Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji.
[00:13] - Szanowni Państwo, u nas, że tak nawiążę do pewnego konfliktu na scenie polskiej artystycznej, nie ma zakazu żartowania, nie ma zakazu pastiszowania, nie ma zakazu dyskutowania. Oczywiście dyskusje kulturalne jak najbardziej, ależ owszem, czemu nie? W związku z czym zachęcamy po raz kolejny do radosnego konsumowania wspólnie z innymi słuchaczami kolejnego odcinka Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:59] - Dzień dobry, wieczór państwu. Witam na kolejnym wydaniu audycji Akademia Wszelkiej Fikcji, wydaniu wakacyjnym. I cóż, proszę państwa, to wydanie wakacyjne jakby zbliżało się do końca. I nawet jeśli zrobimy sobie wydania wakacyjne wrześniowe, bo w końcu jest to Akademia, więc życie uniwersyteckie, to i tak już jest bliżej niż dalej do końca wakacji. Ach, musiałem sobie trochę ponarzekać, bo narzekanie to nasz sport podobno narodowy. Nie wiem, jak jest. Ja czasami ponarzekać sobie lubię, ale zostawmy narzekanki. Mam dla państwa kilka przemyśleń dotyczących tego, co się wokół nas dzieje, ale broń Boże żadna polityka. Popatrzmy troszeczkę szerzej, bo ja mam takie wrażenie, że od pewnego czasu ludzkość prowadzi dosyć osobliwą grę o swoją przyszłość. Bo wiecie państwo, z jednej strony budujemy sztuczną inteligencję, żeby pisała za nas maile, streszczała dokumenty, programowała, tłumaczyła, odpowiadała na pytania, których nie chce się nam wpisywać w wyszukiwarkę.
To z jednej strony. Z drugiej strony coraz częściej pytamy, czy przypadkiem nie budujemy oto czegoś, co pewnego dnia uzna, że to my jesteśmy zbędnym dodatkiem do całego projektu. Elon Musk należy do tych ludzi, którzy nie zamierzają uspokajać sytuacji. Wręcz przeciwnie. Jego zdaniem sztuczna inteligencja może w ciągu najbliższych lat przewyższyć inteligencję całej ludzkości, a w następnej dekadzie ludzie mogą przestać mieć nad sztuczną inteligencją jakąkolwiek kontrolę. To oczywiście wizja pesymistyczna, ale należy brać ją pod uwagę. I jednocześnie Elon Musk uważa, że zatrzymanie rozwoju AI jest właściwie niemożliwe. Zatem zamiast próbować ją powstrzymać, to raczej powinniśmy zadbać o to, by jej wartości były możliwie zgodne z tymi naszymi wartościami. To dosyć charakterystyczna dla naszych czasów sytuacja. Człowiek wynalazł jakąś technologię, której się boi, po czym uznał, że najlepiej będzie rozwijać ją jeszcze szybciej i jeszcze szybciej, ale już z odpowiednimi zasadami.
To trochę tak, jakbyśmy wsiedli do samochodu bez hamulców i powiedzieli: „Dobrze, ale jedźmy rozsądnie”. Elon Musk nie jest zresztą jedynym człowiekiem ze świata technologii, który ostrzega przed przyszłością ze sztuczną inteligencją. Różnica polega na tym, że jego wypowiedzi mają szczególny ciężar gatunkowy, bo on jest przecież człowiekiem, który jednocześnie inwestuje, i to naprawdę spore kwoty, w sztuczną inteligencję, w robotykę, w samochody autonomiczne oraz we wszelkie technologie mające rozszerzać ludzkie możliwości. Kiedy więc Elon mówi, że AI może wymknąć się spod kontroli, trudno potraktować to wyłącznie jak rozmowę przy kawie dwóch znajomych, którzy siedzą i narzekają tak, jak ja to robiłem na początku audycji. A jednak w tej całej historii, którą państwu opowiadam, jest pewien paradoks. Musk od lat przedstawia sztuczną inteligencję jako potencjalne zagrożenie egzystencjalne, a jednocześnie sam należy do ludzi, którzy przyczyniają się do jej rozwoju. Jeżeli to nie jest taka podręczna definicja schizofrenii, to już nie wiem, co może nią być. W ostatnim czasie Elon Musk przyznał nawet, że jego wcześniejsze zaangażowanie w powstanie OpenAI paradoksalnie pomogło przyspieszyć wyścig AI, choć nie taki był zamiar. To trochę przypomina, proszę państwa, sytuację człowieka, który ostrzega sąsiadów przed budową autostrady, po czym odkrywa, że przypadkiem sprzedał działkę pod jeden z jej węzłów. Nie oznacza to oczywiście, że obawy przed AI są pozbawione sensu.
Wręcz przeciwnie. Problem, moim zdaniem, polega jednak na tym, że w publicznej dyskusji bardzo łatwo przeskoczyć od rzeczywistych problemów do scenariusza rodem z filmu science fiction. Coś takiego: algorytm może popełnić błąd przy decyzji kredytowej. To już brzmi mniej efektownie niż taki oto scenariusz: superinteligencja przejmie planetę i zrobi z ludzi biologiczny relikt. To są scenariusze SF, których chyba nie chcielibyśmy przeżyć. Ani tego z decyzją kredytową, ani tego z przejmowaniem planety. Tymczasem pierwsza możliwość, ta z kredytem, już jest pewnym problemem. Ona się realnie pojawia, a druga jak na razie pozostaje hipotezą, ale z takim roboczym pytaniem: jak szybko ta hipoteza stanie się rzeczywistością? Ja na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, ale są tacy, którzy próbują. Co więcej, prawdziwe pytanie o przyszłość AI może wcale nie brzmieć w ten sposób: czy roboty nas zniszczą?
Być może powinno brzmieć: co się stanie, jeśli pozwolimy systemom podejmować coraz więcej decyzji i nie będziemy wiedzieli dokładnie, kto będzie za te decyzje odpowiadał? Tak, to pytanie jest mniej widowiskowe, tak jak przy poprzedniej parze. Mniej widowiskowe było to pytanie o kredyt, bardziej widowiskowe, ale tragiczne w skutkach to o przejęciu planety. Tak, to pytanie jest mniej widowiskowe, ale znacznie bardziej praktyczne. Jeżeli sztuczna inteligencja pomaga zarządzać finansami, infrastrukturą, administracją, transportem czy też bezpieczeństwem, to problemem nie musi być jej zła wola. Wystarczy, że będzie bardzo skutecznie realizowała źle sformułowany cel, a ten cel, jak na razie przynajmniej, wyznaczają ludzie. Niedawne badania dotyczące autonomicznych systemów AI zwracają uwagę właśnie na ten problem. Odpowiedzialność pozostaje po stronie ludzi i instytucji, podczas gdy system wykonujący jakieś zadanie sam nie ponosi konsekwencji swoich decyzji. I tu pojawia się najciekawsza rzecz. Być może najbardziej niebezpiecznym elementem przyszłości AI nie będzie sama sztuczna inteligencja, lecz ta nasza skłonność do powierzania jej zbyt wielu spraw tylko dlatego, że robi coś szybciej, ale przede wszystkim taniej.
Najpierw poprosimy ją o napisanie raportu, potem o analizę tego raportu, następnie o decyzję, który raport jest lepszy. W końcu możemy dojść do takiego momentu, w którym człowiek zostanie zatrudniony głównie po to, żeby kliknąć „Zatwierdź”. A kiedy zapytamy, dlaczego podjęliśmy daną decyzję, odpowiedź będzie brzmiała: „Tak wynikało z modelu”. To, proszę państwa, byłaby dosyć szczególna forma podboju ludzkości przez sztuczną inteligencję. Bez laserów, bez armii, bez czerwonych świateł świecących w oczach. Po prostu kolejne okienko dialogowe z przyciskiem „Akceptuję”. Oczywiście druga strona tej historii jest znacznie bardziej optymistyczna. Elon Musk sam przewiduje, że rozwój AI może doprowadzić do epoki ogromnej obfitości, w której praca stanie się opcjonalna, a wiele dóbr i usług będzie dostępnych w niespotykanej wcześniej skali. Proszę państwa, trudno się temu marzeniu całkowicie oprzeć. Kto nie chciałby świata, w którym maszyny wykonują te najbardziej żmudne, trudne i niewdzięczne zadania?
Kiedy w takim świecie medycyna korzysta z potężnych narzędzi analitycznych, a nauka przyspiesza. Człowiek natomiast ma więcej czasu na rzeczy, których nie da się łatwo zamienić w procedury. Na przykład na rozrywkę, na wycieczki, wyjazdy, podróże czy jak sobie to państwo nazwiecie. Problem w tym, że technologia sama nie odpowie nam na pytanie, co zrobić z tym dodatkowym czasem, który ludzkość uzyska. Jeśli AI rzeczywiście sprawi, że praca stanie się mniej potrzebna, to będziemy musieli odpowiedzieć na pytania ekonomiczne i społeczne. Pytania, których nie rozwiąże nawet najbardziej inteligentny model. Kto będzie posiadał maszyny? Kto będzie korzystał z ich produktywności? Kto będzie na tym zarabiał? Jak podzielimy dochód i co to właściwie znaczy mieć dobre życie, jeśli przez większą część dnia nie musimy już wykonywać pracy?
Nie musimy robić absolutnie nic. Tak, ale co będziemy robić? To, proszę państwa, mogą być pytania trudniejsze niż samo stworzenie AI. Sztucznej inteligencji, superinteligencji. Dlatego w dyskusji o AI warto zachować jednocześnie dwie rzeczy: ostrożność i pewne poczucie proporcji. Nie ma większego sensu udawać, że zagrożenia nie istnieją. Nie ma też powodu, żeby każdą nową funkcję chatbota traktować jak początek końca cywilizacji. To byłaby paranoja. Być może przyszłość nie będzie wyglądała ani jak raj technologiczny, ani jak film „Terminator”. Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest znacznie mniej filmowy.
Sztuczna inteligencja stanie się stopniowo częścią niemal każdej dziedziny życia. Będzie podejmowała coraz więcej decyzji, wykonywała coraz więcej pracy i coraz częściej będzie wiedziała o nas rzeczy, o których sami zapomnieliśmy. A wtedy najważniejsze nie będzie to, czy AI okaże się od nas inteligentniejsza. Prawdopodobnie prędzej czy później tak się stanie i to w wielu dziedzinach. Ale najważniejsze będzie, czy pozostaniemy wystarczająco rozsądni, żeby nie oddać AI kluczy na przykład do domu tylko dlatego, że świetnie radzi sobie z otwieraniem drzwi. Bo kiedyś, tak może się zdarzyć, rzeczywiście ona przejmie kontrolę nad ludzkością. Ja tylko chciałbym przynajmniej mieć taką pewność, że kiedy ona już to zrobi, kiedy stanie się władcą świata, że ktoś wcześniej zdąży nauczyć AI, iż należy pamiętać o tym, żeby wywozić śmieci. I to jest, proszę państwa, moje podsumowanie całej tej sprawy. A teraz, proszę państwa, zapraszam na omówienie dziewiątego wrześniowego numeru miesięcznika „Nieznany Świat”. Piotr Cielebiaś już w blokach startowych, zatem zaczynamy.
Dzień dobry wieczór państwu. Zbliża się nieuchronnie koniec wakacji. Zbliża się koniec sierpnia. Jedyna dobra wiadomość to taka, że pojawił się nowy numer „Nieznanego Świata”. Numer wrześniowy. Ale zanim o szczegółach, to tradycyjne dzień dobry, wieczór, Piotrze.
[14:52] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. To ja też dorzucę dwa słowa. Gdzie się pojawił? Na stanowiskach z prasą, generalnie tam, gdzie można dostać gazety, pisma. Kiedy się pojawił? Jak zwykle koło dwudziestego każdego miesiąca się pojawia „Nieznany Świat”. Czy tylko na papierze się pojawił? Nie. Mamy też wersję elektroniczną.
Drodzy państwo, polecamy serdecznie kolejny numer jedynego w kraju, jedynego niezależnego polskiego pisma o zjawiskach z pogranicza i nauce z pogranicza również. Pamiętajcie, że tylko dzięki naszym wiernym czytelnikom jesteśmy w stanie ciągnąć ten wózek, jak to się mówi, albo sterować tym okrętem poruszającym się po paranoicznym, wzburzonym morzu rynku prasowego w Polsce. Szukajcie nas również na www.nieznany.pl.
[15:47] - Cóż, Piotrze, czas przejść do przeglądu numeru. Pierwszym tekstem, który rzucił mi się w oczy, może z racji zainteresowań, to był tekst o Göbekli Tepe zatytułowany „Wzgórze, na którym zaczęła się historia”.
[16:06] - Tak, bardzo możliwe, że się zaczęła. To jest fascynujący temat. Stanowisko w pobliżu Urfy w Turcji okazało się być początkiem potężnych wstrząsów w archeologii i w historii cywilizacji, sugerujących, że należy troszeczkę przesunąć nasz zegar cywilizacyjny, jeżeli tak można powiedzieć. Kiedy tak spojrzymy z perspektywy, to zauważymy, że na przykład dla Egipcjan starożytnych Göbekli Tepe też było starożytne. Ono już było starożytne dla starożytnego Egiptu, tak samo dla Greków starożytnych. To było coś bardzo, bardzo odległego w czasie. Głęboka starożytność nawet, można powiedzieć. Kim byli twórcy Göbekli Tepe? Po co stworzyli tą monumentalną strukturę? Co chcieli przekazać poprzez symbole umieszczone na stelach i poprzez kształty tych steli?
Nie wiadomo, niestety, do końca. Był tam jakiś jednak zamysł głęboki. Na przestrzeni lat przedstawiono różne interpretacje, oczywiście, w tym taką stworzoną przez Graham'a Hancocka w książce „Magowie bogów”. Myśmy w „Nieznanym Świecie” publikowali wywiad z Hancockiem przed laty. On wskazywał, że Göbekli Tepe jest taką jakby arką cywilizacyjną. Ale dzisiaj ono zadziwia jeszcze bardziej, gdyż stanowi tak naprawdę, co wiemy po latach, punkt sieci megalitycznych konstrukcji, a wśród nich jest bratnie Karahan Tepe. I to wszystko nam pogłębia jeszcze tą zagadkę, o której przeczytacie we wrześniowym numerze „Nieznanego Świata”. Ale Marku, w tym numerze jest również twój tekst. Spiskowy tekst. Ostatnio celujemy trochę w takie tematy o projekcie Monarch.
O cóż chodzi? Co się kryje za tą tajemniczą i jakże dostojną nazwą?
[18:03] - Monarch. Tak, to rzeczywiście teoria, która bardzo fascynuje współczesny świat. Ja się zresztą nie dziwię, bo gdyby, podkreślam to, gdyby okazała się prawdziwa To konsekwencje byłyby daleko idące. Ale odpowiadając na pytanie wprost, to według ludzi, którzy wierzą w tę teorię, wierzą w istnienie programu Monarch, ten program miał na celu stworzenie ludzi, którzy będą całkowicie podatni na kontrolę kogoś z zewnątrz. Na razie tak enigmatycznie to powiedzmy. Ta kontrola będzie możliwa dzięki rozwinięciu u tych ludzi mechanizmów obronnych prowadzących do rozszczepienia osobowości. To osiągano ponoć za pomocą poddawania ich ekstremalnym cierpieniom psychicznym i fizycznym, także za pomocą środków, powiedzmy tak delikatnie, farmakologicznych. Nie będę państwa wprowadzał w całą tę teorię, ale powiem o tym, że bardzo często podkreśla się, iż da się zauważyć, że osoby z establishmentu politycznego czy też artystycznego potrafią się zachowywać niezwykle dziwnie, tak jakby rzeczywiście mieszkały w nich dwie, trzy osobowości. I to jest widoczne czasami na przykład podczas koncertów, ale czasami w bardziej kameralnych warunkach. I ja się wcale nie dziwię, tak jak to mówiłem na początku, że potencjalna możliwość istnienia programu Monarch to jest rzecz niepokojąca, bo przecież my co jakiś czas słyszymy o ludziach, którym ktoś szeptał w głowie, że powinien coś zrobić.
