[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Panie, ale takie upały jak teraz to miały być za ćwierć wieku, a nie teraz. Musimy troszeczkę schłodzić atmosferę, a najlepiej się chłodzi atmosferę kolejnym odcinkiem Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór państwu. Gdybym wiedział, że skala upałów tak wybije, to przygotowałbym jakieś mrożące krew w żyłach historie. Nie przygotowałem. Zgłaszam nieprzygotowanie, widzicie państwo, ale dzisiaj był już koniec roku szkolnego, więc zgłaszanie nieprzygotowania również jest zawieszone na dwa miesiące. W każdym razie mrożących krew w żyłach historii dzisiaj nie będzie, ale takie lekko chłodzące może się znajdą. Ja zacznę od tradycyjnego już wstępniaka. Czy on kogoś schłodzi? Nie wiem, ale kilka refleksji przyszło mi do głowy i postanowiłem się nimi z państwem podzielić. Tak naprawdę to mógłbym ten dzisiejszy wstęp do audycji zatytułować „Światy równoległe”. Brzmiałoby to bardzo science fictionowo, ale w sumie nie o to chodzi.
Nie będzie science fiction, bo wiecie państwo, my czasami narzekamy na nasz świat, na świat, w którym żyjemy. Denerwują nas, i słusznie, politycy, denerwują nas rosnące ceny, korki na drogach, niekończące się spory i jałowe spory w mediach społecznościowych. My się martwimy o kredyty, podatki, rachunki, na przykład rachunki za prąd, co w dobie takich upałów jest może szczególnie aktualne. Martwimy się też sprawami wielkimi, czyli na przykład tym, czy sztuczna inteligencja nie zabierze nam przypadkiem pracy. I to są problemy prawdziwe. Na pewno nie warto ich lekceważyć, ale od czasu do czasu dobrze jest spojrzeć poza własne podwórko. Przeczytałem niedawno informację o nowym trendzie w Korei Północnej. I tu już należy zachować pewną ostrożność. Otóż zamożni mieszkańcy kraju zamawiają stroje, które wzorowane są na ubraniach noszonych przez żonę i córkę Kim Dzong Una. Powiedzmy od razu, że dla większości obywateli są to jednak stroje całkowicie poza ich zasięgiem cenowym.
Sam fakt, że ktoś może ubrać się podobnie do rodziny przywódcy, wielkiego przywódcy, umiłowanego przywódcy czy jak tam go nazywają, sam ten fakt staje się w Korei Północnej oznaką wysokiej pozycji społecznej. I cokolwiek byśmy o tym nie myśleli, czy my jesteśmy zafascynowani Koreą Północną, czy może zafascynowani jesteśmy trochę mniej, myślę, że to jest ciekawe zjawisko. Tak, zjawisko ciekawe, ale na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz egzotyczne. Pewno niektórzy z państwa nawet się uśmiechnęli, kiedy powiedziałem to, co powiedziałem, ale myślę, że po chwili może nadpłynąć pewna refleksja, jak bardzo różne są problemy ludzi żyjących na tej samej planecie. My zastanawiamy się, czy kupić nowy telefon, czy może poczekać, aż pojawi się kolejny model. Dyskutujemy o tym, która partia wygra wybory, a która je przegra. Kłócimy się o ideologie, podatki, przepisy. Kłócimy się o wszystko, o co można się pokłócić. Narzekamy na państwo, ale jednocześnie ciekawa sprawa. Przynajmniej na razie możemy je krytykować.
Mniej lub bardziej, z tym bywa różnie, ale przynajmniej teoretycznie możemy wybrać inną gazetę, inny portal, inną partię niż te, które się nam łaskawie podsuwa. Możemy powiedzieć głośno, że się z czymś nie zgadzamy. Dodałbym tu złośliwie: ciekawe, jak długo jeszcze? Ale na razie możemy. Tymczasem gdzie indziej, gdzieś daleko, chociażby w tej Korei Północnej, ludzie żyją w świecie, w którym nawet moda staje się częścią systemu władzy. W świecie, gdzie fryzura, ubiór czy miejsce zajmowane na jakiejś oficjalnej fotografii to wszystko może być politycznym komunikatem. Korea Północna to jest miejsce, co do którego od lat analizuje się, jak ubrana jest córka przywódcy, jak ma zawiązane trzewiki, jak ma upięte włosy. Ponieważ to wszystko może oznaczać przygotowania na przykład do przyszłej sukcesji władzy. Przyznacie państwo, to jest niemal inna rzeczywistość niż ta, która nas otacza. A przecież często wydaje nam się, że cały świat wygląda jak nasz.
My oczywiście w takim polu informacyjnym, w polu świadomości, jak się zastanowimy, to wiemy, że tak nie jest, ale Jak weźmiemy takie odczucie, pierwsze odczucie, to bardzo wielu osobom wydaje się, że cały nasz świat jest taki sam, że użyję tu słowa obcego, ale świetnie rozumianego, czyli zglajszachtowany, taki sam, jednolita masa. My żyjemy w czasach, w których informacje docierają do nas praktycznie z każdego zakątka globu, ale co paradoksalne, coraz rzadziej zastanawiamy się nad tym, jak żyją inni ludzie, jak żyją naprawdę. Łatwo uwierzyć, że te nasze problemy, które wymieniłem na początku, że te nasze problemy są najważniejsze i że nasze spory są najważniejsze i w ogóle wszystko to, co nasze, jest najważniejsze. Tymczasem wystarczy spojrzeć na Koreę Północną, na Afganistan, Sudan czy na wiele innych miejsc, by zrozumieć, że istnieją światy funkcjonujące według zupełnie innych zasad. To tak, jakby to były zupełnie inne światy, obce nam światy. To jak niemal inne planety. Niemalże. I tu nie chodzi o to, by umniejszać nasze własne trudności i zastanawiać się, że inni mają gorzej. Tu chodzi o proporcje, bo człowiek, który nigdy nie spojrzy poza własne otoczenie, zaczyna traktować tę swoją codzienność jak centrum wszechświata. A wtedy to nawet drobne niewygody potrafią urosnąć do rangi katastrofy.
Być może właśnie dlatego warto czasem czytać wiadomości z odległych krajów. Nie po to, by poczuć się lepszym, nie po to, by współczuć z takiej bezpiecznej odległości, ale po to, by odzyskać perspektywę. Bo świat jest taki, jaki jest. Świat nie jest jeden. Istnieją obok siebie dziesiątki światów. Świat człowieka martwiącego się o ratę kredytu. Świat człowieka martwiącego się o utratę pracy. Świat człowieka, który boi się powiedzieć głośno, co myśli. I dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie istnienie tych wszystkich równoległych światów, wtedy zaczynamy naprawdę rozumieć, jak wygląda nasze życie, jak żyjemy, a może także jak wiele rzeczy uznajemy za oczywiste, choć dla milionów ludzi na Ziemi są one luksusem większym niż najdroższy garnitur szyty na wzór rodziny dyktatora. Cóż, proszę państwa, takie mnie refleksje naszły po jednym z artykułów i myślę, że nie są być może jakoś specjalnie głębokie te refleksje, ale czasami rzeczy proste okazują się niezwykle istotne.
Myślę, że warto spojrzeć trochę wokół siebie, spojrzeć daleko, bo wtedy zobaczymy, że tych światów jest wiele i my żyjemy na tym wcale nie najgorszym. Przynajmniej na razie. Proszę państwa, to teraz tradycyjnie zapraszam na polecanki książkowe. Tradycyjnie trzy książki wybrałem dla państwa. Trzy bardzo różne książki, bardzo różne tytuły. Pierwszy z tych tytułów to „Venom: Początek końca”. Autorka Aleksandra Kondraciuk, Wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery 1 lipca. Po drastycznych wydarzeniach Vivienne w końcu decyduje się zawalczyć o siebie i własną przyszłość. Zmęczona przeszłością, która nie daje jej spokoju, postanawia odciąć się od wszystkiego, co do tej pory znała, w tym także od Venoma i swoich przyjaciół.
Wyprowadza się do Dallas, wierząc, że zmiana otoczenia pozwoli jej zacząć od nowa i jednocześnie lepiej poznać ciotkę nieobecną dotąd w jej życiu. Na miejscu szybko wychodzi na jaw, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Vivienne odkrywa, że jej matka miała o wiele więcej sekretów, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a poznanie prawdy może okazać się wyjątkowo trudne. W tym samym czasie znajomi dziewczyny zostają w Malibu, gdzie sytuacja również daleka jest od stabilnej. Venom przytłoczony wydarzeniami i emocjami zaczyna się załamywać, tracąc kontrolę nad sobą i własnymi decyzjami. Paczka przyjaciół, dotychczas zgrana i silna, zaczyna się rozpadać. W obliczu chaosu muszą podjąć trudne decyzje, z którymi nie zawsze się zgadzają. Zaczynają rozumieć, że śmierć przyjaciela zmieniła ich. I to nieodwracalnie. Jedno jest pewne.
To jest czas na zemstę. A ja przypomnę tytuł: „Venom: Początek końca”. Autorka Aleksandra Kondraciuk, Wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery 1 lipca. Drugi tytuł to jest takie non-fiction. „Agent. Moja prawda o Lewym, pieniądzach i manipulacji”. Autorzy Cezary Kucharski oraz Krzysztof Pyzia, Wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery to 30 czerwca. Myślisz, że wiesz wszystko o wielkim futbolu? Myślisz, że znasz Roberta Lewandowskiego?
Jesteś w błędzie. Cezary Kucharski, człowiek, który przeprowadził Lewego z pruszkowskiej murawy na sam szczyt Borussii Dortmund i Bayernu Monachium, przerywa milczenie. To nie jest kolejna ugrzeczniona biografia sportowca. To brutalna, do bólu szczera spowiedź architekta największego sukcesu w historii polskiego sportu, który dziś nie boi się palić mostów. W tej książce nie ma zasad fair play. Jest tylko twarda gra o miliony. Kucharski odsłania kulisy, o których inni boją się nawet szeptać. Negocjacje na szczycie. Jak naprawdę wyglądały rozmowy z Realem Madryt i dlaczego do czterech razy sztuka nie wystarczyło? Mroczna strona szatni.
Hazard, piękne kobiety, gigantyczne kompleksy i absurdalne zachcianki gwiazd, które zarabiają więcej, niż są w stanie wydać. Brudna gra. Kto w świecie transferów lubi dać w łapę? Jak manipuluje się mediami i kiedy menadżer musi stać się bezwzględnym graczem? Koniec mitu. Cała prawda o konflikcie, który wstrząsnął polskimi mediami. Dlaczego współpraca z Robertem Lewandowskim zakończyła się w sądzie, a nie na wspólnym świętowaniu sukcesów? To opowieść o świecie, w którym lojalność ma swoją cenę, a wdzięczność jest towarem deficytowym. Kucharski nie gryzie się w język. Uderza prosto w punkt, bez cenzury.
Przypomnę państwu tytuł: „Agent. Moja prawda o Lewym, pieniądzach i manipulacji”. Autorzy: Cezary Kucharski z pomocą Krzysztofa Pyzi. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 30 czerwca. Czas na trzeci tytuł. Brzmi on: „Ktoś był tu przed nami”. Autor: Daniel Hurst. Wydawnictwo Filia. Data premiery: 1 lipca bieżącego roku.
Nowy dom, nowe życie. Moja ostatnia szansa na ucieczkę. Wymarzona posiadłość wciąż pachnie świeżą farbą, ale pod tą maską czuję odór kłamstwa. Christian obejmuje mnie swoimi silnymi ramionami, a ja zastanawiam się, czy coś przede mną ukrywa, czy tylko ja po prostu popadam w paranoję. Mój mąż chce, bym milczała. Chce, bym zapomniała. Ale ja widzę to, co dzieje się w ogrodzie sąsiadów. Coś, czego nie da się zignorować. A kiedy przez przypadek podsłuchuję jego rozmowę telefoniczną, mój świat pęka na pół. Już nie pytam, co stało się z ludźmi, którzy mieszkali tu przed nami.
Wiem jedno. Powinnam była uciec, póki jeszcze mogłam. Teraz drzwi są już zamknięte. Przypomnę państwu tytuł: „Ktoś był tu przed nami”. Autor: Daniel Hurst. Wydawnictwo Filia. Data premiery: 1 lipca. I to wszystkie polecanki na dzisiaj. Cóż, a teraz czas na korepetycje filozoficzne. Kontynuuję przegląd mniej znanych filozofów, bo o tych znanych możecie państwo posłuchać gdzie indziej.
Ja staram się ostatnimi czasy przynajmniej pokazać, że filozofia ma różne oblicza, a już na pewno, że jest znacznie bogatsza, niż to próbuje się czasami zasugerować w bardzo popularnych przeglądach myśli filozoficznej. No to zaczynamy. W historii cywilizacji zdarzają się takie postacie, które nie stworzyły wielkich imperiów intelektualnych, nie wygrały intelektualnych bitew i nie założyły religii, a mimo to zmieniły świat. Ich wpływ był cichy, niemal niewidoczny dla im współczesnych, ale z perspektywy stuleci okazuje się, że ten wpływ jest ogromny. Do takich ludzi należał Adelard z Bath, angielski uczony, podróżnik, tłumacz i filozof żyjący na przełomie XI i XII wieku. Dziś jego nazwisko zna niewielu, a jednak bez Adelarda historia europejskiej nauki mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Był człowiekiem stojącym na granicy dwóch epok. Urodził się około roku 1080 w angielskim Bath, w świecie, który dopiero podnosił się z intelektualnego zastoju wczesnego średniowiecza. Europa Zachodnia miała już uniwersytety w takiej zalążkowej formie. Rozwijały się szkoły klasztorne i katedralne, ale wiedza starożytnych Greków była w dużej mierze utracona lub dostępna jedynie we fragmentach.
Tymczasem na południu i wschodzie istniał inny świat. W miastach islamskiego kalifatu uczeni studiowali Arystotelesa, Euklidesa, Ptolemeusza. Rozwijali matematykę, astronomię, medycynę i filozofię. Bagdad, Kair, Damaszek czy Kordoba były ośrodkami wiedzy, których Europa mogła jedynie pozazdrościć. Adelard postanowił wyruszyć właśnie w te miejsca, które wymieniłem przed chwilą. Nie znamy dokładnie przebiegu jego podróży. Wiadomo jednak, że przez wiele lat przemierzał Francję, południowe Włochy, Sycylię, prawdopodobnie też Grecję, a następnie ziemie Bliskiego Wschodu. Dla współczesnego człowieka podróż jest czymś zwyczajnym Kupujemy bilet, wsiadamy do samolotu i po kilku godzinach znajdujemy się na przykład na innym kontynencie. W XII wieku wyglądało to zupełnie inaczej. Podróż oznaczała tygodnie lub miesiące marszu, niebezpieczeństwo napadów, chorób, katastrof morskich oraz wojen.
Adelard nie wyruszył jednak po przygodę ani po bogactwo. On szukał czegoś znacznie cenniejszego. Szukał wiedzy. W swoich pismach wspominał później, że od Arabów nauczył się rzeczy, których nie potrafili wyjaśnić jego europejscy nauczyciele. Nie chodziło jedynie o konkretne fakty, na przykład matematyczne czy astronomiczne. Chodziło o sposób myślenia. To właśnie podczas tych podróży Adelard zetknął się z ideą, która stanie się fundamentem nowoczesnej nauki. Zetknął się z przekonaniem, że świat należy badać za pomocą rozumu, obserwacji oraz argumentów, a nie wyłącznie poprzez odwoływanie się do autorytetów. Dlaczego? To musi być najważniejsze pytanie filozofa.
Jedno ze zdań przypisywanych Adelardowi brzmi niemal jak manifest naukowego ducha. „Od Arabów nauczyłem się kierować rozumem. Wy zaś jesteście zniewoleni autorytetem”. Dla średniowiecznego Europejczyka były to słowa bardzo odważne. Przez stulecia wiedza opierała się przede wszystkim na autorytecie dawnych mistrzów. Jeśli Arystoteles coś napisał, należało to przyjąć. Jeśli jakiś szanowny teolog wygłosił opinię, traktowano ją niemal jak pewnik. Adelard nie odrzucał autorytetów. Twierdził jednak, że ich poglądy należy rozumieć i badać, a nie jedynie powtarzać. W swoim dziele „Questiones Naturales.
Pytania przyrodnicze” prowadzi dialog z młodym krewnym. Rozważają razem zagadki natury. Skąd bierze się wiatr? Dlaczego istnieją przypływy? Jak funkcjonują zwierzęta? Czym są trzęsienia ziemi? To, co najbardziej uderza współczesnego czytelnika, to sposób argumentacji. Adelard nie odwołuje się przede wszystkim do cudów ani do tajemniczych sił. On próbuje szukać naturalnych przyczyn poszczególnych zjawisk. Dzisiaj brzmi to bardzo zwyczajnie, ale w XII wieku to była rewolucja.
To było podejście naprawdę rewolucyjne. Największym osiągnięciem Adelarda okazały się jednak tłumaczenia. W świecie średniowiecznym wiedza była dosłownie uwięziona w językach. Jeżeli dzieło zapisano po arabsku lub po grecku, większość uczonych Europy nie miała do niego dostępu. Wystarczył brak tłumaczenia, aby całe dziedziny wiedzy pozostawały nieznane. Adelard przełamał tę barierę. Przetłumaczył na łacinę słynne „Elementy” Euklidesa. To najważniejsze dzieło matematyczne starożytności. To był podręcznik geometrii, który przez kolejne stulecia kształcił uczonych całej, naprawdę całej Europy. I naprawdę trudno przecenić znaczenie tego wydarzenia.
Kiedy dzisiaj uczymy się twierdzenia Pitagorasa, geometrii płaskiej czy dowodów matematycznych, korzystamy z tradycji, która została przekazana między innymi właśnie dzięki takim ludziom jak Adelard. On nie był twórcą geometrii. Był pomostem, a czasem taki pomost bywa równie ważny jak budowniczy. Wielu historyków uważa, że XII wiek był początkiem intelektualnego przebudzenia Europy. To okres, w którym Zachód zaczął odzyskiwać utraconą wiedzę starożytnych. Adelard był jednym z głównych uczestników tego procesu. Przywoził nie tylko teksty matematyczne. Tłumaczył także dzieła astronomiczne, rozpowszechniał wiedzę o arabskich metodach obliczeniowych i pomagał Europejczykom poznać naukę rozwijaną przez stulecia poza granicami chrześcijańskiego świata. W pewnym sensie był on jednym z pierwszych europejskich intelektualistów o prawdziwie globalnym spojrzeniu. On rozumiał, że mądrość nie należy do jednego narodu, jednej religii czy jednej cywilizacji.
Mądrość można znaleźć wszędzie tam, gdzie ludzie zadają pytania. Łatwo patrzeć na średniowiecze jak na epokę ciemnoty. W rzeczywistości obraz jest znacznie, naprawdę znacznie bardziej skomplikowany, bo to właśnie w średniowieczu powstały uniwersytety. W średniowieczu rozwijała się logika. W średniowieczu rozpoczął się proces, który doprowadził później do rewolucji naukowej. Adelard z Bath jest jednym z symboli tej przemiany. On nie był jeszcze uczonym w nowoczesnym rozumieniu tego słowa. Nie przeprowadzał eksperymentów tak jak Galileusz ani nie formułował praw fizyki jak Newton, ale reprezentował coś niezwykle ważnego. Reprezentował postawę intelektualnej ciekawości. Takie przekonanie, że warto podróżować dalej, warto pytać odważniej I warto uczyć się od ludzi żyjących poza naszym kręgiem kulturowym.
Dzisiaj żyjemy w epoce internetu, globalnej wymiany informacji i błyskawicznego dostępu do wiedzy. Łatwo więc zapomnieć, że przez większość historii ludzkość informacje zdobywała powoli, tak jak podróżnicy. Oni również przemieszczali się powoli. Adelard należał do tych nielicznych ludzi, którzy własnym wysiłkiem przenosili idee między cywilizacjami. Był tłumaczem nie tylko języków, ale także sposobów myślenia. To dzięki takim postaciom Europa mogła ponownie odkryć starożytną naukę, rozwinąć scholastykę, stworzyć uniwersytety, a ostatecznie wkroczyć na drogę prowadzącą ku renesansowi i nowoczesności. Historia często pamięta zdobywców i królów, jednak czasem największy wpływ na dzieje mają ludzie, którzy po prostu zadają pytania. Adelard z Bath należał właśnie do nich. A może dlatego jego przesłanie pozostaje aktualne również dzisiaj. W świecie pełnym autorytetów, pełnym ideologii i gotowych odpowiedzi wciąż warto pamiętać lekcję średniowiecznego podróżnika, który mówił: „Nie przestawaj pytać dlaczego, dlaczego, dlaczego?”.
To były, proszę państwa, korepetycje filozoficzne. To teraz trochę dla oddechu proponuję opowiadanie. Przed państwem „Appendix Solariano”, czyli tekst Wiktora Żwikiewicza. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Serdecznie zapraszam.
[26:18] - Wiktor Żwikiewicz „Appendix Solariana”. Pewnego dnia Stanisław Lem w posłowiu do „Pikniku na skraju drogi” Strugackich zawarł własną, diametralnie inną od autorskiej interpretację tej znakomitej zresztą powieści. Korciło mnie, żeby podobny zabieg dokonać z jego dziełem. Zrobiłbym to pewnie, lecz tymczasem udało mi się rozszyfrować fragment encefalogramu doktora Chrisa Kelvina z drugiej próby nawiązania kontaktu z oceanem Solaris. Tym samym pierwotny mój zamysł uznaję za spóźniony, jeśli nie chybiony. Vikor Da Vincius. Stałem przy oknie ramieniem wspartym o srebrną framugę. Hawray przysiadła na parapecie i mówiła, o czym nie wiem. Wciąż myślami wracałem do lektury Montiusa i prostego wyznania Gibariana w kwartalniku Parerga Solariana. Dlaczego jestem solarystą?
Ponad ramieniem Hawray patrzyłem w przestrzeń wypełnioną pożarem wznoszącym się nad powierzchnią oceanu. „Ciągle przejmujesz się” – ciągnęła Hawray. – „A przecież mówiłeś: to tylko eksperyment. Coś zdarzy się albo nie”. W tym rzecz. Pomyślałem, że czasami najtrudniejsze jest oczekiwanie na odpowiedź. Dotknąłem czołem oksydowanej listwy. Jej chłód był inny niż pamięć zimnych elektrod, które Snaut przystawił mi do skroni, a potem w pustej otchłani dwa echa przeniknęły się nawzajem. Tkliwość dla Hawray i pogarda dla misji doktora Kelvina, Sartoriusa i Snauta. Mój encefalogram zakodowany w wiązkę rentgenowskiego promieniowania.
