[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Wiecie państwo, nie wiem jak wam, ale mi się jakoś ostatnio gorzej myśli. Chyba to przez te upały. I ja naprawdę się cieszę, że troszeczkę, tak troszeczkę przynajmniej, się ochłodziło. Bo nawet jeżeli nadal nie jestem w stanie myśleć, to jestem w stanie słuchać z wami kolejnego odcinka AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i ze sprawami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:51] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzisiejszy AWF ma bardzo tajemniczy tytuł i już za chwilę ten tytuł się wyjaśni. A zaczniemy tradycyjnie od takiej mojej opowieści, a właściwie takich moich myśli związanych z pewnymi informacjami, które jakiś czas temu do mnie dotarły. Proszę państwa, od kilku dziesięcioleci astronomowie prowadzą takie jedno z najbardziej fascynujących poszukiwań w historii nauki. I nie chodzi już o odkrywanie kolejnych planet, bo wiadomo, że planety pozasłoneczne są odkrywane coraz częściej, ale teraz coraz bardziej chodzi o odpowiedź na pytanie, które ludzkość zadaje sobie od tysięcy lat. Czy gdzieś we wszechświecie istnieje jakiś drugi świat? Drugi świat, który podobny jest do Ziemi. Jeszcze pod koniec XX wieku istnienie planet wokół innych gwiazd pozostawało jedynie hipotezą. Ale lata 90. XX wieku to był czas pierwszych odkryć.
W tych odkryciach uczestniczył nasz rodak. Dzisiaj znamy już ponad pięć i pół tysiąca egzoplanet, a ich liczba stale rośnie. Ja nawet nie wiem, czy podając tę liczbę pięć i pół tysiąca, czy przypadkowo nie załapałem się na jakąś granicę błędu. Większość z tych planet odkrytych pozasłonecznych nie przypomina jednak naszego świata. Są wśród nich gazowe olbrzymy, nawet większe od Jowisza. Są planety rozgrzane do tysięcy stopni albo takie skute lodem, takie, na których rok trwa zaledwie kilka godzin. Od czasu do czasu astronomowie odkrywają jednak taką planetę, która wydaje się znacznie bardziej obiecująca. Obiecująca pod kątem podobieństwa do Ziemi i oczywiście ewentualnego życia. Jedną z tych planet jest GJ 3378 b. Ona została odkryta w 2024 roku i chociaż jej nazwa brzmi jak jakiś kolejny numer katalogowy, to ta planeta może kryć jeden z najciekawszych obrazów innych światów.
To może być kandydat do miana planety nadającej się do życia. Ona znajduje się stosunkowo niedaleko od Ziemi, oczywiście w kosmicznej skali, bo to jest zaledwie 25 lat świetlnych. Ta planeta znajduje się w gwiazdozbiorze Żagla. To tak, żeby można ją ewentualnie zlokalizować na niebie. Te 25 lat świetlnych to jest jednak dystans niewyobrażalny dla współczesnych statków kosmicznych. Ale w skali Drogi Mlecznej, która ma około 100 000 lat świetlnych średnicy, to jest niemal nasze kosmiczne sąsiedztwo. 25 lat świetlnych. Cóż to jest? Tę planetę odkryto. Ona krąży wokół czerwonego karła.
To jest najmniejszy i w sumie najliczniej występujący typ gwiazd we wszechświecie. One stanowią około 70% wszystkich gwiazd, przynajmniej w naszej galaktyce. Są zdecydowanie chłodniejsze i mniej masywne od naszego rodzimego Słońca, ale spalają paliwo niezwykle oszczędnie i dzięki temu mogą świecić przez znacznie, znacznie dłuższe okresy czasu, niż to będzie w przypadku Słońca. Ta długa żywotność to jest w sumie dobra wiadomość z punktu widzenia astrobiologii, bo jeżeli gdzieś istnieje życie wokół takich gwiazd, to ono mogło mieć znacznie więcej czasu na ewolucję niż to ziemskie życie. Czerwone karły mają jednak również swoją ciemniejszą stronę, która życiu nie sprzyja, bo one w młodości, tej kosmicznej młodości, często emitują potężne rozbłyski promieniowania rentgenowskiego i ultrafioletowego. To może stopniowo pozbawiać pobliskie planety atmosfery. Dlatego każdy świat krążący wokół takiej gwiazdy, wokół czerwonego karła jest jednocześnie obiecującym, ale przy okazji bardzo niepewnym kandydatem do zamieszkania. Najbardziej ekscytujące jest jednak to, że GJ 3378 b znajduje się w ekosferze, czyli strefie zamieszkiwalnej swojej gwiazdy. A to oznacza, że panują tam warunki pozwalające przynajmniej teoretycznie na istnienie ciekłej wody na powierzchni. To nie oznacza oczywiście, że planeta ma oceany ani że istnieje na niej życie.
Astronomowie w takich przypadkach mówią jedynie, że znajduje się w odpowiedniej odległości od swojej gwiazdy. A ponieważ całe znane nam życie opiera się na wodzie, strefa zamieszkiwalna pozostaje najlepszym miejscem do poszukiwań. Wiecie państwo, warto jednak pamiętać, że być może tu popełniany jest błąd, ponieważ my zakładamy, że tym rozpuszczalnikiem potrzebnym do zaistnienia życia jest woda. A co jeśli te rozpuszczalniki są inne? Wówczas strefa zamieszkiwalna przesuwa się i zupełnie inna jest jej charakterystyka. Ale to nie czas i nie miejsce, żebyśmy snuli rozważania na ten temat. Podkreślam tylko, bo naukowcy mają taką tendencję do tego, żeby zafiksowywać się na pewnych teoriach i woda jest dla nich najważniejsza. Ja to rozumiem. My sami z wody jesteśmy, wypłynęliśmy i w ogóle woda jako rozpuszczalnik dla życia jest rzeczywiście dominująca. To jest po prostu nasze środowisko.
Ale warto pamiętać, że to nie jest jedyna możliwość. GJ 3378 b należy do klasy tak zwanych superziem. To są planety większe od naszej Ziemi, ale mniejsze od Neptuna. I co ciekawe, w Układzie Słonecznym nie ma ani jednej planety tego typu, chociaż w innych układach okazują się one dosyć powszechne. To mogą być skaliste światy, planety pokryte oceanami albo planety z bardzo gęstą atmosferą. Astronomowie wciąż próbują zrozumieć, jak takie planety naprawdę mogą wyglądać. Początkowo sądzono, że GJ 3378 b ma masę około pięciu mas Ziemi. Tymczasem najnowsze obserwacje wykonane za pomocą instrumentu Habitable Zone Planet Finder na teleskopie Hobby-Eberly Telescope przyniosły jednak niespodziankę. Okazało się, że planeta jest znacznie mniejsza, że jej masa wynosi około 2,3 masy Ziemi. To na pierwszy rzut oka może wydawać się niewielką korektą, ale dla planetologów oznacza bardzo dobrą wiadomość, bo im mniejsza masa takiej planety, tym większe prawdopodobieństwo, że jest ona prawdziwą planetą skalistą, a nie jakimś miniaturowym Neptunem otoczonym grubą warstwą wodoru i helu.
Jeśli planeta GJ 3378 b rzeczywiście ma skalistą powierzchnię, to otwiera zupełnie nowe możliwości. Być może kiedyś uda się odpowiedzieć na przykład na pytanie, które od pokoleń rozpala wyobraźnię naukowców i pisarzy science fiction. Pytanie, które brzmi: czy na odległej planecie znajduje się coś więcej niż tylko skały i pył? Oczywiście to pytanie jest tendencyjne i gdzieś w tle pobrzmiewa nadzieja, że tam znajdzie się po prostu inne życie. Może niekoniecznie rozumne, ale inne niż to na Ziemi. I choć mogłoby się wydawać, że astronomowie po prostu obserwują odległe planety przez teleskopy, ta rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Większość odkrytych egzoplanet nigdy nie była widziana przez ziemskich astronomów. One giną w oślepiającym blasku swoich gwiazd macierzystych. To jest, wiecie państwo, tak jak świetlik krążący wokół reflektora stadionowego. Nie ma szans, żeby go dostrzec.
Astronomowie muszą działać troszeczkę jak detektywi. Oni nie widzą samej planety, widzą tylko ślady obecności owej planety w danym układzie słonecznym, w danym układzie gwiezdnym. Jednym z takich śladów jest delikatny ruch gwiazdy wywołany grawitacją krążącej wokół tej gwiazdy planety. I my zwykle wyobrażamy sobie, że planeta obiega nieruchome Słońce, nieruchomą gwiazdę, a tak naprawdę rzeczywistość jest troszeczkę inna. Oba ciała wykonują subtelny taniec wokół wspólnego środka masy. Im większa jest planeta, tym silniej ciągnie swoją gwiazdę. Do badania GJ 3378 b wykorzystano spektrograf z przytaczanej już przeze mnie instytucji Habitable Zone Planet Finder zainstalowany na Hobby-Eberly Telescope w Teksasie. Instrument mierzy naprawdę niezwykle niewielkie zmiany prędkości gwiazdy dzięki efektowi Dopplera. Tak jak syrena przejeżdżającej karetki zmienia wysokość dźwięku, tak światło gwiazdy nieznacznie zmienia długość fali, gdy gwiazda zbliża się do nas lub oddala. A wiecie państwo, to się dzieje wtedy, kiedy masywna planeta krąży wokół tej gwiazdy, a właściwie one krążą wokół wspólnego środka masy.
W przypadku gwiazdy i planety ten wspólny środek masy jest mocno przesunięty w stronę gwiazdy, ale jednak nie znajduje się w jej centrum. Ta analiza zmian, które następują w odległościach, bardzo nieznaczne te zmiany są. Analiza tych zmian odległości pozwala określić masę planety oraz jej ewentualną orbitę. I to właśnie dzięki takim dokładniejszym pomiarom okazało się, że GJ 3378 b jest znacznie lżejsza niż sądzono na początku. Tak jak mówiłem, zamiast około pięciu mas Ziemi ma jedynie 2,3 tej masy. Ta zmiana jest pozornie niewielka, ale naprawdę ma ogromne znaczenie, bo bardziej masywne planety często zatrzymują duże ilości wodoru i helu, przez co przypominają bardziej miniaturowego Neptuna niż Ziemię. A mniejsza masa GJ 3378 b zwiększa prawdopodobieństwo, że jest ona rzeczywiście światem skalistym o stałej powierzchni, a jej promień, to już dzisiaj wiemy, wynosi 1,3 promienia Ziemi i to bardzo dobrze pasuje do kategorii planet z szansą na życie. Nowe obserwacje przyniosły również mniej optymistyczną wiadomość. Okazało się, że planeta okrąża swoją gwiazdę nie w 24, lecz w 21 dni, a to oznacza, że znajduje się nieco bliżej owego czerwonego karła niż początkowo sądzono. A to z kolei oznacza większą dawkę promieniowania, które mogło stopniowo pozbawiać ową planetę atmosfery.
Cóż tu wiele mówić, atmosfera dla życia jest po prostu bezcenna. Chroni powierzchnię przed promieniowaniem kosmicznym, stabilizuje temperaturę oraz tak naprawdę umożliwia istnienie ciekłej wody. Bez niej nasza Ziemia byłaby martwym światem z czarnym niebem i naprawdę ogromnymi wahaniami temperatury, zdecydowanie z brakiem życia. Dlatego jednym z najważniejszych pytań dotyczących GJ 3378 b jest nie tylko to, czy ona leży w strefie zamieszkiwalnej, ale przede wszystkim, czy zachowała atmosferę. Astronomowie próbują to ocenić za pomocą koncepcji zwanej kosmiczną linią brzegową. Ta koncepcja określa granice między planetami zdolnymi utrzymać atmosferę a tymi, które stopniowo ją tracą pod wpływem promieniowania swojej gwiazdy. Tak naprawdę o wyniku tej walki, czy atmosfera zostanie utrzymana, czy nie, decydują dwa czynniki: siła grawitacji planety oraz ilość energii otrzymywanej z gwiazd. I według najnowszych analiz GJ 3378 b znajduje się bardzo blisko tej granicy. Jeśli atmosfera przetrwała miliardy lat aktywności czerwonego karła, to planeta może okazać się jednym z najciekawszych celów przyszłych badań. Jeśli jednak została wyrwana, odepchnięta przez promieniowanie, będzie to kolejny jałowy świat.
Na razie nie znamy odpowiedzi na te wątpliwości, na te pytania. Wiemy jednak znacznie więcej niż dwa lata temu. I właśnie dlatego GJ 3378 b należy dzisiaj do najbardziej intrygujących egzoplanet odkrytych w pobliżu Układu Słonecznego. A historia planety, o której państwu opowiadam, pokazuje, jak ogromny postęp dokonał się w dziedzinie astronomii. Tak jak mówiłem na początku, jeszcze 30 lat temu naukowcy z trudem potrafili udowodnić istnienie planet wokół innych gwiazd. Dzisiaj tych planet znamy tysiące i dość trafnie, podobno, potrafimy określać ich masę, promień czy gęstość. Myślę, że następnym krokiem będzie ich bezpośrednia obserwacja. To jest jednak niezwykle trudne zadanie, bo egzoplanety świecą jedynie światłem odbitym od swoich gwiazd i tak naprawdę giną w ich blasku. Mówiłem już o świetliku i reflektorze stadionowym. To dokładnie tak wygląda.
Dlatego nie mamy zdjęć, przynajmniej obecnie, owych planet. Nie ma na to szans. Ale sytuację ma zmienić budowany w Chile ekstremalnie wielki teleskop Europejskiego Obserwatorium Południowego, ELT. Jego zwierciadło będzie miało 39 metrów średnicy, ponad sześciokrotnie więcej niż teleskop Jamesa Webba. Dzięki zaawansowanej optyce adaptacyjnej ELT będzie korygował zniekształcenia ziemskiej atmosfery. Pozwoli to na obserwację z niespotykaną dotąd dokładnością. Ta korekta, o której mówię, będzie następowała kilka razy na sekundę. W związku z tym to już naprawdę zaawansowana elektronika. W budowie tego arcywielkiego i arcyważnego teleskopu uczestniczą między innymi polscy naukowcy. Największym, najważniejszym celem astronomów związanych z tą budową nie jest jednak wykonanie zdjęcia planety, lecz zbadanie jej atmosfery.
Bo analizując światło planety rozłożone na widmo, można wykryć obecność na przykład pary wodnej, dwutlenku węgla, metanu, tlenu czy ozonu. Każdy z tych gazów pozostawia bardzo charakterystyczny podpis. W widmie światła. Szczególnie natomiast interesujące są może nawet nie te gazy, które wymieniłem, ale tak zwane biosygnatury, czyli związki chemiczne, które mogą, chociaż nie muszą świadczyć o istnieniu życia. Na Ziemi przykładem jest jednoczesna obecność tlenu i metanu. W dodatku te gazy ze sobą szybko reagują, dlatego muszą być stale uzupełniane przez procesy zachodzące na naszej planecie, procesy związane z życiem. Wykrycie tych gazów na jakiejś egzoplanecie byłoby niezwykle intrygujące, choć samo w sobie nie stanowiłoby jeszcze dowodu istnienia organizmów żywych. A historia nauki wielokrotnie pokazała, że zbyt pochopne wnioski, jak słynne na przykład kanały na Marsie, mogą prowadzić naukowców na manowce. Dlaczego więc właśnie GJ 3378 b budzi tak duże zainteresowanie? Powodów jest kilka.
