[00:00] - Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym.
[00:05] - Zacząłem widzieć różne światła, różnokolorowe, w grupach po dwa, trzy i cztery. W sporej odległości wydawały się być ode mnie.
[00:12] - Zagadkowe obiekty.
[00:13] - Strasznie intensywne, potężne, niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby nad chmurami było jakieś ognisko tego światła. Ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często takie coś zobaczyć.
[00:23] - Tajemnicze istoty.
[00:24] - To była czarna postać, cała cienista. Ja byłam tak przerażona, jak to zobaczyłam. Ja się normalnie trzęsłam ze strachu.
[00:31] - Niezwykłe wizje.
[00:33] - Przestałem być osobą wierzącą, a zostałem osobą posiadającą wiedzę. Ja nie wierzę w to, że jest życie pozagrobowe, tylko ja to wiem, bo tam byłem.
[00:40] - Klątwy.
[00:40] - Jakby na pentagramie taka bestia była. Po tej całej akcji strasznie w życiu zaczęło mi źle się dziać.
[00:47] - Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów.
[00:51] - Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znów widzę to światło. Wstaję z łóżka, widzę postacie, ale czuję jakąś grozę sytuacji. Biegnę i krzyczę do męża: strzelaj!
[01:04] - Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Przy mikrofonie Marek Sęk „Ivellios”. Witam wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam do spędzenia dzisiejszego wieczoru przy naszej elektronicznej skrzynce na listy. Bowiem dzisiejszy odcinek podcastu Mówią świadkowie wypełnią w całości relacje nadesłane do Radia Paranormalium drogą tekstową. Poznamy dziś garść relacji o obserwacjach UFO, bliskich spotkaniach z dziwnymi istotami i zdarzeniach związanych z żywym folklorem. Kilka razy odwiedzimy też granicę między snem a jawą oraz zajrzymy w zaświaty. To tyle słowem wstępu. Zatem zaczynajmy. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w styczniu 2025 roku. Słucham Radia Paranormalium chyba od zawsze i od lat nosiłem się z zamiarem opisania małej, dziwnej historii z mojej wsi, w której mieszkałem do ukończenia szkoły podstawowej.
Pochodzę z małej wsi o nazwie Wyk, położonej w gminie Zbójna na Podlasiu. Mam obecnie 48 lat, a opisywana sytuacja dotyczy mojego dalszego sąsiada, urodzonego zapewne, podobnie jak mój ojciec, w latach 30. XX wieku. Trudno mi dziś przypomnieć sobie dokładne szczegóły tego wydarzenia, ponieważ jako dziecko słuchałem rozmów mężczyzn, którzy często przychodzili do mojego ojca po wieczornym obrządku dobytku. Przynosili ze sobą drobny załącznik i rozmawiali o sprawach bieżących, a czasami także o różnych dziwnych opowieściach. Szczególnie zimą, gdy wcześniej robiło się ciemno, byłem w stanie coś podsłuchać, zanim mama goniła mnie do mycia się i spania. Przypuszczam, że wydarzenie miało miejsce w latach 50. lub 60. ubiegłego wieku na skraju mojej wsi i lasu. Było już po godzinie 22:00.
Dopytałem o to syna głównego bohatera. Jego ojciec wracał wtedy z pracy. Nie wiem, jaka to była pora roku. W pewnym momencie stało się coś dziwnego. Coś złapało go za ciało i dwukrotnie rzuciło nim dość daleko. Mężczyzna nie wiedział dokładnie, co to było. Twierdził jednak, że było to większe od niego i bardzo silne. A trzeba dodać, że sam był najwyższym mężczyzną ze wsi. Miał około dwóch metrów wzrostu i ważył mniej więcej 120 kilogramów. Był to chłop, którego wszyscy darzyli szacunkiem.
Zawsze mógł też liczyć na pomoc mojego taty. Być może ze względu na dobre relacje między naszymi rodzinami, a być może przez tak zwane powinowactwo, ponieważ siostra sąsiada i brat mojego ojca byli małżeństwem. Nie wiem, co było potem. Mam na myśli to, czy bał się już chodzić do pracy i jak wpłynęło to na jego codzienne życie. Wiem natomiast, że na skutek tego wydarzenia postawił krzyż na rozwidleniu dróg. Krzyż ten stoi tam po dziś dzień. Czasami pytałem ludzi ze wsi o to wydarzenie. Każdy powtarzał jak mantrę, że to był diabeł. Bez komentarza. Około rok temu pisałem z najmłodszym synem bohatera tej historii, który również uważa, że było to zło.
Skoro on, mając obecnie około 45 lat, ma taką narrację na temat tego wydarzenia, to nie pytałem już innych osób z rodzeństwa. Zakładam, że o całej sprawie wie właśnie od nich. Pamiętam, że kiedyś słuchałem jednego z odcinków poświęconych tematowi bigfootów w Polsce. Zebraliście się tam chyba wszyscy: pan Chris, Piotr Cielebiaś, Marek Żelkowski. I pewnie minęło od tamtego czasu już sporo lat, ale właśnie od tamtego momentu zbierałem się, żeby do was napisać. Pozdrawiam serdecznie i proszę, eksplorujcie dalej świat paranormalny. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2026 roku. To było jakoś w marcu albo kwietniu 2019 roku w Wielkiej Brytanii, w Redditch niedaleko Birmingham. Pracowałem tam jako operator maszyn budowlanych. Był piękny, słoneczny dzień, choć zimny.
Było to na budowie. Budowaliśmy jakieś hale przemysłowe. W pewnym momencie zobaczyłem, że coś wisi około ośmiu metrów nad ziemią i około 20 metrów ode mnie. Na początku myślałem, że to dron, bo na budowie często latały drony, ale to nie wyglądało jak dron. Była to taka jakby kula o średnicy około 80 centymetrów, lekko spłaszczona od góry i od dołu. Kolor miała błyszczący, brązowy. Naprawdę błyszczała, bo odbijały się od niej promienie słoneczne. Chciałbym porównać ten kolor do nowej jednopensówki, ale był ciemniejszy. Jednopensówka ma jaśniejszy odcień.Nie słyszałem, żeby obiekt wydawał jakikolwiek dźwięk. Zatrzymałem się i patrzyłem na niego.
Wyszedłem z kabiny i tak mnie zatkało, że na początku nawet nie pomyślałem o telefonie, żeby zrobić zdjęcie. Gdy jednak przyszło mi do głowy, żeby to sfotografować, obiekt w ułamku sekundy wystrzelił w górę z niesamowitą prędkością i zniknął. Nie wiem, co to było, ale takiej technologii w życiu nie widziałem. Moje przemyślenia są takie, że wyglądało to tak, jakby jakaś sonda obserwowała tę budowę. Najlepsze jest to, że pod nią znajdowało się dużo ludzi, ale nikt nie patrzył w górę, bo jak to na budowie, wszyscy byli zapracowani. Z nikim też o tym nie rozmawiałem, zwłaszcza z Anglikami, bo byłem jedynym Polakiem na budowie, a Anglicy lubią się potem śmiać. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2026 roku. To był grudzień 2020 roku. Jednym z ostatnich promów przepłynąłem z Dover do Dunkierki. Było to tuż przed zamknięciem granic z powodu covidu.
To był piątek, bo w sobotę granica była już zamknięta. Wracałem do Polski ze swoją dziewczyną. Był ładny, słoneczny dzień. W Niemczech, jakoś przed Hanowerem, jechaliśmy autostradą A2 w stronę Polski. Po lewej stronie był las i ten las wyglądał tak, jakby był hologramem. Nie wiem. Jak z filmu Matrix. Tak jakby wibrował, jakby był jakimś hologramem albo błędem w Matrixie. Tak sobie wtedy pomyślałem. Miałem nałożone okulary przeciwsłoneczne, bo świeciło słońce.
Ściągnąłem je i zacząłem się przyglądać. Moja dziewczyna, która siedziała obok, zapytała, co się dzieje. Powiedziałem jej, że chyba jestem już zmęczony jazdą, bo mam zwidy. Ona odpowiedziała, że też to widzi i opisała ten las dokładnie tak samo jak ja. Jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy o tym, co to mogło być, bo pierwszy raz w życiu widzieliśmy coś takiego. Stwierdziliśmy, że to pewnie jakieś wojskowe eksperymenty z hologramem, bo jak inaczej to wytłumaczyć? Jesteśmy raczej realistami. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w grudniu 2023 roku.
[08:27] - Historie, którymi chcę się podzielić, słyszałam z drugiej ręki. Od mojej nieżyjącej już prababci oraz od innych członków rodziny. Opisywane wydarzenia miały miejsce w okolicach Piwnicznej w województwie małopolskim. Nie podaję dokładnych nazw wsi ze względu na prywatność osób występujących w tych historiach. Około 20 lat temu mąż kobiety z mojej dalszej rodziny zginął w Niemczech w dość tajemniczych okolicznościach. Mówiono o tym niechętnie, ale na podstawie szczątkowych informacji doszłam do wniosku, że mogło to mieć związek z mafią. Jakiś czas po śmierci tego człowieka do wdowy przyjechał mężczyzna z Warszawy. Wyglądał na bardzo bogatego. Chciał finansowo zadośćuczynić tej kobiecie za śmierć jej męża, tyle że bardzo mu się ona spodobała i zaczął namawiać ją, żeby z nim wyjechała. Tej nocy w domu sąsiadującym z domem wdowy, w którym mieszkali inni członkowie mojej rodziny, miały miejsce dziwne wydarzenia.
Nikt nie mógł zasnąć. Słychać było pukanie do okien oraz głośne jęki dochodzące z zewnątrz. Zapalone światła migały i gasły bez powodu. Po całym domu niosły się dźwięki otwieranych i zamykanych szafek, stukania oraz trzasków. Rodzina zinterpretowała te wydarzenia jako interwencję zmarłego i poczyniła wszelkie starania, aby powstrzymać jego żonę przed wyjazdem z innym mężczyzną. Skutecznie. Kolejna historia została mi opowiedziana przez moją wciąż żyjącą babcię. Babcia mieszka obecnie z wujostwem, ale gdy zdrowie jeszcze jej na to pozwalało, od czasu do czasu przyjeżdżała do starego, opuszczonego domu na wsi, żeby posprzątać i go wywietrzyć. Pewnego razu postanowiła zostać tam na noc. Leżąc w łóżku, poczuła koło siebie czyjąś obecność.
Poczuła chłód i zauważyła, że kołdra obok niej zaczęła lekko się poruszać, tak jakby ktoś chciał pod nią wejść. Stwierdziła, że musi to być manifestacja dziadka, czyli jej męża, który zmarł w tym domu. Powiedziała na głos: „Odejdź stąd, bo ja się ciebie boję”. Następnie odmówiła modlitwę, po czym przestała czuć jakąkolwiek obecność. Ostatnia historia również miała miejsce w okolicach Piwnicznej. Było tam pewne miejsce nad rzeką, które zawsze omijano z daleka. Ostrzegano, żeby tam nie chodzić. Podobno w tym miejscu z rzeki wychodził człowiek wyglądający jak topielec i zaczynał gonić osoby, które znalazły się w pobliżu. Nie wiem, na ile wiarygodna jest ta historia, niemniej ostrzeżenie przed tym konkretnym miejscem zapadło w pamięć lokalnym mieszkańcom i było przekazywane kolejnym pokoleniom. Dziękuję za zapoznanie się z moimi historiami i pozdrawiam serdecznie całą ekipę Radia Paranormalium.
[11:45] - Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w marcu 2025 roku. Zacznę od tego, że moja wieś leży na pograniczu Podkarpacia i województwa małopolskiego w powiecie dębickim. Znajduje się tu niewielka góra, dość popularna w okolicy, o której krąży już niejedna legenda.Chciałbym przedstawić kilka moich historii. Dodam, że od zawsze wierzyłem w duchy i UFO. Może zacznę od duchów, jeśli można to tak nazwać. Pierwszą sytuację pamiętam najdokładniej i najmocniej, ponieważ był to mój pierwszy kontakt z czymś paranormalnym. Obudziłem się w środku nocy. Światło księżyca lekko wpadało do pokoju, ale większość pomieszczenia była zaciemniona. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że ktoś stoi przy szafie w najdalszym kącie pokoju. Pierwsze co pomyślałem, to że pewnie księżyc odbija się od czegoś i tylko mi się wydaje.
Jednak w pewnym momencie ta postać zaczęła iść w stronę łóżka. Zerwałem się niemal na równe nogi i krzyknąłem: „O Jezu!” Wtedy ta postać momentalnie zniknęła. Do rana nie zmrużyłem już oka i cały czas miałem włączony telewizor, aż zrobiło się jasno. Ta sylwetka przypominała mojego dziadka, ale on wtedy jeszcze żył, więc nie mam pojęcia co to było, ani kto. Druga historia również miała miejsce w moim pokoju, ale tym razem już nad ranem, gdy zaczynało świtać. Coś mnie obudziło. Obracam się, a tam tuż przy łóżku stoi, no właśnie, jakbym to był ja. Moja budowa ciała, mój wzrost, a na głowie moja czapka. Twarzy nie było widać. Głowa była pochylona w dół, a dodatkowo zasłaniał ją daszek czapki.
W pewnym momencie ta postać zaczęła gwałtownie opadać na mnie, jakby chciała na mnie skoczyć. Bez namysłu, leżąc jeszcze zadałem kopniaka i cyk! Postać również nagle zniknęła. Obie te historie opowiadałem najbliższym. Po ich reakcji widać było, że mi wierzą, bo w naszych okolicach dość często zdarzały się podobne sytuacje. Ostatnia historia należy już do innej kategorii. Można to chyba nazwać spotkaniem z UFO. Były wakacje 2014 albo 2015 roku. Wracaliśmy późnym wieczorem z ogniska. Było coś koło północy.
Szliśmy drogą w grupie cztery lub pięć osób. Po około 20 minutach marszu ktoś z nas się zatrzymał i powiedział: „Ej, patrzcie, widzicie to światło tam na niebie?” Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że widzą je już od jakiegoś czasu. Sam miałem wrażenie, że zauważyłem je już podczas ogniska. Niebo było zachmurzone, ale za chmurami widać było jasnożółte światło. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to światło poruszało się skokowo i bardzo szybko. Na przykład w lewo o kilkadziesiąt metrów. Stop na dwie sekundy, potem w prawo. Znów stop, do przodu, do tyłu i tak w kółko. To było naprawdę dziwne, a widziało to równocześnie kilka osób. Po krótkiej obserwacji światło po prostu zniknęło.