Posłaliśmy go w wybrzuszoną ku niebu powierzchnię oceanu, a potem patrzyliśmy, jak rodzi się półprzezroczysty kwiat kolejnej symetriady. „Chris” – zawołała Hawray. Mimo zamkniętych oczu zobaczyłem światło przenikające nas na wylot i równocześnie poczułem wstrząs stacji, którego dwie fale od stóp i od czoła przyklejonego do framugi okna zderzyły się we mnie, jakby drgające dłonie chwyciły mnie za serce. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Hawray. Przez moment była ciemną sylwetką na białym tle. Światło zgasło jak ogień pożerający papier. Chwila i popiół osypie się z powietrza, lecz rzeczywistość znów ubrała kształty. „Spójrz” – powiedziała Hawray i koniuszkiem palca dotknęła szyby. Przez rdzawy kurz atmosfery srebrna iskra płynęła w stronę stacji. „Co się stało?” – zapytałem, pokonując skurcz gardła.
„Zobaczyłam błysk. To było jak wybuch”. „Tam w dole?” – wskazałem powierzchnię oceanu. „Nie tam ani nie od strony gwiazd. Zwyczajnie na wprost stacji. Przez moment zagaszało wszystko: niebo, ocean i tutaj, a potem pojawił się punkt. Najpierw był nieruchomy, potem zrozumiałam, że zbliża się. Sam widzisz”. Powolutku przesuwała rękę, a punkt pod opuszką jej palca nie był już pozbawionym wymiarów lśnieniem. Coraz bardziej sylwetka przypominała rakietową szalupę przeznaczoną do krótkodystansowych lotów między stacją a sateloidem.
Kiedy stał się tym, czym powinien być, zniknął z pola widzenia. Równocześnie usłyszałem pomruk silników odsuwających przesłony nad dokiem. Krótki wstrząs podłogi poświadczył, że amortyzatory szalupy zetknęły się z płytą lądowiska. Potem nastąpiła cisza. W przestrzeni pozbawionej dźwięków echo kroków zabrzmiało jak siąpanie jaszczura po dnie płytkiego jeziora. Ślady stóp pozostawiają wgłębienia w szlamie, które zamienia się w kamień i na wieki wieków utrwala trop. Na dnie kambryjskiej laguny i w korytarzach stacji monstrualne zwierzę powłóczy kolumnami nóg. Nagle krok nabiera lekkości. To już bieg. Może Behemot zwęszył padlinę i śpieszy na żer.
Przez mgłę w oczach zobaczyłem posadzkę korytarza i wiedziałem, że to ja biegnę. Gnam na złamanie karku. Obok drzwi obitych skórą i tych naznaczonych biało-zieloną szachownicą, przez włazy, które pod uderzeniem mojej pięści ustępują, jakbym miał w sobie moc neutrinowych gości. Bieg, gdy muszę być pierwszy. Ja i nikt więcej. Nikt, gdyż tylko ja i może Snaut wiemy, kto wrócił do stacji spokojnie płynącej w atmosferze nad powierzchnią oceanu Solaris. Kiedy dopadłem do ostatniej śluzy, uświadomiłem sobie, że nie jestem sam. Lekkie kroki szły za mną trop w trop. Jak mogłem zapomnieć o Harry? O której Harry?
Po tej czy po tamtej stronie drzwi? Obróciłem się i plecami oparłem o wybrzuszoną tarczę śluzy. „Och, Chris.” Nawet nie zwolniła kroku. Lekka i zwinna, z rozpędu wpadła na mnie i chichocząc wtuliła mi się w pierś. „Chris. Chyba to lubię. Następnym razem mnie tak łatwo nie złapiesz.” Objąłem ją i przytuliłem. Czułem spokojne bicie jej serca tam, gdzie moje tłukło się jak opętane. „Nie możesz tam wejść, Harry” powiedziałem. „Wstydzisz się mnie?” zapytała, wciąż z rozbawieniem i odrobiną kokieterii.
„Chciałabym poznać kogoś jeszcze poza twoim Snautem i indrentym Sarloriusem. Kto to?” Miałem jej powiedzieć o tamtej Harry, uwięzionej w pułapce rakiety, którą posłałem w martwą pętlę orbity wokół Solaris? O tym, jak pękały blachy poszycia kapsuły, kiedy walczyła o życie? A może tylko o to, aby być przy mnie? Dlaczego założyliśmy i wierzymy w to ciągle, że muszą być z nami, bo taki im stwórca założył kajdany. Może tamta Harry, tak samo jak ty, chce być przy mnie po prostu z miłości. Obiecałem sobie, że nigdy żadne drzwi nie staną między mną a tą Harry. I dotrzymałem tej obietnicy. Zawsze, tylko nie teraz. „Wejdę tam” powiedziałem.
„A ty zaczekasz na mnie.” „Chris.” „Zaufaj mi. To ostatni raz.” Jej oczy zaszkliły się przez moment, ale tylko potrząsnęła głową, zrobiła głęboki wdech i powiedziała już spokojnie: „Ufam ci, Chris. Idź.” Gwałtownie pchnąłem dźwignię włazu i już byłem po przeciwnej stronie. Z jeszcze większym impetem zatrzaskując za sobą pancerne drzwi. Przywarłem do nich plecami i tak znieruchomiałem. Smukłe cygaro rakiety tkwiło w osnowie wsporników tak jak przed startem. Słychać było cichutkie potrzaskiwane stygnących dysz. Tylko to. Żadnych drgań, nic. Zrozumiałem nagle, że nie mam pojęcia, co teraz począć.
Przecież nie zrobię nic więcej ponad to, co już uczyniłem, a na pewno nie po raz drugi. Może trzeba było zawołać Snauta. Przecież oni to mają większe ode mnie doświadczenie. Im po prostu byłoby łatwiej, bo to nie ich Harry. Równocześnie poczułem drgnienie dźwigni, którą zaciskałem w spoconych dłoniach i wibracje całej płyty wybrzuszonej na zewnątrz, jakby pod naporem nieludzkiej siły gotowa była odkształcić się w moją stronę. „Wytrzymaj, Harry” modliłem się w duchu. Przez moment chciałem dopaść sterowniczego pulpitu i uruchomić radiostację, którą sam wyłączyłem wtedy, uciekając przed strasznym krzykiem. Po co? Żeby teraz samemu błagać jedną z nich. Odejdź.
Odejdź. Tkwiłem w miejscu i patrzyłem, jak naprzeciw mnie powoli uchyla się klapa włazu rakiety, której śruby z zewnątrz dokręciłem przecież własnymi rękami. A potem nie rozumiałem już nic. Kiedy stanął przede mną i trochę z dołu spojrzał mi w oczy, wiedziałem jedno, że jest mi zupełnie obojętne, co o mnie pomyśli. Moje nogi były tak miękkie, że nie potrafiły już utrzymać ciała. Puściłem dźwignię drzwi i powoli osunąłem się do podłogi. Tylko twarz ukryłem w dłoniach. I tak trwałem, dygocząc cały, chociaż to coś we mnie nie było śmiechem idioty. „Domyślam się. Doktor Kelvin” powiedział głosem bez wyrazu.
Zebrałem siły, żeby podnieść się z kretyńskiego przysiadu. Nie próbował mi pomóc i za to byłem mu wdzięczny. „Przepraszam” powiedziałem. Nie oczekiwał więcej. Po prostu stał, gdzie się zatrzymał i trochę przekrzywiając głowę, przyglądał mi się z pewnym zaciekawieniem. Jednej rzeczy byłem pewien, że skądś go znam. Pamiętałem te puste oczy i twarz, która byłaby zupełnie nijaką, gdyby w dziwny sposób nie uszlachetniła jej zwyczajna starość. Ale nigdy przedtem nie widziałem tak starego człowieka. Wydawało mi się, że jego łysy czerep otacza ledwie uchwytna poświata, zanim zrozumiałem, że to tylko resztki włosów. Cieniutkie jak puch na ciele noworodka.
Ubrany był w skafander trochę mniej przedpotopowy niż on sam. Odruchowo poszukałem wzrokiem. Powinienem to był zrobić od razu. Oczywiście na piersi nosił maleńki identyfikator wszyty w skafander. Znałem go. Każdy z nas go znał. Snaut i Sartorius, może nawet Hurry. „Komandorze” – wykrztusiłem zupełnie bez sensu. – To pan...? „Chciałeś powiedzieć: to pan jeszcze żyje?” Uśmiechnął się samymi oczami.
Potem, jakby coś sobie przypomniał, uniósł ramię i chwilę mrużąc oczy wpatrywał się w zegarek nałożony ponad nadgarstkiem na rękaw skafandra. „Muszę porozmawiać z Gibarianem” – stwierdził nad całą resztą, przechodząc do porządku dziennego. Przypomniałem sobie minę Snauta, kiedy zjawiłem się przed nim z tym samym żądaniem. „Nie żyje” – wyjaśniłem po prostu. „Aha” – powiedział po chwili namysłu. – Snaut i Sartorius? „Są u siebie”. „O!” Jego wyblakłe oczy zrobiły się nieco okrągłe. „Jak widzę, rozmowa może być milsza, niż oczekiwałem.” Nie pojmowałem, o co mu chodzi, aż zauważyłem, że jego spojrzenie kieruje się nieco w bok od mojego ramienia. Ruch powietrza powinien dużo wcześniej ostrzec mnie, że drzwi za moimi plecami są już otwarte.
Odstąpiłem w bok. – Pan pozwoli. To Hurry, moja żona. „Aha” – stwierdził po swojemu. Znów zerknął na zegarek. – Mam bardzo mało czasu – wyjaśnił. – Jest tu miejsce, gdzie moglibyśmy się zebrać i chwilę porozmawiać? „Może biblioteka?” „Świetnie” – zaakceptował natychmiast. „Tylko... ” Wahałem się.
– Ktoś musi pójść po Sartoriusa i Snauta. „Więc idź, Chris. – nieoczekiwanie odezwał się do mnie po imieniu. – I nie rób takiej miny. Znamy się, ale pamięć to przywilej starców. Idź. Damy sobie radę. Twoja milsza połowa zaprowadzi mnie do biblioteki.” Trochę bezradnie spojrzałem na Hurry. Nigdy jej nie widziałem takiej. Żadnego napięcia w twarzy.
Kiedy patrzyła na tego starego człowieka, wyglądała trochę jak roześmiana, zupełnie beztroska dziewczynka, jaką pewnie kiedyś była, zanim ją poznałem. „Idź, Chris. – zareagowała na moje spojrzenie. – Zaprowadzę pana do biblioteki.” Bezceremonialnie wsunęła mu dłoń pod łokieć i okręciła się na pięcie, a ja stałem i patrzyłem, jak odchodzą. Tym razem z pewnością miałem idiotyczny wyraz twarzy. Szczęśliwie nikt tego nie widział. Kiedy powlokłem się wreszcie w przeciwną stronę, spotkałem Snauta przed drzwiami Sartoriusa. „Jesteś sam?” Popatrzył na mnie z pewnym zdziwieniem i uznaniem. Przemilczałem. „Sartorius jest u siebie?
Właśnie chciałem uciąć z nim pogawędkę w cztery oczy.” „Szykuje się rozmowa większego kalibru” – powiedziałem. „Co jest?” Przez jego twarz przemknął niepokój. „Zaczekaj. Nie będę się powtarzał.” Tym razem szklane drzwi laboratorium nie były od wewnątrz niczym przesłonięte. Mimo poświaty z podsufitowych okien korytarza trochę żółtego światła przesączało się też przez chropowate szkło. „Sartorius!” Dość bezceremonialnie uderzyłem w drzwi. – To ja, Kelvin. Jest ze mną Snaut. Mamy sprawę. Wiedziałem już, że Hurry potrafi być dzielna, ale niepokój o to, jak długo może się obejść beze mnie spowodował, że po kolejnym uderzeniu pięścią w szkło Snaut chwycił mnie za rękę.
„Czekaj, słyszę coś.” Rzeczywiście w laboratorium rozległo się szuranie. Cień podobny do wiatraka z przetrąconymi płatami śmigła nałożył się na taflę szkła. Klucz niemiłosiernie zgrzytał w zamku, jakby oduczył się otwierać drzwi. Wreszcie Sartorius spojrzał na nas przez wąską szparę, całym sobą przesłaniając widok na resztę laboratorium. Nie miał na nosie swoich czarnych szkieł i pierwszy raz naprawdę zobaczyłem jego twarz. Nie budziła sympatii. Wierzchem dłoni przetarł prawie ślepe oczy. „No i co?” – spytał. – Chciałbym kiedyś normalnie wyspać się do końca. „Musimy porozmawiać.” „Tak?
No to jesteśmy w komplecie. Może u mnie?” Nieoczekiwanie odstąpił krok i otworzył drzwi. Kątem oka widziałem minę Snauta. „Życie nie jest takie proste, doktorze Sartorius.” – zaśmiałem się. – Komplet będzie dopiero w bibliotece. Mamy gościa. „Kto?” Powiedzieli to równocześnie. Prawie z przyjemnością patrzyłem, jak twarz Sartoriusa wydłużyła się jeszcze bardziej, a Snaut zrobił się prawie biały. Mógłbym tę chwilę przeciągać w nieskończoność, ale ten stary człowiek wciąż patrzył na zegarek. „My” – podkreśliłem.
– Wszyscy razem. „Kto to jest?” – trochę chrapliwie spytał Snaut. „Pirx” – powiedziałem. „Kto?” Dopiero teraz mieli miny warte zapamiętania. „Ten Pirx?” – upewnił się Snaut. „We własnej osobie” – przyznałem. „Skąd się tu wziął, u licha?” – w głosie Snauta zabrzmiało rozdrażnienie. Zapytajcie go sami. Przyleciał rakietką nie większą od naszych transportowych, więc można brać pod uwagę tylko sateloid. Czego chce?
Porozmawiać. Chciał z Gibarianem. Kiedy mu wyjaśniłem, że spóźnił się tak samo jak ja, zgodził się na całą resztę. Chwileczkę — mruknął Sartorius i zniknął w drzwiach. Wrócił z czarnymi soczewkami przytwierdzonymi do twarzy. Chodźmy więc. Czego może tu szukać pilot Pirx? — głowił się po drodze Snaut. Komandor Pirx — poprawił Sartorius. Eh.
— Snaut tylko machnął ręką. — Dostał to pośmiertnie. Pech tych, którzy mu dali stopień polegał na tym, że przeżył, gdzie nie powinien. Nie pierwszy raz — wtrąciłem. I trzeba się z nim liczyć — poważnie stwierdził Sartorius. Pewnie. Latająca legenda ma przyjaciół. Ile on może mieć dzisiaj lat? Na moje oko co najmniej dwieście. Tak długo się nie żyje — z pewną goryczą przyznał Sartorius.
Wszyscy wiemy, że pogrzebano go już kilkakrotnie. Cholera! — Snaut jak wryty zatrzymał się przed drzwiami biblioteki. — To on może nawet... Co? Pamiętać odkrycie Solaris. Trochę długo w milczeniu staliśmy w korytarzu, a potem Snaut uczynił coś, czego z pewnością nie robił nigdy wcześniej. Zapukał do drzwi biblioteki. „Wejść” — rozległo się za drzwiami, ale ja byłem pewien, że słyszę też głos Harry. Snaut otworzył drzwi i nie przestąpił progu.
Ponad jego ramieniem widziałem to samo co on. W panoramicznym oknie biblioteki nad mglistym horyzontem Solaris wstawał świt czerwonego słońca. Jeszcze ocean pogrążony był w czerni. Jak zwykle świt najpierw zagląda w okna stacji zawieszonej wysoko w atmosferze. W szkarłatnym zarzewiu wnętrze biblioteki sprawia wrażenie miejsca przynależnego bardziej zewnętrznemu światu niż cywilizacji, która tego świata zrozumieć nie potrafi. Niepiękno świtu zatrzymało nas w progu. W fotelu przy oknie siedział pilot Pirx, a raczej komandor Pirx. Jak pamiętam ze starych zdjęć, był z niego kiedyś całkiem postawny mężczyzna. Teraz prawie nie było go widać w przepastnym fotelu. Tylko skafander srebrzył się nieco w czerwonym półmroku.
Za to Harry tkwiła w pełnym świetle. Pirx zapadł się w fotel, a ona siedziała mu na kolanie z rękami jeszcze zawieszonymi w powietrzu, jakbyśmy naszym wtargnięciem nie pozwolili jej dopowiedzieć czegoś, co jest tak niezwykłe, że trzeba słowa poprzeć gestem obejmującym cały świat. Głowa Snauta powoli obróciła się twarzą tylko w moją stronę. W oczach miał takie szyderstwo, jakby prosił, żebym mu złamał szczękę. „Dwieście?” — odczytałem z ruchu jego warg. No, no. Sartorius zachowywał się tak, jak można było spodziewać się po nim. Nienawidziłem go bardziej niż Snauta. Przepchnął się obok nas i jakby nigdy nic poszedł do Pirxa z wyciągniętą ręką. Dla niego Harry znaczyła nie więcej niż powietrze.
Witamy na Solaris. No tak — z pewnym wahaniem odparł Pirx. — Tak się składa, że nie jestem tu po raz pierwszy. Nawet nie zauważyłem, kiedy Harry sfrunęła mu z kolan. Już uczepiła się mojego ramienia, radosna jak nigdy przedtem. Słyszałem jej szept prosto w ucho. Czułem jej oddech i przy każdym słowie leciutki dotyk ust. Kris, Kris, wiesz co zrobiłam? Oczywiście. Nic nie wiesz.
Powiedziałam mu wszystko. Co? Kim jestem. Zrobiłam to od razu. A wiesz co on na to powiedział? „A ja jestem Pirx”. Imponujące. Och, Kris, nie masz pojęcia, jaki on jest. Nigdy nie czułam się tak nawet przy tobie. Bo ty możesz odejść, a ja nie przeżyję tego.
Rozumiesz, Kris? A on... Co on? On może zniknąć, jak się pojawił. Ale kiedy jest, wiedziałam to od razu, jestem bezpieczna. Jak przy tobie. A powiedzieć mogłam mu jeszcze więcej. O czym? O sobie i o tobie. Westchnąłem z rezygnacją.
Zostawmy to maleńka. Czekają na mnie. Zajmiesz się czymś? Pewnie. Strasznie jestem ciekawa, co on ma wam do powiedzenia. No tak. Moja rezygnacja osiągnęła kolejne przyspieszenie kosmiczne. Chodźmy. Snaut tymczasem zrobił sobie legowisko z książek zwalonych na podłogę. Tylko nogi zarzucił na blat stołu.
Sartorius zajął miejsce strategiczne w fotelu wciśniętym w najciemniejszy kąt, skąd dokładnie widział wszystkich, chociaż z niego zostały dwie czarne plamy na wysokości twarzy. Pirx stał przy oknie. „Jestem winien drobne wyjaśnienie, dlaczego doktora Kelvina trochę obcesowo traktuję po imieniu” — powiedział. — Gibarian i ja prowadziliśmy kiedyś dość ożywioną korespondencję. Odwiedziłem go nawet w Solaryjskim Instytucie w Adenie, gdzie przyszły doktor Kelvin był asystentem mojego przyjaciela. Wspomniał parę razy o tym młodym człowieku i używał przy tym wyłącznie imienia Kris. Osobiście nie mieliśmy okazji porozmawiać, chociaż raz jeden zauważyłem go w archiwum mikrofilmów. Podszedłem nawet, żeby zagadać, ale akurat weszła mi w paradę szkolna wycieczka. Większość dzieciarni była oszołomiona ogromem archiwum, ale jedna dziewczynka, pamiętam, zadała wtedy pytanie: „A po co to wszystko?”. Sporo czasu upłynęło od tamtych dni, ale pytanie pozostaje aktualne i mam wrażenie, że przez te lata nikt z nas naprawdę nie wydoroślał.
Zabrzmiało to dość patetycznie. Pirx musiał to zauważyć, gdyż machnął ręką z pewną irytacją, po czym zwrócił się do mnie. „Niech pan tak nie stoi przede mną, doktorze Kelvin, bo się nabawię kompleksów” – stwierdził. – „Usiądź gdzieś, przyjacielu, choćby na tym fotelu. Ja w nim czuję się i pewnie wyglądam podobnie jak na krawędzi czarnej dziury. Garnitur jeszcze tutaj, właściciel po tamtej stronie”. Co miałem począć? Usiadłem. Harry pewnie już przyswoiła sobie to miejsce, gdyż natychmiast skorzystała z okazji i wylądowała mi na kolanach. Snaut prawie dławił się ze śmiechu.
„Wszystkich panów przepraszam, że to nie będzie rozmowa, tylko monolog” – podjął Pirx. – „Ale zostało mi jakieś 10 minut. Po pierwsze więc nie jestem tu z Sateloidu, ale bezpośrednio z Instytutu, który opuściłem może pół godziny temu. Kilku pańskich przyjaciół, doktorze Sartorius, zrealizowało projekt, którego sensu nie mógł potwierdzić wiarygodny eksperyment ze względu na powszechne zniesienie statusu zwierzęcia doświadczalnego. Nie znam się na tym, ale mówili coś o pozaprzestrzennym przeskoku informacji. Jako człowiek szukający okazji do chwalebnego przejścia na wieczystą emeryturę zaproponowałem im swoje usługi. Podpisałem właściwe formularze i wtedy poinformowano mnie, że cel przerzutu dla eksperymentu nie ma istotnego znaczenia, więc mogę sam wybrać adres, pod jaki ci panowie zobowiązują się dostarczyć nie mnie, jak zrozumiałem, lecz pełną o mnie informację w jakiejś formie”. „Pilocie Pirx” – zaczął Sartorius, z pewnością nieprzypadkowo rezygnując z komandora. Pirx tylko uniósł ramię i wskazującym palcem postukał w zegarek. „Jeszcze raz proszę o wybaczenie” – przerwał Sartoriusowi.