To najczęściej wiąże się z jakimiś przestępstwami przeciwko życiu nawet. Oczywiście można wzruszyć ramionami i powiedzieć: zwykła choroba psychiczna, ale wyznawcy czy też ludzie, którzy interesują się teorią Monarch, czy w każdym razie możliwością istnienia tego programu, podkreślają, że takich przypadków na świecie jest bardzo dużo i one się pojawiły jakby znikąd. I znowu przez analogię warto by powiedzieć, że dzisiaj ludzie wzruszają ramionami, mówią: Monarch, co za wymysły, co za bzdury. A tymczasem warto przypomnieć, że bardzo podobnie reagowano, kiedy jakiś czas temu mówiono o MK-Ultra. Tymczasem minęły lata, dziesięciolecia i okazało się, że to była codzienność w pewnym czasie w Stanach Zjednoczonych, kiedy próbowano różnych oddziaływań na ludzi, robiono to na żywej tkance. I bardzo podobnie może być z tym, co ukryte jest pod nazwą Monarch. Może się okazać, że możni tego świata uzyskali możliwość wpływania na wybrane jednostki, ale uzyskali tę możliwość po to, żeby dzięki tym jednostkom sterować całymi społeczeństwami. Bo osoby, które ponoć są zainfekowane tym rozdzieleniem osobowości, to nie są osoby przypadkowe. To bardzo często są osoby właśnie z górnej półki, powtarzam, czy to politycznej, czy ekonomicznej, czy po prostu kulturalnej. Ci wszyscy od masowej wyobraźni: pisarze, piosenkarze i tak dalej.
O szczegółach przeczytacie państwo w tekście, ale muszę powiedzieć, że jak człowiek sobie pomyśli, że to może być prawdą, to ciarki przebiegają po krzyżu. Piotrze, ale to nie koniec ciekawych tekstów w tym numerze, bo patrzę i jest artykuł o wróżce Hitlera. Nie do końca, ale o szczegóły to już dopytam ciebie.
[22:42] - Jeżeli ktoś pamięta „Czterech Pancernych i psa”, to Gustlik miał takie przysłowie: „Ein Moment”, jak powiedziała wróżka Hitlerowi, kiedy się zapytał, ile będzie żył. I się okazuje, że tą wróżką mogła być Boriska Zitbner. A w słowach Gustlika Jelenia mogło być nieco prawdy, bo okazuje się, że tą postać i jej rzekomo niezwykłe przepowiednie i zdolności mieli wykorzystywać alianci do rozpowszechnienia fałszywych przepowiedni na temat losów Hitlera i upadku Trzeciej Rzeszy. A to dlatego, że jak powiedział kiedyś w serialu „Stawka większa niż życie” jeden z bohaterów: wszyscy Niemcy są mistykami. Znaczy byli wtedy. Nie wiem, jak teraz. Drodzy państwo, historia II wojny światowej ma wiele okultystyczno-ezoterycznych wątków. To są nie tylko opowieści o nazistowskich elitach, które się miały interesować różnymi sprawami, ale też mamy w tle wojnę jasnowidzów, a tych jasnowidzów było sporo. A jak naprawdę było z tą Boriską? To nam opisuje Alicja Łukawska w swoim tekście w numerze wrześniowym.
[23:53] - To zerknijmy na kolejne strony. I tutaj tekst Leszka Mateli o Nikołaju Roerichu. To tekst ciekawy, bo mówi zarówno o zainteresowaniu Dalekim Wschodem, ale i o sztuce.
[24:11] - Tak, bardzo lubię Roericha, jego obrazy. Leszek Matela przywołuje tą niezwykłą postać. To był rosyjski malarz, podróżnik, ale też mistyk Któż nie kojarzy, drodzy Państwo, jego dzieł? Może ktoś nie kojarzy, ale wydaje mi się, że wielu z was widziało obrazy Roericha przedstawiające Himalaje albo przedstawiające buddyjskie świątynie. To są bardzo charakterystyczne obrazy, często wypełnione charakterystycznymi odcieniami błękitu. Bardzo sugestywne pod tym względem, że my patrzymy i wiemy od razu, że to Tybet na przykład. O Roerichu i jego poszukiwaniach Szambali vel Agarty krąży mnóstwo legend. Także oczywiście o jego innych dokonaniach. Mówi się też o tym, że Roerich miał podczas jednej z podróży widzieć dziwny obiekt latający i to było przed wojną, drugą oczywiście. Na dachu świata zobaczył wtedy rzekome UFO.
Naprawdę niezwykła postać, ale to nie są jedyne himalajskie wątki w tym numerze, bo piszemy też o religii Bön. Piszemy też o pewnej grupie ludzi, która też poszukiwała Szambali, a mianowicie o Niemcach. Konkretnie o wiadomo jakich Niemcach. Jest to kolejna część niezwykle mocnego i wyrazistego cyklu Pawła Siedlara poświęconego okultystycznym zainteresowaniom elit Trzeciej Rzeszy. Tylko że Paweł Siedlar sięga dość głęboko i w takie rejony, które nie są spenetrowane.
[25:51] - To prawda. Na razie ten jego cykl nie dotarł jeszcze do elit Trzeciej Rzeszy, do tych zainteresowań. To będzie ciekawe. Na razie nasz autor buduje tło i robi to niezwykle drobiazgowo, szczegółowo i przede wszystkim z taką niezwykłą swadą. On przenosi się w różne regiony, gdzie mamy do czynienia z plemionami, które kiedyś ostatecznie zamienią się w Niemców. Ale nie tylko. Pisze o Ludach skandynawskich, które przecież z Niemcami są spokrewnione. Pisze o różnych kierunkach, chociażby migracji tychże plemion. Pisze o ich zwyczajach, które, jakby to delikatnie powiedzieć, nie były łagodne. O, to chyba najdelikatniej jak potrafię.
Pisze o odkryciach, chociażby archeologicznych. Pisze o zwyczajach. On właściwie sięga do bardzo wielu źródeł, aby pokazać, jak w ogóle zrodziły się Niemcy jako państwo, jak zrodzili się Niemcy jako ludzie. Specyficzna nacja. Autor Paweł Siedlar bardzo to podkreśla, że Niemcy są specyficzną nacją. I oczywiście zawsze będą ludzie, którzy powiedzą, że wszyscy ludzie są braćmi i nie ma różnic, czy to Polak, czy Niemiec, czy Francuz, czy ktokolwiek inny, to tylko ludzie. Otóż Paweł Siedlar pokazuje, że kultura, ale ta najszerzej rozumiana kultura ma znaczenie, bardzo poważne znaczenie i o tym właśnie pisze. Tu się dowiadujemy o pochówkach łodziowych znalezionych w Estonii. Znajdziemy też kierunki migracji sięgające bardzo daleko, nie tylko gdzieś na zachód od Polski, ale na południe. O tym się państwo dowiecie.
O związkach. Bardzo zabawne, bo ta swada, z jaką pisze Paweł Siedlar, powoduje, że my raz jesteśmy w starożytnej Skandynawii, żeby później na przykład poznać historię generała Pattona z drugiej wojny światowej, który zresztą nie będę zdradzał szczegółów. Natomiast ja bardzo państwu polecam. To jest drugi odcinek w tym cyklu. Tych odcinków jeszcze będzie całkiem sporo i jak sam Paweł Siedlar podkreśla, to nie jest takie drobiazgowe historyczne pisanie. To jest esej historyczny. W związku z tym tu nie ma jakichś drobiazgowych odwołań, przypisów, nudy powiedzmy sobie szczerze. Dla ludzi, którzy są historią zainteresowani, ale nie siedzą w niej zawodowo, to są nudy te wszystkie przypisy. Natomiast Paweł Siedlar daje nam panoramę tego wszystkiego, co złożyło się na powstanie Niemiec, na powstanie Niemców. Wiem, że się powtarzam, ale czasami warto to podkreślić i na to wszystko, co złożyło się na ten nie najlepszy finał w postaci Trzeciej Rzeszy i tego, co tam się wyprawiano.
Ale to jeszcze przed nami.
[29:23] - A co jeszcze w tym numerze? Więcej ciekawych tekstów, w tym na przykład taki o orzechach. Bardzo na czasie w sumie. Orzechy mają bardzo bogatą symbolikę, nie tylko ciekawy smak. I są zdrowe. Oprócz tego między innymi artykuł Damiana Treli. W sumie to jego druga część na temat problemu języka komunikacji w spotkaniach z UFO plus wiele więcej tekstów. Pamiętajcie o naszym numerze elektronicznym i o tym, że można sobie zamówić numery archiwalne ze strony www.nieznany.pl. Ale jeżeli ktoś ma mało czasu i chce sobie poczytać na przykład na komórce, to naprawdę polecam ten numer elektroniczny. Trzymajcie się.
[30:07] - Były polecanki miesięcznikowe. To czas teraz na polecanki książkowe. Jak zwykle trzy tytuły. Pierwszy z nich „Świat jest teatrem”. Autor Remigiusz Mróz, wydawnictwo Czwarta Strona. Data premiery 26 sierpnia. Z dachu jednego z budynków w warszawskim Śródmieściu skacze kobieta, która nie miała żadnego powodu, by odebrać sobie życie. Służby nie podejrzewają przestępczego działania. Dziennikarze wprost przeciwnie. Ofiara była bowiem bratanicą zmarłej reporterki, która jako jedyna znała prawdę na temat tajemniczej postaci Boreasza.
Ekipa raportu NSI rozpoczyna dziennikarskie śledztwo i odkrywa, że zmarła dziennikarka zostawiła serię zakodowanych wiadomości prowadzących do rozwiązania tajemnicy. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Wyścig, w którym reporterzy śledczy muszą wyprzedzić śmierć. Przypomnę tytuł: „Świat jest teatrem”. Autor Remigiusz Mróz, wydawnictwo Czwarta Strona. Data premiery 26 sierpnia. Drugi tytuł to... Miałem uniknąć tego „to”, bo tytuł brzmi: „To, co ukryliśmy”. Autorka Adele Parks, wydawnictwo Mowa. Data premiery również 26 sierpnia.
Miała dwa życia, dwóch mężów i jeden sekret, który musiał zostać pogrzebany. Nowa książka Adele Parks, mistrzyni mrocznych sekretów ukrytych za drzwiami zwyczajnych domów. Kayleigh Gillingham znika bez śladu. Zostawia po sobie chaos i pytania, na które nikt nie jest gotowy. Szybko okazuje się, że prowadziła podwójne życie. Była żoną dwóch mężczyzn, którzy nie mieli pojęcia o swoim istnieniu. Obaj są zdruzgotani. Obaj stają się podejrzani. Śledztwo odsłania kolejne warstwy kłamstw, a napięcie rośnie wraz z pytaniem, czy Kayleigh uciekła, czy ktoś pomógł jej zniknąć na zawsze? Mroczny, wciągający thriller psychologiczny o zdradzie, lojalności i sekretach, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Tradycyjnie przypomnę tytuł: „To, co ukryliśmy”. Adele Parks, wydawnictwo Mowa. Data premiery 26 sierpnia. Proszę państwa, trzeci tytuł mistrza science fiction. Philip K. Dick jest bowiem autorem książki „Kant Sp. z o.o.”, wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis. Data premiery 25 sierpnia. Terra jest przeludniona i zdewastowana, ale korporacja Szlaki Hoffmana oferuje chętnym atrakcyjną alternatywę — teleportację na skolonizowaną planetę Paszcza Wieloryba. Planetę przedstawianą jako prawdziwy raj.
Haczyk polega na tym, że jest to podróż w jedną stronę i nie można potem powrócić na Terrę. Kiedy Rachmaël ben Appelbaum odkrywa, że promocyjne filmiki o szczęśliwym życiu na Paszczy Wieloryba są fejkami, postanawia polecieć tam statkiem kosmicznym. Decyduje się na trwającą 18 lat wyprawę, żeby przekonać się, czy ktokolwiek z kolonistów chce powrócić. Przypomnę tytuł: „Kant Sp. z o.o.” Autor Philip K. Dick, wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis. Data premiery 25 sierpnia. Proszę państwa, to teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj opowiem państwu o filozofie, który chciał odnaleźć prawdziwą rzeczywistość, a nazywał się bardzo dziwnie. African Spear był rosyjskim filozofem niemieckiego i greckiego pochodzenia.
Urodził się w roku 1837 w Jelizawetgradzie na terenie dzisiejszej Ukrainy. Zmarł w 1890 roku w Genewie. Zaliczany jest przede wszystkim do neokantystów, chociaż jego filozofia jest na tyle oryginalna, że trudno całkowicie zamknąć ją w ramach jednej szkoły. Pisał głównie po niemiecku i po francusku, a jego najważniejszym dziełem była książka „Myśl a rzeczywistość”, która wydana została w 1873 roku. Co ciekawe, Spear nigdy nie zrobił typowej kariery akademickiej. Nie posiadał uniwersyteckiej katedry i za życia nie zdobył takiego uznania, na jakie prawdopodobnie liczył. Mimo to jego myśl zainteresowała później między innymi Friedricha Nietzschego, Williama Jamesa, Lwa Tołstoja oraz Rudolfa Steinera. Już sama biografia Speara wydaje mi się interesująca, ponieważ nie był on filozofem, który całe życie spędził wyłącznie nad książkami. On w młodości uczył się w Odessie, później uczęszczał do szkoły kadetów w Mikołajowie, a jako młody oficer brał udział w wojnie krymskiej i w obronie Sewastopola. Jednocześnie bardzo wcześnie zainteresował się filozofią.
W wieku 14 lat przeżył kryzys religijny, który skierował jego uwagę w stronę pytań o poznanie prawdy i istnienie. On czytał Kanta, a następnie między innymi Kartezjusza, Hume'a, Stuarta Milla. Później studiował filozofię w Lipsku, gdzie słuchał wykładów Moritza Wilhelma Drobischa. W jego życiu szczególnie interesujące jest również to, że filozofia nie była dla niego jedynie abstrakcyjnym zajęciem. Po odziedziczeniu majątku po ojcu uwolnił swoich chłopów i przekazał im ziemie, dobra oraz pieniądze. Później sprzedał rodzinne dobra, które pozostały i rozdał znaczną część swojego majątku. Można więc powiedzieć, że jego poglądy dotyczące moralności i sprawiedliwości społecznej nie były wyłącznie teorią, ale znajdowały pewne odbicie w jego własnym postępowaniu. Najważniejszym problemem filozofii Spira było pytanie o to, czym właściwie jest rzeczywistość. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to pytanie bardzo proste. Przecież rzeczywistość to wszystko, co nas otacza — ludzie, przedmioty, przyroda, nasze ciało i wszelkie wydarzenia, które obserwujemy.