Postanowiłem podzielić się tymi kilkoma sytuacjami, bo dostrzegłem podobieństwo do przeżyć innych osób opisywanych w tym radiu. Możecie mi wierzyć lub nie, ale moje historie są autentyczne, a ja wierzę, że nie jesteśmy tu sami. Coś tam po drugiej stronie na pewno jest. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2026 roku.
[15:32] - Słucham państwa audycji bardzo często i od dawna. To wspaniałe, że jest w internecie miejsce, gdzie bez wstydu i bez oporów można podzielić się swoimi przeżyciami. Pewnego dnia poszłam z koleżanką na wagary. Chodziłyśmy wtedy do szkoły, w której zajęcia odbywały się popołudniami. Miałyśmy po 17 lat. Była późna jesień i wcześnie robiło się ciemno. Pochodziłyśmy po mieście, a potem poszłyśmy w stronę cmentarza znajdującego się poza miastem. Miałyśmy wtedy mnóstwo niedorzecznych pomysłów i jeden z nich przyszedł nam do głowy właśnie wtedy, gdy byłyśmy już w pobliżu tego cmentarza. Postanowiłyśmy wejść na jego teren i spacerować tam, mimo że zapadał już głęboki zmrok. W pewnej odległości od bramy cmentarza zobaczyłyśmy starszego mężczyznę w garniturze z bardzo siwymi, niemal białymi włosami.
Zapytał: „Dziewczyny, wy idziecie teraz na cmentarz?” Przytaknęłyśmy, a on powiedział: „Nie boicie się? Tam niedługo będą straszyć krasnoludki.” Powiedział to jakby w żartach i tak też to odebrałyśmy. Odparłyśmy wesoło, że się nie boimy, po czym weszłyśmy na teren cmentarza. Chodziłyśmy trochę główną aleją, przy której znajdowała się kaplica. Potem usiadłyśmy na ławce przy starym grobie i zapaliłyśmy papierosy. Tak, wiem, to okres w moim życiu, z którego nie jestem dumna. Siedziałyśmy więc z tymi papierosami i rozmawiałyśmy, podczas gdy robiło się już prawie całkiem ciemno, choć jeszcze nie na tyle, by niczego nie było widać. W pewnym momencie zauważyłyśmy na drugim końcu alei jakiś ruch. Początkowo trudno było rozpoznać, co to takiego, ale wpatrywałyśmy się w tamtą stronę i coraz wyraźniej widziałyśmy, że ktoś nadchodzi. Szedł wolno w naszym kierunku.
Gdy był jeszcze daleko, wydawało nam się, że to ten sam człowiek, który zagadnął nas przed wejściem, bo miał na sobie ciemny garnitur, ale nie mogłyśmy dostrzec głowy. A przecież tamten mężczyzna miał białe włosy, więc powinny być widoczne.No i skąd wziąłby się po drugiej stronie cmentarza? Wpatrywałyśmy się uporczywie w miejsce, w którym powinna znajdować się głowa, ale jej nie widziałyśmy, mimo że postać była coraz bliżej. Oczywiście natychmiast pobiegłyśmy w stronę bramy i zatrzymałyśmy się dopiero w sporej odległości od cmentarza. Dopiero wtedy zaczęłyśmy dzielić się swoimi obserwacjami. Tam, na cmentarzu, tylko wpatrywałyśmy się w nadchodzącą postać, nie mówiąc ani słowa. Kiedy strach trochę opadł i zaczęłyśmy rozmawiać o tym, co widziałyśmy, okazało się, że obie zauważyłyśmy dokładnie to samo. Innym razem z tą samą koleżanką, również będąc na wagarach i także o zmroku, poszłyśmy na inny cmentarz w innym mieście. Idąc tam, przechodzi się obok kościoła. Gdy byłyśmy przy nim, z dzwonnicy odezwał się raz cichy dzwon.
Wydało nam się to dziwne. Dzień powszedni, żadnej mszy. Nawet nie była to pełna godzina. Gdy doszłyśmy na cmentarz, nie byłyśmy już tak pewne siebie, jak podczas poprzedniej wycieczki. Tym razem już się bałyśmy. Weszłyśmy tylko kawałek w głąb. Ten cmentarz leży na górce. Główna alejka — nie aleja, tylko właśnie alejka, bo jest to raczej wiejski cmentarz — ciągnie się od bramy aż na szczyt wzniesienia. Trochę trwało, zanim nasze oczy oswoiły się z ciemnością. Gdy to się stało, zobaczyłyśmy, że z góry główną alejką przesuwa się w dół mgła.
Nie była to jednak zwyczajna mgła, lecz bardzo lokalne skupisko, może metr na metr. Wówczas, rzecz jasna, również wzięłyśmy nogi za pas. To był koniec naszych cmentarnych przygód, bo przestałyśmy odwiedzać takie miejsca po ciemku. Muszę dodać, że niedawno, po około 40 latach od tamtego zdarzenia z mgłą, rozmawiałam ze znajomą z pracy właśnie o tym cmentarzu. Było już po Wszystkich Świętych i mówiłyśmy sobie, gdzie która z nas była. Powiedziałam jej wtedy, że na wspomniany cmentarz boję się chodzić, mimo że leży tam moja babcia. Ponieważ kiedyś mnie tam postraszyło. Nie powiedziałam jednak, co konkretnie się wydarzyło. Ona na to: „Nie gadaj, mnie też!” Opowiedziała, że przed Wszystkimi Świętymi była tam posprzątać grób. Było już późno.
Zobaczyła wtedy mgłę, która pojawiała się raz w jednym, raz w drugim miejscu. Trzecia historia nie ma nic wspólnego z cmentarzami i będzie krótka. Gdy byłam w ciąży, ale jeszcze o tym nie wiedziałam, a nawet taka możliwość nie przyszłaby mi wtedy do głowy, obudziłam się w nocy i zobaczyłam, że przy moim łóżku stoi ciemna kobieca postać. Trzymała rękę na moim brzuchu, a ja usłyszałam w głowie, nie w uszach: „Jesteś w ciąży”. Po tych słowach postać zniknęła. Dodam, że to dzieciątko zmarło, gdy miało miesiąc. I teraz pora na czwartą, ostatnią już historię. Kiedyś szukałam dla rodziny odpowiedniego hotelu, w którym chciałam zarezerwować pokój. Wtedy nie było jeszcze internetu w każdym domu, więc odwiedziłam trzy hotele w moim mieście, pytając o szczegóły i ceny. Jeden z tych hoteli mieścił się w dawnym domu dyrektora pewnej kopalni, który mieszkał tam kiedyś wraz z rodziną.
Była to bardzo stara, piękna willa z wieżyczkami, niemal jak pałacyk. Poszłam obejrzeć pokój na piętrze. Tej samej nocy śniło mi się, że znów tam jestem, w tym samym pokoju i że znajduje się tam jakaś ciemna postać, która chce mnie schwytać. Obudziłam się przerażona i zobaczyłam, że ta postać stoi obok mojego łóżka. Nie mogłam się ruszyć, mimo ogromnego wysiłku. Nie mogłam krzyczeć ani nawet oddychać. Tymczasem to coś pochylało się nade mną. Miało na sobie ciemną, długą szatę i kaptur, pod którym nie było nic widać. Walczyłam mentalnie z całych sił, mówiąc w myślach, że nie życzę sobie jego obecności i że ma ode mnie spieprzać. Z nadludzkim wysiłkiem udało mi się poruszyć ręką.
Chciałam to coś odepchnąć i zdemaskować. Włożyłam rękę pod kaptur, a tam nie było niczego. Wtedy to coś chwyciło moją rękę, szarpnęło mnie za nią, jakby chciało pociągnąć mnie ze sobą, po czym zniknęło. Wiem, jak to brzmi, ale jestem pewna, że wtedy nie spałam.
[23:25] - Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w czerwcu 2024 roku. Po odsłuchaniu kilku relacji z państwa kanału postanowiłem podzielić się dwoma osobliwymi zdarzeniami z mojego życia. Zawsze interesowałem się taką tematyką, więc być może kogoś zainteresuje to, co mi się przytrafiło. Oba te epizody miały miejsce około 10 lat temu, kiedy miałem mniej więcej 18 do 22 lat. Pierwsze zdarzenie. Leżałem na wznak na łące na wsi. Było gorąco, a niebo zupełnie bezchmurne. Zamknąłem oczy na dłuższą chwilę, a gdy je otworzyłem, zauważyłem nad zenitem mniej więcej w jednej trzeciej drogi od wschodu jasny, biały lub jasnoszary, raczej niemetaliczny, owalny obiekt.Poruszał się jednostajnie w kierunku zachodnim, bez żadnych wahań prędkości czy zmiany kursu. To było bardzo dziwne. Obserwacja trwała około 30 sekund, aż obiekt zniknął za horyzontem.
Trudno ocenić jego dokładną odległość i wielkość, ale sądząc po tym, jak zniknął z pola widzenia, wydawał się mieć kilka do kilkunastu metrów w największym wymiarze i leciał według mojej oceny nie wyżej niż helikoptery. Również jego prędkość była dość duża. Jak wspomniałem, przebył dwie trzecie nieboskłonu w mniej niż minutę. Nie wydawał przy tym żadnego dźwięku. Początkowo myślałem, że to może balon meteorologiczny albo satelita, ale po obejrzeniu kilku materiałów w internecie stwierdziłem, że żaden z tych obiektów nie zachowywał się w taki sposób. Drugie zdarzenie to prawdopodobnie paraliż senny. Mimo wszystko uważam je za warte opisania, bo nigdy wcześniej nie przeżyłem niczego podobnego. Było lato, około godziny czwartej rano. Już świtało. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęła się obserwacja, ale miałem wrażenie, że nagle ocknąłem się ze snu z silnym poczuciem zagrożenia i lęku.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że niemal nade mną, w odległości około metra, unosi się w powietrzu złota kula o średnicy około 10 centymetrów. Przypominała znicz z Harry'ego Pottera, choć bez skrzydełek. Na równiku tej kuli znajdowała się szczelina, która świeciła na czerwono. Chciałem się poruszyć, ale nie mogłem. Byłem całkowicie sparaliżowany. Moje powieki same się zamknęły i również nie mogłem ich ponownie otworzyć, jakby mięśnie były zaciśnięte. Walczyłem ze sobą przez chwilę, aż postanowiłem skupić się tylko na tym, żeby poruszyć palcem u nogi. Cały czas byłem przerażony i miałem ochotę krzyczeć. Kiedy w końcu udało mi się poruszyć palcem, paraliż stopniowo ustępował, a uczucie lęku zaczęło się zmniejszać. W końcu mogłem otworzyć oczy, ale w pokoju nie było już niczego.
Przeżycie było tak intensywne, że jeszcze przez wiele godzin nie mogłem dojść do siebie. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w sierpniu 2024 roku. Radia Paranormalium słucham od stosunkowo niedawna, ale poświęcam mu dużo czasu i bardzo je lubię. Mówiąc w skrócie, od dziecka niesamowicie interesują mnie tematy paranormalne, tak zwana wiedza zakazana oraz prawda o rządach i porządku świata. Ogólnie rzecz biorąc, w tym życiu chcę dowiedzieć się, jak to naprawdę jest w możliwie największej liczbie, jak to nazywam, egzotycznych tematów. Spirytyzm i magia również się w to wpisują. Fascynuje mnie teoria starożytnych kosmitów, szczególnie Annunaki i prawdziwe pochodzenie człowieka, a także Yeti, Wielka Stopa, reliktowe hominidy, małpoludy. Na ich punkcie mam wręcz obsesję. Do tego dochodzi astrologia, szeptuchy, duchowość, zagadnienia związane z wiarą. To są tematy, którymi najbardziej się interesuję i którym poświęcam dużo czasu.
Przejdźmy więc do rzeczy. Chciałbym podzielić się kilkoma wydarzeniami, które przeżyłem. Postaram się opisać je jak najprościej. Pierwsze zdarzenie miało miejsce, gdy byłem jeszcze nastolatkiem. Chyba miałem mniej niż 18 lat, choć dokładnie nie pamiętam. Przez okno w domu zobaczyłem czarną kulę poruszającą się ruchem jednostajnym wzdłuż linii zabudowań. Unosiła się przez cały czas na tej samej wysokości, poruszając się prosto i płynnie. Chciałem zrobić zdjęcie, ale w momencie, gdy sięgnąłem po aparat, poczułem silny, intuicyjny impuls, jakby coś podpowiedziało mi, żebym lepiej skoncentrował wzrok i uwagę na obiekcie. Czułem, że ważne jest, by to jak najlepiej zapamiętać. W myślach pojawiła się też obawa, że aparat może i tak nie uchwyci tego, co widzę i zmarnuję cenny czas.
Tak więc patrzyłem, starając się zapamiętać każdy szczegół. Drugie zdarzenie miało miejsce dwa lata temu. Może nie brzmi bardzo spektakularnie, ale dla mnie było bardzo symboliczne. Gdy zmarła moja prababcia, miała prawie 100 lat. Przez kilka dni po jej śmierci w jej starym domu, w którym z nią mieszkałem, zaczęły pojawiać się myszy i to w takiej ilości, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Gdy tylko jedna została wyniesiona, zaraz pojawiały się kolejne. Mysz to symbol cierpienia, biedy i nędzy. Nie odebrałem ich obecności jako złego znaku zapowiadającego przyszłe nieszczęście, ale raczej jako metaforyczny wyraz żalu i pustki po odejściu bardzo bliskiej mi osoby. Czy to był znak? Czy ktoś inny miał podobne doświadczenie?
Najbardziej zapadł mi w pamięć moment, gdy wszedłem do pokoju i zobaczyłem mysz, która leżała i drgała. Po chwili już nie żyła. Znajdowała się dokładnie w miejscu, w którym zmarła moja prababcia. Czy to efekt jakiegoś pola morfogenetycznego? To wydarzyło się tylko raz, ale było bardzo wymowne. Wiem, że niektórzy nazwaliby moje podejście ciemnogrodem, starodawnymi przesądami, ale ja nie idę takimi, moim zdaniem, głupimi drogami myślenia. Kolejne zdarzenie miało miejsce, gdy byłem nastolatkiem. Leżałem już w łóżku i nie mogłem zasnąć. W pewnym momencie zobaczyłem przed sobą głowę istoty, która sądząc po wyglądzie przypominała klasycznego szaraka. Postać była częściowo przeźroczysta i nic nie robiła.
