[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Witam wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w kolejny piątek weekendu początek. Krótko po godzinie 20:00 rozpoczynamy kolejne wydanie AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami świeżo po powrocie z Emilcina Marek Żelkowski. Hola, hola Bydgoszcz.
[00:36] - Dzień dobry, wieczór państwu. Jak było w Emilcinie to możecie państwo zobaczyć czy to na zdjęciach, które się licznie pokazały w internecie, czy to na kanale Piotra UFO Historie, gdzie o tej wizycie opowiada i będzie jeszcze opowiadał. Trochę możecie państwo zobaczyć, jak wyglądał powrót z Emilcina, mój nocny. Jest nocna jazda jakieś 80 czy 70 minut, kiedy też jadąc w kierunku Bydgoszczy opowiadam o Emilcinie i o różnych sprawach z Emilcinem związanych. Także to relacji będzie sporo. A ja dzisiaj mam dla państwa, chciałoby się powiedzieć teorię alternatywną, dziwną, gdyby nie to, że wszystko, co za chwilę państwu powiem, można sprawdzić w internecie. W dodatku to, co powiem, okazuje się jakby prawdą. Nie trafiłem na razie, żeby ktoś temu zaprzeczał. W sensie faktom, o których za chwilę powiem. Później wnioski wyciągane to już oczywiście można o nich dyskutować. W dodatku te fakty, które za chwilę podam, ja nie do końca mam przekonanie, że one są ze sobą powiązane, ale jeśli to jest ze sobą powiązane, to nasz świat okazuje się dziwniejszym miejscem, bardzo dziwniejszym miejscem, niż tak przeciętnie to podejrzewamy. Na pewno jest miejscem innym, niż nam się wydaje. To najpierw fakty. Przez ostatnie dziesięciolecie, dekadę, jak to się mądrze mówi, w Iranie panowała koszmarna susza. Susza tak wielka, że ponoć, a tego nie sprawdziłem, ale ponoć kombinowano, czy nie przenieść stolicy, bo już tak było sucho. Woda była racjonowana ponoć. Mówię ponoć, bo tego racjonowania wody też nie sprawdziłem. Natomiast suszę sprawdziłem. I rzeczywiście przez ostatnią dekadę było tak jakoś sucho. To pierwszy fakt. Drugi fakt. 28 lutego rozpoczęła się wojna, w której Iran został zaatakowany, a tenże Iran, że tak powiem, zaczął się odgryzać swoim przeciwnikom. Skutki państwo znacie. Zaatakowane nie tylko państwo, które leży tam, gdzie chce, ale też szereg państw arabskich, a właściwie nie tyle państw, co głównie instalacji wojennych, militarnych należących do Stanów Zjednoczonych oraz baz do tych Stanów Zjednoczonych należących. No dobra, to był trzeci fakt. I czwarty fakt. W marcu i w kwietniu w Iranie zanotowano niespotykaną od dawna falę deszczów, ulew wręcz. Do tego stopnia te opady były intensywne, że kwestia powodzi, przynajmniej takich lokalnych podtopień, absolutnie wchodziła w grę. Pytanie: czy to się ze sobą wiąże? A jeżeli się wiąże, to jak się wiąże? Od razu powiem: nie mam pojęcia. Natomiast przedstawię państwu pewną interpretację, którą znalazłem, która póki co trzyma się jakoś, jak to się mówi, tej przysłowiowej kupy, dlatego że nie wchodzi w szczegóły. Ja też nie wejdę w te szczegóły, bo po prostu się na tym nie znam, ale daję państwu materiał do przemyślenia. Bo to, że po wybuchu wojny i zniszczeniu instalacji, wielkich instalacji militarnych należących do USA, w tym potężnych radarów, ale absolutnie potężnych radarów, instalacji radarowych właściwie, to może być przypadkowa zbieżność, że deszcz zaraz potem zaczął padać i to nad wyraz intensywny. Ale na świecie da się odnotować coraz więcej takich przypadkowych zbieżności. Ja państwu przypomnę, że w Polsce też funkcjonuje amerykański radar w Redzikowie, też potężny, na 360 stopni patrzący wokół i tak dalej. Posprawdzajcie to sobie państwo. W końcu nie będę państwu opowiadał w audycji o książkach, nie będę wykładów o radarach robił. Tych radarów zresztą amerykańskich jest całkiem sporo w Europie. A u nas też jakby ostatnio suchawo. Ostatnio bierzmy odpowiednią miarę i proporcje. To są lata całe, kiedy sukcesywnie ta susza postępuje. Coś dziwnego dzieje się z pogodą, bo na przykład w zeszłym roku, nie wiem, czy to państwo jeszcze pamiętacie, podobno cała Europa umierała od gorąca, a w Polsce w czasie lata było dosyć chłodno. Jak będzie w tym roku zobaczymy, ale sucho jest podobno strasznie. To ja teraz, żeby jeszcze bardziej wsadzić kij w mrowisko, zapytam takŻeby pewnej formalności się stało zadość. Czy wiecie Państwo, co znajduje się w Redzikowie? Ja to już powiedziałem. Chodzi o figurę retoryczną. Ta baza została uruchomiona w dodatku, powiem Państwu, w listopadzie 2024 roku. Tam naprawdę dużą rolę odgrywa radar. I teraz, czy funkcjonowanie potężnych radarów ma coś wspólnego z pogodą? Nie wiem. Moim zdaniem nie widzę związków, ale tak to czasami jest, że jeżeli teraz ktoś bardzo obeznany z technologią, z techniką radarową powie, że to nie ma żadnego związku, to on będzie miał przewagę, bo się na tym zna. Ja natomiast przyzwyczaiłem się do tego, że bardzo często ostatnimi czasy natrafiam na takie sytuacje, w której teoretycznie coś nie powinno działać, a jednak działa. Ale nie upieram się. Powtarzam, nie upieram się, nie widzę związku przyczynowo-skutkowego, ale widzę korelację w czasie. To wbrew pozorom nie jest to samo. I jeśli państwo zetknęliście się kiedykolwiek z takim myśleniem analitycznym, to dokładnie wiecie, że to nie jest to samo. I ja wiem, że ta garść niepowiązanych ze sobą faktów, które państwu przedstawiłem, tak naprawdę o niczym nie mówi i każdy naukowiec wyśmieje te moje intuicje. W sumie jakby tak się dobrze temu przypatrzeć, to będzie miał rację. Ja nie potrafię podać związków przyczynowo-skutkowych, ale pomyśleć o tej zbieżności zadziwiającej w Iranie na szczęście jeszcze mi wolno. Państwu na szczęście też wolno. Jeszcze. Myślcie państwo zatem, bo nie wiadomo, kiedy zaczną przyznawać za to myślenie jakieś ujemne punkty w skali społecznej lojalności. Ale cóż za zbieg okoliczności. No dobra, to tyle teorii alternatywnych, takiego materiału do przemyślenia. A teraz czas na polecanki książkowe, tradycyjne polecanki książkowe. Pierwsza z książek, którą dla państwa przygotowałem nosi tytuł „Taca”. Autor Artur Nowak, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 19 maja. To nieocenzurowana opowieść o bogactwie polskiego Kościoła. Wyłudzanie pieniędzy, żerowanie na wdowim groszu, kreatywna księgowość, podatkowe fikołki, a w tle sprawy, w których stawką bywa ludzkie życie. Z tych relacji wyłania się obraz instytucji, dla której najświętszym sakramentem okazują się pieniądze. Ponad setka informatorów, byli i obecni księża, kurialiści, prokuratorzy i policjanci. Zatem ponad setka informatorów rozbiera kościelny system finansów na części pierwsze. Artur Nowak dociera do szarej strefy działania polskich parafii i zgromadzeń zakonnych. Opisuje mechanizmy przekrętów, cenniki za posługi, obieg gotówki, układy i przywileje, a także bezwstydne bogactwo biskupów. Tu nie ma świętości, której nie dałoby się przeliczyć na wpływ. Nawet pogrzeby stają się okazją do handlu poczuciem winy i rozpaczą. Na czym Kościół zarabia najwięcej? Jakie interesy robi na tak zwanych cudach? Jakie pieniądze każdego dnia krążą w religijnym krwiobiegu bez faktur, bez podatku, bez świadków? Przypomnę państwu tytuł: „Taca”. Autor Artur Nowak, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 19 maja. Dzień później, 20 maja premierę będzie miała książka „Nie ma głupich”. Autor niezwykle znany i ceniony Harlan Coben, wydawnictwo Albatros. Najnowszy thriller amerykańskiego mistrza gatunku Harlana Cobena. Rok po wydarzeniach, które miały miejsce w powieści „Już mnie nie oszukasz” tajemnica ze studenckich czasów detektywa Samego powraca, by go prześladować, jakby teraźniejszość nie była dla niego wystarczająco trudna. Wygląda na to, że przeszłość jeszcze z nim nie skończyła. Sami Kirst, młody absolwent college'u, podróżujący z przyjaciółmi po Hiszpanii, budzi się pewnego ranka pokryty krwią. W dłoni trzyma nóż. Obok niego leży ciało jego dziewczyny. Anna jest martwa. Sami zaczyna krzyczeć, a potem ucieka. 22 lata później Kirst, prywatny detektyw i świeżo upieczony ojciec, łata domowy budżet, ucząc przyszłych śledczych w nowojorskiej szkole wieczorowej. Na zajęciach z zaskoczeniem rozpoznaje znajomą twarz. To bez wątpienia Anna, ale gdy tylko nawiązuje z nią kontakt wzrokowy, kobieta ucieka. Kirst nie ma wyboru. Wie, że musi ją odnaleźć, skonfrontować się z własną przeszłością i rozwiązać zagadkę, która prześladuje go od tamtego strasznego dnia. Jego wspomnienia są wyraźne, ale po tylu latach fakty nie pasują do siebie, czego nie może przecież zignorować.Im głębiej drąży, tym bardziej jest przekonany, że być może niektóre sekrety powinny jednak pozostać w ukryciu. Warto przytoczyć kilka opinii o tej książce. The Independent napisał w recenzji: „Gęsty od akcji i suspensu thriller, który sprawi, że nie zdołasz zmrużyć oka, niecierpliwie przewracając stronę za stroną.” Lee Child stwierdził z kolei: „Harlan Coben nigdy, absolutnie nigdy nie zawodzi.” A Dan Brown podsumowuje: „Współczesny mistrz zaskakujących zwrotów akcji.” Przypomnę, książka „Nie ma głupich”, autor Harlan Coben, wydawnictwo Albatros. Książka ukaże się na rynku 20 maja. Tego samego dnia na rynek trafi książka zatytułowana „Basior”, autor Piotr Kościelny, wydawnictwo Skarpa Warszawska. Zło już tu jest. Komisarz Sikora ponownie staje do starcia z wrogiem, którego dobrze zna. Psychopata uważa, że dawne grzechy wymagają odpowiedniej kary. Wydział zabójstw musi się zmierzyć z potworem, który za cel postawił sobie zabicie Sikory. Czy komisarz wyjdzie zwycięsko ze starcia? Czy śmierć kolejnego policjanta to początek serii, czy tylko zbieg okoliczności? Piotr Kościelny zabiera nas do mrocznego świata, w którym zło czai się na każdym kroku. Tytuł: „Basior”, autor Piotr Kościelny, wydawnictwo Skarpa Warszawska. Książka na rynku od 20 maja. Proszę państwa, jasne jest teraz, że czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj filozof mniej znany. Ponownie mniej znany. Zaczynamy. Są filozofowie, którzy przypominają wojowników. Chodzą do historii z mieczem dialektyki, rozbijają cudze argumenty, podważają autorytety i zostawiają po sobie intelektualne pobojowisko. Takim filozofem był chociażby Abelard. On był właśnie kimś takim. Błyskotliwym szermierzem rozumu. Ale średniowiecze miało też swoich architektów ciszy. Ludzi, którzy nie tyle walczyli o prawdę, ile budowali dla niej katedry wewnątrz ludzkiego ducha. I właśnie do tej drugiej, znacznie rzadszej kategorii należał Hugo. Hugo od świętego Wiktora. Brzmi to jak imię zakonnika z marginesu dziejów. Jakiś kolejny mnich piszący o Bogu, w dodatku przy świecy, gdy świat zajmował się w tym czasie wojnami, koronacjami i grzechami bardziej widowiskowymi niż ta jego cała kontemplacja. A jednak Hugo był kimś znacznie ciekawszym, niż może się wydawać. Gdyby żył dzisiaj, można by go nazwać filozofem integralnym, pedagogiem totalnym, a może nawet projektantem ludzkiej świadomości. Bo Hugo nie pytał wyłącznie, co jest prawdą. Pytał raczej, jak człowiek ma się stać kimś zdolnym tę prawdę przyjąć. A to subtelna różnica, ale właśnie w niej kryje się cała wielkość tego filozofa. Urodził się prawdopodobnie około 1096 roku, najpewniej na terenach dzisiejszych Niemiec. Epoka była osobliwa. Europa zaczynała powoli wychodzić z intelektualnego półmroku wcześniejszych stuleci. Powstawały szkoły, rozwijały się klasztory, tłumaczono teksty. Rodziło się coś, co później eksploduje jako scholastyka. To był moment, gdy umysł Zachodu zaczynał się budzić i Hugo znalazł się dokładnie w centrum tego przebudzenia, w paryskim opactwie świętego Wiktora. Szkoła świętego Wiktora nie była zwykłym miejscem nauki. Była czymś pomiędzy uniwersytetem, klasztorem i laboratorium duszy. Tam uczono nie tylko logiki, teologii czy sztuk wyzwolonych. Tam próbowano zrozumieć, jak wiedza prowadzi człowieka ku pełni. Hugo wyrósł właśnie z tego ducha. Jego największe dzieło, „Didascalion”, brzmi dla współczesnego odbiorcy nieco niepozornie. Ot, taki traktat o studiowaniu. Tymczasem jest to jeden z najważniejszych tekstów pedagogicznych średniowiecza. Hugo dokonuje w nim rzeczy zadziwiającej. Porządkuje całą ludzką wiedzę jako drogę powrotu człowieka do utraconej harmonii. I tu zaczyna się rzecz naprawdę fascynująca. Dla Hugo nauka nie była tylko gromadzeniem informacji. Nie chodziło o to, by być chodzącą biblioteką. Wiedza miała dla niego funkcję duchową. Człowiek po upadku skażony chaosem, rozproszeniem, niewiedzą. Ten człowiek potrzebuje edukacji, by odbudować wewnętrzny porządek. Uczenie się staje się więc czymś więcej niż intelektualnym wysiłkiem.Jest terapią dla duszy. Brzmi niemal zaskakująco nowocześnie, jakby średniowieczny mnich przeczuwał, że człowiek nie cierpi wyłącznie na brak danych, lecz bardzo często cierpi na brak sensu. Hugo dzielił wiedzę na różne poziomy, ale wszystkie te poziomy miały znaczenie. Nie gardził nawet sztukami mechanicznymi, rzemiosłem, techniką, praktycznym działaniem, a to w jego epoce było dosyć niezwykłe. Hugo uważał, że skoro świat jest stworzeniem Boga, to poznawanie jego struktury, nawet tej materialnej, ma wielką wartość. To bardzo ważne. Hugo nie przeciwstawia świata duchowego światu materialnemu. Nie robi tego w taki prosty, prymitywny sposób. On raczej widzi całość jako wielką, symboliczno-racjonalną strukturę. Innymi słowy, rzeczywistość jest dla człowieka księgą. To motyw niezwykle średniowieczny, ale u Hugo osiąga on szczególną elegancję. Świat jest jak tekst napisany przez Boga. Natura, historia, Pismo Święte. Wszystko to są różne warstwy jednego przekazu. A człowiek ma nauczyć się czytać ów przekaz. I właśnie wtedy pojawia się Hugo jako mistrz interpretacji. Nie chodzi tylko o literalne znaczenie Biblii. Hugo rozwija myślenie symboliczne, alegoryczne, mistyczne, ale — i to kluczowe — nie porzuca rozumu. To nie jest jakiś irracjonalny mistyk uciekający w mgłę wiary, niewiedzy. To człowiek, który uważa, że rozum jest narzędziem koniecznym, lecz niewystarczającym. Rozum może doprowadzić nas do progu. A dalej? A dalej zaczyna się kontemplacja. Można powiedzieć, że Hugo tworzy średniowieczną filozofię wznoszenia. Najpierw uczysz się świata, potem rozumiesz jego porządek, następnie odkrywasz sens symboli. Wreszcie, jeśli starczy ci pokory, zbliżasz się do Boga. To, proszę państwa, niemal intelektualna drabina Jakubowa. W odróżnieniu od bardziej wojowniczych scholastyków, Hugo nie jest obsesyjnie zainteresowany samym sporem. On nie chce wygrywać debat dla prestiżu. Bardziej przypomina przewodnika po wewnętrznej architekturze ludzkiego umysłu. Jego filozofia ma w sobie coś z budowy klasztoru. Fundamentem jest wiedza, ścianami – dyscyplina, oknami – symbolika, a sklepieniem – kontemplacja. A przy tym wszystkim Hugo zachowuje rzecz dziś nawet bardzo rzadką: intelektualną pokorę. On twierdził, że człowiek powinien uczyć się od wszystkiego. Słynne jego podejście streszcza idea, że nie należy gardzić żadną wiedzą, bo każda może być częścią większej całości. To stanowisko niezwykle cenne również dzisiaj, w epoce specjalizacji tak głębokiej, że eksperci często przypominają ludzi wiedzących wszystko o jednym pokoju i niewiele o całym domu. Hugo chciał widzieć dom. Nieprzypadkowo myśl wikteryńska bywa czasem uznawana za jedną z najbardziej harmonijnych form średniowiecznej refleksji. Mniej tu agresywnej, scholastycznej chirurgii pojęć, więcej troski o syntezę. Hugo nie tyle rozcina rzeczywistość. On raczej próbuje ją scalić. I może właśnie dlatego pozostaje postacią tak interesującą dla nas, ludzi współczesnych. Żyjemy przecież w epoce informacyjnego przesytu, gdzie wiedza bywa tak naprawdę chaosem, a edukacja nierzadko redukuje się do kompetencji rynkowych. Hugo przypominałby nam, że prawdziwe pytanie brzmi nie tylko: „Co umiesz?”, lecz: „Kim się stajesz dzięki temu, czego się nauczyłeś?”. To stwierdzenia niepokojące, ale bardzo potrzebne, bo Hugo od świętego Wiktora wierzył, że człowiek nie został stworzony wyłącznie po to, by wiedzieć więcej. Człowiek został stworzony według niego po to, by przez wiedzę odzyskać samego siebie. Dlatego jego filozofia nie jest jakimś zimnym systemem. Jest projektem odbudowy człowieka. Hugo nie zdobył może tak dramatycznej sławy jak Abaelard. Nie stał się tak monumentalny jak Tomasz z Akwinu. Nie był też tak politycznie wybuchowy jak późniejsi myśliciele konfliktu rozumu i wiary. A jednak Hugo reprezentuje coś niezwykle cennego: średniowiecze jako epokę nie tylko dogmatów, lecz również subtelnej sztuki duchowego porządkowania świata. W czasach chaosu, naszego chaosu, brzmi to niemal rewolucyjnie, bo być może największym odkryciem nie jest kolejna informacja, lecz odnalezienie sensu, który potrafi połączyć rozumWyobraźnię i duszę. Hugo od świętego Wiktora był właśnie filozofem takiego połączenia. On nie krzyczał, nie burzył. On budował. A czasem to właśnie budowniczowie ciszy okazują się trwalsi niż ci najgłośniejsi zdobywcy intelektualnych scen. Tak, proszę państwa, to była opowieść o Hugo od świętego Wiktora, filozofa, którego trudno szukać w przyczynkarskich, bardzo prostych omówieniach filozofii średniowiecznej. Ale jak się już na niego natrafi, a w dodatku przejdzie do lektury nieco bardziej dogłębnej tego, co napisał, to nagle się okazuje, że ci ludzie średniowiecza, których bardzo często uważamy za chłopków roztropków, „oni nic nie wiedzieli przecież”. Nagle się okazuje, że to czasami byli ludzie, którzy wiedzieli bardzo dużo i którzy ogarniali swoją myślą bardzo szeroki horyzont. Cóż, proszę państwa, koniec filozofii na dzisiaj. Czas na odrobinę literatury. Zapraszam państwa na opowiadanie, a właściwie cykl mikroopowiadań Marka Tomasika. A wszystko to zebrane pod jednym tytułem: „Wybrane opowieści o rycerzu Iborra”. Czyta dla państwa Marek Sęk Ivellios.