Spir uważał jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. To, co widzimy w świecie doświadczenia, ciągle się zmienia. Człowiek rodzi się, starzeje, umiera, przedmioty powstają i niszczeją, a sytuacje nieustannie się zmieniają. Jeżeli więc wszystko jest zmienne, to czy możemy powiedzieć, że właśnie ten zmienny świat jest taką prawdziwą rzeczywistością? W tym miejscu pojawia się najważniejsze pojęcie filozofii Spira — zasada tożsamości. W najprostszym zapisie brzmi ona: A równe jest A. To znaczy, że coś jest tym, czym jest i pozostaje identyczne z samym sobą. Dla Spira nie była to jednak tylko zasada logiczna używana podczas rozumowania. On nadawał jej znacznie głębsze znaczenie. Uważał, że zasada tożsamości wskazuje na samą strukturę tej prawdziwej rzeczywistości.
To, co naprawdę istnieje, powinno być niezmienne i identyczne z samym sobą. A tymczasem świat doświadczenia jest ciągłym stawaniem się oraz przemianą. Można więc powiedzieć, że Spir przeciwstawiał sobie dwie rzeczywistości. Z jednej strony mamy Realität, czyli rzeczywistość prawdziwą, absolutną i niezmienną. Z drugiej strony istnieje Wirklichkeit, czyli rzeczywistość empiryczna, którą poznajemy za pomocą doświadczenia i która podlega ciągłym zmianom. Według Spira właśnie tutaj znajduje się podstawowy problem ludzkiego poznania. Człowiek żyje w świecie zmiennych zjawisk, ale jednocześnie jego rozum poszukuje czegoś trwałego, czegoś, co wydaje się konieczne. Jest to dla mnie jeden z ciekawszych elementów filozofii Spira, ponieważ pokazuje pewien paradoks. Z jednej strony codziennie ufamy naszym zmysłom, widzimy świat i uznajemy go za oczywisty. Z drugiej strony wystarczy się trochę głębiej zastanowić, aby zauważyć, że wszystko, co widzimy, jest po prostu nietrwałe.
Człowiek, którego znamy dzisiaj, za kilka lat będzie już innym człowiekiem. Chociażby jego wygląd się zmieni. Dom może zostać zburzony, drzewo może uschnąć albo zostać ścięte, a nasze przekonania mogą się całkowicie zmienić. Jeżeli więc rzeczywistość nieustannie się zmienia, Spir pyta właściwie o to, czy możemy utożsamić zmianę z prawdziwym istnieniem, czy też jest to pewna ułuda. Z tego problemu wynika również krytyczny stosunek filozofa do empiryzmu. Spir uważał, że filozofia powinna być nauką o pierwszych zasadach i powinna badać to, co znajduje się u podstaw naszego poznania. Nie wystarcza więc samo stwierdzenie, że coś widzimy albo czegoś doświadczamy. Trzeba by jeszcze zapytać, co właściwie wynika z tego doświadczenia i czy nasze postrzeganie nie wprowadza nas po prostu w błąd. Filozofia Spira nie kończy się jednak na teorii poznania. Zasada tożsamości, o której mówiłem, staje się również podstawą jego poglądów religijnych i moralnych.
Absolut, który Spir utożsamia z Bogiem, nie jest po prostu stwórcą stojącym gdzieś poza światem. Bóg oznacza dla niego raczej najwyższą, prawdziwą i niezmienną naturę rzeczywistości. Człowiek natomiast doświadcza rozdźwięku pomiędzy tym, czym powinien być, a tym, jaki jest w codziennym, empirycznym świecie. I właśnie z tego rozdźwięku rodzi się świadomość moralna. To prowadzi do bardzo ciekawego wniosku. Według Spira moralność nie jest tylko zbiorem zasad wymyślonych przez społeczeństwo. Ma ona głębsze źródło, ponieważ człowiek posiada świadomość pewnego ideału, którego nie zawsze potrafi dosięgnąć, nie zawsze potrafi ten ideał osiągnąć. Innymi słowy, człowiek może zauważyć, że jego rzeczywiste zachowanie nie odpowiada temu, co on sam uważa za dobre. Moralność zaczyna się więc właśnie w momencie, w którym dostrzegamy różnicę pomiędzy tym, jacy jesteśmy, a tym, jacy powinniśmy być. Podobnie interesujące są poglądy Speira na sprawiedliwość społeczną.
On krytykował gromadzenie odziedziczonego bogactwa w prywatnych rękach i opowiadał się za bardziej sprawiedliwym podziałem dóbr, chociaż jednocześnie odrzucał jakikolwiek kolektywizm. Nie jest więc łatwo przypisać go do współczesnych kategorii politycznych. Ważniejsze wydaje się to, że jego przekonania społeczne wynikały z przekonania, iż człowiek powinien postępować zgodnie z moralnym ideałem, a nie jedynie kierować się własnym interesem. Mimo oryginalności filozofia Speira przez długi czas pozostawała na marginesie. On sam miał poczucie, że jego twórczość została przemilczana. A paradoks polega na tym, że filozof, który za życia nie otrzymał odpowiedniego uznania, wpłynął później na ludzi, którzy sami stali się bardzo ważnymi postaciami historii myśli. Nietzsche znał jego dzieło „Myśl a rzeczywistość", a Tołstoj po przeczytaniu tej książki uważał ją za niezwykle ważną dla własnych przemyśleń dotyczących sensu życia. Speirem interesowali się również William James, Hans Weininger i Rudolf Steiner. Moim zdaniem właśnie ten brak popularności czyni z Spira postać szczególnie interesującą. Historia filozofii często kojarzy nam się z kilkoma wielkimi nazwiskami: Platonem, Arystotelesem, Kartezjuszem, Kantem czy Nietzschem.
Tymczasem obok nich istnieli myśliciele, których idee nie zdobyły równie wielkiej popularności, choć potrafiły inspirować innych filozofów. Spir jest dobrym przykładem tego, że znaczenie filozofa nie zawsze można zmierzyć jego popularnością. Najbardziej przekonuje mnie u Spira próba połączenia logiki, metafizyki, religii i moralności. Zaczyna od pozornie prostej zasady: coś jest tym, czym jest. Wydaje się banalne, ale następnie on dochodzi do pytania o to, co naprawdę istnieje. Potem do problemu Boga, a na końcu do pytania, jak powinien żyć człowiek. Pokazuje to, że dla niego filozofia nie była tylko ćwiczeniem natury intelektualnej. Filozofia miała prowadzić od pytania o prawdę do pytania o sposób życia. Jednocześnie można mieć wobec poglądów Spira pewne wątpliwości, bo trudno bez zastrzeżeń przyjąć założenie, że skoro świat jest zmienny, to nie jest prawdziwy. Przecież zmienność może być równie dobrze cechą rzeczywistości, a nie dowodem jej pozorność.
Współczesna nauka również pokazuje nam świat jako dynamiczny i podlegający przemianom, aczkolwiek nie oznacza to automatycznie, że jest on iluzją. Dlatego filozofia Spira może być dziś bardziej interesująca jako prowokacja do myślenia niż jako gotowa teoria rzeczywistości. Ostatecznie African Spir jawi nam się jako filozof stojący trochę na uboczu swojej epoki. Był człowiekiem XIX wieku, ale zadawał pytania, które w pewnym sensie pozostają aktualne. Czym jest rzeczywistość? Czy możemy ufać naszym doświadczeniom? Czy istnieje coś niezmiennego oraz skąd bierze się moralność? Jego odpowiedzi mogą wydawać się dzisiaj zbyt radykalne, szczególnie wtedy, gdy przeciwstawia prawdziwe istnienie zmiennemu światu — światu doświadczenia. Jednak sama próba znalezienia czegoś trwałego w rzeczywistości, która bez przerwy się zmienia, nadal wydaje się niezwykle ciekawa. Spir chciał znaleźć coś, co nie podlega zmianie i co mogłoby stać się fundamentem zarówno poznania, jak i moralności.
I być może właśnie dlatego jego filozofia, mimo że przez wiele lat pozostawała zapomniana, nie jest całkowicie pozbawiona znaczenia. Przypomina bowiem, że za najbardziej oczywistymi rzeczami kryją się często pytania, których nie da się rozwiązać jednym prostym stwierdzeniem. A filozofia zaczyna się właśnie wtedy, kiedy przestajemy przyjmować rzeczywistość taką, jaką widzimy na pierwszy rzut oka. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Dzisiaj nie było łatwo, chociaż filozof był nieznany. Ale wierzcie mi państwo, filozof nieznany nie znaczy, że — tak jak to mówiłem — on nie miał sporego wpływu na innych filozofów. To jest rzecz zadziwiająca, która nie przestaje mnie fascynować, że czasami po prostu pojedynczy ludzie nie mają szczęścia. Coś nie zatrybiło, nie stał się bożyszczem tłumów. O ile filozofowie kiedykolwiek, może w starożytnej Grecji, to tak, ale na ogół filozofowie bożyszczami się nie stają, szczególnie tłumów. Natomiast stają się często przedmiotem takiej dyskusji, takiego rozważania i dosyć powszechnego uznania po prostu.
Spir się tego nie doczekał, ale cóż, skoro o nim dzisiaj mówiliśmy, to znaczy, że coś tam jednak na sicie pozostało. Proszę państwa, żeby nie utrzymywać dłużej nieco ciężkawej atmosfery filozoficznej, zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o science fiction. Ale nie taką science fiction chcielibyśmy oglądać. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Startujemy z Filmotekarium. Proszę państwa, nie wiem, jak sobie mam teraz obniżyć głos, ale powinienem zabrzmieć groźnie. Będziemy dzisiaj, proszę państwa, omawiać film „Orbita śmierci”. To tyle tytułem wprowadzenia.
A teraz dzień dobry wieczór Piotrze.
[49:47] - Dzień dobry wieczór. Od razu mówię: ten film ma idealny tytuł, idealnie odzwierciedlający zawartość, bo jak się wpadnie w jego orbitę, to można, moim zdaniem, kisnąć z nudów. To jest tylko moje zdanie. Marek ma chyba trochę inne. Dlaczego więc będę w ogóle mówił o takim filmie? Powody się zawsze znajdą. Pierwszy jest taki, że ten film to jest trochę jak „Grawitacja” dla ubogich. Taka uboga wersja dawnego filmu „Grawitacja”, kiedy astronauci ugrzęźli w kosmosie, bo akurat Rosjanie coś zrobili i popsuli im wszystko. Tu akurat Rosjanom się wszystko psuje. To też jest film pokazujący, w jaką stronę może podryfować kino przyszłości.
Kino weźmy w cudzysłów, które będzie produkowało seryjne filmy, takie trochę gnioty, żeby zapchać zapotrzebowanie serwisów streamingowych, zrobić po prostu tani produkt. Jak wspomniałem, to jest film rosyjski. O to się akurat nie czepiam. Kraj tutaj nie ma nic do rzeczy, ale to jest po prostu koszmar dla mnie. Tym bardziej, że ktoś to wyprodukował na serio. Dobra, na początek trochę fabuły, a potem oddamy głos Markowi, który może trochę będzie bronił tego filmu. Także jest kosmos. Bliższy kosmos, orbita, przyszłość. Buduje się na orbicie elektrownię słoneczną, taką ściankę Dysona, można powiedzieć. Tam z tego, co widziałem, nawet są chyba reklamy wyświetlane.
I ona jest na orbicie. Budują sobie Rosjanie, wykorzystując gotowe moduły, roboty, ale jest konieczny też udział człowieka w tym wszystkim. I w pewnym momencie, dość szybko na początku filmu dochodzi do rozbłysku słonecznego i cały plan bierze w łeb. Zastanawiamy się od razu, jak to jest, że budują coś takiego, a nie są w stanie przewidzieć zachowania słońca. Ale dobra, to akurat jest inna sprawa. Wszystko się sypie wtedy. Satelity, te statki z elementami, one wpadają na siebie, na elektrownię wpadają, tłuką się te panele, wszystko wypada z orbity, same odłamki tam latają i tną wszystko. I tam gdzieś jest on, główny bohater, który nie zdążył uciec i zostaje uwięziony w najbardziej, przepraszam za brzydkie słowo, przesranym miejscu, bo za chwilę wróci chmura zdezorbitowanych śmieci i go poharata. Statek, który ma mu pomóc, też zostaje rozerwany. W ogóle w tym filmie wszystko się rozrywa oprócz człowieka, oprócz widza.
Widz się nie rozrywa. Przynajmniej nie Piotr. Marku, podstawowe pytanie: czy to jest w ogóle film? Czy „Orbita śmierci” wyznacza nam nowe standardy paździerza w filmie science fiction? Ale ja się tu nie czepiam absolutnie, żeby ktoś mnie nie oskarżył, że uderzam w film, bo on jest rosyjski. Nie, standardy paździerza może i ta orbita wyznacza, ale tory zostały przetarte przez amerykański film „Wojna światów” z Ice Cubem oraz oczywiście wiele innych, też amerykańskich.
[52:44] - Miałeś, Piotrze, nadzieję, że ja będę tego filmu bronił, bo w rozmowie przed audycją powiedziałem, że jest jeden element, którego będę bronił, ale on jest zupełnie na końcu i ja nie wiem tak do końca, czy ja bardzo chcę widzieć ten element, czy to już rodzaj takiego ratunku dla umysłu, żeby znaleźć coś, co chociaż trochę będzie się nadawało do pochwalenia, bo w tym filmie naprawdę trudno jest cokolwiek chwalić. I znowu, nie dlatego, że jest to film rosyjski, tylko dlatego, że owszem, to jest, znowu odwołam się do tego samego filmu, o którym już mówiłeś, czyli do „Grawitacji”. To jest rodzaj „Grawitacji”. Mamy też właściwie jednego bohatera, który rozmawia ze sztuczną inteligencją, która go prowadzi, która podobno stara się go uratować. Więcej, my wierzymy, że ona stara się go uratować i śledzimy jego losy. Może nawet chwilami z napięciem. Żartuję, ale śledzimy jego losy i zastanawiamy się, czy on z tego wyjdzie, czy nie wyjdzie, bo tam zaraz kolejna katastrofa będzie, więc ho, ho. Proszę państwa, jak malowniczo rozpada się ta elektrownia słoneczna. Sam nie wiem, czy ona się rozpada malowniczo. Trochę to przypomina film rysunkowy, mówiąc szczerze.
Albo animowany, albo jeszcze jakiś taki w sumie dla dzieci, bo te barwy, dużo różu się pojawia i nieważne. I śledzimy losy tego kosmonauty. Tak, kosmonauty, bo jak radziecki czy rosyjski to kosmonauta. Śledzimy i on się męczy i przeżywa i odnosi różne kontuzje, ale wierzymy, gdzieś tam coś szepcze, że wszystko będzie dobrze. W „Grawitacji” w sumie było dobrze. I następuje ta końcówka. Ja państwu jej do końca nie opowiem, ale okazuje się, i to jest ten jedyny dla mnie pozytywny element w tym filmie, że sztuczna inteligencja może być wredna, że może posługiwać się człowiekiem jak narzędziem. Dosłownie jak narzędzie. Więcej państwu nie powiem. Zwracam natomiast uwagę na ten element.
