Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Czy wielkanocny zajączek przyniósł w tym roku jakieś ciekawe książki? A może sypnął jakimś fajnym filmem? Zachęcam do pochwalenia się swoimi prezentami książkowo-filmowymi w komentarzach. A tymczasem rozpoczynamy kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:46] - Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji. W ostatnim tygodniu dużo informacji napływało z przestrzeni kosmicznej, a konkretnie z przestrzeni pomiędzy Ziemią a Księżycem. Trudno się dziwić, ale ja trochę przewrotnie zacząłem się zastanawiać, że ten wzmożony ruch przy Księżycu, czy to Amerykanie tam lecą, czy Chińczycy, czy jeszcze inne nacje. Tak, ten wzmożony ruch dla mnie jest powodem do zastanawiania się, do kogo właściwie należeć będzie Księżyc. Ja wiem, są odpowiednie uregulowania w tej sprawie, ale tego rodzaju uregulowania mają to do siebie, że one są, a później dziwnym trafem wyparowują, bo ktoś jest silniejszy, ktoś jest słabszy i ten silniejszy ma w nosie to, co wcześniej postanowiono. Czy z punktu widzenia prawa międzynarodowego Księżyc do kogoś należy? Zgodnie z traktatem o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku ani państwa, ani firmy, ani jakiekolwiek organizacje nie mogą rościć sobie żadnych praw do własności Księżyca. Kosmos, przynajmniej w teorii, miał pozostawać wspólną przestrzenią, która będzie dostępna dla wszystkich. Ten dokument z 1967 roku podpisało ponad 100 państw i to głównie tych bardzo aktywnych w badaniach kosmicznych. Co ciekawe, w kontekście tych ostatnich wydarzeń byłoby bardzo interesujące i stanowiłoby jakiś oręż prawny. Ale tak jak mówiłem, ja słabo wierzę w taki oręż. Moim zdaniem przepisy są po to, żeby je deptać i one chyba się okażą mało znaczące. Co więcej, żeby tak było jeszcze bardziej ciekawe to, co powiem, to wśród wyjątków takich krajów, które nie podpisały tego traktatu, był Iran. On co prawda złożył podpis pod dokumentem, ale nigdy nie ratyfikował tego traktatu z 1967 roku. 12 lat później, w 1979 roku pojawił się bardziej szczegółowy dokument, tak zwany układ księżycowy. On zakładał między innymi zakaz militaryzacji Księżyca oraz regulował kwestie związane z badaniami, eksploracją zasobów tegoż ciała niebieskiego. Problem w tym, że dokument ten pozostał w dużej mierze martwy, bo w przeciwieństwie do tego, o którym mówiłem poprzednio, podpisało go niewiele państw, a wśród tych państw, które podpisały dokument, nazwijmy go księżycowym, właściwie zabrakło głównych graczy kosmicznych. To już pokazuje intencje. Myślę, że w praktyce sytuacja przypomina to, co dzieje się na Antarktydzie. Na Antarktydę można dotrzeć, na Księżyc wygląda na to, że też. Można prowadzić na Antarktydzie badania, na Księżycu ponoć też. Można nawet zaznaczyć symbolicznie swoją obecność, wbić tam jakąś flagę. Ale te gesty, które wymieniłem, te działania, które wymieniłem, one nie oznaczają żadnego realnego prawa własności ani na Antarktydzie, ani na Księżycu. Wiecie państwo, ale jak prześledzić historię księżycową, to dziwne pomysły pojawiały się już od dawna. W 1936 roku Dean Lindsay próbował w sądzie uzyskać prawo do niemal całego Układu Słonecznego, przyznaję, z wyjątkiem kilku obiektów. Niestety bez powodzenia. Kilka lat później James Thomas Mangum ogłosił powstanie narodu kosmicznego Celestii i rościł sobie prawo do całej przestrzeni pozaziemskiej. Przyznacie państwo, to brzmiało egzotycznie i trochę tak zostało potraktowane. W sumie to najbardziej dochodowy pomysł pojawił się dopiero w latach 80. XX wieku. Mam na myśli pomysł związany z przestrzenią kosmiczną i z Księżycem. Dennis Hope uznał, że skoro traktat zakazuje roszczeńZe strony państw, a nie wspomina o osobach prywatnych. Proszę państwa, luka prawna stoi otworem. I tenże właśnie Hope ogłosił się właścicielem Księżyca. Założył firmę Lunar Embassy i zaczął sprzedawać działki na Księżycu. Cena była przystępna, więc chętnych nie brakowało. I chociaż akty własności nie mają ponoć żadnej mocy prawnej, to biznes okazał się niezwykle opłacalny. Sprzedano setki milionów akrów działek księżycowych, na innych ciałach niebieskich zresztą również. To w sumie pokazuje coś ciekawego. Nawet jeśli prawo mówi jedno, wyobraźnia oraz przedsiębiorczość potrafią powiedzieć coś zupełnie innego. W sumie to politycy również próbowali symbolicznie oznaczyć teren, weźmy to w cudzysłów. W 2013 roku pojawił się pomysł, by miejsca lądowań misji Apollo uznać za amerykańskie parki narodowe. W sumie to trudno, taki mniej subtelny sposób powiedzenia. Prawo prawem, ale ta część jednak jest trochę bardziej nasza niż wasza. Dzisiaj ta sprawa, a właściwie te sprawy, o których powiedziałem, przestają być już tylko anegdotą, bo nowe programy kosmiczne, takie jak chociażby ten amerykański Artemis czy chińskie, których wybaczcie państwo, ale nazwy nie wymówię. Te wszystkie programy związane z Księżycem oznaczają powrót do realnej rywalizacji. A tam, gdzie pojawia się rywalizacja, tam bardzo często musi pojawić się zwycięzca. Bo tym razem nie chodzi już tylko o prestiż i o flagi zatknięte w księżycowym gruncie, jak w czasach misji Apollo. Tym razem chodzi o konkretne zasoby. Bardzo dużo mówi się o helu-3, izotopie, który bywa wskazywany jako potencjalne paliwo dla przyszłych reaktorów termojądrowych. W grę wchodzą więc nie tylko albo nie tyle symbole, lecz energia, technologia i oczywiście pieniądze. I tu zaczyna się zasadnicze pytanie, bo jeśli coś jest „wspólne dla całej ludzkości”, ale tylko nieliczni mają środki, możliwości, by po to coś sięgnąć, to czy to coś naprawdę pozostaje wspólne? Owszem, na razie obowiązuje zasada: Księżyc nie należy do nikogo. Ale historia uczy, że takie zasady działają, dopóki ktoś nie uzna, że przestały mu się opłacać. A wtedy? A wtedy zamiast flagi może pojawić się coś znacznie bardziej konkretnego, na przykład kosmiczne działo albo kosmiczny lotniskowiec. Ciężko jest gadać z działem, a tym bardziej z lotniskowcem. Więc jak będzie? Nie wiem. I tyle na razie w sprawie Księżyca. A teraz już będzie tradycyjnie, czyli rozpoczynamy polecanki książkowe. Pierwsza z książek, które przygotowałem na dzisiaj nosi tytuł: „Tam, gdzie zmrok zapada szybciej”. Autorem jest Wojciech Chmielarz, wydawcą Wydawnictwo Marginesy, a książka będzie na rynku dostępna od 22 kwietnia. Przeszłość nigdy nie odpuszcza, a nienawidzić potrafią nie tylko żywi. W zapomnianej mieścinie na Podkarpaciu ukrył się Szwed, wielki, ponury mechanik, który kocha stare samochody. W przeszłości zrobił zbyt wiele złych rzeczy, by mieć nadzieję na spokojne życie i czuje, że prędzej czy później ktoś go odnajdzie, by dokonać zemsty. Gdy w miasteczku pojawiają się obcy, a w tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć kolejne osoby, atmosfera się zagęszcza. Wrogowie domagają się zapłaty. Stare winy wracają, a wokół Szweda i jego pasierbicy Tamary dzieją się rzeczy, których nie sposób wyjaśnić. Mówi się nawet o tym, że ludzie widują zjawy. To mroczna historia o winie i karze, o miłości na całe życie i trudnym uczuciu do dziecka, które nie chce być kochane. O żałobie i obietnicach, których nie wolno łamać nawet po śmierci. Łukasz Orbitowski napisał o tej książce: „Wojtek Chmielarz, mistrz kryminału, udanie wkracza na terytorium literatury grozy. Powieść wzrusza i przeraża we właściwych momentach. Jest też trochę jak wampir. Przed jej złowieszczym urokiem nie sposób się obronić”. Z kolei Renata Kuryłowicz, Renata z Worka Kości stwierdziła: „Ta książka sprawi, że dreszcz przerażenia przeniknie cię aż do szpiku kości. Przekonasz się, że bywają miejsca, gdzie mrok jest gęstszy, a noce dłuższe. Miejsca, w których nie obowiązują prawa zapewniające ludziom porządek i bezpieczeństwo. Tu zło z upływem lat nabiera mocy i planuje potworną zemstę.Zacierając granicę między światem żywych i umarłych. To powieść, której wciągająca kryminalna fabuła mieni się upiornym blaskiem literackiej grozy. Takiej historii nie powstydziłby się sam Stephen King, a autorka ukrywająca się pod pseudonimem Makabrycja napisała: "Niedotrzymane obietnice, niespłacone długi i zbrodnie sprzed lat. Sekrety z przeszłości mają jedną paskudną cechę. Prędzej czy później zawsze wypływają na powierzchnię." A książka Wojciecha Chmielarza zmienia ten moment w wyjątkowo gęstą od napięcia opowieść. Przypomnę, ta książka nosi tytuł "Tam, gdzie zmrok zapada szybciej". Autor Wojciech Chmielarz, wydawnictwo Marginesy. Książka na rynku od 22 kwietnia 2026 roku. Druga książka, którą przygotowałem na dzisiaj nosi tytuł "Zabójcza oferta". Autorką jest Marisa Casino, wydawcą wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 14 dzień kwietnia. Marzenia są niebezpieczne. Biada tym, którzy stoją na przeszkodzie zdesperowanym marzycielom. Rynek nieruchomości to pole bitwy. Wygrywa ten, kto ma więcej pieniędzy albo nie ma żadnych skrupułów. Margo Miyake ma prosty plan. Najpierw idealny dom, potem dziecko i spokojne życie. Tyle że po długich miesiącach starań co najmniej dwa cele coraz bardziej się oddalają. Jej małżeństwo chwieje się w posadach, a frustracja rośnie. Kiedy Margo znajduje wreszcie swój upragniony dom, postanawia działać skuteczniej niż wcześniej. Ale w chwili, gdy marzenie zmienia się w obsesję, granice rozsądku przestają istnieć. Mroczny thriller, w którym głośno wybrzmiewa pytanie: jak daleko można się posunąć, by osiągnąć to, czego się pragnie? Przypomnę tytuł: "Zabójcza oferta". Autorka Marisa Casino, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 14 kwietnia. I trzecia książka na dzisiaj. "Zły opiekun". Autor Marcel Moss, wydawnictwo Filia. Data premiery 22 kwietnia. Są rany, które nigdy się nie zabliźniają i zemsta, która domaga się finału. Lipiec 2007 roku. Podczas szkolnego obozu nad Jeziorem Solińskim dochodzi do strzelaniny. Jeden z uczniów, Michał Kittler, zabija kilkanaście osób, po czym odbiera sobie życie. Do dziś nie wiadomo, skąd miał broń ani dlaczego posunął się do zbrodni. Tego samego dnia znika jedna z uczestniczek obozu, Klaudia Brzezinek. Jej ciała nigdy nie udaje się odnaleźć. Kwiecień 2026 roku. Autor bestsellerowych reportaży Kornel Malicki przyjeżdża do Wołkowyi, niewielkiej wsi położonej nad Jeziorem Solińskim. Oficjalnie pracuje nad książką, która ma ukazać się w 20. rocznicę masakry. Nieoficjalnie próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o jednym z opiekunów obozu. Człowieku, który może mieć związek z jego własną mroczną przeszłością. Im głębiej Kornel zanurza się w wydarzenia sprzed lat, tym większe ściąga na siebie zagrożenie. Niektórzy bowiem zrobią wszystko, by niewygodna prawda nigdy nie wyszła na jaw. Jest już jednak za późno. Tytuł "Zły opiekun". Autor Marcel Moss, wydawnictwo Filia. Data premiery 22 kwietnia 2026. Proszę państwa, to teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj porozmawiamy o człowieku, który próbował zebrać cały świat w jednej księdze. Tym kimś był Izydor z Sewilli. Są epoki, które coś odkrywają. Są takie, które burzą. Są też takie, które zbierają to, co pozostało, próbując ocalić sens z chaosu. Na styku właśnie takiego momentu