami naprawdę nużyło?
Później końcówka znowu zrobiona w stylu kingowskim. Pewne wątki są pozamykane, zatrzaśnięte. Co więcej, ponieważ gość jest pisarzem, to na początku poznajemy jego powieść, właściwie końcówkę jego powieści i mamy to zobrazowane. Widzimy, to częsty zabieg w filmach, jeśli jakiś autor coś pisze, to my widzimy film z tej powieści. Tam była końcówka, która była problematyczna dla samego autora. Czasami tak jest, że gość napisze całą książkę, a z końcówką, z ostatnią sceną ma problem. Nie wie, jak ją rozegrać. Na końcu filmu on już wie, jak ten film rozegrać i obserwujemy w nim dużą przemianę wewnętrzną. On pewno nie ucieknie od tej pieczątki buca, ale coś się w jego psychice zdaje się zmieniło, o czym świadczy ta końcówka, którą napisał. Ona jest co prawda trochę czułostkowa i ja nie wiem, czy ja bym chciał tę jego książkę przeczytać z tą końcówką, ale mimo wszystko widać pewną dosyć konsekwentną pracę scenarzysty tego filmu.
On to dosyć dobrze porządkuje wszystko i za to twórcom filmu chwała. Natomiast za ten środek może ja się nie będę wypowiadał, bo musiałbym powiedzieć kilka słów, które niekoniecznie byłyby peanem, a mogłyby nawet uchodzić za obraźliwe.
[59:26] - Tak. Ta książka, którą autor tworzy, to nie jest też jakieś wielkie arcydzieło. Nie jest to książka pod tytułem "Hrabina i jej szofer", ale podejrzewam, że nic bardziej głębszego. Co jeszcze mogę powiedzieć? Horrory z folkowym wątkiem. One się rządzą swoimi prawami, ktoś powie, i one niekiedy nie grzeszą wartką akcją. To jest prawda, ale tutaj w ogóle się mało dzieje. I dodatkowo trzeba powiedzieć, że pod względem artystycznym ten film też jest dość archaiczny. On po prostu jest kręcony jak film telewizyjny trochę. Pomimo tego, że to nie jest jakiś straszny gniot.
Nie, tylko trochę trąci dawnymi czasami. Wrócę jeszcze na chwilę do tego głównego bohatera, bo to jest buc straszny. Jak on by był takim doktorem House'm, to by można było jeszcze wybaczyć. A on jest takim denerwującym bucem. Dodatkowo trochę tworzy się jakąś dziwną atmosferę wokół niego, jakiejś popularności niesamowitej, choć trudno mi uwierzyć, że przybywa w naszych czasach autor do hotelu w Irlandii i mówią: "O, to jest ten, co napisał to i to. Mój syn ma tą książkę". Okej, statystycznie się to może zdarzyć, ale jakoś tak trąci naciąganiem faktów troszeczkę. Bohater oczywiście też skrywa straszną tajemnicę z dzieciństwa. Szybko zauważamy, jaka to jest tajemnica. Ona nam jest pokazana po prostu.
I zgodzę się z tym, co powiedziałeś. "Hokum" to jest film stanowczo zbyt długi. Gdzieś tak w środkowej części rzeczywiście stanowczo męczy Tym bardziej, że bohater też się zachowuje dziwnie. Może bohaterowie. To znaczy mamy tam takie sceny, w których logika ulega zawieszeniu i na przykład ogarnia umysłowa pamroka tego pisarza, kiedy on jest uwięziony w pokoju i nie może wyjść, to wyobraźcie sobie, nie umie się przebić przez szybę, żeby kolega mógł go uratować. Nie przychodzi mu na myśl, żeby tą szybę wybić ani rozerwać jakąś dyktę. Dyktę trudno rozerwać, ale jakiś papier, który tam jest, jakąś tekturę, którą widzimy. To też jest minus tego filmu, że oni się zachowują w sposób momentami irracjonalny, prawda? Ten film też łapie zbyt wiele srok za ogon. Jak to wychodzi na samym końcu, to chyba sami ocenicie.
Tutaj tajemnica dzieciństwa. Tutaj pisarz tworzący smutne scenariusze. Tu czarownica. Tutaj tajemnica jego kolegi. Tajemnica całego hotelu. Za dużo tego trochę, trochę naćkane, ale mimo wszystko to nie jest film, moim zdaniem, najgorszy. Ostatnio omawialiśmy filmy znacznie gorsze. „Hokum” nie jest też żadną perłą. Nie jest to też film, który zostanie zapamiętany z tego powodu, że ma ten wątek folklorystyczny, ale jednak jest. Jeżeli ktoś by się strasznie nudził, może zaryzykować i myślę, że nic się nie stanie, jeżeli obejrzy.
[01:02:48] - To teraz czas na „Książki z pogranicza”. Tak, dzisiaj książka stara, bardzo stara. Miałem się powstrzymać, ale co tam. Chciałoby się powiedzieć książka stara, ale jara. Musiałem. Tak jak powiedziałem, nie mogłem sobie darować. Zapraszam zatem na „Książki z pogranicza” na Maupe. Ta książka, powiem państwu tak wyprzedzając to wszystko, o czym powiemy z Piotrem, to była książka, która mocno mnie zaskoczyła. Zapraszam. Dzień dobry, wieczór państwu.
Czas na kolejny odcinek „Książek z pogranicza”. Dzień dobry, wieczór Piotrze.
[01:03:38] - Dzień dobry, wieczór. Dzień dobry wieczór. Dzisiaj będziemy mówić o książce Marksa. I tutaj oczywiście pewnie była chwila konsternacji, że wiadomo co, wiadomo jakiego Marksa. Otóż nie. Dzisiaj sobie opowiemy o książce Andrzeja Marksa. I tutaj kilka słów wyjaśnienia, dlaczego i po co. Bo nawet krótki rzut oka na okładkę może wzbudzić pewne zastanowienie i pewne pytanie, co wy panowie omawiacie? Otóż po pierwsze to jest nie tylko odcinek „Książek z pogranicza”, ale też swego rodzaju podróż sentymentalna i podróż dydaktyczna jednocześnie, żeby się przekonać, jak kiedyś wyglądała popularyzacja nauki i jak ona była odmienna od tego, co dzisiaj dostajemy. To jest pierwsza rzecz.
