[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Tak to już bywa, że w piątek po 20:00 nowych książek przybywa. Nowych książek i nowych filmów oraz rozmów z ciekawymi gośćmi. Zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek San Ivellios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór państwu. Cóż, tak jak powiedział Ivellios, książek przybywa, filmów też. A w dodatku dla tych wszystkich, którzy jutro pojadą do Emilcina, wybieram się tam, wybiera się tam również Piotr Cielebiaś, więc dla tych wszystkich, którzy wybiorą się do Emilcina, wspólnie z Piotrem przygotowaliśmy niespodziankę. O szczegółach polecam kanał Piotra. Na tym kanale pojawiła się wczoraj audycja live'owa, ale ona jest zapisywana w internecie, więc tam odsyłam państwa po szczegóły. Trzeba będzie spełnić pewne zadanie, ale nagroda, myślę, jest całkiem konkretna. Składa się właśnie z książek. I tych książek, które Piotr napisał, i tych książek, które ja napisałem. W każdym razie myślę, że warto. A w ogóle warto na piknik do Emilcina się udać. To jest podróż, proszę państwa, dla niektórych dosyć odległa. Sam coś o tym wiem, bo spędzę jutro za kółkiem wiele godzin, ale jakoś sobie poradzimy. Myślę, że wydarzenie takie jak trzeci piknik w Emilcinie, piknik ufologiczny właściwie, to jest rzecz warta tego, żeby się tam znaleźć po prostu. Bardzo serdecznie zachęcam. Wiem, że decyzja podjęta w ostatniej chwili u większości z państwa raczej nie wchodzi w grę, ale może słuchają mnie w tej chwili ludzie, którzy już taką decyzję podjęli. A zatem obojętnie, czy się państwo wybieracie ciałem, czy tylko duchem, do zobaczenia w Emilcinie. Źle to zabrzmiało, bo tak jak koniec audycji. Więc może jednak się nie żegnajmy. Zobaczymy się w Emilcinie, a teraz rozpoczynamy Akademię Wszelkiej Fikcji. Tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych. Pierwszy tytuł to pierwszy tom pewnego cyklu. Tytuł: „Co się kryje za woalem. Ciało i kości”. To podtytuł. Tom pierwszy, autor Harper Woods, wydawnictwo Fabryka Słów. Data premiery: 8 dzień maja. Kiedyś czciliśmy ich jako bogów. Przez 400 lat woal oddzielał nas od mrocznej magii. Pod okiem nowych bogów ludzkość porzuciła grzech na rzecz surowej cnoty i walki o przetrwanie. Całe życie spędziłam na granicy światów, lgnąc do zakazanej magii niczym ćma do ognia. Potem ginęliśmy od ich mieczy. Dzień, w którym woal pęka, kończy nasz świat. Bae powracają, a ich magia naznacza ofiary. Wybór jest tragiczny. Niewola u najeźdźców albo śmierć z rąk rodzimej Straży Mgieł, która nie bierze jeńców. Muszę uciekać, jeśli chcę zachować wolność i życie. Teraz upomną się o to, co ich. Zanim dopada mnie dziki gon, ratuje mnie Caleum, naznaczony wojownik o potężnej mocy. Wspólna ucieczka to droga przez kłamstwa, niepewne sojusze i pożądanie, które w świecie skąpanym we krwi staje się śmiertelną słabością. Gdy zło zaciska pętlę, serce przestaje słuchać rozumu. Myślisz, że wiesz, co kryje się za woalem? Spróbuj zmierzyć się z tą prawdą. A ja przypomnę. Autorka Harper Woods, tytuł: „Co się kryje za woalem”. Podtytuł: „Ciało i kości”. Wydawnictwo Fabryka Słów. Data premiery: 8 dzień maja. Druga książka nosi tytuł: „Landsberg. Miasto z mgły”. Autor Maciej Dudziak, wydawnictwo Muza SA. Data premiery: 13 maja. Przeszłość nigdy nie znika. Czeka tylko, by o sobie przypomnieć. Wiosną 1933 roku w niemieckim Landsbergu nad Wartą dochodzi do serii porwań i morderstw dzieci. Śledztwo prowadzi komisarz Karl Faber. Wkrótce odkrywa, że prawda jest znacznie groźniejsza niż zbrodnia i prowadzi wprost do fundamentów rodzącego się nowego porządku. Wraz z dojściem nazistów do władzy zło przestaje się ukrywać. Przenika do instytucji, prywatnych domów i ludzkich sumień. Świat całkowicie traci moralne hamulce. Przemoc staje się normą, a milczenie-Strategię przetrwania. We współczesnym Gorzowie Wielkopolskim młoda dziennikarka trafia na ślady historii, która nigdy nie została domknięta. Melodia starej pozytywki, zapomniane dokumenty i wspomnienia świadków splatają przeszłość i teraźniejszość w mroczną opowieść o pamięci, o winie i o cenie prawdy. Przypomnę: "Landsberg. Miasto z mgły". Autor Maciej Dudziak, wydawnictwo Muza SA. Data premiery 13 maja. I trzecia książka na dzisiaj, która nosi tytuł "Spowiedź żołnierza dwóch armii". Autor Tadeusz Filipowicz, wydawnictwo Agencja Produkcji Telewizyjnej i Reklamowej Big Art, Tomasz Okoń. Data premiery 10 maja 2026. Szokujące wspomnienia i relacje uczestnika i świadka wydarzeń II wojny światowej. Tomasz Okoń, twórca kanału Historia bez cenzury, napisał o tej książce: "Przyznam, że biorąc do ręki tekst 'Spowiedź żołnierza dwóch armii', spodziewałem się kolejnych nudnych wspomnień człowieka, któremu przyszło żyć w czasie II wojny światowej. Jak bardzo się myliłem! Mimo że książka nie jest napisana ręką wytrawnego pisarza, już od pierwszych stron pochłonęła mnie całkowicie. Autor bardzo szybko przeniósł mnie w świat biednej poleskiej wsi, lecz także w rzeczywistość wojny i bez miaru okrucieństwa. Świat, w którym ideały młodego człowieka i jego chęć działania zderzyły się z brutalnością czasów wojny i doprowadziły do tragedii najbliższych. Jest to pamiętnik niezwykle cenny, często cenniejszy niż naukowe analizy historyków. Autor pokazał mi po raz kolejny, że wojna to nie romantyczna walka, lecz okrutna codzienność, w której niełatwo przeżyć i zachować resztki człowieczeństwa." Przypomnę tytuł: "Spowiedź żołnierza dwóch armii". Autor Tadeusz Filipowicz, wydawnictwo Agencja Produkcji Telewizyjnej i Reklamowej Big Art, Tomasz Okoń. Data premiery 10 maja. Tak, proszę państwa, to były polecanki na dzisiaj. I tradycyjnie już zapraszam teraz na korepetycje filozoficzne. Są filozofowie, których nazwiska zna każdy student filozofii, ale powiedzmy sobie to szczerze: tych filozofów mało kto naprawdę czyta. I są też tacy, którzy wyglądają jak postacie wyciągnięte z osobliwej powieści gotyckiej. Trochę uczeni, trochę mistycy, trochę ekscentrycy. Do tej drugiej kategorii należał bez wątpienia Henry More, siedemnastowieczny angielski filozof, duchowny, uczony i jeden z najdziwniejszych ludzi swojej epoki. Człowiek, który próbował pogodzić Kartezjusza z duchami, matematykę z aniołami, a nowoczesną naukę z przekonaniem, że wszechświat jest przesycony niewidzialnym życiem. I trzeba przyznać, robił to z imponującym rozmachem, bo wiek XVII był czasem osobliwym. Europa wyglądała wtedy jak laboratorium, w którym ktoś wymieszał alchemię, astronomię, religię, wojnę domową, matematykę i apokaliptyczne lęki. Z jednej strony Galileusz kierował teleskop ku niebu, Kepler opisywał ruch planet, a Newton powoli szykował się do stworzenia nowej fizyki. Z drugiej strony ludzie nadal panicznie bali się demonów, wróżb i czarownic oczywiście. Uczony mógł rano liczyć trajektorię komet, a wieczorem pisać traktat o duchach nawiedzających cmentarze. I właśnie w tym świecie pojawił się Henry More. Urodził się w 1614 roku w Grantham w Anglii. Co ciekawe, w tym samym mieście kilkadziesiąt lat później chodził do szkoły młody Isaac Newton. Można więc powiedzieć, że niewielkie Grantham wydało dwóch ludzi, którzy próbowali zrozumieć strukturę wszechświata, choć każdy na swój sposób. Newton przy pomocy matematyki, More przy pomocy metafizyki, intuicji i bardzo odważnej wyobraźni. More należał do grupy zwanej platonikami z Cambridge. Było to środowisko filozofów i teologów przekonanych, że świat nie jest wyłącznie mechaniczną maszyną. Nie podobała im się wizja człowieka sprowadzonego do biologicznego automatu, ani też wizja wszechświata działającego jak bezduszny zegar. A właśnie taka wizja zaczynała powoli triumfować. Kartezjusz twierdził przecież, że zwierzęta są właściwie skomplikowanymi mechanizmami. Ciało ludzkie również miało działać mechanicznie. Materia poruszała się zgodnie z prawami fizyki niczym tryby ogromnej maszyny.Henry More poczuł wobec tego głęboki niepokój. Bo jeśli świat jest wyłącznie maszyną, to gdzie jest miejsce na duszę? Gdzie miejsce na Boga? Gdzie świadomość, miłość, wolność, mistyka, anioły, duchowe doświadczenie? I tutaj zaczyna się najbardziej fascynująca część tej historii. More nie odrzucał nowoczesnej nauki. Przeciwnie, interesował się matematyką, astronomią i filozofią przyrody, ale uważał, że materializm prowadzi do katastrofy duchowej. Że człowiek zamknięty w mechanistycznym świecie prędzej czy później uzna samego siebie za biologiczny przypadek. Brzmi to znajomo, prawda? W pewnym sensie Henry More przewidział wiele współczesnych sporów. Dzisiejsze dyskusje o sztucznej inteligencji, świadomości, redukcjonizmie czy naturze umysłu. Te wszystkie dyskusje mają w sobie coś z jego dawnych lęków. On pytał, czy myśl można sprowadzić do ruchu materii? Czy świadomość jest tylko efektem pracy maszyny biologicznej? Czy wszechświat bez ducha nie staje się kosmiczną pustynią? Dlatego próbował stworzyć filozofię, w której rzeczywistość ma również wymiar duchowy. Jednym z jego najbardziej niezwykłych pomysłów był tak zwany duch natury. Brzmi trochę jak tytuł albumu progresywnego zespołu rockowego z lat 70., ale More traktował tę ideę całkiem serio. Według niego pomiędzy Bogiem a materią istnieje coś pośredniego. Niewidzialna zasada organizująca świat. Coś, co sprawia, że materia zachowuje porządek oraz celowość. Nie była to osobowa istota ani klasyczny duch religijny, raczej subtelna siła przenikająca kosmos. Trochę jak metafizyczne pole energetyczne. More uważał, że czysto mechaniczne prawa nie tłumaczą wszystkiego. Że w przyrodzie istnieje pewna inteligencja organizująca rzeczywistość niejako od środka. W pewnym sensie próbował zasypać przepaść między światem materii a światem ducha. I tutaj robi się jeszcze ciekawiej. Filozof był jednym z pierwszych filozofów nowożytności, którzy otwarcie twierdzili, że przestrzeń może być czymś więcej niż pustką. Dla Kartezjusza przestrzeń była po prostu rozciągłością materii. More uważał natomiast, że sama przestrzeń ma niemal duchowy charakter. To pomysł zaskakująco nowoczesny, bo kiedy dziś fizycy mówią o strukturze czasoprzestrzeni, o polach kwantowych czy o niewidzialnych właściwościach próżni, trudno nie zauważyć, że XVII-wieczny ekscentryk intuicyjnie przeczuwał coś bardzo dziwnego. Pustka może wcale nie być pusta. Oczywiście More nie był fizykiem w nowoczesnym sensie. Bywał naiwny, czasem wręcz pogrążał się w oparach fantastyki. Interesował się relacjami o duchach, zjawiskach paranormalnych oraz o demonach. Pisał teksty o opętaniach i nadprzyrodzonych manifestacjach. Ale uwaga! Nie dlatego, że był łatwowiernym szaleńcem. On po prostu uważał, że filozofia nie może ignorować ludzkiego doświadczenia. Ignorować go tylko dlatego, że jest ono niewygodne. Jeśli ludzie od tysiącleci opowiadają o zjawiskach duchowych, to może, twierdził More, nie wszystko da się wyjaśnić mechaniką. I tutaj znowu okazuje się zaskakująco współczesny, bo dzisiejszy świat też jest rozdarty między skrajnymi stanowiskami, między racjonalizmem a tęsknotą za czymś więcej. Z jednej strony technologia, algorytmy, neurobiologia, z drugiej ogromne zainteresowanie duchowością, świadomością, doświadczeniami granicznymi, mistyką. Henry More prawdopodobnie powiedziałby: a nie mówiłem? Co ciekawe, on był również przeciwnikiem ateizmu, ale nie takim prostym kaznodzieją grożącym piekłem. Jego argumenty były bardziej subtelne. Uważał, że całkowicie materialistyczny świat jest po prostu filozoficznie niepełny. Że nie tłumaczy sensu, wartości ani samego faktu istnienia świadomości. I dlatego More tak bardzo fascynował się Platonem. W platońskiej wizji rzeczywistości świat materialny nie jest wszystkim. Istnieje jeszcze głębszy poziom. Świat idei, duchowych zasad, porządku i sensu. More próbował przenieść ten sposób myślenia do epoki naukowej rewolucji. To zadanie, powiedzmy sobie to szczerze, było niemal niemożliwe, bo XVII wiek coraz szybciej skręcał w stronęMatematycznego opisu rzeczywistości. Nadchodził Newton, nadchodziło oświecenie, nadchodził triumf mechaniki, a Henry More wyglądał trochę jak ostatni strażnik świata. Świata, w którym kosmos był jeszcze żywy. Świata, w którym gwiazdy nie były wyłącznie kulami gazu, lecz częścią wielkiej matematycznej harmonii. I może właśnie dlatego jego filozofia jest dzisiaj tak interesująca. Nie dlatego, że wszystkie jego idee okazały się trafne. Wiele z nich brzmi dziś egzotycznie, ale dlatego, że zadawał pytania, które wciąż wracają. Czy człowiek to tylko biologiczny mechanizm? Czy świadomość można całkowicie wyjaśnić fizyką? Czy rzeczywistość ma wymiar duchowy? Nauka opisuje wszystko, czy może tylko część świata? I wreszcie, czy wraz z postępem technologicznym nie tracimy czegoś bardzo ważnego? Henry More przypomina trochę filozoficznego latarnika stojącego na granicy dwóch epok. Za jego plecami powoli gasł świat średniowiecznej symboliki i metafizyki. Przed nim rodził się świat nauki, techniki, świat racjonalizmu. A on? A on próbował połączyć oba te światy. Może dlatego jego pisma są czasem chaotyczne, pełne dziwnych, a czasami bardzo dziwnych intuicji. Są też pełne osobliwych pomysłów, ale właśnie dzięki temu mają w sobie życie. Nie są zimną, formalną analizą. Są zapisem walki o duszę świata. A taka walka chyba nigdy nie jest nudna. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. A teraz czas na odrobinę prozy. Zapraszam zatem państwa na dwa krótkie opowiadania. Pierwsze z tych opowiadań napisał Robert Zawadzki. Nosi ono tytuł „Autorepresje”. To opowiadanie przeczyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”. Drugie opowiadanie to opowiadanie Tomasza Fąsa „Cyberczłokiej i mali bogowie”. To opowiadanie przeczyta autor. Bardzo serdecznie zapraszam.
[20:58] - Robert Zawadzki – „Autorepresje”. Siedzę wieczorem przed komputerem. Moim wieczorem, czyli o drugiej w nocy. Mała usnęła jakiś czas temu. Leży teraz w łóżku prawie zupełnie odkryta. Zmiętą kołdrę ma przytuloną do brzucha i ściśniętą, jakby chciała mi powiedzieć, że skoro nie ma mnie przy niej, to musi sobie radzić sama. Nie wiem w zasadzie, czym się teraz zajmę. Zazwyczaj czas po jej zaśnięciu poświęcam na pisanie, ale tym razem nie mam chęci ani pomysłów. Wczoraj zakończyłem pracę nad dłuższym tekstem. Teraz czekam na wiadomości zwrotne od paru przyjaciół, którym wysłałem go do przeczytania. Potem ewentualne korekty i do wysłania. Teraz nie chcę zajmować się niczym nowym, bo potem będę miał problem z powrotem do pierwszego. „I co? Dumny jesteś z siebie?” Odwracam się. Na krześle przy oknie siedzi on. Widzę szyderczy uśmiech na jego nieogolonej gębie, kiedy wyjmuje z kieszeni paczkę fajek i zapala jedną. „Zawsze musisz się tak gapić?” – pyta, strzepując popiół na panel. „Może nie gapiłbym się, gdybyś zachowywał się jakoś. Dał znać, że przyjdziesz chociaż minutę wcześniej”. „A ty co? Źle ci? Powinieneś cały dzień czekać na mnie jak na papieża, a ty ledwo mi raczysz krzesło zostawić i okno niedomknięte”. Na usta ciśnie mi się riposta. Mam ochotę zmyć ten jego głupkowaty uśmieszek, ale gdzieś głęboko czuję, że ma trochę racji w swoim poczuciu wyższości. „Chcesz kawy?” – pytam tylko. Kiedy wracam z dwoma kubkami, stoi przy łóżku i głaszcze małą po włosach. „Trzymaj” – wciskam mu jeden – „i siadaj”. Bierze łyka i na powrót lokuje się przy oknie. „Wiesz, naprawdę cię nie rozumiem. Masz taką śliczną dziewczynę, a piszesz o takich brzydkich rzeczach. Nie, żeby nie odpowiadał mi nasz układ. Opowiadam ci o tym całym cholerstwie i ty robisz z tego coś ładnego. Mi to pasuje. Naprawdę potrzebuję, żeby to z siebie wyrzucić. Ale wytłumacz mi, co ty z tego masz. Mógłbyś sobie przecież normalnie, ładnie w dzień o niej, o sobie. Wiesz, jak to się robi. A ty jednak wolisz siedzieć tu ze mną po nocy, a ja nigdy nie mam nic dobrego do powiedzenia. Zawsze tylko pytania bez odpowiedzi. Brud, beznadzieja i wszystko, co złe”. Tym razem to ja się uśmiecham. „Wiesz, tak to już chyba jest, że dobre rzeczy chce się zatrzymać dla siebie, a złe trzeba z siebie wyrzucić. Inaczej samo wyjdzie i to w dużo gorszy sposób. A jak można zrobić z tego jeszcze coś dobrego, to chyba warto, co?” „A jak tam se chcesz. Ty jesteś szefem, ale potem nie narzekaj, że boli”.Opróżnia kubek do końca i wrzuca peta do środka. Potem przysuwa swoje krzesło bliżej mojego. Przed szóstą wychodzi, a mnie jak zwykle boli głowa. Wyrzucam niedopałki, myję szklanki i idę wziąć prysznic. Umyty kładę się koło małej i całuję ją w szyję. Raz, drugi. No myszko, czas wstawać. Z westchnieniem wtula się we mnie. Jej ciepłe ciałko sprawia, że napięcie i kofeina, dwa czynniki, które podtrzymywały mnie przez całą noc, momentalnie przestają działać. Dociera do mnie całe zmęczenie i mało brakuje, żebym sam usnął. Próbuję odegnać senność jeszcze na chwilę. Swoimi ustami znajduję usta małej, a potem łapię ją za ramię i delikatnie potrząsam. Za pół godziny ma autobus do pracy. Jeśli nie ja, to za minutę lub dwie obudzi ją budzik. Mimo to wiem, że taka pobudka będzie przyjemniejsza dla każdego z nas. Kiedy otwiera swoje senne oczka, czuję, jakbym wrócił z długiej podróży. „Czemu nie śpisz?” Mamroczę pod nosem. „Pisałem kochanie”. „To znaczy, że nie spałeś całą noc?” Teraz mówi już wyraźniej. Z udawanym oburzeniem dodaje: „Zostawiłeś mnie samą w łóżku na tak długo. Nie wstyd ci?” Całuję ją długo w usta, a kiedy odsuwam twarz, widzę, że marszczy brwi. „Dziwnie smakujesz. Paliłeś?” „Nie, kochanie. Wydaje ci się”. Wzdycha i siada na skraju łóżka. „To ja się ubieram, a ty się kładź”. Czuję jej usta na policzku. „I ogól się jak wstaniesz, bo drapiesz misiu”. „Dobrze myszko, a jak wrócisz to coś ci przeczytam”.