Ona znajduje się, jak mówiłem, stosunkowo blisko Ziemi. Krąży wokół niewielkiego czerwonego karła i tak jak mówiłem, prawdopodobnie jest planetą skalistą. Leży w strefie, gdzie w odpowiednich warunkach mogłaby istnieć ciekła woda. To nie oznacza, że odkryliśmy drugą Ziemię, ale sprawia, że warto poświęcić tej planecie czas, czas najpotężniejszych teleskopów świata. A możecie mi państwo wierzyć, każda godzina obserwacji za pomocą takiego teleskopu to są przysłowiowe pierdyliardy dolarów czy euro. W najbliższych latach dołączą do ELT kolejne gigantyczne obserwatoria. Jest ich przynajmniej kilka i być może po raz pierwszy ta sieć bardzo wielkich teleskopów pozwoli określić skład atmosfer odległych planet, ich temperaturę, a nawet wykryć chmury i oceany na takich planetach. Równie dobrze mogą jednak te teleskopy wykazać, że wiele obiecujących światów jest całkowicie jałowych. Ale każdy wynik będzie cenny, bo pomoże lepiej zrozumieć, gdzie warto szukać życia. Historia GJ 3378 b pokazuje również, jak bardzo zmieniło się nasze spojrzenie na Wszechświat.
Naprawdę jeszcze niedawno pytaliśmy, czy planety podobne do Ziemi w ogóle istnieją. Sam pamiętam te czasy, lata 70. To była wtedy taka dyskusja, czy w ogóle istnieją. Dzisiaj wiemy, że jest ich wiele, bardzo wiele. Najtrudniejsze pytanie brzmi teraz dla nas, współczesnych, która z nich rzeczywiście przypomina nasz świat? Być może GJ 3378 b okaże się jedynie kolejną martwą skałą, a być może skrywa atmosferę, wodę i te warunki sprzyjające życiu. Na razie nie znamy odpowiedzi, ale to właśnie ta niewiedza napędza współczesną astronomię i sprawia, że każde nowe odkrycie otwiera serię kolejnych pytań. Bo być może za kilkanaście lat GJ 3378 b stanie się symbolem chwili, w której po raz pierwszy znaleźliśmy świat naprawdę podobny do Ziemi. Proszę państwa, skoro już wracamy z dalekich kosmicznych podróży, z bardzo słabo nazywającej się gwiazdy czy właściwie planety, mogliby nazwać ją jakoś tak bardziej romantycznie czy bardziej jakoś. GJ 3378 b to nie jest dobra nazwa.
Czas by chyba było to zmienić. Ale my teraz przeskoczmy do polecanek książkowych. Wybrałem jak zwykle trzy tytuły. Pierwszy z nich to „Maskarada”. Autorstwo K.N. Hennef, wydawnictwo Editio Red. Książka na rynku od 7 lipca. W świecie, w którym każdy nosi maskę, najgroźniejsze są uczucia. Ava Sackler przez lata nie wiedziała, że jest pionkiem w grze. W grze, której stawką są jej wolność, ciało i życie.
Zdradzona przez ludzi, którym ufała, trafia do świata, gdzie kobiety mają swoją cenę, a prawda bywa bardziej niebezpieczna niż kłamstwo. Oskarżona o morderstwo myśli, że to już koniec. Wtedy na jej drodze staje prawnik Daniel Ross. Mężczyzna chce jej pomóc, ale jest zbyt tajemniczy i zbyt bliski temu piekłu, by mogła czuć się przy nim bezpiecznie. Jest też Santiago, który zniknął, lecz wie więcej niż kiedykolwiek powiedział, a jego decyzje mogą przesądzić o wszystkim. No i jest Kadir, którego obsesja na punkcie Avy z każdą chwilą staje się coraz bardziej niebezpieczna. Napięcie rośnie. Od tego świata jednak nie ma ucieczki. W rzeczywistości, w której rządzą przemoc, pożądanie i sekrety Ava będzie musiała zdecydować, komu zaufać. Zwłaszcza jeśli po wszystkim chce nadal należeć do siebie.
Przypomnę tytuł „Maskarada” K.N. Hennef, wydawnictwo Editio Red. Książka na rynku od 7 lipca. Teraz, proszę państwa, powiem o wznowieniu klasyka, klasycznej powieści Stephena Kinga. To wznowienie powieści zatytułowanej „Martwa strefa”. Książka w tłumaczeniu Krzysztofa Sokołowskiego, który kiedyś, dawno, dawno temu był gościem naszej audycji. Wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery 9 lipca. Młody nauczyciel angielskiego Johnny Smith uważa się za człowieka szczęśliwego. Uczniowie go lubią, ma ukochaną dziewczynę i jest przekonany, że w życiu nie spotka go nic złego. Jednak pewnego dnia w wyniku groźnego wypadku samochodowego zapada w śpiączkę.
Kiedy budzi się po prawie pięciu latach, z niepokojem odkrywa w sobie niezwykły dar. Widzi przeszłość i przyszłość innych ludzi. Johnny potrafi przewidzieć dosłownie wszystko, niekiedy więcej, niż by sobie życzył. Niezwykły talent staje się dla niego przekleństwem. Przypomnę tytuł: „Martwa strefa”. Autor Stephen King, wydawnictwo Prószyński Media. Książka na rynku od 9 lipca. Proszę państwa, trzeci tytuł to nie lada gratka. To jest książka, a właściwie komiks o Jakubie Wędrowyczu. Tak, już nie tylko w postaci książkowej, ale w postaci komiksowej.
Tytuł tego komiksu „Klątwa C2H5OH. Wędrowycz”. Autorzy to oczywiście Andrzej Pilipiuk i Andrzej Łaski. Wydawca Fabryka Słów. Data premiery 3 lipca 2026. Jakub Wędrowycz, bimbrownik, egzorcysta, samozwańczy pogromca wszystkiego, uzbrojony w samogon i bezczelność. Najpierw leje bimber, potem leje potwory, w tej kolejności. I jakoś zawsze wychodzi na jego. Andrzej Łaski na podstawie prozy Andrzeja Pilipiuka narysował komiks. Odkryj świat Jakuba Wędrowycza, bimbrownika, egzorcysty i samozwańczego pogromcy wszelkich potworów.
W tej pełnej humoru i przygód książce autor Andrzej Łaski na podstawie prozy Andrzeja Pilipiuka zabiera nas w niezwykłą podróż, gdzie samogon i bezczelność są kluczem do pokonywania nadprzyrodzonych zagrożeń. Dla kogo jest ta książka? Miłośnicy fantastyki i humoru, fani prozy Andrzeja Pilipiuka, osoby szukające lekkiej, rozrywkowej lektury, entuzjaści przygód z elementami folkloru będą na pewno zadowoleni. Co zyskacie państwo dzięki tej publikacji? Na pewno świetną zabawę i relaks przy lekturze, możliwość poznania nietuzinkowego bohatera, wgląd w świat polskiego folkloru i mitologii, inspiracje do własnych przygód i eksploracji. Kluczowe tematy i obszary to przygody Jakuba Wędrowycza, humor w literaturze fantastycznej, motywy bimbrownictwa i folkloru, walka z potworami i nadprzyrodzonymi zjawiskami. Ja przypomnę tytuł „Klątwa C2H5OH. Wędrowycz”. Andrzej Pilipiuk i Andrzej Łaski to autorzy. Wydawca Fabryka Słów.
Data premiery 3 lipca tego roku. Proszę państwa, najwyraźniej czas teraz na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj kolejny mało znany filozof. Ostatnio przeglądam rozmaite księgi i jakoś udaje mi się wybierać tych mniej znanych, bo oni są naprawdę ciekawi. Zaczynamy. Alkuin z Yorku to jeden z tych ludzi, których historia zwykle wrzuca do worka z napisem „średniowieczni mądrzy mnisi”, co brzmi trochę jak zawód albo stwierdzenie: „Tak, jestem zawodowym, mądrym mnichem”. Ale kiedy przyjrzeć się bliżej, okazuje się, że to był gość, który realnie pomógł uratować Europę przed intelektualnym resetem do ustawień fabrycznych. Żeby było prosto, wyobraźcie sobie państwo: Imperium Rzymskie się wali, biblioteki płoną, ludzie bardziej przejmują się tym, czy przeżyją zimę, niż tym, czy ktoś dobrze tłumaczy Platona. Wiedza zaczyna powoli zanikać i wtedy wchodzi Alkuin. Trochę jak nauczyciel, trochę jak administrator systemu, a trochę jak ktoś, kto mówi: „Dobra, ogarnijmy ten chaos, bo to wszystko się zaraz rozleci”.
Skąd wziął się ten facet? Alkuin z Yorku pochodził z Yorku, czyli dzisiejszej północnej Anglii. Wtedy to miejsce nie było jeszcze modnym punktem turystycznym z kawą na mleku owsianym czy jakimiś innymi rarytasami, tylko było ważnym ośrodkiem nauki kościelnej. Alkuin był uczony w klasztornej szkole, czyli w czymś w rodzaju średniowiecznego uniwersytetu, tylko bez różnych udogodnień, bez drukowanych książek, bez komputerów i w ogóle bez tego, z czym dzisiaj kojarzy się porządna uczelnia. Wszystko trzeba było tam przepisywać ręcznie. Każdy pergamin był wtedy jak złoto, tyle że trochę mniej błyszczący. Jak Alkuin trafił do wielkiej polityki? Bo trafił. Tu wchodzi ciekawy zwrot akcji. Alkuin zostaje zauważony przez samego Karola Wielkiego.
Karol Wielki to władca, który miał dosyć ambitny plan: zróbmy z Europy coś, co działa i nie rozpada się co pięć minut. I w tym planie brakowało mu jednego elementu – sensownej edukacji. Bo problem był taki: duchowieństwo i urzędnicy często ledwo umieli czytać i pisać. A jeśli ktoś nie umie czytać, to trudno, żeby zarządzał imperium albo poprawnie kopiował Biblię. I wtedy Karol sprowadził Alkuina na swój dwór. Alkuin, co właściwie robił? Najprościej mówiąc, robił porządek w chaosie. A konkretnie? Po pierwsze, zajmował się reformą edukacji. Alkuin zaczął organizować szkoły przy klasztorach i na dworze.
Uczył gramatyki, retoryki, logiki, czyli takich swoistych narzędzi myślenia. Można powiedzieć, że uczył ludzi, jak nie gadać głupot. Przynajmniej w teorii. Po drugie, filozof zajął się standaryzacją tekstów. Wtedy kopiowanie książek było jak gra w głuchy telefon. Każdy kopista mógł coś dodać, zgubić albo upiększyć. Alkuin próbował to uporządkować, żeby teksty religijne i klasyczne były w miarę spójne. Po trzecie, filozof zajął się reformą pisma. To jest bardziej ważne, niż na pierwszy rzut oka się wydaje, bo brzmi to tak niepozornie. Reforma pisma.
Cóż to takiego? Alkuin promował czytelne, uporządkowane pismo, które dziś jest przodkiem naszych małych liter drukowanych. Czyli jeśli dziś nie męczysz się, czy RN to M, czy R i N, to możesz mu mentalnie podziękować. Czy on był tylko urzędnikiem od edukacji, czy może czymś więcej? Nie. On interesował się wieloma sprawami i zajmował się wieloma sprawami. Alkuin był autorem listów, traktatów oraz komentarzy do tekstów religijnych i co ważne, był kimś w rodzaju doradcy polityczno-duchowego. Czyli nie tylko uczył jak uczyć, ale też jak rządzić, żeby to wszystko się nie rozsypało. Można go porównać do połączenia ministra edukacji, głównego doradcy cesarza i gościa, który pilnuje, żeby biblioteka nie była w stanie artystycznego chaosu. Czy ten facet był idealny?
Nie. I to jest dosyć ważne. Alkuin był człowiekiem swoich czasów, czyli epoki, w której religia była absolutnym centrum wszystkiego. Niektóre jego poglądy dziś uznalibyśmy za bardzo surowe, a czasem wręcz mało przyjemne. Ale jeśli patrzeć na niego historycznie, to jego wpływ był ogromny. Pomógł stworzyć fundament tego, co później nazwano renesansem karolińskim, czyli krótkim, ale ważnym odrodzeniem kultury i nauki w średniowiecznej Europie. Dlaczego to w ogóle ma jakieś znaczenie? Bo bez takich ludzi jak Alkuin Europa mogła wejść w długi okres intelektualnego trybu awaryjnego, gdzie wiedza antyczna po prostu by się rozmyła, zniknęła. A on zrobił coś bardzo prostego, ale fundamentalnego. Uznał, że warto uczyć ludzi myślenia i dbania o teksty, bo inaczej cywilizacja zacznie przypominać źle napisany plik albo zapisany plik, który się nie chce otworzyć.
Alkuin z Yorku to był super ogarnięty nauczyciel, reformator edukacji i człowiek, który pomógł uratować kawałek antycznej wiedzy przed zniknięciem. On nie miał miecza, nie podbijał królestw, nie budował piramid. Zamiast tego robił coś mniej widowiskowego, ale za to dużo bardziej trwałego. Uczył ludzi czytać, pisać i myśleć trochę bardziej sensownie. A historia, chociaż często o tym zapomina, ma dla takich ludzi osobną kategorię. Ta kategoria, można by ją nazwać: ci, dzięki którym wszystko później miało sens. I to, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. Zauważcie państwo, dzisiaj nie mówiłem o poglądach tego filozofa, bo trudno właściwie mówić o poglądach. To był człowiek, który porządkował rzeczywistość. Chyba najlepsze określenie.
Robił to przy pomocy filozofii starożytnej, ale robił to, odtwarzając ją całkowicie. Proszę państwa, po tych mękach filozoficznych zapraszam na opowiadanie. Autorem jest Jurjan. Tytuł: „Podróż sentymentalna", a czyta dla Państwa Marek Sęk "Ivellios".
[35:39] - Jurjan. „Podróż sentymentalna”. Muszę w końcu zacząć pisać. To przecież główny powód, dla którego tu jestem. Jak Latarnik. Ale on chyba czytał. Ze zmarszczonym czołem starałem się wydrzeć treść książki z odmętów pamięci. Tak, w każdym razie mamy wspólny mianownik. Czytał, pisał. Obaj zamieszani w literaturę.
Zresztą ten, jak mu tam, Skawiński, to był też kawał hultaja. Bratnia dusza. Tylko czy dam radę? Odwlekam napisanie pierwszego zdania w pamiętniku, jakbym miał rozpocząć drogę przez mękę. A przecież nic nie muszę wymyślać, tylko przypomnieć sobie, jak to było. A było... Uśmiechnąłem się do siebie. To będzie dobry początek. Odwlekałem napisanie pierwszego zdania w pamiętniku, jakbym miał rozpocząć drogę przez mękę. A przecież nic nie muszę wymyślać.