Druga rzecz jest taka, że kiedy dzisiaj słyszymy słowo Księżyc albo misje księżycowe, badania Księżyca, prędzej czy później do głowy nam przychodzi pytanie, dlaczego ludzie już tam nie latają. Natomiast tutaj od Andrzeja Marksa otrzymujemy coś, co mogłoby być podręcznikiem dla astronauty lunarnego. To znaczy można by śmiało spakować tą książkę Aldrinowi na przykład i powiedzieć: „Poczytaj, zanim tam polecisz”. Nim przejdziemy do rzeczy, opowiemy troszeczkę o tej publikacji. Dwa słowa o autorze i potem dwa słowa Marka o tym, skąd ta książka się wzięła i czego jest częścią. Kim był Andrzej Marks? Po pierwsze popularyzatorem nauki, a chyba po pierwsze to astronomem, na pewno członkiem Polskiej Akademii Nauk, ekspertem od spraw księżycowych i dość poczytnym autorem. Można znaleźć informację, że jego książki wychodziły w ogromnych nakładach. Mówi się, że przekroczyły 700 000 egzemplarzy. Nie wiem, jak to się ma do innych autorów w PRL-u, bo tam wszystko było duże, jeżeli chodzi o nakłady.
Natomiast po pozycji, którą dzisiaj omówimy, trzeba powiedzieć Andrzej Marks zarówno przed, jak i po, kiedy patrzę tutaj na jego bibliografię, on stworzył inne książki na temat Księżyca. Bardzo go to interesowało. Satelita Ziemi, naturalny srebrny glob był jego pasją. Co ciekawe, ma on na koncie również książkę dotyczącą Atlantydy, ale też wiele innych. Andrzej Marks zmarł w roku 2006, czyli w tym roku przypada 20. rocznica jego śmierci. Marku, było kilka słów o autorze. Może coś jeszcze dodasz, ale teraz kilka słów o tej serii, bo ta książka wychodzi w bardzo ciekawej serii wydawniczej. Czym były problemy?
[01:06:27] - Tak, to jest Biblioteka Problemów. Okładka książki jest bardzo surowa, ale tak wyglądała ta seria. Zmieniało się to BP, czyli Biblioteka Problemów. Zmieniał się kolor, ale właściwie one były, te książki, wydawane dosyć tak, chciałoby się powiedzieć siermiężnie, ale nie. To był po prostu zamysł wydawniczy. A Problemy to, proszę państwa, było pismo, które wspominam bardzo dobrze z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli chodzi o publikację popularno-- to było pogranicze pomiędzy publikacjami naukowymi a popularnonaukowymi. Na łamach Problemów można było znaleźć teksty, które już naprawdę- Kwalifikowały się jako teksty prawie naukowe albo naukowe. Ja nie potrafię tego rozdzielić, ale zawsze tam była dosyć obszerna bibliografia. Prawie zawsze.
Zawsze tam były omówione bardzo ciekawe elementy związane z naukami ścisłymi głównie. Poza tym „Problemy” lubiłem bardzo, bo w nich na kolorowych stronach, początkowo to były żółte strony, ale później już były w kolorach niebieskich, różowym i każdym innym, w związku z tym stały się kolorowymi stronicami, publikowano opowiadania science fiction z całego świata. Wiadomo, że miałem słabość do tego pisma, ale przy okazji czytywałem artykuły, które się tam znajdowały. I wierzcie mi państwo, jeśli chodzi o biologię, fizykę, chemię, tam były niesamowite rzeczy, naprawdę niesamowite. Ja myślę, ale tu już mogę przesadzać, jeśli czytacie państwo „Świat Nauki” i „Scientific American”, to ja myślę, że „Problemy” dorównywały, a kto wie, czy momentami nie były lepsze. Nie były tak starannie wydawane, nie cieszyły się taką znakomitą szatą graficzną, jaką cieszy się „Świat Nauki”. Ale jeśli chodzi o zawartość merytoryczną, to to było coś. I przy tych „Problemach”, które wychodziły, mówiąc szczerze to nie pamiętam, ale chyba od lat 50., przynajmniej od drugiej połowy i później przez całe 60., 70., 80. Kiedy się było zmarło „Problemom”? Nie wiem, nie pamiętam, ale to było coś.
To było pismo, na które się czekało. Ono też było wydawane dosyć oszczędnie. To była zawsze biała okładka, duży napis „Problemy” i jakaś grafika z elementami koloru albo bez. Ale to wystarczyło. „Problemy” naprawdę znikały z półek. Cóż, zresztą w PRL-u nie znikało z półek, ale w tym wypadku było uzasadnienie i naturalną koleją rzeczy przy „Problemach” stała „Biblioteka Problemów” i tam naprawdę wychodziły książki dotyczące wielu dziedzin wiedzy. To jest naturalne, niektóre interesowały mnie bardziej, niektóre mniej. To oczywiste. Nie można interesować się wszystkim, ale to była seria, ta „Biblioteka Problemów”, która budziła emocje, jeśli człowiek się daną tematyką interesował. Myślę, że to tyle.
A jeśli chodzi o książkę Andrzeja Marksa „Księżyc”, to ja mam, proszę państwa, taką refleksję, że kiedy przystępowałem do lektury, to wydawało mi się, że Piotr chyba popełnił błąd dobierając ten tytuł. Będziemy rozmawiać o książce sprzed 56 lat. Nie no, po co? Po czym przeczytałem. I proszę państwa, to jest książka, która zestarzała się, ale tylko w niektórych fragmentach. Jest tam cały obszerny wstęp, trudno nazwać wstępem. Taka część poświęcona w ogóle badaniu Księżyca po kolei. I to się naturalną koleją rzeczy nie zestarzało tak bardzo, bo nie miało co się zestarzeć. Co więcej, oczywiście te fragmenty, które opisują bieżącą wiedzę, czyli wiedzę z roku 1970, one się musiały zestarzeć, ale znowu one się nie zestarzały tak bardzo, jak to się zdarza niektórym innym książkom. Poza tym naszła mnie taka nieco filozoficzna refleksja, że ta książka była wydana tuż po udanym lądowaniu Amerykanów na Księżycu.
Kiedy była napisana? Zapewne trochę wcześniej, bo w PRL-u cykl wydawniczy miał to do siebie, że był długi i nie wiem, jak długo powinienem to uciągnąć. Długi i nieważne zresztą. Ale ta książka była niejako na pograniczu epok, czyli tej epoki, gdzie jeszcze nikt na Księżycu nie był i wszystkie obserwacje Księżyca były dokonywane z Ziemi, ewentualnie z pojazdów takich automatycznych. I zmieniła się epoka, kiedy Amerykanie wylądowali na Księżycu. I ja mam takie dziwne wrażenie, że my w tej chwili jesteśmy w bardzo podobnym momencie. Gdzieś tam jest Mars, gdzieś tam jest Enceladus. My wybieramy się tam oczywiście o niebo wolniej niż to się działo w latach 60., ale jednak się tam wybieramy. I znowu dużo wiemy, ale tak naprawdę czekamy na ten moment, kiedy dotkniemy. Ktoś w naszym imieniu to oczywiście zrobi, ale dotknie tego marsjańskiego gruntu, czy też pojawi się na Enceladusie.