[26:25] - Tomasz Fąks „CyberJockey i mali bogowie” czyta autor. Idealnie animowana kropla wody sunęła po konstrukcji stalowej, pozostawiając za sobą mokry ślad. Po chwili jej kulisty kształt przeistaczał się w zarys konia w galopie, zaś z pozostawionej smugi formułował się napis CyberJockey. Ujeżdżanie kobyły cybernetyzacji. Zdecydowanie zbyt pretensjonalne. Pomyślałem. Muszę jeszcze popracować nad tym klipem reklamowym. A może tak CyberJockey Cybernetyzacja wszystkiego? Kiedy zakładałem firmę, CyberJockey wydawał mi się dość chwytliwą nazwą. Teraz zaczynałem mieć wątpliwości. Nagle sygnał komunikatora powiadomił mnie o nowej wiadomości. Peon: Czy zajmuje się pan konserwacją i rozbudową sprzętu HIWI na indywidualne zlecenia? Odpisałem bez zastanowienia. CyberJockey: Tak, ale jeżeli prace będą niestandardowe, to policzę dodatkowo za projekt. Peon: Cena nie jest istotna. Proszę przybyć osobiście o dziesiątej do głównej siedziby nowego Kościoła Egot geistów pod wezwaniem profesora Corcorana. Zależy nam na dyskrecji. Czytając ostatni komunikat zacząłem się trochę obawiać, że zlecenie może być nie całkiem legalne. Ale cóż było robić. Desperacko potrzebowałem dochodów. Na miejscu czekał na mnie czarny, monolityczny gmach, który kojarzył się raczej z halą produkcyjną niż z miejscem osobliwych doznań mistycznych. Nie dałem się jednak zwieść pozorom. Od progu komunikat z głośnika przykazał, bym ustawił się prosto przed drzwiami. Po przeskanowaniu zostałem wpuszczony do środka. Oczom moim ukazała się sylwetka przygarbionego, łysego mężczyzny ubranego w biały garnitur. Ktoś mi kiedyś powiedział, żebym nigdy nie wierzył mężczyznom ubranym na biało, ale pozostawiłem to milczeniem. Pan... Jak właściwie powinienem się do pana zwracać? Zapytał jegomość. CyberJockey będzie całkiem w porządku odparłem. Rozumiem. Ceni pan sobie prywatność. Dobrze więc, niech tak będzie. Pan tu jest ekspertem, przynajmniej w kwestii technologii. Przemawiała przeze mnie nie tylko nonszalancja. Ostatecznie mój rozmówca mógł być bardziej kumaty, niż się z początku wydawało. Natomiast moje imię i nazwisko w rękach specjalisty sieciowego na przykład mogłoby mi narobić nie lada problemów. Ot, chociażby poprzez negatywne otagowanie, a kto wie, może nawet włamanie na jedno z moich kont. Dlatego też odruchem rozsądnych ludzi od dawna było zachowywanie swoich danych dla siebie. A pana jak mam nazywać? Dopytałem po chwili namysłu. To doprawdy bez znaczenia. Może mi pan mówić po prostu Peon. Posługuję się takim nickiem. Czy pan zna założenia naszej religii? Szczerze mówiąc nie, panie Peon. Mam dosyć ogólne pojęcie o takich sprawach jak wiara w Boga. My nie wierzymy w Boga, panie Cyber. My jesteśmy bogami. W jakim sensie? Jak najbardziej dosłownym. By jednak swą boskością nie zaburzać zastanego ładu świata, korzystamy z komór wirtualnych.Tam w sposób nieszkodliwy dla otoczenia możemy manifestować naszą wszechmoc. Bogowie na wirtualu? Brzmi to raczej jak kliniczny przypadek eskapizmu niż religia. Wszystko jest kwestią aksjomatów, panie Cajber. Panu się wydaje, że pan doświadcza świata prawdziwego, a w istocie... Odbieram sygnały przez zmysły – przerwałem. Tak, tak, to oczywiste. Niemniej w tym jakże wątpliwym realu przyszło nam się odnaleźć i funkcjonować. Pan za to proponuje zastąpienie go wirtualem cudownym i łatwiejszym. A to już brzmi trochę jak narkomania. Cóż, szanuję pańskie spojrzenie, ale z całym szacunkiem zależałoby nam raczej na ekspertyzie w kwestiach technicznych. Chyba że pan z przyczyn etycznych nie przyjmuje zlecenia. Och, tego nie powiedziałem. Jeśli rzecz dotyczy dorosłych i wolnych ludzi, jestem do pańskiej dyspozycji. Co dokładnie jest do zrobienia? Prawdę mówiąc, czułem pewne obiekcje, ale jednak potrzeba finansowa zwyciężyła. Pierwsza spośród powierzonych mi komór wirtualnych stanowiła boskość z maszyny. Tak ją przynajmniej nazwałem, albowiem lokator wymyślił sobie rzeczywistość kół zębatych i krzywek w równym rytmie odzwierciedlających pory dnia i roku. Jego wyznawcy, automatony regulowane mechanizmem zegarowym, codziennie o stałych porach oddawali cześć swemu stwórcy, po czym krążyli w kółko po wyznaczonych trasach. Jakie to musi być nudne – powiedziałem, przeglądając nagrania. Pan nie dostrzega istoty rzeczy, panie Cajber. Iluż problemów współczesności dałoby się uniknąć, gdyby pozbawić świata największego błędu Stwórcy. A mówi pan o...? Wolnej woli oczywiście. Większość ludzi zupełnie nie wie, co ma z nią robić, a piętno odpowiedzialności przytłacza co bardziej świadomych. Wolne żarty. Przecież pan tutaj czyni ludzi bogami, a zatem podnosi pan wolną wolę do kwadratu. Zgoda, ale tylko na wyraźne życzenie jednostek. I w ograniczonym zakresie. To zabawne, ale właśnie badanie ograniczeń jest tym, co wszyscy moi podopieczni czynią, gdy tylko odnajdą się w nowej sytuacji. Zawsze sprawdzają, jak wiele rzeczywiście mogą. Zupełnie jak małe dzieci. To prawda. Dominują obecnie poglądy, aby kreatywności pociech nie hamować w żaden sposób. Z moich obserwacji jednak wynika, iż właśnie konfrontacja z ograniczeniem jest tym, co najbardziej stymuluje twórczość małych bogów. Przypuszczam, że gdybym nie dawał im żadnych granic... Mam nadzieję, że rozważamy to teoretycznie. Pan rozumie, że nie ma technologii wirtualnej bez ograniczeń. Tak, to prawda. No więc gdybym jednak jakimś cudem im te granice usunął, to przypuszczam, że nie byliby w stanie stworzyć niczego. Pan jako inżynier ma dużo łatwiej. Musi pan przestrzegać określonych reguł, korzystać z dostępnych rozwiązań i realizować zamówienia klientów. Co by jednak było, gdyby przykazano panu wymyślić cokolwiek, tak zupełnie bez żadnego punktu odniesienia? Milczałem w zastanowieniu. Peon kontynuował. Powiem. Prawdopodobnie nic by pan nie stworzył. W najlepszym wypadku byłoby to coś banalnego lub rzecz oparta na sztucznie sobie nałożonych ograniczeniach, chociażby z wcześniejszych zamówień. Nadal nie wiedziałem, co powiedzieć właściwie. Mój rozmówca wyraźnie się nakręcał. Aby jakoś załagodzić sytuację zabrałem się za notowanie elementów, które trzeba będzie zamówić. A czego konkretnie potrzeba w tej komorze? Myślę, że naszemu mechanikowi dobrze zrobi lepszy interfejs do projektów. Komora druga była wyraźnie odmienna od pierwszej, także pod względem technicznym. Tym razem miałem do czynienia z prawdziwym artystą. Rzeczywistość jego składała się z surrealistycznych fal materii, swobodnie wypaczających obrazy, jakie znałem ze świata codziennego. Grawitacja działać miała w rozmaitych kierunkach, zaś holograficzne wizje wypełniały koślawe hybrydy ludzi, zwierząt czy zjawisk przyrodniczych. Naturalnie sił grawitacji przekierować się nie da, jednak projekt zakładał symulację z udziałem nawiewu, magnetyzmu oraz ramienia robotycznego. Dodatkowo surrealista potrzebował, by poza wiatrem, deszczem i wstrząsami wewnątrz jego komory możliwe było także doświadczanie opadów śluzu i galarety o zmiennej gęstości, a także chciał ponad podstawowej gamy kolorów i zapachów. Nie było w tym może szczególnych technicznych trudności, jednak należało bardzo uważać z projektowaniem hydrauliki.Zdawałem sobie sprawę, że odbiorca tego rodzaju będzie szczególnie źle reagował na jakiekolwiek opóźnienia lub awarie. Peon także bez większych opóźnień ani oporów wyłożył zaliczkę, o którą poprosiłem, więc natychmiast zabrałem się za listę niezbędnych komponentów. Trochę mnie to wszystko jednak zastanawiało. A właściwie to skąd te fundusze? Czy w komorach są sami ekscentryczni bogacze? „To raczej ja jestem ekscentrycznym bogaczem, panie Cajber. Ale nie robię tego całkiem bezinteresownie. Wszystko, co moi bogowie wymyślą, a co później jest symulowane przez komory, stanowi koniec końców moją własność. Mam już pewien pomysł na oparte o ich wizje parki rozrywki. Poza tym obserwacja bogów przy pracy to także rodzaj eksperymentu naukowego”. Myślałem, że chodzi o religię. „Jedno nie wyklucza drugiego. Czy Bóg nie może być jednocześnie naukowcem i biznesmenem? Na początkowym etapie, z powodu braku środków musiałem czasem wyłączać komory. To, co działo się z niektórymi bogami, gdy się pozbawiało ich mocy, nie było miłym widokiem. Po prawdzie miał pan trochę racji, że to jest rodzaj uzależnienia, czasem niemal narkotycznego. Z drugiej strony wszyscy decydują się dobrowolnie. Nie poddajemy im żadnych substancji psychoaktywnych. Tu są tylko projekcje holograficzne i lekkie bodźce natury fizycznej, jak drgania, nawiewy czy natryski”. Chwila, chwila. Przecież oni sobie muszą zdawać sprawę, że to jest wszystko na niby. Żadnemu się nie znudziło? „Były i takie przypadki. Kilka osób zrezygnowało z własnej woli i wiodą szczęśliwe życie w świecie, który zwykliśmy uważać za realny. Jednak większość przyzwyczaja się do swej boskości. Po pewnym czasie immersja jest tak duża, że pamięć o nierealności tego świata w ogóle im nie przeszkadza. Przyzwyczajają się po prostu”. Trzecia komora zdziwiła mnie chyba najbardziej. Zawierała ona dokładnie holograficznie odwzorowany fragment świata zewnętrznego, pogranicza strefy mieszkalnej i lasu. Oczywiście dostanie lokalu w tak atrakcyjnej okolicy mogłoby trochę kosztować, jednak raczej nie więcej niż komora wirtualna z jej całodobowym zasilaniem. Peon nie potrafił lub nie chciał mi odpowiedzieć, co dokładnie kierowało nim lub też tym konkretnym twórcą podczas kreacji takiej rzeczywistości. Czy to samo co artystami uprawiającymi hiperrealizm? „Trudno powiedzieć, panie Cajber” – tłumaczył się. „Najwidoczniej nie wszyscy są fantastami. Niektóre umysły nigdy nie wyjdą poza ramy swego doświadczenia doczesnego, a jednocześnie wola mocy i pragnienie tworzenia popycha ich do mnie po boskość”. Jeszcze jedno przyszło mi do głowy. „Doprawdy? Cóż takiego?” W wirtualu nie ma komarów. To znacznie uprzyjemnia kontakty z przyrodą. Komora realisty wymagała jedynie przeglądu technicznego. Jednak z uwagi na wysoki budżet dodatkowo przewidziałem podniesienie rozdzielczości wyświetlaczy. Ostatnia komora była pustym pokojem. To znaczy nie zawierała żadnego sprzętu projekcyjnego ani symulatora. Wewnątrz, poza lokatorem, znajdował się wyłącznie fotel, miejsce do spania i wiele zabezpieczeń przeciwurazowych. Wewnątrz panowała całkowita ciemność. Co to jest? Cela śmierci? – zapytałem poruszony. Pokój psychiatryczny? Cóż pan robi temu nieszczęśnikowi? „Spokojnie, panie Cajber. Zapewniam, że i ten klient jest tutaj całkowicie z własnej woli. On po prostu zrozumiał to, czego pozostali wciąż pojąć nie mogą”. Tak? Co takiego? „Że jak długo ja im dostarczam doznania i narzędzia, tak długo pozostają niewolnikami świata. Mojego świata. Któż więc tak naprawdę jest Bogiem, panie Cajber? Ten, kogo się nie dookreśla. Nasz genialny lokator cały akt stwórczy dokonuje wyłącznie we własnym umyśle”. Zamknięty w czterech ścianach bez bodźców? Toż to można tylko zwariować. „Miałby pan rację w większości przypadków. Tu jednak mamy do czynienia z wybitnym matematykiem i szachistą, który w dodatku cierpi na osobliwy zespół postępujących objawów ze spektrum autyzmu. On wybrał sobie takie życie, ponieważ rzeczywistość go boli”. A co ja mam zrobić dla niego? Przecież tu nie ma żadnej nowoczesnej techniki. „To prawda. Chodziłoby mi głównie o wyciszenie ścian. Z czasem ucho lokatora wyostrzyło się coraz bardziej i nawet drobne szumy dochodzące do niego mogą czasem powodować niepokój”. Czy to aby na pewno nie jest przypadek dla psychiatry? „Zapewniam, że jestem w kontakcie z najlepszymi.Ostatecznie sam pan rozumie, nie można w żaden sposób ograniczać dobrowolnych wyborów jednostki, a po prawdzie też psychiatrzy są trochę ciekawi, co z tego wyjdzie. Zanotowałem dokładnie życzenia mojego zleceniodawcy, sporządziłem listę zakupów i wróciłem do swojego biura zamyślony. W tym czasie Peon przechadzał się między swymi komorami. Doglądał zamkniętych tam bogów. Wiedział, że choćby nawet zapomnieli o jego istnieniu, choć nie wiedzą, jak go tytułować, to siedząc w swych pustych rajach, modląc się, by uczynił ich boskie doznania jeszcze doskonalszymi, muszą instynktownie wyczuwać, że boskość nie zawiera się we wszechmocy ani w cudzie stworzenia, lecz raczej w wyznaczaniu granic.
[43:32] - Proszę państwa, czas na suchar. Na taki mało śmieszny dowcip. Zaraz się wyjaśni dlaczego. Nie, ja nie mam ambicji zostania drugim Strasburgerem, a AWF nie ma ambicji zostania drugą Familiadą. Ale wierzcie mi państwo, że w świetle dzisiejszego Filmotekarium ten suchar to będzie najlepsza rzecz, jaka was spotka w związku z tematem filmu. A zatem słuchajcie państwo suchara. Jak się nazywa synek mumii? Muminek. To klasyczny suchar. Trudno o bardziej suchy. Mam nadzieję, że ta suchość była odpowiednia, bo teraz czas na Filmotekarium, a w nim wspólnie z Piotrem Cielebiasiem opowiemy o filmie „Mumia". I to nie będzie lekka rozmowa. Dzień dobry wieczór państwu. Startujemy z Filmotekarium. Startujemy... Właściwie nie, oszukałbym. Chciałem powiedzieć, że startujemy z dużymi nadziejami. Nie, już żadnej nadziei nie ma, ale o wszystkim państwu dzisiaj opowiemy. Dzisiaj będziemy omawiać film zatytułowany „Mumia", ale to nie będzie ta mumia, o której teraz wszyscy pomyśleli i zdaje się o to chodziło. No to cóż, zaczynamy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[45:15] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Tak, myślę, że właśnie o to chodziło, bo o ile wszyscy ostatnio albo większość zwróciła uwagę na mumię Lenina. Nie, żartuję. Mumię Cronina, to w tle nam zamajaczyło drugie dzieło o tytule zbliżonym: „Mumia". Początkowo było tak, że film Cronina też się nazywał „Mumia", ale z racji tego, że pojawiła się ta „Mumia", prawdopodobnie zmieniono na „Mumia" film Cronina. Oczywiście mumię Cronina omówimy w odpowiednim czasie. Oba filmy weszły równolegle, przez co ten drugi właśnie musiał zmienić nazwę. Ale też nie oszukujmy się, tej mumii chyba nie uświadczymy w kinach. Tej, o której dzisiaj mówimy. Natomiast ten film jest doskonałym przykładem tego, jak się filmów dzisiaj nie robi. Jest to o tyle interesujące, że to są przenosiny w przeszłość. Druga sprawa. Pewnie będzie tak, że słysząc o mumii, że wyszedł taki horror, pierwszym filmem, na który natraficie do obejrzenia w internecie będzie właśnie to. Ten film ma też alternatywny tytuł: „Mumia: Narzeczona śmierci". „Mummy: Bride of the Dead". To już dużo mówi o fabule. Zacznijmy od tego: jeżeli sobie znajdziecie trailer tego filmu, to on ujawni wam wszystko. On zawiera wszystkie dobre sceny. Przy czym mnie najbardziej rozwala ta scena latającego artefaktu w kształcie skarabeusza, jakiegoś kamiennego czy jakiegoś, który lata. Najlepsze efekty specjalne w tym filmie to są. Wszystko w tym filmie koncentruje się wokół problemów Roberta Corwina. Ale to nie jest Polak. To jest archeolog, który sobie mieszka za oceanem, którego dziadek też był archeologiem, takim, jak to się mówi, poszukiwaczem przygód i grzebał w grobowcach. I tyle tego nagrzebał, naśporował, jak to się mówi po tych Egiptach, że jego wnuczek przebiera w tych figurkach. No wiecie, w tych wszystkich archeologicznych artefaktach, za które pewnie w Europie by poszedł siedzieć. Ten Robert, chyba główny bohater, bo tu jest trudno określić, kto jest głównym bohaterem, to jest, drodzy państwo, najsmętniejszy odpowiednik Indiany Jonesa. To jest najstarszy czterdziestolatek, jakiego w życiu widziałem. Chłop może mieć 60, 70 lat. Tak jest dobrze umalowany. No ale gra osobę młodą. To jest taki Indiana Jones z temu. Po chacie mu się walają jakieś egipskie figurki, w tym jedna szczególna, wokół której jest zamotana cała fabuła. Oczywiście Corwin z czasem staje się obiektem ataku tajemniczej siły. Po prostu ducha starożytnego, który nagle się rozbudza i wiąże się z historią pewnej kobiety, młodej kobiety złożonej do grobu siłą przymusu. Wiele osób mówi, że ten film przypomina bardzo pewien film z lat 80. bodajże, który się nazywał „Awakening", po polsku „Przebudzenie".Czasami można go odnaleźć po tytule "Przebudzenie mumii". W roli głównej Charlton Heston grał. Wiele osób twierdzi, że ta "Mumia narzeczona śmierci" i tamten film mają ze sobą coś wspólnego. Szczerze mówiąc bałem się potwierdzić, bo po tej dawce absurdu, to może nie, ale po tej dawce nostalgii, bo ten film jest zrobiony po staremu, to macie wrażenie, jakbyście oglądali film telewizyjny z początku XXI wieku. Po takiej dawce ja już miałem kompletnie dość.
