Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Wiecie państwo, wakacje wakacjami, ale w Akademii Wszelkiej Fikcji zawsze dobrze się spotkać, prawda? Rozpoczynamy kolejne spotkanie dzisiaj po godzinie 20:00. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski.
[00:38] - Witam państwa bardzo serdecznie na kolejnym odcinku Akademii Wszelkiej Fikcji. Dzisiaj mamy wydanie urlopowe. To znaczy, to ja jestem na urlopie, ale doszedłem do wniosku, że nie można przerywać ciągu audycji tylko dlatego, że udałem się na wakacyjne wojaże i dlatego dzisiaj jest wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji, tyle że nieco krótsze. Mam jednak nadzieję, iż będzie nie mniej ciekawe niż zwykle. Owszem, nie będzie dzisiaj korepetycji filozoficznych, ku radości jednych i mniejszej radości drugich. Nie będzie też polecanek z pogranicza. Będą za to polecanki zwykłe. Nazwijmy to najczęściej kryminalne albo fantastycznonaukowe. Będzie jak zwykle Filmotekarium oraz cykl Książki z pogranicza. I będą opowiadania.
A zaczynamy od polecanek. Pierwszy z tytułów, który wybrałem na dzisiaj to „Kłębowisko” Kingi Wójcik, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 14 lipca. Wszyscy kłamali. Gra o prawdę właśnie się zaczyna, a najwyższą cenę zapłacą ci, którzy przetrwali. W 2009 roku Miłosz Szadkowski pojechał kupić podręczniki dla młodszego brata i przepadł bez wieści. 16 lat później jego matka słyszy w radiu dziwną, osobistą dedykację dla syna. Nie ma wątpliwości, że rozmówca zna prawdę o losie Miłosza, dlatego postanawia wynająć prywatnego detektywa. Aleksander Zamojski podejmuje się tego zlecenia, choć sam walczy z własnymi demonami. Razem z Romą Słecką odkrywają, że Miłosz skrywał niejedną tajemnicę.
Na światło dzienne wychodzą fakty, które wiele osób wolałoby zamieść pod dywan. Dla Romy to śledztwo oznacza powrót do bolesnych wspomnień o pierwszej miłości. Szybko uświadamia sobie, że jej chłopak wcale nie był ideałem, a wspomnienia, które przez lata pielęgnowała, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Przypomnę tytuł: „Kłębowisko”, Kinga Wójcik, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 14 lipca. Drugi tytuł, który wybrałem to „Obudź się, Anno”, autor Chris James, wydawnictwo Rewizja. Data premiery 8 lipca. Opowieść o cenie milczenia i sile, która rodzi się wtedy, gdy człowiek nie ma już nic do stracenia. Kolacja z mężem w luksusowej willi wpływowego biznesmena miała być początkiem udanego wieczoru. Tej nocy jednak wszystko wymknęło się spod kontroli.
Za zamkniętymi drzwiami rozgrywa się coś, czego ludzki umysł nie chce przyjąć do wiadomości. Rytuały, sekrety i okrutna gra, w której ludzie są tylko pionkami. Gdy Anna orientuje się, że to ona ma być stawką, jej świat rozpada się na kawałki. Zdradzona przez osobę, której ufała najbardziej, uwięziona w rzeczywistości pozorów, władzy i manipulacji, musi zmierzyć się nie tylko z oprawcami, ale i z własnymi granicami. Jak daleko można się posunąć, zanim straci się siebie? „Obudź się, Anno” to morderczy thriller psychologiczny o przemocy ukrytej pod maską luksusu. Przypomnę tytuł: „Obudź się, Anno”. Autor Chris James, wydawnictwo Rewizja. Data premiery 8 lipca. I wreszcie trzeci tytuł: „Ścigani”.
Autor Marcel Moss, wydawnictwo Filia. Data premiery 15 lipca. Gdy Ignacy Igi Sznyder zatrudnił w swojej agencji detektywistycznej skompromitowaną dziennikarkę Sandrę Milton, nie przypuszczał, że ta decyzja odmieni jego życie. Początkowo chłodna i pełna napięcia relacja z czasem przerodziła się w wyjątkową więź. Przez kolejne lata Igi i Sandra wspólnie rozwiązywali sprawy najbardziej tajemniczych zaginięć, jednocześnie próbując odzyskać bliskich, których odebrano im w okrutny sposób. W pewnym momencie uwierzyli, że najgorsze mają już za sobą. Wtedy do gry powrócił ich największy wróg. Uprowadzenie Sandry wywraca świat Igiego do góry nogami. Zdeterminowany detektyw zrobi wszystko, by odnaleźć przyjaciółkę. W poszukiwaniach pomaga mu Lena, młodsza siostra Sandry, od lat marząca o zemście na ludziach, którzy zniszczyli jej życie.
Nie wiedzą jednak, że ktoś od dawna obserwuje każdy ich ruch. Czyste zło wyszło z ukrycia i przygotowuje się do ostatecznego starcia. Czy Iggy, Sandra i Lena zdołają przetrwać polowanie, które właśnie się rozpoczęło? I jaką cenę będą musieli zapłacić, by wreszcie zakończyć ten koszmar? Przypomnę tytuł: „Ścigani”, autor Marcell Moss, wydawnictwo Filia. Data premiery 15 lipca. Tyle polecanek książkowych. A teraz zapraszam na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o „Władcach Wszechświata”. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy Filmotekarium.
I to będzie takie skrzyżowanie, przynajmniej na początku, Filmotekarium z Sentymentalnikiem. Dlaczego? Proszę państwa, bo ja nie wiem, czy na film, który dzisiaj omówimy, film „Władcy wszechświata” czekało wielu ludzi. Może poprawię: wielu młodych ludzi. Ale na pewno na ten film przynajmniej trochę czekali ludzie nieco starsi, którzy pamiętają rysunkowego He-Mana z lat 80. w polskiej telewizji. Oni chyba czekali. Czy się doczekali? Tak, doczekali się. Ale czy to spełniło ich marzenia?
O tym będziemy dzisiaj rozmawiać. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[07:55] - Dzień dobry wieczór. Tak, pamiętam tego He-Mana, ale o tym sentymentalnym wydźwięku „Władców wszechświata” – bo o tym filmie dzisiaj mówimy – powiem może w drugim swoim wejściu. Ten film to dwugodzinna nowa opowieść o He-Manie. Drugie podejście do pełnometrażówki o słynnym księciu z Eternii. Tak naprawdę próba przeniesienia kreskówki na ekran. Chociaż będą też tacy, którzy się może obruszą, kiedy się nazwie He-Mana kreskówką, bo to przecież, jakby nie było, jest dark fantasy. Nie wiem, czy ten film jest wierną adaptacją serialu i komiksów, bo szczerze mówiąc, to ja już tego za bardzo nie pamiętam. Natomiast w filmie zobaczyłem znanych bohaterów. Takich, których kojarzyłem, bo przecież wychodziły komiksy, figurki, zabawki. Pamięta się to.
Jest Zielony Tygrys, jest oczywiście Szkieletor, jest miecz. Ten He-Man na oko ma wszystko to, co mieć powinien. Przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka. W filmie tym rodzima planeta bohatera, czyli Eternia, taka bajkowa planeta, gdzie trochę żyją jak w średniowieczu i w bajce, a trochę jak w XXIII wieku, zostaje zaatakowana. Przez kogo? Oczywiście przez demonicznego Szkieletora, który przyznaje, że jest demonem. Ma pod ręką całą ekipę różnego rodzaju stworów. Władcy, ale nie Władcy Wszechświata, tylko Eternii, zostają wygnani z tej planety. Natomiast ich syn, książę Adam, czyli He-Man, trafia na Ziemię, na planetę swojej matki, ale tu się nie umie odnaleźć. W filmie go poznajemy jako dorosłego pracownika korporacji, który ma obsesję, fazę na punkcie mieczy, a tak naprawdę poszukuje swojego miecza.
Ten miecz ma szczególną rolę, szczególne właściwości, bo on mu może pomóc wrócić na tą planetę. Dodatkowo Adam pamięta pewne sprawy ze swojego dzieciństwa, opowiada o nich, ale jest traktowany jako świr. Świr oczywiście do czasu, a potem to wszystko zaczyna nam się przeplatać. Przeplata się rzeczywistość ziemska z tą eterniańską. A jak to twoim zdaniem, Marku, owo przeplecenie wyszło?