I to jest rzecz, która upodabnia nasze czasy i czasy, w których książka Marksa wyszła.
[01:12:40] - Dokładnie tak. Ona jest oczywiście w pewnym względzie, w pewnej mierze dziełem archaicznym. Opowiedziałeś o tym przed chwilą. Część wiedzy jest jednak aktualna, bo choć minęło wiele lat i pojawiły się nowe hipotezy na temat geologii księżycowej, uformowaniu się naszego satelity czy przede wszystkim o jego ciemnej stronie, to niektóre wątki są wciąż aktualne. Ale po co czytać stare książki, skoro mamy nowe i skoro stan wiedzy o Srebrnym Globie poszedł do przodu? Ktoś powie: „To nie ma sensu”. Ale z drugiej strony tak Dzięki lekturze tej książki możemy zobaczyć, jak troszeczkę się obniżył poziom popularyzacji nauki w Polsce. Bo wydaje mi się, że to, co Marks pisze i to, co przekazuje, to stoi dużo wyżej niż to, co oferują nam dzisiaj internetowi propagatorzy astronomii. Ale mówię tutaj konkretnie o internetowych kanałach astronomicznych. Nie mówię o Uranii na przykład i kilku innych blogach, czy kilku innych ekspertach, którzy się zajmują tym na podobnym poziomie co Marks.
Natomiast to, co otrzymujemy w takim nurcie popularnym stoi trochę niżej i raczej często jest po prostu kalką jakichś amerykańskich, angielskojęzycznych publikacji. Nie będę tutaj sypał nazwami kanałów i nazwiskami, bo nie o to chodzi. Natomiast też zmienili się na pewno czytelnicy Marku, tak mi się wydaje, bo to, co Marks oferuje w tej książce, to jest praktycznie podręcznik. Nie wiem, czy dzisiejszy czytelnik by to przełknął. Natomiast to też nie jest tak, że on pisze tylko o rzeczach trudnych i arcytrudnych, bo tam raz na jakiś czas rzuca też ciekawostkę, jakieś tajemnicze formacje geologiczne, jakieś kopuły, mosty na Marsie. Ale oczywiście most, tym, jak my to interpretujemy dzisiaj, czyli z jakimiś anomaliami, z kosmitami. Chodzi raczej po prostu o coś ciekawego, co znaleziono na powierzchni Księżyca. Co jeszcze pokazuje książka Marksa? To, jak wielkie zaciekawienie wzbudzał Księżyc. Ale Marek to wyjaśnił dlaczego.
Bo ona wychodzi tuż po lądowaniu pierwszym. Wydaje się dziś, że zainteresowanie Srebrnym Globem jest dużo mniejsze w mediach. Ono nawet nie było takie duże, kiedy Amerykanie teraz okrążali Księżyc całkiem niedawno. Oczywiście jakoś media zauważyły ten temat, ale już nie było tej temperatury. Powiedzieliśmy o tym, o czym Marks pisze. To może jeszcze zwróćmy uwagę na pozostałe rozdziały, bo prócz geologii znajdziemy coś o powstaniu Księżyca, oczywiście o morzach księżycowych i innych obszarach, i oczywiście problemach związanych z misjami kosmicznymi. To w pewien sposób się zestarzało i nie zestarzało, dlatego, że to jest problem nomen omen zaskakująco aktualny w świetle załogowego powrotu na Księżyc. A przecież wszyscy sobie zadają to pytanie, prawie wszyscy wśród naszych widzów na przykład, wiadomo, jakimi tematami się interesują. Dlaczego tak długo schodzi? Dlaczego oni na ten Księżyc nie wracają?
Wnioski odnośnie tej książki myślę, że nasuwają się same. Technika się kołem toczy i można niekiedy odnieść wrażenie, że ludzie sprzed dekad byli trochę mądrzejsi i inteligentniejsi od tych dzisiejszych, którzy mają po prostu otwarte okno na świat, żyją w tej globalnej wiosce. Po prostu wiele się zmieniło. Nie tylko styl przekazywania wiedzy, nie tylko czytelnicy, ale też wyobrażenie myślę przynajmniej naszego kosmicznego sąsiedztwa. Nie tylko Księżyca, nie tylko Marsa, ale też Jowisza i tak dalej. Ja myślę, że kiedyś to fascynowało bardziej i dzisiaj to możemy zauważyć między innymi dzięki książce Marksa. Czy warto ją przeczytać? Myślę, że warto ją przejrzeć. Ona jest bardzo łatwa do znalezienia. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy ją obowiązuje copyright dzisiaj.
Nie będę zachęcał otwarcie, nie będę mówił, gdzie ją można znaleźć, ale przejrzeć warto. Przejrzeć warto, żeby zobaczyć chociażby to, jak kiedyś popularyzowano naukę.
[01:17:26] - Ja państwu powiem jeszcze, dodam argumentów, dlaczego warto ją przejrzeć. Bardzo to się odbija w konstrukcji książki, bo Marks się nie ogranicza do odpowiedzi na pytanie, jaki jest Księżyc. Jego równie mocno interesuje odpowiedź na pytanie, skąd my wiemy, jaki on jest. I Marks opisuje metody obserwacji, opisuje przyrządy, opisuje wcześniejsze pomiary, opisuje kolejne hipotezy oraz weryfikację tych hipotez. A w przedmowie chociażby wyraźnie deklaruje, że chce pokazywać nie tylko wyniki badań, ale także kto, kiedy i jak te badania przeprowadzał. On podkreśla również, że w selenologii istnieją takie problemy, dla których w tamtym czasie nie można było wskazać jednej pewnej odpowiedzi. I jakbym miał tak kurnolotnie powiedzieć, to nie jest po prostu książka o Księżycu. To jest właściwie książka o tym, jak człowiek dochodził do wiedzy o Księżycu. A największą siłą tej książki Andrzeja Marksa jest umiejętność pokazania nauki jako procesu, a nie jako zbioru gotowych prawd. Jeżeli państwo słuchacie chociażby mojego kanału Wehikuł Wyobraźni, to wiecie doskonale, że coś bardzo podobnego bardzo często mówię, bo to jest istota sprawy.
Dzisiaj nauka kojarzy się właśnie z czymś takim nieznośnym, kto mówi nam, jak jest. A Marks pokazuje, że nauka to jest proces, zawsze to jest proces i właściwie proces, który się nie kończy. I na przykład autor, który sam był naukowcem, nie ukrywa niepewności. Wręcz przeciwnie, on pokazuje hipotezy, które konkurują ze sobą. Wskazuje, że na przykład nowe metody mogą potwierdzić jakieś wcześniejsze ustalenia, ale mogą doprowadzić do zupełnie innych wniosków. On pisze, że mniej wiarygodne hipotezy warto również przedstawić, ponieważ te mniej wiarygodne hipotezy pokazują ewolucję naukowego obrazu Księżyca. Proszę państwa, czy coś takiego się dzisiaj dzieje? Piotr powiedział o różnych kanałach internetowych. Ja siłą rzeczy śledzę te kanały. Większość, spora większość podaje państwu prawdę do wierzenia, a nie konstruuje swoich audycji w ten sposób, w jaki zrobił to Marks.