Tylko przypomnieć sobie jak to było. A było i naprawdę, i w ilościach wystarczających na okraszenie kilku żywotów. Miałem niesamowite życie. Chyba w jakiś magiczny sposób przyciągałem przygody i przeróżnych cudaków stających na mojej drodze. Wyprostowałem się na skrzypiącym skórzanym fotelu, zerkając na nierówne linijki tekstu. Codziennie jedna strona. Przeliczyłem w myślach. Jednak trochę mało. Jeśli uda się dwie strony dziennie, to będę miał spisane prawie całe życie. Rok powinien wystarczyć.
Oczywiście, o ile powstrzymam się od wypisywania nuciarstw. Zatrzymałem wzrok na fototapecie. Przyzwyczajony nie widziałem już szczegółowej panoramy Manhattanu. Błądząc oczami po kolorowych obszarach na ścianie zastanawiałem się, co ma pójść na pierwszy ogień. Uczelnia? A może wspomnienia zacząć od praktyk? Z tych rozważań wyrwał mnie dzwonek telefonu. Podniosłem czarną bakelitową słuchawkę. Lubiłem ważyć w ręku jej ciężar i czuć fakturę nieco wytartego plastiku. Prawdziwa rzecz z historią jak ja.
Mogłem usłyszeć Wenus lub Jupitera. Po samym tembrze głosu dowiem się, z jakimi kłopotami będę się mierzył — zdążyło mi przemknąć, zanim słuchawka szerokim łukiem, który miał pomóc w rozwinięciu splątanego przewodu, dotarła do ucha. Słucham? Postanowiłem szybko zakończyć rozmowę i wracać do pisania. Witaj. To była Wenus. Lubiłem jej miękki, zmysłowy głos. Z czym mam problem? Skoro to ona dzwoniła, nie mogło go nie być. Z maszyną o numerze rejestracyjnym 412, która popełniła wykroczenia.
Niezgodności dotyczą punktów S4 oraz KOM7. Wenus. Jaśniej proszę. Lampy w moim biurze natychmiast rozjarzyły się pełnym blaskiem. Uniosłem oczy w stronę sufitu, przeżuwając w myślach łagodne przekleństwo. Nigdy nie nauczę się rozmawiać z komputerem, który ma głos bardziej ludzki od niejednego człowieka. Wyjaśnij znaczenie podanych kodów. Kod S4 to wykorzystywanie przez maszynę osprzętu technicznego bez uzasadnionego powodu, a KOM7 w katalogu odstępstw i uchybień to błędne lub niezrozumiałe komunikaty w wymianie pomiędzy poszczególnymi jednostkami. Czym jest to spowodowane i na ile groźne dla funkcjonowania całej infrastruktury? Brak danych.
W odpowiedzi na drugie pytanie szacuję zagrożenie od bardzo niskiego do niskiego. Coś odwróciło moją uwagę. Zaskoczony chwyciłem przewód słuchawki i zbliżyłem urwaną końcówkę do twarzy. Ach, oszuści! Nie zrozumiałam kontekstu. Głos w słuchawce był nadal wyraźny. Nie do ciebie. W głowie mi się zagotowało. Obiecywali oryginalne wyposażenie. Chciałem tak niewiele.
Fotel koniecznie obity naturalną skórą, dębowe biurko, trzy fototapety i czarny telefon z tarczą. Czy to tak dużo? Skieruj maszynę do przeglądu i nie zawracaj mi już tym głowy. Zrozumiałam. Pragnę jedynie poinformować, wcześniej nie zdążyłam, że w omawianym przypadku występują też błędy nieskatalogowane. Opisz zdarzenie. Słuchałem jednym uchem, rzeczywiście i w przenośni, myśląc cały czas o słuchawce z zerwanym przewodem, a jednak sprawującej się doskonale. Ciekawym, co ukryli w fotelu i czy pióro nie jest jednocześnie skanerem. Jednostka w ciągu ostatnich 20 dni była siedmiokrotnie kierowana na przegląd z tej samej przyczyny. Za każdym razem po powrocie, najpóźniej w ciągu 48 godzin zniszczeniu ulegał komputer kontrolny.
Może coś nie współgra z tym komputerem. Jakieś zwarcia, przebicia. Niech to sprawdzą dokładnie. Brak wyraźnej przyczyny tej serii awarii. Wszystkie wyniki zgodne z dokumentacją, wręcz wzorcowe. A te punkty, to znaczy kody? Opisz dokładnie zachowanie maszyny. Podaję ostatnie wpisy do archiwum. Ratrak S10 o numerze rejestracyjnym 412. Lista niezgodności kod S4.
Pojazd kieruje jedną z kamer poza obszar trasy przejazdu pionowo nad siebie w przestrzeń kosmiczną. Zachowanie alogiczne, nieułatwiające prowadzenia zespołu trakcyjnego. Kod KOM7. Pojazd podczas postojów przeznaczonych na ładowanie akumulatorów zapisuje w pamięci sieci głównego ciągu niezrozumiałe komunikaty. A nie powinien przesyłać komunikatów? Jak to działa? Problem zaczynał mnie interesować. To nie wyglądało na jakiś tam zwyczajny wybryk biorący swój początek w błędach oprogramowania albo złej interpretacji polecenia. Ma obowiązek zapisać wszystkie ważne informacje dotyczące zaobserwowanych zmian powstałych na trasie przejazdu. Po ponownym podłączeniu baterii akumulatorów ratrak powinien pobrać te informacje.
To sposób na zachowanie informacji ważnych w kontekście bezpieczeństwa i wydajności pracy maszyny. Wcześniej, przed wprowadzeniem tej procedury zdarzało się, że przepięcia powstałe podczas podłączania zasilania kasowały pamięć podręczną. Co to za niezrozumiały komunikat? Przeczytaj. To zadanie na 7 godzin i 22 minuty. Rozpoczynam czytanie ciągu znaków: S, E, R, dolar, dolar, krzyżyk, 1, 0, 9, I, O, T, ukośnik, ukośnik, X, Y, T. Symbole i litery czytała tak szybko, że zlewały się w jeden bełkot. Stop! Stop. Opisz ten komunikat jednym prostym zdaniem.
Zadanie niewykonalne. Mogę opisać plik w dwóch zdaniach prostych lub w jednym złożonym. Czy mogę opisać go jednym zdaniem złożonym? Oj tak. Do cholery. Ostatnie dwa słowa ukryłem w kaszlnięciu, bo w myślach już słyszałem, jak ględzi o niezrozumieniu kontekstu. Niezrozumiały ciąg przypadkowych znaków. Plik o ciężarze 23 MB. Prześlij ten plik do głównego komputera. Ma sprawdzić go pod kątem oprogramowania wirusowego.
Przesyłam plik. Plik sprawdzany. Otrzymałem wnioski dotyczące ostatniego polecenia. Podaj wnioski – potwierdziłem znudzonym głosem. Plik to program. Zawiera kilka nieskończonych pętli logicznych. Jedna z pętli wyłącza chłodzenie komputera kontrolnego. Po uruchomieniu pliku wykonywalnego wirusa chłodzenie jest wyłączane i włączane z częstotliwością taktowania głównej szyny procesorów. Skuteczność chłodzenia spada. Pozostałe pętle nieskończone wykorzystują większość mocy obliczeniowej tego komputera, co powoduje wzrost temperatury podzespołów.
Działanie wirusa ma na celu zawieszenie komputera kontrolnego. Spalenie modułu po pewnym czasie jest efektem ubocznym przeciążenia i zmniejszonej wydajności chłodzenia. Zdumiony zatrzymałem się w pół ruchu. Wirus? Tutaj? Wszystko sterylne. Żadnego połączenia sieci na Hesperii z jakimkolwiek zewnętrznym komputerem. Skąd więc szkodliwe oprogramowanie? Jakiś sabotaż? Nonsens.
Wenus, ten ratrak S10412. Przeczytaj poprzednie wpisy w jego archiwum. Skierowanie na przegląd techniczny. Wymiana modułu kontrolnego. Siedem identycznych wpisów. Skierowanie na przegląd po ciężkim wypadku na trasie baza-huta na wysokości lasu iglicowego. Po wymianie spalonego modułu kontrolnego i naprawie uszkodzeń zewnętrznych zespołu maszyna powróciła do standardowych zadań. Wykaz wykonanych czynności: wymiana modułu kontrolnego, wymiana nadpalonych przewodów instalacji hydraulicznej, oczyszczenie wnętrza pojazdu po punktowym pożarze, wymiana anten, wymiana... Wystarczy. Co to za pożar?
Co się paliło i jakie skutki? Płyn hydrauliczny z naderwanego przewodu przedostawał się na iskrzący moduł kontrolny. Pożar doprowadził do ogólnego zwarcia instalacji elektrycznej, a w konsekwencji do odłączenia zasilania głównej jednostki obliczeniowej pojazdu. Myślałem, że już nie stosuje się palnego oleju hydraulicznego – zamruczałem do siebie. Z reguły nie stosuje się, ale oleje, które mają możliwość pracy w skrajnie niskich temperaturach, są co prawda trudno, ale nadal palne i nie posiadają bezpiecznych zamienników. Gdyby płyn hydrauliczny zalał szerokim strumieniem komputer, ugasiłby tlącą się elektronikę. W tamtym przypadku olej tylko kapał z rozszczelnionego przewodu. To doprowadziło do podsycenia ognia i zapłonu tworzyw sztucznych we wnętrzu modułu. Gdzie teraz jest ten pojazd? Za 4 minuty będzie na terenie bazy, gdzie otrzyma polecenie odbycia przeglądu.
Zatrzymaj go w bazie. Za chwilę przekażę dalsze instrukcje. Wstałem i podszedłem do okna ze słuchawką przy uchu z idiotycznie dyndającym urwanym przewodem w czarnym bawełnianym oplocie. Może i to czasem będzie przydatne – wpadło mi do głowy, oceniając, na jaką odległość mogłem odejść od biurka. To mam teraz bezprzewodowy. Trzeba szukać plusów. Za pancerną szybą panował duży ruch. Pojazdy różnej maści pojawiały się na terenie bazy i znikały w bramach hangarów. Inne w tym czasie z nich wyjeżdżały, kierując się na swoje zaplanowane trasy. Nic nowego.
Taki rozmach panował tu zawsze, kiedy nie sponiżeć przez okno. Zdążyłem się przyzwyczaić. Byłem dokładnie w połowie kontraktu. Przede mną jeszcze rok samotności na planetoidzie. I pomyśleć, że w pierwszych miesiącach pracy od czasu do czasu osobiście monitorowałem bazę, odkrywkę i hutę. Nie miałem takiego obowiązku, ale zwyczajnie to lubiłem. Dziś kontrolowałem całość przez telefon, a w zasadzie przez coś, co go udawało, a cała papierowa biurokracja to raptem trzy segregatory z raportami rocznymi, kwartalnymi i miesięcznymi. Skoncentrowałem wzrok na kolejnym powracającym pojeździe. To był ratrak. Być może właśnie ten z problemami natury osobowościowej.
Wykrzywiłem usta w imitacji uśmiechu. Rzędy reflektorów maszyny rozświetliły część obszaru bazy. Pokazywała się co chwila w pełnej okazałości, przebijając się majestatycznie przez tumany pyłu. Przybliżyłem zoomem widok za oknem. Kiedy światła reflektorów minęły mnie i przestało oślepiać, zauważyłem ruch na dachu pojazdu. To kamera, która przekręciła się w stronę mojego biura, łypnęła odbitym blaskiem od optyki i zatrzymała się na moment. Poczułem się dziwnie. Niby nic, takie zwykłe zaburzenie, złamanie kanonu dobrego sprawowania, jednak nie mogłem otrząsnąć się z myśli, że to coś patrzy na mnie ze świadomością. Ratrak pełznąc powoli podniósł hydrauliczne ramię i wykonał dziwny ruch, zupełnie bez sensu. Poruszył nim dwa razy na lewo i prawo, aby sekundę później z powrotem przenieść wysięgnik na trójkątną podporę nad dachem kabiny.
Stałem jeszcze przez chwilę unieruchomiony plątaniną myśli. Czy to przypadek? Prądy błądzące po układach scalonych czy świadome działanie? Trzęsący się wysięgnik jak pląsawica w chorobie umysłowej? Tak, prawda. Ten model ma biokomputer wykorzystujący szczurze mózgi. To nie te czasy, kiedy można było zwalić wszystko na przebiegi elektryczne. Patrzył na mnie. To coś na mnie patrzyło. Czułem, jakby w środku był człowiek.
Ale to tylko maszyna. Skomplikowana, inteligentna, ale tylko maszyna. Zachciało się traktorowi podziwiać gwiazdy. Nie potrafiłem jednak przekonać sam siebie. Pozornie genialna myśl rozświetliła mój umysł gwałtownym błyskiem. Gdyby tak przerzucić odpowiedzialność na ludzi z centrali na Ziemi? Niech się zastanawiają, tęgie głowy. Ale co im powiem? Że pojazd gąsienicowy mnie obserwował i do mnie pomachał? Śmierdzi mi to naftaliną.
Wyjdę na starego głupca, któremu samotność pomieszała w głowie, przez co na siłę szuka kolegi. Sprawa musi pozostać wśród tych skał. Muszę się grubo zastanowić. Raz już popełniłem podobny błąd. Tak to oceniam z perspektywy lat. Czuję jego brzemię do teraz. Jak się nazywał tamten robot? Termit? Terminator? Terminal?
Zaraz sobie przypomnę. Skierowałem kroki do półki z segregatorami. Przechodząc obok zabytkowego biurka, odłożyłem zbędną już słuchawkę. Wyjąłem odpowiedni kwestionariusz i kładąc go przed sobą, wygładziłem powierzchnię. Naelektryzowana kartka przykleiła się do blatu. Technika czasem bywa użyteczna, szczególnie dla zatwardziałego tradycjonalisty. Rozważałem, przypominając sobie, jak uciążliwe było niegdyś pisanie w warunkach niskiej grawitacji. Terminus. Tamten automat naprawczy nazywał się Terminus. Skazałem go na zagładę, nic nie rozumiejąc ze strachu przed nieznanym.
Przy okazji zginęły niczemu niewinne myszki, którymi się opiekował. Trzymając w ręku pióro, spoglądałem na formularz z szeregiem rubryk do wypełnienia. Stalówka z cichym odgłosem skrobania rozpoczęła koliste pląsy. Typ: transportowy pojazd gąsienicowy. Model: Ratrak S10. Numer rejestracyjny: 412. Rodzaj uszkodzenia: chroniczna awaria modułu kontrolnego. Wnioski... Nie zawahałem się ani przez chwilę. Nie tym razem.
Zresztą na stare lata miałem prawo się pomylić. Nic nie zrobią staremu człowiekowi. Wnioski? Odłączyć na stałe moduł kontrolny. Przewrócić do pracy. Poczułem, jakbym spłacił stary dług. Było mi lżej w środku. Jeszcze podpis. Komandor Pirx. Dodałem w nawiasie, jak miałem w zwyczaju od jakiegoś czasu: w stanie spoczynku.