stoi Izydor z Sewilli. Nie jest to filozof w stylu Heraklita, który rzuca zagadki o ogniu i zmianie. Nie jest to też semantyczny budowniczy jak Tomasz z Akwinu. Izydor to raczej ktoś, kto patrzy na świat po wielkim pęknięciu, po upadku. Upadek Cesarstwa Zachodnio-Rzymskiego to było wydarzenie, które było naprawdę wielkim wydarzeniem tamtych czasów. Więc Izydor patrzy wstecz i zadaje sobie jedno pytanie: co jeszcze da się uratować? Bo epoka Izydora to nie jest czas triumfu. To jest naprawdę czas po katastrofie. Rzym upadł, struktury się rozpadły. Wiedza ta antyczna, uporządkowana, systematyczna zaczyna się kruszyć. Biblioteki znikają, teksty giną, a świat, który przez wieki wydawał się stabilny, nagle traci swoje fundamenty. I w tym świecie pojawia się Izydor, biskup, uczony, kompilator. Człowiek, który postanawia zrobić coś szalonego. Spisać wszystko, co się da. Efektem tego wysiłku sąEtymologię. Dzieło, które można by nazwać średniowiecznym Internetem. Gdyby nie to, że zamiast wyszukiwarki mamy tu jednego człowieka i jego determinację, to byłby Internet tamtych czasów. Izydor próbuje zebrać całą dostępną wiedzę o świecie, o języku, o przyrodzie, o historii, o teologii. Wszystko trafia do jednego wielkiego systemu. Czy to system doskonały? Nie. Czy jest precyzyjny? Niekoniecznie. Czy bywa naiwny? Owszem, czasami bardzo. Ale to trochę tak, jakby ktoś próbował ocalić bibliotekę, mając do dyspozycji tylko fragmenty ksiąg i własną pamięć. Jego metoda jest osobliwa i zarazem fascynująca. Izydor wierzy, że słowa zdradzają istotę rzeczy, że etymologia, pochodzenie wyrazu mówi nam coś o naturze tego, co nazywamy. Do dziś wiemy, że to często prowadzi na manowce, ale w jego świecie to ma sens. Bo jeśli rzeczywistość jest stworzona przez Boga, to język przynajmniej w jakimś stopniu powinien odbijać strukturę tej rzeczywistości. To myślenie jest jednocześnie naiwne i głęboko metafizyczne. Jest w tym coś wzruszającego. Ta naiwność, ta wiara. Naprawdę można się wzruszyć. Izydor nie odkrywa nowych praw przyrody, nie tworzy rewolucyjnych teorii. On raczej działa jak ktoś, kto po wielkim pożarze chodzi po zgliszczach i zbiera to, co się jeszcze tli. Układa z tego nowy porządek. Można się uśmiechnąć na myśl o jego działaniach, bo znajdziemy u niego rzeczy, które dziś brzmią egzotycznie, a czasami wręcz absurdalnie. Opisy świata, które mieszają obserwacje z legendą, wyjaśnienia, które bardziej przypominają opowieści niż analizę. Ale łatwo tu o niesprawiedliwość, bo bez takich ludzi jak Izydor wiele tekstów starożytnych po prostu by zniknęło. W pewnym sensie był on patronem całej średniowiecznej kultury, bo to dzięki niemu i jemu podobnym antyk nie rozpłynął się całkowicie. Został przefiltrowany, uproszczony, czasem zniekształcony, ale przetrwał. A to, jak wiadomo, bywa ważniejsze niż doskonałość. Jest też w pracy Izydora coś z obsesji porządku. Świat po upadku Rzymu jest chaotyczny, niepewny, fragmentaryczny, a Izydor odpowiada na to, tworząc strukturę, kategorie, podziały, system. To trochę tak, jakby mówił: jeśli nie możemy już mieć stabilnego świata, spróbujmy przynajmniej mieć uporządkowaną wiedzę o nim. I tu robi się zaskakująco aktualnie, bo my też żyjemy w epoce nadmiaru informacji. Tyle że zamiast ich braku mamy ich właśnie nadmiar. I znów pojawia się potrzeba porządkowania, klasyfikowania, rozumienia. Różnica polega na tym, że mamy algorytmy. Izydor miał do dyspozycji tylko swój umysł i swoje ręce. Można więc spojrzeć na niego jak na prekursora wszystkich tych, którzy próbują ogarnąć chaos wiedzy, tak jak na encyklopedystów, bibliotekarzy, jak na twórców systemów. A jednocześnie, i tu pojawia się nuta ironii, jego własny system pełen jest błędów, uproszczeń i fantazji, czyli dokładnie tego, przed czym próbował uciec. Ale może to właśnie jest najciekawsze, że próba ogarnięcia świata zawsze jest trochę skazana na niedoskonałość, że każda encyklopedia jest jednocześnie mapą, ale i uproszczeniem. Izydor z Sewilli nie daje nam więc prawdy o świecie, ale daje nam coś innego. Pokazuje moment w historii, w którym wiedza staje się czymś kruchym, czymś, co trzeba ratować, składać, rekonstruować. A jego wielkie dzieło można czytać nie tylko jako zbiór informacji, ale jako świadectwo pewnego wysiłku. Wysiłku, by świat, choćby w formie słów, nie rozpadł się całkowicie. I może właśnie dlatego warto czytać Izydora. Nie w celu poznania, co tam autor filozofii wiedział, wie, ale po to, by przekonać się, co próbował ocalić. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. W tym miejscu zazwyczaj pojawia się fragment prozy albo całe dłuższe opowiadanie. A dzisiaj niespodzianka. Dzisiaj w tym miejscu prozy nie będzie. Opowiadania będą pod koniec audycji. Natomiast dzisiaj zamiast opowiadania chciałbym państwa zaprosić na rozmowę z nieżyjącym już redaktorem Maciejem Parowskim, o którym mawiano, że jest redaktorem wszystkich polskich fantastów. Miałem tę przyjemność, ten zaszczytPrzeprowadzić tę rozmowę dawno, dawno temu. Był rok 2018. Tak. To było wielkie przeżycie i wielkie wzruszenie. Ale sami zresztą państwo zakosztujcie tej rozmowy, bo myślę, że ona jest ciekawa. Ona pokazuje, jak można patrzeć na literaturę, na to, co zawarte pomiędzy okładkami książek. Serdecznie państwa zapraszam. Rozmowa będzie jak najbardziej à propos audycji AWF, bo będzie o książkach i ich czytaniu. Zapraszam. Dzień dobry. Gościem „Bibliotekarium” jest pisarz oraz redaktor Maciej Barowski. Dzień dobry.
[25:09] - Dzień dobry. Cześć.
[25:10] - Macieju. Jesteś człowiekiem piszącym i to piszącym od dawna. Byłeś dziennikarzem, zdobywałeś szlify w politechniku, ale później przez wiele lat dowodziłeś okrętem prozy polskiej w fantastyce.
[25:25] - Później całym miesięcznikiem.
[25:26] - Ale przez cały czas tę działkę prozy polskiej trzymałeś pod opieką. Jesteś też człowiekiem czytającym i to czytającym również od dawna. Chciałbym cię zapytać, co cię ukształtowało? Jakie książki sprawiły, że jesteś dzisiaj tym, kim jesteś?
[25:42] - Najpierw pewnie wyłącznie książki mnie ukształtowały. Potem zjawiło się kino, które też kochałem, ale czytałem o kinie. Lepiej rozumiałem kino, które oglądałem dzięki książkom. A to zabawna historia, bo ja mówię niewyraźnie. Mają ze mną kłopot dźwiękowcy. Ty też będziesz miał kłopot. Ja niewyraźnie czytałem w szkole, kiedy byłem wyzwany do odpowiedzi. I dostałem czwórkę z polskiego. Moja mama, krakowiankę, tak od przyuczenia podstawowego, licealnego, nauczycielką podstawowego poziomu, strasznie to uraziło i powiedziała, że będę w wakacje czytał książkę na głos. Czytanie na głos. Ja umiałem czytać. Czytałem na głos. Troszkę ten bełkot pokonałem, ale ja czytałem chyba jakieś opowieści o zwierzątkach, „Najmilsi”. Jeszcze coś. Jakieś coś Grabińskiego o zwierzątkach. I pamiętam, że mnie to tak zainteresowało, a rozdział się skończył, że ja potem przeczytałem co dalej, już po cichu. Jak na drugi dzień mama mówi: „To czytamy ten rozdział”. Ja: „Ja to już znam”. „Jak to?” „Ja to już przeczytałem”. „No to następny”. I w te wakacje, teoretycznie torturowany lekturą, już złapałem bakcyla i byłem gotów. I przerażenie mnie ogarnia na myśl, że mógłbym nie mówić bełkotliwie i nie zacząć czytać.
[26:59] - A ile miałeś wtedy lat?
[27:00] - Nie no, wakacje plus pierwszy czy drugi klasie. Niecałe osiem, bo byłem grudniowy, czyli w drugiej klasie dopiero w grudniu kończyłem osiem. I to była wspaniała przygoda i właściwie już wszystkie najwspanialsze dni to były z książką. I w jakimś szczelniu między oczy, pamiętam oczywiście ilustracje Szancera. I pamiętam do dziś, że tak fajnie siedziałem na takiej półce przy oknie, oparty łokciem o lustro tego blatu i czytałem „Pinokia”. I przyszli koledzy, żeby mnie gdzieś ciągnąć. I ja w ogóle nie miałem ochoty z nimi nigdzie iść. Nie mieli mi do zaproponowania nic, co byłoby tak dobre jak ta opowieść o Pinokiu. I może to jest opowieść okrutna. Są tam te przemiany, ale jest to opowieść wspaniała. Ja przez „Pinokia” zacząłem próbować, jak smakuje ogryzek, bo tam jest ta słynna historia, że Pinokio jest głodny i je jabłko i nadal jest głodny. No to ojciec mówi: „Jedz ogryzek”. Ogryzek, czyli nie jada. No to ojciec schował ogryzek i Pinokio za jakiś czas ten ogryzek je. I ja pamiętam, że oczywiście nie z głodu, ale to znaczy chyba to jest takie, że ja się słuchałem lektur, wyciągałem wnioski z lektur i byłem czytelnikiem naiwnym, który brał lekcję, jaką niesie proza, jaką niesie słowo do siebie. Traktował słowo serio, bo na pewno było ono ciekawsze od tej zabawy, do której mnie ciągnęli koledzy z bloków za oknem. Ewidentnie nie mogli temu nic przeciwstawić. Podobnie sponiewierała mnie, potem się zorientowałem, że pisarz lewicowy, Gianni Rodari, ale opowieść o cebulku, o dworze, o roślinach. Tam był chyba bakłażan, którego zobaczyłem w życiu 40 lat później. I o tym dworze, na którym pani nie daje cukierków, tylko papierki od cukierków są najwyższym wyróżnieniem. Dramatyczne przygody, walka, wojna, coś tak w stylu rewolucji. Zresztą rewolucję popieram pod warunkiem, że to jest właśnie rewolucja Solidarności, prawda? Ale w każdym razie dawka wiedzy, może nawet podejrzliwości społecznej. Na pewno przygody, na pewno czytelniczego transu. I to było wspaniałe. Było tych dziecinnych wpływów więcej. Na pewno były właśnie z wężą koreńskiego. Do dziś pamiętam, że robiły na mnie wrażenie. Nie miałem wrażenia, że byłem wtedy indoktrynowany, tylko byłam kontaktowany wspaniałą bajką rosyjską. Były bajki koreańskie, które oczywiście ukazały się mniej więcej wtedy, kiedy trwała wojna koreańska. To były wspaniałe bajki, z których bezpodstawnie może nauczyłem się nieufności do buddyjskich mnichów, bo oczywiście były tak wybrane, żeby tam była niechęć. Przez to się stałem mniej ekumeniczny. Ale potem niektórzy moi koledzy ciążyć do buddyzmowi. Pamiętam do dziś, przeczytałem bajki chińskie „Pięciu braci Li”. To była dobra, mądra, kulturowo potrzebna i wcale nie stalinowska polityka zapoznawania czytelnika polskiego, w tym przypadku młodego, zZ innymi kulturami. Bardzo utrwalone są w mojej pamięci te książki i wpływ, jaki na mnie wywarły. Ta gotowość na krótką formę, bo dziecko może jeszcze jest niegotowe do powieści. Pamiętam, że jak kiedyś poszedłem na Kruczykową w poszukiwaniu jakiegoś tytułu, potrzebnego mi do jakiegoś wypracowania czy eseju, jak zobaczyłem te wszystkie okładki mojej młodości, to tak jakbym do raju wrócił, z którego zostałem wygnany. Bo oczywiście człowiek, który czyta takie książki, jest młody, nie ma kłopotów, jeszcze mu nie wylatują zęby, jeszcze go nie dotyka starość, jeszcze go nie dotykają kłopoty człowieka dorosłego. Ale chyba te książki trochę przygotowują. Te chińskie i te koreańskie, i te „Za górami, za lasami” i te bajki, do których trafiałem potem. A potem, troszeczkę dalej, to był oczywiście Puchatek, ale był też oczywiście Guliwer. Jeszcze dalej na pewno lektura komiksów w świecie młodych. Na pewno lektura książek „Tygrysa” o wojnie. To już troszeczkę dalej.
[31:40] - No właśnie, chciałem zapytać, co czytał nastolatek Maciek Parowski? Jaką literaturę?
