[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. W sklepach normalnie takie kolejki, jakby jakiś, kurczę blade, konflikt zbrojny miał się lada chwila rozpocząć. A to tylko parę dni świąt. Może byście tak państwo po książki w kolejce stanęli, co? Na przykład w księgarni przy Kredytowej 2 w Warszawie. Tak tylko mówię. A tymczasem rozpoczynamy kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk Ivellios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:50] - Dzień dobry, wieczór państwu. No i polecieli. Tak, ruszyła misja Artemis II i to jest, mówiąc szczerze, pierwszy od ponad pół wieku lot człowieka w okolice Księżyca. Tak naprawdę ten lot przełamuje przerwę od czasów Apollo 17. Rakieta ciężka, ale wystartowała ze statkiem Orion. I tak naprawdę rozpoczęła się dzisiaj w nocy 10-dniowa podróż, w trakcie której podobno załoga pokona ponad milion kilometrów. Przy okazji okrąży Księżyc i miejmy nadzieję, szczęśliwie wróci na Ziemię. Ten lot ma charakter przejściowy, bo on nie obejmuje jeszcze lądowania, ale tak naprawdę stanowi kluczowy etap przygotowań do dalszej eksploracji kosmosu, Księżyca. Program Artemis zakłada stopniowe testowanie technologii oraz tych wszystkich procedur, które związane są z lotem na Księżyc. To ma wszystko prowadzić do ponownego postawienia nogi na Srebrnym Globie przez człowieka. Miejmy nadzieję. A podobno ma to być wstęp do misji marsjańskich. I tak się zastanawiam, bo z jednej strony rzeczywiście bardzo mnie ekscytuje ten lot Artemis, a z drugiej strony na świecie dzieje się tyle dziwnych, chciałem powiedzieć paskudnych, ale dziwnych rzeczy, że aż mnie korci, żeby zadać pytanie, czy dostaliśmy, my wszyscy zafascynowani kosmosem, ten lot w kierunku Księżyca po to, żebyśmy się czymś zajęli, czymś innym niż to, co się dzieje. Nie dość, że gdzieś tam huczą rakiety i to zupełnie niekosmiczne. Gdzieś tam ktoś komuś wypowiada sojusze albo grozi wypowiadaniem sojuszy. Ktoś mówi o papierowych tygrysach, ktoś inny zaciera ręce, ktoś inny wkracza do gry, ktoś inny pokazuje prawdziwe oblicze i tak dalej. Ja mógłbym oczywiście mówić konkretami, ale nigdy nie wiadomo, co sieknie algorytm YouTube'a. I pamiętam oczywiście to, o czym mówił Ivellios w swoim czasie, że nie nakładamy autocenzury, ale z drugiej strony, jeśli to nie jest najważniejsze, państwo i tak wiecie, co się dzieje wokół. Więc zastanawiam się, czy ta misja Artemis to jest to, że ona wystartowała. Miała wystartować w lutym, się nie udało, a teraz nagle się udało. Przypadek taki. Wróćmy do tej misji Artemis, bo jak zacznę się rozpędzać i zacznę się nakręcać tym, co się dzieje, to może być niedobrze. Więc załoga misji ponoć, według niektórych, skład tej załogi ma wymiar symboliczny. Tak chcą postępowcy. Ich zdaniem to, że załoga reprezentuje szersze spektrum społeczne niż w epoce Apollo, jest bardzo ważne. Nie wiem, być może jakoś tego jednak nie czuję, bo moim zdaniem w misji księżycowej czy wokół księżycowej ważne jest to, żeby wykonać zadanie, dolecieć, oblecieć, wrócić. A skład załogi, czy jest męski, czy żeński i czy tam są reprezentowane różne narody, nie wiem, czy to jednak nie ma drugorzędnego znaczenia. Jakoś tak nie mogę pozbyć się tych starych przyzwyczajeń. Ktoś inny powie: przesądów, ale tych przyzwyczajeń, że to kompletnie wtórna sprawa, ten skład załogi. Jednocześnie przedsięwzięcie pozostaje obarczone sporym ryzykiem. Takim ryzykiem, którego nie da się całkowicie wyeliminować. Ono się wpisuje w samą naturę wypraw poza Ziemię. I teraz przez 10 dni będzie ekscytująco. Trzymam kciuki. Artemis II to jest przecież nie tyle jakiś spektakularny finał, ale bardziej świadomie zaplanowany krok w długim procesie powrotu człowieka na Księżyc. Tak, powrotu na Księżyc i dalszego rozszerzania jego obecności w przestrzeni kosmicznej. Tylko jak tu się będzie dalej toczyło w tym kierunku, w którym się to wszystko toczy, to ja się zastanawiam, czy loty w kosmos to nie będzie ostatnia sprawa, która w pewnym momencie będzie nas interesować?Trochę sobie pokrakałem, a teraz, proszę państwa, czas na polecanki książkowe. Pierwsza książka z dzisiejszych polecanek nosi tytuł "Kod pierwszego kontaktu." Autorem jest Sho Ishida, wydawnictwo Marginesy. Data premiery 8 kwietnia. "Niech pani najpierw zastosuje kota. Później zajmiemy się wprowadzaniem kolejnych zmian w pani życiu. Niech pani się nie martwi. Zdecydowała pani się tu przyjść, a to już bardzo duży krok." Poradnia Kokoro, gdzie specjaliści zapisują kota jako antidotum na wszelkie kłopoty. Ta poradnia nie zamyka podwojów, a wręcz wzbogaca ofertę o jeszcze bardziej osobliwe metody terapeutyczne. Naturalnie leczenie odbywa się pod czujnym nadzorem wykwalifikowanych kocich profesjonalistów. Wśród stale poszerzającej się kadry znajduje się piękny, lecz surowy kot syjamski, stosujący wobec zestresowanej prezentacją w pracy Fuko dość bezwzględną musztrę, a także śnieżnobiała kotka rasy ragdoll, która choć posługuje się dużo subtelniejszymi metodami, gdy odpowiednio dobrana do pacjenta wykazuje równie wysoką skuteczność. W kolejnej części serii po "zaleca się kota" i "zaleca się kolejnego kota" wracają rzecz jasna gospodarze poradni — ekscentryczny doktor Nike i jego niewzruszona asystentka. A za sprawą historii jednej z pacjentek, nieufnej i zranionej Ao, w końcu dowiemy się więcej o ponurej przeszłości tajemniczego lokalu, w którym mieści się przychodnia. Koty przeprowadzają swoich podopiecznych przez szereg trudnych emocji, przynoszą ulgę i ukojenie, pomagają odkryć nieznane wcześniej pokłady odwagi i otwierają na to, co dotąd pozostawało niewidoczne. Bo czasem potrzebna jest po prostu pomocna dłoń lub łapa. A teraz kilka opinii o książce. Dagmara Łagan z bookscattea napisała: "Otulające, urocze, a przy tym ujmująco osobliwe historie o mocy kociej obecności, które pokazują, jak istotna jest akceptacja własnych uczuć i jak drobne momenty codzienności stają się źródłem szczęśliwego życia. Zalecam wam nie tylko kota jako remedium na troski, ale i lekturę tej inspirującej serii." Sandra Hojda napisała: "Opowieść, która uświadamia, że decyzja o przyjęciu zwierzęcia to przede wszystkim codzienna odpowiedzialność, na którą trzeba być gotowym całym sobą. Książka cudowna, ważna i niemożliwa do zapomnienia. Nie mogłam się oderwać." Agnieszka Jarosławska Ruda Czyta napisała: "W każdym z nas drzemie ogrom emocji, ale okazuje się, że jest na nie uniwersalna recepta. Zaleca się kota. Czy mogą rozwiązać każdy problem? Nie, ale potrafią zmiękczyć niejedno serce. A to prosta droga do tego, by świat stał się odrobinę łatwiejszy." Marta Ozimek, redaktorka naczelna portalu Koty.pl napisała w ten sposób: "Ishida ponownie udowadnia, że czasem to właśnie zwierzak, który niczego nie oczekuje, pomaga nam zobaczyć siebie wyraźniej, a jedna para czujnych kocich oczu potrafi powiedzieć o życiu więcej niż stos poradników." Przypomnę Państwu tytuł "Kod pierwszego kontaktu." Autor Sho Ishida, wydawnictwo Marginesy, a książka dostępna na rynku od 8 kwietnia. Drugi tytuł to "Dom bestii". Autorka znana i utytułowana Katarzyna Bonda, wydawnictwo Muza SA. Książka również na rynku od 8 kwietnia. Powieść kryminalna na kanwie prawdziwych wydarzeń o narodzinach potwora, który wierzył, że buduje raj. Norbert dorastał w biedzie, którą widać było od progu. 16 metrów kwadratowych na cztery osoby. Spanie na miejscu pod stołem i wieczne oddawanie rzeczy do lombardu. Gdy w jego życiu pojawia się Marlena, wreszcie widzi swój cel — zbudować dla niej i dla siebie miejsce doskonałe. Prawdziwy dom. Zrobi wszystko, żeby tego nie stracić. Jedynym sposobem, by ocalić marzenie, jest uciszyć tych, którzy mogliby je zniszczyć. Przecież robi to z miłości. Przecież Marlena musi być bezpieczna, bo idealny dom wymaga ofiar. Lata później policja wraca do sprawy kobiety, wokół której w niewyjaśnionych okolicznościach znikają ludzie. Im głębiej wchodzą w tę historię, tym wyraźniej widzą, że za fasadą rodzinnych marzeń kryje się precyzyjnie zaplanowany mechanizm zbrodni. Ostatni polski seryjny morderca. Cztery ofiary i prawomocny wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Wyrok orzeczony przez warszawski sąd. Przypomnę "Dom bestii", Katarzyna Bonda, wydawnictwo Muza SA. Data premiery 8 kwietnia. Trzeci tytułTo "Święto Karkonoszy". Autor Sławek Gortych, wydawnictwo WAB. Data premiery 6 maja 2026. Kolejny tom bestsellerowej karkonoskiej serii kryminalnej. Rok 1948. Bronisław Kowalewski zostaje przesiedlony na Ziemie Odzyskane do niedawnego Hirschbergu. Miasto zaraz będą opuszczać ostatni Niemcy. Jednak każdy krok po Jeleniej Górze przypomina Bronisławowi, że nie jest u siebie. Za sprawą Emmy, zepchniętej na margines społeczeństwa Niemki, mężczyzna zrozumie, co musi zrobić, żeby on i inni repatrianci wreszcie mogli poczuć się jak u siebie w domu. Rok 2008. Szczyty gór rozświetla blask potężnych ognisk. To znak, że rozpoczęło się święto Karkonoszy, mające uczcić 900-lecie powstania Jeleniej Góry. Na rajd pieszy będący częścią obchodów wybierają się trzej przyjaciele, w tym Robert, syn znanego karkonoskiego przewodnika Bronisława Kowalewskiego. W górach dochodzi do niespodziewanego załamania pogody. Zapada zmierzch, a żaden z mężczyzn nie dociera na planowany nocleg do schroniska Odrodzenie. Jego kierowniczka, Justyna Skała, podnosi alarm. Nieoczekiwanie Robert zjawia się w schronisku nad Śnieżnymi Kotłami. Jest przerażony i zdezorientowany. Nie potrafi wyjaśnić, gdzie się podziali jego przyjaciele. Gospodarz schroniska, Maksymilian, mimo coraz bardziej niesprzyjających warunków postanawia wyruszyć na szlak w poszukiwaniu zaginionych. Nie przypuszcza nawet, że gdy po upiornej karkonoskiej nocy wstanie świt, nic już nie będzie takie samo. Co stracił Bronisław, walcząc o swoje marzenia? Czyje zwłoki Robert odkrył w ogrodzie rodzinnego domu? I co tak naprawdę wydarzyło się podczas rajdu z okazji Święta Karkonoszy? Przypomnę tytuł: "Święto Karkonoszy". Sławek Gortych, wydawnictwo WAB. Data premiery 6 maja 2026. Zgodnie z rozkładem jazdy każdego AWF, przynajmniej od pewnego czasu, czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj zajmiemy się XIX-wiecznym filozofem Wilhelmem Diltheyem. To człowiek, który doszedł do wniosku, że innego człowieka nie da się sprowadzić do tabelki. O co chodzi? Już wyjaśniam. XIX wiek miał jedną wielką ambicję — wyjaśnić wszystko. Dosłownie wszystko. Świat miał się stać przejrzysty jak równanie, przewidywalny jak mechanizm zegarka i, co najważniejsze, policzalny. Nauka szła od sukcesu do sukcesu. Isaac Newton już dawno uporządkował niebo, Darwin rozpisał życie na procesy, a gdzieś w tle rodziła się pokusa, by człowieka potraktować dokładnie tak samo. I wtedy trochę pod prąd tej entuzjastycznej orkiestry wychodzi Wilhelm Dilthey i mówi coś, co brzmi jak drobna uwaga, ale w istocie jest sabotażem całego projektu. Mówi: „Człowieka nie da się wyjaśnić tak, jak wyjaśnia się świat przyrody”. To zdanie ma w sobie więcej dynamitu, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Bo co właściwie robi nauka? Wyjaśnia. Szuka przyczyn, szuka zależności, praw. Jeśli coś spada, pytamy, dlaczego spada. Jeśli coś się psuje, analizujemy mechanizm. Świat przyrody jest jak dobrze napisany kod. Coś powoduje coś. Problem w tym, że człowiek nie bardzo chce się w ten schemat wpisać. Dilthey zauważa rzecz banalną, a przez to często ignorowaną. Kiedy mamy do czynienia z człowiekiem, nie pytamy tylko dlaczego. Pytamy raczej, co to wszystko znaczyło. I nagle wszystko się komplikuje, bo można dokładnie opisać, co dzieje się w mózgu zakochanej osoby. Można wskazać hormony, impulsy, reakcje. Tylko że to nadal nie odpowiada na pytanie, czym jest zakochanie. To trochę tak, jakby analizować nuty i twierdzić, że właśnie zrozumieliśmy muzykę. Dilthey patrzy na to z lekką ironią, choć raczej jej nie demonstruje wprost. Można odnieść wrażenie, że mówi: „Oczywiście, badajcie sobie świat, mierzcie, liczcie. Tylko nie zapominajcie, że człowiek to nie eksperyment laboratoryjny, tylko istota, która coś tam przeżywa”. I tu pojawia się jego słynne rozróżnienie, które powinno być wpisane nad wejściem do każdej uczelni humanistycznej. „Przyrodę wyjaśniamy, człowieka rozumiemy”. Niby jedno zdanie, a robi porządek tam, gdzie zaczynało robić się niebezpiecznie i jednolicie. Bo wyjaśnianie zakłada dystans. Obserwujemy coś z zewnątrz, analizujemy, rozkładamy na czynniki pierwsze.Rozumienie jest inne. Wymaga wejścia do środka, wczucia się, przeżycia choćby pośredniego. I nagle okazuje się, że historia, literatura, filozofia nie są, cudzysłów, gorszymi naukami, tylko zajmują się czymś, czego nie da się uchwycić metodami stosowanymi w fizyce. To trochę tak, jakby Dilthey powiedział: spokojnie, świat nie kończy się na tym, co mierzalne. W tle jego myślenia czai się jeszcze jedna bardzo elegancka intuicja. Człowiek zawsze jest osadzony w czasie. Nie istnieje człowiek w ogóle. Są tylko ludzie zanurzeni w swoich epokach, w swoich językach, w swoich kulturach. Ktoś żyjący w średniowieczu nie tylko myślał inaczej, on inaczej doświadczał świata, inaczej się bał, inaczej wierzył, inaczej rozumiał sam siebie. I tu Dilthey robi coś, co brzmi niemal jak zapowiedź późniejszych hermeneutyków pokroju Hansa-Georga Gadamera. Mówi: żeby zrozumieć człowieka, trzeba zrozumieć jego świat. Nie wystarczy zebrać faktów. Trzeba wejść w sensy, które dla niego, dla tego człowieka były oczywiste. Innymi słowy, historia to nie archiwum zdarzeń, to raczej zapis doświadczeń. Jest w tym wszystkim coś z cichego buntu, bo XIX wiek chciał uprościć rzeczywistość, sprowadzić ją do praw i modeli. Dilthey nie krzyczy, nie organizuje rewolucji, nie pisze manifestów. On robi coś znacznie bardziej skutecznego. Pokazuje, że ten projekt ma swoje granice. Można wiedzieć coraz więcej, ale to nie znaczy, że rozumiemy więcej. I tu zaczyna się robić naprawdę współcześnie, bo żyjemy dziś w świecie, który znów uwielbia liczby, dane, statystyki, algorytmy. Człowiek coraz częściej pojawia się jako profil, zestaw preferencji, ciąg zachowań do przewidzenia. Gdyby Dilthey to zobaczył, pewnie uniósłby brew i powiedział coś w rodzaju: „No tak, już to przerabialiśmy”. Problem nie polega na tym, że dane są złe. Problem polega na tym, że dane nie mają sensu same z siebie. Sens pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś te dane zrozumie. Dilthey nie daje łatwego rozwiązania. Nie mówi: porzućmy naukę i wróćmy do introspekcji. On raczej sugeruje coś bardziej wymagającego. Trzeba nauczyć się żyć w dwóch porządkach naraz. W świecie, który wyjaśniamy i w świecie, który rozumiemy. To napięcie nie znika. I dobrze, bo właśnie ono chroni nas przed pokusą, by sprowadzić człowieka do czegoś, czym człowiek nigdy nie będzie. Gdyby chcieć streścić myśl Dilthey'a jednym zdaniem, choć on sam pewnie by tego nie pochwalił, można by powiedzieć tak: człowiek to nie problem do rozwiązania, tylko opowieść do zrozumienia. I to opowieść, której nie da się zamknąć w żadnej, absolutnie żadnej, nawet bardzo rozbudowanej tabeli. Tak, proszę państwa i tyle o Diltheyu. Korepetycje filozoficzne niniejszym na dzisiaj uważam za zamknięte. Czas na odrobinę literatury. Mam dla państwa opowiadanie Juriana. Opowiadanie zatytułowane „Trzymaj się liny”. Zapraszam. Czyta Marek Sęk Ivellios.