[49:13] - Oj, to jesteś łagodny Piotrze bardzo, bo ja nie rozstrzygam, czy ten film jest robiony po staremu, czy po nowemu. Po nowemu to na pewno nie. Ale czy po staremu? Też nie sądzę, bo stare filmy może toczyły się wolniej, ale jednak te trzymające poziom to były filmy, które zawierały rzecz podstawową dla filmu, czyli jakąś opowieść z sensem. Ta opowieść, jeśli ma sens, teraz powiem dlaczego to jeśli. Jeśli nawet ma jakiś sens, to on jest głęboko ukryty w ciągu nieporadnych dosyć scen. Niech się państwo nie dadzą zwieść humorowi Piotra. Ta scena ze skarabeuszem jest tak koszmarnie zła. Po prostu tak koszmarnie, że nawet jakaś półinteligencja sztuczna zrobiłaby ten efekt lepiej. To jest coś nieprawdopodobnego. Ale zostawmy to. Powiedzmy potknięcia w efektach specjalnych, chociaż gdy wypowiadam te słowa, zdaję sobie sprawę, że to jest zdecydowanie nadmiarowe, te efekty specjalne. No dobrze, ale historia jest tak dziwna, że jeśli Piotr jeszcze trochę pociągnąłby opowiadanie o tym filmie, to ja się już zacząłem bać, bo ja nie do końca jestem pewien, czy ja ten film zrozumiałem. W pewnym momencie wysypuje się, wylewa się na państwa potok scen, które jakoś się ze sobą łączą. Tylko pytanie, jak one się łączą? Dużo się trzeba w tym filmie domyślać albo przeskakiwać niejako do umysłu scenarzysty, reżysera, co w sumie przy dobrej produkcji nie musiałoby być złe. Tutaj niestety powoduje chaos. Ja naprawdę się musiałem bardzo skupiać, a to było trudne, bo film jest nieporywający. Bardzo skupiać, żeby wiedzieć, o co chodzi, bo skróty myślowe, które tam są stosowane, znowu, żeby sobie zasłużyć na miano skrótu myślowego, to tam jakaś myśl musi być. A tutaj obawiam się, że tej myśli jest niewiele. Ta historia się po prostu w pewnym momencie zaczyna rozpadać. Nagle dostajemy przemiany. On przemienia się w nią, ona się przemienia w inną oną. Jakiś basen, jakiś trup w basenie. Wiecie państwo, nagromadzenie tego wszystkiego jest tak ogromne i to oczywiście ma szokować widza. Ma wprawiać go, że on uwierzy w tę historię. A historia jest w gruncie rzeczy dosyć banalna. Historia mówi o tym, że kiedyś tam bardzo dawno temu, w starożytnym Egipcie dokonano, jak to określić, rytualnego mordu na pewnej kobiecie. Ta kobieta ma problemy, czego jesteśmy świadkami i co się w naszej rzeczywistości objawia. To mniej więcej tyle. Co bym chciał jeszcze powiedzieć. Chciałbym powiedzieć, że ja się czułem mocno rozczarowany, bo ja liczyłem, wiecie państwo, może nie na wielkie widowisko, bo umówmy się, czasy, kiedy filmy pod tytułem "Mumia" przerażały, już dawno minęły. Ja pamiętam, kiedy w latach 70. puszczano bardzo archiwalny film "Mumia", to pół Polski się ekscytowało. Takie to było straszne. Kwestia, wiecie państwo, jak to powiedzieć, kwestia tego, jak się do danego obrazu podchodzi. Dzisiaj na pewno ta mumia z bardzo dawnych czasów nie straszy, ale też jakoś trzyma poziom. Taki poziom elementarnego sensu, bo o to tak naprawdę chodzi. Bo przecież filmy pod tytułem "Mumia" nie są zrobione po to, żeby jakieś głębokie treści nam przekazywać, tylko były robione po to, żeby straszyć. Umówmy się, definicja strachu przez lata ewoluowała i dzisiaj to, co kiedyś było straszne, straszne już nie jest. Więc ja się spodziewałem, że chociaż będzie jakaś przyzwoita historyjka, może niespecjalnie mądra, może niespecjalnie straszna, ale zwarta i opowiadająca jakąś historię. Nawet tego ludzie, którzy ten film nakręcili, nie byli w stanie zapewnić. Film jest zrobiony po, jak to się mówi, tanich pieniądzach. To znaczy głównie dzieje się w jednym wnętrzu, w dosyć atrakcyjnej willi w pobliżu mostu. Jakżesz on się tam nazywa? Golden Gate? Ten most. Chyba tak. To już Piotr mnie sprostuje ewentualnie. W jednej scenie widać, że tam jest w pewnym momencie ten most widoczny i to wszystko.Mało, bardzo mało.
[54:41] - Co by tu jeszcze dodać? Na pewno jest to kompletna katastrofa z tym filmem. Tłumaczy go może to, że mamy do czynienia z debiutem reżyserskim, może nawet jedynym filmem w karierze tego człowieka. Ale to jest też w pewnym sensie ewenement, bo film wygląda jak produkcja sprzed kilkunastu lat. Ma wszystko, co charakteryzuje zły film telewizyjny. Aktorzy to jest po prostu mistrzostwo, bo tam mamy też inne wątki innych bohaterów. Córkę tego całego bohatera, zapomniałem, jak on się nazywa. Mamy pewną bardzo bogatą kobietę i w ogóle oni przechodzą tam samych siebie w tych rolach. Szczerze mówiąc, momentami miało się przed oczyma słynny "The Room", uznany za najgorszy film świata. Aktor wcielający się w główną rolę mógłby zagrać śmiało jedną z tych starożytnych rzeźb, które tam się walają w jego domu, bo mniej więcej takim zakresem mimiki dysponuje. Koszmar, generalnie koszmar. Taki niesamowity i to może być śmieszne, że aż ciekawi przy oglądaniu. Przy czym akcja jest tam zbyt nędzna, żeby to nazwać tak zwanym guilty pleasure, czyli czymś, co się ogląda dla przyjemności, chociaż boli i kłuje w oczy. Film "Mumia: Narzeczona śmierci" na skali paździerzowatości to nie jest też jakiś ewenement. Kręci się mnóstwo podobnych horrorów, tylko my o nich nie mówimy. Horrorów z wątkiem paranormalnym najczęściej. I to są banalne scenariusze. To polega na tym, że się kręci opowieść o rodzinie, która jest atakowana przez jakiś tajemniczy byt. Oni się gonią potem z tym bytem, on ich atakuje, oni się bronią, on ich znowu atakuje, oni go zabijają i tak dalej. Wszystko wygląda na zrobione od siekiery. Totalnie. Ale ten film, chciałem coś jeszcze dodać, pokazuje nam pewien trend, na który żeśmy zwracali uwagę chociażby w przypadku filmów "Omen" i "Pierwszy omen". Nie pamiętam, bo on po polsku się chyba "Omen" nazywał po prostu, ale jego oficjalna nazwa to było "Pierwszy omen" i równocześnie wyszedł film "Immaculate". One były tak podobne do siebie, że się wydawało, że tak naprawdę powstały na podstawie jednego scenariusza. Często jest tak, drodzy państwo, że jeżeli ktoś wie, słyszy, że się szykuje premiera dużego, potencjalnie kasowego filmu, to często się pojawiają filmy satelickie, niekiedy bardzo podobne do tego hitu, który ma wyjść albo podobnie zatytułowane. Możemy się zastanawiać, czy tak samo jak Mumii Cronina towarzyszyła "Mumia: Narzeczona Corvina", czy będzie tak samo w przypadku dwóch gorących, nadchodzących premier tego lata, czyli filmów "Backrooms" oraz "Dnia objawienia" Spielberga. One obecnie są najbardziej chyba medialnie nakręconymi produkcjami, najbardziej obiecującymi premierami lata. Cóż, poczekamy, zobaczymy. Na razie to chyba po prostu warto sobie dać spokój z tą "Mumią", o której mówimy dziś i Marku, przygotować się do omówienia "Mumii" Cronina.
[58:06] - Tak, zdecydowanie tak. A ja jeszcze kilka słów tytułem usprawiedliwienia, bo państwo często mówicie, że my głównie zajmujemy się narzekaniem i odstręczaniem od filmów, które obejrzeliśmy. Jak by to państwu powiedzieć delikatnie. My właściwie jesteśmy w bardzo podobnej sytuacji. W ciągu tygodnia możemy obejrzeć określoną liczbę filmów i cóż, jak się źle wybierze, bo nie ma się o filmie informacji, to jest się skazanym na to, co się dostanie i czasami już trudno obejrzeć coś zamiast, bo terminy gonią. Trzeba omówić, dać recenzję. I troszeczkę tak było w przypadku tego filmu. Było już za późno, żeby ten film tak naprawdę gdzieś tam wyrzucić i zapomnieć o nim. Więc w sumie doszliśmy do wniosku, że jeśli już obejrzeliśmy to, co obejrzeliśmy, wymęczyliśmy się na tym całkiem porządnie, to nie ma powodu, żebyście państwo wpadli w tę samą pułapkę. Ja rzadko to mówię, ale teraz to powiem. Absolutnie nie oglądajcie państwo tego filmu. Nie ma żadnej potrzeby. Szkoda czasu. Naprawdę szkoda czasu. Myśmy tu już omawiali różne lepsze, gorsze filmy, ale te gorsze to w porównaniu do tego filmu to naprawdę arcydzieła były. Ja naprawdę dawno nie widziałem filmu, przy którym nawet mocno się skupiając, nie byłem w stanie podążać za intencją reżysera i scenarzysty, ponieważ obie były przeraźliwie niekonsekwentne. Tak się gryzę w język, żeby nie używać słów powszechnie uważanych za obraźliwe, bo to jest tego rodzaju film, proszę państwa. Absolutnie nie ma sensu. Absolutnie szkoda czasu. Absolutnie szukajcie państwo czegoś innego. Proszę państwa, czas na polecanki z pogranicza. Przypomnę, że książki, o których będę mówił, znajdziecie państwo bez najmniejszych problemów na stronie Nieznany.pl. WystarczyWpisać najpierw adres, a później tytuł, który państwa interesuje. On się tam na pewno znajdzie. Dzisiaj książki o astrologii. A skoro astrologia, to wydawcą wszystkich dzisiejszych książek jest Studio Astro Psychologii. Pierwszy tytuł to "Astrologia jako język symboli". Autorka Jolanta Romualda Gałązkiewicz-Gołębiewska. W tym poradniku znajdziesz szereg informacji, które pozwolą ci na pogłębienie oraz uporządkowanie podstawowej wiedzy astrologicznej. Nauczysz się i zrozumiesz wiele pojęć astrologicznych, a autorka skłoni cię do poszerzenia wiedzy z tej dziedziny. Dzięki wyjątkowym informacjom zawartym w tym poradniku dowiesz się wszystkiego na temat położenia wierzchołków domów w znakach zodiaku należących do rozmaitych żywiołów, jakości i polaryzacji, dziedzin życia podlegających danym domom horoskopowym, bardzo dokładnego objaśnienia problematyki ascendentu, w tym różnicy i zależności między nim a znakiem posadowienia Słońca, powiązania między znakami zodiaku i porami roku gwiazdozbiorów oraz precesji kluczowych pojęć dla planet hipotetycznych, a także gwiazd stałych oraz gwiazd królewskich. Osiągnij wyższy poziom astrologii. Przypomnę tytuł: "Astrologia jako język symboli". Autorka Jolanta Romualda Gałązkiewicz-Gołębiewska. Studio Astro Psychologii to dla przypomnienia. To samo studio wydało również następną pozycję. "Astrologia jako potężne duchowe wsparcie w rozwiązywaniu codziennych problemów". Autor Silke Schafer, tłumacz Aneta Trybulska. Czujesz, że twój rozwój osobisty i duchowy zmierza w innym kierunku, niż chciałbyś? Jeśli tak, skorzystaj ze wsparcia astrologii i astro psychologii. Wszystkich informacji dostarczy ci ta książka. Choć jej główną część stanowią charakterystyki znaków zodiaku, jest ona czymś więcej niż tylko horoskopem urodzeniowym. Oferuje narzędzia służące wzniesieniu intuicji i świadomości na wyższy poziom. Zawiera też pogłębione opisy symboli astrologicznych, analizy układów planet oraz sposoby na osiągnięcie wysokiej wibracji i odkrycie kompatybilnych znaków zodiaku. Przywołując wiele przykładów, udowadnia, że duchowość ma praktyczny wymiar. Jak osiągnąć kosmiczne przebudzenie, by zrealizować plan zapisany dla twojej duszy? Przypomnę tytuł: "Astrologia jako potężne duchowe wsparcie w rozwiązywaniu codziennych problemów". Trzecia książka na dzisiaj nosi tytuł: "Astrologia kluczem do poprawy twojego życia". Autorstwo Jennifer Freed, tłumacz Renata Czernik. Czy wierzysz, że twój horoskop urodzeniowy jest prawdziwą skarbnicą wiedzy o tobie i twoich emocjach? Kluczem do jej poznania i wykorzystania z myślą o poprawie jakości życia jest astrologia psychologiczna, która łączy mądrość tradycyjnej astrologii z osiągnięciami współczesnej psychologii głębi. Wiedza zawarta w tej książce pozwoli ci wejrzeć w głąb swoich emocji oraz psychiki. Dzięki tej książce lepiej poznasz samego siebie. Będziesz potrafił budować pozytywne relacje z ważnymi dla siebie osobami, a także nauczysz się w pełni wykorzystywać swój potencjał do spełniania marzeń i osiągania sukcesów zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Skorzystaj z mądrości planet, by zmienić swoje życie. Przypomnę tytuł: "Astrologia kluczem do poprawy twojego życia". Jennifer Freed, tłumacz Renata Czernik. Proszę państwa, były polecanki z pogranicza astrologiczne. Czas na książki z pogranicza. To dzisiejsze pogranicze jest umowne, bo książka profesora Michała Hellera zatytułowana "Nieskończenie wiele wszechświatów" tak naprawdę nie jest do końca książką z pogranicza, ale dzięki niej można później żeglować w te rejony. Profesor Michał Heller wprowadza nas w świat multiwersum, a więc w temat, który bardzo często jest tematem z pogranicza. Zapraszam państwa bardzo serdecznie na rozmowę z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór państwu. Książki z pogranicza. Ileż to tych książek już naopowiadaliśmy państwu, a właściwie nie tyle opowiadaliśmy, co omówiliśmy. Tak, takie mamy ambicje. Dzisiaj książka ja wiem, czy z pogranicza? Trochę tak, bo mówi o rzeczach, które owszem, oparte są o twardą fizykę, o filozofię, ale jednak to jest dopiero świat, w który nauka wkracza. Porusza się po tym świecie jeszcze trochę nieporadnie, chociaż nauka nigdy nie przyznaje, że się po czymś nieporadnie porusza. Niemniej jednak autor książki, którą dzisiaj będziemy omawiać, nie ma złudzeń.Jest filozofem, człowiekiem Kościoła, intelektualistą i to widać. Ma podejście do tego, co omawia, bardzo filozoficzne i naukowe. Co nie znaczy, że głosi nam słowo: tak jest, bo tak mówi nauka. Tym człowiekiem jest Michał Heller. Czytałem wiele jego książek, ale muszę powiedzieć, że ta, o której będziemy mówili dzisiaj, która nosi tytuł „Nieskończenie wiele wszechświatów” i podtytuł „Od Einsteina do nieskończoności”, to jest książka, która naprawdę frapuje. Mnie zafrapowała, skłoniła do bardzo wielu refleksji. Ale ja tu nie będę o tej książce oczywiście mówił sam. Tradycyjne dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:07:48] - Dzień dobry wieczór. Właśnie miałem na końcu języka to samo, że to jest niekoniecznie książka z pogranicza, ale ona nas wprowadza w pewną tematykę, z której do tego pogranicza, po którym my się poruszamy, jest blisko. Dodatkowo jest to książka poświęcona koncepcji czy też idei uznawanej przez niektórych ludzi, a nawet naukowców za koncepcję skrajną, wręcz za fantastykę. „Nieskończenie wiele wszechświatów” to jest pozycja bardzo specyficzna. Zaraz powiem dlaczego. Autora chyba przedstawiać nie trzeba. Książka została wydana przed kilku laty, jest oczywiście nadal aktualna. Podejmuje temat wielości uniwersów, jak sama nazwa wskazuje, i stanowi przekrojową próbę podejścia do tego tematu. Od pytań najwcześniejszych, od pytań filozofów po współczesne rozważania kosmologów i teorie próbujące szukać braci czy też sąsiadów naszego wszechświata. Ale w rzeczywistości to nie jest monografia, jak ktoś myśli. Jeżeli ktoś tej książki nie zna, niech tego nie myli na przykład z dziełami Michio Kaku, choć to jest bardzo podobna półka. Mamy tam poruszonych wiele tematów pobocznych. Dlaczego? Bo wszechświaty równoległe, alternatywne, sąsiednie, lustrzane, jak zwał, tak zwał, to jest tematyka, o której mówi się naukowcowi trudno. Trzeba najpierw udowodnić ich istnienie. Tutaj nam autor pokazuje, że było wiele osób, wiele tęgich umysłów, które w taką koncepcję wierzyły, natomiast mamy tę książkę obudowaną innymi koncepcjami. Niekiedy jest to trudne. Nawet bardzo, muszę powiedzieć. Dla mnie wielotematyczność tej pozycji to nie jest problem. Natomiast temat, który tak często pojawia się przecież w audycjach z naszej półki, takich nawet popularnonaukowych, jeżeli zabiera się za niego naukowiec, musi być rozpatrzony nie z punktu widzenia przypuszczeń, ale z punktu widzenia w tym przypadku filozofii, ale również fizyki i matematyki. Ale jeżeli ktoś nie dysponuje rozbudowanym aparatem matematyczno-fizycznym, a skłania się bardziej ku filozofii, ku kosmologii, to też może co nieco zrozumieć. Zatem u Hellera mamy tak naprawdę wybijające się dwa podejścia: filozoficzne oraz to związane z naukami ścisłymi. Ja mam, Marku, wrażenie, że ta książka ma jeden duży plus. Ona syntezuje wiedzę. I chyba to nie jest błąd, jeżeli użyję tego porównania, że ona jest trochę podręcznikiem. Jest przewodnikiem po bardzo rozbudowanym temacie, jakim jest wspomniana tytułowa koncepcja, ale to się wiąże z wszystkimi plusami i minusami podręcznikowatości, bo każdy podręcznik służy nauce. A tutaj mam jednak wrażenie, że osoby, które nie są mocno wgryzione w kosmologię, mogą na niektórych rozdziałach albo podrozdziałach, albo nawet niektórych akapitach polec.