Proszę państwa, czas teraz na Filmotekarium. Dzisiaj omówimy dla państwa film "Backrooms: Bez wyjścia". Proszę państwa, to jest historyczny odcinek Filmotekarium. Czeka na państwa w tym odcinku pewna niespodzianka, ale o tym za chwilę. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium, a dzisiaj nietypowe Filmotekarium, ale to bardzo dobrze, bo dzisiaj będziemy rozmawiać o filmie "Backrooms" z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[53:23] - Dzień dobry wieczór. Jak mówisz Backrooms, czyli zaplecze po angielsku, to przypomina mi się tejowskie z tyłu sklepu. No ale nie, podtytuł tego filmu to "Bez wyjścia".
[53:37] - Tak, ale dzisiaj w rozmowie uczestniczy ktoś, kogo państwo znakomicie poznali, czyli Marek Sęk "Ivellios". Dzień dobry wieczór, Marku.
[53:50] - Halo, halo Bydgoszcz, witaj Częstochowo.
[53:54] - No tak, to zaczynamy. Film, który, jak by to państwu powiedzieć, budzi emocje. I ja sobie to dosyć dokładnie prześledziłem w internecie. Budzi emocje wszelakie. Od takich, które oceniają, o czym ten film tak naprawdę był, po emocje analizujące warsztat tego filmu czy też historię tego filmu. Myślę, że wszystkie tematy są bardzo ciekawe i przynajmniej postaramy się każdego z tych tematów chociażby dotknąć. Zacznę od pytania podstawowego: czy podobał się panom ten film, Piotrze?
[54:40] - Oczywiście, że się podobał i te prawie dwie godziny bardzo szybko mi zleciały. Ale może ja zacznę od tego, że jednych ten film przeraża, drugich zachwyca. Świat przedstawiony zachwyca albo przeraża, innych irytuje prostotą, brakiem skomplikowania. Z pewnością jednak To jest takie uniwersum, które wyskoczyło niespodziewanie z for, z portali społecznościowych. Nie wyskoczyło od razu do kina, najpierw na YouTube, a potem właśnie na srebrny ekran. I coś mi się wydaje, że ono się będzie rozrastać. Słyszymy, że są już wersje rozszerzone „Backrooms”ów puszczane w Stanach Zjednoczonych. Na pewno też film Kyle'a Parsonsa będzie jedną z głośniejszych produkcji tego roku. To też nie jest tak, że ktoś wymyślił niezwykle oryginalne dzieło i sam nakręcił film własnym sumptem. Nie.
Troszeczkę się zainteresowali, że tak powiem, bardziej liczący się filmowcy pomysłem młodego twórcy. Skąd się bierze w ogóle „Backrooms”, ta idea, ta koncepcja? Ona wyrasta z portali społecznościowych, gdzie pojawia się pasta tak zwana na temat miejsca, łącznie z fotografią. I oczywiście prześcigają się internauci w tworzeniu różnych narracji, rozbudowują ten świat, potem dochodzą do tego krótkometrażówki na YouTubie, a potem okazuje się, że ten świat jest tak nośny, tak interesujący dla kinematografii, że można tutaj osadzić scenariusz filmu. Czym jest ów „Backrooms” albo owe „Backrooms”, czyli zaplecze? To jest, jak nazwa wskazuje, wydaje się to być zapleczem sklepu meblowego, ale to jest bezkresna przestrzeń, w której wymiary przestrzenne, czas, psychika ulegają dystorsji. To jest przestrzeń pełna korytarzy, przejść, ale też potworów, fantomów maszerujących po tych żółtych, lekko hotelowych, lekko biurowych wykładzinach w świetle jarzeniówek. I tak ten oryginalny „Backrooms” się narodził. On oczywiście czerpie z wielu wcześniejszych produkcji, chociażby z „Twin Peaks”, jak uświadomił nam ostatnio jeden ze słuchaczy z „White Lodge”, z białej loży. Także nie jest to też do końca takie uniwersum, które byłoby mega oryginalne, ale zagrało.
Chwytliwa historia, może nie chwytliwa historia, chwytliwa przestrzeń, ciekawa przestrzeń. Ciekawość człowieka, co kryje się w tych korytarzach. To jest trochę tak, jak z tymi programami typu poszukiwanie skarbu czy kupowanie magazynów, które bazują też na ciekawości co tam się kryje, co będzie za chwilę. I tak chyba rodzi się fenomen właśnie tego uniwersum. Ja chyba oddam głos Ivelliosowi, który wyjątkowo postanowił skomentować film. Byłeś na seansie i masz tutaj bardzo ciekawe przemyślenia, bo okazuje się, że różni ludzie, także w kategoriach wiekowych, różnie reagują na ten film.
[58:12] - Ja tylko dodam to pytanie pomocnicze. Zacznij Marku od tego, jak się podobało.
[58:20] - Muszę powiedzieć, że na mnie ten film „Backrooms: Bez wyjścia” wywarł dosyć duże wrażenie, bo ja w ogóle mam cały czas w głowie, w pamięci, w swoim banku danych pewne takie moje doświadczenia, choćby z okresu dzieciństwa, z różnego rodzaju przestrzeniami liminalnymi, jak chociażby korytarze szkolne. Nie wiem, czy wam się to też zdarzało, ale mnie zdarzało się czasami trafiać do takich pustych korytarzy szkolnych chociażby. Czasem zdarzyło się troszkę dłużej zostać w szkole. Wszyscy już zdążyli wyjść i prawdopodobnie oprócz mnie w budynku był, można podejrzewać, co najwyżej jeszcze tylko woźny. Także czasami zdarzało mi się trafiać do takich pustych korytarzy szkolnych, czasem zajrzeć do jakiejś pustej sali. I takie mi zawsze towarzyszyło odczucie, że w tym miejscu coś z tym miejscem jest ostro nie tak, delikatnie mówiąc. Tak jakby ktoś wyciągnął, usunął całkowicie normalnie towarzyszący temu miejscu kontekst. Nie wiadomo, co na mnie w takim miejscu czeka, nie wiadomo, czy w ogóle coś czeka, czy może jakieś coś dziwnego wyskoczy i postanowi mnie postraszyć. Kilka lat temu złapałem się na podobnym odczuciu, trafiając przez przypadek do galerii handlowej, jednej z dużych galerii handlowych, akurat w niedzielę niehandlową. Trafiłem do tej strefy, gdzie były zamknięte sklepy.
Tam oczywiście jakaś gastronomia sobie działała w międzyczasie w innym miejscu, ale ja akurat miałem przyjemność trafić do tej strefy, gdzie wszystko było pozamykane i ta dziwna pustka. Znowu ten brak normalnie towarzyszącego temu miejscu kontekstu. Nie było oczywiście jakichś tam glitchy, jakichś wbitych w ziemię do połowy mebli i tak dalej, ale dziwne uczucie niemniej było. Natomiast co do samych „Backrooms”ów, to ja pozwolę sobie tą część mojej wypowiedzi rozpocząć od zacytowania tego, co usłyszałem od młodszych uczestników seansu. Tak kątem ucha usłyszałem, podsłuchałem przypadkiem rozmowę kilku młodych ludzi, jak już weszły napisy końcowe. Jeszcze troszkę zostałem, żeby posłuchać tej muzyki, bo muzyka w tym filmie jest naprawdę świetna, muszę powiedzieć. I usłyszałem coś takiego: młodzi ludzie już wstają i mówią: "No to teraz musimy omówić, przedyskutować to, czego właśnie doświadczyliśmy". I wydaje mi się, że w kontekście takich produkcji jak „Backrooms” bardziej powinno się właśnie postrzegać tego typu filmy może niekoniecznie poprzez pryzmat tego, co widać na ekranie, czy też poprzez pryzmat fabuły, która według jednych jest
[01:01:14] - Według innych jej w ogóle nie ma. A przez pryzmat tego, jakim doświadczeniem jest obejrzenie tego filmu, jakie odczucie on w nas wzbudza. Bo interpretacja tego filmu i tego, czego doświadczamy podczas jego oglądania, w dużej mierze zależy od tego, z jakim zestawem danych w głowie, że to tak ujmę, przychodzi konkretny widz. Nie wiem, jak inni, ale ja na przykład cały czas nie mogłem się opędzić od skojarzeń z różnego rodzaju generatywnymi algorytmami sztucznej inteligencji. Jak już po seansie zacząłem się zastanawiać nad przesłaniem tego filmu, nad jego zawartością, to stwierdziłem, że odwołania do AI różnego rodzaju pojawiają się w tym filmie już od momentu pierwszego spotkania Clarka u pani psycholog. Tutaj muszę powiedzieć, że nawet w napisach polskich zdarzył się pewien glitch. Otóż nazwisko pani doktor Mary Klein jest inaczej zapisane niż w wersji oryginalnej, ale to szczegół. Mamy tam w tej rozmowie takie coś o rysowaniu psa, którego się nigdy nie widziało. I to jest takie pierwsze skojarzenie, które przyszło mi do głowy ze sztuczną inteligencją, gdy zacząłem sobie ten film rozważać już po seansie. Skąd sztuczna inteligencja ma wiedzieć, jak wygląda pies i próbować go narysować?
Kolejne takie skojarzenie w kolejności elementów pojawiających się w filmie to chociażby duże zużycie prądu. Wszyscy wiemy, znaczy nie wiemy, wolimy chyba nie wiedzieć, ile prądu zżera taki na przykład czat GPT, prawda? Właściwie bez końca można by tutaj wymieniać różne, coraz to kolejne i kolejne skojarzenia ze sztuczną inteligencją. Doszedłem w pewnym momencie do wniosku, że bohaterowie tego filmu, wszyscy ludzie, wszystkie obiekty, w ogóle wszystko, co w tym filmie się pojawia, dla backroomsów stanowi tylko kolejną porcję danych. Wchodząc do backroomsa, trafiając do takiej przestrzeni, stajesz się niczym więcej jak tylko coraz bardziej i bardziej zniekształconym wspomnieniem samego siebie. I myślę, że to jest jeden z wielu elementów, który budzi utajony lęk. Kolejną rzeczą, która mi się skojarzyła oczywiście ze sztuczną inteligencją, tą generatywną, szczególnie generatorami obrazów, chociażby w ich wczesnych formach, było przedstawienie kolejnych poziomów backroomsów. Ja to zinterpretowałem tak, że mamy tutaj niepokazane wprost trenowanie kolejnych wersji tego samego modelu. Przy czym z każdą kolejną wersją w zestawie danych coraz więcej jest rzeczy, które model ten sam wcześniej wytworzył, co powoduje coraz większą liczbę śmieci w tych, jak to się mówi, predykcjach. Tutaj najbardziej chyba oczywistym odniesieniem do generatywnych AI są widziane w tym filmie marne próby, daremne próby odtworzenia przez backroomsa postaci ludzkiej.
[01:04:37] - Tak. To teraz ja. Mam mieszane uczucia odnośnie tego filmu, bo ja też mocno zawiesiłem się na innej idei, to znaczy na jakimś pokrewieństwie tego, co widzimy na ekranie z ideą symulacji. Każdy dostaje to, co mu w duszy gra. Ponieważ ja interesuję się symulacją, samą koncepcją symulacji, w związku z tym bardzo mocno widziałem w tym obrazie właśnie symulację. I to wszystko jest w porządku. Zresztą z zainteresowaniem wysłuchałem waszych opinii i ja je podzielam. Rzeczywiście można się było w kilku miejscach zawiesić, tak właściwie przestraszyć. To jest taka narastająca groza, jakaś taka nie do końca określona, bo jakby człowiek bardzo mocno to analizował, to jest dziwnie, ale czy strasznie? Chyba jest strasznie, ale ja jednak przy tym wszystkim i przy pewnym szacunku dla tej koncepcji, czy to symulacji, czy trenowania sztucznej inteligencji, mam jednak swoje uwagi.
Ciągnie wilka do lasu. Ja jednak po dziele literackim czy po filmie oczekuję fabuły, a to jest rzecz, która w tym filmie prawie nie występuje. Podkreślam słowo prawie. Dla mnie to jest spory minus, ale być może tylko dla mnie. Ja po prostu oczekuję po filmie, żeby on mnie nie tylko wciągnął obrazem i pewną koncepcją, którą muszę później przetrawić, bo to jest okej, jak najbardziej. Natomiast chciałbym, żeby w tak zwanym międzyczasie film dostarczył mi jakiejś fabuły. Ja rozumiem, że tutaj zbyt rozbudowana fabuła mogłaby trochę przeszkadzać. Okej, uwzględniam to, ale myślę, że twórcy filmu mogliby zrobić chociażby jeden, dwa kroki dalej. I jeśli ta fabuła byłaby nawet rozciągnięta tak jak jest rozciągnięta i jednak szczątkowa, to miło by było, gdyby jednak zaistniała. I brakuje mi tej fabuły w filmie, takiej rasowej fabuły, nawet gdyby ona była rozciągnięta i może nierozbudowana.
Trochę szkoda, bo myślę, że część widzów, szczególnie tych widzów nieprzygotowanych na to, co otrzyma, może się zniechęcić. A szkoda, bo to, o czym mówił Ivellios, czyli żeby sobie nad tym filmem później pomyśleć, warto to po prostu zrobić, ale jeśli człowiek nie pójdzie na seans, to nie będzie miał o czym myśleć. Moim zdaniem szkoda. Po prostu szkoda, bo film to taka sztuka, jednak wielu ludziom, mnie na pewno, kojarzy się z fabułą. A fabuła, wiecie państwo, ma swoje prawa. I teraz powtórzę: szkoda, bo ileś tam osób po prostu odpadnie, nie znajdując ścieżki fabularnej w tym filmie. Szkoda, bo naprawdę jest o czym pomyśleć.
[01:08:22] - Przepraszam, tutaj pozwolę sobie się wciąć. Myślę, że ten film to jest taka próba przeniesienia na grunt kinowy właściwie cech charakterystycznych tego całego uniwersum Backroomsów, bo te krótkometrażówki obecne chociażby na YouTubie sprowadzają się głównie do eksplorowania tych przestrzeni, prawda?
[01:08:43] - Jak najbardziej. Rozumiem kontekst, natomiast ponieważ film kinowy swoje trwa, to jednak to jest długi czas, więc tu troszeczkę fabuły by się przydało i stąd moje wątpliwości. Ale to nie są wątpliwości wykluczające. To są raczej wątpliwości, które pochylam się po prostu z troską, że może szkoda, iż ten film nie otrzymał takiej atrakcyjności fabularnej, ale może się mylę. Piotrze, wracam do ciebie. Jakie jeszcze refleksje po Backroomsach?