– „Za chwilę muszę być w przestrzeni. Chcę panom wyjaśnić, że po ewentualnie szczęśliwym moim powrocie do Instytutu nie będę miał zielonego pojęcia o tym, co zobaczyłem na stacji Solaris i czego udało mi się tu dowiedzieć. Eksperymentatorzy tłumaczyli mi, że musi się zgadzać jakiś bilans przestrzeni informatycznej i są w stanie odebrać tylko tyle informacji, ile zostało wysłane. Nie będę nawet pamiętał tego, co teraz do panów mówię. Chociaż takie intencje miałem, wyłącznie panowie będą mogli kiedyś zaświadczyć, jak było z realizacją”. Słuchałem go, ale nie wiedzieć czemu, wciąż myślałem o pytaniu tamtej 15-letniej dziewczynki. Zobaczyłem, jak Snaut westchnął i jednak wtrącił swoje, kiedy Pirx nabierał oddech. „To niech pan już powie, pilocie, dlaczego wybrał pan akurat ten adres?”. „W istocie, jak już wspomniałem, nie jest to moja pierwsza wizyta na Solaris. Dawno temu byłem pilotem w ekspedycji Gieseego, która w historii solarystyki zapisała się tak zwaną erupcją 106.
Kiedy zdarzyło się to, co się zdarzyło, pilotowałem maszynę Tsankena, dowódcy grupy rezerwowej. On o nawigacji miał raczej blade pojęcie. Może dlatego jego ocalenie zostało spisane na karb przypadku. Ten przypadek to byłem ja, Pirx”. Nieoczekiwanie, chociaż słowa może tak brzmiały, nie było w tym stwierdzeniu ani śladu pychy, tylko jakiś bezgraniczny smutek. „Tak więc mam swoje porachunki z Solaris” – ciągnął Pirx. – „Może dlatego przez lata śledziłem wszystko, co dotyczy tej planety. Pewnie dlatego też zaprzyjaźniłem się z Gibarianem. A poza tym nikt nie odbył tylu lotów nad oceanem. Nie ma tego w archiwach, bo była to, że tak powiem, raczej moja prywatna inicjatywa.
Co wiedziałem? Może więcej niż Burton, może mniej. Może jak doktor Kelvin zostawię komuś w spadku mój encefalogram, żeby to sobie obejrzał i zrozumiał więcej. Nieważne”. Widziałem, jak dłonie Pirxa zwinęły się w pięści. Musiał spostrzec, że patrzę na jego ręce, gdyż prawie ze złością wcisnął je w kieszenie skafandra. „To, że dzisiaj mówię, a nie słucham, ma dwa uzasadnienia. Po pierwsze wiem prawie o wszystkim, co tu się zdarzyło i czego dokonaliście, gdyż miałem okazję porozmawiać z tą młodą osobą”. Tutaj twarz Pirxa trochę złagodniała, kiedy spojrzał na Harry. „A ona, jak by to ująć, wie chyba więcej niż wie.
Po drugie, przecież i tak nie jestem w stanie przekazać komukolwiek informacji, jaką wy moglibyście się ze mną podzielić. Skończmy więc na tym, o czym chciałem porozmawiać z Gibarianem”. Pirx okręcił się na pięcie i stanął plecami do nas, twarzą w stronę okna, jakby chciał widzieć ocean, kiedy wreszcie powie, co ma do powiedzenia. „Jak każdy z was, przeczytałem wszystko, co zostało o tej planecie napisane. Przeżyłem więcej niż wy, bo był w tym optymizm mojej młodości i jest to, co wam zostało – bezradność. Znałem ludzi, którzy pierwsi patrzyli na ten ocean jak na żywą istotę. I tych, którzy w jego działaniu dopatrywali się świadomości, boskości nawet. Zjawiali się pełni natchnienia, podejmowali próby kontaktu tak samo, jak wy próbujecie. I odchodzili odtrąceni. Powiem wam dlaczego.
Pirx zamilkł, ale Snaut i Sartorius nie skorzystali z okazji. A jeżeli tam nic nie ma? Zamiast twierdzenia Pirx zadał pytanie. Co znaczy nic? Po długiej chwili odezwał się Snaut. Słyszymy coś, widzimy, dotykamy — powiedział Pirx. Usta mówią, więc próbujemy nawiązać kontakt z ustami. Co pan przez to rozumie, pilocie Pirx? Nie wytrzymał Sartorius. Czy próbował pan kiedyś nawiązać kontakt z monitorem albo z głośnikiem radiostacji?
Na ekranie jest obraz, w głośniku głos. A gdzie według pana jest nadawca? — zapytał Snaut. Może jest, może nie ma. A jeżeli Ocean Solaris to tylko ekran? Drgająca membrana, która w naszą stronę odbija coś, co z nim samym nie ma nic wspólnego? Jaką świadomość ma w lustrze nasze w nim odbicie? Każdego z nas poraził drobny błysk zwierciadła i już mniemamy, że ono wie coś o nas, skoro posłało nam w oczy świetlnego zajączka. I może nie do końca jesteśmy tacy, jak to widać w odbiciu. Może to trochę krzywe lustro.
Chce pan poprawić nam samopoczucie? Dziwnie zduszonym głosem odezwał się Sartorius. A może sobie? Bynajmniej. Z nieoczekiwaną zawziętością odparł Pirx. Nie jestem od rozgrzeszania, ale jeśli to tylko lustro, to przeglądamy się w nim nie tylko my przecież. Może cały wszechświat. Widzimy nad oceanem erupcję symetriad i upatrujemy w nich jego dzieło. A jeśli to tylko echo aktywności innych cywilizacji? Może takich, po których dawno ślad ostygł we wnętrzu wszechświata, zanim znak ich bytu wzbudził rezonans w neutrinowej membranie.
Może w tym lustrze swój ślad zostawia szczątkowe promieniowanie wszechświata, nawet to coś, co dało mu początek. Szukajcie, a jeśli znajdziecie w nim nawet głos Pana, czy też podejmiecie próbę ustanowienia kontaktu? Dopiero teraz poczułem, że Harry trzyma mnie mocno za rękę. Mam tylko jedno pytanie, komandorze — odezwałem się. Ta planeta posiada niestabilną orbitę. Jeśli ocean jest tylko tym, o czym pan mówi, jak wytłumaczyć fakt, że planeta nie uległa zniszczeniu? Spostrzegłem, jak Snaut spojrzał na mnie i uniósł brwi. Patrzyłem na Pirxa, wciąż odwróconego do nas plecami. Jego ramiona drżały. Musiał wyczuć nasze spojrzenia i oczekiwanie, gdyż odwrócił się powoli.
Pirx śmiał się. Mój młody przyjaciel mniema, że mnie dostał — powiedział. Ale na to pytanie mogę odpowiedzieć pytaniem. Jak myślisz, dlaczego ja wciąż żyję, chociaż nie powinienem? Najzwyczajniej w świecie, wciąż śmiejąc się, bezradnie rozłożył ręce. Czas na mnie — stwierdził. Jak uznacie to za słuszne, możecie tę rozmowę uznać za niebyłą. Odprowadzisz mnie, Harry? Niewiele sobie robiąc z ich obecności, Harry pocałowała mnie w policzek, potem pobiegła do Pirxa. Szarmancko podał jej ramię.
Kiedy wyszli, z ulgą wyrwałem się z fotela. Snaut i Sartorius też podeszli do okna. Wciąż milczeliśmy. Po jakimś czasie drgnienie stacji oznajmiło nam, że Pirx wystartował. Nie żegnał się z nami. Czy miał powód, żeby pominąć tę formalność? Odprowadzaliśmy wzrokiem jego rakietę. Kiedy zmieniła się w punkt, odruchowo zmrużyłem oczy. Snaut i Sartorius nie byli tak zapobiegliwi. Po tym, jak biały błysk prześwietlił nas na wylot, długo przecierali oczy.
Twoja Harry dobrze się czuje w jego towarzystwie — odezwał się Snaut. Spojrzeliśmy po sobie i równocześnie każdy z nas przeniósł wzrok na ocean. Myślisz, że Pirx też? — zapytał Sartorius. Drzwi otworzyły się. To wróciła Harry. Proszę państwa, po tej odrobinie literatury czas na odrobinę filmu. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy film „Obsesja”. Takich filmów z tym tytułem jest sporo. To jest „Obsesja”, ta najnowsza „Obsesja” w reżyserii Cary Barkera.
Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium. Ja nie wiem, jak brzmi w tej chwili mój głos, czy słychać w nim chociaż jakieś nuty optymizmu, ale myślę, że są powody do optymizmu, o czym za chwilę wspólnie z Piotrem Cielebiasiem skrzętnie państwu opowiemy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:00:59] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór Marku i wszyscy. To ja może powiem, co będziemy omawiać, skoro tak mówisz w takim pozytywnym tonie. Dzisiaj mówimy o filmie „Obsesja”. To jest pewnie jeden z wielu filmów o tym tytule. Cóż, zacznę tak: magia kina sprowadza się do tego, żeby z najprostszych nawet opowieści Tworzyć spektakle niezapomniane. I tak jest w przypadku tego filmu, bo gdyby go przelać na kartki papieru, to byłaby to dość banalna historia, banalne opowiadanie, ktoś by powiedział nawet baśń albo bajka. Ale kiedy dodamy do tego wszystkie triki, atmosferę grozy, no i dobrych, chociaż mało znanych aktorów, mamy film świetny. Może nie mistrzowski, ale naprawdę dobry, szczególnie na tle tego, co nam ostatnio się proponuje. Fabuła jest banalnie prosta: chłopak zakochany w dziewczynie, w koleżance z pracy. Oboje pracują w sklepie z instrumentami muzycznymi i on chce jej powiedzieć wszystko, ale nie może, bo się wstydzi, bo ogólnie jest dość miękki.
Kiedy kupuje jej upominek na spotkanie, znajduje w sklepie gadżet magiczny, pierdółkę do spełniania życzeń. Coś takiego odpustowego, można powiedzieć. I tak się zaczyna tytułowa obsesja. Przy czym dziewczyna, wiadomo, czego on sobie życzy. Dziewczyna zaczyna się zachowywać dość dziwnie, nawet bardzo dziwnie. Nie stroni od przemocy psychicznej i jej zachowanie, jej postać kontrastująca bardzo mocno z naiwnością czy nawet lekką sefandułowatością głównego bohatera przeraża. Nikki, bo o nią chodzi, jest po prostu w tym filmie przerażająca i jej zachowanie, jej wybory prowadzą do tragicznego finału. Chociaż nie wiem, czy jej wybory, raczej nie jej wybory, tylko tego jej lubego. Ale myślę też, że w tym filmie zbyt dużo się zdradzać nie powinno, bo to jest naprawdę prosta historia. Marku, czy ty się zgadzasz z tym, co powiedziałem, że gdyby to przelać na kartki, to byłoby dość banalnie?
[01:03:21] - Tak. Myślę, że tak. I tutaj dokładnie tak, jak to zarysowałeś, cała magia kina wychodzi. Ja tylko powiem jeszcze, że należy podziwiać aktorkę, która odtwarza Nikki, ponieważ ona mnie nabrała. To znaczy nabrała mnie o tyle, że to była sympatyczna dziewczyna na początku filmu i to, co się z nią dzieje podczas seansu, to są koszmary, absolutne koszmary i to świetnie zagrane. Ja naprawdę wierzę, może nie w to, że coś opętało tę dziewczynę, ale że tam się działy rzeczy straszne. Naprawdę to, jak ona gra twarzą i nie tylko twarzą. Tam w grę wchodzi cała dynamika jej ciała, cała dynamika, ekspresja zachowań, krzyków, mówienia, sposobu mówienia. To jest coś, co na pewno w kinie bywało niejeden raz, ale dobrze jest czasami w naszych czasach odświeżyć sobie, że aktor naprawdę może zagrać coś nie dość, że bardzo przekonująco, to w dodatku w taki sposób, że człowieka momentami wgniata w fotel. I nie tylko dlatego, że jakaś groza tam panuje.
Owszem, panuje, ona się pojawia, ale ta dziewczyna jest tak autentyczna w swojej grze. Przesadza wtedy, kiedy trzeba przesadzać, kiedy to wynika z kontekstu, wynika z opowieści, to dostajemy przesadę, ale przesadę, w którą wierzymy, że w tym wydaniu i w takiej sytuacji ona się mogła pojawić. Kiedy gra taką dziewuszkę, która się zwraca do swojego ukochanego, to też jej wierzymy. A kiedy patrzymy na nią na początku filmu, to jest zwykła dziewczyna, w której zakochał się chłopak, który był bardzo nieśmiały. I to właściwie mógłby być początek komedii romantycznej albo jakiejś romantycznej historii. A tymczasem dostajemy film grozy i to autentycznej grozy, kiedy nie do końca wiemy, jak to wszystko rozwikłać. My tam dostajemy szereg śladów. Mną najbardziej wstrząsnął, to mogę powiedzieć, bo nie zdradzę za dużo, ale jest noc. Dziewczyna i chłopak śpią w jednym łóżku, ale on wie, że coś jest nie w porządku, bo to już jest ta faza, w której dotarło do niego, że jego życzenie być może rozpętało piekło i w pewnym momencie dostaje na komunikatorze pewną informację. Zostawmy tę informację.
On stara się wyjść z pokoju i słyszy głos swojej dziewczyny, który mówi mu... Dobrze, ja tego nie opowiem dokładnie. Powiem tylko tyle: to jest scena, na którą zwracam państwa uwagę, bo być może ona daje powód albo daje klucz do interpretacji tego, co się wydarzyło, bo on rozmawia jakby z tą pierwotną Nikki. Ona mu sugeruje, że to, co jest w ciągu dnia, kiedy ona nie śpi, to nie jest ona. Ta prawdziwa Nikki jest gdzieś ukryta bardzo, bardzo głęboko. To jest ten moment, wcale nie mówię, że to jest klucz do filmu, ale to jest ten moment, który jest takim smaczkiem. Ja lubię w filmie niejednoznaczność, a tu ta niejednoznaczność się pojawia, bo przy całej historii, która kieruje nas w troszeczkę inne rejony, ta scena pokazuje, że może chodzi o coś zupełnie innego. Naprawdę po tej fali filmów złych pojawia się film zrobiony za naprawdę małe pieniądze. Film, który nie jest doskonały, tak jak to powiedział Piotr, ale to jest film, który przyciąga uwagę. Może poza początkiem, bo ten początek pierwsze dziesięć minut, może pięć, nie wiem.
Takie mówię: "Ojej, znowu będzie film, z którego niewiele wyniosę, a w dodatku będę się nudził". To było błędne przekonanie, bo wprowadzenia bywają trudne, bo wszystko, co dzieje się później, jest mocne.
[01:08:28] - Jest. I ten film jest bardziej niejednoznaczny niż nam się wydaje, bo ta prosta historia to jest główny wątek, ale mamy tam jeszcze bohaterów drugoplanowych i jeżeli będziemy uważnie się temu przypatrywać, to ta historia jest troszkę bardziej rozbudowana. W tej scenie, o której mówiłeś, kiedy ona mu mówi, że ta fałszywa Nikki, która się w nim zakochała, śpi. Tam też widzimy pewne ciekawe zachowanie rzutujące na postać, na naszą ocenę głównego bohatera. Ten film jest dobry. On jest dobry nie tylko jako coś, co trzyma w napięciu, ale też jest po prostu miły dla oka. Dobrze się to ogląda. On nieco przypomina inne filmy, o których żeśmy mówili pod względem stylu, klimatu, ujęć, a także postaci o takim wyraźnym charakterze. To w ogóle jest horror psychologiczny, jakbym miał być szczery. Widzieliśmy ten klimat w innych filmach, na przykład w "Coś za mną chodzi", w "Come True", w "Bring Her Back", w "Nocnych istotach", w "Hereditary".
To jest taka nowa fala, moim zdaniem, horrorów. One w większości były prostymi historiami. Może poza tutaj "Hereditary" i "Come True", które były trochę bardziej rozbudowane, ale jednak one zapadają w pamięć. Natomiast jest to wszystko dobrze sfilmowane i taka jest chyba charakterystyka tego nowoczesnego horroru. Takiego, który ma cechy głęboko artystyczne momentami nawet. Aczkolwiek teraz mała łyżka dziegciu z mojej strony, bo takie filmy jak chociażby "Smile" jeszcze czy "Coś za mną chodzi", a także "Obsesja", one się opierają tak naprawdę na historii pewnej klątwy. W każdym razie życzenia sił magicznych, które w jakiś sposób warunkują życie, los człowieka. Tutaj mamy do czynienia z przedmiotem. Tak samo mieliśmy przedmiot taki magiczny w filmie "Talk to Me", czyli widzimy, że te filmy są podobne. Ich siła oddziaływania kryje się przede wszystkim w stopniu oryginalnego opowiedzenia tej historii paranormalnej, ale moim zdaniem bardziej i w przypadku "Obsesji", i w przypadku tych wcześniejszych filmów oddziałuje na nas to, co się może stać z człowiekiem albo do czego człowiek może zostać popchnięty.
No dobra, ale gdzie ta łyżka dziegciu, o której mówiłem? Bo o ile "Obsesja" to jest naprawdę dobry film, to będą też tacy, którzy mu zarzucą banalność. Ktoś inny z kolei odbije piłeczkę i powie, że ten film jest o tym, żeby uważać, czego sobie życzymy i że wszystko ma dwie strony, że nie ma idealnych żyć, historii. Wszystko ma jakiś drugi aspekt, często ukryty. I te rozkminy na temat "Obsesji" mogą być głębsze. Bo wiesz, akurat w tym filmie mamy pokazany przypadek tak jakby opętania, bo tam chyba jest momentami wyraźnie ten demon w cieniu się ukrywający obecny. Natomiast ktoś powie, że okej, ale ten film jest też o pewnym tabu. Ja nie lubię wchodzić w takie rozważania, co poeta chciał powiedzieć. Dlatego, że można tutaj pociągnąć narrację w dowolną historię, ale tu mi się wydaje, że coś jest na rzeczy, że jest takie tabu, o którym się nie mówi. Czyli jest dziewczyna, ładna dziewczyna, której nikt nie podejrzewa o to, że coś z nią jest nie tak.
I kiedy się tak zastanowimy głębiej, to ta historia może wcale nie jest tak banalna. I ona może wcale nie jest też tak horrorowa, bo w pewnym momencie dowiadujemy się, że ta Nikki miała w szkole bardzo osobliwy pseudonim, którego nie lubiła. Może z nią po prostu od początku coś było nie tak, a ten patyk spełniający życzenia to był tylko pretekst, a główny bohater po prostu poznał ją bliżej. Żadnej magii w tym patyku nie było. W skali szkolnej, na podstawie moich osobistych doznań, moich osobistych zmagań z horrorami daję "Obsesji" cztery plus. Cztery i plus na sześć, przy czym moim zdaniem sześć jest wynikiem nieosiągalnym. Także bardzo dobry film. Polecam.
[01:13:21] - Zgodzę się z tobą Piotrze, że ten film ma odrobinę minusów i ja na przykład zwróciłem uwagę na to, że no cóż Budowanie napięcia jest troszeczkę oparte o pewne schematy i te schematy da się wychwycić, ale ja myślę, że to tak bardzo nie przeszkadza. Mnie na przykład wynagradzała gra głównej aktorki Nikki. To naprawdę budziło niepokój i ona dokonała według mnie naprawdę trudnej rzeczy, bo musiała przejść od kreacji zwyczajnej dziewczyny do kreacji osoby budzącej autentyczny niepokój. I to, wiecie Państwo, nie taki niepokój letni pod tytułem: „Oho, straszny film”. Nie, nie. Tu mamy naprawdę coś chwilami przerażającego. Do tej chwili pamiętam tę dziwną minę. Z jednej strony groteskową, ale z drugiej strony przerażającą minę, którą przybrała Nikki, kiedy w grze towarzyskiej wśród przyjaciół wypadło, że jej ukochany ma pocałować inną dziewczynę. Dalej tej sceny Państwu nie będę opowiadał, ale naprawdę warta jest zobaczenia. A ta mina oj długo będzie mi się jeszcze śniła i to pod postacią koszmarów.
Naprawdę, cóż, są takie momenty i to chyba jest jeden z tych nielicznych momentów w tym roku, kiedy muszę powiedzieć, że może jeszcze kino nie umarło. To kino fantastyczne i kino horrorowe może nie umarło całkiem, może jest dla niego nadzieja. I co ciekawe, może ta nadzieja jest w młodych ludziach, którzy kręcą straszne historie za strasznie niewielkie pieniądze. Nie potrzebują całego tego sztafażu, tych pierdyliardów dolarów, które są pakowane w różne projekty, które później okazują się klapą. Żeby zrobić filmową, straszną historię trzeba chyba talentu, ale też takiej chęci, żeby naprawdę widza nastraszyć. I myślę, że w twórcach tego filmu taka chęć była. I cóż, proszę Państwa, zachęcam, żebyście poszli do kina, żebyście to obejrzeli, bo naprawdę można się bać. Czas, proszę Państwa, na kolejną porcję książek. Teraz polecanki z pogranicza. Tak nadmienię, tradycyjnie już nadmienię, że wszystkie te książki oraz wiele innych znajdziecie Państwo na stronie Nieznany.pl.
Tam naprawdę bogactwo książek. Jest w czym wybierać. Ja wybrałem dla Państwa trzy tytuły. Pierwszy z nich to „Fizyka cudów. Materializując świadomość”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Karolina Bochenek, wydawca Studio Astropsychologii. Richard Bartlett, odkrywca matrycy energetycznej, powraca w książce, która w telegraficznym skrócie jest podręcznikiem zostawania cudotwórcą. Każdy z nas ma w sobie potencjał niezbędny do czynienia cudów. Czas ten potencjał odkryć. To, co nazywamy cudami, jest bowiem naturalną możliwością naszego organizmu.
To jest coś, co tkwi w nas, ale potrzebujemy impulsu, by nauczyć się z tego korzystać. Czy chciałbyś, podobnie jak autor, uleczyć swe ciało z przewlekłej choroby w naprawdę krótkim czasie? A może wolałbyś siłą woli ulżyć w cierpieniu bliskiej ci osoby? Masz na to niepowtarzalną szansę. Poznaj naukowe uzasadnienie wydarzeń, które klasyfikujemy jako coś niezwykłego, cudownego. W „Fizyce cudów” odnajdziesz przypadki zupełnie przeciętnych osób, które niespodziewanie odkrywały w sobie potężną leczniczą moc. Osób, które w mgnieniu oka rozprawiały się z poważnymi chorobami wyłącznie dzięki sile własnej woli. Od zatkanych zatok po dziedziczne schorzenia. Wszystko jest błahostką, gdy przeciwstawisz temu potęgę swojego umysłu. Połącz najnowsze odkrycia naukowców, filozofię Wschodu i energetykę czakr, by zostać cudotwórcą w pełnym znaczeniu tego słowa.