Po prostu była. Nie chcę twierdzić z całkowitą pewnością, że tak dokładnie było, ale mam w pamięci to przeżycie. Dopuszczam możliwość, że wspomnienie mogło się zniekształcić. Być może był to intensywny sen albo inny stan świadomości.Ostatnia relacja dotyczy klasycznego niezidentyfikowanego obiektu latającego. Nocą na niebie zobaczyłem obiekt w kolorze czerwonym z odcieniem żółto-pomarańczowym, który poruszał się zygzakowato. Przemieszczał się z tą samą prędkością, wykonując jednocześnie bardzo ostre zwroty. Żaden ziemski pojazd nie porusza się w ten sposób. Nie znajduję dla tego zjawiska żadnego przyziemnego wytłumaczenia. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w maju 2024 roku.
[31:02] - Chciałam podzielić się z panem swoją historią, bo nie potrafię jej zrozumieć. Chcę po prostu dowiedzieć się, jaki jest cel tych przeżyć, co one znaczą i co, a może kto, chce mi przez nie coś pokazać. Wydaje mi się, że doświadczyłam paraliżu sennego. Przynajmniej tak bym to określiła. Obudziłam się w nocy, słysząc muzykę w swojej głowie. Było to niezwykle uciążliwe. Nie była to żadna niebiańska melodia. Najpierw słyszałam gitarę elektryczną, później skrzypce. Dźwięk był strasznie głośny i miałam wrażenie, że ktoś puszcza mi tę muzykę w środku głowy. Nie tak jak przy słuchawkach, tylko wewnątrz mózgu.
Dostałam gęsiej skórki na całym ciele, dosłownie na całym. Po raz pierwszy w życiu przeżyłam coś takiego. Zwykle słuchając poruszającej muzyki mam ciarki na ramieniu albo udzie, a tej nocy miałam je od stóp do głów. Miałam też silne wrażenie, że trzymam w ręce płytę CD. To uczucie było tak realne, że byłam zaskoczona, jak wyraźnie ją czuję, jakby naprawdę była w mojej dłoni. Czułam też różne zapachy, choć niestety nie potrafię sobie przypomnieć, jakie dokładnie. Byłam wystraszona i nie wiedziałam, co robić. Wiedziałam tylko, że muszę się obudzić. Udało mi się z tego wyjść. Przytuliłam się do narzeczonego i prosiłam, żeby mnie objął, bo miałam koszmar.
Muzyka ucichła. Poczułam się bezpiecznie, ale gdy wróciłam na swoją stronę łóżka, gdzie zwykle śpię, wszystko się powtórzyło. Skrzypce znów zaczęły grać. Znowu zrobiło się głośno i znowu poczułam gęsią skórkę na całym ciele. Chyba udało mi się to jakoś przezwyciężyć, bo nie pamiętam, co było dalej. Zasnęłam. Myślę, że był to paraliż senny, bo tego dnia miałam nietypowy rytm snu. Zrobiłam sobie dwugodzinną drzemkę, potem obudziłam się na około trzy godziny, a później znowu poszłam spać. Kiedyś miałam podobną sytuację. Pracowałam wtedy na nocne zmiany.
Przed jedną z nich postanowiłam jeszcze się zdrzemnąć, chociaż na godzinkę. Kiedy zasnęłam, mając zamknięte oczy, widziałam wszystko, co działo się wokół mnie. Widziałam mojego chłopaka, który leżał obok i grał na laptopie. Widziałam szafę, łóżko. Wszystko to z zamkniętymi oczami. Przeraziło mnie to, bo myślałam, że dzieje się coś dziwnego z moim ciałem. Byłam sparaliżowana. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam krzyczeć, choć bardzo chciałam. Na szczęście po kilkudziesięciu sekundach puściło. Otworzyłam oczy i łapczywie zaczęłam oddychać.
Inna sytuacja, również chyba paraliż senny, zdarzyła się, gdy obudziłam się około godziny czwartej lub piątej nad ranem, ale uznałam, że to za wcześnie. Zjadłam śniadanie i położyłam się z powrotem, licząc na jeszcze kilka godzin snu. I wtedy znów to się wydarzyło. Leżąc, znów wiedziałam, co się dzieje dookoła, ale nie mogłam się ruszyć. Tym razem usłyszałam i poczułam, że jakaś postać z towarzyszącym jej furkotem, jakby materiał szaty wydawał ten dźwięk, bardzo szybko przemieściła się za mną. To nie był bieg, raczej coś w rodzaju szybowania. Nie widziałam tej postaci, tylko ją słyszałam i czułam jej obecność. Przeraziło mnie to. Bardzo chciałam się jak najszybciej obudzić. Zastanawiam się, po co mi się to wszystko zdarza.
Jaki jest tego sens? Chciałabym to jakoś zrozumieć, bo męczy mnie to, że wtedy odczuwam taki potworny lęk. W przypadku tej muzyki nawet chciałam się temu poddać, spróbować wejść w to, ale to było tak przytłaczające, że nie dałam rady. Może ma pan, panie Marku, jakiś pomysł, co mogłabym zrobić, by się tak nie bać? Jak przezwyciężyć ten pierwszy strach? Czy po prostu przeczekać i wytrwać? Czasami mam wręcz wrażenie, że się nie obudzę, że zostanę uwięziona w tym stanie.
[35:11] - Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w maju 2023 roku. Niedawno odkryłem wasz podcast i uważam, że mam coś do opowiedzenia. Nieczęsto ma się okazję podzielić tak nietypowymi przemyśleniami, a daje to swego rodzaju ulgę. Do rzeczy. Generalnie mam trzy historie z mojego życia, z czego ostatnia raczej nie jest powiązana z poprzednimi. Dwie pierwsze mają natomiast według mnie pewien wspólny mianownik. To, co opowiem, nie jest w żaden sposób spektakularne, ale na pewno zagadkowe. Sprawia, że pojawiają się pytania o istotę naszego istnienia. Kolejność jest chronologiczna. Historia numer jeden.
Od zawsze mieszkam w leśniczówce. To wielorodzinny domek pośrodku lasu. Niegdyś mieszkały tu trzy rodziny. Moja, starsze małżeństwo, jest między nami pewne pokrewieństwo, ale na tyle nikłe, że traktujemy się tylko jak sąsiedzi oraz trzecia rodzina. Z tą trzecią rodziną wiąże się długa i smutna historia, która kończy się równie smutno, bo dochodzi do morderstwa. Dorosłe dzieci, które wróciły po tułaczkach po ośrodkach wychowawczych i domach dziecka, mordują swojego dawnego oprawcę, ojca.Nie będę bardziej w to wnikał, ale jest to istotny fakt, bo po całym zamieszaniu mieszkanie po nich zostało puste. Ponieważ jest to własność nadleśnictwa, instytucja ta zdecydowała się je sprzedać i wykupiła je moja mama. Mama opowiada przeróżne historie, ale znam ją na tyle, że wiem, iż jest skłonna do koloryzowania niektórych faktów. Jeśli mam być szczery, średnio wierzę w to, co mi opowiada. Natomiast w jednym się z nią zgodzę.
W tym mieszkaniu wyczuwalne jest pewne napięcie. Jest tam coś, co sprawia, że można poczuć się nieswojo. Może to jednak wynikać po prostu z samej wiedzy o tym, co się tam wydarzyło. To mieszkanie znajduje się na górze. Kiedy będę opowiadał, że wchodzę do domu, będę miał na myśli część, która zawsze była nasza, czyli parter. Ale nie o tym. To był tylko niezbędny wstęp. Byłem jeszcze nastolatkiem. Rozmawiałem z dziewczyną przez telefon. Nie chciałem rozmawiać w domu, więc ze względu na prywatność zawsze wychodziłem i spacerowałem po okolicy.
Wtedy było już ciemno. Rozmowa trwała już około godziny. Niedaleko domu, gdzie samotnie rośnie niewielkie drzewko, zobaczyłem mgłę albo dym. Trudno mi stwierdzić, jak to opisać. Z tej mgły, kiedy zaczęła opadać, wyłonił się zarys człowieka. Nie było widać szczegółów, dało się tylko zauważyć, że to człowiek. Kiedy to coś wyszło z mgły, ruszyło w kierunku domu. Mgła opadła, a postać po prostu wtopiła się w ciemność. Kiedy zobaczyłem tę mgłę oraz dym, początkowo zinterpretowałem to właśnie jako dym. Myślałem, że drzewko się zapaliło, dlatego przerwałem na chwilę rozmowę z dziewczyną i poszedłem w jego kierunku.
Gdy pojawił się zarys człowieka, pomyślałem, że to siostra, która czasem lubiła podsłuchiwać, o czym rozmawiam. Wołałem więc jej imię, ale bez skutku. Nie bałem się. Ani przez chwilę nie pomyślałem, że widzę coś dziwnego. Wszystko zracjonalizowałem. Dlatego podszedłem bardzo blisko do drzewka, obszedłem je i sprawdziłem, czy na pewno się nie zapaliło. Kiedy upewniłem się, że wszystko jest w porządku, po prostu kontynuowałem rozmowę z dziewczyną. Trwało to jeszcze około pół godziny, po czym się pożegnaliśmy. Wróciłem więc do domu, wszedłem do kuchni i pstryknąłem światło. Buch!
Wywaliło korki. Skrzynka jest w korytarzu, a mieszkanie jest niewielkie, więc szybko to naprawiłem. W kuchni zaczepiłem rodziców i zapytałem, czy siostra cały czas była w domu, bo chyba mnie podsłuchiwała. Zapewnili mnie jednak, że przez cały czas była w środku i nikt nie wychodził na zewnątrz. Przyjąłem to do wiadomości, odszedłem i chciałem zapalić światło w pokoju. Buch! Znowu wywaliło korki. Naprawiłem je, chwilę się pokręciłem i zachciało mi się do toalety. Otwieram drzwi, pstrykam światło. Buch!
Korki wywaliło po raz trzeci. Na trzech razach się skończyło, ale dopiero wtedy dotarło do mnie, co się stało i co ja właściwie widziałem. Historia numer dwa. Choć może nasuwać się myśl, że w pierwszej historii dom, w którym wydarzyła się makabra, mógł odgrywać jakąś rolę, to w mojej głowie wspólnym mianownikiem dwóch historii, poprzedniej i tej, którą za chwilę opiszę, jest moja była już dziewczyna. W obu przypadkach była bohaterką w tle. Poprzednio rozmawiałem z nią przez telefon, a teraz leżałem z nią i oglądałem film. Tutaj nie ma już tego domu. To nawet nie jest blisko, bo dzieje się w zupełnie innym województwie, u niej. Film, który oglądaliśmy, był horrorem. Nie pamiętam jaki dokładnie, bo nawet go nie dokończyliśmy.
Ona się bała, ja troszkę śmieszkowałem z jej reakcji. Do czasu. Film oglądaliśmy na laptopie. Dźwięk dla lepszego efektu puszczone było z głośników, takiej wieży z regulacją głośności w formie pokrętła. Nie było pilota. Laptop był podpięty do wieży kablem. Z tego, co wiem, większość tego typu wież ma funkcję automatycznego ściszania. Kiedy na przykład ją wyłączymy i zapomnimy ściszyć, sprzęt automatycznie zmniejsza głośność, żeby później nie urwało nam głowy. Pokrętło też musi się wtedy poruszyć. Natomiast nie wiedziałem i nie sądzę, żeby istniał tego typu sprzęt z funkcją automatycznego podgłaśniania.
Nie sądzę też, żeby pokrętło miało jakiekolwiek prawo samo ruszyć się w stronę volume up. A to właśnie się wydarzyło. Nagle podczas horroru dźwięk błyskawicznie wystrzelił na maksimum, a pokrętło fizycznie samo się przekręciło. O ile do tej pory śmieszkowałem, tak w tym momencie przestałem mieć na cokolwiek ochotę i zerwałem się na równe nogi. Szybko wyłączyliśmy film, wyłączyliśmy sprzęt i jakoś wzajemnie doprowadziliśmy się do porządku. W tym samym miejscu zasnęliśmy i potem nic dziwnego już się nie wydarzyło. Historia numer trzy. Ta historia to mój sen. Nie sądzę, żeby miała jakikolwiek związek z poprzednimi historiami i nie łączę jej z nimi. To, co czyni ten sen wyjątkowym, to fakt, że nie było to coś, co przyśniło mi się jednej nocy.
To był zbiór kilku snów, ale tworzących tę samą opowieść. Było to jak film oglądany na raty. Budziłem się, przeżywałem dzień, zasypiałem, a sen kontynuował się od momentu, w którym urwał się poprzednio. Zazwyczaj nie pamiętam snów, ale ten zapamiętam do końca życia.Byłem w domu, ale czułem się samotnie. To było straszne uczucie. Naprawdę ogromnie przytłaczająca pustka. Czułem się tak, jakbym był sam jeden na całej planecie. Przez kilka początkowych faz tego snu był to główny wątek. Później zrobiło się już o wiele bardziej strasznie. Ze względu na to uczucie pustki nie wiedziałem, co ze sobą zrobić i chodziłem bez celu w pobliżu mojego domu.
Zacząłem znajdować zwłoki moich młodszych, wtedy jeszcze malutkich braci. Widziałem też psy pozbawione sierści. Wyglądały złowrogo. Najbardziej utkwiło mi w pamięci to, że jednego z braci znalazłem powieszonego. Budziłem się zlany potem i ze łzami w oczach, a kiedy zasypiałem, ten sen dalej trwał. Musiałem na to patrzeć i dalej czuć to rozlewające się we mnie uczucie, że już niczego nie ma, że wszystko, co było, należy do przeszłości. Jest tylko pustka, tylko ja i pusta przestrzeń wokół. Przeraża mnie ten sen. Przeraża mnie widok mojego rodzeństwa w nim. Boję się nawet go opisywać.