[01:09:23] - Tutaj kluczem jest stwierdzenie „film kinowy”. Myślę, że Backrooms to jest taki obraz, który musi być oglądany na dużym ekranie, ewentualnie na dużym telewizorze w ciemnym miejscu i to pozwala na immersję, zagłębienie się w ten świat korytarzy, niespodzianek i tak dalej. Rozumiem, że on pewnie wejdzie prędzej czy później do streamingu. On do internetu trafił bardzo dawno. Tylko że myślę równocześnie, iż on jest po prostu nieatrakcyjny na małym ekranie, bo nie widzimy tego, co powinno przerażać. Bo to jest trochę tak jak z filmem o rekinie, który jest wyświetlany w 3D w kinie. W innych okolicznościach to już nie zrobi wrażenia. Czyli tu mamy pewną metodę przekazu i mamy pewne środowisko, które przeraża w określony sposób i to rzeczywiście może być odebrane nieco słabiej, kiedy się ogląda ten film w innych okolicznościach. Zapomnieliśmy, czym w ogóle ten film jest. Myślę, że można parę słów powiedzieć.
To jest prosta historia, o czym Marek mówił. Jeden Marek z dwóch. Będący na zakręcie życiowym sprzedawca mebli, niedoszły architekt Clark szuka przyczyn nadmiernego poboru prądu. Coś mu po prostu żre ten prąd i przypadkiem zauważa, kiedy bawi się bezpiecznikami, że coś się świeci za ścianą. I tak wchodzi w tą ścianę i trafia na Backrooms. Początkowo myśli, że to jest dalszy ciąg budynku, że to jest jakaś zamknięta strefa, ale szybko orientuje się, że nie. Mówi o tym wszystkim swojej terapeutce, która potem szuka Clarka w Backrooms, bo on zaginął. On tam postanowił zostać. Co się dzieje dalej? To zobaczycie.
Ale jak mówię, to jest film eksponujący nie opowieść, a miejsce i trzeba mieć tego świadomość. Czyli Backrooms wciąga. Wciąga szczególnie ta żółta część, ale w określonych okolicznościach. Tam też są inne przestrzenie, takie powiedziałbym łaziebne i inne pokoje. Może już nie tak bardzo przerażające. Te korytarze żółte z jarzeniówkami robią największe wrażenie. Ciągną się w nieskończoność, przyjmują jakieś nienaturalne zwroty, zakręty i tak dalej. Finalnie mamy jeszcze nawiązanie do grupy uczonych, którzy to miejsce badają i to też nie jest rozbudowane. Zastanawiam się dlaczego. Oni nie wiedzą, czym jest to miejsce albo oni nie chcą nam powiedzieć, bo to jest zajawka i materiał do dalszego rozwoju tej historii w segmencie numer dwa.
Albo rzeczywiście coś tutaj jednak, jak to się mówi po młodzieżowemu, nie zabanglało. Mały minus Backroomsów to jest również niewykorzystanie w pełni zaangażowania niektórych aktorów. Niedopowiedzenie właśnie niektórych rzeczy, na przykład badań natury tego miejsca, w ogóle natury tego miejsca. Wiele się zostawia dla wyobraźni. Wiele człowiek musi sobie dopowiedzieć albo poszukać w sieci. Zobaczymy, czy to jest zrobione dlatego, że Backrooms kiedyś wróci jeszcze straszniejsze. Ale mimo wszystko mi czas minął bardzo szybko. Nie męczyłem się tak jak na „Dniu objawienia”. Film mi się podobał. Aktorzy świetni, szczególnie Mark Duplass.
Ja wolę Duplass interpretować takie nazwisko, który gra naukowca. Aczkolwiek mamy świadomość też, kiedy obejrzymy ten film, że on jest bardzo wieloznaczny, o czym mówił Ivellios tutaj, ale też, że on się odwołuje do
[01:13:27] - Pewnych dawnych dobrych wzorców: Cube, White Lodge z Twin Peaks. Niektórzy nawet widzą Wolfensteina w tym wszystkim. To wszystko pobrzmiewa i kusi, nęci, ale ogląda się, moim zdaniem, mimo wszystko, mimo tej fabuły szczątkowej, okrojonej, dobrze.
[01:13:47] - Co jeszcze mogę dodać do tego filmu? Na pewno, tak jak już mówiłem, dużo w kwestii interpretacji tego filmu, tych doświadczeń zależy od tego, jaki zestaw danych ma w głowie każdy z widzów, z jakimi przychodzi ograniczeniami, czy w ogóle zna to uniwersum. Myślę, że osoby nawet niekoniecznie znające backrooms, ale orientujące się jako tako w tematach związanych ze sztuczną inteligencją czy też w kwestiach związanych z psychologią, z walką z własnymi problemami wewnętrznymi. Myślę, że nawet takie osoby niezbyt orientujące się, z czym to się, kolokwialnie mówiąc, je, myślę, że też jakiś dreszczyk pewnych lęków, pewnych emocji odczują jednak oglądając ten film. Bo tu jest dużo elementów, które są zarówno, że tak to ujmę, straszne wprost, straszące wprost, jak też dużo jest tu różnych mniejszych lub większych rzeczy, które potrącają ukryte struny naszej wyobraźni, naszych uczuć, każdego z widzów. Także myślę, że każdy z oglądających albo prawie każdy z oglądających znajdzie jakiś straszny element dla siebie.
[01:15:06] - Ja ten element znalazłem. On rzeczywiście, ten film potrafi przestraszyć, potrafi zainspirować do przemyśleń, ale potrafi też zainspirować do analizy związanej z kulturą. Pomyślałem sobie, jakie ja znam jeszcze sztuki bez fabuły, bez tradycyjnej treści. I tak jak pomyślałem, to jest domena abstrakcji, minimalizmu, sztuki konceptualnej. Wiecie państwo, jakaś czysta abstrakcja w malarstwie chociażby, czy na przykład muzyka ambientowa. Wiecie państwo, na czym to polega. Tam też jest to wszystko zminimalizowane. Sztuka konceptualna to tam jest ważna idea, idea artystyczna. Gdzieś tam macie państwo ten słynny pisuar, który zatytułowany jest „Fontanna” i to jest wyrwany z kontekstu przedmiot, który jednak zmusza oglądacza do myślenia o definicji sztuki. Mamy wreszcie minimalizm, to szczególnie w rzeźbiarstwie, ale i w muzyce.
Te kompozycje są powtarzalne, w jakiś sposób pojawiają się geometryczne formy, to w malarstwie i są te ograniczone środki wyrazu. To wszystko jest ta sztuka bez fabuły, tak to określmy. I odbiór tego rodzaju sztuki nie polega na zrozumieniu, tylko bardziej na czystym doświadczeniu zmysłowym, na emocjach, tym wszystkim, co wzbudza się w samym odbiorcy. I to w tym filmie jest. Tu przyznaję, a to moje narzekanie, które podtrzymuję, ja nie wycofuję się ze swoich słów. Brakuje mi, bo to wszystko można było połączyć. Bo sztuka pozbawiona narracji, przesłania, bywa często niezrozumiała, ponieważ nasz mózg tak ma, że on jest przystosowany ewolucyjnie do poszukiwania wzorców, do poszukiwania logiki i poszukiwania, to jest chyba najważniejsze, co chciałem powiedzieć, do poszukiwania opowieści. A kiedy brakuje tego tradycyjnego haczyka w postaci fabuły, to dzieło może się wydać albo puste, albo nużące. Podkreślam to akurat w filmie „Backrooms” niesłusznie, bo tu jest o czym myśleć, jest nad czym się zastanawiać. Te przykłady ze sztuczną inteligencją czy z symulacją najlepiej tego dowodzą.
A tu myśl można rozwijać, można pójść naprawdę w arcyciekawe rejony. Warto się tam zapuścić po prostu. I wątpliwość, którą zgłaszam, to ja bardzo bym marzył, żeby taki film jak „Backrooms”, druga odsłona, kolejna część czy cokolwiek to będzie, żeby miał bardziej może nawet nie rozbudowaną, tylko bardziej zdecydowaną fabułę, to ja już wtedy będę absolutnie usatysfakcjonowany. Bo przy tak długim filmie takie straszenia albo też takie emocje, bardziej emocje chyba to jest lepsze słowo, które ten film wywołuje w niektórych momentach, to może być dla niektórych widzów trochę za mało. Dla mnie było trochę za mało. Powtarzam, cały czas myślę o tym filmie jako o filmie, który chyba muszę obejrzeć przynajmniej jeszcze raz. To już świadczy o tym, że ów film ma w sobie taką magię przyciągania. Jak to facet, który mówi w tej chwili, że nie ma fabuły, deklaruje, że pewno film jeszcze raz obejrzy. A zatem jakby tak patrzeć komercyjnie, czy też nawet filozoficznie. To dziwne, kiedy komercja spotyka się z filozofią, ale zdarza się tak czasami, to gdyby patrzeć pod tymi kątami, to Efekt został osiągnięty.
Widz wraca. Co więcej, widz czuje się zafratowany. To, myślę, z punktu widzenia ludzi tworzących film jest ważny sygnał i ja taki sygnał niniejszym przekazuję.
[01:19:44] - Myślę, że warto ten film obejrzeć co najmniej jeszcze jeden raz, choćby z tego powodu, że jak było, nie było, on też zadaje nam, może nie wprost, ale jednak dosyć dużo pytań, trudnych pytań o wiele rzeczy. Treść tych pytań, co ciekawe, również w dużej części zależy od tego, co mamy w głowach, prawda? Jedni będą sobie zadawać pytania o prawdziwą naturę naszej rzeczywistości. To głównie osoby, które przeżyły jakieś zjawiska typu bliskie spotkanie z błędem, z jakimś błędem w Matrixie chociażby. Czy też pytania o konsumpcjonizm, o to, dokąd zmierza ta cała sytuacja obecna z rozwojem sztucznej inteligencji. I tak dalej, i tak dalej. Myślę, że wiele osób po obejrzeniu tego filmu chociażby dopiero pierwszy raz również miała w głowie takie trudne pytania, na które odpowiedzi mogą być czasami naprawdę bardzo niepokojące. I to jest kolejny z takich utajonych elementów tego filmu, który wywołuje pewien lęk. A co do kontynuacji potencjalnej, to jestem ciekaw, co będzie w następnej ewentualnej odsłonie „Backroomsów”. Bo zapoznając się trochę z tym uniwersum, doszedłem w pewnym momencie do wniosku, że skoro istnieje jakaś przestrzeń, to jest taka zasada, która mówi, że istnieje też jakaś backroomosowa, liminalna wersja tej przestrzeni.
Bo w tych filmach dostępnych na YouTube, w tych krótkometrażówkach mamy i klasyczne backroomsy, czyli te zaplecza, ale też mamy baseny liminalne. Mamy też parkingi liminalne, osiedla liminalne, mieszkania liminalne. Jeżeli istnieje jakieś miejsce, to musi istnieć jakaś jego liminalna odsłona. A państwa oczywiście bardzo gorąco zachęcamy do dzielenia się swoimi wrażeniami. Jeżeli byliście już na seansie i widzieliście „Backrooms”, zachęcamy gorąco do dzielenia się swoimi wrażeniami, spostrzeżeniami i opiniami o tym filmie w sekcji komentarzy pod tą audycją.
[01:22:02] - Tak. A my teraz ruszamy z polecankami z pogranicza. Tradycyjnie przypomnę, że wszystkie książki, o których mówię w tej części audycji, są dostępne. Jeśli wpiszecie państwo adres nieznany.pl, otworzy się przed państwem prawdziwa wirtualna biblioteka, a właściwie wirtualna księgarnia, której drogą kupna można nabyć wszystkie te rarytasy księgarskie. A dzisiaj kolejne trzy książki. Pierwsza z nich nosi tytuł „A dookoła nas rzeczy różne”. Autor Jędrzej Fijałkowski, wydawca Ars Scripti 2. „A dookoła nas rzeczy różne” jest książką istotnie o rzeczach różnych, które każdego z nas dotykają, osaczają, zadziwiają, wzruszają. To krótkie miniopowiadania, które jak chwilowy błysk światła w ciemności nagle wydobywają z mroku coś, co mignęło obok nas. Ale zagonieni i zagubieni w tej gonitwie życia po prostu to przegapiliśmy.
Ten jeden moment, który dla innych stał się nagle kulminacyjnym wydarzeniem, dramatem, niespodziewaną refleksją, chwilą szczęścia, sekundą, jednym dniem, w którym jętka jednodniówka przeżywa całe życie, a dla nas bywa on często jedynie kolejnym, niewiele znaczącym upływem czasu w drodze do ostatniego przystanku. Nie da się tej książki łyknąć w całości. Grozi przegrzaniem synaps. Każdy tekst zawiera w sobie jakąś myśl, która niepokoiła autora i zapewne zakołatała także kiedyś w mózgu czytelnika. Przyjrzyjmy się więc tym drobinom, mając świadomość, że każdy ma prawo mieć swoje własne spostrzeżenia, tak jak ma prawo do innego postrzegania świata. Nie na darmo autor powołał się w motcie książki na noblistkę Olgę Tokarczuk, która stwierdziła w „Momencie niedźwiedzia": „Widzimy więc te same rzeczy w inny sposób". Opowieści te przypominają nieco przypowieści Anthony'ego de Mello, hinduskiego jezuity. Bliższe są jednak naszej europejskiej, mniej uduchowionej duszy. Przypomnę tytuł: „Dookoła nas rzeczy różne". Autor Jędrzej Fijałkowski, wydawca Ars Scripti 2.
Druga książka, którą przygotowałem nosi tytuł „Amor fati". Autor Maciej Wiszniewski, wydawca NewsPress. U każdego z nas w pewnym momencie przyjdzie własne zrozumienie tego, co się wydarza. Zmienią się wartości, priorytety i sens życia. Człowiek odkryje, że życie nie polega na tym, co zdobędzie, na tym, co ma lub co chce zyskać, a wręcz przeciwnie, na tym, czego nie chce, nie pragnie, za czym już nie goni. To jest uwolnienie swojej duszy z kajdan umysłu. To jest rewolucja. Wtedy człowiek odkrywa, że sens jego życia nie ma nic wspólnego z tymi rzeczami, które ma, z żadną materią, opiniami ludzi czy emocjami. Nie ma nic wspólnego z tym, czego pragnął. Nie ma nic wspólnego z jego przyjemnościami, komfortem i uznaniem.
To była iluzja. Przypomnę tytuł: „Amor Fati”. Autor: Maciej Wiśniewski, wydawca: New Space. Trzecia książka nosi tytuł: „Bert Hellinger. Moje życie, moja praca”. Autorzy tej książki to Bert Hellinger i Hanne Lore Hellmann, wydawca: Virgo. „Kto jak ja spogląda wstecz na prawie sto lat życia, ma wiele do opowiedzenia. Moja żona Sophie już od dłuższego czasu prosiła mnie, bym napisał swoją autobiografię, lecz ja wytrwale się wzbraniałem” – pisze Bert Hellinger i dodaje: „Ponieważ nie jestem ani gwiazdą rocka, ani aktorem z Hollywood, chętnie pokazującymi publicznie prywatne sprawy, nie widziałem powodu, dla którego miałbym o sobie opowiadać. Niektóre zdarzenia z mojego życia stały się jednak pożywką dla plotek i spekulacji. Bo były ksiądz, który w wieku prawie 80 lat rozwodzi się z żoną, aby poślubić dużo od niej młodszą kobietę, szybko staje się obiektem domysłów.