A ja przypomnę tytuł „Fizyka cudów. Materializując świadomość”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Karolina Bochenek, wydawca Studio Astropsychologii. Drugi wybrany tytuł to „Kwantowy kosmos. Od wczesnego świata do rozszerzającego się uniwersum”. Autor Klaus Kiefer, tłumacz Michał Tęcza, wydawca Copernicus Center Press. Czy wszechświat ma początek i koniec? Istnieje jeden świat, czy jest ich wiele? Nasz wszechświat zna cztery siły elementarne. Trzy na poziomie atomów, a jedną na poziomie planet i galaktyk.
Jak można ująć je w jeden spójny model? Współczesna fizyka nieustannie zadaje sobie to pytanie i jak dotąd nie zna na nie odpowiedzi. Teoria grawitacji kwantowej ma szansę to zmienić. Klaus Kiefer zabiera nas w krótką podróż przez teorię względności i teorię kwantową oraz strzałkę czasu i kosmologię, aby dotrzeć do grawitacji kwantowej i kosmologii kwantowej. Autor wyjaśnia, co kryje się za takimi fenomenami jak czarne dziury, kot Schrödingera, ciemna energia, struny czy funkcja falowa wszechświata. Wyjaśnia to, tworząc zarysy nowej teorii i jej odpowiedzi na kluczowe pytania współczesnej fizyki. Michał Heller napisał o tej książce: „Kwantowa kosmologia to tam, gdzie fizyka rodzi się z metafizyki”. A ja przypomnę tytuł: „Kwantowy kosmos. Od wczesnego świata do rozszerzającego się uniwersum”. Autor Klaus Kiefer, tłumacz Michał Tęcza, wydawca Copernicus Center Press.
Trzeci tytuł to „Matryca energetyczna. Innowacyjne uzdrawianie”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Agnieszka Uffland, wydawca Studio Astropsychologii. Matryca energetyczna to energia, która potrafi uwolnić siły tkwiące w każdym z nas, także w tobie. Otwórz się na nie, a uzdrowisz siebie i swoje życie. Wystarczy, że połączysz łagodny dotyk i skupioną myśl, a wydobyta energia stanie się ukojeniem dla ciała i umysłu. Autor, a jednocześnie odkrywca tej techniki, doktor kręgarstwa i neuropatii, prowadzi liczne warsztaty. Po raz pierwszy wykorzystał tę swoją wiedzę do uzdrowienia swojego syna, któremu nie pomagały żadne inne sposoby leczenia. Matrycę energetyczną można tłumaczyć w oparciu o fizykę kwantową, której głównym założeniem jest jedność człowieka ze wszechświatem i nierozerwalne złączenie tajemniczą energią zwaną polem energii punktu zerowego. To potężne, innowatorskie narzędzie, które przynosi natychmiastowe efekty, nawet jeśli masz pewne wątpliwości.
Wystarczy, że poddasz się działaniu energii, a na pewno doświadczysz jej skutków. Moc matrycy energetycznej to łatwy dostęp do uzdrawiania tkwiącego w twoich dłoniach. Jeśli się na nią otworzysz, to zmieni się twój sposób postrzegania świata i odbiór wszelkich doświadczeń. Przypomnę tytuł: „Matryca energetyczna. Innowacyjne uzdrawianie”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Agnieszka Uffland, wydawca Studio Astropsychologii. Proszę państwa, ja już wspominałem, że mamy piątek i dzisiaj nastąpił cudowny dzień dla uczniów. Tak to przynajmniej wspominam. Koniec roku szkolnego to było zawsze wydarzenie niezwykłe. Ja w audycji, która się zbliża, podzielę się z państwem tą refleksją, że ja nienawidziłem szkoły, chociaż całkiem dobrze mi tam szło, ale po prostu sposób myślenia, sposób organizowania szkoły wydawał mi się już wtedy, kiedy byłem dzieckiem i nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi, wydawał mi się chory.
Dzisiaj w dalszym ciągu pozostaję wyznawcą tego właśnie twierdzenia, że system szkolny jest co najmniej niedoskonały. Może się zweryfikuje. Jest niedoskonały, a chwilami bywa chory po prostu. I to nie jest wina nauczycieli. To jest wina systemu, który tym nauczycielom narzuca pewne absurdy. Ale za dużo się rozgaduję. Zapraszam państwa na sentymentalnik, w którym wspólnie z Piotrem Cielebiasiem i Arturem Wójtowiczem opowiemy państwu o naszych końcach roków szkolnych. Oj, ale to słabo brzmi. W każdym razie opowiemy o początkach wakacji. Dzień dobry wieczór państwu.
Tak się złożyło, że premiera tej audycji w Radiu Paranormalium zbiega się z końcem roku szkolnego. To jak byśmy mogli zorganizować kolejny sentymentalnik i nie poruszyć tego arcyciekawego tematu? A wraz ze mną o końcu roku szkolnego w odległych stosunkowo czasach będą opowiadali Artur Wójtowicz.
[01:24:11] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:24:13] - I oczywiście Piotr Cielebiaś.
[01:24:16] - Witam, witam, pozdrawiam.
[01:24:20] - Ja też pozdrawiam i zaczynamy w takim razie. Panowie, jak to było z końcem roku szkolnego? Te wszystkie akademie. Jak wyglądał ostatni dzień szkoły w czasach PRL-u? Czy wy pamiętacie rozdanie świadectw, szkolne jakieś akademie, ewentualnie emocje towarzyszące w sumie rozpoczęciu wakacji? Czy pamiętacie? To nie musi być PRL. Lata 90. były równie ciekawe. Arturze, co na ten temat?
[01:25:03] - Ja powiem coś takiego, że dla mnie szkoła w ogóle z dzieciństwem to się kojarzy przede wszystkim z fartuszkami i z tarczami, które trzeba było naszywać i myśmy uporczywie ich nie naszywali, ale braliśmy je na agrafkę, za co byliśmy ścigani, bo potem można było oczywiście agrafką zdjąć tą tarczę, a nam kazano przyszywać. Jak ktoś by poszedł na wagary, to żeby go można było zidentyfikować. Ale dla wielu osób dzień szkoły w czasach PRL-u był chyba jednym z najbardziej takich wyczekiwanych momentów w całym roku, bo to był dzień i wzruszeń, i radości, i poczucia wolności. Oczywiście była uroczysta akademia. To był obowiązkowy element zakończenia tego roku szkolnego. I uczniowie gromadzili się najczęściej w sali gimnastycznej albo na boisku, albo w auli. Oczywiście każdy był galowo ubrany i coś wam powiem, ale to mi akurat pasowało. Te fartuszki, te inne rzeczy. Potem kiedyś Giertych za to ścigano, ale za moich czasów to przynajmniej do szkoły ludzie chodzili ubrani. Potem jak byłem nauczycielem, to już była jakaś porażka.
Oczywiście były te biało-czerwone dekoracje, były portrety najważniejszych postaci państwowych, zwłaszcza oczywiście w czasach PRL-u tak to było. I oczywiście przemówienia dyrektora czy jakieś występy artystyczne. Też śpiewano różne pieśni patriotyczne, recytowano wiersze. I co ciekawe jest, nie wiem, czy to teraz się praktykuje, ale chyba teraz to nie, ale dawniej tym najlepszym uczniom zawsze wręczano różne książki. Najważniejszym momentem oczywiście był moment rozdania świadectw, bo ci uczniowie byli wyczytywani po kolei. I też za moich czasów były te świadectwa z czerwonym paskiem, więc było to eleganckie. A książki, które się dostawało, to były naprawdę długo wyczekiwane książki, bo to były albo książki Juliusza Verne, albo Alfreda Szklarskiego, albo Arkadego Fiedlera, albo załóżmy Sienkiewicza. Bardzo ciekawe, gdzie zawsze na pierwszej stronie znajdowała się pieczątka i był wpis, że za bardzo dobre wyniki, za wzorowe zachowanie i tak dalej. Oczywiście prawdziwą elegancją to był galowy strój, bo wszyscy byli jakoś ładnie ubrani. Dziewczyny w te białe bluzki i granatowe czy czarne spódniczki, białe skarpetki, podkolanówki.
Teraz to już w ogóle nikogo nie widziałem dawno z podkolanówkami. Natomiast chłopcy też mieli te granatowe albo czarne spodnie i białe koszule czasami, ale to już marynarki w starszych klasach były. I oczywiście najciekawszym momentem, długo wyczekiwanym, był ten ostatni dzwonek i ta eksplozja radości, bo wtedy się wszystko wybiegało ze szkoły i wiadomo było, że są wakacje. Dla niektórych oznaczało to dwa miesiące swobody. Ktoś wyjeżdżał do dziadków na wieś, inni na jakieś obozy harcerskie. Ale był przynajmniej spokój. Było to odstresowanie bez smartfonów, bez internetu, bez mediów społecznościowych. Te wakacje przeżywało się na pewno intensywnie. I to jest, wydaje mi się, najfajniejsze wspomnienie. Dzisiaj wydaje mi się, że zakończenie roku szkolnego wygląda już kompletnie inaczej.
[01:28:16] - Piotrze, a jak to było u ciebie? Ty troszeczkę w innych czasach kończyłeś szkołę. Było inaczej?
[01:28:24] - Nie, było tak samo. Rozdanie świadectw poprzedzał okres posuchy, kiedy się chodziło do szkoły nie wiadomo po co. Bardzo tego nie lubiłem, bo nic się nie robiło. Nauczyciele wymyślali jakieś głupoty, jakieś tam spacery. Gdzie można było iść? Wiadomo, że na zamek albo w Sokole Góry. Chociaż kilka tych wyjść na zamek pamiętam. Jakieś tam konkursy były sportowe. Wszystko po to, żeby jakoś wypełnić te godziny w ostatnim tygodniu czy dwóch, lekcyjne. Natomiast kiedy przychodziło rozdanie świadectw, to ja już tak dobrze tego nie pamiętam.
Wyglądało to w ten sposób, że najpierw jakieś tam występy chyba były, piosenki typu „Lato czeka". Na pewno była, bo pamiętam. Potem przechodzili do rzeczy, czyli rozdawanie nagród rzeczowych dla najlepszych uczniów. Ja nie pamiętam kiedy, bo u nas był czerwony pasek, ale to jakoś było tak, że on się chyba pojawił w pewnym momencie znowu. Albo był cały czas, tylko nie wiem, nie pamiętam. Coś mi tam świta. Wszyscy nagrodzeni wychodzili na środek sali gimnastycznej, dostawali nagrody. Oczywiście puszyli się przy okazji. Były też jakieś tam nagrody za chyba sportową aktywność, ale były też nagrody za nieopuszczanie dni, pamiętam. I tak to wyglądało.
A potem się rozchodziło do sal. Tam cała reszta gawiedzi otrzymywała świadectwa, dawało się nauczycielowi albo nauczycielce kwiaty, bombonierkę albo jakiś badziewny prezent i wszyscy się w sumie rozchodzili do domu. Ja nie pamiętam, żeby się robiło coś więcej. Chyba ostatni raz taki symboliczny, to wychodziliśmy całą grupą na lody. Zresztą ja byłem w takiej klasie, gdzie myśmy od pierwszej do w sumie dziewiątej klasy byli wszyscy cały czas ze sobą. Także ludzie się mieli już tak naprawdę trochę dość po tych kilku latach. Może dlatego nie było to jakoś celebrowane, każdy chciał odpocząć od reszty. Ale tak to wyglądało. Co tam jeszcze się działo? Były jakieś , przepraszam, występy na pewno.
Na te występy to już nikt nie zwracał uwagi. Absolutnie wszyscy czekali tylko na to, żeby to się skończyło, żeby wyjść. Ta cała sala gimnastyczna była zawalona i uczniami, i rodzicami, i robiono zdjęcia, i tak dalej. A potem jeszcze co tu mi przychodzi do głowy? Nie, to w sumie chyba tylko tyle. Tak się czekało po prostu na ten dzień, że myślę, że jak człowiek był uczniem, to nie za bardzo zwracał uwagę, co się będzie wtedy działo, żeby to tylko odbębnić i zaczyna się laba. A potem nerwowe odliczanie w sierpniu do końca tych wakacji oczywiście, bo początek roku szkolnego to my sobie też omówimy, mam nadzieję. Chociaż tutaj nie ma może za bardzo o czym mówić. Co jeszcze? Pamiętam jak przez mgłę, bo to był taki czas, kiedy trzeba było zdobywać podręczniki, że już wtedy, kiedy myśmy wychodzili, to rodzice otrzymywali taką listę co kupić, gdzie kupić.
I tak to wyglądało. Ale człowiekowi małemu, młodemu wydawało się, że te dwa miesiące wakacji, ponad dwa miesiące, bo zwykle przecież To się kończyło szkołę gdzieś tak w okolicach 20 czerwca. Teraz to jest trochę pokiczkane, bo jest albo wcześniej, albo później, ale zwykle koło tego 20 się kończyło. No i to była już wspaniała wizja, po prostu dwa miesiące i trochę wolnego, a potem jak z bicza strzelił, to wszystko się kończyło. Pamiętam, że moi bardziej zdolni w nauce koledzy często kosili tam tych nagród książkowych. Mnie się udało, ale tylko parę razy. Potem byłem już bardziej leniwy. Te książki, jak Artur mówi, były całkiem ciekawe. Za moich czasów może nie dawano literatury dziecięcej typowo już, ale pamiętam, że czasami zazdrościłem tych książek, bo one były takie bardziej popularnonaukowe, jakieś leksykony, jakieś atlasy. To mi się podobało.
Innych nagród, prócz jakichś tam piłek czy tych paletek do badmintona, to też nie pamiętam. Nawet szczerze mówiąc nie wiem, czy teraz się daje jakieś książki na koniec roku, czy to jest już passé, żeby nie urazić tych, którzy mają na przykład banie na świadectwie. Także tak to wyglądało. Myślę, że to nie odbiegało za bardzo od tego, jak to się działo w latach PRL-u.
[01:33:04] - Ja was może zaskoczę, ale ja pamiętam nawet zakończenie roku, a właściwie zakończenie chodzenia do przedszkola, bo poszczególne grupy pięciolatków, czterolatków to nie pamiętam, ale pamiętam-
[01:33:21] - Przerwę ci, Marku. Ja też pamiętam, akurat lepiej niż koniec roku w kolejnych klasach. Koniec roku w zerówce na przykład.
[01:33:32] - No to ja pamiętam na tyle dokładnie, że przyszedłem do tego przedszkola. Byłem wtedy młodym bardzo człowiekiem, jak to kończący przedszkole. I jakoś tak nie do końca sobie zdawałem sprawę, dlaczego jest specjalny dzień. Niby to mi mówiono, że to ostatni raz. Jakoś tak nie bardzo docierało. Albo byłem wyjątkowo tępym młodym człowiekiem, albo po prostu nie bardzo kumałem, o co chodzi. I rzeczywiście w tym przedszkolu było troszeczkę inaczej. Wszystkie dzieciaki jakoś tak ubrane, te panie jakieś takie też... Jedna z nich na ogół darła gębę, a druga była sympatyczna, a tego dnia obie były sympatyczne. Za tę gębę przepraszam, ale to jest adekwatne do jej zachowania.
Więc i tak te dzieciaki siedziały. Nawet pozwolono nam brać zabawki, których normalnie brać nie było można. Pozwolono przeglądać jakieś książki. W ogóle było jakoś tak dziwnie. A później się zjawili rodzice. Było też rozdanie, trudno powiedzieć o świadectwach, ale takiego jakby certyfikatu, że się przedszkole ukończyło. W dodatku obdarowano nas albumami z wklejonymi zdjęciami, takim zbiorowym zdjęciem wszystkich z naszej grupy oraz zdjęciem przedszkola. I tak dalej, i tak dalej. To było dziwne przeżycie jak na młodego człowieka. Może wtedy pewno nie do końca, ale jakoś może wtedy, pod koniec tego dnia dotarło do mnie, że życie składa się z tego, że coś się kończy i coś się zaczyna.
Pamiętam, dostałem wtedy super książkę z baśniami. To było fajne. I oczywiście babcia natychmiast została zaprzęgnięta do tego, żeby mi te baśnie czytać. Takie wspomnienie to właściwie kilka takich błysków, impresji, fleszy, ale pamiętam to bardzo. I taką dziwną atmosferę. Ta zresztą tak, dziwna atmosfera. Wyście panowie mówili, że się czekało na koniec roku, a ja miałem, być może to jest kwestia podejścia, jakiejś konstrukcji takiej mojej dziwacznej, ale ja tego dnia odczuwałem niewysłowione szczęście, ponieważ ja nawet nieźle się ucząc, ale nienawidziłem szkoły po prostu. I to już w podstawówce. Nienawidziłem tej szkoły za całokształt, za sposób, w jaki uczniowie byli traktowani. Ja bym tego pewno nie wyraził wtedy w ten sposób.
Po prostu czułem, że nauczyciele to jest opresja w najrozmaitszych formach. Zresztą ja chodziłem do szkoły, w której lanie linijką po łapie było normą, w jakimś stopniu upokarzanie ucznia również. Ja bym wtedy, powtarzam, tak tego nie nazwał, ale jakoś podświadomie się przeciwko temu buntowałem. Przeciwko temu, że nauczycielka, jak ktoś gadał na lekcji, była gotowa cisnąć w niego drewnianą gruszką, na końcu której był zawieszony klucz do klasy. Ta gruszka rzadko trafiała, ale czasami się jej udawało. Jak to było możliwe? Nie wiem, ale tak po prostu było. Taka jeszcze jedna impresja. Arturze, wiesz, ja pamiętam, że za Gierka to już tych oficjeli państwowych nie było. Było tylko godło.
Ale to, że coś takiego było wcześniej, w 60. latach, to wiem, ponieważ do dzisiaj pamiętam taką panią od języka polskiego. Byłem chyba w czwartej klasie albo w piątej. I tam pani powiedziała coś takiego, jakoś tak z takim sarkazmem, że kiedyś to było po jednej stronie godła, tylko trochę niżej wisiał Cyrankiewicz, po drugiej Gomułka i tak to było. Ale w moich-
[01:37:28] - Ale wiesz, powiem ci, Marku, za moich czasów ja chodziłem do podstawówki imienia chyba Władysława, bo nie wiem, czy on Władysław miał na imię, Władysława Figielskiego. Ja nigdy w życiu nie wiedziałem, kto to był ten Figielski. Okazało się, że to jest jakiś partyjny gościu. Był. Potem zmienili tą nazwę oczywiście tej szkoły, chyba na Kornela Makuszyńskiego mi się wydaje. Nie pamiętam, ale ten Figielski nieszczęsny to jego portret wisiał u mnie w szkole. Co więcej, jak były jakiekolwiek akademie albo początek, koniec roku, to tam właśnie jakieś wstążeczki biało-czerwone dookoła były jakieś takie, wiesz, bzdury, nie? To jeszcze Oczywiście za Gierka tego nie było, bo to już taka odwilż była. Ja to jeszcze pamiętam troszkę przez mgłę.
[01:38:13] - U mnie na szczęście nie wisiał żaden działacz partyjny, tylko Jan Kasprowicz. To było bardziej do zniesienia. Ale chodzi o to, że rzeczywiście wcześniej w klasach, których już nie ogarniamy, w klasie wisiało godło, a troszeczkę niżej Cyrankiewicz z Gomułką. To musiał być widok. Zostawmy to, bo tego nie przeżyłem. Ale wracam. To był taki specjalny dzień. Nienawidziłem szkoły z dużym zaangażowaniem. W dodatku ktoś powie, że to dlatego, że nie dostawałem świadectw z paskiem, bo w drugiej połowie podstawówki już się świadectwa z paskiem pojawiały. I ja pewno miałbym nawet szansę, ponieważ uczyłem się całkiem nieźle, tylko miałem jakąś taką zadziwiającą zdolność, trudno powiedzieć o obrażaniu się, że ja zawsze miałem naprawdę czwórki i piątki, a z czegoś zawsze musiałem mieć trójkę.
To mnie absolutnie eliminowało z czerwonego paska. Zawsze się dorobiłem. Nawet kiedyś miałem trójkę z zajęć praktyczno-technicznych i się nie załapałem. Z plastyki miałem trójkę kiedyś, bo bardzo brzydko malowałem, ale kiedyś miałem trójkę nawet z fizyki, bo jakoś mi te prawidła nie wchodziły do głowy. Generalnie nie miałem świadectwa z paskiem i do dzisiaj nie żałuję w ogóle, ale tak to wyglądało. Pamiętam też, że koniec roku odbywał się albo na sali gimnastycznej, albo na korytarzu. Szkoła miała duże korytarze i czasami dzieliło się to na grupy. Z tym, że tam się odbywała część akademijna, jakieś występy, recytowanie wierszy, mniej lub bardziej sensowne smęty. Natomiast samo rozdawanie świadectw i nagród odbywało się już w klasie z naszą panią wychowawczynią. Ona wtedy rozdzielała te świadectwa.
Czasami wtedy było dramatycznie, bo ktoś na przykład zostawał w tej samej klasie. Miałem kilka takich zdarzeń w swojej klasie, w różnych latach. Gdzieś tam ktoś się omsknął i zostawał. To nie był przyjemny moment. Dzieciaki reagowały na to tak, jak mogły reagować, czyli płaczem, załamaniem, bo on dostawał świadectwo z pałą. Wtedy był system od dwójki do piątki. I automatycznie wiedzieliśmy, że żegnamy tego kolegę albo koleżankę, ale częściej kolegę. To były jakieś takie momenty dyskomfortowe, ale później był ten moment, kiedy wychodziło się ze szkoły i to był też moment, ja pewno przesadzam tak jak zwykle, ale na swój sposób magiczny, bo szło się do domu z tymi świadectwami, pozbywszy się już kwiatów, bo kwiaty dla pani wychowawczyni, którą żegnaliśmy niby z żalem, ale tak naprawdę umówmy się, dwa miesiące wakacji to było coś. I szło się do tego domu i wszyscy z jednej strony cieszyli się, że są wakacje, ale z drugiej strony jakiś taki sentyment, że tych kumpli nie zobaczę przez najbliższe dwa miesiące. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej trochę szkoda.