[31:46] - Ja chyba byłem wszystkożerny. Oczywiście czytałem „Winnetou”. Ojciec, kiedy byłem chyba w czwartej albo piątej klasie, kupił Sienkiewicza „Trylogię” i ja wpadłem od razu w „Ogniem i mieczem” i mordowałem się trochę. To znaczy to była trochę praca, która często oznaczała, że jestem chory, że leżę w łóżku, jestem przeziębiony, mam dużo czasu i czytam, i pokonuję słabość organizmu, który się ledwo wychłodził z gorączki. I pamiętam, że „Ogniem i mieczem” to jednak było trochę mordowanie, ale też wspaniałe mordowanie. Bo to już był lot na skrzydłach. Ja to przeczytałem pewnie do szóstej klasy, czyli nie miałem więcej jak 13 lat, jak to skończyłem. Bardzo byłem dumny. Krzyżacy mi się bardzo podobali. „Winnetou” czytałem w kółko i też jako młody katol czytałem bardzo wiele razy w kółko sceny obrony Częstochowy. I potem, jak mi młodzi ludzie mówili o Tolkienie, jak ja przeczytałem rozdziałek tu, rozdziałek tu i obejrzałem filmy, to widzę, że oni dostali z Tolkiena dokładnie to, co ja wziąłem z Sienkiewicza i Maya. De facto podłoż, quest, cel, przeszkody, towarzysze, jakieś terminy ciężkie. Takie parareligijne, cudowne rzeczy u Tolkiena z tą religią taką sarmacką u Sienkiewicza. Jeszcze jest jedna rzecz. Ojcze, jak dobrze, że to powiem, bo matka mnie zmusiła do czytania, bo bułkałem, a ojciec wypuszczał sygnały. Opowiedział mi scenę o malowaniu płotu w tą „Kruszeję”, prawda? Ta scena we mnie była, zanim dostałem tę książkę. Jak dostałem tę książkę, to spotykałem się z przekazem ojca. Ojciec opowiedział mi: „Jam nie babinić, a Kmicic”. To też ojciec powiedział mi prywatnie, nie posłowi. Ja to dostałem z wyprzedzeniem. To były takie ojcowskie zwiastuny tego, co mnie czeka w tym wspaniałym świecie lektur. I to było doskonałe. Na tym polega ojcostwo, myślę. Nie tylko na tym, ale mówimy o pisarzu, mówimy o jego rodzinie. I mama, która nie była tak błyskotliwa ani tak wykształcona jak ojciec, jednak odegrała rolę startową, a ojciec potem to wypełnił Conradem. Jak skończyłem 14 lat, ojciec mi dał do przeczytania „Smugę cienia”. Wchodzę w wiek jakiś tam męski. Był cały mężczyzną, nawet nie szykowałem się, żeby być mężczyzną, ale zostałem potraktowany przez ojca i przeczytałem opowieść o mężczyznach senior, którzy walczą z oceanem. Kiedyś ojciec wrócił z kina, mówi: „Maciek, idziesz jutro na Fię do Szortu” – takie kino w pobliżu nas. Ja mówię: „Ojciec, rozdział trzy, ale to jest od 14 lat”. „Na to możesz pójść. Pójdziesz”. No i obejrzałem „Szort” Laurence'a Oliviera z Vivian Leigh, jego żoną. Straszny garbus czarny do kamery wygłasza szekspirowskie podłości, jak ja mu tam zapisał. Zresztą nie do końca słusznie, bo ci tu dorobię szkalowali, a Szekspir pisał pod nimi i musiał. Ale to było przerażające i wspaniałe. Do tego Szekspira nie od razu dotarłem, bo potem, jak byłem rok czy dwa później u rodziny, u dziadków, którzy Szekspir stał za szkłem, to wyjąłem to i się od tego odbiłem. Nie dałem rady. Nie byłem gotów na znakomicie skonstruowanej popkultury, która całego Szekspira starała się zmieścić nawet literalnie. Oczywiście byłem gotów, a później, późno miałem tego Szekspira. Oczywiście „Makbeta” przeczytałem w szkole, bo musiałem i podobał mi się Lady Makbet, ale już tak zupełnie wszedłem na swoje. To pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, to kupiłem sobie w Świdnie tłumaczenie „Burzy” i już się interesowałem fantastyką. Już wiedziałem, że to stamtąd jest nowy, wspaniały świat Huxleya. I tę „Burzę” połknąłem z rozkoszą i stała się ona jednym ze zrębów mojej teorii literackiej, że fantastyka jest wszędzie. „Burza” jest wspaniałą, fantastyczną opowieścią science fiction o skrzywdzonym magu, który buduje sztuczną wyspę i na nią zwabia swoich wrogów.By móc im wybaczyć. Jest starcie kultury, natury, Kaliban, te rzeczy. Potem, ponieważ to już wiedziałem, byłem przygotowany. Przygotowany chodziłem do kina. Potem już wiedziałem, że „Zakazana planeta”, że to jest opowieść na motywach szekspirowskiej „Burzy”. To już wiedziałem i to smakowanie, ta pasja, która jest z literatury, to odkrywanie tych więzi, to była, jest i będzie jedną z przyjemności życia wśród książek. To oczywiście odnosi się nie tylko do książek, ale do życia, do sztuki, do kultury, do kina. Kino się żywi książkami i książki zaczęły naśladować struktury narracyjne filmu, który jest sporządzony podług ludzkiej antropologii i ten świat się nawija na szpulkę. To mówią teoretycy, to mówi Bakluhan, mówił mi Jackiewicz, z którym robiłem wywiad. Te światy się zaczęły spotykać, nawzajem na siebie zapłonywać. Pamiętam, jak miałem taką fazę, ona się chyba zaczęła jeszcze w podstawówce. Zacząłem czytać kryminały. Namiętnie. Ja jestem czterdziesty szósty rok. Te kryminały zacząłem czytać około, jak miałem kilkanaście lat, czyli mniej więcej po październiku. Październik odkrył mi kryminał, odsłonił, zwrócił Polskę jako formułę niezakazaną, jako formułę interesującą, na pewno rozrywkową, ale też warto robić zakazki kryminalne. Warto tych kryminalistów różnicować. Chandler się już nie zdążył, ale Philip Durand Dine, Simenon ci bracia Sapri Succo napisali „Przejście morderców”. To już wiadomo, że są kryminały dobre i złe, prawda? Ja zacząłem tego niewiele czytać. Potem już byłem studentem politechniki. Czytałem też Poseckackie, ale czytałem kryminały namiętnie. I potem trafiłem na jakiś esej, w którym się okazało, że o tym kryminale mówi się z powagą. Zorientowałem się, że niby oddalając się od uniwersytetu, bo byłem na politechnice, niby oddalając się od humanistyki, siedzę w humanistyce, poważni humaniści dzisiaj zajmują się kulturą popularną. To było tak, że wiatr przywiał mi na plaży w sześćdziesiątym siódmym, jak siedziałem na plaży w Sopocie. Przywiał mi „Przekrój”, w którym był esej Rosera Kaiła „Estetyka i styl”. I tam była pierwsza część eseju opowieści kryminalnej. Jak intelekt opuszcza świat, by oddać czystym igraszkom wyszłoby, a potem do niego wraca, by wpuścić tam między swoje litery mroki życia zwykłego. I tam było o tej ewolucji, od tego kryminału Conan Doyle'owskiego, tego Agaty Christie, gdzie się kombinuje jakieś cudowne wazy egipskie w pumie i gdzie się potem przechodzi przez mroki Hamleta i Chandlera z powrosem do rzeczywistości. Większość tytułów, jakie w pierwszej części tego eseju Rosery Kaiła wymienione, ja czytałem w polskich przekładach oczywiście. No i to by było dokończenie za tydzień i że ta książka tego autora ukaże się na jesieni w edycji PIW. Więc w ten sposób dokupiłem tę drugą część. Oczywiście byłem zachwycony. Oczywiście dotarłem po raz pierwszy do saloniku PIW na końcu ulicy Foksal, bo w księgarniach tej książki już nie było po wakacjach. Tam tę książkę dostałem i tam był esej o Potockim, o „Modliszce” jako micie i stworzeniu, o micie męskości, która się boi kobiety. Tam był esej o Płockim i jego „Kobieta zza oceanu” i tam był ten esej, na który potem się w fantastyce powoływaliśmy. Chyba nawet dawałem chłopakom to do zeskanowania. Nie do zeskanowania, to się kserowało i to się nazywało „Od baśni do science fiction”. Ja taką pigułę dostałem eseju. To był pierwszy tom z serii Biblioteka Krytyki Literackiej. Ja będąc inżynierem na przedostatnim i ostatnim roku politechniki, zostałem się namiętnym czytelnikiem tej serii i krytyki literackiej. Tam była książka Brzozowskiego, tam była książka Sendelera, ale była książka rewelacyjna, która mnie ukształtowała, która mi powiedziała, jak wygląda ta metia, którą się zajmuję, jakie będę miał kłopoty z autorami, jakie będę miał kłopoty z czytelnikami. Malcolm Cowley o sytuacji w literaturze amerykańskiej, Edmunda Wilsona szkice. Tam był Dave Sessa „Krytykiem oświeconym”. Tam po prostu odkryłem świat eseju i zacząłem w nim buszować.
[41:45] - Czyli nastała taka faza, w której zacząłeś te lektury bardzo świadomie dobierać na podstawie jakiejś teorii literackiej, na podstawie różnego rodzaju esejów. Zacząłeś już dobierać starannie lektury?