To jest jedyna ciekawa rzecz w tym filmie. Film liczy sobie około 1 godzinę 20 minut, może 17. Nieistotne. Trochę to za dużo, żeby czekać na finał, w którym pojawia się przebłysk czegoś ciekawego. Moim zdaniem te proporcje zostały zachwiane. Ja wiem, że człowiek rosyjski na orbicie cierpi i mamy mu współczuć. I w porządku. Podobnie jak Piotr, naprawdę nie przeszkadza mi, że to jest film rosyjski, tylko żeby był jeszcze trochę lepszy. Tym bardziej, że znam absolutnie znakomite rosyjskie filmy fantastycznonaukowe, robione w ostatnim dziesięcioleciu, przy których żuchwa mi trochę opadała, kiedy patrzyłem i mówiłem sobie: „Kurczę, naprawdę to zrobili, naprawdę potrafią?”. „Orbita śmierci”, która ma też angielski tytuł, którego nie pamiętam, tak jak Piotr powiedział, że wyznacza nowe standardy paździerza, to ja powiem, że w ogóle wyznacza standardy pseudokina.
Wierzcie mi państwo, ten film nie wiem, ile kosztował, nie sprawdziłem, ale musiał być stosunkowo tani. Myślę, że najdroższe były efekty, które nie zwalają z nóg. Od razu sobie to powiedzmy. Chwilami są lepsze, chwilami gorsze. Nie o to chodzi. Ten film jest, jakbym miał krótko podsumować, po prostu mało angażujący. Nawet kiedy wyobrażamy sobie, że śledzimy losy człowieka, który może w każdej chwili na orbicie umrzeć. Wiem, że pewno jestem paskudny i w ogóle mało się wzruszam losami innych ludzi, ale czułem się mało zaangażowany w całą tę historię. I to chyba nie była wina cierpiącego na orbicie kosmonauty, tylko, mam takie wrażenie, scenarzysty, a może reżysera.
[57:35] - Oglądając ten film miałem wrażenie przenosin w czasie gdzieś na początek lat 2000, bo taka jest jego uroda. Stylistyka jest taka, tak wyglądają efekty specjalne. Dodatkowo mam wrażenie, że momentami to nie jest film, tylko gra komputerowa. Nie tylko ze względu na ilość animacji, ale też napisy, które się pojawiają, taki charakterystyczny przebieg akcji. Co jeszcze? Jeżeli to ktoś ogląda, kto ma chorobę lokomocyjną na przykład, to mu się zakręci w głowie. Liczba rozbłysków, kołowań, tysiące odłamków, pędząca akcja może to wszystko przyprawić o mdłości, jeżeli wcześniej nie przyprawiła o mdłości sama opowieść. Po prostu za dużo się dzieje na ekranie. To przeszkadza. To jest takie oczowiecie jakie.
Mnie coś takiego bardzo męczy. Zresztą akcja jest bardzo szybka, trochę chaotyczna. Nie możemy się wczuć w zasadzie w dolę głównego bohatera. W sumie jest mi obojętne nawet w pewnym momencie, co się z nim dzieje. Ale kiedy go oglądamy, jak go wszystko bombarduje, tysiące odłamków, on umyka śmierci, wreszcie dostaje się do modułu, siedzi tam dosłownie kilka sekund, bo moduł się rozpiernicza i w ogóle wszystko, to się już robi męczące. Byłem tak znużony tym filmem po 30 minutach, że powiedziałem sobie dość, bo ile można? Ale ktoś powie: po co poruszacie ten temat? Po co bierzecie to na tapet? Dlatego, żeby ukazać kondycję science fiction współczesnego, że kręci się filmy nudne, budżetowe, dziejące się na statku z kartonu, to my już wiemy. Tutaj otrzymujemy wersję elektroniczną.
Jest nudno, lipnie. Tylko że wszystko to są efekty specjalne, komputerowo wygenerowane. I muszę wam powiedzieć, że to, na co żeśmy narzekali często, że film był nudny, przewidywalny, że nic się nie działo, że z racji ograniczonego budżetu ograniczono na przykład scenografię i tak dalej, to tamte filmy to było coś. Natomiast muszę powiedzieć, że nie widzę sensu w kręceniu i oglądaniu takiego science fiction jak „Orbita śmierci”. To się mija z celem. Nie tylko „Orbita śmierci”, kilka innych też. Natomiast tutaj osiągnęło to już pewne limity. Lepiej sobie, myślę, przeczytać opowiadanie, niż męczyć się z czymś takim. Chyba że się chce przepalić pieniądze, to tak, można przepalić pieniądze, żeby ktoś się nie zapytał, skąd są. Natomiast robienie czegoś takiego jest po prostu stratą i czasu, i środków.
To nie ma żadnej wartości, bo to nie jest amatorska produkcja, żeby się ludzie pobawili. To jest zrobione po coś. Nie wiem po co. I po prostu nie ma sensu. Myślę, że po prostu nie ma sensu. Mówię to zupełnie na serio. Więcej dobrego dla odbiorcy zdziałałoby przeczytanie sobie nawet krótkiego opowiadania niż oglądanie, męczenie się półtorej godziny z czymś takim. Niestety nie ma chyba dobrego wyjścia artystycznego dla taniego kina science fiction obecnie, bo wydaje mi się, że to, że się czepiam „Orbity śmierci” to jest jedno, natomiast filmów takich, które są porównywalne i też powstały nie wiadomo po co, było dużo i nawet dużo z nich żeśmy omówili. Czy ja tę „Orbitę śmierci” polecam? Szczerze mówiąc nie.
Dla mnie to jest Jeden z filmów, który nie wiadomo po co powstał. Szczerze ci powiem Marku, że wspomniana Grawitacja, która jest filmem pokrewnym i pewnie swego czasu zyskiwała bardzo pochlebne recenzje, ale też została po czasie zapomniana. Ona była dużo bardziej widowiskowa, ona była droższa. Natomiast ja ci powiem, że dla mnie to był film strasznie płytki i strasznie kiepski. Ja po prostu uznaję, że Grawitacja to jest też paździerz, tylko w ładnym pazłotku.
[01:01:39] - Być może. Ale to się dobrze oglądało, bo scenarzyści mieli hollywoodzkie wyczucie tego, czego widz potrzebuje. Wiadomo, Sandra Bullock, pewne problemy, ale sobie radzi i w końcu sobie poradziła. Tak jak powiedziałem, ja w sumie nie będę bronił tego filmu, chociaż zwracam państwu uwagę, w całym tym potoku, musiałbym się znowu wyrazić, tego, co czasami ma spadać z nieba, a nie powinno spadać z nieba, tylko z zupełnie innego miejsca. W całym tym potoku tego wszystkiego ta końcówka i ten finał jest jeszcze nie najgorszy. Nie najgorszy jest dlatego, że zaskakuje, tylko to trochę zbyt mało, bo wiecie państwo, zaskoczenie to jest w tym przypadku dlatego, że ono jest. Ale czy to jest jakaś specjalnie głęboka myśl? Nie, to już było. Natomiast tu się tego nie spodziewałem, dlatego użyłem tej frazy: jest, bo jest. Tymczasem niestety, proszę państwa, chyba sobie darujcie.
Co prawda brzmi bardzo podniośle ten tytuł Orbita śmierci. Człowiek sobie wyobraża, że tam nie wiadomo co będzie. Myślę, że już możecie przestać sobie państwo wyobrażać. Proszę państwa, to teraz czas na audycję wakacyjną. Ona dalej nie ma nazwy i pewno już tak pozostanie do końca sezonu. Może w czasie roku akademickiego ogłosimy z Piotrem jakiś konkurs, może z nagrodami i wtedy nazwa się pojawi. Będzie jak znalazł na przyszły rok. A dzisiaj w audycji wakacyjnej porozmawiamy o Chwarszczanach i Mieszkowicach. Ta pierwsza nazwa to taki wygibas językowy, ale wierzcie mi państwo, warto tę nazwę zapamiętać. Zapraszam.
Dzień dobry wieczór państwu. Wakacje powoli dobiegają końca, a nasza audycja wakacyjna jak dotąd nie doczekała się jeszcze nazwy. Cały czas pozostaje audycją wakacyjną. Może to i dobrze. Może nie trzeba silić się na jakąś specjalną winietkę. Może audycja wakacyjna to brzmi po prostu dumnie. Zatem zaczynamy kolejny odcinek. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:04:34] - Dzień dobry wieczór. Chciałoby się tutaj zastosować modnego ostatnio mema i dać hasło: wy mnie już nawet nie tytułujta, bo idzie koniec wakacji. Czyli jak ta audycja bez tytułu była, tak jest. Trudno, może w następnym roku. Drodzy państwo, nasz kraj jest pełen miejsc niezwykłych, co staramy się wam przekazać. Czasami nie trzeba wyjeżdżać daleko poza rejon swój. Na pewno nie trzeba wyjeżdżać w ciepłe kraje, żeby dotknąć tajemnic historii. I to tej naprawdę wielkiej historii, często ukrytej, porozrzucanej po małych ojczyznach albo jak się to brzydko mówi po prowincji. Dodatkowo taką mam uwagę Marku, że często jeżdżąc po kraju widzimy na przykład stojące w polu ruiny albo w lesie jakieś ślady czegoś. I one tam są i nikt za bardzo o tym nie mówi, nikt tego nie odwiedza albo rzadko kto to odwiedza.
Ale z tymi miejscami są związane często niezwykłe opowieści. To nie muszą być spektakularne pałace i zamki. To mogą być takie miejsca jak chociażby Chwarszczany Zachodniopomorskie. O nich było głośno już dawno, w związku głównie z templariuszami i ich legendarnym skarbem. Dzisiaj na to hasło skarb templariuszy już tak oczy się nie zapalają ludziom jak kiedyś, choć jeszcze na początku XXI wieku, u szczytu popularności pewnych książek, poszukiwano tegoż. Namiętnie poszukiwano śladów Graala, templariuszy i tak dalej. I tutaj wielki świat, tu Jerozolima, templariusze, Francja, a tutaj nagle Chwarszczany. Co tam jest Marku, co tam się kryje? Czy w historii tego miejsca można się doszukiwać naprawdę tego przysłowiowego czegoś więcej?
[01:06:33] - To oczywiście zasłonięte jest zasłoną tajemnicy. Ale Chwarszczany, mała wioseczka w województwie zachodniopomorskim kryje kaplicę czy też mały kościółek. Ale wierzcie mi państwo, on jest niby mały, ale jak się go ogląda, to taki mały się wcale nie wydaje. Poza tym to, że zbudowali go templariusze, to rzeczywiście z jednej strony ludzie pamiętają nie tylko opowieści o templariuszach, czy też ich dziedzictwie, czy chociażby polskiego samochodzika Pan Samochodzik i templariusze czy też opowieści z Zachodu. Też była przecież taka opowieść, która w swoim czasie naprawdę robiła furorę. Później filmowano to wszystko. Wiadomo – templariusze. Później wędrowano z Francji do Wielkiej Brytanii. Tam również szukano śladów templariuszy. Okazuje się, że ślady templariuszy znajdują się również w Polsce, właśnie w maleńkiej wioseczce.
Nigdy byście państwo nie podejrzewali, że tam gdzieś, w dodatku nie blisko drogi, tylko trzeba się kawałek przejść od tej drogi, nie widać go z drogi, jest kaplica, jest kościółek. Na pierwszy rzut oka to taki sobie kościółek. Wiadomo, że stary, to widać, ale te związki z templariuszami są chyba szczególnie sugestywne. Chyba dlatego, że ten zakon przez lata, przez stulecia obrósł legendami. Właśnie tymi legendami o skarbach, tajnych przejściach, relikwiach, o wiedzy tajemnej. Członkowie tego zakonu mieli przekazywać tę wiedzę kolejnym pokoleniom. To już nie byli zakonnicy. To już byli tacy tajni zakonnicy. To już byli ludzie, którzy związani byli z tajemnicą i przekazywali tę tajemnicę kolejnym pokoleniom. I te Chwarszczany w Polsce doskonale wpisują się w ten legendarny obraz.
W dodatku tam w okolicy kaplicy, że tak sobie zrymuję, niemal co roku toczą się wykopaliska archeologiczne i naodkrywano tam całkiem sporo ciekawych rzeczy. W dodatku cała ta okolica jest niejako naszpikowana starymi kościołami gotyckimi. Jakaś malutka wioseczka, nie wiadomo skąd, kilka domów na krzyż, a kościółek jest tam taki, że od razu widać, że jest stary. Bardzo stary, zadziwiająco stary czasami. A wracając do kaplicy w Chwarszczanach, to sama kaplica, atmosfera tam jest sprzyjająca takim opowieściom, o których mówiłem, o tajemnicy. Bo to jest surowa, gotycka bryła, ale to nie jest ten wielki gotyk, który spotkacie państwo w budowlach chociażby krzyżackich w Toruniu, w Chełmnie. Ta surowa gotycka bryła, jakieś masywne przypory, takie charakterystyczne dwie wieżyczki po obu stronach wejścia. To z zewnątrz. A wewnątrz macie państwo średniowieczne polichromie. I to naprawdę, powiedzmy takim nowoczesnym językiem, robi to wnętrze.
Tam łatwo w tym wnętrzu poczuć ciężar tych wszystkich stuleci, od których to stuleci to jest element krajobrazu tej wioski. Oczywiście są informacje o kryptach znajdujących się gdzieś pod posadzką. One celowo czy niecelowo nie są rozwiewane przez miejscowych i przez opiekunów tego miejsca. Raczej są potwierdzane, chociaż archeologia jeszcze się tam nie doskrobała, że tak się wyrażę. Wiecie państwo, wszelkie podziemia mają to do siebie, że stają się punktem wyjścia do różnych historii o ukrytych tunelach, o tajnych przejściach, o takich miejscach, w których templariusze mieli przechowywać swoje skarby. Można zadać pytanie: a dlaczegóż nie w Chwarszczanach? Przynajmniej część tego skarbu mogła tam zostać ukryta. Jak na razie nikt do tego nie dotarł. Pewno powinno paść pytanie i odpowiedź o zjawiska paranormalne, bo w końcu jesteśmy w Radiu Paranormalium. Tak mówiąc szczerze, to poskrobałem trochę tych historii, powypytywałem miejscowych i nie ma wiarygodnych dowodów, które by potwierdzały, że w kaplicy dochodzi do jakiejś nadprzyrodzonej aktywności.
To jednak nie oznacza, że takie relacje się nie pojawiają. Najwięcej jest takich, które mówią o niezwykłych odczuciach, o odczuciu obecności czyjejś. Nie wiadomo czyjej, ale to się powtarza bardzo często. Wielu ludzi mówi o atmosferze miejsca. Niektórzy odwiedzający odbierają tę atmosferę jako wyjątkowo silną, tylko nieokreśloną. Kiedy pyta się ich o szczegóły, to oni rozkładają bezradnie ręce. Mówią: „Czuję coś. Może to ten ciężar wieków, ale naprawdę to jest miejsce niezwykłe”. I ta fraza powtarza się bardzo często: „To jest miejsce niezwykłe”. Tylko kiedy przechodzimy do szczegółów, to mało jest w tym wszystkim konkretu.
