[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. No w końcu zrobiło się na tyle ciepło, że słuchając AWF nie musimy siedzieć w swetrach. A więc zaczynamy kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk Ivellios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:38] - Dzień dobry wieczór państwu. Nagrywamy to wyjątkowo w środę, z różnych przyczyn, jak to się mówi służbowych. Właśnie wróciłem z bardzo ciekawej imprezy. Z festiwalu, który odbywa się w pobliżu Wrocławia w Pęgowie, a nosi tytuł Mężowie Czynu. Tytuł jak tytuł tego festiwalu, ale posłuchajcie państwo, bo to impreza naprawdę ciekawa. Pojechałem tam służbowo jako dziennikarz Nieznanego Świata, ale pojechałem z ciekawością, a kiedy wyjeżdżałem pod koniec dnia, to wyjeżdżałem z poczuciem, że uczestniczyłem w czymś więcej niż tylko w jakimś kolejnym wydarzeniu motywacyjnym dla mężczyzn. Bo atmosfera Mężów Czynu nie przypominała ani korporacyjnego szkolenia, ani modnego dziś spektaklu coachingu, w którym wszystko sprowadza się do sukcesu pieniędzy, i przede wszystkim autopromocji. W tej imprezie było coś surowego. Momentami ktoś mógłby nawet powiedzieć archaicznego, jakby ktoś próbował odkopywać spod warstw współczesnego chaosu takie dawno zapomniane pojęcia, takie jak odpowiedzialność, wspólnota, sprawczość. Wiecie państwo, najbardziej uderzyło mnie to, że nikt tam nie mówił o męskości jako o prawie do dominacji. Mówiono raczej o ciężarze, o obowiązku budowania, o tym, że mężczyzna nie jest tylko konsumentem świata, ale jego współtwórcą, że nie może wiecznie pozostawać w stanie emocjonalnego zawieszenia, ironicznego dystansu czy wygodnej bierności. Padało dużo słów o rodzinie, o istocie wyższej, o wspólnocie. I chociaż we współczesnym języku publicznym brzmią te słowa czasami prowokacyjnie, to tam na festiwalu były wypowiadane bez wstydu i bez agresji. To było coś oczywistego. Będąc tam na miejscu miałem wrażenie, że całe wydarzenie zbudowano wokół jednej osi przejścia od deklaracji, które bardzo często padają w naszym życiu. Dużo współczesny człowiek mówi. A więc tam ta oś wyglądała trochę inaczej. Nie sprowadzała się do mówienia. Tam raczej miało miejsce przejście od deklaracji do działania. Słowo-ciało, idea-czyn. To mniej więcej tak działało. To na tej imprezie nie były tylko hasła. Tam czuło się nacisk na materializowanie wartości w codziennym życiu, że to jest tak naprawdę ważne. Nacisk na to, żeby przestać żyć wyłącznie w świecie opinii, komentarzy i internetowych dyskusji, a zamiast tego zacząć budować coś bardzo realnego. Rodzinę, biznes, wspólnotę, relacje czy też własny charakter. Wielu mężczyzn, których tam spotkałem często w towarzystwie kobiet, bo wejście na festiwal dla kobiet było szeroko otwarte. Więc wielu mężczyzn, których tam spotykałem, sprawiało wrażenie ludzi zmęczonych współczesnością, zmęczonych kulturą permanentnej niepewności, relatywizmu, rozmytych ról. Oni na tym festiwalu szukali prostoty, ale nie takiej prostoty w znaczeniu intelektualnego upraszczania świata, raczej takiej prostoty sprowadzającej się do pierwotnych zasad. Do odpowiedzialności za bliskich, do uczciwości wobec siebie, do odwagi w działaniu. Tam można było odnieść wrażenie, że dla części uczestników to było wręcz poszukiwanie utraconego rytuału przejścia. Czegoś, co dawniej przechodzili chłopcy, kiedy stawali się mężczyznami. Dzisiaj tego rytuału nie ma i bardzo często człowiek rodzi się dzieckiem, żyje jako dziecko i umiera jako dziecko, bo nigdy nie dojrzał. Interesujące było również takie silne podkreślanie przez wielu uczestników biologii. Organizatorzy mówili o duchowości, ale nie w oderwaniu od ciała. Wręcz przeciwnie, pojawiała się myśl, że człowiek nie może budować wyższych poziomów życia, jeśli ignoruje własną naturę, że tak naprawdę duchowośćTa duchowość zaczyna się od zakorzenienia w codzienności, od porządku w podstawowych sprawach: w zdrowiu, w relacjach, w emocjach, seksualności, odpowiedzialności. Myślę, że w tych wszystkich zachowaniach, w tych rozważaniach było echo bardzo starej intuicji, że człowiek, który utracił kontakt z własną naturą, nie jest w stanie zbudować trwałego ładu ani wokół siebie, ani w sobie. Wiecie państwo, chyba najbardziej fascynujące było jednak samo napięcie obecne podczas tego wydarzenia, bo z jednej strony czuło się tam silną potrzebę powrotu do, nazwijmy to, fabrycznych ustawień, do tradycyjnych ról męskich i kobiecych. Z drugiej czuło się taką głęboką świadomość, że ta próba powrotu odbywa się w świecie, który od tych ról coraz bardziej odchodzi. Chwilami miałem poczucie uczestnictwa w czymś na pograniczu społecznego ruchu, może duchowego warsztatu, a już na pewno kulturowego buntu wobec tej dziwnej nowoczesności, w jakiej żyjemy. Nie brakowało też oczywiście kontrowersji. Niektóre sformułowania dla części ludzi mogły brzmieć zbyt radykalnie lub zbyt jednoznacznie, ale nawet wtedy miałem poczucie, że pod warstwą różnych ostrych deklaracji kryje się przede wszystkim taka troska i w sumie lęk przed rozpadem więzi międzyludzkich i chaosem w relacjach między ludźmi. Myślę, że wielu obecnych tam uczestników nie tyle marzy o jakiejś dominacji, bo bardzo często męskość bywa sprowadzana do dominacji. Chyba nic bardziej fałszywego. Ci ludzie bardziej myśleli o pewnej trwałości, o świecie, który ma sens i logiczną strukturę. Zapamiętałem szczególnie te momenty zwykłych rozmów z ludźmi poza sceną, poza wykładami, poza oficjalnym przekazem. To podczas tych rozmów najlepiej było widać i słychać, że dla wielu uczestników to wydarzenie nie było żadnym ideologicznym manifestem. To była próba odnalezienia kierunku. Niektórzy uczestnicy przyjechali po inspirację, inni myślę, że po motywację, a jeszcze inni po takie zwykłe poczucie, że nie są sami ze swoimi pytaniami o rodzinę, o życie i chyba o miejsce mężczyzny we współczesnym świecie. Wracając samochodem do domu, miałem czas na przemyślenia. Ponad trzy godziny jechałem do Bydgoszczy. Pomyślałem, że niezależnie od tego, czy ktoś zgadza się z całym przesłaniem festiwalu Mężowie Czynu, czy też się z nim nie zgadza, to zdecydowanie trudno odmówić temu zjawisku jednego: ono jest odpowiedzią na realną potrzebę. Na potrzebę sensu, na potrzebę wspólnoty i sprawczości. Ja wiem, już o tym mówiłem, ale warto to podkreślić. A tam, gdzie się pojawia taka potrzeba, to wcześniej czy później zaczynają rodzić się nowe ruchy, nowe idee i nowe formy opowieści o tym, kim właściwie jest człowiek. To taka garść moich refleksji po dzisiejszym spotkaniu. Muszę powiedzieć, że zrobiło na mnie spore wrażenie. Wiem, że nie da się opowiedzieć tego, co się przeżyło. A zatem może warto o tym poczytać. Już z góry zapraszam państwa do numeru sierpniowego „Nieznanego Świata”, gdzie ukaże się relacja z tego spotkania, z tego festiwalu i zaręczam państwu, że będzie ciekawie. Tyle jeśli chodzi o festiwal. A teraz przechodzimy do stałych punktów programu. Na początek polecanki książkowe. Pierwszy tytuł to „Wędrówka dusz” Michaela Newtona, wydawnictwo Illuminatio. Książka na rynku będzie od 20 maja. Nie pomyliłem się. To są zwykłe polecanki książkowe, nie polecanki z pogranicza, ale ta książka ukazuje się w nowym, bardzo eleganckim wydaniu. Dla niektórych to może być ważne, dla niektórych nie za bardzo. Ta książka pokazuje się z przedmową Roberta Bernatowicza. Co państwo z tym zrobicie, to już wasza sprawa. A teraz o samej książce. To książka przełomowa, która zmieniła życie milionów ludzi na świecie i dała im nadzieję na to, że śmierć nie jest końcem. To międzynarodowy bestseller Michaela Newtona w nowej, ekskluzywnej wersji. Jest to wspaniały hołd dla całej pracy, jaką wykonał autor. „Wędrówka dusz” to książka, która od ponad 30 lat inspiruje i zmienia życie milionów ludzi na całym świecie.Limitowana edycja została, tak jak już mówiłem, wzbogacona o wprowadzenie Roberta Bernatowicza, dziennikarza i badacza zjawisk paranormalnych. Temat wędrówki dusz po śmierci ciała fizycznego fascynuje ludzkość od wieków. Nowe koncepcje, badania i opracowania powstają regularnie, ale tylko niektóre z nich osiągają status kultowych. Tak właśnie stało się z pracą doktora Michaela Newtona, certyfikowanego hipnoterapeuty, który podczas swoich sesji z pacjentami cofał ich do poprzednich wcieleń. Odkrył, że w stanie głębokiej hipnozy ludzie nie tylko przypominają sobie poprzednie wcielenia, ale także relacjonują to, co dzieje się z duszą pomiędzy kolejnymi inkarnacjami. W tej przełomowej książce autor prezentuje rozmowy z 29 osobami, które w stanie superświadomości przedstawiły swoje dzienniki podróży między wcieleniami. Proszę państwa, to była książka zatytułowana „Wędrówka dusz” Michaela Newtona, wydawnictwo Illuminatio, a książka pojawi się na rynku 20 maja. Drugi tytuł, który pragnę państwu polecić, to książka, a właściwie książeczka. I to jest kluczowe. Ta książeczka to „Tytus, Romek i Atomek. Nowe przygody. Księga pierwsza”. Autorami są Artur Chmielewski, Karol Weber i Zbigniew Larwa. Wydawca Pruszyński Media. Data premiery 26 maja. Zapraszamy do nowych przygód Tytusa, Romka i Atomka. Księga ta stanowi nowe otwarcie, ale jest zarazem wspaniałą kontynuacją twórczości Henryka Chmielewskiego, czyli niezapomnianego Papcia Chmiela. Świetnie oddaje ducha jego komiksów pełnych charakterystycznego dowcipu i przenikliwego zmysłu obserwacyjnego. Romek i Atomek wraz z profesorem Alentem podejmują kolejną próbę uczłowieczenia Tytusa. Jak zwykle wykorzystają do tego najnowsze zdobycze nauki i nowoczesne technologie. Ciekawe tylko kto kogo więcej nauczy i kto stanie się bardziej ludzki. Jak mówi Artur Chmielewski, syn Papcia Chmiela, a jednocześnie współscenarzysta nowych przygód – ta księga to hołd dla taty. Mam nadzieję, że uda nam się was rozśmieszyć i na końcu powiecie: „To była dobra zabawa”. Przypomnę. „Tytus, Romek i Atomek. Nowe przygody. Księga pierwsza”. Autorzy Artur Chmielewski, Karol Weber, Zbigniew Larwa, wydawnictwo Pruszyński Media. Data premiery 26 maja. Ostatnia książka na dzisiaj nosi tytuł „Goldfinger”. Autor klasyczny Ian Fleming, więc wiadomo, że chodzi o Jamesa Bonda. Wydawnictwo Skarpa Warszawska to wydawca, a książka na rynku pojawi się 20 maja. James Bond musi powstrzymać milionera opętanego żądzą złota i udaremnić napad stulecia. Auric Goldfinger jest najbogatszym człowiekiem w Anglii, jednak nie przechowuje swojego majątku w banku. Gromadzi ogromne ilości cennego kruszcu, którego nazwa pojawia się w jego nazwisku. Sprawa budzi podejrzenia przełożonych Bonda z MI6. Bond wkracza do akcji i odkrywa skomplikowaną siatkę przemytu złota. Poznaje też najśmielszy jak dotąd plan Goldfingera. Operacja Wielki Szlem może zachwiać światową gospodarką i pozostawić kraje Zachodu na łasce Śmierzu. Jedynie 007 jest w stanie pokonać tajemniczego milionera ogarniętego chorobliwą obsesją na punkcie szlachetnego metalu. Przypomnę tytuł „Goldfinger”, Ian Fleming, wydawnictwo Skarpa Warszawska. Data premiery 20 maja. Tyle polecanek książkowych, ale to mówię co miesiąc. Nie koniec polecanek. Teraz zapraszam na omówienie czerwcowego numeru „Nieznanego Świata”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny numer „Nieznanego Świata” trafia właśnie – tu chciałem powiedzieć, że do kiosków – trafia do sprzedaży. W różnych punktach numer jest do dostania. Numer czerwcowy. Numer napakowany samym dobrem. Dużo ciekawych artykułów, ale skoro już zabieramy się za polecanki nieznanowo-światowe, to oczywiście dzień dobry, wieczór Piotrze.
[17:40] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, witam państwa. Zbliżamy się do połowy roku, ale jeżeli patrzeć po okładce numeru, to tak. Numer szósty. Cóż, pamiętajcie, że przyszły trudne czasy dla wydawców prasy. Zostaliśmy jedynym polskim pismem poruszającymtą tematykę, szukajcie nas i czytajcie. Czekamy oczywiście też na komentarze i listy. A gdzie nas szukać? Na stanowiskach z prasą w marketach, oczywiście małych i dużych, ale jak kto woli, może też nabyć wersję elektroniczną albo skorzystać z zamówienia na www.nieznane.pl. A co do bieżącego numeru, to jak zazwyczaj duża porcja niesamowicie interesujących treści. Pamiętajmy, że w „Nieznanym Świecie” mamy rubryki stałe, ale też mamy artykuły autorskie. I tu od razu na wstępie uderzamy w sedno tajemnicy. Otwieramy numer i Marku, nieskończoność, wieczność, nieskończona pętla początków i końców, i startów, i tak dalej. Jak się okazuje, nieskończoność i wieczność to nie jest to samo. Dla nas, jednostek ograniczonych przez czas wieczność się wydaje kuszącą obietnicą, ale nie zawsze. Temat nieskończoności porusza w swoim artykule doktor Joanna Bohaczek-Trąbska.
[19:14] - Tak. À propos wieczności to myślę, że kiedyś warto by to omówić. Natomiast nie będę robił tego teraz, ponieważ wieczność to jest temat na pół godziny. Bo bardzo często mówimy o wieczności i nie mamy na myśli tego, co powinniśmy mieć. To tytułem takiej zajawki i zapowiedzi. A teraz przejdźmy do nieskończoności. Wiecie państwo, nieskończoność nie jest pojęciem w gruncie rzeczy bardzo jednoznacznym. Trochę można powiedzieć w ten sposób, że filozofia nie traktuje nieskończoności w jednolity sposób. Zmieniało się rozumienie nieskończoności i to zależało trochę od epoki oraz od problemów metafizycznych danej epoki. Metafizycznych i paradoks logicznych, bo w starożytności na przykład, jeśli chodzi o nieskończoność, dominowało podejście arystotelesowskie, bo tenże filozof odróżniał nieskończoność potencjalną, czyli taki proces, który może być kontynuowany bez końca właśnie na przykład dzielenie odcinka. On oddzielał tego rodzaju nieskończoność od aktualnej nieskończoności, czyli takiej nieskończoności, którą zresztą odrzucał jako sprzeczną z porządkiem świata. Nieskończoność była raczej nigdy nieukończonym stawaniem się niż realnym bytem. To tyle, jeśli chodzi o Arystotelesa. I nie przejmujcie się państwo, że to, co powiedziałem, jest takie mało intuicyjne, bo w średniowieczu tak naprawdę nieskończoność została bardzo ściśle związana z teologią i była atrybutem Boga. Była też rozumiana jako coś absolutnego, co przekracza ludzkie poznanie i świat dostępny człowiekowi. Mówiąc w skrócie, to tak naprawdę w średniowieczu mówiono: „Nie interesuj się i tak tego nie zrozumiesz”. Dalej mamy nowożytność i filozofów, takich jak na przykład Immanuel Kant. On analizował nieskończoność w kontekście głównie granic poznania. I Kant uznał, że rozum wpada w sprzeczności. Tak, jego ukochane słowo antynomie wpada w sprzeczności, kiedy próbuje traktować świat jako całość, taką całość skończoną lub nieskończoną. To obojętne. Obie tezy mogą być logicznie uzasadnione, ale żadna nie daje się rozstrzygnąć empirycznie. Ja sobie zdaję sprawę, że to, co powiedziałem przed chwilą, mógłbym tak teraz dalej jeszcze o Heglu i jeszcze kilku innych filozofach opowiadać, ale zdaję sobie sprawę, że w gruncie rzeczy usłyszeli państwo dosyć suchy, filozoficzny wykład. To namawiam państwa do sięgnięcia po artykuł w „Nieznanym Świecie”. Tam nieskończoność stanie się bardziej jasna, przejrzysta i zrozumiała, bo w artykule, który jest do państwa dyspozycji, nieskończoność jest potraktowana bardzo łagodnie i bardzo przystępnie. Proszę państwa, ale przeglądamy „Nieznany Świat”. Dalej. I natrafiam na artykuł o zaginionych naukowcach. W dodatku artykuł związany z UFO, z ujawnieniem. A skoro te tematy, to wiadomo, że maczał w tym swe palce obecny tutaj Piotr Cielebiaś.
[23:13] - No właśnie, to ja. Rzeczywiście, kiedy się cofniemy do pierwszych stron, mamy tam poruszony temat tajemniczych zaginięć naukowców. A chyba najbardziej tajemniczą sprawą z tego wszystkiego jest zaginięcie generała McCaslanda. Nie odnalazł się do tej pory. Troszeczkę tak, jakby ta sprawa przycichła albo nie chce się o niej mówić. Jeszcze kilka tygodni temu było o tym wszystkim naprawdę bardzo głośno, ale okazuje się, że w przeciągu kilku miesięcy od jego bardzo tajemniczego zaginięcia coś podobnego spotkało kilka innych osób, choć one skończyły dużo gorzej. Tak naprawdę McCasland łączony jest przez niektórych z tajnymi programami dotyczącymi UFO. Jest to albo był to człowiek, który decydował o wielu rzeczach, miał o wielu rzeczach wiedzę i nagle zniknął. Zniknął w okolicznościach co najmniej zastanawiających, które zdaniem wielu komentatorów powinny wzbudzać poważny niepokój.W amerykańskich służbach. Mam jednak wrażenie, że rzeczywiście to wszystko stopniowo przycicha. Aferę związaną z McAslandem próbuje się przykryć trumpowskimi aktami UFO. A może, kto wie, może próbuje się ukręcić, brzydko mówiąc, łeb, dlatego że nie do końca wiadomo, kto stoi za serią tych dziwnych zgonów i zaginięć w świecie amerykańskich uczonych. A nie brak takich, którzy mówią, że to po prostu wszystko jest zbieg okoliczności, bo na tysiące pracowników naukowych, które w Ameryce są, naprawdę wiele się może wydarzyć w ich życiu i niektórzy mogą naprawdę skończyć w sposób, który jest uznawany za tajemniczy, ale będzie to tylko statystyka. Ale odbijamy od tych spiskowych spraw. Marku, w numerze jest także twój artykuł na temat gnozy i gnostyków. O ile osoby dobrze zorientowane w temacie wiedzą, o co chodzi, to wydaje mi się, że już mniej osób zauważa, jak dzisiaj bardzo, zarówno poprzez New Age, a także inne, powiedzmy, alternatywne nurty filozoficzne, znowu popularyzują się pewne gnostyckie wizje świata i rzeczywistości. Nie tylko oczywiście przez New Age i ezoterykę, ale także przez chociażby trudne pytanie o naturę rzeczywistości i kosmosu. Czy przed wiekami żyli ludzie, którzy rzeczywiście odkryli sekret tego, jak funkcjonuje Matrix?