[01:11:34] - Być może, ale ja tę książkę odbieram nie jako klasyczną popularyzację nauki. To nie jest prosty przewodnik po kosmologii. Mam wrażenie, że autor, Michał Heller, tworzy coś w rodzaju intelektualnej mapy ludzkiego myślenia o wszechświecie i to takiej mapy sięgającej do trochę dawniejszych czasów, ale mówiącej też o tym, co dzieje się teraz. Tak naprawdę Michał Heller sięga momentu, gdy fizyka Einsteina wywróciła nasze rozumienie przestrzeni i czasu. To jest chyba punkt wyjścia, ale wspólnie z autorem podróżujemy przez świat nauki do najbardziej śmiałych hipotez, które dotyczą właśnie multiwersum, granic poznania, ale też, z racji, że autor jest filozofem, metafizycznych konsekwencji tego matematycznego opisu rzeczywistości, o którym czytamy. Muszę powiedzieć, że ta książka jest jak podróż przez kolejnePrzez kolejne piętra abstrakcji. Punktem wyjścia jest, tak jak powiedziałem, rewolucja Einsteinowska. Szczególna i ogólna teoria względności jako pewien moment. Ten moment, w którym kosmos przestał być nieruchomą sceną. Sceną, na której dzieją się różne ciekawe rzeczy, ale jest to jednak coś stałego, nieporuszonego. Coś, na czym opieramy pewne poczucie, że istnieje coś, na czym się można oprzeć, co nie jest abstrakcją. Bo im bardziej oddalamy się od Einsteinowskiej rewolucji i czytamy o tym, co wymyślali fizycy, to słowo wymyślali nie jest w tym wypadku dyskredytujące, bo oni to robili na podstawie różnych eksperymentów myślowych i nie tylko myślowych. A więc ten kosmos stał się w tak zwanym międzyczasie dynamiczną strukturą. I Heller pokazuje, że od chwili tej Einsteinowskiej rewolucji nauka przestała pytać wyłącznie, co istnieje, a zaczęła pytać, jakie matematyczne warunki umożliwiają istnienie świata, takiego świata, jaki widzimy. I ja, kiedy sobie repetowałem tę książkę, to doszedłem do wniosku, że jej struktura trochę przypomina rozszerzające się kręgi. Najpierw mamy historię idei kosmologicznych. To jest proste. Potem mamy rozwój modeli wszechświata, potem pojawia się problem nieskończoności i to jest trudny problem, bo nam się wydaje, że nieskończoność to jest coś, co nie ma końca. Najprostsza możliwa definicja. Okazuje się, że tak prostej definicji to chyba jednak nie ma. Ale po tej nieskończoności pojawiają się wieloświaty. I w konsekwencji istnienia wieloświatów pojawiają się pytania filozoficzne, a na końcu teologiczne. Szlachectwo zobowiązuje. Michał Heller jest w końcu bardzo mocno związany z Kościołem i to jest szczególnie ważne, bo Michał Heller nie oddziela fizyki od filozofii grubą kreską. Dla niego kosmologia to jest zarazem nauka ścisła, ale i medytacja nad pewną racjonalnością istnienia. I ja muszę powiedzieć, że to robi na mnie wrażenie, bo on jest morderczo precyzyjny w swoich rozważaniach filozoficznych. Ja jako czytelnik dostałem więc nie tylko opis teorii, ale też refleksję nad tym, dlaczego na przykład matematyka jest taka ważna. Ta matematyka, która odstrasza. Dlaczego ona jest taka ważna i jak skutecznie opisuje świat oraz tych nieskończenie wiele wszechświatów. I właśnie na przykładzie matematyki, jeśli się dobrze w to wgryźć, to naprawdę ten próg nie jest postawiony zbyt wysoko, to nagle zaczynamy dochodzić do wniosku, że tych nieskończenie wiele wszechświatów to jest bardzo racjonalna hipoteza natury fizycznej, że to jest konsekwencja pewnych modeli matematycznych. Owszem, Piotr to sygnalizował. Język autora chwilami bywa wymagający, ale jest klarowny, dlatego czasami wystarczy powtórzyć akapit, powtórzyć go ze dwa razy, trzy i nagle się okazuje, że to, co się na początku wydawało ścianą nie do przebicia, staje się jaśniejsze. Nie ulega wątpliwości, że styl filozofa, a może ważniejsze jest to, że profesora, ten styl jest precyzyjny, bardzo spokojny. Tam nie ma sensacyjności. Heller nie uwodzi nas wizjami science fiction. Trochę szkoda, ale jest w tym konsekwentny. Heller pokazuje, w jaki sposób nauka dochodzi do radykalnych koncepcji. Bo umówmy się, hipoteza wieloświata jest radykalną fizyczną koncepcją, ale koncepcją wspartą rygorem logicznym. I na to również Heller zwraca uwagę. Dlatego ja jestem dużym fanem tej książki, aczkolwiek, pewno to powiem w następnym wejściu, widzę pewne słabości tej książki, ale to już później.
[01:18:20] - Rzeczywiście, jeżeli idzie o ten rygor intelektualny, to jest ogromny plus. Książka Hellera tak naprawdę ma wiele odpowiedników w literaturze zachodniej i dla takiego laika, kogoś, kto się zupełnie nie interesuje nauką, to może postacią najbardziej znaną jest Michio Kaku, autor bestsellerów związanych z kosmologią, fizyką z pogranicza. Ale to nie jest to samo. To jest coś zupełnie innego. Jest to język, narracja dużo bardziej naukowa, aczkolwiek jeżeli się ktoś zgubi, to warto tę książkę czytać powoli. Podręcznika też się nie czytaOd deski do deski w jedną noc. Tutaj sposób dostarczenia treści i tłumaczenia sprawy jest moim zdaniem wybitny. Ja bym chciał, żeby monografie innych problemów naukowych, trudnych, nierozwiązanych były pisane w ten sposób. Aczkolwiek mówię, jeżeli ktoś nie jest fanem, jeżeli ktoś się nie orientuje, ktoś się gubi w teorii M, w strunach, branach, innych wymiarach i tak dalej, to może mieć kłopot. Ale jest jeszcze jedna sprawa, taka, która może się nie za bardzo wybija, ale z racji tego, że mamy do czynienia z księdzem profesorem przecież, to jest podwójnie ciekawa, bo poruszamy się po teoriach opisujących wszechświat, wszechświaty pod kątem matematycznym, co sugeruje, że jest to opisywalne dla człowieka i że problem stworzenia, natura Boga, natura kosmosu ma nieco inny, bardziej skomplikowany wymiar niż to, co powinno stanowić, może jest podstawą objaśniania świata dla księdza profesora, czyli Pismo Święte. Oczywiście jest to wyższy poziom dyskusji, czy Bóg jest wielkim matematykiem, czy Bóg tworzy inne kosmosy albo jeżeli już tworzy taką strukturę, z jednej strony oczywiście fascynującą i pełną tajemnic, ale z drugiej strony jednak w jakiś sposób opisywalną dla człowieka, to jeżeli tworzy coś takiego, to dlaczego jest tam tak dużo niczego tak naprawdę, jest tak dużo pustki? Dlaczego tylko wyspy rozumu w tym kosmosie są? To są oczywiście pytania, które wynikają, pojawiają się po lekturze. Ja ją polecam bardzo mocno, dlatego że to jest przede wszystkim nasz rodzimy autor. Nie musimy się wcale odnosić do zagranicznych popularyzatorów nauki, profesorów. Tu mamy to podane tak naprawdę w formie streszczonej. Oczywiście czasami są takie naleciałości podręcznikowe. Trzeba to czytać w skupieniu, ale jednak jest to przyswajalne w jakiś sposób. Powtarzam jeszcze raz: jeżeli ktoś się zgubi, to warto przypomnieć sobie, odświeżyć sobie pewne definicje, może nawet je zapisać, jak macie słabą pamięć i czytać powoli. To nam pokazuje, w jaki sposób fizycy orientują się w kosmosie. I to nam pokazuje również fascynującą rzecz, że nawet takie koncepcje, które jak mówię, są uznawane przez wielu za zamrząkę, czyli wieloświat, inne wszechświaty, inne kosmosy, że to wcale nie jest fizyka z pogranicza. I oczywiście wracam do tej myśli z samego początku. Książka księdza profesora Hellera sama w sobie dziełem z pogranicza nie jest. Natomiast wyobraźcie sobie teraz, ile dróg możemy pociągnąć z naszego punktu docelowego, z tych innych wszechświatów. Przecież słyszymy cały czas niemalże, kiedy się mówi o naturze różnych dziwnych zjawisk, naturze świadomości nawet przecież, nie mówiąc już o ufonautach, że może ich dom nie jest totalnie tutaj, w tym wszechświecie, ale oni może są gdzieś z tego kosmosu obok, tego za zasłoną. Zobaczcie, ile można poprowadzić scenariuszy na podstawie tej może lekko przyciężkawej książki. Ale jednak warto. Naprawdę warto.
[01:23:06] - Ja mówiłem w poprzednim wejściu o tym, że autor trochę oswaja nas z pojęciem nieskończoności. Tak, i robi to dosyć konsekwentnie. W dodatku pokazuje, że nieskończoność nie musi być tak do końca abstrakcją, bo tak jak mówiłem, w kulturze popularnej nieskończoność to jest metafora, czasami poetycki wręcz symbol bez kresu. A u Hellera to jest problem natury matematycznej, ale także fizycznej i filozoficznej. Autor pokazuje nam, że kiedy mówimy o nieskończonym wszechświecie, nie chodzi tylko o to, że jest bardzo dużo przestrzeni, ale to jest takie fundamentalne pytanie: czy rzeczywistość jest skończona? I tu brakuje mi słowa, skończona w taki sposób strukturalny, czy też ta nieskończoność przekracza wszelkie granice w sensie ontologicznym, w sensie bytów. Czy chodzi o to, że nieskończoność to jest wszechświat, który nie ma końca? Czy może ilość wszechświatów jest tak ogromna, że w tym wypadku gdzieś tam się pojawia nieskończoność? Ja nie chcę tego rozstrzygać oczywiście, ale szczególnie intrygujące są rozważania Hellera o wieloświatach. Zresztą tytuł zobowiązuje i dla Hellera to nie jest jakaś fantastyczna spekulacja. To jest na przykład potencjalny rezultat kosmologicznej inflacji, mechaniki kwantowej czy różnych teorii przestrzeni, które w tej chwili proponuje fizyka. Heller nie twierdzi jakoś tak dogmatycznie, że multiwersum istnieje. On nam pokazuje, że współczesna fizykaCzasami prowadzi nas do takich właśnie wniosków i robi to niejako mimochodem, przy okazji tego, że udowadnia zupełnie inne kwestie. Bardzo ciekawym elementem książki jest coś, co nazwałbym motywem zrozumiałości świata. Dlaczego wszechświat jest matematycznie uchwytny? To pytanie tak naprawdę przypomina słynne zdumienie Alberta Einsteina nad niepojętą skutecznością matematyki. Heller sugeruje, że racjonalność świata to nie jest banalny fakt. To jest coś, co można by określić cudem poznawczym. To, że wszystko w tym wszechświecie tak pasuje, takie jest zgodne, takie jakby uszyte na miarę. Intrygująca niezwykle jest też obecna w tle relacja pomiędzy nauką i transcendencją. Piotr o tym mówił, ale Heller jest naukowcem. Jest księdzem, ale jest naukowcem. Nie spodziewajcie się państwo, że tutaj będzie w kluczowych momentach powoływanie się na Pismo Święte. Nie, Heller tego nie robi. Heller raczej podąża inną drogą. Z wniosków naukowych, z wniosków fizycznych wysnuwa pytania dotyczące transcendencji. I to jest moim zdaniem niezwykle mocna strona tej książki. Cóż, proszę państwa, powiedziałem, że wspomnę też o tym, że ta książka ma jakieś wady. Ja wiem zresztą, czy to są wady. Dla czytelnika, który oczekuje lekkiej popularyzacji, to może być książka zbyt abstrakcyjna. Tak jak Piotr mówił, trzeba się przy niej skupić. Nie da się jej czytać niejako przy okazji. Chwilami też ciężar filozoficzny przeważa nad narracją, nad dynamiką narracji tej książki. I czasami czujemy, że autor daje po hamulcach i my byśmy chcieli iść dalej, a on nam musi coś wyjaśnić. Przyznaję, że te wyjaśnienia bardzo często pomagają, ale dynamika książki jest ewidentnie naruszona. To działa w dwie strony, bo osoby, które są zaawansowane w wiedzy fizycznej, szukają bardziej szczegółowego omówienia współczesnych modeli fizycznych, to mogą poczuć niedosyt. Ale nie da się pogodzić dwóch światów. Skoro to ma być książka popularyzatorska, nie da się zrobić regularnego wykładu fizyki, bo żeby go zrobić, trzeba najpierw zrobić ogromne przygotowanie. Trzeba by ze dwie książki poświęcone fizyce napisać, żeby można rozpocząć systematyczny wykład. Myślę, że my dostajemy od autora, od Michała Hellera taką propozycję, nie tyle odpowiedzi na pytanie o liczbę wszechświatów, ale dostajemy głębszą lekcję, za pomocą pytań oczywiście, że warto zrozumieć, że każda próba zrozumienia wszechświata, kosmosu prowadzi nas równocześnie ku matematyce, filozofii i czemuś, co nazwałbym tajemnicą. Myślę, że książka „Nieskończenie wiele wszechświatów” to jest książka o ogromie rzeczywistości, która nas otacza, ale też o pewnych granicach człowieka, który próbuje ten ogrom objąć rozumem. Powiem państwu, duża przyjemność z lektury tej książki, a jeszcze większa, kiedy przełamuje człowiek w sobie element niezrozumienia. Kiedy przejdzie raz przez stronę, drugi raz i nie rozumie. Nie rozumie i przejdzie trzeci i czwarty i pogrzebie w internecie i powoli zaczyna rozumieć. Wierzcie mi państwo, to jest ten moment, w którym człowiek czuje, że warto się czymś interesować, warto zgłębiać, bo poznanie jest w zasięgu ręki. Ale poznanie nigdy nie jest lekkie, łatwe i przyjemne. Cóż, proszę państwa, to teraz czas na odrobinę literatury. Dzisiaj jedno, za to dosyć długie opowiadanie. Jakby nie patrzeć, prawie 90 minut. To opowiadanie Piotra Kalwasińskiego pod tytułem „Zagłada”. Myślę, że to kawałek frapującej prozy. Zapraszam.