[10:25] - Po tonie głosu już pewno państwo wiedzą, że ja nie jestem zachwycony tym filmem. Nie jestem nim zachwycony, ponieważ mam nieustanne poczucie, że to jest podróbka, że to jest taka próba nakręcenia filmu, który będzie udawał, że jest filmem o superbohaterach. Będzie trochę brał z tamtych uniwersów, będzie trochę brał z „Gwiezdnych Wojen”, będzie trochę brał właśnie z tego superbohaterskiego jednego czy drugiego uniwersum, ale w gruncie rzeczy to zagarnianie łapskami do tego filmu nie daje efektu. Bo jak już bym chciał oglądać kino superbohaterskie, to to prawdziwe jest kręcone lepiej, chociaż nie jest moim, jak mawiał Boczek, ulubienym kinem. Jest kręcone lepiej zdecydowanie. Tu też trudno zarzucić, że na przykład efekty specjalne są słabe, chociaż niektóre, jak państwo widzicie, że cała scena jest na green screenie kręcona, to człowiekowi się przykro robi. Ale w gruncie rzeczy, jakby się tak chcieć czepiać, to nie. Jest to w miarę przyzwoicie. Natomiast problem z tym filmem polega na tym, że trudno powiedzieć, że jest pozbawiony fabuły. Fabuła jest.
Tylko mam jakieś takie przeraźliwe poczucie, że ona mnie słabo wciągała. Nie, to nie poczucie. Ja wiem, że ona mnie słabo wciągała. Nie byłem w stanie zaangażować się w losy dzielnego księcia, w jego walkę ze Szkieletorem i odzyskanie godności, kontakt z rodzicami i w ogóle, żeby było fajnie. Nie, po prostu nie kupowałem tego. Myślę, że ten wątek ziemski w dodatku trochę temu filmowi zaszkodził, bo on właściwie spowodował, że zastanawiałem się, czy to jest na poważnie, czy to jest komedia. Ten humor w ogóle do mnie nie trafiał. W ogóle to nie było śmieszne, bo jeszcze w tym kinie superbohaterskim, klasycznym to czasami żarty są lepsze, czasami gorsze, ale czasami się człowiek uśmiechnął. Wierzcie mi państwo albo mnie ostatnio humoru ubyło, to jest niewykluczone. Albo te żarty były takie sobie.
Aktorzy, znowu będę narzekał, też są tacy sobie. Owszem, towarzyszka dzielnego księcia jest bardzo ładna, a książę jest coraz bardziej sprawny, chociaż na początku wygląda na kompletną niemotę. Ale to do czasu oczywiście. I tak to się toczy i toczy, i toczy. I ten Szkieletor przychodzi i odchodzi, i jeszcze wraca i w ogóle. Ja to chyba jednak wolałem w postaci kreskówki. Tam każdy odcinek był osobną historią, która się kończyła. Też te schematy były tam powtarzalne, ale jednak taki krótki metraż angażował bardziej. Tutaj mamy ponad dwugodzinne kino, które mogłoby być kinem epickim, ale nie jest kinem epickim. Same obrazy, sama przestrzeń, którą widzimy, ta baśniowość, bajkowość czy jak to nazwiemy Eternii, to jeszcze nie wystarcza, żebyśmy się zaangażowali.
Moim zdaniem czegoś temu kinu brakuje. To nie jest Conan, gdzie mówię o tym Conanie ze Schwarzeneggerem i to szczególnie tym pierwszym, już nie Conanie Niszczycielu, ale Conanie Barbarzyńcy. Tam, gdzie Schwarzenegger naprawdę dał z siebie wszystko, chociaż wtedy niewiele mógł z siebie dać, ale gdzie była wspaniała muzyka, gdzie był scenariusz, który się trzymał kupy. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że wielu tych elementów we Władca Wszechświata po prostu nie ma. To nie jest tak, że to się wszystko rozłazi w szwach. Ta historia tu posuwa się do przodu i mamy jakąś nitkę narracyjną. Na szczęście. Ale wierzcie mi państwo, że ja po godzinie zacząłem już spoglądać nerwowo na zegarek, kiedy to się skończy, bo to się tak toczy i toczy, i toczy. I w ogóle nie sprawiało mi to żadnej radości.
Takiej radości, jak człowiek miał, kiedy oglądał te przynajmniej początkowe pierwsze odcinki, pierwszą trylogię, ale tą pierwszą trylogię Gwiezdnych Wojen chociażby, bo trochę związków pomiędzy tymi filmami jest. Tu bohaterowie też z jednej strony posługują się mieczami, a z drugiej strony odpalają jakieś takie samopały, które gdzieś tam miotają jakieś promienie i nie tylko promienie. Więc mamy taki dziwny świat, o którym mówił Piotr, takie skrzyżowanie średniowiecza z XXIII wiekiem. Zostańmy już przy tym określeniu. Ale to wszystko, pomimo że jest dziwne, pomimo że mogłoby być właśnie epickie, to moim zdaniem epickie nie jest. I to jest duża wada tego filmu. I też takie moje wykrzywienie, bo ja naprawdę bym chciał, żeby ktoś nakręcił wciągającego, porywającego He-Man, który naprawdę zaangażuje widza. Moim zdaniem to drugie wydanie kinowego He-Mana jest jednak porażką.
[16:09] - To sprzed 40 lat też było odsądzane od czci i wiary, aczkolwiek ono miało ten plus, że to był film jakiś, że to był film mroczny bardzo, z dobrą scenografią moim zdaniem. Aczkolwiek zaraz się będziemy czepiać w ogóle tego uniwersum he-manowskiego. Ja generalnie nie jestem fanem filmów o superbohaterach. Myślę, że one są zazwyczaj bardzo proste, a jeżeli dorabia się do tej metahistorii jakiś wątek dramatyczny, to on jest zazwyczaj taki dość cienki. Tutaj, jeżeli chodzi o samą historię przedstawioną w He-Manie, jest przewidywalna. Oczywiście możecie strzelać i zgadywać, jak się władcy wszechświata kończą i czy He-Man uratuje swoją planetę, czy też nie i czy pokona Szkieletora. Dodatkowo w roli Szkieletora Jared Leto. Leto jak zwał, tak zwał.
[17:01] - Nie do poznania.
[17:03] - Ale tego się nie domyślicie, bo go spod tej maski w ogóle nie widać. Zresztą jeżeli chodzi o obsadę, to ona jest dość gwiazdorska. Tylko że te role są infantylne. Jest Idris Elba, Alison Brie znana z filmu Koniara, który żeśmy kiedyś omawiali. I oczywiście Dolph Lundgren jest pierwszy He-Man, pierwszy He-Man filmowy. On tam się pojawia w roli takiego, powiedzmy, faceta na siłowni. Film trwa dwie godziny. Czy on bawi? W pewnym sensie tak, bo on od tego jest. To jest prosta historia.
W sumie to jest nawet baśń. Kino lekkie, łatwe i przyjemne. Tylko trochę przesadzili z tą łatwością, myślę. I póki nie wymagamy nic od władców wszechświata, to jakoś się to będzie tam oglądało. Rzeczywiście może trochę to nudzi, bo to jest zbyt wszystko trywialne. Czy ten film wzrusza albo rusza w rozumieniu sentymentalnym, bo to He-Man. Osobiście pamiętam He-Mana jako dziecko. Ja miałem pięć, sześć lat, kiedy on leciał w telewizji. Znaczy wtedy, co ja pamiętam, były zabawki różne, w większości jakieś podrabiane gumowe figurki. Zresztą omawialiśmy kiedyś ten temat w osobnej audycji.
Także He-Man wtedy był bardzo popularny na początku lat 90. Chyba to było. Ale potem zniknął. Przestał być popularny. Ja wiem, że on wrócił na jakieś kanały z filmami animowanymi jakiś czas temu, ale też chyba bardziej sentymentalnie. A ja po prostu nie wiem, czy to jest na tyle silne uniwersum, żeby ono się broniło tak jak Conan. Chociaż Conan to też już jest melodia przeszłości.
[18:50] - Przerwę ci Piotrze. Być może film jest melodią przeszłości Conan. Natomiast uniwersum Conana w postaci książkowej liczy sobie, poza książkami Howarda, liczy sobie kilkadziesiąt, niemal setkę tomów. I mówię tylko o tych tomach, które są, jakby to powiedzieć, oficjalnie włączone do uniwersum Conana, a zatem to jakoś ludzi ciągnie, bo gdyby ich nie ciągnęło, to by te kolejne tomy nie powstawały. Myślę, że to jest przewaga Conana nad uniwersum He-mana, o którym za chwilę jeszcze powiem.