[22:48] - Jurian. „Trzymaj się liny, czyli bezkofeinowe dialogi z Wiktorem”. Piękną zimę mamy tej wiosny. Przyglądałem się ośnieżonym górskim szczytom wystającym ponad dachami budynków. Wysoko, śniegu po pas, a my bez mapy. Co z nimi nie tak, że nigdzie ich nie kupisz? Nie chcą zarabiać? To był kraj więzienie. Do niedawna żadnych turystów, a miejscowi pewnie w góry nie chodzą. Zresztą mamy jakieś reklamówki z wyznaczonymi szlakami. Fakt. Tak jak u nas. W Tatrach na szlaku szybciej Murzyna spotkasz niż prawdziwego górala. Chodzą jedynie ptoki. Co za potoki? Nie słyszałeś, jak dzielą się górale? Słyszałem, jak wypiją, to na odlew albo ciupagami. Nie, daj spokój, nie o to chodzi. Zaśmiałem się ze śmiertelnie poważnego tonu kolegi. Pnioki żyją na Podhalu od pokoleń. Krzoki mieszkają od dziesięcioleci, a ptoki wczoraj przyfrunęły, a jutro odlecą. I cepry. Cepry to gatunek egzotyczny. Służą do wyciskania dudków. Wiedzą, że nie wolno okładać kijem kur srających monetami. Zjadłbym coś przed kolejką, jak już o kurczakach mowa. Kup kebab. Po drodze mijaliśmy otwartą budkę. Dobra, zjemy w schronisku. Ta zamieć coraz większa. Żarcie zamarznie mi w łapie.To kończ palić tego śmierdziucha i lecimy do kasy. Nie wiadomo, jaka będzie kolejka do kolejki, a za niecałą godzinę ostatni kurs. Fakt, te Karpaty zamiast tytoniu mają to, co jest w środku w siedzeniach wagonów. Gdybym zapalił takiego fajka w robocie, to zaraz przylecieliby strażacy z Przemysłowej. Ruszyliśmy jeden za drugim wąską ścieżką wydeptaną w głębokim śniegu. Później wspinaczka po oblodzonych kamiennych schodkach. Kasa kolei linowych była pierwszą na tym wyjeździe, w której nie musieliśmy maltretować języków. Wystarczyło skierowanie dwóch palców ku górze i zaprzeczenie przy pokazywaniu kierunku w dół. Po chwili bilety leżały na dnie przesuwanej szufladki. Znaczące przewagi Rumunii. Tanio i bez czekania. Rozległ się głośny odgłos brzęczyka oznaczający zamknięcie drzwi wagonika. Dwie minuty później ruszyliśmy miękko. Przykleiłem twarz do okna. W szarości kończącego się dnia jedynie wirujące płatki. Pozbawieni widoków ukradkiem obserwowaliśmy innych turystów. Od razu wpadła mi w oko piękna dziewczyna. Trudno było określić jej wiek. Może po dwudziestce, może przed trzydziestką. Czarne, proste włosy i jeden jaskrawoczerwony kosmyk, który dodawał uroku i przyciągał wzrok. Narciarka. Ciemne oczy, wielkie, ale naturalne, a nie powiększone strachem. Widocznie kolejka to dla niej rutyna. Koleżanka odezwała się do niej. Zabrzmiało jak Roxy. Roksana. Ładne imię. Uśmiechnąłem się w jej stronę. Chyba nie zauważyła. Czekaj, zaraz będzie pierwsza podpora. Szturchnął mnie lekko łokciem. Zobaczymy, kto zepnie pośladki. Jak zwykle zamruczą, a potem z nerwowym uśmiechem będą opowiadać, jak było i że wcale się nie bali. Wyczułem, że ostatnie metry zaczęliśmy się wznosić bardziej stromo. To znak, że zbliżaliśmy się do pierwszego masztu. Minęliśmy pylon i wagonik majestatycznie zabujał się, opadając. Z ósemki turystów kilku kurczowo złapało za uchwyty. Wytrzeszcz oczu minął, kiedy poczuli, że wszystko wraca do normy. Jednak trudno było nazwać normą funkcjonowanie kolejki przy tak silnym wietrze. Jedna lina nośna i jedna napędowa. Zdążyłem to zauważyć jeszcze przed kupieniem biletów. Stary system. Miałem nadzieję, że wiedzieli, co robią. Jakbym wykrakał nagimi myślami. Błysk i huk w jednym momencie. Ogłuszony zdołałem zanotować szarpnięcie gondoli w dół. Gwałtownie opadła pół metra i bezładnie bujała się na wszystkie strony, smagana porywami wichury. Ludzie wpadli w panikę. Nie mogąc wprowadzić w życie zakodowanego w genach programu ucieczki, całą energię wykorzystywali na krzyki i gorączkową gestykulację. Ktoś zaczął nerwowo szlochać. Harmider nie pozwalał zebrać myśli. Wagon wisiał, bujając się w rytm szarpiących nim porywów wiatru. Zgasło oświetlenie. W powietrzu czuć było ostrą woń spalonej izolacji przewodów elektrycznych. Nie wiedziałem, co z Rafałem. Ja z pewnością byłem w szoku. Odrętwiały, na siłę starałem się zebrać myśli. Ludzie odbijali się od ścian wagonu, krzycząc, łapiąc czegokolwiek, żeby utrzymać równowagę. To piorun. Spokojnie, ściągną nas, tylko trzeba poczekać. Przyjaciel starał się utrzymać kotłujące się emocje pod kontrolą. Opadła trochę. Czułem, jak opadała. Zaraz jak piorun walnął. Opadła? W głosie Rafała wyczułem mieszaninę niepokoju gaszonego niedowierzaniem. Tak, na pewno. Z pół metra albo i lepiej. To jak to możliwe, że jeszcze żyjemy? Ewidentnie wypierał sens moich słów. Nie wiem, kurwa, może rdzeń liny strzelił. Spokojnie, są dwie. Nie, gówno, nie tu! Zaoponowałem roztrzęsiony. Zauważyłem, że inni przysłuchują się nam w skupieniu, z pewnością nic nie rozumiejąc. Jedna nośna, druga napędowa. Ta druga nie utrzyma gondoli. Trzask usłyszeli wszyscy. Przypominało to bardziej odgłos zrywanej struny. Cisza także pękła. Przerażeni wykrzykiwali nieznane nam słowa. Rzuciłem się do okna. W mroku niczego nie dostrzegłem. Wiatr jednostajnie gwizdał tę samą fałszywą melodię. Wcześniej rdzeń, teraz opłot. Spierdolimy się, Marcel! Rafał wpadł w panikę. Ja byłem na granicy. Myśl! Mamy sprzęt. Może zjedziemy. Uchwyciłem się pomysłu. Jak mogłem nie wpaść na to od razu? Wystarczą liny? Jak nie, to obetnę nad węzłem parę metrów nad ziemią. I ty tak samo. Najwyżej połamiemy ręce i nogi. A inni? Inni? Ja pierdolę, niech ich ratownicy ściągają. Pomyślałem przez chwilę. Fuck. Wyjmuj z plecaka wszystko, co masz. Może wystarczą liny i bez cięcia. Kto jedzie pierwszy? Spytał nazbyt spokojnym tonem, patrząc na mnie uważnie. Możesz ty. Wszystko jedno, spaść w wagonie czy przyjąć go na kask. Po omacku wyjmowałem wszystko, co mogło się przydać. Rafał, jak szybko potrafił, wbijał się w uprząż. Widziałeś tę stalową rurkę pod sufitem? To chyba do ewakuacji. Wszystko jedno. Wytrzyma bez problemu.Stwierdziłem, obmacując grube spawy wzmocnione wspornikami. Rafał przepychał ludzi stojących na klapie. Kiedy męcząc się chwilę, odblokował w końcu i uniósł ciężką blachę, do środka buchnął lodowaty podmuch śnieżnego pyłu. Wszyscy cofnęli się odruchowo. Wagonik obciążony z jednej strony przechylił się, co wywołało kolejną histerię. „Jadę” – przyjaciel rzucił krótko, wpinając w linę przyrząd zjazdowy. „Na dole załóż prusa. Możesz potrzebować obu rąk.” „Czekaj, narty i plecaki. Lepiej teraz niż na mój łeb. Niech wyrzucają.” Chwyciłem pierwsze z brzegu deski i cisnąłem w czarną czeluść dymiącą śnieżnym puchem. Ktoś świecił telefonem. Pokazałem na migi, żeby zrobili to samo z resztą bagaży. Bez szemrania pozbywali się ekwipunku. Każda komórka mojego ciała krzyczała, żebym założył uprząż i uciekał z tej przeklętej stalowej trumny. Walcząc z instynktem zakładałem szelki pierwszej z brzegu kobiecie. „Zdążę. Zdążę. To tylko kilka osób. Byle szybko” – powtarzałem w myślach. Chwytając dłonią wiotką linę, zrozumiałem, że Rafał był już na dole. Wpiąłem karabinek w stalową rurkę i przelotowo wcisnąłem linę. Drugim podpiąłem uprząż przerażonej kobiety. „Walić zasady” – pomyślałem. Nie było czasu na przeplatanie węzła. Umówiony znak. Trzy razy szarpnąłem linę. Kumpel wybrał luz. Starałem się przesunąć kobietę nad otwór. Nie widziałem twarzy, ale czułem bijący od niej strach. Chwyciła mnie kurczowo, zanim nogi straciły oparcie. Poczułem na sobie jej ciężar. Ciągnęła mnie w dół. Zaparłem się na ośnieżonej podłodze. Na szczęście materiał kurtki wyślizgnął się z jej rąk i momentalnie poleciała jakieś trzy metry w dół. Do momentu, aż wszystko się napięło. Kilka minut później zabrzęczały karabinki. Puste szelki wróciły na górę. Kolejna osoba. Działałem jak w amoku. Starałem się nie myśleć o naderwanej linie i nagle okazało się, że w środku zostały dwie ostatnie osoby. Chwyciłem za ramię tę bliższą. Okazało się, że to moja śliczna narciarka. Delikatnie przyciągałem ją do siebie. Drżała. Odwróciłem się, żeby sięgnąć po linę. Wystarczył moment, żeby wykręciła się z mojego uchwytu i uciekła na koniec wagonika. Stała trzymając się uchwytów i gwałtownie kręciła głową. Rozplątałem pasy i ponownie skierowałem wzrok na parę. Chwyciłem za rękę stojącego bliżej. Było mi wszystko jedno kto pierwszy, byle szybciej. Rozchyliłem szelki i pokazałem, gdzie ma wstawić nogę. Jak zwykle było trochę problemów z narciarskimi butami. Wielkie plastikowe skorupy złośliwie zaczepiały, o co tylko mogły. Ciemność i ciągłe bujanie nie pomagały. Trzy szarpnięcia i gość zniknął w mroku. Trzasnęła kolejna splotka. Serce stanęło na moment. Prąd w rękach i nogach. Ale jeszcze nie tym razem. Ile szarpnięć struny tej makabrycznej ektery będzie mi dane usłyszeć? Muszę wytrzymać. Trzykrotnie powtórzyłem do siebie, myśląc jednocześnie nad zmianą planu. Kilkanaście minut na osobę? Nie miałem tyle czasu. Chwyciłem uprząż, którą Rafał zdążył wciągnąć na górę i szarpnąłem mocno pięć razy. Krótka pauza i kolejne szarpnięcia. Zorientował się, o co mi chodziło i po chwili miałem w rękach sprzęt, który zdjął z siebie. Musiałem ratować nas oboje naraz i to natychmiast. Podskoczyłem do dziewczyny i klęknąłem przed nią, odcinając drogę ucieczki. Założyłem nam uprzęże i zabrałem się za wiązanie liny. Prawdziwy problem zaczął się, kiedy spróbowałem przyciągnąć ją w okolice dolnego włazu. Z jękiem pękła kolejna splotka. Wagonik opadł jak odważnik na sparciałej gumie. Lina rwała się coraz szybciej. Straciłem równowagę. Nogi rozjechały się na oprószonej śniegiem podłodze. Padłem z twarzą wiszącą nad otworem. Głośniej usłyszałem wiatr snujący dziką melodię. Czas się skończył. Jeszcze na czworakach zamknąłem stalową klapę. Odnalazłem zatrzaski górnego wyjścia i delikatnie opuściłem pokrywę. Zamontowanie zdjętej z sufitu drabinki nie stanowiło problemu. Rzuciłem się na górę. Dopiero na dachu odczułem rzeczywistą siłę wiatru. Zgięty wpół chwyciłem konstrukcję zawiesia. Rozglądałem się, próbując cokolwiek dojrzeć. Pędzący poziomo śnieg zalepiał oczy. Mimo tego zobaczyłem podłużny, ciemny kształt dyndający nad głową. To lina napędowa z wyrwanym kawałkiem mechanizmu. Była jakieś trzy metry nad głową. Przypomniałem sobie o kominiarce. Założyłem ją i dodatkowo kaptur. Obciążyłem węzeł kilkoma karabinkami. Udało się przerzucić linę nad stalówką dopiero, kiedy zgrabiałe ręce zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Uniosłem pięść w geście triumfu. Założyłem bezpieczne stanowisko asekuracyjne i zacząłem całą siłą ciągnąć za drugi koniec. Po chwili chroniona kapturem głowa dziewczyny ukazała się w otworze. Jej jaskrawy kombinezon był ledwo widoczny. Podpełzła do mnie na czworakach. Pomogłem jej wstać i przepiąłem karabinkiem do siebie. Byliśmy prowizorycznie zabezpieczeni. Poczułem ulgę. Sklarowałem linę, żeby w przypadku zerwania wagonika pechowo nie zaczepiła o coś śmiertelnie pechowo.Pozostało zastanowić się nad techniką zjazdu. Każdy pomysł kończył się tym, że w trakcie zjazdu musielibyśmy mieć tę kupę złomu nad głową. Zbyt duże ryzyko. Wypiąłem przyrząd zjazdowy, aby założyć go, póki można to zrobić na stojąco. W tej samej chwili usłyszałem kolejne strzały rwących się drutów. Czwarty, piąty. Już raz za razem. Lina świsnęła na wysokości twarzy i zaczęliśmy gwałtownie spadać, stając na dachu wagonika. Ten trzymetrowy lot trwał długą część wieczności. Zakończył się miękkim szarpnięciem. Dziewczyna chwyciła mnie kurczowo za szyję. Kubek wypadł ze zgrabiałej ręki. Przyduszony próbowałem go złapać, ale tylko poczułem, jak odbija się od otwartej dłoni. Wagonik i kubek pochłonęły te same siły: grawitacja i wściekła śnieżyca. Wisieliśmy blisko siebie, smagani porywistymi podmuchami, jak para po wyroku na największej szubienicy świata. Objęła mnie smukłymi nogami. Widocznie paski wrzynały się w uda. „Musi wytrzymać” — pomyślałem. Przytuliła się mocniej. Zbliżyła twarz do mojej. Uwierały mnie jej narciarskie gogle, ale nie odsuwałem się. Na przemarzniętych policzkach poczułem ciepły oddech. Zbliżyła rękę do mojego nosa i delikatnie zsunęła kominiarkę, zaczepiając ją pod brodą. Dotknęła językiem moich ust. Klik przeskoczył w głowie. Fala ciepła rozpłynęła się po ciele. Dotykaliśmy się językami. Robiła to delikatnie. Chwilami odlatywałem i zapominałem o tym, gdzie jestem. Wiedziała, jak rozpędzić strach i obniżyć napięcie. Objąłem ją mocniej. Chciałem, żeby ta chwila trwała jak najdłużej, bez względu na konsekwencje. Całowałem ją tym mocniej, im bardziej traciłem czucie w przemarzniętej twarzy. Ona całowała namiętnie, jakby to miał być ostatni pocałunek w życiu. Może tak właśnie myślała. Piękna Roksana. Zacząłem uważać piorun za dar losu. Nie ma przypadków. Gdzieś to słyszałem. Oderwałem się od jej ust. Poczułem dziwne, rytmiczne kołysanie. To nie mógł być wiatr. Zakręciłem głową wokół siebie. Słabiutkie światełko przebijało się przez wirujące płatki śniegu. Było, jak mi się zdawało, powyżej nas. Po kilku minutach dostrzegłem także światła pod nogami. „Ratownicy!” — krzyknąłem głośno. Z tej radości chciałem ucałować Roksanę w policzek. Nie pozwoliła na to. Oddała mi usta. „Dobrze cię widzieć” — dobiegło znad głowy. „Kto mówi?” Półprzytomny od mrozu i szarpany emocjami ostatnich chwil, w pierwszym momencie pomyślałem, że rumuńscy ratownicy znają polski. „Nie wydurniaj się. Mam drugą linę. Wpinaj się. Dali mi uprząż. Nie chcieli wpuścić na podporę” — darł się. — „Ale powiedziałem, że nie znasz żadnego języka i się nie dogadają.” „Nie, ja ostatni. Dam radę. Podepnę Roxie.” „Powtórz kto? Bo nie słyszę.” „Zaraz opuszczaj.” „Mogę? No już?” — po kilku minutach wykrzyczał zniecierpliwiony. „Tak.” Starałem się przebić przez wichurę, kiedy ciemnowłosa piękność była gotowa do ewakuacji. W końcu zjechałem i ja. Wpadłem dręczymi nogami na klęczki w półmetrowy śnieg. Byłem wykończony. „Stary, ale była jazda. Daliśmy radę. To lepsze niż wejście na ten pieprzony szczyt. Masz, załóż drugą kurtkę.” „Gdzie jest dziewczyna? Ta narciarka, co zjeżdżała ostatnia?” — zapytałem sztywnymi wargami. W tamtej chwili jej bezpieczeństwo było dla mnie najważniejsze. „Wszyscy zeszli do leśnej drogi w stronę dolnej stacji. Nie miałem siły patrzeć, kto był ostatni, ale wszyscy cali. Mocno zasypało. Ratownicy przebijali się terenówką ze dwie godziny. Poszli z grupą, jak zobaczyli, że jedziesz. Musimy do nich zejść.” „Nie mówię o tych z kolejki. Ta co na linie. Ona ze mną wisiała.” „Odwaliło ci? Jaka w mordę ona? Ten ostatni, co wisiał? To przecież był facet.” „Nie. Tak, ta ostatnia. To nie Roksana?” Coś do mnie w końcu dotarło. Zdrętwiałem na dłuższą chwilę. „To... To niemożliwe.” „Pogięło cię?” Odczułem silne mdłości, jeszcze zanim dokończyłem zdanie. „Facet. Rumun. Narciarz. Taki chudzielec w jaskrawym kombinezonie. Chyba wiem, kogo wyciągałem z uprzęży.” „Słuchaj, jutro jesteśmy zaproszeni na imprezę do bazy ratowników górskich. Nieźle, co?” Proszę państwa, tyle opowiadanie. Myślę, że się podobało. A teraz czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj filmowy hicior. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy dla państwa film „Projekt Hail Mary”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy „Filmotekarium”. A dzisiaj, proszę państwa, rzecz, na którą wszyscy czekali. Takie mam przynajmniej wrażenie. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Czy ty również czekałeś?
[42:34] - Dzień dobry wieczór. Tak, czekałem, oczywiście. Dzisiaj będziemy omawiać z Markiem najnowsze odcinki serialu „Klan”. Oczywiście nie, żartuję. Będziemy mówić o „Projekcie Hail Mary” i na pewno kilka zdrowasiek. Ten nasz program dzisiaj potrwa.Tak, wszyscy czekali na omówienie tego filmu. Nie wiem, czy wszyscy czekali. Pewnie są tacy, co mają w nosie, co my powiemy na ten temat, bo już to widzieli albo nas uznają za starych pierdzieli, co zawsze-
[43:08] - Profanów, którzy się nie znają i nic nie wiedzą. Pewno częściowo będą mieli w dodatku rację.
[43:16] - Pewnie tak, ale to jest nasz program. My tu dyktujemy warunki tak naprawdę. Dla jednych to jest arcydzieło, dla innych Disney w kosmosie. Popsci-fi tak zwane. Odnośnie tego filmu w ogóle toczy się dość zażarta dyskusja. Ona teraz, kiedy o tym mówimy, chyba już trochę przystopowała, bo o ile "Project Helmer" jest atrakcyjny jako film, jako obraz, on dostarcza rozrywki i pewnie przyszłym, nie wiem, czy pokoleniom, na pewno będzie dostarczał w przyszłości, nie zostanie tak szybko zapomniany, to zarzuca się mu pewną infantylność i odtwórczość. Ale to chyba dlatego, że on aspirował do pewnej grupy, do której chyba nie powinien aspirować albo przynajmniej go tam przypisano apriorycznie. O czym jest ten film? Jeżeli ktoś jeszcze nie wie. O wyprawie w kosmos w poszukiwaniu środka, takiego azotoksu, który ma unicestwić tajemnicze astrofagi odpowiadające za zamieranie słońc. I podczas podróży na Tau Ceti, gdzie o dziwo jest odporna na to gwiazda czy cały układ, czy planeta, główny bohater spotyka statek kosmiczny, a na nim jedynego ocalałego pasażera. I tak zaczyna się ich przyjaźń. Przyjaźń człowieka z kosmitą. Film jest oparty o książkę Andy'ego Weira, który z tego, co wiem, publikował różnego rodzaju update, aktualizacje na temat na przykład cywilizacji owego sympatycznego Ufity. Czy on taki sympatyczny jest, to ja nie wiem. Mnie by tam szlag trafił w pewnym momencie, ale chodziło o to, że autor książki dopisywał nawet w internecie pewne rozwinięcia tego, jak to się stało, że chodzący kamień zbudował statek kosmiczny. Tak w dużym skrócie. Ten Rocky, główny bohater, ten kosmita jest taki pocieszny, śmieszny, charakterologicznie podobny do osła ze "Shreka", trochę do Chewwbaki, chociaż wyglądem się oczywiście różni. Tylko że ci, którzy nie znali książki i w ogóle się nie interesowali tym dziełem, ludzie, którzy usłyszeli, że jest film, nowe science fiction, które się dzieje w kosmosie, mówi o kontakcie z obcymi, to mogli się rozczarować przy pierwszym kontakcie. Bo ci, którzy wiedzieli, co to jest, to już jest inny temat. To nie jest zły film, tylko że to nie jest takie typowe sci-fi, na jakie wiele osób mogło liczyć. To jest przede wszystkim film przygodowy. To się da obejrzeć. Natomiast czy te ultrazachwyty, że to jest coś jednak przełomowego, nie to, że to jest dobry film, są uzasadnione?