[01:30:41] - Piotr Kalwasiński, „Zagłada”. Tylko się schować. Strach boli całym ciałem jak napompowana dętka w kamiennej oponie skóry. Boże, czy zdążę? Czy promieniowanie mnie wyparuje? Stalowe, ociężałe nogi, zgrabiałe paluchy. Za wolno, kurwa, za wolno. Jeszcze tylko dwa metry. Sus, drzwi, skobel, kłódka. Cholerny klucz przekręca się tak powoli. W wyobraźni widzę skrobanie metalu o metal w zapadkach zamku. Błagam, niech cud się stanie. Niech zdążę. Niech zdążymy.Łapię ją za rękę i wciągam do piwnicy. Padamy na zimną, betonową podłogę. Chciałbym zagrzebać się w niej jak najgłębiej. Jak robal. Jakaś siła podpowiada mi, aby być dalej od drzwi, głębiej w ten betonogrób. Może się uratuję. Daj mi, błagam, jeszcze jedną szansę. Odkupię grzechy. Załatwię sprawy. Będę dobry, ale pomóż jeszcze raz. Ostatni wstrząs. Dziwny. Nie uderzenie, ale jakby wielokrotne, nie za mocne stuknięcia. To coś przeciągnęło nasz dom przez wyboje. Efekt jak w upalne popołudnia na rozgrzanym plastycznym asfalcie, kiedy zbliżasz się do skrzyżowania, gdzie powstała tarka wybrzuszona przez tysiące hamujących aut, a ty bezwładnie podskakujesz na nich bez kontroli. Trach. Jeszcze raz. Cisza. Snop światła i unoszący się w powietrzu pył. Pyłki wpadły w światło estrady zapomnianego piwnicznego świata. Sekundy zwolnionego tańca. Powolne tempo. Cząsteczki brudnego powietrza ujawniły się. Uświadamiam sobie, czym oddychamy. Tańczą mi przed nosem w zwolnionym tempie pyłki. Nieistotne pyłki. Skąd to światło? Przeniknęło mur? Nie. Znalazło skrawek szyby, by przeniknąć ją pierwszy raz od dziesięcioleci. Przelecieć szybę. Tak, to jej czas. Snop światła zanika. Ciemność. Skóra mnie mrowi. Setki mróweczek biegają w panice. Jak to jest? Czy swędzenie to preludium przed odpadaniem płatami? A może limfa albo inny płyn ustrojowy podchodzi pod naskórek. Ciało puchnie, a potem pęka jak parówka gotowana bez opamiętania. W czaszce kotłują mi się obrazy o Czarnobylu. Skaczące klatki filmu. Żółte. Prześwietlone. Skrzeczący dźwięk liczników Geigera. Charkotliwy śpiew bezzębnej staruchy. Śpiewa o nieuchronnym. A może to kaszel, nie śpiew. Śmierć nadchodzi i kaszle skrawkami dźwięku wyzwalającego się z agonii atomów. Neutronowa flegma w mikroskopijnych pociskach, wypluwana przez staruchę, dziurawi moje ciało. Śmierć. Łabędzi śpiew komórek mózgowych. Podobno odczuwa się metaliczny posmak w ustach. Są też nudności. Biedny organizm przez odruch próbuje wydalić niewydalalne. Nasłuchuję. Szum krwi i dudnienie w uszach. Nic. Zaraz. Oddech. Ona. Dopiero teraz go słyszę. Wcześniej jej nie było, czy nie istniała? Dobrze, że nie krzyczała, panikowała, lamentowała. Dziękuję jej w duchu za to. Oddycha szybko i płytko. Strach tak oddycha. Muszę coś zrobić. Powiedzieć. Cholera, znowu muszę. Macam podłogę, szukam jej. Jest dłoń. Odwzajemnia. Żyję. Dzień świstaka albo poranne świergolki. Późno. Czas spać. Herbata na stoliku, słuchawki na poduszce. Okej, jeszcze tylko jakaś debata ufologiczna na zaśnięcie. To lepsze niż browar albo ciepła kolacja. Prochów na spanie nigdy nie brałem. Super audycje są z 2016. Szczególnie końcówka roku. Opowiadają o strefach Dysona i sondach wysyłanych przez obcych. Dobrzy są. Najlepsi. Lubię tych gości. Opowiadają historie już trzeci rok. Te same. Po zmianie debatującego zazwyczaj śpię. Automat wyłącza mi tablet o 11:00. Mam więc szansę na głęboki sen. Lepka piżama. Upał w maju o tej porze. Zapowiada się gorące lato. Błysk w oknie. Silny. To nie flesz. Idzie burza. Zasypiam. Narastający dźwięk hałasujących ptaszorów wpada przez okno i świdruje czaszkę. Nazywam je poranne świergolki. Co roku w maju mają wielką imprezę. Party z konkursem kto najładniej wydrze dzioba. Zwycięzca otrzyma w nagrodę samicę i możliwość rozprzestrzenienia genów. Słysząc ten jazgot nie sądzę, że chodzi o jak najładniej, ale o jak najgłośniej. Nie ma nadziei na spokojne poranki przez tą radosną, rozśpiewaną wiosenkę. Najgłośniejszy wygra, a to zgodnie z teorią ewolucji wyposaży następcę w bardziej efektywny narząd do wydobywania dźwięku. Następne pokolenie będzie głośniejsze. Za 20 pokoleń huk będzie taki jak przy starcie odrzutowca. Jest nadzieja, że ogłuchnę ze starości, a nie od tych zwierzaków. Mówią: „Zbych, nie narzekaj, masz okno na las”. Pewnie. Lepiej na las niż na centrum handlowe. Nie gniewajcie się świergolki za moje złe myśli. W czerwcu będziecie już zrealizowane. W ciszy domostwa we współpracy z panią domu zajmiecie się szukaniem robali dla potomków.Łapię resztki snu. Jeszcze trochę. To najlepsza część. Budzik jak zwykle przestawiany trzy razy. Tryb snooze. Wymyślił go... No właśnie. To był John Skipmore z Kalifornii. Wstawał wcześnie i denerwowało go przestawianie budzika. Tak wpadł na pomysł trybu snooze. A to był rok 1984. Zastanawiające jest, jak różne mogą być źródła inspiracji dla twórców. Lubię wydalać takie ekskrementy myślowe. Jeszcze na drugi boczek. Cisza. Patrzę przez okno na chmury. Dziś niebo błękitne. Zdarza się, że jest blade, zamęczone wyziewami fabryk, napuchnięte, sińce pod oczami i gardło wysuszone z nadmiaru przyjętych mrocznonocnych mikstur. Wolę czysty błękit, głęboki i świeży oddech powietrznej nocy. To nie zdarza się za często. Mam wrażenie, że czas się zatrzymuje, a ja zostaję w bezruchu, gapiąc się w okno przez wieczność. Wszystko zwalnia. Cyferki na budziku już nie przeskakują. Następny snooze już nie ma szans na autoruchomienie. Ginie zamrożony w czasie. Pozostanie tylko wspomnieniem, projekcją obrazów na poplamionym płótnie umysłu. Nierealne. Bip, bip, bip. Podnoszę się z trudem. Miarowe człapanie, poranne odlewanie. Kupa. Prysznic. Narastające napięcie na Bliskim Wschodzie grozi trzecią wojną światową. Cześć, telewizor. Jak się masz? Dopiero co się obudziłem, a ty mnie wojną walisz w łeb. I to trzecią. Wyluzuj. Jajecznica. Jajka mieszamy z odrobiną płynnego, rozgrzanego tłuszczu, najlepiej roślinnego. Ja wolę masło. Spory jego glut trafia na patelnię. Bezbronny zamienia się w płyn. Rozprowadzam jego truchło dokładnie po powierzchni. Oto płyn, który powstał z ciała. Z martwych nie powstaniesz, chyba że zmienimy strzałkę czasu. Filmowcy często wykorzystują film od tyłu i cud. O, zaczyna głośno narzekać. Temperatura mu przeszkadza. Zbyt wysoka. Pięci się. Ulegam i przykręcam kurek. Przypalone ma dziwny posmak. Nie przepadam jajecznicy. Uderzam w bok jajka. Skorupka pękła jak trzeba. Te cholerne małe odłamki jak lądują z zawartością, to trudno je potem wydobyć. Sól. Czekam, aż białko się zetnie. Jest. Rozbijam żółtka. Rozlewają się leniwie. Jeszcze chwila. Podobno cholesterol zawarty w jajkach to ten dobry i należy codziennie spożywać co najmniej dwa jajka. Korpowalec wykupił wszystkie kurze więzienia w okolicy 100 kilometrów i sponsoruje śniadaniową pulpę podawaną bezpośrednio do czaszki. Taka poranna mózgowa lewatywa na mózgowe wypróżnienie. Bezproblemowe. To musi być dochodowy biznes. Policzmy. Dwa jajka razy 30 milionów obywateli razy 365 dni w roku. Dla uproszczenia cena w hurcie to 10 groszy. Daje jakieś 2 miliardy złotówek z hakiem rocznie. Niezły przychód, proszę pana. Ten interes ma prawdziwy potencjał. Razem z kolegami, muszę przyznać, jesteśmy bardzo zainteresowani. Proszę o tu podpisać. To będzie wspaniała inwestycja naszych nigdy niekończących się środków. Taka kasa kupuje parę gęboobrazów w telewizorze. Śniadaniowe gębalę gadające, naciągnięte ludzką skórą pacynki. Na 60-calowym telewizorze wyglądają jak potwory. Postęp w budowie telewizorów wysokiej rozdzielczości wymusza postęp w preparatach do makeup. Sprzężenie zwrotne. Podkłady, pudry i inne szpachle muszą iść łeb w łeb z kolejnym K. 3K, 4K, 8K. Producenci telewizorów przybliżają nas do rzeczywistości, a producenci dóbr przeciwnie: próbują nas od niej oddalić. To coś uczestniczące w programie jest mordercą. Obrało sobie za cel piękną kobietę. Po wszystkim zdarło z niej skórę i ubrało się w nią. W jej skórę oczywiście. Teraz opowiada mi, co i jak mam jeść, jaki ciuch zakładać, o czym myśleć, a o czym nie myśleć. Ponaciągana skóra tak, że brwi zaczynają się tam, gdzie kiedyś zaczynała się nasada włosów. Napuchnięte karykaturalnie usta. Twarz Rocky'ego Balboa po przegranej walce bokserskiej z Apollo Creed. Tfu! Ohyda. Sprawdzam zegarek. Czas. Czas. Czas. Ciągle go mało. Która godzina? O w mordę! 7:30. Spadam do roboty. Autobus będzie o 7:43. W drodze na przystanek mijam te same osoby. Sklepy, tak samo zaparkowane samochody. Nawet smród z kanalizy jest ten sam. To te napisy i obrazy wypalone na ekranie świadomości jak kineskopowe monitory bez wygaszacza. Cierpliwy strumień elektronów powtarza milion razy wzór i wymalował we wnętrzu czaszki tatuaże przeszłości. Pod warstwą włosów korniki uporczywych myśli wyjadają nieludzko skomplikowane korytarze.Zaswędziało mnie pod czapką. Fajnie, że nie wypadły. Trochę się wieją, ale są mocne. To podobno rodzinne. Bilet, kasownik. Siadam. Gapię się na ludzi. Lubię patrzeć na twarze w autobusie. Wyobrażam sobie, co mogą myśleć, jakie emocje kryją się za zmarszczonymi brwiami, burzliwą rozmową telefoniczną. Kobieta w średnim wieku. Obserwuję ją i już wiem, co się za moment wydarzy. Doświadczy bezlitosnej siły odśrodkowej i zasady zachowania momentu pędu. Patrzę, jak ostry zakręt autobusu nienaturalnie wygiął jej ciało. Ustawiła się poza okręgiem wyznaczonym przez promień skrętu. Niestety nie w tym miejscu trzyma uchwyt i przez brak wystarczającej siły na zrównoważenie odstępstwa od toru ruchu ściąga ją na bok. Stopy osunęły się i rymsnęła z łokcia Bogu ducha winną nastolatkę, wytrącając jej telefon z łapki. Kobieta w rozpaczy próbuje łapać wszystko, co mogłoby ją uratować. Wiem, że nadaremno. Czekam na finał i nic nie mogę zrobić. Zdarzają się ludzie pozbawieni umiejętności wyczucia przestrzeni i działających w niej sił. Można powiedzieć, że nie mają poprawnej predykcji ruchów autobusu. Taki defekt. Starsi ludzie są najbardziej poszkodowani. Autobus ruszy, a oni dopiero myślą o złapaniu się poręczy. Łapią, jak już lecą. Błąd. Chwyt powinien już być. Jak autobus ruszy, to jedyny ratunek to zatrzymanie ciała na przeszkodzie. Najczęściej jest to Bogu ducha winny współpasażer. Szybkie tup, tup, tup. Ej. O przepraszam. Tym razem autobus był prawie pusty. Bez ratujących przeszkód walnęła plecami o podłogę. Głuchy łomot ciała. Nie żyję. Jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś tak walnął o podłogę. Ktoś krzyknął. Ktoś próbuje pomóc. Zamieszanie, a autobus jedzie, jak gdyby nigdy nic. Chyba dojedziemy. Rusza się. Uff. To znaczy, że żyję. Zapowiada się dziwny dzień. Lubię pociągi. Niestety nie ma już miarowych stukotów kół. Jako chłopiec wsłuchiwałem się i naśladowałem rytmiczne dźwięki. Uspokajało. Dziś już tylko szum. Czasem zdarza się rozjazd, ale nie ma tej harmonii. Szczupła, ale biodra szerokie, mocno ukształtowane. Zaciśnięte usta. Zadziorna. Ładna. Jedzie na spotkanie z kimś, kto niestety przyszedł za szybko. Przegląda telefon. Szybkie ruchy prawym kciukiem. Przykłada do ucha. Chwila ciszy. Jesteś już na miejscu? Nie. To słabo. Gość czeka. Nie wiem. Nikt nic nie wie. Jestem teraz w pociągu. Zadzwonię, jak wysiądę. Koniec rozmowy. Nerwowo macha stopą w trąbku. Dicersy bez skarpetek. Myślę o tej stopie. Czy w gumie trąbka nie zaczyna się pocić? Ja bym tak nie mógł. Ciepło, wilgoć i słaby dostęp tlenu. Przepis na kiszonkę. Podobno kobiety mniej się pocą. Gdyby było inaczej, współczuję jej chłopkowi. Wybranka wraca z roboty i zdejmuje trampy po całym dniu. Mało subtelny zapaszek pojawia się natarczywy. Na podłodze zostawiła wilgotne, smrodliwe ślady stóp. Widać je pod światło. Ciągną się z przedpokoju do kuchni. Co z tym zrobić? Jak zutylizować? Boże, skąd rodzą mi się te durne myśli? Różowe sznurówki machają się z opóźnieniem w stosunku do reszty stopy. Jak pod wodą. Nie, to złudzenie. Muszę chyba więcej spać. Dlaczego cholerne różowe? Chęć podkreślenia kobiecości albo inności. Chyba to i to. Taki mały bunt. Wszystko czarne: dżinsy, koszulka, a sznurówki różowe. Czas wysiadać. Zbliża się moja stacja. Znowu szybkie ruchy kciukiem. O smartfonie nasz wszechmogący, nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw od nas samych. Cześć, pani kiszone stopy. Miłego dnia. Praca, praca, praca. Praca, praca, praca. Tabelki do tabelek. Pełno takich tu jak ja, tabelkowców. Tabelkowcy i ich idiotyczne, niekończące się spotkania. Większość czasu życia zawodowego poświęcone jest usprawnianiu. Jak usprawnić to albo tamto. Odkąd pamiętam, na tych spotkaniach coś innowacyjnie wdrażano. Menadżer pokazywał kolorowe slajdy i omawiał, jak jest. Tłumaczył, że to jest złe i niezwłocznie należy z tym skończyć. Po wprowadzeniu w życie jego cholernego usprawnienia będzie super. I tak w nieskończoność. Chomikowa karuzela. Całe życie te same gęby mielone w kółko. Puste, bezludzkie garnitury i garsonki. Tylko role. Nie ludzie. Dla ludzi tu nie ma miejsca. Pan R. Menadżer. Idiota lub półidiota. Grupa klakierów i oportunistów. Ci to tak zwani zaangażowani, a na końcu asystenci niedospani i przemęczeni.To oni zrobili całą robotę za menedżera, a ponieważ to tylko on potrafi pięknie się wypowiadać i bryluje na imprezach, to on otrzymuje adekwatne wynagrodzenie. Ma tajny sposób na awans. Bezcenna wiedza w korpoświecie to instytucja, a nie wiedza pozyskana z osobistej analizy i kalkulacji. On do tego nie jest zdolny. Najważniejsze – wiedzieć komu dać dupy, a komu dowalić. I tyle. Niech to wszystko szlag albo miotacz wypali. "Hej Zbych, słyszałeś ostatni news? Matasu i co bankrutują. Podobno banki im wypowiedziały umowy kredytowe." "No i?" "No mamy problem" – zmarszczył brwi. Nie wierzy, że nie rozumiem. – Stary, 50 programistów jest zaangażowanych w ich projekt. Podobno od dwóch miesięcy faktur nie płacą. Polecą głowy. "A" – odpowiedziałem. W wyobraźni widzę te głowy spadające z biurek. Gromadzą się przy wejściu. Tłok jak cholera. Nagle ktoś otwiera drzwi i patrzy na podłogę zdziwiony. Omijają go i toczą się dalej na schody. Głucho. Bęc, bęc. Ostopnie. O, teraz są wreszcie wolne. Odfruwają, wachlując uszami. Co mnie to obchodzi? Jeden złodziej nie zapłacił drugiemu. Żadnych reguł, żadnych zasad. I to są ich zasady. A na końcu układu trawiennego i tak nasze głowy wylatują stąd całą ohydną resztą. Loguję się do kompa. Błędne hasło. Co do diabła? Miałem to samo hasło od miesięcy. System nie wymagał resetu hasła. Polityka bezpieczeństwa. W mordę. Próbuję jeszcze raz. Ponownie błąd. "Czy jest jakiś problem z logowaniem?" – krzyknąłem, wyciągając szyję ponad obudowę mojego boksu. Roman gapił się w monitor i coś intensywnie stukał na klawiaturze. – Mam problem z hasłem – powiedziałem głośniej. "A tak, coś nie tak z DNS-em. Zrestartuj kompa i spróbuj jeszcze raz" – odparł zapamiętale klepiąc w klawisze. – DNS-y to nasze drogowskazy w sieci. Utrzymują jej strukturę. "Okej, dzięki Romek". "Tak, to pomoże" – pomyślałem. Reset wymusi ponowne zgłoszenie i powinno zadziałać. Poszło. Ponownie sprawdzam serwer DNS największego dostawcy w sieci. Słabo. Długo czekam. Do takich prostych testów stosujemy polecenie ping, tak jak w tej grze. Jeżeli ja do serwera wyślę komendą ping porcję danych, on – jak działa – to odpowie mi podobną porcję danych. Można by pomyśleć pong. Czas zmierzony pomiędzy zapytaniem a odpowiedzią wskazuje na kondycję sieci. 