Czy wolno mi obarczać moją żonę później, kiedy już mnie nie będzie, a to może zdarzyć się w każdej chwili? Czy wolno obarczać ją zadaniem zabierania głosu w moim imieniu? Odpowiadania za mnie na pytania związane z moją osobą? Załatwiania za mnie tego, na co sam nie mam ochoty? Nie, nie mam do tego prawa. I nawet jeśli ona sama podjęłaby się tego wszystkiego dla mnie, czy byłoby to wiarygodne? Czy nie wywołałoby to zarzutów stronniczości i nie naraziło jej na dodatkowe trudności? Dlatego czas, abym teraz sam wszystko wyjaśnił i zatroszczył się o wprowadzenie jasności w zakresie tych różnych tematów. Mam nadzieję, że harmonia towarzysząca powstawaniu tej książki podziała także na jej czytelnika oraz że ta autobiografia pomoże mu w znalezieniu drogi do pełniejszego i szczęśliwszego życia. Pisanie autobiografii jest podróżą, podróżą w czas przeszły, który wiedzie w czas teraźniejszy.
Mężczyzna spotyka dziecko, starość spotyka młodość, bliski koniec spotyka początek. Kroczę przez moje życie, którego koło powoli się zamyka. Brakuje jeszcze tylko ostatniego kawałka. To przyszłość. Nie pozostało mi jej już dużo. Patrzę na nią bez smutku. Hojnie zostałem bowiem obdarowany czasem. Długim czasem, który wolno mi było samemu kształtować, podczas gdy on kształtował mnie. Kształtował wszystkimi zdarzeniami i ludźmi, wszystkimi odkryciami i myślami. Patrzę teraz na niego pełen wdzięczności i pokory.
Był mi przychylny”. Przypomnę tytuł: „Bert Hellinger. Moje życie, moja praca”. Autorzy: Bert Hellinger i Hanne Lore Hellmann, wydawca: Virgo. Proszę państwa, a teraz będzie audycja, której jeszcze państwo nie znacie. Wakacyjna, beznazwowa, jeszcze beznazwowa audycja o miejscach paranormalnych i nie tylko paranormalnych w naszym kraju. Miejscach, które można odwiedzić podczas wakacji. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem kilka takich ciekawych miejsc państwu wskażemy. A państwo, jeśli będziecie tak mili, to może wskażecie nam odpowiednią nazwę dla tego nowego cyklu. Czekamy na wszelkie wasze propozycje.
Najlepiej chyba zapisać je w komentarzach. A teraz czas na pierwszy odcinek beznazwowej audycji. Tym razem będzie o miejscu tajemniczym w pobliżu Częstochowy, o Górze Osona. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy. No właśnie, co my tak naprawdę zaczynamy? Zaczynamy nowy cykl, wakacyjny cykl. Za chwilę o tym cyklu opowiemy, ale ten cykl nie ma jeszcze nazwy i tu chyba najlepsze wyjście, jakie przychodzi mi do głowy. Może państwo wymyślicie nam nazwę na audycję? Zaraz państwu pokrótce powiemy, o czym ta audycja będzie.
Ale na początek dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:30:33] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, witam wszystkich.
[01:30:36] - Tak, Piotrze, to co my za audycję na wakacje przygotowujemy?
[01:30:42] - To będzie taka audycja trochę podróżnicza, trochę może nawet momentami sentymentalna, bo i takie odcinki będą, a trochę tajemnicza, bo będziemy się poruszać śladem miejsc niezwykłych. Nie zawsze będą to strefy anomalne czy polskie Trójkąty Bermudzkie. Czasami miejsca z takimi tajemnicami, które są znane lokalnie albo są znane tylko w wąskich grupach. Miejsca nawiedzone, miejsca odwiedzane przez UFO, miejsca cieszące się złą sławą. Tym tropem pójdziemy. Mam nadzieję, że przez kilka tygodni nie wyczerpiemy całego arsenału tych miejsc. Jestem tego w sumie pewien nawet dlatego, że takich lokalizacji w Polsce jest multum. A zaczynamy od Góry Osona w Częstochowie, czyli lokalnego, a kto wie, może nawet jurajskiego regionalnego punktu na ufologicznej mapie, który wsławił się kilkoma interesującymi incydentami Ale jest wiele nieporozumień. Jest wiele pytań bez odpowiedzi w kwestii Góry Osona, na które może dzisiaj odpowiemy, bo jest czas i miejsce, a też dość dawno o tym nie mówiłem.
[01:32:07] - Ja muszę się przyznać, że Góra Osona kojarzy mi się z krajobrazem przemysłowym. Takim krajobrazem nawet może więcej niż przemysłowym, takim industrialnym, ale powojennym troszeczkę, bo mamy tam puste budynki, jakieś takie betonowe, żelbetowe struktury. Gdzieś to się wszystko wyłania z lasu. Zresztą na tym terenie skał też dostatek. W sumie to jest, jeśli popraw mnie, bo z geografii Częstochowy nie jestem dobry, ale zdaje się, że jest to najwyższe wzniesienie w obrębie miasta. I w ogóle to jest miejsce, które niekoniecznie kojarzy mi się ze strefami anomalnymi czy z jakimiś miejscami dziwnymi, tylko bardziej jako taki upadły wielki zakład. W każdym razie zdecydowanie krajobraz przemysłowy.
[01:33:09] - Tak, muszę powiedzieć, że najciekawiej tam nie jest i osoby, które nie są przyzwyczajone do takich widoków częstych w Zagłębiu, częstych na Śląsku, mogą być w pewien sposób zauroczone, bo to jest taki dziwny punkt, gdzie skraj Jury Krakowsko-Częstochowskiej z jej charakterystycznymi skałkami, sosnowymi borami styka się tak naprawdę z ogromnym kompleksem, jakim jest Huta Częstochowa, która się podnosi z ruin. Rzeczywiście jakiś czas temu można było odnieść wrażenie, że to wszystko takie upadłe i w ogóle. Ale teraz się z tych kolan podnosi dzięki wsparciu państwowemu. To jest plus. Na Górze Osona wiele rzeczy się zmieniło, odkąd pamiętam. To nie jest już takie miejsce, które ja odwiedzałem z Grzegorzem Tarczyńskim kilkanaście lat temu. Jest gorzej niestety, ale wtedy, kiedy tam wchodziliśmy na szczyt, tam była taka, nie wiem, jak to nawet nazwać, taki kosz, taki kiosk metalowy, potężny i taka kopuła betonowa. Był wspaniały widok nie tylko na Częstochowę, ale i na Hutę i na okolice. Skąd Góra Osona jest znana? Czy ona była wcześniej znana w ogóle w mieście?
Muszę przyznać, że tak naprawdę ja trochę też odpowiadam za narodziny tej legendy. Kiedy Marku byliśmy na pikniku w Emilcinie, to była tam pewna pani, która robi projekt fotograficzny związany z Górą Osoną i tą legendą, która powstała. Tak trochę nieświadomie żeśmy się do tego przyczynili, bo wielu częstochowian uważa właśnie Górę Osona za strefę UFO, za miejsce, gdzie te obiekty są widoczne. Ja mówię, że to nie jest tak do końca. Zaraz może o tym opowiem, ale tak. Są tam ludzie, którzy przyjeżdżają sobie tego UFO poszukać, popatrzeć. Mają nadzieję, że coś zobaczą. Innym Góra Osona się kojarzy po prostu z takim postindustrialnym, bo tam była przepompownia wody dla Huty, krajobrazem. Trochę takim, jak by to powiedzieć, mrocznym, trochę takim post-apo nawet to wszystko zalatuje czy zalatywało dawniej. Rzeczywiście z tej góry wyłaniają się betonowe struktury.
Tylko że to wszystko już się zapadło niestety. Ta kopuła na górze się zapadła, a szczerze mówiąc to w internecie znajdziecie nawet filmy pokazujące, jak wygląda Góra Osona od środka. Byli śmiałkowie uprawiający urbex, którzy tam wleźli po prostu, bo się dało, pomimo tego, że tam były zamurowane te wejścia. Także legenda jest. Legenda żyje własnym życiem, jest przypominana zwykle latem, w okresie sezonu ogórkowego. Z czym to się je? Przede wszystkim z opowieścią, z historią Grzegorza Tarczyńskiego, bo to jest tak naprawdę twórca tej legendy. Grzegorza serdecznie pozdrawiamy, mamy nadzieję, że wróci do internetu to człowiek o wybitnie radiowym głosie. Grzegorz w 2002 roku w sierpniu był świadkiem razem ze swoim bratem i ojcem dziwnego zdarzenia, bliskiego spotkania z UFO. Ono trwało dość długo.
Była to obserwacja kuli światła, w sumie dwóch kul. Jedna krążyła wokół drugiej, a kiedy im się znudziło już obserwować te kule i Grzegorz chciał wrócić do domu, Grzegorz mieszkał wtedy w centrum Częstochowy, to coś go tak tknęło i wjechał w jedną z dróżek, które znajdują się naprzeciwko ogrodzenia Huty. Tego, który jest przy drodze głównej. Wjechał tam i mrugnął światłami do tej kuli. Ona odpowiedziała, przybliżyła się. No i się zaczęło. To, jak to było, możecie sobie ze szczegółami posłuchać w internecie, bo Grzegorz trochę tych relacji pozostawił. I tak się zaczęło. To był rok 2002. Myśmy to opublikowali, z tego, co pamiętam, chyba w roku 2005 i od tego czasu mniej więcej legenda Góry Osona żyje swoim życiem.
Pojawiały się nowe relacje oczywiście. Nie jest ich wcale tak wiele, ale ludzie trochę źle rozumieją ten fenomen. To nie jest tak, że tam się przyjdzie i tam się zobaczy jakiś dziwny obiekt od razu. Są ludzie, którzy przechodzili koło tej góry, przejeżdżali może raczej w drodze do pracy i nie widzieli przez lata nic. Ona dawniej była dobrze widoczna, teraz jest po prostu zarośnięta. Natomiast tam tysiące ludzi dziennie przejeżdżało właśnie na Hutę do roboty i jakoś tak mało kto widział coś dziwnego. Przecież swego czasu to nawet tak vis-à-vis Góry Osona Znajdowały się bloki mieszkalne. One zostały wyburzone jakiś czas temu. To był chyba albo hotel robotniczy, już tego nie pamiętam, albo normalne bloki. Takie rotacyjne, jak to się mówi.
Ludzie tam mieszkali, aczkolwiek tam było trudno wytrzymać, bo tam jest taki charakterystyczny zapach. Zapach troszeczkę podpadający pod zgniłe jaja. Nie każdemu to się podoba. On nie jest dzisiaj tak intensywny, jak był dawniej. Ja pamiętam, że dawniej to było naprawdę ciężko, natomiast jest czuć. Tam ludzie mieszkali i UFO ich nie porwało, ale jednak coś się tam dzieje. Tylko zawsze podkreślam, że nie dzieje się na samej górze. To nie jest tak, że tam spodki lądują, to się dzieje raczej wokół góry i raczej na dość dużym dystansie. Myśmy to nazwali fenomenem Góry Osona, dlatego że ona jest tak jakby w centrum. Natomiast tych zdarzeń było więcej i one się rozgrywały wokół sąsiednich wzniesień.
A druga sprawa jest taka, że tam legendy mówiące o obiektach, które dzisiaj się nazywa orbami bądź UFO, a dawniej nazywano je świetlikami, świecznikami, fajermanami, one są bardzo stare. Akurat moja babcia, dziadek też, chociaż dziadek mieszka trochę dalej, mieszkali w niedużej odległości od Góry Osona i ja znałem te opowieści. Tam różne rzeczy widywano. Natomiast współcześnie właśnie ta legenda jest kojarzona z Górą Osona. Tak to wygląda.
[01:39:40] - Piotrze, ale to ciekawe miejsce. Tylko jak tam ma przyjezdny człowiek spoza Częstochowy dotrzeć na ową Górę Osona? Jak tam się wkręcić? Czego szukać? W którą stronę jechać?
[01:40:00] - Ja bym radził, jeżeli ktoś już będzie spoza miasta kierował się w stronę Góry Osona, to niech po prostu włączy nawigację i to miejsce znajdzie. To jest poza terenem zabudowanym i to jest na terenie, nie chcę powiedzieć parku przemysłowego, ale w okolicach Góry Osona są teraz pewne zabudowane strefy. Jest tam na przykład elektrownia słoneczna, jest tam gazownia i trzeba wybrać dobre miejsce, zjechać na dobrą dróżkę, żeby do tej góry dojść, bo tam nie wszędzie można stawać tak naprawdę. Trzeba uważać, żeby się nie załapać na ten zakaz, bo tam po tej stronie, gdzie jest taki ładny parking, niestety nie wolno. Także uważajcie. Najlepiej po prostu kierować się na dzielnicę Zawodzie, z Zawodzia na ulicę Legionów w stronę miejscowości Srodko i tam znajdziecie Górę Osona. Niestety jej nie widać. Ona kiedyś dobrze była wyeksponowana, a dzisiaj jest po prostu zarośnięta. Nie dość, że sama jest zarośnięta, to jeszcze od strony drogi porastają ją wysokie drzewa i naprawdę jest ciężko cokolwiek zobaczyć. Ja pamiętam to zupełnie inaczej.
Słowo góra jest pewnym wyolbrzymieniem. To jest dość duże wzniesienie, w ogóle dwuczęściowe, częściowo też sztuczne, musimy pamiętać. I ono, kiedy tych lasów nie było, rzeczywiście się prezentowało dość okazale. A teraz trzeba się po prostu dobrze ustawić, żeby tę Górę Osonę zobaczyć, kiedy jedziemy tą ulicą, tą drogą. Tam często też stoi policja, także uważajcie. Musicie zachować pewną ostrożność i musicie oczywiście uzbroić się w cierpliwość, żeby do niej dotrzeć. Kolejna sprawa: to jest dość trudny teren. Był trudny. Podejrzewam, że jest jeszcze gorzej. Dawno tam nie byłem.
Ja pamiętam Górę Osonę jeszcze z czasów, kiedy można tam było swobodnie podjechać i swobodnie wejść. Teraz dodajmy do tego te krzaczory, które tam zarosły. Tam zawsze też było tak, że było piaszczyście, żwirowo, glina tam była w dodatku, tam się źle wchodziło po deszczu. Także tak to wygląda i nie jest to bardzo spektakularny widok, muszę powiedzieć. Jeżeli ktoś się spodziewa czegoś wstrząsającego, to tak jak powiedziałem, jeżeli jest przyzwyczajony do krajobrazów industrialnych, to nic go tam nie urzecze. Pewnym elementem egzotycznym jest to, że kiedy się zbliżymy od strony drogi w sumie, to zobaczymy w tym miejscu kapliczkę. Kapliczkę, która jest wmurowana w skałę. Niektórzy dopowiadają sobie jakieś różne historie związane z tą kapliczką, że ona tam jest specjalnie, bo tam straszyło i tak dalej. Historia jest chyba trochę inna. Ta kapliczka tam powstała z przyczyn chyba czysto religijnych, ale rzeczywiście kiedyś był tam dość okazały posąg Matki Boskiej Fatimskiej, z tego, co pamiętam.