[42:01] - To znaczy pozostałem bydlęciem wszystkożernym, ale umiałem odróżnić słodką trawę od gorzkiej. To znaczy tak, ale to nie było systematyczne. Ja w dalszym ciągu czytałem różne rzeczy i cieszyłem się, kiedy się znalazło coś. Pamiętam, że zanim przeczytałem nowelę Stevensona „Dr Jekyll i Mr Hyde”, wiedziałem, że ona nie opowiada o szalonym chemiku, któremu się skończyły chemikalia, tylko opowiada o duszy, która jest rozdwojona na dobro i zło, którą można-To wiedziałem, że to nie jest opowiadanie chemiczne, to nawet nie jest opowiadanie psychologiczne. To jest opowiadanie antropologiczne. Ja to wiedziałem, takie rzeczy wiedziałem. Wiedziałem też skądś, ale to czytałem dopiero w przebiegu 30 lat, że po tym Conradzie, na którego mnie gdzieś tam mówił „Smuga cienia”. Przeczytałem oczywiście „Tajfun”, bo jeździłem żaglówką, przeczytałem metafizyczną i taką znacznie lepszą od Chmielowskiego „Człowieka i morze” w sprawie Conrada. Kapitanie przytępały, który robi, co do niego należy i dzięki temu wyprowadza statek z burzy i ratuje Chińczyków z pokładu. Wiedziałem, że jest takie opowiadanie Conrada, nowela dłuższa „Jądro ciemności”. Wiedziałem, że to jest i udało mi się kupić w rynku w 1974 roku czy 1975 całego Conrada. Jakoś tak okazyjnie, bo staram się „Opowieści z tysiąca i jednej nocy” też kupiłem, ale była możliwość kupienia Conrada. Kupiłem Conrada i w końcu się zebrałem, chyba po roku, nie od razu, do przeczytania tej „Smugi cienia” i oczywiście byłem zachwycony. Ponieważ próbowałem na Conrada nawrócić moich przyjaciół Marka Romusa, Mirka Kowalskiego, to Mirek Kowalski jak pojechał w 1980 roku do Anglii, to mi stamtąd przywiózł 28. tom tych 27 branacowych tomów, ponieważ ten 28. tom to były wstępy i posłowia Conrada do tomów, które zostały zdjęte przez cenzurę, bo były wyraźnie antyrosyjskie. Pamiętam jak Mirek Kowalski mi to dał. Wziąłem to sobie, oglądałem. Mówię: „Mirek, słuchaj, ja to przeczytam w ciągu tygodnia, może wcześniej i ci oddam nietknięte, bo to zaraz oprawię”. „Ty się nie wygłupiaj — mówi. — Ja to dla ciebie kupiłem”. Dla mnie tego Conrada. No i przeczytałem tego Conrada i nie udało mi się zarazić Conradem. Zaraziłem ich Chandlerem. Pierwszego odkryłem, a oni mnie zarazili Dickiem, bo już był politechnik. Już byli kumple w politechniku, którzy mówili co czytać, że to jest rewelacyjne. I oczywiście to zadziałało, ale nie do końca, bo ja się zaraziłem Dickiem, a oni się zarazili Chandlerem, a Conradem nie. Ale dzięki temu moja siostra dostała od koleżanki na jedną noc „Dziennik” Dombrowicza. Skorzystałem pierwszy tom, potem drugi. Dostała też „1984”. To też przeczytałem bardzo szybko i też oczywiście byłem poruszony i wstrząśnięty. A potem jak zacząłem być doktorem politechniki, a nie tylko fryzjerzystą, to załatwiłem metę, którą wszyscy moi następcy, na przykład Arabuś Kowalski, załatwili sobie potem. Załatwiłem sobie, że dostaję gratisy wydawnicze i książki w ogóle przestały, prawie nazwałbym zaśmiecać mój budżet, bo sporo książek dostawałem. O nich pisałem albo noty wydawnicze, albo dłuższe recenzje. Pisanie o książkach stało się moim częściowo zajęciem. Wielkim odkryciem, pamiętam, co kolega mi powiedział, bo ja tego nie wiedziałem, że to jest wspaniałe powiększenie Antonioniego. To jest na podstawie noweli Cortázara i raz jest „Babilonia”, raz jest „Pojedność Kina”. To znaczy to samo. Jedni tłumaczą tak, drudzy tak. To jest opowiadanie, którego narratorem jest aparat fotograficzny, który podgląda sytuację, w której chłopaka wabi dziewczyna, a z drugiej strony już się czai dandy, czterdziestolatek, który chce go uwieść homoseksualnie. I ten aparat jest przerażony, nic nie może zrobić, tylko rejestruje obrazy. To było opowiadanie zachwycające, opowiadanie o czymś innym, ale bez tego opowiadania nie ma tej opowieści o aparacie, który rejestruje zbrodnię, która zostaje schowana. No więc oczywiście odkryłem Cortázara. Nigdy się nie zachwyciłem jego tą grą w klasy, nigdy jej nie przeciałem. Ale przeczytałem wszystkie jego opowiadania i byłem nim zachwycony. Teraz jak moją autystyczną wnuczkę sfotografowała synowa nad akwarium z taką wielką rybą i ta moja wnuczka, która się prawie nie komunikuje, uśmiecha się do tej ryby i mam wrażenie, że być może tymi swoimi mózgami emitują jakieś fale, które pomagają się porozumieć. To ja sobie przypominam opowiadanie Cortázara „Aksolotl”. To jest taka forma płazio-rybia, która nie osiąga stadium dojrzałego i się rozmnaża. Jest ozdobą akwarium. I tam gość przychodzi do akwarium, patrzy na tego aksolotla i czuje, że za chwilę oszaleje. I patrzy się, zatapia się w nim oczami i w pewnej chwili jest tak, że raptem się ten gość orientuje, że jest w aksolotlu, aksolotl jest w nim i odchodzi. Więc moje spotkanie mojej wnuczki z tą rybą wygląda na bardziej pokojowe, na mniej przerażające. A to zdjęcie, jak ktoś przeczytał to opowiadanie, to jest dopiero z zupełnie innego wymiaru. I to pewnie trzeba by powiedzieć, że proza, którą czytałem, eseje, które czytałem sprawiały, że patrzyłem na świat inaczej. Były tam różne magiczne podszewki, różne pułapki, jakieś mitologiczne spiętrzenia. Jak dzisiaj mówię autorom, co mają robić, to mówię: „Nigdy nie poprzestawajcie na swoim medium. Oglądajcie się komiksy, zastanawiajcie się, w czym literatura jest lepsza od nich, a w czym one są lepsze od was. Co one mogą powiedzieć? Dlaczego wielka sztuka, jaką jest kino, które teoretycznie wszystko może, czasem korzysta z tej sztuki niższej komiksu pożyczonej bohaterów i narracji? Jaka siła tkwi w tych rysunkowych opowieściach?” I jestem namiętnym czytelnikiem gazet.Zawsze radzę ludziom czytać recenzje z filmów, które obejrzeli. Przed i po. Ja sam piszę co tydzień recenzje od 12 lat. Zawsze sprawdzam, co inni napisali. Raczej po niż przed, bo ja staram się pisać na styk. Czasem jestem przygnębiony, że ktoś znacznie lepiej sobie poradził albo znacznie ładniejszy piruet wywinął, a czasem jestem zadowolony z siebie. I to kino, i ta recenzja, i ten esej, i ta proza, czasem wiersz. Napisałem teraz wiersz o Breiviku. To są różne formy obsługi widzialnego i niewidzialnego świata, który na nas naciska, który nas kształtuje. I ja się zastanawiam, coś tak jakby na początku pytałeś. Bez książek mnie nie ma. One mnie ukonstytuowały. Pamiętam, spowiadałem się jako nastolatek i ksiądz naradził na koniec spotkania się ze mną po spowiedzi. Myślę, że będzie mówił o grzechach, a mówiliśmy o książkach. Zastanawiałem się, jak on został moim kumplem. Był też moim bibliotekarzem, bo to on mi wcisnął Clive'a Lewisa, na przykład „Opowieści diabła starego do młodego”. Pożyczył Grahama Greena, którego ja już sam odkryłem przez trzeciego człowieka. To genialna książka. Odkrywam jej strukturę w swoich innych książkach, tak jakby się zaprogramowały we mnie. Jakieś tam „Berna Nocy”, jakieś książki religijne, ale też „Szkoła przekonywania i dyskusji” Czuchulskiego, która jest w całości oparta na Schopenhauerze. Książka wiele książek. Księgarze go znają, książki wypożyczali i ja, zanim wstąpiłem we wspaniały świat książek jako buszujący w nim zdobywca gratisów, to widziałem wspaniałą bibliotekę księdza, który był buszującym w księgarniach nabywcą. I to był wspaniały świat. Iśmy to wszystko traktowali bardzo serio. Pamiętam, jak taką książkę pożyczyłem. Ona była senslewacka, spisana szwedzka książka o Egipcie, trochę antyreligijna. Co ty czytasz takie rzeczy? I dał mi Herberta „Barbarzyńca w ogrodzie”. Potem miałem przewodników, którzy mnie naprowadzali na właściwe książki. Ktoś inny pożyczył mi „Myśli nowoczesnego Polaka” Dmowskiego, a ktoś inny mi pożyczył „Na parafii wyszkowie” Żeromskiego. Matlewski przychodzi na parafię, chwilę przebywa, zaraz okielich z chrzciania, bo Polacy się odwinęli. Znajomy ksiądz mi pożyczył inne książki. Może z mojego pokolenia, bo tata był starszy. Pożyczył mi „Kościół, lewica, dialog” Michnika. Ja tej książce uwierzyłem w pełni. Potem trochę mniej, ale ta książka też coś we mnie zmieniła. Czytałem też trochę Tocqueville'a. Borges to było takie odkrycie, że on też mówił o tym, co ja. Też był dużo de Stendhal, de Verne'a. To było wkroczenie w zamknięty świat książek, to ubogacenie. Biblioteka Babel. I ja jestem człowiekiem z papieru. Moi otoczeni ludźmi z papieru. Na początku ktoś powiedział, że spod mojego pióra, spod mojej ręki wyszli Leszek, niezwykłomówiący cwaniej. Redaktor to jest radość grzybiarza. Idzie i się znajduje, jakiego rydza, jakiego prawić. Rozum, że ja nie wymyśliłem Dukaja. Musi sam wymyślić. „Przystanek Zdrada” Sapkowskiego ja nie wymyśliłem. Ziemiański? Ziemiański jakiś pierwszy opowiadanie, drugi, trzeci rok proste z tomu, które Wujcik tam układał. Potem już ten, po 17 latach chyba „Bomba Heisenberg”. Rozwalający tekst formalnie, treściowo. Baraniecki, kolega, z którym robiłem politechnik, kierownik działu gliwickiego, przesyła mi rok po powstaniach wojennych, po zamknięciu „Pisma” „Kalendarz roku 1918”. Czytamy to z Radkiem, patrzymy na siebie, widzimy, że się ziemia trzęsie. Jak to w tym czasie ziemia poruszyła. Coś się stało. Jesteśmy już w innym miejscu. Moje życie redaktora było pełne takich przygód. Tylko że ja żadnej z tych przygód nie wykreowałem. Czasem coś komuś podpowiedziałem, czasem coś komuś powiedziałem, żebym skreślił, bo to musi być. A ja mówię: „To jest tu i tu. Zauważyłeś?” „No jasne!” „A jak zauważyłeś, to możesz skreślić”. Taka była moja pomoc dla małych geniuszy. I to się jest wspaniałe, że ktoś te książki kochał. Jak się nie odkochał. Ci ludzie, którzy do mnie napisali, są jakby przyjaciółmi. Ja pamiętam, zadziwiłem paru swoich wielkich wrogów, teraz kumpli, że ukazywały się ich dobre książki. Poszczekiwali na nich ich rówieśnicy, bo tamci młodzi rywalizują ze sobą. Nie ma większego bólu niż to, jak kumpel wyda dobrą książkę. A ja to witałem z radością. Ten kumpel mój, mój wróg największy pisze o tym dobrym. Co to jest za świat? Ja byłem wielki, podobno, redaktor „Góru Fantazji” dlatego, że byłem w dobrym miejscu, że wszyscy do mnie przynosili teksty, że było ich dużo, było dużo rozstrzelników. No i dlatego na moim płaszczu z orderami redaktoriskimi jest przypięta gwiazda Sapkowskiego, Złoty Łuk Dukaja, ale jest Brzezińska. Brzezińska to nie, to była wojna, ale Białołęcka, Wierziński, Kubanow.Jacek Sobota. To byli kumple, to było pisanie, spieranie się, radowanie. Na początku oni ze sobą rywalizowali. Potem jednemu autorowi powiedziałem, że mi jego opowiadanie przypomina figurę dramatyczną, całą historię inną. On mówi: „Jasne, niech pan autorce napisze, że się przyznaję, że tak”. Miłość do słowa, do dobrze zrobionej rzeczy była silniejsza od ambicji struktury rywalizacyjnego. Dokonywały się różne spotkania i pojednania. Dzięki temu poszło dalej. Nawiązań te książek, które są sztuką, są nazywaniem świata, są wojowaniem ze światem, są wrzuceniem w siebie swojej prawdy. Nauczyłem się też patrzeć na tą fantastykę jako dzieło charakterów, na pewno nie umiejętności tych charakterów. Pamiętam, jak w 1994 roku miałem raptem 38 lat i w dyskusji w Staszowie profesor Handke, wyjaśniając powodzenie fali socjologicznej, ale to dotyczy religijnej, alternatywnej i mistycznej, onirycznej, każdej. Kiedy człowiek pisze to, co czuje, że musi napisać, wyjdzie mu zawsze lepiej niż sądził, że potrafi. Kiedy dosiadamy swojej prawdy, to jest nienaruszalny kołn. Jak my się słuchamy swojej prawdy, nie zakłamujemy jej, idziemy za nią, to po przeciekach nie stąd co się jedzie do celu z dobrym wynikiem.
[56:50] - Chciałem teraz na koniec zadać pytanie, które może ci chyba sprawić trudność. Jakich tekstów, jakich książek po prostu nie lubisz? Bo ty jesteś takim łagodnym recenzentem, człowiekiem, który lubi wiedzieć, więc czasami, tak to widzę, jesteś gotowy przeczytać nawet złą książkę, byle dowiedzieć się czegoś więcej. Ale czy są takie tytuły, takie książki, może takie gatunki literackie, których po prostu nie lubisz?
[57:22] - Najprostsza odpowiedź, ale to jest odpowiedź typu replika z buta, to nie lubię książek, których nie rozumiem. Bo ja pamiętam, że mogę czytać książki, z którymi się nie zgadzam, bo chcę podpatrzeć tę pokrętną logikę. Ale nie lubię książek, które dostarczają mi wrażenia banału, niepotrzebności. Książek, które nie spełniają tego postulatu, że kiedy piszesz to, co dla ciebie jest ważne, tylko piszesz o tym, co masz wrażenie, że. To Hemmingway powiedział, co się tego też nauczyłem, że młodemu sprawia trudność odróżnienie tego, co czuje, od tego, co powinien czuć. To gdzieś Hemmingway powiedział. Znajdowałem to u innych pisarzy, też to było ważne. Hemmingway powiedział też: „Nigdy nie doprowadzaj roboty do końca. Kiedy jesteś w akcji i wiesz co dalej, a jest pierwsza, trzecia w nocy, to odłóż to, bo na drugi zaczniesz od tego miejsca, w którym wiesz co dalej. Nie dojeżdżaj do momentu, w którym nie wiesz co dalej, bo potem możesz mieć miesiąc przerwy”. Ja tę myśl znalazłem u Hemingwaya, strasznie mi się spodobała. A potem ją znalazłem u Márqueza. On to przytoczył. To wiem od Hemingwaya w jakimś słynnym tekście. Ale wracamy do tego, czego ja nie lubię. Nie lubię mętności, nie lubię kłamstwa i nie lubię niezrozumiałości. Wrogość niosę, gdybym mógł podpatrzeć struktury złości.
[58:52] - Kłamstwo też może być interesujące.