[26:02] - Marek Tomasik, „Wybrane opowieści o rycerzu Iborra”. Niniejszym przedstawiam wam, drodzy słuchacze, wybrane opowieści na temat sławetnego rycerza Iborry, pogromcy bandytów, zabójcy potworów, obrońcy uciśnionych, strażniku tradycji, herbu niewiadomego. Srebrny znak zapytania na czerwonym polu. Znanego zabijaki, bawidamka, pijaka, którego chuć jest znana w całym królestwie i okolicach. Pogromcy gigantów, zabójcy bazyliszka. Wieść gminna niesie, że smoka też. Sławnego jebaki, który ponoć sam jeden przez tydzień hyndorzył burdel cały. Obrońcy niewinnych. Przynajmniej tak opowiadają w sąsiednich dziedzinach. Jednakowoż to są przymiota całego żywota zacnego rycerza Iborry. Najprzód sława musiała skądś się wziąć, a wzięła się z pokonania przesławnego fechtmistrza Verdina. Wrzodu na dupie królestwa, któremu naprzykrzał się przez wiele lat, a nikt nie dawał mu rady w pojedynku. A żeby iść w kupie na samego jednego, to trzeba nie mieć honoru. A że wysyłano samych cnotliwych i honorowych, Verdin miał się doskonale. Rzecz się miała w portowym mieście, perle w koronie królestwa. Sławetny Verdin hulał już tydzień cały. Rozpijał się w czarowanej tawernie, a wieczorami żądze swe zaspokajał w sąsiednim zamtuzie. Swawole te trwałyby pewnie w nieskończoność albo do wykończenia grosiwa, gdyby nie sprytny plan młodego rycerza Iborry. Tenże w przeddzień dokonania żywota Verdina pił z nim cały dzień. Stawiał mu kolejkę za kolejką, sławiąc jego czyny. Gości karczmy także racząc darmowym kielichem. Verdin umysł mając już zmącony, łykał wszystko jak, długo nie szukając pelikan rybę. Sprytny rycerz Iborra pił bardziej z głową. Na początku, póki tamten jeszcze na ślipia patrzał, szli równo, kubek w kubek. Gorzałka lała się strumieniami. Verdin zamroczył się pierwej, na co szlachetny rycerz Iborra począł więcej trunku wylewać za siebie, niźli pić. Do tego proszku mu tajemnego zaczął dosypywać. Atrakcje te trwały do późnej nocy. Dnia następnego szlachetny Iborra przybył do zajazdu z zamiarem rozliczenia się z kontraktu. Verdin, o niczym nie wiedząc, witał za żyle kamrata swego. Na to rycerz przedstawił mu glejty królewskie. Wezwał swawolnika wielkiego na pojedynek. Fechtmistrz miał już wiele w czubie i nie czując się wcale doskonale, wyzwanie przyjął. Rycerz Iborra, choć struty, ale mniej, zadaniu podołał. Nawlekł na miecz swój rozpustnika jednego, niczym tkaczka igłę nawleka. Świadków zajścia wielu nie było. Większość dojść do siebie nie mogła po wczorajszej libacji. W mieście wieść się rozeszła, że fechtmistrz okrutny podstępem zabity. W sąsiednich wioskach słyszano zaś, że w pojedynku równym ubity. A dalej to już dzielny rycerz, samo jeden, ino ze sztyletem w dłoni i w nocnej koszuli rozprawił się z kałtunem w pełnej zbroi. Jak rycerz Iborra staje w obronie niewiast, pojedynek przy tym wygrywając. Dnia pewnego, przesiadując wraz z ciurami w karczmie, rycerz Iborra trafił na kompanię przokrutną. Ci, burdę wszczynając po gorzałce, jęli urągać niewiastom karczemnym. Takiej zniewagi rycerz cnotliwy nie mógł puścić płazem. Stanął zatem w obronie białogłów, na pojedynek herszta bandy wyzywając. Jegomość ofertę przyjął. Na śmierć i życie. Zwycięzca bierze wszystko. Bój ustalono, że odbędzie się nazajutrz w samo południe w dolince nieopodal miasta. Sprytny rycerz Iborra, przeczuwając niecne zamiary wezwanych wojów, na miejsce starcia przybył z ciurami już z samego ranka. Rację miał mąż nasz zacny, a boczem swawolnicy karczemni takoż przybyli z godzinę przed południem i zasadzkę urządzać poczęli. Na toż rycerz był przygotowany i po cichaczu zasadkowiczów przetrzebił, po wszystkiemu wychodząc na pojedynek. Herszt bandy, ufny w swych kamratów leżących bez dechu w krzakach, rzucił się do walki, licząc na posiłki. Szermierzem wielkim nie był, toć padł szybko. Rycerz i służba ciała ze złota i sprzętu ograbili i nieśmiertelną chwałę takoż zabrali.O tym, jak waleczny rycerz Iborra turniej królewski wygrał w cuglach. Razu jednego turniej rycerski w stolicy królestwa ogłoszono. Ciągnęły nań mężowie z całego kraju i okolic. Rycerz Iborra wieść o zawodach przyjął z radością. Od dłuższego czasu nie dokonał żadnego sławnego czynu, więc nadarzyła się okazja do przypomnienia ludowi o sobie. Szlachetny wojownik przybył zatem ze sługami na pole turniejowe, gdzie spotykać się mieli najznamienitsi wojowie. Jął zapisać się do bohurtu pieszego, samo jednego. Walki konne sobie odpuściwszy, bo zbyt nieprzewidywalne bywały i krzywdę sobie można wyrządzić. Gdy wymagana liczba uczestników się zgłosiła, podzielono ich na osiem grup po czterech w każdej, tak aby każdy po trzy pojedynki odbył, a dwóch najlepszych przeszło dalej. Sprytny rycerz Iborra, przyjrzawszy się stawce, posłał ciurę swego do bukmacherów. Całe swoje złoto postawiwszy na pierwszego przeciwnika, podłożył mu się umyślnie. Gdy wieść o pierwszej porażce sławnego pogromcy Verdina się rozniosła, kursy nań się podniosły. Chytry rycerz nakazał słudze od teraz stawianie tylko na niego. Jakoż pozostali dwaj przeciwnicy tak naprawdę słabowali w pojedynkach, wygrał bez problemu. W fazie pucharowej zaś pierwszy przeciwnik takoż nie był wysokich lotów. Po kilku walkach obrotny rycerz Iborra miał już więcej złota, niźli nagroda turniejowa oferowała. Jednakże sława była cenniejsza niż złoto. Żeby zaoszczędzić sobie trudu, przed każdą walką oferował oponentowi sakiewkę droższą, niźli miał wygrać. Oczywiście nie sam, jeno poprzez sługi oferencje szły. Szlachetni rywale bardziej łasi na monetę niż sławę byli, więc gładko torował sobie drogę do półfinału. Tam nadział się na szlachcica najszlachetniejszego, którego honor był większy od królestwa całego. Aczkolwiek honor tenże ugiął się przed sprytem i mąż wspaniały padł pod ciosami miecza na polu turniejowym, osłabiony dzień wcześniej proszkiem tajemnym do wina wsypanym. Natomiast w wielkim finale konkurent okazał się cny i waleczny. Po długich targach przyjął dwukrotność stawki turniejowej. Po zaciętej batalii dzielny rycerz Iborra pokonał swego przeciwnika i sięgnął ku chwale nieśmiertelnej, zapisując się w annałach. Na koniec poproszono, aby czempion bohurtu starł się ze zwycięzcą konnych zawodów ku uciesze gawiedzi, na co obaj zwycięzcy ochoczo przystali. Lecz starcie to okazało się nieszczęśliwe w swej istocie. Całkiem przypadkiem nieszczęśliwy rycerz Iborra pchnął kopią księcia znakomitego gdzieś pod hełm. Tenże padł bez ducha na ziemię. W powstałym zamieszaniu chodzący obraz niewinności uchodzić z miasta musiał, pierwej jednak pokaźną sakiewkę otrzymawszy. Jak cny Iborra samojeden w obronie sioła stanął, strasznie bandytów przy tym gnębiąc. Pewnego razu zacny rycerz Iborra przejeżdżał przez wioskę zapadłą. Widząc męża wspaniałego, wiejska hołota do nóg przypadła i prosić poczęła. Sioło nękane przez bandytów było. Co miesiąc po haracz przybywali. Ciżba ludzi, nie sposób ubić widłami. Takoż chłopi planowali. Rycerz pojąwszy sytuację, jął uspokajać tłuszczę, że on wszystkim się zajmie. Jemu banda taka niestraszna, że takich już wielu w swoim żywocie pokonał. Jeno szlachetnemu wojownikowi nie godzi się tego za darmo robić. Chamstwo jątrzyć się zaczęło, że nie godzi się od biedoty ostatni grosz zabierać. Sytuację wójt uspokoił i nakazał zbiórkę publiczną. Zebrało się ze 100 złotych lekko pogryzionych. Rycerz nasz wspaniałomyślny, kręcąc wąsem przyjął tak skromną ofertę, jednak zapłatę z góry chciał otrzymać, na co kmioty zgodzić się nie chciały. Rad nie rad, rycerz Iborra zgodził się i pytając, w którą stronę do obozu bandytów, rzekł, że po pieniądze wróci, gdy się z tałatajstwem upora. Pędem ruszył na swym koniu w pełną zbroję odziany, przy boku wierny miecz przytroczony. Jechał tak godzin kilka, gubiąc chyba drogę. W końcu z daleka dym z ogniska wypatrzywszy, do kryjówki rabusiów dojechał. Na miejscu było jeno 10 luda. Ilość zbyt mała, coby pieśń jakąś napisać o tej batalii. Rycerz Iborra, strateg wspaniały, plan walki najprzód obmyślił, po czym jął go realizować. Rozpędzony wjechał w sam środek obozowiska, mieczem robiąc i krzycząc przeraźliwie. Cóż to była za bitwa! Szlachetność, cnotliwość, odwaga, wiara i niezłomność kontra chamstwo, swawola, złodziejstwo i kryminał. Walka okrutna przeciągnęła się do wieczora, bo jaźliwy Iborra nie chciał ginąć za 100 złotych. Zbóje takoż baczyli, aby po biembrze szczotem nie zarobić. W kupie może by i pokonali woja groźnego, ale ilu by ubił wcześniej? Dlategoż zbóje uradzili, że dadzą 200 złotych, coby rycerz dał im spokój. Taktyk genialny, kręcąc wąsem, szczodrą ofertę przyjął i pojechał w swoją stronę.O tym, jak zacny kawaler Iborra porwaną księżniczkę smoku wydrzeć chciał. Razu jednego dzielny rycerz Iborra posłyszał o księżniczce porwanej przez smoka i zamkniętej przez onego we wieży wysokiej. Jako że nie był już młodzikiem, acz z niejednego pieca chleb zajadał i niejednej beczki piwo pił, postanowił się ustatkować. Baczywszy, że wieść gminna niosła o zadziwiającej urodzie niewiasty. Ojciec, książę wielki, miał pół majątku i rękę oddać temu, kto odratuje dziecko jedyne i spadkobierczynię wszelakiego dobra. Szlachetny rycerz zasięgnął języka i obrał kurs na warownię smoka. Z początku pędził konia jak szalony, póki ten siły jeszcze miał. Lecz chabeta tyle wierna, co i stara była. Już do takich wysiłków zdolna nie była. Szlachcic mężny dłużej począł przesiadywać w zajazdach zatem. Tam wypytywać o księżniczkę i majątek ją. A zaliż piękna, jak powiadają? Czy bogata? A młoda aby? Na te pytania jedną tylko replikę otrzymał. Księżniczka już parę lat w tej bastei siedzi. Na kolejnym popasie cny rycerz usłyszał, że ojciec panny taki bogaty jednak nie jest i księciem wielkim nie był, jeno hrabią znaczniejszym. W kolejnej wsi do bacznych uszu dotarły insze wieści. Białogłowa jedynaczką już od trzech lat nie była. Syn się hrabiemu urodził i w zdrowiu się chowa. Hrabia nagrodę cofnął. Wszakże jeśli ktoś damę uratuje, jakąś nagrodę da. Ożenić też pewnie pozwoli. Będąc już dzień drogi od wieży smoka straszliwego rycerz nieustępliwy ostatniej wieści dostąpił. Śmiałków kilku już było, wszyscy przez smoka zgładzeni. Tylko kości pod sypiącą wieżą bieleją. Na domiar złego smoczysko pannę tuczy od lat wielu. Jakiż powód tego? Nikt nie wie. Może na deser sobie ją trzyma. W każdym razie księżniczka w razie odsieczy na sznurze z okna się nie spuści, bo się do takowego zmieścić już od dawna nie może. Rycerz Iborra zaklął szpetnie na te wieści. Będąc już na wyciągnięcie ręki od celu podróży postanowił ulżyć swym pragnieniom. Żony i majątku szukał. Ustatkować się marzył. Majątku na pewno by nie otrzymał, a żona już nie warta grzechu. Przeto do burdelu okolicznego się udał. Tam kurwy dawały od ręki. Żadnej wieży i smoka nie trza było. Nazajutrz rycerz spełniony nowej przygody jął szukać. Jak przebiegły rycerz Iborra Bazyliszka okrutnego powalił. Za trzema górami i dwoma żakami w sąsiednim królestwie bestia straszliwa się zalęgła. Bazyliszek okropny siał postrach wśród ludu. Bydło żarł, ludzi ranił, kobiety ogniem grubym smagał. Nagrodę zacną za ubicie wyznaczono. Ludu zewsząd się najechało, atoli bestia zamrzeć nie chciała. Za to biesiadę sutą na śmiałkach uczyniła. Dzielny rycerz Iborra, podróżując przez kraj jemu nieznany, o maszkarze usłyszał. Wnet przypomniał sobie dziadka opowieści, które przechwalał się, jak samo jeden takową potworę zatłukł. Rycerzowi oczka zapłonęły. Honor, męstwo, skarby. Wszystko to będzie w pieśniach utrwalone, jeśli oczywiście bestyję podłoży. Uzbrojony zatem w dziadkową wiedzę i męstwo własne, czym prędzej ruszył do krainy, gdzie poczwara grasuje. Na miejscu okazało się, że paru śmiałków także sławę pragnie zdobyć. Było dwóch zacnych rycerzy, którzy przyjechali z daleka. Z daleka też widać było, że na krwawej robocie się znają. Był jakiś najemnik, weteran wojenny na sławę i pieniądze łasy. Był też chłopak miejscowy, co ponoć ukochaną dziewkę stracił przy pierwszym ataku. Nie rzucił się na bestyję w złości, lecz przyglądał się panom zacnym, jakie metody stosują. Trenował ponoć rok cały, by zemsty swej prywatnej dokonać. Teraz, znajdując się w gronie tak zacnym, czuł się gotowy. Mądry rycerz Iborra, będąc już na miejscu, wylewnie przywitał się z zuchami. Na początku dosiadł się do rycerzy i przy antałku wina jął opowiadać dziadkowe mądrości. Nagadał, że poczwara najbardziej na świecie hałasu nie lubi i nagłego ataku się nie spodziewa. Największy na świecie tumult i harmider trzeba wnieść. To pokraka tumana dostanie i do walki nie będzie gotowa. Potem do weterana się przeszedł i przy winku dziadkowe opowieści sączył. Najlepiej z kuszy do gada strzelać. Z takowej, jaką miał przy sobie. W głowę albo skrzydła. Jeśli gadzina od tego nie zemrze, to szybko należy włócznią dobić. Na koniec do chwata miejscowego zagaił, ale tutejszy wina pić nie chciał. Za to posłyszał, że maszkara na boki słabuje ze wzrokiem i najlepiej boczkiem podejść i w łepetynę włócznią zasadzić. A jeszcze lepiej jakie bardzo śmierdzące truchło na pole rzucić. Niezgorzej byłoby je doprawić trutką jaką. Paskuda węch ma doskonały i od razu przyleci w miejsce przez śmiałków wybrane. Kiedy sprytny rycerz Iborra rozmówił się już z każdym z osobna, ale nigdy w kupie, na spanie się udał. Skoro świt, dzielna drużyna śmiałków poczęła radzić, jak Bazyliszka najlepiej ukatrupić.Kamrat lokalny suponował, by owcę wybebeszyć i jakiegoś dziadostwa do środka wrzucić, a bestia sama przyleci i nie trza szukać będzie. Towarzystwo jednogłośnie na taki plan się zgodziło. Co miało dziać się dalej każdy miarkował po swojemu. Jak uradzono, tak zrobiono. Owcę ubito i przygotowano. Wywieziono gdzieś na polankę w lasku małym i tam na stwora czekano. Brakowało tylko mężnego rycerza Iborry, który przed wyjazdem powiedział, że z wychodka skorzystać musi i później dołączy. Salwy śmiechu go pożegnały, a brać na łowy pojechała. Długo na poczwarę czekać nie musieli. Bazyliszek ciężko sfrunął na polanę. A wielki był. Większy niż największy byk. Długi był na cztery sążnie z ogonem co najmniej. Skrzydła błoniaste, a szerokie jakby z rękoma. Ogon tłusty, na końcu kolcem jak nim zwieńczony, a na długiej szyi łeb wielgachny. W paszczy zębiska długie jak noże. Maszkara od razu do owieczki się zabrała. Na trzy razy ją łyknęła, aż się jej w gardle odbiło. Posiłek taki chyba nie przypadł do gustu, bo odlecieć zaraz chciała. Na to jednak rycerze dwaj z daleka nie pozwolili. Drąc się wniebogłosy na koniach z krzaków wypadli. Jeden z kopią nacierał, drugi patelnię i chochlę jakąś trzymając walił je o siebie niemiłosiernie. Jazgot był przeraźliwy. Bestia się rozeźliła i na kopijnika się najpierw rzuciła, bo bliżej był. Wojownik odważny na fachu swym trochę się znał i bazyliszka w locie kopią trafił. Maszkara kwiknęła okrutnie i zdarła nogami śmiałka z konia. W międzyczasie drugi konny nawracał, ale już z mieczem w dłoni. Użyć go nie zdążył, bo gadzina ogonem z kobyły go zmiotła. Weteran wojenny do tej pory w krzaczorach siedzący nie miał strzału dobrego. Kiedy dwójka zuchów na trawie już leżała, w skrzydło pierwszym bełtem trafił. Bazyliszek chyba przejmować się tym nie zamierzał i u pierwszego druha ze zbroi wyżerać. Po chwili kolegę leżącego obok zaobserwował, że wstać zamierzał. To go ogonem do ziemi przyszpilił. I tak by sobie pewnikiem na dwóch szlakietkach ucztował, gdyby zaraz w łeb bełta nie otrzymał. Rozsierdziło go to strasznie. W paru susach do najemnika przypadł. Ten w ostatniej chwili zdążył włócznią wycelować. Gadzina brzuchem na drzewiec się nabiła. Nic jednak sobie z tego nie robiąc, weterana zębami w pół złapała i życie wydusiła. Na to młodzieniec tutejszy, siedzący obok za radą rycerza Iborry, bokiem chciał bazyliszka zaskoczyć. Udało mu się to świetnie. Celny cios włócznią potwora pod oko trafił. Gad migiem ostatnią swoją ofiarę porzucił i na młodziana się rzucił. Los spotkał go taki sam, jak jego kamratów. Wtem z lasu wyłonił się przebiegły rycerz Iborra, cały w gównie umazany. Maszkaron tylko okiem na niego strzelił i wonią się sztachnął i dał mu spokój. Do rozrywania chłopaka powrócił. Dzielny rycerz podszedł zatem spokojnie do bestyi i włócznię swoją wraził. Uderzył trochę niżej od miejsca, gdzie szyja z tułowiem się spotyka. Poczwara silnie z bólu wierzgnęła. Charchać i pluć jadem poczęła. Tylko zaradny rycerz wiedział, że bazyliszek jadowity okrutnie jest, a gruczoły jadowe w tymże właśnie miejscu się znajdują. Zaraza jedna jednak na własną broń odporna nie była i od środka gnić wnet zaczęła. I tak oto rycerz Iborra sławny na całą krainę został i spory majątek otrzymał. O tym, jak dzielny kawaler Iborra pannę z opresji ratował. Swego czasu mężny rycerz Iborra na swym wiernym koniu po trakcie królewskim podróżował. Rozmyślał nad sprawami wielkiej wagi. Co jest lepsze? Miecz czy tarcza? Dobry jest miecz, dobra jest tarcza, ale najlepsza jest kobyła, co wszystkiemu pędu nadaje. Myślałby rycerz dalej o niewątpliwych konia przewagach, gdyby nie okrzyki srogie z oddali. Kawaler, będąc na łagodnym łuku drogi, niczego nie percypował, albowiem drzewa zasadzone przy trakcie widok zasłaniały. Pognał więc konia przed siebie i po chwili dojrzał przyczynę harmidru całego. Banda zbójecka jakaś na karocę bogato zdobioną napadała. Ubili już sługi i chyba kogoś zacniejszego, sądząc po strojach. Jeden czy dwóch powóz za kosztownościami bunowało, reszta zaś dziewkę jakąś o ścianę karety oparło i gwałcić poczęło. Rycerz, dobywszy miecza, pędem ruszył na rzezimieszków. Ci, niczego się nie spodziewając, robotę swoją kontynuowali. Dziewka zaś darła się wniebogłosy, zagłuszając prawie atak rycerza. Oprych, który akurat zajęty był dźganiem niewiasty, pierwszy w łeb dostał i padł bez życia na glebę. Dwóch, którzy asystowali, po rycersku czekając na swoją kolej, białą głowę puścili. W szoku będąc nie wiedzieli, co dalej czynić. Zajadły rycerz Iborra, zawracając do kolejnego natarcia, postrzegł niezwykłą urodę panny czci pozbawionej. Rzucił się przeto jej na pomoc. Z oprychami szybko do konsensusu dochodziwszy w środku kolejki miejsce wytargował. Kiedy wszyscy chuć swoją zaspokoili, ostatni z drabów damie gardło poderżnął nożem pordzewiałym. Widząc takie marnotrawstwo, jurny kawaler rozsierdził się okrutnie i bandziorów mieczem pochlastał. Na koniec skarby zebrane zabrał i kręcąc gniewnie wąsem ruszył dalej.O wspaniałej walce rycerza Iborry ze smokiem, o której pieśni pisano. Dnia jednego do królestwa sprowadził się gość niezwykły. Wielki był jak stodoła, a skrzydłami olbrzymimi cały horyzont zasłonić potrafił. Łuski miał czarnawe. Parobkowie powiadali, że taką barwę tylko zwiastun śmierci posiada, a smok ten zaiste zwiastunem śmierci był. Wyżarł prawie wszystko w promieniu wielu mil. Lokalni hrabiowie i książę nagrodę znaczną ufundowali za potwora ubicie. Chętnych nie brakowało, ale żadnemu się nie udało. Sławetny rycerz Iborra także o poczwarze usłyszał i świeżej chwały zapragnął. Najął kilku ludzi do obsługi balist i skorpionów, które nabył sprzedając wcześniej wiele swoich kosztowności. Przybył na miejsce z całym pocztem. Mądry rycerz, mając już swoje lata, nie rwał się od razu do bitki. Wybadał pierwej teren, wyszukał dogodne miejsce do potyczki. Najpierw przyjrzał się smokowi z oddali. Plan obmyśliwszy, wyznaczył ludziom zadania. Tak jak kiedyś gadzinę cuchnącym wielce truchłem zwabiono. Gad przyleciał, mięso zeżarł, bełtem dużym dostał. Rycerz wsiadł na konia i na osłabionego stwora galopem ruszył. I wiwatowali, a smok kawalera jedną łapą ubił. I tak oto zakończyła się historia poczciwego rycerza Iborry. Zapytacie, czy walka chociaż epicka była i godna w pieśniach zachowania? Nie, nie była.
[51:10] - Proszę państwa, proszę państwa, Piotr Cielebiaś już czeka. To widomy znak, że zaczynamy „Filmotekarium”. A dzisiaj film pod nic niemówiącym tytułem „Herman”. A co on mówi ten film? O tym za chwilę. Dzień dobry wieczór państwu. Startujemy z „Filmotekarium”. Dzisiaj „Filmotekarium” pod hasłem „Herman”. A z czym się państwu kojarzy Herman? Bo mnie do niedawna kojarzył się z „Hydrozagadką”. Tam był całkiem sympatyczny krokodyl, który nazywał się w filmie Herman. Tak naprawdę był krokodylicą, jeśli takie słowo w ogóle istnieje. I było fajnie. Od niedawna Herman kojarzy mi się z zupełnie innym filmem. O szczegółach za chwilę. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[52:11] - Dzień dobry wieczór. Ja powiem, że mi się Herman niby kojarzy z Władysławem Hermanem, ale tak naprawdę kojarzy mi się z zupełnie innym Hermanem, którego chyba inni też znają. I pierwsze nazwisko na G, które przychodzi do głowy, to właśnie ten Herman. Ale dzisiaj film o takim niecodziennym tytule, ale on nie opowiada o przygodach żadnego, powiedzmy, dziadka z Wehrmachtu. Nie, to też nie jest wesoła komedia frontowa. To jest horror psychologiczny, horror filozoficzny można nawet powiedzieć. Coś, co ci się powinno trochę spodobać, ale mi się coś zdaje, że nie do końca. Zresztą za chwilę się dowiemy. To jest film wygrzebany z odmętów kinematografii, ale tak naprawdę film nowy, z ubiegłego roku. Co nas skłoniło do jego omówienia i obejrzenia? Otóż skrajne opinie, drodzy państwo, naprawdę skrajne opinie, bo po podsumowaniu sytuacji, jak on jest odbierany, mamy następującą sytuację, że dla jednych jest to totalne dziadostwo, dla innych coś naprawdę dobrego. „Herman” balansuje gdzieś na granicy między totalnym pseudointelektualnym, nienadającym się do oglądania paździerzem, a całkiem zacnym filmem dla drugich, mocno dającym do myślenia. Oceny się wahają między 3 a 7 i trochę, chociaż oczywiście nie brak też wychyleń w jedną i drugą stronę. To nie jest tylko horror psychologiczny, ale też przede wszystkim dzieło niesamowicie kameralne. Kolejny kameralny film, który omawiamy. Dziwne to jest, Marku, bo kameralne filmy mi się kojarzą z okresem pandemii Davida, kiedy nie można było wychodzić, spotykać się i powstawały wtedy takie bardzo charakterystyczne produkcje rozgrywające się w jednym pomieszczeniu z udziałem trzech, czterech aktorów. Tu jest tak samo. To się wszystko rozgrywa nie tylko w domu jednego człowieka, ale też w zasadzie w jego głowie w większości. Niektóre filmy tego typu, jak chociażby „Wieloryb”, osiągnęły niesamowity sukces. Pamiętamy go, tego wieloryba Brandona Frasera, który się, że tak powiem, pogrubił do tego filmu sztucznie. Ale są tacy, którzy podobne produkcje uważają za coś niebędącego kinematografią, dlatego że równie dobrze „Herman” i wiele innych tego typu dzieł mogłoby być wystawianych w teatrach, odegranych na deskach i może by nawet wyszły lepiej. Albo byłyby być może teatrami telewizji. No dobra, ale o czym ten film jest? On opowiada o starzejącym się człowieku, filozofie, myślicielu, który rozważa przejście na drugą stronę, rozpamiętując śmierć swojej żony. Widzimy na samym początku, że Herman sobie żyje gdzieś w górach. Nie jest pustelnikiem. On ma całkiem zacną chatkę, ale w jego chacie co jest wyeksponowane? Sznur przede wszystkim. Z tego, co Herman gadaOrientujemy się, że to już jest końcówka i decyzja zapadła i on niedługo będzie, jak to mówiono w jednym uniwersum internetowym, zmieniał miejsce zamieszkania. On mieszka w pobliżu domu zakonnego i pewnego razu zaczyna się błyskać. Burza jest i Herman ma gości. Gości, którzy mu zaczynają trochę mieszać w głowie.