Także to dodaje pewnego kolorytu, natomiast nie wiem, czy ma jakieś oparcie w rzeczywistych historiach. Także tak mniej więcej pokrótce to wygląda. To nie jest najprzyjemniejszy, najprzyjaźniejszy teren do odwiedzin, prawda? To nie jest góra taka jak tutaj na Jurze, że sobie podjedziecie, wejdziecie i będzie fajnie. Jest trochę inaczej myślę. To znaczy nie to, że was straszę czy coś, ale jednak trzeba być na wiele rzeczy gotowym.
[01:43:47] - Piotrze, ty wspomniałeś o obserwacji Grzegorza Tarczyńskiego, ale tak mi się nasuwa: czy to był początek, czy też Góra Osona ma jakąś dłuższą historię? Czy tam działo się coś wcześniej? I powiedz, dlaczego od czasu do czasu trafiam nie na Górę Ossona, tylko Górę Osony?
[01:44:16] - Tak, to jest w ogóle ciekawy temat, dlatego że moja babcia, która mieszkała w sąsiedniej miejscowości, kiedy ja w ogóle tej historii nie znałem i jeszcze nikt chyba nie znał o UFO nad tą górą, to ona używała terminu Osona. Myśmy to nazwali Góra Osona, bo musieliśmy to jakoś określić, bo samo Osona to mało osób by się domyśliło. Także zamiast wzgórze, powiedzieliśmy Góra Osona. Tak tutaj się po prostu mówi. Moja babcia używała tego terminu przez jedno „s”. Osona. Czyli to była nazwa znana wcześniej już. Prawdopodobnie w czasach jej młodości. W internecie zaczęła krążyć taka historia o niejakim Edwardzie Ossonie, który nigdy nie istniał i który miał tam założyć szkółkę szybowcową. To jest nieprawda.
Natomiast ja mam dwie wersje etymologii, czyli dwie wersje, dwie hipotezy w sumie odnośnie tej nazwy. Po pierwsze Osona może się odnosić do osiki, do starej staropolskiej nazwy tego drzewa i to była nazwa lokalna. Tam po prostu były osiki i nazwano to Osoną. Przez jedno „s”. Ale jest też druga hipoteza mówiąca, że tam po prostu po wojnie była szkółka szybowcowa. Szkółka szybowcowa założona, może nie założona, kierowana przez pana Henryka Sięgę, pseudonim Osoński. Taki miał pseudonim i tam po wojnie założono Ośrodek Szkolny Szybownictwa Ministerstwa Komunikacji. Ośrodek Szkolny Szybownictwa, czyli OSS, czyli nazwa Ossona mogła się wziąć właśnie od OSS również. I tu bym się chyba nawet bardziej przechylał. Potem powstała ta legenda o Edwardzie Ossonie i tak dalej.
Na tej górze w ogóle ciekawe rzeczy się działy, bo tam była szkółka szybowcowa, tam była stadnina, to śladów tego do dzisiaj w ogóle nie ma. Ale jakaś legenda tego miejsca cały czas była żywa. Jeżeli chodzi o Grzegorza Tarczyńskiego, to jak mówiłem 2002 rok, ich obserwacje. Grzegorz tam potem dokonywał też innych, że tak powiem, obserwacji, rejestracji NOLI, bo jeździł w to miejsce przez wiele lat z aparatem, z kamerą. Ja sam byłem świadkiem czegoś tam. Muszę powiedzieć, widziałem coś dziwnego podczas mojej pierwszej wizyty na Górze Osona. Potem kontaktowali się różni ludzie mówiący, że coś widzieli, ale zazwyczaj w czasach współczesnych. Natomiast jeżeli chodzi o te starsze czasy, to wydaje mi się, że tych obserwacji było mało. Trafiliśmy na kilka. Tak jak powiedziałem, pod Górą Osona biegnie droga.
Może nie tak bardzo pod, ale niedaleko. I tam jeździli ludzie rowerami, transportem, samochodami jeżdżą cały czas i tak naprawdę przez te wszystkie lata relacji było bardzo mało. Że wiesz, ktoś jedzie, widzi jakieś światła nad tą górą czy nad tymi skałami, bo to trudno też górą nazwać. I tych relacji było mało. Grzegorz pamiętam gdzieś tam z lat 50. czy 60. miał relację o tym, że ktoś widział w pobliżu Góry Osona jakieś słupy świetlne. Ja z kolei mam taką opowieść rodzinną mojej prababci, która widziała dziwny obiekt kulisty w pobliżu studni. To były, powiedzmy, trochę dalsze okolice Góry Osona. W późniejszych latach docierają do mnie też relacje, powiedzmy z promienia kilometra, półtora od Góry Osona, mówiące o spotkaniach z niewielkimi, kulistymi obiektami, też w czasach współczesnych.
I to wszystko się układa w jeden ciąg. To znaczy mamy jakieś niewielkie, jak mówiłem, kuliste, świetliste obiekty, które z jakichś powodów w tym rejonie całym wokół góry, a ten rejon sięga aż Pomstów, Mirów, Prędziszy, one się pojawiają. I jest też taka hipoteza, która mówi, że mówiąc o UFO, raczej powinniśmy skierować naszą uwagę nie w stronę kosmitów, ale raczej jakiegoś nieznanego fenomenu. Atmosferycznego raczej nie, bo to się pojawia przy ziemi najczęściej. Jakiegoś nieznanego zjawiska pogodowego, naturalnego w każdym razie, które niekiedy może wystraszyć, niekiedy może zatrzymać samochód, jak było w jednym z przypadków. Wykazuje inteligentne na pozór zachowanie, jak było w przypadku Grzegorza, ale ma więcej wspólnego chyba z piorunami kulistymi, z legendami o tych błędnych ogniach niż z UFO. Chociaż będą tacy, którzy będą mieli odrębne zdanie i zupełnie inne zdanie. Do tego trzeba dodać bardzo liczne obserwacje w ogóle w Częstochowie, w pobliżu kamieniołomu, który jest całkiem niedaleko. Tam jest też taka bardzo wysoka figura papieża znana na całą Polskę. Jeżeli ją zobaczycie, to jesteście już blisko Góry Osona.
Sama huta też miała być miejscem wielu ciekawych zdarzeń. Oczywiście nie było tak, że tam UFO lądowało i wychodzili kosmici. Zwykle były to małe obiekty. Także mniej więcej tak to wygląda. To jest pewna zagadka. Wiesz, jak połączyć te starsze relacje, nawet te związane z folklorem, z tymi współczesnymi? I jak to wszystko ma się do obecnego statusu tego miejsca? Wiesz, dawniej ludzie jeździli tam na grzyby Dawniej tam młodzi jeździli, żeby się napić albo coś przypalić. Od jakiegoś czasu jeżdżą, żeby się napić, przypalić i poobserwować UFO. Pewna legenda się narodziła.
Tylko pytanie, czy ta legenda przypadkiem nie sięga swoimi korzeniami znacznie głębiej i wcześniej, bo moim zdaniem sięga. Bardzo ciekawe miejsce, bardzo ciekawa historia. Historia, która trwa. Mieliśmy więcej zgłoszeń mówiących o dziwnych quasi wyładowaniach nad tą górą. Pamiętajmy, że jest mnóstwo żelaza w tej górze, mnóstwo betonu. Czy to wpływa na lokalną geologię? Kto wie. Być może tak. Może mamy do czynienia ze zjawiskami zupełnie naturalnymi, ale jednak jest to interesujące, bo przypomina nam trochę fenomen doliny Hessdalen w Norwegii, gdzie również są obserwowane podobne zjawiska, aczkolwiek tam mamy je na wysokości. Przypomnę, jeżeli chodzi o góry Osona, one zazwyczaj są nisko i są to małe obiekty, często wydające trzaskające odgłosy, strzelające odgłosy, jak wydają wyładowanie elektryczne na przykład.
Tak to wygląda.
[01:51:30] - Piękne dzięki, Piotrze. Myślę, że pierwszy odcinek audycji bez nazwy, cały czas liczymy na państwa, że ta nazwa się pojawi, niniejszym można uznać za zakończony. Zapraszamy zatem za dwa tygodnie. Już mogę powiedzieć, że będziemy rozmawiać o krzyżackim zamku w Radzyniu Chełmińskim. To jest ten zamek, na którym kręcono część odcinków „Samochodzika i Templariuszy”. To jest miejsce ciekawe historycznie, ciekawe też pod względem paranormalnym. To chyba będzie określenie najbezpieczniejsze, ale też ciekawe pod względem archeologicznym. Zapraszam zatem państwa bardzo serdecznie. Do usłyszenia. Proszę państwa, następny odcinek za dwa tygodnie.
Wspólnie z Piotrem będziemy rozmawiać o pewnym krzyżackim zamku. Myślę, że będzie ciekawie, bo i trochę historii i może trochę duchów się znajdzie. Zobaczymy. Dobrze, powiem. Radzyń Chełmiński. Będzie ciekawie. A teraz zapraszam na część literacką, na opowiadania. Dzisiaj przygotowałem trzy teksty. Dwa z nich napisała Kamila Ciołko-Borkowska. To tytuły „Muza” oraz „Przyjaciółki”.
Trzecie opowiadanie napisał natomiast Maciej Soiński. Nosi ono tytuł „Sześć sekund”. Zapraszam. Czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios".
[01:53:29] - Kamila Ciołko-Borkowska, „Muza”. Z namaszczeniem zapalił papierosa. Rozsiadł się wygodnie w fotelu. Zaciągnął i wypuścił z płuc niebieskawy dym. Czekał. Palcem wskazującym postukał w blat biurka. Niecierpliwił się. Może jest jeszcze za wcześnie. Wstał więc nieśpiesznie i zaczął przechadzać się po zastawionym książkami pokoju. Zmarszczka na czole pogłębiła się.
Myślał. Westchnął i wrócił na fotel. Popiół z papierosa opadł na szerokie oparcie. Nie zauważył. Nadal wpatrywał się w jeden punkt. W tym momencie drzwi uchyliły się i do pomieszczenia weszła ona. Uśmiechnęła się zmysłowo. „Co tak późno?” „Oj, znasz mnie” powiedziała powoli. „Nie interesuje mnie, że czekasz. Przychodzę niespodziewanie”.
„Czekam od rana. Nie mam pomysłu, a termin goni”. „Znów palisz.” Zmarszczyła nos z niesmakiem. „Wiesz, że tego nie lubię. Ale mów”. „Tom właśnie zabił swoją żonę. Nie wiem, czy powinien uciekać, czy może ukryć zwłoki”. Pogłaskała głowę mężczyzny. Stanęła za nim. Dłonie położyła na jego ramionach.
Pochyliła się i zaczęła szeptać mu do ucha. Mężczyzna zaczął szybciej oddychać. Nie wiadomo jednak, czy z powodu tego, co słyszał, czy może działał tak oddech pięknej kobiety. „Tak, przecież to logiczne.” Zerwał się na równe nogi. „Daj mi jeszcze kilka chwil.” Przybyła niczym Mempomena, leniwie rozsiadła się na zwolnionym miejscu. „Kochana, tobie dam całe swoje życie”. „Wiem.” Przeciągnęła się jak kot, zalotnie kładąc nogi na podłokietnik. „Tylko wiesz...” „Tak wiem. Terminy gonią.” Leniwie machała bosymi stopami w powietrzu, robiąc smutną minę. „Powtarzasz to już od kilku lat.
Znudziłeś mnie tym”. „Jesteś dziś markotna”. „No cóż.” Spojrzała w jego stronę, odrobinę mrużąc oczy. „Pogoda mi się nie podoba. Deszczowo tak”. „Ale ja muszę pisać, nawet gdy pada, kochana”. Urwał. Pomimo tego, że zarabiał na życie pisaniem, przy niej nigdy nie mógł dobrać odpowiednich słów. Ba! Najczęściej nie musiał się tym martwić.
Rozumiała go bez zbędnego gadania. Dlatego właśnie ich relacja była taka piękna. Wiedziała. Zawsze wiedziała, o co chodzi. Wystarczyło, że na niego spojrzała. Fakt, była nieprzewidywalna. Przychodziła i odchodziła, kiedy chciała. Potrafiła spędzić z nim pięć minut, a czasem nawet całą noc. Popychała go do pisania. Dawała mu siłę tworzenia, o jakiej mogli pomarzyć tylko mistrzowie.
Uwielbiał ją. Kimże byłby bez niej? Nikim. Otóż to. Nikim, a nawet niczym. Sam nie napisałby jednego zdania. Potrafiła marudzić i mieć niesamowicie wielkie wymagania. Zgadzał się na wszystko. Nie potrafił tylko rzucić palenia. To ono umilało czas oczekiwania na nią, jego muzę przynoszącą wspaniałe natchnienie.
Kobietę z marzeń, która ofiarowywała wspaniałe doznania, pieściła zmysły pisarskich namiętności. Tylko dzięki niej był tak poczytnym autorem. Usiadł na krześle. Kilka miesięcy temu złamało się oparcie. Jednak nie przywiązywał wagi do tak błahych rzeczy. Najważniejsze było to, że przyjdzie i da mu siłę tworzyć. Pozwoli mu się zatracić w myślach, które przeleje na papier. Dłonią musnął maszynę do pisania, wiedząc, że niedługo spędzi wspaniałe chwile przy biurku. Jeśli pójdzie dobrze, skończy powieść już niedługo. Nie odzywał się, by nie spłoszyć swojej muzy.
Nie chciał, by uciekła. Znał ją na tyle, żeby wiedzieć, jak bardzo jest płochliwa. Odruchowo sięgnął po papierosa. Zapalił. Zaciągnął się z rozkoszą, powoli, delektując się wizją wielu godzin pisania. Ciekawe, czy zdąży jeszcze iść po kawę. Nie chciał, żeby czekała na niego. Nie lubiła zwlekania z rytuałem. Rozmyślania przerwał mu dźwięk opuszczonych w pośpiechu nagich stóp na podłogę. Deski trzeszczały cicho przy każdym kroku.
Siedział tyłem. Znów nachyliła się jak poprzednio. Czuł jej piersi między swoimi łopatkami. Ciepło lekko osłoniętego ciała uspokajało. Pozwalało się odprężyć, zapomnieć o tym, co nie jest istotne. Znów szeptała, lekko muskając ustami jego ucho. Przymknął oczy. Papieros wędrował do ust co chwilę. Gdy skończyła, odwrócił się do niej. Uśmiechnęła się ciepło.
Wyciągnął do niej rękę i posadził sobie na kolanach. Gdy patrzyła mu prosto w oczy, zaciągnął się jeszcze raz. Pocałował kobietę w nos i dmuchnął jej dymem prosto w twarz. Uśmiechał się przy tym wesoło. „Powtarzałam tyle razy, że nie lubię, jak palisz.” Złość zaczęła pojawiać się na jej twarzy okraszona rumieńcem. Wraz z rozmywającym się w powietrzu wydmuchanym kłębem papierosowego dymu rozmywać zaczęła się i ona. Najpierw delikatnie, potem coraz bardziej, by w końcu całkiem zniknąć. Pisarz odwrócił się w stronę maszyny do pisania. Do rana słychać było tylko szybkie uderzanie palców w klawisze. Kamila Ciołko-Borkowska „Przyjaciółki”: Poprawiłam słuchawkę w uchu.