[58:55] - Nieinteresujący jest kłamstwo bezczelne, na rympał, ale warto się przyjrzeć strukturze kłamstwa. Przyjrzyj się choćby „Naśladować dialogu”. Jedyny cytat z mojej książki „Twarzą ku ziemi", jaki jest w internecie, znalazłem, to jest tam, że gość mówi do gości, że nie ma mowy o drzemce, po obiedzie jest dyskusja. Taka indoktrynacyjna dyskusja, bo bohater się pyta: „Obowiązkowa?” Dyskusja jest dobrowolna, wszyscy w niej uczestniczą. To kłamstwo, przez jedno zdanie, jest małą literalną udręką, literalną radością i mowa kłamliwa sama na siebie zastawia takie pułapki. Wpracowywanie ich zastępuje udręki niesłusznego poglądu. Więc nie lubię w książkach pewnego typu udawania i nieszczerości, bo nic mi nie dają. Chociaż niektóre nieszczerości bywają interesujące przez to, że można pod nimi dopatrzeć tego, co próbują zakłamać, ukryć. I przyłapałem się też na tym, że byłem, jestem inżynierem i że muszę sam weryfikować autorytety, jakie mi się wymawia. Wiele książek krytycznych, po które sięgnąłem, odkładałem po przejrzeniu trzech, pięciu kartek, bo doszedłem do wniosku, że to jest jakaś rodzaj blagi. Wiatraczek terminów i mądrych pojęć, słusznych zdań przysłania pustkę, a z pustki nie będę miał żadnego pożytku. I może za szybko zdyskwalifikowałem niektóre książki, niektóre teksty. Pamiętam nie od razu, ale odkryłem, jak się odzywa kochania w „Pisaninie” Sartre. Mój kolega, który był człowiekiem trochę mętnym, trochę pokrzywionym, który szedł na różne koncesje, udając, że robi je z ewidentnego moralnego wyboru, polecał mi Sartre i ja się doczytałem w tym Sartre jego mętniactwo, jego nieszczerości ochrzcił naturalizmem.Ale to być może były zbyt pochopne sądy. Był blagierem, Sartre był blagierem. Jak mówili o sprawach Stalina, to mówił, że nie można o nich mówić, żeby nie odebrać nadziei robotnikom z Biancur. To było mętna francuska dusza, która mi się nie podoba i z którą jestem w stanie wojny. Tak jak z Macronem też. Duchowej wojny. Tego nie lubię. To mnie odstręcza. A konkretnie się oznacza po prostu odrzucenie. Wiesz, czego nie lubię. Parę lat temu w „Resorze” mojej siostry się ukazało. Recenzowałem książkę młodych autorów „Kinomitografia nowego milenium”. Widzę język pokolenia, które ogląda tylko kino swojego czasu i innego kina nie ogląda, które używa języka pressbooków reklamowych, które zastępuje myśl krytyczną sloganami i reklamowymi, i ideologicznymi, którzy z tego kina nie wyciągnął wiele, również dlatego, że nie znają poprzedniego kina, którzy strasznie arbitralnie się wypowiadają, że autor zrobił to powodowany chęcią zysku albo żeby wesprzeć system amerykański. Jest system podejrzeń, który uniemożliwia spojrzenie na twórcę jako nosiciela pewnej prawdy intelektualnej, estetycznej. Tylko się go po prostu dyskwalifikuje przy pomocy dwóch, trzech formuł, które nic nie znaczą i które nie zostały w żaden logiczny sposób wyprowadzone. Ja tego nie lubię, ale czytałem tę książkę z mordegą przyjemnością, mażąc po niej ołówkiem zaciekle, bo wiedziałem, że po prostu wyciągnę te tabule na wierzch i przedstawię publiczności. Ja czasem czytam książki złe. Nie zawsze, żeby się nad nimi znęcać, ale zawsze, żeby coś zrozumieć. Ale! I chyba zakończę tym. Przeczytałem taką myśl u Audena, jeden z tomików w Bibliotece Pisma Współczesnego. Ona mi się strasznie spodobała. Użyłem tej myśli przeciwko koleżance, która strasznie mnie dojeżdżała i moich autorów. Najpierw się uspokoiła i żeśmy się pojednali, ona już nie atakowała mnie ani moich autorów. Otóż on mówi tak: „Recenzowanie złych książek jest niebezpieczne, ponieważ jeżeli recenzujemy złą książkę, jedyna ciekawa treść i ciekawa warstwa, jedyna interesująca rzecz, jaką możemy dać, to jest nasza interpretacja, nasza złośliwość. Czyli recenzując złe książki, nieuchronnie popisujemy się. I tak recenzowanie złych książek psuje nam charakter”.
[01:04:09] - Bardzo dziękuję za rozmowę.
[01:04:11] - Dzięki.
[01:04:15] - Proszę państwa, to teraz już zgodnie z rozkładem. Zapraszam na „Filmotekarium”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy film „Star People”, który miał być podobno filmem SF, filmem o UFO nawet. Wyszło... Zresztą sami państwo posłuchajcie. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy „Filmotekarium”. Muszę to zrobić. Westchnę sobie ciężko. A teraz już dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:04:57] - Dzień dobry wieczór. Po tym westchnięciu to mniemam, że to będzie „Filmotekarium” z gatunku tych bolesnych.
[01:05:05] - Tak, rzeczywiście dzisiaj będziemy boleśnie omawiać pewien film o bardzo obiecującym tytule, a obiecanki cacanki. „Star People” – to już się robi interesująco. I to już koniec, proszę państwa, koniec rzeczy interesujących.
[01:05:26] - Może nie jest tak bardzo źle na samym początku. Ja wyjdę od tego, że wraz z tym, jak gęstnieje atmosfera dyskusji wokół filmu Spielberga na temat disclosure, można się domyślać, że tą samą drogą co Steven Spielberg pójdą inni twórcy, licząc na to, że film o UFO stworzony przez legendarnego reżysera efektem katapulty wystrzeli ich produkcję. Innymi słowy, powstają inne filmy o UFO, bo niedługo wchodzi bardzo kasowy film o UFO. To jest powód, dla którego o „Star People” mówimy. Zresztą tak naprawdę mamy taką niepisaną zasadę, że omawiamy wszystkie nowe filmy o kosmitach. Kosmici tu są i UFO tu jest, ale jak się za chwilę okaże i co wiele osób podkreśla, UFO jest tu tylko tłem do tego, co się dzieje tak naprawdę w tym filmie. Ale dobrze. Mamy kilka nowości innych, nie tylko „Star People”. O nich będziemy pewnie jeszcze mówić. Dzisiejszy film to jest opowieść o pogoni. Za czym? Niektórzy powiedzą, że to jest pogoń za pasją, za prawdą, za szaleństwem. Poniekąd tak, tylko że z racji tego, iż UFO jest tylko pretekstem do opowiedzenia nam pewnej historii, tam mamy jeszcze tak zwane drugie dno. To jest opowieść z morałem i ten morał wcale nie wiąże się z przybyszami z innej planety. Natomiast to się wszystko zaczyna bardzo sugestywnieBo od sceny rekonstruującej nam słynną obserwację Phoenix Lights, czyli tego słynnego obiektu w kształcie bumeranga nad Phoenix z 1997 roku. I ktoś się na to może złapać, bo ta scena przedstawia nam chłopca i dziewczynkę, rodzeństwo, którzy się wpatrują w nocne niebo. Potem się niestety okazuje, że oni są na dworze nie dlatego, że się bawią, tylko że rodzice się tam kłócą. I to jest patologiczna rodzina. I kiedy oni usypiają na tym dworze, przelatuje nad nimi charakterystyczna sylwetka świateł z Phoenix, tego obiektu w kształcie bumeranga. I ta dziewczynka, która jest jako dorosła osoba główną bohaterką filmu, w sumie od tamtego czasu ugania się za problemem UFO. Dla niej tamto wydarzenie miało charakter szczególny i ona po latach nadal zgłębia temat, wykonując zawód idealny dla kogoś, kto się UFO interesuje i chce zdobyć dowód. Czyli ona jest fotografem. Natomiast jej brat jest z kolei ćpunem. Nie wiem, czy tak można powiedzieć. To powiedzmy, że jest miłośnikiem substancji niedozwolonych i jest też niedoszłym muzykiem. Lubi sobie dać w palnik, lubi uderzyć w gary, bo jest perkusistą. Znaczy chyba jest, bo ma tylko pałeczki, nie ma perkusji. Tak się składa, że ta dziewczyna przyjmuje zlecenie od pewnej grupy. Ta grupa to jest taka milicja obywatelska, która chce zdobyć dowody na aktywność niezidentyfikowanych obiektów. Przy czym oni wcale nie uważają, że to są kosmici. Oni mówią, że to są drony przemytników, że chcą zwrócić uwagę służb na coś, co jest negowane. No i nasza bohaterka i jej partner, żeby zarobić, przyjmują to zlecenie i wyruszają razem z bratem na pustynię w czasie fali upałów. No i tak ta historia nam się zaczyna. I ktoś by mógł pomyśleć, że to szybko przerodzi się nam w jakąś opowieść o UFO, że będziemy mieli odniesienie do tajnych projektów, do kosmitów, może nawet do Phoenix Lights. No właśnie, Marku, potem to już trochę jest inaczej.
[01:09:37] - A potem to się zaczyna agitprop, czyli agitka w stylu: przyjmujmy emigrantów, bo przecież taki jest nasz obowiązek moralny, bo w tej Ameryce Południowej to oni cierpią, a jak się przemycą do Stanów Zjednoczonych, to będą szczęśliwi. I nasze poczucie przyzwoitości, to, że jesteśmy ludźmi, powinno nas do tego nakłaniać, żeby tych ludzi przyjmować bez końca. Po co ja to tak mówię państwu? Bo o tym jest ten film. Żadnym tam UFO. UFO jest dekoracją. Ono się pojawia gdzieś w tych początkowych partiach filmu, o których mówił Piotr. Ono się jeszcze pojawia w takim kluczowym momencie zupełnie pod koniec. Ale jeśli mam być szczery, to tego UFO mogłoby w tym filmie w ogóle nie być i ten film zupełnie spokojnie by się toczył. Fabuła by specjalnie nie ucierpiała. Pominąwszy już to, co ja sądzę o tej fabule, to już jest inna sprawa zupełnie, ale to, że otrzymujemy arcydzieło, które nas oszukuje, uważam za zagranie dosyć nie fair, bo ja sobie zdaję sprawę, że poglądy na emigrację, na migracje, na to, czy tak powinno być, czy nie powinno być, są różne. Okej, niech ta dyskusja trwa, niech się rozwija, niech te poglądy się ścierają. Ale jeśli wykonuje się dzieło tak naprawdę propagandowe, które ma nas zachęcić, żebyśmy myśleli w pewien określony sposób o określonym problemie, a jako taką przynętę zakłada się nam na ten haczyk filmowy UFO, to to już jest działanie, proszę państwa, które gdzieś mi się ciśnie na usta coś takiego brzydkiego, co może algorytm zakwestionować, więc sobie daruję. Ale to jest działanie nieprzyzwoite, tak to określmy. Bo jeśli cały film jest o czymś innym, a sugeruje nam się tytuł „Star People” oni też, ci star people, na pewno też by chcieli. Zresztą to się okazuje w tym filmie pod koniec, że oni też by chcieli być takimi aniołami dla ludzi, że chcieliby ingerować w te nasze sprawy. I oni wiedzą, jak powinniśmy postępować i nam pomagają. Pomagają w tej końcówce filmu, ewidentnie pomagają w słusznej sprawie. Słuszną sprawą jest oczywiście to, o czym mówiłem wcześniej. Z tonu, którym to mówię i z tego, co mówię, już państwo dobrze wnioskujecie, że to jest scenariuszowa porażka według mnie. Nie, więcej powiem. To jest scenariuszowe oszustwo. Opowiada nam się bajki z mchu i paproci, że to jest kolejny film o UFO. A tak jak powiedziałem, UFO to tu jest na lekarstwo. Na początku, na końcu. I to też to UFO na końcu się pojawia po to, żeby pokazać, jak można wyjść z sytuacji pozornie nierozwiązywalnej. To jest taka sytuacja, w którejZ której nie ma wyjścia. Jest wyjście. UFO pomoże, mój Boże. Porażka kompletna. Dla mnie to jest film, który nabrał mnie, przyznaję. Na początku sądziłem, że po tym dosyć ciekawym wstępie, to się tak potoczy, że będzie UFO i te rzeczy. Nic z tych rzeczy, absolutnie. Kolejny raz UFO widzimy pod koniec i to też nie jest specjalnie przekonujące. A finał jest moim zdaniem totalnie ideologiczny.