Boję się o nim myśleć. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2025 roku. Facet od plastelinowego UFO zrobił dobrą robotę. Był tak medialny, że dzięki niemu trafiłem do różnych niszowych ufologów i badaczy zjawisk niewyjaśnionych. I powiem szczerze, co mi wiadomo w tych sprawach. Najprawdopodobniej nie tylko ja, ale każdy ma jakąś ciekawą historię do opowiedzenia. Moja babcia, zwykła pracownica browaru, mówiła mi z pełnym przekonaniem, że po śmierci jej ojca słychać było, jak chodzi po strychu. Opowiadała też o jakimś psie, który się powiesił. Dziwna sprawa. Nigdy nie słyszałem o czymś takim nigdzie indziej.
Były też objawienia maryjne. Trzy świecące słońca na łące latem 1994 roku. Miejscowość to Konopków w województwie mazowieckim. Jedzie się w stronę Stupska, a objawienie miało miejsce na łące po prawej stronie drogi, tuż po wyjeździe z Konopków. Najprawdopodobniej nie było to coś bardzo dużego, ani też bardzo małego. Sam również tam byłem, ale niczego nie zobaczyłem. Znam jednak moją babkę. Jeśli mówiła, że coś było, to musiała to być kula o średnicy trzech do pięciu metrów. Nie jakaś ogromna, ale też nie robaczek. Babcia była wierząca, ale nie należała do, jak sama mówiła, tercjarek, czyli zradykalizowanych, owładniętych religijnym uniesieniem starszych pań, potocznie zwanych moherami.
Mój brat czytywał Faktor X, a ja uważałem to za totalne brednie. Zero wiarygodności. Pamiętam, że był tam artykuł o tym, że człowiek nie wylądował na Księżycu. Wtedy mnie to śmieszyło, ale dziś? Sami sprawdźcie i oceńcie. Kiedy zmarł Prince, ten słynny wokalista, było już ciemno, około godziny 22:00. Jechałem wtedy rowerem kilka kilometrów z miejscowości Krzynowłoga na północ od Gruduska w województwie mazowieckim. Na niebie pojawił się czerwony punkt, który poruszał się bardzo szybko i gwałtownie. Co wtedy pomyślałem? Jakieś UFO.
Mam to gdzieś. Przede mną jeszcze 40 kilometrów do przejechania w nocy. A moja własna historia? Październik 2023 roku, godzina 16:30. Wysiadłem z autobusu na warszawskim Targówku. Chciałem zrobić zakupy. Przede mną szły dwie dziewczyny. Brunetki, trochę poniżej metr siedemdziesiąt wzrostu, zgrabne sylwetki. Kiedy się zbliżyłem, usłyszałem, że mówią po szwedzku. Wiem to na pewno, bo w warszawskiej kablówce kiedyś była szwedzka telewizja TV4.
Oglądałem ją dla bingo i wyścigów konnych i tego języka nie da się pomylić. To nie był duński. Nie ma szans. Pomyślałem sobie, co takie turystki robią na warszawskim blokowisku, które raczej nie cieszy się dobrą sławą. Wszedłem do Biedronki, żeby zrobić zakupy i tam byli tacy sami ludzie. Jak się ogląda telewizor i człowiek na chwilę przyśnie, to najpierw słyszy się jakieś głosy, a potem orientuje, że to po polsku. A tam w sklepie, mimo prób nie mogłem usłyszeć języka polskiego. Finał? Chodziłem długo po sklepie, aż w końcu podszedłem do kasy. Karty płatnicze nie działały.
Musiałem wszystko zostawić. Nigdy wcześniej, odkąd od sześciu lat robię tam zakupy, coś takiego się nie wydarzyło. Poszedłem więc do innego sklepu, zrobiłem zakupy i wróciłem na Targówek. Nie wchodziłem już do środka, ale takich dziwnych ludzi już tam nie było. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w marcu 2025 roku. Piszę, aby przedstawić historię, która mnie spotkała. Nie spotkałem w życiu UAP. Nie zetknąłem się też z bytami znanymi z folkloru ani z kryptydami. Mam natomiast trochę doświadczeń z duchami. U siebie w domu nagrałem EVP.
Doświadczyłem też rzeczy raczej typowych dla historii o duchach, takich jak poruszające się przedmioty. Dodatkowo dwa razy widziałem ducha dziadka, a raz widmo na drodze przy cmentarzu, które rozpłynęło się w powietrzu na moich oczach. Jako dziecko również widywałem babcię i dziadka, choć wszyscy wtedy żyli. Jednak nie o tym chcę opowiedzieć. Mam mocną historię, taką, po której przez wiele dni nie mogłem się otrząsnąć i czułem realne zagrożenie.Był okres Wielkanocy. Nie jestem osobą wierzącą, więc nie świętowałem jej po katolicku. Moja ówczesna partnerka słuchała wtedy satanistycznego metalu. Jako ateistka nie wkręcała się w teksty. Chodziło jej wyłącznie o muzykę. Konkretnie słuchała zespołu Rotting Christ i płyty Rituals.
Tego dnia rano byliśmy w Dolinie Śmierci na Fordonie w Bydgoszczy. Wieczorem siedziałem dłużej przy komputerze. Wszyscy już spali. Kiedy położyłem się do łóżka, po bardzo krótkim czasie, pół minuty, może minucie, zacząłem widzieć, mając zamknięte oczy, szybko migoczące na różne kolory tło. Na tym tle pojawiały się napisy: złość, nienawiść, zazdrość, śmierć, męka, tortury i inne straszne słowa. Wystraszyłem się i otworzyłem oczy. Od tego momentu zaczął się horror. Od razu po otwarciu oczu mimowolnie usiadłem i zobaczyłem w kącie pokoju to. Było wysokie, niemal pod sam sufit. Postać była szczupła, choć mocno wyparłem jej wygląd i nie pamiętam szczegółów.
Emanowała z niej intensywna fioletowa poświata, która wręcz zalewała cały pokój. Chciałem się położyć, szybko skulić i zamknąć oczy, ale nie mogłem. Po chwili nagle rzuciło mnie na plecy. Chciałem usiąść, lecz nie byłem w stanie. Następnie to coś mnie posadziło i znowu nie mogłem się położyć. Nagle zobaczyłem otchłań. Tam nie było nic. Odczułem stan niebytu. Nie myślałem, tylko patrzyłem w czerń. Straciłem poczucie czasu i nie wiem, ile tam byłem.
W pewnym momencie wszystko wróciło. Znów widziałem pokój. Postaci już nie było, ale czułem w powietrzu jakiś ciężar. Chciałem obudzić partnerkę, ale moja ręka mocno złapała ją za włosy, aż krzyknęła. Ja w tym czasie płakałem i próbowałem krzyczeć. W głowie pojawiła mi się myśl: jeszcze się zdziwisz, jak umrzesz. Albo: jeszcze się zdziwisz, jak zginiesz. Potem wszystko ustało. Tej nocy już nie spałem. Byłem przerażony, zalany łzami.
Nie wiedziałem, co robić i czułem całkowitą bezsilność. Zacząłem nawet rozważać kontakt z katolickim egzorcystą, ale miałem silne przekonanie, wręcz nie wiem skąd, że coś stanie się moim bliskim, że wydarzy się jakiś wypadek i nie dojadę na miejsce, a nawet, że coś może stać się samemu egzorcyście. Ostatecznie z tego nie skorzystałem. Mijały dni. Podczas jednej z rozmów z partnerką wspomniałem o tej sytuacji dosłownie jednym słowem i nagle w pokoju zrobiło się odrobinę ciemniej. Moja partnerka również to zauważyła. Od razu, bez żadnego umawiania się, zmieniliśmy temat i wtedy znów się rozjaśniło. Krótko później w szpitalu zmarła babcia mojej partnerki. Pewnego dnia otworzyłem szafkę w kuchni i zaraz po otwarciu jedna ze szklanek wybuchła mi w twarz, rozsypując się na drobne kawałki. Miałem po tym drobne ranki.
Nie wiem, czy można to powiązać z babcią, z tamtym bytem, czy może było to coś zupełnie zwyczajnego. Na przykład wada szklanki. Aktualnie nic mnie nie nęka. To była jednorazowa sytuacja. Czasami mam do czynienia z duchami. Co jakiś czas przewijają się przez moje mieszkanie. Mieszkam w nowym bloku, ale został on wybudowany blisko dawnego sądu, na którego podwórzu hitlerowcy rozstrzeliwali ludzi. Mam nagrania EVP, a nawet jakieś zdjęcia, na których coś dokładnie widać, choć może to być po prostu pareidolia. Z innej beczki. Wierzę też w reinkarnację.
Wydaje mi się, że znalazłem swoje poprzednie wcielenie, a także poprzednie wcielenie mojej aktualnej partnerki. Nie jest to pewnik, ale układ cyfr w datach, wygląd, linia włosów, uśmiech i nos. Wszystko się zgadza. Mało tego, grzebiąc głębiej, znaleźliśmy też odpowiedników w rodzinie. Może zabrzmi to niewiarygodnie, ale prawdopodobnie moja partnerka była arcyksięciem Franciszkiem Ferdynandem. Nie jest to wyssane z palca. Zajęliśmy się tym dokładniej i zrobiliśmy tabelę porównawczą, naszą oraz naszych odpowiedników. Zebraliśmy zdjęcia i przygotowaliśmy porównanie. Ja miałem być jego córką, Zofią von Hohenberg. Zaznaczam, że nie traktuję tego jako pewnik, ale uważam, że istnieje duże prawdopodobieństwo.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w listopadzie 2025 roku. Pisałem już kilkukrotnie o zjawiskach w moim życiu. Nadszedł czas, aby napisać o tym, jak to chyba się zaczęło. A zaczęło się prawdopodobnie od NDE, kiedy miałem kilka godzin. Nie mam żadnych wspomnień z tego czasu, ale mam dziwne poczucie, że wtedy coś się wydarzyło. Otóż kiedy się urodziłem, byłem bardzo słaby i chory. Nie wiem dokładnie na co. Mój stan był tak zły, że lekarze nie tylko mówili, iż mam niewielkie szanse przeżycia. Jeden z nich stwierdził wprost, że jeśli przeżyję do rana, to będzie cud. Urodziłem się o 17:10, więc naprawdę nie dawał mi zbyt wiele czasu.
Lekarze zasugerowali też i pomogli moim rodzicom zorganizować w szpitalu tak zwany chrzest wodny.Dlatego byłem chrzczony dwukrotnie. Drugi raz już normalnie kilka miesięcy później, kiedy wypisano mnie ze szpitala. Mama opowiadała, że kiedy wracała do szpitala następnego dnia, bała się, co zastanie. A tam lekarze uśmiechnięci, mówiący, że już wszystko dobrze. Niezwykłe przeskoczenie, jakby przełączenie ze stanu krytycznego do niemal normalnego. Pozwolono mamie wziąć mnie na ręce. Wcześniej nie mogła tego zrobić. Podczas chrztu wodnego trzymała mnie pielęgniarka, a zamiast księdza był lekarz. Mama obserwowała to przez szybę. Przeskoczmy 18 lat do przodu, dokładnie do moich 18.
urodzin. Muszę zaznaczyć, że miało to miejsce w 1997 roku. Tego popołudnia miałem różne plany, ale jak zwykle około godziny 14:00 wyprowadzałem psa na spacer. Schodząc od strony mostu trzeba było przekroczyć rurę ciepłowniczą. Zejście nie było oficjalnie otwarte, ale często z niego korzystałem. Będąc na rurze trzeba było przeskoczyć na kwadratowy filarek. Kiedy już na nim stałem, pies pociągnął za smycz i straciłem równowagę. Wypuściłem smycz i spadłem z wysokości około czterech, pięciu metrów. I wtedy wydarzyło się to, co określam klasycznym NTE. Po pierwsze, w trakcie lotu, mówimy o mniej więcej jednej sekundzie, w głowie pojawił mi się klasyczny film poklatkowy z mojego życia.
Najważniejsze momenty. Co ciekawe, nie potrafię teraz przywołać żadnego z nich. Pojawiła się również myśl: zaraz zginę. I jednocześnie dziwne, spokojne poczucie, że to jeszcze nie mój czas. Tunelu nie widziałem. Pamiętam ciemność. Potem jakbym się obudził. Nade mną stali ludzie. Ktoś mówił o wezwaniu karetki. Pies siedział spokojnie przy mnie, co było dla niego bardzo nietypowe.
Wstałem jakby nigdy nic. Otrzepałem się z kurzu i szybko odszedłem. Nie chciałem karetki, nic mnie nie bolało, a bałem się, że zawiozą mnie do szpitala i przepadną mi urodziny. Nadmienię, że spadłem na trawę. Z tego, co pamiętam lub mi się wydaje, leciałem głową w dół i to właśnie głową uderzyłem w ziemię. Kiedy wróciłem do domu, mama zapytała, gdzie tak długo byliśmy. Nie było nas naprawdę sporo czasu. Nic mi się nie stało. Żadnych złamań, żadnych stłuczeń, nic nie bolało. Kilka dni później mama zapytała, czy nie widziałem czegoś dziwnego, bo podobno ktoś skoczył z mostu i uciekł.
Powiedziałem, że nie. Nic nie widziałem. Poszedłem w drugą stronę. Przypuszczam, że ludzie, którzy widzieli mnie leżącego na ziemi, myśleli właśnie, że skoczyłem z mostu. Ludzie, którym opowiedziałem tę historię i którzy znają to miejsce, mówią, że owszem, jest to możliwe, ale wymagałoby wiele szczęścia i zbiegów okoliczności. Często pytają, czy to coś zmieniło w moim życiu. Nie sądzę. Myślę, że więcej stało się przy urodzeniu. Ja od zawsze widziałem różne dziwne rzeczy i od dziecka miałem bardziej otwarty umysł. Kiedy miałem kilka lat, mama dała mi kolorowankę.
Świetnie to pamiętam. Na rysunku była krowa na łące i bańka mleka. Pokolorowałem krowę na fioletowo. To było po PRL-u. Nikt jeszcze nie myślał o czekoladzie Milka. Wszyscy wokół śmiali się ze mnie, że czemu fioletowa krowa? A ja podobno pokazywałem na telewizor, który zresztą też był czarno-biały. Czyżbym widział przyszłość? Zresztą poczucia déjà vu i inne podobne zjawiska są częste w moim życiu. Kiedy czasem opowiadam o tym znajomym, trudno im uwierzyć, że tyle mogło spotkać jedną osobę.