Ale w przypadku tak starego obiektu w ogóle trudno jest oddzielić jakieś rzeczywiste doświadczenia od sugestii, autosugestii, od naszej wyobraźni po prostu. I być może to jest właśnie w tych Chwarszczanach najbardziej fascynujące, że obok faktów historycznych, których tam jest niemało, z którymi się można zapoznać w tejże wiosce. W pobliżu jest hotel zorganizowany w dawnych pomieszczeniach gospodarskich, ale hotel jest, proszę państwa, co się zowie. Ze świetną kuchnią i z bardzo klimatycznymi pokojami. I ta druga warstwa opowieści to Nie szkodzi właściwie, że brakuje faktów historycznych. Ale ta druga warstwa opowieści, taka niedopowiedziana. Te pytania, które się pojawiają, na które nie znamy odpowiedzi, to zawsze robi atmosferę miejsca. Przecież to jest miejsce związane z zakonem rycerskim. A w ogóle takie miejsca związane z zakonami rycerskimi, czy to z Krzyżakami, czy to z Templariuszami, to są zawsze miejsca, które pobudzają wyobraźnię.
[01:13:59] - Tak, to prawda, bez wątpienia. Zresztą tak jak wiele miejsc związanych ze średniowieczem, z gotykiem. Powiedziałeś, że Chwarzczany to tylko jeden z elementów takiej lokalnej sieci tajemnic i że one są położone w prawdziwym zagłębiu kościołów, takich prowincjonalnych dzieł architektury. Słuchaj, jakby się ktoś tam wybierał w okolice Chwarzczan, to w których miejscach jeszcze powinien się zatrzymać?
[01:14:35] - Powiem, że mnie zaskoczyłeś, bo ja tych wszystkich nazw nie pamiętam, ale proszę państwa, to ja opowiem opisowo. Każda sąsiednia wioska przed Chwarzczanami i za Chwarzczanami, i w lewo, i w prawo, i prosto, i wszędzie. Wszystkie okoliczne wioski to są miejsca, w których znajdują się niezwykłe świątynie, kościoły. Bardzo stare. To widać po murach. Nawet jeśli one były przebudowywane, to widać w dalszym ciągu, że to są budowle, które sięgają bardzo głęboko w średniowiecze. Ale co ważne, tam są też budowle, które właściwie się nie zmieniły. Bo w niewielkich miejscowościach wokół Chwarzczan zachowało się naprawdę wiele tych średniowiecznych kościołów. Jak sobie człowiek stanie przy tych murach i uświadomi sobie, że te mury pamiętają czasy zupełnie innego porządku politycznego, kulturowego. Nie!
W ogóle porządku świata, który otaczał te świątynie. To są jakby takie kapsuły czasu. Przez znaczną część swojej późniejszej historii ten region nie należał do Polski przecież. Tam kiedyś kręcił się ponoć Mieszko. Być może gdzieś w pobliżu jest przecież Cedynia. Gdzieś później może tam zaglądał i Chrobry, ale przez znaczną część swojej historii ten region należał do państw niemieckich i był związany z niemieckim kręgiem kulturowym. Dawne wsie, miasteczka funkcjonowały na przykład w ramach Nowej Marchii, a później w ramach państwa brandenburskiego, pruskiego później. I dopiero po II wojnie światowej nastąpiła ta zasadnicza zmiana. Ale ciągłość budowli, z którą tam mamy do czynienia przy jednoczesnej wymianie mieszkańców, to wszystko nadaje regionowi taki szczególny charakter. Te kościoły, cmentarze, mury miejskie, o których pewno jeszcze powiem.
Wszelkie pozostałości dawnych zabudowań to są niemi świadkowie świata, którego mieszkańcy w ogromnej części już tutaj nie żyją. I to nie chodzi o takie osobnicze życie, tylko cała ta kultura wyniosła się z tego terenu. Dzisiaj jest zupełnie inna. W wielu miejscach, o których mówię, można odnieść wrażenie, że ta architektura wręcz zachowała pamięć o tych wcześniejszych pokoleniach. Bo to właśnie tutaj pojawia się szczególnie silny wątek paranormalny. Bo te stare kościoły i te opuszczone, częściowo zapomniane cmentarze, one są źródłem opowieści o duchach, tajemniczych światłach. Z tymi opowieściami to właściwie można się zetknąć w każdej miejscowości w okolicach Chwarzczan. Słyszymy też w niektórych miejscach o krokach słyszanych nocą czy o postaciach pojawiających się w pobliżu dawnych nekropolii. Ktoś powie, że nic nowego pod słońcem. Takie opowieści można znaleźć wszędzie.
To prawda, ale w przypadku miejsc, które przez stulecia były niemieckie, to dochodzi jeszcze taki motyw nieobecnych mieszkańców. Ludzi, którzy zostawili po sobie groby, domy, świątynie, ale zniknęli. Po prostu zniknęli z tego lokalnego krajobrazu. Powiem państwu szczerze, tych opowieści o krokach, światłach i tak dalej, nie sposób potwierdzić. To są po prostu świadectwa. Ale to tworzy taką fascynującą atmosferę tych miejsc. Poza tym mamy taką fascynującą pamięć miejsc i to średniowieczne dziedzictwo. To wszystko tak wpływa na wyobraźnię, że ja po wycieczkach w tamte rejony naprawdę mam głowę pełną pomysłów na różne ciekawe historie. Ja ich najczęściej nie piszę, bo jakoś nie do końca jestem przekonany do historii horrorowych czy fantasy, ale jednak to w głowie po prostu buszuje. Trudno jest w słowach przekazać atmosferę miejsca, ale wierzcie mi państwo, jak się człowiek znajdzie na tym terenie, czyli okolice Chwarzczan, to się wszystko w głowie zmienia.
Człowiek staje się podatny na historie paranormalne i na opowieści jak z horroru, jak z fantasy.
[01:19:30] - Oprócz Chwarszczan znajdziemy dość niepozorne Mieszkowice i tamtejsze mury obronne zachowane nie tylko w dość dobrym stanie, ale też jak na warunki Polski lokalnej, one są objętościowo dość dobre. Jest ich dość dużo, bo patrząc na inne miasta, często mamy tylko malutkie fragmenty, a nawet fundamenty, jeżeli chodzi o mury miejskie. Co łączy Mieszkowice i Chwarszczany, te dwie miejscowości? A może raczej jak ukształtowały je warunki historyczne? Ta zniknięta przeszłość, o której mówisz.
[01:20:10] - Tak jak wspomniałeś, łączy je kultura i te mury w Mieszkowicach są niezwykłe z racji tego, że zachowały się niemal w 100%. Może w 90. Możecie państwo obejść całe miasteczko, które się dzisiaj rozrosło poza mury, ale te mury pozostały. Z lotu ptaka to wygląda niesamowicie. Oglądałem takie zdjęcia. Te mury tam po prostu są. To nie są mury potężne, chociaż w niektórych miejscach budzą szacunek. Ja byłem przekonany, że mieszkam w pobliżu miejsca, które jest takim polskim Carcassonne, gdzie mury się zachowały naprawdę w znakomitym stanie. To jest Chełmno i tam tych murów jest dużo, ale jak będziemy badać zachowanie całości murów, to jest ich trochę mniej niż w Mieszkowicach. W Mieszkowicach te zachowane średniowieczne mury miejskie przypominają, że ten region był przez stulecia naprawdę ważnym regionem, regionem pogranicznym.
To nie była jakaś odizolowana kraina leżąca gdzieś na uboczu, w spokoju. To miasto Mieszkowice w niemieckiej kulturze, w niemieckiej historii znane jest – i tu wybaczcie państwo wszyscy, którzy znacie język niemiecki – ale znane jest jako Bärwalde in der Neumark. To chodzi o to Bärwalde chyba to tak się wymawia, to ma coś wspólnego z niedźwiedziami. I o co chodzi? Gdzieś tam się to pojawia w symbolice tego miejsca. I to był w ogóle obszar, tak jak mówiłem, który przez wieki pozostawał częścią tego niemieckiego obszaru kulturowego i politycznego. I te obwarowania są takim jednym z najbardziej sugestywnych śladów tamtej epoki. One może nie budzą aż takiego szacunku. To nie są potężne, wysokie mury, chociaż nie chciałbym z nich spaść, tak na marginesie, ale one są zbudowane w dosyć specyficzny, oszczędny, chciałoby się powiedzieć, niemiecki sposób. To znaczy tam w większości są takie – ja nie wiem, jak się to fachowo nazywa – takie jakby półbaszty.
One nie są zamknięte. One z jednej strony usztywniają, wzmacniają konstrukcję murów, z drugiej strony były miejscem i tam są przygotowane do tego odpowiednie schodki, odpowiednie otwory strzelnicze. One były miejscem, z którego można było razić nieprzyjaciela i na długich odcinkach to jest powtarzalne. Jest mur, taka półbaszta, mur, półbaszta i to się ciągnie i ciągnie, i ciągnie. To pokazuje pewną precyzję budowli obronnej, jakiejś takiej dokładności. Znowu chciałoby się powiedzieć niemieckiej. Te kamienno-ceglane – to ważne – obwarowania oddzielały mieszkańców od świata zewnętrznego. Bramy, których w większości już dzisiaj nie ma, chociaż nie zachowały się niektóre, ale te, przez które przebiega główna droga, tam niestety ani z jednej, ani z drugiej strony bramy już nie ma. Ale wyobraźnia pracuje. Te bramy kontrolowały ruch ludzi, ruch towarów, a w pobliżu zachowały się kościoły, warsztaty, domki.
Niektóre naprawdę to są stare domy i te Chwarszczany, o których mówiłem wcześniej i te Mieszkowice, o których mówię w tej chwili, to tam można poczuć – oczywiście włączając wyobraźnię – jak wyglądało średniowiecze, jak wyglądał ten świat, jak wyglądały w Chwarszczanach rządy zakonu templariuszy i jak funkcjonowało ufortyfikowane, naprawdę solidnie ufortyfikowane miasto. Te mury w Mieszkowicach mają również swój własny potencjał legendotwórczy, tak go nazwijmy. Znowu jest mowa o podziemnych przejściach, zamurowanych pomieszczeniach, dawnych lochach, o tajemniczych zgonach. To są, wiecie państwo, znowu te motywy, które właściwie wszędzie można spotkać. Ale te motywy bardzo często pojawiają się w opowieściach związanych z miastami, które są naprawdę stare. Czasami dzisiaj po tej starości niewiele zostało w innych miastach. A tutaj macie państwo dwa w jednym. Macie opowieści sprzed wielu, wielu wieków. Czasami trochę świeższe, ale macie państwo namacalny obraz tego, jak to miasto wyglądało. To naprawdę mocno wsiada na wyobraźnię.
I wiecie państwo, warto się przejść w Mieszkowicach tak po zmroku, kiedy przechodzicie państwo wzdłuż muru miasta, a to jest wyprawa na jakieś półtorej godziny jeśli państwo nie galopujecie, tylko idziecie sobie spokojnie, to półtorej godziny, żeby miasto obejść i pójdziecie państwo tak, kiedy zaczyna się zmrok, no to wiecie państwo Wrażenia są niesamowite. Połączenie murów, ciemności. Podkreślę to po raz kolejny: wyobraźnia tam bardzo mocno pracuje. Człowiek myśli, co wydarzyło się pod tymi murami kiedyś dawno. Czy to miasto się obroniło, czy nie? A to już państwo zajrzyjcie do historii, jak to wszystko wyglądało. Ale ta atmosfera niezwykłości, czy to w Warszczanach, czy w Mieszkowicach naprawdę działa. Wierzcie mi państwo, ja tak mówię emocjonalnie o tym wszystkim, bo kiedy państwu proponuję wieczorny spacer wzdłuż murów, to ja to przeżyłem i wiem, o czym mówię. Nie wyskoczył na mnie żaden duch, nie pojawiły się żadne światła, ale miałem w głowie szereg historii. Nie powiem, że właściwie czekałem, że coś takiego się wydarzy, ale wyobraźnia to wszystko podsuwała.
Zauważcie państwo, ja dzisiaj bardzo często używam słowa „wyobraźnia”. Tak, bo to są miejsca stworzone dla naszej wyobraźni. Tradycyjnie, proszę państwa, na koniec audycji opowiadania. Odrobina literatury. Dzisiaj trzy teksty: Justyna Ignaczak „W tłumie”, Jacek Radzymiński „Zamczaki” oraz Bruno Kadyna „Social media”. Zapraszam. Czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:27:27] - Justyna Ignaczak „W tłumie”. Sukienka mnie spłaszcza, zabiera kontury i wyrazistość. Marynarka pozbawia elegancji, a skórzane buty niszczą autentyczność. Tłum sunący koło mnie o godzinie 6:30 wyciska resztki mojego ja. Sprawia, że jestem wyblakła i śmieszna. Zagłuszam jednak wszystko nieatrakcyjną muzyką i dzięki temu czuję się weselej. Biegnę, pracuję. Czasem rozróżniam niektóre słowa wypowiedziane przez tłum i próbuję nieudolnie się wpasować i przybrać odpowiednie kształty. Tłum próbuje zrobić to samo, ale ja jestem po drugiej stronie lustra i tego nie dostrzegam. Co jakiś czas przeglądam się w szybach nowych biurowców i sprawdzam, czy ja to ja.
Pewnego razu, zamiast dostrzec swoje odbicie, dostrzegłem obraz. Wystawiono go przed szybą na sztaludze, by dumnie reprezentował bezimienną galerię. Obraz jest stały, jego nieoszlifowana forma się nie zmienia, a jednak pasuje do mojego niepoukładanego, zmiennego dnia. Dostrzegam go za każdym razem, gdy idę do pracy i po jakimś czasie nawet przestaję się dziwić, że w tym miejscu nie widzę mojego odbicia. Mój grafik staje się jeszcze bardziej tłoczny, dlatego patrzę na niego w różowych okularach, by dostrzec tylko najbliższe godziny i duży neonowy napis: „Świetlana przyszłość”. Twierdzę, że duszę się i nie mogę oddychać z powodu smogu i alergii na kota. Zamieniam okulary na soczewki, by podkreślić swoją nieatrakcyjność. Staram się poruszać z gracją, by ukryć, że moja torebka nie pasuje do całości. Odwracam znowu głowę, by ujrzeć obraz i zatrzymuję się. Przestaję próbować dogonić tłum.
Obrazu nie ma. Zniknął. Stoję i uświadamiam sobie, że nie pamiętam, co przedstawiał. Widzę tylko moje odbicie. Jacek Radzymiński „Zamczaki”. Madzia zauważyła, że na ramieniu wychowawczyni usiadła wróżka. Dziewczynka nie krzyknęła z radości, chociaż duszek miał bardzo ładne skrzydełka. Od jakiegoś czasu opowieści o odwiedzinach skrzatów, aniołków i krasnoludków nie cieszyły już dorosłych, nawet mamy i taty. Wydawali się bardzo zmartwieni, a nawet przestraszeni. Prawie tak, jak dwa lata wcześniej, kiedy 1.
listopada Madzia bawiła się na cmentarzu z duchem chłopczyka, który mieszkał w grobie. Nie miała wtedy aż siedmiu lat, jak teraz i nie potrafiła czytać. Cała rodzina bardzo chciała wiedzieć, po czym poznała, że jej kolega tam leżał, skoro nie było zdjęcia. Madzia nauczyła się już w pierwszej klasie wielu wspaniałych i mądrych rzeczy. Przyswajała sobie również i trudne sprawy, czyli że niedobrze mówić o duszkach i wróżkach, a także, co sprawiało jej największą trudność, że nie wolno już wierzyć w to, że Święty Mikołaj przynosi prezenty. Wróżka siedziała przez chwilę, po czym znowu wzbiła się w powietrze. Klasa Madzi weszła na dziedziniec Zamku Królewskiego. Radosne okrzyki dzieci odbijały się od murów, a dziewczynka zauważyła pierwsze zamczaki. Jeden zeskoczył z parapetu na głowę Angeliki. Tej, która zawsze zachowywała się jak księżniczka.