[55:46] - Zadziwiające jest to, że tego akurat nie ustalaliśmy przed audycją, ale ja też miałem wrażenie, że ten film, ta historia znacznie lepiej udałaby się, gdyby była zrobiona w konwencji teatralnej, że to by lepiej zadziałało. Teatr ma swoje plusy i swoje minusy, takie czysto wizualne. Teatr jednak do pewnego stopnia bywa umowny i to w gruncie rzeczy daje jakąś tam przewagę. Nie zawsze i nie wszędzie, i nie przy każdym dziele, ale jednak ta przewaga się pojawia. Tymczasem tutaj postanowiono zrobić film. W dodatku z efektami specjalnymi, drobnymi, ale jednak. Chyba nie są za bardzo udane. Ja w każdym razie nie jestem fanem tychże efektów. Takie dosyć toporne mi się wydały, ale nie efektami ten film będzie zapamiętany. No właśnie, czy będzie zapamiętany? Bo w pewnym momencie miałem wrażenie, że ci goście, którzy pojawiają się w tej chatce, gdzie w sypialni wisi sznur z pięknie zrobionym węzłem szubienicznym, do którego zresztą bohater się przymierza od czasu do czasu. Miałem wrażenie, że ci goście to są goście z innego świata. Trochę miałem takich analogii, wiecie państwo, z filmami, które całkiem niedawno omawialiśmy. Był taki film, gdzie chodziło o to, żeby gości z zaświatów czy gości paranormalnych zaprosić do wnętrza. Tylko wtedy mogli działać. Tu też miałem przez chwilę takie skojarzenie. Chyba nie o to chodziło, a w każdym razie niedokładnie o to. Pojawiają się najpierw dwie zakonnice. Różne. Jedna jest młoda, taka, powiedzmy, filuterna. To chyba jest nienajszczęśliwsze określenie, ale tak określiłbym jej zachowanie. Ona z jednej strony jest służebnicą Boga, z drugiej strony na przykład bardzo chętnie pije wino, i inne rzeczy w głowie. Tak wygląda, że w tej głowie się turlają. Potem jest druga zakonnica. Ona jest starsza, ma wizje. Przynajmniej takie sprawia wrażenie, że ma wizje, jakby widziała i wiedziała więcej. To dwie postacie. I później pojawia się młody człowiek. Mężczyzna. Dziwny jest, ale się do domu wtarabania. No i właściwie mamy już komplet. Oczywiście we wspomnieniach pojawia się jeszcze jedna postać, czyli ta żona. Żona, która odeszła, była dawno, dawno temu. Oboje z Hermanem byli młodzi. No i zdarzyło się to, co się zdarzyło. Chyba nie będziemy mówili, bo tak właściwie cały film byśmy opowiedzieli. Ale zdarzyło się pewne nieszczęście i on właściwie przeżył większość życia z tym nieszczęściem, z tą świadomością, że coś tam się kiedyś wydarzyło i że po części przynajmniej jakaś wina na nim spoczywa. Swobodnie przeżył życie. I tak jak powiedziałeś, Piotrze, on teraz się wybiera, zmienia adres. No dobrze, wszystko to rozumiem. Ta filozofia, która się tu pojawia. Zawsze mi się w tych momentach przypomina to bardzo proste określenie, żeby nie dorabiać filozofii do kawałka ciała. Tutaj to, że on jest filozofem domowym, to jest tak naprawdę hasło. Hasło i taka, żeby go jakoś przedstawić. Mało filozofii w tej filozofii. To jest raczej takie studium starszego człowieka, który się zastanawia, czy ze swoim życiem zrobił to, co należało i czy przypadkowo nie czas na konsekwencje. Czy to się państwu wydaje atrakcyjne? Bo jak ja to mówię, to z trudem powstrzymuję ziewanie. Tam oczywiście jest obraz i on czasami bywa dramatyczny. Myślę, że przynajmniej człowiek od kamery trochę tam nad tym pracował, ale ogólne wrażenie to jest, przynajmniej u mnie, takie sobie.
[01:00:32] - Tak, niestety tak. Ktoś, kto jest miłośnikiem takiego kina, może uzna, że „Herman” jest interesujący jako film, który niesie jakieś wartości intelektualne, ale osoby, które spodziewają się dobrych historii czy na przykład wartkiej akcji, to wiadomo, że będą zawiedzione. Można powiedzieć, że pobrzmiewa tam też pewien wątek spotykany w folklorze. To znaczy, że człowiek, który się szykuje do pewnego czynu na S, jest kuszony przez diabła, namawiany, judzony do zrobienia tego ostatecznego kroku. Takie historie znamy bardzo dobrze, chociażby z polskich opowieści ludowych, kiedy ktoś na przykład jest pod wpływem i wtedy ma szatan go kusić do tego ostatecznego kroku, żeby puścił wodze w ogóle i przeszedł do krainyZmarłych. Może pod tym względem "Herman" coś oferuje, ale to niestety jest za mało. To nie jest film artystyczny, nie jest nazbyt wyszukany. Powiem ci tak: gdyby go podciągnąć trochę od strony artystycznej, może by to wyszło. Natomiast, szczerze mówiąc, jest to film po pewnym czasie dla mnie dość męczący. Po 15 minutach już jest dość męczący. Zostanę, Marku, przy ocenie, że jednak pewne treści lepiej wypadają na scenie, w teatrze i niech tak zostanie, bo są zbyt refleksyjne jeżeli chodzi o film. Jak mówiłem, w czasie pandemii mieliśmy wiele eksperymentów z kręceniem takich kameralnych form, a wiadomo, one są głównie zorientowane na przeżycia i stosunki między bohaterami. Tak jak tutaj zresztą. Dla niektórych jednym z najlepszych kameralnych horrorów ostatnich lat był "Lighthouse" z Willem Dafoe. Film ten ma wielu fanów. Ja przepadam za nim średnio, ale on nam pokazuje coś bardzo ważnego, jeżeli chodzi o tego rodzaju produkcje. Otóż oprócz tych wartości intelektualnych czy wręcz duchowych, musi być dobra opowieść, dobre studium postaci. I musi to obejmować aktorstwo przynajmniej na poziomie angażującym widza. Tutaj niestety jest tego brak. Herman, jak się nazywa, tak wygląda. Jest mi obojętne, co się z Hermanem stanie, szczerze mówiąc, od samego początku. Nawet powiem ci, że zastanawiałem się, czy to jest rzeczywiście jakiś film wielce intelektualny. Kiedy on na początku ćwiartuje króliczka, którego upolował. Ten króliczek wygląda tak, jakby przeleżał gdzieś w pralce przez kilkanaście dni i on go ćwiartuje w sposób zupełnie taki, jakiego się nie robi. To jest dziwne. Nie wiem, co chcieli nam przekazać twórcy, co mieli w głowie. To nie jest horror moim zdaniem. Nie wiem, co pociąga ludzi, którzy dają temu aż tak wysokie noty, pod siódemkę. Czasami się zdarza, że ktoś robi jakieś akcje prowokacyjne, żeby podbić jakiś film. Mnie się wydaje, że nie, że rzeczywiście chyba były osoby, którym "Herman" się podobał. Marku, czy on ci się podoba? Czy on cię w ogóle straszył? Czy było coś, co cię przeraziło w tym?
[01:04:00] - Nie, absolutnie ten film nie straszy. Człowiek się zastanawia tak naprawdę, kiedy on tę szubieniczną pętlę wykorzysta i czy zrobi to szybciej, czy później. A ponieważ wiemy, że ten film trwa godzinę 23 minuty bodajże, to jak on zbyt szybko się przymierza, to ja bardziej się zastanawiałem, co będzie dalej, co wypełni te kolejne minuty. Więc później, jak on jednak rezygnował albo zmieniał zdanie, to zawsze człowiek odetchnął, że jeszcze jednak nie będzie musiał oglądać pustego ekranu. Wyobrażam sobie, że jakiś artysta zrobi kiedyś film, w którym główny bohater wykona ten krok ze sznurem już w 10. minucie, a później do końca filmu będziemy obserwować puste, statyczne wnętrze. Taki eksperyment artystyczny. Tak źle w tym filmie nie było. Coś się jednak działo, ale trochę było lepiej niż ta koszmarna wizja, którą przedstawiłem. Lepiej pod tym względem, że on jednak czasami wchodził do tej sypialni, czasami z niej wychodził. Czasami upijano jednym kieliszkiem zakonnice, a czasami coś się działo z młodym człowiekiem, który sobie niby wydzwonił, że ktoś po niego przyjedzie, ale później było tak sobie. A później mamy retrospekcję i się dowiadujemy, że ten Herman to był taki z jednej strony zaborczy, ale z drugiej strony miał w pompie, co czuła jego żona. Żona w związku z tym trochę źle znosiła ten związek. Wiecie państwo co? Taką historię możecie sobie znaleźć rozmawiając ze znajomymi. Sądzę, że znajomi dostarczą wam wiele innych, bardziej czasami dramatycznych historii niż ta, którą obserwujecie na ekranie. Naprawdę. To, co się tam dzieje, co próbowano sprzedać widzom jako horror, jako jakiś film z grozą w tle. Sorry, poza pewnymi wizyjnymi wątkami, tam właśnie te złe albo w każdym razie nie najlepsze efekty specjalne z wykorzystaniem dymu robiono. Poza tymi momentami nie ma co właściwie, nic się nie dzieje. Żeby to jeszcze było jakieś studium psychologiczne. Wiecie państwo, ja lubię na przykład teatr, w którym na początku dostajemy historię, która w trakcie okazuje się czymś zupełnie innym, niż przypuszczaliśmy na początku, że na końcu, kiedy obejrzymy to przedstawienie do końca, okazuje się, że byliśmy ludźmi naiwnymi, wyciągając wnioski gdzieś na początku. Tutaj nic takiego nie ma. My owszem, zmieniamy perspektywę w drugiej części filmu, ale ta zmiana perspektywy nie zaskakuje. My już Hermana znamy na tyle, że toCo on wyprawiał w młodości? Nie wiem, Piotrze, czy ciebie to zaskoczyło?
[01:07:33] - Nie. Dlatego jestem bardzo zainteresowany tym, skąd w przypadku Hermana na bardzo wielu portalach tak skrajne opinie, tak różne opinie. Ja naprawdę rzadko kiedy spotykam się z podobną sytuacją. Owszem, niekiedy jest w ten sposób, że sam oceniam wysoko albo nisko film, który się innym podoba, ale tutaj wynika z tego, że są osoby, które doceniły jakoś wartość tej produkcji, która dla mnie jest zupełnie mdła. I pewnie będziecie narzekać, że znowu pojawia się film, który nic nie wnosi i którego nie polecamy. To nigdy nie jest tak, że my mówimy, żeby nie oglądać. Każdy ma jakieś swoje gusta, ale nawet mnie jako zwolennika, mówiłem to chyba ostatnio, nudnych horrorów, miłośnika nudnych horrorów, takich, w których trzeba sobie coś dopowiedzieć, w których mało jest pokazane, ten film mnie zamęczył. Znowu mamy taką dziwną sytuację, że oglądamy chyba film osoby, która albo debiutuje, albo wcześniej robiła coś innego i pojawia się coś zupełnie nieudanego. Czasami debiuty są zaskakujące, jeżeli chodzi o horrory. Tutaj to ja nawet nie wiem, czy to jest horror. Także jeżeli ktoś chciałby się nudzić na filmie i jest już takim bardzo wielkim masochistą, to może do tego Hermana podejść, ale ja bym znalazł sobie zupełnie inne zajęcie.
[01:09:10] - Teraz proszę państwa, czas na polecanki z pogranicza. Przypomnę książki, o których będę za chwilę mówił, znajdziecie Państwo na stronie nieznany.pl. Tam w wyszukiwarce wystarczy wpukać tytuł, który Państwa interesuje i on się pojawi. Można go potem zamówić. Bardzo prosty mechanizm. Zaczynamy zatem opowieści o książkach z pogranicza. Pierwszy tytuł to „Matryca energetyczna. Innowacyjne uzdrawianie”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Agnieszka Uffland, wydawca Studio Astropsychologii. Matryca energetyczna to energia, która potrafi uwolnić siły tkwiące w każdym z nas, także w tobie. Otwórz się na nie, a uzdrowisz siebie i swoje życie. Wystarczy, że połączysz łagodny dotyk i skupioną myśl, a wydobyta energia stanie się ukojeniem dla ciała i umysłu. Autor i jednocześnie odkrywca tej techniki, doktor kręgarstwa i neuropatii, który prowadzi liczne warsztaty, po raz pierwszy wykorzystał tę metodę do uzdrowienia swojego syna. Syna, któremu nie pomagały żadne inne sposoby leczenia. Matrycę energetyczną można tłumaczyć w oparciu o fizykę kwantową, której głównym założeniem jest jedność człowieka ze wszechświatem i nierozerwalne złączenie z tajemniczą energią zwaną polem energii punktu zerowego. To potężne, innowatorskie narzędzie, które przynosi natychmiastowe efekty, nawet jeśli masz pewne wątpliwości. Wystarczy, że poddasz się działaniu energii, a na pewno doświadczysz jej skutków. Moc matrycy energetycznej to łatwy dostęp do uzdrawiania tkwiącego w twoich dłoniach. Jeśli się na nią otworzysz, to zmieni się twój sposób postrzegania świata i odbiór wszelkich doświadczeń. Przypomnę tytuł: „Matryca energetyczna. Innowacyjne uzdrawianie”. Autor Richard Bartlett, tłumacz Agnieszka Uffland. Studio Astropsychologii to wydawca. Druga książka nosi tytuł „Strażnik tajemnic”. Autorzy Robert Bauval i Graham Hancock, tłumacz Kamil Kuraszkiewicz, wydawca Wydawnictwo Amber. Ta książka to wyzwanie rzucone tradycyjnej egiptologii. Od tysięcy lat wielki Sfinks spoczywa na pustyni. Zapatrzony w wieczność odczytuje z gwiazd przesłanie, o którym ludzkość najwyraźniej zapomniała. Jakiej tajemnicy strzeże? Przeznaczenie i datowanie posągu Sfinksa i zespołu piramid w Gizie budzi niesłabnące zainteresowanie naukowców i prowokuje wciąż nowe hipotezy. Robert Bauval, autor bestsellera „Piramidy. Brama do gwiazd” i Graham Hancock, autor światowych bestsellerów „Ślady palców bogów” i „Zwierciadło nieba” wskazują na luki w dotychczasowych badaniach dotyczących tego niezwykłego zespołu architektonicznego oraz przesuwają o blisko 8000 lat datę jego powstania. Rzucają w ten sposób wyzwanie tradycyjnej egiptologii, a także historii i archeologii. Przedstawiają nową, kontrowersyjną hipotezę, która posuwa naprzód naszą wiedzę o starożytności. Przypomnę tytuł: „Strażnik tajemnic”. Autorzy Robert Bauval i Graham Hancock, tłumacz Kamil Kuraszkiewicz, Wydawnictwo Amber. To samo wydawnictwo, czyli Wydawnictwo Amber wydało również książkę „Przełomowe odkrycia”. To książka autorstwa Franka Ashala. Tłumaczył tę książkę Janusz Skolimowski. Profesor Frank Ashal, naukowiec, lekarz i pisarz zabiera nas w fascynującą podróż po pracowniach największych uczonych.Pokazuje, jak dokonywano 18 przełomowych odkryć, które przyspieszyły rozwój cywilizacji i zmieniły nasz sposób widzenia świata. Elektryczność, fale radiowe, promieniowanie, fotony, Wielki Wybuch, DNA. Wielu rewolucyjnym odkryciom towarzyszyły niezwykłe okoliczności, a odkrywcy często nie przewidywali oszałamiających zastosowań efektów swoich badań. Czy rozpoczynając swoje prace Faraday, Lavoisier, Maxwell, Pasteur, Röntgen, Planck, Maria Skłodowska-Curie, Einstein i inni wielcy uczeni chcieli przysłużyć się ludzkości, czy też kierowała nimi wyłącznie naukowa ciekawość? Czemu zawdzięczali swój sukces? Inteligencji, ciężkiej pracy, a może przypadkowi? Profesor doktor Frank Ashauer to brytyjski biochemik i lekarz, autor licznych artykułów naukowych i prac popularyzujących naukę. Doktoryzował się na Uniwersytecie w Oksfordzie. Przez 14 lat prowadził badania nad komórkami nowotworowymi i chorobami tropikalnymi. Następnie uzyskał dyplom lekarza na Uniwersytecie Saint Louis w USA. Przez 11 lat pracował jako internista. Od 2012 roku wykładał biochemię na Wydziale Medycznym Uniwersytetu w Addis Abebie, gdzie otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego. Był orędownikiem walki z chorobami wywoływanymi paleniem tytoniu, obrońcą praw człowieka i działaczem humanitarnym. Tykanowany za krytykę rządu Etiopii za masowe aresztowania i tłumienie antyreżimowych protestów w 2017 roku został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska i powrotu do Wielkiej Brytanii, gdzie po kilku miesiącach zmarł w wieku 60 lat. Proszę państwa, to była książka zatytułowana „Przełomowe odkrycia”. Autor Frank Ashauer, tłumacz Janusz Skolimowski, wydawnictwo Amber. Proszę państwa, świat się zmienia. Bez wątpienia, że tak sobie radośnie zrymuję. Kiedyś robienie zdjęć to było swoiste misterium. Przesadzam? Nie, absolutnie nie przesadzam. Wystarczyłoby się cofnąć kilkadziesiąt lat do czasów naszych babć i okazałoby się, że zrobienie zdjęcia, proszę państwa, to była większa impreza. A dzisiaj cykamy zdjęcia na potęgę. Dzisiaj to jest codzienność. Wyciągamy komórkę i trzask! Mamy to. No to skoro taka różnica, to ja zapraszam państwa na sentymentalnik. Sentymentalnik, w którym wspólnie z Piotrem Cielebiasiem i Arturem Wójtowiczem opowiemy państwu o kolejnym kawałku PRL-u. Tym razem o kawałku fotograficznym. Dzień dobry, wieczór państwu. Zaczynamy sentymentalnik. Oczyma wyobraźni widzę, jak sobie robimy zbiorowe zdjęcie podczas tej audycji. Dlaczego? Bo dzisiaj będziemy mówili o robieniu zdjęć, o aparatach fotograficznych, o tym, że dawno temu w PRL-u to był cały rytuał. Robienie zdjęć, proszę państwa, dzisiaj wyciągamy z kieszeni komórkę, pyk, robimy zdjęcie jedno, drugie, dziesiąte, 150. Później nam się ta karta na komórce zapycha, bo już jest tych zdjęć od cholery tam. Nie. Kiedyś to wyglądało zupełnie inaczej. I o tym w dzisiejszym sentymentalniku. Ale zanim przejdziemy do meritum, to oczywista oczywistość. Dzień dobry wieczór, Arturze.
[01:17:45] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:17:47] - Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:17:48] - Dzień dobry wieczór. Witam, pozdrawiam.
[01:17:51] - Tak. No to startujemy. Zdjęcia i fotografia. Tak sobie myślę, jaką rolę pełniła fotografia w tych dosyć odległych czasach w waszym życiu i w życiu waszych rodzin. Czy często się kiedyś fotografowało, czy też było to jednak coś takiego nie tyle zakazanego, co dosyć unikalnego? Wiadomo, klisza, trzeba to było później wywołać. Cały rytuał. Więc właśnie, jak często fotografowano, robiono zdjęcie? Czy to były tylko uroczystości, czy też tak z doskoku, przy okazji? Jakie sytuacje związane z robieniem zdjęć zapamiętaliście ze swojego dzieciństwa? Arturze, zacznijmy od ciebie.
[01:18:40] - Właśnie. Widzisz, tak jak tutaj powiedziałeś, to był rytuał. Dzisiaj to jest po prostu popelina. Dzisiaj nawet nie przywiązuje się wagi do zrobionego zdjęcia, dlatego, że tych zdjęć można zrobić dziesiątki, setki i sobie wybrać najładniejsze. A wtedy klisza miała 36 zdjęć, klatek. Trzeba było kliszę kupić, trzeba było oszczędzać. Ja pamiętam, że w ogóle pierwszy raz, jak gdzieś wyjechałem, nie pierwszy raz, ale jak jechałem za granicę, to różne głupoty nawet fotografowałem. Ale to było też przerażające, bo potem to się wiązało z kosztami, bo trzeba było to wszystko wywołać, więc to był cały rytuał, tak jak ty tutaj powiedziałeś. Wydaje mi się, że dawniej w ogóle fotografia była czymś może nie to, że rzadkim, ale była jakąś inną pasją. Pamiętam, jak rodzice założyli albumy mnie i bratu, gdzie wklejaliśmy sobie kolejne zdjęcia. A jeszcze starsze zdjęcia, które u mnie w rodzinie są, do których z sentymentem zaglądam, na przykład mój ojciec pochodzi z PodlasiaTam było zrobione zdjęcie, ale ponieważ jedna osoba nie mogła płacić za tego fotografa, bo fotograf musiał specjalnie przyjechać, to kwestia była taka, że 10 osób się na tym zdjęciu znalazło, żeby mieć jedno wspólne zdjęcie. W ogóle w wielu domach aparat wyciągało się tylko przy ważnych okazjach: przy ślubach, przy chrzcinach, przy komuniach, pierwsze dni szkoły, pierwsze spotkania przy stole rodzinne na pamiątkę. Właśnie tak to było. Ja miałem wtedy Smielę, pamiętam, ale moim marzeniem było mieć Zenita 122, gdzie nie trzeba było ręcznie tego brać i ustawiać, tylko wystarczyło nacisnąć przesłonę do połowy i się pojawiały dwie czerwone lampki. Wtedy automatycznie wiadomo było, czy można już robić zdjęcie, czy nie można było robić. Ja oczywiście chciałem mieć Zenita, ale Zenita można było albo od ruskich kupić wtedy na straganie, albo jak ktoś jechał do Rosji na wycieczkę, to mógł przywieźć aparat Zenita i gdzieś go tutaj bardziej wziąć ogólnie, gdzieś go zepchnąć. Mi się wydaje, że w starszych pokoleniach fotografowano się rzadziej, bym powiedział, ale bardziej na serio. Wtedy nie było głupkowatych zdjęć. Głupie miny, głupkowate zdjęcia. Zdjęcia były bardzo często pozowane, czasami były trochę sztywne. Ludzie najczęściej patrzyli prosto w obiektyw. Dopiero po tym, jak zacząłem robić zdjęcia, to się domyśliłem, że nigdy nie należy patrzeć prosto w obiektyw. Samo robienie zdjęć było wydarzeniem, bo ktoś ustawiał wszystkich, poprawiał kołnierzyki, mówił nie ruszać się, uśmiechać się. Potem następowała krótka chwila ciszy, błysk. Dlatego te fotografie mają w sobie coś, moim zdaniem, niezwykłego. One zatrzymują nie tylko obraz, ale zatrzymują emocje, które były w tamtej chwili. W starszych pokoleniach fotografowano się rzadziej, ale bardziej na serio. Te zdjęcia były troszkę sztywne, ale one były. Dla mnie to były tortury. Rodzice obchodzili którąś rocznicę ślubu i pamiętam, że była sytuacja, że wtedy musieliśmy oczywiście wszyscy, rodzinne zdjęcie, iść do fotografa. To były dla mnie tortury, ale dzisiaj te zdjęcia mam. Mi się wydaje, że pomimo tego, że te zdjęcia były sztywne, to ludzie patrzyli prosto w obiektyw z taką powagą, czasami z takim ledwo widocznym uśmiechem. Nie dlatego, że byli smutni, tylko dlatego, że fotografia była czymś ważnym. To było coś niemal symbolicznego. To był taki zapis obecności, że tu byliśmy razem w tym konkretnym czasie. W ogóle w wielu rodzinach szczególne miejsce zajmują szczególne zdjęcia, stare wyblakłe zdjęcia, gdzie są zdjęcia dziadków przedwojenne na przykład. To też są bardzo ciekawe. Też takich zdjęć troszeczkę mam. Są też takie zdjęcia, które na zawsze pozostają w pamięci. Nie dlatego, że są idealne, ale dlatego, że one są prawdziwe. Są krzywe, są poruszone, czasami z zamkniętymi oczami, ale uchwyciły dany moment, którego już nie ma. Na przykład wspólne siedzenie przy stole z ludźmi, których już teraz obok nas nie ma. Powiem szczerze, że dla wielu fotografia wtedy była takim oswajaniem czasu, bo te albumy rodzinne oglądało się jakby opowieść, taką kartka po kartce, rok po roku. Dzieci dorastały, twarze się zmieniały. Ja z fotografią dzisiaj wspominam takie dwa fakty. Od dłuższego czasu, od ponad 20 lat piszę z księciem Lichtensteinu i on na Boże Narodzenie wysyła mi kartkę. On ma taką zasadę bardzo ciekawą, że oni co rok robią zdjęcie rodzinne i widać jak te osoby się zmieniają co roku, jak ktoś odchodzi, ktoś się pojawia nowy i tak dalej. To jest jedna rzecz, którą kojarzę z tą fotografią, że ona pokazuje faktycznie to przemijanie. A druga kwestia, która mi się z fotografią kojarzy, to jak pracowałem jeszcze w Szwajcarii dawno temu w St. Gallen. Tam było siedem osób, które miały powyżej 100 lat. Tam była taka jedna babcia, do której ja chodziłem. Chodziłem po prostu, żeby z nią kawę wypić i dotrzymać towarzystwa. Ona miała chyba 107 lat wtedy, nie pamiętam. Była taka sytuacja, że wypiliśmy kawę. Ona powiedziała: „Weź wyciągnij, tam jest mój album taki. Sobie pooglądamy”. Ja wyciągnąłem, patrzę, a tam takie zdjęcie jakiegoś parowca, takiego jak chata wuja Toma. A ta babcia do mnie mówi: „Tym parowcem żeśmy płynęli do Namibii”, bo to była kiedyś kolonia niemiecka. Ja popatrzyłem na tego parowca z chaty wuja Toma i pomyślałem wtedy: dla mnie to jest potężna historia, a dla tej babci to jest po prostu życie. Dzisiaj robimy zdjęcia bez końca i naprawdę naczepiemy 200, 300, 500 zdjęć, do których nie wracamy albo wracamy tylko raz. Potem już nawet nie zaglądamy. Kiedyś było odwrotnie. Kiedyś zdjęć było mało, ale każde znało się zdjęcie na pamięć. Może właśnie dlatego te stare fotografie mają w sobie coś wzruszającego, bo one, moim zdaniem, nie tylko są obrazem, ale są takim fragmentem życia, który udało się zatrzymać raz na zawsze.