[46:07] - No cóż, powiem tak. Albo może nie. Zrobię zastrzeżenie. Lubię ten film. Żeby dobrze się przygotować do naszej rozmowy, obejrzałem go dwa i pół raza, bo po pierwszym seansie miałem sporo wątpliwości. Po drugim te wątpliwości troszeczkę mi przeszły. A to pół to było odtwarzanie poszczególnych scen, które bardzo chciałem zobaczyć. Wiecie państwo, kina dają pewien komfort obejrzenia filmu. To jest fajne, ale kiedy się ogląda później na przykład trailery post factum po obejrzeniu filmu, to widzi się, że te trailery niestety za dużo zdradzają. Chyba nie oglądajcie państwo tych trailerów, jeśli nie oglądaliście filmu. To takie ostrzeżenie. Natomiast jeśli chodzi o te dwa moje seanse, przy pierwszym obejrzeniu doszedłem do wniosku, że na początku panuje chaos. Nie potrafię tego autorytatywnie potwierdzić, stwierdzić. Boję się, że ktoś, kto nie czytał książki, może się zgubić w pierwszej części, w pierwszym epizodzie, w pierwszym akcie. Totalny bałagan. W ogóle nie wiadomo, o co chodzi. Budzi się główny bohater na statku kosmicznym. W ogóle to jest ciekawa sprawa, ale nieodkryta przeze mnie. Jeden z bydgoskich pisarzy to odkrył. Może to nie trzeba odkrywać, ale napisał o tym, że kiedy budzi się główny bohater, jako żywo przypomina Chrystusa. Po prostu wygląda jak Chrystus. Taki z popkultury, ale Chrystus. A później się rzecz rozwija. Piotr powiedział o tym spotkaniu z obcym. Ten film w ogóle jest pełen nawiązań do innych filmów. Mamy tam nawiązania do masy różnych produkcji, chociażby do "E.T.". A to naturalne, bo w końcu mamy obcego. Ale te nawiązania są ciekawe, warto je śledzić. Poza tym to, co mnie zaskoczyło, że ten film jest rodzajem komedii. Komedii nieoczywistej, bo to nie jest tak, że wybuchamy śmiechem, ale jednak tam są sceny zabawne, takie puszczające do nas oko. Chociażby taka, kiedy główny bohater, kiedy spotyka się z obcym, bardzo szybko odkrywa, że obcy nie ma oczu. On inaczej poznaje świat, inne ma zmysły. Między innymi coś taka echolokacja. I tam jest taka scena, kiedy onMówi coraz ciszej i ciszej, badając, jak czuły jest zmysł obcego. Okazuje się, że jest bardzo czuły. Ten film poza tym, że jest komedią, częściowo przynajmniej, to jest też filmem wizyjnym. Niektóre obrazy to jest uczta dla oka. Nie wszyscy mogą to kupić, bo gusta są różne, ale na przykład statek obcego, cały układ planetarny, wizje kosmosu to jest bardzo wizyjne, bardzo plastyczne, dziwne, ale porywające chwilami. Ale co z tego wszystkiego wynika? Dla mnie wynika coś takiego, że ja nie potrafię powiedzieć dzisiaj państwu, czy jeśli nie czytaliście państwo książki, to ten film do końca zrozumiecie. Z oczywistych względów film nie może zawierać całej treści, bo autor, pisząc książkę, czasami o różnych eksperymentach naukowych albo o różnych drogach dojścia do pewnych wniosków potrafił się rozpisać na 10, 15, 20 stron. Jak główny bohater przeprowadza jakieś doświadczenie. Tu tego nie ma, to wszystko jest skrócone. Oni na przykład z tym obcym dosyć szybko się dogadują. Jeżeli wspomnicie państwo film „Arrival”, jak tam długo trwa próba dogadania się z obcymi i to połowicznie wychodzi, a tutaj dosyć szybko się dogadują. Obcy jest sympatyczny. Co prawda nie ma twarzy, nie ma oczu i kiedy powiedziałeś, że do Shreka podobny, w sensie charakterologicznym, coś w tym jest. On jest komiksowy, kreskówkowy trochę ten obcy, ale sympatyczny. Sympatyczny, w dodatku zdolny do poświęceń. Co zresztą później się okazuje, że człowiek też do poświęceń jest zdolny. Kiedy dochodzi do takiej dramatycznej sytuacji, to człowiek, który ma ratować Ziemię, ale myśli też o obcym, którego kiedy odleci, to tak naprawdę skaże go na śmierć, to wraca do swojego przyjaciela. O Ziemi też nie zapomina, nie martwcie się państwo, ale to wszystko nam pokazuje taką sytuację, o której wspomniał Piotr. To jest film na swój sposób disneyowski. Wszystko się musi dobrze skończyć, a musimy się po drodze wzruszyć i to najlepiej kilka razy. I dokładnie tak się dzieje. Wzruszamy się, kiedy myślimy, że obcy zginął, że już po nim, że może się nie uda. Jeszcze kilka innych momentów, kiedy się wzruszamy, w tym filmie występuje. Kiedy ja przeczytałem początkowe reakcje o tym filmie, jeszcze nie oglądałem filmu, ale przeczytałem reakcje, to byłem zszokowany. To był jeden zachwyt, chór zachwyconych ludzi, którzy mówili, że to jest genialne dzieło. Tomasz Raczek napisał, że wizyjnie wspaniały. Nie zamieścił jednak recenzji na YouTubie. To mnie zdziwiło. Ale chyba Tomasz Raczek nie lubi fantastyki naukowej, to chyba z tego względu. A może dopiero zamieści. Natomiast ten chór zachwyconych widzów troszeczkę mnie przestraszył. Obejrzałem film i stała się rzecz zadziwiająca. Zbieżność w czasie przypadkowa na pewno, ale kiedy już obejrzałem film, to kiedy zajrzałem do internetu, to zachwytów było mniej. Było więcej trzeźwej oceny, wcale nie za bardzo krytycznej, ale jednak oceny wyciągającej pewne słabości tego filmu. Poczytajcie państwo, bo nie da się tego wszystkiego przytoczyć. Są w tym filmie słabości, ale przecież dzieło filmowe ocenia się jako całość. I ja muszę powiedzieć, że chyba sprzedałem duszę diabłu, bo jakbym całościowo miał to ocenić, to nie żałuję tego dwa i pół raza. Naprawdę nie żałuję. Czyli dwa pełne seanse plus trailery, różne trailery. Nie żałuję, bo to jest film, który jakoś do siebie przyciąga, sprawia, że różne wzruszenia się pojawiają w człowieku i zdaję sobie sprawę, że gdyby to był film akcji, od razu podkreślam, że jeśli ktoś lubi „Star Wars” i to jest dla niego wyznacznik, świetny film zresztą, zależy która część, ale świetny. A jeśli to jest dla niego wyznacznik świetności kina, to tu może się odrobinę nudzić, ale to nie znaczy, że to jest film. On po prostu przyciąga, stwarza pewną atmosferę. Oczywiście pojawiają się w internecie oceny, jakżesz to słaby film. To film dla dzieci. To film, który zrywa taśmę, która oddziela go od przepaści i w ogóle. Też przesada oczywiście. Film, który chyba troszeczkę zaniedbuje naukę, bo science fiction w końcu science zobowiązuje. Tu tego science jest niedużo, chociaż oczywiście wszystko odbywa się w atmosferze naukowości, badań i tak dalej, ale jakby tak poskrobać, to w książce jest tego sporo. W filmie to jest takie dekoracyjne. Niemniej ten seans, który trwa długo, oj długo. To jest długi film i powiem tak pierwsze 50 minutTrochę się męczyłem. Zastanawiałem się, czy to się uda, czy da się mnie wciągnąć, bo po 50 minutach, jak się nie czujecie państwo wciągnięci do końca, to nie jest dobrze. Ale ja na szczęście znałem książkę i liczyłem na to, że reżyserzy wciągną mnie. I wciągnęli mnie w końcu, a później się to już ogląda z dużą przyjemnością.
[55:41] - Jednym z największych grzechów tego filmu jest nierozwinięcie pewnych kluczowych aspektów związanych z technologią, z nauką, z kwestią podróży w kosmosie. Ogólnie z tym, co się rodzi, kiedy to oglądamy, zastanawiając się na przykład, jak wobec pewnych ewidentnych braków zasygnalizowanych nam w tym filmie, bo otrzymujemy informację, że ta cywilizacja obcych, która została napotkana, nie zna pewnych równań, pewnych zjawisk fizycznych. Jak oni polecieli w kosmos, zbudowali sobie coś, co wygląda na dużo bardziej zaawansowane od maszyn ludzkich. W filmie to nie jest wytłumaczone. To trochę raziło mnie, że dłużej nam się ten bohater pałęta bez celu. Jest więcej scen z muzyką ckliwą niż takich, które by nam tłumaczyły niektóre aspekty. Oczywiście jest też aspekt, jak to się stało, że ludzie polecieli w kosmos i dotarli do innego układu gwiezdnego. Wiadomo, to jest film, jest też książka, są też dodatki. Można się tego dowiedzieć, jak ktoś jest bardzo dociekliwy. W filmie informacji o cywilizacji tego Rockiego też jest niewiele, a przecież bohaterowie gadają i gadają. Tutaj zwróciłeś uwagę na film „Nowy początek”, „Arrival”, gdzie rzeczywiście cały film mamy poświęcony temu, w jaki sposób się dogadać z obcymi. A tutaj to się dzieje tak hop i już. Potem są tylko pogaduszki takie tête-à-tête. Ale są też plusy projektu Hellmary, czyli generalnie to, co się wiąże z kwestiami wykonawczymi, z tym, jak się ten film prezentuje i jak się go odbiera. Aktorzy, muzyka, tutaj chyba nie będę za bardzo wchodzić w szczegóły, ale niemniej jednak to nadal gdzieś dla mnie pozostaje w sferze disneyowskiego filmu o przygodach w kosmosie aniżeli sci-fi. Ta finalna scena, ostatnia scena tak naprawdę, to jakby się oglądało film „Potwory i spółka”. Nie wiem, czy to jest potrzebne. Ja cały czas się biję z myślami, bo to jest naprawdę dobre kino. Takie kino się powinno robić, żeby science fiction miało przyszłość. Ale czy ja chcę takiego science fiction? Nie do końca. Ja pamiętam też ludzi, profile, bo wiadomo, obracamy się w tym środowisku, które często podejmuje temat kosmitów. I wiadomo, że tam są różne ośrodki propagowania. Pojawiały się porównania do „Interstellara”, że na przykład to będzie drugi „Interstellar”, że będziemy mieli jakieś przełomowe koncepcje zaprezentowane. Tymczasem nie. Tak naprawdę mamy film lekki, łatwy i przyjemny. Owszem, można powiedzieć, że to jest tylko fasada. Za tą fasadą kryją się naprawdę poważne problemy. Nie wiem, jak to ująć, bo będą tacy, którzy powiedzą: „Piotrze, się czepiasz, bo coś żeś sobie wymyślił, tobie to się w ogóle nic nie podoba. Idź w ogóle, nie nagrywaj już tego Filmotekarium, bo to jest bez sensu. Nie narodził się taki reżyser, co by ci dogodził”. To się na pewno spodoba wielu osobom. Ale czy to dotarło do mnie? Chyba mam prawo powiedzieć, że nie, że ja to traktuję pięterko niżej niż powiedzmy „Arrival”, niż „Interstellar”. Fajny film rozrywkowy, przygodowy, natomiast trzeba w to dużo zainwestować by czasu, żeby to nazwać science fiction. Science fiction w takim sensie, w jakim wiele osób uważa, takim science fiction, z jakiego wiele osób wyrosło. Bo ja nie zaprzeczam, że w przyszłości pewnie będzie takich produkcji więcej, czyli będą produkcje, gdzie będzie dużo emocji, dużo akcji, może będzie mniej nawet tej warstwy fantastycznej. Tyle że czy te zachwyty, które tu się pojawiają, są często uzasadnione? Mamy 2026 rok, mamy niesamowite możliwości, jeżeli chodzi o AI. Mamy niesamowite możliwości nawet w kreowaniu sobie światów poprzez twórców. Przecież można czerpać z bogatego dorobku, jeżeli nawet nie popkultury, jeżeli nie inspirować się nauką, to nawet z dorobku ufologii. A tymczasem w kluczowej produkcji pojawia się obcy, który wygląda jak chodząca skała. Trochę jak krab wygląda również. I ja się zastanawiam, czy ja tego oczekuję po filmie tego rodzaju. Ja bym spodziewał się czegoś bardziej ambitnego tak naprawdę. Myśmy już przeżywali tego typu przedstawienia obcych i ja tego po prostu nie kupuję. Dla mnie to jest trochę infantylne. Dla mnie to jest po prostu zbyt proste.To jest oczywiście wina pisarza. Nie wiem, czy to jest wina. To był jego zamysł. Natomiast może to wynika z tego, że my się poruszamy w tej tematyce praktycznie cały czas. My się codziennie niemal zderzamy z problemem pod tytułem: jak wyglądają obcy. I kiedy ja widzę na ekranie chodzący kamień, to wiadomo, będę narzekał. Do innego to będzie przemawiać. Ja podobny problem, żeby nie było, miałem też z filmem "Arrival", czyli "Nowy początek". Jeżeli jesteście stałymi słuchaczami, to pamiętacie, że też narzekałem, że tutaj jest film fajny, ale tak naprawdę kwestia przedstawienia obcych jest bardzo wyświechtana, żeby nie powiedzieć. Ale oczywiście są plusy, jeżeli chodzi o "Project Hail Mary". To jest przedstawienie tego obiektu. Obiektu, który jest naprawdę nietypowy i to mi się podoba. To jest coś, co można rzadko uświadczyć, jeżeli chodzi o science fiction. Nie ma tutaj powtarzalności. I powiem ci, że jeszcze podoba mi się scena, w której Gosling wchodzi do tego obiektu i mamy tam doświadczenie dziwne. Niektórzy powiedzą, że nie, to absolutnie nie pasuje do tego filmu. Tymczasem jego wizyta na statku Rocky'ego dostarcza nam zupełnie innego spojrzenia na pewne problemy. I pomimo że to wygląda troszeczkę może tandetnie, to jednak wtedy chyba właśnie najbardziej w trakcie całego seansu, powiem ci szczerze, uruchomiłem swoją wyobraźnię.