Ale to już inna historia. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lipcu 2024 roku. Zanim jeszcze zacząłem interesować się zjawiskami paranormalnymi, a wręcz można powiedzieć, że w czasach, gdy byłem kompletnym ignorantem w tej dziedzinie, doświadczyłem nietypowego paraliżu sennego. Nietypowego, ponieważ nie tylko nie mogłem się poruszyć, ale również towarzyszył mi przeraźliwy ból. Ale zacznijmy od początku. Miałem wtedy około 25 lat i mieszkałem w Holandii, w małej miejscowości Ramstongsweir. Razem z moją ówczesną partnerką wynajmowaliśmy całkiem spore mieszkanie w tak zwanym bliźniaku. Pewnej nocy obudziłem się, leżąc na plecach. Widziałem przed sobą ciemny pokój. Nie mogłem się ruszyć, a kątem oka dostrzegałem spokojnie śpiącą partnerkę.
Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Zacząłem wtedy zauważać, że od strony nóg pod kołdrą coś się porusza, jakby coś powoli sunęło w górę między moimi stopami. Nie pamiętam dokładnie, na jakiej podstawie, ale wtedy byłem przekonany, że to coś przypominało długi palec zbudowany z wielu segmentów. Ten intruz dotarł do mojego pępka i zaczął się w niego wdzierać. Od tego momentu pamiętam już tylko przeszywający ból i narastający strach. Trwało to bardzo długo. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dziś z perspektywy czasu coraz częściej zastanawiam się, czym mogło być to doświadczenie. Czy inni ludzie również odczuwają intensywny ból podczas paraliżu sennego? Trochę już interesuję się tym, co wykracza poza to, co materialne i szczerze mówiąc, obawiam się, że tamto wydarzenie mogło pozostawić we mnie jakiś ślad.
Słowo komentarza. Paraliżowi sennemu zwykle nie towarzyszy ból. Jest to jednak sytuacja na granicy snu i jawy, w trakcie której lubią się ludziom spontanicznie materializować różne rzeczy, które w tamtej chwili wymyśla ich mózg. Mogło więc być tak, że to mózg niejako sprokurował jakąś sytuację, której efektem było odczucie bólu, nawet mimo braku fizycznego czynnika, który mógłby go wywołać. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w maju 2024 roku.
[01:01:11] - Długo, bardzo długo chciałam się tym z kimś podzielić. Z kimś, kto mnie zrozumie. To wydarzenie zmieniło moje życie i moje postrzeganie śmierci. Ale do rzeczy. Byłam w ciąży. Siódmy, może ósmy miesiąc. Syn urodził się w czerwcu. Za oknem zieleń i ciepło. Dwóch synów w przedszkolu. Mąż w pracy.
Obiad bulgocze na kuchence. Pralka pierze, a ja zmywam naczynia. Czuję ruchy syna. Wierci się jak na karuzeli. Czuję wielką radość. I nagle woń kwiatów. Frezje, lilie, róże, konwalie, bez. Te rozpoznałam. Woń jest tak bajeczna, tak odurzająca, że nie potrafię tego opisać. Pierwsza myśl: skąd ten zapach?
Zapada cisza. Tak głęboka, że również nie potrafię jej opisać. Czuję, że coś jest nie tak, a jednak jestem spokojna, zrelaksowana. Odwracam się w stronę tej nieopisanej woni. Widzę postać może 140, może 150 centymetrów wzrostu, w brązowym habicie z kapturem zasłaniającym twarz, ręce schowane w rękawach. Nie bałam się. Byłam tylko lekko zaniepokojona. Ja: „Kim jesteś?” Istota: „Jestem aniołem. Jestem śmiercią.” Ja: „Czego chcesz?” Istota: „Nie bój się, będziemy z tobą.” I wszystko się rozwiało. Chciałabym dodać, że pierwszy i ostatni raz w życiu widziałam kolory przypisane zapachowi.
Ten byt pachniał tak pięknie, że nie potrafię tego opisać. Zapach był jakby jego aurą. Czułam się spokojna i zrelaksowana. Urodziłam syna. Zdrowy. Potem były wizyty położnej. Wszystko jak zwykle. Ale to, co nastąpiło później, było bardzo ważne. Po dwóch tygodniach wylądowałam w szpitalu. Szczegóły pominę.
Trafiłam na salę zabiegową. W zasadzie nie różniła się od operacyjnej. Znieczulenie. Jeden. Dwa. Trzy. Leżę i myślę: dlaczego twarzą w dół? Dlaczego w kartonie? Przecież ja żyję. Słyszę rozmowy lekarzy.
Słyszę, jak jeden z nich klnie. Jest wściekły i wiem dlaczego. Bo nie życzę sobie przetoczenia krwi ani preparatów krwiopochodnych. To nie kwestia religii. Po prostu nie moje komórki. Jakoś tak. Nie moje. Słyszę, że trzeba zadzwonić do męża, bo się wykrwawiam, a nie ma już możliwości podania płynów zastępczych. I wtedy, w tej samej chwili, gdy słyszę lekarza i myślę o tym kartonie, dociera do mnie. Ten karton to pudło.
To moje ciało. Ja jestem czymś innym. Jestem jak pięść. Energią błękitno-białą, białą z neonowo niebieską obwódką. Mam twarz. Reszta jest jak rozwiane włosy. Ale jeśli chcesz mieć rękę czy nogę, masz ją. Gdy już ogarnęłam sytuację, zobaczyłam wyjście. Jak pępek. Widziałam kafelki na ścianie.
Słyszałam rozmowy lekarzy, choć ich nie rozumiałam. Pstryk. Przeskok. Jestem w tunelu tak czarnym, że sama czerń tam świeci. Czuję obecność osób. Mężczyzn i kobiet. Stoją. Idą. Na końcu tunelu jest światło. Jasne, bardzo jasne, ale nie rażące.
Jest daleko. Czuję się zagubiona, może lekko przestraszona. Czuję obecność wielu istot. Nie widzę ich, ale czuję. Trudno to wytłumaczyć. Nie widzisz, a jednocześnie widzisz. Jestem zagubiona. Czemu tu jestem? Gdzie jestem? Szybko jest przy mnie on, ono, ona.
Chcę zaznaczyć, że w tym tunelu jest bezpiecznie i cicho. Pstryk. Jestem bliżej światła. Jest mi... Nie mam słów. Absolutna absolutność. Idealna idealność. Doskonała doskonałość. I wtedy zdaję sobie sprawę, że mam maleńkie dziecko, dwutygodniowego synka i dwóch starszych synów. Nie chcę iść.
Muszę wrócić. Muszę przy nim być. Jest malutki i tak bardzo mnie potrzebuje.Choć jest tam tak cudownie. Jestem blisko świetlistej bramy. Za nią majaczą widoki i stoją ludzie. Pewnie moi bliscy. Nie wiem kto. Ta istota odchodzi gdzieś po zgodę, żebym mogła zostać. Następne, co pamiętam, to ciepła dłoń mojego męża i głos pielęgniarki. Po dwóch tygodniach lekarze nie dawali mi 10% szans na przeżycie.
Miałam sepsę. Mój syn jest bardzo medialny. Widzi i czuje pozazmysłowo. Stara się to blokować, tak jak ja.
[01:07:22] - Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w listopadzie 2025 roku. Jestem słuchaczem waszego radia już od dobrych kilku lat. Zacząłem słuchać jeszcze przed studiami. Mieszkam w województwie zachodniopomorskim, okolice Koszalina, ale proszę o niepodawanie dokładnej miejscowości. Są to ziemie odzyskane, co sprawia, że ludność jest tutaj mocno wymieszana i pochodzi z różnych części Polski. Tworzy to ciekawą podstawę do przenikania się historii, mitów i legend. Mam kilku znajomych pochodzenia łemkowskiego z Lwowa i spod Grodna. Sam mam korzenie częściowo z południa Polski, z dawnego województwa kieleckiego oraz z Kujaw. Obecnie jestem trzecim pokoleniem urodzonym tutaj. Różnych opowieści zdarzało mi się słuchać przy okazji spotkań rodzinnych i zawsze słuchałem ich z zaciekawieniem.
Jestem raczej osobą zdroworozsądkową, ale nie zamykam się na tego typu zjawiska. Sam jednak nigdy nie szukałem kontaktu z podobnymi historiami. Historię, którą chcę przekazać, opowiedziała mi babcia. Pracowała w dużym zakładzie przemysłowym, co, jak wcześniej wspomniałem, sprzyjało mieszaniu się ludzi z różnych części Polski. Pewnego razu sama z siebie zaczęła opowiadać coś, co uznałem za warte przekazania. Rozmowę rozpoczęła słowami: „Myślę, że mogę ci coś powiedzieć”, bo wiedziała, że nie śmieję się z takich rzeczy. Zaczęła od tego, że pracowała z pewną panią, która przed wojną mieszkała na terenach obecnej Białorusi, czyli dawnych polskich Kresów, po wojnie zabranych przez Związek Radziecki.
[01:09:06] - Poznałam ją w pracy. Była starsza ode mnie o jakieś 25 lat albo nawet więcej. Ja miałam wtedy około 30 lat, a ona powiedzmy około 60. Przed wojną jako mała dziewczynka mieszkała krótko we Francji. Nie wiem, co było powodem jej wyjazdu. Wszystko działo się jednak już podczas wojny. Mieszkała we wsi. Nie znam jej nazwy. Wiem tylko, że chodziło o tereny obecnej Białorusi. Tam wydarzyło się coś, o czym później opowiadała.
Mąż pewnej kobiety poszedł na wojnę, a ona została w domu z rodziną. Była w ciąży. Miała też synka w wieku około sześciu lat i córkę w wieku około 10 lat. Niestety poród zakończył się tragedią. Kobieta zmarła, ale dziecko przeżyło. Prawdopodobnie doszło do gorączki połogowej. Kobiety ze wsi obiecały, że zajmą się dziećmi i domem. Dzieci zostały w domu. Jedynie niemowlę było pod opieką jednej z kobiet. Kobiety codziennie tam zaglądały, ale za każdym razem okazywało się, że nie ma nic do zrobienia.
Jedna przychodzi, wszystko zrobione. Druga to samo. Pieluszki poprane, dom czyściutki, w piecu napalone. Pytały dzieci, jak sobie radzą, a dzieci odpowiadały: „Mama była”. I tak przez kilka dni. Kobiety przychodziły, a tam ciągle wszystko było zrobione. Dzieci cały czas mówiły, że mama do nich przychodzi i wszystko im robi.
[01:10:47] - A teraz druga historia o ślubie. To jest najważniejsze. Ona również pochodzi z tamtych stron. Babcia mówiła, że działo się tam wiele różnych dziwnych rzeczy. Jak to na wsi. Jedni znali się na leczeniu, inni na naprawach, a jeszcze inni potrafili grać na instrumentach.
[01:11:08] - Pewnego razu do wiejskiego muzykanta ktoś zapukał w nocy i poprosił go, by przyszedł grać na weselu dziewczyny. On się zdziwił. Wesele? O tak późnej porze? Wcześniej nic o tym nie słyszał. Odpowiedziano mu jednak, że wesele jest i trzeba grać. Wziął więc swoje skrzypeczki albo akordeon. Tego już nie pamiętam. W każdym razie swój instrument i poszedł. Podobno było to bardzo dziwne wesele.
Panowała tam nienaturalna atmosfera. Sam mężczyzna, który po niego przyszedł, budził jakieś obce uczucie. Wydawał się zbyt wykształcony jak na takie wiejskie wesele. Było w nim czuć obcość. Wesele odbywało się w dużym pomieszczeniu, czymś w rodzaju wielkiej szopy albo suszarni, gdzie kiedyś suszono tytoń i siano. Było tam dużo ludzi, których muzyk nie kojarzył, ale pomyślał, że może rodzina przyjechała z daleka. Mówił też, że miał wrażenie, jakby znał pannę młodą. Grał całą noc. Gdy wesele dobiegało końca, ten, który go zawołał, podszedł do niego i powiedział: „Jest pora zapłaty”. Muzyk odpowiedział, że nie chce zapłaty i dziękuje.
Tamten był jednak bardzo natarczywy. Kilka razy proponował mu zapłatę. W końcu podał mu tacę z liśćmi i mówił: „Weź, weź, człowieku, weź!”Muzyk z niechęcią wziął jednego liścia i wsadził go do kieszeni. Gdy wychodził z tego miejsca, pomyślał, że musi jakoś zaznaczyć, gdzie był, żeby rano upewnić się, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy może mu się tylko przyśniło. Powiedział później, że wsadził w framugę swoją chusteczkę do nosa i poszedł. Rano we wsi podniósł się alarm. Młoda dziewczyna popełniła samobójstwo. Powiesiła się w szopie. Muzyk zerwał się natychmiast. Wciąż był w szoku.
Pobiegł pod suszarnię. Ludzie mówili: "Młoda dziewczyna się powiesiła". Podszedł do framugi, a tam jego chusteczka. Włożył rękę do kieszeni, a tam złoty rubel. I wtedy powiedział, że grał na weselu córki sąsiada i że brała ślub z diabłem.
[01:13:57] - Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w sierpniu 2024 roku. Opisywane zdarzenie miało miejsce 15 marca 2024 roku w miejscowości Węgierska Górka. 15 marca tego roku wydarzyło się coś dziwnego. Od kilku lat jestem na emeryturze z MSW, a moją pasją jest uprawianie sztuk walki, w szczególności kung-fu, a dokładnie Wing Chun. Mam w pobliskim lesie uroczą polankę, na której w spokoju mogę ćwiczyć różne formy tego systemu. Tego dnia około godziny 16:00 poszedłem tam na trening. Podczas ćwiczeń zauważyłem, że nagle zrobiło się dziwnie cicho, a otoczenie stało się szarawe. Nagle około 15 metrów obok mnie pojawił się snop światła, który przypominał światło z latarki skierowanej z góry. Snop ten rozszerzał się, aż utworzył okrąg o promieniu około pięciu metrów. Z tego kręgu wyłoniły się dwa snopy światła przypominające płomienie świec o wysokości około dwóch metrów.