A drugą, moim zdaniem równie dużą zaletą tej książki jest konkret, bo czytelnik dostaje liczby, mapy, tabele, nazwy kraterów, wyniki pomiarów, opisy aparatury, opisy eksperymentów. Marks najwyraźniej chce, aby czytelnik nie tylko wiedział coś o Księżycu, ale żeby ten czytelnik potrafił również spojrzeć na Księżyc przez lornetkę i samodzielnie rozpoznać jakieś formacje na powierzchni Księżyca. Kto to dzisiaj, proszę państwa, robi? Jest jeszcze trzecia zaleta. Ona jest może dzisiaj ważniejsza niż wtedy, w 1970 roku. Ta książka pokazuje moment narodzin czegoś, co można by nazwać nową nauką, bo to człowiek zaczyna pobierać próbki księżycowego gruntu, wykonywać pomiary sejsmiczne i badać Księżyc nie tylko z Ziemi przy pomocy przyrządów, ale bezpośrednio na powierzchni Księżyca. I dzięki temu my dzisiaj, po wielu latach czytamy tę książkę i czytamy nie tylko o srebrnym globie. Czytamy o tej chwili, o której mówiłem, dla mnie chwili magicznej, w której przedmiot obserwacji stał się miejscem, do którego człowiek może dotrzeć. My dzisiaj chyba nie do końca czujemy moc tego wszystkiego, ale myślę, że warto o tym pomyśleć, kiedy się o tej książce myśli, a szczególnie, kiedy się myśli o tym, żeby ją przeczytać, a przynajmniej przekartkować. Moim zdaniem te 56 lat, które upłynęły od wydania książki, nie przeszkadza.
Jest to w pewnym sensie, powiedziałbym nawet, jedna z wartości tej książki. Oczywiście, to powiedzieć chyba muszę, nie należy dzisiaj korzystać z tej książki pod tytułem „Księżyc” jako z aktualnego podręcznika selenologii. Nie, absolutnie nie. Jeśli chcemy wiedzieć, jaka jest obecna wiedza o Księżycu, to trzeba sięgnąć do źródeł współczesnych, bo przez te 56 lat zmieniło się bardzo wiele. Ale jeśli chcemy zrozumieć, jak wyglądała nauka w momencie wielkiego odkrycia, to ta książka Marksa jest absolutnie fascynująca. Proszę państwa, czas na kącik literacki. Dzisiaj dwa opowiadania. Pierwsze z nich napisał Jurjan. Nosi tytuł „Gambit prawdy”. Drugie opowiadanie jest autorstwa Piotra Prokopowicza i nosi tytuł „Drugi raz odczyniam”.
Zapraszam, a czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:23:43] - Jurjan, „Gambit prawdy”. W jednej z obszernych kajut międzywymiarowego krążownika sił Korpusu Cyfrowego Kret 2 dyżurny specjalista od behawiorystyki ludzkiej siedział znudzony codziennością zajęć. Przeglądał dane z wybranych delegatur w dystrykcie północnej i centralnej Europy. Materiału było sporo, ale doświadczenie i pewien specyficzny instynkt podpowiadały mu, na co zwracać szczególną uwagę. Czasem już po nagłówku i pierwszych zdaniach wiedział, że jako postcenzor nie będzie miał tam czego szukać. Zresztą ufał technologii wykorzystywanej od dziesiątek lat. Dezinformacja, główne zadanie załogi Kreta, wylewała się na planetę szerokim strumieniem. Chaos informacyjny miał za zadanie kamuflowanie ich prawdziwych intencji. Cała załoga miała świadomość, jak ważna to rola, lecz znali tylko ogólne scenariusze eksploracji planety, eksperymenty genetyczne i eksploatację rzadkich surowców. Szczegółów nie znał nawet dowódca Kreta 2.
Podobnie jak załogi statków bliskiego kontaktu nie znały zadań zespołów manipulacji elektronicznej. Dzięki tym ostatnim nawet największa wpadka na informacyjnym wysypisku śmieci miała szansę przejść niezauważenie. Po godzinach rutynowego przeglądania tekstów wpadł mu w oko dziwny tytuł: „Dół pełen śrub”. Tytuł sam w sobie nie był aż tak dziwny, ale zupełnie nie pasował do profilu działalności tej delegatury. Z lekkim zdumieniem zatopił uwagę na powoli opadających krzaczkach znaków. Dół pełen śrub. Na wielkim trójwymiarowym wyświetlaczu dyżurny dostrzegł alert. Na schemacie niebiesko rozżarzyły się drągi łączące kilka elementów systemu z lokalną jednostką centralną. Jeden z dokumentów stracił zasilanie sieciowe i przeszedł na system ogniw awaryjnych. Na razie nie było dramatu.
Zasilanie zastępcze pozwalało na nieprzerwane działanie maszyny przez trzy doby. Sytuacja wydawała się jednak potencjalnie groźna. Zasilanie komputera w lokalizacji Warszawa było bezsprzecznie zagrożone, a nawet chwilowy brak napięcia mógł doprowadzić do utraty danych. Bardzo istotnych danych, bez których istnienie delegatury traciło sens. Komputer ukryty w zamurowanych piwnicach niewielkiego zakładu ślusarskiego nielegalnie czerpał energię podpięty do łącza firmy. Sytuacja ekonomiczna tego zakładu pracy pogorszyła się na tyle, że właściciele nie byli w stanie zapłacić za pobraną energię. Dyżurny behawiorysta podniósł wzrok i spróbował zebrać myśli. Nie mieściło mu się w głowie to, co właśnie przeczytał. „Natychmiast, muszę działać natychmiast” myśląc to, przesłał tekst z priorytetem pierwszej kategorii na wszystkie wyświetlacze dowódców i specjalistów. Intensywnie, z głęboką wizualizacją myślał o zagrożeniu, które wykrył.
Już po chwili dało to wymierny efekt. Przez jego głowę zaczęły przepływać pierwsze myśli wszystkich najważniejszych na statku. „Czy to awaria systemu?” Dowódca rozpoczął telepatyczne zebranie najistotniejszym pytaniem. „Raczej nie. Testy trwają. Wszystkie podstawowe parametry w normie. Zespół konserwacji urządzeń naziemnych od dłuższej chwili nie próżnował.” „Błąd tłumaczenia? Zdecydowanie odpada. Tłumaczą nasze komputery na statku. Tu mamy wszystko pod ścisłą kontrolą.