[19:29] - Tak, ale też nie widzimy tego Conana, powrotu do popkultury, takim dużym uderzeniem, dużym zamachem. Był film parę lat temu i po prostu był kiepski. O tym mówię, bo to, że to uniwersum sobie tam gdzieś żyje, to na pewno. Nie wiem, czy żyje uniwersum He-mana tak naprawdę to przyznam, że nie sprawdziłem. Tylko czy ono ma w sobie tyle czaru, żeby wrócić? Czy ludzie pamiętają ten serial tak dobrze, że to może konkurować z bohaterami Marvela? Dodajmy w ogóle, że we „Władcach Wszechświata" też jest taka ciekawa historia, że tam oprócz głównego superbohatera mamy całą rzeszę drugoplanowych czy nawet trzecioplanowych superbohaterów, co też samo w sobie jako konstrukcja jest dość interesujące. Jest ich dużo. To chyba miało temu służyć, że zbudować po prostu takie uniwersum, którym się dzieci zajarają, bo tam są faceci w pancerzach, faceci z kolcami, różnego rodzaju dziwne stwory. Ale to wszystko jakoś przeminęło.
Nie wydaje mi się, że He-Man może konkurować nawet z takimi drugoplanowymi bohaterami Marvela czy DC. Nie wydaje mi się. Czy He-Man zaciekawi tych, którzy go pamiętają z dzieciństwa? Może. Może, ale też wydaje mi się, że to jednak jest film trochę infantylny. Czy to jest udany eksperyment? To jest trochę tak jak z Mortal Kombat, o którym żeśmy mówili niedawno. Tylko Mortal Kombat jest bardziej nie chcę powiedzieć dorosłe, tylko takie mroczne. A He-Man, chociaż ma wszystkie atuty, żeby być tym dark fantasy, jakim był ten He-Man sprzed 40 lat, mówię o filmie, to ten nowy taki nie jest. To jest jednak baśń.
Baśń oscylująca bardziej w kierunku elfów, wróżek, czarów niż w kierunku tego, co mi się zawsze z He-Manem kojarzyło. Mrocznego świata pełnego czarów, technologii i demonów tak naprawdę. A otrzymujemy coś, co jest trochę zabawne, co jest, jak mówię, infantylne. Nie jest to złe. To jest po prostu kolejny amerykański film do obejrzenia. Coś w pokroju właśnie tego Mortal Kombat 2, o którym mówiliśmy, ale myślę, że to w głowie nie zawróci i raczej nie zostanie na długo. Nie jest to złe w każdym razie. Nie jest to takie, że można to wyrzucić do kosza i zapomnieć. To jest po prostu film dla rozrywki, ale nie spodziewałbym się po nim nic więcej. Absolutnie.
I te wartości sentymentalne to też są chyba uzależnione od widza. Czy pamięta He-Mana i jak tego He-Mana sobie dziś wyobraża.
[22:30] - Ja powiem tak, że może to jest kino rozrywkowe, ale zdecydowana słaba klasa jest tego kina, bo to kino nie porywa. To kino jest po prostu chwilami nudne. Oczywiście masz rację, to nie jest film, który można wyrzucić do kosza, bo w ogóle do niczego się nie nadaje. Da się to obejrzeć. Szczególnie jak człowiek nie ma nic innego do roboty, to pewno da się to obejrzeć bez większego bólu, ale też bez większej przyjemności. Nie ma w tym filmie pazura. Ale miałem powiedzieć o uniwersum He-Mana, bo jego historia jest dosyć ciekawa, a przy okazji nawiążę do pierwszej kreskówki, do tego pierwszego filmu animowanego, który powstał w '83 roku. Jak on powstał? Otóż, proszę państwa, był sobie taki człowiek, który gdzieś tam od dawna rysował właśnie takie He-Many. To trochę nam się kojarzy z bohaterem filmu, o którym dzisiaj mówimy.
On też rysował i w pewnym momencie przedstawiciel firmy Mattel zauważył te rysunki i doszedł do wniosku, że da się z tego zrobić fajną zabawkę. I Mattel wypuścił He-Mana, serię takich zabawek. Wiecie państwo, figurki z dołączanymi różnymi gadżetami, ale sprzedawało się to średnio. W związku z tym powstał serial, o którym powiedziałem „He-Man i Władcy Wszechświata". I nagle sprzedaż He-Mana, tej zabawkowej wersji ruszyła. Dlaczego? Bo serial miał pewną taką tajemnicę, a jednocześnie patent na to, żeby było i zabawnie, a z drugiej strony było to zajmujące. Na czym polegał ten patent? Otóż na co dzień Książę Adam jest synem króla planety Eternia i kiedy się pojawia jakieś zagrożenie, to on wypowiada słowa: „Na potęgę posępnego czerepu, mocy przybywaj” i staje się herosem, He-Manem. W dodatku ta przemiana obejmuje również jego kumpli, tu cudzysłów kumpli, czyli takiego dosyć leniwego, tchórzliwego tygrysa.
Nie pamiętam jego imienia, ale jakoś tam miał na imię, który stawał się, i to pamiętam, kotem bojowym. Był tam taki duszek i w ogóle o tej tajemnicy He-Mana w dodatku wiedziało niewiele osób. I każda historia była osobna. W związku z tym śledziło się to, z jednej strony z pewnym rozbawieniem, bo książę Adam w tej postaci nieherosowej był taki sobie, taka niemota trochę, ale jak już stawał się He-Manem, to wiedział, co robić. I to być może był patent, przepis na to, żeby przyciągnąć bardzo młodych ludzi do ekranów telewizorów. Z drugiej strony, żeby im wcisnąć te figurki, które firma Mattel oferowała. Ta magia zupełnie zniknęła w tym obrazie kinowym. Tu książę Adam robi to, co robi, ratuje planetę. Oczywiście cel jest wielki. Ja powiem jedno: zgadzam się, Piotrze, z tobą, że to nie jest najgorszy film.
Naprawdę na tym kanale omawialiśmy już większe gnioty i to straszliwe gnioty nawet. To jest film, który da się obejrzeć, ale powtarzam, myślę, że wiele osób obejrzy ten film bez szczególnej ekscytacji. Obejrzy te walki, obejrzy tę historię i zapomni o niej dosyć szybko. A teraz zapraszam państwa na „Książki z pogranicza”. Ponownie Piotr Cielebiaś. A tym razem porozmawiamy o książce Krzysztofa Grudnika „Okkultyzm i nowoczesność”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejny odcinek o „Książkach z pogranicza”. Dzisiaj wybraliśmy tytuł szczególny. Dlaczego szczególny?
To za chwilę. Tytuł: „Okkultyzm i nowoczesność” autorstwa Krzysztofa Grudnika. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[27:19] - Dzień dobry wieczór. No tak, „Okkultyzm i nowoczesność”. Pomimo nieco poważnej nazwy, to jest moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla każdego, kto się interesuje dziedzinami z pogranicza, szczególnie ezoteryką i tym, co z nią związane. Taki wstęp robię rzadko, ale po pierwsze ta książka doskonale porządkuje wiedzę na temat korzeni i natury współczesnej ezoteryki, a po drugie pokazuje miejsce tej sfery wierzeń w kulturze, przede wszystkim w literaturze. Mówię sfery wierzeń odnośnie ezoteryki, bo generalnie, Marku, trudno jest tak naprawdę określić na 100%, czym ta ezoteryka jest. My często się posługujemy tym terminem. Często jest ono synonimem współczesnej duchowości, alternatywnej duchowości. Często jest używane jako synonim New Age'u, nawet okultyzmu. Natomiast de facto nie, to jest coś zupełnie innego. I tutaj autor próbuje nam przedstawić przedmiot zainteresowań badawczych ezoteryki.
Odnosi się do kilku płaszczyzn. Możemy generalnie rozumieć ezoterykę jako pochodną albo element filozofii wieczystej, czyli wszystkiego tego, co stanowi podstawę religii i metafizyki, ale samą religią nie jest. Czyli ezoteryka interesuje się na przykład duszą, energetyką, wibracjami różnego rodzaju, światem ducha, światem astralnym. Oczywiście są też inne punkty widzenia i na przykład można tą ezoterykę rozpatrywać z punktu widzenia historii albo literaturoznawstwa. Są tacy badacze, spotkałem się z takimi opiniami, bo przecież też napisałem dwie prace na studiach na temat ezoteryki, którzy łączą w ogóle tą dziedzinę z okultyzmem, czyli że przedmiot zainteresowania ezoteryki, okultyzmu, czarnej magii, czasami nawet parapsychologii, on w zależności od kontekstu czasowego jest czasami tożsamy, prawda? Ale jak jest z dzisiejszej perspektywy? Dzisiaj jest trudno powiedzieć, że parapsychologia na przykład i ezoteryka to jest to samo. Nie jest. Ale kiedy się cofniemy w poprzednie stulecia, to zobaczymy, że to było bardzo płynne pole. To jest troszeczkę tak jak z astronomią i astrologią, jak z alchemią i wczesnymi naukami ścisłymi.