[01:24:52] - Wspomnienia. Piotrze, ty jesteś troszkę innego pokolenia, ale kiedy mogłeś interesować się fotografią w latach 90., to jeszcze na pełnej petardzie fotografia cyfrowa nie wjechała. Zatem jakie są twoje doświadczenia z aparatami, z robieniem zdjęć?
[01:25:18] - Jeżeli chodzi o te doświadczenia z aparatami, to są nikłe, dlatego, że ja nie byłem fanem fotografowania się. Bardzo nie byłem. Do tej pory tego nie lubię. Uważam, że zawsze wypadam inaczej niż wyglądam. Zdjęcia robiło się już masowo, kiedy się miało smartfony. Natomiast nie mam wiele wspomnień dotyczących tych etapów przejściowych, bo jednym z moich, nie wiem, czy to było ulubione zajęcie, natomiast kiedy jeździliśmy do babci, zawsze tam była szuflada pełna zdjęćZ rozmaitych okresów. Z okresu jej młodości, z okresu młodości jej rodziców, jeszcze nawet prapradziadków i tak dalej. Te zdjęcia miały coś w sobie niesamowitego. Czasami nawet trudno było powiedzieć, kto na tej fotografii jest. Ja się tej babci pytałem, kto to jest. Te fotografie były po prostu jak z antykwariatu. To było niesamowite odkrywanie tego wszystkiego, jak to wyglądało. Ja zauważyłem wtedy, że tamte pokolenia, które się urodziły w wojnę, przed wojną, trochę po wojnie, one traktowały zdjęcia inaczej. Zdjęcie było traktowane często jako pamiątka, wiadomo, tak jak Artur powiedział, ale zdjęcie się na przykład dawało komuś w dowód sympatii jako pamiątkę. Tam się często jakąś inskrypcję dawało. Pamiętam, że mój dziadek miał taką całą matę i na tej macie miał zdjęcia swoje z wojska. Zawsze często do tego wracał. Inaczej traktowano wtedy fotografię. Na pewno. Fotografia była bardziej uroczysta wtedy, trzeba było dobrze wypaść. Oczywiście najlepsze były te, które pokazywały życie codzienne, też w albumach z jednej i z drugiej strony rodziny. Takie miałem, które pokazywały, jak oni wtedy żyli. Ktoś przyjechał z aparatem i zrobił kilka zdjęć w momencie, kiedy robili rzeczy, które robią na co dzień. Nie byli wystrojeni. Ukazywało to na przykład realia wojenne czy tuż powojenne. Charakterystyczne było też to, że dawniej ludzie robili zdjęcia na przykład na pogrzebach. To też charakterystyczne. Oczywiście, kiedy zaglądamy do albumów, w których są zdjęcia z PRL-u, jest to, że tam są zdjęcia komunijne, ślubne, czy to czarno-białe, czy już kolorowe. Też bardzo charakterystyczne, bo często bardzo duże. Także ja mam takie wspomnienia z jednej strony, że były te albumy stare, ukazujące świat w tym dawnym stylu. Bardzo to lubiłem. Strasznie to lubiłem wracać do tych zdjęć. Ale były też już za moich czasów, to była końcówka PRL-u, przełom PRL-u i III RP. Wchodziły już aparaty całkiem fancy, takie, które robiły zdjęcia naprawdę dobrej jakości. Japońszczyzna wchodziła. Mieliśmy sąsiadkę, która rekrutowała się z inteligencji, była osobą działającą w środowisku kulturalnym i ona była fotografką amatorką. Ona miała bardzo dobry sprzęt i ona jako dziecko robiła mi, mojej rodzinie sesje zdjęciowe. Mam tego sporo po niej. Ona zmarła bardzo szybko. Bardzo kulturalna osoba. Osobiście ja się nie lubiłem pokazywać na fotografiach. Dla mnie to nie było nic przyjemnego, ale było. Natomiast pamiętam jeszcze jedną rzecz, że jednak kiedy byłem dzieckiem, to fotografia była czymś raczej, co mi się kojarzyło z uroczystościami bardziej. Bo jeżeli ktoś już miał aparat, to uwieczniał tylko chwile ważne. Śluby to już inna sprawa. To już był horror. Ale pogrzeby, narodziny, chrzty, wydarzenia szkolne i tak dalej. Także ja mam takie wspomnienia związane z fotografią. Jeżeli chodzi o tą praktyczną część, to muszę przyznać, że zaczęła się dość późno. Za moich czasów takim standardem niemal było to, że się otrzymywało aparat fotograficzny na komunię. I tak też było w moim przypadku. A potem nastąpił bardzo szybki rozwój technik fotograficznych, aparaty kompaktowe, wreszcie aparaty cyfrowe. No i smartfony. Nie wiem, czy można to nazwać smartfonem, natomiast dla mnie jedną z najlepszych zabawek były pierwsze aparaty w komórkach. One były oczywiście strasznej jakości, ale dawały ci możliwość, której nie miałeś dawniej. Mogłeś cykać zdjęcia do woli, mogłeś robić zdjęcia najgłupszych rzeczy i nie marnowałeś materiału. Nie musiałeś za to płacić. To była dopiero zabawa, bo wcześniej to było zupełnie różnie. Pamiętam też, z jakim podziwem patrzyło się na amerykańskie filmy, na których były polaroidy na przykład. Teraz są takie w Polsce podobne, bardzo tanie. One się chyba nazywają Instaxy. Nie wiem, czy one są jeszcze popularne. Całkiem niedawno były. Kiedy ktoś robił zdjęcie i to zdjęcie od razu się wywoływało, to wyglądało po prostu niesamowicie, jak technologia z kosmosu. Kiedy dyskutowaliśmy na temat tego odcinka, to pomyślałem: „Boże, o czym ja tu powiem?”. Im bardziej zgłębiam te różne sytuacje, te różne aspekty, tym więcej wątków znajduję. I powiem wam, panowie, że mi jest na przykład bardzo ciężko mówić jako osobie, która żyła na styku tak naprawdę kilku epok, jeżeli chodzi o technikę fotograficzną, o tym wszystkim. Bo ja jedną nogą jeszcze tkwię w tej fotografii sprzed II wojny, nawet często z okolic pierwszej, którą byłem zafascynowany. Drugą nogą w tej fotografii okolicznościowej, takiej typowo PRL-owskiej, czyli chrzciny, komunie i tak dalej. Ale z trzeciej już żeśmy wchodzili w ten high-tech współczesny, który dzisiaj, nie wiem, jak to ująć, ale wydaje mi się, że dzisiaj, Markus, zdjęcie straciło, takie zdjęcie powszechne, nie jakieś tam reporterskie, że ono straciło pewne sacrum, które jeszcze miało w czasach tego PRL-u.
[01:31:47] - Tak, zapewne tak. Kiedy ja wspominam swoje zafascynowanie fotografią, to niestety albo stety muszę sięgnąć do przedszkola.Do czasów przedszkolnych, a może nawet jeszcze wcześniej, bo w domu mojej babci, w jej szufladach poniewierały się— nie były składowane, to lepiej zabrzmi— całe stosy albumów. Tam były jakieś stare zdjęcia. Byłem za mały, żeby to wszystko ogarnąć, ale tam były zdjęcia przedwojenne z lat 20. i 30. Dla mnie to było jakby z innej epoki. To tak, jakbym dzisiaj oglądał jakieś rękopisy z XVI wieku przynajmniej. Tak się czułem przeglądając te albumy, bo tam byli obcy ludzie. Czasami babcia mówiła: „O, a to jestem ja, jak byłam młoda. A to dziadek”. W ogóle nie byli podobni do siebie. Ja w każdym razie nie widziałem tego podobieństwa. To moje pierwsze zetknięcie się z fotografią, świadome i takie, że mnie to zainteresowało. Ale zafascynowałem się fotografią w przedszkolu. Od tego przedszkola kulturalnie się udzielałem. To znaczy być może jakieś tam odrobinki talentu we mnie zobaczono, może aktorskiego. I oczywiście we wszystkich przedstawieniach organizowanych w przedszkolu występowałem. Raz byłem bocianem, raz byłem bałwanem. Pewno do dzisiaj mi pozostało. W każdym razie w różne role mnie tam wtryniano. I pewnego dnia na Dzień Dziecka przyszedł do przedszkola fotograf i miał— wtedy tak tego nie ujmowałem, ale dzisiaj — zajebisty sprzęt miał. Była końcówka lat 60., może początek 70. I on miał lampę błyskową, ale lampa błyskowa zasilana była z takiego akumulatorka, który on miał przewieszony przez ramię i pykał z tej lampy zdjęcia i coś grzebał przy tym akumulatorku. I miał jeszcze cudowną rzecz, którą zapamiętałem, że zdjęcie kolejne przewijało się taką wajchą. Nie kręciło się tak jak w późniejszych moich aparatach i jak w aparacie mojego wujka, o którym za chwilę. Tam się kręciło w tych aparatach, takim kółeczkiem i się przekręcało na kolejny film. Nie, nie. Pan miał taką wajchę przy aparacie i robił to jednym ruchem. Pyk i już mógł robić następne zdjęcie. To tak mnie poruszyło, ten człowiek, że ja wtedy obiecałem, że kiedyś też zostanę fotografem. Nie zostałem. I że przyjdę też robić zdjęcia w tym przedszkolu tych kolejnych pokoleń. Strasznie mnie to trafiło. Nie wiem, czy trafiło mnie dlatego, że ja już od jakiegoś czasu spędzałem długie godziny z moim wujkiem w ciemni fotograficznej, którą organizowało się w tamtych czasach w łazience. Układało się tam taki stół specjalny z powiększalnikiem na wannie. Był oczywiście zegar ciemniowy, była czerwona lampka i robiło się zdjęcia. Wrzucało się to w kolejne kuwety. Jak się naświetliło, to się później wrzucało w kolejne kuwety. Wywoływacz, później był utrwalacz, a później się suszyło. To był proces tak fascynujący, kiedy z pustej białej kartki po naświetleniu później się wyłaniało zdjęcie. Absolutna rewelacja i muszę powiedzieć, że to robienie zdjęć powiększalnikiem w łazience długimi godzinami. Ja siedziałem i obserwowałem z taką fascynacją niezwykłą, jak się to robi. Przewińmy teraz troszeczkę filmu, bo już o całej historii nie będę opowiadał. Gdzieś tak koło drugiej, może trzeciej, pewno bardziej trzeciej klasy zapragnąłem robić zdjęcia. To, że się wtedy coś zapragnęło, była pierwsza połowa lat 70., to jeszcze nie oznaczało, że to się natychmiast ziściło. Ale po jakimś czasie, może to rok upłynął, nagle w rękach mojej mamy pojawił się aparat. To nie był nowy aparat. Były małoobrazkowe aparaty i chyba jak małoobrazkowe, to szerokoobrazkowe. To był aparat Lubitel, lustrzanka. Dwa obiektywy miał. Przez jeden się patrzyło, przez drugi się robiło zdjęcie. Film się tam zakładało na takiej rolce szerokiej. On był owinięty papierem. Robił zdjęcia takie, one były duże. Sam film był bardzo szeroki, a w dodatku jak się przewijało znowu korbką, nie korbką, takim kółeczkiem się przekręcało, to tam było takie czerwone okienko, w którym widać było na tym papierze, który pokrywał film od strony tego okienka widać było numer i trzeba było się zatrzymać na kolejnym numerze z jedynki na dwójkę, trójkę. Trzeba było uważać, żeby nie przekręcić, bo się wtedy część kliszy marnowała. I taki był mój pierwszy aparat. I było tak, że ja podszedłem dosyć na oszalańsko, bo ten Lubitel to był aparat, w którym wszystkie elementy należało ustawiać. To znaczy ustawiało się poszczególne przesłony, naświetlenia. Tam wszystko, co można było w nim ustawiać, to było ustawiane, a potem się naciskało magiczny guziczek i robiło się zdjęcie. Pierwszy film 12-klatkowy zmarnowałem cały, bo mnie to było obojętne, co było ustawione.Ale jak przyniosłem od wywołania pusty praktycznie rzecz biorąc film, to doszedłem do wniosku jako uczeń klasy trzeciej bądź czwartej, że trzeba się jednak trochę dokształcić, bo nic z tych zdjęć nie będzie. Mama była bibliotekarką w szkole, więc ściągnęła mi różne podręczniki na temat robienia zdjęć. Ja mozolnie dosyć wgryzałem się w to, jak się robi czarno-białe zdjęcia. Jak się te przesłony ustawia, od czego to zależy, jak woda, jak śnieg, jak słońce, jak to, tamto, sramto, owamto. Ale w tych książkach była rzecz niezwykle cenna. Były różne tabele naświetlań, przy jakiej pogodzie, przy jakim słońcu i tak dalej. Jak należy ustawiać poszczególne elementy tych ustawień. Usiłowałem to zapamiętać, ale tego było dosyć dużo, więc na obudowie, takiej skórzanej obudowie tego lubiciela napisałem sobie ściągę. Jak się ustawia przysłonę, jak się tam inne elementy ustawia. I miałem ściągę i zacząłem robić zdjęcia. I te zdjęcia zaczęły wychodzić. Dla maniaka, którym byłem nie ma nic lepszego niż jeśli ta pasja zaczyna przynosić jakieś wymierne efekty. A tutaj były zdjęcia, które robiłem. Były najcudowniejsze na świecie, chociaż dzisiaj to pewno bym się za nimi nie obejrzał. Ale były. Widać byłem przekonujący w tej swojej pasji, bo po iluś latach robienia tych zdjęć lubicielem dostałem aparat Smiena. To było takie plastikowe coś. Niespecjalnie z punktu widzenia techniki zaawansowane, ale było na film właśnie ten małoobrazkowy. Trzydzieści-kilka zdjęć. To w ogóle rewelacja. I tam ja już sobie radziłem z tymi wszystkimi ustawieniami. Trzeba było też czułość filmu ustawić. Takie różne tam bajery były, ale sam aparat był— jeśli powiem, że był prymitywny, to i tak jakoś będę go wywyższał. To było dosyć toporne pudełko, ale dosyć trwałe. Ja pamiętam, że dostałem ten aparat przed pierwszym wyjazdem na obóz wędrowny, a na obozie wędrownym na pierwszy obóz wędrowny pojechałem... Tak, to był 77. rok. 77. rok i tam robiłem zdjęcia na kopy. Miałem ze sobą tych filmów coś koło 10 rolek, więc ja naprawdę szalałem na tym wyjeździe. Później musiałem odkładać kasę, żeby to wszystko najpierw wywołać, a później odbitki zamówić. Tak jak któryś z was powiedział, to się zawsze z kosztami niemiłosiernymi wiązało. Pamiętam, był cały rytuał. Zanosiło się film. Mówiło się w tej kasecie tak zwanej, że po jednej odbitce z każdego zdjęcia w porządku. I jeszcze się mówiło panu, że poprosi się o kasetę, bo kasetę się oddawało z filmem, że kasetę chce się z powrotem. Pan wyciągał cały karton tych kaset. Wybierało się jedną, która była najładniejsza. Ja zawsze się kierowałem tym, żeby ładna była ta kaseta, więc odbierałem i było fajnie. Bo o co chodzi? Te aparaty były tak zrobione, że film przewijał się na rolkę i później trzeba było z powrotem zwolnić przycisk i przewinąć z powrotem do kasety. A moim marzeniem było to, żeby film przewijał się z kasety do kasety, bo to bajer. Otwieracie, skończyliście film, otwieracie, już macie film w kasecie. Nie wiem, czy to dosyć precyzyjnie tłumaczę, ale to były takie rzeczy. Jeśli nawet to nie jest specjalnie dobrze przeze mnie wytłumaczone, to widzicie, jakie rangi problemów się pojawiały albo też braku tych problemów. Jeszcze chciałbym powiedzieć, bo co jest dosyć ważne. Ja w pewnym momencie poszedłem w tej pasji fotograficznej tak daleko, że cały czas z tą Smieną, kiedy nastał rok 80. i 81. i w kraju się sporo działo, a później był stan wojenny i różne inne rzeczy się działy. Ja chodząc do szkoły w swojej torbie szkolnej, już licealnej, cały czas miałem aparat ze sobą i takie ciche marzenie, że uchwycę kiedyś jakąś dramatyczną scenę. Za bardzo tych dramatycznych scen nie uchwyciłem, chociaż kilka fajnych zdjęć tą Smieną zrobiłem. I tak się kończy. W pewnym momencie ta Smiena się po prostu rozpadła ze starości. Miała chyba z 10 lat i całkowicie odmówiła posłuszeństwa. Jakieś sprężyny tam popękały, po prostu padła. I wtedy dostałem od swojego dziadka aparat Zorka 10. A to już, proszę państwa, była maszyna, która miała elektronikę. To był aparat zrobiony po raz pierwszy podobno w 1964 roku. Jaki był rocznik tej Zorki, którą dostałem od dziadka? Nie wiem, ale fascynujące były tam dwie rzeczy. Po pierwsze była w tym aparacie ta wajcha, którą zapamiętałem z przedszkola, że można było jednym ruchem, byle nie za mocnym, bo zrywała się perforacja filmu, ale takim spokojnym, łagodnym ruchem można było przewinąć do następnej klatki. To pierwsza rzecz. A druga rzecz on był częściowo elektroniczny. Na pewno mierzył poziom oświetlenia. W obiektywie była cała taka— to wyglądało, jakby ze szkła było zrobione i tam były jakieś mierniki właśnie natężenia światła. To się pokazywało w tym wizjerze.Była taka czerwona kreseczka i ona pokazywała, czy jest dobre światło, czy też tego dobrego światła nie ma. Z tą Zorką później sporo czasu minęło, ale w pewnym momencie padła elektronika. Był chyba 1989 rok i tak się wszystko rozpadało, więc rozpadła się ta Zorka, ale później żaden zakład nie był w stanie tego światłoczułego elementu elektronicznego naprawić. I ta Zorka niestety też padła. To tyle takich początkowych fascynacji związanych z fotografowaniem i z robieniem zdjęć. Ja już nie dodaję tego, że zachowywałem się wtedy tak, mając tą Smenę, jakbym dzisiaj się zachowywał, robiąc zdjęcia komórką, czyli cykałem tych zdjęć na kopy. Była mowa, że to się wiązało z kosztami, ale ja byłem po prostu szalonym reporterem i robiłem naprawdę nie wiem, czy dobrą robotę, ale dużo zamieszania.
[01:45:22] - Ty miałeś Zorkę 10, natomiast klasyk Reiss i cytat z Himilsbacha, że miał Zorkę 5, zrobił kilka zdjęć. Tutaj padło już bardzo wiele interesujących szczegółów związanych z tym, jak wyglądało życie fotografa amatora w PRL-u. Chciałbym odbić w nieco inną stronę. Panowie, Arturze, konkretnie, czy masz jakieś wspomnienia związane z tym nie jak robiłeś zdjęcia, a jak byłeś fotografowany? Na komunii, na jakichś uroczystościach. Jak to wyglądało? Czy są jakieś śmieszne historie? Czy są jakieś traumy z tym związane? Bo jednak nie wszyscy się fotografować lubili. Takim charakterystycznym elementem były na przykład zdjęcia w szkole. Cała klasa się ustawiała. To była tradycja. Nie wiem, czy to teraz jest. Za moich czasów jeszcze było, że przychodził pan fotograf, kazał się wszystkim ustawiać i wykonywano fotografie. Potem były podobne fotografie przy maturze. Co fotografowano w PRL-u? Jakie wydarzenia? Jak to wyglądało? Jak wyglądał ten przymus pojawienia się na fotografii pamiątkowej?