Gorzej ze sprzętem na Ziemi. Wiadomo, tam dostęp możliwy jest tylko w przypadku jakiejś katastrofy” pomyślał głośno lingwista, jedyny na krążowniku znający dość dobrze najpopularniejszy ludzki dialekt. „Co może być przyczyną wycieku? Czy powinniśmy brać pod uwagę ingerencję służb ziemskich?” „To mało prawdopodobne. Nie zarejestrowaliśmy zainteresowania żadną delegaturą w naszym dystrykcie. Lokalne służby zajmują się głównie walką o władzę pomiędzy sobą.” „Czy wydarzyły się podobne sytuacje lub awarie w ciągu ostatniego czasu?” „Nic. Nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Może za wyjątkiem rozkazów z centrali dotyczących aktualizacji oprogramowania.” „Czego dotyczyła ta aktualizacja?” Pytanie naczelnego dowódcy statku wpadło do głów pozostałych z tak dużą mocą, że zdominowało ich własne myśli. „Już sprawdzam w archiwum. Mam.
Może streszczę. Zmiana algorytmu w systemie głównym dotyczyła produkcji materiałów propagandowych. Szefowie z centrali doszli do wniosku, że czysta indoktrynacja jest mało skuteczna. Aby poprawić efektywność, postanowiono, żeby czasem podsyłać przekazy zbliżone do rzeczywistości. Oczywiście odpowiednio spreparowane. To będzie wprowadzało jeszcze większy chaos na planecie. Druga korekta polegała na zmianie ustawień systemu kontrolnego. Miał przepuszczać informacje produkowane na nowym, wyższym poziomie zgodności z rzeczywistością” odpowiedział główny informatyk. Zadowolony z szybkości swojego działania uspokajał myśli. „Ten algorytm...
Czy to możliwe, żeby komputer po zmianach miał przekazywać informacje jota w jotę zgodne z prawdą? To przecież historia naszego problemu sprzed kilku tygodni.” „Nie sądzę.” Większość od razu przesłała identyczną refleksję. „Jedno mnie niepokoi” dodał informatyk mocną myślą. „Komputer w Warszawie to sprzęt starego typu, zainstalowany w delegaturze około 10 ziemskich lat temu. Działa sprawnie, ale moim zdaniem trzeba być bardzo ostrożnym przy wprowadzaniu zmian. Sądzę, że znaleźliśmy powód tego wycieku. Niewydolność sprzętu. Zawsze nam wpychają szmelc z innych dystryktów, a później to my się martwimy, jak trzeba gasić pożary.” Mimo ostrych myśli dowódca wydawał się spokojniejszy. „Zarządzam, aby natychmiast cofnąć aktualizację i pracować na starej wersji oprogramowania aż do kolejnej decyzji centrali. Jeśli to wszystko, wracajcie do standardowych obowiązków.
Jeszcze jedno. Niech ktoś sprawdzi, jaki był odbiór tego przekazu.” „Sprawdziłem to przed chwilą. Mimo wszystko reakcja była dla nas pozytywna. Informacja była tak absurdalna dla odbiorców, że może faktycznie jako sytuacja, która wystąpiła jednostkowo, nie będzie miała negatywnego wpływu na realizację naszych celów.” Podzieliłem się myślami z innymi. „Dziękuję. Wracajcie do zajęć.” Wizje i głosy innych ulotniły się z mojej głowy. Odczułem satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Szef nie miał zwyczaju chwalić podwładnych zbyt szybko. Spodziewałem się jednak, że moja rola w całym zamieszaniu zostanie dostrzeżona. Sprawa została załatwiona.
Ja jednak zajęty procedurami, za wyjątkiem wstępu, nie miałem czasu zapoznać się z resztą archiwalnego dokumentu. Z ciekawością cofnąłem tekst i skupiłem się na strumieniu spływających znaków. Dyżurny przeanalizował sytuację i podjął decyzję o wszczęciu najwyższego niebieskiego alertu. Rozesłał tekst z priorytetem pierwszej kategorii i jednocześnie rozpoczął intensywną wizualizację kręgu pulsującego błękitnym światłem. W jego głowie pojawili się równocześnie dowódca i szef konserwacji. Po chwili umysł pełen był różnych głosów. Co można zrobić, aby przywrócić zasilanie sieciowe w tej lokalizacji? Trzeba doprowadzić do sytuacji, w której organizacja ziemska zajmująca jawne piętra budynku dokona opłaty za energię. Mamy środki i możliwości techniczne. Trzeba im przesłać do banku odpowiednią kwotę i problem z głowy.
Tak sądzę. Przynajmniej na jakiś czas. Z tymi nieudacznikami zawsze są jakieś problemy. Sugerowałbym, żeby załatwić to odrobinę inaczej. Jeśli prześlemy im środki na konto, nie wiadomo, jak je wykorzystają. Ludzie nie są zbyt racjonalni w swoim zachowaniu. Moim zdaniem należałoby ich poprzez introtne zamówienie zmusić do podjęcia produkcji. Jeśli nam się to uda, będą musieli zapłacić za energię. W tej branży bez energii nic nie wytworzą. Jeszcze raz przydała się wszechstronna wiedza dyżurnego o ludzkich ułomnościach.
Czy mamy tyle czasu? Zamówienie, produkcja. Na wszystko tylko trzy doby. Niekoniecznie. Można coś tam u nich zamówić z krótkim terminem realizacji i od razu przesłać zaliczkę. Wszystko da się załatwić przez Internet. Proszę bardzo. Rozwijają się. Dobrze więc. Jakie szczegóły?
Zamówimy u nich na przykład milion śrub o ustalonych parametrach i niech je trzepią. I co z nimi zrobimy? Zorientują się, że coś jest nie tak, jeśli nikt nie będzie ich odbierał. Tak, to prawda, ale nie. Możemy to obejść. Wynajmiemy firmę spedycyjną, która będzie woziła towar do docelowej firmy, a ta ostatecznie zutylizuje całą produkcję w wielkim dole jako odpad niespełniający jakości. U nich to normalne. Zakopywanie niepotrzebnych rzeczy czy brak jakości? Zapytał dowódca. I jedno, i drugie.
Dobrze. Problem uważam za rozwiązany. Za kilka godzin komputer musi wrócić do zasilania sieciowego. Odpowiednie służby zajmą się wprowadzeniem planu w życie. Reszta do standardowych obowiązków. Dowódca w zadumie podrapał się po odnóżach, złuszczając odrobinę naskórka. Kolejny dzień, kolejne problemy. Ale z taką załogą nie można nie odnieść sukcesu. Emocjonalny przekaz telepatyczny i stres związany ze wszczęciem alarmu wyczerpały postcenzora. Zatrzymał emisję publikacji.