[01:13:47] - To jest kolejny film, gdzie UFO jest wykorzystane jako chwytliwy temat do opowiedzenia historii, która się nie do końca z tym wiąże. W ogóle filmy o UFO są specyficzne, to już wiecie. Mało jest takich, które nam ukazują tematykę realistycznie. Można by je w sumie na palcach jednej ręki wymienić. Może dlatego, że to się po prostu wymyka poznaniu. Na pewno też nie jest za bardzo atrakcyjne dla kina, bo widz chce być zaskoczony. Dlatego wiele filmów o UFO jest zrujnowanych finalną sceną, jak chociażby "Znaki". Natomiast "Star People" nie zaczyna się źle. Pamiętajmy, że to jest kino indie, kino niezależne. Na pozór, jeżeli chodzi o pewne kwestie, to nawet nie jest takie złe. Ja lubię czasem sobie takie filmy obejrzeć z tego podgatunku, bo tam są często ciekawe koncepcje, ciekawie się buduje klimat. Tam są podejmowane tematy, które nie goszczą nam w kinie tym, jak to mówi boss: top of the top. Niektórzy mówią, że dlatego kino indie jest nudne. Jeżeli chodzi o "Star People", to niezgodność tytułu z zawartością jest dość duża. Trzeba sobie mocno to wszystko ideologizować. To jest film dla ludzi, którzy nie mają co robić w weekend, chcą coś obejrzeć, ale są znudzeni sztampowością produkcji hollywoodzkich i mają nadzieję na coś ambitnego. Powiem ci, Marku, do pewnego momentu to nawet takie złe nie jest. To się da obejrzeć. Jak mówię, to nie jest kino, które was za sobą porwie, bo robione jest też po łebkach i na tyle, na ile kasa pozwala. Im mniej tego science fiction, im więcej wydumanych problemów, to tak naprawdę gorzej. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że będą powstawały takie nowe produkcje z UFO w tle, bo podejrzewam, że "Star People" to jest tylko początek pewnej małej lawiny. My wiemy, że będziemy mieli nie tylko film Spielberga, ale też kilka innych wysokobudżetowców, ale na pewno będzie też dużo takich, o których nikt nie usłyszy, a które będą gdzieś się w internecie przewalać. Przy czym przypominam, że jeżeli film jest uważany za klasę B albo za produkcję niezależną, to czasami nie oznacza, że on w swojej warstwie artystycznej czy nawet warstwie scenariuszowej jest zły. On jest po prostu niedoinwestowany. Natomiast "Star People" jeżeli macie dużo czasu, jeżeli wam po prostu taki przekaz odpowiada, to okej, ale ja się troszeczkę czuję oszukany. Tak jakbym dostał jajko niespodziankę i w środku zamiast fajnej figurki z wystrzałowej superprodukcji znalazł kawałek parówki. Tak mniej więcej to wygląda.
[01:17:21] - Proszę państwa, jeśli jesteście państwo zwolennikami ideologii woke i jeśli uważacie, że wymiana ludności to jest to, co powinno się dziać na świecie, to ten film wam się spodoba. To jest super film. Natomiast jeśli chcieliście oglądać opowieść o UFO z elementami fantastyki naukowej, historię może nawet powtarzalną, w jakiś sposób powielającą pewne schematy, ale jednak zabierającą nas w świat fantazji, to nie będziecie z tego filmu zadowoleni, ponieważ tak jak mówił Piotr, tak jak mówiłem ja, ten film oszukuje. Ordynarnie oszukuje. Niezgodność tego, co dostajemy, z tym, co się nam sugeruje w tytule, jest tak rażąca, że jakieś ostrzeżenie się powinno pojawiać przy tym filmie o tej niezgodności. Ja stanowczo państwu ten film odradzam. Chyba, że lubicie pewne ideologie, pewien sposób podejścia do polityki, do bycia człowiekiem czy co sobie jeszcze tam państwo znajdziecie, to jeżeli to lubicie, to tak, to jest film dla was. Ale jeśli chcecie oglądać filmy o UFO, to szerokim łukiem proszę ten film omijać. To mówiłem ja, Marek Żelkowski. To jest ten moment w AWF-ie, kiedy pojawiają się polecanki z pogranicza. I ja zawsze w tym miejscu przypominam, że duchowo patronuje nam księgarnia Galeria Nieznanego Świata.Do której można potuptać w Warszawie na ulicy Kredytowej 2. Czynna od poniedziałku do piątku od 10 do 18. A jeśli ktoś lubi przeglądać książki przez całą dobę, to jest wersja internetowa. Adres Nieznany.pl. Tam wszystkie książki do państwa dyspozycji. A teraz już polecanki z pogranicza. Pierwszy tytuł: „Mądrość biblijna. Praktyczne zastosowanie”. Autor Joseph Murphy, wydawca Kos. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Przesłanie tego uniwersalnego przysłowia obejmuje również twórczość znanego autora wpisującego się w tak zwany nurt literatury inspirującej Josepha Murphy'ego. Kolejna z jego książek „Mądrość biblijna” dostępna na polskim rynku jest, jak chyba wszystkie inne, dzieckiem potęgi podświadomości. Trudno więc szukać w niej nowych, oryginalnych idei. Można natomiast znaleźć tu potwierdzenie dla głoszonych przez Murphy'ego i nie tylko przez niego przekonań na temat prawidłowości rządzących naszym życiem. Murphy tłumaczy ich istotę i udziela prostych, skutecznych porad odnośnie tego, w jaki sposób odnieść te prawidłowości do naszego życia, żeby było ono życiem udanym, spełnionym, szczęśliwym. Autor przekonuje nas, że cała Biblia nie jest niczym innym jak historyczno-alegorycznym opisem działania ludzkiego umysłu. Nasz umysł jest dwubiegunowy, świadomy i podświadomy. Autor niemal na każdej stronie swojej książki pokazuje nam, jak to działa. A ja przypomnę jeszcze tytuł: „Mądrość biblijna. Praktyczne zastosowanie”. Autor Joseph Murphy, wydawca Kos. To samo wydawnictwo wydało też książkę „Kroniki Akaszy. Jedyna prawdziwa miłość”. Autorka Gabrielle Orr, tłumacz Roman Zimny. Znajdź odpowiedzi na swoje życiowe pytania. Kroniki Akaszy są źródłem wiedzy, mądrości i bezwarunkowej miłości. Naucz się z nich korzystać, a znajdziesz odpowiedzi, których poszukujesz. Uzdrowienie, za którym tęsknisz, a zarazem wszechobejmująca miłość doprowadzą cię do rozkwitu. Metoda Gabrielle Orr czyni dostęp do kronik Akaszy tak prostym jak nigdy dotąd. Za pomocą medytacji i specjalnych ćwiczeń otrzymasz wgląd w uniwersalną pamięć świata i doświadczysz zdumiewających rzeczy. Życiową misją Gabrielle Orr jest niesienie pomocy innym w rozwoju osobistym. Prowadzi także nieustanne badania nad zdolnościami uzdrawiania wspomaganymi przez Kroniki Akaszy. Zgłębiałam wiele metod uzdrawiania. Najbardziej urzekła mnie nieustająca i bezwarunkowa miłość, której doświadczam w trakcie połączenia z Kronikami Akaszy. Księgi Akaszy są sferą, w której pojęcie jedności autentycznie dotyka naszych serc. To miejsce, gdzie przechodzimy od wiedzy, że jesteśmy połączeni ze wszechświatem, do odczucia tej prawdy w naszym wnętrzu. Kroniki Akaszy są trwałym zapisem wszystkiego, co się dzieje i co się kiedykolwiek wydarzyło w przestrzeni i czasie. Przypomnę tytuł: „Kroniki Akaszy. Jedyna prawdziwa miłość”. Autorka Gabrielle Orr, tłumacz Roman Zimny, wydawca Kos. Trzecią książkę również wydał Kos. Nosi ona tytuł: „Akceptacja pełni. Znaczenie słów Ewangelii Tomasza”. Autorem jest Jan Gałuszkiewicz. Myślenie pozytywne jest konieczne każdemu człowiekowi, aby tworzył myśli pozytywne. Pozytywne myśli to duchowe, lepsze tworzenie. Ciało ziemskie natomiast powinno czasami odpocząć, jeśli jest zmęczone, bo w przeciwnym razie będziemy je traktować bez miłości. Dlatego tchnienie, o którym mówimy i do którego odnoszę się również na dalszych stronach tej książki, jest potrzebne do życia i tworzenia naszej rzeczywistości, lecz nie w sensie takim, aby je mieć, aby je posiadać, lecz aby mogło przez nas przepływać, aby mogło realizować nasze tworzenie i abyśmy go nie zatrzymywali. Bo nie jest naszą własnością, lecz jest nam dane, abyśmy mogli z tak wyjątkowego narzędzia duchowego korzystać. To boska część nas. Powinniśmy poszukiwać, czym jest w nas tchnienie. Być może nie będzie dla wielu to łatwe, gdyż człowiek obecnych czasów kreuje swoją rzeczywistość w oparciu o inne założenia i inne ma oczekiwania. To jeden z powodów, który pchnął mnie do tego, aby napisać, jak rozumiem słowa Ewangelii Tomasza, gdyż ta wiedza, którą proponuję, będzie tylko wiedzą. Aby jednak człowiek wdrożył ją w życie, będzie potrzebował dużo czasu i dużo wiary, aby to, czego doświadczy, mogło go przemienić i aby mógł na to pozwolić. Sama wiedza nas nie przemienia. Przemieniają nas doświadczenia, które przeżyjemy, a to nie jest łatwe.Aby mogły być zaakceptowane i aby to tworzenie nabrało rozmachu. Jeśli mogę w tym pomóc, to bardzo się cieszę. Każdy z nas wyrósł z innymi doświadczeniami swoich przodków i własnymi, dlatego każdy będzie przemierzał inną drogę. Ważne jest, aby kierunek tworzenia rzeczywistości był wyznaczony z myślą o tchnieniu. Ja tak postanowiłem i staram się pamiętać o tym, że wybieranie dróg, które przemierzam, tworzy moją rzeczywistość, choć nigdy nie będzie ona tylko moja. Bo jak mówimy o rzeczywistości, to mówimy o całym naszym otoczeniu, które zarówno wywiera wpływ na nas, jak i my wywieramy wpływ na nie. Nie jest to wywieranie wpływu przy użyciu siły czy presji, lecz przeciwnie. Być może wielu z nas nie zastanawia się nad tym, jak tworzyć myśli i jakie myśli tworzyć, choć dzięki nim tworzymy naszą i nie tylko naszą rzeczywistość. Kiedyś bardziej zwracaliśmy uwagę na dobór wzorców do naśladowania i interesowaliśmy się nimi. Dzisiaj, w dobie takiej ekspansji środków masowego przekazu, rzeczywistość się zmieniła, bo środki te mocno wpływają na kreowanie poglądów. Lecz w tym jest problem, bo u podłoża kreowania medialnej rzeczywistości stoją głównie zasady finansowania mediów. Liczy się szybkość przekazu czegoś nowego, pierwszeństwo, wyprzedzenie konkurencji. Im są te informacje bardziej szokujące, tym czyni te media szybsze w przekazie, ale też zapewnia to im większą oglądalność. Co w związku z tym? Otóż pokazywana jest nam część rzeczywistości i to ta tragiczna. Miałem to szczęście, że żyję, jak jeszcze duża część z nas, w dwóch światach: komunistycznym i obecnym, wolnego rynku. Wielu z nas, tych młodszych, rzeczywistość komunistyczna nie dotknęła. Znają ją tylko z opowieści i medialnych przekazów. Dlatego ci wszyscy nie poznali, czym ludzie się zajmowali, czym zajmowali swoją świadomość w tamtych czasach i w oparciu o jakie wartości tworzyli rzeczywistość. Na pewno wpływ materializmu był wówczas znacznie mniejszy niż dzisiaj. W związku z tym cechy, które kształtowały młodych ludzi, które kształtowały indywidualnego człowieka, nie miały źródła w zazdrości czy w czynieniu zła wynikającego z różnych płaszczyzn odwetu. A może ja miałem to szczęście, że przyszło mi żyć w takiej rzeczywistości? Przypomnę tytuł: „Akceptacja pełni. Znaczenie słów Ewangelii Tomasza”. Autor Jan Gałuszkiewicz, wydawca KOS. To, proszę państwa, wszystkie książki w polecankach z pogranicza. A teraz czas na polecanki z pogranicza właśnie. Na książki z pogranicza. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o kosmicznych ogrodnikach. Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o kolejnej książce z pogranicza. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:29:05] - Dzień dobry wieczór. Porozmawiamy o książce, o którą często słuchacze pytali, na przykład na moim kanale. Chodzi o „Kosmicznych ogrodników” Dolores Cannon. Jest to książka z sugestią w tle. Już tytuł nam mówi, że są jacyś ogrodnicy, którzy się ziemią zajmują. Chyba ziemią, no bo czym innym? I że to są fajni goście. Wszyscy chcemy wierzyć, że jesteśmy pod kuratelą wyższej inteligencji. Szczególnie teraz, kiedy widzimy, co się na świecie wyrabia, albo raczej co wyrabiają określone grupy ludzi i określone narody. Ale nie będę się czepiał tego. Ta książka wyszła w naszym kraju w bardzo popularnej limbusowskiej serii. To były takie niewielkie książeczki o bardzo często fajnych okładkach, które były poświęcone tematowi kontaktu z obcymi, ale takiego kontaktu właśnie, jaki Dolores Cannon uprawia. Czyli chodzi o taką ezoteryczną stronę spotkań z UFO. „Keepers of the Garden”, czyli „Kosmiczni ogrodnicy”, bo tak brzmi tytuł w wersji polskiej, stało się swego rodzaju sloganem, Marku, czy hasłem tłumaczącym, co robią obcy, szczególnie ci, którzy porywają ludzi i mają wobec tych ludzi jakiś plan. Ale zanim przejdziemy do książki, to może kilka słów o autorce, która zmarła była w roku 2014. Dolores Cannon była hipnoterapeutką, specjalistką od wspomnień z poprzednich inkarnacji. Kwestią UFO zainteresowała się w miarę późno, bo w połowie lat 80., być może na fali zainteresowania abdukcjami, podczas gdy tematem regresji interesowała się od lat 60. Spotykała się po prostu z klientami, na podstawie relacji których budowała swoją narrację i system wierzeń dotyczących kosmicznych ogrodników właśnie. I już na pierwszych kartach tej książki się dowiadujemy, że obcy nie tylko istnieją, ale nawet są wśród nas. Ba, może nawet znacie takowych, a nie wiecie, że to są obcy. Dodatkowo wcale to nie są tacy obcy, bo oni są naszymi bezpośrednimi przodkami. Kończy się zaś ta książka słowami: „Dzięki Bogu, że oni wśród nas żyją, bo bez nich bylibyśmy zgubieni”.Ktoś złośliwy powie: "Chyba ta Dolores Cannon to nie za bardzo wie, co mówi". W sumie i tak to wszystko nienajróżowiej wygląda. Coś ci kosmici, coś ci ogrodnicy słabo te chwasty przycinają. Od czasu publikacji tej książki minęło naprawdę wiele lat i myślę, że ludzie dzisiaj nie są już tak naiwni jak w czasach, kiedy Dolores Cannon tworzyła i święciła triumfy. I tu się na chwilę zatrzymam, bo musicie wiedzieć, że to, co powiedzieliśmy o pani Dolores Cannon, to jest tylko niewielki wątek z jej biografii i zainteresowań, powiedzmy, literacko-badawczych, bardzo charakterystycznych dla tego, co nazywa się New Age'em, więc znajdziecie tam nie tylko reinkarnację i obcych, ale też wszelkie kwestie dotyczące na przykład kontrowersyjnych porad, jak leczyć niektóre schorzenia, jak żyć i tak dalej.