[01:46:37] - Ja ci powiem coś takiego, że ja nie bardzo lubiłem być fotografowany z kilku powodów. Dzisiaj jak oglądam moje zdjęcia jako dziecka z przedszkola, to niektórzy twierdzą, że jak do dziewczynki byłem podobny. Ja i tak z natury rzeczy fizycznie jestem do mamy podobny bardziej. Ale zawsze mówiono, że ja na zdjęciach jakieś głupie miny robiłem i tak dalej. Dzisiaj jak patrzę na mojego syna, który się urodził, to widzę, że on na zdjęciach też robi podobne głupie miny. Czyli chyba to gdzieś tam pozostaje w genach. Natomiast ja tylko dodam tutaj jeszcze do jednej rzeczy, bo Marek bardzo dużo rzeczy powiedział. Moi drodzy, cały ten proces wywoływania zdjęć był niezwykle ciekawy. Pamiętam, jak się w kiblu to robiło u mojego brata stryjecznego i się kopcami zasłaniało szyby w drzwiach i wszystko, żeby w ogóle światło tam nie wnikało. To była cała ceremonia to, co Marek opowiedział. Natomiast ja wam powiem jeszcze inną, ciekawszą rzecz, bo my tu sobie gadamy z pół godziny, a nie powiedzieliśmy o jednej najważniejszej rzeczy, że za naszych czasów to były zdjęcia czarno-białe i to się wywoływało zdjęcia czarno-białe. A co ciekawsze, na przykład za czasów moich rodziców czy dziadków, to te czarno-białe zdjęcia się dawało do kolorowania. I to dopiero była frajda, jak się potem dzisiaj zobaczy takie zdjęcie czarno-białe, które było flamastrami kolorowane i to był specjalny gościu, który to wszystko kolorował, te stare zdjęcia, żeby one były kolorowe, zrobione z czarno-białych. On je ogólnie przerabiał. Dzisiaj to każdy by z nas się zaśmiał, bo wrzucimy zdjęcie w AI i automatycznie nam przerobi to wszystko na kolor. Ale powiem wam coś takiego. Ja bardzo nie lubiłem zdjęć. Oczywiście w przedszkolu to masowo były zdjęcia robione. Potem pamiętam, że co roku mogłem oglądać, bo w szkole podstawowej też z każdej klasy miałem te zdjęcia. Przy czym ja jestem z takiego śmiesznego regionu, z Płocka, z diecezji płockiej. Dlaczego mówię, że ze śmiesznego? Bo oczywiście były zdjęcia robione, moi drodzy, w każdej klasie, ale też były zdjęcia robione na komunię. Właśnie dlaczego mówię, że ze śmiesznego regionu? Dlatego, że diecezja płocka jest jedyną diecezją w Polsce, która ma taki średniowieczny przywilej. Przywilej polega na tym, że jest pierwsza komunia święta, potem jest druga komunia święta, czyli komunia generalna. Nikt tego w Polsce całej nie ma, tylko diecezja płocka coś takiego ma, że ma pierwszą komunię i drugą komunię, a potem jest bierzmowanie. I właśnie ja też zawsze bardzo często się tak śmieję, bo jak potem przyszedłem na Śląsk, to wszyscy się śmiali i mówili: „To co, ta pierwsza jest taka nieważna, że drugą się robi albo coś takiego?”. Ale właśnie ja mam uwiecznioną tą drugą komunię na zdjęciach. To też jest bardzo ciekawa kwestia. Ale mówię, ja zbytnio nie lubiłem zdjęć u siebie, bo kazano mi się uśmiechać. Ja nie potrafiłem się sztucznie uśmiechać. Jak się sztucznie uśmiechałem wyglądałem głupkowato trochę być może albo przedawżałem z tym uśmiechem. I tak to było. Najciekawsze jest coś takiego, że nawet jak robiono zdjęcia albo ja jak potem próbowałem robić zdjęcia też czasami, to tak naprawdę młody fotograf się uczył na błędach. Nie było podglądu, nie było czegoś takiego, że później się to poprawi. To była cała sztuka, cała technika, nauka o przesłonie, o czasie naświetlania. Często się czytało jakieś książki i były jakieś kluby fotograficzne, gdzie załóżmy się to robiło, ale przede wszystkim mi się wydaje, że szanowało się kliszę, bo jeszcze właśnie ja miałem to, co Marek powiedział, że można było kupić kliszę w kasetce, ale można było kupić kliszę bez kasetki, ale ona była tańsza bez kasetki. Niestety trzeba było po ciemku w kiblu gdzieś ją zakładać, żeby się nie naświetliła ta klisza.Ogólnie. I to był problem. Czasami też się przekładało do kasetki, film bez kasetki, kliszę, którą się zakupiło. Więc to był cały rytuał. Natomiast to, co się w tej chwili dzieje z fotografią, to już są przeróbki, doróbki. Na przykład ja wchodzę na grupę facebookową i ktoś pokazuje twarz jakiegoś gościa i mówi: „Mam taką prośbę, przeróbcie mi to, że jestem na plaży na Hawajach". I się pojawia 50 czy 60 zdjęć, każdy przerabiał w AI, że ta osoba niby jest gdzieś tam na Hawajach. Teraz mi się wydaje, że fotografia nie do końca ma takie sacrum. Oczywiście są fascynaci, pasjonaci fotografii i to robią. Być może dziś wiemy już jak robić zdjęcia czy wiemy jak się ustawić do zdjęcia, żeby zdjęcie wyszło. Natomiast wtedy to było całkowicie inne. To, co ja pamiętam, to pamiętam zawsze, że mój świat fotografii był światem czarno-białym z takim koreksem, gdzie się do tego koreksu wrzucało. Jeszcze mnie to na tyle fascynowało, wam powiem, dlatego, że gdzieś tam kiedyś przeczytałem sobie, że właśnie na kliszy fotograficznej i na tych wszystkich wywoływaczach, utrwalaczach są elementy srebra. Więc zbierałem przez pewien okres czasu stare negatywy, bo znalazłem jakiś przepis, jak można z tych klisz starych różnej maści odzyskać przykładowo srebro. Nigdy jednak nie zostałem z tego powodu milionerem. Ale fotografia brała mnie, podsycała do innych, dalszych marzeń, gdzie mogłem dalej się też rozwijać.
[01:52:10] - Marku, ty nam dużo powiedziałeś tutaj o sekretach z poradnika młodego fotografa, ale czy były jakieś przypadki pamiętne, kiedy to ty byłeś fotografowany? Czy to lubiłeś, czy nie za bardzo? Chyba że masz jeszcze jakąś historię, jakiś smaczek związany z tym, czym się fotografowało, jak się fotografowało, o czym jeszcze nie powiedziałeś.
[01:52:36] - Zacznijmy od bycia fotografowanym. Owszem, w moich czasach ta tradycja robienia zdjęć w szkole funkcjonowała. Pamiętam bodajże w szóstej i w ósmej klasie przybył fotograf i te zdjęcia nawet chyba jeszcze gdzieś mam, bo tam było widać różnicę w technologii, w technice. Nie mam dobrego słowa i za słabo się jednak na fotografii znam, żeby to dobrze określić. Chodzi o to, że wtedy na rynku funkcjonowały dwa rodzaje filmów kolorowych, bo te zdjęcia klasowe były kolorowe. Z przedszkola miałem jeszcze czarno-białe, też takie wspólne grupowe zdjęcie, ale już w szkole podstawowej było zdjęcie kolorowe. Funkcjonowały dwa rodzaje filmów w Polsce. Z drugimi był problem, bo nie bardzo było je można wywołać. Były zakłady, które to robiły, ale to jeszcze oczywiście dodatkowo kosztowało. Były filmy orwoskie, gdzieś z NRD sprowadzane. To był inny system kolorowania tych zdjęć. Wybaczcie państwo, ale akurat się na tym zupełnie nie znam. I to było widać, jak się wywoływało ten orwoski film albo miało jakiś film z Zachodu, Kodaka albo jakiś inny. To były inne systemy kolorów i te kolory były inne. Te orwoskie były jakieś takie blade. Nie wiem, czy to była kwestia samego filmu, czy może papieru. Nie wiem. Raczej nie będę tu ekspertem i nie wypowiem się autorytatywnie. I właśnie to zdjęcie z szóstej klasy było orwoskie, jakieś takie blade. A w ósmej klasie odwiedził nas pan, który już widać miał dostęp do filmów, które przychodziły z Zachodu na zupełnie inne barwy. Zupełnie inaczej się te barwy zachowują z upływem czasu. To też było dosyć ważne. To taka pierwsza moja refleksja. Co jeszcze pamiętam? W tej szóstej klasie stoję sobie w stroju harcerzyka z żółtą chustą. Jakoś tak dziwnie wyglądam, ale człowiek jak się widzi na zdjęciach, to powiem panom tak, że jakoś tak z natury chyba niemal wszyscy nie lubią siebie na zdjęciach, bo mają zupełnie inne wyobrażenie na swój temat niż to później widzą na tym zdjęciu. I pewno stąd się to bierze. Pewno upraszczam, ale jakaś taka ogólna zasada myślę, że funkcjonuje. Później byłem w liceum i też były zbiorowe zdjęcia. Do dzisiaj mam w co szpilki wbijać. Tu nie mówię o swoich kolegach, bo tu nie mam żadnego powodu, ale na tych zdjęciach fotografowali się z nami nauczyciele. I ci nauczyciele, część też była w porządku, ale mam tego jednego, którego nienawidziłem najbardziej, który był chorym psychicznie matematykiem i nie gnębił mnie za to, czy ja umiałem, czy nie umiałem. On mnie po prostu nie lubił i to, czy ja umiałem, czy nie umiałem, nie miało znaczenia. Więc dzisiaj takie symboliczne szpilki mogę w niego wbijać. Zostawmy, bo to jakaś małość przeze mnie przemówiła. Natomiast jeśli chodzi o różne ciekawe historie, to może jeszcze taka, że ja bardzo szybko wpadłem na to, będąc szalejącym, bardzo młodym reporterem, że aparat w tamtych czasach PRL-u otwierał różne drzwi.Bo nie było tak jak dzisiaj, że fotoreporterzy są dopuszczani albo wypraszani. Wtedy jak ktoś był z aparatem i robił zdjęcia, to na przykład na różnych przemarszach, których w 1980 i 1981 roku było sporo, jak się kręcił młody człowiek, ale nie dzieciak z aparatem i robił zdjęcia, to budziło jakiś szacunek. Bez przesady oczywiście, ale ludzie traktowali automatycznie takiego gościa, który robi zdjęcia nawet bardzo prostym aparatem i takim mało zawodowym. Jakoś tak się ustawiali w sensie zachowań i w sensie na przykład życzenia albo nieżyczenia sobie zdjęć. Automatycznie traktowali takiego gościa jak fotoreportera. I to mi pozwoliło kilka fajnych zdjęć zrobić na przykład z takiego protestu rolników bodajże w lutym 1981 roku w Bydgoszczy. Kilka naprawdę fajnych zdjęć i wiem, że była ochrona tego marszu, która jak nie widziała, to mnie przepuszczała. Ja wchodziłem do miejsc, do których normalnie się nie wchodziło albo za taśmy, za które też nie należało wchodzić. Ja mogłem spokojnie wchodzić. Nie mówię tego, żeby się chwalić, tylko dlatego, że potwierdza się to, że czas PRL-u to były jeszcze te ostatnie momenty. To był czas, kiedy gościa z aparatem traktowano w jakiś taki specjalny sposób. Przypuszczam, że to było echo pewnej nabożności przy robieniu zdjęć, pewnego sacrum, o którym była mowa. Tu też ten gość, który cykał zdjęcia jakiemuś tam przemarszowi, też był w jakiś sposób ważny. Bez przesady oczywiście, ale był ważny. Drugą taką serię zdjęć dla mnie wtedy bardzo ważnych, to po wydarzeniach bydgoskich w marcu 1981 roku. Robiłem te zdjęcia właśnie pod siedzibą Solidarności. Były dzikie tłumy po pobiciu Rulewskiego, więc były dzikie tłumy tam na nabrzeżu Brdy. I ja to też wszystko uwieczniałem. Nie wierzgałem wręcz, że jestem świadkiem takich wydarzeń. Czułem się, jakbym utrwalał historię, co zresztą było prawdą. Ale też bez przesady. To takie wydarzenia. Mile wspominam ten czas. W dodatku to był czas, kiedy te zdjęcia już mi wychodziły. Już nie było tego problemu, że mi się coś nie naświetli albo zaświetli, prześwietli. Nie, nie. Tu było już wszystko w miarę w porządku. Miałem to opanowane. A te zdjęcia jak sobie tak porobiłem, to do dzisiaj gdzieś w jakimś kartonie je mam, tylko musiałbym znaleźć ten karton.
[01:59:26] - Poruszyłeś Marku temat aparatów gorszej jakości, aparatów dla gawiedzi. Jak to wyglądało? Gdzie się je kupowało? Potem następuje przeskok do aparatów kompaktowych, potem fotografia cyfrowa. Panowie, jak się zmieniło, to jest pytanie numer dwa w tym ciągu, podejście do fotografii. Ona straciła pewne sacrum, straciła też pewien urok. Stała się tak naprawdę codziennością, dla niektórych uciążliwą codziennością. Dzisiaj ludzie nie lubią się fotografować, dzisiaj raczej się zasłaniają. Kiedyś robili poważne miny, dziś mogą zasłonić twarz. Także Arturze, co z tymi aparatami typu dróg?
[02:00:15] - No właśnie.
[02:00:16] - Jak to wyglądało w przypadku takich smartfonów PRL-u? I jak z twojej perspektywy wyglądała późniejsza droga rozwoju technologii fotograficznej? Czy to wszystko ma ten sam urok?
[02:00:33] - Znaczy wiesz, mi się wydaje, że to jest troszeczkę taki mit, że gawiedź nie miała dostępu do fotografii. Ona miała tylko, że miała na innych zasadach niż ma dziś, bo sprzęt był prostszy, bardziej dostępny, ale nadal też on wymagał wiedzy i uczciwości. To jest taka hierarchia. Oczywiście najprostszy to był chyba aparat dróg. To był chyba pierwszy aparat w życiu, który ktoś miał. Tam stała przesłona, był brak większej regulacji, ale przede wszystkim on robił zdjęcia i to wystarczało. Potem był taki mały, niewiele skomplikowany aparat Ami się nazywał. On był dla amatorów. Ja natomiast miałem Smenę 8M. To chyba jest jeden z najbardziej kultowych aparatów. On był tani, lekki. Przy odrobinie nauki on potrafił naprawdę dać jakieś dobre efekty. I później krok wyżej to już był Zenit. Ten Zenit 122 to było to dla mnie marzenie, bo jeszcze w Zenicie to trzeba było tam przekręcać, regulować to wszystko i trzeba było się uczyć, a ja byłem bardziej leniwy. A potem zaczęły się pojawiać takie aparaty, powiedzmy sobie szczerze, w ogóle dla mnie marzeniem to było, bo gdzieś tam na filmie oglądałem jakiś polaroid, że się pstrykało i to zdjęcie wychodziło automatycznie. I potem dopiero jak do Szwajcarii pojechałem na studia, to dostałem od kogoś taki stary aparat, już w ogóle kompletnie nieużywany, bo w tamtych czasach to była w ogóle, jak ja pojechałem do Szwajcarii, to już była kompletnie zapomniana rzecz w Szwajcarii, a dla mnie to było coś fascynującego. Tak samo w Szwajcarii dostałem pierwszą starą komórkę od swojego szefa, gdzie u nas w Polsce nie było jeszcze. Ta komórka to była taka cegła. To też jest inna sprawa. Więc ten aparat Polaroid, który gdzieś tam od razu wywoływał te zdjęcia, to był w ogóle szok jakiś. Ale dalej to już po prostu to wszystko poszło szybciej i ja, tak szczerze mówiąc, miałem tą Smene, to nią tam pstrykałem ogólnie, ale tak naprawdę za fotografikę to się wziąłem dopiero później, jak już przyjechałem na Śląsk.
[02:02:28] - Się tym zafascynowałem. Kupiłem sprzęt, całe lampy błyskowe, obiektywy wymienne, bo to, że można było obiektyw zmieniać, to już w ogóle było niesamowite, bo przecież w Smenie nie można było zmienić obiektywu. Jeszcze tam był taki dzyndzel zaraz przy obiektywie do pstrykania. To też było bardzo przezabawne. Ja chyba nawet mam gdzieś takie dwie Smeny jeszcze w domu u rodziców w Płocku. Te aparaty oczywiście były dla ludzi, ale one wciąż nie były jednorazową zabawką, bo trzeba było wiedzieć przede wszystkim jak założyć film, jak go przewijać, jak nie prześwietlić zdjęcia. To też wymagało pewnej sztuki. Najczęściej to wszystko kupowało się w Państwowych Sklepach Fotograficznych. Nie wiem, czy w tej chwili jest taka sieć. Już pewnie nie, chociaż gdzieś widziałem. Fotooptyka się nazywał. To było takie miejsce z bardzo charakterystycznym klimatem. Tam były gabloty ze sprzętem, rolki filmów za ladą. Tam był taki swoisty zapach chemii fotograficznej, który się unosił w powietrzu. Oczywiście można było kupić sprzęt fotograficzny w Pewexach. To już inna sprawa, ale za dolary się kupowało albo gdzieś na bazarach czy giełdach od Ruskich. Tam też krążyły często używane aparaty. Przede wszystkim można było kupić, nazwijmy to, poprzez znajomości. Mi się wydaje, że w czasach PRL-u ludzie czekali na tych ludzi, którzy jeździli na wycieczki do innych krajów socjalistycznych, do ZSRR albo gdzieś. Wtedy właśnie tamci przywozili jakieś telewizory Rubiny, Elektrony czy jakieś aparaty fotograficzne albo gdzieś na targach kupowało od innych ludzi. Tak naprawdę wydaje mi się, że ta cała magia związana z wywoływaniem zdjęć dzisiaj jest praktycznie zapomniana, a kiedyś to było serce fotografii. To trzeba było wszystko, tak jak Marek powiedział, wywołać w całkowitej ciemności. Wyjmowało się kasety, nawijało się na taką szpulę do koreksu. Tam się trzaskało, płukało w tym wszystkim. Potem był przerywacz, utrwalacz, płukanie. Na końcu było suszenie. To się do prani spinaczami brało i się suszyło te zdjęcia. Czasami na tym wywoływaniu zdjęć była kwestia, czy to zdjęcie było matowe, czy było z kolei takie błyszczące. Jak było błyszczące, to czasami paluchy było widać, bo ktoś to potem jak wywołał, to z tymi paluchami wywołał. Potem jeszcze oczywiście całe kwestie związane z negatywami, z powiększalnikami, kuwety z chemią. Kto to przeszedł, kto to przeżył. Ale oczywiście robiło się czarno-białe, bo kolorowe to już było trudniej, dużo trudniej to wszystko wywołać. Ja powiem wam szczerze tak, mi się wydaje, że w ogóle PRL, nie skłamię, ale powiem, że nie tylko fotografia w PRL-u uczyła pokory, ale wydaje mi się, że PRL uczył pokory, bo za czasów PRL-u, o tym kiedyś też możemy sobie porozmawiać, były pasje, była filatelistyka, zbieranie znaczków. To też uczyło pokory. Ludzie musieli te rzeczy zbierać. Fotografia to nie było tak. Dzisiaj ludzie chcą szybko wszystko od razu mieć. Natomiast fotografia nie ma natychmiastowego efektu. Nie było w ogóle gwarancji sukcesu. Jedno źle ustawione pokrętło i cały film można było wyrzucić. Może właśnie dlatego te zdjęcia wtedy miały duszę, bo za tymi zdjęciami stał wysiłek, stał czas, stała decyzja. Wydaje mi się, że dlatego te zdjęcia są chyba najwartościowsze.
[02:06:22] - Jeżeli chodzi o duszę ze zdjęć albo duszę w zdjęciach, to rzeczywiście jest ciekawy i mało uchwytny temat. Nie wiem dlaczego tak jest, ale wydaje mi się, że te starsze zdjęcia miały w sobie coś. Coś, czego brakuje dzisiejszym fotkom. Bo zdjęcia, fotka to chyba dwie różne rzeczy.
[02:06:44] - Może wejdę w słowo Piotrze. Dlatego ten przeskok ogólnie z aparatów kompaktowych na fotografię cyfrową to są lata 90. XX wieku i początek XXI wieku. I dlaczego te zdjęcia dzisiaj nie mają dusz? Dlatego, że byle gówno fotografujemy. Ludzie fotografują co zjedli, gdzie siedzieli, na jakim kiblu, którą drogą szli. Dla mnie rekordowe zdjęcia, jak wejdę na Facebooka, to dwie rzeczy są rekordowe. Modne jest to, żeby powiedzieć byle jaką głupotę i podpisać się pod tym, że ktoś ważny to powiedział. A rekordowe to jest powiedzieć jakąkolwiek głupotę, na przykład: „Czas się zatrzymał”. Podpis: autor nieznany. To jest już kultowe. A drugie naprawdę, jak Boga kocham, ja nie rozumiem jednej rzeczy. Siedzi laska w kiblu i przy lustrze w kiblu robi sama sobie zdjęcie. Na litość boską! Czy ona nie ma kogoś, kto jej zdjęcie zrobi? Czy ona nie ma koleżanki? Czy ona nie ma chłopaka? Czy ona nie ma kogoś, kto jej zrobi? Nawet jadąc za granicę często się mówiło do kogoś obcego: „Czy możesz wziąć zrobić nam zdjęcie przy tym budynku?” I ktoś robił zdjęcie. Nie było problemu. A tutaj laska siedzi obecnie sama w kiblu i przed lustrem w kiblu robi sobie zdjęcie, żeby uchwycić, w jakiej ona sukience stoi. Dlatego to jest odpowiedź na to pytanie, dlaczego dzisiejsze zdjęcia nie mają duszy.
[02:08:11] - Tak, pomijamy tutaj już tę kwestię tak zwanego selfie, która nie była wtedy znana. Rzeczywiście o tym, co powiedziałeś, można długo dyskutować, że tutaj ktoś robi super fancy zdjęcie, jakie to ma, jak to się mówi look, a tam w tle, jak to się u nas mówi sroc brzydko.Ale to chyba jest bardziej kwestia psychologiczna, kwestia tego, jak się zmieniało podejście. Zresztą to jest tak naprawdę bardzo ważne w naszej dzisiejszej rozmowie. Ale Marku, żeby już to zamknąć, bo okazuje się, że ten temat jest bardzo rozległy i moglibyśmy długo dyskutować. Nagle nam wyskoczyła kwestia selfie. Jak to było z tymi aparatami dla gawiedzi? Po pierwsze. A po drugie, czy po tym przeskoku technologicznym zdjęcia zachowały dla ciebie duszę, czy jednak to zależy?
[02:09:02] - To zależy oczywiście. Większość zdjęć współczesnych duszy nie ma, cokolwiek będziemy pod tym rozumieć. Naprawdę produkujemy te zdjęcia taśmowo. Sam to robię, więc niczyja wina. Po prostu zmienił się świat. À propos selfie to pewno nie byłem jedyny, ale w 1980 roku tą Smieną 8M też sobie robiłem selfie i naprawdę musiałem mocno tę rękę wyciągnąć, bo optyka jednak była troszeczkę nie taka jak we współczesnych komórkach, więc trochę tę rękę musiałem wyciągnąć, a i tak twarz była zniekształcona. Byłem bardzo zdziwiony, że taki jakiś opuchnięty jestem. Więc selfie już było w roku 1980, przynajmniej w moim wykonaniu, ale przypuszczam, że takich racjonalizatorów było sporo więcej. Cóż jeszcze chciałem powiedzieć? Przede wszystkim to, że mówiłem o lampie błyskowej tego fotografa, który był w przedszkolu, miał akumulatorek i pykał te zdjęcia. Z kolei mój wujek miał lampę błyskową, którą się podłączało do gniazdka, ładował się kondensator i można było pyknąć zdjęcie. Później trzeba było jeszcze raz do gniazdka, ładował się kondensator i kolejne zdjęcie. Ona jest trochę gorsza, ale i tak była fajna. Natomiast takiej lampy nie można było tak dostać ad hoc. Była? Nie. To już nawet nie była kwestia pieniędzy. Nie zawsze była dostępna, przynajmniej w tych popularnych sklepach, bo przypuszczam, że zawodowcy to w ogóle inną drogą się w te aparaty i w te lampy błyskowe zaopatrywali. Natomiast ja bardzo chciałem mieć lampę błyskową i wylukałem w sklepie fotograficznym lampę na żarówki. W środku była jakaś taka wiązka magnezowa i to robiło pyk zdjęcie. Było powiązane z aparatem, takim wężykiem odpalało tę lampę. To była prymitywna technika, ale miałem lampę. Tylko jak to w PRL-u, to z takich ciekawostek. Te lampy sprzedawali, one chyba były po sześć pakowane, nie lampy, tylko te żarówki do lampy i kupowało się to, wyciągało się w domu. I tu była niespodzianka, bo one miały takie oznaczenia, taką kropeczkę miały przy bańce i ona była albo niebieska, albo różowa. Jak była niebieska, to ona błyśnie. Jak była różowa, to już była przeterminowana i nie błyśnie. Tylko problem polegał na tym, że nie mogliście zapakować tego tak jak dzisiaj z powrotem do pudełka i wymienić, bo powiedzmy dwie żarówki z sześciu były już różowe i nie miały ochoty błysnąć. Tylko to po prostu kupiliście i z tych sześciu działały cztery i to był wasz problem. À propos lamp błyskowych, tak to sobie rozwiązałem. Mówiłeś Arturze o aparacie Druh. Tak, aparat Druh. Osobiście go rozkręciłem. Tyleż wspomnień, bo został po moim wujku taki jakiś zdezelowany aparat Druh, ale go świetnie poznałem. On trochę tej automatyki ustawień miał. W dodatku był to aparat na szerokie filmy. Pamiętam, bo go osobiście rozkręcałem. A wcześniej, zanim rozkręciłem Druha, to jeszcze rozkręciłem jakiś przedwojenny aparat. Wiem, że miał pełno jakichś takich okienek soczewkowych. To było bardzo dziwne pudło. To było pudło po prostu. Też je rozkręciłem. Dzisiaj to pewno majątek za taki aparat można by dostać. Miał jeszcze mieszek, to też doskonale pamiętam. Taki mieszek wyskakiwał. W ogóle dzisiaj to byłby rarytas, może nawet muzealny, ale wtedy nikt tak na to nie patrzył. Aparaty na początku służyły mi do rozkręcania. Cóż jeszcze? To robienie zdjęć. Mówicie o tej duszy i braku duszy i tych pewnych protestach przy robieniu zdjęć. To prawda. Ja miałem takiego kolegę. Dzisiaj to jest sławny bydgoski endokrynolog z tytułem doktora i chyba z dwiema specjalizacjami. To był gość niezwykle czujny. Jak mówiłem, aparat nosiłem przy sobie. W szkole go miałem, wszędzie go miałem. Przez wiele lat nie udało mi się zrobić ani jednego zdjęcia temu człowiekowi. Ani jednego. Jedyne, które mi się udało, to takie, kiedy zasłania sobie twarz dłońmi, czyli nieudane zdjęcie po prostu. Ktoś mógłby dorobić do tego fajną historię, że może był jakimś szpiegiem z krainy deszczowców i dlatego nie pozwalał sobie robić zdjęć. Myślę, że powody były zupełnie inne. Powiem jeszcze o jednej rzeczy. Kiedy się zepsuł ten aparat, który już był taki zaawansowany, o którym mówiłem, że zepsuł mu się ten element światłoczuły, to gdzieś w połowie lat 90. nabyłem drogą kupna kolejny aparat analogowy. I ten już miał pełno bajerów. Miał tam jakieś przewijania, jakieś cuda. Naprawdę on, jak sobie tak go wspomnę, to dzisiaj byłby porównywalny do takiego mocno zaawansowanego aparatu cyfrowego. Miał tam pełno bajerów tak zwanych. Już nie będę ich wszystkich wymieniał, ale naprawdę robił-Super zdjęcia. Tylko powoli. Kiedy ja go kupowałem, to już była druga połowa lat 90. Jeszcze mi posłużył do czasu, kiedy się zerwała. On był wyposażony, z racji tego, że był napakowany elektroniką, w takie taśmy, które przy elektronice często się stosowało. Takie, które łączyły odpowiednie elementy. Ponieważ to były części ruchome w aparacie, więc musiało być to jakoś tak połączone nie na sztywno. I w pewnym momencie któraś z tych taśm się przerwała i to był koniec tego aparatu, a następny już był aparatem elektronicznym czy cyfrowym. I ostatnia rzecz, o której chcę powiedzieć, bo w połowie lat 90. dużo jako dziennikarz jeździłem z pewnym fotoreporterem po Polsce i ja podglądałem jego pracę. To był też młody człowiek w moim wieku, ale bardzo dużo wiedział o fotografii i na przykład uczył mnie, że zdjęcia nocne, takie zdjęcia miast, bo wtedy dużo miast się fotografowało z racji tej pracy, którą wykonywałem. Takie nocne zdjęcia miast robi się tak naprawdę wieczorem, kiedy jest szaro albo po zachodzie słońca. Wydaje się jeszcze jasno naszym oczom, ale wtedy robi się zdjęcia nocne. Tak naprawdę wtedy się robiło. Może tak, bo on jeszcze pracował na aparatach niecyfrowych. Tylko odpowiednio ustawiało się przesłonę, odpowiednio ustawiało się inne elementy i wychodziło później zdjęcie jak najbardziej nocne. Sporo się od niego nauczyłem. On wielu bajerów mnie nauczył. Zaczął od tego, że mówię: „No niebo, niebo”. Mówi tak: „To teraz spojrzyj” – pokazał mi jedną stronę nieba. – „Teraz przenieś wzrok na drugą. Zobacz, jak się różni kolor niebieski”, który dla nas, przeciętnych ludzi, zawsze jest niebieski. Niebo było bezchmurne, ale ten niebieski po jednej i po drugiej stronie nieba był zupełnie inny. Przeciętny człowiek tego nie widzi, a fotograf to nie tylko widział, ale wiedział. Po prostu wiedział. I tak naprawdę wtedy nauczyłem się szacunku dla tych ludzi, którzy zawodowo pracują z aparatami. Oni po prostu wiedzą o tej naszej rzeczywistości, o tej rzeczywistości, którą fotografują, bardzo dużo. Znają sporo tak zwanych myków, jak zrobić pewne zdjęcia, żeby wyglądały naturalnie, tak jak chociażby ten wieczór albo noc, żeby wyglądały naturalnie, chociaż tak naprawdę do końca naturalne nie były. Proszę państwa, i tak mi się coś wydaje, że tej naszej opowieści o aparatach, robieniu zdjęć byłoby na tyle. Oczywiście pewno przydałaby się część druga albo jakiś appendix. Nie zarzekam się. Być może kiedyś do części, powiedzmy cyfrowej wrócimy, ale to na pewno za tak zwany jakiś czas. Pięknie dziękuję uczestnikom tego programu. Dziękuję ci, Arturze.