Potrzebował chwili, aby zrelaksować się ultrafioletową lampą doświetleniową. Wpatrywał się w nią kilka minut szeroko otwartymi oczami. Tymczasem jednostka centralna lokalizacji Warszawa pracowała nieustannie. W całkowitej ciemności wykorzystywała energię z ogniw awaryjnych. Do ich całkowitego rozładowania pozostało 14 godzin. Stęchłe powietrze pełne kurzu rozgrzane było od radiatorów umiejscowionych na spodzie urządzenia. Aparat na pierwszy rzut oka przypominał starą, masywną obrabiarkę. A w zasadzie była to wielka obrabiarka z wbudowanym wojskowym komputerem specjalnym. Zadbano przy tym o najdrobniejsze szczegóły. Tabliczka znamionowa, napisy na nieoryginalnych częściach i kolor zastosowanej powłoki malarskiej powodowały, że tylko specjalista mógłby odkryć jej tajemnicę.
Kogo jednak interesowałby zamurowany złom od lat podłączony gumowym przewodem zasilania do dużego gniazda? Komputer pracował jak zwykle. Prądy bez przerwy przepływały z obszarów pamięci do ośrodków obliczeniowych i z powrotem. Raz po raz uaktywniały się fragmenty procesora wykorzystywane jako obszary do wyłącznej dyspozycji zaimplementowanych osobowości. Do ziemskiej sieci komputerowej bez ustanku płynął potok słów w lokalnym dialekcie. W tym czasie na statku podanergetyzowany behawiorysta, dziś na stanowisku dyżurnego postcenzora, mógł powrócić do treści, która pobudziła wszystkich najważniejszych do gwałtownej reakcji. Dowódca w zadumie podrapał się po odnóżach, złuszczając odrobinę naskórka. Kolejny dzień, kolejne problemy. Ale z taką załogą nie można nie odnieść sukcesu.
[01:37:06] - Dziękujemy. Dziękujemy Marku. No cóż, autor wszedł na wyżyny wyobraźni. Co ja mogę tu dodać? Może ty pierwszy Wiktorze zaproponujesz jakiś komentarz?
[01:37:18] - Tak. Głos zabrała kolejna sztuczna osobowość. Że tak powiem, to taka rzeczywistość w rzeczywistości. Podwójne dno i tak dalej. Do tego historia tak odjechana, że praktycznie można ją tylko między fantastyczne bajki włożyć. No ale to chyba atut tego opowiadania. W końcu, że tak powiem, o to tu chodzi.
[01:37:44] - Ale nie dno w sensie beznadziejności tego tekstu
[01:37:48] - Marek w swoim stylu włożył kij w mrowisko, doskonale rozumiejąc intencje rozmówcy. „Wiedziałem, że to podniesiesz” Wiktor odpowiedział ze śmiechem. Oczywiście w tym zwyczajnym, dosłownym sensie. Ciekawy klimat i takie krótkie opowiadanko, ale treściwe. Mam niestety jedno ale. Słuchacze nie odnajdą tu siebie w tym opowiadaniu. Zauważ, że z tego, co zrozumiałem, w tym tekście nie występuje żaden człowiek.
[01:38:23] - To prawda, ale ono może tym bardziej broni się pomysłem. No cóż. Brawo! I co Wiktorze, czekamy na więcej?
[01:38:31] - Tak, chętnie przeczytam, bo wiesz, że w tym opowiadaniu do końca nie było wiadomo, o co chodzi. A ja taką fantastykę lubię najbardziej.
[01:38:44] - Ja może teraz przypomnę nasz numer telefonu 32 746 00 08.
[01:38:52] - Niski męski głos wtrącił się do rozmowy.
[01:38:55] - Można do nas również pisać na Gadu-Gadu. Numer 36 08 80 02. Czekamy także na pytania na naszym forum i Facebooku. Radio Paranormalium. Paranormalny głos w twoim domu.
[01:39:12] - Postcenzor pokiwał głową z dezaprobatą. Nie mogę tego tak zupełnie zostawić. To zbyt ważne. Trzeba coś napisać. Zastanawiał się, jak wybrnąć z problemu. W kilka chwil stworzył i przesłał krótką notkę. Miała na celu złagodzenie ewentualnych skutków ich własnych błędów. Komputer dokleił tekst do wszystkich kopii archiwalnych tego materiału, który narobił całego zamieszania. Co oczywiste, metryczka informacji zapisała się jedynie w utajnionych aktach sprawy. Posłowie.
Opowiadanie „Gambit prawdy” z założenia powstało dla słuchaczy znających audycję Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Z tego powodu zakończenie historii nie może zostać odczytane zgodnie z intencją autora przez tych czytelników lub słuchaczy, którzy audycji ABW nie znają. Aby w pełni zrozumieć zamysł, zapraszam do przesłuchania dowolnego odcinka audycji, którą łatwo jest odnaleźć w internecie. Także data przesłania opowiadania do redakcji 1 kwietnia nie była przypadkowa. To tylko primaaprilisowy żart. Metryka. Rodzaj informacji: tekst pomocniczy nr 1435/DEL.P-CE.LOG.WAW1. Temat: osłabienie wpływu wycieku informacji niejawnej. Status: zatwierdzono do publikacji. Piotr Prokopowicz „Drugi raz odczyniam”.
Jestem tu od, nie pamiętam. Od dawna. Mam to szczęście, że jestem kamieniem przydrożnym, więc mogę patrzeć na ludzi. Wokół mam trawę i drogę. Lubię ludzi. Są różni. Radośni, ponurzy, mądrzy, głupi. Nie nudzę się dzięki nim. Ptaki też lubię. Lubiłem.
Jednak za często paskudzą. W okolicy są też inne kamienie. Nie bardzo mnie lubią, chyba dlatego, że mi zazdroszczą. Mam ciekawy kształt i jestem większy. Przynajmniej ludzie tak mówią. Ludzie mnie lubią. Często nazywają mnie Głazem. Zresztą kamienie są nudne. Gdy nie śpią, to rozprawiają głównie o tym, że wiatr jest silny lub słaby albo czy jest ciepło, czy zimno. Wolę słuchać ludzi.
Czasami mam szczęście i przechodzą tędy wieśniacy z okolicznych wiosek. Jedna jest całkiem blisko. Jest też miasto. Czasami wieśniacy chodzą do miasta. Bywa, że zatrzymują się przy mnie nawet na nocleg. Palą ogień i opowiadają ciekawe rzeczy. Nie wiem, jak oni liczą czas. Na pewno inaczej niż kamienie. My odczuwamy czas wydarzeniami, które dzieją się w zasięgu naszej percepcji. Ludzie chyba uzależniają czas od zmian.