Zaczęły się zbliżać do mnie, a następnie przekształciły się w postacie przypominające mnichów. Miały ciemne habity i kaptury, a w rękach trzymały laski. Nagle usłyszałem w głowie głos, który mówił, żebym się nie bał i poszedł z nimi. Jeden z nich zbliżył się do mnie i chciał dotknąć mojej głowy kijem. Byłem, delikatnie mówiąc, bardzo zestresowany, ale dzięki wieloletnim treningom oraz sparingom wypracowała się u mnie tak zwana pamięć mięśniowa. Odruchowo odbiłem ten kij i uderzyłem postać, a uczucie było takie, jakbym uderzył w bardzo ciepły worek treningowy. Postać zaczęła się cofać do kręgu, a ja zauważyłem, że miała czarne oczy i dziwnie zdeformowaną twarz przypominającą chyba krasnala. Druga postać nagle zbliżyła się do mnie i chciała uderzyć mnie kijem w brzuch. Odskoczyłem, ale kij mnie musnął. Poczułem ciepło w brzuchu i zrobiło mi się niedobrze.
Ta postać również wycofała się do kręgu. Okrąg nagle się zwęził, a snop światła uniósł się do góry i zniknął. Nie potrafię wytłumaczyć sobie tego zdarzenia i nigdy o nim nie powiedziałem, bo obawiałem się, że zostanę uznany za chorego psychicznie. Starałem się o tym zapomnieć, ale w maju zdiagnozowano u mnie nowotwór żołądka, co moim zdaniem ma związek z tym zdarzeniem. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w styczniu 2024 roku. Nie wiem, czy to, co opowiem, jest ciekawe, ale pamiętam to jako jedno z bardziej zastanawiających zdarzeń, jakie mnie spotkały. Miałem wówczas około 20 lat i szedłem do biblioteki. Mieściła się ona na końcu bloku, w którym mieszkała babcia mojego znajomego. I to jest w tej opowieści dość istotne. Kilkaset metrów wcześniej przypomniałem sobie, że ów kolega opowiadał mi kiedyś o pewnym zdarzeniu.
Śniło mu się, że idzie do babci na imieniny właśnie do tego bloku i sen ten zawierał różne szczegóły. Rok później naprawdę tam szedł i miał wrażenie, że wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak w tamtym śnie. Dla mnie wyjaśnienie było proste. Miał déjà vu i tyle. Pomyślałem jednak, że skoro w tym miejscu coś było nie tak z czasoprzestrzenią, to to sprawdzę. Wymyśliłem więc test. Zatrzymam się przed uliczką wjazdową na osiedle tuż przed owym blokiem i założę, że piątym samochodem jadącym główną ulicą po mojej lewej stronie, nie licząc autobusów, będzie Audi A4 kombi w ciemnym grafitowym kolorze. A żeby jeszcze bardziej to utrudnić, auto będzie miało warszawskie tablice rejestracyjne, a nie lubelskie, choć wszystko działo się w Lublinie. Zatrzymałem się i czekałem. Przejechało jedno auto, drugie, trzecie.
To był autobus, więc się nie liczył. Potem trzecie osobowe, czwarte. Czas zaczął mi się dłużyć, bo głupio mi było tak stać bez sensu. Byłem pewien, że nic z tego nie wyniknie. I wtedy nadjechało piąte auto. Mało powiedziane, że nadjechało. Skręciło nawet w alejkę przede mną i zatrzymało się jakieś pięć metrów ode mnie, żeby wypuścić pasażerkę. Audi A4 kombi, ciemny grafit, warszawskie tablice. Puls niesamowicie mi przyspieszył i przeszedł mnie dreszcz. Powiedzieć, że byłem zdziwiony, to jak nic nie powiedzieć.
To tyle. Uważam, że skomplikowanie założeń, fakt, że wpadłem na ten pomysł spontanicznie, bez wcześniejszego planu oraz że była to pierwsza i jedyna próba to trochę za dużo jak na zwykły zbieg okoliczności.Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w czerwcu 2024 roku.
[01:19:06] - Natrafiłam na państwa audycję na YouTubie. Ucieszyło mnie, jak wiele osób coraz śmielej otwiera się i dzieli swoimi niezwykłymi przeżyciami i snami. Sama chciałabym opowiedzieć o swoim świadomym śnie, który był związany ze znakiem dotyczącym mojego poprzedniego wcielenia oraz późniejszym jego wyjaśnieniem. Wierzę, że historia ta zainteresuje osoby otwarte na temat wędrówki dusz i reinkarnacji. Mam również nadzieję, że mimo iż udało mi się znaleźć częściową odpowiedź na nurtujące mnie pytania, znajdzie się ktoś, kto pomoże mi zrozumieć, co powinnam zrobić, by naprawić błędy popełnione w tamtym życiu. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie wszyscy ludzie z wyższym wykształceniem odrzucają takie tematy. Sama ukończyłam studia i mam wykształcenie wyższe, a jednak wierzę i wiem. Przejdźmy do snu. Śnił mi się niewielki, prowizoryczny sklep z różnymi przedmiotami. W środku byłam tylko ja, moja mama i sprzedawca.
Byłam świadoma, że śnię. Wiedziałam, że zakupy, które robię, nie mają wpływu na rzeczywistość i mogę pozwolić sobie na to, na co tylko mam ochotę. Alejki w sklepie były wąskie i wysokie. Nie było tam żadnych zakamarków, w których można by się ukryć przed ciekawskim spojrzeniem. Z koszykiem w ręce podążałam powoli za moją mamą, idąc wzdłuż alejki w kierunku kasy. Nawet dorosły człowiek, będąc w takiej sytuacji, może zachowywać się jak dziecko, podążać za matką jak cień. Kiedy mama poszła dalej, również chciałam za nią pójść. Musiałam jednak przejść obok kasy, przy której stała sprzedawczyni. Nie pamiętam jej twarzy, ale doskonale pamiętam jej słowa: „Pani ma silnego ducha”. Zaskoczyło mnie to i przez chwilę próbowałam zrozumieć, do kogo mówi.
W końcu zapytałam nieśmiało: „Czy mówiła pani o mnie, czy o mojej mamie?” Kobieta westchnęła z lekkim zrezygnowaniem i odpowiedziała: „Masz znamię na nodze. Byłaś silną kobietą, która pomagała ludziom w miłości”. Wtedy zrozumiałam, że mówiła o mnie. Rzeczywiście, od urodzenia mam znamię na lewym kolanie. Długo nie zwracałam na nie uwagi, aż pewnego dnia uświadomiłam sobie, że moja zmarła ciocia miała identyczne znamię w tym samym kształcie z pieprzykiem po tej samej stronie, tyle że na prawym łokciu. Zamyślona próbowałam pojąć, skąd sprzedawczyni wiedziała o moim znamieniu. Przecież miałam na sobie długie spodnie. I skąd znała szczegóły dotyczące mojego poprzedniego wcielenia? Po chwili ciszy kobieta wskazała na stojące obok mnie lustro, które z lekkim szelestem przesunęło się na moją prawą stronę. „Spójrz” — powiedziała.
Początkowo bałam się spojrzeć. Przez głowę przemykały mi obrazy potworów i duchów. W końcu we śnie wszystko wydaje się możliwe. W końcu jednak odważyłam się spojrzeć. W lustrze zobaczyłam swoje odbicie, ale nie do końca. Kobieta w lustrze wyglądała jak ja. Miała identyczną twarz, jednak jej proste, krótkie włosy sięgały ramion, podczas gdy moje falowane były znacznie dłuższe. Miałam też wrażenie, że jest wyższa ode mnie. Co najdziwniejsze, jej odbicie nie poruszało się synchronicznie ze mną. Ubrana była w długą spódnicę i elegancką białą bluzkę, która podkreślała jej wyrafinowany styl.
Jej spokojny uśmiech wywołał we mnie poczucie ciepła i ukojenia. Wiedziałam. To byłam ja w poprzednim wcieleniu. Nagle się obudziłam. Mimo niezwykłości tego snu czułam dziwny spokój. Z biegiem czasu zaczęłam analizować jego znaczenie. Przypomniałam sobie wizytę u wróżki, która miała odczytać moje poprzednie wcielenia. Skupiłyśmy się wtedy na moim ostatnim życiu. Byłam w nim kobietą. Moja dusza pragnęła kontynuować naukę ezoteryki, a warunki, miejsce zamieszkania i rodzina zapewniały mi dostęp do potrzebnej wiedzy.
Niestety w tamtym życiu zboczyłam z tej drogi. Sen miał mi o tym przypomnieć. Zdeterminowana postanowiłam poszukać odpowiedzi. Skontaktowałam się z osobą, która mogła mi pomóc. Zapytałam, nie zdradzając szczegółów snu, dlaczego mam to znamię i co może oznaczać. Usłyszałam, że w poprzednim wcieleniu byłam kobietą, ezoteryczką i wykorzystywałam magię w relacjach miłosnych, rzucając uroki i zaklęcia, by pomagać innym kobietom w zatrzymaniu partnerów lub odzyskaniu ich miłości. Duchowo byłam wtedy bardzo rozwinięta, tak jak jestem teraz. Moja dusza dąży do dalszego rozwoju, a znamię ma mi przypominać o tej misji. Powinnam duchowo się rozwijać, naprawiając błędy z przeszłości. Byłam tym wszystkim głęboko poruszona.
Kobieta, z którą rozmawiałam, odpowiedziała na wszystkie pytania, jakie zamierzałam zadać, zanim jeszcze je wypowiedziałam. Zdradziła mi także, że w mojej rodzinie w każdym pokoleniu rodzi się kobieta, która w poprzednich wcieleniach była szeptuchą lub wiedźmą. To dziedzictwo, które muszę zrozumieć i odpowiednio ukierunkować. Od tamtej pory moje zainteresowanie reinkarnacją i życiem po śmierci tylko się pogłębiło. Dziś wiem, że istnieje coś więcej niż nasza fizyczna egzystencja, a dusza może przeżywać wiele wcieleń zarówno na Ziemi, jak i poza nią. Nawet jeśli nie każdy wierzy w magię snów i znaki, ja, mimo wykształcenia, jestem przekonana, że moje doświadczenie było przekazem od wyższej siły, która pragnie, abym poznała swoją prawdziwą naturę. To niesamowite, jak sen potrafi odmienić sposób, w jaki postrzegamy świat i pomóc nam odkryć nasze wewnętrzne pragnienia oraz życiową misję. Jestem wdzięczna za to doświadczenie i za świadomość, że moje życie ma głębszy sens, niż mogłoby się wydawać. Serdecznie pozdrawiam.
[01:24:57] - Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lipcu 2025 roku.Chcę opisać kilka niezwykłych historii, które mi się przydarzyły w ciągu mojego życia. Nie są to długie opowieści z masą szczegółów. Piszę tak, jak je zapamiętałem. Pierwsze zdarzenie, które pamiętam, miało miejsce w dzieciństwie. To były lata 90. Miałem wtedy około sześciu lat. Mieszkałem z rodzicami i bratem u ciotki mojego ojca na osiedlu domków jednorodzinnych poza miastem. Naprzeciwko mieszkała moja babcia. Te informacje będą miały znaczenie również w kolejnych historiach. Teraz osiedle jest rozbudowane, ale w tamtych czasach domy stały tylko przy głównej ulicy, która prowadziła w stronę lasu.
Była jesień, dość ponury dzień. Rodzice byli w pracy, więc opiekowała się mną babcia. Poszedłem bawić się pod lasem na końcu tej ulicy. Były tam wykopane doły, niezbyt głębokie, około metra, z których wydobywano żółty piasek. Często się tam bawiliśmy, ale tego dnia byłem tam sam. Kopałem tunele, zasypywałem je. Po prostu bawiłem się w tym piasku. W pewnym momencie, odgarniając kolejną warstwę, zauważyłem pod nią odcisk otwartej dłoni. Tak jakby ktoś stał za mną i oparł się, zostawiając ślad. Na pewno nie był to ślad mojej dłoni, ponieważ odcisk był dwukrotnie większy od dłoni dorosłego mężczyzny, a ja, przypomnę, miałem wtedy sześć lat.
Najdziwniejsze jest to, że odcisk nie pojawił się na moich oczach. On już tam był pod tym piaskiem. Dziwnie to zabrzmi, ale zrozumiałbym, gdyby coś niewidzialnego stało za mną i zostawiło ten ślad na bieżąco. To jednak, że on już tam był, to jest dla mnie niepojęte. Normalnie pod warstwą piasku żaden odcisk by się nie zachował, a jednak był tam zupełnie nienaruszony. Nie ukrywam, że gdy tylko to zobaczyłem, uciekłem do domu. Opowiedziałem o wszystkim babci, ale jak można się spodziewać, przyjęła to bez większego przejęcia. Druga historia to opis czegoś, co nazwijmy snem. Piszę tak, bo do końca nie jestem przekonany, że nim był. Dlaczego?
Otóż nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale w moich zwyczajnych snach miejsca przeplatają się ze sobą. Dajmy na to pokój, w którym przebywam, jest częścią mojego domu, ale gdy wychodzę na korytarz, gdzie powinienem zobaczyć drzwi do innych pomieszczeń, nagle okazuje się, że jestem na boisku szkolnym. Albo miejsca, które znam z rzeczywistości, są niby takie same, ale jednak inne. Dzięki temu od razu wiem, że to był sen. Wtedy jednak było inaczej. Wszystko, co wyśniłem, było na swoim miejscu i wyglądało dokładnie tak, jak w rzeczywistości. Zacznę jednak od początku. Miałem wtedy może dziewięć lat. W tym śnie znalazłem się na mojej ulicy. Była bezchmurna noc, widać było gwiazdy.
Stałem tam pośrodku sam. Latarnie świeciły. Ulica była zupełnie pusta. Poczułem się nieswojo. Postanowiłem pójść do domu. Z głównej ulicy prowadziła do niego krótka uliczka, już nieoświetlona. Wszedłem w tę ciemność i po chwili zatrzymałem się. Coś skłoniło mnie, żebym spojrzał w niebo. Nagle pojawiło się tam jasne światło, które mnie oślepiło. Chciałem krzyknąć z przerażenia, ale nie mogłem wydusić z siebie żadnego dźwięku.
Stałem jakby sparaliżowany. Czułem, że to światło chce mnie porwać, ale mimo że nie mogłem się ruszyć, jakoś mu nie pozwoliłem się zabrać. Przynajmniej przez chwilę, dopóki się nie obudziłem. Gdybym był pewien, że to był tylko sen, nie opisywałbym tego zdarzenia. Według mnie było zbyt realne. Poza tym to jedyny sen z dzieciństwa, który pamiętam do dziś. Kolejne zdarzenie było dla mnie bardziej nieprzyjemne od pozostałych. Rok 2004 lub 2005. Miałem wtedy około dwudziestu lat. Jak pisałem wcześniej, mieszkaliśmy z rodzicami i bratem u ciotki.