Nie większy od yorka, ceglany i jakby pokryty tynkiem, zawołał: „No patrz, koleżanka, jaki zamek! W sam raz dla księżniczki. Chciałabyś w takim mieszkać, co nie?”. Angelika od razu zawołała do pani: „Mój tata mi kupi taki zamek”. Gdyby Madzia coś takiego powiedziała, wszyscy by ją wyśmiali. Życie było jednak niesprawiedliwe. Zamczak wydawał się bardzo z siebie zadowolony i jak Andżelika zaczęła paplać o zamkach, baldachimach i stajniach z kucykami, dosłownie pęczniał z dumy. Rósł z każdą minutą. Kiedy dzieci zeszły do szatni, mógłby pogonić niejednego pigla. Uczepiony samozwańczej księżniczki zamczak wskazywał jej wspaniałe marmury i filary.
Madzia przypomniała sobie, że duszki kiedyś mówiły jej o różnych rodzajach tych stworków. Nie wyglądał jednak ani na komińczaka, ani na lustrzaka, ani obrazaka. Żyrandolak wgapiał się w nich z góry, wrzeszcząc do dzieci, żeby zwróciły uwagę na wenecki kryształ, więc chyba to też nie on. Siedmiolatka pierwszego towarzysza podróży nazwała zatem Dziecińczakiem. Przyszła pani przewodniczka. Dzieci były naprawdę grzeczne i spokojnie poszły na lekcję muzealną. Nie wiedziały, na co miały patrzeć. Tyle dziwów wokół. Właściwie na każdym zabytku siedział jakiś zamczak i zachwalał flamandzki arras, ręcznie tkany. Patrzcie jaka szafa!
Dębowa. Zostawa saska. Fajans z XVIII wieku. Obraz Canaletta. Psst. Warszawiak. Warszawianka. Kochacie wasze miasto. Co? No to spójrzcie, jakie pałace.
Obrazaki wyglądały na pomalowane. Komińczaki miały kubraczki z antycznymi motywami, wazoniarki mnóstwo kwiatów we włosach. Uśmiechały się promiennie, ale spojrzenia miały przede wszystkim głodne. Świdrowały ślepiami przechodzące dzieci. Zgrzytały długimi zębami, zaciskały zakończone szponami palce. Niektóre udzielały rad pani przewodniczce. „Kobieto, to są siedmiolatki" — wrzeszczał obrazak w sali z pocztem królów i książąt. — „Daj im kredki, głupia babo. Zaśpiewajcie, zatańczcie. Sala balowa, do jasnej cholery!" Zamczakowe kobiety, firaniaczki, spoglądały na przewodniczkę z odrazą.
„Zakatuję te bachory, kochana. Mój syn, który jest pistoleciakiem w Muzeum Powstania, opowiadał mi: byle kogo teraz do tej roboty biorą. Słoniki po licencjacie jedna z drugą. Dwa tygodnie kursu i już dawaj, wyrabiaj godziny. Na śmieciówce tobie też by się nie chciało. O dzieciaki nie dbają, tylko zaraz jakiegoś chłopa próbują wyłapać. Zanudzi bachory i po nas. Kurde, znowu. Niewychowane te dzieci teraz, tylko te telefony. A czy która im zwróci uwagę?" „Idzie" — pisnął jeden fotelak i uciekł.
Na twarzach pozostałych zamczaków odmalowały się wrogość i strach. Pokazywały palcami w kierunku drzwi. Madzia spojrzała i tam zobaczyła wielki, ciemny kształt powoli sunący korytarzem. Czy rzeczywiście usłyszała ciężkie, zbliżające się kroki? Czy zadrżały szyby w oknach? Poczuła się bardzo nieswojo. Zamczaki milkły. Po chwili nie widziała żadnego. Usłyszała ciężki oddech. Przestraszona dziewczynka podbiegła i zatrzasnęła drzwi.
Dawno nieużywane, ciężkie wrota zgrzytnęły ze sprzeciwem. Wszyscy podskoczyli. Po chwili podbiegła przewodniczka i jedna z pracowniczek muzeum i zaczęły strasznie krzyczeć. Dziewczynka powiedziała szybko: „Mama zawsze mówi, żeby zamykać drzwi, bo przeciąg." Wyćwiczone oczy w spodki, łzy na zawołanie i drgające wargi jak zawsze oswobodziły ją z opresji. Zamczaki wyszły znowu w kolejnych pokojach, coraz głośniej nawołując dzieci, aby zwróciły uwagę na zabytki. Pierwszoklasiści jednak mieli coraz wyraźniej dosyć. Bolały ich nogi, byli głodni. Co chwilę jakieś dziecko chciało siku, a w ogóle to pograliby na telefonach, które w końcu pani wychowawczyni zaczęła zabierać. „Zróbcie im coś ruchowego" — błagały zamczaki. — „Film jakiś puśćcie, no.
Bądźcie ludźmi. To są dzieci." W końcu kazano wszystkim usiąść. Dzieci były otępiałe i zupełnie niezainteresowane. Nawet Madzia nie zauważyła w pierwszej chwili, jak coś wielkiego wlazło do sali. Musiała zadrzeć wysoko głowę. Ten zamczak był olbrzymi. Miał chyba ze dwa metry wzrostu. Idąc, kołysał tłustym cielskiem na boki. Dziewczynka wytrzeszczyła na niego oczy. Obrzmiały stwór wykrzywił rozlazłą twarz w uśmiechu godnym kota z Cheshire.
„Kim jesteś?" — wydukała Madzia. „Jestem Nuciak" — odparł olbrzym i wygodnie rozsiadł się na podłodze. Po chwili wszystkie dzieci przysnęły. Bruno Kadyna, Social Media. Kryzys twórczy wracał zawsze, kiedy zapominał o ostatniej stopycie. Bez muzy, chociażby pamięci o niej nie mógł tworzyć. Dostawał szału, który mógł popchnąć do zrobienia czegoś głupiego, czego potem by żałował. Na szczęście pojawiła się szansa, że tego uniknie. Wypalając jednego papierosa za drugim, przeglądał na Facebooku profile proponowanych znajomych. Bał się, że nie znajdzie odpowiedniej kobiety i posunie się do czegoś nierozważnego.
Ale udało się. Justyna była ładna, młodziutka, z niesamowitą figurą. Choć nie zależało mu specjalnie na wyglądzie zewnętrznym. Najbardziej liczyło się wnętrze. Na poprzednią dziewczynę jego wspólnicy nie dali zielonego światła. Zdenerwował się i chciał ich zignorować, ale ostatecznie posłuchał i dobrze wyszło. Justyna była o wiele lepsza. Niestety dostał na nią niewiele czasu. Musiał się śpieszyć. Prawie nie spał.
Kończył właśnie jej drugi olej. Każda zdobycz to seria obrazów. Pierwszy to twór zawsze bardzo nieokreślony, zbudowany z wyobrażeń i nadziei. Początek. Wymaga najwięcej przygotowań, szkiców i prób. Każdy kolejny już mniej. Drugi ma konkretniejszą formę, bo artysta wiedział o muzie więcej. Jaka była w środku, jak myślała. Zniekształcał wyobraźnią to, czego się dowiadywał i widział na zdjęciach. Drugi obraz zaczynał malować zazwyczaj, kiedy przechodził z kobietą na ty.
Tym razem też tak było i był zadowolony z efektu. Myślał już o trzecim ciele, ale to, jakie będzie, zależy od tego, jak potoczą się sprawy, jak rozwinie się znajomość. Tylko ten czas. Nienawidził się śpieszyć. Sztuka na tym traciła. „Czas to suka” – zawołał i zrobił przerwę na fajkę. Wciąż myślał o Justynie. Była teraz centrum wszystkiego. Wyobrażał sobie, jak pachnie, jak smakuje. Wyglądała na niewiele ponad 20 lat.
Na zdjęciach wydawała się wysoka, nawet bardzo. Miała ładne, krągłe biodra i idealnej objętości uda. Piersi średnie, ale kształtu musiał się domyślać. Niestety fotki ze spotkań ze znajomymi i rodziną nie zdradzały wiele. Na żadnym nie prezentowała całej postaci, a ubiór też nie ułatwiał oceny. Musiał się posiłkować wyobraźnią póki co. Nie wiedział, ile ma czasu, ale jeśli wystarczająco, to w końcu dojdzie między nimi do wymiany ciekawszych selfie. „Jak zawsze” – pomyślał. Miał już w głowie zarys całej serii. Ostatnie obrazy będą zwieńczeniem, dopełnieniem, niczym przeżyte życie.
Ekstazą, która wybuchnie w chwili kulminacji, by potem utrzymać się jakiś czas i powoli opadać. Przybiegł z łazienki, kiedy usłyszał dźwięk powiadomienia. „Halo, jest pan tam, panie tajemniczy?” Był. Patrzył w okno konwersacji. „Czekasz na mnie? Szybciej bije ci serce? Co sobie wyobrażasz, piękna ślicznotko?” Musiał być ostrożny, tworzyć w jej głowie pożądany obraz. Na razie nakreślił zarys przystojnego, intrygującego malarza z poczuciem humoru. Malarstwo było idealne do uwodzenia. W ogóle sztuka przyciągała kobiety jak magnes, a w jego przypadku szczególnie, bo nigdzie nie można było znaleźć zdjęć jego obrazów, nawet w relacjach z wystaw.
Bardzo o to dbał. Miał swoje powody, których nie mógł zdradzić. Za to potrafił zręcznie uzasadnić. Komentarze, pochwały na fanpage'u były jedynymi dowodami na to, że istnieją. Ta tajemnica sprawiała, że był bardziej pociągający. Justyna wiedziała, że ktoś, kto tworzył sztukę wizualną, musiał być niesamowicie wrażliwy. Co z tego, że czasami było to niezrozumiałe i dziwne, jak o jego obrazach pisali niektórzy. Przecież nie wszyscy rozumieją sztukę jednakowo. Odczekał dłuższą chwilę i napisał: „Jestem, proszę pani”. Czasami trzymali pozorny dystans.
To było takie sympatyczne. „Milczy pan tak jakoś.” „Bardzo dobrze. Myśl o mnie jak najwięcej.” Jeszcze nie mógł pokazać, że on też myślał. I to dużo więcej niż ona. Był pod wpływem opium i musiał uważać, żeby nie dać się ponieść. „Ech, utknąłem nad kolejnym obrazem. Potrzebuję motywacji, czegoś, co mnie popchnie do przodu. Już prawie to mam. Uchwyciłem, ale wciąż ulatuje. Czegoś brakuje.
Jakiejś tęsknoty, pasji, namiętności. Nie wiem. Przepraszam, że przynudzam.” „Na pewno nie przynudzasz. Chciałabym poczuć to, co ty, kiedy tworzysz. To musi być takie ekscytujące.” Założył nogę na nogę. Podbudowała go tymi słowami. „Możesz to poczuć. Po prostu o tym nie wiesz” – napisał. „Jak to?” „To jest w środku. W tobie.
Każdy ma tę iskrę. Może tylko innego kalibru. Niektórzy ją wydobywają i karmią, a inni nie chcą i zakopują głęboko w swym wnętrzu.” Teraz się będzie zastanawiać. Rozsiadł się w fotelu i zapalił papierosa. Przesunął palcami po włosach, długich prawie do ramion, a umysł śledził każdy palec na skórze głowy. Narkotyk działał. Chciał wrócić do sztalugi. Czuł bajeczne natchnienie, ale rozmowa z nią była równie ważna, jeśli nie ważniejsza. Długo nie odpisuje. Ciekaw był, co odpowie.
Nauczony podbojami dostrzegał schematy i sposób myślenia kobiet. Przynajmniej na tym polu. Nie miał najmniejszego zamiaru zagłębiać się bardziej w kobiecy umysł. Wiedział, że przepadłby w gąszczu pędzących myśli i emocji, targany nimi i poniewierany, jakby stał na drodze pędzącego stada koni. Odpisała. Myślę, że to, jakiego iskra jest kalibru, zależy od genów i wychowania. Moi rodzice nie zaszczepiali w nas kulturalnego głodu. Oprócz książek oczywiście. Uwielbiałam, gdy tata mi czytał. Wszyscy dużo czytamy, kupujemy sobie książki w prezencie na święta i urodziny, ale być może gdzieś we mnie drzemie ta iskra.
Tylko jak ją wydobyć? Odbiorcą sztuki jestem świetnym. To pewne. I już wiedział, co chciała usłyszeć. Poczucie piękna to podstawa, a wydobyć iskrę może odpowiednia emocja, wydarzenie, uczucie. Jakie na przykład? Zapytała. Miłość, rzecz jasna. Istnieje coś takiego? Ech, dziewczynko, dziewczynko.
Nie czujesz miłości swojej rodziny? Usłyszał w głowie słowa matki. Na co mi takie zero? Takie gówno urodziłam. A potem uderzenie pięścią w twarz. Miał kilka lat, kiedy pierwszy raz dostał. Wciąż czuł tę pieszczotę i słyszał jej głos. Czuję. Mama i tata bardzo mnie kochają. Martwią się ciągle.
Szczególnie ojciec. Dla niego wciąż nie dorosłam. Ale chyba nie taką miłość miałeś na myśli. Taką również. To na niej opiera się sztuka, jak wszystko zresztą. Głupcem jest ten, kto jej nie pielęgnuje, nie podsyca. Wiedział, że pragnęła wzniosłej miłości i bezpieczeństwa. Być może już snuła wizję cudownej przyszłości u boku przystojnego, wrażliwego mężczyzny, który wyniesie ją na wyżyny doznań emocjonalnych, jednocześnie równoważąc piękno drugą stroną swej męskiej natury, która kazała twardo stąpać po ziemi, dbać o cielesność i byt przyszłej rodziny. Więc sami głupcy wkoło? Odpisała.
Westchnął ciężko. Głupców jest więcej, to pewne, ale tych, którzy marzą o prawdziwej miłości, też nie brakuje. Jestem pewien. Przecież nie trzeba mieć wiele oleju w głowie, żeby wiedzieć, co robić, żeby miłość kwitła choćby cyklicznie jak róża. Z pewnością wielu to rozumie, czuje. To przecież takie oczywiste. Uśmiechnął się. Zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz i przewrócił oczami. Jeszcze nie – powiedział po odebraniu.
Uwijaj się, Romeo. Nie mamy czasu. Na kawę się umawia w jeden dzień, a ty się srasz z tym zawsze, jakbyś był jakimś pieprzonym artystą, malarzem światowej klasy. Co ty możesz wiedzieć o malarstwie? Warknął. Nienawidził popędzania, a szczególnie wyśmiewania jego talentu. Wystarczyło, że kiedyś matka uważała go za miernotę. Robię po swojemu, dlatego jestem skuteczny. Nie będziesz mnie pouczał i popędzał. Rozłączył.
Justyna wciąż myślała. To dobrze, bo rozstroił go ten telefon. Po chwili zobaczył w oknie konwersacji dymek i trzy podskakujące kropeczki. W takim razie jest jakieś fatum wokół mnie przyciągające głupców albo odpychające tych, którzy wiedzą, czym jest miłość. I co ty teraz robisz, co? Poczułem się dotknięty. Wybacz. Nie wiem przecież, kogo przyciągnąłem tym razem, mimo że chwilami się rumienię. Taka duża dziewczynka i się rumieni? A jednak.