Takie miałem zawsze na koniec roku ambiwalentne uczucia. Chociaż oczywiście przeważała radość, bo ja najczęściej już następnego dnia, a zdarzył się jeden rok, kiedy tego samego dnia już jechałem na prawdziwe wakacje daleko od Bydgoszczy. Powiem jeszcze tylko ostatnią rzecz w tej sprawie. Otóż ja przez sporą część podstawówki zaliczyłem to, że ferie i wakacje dla szkół podstawowych i średnich były w różnych terminach. Zaczynały się wakacje dla podstawówek gdzieś prawie na początku czerwca, ale za to wakacje kończyły się 15 sierpnia. To rozpacz, dramat. Natomiast kiedy się było w ósmej klasie i szło do liceum czy w ogóle do jakiejś średniej szkoły, to było o tyle pięknie, że zaczynało się wakacje na początku czerwca, a kończyło na koniec sierpnia. To były bardzo długie wakacje. Poza czasem studenckim już takich długich wakacji nie miałem. To tyle, jeśli chodzi o te wspomnienia z samego zakończenia roku szkolnego.
Ale panowie, ja teraz mam pytanie bardzo niedyskretne. Myślę, że mi wybaczycie, albowiem chcę się dowiedzieć pewnych intymnych szczegółów. Jakie oceny najczęściej pojawiały się na waszych świadectwach? Mówiliśmy o czerwonym pasku. Jakie to miało w ogóle znaczenie takie świadectwo z czerwonym paskiem? I jeszcze kolejne intymne, ale ważne pytanie: czy rodzice nagradzali was za te dobre wyniki w nauce? W ogóle, czy nagradzali was za wyniki w nauce, Piotrze?
[01:43:36] - Czy nagradzali? Czasami tak, to pamiętam. Zawsze się coś tam od mamy dostało. Ten czerwony pasek, czy on miał znaczenie? Wtedy chyba tak, takie prestiżowe bardziej. Chociaż to nie były takie czasy, kiedy dzieci były wprzęgnięte w wyścig szczurów aż tak bardzo. On był jakiś tam niewielki, ale chyba nie tak, jak to widziałem później. Czy ten pasek miał znaczenie? Dla mnie osobiście nie miał żadnego znaczenia i myślę, że na dzień dzisiejszy w ogóle nie ma żadnego znaczenia. Powiem więcej, podkreślałem to już na antenie Sentymentalnika, że szkoła ogłupia.
Szkoła powinna nauczyć rzeczy praktycznych, a nie głupot. A ja mam wrażenie, że przez bardzo długi czas uczono mnie głupot zupełnie niepraktycznych i ja bym te wszystkie paski oddał tak naprawdę za coś konkretnego, czego by mnie nauczyli, oprócz tego, że trzeba być tak naprawdę sprytną szują, bo tego uczyła szkoła, że masz się umieć sprzedać, masz się ładnie uśmiechać i masz nie być prawdziwy. Tego mnie szkoła nauczyła, że nie ma sprawiedliwości ogólnie, że ten, kto coś wie albo coś sobą prezentuje, albo ma jakiś talent, to nie zawsze zostanie dostrzeżony, bo jakiś tam patafian inny ładnie się uśmiecha i ma ładny zeszyt. Ja tam zeszytów ładnych nie miałem i tyle. Zresztą zaraz o tym powiem. Co jeszcze? Jakie oceny u mnie gościły? Bardzo różnie. Ja się dobrze uczyłem przez trzy lata podstawówki pierwsze, a potem to było już trochę inaczej. Dlatego że, jak by to powiedzieć, nie miałem po prostu serca do nauk ścisłych od dzieciństwa.
Potem próbowałem i nawet mi wychodziło, ale były problemy i te oceny były różne, bardzo różne. Zawsze miałem talent do języka polskiego, którego potem, tak szczerze mówiąc, jako przedmiotu nie lubiłem za bardzo. Był strasznie nudny w podstawówce i gimnazjum. Potem mieliśmy wspaniałą polonistkę w liceum. Pozdrawiam panią Margaritę. Na pewno nas słucha. Także tak to wyglądało. Myślę, że wtedy to z perspektywy ucznia, to żeś po prostu wiedział, kto się dobrze uczy, kto jest kujonem i kto będzie miał ten pasek. A sam znałeś swoje możliwości i tak naprawdę ja miałem głęboko w dupie, czy ten pasek będę miał. O zdanie to się tam za bardzo nie bałem.
Natomiast zdawałem sobie sprawę, że czasami nie uda się. Nie uda się ani nagrody zdobyć, ani tego paska. Miałem swoje ulubione przedmioty. Ja do dzisiaj wychodzę z założenia, że nie ma ludzi, którzy są w stanie ogarnąć wszystkie przedmioty jednakowo. Tak samo jak nie ma ludzi, którzy się znają na wszystkim i mają zdanie na każdy temat. To jest trochę jak z youtuberami niektórymi, którzy nagrywają filmy o wszystkim i na wszystkim się znają. To jest niemożliwe. I tak trochę jest z dobrymi uczniami. Możesz to wkuć, ale nie jesteś robotem. Moim zdaniem kujony zdobywały też część swoich ocen po prostu na podstawie opinii o sobie.
A gdyby go tak przycisnąć mocno i powiedzieć: „A teraz cię sprawdzę i mów tutaj całą wiedzę, na przykład twoją sprawdzę”, to myślę, że miałoby to czasami dość opłakane konsekwencje. Także ja tą szkołę widzę w taki sposób trochę, jak by to powiedzieć... Dla mnie taka szkoła, jaką ja przeżyłem, przynajmniej podstawowa, która mnie niczego nie nauczyła, tylko dziewięć lat trzeba było tam łazić jak ten osioł. To jest bez sensu. To jest marnotrawstwo czasu, przestrzeni, pieniędzy, nerwów. Szkoła powinna przygotowywać do, nie mówię, że zawodu, ale przynajmniej czegoś się nauczyć. Nawet młotka czy miotłę trzymać. A tutaj nic. Tutaj były jakieś podchody, głupoty, recytacje, dupetacje wierszy. Wiecie, to dla mnie to była porażka zupełna.
Także ja na tą szkołę nie mówię, że lachę kładłem, ale wiedziałem, że już ona jest mocno zmurszała, spróchniała i że to długo w takiej formie nie utrzyma się.
[01:47:52] - Arturze, a jak było u ciebie z ocenami i przyległościami?
[01:47:57] - Znaczy ja wam powiem coś takiego. Ja jeszcze zapomniałem w poprzedniej części powiedzieć jedną sprawę. Nie będę jej rozwijał, ale tak jak Piotrek powiedział, może kiedyś będziemy nagrywać u początku roku, to zawsze jednym z bardziej uroczystych momentów na zakończenie roku było oddawanie podręczników. Bo ja jeszcze byłem, Marek na pewno też, z tych czasów, gdzie się podręczników nie kupowało, tylko były jedne podręczniki i te podręczniki się z klasy do klasy oddawało, a potem następnie je brali, więc to był też ciekawy rytuał. Natomiast tutaj się zgodzę z tobą, Piotrze, bo kiedyś, jak potem studiowałem pedagogikę, to jeden z wykładowców powiedział, że ktoś, kto ma średnią 5.0 w szkole, bo wtedy, za moich czasów nie było jeszcze szóstek, bo szóstki dopiero pojawiły się w pierwszej klasie technikum u mnie, czyli całą podstawówkę miałem skalę 2-5, a potem od technikum miałem 1-6 skalę. No to jeden z wykładowców powiedział coś takiego właśnie na pedagogice, że ktoś, kto ma średnią 5.0 jest idealnym oszustem, bo nie da rady po prostu wziąć i wszystkiego robić. I mnie to też, tak szczerze mówiąc, wkurzało, bo od pierwszej do ósmej klasy były takie cztery dziewczyny, które miały średnią 5.0. I nie wierzę w to, że one były ogólnie na 5.0. Im już automatycznie stawiano te oceny, im stawiano na tej zasadzie, że już miała ten czerwony pasek i nie wiadomo co i tak dalej. A jakby tak naprawdę przycisnąć, to nie ma człowieka, który jest idealny na piątkę z muzyki, na piątkę z ZP, na piątkę z polskiego i na piątkę z matematyki.
Taki ktoś nie istnieje. Mi się nigdy nie trafił czerwony pasek. Ja też nie ukrywam czegoś takiego, że ja, jeżeli chodzi o szkołę podstawową czy szkołę średnią, powiem wam uczciwie, byłem leniem skończonym. Były pewne oczywiście przedmioty, które mi się podobały, które lubiłem. Bardzo lubiłem zawsze geografię, bardzo lubiłem historię, też jeszcze w podstawówce biologię, bo potem już poza podstawówką nie miałem biologii, dlatego że w średniej chodziłem do technikum budowlanego. Tam nie było biologii, a na studiach, jak studiowałem pierwotnie teologię, to efekt był taki, że tam też biologii nie było, więc ja miałem tylko osiem lat biologii, ale też ją na swój sposób lubiłem i pewne przedmioty, które lubiłem, one mnie wciągały, one mnie fascynowały. Natomiast na większość kładłem, brzydko mówiąc, lachę i w podstawówce, i w technikum. Tak naprawdę ja się zacząłem uczyć dopiero na studiach, bo pamiętam, że sobie powiedziałem wtedy, że opierniczałem się całą podstawówkę, całą średnią szkołę, to wypadałoby, żebym chociaż oczywiście w technikum jeszcze nam nauczyciel jeden mówił: „Możecie wszystko zapomnieć, jak pójdziecie w świat, ale wymiarów cegły nie macie prawa zapomnieć w technikum budowlanym”, bo to była po prostu podstawa. No ale ogólnie jest sytuacja tego typu, że w podstawówce na przykład ja Nie przykładałem się specjalnie do nauki. Nie byłem zły.
Powiem szczerze, nie byłem zły, ale po prostu mnie to aż nie ciągnęło. Dopiero mnie zaczęła nauka wciągać na studiach. Oczywiście najczęściej co było? U mnie była sytuacja tego typu, że z ulubionych przedmiotów miałem czasami piątkę. Czwórki to były najczęściej, ale ja nigdy średniej 4,5 nie miałem. Z tego, co pamiętam, co kojarzę, to nawet czasami miałem 3,9 średnią, a czasami 4. Między 3,9 a 4,2 to była moja średnia w podstawówce we wszystkich praktycznie klasach. Oczywiście tak jak powiedziałem, czerwony pasek to był symbol sukcesu, ale ogólnie tam trzeba było mieć średnią bodajże 4,75 z tego, co kojarzę, żeby mieć czerwony pasek. To już nawet nie 4,5, tylko 4,75. I jeszcze musiała być ocena z zachowania, bodajże wzorowa.
Wzorowej to ja chyba nigdy nie miałem. Ja miałem wyróżniające się albo coś tam. Kolejna odpowiedź na pytanie czy rodzice nas nagradzali? Ja powiem szczerze, u mnie wychodzono z założenia i tata zawsze mówił jedną rzecz podstawową, że absurdem jest to, żebym ja tobie dziękował za coś, że ty dobrze zrobiłeś. Ty masz dobrze robić. Ja nie mam ci dziękować za to, że ty byłeś grzeczny, bo ty masz być grzeczny, ty masz się dobrze uczyć ogólnie. Chyba że bym na tych szóstkach wylądował albo piątkach, to może bym ich zdziwił, ale ogólnie nie miałem prezentów z tego tytułu. Ewentualnie mogłem sobie pójść gdzieś na lody z rodzicami. Oczywiście na pewno była sytuacja typu tego, że zawsze na zakończenie roku to był jakiś fajny uroczysty obiad, czy potem mogliśmy pójść gdzieś na lody, chociaż były tylko dwa rodzaje lodów za moich czasów, bo się szło do Hortex i była albo melba, albo ambrozja. Jedna z czekoladą, jedna z ananasami.
Bardziej dla mnie satysfakcją była ta wolność, ta przygoda, to lato i to wydawało się nie mieć końca tak naprawdę. Oczywiście na koniec czerwca jak się zaczynało, bo potem jak się obliczało w sierpniu, to było troszkę, powiedzmy sobie szczerze, żal. Ale to było większą nagrodą dla mnie niż coś, co mógłbym dostać od rodziców.
[01:53:11] - Panowie, ja sobie przypominam, że kiedyś między czwartą a piątą klasą jakoś tak mnie naszło na początku sierpnia, że ni stąd, ni zowąd na plaży wybuchnąłem rzęsistym płaczem, ponieważ uświadomiłem sobie, że już jestem, jeśli chodzi o wakacje, na następującej, czyli jest bliżej niż dalej do roku szkolnego. I jakoś tak mnie to zdenerwowało, w sumie wściekło, że po prostu popłakałem się z żalu i wściekłości, że to już się za chwilę skończy. To nie wiem, to chyba nie świadczyło za dobrze o stanie moich nerwów, a w każdym razie o moim stosunku do szkoły. Jeśli chodzi o nagrody, to ja nie przypominam sobie, mówiąc szczerze, żebym był jakoś specjalnie nagradzany. Moja mama była nauczycielką i zawsze mi powtarzała to, co pewno tysiące dzieciaków albo nawet więcej słyszało: nie uczysz się dla mnie, uczysz się dla siebie. Tak naprawdę to jest to, co możesz zrobić teraz, dzisiaj, jutro, pojutrze dla siebie, bo kiedyś w przyszłości będziesz z tego korzystał. To takie mądre gadanie, ale tak naprawdę najfajniejsze było to, jeszcze o tych ocenach. To już mówiłem trochę, że ja całkiem niezłe te oceny miałem. Czwórki i piątki, ale praktycznie zawsze się jakaś trója musiała pojawić. Zawsze coś olałem.
Bo ja się po prostu, proszę państwa i panowie, obrażałem na nauczycieli. A jak ja się obrażałem na nauczycieli, to trochę to działało na złość mamie. Odmrożę sobie uszy. Ja się obrażałem i nie uczyłem albo ledwo uczyłem z danego przedmiotu, albo bojkotowałem dany przedmiot. To w przypadku ZPT po prostu ręce mi jakoś tak się nie składały i to, co miałem zrobić, to jakoś zawsze nie wychodziło. I to zawsze miało te skutki, że ja świadectwa z paskiem nie widziałem po prostu. Znaczy widziałem u koleżanek. To chyba głównie jednak u koleżanek było. Jakoś tak to było skonstruowane w tym PRL-u, że to głównie dziewczyny dostawały te paski. W każdym razie w mojej klasie na pewno.
Co było najfajniejsze? Najfajniejsze wspomnienie, jakie mam, to gdy tego samego dnia, to był też rodzaj nagrody. Tego samego dnia, gdy przed południem szedłem po świadectwo, się szło na 9:00 na ogół, przynajmniej w mojej szkole. To było też fajnie, bo nie trzeba było wstawać o 8:00, tylko na 9:00 się szło i już tak po 10:00 byłem wolnym człowiekiem. A popołudniem tego dnia, nie wiem, może była 15:00, może 16:00, ale w czerwcu to wiadomo super, to połowa dnia tak naprawdę. Już byłem w miejscowości Pieczyska. To jest taka miejscowość w pobliżu Bydgoszczy. W pobliżu, ale i nie w pobliżu, bo to Zalew Koronowski, piękne, klimatyczne miejsce. Wtedy mi się to wydawało, że to daleko, że to przepaść mnie dzieli od Bydgoszczy. I tego samego dnia, kiedy byłem w tym budynku szkolnym, którego nie lubiłem, to już podkreślam po raz kolejny, to tego samego dnia byłem na wakacjach i to było, chciałem użyć słowa wulgarnego.
Miste było po prostu. A co wy robiliście po zakończeniu roku szkolnego? Oczywiście wracaliście do domu jakoś prywatnie albo półprywatnie świętowaliście. Ale czy już wiedzieliście, jakie będą wasze wakacje, wasze wakacyjne przygody? Czy już była rozpiska urlopów i wyjazdy do dziadków itp.? Czy już to było w waszych głowach i czy się szykowaliście, Arturze?
[01:57:14] - Oczywiście na pewno pierwsze co, to się ten tornister rzucało gdzieś w kąt i się zastanawiało, jak się spędzi te najbliższe dwa miesiące. Ale myśmy byli w tych czasach, gdzie człowiek nie siedział przed komórką, przed komputerem, więc od razu się leciało gdzieś na podwórko, żeby było spotkanie z kolegami. Wtedy się ustalało, kto kiedy będzie i z kim można będzie się w te wakacje spotykać, kto wyjeżdża do dziadków, kto zostaje w mieście, jakie przygody będą nas czekały przez to całe lato. Tak jak mówię, w domu oczywiście na pewno był jakiś ulubiony obiad, jakieś ciasto albo lody. Wtedy po prostu człowiek czuł się taki, beztroski, bo szło się nad jakiś staw, nad jakąś rzekę, nad jakieś jezioro. Ten czas zaraz bezpośrednio po zakończeniu roku szkolnego wydawał się, że on nie ma kresu. Powiem ci szczerze, przynajmniej dla mnie, że nie ma kresu. Można było ganiać się, zabawiać się. Ja jeszcze też miałem tą sytuację, że myśmy mieli działkę w Płocku nad Wisłą, więc często z rodzicami tam jeździliśmy. Zresztą ja jej nienawidziłem, dlatego że ja tam byłem zaganiany do tego, żebym tam uprawiał coś albo pielił coś, więc mi to kompletnie nie sprawiało radości.
Tam czasami człowiek jeździł, opalał się, odpoczywał też na tej działce, było to całkowicie inaczej. To, co było najważniejsze, że jutro rano, kiedy będziesz wstawał, to przede wszystkim nie zadzwoni budzik. To jest najważniejsze. Nie będzie sprawdzianów, nie będzie myślenia co tam w szkole. Wielu mawiało, że weź sobie te wszystkie książki schowaj, a zobaczysz je dopiero praktycznie we wrześniu. I taka prawda była. Te podręczniki, które jeszcze ktoś miał, bo myśmy najczęściej zdawali te podręczniki na koniec roku, a na początku roku się brało nowe do następnej klasy. Ja pamiętam, że ja wtedy brałem zawsze, bo mój brat był trzy lata wyżej niż ja, więc ponieważ myśmy korzystali z tych samych kompletnie podręczników, to ja kompletowałem po moim bracie zeszyty, zwłaszcza zeszyty z matematyki, bo on miał taką świrniętą matematyczkę, która kazała im wszystkie zadania robić. Więc ja po prostu te zeszyty po bracie kompletowałem, dlatego, że ja korzystałem z tych samych podręczników, przynajmniej w szkole podstawowej, bo w średniej to już się zmieniało, ale w podstawówce. I wtedy jak wracałem do domu, to już miałem gotowce, miałem odpowiedzi na następny rok.
Więc na zakończenie roku ja też, jak byłem w domu, to mój brat jak robił porządki i pewne zeszyty wywalał, te niepotrzebne, to ja sobie te potrzebne zostawiałem. Czyli z matematyki, z fizyki, z tych przedmiotów ogólnie ścisłych. A to, co nie było ciekawe, to wywalałem na przykład. Więc to był też mój taki domowy rytuał. Mi się wydaje, że w czasach PRL-u wakacje były bardziej spontaniczne niż dziś, bo nie planowano każdego dnia z wyprzedzeniem. Po prostu nie oglądało się tyle telewizji, nie było komórki, nie było internetu. Po prostu wychodziło się z domu rano i wracało się wieczorem. I tak przeżywało się, szczerze mówiąc, takie małe przygody. Człowiek tak tworzył swoje dzieciństwo, które wydaje mi się, że pamięta po dziś dzień, dlatego, że dzisiaj właśnie nagrywamy ten sentymentalnik.
[02:01:02] - A ja pamiętam jeszcze jedną rzecz. Ponieważ zaczynały się wakacje w podstawówce w pierwszej połowie czerwca, to czekało się na „Lato z Radiem”. Wiem, że ja naprawdę czekałem. To była na tyle kultowa audycja i na tyle inna od radia robionego w PRL-u. Dzisiaj to w ogóle nie te klimaty, ale wtedy ta wielojęzyczna czołówka i ta muzyczka, Polka Dziadek i w ogóle „Lato z Radiem” było niezwykle ważne. Ale Piotrze, a jak to u ciebie było z tym zakończeniem roku i z tym wracaniem do domu i planami wakacyjnymi?
[02:01:47] - Zacznę od tego, że miałem taki rytuał. Nie pamiętam, kiedy on się pojawił, ale na pewno w podstawówce, że zaraz po tym, jak się szkoła kończyła i to nawet było czasami przed zakończeniem roku, to ja rytualnie paliłem zeszyty, ponieważ mieliśmy na podwórku taki kominko-grill, to ja wyrywałem zapisane strony, bo to mi się i tak nie przydało nigdy do niczego. Paliłem to, a te kartki wolne sobie zostawiałem. Robiłem dużo notatek, czasami coś rysowałem, a także paliłem te zeszyty w ramach właśnie takiego rytuału. To była pierwsza rzecz, to pamiętam na 100%. Co jeszcze? Ja bym te wakacje podzielił na okres przed erą gier wideo i komputera i po. I na pewno po to wyglądało już, jak możemy się domyśleć, że był komputer, to się grało. Były pegasisy tak zwane, to też się grało, chociaż w lato to jakoś niespecjalnie wchodziło. Ale jednak się grało.
Natomiast kiedy jeszcze tego nie było, to wyglądało zupełnie inaczej. Oczywiście to też nie jest tak, że się siedziało całymi dniami i się grało. Pierwszym punktem był rower, podstawowy środek letniej lokomocji. I pamiętam, że ten rower był uruchamiany, kiedy się zaczynały wakacje. Co do wakacji u dziadków, to ja nie musiałem za bardzo daleko się udawać, bo byli za płotem. Częściej się też do babci chodziło z rana zobaczyć, co tam słychać. Jeździło się po okolicy rowerem. Czasami się nudziło, dlatego, że ja nie miałem w takich bezpośrednich okolicach zbyt wielu kolegów. Potem jak się ich spotkało, to tak, oczywiście. Natomiast co jeszcze mogę powiedzieć o tym wszystkim?