[25:53] - Tak wprost to nie odpowiem. Natomiast bardzo słusznie powiedziałeś, że gnoza rządzi, tak mówiąc nieco bardziej nowocześnie. Dlaczego? Bo my bardzo często w codziennym życiu nie zdajemy sobie sprawy, że czerpiemy w niektórych swoich myślach, w niektórych swoich podsumowaniach dotyczących świata, że czerpiemy właśnie z takiego myślenia, które zakorzenione jest dobrych dwa tysiące lat temu. Dlaczego? Dlatego, że wtedy właśnie mówiono o tym, że wiedza, ale specyficznie pojęta wiedza, jest kluczem do tej rzeczywistości. O co tak naprawdę chodzi? Bo kiedy my mówimy o współczesnym świecie, o pewnej tajemnicy, która nam przesłania ten świat, to właśnie odwołujemy się do tego imaginarium. Tu wszystkich gnostyków przepraszam za to imaginarium, ale właśnie do imaginarium gnostyckiego, bo ponad dwa tysiące lat temu, na styku starej i nowej ery pojawiło się zjawisko, które było naprawdę interesujące. Ono czerpało garściami z filozofii, ale też z chrześcijaństwa, ale też ze starych religii, czasami bardzo starych, bo sięgających Persji i właściwie tego, co dzisiaj nazywamy czcicielami ognia. Ale tak naprawdę to był zoroastryzm czy zaratusztrianizm, to w zależności od pewnej kulturowej nakładki. W każdym razie gnoza czerpała z tych wszystkich źródeł i z wielu więcej. To mniej więcej na początku naszej ery pojawiły się pisma gnostyckie, które zresztą odkryto w XX wieku. I to była sensacja, trochę jak to odkrycie w Qumran. Tak samo tutaj też pojawiła się biblioteka zawierająca teksty gnostyckie i tam masa apokryfów, masa ewangelii, które nie są oficjalnymi ewangeliami, a które bardzo dużo mówią. Kto wie, czy o Chrystusie, ale na pewno o pewnym innym podejściu, niż prezentowało chrześcijaństwo. Poza tym gnoza mówi też o naszym świecie, o świecie materialnym, który tak naprawdę jest wynikiem błędu. Błędu, który zaistniał. Błędu powołania do życia kreatora istoty, która miała się za Boga, za Boga stwórcę, a tak naprawdę była tworem pośrednim, niemającym nic wspólnego z boską doskonałością. Ale ja tu państwa wciągam w zasady gnozy. Jeśli ktoś jest chętny, to o gnozie na YouTubie może znaleźć całą masę różnych informacji. Natomiast w moim artykule staram się pokazać, jak bardzo dzisiaj my wszyscy, i tu weźmy to wszyscy w cudzysłów oczywiście, prezentujemy myślenie na poły przynajmniej gnostyckie. To dzielenie świata na różne zakresy, na różne części, właśnie materialną, niematerialną, na to przekonanie, że gdzieś tam jest zasłona, która nie pozwala nam dostrzec istoty tego świata i tak dalej. Myślę, że takie skonfrontowanie dzisiejszej wrażliwości, dzisiejszego postrzegania świata z tą wrażliwością gnostycką, myślę, że jest interesujące i bardzo serdecznie zachęcam państwa do skonfrontowania swojej wiedzy o gnozie i rzeczywistości, którą dzisiaj zastajemy. I jeżeli pomyśleli państwo przy okazji o filmie „Matrix” czy w ogóle o tych koncepcjach, które z Matrixem się wiążą, to już jesteśmy bardzo blisko myślenia gnostyckiego. To kartkujemy „Nieznany Świat” dalej. Jak kartkujemy, to natrafiamy na artykuł o OBE.I to takie OBF sięgające dawnych wieków.
[30:30] - Tak. Temat podróży poza ciałem i tego, jak to było interpretowane przed wiekami czy nawet tysiącleciami, to jest coś, nad czym się rzadko zastanawiamy. Często wiele osób się zastanawia po dogłębnej analizie różnego rodzaju doznań religijnych czy nawet wierzeń. Skąd się wzięła wizja zaświatów? Ta stereotypowa, że coś jest po drugiej stronie, że tam jest jakaś rzeczywistość, tylko inna, trochę inna albo bardzo inna. W każdym razie trochę podobna też do tej naszej. Badacze tacy jak Terence McKenna sugerowali, że to właśnie podróże poza ciało, takie indukowane psychodelikami, sprawiły, że człowiek stał się człowiekiem. Tymczasem w tym artykule Rafał Nieradzik, znany psychonauta, czyli praktykant OOBE, zwraca nam uwagę na coś innego również, że może projekcja astralna tak naprawdę, out of body experience, jak to się dzisiaj nazywa, była nie tylko znana od niepamiętnych czasów, ale też wykorzystywana w pewien sposób do eksploracji tych światów za zasłoną. I to one w pewien sposób przekładały się czy kształtowały naszą wizję tego, jak wyglądają właśnie te światy za przysłowiową zasłoną, inne rzeczywistości czy, jak tam ktoś woli, inne wymiary.
[32:08] - To kartkujemy „Nieznany Świat” dalej i pojawia się artykuł o złym domu. Czy coś na ten temat zechciałbyś powiedzieć? Bo ten dom ma konkretne miejsce, konkretne usytuowanie w konkretnym miejscu, w konkretnym mieście. Jaki to dom?
[32:31] - To jest historia niesamowita, dlatego że często się pisze, często się czyta o nawiedzonych lokalizacjach, ale z perspektywy jakichś pisarzy, badaczy, eksploratorów, ghosthunterów. A tutaj tę opowieść serwuje nam po pierwsze świadek. Osoba, która w tym domu, nie wiem, czy można powiedzieć przeklętym, ale na pewno do pewnego stopnia przeklętym, przez historię żyła przez bardzo długo i doświadczała tam rzeczy niesamowitych. A po drugie tą osobą jest znana autorka Alicja Łukawska i w sposób przejmujący, moim zdaniem, ona odmalowuje konieczność borykania się we własnych czterech kątach z dodatkowymi lokatorami, którzy tam z nieznanych przyczyn utknęli. Oczywiście nie są to lokatorzy żywi. Niesamowita historia, muszę państwu powiedzieć. Bardzo mi się podoba. Unikatowa sprawa, taka trochę na pograniczu naszego cyklu „Dotknięcie nieznanego”, a trochę jednak zbliżona bardziej wymiarami i stylem do pełnoprawnego artykułu. Jest to naprawdę bardzo interesujące i myślę, że o czymś podobnym możemy przeczytać bardzo rzadko. Ale Marku, znowu odbijamy w zupełnie inne sfery. Jest też znowu twoja relacja z pewnej konferencji, w której wziąłeś udział. Czego się tam dowiedziałeś?
[34:01] - To była niezwykła konferencja. Często się nadużywa takich określeń: niezwykłe, wspaniałe i tak dalej. Więc trudno mi konkurować, wymyśleć jakiś nowy przymiotnik. Ale wierzcie mi państwo, kiedy jechałem na tę konferencję, to byłem zdystansowany. Byłem człowiekiem, który, jak to się mówi, już niejedno w życiu widział. Okazuje się, że widziałem jednak trochę zbyt mało, bo to była konferencja, ktoś powie mało atrakcyjna, bo dotycząca zdrowia. O zdrowiu są różne konferencje i nie chodzi o to, żeby były atrakcyjne, tylko żeby dawały nam pewną wiedzę, jak się leczyć. Powiem tak, że z jednej strony ta konferencja spełniła ten warunek, pokazała jak się leczyć i jakich preparatów należałoby używać, ale z drugiej strony ta konferencja pokazała, jak duży potencjał jest jeszcze do wykorzystania, jak mało w gruncie rzeczy wiemy o człowieku i o jego homeostazie, o tym, co się w człowieku dzieje. Otóż, proszę państwa, okazuje się, że rozwinięta medycyna, ta medycyna, którą znamy, bazuje jednak, tu się obrażą niektórzy, na pewnych przesądach. To znaczy, że pewnych rzeczy nie należy robić, bo przecież nauka wymyśliła już rzeczy znacznie lepsze. Moje ulubione przysłowie, czy też powiedzenie brzmi, że kawa nie wyklucza herbaty. To, że współczesna medycyna naprawdę sięgnęła rzeczy bajecznych, potrafi naprawdę bardzo dużo, to wcale nie oznacza, że należy pozostawić gdzieś w niepamięci sposoby leczenia i metody leczenia, których używano jakiś czas temu. Bo na tej konferencji, proszę państwa, mowa była o tym, że całe nasze zdrowie zaczyna się w jelitach. Różne nasze aktywności zaczynają się w jelitach i kiedy jelita człowieka są zdrowe, to wtedy cały człowiek jest zdrowy. I ktoś powie: „Ale to jest mało atrakcyjne. W dodatku te jelita, nic w sumie atrakcyjnego”. Otóż, proszę państwa, okazuje się, że to, co mamy w jelitach, oddziałuje zarówno naTo, jak myślimy, jak się czujemy, w jaki sposób postrzegamy świat i tak dalej. Okazuje się, że są bakterie, które można świadomie wprowadzić za pomocą różnych preparatów do organizmu i uczynić nasze życie, nasze zdrowie lepszym. Ja oczywiście nie zrelacjonuję państwu całej wielogodzinnej konferencji. Tu sięgnijcie państwo jednak po „Nieznany Świat”, ale mogę państwa zapewnić, że te fragmenty, te sygnały, które z racji objętości mogłem przekazać, to jest tylko przysłowiowy wierzchołek góry lodowej. Na tej konferencji przekonałem się, że naprawdę warto sięgać po preparaty, które pozwalają uczynić nasz przewód pokarmowy bardziej czystym, odpornym i skłonnym do współpracy z człowiekiem. Dlaczego w ten sposób mówię? To już może sięgnijcie państwo po artykuł.
[37:43] - W tym numerze wiele innych tematów: od ezoterycznej strony greckich wysp po astrologię. Ale żeby zobaczyć, co tam jeszcze jest w czerwcowym „Nieznanym Świecie”, to zapraszam oczywiście do punktów z prasą. Zapraszam na www.nieznanyswiat.pl. Tam można się zapoznać z całością spisu treści. Przypominam też, że znajdziecie odnośnik pod spodem do numeru elektronicznego. Do usłyszenia za miesiąc.
[38:19] - Tak, proszę państwa, to teraz czas na korepetycje filozoficzne. Zaczynamy. Są filozofowie, którzy budują systemy. Są też tacy, którzy piszą traktaty, które, nie ukrywajmy, są ciężkie jak średniowieczne drzwi do katedry. Są też tacy, którzy wpadają na pomysł znacznie bardziej niebezpieczny. Zamiast wykładu opowiadają historię. Ibn Tufail należał właśnie do tej ostatniej kategorii. Ten XII-wieczny andaluzyjski filozof, lekarz, uczony i urzędnik kalifatu był człowiekiem renesansu na długo przed nastaniem renesansu. Żył w świecie islamu, który pod względem intelektualnym często przewyższał ówczesną Europę. Podczas gdy znaczna część Zachodu mozolnie kopiowała rękopisy w chłodnych klasztorach, w Kordobie, Sewilli czy Marakeszu dyskutowano o Arystotelesie, o medycynie, astronomii, metafizyce, a Ibn Tufail był jednym z tych ludzi, którzy potrafili połączyć filozofię grecką z duchowością islamu i nie tracił przy tym poczucia humoru ani literackiego wdzięku. Dziś pamięta się go głównie dzięki jednej książce. Ale proszę państwa, jaka to była książka! Nosiła tytuł „Żywy, syn płynącego”. Już sam tytuł brzmi jak coś pomiędzy mistyczną przypowieścią a nazwą jakiegoś zespołu progresywnego, rockowego. Był taki czas, że podobne nazwy się pojawiały. Rzeczywiście dzieło Ibn Tufaila jest czymś niezwykłym. To filozoficzna powieść, mistyczna alegoria, swoisty eksperyment myślowy i traktat o naturze poznania. A to wszystko zapakowane w jednym dziele. Bohater tego dzieła, niejaki Haj, trafia na bezludną wyspę. Według jednej wersji zostaje tam wyrzucony przez los czy może po prostu fale. Według drugiej rodzi się samorzutnie z materii. Tak, średniowiecze potrafiło mieć fantazję, ale nie o biologiczny realizm chodzi w tym dziele. Wyspa staje się laboratorium filozoficznym. Haj dorasta bez społeczeństwa, bez religii, szczególnie, że miałaby to być religia objawiona, bez nauczycieli, bez języka. To samo w sobie czyni go istotą niemal nadludzką. I właśnie tutaj Ibn Tufail stawia pytanie absolutnie fundamentalne: czy człowiek może sam, wyłącznie siłą rozumu i obserwacji świata, dojść do prawdy? Powiedzmy to od razu. To pytanie było dynamitem intelektualnym. Bo jeśli odpowiedź brzmi tak, to oznacza, że prawda nie zależy wyłącznie od tradycji, autorytetu czy instytucji religijnej. Człowiek mógłby ją odkrywać samodzielnie. Haj zaczyna więc badać świat. Obserwuje zwierzęta, analizuje ruch gwiazd, wykonuje sekcję ciała ukochanej gazeli, próbując zrozumieć, czym jest życie i dlaczego opuszcza ciało po śmierci. Ten fragment jest zresztą niezwykły, trochę wzruszający, trochę makabryczny, a trochę przypominający pierwszego filozofa amatora anatomii, który ze smutkiem odkrywa, że duszy nie da się znaleźć między organami. Ibn Tufail pokazuje coś fascynującego.Filozofia rodzi się z zachwytu i bólu, a to wszystko jednocześnie. Hayy krok po kroku dochodzi do przekonania, że świat musi mieć pierwszą przyczynę, że istnieje doskonały porządek rzeczywistości, że za zmiennością kryje się jedność. Innymi słowy, samotny człowiek na wyspie dochodzi do metafizyki bardzo podobnej do tej, którą rozwijali wielcy filozofowie islamu, inspirowani Arystotelesem i neoplatonizmem. Ale Ibn Tufajl nie zatrzymuje się na racjonalizmie, bo oto Hayy zaczyna doświadczać czegoś więcej niż rozumowego poznania. Poprzez kontemplację, ascetyczne praktyki i skupienie dochodzi do mistycznego zjednoczenia z absolutem. Rozum prowadzi go do granicy, za którą zaczyna się doświadczenie duchowe. I tutaj właśnie pojawia się wielkość Ibn Tufajla. On nie przeciwstawia filozofii mistyce, nie robi z nich wrogów. Dla niego rozum jest drogą, mistyka szczytem tej drogi. To bardzo islamskie, ale też zaskakująco uniwersalne. Można wręcz powiedzieć, że Ibn Tufajl próbował pogodzić trzy wielkie siły: grecką filozofię, religię i mistyczne doświadczenie. A robił to z elegancją człowieka, który nie ma potrzeby krzyczeć. W pewnym momencie na wyspę trafia drugi człowiek. Absal jest religijny, pobożny, zna objawienie i święte teksty. Ku zaskoczeniu obu bohaterów okazuje się, że prawdy odkryte przez Hayya rozumem, są bardzo podobne do tych zawartych w religii. To naprawdę niezwykle odważna teza. Ibn Tufajl sugeruje bowiem, że autentyczna filozofia i autentyczna religia nie muszą się zwalczać. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy w grę wchodzą tłumy. Bo gdy Hayy trafia do społeczeństwa, wszystko się komplikuje. Ludzie nie chcą metafizyki, nie chcą trudnej prawdy. Wolą symbole, rytuały, proste opowieści. Hayy odkrywa coś bardzo gorzkiego. Większość ludzi nie pragnie pełnego poznania, ale stabilności. To fragment dzieła, który jest zaskakująco aktualny. Ibn Tufajl zdaje się mówić: filozof może dojść bardzo daleko, ale społeczeństwo nie zawsze chce za nim podążać. Prawda bywa wymagająca. Wymaga przede wszystkim samotności, dyscypliny i odwagi intelektualnej. W tym sensie książka „Żywy syn czuwającego” jest nie tylko filozoficzną baśnią. To również opowieść o samotności myślenia. A co ciekawe, wpływ tej książki był ogromny. Przetłumaczono ją na łacinę i języki europejskie. Wielu badaczy uważa, że mogła oddziaływać na późniejszych myślicieli nowożytnych, a nawet inspirować Robinsona Crusoe. Idea człowieka samotnie odkrywającego świat i siebie samego stała się jednym z wielkich motywów nowoczesności. A przecież Ibn Tufajl pisał to wszystko w XII wieku. Był też człowiekiem praktycznym. Pełnił funkcję lekarza i doradcy politycznego. Znał świat dworów, intryg i polityki. Być może właśnie dlatego rozumiał, że istnieje przepaść między filozoficznym ideałem a codziennym funkcjonowaniem społeczeństwa. Tufajl nie był naiwny i może dlatego jego książka pozostawia lekki cień melancholii. Hayy osiąga poznanie, ale odkrywa również granice komunikacji. Nie wszystko można przekazać. Nie każdy chce słuchać. Nie każda prawda nadaje się na rynek, żeby ją wygłosić na rynku albo wygłosić podczas debaty politycznej. To brzmi znajomo, prawda? Dzisiaj są dokładnie takie czasy. A jednak Ibn Tufajl nie kończy swoich wywodów w tonie rozpaczy. Przeciwnie, w jego wizji człowiek ma ogromny potencjał. Rozum nie jest przekleństwem, jest drogą ku wyższemu wymiarowi istnienia. To niezwykłe, jak nowocześnie brzmi ów średniowieczny islamski filozof. W epoce sporów między nauką a religią, między racjonalizmem a duchowością. Ibn Tufajl przypomina coś bardzo starego i bardzo zapomnianego, że człowiek może jednocześnie myśleć i kontemplować, że intelekt nie musi zabijać tajemnicy. I może właśnie dlatego samotny bohater Tufajla, bohater na wyspie, wciąż do nas przemawia. Bo każdy z nas, przynajmniej czasem, jest takim Hayyem, wyrzuconym na dziwną wyspę rzeczywistości, próbującym zrozumieć, czym właściwie jest świat i dlaczego w ogóle istnieje coś zamiast niczego.Proszę państwa, po tej dużej dawce filozofii i to filozofii bardzo odległej w czasie, XII wiek, ocean czasu. Po tej dawce filozofii zapraszam państwa na opowiadanie Marka Tomasika zatytułowane „Czarna dziura”.