500 milisekund to niepokojąco dużo. Nigdy tak nie miałem. – Romek, widziałeś to? Strasznie wolno. Nasze łącza są okej? "Widziałem. To jakiś globalny problem internetu" – odpowiedział. Globalny problem. Ciągle mamy globalne problemy. Globalne ocieplenie, globalne konflikty, globalny kryzys. Wszystko mieści się w globalnym świecie. Mamy też globalną wioskę. Taka wielka superwiocha pełna wieśniaków. Wiecie, krowy, zboże i takie tam. Fajno by było zamiast logować się do kompa i pisać programistyczne bzdury bez znaczenia, co nikogo nie wyleczą ani nie uratują, mogłyby kogoś rozśmieszyć, zabawić. Nic z tego. Będą przetwarzać, przeliczać te same dane, mapować, transferować, wyświetlać. Siedziałbym sobie na łące, może przepędzałbym stado krów albo orał ziemię zaprzęgniętym konikiem polskim. Po solidnej tyrce z bólem w plecach, zmęczonymi, wielkimi, brudnymi paluchami rozrywałbym na kawałki chleb, zagryzłbym domowym serem, popijając wodą z glinianego dzbana. Czułbym, jak wszystko żyje i rośnie. Kto pierwszy nazwał ziemię globalną wioską? Jakiś dureń z Nowego Jorku albo doradca z Krzemowej Doliny. Ziemia. Ten paskudny wypierd. No właśnie, kogo? Diabła czy tego po drugiej stronie? Systemy działają niestabilnie, aplikacje działają powoli, zacinają się. Podejrzane. Coś jest mocno nie tak. Nic nie pasuje. Szukam spowolnienie sieci w wyszukiwarce. Czekam. Nic. Serwery przeciążone. "Mam przekroczony limit czasu w wyszukiwarce. Możesz sprawdzić u siebie?" – rzuciłem do Rafała. "Ej stary, mam to samo" – gapi się w monitor. W życiu czegoś takiego nie widziałem. Zastanawiam się. Przeciążone serwery wyszukiwarki? Jak to możliwe? Ta globalna korporacja zajmująca się odpowiadaniem na wszystkie nasze pytania ma jakieś parę milionów serwerów. Do tej pory odpowiadała bez zarzutu. Może to lokalny problem? W sensie u nas w kraju albo europejskie łącza zdychają. Jeżeli jest to próba blokady głównych serwerów DNS, to jesteśmy załatwieni. Sprawdzam w alertach. Wow, ale czerwono! Serwery brzegowe DNS nie dają rady obsłużyć natłoku żądań i odrzucają połączenia. Pomyślmy. Pewnie chwilę to potrwa i za moment wszystko się uspokoi. Pocieszam się. Kawka. O, oto jest plan. Włączam opcję KKC. Kawa, kantyna, ciacho. A jak wrócę, wszystko będzie okej.Kawka. Wybieram piętro i piknięcie karty na wyjściu do windy. Pik. I piąte piętro. "Czyli masz jeszcze dostęp do kawy" – gadam do siebie w pustej windzie. Uśmiechnąłem się do myśli: "Stary, jesteś wolnym człowiekiem. Masz dostęp do kawy. Hurra!" Co korpoludek potrzebuje? Kawy. Wskaźnik, czy jeszcze pracujesz w korpo. Jak czujesz jej smak, to znaczy, że żyjesz. Łatwo rozpoznać, że cię zwolnili. Twoja karta pozwala tylko zjechać na parter. Torba, karton z książkami i kubek. Dyplom, certyfikat ukończenia szkolenia z różnorodności i akceptacji odmienności. We are proud. Kartę oddajesz portierowi. Nikt cię nie odprowadza. Odwracasz się przed wyjściem. Ten hol przemierzałeś przez ostatnie 10 lat. Codziennie, 250 dni w roku razy 10. 2500 dni życia. I po co? Piętro trzecie. Kobiecy, pudełkowy głos, w tle muzak windowy. Piętro czwarte. Ktoś wsiada. Stoimy w windzie. Windowa cisza. Nie znam gościa. Visitor ma czerwoną smycz. My, kontraktorzy, mamy zielone. Permanenci, czyli ci na umowę o pracę, mają niebieskie. Będzie wciskał zarządowi kolejną cudowną pigułkę na wszechobecną sraczkę niedziałających systemów, których rozwój jest prowadzony przez niedziałających menedżerów. Ale co tam, nowe ikonki i tabelki załatwią wszystkie bolączki. Plasterek chłodzący ze zgniłą wodą na jątrzącą się ranę. Piętro piąte. Krótkie "dzyń". Drzwi otwierają się i zapach świeżej kawy uderza w nozdrza. To uruchamia program "mleko", a ten wyzwala algorytm "cukier". Pierwszy łyk wywołuje zdarzenie "idź po ciastko". Ale kolejka. Korpoledze mają wolne czy co? "Cześć Sujoy, co się dzieje? Wszyscy na kawie?" "Hej! Taa, systemy raportowe nie działają. Mamy problem z call center. Podobno ostatnia aktualizacja wszystko wysadziła." "I co? Wszyscy przyszli na kawkę w oczekiwaniu na cud? Boska interwencja to naprawi" – dodałem, jednocześnie wskazując na niebo. Rozbawiło go to. "Trochę to głupie, ale nic nie możemy zrobić. Tu boginią jest Kali, Zbych." Skrzywiłem się z niemym pytaniem. "Tak, to wasz diabeł" – wyjaśnił. "No tak" – pomyślałem. Nasi koledzy z Indii mają parę bóstw, na które mogą zrzucić winę za ten bałagan. My mamy raptem jednego. Gramy z nim w różne gry. Przegrywamy. On oszukuje. Sujoy zawinął się do kumpli. Rozpoczęli żywą dyskusję w swojej odmianie hindi. Tych odmian to mają ze sto kilka. Może jednak to zaklęcia obronne. Dużo awarii jak na środę. Rozumiem poniedziałek, po weekendzie to już normalne, że coś nie działa. Ale środa? Muszę to sprawdzić. Kolejka do kawki przesuwa się powoli. Przecież nie było planowych aktualizacji, a mój projekt ma jeszcze sporo czasu do release'u. Release to takie upuszczenie nowej wersji. "Hej Zbych, Americano?" Wybił mnie z zamyślenia. Jak on ma na imię? "Tak, poproszę" – odparłem. "Jakże czy!" Sprawnie wpychał pył kawowy w coś, co później zablokował w tym wielkim pudle. To coś wyciska smolisty płyn do kubków. Szybkie, automatyczne ruchy robota. Ciekawy gość. Kiedyś rozmawiałem z nim, jak miałem wolniejszy dzień. Nie pamiętam, chyba w jakąś sobotę. Pochwalił się, że zna pięć języków. Trochę to dla mnie dziwne, że typ z kantyny parzący kawę zna pięć języków. Chłopak jest z RPA. Z domu zna język afrykanerski i angielski. To dwa. Trzeci, mieszkając z polskimi dresami, nauczył się, nazwijmy to, bandypolskiego. Na przykład: "Masz fajną dupę" wypowiada z akcentem polskiego bezrobotnego posiadacza golfa dwójki. Ma świetny słuch i fonograficzną pamięć. Odtwarza sentencje jak dyktafon. Wspominam o dwóch lokalnych językach i irlandzkim akcencie, ale tego nie liczę. Chłop marnuje się, parząc kawę w kantynie korpo. Cóż, niektórzy nigdy nie wykorzystają danego im talentu. Przez całe życie będą siedzieć gołą dupą na skrzyni pełnej złota. "Nie jest źle" – odpowiedziałem formułką. "Idę na dół, bo mam pilną robotę." "Okej, wpadnij jutro. Będą darmowe muffinki." "Jasne." Ruszyłem w kierunku windy. Pik pik. I system zarejestrował 12 minut pobytu w kafelce. Winda. Zapach nudli. Hindusi po śniadanku. Wyczuwalne smażone masło nazywane przez nich ghee. Dlaczego od nich zawsze czuć smażonym? Mogliby jakąś wentylację włączać w domu, jak sobie te chlebki pieką albo jakieś vege curry majstrują. Pamiętam, jako mały brzdąc babcia smażyła naleśniki albo placki ziemniaczane. Wszystkie ciuchy było czuć smażonym. Ohyda! Nienawidziłem tego. Winda i numery 543. Wysiadam. Wchodzę do biura na open space. O w mordę, co tu się wyrabia?Idę wzdłuż boksów. Puste ekrany, niezablokowane, białe tło, niektóre wyłączone. Wszyscy są przy stole menedżera. Tam, gdzie 60-calowy telewizor do prezentacji. Widzę łamiące wiadomości. Gapią się barany i czytają czerwony napis z daleka: "Massive cyberattack". Zaczynam zbliżać się do zgromadzonych przy ekranie. Stoją bez słowa z wielkimi oczami. Czyżby strach? Co jest grane? Zapytałem Premę stojącego na końcu kolejki. Mały i lichy Hindus. Zawsze ostatni, ale ciągle uśmiechnięty. Teraz nie. To nie było pytanie. Nie musiałem się już niczego dowiadywać. Wyjaśniły się zdarzenia z poranka i wiem, cholera, dokładnie wiem, co to oznacza. W takich sytuacjach zadajemy głupawe pytania. Przykładowo, jak coś schrzanisz i chcesz to ukryć, a ktoś zapyta: „Zbychu, co robiłeś we wtorek w projekcie?”. A ty na to: „Durno, co ja?”. No kurde, pewnie, że ty. Do ciebie jest pytanie, ale potrzebujesz czasu na zebranie myśli. Taka przerwa daje ci ekstra milisekundy na przetwarzanie i wybranie sensownej odpowiedzi. Celowe działanie mózgu, przystosowanie ewolucyjne, instynkt. Cii, zamknął mi gębę. Ale kto może przeprowadzić tak zmasowany atak na serwery głównego dostawcy usług internetowych na świecie? Ruskie? Nie, nie mają aż takich zasobów. Może znaleźli jakąś magiczną podatność i dołożyli swoje. Okej, ale kto jest tak głupi, mając taką przewagę, wyłącza usługi powszechne i globalne. Znowu cholerne globalne i odkrywa się dureń bez celu. Chyba że cel to powszechne zniszczenie. Dla zniszczenia. O kurwa! Uświadamiam sobie powagę sytuacji. Powołując się na źródła w NSA i Pentagonie, mamy przekonanie graniczące z pewnością, że źródła ataków są zlokalizowane w Rosji, Chinach oraz na Bliskim Wschodzie. Z dużym prawdopodobieństwem jest to Iran. Nasi eksperci uważają, że jest to celowy i skoordynowany atak wymierzony w systemy kluczowe dla bezpieczeństwa państwa. W zaistniałej sytuacji nasze służby wdrażają skuteczną obronę i przygotowują się do adekwatnej odpowiedzi. Bla, bla, bla. Są zaskoczeni. Nie spodziewali się aż tak dużej skali ataku. Jakby to był mały problem, można by go zatuszować. O, kolejny napis. Przedstawiciel rządu chińskiego odrzuca oskarżenia i informuje, że systemy chińskie również odnotowują próby destabilizacji i zakłócenia. Nasz świat. Iluzje i sny. Niepoliczalna mnogość wymiarów tej samej informacji i wykreowanych pseudorzeczywistości. Jak ta iluzja zanika, tracimy grunt pod nogami. Nagle, tu i teraz. Mogę, nie mogę. Znaczenie wcześniej najważniejszych spraw zanika, ulega zatraceniu lub gubi ostrość. Degeneruje się. Pozostaje po nim kałuża brudnej wody i psich kup. Albo plany. Mój plan jest taki super. Złotko, mam tak ważne rzeczy do zrobienia. Wiesz, robię takie ważne rzeczy. Im ważniejsze, tym sam jestem ważniejszy. Ważność moich ważnych spraw jest najważniejsza. Razem z ważnymi kumplami robimy ważną firmę. Mamy super startup. Wiesz, super kontrakt. Jak go zrobimy, wszystkie nasze problemy znikną. To jest takie ważne, że nic nie jest ważniejsze. Daj mi chwilę, wytrzymaj, proszę, a będzie dobrze. Gówno. Zatracamy się. Biegniemy na oślep w tunelu, którego długości nie znamy. Nie wiemy, gdzie będzie żelbetowa ściana do rozpłaszczenia się jak komar na atrapie supersamochodu pana władcy kapitału śpieszącego się na weekend do domu. Mrowienie palców. Patrzę na opuszki. Setki rozbieganych mróweczek. Dziwaczne nowe uczucie. Alergia? Za dużo kawy. Nie wiem. Gęsto na pięterku. Może czas coś zrobić. Czytanie newsów nie za bardzo ma sens. Ta sama informacja powielana po stokroć we wszystkich telewizjach. Naprędce zapraszani eksperci wypowiadają się na tematy. Pani lub pan redaktor zadaje pytania z zatroskaniem i z uwagą wysłuchuje odpowiedzi. Wyuczona modulacja głosu na odpowiednich sylabach. Szkoda prądu. Poczta elektroniczna nie działa. Sprawdzę odpowiedzi z chmury obliczeniowej albo jak kto woli z cloud computingu. Nie działają. Cholera, mam tam portfel kryptowaluty i trochę oszczędności. Jasne, że zaszyfrowany. Dobrze, żeby zaczęli działać. Sprawdzam dyski sieciowe. Zero. Nie ma. Zniknęły. Głęboki oddech. No dobra, podsumujmy. Dziś z roboty nici. Systemy się rozpadły. Muszę działać. À propos gdzie Rysiu? Menedżer średniego szczebla, tak zwany bezpośredni poganiacz. Syndrom ZZ? Zapił, zaspał? A może gorzej? Zaspał, zapił. 10:30. Na lunch za szybko, na stand-up za późno. Sujoy. Podszedłem i oparłem się o jego biurko. Przyniósł kawę z góry i ją żłopie. Siorbanie i mlaskanie. Och, na szczęście nie ma już tych jego kolegów.Zagadnąłem. Muszę wiedzieć, co się dzieje ze szczegółami. Ocenię i wykorzystam tą sytuację. Czyż mógłbym się temu oprzeć? „Jak tam chłopie? Myślę, że do lunchu ogarną problem, co?” „Pewnie tak. Sorki, ale trochę tematów mam. Możesz?” „Jasne, że mogę. Idę do siebie.” Nic od niego nie wyciągnę. W co oni klikają, skoro wszystkie systemy zdechły? Jesteśmy zdezorientowani. Niektórzy udają, że są zajęci. Cisza. Inni szukają coś w notatkach. No tak, kontraktorzy nie mogą nie robić nic. Wyuczona krzątanina, tresura. Jest czas na obserwację każdego z nich. Podpieram rękę brodą i się gapię. Czy jakaś relacja łączy mnie z tymi ludźmi? Obrazy i teatralne twarze, maski wyuczonej uprzejmości są jak pocztówki ludzkie. Ktoś kiedyś powiedział: „kalki dla twojego umysłu”. Obrazy, świetlne projekcje, hologramy ludzkie z ultracienką powierzchnią ludzkiej relacji. Awatary ludzi. Są dowcipnisie albo superspecjaliści. Przebywanie z nimi ma sens. Mają wartość użytkową. Nawet im współczuję. Chcę czasem przebywać w ich towarzystwie. Cienie w jaskini nie mają znaczenia. Słowa, maile, komunikaty. Wszystko odeszło. Czasem pytają: „Zbych, opowiedz, jak to zrobiłeś. Świetna implementacja stary, daj znać. Może spotkanie branżowe zrobimy?” „Pewnie John, musimy się umówić na lunch.” „Stary, daj znać jak będziesz coś organizował.” Fasady, pozy, role i duże gady szmaty. Jak to oceniać? Teatr kiepskich aktorów. Nie możesz powiedzieć: „Hej chłopaki, nie tak. To nie o to chodzi” i zrozumieją. Nikt nie zrozumie. Nie ma nadziei na zmianę. To świat obumarły. Ostynia i popiół. Boże, zadzwonię do niej. Coś długo wybiera. Okej, jest sygnał. „No cześć” — zagajam. Ton głosu neutralny, wyuczony. „Co tam? U nas jakieś zamieszanie. Komputery nam nie działają.” Ma szybkie tempo odpowiedzi. Śpieszy się. „Coś mówią, że to hakerski atak. A ty jak?” „To samo. Pełno awarii. Zwolnią was szybciej?” „Nie wiem. Raczej nie. A czemu pytasz?” „Może jak nie możemy pracować, to może zjemy obiad razem na mieście?” „Przestań Zbych. Przecież mamy strasznie daleko między biurami.” „Wiem, ale może jak wyjdziesz teraz, to się ogarniemy, co?” „Kochanie, jasne, ale ja jestem w pracy” — zaakcentowała w pracy, co oznacza: zamykam dyskusję. „Wiem, wiem. Tak tylko pomyślałem, że możemy razem spędzić czas.” „Będziemy w kontakcie. Pa kochanie” — odwiesiła. „Mhm. Pa” — odpowiedziałem do ciszy w słuchawce. Mam jakieś napięcie w brzuchu. Jestem skurczony. Całe ciało jakby gotowało się do skoku. Uczucie zagrożenia. Oddech płytki i szybki. Odblokowuję ekran. E-maile zadziałały. Jakoś nie chce mi się ich czytać. Zobaczmy system. Napiszę trochę kodu, sprawdzę jak testy. Miałem dopisać parę nowych. Dodam makiety i przejdzie. Ale się wyłożył. Nie ma repozytoriów. Tam trzymamy wszystko. „Patrick, buduje ci się projekt?” — zapytałem owego z boku. „Nie. Jest problem z repozytorium. Restartują i za parę minut ma być okej.” „Dzięki.” Boże, co za dzień. Prawie 12, a ja jeszcze nic nie zrobiłem. Co chwila coś się wali, nie działa. Środa. Jeszcze trzy dni do odłączenia się na chwileczkę zapomnienia. Weekendowy resecik. Jebs! Nie ma oświetlenia, ale się UPS-y rozkrzyczały. Wszechobecny jazgot. Światło awaryjne. Upiorne kształty w monochromatycznej czerwieni. Gapimy się na sufit w oczekiwaniu na... I o, wróciło. Komórka dzwoni. „Tak, słucham?” „Czy z panem Zbigniewem Wojnieto?” „Tak, to ja.” „Kontaktuję się z agencji Adventure and Tour. Chciałem porozmawiać o pana rezerwacji.” „Tak. Słucham.” „Jest problem z rezerwacją pana wycieczki. Dostaliśmy informację o braku autoryzacji pana transakcji.” „Co?!” „Tak. Musimy odwołać pana rezerwację i obciążyć pana kosztami rezygnacji zgodnie z tabelą opłat i prowizji.” „To niemożliwe. Jakaś pomyłka. Ja mam na pewno pełne obłożenie kwotą.” „Tak, tak, ale rozumie pan, to jest niezależne ode mnie. Muszę anulować.” „Rozumiem. Wyjaśnię to w banku. Kurwa, ja pierdolę” — przekląłem pod nosem z emfazą bohatera z filmu „Co mnie dzisiaj świra”. „Tak. Proszę to zrobić. Jeżeli uda się ponownie autoryzować transakcję w ciągu dwóch dni, pana rezerwacja będzie dalej aktywna, a my z przyjemnością zrealizujemy pana zamówienie.” „Rozumiem. Załatwię to i dam wam znać.” To są jaja. Mam kasy na pięć takich wycieczek. I po co do mnie dzwonią? Więcej ogłupków nic nie kupię. Jeszcze im w sieci gównianą opinię zostawię. Zemszczę się na baranach za stres. Będę musiał jej to powiedzieć. Kolejna historia. Ile jeszcze tego dzisiaj? Wyobrażam sobie ten wzrok i to jej spojrzenie. Zawód widoczny w wyrazie oczu, które mówi: „Nie, nie wierzę, że to też spieprzyłeś. Tak na to liczyłam, że razem, że odpoczniemy, że porozmawiamy, doświadczymy siebie. A ty znowu to spieprzyłeś.”Szlochanie w poduszkę, żebym nie widział, bo i tak nam jest ciężko. Przecież po co go obciążać? Ja i tak wiem. Czuję ten ciężar najmocniej o poranku. Ona wstaje w tym stanie. Sufit jest niżej, a i oddech znów płytszy. Kurwa, czemu one się tak mażą? Mogłyby mieć trochę więcej jaj. Nie, lepiej te cholerne łzy wylewać. Nie możesz ich zatamować, nie zatkasz ich tamponem. Są jak rany na plecach. Krople łez na szybie pleców. Nieprzewidywalny ruch. Płyną i płyną. Nie wsiąkają. Zostawiają głębokie wżery jak w zbyt suchej ziemi. Dam sobie z tym spokój. Za ciężko. Odsuwam myśli. Mam zadanie i na tym się skupię. Odkręcę problem z autoryzacją i wszystko będzie po staremu. Plan jest taki: dzwonię do banku, wypłacę gotówkę i zaniosę durniom bezpośrednio do agencji. Jaki tam był numer? Sprawdzam w wyszukiwarce. Nie ma wyników. Brak serwera. Ups, może mam w kontaktach w komórce. O, jest sygnał. „Przepraszamy, z przyczyn technicznych nie możemy połączyć państwa z operatorem. Prosimy spróbować później. Przepraszamy za utrudnienia”. Cisza. Ci też mają awarię? Sprawdzę w internecie. Nic. Nie mogę się zalogować. Może w aplikacji na komórce? Nic. Błąd aplikacji. Czegoś takiego, jak żyję, nie wiedziałem. Odkąd mamy systemy online nigdy nie było tak, że wszystkie kanały nie działają. A może do oddziału pójdę? Nie, to na nic. Skoro system internetowy nie działa, to w oddziale też mi nie pomogą. Strata czasu. Tylko się powkurzam. Ciekawe, że wszystko się wali naraz. Kolejny raz tego doświadczam, jakby ktoś kierował moim życiem, a nie ja samodzielnie. Zdarzenia, szczególnie te gówniane, pojawiają się kompletnie losowo i w stadach. W stadach czarnych kruków. Napadają, walą w łeb, przyduszają do ziemi. Czasem mam takie uczucie, poczucie gdzieś w ciele, że coś się wydarzy. Wewnętrzne napięcie. Bach! I ktoś dzwoni z informacją, że jest jakiś temat do ogarnięcia. Albo odbieram przesyłkę i dostaję najgorszą wiadomość, jaka mogłaby być. Poprzednie problemy znikają przysłonięte tym bieżącym. Łudzisz się, że ogarniasz, a tu nagle kolejny rozpad. Jakby demon, diabeł robił sobie jaja. Losował i eskalował. A co tam u Zbycha? O, wszystko idzie okej. No to mu przywalimy uszkodzeniem silnika w aucie, którym dojeżdża do pracy. Niby zwykła sprawa. Samochody się psują, ale usterka jest tak poważna i nietypowa, że trzeba silnik wymienić. Bach, parę tysiączków w plecy. A te plecy to mam tak opuchnięte od uderzeń, że grzbietowych ćwiczeń na siłce nie muszę. Dobry przykład. Poniedziałki. Wiesz, po grubym melanżu. Piątek — impreza do zejścia, niedziela na regenerację. Ale ta regeneracja nie nadchodzi. Poniedziałek jest koszmarem na jawie. Gówniane telefony, niezałatwione sprawy z poprzedniego tygodnia walą młotem w czachę. Myślisz sobie: „Nie, już nie dam rady. Tylko nie ten gość. Nie odbiorę telefonu. Udam, że na spotkaniu. Obiecałem zapłacić im do piątku, a tu nic. I dzwonią. A ja co mam im powiedzieć? Sorki chłopaki, nie mam kasy. Poczekajcie jeszcze miesiąc, dobra?”