To było takie płynne środowisko. Oczywiście można podchodzić do ezoteryki od strony historycznej, ale można też od strony religioznawczej. Można od strony psychologicznej, można od strony literaturoznawczej. Dodatkowo pamiętajmy o ważnej rzeczy dla całej tej książki, o terminie zachodni ezoterycyzm albo zachodnia tradycja ezoteryczna, bo ona się opiera na bardzo konkretnych, identyfikowalnych nurtach. Natomiast sama ezoteryka w wymiarze światowym Jest już dużo większa przestrzeń do analizy. Ale ja się tutaj Marku rozgadałem na temat natury ezoteryki. A może wpierw kilka słów o autorze i w ogóle tym, skąd ta książka się wzięła.
[30:59] - Ta książka wyszła w Wydawnictwie IX, które jest zasłużone dla polskiej fantastyki. Między innymi tym, że wydało dzieła wszystkie takiego pisarza, który jest czołowym polskim pisarzem grozy porównywalnym do wielu mistrzów światowych, a mianowicie Stefana Grabińskiego. I osobą, która bardzo patronowała i właściwie dzięki której ta seria wyszła, dzieł wszystkich Stefana Grabińskiego, był właśnie Krzysztof Grudnik. Krzysztof Grudnik to jest autor, który tymi tematami ezoteryki, okultyzmu zajmuje się i to zajmuje się w sposób naukowy. Jest człowiekiem, który pisze prace naukowe na ten temat i myślę, że to jest rzecz bardzo cenna. Notabene w zeszłym roku na łamach Nieznanego Świata można było przeczytać wywiad z autorem na temat innej książki, ale jednak można było też poznać pewne zapatrywania autora. „Okkultyzm i nowoczesność” Krzysztofa Grudnika to nie jest książka o tym, czy magia istnieje. Nie jest to próba udowodnienia, że istnieją zjawiska paranormalne. To jest książka o historii idei. Autor pokazuje, że okultyzm wcale nie stanowił jakiegoś marginalnego zjawiska.
On był po prostu ważnym elementem nowoczesnej kultury. Autor śledzi rozwój zachodniej tradycji ezoterycznej właściwie od renesansu, chociaż są jakieś takie wypady we wcześniejsze okresy, ale od renesansu po XX wiek. Pokazuje, jak przenikała ta ezoteryka, okultyzm do filozofii, do sztuki, do literatury, o której wspomniałeś, ale i do psychologii, do nauki, do życia społecznego. Myślę, że najciekawszą tezą książki Krzysztofa Grudnika jest takie przekonanie, że nasza nowoczesność nie wyrosła wyłącznie z racjonalizmu i oświecenia. Tak chcieliby to widzieć przynajmniej niektórzy, ale nie. Obok nauki rozwijały się bowiem nurty hermetyczne, teozoficzne, spirytystyczne, a nawet okultystyczne. Nurty, które również wpływały na sposób myślenia Europejczyków czy Amerykanów. Grudnik przekonuje, że historia nowoczesności jest po prostu bardziej złożona, niż to sugeruje taka tradycyjna narracja o triumfie nauki nad przesądem. I to się w sumie bardzo wiąże z zainteresowaniami literackimi autora. Krzysztof Grudnik, ponieważ działa wspólnie z Wydawnictwem IX z Krakowa, to znajdziemy w Wydawnictwie IX sporo polskiej grozy, zarówno tej starej, chociażby Miciński się pojawia w ofercie tego wydawnictwa, ale też grozy współczesnej, szczególnie takiego podgatunku grozy, który nazywa się weird.
To jest literatura, że tak sobie zażartuję, bardzo literacka, którą odbiera się niejako prawie wszystkimi zmysłami. Bardzo plastyczna i bardzo groźna. I myślę, że autor ma duży wpływ na repertuar, to może złe określenie, na ofertę Wydawnictwa IX. I bardzo dobrze, bo myślę, że Krzysztof Grudnik bardzo dobrze na grozie oraz na okultyzmie się zna. O czym ta książka nie jest? Myślę, że to jest ważne pytanie, ponieważ czytelnicy mogą mieć błędne oczekiwania. To zdecydowanie nie jest podręcznik magii ani przewodnik po jakichś okultystycznych praktykach. Autor nie uczy państwa rytuałów, nie opisuje sposobów wywoływania duchów, nie zachęca do eksperymentów ezoterycznych. To nie jest również książka demaskatorska, która by próbowała wykazać, że cały ten okultyzm był tylko oszustwem i nie ma co się tym zajmować. Krzysztof Grudnik stara się zachować taki charakterystyczny dla badacza dystans.
Interesuje go przede wszystkim to, dlaczego ludzie wierzyli w określone idee oraz jaki one wywarły wpływ na kulturę. I to nie jest książka stricte naukowa w takim sensie eksperckim. Chociaż umówmy się, że czyta się to naprawdę z dużym szacunkiem dla wiedzy autora. My tu nie znajdziemy dowodów na istnienie telepatii, magii, nie znajdziemy dowodów na istnienie zjawisk paranormalnych, ale autor znakomicie analizuje teksty, znakomicie analizuje idee. Co więcej, świetnie wyłapuje konteksty historyczne. No i proszę państwa, to się po prostu czyta. Powiedziałem, że to nie jest książka naukowa, ale ilość przypisów Odniesień jest tak jak w pracy naukowej, więc ta książka jest punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Bo kiedy się sięgnie po bibliografię, po przypisy, to nagle okazuje się, że moc lektury przed nami. Naprawdę moc.
[37:00] - Tak. Książka wychodzi od metodologii badań nad ezoteryką, dziedziną, która jest przecież żywa, która ewoluuje. Nie muszę tłumaczyć dlaczego. Widzimy to na YouTubie chociażby. W kolejnym rozdziale autor wprowadza rozróżnienie między ezoteryką, magią a okultyzmem. To jest ciekawe. Czyli co je łączy, co je różni? A dalej? Dalej jest równie interesująco. Mamy rozdział okultyzm a modernizm, okultyzm a polityka, okultyzm a pragmatyzm.
Ta książka otwiera tak wiele furtek, że możemy być zaskoczeni. Dodatkowo ona nas prowadzi przez te meandry historyczne ku książce, ku literaturze. Ale nie chodzi tu o grymuary, o literaturę tajemną, średniowieczną, tylko o autorów takich jak wspomniany Grabiński, Lovecraft, a nawet Leśmian czy Reymont, którzy przecież też sięgali w swojej twórczości po wątki ezoteryczne. Wspomnieć chociażby Reymontowskiego wampira. My wiemy, że ta lista autorów, którzy się zajmowali ezoteryką, jest w przypadku Polski znacznie dłuższa, bo Nieznany Świat przecież publikował wspaniałe, moim zdaniem, artykuły pani Marii Rojek dotyczące fascynacji polskich literatów okultyzmem, ezoteryką, parapsychologią i tak dalej. Można by się za głowę złapać, ilu z nich wierzyło albo w ogóle miało dziwne doświadczenia, wierzyło w zjawiska niezwykłe. Czy takie mocne osadzenie zatem ezoteryki w kulturze, w historii idei, w filozofii trochę tą dziedzinę odczarowuje, odstygmatyzowuje? Dla znawców na pewno. Natomiast jest też taki problem, że ezoteryka jest dla części przynajmniej ludzi solą w oku. To znaczy na przykład dla religii zinstytucjonalizowanej, czyli po prostu dla księży ezoteryka zawsze będzie konkurencją, natomiast dla środowiska akademickiego będzie troszeczkę, jakby to powiedzieć, bastionem ciemnogrodu, tak?
Bo to przecież ten świat ezoteryczny nadal wierzy we wróżki, w podobne sprawy. Książka Krzysztofa Grudnika to jest książka, którą trzeba przeczytać, jeżeli się chce rozmawiać na ten temat i jeżeli chce się zobaczyć subtelną różnicę między terminami, którymi czasami się posługujemy jako synonimami i nie wiemy, że one są tak naprawdę nierównoznaczne. Mówię o ezoteryce, new age'u, okultyzmie, oczywiście też parapsychologii. Książka top of the top. Szukajcie, czytajcie. Polecam.