[01:02:57] - Tak, sposób, w jaki oglądamy film, w jaki go odbieramy, bardzo często jest warunkowany tym, jakie są nasze przemyślenia, jakie są nasze koncepcje, które snujemy na przykład odnośnie obcych. Ja powiem tak: ten film jest sympatyczny. Ja jednak pozostanę jego fanem, pomimo różnych zastrzeżeń, ale myślę, że bliższa mi jest koncepcja przedstawiona w "Nowym początku" albo na przykład u Lema, że dogadanie się z obcymi w "Nowym początku" przecież jest inna koncepcja czasu, inne postrzeganie tego czasu przez obcych, a to powoduje, że możliwość dogadania się z obcymi jest średnia. To się udaje bardzo połowicznie. Lem z kolei był pesymistą. Mówił o tym, że bardzo trudno będzie się dogadać z inną cywilizacją, że to nie będzie odbicie tego, co się dzieje na Ziemi, czyli że na przykład Europejczycy w końcu jednak jakoś dogadali się z ludami Nowego Świata, pominąwszy to, jak je potraktowali. Ale jakoś się dogadali. Udało się. Tu nie będzie tak łatwo i sam fakt, że główny bohater dogaduje się z organizmem tak innym jak ten Rocky, budzi wątpliwość. Nie mówię, że to jest niemożliwe. Nie mówię, że nie mogą wspólnie zatańczyć albo wspólnie zaśpiewać. Wszystko jest pewno możliwe, ale do mnie to tak do końca nie przemawia. Tak jak powiedziałeś, te ostatnie sceny, które rzeczywiście przypominają kreskówki Pixara niż jakiś film, który traktuje temat poważnie. Tak, to są być może wszystko zarzuty, ale i tak lubię ten film i będę go pewno lubił. Być może tu jest kwestia tego, że wbrew Lemowi, wbrew "Nowemu początkowi", ten film bardziej nawiązuje do E.T. właśnie, gdzie obcy jest sympatyczny, jest zagubiony, biedny. Tu może nie jest aż taki biedny, ale jest dobrym kumplem, przyjacielem. Przyjacielem człowieka, który jest zagubiony w kosmosie. Wtedy przyjaźń może być naprawdę cenna i może być naprawdę ważna. To jest jedna z tych lekcji, które z tego seansu można wyciągnąć. Poza tym, no cóż, ja muszę powiedzieć, że pewno dałem się kupić tej wizyjności filmu oraz muzyce. Nie wszyscy na to zwracają uwagę, ale ta muzyka w filmie jest świetna. To nam umyka. Być może dlatego, że skupiamy się na tym, co się dzieje na ekranie. Ale ta muzyka w pewnych momentach robi robotę. Naprawdę. Ja wiem, że filmu nie oglądamy po to, żeby sobie muzyki posłuchać, ale jeśli ta muzyka jest ilustracyjna, jest klimatyczna, to film ogląda się lepiej i tu to działa, moim zdaniem. Nie potrafię tego filmu ocenić jednoznacznie. Myślę, że warto ten film obejrzeć. Jestem o tym głęboko przekonany. Warto go obejrzeć. Jakie zostaną u państwa wspomnienia, jakie refleksje? Trudno mi powiedzieć. Wiem, że niektórych ten film zachwyca, niektórych pozostawia w dystansie. Ale to nie jest tak, że nagle ktoś mówi: "A takie tam bzdurstwa". Nie tyknąłem się. Po tym, co powiedziałem, to na pewno się takie komentarze pojawią, że takie tam byle co. Ja wiem, tak działa internet, ale do tej pory spotykałem raczej skrajne opinie. Albo w lewo, albo w prawo. To też o czymś świadczy. O czym tak do końca? Znowu musielibyśmy zrobić kolejną audycję. Nie, tego robić chyba nie będziemy. Natomiast film, jakbym miał tak po głębokim zastanowieniu powiedzieć, to zdecydowanie polecam. Chociażby po to, żeby zobaczyć, czy jesteśmy odporni na chaos. Bo pierwszy akt tego filmu to jest totalny chaos z Chrystusem w tle.Czy jesteśmy odporni na wzruszenia i na uproszczoną wizję kontaktu z obcymi? Ja to mówię z perspektywy człowieka, który naczytał się science fiction i teraz koniecznie chce komplikować być może rzeczy proste. Bo może Lem i ci wszyscy mędrcy, którzy mówią: „Będzie trudno, nie dogadamy się”, po prostu nie mają racji. My dzisiaj wiemy tak mało na ten temat, że dowolna wersja może okazać się wersją prawdziwą. I ode mnie to tyle. Ja w każdym razie film polecam. Proszę państwa, dzisiaj absolutnie jedziemy z rozkładem jazdy, jest nam po drodze, więc teraz czas na polecanki z pogranicza. I co ja teraz za chwilę powiem? Możecie państwo ze mną chórem to powtórzyć, że ta część programu jest duchowo sponsorowana przez księgarnię Galerię Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej 2 w Warszawie. I jeśli macie państwo okazję, to zapraszam. To jest naprawdę cudowne, klimatyczne miejsce, czynne od poniedziałku do piątku, od 10 do 18. A kto w Warszawie nie bywa, w Warszawie nie mieszka, zawsze jest strona nieznany.pl i tam pełna kolekcja książek do wyboru. A teraz już pierwszy tytuł. Długi tytuł: „Niebezpieczne zboża. Groźny gluten. Dlaczego zboża mogą być niebezpieczne dla twojego zdrowia?” Autorka Bożena Przyjemska, wydawca Studio Astropsychologii. Niemal we wszystkich kulturach produkty zbożowe są podstawowym elementem codziennej diety. Mogą przybierać formę chleba, placków, bułek, ciastek, makaronów, płatków i wielu innych produktów. Spożywamy je od wczesnego dzieciństwa do późnej starości, wierząc święcie, że są niezbędne dla zdrowia i bardzo pożywne. Czy jest tak naprawdę? Od dawna wiadomo, że wiele poważnych chorób ma związek z nietolerancją i alergią na białka. Białka znajdujące się między innymi w zbożach. Dla osób, które są uczulone na gluten, produkty zbożowe są trucizną zagrażającą ich życiu. Natomiast dla tych, którzy nie tolerują glutenu, spożywanie tych produktów powoduje dolegliwości nie tylko jelitowe, ale może być także przyczyną wielu chorób z nowotworami i chorobami autoagresji włącznie. Co zatem robić i jakiej szukać alternatywy? Dzięki Bożenie Przyjemskiej, neuroterapeutce, osteopatce i dietetyczce będziesz mógł przekonać się o wartościach terapeutycznych diet, które pomagają w leczeniu i zapobieganiu poważnym chorobom mającym związek z celiakią i nietolerancją glutenu. Autorka dogłębnie analizuje najnowsze publikacje medyczne pochodzące z polskich i anglojęzycznych źródeł. Publikacje dotyczące uczuleń i nietolerancji glutenu. W tej książce znajdziesz również wiele informacji na temat specyficznej diety węglowodanowej, która jest w stanie wyleczyć między innymi takie choroby jak nowotwory, osteoporozę, choroby zapalne jelit, choroby autoimmunologiczne, przewlekłe bóle, kłopoty z trawieniem i przyswajaniem, bezpłodność, a także wiele innych. Dodatkowym atutem tej publikacji są zawarte w niej przepisy zarówno dla diety bezglutenowej, bezmlecznej, wegetariańskiej, jak i specyficznej diety węglowodanowej. Zdrowe życie bez glutenu. Przypomnę tytuł: „Niebezpieczne zboża. Groźny gluten. Dlaczego zboża mogą być niebezpieczne dla twojego zdrowia?” Autorka Bożena Przyjemska, wydawca Studio Astropsychologii. Druga książka w dzisiejszych polecankach nosi tytuł: „Świadomość jako podstawa istnienia”. Autor Federico Faggin, tłumacz Arkadiusz Czerwiński, wydawca Purana. W tej książce rozwija się idealistyczny model rzeczywistości stworzony po latach wnikliwych dociekań i bezpośrednich doświadczeń, zgodnie z którym najbardziej podstawowym poziomem natury jest świadomość jako zjawisko kwantowe. Podczas gdy świat opisywany przez klasyczną fizykę składa się jedynie z ekspresywnych symboli głębszej rzeczywistości. Federico Faggin jest jednym z największych żyjących autorytetów w dziedzinie zaawansowanych technologii. Z wykształcenia fizyk jest wynalazcą mikroprocesora i technologii bramek krzemowych MOS. Bramek, które stanowią fundament całej współczesnej informatyki. Dysponując wiedzą i doświadczeniem całego życia poświęconego rozwojowi nowatorskich technologii, Federico skupia się obecnie na świadomości oraz naturze rzeczywistości, dzieląc się z nami głębokimi przemyśleniami na temat świata klasycznego oraz kwantowego, sztucznej inteligencji, życia i ludzkiego umysłu. Federico Faggin jest prawdopodobnie najbardziej wszechstronnym, idealistycznym filozofem naszych czasów. Uosabia niemal idealne połączenie pragmatycznej, naukowo uzasadnionej myśliZ bezpośrednim introspektywnym wejrzeniem we własną świadomość. Ta książka to prawdziwy filozoficzny skarb i w pewnym sensie szczytowe osiągnięcie myśli Zachodu. Lektura absolutnie obowiązkowa. Tytuł książki: „Świadomość jako podstawa istnienia”. Autor: Federico Faggin, tłumacz Arkadiusz Czerwiński, wydawca Purana. Trzecia książka na dzisiaj nosi tytuł: „Klucze Henoha. Księga wiedzy”. Autor: JJ Hurtak, wydawca Fundacja Mądrość Narodów. Klucze Henoha łączą duchowość i naukę, starając się odpowiedzieć na zasadnicze pytanie współczesnego człowieka: czy nauka i duchowość mogą razem uczestniczyć w transformacji planetarnej? Według Kluczy Henoha, naszym kolejnym krokiem w procesie ewolucji jest skok kwantowy w obie te dziedziny. Obecne badania naukowe obejmują stosowanie unikatowych związków chemicznych w celu stymulowania komórek macierzystych do przekształcania w nowe, zdrowe tkanki, do zrozumienia naszego wielopoziomowego wszechświata i otaczających form życia, a także zdarzeń UFO występujących na całym świecie. W tym samym czasie ludzka świadomość rozszerza się na wcześniej niedostępne obszary zrozumienia. Klucze Henoha to książka stojąca na czele wielu odkryć naukowych w ciągu ostatnich czterdziestu lat. To plan zrozumienia naszego żywego wszechświata i kodów wydarzeń z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Od informacji o DNA, boskim kodzie, czyli bezpośrednim powiązaniu DNA z numerycznymi skojarzeniami biologicznych listów do strukturalnego zestrojenia się Wielkiej Piramidy w Egipcie z odległym Pasem Oriona. Zawiera ona również informacje o wielu poziomach inteligencji pozaziemskiej i ultraziemskiej, a także o rozwoju naszej planety i poprzednich cyklach istnienia. Jest to pierwsze polskie tłumaczenie i wydanie książki pod tytułem „Klucze Henoha. Księga wiedzy” autorstwa doktora JJ Hurtaka. Jej oryginalny tytuł to „Case of Henoch. Book of Knowledge”. Pierwsze angielskie wydanie Kluczy Henoha ukazało się w Stanach Zjednoczonych w 1973 roku i od tego czasu książka ta doczekała się przekładu na ponad trzydzieści języków całego świata. Przypomnę: „Klucze Henoha. Księga wiedzy”. Autor: JJ Hurtak, wydawca Fundacja Mądrość Narodów. Proszę państwa, czas teraz na sentymentalnik. Sentymentalnik będzie bardzo à propos zbliżających się świąt, bowiem dzisiaj z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o śmigusie-dyngusie. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy— chciałem powiedzieć świąteczny. No tak, bo on właściwie będzie świąteczny, więc rozpoczynamy świąteczny sentymentalnik. A ja serdecznie witam Artura Wójtowicza.
[01:17:27] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:17:28] - Piotra Cielebiasia.
[01:17:30] - Dzień dobry, dzień dobry. Witajcie wszyscy świątecznie.
[01:17:34] - Siebie chyba nie będę witał, ale wszystkiego dobrego państwu i cieszę się, że jesteście. Dzisiaj będzie sentymentalnik o dyngusie, o śmigusie-dyngusie i w ogóle będziemy sięgać pamięcią, ale też będziemy mówić o tym, co się dzieje teraz. No to zaczynamy. Śmigus-dyngus, lany poniedziałek. Kiedyś to było coś, co funkcjonowało naprawdę mocno. O tym pewno dzisiaj powiemy. Ale jak tam panowie uważacie, czy to dzisiaj funkcjonuje? Czy to święto, czy ten zwyczaj świąteczny, czy to jeszcze funkcjonuje, czy wręcz przeciwnie? Jak to u was wygląda w waszych regionach, Arturze?
[01:18:25] - Trudno powiedzieć, co jest moim regionem. Czy moim regionem jest Mazowsze, czy moim regionem w tej chwili już jest Śląsk? Wiecie, czy zanik tego święta jest, czy wręcz przeciwnie? Ja pamiętam śmigus-dyngus z dzieciństwa. Ten lany poniedziałek, czyli to wspomnienie dzieciństwa, kiedy ulice wypełniały się śmiechem, kiedy strach było iść do kościoła, bo zawsze pod kościołem gdzieś tam siedzieli z wiadrami na przykład, żeby wylewać. Albo z bloków lano wodę czasami, gdzie były te właśnie figlarne psoty różnej maści. Pamiętam też, co akurat w tym roku się nie spisuje, ale pamiętam też właśnie zapach wiosny. Te pierwsze kwiaty, pierwsze rozmowy o tym, kto dzisiaj kogo właśnie gdzieś tam zaskoczy tym wiadrem wody. Czy to święto zanika? Powiem szczerze, że z jednej strony widać, jak wielkie miasta tracą te swoje tradycje, te rytuały, a w zalewie tych współczesnych trendów i tych social mediów ten lany poniedziałek tak naprawdę wydaje mi się, że dzisiaj staje się tylko memem. Ale z drugiej strony widzę, że wciąż w tych małych miasteczkach, na wsiach, gdzieś tam w ogrodach śmigus-dyngus żyje. Wystarczy spojrzeć na dzieciaki z uśmiechem po pas.... starszych, którzy z nostalgią i iskrą w oku gdzieś tam po to wiadro sięgają. I nagle ta właśnie stara tradycja znowu zaczyna tęsknić życiem. Być może jego forma się zmienia, przybiera jakieś nowe kolory i nowe znaczenie, ale ten duch śmigusa-dyngusa, radość, wspólnota i ta lekkość wiosny wciąż trwa. I w tym tkwi jego magia. Nawet jeśli zanika w niektórych zakątkach, to nigdy nie zginie całkowicie, dopóki ktoś gdzieś tam się śmieje i chlapie wodą w imię wiosny. Ale wydaje mi się, powiem szczerze, że zanika. Zanika, bo ludzie zdziczeli dzisiaj. To powiem otwarcie. Oczywiście jeżeli to było w miarę kulturalne, że tam ktoś kogoś polał trochę wodą, a nie, że tam lano całymi wiadrami na ludzi, którzy szli w świątecznych ubraniach do kościoła. Ale ogólnie nikt nie robił sobie z tego powodu wielkich problemów, jeśli chodzi o śmigus-dyngus, a dziś to się tak naprawdę zamyka, wydaje mi się, najwyżej w mieszkaniu, gdzie rodzina może sobie poleją albo ze znajomymi się poleją, ale gdzieś tam kogoś obcego się nie poleje, bo będzie wielka awantura, no nie? Także wydaje mi się, że właśnie dziś śmigus-dyngus został w internecie, w tych memach. To jest takie moje prywatne spostrzeżenie. Nie wiem, co wy na ten temat myślicie.
[01:21:11] - Piotrze, to co ty myślisz?
[01:21:14] - Po mojemu zamiera. Bo ten dyngus, jakby to powiedzieć, on miał wiele wymiarów. Był taki jeszcze starodawny. Pamiętam, dziadek opowiadał czy babcia opowiadała, jak się lano wtedy wiadrami na siłę, moczono po prostu ludzi i panny przede wszystkim. Był ten dyngus, który ja pamiętam, czyli taki bardziej dla dzieci, że się polewało wodą, kiedy była pogoda dobra i taka zabawa to była niewinna. I był ten taki, o którym Artur wspomniał, czyli na przykład pod kościołem czy tam gdzieś na rynku, czy na ulicy. To było dość mocno potępiane już później. Pamiętam, że można sobie było napykać biedy. Mówię można było, dlatego że wydaje mi się, że teraz coraz mniej słyszymy o tego typu przypadkach. Ale ja pamiętam gdzieś na początku XXI wieku mocne afery były kręcone, bo na przykład ktoś polał emerytkę i rencistkę, i coś się tam stało, jakiś wypadek. Dzisiaj chyba nie wiem. Wydaje mi się, że nie ma już tak mocnego nacisku na kultywowanie tej brutalnej formy dyngusa. Ale była jeszcze taka forma, którą ja osobiście pamiętam. Ona była praktykowana przez starszych. Polegało to na odwiedzinach. Pokropienie się było po prostu pretekstem do odwiedzin, najczęściej porannych. Oczywiście starsi swoje przy pomocy na przykład nie wody najczęściej, ale eleganckiej perfumetki takiej z kiosku. Natomiast dla dzieci akurat u nas to było tak, że dyngus to był taki jakby zamiennik tego zajączka wielkanocnego. Dzieci po prostu dostawały coś za popsikanie albo oblanie. Także ja to w ten sposób pamiętam. I jeżeli miałbym ze swoich obserwacji powiedzieć, czy ja to widzę tak jak było za moich czasów, no to nie widzę, ale może po prostu nie mam w okolicy zbyt dużo dzieci. Ja też z dyngusa pamiętam to, że czasami po prostu było za zimno, żeby cokolwiek robić i to się najczęściej kończyło właśnie na jakichś tam obchodach, powiedzmy domowych, bo niekiedy ta pogoda potrafiła dać w kość. A były takie lata, kiedy się uskuteczniało tego dyngusa mocno. I powiem więcej, uskuteczniało się go na długo przed dyngusem, bo już na przykład były rekolekcje tak zwane. To było wtedy wolne. I już wtedy dyngus zaczynał wchodzić, a to było przecież kilka tygodni przed Wielkanocą. Tak to wyglądało. Ja nie wiem, bo nie prowadziłem badań. Może po prostu moja próba, grupa docelowa nie jest reprezentatywna. Nie wiem, jak to wygląda w innych częściach kraju, nie wiem, jak to wygląda w innych rodzinach. Natomiast wydaje mi się, takie mam wrażenie, że ten dyngus jednak lekko, lekko obumiera. A na pewno już ta forma, która była praktykowana kilkadziesiąt mocnych lat temu, taka ludowa, to ona już chyba w ogóle nie żyje. Może gdzieś tam dla folkloru, żeby się w Teleexpressie pokazać. Myślę, że nie jest to tak mocno widoczne jak kiedyś.
[01:24:30] - To ja powiem w ten sposób, że to pewno zależy od regionu kraju, ale miałem okazję obserwować kilka lat temu na zachodzie Polski, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, w województwie, nie wiem, czy to jest dalej zielonogórskie, w każdym razie w tych okolicach. Jak się obchodzi dyngus na wiosce, to tam przyjeżdża Ochotnicza Straż Pożarna i strzela wokoło w szyby, w domy, w okna, w ludzi, we wszystko. A ludzie, najczęściej dzieciaki, mając swoje takie wodne guny, ostrzeliwują tych strażaków, co wygląda dosyć śmiesznie, bo to jest tak, jakby piechota walczyła z czołgiem, z tym wozem strażackim. Ale jest mokre wszystko tak naprawdę, więc tam jest dyngus totalny i wiem, że w wielu wioskach tego rodzaju bitwy wodne są praktykowane. W mieście jakoś nie. I powiem wam, że ja do końca też nie zgłębiłem tematu. Mogę się oprzeć natomiast na swojej pamięci. Więc w latach 70. w tych okolicach, w których ja jako dzieciak się poruszałem, na ulicach tego dyngusa w mieście nie było.Sporadycznie oczywiście. Było albo nie było. W ramach grupy wiekowej oczywiście organizowaliśmy sobie butelki po Ludwiku, bo takie małe jajeczka, które wtedy były w sprzedaży z taką rurką i one wtedy dobrze psikały, były za małe. Gdzie tam takie dwa psiknięcia czy trzy i już po dyngusie. Nie. Brało się takie butle plastikowe. Dzisiaj w takich butlach jest na przykład płyn Ludwik. Co było wtedy, nie pamiętam. Dorabiało się jakąś rurkę do tego i miało się wtedy poważne działo wodne. Chłopacy biegali po podwórkach i się ostrzeliwali. Wracali do domu kompletnie mokrzy. Rodzice reagowali różnie. Ci bardziej zasadniczy, kończyło się to tym, czym się dzisiaj skończyć nie może, bo dzisiaj wiadomo, nie wolno brukać godności dziecka i żaden klaps, nic z tych rzeczy. Wtedy było regularne lanie w niektórych przynajmniej rodzinach, bo jak gówniarz wracał mokry od stóp do głowy, to było cienko. Czasami załatwiano to może mniej radykalnie. To pamiętam. Ale takiego biegania z wiadrami to nie. Ale to tylko lata 70. Tak to wyglądało. Ja jeszcze pamiętam z takich domowych zwyczajów, poza tym, że wodą, to właśnie te perfumy również. Ale pamiętam taki zwyczaj, babcia to praktykowała. Brało się witki takie, które listki puszczały i tłukło się po stopach, najlepiej gołych, podnosiło kołdrę i po tych stopach. I krzyczało się: „Boże, rany! Boże, rany!” Skąd to przyszło? Nie wiem. Moja babcia pochodziła z terenów Rzeszowszczyzny, a właściwie jeszcze głębiej, więc może stamtąd. Nie wiem, nie zgłębiałem tematu, ale i taki zwyczaj był. To tyle lata 70. W latach 80. obserwowałem, był stan wojenny, ale obserwowałem radykalizację bitew wodnych. To znaczy w pewnym momencie stało się coś takiego. Nie wiem, czy to była jakaś kompensacja. Nie chcę dorabiać do tego jakiejś fałszywej psychologii, ale było coś takiego, że nagle w mieście pojawiły się osoby już nie tylko z butelkami, które opisałem, ale właśnie z wiadrami plastikowymi, metalowymi. To było dokładnie obojętne. Ważne, że się dało mocno chlusnąć i się chlustało. Ja do dzisiaj pamiętam gdzieś z lat 80., może z pierwszej połowy, taki mrożący krew w żyłach reportaż wtedy „Dziennika Telewizyjnego”, jak to na Starym Mieście w Warszawie biegały grupy wyrostków i oblewały ludzi i nawet do autobusu wlały wiadro wody. I oburzeni emeryci. Wiecie państwo, taki styl propagandowy, jaki wtedy praktykowano. Trzeba było potępić, więc potępiano, ale jednocześnie starano się złapać takie obrazki, powiedziałbym, na żywo, a w każdym razie naturalne, jak to ta rozwydrzona młodzież takie rzeczy ludziom robi, że to jest oburzające, paskudne. Tak, to były lata 80. Na początku lat 90., przełom 80. i 90. to już obserwowałem, do dzisiaj pamiętam w drodze gdzieś w ten poniedziałek grupy motorowerzystów. Tylko właśnie jak to motorowery? A może to byli motocykliści nawet? Nie wiem. Dwuosobowe były. A może on jeździł na bagażniku? Nie pamiętam. Nie potrafię tego odtworzyć, ale pamiętam, że jeden kierował, a drugi miał wiadro z wodą i jak tylko podjechali do jakiejś grupy, lali i zwiewali. I to tak się odbywało. Ale potem rzeczywiście wraz z rozwojem kultury prawnej, ale śmieję się, mówiąc o tej kulturze prawnej, raczej z rozwojem takiej świadomości, że jak ci ktoś coś zrobi, to możesz go zaskarżyć albo nawet jeszcze gorzej. Możesz policję wezwać, możesz zrobić kuku i to poważne. Rzeczywiście w miastach te bitwy wodne, te napaści wodne jakoś ustały. Dzisiaj jak sobie ktoś tupta, czy to do kościoła, czy na spacer w lany poniedziałek, może czuć się bezpieczny. Tak myślę. Przynajmniej u mnie tutaj w Bydgoszczy. Panowie, czy coś jeszcze chcecie dodać? Może się wam coś przypomniało odnośnie?
[01:31:02] - Mnie się przypomniało, to było dobrych naście lat temu, a może więcej. To pamiętam. Też widziałem takie gonitwy wodne w Częstochowie. U nas ich tak bardzo nie było, bo tutaj szczerze mówiąc, jak to na wsi, ale tu nie ma ludzi tak dużo, dzieci nie ma. I może dlatego nigdy tak nie było to praktykowane. Ale w Częstochowie widziałem coś takiego. Natomiast jak się jakaś grupka zebrała, to się lało. Pamiętam natomiast, że to był początek XXI wieku, kiedy się w Polsce coś wydarzyło właśnie na tym dyngusie i była straszna haja. I chyba od tamtego czasu gdzieś tam policja miała mocno na oku już tych dyngusowców
[01:31:46] - Tak.
[01:31:46] - Arturze jeszcze?