Dużo czytałem, zawsze w wakacje i pamiętam, taki był rok bardzo deszczowy. To był taki bardzo deszczowy lipiec, lipcopad, że ja już nie miałem co czytać. Wszystko mi się pokończyło. To nawet się wziąłem za podręczniki do historii. Nowe, z klasy, do której dopiero szedłem. To też było dość zabawne. Nie pomogło mi to w żaden sposób, ale zabijałem czas. Wertowałem jakieś stare książki w poszukiwaniu tematów, które mnie interesują. Oczywiście były też tematy z pogranicza różnego rodzaju. Zawsze pamiętam, kiedy się zaczynały wakacje, to towarzyszyło mi takie przekonanie, że muszę przeczytać to, to, tamto i tak dalej.
To też było bardzo ważne. Plus oczywiście telewizja, bo telewizja też jakąś ofertę dla dzieci zawsze w wakacje miała. Chociaż ona, muszę powiedzieć, była dość uboga w stosunku na przykład do oferty feryjnej, zimowej. Leciały tam jakieś rzeczy, jakieś programy. Zwykle rano emitowano jakieś filmy, na pewno pamiętam w południe na państwowej telewizji, ale się oglądało. Czasami się nudziło człowiekowi i to cholernie. Ale kiedy już weszły gry wideo, gry telewizyjne tak zwane, plus później komputer, to zawsze można było uruchomić, zawsze można było coś porobić, ale też nie zawsze się chciało grać, prawda? Ile można? Także było to wszystko bardzo zróżnicowane, ale było fajnie. Czekało się na to.
Właśnie na ten pierwszy dzień wolności, który się tak dobrze chyba pamięta. A potem się wpadało w taki wakacyjny marazm trochę już, taką codzienność. I się w pewnym momencie człowiek orientował, że jest już lipiec, połowa lipca. Jak przychodził sierpień na przykład, to już było, że jest bliżej do końca. A, jeszcze odpusty były. To jest ważna rzecz, odpusty. Nie było jeszcze festynów takich, jak dzisiaj są prawie w każdej małej miejscowości, ale były odpusty. I odpusty w różnych okolicznych parafiach to był zawsze ważny punkt u mnie jako u dziecka. Ja nie mówię, że później. Tylko jak byłem dzieckiem, miałem kilka lat, to zawsze te odpusty były bardzo ważne.
Wtedy jeszcze nic w sklepach nie było. Na tym odpustcie można było różne rzeczy kupić, nawet powiem wam, łącznie z małymi zwierzętami. Pamiętam, że była taka moda, że sprzedawali żółwie, a u nas te odpusty były bardzo duże. I tutaj, i w Leśniowie jest potężny odpust, także to też pamiętam. One zawsze wpadały w lato i tak jak w Leśniowie się zaczynało odpustem wakacje, tak w Olsztynie się w zasadzie kończyło, bo to był 10. i po tym 10., około 10., już tak się zbierało bardziej ku jesieni. To było widać już po liściach, po niebie. I to już wielka smuta następowała wtedy. Tak to wyglądało.
[02:06:39] - Tak. Tak sobie wspominam i wspominam, ale pamiętam, że w czasach PRL-u gierkowskiego były audycje popołudniowe dla wakacyjnych dzieciaków i tam wtedy puszczano te kultowe filmy pod tytułem chociażby „Samochodzik i Templariusze”. Bardzo chętnie to oglądałem, ale był taki film, dzisiaj już pewno zapomniany przez większość, „Kili i Śmiałek”. Były filmy „Wakacje z duchami”, to rzecz oczywista i tak dalej. Cała ta klasyka młodzieżowa na ogół była odbębniana w wakacje, bo to wszyscy chętnie oglądali. W latach 80. to już było inaczej. Tam było takie w jedne wakacje, to wiem, że było takie studio, w którym to Rewiński z kumplami robili za skautów pilnych i to było po południu, więc takiej typowej audycji dla młodzieży, dla dzieciaków nie było, ale jakoś się tam funkcjonowało. Panowie, wakacyjne plany to właściwie o nie pytałem, ale jak spędzaliście wakacje? Bardziej w domu, czy też wyjeżdżaliście z rodzicami?
Czy może jeździliście na kolonie, obozy wędrowne, obozy harcerskie? Nie wiem, co tam jeszcze wymyśleć. Podzielcie się tym, gdzie jeździliście na wakacje. Piotrze?
[02:08:12] - Muszę powiedzieć, że bardzo różnie, aczkolwiek nigdy nie byłem na koloniach. Harcerzem też nigdy nie byłem, bo za moich czasów harcerstwo, jakby to powiedzieć, trochę podupadło i dopiero było reanimowane. Nie wiem, czy ktoś należał w ogóle do harcerstwa, ale były różnego rodzaju wypady. Zawsze przychodził weekend. Oczywiście, jeżeli pozwalała na to pogoda, zawsze się gdzieś człowiek udawał. Zazwyczaj w bliższe okolice. Także dla mnie te wakacje właśnie wyglądały tak, że nie mieliśmy gospodarki, bo dla osób, które mieszkały na wsi i miały gospodarkę, wiadomo, wyglądały zawsze Wakacje podobnie, że w sierpniu przychodziły żniwa, były też sianokosy i to był stały element. Myśmy tego nie mieli, natomiast pamiętam, że było widać, że żniwa się rozpoczynają. Co jeszcze? Tutaj powiedziałeś i chciałem ci przerwać nawet, ale może powrócę do tej myśli.
Ja pamiętam te programy dla dzieci bardzo dobrze. W miarę dobrze. Nie to, że pamiętam każdy odcinek, ale te programy dla dzieci w latach 90. oferowały ofertę krajoznawczo-geograficzną. I tam były takie programy, które opowiadały o Polsce, co odwiedzić, gdzie odwiedzić. Był taki fajny program pamiętam z panem Boczkiem. Pan Boczek to prowadził, Dariusz Gnatowski. Bardzo lubiłem ten program, ale pamiętam straszne kuriozum polskiej telewizji i nie wiem, czy nasi słuchacze to pamiętają, ci, którzy są w moim wieku, ale TVP 1 jako program wakacyjny emitował, wyobraźcie sobie gdzieś w latach 90. pod koniec, kuriozalnie głupi program z telewizji chińskiej i ten program był trochę praktyczny, ale oglądało się to jak horror. Był jakiś Chińczyk, który coś robił z kukłą i oni tam pokazywali różne triki.
Ale ja się zastanawiałem wtedy: rany boskie, kto by mi sprzedał taki pomysł, żeby to pokazywać? To tak na marginesie. I oczywiście rower. Rower, czyli podstawowy środek lokomocji wakacyjnej pozwalający na bardzo dużą swobodę. To też był stały element, ale myślę, że to wszystko, o czym dzisiaj mówimy, należałoby zsumować, skomasować, bo nam te wakacje wtedy wydawały się strasznie długie. A dziś? Dziś to są dwa miesiące. Kiedy był maj, drodzy panowie? Nam się wydaje, że wczoraj, a to już też prawie dwa miesiące. I my mamy te wspomnienia bardzo bogate, pokazujące, że te dobre rzeczy się po prostu pamiętało, lepiej zapamiętywało.
Te wszystkie, jak Artur mówił, czasami obiady, imprezy rodzinne były u mnie ważnym elementem wakacji, dlatego że imieniny wielu osób, w tym babć obu, wypadały właśnie w tym okresie. To też był zawsze charakterystyczny element, plus te odpusty, plus ten rower, plus te wyjazdy, brak szkoły, książki, telewizja, komputer. Czego chcieć więcej? Ja bym chętnie się do tamtych czasów cofnął, ale może bym zabrał was również ze sobą, żebyśmy mieli przynajmniej o czym porozmawiać.
[02:11:55] - Arturze, a jak u ciebie było z wyjazdami?
[02:11:58] - Ja wam powiem, że ja najmilej wspominam ten okres czasu, dlatego że wtedy jak ludzie pracowali w firmach państwowych, to był fundusz wyjazdowy, fundusz wakacyjny. Każdy zakład pracy organizował kolonie dla dzieciaków albo można było wczasy wykupić. I to było fantastyczne! Okres podstawówki to był chyba najlepszy okres i zwiedziłem całą Polskę, bo albo jechałem na kolonie od mamy gdzieś z zakładu pracy, albo od taty, albo były wczasy czasami wykupione w ośrodkach różnych. Więc ja ten okres pamiętam bardzo barwnie, bardzo fantastycznie i bardzo chętnie do tych czasów wracam. Natomiast dzisiaj siedzisz w jakiejś pracy, nie ma żadnych wczasów, rzadko kiedy cokolwiek jest dla dzieciaków, żeby jakieś paczki świąteczne były z zakładu pracy, bo ja się dopiero potem w korporacji dowiedziałem, że coś takiego u mnie było, ale bardzo rzadko. Praktycznie dzisiaj tego nie ma, takich rzeczy nie ma. Więc ja naprawdę tamten okres czasu podstawówki bardzo miło wspominam. Jeśli chodzi o harcerzy, nigdy harcerzem nie byłem. Ja poszedłem do zuchów, ale mnie po pierwszym spotkaniu bodajże wywalili.
Wywalili mnie dlatego, że ustaliliśmy kwestie dotyczące tych naszych spotkań zuchów. Ja pamiętam, że na pierwsze chyba spotkanie nie przyszedłem, czy zapomniałem, czy się spóźniłem. I oni wtedy powiedzieli, że nie, ja się nie nadaję. Skoro nie jestem taki punktualny, to się kompletnie, szczerze mówiąc nie nadaję, żeby coś takiego było. Ale wiecie, kolonie to była fantastyczna sprawa, bo dla wielu osób, dla mnie też to był okres czasu spędzony bez rodziców. Myśmy najczęściej jeździli na kolonie na Mazurach. Nigdy nie byłem na koloniach, jeździliśmy nad Bałtyk albo gdzieś w góry przykładowo, albo gdzieś nawet w Toruniu byłem na koloniach swego czasu. To był całkowicie inny okres czasu. Co więcej, zawsze były te wakacje pod gruszą, gdzie zakład pracy bardzo często organizował albo dofinansowywał te rodzinne wyjazdy. Dzięki temu też mogliśmy jeździć i zwiedzać albo góry albo morze, bo niektóre zakłady pracy w ogóle miały swoje ośrodki wypoczynkowe czy domki letniskowe.
Ja zawsze pamiętam, że w tym ośrodku się działo. Były domki do wynajęcia, jeszcze dodatkowo były stołówki z wyznaczonymi godzinami dla posiłków oczywiście, jakieś wspólne zabawy. A tak to zawsze w wakacje myśmy jeździli na Podlasie do babci, do dziadka, więc wtedy można było zobaczyć, jak wygląda wieś, taka prawdziwa polska wieś, bo już tam praktycznie przy granicy Ja jeździłem. A poza tym kwestia własnego podwórka, bo nie każdy wyjeżdżał i tak naprawdę niektórzy nie potrzebowali tych wyjazdów. Zawsze był ten czas, ten spokój. Się wychodziło, grało się w kapsle czy w dwa ognie, jak więcej osób było, w podchody, w chowanego. Piłkę nożną między blokami się organizowało. Powiem szczeże, ja naprawdę bardzo miło biorę i wspominam, i wracam pamięcią do tamtego okresu czasu. Zresztą tak naprawdę mi dzieciństwo z czasów PRL-u kojarzy się głównie z tym, że okna były w blokach na wielkiej płycie pootwierane i w tych oknach stały radia i grały te radia. Albo przede wszystkim w wakacje królował kompot z truskawkami.
Albo były lody bambino. Czy mi się kojarzy z rowerami składakami. I to są rzeczy, o których wydaje mi się, że dzisiejsze społeczeństwo to w ogóle nawet czasami nie wie, o co tak naprawdę chodzi. Dzisiejsze dzieciaki nawet nie wiedzą, o czym my w tej chwili rozmawiamy. A szkoda, bo pomimo tego, ile mamy lat, tyle mamy, ale ogólnie chłopaki bardzo miło się wraca pamięcią do tamtych czasów. I na przykład jak ja mam teraz małego syna, to jestem w stanie mu o tym opowiadać. Jestem w stanie mu o tym mówić. I na przykład dla mojego syna największą radością jest to, że my co roku postanowiliśmy, że jedną część Pana Samochodzika będziemy robić po tych miejscach, gdzie Pan Samochodzik był i jeździmy. W tamtym roku był Niesamowity Dwór. W tym roku będzie Wyspa Złoczyńców.
Im się najbardziej podoba to, że bierzemy namiot, jedziemy i te rzeczy robimy wszystkie. To jest dla nich najbardziej fascynujące. Nie potrzeba Egiptu, nie potrzeba Grecji. Można naprawdę wziąć namiot i fantastycznie te wakacje spędzić. I tak też wtedy było.
[02:16:50] - Ja miałem to szczęście, że przez większość podstawówki praktycznie nie było mnie w miejscu zamieszkania. Jak wyjeżdżałem z Bydgoszczy, to na przykład najpierw spędzałem wakacje z dziadkami na jakimś wyjeździe. Wtedy na ogół wczasy trwały dwa tygodnie i dwa tygodnie spędzało się w jakimś miejscu. Potem jechałem gdzieś z rodzicami, potem jechałem na przykład na obóz wędrowny, bo o ile nigdy nie dałem się wysłać na kolonie, wydawało mi się to czymś idiotycznym. To było moje dziecięce spojrzenie, ale nie dałem się wysłać na kolonie. Natomiast na obozy wędrowne, gdzie się naprawdę chodziło z plecakiem, sam się zgłosiłem i byłem na trzech trasach. Jedna była w okolicach Trójmiasta, takiego mocno rozszerzonego Trójmiasta, bo gdzieś tam do Władysławowa i hasaliśmy sobie po wybrzeżu. Drugi rok to były okolice Krakowa, ale też w ogóle skała, Pieskowa Skała i mocno się kręciliśmy wokół Krakowa. Za trzecim razem mocno się kręciliśmy w okolicach Szczecina. Tak to ogólnie ujmę.
Obozy wędrowne to było coś, na co czekałem. To było coś, tak chciałem spędzać wakacje. Plecak, fajne towarzystwo, oczywiście pod nadzorem i to nadzorem nauczycielki. To może było najmniej ekscytujące ze wszystkiego, ale i te nauczycielki zachowywały się na obozie wędrownym inaczej. Bo od razu powiem, że prowadziła ten obóz pani, która w czasie roku szkolnego rzucała w uczniów tą drewnianą gruszką z kluczem, a tu na obozie była całkiem okej. To tyle. Ja właściwie mało czasu spędzałem w Bydgoszczy, w mieście. Tak się jakoś składało. Jakoś tak mi się udawało. Było też tak, pamiętam, że mój ojciec miał dużo urlopu zawsze, więc pamiętam, że był taki rok, że pojechaliśmy najpierw z rodzicami wspólnie, później poleciałem raz jedyny w życiu samolotem leciałem.
Bo jak się stałem dorosły, to mam fobię. Mnie by musieli wnieść nieprzytomnego na pokład, bo inaczej bym się w tym pudle nie dał zamknąć. Więc raz leciałem samolotem do Zakopanego, a właściwie do Krakowa przez Warszawę, a później trafiliśmy do Zakopanego. To były też dwa tygodnie. Urocze wakacje, bo chodziłem po tych górach, byłem nie za duży, a może takiemu nie za dużemu to się łatwiej chodzi, bo właściwie ganiałem swojego ojca, żeby jeszcze wyżej, jeszcze dalej i jeszcze. Jakoś ojciec nie był tak chętny, żeby wszędzie ze mną chodzić. Miałem poczucie niedosytu, ale sobie to uzupełniłem w następnych latach. Podsumowując, dla mnie wakacje z podstawówki kojarzą się z nieustannymi wyjazdami, a te wakacje w szkole średniej już mi się kojarzą z wyjazdami między innymi z kumplem, gdzie jeździliśmy pod namiot. To już kiedyś opowiadałem o wielkiej wyprawie rowerowej, ale to było dużo później. Pięknie panowie dziękuję za te wspomnienia z końca roku szkolnego.
Myślę, że co by nie powiedzieć, czy się szkołę lubiło, czy się tej szkoły nie lubiło, to jakaś łezka w oku się kręci, kiedy sobie człowiek przypomina tak zwane tamte czasy. Pięknie dziękuję Arturze za dzisiejsze spotkanie.
[02:20:34] - Dzięki ogromne.
[02:20:35] - Dziękuję tobie, Piotrze.
[02:20:37] - Również dziękuję i zachęcam naszych słuchaczy do tego, żeby dzielili się swoimi wspomnieniami, ewentualnie ustosunkowali się jakoś do tego, co powiedzieliśmy tutaj dzisiaj.
[02:20:49] - Do usłyszenia i do kolejnego sentymentalnika, ale to już chyba po wakacjach. Proszę państwa, to teraz tradycyjny czas styku z literaturą. Dzisiaj ponownie zaproponuję państwu Wiktora Żwikiewicza. Było „Appendiks Solariana”, a teraz czas na kultowe opowiadanie w wykonaniu Wiktora Żwikiewicza. Opowiadanie, które nadało tytuł zbiorkowi opowiadań, który wyszedł w latach 70. To opowiadanie nosi tytuł „Wołanie na Mlecznej Drodze”. Życzę państwu miłego słuchania, bo to jest naprawdę dobre opowiadanie. Czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”.
[02:21:43] - Wiktor Żwikiewicz, „Wołanie na Mlecznej Drodze”. Szedł w cieniu murów z przewieszonym przez ramię blasterem. Szedł miarowym, dobrze wyćwiczonym krokiem, nie oglądając się za siebie, ani też zbytnio nie wybiegając spojrzeniem do przodu. I próżno zwierciadła ścian zapalały w czarnej glazurze refleksy szkarłatnego nieba, usiłując ożywić źrenice jego oczu, wygładzić rysy twarzy, której czas przypisał maskę o wyrazie doskonałego znoszenia. „Zatrzymaj się, Rudier.” Poddany inercji ruchu szedł jeszcze chwilę na kamiennych płytach, coraz wolniej wybijając rytm kroków podkutymi obcasami. Wreszcie zatrzymał się i spojrzał za siebie. Pusto. W bezwietrznym spokoju powietrza kanion ulicy zwężał perspektywę narosłymi wysoko skarpami domów bez okien, bez drzwi. „To nie złudzenie, Rudier. Słyszysz nas.” Stał nieruchomo z palcem na spuście blastera i kolbą mocno przywartą do biodra.
„Wiedziałem, że jesteście” – powiedział. Milczenie, jakby ktoś niewidzialny rozważał sens jego słów. „Wiedziałeś, że jesteśmy?” „Od dawna.” Postąpił krok do przodu, bacznie wpatrując się w czerwonawy półmrok. Szeregi ścian załamywały się, wyznaczając krawędziami bloki domów i w szklistych płaszczyznach mnożąc w deformowane odbicia jego twarzy. Wykonał gwałtowny skręt tułowia, jednym rzutem oka usiłując ogarnąć przestrzeń za sobą. Nic. Pusto. Znowu żadnego szmeru, najlżejszego powiewu, który zdradziłby czyjąś obecność. „Przecież przyszedłem tutaj tylko po to, żeby odszukać tych, którzy zostali. Wierzyłem, że znajdę.” „Kogo?” „Was.” Spod przymrożonych powiek obserwował nawisłe nad głową krawędzie ścian.
Odcinały się na tle nieba nieskazitelnie czystą linią rysunku, bez jednej skazy w monolicie murów. „Mylisz się, Rudier. Nie jesteśmy tymi, których szukasz.” Zdziwiony spojrzał w głąb ulicy. Chwilę wahał się, potem wyciągnął rękę, wskazując pięcioma palcami promieniste rozwidlenie zaułków. „Szukam tych, którzy zbudowali to miasto” – powiedział. „Nie było nas wtedy.” „Kim więc jesteście? Czemu ukrywacie się przede mną?” „Trochę cierpliwości, Rudier. Niedługo nas zobaczysz.” „Cierpliwość. Jakie to proste po tylu latach oczekiwania.” Urwał. Poczuł, że wilgotnieje mu dłoń zaciśnięta na kolbie blastera.
Gdzieś w głębi piersi wzbierał nagły lęk przed tym kimś niewidzialnym, a zarazem obawa, aby nie pierzchło złudzenie głosu i by znów nie został sam w półmroku wymarłego miasta. „Skąd...” – powiedział, marszcząc brwi. „Skąd znacie moje imię?” „Wiemy o tobie wszystko.” „Kim wy jesteście?” Cofnął się, znajdując plecami chłodne wsparcie muru. „Jestem Nezer. Orst. Pandan.” „Jest was trzech?” Gdzieś, nie wiadomo gdzie, chwila wahania. „W pewnym sensie.” „Dlaczego nie mogę was widzieć?” „Dzielą nas dwie godziny lotu.” Zachwiał się, jakby trafiony pięścią w brzuch prosto w słoneczny splot. „Wy jesteście w przestrzeni?” Odepchnął się od ściany i wyszedł na środek ulicy z zadartą do góry głową i szeroko rozpostartymi rękami. „Tutaj. Słyszycie?
Jestem tuuu.” Ulice podchwyciły rozdzierający ciszę krzyk. Wplątały go w labirynt kamiennych arkad i gasnącym echem wyniosły wysoko pod prześwit nieba, szkarłatną blizną rozdzielającego ciągi ścian. „Jestem tutaj. Słyszycie? Zabierzcie mnie stąd.” Odbezpieczył spust blastera i drżącymi rękoma wprowadził celownik w szczelinę między murami. Seria świetlnych impulsów rozwinęła w zaniecie pęcherz fioletu prześwietlonego od środka ogniskiem trupiej bieli. Blask przewiercał mu powieki, gorącym podmuchem lgnął do twarzy i rąk, lecz on nie ustawał, szeregując błyski w sygnał dawno zapomnianego kodu. W kaskadzie iskier sypnęły na ziemię płonące bryzgi, igłą promienia wyłuskane z krawędzi muru. Szarpnął się oślepiony, z kręgami czerwieni kołującymi w oczach. Spróbował wydostać się spomiędzy ścian, które promieniawały gorącem, lecz nogi w czymś ugrzęzły i daremnie ponaglał mięśnie.