[02:17:56] - Dzięki ogromne.
[02:17:57] - Dziękuję ci, Piotrze.
[02:17:59] - Ja również dziękuję i taki mały apel do naszych słuchaczy. Nie tylko prośba o komentarze, ale też prośba o to, jakie tematy waszym zdaniem powinniśmy poruszyć w kolejnym sezonie Sentymentalnika. Może są rzeczy, które nam umknęły, może są rzeczy, które was interesują. Oczywiście rzeczy z brodą, z myszką, sentymentalne. Piszcie. Czekamy na komentarze.
[02:18:28] - Proszę państwa, to teraz czas na większą dawkę literatury. Większa dawka w postaci dwóch opowiadań. Pierwsze z nich jest krótsze, ale za to ma dwóch autorów. Jednym z nich jest Tomasz Fons, ale ma za to dwóch autorów: Tomasza Fonsa i Piotra Prokopowicza. Cykl jak najbardziej państwu znany. To cykl „Cyberjockey”. Dzisiaj „Cyberjockey” i „Błąd statystyczny” czytają autorzy. A drugie opowiadanie to opowiadanie Wojciecha Terleckiego, którego też państwo znają z anteny Radia Paranormalium. Tytuł opowiadania: „40 dni”. Zapraszam.
[02:19:20] - Tomasz Fons.
[02:19:21] - Piotr Prokopowicz.
[02:19:24] - „Cyberjockey” i „Błąd statystyczny” czytają autorzy. Tego dnia byłem jakoś wyjątkowo roztargniony. Nie wiem, zmiana ciśnienia czy co. Trzy razy wołałem do kuchni, żeby zrobiła mi kawę, a ona nic. Pewnie znowu coś się zacięło. Zrezygnowany ponowiłem próbę, tym razem za pośrednictwem zdalnego interfejsu zegarkowego. Nadal bez rezultatu. Odnotowałem, że zegarek sygnalizował pojawienie się nowej wiadomości o statusie „pilne”, ale jednak kawa na ten moment posiadała wyższy priorytet. Poszedłem osobiście sprawdzić, co takiego stało się z kuchnią. Po drodze zauważyłem także inne niepokojące objawy. Lustro było wyłączone, toaleta sama się nagle spłukała, zaś dopiero co opróżnione śmietniki sygnalizowały całkowite zapełnienie. Dom zdecydowanie wymagał twardego resetu i przeglądu. Obiecałem sobie zająć się tym jak najszybciej. Tymczasem wyruszyłem po kawę do automatu, a po drodze odsłuchałem wiadomość. „Szanowny panie Cyberjockey.Są zastrzeżenia do usługi refloryzacji terenów mieszkalnych. Roboty samoreplikujące się stanowią problem. Mamy liczne zażalenia. Skontaktuj się z Urzędem do spraw Zleceń Publicznych w celu wyjaśnienia. W głębi serca cieszyłem się, że reklamacja nie dotyczyła samej usługi. Ta rzeczywiście była wykonana trochę na odwal. Ale robociki? Prawda, na początkowym etapie proces ich samoreplikacji nieco wymknął się spod kontroli, ale na kolejnych jakość spadła tak bardzo, że ostatnie pokolenia nie mogły się nawet poruszać. Odchodząc, byłem pewien, że nie pozostawiłem już żadnych sprawnych. Byłem pewien, prawda? Zaczynałem się zastanawiać. W zasadzie to niczego dokładnie nie sprawdziłem. Dostali tyle, za ile płacili. Uznałem, że wedle wszelkich rozsądnych założeń robociki nie przetrwają dostatecznie długo, żeby mogły stanowić problem. Zaczynałem podejrzewać, że trzeba sprawę omówić z kimś mądrzejszym. Nie mogłem iść tłumaczyć się przed urzędnikami bez wiedzy, jak sprawa rzeczywiście wygląda. Podświetlony na niebiesko gmach uniwersytetu na tle zachodzącego słońca rzucał się w oczy z dużej odległości. Profesor Dragomir Rzęsana-Piórkowski wolał przyjąć mnie wieczorem, kiedy miał już z głowy studentów. Zarysowałem mu z grubsza zagadnienie samoreplikacji i to, jak wykorzystałem je przy zazielenianiu obszarów mieszkalnych. W odpowiedzi usłyszałem:
[02:22:26] - To, co mówisz, jest niepokojące.
[02:22:28] - Która część? Zanim opuściłem teren, przeczesałem go w poszukiwaniu sprawnych mobilnie jednostek i je dezaktywowałem. W końcu wszystko ucichło. Roboty się zdegenerowały. Gdy opuszczałem teren, zostały tam tylko podrygujące kadłubki ledwo przypominające pierwowzory. Ich baterie musiały się wyczerpać w ciągu następnych dwóch dni.
[02:22:54] - Dużo tego było?
[02:22:57] - Zmieszałem się. Sporo. Prawdę mówiąc, oczyściłem tylko miejsca łatwo dostępne. Sprawdzenie każdej dziury zajęłoby pewnie z tydzień, a tyle czasu nie miałem. Trochę mi było wstyd się przyznać przed Dragomirem, że pozostawiłem tam taki bajzel. Sporo – powtórziłem. Ale w ciągu maksymalnie dwóch dni czekała je dezaktywacja.
[02:23:24] - Widzisz, mój drogi, gdybyś mówił o setce robotów, to w ogóle nie byłoby tematu. Jednak, o ile dobrze szacuję, były ich tysiące, zanim pogorszenie jakości stało się zauważalne.
[02:23:37] - Tak, tylko że potem to pogorszenie następowało geometrycznie, lawinowo z każdym kolejnym pokoleniem.
[02:23:45] - Tego się można było spodziewać, ale między wzorcowymi sztukami, tymi, które były idealnie skalibrowane, nazwijmy je pokoleniem zerowym, a replikantami z pokolenia pierwszego różnica nie była zauważalna, czyż nie?
[02:24:01] - Tak, ale przecież codziennie-
[02:24:03] - Nie wziąłeś jednak pod uwagę co najmniej dwóch istotnych aspektów.
[02:24:07] - Oznajmił, wchodząc mi w słowo. Ciekawe – odparłem z przekąsem. Mentorski ton Dragomira zaczynał mnie irytować. Jednak to on był profesorem, a ja do niego przyszedłem po poradę. Zacisnąłem zęby i słuchałem.
[02:24:26] - Pierwsze sztuki, nazwijmy je pokoleniem zero, nadal się replikowały. Codziennie pojawiały się kolejne w pełni sprawne obiekty z pokolenia jeden. Co więcej, podejrzewam, że kilka kolejnych pokoleń również stanowiło całkiem dobre odwzorowanie oryginału.
[02:24:42] - Powoli zaczynałem rozumieć, do czego zmierzamy i nie był to przyjemny kierunek.
[02:24:49] - Mówimy tu o około 10 dniach.
[02:24:52] - Kontynuował profesor.
[02:24:54] - Kiedy wykluczyłeś z procesu replikacji twoje wzorcowe modele? Mówimy o setkach robotów z pokolenia od jeden do trzy. Na pewno zamazały się wszystkie? Podobno to był duży obszar.
[02:25:05] - Zaczynałem się trochę stresować.
[02:25:08] - Przy tak licznej ogólnej populacji mogło dojść do przekroczenia wartości krytycznej, która powoduje samoistne pojawianie się lepszych osobników wyprodukowanych przez gorsze.
[02:25:19] - Niemożliwe! Wybuchnąłem wreszcie. Może gdybym użył jakichś procedur optymalizacji, ale to był program napisany na kolanie.
[02:25:29] - Mój drogi.
[02:25:31] - Uczony uśmiechnął się dobrotliwie.
[02:25:33] - Liczenie na prawdopodobieństwo to rozgrywka z diabłem. Jakie według ciebie są szanse, aby wyrzucić kością 20 razy pod rząd szóstkę?
[02:25:43] - Tu się trochę zapędził w swoim mentorstwie. Stary, ja już skończyłem studia – odparłem podirytowany. Rozumiem. Jeżeli liczba prób zmierza do nieskończoności, to musi przyjść i taka sytuacja, że 20 razy pod rząd będzie szóstka.
[02:26:01] - Przepraszam cię, Cyber. Masz rację. Za dużo czasu spędzam ostatnio ze studentami. Rozumiesz, niż demograficzny. Musimy się tu męczyć z naprawdę ciężkimi przypadkami. Już się boję, jakich oni problemów narobią. Wracając do twojej sprawy. Myślę, że przy takiej populacji szansa na wystąpienie spontanicznej poprawy jakości wcale nie jest zerowa. Oczywiście to tylko oszacowanie.
[02:26:24] - Statystycznie to wszystko jest możliwe. Kto wie, może i z tych twoich studentów jeszcze wyjdą lepsze egzemplarze.
[02:26:33] - Na to bym jednak nie liczył. Ich populacja, jak wspomniałem, jest niska.
[02:26:38] - Dragomir wyszedł na papierosa, a ja czym prędzej postanowiłem zrobić wstępne rozeznanie terenu.Mój zegarek nawiązał dyskretne połączenie z systemem monitoringu obszaru, gdzie mogły jeszcze zostać jakieś robociki. Nie mogłem przeskanować wszystkiego, więc zdałem się na kilka losowo wybranych kamer. Dwie nie działały w ogóle, jedna patrzyła w niebo, trzy inne niczego szczególnego nie pokazywały. Na obszarze z kolejnej kamery miałem wrażenie, że coś się porusza. Czym prędzej zrobiłem zbliżenie. Rzeczywiście był tam jakiś osobnik, lecz wyglądał nieco inaczej niż te zaprojektowane przeze mnie. Jego sensor optyczny zdawał się wpatrywać wprost we mnie. To znaczy chyba w kamerę. To oczywiście niemożliwe, ale miałem wrażenie, że poczuł się skrępowany moją obecnością. Jego ruchy zdawały się całkowicie sprzeczne z programem, a poza tym... Dragomir położył mi rękę na ramieniu. Poruszyłem się zaskoczony.
[02:27:47] - Wszystko w porządku?
[02:27:49] - Zapytał. No tak, ale poczekaj. Ponownie spojrzałem na zegarkową transmisję z kamery. Żadnego robota nie było. Zaczynałem się zastanawiać, czy to czasem nie jakieś halucynacje od przemęczenia i stresu. A skąd ci się to wzięło w ogóle? Powróciłem do przerwanej rozmowy. Jak lepszy z gorszego. Przecież już z samych pól tolerancji wynika, że bez kalibracji kolejne pokolenia muszą lawinowo pogarszać jakość. Wziął kilka czystych kartek papieru i położył jedną przede mną. Podał mi długopis i powiedział:
[02:28:27] - Zaznacz odległość dziesięciu centymetrów od brzegu kartki.
[02:28:31] - Czułem, że znowu zmierzamy do jakiegoś wykładu. Daj mi chociaż linijkę — odparłem.
[02:28:39] - No zaznacz tak na oko.
[02:28:42] - Nie wiedziałem jeszcze, o co mu chodzi, ale zrobiłem, jak chciał. Zabrał kartkę i położył przede mną nową, czystą.
[02:28:50] - Na tej też.
[02:28:52] - Nie chciałem dać się podpuścić.
[02:28:54] - Zaznacz. Zaraz wyjaśnię. Najpierw musimy zebrać odpowiednią próbę statystyczną.
[02:29:00] - Powtórzyło się to z dziesięć razy nim odpuścił. Wyjął linijkę i zaczął mierzyć moje szacowania. Jednocześnie zapytał:
[02:29:08] - Chyba zgodzisz się, że twój pomiar na oko ma mniejszą dokładność niż linijka?
[02:29:14] - Oczywiście. Powoli zaczynałem rozumieć, do czego zmierza.
[02:29:19] - Jednak rozkład Gaussa wciąż obowiązuje.
[02:29:22] - Kontynuował.
[02:29:24] - W jednym ze swoich wskazań pomyliłeś się tylko o dwa milimetry. Jest spora szansa, że gdybyś powtórzył swoje szacowanie ze sto albo tysiąc razy, to trafiłbyś równo w dziesięć centymetrów. Podobnie może być z twoimi robotami.
[02:29:39] - Na robota składa się wiele pomiarów. Nie możesz do tego podchodzić zwykłym rozkładem gaussowskim. Jak już to filtrem Kalmana.
[02:29:47] - Czyli po prawdzie też Gauassem z odpowiednio zawężonym zakresem. W twoich robotach początkowa różnica w jakości pomiarów jest znacznie mniejsza niż zestawienie linijki z na oko. Poza tym nie wszystkie pomiary w ich konstrukcji są tak samo istotne. Na przykład wymiary zewnętrzne mogą różnić się znacznie. To przełoży się na masę i dalej na prędkość działania. Jednak sama skuteczność, czy raczej ogólna funkcjonalność będzie taka sama.
[02:30:16] - Zaczynało mi brakować argumentów. Czułem, że coś w tej logice jest nie tak. Mój rozmówca jednak kontynuował.
[02:30:25] - Czy słyszałeś o Złotym Pomorze?
[02:30:29] - Złoty Pomór? Zamyśliłem się przez chwilę. A tak, jasne. Czytałem kiedyś mroczną historię robotyki. To był przykład zastosowania mechanizmu samoreplikacji na masową skalę do celów bojowych. Początek epoki wojen bez udziału żywych żołnierzy. Chodziło o to, aby zniszczony sprzęt przeciwnika przerabiać na kolejne jednostki bojowe. Ponoć zdarzało się, że źle skalibrowani replikanci strzelali do cywilów lub zwierząt.
[02:30:59] - Tak, to jest znana historia. Złoty Pomór swoją nazwę zawdzięcza właśnie tysiącom niepotrzebnych ofiar. Natomiast mało osób wie, że podczas replikacji na tak wielką skalę zdarzały się też przypadki dużo bardziej osobliwe, wcale nie zawsze krwawe. Do najciekawszych należą roboty, które nagle zaczynały uciekać z pola bitwy, budować sobie domy i dekorować je kwiatami. Był nawet jeden, który na widok ludzi mówił wierszem. Pojawiły się teorie powstania maszyn samoświadomych. Jednak dokładniejsza analiza wykazała, że każde z wymienionych działań mogło zrodzić się wprost z wypaczenia zadanego algorytmu. Domy były zniekształconymi wariantami skronów, a kwiaty z kolei rozkalibrowanym efektem modułu maskowania. Nawet robot poeta okazał się rezultatem szeregu drobnych zmian w module bezpieczeństwa ostrzegającym cywili przed działaniami wojennymi. Przy odpowiednio dużej liczbie prób losowych naprawdę wszystko jest możliwe. Kto wie, jakby roboty pozostawiono samym sobie dłużej, może któryś napisałby „Wojnę i pokój”.
[02:32:09] - Cóż więcej mogłem powiedzieć? Skoro opinia teoretyka i zażalenia odbiorców usługi były ze sobą zgodne, pozostawało się udać na miejsce. Przez kolejny tydzień dokładnie przeanalizowałem cały obszar, na którym wykonywałem pracę. Było z tym więcej roboty niż ze zleceniem. W dodatku nikt mi nie płacił. Skrupulatnie, sztuka po sztuce zezłomowałem wszystkie pozostałości po robotach. Nie znalazłem ani jednego sprawnego. Zaczynałem się już pakować, kiedy jeden z rozstawionych profilaktycznie czujników wykrył ruch materii nieożywionej. Postanowiłem to sprawdzić. Teren, z którego pochodził sygnał był już gęsto pokryty roślinnością.Po dłuższym poszukiwaniu natrafiłem na trzy sprawne roboty, w dodatku kontynuujące program odsiewania nasion. Bardziej niesamowite jednak były ich rozmiary, niemal dziesięciokrotnie mniejsze niż przewidywał mój program. Nie przekraczały gabarytów dobrze odżywionego szczura. Uprawiały swój mały ogródek między kępami trawy, a jeden starał się utworzyć własną kopię z rozrzuconych kamieni i patyków. Cała scena jawiła mi się tak pociesznie, że po prostu nie miałem sumienia ich wyłączyć. Przecież nie będą stanowić zagrożenia dla nikogo. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku sporządziłem zgrubny raport. Tak na wszelki wypadek. Maleństwa oczywiście pominąłem i uznałem, że jestem już gotów na wizytę w urzędzie. Urzędowy system autonomicznej obsługi petentów kompletnie nie wiedział, o co mi chodzi. Kilka razy próbowałem podawać mu swoje dane oraz numer zlecenia w celu poznania dokładniejszych treści zastrzeżeń. Cały czas wyświetlał się jedynie komunikat, że sprawa została zamknięta. Pozostało mi jedynie zgłosić się na rozmowę z żywym konsultantem. Po przeszło dwóch godzinach czekania w kolejce zostałem przyjęty przez tyleż uroczą, co niespecjalnie kompetentną paniusię. Na moją prośbę przejrzała wszystkie dokumenty, zweryfikowała status sprawy, sprawdziła, czy nie pojawiły się żadne nowe pozycje w tym wątku i nie miała mi ostatecznie do powiedzenia nic więcej niż automat. Sprawa została zamknięta. Po żadnych zażaleniach ani śladu. Kompletnie zdezorientowany postanowiłem wrócić do domu i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. W drodze powrotnej raz jeszcze odwiedziłem Dragomira. Profesor na mój widok zareagował dużo bardziej entuzjastycznie, niż się mogłem spodziewać. Jak się okazało, bardzo chciał mi coś pokazać. Otóż jego studenci, nad wyraz kreatywni we wszystkim, co nie miało związku z przedmiotami nauczania, wygrzebali w sieci jakiś filmik. To wszystko? Zapytałem z zażenowaniem, patrząc na nagranie pary tarzających się po ziemi mechanizmów. Dodatkowo ktoś podłożył sugestywne pojękiwania ze staromodnego pornosa. Że co? Że roboty się pieprzą? Weź ty się stary ogarnij.
[02:35:18] - Poczekaj, przypatrz się uważnie.
[02:35:22] - Gdy zrobił zbliżenie, zdębiałem. To były dwa moje roboty splecione jak w miłosnym uścisku, ponieważ nawzajem podbierały sobie części zamienne. Całe zajście miało miejsce pod przewodami wysokiego napięcia, co dodatkowo mogło tłumaczyć ich zapał. To wszystko razem było jednak tak skrajnie nieprawdopodobne. Czekaj, czy ty mnie aby nie wkręcasz? Przyznaj się. Sam to wszystko zrobiłeś.
[02:35:51] - To nie mój poziom dowcipów. Gdybym miał trochę luzu, to bym w końcu wypchnął artykuł do czasopisma, a nie zajmował się tym.
[02:35:58] - Machnął ręką w kierunku ekranu.
[02:36:00] - A w ogóle jak tam twoja sprawa się toczy? Jak cię znam, to też coś ciekawego znalazłeś, ale głupio ci teraz się przyznać.
[02:36:08] - Faktycznie miałem pewne opory, żeby całkowicie przyznać mu rację, jednak ostatecznie czułem też potrzebę opowiedzenia komuś o tym całym urzędniczym bałaganie. Dragomir zamyślił się przez chwilę, po czym powiedział:
[02:36:21] - A możesz mi pokazać tę wiadomość? Tę, co dostałeś na początku.
[02:36:26] - Pokazałem.
[02:36:28] - To ciekawe.
[02:36:29] - Odparł, odczytawszy komunikat.
[02:36:33] - Nie miałeś ostatnio jakichś problemów ze sprzętem? Nie zacięło ci się coś w domu? Bo widzisz, krążył niedawno taki wirus. Agresywny program marketingowy. Autorów dawno aresztowano, ale całkiem prawdopodobne, że jakaś zmutowana wersja krąży jeszcze po sieci. Ten program włamywał się do systemów domowych, a następnie wysyłał gospodarzom reklamowe wiadomości pozornie powiązane z ich pracą.