[01:31:47] - Jeżeli chodzi o mnie, to ja pamiętam, że były sytuacje tego typu, ponieważ dojście ode mnie do kościoła to była istna przeprawa. Z tego prostego powodu, że przed kościołem – ja mieszkałem w czteropiętrowcu, w bloku – natomiast przed kościołem były dwa takie wieżowce i w tych wieżowcach zawsze działy się cuda. Na przykład teraz właśnie się okazało, że w ubiegłym tygodniu przez okno z ósmego piętra wyleciała jakaś 108-letnia babka. Nie wiem, czy ona poszła okna myć, czy co. Miała 108 lat i wyleciała z ósmego piętra i się zabiła. To pierwsza rzecz. Innym razem w jednym z wieżowców było bardzo głośno w telewizji, bo gościu jakieś bomby w domu przetrzymywał, a były bomby tak silne, żeby zmiótł cały wieżowiec. Miał w pokoju taką kolekcję tych bomb rozmaitych. Dlaczego mówię, że to była istna przeprawa? Bo jak się szło i się przechodziło obok tych wieżowców, to ci, co tam byli na tych wieżowcach, mieli różne pomysły. Na przykład pamiętam, że wiader nie rzucali, bo by komuś na głowę spadło. Absolutnie. Ale na przykład worki z wodą były i oni po prostu z piętra zrzucali albo z dachów te worki z wodą na przykład, albo całe reklamówki z wodą. Oczywiście masz rację, Marku. Kiedyś to było tradycją co innego. Załóżmy, jak to było gdzieś na wiosce, to była jedna rzecz, a co innego, jak później ta tradycja była w mieście i jak kogoś gdzieś tam troszkę polano, to nie było z tym problemu. Ale czasami były sytuacje po prostu bez opamiętania, że ci ludzie byli bez opamiętania. To, co mówisz, na przykład, że drzwi się otwierały od autobusu i oni wlewali wiadro. I potem awantura była albo coś. To już trzeba też mieć troszeczkę rozumu w głowie, żeby znać te granice. Ale jest wiele rzeczy takich, bym powiedział, które kiedyś być może były, a których nie ma dziś. Tak mi się wydaje. Ogólnie wam powiem moje takie doświadczenie, że jeżeli był śmigus-dyngus, to te ulice miały całkiem inne rytmy. One tętniły, one żyły. Dawniej w ogóle ludzie gdzieś tam po tych ulicach się przemieszczali. Dzisiaj ludzie są pozamykani w domach z telefonami komórkowymi. Inwalidztwo w zasadzie polega na tym, że dzieci nawet jak wychodzą na dwór, to wychodzą z komórką, idą przez ulicę i tą komórką obracają. Także ten dyngus wtedy na przykład... Oczywiście też był ten zwyczaj, że to, co Piotrek powiedział, że jakąś wodą kolońską na przykład psiukano, perfumami po parę kropel, czy jak u nas były takie te jajka śmieszne, ale te jajka, te pistolety na wodę to już weszły później dużo w życie. Albo w ogóle niektórzy to mieli takie karabinki na wodę. To też było dosyć ciekawe. Natomiast tak mi się wydaje, że właśnie to przyczyniło się, ten brak umiarkowania przyczynił się do tego, też mi się wydaje, że ta tradycja ogólnie gdzieś tam zanikła. To jest takie moje prywatne. Zresztą jutro, bo my nagrywamy to na koniec marca, jutro mamy prima aprilis. Ja mam czasami wrażenie, też powiem wam, że prima aprilis istnieje tylko w telewizji, w dzienniku, że jakąś głupotę powiedzą i potem ludzie cały dzień się zastanawiają. Ale ta tradycja z prima aprilisem też po prostu jakoś zanika. Wiele tradycji w ogóle, różnych zwyczajów zanika i mi się wydaje, że ten brak tego opamiętania też przyczynił się do tego, że potem policja ganiała tych ludzi i koniec końców ten śmigus-dyngus został jakoś tak przetrzebiony, bym powiedział.
[01:35:43] - Ileż wspomnień. Bo kiedy mówiliście to, co mówiliście, to mnie się przypomniała pewna historia szkolna. Wspomniałem o tych butelkach, do których się dorabiało wężyki i one później strzelały. I młodzież tak się rozochociła w mojej podstawówce, że nosiła te butle ze sobą w tornistrach, bo wtedy się jeszcze nosiło tornistry albo takie torby na pasku. To bardziej nowoczesne, przecież taki uczeń czwartej klasy nie będzie z tornistrem chodził. Więc nosiło się takie torby i w tych torbach zaczęli przynosić do szkoły te butle, napełniać je w czasie przerwy. I odbywały się bitwy. Na szczęście nie na korytarzach. Tyle rozsądku jeszcze było, ale to już był czasami czas, kiedy można było wychodzić na boisko w czasie przerwy, więc na przerwie tam się zdarzały naprawdę poważne starcia, poważne pojedynki wodne. Problem polegał na tym, że jak ktoś miał pecha i przyszedł mokry na lekcję, to nauczyciel to widział. Szczególnie jak głowa była mocno zlana. I w pewnym momencie pani wicedyrektor w szkole zarządziła rewizję u chłopaków. U dziewczyn nie. Takie to były niesprawiedliwe czasy. We wszystkich klasach nauczyciel po prostu przeglądał te torby, w których miały być zeszyty i książki, a bardzo często były butle. Butle zostały zarekwirowane. Akcja była przeprowadzona wzorowo jak CBA prawie, bo na jednej lekcji we wszystkich klasach nikt o niczym nie był ostrzeżony. W związku z tym nastąpiło przymusowe rozbrojenie. Ale powiedzmy młodemu bardzo człowiekowi, że czegoś mu nie wolno. Nie próbowano przynieść po raz kolejny nowych butli, bo to było ryzykowne. Ale zrobiono coś innego. Zaczęto kolekcjonować woreczki plastikowe. Znowu, 70. lata to nie jest tak, że one były w powszechnym użyciu. Dzisiaj woreczki plastikowe są wszędzie, zawsze. Wtedy torba plastikowa, torebka plastikowa to może nie był rarytasAle to nie było powszechnie dostępne. Co poniektóre emerytki nawet prały woreczki foliowe, myły. To wyglądało jak pranie. Później suszyły i miały takie woreczki, więc młodzież zaczęła przynosić woreczki. I to się skończyło nie najlepiej, bo jak były woreczki, to się je napełniało wodą i szło się z nimi na najwyższe piętro w szkole. I jakoś albo się człowiek dostawał do klasy, albo czasami z klatki schodowej na to boisko i to w największy tłum. Było fajnie, ale pani wicedyrektor podjęła kroki drastyczne. Wyłapała głównych winowajców. Dzisiaj już nie pamiętam, ale tam się sypnęły poważne kary. Oczywiście nikt wtedy nie myślał o żadnym zawieszaniu. To byłaby abstrakcja. Nie, żadnego zawieszania. Ja byłem w czasach, kiedy nauczyciele lali linijką na łapę, więc kto wie, czy tak się to nie skończyło. Nie pamiętam, więc nie będę wymyślał, ale był poważnie spacyfikowany ten ruch rybkarsko-wodny. Cóż, takie mam wspomnienia. Podsumowując, ten dyngus ciągnął się, Piotr o tym zresztą też wspominał, on się potrafił ciągnąć przez kilka tygodni, bo fajnie jest polewać innych. Trochę gorzej być polanym samemu. Też taką sytuację obserwowałem. Jeden z takich prowodyrów, który chętnie polewał innych, jak został oblany, to mówiąc krótko, ponieważ to był kawał chłopa, chociaż nastolatek, tym, co go polali, to mocno, przetrącił nos to może nie, ale mocno dał wyraz swojemu niezadowoleniu. I to było bolesne odczucie dla tych, co go polali. Panowie, troszkę o tym wszystkim mówiliśmy, ale odwołajmy się jeszcze raz do dawnych lat, do tego, co pamiętacie ze swojej młodości. Powtórzmy, może coś się jeszcze nowego pojawi. Czego nie ma dziś, a co było wtedy takiego charakterystycznego? To właściwie w większości już padło, więc to jest raczej pytanie rekapitulujące to wszystko, o czym mówiliśmy, ale może pojawi się coś nowego. Piotrze.
[01:40:35] - U nas takim zwyczajem było, że dzieci polewały na przykład dziadków, najbliższych sąsiadów. I za to polanie, ale to musiało być kulturalne polanie, dostawało się coś, najczęściej pieniądze albo też słodycze. I to była długa tradycja. Podarek na dyngus był bardzo popularny. To było zwykłe, czasami 10 złotych. Ile to było? 10 złotych to na stare ile to było? 100 000?
[01:41:10] - Na 10 000 to złotówka.
[01:41:11] - Tak. Żeby jakiś tam grosik dostać, trzeba było dać. To pamiętam. To było jedno. Zbierało się. To był duży przypływ gotówki zawsze dyngus. To jest jedna sprawa. Druga sprawa to taki dyngus chodzony, bo to był okres, kiedy wybierali się sąsiedzi, krewni, żeby kogoś oblać. I potem często szli dalej na przykład. Oczywiście to oblewanie kulturalne wiązało się też z częstowaniem czegoś, czym się człowiek też oblewał, ale od środka. Pamiętam, że było tak dawno, że chodzili ludzie po tym dyngusie. Kończyło się po prostu na libacjach zwykle różnego rodzaju. Pewnie dzisiaj też tak jest. Zależy od rodziny, ale myślę, że tutaj u nas właśnie było w ten sposób. I właśnie te perfumy. Zwyczaj specyficzny. Wiadomo, fajne to było i kulturalne, bo nikt na ciebie wiadra nie wylał. Natomiast już pod koniec dnia, kiedy dziesiąta ciocia cię potraktowała tymi perfumami i to jeszcze nie daj Boże po głowie, bo tam byli tacy, co kropili na dekolt na przykład, ale byli tacy, co na głowę, to już po którymś przyjęciu tej dawki perfum. Chociaż muszę powiedzieć, że nie wiem, co w nich było, bo to były najtańsze perfumy, jakieś wody kwiatowe. To nie były perfumy nawet, to były wody kwiatowe, ale to pachniało. To ładnie pachniało. Muszę powiedzieć, że może jakiś sentyment węchowy mi się włączył, ale to było okej. Tylko że pod koniec dnia człowiek wywaniał jak mały składzik perfum i nie było to przyjemne już wtedy. To jest kolejna sprawa. Jeszcze myślę, co by tu jeszcze z tego powiedzieć. Nie wiem, czy to był zwyczaj, czy to była po prostu taka fanaberia. Natomiast ja akurat w tym nie uczestniczyłem, bo ja nigdy nie byłem człowiekiem wyjątkowo wierzącym i chodzącym do kościoła, nawet jako dziecko, ale często słyszałem, że w kościele lokalnym, i to chyba jest nawet do tej pory, bo ja chyba całkiem niedawno, w ciągu ostatnich lat znowu słyszałem od sąsiadki, że to miało miejsce, że na chór wchodziły dzieci i brały śmigusówki i po prostu takim cienkim sikiem tej wody w jakąś emerytkę i rencistkę, co tam akurat najgłośniej śpiewa. Siur, siur. Oczywiście to nie tak, że ktoś od razu całe wiadro dostał, ale wyobraźcie sobie taką sytuację, dość zabawną.Ktoś nią w uniesieniu prawie ekstatycznym i nagle taki cienki sik wody gdzieś na palto za kołnierz wlatuje. Także to również miało miejsce i to chyba nawet ma miejsce. Nikt tych dzieciaków nie przeganiał, bo tak było. Oczywiście wszyscy się potem burzyli. Podejrzewam, że dawniejszych zwyczajów związanych z dyngusem było więcej, tylko po wojnie wiele z nich poszło w zapomnienie, jak wiele różnego rodzaju zwyczajów, które się kojarzyły z dawnymi czasami, z sanacją, z zabobonem, z biedą na przykład. To jest tak samo jak z wierzeniami. Często opowiadamy o żywym folklorze i okazuje się, że był taki czas. To nie jest moja obserwacja, to nie jest obserwacja ufologów. To są obserwacje ludzi, którzy się zajmowali folklorem, że w pewnym momencie w naszym kraju, można to umiejscowić w okolicach końca lat 40., doszło do dużego przesunięcia, jeżeli chodzi o porzucenie starych tradycji. Oczywiście nie wszystkich. Potem, kiedy zauważono, że te tradycje giną, to różnego rodzaju ośrodki czy też grupy próbowały te tradycje odradzać, pielęgnować. Natomiast w niektórych regionach na pewno pewne tradycje zaginęły. Myślę, że tak jak zaginęły niektóre potrawy, które były, a których nie ma, już nie są jedzone, bo się kojarzą ze złymi czasami. Tak mi dziadkowie opowiadali. Tak jak zaginęła wiara w niektóre stworzenia. I to wszystko było skutkiem reform społecznych w PRL-u. Tak samo było może z wierzeniami, z tradycjami dotyczącymi dyngusa, o których możecie sobie u Kolberga i innych poczytać, jak tego było dużo.
[01:45:58] - Arturze, czy ty sobie jeszcze coś przypomniałeś?
[01:46:02] - Powiem wam to, co zaznaczyłem, że dyngus tych dawnych lat miał w sobie kompletnie inny rytm, bo on był prawie taki jak święto wiosny, które ogarniało te całe wioski i miasteczka. Wtedy ulice tętniły życiem. Dzieci, dorośli biegali z tymi wiadrami wody, a praktycznie zawsze w każdym kącie ktoś mógł się czaić. Były to dosyć masowe polewania. Były prawdziwe bitwy wodne. Ale co ważne, to wszystko scalało sąsiadów i dawało poczucie wspólnoty. Oczywiście był taki zwyczaj kropienia perfumami. To był taki, powiedzmy sobie szczerze, drobny flirt, figlarne próby oczarowania siebie nawzajem. Coś, co wydaje mi się, że dzisiaj w tych dużych miastach zanikło i pozostawiło po sobie tylko ewentualnie jakiś symboliczny ślad. Bo w dawnych latach dyngus był, wydaje mi się, fizyczny, był głośny, był pełen energii. Ludzie nie bali się wody. To jest najważniejsze, bo każda kropla tej wody była radością. Natomiast dziś w wielu miejscach zamienia się bardziej w subtelną zabawę albo event w social mediach, bym powiedział, gdzie te emocje są bardziej wirtualne niż namacalne. I to jest ta różnica. Wydaje mi się, że dzisiaj brakuje tego spontanicznego chaosu, tego uczucia wspólnego śmiechu, takiego lekkiego niepokoju. Bądźmy realistami. Kto z nas dzisiaj wyskoczy z wiadrem zimnej wody? Zwłaszcza jeżeli mamy taką pogodę za oknem, jak teraz. Ktoś by się jeszcze zamroził od tej wody. Ja bardzo często, może się starzeję, ale bardzo często zamykam oczy i wracam nawet do tych naszych sentymentalników i do czasów mojego dzieciństwa i tego, co się dawniej działo, jacy ludzie byli inni, a jacy są w tej chwili inni. Jeżeli powracam myślami do tamtych lat, to bardzo często czuję prawdziwy rytm tego dyngusa. Wtedy też jest tak, że oczami wyobraźni to widzę, że ta woda chlupocze pod nogami, że ten śmiech rozbrzmiewa tak, jak to było kiedyś. Nie chcę być pesymistyczny, ale mam takie wrażenie, że w dzisiejszych czasach bardzo często jest tak, że ludzie przestali być ludźmi w porównaniu do tego, co było kiedyś. Za mało jest tej życzliwości, za mało jest tego uśmiechu, tej radości. Tydzień temu dziecko odprowadziłem do przedszkola i wracałem. I chyba była taka sytuacja, że szedł za mną jakiś dziadek i nie wiem, czy się potknąłem, czy coś było. I ten dziadek się do mnie odezwał. Normalnie powiedział, zażartował, bo kiedyś to było inaczej. I ja się wdałem w rozmowę z tym dziadkiem. I właśnie tak jak rozmawiałem z tym dziadkiem, coś, co powinno być normalnością. Kiedyś było tak, że jak ktoś szedł ulicą i z tyłu szedł inny człowiek, to się zaczekało, bo we dwójkę będzie raźniej iść, bo się pogada, będzie raźniej. Natomiast dzisiaj jak się odwróci i się zobaczy, że ktoś idzie, to się będzie spierdzielać jeszcze szybciej. Tego mi w dzisiejszych czasach brakuje. Może staję się bardzo sentymentalny, ale tego mi brakuje, że kiedyś ludzie byli jacyś bardziej życzliwsi, bardziej otwarci, potrafili się śmiać, mieli dystans do siebie. Bardzo często mieli ten dystans do siebie, prawda? A dzisiaj sami zrobili sobie sztuczne kraty na zasadzie, że nikt mnie nie poleje nawet kroplą wody, bo to jestem ja. Nikt nie wrzuci mi reklamy do skrzynki. Inna sprawa, że to jest przesada. Te reklamy to stosy są na makulaturę, ale nikt nie będzie mi wrzucał, bo na przykład w Niemczech to jeszcze można do sądu kogoś dać, że wrzucił do skrzynki reklamy. Coś tego typu. Ludzie sami zbudowali takie mury iBardzo często brakuje mi tamtych lat. Brakuje mi mojego dzieciństwa. Niedaleko nas jest muzeum starych autobusów i bardzo często jest coś takiego, że w różne święta puszczają te stare autobusy po mieście. Ogórka czy Ikarusy czy jakieś inne rzeczy. Kiedyś pamiętam, pojechałem po mamę na dworzec i akurat się złapałem na Ogórka, bo Ogórek podjechał i w niego wsiadłem. Pamiętam, że jechałem tak może z 15 minut, 20 minut tym autobusem i efekt był taki, że sobie fantastycznie przypominałem tamte czasy. Ale dobra, bo się rozrzewniłem. Jeśli chodzi o Dyngusa, to chciałem tylko powiedzieć, że kiedyś Dyngus też był formą scalania ludzi. A dzisiaj, skoro nie ma Dyngusa, też nie ma tego scalania.
[01:51:24] - Ja teraz zapytam o sprawy techniczne. One się pojawiły, te jajeczka kolorowe, które kupowało się w kioskach Ruchu z rurką i tam była mała porcja wody. Nikomu się krzywdy tym nie zrobiło. Zresztą strumyczek, który te jajeczka z siebie wydalały był taki cieniusieńki. Mówiłem też o tych butlach, które się produkowało w zaciszu domowym i to była już poważna broń. Ale wyobraźcie sobie, że w pierwszej połowie lat 70. ja nie byłem w stanie – byłem dzieckiem, więc wyobraźnia może jeszcze tak nie pracowała, chociaż dzieci mają bogatą wyobraźnię – sobie wyobrazić pistoletu na wodę. Jak to? Strzela wodą? Pistolet? Coś nieprawdopodobnego. Męczyłem, męczyłem, męczyłem całą rodzinę i wymęczyłem. Dostałem taki pistolet i on mnie tak zawiódł. Dzisiaj te gany, które się używa, różne zbiorniki mają i w ogóle bajery, ale przede wszystkim działają w oparciu o ciśnienie. Ten pistolecik, który dostałem, pamiętam do dzisiaj, niebieski wlew wody był w rączce tego pistoletu. Był niebieski. Lufa była zakończona białą taką wódką. Ale jak się wlało wodę, to tak siurkało gorzej niż te jajeczka. Może na pół metra strzelało takim cieniuteńkim strumyczkiem wody. I to, mówiąc szczerze, mało to zachęcająco wyglądało, więc byłem totalnie zniechęcony. Te butle rodzimej produkcji osiedlowej były znacznie lepsze od tego pistoletu i na długi czas jakoś tak mi się utrwaliło w pamięci, że pistolet na wodę to jest jednak ten przysłowiowy szajs. I gdy zobaczyłem, czym się teraz młodzież posługuje, jaka to broń, jakie to modele są, jak to działać potrafi na dwie, trzy, pięć luf. W ogóle cuda niewidy. Powiedziałem sobie: „Hej, szkoda, że w moich czasach tego nie było”. To często sobie zresztą powtarzam. Panowie, jeśli mówimy o broni wodnej, czy ja już wymieniłem wszystko? Były woreczki, były butle, były pistolety, były jajeczka. Macie jeszcze jakieś pomysły? Odtwarzacie w pamięci, Arturze?