Ciocia zmarła w 2004 roku w swoim pokoju przy łóżku. Dom był niezbyt duży i do tej pory mieszkaliśmy z rodzicami we wspólnym pokoju, więc kilka miesięcy po jej śmierci tata przeprowadził remont i wprowadziliśmy się tam z bratem. Pewnego wieczoru wróciłem z pracy po godzinie 22:00. Usiadłem do komputera, a po północy położyłem się do łóżka. Dosłownie po kilku sekundach poczułem, jakby coś przeze mnie przeleciało. Jakaś energia. Sam nie wiem. Leżałem plecami do drzwi wejściowych, więc poczułem to od odcinka lędźwiowego, przez klatkę piersiową aż do szyi. Uniosłem się około dziesięć centymetrów nad łóżko i opadłem. W jednej chwili wyskoczyłem z łóżka i dobiegłem do włącznika światła przy drzwiach.
Zapaliłem światło i krzyknąłem przerażony: „Wypierdalaj!” Kiedyś słyszałem, że tak trzeba. Dziwne jest to, że poszedłem opowiedzieć o tym rodzicom, ale nie pamiętam ich reakcji. Nie pamiętam nawet, czy tej nocy wróciłem do swojego pokoju. Nigdy więcej się to nie powtórzyło. Kolejne zdarzenie miało miejsce wiosną 2011 lub 2012 roku. Nie mieszkałem już wtedy z rodzicami. Wychodziłem z domu do pracy przed godziną 6:00 rano. Niedawno był wschód słońca. Zamknąłem drzwi, zrobiłem kilka kroków, kiedy kątem oka po lewej stronie zauważyłem obiekt. Kulę światła odrobinkę większą od piłki do koszykówki.
Unosiła się około metra nad ziemią i wyglądało, jakby wpatrywała się w okno na parterze.Trwało to chwilę. Zanim zdążyłem się zatrzymać i obrócić głowę w jej kierunku, obiekt nagle wystrzelił w górę i zniknął. Przypominało to zajączek świetlny puszczony po ścianie. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to może refleks światła odbijającego się od szyby przejeżdżającego samochodu, ale nie było ani widać, ani słychać żadnego auta. Kolejne zdarzenie z tego samego roku. Lato 2012, około godziny 20:00. Pojechałem do rodziców coś zabrać. Jak już pisałem, do domu, w którym mieszkałem, prowadziła krótka, właściwie ślepa uliczka. Na jej końcu był mały plac wspólny dla trzech domów. Gdy tylko przyjechałem, zauważyłem, że rodzice stoją na podwórku u sąsiada naprzeciwko.
Stali przy oknie, w którym on palił papierosa. Rozmawiali. Opowiedzieli mi, że widzieli coś dziwnego na niebie. Sąsiad zresztą też. To było coś w rodzaju warkocza z ognia lecącego nisko nad ziemią. Wskazywali na niebie kierunek, z którego to nadleciało, gdy nagle pojawiło się znowu. Na wysokości około 50 metrów nad ziemią ciągnął się długi warkocz, jak warkocz komety lecący bardzo wolno z kierunku południowo-wschodniego na północno-zachodni. Leciał na tyle wolno, że zdążyłem pobiec do domu po lustrzankę, żeby to nagrać. Niestety robiło się już ciemno i aparat nie mógł złapać ostrości. Obiekt leciał w linii prostej jeszcze przez kilkanaście sekund, aż zniknął za horyzontem.
Jestem pewien, że przelatywał nad pobliskim osiedlem bloków, więc ktoś jeszcze to musiał widzieć, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek o tym mówił. Kolejne zdarzenie, którego nie byłem jedynym świadkiem, miało miejsce w okolicach Bydgoszczy latem 2014 roku około godziny 21:30. Mieszkamy na wsi. Tego wieczoru sprzątałem po remoncie kuchni. Za chwilę mieli przyjechać sąsiedzi na kawę. Kolega pojechał najpierw po żonę, która pracowała na pobliskiej stacji benzynowej. Nagle usłyszałem bardzo dziwny dźwięk dochodzący z zewnątrz. Przyznam, że pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to właśnie UFO. Dźwięk był naprawdę niezwykły. Na pewno nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem.
Jednak od razu to odrzuciłem, uznając, że to niemożliwe. Wyszedłem na zewnątrz, żeby sprawdzić, co to było, ale dźwięk już ucichł. W tym momencie zadzwonił kolega z pytaniem: „Czy widziałeś to, co my?”. Ze stacji benzynowej roztacza się dobry widok na okoliczne pola, a także na nasz dom. W chwili gdy ja byłem w kuchni, kolega z żoną wyszli na papierosa przed stację. Było tam też kilka innych osób, które również widziały całe zdarzenie. Nad polem w okolicach naszego domu pojawiły się nagle trzy punkty świetlne na wysokości około 100 metrów, ułożone jeden nad drugim po skosie. Przeleciały kilkaset metrów w linii prostej, po czym wystrzeliły w górę. Towarzyszył im właśnie ten dźwięk, który usłyszałem. 10 minut później przyjechali znajomi.
Wyszliśmy na zewnątrz i rozmawialiśmy o tym, co widzieli. Ponieważ ja nic nie widziałem, kolega wskazał mi miejsce na niebie, w którym zaobserwował te trzy światła. I nagle, w tej właśnie chwili, gdy patrzyliśmy w górę, zjawisko się powtórzyło. Na wysokości około 100 metrów zaświeciły się trzy światła w takim samym układzie. Tyle że tym razem były nad nami i z naszej perspektywy, patrząc od dołu, tworzyły trójkąt. Tym razem poruszały się bez żadnego dźwięku. Przeleciały powoli nad naszymi głowami, zakreślając półkole, po czym łagodnie wzbiły się w górę i zniknęły tak nagle, jak się pojawiły. Mam jeszcze trzy krótkie historie od mojej rodziny. Pierwsza pochodzi od mojego taty. Opowiedział mi ją z czasów służby wojskowej w latach 80., bodajże w Koszalinie lub Kołobrzegu.
Była noc. Tata miał wartę. Nad obiektem wojskowym pojawiły się światła, po czym wszystkie urządzenia nagle się wyłączyły, w tym radary w pomieszczeniach pod ziemią. Coś przeleciało nad budynkami. Gdy odleciało, zasilanie wróciło. Podobno zdarzenie opisywała lokalna gazeta, bo te światła były widoczne również nad miastem. Druga historia pochodzi od mamy. Z czasów, gdy w internacie w latach 70. wywoływała duchy z koleżankami. Podobno trzeba je potem odprawić, czego dziewczyny już nie zrobiły.
Mamę w nocy coś dusiło. O szczegóły musiałbym zapytać, bo słyszałem tę historię w dzieciństwie. Trzecia historia również pochodzi od mamy. Pewnego ranka szła na autobus do pracy. Droga prowadziła obok lasku, w którym bawiłem się w dzieciństwie. Podobno nad polami unosiła się gęsta mgła, gdy nagle wyszła z niej, jak to mama opisuje, stara kobieta niosąca chrust z lasu. Minęła moją mamę. Gdy ta odwróciła się, żeby ją przywitać, kobiety już nie było. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w lutym 2022 roku. Chciałbym opisać kilka niezwykłych doświadczeń, które przydarzyły mi się w życiu.
Niektóre dotyczą bezpośrednio mnie, inne moich bliskich, znajomych lub członków rodziny. Są wśród nich obserwacje niezidentyfikowanych obiektów, dziwne spotkania, zjawiska przypominające manifestacje duchowe oraz historie, których do dziś nie potrafię racjonalnie wyjaśnić. Wszystkie zdarzenia, które przeżyłem osobiście, miały miejsce w moim rodzinnym mieście, Złotowie, miejscowości położonej około 50 kilometrów od Człuchowa.Pierwsze dziwne zdarzenie miało miejsce, gdy miałem około dwunastu lat. Bawiłem się wtedy z kuzynem na podwórku. W pewnym momencie obaj dostrzegliśmy w oddali obiekt, który wyglądał jak klasyczny spodek. Miał płaski kształt z wybrzuszeniem u góry. Nie pamiętam, czy były w nim jakieś okna. Wydaje mi się, że raczej nie. Był metaliczny i błyszczący. Obserwacja miała miejsce za dnia, więc nie widzieliśmy żadnych świateł.
Na oko obiekt mógł mieć około dwudziestu metrów średnicy. Najdziwniejsze było jednak jego zachowanie. Oddalał się, jednocześnie bujając się na boki. Przypominało to trochę krążek z filmu Incepcja, który chwieje się przed zatrzymaniem. Tylko że ruch był wolniejszy. Zawołaliśmy rodziców, ale ci nawet nie wychodząc na zewnątrz i nie patrząc w niebo, stwierdzili jednogłośnie, że to na pewno samolot. My z kuzynem widzieliśmy jednak coś zupełnie innego. Innym razem, również z kuzynem obserwowaliśmy nocne niebo. Nagle jedna z gwiazd rozbłysła tak mocno, że przez chwilę wydawała się wielka jak księżyc. Następnie zmniejszyła się i zaczęła się poruszać, aż zniknęła za horyzontem.
Kolejna historia wydarzyła się, gdy byłem już starszy. Wracałem wtedy ze spaceru znad jeziora. Było bardzo ciemno, a jedyne światło dawały widoczne w oddali latarnie. W pewnym momencie usłyszałem, że coś siedzi na drzewie. Dobiegł mnie dźwięk łamanych gałęzi, jakby ta istota schodziła w dół, a potem odgłos upadku na trawę. Chwilę później usłyszałem dziwne odgłosy i coś ruszyło prosto w moją stronę. Brzmiało to tak, jakby biegł na mnie koń. Słyszałem wyraźnie tupot kopyt. Spanikowałem, ale postanowiłem nie uciekać. Zacząłem krzyczeć i starałem się sprawiać wrażenie większego, żeby odstraszyć to coś.
Zadziałało, bo zamiast paść na mnie, odbiło w bok. Po chwili jednak znów ruszyło w moją stronę. Ponownie zacząłem krzyczeć i stroszyć się. Cały czas miałem wrażenie, że trzyma się około trzech metrów przede mną, a ja powoli cofam się w stronę latarni. Gdy na chwilę się zatrzymało, wyjąłem telefon i chciałem zaświecić w miejsce, w którym powinno stać. Nie było tam już jednak niczego. Pamiętam tylko, że wydawało mi się duże i białe. Po wszystkim nogi miałem jak z waty. Pewnego razu siedziałem na polanie z dziewczyną, która obecnie jest moją żoną. Nagle z chmur zeszła pomarańczowa kula.
Zatrzymała się na chwilę, po czym poleciała z powrotem do góry. Z pozoru mogłoby się wydawać, że to nic wielkiego, ale moją dziewczynę tak mocno to wystraszyło, że musieliśmy wracać do domu. Jedno z najdziwniejszych przeżyć miało miejsce w sobotę, gdy razem z kuzynem wybraliśmy się w okolice stacji PKP, żeby porozmawiać i wypić coś w plenerze. Miejsce, w którym siedzieliśmy, znajdowało się kilkanaście metrów od stacji. Było dość zaciemnione i niewidoczne od strony dworca. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że ktoś idzie. Wstałem i zobaczyłem policję, więc szybko schowaliśmy alkohol, żeby uniknąć mandatu. Policjanci porozmawiali z nami, spisali nas i odeszli. Po pewnym czasie, gdy trochę już wypiliśmy, zaznaczę, że mamy mocne głowy i ćwiartka na osobę to dla nas niewiele, rozmowa zeszła na tematy UFO, świadomych snów i podobnych spraw.
I wtedy wydarzyło się coś, czego do dziś nie potrafię wyjaśnić. Nie pamiętam początku tej sytuacji. To było tak, jakby nastąpiło jakieś płynne przejście. Nawet nie zauważyliśmy momentu, w którym obok mnie pojawiły się jakieś istoty i włączyły się do naszej rozmowy. W tamtej chwili było to dla nas zupełnie naturalne. Tak jakby przyszły razem z nami albo jakby od początku tam były. Nie pamiętam, o czym z nimi rozmawialiśmy. Nie potrafię opisać ich twarzy ani nawet powiedzieć, czy byli ludźmi, bo tego po prostu nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że siedzieliśmy i rozmawialiśmy z nimi. Było ich około dziesięciu.
Siedzieli po mojej lewej stronie, natomiast obok kuzyna nie było już nikogo. Emanowała od nich przyjaźń, miłość i jakaś więź. Pamiętam, że zadawaliśmy im pytania, ale nie pamiętam jakie. Pamiętam też, że razem się śmialiśmy, ale nie pamiętam z czego. W naszym odczuciu trwało to około pół godziny. Potem znów usłyszeliśmy, że ktoś się zbliża. Kuzyn wstał, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem znowu nie policja. Sekundę później ja również się podniosłem i wtedy przeżyliśmy szok. Te postaci zniknęły. Po prostu ich nie było.
Byłem autentycznie wstrząśnięty, bo ich obecność jeszcze przed chwilą wydawała się całkowicie naturalna. Nie mogłem uwierzyć, że jesteśmy tam tylko ja i kuzyn. Po kilku sekundach dotarło do mnie, że naprawdę nikogo poza nami nie ma. Powiedziałem wtedy do kuzyna coś w rodzaju: "Kuzynek, co tu się właśnie odwaliło?" On odpowiedział, że nie wie, ale siedzieli tam jacyś ludzie i z nami rozmawiali. Pokazał miejsca, w których siedzieli i potwierdził, że byli obok mnie, a koło niego nikogo nie było. Był tak samo zszokowany jak ja, a z wrażenia nawet się popłakał. Dopiero wtedy zrozumiałem, że nie zwariowałem, skoro on również to widział. Przez resztę nocy byliśmy zafascynowani tym spotkaniem. Nie pamiętamy jednak, dlaczego te istoty się pojawiły, czego chciały ani o czym z nimi rozmawialiśmy. Zostało tylko wspomnienie ich obecności, życzliwości i rozmowy.Szok po ich zniknięciu można porównać do sytuacji, w której idzie się całą paczką na imprezę, a po chwili wszyscy nagle znikają i okazuje się, że poszło się samemu.