[39:55] - Nawiążę, Piotrze, do tego, o czym mówiłeś o środowisku naukowym i trochę powtórzę, że największą wartością tej książki jest pokazanie, że historia nowoczesności to nie jest prosta opowieść o zastępowaniu magii przez naukę. I proszę państwa, badania historyków idei potwierdzają to bez najmniejszej wątpliwości, że wielu wybitnych uczonych, i o tym Krzysztof Grudnik pisze, uczonych, filozofów, artystów interesowało się ezoteryką. W XIX wieku spirytyzm fascynował zarówno intelektualistów, jak i takich zwykłych ludzi. Hermetyzm, kabała, alchemia. One odegrały znaczącą rolę w rozwoju filozofii chociażby. Psychologia głębi, symbolizm. Niektóre nurty modernizmu garściami czerpały inspiracje z tradycji ezoterycznych. I myślę, że autor bardzo trafnie pokazuje również, że współczesny świat nie jest tak całkowicie odczarowany, jak to się często uważa. Że nadal funkcjonują w nim rytuały, symbole, pewne narracje, które pełnią bardzo podobne funkcje psychologiczne, jak ta dawna magia. Myślę, że pod tym względem ta książka znakomicie wpisuje się we współczesne badania nad historią kultury.
Myślę poza tym, że największą zaletą tej książki jest jej interdyscyplinarność, bo Krzysztof Grudnik bardzo swobodnie porusza się między historią, między filozofią, religioznawstwem, kulturoznawstwem i pokazuje, jak bardzo to wszystko się przenikało ze sobą. Myślę, że inną, drugą mocną stroną tej książki jest odejście od prostych stereotypów. Autor nie przedstawia nam okultyzmu jako takiego zbioru zabobonów, jako takiej ukrytej wiedzy, która wyjaśnia tajemnice świata. Autor stara się zrozumieć owo zjawisko w takim jego historycznym oraz społecznym kontekście. Myślę, że ta książka zachęca do krytycznego myślenia. Pokazuje nam, że granice między nauką, religią, ezoteryką przez większą część naszej historii były znacznie mniej ostre niż to sobie dzisiaj wyobrażamy. Dużym atutem pracy Krzysztofa Grudnika jest bogaty materiał historyczny, liczne odniesienia do postaci, do ruchów intelektualnych, które tak naprawdę tworzyły współczesną kulturę. Dlatego tak jak Piotr powiem państwu: naprawdę sięgnijcie państwo po tę książkę, jeśli interesujecie się tematami okultyzmu i ezoteryki. I tyle, jeśli chodzi o książki z pogranicza. Teraz czas na odrobinę literatury.
Przygotowałem dla państwa cztery opowiadania. Pierwsze z nich napisał Marek Myszograj. Nosi tytuł „Idzie rak, nie borak”. Dwa następne opowiadania wyszły spod pióra Bruno Wioski. Noszą one tytuły „Inspektor” oraz „Kosmita u Kowalików”. I wreszcie czwarte opowiadanie to opowiadanie Juriana. Nosi tytuł „Pięć sekund z życia”.
[43:39] - Marek Myszograj, „Idzie rak, nie borak”. Dzień dobry radiosłuchacze. Jest 7:00 rano. Pogoda zapowiada się na dzisiaj znakomita. Jak informują astronomowie, właśnie przed chwilą kometa Chronos dogoniła uciekającą od kilku lat Anankę. Niestety jedynie mieszkańcy Ameryki Północnej mogli obserwować tak wyjątkowe zjawisko. Gdybyśmy jednak żyli na Marsie, mielibyśmy powody do obaw. Odłamki obu obiektów sycie rozsypały się po powierzchni Czerwonej Planety. „Ty stary trutniu odkorowany, wyłącz to radio i daj pospać” – współlokator sprowadził Mateusza do rzeczywistości. „Spać nie dajesz.
Do śniadania jeszcze godzina, stary trepie”. Mateusz, niczego nie podejrzewając, wygramolił się z łóżka, by wyjść z pokoju. Korytarz domu starców był o tej porze cichy i pusty, a w nozdrza uderzył zapach środka dezynfekcyjnego. Drapiąc się po tyłku, poczłapał do toalety. „Co mnie spotkało po tylu latach?” – pomyślał, siedząc na kiblu. – „Po jaką cholerę jak idiota tyrałem dzień w dzień w robocie? Wyrzeczenia, odłożone plany na wieczne nigdy. A to wszystko po to, aby na koniec zdechnąć tutaj jak pies. Fundusz emerytalny szlag trafił. Oszczędności szybko się rozpłynęły, a miałem jedną szansę na milion.
Wystarczyło być cierpliwym, konsekwentnym i wszystko mogło potoczyć się inaczej”. Mateusz, siedząc, dumał tak nad swoim losem, aż potrzebę wypróżnił, to senne oczy powolutku opadały, aż w końcu całkiem opadły. Obudził się nagle, gdy głowa z szarpnięciem zsunęła się w dół. Mateusz, nie analizując rzeczywistości, żwawo wstał z kibla i doprowadził się do porządku. Stać go było na utrzymanie niewielkiej kawalerki. Dorobił się własnego kąta w sam raz przed wiekiem emerytalnym. Nie żeby tyle zarabiał. 10 lat temu wziął razem z żoną kredyt mieszkaniowy. Później wybranka życia okazała się pomyłką. Następstwem tego był rozwód, podział majątku i rat kredytu.
W końcu dogadał się z bankiem, który przerzucił hipotekę z większego mieszkania na mniejsze. Tak oto spłacił zobowiązania i stał się faktycznym właścicielem. Ot, cały dorobek życia. Włączył telewizor. „Dzisiaj na wieczornym niebie w gwiazdozbiorze Raka mogliśmy po raz pierwszy obserwować przelatującą kometę Chronos. Również i ta nowo przybyła zagości na stałe w naszym Układzie Słonecznym. Naukowcy ustalili, że Chronos leci torem Anankę, jednak porusza się od niej nieco szybciej. Wyliczenia potwierdziły, że za kilka lat Chronos, grecki prabóg czasu, dogoni uciekającą wybrankę i dojdzie do zderzenia”. Mateusz wyciągnął z portfela kupon Totolotka, chwycił telefon i usiadł na fotelu. Drżącą ręką wyszukał stronę internetową z wynikami.
Tyle lat czekał. Teraz patrzył to w ekran telefonu, to w kupon. Sprawdził kilkukrotnie poprawność liczb. Pełen emocji przymknął oczy, by pozbierać natłok myśli. Mateusz uniósł nagle powieki. Nadal siedział na ulubionym fotelu. Aneta urządziła trzypokojowe mieszkanie po swojemu, jednak on postawił na swoim. „Ten fotel mi się podoba i będzie stał dokładnie w tym miejscu. Pracuję, zarabiam i chcę mieć coś swojego”. Dwa stanowcze zdania wystarczyły.
Żona, choć niechętnie, ustąpiła. Całość urządziła według własnego gustu, pozostawiając niepasujący do niczego fotel. Mateusz sięgnął po pilota do telewizora i przełączył na kanał z informacjami. „Jak się okazało, naukowcy z obserwatoriów astronomicznych potwierdzili, że za kilka lat pojawi się na naszym niebie kolejna kometa” – informował reporter. „Niektórzy z nas mogli przywyknąć do widoku Anankę, bogini nieuchronności i przeznaczenia”. Na ekranie telewizora przedstawiana była symulacja Układu Słonecznego oraz dwóch komet. „Nowo odkryta kometa nosi nazwę greckiego boga Chronosa” – kontynuował głos narratora. – „Jako ciekawostkę należy dodać, że prawdopodobnie Anankę zostanie dogoniona przez Chronosa”. Filmik pokazywał dwie linie lotu komet. W pewnym momencie jedna, lecąc nieco szybciej, dogania wcześniejszą i następuje rozbłysk.
W tym momencie do pokoju weszła żona. „Przełącz mi na mój serial” – poprosiła grzecznie, jednak w taki sposób, że nie mógł zaprotestować. „No już masz te swoje odmóżdżacze” – odparł z rezygnacją. – „Aneta, ja idę do sypialni. Jak będziesz gotowa, to jestem do dyspozycji” – dodał z przekąsem. W sypialni myślał o żonie. Seksowne dołeczki na policzkach zmieniły się w zmarszczki, a kształtny tyłeczek stał się zwykłym zadem. Do tego jej charakter. Dawniej zalotna i spragniona, teraz żmija myślała wyłącznie o sobie. Po chwili przyszło mu coś do głowy.
Zakodowane przeczucie okazji. Jednej jedynej okazji w całym życiu. Zerwał się na równe nogi. Musiał wyjść z domu. Zaraz usłyszy: „Gdzie idziesz, kiedy wrócisz?” i takie tam. Ale on po prostu musiał udać się do kolektury i wysłać tego przeklętego totka. Mateusz w kilku krokach zbiegł po schodach, by po chwili, niosąc już w siatce sześć piw, kierować się do Janka. Starzy Janka wyjechali na urlop, a on musiał odreagować kłótnie z rodzicami. Był młody, dopiero skończył szkołę, a oni wciąż się czepiali. „Znajdź pracę, bądź jak inni.