[49:14] - Marek Tomasik, „Czarna dziura”. „Ja, Ja, poczekaj na mnie!” Ja w zamyśleniu przemierzał korytarze uczelni, kiedy usłyszał wołanie. Odwrócił się i zobaczył swojego przyjaciela Lucjana, który gnał w jego stronę. Wręcz frunął. „Co tam się stało, że drzesz japę na cały kampus?” – odezwał się do niego, gdy był wystarczająco blisko. „Chodź ze mną, zobaczysz co zrobiłem.” Lucjan machnął ręką, zapraszając do podróży. „No dobra, i tak chodziłem w kółko.” Ja ruszył za kolegą. „Mam tylko nadzieję, że nie odpieprzyłeś czegoś znowu rektorowi.” „Nie no, coś ty” – odpowiedział ze śmiechem przyjaciel. „Na razie mu odpuszczę. Zobaczysz co wykombinowałem przy naszym projekcie.” „A o tym. Trzeba było tak od razu. Ja też coś odwaliłem wczoraj, ale chyba przesadziłem.” „Super mistrzu.” Dobry humor nadal nie opuszczał Lucjana. „Ale najpierw zobaczysz moje dzieło.” Dziarsko przedzierali się przez kampus, wesoło dogryzając sobie. W końcu po paru minutach znaleźli się w skrzydle laboratoryjnym. W tej sekcji uczelni znajdowały się wyspecjalizowane pomieszczenia naukowe, gdzie studenci opracowywali zlecone zadania. Dwójka przyjaciół po chwili odnalazła swoje laboratorium. Ja przystanął przy wejściu, żeby wpisać kod do drzwi, który znały tylko trzy osoby na uczelni: on, Lucjan i rektor. Przynajmniej im tak powiedzieli na pierwszym roku. Drzwi się rozchromatyzowały i z sykiem otworzyły. Weszli do środka. „Miękki tronie. Załaduj proszę projekt Eden 33/665” – zawołał z proga Lucjan. „Ech, się robi” – odezwał się słyszalnie zniesmaczony głos w ciemnej sali. „Rozpoczynam wczytywanie.” Drzwi zamknęły się. Studenci poczuli szarpnięcie, jakby coś chciało wessać ich do centrum pomieszczenia. Pojawiło się mrowienie na skórze, lekkie dreszcze, fale kwantowe, kwarkowe i grawitacyjne zalały laboratorium, zaczynając synchronizację wszechświatów. Po chwili sala wybuchła kolorami i kształtami, przynosząc laborantom kolejną falę dreszczy. „No to co chciałeś pokazać?” – mruknął Ja. „Już, już.” Lucjan rozłożył ręce przed sobą i zaczął gestykulować, aktywując wielonarzędzie na lewym nadgarstku. Przed rękoma pojawiła się świetlista tablica z tysiącami informacji o projekcie, w którym się znajdowali. Wybrał coś na diagramie. Układ przestrzeni, w której się znajdowali, momentalnie się zmienił. Nagle znaleźli się w prymitywnym układzie planetarnym składającym się ze Słońca i kilku skalistych planet we wczesnym okresie dorastania. „Stworzyłem to cudeńko z dala od naszego wspólnego projektu, żeby ci bardzo nie przeszkadzać.” „No super” – mruknął Ja. „Młode słońce i trochę gruzu na orbicie.” „Hahaha.” Lucjan zaśmiał się szczerze. „Wiedziałem, że nie zobaczysz. Przyjrzyj się uważnie układowi.” Ja przyglądał się uważnie, ale niczego nowego nie dostrzegał. Wzruszył ramionami. Sięgnął ręką po konsolę. Lucjan przerwał mu od razu: „Nie, nie, nie. Żadnego sprawdzania danych. Spróbuj to dostrzec.” „Lucek, jak to jest coś małego, to jak mam to dostrzec?” „O nie. To jest całkiem spore. Przypatrz się uważnie.” Ja pokręcił głową. Skoncentrował się na wyszukaniu anomalii. Zaczął chodzić wokół układu. Obszedł planety. Przyjrzał się paru księżycom. Obmacał słońce, ale niczego nie dostrzegł. Na obrzeżach systemu stał Lucjan i chichotał cicho przy każdej nieudanej próbie odnalezienia jego dzieła. Po paru minutach Ja już miał dosyć. Zamierzał się poddać. Wtem zauważył kątem oka ruch. Delikatny, wręcz symboliczny. Odwrócił się w stronę słońca. Dokładnie po drugiej stronie stał Lucjan. W zasadzie stał tam cały czas, blisko swojej kreacji. Coś w bardzo wysublimowany sposób zakłócało pracę słońca i nie tylko. To oddziaływało na cały układ, jednak nie można tego było dostrzec gołym okiem. Podszedł bliżej do słońca. Z tej perspektywy też nie dało się za wiele zauważyć. Fotony wystrzeliwane z żółtej, gorącej kuli gdzieś ginęły na obrzeżach systemu. Przemieścił się w stronę owych niewyjaśnionych zaginięć i nagle dostrzegł to. „Jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć?” – pomyślał. Na krańcu układu znajdowała się czarna, owalna, smolista tarcza. Połykała wszystko, z czym się zetknęła. Była jednocześnie widoczna i niewidoczna. Ja sięgnął ręką, by dotknąć tego zjawiska. „O nie, nie! Nie dotykaj!” – krzyknął Lucek. „To jest za mało stabilne i nie wiem, jak będzie działać w interakcji.” Ja cofnął rękę. Odwrócił się do przyjaciela, mówiąc: „Nie mam pojęcia, co to za wynalazek i co robi, ale jest zajebiste.” „Co nie? Zaprojektowałem to jako samoczynną studnię grawitacyjną.”Psy sa całą materię, którą spotyka na swojej drodze. Pochłania światło. Ma tak olbrzymie pole grawitacyjne, że zakrzywia czas i przestrzeń w całym systemie. Lucjan podszedł na wyciągnięcie ręki do swojego dzieła. Ręką wskazał ledwo widoczny kontur wynalazku. W bliskiej odległości od dziury istnieje miejsce, z którego nie da się uciec. Nazwałem to horyzontem zdarzeń. Jeśli przekroczysz to miejsce, grawitacja za ssie cię i rozerwie na drobiny mniejsze od atomów. To będzie trwało prawdopodobnie bardzo długo. Cały projekt emituje też swoje własne, unikalne promieniowanie, żeby nie było za łatwo. Całość nazwałem czarną dziurą. „Bardzo oryginalnie” — wtrącił Ja. — „Super zabawa, ale po co to wszystko?” Lucjan wzruszył ramionami. W sumie to sam nie wiem. Pomyślałem, że przydałby się nam jakiś wentyl bezpieczeństwa, a do tej pory żaden kreator niczego takiego nie wymyślił. „Rozwiń myśl, proszę”. No wiesz, tworzymy całe układy planetarne, wszechświaty, ale żadne nie mają końca, tylko początek. Więc może przydałoby się coś, co samemu by kończyło imprezę. Tutaj dziura jest wolnostojąca, że tak powiem, ale myślałem sobie, żeby na przykład dodać ten czynnik do cyklu życia słońca. Bo teraz co się dzieje? Gwiazdy się wypalają i tyle. Większość sobie pierdnie na do widzenia. A gdyby tak jakiś procent pod wpływem własnej grawitacji, ciśnienia gazów zapadał się sam w siebie, tworząc właśnie taką czarną dziurę? Nie ma słońca, a bez niego nie ma życia na planetach, a taka dziura wessałaby w siebie cały układ i dalej nie wiem, co by się miało dziać. Przyjaciel Lucjana milczał przez chwilę, przyjmując pozę pełną zadumy. W końcu zaczął kiwać głową i powiedział: „No, powiem ci, że to bardzo ciekawy koncept. Muszę się nad tym też głębiej zastanowić i może pokażemy to rektorowi”. „Ja jestem za” — odparł Lucjan. „To jak już sobie tak pokazujemy, to patrz, co zmajstrowałem”. Ja odpalił przed sobą tablicę informacyjną i włączył ich wspólny projekt. Natychmiast przenieśli się do innego układu. W centrum systemu znajdowało się sporej wielkości żółte słońce. Dziewięć różnorakich planet i kilka planet karłowatych obiegało je po eliptycznych orbitach. Wybrał trzecią planetę od Słońca. Rajski ogród. Perfekcyjna planeta, nad którą poświęcili cztery dni pracy. Powiększał obraz, aż znaleźli się nad jednym z kontynentów. W krainie znajdującej się pomiędzy dwiema olbrzymimi rzekami kwitła pierwotna cywilizacja. Istoty polowały, stawiały prymitywne domostwa, rozmnażały się. Lucek na początku wzruszył ramionami. Wcześniej stworzyli już inteligentne życie na czwartej planecie. Jednak po kilku sekundach zauważył, że nie jest to takie zwykłe życie. Powiększył obraz, żeby przyjrzeć się lepiej. Oczy mało nie wyszły mu z orbit. „O matko rodząca, coś ty tu odpierdzielił?” — zakrzyknął szczerze zdziwiony. „Właśnie sam się zastanawiam” — odparł Ja, łapiąc się lewą ręką za bok, a prawą za brodę. „No stary, teraz to ja czekam na wyjaśnienia”. Lucjan wyraźnie był ciekaw motywów. W sumie, tak jak i tobie, czegoś mi tu brakowało. Stworzyliśmy już jedną inteligencję, tak na próbę, ale czułem niedosyt. Chciałem zrobić coś specjalnego. I tak powstali oni. Ja wskazał palcem na niczego nieświadome ludziki hasające beztrosko po powierzchni planety. Wszyscy klepią jakieś odrealnione stwory, nawet my za pierwszym razem, już nie wspominając o tym kretynie Enkim. „Weź mi nic nie mów” — wtrącił nagle Lucjan. — „Ten wszędzie napieprza to samo. Totalny brak kreatywności. Zaprojektował już chyba z 15 cywilizacji i wszystkie co do jednego różnią się jednym szczegółem”. „Taa, wracając do sedna” — kontynuował Ja. — „Stwierdziłem, że zrobię coś, czego jeszcze nie było i zaprojektowałem ich na swój obraz i podobieństwo. Nieznacznie się różnią co prawda, ale na pierwszy rzut oka wyglądają jak ty, co nie?” Lucjan pokiwał głową z uznaniem. Pierwszy był samiec. Skleciłem go dość szybko. Puściłem w ruch. Działa bez zarzutu, więc pobrałem próbkę od niego i zrobiłem samicę. Wsadziłem oboje do wylęgarni i poszedłem tworzyć resztę puli genowej. Trochę się podjarałem projektem i nie przypilnowałem co oni tam robią. Skurczybyki, jak nie patrzyłem, zdemolowali wylęgarnię, wyżarli owoce mojej pracy. Cała eksperymentalna biosfera poszła się trzaskać w trzy dupy. Wkurzyłem się i wywaliłem ich na powierzchnię. Dorzuciłem resztę, by odpowiednio wymieszać geny i zacząłem po nich sprzątać. Wyczyściłem hub, w którym siedzieli i zapisałem projekt. Zmieniłem ustawienia czasu, żeby spowolnić procesy i patrz, jak się rozmnożyli. „No widzę, że sporo ich tu jest”. Lucjan zaczął przeglądać kontynenty pod kątem liczebności gatunku. „Ty jesteś pewien, że można zrobić coś podobnego do nas?” „Nie mam pojęcia” — Ja bezradnie rozłożył ręce. — „Tworzenie inteligentnych form życia startuje dopiero na trzecim roku. Trochę wyprzedziliśmy terminarz.” „Ha! Bo jesteśmy zajebiście zdolni.” Lucjan klepnął kolyngę po plecach. „To co teraz robimy? Może pójdziemy pokazać twoją dziurę rektorowi?” — zaproponował Ja. „Czemu nie?”Przy okazji zapytamy się, co zrobić z tym fantem. Lucjan wymownie spojrzał na istoty niemające bladego pojęcia o swoim pochodzeniu. Jack przytaknął. Wiesz co? Spojrzę tylko, jak radzą sobie nasi pierwsi zdobywcy kosmosu. Oddalili się od rajskiej planety. Zaczęli przemieszczać się w stronę czwartej planety od Słońca. Po chwili znaleźli się na orbicie. Przyjaciele od razu wiedzieli, że wydarzyło się coś niedobrego. A co tu się stało? Lucjan nie mógł powstrzymać zdziwienia. Powiększył obraz. Poruszali się bardzo szybko nad powierzchnią planety, która całkiem niedawno tętniła życiem, a teraz była czerwonym pustkowiem. Nie no, muszę spojrzeć w logi, bo tutaj już prawie nic nie zostało. Rozwinął lewą konsoletę i wczytał log z ostatnich tysiącleci. Studenci pobieżnie przyjrzeli się danym. Wygląda na to, że sami się wyniszczyli – stwierdził Jack. Po opanowaniu mocy atomu doszło do wojny. Było życie i nie ma życia. Patrz, a co się stało z piątą planetą? Lucjan oddalił obraz i przesunął się w stronę rzeczonego globu. Na miejscu znajdował się tylko jeden wielki kosmiczny śmietnik. Katastrofa musiała mieć miejsce jakiś czas temu. Szczątki planety zdążyły już uformować pierścień wokół Słońca na swojej starej orbicie. Westchnął Lucjan, ponownie zaglądając w logi. Głąby. Na planecie znajdowały się jakieś kolonie i podczas wojny solidnie zbombardowali miejsce. Bardzo solidnie. Myślałem, że przetrwają trochę dłużej. To co, idziemy? Jack kiwnął głową. Zapisali projekt i wyszli z pomieszczenia. Udali się w stronę auli kreatorów, w której spodziewali się zastać rektora uczelni. Na miejscu okazało się, że go nie ma. Swoje kroki skierowali więc do oficjalnej siedziby rektora. Okazało się, że wrócił po skończonym wykładzie. Jack zapukał do drzwi. Usłyszeli donośne: „Wejść”. Weszli do środka. Dzień dobry, panie profesorze – rzucił od niechcenia Lucek. Dzień dobry, Wasza Magnificencjo – poprawił kolegę Jack. A, witam, witam panów. Jego Magnificencja siedział za biurkiem. Starszy, posiwiały, dziarski jegomość przeglądał jakieś papiery. Co was do mnie sprowadza? Przyszliśmy pochwalić się naszymi projektami – zaczął Lucjan. I zapytać o zdanie w tychże kwestiach. Tak? Musicie chwilę poczekać. Rektor nadal przyglądał się z uwagą dokumentom. W końcu zaznaczył coś wiecznym piórem. Odłożył papiery i powiedział: Pewnie zrobiliście coś ciekawego i szukacie aprobaty. Zaraz spojrzymy na waszą twórczość. Rektor machnął nad biurkiem. Momentalnie pojawiła się konsola. Przewijał listę projektów, aż znalazł pracę dwójki przyjaciół. Wpisał hasło dostępu. Po chwili nad głowami wyświetlił się jajowaty wszechświat pełen miliardów galaktyk. Muszę powiedzieć, że macie rozmach – mrugnął z podziwem rektor. To co dokładnie chcieliście pokazać? To może ja szybciutko. Lucjan wystąpił krok do przodu. Sięgnął rękoma ku wszechświatowi. Ten zaczął reagować na jego dotyk. Błyskawicznie włączył konsoletę. Wszedł w logi i wybrał ostatni projekt czarnej dziury. Obraz błyskawicznie przeskoczył do układu, w którym się znajdowała. Jego Magnificencja na początku nie wiedział, co takiego wspaniałego znajduje się w systemie. Podobnie jak Jack, niczego nowego nie dostrzegał. Lucek nie krył zadowolenia. Jego twarz przyozdobił szeroki uśmiech. Po dłuższej chwili przybliżył projekt rektorowi. Opowiedział wszystko ze szczegółami, a im więcej detali przedstawiał, tym oczy rektora robiły się większe. Kiedy skończył, zapadła długa, niezręczna cisza. Jego Magnificencja głaskał energicznie swoją siwą brodę. W końcu się odezwał. No, muszę powiedzieć, że nie było jeszcze czegoś takiego. I ten pomysł, żeby stare gwiazdy miały szansę przekształcić się w coś takiego... Bardzo dobre. Rektor machnął ręką pod wizualizacją. Wybrał wyszukiwarkę i znalazł główny projekt przyjaciół. Zobaczmy, co tam się dzieje przy waszym głównym zadaniu – mruknął pod nosem. Studenci popatrzyli na siebie porozumiewawczo. Po chwili wyświetlił się dobrze znany im układ planetarny. Rektor przyglądał się systemowi przez kilkanaście sekund. No, bardzo fajnie. Zaimplementowaliście dużo różnorodnych planet. Skaliste, gazowe, karłowate, masa księżyców. Jego Magnificencja przybliżył widok na pięć planet znajdujących się najbliżej Słońca. Podstawowe dane o nich wyświetliły się obok. Widzę, że dwie fajne planety były desygnowane do rozwoju życia. Na jednej już się impreza skończyła. Spojrzał karcącym wzrokiem na podopiecznych. Ewidentnie mu się to nie podobało. A co na drugiej? – mruknął. Widok rajskiej planety rozlał się na całą prezentację, wyświetlając przy okazji masę danych. Przez moment przeglądał dane. No, bardzo ciekawe. Zastosowaliście ruchomy płaszcz Ziemi, płyty tektoniczne. Bardzo nowatorskie. Prawie nikt tego nie robi. Masa obliczeń potrzebna, żeby działało prawidłowo. Nie chwaląc się, sam to wymyśliłem za starych czasów. Co my tu jeszcze mamy? Zróżnicowanie klimatyczneAle, a co to jest? Maksymalnie przybliżył obraz, by zobaczyć istoty rozwijające swoje cywilizacje. Jego magnificencja, gdy ujrzał najnowsze dzieło Ja, zrobił się na przemian czerwony, a potem siny. Co to, kur... Ja pier... Niech was chu!... Rektor wyraźnie się zapowietrzył. Studenci nie takiej reakcji się spodziewali. Co wyście tu ku... W słowniku człowieka kulturalnego nie ma takich słów, które mogłyby wyrazić moje niezadowolenie. Przyjaciele popatrzyli na siebie, nie kryjąc zdziwienia. Czy wy w ogóle zapoznaliście się z regulaminem uczelni? Ja wyglądał na mocno zakłopotanego. Już chciał powiedzieć, że coś tam czytał, ale ubiegł go Lucjan. Oczywiście, że czytaliśmy – powiedział z pewnością siebie w głosie. Tyle że tam jest tyle podpunktów, że nie idzie wszystkiego zapamiętać. Rektor walnął otwartą dłonią w biurko. Żacy, jakby rażeni prądem, stanęli na baczność. Punkt 83, podpunkt trzeci: pod żadnym pozorem nie wolno tworzyć życia przypominającego swojego stwórcę. Poza tym inżynieria stworzenia jest nauczana na trzecim