[01:32:23] - Tak. A sama książka, proszę państwa, to jest książka, którą nazwę dla potrzeb tej rozmowy książką hybrydową. Zaraz to wyjaśnię, ale jeszcze jedna uwaga. Myślę, że największą zaletą tej książki jest wprowadzenie do obrotu, do świadomości tego hasła "kosmiczni ogrodnicy". Ono dzisiaj żyje już niejako w oderwaniu od książki. Natomiast wystarczy rzucić to hasło i ludzie zainteresowani tematyką wiedzą, o co mniej więcej chodzi. Więc to jest duża zaleta tej książki, że dokonała pewnego skrótu. Natomiast co ja mam na myśli, mówiąc, że to jest książka hybrydowa? Bo proszę państwa, pani Cannon sprokurowała coś na pograniczu, co nie jest ani powieścią, chociaż zawiera bardzo dużo dialogów. To są relacje z pewnych rozmów. Dalej, to nie jest praca naukowa, nie jest to też jakiś klasyczny reportaż. Mówię o tym, że nie jest pracą naukową, ponieważ trudno szukać by potwierdzeń, jakichś odnośników, tego wszystkiego, co prace naukowe zawierają. Cóż jeszcze? Punktem wyjścia książki jest pewien konkretny przypadek. Pacjent poddany hipnozie w trakcie sesji zaczyna relacjonować nie tyle swoje wcześniejsze wcielenia, ale również egzystencję poza Ziemią. I to ten moment tak naprawdę, przynajmniej według relacji, którą znajdujemy w książce, stanowi oś konstrukcyjną całej tej narracji. Z tego pojedynczego doświadczenia z czasem, kiedy pokonujemy kolejne strony, wyłania się stopniowo taka dosyć szeroka kosmologia, wizja wszechświata, który jest zamieszkany przez wysoko rozwinięte cywilizacje, które nie tylko istnieją równolegle do ludzkości, ale też aktywnie uczestniczą w jej rozwoju. W ogóle uczestniczyły też w jej powstaniu. W tej opowieści człowiek nie jest już autonomicznym produktem ewolucji, jak to chcieliby jej zwolennicy. Człowiek staje się pewnym projektem. Nie naszym, tych właśnie obcych, bardziej rozwiniętych, tych kosmicznych ogrodników. Efektem działań istot określanych tym mianem jest to wszystko, co dzisiaj mamy na Ziemi. I te istoty według relacji, które uzyskała autorka, miały ingerować w proces ewolucyjny, ale nie tylko. Miały selekcjonować różnego rodzaju formy życia, a nawet modyfikować genetycznie pewne rozwijające się gatunki. Ziemia w związku z tym jawi się jako coś, co już nazwałem projektem. To nie jest przypadkowy rezultat kosmicznych procesów. To jest przestrzeń czegoś, co można by nazwać kontrolowanym eksperymentem. Ale to nie jest tak, że autorka, pani Cannon, skupia się tylko i wyłącznie na tych technikaliach, tak to nazwijmy, na tym, że ktoś ingerował w nasz rozwój. Ta książka podkreśla bardzo mocno, rozwija bardzo mocno wątek duchowy. On ma nadać tej kosmologii, o której mówiłem, pewien dodatkowy wymiar, bo człowiek nie jest według autorki jedynie ciałem biologicznym, ale jest też nośnikiem świadomości. Świadomości zdolnej do przemieszczania się pomiędzy światami i świadomości, która jest zdolna do wcielania się. Więc pojawia się też koncepcja gwiezdnych dusz. Istot, które mają owszem pozaziemskie pochodzenie, ale które przybyły na Ziemię z określoną misją. Myślę, że w tym sensie ta narracja pani Cannon wpisuje się w taki dosyć szeroki nurt myślenia, nie wiem, jak to nazwać, ezoterycznego, może tak, gdzie rozwój duchowy jest głównym celem egzystencji istot biologicznych.
[01:37:20] - Dla kogoś, kto tej książki nie zna, absolutnie nie wie, czym ona jest i nigdy jej nie otwierał, nawet jej nie widział na oczy, i dla kogoś, kto wyobraża sobie treść, to konfrontacja z kosmicznymi ogrodnikami może być dość rozczarowująca.To nie jest wiekopomne dzieło. To nie jest opracowanie poświęcone roli obcych w rozwoju ludzkości. To nie jest nawet jakiś wywód logiczny. Tam nie znajdziecie przykładów, nie znajdziecie analiz. To są po prostu zapisy sesji, rozmowy. To jest coś, w co macie uwierzyć i bye, bye i koniec. Tam jest napisane wszystko jak jest, jak leci, o co chodzi. Tutaj nie ma miejsca na jakiekolwiek dywagacje. Dowiadujemy się z tego wszystkiego tajemnic najwyższego szczebla dotyczących obcych. Tego, co Marek przed chwilą powiedział. To są kolejne historyjki, de facto zebrane przez badaczkę i tutaj jest cudzysłów ogromny dla słowa badaczka. Nie wiem, czy Cannon poszła na łatwiznę, czy po prostu nie orientowała się za bardzo w temacie i uznała, że tak jest najszybciej napisać książkę. Bo ona tylko powie: „Ja to zebrałam i poddaję wam pod ocenę, bo taki chłop coś powiedział”. Może. Może też była tak naiwna, by czerpanie wiedzy o rzeczach tak wiekopomnych ograniczyć do kilku sesji. Ciekawe, co by powiedzieli inni. Dla mnie takie podejście Cannon jest niezwykle archaiczne, bardzo różne, nawet od dzisiejszego podejścia do channelingów, nie mówiąc już o dzisiejszym rozumieniu hipnozy i świadomości. Powiem coś, co jest bardzo kontrowersyjne teraz, ale o ile hasło jest w porządku i rzeczywiście zapisało się w umysłach wielu osób, nie wiem, czy ono jest kultowe. Na pewno jest takim sloganem często używanym. Tak samo książka tak naprawdę jest dziełem śmietnikowym już. To jest literatura archaiczna. Nie ma dla niej miejsca ze względu na jej naiwność. I śmietnik to jest jedyne miejsce, gdzie kosmiczni ogrodnicy mogą się uplasować, dlatego że tam nie ma pogłębionej analizy tematu. To jest tak słabe, że jak powiedziałem na początku zresztą, jeżeli ktoś żywi jakieś oczekiwania wobec tej książki, to się srogo rozczaruje.
[01:39:55] - Trochę wejdę w tę narrację, którą relacjonowałeś, bo muszę powiedzieć, że nie wiem, gdzie jest miejsce tej książki, ale przyszło mi do głowy, czym była ta książka, czym próbowała być. Nie wiem, czy autorka zrobiła to świadomie, ale ja w tej książce widzę, tylko musimy się cofnąć o tych kilkadziesiąt lat. Widzę w tej książce próbę świadomą bądź nie, tego nie wiem. Próbę stworzenia takiej nowoczesnej mitologii, takiego systemu wyjaśniającego rzeczywistość w sposób całościowy, łączący elementy nauki, religii, fantastyki, wszystko, co państwo zechcecie. Ten motyw ogrodników jest szczególnie znaczący. On się odwołuje do pewnego archetypu. Do archetypu, który państwo świetnie znacie, archetypu stwórcy. To jest inny stwórca niż ten, który występuje w religiach tutaj na Ziemi, ale jednak to jest odwołanie się do tego archetypu. Jesteśmy pewnym tworem, ale ta mitologia, którą stworzyła, tak jak powtarzam po raz kolejny, świadomie bądź nie, tego nie wiem. Ta mitologia przekształca owych stwórców, ten archetyp stwórców przekształca w pewną figurę, powiedziałbym, bardziej technologiczną niż boską, więc na tym polega różnica. Ale mit przecież może funkcjonować nie tylko w obszarze religijnym. Mity współcześnie pojawiają się w bardzo odległych od religii obszarach życia. Mit jest pewnym tworem, który my automatycznie owszem, przywiązujemy do religii, ale tak wcale nie musi być. My zamiast bogów w tej koncepcji pani Cannon dostajemy inżynierów życia. Jeśli miałbym powiedzieć tak trochę na siłę, ale staram się takie rzeczy również wyłapywać. Miałbym powiedzieć o sile tej książki. Tylko nie wiem, czy to wystarczy. Ta książka jest dosyć sugestywna. Zresztą sugestywność zależy od podejścia, jakie mamy do książki, bo ta sama książka jednych może rzeczywiście bardzo porwać, coś im zasugerować, a inni pozostaną na nią obojętni. Myślę, że tych obojętnych będzie coraz więcej, bo ta książka się dosyć poważnie zestarzała i to, tak jak Piotr powiedział, to już dzisiaj chyba nie trafia do współczesnego człowieka. Ale być może są ludzie, którzy dadzą się tej wizji, tej mitologii, jak powiedziałem, porwać. Bo tak jak powiedziałem, Cannon tworzy spójny, wciągający obraz świata. On myślę, że w tamtych czasach, kiedy książka powstała, bardzo mocno przemawiał do wyobraźni, bo narracja autorki, odróżnijmy nie, że ona mnie przekonała, tylko narracja, sposób, w jaki ona to wszystko przekazuje, jest dosyć płynna. Ona przedstawia wizję bardzo plastycznie. Stara się, żeby to było przekonujące na pewnym poziomie, emocjonalnym, nie faktograficznym. To emocjonalnie ma działać. Czy działa? Nie wiem. Chyba już nie.Ale mogło działać. Wyobrażam sobie, że ta książka na przełomie lat 80. i 90. to mogła być petarda. Znowu się powołam na Piotra. Ludzie kiedyś patrzyli na te sprawy troszeczkę inaczej. Dzisiaj chyba troszkę pozbyliśmy się złudzeń. Stąd takie trochę cyniczne nasze podejście. Ale patrząc z kolei z perspektywy analitycznej, można mieć do tej książki poważne zastrzeżenia. Przede wszystkim brak tu jakiejkolwiek, ale uwierzcie państwo, jakiejkolwiek weryfikowalności. Cała ta konstrukcja książkowa opiera się na subiektywnych relacjach uzyskanych w stanie hipnozy. To nie brzmi dobrze. To jest owszem metoda znana, popularna, ale też należy pamiętać, że metoda oskarżana o to, że sugeruje różne rzeczy, skłania pacjentów, skłania ludzi, którzy się zgłaszają na tego rodzaju sesje do konfabulacji nieświadomej bardzo często. Autorka nie podejmuje najmniejszej próby jakiejś krytycznej analizy. Nie ma tam krytycznej analizy materiału. Ona raczej selekcjonuje i stara się interpretować ten materiał w sposób, który ma potwierdzać przyjętą tezę. Już z tego, co powiedziałem, wynika, jaki to jest rodzaj książki. Proszę państwa, to czas na odrobinę prozy. Zapowiadałem, że pod koniec audycji pojawią się opowiadania. No to się pojawiają. Pięć tekstów. Tomasz Fons „Cyberjockey i powrót z przyszłości”, Wojciech Terlecki „Pieśń o Armandzie”, Marek Myszograj „Systemowa perspektywa”, Paweł Tymański „Nienamierzalny” i Maja Baranowska „Diabeł gra w kości”. Bardzo serdecznie zapraszam.