. Reset weekendowy nic nie rozwiązuje. Ułuda odpoczynku. Koszmar wróci wtedy i zagoni cię do ślepego zaułku. Wtedy nie masz wyjścia i musisz rozwiązywać sprawy. Inaczej one cię rozwiążą. Czasem czuję się jak szczur, który osaczony ma tylko jedno wyjście: atakować. Inaczej pogruchotają go łopatą. Szczur ma determinację. Mały skurczybyk. Zdarza mi się śnić ten sam koszmar. Dzikie, małe oczka wpatrzone we mnie. Rusza się skurwiel tak szybko, a ja próbuję go walnąć pałą. Nie trafiam dokładnie. Odbija się i zaczyna od nowa atakować. Szczurzy, obleśny stwór. Ja wiem, że muszę go walnąć. I znów chybiam. I tak kolejny, i kolejny raz. Czuję, że tracę siły. Wiem, że muszę machać pałą w nieskończoność. Nie mogę mu pozwolić, aby się do mnie zbliżył. Pojawia się strach o to, że nie dam rady. Strach narasta, aż blokuje moje ruchy. Czuję się jak w smole. Wiem, że to koniec. Jego pysk zbliża się do mnie albo powiększa. Nie wiem. Zaczynam widzieć twarz znajomą z lustra. Budzę się z krzykiem. Dobrze, że to wszystko się rozpada. Duże systemy, na których opiera się świat, nigdy nie miały takich awarii. To coś oznacza. Jeżeli świat, który znamy i tylko jego mamy, rozpada się, co to oznacza? Może to i dobrze. Jak to wszystko się spali, sczeźnie, nie będę miał tych głupich telefonów. Tak. Koniec świata mnie uwolni wreszcie.Na mieście. Włączyłem portal wiadomości na moim komputerze. O dziwo coś działa. Wszystkie wpisy są na czerwono. Jak zwykle idiotyczne nagłówki. "Armagedon w metrze" to pewnie opis, jak zabrakło prądu. Ciekawe, jakie są procedury. Czy ludzie wychodzą i idą tunelem, czy jednak są trzymani w wagonach jak w celi? Jak dają radę ci z klaustrofobią? "Zatrucie wody pitnej bardzo prawdopodobne". Ciekawe. Autor pisze o problemach z obsługą systemów oczyszczania i uzdatniania wody. Podobno w północnej części miasta dostawy są przerwane i jeżdżą beczkowozy. Beczkowozy? Przecież tam mieszka ze 30 000 ludzi. Ile tych beczkowozów przyjedzie? Północna część to tam, gdzie mieszkamy. Niedobrze. O, to jest niezłe. "Katastrofa promu Galileusz". Ja piórkuję. Piszą, że są zakłócenia w sygnale GPS. Autopilot za późno rozpoczął hamowanie. Wyrżnęli w falochron na wejściu do portu. Kilka osób jest rannych. Zobaczę filmik. Długo się ładuje. Jest. O, ale akcja! Ktoś nagrywał ze środka, a jak walnęli, to przestał. Zerkam na telewizor. Ten stojący obok boksu menedżera łamiący wiadomości. Żółte paski i gadające głowy. Konferencja ma być. Pan premier uspokoi naród i powie, że to przejściowe. Coś mi mówi, że powinienem ją zabrać i pojechać do domu. Planuję wyrwać się w porze lunchu. Przynajmniej nikt nie będzie dopytywał, gdzie wychodzę. Kolejne filmiki z sieci. Ktoś z sali głośno komentuje. Ludzie gromadzą się przy jego stanowisku. Widzę chodzących po korytarzu. Próbują gdzieś dzwonić. Narasta napięcie. Nie będę panikował. Nie ja. Może jakiś głupi żarcik puszczę, żeby rozładować atmosferę. Nic. Pustka w głowie. Zadzwonię do niej. Długo łączy. Brak sieci. Zero kresek identyfikujących poziom sygnału. Nie mam zasięgu? Tylko połączenia alarmowe. Jest zasięg, ale karta nieaktywna. Na telewizorze widzę napis: "Mobilizacja wojska. Sieci komórkowe notują przeciążenia. Wstrzymano ruch lotniczy". Patrick coś mówi, że samoloty krążą, nie mogą wylądować. Systemy namierzania podają nieprawidłowe koordynaty. Jeden z samolotów przywalił w ziemię, nie wiedząc, co jest grane. Sprawdzam twoją tubę. Wyłączona. A może Świergol? Mamy Wi-Fi. Z roboty prześlę wiadomość do niej, abyśmy się spotkali na mieście. Podobno korki są takie, że wszystko stoi. Zielona fala przestała działać. Mnóstwo wypadków. Wszystkie światła świecą się na zielono. O jeb! Znowu zasilanie awaryjne. Chrzanię. Idę teraz. Nie czekam na lunch time. Wysłałem wiadomość komunikatorem. Może odbierze. W treści jest geolokalizacja, gdzie mamy się spotkać. Trochę bez sensu. Przecież nie ma GPS-a. Cholerna sieć satelitów nie jest dostępna akurat teraz, jak jest najbardziej potrzebna. Wychodzę z biura. Piąte piętro. Miarowy stukot butów w klatce schodowej. Nie tylko ja wymyśliłem wcześniejszy lunch. Patrzę na niektórych. Są tacy, co wyglądają, jakby pierwszy raz w życiu szli po schodach. Nie będzie im łatwo. Przyspieszam i przepycham się między purpurowymi twarzami. Wypadam na ulicę przed biurem. Mnóstwo ludzi, gigantyczny korek, jazgot trąbienia, jakieś nawoływania. Stłuczka na skrzyżowaniu. Dwóch facetów w średnim wieku zaczyna się szarpać. Zaraz będą się po pyskach tłuc. Całkowita blokada. Miasto na kolanach i komunikacja miejska też. Idę pieszo w kierunku lokalizacji, którą do niej przesłałem. To jest najbliższe miejsce, skąd możemy dostać się do domu. Punkt zborno-ewakuacyjny. Mam nadzieję, że pomyśli logicznie. Nadzieja na logikę w tej idiotycznej sytuacji. A może to instynkt przetrwania zadziała? Nie mózg, nie płaty czołowe, a intuicja. One mają ją dobrze rozwiniętą. Choćbyś nie wiem jak grał, zawsze coś wyczują. Idę z tłumem. Przesuwamy się jak na jakiejś demonstracji. Niektórzy przepychają się w przeciwnym kierunku i robią to zbyt skutecznie. Protestujący, czyli ci rozpychani, podnoszą głos. Sytość przekleństw tłumi się w tłumie. Idziemy coraz wolniej. Muszę zmienić kierunek. Patrzę przed siebie na ramiona mostu. Tam się kieruje mój pochód. A może kondukt pogrzebowy? O, moja alejka poranna. Dzień roboczy zaczynam od jej przekroczenia. Wita się co rano ze mną kolorami zależnymi od pory roku. Przypomina mi o świecie. Czy jutro też przypomni? Zaczynam wątpić. Skręcę w prawo. Tam jest park. Przejdę do kolejnej równoległej dwupasmówki. Może będzie mniej ludzi. Widzę coraz wyraźniej bałagan i rozpierduchę. Ludzie wykrzykujący. Niektórzy w panice, inni próbują ogarniać. Jakiś facet siłuje się z klamką opornego auta. Najnowszy SUV nie otwiera się. Pewno autoryzuje się w sieci. A skoro nie ma sieci, to jak? Auta autonomiczne stają dęba z piskiem. Ale mu przywalił w tył. Elementy tylnego oświetlenia jak odłamki z granatu poleciały we wszystkie strony.GPS i sieć internetowa nie działa. Komputery mają nieprawidłowe dane i załatwiają kierujących. Błędne decyzje algorytmów. Programiści nie testowali systemów w środowisku Armagedon. Nie zdecydowałbym się dzisiaj na jazdę takim autem. Przecznica od parku też zablokowana. Próbuję się przeciskać przez tłum. Czuję głód. Dlaczego teraz? A, wiem. Zapach wabiący z kafeterii. Nie ma kupujących. Wezmę jakąś kanapkę na wynos. Poproszę z szynką. Nie możemy sprzedać. Kasa nieczynna. Zapłacę gotówką. Niepotrzebny mi paragon. Niestety, proszę pana, nie możemy. Daj spokój. Nie widzisz, co się dzieje na zewnątrz? Nie mogę. Takie są procedury. Chore. Nie mogę podjąć dyskusji z procedurami, bo one nie dyskutują. Wychodzę z proceduralnej kafejki. Zastanawia mnie, że niektórzy będą tkwić w tym świecie i podtrzymywać go do końca. Może to tak jak kapela z Titanica. Widzę w wyobraźni panów we frakach. Świetnie wyryte w mojej pamięci, wstrzyknięte obrazy popkultury. Nie moje. Proszę pana. Ktoś krzyczy. Odwracam się. To ta młoda dziewczyna z kafeterii. Proszę. Wciska mi papierową torbę w rękę. Niech pan weźmie. Dzisiaj i tak nie sprzedamy, a jutro nie wiem, czy będzie. Opuściła wzrok, szukając wskazówki, słów. Ponownie spojrzała na mnie i dokończyła: jutro. Dziękuję. Dziękuję bardzo. Za szybko oceniam ludzi – pomyślałem. Mała miała mądrość i spokój w oczach. Kontrast z tym, co dookoła. Odwróciła się i ruszyła w stronę kafejki. A może nie. Wkładam torbę do plecaka, ruszam dalej i oglądam obrazki jak z tanich filmideł. Ludzie szarpiący się ze sobą. Policjanci próbujący kierować ruchem. Niektórzy jak w amoku biegną. Pozostawione samochody. Te sceny wyglądają tak znajomo. Filmy klasy C. Zagłada z kosmosu. Ostatni dzień. Pozostaje tylko przełączyć się myślami na centrum dowodzenia. Generałowie w mundurach. Jacyś naukowcy. Prezydent Stanów Zjednoczonych. Panie prezydencie, spieprzyliśmy. Świat ulegnie zagładzie i to bardzo źle. Ale skąd macie pewność? Nie ma nadziei – mówi otyły i łysy pułkownik czegoś tam. Nasi naukowcy przygotowali symulację i tak dalej. Teraz wszyscy jesteśmy aktorami. Odgrywamy drugoplanowe role w podrzędnym filmie katastroficznym klasy C. Skręcam w lewo, w dzielnicę bogaczy. Świetne miejsce do mieszkania. Wynajęcie pokoju to jakieś tysiąc euro miesięcznie. Pojawiło się coś nowego w mojej głowie. Nowe przeczucie, jakby uczucie żalu. Zatrzymuję się w biegu jak w filmach, kiedy wszystko spowalnia. Patrzę jak na niemy film. Cisza. Czuję współczucie do tych wszystkich ludzi, do ich opowieści życia, ich światy, zakupy, procedury. To wszystko jest tak małe i mało istotne. Pozy i role. Stanowiska. Zaszczyty. O, dzień dobry, panie prezesie. Witam panie profesorze. A dzisiaj chcielibyśmy przedstawić człowieka roku, a może przyszłej dekady. Uśmiechnięty od ucha do ucha prowadzący wita się z drobnym mężczyzną w sweterku. Elan Muszczek. Cześć Elan. Wiemy, że inwestorzy i rynki czekają na twój kolejny świergol. Jak się czujesz jako twórca przyszłości? Elan coś mówi, ale dźwięk i obraz stopniowo zanika w mojej wyobraźni. Rzeczywistość dociera z oporem. Twórca przyszłości. Rozglądam się dookoła i słabo tą przyszłość widzę. Przyszłość. Czymże jest przyszłość? Czy to nie aby sklecone mrzonki okraszone marzeniami, cele i plany? Planujemy skrupulatnie. W środę to, w niedzielę wizyta u mamy, w lipcu wakacje, awans, zmiana pracy. Wydaje nam się, że posiadamy umiejętność i moc kreowania przyszłości. Cholerne mrzonki. Nic, co do tej pory planowałem, nie wyszło. Rozejrzyj się na ulicy. Popatrz na ten chaos, na rozpadające, rozsypujące się tysiące planów wokół mnie. Ci ludzie w panice albo przerażeni wszyscy mieli jakieś plany. I co? No i właśnie to. Zgliszcza. Ciekawe, jakie plany mieli ci Brajanera, co nie doleciał do lotniska. Albo ich bliscy też mieli plany związane z tymi bychowcami. Mieli fryzjera umówionego na przyszły tydzień albo odbierali nowe auto. Może remont, zakup mieszkania. Trzeba wykonać jeszcze to i tamto. Skończymy i wtedy do niej dotrzemy. Do przyszłości. Gówno prawda. Jak już tam jesteśmy, to ona, przyszłość znowu jest gdzieś tam daleko, jak uciekający horyzont dla zamęczonych długą podróżą wędrowców. Umierają w drodze. Mijam starsze małżeństwo trzymające się za ręce, niespiesznie z nogi na nogę. On ją podtrzymuje. Są tak niepasujący do obrazu wokół mnie, że aż przystaję i gapię się. Niedołężni dziadkowie. Chyba już wiedzą. Ich koniec jest bliski, niezależnie czy ten cholerny padół ktoś spali, czy kostucha się o nich upomni. Starsza pani stawia kroki niepewnie, a on z uwagą chyba instruuje, gdzie mają się kierować.Chcę krzyknąć, gdzie idą, dlaczego nie zostali w domu. To nie miejsce dla nich, do cholery. Ale to niepotrzebne. Oni już wiedzą. Ten spokój, który od nich emanuje. I te oczy. Oni się już nie boją. Znają przyszłość. Nic już nie trzeba. Ja nie wiem, co będzie i muszę dotrzeć do naszego punktu zbornego. Do niej. Ruszam i przebiegam przez mały park do ulicy. Tu jakby mniej ludzi. Biegnę w kierunku Abbey Street. Płuca mnie palą, a uda trzęsą się jak galareta. Coś jednak każe mi biec. To strach. Abbey Street. Fikuśny płaszczyk. Znam go. Śmiałem się, że wygląda, jakby był zrobiony z resztek swetrów, których już nikt nigdy nie założy. To ona szarpie się z jakimś gościem. O kurwa! Adrenalina wali mnie w łeb tak, że mam wrażenie, że eksploduje mi czaszka i obryzgam wszystkich szarą masą mózgową. Czuję aż gorycz w gardle. Muszę go dopaść. Dobiegam do nich, ale nie krzyczę. Łapię typa za ramię i pociągam po okręgu tak, żeby się wywalił. Cholera! Za duży krok. Tracę równowagę i walę w ziemię razem z nim. Szybko muszę wstać. Gość patrzy na mnie ze zdziwieniem. Chyba go zaskoczyłem. Wykorzystuję to. Walę go w gębę, nieudolnie z zagiętą pięścią. Coś trzaska, ale nic nie czuję. Może coś w jego gębie. Mam cholerną nadzieję, że tak. Niestety nie widzę jego twarzy. Czas znowu się zatrzymuje. Jak jakiś złamas mnie wkurzał, zostawiał papiery, przeklinał przy malutkich albo w jakiś sposób mnie irytował, wyobrażałem sobie, że wstaję, mówię mu parę męskich słów i wtedy moja wyobraźnia robi mi projekcję historyjki. Mnóstwo ich zawsze miałem. Na przykład gość się stawia i mówi: „A chuj ci w dupę”. A ja, mając nieograniczoną szybkość i siłę, z gracją podejmuję dyskusję bez strachu. Typ widzi, że nie przelewki i podnosi kubek z Maca wyrzucony przed chwilą na podłogę i ze skruchą wrzuca do śmietnika. Ja siadam otoczony wzrokiem zdziwionych i zachwyconych ludzi. Triumfuję i dalej czytam sobie moją książkę o filozofii oświecenia albo atlas kwiatków. Mam też taki: gość bez dyskusji z łapami do mnie. Ja widzę w zwolnionym tempie, jak te łapy lecą. Mam czas, mam komfort i zastanawiam się, jak zrobić unik, aby ten typ walnął mordą w barierkę, nie napotkawszy spodziewanego oporu, ale nie obryzgał posoką innych podróżnych. Czas pod kontrolą. Zwalniam albo przyspieszam, jak tylko chcę, by zaplanować rozprawienie się z delikwentem. Nic z tych historyjek. Łapa mnie boli. Facet leży i dyszy. Boi się. Ludzie się na mnie gapią jak na jakiegoś zbira. Co mi jest? Uszkodziłem tego gościa, siebie i teraz będę miał problem, bo czujne kamery są wszędzie. Przychodzi odsiecz poczuciu winy. Przecież ją szarpał, chciał skrzywdzić. Powinienem chłopu wyrwać łapy. Na czworakach tyłem zaczął się wycofywać jak cholerny pająk. Mam go gdzieś. Niech spieprza. Ona stoi z wielkimi oczami i coś zaczyna do mnie wykrzykiwać. Odzyskuję słuch. „No coś ty zrobił? Stłukłeś Jarka? Co się z tobą dzieje? Skurwiel cię szarpał” – sylabizuje, próbując złapać oddech. – „Powiedziałam mu, że będę tu na ciebie czekać, a on stwierdził, że jest niebezpiecznie, że się upieram. Złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć. Zbych, to jest kolega z pracy!” Nic z tego nie rozumiem. Co ona mówi? Że to jej kumpel i że nie chciał? Powoli to do mnie dociera. Chyba spuściłem łomot gościowi niepotrzebnie. O w mordę! Przeciwbólowa adrenalina przestała działać i ogień pojawił się w nadgarstku. Złapałem się. Czuję, jak pulsuje i puchnie. Chyba go skręciłem. O kurwa, nic nie idzie tak, jak powinno. Kto ze mną pogrywa w ten