[02:37:03] - Wojciech Terlecki. „40 dni”. Luty 1942 rok. Rząd wojskowych ciężarówek przedzierał się leśną drogą w kierunku Warszawy. O tej porze roku trakt warecki był dość wygodną drogą. Główne arterie przeznaczone zostały na potrzeby sprzętu ciągnącego na front wschodni. W pewnej chwili jeden z pojazdów zatrzymał się gwałtownie. Kierowca nie dostrzegł wystającego korzenia i zerwał oponę przedniego koła. Jadący za nim samochód zahamował, ale w tych warunkach pogodowych nie dość skutecznie. Uderzenie wyrzuciło na maskę żołnierza eskorty i kilku pasażerów siedzących na pace najekanego samochodu. Wywiedzione, ubrane w łachmany postacie z trudem podnosiły się ze zmrożonej ziemi. Niemcy szybciej odzyskali rezon i drąc się na więźniów, kazali im wracać pod plandekę. Wydawało się, że sytuacja szybko zostanie opanowana. Nagle na drogę wyskoczył nastoletni więzień i coś mu w nogach wbiegło pomiędzy drzewa. Padły strzały. Kule świsnęły chłopakowi koło głowy i wbiły się w pnie drzew. Dwóch żołnierzy, zachęconych niewybrednymi słowami podoficerów, ruszyło w pogoń. Chłopakowi udało się zyskać na dystansie, jednak nieoczekiwanie las się skończył i pojawił się przed nim zamarznięty staw. Nie miał wyboru. Musiał biec dalej. Tymczasem spomiędzy drzew wyłonili się prześladowcy. Żołnierze, z trudem chwytając powietrze, zatrzymali się na skraju lasu. Humor poprawił im widok na czarnego chałata pośród białego śniegu. Jeden z nich zdjął karabin i starannie przymierzył. Kula trafiła chłopaka w nogę. Przewrócił się, a na śniegu pojawiła się czerwona plama. Drugi pocisk uderzył koło niego.Rozległ się śmiech żołnierza szydzącego ze swojego kolegi, który nie potrafił trafić w nieruchomy cel. Niemcy chwilę porozmawiali i zdecydowali się, że pójdą po chłopaka i dostarczą go z powrotem do konwoju. Zastrzelenie podczas próby ucieczki to dobre rozwiązanie, jednak generuje niepotrzebne papiery. Trzeba wytłumaczyć, dlaczego ktoś oddalił się bez zezwolenia i wskazać winnego zaniedbania. Chłopak zrozumiał, że przegrał. Uświadomił sobie, że skarb, który ma w torbie pod koszulą, może wpaść w ręce wroga. Na to nie mógł pozwolić. Jego rodzina ukrywała go od czasu, kiedy opuścił ich wielki rabin Alter. Jego bibliotekę rozgrabili żołdacy, a tomy uznane za zbyt żydowskie spalili. Została im po nim jedna bezcenna rzecz i ten przedmiot miał przy sobie młodzieniec. Słyszał skrzypienie śniegu świadczące o tym, że prześladowcy są już blisko. Uniósł głowę i zobaczył przed sobą ciemniejszą plamę. W tym miejscu lód był cienki. Zapewne nie dalej niż godzinę temu jakiś chłop, mając nadzieję na złapanie kilku ryb, wyrąbał przerębel. Młody Żyd podczołgał się kilka metrów i pięściami zaczął kruszyć cienki lód. Wywołało to wesołość Niemców. Rozbawieni komentowali wysiłki chłopaka. Kiedy jednak zorientowali się, że całkiem sprawnie sobie poradził, jeden z nich krzyknął: „Halt!” Było jednak za późno. Żyd odepchnął się zdrową nogą i zanurzył się w czarnej otchłani lodowatej wody. Zanim poczuł bolesne skurcze przepony, był przez chwilę szczęśliwy. Skarb wspólnoty nie wpadnie w niegodne zbrodnicze łapska. Pojutrze. Uważam, że przełomowym momentem była uchwała Knesetu uznająca Izrael za żydowskie państwo narodowe. Zablokowało to możliwości pojednania z Palestyńczykami i zniszczyło szanse na porozumienie z arabskimi sąsiadami. Wydarzenia nie przybrałyby tak niekorzystnego dla Izraela obrotu, gdyby nie zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w zaogniający się konflikt z Chinami. „Możesz to przyciszyć?” Wysoki damski głos skutecznie zagłuszył radiową dyskusję. Mężczyzna z irytacją oderwał się od pracy i ściszył odbiornik. „A w ogóle co tam robisz?” Kobieta nie dała za wygraną i pojawiła się w przybudówce komunalnego budynku. Jej mąż nie zdążył przykryć plandeką metalowych rurek i plątaniny kabli. „Znowu przy tym grzebiesz i pewnie w sobotę cię nie będzie. Kran byś naprawił, bo kurwa cieknie, a za wodę się płaci. Nie ty płacisz, tylko ja, bo ty gówno tam zarabiasz.” Kobieta mówiła bez przerwy, ale jej mąż nie słuchał. Lata małżeństwa nauczyły go nie wdawać się w bezsensowne dyskusje. Do wieczora wyreguluje wykrywacz metali i przed wschodem słońca pojedzie do Zalesia Górnego. To jedyna taka okazja. Letni świt zapowiadał znakomitą pogodę. Był koniec suchego lipca i nie wolno było wjeżdżać samochodem do lasu. Roman zaparkował przy drodze i zarzucił na ramię wypchany marynarski worek. Przed nim jeszcze półgodzinny spacer. Teren byłego gospodarstwa rybnego ogrodzony był drucianą siatką. Przy wejściu znajdowała się budka strażnicza. Mężczyzna zajrzał przez okienko i gwałtownie uderzył dłonią w blaszaną ścianę. „Nie śpij, bo cię okradną!” — krzyknął. Ochroniarz, dotychczas drzemiący na krześle, zerwał się na równe nogi. Wyjrzał przez okienko i dostrzegł znajomego. Odryglowując zamek, wyborczał pod nosem kilka wulgarnych słów. „Cześć Paweł. Wolno ci tak tu spać?” — zapytał przybysz, kiedy uścisnęli sobie dłonie. „Chuj to kogo obchodzi” — odpowiedział wąsaty mężczyzna i spodziewając się nadejścia fali upału, włączył wentylator. Roman wyjął z worka i postawił na stole czteropak piwa i litrową butelkę wódki. „To jak? Da się tam wejść?” „Tak jak gadaliśmy. W poniedziałek wjedzie tu ciężki sprzęt i będą budować te baseny i spa dla bogatych. Dzisiaj możesz sobie łazić po tych wyschniętych stawach, jeśli nie masz nic lepszego do roboty. Ale jak znajdziesz coś poza truchłami wysuszonych ryb, to podzielisz się.” „A co ja tu znajdę? Trochę starych łusek, grabie i łopaty utopione przez chłopów.” „Dobra, dobra. Wiem, co wy tu po polach i lasach szukacie. Jeden mi mówił po pijaku.” „I co takiego mówił?” Roman udał, że nie wie. „Skarbów, co to je Żydzi pochowali przed Niemcami” — odpowiedział pewnym głosem ochroniarz. „Ta” — zaśmiał się poszukiwacz. „I nikt nigdy niczego takiego nie znalazł.” „Bo dobrze ukryte.” „Może utopione w stawach. Aj tam, pójdę. Masz tu lodówkę? Bo to piwo trzeba włożyć.” Nie było tak łatwo, jak sobie Roman wyobrażał. Co prawda w stawie od lat nie było wody i któryś tam sezon niewiele padało. Mimo to dno było miejscami grząskie. Co jakiś czas kalosz zapadał się głębiej i trzeba go było z mozołem wyciągać. Obejście całego terenu, zanim za płotem pojawią się spacerowicze, wydawało się niemożliwe. Zwłaszcza że wykrywacz metalu co chwila sygnalizował obiekt. Najczęściej były to kapsle lub drobne, niewiele warte monety z czasów PRL-u. Czasami, tak jak się tego należało spodziewać, zardzewiałe narzędzia rolnicze. Trochę metalowych garnków, kubków i misek zniknęło w worku poszukiwacza. Znalazł się nawet jakiś nocnik. Godziny mijały, a po oczekiwanym skarbie ani śladu. Kolejny silny sygnał. Chwila grzebania iStara kłódka. „Romek, Romek!” Wąsaty ochroniarz stał koło budki i machał ręką. Kiedy zwrócił uwagę poszukiwacza, wskazał palcem na nadgarstek z zegarkiem. „Dobra, już idę” – odkrzyknął mężczyzna. Rozłączył kable wykrywacza metalu i wsadził urządzenie do worka. Drugi, plastikowy, wypełnił rokującymi znaleziskami i przewiesił przez ramię. „Znalazłeś coś?” – zainteresował się wąsacz, kiedy otworzyli puszki zimnego piwa. „Nic ciekawego.” „Dobra, dobra” – wyraził wątpliwość ochroniarz. „A zobacz sobie” – zirytował się Roman. – „Jak znajdziesz coś, co ci się przyda, to sobie weź.” Paweł machnął ręką, jednak zanim skończyli drugie piwo, pogrzebał w worku. Było tam mulisto i rdzawo. „Skaleczę się i jakiś HIV złapię” – powiedział i stracił zainteresowanie tematem. Poszukiwacz wrócił do domu w Górze Kalwarii. „Matematyki byś się z synem pouczył, a nie szlajał się” – powitała go żona. „Zdążę. Przecież godzina jeszcze młoda.” „Tylko mi tego syfu do wanny nie ładuj” – dodała kobieta, widząc czarny worek. – „Szlaufu użyj. Przynajmniej nie trzeba będzie płacić za odprowadzanie ścieków.” Wieczorem Roman wrócił do swoich skarbów. Siedział za stołem w przybudówce i drucianą szczotką czyścił zanurzone w wodzie przedmioty. Na szczęście dla niego w Lasach Chonińskich przy trakcie wareckim stoczono wiele walk i potyczek. Za znalezione pociski i części broni mógł liczyć na parędziesiąt złotych. Jeden obiekt wydał mu się ciekawy. Na pierwszy rzut oka była to miska. Na drugi też, tylko na brzegach miała wygrawerowane hebrajskie znaki. No i była posrebrzana. Roman wsadził znalezisko do czystego worka, zamknął przybudówkę na kłódkę i wrócił do swojego dwupokojowego mieszkania. Od progu dowiedział się, jak wielu rzeczy dzisiaj nie zrobił. „Z synem się pouczę” – warknął i wszedł do pokoju chłopaka. „Możesz mi to przetłumaczyć?” – poprosił swojego nastoletniego potomka. Razem spisali znaki na kartce papieru. Znaleźli w sieci hebrajski alfabet i przepisali kilka zdań z talerza. Spodziewali się wersetów z Tory, a znaleźli nazwy i określenia produktów spożywczych. „Dobra koszerna ryba, szlachetna wołowina, pieczysty kurczak, pożywna wątróbka gęsia” – głosiły napisy. Było też coś o warzywach. „Może to unikatowe znalezisko” – pocieszał syn, widząc rozczarowaną minę ojca. „E tam. Pewnie ktoś wykorzystał te znaki jako ozdobniki. Zresztą wrzucę na Allegro. Minimum za stówkę. Może ktoś się skusi.” Opisał przedmiot jako stary żydowski talerz do składania ofiar odnaleziony na strychu w Górze Kalwarii. Przygotował również tekst po angielsku. Robot Google'a zindeksował ofertę. Inny robot w Izraelu wyszukał interesującego słowa i przesłał powiadomienie do właściwych osób. Od tej chwili świat nie był już taki jak przedtem. Zresztą codziennie świat jest inny, ale teraz miał być inny na zaskakujący sposób. To była niedziela. Zazwyczaj rodzina Romana udawała się wtedy do kościoła, ale tego ranka to kościół pofatygował się do nich. Około 9:00 odwiedził ich ksiądz proboszcz Andrzej. Żona Romana zaniemówiła, widząc duchownego w drzwiach. Do kolędy było jeszcze kilka miesięcy, a tu taki gość. „Dzień dobry. Zastałem Romio85?” – uśmiechnął się proboszcz. „Oczywiście chodzi o Romana. Tak, jest w domu. Zapraszam.” Roman ochędożył się w ekspresowym tempie i stanął przed duchownym. „Dzień dobry, ojcze. W czym mogę pomóc?” „Możemy porozmawiać na osobności?” – zaproponował ksiądz. „To może przejdziemy się.” Wyszli przed budynek. „Niestety ostatnio nie znalazłem niczego, co mogłoby zainteresować księdza” – usprawiedliwił się Roman. „Niestety znalazłeś coś, co zainteresowało moich przełożonych.” Roman był szczerze zaskoczony. „Twoja ostatnia licytacja” – podpowiedział duchowny. Mężczyzna uniósł palec, prosząc o chwilę i sięgnął do kieszeni dresu po telefon. Wywołał aukcję i zaniemówił. Jego przedmiot osiągnął przez noc cenę kilkudziesięciu tysięcy dolarów, a następnie został zablokowany z uwagi na roszczenia osób trzecich. „O kurwa” – wyrwało się mężczyźnie. „No właśnie” – przytaknął proboszcz. – „W środku nocy zadzwonił do mnie kolega z Watykanu i powiedział, że jego żydowski przyjaciel dostał informację o odnalezieniu ważnego dla nich przedmiotu. I to w mojej parafii. Poprosił mnie, bym zapobiegł, by dostał się w niepowołane ręce. Do tej pory, synu, dobrze współpracowaliśmy. Ty odnajdywałeś ciekawe rzeczy dla historii naszej okolicy, a ja zwracałem ci koszty fatygi.” Roman skinął głową i już zamierzał oddać proboszczowi znalezisko za Bóg zapłać, ale jeszcze raz zerknął na aukcję. „Kurwa, ktoś tę miskę zamierzał kupić za 16 900 dolarów. I to nie było ostatnie słowo. Zdjęcie blokady aukcji to tylko formalność.” „O czym myślisz, synu?” – zaniepokoił się proboszcz. „O tym, że to bardzo cenny przedmiot i jeżeli jacyś Żydzi są nim zainteresowani, to zarówno parafia, jak i parafianie powinni mieć z tego korzyść.”"Mi ta rzecz z nieba nie spadła." Proboszcz uniósł palec wskazujący, ostrzegając przed bluźnierstwem. "Kościół potrzebuje remontu dachu, a mój syn niedługo pójdzie do liceum. Miejsce w kampusie salezjańskim też kosztuje." Ksiądz z zamyśloną miną zrobił kilka kroków. "Pokaż mi tę rzecz." Weszli do przybudówki. Romanowi drżały dłonie, gdy wyciągał miskę z worka. Obejrzeli ją dokładnie. "Wygląda jak zwykły przedmiot kuchenny" – zauważył proboszcz. "Ale wart najmniej 17 tysięcy dolarów." Ksiądz pokiwał głową w zamyśleniu. "Zdejmij licytację. Porozmawiam z przyjaciółmi. Zobaczymy, o co w tym chodzi." Żona Romana przez okno obserwowała proboszcza wychodzącego z jaskini męża. "Nie masz gdzie przyjmować księdza? Zamiotłeś tam przynajmniej?" – przywitała go w domu ze srogą miną. "Zamilcz, babo. Będziemy bogaci." Wieczorne wiadomości zaniepokoiły Romana. Zorganizowana ad hoc koalicja państw arabskich ze wszystkich kierunków zaatakowała Izrael. Syria, która niedawno przestała być poligonem europejskich mocarstw, swoją szansę na wydobycie się z nędzy widziała w splądrowaniu bogatego sąsiada. W tym dziele wspierał ją Irak. Jordania, przekonana przez Arabię Saudyjską, przyłączyła się do krucjaty. Egipt, rzekomo neutralny, poważnie zagrażał zachodnim granicom państwa żydowskiego. Żydzi, wykorzystując przewagę technologiczną, bronili się dzielnie, ale najeźdźcy nie przejmowali się stratami i ciągle nacierali. W cenę misji wliczyli nawet kontratak za pomocą broni jądrowej. Unia Europejska stanowczo potępiła ten akt agresji, co spotkało się z niezadowoleniem muzułmańskich imigrantów, którzy w ramach solidarności z braćmi w wierze plądrowali sklepy i palili samochody. Amerykańskie lotniskowce odpłynęły od wybrzeży Chin i ruszyły na pomoc sojusznikowi. Eksperci wyliczyli, że pomoc nie nadejdzie na czas i nie ma większych szans na przetrwanie Izraela. "Srać na państwo, ale co z moją kasą?" – przemyślenia Romana były proste jak jego nos. "Nie martw się, synu. Już ktoś do nas leci" – uspokajał przez telefon ksiądz proboszcz. Ową osobą był elegancki mężczyzna ze starannie przyciętą brodą i jarmułką na szczycie głowy. Taksówkarz bezpośrednio z lotniska przewiózł go na parafię. Żyd przedstawił się jako John Smith i poprosił księdza, żeby ten niezwłocznie umożliwił mu obejrzenie przedmiotu. "To to" – powiedział Roman, kładąc na stole miskę. Żyd gestem poprosił, by gospodarz odsunął się i ubrany w gumowe rękawiczki oglądał przedmiot. Przez lupę odczytał inskrypcję. W końcu odezwał się: "Pan mi powie, gdzie pan znalazł to naczynie?" "Tak jak pisałem, na strychu." "Pan mi nie kłamie, bo jak na strychu, to ja zaraz biorę samolot i wracam do Londynu." Roman odchrząknął. "Tak naprawdę to w stawie rybnym." Gość na tablecie wywołał mapę okolicy. "Pan pokaże" – poprosił. Roman wyskalował obraz i wskazał miejsce. Ksiądz Andrzej zauważył, że Żyd lekko wciągnął powietrze nosem i wyprostował sylwetkę. Widać było, że informacja zrobiła na nim wrażenie. Szybko się jednak pozbierał i obojętnym tonem powiedział: "Ta miska należała kiedyś do członków znacznej rodziny i oni są zadowoleni, że pamiątka wróci do nich. Także, jak rozmawiałem z panem księdzem, dam za to 20 tysięcy dolarów w przeliczeniu na funty, bo innej waluty tak szybko nie mogłem uzyskać." Roman spojrzał na proboszcza. Ten skinął głową, dając znać, że wszystko w porządku. "Oczywiście przyjmiemy tą ofiarę. Im przysłuży się naszej parafii." "To ja się bardzo cieszę." – uśmiechnął się gość i otworzył wypełniony 20-funtowymi banknotami neseser. Położył gotówkę na stole, a z dna wyjął lniany, przyozdobiony gwiazdą Dawida i frędzlami woreczek. Z namaszczeniem umieścił tam artefakt. Potem całość zajęła miejsce pieniędzy w walizeczce. Żyd uścisnął dłonie mężczyznom. "Gdzie się pan planuje zatrzymać?" – zapytał proboszcz. "Mogę zaproponować miejsce na parafii." "Nie, dziękuję. Zatrzymam się u siebie. Panowie zaprowadzą mnie na ulicę Pijarską." "Ale..." – zawahał się ksiądz. "Tam nie ma żadnych wygód. To w zasadzie ruina." "Drogi panie. Dla Żyda tułacza niepotrzebne są żadne wygody. Kiedy wróci do domu, cegła mu będzie za poduszkę." W tym momencie rozległo się pukanie i otworzyły się drzwi. Stanęła w nich odświętnie ubrana żona Romana. Od razu dostrzegła gotówkę na stole. Uśmiechnęła się szeroko i zaproponowała: "A może państwo wejdą do nas na obiad? Schabowych nasmażyłam." Na pustyni zapadała noc. W świetle zachodzącego na czerwono słońca na sklecony ze skrzynek podest wstąpił stary Chasyd. Rozejrzał się po zgromadzonym tłumie, który z niecierpliwością czekał na jego słowa. "Dzieci moje." – mężczyzna odezwał się donośnym głosem. "Oto zaczyna się nasza droga.Rozejrzyjcie się. Ogień na wschodzie i zachodzie, pożary na południu i północy. Oto płonie Sodoma i Gomora. Bezbożni politycy bezbożnego państwa sprowadzili na tę ziemię gniew Najwyższego. Ale nie smućcie się. Wszystko to zostało zapowiedziane przez naszych proroków. My, którzy w skromności służymy Panu, dzisiejszej nocy wyruszymy w drogę. Drogę do ziemi uświęconej krwią naszą, do miejsca godnego dla przyjścia Mesjasza i powstania nowego pobożnego Izraela. Miejsca świątyni takiej jak przed wiekami. To wszystko jest zapowiedziane. Zebraliście się tu jak nasi przodkowie i iść będziemy jak oni. Mojżesz szedł lat 40. My do Ziemi Obiecanej dotrzemy w dni 40. Podążajcie za mną i nie zatrzymujcie się ani nie oglądajcie za siebie. „Jee!” – krzyknął kilkusetosobowy tłum. Po dłuższej chwili uformowała się kilometrowa kolumna, która ruszyła na północ. „Oczywiście, panie sekretarzu, rząd Rzeczypospolitej w tej tragicznej sytuacji będzie wspierał naszych izraelskich sojuszników.” Premier kiwał ze współczuciem głową. „Przyjmiemy każdą ilość uchodźców. Przygotujemy obozy. Przepraszam, specjalne ośrodki. Tak, rozumiem, że dla wielu z tych ludzi to powrót do kraju ich przodków. Zapewnimy im godne warunki pobytu. Nie sądzę, żeby na to pozwalało nasze prawo. Gminy żydowskie już wiele lat temu odzyskały swoją własność. Kwestie reprywatyzacyjne osób prywatnych to jeszcze nierozwiązany temat. Panie sekretarzu, rozumiem, że prezydent ma wobec nas pewne oczekiwania, ale nasza cywilizacja zbudowana jest na filarach prawa rzymskiego, które nie dopuszcza uznaniowego przekazywania mienia bezspadkowego. Rozumiem. To szczególna sytuacja. Tak, wojska Stanów Zjednoczonych stacjonujące w Polsce to gwarancja bezpieczeństwa tej części Europy. Bardzo dziękuję za rozmowę.” Premier odłożył słuchawkę i chwilę dochodził do siebie. Zastanawiał się, czy zjeść tę żabę, czy podać się do dymisji. Nie doszedł do żadnych wiążących wniosków. Póki co otworzył drzwi i wydarł się na sekretarki: „Proszę mnie więcej nie łączyć z tym chujem sekretarzem stanu. Niech sobie prezydenci między sobą załatwiają takie sprawy. Za to im się płaci.” Wrócił za biurko i dodał: „Są siebie warci.” Proboszcz przyglądał się ułożonym w harmonijkę banknotom 20-funtowym. „Tak wyglądają srebrniki naszych czasów” – pomyślał. Za chwilę miał publicznie przeczytać oświadczenie Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Dla wielu było to przesłanie o miłości braterskiej i solidarności ze starszymi braćmi w wierze, a dla jego parafii wyrok śmierci. Nie miał siły odprawiać nabożeństwa. Zastąpił go wikary. Przed wiernymi pojawił się, by odczytać dokument, a zwłaszcza objaśnić znaczenie ustawy, którą dzień wcześniej uchwalił Sejm Rzeczypospolitej. „Dlatego, by zapewnić przetrwanie narodowe i zachować kulturę żydowską, Góra Kalwaria zobowiązuje się przekazać napływającym uchodźcom ziemie i nieruchomości należące w przeszłości do ich pobratymców. Miejsca, w których mieszkali przez kilka stuleci i które podczas II wojny światowej stały się miejscami kaźni. W pierwszej kolejności dotyczy to ulic: Pijarskiej, biskupa Stanisława Wierzbowskiego, księdza Zygmunta Sajnny oraz plac i ulica marszałka Józefa Piłsudskiego. Mieszkańcy terenu dawnego getta mogą zgłaszać się do gminy, gdzie uzyskają informację dotyczącą odszkodowań i rekompensat za pozostawione budynki.” Kiedy skończył czytać dokument, w kościele zapadła kompletna cisza. Nawet małe dzieci przestały hałasować, zanim padły słowa: „Idźcie w pokoju. Ofiara spełniona.” Wierni opuszczali świątynię. „To przez ciebie będziemy musieli się wyprowadzić?” – zapytała z pretensją żona Romana zaraz po opuszczeniu świątyni. „Chuja tam” – odpowiedział głośniej, niż zamierzał. „Tak, chuja tam” – podchwycił tłum. Miasto Rosh HaNikra, niegdyś przyciągające turystów, obecnie świeciło pustkami. Około kilometr przed granicą Jordanii stały naprzeciwko siebie dwie armie. Żadna ze stron póki co nie zdecydowała się atakować, a wojna przejawiała się nieustannym ostrzałem moździerzy. Ludność cywilna, która nie