[01:54:02] - Tak. Ja pamiętam zawsze osoby, co na przykład wiadra wiadrami, ale też na wiosce na przykład były miski, takie miski po prostu metalowe, w których polewano, bo Dyngus z dawnych lat miał swoje takie własne, niezwykle proste, a jednocześnie pełne uroku atrybuty, bo nie było wtedy tych plastikowych wodnych ganów ani jakichś tam gotowych spryskiwaczy. Ale przecież były wiadra, były dzbanki, były konewki, były miski. Czasem po prostu był to garnek czy jakiś kubek wypełniony wodą. Wszystko, co mogło w ogóle przenieść odrobinę wody, bym powiedział z punktu A do punktu B, to wtedy stawało się takim narzędziem zabawy i po prostu figlarstwa. Co też jest ciekawe? Ciekawe jest to, że też nie wiem, czy u was był taki zwyczaj, ale na przykład można było kropić z takiego bukietu baziów czy jakichś wiosennych gałązek, gdzie to się wodę brało, jak się makało niczym ksiądz, załóżmy, to wtedy to też tą wodę można było, delikatnie kropiono dziewczyny jakieś. I to też był taki fajny, dosyć ciekawy zwyczaj, który symbolizował radość i to odrodzenie wiosny. Oczywiście do tego dochodziły też różne perfumy. Nie wiem, czy u was było, ale u mnie na przykład była woda różana czy jakieś tam inne aromatyczne olejki, którymi też delikatnie bliskich spryskiwano, tworząc właśnie taki lekki filtr i taką zabawną grę między chłopakami a dziewczynami. To była taka zabawa pełna dotyku, zapachu, dźwięku, o wiele bardziej organiczna, bym powiedział, niż jakieś dzisiejsze laserowe strzały tymi wodnymi pistolecikami. W dawnych czasach wydaje mi się, że w ogóle dawniej – ja już mówię, jakbym miał 100 lat w dawnych czasach – ale dawniej po prostu, albo jak to drzewiej bywało, tak by można było powiedzieć, jak to drzewiej bywało, to Dyngus był bezpośredni i jakiś taki bardziej namacalny. Bo każda kropla tej wody miała jakąś taką wagę emocji. I w ogóle ta zabawa była spontaniczna. Te atrybuty, chociaż one były proste, to bardzo często niosły w sobie taki duch przede wszystkim tradycji, tej całej wiosennej magii.
[01:56:31] - Piotrze, czy ty jeszcze o jakiejś broni nam powiesz?
[01:56:37] - Ja tutaj mogę podzielić twój ból związany z pistoletem na wodę, bo ja też takie miałem. One nie działały absolutnie, to można sobie było wsadzić. To był jeden z najgorszych scamów mojego dzieciństwa. Pistolet na wodę, nie można było niżej upaść. To chyba najgorszy frajer mógł coś takiego mieć. Kapiszon okej, ale pistolet na wodę? Kto to widział. Ale były rzeczy. Balony. Tylko że tak: z tego co pamiętam, balony też nie były tak bardzo dostępne, ale później były łatwo dostępne. Natomiast pamiętam, że nie za bardzo szło napełnić balon wodą dobrze. Coś się działo nie tak. Nie pamiętam już, o co chodziło.
[01:57:17] - Pękał.
[01:57:19] - Nie. Pękać też.
[01:57:23] - Sorki, że wejdę ci w słowo, bo skoro powiedziałeś o balonach, to weszło mi do głowy, tylko na sekundkę powiem, bo myśmy też próbowali wodę wlewać do balonów, ale te balony się rozwalały, jak się wlało wodę. I dlatego u nas się robiło tak, że były rękawiczki gumowe, na końcu był korek plastikowy związany i była dziura, gdzie to się napełniało wodą, wkładało się palca w tą dziurę i wtedy można było sobie dozować to polewanie. To też była frajda niestety.
[01:57:49] - Ja pamiętam, że tu chodziło o to, że taki balon, jak go napełniłeś, nawet jak go tam zawiązałeś, nim było ciężko trafić. Taki zwykły balon. Natomiast pamiętam, był taki czas, kiedy w sprzedaży były bardzo rzadkie, bo to było przez krótko, ale były specjalne balony na wodę i one się różniły od tych innych balonów. One były cieńsze, były bardziej pękate i z nich można było robić wodne bomby. Pamiętam, to było na jednego dyngusa i to był hit. Ale to był przejściowy hit. To gdzieś z Ameryki było. Jakiś gum dodawali czy do czegoś. Także było to. I oczywiście te wszystkie, u nas się to nazywało śmigusówka albo śmigustówka. Te plastikowe albo gumowe. Gumowe były rzadsze, po prostu nadmuchane fragmenty plastiku imitujące pisanki. Ale były też inne, bardzo różne i można było takim spryskać. Najlepsze było okrągłe oczywiście, takie jajowate, bo można było największe ciśnienie zaaplikować i on wtedy siurał dość mocno. Natomiast inne kształty, no cóż, gorzej. Wodnych gunów nie było za moich czasów. Nawet chyba się widziało tylko w amerykańskich filmach takie cuda, ale się trzeba było obejść tym, co się miało. Czyli wykorzystywało się butle na przykład, jeżeli już się lało. Bo mówię, pamiętam względnie mało takich lanych mocno dyngusów na dworze, bo było po prostu zimno, a jeżeli nawet było ciepło, to padało albo było nie tak ciepło, żeby się tam strasznie lać. Ale jeden z ostatnich dyngusów, który żeśmy tutaj z kuzynami odprawili, to już były węże ogrodowe z regulowanymi dyszami i taki wąż robił robotę. Ale to też oczywiście ograniczony zasięg. Jak ci kuzyn uciekł, to co ci po takim czymś? Próbowaliśmy jeszcze z butelek plastikowych, ale to też się nie da. Nie masz rurki, trudno taką rurkę dosztukować. Jedyne za to trzeba było naciskać mocno, ale to też było do D, że tak powiem. Także to chyba tyle. Pamiętam, że były też takie fajansiarskie śmigusówki. One chyba z NRD były. Z NRD przywożono w ogóle mnóstwo badziewia. Badziewia nie badziewia. To było dużo lepsze niż nasze wytwory, wyroby, jeżeli chodzi o zabawki. I pamiętam też, że były takie i one były bardziej realistyczne. Przypominały na przykład owoce, cytryny. Pamiętam coś takiego, ale to nie każdy miał.
[02:00:34] - Tak. Muszę powiedzieć, że ku mojemu zaskoczeniu ta dzisiejsza audycja o śmigusie-dyngusie wywołała całą falę wspomnień. Artur się rozrzewnił, Piotr może się nie rozrzewnił, ale też sięgnął do wspomnień. Ja to już w ogóle gdzieś tam prawie swoje wodno-militaristyczne zapędy z dzieciństwa wspominałem. To były bitwy, proszę państwa. A kary, które stosowane były w szkole... Strach się bać. Może kiedyś zrobimy audycję. To będzie audycja na poły horrorowa, przynajmniej w moim wydaniu, bo jakbyśmy zrobili audycję o tym, jakie kary stosowano w szkole podstawowej, to ktoś o słabszych nerwach może przynajmniej przejściowo zacząć się jąkać na przykład. Pięknie dziękuję za dzisiejszą audycję. Dziękuję ci, Arturze.
[02:01:44] - Dziękuję ogromnie.
[02:01:45] - Dziękuję ci, Piotrze.
[02:01:47] - Dzięki. Pozdrawiam. Piszcie komentarze, jesteśmy ciekawi.
[02:01:51] - Pozdrawiam państwa wszystkich i do usłyszenia w kolejnym sentymentalniku. Proszę państwa i na koniec tego przedświątecznego wydania Akademii Wszelkiej Fikcji zapraszam na długie opowiadanie autorstwa Anny Stańczyk. Nosi ono tytuł „Pszczelarz”.
[02:02:22] - Anna Stańczyk, „Pszczelarz”. O świcie usłyszałem głośny kaszel silnika. Przez kilka chwil byłem pewien, że to tylko kontynuacja nocnego majaku. Jednego z tych, w którym przedzierałem się kładem przez wyjałowione pustkowia w poszukiwaniu jedzenia. Czasem śniłem o takich rzeczach. Na różne sposoby próbowałem się wydostać, wierząc, że gdzieś daleko jest lepiej, że znajdę odpowiedzi, lekarstwa lub choćby namiastkę zieleni.Jednak każdy sen kończył się tak samo. Tajemnicza przestrzeń za zakrętem okazywała się jedynie powrotem do tego samego, znienawidzonego miejsca. Zataczałem pętlę i budziłem się z posmakiem goryczy. Te nocne rojenia były jeszcze gorsze od rzeczywistości, bo na moment dawały nadzieję, a potem w jednej chwili ją odbierały. Tym razem sen także urwał się w połowie, ale natrętne burczenie motoru nie chciało ucichnąć. Moje oczy otworzyły się jak na rozkaz. W ułamku sekundy zrozumiałem, co jest grane. Jakiś ciężki wóz parkował obok naszej kamienicy, sterczącej niczym stary wągiel na pobrużdżonej twarzy miasta. A to nie wróżyło niczego dobrego. Wszelkie pojazdy napędzane paliwem były reliktami poprzedniej epoki. Miała do nich dostęp jedynie jednostka poszukiwaczy. Dlatego ten wyjątkowy dźwięk, budzący o świcie mieszkańców miejskich rubieży, mógł oznaczać tylko jedno. Zerknąłem na rodziców. Wciąż spali, miarowo posapując. Przeniosłem wzrok na małe łóżko otoczone białymi szczebelkami. Kocyk się nie poruszył, a więc mała też pozostawała w głębokim śnie. „Już niedługo” – pomyślałem. Dwukrotnie trzasnęły drzwi pojazdu. Wstałem i podszedłem do okna. Ostrożnie uchyliłem zasłonę, a to, co zobaczyłem, zjeżyło mi włosy na głowie. Na podwórzu stał opancerzony ambulans ze znajomym symbolem owada wpisanego w lipowy liść. Auto, które w dawnych czasach ratowało ludziom życie, ewoluowało w budzącą grozę machinę. Zobaczyłem dwóch mężczyzn w białych kitlach. Na twarzy mieli maski chroniące przed ciężkim miejskim powietrzem, do jakiego z pewnością nie byli przyzwyczajeni, siedząc za szklanymi murami enklawy. Nazywałem ich sanitariuszami. Zaraz za nimi z samochodu wyłonili się dwaj uzbrojeni po szyje komandosi, również w ochronnych maskach, tyle że czarnych jak reszta ich stroju. Jeden z nich spojrzał w górę. Puściłem zasłonę i odruchowo przylgnąłem do ściany, chociaż wiedziałem, że spotkanie z nimi i tak jest nieuniknione. Agresywne pukanie w drzwi obudziło matkę. „Poszukiwacze! Oddział 35. Otwierać!” Milena poruszyła się niespokojnie i zaczęła cicho kwilić. Tysiące przebiegających przez głowę myśli całkowicie mnie sparaliżowało. Nie wiedziałem, co robić. „Zamirze, co się dzieje?” Matka uniosła głowę i naciągnęła kołdrę na wychłodzone ramiona. Brutalnie wyrwana z objęć snu zapewne miała jeszcze nadzieję, że to jedynie dalsza jego część. Próbowała oszukiwać samą siebie, ale podświadomie czuła, że nadeszła chwila, której wszyscy tak bardzo się baliśmy. Ojciec tylko otworzył zapadnięte oczy i czekał. Choroba całkowicie odebrała mu energię i resztki męskich instynktów. Nie był już naszym alfą, żywicielem i obrońcą. Brakowało mu sił, żeby zawalczyć o rodzinę i o samego siebie. Zresztą nikt z naszych nie miałby najmniejszych szans z tymi skurwielami, więc jakikolwiek sprzeciw mógłby tylko pogorszyć i tak beznadziejną sytuację. Ojca męczyły codzienne ataki, przez które niewyobrażalnie cierpiał. Nie potrzebował złamanego nosa lub przestrzelonej łydki na dokładkę. „Spokojnie mamo.” – musiałem się opanować i być stanowczy. – „Wiedzieliśmy, że się pojawią. Weź małą i otworzę.” Przez moment nasze role się odwróciły. Matka zmieniła się w małą, przerażoną dziewczynkę, a ja stałem się głową rodziny. Posłuchała mojego polecenia. Uniosła niemowlę, szczelnie opotuliła kocem i usiadła na brzegu łóżka. Patrzyła mi głęboko w oczy, jakbym był jej ostatnim punktem oparcia. „Jeśli będzie zgodna, nie oddam jej bez walki. Będą musieli mnie zabić.” – jej zduszony głos przepełniała nienawiść. „Nie będzie. Ma tę samą krew co my.” – próbowałem uspokoić matkę, chociaż ze strachu sam ledwo trzymałem się na nogach. Ojciec uniósł się z trudem i objął dziewczynę. Przynajmniej to mógł dla nich zrobić, a ja podszedłem do drzwi. Otworzyłem je, przyjmując najbardziej bojową pozę, na jaką tylko mogłem się zdobyć. Nie chciałem, żeby dostrzegli we mnie strach. Byłem już mężczyzną, jedynym sprawnym mężczyzną w rodzinie, za którą czułem się odpowiedzialny. Sanitariusz i jeden z komandosów bez słowa wyjaśnienia wtargnęli do środka. W tym samym czasie druga para poszukiwaczy dobijała się już do sąsiadów. Ten w białym kitlu wyciągnął rękę w moim kierunku, czekając, żebym podał mu swoją. Kipiąc nienawiścią, uniosłem prawą kończynę i położyłem na jego nieskazitelnej rękawiczce. „Lewa!” – krzyknął, a uzbrojony komandos trącił mnie lufą w żebro. „Żartów ci się zachciewa?” – wykonałem rozkaz. Oprawca chwycił mnie za nadgarstek i przyłożył skaner, który cicho pisnął, a po chwili wyświetlił symbol BRH+. Tę samą procedurę przeprowadził z ręką ojca i matki. Przy Milence aparat nie wydał żadnego dźwięku, a na wyświetlaczu nic się nie pojawiło. „Palec.” – wydał matce krótkie polecenie, ale ona nawet na niego nie spojrzała. Zacisnęła tylko zęby i wbiła wzrok w wypaczone deski podłogi. – „Dziecko, palec!”Powtórzył głośniej. Bałem się, że coś jej zrobią, więc uklęknąłem i chwyciłem siostrę za małą dłoń. Mama przytulała jej idealnie okrągłą głowę do piersi, a ja patrzyłem, jak ta świnia wbija igłę w miniaturowy paluszek. Milena zaniosła się płaczem tak, że przez moment przestała oddychać. Matka też się rozpłakała. Sanitariusz zaczekał, aż z palca wycieknie spora kropla krwi, po czym przyłożył do niej plastikowy próbnik z wąskim paskiem, który momentalnie wchłonął posokę, nasycając się żywą czerwienią. Następnie włożył próbnik do metalowego urządzenia i wcisnął czarny przycisk. Tymczasem komandos zajął się przeszukiwaniem mieszkania, zaglądając w każdą najmniejszą wnękę. Nie spuszczał oka z małego termowizyjnego monitora, który sterczał u nasady jego karabinu. Mijały kolejne sekundy, kiedy sanitariusz wpatrywał się we wciąż puste okienko, czekając na wynik badania. Ojciec siedział na łóżku. Opierał bezradną głowę o brudną tapetę, a matka całą mocą tuliła swoje dziecko do piersi i kiwała się jak w transie. Czekała na wyrok. Pierwszy raz uczestniczyłem w teście zgodności. Tak naprawdę to drugi, ale 16 lat temu, gdy mnie kłuli, byłem niczego nieświadomym niemowlakiem. Mimo to dokładnie wiedziałem, jak to działa. Każdy obywatel był poddawany badaniu w momencie urodzenia lub kilka miesięcy później. Jeśli poszukiwacze w porę nie wykryli, że na świecie pojawił się nowy członek wymierającego społeczeństwa, takie przeoczenia należały do rzadkości, bo obławy odbywały się cyklicznie dwa razy w roku. Nawet jeśli schowalibyśmy Milenkę, każdej wiosny i jesieni musielibyśmy przechodzić przez piekło, narażając całą rodzinę na śmierć w razie wykrycia tego najcięższego z przestępstw. Gdy mama dowiedziała się o ciąży, od początku opierała się, że ukryjemy dziecko tak jak sąsiedzi ukryli swojego syna Bożydara. Ojciec milczał w tej sprawie. Beznamiętnie przytakiwał, ale w końcu przemówiłem o bońku dorosłomu. Przez wiele lat żylibyśmy w strachu i niepewności, a szanse na to, że moja siostra ma inną krew niż jej najbliżsi, były znikome. Zrozumieli, że lepiej od razu zrobić test i wieść spokojne, głodowe życie w naszym slumsie. Chyba że okazałaby się zgodna. Wtedy musielibyśmy pogodzić się ze stratą i wieść spokojne życie w naszym slumsie z większą porcją żywieniową na głowę. Taka była brutalna rzeczywistość tego świata. Jeśli nie będziesz umiał zadbać o siebie, zginiesz. Instynkt przetrwania tak by to tłumaczył. I wielu tak właśnie do tego podchodziło. Do niedawna wyznawałem podobną filozofię, ale kiedy mała pojawiła się na świecie, odkryłem w sobie nieznany mi wcześniej rodzaj strachu, o wiele silniejszy niż strach o własną skórę. Kiedy pierwszy raz spojrzałem na jej rumianą twarzyczkę, zrozumiałem, że zrobiłbym wszystko, żeby uchronić ją przed złem czającym się za szklanymi murami. Wreszcie małe urządzenie sanitariusza zapiszczało i zapaliło się na czerwono. Matka zaczęła śmiać się przez łzy. „Zero Rh minus” ogłosił poszukiwacz, po czym wklepał odpowiedni symbol w urządzenie znakujące i zdecydowanym ruchem wszczepił implant w małą rączkę. Rzucił mi opatrunek, który szybko przyłożyłem do niewielkiej ranki. Wrzask dziecka wypełnił cały pokój aż do czasu, kiedy został stłumiony przytkniętą do buzi piersią pełną ciepłego, matczynego mleka. Sanitariusz, skinąwszy na komandosa, odwrócił się na pięcie i bez słowa opuścił nasze lokum. Poczułem wielką ulgę, jednak nie zdążyłem nacieszyć się tą chwilą, bo gdy reglowałem drzwi, po klatce poniósł się dźwięk wystrzału, a po chwili kolejny. Z mieszkania pod nami zaczęły dobiegać głośne krzyki i lamenty. W końcu musiało stać się to, czego się obawiałem od dawna. Poszukiwacze znaleźli Bożydara. Wybiegłem na korytarz i ostrożnie wychyliłem się przez barierkę schodów. Poszukiwacze, którzy wyszli od nas, przyłączyli się do kolegów. Przez wąskie okno na półpiętrze zobaczyłem, że do budynku wpada też uzbrojony kierowca ambulansu, który do tej pory spokojnie jarał skręta oparty o drzwi pasażera. Zdeptał niedopałek na wycieraczce i wtargnął do kwatery sąsiadów. Wtedy coś poczułem, jakby ukłucie w mostku. Nagły, instynktowny zew. To była moja jedyna szansa, żeby ziścić od dawna snuty plan i uratować ojca. Wróciłem na górę. Gestem dałem rodzicom znać, żeby nie reagowali i najciszej jak to było możliwe, zbiegłem po schodach, a potem przemknąłem obok uchylonych drzwi z numerem 5, gdzie w głębi mieszkania kątem oka dostrzegłem leżącego w kałuży krwi sąsiada. Jego żona szarpała się z oprawcami. Zawartość żołądka podeszła mi do gardła, ale powstrzymałem wymioty. Wybiegłem z budynku wprost na opancerzony pojazd. Rzuciłem się na ziemię i wciągałem pod niego. Tak jak przypuszczałem, metalowe zbrojenie częściowo zachodziło również na podwozie. Dzięki temu mogłem tam wpasować swoje chude kości. Pręty wbijały mi się w żebra i nie miałem pewności, czy zdołam się utrzymać w trakcie jazdy, ale musiałem spróbować dostać się do miejsca, w którym znajdują się wszystkie odpowiedzi.Myślałem o tym od lat. Po prostu musiałem to zrobić dla ojca, mojej rodziny i wszystkich, którzy