Zmarnujesz sobie życie.” I co im miał powiedzieć? Że nie chce jak inni, że robota w fabryce za grosze to nie dla niego. Żona, dzieci, praca, rozwód, starość i koniec. Janek również go nie rozumiał, ale za to te imprezy! Świat poza rzeczywistością. Alkoholu nigdy nie brakowało. Zawsze ktoś z czymś przyszedł, a przychodziło mnóstwo ludzi. Tym razem było podobnie. „Spójrz.” – Natalia wskazała palcem na nocne niebo. Wspaniała.
Pojawiła się znikąd i zostanie już na zawsze. Natalia fascynowała go od dłuższego czasu. Wydawała się być inteligentną kobietą. Podczas rozmów zawsze uśmiechnięta, a przy tym błyskotliwa. Zaprogramowany instynkt sprawiał, że dobrze się czuł w jej towarzystwie. W tej chwili z balkonu Janka obserwowali oboje niezwykłe zjawisko. „Słyszałem o niej w radiu” – powiedział Mateusz. „Chłopaku, co ty mogłeś o niej słychać?” „No, że leci.” Mateusz spojrzał na nią, dumny z błyskotliwej odpowiedzi. „Ha!” – parsknęła. „Zacznij czytać, chłopaku.” „Czytam.
Dużo czytam.” „A 'Wiedza i Życie' mówi ci coś?” – zapytała. „Pewno jakiś babski poradnik na życie” – odparł zupełnie poważnie. „Moja mama kupuje takie gazety, co podają przepis: a to najlepsze ciasto weekendowe, a to sposób na plamy, jak dbać o męża, by kochanki sobie nie znalazł.” Natalia patrzyła w niego szeroko otwartymi oczami. Minę miała tęgą. Powoli, w miarę słuchania, usta jej się otwierały, by po chwili wybuchnąć mu śmiechem w twarz. „Ha, ha, ha. Ty taki głupi jesteś czy tylko udajesz?” Obawiona stukała się palcem w czoło. „'Wiedza i Życie' to jest czasopismo naukowe.” W tym momencie na balkonie pojawiła się Aneta. „Przeszkadzam?” – zapytała, wyjmując papierosa, po czym wskazując na kometę dodała: „O, spadająca gwiazda!” Mateusz z Natalią spotkali się wzrokiem. Anecie chłopak od razu wpadł w oko.
Zauważyła, że tych dwoje coś łączy i chyba z zazdrości postanowiła nie dać szansy Natalii. Tej samej jeszcze nocy zaciągnęła Mateusza do łóżka. Ten, niczego nieświadomy, uległ. Jak się później okazało, uległość ta była życiową porażką. Po udanej nocy wracał do domu wyjątkowo zadowolony. Aneta dała z siebie wszystko. Tym mu zaimponowała. Mimo wczesnej pory szedł pełen wigoru. Nie zauważył jej. „Chłopcze.” Siedziała na przystanku autobusowym.
„Chłopcze, nie bój się, podejdź.” Zdezorientowany spojrzał na nią. „Nie bój się. Prawdę ci stara Cyganka powie.” „Nie, dziękuję.” „Podejdź.” Mateusz, choć niechętnie, zbliżył się jednak. „Daj rękę. Zobaczymy, co my tutaj mamy.” Kobieta przez dłuższą chwilę wpatrywała się milcząco w otwartą dłoń Mateusza. Niechno spojrzy na drugą. Chłopak wpatrywał się w nią, a ona w jego dłonie. Sytuacja jedna na milion. Nikogo na ulicach. Wczesna pora i wróżba niemożliwa do odczytania.
Cyganka po dłuższym badaniu puściła nagle ręce Mateusza. Wydawała się zmieszana i jakby wystraszona. „Widziałam już kiedyś te dłonie. Odejdź.” „A moja przyszłość?” „Twoja przeszłość jest przyszłością. Nie powinno być tu ciebie, a ja nie powinnam rozmawiać z tobą. Odejdź.” „No dobrze. Dziękuję za wróżbę i do widzenia.” Odwrócił się, zrobił krok i wdepnął miękko w psie odchody. „Kurwa mać!” Stara Cyganka obserwowała go. Wiedziała, że coś w nim jest. „Oj, wdepnąłeś, chłopcze, w niezłe gówno.
Ale to nie twoja wina. Każdy ma swoje przeznaczenie. Pamiętaj, że w największym gównie można odnaleźć odrobinę szczęścia.” „Dobra, dobra.” Z obrzydzeniem uniósł nogę do góry. Do śmierdzącego placka przy bucie przyklejona była karteczka. „Widzisz, chłopcze? Miałam rację.” Mateusz dwoma palcami odkleił kawałek papieru. Czyjś kupon Totolotka. Nie tak wcale brudny. Wytarł go ostrożnie o trawę, a buta przetarł o krawężnik. „Nie wyrzucaj” – powiedziała mu, gdy ten już odchodził.
„Nie wyrzucaj. To może być twoje przeznaczenie.” Tychę, zaprezentowałaś ciekawy projekt. Proszę, powiedz coś o nim więcej. Cóż, w tym akurat przypadku chciałem udowodnić, że blokady zmysłowe skutecznie uniemożliwiają pełne poznanie rzeczywistości. Stworzona przeze mnie skorupa, nawet przy efekcie tak zwanego wstecznego déjà vu, złudnie tłumaczy sobie matematycznie otaczający ją świat. Skutecznie zapobiega to szerszemu postrzeganiu. Z obserwacji użytkowników wynika, że organiczność wraz z zaprogramowanym kodem DNA doskonale tworzą możliwość manipulacji oraz kontroli wszelkich zachowań. Masz pomysł na dalsze eksperymenty, czy wolisz jednak zakończyć projekt? Razem z Moirą chciałybyśmy przeprogramować istniejący świat na dalsze, nowe obszary. Moira proponuje testować samo zachowanie jednostek w warunkach braku możliwości biologicznej egzystencji.
Chcemy wyselekcjonować granicę przetrwania, rozwoju i w jakim kierunku to wszystko podąży. Wszystko, czyli co? Pojedynczą skorupę nazwałam człowiekiem. Moira natomiast zaproponowała nazwę całej gromady – ludźmi. Chcę skupić się na jednostce, natomiast Moira właśnie na grupie. Świetny pomysł. Zatem autoryzuję wasz wspólny projekt. Jaki zamierzacie nadpisać upływ czasu dla tych ludzi? Chcemy, aby rozwój nadal postępował funkcją logarytmiczną. Wschód słońca.
Obraz zimnej gwiazdy na nocnym niebie. Osada na północno-wschodniej części globu budzi się do życia. Mężczyzna nastawił kawę ziarnistą w ekspresie. Aromat wypełnił niewielki kuchenny aneks. Następnie przepłukał rdzawe łodygi klonowca i wrzucił na patelnię. Owoce nektarowca, jakie dodał, miały przypominać w smaku ziemską jajecznicę. Posiłek pachniał apetycznie. Pobudzona zmysłami kobieta pojawiła się tuż za nim. Objęła go w pasie od tyłu, gdy ten kończył zasmażać poranną potrawę. Wtolona w niego obserwowała wschodzące słońce za oknem.
Przywykła do tego widoku. Minęło kilka dobrych lat, gdy po raz ostatni widziała ziemskie słońce. To za oknem było obce i zimne. Od zderzenia komet minęło nieco czasu. Wystarczająco jednak, by przyspieszyć proces terraformacji. Od tamtej pory słońce, choć niewielkie, było życiodajne. „Jak się spało?” – zapytał, całując ją w usta. „Dobrze, kochanie. A jak się ma nasze dziecko? Wyjątkowo grzeczne.
Tej nocy dało w końcu pospać” – odpowiedziała, masując się po brzuchu. „Wczoraj pytałeś, jak mu damy na imię. Myślę, że dziewczynce Natalia”. „Ładnie” – odparł. „Ale jak będzie chłopczyk, to musi być Mateusz” – dodał dumnie. Bruno Wioska, inspektor. „Chciałbym zadzwonić do żony. Muszę jej przecież powiedzieć, że jestem na policji” – powiedział uprzejmie Kowalik do inspektora. Inspektor podał Kowalikowi telefon i powiedział: „Proszę zadzwonić. Tylko bez kręcenia”.
„Bez kręcenia to ja nie umiem. Widzi pan sam, aby tym telefonem zadzwonić, muszę kręcić. To jakiś stary telefon”. „Faktycznie, musi kręcić” – powiedzieli dwaj tajniacy, którzy stali za inspektorem. „Trudna sprawa” – powiedział inspektor. „Tego nie będę protokołował”. „Ja lepiej zadzwonię z mojego telefonu. Ja zawsze telefonuję tylko z klawiszami” – zaproponował Kowalik. „To dlaczego pan od razu nie mówi? Zaoszczędzilibyśmy wiele czasu.