Zmian słońca, zmian w przyrodzie. O, jedzie rycerz, chyba rycerz. Ma konia, jakiś pancerz i miecz. Tak ich wieśniacy nazywają rycerzami. Lubię rycerzy. Chciałbym być rycerzem. Twardy, a jednak umie się poruszać. Niestety rycerze tu nie nocują. No nie, jarzębino! Lubię drzewa, ale nie kiedy rosną tuż obok mnie.
Nie drap mnie w to miejsce gałęziami. To moja osobista przestrzeń. A kysz ptaku! Nie rób przy mnie gniazda. Zrób je na jarzębinie z drugiej strony. Uparty wróbel. O, nadchodzi troje wieśniaków. Dzień się dopiero zaczął, więc nie zostaną długo. Może chociaż zatrzymają się na trochę. „Dostanę dobrą cenę” — dokończył dłuższą przemowę wysoki w kapeluszu.
„Tutaj możemy zatrzymać się na krótki odpoczynek” — zaproponował drugi, wysoki, bez kapelusza i zdjął z pleców wielki kosz. Lubię to miejsce. Zdjął węzełek, z którego pachniało świeżym serem. Po chwili zwrócił się do kilkunastoletniego chłopca idącego wyraźnie z tyłu. „Chodź Tim, zjemy co nieco.” „Dobrze tatku, ja też lubię to miejsce. Zwłaszcza ten kamień. Ma taki ciekawy kształt. Zawsze kiedy przechodzimy tędy, myślę o dawnych czasach.” Hej, hej, dzieciaku, lubisz legendy? — odezwał się z uśmiechem wysoki w kapeluszu. Tak stryju, najbardziej o rycerzach i czarodziejach.
Ojciec chłopca rozwinął węzełek, ukazując solidną porcję sera i położył na trawie. Stryj wyciągnął trzy grubaśne pajdy chleba ze swoich pakunków i położył obok. Zaczęli posiłek. Będziesz miał dzieciaku nie lada gratkę — oznajmił stryj — bo dzisiaj w mieście ma swe sztuki pokazywać czarodziej Laurent z Teronu. Chłopak aż się zakrztusił. Kaszląc, zwrócił się do ojca: Tatku, będziemy mogli tam pójść? Proszę. Ojciec uśmiechnął się do syna. Możemy spróbować. Najpierw musimy sprzedać nasze towary.
Energicznie wstał i zaczął zbierać manatki. Spojrzał na syna. No rusz się Tim. Nie stać nas na nocleg w mieście, więc jeśli mamy obejrzeć jakichś kuglarzy przed powrotem, to musimy zwiększyć tempo. Zbieramy się. Zjemy po drodze. Cała trójka sprawnie zebrała się i ruszyła. Stryj zagadnął chłopca: Słyszałeś legendę związaną z naszymi stronami? Tą o czarnoksiężniku Skaronie, bestii oraz o dzielnym rycerzu Roderiku z gór Faor? Nie.
— skłamał chłopiec. Chciał kolejny raz usłyszeć opowieść od stryja. Wiem, że słyszałeś — uśmiechnął się stryj — ale tylko wersję dla małych dzieci. Nie ma tu maluchów, więc możesz teraz poznać całą historię. Dawno temu, zanim powstało miasto, miał w tych okolicach siedzibę zły czarodziej Skaron. Miał on na usługach bestię. Są już za daleko. Nie słychać. Szkoda. A nie mówiłem, że mnie lubią?
Znam tą legendę. Rycerz Roderik. Lubię rycerzy. Pokonał on czarnoksiężnika i ranił śmiertelnie bestię. Jednak ta, zanim sczezła, zatruła go magicznie i rycerz skonał w cierpieniach. Nieraz słyszałem, jak to opowiadali, ale ciekawe, co ten wysoki w kapeluszu miał na myśli, mówiąc całą historię. Przejechały wozy, ale nikt się nie zatrzymał. Szkoda. O! Idzie trójka wieśniaków.
To ci sami co poprzednio. Chyba wracają. Zaczęło zmierzchać. Może zanocują przy mnie. Tatku, możemy się tu zatrzymać na odpoczynek? Nie, nie synu. Jak się pospieszymy, to zdążymy do domu na nocleg. Szkoda. Stryju, co miał na myśli czarodziej Laurent, mówiąc: pierwszy raz zaklinam, drugi raz odczyniam? Nie wiem Tim.
On twierdził, że to prastare prawo magii. Ale to pewnie tylko taki wierszyk dla efektu. Zamiast stać z rozdziwioną gębą, trzeba było go zapy... No i już nie słychać. Szkoda, że się nie zatrzymali. Przejechał człowiek na koniu. Ale to nie rycerz. Nie miał miecza ani pancerza. Ptaka zjadł dziki kot. Dobrze mu tak.
A ty jarzębino, zabierz badyle. Jak możesz drapać mnie w to miejsce? Przejechało dwóch rycerzy. Lubię rycerzy. Co ten chłopiec robi? Był tu niedawno. Poznaję go. To Tim. Hehe. Przywiązał sznurek do tej bezwstydnej jarzębiny.
Dobrze jej tak. Jakoś dziwnie kładł sznurek na trawie, a potem poszedł sobie. Nadchodzą dzieci. Pięcioro? Chyba więcej. Umiem liczyć tylko do pięciu. Tim idzie z przodu i coś mówi. Po śmierci Roderika bestia wcale nie umarła — stwierdził tajemniczo Tim. Tu się zatrzymajmy — dodał i usiadł na trawie w wybranym przez siebie miejscu. Dzieci poszły za jego przykładem.
Nie umarła? — zapytała z przejęciem dziewczynka z warkoczem w wieku Tima. Reszta oczekiwała w napięciu, co powie dalej. No nie. Chłopak wyraźnie cieszył się z bycia w centrum uwagi. Zapadła w sen. Teraz budzi się co sto lat i napada na wioski. Ojej! — odezwały się głosy dzieci. Tylko jeden chłopiec, krępy blondynek, niewiele młodszy od Tima, wydawał się nieprzejęty opowieścią.
Lekceważąco oznajmił: Phi. Wielkie mi co. Bajdurzenie. Stryj mi mówił. Tim przywołał niepodważalny argument, po czym kontynuował powoli, zwiększając napięcie, że pożera ludzi. Dopiero gdy zje setkę, zasypia na kolejne sto lat. Dzieci się wzdrygnęły. Nawet blondynek. Tim wyraźnie miał coś jeszcze w zanadrzu. Odezwał się przyciszonym głosem: Jak myślicie, kiedy bestia obudziła się ostatnio?