zdecydowała się uciec w głąb państwa, schroniła się w rozległych grotach, do niedawna atrakcji regionu. Po zrytej dziurami po wybuchach ulicy maszerowała dziwna kolumna. Na jej czele szedł długobrody cadyk wspierający się na pasterskiej lasce. Minęli ostrzelane mury i zabite deskami okna budynków i wyszli na otwartą przestrzeń. Żołnierze osłaniający tyły słyszeli o zbliżających się ludziach, dlatego bez nerwowych gestów pozwolili zbliżyć się nadchodzącej grupie. Do cadyka podszedł oficer. „Rabe, prowadzisz ludzi na śmierć” – powiedział bez ogródek. Starzec uśmiechnął się smutno. „A ty? Jesteśmy żołnierzami. Nie miną trzy dni, jak większość z was zginie. Niewielu trafi w straszliwą niewolę.”Oficer mocniej ścisnął kolbę karabinu. „Zamilcz, Rebe!” – syknął. – „Większość z was zginie na polu minowym, a resztę rozsiekają karabiny maszynowe Jordańczyków. Wspomnij Morze Czerwone i przypomnij sobie moc Najwyższego. Nie mam rozkazu, by was zatrzymać, ale nie pomogę. Nie wołajcie sanitariuszy, bo nie przyjdą. Nie będą dla was ryzykować życia. Tacy jak wy nie ryzykowali życia dla kraju.” Oficer odwrócił się na pięcie i odszedł w kierunku umocnionej pozycji obserwacyjnej. Wartownicy rozsunęli zasieki i kolumna ruszyła. Szli powoli, mijając obserwujących ich w milczeniu żołnierzy. Starzec na chwilę zatrzymał się przed pozycjami izraelskich wojsk. Tu droga się urywała i dalej trzeba było iść po piachu i kamieniach. W każdym zagłębieniu i pod każdym głazem mógł znajdować się ładunek wybuchowy. Mężczyzna wzniósł oczy ku niebu i niemo poruszając ustami, zmówił modlitwę. Zrobił pierwszy krok. Za nim podążył tłum. Żołnierze na pozycjach strzeleckich i za barykadami z napięciem przyglądali się temu widowisku. Oczekiwali nieuniknionego, ale się nie doczekali. Zdziwieni wystawili głowy powyżej umocnień. „Kryć się! Nie ma na co się gapić.” – strofował ich oficer. Od strony jordańskiej tłum oświetliły wielkie przeciwlotnicze reflektory. Mogło się wydawać, że wskazują cel strzelcom, ale ich zadanie było inne. Miały ułatwić filmowanie zgromadzonym ekipom telewizyjnym. Cały świat zobaczył, jak kolumna przyjaźnie witana mija uśmiechniętych żołnierzy. Kamera uwieczniła, jak do rabina podchodzi generał i oddaje honory. „Rebe, witamy na gościnnej ziemi jordańskiej. Usłyszeliśmy, że idziecie do nas. Chciałbym zapewnić, że żadnemu Żydowi, który przyjdzie do nas w pokoju, nie spadnie włos z brody. Naszym wrogiem nie jest naród, ale imperialistyczny rząd Izraela.” Rabin skinął głową. „Czy możemy iść dalej?” – zapytał. „Oczywiście. Nieco dalej jest dla was przygotowany obóz z noclegiem i posiłkiem. Zapraszamy.” „Dziękujemy, ale musimy iść.” Generał uśmiechnął się i wyciągnął broń. Szybko ją jednak cofnął, gdy starzec bez słowa go minął. Młody reporter komentował wydarzenie: „Nasz miłościwie panujący król pragnie, by Izraelici w pokoju opuścili arabskie ziemie. Gdyby więcej było takich mędrców jak ten cadyk, to pokój światowy byłby ocalony.” Kilka godzin później rozległa się kanonada. Patrol jordański zainspirowany wyczynem Żydów zbliżył się do pozycji Izraelitów. Niestety, dwóch żołnierzy zdradziło pozycję, tracąc dolne części ciała w rozświetlających okolicę eksplozjach. Policyjny samochód podjechał pod budynek. Wysiadł z niego otyły dzielnicowy. Pokiwał z dezaprobatą głową, widząc suszące się na sznurkach pranie i spędzające czas na zaimprowizowanym placu zabaw dzieci. „Idźcie po rodziców.” – zarządził. Wkrótce przed domem zgromadziło się kilka osób. „Nie spodziewałem się, że zastanę was spakowanych, ale niestawienie się do urzędu gminy na wezwanie to może być wykroczenie.” „Nigdzie się stąd nie ruszamy.” – odezwał się Roman. Kilka osób poparło go okrzykami. „A co wam tak zależy na tych ruderach? Dają całkiem dobre lokale niedaleko od Góry Kalwarii i sporą kasę na zagospodarowanie. Ja rozumiem tych, co wywłaszczają. Mogą się denerwować. Ale wy?” W głowach ludzi pojawiły się różne wersje odpowiedzi na to pytanie. Większość było niecenzuralnych i politycznie niepoprawnych. Dość powiedzieć, że mało kto współczuł Izraelitom. „Bo my są tutejsi.” – zaryzykował odpowiedź Roman. „Właśnie.” – poparł go tłumek. „Mi tam wszystko jedno, ale nie miejcie pretensji, jak was siłą zaczną wysiedlać.” „Żadnego przymusowego wysiedlania.” – prezes partii rządzącej był nieustępliwy. „Oczywiście to była tylko opcja, którą powinniśmy rozważyć.” – zastrzegł premier. „Rząd planuje negocjować, przedstawiając zachęty dla osób przeprowadzających się. Dla uchodźców z Izraela przygotowujemy ośrodki, w których będą mogli zaczekać do uspokojenia spraw na Bliskim Wschodzie.” „Na to bym nie liczył.” – wtrącił minister spraw zagranicznych. „Nie widzę powodu do pośpiechu. Mamy trudną sytuację, ale nie będziemy zniechęcać do nas naszych wyborców. Z czasem presja zniknie i sprawa wyjaśni się tak czy siak.” – zarządził prezes, a każdy z uczestników spotkania rozważał, jak zinterpretować te słowa. W piątkowy poranek pani inspektor Powiatowego Inspektoratu Sanitarnego w Piasecznie została obudzona wcześnie rano. Kilka minut później jechała do nieodległej Góry Kalwarii. Przed budynkiem na ulicy Świętego Antoniego czekało na nią już kilku urzędników. Kierownik wydziału wodociągów ocierał spocone czoło papierowym ręcznikiem. „Dobrze, że pani już jest. Wstrzymaliśmy dostawy wody do naszej sieci. Mamy tu jakieś nieznane zanieczyszczenie.” Cała grupa weszła do budynku. W gabinecie dyrektora na stole stały kolby wypełnione czerwonawą cieczą. Pani inspektor uniosła ze zdziwieniem brwi. „To próbki z naszego wodociągu. Godzinę temu dotarły do nas sygnały, że coś dziwnego dzieje się z jakością dostarczanej przez nas wody.”Pracownik stacji oczyszczania twierdzi, że dosłownie w jednej chwili woda przybrała ten kolor. Mężczyzna umilkł na chwilę i dodał: Sprawdziliśmy. Jest trzeźwy. Urzędniczka podniosła fiolkę do oczu i zamieszała, po czym otworzyła korek i skierowała dłonią w kierunku nozdrzy powietrze znad otworu. Co to może być? — zapytał dyrektor. Do czasu przeprowadzenia szczegółowych badań nie będziemy wiedzieć. Może jakaś rdza albo bakteria, albo wykwit glonów. Wstrzymaliśmy dostawy — dodał kierownik. Bardzo słusznie. Zaraz w imieniu inspektoratu wydam taką decyzję. Zabezpieczcie mieszkańcom beczkowozy. Żona Romana wstała pierwsza. Wysikała się i spuściła wodę. Coś ją zaniepokoiło. Spojrzała do muszli i zaniemówiła. Toaleta wypełniona była czerwoną cieczą. Odkręciła kran. Przez chwilę popłynęła zabarwiona woda. Wkrótce jednak rura zabulgotała i strumień się skończył. Kobieta włożyła palce do umywalki i podniosła do oczu. Krew — powiedziała i zachwiała się na nogach. Roman! Mężczyzna wbiegł do łazienki. Zaspany zapoznał się z sytuacją. Idę do sklepu po butelkowaną, zanim wszystko wykupią — powiedział, po czym wysikał się, płucząc ściany muszli z czerwonego osadu. A trzeci wylał swą czaszę na rzeki i źródła wód, i stały się krwią. Miejscowy świadek Jehowy, stojąc na skwerze głównym, czytał fragmenty Apokalipsy według świętego Jana. Wzbudzał większe niż normalnie zainteresowanie. Ludzie plotkowali i opowiadali sobie coraz bardziej niestworzone historie. Niektórzy widzieli w nocy tajemnicze postaci niosące ciała zwierząt, które miały zostać złożone w ofierze w pobliżu źródeł wody. Niestety nie wiadomo, gdzie to się mogło odbyć, bo większość osób nie miała pojęcia, skąd miasto bierze wodę. Lokalne portale internetowe podały za sanepidem, że to zjawisko to wykwit glonów związany z utrzymującą się wysoką temperaturą. Wodociągi wieczorem oświadczyły, że sytuacja jest opanowana, ale dostawy wody zostaną przywrócone dopiero po wyczyszczeniu i zdezynfekowaniu instalacji. W sobotę rano uwagę mieszkańców Góry Kalwarii zajął zupełnie nowy problem. Żona Romana, jak zwykle, zanim zapaliła światło, weszła do łazienki. W pewnej chwili jej stare, rozeptane kapcie straciły przyczepność i kobieta runęła na podłogę. Jej krzyk zbudził mieszkańców. Roman zapalił światło i zobaczył kobietę leżącą na podłodze pomiędzy pozbawionymi muszli mięczakami. Całe pomieszczenie było ich pełne, a źródłem inwazji wydawały się otwory kanalizacyjne. Kobieta zerwała się na równe nogi. Z obrzydzeniem strzepując zwierzęta, wycofała się do pokoju. Zrób coś z tym, zrób coś z tym! — powtarzała jak oszalała. Na początku Roman sądził, że tylko jego dotknęło to obrzydlistwo, dlatego z ulgą dowiedział się, że ślimaki pojawiły się w całej okolicy. Sąsiedzi szybko się zorganizowali. Większość z nich, jako działkowcy lub znajomi działkowców, mieli do czynienia z tego typu szkodnikami i mogli wymienić się mniej lub bardziej skutecznymi metodami pozbycia się intruzów. Zbliżająca się do miasta inspektor dostrzegła wznoszące się w niebo słupy czarnego dymu. Jadąc pomiędzy budynkami obserwowała mieszkańców wyposażonych w łopaty do śniegu. Zmiatano nimi do kanalizacji gluty pozostałe po rozjechanych bezkręgowcach. Pani inspektor pokiwała z dezaprobatą głową. W końcu dojechała na spotkanie sztabu kryzysowego. Zaparkowała przed ratuszem. Wysiadając, zorientowała się, że nie ma szansy, by jej buty pozostały czyste, zanim dotrze do drzwi budynku. Powyłaziły z kanalizacji? Wezwany zoolog z Uniwersytetu Warszawskiego był sceptyczny. Mogą żyć pod ziemią. Sądzę, że wskutek wysokich temperatur tam się głównie rozmnażały i coś spowodowało, że wyroiły się ostatniej nocy. To może mieć coś wspólnego z tym czerwonym wykwitem — dodała pani inspektor. Może i tak być. Wieczorem w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach. Jego przyczyną pośrednio stały się bezkręgowce. Trzeba było użyć dużo benzyny i innych olejów, by można było je skutecznie spalać. Wieczorem brudni i zmęczeni ludzie zorientowali się, że dysponują ograniczonymi zasobami wody, zbyt małymi, by zmyć śluzowate ślady w domach i samemu doprowadzić się do porządku. W długich kolejkach pod beczkowozami wymieniano uwagi i wyciągano wnioski. Wkrótce powiązano niezwiązane zdarzenia i zignorowano istotne przesłanki. W każdym razie wszystkiemu winni byli Żydzi, a szczególnie Roman i ksiądz proboszcz. Tymczasem duchowny zajęty był pakowaniem w kartony dóbr należących do parafii, a Roman zaklejaniem taśmą wszelkich otworów, którymi mogłyby dostać się do mieszkania stworzenia większe od mrówek faraona. Mężczyzna odczuł niepokój na wspomnienie tych niewielkich istot. Coś mu się kojarzyło. Jakieś dzwony dzwoniły, ale nie wiadomo, w którym kościele.Mimo że była niedziela, żona Romana obudziła go wcześnie rano i wysłała na zwiad do łazienki. Mężczyzna usunął zabezpieczenia z toalety i z ulgą dostrzegł, że nie ma żadnych stworzeń w muszli. Wysikał się i spłukał sedes niewielką ilością wody z wiadra. Woda miała właściwy kolor. Dał znać żonie, że wszystko w porządku i wrócił do łóżka. Mogli sobie w końcu trochę pospać. Po ostatnich męczących dniach zasnęli głęboko. Obudził ich syn. „Tato, mamy kolejną anomalię” – obwieścił podniecony. „Co się dzieje?” – zapytał zaniepokojony mężczyzna. „Wszędzie wyrosło jakieś zielsko, taki duży koper czy coś.” Roman wyjrzał przez okno. Na trawnikach w nocy pojawiły się rośliny wielkości dorosłego człowieka. Mężczyzna poznał, co to. Wędrując po polach i lasach z wykrywaczem metalu musiał czasami nadrabiać drogi, by omijać siedliska tego chwastu. „Zamknąć okna” – zarządził i sięgnął po telefon. Numer alarmowy był non stop zajęty. Na szczęście zgłoszenie Romana nie było niezbędne. Wkrótce dało się słyszeć syreny straży pożarnej i karetek pogotowia. Policja, jeżdżąc ulicami apelowała o niewychodzenie z domu, a jeżeli ktoś musi, to jest proszony o założenie odzieży chroniącej skórę przed olejkami eterycznymi wydzielanymi przez rośliny. Nakazano również unikania słońca. Niestety to trudne do wykonania, bo ostatni dzień sierpnia był piękny. Miasto wyglądało jak wyludnione. Na ulicach pojawiały się postacie ubrane w kombinezony przypominające stroje kosmiczne. Do południa zmobilizowano jednostkę prewencji policji z pobliskiego Piaseczna, która dla ochrony skóry założyła pełen antyterrorystyczny ekwipunek. Oczywiście bez tarcz i pałek. Rośliny padały pod ciosami maczet i kos wypożyczonych z ogrodniczych części okolicznych marketów budowlanych. Burmistrz nie miał już konceptu, jak racjonalnie tłumaczyć dziennikarzom wydarzenia dotykające jego miasto. Zaczął się nawet cieszyć, że zgodnie z rządowymi wytycznymi wkrótce opuści urząd i miasto. Dostanie z góry pobory za niedawno rozpoczętą kadencję i wyjedzie na długie wakacje. Przeglądał się, jak rosną stosy skoszonego barszczu Sosnowskiego. Rozważał, kto to jest ten Sosnowski i czy wywieźć to za miasto, na pola, czy spalić na miejscu. Wywieziono, ile się dało, a wieczorem po raz kolejny rozpalono ogień. Po zachodzie słońca mieszkańcy wyszli na ulice. Opowiadano o nieszczęściach tego dnia. Okazało się, że kilkadziesiąt dzieci zostało odwiezionych do szpitala w Warszawie. Mówiono o strasznych obrażeniach, jakie odnieśli inni poszkodowani. To nie była prawda, bo sama roślina nie powoduje ran. Jej olejki eteryczne niszczą odporność skóry na ultrafiolet i przyczyniają się do powstawania trudno gojących się ran. Ludzie byli zmęczeni i tracili cierpliwość. Kiedy Roman pojawił się w kolejce do cysterny, ktoś go potrącił. Ktoś inny za jego plecami rzucił grubym słowem. Kolejka przesuwała się w milczeniu. W końcu Roman nie wytrzymał napięcia. „Czego ode mnie chcecie?” – krzyknął. – „To nie moja wina.” „Jak to nie twoja?” – odkrzyknął ktoś. „A kto sprowadził do miasta tego żydowskiego czarownika? Kto znalazł sekretną księgę kabały?” „Żadnej księgi nie znalazłem. To była zwykła miska.” „Przyznał się. Judasz! Za ile nas sprzedałeś?” Kilka rąk wyciągnęło się w kierunku mężczyzny. Ktoś go popchnął. „Odpierdolcie się ode mnie! Jak jesteście tacy odważni, to idźcie do synagogi i sobie pogadajcie z tym waszym czarownikiem.” „Dobra” – podchwycił tłum i ruszył. Komisarz policji jeździł po mieście i pilnował, czy gdzieś ogień z płonącego zielska nie wyrwał się spod kontroli. Skręcił na główną ulicę i zorientował się, że dalej nie pojedzie. W jego kierunku zwartą grupą zbliżał się tłum. Gwałtownie skręcił na chodnik i zaparkował na trawniku. Wiedział, gdzie idą. „Dajcie wszystko, co mamy na ulicę Pijarską pod synagogę. Wezwijcie wsparcie. Niech ci z Piaseczna wracają.” „Wyłaź, pokaż się” – krzyczeli zdesperowani ludzie, stojąc na ulicy przed starą bożnicą. Budynek wyglądał jak dawniej na opuszczoną ruinę. Jednak ludzie wiedzieli, że ktoś tam jest. Od ponad miesiąca prawie codziennie kurierzy i dostawcy wnosili coś do środka. Zanim nastąpiła plaga nieszczęść, jacyś Ukraińcy pracowali we wnętrzu. Teraz stalowe, zardzewiałe drzwi i metalowe okiennice były zamknięte na głucho. „Podpalmy to” – zaproponował ktoś. „Ja wam zaraz, kurwa, podpalę. Mało wam palenia?” – zaoponował przez megafon komisarz. „Z nimi jesteś czy z nami?” Policjant nie musiał się jednoznacznie opowiadać za którąś z domniemanych stron, bo uwagę zgromadzonych mieszkańców zwróciła kolumna nadjeżdżających samochodów. Oto nadciągały posiłki w postaci ekip telewizyjnych i międzynarodówki dziennikarskiej. Szybko i sprawnie się rozstawili, ogrodzili teren kolorowymi taśmami i zaczęli nagabywanie zgromadzonych ludzi. Większość dziennikarzy doszła do wniosku, że redakcje będą miały poważne wątpliwości, czy puścić na antenę zarejestrowane wypowiedzi. Niektórzy jednak, ciesząc się ekscytującym materiałem, nadawali na żywo.Jedna z ekip wyglądała na szczególnie zainteresowaną. Młoda dziennikarka telewizji ZDF dała się ustawić na tle tłumu i budynku synagogi, wygłaszając komentarz: "Wir haben ein Beispiel für den traditionellen polnischen Antisemitismus." Usłyszał to komisarz i poczuł, jak pąsowieje mu i tak naturalnie czerwona twarz. Musiał to natychmiast skończyć. „Rozejść się! Opuścić teren!” – krzyczał przez megafon. Jednak za wyjątkiem kilku podetkniętych pod tubę mikrofonów nikt go nie słuchał. Załamany patrzył na rozgrywające się widowisko. W pobliżu dostrzegł burmistrza, który opowiadał do kilku kamer, jak to bohatersko radził sobie z kryzysem, który dotknął miasto. W pewnej chwili ktoś pociągnął go za rękaw. „Ja zrobię, że sobie pójdą” – zaproponował miejscowy świadek Jehowy. „A rób co chcesz.” Zrezygnowany komendant oddał mu megafon i sięgnął po paczkę papierosów bez akcyzy. „Księga Wyjścia.” Sekciarz rozpoczął czytanie. „Pan rzekł do Mojżesza: Jeszcze jedną plagę ześlę na faraona i na Egipt, potem uwolni was stąd, a uwolni was całkowicie, nawet was wszystkich stąd wypędzi. O północy Pan pozabijał wszystko pierworodne Egiptu, od pierworodnego syna faraona, który siedzi na swym tronie, aż do pierworodnego tego, który był zamknięty w więzieniu, a także wszelkie pierworodne z bydła. I wstał faraon jeszcze w nocy, a z nim wszyscy jego dworzanie i wszyscy Egipcjanie. I podniósł się wielki krzyk w Egipcie, gdyż nie było domu, w którym nie byłoby umarłego.” Tekst ten powtórzył siedem razy, aż umilkły rozmowy i tłum skupił uwagę na Słowie Bożym. Ciszę przerwała żona Romana. Nie wiadomo, kiedy zjawiła się na placu. Odszukała męża i zarządziła: „Mamy jeszcze pół godziny. Wszystko spakowałam. Wyjeżdżamy.” Roman nie oponował. Za ich przykładem podążyli inni, niekoniecznie rodzice jedynaków. To był pierwszy i ostatni przypadek, gdy miasto zakorkowało się w środku nocy. Wstawał świt czterdziestego dnia pielgrzymki. Wędrowcy przeszli przez Liban, Turcję. W Istambule przez most wkroczyli do Europy. Nikt ich nie zatrzymywał, nie zagadywał. Ludzie im współczuli i starali się pomóc dając jedzenie, a czasami miejsce, by mogli przez chwilę wypocząć. Gdy przekraczali granicę węgiersko-słowacką, ich państwo przestało istnieć, a wszyscy ocaleni ruszyli ich śladem na tułaczkę. Ta grupa dotarła do celu. Przeszli przez ostatni most na ich drodze i wraz ze wschodem słońca stanęli przed drzwiami synagogi. Otworzył im okryty tałesem mężczyzna. Podszedł do starego Żyda, przewodnika grupy i ucałował go na powitanie w oba policzki. „Wejdźcie do środka” – zaprosił. – „Jesteście w domu. Każdy z was otrzyma pokarm z miski człowieka Bożego, cadyka Abrahama Mordechaja Altera, a pokarm dzielić będzie potomek jego z dynastii Gerrer.” Żyd zdjął z pleców tałes i umieścił na ramionach przybyłego starego mężczyzny. Ten odezwał się do swojego ludu: „Wędrówka skończona. Jak dawniej będziemy się tu spotykać, posilać i słuchać Tory. Dzisiaj możemy spocząć. Jak Najwyższy zechce, z Polin zrodzi się Izrael.” Roman tymczasowo zatrzymał się w domu szwagra. Przy wódeczce opowiadał o tym, co przeżył w Górze Kalwarii i jak zamierza sobie ułożyć życie w Baniosze. W tle grał telewizor. Nikt na niego nie zwracał uwagi do czasu wiadomości. Wydarzeniem dnia były problemy z wodą w Białymstoku. Posłowie. Opis wizyty na dworze cadyka Altera niemiecki pisarz Alfred Döblin zamieścił w swoim dziele pod tytułem „Podróż po Polsce”. Cytat: „Po południu pielgrzymi cisną się do wielkiego stołu cadyka. Tłok przy czym taki jak na przedpołudniowej audiencji, a nawet gorszy. Wielki stół zostaje wniesiony do hali. Niektórzy dużo wcześniej wczołgują się pod stół, żeby potem stać blisko świętego. Cadyk zasiada z synami i dostojnymi gośćmi. Cała reszta stoi dookoła. Przy jedzeniu cadyk tłumaczy objaśnienia Talmudu i Tory. Podaje nowe wykładnie. Wyznawcy obserwują jego i gości. Śledzą jego ruchy, podchwytują i tłumaczą sobie nawzajem każde jego słowo. Najbardziej pożądane są szirajim, resztki z misy cadyka. Biją się o nie. Czasem cadyk sam daje komuś kęs ze swojej miski.” Za wirtualny sztetl.
[03:27:54] - Proszę państwa, i to jest ten moment, który ja go nie bardzo lubię, ale wiem, że on zawsze musi nastąpić, chyba że chcielibyśmy robić audycję gdzieś tak długo, długo, nie wiem, do niedzieli. Ani ja tego fizycznie nie wytrzymam, ani Welios, ani tym bardziej państwo. No więc ta audycja kiedyś się jednak musi kończyć. To jest dla mnie zawsze moment, no może nie smutny, ale taki refleksyjny. Coś się znowu kończy. Na szczęście już za tydzień znowu się zacznie. Znowu się zacznie kolejna Akademia Wszelkiej Fikcji. A zatem pięknie państwu dziękuję za dzisiaj. Zapraszam za tydzień. Życzę dobrej nocy i dobrego weekendu. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[03:28:41] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Welios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.