roku, a wy jesteście na drugim. Rektor oparł się obiema rękami o biurko. Ciągle kiwał z niezadowolenia głową. Powinienem was wyrzucić z uczelni za takie zachowanie, obojętnie, czy było świadome, czy nie. Studenci nie byli zachwyceni tym, co usłyszeli. Tym razem zrobię jednak wyjątek. Udam, że o niczym nie wiem. Jesteście najzdolniejszymi uczniami w historii tego pierdolnika. Ja i Lucjan odetchnęli głęboko. Ale jeśli jeszcze raz naplujecie na regulamin, to nie będzie przebacz. Wylecicie jeszcze tego samego dnia. A zatem panowie, do regulaminu. Nauczyć się na pamięć, żeby nie było drugiej takiej wtopy. Tak jest, panie rektorze – odpowiedzieli chórkiem i odwrócili się w stronę drzwi. A, i jeszcze jedno. Ton głosu rektora stał się jeszcze bardziej stanowczy. Panie Ja Oui, panie Lucjanie Morningstar, macie natychmiast usunąć te istoty zgodnie z regulaminem, zanim zaczną ingerować. Ale jak to? – wybełkotał Ja Oui. A tak to. Myśleliście, że pozwolę żyć temu precedensowi? Dobra, dobra, załatwimy sprawę – wtrącił się Lucjan. Zgodnie z regulaminem oczywiście. Do widzenia. Do widzenia – odpowiedział rektor w widoczny sposób udobruchany. Studenci wyszli na korytarz, a następnie skierowali swe kroki do laboratorium. Ja pierdzielę, jak my to teraz załatwimy? – jęknął Ja, łapiąc się za głowę. Spokojnie, jakoś sobie poradzimy. Lucek poklepał kolegę po plecach. Tylko muszę sprawdzić w regulaminie, jak wygląda ta cholerna procedura usunięcia. Włączył wyświetlacz znajdujący się na lewej ręce przy wielonarzędziu. Miękki tronie, pokaż mi fragmenty regulaminu mówiące o usunięciu istot inteligentnych z projektu. Wiesz, o co chodzi. Ech, znowu ty. Zmęczony głos wydobył się z narzędziowych głośniczków. Tak, wiem, o co chodzi. Po chwili wyświetlił się szereg informacji. Lucjan z zainteresowaniem począł studiować dane, nie zwalniając kroku. No, masz tam coś? – zapytał zniecierpliwiony Ja. Tak, wygląda na to, że nie można po prostu nacisnąć przycisku „usuń”. Tylko trzeba stworzyć jakąś katastrofę naturalną, która nie wzbudzi podejrzeń i nie stworzy paradoksu obserwatora. W przypadku zaawansowanej cywilizacji już nie jest tak prosto, ale tym chyba nie mamy się co przejmować. Lucjan wyłączył wyświetlacz. I co? Masz jakieś pomysły? Cholera wie. Ja bezradnie rozłożył ręce. Może spuszczę na nich jakiś potop albo zarazę. Może deszcze meteorytów? – zasugerował Lucek. Raczej odpada. W pobliżu nie ma żadnych śmieci, które można by wykorzystać. A ten śmietnik po piątej planecie? A no tak, zapomniałem całkiem. Może coś z tego będzie. Stanęli przed drzwiami laboratorium. Ja błyskawicznie wklepał kod do drzwi. Weszli do środka. Metatronie, wczytaj proszę projekt Eden 33/665. No nareszcie. Proszę bardzo, panie Ja Oui. Głos rozbrzmiewający w pomieszczeniu wydawał się czymś usatysfakcjonowany. Pomieszczenie rozświetliło się na chwilę, po czym przygasło, wyświetlając projekt Eden. No to co? Wchodzimy? – zapytał Lucjan. Ja kiwnął głową. Powietrze zawirowało. Poczuli lekkie szarpnięcie. Laboratorium zniknęło. Światła przygasły. Stali na skraju wszechświata, który sami tworzyli przez kilka dni. Ja otworzył wyszukiwarkę i wprowadził koordynaty swojego problematycznego systemu. Po chwili przenieśli się na obrzeża Układu Słonecznego. Ja zaznaczył trzecią planetę od Słońca. Momentalnie przybliżyli się do niej, jednak to, co ujrzeli na miejscu, sprawiło, że osłupieli na moment. O Boże, co ja narobiłem? Ja upadł na kolana, łapiąc się oburącz za głowę. Zapomniałem ustawić korelację z naszym czasem przed wyjściem. Jasna cholera, co tu się dzieje? – jęknął Lucjan, widząc masę satelitów orbitujących wokół planety. Stanki kosmiczne krążące po niskich orbitach. Ile czasu tu minęło? Zobacz, nie wszystkie stadki chyba należą do twoich dzieci. Ja wybrał kilka pojazdów kosmicznych odróżniających się wyraźnie designem. Przez kilka sekund przyglądał się ich danym. O matko rodząca!Masz rację, to są zupełnie inne rasy. Spoza systemu. Odwrócił się gniewnie w stronę przyjaciela. Majstrowałeś coś przy nich? No coś ty! Lucjan bezradnie rozłożył ręce. Przecież dopieściliśmy algorytmy ewolucyjne. Oprócz tej czwartej planety to nic nie tworzyłem. No to jesteśmy w dupie. Jak ja teraz ich usunę, żeby się nikt nie zorientował? Joe zwiesił głowę. W tej chwili nie miał absolutnie żadnego konceptu, jak naprawić sytuację. Zaczął sobie wyobrażać, jak będzie wyglądać jego usunięcie z uczelni. Nie tylko jego. Lucjan też oberwie, choć niczym tu nie zawinił. Kiedy tak rozmyślał i roztaczał mroczne wizje nad swoją przyszłością, pomieszczeniem targnął wstrząs, a raczej echo wstrząsu z laboratorium, które przeniknęło do tego wymiaru. Wszechświat oświetlony nikłym blaskiem gwiazd i mgławic przygasł na moment. Zrobiło się ciemniej niż zwykle. Po chwili świat rozjaśnił się nieco, jednak daleko mu było do stanu wyjściowego. Znowu korki wywaliło — mruknął Lucek. Pewnie Enki znowu coś odwalił u siebie. Dobrze, że laborki mają zapasowe zasilanie. Ale skrewiłem. Joe ogarniała coraz większa melancholia. I jeszcze zasilanie padło. Będziemy tu siedzieć, dopóki nie naprawią. Moich dzieciaczków już nie można usunąć prostymi metodami. Ściemniło się na tyle, że na pewno zauważyli, że coś jest nie tak. Katastrofa. Lucjan przez cały czas lamentowania przyjaciela uważnie przyglądał się danym wyświetlanym obok problematycznej planety. W końcu w jego umyśle zabłysła pewna idea. Ty wiesz, że mam jakiś pomysł, jak to załatwić. Wszystkich na raz nie załatwimy, ale coś się wykombinuje. Joe spojrzał na przyjaciela wzrokiem szukającym jakiejkolwiek pomocy i w tym samym momencie w jego umyśle też zakwitło rozwiązanie problemu. Jego wzrok stał się stanowczy, a głos nieznoszący sprzeciwu. Lucjan, przynieś światło.
[01:16:08] - Proszę państwa, a teraz Filmotekarium. Dzisiaj zapewne połamię sobie język wypowiadając tytuł, bo ten tytuł brzmi: A Halál Negy Kapuja. Powinienem to powiedzieć z jakimś węgierskim akcentem, ale wybaczcie państwo zdolności lingwistyczne to nie jest moja silna strona. Tłumacząc ten tytuł można powiedzieć: Cztery bramy śmierci. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Startujemy z Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:16:49] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. To będzie niezapomniane Filmotekarium, drodzy państwo, bo-
[01:16:54] - Oj tak, takiego Filmotekarium jeszcze nie było.
[01:16:58] - Sięgamy dna tak naprawdę. Mieliśmy dzisiaj omówić jakiś lepszy film, bo ostatnio się poruszamy przy dnie. Zwiedzamy doliny kinematografii. Do tego stopnia jednak żeśmy się tam rozgościli i urządzili, że nawet nam jest tam dobrze. Tak, nie jest tajemnicą, że ostatnio, drodzy państwo, jest taki okres, gdzie mamy mniej dobrych filmów. To znaczy ja to widzę w ten sposób, że niektóre filmy czekają na premierę, inne się wstrzymuje, bo producenci nie chcą zaliczyć wtopy. Z jakiego powodu? Za kilka tygodni mamy premierę Backrooms, jednego z chyba lepszych horrorów, przynajmniej tak się zapowiada, tego roku. Mamy Dzień objawienia, czyli film Spielberga o UFO. Dodatkowo miejmy świadomość, że wiele filmów trafia na streaming. One tam też muszą swoje odczekać i dopiero będą miały premierę. Zatem to, co często znajdujemy na różnego rodzaju streamingach, portalach to są popłuczyny. Oczywiście my odbijemy od dna, ale zanim to zrobimy wzorem sumów, karpiów, amurów i innych ryb przydennych, jeszcze sobie tam trochę pożerujemy. A jak się upodlić, to się upodlić. Drodzy państwo, natrafiliśmy na węgierską antologię, która nosi zaskakujący tytuł: A Halál Negy Kapuja. I chciałoby się powiedzieć tutaj coś takiego: Pewnie powiedziałem z błędem, ale nie tłumaczcie broń Boże tego, bo to, co powiedziałem było bardzo brzydkie. Tak jak powiedziałem, ten film to antologia z kilku części. Narratorem jest cmentarny cieć. I jeżeli ktoś myśli, że to jest taka węgierska odpowiedź na serię VHS, to się trochę myli. Już na samym początku otrzymujemy potężny cios łopatą w momencie, kiedy widzimy atak węgierskiego paprykarzowego zombie, bo trzeba chyba tak to nazwać. To krew na pewno nie była co tam tryskało. A potem po tej pierwszej nowelce jest różnie, bardzo różnie. Oni zrobili jakiś błąd, Marku, że dali taki paździerz na sam początek, bo potem się pojawiają i wampiry i kanibale. Oczywiście to wszystko w odpowiedniej estetyce, jeżeli to w ogóle można nazwać estetyką. Nim oddam głos Markowi, to dwie rzeczy jeszcze. Po pierwsze ta antologia to jest
[01:19:52] - Produkt fanowski, produkt fanów horroru i to jest widać. Widać fascynację klasyką. Aż w pewnym momencie zacząłem szukać, kim są twórcy i zacząłem się zastanawiać, czego się boi tak naprawdę przeciętny Węgier. I doszedłem do wniosku, który brzmi: "A magyar felek Zbigniew Ziobrotól, ezert kell Amerika ba menekule." Nie wiem, czy żeście zrozumieli, ale myślę, że tak. Pewnie nie.
[01:20:24] - Ja podziwiam twoje zdolności lingwistyczne. Dalekie są ode mnie. Ja tylko przybliżę z tego węgierskiego. Należałoby tytuł tego filmu przetłumaczyć jako "Cztery bramy śmierci". Jakoś tak chyba. Cóż, proszę państwa, Piotr wspomniał o sztucznej krwi. Leje się ta krew strumieniami i jest tak sztuczna, że zastanawia mnie, czy naprawdę nie było jakiegoś wyrobu, który krew by bardziej przypominał i nie był taki oczywiście sztuczny. Bo tak jak Piotr powiedział, po pierwszej części tego filmu, która nawiązuje do "Pulp Fiction", do tych dwóch gości, którzy robią złe rzeczy i odbierają długi i nie tylko, i wymierzają sprawiedliwość. Tu mamy do czynienia z takim węgierskim duetem, który robi rzeczy podobne. Ale ta sztuczna krew psuje wszystko. W dodatku to jest taki horror, taki zbiór horrorów, który troszeczkę podszyty jest przymrużeniem oka. Czy można coś podszywać przymrużeniem oka? Strasznie skomplikowana figura mi się zbudowała. W każdym razie realizatorzy próbują do nas puszczać oko i to widać w kilku momentach, co w sumie trochę obniża negatywne napięcie człowieka, który się trochę może wkurzać przy tym horrorze. Ale ja mam dosyć przewrotną kwestię dla państwa. Otóż ten film, różne aspekty techniczne mam tu na uwadze, jest taki sobie. To średniak, żeby nie powiedzieć tam o tym dnie Piotr coś mówił. To jeśli chodzi o technikę, ale sama fascynacja, którą Piotr również wspomniał, jest w tym filmie widoczna. Te historie są różne, ale widać, że one miałyby szansę, gdyby były zrobione bardziej profesjonalnie, by ciągnąć widza. Teraz też mają szansę. Ja w dodatku uważam, że po tym paździerzu, który w ostatnich tygodniach mieliśmy dla państwa okazję recenzować, a w każdym razie omawiać może to lepsze słowo, to ten film wcale aż tak źle nie wypada. Bo zamiast prezentować jakieś wydumane problemy, jak na przykład w tej mumii, wyrobie mumiopodobnym, to tutaj akcja, akcja, akcja. Może niespecjalnie jakaś wybujała, ale akcja. Więc jakbym miał wybierać, co wolę oglądać, podrabianą mumię czy tę węgierską produkcję, to ja się zdecyduję jednak na tę węgierską produkcję. Dlaczego? Bo ona nie wydziwia, nie cuduje, nie kombinuje, nie psychologizuje, nie robi wody z mózgu, tylko opowiada pewną historię. Ja uważam jednak, że kino to jest sztuka ludyczna, która ma być prosta. Może być skomplikowana, ale wtedy coś musi za tym stać, a nie komplikacja dla samej komplikacji. Zdecydowanie w filmie węgierskim o bramach śmierci nie ma takich komplikacji. To są proste historie. Niektóre są nawet zabawne. Ta historia o kanibalach podobała mi się, nie ukrywam. Podobała mi się swoją przewrotnością. Podobała mi się pewnym odwróceniem, przełożeniem wajchy w trakcie trwania tego seansu czy seansiku. Film, rzeczywiście te łączniki z cieciem cmentarnym w roli głównej miały jakoś rozładowywać napięcie, stanowić element humorystyczny. Chyba jednak mamy troszeczkę inną definicję bycia śmiesznym czy bycia zabawnym. Moim zdaniem wyszło to średnio, ale cały czas będę bronił tezy, że ten film na tle kilku ostatnich tygodni nie szoruje po dnie. Tam są inne filmy. Ten unosi się lekko nad dnem. Tak bym to widział.
[01:25:25] - Dlatego że on się nie sili na bycie produktem komercyjnym. On też tak naprawdę nie sili się na bycie czymkolwiek. To jest produkcja amatorska. Bądźmy szczerzy, w przypadku takich filmów, które coś udają, gdzie mamy aktorów, którzy próbują grać, to widać bardziej. Natomiast jeżeli widzimy amatora i jesteśmy świadomi tego, że to jest amatorska produkcja, to już nas to tak bardzo nie uderza. I to chyba stąd.Takie odczucia. Natomiast wspomniałem antologię "V/H/S", o której wiele razy już żeśmy tutaj mówili. To jest cykl miniatur filmowych realizowanych w rzeczonej stylistyce i one są bardzo nierówne. Chyba ostatni odcinek jest poświęcony UFO i on jest jednym z najgorszych, jakie się pojawiły. Ale były też takie, gdzie można było zawiesić oko na niektórych częściach danej antologii. Te antologie V/H/S-owskie zawierają zarówno produkcje w pełni amatorskie, jak i takie na wyższym poziomie, trochę wyższym, ale sam cykl jest dość nierówny. Ten film węgierski to nie jest jednak to. Porównanie jest zbyt daleko idące. To nawet nie leżało koło "V/H/S", ale kiedy się zaznajomiłem, kto to produkuje, to jest niezależna grupa producencka. Może to jest dużo powiedziane. Film został wyemitowany na festiwalu Kultik. To jest chyba festiwal fantastyczno-naukowo-horrorowy. Reżyser filmu "Cztery bramy śmierci" prowadzi też kanał Horroscope, który jest poświęcony filmowej klasyce. Widzimy tam takie inspiracje, natomiast jednak myślę, że trochę roboty jest przed nimi. Plusem jest to, że mamy niekiedy w tym filmie takie swojskie scenerie, na przykład widok osiedla. To jest widok znajomy. Niektóre wnętrza wyglądają tak jak z Polski, ale to jest wszystko. Ja mogę powiedzieć tyle: Polak, Węgier, dwa bratanki. Nie wypada ich obrażać i mówić, że to jest po ichniejszemu szar bądź szarik, ale nie mylić z miłym pieskiem, raczej z czymś bardzo niemiłym. Natomiast powiem tak: ktoś się zawsze znajdzie, kto coś takiego lubi. Tak samo jak są ludzie, którzy gustują w różnych dziwnych rodzajach muzyki. Można się przyzwyczaić, oswoić z takim typem, nie wiem, czy to jest kino, z takim typem produkcji, ale będą też tacy, którzy powiedzą, że nie wiadomo, po co takie coś powstaje, bo niczego nie wnosi. De facto tak. Natomiast broni się to tym, że nie poszły na to publiczne pieniądze. Oni to nakręcili za swoje. Ale na przykładzie "V/H/S" i podobnych antologii widzimy też pewne dobre zjawiska, bo powstają niekiedy w oparciu o te miniatury, o te krótkie metraże, zalążki scenariuszy filmów pełnometrażowych. Ja pamiętam taki film niedawny "Świnka", który żeśmy omawiali, który powstał właśnie z antologii. Jeżeli dobrze pamiętam, to był też film "Siren" sprzed chyba 10 lat, też powstały z antologii. To, że oni sobie się bawią, robią to za własne pieniądze — okej. Że to nie jest sztuka wysokiego lotu — też okej. Dla mnie kino to przede wszystkim historie. I czasami te historie są przedstawiane właśnie gdzieś przy tym dnie, w tych produkcjach, które są półamatorskie-amatorskie. Ale jednak jest pomysł. Nie wiem, czy tu był pomysł. Muszę powiedzieć, że osobiście Węgrzy mnie nie zaskoczyli, nie przestraszyli. Nie wiem, czy to było bardzo traumatyczne, bo ja widziałem naprawdę wiele różnych gorszych rzeczy. Każda potwora znajdzie amatora. Takie coś jak "Cztery bramy śmierci" pewnie też się komuś spodoba, nawet dla przysłowiowych jaj. Na streamingi to chyba nigdy nie trafi, choć nie wiem, czy przypadkiem nie widziałem tego ostatnio na YouTubie.