To było coś nie do opisania. Kolejna historia wydarzyła się w domu mojego szwagra. Siedzieliśmy tam razem z nim i jego dziewczyną. Rozmowa przebiegała normalnie. Śmialiśmy się i żartowaliśmy. Nagle poczuliśmy bardzo mocny, intensywny smród. Przypominał zapach starych siuśków. Nie potrafiliśmy znaleźć jego źródła. Po prostu nagle pojawił się obok nas i utrzymywał się przez około pięć minut. Był wyczuwalny tylko w miejscu, w którym siedzieliśmy.
Kilka metrów dalej nie było go czuć wcale. Najdziwniejsze było to, że ten zapach czułem tylko ja i Sławek. Ania nie czuła kompletnie nic i była przekonana, że sobie z niej żartujemy. Smród był jednak bardzo wyraźny. W pewnym momencie, próbując znaleźć jego źródło, zauważyłem coś jeszcze dziwniejszego. Gdy obracałem głowę w prawo, zapach był bardzo intensywny, a gdy obracałem ją w lewo, nie czułem nic. Granica między jednym a drugim była dosłownie kilkucentymetrowa. Po kilku minutach smród zniknął tak nagle, jak się pojawił. Przez około pół godziny był spokój, po czym zapach powrócił. Tym razem na około 30 sekund.
Znów dla mnie i Sławka był bardzo intensywny, a Ania nadal go nie czuła. Dom, w którym mieszka Sławek, został przez niego kupiony i wyremontowany kilka lat wcześniej. Przedtem mieszkała tam patologiczna rodzina i podobno ktoś tam zmarł. Sławek opowiadał również, że jego pies nieraz dziwnie się zachowywał. Bał się, wariował i wpatrywał w jedno miejsce. Gdy sam u niego spałem, słyszałem kroki na poddaszu, trzaskanie drzwiami i oknami oraz mocne skrzypienia, które potrafiły mnie obudzić w nocy. Obecnie mieszkamy z żoną na tym piętrze, ale nic podobnego już się nie dzieje. Innym razem wyszedłem z psem na spacer. Spojrzałem w górę i zobaczyłem bardzo szybko poruszający się obiekt. Przypominał trójkąt z wnęką, bardziej znak podobny do bumerangu skierowanego w lewo.
Był wysoko, ledwo widoczny, ale poruszał się naprawdę szybko. Około roku temu, mniej więcej pół godziny po północy, siedziałem w salonie przed laptopem i przeglądałem internet. Żona leżała w tym czasie z dzieckiem w łóżku. Nagle rozległ się ogromny huk dobiegający z szafki za mną. Brzmiało to tak, jakby zawaliła się półka z czymś ciężkim albo jakby coś dużego spadło z szafki. Uderzenie było tak mocne, że poczułem lekki podmuch na plecach. Odwróciłem się, ale wszystko było na swoim miejscu. Poszedłem do żony, a ona zapytała, co zrzuciłem. Zacząłem sprawdzać cały dom, ale nigdzie niczego nie znalazłem. Wszystko było dokładnie tam, gdzie powinno.
Kiedyś miałem wspaniałego, wesołego wujka, który nagle zmarł. W dzień po jego śmierci cała rodzina zebrała się na różańcu na jego podwórku. Było około 30 osób. Panowała smutna, grobowa atmosfera. Nagle niedaleko mnie włączyło się radio wujka na cały regulator. Najpierw było słychać szum i dźwięk szukania stacji. Po kilku sekundach stacja została znaleziona, a radio zatrzymało się na bardzo wesołej, melodyjnej piosence. Wszyscy byli w szoku, choć większość myślała, że ktoś zrobił sobie żart i włączył radio. Kuzyn, który siedział bliżej urządzenia niż ja, wstał i zrobił kilka kroków, żeby je wyłączyć. Nie było jednak mowy, żeby ktoś podszedł do radia niezauważony, włączył je i jeszcze przestawiał stację.
Kolejna historia dotyczy snu albo wizji. W pewną sobotę wróciłem do domu około trzeciej nad ranem. Nagrywam wesela i akurat tego dnia pracowałem około godziny drogi od domu. Wróciłem, umyłem się i położyłem spać. Gdy zasypiałem, nagle pojawił się bardzo krótki sen albo wizja trwający jakieś 10, może 15 sekund. Widziałem piękne światło i osobę, którą znałem. Nie widziałem dokładnie twarzy, bo stała w tym świetle, ale na pewno był to mężczyzna o smukłej sylwetce. Pamiętam, że był szczęśliwy. Powiedział: „Teraz jestem wolny”. Chyba dodał jeszcze, że jest szczęśliwy.
Pożegnał się i odszedł w stronę światła, a ja się obudziłem. Było około czwartej. Pomyślałem wtedy, że to bardzo dziwny sen. Zwykle po położeniu się spać zasypiam dopiero po kilkunastu minutach, a tu wizja pojawiła się niemal od razu po zamknięciu oczu. Następnego dnia pamiętałem ją bardzo dokładnie, choć miałem też inne sny, których już nie zapamiętałem. Chciałem opowiedzieć o tym żonie, ale uznałem, że nie ma sensu, bo nie potrafię powiązać tego z żadnym konkretnym wydarzeniem. W poniedziałek rano poszedłem do pracy i usłyszałem od mamy, że mój kuzyn nie żyje. Znaleziono go gdzieś w krzakach. Był bezdomny i miał bardzo duży problem z alkoholem. Miesiąc wcześniej mocno się upił.
Stanęło mu serce. Ktoś go znalazł, reanimowano go i udało się go uratować. Lekarz powiedział wtedy, że jeśli jeszcze raz tak się napije, mogą już nie zdążyć go uratować, bo miał bardzo zniszczone organy wewnętrzne. Niestety pił dalej i zmarł. Zdziwiło mnie to tym bardziej, gdy dowiedziałem się, że w chwili odnalezienia nie żył już od około 24 godzin.Czasowo pasowało to niemal idealnie do mojego snu. Czy rzeczywiście przyszedł się ze mną pożegnać? Jeśli tak, to dlaczego akurat do mnie? Nie miałem z nim zbyt wiele kontaktu. Kilka razy rozmawiałem z nim krótko, gdy dzwonił do drzwi domu moich rodziców. To dziwne, że miałby przyjść właśnie do mnie, a nie do kogoś bliższego.
Teraz chciałbym opisać kilka historii pochodzących od mojej rodziny i znajomych. Kiedyś moja siostra wraz z kuzynką siedziały same w domu. Nagle usłyszały dzwonek do drzwi, ale gdy sprawdziły, nikogo tam nie było. Po chwili dzwonek rozległ się ponownie. Zeszły na dół, otworzyły drzwi i zobaczyły za betonowym płotem postać przypominającą kostuchę. Tak przynajmniej cały czas ją opisują. Postać zaczęła iść w ich kierunku. Można by pomyśleć, że ktoś chciał zrobić im żart, ale najdziwniejsze było to, że ta kostucha przeszła przez murowany płot, jakby go tam w ogóle nie było. Dziewczyny przeraziły się, szybko zamknęły drzwi na klucz i uciekły do kuchni, skąd było widać wejście. Po chwili znów rozległ się dzwonek.
To coś stało już pod drzwiami. Uciekły na górę i zeszły dopiero po kilku godzinach, gdy postać odeszła. Druga historia dotyczy mojego znajomego i wydarzyła się około 15 lat temu. Zmarła jego ciotka, a on nie poszedł na pogrzeb. Kilka dni później jego rodzice poszli do znajomych mieszkających naprzeciwko, a on został sam w domu i grał na komputerze. W pewnym momencie usłyszał, że ktoś woła go po imieniu: „Michałek”. Zszedł na dół, bo myślał, że rodzice wrócili. Zamiast nich zobaczył jednak swoją zmarłą ciotkę, widoczną tylko od pasa w górę. Dolna część ciała była niewidoczna. Tak się przestraszył, że wybiegł z domu w środku zimy w samych skarpetach do sąsiadów, u których byli jego rodzice.
Był w histerycznym płaczu i szoku. Dopiero po kilkunastu minutach był w stanie powiedzieć, co się stało. Następna historia pochodzi od mojej mamy. Gdy była mała, spała w pokoju ze swoją mamą. Obudziła się i zobaczyła przy drzwiach cień w kapeluszu, który stał i patrzył w nią. Przestraszyła się i schowała pod kołdrę. Po pewnym czasie zerknęła ponownie, ale postać nadal tam była. Znów mama schowała się pod kołdrę. Dopiero po około 30 minutach spojrzała jeszcze raz i wtedy nikogo już nie było. Kiedyś mój kuzyn razem z kolegą siedzieli na dachu garażu i patrzyli w gwiazdy.
Nagle z nieba zleciały dwie kule i zaczęły bardzo żwawo krążyć wokół pobliskiej wieży ciśnień. Po chwili poleciały do góry i zniknęły. Innym razem drugi kuzyn był nocą na rybach. Spojrzał w niebo i zobaczył coś, co opisał jako statek kosmiczny z setkami światełek. Obiekt poruszał się cicho, niewiele wyżej niż linia lasu. Kuzyn obserwował go do momentu, aż zasłoniły go drzewa. Koleżanka mojej mamy z pracy opowiadała jej kiedyś historię o zdarzeniu, do którego doszło, gdy szła drogą z grupą kolegów i koleżanek. Mijali lasek, w którym kiedyś ktoś się powiesił. Zauważyli, że coś tam świeci, więc zatrzymali się zaciekawieni. Nagle wyłoniła się trumna, z której coś wyszło i zaczęło iść w ich kierunku.
Wszyscy byli przerażeni. Niektórzy od razu uciekli, innych sparaliżował strach i stali w miejscu. W ostatniej chwili wszystkim udało się uciec. Według tej relacji z całej grupy liczącej chyba około siedmiu osób do dziś żyje tylko koleżanka mojej mamy. Pozostali mieli umrzeć w dziwnych okolicznościach w ciągu kilkunastu lat. Ostatnia historia również dotyczy mojej mamy. Była wtedy w ciąży ze mną i siedziała sama w pokoju. Obok stała gitara. Pomyślała coś w rodzaju: „Ciekawe, co by było, gdyby nagle zgasło światło i ktoś szarpnął za struny”. Zanim zdążyła dokończyć tę myśl, światło zgasło, a struny zostały bardzo mocno szarpnięte.
Mama wybiegła z pokoju z krzykiem do rodziców. Rzecz cała wydarzyła się w przedwojennym poniemieckim domu. I to już chyba wszystko. Dziękuję i pozdrawiam. I to już wszystkie przygotowane na dziś relacje nadesłane do Radia Paranormalium drogą tekstową. Zachęcam do dzielenia się swoimi odczuciami odnośnie usłyszanych dziś historii w sekcji komentarzy. Jeśli zaś macie jakieś swoje przeżycia o trudnym do wyjaśnienia charakterze i chcielibyście się nimi podzielić, zachęcam do kontaktu. Zapowiedzi kolejnych audycji wypatrujcie na stronie Radia Paranormalium www.paranormalium.pl oraz we wpisach na naszych profilach społecznościowych. Na www.paranormalium.pl znajdziecie ponadto bogatą bazę artykułów, a także forum i czata, na których możecie bez skrępowania dyskutować z dala od cenzorskich macek wielkich serwisów społecznościowych. Z kolei w archiwum podcastów wciąż przybywa i przybywa odcinków, które otrzymują pełną transkrypcję o wysokiej dokładności, dzięki czemu przykładowo wyszukanie konkretnej wypowiedzi z któregoś z wcześniejszych odcinków „Mówią świadkowie” powinno być teraz jeszcze łatwiejsze.
Polecam oczywiście również aktualny numer miesięcznika „Nieznany Świat”, który znajdziecie w punktach prasowych na terenie całej Polski oraz w wersji elektronicznej na platformie nexto.pl. Polecam również państwa uwadze kanał czasopisma na YouTube, gdzie obok zapisów spotkań w Nieznano-Światowej Księgarni znajdziecie również dźwiękowe wersje wybranych publikacji z archiwum czasopisma i nie tylko.Polecam również Państwa uwadze kanały Ady Edelman „Biuro duchów”, Kamila Nizio „Przeboodzenie”, Piotra Cielebiasia „UFO Historie” oraz Marka Żelkowskiego „Wehikuł wyobraźni”, których autorzy poruszają cały szereg interesujących tematów, w tym również te znane z anteny Radia Paranormalium. To oczywiście nie są jedyne kanały, które warto odwiedzać, bowiem na stronie głównej naszego kanału na YouTube znajdziecie Państwo odnośniki do jeszcze kilku innych, wartych uwagi miejsc na tej platformie. Mówił do Państwa Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium – paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach. Tych z państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Oto nasze numery telefonów. Stacjonarny 32 746 0008.
32 746 0008. Komórkowy 530 620 493. 530 620 493. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, istnieje możliwość wysłania SMS-a lub nagrania wiadomości głosowej. Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych bądź z zagranicy prosimy ponadto o podanie głosowo numeru, na który mamy oddzwonić. Z każdym z Państwa umawiamy się na rozmowę indywidualnie. W razie wykorzystania zapisu rozmowy, w którejś z audycji istnieje możliwość zmiany barwy głosu. Czekamy również na Państwa e-maile pod adresem radio@paranormalium.pl. radio@paranormalium.pl.
Można również skorzystać z zakładki „Kontakt” na naszej stronie internetowej www.paranormalium.pl. www.paranormalium.pl. Wszystkim naszym rozmówcom i korespondentom gwarantujemy pełną anonimowość. UFO Relacje. Polska baza relacji o obserwacjach UFO. www.ufo-relacje.pl. Podziel się już dziś swoją obserwacją. Czekamy na relacje współczesne oraz z lat ubiegłych. Wszystkim świadkom zapewniamy pełną anonimowość. UFO Relacje.
Polska baza relacji o obserwacjach UFO. www.ufo-relacje.pl. Sięgnij już dziś po „Nieznany Świat”. Najstarsze polskie czasopismo poruszające tematy z pogranicza nauki. Artykuły o tematyce paranormalnej, ezoterycznej, ufologicznej i nie tylko. „Nieznany Świat” miesięcznik dostępny w punktach prasowych na terenie całej Polski oraz w wersji elektronicznej na platformie nexto.pl.