zdążyli już pogodzić się z losem. Ja wciąż nie potrafiłem. Przyjąłem w miarę znośną pozycję i czekałem. Z klatki wyszli najpierw obaj sanitariusze, a za nimi trzej komandosi. Jeden z nich trzymał przewieszonego przez ramię wierzgającego i drącego się wniebogłosy chłopca. A więc Bożydar był zgodny. Nieszczęsna kobieta wypadła na ulicę i rzuciła się na kolana. W jej całej rozpaczy i bezradności błagania przeplatały się z przekleństwami. Zabili jej męża i odebrali syna. Gdyby skurwiele mieli choć odrobinę litości, wpakowaliby jej teraz kulkę w skroń. Ale to już nie należało do ich misji. Bezbronna kobieta nie stanowiła już żadnej przeszkody, więc ją zwyczajnie zignorowali. Wreszcie samochód ruszył, a ja czułem, jak wściekłość w moich żyłach powoli przeistacza się w determinację. I strach. Bałem się. Skłamałbym mówiąc, że nie. Nie miałem pojęcia, czy dotrę za znienawidzone mury ani co mnie tam czeka. Nie wiedziałem też, ile czasu spędzę w tym bolesnym zawieszeniu przyczepiony do spodu ambulansu. Nic ze sobą nie zabrałem, nawet grama wody, a gardło zaczynało coraz mocniej palić z pragnienia. Na moje szczęście po jakiejś godzinie dziecięce żniwa okazały się tak udane, że zabrakło miejsca w samochodzie na nowe zdobycze. Gdy poszukiwacze po raz ostatni tego dnia zatrzaskiwali tylne drzwi, usłyszałem, że wracają do bazy. Mijaliśmy brudne, zdewastowane ulice, które przyciągały wzrok jedynie kolorowymi śmieciami. Szczątki gazet i puste plastikowe pojemniki walały się gdzie popadnie. To miasto nigdy nie tryskało energią, a przejeżdżający ambulans spowodował, że na moment całkowicie zamarło. W jednej z pustych witryn sklepowych bawiły się jakieś dzieciaki. Na widok samochodu czym prędzej czmychnęły w głąb budynku. Podciągnąłem się z trudem i przesunąłem lekko na prawo, żeby zobaczyć, w jakiej dzielnicy się znajdujemy. Ostatni raz byłem tak blisko centralnej części miasta za dzieciaka, gdy ojciec próbował się dogadywać z jednym handlarzem. Żeby zapewnić nam lepszy byt, próbował pertraktować z ziarnową mafią. Pewnie wydawało mu się, że ma sporo do zaoferowania, ale się przeliczył. Jedyne, co mu po tej próbie pozostało, to blizna na łuku brwiowym i dwa wybite zęby. Pamiętam, że gdy wracaliśmy do domu, pokazał mi umowną granicę wyznaczoną dookoła enklawy, której nie wolno było przekraczać, żeby nie narażać się na agresję strażników. Często siadałem na dachu jednego z sąsiednich domów i obserwowałem lśniącą mlecznym szkłem ogromną konstrukcję, wyobrażając sobie, jakie skrywa tajemnice. Nigdy nawet nie próbowałem się do niej zbliżyć, ale miałem nadzieję, że kiedyś odkryję całą prawdę. Ambulans przetaczał się przez miasto niespiesznie, pewnie ze względu na cenny ładunek, który transportował w jeszcze nieznanym mi celu. Dzieci od jakiegoś czasu ucichły. Miałem nadzieję, że to przez jakieś prochy uspokajające, a nie z braku świeżego powietrza. Krążyliśmy po bocznych uliczkach tak długo, że całkiem straciłem orientację w terenie. Wypatrywałem jakichś charakterystycznych punktów, ale miasto przez te lata cholernie się zmieniło. Zarosło gruzem, jeszcze bardziej poszarzało i posmutniało. Zapadło się w sobie. Tylko jedno pozostawało niezmienne. Nigdzie nie było ani grama zieleni. W końcu dostrzegłem coś znajomego. W oddali zamajaczyły dwa bloki o zaostrzonych szczytach. W życiu bym się nie domyślił, że ich kształty miały przedstawiać ołówek i kredkę, gdyby tata mi o tym nie powiedział. Tak też się ponoć nazywały. Idiotyczne nazwy dla wątpliwego cudu architektonicznego. Na wyższym z nich smętnie powiewał wielgachny, podarty baner z napisem „Ratujmy pszczoły”. Na drugim identyczny z napisem „Ratujmy świat”. Tego drugiego hasła się domyśliłem, bo tekst był częściowo nadpalony. Wkrótce ambulans przejechał przez most i zatrzymał się przed bramą. Stężałem w bezruchu. Strażnicy sprawdzili tożsamość poszukiwaczy, a potem zajrzeli na pakę i przepuścili nas bez większych problemów. Nie przyszło im do głowy zaglądać na spód ambulansu. Ulżyło mi jak cholera. Silnik znów zakasłał i poczułem, że samochód pochyla się do przodu, jakby zjeżdżał z górki. Musiałem mocno zaprzeć się nogami, żeby się nie zsunąć i nie wypaść wprost pod koła. Nagle ogarnęła mnie ciemność. Byliśmy chyba w jakimś podziemnym tunelu. Potem przejeżdżaliśmy przez jeszcze jedną bramkę ze strażnikami i zrobiło się jaśniej. Silnik ucichł. Znalazłem się w dużym, pustym i słabo oświetlonym pomieszczeniu. Poszukiwacze wysiedli, przekazali jakieś papiery kobiecie o niskim głosie i po chwili zniknęli za najbliższymi metalowymi drzwiami. Natomiast z naprzeciwka dostrzegłem zbliżające się nogi w białych spodniach i tenisówkach. Tylne drzwi ambulansu otworzyły się, a potem każda para białych nóg odchodziła z jednym dzieckiem, po czym umieszczała je w dziwnej komorze w ścianie i pociągała za dźwignię. Dzieci były spryskiwane jakąś mgiełką, pewnie substancją odkażającą, a następnie zabierane do kolejnego pomieszczenia. Najstarszy z nich, czteroletni Bożydar, wrzeszczał, że chce do mamy i gryzł nową opiekunkę po rękach.Po chwili hol opustoszał, a w głowie pozostało mi jedynie echo dziecięcej rozpaczy. A więc byłem tam. Dotarłem do wnętrza Enklawy. Nie zwlekając zbyt długo, przetoczyłem się po metalowych kratkach i z tłumionym jękiem upadłem na kamienną podłogę. Wyczołgałem się spod samochodu i pobiegłem w stronę najbliższych drzwi. Nie miałem pojęcia, dokąd się kierować. Mój plan skończył się wraz z przekroczeniem granicy Enklawy. Przede wszystkim musiałem się ukryć, a potem trzeba było kombinować, co dalej. Ruszyłem wzdłuż ciemnego korytarza i wpadłem w pierwsze drzwi po lewej, w ostatniej chwili unikając spotkania z człowiekiem w czerwonym uniformie. Zamknąłem je najciszej, jak umiałem. W środku było ciemno. Na ścianie znalazłem włącznik światła i już po chwili poraziła mnie niesamowita jasność. Znajdowałem się w bardzo czystym, wręcz sterylnym pomieszczeniu. Biel ścian, częściowo przeszklonych mebli i reszty sprzętów aż raziła w oczy. Na stołach znajdowały się urządzenia prawdopodobnie służące do jakichś badań. Widziałem podobne w jednym ze starych czasopism, które kolekcjonował ojciec. Obok leżały poukładane w idealnym porządku miarki, strzykawki, jakieś szklane miniaturowe naczynia z płynem w kolorze krwi i złota. Podszedłem do jednej z soczewek i zbliżyłem do niej twarz. Na drugim końcu tuby moje oko ujrzało niezrozumiały układ połączonych ze sobą kresek i kółek, które powoli zmieniały swoje położenie względem siebie. Nie miałem pojęcia, czym były, ale ciężko było oderwać od tego zjawiska oczy. Tańczące w zwolnionym tempie cząsteczki tworzyły przedziwnie piękne obrazy. Wpatrując się w nie, chwilowo straciłem czujność. Nagłe ukłucie w szyję otrzeźwiło mnie, ale było już za późno na jakąkolwiek reakcję. Kółka i kreski zaczęły się rozmywać, zlewać w jedną plamę, a moje nogi zmieniły się w gumowe pałąki. Upadając, straciłem kontakt z rzeczywistością. Siedział naprzeciw, przeszywając mnie na pozór obojętnym wzrokiem. W pierwszym odruchu próbowałem podnieść się z krzesła, ale spętało mi ręce i nogi. Jego jasnoniebieski kitel zlewał się z bielą ścian. Wciąż lekko szumiało mi w głowie i miałem trudności ze skupieniem uwagi. „Jak się tu dostałeś?” – odezwał się wreszcie. Milczałem, bo i tak wszystko już było stracone. Dałem się złapać. „Gadaj, jak się tu dostałeś, bo cię wydam strażnikom” – spokojnie ponowił pytanie. „A jak powiem, to mnie niby nie wydasz?” – wycharczałem zaschniętym gardłem. „Wtedy się zastanowię. Jesteś z zewnątrz, prawda?” „Nie. To ty jesteś z wewnątrz” – odszczeknąłem. „Powtarzam pytanie: jak się tu dostałeś i dlaczego tu jesteś?” „A co za różnica, jak się tu dostałem? Tam, skąd przychodzę, nie ma nic, o czym chciałbyś usłyszeć ani na co chciałbyś spojrzeć. Powiem ci, jeśli tak bardzo cię to interesuje. Tam jest tylko brud, głód i powolna śmierć. A ja jestem bezczelnym typem, który odważył się przekroczyć próg waszej pierdolonej wampirzej sekty. To ty mi odpowiedz, dlaczego to robicie. Po co to wszystko?” „Ale co dokładnie?” – bezczelnie udawał, że nie wie, o czym mówię. Potrząsnąłem z niedowierzaniem głową i parsknąłem szyderczym śmiechem. „Zatruwacie nasze i tak już posrane życie. Porywacie dzieci. Do czego wam one potrzebne? Zarzynacie je i karmicie się ich rzadką krwią? O co tu, do kurwy nędzy, chodzi?” „Ty nic nie wiesz”. Jego słowa były tak samo twierdzeniem, jak pytaniem. Wlepił wzrok w podłogę, jakby chciał poukładać słowa w zdania, zanim się odezwie. Potem znowu spojrzał mi prosto w oczy. „Wy naprawdę nie wiecie, czym się zajmujemy?” Z całych sił starałem się opanować złość, żeby coś w końcu z tego typa wycisnąć. Jednocześnie marzyłem o chwili, kiedy uwolnię się z więzów i z całej siły przywalę w tę gładką mordę. „A skąd mamy niby wiedzieć? Jesteście porywaczami, którzy nie mają w zwyczaju informować o celu swoich wizyt. Znamy tylko tę śpiewkę, że to dla dobra nas wszystkich”. „To jest koszt, jaki płaci ludzkość za swoją głupotę. Poza tym wasze dzieci mają tu o wiele lepsze życie niż na zewnątrz”. „Akurat”. Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo. „Dzisiaj na moich oczach zabiliście mojego sąsiada, niewinnego człowieka, który próbował bronić rodziny. W jednej chwili odebraliście bezbronnej kobiecie męża i dziecko”. Wypowiadałem każde słowo przez zaciśnięte zęby. Byłem wściekły, tak wściekły, że poczułem pianę w kącikach ust. On tylko spuścił głowę i splótł dłonie. Siedział tak przez dłuższą chwilę, czekając, aż stracę siły i przestanę się szarpać, próbując oswobodzić ręce. W końcu odpuściłem. Zdyszany spojrzałem spode łba na marną sylwetkę siedzącego naprzeciw chłopaka. Gdybym nie wiedział, po której stronie muru stoi, uwierzyłbym, że widzę szczerze smutnego człowieka. Był mniej więcej w moim wieku, najwyżej dwa lata starszy. Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo jesteśmy podobni. Tak samo jak ja miał zielone oczy i szczupłą budowę ciała.Różniliśmy się jedynie fryzurą. Z mojej głowy smętnie zwisały posklejane, dawno niemyte, jasne strąki, a on był ogolony na zero. Gdy zobaczył, że opadłem z sił, odetchnął głęboko, wstał i mnie rozwiązał. Tak po prostu, jakby nic z mojej strony mu nie groziło. Zgłupiałem. Nalał do szklanki wodę z przezroczystej butli stojącej w rogu pomieszczenia i podał mi bez słowa. Przypomniałem sobie o palącym pragnieniu, więc bez zastanowienia po nią sięgnąłem. Jeszcze będzie okazja, żeby mu przywalić. Łapczywie wypiłem krystalicznie czysty płyn i ostentacyjnie cisnąłem szklanką o podłogę. Niestety, wbrew moim intencjom pozostała w jednym kawałku. Chyba nie była ze szkła. Chłopak znów usiadł na swoim krześle, tym razem wyprostowany jak struna i położył dłonie na kolanach. Nie miałem pojęcia, jak to się odbywa. „Niby co?” – warknąłem. „Pozyskiwanie dawców. Jestem jednym z tych dzieciaków” – powiedział. „Nie urodziłem się tu. Pochodzę z zewnątrz.” Nasze zielone oczy spotkały się w niemym dialogu. Nie przyszło mi do głowy, że on... że może być ofiarą Enklawy. „Jeśli powiesz, jak się tu dostałeś i co zamierzasz, pomogę ci.” Jego twarz nagle się odmieniła. Zniknęło z niej zamyślenie, a pojawił się błysk podniecenia. Nie do końca wierzyłem w dobre intencje mojego rozmówcy, jednak w tym momencie zacząłem dostrzegać w nim nie wroga, a swojego rówieśnika. Chłopaka, który z pewnością znajdował się w tym, a nie innym miejscu nie do końca z własnej woli. Zupełnie jak ja w moim umierającym mieście. Uznałem, że mamy wspólny cel i tego samego przeciwnika, a on chyba myślał podobnie. Szybko przeanalizowałem, że jedyne co mogę w tej sytuacji zrobić, to wykorzystać tę przychylność i mu zaufać. „Wlazłem pod ambulans” – burknąłem. „Udało mi się wjechać przez bramę, a potem schowałem się w tym pomieszczeniu. Chcę się dowiedzieć, czym jest Enklawa, kim jesteście. Nic więcej.” Chłopak uniósł brwi. Wyglądał na zaskoczonego. „Straż nie sprawdzała samochodu?” „Zajrzeli tylko na pakę, tam gdzie trzymają dzieciaki.” Chłopak zerwał się z miejsca i zaczął nerwowo chodzić po pomieszczeniu. Spojrzał na zegarek. „Dobra, za 10 minut kończy się przerwa. Skorzystamy z zamieszania, żeby wtopić się w tłum. Ubierz to. Szybko.” Rzucił mi wyciągnięte z szufladki miękkie zawiniątko. Niepewnie rozerwałem folię i wyciągnąłem błękitny jak niebo, lekki uniform. Taki sam jak mojego towarzysza. „No dalej, zrzucaj te łachmany.” „Co zamierzasz? Dlaczego mi pomagasz?” Uśmiechnął się gorzko i powiedział: „Każdy z nas ma swój cel. Ja pomogę ci osiągnąć twój, a potem ty pomożesz mi. W sumie częściowo już mi pomogłeś. Chcesz poznać prawdę, tak?” „I wrócić do rodziny” – dodałem szybko. „Nie muszę znać całej prawdy.” „W porządku. Ja też chcę się stąd wydostać. Dzięki tobie wiem, jak to zrobić.” „Chcesz opuścić Enklawę? Przecież mówiłeś, że tu jest lepiej niż na zewnątrz.” „Pod wieloma względami tak, ale wszystko ma swoją cenę. Niektórym ograniczenia nie przeszkadzają, inni po prostu nie mają odwagi czegoś zmienić. Boją się nieznanego. A ja czuję, że prawdziwe życie jest tam, skąd przyszedłeś.” Wciąż nie wiedziałem, czy mogę mu wierzyć, ale przytaknąłem i zacząłem wkładać podarowany strój. Nie miałem innego wyjścia. „Jestem Witalis, ale mów mi Wit” – przedstawił się. „Zamir.” Niepewnie uścisnąłem dłoń mojego nowego kumpla. Schodami wydostaliśmy się z podziemia. Długi korytarz zaprowadził nas do wielkiego pomieszczenia zbudowanego na planie koła i wysokiego na kilkanaście metrów. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak kolosalnego i jednocześnie pięknego. Aż trudno uwierzyć, że zbudowali to ludzie. Dookoła okrągłej ściany ciągnęło się otwarte piętro, na którym właśnie staliśmy. Ściany budynku zwężały się ku górze, zamykając całość w formie kulistej czaszy podziurawionej dziesiątkami podłużnych okien. Podszedłem do barierki. Na dole, w centralnym punkcie pomieszczenia znajdowały się uzbrojone w elektroniczne urządzenia stanowiska, przy których krzątali się ludzie ubrani w eleganckie stroje zdobione czarnymi wstawkami. Na licznych biurkach stały migoczące monitory, a na ścianach wielkie ekrany pokazywały wciąż zmieniające się obrazy przedstawiające liczby, twarze, wykresy, z których nie umiałem zbyt wiele wywnioskować. Całkowicie pochłonięci swoją pracą ludzie kręcili się po tym wielkim obszarze jak ziarna piasku na wietrze, ale odniosłem wrażenie, że był to ruch bardzo celowy i uporządkowany. „Co to za miejsce?” – spytałem Wita. „Hala Stulecia, centrum dowodzenia i serce Enklawy. Widzisz te wszystkie komputery? Dzięki nim łączymy się z Enklawami w innych miastach i na świecie. W bocznych pomieszczeniach są pracownie naukowe, laboratoria i kwatery pracowników. Całe 9 m² przestrzeni na głowę. Stołówka i łaźnie są wspólne.” „Stulecia? Budowaliście ją 100 lat czy jak?”Vid uśmiechnął się pod nosem, wciąż patrząc na mrowie ludzi piętro niżej. "Nie my ją zbudowaliśmy. Powstała jeszcze w poprzedniej epoce." W odpowiedzi tylko pokręciłem głową. Założyciele Enklawy zaadaptowali budynek łącznie z kilkoma hektarami przyległych terenów. Ta część miasta najdłużej pozostała zielona i najbardziej się nadawała dla naszej misji. "Wiesz w ogóle, co zapoczątkowało koniec świata? Dlaczego Ziemia umarła? Wyginęły pszczoły." Odpowiedziałem niepewnie. Nie zdziwiłbym się, gdybym za chwilę usłyszał całkiem inną wersję końca świata. "Dokładniej mówiąc, zostały unicestwione przez jedyny autoagresywny i działający wbrew naturze gatunek – Homo sapiens. Najpierw zniknęły pszczoły, potem rośliny i zwierzęta. A teraz czas na nas. Obudziliśmy się z ręką w nocniku. Chodź, pokażę ci ogrody." Ucieszyłem się na propozycję Vida, bo poczułem duszności. Pewnie od tych wszystkich sensacji. Przemierzając korytarze mijaliśmy wielu ludzi, którym starałem się nie patrzeć w oczy, ale i tak nikt nie zwracał na mnie uwagi. Pewnie żadnemu nie przyszło do głowy, że ktokolwiek z zewnątrz mógłby się między nimi znaleźć. Błękitny uniform całkowicie załatwiał sprawę. Dzięki niemu idealnie wtapiałem się w społeczność Enklawy. "Próbowałeś już kiedyś uciec?" – spytałem cicho, gdy dochodziliśmy do dużych drzwi. "Nie. Bez wsparcia z zewnątrz to za duże ryzyko." "Jak to?" Przewrócił oczami. "Pomyśl. Nigdy nie byłem poza murami Enklawy. Nikogo tam nie znam. Nie wiem nawet, w którą iść stronę, a stąd nie można tak po prostu zniknąć. Nasze implanty są monitorowane." Klepnął się w ramię. "Codziennie rano i wieczorem musimy się odbijać w specjalnych czytnikach. Dlatego po przekroczeniu granicy będę miał niewiele czasu, żeby się oddalić i ukryć, zanim system mnie wyda. I tu liczę właśnie na ciebie." Spojrzał na mnie wymownie, oczekując reakcji. "Nie zabiorę cię do mojego mieszkania. Nie mogę ryzykować bezpieczeństwa rodziny." "Nie liczyłem na to" – powiedział spokojnie. "Znam kilka opuszczonych miejsc, w których mógłbyś się schować. Tylko co dalej? Chyba nie uciekasz stąd po to, żeby do końca życia koczować w jakiejś