Poczekał chwilę, po czym dokończył dobitnie: Sto lat temu. Ale, ale... Dziewczynka z warkoczem była przerażona. To oznacza, że potwór obudzi się niebawem. No właśnie. Może już się obudził i właśnie szuka ofiar – dopowiedział złowieszczo Tim. Wszystkie dzieci zbladły. Najmłodszy chłopiec, około sześcioletni, zapłakał. Tim podniósł coś dyskretnie z trawy. Nie bój się, Rafcio – powiedział niby do malca, ale patrzył na dziewczynę z warkoczem.
Gdy byłem z tatkiem i stryjem na targu, widziałem sztuki magiczne wielkiego czarodzieja Laurentha. Wszyscy wiedzą – krępy blondynek wtrącił z niechęcią. Trąbisz o tym codziennie od dwóch tygodni. Ale nie mówiłem wam, że poznałem od niego pewne zaklęcie. Ono ochroni nas przed bestią. Naprawdę? – dziewczynka z warkoczem wpatrywała się w Tima jak w obrazek. Chłopiec triumfował. Wyraźnie było widać, że chodziło mu o zrobienie wrażenia właśnie na tej dziewczynce. Reszta dzieci była tłem całego występu.
Tak jest. Poznałem zaklęcie, które pozwala ożywić nieożywione i ruszyć nieruchome. Taa? – mruknął blondynek lekceważąco. To pokaż nam te czary. Dobra – odparł szybko Tim. Wstał. Widać było zmieszanie blondynka. Tamten był pewien, że do demonstracji nie dojdzie. Dzięki mojemu zaklęciu wezwę drzewa, by nas chroniły.
Zaczynam. Zrobił dwa kroki, niby przypadkowe. Ustawił się jednak specjalnie tak, żeby sznurek w ręku był jak najmniej widoczny od strony reszty dzieci. Wyciągnął rękę przed siebie i wykrzyczał: pierwszy raz zaklinam, rusz się na wezwanie. Drugi raz odczyniam, rusz się, niech się stanie. Drugą rękę przesunął w tył, pociągając ukryty sznurek. Jedna z gałęzi jarzębiny odgięła się mocno. A! – wyrwało się z ust dzieci. Nawet blondynek rozdziawił paszczę.
Po chwili jednak zaczął swoje: drzewo i tak się może ruszać na wietrze. Lepiej jakbyś ten kamień... Zaraz, a co tam trzymasz? Chłopiec podskoczył do Tima. Hej, to oszukaniec! On tu sznurek ma. Ha, ale dałeś się nabrać. Tim zaśmiał się i cofnął nieco. Żebyś widział swoją minę. Po chwili rzucił się w bieg i krzyknął: kto ostatni przy strumieniu ten siusiu majtek.
Na niego, na oszukańca! Wykąpiemy go w strumyku – odkrzyknął krępy blondynek. Reszta dzieci z krzykiem i śmiechem pobiegła za chłopcami. Ciekawe, czy go wykąpią. Ha, ale jarzębina ma krzywą minę. Przynajmniej tym sznurkiem odgiął jej badyle ode mnie. Świat zaczął nieprzyjemnie wibrować. Przyszła grupa nierycerzy. Mieli broń, włócznie, nie miecze. Nie mieli twardych osłon ani koni.
Wieśniacy nazywają ich żołnierzami. Wciąż czuję wibracje. Nasilają się. Nie lubię wibracji. One nam, kamieniom, mogą zaszkodzić. Zapytałem jarzębinę, czy też je czuje. Nie czuje. Jarzębiny są głupie. Przejechały trzy wozy wieśniaków. Jeszcze nie widziałem, żeby tak szybko się poruszały.
Idą wieśniacy. Dużo. Niosą mnóstwo tobąków. Nigdy tylu naraz nie było przy mnie. Coś mówią. Zupełnie niepotrzebnie. Czemu nie zostaliśmy w domu? Bylibyśmy bezpieczni – zapytał gruby łysol. Przecież Kara i Ned też byli w domu. Zginęli wraz z dziećmi – odparła z irytacją kobieta w średnim wieku z kwiecistą chustą na głowie.
Nie ma co. Idziemy do miasta. Tam są mury i dużo straży. Oni muszą nam pomóc – zarządził dobitnie wysoki i barczysty wieśniak. Tak, tak, idziemy do miasta – poparły go inne głosy. Pospieszmy się, niezłe. Poszli. Szkoda, że się nie zatrzymali. Biegnie grupa ludzi. Mają włócznie.
Nie rycerze, ale żołnierze. Zadrżała ziemia. To już nawet jarzębina poczuła. Idą żołnierze. Dwóch. Zgubili gdzieś włócznie. Ledwo idą. Z jednego wycieka coś czerwonego. Coś mówią. Rand, musisz mnie zostawić – wystękał ranny.
Musisz uprzedzić kapitana, że to faktycznie bestia. Nie, Dirk. Wrócimy razem. Rand, proszę. Tu, przy głazie. Poczekam, aż wrócisz. Dla mojej Lilki. Proszę. Oni muszą być ostrzeżeni. Rand rozejrzał się niepewnie.
W końcu skinął głową. Dobra, ale wrócę po ciebie. Słyszysz? Po czym pobiegł. Człowiek leży. Oddycha głośno. Człowiek leży. Nie, to już nie człowiek. Już nie oddycha. Słyszę dudnienie.
Wibracje się wzmagają. Biegnie coś wielkiego i coś małego. O, to ten malec, co płakał. Rafcio. Ależ jest przerażony. Biedak potknął się. Co to za stwór go goni? Jaszczur? Ptak? Te ślepia kiedyś już...
Żółte, paskudne ślepia. Rafcio, schowaj się za mnie. Szybko! Bystry malec. Te żółte ślepia patrzą na mnie. Ten świdrujący wzrok. Pamiętam. Co się dzieje? Przydrożny głaz nabrał rysów barczystego, klęczącego rycerza opartego o wbity przed sobą miecz. Pamiętam!
Ha! – wykrzyczał, a głos poniósł się echem daleko wśród okolicy. Rozumiem. Ha, ha! – zaśmiał się. Drugi raz odczyniam. Zaklinając zaklęty kamień, odczyniłeś swą klątwę, Bazyliszku. Rycerz powoli wstawał z klęczek. Strzepnął kilkusetletni pył i oznajmił wzniośle: jam jest Roderik z gór Faur i teraz dokończę to, co zacząłem dawno temu. Po czym ruszył w stronę bestii.
Cóż, proszę państwa, to było ostatnie wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Spokojne, ostatnie wydanie w sierpniu. Tradycyjnie zapraszam państwa za tydzień w piątek o 20:00, a teraz już życzę wspaniałego weekendu, dobrej nocy i cóż, do usłyszenia.
[01:56:53] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.