Stopy jakby przyrosły do ziemi, oplatane niewidzialną siecią. Zatrzymał się bezradnie i stłumiwszy oddech czekał, aż ustąpi purpura krwi pulsującej pod powiekami. Wreszcie niepewnie, z lękiem spojrzał przed siebie. Zniknęła czerń kamienia. Zamiast niej gąszcz bladoróżowych pnączy oplótł mury, wrósł w chodniki rozplenionym błyskawicznie kobiercem. Niesamowita ekspansja z martwego kamienia kiełkujących roślin zdawała się ogarniać całą przestrzeń, lecz wystarczył jeden rzut oka wstecz i Rudier zrozumiał, że to wyzwolenie utajonego potencjału życia jakaś siła ogranicza do znikomej w skali miasta powierzchni, poza którą nadal trwa niewzruszenie mroczny, niby w bryle kamiennego węgla wykuty kanion ulicy. Opuścił rozgrzaną lufę blastera. Stał w centrum kręgu zakreślonego przez żar wypromieniowany z jego własnej broni. Stał wielki i niezgrabny w obwisłym na wychudzonym ciele skafandrze, obszarpany i śmiertelnie znużony. Powoli, z niechęcią począł rozgarniać sięgające już piersi łotygi.
Były miękkie i ciepławe w dotyku. Ustępowały pod naciskiem dłoni. Większy opór stawiając dopiero tuż nad ziemią, gdzie nogi jego uwięzły w gęstwinie opadłych pnączy. Na ścianie przeoranej promieniem blastera krzepły niesięgnąwszy ziemi ciężkie pomimo żaru sczerniałe już krople. Upodobniały kamienny blok do zgasłej gromnicy, która zdążyła wysączyć łzę przykopconego wosku nim ostygła podmuchem zbłąkanego wiatru pozbawiona płomienia. I tylko u samego spodu tężejących sopli czerń matowiała, blakła coraz bardziej, aby w miejscu największego zaszklenia wyzwolić na zewnątrz ogromny płonkowy kwiat. „Słuchasz nas, Rudier?” Drgnął mimowolnie, choć oczekiwał tego głosu. „Tak” powiedział, pokonując skurcz gardła. „Jesteście z Ziemi?” „Z Układu.” „Nie rozumiem. Jesteście ludźmi?” „Od czasu, gdy opuściłeś Ziemię, minęło wiele lat.” „Prawda.
Najpierw anabioza.” Potrząsnął głową. „Potem przez tyle lat wlokłem się z miasta do miasta w nadziei spotkania kogoś, kto pomoże mi wrócić. Powiedzcie, jaka ona dziś jest. Ziemia.” „Nie wiemy, Rudier.” Cofnął się poza bladoróżowy krąg, który osiadał w oczach, biędnąc równie szybko, jak szybko niedawno wyrósł z kamienia. „Co to znaczy?” Zapytał. „Skąd wy jesteście?” „Układ to setki zamieszkanych planet, pośród których Ziemia jest jedną z wielu. My nie byliśmy tam nigdy.” „Absurd. Przecież jesteście ludźmi. Przecież się nie mylę.” „Nie. Lecz różnimy się trochę.” „Jacy jesteście?” Milczeli.
„Rozumiem. Czas wszystko zmienia.” Podjął na nowo, byle zagłuszyć kiełkujący w piersi niepokój. „Ja sam nie jestem tak twardy jak kiedyś. Rozkleiłem się na tej planecie i wszystkie moje marzenia to raz jeszcze zobaczyć step i prawdziwy las. Usiąść nad brzegiem rzeki, jeśli cokolwiek zostało z tego. Tak, każdy człowiek starzeje się i szuka odpoczynku. Każdego przecież czeka zwykłe zmęczenie życiem.” „Nas nie. Pozostajemy zawsze sprawni do końca.” „I na tym polega różnica między nami?” „Dla ciebie środowiskiem warunkującym prawidłową egzystencję była biosfera Ziemi oraz wyizolowane jej pochodne, od przestrzennych stacji począwszy, na hermetycznym skafandrze kończąc. Dla nas zakres ograniczeń dawno przekroczył te bariery. Jesteśmy mieszkańcami morskich głębin i metanowych oceanów.
Zaludniamy światy nigdy przedtem nietknięte nogą człowieka. Jesteśmy wszędzie, nawet w kosmicznej przestrzeni.” „Jak wy wyglądacie?” Zapytał wbrew własnej woli, gdyż nie chciał, za nic w świecie nie chciał tego wiedzieć. „Niepotrzebnie się lękasz. Zewnętrznie niewiele różnimy się od ciebie. To tylko poddany rekonstrukcji organizm ma diametralnie różną strukturę biomolekularną i mechano-cybernetyczną.” „Jak mogliście to zrobić?” „Kierują tobą kryteria etyki twoich czasów, Rudier. Zapominasz, że nauka i technika w rękach istot rozumnych to tylko narzędzie ewolucji. Świat roślin i zwierząt ma do dyspozycji miliardy lat oddanych na loterię ślepej gry rozsądku. Lecz z chwilą pojawienia się rozumu ewolucja musi zmieniać taktykę. Już nie wystarczy po prostu czas pozwalający bez pośpiechu szukać nowych rozwiązań. Istoty rozumne są niecierpliwe, same zmieniają swoje środowisko.
Ale wiedza i zdolność świadomego działania jest płodem rozumu, którego środowiskiem jest zarówno biosfera całej planety, jak i organizm istoty żywej będącej jego bezpośrednim nośnikiem. Czyż może więc przekształcać jedno, a wzdragać się przed ingerencją w drugie?” „Nie, nie przekonacie mnie” powiedział, zaciskając zęby. „Twierdzisz tak, choć zdajesz sobie doskonale sprawę, że podobne zależności można ekstrapolować w nieskończoność. Przecież nawet mózg jako naczelny motor świadomości w pewnym momencie nie może więcej akumulować zasobu informacji warunkujących dalszy rozwój osobowościowy i społeczny oraz zwiększyć wydolności myślowych operacji. Aby na tym etapie nie nastąpiła stagnacja postępu, trzeba szukać nowych rozwiązań.” „I wy znaleźliście?” „W naszym świecie problem ten rozstrzygnięto przez zwrotne sprzężenie psychiki poszczególnych jednostek gatunków w układ nadrzędny, umożliwiający momentalne dysponowanie zasobem informacyjnym całej cywilizacji i dający szansę rozwiązywania takich zagadnień, którym podoła tylko sumaryczna zdolność logicznego rozumowania, wyobraźnia, czy też wypadkowa tego, co przywykliśmy nazywać intuicją.” „Chwileczkę” przerwał Rudier. Usiłował coś sobie przypomnieć. Kilka kroków od niego topniał wchłaniany przez jezdnię brunatny krąg w miejscu niedawnej eksplozji wzrostu różowych pnączy. Kamień pozornie martwy, a przecież zakwitający pod termicznym udarem, wygładzał swoją powierzchnię. Nie zostawiał na swej płaszczyźnie nawet resztki liści. „Więc dlatego, gdy zapytałem, czy was jest trzech” – rzekł wreszcie – „odpowiedzieliście: w pewnym sensie tak”.
„Oczywiście mógł z tobą nawiązać kontakt jeden z nas, lecz wygodniej chyba, gdy dokona tego układ określony tutaj w przestrzeni przez funkcje psychiki każdego z naszej trójki”. „Czyli ja cały czas rozmawiam nie z kimś konkretnym z was, lecz z układem?” „Oczywiście.” Rudier stał przygarbiony nad doskonale już gładką płytą chodnika. Nawet pąk czerwonej orchidei zniknął bez śladu. „Masz jeszcze jakieś pytanie?” – usłyszał. Zrazu chciał zaprzeczyć, lecz tylko wyżej podniósł głowę. „Może ostatnie” – powiedział powoli. „Kim wy jesteście?” „Nie rozumiemy cię, Rudier.” „Przecież nie będąc ludźmi, musicie kimś być.” „Jesteśmy ludźmi, Rudier.” „Dziwne. Kim zatem ja jestem? Prócz zewnętrznego wyglądu, jak twierdzicie, nie mamy ze sobą nic wspólnego. Jeśli więc wy jesteście ludźmi, to ja nie mogę być człowiekiem.
I odwrotnie.” Okręcił się na pięcie i szybkim krokiem poszedł przed siebie, nie bacząc na dźwięczące w nim dopiero co usłyszane słowa, nawet nie starając się ich zagłuszyć. Wystarczyło zresztą, żeby nie myślał o nich, a rozpadły się w ledwie słyszalny szelest, jakby wiatr przegarniał po piasku liście tak suche, że prawie nieważkie. Wiatr, którego nie znał ten świat i cienie zetlałych liści. Szedł środkiem pustej ulicy, korytem jezdni między blokami budowli rozwierających coraz to nowe przesmyki. Lecz on nie zawahał się ani na moment w swojej wędrówce do krańca tego miasta. Wreszcie spomiędzy skarlałych nagle gmachów wyłoniła się niebotyczna ściana lustrzanej czerni. Mur otaczał miasto zakolem karbowanego grzbietu, niczym średniowieczną warownię, gdzie brzask nieba z trudem prześlizguje się między szczerbami blanków. Budowle miasta stały w pewnym oddaleniu od ściany i szklista płyta, z której wyrosły, podnosiła wklęsły menisk, przechodząc bezpośrednio w pionową stromiznę bez bram i naturalnych szczelin. W jednym tylko miejscu mury jakby osunęły się pod własnym ciężarem. Nie runęły jednak z walizkiem luźnych głazów, lecz dziwnie rozmiękły, podcięte wewnętrznym bezwładem zachwianej struktury kamienia i otworzyły dostęp do martwego miasta od zarania dziejów wzniesionego bez bram.
Rudier ruszył do tego wyjścia, wzbijając butami obłoki pyłu. Ziemię pokrywała warstwa najdelikatniejszej sadzy, czarnymi jęzorami sięgająca pobliskich domów. Odruchowo obejrzał się przez ramię. Jednym spojrzeniem ogarnął miasto. „I na ciebie przychodzi kolej” – szepnął i brnął dalej w osypisku murów. Kiedy stanął po przeciwnej stronie, starannie ostukał buty w kępie suchej trawy. Niebo stapiało swój szkarłat z liliowym buszem wszerz i wzdłuż porastającym płaską równinę. Tylko dlatego na horyzoncie ciemnawe pasmo zdradzało położenie jeszcze jednego miasta. Poza tym jednolita równina nakrywała monolit kamienia liliowym pokrowcem porostów, jak kożuchem pleśni rozdartym od spodu przez wierzchołki samotnych miast wysp. „Dokąd chcesz iść, Rudier?” – usłyszał.
Stanął wyprostowany, niewidzącymi oczyma wpatrzony w nagle wyrosłą przeszkodę. „Dokąd?” Milczał. „Przecież słyszysz nas i rozumiesz. Czy tego nie starczy, aby pojąć, że znów nie tak wiele nas dzieli? Gdziekolwiek jesteśmy, jacykolwiek jesteśmy, wszyscy jesteśmy ludźmi, dopóki się rozumiemy.” „Czego chcecie ode mnie?” „Informacji. Przeżyłeś tu długie lata. Musiałeś wiele poznać i wiele zrozumieć.” „Cóż dacie mi w zamian?” „Będziesz mógł wrócić, dokąd zechcesz.” „Tak sądzicie? Tego miejsca już nie ma.” „Sam zdecydujesz. Nas interesuje ta planeta. Nie zjawiliśmy się tu przypadkowo.” „Co chcecie znaleźć?
Ruiny miast? Czyżbyście nie znali reguły kosmosu, według której obok planet martwych od początku świata najczęściej spotyka się właśnie ruiny?” „Jednak to nie są ruiny.” „Naprawdę? Może nie ja, tylko wy spędziliście tu kilka lat.” „Posłuchaj, Rudier. Niedawno sam szukałeś ich mieszkańców. Nie byłeś pewien ostatecznego wyludnienia miasta.” „Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Może udzielilibyście mi zbawiennej rady, co można robić po katastrofie statku, jeśli nie szukać pomocy u potencjalnych mieszkańców planety. Tym bardziej że cywilizacja istniała tutaj naprawdę.” „Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? Mamy dowody działalności tych istot w celu nawiązania kontaktu z innymi cywilizacjami wszechświata. Bieżącej działalności.” „Skąd to przekonanie?” To proste. Istnieje pewien nośnik energetycznego potencjału, czy też kwantowy przejaw biogenezy.
Nie potrafimy sprecyzować zależności, co jest jego przyczyną. Czy życie jest wynikiem owego kwantu życia, czy na odwrót? Ogólnie przyjęliśmy, że podobnie jak charakterystyczne procesy wzrostu, rozmnażania lub dostosowywania się do warunków środowiskowych są przejawem życia w ujęciu makroskopowym, tak występowanie kwantu życia towarzyszy na poziomie submolekularnym tym specyficznym reakcjom fizykochemicznym, które uważa się za symptomy życia w ogóle. Dysponując odpowiednią aparaturą rejestracyjną, wyodrębniliśmy w kosmicznym szumie pasmo promieniowania będącego pochodną procesów organizacji materii na tym właśnie poziomie. Domyślam się, że rozporządzając tego rodzaju aparaturą jeszcze w przestrzeni stwierdziliście występowanie życia na tej planecie. Więcej. Odkryliśmy działalność istot rozumnych. W jaki sposób? Promieniowanie tego globu jest świadomie modulowane. Niemożliwe.
Raczej nieprawdopodobne. Co nie zmienia faktu, że cywilizacja tej planety stworzyła jedyną w swoim rodzaju stację sygnalizacyjną, wprzęgając w mechanizm modulujący promieniowanie biosferę całego globu, żywą materię wszystkich mikroorganizmów, roślin i zwierząt. Nie istnieje bardziej uniwersalny sposób przesłania informacji o swoim istnieniu niż włączenie systemu znaków poddających się matematycznej analizie w puls promieniowania, które już samo w sobie jest emisją życia. Więc oni... Rudier spojrzał w stronę miasta. Od wielu, może od tysięcy lat usiłują nawiązać łączność z istotami rozumnymi z innych światów. Dlaczego więc ja przez osiem lat nie mogłem dobić się kontaktu, bodaj śladu zainteresowania z ich strony? Nawet nie widziałeś ich nigdy? Nie wiesz, gdzie mogą być? W tym rzecz, że nie mogę ich znaleźć.
Wbrew podświadomemu przekonaniu, iż nie mogli odejść stąd ot tak sobie, zostawiając wszystko. Wiem na pewno, że jeszcze jakieś sto, dwieście lat temu ulice tych miast tętniły życiem. Oni byli tu i nagle gdzieś zniknęli, ale nie w przestrzeni. Oni nigdy nie wyszli poza atmosferę planety. Kierunek rozwoju ich cywilizacji jest wręcz obcy człowiekowi. Nie zdołałem zrozumieć symboliki ich nauki i kultury. Gdybym choć potrafił przeniknąć we wnętrza budowli ich miast... Dlaczego nie mają wejść? Nie wiem. Może kiedy oni zniknęli, im wszystkie otwory zabliźnił ten przeklęty żywy kamień.
Dziwny świat. Zobaczycie jeszcze jak bardzo dziwny. Powiedział Rudier. Nie ma tu wiatrów, gdyż nie ma nocy, pór dnia, wahań temperatury. Przecież planeta krąży wokół czerwonego karła niedającego światła ni ciepła. Szkarłatna luminescencja sączy się nieprzerwanie z niskiego pułapu obłoków, które przesłaniają niebo czarną powłoką, a ciepło wydziela tu sama ziemia. Lecz z chmur nie pada deszcz, nigdzie nie płyną rzeki. Rośliny wyrastają tu z nagiego kamienia, jak gdyby były jego częścią, a zwierzęcą padlinę czarna skała wchłania prędzej, niż tlen powietrza dokona jej rozkładu. Gdybym mógł zajrzeć w głąb ziemi, przeniknąć ściany. Po co zbudowali miasta bez bram?
Spróbujemy razem, Rudier. Może wam się poszczęści, ale musicie się spieszyć. Ten kamień. On się rozpada. Kruszeje z każdym rokiem, z każdym dniem. W zupełnej ciszy lekki szmer, jakby nieśmiałego tchnienia wiatru, poruszył powietrze i znowu wrócił spokój. To dziwne, Rudier. Ten głos odebrany przez nas z odległości kilku parseków, modulowany przez rozumne istoty sygnał biosfery całego globu, też osłabł wyraźnie. Prowadziliśmy obserwacje i stwierdziliśmy, że wygasa od kilku lat. Rudier z lękiem obejrzał się na spiętrzony za jego plecami głuchy i posępny masyw muru.
„To koniec” powiedział. „Kiedy będziecie tutaj?” Już jesteśmy. Odwrócił się gwałtownie i postąpił krok do przodu, w niemym geście wyciągając broń. Pośród pasm mlecznego różu, które rozdzielało nieruchome morze traw, stały trzy wysokie postacie, jakby nagie w opinającym ciała lśnieniu żywego srebra. Chciał dojrzeć twarze tych ludzi, lecz z niecierpliwego wzruszenia zaszkliły mu się oczy i nie mógł w szkarłatnym zarzewiu nieba rozróżnić ich rysów. Gwiazdy znowu odnalazły swoje miejsce. Rozpięły w przestrzeni zawój Mlecznej Drogi. Sięgając ich chciwym spojrzeniem, czuł się jakby bliżej domu pod błękitnym niebem, bliżej tego miejsca, które gwiazdy usiłowały zagubić w swym mrowiu. A przecież niezmalą szmat wiodącej tam drogi. Wobec dziesiątków świetlnych lat nic nie znaczył ten pierwszy krok spod okapu szkarłatnych obłoków, które teraz snuły się w dole, wyginając nalany purpurą owal globu.
Słyszysz nas, Rudier? To głos stamtąd. Słyszę. Czekałem cały czas. Leży nieruchomo na dnie gigantycznej czaszy, po brzegi wypełnionej perspektywą kosmicznej przestrzeni. Szczęście, że nie ma tu wiatrów. Kruszeje wszystko. Co z wami? Przenikamy w ich świat. To ostatnia szansa kontaktu.
Idziecie wszyscy trzej? Tylko Orst i Paldan. Dostarczy dwóch. Rudier obraca się w ognisku kryształowej sfery, każdym ruchem, każdą myślą przemieszczając wypustki srebrzystej przędzy, która napiętymi strunami nanizuje elementy przestrzennego świata. Nie czuje własnego ciała. Jest w jednej chwili wszędzie, jak wypreparowany z czaszki mózg włóknami neurytów sięga najdalszych zakamarków kosmicznego statku. W obwodach niewidzialnych maszyn znajduje nieomylność matematycznych abstrakcji, ulegając jednocześnie ludzkim niepewnościom. Mógłby nie pytać o nic. Układ zawiera jedną świadomość, lecz to coś, co ma na imię Rudier, broni się jeszcze. Usiłuje zachować odrębność w kręgu mechanizmów przeistoczonych w zmysły, zachować miraż świata, którego już nie ma i lęk przed rzeczywistością obnażoną w świadomości układu.
Próbuje zmienić tok myśli, rozpinając coraz to nowe spirale anten w paraboloidy czujników, zagarniając szept gwiazd. Elektronowe źrenice błądzą wzdłuż galaktycznego równika. Daremnie poszukują drugiego źródła głosu podobnego do wołania, jakie przywiodło tutaj ten statek. Przybył, lecz zbyt późno, aby powstrzymać zmierzch szkarłatnej planety, więc odleci równie niespodzianie. Zniknie po trajektorii określonej przez miejsce obecnego postoju i przez to drugie, niebędące nawet mityczną Ziemią, lecz układem. Nic, Rudier? Nic. Szukam dalej. Ci trzej, którzy są w dole, niedługo wrócą i odlecą wraz ze statkiem przed siebie. Oni nie cofają się nigdy.
W hierarchii społecznej ich cywilizacji są oddziałem dalekosiężnego zwiadu torującym drogę kolejnej fali kolonizacji przestrzeni. Tego wymaga dynamika kosmicznej ekspansji. W mechanizmie układu obowiązuje odśrodkowa interferencja działań z jednym czynnikiem zabezpieczającym zwrotne sprzężenie, jakim jest dwustronny opiek informacji. Dla nich nie ma odwrotu. Są forpocztą zwiadu. Potem przychodzą inni, lecz kosmiczny zwiad jest już krok dalej. Krok mierzony dziesiątkami lat mozolnego biegu światła. I nic, że ślepy traf postawi na ich drodze kogoś takiego jak on, Rudier. Oddadzą mu komórkę swego statku, autonomiczną cząstkę samą w sobie będącą całym statkiem. Niech łamiąc prawa czasoprzestrzeni, prześcigając światło, zaniesie go w miejsce, skąd kiedyś wyszedł on sam i ich ojcowie.
Rudier czeka, kołując w przestrzeni. Rozpostarty na dziesiątki kilometrów każdym atomem ciała statku wchłania promieniowanie gwiazd, przeczesuje ostatnią pięć nieba w nadziei przechwycenia promieniowania niosącego choć jeden jedyny kwant życia. To wszystko, co może dla nich zrobić. Odszukać następny cel ich nieskończonej wędrówki. Lecz niebo milczy. W wołaniu cefeid, pulsarów, w zapadniach czarnych gwiazd zaginął szept zanjamonujący życie. Przecież i oni szukali przez wiele lat, nim znaleźli jedno wysychające źródło. Dlaczego jemu miałoby sprzyjać szczęście? Przepływający dołem ocean szkarłatu jakby przymlakł, poszarzał. Orst i Paldan poddali się transformacji.
Poznaje głos Nezzera, tego, który został. Jeśli chcesz, patrz. Rudier boi się, lecz pragnienie ostatecznego zrozumienia świata, który zabrał mu tyle lat życia, przezwyciężyło lęk i wyobcowany ze zmysłów wzrok jego zapada się w dół, na wskroś przenikając grząski obwał chmur i znowu sięga powierzchni planety przez źrenice człowieka, który stoi przed kamienną ścianą. To ty, Nezzar? Tak, ja. Naprzeciw niego pionowa płaszczyzna muru. Przywarte do czarnego lustra stoją dwie ludzkie postacie z szeroko rozkrzyżowanymi ramionami. Jedna twarzą w głąb ściany, druga na zewnątrz. Przećmiony blask niskiego pułapu chmur wyświetla z półmroku dwa ciała na wpół zanurzone w kamieniu, jakby ktoś pionowym cięciem rozpłatał na połowy i ustawił obok siebie wsparte o mur części jednego człowieka. Rudier chce szarpnąć się do tyłu, cofnąć przed nieobecnym spojrzeniem twarzy, która została, lecz Nezzar stoi twardo.