[01:29:55] - A ja powiem jeszcze coś. Przede wszystkim producenci powinni popracować trochę nad montażem i nad starannością kręcenia scen, bo w kilku miejscach złapałem ich na tym, że na przykład łopata uderza w jednej scenie w jedno miejsce, a w drugiej, nawet nie scenie, ujęciu ląduje w zupełnie innym miejscu. Może to trochę zagmatwałem, ale chodzi o to, że trzeba uważać na szczegóły. Naprawdę trzeba uważać. A powiem tak: może nie będę tego filmu wspominał latami, ale historię kanibalistyczną zapamiętam, bo ona miała w sobie pewien ładunek czarnego humoru. Ja lubię czarny humor, a tutaj to przełożenie zwrotnicy, tej przysłowiowej wajchy, przyznam, że nie tyle nawet zaskoczyło, co sprawiło, że się wewnętrznie roześmiałem. I powiem tak: naby z rybiu i rak ryba. Wszyscy znają to powiedzenie. Trochę tak było z nami. Ratowaliśmy się, przeglądając ofertę tego, co się pojawia w sieci, tego, co się pojawia gdziekolwiek. I nic. A tu nagle film pod nieprzetłumaczonym tytułem nawet do końca, sami musieliśmy go tłumaczyć. No i dobra, obejrzeliśmy. Czy bym chciał, życzył sobie, żeby to była seria? Pod warunkiem, że twórcy filmu, twórcy tych nowelek będą pracować nad wszystkimi aspektami związanymi z kręceniem filmów. Bo potencjał jestTak się zawsze mówi, żeby kogoś pocieszyć. Potencjał jest. Historie moim zdaniem są fajne, tylko warto by to jeszcze nakręcić trochę lepiej. Proszę państwa, to teraz czas na polecanki z pogranicza. Proszę państwa, przypominam nieustająco o stronie Nieznany.pl. Tam książki, o których dzisiaj będę mówił, z pewnością państwo znajdziecie. Co więcej, to nie o samo szukanie chodzi. Możecie tam te książki również zamówić. Pierwsza książka, którą przygotowałem nosi tytuł „Potęga teraźniejszości”. Autor Eckhart Tolle, tłumacz Michał Kłobukowski, wydawnictwo Galaktyka. Przez dwa lata pewien człowiek przesiadywał na ławce w parku. Ludzie mijali go pogrążeni we własnych myślach. Pewnego dnia ktoś zadał mu pytanie. W następnych tygodniach coraz więcej ludzi przychodziło i stawiało mu pytania. Po pewnym czasie rozniosła się wieść, że ten człowiek jest kimś niezwykłym. Kimś, kto odkrył coś, co sprawia, że życie nabiera sensu, staje się pełnią. Ta historia wydarzyła się naprawdę, a jej bohater nazywał się Eckhart Tolle. Jego pierwsza książka „Potęga teraźniejszości” uczyniła go sławnym na całym świecie. Wojciech Eichelberger napisał o tej książce: „To mądra, serdecznie i uczciwie napisana książka. Książka dla ludzi poszukujących odpowiedzi na najważniejsze z dręczących nas pytań i wątpliwości. Autor ze znawstwem i cierpliwością najpierw zachęca nas do wyruszenia w drogę, a potem prowadzi nią czytelnika na spotkanie z nim samym. I o dziwo ta droga wcale nie wydaje się trudna i nikogo nie wyklucza. Iść nią może każdy. Nigdy nie dość takich książek”. Z kolei ojciec Jan Bereza z Opactwa Benedyktynów w Lubiniu stwierdza: „Jest to książka nie tyle mówiąca o oświeceniu, co prowadząca do oświecenia. Adresowana do tych, którzy nie tylko chcą się dowiedzieć czegoś o poszukiwaniu prawdziwego ja, ale do tych, którzy pragną je odnaleźć. Można ją polecić każdemu, kto wkracza na duchową ścieżkę i potrzebuje przewodnika”. A znana aktorka Katarzyna Figura powiedziała coś takiego: „Odkrywanie samego siebie i dochodzenie do źródła samopoznania to droga wiodąca przez całe nasze życie. Wypełnione jest ono doświadczeniem, które nas wzbogaca i pozwala poszerzać naszą świadomość. Książka »Potęga teraźniejszości« jest dla mnie mapą z drogowskazami, znakami, symbolami prowadzącymi do samopoznania i przeżywania życia tu i teraz, w danym momencie. Jedynym i niepowtarzalnym. To książka, z którą jestem na co dzień, którą czytam i kontempluję. Do niej wciąż powracam. Czytanie jej przypomina odgrywanie roli teatralnej na nowo, z inną publicznością, z odmiennym nastrojem, nieoczekiwanymi wydarzeniami oraz każdorazowo zmieniającą się energią. Jest wszak jeden stały element – ciekawość odkrywania. Jeśli chcesz pracować nad sobą, jeśli pragniesz stanąć przed lustrem i powiedzieć: to ja kieruję własnym życiem, ja odpowiadam za swoje stany emocjonalne, ja dokonuję wyborów tu i teraz, to przeczytanie tej książki będzie właściwym pierwszym krokiem w tym kierunku”. Przypomnę państwu tytuł: „Potęga teraźniejszości”. Autor Eckhart Tolle, tłumacz Michał Kłobukowski, wydawca Wydawnictwo Galaktyka. Druga książka, którą przygotowałem nosi tytuł „Przechytrzyć diabła. Sekret wolności i sukcesu”. Autor Napoleon Hill, tłumacz Ryszard Oślizło, wydawca Studio Astropsychologii. Napoleon Hill, bestsellerowy autor poradników wszech czasów, którego nauki wywarły ogromny wpływ na całe pokolenia ludzi poszukujących sukcesu, napisał tę wnikliwą i prowokacyjną książkę już w 1938 roku. Pozycja ta jednak nie doczekała się wówczas publikacji, ponieważ rodzina i doradcy autora uznali ją za zbyt kontrowersyjną. Dopiero ponad 70 lat później została zręcznie opracowana przez Sharon Lechter z Fundacji Napoleona Hilla i teraz ujrzała światło dzienne. Niniejsza książka ma charakter wywiadu z diabłem. On sam zostaje przechytrzony przez legendarnego guru sukcesu i zrzeka się swoich sekretów dotyczących tajnych metod kontroli, które mogą cię zniszczyć. Napoleon Hill zdradza, gdzie mieszka diabeł, dlaczego istnieje i jak przejmuje kontrolę nad ludzkim umysłem. Co więcej, ujawnia siedem praw dobra, które pozwolą ci go przechytrzyć we własnym życiu i osiągnąć prawdziwy sukces. Proszę państwa, to piekielnie wciągająca lektura.Przypomnę tytuł: „Przechytrzyć diabła. Sekret wolności i sukcesu". Autor Napoleon Hill, tłumacz Ryszard Oślizło, Studio Astropsychologii to wydawca. Kolejna książka nosi tytuł: „Siedem sekretów spełnionego życia. Jak uwolnić się od strachu, odnaleźć spokój i żyć zgodnie ze sobą". Autor Marnie Batista, tłumacz Marcin Jedynak, wydawca Studio Astropsychologii. Czy czujesz, że stres i niepewność odbierają ci radość życia? Ta książka pokaże ci, jak odnaleźć szczęście, osiągnąć spokój wewnętrzny i żyć w zgodzie ze sobą. Dzięki praktycznym wskazówkom rozwoju osobistego, medytacji i świadomej pracy nad emocjami nauczysz się, jak się nie stresować i wzmacniać poczucie własnej wartości. Rozwój duchowy i pozytywne myślenie pomogą ci spełniać marzenia i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Poznasz skuteczne techniki, które pomogą ci świadomie kierować życiem. To inspirujący przewodnik dla każdego, kto pragnie głębszego zrozumienia siebie i pełni radości każdego dnia. Tytuł: „Siedem sekretów spełnionego życia. Jak uwolnić się od strachu, odnaleźć spokój i żyć w zgodzie ze sobą". Autor Marnie Batista, tłumacz Marcin Jedynak, Studio Astropsychologii wydawca. Były polecanki z pogranicza, no to ewidentnie, proszę państwa, czas na książki z pogranicza. A dzisiaj ilustrowana historia UFO. Książka, z którą współprowadzący, czyli Piotr Cielebiaś, ma sporo wspólnego. Sporo pracy włożył w jej powstanie. Dzisiaj tę książkę państwu omówimy i polecimy. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy książki z pogranicza. Do tej pory bardzo często mówiliśmy o książkach, które owszem, zawierały jakieś ilustracje, ale dzisiaj pojawi się książka, która w tytule ma fakt, iż jest ilustrowana. „UFO. Ilustrowana historia" to jest książka, z którą można zaczynać przygodę dotyczącą UFO i w ogóle odwiedzin tych z kosmosu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:40:52] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. No tak, dzisiaj książka dość nietypowa, ilustrowana historia UFO. Kilka lat temu dobrych zwrócili się do mnie właściciele wydawnictwa Entliczek z Warszawy z prośbą o zaopiniowanie, a potem przetłumaczenie i ewentualnie skomentowanie pewnych spraw. Dotyczyło to książki autora, który się nazywa Alan Alsugh Boardman. Może wam to niewiele mówi. Nie jest to autor ufologiczny. Jest to raczej rysownik, ale też pisarz. Dlatego, że powiedzmy sobie szczerze, ta książka to nie jest historia w obrazach. To jest opowieść w obrazkach. Ale to też nie jest komiks. To jest de facto bardzo długa i myślę, że w pewnym stopniu atrakcyjna dla czytelnika infografika przedstawiająca historię zjawiska UFO i rzekomych kontaktów z obcymi od czasów najdawniejszych oczywiście, czyli od paleoastronautycznych bogów po te kwestie zupełnie współczesne, czyli tik taki. Oczywiście ta książka została wydana kilka lat temu. Tutaj nie ma tych najnowszych odniesień do ujawnienia, ale jest wszystko, co do wspomnianego roku zaprzątało wyobraźnię ufofanów. Chociaż ja zawsze mówię o tej książce przed Dniem Dziecka jako o idealnym prezencie dla starszych dzieci, które się zaczynają interesować tego typu sprawami albo się interesują ciekawostkami, to nierzadko się też zastanawiałem, czy to jest lektura dla dzieci. Na pewno dla tych starszych. Bo o ile patrząc na obrazki zawsze nam się to z dziećmi będzie kojarzyć, ale jak mówię, nie jest to komiks, jest to raczej coś, co kojarzy się z młodszym czytelnikiem. Ale jednak jeżeli chodzi o tą warstwę narracyjną, to ona stoi na dość wysokim poziomie i szczerze powiem, nie jest to do końca, moim zdaniem, tak bardzo dla młodego czytelnika łatwe. To wymaga trochę zrozumienia, to wymaga trochę poszerzenia wiedzy również. Ja myślę, że jakby to rzucić jakiemuś ośmiolatkowi czy coś w tym stylu, to mógłby być problem z pewnymi sprawami, ale to też równocześnie nie jest książka dla tych, którzy już są starymi wyjadaczami, powiedzmy sobie szczerze. Dodatkowo Boardman ewidentnie, jest to bardzo wyraźne jako miłośnik kina, bo o kinie, historii filmów napisał drugą podobną książkę. Narysował w sumie. On bardzo dużo miejsca poświęca właśnie popkulturze, bo nie oszukujmy się, istnieje pewne sprzężenie między ufologią i kinem. My o tym często mówimy, chociażby na przykładzie ruchu Disclosure i serialu „Archiwum X", gdzie jakoś jednoDrugim jest inspirowane. Ta książka również sięga oprócz bogów z kosmosu do lat 40., 50., 60., kiedy zjawisko UFO w tej współczesnej formie się rodzi. Marku, przejrzałeś to. Jak myślisz, czy to jest książka dla dzieci, czy dla dzieci nieco większych? Takich, które mają już dzieści albo dziesiąt lat?
[01:44:29] - Myślę, że młodzież może spokojnie po tę książkę sięgnąć. A te, jak nazwałeś, mocno podstarzałe dzieci już jak najbardziej. Dużą zaletą tej książki, przynajmniej dla niektórych, będzie to, iż ona nie jest książką dowodzącą istnienia kosmitów. To jest raczej dzieło, które nazwałbym panoramą idei, panoramą relacji, mitów, dezinformacji i ludzkiej potrzeby interpretowania nieznanego. Dostajemy naprawdę popularno-popkulturowe kompendium historii zjawiska UFO. I nie chodzi tylko o same obserwacje, ale cały ten kulturowy fenomen związany z niezidentyfikowanymi obiektami latającymi. Książka, mam takie wrażenie, prowadzi czytelnika od różnych dawnych znaków na niebie poprzez narodziny nowoczesnej ufologii po 1947 roku. Wiecie państwo, Kenneth Arnold, Roswell, te rzeczy. Później mamy też zimnowojenne projekty wojskowe. Gdzieś tam się Blue Book pojawia też, ale mamy też współczesne UAPy, Pentagon. I to jest naprawdę rzecz, która w jakiś sposób imponuje zakresem sygnalizowanych tematów. Właśnie, bo słowo sygnalizowane jest kluczowe. Tutaj tak zwani starzy wyjadacze zajmujący się problematyką UFO pewnie dowiedzą się niewiele, ale ludzie zaczynający swoją przygodę zanurzą się w prawdziwym oceanie różnych informacji. Bo tak jak mówiłem, mamy początki mitu UFO, dawne anomalie, Roswell, narodziny teorii spiskowych, Men in Black, porwania przez kosmitów, kontaktowców z Adamskim na czele, kręgi zbożowe. Mamy hipotezy międzywymiarowe, Vallée chociażby, związki UFO z psychologią i tak mógłbym jeszcze długo wymieniać. Myślę, że najważniejszą cechą wyróżniającą tę książkę jest forma graficzno-encyklopedyczna, bo tak naprawdę mamy dużo ilustracji, dużo infografik. To wszystko jest umieszczone na osi czasu. Mamy mapy, zestawienia. To wszystko jest dosyć krótkie, dynamiczne, w lekkim stylu napisane. Chwilami się pojawia nawet ton lekko ironiczny, ale bez przesady. Nie aż tak, żeby coś negować. Raczej pokazuje ten ironiczny ton pewien dystans i chyba warto dystans do każdego zjawiska zachowywać, więc nawet to jest bardzo zbalansowane. Mamy połączenie albumu, przewodnika i komiksowej encyklopedii. W dodatku autor i tłumacz postarali się o to, żeby to była książka, która nie jest jakimś akademickim studium. Raczej mamy coś w rodzaju, i tu postawmy cudzysłów, „muzeum ufologii”, gdzie obok faktów historycznych pokazuje się różne popkulturowe zjawiska, a także mistyfikacje, czasami absurdy związane z tematem, ale mamy też autentyczne, nierozwiązane przypadki i dzięki temu ta książka, jak to się mówi, czyta się szybko. W dodatku można czytać wyrywkowo. Myślę, że ta książka sprawdzi się zarówno dla tych początkujących, jak i średnio zaawansowanych pasjonatów. Nic, tylko polecać. Sięgajcie państwo po tę książkę, jeśli jesteście średnio zaawansowani.
[01:48:45] - Tak. Druga sprawa, że nigdzie nie jest powiedziane, że tego typu książki, a jest ich na rynku dużo, czyli książki z przewagą ilustracji, to jest coś mniej poważnego. To też ma swoich odbiorców. Pamiętajmy o tym. Jeżeli chodzi o tę ilustrowaną historię UFO, tu oprócz takiej dawki związanej z popkulturą, z filmami, głównie z filmami, gdzie się przecież kosmici nagminnie pojawiali, mamy liczne odniesienia do teorii spiskowych związanych z kosmitami, czyli podziemne bazy, uprowadzenia, autopsja obcego i wiele innych spraw. Podane jest to bardzo przystępnie. Myślę, że dla młodej osoby, takiej bardzo młodej, ale dość kumatej, konfrontacja z tą książką będzie idealnym wprowadzeniem do dość trudnego tematu. Bo zazwyczaj ludzie, kiedy zaczynają się interesować UFO, to automatycznie są rzucani albo się sami rzucają na największe sensacje. Teraz tymi sensacjami są oczywiście filmy w sieci, różnego rodzaju sensacje i można się w tym wszystkim mocno pogubić.Ta książka ma ten plus, że jak powiedziałeś, jest de facto wielką infografiką, która dodatkowo jest rozmieszczona na osi czasu. Nie da się tej książki rozłożyć, ale każda strona prezentuje nam nie tylko inny aspekt ufologii, ale też inne czasy. Widzimy, że wiele się zmieniło i cały czas się wiele zmienia. Ja się czasami śmieję, że teraz autorzy, którzy piszą o UFO mają straszny problem, dlatego że status quo jest niepewny. Co dzień w zasadzie mamy nowe informacje. Tak samo jak było z tym trumpowskim ujawnieniem tej pierwszej transzy akt. To było przecież niespodziewane, zupełnie niespodziewane. Oni to rzucili po bardzo krótkiej zapowiedzi i trzeba trzymać rękę na pulsie. Ale pamiętajmy, że historia się nie zmienia tak bardzo. Mogą się zmienić interpretacje, ale to, co się wydarzyło, zapisane zostało. Nie wszystko w historii ufologii było prawdą. Było wielu mistyfikatorów. Jest ta cała naleciałość związana z UFO folklorem tak zwanym, jest wszystko to, co się wiąże z wysoką dziwnością. I ta książka idealnie myślę, uporządkuje pewne sprawy osobom, które się takimi rzeczami, takimi sprawami interesują.
[01:51:32] - Ja myślę, że wśród zalet tej książki można z całą pewnością wymienić kompleksowość. Ja byłem zdziwiony, że w sumie taka niewielka książeczka obejmuje niemal całe spektrum ufologii. Nawet szukałem takich tematów, co by tu znaleźć, żeby złapać autora na tym, że o czymś nie napisał. Tak w zasadzie trudno było coś takiego znaleźć. To duża zaleta moim zdaniem. W dodatku świetna forma wizualna. To jest bardzo przystępna książka. Mamy też, o czym już mówiłem, pewną równowagę, bo ta książka nie popada ani w ślepą wiarę, ani w jakąś taką prostą negację. Tak, bo tak. To też jest interesujące, ale chyba dla mnie najbardziej interesujący był kontekst kulturowy, bo ta książka pokazuje, jak UFO przenika różne dziedziny życia. Mamy kontekst związany z polityką, z religią, z mediami, z tym, co nazywamy wyobraźnią zbiorową. No i wiecie państwo, jak już tak szukałem, coś jednak znajdę, żeby się przyczepić tak mocno, to na końcu, w każdym razie już nie pamiętam, czy na końcu znalazłem bibliografię, taką startową bibliografię, gdzie znajdziecie państwo nie tylko słowniczek, ale też polecenia dalszych lektur. Nic dodać, nic ująć. Jak już bym tak na siłę coś miał znaleźć, ale to wiecie państwo, to znalazłem. Skrótowość, ale sam sobie zdaję sprawę, że ten zarzut jest nietrafiony, bo to nie jest książka, która ma być rozwlekła i tłumacząca wszystko. Ona ma sygnalizować, tylko zarysować pewne problemy, a resztę trzeba sobie znaleźć. Z tego też oczywiście wynika mniejsza głębia analityczna i ludzie, którzy są bardziej zaawansowani, mogą chcieć więcej. To znajdą, ale w innych książkach. Niektórym może ten ton humorystyczny, o którym wspomniałem, nie odpowiadać. Może to drażnić jakichś ufologicznych purystów. Mnie akurat nie przeszkadzało. Uważam, że czasami odrobina luzu, nawet przy bardzo poważnych tematach, przydaje się po prostu. Zatem jak państwo słyszycie, to jest książka, którą z czystym sercem można polecić. Ja w każdym razie to robię. Proszę państwa, na koniec audycji tradycyjnie opowiadania, odrobina prozy. A dzisiaj w zestawie mamy Tomasza Fąsa z „Cyberjokejem”. Dzisiaj „Cyberjockey i cud replikacji”, a następnie Marek Tomasik, „Ścierwiony Kapturek”, Jurjan, „Wydzielina” oraz Robert Zawadzki, „Kierownik hotelu”. Pierwsze z tych opowiadań czyta autor, czyli Tomasz Fąs. Pozostałe trzy usłyszycie państwo w interpretacji Marka Senka Ivelliosa. Zapraszam.