sposób? „Spieprzajmy stąd” – powiedziała rozsądnie. Wracamy do domu. Biegniemy. Omijamy ludzi. Trzymam ją za rękę. Dobiegamy do następnej przecznicy. Skręcam raptownie w lewo. Zatrzymuję się za rogiem. Opieram się plecami o ścianę. Ona też. Wychylam się za narożnik. Nikt nas nie goni. Jarek Dupek zrezygnował. „Nie ma nikogo. Jest okej” – wpada w moje ramiona. Podryguje niemiarowo. Łka bezgłośnie. Zbieramy się do domu. Patrzę w jej załzawione oczy. Kiwa głową energicznie. Szukam chusteczki w plecaku. O, torba z jedzeniem. – „Jesteś głodna?” – ciągnę ją do zaułku. Muszę przygotować plan, zastanowić się, co dalej i jak. „Nie dam rady nic przełknąć”. Ja też – pomyślałem. Nie możemy przemieszczać się głównymi ulicami. Korki. Komunikacja publiczna nie działa. Buspasy nawet zakorkowane. Kierowcy nie zwracają uwagi na przepisy.Na pieszo mamy 20 kilometrów. To jest cztery godziny szybkiego marszu, pod warunkiem, że nie będzie problemów. Nie damy rady przed zmrokiem. Bóg jeden wie, co się tu będzie działo w nocy. „Myśl, myśl” — gadam do siebie. A może by tak ścieżkami leśnymi? Zrobimy półokrąg. Będzie ze 30 kilometrów. Potrzebuję tylko odpowiedniego auta. Terenówka, może SUV z wyższym zawieszeniem. Sam nie wiem. Jak ukraść auto. Nie znam się na tym. Może wybiję szybę, za ochronką na oczy będą kluczyki i jak Terminator po szkoleniu przez dzieciaka biorę, odpalam i jadę. Idiotyczne. Co za bzdury, człowieku, kombinuj. Złotko. Ruszamy do domu. Bez wahania wstała i idzie ze mną. Zluzowałem uścisk jej dłoni. Dobrze, żeby ją jeszcze miała. Idziemy szybkim krokiem, a ja intensywnie myślę i analizuję sytuację. Jak robot, jak automat. Ogniskuję wzrok na przedmiotach, twarzach, na czymś, co da mi pomysł na dotarcie do domu. Jak będę miał auto, przebiję się na zachód w kierunku lasu. Tam mam trasy rowerowe. Są szerokie. Dojadę nimi do domu. Przy odrobinie szczęścia będę miał dwie godziny. Pod warunkiem, że żadne inne auto nie zatarasuje drogi. Są szanse, żeby je ominąć. Te lasy to przyroda 20 tysięcy. Nie wolno nimi jeździć samochodem, ale dzisiaj mam to gdzieś. Świetne drogi rowerowe. Znam je jak własną kieszeń. Może ukraść dwa rowery? Nie. Ona nie da rady. Obserwuję ulicę. Ścisk, trąbienie. Teraz najnowszy Mercedes. Pod warunkiem, że ruszy i nie zatrzyma się raptownie jest całkowicie bezużyteczny. Korki wszędzie. Wartość rzeczy i ich szaleńcze wyceny. Mercedes za pół miliona złotych jest teraz mniej wart niż dobry Góral za tysiaka. Przewartościował się, co? Ciekawe co na to rzeczoznawcy od leasingów. Złotko, idziemy do lasu. Tam są ścieżki i musimy ich użyć. Powiedziałem to z pewnością w głosie, ale w duchu niczego nie jestem pewien. Jesteśmy w czarnej dupie, a dzień się kończy. Straciłem poczucie czasu. Z roboty wyszedłem przed lunchem, a dochodzi piąta. Mam jeszcze trzy godziny do zmierzchu. Słabo to widzę. Nocowanie w lesie odpada. Nie mamy nic poza jej torebką. Bez ciepłego ubrania przemarzniemy. Nie mam nawet zapalniczki. Rzuciłem palenie, jak wchodziliśmy do Unii, ale bym zajarał. Doszliśmy już do przedmieść. Widzę las, parterowe, czasem dwupiętrowe domki. Słońce już nisko. Lubię tę porę dnia. Cienie się wydłużają, robi się ciszej. W innych okolicznościach wybralibyśmy się na wybrzeże oglądać zachód słońca. Faktycznie jest ciszej. Miarowy stukot jej obcasów wybił mnie z myśli o wybrzeżu. Biedna nie skarży się, ale pewnie stopy ma zjechane. Łydki i uda wyglądają pięknie w butach na wysokich obcasach. Nogi są dłuższe, ale stopy tragedia. Uszkadzają się biedactwa, żeby forma była piękna. Jakie to teraz głupie. Patrzę na zaparkowane samochody. Który uda mi się odpalić, w którym jest kluczyk. Same wypasione fury. Ale zaraz. Stoi car sharing. Nie otworzę go komórką, bo nie ma zasięgu, a on nie wie gdzie jest, bo nie ma sygnału GPS-a. Ale każdy taki samochodzik ma dokumenty i kluczyk w schowku. Eureka! Mam auto. Kochanie, bierzemy go. Podbiegam do srebrnego Graphic Cara. Czym wybić szybę? Rozglądam się. Nic. Takie cholernie czyste osiedle. Zero kamieni, cegłówek, gruzu, nic. Płyty z chodnika nie wyrwę. O, może przywalę komórką w boczną szybę. Po prostu rzucę nią z wielką siłą i wybiję. Na cholerę mi ta komórka? Zero zasięgu, nic. Do diabła z nią. A! Zdjęcia na karcie. Wydłubuję kartę. Wspomnienia są ważne. Naprawdę? Do portfela. Zamykam i rzucam. Wow! Odbiła się i prawie dostałem w pysk. Odsuń się na drugą stronę — rozkazuję. Boże, jak dobrze, że nie dyskutuje, nie pyta, nie kwestionuje. Chyba w sytuacjach ekstremalnych ładują się nam nowe programy z katalogu „Przeżyj”. Adaptujemy się do sytuacji i pojawiają się nieznane nam cechy. Rzucam ponownie. Tym razem zdjąłem ochronne etui. Brzdęk. Komórka trafia rogiem. Mój ulubiony Szajsungu 9 właśnie przydał się do czynności w realu. Umarła. Pajęczyna i spełniony ostatni obowiązek. Jak piloci rakiety, co ma eksplodować na powierzchni komety ratują ludzkość. Prawie zasalutowałem do bohaterki dziewiątki. Szyba w drobny mak. Otwieram przód. Cholera, zaczął wyć alarm. Nie potrzeba nam tu towarzystwa. Wsiadam. Schowek. Kluczyk. Pastylka logująca. Zamilkł. Są kontrolki. Ona wsiada. Odpalam. Ruszam. Zbych, poczekaj! Krzyknęła. Co jest? Zostawiłam torebkę na krawężniku."Złotko, na chuj ci ona?" "Mam tam wszystko. Proszę." Ja pierdolę. Zatrzymuję prawie w miejscu. Omal nie wyrżnęła twarzą w deskę rozdzielczą. Ze złością wrzucam wsteczny i wykręcam silnik na max obrotów. Skrzynia wyje niemiłosiernie. Stop. Otwiera drzwi, biegnie po torebkę. A może pojadę? Zostawię ją. Nie będę miał ciężaru. Sam będę przemieszczał się szybciej, z mniejszym ryzykiem. Nie będę musiał się martwić. Po prostu wrzucam jedynkę. Odjeżdżam. Tylko szybkie spojrzenie we wsteczne lusterko. Bezradnie stanie w pozycji pytającej. Rozłożone ręce w geście. Zbych, dlaczego? "Zbych, jedziemy! Zbychu!" krzyknęła. Jest w środku. Wybiła mnie z ciemności myśli. Znowu zły gra ze mną. Jak mogłem? Zawstydziłem się. Paskudnie. Ty dupku. Jedziemy. Znam drogę. Asfalt się za chwilę skończy. Wjeżdżam do lasu. Każdy korzeń i wybój wydaje się znajomy. Rowerem śmigam na wariata. Skoki, zakręty, mijanki z drzewami. Czy ten Renault da radę? Muszę pamiętać, że auto jest szersze od roweru. Znacznie szersze. Idzie dobrze. Za chwilę stromy podjazd. Nie mogę się zatrzymać, bo się zakopiemy. Sypki piach. Rozpędzam autko. Wykręcam go na najwyższe obroty. Na dwójce silnik wyje. Trzymaj się, będzie rzucało. Kurczowo ściskam kierownicę. Nadgarstek mnie pali, ale dam radę trzymać się drogi sztywno na wprost. Wjeżdżamy. Dobrze, że to małe gówno ma napęd na przód. Ciągnie resztę auta i nie rzuca na boki. Jakaś autotrakcja się włącza i mi pomaga. Uff, przejechaliśmy. Teraz z górki do rur ciepłowniczych. Później jazda wzdłuż i jesteśmy na miejscu. Teraz prosta trasa, z 10 kilometrów, trochę korzeni i zakrętów. Jak byłem dzieciakiem nie było tu szutrowej trasy, ledwo ścieżka i droga dla leśników. Szwendaliśmy się tu często na grzyby albo niedzielną przechadzkę całą rodziną. Chyba to lubiłem. Włączyła radio. Dobry pomysł. Nie ma internetu, komunikatów, Fejsa. Pozostało radio. Wynalazek sprzed 100 lat. I działa. Nikt nie stwierdził, że nie będzie już wspierać aplikacji radio i wyłącza serwis, bo już się nie opłaca. Fale radiowe unoszą się w przestrzeni bez licencji, bez praw autorskich i nikt ich firewallem nie zablokuje. Jako dzieciak pamiętam, jak dziadek słuchał Wolnego Radia. Podobno ruskie je zagłuszali. Nic im z tego nie wychodziło. Tak, to dla dziadka był powiew świeżego powietrza wolności. My w naszych więzieniach nie mamy już świeżego powietrza. Nasze jest stęchłe, czuć nowym plastikiem albo całe aż drży od propagandy. Słuchamy komunikatów. Dziś już mnie nic nie zdziwi. Każą pozostać w domu. Ogłaszają powszechną mobilizację oraz prezydent Kobza ogłosił stan wojenny. Wojsko wychodzi na ulice. Kurwa, stan wojenny? Czy ja śnię? Trochę mi się wyrwało. Pamiętam to, jak byłem malutkim chłopcem. Ryk silników w nocy i brak teleranka. Ale teraz stan wojenny. Wszystko nie tak. Co się kurwa dzieje? Przyspieszam i bardziej skupiam się na drodze. Wyłącz. Rozprasza mnie. Dokładnie zrobiła to, o co nie poprosiłem. Widzę prześwit w lesie. Przerzedza się. Dojeżdżamy. Uderzenie przedniego zawieszenia w uskok od asfaltu. Walnęło zdrowo. Mogłem zwolnić. Dupek. Dojeżdżam do ronda i nie wierzę własnym oczom. Żołnierz stoi z lizakiem i zatrzymuje mnie. Jak to? Kolumny czołgów jadą przez rondo. Czołgi, ciężarówki, wozy bojowe, hummery. Stoimy i się gapimy. Mam wrażenie, że to się nie skończy. Zaczyna być ciemno od spalin. Szczególnie jak czołgi przyspieszają, wychodząc z zakrętu. Ryk silników i chmura wyziewów z diesli pojawia się za każdym razem. Znowu kłody pod nogi i znowu zmiana reguł gry. Pomysł. Mogę się wycofać i przejechać kawałek lasem do rur i przejdziemy wtedy pieszo przez rury grzewcze albo pod. Wycofuję. Podjeżdżamy. Gaszę silnik. Słońce zachodzi. My już prawie w domu. Przejście pod rurami. Nasza ulica, zaraz dom. Zgrzyt zamka. Pik, pik, pik. Alarm rozbrojony. Przełącznik. Nie ma prądu. No tak, alarm jest zasilany z akumulatora. Jeszcze jest jasno. Musimy się przygotować na noc. Mocno rygluję drzwi. Sprawdzam dwukrotnie. Potrzebujemy światła, jedzenia, wody. Odkręcam kran. Tylko charkot powietrza. Słabo. Nie mamy wody. Skąd wziąć wodę? Gdzie może być woda? Ogrzewacz. Nie ma. O, jest w spłuczce. Kochanie, nie spuszczaj wody, proszę — krzyczę i biegnę w kierunku toalety. Co słyszę? Dźwięk spuszczanej wody. Siusiu się chciało. Ja pierdolę. Cicho klnę pod nosem. Sprawdzam w szafkach. Mamy ze 2 litry plus czajnik. Kochanie, mamy mało wody. Każde miejsce gdzie może być pamiętaj zachować. Nie wiem, kiedy nam włączą. Potrzebujemy jej. Mówiąc to, patrzę jej w oczy i trzymam jej ramiona. Chyba ciut za mocno. Dzisiaj nie ma mycia. Próbuje się uwolnić. Jak to?Uwolniła ramiona i cofnęła się o krok. "Przecież do pracy brudna nie pójdę. Muszę umyć włosy." "Kochanie, ja nie wiem, czy jutro twoja praca będzie istnieć. Daj spokój, masz wolne. Ja ci daję wolny dzień. Nie ma opcji, że będziesz szła do roboty." "Zbychu, ja mam ważną konferencję i rozmowy o realizacji planu. Muszę być" – wykrzyczała. "Nie rozumiesz? To jest prawdziwa sytuacja. Mam w dupie twoje plany. Nigdzie jutro nie idziesz." "Jasne, że masz w dupie moje plany, bo nie są twoje. Jakbyś to ty musiał iść, to byś tak nie gadał." "Jezu, czemuś mnie pokarał taką głupią babą?" Nie wytrzymałem. Zmęczenie i stres dają o sobie znać. Padłem na kanapę. "Nie kłóćmy się już. Sama widziałaś, co się działo. Nie ma prądu. Za chwilę się ściemni. Poszukam latarkę. Zrób kolację i idziemy spać. Padam na pysk." Poszła. "Hej, Zbych, przyjdź tu szybko." Co się dzieje? Rozglądam się. Posadzka w kuchni pełna wody. Lodówkę szlag trafił. Sprawdzam. Część zamrożona jest okej. Chwała Bogu. Jest chłód. Ale ile jeszcze? 12, 24 godziny? Muszę to ogarnąć. Dzięki zamrożonemu jedzeniu możemy przetrwać czas do usunięcia problemów. Martwi mnie tylko brak wody. Może beczkowozy będą jeździć. Jak długo? Nie wiem. W samochodzie jest radio. W domu mam telewizor za 12 000 z 5K Ultra HD wszystko. I co mogę z nim zrobić? Walnąć się w łeb. Radio mojego dziadka na baterie. To by miało wartość teraz. Trzeszczący kawałek plastiku z rączką i pokrętłami. Zamienię na supertelewizor 100 cali, wieżę super hi-tech, mikrofalówkę, pralkę z inteligentnym programem prania. Weź to wszystko za radyjko, dziadku! Ale dziadek by się tylko uśmiechnął i powiedział: "Masz, bierz, wnusiu. Mnie to niepotrzebne te wasze plazmy. Ty potrzebujesz. Ty musisz żyć. Dowiedz się. Może mądrzy ludzie z radia ci powiedzą jak." Żujemy kanapki w ciszy. Chleb z poniedziałku smakuje średnio. Żołądek mam ściśnięty. Popycham kęsy łykami wody. Ostrożnie. Położyłem rękę na jej dłoń. Spojrzałem jej w oczy. Wie. Rozumie, ale ma nadzieję, że to się uspokoi, naprawi. Ja nadziei nie mam za dużo. Uspokaja ją ciepło mojej dłoni. Idziemy spać. Może jutro będzie prąd, to zobaczymy, co da się zrobić. Skrzywiła usta w wymuszonym uśmiechu. Wstajemy od stołu. Naczynia zostają nietknięte. Przytulimy się i zaśniemy. Chyba nie na zawsze. Budzi mnie mój własny krzyk. Łapię powietrze pełnymi ustami, jakby mnie ktoś dusił, a teraz zwolnił uścisk. Patrzę w okno. Moje błękitne okno. Słońce z tej strony wstaje? Nie, to łuna od ognia. Okno wychodzi na zachód, nie na wschód. Która godzina? Patrzę na zegar. Trzecia. Ulubiona godzina demonów. Teraz są najbardziej aktywne i nietykalne. Jasna łuna na zachodzie powiększa się. Budzę ją najdelikatniej, jak tylko potrafię. Mam przeczucie. Wewnętrzny głos mówi mi, żeby schować się do piwnicy. "Kochanie, obudź się. Musimy wstawać, wyjść z sypialni" – szepczę stanowczo. "Co?" Zaspana, niepewna tego, co powiedziałem. "Musimy zbiec do piwnicy. Mam przeczucie. Chodź." Zakładamy kapcie, ona swój szlafroczek. "Gdzie są klucze?" Łuna wypełnia już większość nieba. Wygląda jak wschód słońca, tylko że nie z tej strony. "Tam gdzie zawsze." Wybiegam na korytarz. Z szafki zabieram klucze. "Chodź szybko, do cholery!" "Zaraz. Zgubiłam kapcia." "Olej tego kapcia. Szybko." Łapię ją za rękę i wybiegam z pokoju. Prawie się przewróciła, ale przytrzymała się framugi drzwi. "Zbychu, co to?" Wstrząs i huk. Szyby implodowały do pomieszczenia. Pocięły powietrze sypialni. Na szczęście nas tam już nie zastały. Wielkie kroki w kierunku schodów do piwnicy. Za wolno, za wolno to wszystko. Kolejny wstrząs. Walnęło nami o ścianę. Dom jakby się uniósł. Poczułem przyśpieszenie i jednocześnie grawitację, która zwiększyła mój ciężar. Za duże kroki. Pokracznie dobiegam do drzwi piwnicy. Klucze i zamek. Staram się skupić tylko na nich. Co się dzieje? Bombardowanie? Zagłada? Myślałem, że najgorsze już za nami. Widać to jeszcze nie był finał. Nie ma już domu. To chyba zbliżająca się śmierć. Przelatują mi obrazy zakurzone pyłem z elektrociepłowni Podwórko. Jeżdżę na składaku i prześcigamy się w tym, kto zostawi dłuższy ślad hamulca na piachu. Impreza na osiemnastkę. Jakiś duży fiat czy polonez z zaparowanymi szybami. Ja i ona w środku. Poliglota od kawy i jego muffinki.Cholera, dzisiaj miały być darmowe. Obrazy przemieszczają się coraz szybciej, jak przyspieszający film. Stają się nieostre, zlewają się, a ja staję się filmem. Ja jestem tymi obrazami. Jednocześnie je doświadczam, obserwuję i w tym samym czasie nimi jestem. Ale to dziwne. Przeżyliśmy to coś. Naszego domu nie ma. Pozostała klatka schodowa do piwnicy i piwnica. Nie wiem, czy sąsiedzi przeżyli, czy inni przeżyli. Próbowaliśmy wyjść na zewnątrz i ich poszukać, ale coś gryzącego jest w powietrzu i nie da się tym oddychać dłużej niż parę minut. Całą okolicę pokrywa śnieżnobiały pył. Lasu nie ma. To znaczy jest, ale kikuty drzew. Nie ma liści ani igieł. Las krzyży. Wyrzut sumienia antyekologów. Nie wiem, jak długo przetrwamy. Mamy przetwory w piwnicy, trochę ziemniaków. Na razie nie chorujemy, ale wiem, że choroba nadejdzie. Czy żałuję? Tak. Żałuję tych wszystkich chwil, którymi mogłem się cieszyć. Żałuję tych rozmów z najbliższymi, które mogłem przeprowadzić. Żałuję tej siły miłości, która była we mnie, a nie potrafiłem jej bardziej rozdawać za darmo. Módlcie się za nas. Ale nadziei nie ma.
[02:58:28] - Proszę państwa, no cóż, pozostaje mi w tej chwili pięknie państwu podziękować za dzisiejsze towarzystwo podczas „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Przypomnieć, że jutro w Emilcinie rozpoczyna się piknik ufologiczny. Będzie tam Piotr Cielebiaś. Będzie też moja nieskromna osoba. Zapraszamy w imieniu organizatorów oraz swoim. No i cóż, proszę państwa, ten piknik odbywa się również w niedzielę, ale w niedzielę nas tam nie będzie. Więc jeśli rozważacie państwo, czy ruszać, to teraz czas na spoczynek, bo trzeba jutro wcześnie wstać. Pozdrawiam państwa serdecznie i tradycyjnie zapraszam w przyszłym tygodniu na kolejną „Akademię Wszelkiej Fikcji”. Pozdrawiam. Dobrej nocy.
[02:59:19] - A mówił to sobie do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium, „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni” dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.