Spokojnie — odzywa się w zupełnej ciszy. Wiesz przecież, spokojnie. Jakby cokolwiek znaczyła wiedza wobec zakorzenionego w podświadomości lęku przed czarną magią, o której ci trzej nie słyszeli nawet. To prawda, że ich ciała potrafią przenikać kamień, a świadomość może wchłaniać w siebie inne osobowości lub wędrować sama neuronowym labiryntem cudzych zmysłów, transformować się w elektroniczne obwody i monokrystaliczne struktury maszyn. Lecz trzeba czasu, aby przywyknąć, przyjąć za swoje te zmiany wynikłe w trakcie wielowiekowej ewolucji całego społeczeństwa. Takie są zresztą koleje rozwoju każdej kultury. Czymże innym są mury miast, z którymi obcował przez tyle lat, jeśli nie gigantycznym układem fantomaszyny wyhodowanym z kamienia monokrystalicznym homeostatem, które wchłoną w siebie miliardy istot, transformując ich psychikę w molekularne obwody fantomatycznego świata. To tylko dwa skrajne modele cywilizacji: ludzka, swoją ekspansją obejmująca sferę makrokosmosu, nieustannie rozprzestrzeniająca się na tysiące świetlnych lat, oraz cywilizacja tego globu przekraczająca submolekularny próg materii w poszukiwaniu warunków sprzyjających dowolnej kreacji światów modelowanych przez mechanikę i elektrodynamikę kwantową. I jedna tylko istnieje zasadnicza różnica. Człowiek zdołał asymilować nowe środowisko W kategoriach psychicznych i materialnych.
Natomiast istoty tej planety nie uwzględniły elementu doskonałej symbiozy, który zamknął ich świat, każdą roślinę, zwierzę, nawet kamień w precyzyjny mechanizm przemiany materii zazębiającej poszczególne ogniwa biosfery. Wystarczył brak jednego trybu, aby rozpadła się reszta. Dlatego odchodząc do ziemi obiecanej, wymodelowanej w kwantowym homeostacie fantomatycznego świata, skazały na zagładę pierwotny jego obraz, a z nim siebie, gdyż nie zdołały całkowicie zerwać więzów mikro i makroświata uosobionych w strukturze kamienia. Jeśli więc dzisiaj żywy kamień kruszeje za najlżejszym dotknięciem, stanowi to prawo zdeterminowanej histerezy. I dwie postacie rozpięte w jednym z niewielu ocalałych zwierciadeł to ostatni układ wejść i wyjść na granicy dzielącej dwa bieguny świata. Ten, który został twarzą na zewnątrz, to Orst. Możesz połączyć się z Paldanem. „Nie, nie” Rudier boi się ciągle. Mów lepiej. „Oni są?” Tak.
Paldan usiłuje nawiązać kontakt. Jak wygląda ich świat? Patrz sam. Twarz w ścianie otwiera oczy o źrenicach głębokich jak studnie ciągnących w otchłań bez dna. Wylot tunelu przenikającego przestrzeń ucieka na stronę i wzrok sięga śnieżnej równiny. „To ty, Paldan?” Tak, ja. Nawarstwiają się katarktami prześwitujących od wewnątrz perspektyw. Formują w pełnym krysztale rozczłonkowane muszle gigantycznych perłopławów. W zawrotnej inscenizacji tańca białych zamgleń padają na wznak, rozpościerając skrzydła jak oślepione światłem śnieżne ćmy o skrzydłach-ramionach, skrzydłach-oczach, skrzydłach-twarzach. I nie ma już nic prócz tych twarzy i wyciągniętych rąk, prócz bladych widm, korowodem cieni ciągnących spoza przełęczy horyzontu.
„Przecież oni mają ludzkie twarze!” Nie Rudier. Cokolwiek widzisz, wszystko jest wykładnią antropomorfizmu twojej wyobraźni. Tutaj nie ma kształtów. Pomimo to sprawiają dziwnie ludzkie wrażenie. Woskowe postacie kołują w opętańczym transie absolutnej bieli, która gęstniejącą śnieżycą zasnuwa świat i wciąż nowymi falami nadlatują spośród wielowarstwowych pasm przestrzeni. Z jakąś niesamowitą, ślepą determinacją dążą dalej, przed siebie, gdzie w posiniałej pętli horyzontu krzewi się jeszcze wyblakły gejzer barwnej zorzy. I choć w tym fantasmagorycznym kalejdoskopie kształtów trudno dopatrzyć się czegoś ludzkiego, to jednak mimika gestów, ruchów. „Przecież oni uciekają, Paldan!” Wiem. Ich świat ginie. Oni uchodzą przed próżnią.
Nagły niepokój zaćmiewa wzrok. Impuls biegnie stamtąd, gdzie w komorze zawisłego nad planetą statku został prawdziwy Rudier. Nakazuje wracać, wyrwać wzrok z molekularnej struktury kamienia spod pokrowca chmur. Ich świat ginie równie szybko, jak kruszeją wiązania kamienia — twierdzi głos Paldana. Gdybyśmy wiedzieli dlaczego, może zdołalibyśmy im pomóc. „Paldan, Paldan. Coś się stało. Słyszysz?” Może zdążę zrozumieć. „Wracaj, Paldan!” Czarna studnia uskakuje wstecz. Czyjeś oczy rozwarte szeroko.
Pionowa ściana i w niej dwie rozkrzyżowane postacie. Szkarłatny wir przewierca powietrze, w dole zostawiając ziemię. I znowu iskra rybiej łuski trzepocze we wklęsłej czaszy nieba. I nagle w zapadłej ciszy raz po raz odzywa się ledwie słyszalny jęk, jakby ktoś miedzianym młoteczkiem trącał widełki kamertonu. To wychwycony z kosmicznego szumu sygnał nadajnika biosfery. Jego gasnącemu rytmowi wtóruje cichsze, ale jakby mniej zmęczone echo. Rudier nie rozumie jeszcze, lecz bioprądy układu obiegają mechanizm statku, przesiąkają bloki radiolokacyjnych zespołów i nieomylny zmysł wskazuje kierunek, wybierając jedną z miliarda gwiazd. Jest. Znalazłem. Chcę zawołać, podzielić się nowiną z tymi trzema w dole, gdy spojrzenie jego zamiera na dysku planety i Rudier pojmuje nagle właściwą przyczynę powrotu.
To nie tamten głos. Wystarczy spojrzeć w dół. Trwalszy od kamienia masyw obłoków pękł. Obnażył powierzchnię planety w rozjątrzonej strzępiastymi plamami obłoków ranie spływającego na boki bielma. Na zbrunatniałej równinie wykwitły kratery miast. Pozornie trwały w bezruchu, lecz idący od równika szchał skotłowanej atmosfery rozmywał je i dziwnie rozciągał w kierunku wiatru. Gęstniejące czernią smugi wyciągały nad martwą równiną ramiona miecionego wiatrem pyłu, w który rozpadały się mury miast. Rudier patrzy otępiały. Nie widzi już nic prócz woskowych twarzy, prócz pielgrzymki istot przez siebie samych zaklętych w rozwiewane wiatrem kryształy. Korowód wyblakłych cieni i Paldan.
„Paldan, Paldan!” Nad powierzchnią planety skręca się oko cyklonu. Czarne smugi pełzną wciąż szybciej jak wypustki szukającej schronienia ameby. „Nezer, Orst!” Dlaczego nie każecie mu wracać? W potężniejącej zamieci kruszeje zwarty masyw miasta. Topnieje dom po domu płatami sadzy frunących w powietrzu. Lawina rozkładu sięga ostatniej lustrzanej ściany i jednym podmuchem odbiera jej nieskazitelną gładziznę. Wystawia na wiatr jeszcze jeden garbaty kurhan czerni. Nie oni. Słyszycie? Czyjś głos grzęźnie w jęku chmury.
Nic nie wiedzą o sygnale. Rozumiecie? Oni go nigdy nie modulowali. Nie wiedzą nic o promieniowaniu żywej materii. Pamiętajcie, to bardzo ważne. Oni nigdy nie wysyłali żadnego sygnału. Nie oni. Rudier rzuca się w wir atmosfery i rękoma Nezzera wyrywa spod pękającego muru jedyne ciało, które razem z osypiskiem nie rozpadło się w pył. Potrząsa nieprzytomnym. Dlaczego on został?
Orst bezdźwięcznie porusza zbielałymi wargami. Artykułowane słowa odzywają się szmerem bioprądów w świadomości układu. Tak chciał. Nie mógł zostawić ich samych. Magnetyczny pęcherz statku układu ramieniem siłowych pól zagarnia dwóch ludzi z powierzchni planety i wiatr zmiata ślady ich stóp, jakby tu nigdy nikogo nie było. Tylko pył ściele się nad ziemią strugą ciężkiego czarnego dymu. Po burzy wraca spokój. Absolutny bezruch i cisza, niczym nie zakłócona, gdyż nikt nie zdoła czegokolwiek zmienić, nic dodać, nic ująć ze scenariusza odgrywanego przez prawa natury. Cisza jest nieubłagana dla tych, którzy przetrwają. Można tylko w milczeniu, pustymi oczyma patrzeć w przestrzeń, która uściskiem martwej próżni przywitała jeszcze jeden martwy świat.
Rudier nasłuchuje. Gdzieś w drugim końcu statku podświadomie wyczuwa obecność tych dwóch tworzących samodzielny układ bez niego. Ich drogi rozchodzą się w przeciwne strony. Niedługo korpus statku wydzieli z siebie szklistą kulę, jakby rybią ikrę, miniaturkę macierzystego statku, którą on poprowadzi dokąd zechce, czyli tam, gdzie lęka się wracać, lecz i tak wróci. Wbrew niepewności przyspieszającej rytm serca na wspomnienie imienia tej planety. Nezzor i Orst polecą dalej. Oni nie wracają nigdy. Ich w zamiecie Mlecznej Drogi woła dziwny głos. Gdzieś pośród gwiazd umiera jeszcze jeden świat nieznanych kwiatów, drzew, ptaków. Może tym razem zdążą.
Zdołają rozwiązać zagadkę ostatnich słów Paldana. Oni nigdy nie wysyłali żadnego sygnału. Jeśli nie istoty rozumne tej planety modulowały promieniowanie żywej materii, to któż zostaje? Kto jeszcze posiadał władzę nad głosem całej biosfery, symbiotycznymi więziami nadającej wszystkiemu, co żywe, podobieństwo świadomości układu? Żadna z komórek ciała człowieka, nawet jego mózgu, sama w sobie nie jest rozumna. Nie ma też świadomości żaden liść, kwiat, kamień. Szkarłatny glob nie zdradzi już niczego. Odpowiedzi trzeba szukać dalej, w płaszczyźnie galaktycznej ekliptyki, skąd woła jeszcze jeden dziwny głos. Gdzie też umiera świat morzy amarantowych łąk, bajecznych ptaków i grających drzew. Rudier potrząsnął głową, odganiając natrętne myśli.
Już czas. Już we wnętrzu statku zaczyna się ruch. Nowe prądy przełamują synchronizację siłowych pól we wręgach szklanych sfer. Budzą przeciągłe stęknięcia jak miarowy stuk zbliżających się kroków. Drgnął. Dwie pary oczu jednakowym spojrzeniem patrzą na niego z półmroku. Przyszliście — powiedział. Nie lubię pożegnań, ale dziękuję wam. Jakby usprawiedliwiając się, wyciągnął do nich rękę. Wybaczcie.
Nie mogę iść z wami. Tacy jak ja muszą kiedyś wracać. Uśmiechnął się blado. A wam... Cóż. Życzę powodzenia. Może kiedyś... Chciał powiedzieć: spotkamy się jeszcze. Lecz wiedział, że widzi ich po raz ostatni. Dwóch ludzi naprzeciw niego stało w błękitnej poświacie pod przenikającym ściany wzrokiem gwiazd i w niepewnym świetle nie mógł rozróżnić ich twarzy.
Przyszliśmy ci powiedzieć, dlaczego właśnie ty znalazłeś kolejny cel naszej drogi. Usłyszał. To nie los szczęścia, choć my szukaliśmy dłużej. Przypadek. Ktoś musiał. Prędzej czy później i wy... Nie. My nigdy nie spoglądamy wstecz. Spojrzał zdziwiony. Wracamy z tobą, Rudier.
Dokąd? — zapytał, nie rozumiejąc jeszcze. Wracamy na Ziemię. Podniósł głowę, szukając oczyma wstęgi Mlecznej Drogi. A tam... Nie wiedział, co mówić. Tam ktoś... I nagle umilkł. Zrozumiał. Znowu było ich trzech.
A teraz pozwólcie państwo, że ja też polecę państwu Wiktora Żwikiewicza. Wiktora w wydaniu Nieznanoświatowym. Będą to oczywiście również opowiadania. Zbiór zatytułowany „Chińskie przypowieści”, opublikowany na łamach Nieznanego Świata w numerze pierwszym w 2014 roku.
[03:03:22] - Wiktor Żwikiewicz, "Chińskie przypowieści". Opublikowane na łamach "Nieznanego Świata" w numerze pierwszym z roku 2014. Wiosna, lato, jesień, zima. Zdarzyło się, że Jang Tzu zgubił natchnienie. Szukał długo, aż trafił nad strumień. Kucnął na brzegu i z wartkiej wody wyłowił patyk. Przyjrzał mu się uważnie, po czym wbił w piasek. Cień patyka dotknął pustej muszelki i wtedy Jang Tzu pomyślał tak: wiosna to pragnienie. Lato to kobieta. Jesień to miłość, jeśli przetrwa.
Zima to tęsknota za tym, co się nie spełnia. Tak pomyślał Jang Tzu i wrócił do swojego warsztatu, żeby dokończyć pracę. Sława jego wiklinowych koszyków przekroczyła Wielki Mur. Skrzydła. Przez całe niesnośnie długie życie Jang Tzu zazdrościł ptakom skrzydeł. Ale wszystkie rzeczy na tym świecie mają swoje miejsce, więc Jang Tzu z pokorą przyjął, co mu życie dało. Pewnego dnia, u schyłku przeznaczenia, wyszedł na próg domu i wysoko na niebie zobaczył rybę lecącą na przekór wichrowi. Zdziwiony zapytał ją: "Hej, złotousta, kto cię nauczył fruwać?". I chociaż wszystkie rzeczy w tym świecie mają swoje miejsce, ryba mu odpowiedziała: "Nie wiem, o co pytasz. Ja płynę.
Po prostu płynę". Trzy dłonie. Któregoś dnia Jang Tzu znalazł przy drodze kawałek sznurka. Nic niewart. Kiedyś było skąd i dokąd. Nie zostało nic. Jang Tzu zastanawiał się długo, do czego mógłby przydać się taki kawałek sznurka, ale nie wpadł na żaden pomysł. Zamiast tego po prostu wyciągnął dłoń i pomierzył go: raz, dwa, trzy. Kiedy dotarł do domu, rzucił sznurek na płot i zapomniał o nim. Dopiero pod wieczór wyszedł na taras, żeby przed snem zaczerpnąć świeżego powietrza i wtedy zobaczył niebo po brzegi wypełnione gwiazdami.
Ogromny księżyc wisiał nisko. Jang Tzu odruchowo wyciągnął rękę, przyłożył dłoń do horyzontu i odmierzył: raz, dwa, trzy. Jego palce dotknęły księżyca i wtedy Jang Tzu zrozumiał wszystko. Przyjaciel. Raz w życiu Jang Tzu spotkał przyjaciela. Sześciu osiołkom ze wsi żyły nabrzmiały na karkach, kiedy nieśli go przed dom Jang Tzu i posadzili pośrodku trawnika. Od tego dnia Jang Tzu skoro świt biegł do przyjaciela, żeby podzielić się tym, co przeżył we śnie, a wieczorem, co przemyślał w dzień. Przyjaciel uśmiechał się ciepło, z wyrozumiałością. Wiele razy księżyc zmienił wyraz twarzy, a oni gawędzili w pełnej zażyłości i jeden od drugiego uczyli się coraz więcej. Ale pewnego dnia Jang Tzu pomyślał, że są rzeczy na świecie, o których obaj nie mają pojęcia, więc ktoś musi poprosić nogi o pomoc.
Nie zwlekając, ruszył w drogę. Przemierzył świat od końca do końca, od dachu świata aż po Żółte Morze. Zobaczył rzeczy niesłychane i poznał niezwykłych ludzi. Wreszcie uzbierał tyle wiedzy, że trudno było dźwignąć samemu. Droga do domu była daleka, ale pokonał ją, jakby mu ubyło lat. Stary dom ojca wydał mu się mniejszy, niż twierdziła pamięć. Cóż znaczył wobec cudowności świata? A może zwyczajnie osunął się w ziemię. Jang Tzu niecierpliwie rzucił bagaż na progu i przebiegł na drugą stronę domu, ale ogród okazał się pusty, a głaz pośrodku trawnika był zimny jak głaz. Mandarynka.
Siedział kiedyś Jang Tzu na progu domu i z pachnącej skórki obierał soczystą mandarynkę. Nagle obok jego stóp prześlizgnął się cień z warkoczem przy samej ziemi, ale Jang Tzu nie uniósł głowy. "Eh, gdyby tak mieć 50 lat" westchnął i zjadł mandarynkę. Wędrowiec. Pewnego ranka Jang Tzu obudził się zlany z przerażenia zimnym potem. Zrozumiał, że prawie całe życie przeleciało mu na progu własnej chaty. Czasami pogawędził tam z sąsiadem, gdy ten szedł w pole z motyką na ramieniu. Innym razem dowiedział się, co w trawie piszczy od zbieraczy chrustu, kiedy szli do lasu albo właśnie z niego wracali. Dawno temu oglądał się jeszcze za strojną dziewczyną, która przechodziła obok jego chaty w jedną stronę, a potem w drugą. Czasami wieczorem, a czasami o świcie.
Ale to było bardzo dawno temu. Kiedyś jej postać, jak wszystkich, którzy wędrowali skądś dokądś, rozmyła się we mgle nad ryżowiskiem i nie pojawiła więcej. Teraz Jang Tzu obudził się i zrozumiał, że wszyscy, którzy chcą gdzieś dotrzeć, wędrują po to, żeby jakoś pomóc przeznaczeniu. Nigdy nie jest za późno, żeby coś zmienić w życiu, pomyślał. Z nieoczekiwaną energią zerwał się z łóżka. Przemył twarz. Ze wczorajszej kolacji zostały dwa ryżowe placki, ale postanowił, że od dzisiaj na każdy posiłek musi zapracować nogami. Spakował więc placki do torby i powędrował. Po drodze spotkał sąsiada. Ten podparł się motyką.
Minę miał dziwną, ale zapytał grzecznie: „O, dokąd czcigodny Yang Tzu tak podąża?” „Przed siebie” – odparł Yang Tzu. „Pięknie.” Sąsiad westchnął i pokłonił się z szacunkiem. Po kilku krokach Yang Tzu doszedł do wniosku, że może warto byłoby wyjaśnić, skąd tyle nostalgii było w tym westchnieniu. Obejrzał się, ale zgarbiony cień sąsiada właśnie przepadł we mgle nad ryżowiskiem. Trudno. Yang Tzu wzruszył ramionami. Nie wszystko na świecie da się wyjaśnić. A może rzecz jest prosta? Chata, pole, pole, chata. To jeszcze nie wędrówka.
Kiedy dotarł do ostatniego drzewa na skraju wsi, w ćwierkaniu ptaszków na jego gałęziach też usłyszał zdziwienie. To dało mu do myślenia. Spojrzał przez ramię. Gdzieś tam ledwie dostrzegł zarys swojej chaty. Więc to tak, powiedział do siebie. Pomyślał, że są w życiu rzeczy ważne, jak cień tamtej dziewczyny, które nie powinny rozmywać się we mgle przeznaczenia. Tym razem nie było za późno. Energicznie obrócił się na pięcie i wrócił do chaty. Usiadł na progu i rozpakował placki. Podjadał ze smakiem.
Wiedział, że od dzisiaj może wędrować spokojnie, nie wychodząc z domu. Skrzydła dwa. Na starość Yang Tzu do reszty zdziwaczał. Przestał rozmawiać z ludźmi. Raz dziennie szedł do parku nakarmić łabędzie. Potem wracał do domu, żeby jak co dzień ciężko pracować w swoim warsztacie. Postanowił skonstruować skrzydła. Obserwując ptaki, wykonał tysiące szkiców. Zmarnował oczy przy kaganku, próbując zrozumieć zasadę działania pióra. Wreszcie podjął wyzwanie, ale życie miało inne zdanie.
Nie pozwoliło mu zrealizować marzeń. Zmarł zwyczajnie ze starości. Pochowano go na pagórku pod starym drzewem. Minęło pięć tysięcy lat. Troje skośnookich dzieci bawiło się na skraju lasu. Zobaczyły, jak z niewielkiego pagórka osunęła się ziemia, odsłaniając żółty piasek. Dobre miejsce do zabawy. Chłopcy wygrzebali z piachu kilka białych patyków. Były lekkie, jakby puste w środku. Dziewczynka stwierdziła, że doskonale nadają się na latawiec.
Ktoś pobiegł do wsi po kawałek pergaminu. Za chwilę Yang Tzu fruwał, jak to sobie wymarzył.
[03:13:12] - Proszę państwa, po tej serii shortcików Wiktora Żwikiewicza, cóż, mogę powiedzieć tylko jedno. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Pięknie dziękuję za wysłuchanie poszczególnych części naszej audycji. Akademia Wszelkiej Fikcji wkracza w czas wakacyjny. Będą zmiany. Już je wspólnie z Markiem Sękiem i Piotrem Cielebiasiem przygotowujemy. Coś się nowego kroi, ale na razie cichosza. Dzisiaj już, tak jak powiedziałem, pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy. Gorącego weekendu państwu życzę, ale wiecie państwo, raczej to będzie pasmo cierpień.
Chyba że ktoś już wyjechał gdzieś nad wodę, nad morze, to tam się da żyć. W mieście natomiast będzie tak sobie. Ale mimo wszystko życzę, żeby to był fajny weekend. I cóż, tradycyjnie zapraszam państwa za tydzień na kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji. Do usłyszenia.
[03:14:22] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.