[01:54:56] - Tomasz Fąs. „Cyberjockey i cud replikacji”. Czyta autor. Przemijałem. Moja mała działalność gospodarcza nie szła ostatnio najlepiej. Samodzielny konstruktor cybernetyk stawał się powoli reliktem minionej epoki. Wszystko przejmowały megakorporacje ograniczające czynnik ludzki do niezbędnego minimum. Żeby jakoś związać koniec z końcem, musiałem podejmować się zleceń publicznych. Obskoczenie takiej fuchy nie wymagało zwykle wiele wysiłku, ale trzeba było pilnować wszelkich formalności. Nieraz dokumenty miały większe znaczenie niż realnie wykonywana praca. Kiedy przyszło kolejne zlecenie, pomyślałem, że rozsądnie będzie od samego początku wszystko dokładnie notować. Dzień pierwszy. Jak okiem sięgnąć wszędzie stare, opuszczone budynki, ślady po dawno zapomnianych zawodach, mieszkaniach czy biznesach. Lokalne wersje amerykańskiego snu, którego od dawna nikt nie śnił, bo nie było chętnych. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu sektor tętnił życiem. Pamiętam to dobrze, bo wielokrotnie do niego przyjeżdżałem
[01:56:12] - Jednak stale spadający poziom ludności sprawił, że dalsze zasilanie sieci lokalnej przestało być opłacalne. Mimo wszystko ktoś wysoko postawiony poczuł się w obowiązku rękami podwykonawców wetknąć czujniki wilgotności i składu gleby w każdą szczelinę, zainstalować kamery multispektralne na upadających gmachach, puścić napędzane słońcem statki bezzałogowe w opustoszałą przestrzeń powietrzną. Gdzieś w bezpiecznej odległości urzędnicy, których gówno to wszystko obchodziło, mieli dostawać szczegółowe raporty na temat przebiegu procesu przeistaczania starego urbanistycznego ładu w nowy, ekologiczny. O wielki mechanizatorze, jakież to było nudne. Upatrzyłem sobie w miarę bezpieczne miejsce na schronienie w domku przy ulicy Osób Transpłciowych i oznaczyłem przestrzeń roboczą. By nie patrzeć bezmyślnie, jak sprzęt się będzie rozstawiał i montował, wyruszyłem na krótki spacer. Było lepiej niż myślałem. Ulice pękały pod naporem czynników środowiskowych. Na murach także dawało się zauważyć rysy, a nawet pierwsze ślady wybijającej zieleni. To dobrze. Nie chodziło przecież o prace wyburzeniowe. Od dawna nikt się w to nie bawił. Ja miałem jedynie zapewnić drobną stymulację i monitoring naturalnego rozwoju roślinności na tym terenie. Resztę powinna załatwić natura, rzecz jasna wspomagana odpowiednim doborem nasion, nawozów i środków. Większość konstrukcji była w dużej mierze biodegradowalna. Pod naporem roślinności sama się w końcu rozsypie. Dzień drugi. Elektrochemiczne czujniki do określania stanu mineralnego gleby, wilgotnościomierze, kamery światła widzialnego i bliskiej podczerwieni do oceny aktywności wegetacyjnej, roboty wielofunkcyjne, układy przetwarzające sygnał typu omega. Lista części zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Skrzynia po skrzyni musiałem wszystko skontrolować. Oczywiście mogły to za mnie zrobić roboty asystenci, ale jakby potem czegoś brakowało, to pretensje byłyby do mnie, a nie do nich. Jak mawiał jeden z moich nauczycieli: „Ufam, ale sprawdzam”. Dzień trzeci. Trochę szkoda mi tego sektora. Kawał dobrej architektury się marnuje. Rozwój cywilizacji to mechanizm samohamujący. Im jest nam na co dzień wygodniej, tym mniejszą mamy potrzebę, by cokolwiek robić. Co więcej mają zdobywać ci, którzy wszystko dostali za darmo? Najszybciej zanika to, co wiąże się z największymi wyrzeczeniami i wysiłkiem. Potrzeba posiadania i wychowania potomstwa. Szczególnie jeżeli na starość mamy zapewnioną opiekę systemu socjalnego. Popędy biologiczne znacznie prościej można zaspokoić farmakologicznie i z drobną pomocą wirtualnej rzeczywistości. Przez pół godziny wpatrywałem się w pierwsze nasiona kiełkujące na podłodze zaimprowizowanego laboratorium. Były właśnie spryskiwane specyfikiem stymulującym przez roboogrodnika. To niesamowite, jak perfekcyjnie natura opanowała proces samopowielania. Drobne, ciemne kuleczki zawierają wewnątrz chemicznie zakodowany program powstawania całego drzewa. Wystarczy naturalne źródło energii i już. Bez żadnych maszyn ani niczyjej pomocy proces realizuje się sam. Tylu mieliśmy wybitnych biologów, a istota życia wciąż pozostaje niezrozumiała. Drzewa mają zdecydowanie łatwiej niż ludzie. Żyją i nie myślą dlaczego. Dzień czwarty. Chyba w pierwszej chwili nie doceniłem rozmiarów obszaru. Zważywszy, że trzeba będzie miejscami jednak trochę rozkruszyć ekobeton chodnikowy, dostarczyć nasiona, no i oczywiście całą uprawę elektroniczną. Wszystko może zająć więcej czasu, niż pierwotnie przewidywałem. Co gorsze, władza także liczyła, że będzie mi szło szybko i sprawnie. Od jej zadowolenia zależą moje dochody. Och, gdyby tak maszyny mogły się mnożyć same, podobnie jak rośliny, które mam tu zasadzić. Dzień piąty. Prace muszą przyspieszyć. Dwa łaziki mielą już chodnik, by wciskać pod niego nasiona i czujniki, podczas gdy trzy roboty uniwersalne rozkładają na budynkach kamery. Za wolno. Zdecydowanie za wolno. Chyba będę musiał renegocjować warunki, bo zarobię co najwyżej naganę za zwłokę. Dzień szósty. Przy ulicy Pamięci o Molestowaniu w Miejscu Pracy znajdował się ośrodek szkolenia kosmonautów. Budowali je na każdym rogu. To zrozumiałe, w końcu już za chwilę miał się zacząć podbój kosmosu. Rzecz jasna rozsądni ludzie wiedzieli od początku, że nic z tego nie wyjdzie, ale zasadniczo nikt rozsądny lotu w kosmos nie planuje. Natomiast zarabianie na marzycielach to proceder starszy niż ludzkość. W opustoszałym gmachu musiało zalegać sporo przydatnego sprzętu. Oczywiście ktoś mógłby go rozkraść, jednak przeciętnemu szabrownikowi na nic by się takie zabawki nie przydały, zaś przy obecnych cenach specjaliści woleli zamawiać nowy sprzęt, niż grzebać się w jakimś złomie. Rzeczywiście magazyn ośrodka szkoleniowego pozostał nienaruszony. Stwarzało to szereg nowych możliwości. Kluczem do rozwoju techniki jest standaryzacja. Im szersze zastosowanie elementu, tym większa produkcja, a cena jednostkowa niższa. Z drugiej strony, jeżeli damy ludziom urządzenia nazbyt wielofunkcyjne, to będą potrzebowali ich mało.Cała sztuka polega na tym, by klocki były podobne, a gama produktów finalnych szeroka. Wówczas użytkownik końcowy kupi od nas telewizor, komputer, konsolę do gier i projektor wirtualnej rzeczywistości. A że wszystkie te urządzenia zawierają w zasadzie identyczny zestaw komponentów, to już słodka tajemnica specjalisty. Z dużej ilości zabawek kosmicznych da się z pewnością też zrobić coś, co pomoże przy zazielenianiu. Dzień siódmy. Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Przecież szkoła kosmiczna nie jest jedynym źródłem potencjalnych komponentów. Megakorporacje wprowadzały nowe wersje sprzętów domowych co miesiąc i dbały, by wszystko psuło się zaraz po okresie gwarancji. Opuszczone lokale mieszkalne też musiały być przepełnione porzuconą elektroniką. Nie mam dość czasu, by samemu przeszukać wszystkie domy, ale przecież moi pomocnicy mogą zrobić to za mnie. Nagle poczułem się jak mały konstruktor w krainie wypełnionej klockami. Mogę zbudować, co tylko zechcę. Naczelny cel polegał na tym, aby zanadto się nie narobić, a jednocześnie wykonać zadania projektowe w terminie. Jedynym sensownym rozwiązaniem wydawało się zatem wprowadzenie mechanizmu replikacji. Dzień ósmy. Od rana siedziałem nad modyfikacją oprogramowania i wyposażenia robotów. Ostatecznie doszedłem do tego, że były one w stanie same przeszukiwać okoliczne budynki. Miały zbierać odpowiednie elementy, by następnie składać z nich własne kopie. Niedoskonałe, ale zdolne do dalszej replikacji i pracy. Po pierwszych udanych testach ruszyliśmy już pełną parą. Moje prototypy odwiedzały kolejne domostwa w poszukiwaniu niezbędnych modułów elektronicznych, a z pomocą chwytaków i laserów mogły niemal każdy kawałek tworzywa przerobić na korpusy kolejnych pokoleń. Dzień dziewiąty. Przez pół dnia wpatrywałem się w trawnik niegdysiejszego Placu Imama Haszira, później przemianowanego na Park Wolności Wyznaniowej, a po kolejnej zmianie standardów na Skwer Świeckiego Państwa bez Barier. Barierki dookoła placu rzeczywiście usunięto, przez co nieliczne bawiące się tam kiedyś dzieci wybiegały czasem pod koła samochodów. Śmierć w wypadku była praktycznie niemożliwa. Jednak nieco poobijana pociecha spędzała później pewien czas w szpitalu, a matki miały dzięki temu okazję zająć się samorealizacją. W przeciwieństwie do trawy, moje maszyny mnożyły się dosyć wolno, a przez to jeszcze mniej czasu poświęcały na realizację zadania. Naprawdę zaczynałem się stresować. Dzień dwunasty. Byłem już niemal gotowy zrezygnować, ale jednak po kolejnym dniu pracy wizja wykonania zadania w terminie stawała się coraz bardziej realna. Patrząc na swoje dzieło odczuwałem narastającą dumę. Chodniki pękały pod naporem dłut i laserów. Szczeliny i mury przepełniała nowoczesna technologia, zaś rozrastająca się w tempie geometrycznym gromadka dzielnych robotów penetrowała pozostałe domy w poszukiwaniu części do budowy kolejnych pokoleń. Dzień 16. Globalne Forum Mechatronistów. Dział praktyczny. Cyber_Jockey: „Proces samoreplikacji robotów wymknął mi się spod kontroli. Co robić?” Ultra_mech: „Spier... Uciekać lol”. Cipherian: „A tata wie, że wchodzisz na jego profil?” Addi: „To żart czy pytasz serio?” Cyber_Jockey: „Niestety, na serio. Sad face”. Addi: „Podaj więcej szczegółów”. Cyber_Jockey: „Roboty o przeznaczeniu ogólnym z programem na rozmieszczanie czujników. Samoreplikują się wykorzystując części z obszaru odludnionego.” Addi: „To legalne?” Cyber_Jockey: „Tak. Praca zlecona. Rządowa.” V_finicius: „Czy wprowadziłeś jakieś wzorce kalibrujące?” Cyber_Jockey: „Nie. To miały być proste zadania.” V_finicius: „To spokojnie. Poczekaj jeszcze kilka pokoleń.” Cyber_Jockey: „I co dalej?” V_finicius: „Zobaczysz.” Dzień 18. Trochę się to już zaczynało robić niepokojące. Fakt, praca zlecona miała się powoli ku końcowi, ale moje robociki w żadnym razie nie miały zamiaru przestać. Co prawda nie wyglądało, żeby stanowiły jakieś zagrożenie, ale jednak nie powinny wychodzić poza teren zlecenia. Po co odbierać chleb komuś innemu? Co by nie powiedzieć, wizja apokalipsy świata w całości zajętego przez replikujące się robociki stanowiła obraz nader pocieszny. Z drugiej strony, gdy przyglądałem się kolejnym pokoleniom maluchów, dostrzegałem ich rosnące niedostatki. Korpusy budowane z odpadków bliższe były monstrum Frankensteina niż tworom nowoczesnej techniki. Wyraźne rozbieżności w geometrii kończyn, uproszczenia układów, braki w osprzęcie. Zdaje się, że nawet nie za bardzo już sobie radziły z wykonywaniem podstawowego programu. Dzień 22. Powoli zaczynam rozumieć, o co chodziło z tym wzorcem. O ile oprogramowanie może być kopiowane bezstratnie, to części mechaniczne robotów zawsze są wykonywane z określoną dokładnością. Kiedy maszyny tworzą kopie samych siebie wraz z geometrycznym rozrostem populacji rosną także błędy i odchyłki. Szczególnie jeżeli nie dysponują modelem wzorcowym, na którym mogłyby dokonać kalibracji.Z czasem linie proste zmieniają się w sinusoidy, a idealnie okrągłe elementy nieuchronnie dążą do elips, toczyć się ani obracać niezdolnych. Nie musiałem zupełnie nic robić. Gdy pierwszym pokoleniom dawno już kończyła się energia, nie przewidziałem też procedury ładowania, ostatnie rozsypywały się w oczach lub zakleszczały niezdolne do ruchu. Wreszcie cała robocikowa rewolucja szczęśliwie dobiegła końca, zaś trzy oryginalne maszyny pomogły mi wykonać resztę pracy. Jak zwykle miałem więcej szczęścia niż rozumu. Dzień 25. Przeglądam pobieżnie owoce pracy replikantów. Trochę odwaliły mi fuchę. Tu czujnik niedolutowany, tam kamera obiektywem do muru. Całe szczęście, że to robota rządowa. Może nawet nikt porządnie nie sprawdzi. Najważniejsze, żeby raport się zgadzał. A jak jeszcze coś tam urzędnicy zobaczą na monitorze, to już w ogóle powinno być spoko. Między szczelinami rozkruszonych chodników wychylały się listki przyszłych drzew owocowych, reprezentując piękny, technicznie doskonały, niepowtarzalny w skali wszechświata cud. Naturalną replikację przyrody.
[02:09:41] - Marek Tomasik. Ścierwony Kapturek. Było piękne wiosenne przedpołudnie. Słońce mocno grzało, zastępując poranny chłód południowym skwarem. Wilk zdążył już wyjść ze swojego legowiska. Wciągnął nozdrzami świeże powietrze, przy okazji rozciągając lekko zdrętwiałe kończyny. Poczuł się dobrze, wręcz bardzo dobrze, aż zawył z radości. Pomyślał, że zapowiada się wyjątkowo dobry dzień. Z błogiego nastroju wyrwał go dość nieprzyjemny dźwięk. Szybko zorientował się, że to jego żołądek woła o jakiś posiłek. Rad nie rad zdecydował, że uda się do suchego lasu na swój kwadrat i tam poszuka jakiegoś jedzenia. Wyskoczył żwawo z nory i podreptał w wiadomym kierunku. Po kilkunastu minutach wilk dotarł do parkowego wzgórza na obrzeżach lasu. Trochę zmęczony przysiadł przy drzewie. Jego czarnawą grzywę tarmosił delikatnie lekki wiaterek. Gdy ktoś pytał o wygląd wilka, kolędzy z nory zawsze ze śmiechem odpowiadali, że mordę ma szarą, pooraną bliznami, oczy brązowe i ciemną sierść. Wzrost miał średni, budowę ciała zresztą też. Kiedy siedział pod drzewem, kiszki znowu zagrały mu marsza. Chcąc nie chcąc podniósł się na nogi. Jeszcze raz omiótł wzrokiem okolicę. Oczy zatrzymały się na budzie z kebabem, którą prowadził kiedyś zaprzyjaźniony człowiek. Odkąd odzyskał wolność, ani razu tu nie zajrzał. Pomyślał, że teraz ktoś inny może tam siedzieć. Nieśpiesznie ruszył w kierunku jadłodajni. W połowie drogi wyłapał nosem przemiły zapach kurzego oraz wołowego mięsa. Do pyska napłynęła mu ślina. Przyspieszył kroku i po chwili był już pod budką. Na miejscu rozstawione były trzy stoliki, a do każdego z nich przynależały cztery krzesła. Dwa z nich były już zajęte przez pasjonatów pieczonego kurczaka i mąki zmieszanej z wodą i drożdżami. „Jacek! Siemandero” – zawołał do wilka znajomy właściciel budki kebaba. Wychylił się mocno za ladę, wyciągając smagłą rękę. „Cześć Amir” – odpowiedział Jacek, uśmiechając się i podając rękę. „Co tam słychać? Co ci podać?” „Głodny jestem jak cholera. Wezmę kurczaka w bułce z sosem mieszanym” – odparł wilk. „A wyklepałem się tydzień temu z młynu. Będzie 15 zeta” – rzucił Amir, czekając na pieniądze. „Ktoś mi mówił, że wyszedłeś”. Wilk sięgnął do kieszeni spodni, wyciągając pomięte banknoty i kilka monet. Okazało się, że posiada wyliczoną kwotę. Wręczył pieniądze znajomemu, a ten po schowaniu ich w kasie zabrał się za realizację zlecenia. Mężczyzna spojrzał jeszcze raz na stoliki i osoby tam siedzące. Zauważył, że niski, krępy facet siedzący najbliżej przygląda mu się uważnie, podgryzając kebab. „Wilk? Wilczurek?” – zawołał zza plastikowego stolika. „Żaba? Kopę lat, stary fąflu” – zauważył Jacek, podchodząc. Przywitali się szczerze. Wilk bez pytania przysiadł się do starego znajomego. „Chodziły słuchy, że odklepałeś już do dzwonka. Jak ci się wiedzie?” „Taa, dopiero co wylazłem stamtąd. Słuchaj fąfel, masz jakieś info dla mnie? Dużo mnie ominęło, kiedy kiblowałem?” „O stary, nawet nie wiesz co to się odpierdala ostatnio” – zaczął Żaba. „Jest nowy szeryf na parafii. Chociaż to może za dużo powiedziane”. „Pierdolisz” – syknął z niedowierzeniem w głosie Wilk. „Ktoś najebał starego myśliwego?” „Ta, najebał” – parsknął Żaba, jakby to było duże niedopowiedzenie. „Jest taki jeden, co dobrał mu się do cegielni. I to dosłownie.” Mężczyzna ściszył głos i szepnął: „Ale ode mnie się tego nie dowiedziałeś. Łowczy leje każdego, kto tylko o tym wspomni.” „Dobra, będę pamiętał” – odrzekł były skazaniec. „Ale co to za frajer spuścił mu bęcki?” „To jest właśnie ten nowy. Mówią na niego Czerwony Kapturek, bo ciągle chodzi ubrany na czerwono.”Szczególnie lubi czerwony dres z kapturem w trzy paski. Leje wszystkich dobrych chłopaków w okolicy. Okrada albo robi gorsze rzeczy. Tu kolega Wilka przerwał, odrywając z zębami potężny kawał kebaba. Nie bardzo wiadomo, kto to jest, ale najczęściej chodzącą plotką jest, że to synek prokuratora. Gostek miał problem z żonką i nabił balon jakiejś kurwie na boku. Żeby nie robić rabanu adoptował dzieciaka i kurwiszon żyje sobie jak pączek w maśle. Co narozrabia, to tatuś go kryje. „Ściemniasz coś” – mruknął Wilczur. – „Ty słuchaj, nie rzucił ci się w oczy ostatnio Zajączek? Ten szklarz, co się z tobą bujał?” Wilk potwierdził skinieniem głowy. Ja go dawno