zawyżałej piwnicy." "Spokojna głowa. Mam plan. Chcę odnaleźć prawdziwą rodzinę. Zebrałem już trochę informacji, gdzie ich szukać. Gdy mnie zabierali, miałem pięć lat. Matka wcisnęła mi pod ubranie swoje zdjęcie z adresem. Ledwo ją pamiętam. W każdym razie, nawet jeśli mnie teraz nie poznają, mogę udowodnić, kim jestem. Potrzebuję tylko tymczasowego schronienia, mapy miasta i jakiejś broni. Na przykład noża." "No dobra, jak sobie chcesz. Coś chyba da się załatwić." Dotarliśmy do wielkich drzwi prowadzących na zewnątrz budynku. Kiedy wreszcie go opuściliśmy, poraziło mnie ostre światło zachodzącego słońca odbijające się od wszechobecnych szklanych powierzchni. I coś jeszcze. Zieleń, wszechobecna, soczysta, kojąca zieleń. Dlaczego nie mogłem urodzić się kilka wieków wcześniej, gdy cała Ziemia tak wyglądała? Nabrałem w płuca powietrza, które pachniało tak różnorodnie, że aż zakręciło mi się w głowie. Szerokimi schodami zeszliśmy na wyłożoną kamieniami alejkę, która cięła na dwie połowy dywan kolorowych kwiatów. Wcześniej widziałem takie tylko na starych zdjęciach. Byłem oszołomiony intensywnością barw. Nie spodziewałem się, że mogą mieć na mnie taki wpływ, że mogą wzruszać. Czułem jednocześnie szczęście i rozpacz. Uciekałem wzrokiem od Vida, żeby nie zobaczył moich szklanych oczu. Byłem przecież mężczyzną. Nagle dobiegł mnie nieznany dotąd niepokojący dźwięk. Próbując go zlokalizować, uklęknąłem i zbliżyłem twarz do wonnych pąków. W tym samym momencie wyleciał z nich gruby owad w żółto-czarne paski. Zawisł w powietrzu, po czym, nie zważając na moją obecność, usiadł na fioletowym kielichu, z którego wyglądały oblepione pyłem pręciki. "Czy to jest... Pszczoła." – oznajmił Vid. "Ale jak? Skąd?" "A myślisz, że w jaki sposób udało nam się utrzymać tyle hektarów roślinności?" "To niemożliwe. Przecież one wyginęły." "Prawie. Gdy ludzie zorientowali się, że gatunek jest skrajnie zagrożony, a Ziemia zaczyna umierać, ostatnie żyjące pszczoły przechowywali w specjalnych kapsułach." "Czyli zamrozili?" "Można tak powiedzieć. Raczej wprowadzili w stan hibernacji. Potem próbowali je klonować, ale nie przeżywały na tyle długo i nie były tak silne, żeby się dalej rozmnażać. Cały dowcip tkwił w ich zniszczonym układzie odpornościowym. Został totalnie zdewastowany. Chemia, kwaśne deszcze, pestycydy, zmiany klimatyczne zrobiły swoje. Część populacji padła przez telefony komórkowe." "Przez telefony?" "Fale zakłócały orientację pszczół, przez co nie trafiały do uli. Zwyczajnie ginęły z głodu. Przez lata Enklawy na całym świecie dążyły do stworzenia ulepszonej, zdrowej pszczoły, ale ciągle brakowało tego jedynego czynnika, który odbudowałby zniszczone DNA." Vid przeskoczył przez kwiatową grządkę, zerwał z krzaka kilka czerwonych kulek i podał mi. Spojrzałem najpierw na nie, a potem pytająco na niego.„Porzeczka” rzucił. „Jest jadalna. Śmiało.” „Czekaj, nie łapię. To jak w końcu udało się te pszczoły rozmnożyć?” „Dzięki jednemu Chińczykowi. Ale powoli, zaraz wszystko będziesz wiedział. Najpierw chcę ci coś pokazać.” Minęliśmy bujne, rojące się od owadów ogrody i zatrzymaliśmy się w cieniu drzew, za którymi stały całe rzędy małych, prostokątnych budek. Między nimi krzątali się ludzie ubrani w kostiumy chroniące całe ich ciała, łącznie z głowami. Na każdej budce znajdował się wyświetlacz i kilka migoczących diod. „A kto to?” — spytałem. „Nasza społeczność jest podzielona na zespoły. Z kilkoma już się zetknąłeś. Poszukiwacze wynajdują i doprowadzają zgodnych. Opiekunki zajmują się nimi, zanim znajdą ich rodziny zastępcze. Są jeszcze strażnicy, botanicy, hodowcy, porządkowi. Można ich rozróżnić po kolorze uniformu. Każdy zespół ma inny. Dwa z nich są szczególnie ważne. Ci tutaj to pszczelarze. Taka elita każdej enklawy. Mój ojciec jest pszczelarzem. To naukowcy, entomolodzy, którzy mają ogromną wiedzę o pszczołach. Zajmują się nimi na co dzień, badają, obserwują, kontrolują rój i najważniejsze — podają owadom serum.” „Czyli co?” — spytałem, całkiem już skołowany nadmiarem informacji. „I tu do akcji wkracza nasz Chińczyk. Pamiętasz? Mówiłem o nim.” Przytaknąłem zniecierpliwiony. „Otóż profesor Yan Fu wynalazł serum, które zmienia DNA pszczół i odbudowuje ich odporność, a pozyskiwane jest z ludzkiej posoki. Ale tylko jedna grupa krwi jest do tego odpowiednia.” Przez chwilę stałem jak oniemiały, moje serce zadudniło i zrobiło mi się słabo. „Niech zgadnę. AB Rh-?” Witt pokiwał twierdząco głową. „To najrzadsza grupa krwi. Występuje u procenta ludzkiej populacji. Dlatego tak trudno ją pozyskać i tak ważni dla Enklawy są dawcy. Drugi z elitarnych zespołów, który ma tylko jeden obowiązek — utrzymanie swojego organizmu w jak najlepszej kondycji. I co kilka dni muszą się stawiać w ambulatorium na pobór.” „Ty jesteś dawcą?” — stwierdziłem uwięzionym w gardle głosem. „Tak. Zostałem tu przywieziony 13 lat temu. Miałeś szczęście, bo pomieszczenie, w którym cię znalazłem, to punkt pobrań oraz laboratorium. Trafiłeś akurat na przerwę obiadową, a ja się spóźniłem, więc jutro do południa będę musiał się obowiązkowo stawić, żeby upuścić trochę krwi.” „Ja pierdolę.” Musiałem się schylić i wziąć kilka głębszych oddechów. Witt położył dłoń na moim ramieniu. „Dajesz radę?” Chciałem poznać prawdę, ale nie spodziewałem się, że tak mną wstrząśnie. To wszystko było nieprawdopodobne, jak najbardziej pokręcone z moich snów. Jednak wciąż chciałem drążyć coraz głębiej i głębiej, bo nie uzyskałem jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania. „Nic mi nie jest. Zgarnęli cię razem z ojcem, czy jak?” „Nie. On tu już był. Adoptował mnie. Pszczelarze, tak samo jak większość mieszkańców Enklawy, nie mogą mieć biologicznych dzieci.” „Jak to nie mogą? Nie wiążą się z kobietami?” „Czasem się wiążą, ale nie o to chodzi. Są sterylizowani” — powiedział beznamiętnie. „Nie rób takiej miny. Enklawa nie utrzymałaby się zbyt długo, gdyby nie kontrola liczby urodzeń. Mamy ograniczoną ilość żywności, a ciągle przybywają nowi, których trzeba wykarmić. Tylko dawcy mogą się rozmnażać między sobą z jednego prostego powodu. Potomek dwojga ludzi z ujemną grupą AB z dużym prawdopodobieństwem odziedziczy krew po rodzicach. Panuje tu podstawowa zasada, że dawców nigdy nie jest zbyt wielu. Bez ich krwi nie będzie pszczół. Bez pszczół nie będzie nas wszystkich. Proste.” W pewnym momencie zauważyłem, że pszczelarze zbierają sprzęt i zaczynają się oddalać od swoich miejsc pracy. Gdy przy ulach nie było już nikogo, podeszliśmy do jednej z budek ukrytej za wielkim dębem. Witt rozejrzał się, ostrożnie uchylił wieko i kazał mi zajrzeć do środka. „Szybko, póki nikogo nie ma. No podejdź, nie bój się. Są odymione, nic ci nie zrobią.” „Ale po co mi je pokazujesz? Już je widziałem.” „Nie pokazuję ci pszczół, tylko coś równie cennego. Płynne złoto.” Niepewnie zajrzałem do ula. Rzeczywiście, między idealnie sześciokątnym wzorem plastra osadzonym na drewnianych ramkach lśniła złocista, gęsta maź. W nozdrza wdarł mi się zapach tak mdły i zarazem ostry, że aż załaskotało mnie w gardle. „Stworzyliśmy nie tylko superpszczołę, ale też, całkiem niezamierzenie, superlekarstwo. Leczy nawet nowotwory, autoagresję, regeneruje tkanki, zabija najodporniejsze bakterie.” „Regeneruje tkanki?” „W zawrotnym tempie, nawet niegojące się rany.” A więc to prawda. Pogłoski nie kłamały. Otrzymałem odpowiedź na kolejne pytanie. W Enklawie było lekarstwo, które mogłoby uleczyć ojca. Teraz musiałem je tylko zdobyć i jak najszybciej się stamtąd wydostać. „Kiedy będzie następny wyjazd poszukiwaczy?” — wszedłem Wittowi w słowo. Zastanowił się przez moment. „Obława zaczęła się jakiś tydzień temu. Potrwa jeszcze kilka dni. Dowiem się wszystkiego i wtedy uciekniemy.” „Najpierw muszę zabrać trochę miodu dla ojca” — powiedziałem stanowczo i sięgnąłem w głąb ula.Ej, nie tak szybko. Plastry są pod alarmem. Postawisz na nogi całą enklawę. Tylko pszczelarze znają kody dostępu, które są często zmieniane. Możesz je zdobyć od ojca – stwierdziłem. Owszem, mogę, chociaż to spore ryzyko. Bez lekarstwa się stąd nie ruszam. Podniosłem głos, zwracając uwagę przechodzących kilka metrów dalej kobiet w czerwonych kitlach. Okej, spokojnie – uciszył mnie Vit. – Ojciec trzyma kody w sejfie, ale nie wie, że znam szyfr. Najpierw zdobędę specjalne pojemniki, a potem w nocy wykradnę dla nas miód. Zamknął w jego ula i pociągnął mnie za rękaw. A do tej pory muszę cię przechować u siebie. A twój ojciec? Nim się nie przejmuj. Powiem, że jesteś moim kumplem z innego sektora. To dziwak, który zasady Enklawy ma głęboko w dupie. Nie wyda cię, nawet jeśli się dowie, kim naprawdę jesteś. Nie interesuje się niczym poza pszczołami. Mówię ci, totalny psychol. Mieszkacie sami, czy masz jakąś przyszywaną mamę? Sami. Odniosłem wrażenie, że głos Vita zadrżał, a z jego twarzy po raz pierwszy, odkąd go zobaczyłem, zniknęła pewność siebie. On nie lubi kobiet, tylko pszczoły. Niepotrzebnie zadałem to pytanie. Zrobiło się jakoś niezręcznie, ale chyba zrozumiałem, dlaczego Vit chce uciec. Domy pszczelarzy wyglądały jak na wpół wystające z ziemi owalne jaja, a ich ściany były wyprofilowane na kształt pnących się ku górze schodków, które układały się w coraz mniejsze grządki. Bardzo pomysłowo i praktycznie pokryto je w całości ziemią i obsadzono roślinnością, głównie kolorowymi kwiatami będącymi źródłem bezcennego pyłku. Zauważyłem, że wewnątrz Enklawy każda sprzyjająca powierzchnia była wykorzystywana pod uprawę roślin. Weszliśmy do środka. Ojciec Vita okazał się zamkniętym w sobie, niezbyt przyjemnym, ale ogólnie bezproblemowym człowiekiem. Przywitał się ze mną jednym burknięciem, zmierzył mnie przelotnie wzrokiem i bez zbędnych pytań zszedł do swojej sypialni znajdującej się na poziomie minus jeden. Okazało się, że mieszkańcy Enklawy zajmowali głównie podziemia, oddając naturze wszystko, co najlepsze, żeby mogła na nowo się odrodzić. Zarówno mieszkania, jak i cała sieć magazynów znajdowała się właśnie pod ziemią. W niewielkim pokoju Vita podczas kolacji dowiedziałem się jeszcze kilku rzeczy o założeniach misji i o samej Enklawie. Nad całym obiektem rozciągała się niewidoczna z ziemi mikrosiatka ze specjalnego tworzywa. Utrzymywały ją wysokie białe kolumny, a każda z nich opisana była numerem sektora, w którym się znajdowała. Pozwalało to na szybkie zlokalizowanie ewentualnych usterek i eliminowanie ich bez szkody dla mikroklimatu. Siatka stanowiła jednocześnie przeszkodę dla owadów, które zechciałyby się wydostać na zewnątrz i coś w rodzaju filtra chroniącego przed nadmiernym promieniowaniem, skażonym powietrzem i kwaśnymi deszczami. Z kolei szklane mury Enklawy były uzbrojone w potężne baterie słoneczne. Granice tego wielkiego przedsięwzięcia obejmowały wiele hektarów gruntu wokół Hali Stulecia, włączając okoliczne parki i ogród zoologiczny, w którym dawno temu trzymano ponoć dzikie zwierzęta z różnych zakątków świata. Teraz na terenie ogrodu stworzono niewielkie poletko uprawne, a także trzymano zwierzęta hodowlane, które z trudem udało się ocalić od wyginięcia. Dzięki temu mogłem zjeść najlepszą kolację w moim dotychczasowym życiu. Pachnący chleb z masłem i jajecznicą. Nigdy wcześniej nie jadłem jajek, jedynie syntetyczne białko. Na koniec dostałem kubek ciepłego mleka z odrobiną miodu, po którym poczułem się jak nowo narodzony. Do późnej nocy w malutkim pokoju Vita ściszonymi głosami omawialiśmy plan ucieczki. Potem gospodarz oddał mi swoje łóżko, a sam położył się na sienniku. Myślałem, że przez te wszystkie emocje nie będę mógł zasnąć, jednak zmęczenie zrobiło swoje. Padłem na twarz jak niemowlę. Obróciłem się na drugi bok i poczułem w ręce ból. Nie wiedziałem, czy jest już dzień, czy jeszcze noc, bo jedyne światło w podziemnej sypialni pochodziło z małej lampki stojącej przy prowizorycznej umywalce. Spuściłem nogi na podłogę i usiadłem na łóżku. Wciąż nie mogłem się dobudzić. Strasznie szumiało mi w głowie i okropnie chciało mi się pić. Chwyciłem za bolące ramię. Pod palcami wyczułem niewielki opatrunek. Spojrzałem na siennik, ale zamiast śpiącego Vita zobaczyłem tylko rozgrzebane posłanie. Wstałem i lekko się zataczając, podszedłem do lustra zawieszonego nad miednicą, w której wczoraj przed snem myłem zęby i twarz. Skierowałem światło lampki na ramię. Szybkim ruchem zerwałem gazę i mrużąc oczy przyjrzałem się małemu nacięciu. Co do chuja? Przeźroczysty i śmierdzący miodem plaster trzymał krawędzie małej, ale dość głębokiej rany, która na moich oczach zasklepiała się i bledła. Po chwili stała się płaską, różową plamką. Jednak ciągle czułem pod skórą pulsujący ból, a wraz z nim narastającą świadomość tego, co się stało. Pochyliłem się, żeby obejrzeć w lustrze swoją twarz. W żółtym świetle nocnej lampki ukazała się łysa jak kolano głowa. Zrzuciłem lustro na ziemię i łapiąc oddech próbowałem opanować panikę.To nieprawda. Nie zrobiłby tego. Ten kutas by mnie tak nie urządził. Musiałem uciekać jak najszybciej. Wbiegłem na górę po krętych schodkach i rzuciłem się do drzwi. „Dokąd to synu? Jeszcze nie świta” – chrapliwy głos pszczelarza sprawił, że znieruchomiałem. „Nie jestem twoim synem” – odpowiedziałem, siląc się na spokój. Stary siedział za stołem i dmuchaniem studził zawartość parującego kubka. „Spokojnie Wiciu, znowu masz atak. Zaraz ci przejdzie. Zadzwonię po sanitariusza, podadzą ci leki i wszystko będzie jak dawniej.” „Nie jestem Wit, nie jestem nim!” – wrzasnąłem z całych sił. Stary pszczelarz przeleciał wzrokiem po moim ciele od głowy aż po stopy. Miał przy tym taki wyraz twarzy, że aż mnie zemdliło. Stary zbok. „Powiedz to skanerom.” Odstawił kubek i zabrał się za smarowanie chleba masłem. Nie wiedziałem, co robić, a on skupiając się na kromce powiedział spokojnie: „Wit był dobrym synem, posłusznym, ale pozwoliłem mu odejść. Czasem trzeba coś w życiu zmienić, nie sądzisz? Będzie ci ze mną dobrze. Słowo.” „Mam inną grupę krwi” – cedziłem przez zęby. – „Nie jestem zgodny. Prawda wyjdzie przy pierwszym pobraniu, a wtedy zaczną go szukać. Ty też za to bekniesz.” Pokręcił głową i zaczął się śmiać. Najpierw bezgłośnie, potem coraz mocniej. Nagle ucichł. „Jakim pobraniu? Ale ci nakłamał niegrzeczny chłopak z tego Wicia. Od kiedy to dawcy noszą błękitne uniformy? Jesteś zwykłym porządkowym i tak jak Wit jesteś nikim i nikogo nie interesuje twoja bezużyteczna krew.” Spojrzał na mnie i poklepał poręcz stojącego obok krzesła. „No siadaj już. Tatuś zrobił pyszne śniadanie.” Świtało, a Enklawa jeszcze nie wybudziła się ze snu. Ścieżka numer A23 prowadziła prosto do budynku ze sprzętem dla porządkowych. Szedłem nią jak co dnia, zapatrzony w szarą kopułę Hali Stulecia. Odruchowo odbiłem chip w skanerze. W ręku trzymałem grafik z wyznaczonymi do sprzątania pomieszczeniami laboratoryjnymi. Jednak nie miałem zamiaru go wypełnić. Dzisiaj zboczyłem z mojej ścieżki pierwszy i ostatni raz. Znalazłem sposób, żeby uciec. Stanąłem na rozdrożu, gdzie po prawej znajdowała się Aleja Pszczelarzy i skręciłem w nią. Rządki uli w połowie skąpane w porannej mgle, do złudzenia przypominały nagrobki. Szedłem powoli, myśląc tylko o tym, by wydostać się z Enklawy. Wiedziałem, co robić i już nic nie mogło mnie powstrzymać. Uchyliłem drewniane wieko ula, a zimne krople rosy stoczyły się prosto na moje bose stopy. Rozpiąłem błękitny uniform i ściągnąłem jego górną część, odsłaniając blady tors. Przeszyło mnie zimno jesiennego poranka. Niemrawy pomruk pszczelej rodziny z każdą sekundą przeradzał się w coraz głośniejszy, niepokojący brzęk. Niewielu ludzi na ziemi mogło się rozkoszować tą cudowną melodią natury. Nachyliłem się nad złotymi plastrami, oczy zaszły mi mgłą, a niekontrolowane łzy kapnęły do wnętrza ula, pobudzając pierwsze owady do obrony swojego domostwa. Kilka z nich wyleciało i badawczo mnie otoczyło. Bez zastanowienia włożyłem do środka ręce i zacząłem trząść drewnianą budką i w nią kopać. Wtapiałem palce, a potem całe dłonie w lepkie złoto, rozrywając misternie zbudowane sześciokątne komórki. Pszczoły wpadły w szał, wystrzeliły całym rojem i zaczęły mnie boleśnie kąsać. Upajałem się rwącym bólem, żeby przyćmić całe zło, które mnie spotkało. Leżąc na miękkiej, wilgotnej trawie, myślałem o rodzicach i Milence i o tym, że już nie będę musiał tęsknić.
[02:56:17] - Proszę państwa, no cóż, pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Mam nadzieję, że każdy z państwa znalazł coś dla siebie, czy to w propozycjach książkowych, czy w propozycjach filmowych, czy we wszystkich tych historiach, które były opowiadane przez Artura, przez Piotra, czy przeze mnie. Tak jak powiedziałem, pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu, dobrych świąt i oczywiście nieodmiennie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Pięknie państwa pozdrawiam. Do usłyszenia.
[02:56:59] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję, jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.