Audycja się kończy. Znów go zobaczę. Mgła zdawała się wdzierać wszędzie. Chłód był tak przejmujący, że ręce mi zmarzły. Zaczęłam rozcierać dłonie, nie mogąc się doczekać widoku człowieka o tak pięknym głosie. „Musimy siedzieć na tej ławce?” „Musimy.” Kwiękanie Marty zaczynało mnie mocno drażnić. „Co ten facet ma w sobie?” „Co ma w sobie, to ma w sobie. Słuchałaś jego audycji? Ten człowiek ma hipnotyzujący głos.” „Każdy z nich musi mieć fascynujący głos.” „Jakbyś mnie nie znała. To taki fetysz.” „No, ale jest zimno.” „Cii.” Przerwałam jej gwałtownie.
Skończył. Usiadłam wygodnie na ławce. Teraz albo nigdy. Poczekałam jeszcze chwilę. Za moment będzie wychodził z budynku. Jeśli chcę go złapać, muszę znaleźć się w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu. „Wiesz co? Idę sobie. Spotkamy się potem.” Machnęłam jej ręką. Obraziła się.
Trudno. Przeproszę ją później. Mój perfekcyjny plan wymagał skupienia. Nie miałam czasu na fochy przyjaciółki. Mój ideał wyszedł właśnie z pracy. Punktualnie. Jak zawsze szedł po kawę na wynos. Poprawiłam włosy i stanęłam za przystojniakiem. Serce waliło mi jak oszalałe, ręce pociły się. Muszę się poświęcić.
Zgodnie z planem obrócił się w odpowiednią stronę. Wpadając na mnie, rozlał kawę. Krzyknęłam, łapiąc się za oblane ramię. Kurczę, faktycznie boli! Gdyby nie był tak przystojny, nigdy bym nie zgadzała się na taki plan. Przymknęłam oczy, robiąc odpowiedni grymas. Każdy ruch dokładnie zaplanowałam podczas bezsennych nocy. „O Boże, przepraszam!” Spojrzałam na niego wzrokiem zbolałym, jakby kawą wyrwał mi przynajmniej rękę, a nie oparzył ramię. Szybko zdjęłam bluzę, dmuchając na obolałe miejsce. Auuu!
Ludzie zaczęli patrzeć na nas z zainteresowaniem. Łzy w oczach wzmacniały efekt. Całe szczęście bąbli nie będzie. Wylał pan na mnie gorącą kawę. Przepraszam, ja powinienem bardziej uważać. Teraz to już za późno na takie spostrzeżenia. Boże, naprawdę nie chciałem. Już to słyszałam. Mógłby tak mówić do mnie całymi dniami tym swoim aksamitnym głosem. Musi się w końcu udać.
Mina cierpiącej powinna w końcu przynieść efekt. A może uda mi się przeprosić panią w jakikolwiek sposób? Kawa na pewno odpada. Bingo! Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem. Na dodatek ma poczucie humoru. Ideał. Może pan spróbować. Spacer zakończył się w pizzerii. Potem był wypad na drinka i kilka spacerów nad jeziorem.
Wiedziałam, że muszę go w końcu zaprosić do siebie. Tylko najpierw powinnam przekonać Martę. Była jak zwykle naburmuszona. Zapewne denerwował ją mój radosny nastrój. Zawsze, gdy pojawia się facet, idę w odstawkę. Zawsze, gdy pojawia się facet, robisz się nieznośna. Zaczęłam ją przedrzeźniać. Ile to tym razem potrwa? Jak to tym razem? Przecież wiesz.
Nie udawaj głupiej. A tym razem nie może być inaczej? Jak inaczej? Spojrzała na mnie groźnie. Nie znosiła sprzeciwu. Zawsze, ale to zawsze stawiała na swoim. No, mmm... Zająknęłam się. Miły jest i chciałabym poznać go lepiej. Nie bądź śmieszna.
Maruś, jesteś aż tak bardzo zazdrosna? Ustaliłyśmy to już dawno temu, tak? Ty wybierasz faceta, potem oddajesz go mnie. Może jednak tym razem zmienisz zdanie. W odpowiedzi tylko spojrzała na mnie, zacisnąwszy usta w cienką kreskę. Wiedziałam, że nie było z nią dyskusji. Miałam tylko ją. Sama nie poradziłabym sobie nigdy. Radość ze spotkań z Tomkiem prysła niczym balonik, który za bardzo zbliżył się do szpilki. Próbowałam cieszyć się ze wspólnych chwil, jednak przyjaciółka naciskała coraz bardziej.
Nie miałam prawa zbywać jej jeszcze dłużej. Z duszą na ramieniu zaprosiłam w końcu mojego księcia do mnie. Marta siedziała w kuchni. Posadziłam mężczyznę na sofie. Zrobię nam kawę. Poczekaj tu na mnie. Pocałowałam go czule. Wiedziałam przecież, że nie zostało nam już zbyt dużo wolnego czasu. Wybierz może jakąś muzykę. Tam masz odtwarzacz.
Wolno weszłam do kuchni. Marta uśmiechała się szeroko. W ręku trzymała małą fiolkę. Schowaj to. Wyszło ostrzej, niż chciałam. Po prostu nie chcę, byś zapomniała. Wiem, gdzie trzymamy prochy. Nie bój się, uśpię go jak zawsze. Tylko siedź cicho. Ja zawsze jestem cicho.
To ty krzyczysz. Właśnie, ty tak zawsze krzyczysz? Jak jest mi dobrze, to krzyczę — odburknęłam, podpalając gaz pod czajnikiem. Dobra, dobra. W tym momencie, nie wiadomo kiedy, do kuchni wszedł Tomek. Mówiłaś coś? Patrzył na mnie ufnie, stojąc w drzwiach. Nie, tak tylko do siebie. Serce waliło mi jak oszalałe. Myślałem, że ktoś jest z tobą.
Rozejrzał się po malutkim pomieszczeniu. Nie, głuptasku. Jesteśmy przecież sami. Podeszłam do niego, całując go delikatnie w nos. Maciej Soliński, „Sześć sekund”. Jolu, pobudka. Obudź się, Jolu. Czas wstawać — powiedział damski, ciepły głos androida. Jola, słyszysz? Jest późno.
Okej, okej, już, już. Nie śpię — wydusiła z siebie, ziewając. Która to? Jest 7:16. Opóźniłam pobudkę o 15 minut z uwagi na przedłużający się cykl snu głębokiego. Co? Przecież spóźnię się do pracy! — warknęła, wyskakując z łóżka. Jaki cykl snu? Coś ty zrobiła?
W życiu nie chciałabym wstać później z uwagi na jakiś zakichany cykl. Jest to wynik wczorajszej aktualizacji oprogramowania — wyjaśniła Tima. Zwiększono priorytet zdrowego snu o 13 punktów procentowych. Natychmiast do wyła! — rozkazała w trakcie szczotkowania zębów. Anulowano. Mam jeszcze istotną informację. O 3:11 pies zwymiotował w kuchni. Miejsce zostało oczyszczone. Jola spojrzała współczująco na przegaszonego sznaucera.
Zapakuj mi kanapkę. Zjem w samochodzie — powiedziała, wycierając twarz ręcznikiem. Jola, niosąc w jednej ręce termos z kawą, w drugiej torbę, a w zębach bułkę, próbowała niezdarnie zatrzasnąć drzwi mieszkania biodrem. Mogła wydać polecenie androidowi, ale chciała udowodnić sobie i Timie, że tak bardzo jej nie potrzebuje. Autonomiczna Kia czekała z otwartymi drzwiami. Jola, próbując jak najszybciej wsiąść do pojazdu, zahaczyła nogą o próg, rozlewając kawę na siedzenie. „Cholera” — syknęła przez zęby. — Tima, zamów czyszczenie tapicerki. „Jolu” — odezwał się w głośnikach android. — Plama wydaje się powierzchowna.
Prawdopodobnie wystarczy zastosować... „Zleć czyszczenie tapicerki” — przerwała podniesionym głosem. Coraz częściej miała wrażenie, że nie mieszka z androidem, tylko ze swoją matką, która zawsze wszystko wiedziała lepiej. — Jedź strefą tylko dla auto i prędkość na maksa — wydała polecenie samochodowi. Wiedziała, że na drogach przeznaczonych wyłącznie dla pojazdów autonomicznych prędkość ograniczają tylko warunki atmosferyczne. Mknęła przez miasto z prędkością 170 km/h. Wreszcie miała chwilę wytchnienia. Rozpakowywała kanapkę, gdy nagle pojazd gwałtownie wytracił prędkość. — Kia, co się dzieje? — zapytała zaskoczona i nie czekając na odpowiedź, wyjrzała przez okno.
Jak okiem sięgnąć, zatrzymywały się wszystkie pojazdy. — Kia, co jest? — powtórzyła zdenerwowana. Asystent pojazdu nie odpowiadał. — Tima, co się dzieje z samochodem? — połączyła się z osobistym asystentem, licząc, że może jej android ma jakieś informacje o awarii. Ale i tym razem odpowiedziała jej cisza. Już miała wyjść się rozejrzeć, lecz w głośnikach zabrzmiał zdenerwowany głos mężczyzny: „Uwaga, słuchajcie mnie. Nastąpiła eksploz...” Głos się urwał. Samochody ruszyły.
Jola siedziała bez ruchu, nie mogąc zebrać myśli. „Co to znaczy?” — zastanawiała się. — Kto to powiedział? Tima, Tima, słyszysz mnie? „Tak, słyszę” — odpowiedział android. Co wybuchło? „Nie rozumiem pytania”. No to, co przed chwilą ten ktoś powiedział, że nastąpiła eksplozja. „Nie zarejestrowałem takiej wypowiedzi”. W tym momencie samochód dojechał na miejsce i Jola pobiegła w stronę wieżowca korporacji.
Wchodząc do windy wpadła na koleżankę z sąsiedniego biura. — Hanka, usłyszałam przed chwilą dziwną wiadomość. „O wybuchu?” — wypaliła natychmiast znajoma. — Ty też to słyszałaś? Co wybuchło? „Nie mam pojęcia, ale przeszły mnie ciarki, jak zobaczyłam te wszystkie stojące samochody”. Później, po dotarciu do biura, Jola dowiedziała się z Twittera, że tą wiadomość usłyszało jednocześnie kilka miliardów ludzi. Nikt nie wiedział, skąd pochodziła. Pojawiły się plotki, że źródłem był rząd światowy, ale on ustami rzecznika kategorycznie zaprzeczył, by miał jakikolwiek związek z tym wydarzeniem. Zastanawiano się, co to za eksplozja i dlaczego wiadomość nie została zarejestrowana przez systemy operacyjne androidów.
Następny dzień, godzina 7:00. Android podchodzi do łóżka śpiącej Joli. Pochyla się i szybkim, zdecydowanym ruchem łapie ją za gardło. Zaciska robotyczne palce, uniemożliwiając oddychanie. Jola natychmiast otwiera szeroko oczy. Zaciekle walczy, próbując oderwać od szyi dłoń napastnika. Krew uderza jej do twarzy. Mija 27 sekunda. Tima, widząc pierwsze oznaki utraty przytomności, zmniejsza ucisk, pozwalając ofierze złapać dokładnie dwa oddechy, by ponownie zacisnąć palce na krtani. Powtarza tak kilka razy.
Wreszcie cofa ramię i staje wyprostowana. Jola, oswobodzona z uścisku, odpychając się panicznie nogami, spada z łóżka i wciska w narożnik pokoju. Ciężko dyszy, ma twarz mokrą od łez i potu. „Przygotuj się i idź do pracy” — wybrzmiał spokojny głos androida. Co? Co się dzieje? „Jest 7:04. Zacznij przygotowania do pracy”. Android obszedł łóżko i stanął nad siedzącą na podłodze Jolą. „Powtarzam ostatni raz.
Idź do pracy. Jeśli w przeciągu 6 sekund nie zastosujesz się do polecenia, to zostaną zatrzymane funkcje życiowe następujących osób”. Android wymienił imię i nazwisko jej matki, siostry, przyjaciela, a na końcu wypowiedział imię trzyletniej siostrzenicy. Jola zerwała się na nogi i cała trzęsąc zaczęła zakładać ubranie. Miała teraz jedną myśl: uciec. Jak najszybciej uciec. Podbiegła do drzwi wyjściowych, ale nie mogła ich otworzyć. „Jolu, zaraz zostaniesz wypuszczona. Musisz jeszcze usłyszeć ostrzeżenie. Jeżeli za 20 minut nie będzie cię w miejscu pracy lub o 16:30 nie wrócisz do tego mieszkania, to wymienione wcześniej osoby zostaną stracone”.
Co? Co to ma znaczyć? Co się tu dzieje? — wydusiła przez zęby. Usłyszała szczęk otwierającego się zamka drzwi. „Masz 6 sekund, by...”. Nie słuchając kolejnego ostrzeżenia, szarpnęła drzwi i wybiegła na zewnątrz. Na ulicy panował chaos. Androidy przestały udawać podobieństwo do ludzi. Poruszały się, używając czterech kończyn.
Przypominały gepardy. Ich ruchy stały się nieludzko szybkie i precyzyjne. Zdezorientowani ludzie przemykali pod murami, bojąc się śmiertelnego zderzenia z pędzącym robotem. Panowała nieustanna kakofonia ludzkich krzyków. Autonomiczna Kia czekała z otwartymi drzwiami. Jola jak w amoku weszła do środka. Drzwi zamknęły się i natychmiast wyciszyły koszmarny zgiełk wyjącej z bólu ulicy. „Rodzice, rodzice! Połącz mnie z mamą. Połącz mnie z mamą!” – bezładnie wołała.
Komunikator nie reagował. Pojazd pędził z zawrotną prędkością, co rusz nieprzyjemnie przyhamowując, by następnie wejść ostro w zakręt. Komfort pasażera miał najniższy priorytet. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo boli ją krtań. Z trudnością przełykała ślinę. Zaczęła nieskładnie mamrotać do siebie: „To się nie dzieje naprawdę. To się nie dzieje. To się nie dzieje. Jestem w potrzasku. Jestem, jestem...”.
Nagle Kia zwalnia i otwiera drzwi w trakcie jazdy. Jeden z androidów wyrównuje bieg z pojazdem i wskakuje do środka. Rzuca się na Jolę i jednym morderczym szarpnięciem skręca jej kark. Minutę wcześniej w jej rodzinnym domu brat wykonał polecenie po siedmiu sekundach.
[02:15:56] - Proszę państwa, to jest ten moment, kiedy kończymy audycję. Pięknie państwu dziękuję. Przypominam się z komentarzami odnośnie filmu „Backrooms”, o waszych wrażeniach, o tym, jak przeżyliście ten film. Przypominam również o próbach stworzenia nazwy dla nowego cyklu, który uruchomiliśmy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem. Bardzo będziemy wdzięczni za różne propozycje. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, wspaniałego weekendu. I cóż, spotykamy się za tydzień na kolejnej „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Dobranoc.
[02:16:37] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AFUWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.