Zostawiam cię więc w rozterce, czy pomimo mojej świadomości jestem kolejnym głupcem, czy marzycielem. Uciekam. Płótno wciąż milczy, ale może w końcu u mnie wywoła rumieńce. W takim razie weny życzę, a ja w swej rozterce postaram się sama nie oszukać. No to czas podkręcić rumieńce. Więc do napisania zatem. Całuję w usta. Czekał z nosem w ekranie. Wiedział, że to nie koniec. Dum dum.
Dźwięk wiadomości. Zatkało mnie. Nie wiem, co na to odpisać. Coś pan tu psocić zaczyna, panie Sebastianie. Ależ skąd. Buziak nieskonkretyzowany przechodzi bez echa, a ten namiesza trochę w twojej rozterce. Uciekam, ale kolejnego buziaka nie dam. Trzeba być oszczędnym. No ten nie przeszedł bez echa, więc i ja wyślę konkretnego, ale nie powiem jakiego. Za to ja poczułem smak jego.
I dobra. Miał już dość. Wylogował się z Facebooka, rozebrał się i poszedł malować nago. Pięknie. Posuwamy się naprzód. Pomyślał o niej. Już cię prawie mam. Stanął przed prawie gotowym obrazem. W ręce trzymał długą drewnianą fajkę w kształcie chińskiego smoka. Dotknął językiem ustnika i podgrzał główkę gada, w której zamknięta była odrobina opium.
Wciągnął opar głęboko w płuca. Palił tylko przed sztalugą. Zawsze taką samą ilość, żeby móc stać i pracować. Organizm przyzwyczaił się do tej ilości narkotyku już dawno i chciał więcej, ale Sebastian nie ulegał pokusie. Wiedział, że to droga w dół. I tak wciąż słyszał słowa matki. Mówiłam, że jesteś nic niewart? Kompletne dno. Żałuję, że urodziłam takie zero. Lepszy byłby martwy bachor.
Malował do czwartej rano, aż skończył. Wolał światło dzienne, rzecz jasna. Wtedy opium inaczej zniekształca wyobraźnię. Perspektywa jest szersza, możliwości więcej. Noc zwęża emocje, sprowadza wszystko do punktu o podobnym zabarwieniu. Poza tym farby olejne są wymagające, potrzebują dużo światła. Jednak tworzył przede wszystkim wnętrzem, a drugi obraz miał w sobie mnóstwo uroku, więc wystarczyła dobra żarówka. Był bardzo zadowolony z efektu. Śnił o Justynie. Już ją uwielbiał.
Stawała się obsesją, coraz wyraźniejszym tworzywem, chyba najpiękniejszym jak dotąd. Dlatego to będzie najdłuższa seria, mimo że czasu miał mało. Kiedy skończy, zorganizuje wystawę, ujawni kilka kobiet, pokaże światu, jak je widział. Justyna będzie zwieńczeniem, najdoskonalszym dziełem. Wstał jeszcze przed południem. Nie miał czasu na sen. Musiał pracować. Zalogował się na Facebooku, żeby widziała, że jest dostępny. Nie było jej. Starał się odzywać rzadko.
Musiał panować nad sobą, żeby nie poczuła cienia nachalności. To ona musiała łaknąć kontaktu z nim. Pisała jeszcze wieczorem po jego wylogowaniu. „Zadziwiasz mnie, wiesz? Już cię nie ma. Do jutra zatem. Całuśniku.” No proszę. Pocałunek zadziałał. „Zadziwiam cię? W jaki sposób?” – odpisał.
Zadzwonił telefon. „Powiedziałem, nie popędzać mnie.” „Klientowi się spieszy. Jeśli tego nie rozumiesz, znajdziemy kogoś innego.” „Powodzenia.” Wiedział, że to nie takie proste. „Pojutrze ma być u ciebie. Jutro przygotujemy pokój.” To dało się zrobić, chociaż nie bez ryzyka. „Dobrze. Pojutrze.” Rozłączył. Nieczułe gnoje. Gdzieś mieli jego prace. Bez nich byłyby o wiele przyjemniejsze, a obrazy lepsze, ale dzięki nim miał pieniądze i mógł poświęcić się tworzeniu.
Dodatkowo załatwiali opium, o które bardzo ciężko w Polsce. Był zmęczony. Musiał zjeść i zabrać się za gruntowanie trzeciego płótna. Nie dostrzegał żadnej pracy twórczej w montażu krosien i obijaniu materiału. Dlatego kupował gotowe podobrazia z najwyższej jakości lnianym płótnem, koniecznie surowym. Co innego gruntowanie. Uważał, że od tego wiele zależy i powinno być częścią pracy artysty. Zjadł byle co i zabrał się za pracę. Nie ćpał przy tym. Do tego lepszy był jasny umysł.
Tum, tum. Jest! Był ciekaw, co odpisała, w jaki sposób ją zadziwiał, ale nie oderwał się od sztalugi. Musiał skończyć pierwszy etap gruntowania, inaczej klej kostny podeschnie. Całe płótno musiało schnąć równo. W końcu usiadł przed komputerem i odczytał wiadomość. „Myślę, że już wiesz, w jaki sposób.” Zastanawiał się, jak to wykorzystać, co napisać. Z tyłu głowy dźwięczało słowo „pojutrze”. „Tylko nie naciskaj. Domyślam się jedynie, choć przecież mogę się mylić i wyobrażać sobie nie wiadomo co.” „Co takiego pan tam sobie wyobraża, co?” „Nie powiem, proszę pani.
Wolę swoje domysły trzymać na wodzy. Na pewno w pierwszej kolejności chciałbym zadziwić cię moją sztuką, póki znasz mnie tylko trochę. Potem osąd będzie zniekształcony znajomością osobowości artysty.” „Jestem bardzo ciekawa twoich obrazów. Nie dasz się namówić na zdjęcie choć jednego?” Przewrócił oczami. „Przecież rozmawialiśmy o tym. Absolutnie. To tak, jakby stwierdzić po zdjęciach potraw, że kucharz smacznie gotuje. Chciałbym, żebyś wydobyła z mojej pracy jak najwięcej. Najlepsza soczewka nie dorówna ludzkiemu oku, a lampa pełnemu dziennemu światłu.” Czeka, aż się domyśli, o co mu chodzi, a najlepiej, jeśli sama wpadnie na pomysł, żeby zobaczyć na własne oczy. „No mała, jesteś niegłupia” – powiedział do ekranu.
„Może kiedyś uda mi się zobaczyć” – odpisała. „Z chęcią zrobię dla ciebie prywatną wystawę, ale wcześniej chciałbym zaprosić cię na kawę. Muszę sprawdzić, czy nie jesteś jakąś psychopatką.” Patrzył tępo w okno i czekał, aż pokażą się podskakujące kropeczki. „Pisz!” – wrzasnął w ekran. Nienawidził pośpiechu, a był do niego zmuszony. Ta kawa przyszłaby naturalnie w swoim czasie i łatwiej byłoby zdobyć jej zaufanie. „Pieprzony Walery” – pomyślał o wspólniku. Justyna zniknęła. Wylogowała się. „O nie.” „Co jest?” Poczuł lodowate ciarki na plecach.
„Co ty robisz?” Niepokój zamienił się w strach. Czytał po raz kolejny, co napisał. To przecież nie było podejrzane. Zbierało mu się na płacz. W głowie odezwała się matka. Nic niewarta łajza. „Wracaj!” Uderzył pięścią w stół. Zaczął krążyć po pokoju. Targały nim sprzeczne emocje. Kazały się uspokoić i jednocześnie zniszczyć to, co już stworzył o Justynie.
„Jak możesz mnie tak traktować?” Oczy wypełniły się łzami. Położył się na podłodze i ciężko oddychał. Zobaczył matkę. Pochyliła się nad nim. Zamknął oczy i zasłonił uszy rękami, ale i tak słyszał jej głos. „Jesteś nic niewartym łajnem. Nic nie potrafisz zrobić dobrze. Chciałam cię oddać, ale nikt nie chciał takiego gówna”. Wstał gotów zakończyć to wszystko jednym cięciem sztyletu, który trzymał na stole, ale usłyszał dum-dum i dopadł do komputera. „No nigdy nic nie wiadomo”.
„Okej, to kiedy ta kawa?” W jednej chwili zapomniał o wszystkim, co targało nim przed sekundą. Otarł łzy i uśmiechnął się szeroko. „A kiedy ci pasuje? Dziś nie dam rady, ale jutro albo pojutrze bardzo chętnie”. „Dziś też nie dałabym rady. Czekam właśnie na mamę. Mam jej zrobić paznokcie. To taka trochę moja forma sztuki”. „Okej, więc pojutrze”. „Będę miała wolne”.
„Super. Może być przed południem? Po południu pracuję. To znaczy ostatnio próbuję”. „Świetnie. To gdzie?” „W Lawendzie na Starowiejskiej. Wiesz gdzie?” Wiedziała. Umówili się na 11:00. Zawsze umawiał się tam z kobietami. Miał blisko.
Wziął do ręki telefon i zawahał się przed wybraniem numeru. Walery był chamski, nieokrzesany. Zero kulturalnej wrażliwości, dlatego nie lubił z nim rozmawiać. „Załatwione. Pojutrze” — wysłał wiadomość. Rzucił telefon na biurko. Ten pośpiech jest niebezpieczny. Wszystko na nic, jeśli Justyna nie zgodzi się tutaj przyjść. To ostatni raz. Nigdy więcej takiego tempa.
Tak bardzo chciał dowiedzieć się o niej więcej. Obrazy ogromnie by na tym zyskały. Korciło go, żeby pisać z nią przez ten czas jak najwięcej, skłonić do otwarcia, oddania wszystkiego, co kryła we wnętrzu, a co uleci bezpowrotnie. To głupi pomysł. Skoro byli umówieni, musiał ograniczyć kontakt do minimum, żeby zbudować napięcie i czegoś nie zepsuć. Podszedł do dwóch gotowych dzieł i poczuł wściekłość na wspólników, na świat i to, jak jest urządzony. Na siebie. Na siebie, że potrzebował pieniędzy i na to, że sam nie wiedział, co straci, czego nigdy się nie dowie. Jak inne mogłyby być jego dzieła. Chciał doskonałości, a musiał się zadowolić wyobrażeniami i samą cielesnością.
„Będą doskonałe dla ciebie, kochana”. Poszedł się położyć. Klej schnie dwie, trzy godziny. Miał czas przed końcowym gruntowaniem. Zanim zasnął, myślał o martwej matce. Kolejny raz udowodni jej, że nie jest zerem. „Jestem artystą, jakiego nie było i nie będzie”. „Wysprzątałeś chociaż z grubsza?” — zapytał Walery. „Tak”. Pozostali trzej mężczyźni weszli do drugiego pokoju.
Nawet nie znał ich imion. I dobrze. „Jutro w południe?” „Mniej więcej. Jesteśmy umówieni na 11:00. Postaram się ją przekonać w godzinę. Jeśli się nie zgodzi, spróbuję innym razem”. „Koniecznie musimy załatwić to jutro”. „Zrobię, co mogę. Jeśli się uda, muszę mieć czas dla niej. Co najmniej godzinę.
Pamiętaj, poczekacie, aż dam znać” — powiedział Sebastian. „Ty jesteś naprawdę chory. Zdajesz sobie z tego sprawę?” „A wy jesteście normalni? Koniec rozmowy”. Pół dnia przygotowywali pokój. Wychodząc zakleili jeszcze taśmą dziurkę od klucza, szczelinę wokół drzwi i zabronili tam wchodzić. Jakby tego nie wiedział. Większość rzeczy trzymał tutaj. Musiał być blisko swoich dzieł, swoich zdobyczy, czuć ich obecność. Nie lubił się z nimi rozstawać.
Sprzedawał obrazy jedynie podczas wystaw i wernisaży i tylko całe serie. Całe kobiety. Wymienił kilka zdań z Justyną i cisza. Zapisał całą konwersację w osobnym pliku. Potem będzie wracał do jej słów, zniekształcał, dopasowywał do wymyślonych sytuacji. Wszystko wykorzysta do pracy. Malował trzeci obraz pełen smutku związanego z rozstaniem. Te uczucia powinny być na czwartym obrazie, nawet piątym. Tum-tum. Usłyszał z komputera.
„Jestem ciekawa, co mi pan napisał”, a tu cisza. To ją zaintryguje. Był naćpany. Musiał uważać, żeby nie przesadzić. „Wyobraź sobie dziewczynko, że pracuję. Już samo oczekiwanie na kawę z tobą natchnęło mnie do namalowania ciebie”. „Poważnie? To cudowne wieści. Ależ jestem ciekawa, co tam tworzysz”. „Nie licz pani, że ci ciebie pokażę”.
„Jak to? Nie zobaczę?” Kiedy skończę. Znowu długo czekam, aż odpisze, ale tym razem spokojnie. Zapalił papierosa i zapatrzył się na brązową butelkę na stole. „Intrygujący pan jest, panie Sebastianie” – uśmiechnął się. „A pani stała się muzą.” Justyna próbowała zapanować nad sobą. Wciąż myślała, co przyniesie ta kawa. Jakie Sebastian wywoła wrażenie na żywo. Była młoda i spragniona pięknego uczucia, a ich relacja właśnie na takie się składała. „Pan też działa na mnie inspirująco.
Myślę o pana pracy, kiedy maluję paznokcie klientkom. Nie przeszkadzam zatem i do zobaczenia za chwilę przy obrazie.” „Dobrze powiedziane.” Porozstawiał obrazy wokoło tak, żeby przykuły uwagę i przytłoczyły, zawróciły jej w głowie. Musi tylko przyjść. Stał na środku pokoju, wykąpany, wyperfumowany i ubrany jak na gorącą porę roku i artystę z epoki przystało – w świeżo wyprane lniane spodnie i białą koszulę. Nie mógł śmierdzieć papierosami. Nie palił od godziny. Ona nie paliła, więc on też nie mógł. Chyba wszystko gotowe. Rozglądał się jeszcze. Dokładnie posprzątane, kadzidełka zapalone.
Valery z kolegami czekali gdzieś w pobliżu. Pewnie kisili się w samochodzie. W głowie usłyszał matkę: „Nic niewarta gnida.” Zignorował ją. Wyszedł w jasny poranek i na moment wystawił twarz do słońca. Uwielbiał lato w mieście. Tyle w nim wtedy światła i barw. W powietrzu unosiły się zapachy natchnienia. Miał takie nieosiągalne marzenie, żeby namalować wszystkie kobiety świata. Lavanda była tuż za rogiem. Chciał być wcześniej, stopić się z zapachem kawiarni, żeby świetny kobiecy węch nie wyczuł jego przesiąkniętego dymem ciała.
Zupełnie rozluźniony i zamyślony słuchał lekkiej muzyki i pił kawę. Bawił się łyżeczką. Drzwi kawiarni były otwarte na oścież. Nie zauważył, kiedy weszła. Patrzył gdzieś w bok. Był jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach. Podobny do Kurta Cobaina, pewnie przez włosy. Poczuła ucisk w żołądku, bo nagle w głowie pojawiło się i wymieszało wszystko, co o nim wiedziała i czego nie wiedziała, z tym, co sobie wyobrażała. Zauważył ją kątem oka, ale udał zamyślenie. „Dzień dobry panu.” „Ach!” Poderwał się z miejsca.