nie widziałem, ale chłopaki kiedyś wspominali, że go przydybali gdzieś przy zamieci. „To menda. Pewnie robi dla Królowej. Inaczej by się tam nie kręcił” – stwierdził Wilk. – „Lepiej, żebym go nie spotkał, bo wtedy dostanę piętnastkę albo ćwiartkę”. „Aż tak?” – zdziwił się Żaba, kręcąc głową. „Także chłopie, ja stąd spadam. Wczoraj któryś z chłopaków widział w okolicy Kapturka i nie zamierzam siedzieć na kwadracie, gdy on się tu kręci”. „Ale was wszystkich cykor obleciał. W pace większym kozakom dałem radę”. „Nie wiesz, co gadasz, Wilczur” – mruknął Żaba, przełykając ostatni kęs posiłku. – „Nadal siedzisz w tej waszej norze?” Wilk kiwnął twierdząco głową. „To ja spadam. Wpadnę kiedyś wieczorkiem z jakimś dynksem, to obęclujemy”. Wyciągnął rękę, która została szybko uściśnięta. „Trzymaj się”. „Ty też, łazęgo”. Żaba tylko się uśmiechnął i ruszył dziarskim krokiem w sobie znanym kierunku. Minutę później Amir przekazał gorącego, świetnie pachnącego kebaba Wilkowi. Ten wciągnął aromaty swoim przekrzywionym nosem. Informacja o nadchodzących przyjemnościach dotarła do mózgu i została przekazana dalej do żołądka, który nie omieszkał się odezwać. Wilk wtopił swe nadzwyczajnie długie zęby w ciepłą bułkę, szarpiąc ją niczym bestia królika. Pomyślał o tym. Jego myśli od razu przeskoczyły na Zajączka, swojego byłego najlepszego kumpla. Przez dłuższy czas razem chodzili na robotę. Wilk głównie na wózki. Zajączek bardziej wolał walić kwadraty. Był świetnym szklarzem i włam zawsze zajmował tylko kilka minut. Zajączek nie był przesadnie odważny, ale podczas roboty nigdy się nie skrewił. Co innego poza pracą. Pomimo nikczemnego wzrostu i chuderlawej postury kobiety do niego lgnęły. On do nich też. Wilczur nigdy nie dowiedział się prawdy o tym, co się wydarzyło, ale miał swoje podejrzenia. Jego koleżka poza słabością do dupeczek miał też za długi jęzor. Szczególnie po różnego rodzaju wynalazkach. Gdzieś, w którymś momencie musiał wypaplać komuś coś o robocie i ktoś ważny musiał się o tym dowiedzieć. Wilk wiedział tylko jedno: ostatnia robota od początku była podejrzana. Zajączek namówił go na walnięcie bogatej chałupy, a on się zgodził. Podobno miał wszystko obcykane w jednym palcu, więc poszli wieczorem pod dom, który miał być pusty. I taki się wydawał. Zajączek jak zwykle szybciutko otworzył drzwi przez szybkę i przypadkiem upuścił przyssawkę, która potoczyła się gdzieś w krzaki. Powiedział Wilkowi, żeby ten wchodził, a on poszuka zguby. To było dziwne. Zajączek zawsze wchodził pierwszy. Nigdy niczego nie gubił. Wilk pomyślał wtedy: zawsze jest ten pierwszy raz. Szabrował może ze dwie minuty, zanim zauważył, że jego kompan jeszcze nie wszedł do domu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że coś tu mocno śmierdzi. I śmierdziało. Głównie policja w gumowo-plastikowych pancerzach, która chwilę potem wyskoczyła ze wszystkich stron. Jacek W. został złapany na gorącym uczynku, natomiast Krystian Z. dopomógł w ujęciu groźnego przestępcy. Ponieważ dla W. była to recydywa, dostał pięć lat. Poza początkowym etapem resztę czasu we młynie odsiedział w spokoju i po trzech latach wyszedł za dobre sprawowanie. Posiłek był całkiem smaczny. Amir nie napychał dużo zieleniny do swoich kebabów. Podwójnie grzał mięso i miał całkiem dobre sosy, czyli wszystko tak, jak lubił Wilk. Po wciągnięciu ostatniego kęsa wytarł gębę papierowym ręcznikiem. Ostry sos podrażnił też nos, więc nie omieszkał na koniec nasmarkać do ręcznika. Wstał od stolika, podziękował za posiłek i ruszył w las poszukać jakiegoś zajęcia. Przemierzył kilka uliczek, na których było zaskakująco pusto. Nikogo ciekawego, słabego, bogatego, młodego, starego. Jednym słowem bida z nędzą. W końcu dotarł pod całkiem nowe osiedle małych bloków na zachodzie lasu. Pomyślał, że może tu szczęście się do niego uśmiechnie. Idąc wzdłuż głównej ulicy po prawej miał osiedle ogrodzone śmiesznym drewnianym płotem, a po lewej znajdował się stary, zrujnowany tartak, nieużywany od lat po pożarze. Przez chwilę zastanawiał się, gdzie będzie miał lepsze miejsce obserwacyjne. Po dłuższym namyśle stwierdził, że pokręci się najpierw po osiedlu. Osiedle nie było strzeżone. Tam, gdzie można było postawiono drewniany płot, a poza tym wstęp był wolny.Przed blokami znajdowały się miejsca parkingowe, na których stało tylko kilka średniej jakości samochodów. „Reszta musi być w robocie” – pomyślał Wilk. Ruszył w kierunku najbliższego budynku, żeby przyjrzeć się zabezpieczeniom. Na miejscu przywitały go przeszklone drzwi bez klamki z zewnątrz, tylko z uchwytem. Musiały być otwierane przy użyciu domofonu. Za nimi znajdowały się drugie drzwi zamykane tylko na kluczyk. Wilk pokręcił z niechęcią głową. Za dużo roboty na jedną osobę. Pomacał się po kieszeniach w poszukiwaniu paczki papierosów. W pomiętej paczce znajdował się ostatni szlug, którego odpalił zapalniczką zwędzoną ze stacji benzynowej. Z fajkiem w gębie pomaszerował w głąb osiedla, szukając okazji. Przez kilkanaście minut obchodził teren, przez nikogo nie zaczepiany. W końcu dotarł na drugi koniec osiedla i znudzony przysiadł na betonowym elemencie. Było jasne, że w tej chwili szanse na robotę są raczej marne. „Może chociaż zajączka uda mi się dorwać. Ponoć widywano go w tej okolicy i o tej porze. W każdym razie do tego przydałaby się lepsza miejscówka pod obserwację” – pomyślał. Rozglądając się przez kilka minut za jakimś kątem, w którym można byłoby się schować, zauważył zbliżającą się staruszkę okutaną w starą jesionkę z głową przewiązaną chustką. Mocno zgarbiona postać, trzymając w lewej ręce torbę z zakupami, a w prawej laskę, twardo parła ulicą w stronę osiedla. Kiedy babcia znalazła się dostatecznie blisko, Wilk przyjrzał się jej starej, pomarszczonej twarzy. Pomyślał, że babka ma chyba ze 100 lat albo i więcej. Kiedy starowinka wkroczyła powoli na osiedlową drogę, doznał czegoś w rodzaju objawienia. Gdy siedział we młynie, poznał kilku niezłych kolesi i jeden z nich wyjawił mu sekrety przekrętów, za które trafił za kraty. Wilk stwierdził, że to nie może być trudne. Ruszył w stronę kobiety, machając rękami. „Babciu! Babciu! – zaczął wołać najmilej jak potrafił. – Niech babcia poczeka, ja pomogę”. W końcu dopadł kobiecinę, stając tuż przed nią. Staruszka odruchowo cofnęła się i spojrzała w górę. „Babcia się nie boi. Pomogę zanieść do domu” – mówił Wilk, wyciągając rękę po torbę z zakupami. – „Nie pamięta mnie babcia? To ja, wnuczek”. Kobieta, zadzierając głowę w górę, przyglądała się Wilkowi. Po dłuższej chwili powiedziała: „Wnusio? Jaruś, to ty?” „Tak, babcia, to ja” – odparł Wilk. Przynęta chwyciła. „Wybacz, wnusiu, ale bez okularów słabo widzę i cię nie poznałam” – wyznała babcia. Wilk wyszczerzył kły z zadowolenia. „Jaruniu, a co ty masz takie żółte zęby?” – zauważyła babcia. Pytanie trochę zbiło wnuczka z tropu. „No bo trochę popalam. Wie babcia, nałogi przychodzą i odchodzą. Czasem z nerwów muszę szluga odpalić”. „Masz torbę i prowadź mnie do domu”. Starowinka wcisnęła Wilkowi zakupy i oparła się obiema rękami o laskę. „Niech babcia idzie pierwsza. Mnie tu dawno nie było i nie pamiętam który blok” – wyjęczał Wilk, nie mając bladego pojęcia, w którą stronę iść. „Na końcu ulicy, po prawej stronie” – mruknęła kobieta i ruszyła przed siebie, mówiąc: „Powiedz Jareczku, co cię do mnie sprowadza w środku tygodnia?” Wilka przytkało na moment. Nie miał na to zbyt wiarygodnej odpowiedzi. W końcu wymamrotał: „A to musi być jakaś okazja, żeby babcię zobaczyć?” „Tyle lat cię nie było, wnusiu. Już myślałam, że zapomnieliście o mnie. Tylko Kacperek czasem mnie odwiedza” – odpowiedziała babcia, co chwilę zerkając na swojego rzekomego wnuczka. Wilk postanowił wyłożyć kawę na ławę. „Nie będę babci kłamał i powiem szczerze: wpadłem w kłopoty i pomyślałem, że może babcia coś mnie poratuje w tej sytuacji”. Kobieta zatrzymała się na moment. Spojrzała Wilkowi prosto w oczy, zadzierając głowę mocno w górę. „Jareczku, od tych stresów widzę, że aż ci oczy poczerwieniały. A może ty coś łykasz niezdrowego i tak ci się źle dzieje?” „Nie, no! Co babcia?” – wybełkotał zdziwiony. – „Ja tam nic nie łykam. No chyba że jakiś apap”. „Od tego apapu to ci i uszy urosły” – skomentowała babcia i ruszyła dalej. – „To opowiadaj, ale szczerze, co żeś przeskrobał”. Tu Wilk też na chwilę się przytkał. Nie miał na to pytanie dobrze przygotowanej odpowiedzi. W końcu wybełkotał pierwsze, co przyszło mu do głowy: „Nie wie babcia, jak to jest? Chciałem trochę grosza przytulić i się nie narobić. Poszedłem w hazard i na początku nawet trochę ugrałem dla siebie, ale później się skiepściło. Próbowałem się odegrać. No i nie poszło za dobrze. Złapałem dług u niezbyt przyjemnych gości. No i się pytam babci, czy by nie poratowała coś w temacie”. „I na co ci to było, Jareczku?” – jęknęła babcia, trzymając się za bok. Stali już pod blokiem. „Coś ci się stało, babciu? Coś ci jest?” „A tam, wnusiu.Odpowiedziała starowinka, machając wolną ręką. „Starość nie radość. Im dalej w las, tym więcej kości boli. Chyba święty Jozue wzywa. Czekaj, otworzę drzwi i wejdziemy na piętro.” „A to mendy jebane, żeby babci dawać chałupę na piętrze, a nie na parterze.” Wilk oburzył się udawanym współczuciem. „Jak ty się wyrażasz, dziecko?” Oburzyła się staruszka. „Tak cię matka chowała? Co się mówi?” Wilk nie wiedział, co się mówi. Zauważył za to, że kobieta świdruje go oczami. „Przepraszam” wymamrotał w końcu. „No” powiedziała usatysfakcjonowana babcia i otworzyła pierwsze drzwi, a potem drugie. „Ale faktycznie kutafony mogliby dać na parterze” mruknęła cicho, tak żeby wnuczek nie słyszał. Kobieta powoli zaczęła wdrapywać się po schodach. Wilk zasugerował pomoc we wspinaczce, ale babcia ją odrzuciła. Kiedy znaleźli się już pod drzwiami, staruszka powiedziała: „Daj Jareczku torbę. Dalej nie musisz nieść.” Wsadziła klucz w otwór zamka i przekręciła. Następnie schowała pęczek kluczy do kieszeni w jesionce i wyciągnęła rękę po siatkę z zakupami. Wilk posłusznie oddał ją babci. „Dam ci trochę pieniążków. Poczekaj tu przed drzwiami.” Wilk już chciał zaprotestować, że jak to tak, babcia wnuczka do domu nie chce wpuścić. Jednak przymknął się, zdając sobie sprawę, że z pozoru głupi i ryzykowny plan chyba odniósł sukces. Kobieta otworzyła drzwi do mieszkania. Pierwsze, co rzuciło się mężczyźnie w oczy, to spora liczba obrazów świętego Jozue i jego równie świętej matki Marioli. Staruszka przeszła przez próg. Zakupy zostawiła na podłodze, kawałek za drzwiami. Odwróciła się z powrotem do Wilka, który potulnie oparł się o futrynę i czekał na dalszy rozwój wypadków. „Odłożyłam trochę pieniążków z emerytury na czarną godzinę.” Babcia podeszła do szafki na buty stojącej przy drzwiach. „Do grobu ich nie zabiorę. To mogę ci dać. Schowałam je przy drzwiach, bo pomyślałam, że złodzieje nie będą tu szukać.” Wilk pomyślał, że ten dzień będzie fantastyczny. Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Kobieta sięgnęła ręką do pierwszej od góry szuflady. Odsunęła ją trochę i wsadziła dłoń do środka. Chwilę później szeroki uśmiech znikł z twarzy wnusia. W babcinej ręce pojawił się stary, pordzewiały rewolwer. „Wypierdalaj złodzieju pierdolony!” Ryknęła staruszka, pociągając za spust. Kula świsnęła tuż przy głowie Wilka, w którym od razu obudziły się pierwotne instynkty. Po chwili był już na dworze i nie mógł usłyszeć babci mówiącej: „Za Niemca to było lepiej. Nie kręciło się po mieście tyle cholerstwa. Porządek był.” Będąc na dworze Wilk zwolnił kroku, żeby za bardzo nie zwracać na siebie uwagi. „To cholera jedna mała” syknął pod nosem, idąc w kierunku zrujnowanego tartaku. Rozważał teraz, co ze sobą zrobić. Najpewniej trzeba było uciekać, bo ktoś wezwie policję, a nie uśmiechał mu się rychły powrót za kratki. Tylko w którą stronę? Tak jak przyszedł, czy naokoło przez jakieś krzaki? Jeśli będzie wracał tą samą drogą, będą większe szanse na to, że ktoś go rozpozna. Jakiś zbłąkany patrol pałek zauważy i będzie koniec imprezy. Wilk zastanowił się, czy nie lepiej byłoby wiać przez tory w pola i naokoło dojść do swojej nory. W końcu zdecydował, że tak właśnie zrobi. Okręcił się na pięcie i ruszył w stronę ulicy. Momentalnie rzucił mu się w oczy dziwny jegomość. Wysoka, barczysta postać szła poboczem od północy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jego strój. Ubrany był na czerwono. Cały, włącznie z czerwonym kapturem. „Noż kurwa, to on” zaklął pod nosem Wilk. Ich spojrzenia spotkały się. Choć dzieliło ich jeszcze kilkadziesiąt metrów, Wilk wyczuł, że tamten coś będzie kombinował. I nie mylił się. Czerwony Kapturek ruszył pędem w stronę betonowego ogrodzenia tartaku. Nieudany wnuczek stwierdził, że na odchodne pozbędzie się gnębiciela dobrych chłopaków z okolicy. To nie potrwa przecież długo. Cofnął się kilka kroków do wejścia na teren działki. Skręcił w prawo, w największy busz. Rosło tu prawie wszystko: młode drzewka, jakieś dzikie krzaki i chwasty. Pomyślał, że w takiej gęstwinie nie będzie widać, co się za chwilę odbędzie. Wszedł głębiej w zarośla w poszukiwaniu swojego oponenta, ale nigdzie go nie widział ani nie słyszał. Kątem oka zauważył jakiś ruch. Poczuł silny ból w potylicy. Oczy zaszły czarną mgłą. Stracił przytomność i upadł na ziemię. Obudził się z ogromnym bólem głowy. Gorzej bolała go tylko dupa. Przed sobą zauważył Czerwonego Kapturka odwróconego plecami i dopinającego spodnie. Potem gość, wesoło pogwizdując, przeskoczył płot jednym susem. Obolały Wilk, leżąc na ziemi, z trudem zaciągnął z powrotem ściągniętą garderobę. Próbował poukładać sobie w głowie, co właśnie się wydarzyło. Zauważył niską postać stojącą przy wejściu na działkę. To był Zajączek. Jasna cholera, pomyślał Wilk. Czy ta menda wszystko widziała? Zaraz rozpierdoli wszystkim na mieście, co tu się wydarzyło. Muszę go zajebać. Zajączek, jakby czytając myśli swojego starego przyjaciela, odwrócił się na pięcie i pognał przed siebie. Wilk zawył pełnym bólu i wściekłości głosem. Ze złości oczy zaszły mu czerwoną mgłą. Wbrew rozsądkowi postanowił ruszyć w pościg, nie bacząc na konsekwencje.Julian. Wydzielina. Nie mam szczęścia w wędkarstwie. Przynajmniej tak sobie tłumaczyłem nieprzerwane pasmo kompromitacji przy okazji moczenia kija. Prawda była wstydliwa, gdyż winny był całkowity brak doświadczenia. Ze względu na permanentny deficyt czasu mogłem sobie pozwolić na to hobby średnio dwa razy w roku. To zdecydowanie za mało, aby poznać arkana niewątpliwej sztuki. Tajniki ważne szczególnie u nas, gdzie przez rabunkową gospodarkę rybaków, kłusowników bijących prądem, ryby niebawem trafią do czerwonej księgi gatunków zagrożonych. Żyłem w kraju, gdzie jak mówi przysłowie, tylko ryby nie biorą. Rozumiałem, że sens zdania dotyczył innego poletka, ale będąc na łowisku przemawiało do mnie także dosłownie. Noc była piękna, księżyc niemal w pełni, ciepło i nawet komary spłoszone wygłodniałymi nietoperzami pochowały się w bliżej nieokreślonych miejscach. Ceniłem sobie samotność i spokój z nią związany, szczególnie kiedy media, ludzi na ulicach, a nawet rodzinę ogarniało kolejne szaleństwo. Dziś nie było to tsunami, ślub księcia czy kolejna korupcyjna afera. Nowość. Tym bardziej będą trąbić na każdym kanale przez kolejne dni. Kometa. Obłęd dotyczył wielkiego kamienia, który dziś w nocy przelatywał w pobliżu Ziemi. Podobno najbliżej od dziesięcioleci. Według podekscytowanych autorytetów ludzkość miała dużo szczęścia. Może i miała. Ryby też, skoro to ja zająłem kładkę. Uwielbiałem wpatrywać się w zielony, fosforyzujący patyczek założony na szczyt spławika. Uwagę dzieliłem na świetlika i miotłę komety, która faktycznie prezentowała się okazale. Z drugiej strony wielkie mi co. Kawałek góry, może granitowy, może zrobiony z lodu. Przyleciało, pomachało ogonem i poleci. A ja rano znowu rzucę osiedlowym kotom dwie małe płotki. I ten księżyc. Muszę doczytać, jaki wpływ na żerowanie ma pełnia. Niebo powoli przesłaniały chmury. Wpatrywałem się w zielone światełko tak długo, aż popadłem w dziwny stan odmóżdżenia. W ciemnościach, które zapadły, widziałem tylko jedno i myślałem tylko jedno: aby światełko nagłym szarpnięciem powędrowało pod lustro spokojnej wody. Pragnąłem, żeby ryba była warta uwagi. Móc poczuć jej siłę na wygiętym wędzisku. Inaczej na próżno wypadnę ze stanu błogiego odrętwienia. Świetlik przygasł. Były trzy możliwości: albo osłabł mi