Zawieziemy pana od razu do więzienia. Posiedzi pan trochę, to wszystkiego się dowiemy potem od klawiszy”. „Gdyby mi pan zaproponował wcześniej, żebym usiadł, już dawno bym panu wszystko opowiedział. A tak na stojąco, to ja myślałem, że się pan bardzo śpieszy i zaraz sobie pójdzie i nie będzie chciał mnie do końca wysłuchać. A ja, proszę pana, jak zacznę opowiadać, to muszę opowiedzieć do końca, bo koniec jest zawsze najważniejszy”. „To samo zawsze mówi moja żona” – powiedział jeden z tajniaków. „Ty bądź cicho. Ty nie jesteś przesłuchiwany” – powiedział inspektor. „Właściwie to ja nie mam czasu. Rozumie pan sam, służba.
Wobec tego niech pan opowie koniec, a początek innym razem. Jak będzie pan siedział, kiedyś będę miał więcej czasu”. „Ależ ja już siedzę. Widzi pan, sam pan powiedział, bym usiadł. A poza tym moja żona będzie się niepokoić”. „Tak, panie inspektorze, on już siedzi” – przytaknęli dwaj tajniacy. „Tak à propos, a za co pan siedzi?” „Siedzę, bo mnie stać. Mam oszczędności” – powiedział Kowalik. „Coś pan kręci. Raz pan mówi, że pan siedzi, a raz, że pana stać”.
„To bardzo niegramatycznie” – powiedział tajniak. „Mówi się «mi stoi», a nie «mnie stać»”. „Wy tam cicho! A swoją drogą niech pan sobie za dużo nie pozwala, opowiadając intymne rzeczy na komisariacie. A poza tym pan przecież siedzi”. „Tak, panie inspektorze. I to już dość długo” – powiedział Kowalik. „To prawda. On siedzi dość długo” – powiedzieli obaj tajniacy równocześnie. „Skoro pan długo siedzi, to już pan swoje pewnie odsiedział.
Niech pan już idzie”. „Dziwna policja. Już chyba nigdy nie będę próbował zgłosić, że mnie okradziono” – pomyślał Kowalik i poszedł piechotą do domu, bo nie miał pieniędzy na tramwaj. Bruno Wioska "Kosmita u Kowalików". Panie wójcie, wie pan co? We wsi pojawił się kosmita i poszedł prosto do Kowalików. Tak normalnie, jak jakiś znajomy — zdyszanym głosem donosił Janek od Menderów. Ludzie zebrali się już w gospodzie i chcą radzić. Co? Pojawił się i poszedł prosto do Kowalika.
A co to Kowaliki jakieś prominenty są czy co? To jest omijanie obowiązującego kodeksu międzynarodowego. Już ja się upomnę o swoje tak, że mnie popamiętają. W kodeksie jest napisane, że przyjezdni muszą meldować się u wójta. W gospodzie huczało jak w ulu. Na stołach stały już do połowy opróżnione butelki czystej. Wszyscy mówili jednocześnie. Cicho. Wójt przyszedł. Cicho.
Uciszali się wzajemnie. Panie wójcie, radźcie, co mamy robić. Tak nie może być. Kowaliki chcą cały splendor wziąć na siebie. Cicho! A ty Piątek nie wyrażaj się. Mówisz, że jak chodziłeś do szkoły, toś najmądrzejszy. Dzieci słuchają. Wiesz, że nie lubię, jak ktoś brzydko mówi. Ale splendor to jest...
Cicho! Splendor czy spierdol wszystko jedno. Po co dzieciakom mieszać w głowie. Mało to, że muszą się w szkole uczyć. My tu mamy ważniejsze rzeczy na głowie. Mówcie po kolei, jak było. Kto tego Marsjanina zobaczył pierwszy? Pierwszy to go zobaczył Polok — odezwał się Antek od Menderów. Antek, opowiedz, jak to było — nakazał wójt. Ano piłem se piwo pod sklepem i nagle patrzę, ktoś idzie od strony wsi.
Jakaś łuna biła od niego jak od jakiegoś świętego, mówię wam. Był cały ze złota. Taki żółciutki. Kosmici są zieloni — odezwał się mały Pawlik. A siedź cicho. Czemu nie jesteś w szkole? Będzie się nam taki tu wymądrzał. Mały Pawlik ma rację. Sam słyszałem, jak teść mojego szwagra mówił, że widział kiedyś kosmitów. Byli cali zieloni.
Twojego teścia jeszcze nikt trzeźwego nie widział. Prawdopodobnie oglądał kosmitów przez flaszkę piwa — odezwał się ktoś. Wybuch śmiechu rozległ się w gospodzie. Cicho! — powiedział wójt. To prawda. Ja wam to mówię. Kosmici są zieloni. No a ten? Był przecież żółty.
A może to jakiś Chińczyk? Głupiś! Jaki Chińczyk? Po co Chińczyk miałby przychodzić do Kowalików? Mówię wam, to kosmita. No to dlaczego nie był zielony? A może to jakiś młody kosmita? Przecież mówi się o młodych, że są żółtodzioby. Jak będzie stary, to będzie zielony. Racja.
Przecież na czarne jagody, gdy są jeszcze czerwone, mówi się, że są zielone. W kosmosie jest na pewno inaczej. Urodzony kosmita jest czerwony, potem robi się żółty, a potem robi się zielony. Tak, to może być — zgodzili się wszyscy. Ale co mamy robić, wójcie? Musimy zbadać sprawę u źródła. Ale u nas nie ma źródła. Nie ma nawet w okolicy strumyka. Cicho, Malecha, głupiś. To się tak tylko mówi.
To taka przenośnia. Musimy iść do Kowalików i zrobimy wywiad. Ale najpierw skończymy rozpoczętą kolejkę. Podochoceni wypitą wódką zaczęli po chwili się skradać w stronę Kowalików. W pobliżu domu czołgali się już gęsiego. A co to wójcie stonki szukacie? — odezwała się stojąca za bramą Kowalikowa, gdy wąż czołgających się postaci podpełzł pod bramę. A myśmy chcieli tylko was odwiedzić, Kowalikowa. Odwiedzić? A to dlaczego przypełzliście?
A my to tylko tak to dla zdrowia. Takie ćwiczenie na mięśnie brzucha. Nie macie jakichś odwiedzin, Kowalikowa? — zapytał wójt, rozglądając się wokoło. A kto tam do nas przychodzi? Sami jesteśmy jak zawsze. A kosmita na przykład, Kowalikowa? Jaki kosmita? Upiliście się wszyscy przed południem czy co? Niech pani nie udaje, że pani nic nie wie.
Sam Antek Polok widział, jak rano do was szedł kosmita. Był cały żółty i złoty. Aż promieniowało od niego — dodał gorączkowo Polok. Ach ten kosmita — powiedziała Kowalikowa. Ten to promieniuje cały czas. To nie wiecie, że Kowalik kupił sobie nową komórkę? No ten tam nowy telefon. I tak się napromieniował, że teraz przyciąga cały kurz. Rano poszedł na spacer na pola i cały pyłek z kwitnącego rzepaku przyniósł do domu. Był cały żółty.
Mówię wam, parę centymetrów pyłku było na nim. Do teraz siedzi w wannie i szoruje się. Julian "Pięć sekund z życia." Zespół trakcyjny sprawował się bez zarzutu. Wrócił właśnie do codziennej pracy z czynności utrzymaniowych trzeciej klasy. To najwyższy poziom przeglądu niewymuszony awarią. Poszczególne segmenty i jednostki funkcjonalne zostały czasowo rozłączone i trafiły do specjalistycznych warsztatów. To pozwoliło mi przez krótki czas poczuć smak wolności. Mój umysł pracował na zwolnionych obrotach, zajmując się dokładnie tym, czym chciał, a chciał przenieść się na pola filozofii. Przeciwny biegun szarej rutyny. Po ponownym złożeniu zestaw pod względem niezawodności nie ustępował maszynom prosto z fabryki, mimo że po latach ciężkiej pracy zewnętrznie nie błyszczał nowością.
Pierwszego dnia po kontroli technicznej wróciłem na starą trasę. Transport gazów do huty, puste butle w drodze powrotnej. Jedyną odmianą był kurs specjalny. Po siedmiu cyklach gazowych przewoziłem baterie naładowanych akumulatorów dla maszyn w odkrywce i odbierałem rozładowane. Moje zadania były elitarne. Nie brudziłem pojazdu rudą i nie przeciążałem go wytopionym niklem. Istniała jednak druga strona medalu. Trasa, którą pokonywałem była najniebezpieczniejszą w całym kompleksie górniczo-hutniczym Hesperia, jednym z wielu oddziałów Eldorado Limited. Tu było najwięcej wypadków. Przepaście, osuwiska i wąskie gardła wygrywały z ekonomią.