„Dzień dobry pani.” Ale ze mnie kurdupel. Stała przed nim piękna blondynka z włosami ułożonymi na bok, wyższa od niego jakieś 10 centymetrów, w sukience świetnie podkreślającej kobiece kształty. Gdybym był Renoir, na pewno stworzyłbym twoją rzeźbę. Ucałował jej dłoń i usiedli. „Czego się napijesz?” „Latte.” Wzrost malarza ostudził odrobinę jej entuzjazm. Przez chwilę nie mówili nic. Patrzyli na siebie. On udawał zawstydzenie. Nie wytrzymywał spojrzenia. Uśmiechał się i patrzył na stół, a włosy, za którymi mógł się schować, wzmacniały efekt.
Justyna była już pewna, że nic jej nie grozi. „Dlaczego to miejsce?” – zapytała. „Ładnie tu i mam blisko.” „Cwaniaczek. Więc zacząłeś malować. I to mnie na dodatek. Dlaczego?” „Ciężko to wyjaśnić. Zacząłem myśleć o spotkaniu i poczułem, że muszę przenieść to na płótno.” „Namalowałeś nas przy stoliku, jak tutaj siedzimy?” „Nie. Samą ciebie. I nie jak siedzisz przy stoliku. To raczej wyobrażenie posiłkowane tym, co zobaczyłem na zdjęciach.
Choć widzę, że dzisiejsze spotkanie bardzo pomoże.” Znów się zawstydził. Kręciło ją to niesamowicie. Sprawiał wrażenie bardzo wrażliwego, ale trochę bezradnego emocjonalnie. Bardzo chciałaby temu zaradzić. „Lustrowałeś mnie?” „Dokładnie tak samo jak ty mnie.” Uśmiechnęła się. Ukradkiem starał się dostrzec jak najwięcej szczegółów – rysy twarzy, kilka piegów pod oczami, linię jej ust, jak się układają, kiedy mówi i się uśmiecha. I włosy, jak opadają, jak są poskręcane. „Ciekawa jestem tego wyobrażenia. Bardzo.” „Efekt zobaczysz pierwsza. Już wiem, że dołączy do skończonej kolekcji i trafi na wystawę.” Zaskoczył ją.
„Teraz już w ogóle nie zasnę z ciekawości. Dużo masz obrazów?” „Tych, których nikt jeszcze nie widział?” „Mhm.” Kelnerka podała latte i kolejną czarną kawę dla niego. Udał, że zapomniał odpowiedzieć. „To ile pan ma tych obrazów, panie malarzu?” „Na dwie wystawy.” „To kiedy prywatna wystawa dla mnie?” Pięknie. „Kiedy sobie życzysz. Zaprosiłbym cię choćby dziś, ale mam straszny bałagan.” „Nie chodzi o bałagan, ale o światło przecież.” Puściła oczko. „Bardzo dziś jasno. Uwielbiam takie słońce.” „Dziś jest doskonałe.” Więc szkoda byłoby nie skorzystać. Jeśli się zgodzisz oczywiście. Uśmiechnęła się pięknie.
Sam zaproponowałem, to już się nie wycofam. Odwzajemnił uśmiech. A jakie są twoje obrazy? Zastanawiał się chwilę. Zależy mi, żeby emanowały z nich pozytywne uczucia. Ale nie mnie to oceniać. A często robisz prywatne pokazy? Zawstydził się. Może mi nie uwierzysz, ale jesteś pierwsza. Uważam, że pracownia nie jest do tego odpowiednia.
Jest tam bardzo jasno. Idealne warunki do pracy, ale to zbyt intymne miejsce. Schował się na moment za włosami. Dla ciebie zrobię wyjątek, jeśli na wszystko oprócz obrazów przymkniesz oko. Haha. Spróbuję. Dopijemy i możemy iść, ale zaraz wrócimy, okej? Często jem tu śniadania, a dziś jeszcze nie jadłem. Tylko trochę mi głupio przez ten bałagan, choć artystyczny. Uśmiech nie znikał z jej buzi.
Była ciekawa, zauroczona i widząc jego nieśmiałość nie czuła żadnego zagrożenia. Co prawda pojawiła się ostrzegająca myśl, żeby nie iść, ale wydała się śmieszna. Podoba mi się tutaj – powiedziała. Bardzo lubię tu przesiadywać, resetować głowę. Rozglądał się, jakby to były jego ulubione kąty, a w rzeczywistości przychodził tu tylko wtedy, kiedy był czas spotkać się z muzą. Cieszyła się, że tu przyszła. Kawa była pyszna, czas płynął przyjemnie i razem z tym jasnym światłem pomagał rosnąć nadziei. W końcu dopili kawę i artysta zapytał: To co, idziemy? Pewnie. W windzie rozkoszował się jej zapachem, który potwierdzał wszystko to, co o niej wiedział.
Niemal czuł, z czego składał się oprócz typowych elementów perfum. Byli w nim kochający rodzice, którzy stworzyli bezpieczny dom, radość życia. Nie było wielu życiowych błędów, a traumatycznych przeżyć, które jak toksyna zmieniają odczyn zapachu człowieka, nie było wcale. Dlatego Justyna była taka cenna. Haha, wiedziałam – powiedziała, kiedy wysiedli z windy i poszli jeszcze wyżej, na poddasze zaadaptowane na mieszkanie. Lokum jak na prawdziwego malarza przystało. Proszę. Wpuścił ją do środka. Już w progu widział, że była oczarowana zalaną słońcem przestrzenią pracowni. Wkroczyła do niej z przyjemnością i chyba nawet zapach kadzidełek zmieszany z wonią drewna i farb przypadł jej do gustu.
Stanęła na środku. Jesteś taka czysta – powiedział i zamknął drzwi. Zmarszczyła brwi. Dziwnie to zabrzmiało. Obserwowała go. Nie przekręcił zamka, więc spokój wrócił. Nie patrz jeszcze na obrazy – powiedział. Zbliżył się. Przyglądała mu się uważnie. Coś się w nim zmieniło, ale nie wiedziała co.
Nie czuła zagrożenia, raczej ciekawość. Pomyślała, że jego zachowanie musi być ekscentryczne. W końcu jest artystą. Kiedy zaczniesz oglądać, myśl o swoich najskrytszych tajemnicach, pragnieniach, fantazjach – powiedział. Uśmiechnęła się i przytaknęła. Ciekaw jestem, co zobaczysz. Wycofał się i stanął przy stole, żeby zrobić jej miejsce na przechadzanie i obserwować jej reakcję. Tyle obrazów. I ty narzekasz na brak natchnienia? Już nie.
Najpierw patrz. Potem będziemy mieli dużo czasu na rozmowę. Zaczęła od lewej strony. Posłuchała. Myślała o swojej fantazji erotycznej, której nigdy nikomu nie ośmieliła się zdradzić, a już na pewno spełnić. Jednak to, co docierało do niej z obrazów, sprawiło, że fantazja szybko schowała się głęboko w głowie. Z tych dzieł na pewno nie emanowały pozytywne uczucia. Wyzierało z nich jakieś mroczne wynaturzenie. Pomimo że to abstrakcja, Justyna miała wrażenie, jakby oglądała zamordowane bestialsko zwierzęta, jakie widuje się na udostępnionych zdjęciach na Facebooku albo otwarte zwłoki ludzkie. Poczuła chłód do artysty, a jego nieśmiałość nie wydawała jej się już słodka, raczej zastanawiająca.
Musiał działać szybko, póki była skupiona, a jej niepokój nie był jeszcze nerwowy. Na zastawionym malarskimi przyborami stole wśród palet i pojemników z pędzlami stała brązowa butelka z eterem. Obok leżała gaza. Odkręcił dyskretnie flaszkę i chlusnął na materiał. Okrucieństwo, które biło z obrazów, coraz bardziej rozstrajało skupiony umysł dziewczyny. Nikomu nie lubiła sprawiać przykrości, ale miała już dość oglądania. Chciała się odwrócić, żeby spojrzeć na to dziwadło, za jakie już uważała Sebastiana i powiedzieć, że chce wrócić do kawiarni, ale w tym momencie poczuła szarpnięcie do tyłu i coś miękkiego, co bardzo mocno przylgnęło jej do twarzy. Zdziwiła się zwyczajnie, ale tylko na ułamek sekundy, bo w głowie wybuchło przerażenie. Była wyższa od niego, ale nie cięższa, więc wyginał ją do tyłu, ciągnąc za głowę, przez co trudniej było się wyswobodzić. Próbowała ze wszystkich sił, a w jej umyśle jak stroboskop błyszczała świadomość tego, co się działo.
Oświetlała zignorowaną wcześniej rozpaczliwie oddalającą się myśl, żeby tu nie przychodzić. Sebastian trzymał mocno. Nie puszczał, dopóki na jej umysł nie spadła zasłona, której nie mogła powstrzymać. Siedział obok niej i łapał oddech. Leżała na boku. Gdyby nie Walery i reszta bandziorów, nie spieszyłby się. Miał mnóstwo eteru. Wstał, przekręcił zamek w drzwiach i rozebrał się do naga. Stał nad nią ze sztyletem w dłoni. Jej rozrzucone na deskach włosy wyglądały jak kwiaty wysypane z przewróconego wazonu.
Piękna. Odciął kępkę włosów tuż przy głowie i palec wskazujący. Każdy ostatni obraz z serii miał ukryty włos muzy zatopiony w farbie i odcisk palca. To dodawało zwieńczeniu życia autentyczności. Ranę zakleił taśmą, a krew z podłogi starł. Rozebrał dziewczynę i znowu obserwował. Podniecała go chwila przed dotykiem. Świadomość, że może z nią zrobić co zechce, że zobaczył i za moment posiądzie na własność ciało, które pielęgnowała każdego dnia. A najbardziej ekscytowała myśl, że miała rodziców. Matkę, która kochała i zrobiłaby wszystko, żeby ocalić córeczkę za wszelką cenę, nawet własnego życia.
Usłyszał swoją matkę. „Po co mi takie gówno? Twoja mama byłaby dumna? Jak myślisz? Staniesz się niesamowitym dziełem. Nieśmiertelnym. Pewnie chciałaby o tym wiedzieć”. Nie spieszył się. Najpierw dotknął palcem jej ust, wsunął do środka i przesunął po zębach. Potem wodził po szyi, piersiach i brzuchu, jakby badał linie, które przeniesie na płótno.
Nie była już kobietą, którą uwodził, ale tworzywem, materiałem do pracy. To był czas, by podziwiać formę, w której zamknięte było jej wnętrze, myśli i osobowość. Poczuć, jaka jest w smaku. Zapamiętać jak najwięcej i zrobić dokumentację do pozostałych obrazów. Filmował każdy centymetr jej ciała, robił zdjęcia z zakamarkom. Wąchał i zapisywał na kartce różnicę intensywności zapachu. Potem przyszedł czas na smak. Musiał mieć jak najwięcej danych. Zaglądał wszędzie, w każdą najgłębszą intymność. Ściskał i rozciągał.
Był przy tym niedelikatny, jakby była indykiem, którego trzeba przygotować do pieczenia. Gdyby się obudziła, byłaby mocno obolała. „Widzę cię teraz dobrze, moja piękna”. Nie czuł przy tym seksualnego pociągu. Wręcz nie wyobrażał sobie tego. Obiekt seksualny nie mógł być tworzywem i odwrotnie. Podniósł z podłogi sztylet i stał z nim chwilę. Chciałby ją otworzyć, poczuć, jak życie uchodzi z ciała. Nieuchwytna iskra, której nie sposób zobaczyć. Na pewno poczułby ekstazę tak silną, że wryłaby się w psychikę na bardzo długo, jak z kilkoma kobietami wcześniej.
Ale tym razem nie mógł. Zabronili mu. Odłożył sztylet na stół. Kiedy już zadowalająco wymęczył nieświadomą Justynę, napisał do Walerego: „Zapraszam”. Po kilku minutach zadzwonił domofon. „Fajna dupa” – powiedział jeden z nich. „Założyłeś gumę, mam nadzieję?” – zapytał Walery. „Nie jestem gwałcicielem. Za kogo ty mnie masz?” „Za największego świra, jakiego znam. Nie jesteś gwałcicielem, ale każdy otwór spenetrowałeś dokładnie, co?
I standardowo paluch urżnięty.” Nie odpowiedział. Ktoś tak nieczuły nie zrozumie artysty. Mężczyźni wyciągnęli z toreb fartuchy zapakowane w plastikowe worki i zaczęli się przebierać. „Zabierzemy całe oczy. Nie będziemy się bawić w wycinanie” – powiedział Walery do jednego z mężczyzn. „Oczy też się przeszczepia?” – zapytał Sebastian. „Rogówkę. Mamy klienta na nerki, wątrobę, trzustkę, nawet serce. Sporo zarobisz, świrze.” „Nie jestem żadnym świrem, tylko artystą. Jak nie rozumiesz sztuki, to się nie wypowiadaj” – powiedział przez zęby.
„Trzeba usunąć jej konto. Już wysłałem wiadomość do znajomka z CBŚ. Śladu nie będzie, jak zawsze. Zanim ktoś zacznie jej szukać i będzie chciał zajrzeć na Facebooka, gdzie gościł amant artysta, po koncie Justyny i całej zawartości, łącznie z kopiami, nie będzie śladu.” „Chcę jeszcze ją obejrzeć, kiedy skończycie” – powiedział Sebastian. „I następnym razem chcę widzieć, jak kroicie. Zabierają serce.” „Może i nie rozumiem sztuki, szczególnie twojej, ale ty naprawdę jesteś chory” – powiedział Walery. „Wezmę język.” Sebastian zignorował obelgę. Patrzył, jak podnieśli bezwładną dziewczynę i wnieśli do zdezynfekowanego pokoju, w którym od wczoraj paliły się ultrafioletowe lampy. Czekał pod drzwiami, aż wykroili z niej wszystko jak z prosiaka wrześni. Nawet nie zwrócili uwagi na moment jej śmierci.
Tego żałował najbardziej. Nie zobaczył pięknego, czystego aktu destrukcji. Potem nasycił oczy tym, co zostało i dokończył dokumentację. Do wystawy zostały niecałe dwa tygodnie. Pokaże na niej cztery ostatnie serie, cztery kobiety, a Justyna będzie zwieńczeniem. Zresztą od jej imienia nazwał tę wystawę „Żestyl”. Zaczął już szukać nowego tworzywa na Facebooku. Przeglądał profile, komentarze młodych kobiet. Na kilka odpowiedział zaczepnie. Wypatrywał w ich słowach tego czegoś.
Nie spieszył się. Natchnienie po Justynie wciąż było żywe, ale nie chciał znów za długo czekać. Paskudnie było nie czuć weny. Stał przed ostatnim obrazem i podziwiał swoje dzieło. I co? Jestem zerem? Dnem? Widzisz to, mamo? Tylko ja potrafię tak tworzyć. Tylko ja.
[02:21:52] - Proszę państwa, skoro skończyły się opowiadania, to już widomy znak, że kończymy AWF. Kolejny AWF. No cóż, proszę państwa, i tradycyjnie zapraszam za tydzień o 20:00 w piątek. Postaram się zameldować. Pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu i do usłyszenia.
[02:22:17] - A mówił to sobie do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.