wzrok, albo poszedł kilka centymetrów pod wodę, albo wcisnęli mi chińskie gówno, które powinno działać cztery razy dłużej. Najpewniej to ostatnie. Norma wykonana, bo wszystko co chińskie i do kupienia w naszych sklepach działa cztery razy krócej niż obiecuje ulotka, miła ekspedientka i nadzieja kupującego, który z uśmiechem wkłada do portfela zaoszczędzone pieniądze. Przyglądałem się, wytężając wzrok, a nawet przybliżając głowę, jakby cokolwiek mogło to pomóc. Mgła była tak gęsta, że przesłoniła fosforyzujący wskaźnik. Ciemna mgła, czarna, pochłaniająca światło otoczenia jak dym z płonącej opony. Ale to tutaj nie śmierdziało i nie snuło się nad wodą, a koncentrowało w jednym miejscu. Latarkę miałem schowaną w torbie kilka metrów za sobą, za daleko, żebym uznał ją za niezbędną. Precz mi z drogi, bo nie widzę świetlika — mruknąłem do siebie. Zagęszczenie ciemności przesunęło się w lewo. Świetlik rozjarzył się pełnym blaskiem. Nie z tej strony, bo tam za chwilę zarzucam wędkę. Wynocha na prawo — zażartowałem w myślach. Jądro ciemności przesunęło się dokładnie tam, gdzie chciałem. Poczułem się nieswojo. Bałem się wydać kolejne polecenie, bo już nie mógłbym posłuchu wytłumaczyć przypadkiem. Proszę bardzo, ale może grzeczniej. Wpadła mi do głowy absurdalna myśl. Robię, mówię i myślę, co chcę. Przynajmniej na rybach. Czuję, co myślisz, rachityczna istoto. Dziś wasz szczęśliwy dzień. Jestem tak blisko. W końcu coś złowię. Nawet podświadomość to podpowiada. Dobra nasza — pomyślałem. Tyle lat samotności. Znów nikogo znajomego. Mao żyje. Mao? Ach ten Mao. Żyje? Nie, ten zbrodniarz już nie żyje. Zresztą co za różnica. Co mnie obchodzi Mao? Właśnie na jego istotę spłynął mój ostatni dar. Dziś pora na ciebie. Dlaczego na mnie? Cokolwiek, durna myśl. Ale czemu nie pociągnąć tematu? Kalkulowałem. Los. Traf. Szczęście. Przypadek. A cóż mi dasz, rybko? Najlepiej przyprowadź mamusię i tatusia. Twój ojciec i matka nie powrócą. Ale mam coś innego. Spełnię jedno życzenie. Nie działaj pochopnie. Nim odlecę na lata, spełnię tę prośbę, która wybije się ponad inne. Będziesz się zastanawiał. Wszystko posiada świadomość. Pamiętaj i żegnaj. Zanim zdążyłem zastanowić się i odpowiedzieć, czarna mgła podniosła się jak rój małych muszek. Uleciała w górę i zniknęła na tle czarnego nieba. Odwaliło mi od tego spławika — bąknąłem pod nosem. Wstałem i sięgnąłem do torby po latarkę. Po dwa piwa.A przy okazji po latarkę. Żadnego brania, za to plątanina myśli. Co mi się roiło w głowie? Czym była tajemnicza mgła? Kiedy zrobiło się całkiem jasno, obie półkule doszły w końcu do jednomyślności. Zmęczenie, zapatrzenie, zamyślenie, złudzenie. Lewa opracowała nawet wzór matematyczny. Zwit przez zmysł równa się cztery razy Z do sześcianu. Ten ostatni, sześcian. Nie byłem pewien, ale kojarzył mi się z rzeczywistością trójwymiarową. Postanowiłem sprawdzić to w domu z kartką w ręku. Wybrałem się do sklepu. Znów perspektywa stania w długiej kolejce, żeby przypadkiem nie zabrakło mleka do kawy albo innego kawałka sera. Jutro cholerna wolna niedziela. W markecie tłum, tak jak się spodziewałem. Na jeden dzień pełne kosze. Ludzie stracili miarę. Przepychając się w kierunku śmietany dostrzegłem staruszkę, biedną, przygarbioną starowinkę. Sięgała po paczkowanego łososia. Ona i ja tak blisko siebie. Podniosła mi ciśnienie. Poznałem ją. Byłem pewien. 30 lat wcześniej pani dyrektor niespodziewanie przyszła na lekcję wychowawczą. Było nas w klasie około 12 chłopaków. Żeńska część klasy akurat ćwiczyła na sali gimnastycznej. Dyra młodzieżowo i na luzie złożyła pośladki na ławce. Poprosiła, abyśmy rozsiadli się wokół niej. Opowiadała, że kończymy pewien etap i zaczynamy poważne życie. Pytała, jak tam u nas z dziewczynami, bo wiek odpowiedni, a laski aż piszczą za takimi kawalerami. Uśmiechała się do nas i szczebiotała tak długo, że nawet ja zmiękłem i pomyślałem, że na koniec pokazała ludzką twarz. Wstała i zbliżyła się do nas, jakby chciała powiedzieć coś w tajemnicy. Odruchowo pochyliliśmy się w jej kierunku. „Chłopcy, zbliża się matura, ale wcześniej jest 1 maja. Będziecie szli w garniturach w pierwszym szeregu ze szturmówkami w rękach. Kogo nie zobaczę na pochodzie, kto się urwie, nie zda matury” – wysyczała ostatnie zdanie. W szkole była przewodniczącą podstawowej organizacji partyjnej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Od razu w pakiecie przypomniała mi się koleżanka ze szkoły podstawowej. Wyjeżdżała z całą rodziną do Niemiec ze względu na pochodzenie. Kwaśne komentarze pedagogów. „Przestał im smakować polski chleb. Niech jadą. Będzie więcej miejsca dla prawdziwych Polaków. To już nie jest wasza koleżanka i właściwie nigdy nią nie była” – ostatnie zdanie wypowiedziane na lekcji miesiąc przed jej wyjazdem. Innym razem trzecia klasa podstawówki. Nauczycielka wciska nam ciemnotę, że jedyna różnica między Wschodem a Zachodem to że tam mleko ma więcej tłuszczu. „A wiecie dzieci, co by było, gdyby takie mleko było w Polsce?” Wydamając policzki, wystękała: „Wszyscy Polacy byliby tacy.” I zrobiła szeroki gest rękami wokół chudego ciała. Ostatnio przypomniała mi się nauczycielka przysposobienia obronnego. Kobieta była babochłopem, niespełnionym kapralem z problemami w genach. Jednak na co dzień dość sympatyczna. Cóż po sympatii, kiedy kurczowo trzymała się programu i kazała nam jako pracę domową rysować satyrę na NATO. Jakież to wszystko było żałosne. Ilu ludzi i wtedy, i dziś sprzeniewierza się sobie w imię spokoju, pieniędzy, awansów, łaskawości rządzących. Zawistnicy, donosiciele i krętacze. I jeszcze obłudnicy i konformiści wszelkiej maści. Rozumiem niudaczników bez kręgosłupa moralnego. Cóż, inaczej nie potrafią. Ilu jednak wybiera łatwe zajęcie, łatwe życie, łatwe zło, wiedząc, co czynią. Chwyciłem karton mleka i uciekłem w stronę kas. Trudno. Resztę kupię w osiedlowym, byle jak najdalej od tej padliny. Co innego mogłem zrobić? Wtedy złamała mnie. Poszedłem na to pierdolone święto ludzi pracy. Byli wszyscy koledzy. Nie wiem, czy ich też, ale mnie to boli do dzisiaj. Jakby zgasiła peta na dłoni. Mam niewidzialną bliznę. Bałem się, bo oczywiste było, że bez matury nie będzie studiów. Za to w zamian trepy. Komu nie opowiadałem, powtarzał, że postąpiłem rozsądnie. Teraz nie mogłem jej nawet tego wykrzyczeć prosto w pomarszczoną gębę. Zaraz byłaby afera, że oprych stresuje Bogu ducha winną staruszkę. Jak tu mieć szacunek do nauczycieli? Do nauczycieli z moich czasów. Dziś może są inni. Żeby być sprawiedliwym, była taka jedna stara i ostra, nie wiem, co bardziej. Uczyła historii. Nie bała się niczego. Powiedziała: „Pamiętajcie, w Katyniu to nie Niemcy rozstrzeliwali polskich oficerów, ale Rosjanie”. Uratowała resztki szacunku w mojej głowie. Próbowałem kupić papier toaletowy. Brak. Ręczniki, chusteczki. Brak. I tak we wszystkich sklepach, do których zajechałem po drodze z pracy. Straszne czasy wracają. Zgroza! Trzeba zacząć zbierać makulaturę. W telewizji nowa intryga.Epidemia. Gdzie? To już pandemia i o dziwo tylko w granicach mojej ukochanej ojczyzny. Doprawdy ciekawe. Na każdym kanale informacyjnym wydanie specjalne. Paski do połowy ekranu. Rozgorączkowane gadające głowy prowadziły dysputy. Co chwila nowy gość, który tłumaczy, jak jest dokładnie odwrotnie niż poprzednik. Objawy tej dziwnej przypadłości nie wyglądały groźnie. Chorzy nie odczuwali bólu, nie mieli gorączki i nie tracili sił. Jedyny symptom to sączące się miejsca w różnych okolicach twarzy. Nie żeby krew, ropa, wrzody i inne drastyczne czyraki. Jak gil z nosa, tyle że obok nosa. Z policzka, brody, czoła, czasem z okolic skroni lub szyi. Nieważna płeć i wcześniejszy stan zdrowia. Co dziwne, nie chorowały dzieci, a im starsi, tym bardziej narażeni. Infekcja dopadła, według szacunków służb medycznych, 28% dorosłych obywateli. Epidemiolodzy twierdzą, że to prawdopodobnie wirus, do tego niesłychanie zjadliwy, sądząc po szybkości rozprzestrzenienia się po całym kraju. Potrzebował kilku godzin. Łóżka dostawiane na szpitalne korytarze. W przychodniach tłumy. Bezradni lekarze przepisują preparaty witaminowe i każą palić chusteczki, którymi chorzy ocierali twarze. Sanepid milczy, ale podobno pracuje na najwyższych obrotach dzień i noc. Ktoś wpadł na pomysł, że patogen opadł z pyłem ogona komety, przez który Ziemia przebijała się w drodze wokół Słońca. To dało mi do myślenia. Analizowałem ostatnie dni. Przypomniałem sobie dziwne rojenia nad wodą. A jeśli faktycznie? Tamtej nocy nie zmrużyłem oka. Kolejna wolna niedziela, a ja półprzytomny za zmęczenia. Spojrzałem w lustro. Wyglądałem, jakbym był po trzydniówce. Postanowiłem jednak i kropka. Najwyżej wyjdę na durnia. Odrętwiały nie miałem apetytu. Wypiłem tylko mocną kawę. Podziałała. Przez chwilę poczułem się względnie normalnie. W drodze na komendę zastanawiałem się, jak rozpocząć rozmowę. Od pierwszych sekund zależy najwięcej. Prawda, tylko prawda. Ona podobno wyzwala. Duży budynek z czerwonej cegły. Wszedłem do środka i od razu do okienka oficera dyżurnego. Dzień dobry. Ja z nietypową sprawą. Dobry. Okradziono pana? Mieszkanie, kieszonkowiec czy samochód? Nie, zupełnie nie to. Chce pan dmuchnąć w alkomat. Przyjrzał mi się. W zasadzie od razu powinienem zapytać. Nie, nie piłem. To zmęczenie tylko. Dobrze. To co pan chce zgłosić? Bo już się pogubiłem. Ktoś pana pobił czy pan kogoś pobił? Policjant papierem toaletowym otarł twarz. Chodzi... Zastanowiłem się, jak łagodnie przekazać ogłoszenie. Chodzi o tą epidemię. Wiem, co jest przyczyną i chciałem to zgłosić. No to niech pan zgłasza. Tu w okienku? Myślałem, że jakiś śledczy w pokoju przesłuchań. Panie, co pan? No dobrze. Byłem na rybach i ja wiem, jak to zabrzmi, ale zjawiła się, pojawiła się. Nie, w zasadzie dobrze. Można powiedzieć, że się zjawiła czarna mgła i no i jak to powiedzieć? Kierowała do mnie myśli. Panie, nie wiem, czy pan pił, czy coś palił albo łykał. Niech pan mi da skończyć! Podniosłem głos, czując, że sytuacja, której w zasadzie nie miałem wcale w rękach, jakoś magicznie wymyka się jeszcze bardziej. Mamy tu dużo roboty. Lepiej idź pan stąd, bo zaraz zrobimy testy na obecność narkotyków i będziesz pan miał kłopoty. Jak ćpać, to w domu i nie wychodzić. Mgła mi powiedziała. Józiu, no co za cudak! Naćpany sam na komisariat zawędrował. Skierował głowę do wnętrza pomieszczenia. Świat na głowie staje. Pewnie wariat — dotarła stłumiona odpowiedź. Ale ta mgła powiedziała, to znaczy przekazała, że da mi życzenie jak złota rybka. Rozumie pan? Ech, to skomplikowane. Daj mi jedno, to zamienię cię w ryzę papieru, bo właśnie się kończy. A ja wtedy, znaczy się kilka dni temu pomyślałem, że tym wszystkim skurwysynom chciałbym napluć w twarz. Robert Zabacki, „Kierownik hotelu”. Opowiadanie nagrodzone w konkursie Rubieże rzeczywistości. Kierownikiem hotelu byłem niemal całe życie. Pamiętam, jak kiedyś personel traktował każde moje słowo niczym Boży nakaz. Polecenia były wykonywane bez szemrania. Pokojówki i recepcjonistki rzadko kiedy odważyły się zapytać o cokolwiek. Ja mówiłem, oni słuchali. Wszyscy przykładali się do swojej pracy. Klienci zawsze byli zadowoleni i często gratulowali mi tak wzorowego zarządzania hotelem. Mój ośrodek otrzymał nawet kilka wyróżnień, głównie z powodu właściwego gospodarowania zasobami ludzkimi i nowatorskich rozwiązań technicznych. To właśnie było moim hobby. Elektronika. Cały budynek był monitorowany. Wszystkie instalacje zamontowałem samodzielnie.Zainstalowałem również system głośników służący do porozumiewania się z personelem. Mogłem spokojnie zajmować się formalnościami w gabinecie, a jednocześnie przyglądać się pracy podwładnych i w razie potrzeby zdalnie komunikować się z nimi, wydawać polecenia. Choć tak rygorystyczny nadzór może wydawać się niektórym przesadą, efekty moich zabiegów były więcej niż zadowalające. Hotel prosperował niczym dobrze nakręcony mechanizm. Każdy zaistniały problem był natychmiast zauważany i eliminowany. Każdy znał swoje miejsce, a ja cieszyłem się przychodami, o których konkurenci z branży hotelarskiej mogli tylko pomarzyć. A teraz? Chaos. Odkąd zarządzaniem zajął się mój syn, wszystko się posypało. Nie jest to wyłącznie jego wina. W tych czasach bardzo ciężko o dobrych pracowników i to również musiało przyczynić się do obecnego stanu rzeczy. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo staram się usprawiedliwiać mojego następcę, z bólem serca muszę przyznać, że nie wszystko funkcjonuje tak, jak powinno. Powiem więcej: nic nie jest tak, jak powinno. Personel zupełnie nie przykłada się do pracy. Pokojówki są niedbałe. Swoją pracę wykonują po łebkach i wystarczy przesunąć łóżko czy zerknąć za dowolny mebel, żeby przekonać się, jak iluzoryczna jest czystość i porządek, o które powinny dbać. Konserwator rozpił się i nagminnie zapomina o koniecznych naprawach. Mój syn nawet nie próbuje przemówić mu do rozsądku, a serce ma za miękkie, żeby zwolnić darmozjada. Wewnętrzne problemy hotelu odbijają się oczywiście na klientach. Goście narzekają na niewyremontowane pokoje i niesmaczne posiłki. I mają świętą rację. Od kiedy odszedłem ze stanowiska, nikt nie zawracał sobie głowy odnowieniem wnętrz, sprowadzaniem świeżych dostaw do kuchni czy promocją hotelu. Wszyscy inni ogłaszają się w internecie, mają własne strony, figurują w wielu bazach noclegowych. A u nas? Kilkuletnie wyblakłe billboardy w paru miejscach przy trasie. Szczyt marketingu. Kiedyś to wystarczyło. Autostrada przebiegała tuż obok hotelu. Zatrzymywały się u nas znane osobistości, urządzano bankiety okolicznościowe. Ale nic nie trwa wiecznie. Trzeba iść z duchem czasu. Mój syn najwidoczniej nie potrafił myśleć perspektywicznie. Czasami nawet czuję wyrzuty sumienia, że zostawiłem to wszystko na jego głowie. Oczywiście pomagam, jak mogę. Przygotowałem się na to. Kiedy kilka lat temu dotarło do mnie, że niedługo obowiązki kierownika przejmie mój następca, postanowiłem dokonać paru unowocześnień w instalacjach hotelowych. Nie było to wcale proste. Musiałem wykroczyć daleko poza swoje kompetencje i rzucić się na nieznane wody. Modernizacja urządzeń pochłonęła sporo czasu i pieniędzy, ale rezultat okazał się wart zachodu. Udało mi się przedłużyć zasięg komunikatorów głosowych i nadal kontaktuję się z moim synem. Wytłumaczyłem mu to dokładnie przed odejściem, ale najwyraźniej nawał obowiązków przytłoczył go i o wszystkim zapomniał. Teraz, zamiast stosować się do moich zaleceń, ignoruje je. Tak samo jego podwładni. Wmówili sobie, że dawny właściciel nagrał komunikaty głosowe, żeby trzymać ich w ryzach w ten sam sposób co kiedyś. Ich bezmyślność jest taka irytująca. Próbowałem wytłumaczyć synowi wszystko jeszcze raz. Omówiłem każdy szczegół, licząc, że w końcu z moją pomocą weźmie się do roboty. A on co? Zostawił wszystko na barkach niekompetentnego menedżera, wziął urlop i udał się do lekarza. Idiota. Ale to jeszcze nie było najgorsze. Kiedy wrócił, bez ogródek powiedziałem mu, co sądzę o tym wszystkim. Jak nie mogę ścierpieć jego nieumiejętnego zarządzania hotelem i doprowadzania go do ruiny. A on co na to? Popłakał się i uciekł. Następnego dnia przyprowadził za sobą wsparcie. Księdza egzorcystę. Tamtemu mądrali też dałem do wiwatu, ale nawet nie potrafiłem się z tego cieszyć. Cóż za niewdzięczność. Próbuję pomóc, angażuję się, zamiast odpoczywać. I co z tego mam? Własny syn ucieka przede mną i próbuje wypędzić. Ja mu dam. Albo weźmie się w garść, albo sam będę musiał się wszystkim zająć. Wciąż potrafię rozporządzać ludźmi. W zasadzie teraz tym bardziej będą czuć do mnie respekt, a obecna perspektywa zapewni mi jeszcze dokładniejszy wgląd w ich pracę. To, że nie żyję od kilku lat, wcale nie znaczy, że nie mogę już być kierownikiem.
[02:55:30] - Proszę państwa, i teraz moje tradycyjne „właśnie skończyliśmy kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji”. Przykro mi bardzo, ale jednocześnie miejcie państwo nadzieję. Już za tydzień spotykamy się ponownie. A teraz już pięknie dziękuję za dzisiejszą audycję, że byliście państwo i słuchaliście tych treści, które wspólnie z Markiem i z Piotrem przygotowaliśmy dla państwa. Życzę państwu pięknego, ciepłego, w ogóle wiosennego, fajnego weekendu. Tak na najbliższy czas to życzę dobrej nocy. I cóż, wszystkiego dobrego. Do usłyszenia za tydzień.
[02:56:14] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.