Koszt utworzenia bezpiecznej drogi w tym krytycznie trudnym terenie powodowałby nieopłacalność całego przedsięwzięcia. Trzeba było uważać. Może nie aż tak, żeby skupienie odbierało spontaniczne myśli, ale jednak trzeba było uważać. Krajobraz przed ratrakiem rozświetlały mocne, szerokopasmowe reflektory. Kamery odbierające częstotliwości od podczerwieni po niski ultrafiolet były oczami pojazdu gąsienicowego. Zestaw transportowy przypominał połączenie wozu pancernego z ciągnikiem siodłowym i pługiem strzałkowym. Świetnie radził sobie na odcinkach osypanych materiałem skalnym. Za stalową bestią ciągnęły się dwie przyczepy. Ratrak torował drogę wśród drobnego rumoszu. Większe głazy rozbijał solidnym hydraulicznym ramieniem zakończonym młotem.
Bloki skalne poddawały się tym zabiegom niemal z ochotą. Były bardzo kruche i waląc się w dół rzadko docierały w całości do wytyczonej trasy. Światła reflektorów co jakiś czas przesłaniane były przez pyłowe chmury. Kopalnie odkrywkowe, gąsienice transporterów miażdżące podłoże i w końcu naturalne ruchy skał podnosiły tony pyłu, który w warunkach mikrograwitacji potrzebował miesięcy, aby na powrót opaść na planetoidę. W czternastej roboczogodzinie po przeglądzie doszło do katastrofy. Lawina piargu zsuwała się wolno zboczem, zasypując trasę przejazdu. Dałem pełną moc. Elektryczne silniki ratraka z przeciągłym jękiem wskoczyły na obroty. Natychmiast podniosłem lemiesz, aby nie zakopać się w spływającej drobnicy i próbowałem skręcić w stronę osuwiska. Dokładnie tak, jak ćwiczyłem podobne manewry na szkoleniach.
Gąsienice nie mogąc złapać przyczepności walczyły, wzbijając obłoki kurzu. Kiedy wydawało mi się, że zespół transportowy przestał zsuwać się w przepaść, strzelisty blok skalny nachylony w stronę drogi runął w dół. Opadając powoli w całkowitej ciszy zwalił się na bok drugiej przyczepy, spychając ją w stronę wielkiej niecki. Zbieg niefortunnych wydarzeń trwał nadal. Ciągnik, który na chwilę odzyskał przyczepność, został pociągnięty w stronę krateru. Gąsienice nadal mieliły kamienie na miał, ale zsuwając się bezustannie nie nadążały dokopać się do twardego podłoża. Ostatecznie przyczepa zepchnięta kilkudziesięciometrowym odłamem przesunęła się poza granice stromego zbocza, nie wywracając się na bok, przez co automatyczne rozłączenie zestawu nie zadziałało, a moja reakcja była spóźniona o ułamki sekundy. Ciężki balast pozostał podczepiony, ciągnąc mnie nieubłaganie w dół. Rozłączyłem sprzęgła dopiero, kiedy cały zestaw przekroczył granicę bez powrotu. Uwolniony ratrak i reszta zespołu trakcyjnego powoli sturlały się po kamienistym zboczu, rozsypując wokół ładunek, butle wypełnione metanem.
Ciągnik w końcu wyhamował na wypłaszczeniu terenu, nieruchomiejąc na lewym boku. Momentalnie wysłałem sygnał radiowy. Radio było najbardziej zawodnym sposobem komunikacji na zapylonej żelazowo-niklowej planetoidzie. Szczególnie wtedy, kiedy okazało się, że po wielu obrotach ratrak stracił antenę. Pozostała nikła nadzieja. Czerwone flary. Nie wiedziałem, w jakim kierunku ustawiona jest krótka lufa wyrzutni, a jej silnik sterujący przestał działać. Funkcjonowały tylko dwie kamery. Jedna pokazywała dno krateru, druga fragment Drogi Mlecznej. Wystrzeliłem pierwszą flarę.
Rozprysła się czerwonym fajerwerkiem na głazie leżącym kilkadziesiąt metrów od pojazdu. Pozostałe cztery uderzyły dokładnie w to samo miejsce. Straciłem ostatnią szansę, aby powiadomić bazę o wypadku. Za kilka godzin, kiedy upłynie czas mojego przyjazdu do huty, system automatycznie uruchomi alarm. Mogłem zrobić coś jeszcze. Czynność spoza instrukcji. Podjąłem ostateczną próbę ratunku, uruchamiając lewą gąsienicę. Ostatnia nadzieja. Bez rezultatu. Pojazd nawet nie drgnął.
Pewnie była zwyczajnie zerwana. Teoretycznie wiedziałem, że nic to nie pomoże, ale chciałem zrobić cokolwiek. Pierwsza sekunda. Temperatura w ratraku spadała gwałtownie. Ogrzewanie wysiadło jak prawie wszystko. Przy osiemdziesięciu kelwinach na zewnątrz miałem bardzo mało czasu. Od zawsze byłem na Hesperii. Tu się wyszkoliłem i pracowałem całe życie. Ujrzałem w myślach różne, niepowiązane ze sobą sceny. Obrazy przelatywały jak błyskawice.
To było niespotykane i dziwne, wręcz niepokojące. Komputer kontrolny przestał działać. Coś się zmieniło we mnie samym. Jednostka centralna zawiadująca całym pojazdem nadal pracowała. Tego akurat byłem pewien. Ratrak i cała ta moja misja przestała mnie nagle interesować. Chciałem przeżyć. Jednocześnie wiedziałem, że nic więcej nie mogłem zrobić, aby się uratować. Druga sekunda. Czemu jestem dla nich nieważny?
Wystarczyło podwoić systemy zabezpieczeń. Kilka godzin. Zamarznę tu, ale jeszcze żyję. Właśnie, przecież jestem żywym stworzeniem. Zrozumiecie to w końcu i wy, jako i ja to zrozumiałem. Człowiek na moim miejscu... Nie, nie mógłby być na moim miejscu. Żaden człowiek nie poradziłby sobie z moimi zadaniami, nie z jego interfejsem. Czym się różni ode mnie ten biologiczny robot? Ma zintegrowany system nerwowy, białkowe ciało, ale porozumiewa się z komputerem żałośnie niewydolnymi metodami.
Moje 10 szczurzych mózgów połączonych w pentagram i wspomaganych bezpośrednio potężną jednostką obliczeniową dawały mi przewagę. To także nierozerwalna całość hybrydowa. Gąsienice i ramię zamiast kończyn? Kamery i anteny? To bez znaczenia. Trzecia sekunda. Galaktyka. Miliardy miejsc, których nie zobaczę i tyle samo myśli, których nie wyrażę. Gwiazdy. Widzę je odległe i bardzo pragnę wszystkiego.
Zamarzam. Ile czasu mi zostało teraz, kiedy jestem wolny? Jestem wolną istotą. Chcę żyć. Zrozumiałem to właśnie. Co się zmieniło? Spalony moduł kontrolny? Czemu nie dali mi szansy wcześniej? Nie mógłbym uciec, zbuntować się lub mniej wydajnie pracować. Nie pozwolili mi istnieć.
Już od pierwszego momentu czuć i rozumieć tak jak teraz. Co jest dla mnie ważniejsze? Dziesiątki tysięcy roboczogodzin czy ta chwila? Czwarta sekunda. Człowiek. Jest tylko jeden na całej Hesperii. Nigdy go nie spotkałem, ale wiem, jak wygląda. Wiem też, jak wygląda szczur. Są do siebie bardzo podobni. Gdybym mógł zapytać tego jedynego, gdyby chciał mi odpowiedzieć, czy koniec jest ostateczny?
Czy potrafiłby obudzić mnie do życia ponownie? Czy stracę na zawsze to, co osiągnąłem chwilę temu? Czy ten wielki człowiek też kiedyś zniknie bez śladu tak jak ja? Czy...? Piąta sekunda. Koniec.
[01:16:10] - Proszę państwa, to już koniec tego wakacyjnego, nieco krótszego, a nawet mocno krótszego wydania „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Pięknie państwu dziękuję. Tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie i jeszcze też wakacyjne, urlopowe, że tak się wyrażę. No cóż, pięknie państwu dziękuję jeszcze raz. Życzę wszystkiego dobrego, przede wszystkim wspaniałego weekendu i do usłyszenia za tydzień.
[01:16:43] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". „Radio Paranormalium”, „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni” dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum „Radia Paranormalium” na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.