[01:45:56] - Tomasz Fons „Cyberjockey i powrót z przyszłości”. Powrót do domu w nastrojach powyborczych nie należał do rzeczy przyjemnych. Ulice były w zasadzie puste. Na wszechobecnych ekranach wygaszono już reklamy kandydatów, a jeszcze nie odpalono standardowych promocji towarów i usług. Bardzo się starałem, aby tym razem szerokim łukiem omijać wszelkich aktywistów, w większości nieszczęśliwych lub pijanych. Czasem jedno i drugie. Tu i ówdzie roboty medyczne dogaszały i usuwały zwłoki manifestacyjnych samobójców, którzy chyba wszystkim na złość w swojej irytującej większości nijak nie byli skłonni podpalać się w miejscach do tego wyznaczonych. Tak bardzo starałem się trzymać od wszystkiego z daleka, że nawet nie wiedzieć kiedy zapędziłem się w zupełnie mi nieznaną okolicę. Odpaliłem aplikację zegarkową, by się dowiedzieć, gdzie jestem. Jeszcze zanim podała mi lokalizację, powiadomiła, że w pobliżu znajduje się jakaś osobliwość i atrakcja turystyczna. Stuknięcie w znak zapytania zaowocowało wyświetleniem szczegółów. Przeczytałem sobie to w myślach i zdębiałem. Po chwili przeczytałem na głos, a na koniec wybrałem opcję automatycznego czytania z wizualizacją, żeby być pewnym, że niczego z nerwów nie przekręciłem. Otóż mój zegarek twierdził, że w pobliżu oferuje swoje usługi wynalazca wehikułu czasu. Natychmiast mnie to ogłoszenie zaciekawiło. Nie liczyłem oczywiście na podróż temporalną. Każdy rozsądny człowiek wiedział, że to niemożliwe. Wszelkie bajdurzenia o tachionach czy energii ujemnej już dawno zostały wrzucone do jednego wora z wszechogarniającym eterem i ciemną materią. To musiał być jakiś szwindel lub podpucha. Ciekawiło mnie tylko, na czym rzecz dokładnie polega. Zweryfikowałem adres i poszedłem w tamto miejsce. Zaczynało się już robić trochę chłodno, więc nieco podkręciłem ogrzewanie w odzieży. Kiedy dotarłem, zobaczyłem podstarzały, zaniedbany budynek. Wewnątrz nie było nikogo, jedynie ekrany naścienne wyświetlające wskazówki, by podróżnicy temporalni podążali drzwiami na lewo, uiściwszy uprzednio opłatę przy wejściu. „Tu chyba nie ma nawet żadnej wielkiej mistyfikacji” – pomyślałem. Ot, zwykła lunaparkowa rozrywka, escape room czy coś takiego. Skoro jednak nigdzie mi się nie spieszyło, a wręcz chciałem przeczekać, aż reszta aktywistów politycznych pójdzie spać, postanowiłem skorzystać z tej usługi rozrywkowej. Za drzwiami znajdowało się z całą pewnością wnętrze komory wirtualnej. Ktoś chyba chciał trochę to zamaskować, tworząc wizualizację instalacji technicznej. Jednak jakość przedstawionych modeli pozostawiała wiele do życzenia. Może niezbyt rozgarniętego amatora wrażeń by nabrali, ale na pewno nie mnie. Pośrodku stał fotel wyraźnie inspirowany starymi ekranizacjami Wellsa, które kiedyś przypadkiem obejrzałem. Usiadłem. Zaskrzypiało. Jakaś dźwignia koło mnie się ruszyła i jak to się czasem mówi, cały świat naokoło zawirował. Wirował tak i wirował przez dobre kilka minut. Rozważałem, czy by gdzieś nie wyskoczyć po kawę. Może wrócę do podróży, nim skończę. Jednak w tym całym wirowaniu nie za bardzo potrafiłem zlokalizować, gdzie jest wyjście. Nareszcie się uspokoiło. Maszyneria i wszystko zniknęło. Stałem pośrodku ogromnego i luksusowego apartamentu, gdzieś na jego końcu, przy biurku i stole dziwnej aparatury naokoło rozmawiały ze sobą dwie postacie. Spróbowałem czegoś dotknąć na podłodze, ale nie byłem w stanie.Rzeczywistość nie wchodziła ze mną w interakcję, czyli twórcy tego wirtuala zdecydowanie poszli na łatwiznę. Tamci dwaj też chyba nie byli w stanie mnie zobaczyć. Podszedłem bliżej, by im się przysłuchać. Jeden, zdecydowanie starszy i lepiej ubrany, zdawał się trochę podobny do mnie. Nie za bardzo. Nie byłem to tak całkiem ja. Jednak system zdecydowanie starał się tę postać do mnie upodobnić, licząc pewnie, że się nabiorę. Skoro i tak mnie nie widzieli, bezceremonialnie stanąłem przed nimi, żeby wszystko dokładnie obejrzeć. W klapie mojego starszego odpowiednika znajdowała się pozłacana plakietka z napisem „Fuck the Newton”, znanym hasłem dwuwymiarowców. Przypadek? Czy system wie o moich powiązaniach z tą grupą? Było to nieco niepokojące. „A gdzie pan wysyła te teksty?” – zapytała druga z postaci. Chyba jakiś rodzaj lokaja czy coś w tym stylu. Zachowywał się tak automatycznie, że miałem wątpliwości, czy to żywy człowiek, czy android. „John, przecież już ci mówiłem, że w przeszłość” – odparł stary niby-ja. „Do takiej audycji radiowej. To radio stanęło po stronie dwuwymiarowców podczas Wielkiej Wojny z Płaskoziemcami. Chcę się im jakoś odwdzięczyć. Kto wie, może publikacja moich wspomnień komuś z przeszłości się spodoba.” Pociłem się. W pomieszczeniu było zdecydowanie zbyt ciepło. „A nie boi się pan, że to będzie mogło zaburzyć czasoprzestrzeń, jak to mówią?” – spytał lokaj. Stary niby-ja machnął lewą ręką. W tym momencie zauważyłem, że na grzbiecie lewej dłoni ma paskudną bliznę oparzeniową. Jednak wykazali się kreatywnością. Nie powiem. Pewnie dodają takie szczegóły losowo. „No coś ty, John” – ciągnął stary. – „Przecież nikt tego poważnie nie traktuje. Na bank będą tam sobie tłumaczyć, że to jest satyra na ich czasy współczesne albo wręcz przeróbka ich własnych tekstów z portali społecznościowych. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że przeszłość może być aż tak absurdalna.” Rzeczywistość zatrzęsła się i zniknęła. Znowu siedziałem na fotelu, a koło mnie z maszynerii dymiło. Strumień myśli przeszedł mi przez głowę. Najwidoczniej ktoś przyoszczędził na obiegach chłodniczych. Ja zapomniałem wyłączyć ogrzewania odzieżowego i cała wyliczona na styk równowaga wzięła w łeb. Machałem bezładnie rękami, żeby się z tego wszystkiego wydostać. Nie byłem pewien, które elementy pomieszczenia są wirtualne, a które prawdziwe. W tym całym mechaniu musiałem wsadzić gdzieś lewą rękę. Zabolała. Paskudne oparzenie. „Pewnie będę miał bliznę na długie lata” – pomyślałem. Kiedy wreszcie udało mi się wydostać z niebezpiecznego budynku, komunikator zegarkowy, uzyskując ponownie łączność z siecią, rozświetlił się od nadchodzących powiadomień. Ktoś znalazł i upublicznił nagrania z moich wypowiedzi szkalujących dynamikę klasyczną. Podejrzewałem, że zloty dwuwymiarowców są nagrywane. Miałem jednak nadzieję, o słodka naiwności, że postarali się o lepsze zabezpieczenia. „No cóż, rzeczy zaczynają się komplikować” – pomyślałem. Wojciech Terlecki, „Pieśń o Armandzie”. Armand miał wspaniałych rodziców. Mama była lekarką, a ojciec kapitanem straży pożarnej. W szkole opowiadał, jak to tata w czasie wielkiego pożaru wieżowca wyniósł z dziesiątego piętra na własnych rękach dwie małe dziewczynki. Ale naprawdę jego ojciec był cieciem na budowie, a matka zmywała klatki schodowe. Armand wygrał konkurs recytatorski i olimpiadę matematyczną. Dostał rolę w reklamie czekoladek i gwarancję dostania się do dobrego liceum. Ale w rzeczywistości w trakcie recytacji wiersza zapomniał tekstu, a kiedy ktoś życzliwy z jury mu podpowiedział, dokończył, jąkając się. Z matematyki osiągnął sukces. Udało mu się zdać do następnej klasy. Armand świetnie grał w piłkę nożną. Jako napastnik strzelał w każdym meczu po kilka goli. Kiedy miał kilkanaście lat, zainteresował się nim pewien poważny klub. A z innej beczki – kiedy kapitanowie drużyny podwórkowej wybierali zawodników, on nie był wybierany. Po prostu jako ostatni dołączał do tej drużyny, która miała deficyt zawodnika. A kiedy była nieparzysta liczba graczy, po prostu nie grał. Czyli jak to mówiono, pozostawał w rezerwie. Armand był duszą towarzystwa. Znakomicie grał na gitarze. Zaproszono go nawet do zespołu na frontmana. Jednak do końca życia ciężko mu było poprawnie zapiąć chwyt F i wychodziły mu jedynie proste bicia. I to nie za długo, gdyż drętwiał mu nadgarstek. Armand napisał powieść fantasy. Została przetłumaczona na wiele języków i zauroczyła czytelników na całym świecie. Autor był zapraszany i oklaskiwany, pytany i słuchany, ale tak naprawdę w zeszycie w kratkę zapisane zostały tylko te słowa: „Pośród ogrodu siedzi ta królewska para”. Armand zarejestrował się na LinkedIn i headhunterzy wysłali mu kilkadziesiąt ofert pracy. Wybrał stanowisko menedżerskie w dużym banku. Otrzymał przestronny gabinet i fajną sekretarkę. Traktował ją jednak profesjonalnie, bo był etyczny i wierny starofrancuskiej zasadzie: gdzie rabota jesz, tam nie jebiesz.Wkrótce dzięki kilku genialnym operacjom finansowym zarobił na dom. Super fortunę gwarantował mu wdzięczny pracodawca. Na przyjęciu z okazji przekroczenia planu sprzedaży poderwał nieziemskiej urody hostessę. W zasadzie to tylko na nią spojrzał, a ona sama wsunęła mu do kieszeni garnituru karteczkę z numerem telefonu. Ale w innej rzeczywistości pracę załatwiła mu matka na linii produkcyjnej w zakładzie przetwórstwa rybnego, a jego życie seksualne kończyło się na mniej lub bardziej satysfakcjonujących praktykach masturbacyjnych i frustrujących próbach autofelacji. Armandowi przyśniły się numery, więc wypełnił kupon i wygrał w Lotto. A to była kumulacja. W zasadzie jednak wydał na zakład ostatnie pieniądze i musiał pożyczyć na piwo od matki. W końcu Armanda dopadła starość. Nie zmartwiło go to jednak, gdyż używał markowych kosmetyków, a dzięki sportowemu trybowi życia i utalentowanym chirurgom plastycznym wyglądał i czuł się młodo. Jednak w oczach tych nielicznych osób, które go w ogóle dostrzegały, był łysym, otyłym facetem. Dzięki diecie rybnej nie zapchały mu się tętnice, ale tuż przed emeryturą pękło mu jakieś słabe naczynie krwionośne w mózgu i umarł. Odszedł do lepszego świata. Darowano mu tam pałace i 72 czarnookie dziewice. Nie, to nieprawda. To były 72 rodzynki. Bzdura. Umarł i już. A nazywał się po prostu Arek. Marek Myszograj „Systemowa perspektywa”. To był jeden z gorszych dni Mike'a. Temperatura przekraczała 35 stopni Celsjusza. W taką gorąc dzieciaki proszą o loda, o coś zimnego do picia. Są marudne i leniwe. W ten oto sposób taka właśnie pogoda kojarzyła mu się z marudnymi dzieciakami. Miał wiele skojarzeń. Łysy typ w okularach – sąsiad z osiedla. Kobieta siedząca obok łysego – dama typu ąę. Sektor VIP-ów zajmowało około 50 osób. Mike na swój sposób kojarzył ich z kumplami, znajomymi, sąsiadami czy też z celebrytami. Taką miał pracę – kojarzyć i zapamiętywać. Każdy z nich jest hipotetycznie podejrzany. Ten wysoki bez problemów odda strzał ponad głowami VIP-ów. Ta blondyna obok nadmiernie się wierci. Potencjalna agitatorka. Za chwilę wyciągnie transparent z napisem „Wolność słowa, wolność myśli”. Podobny, niemal identyczny przypadek wydarzył się na ostatnim wiecu. Trzeba na nią uważać. Mike zatrzymał się w dolnej części sektora dla VIP-ów. Z tej pozycji miał doskonały widok. Drony pilnowały przestrzeni powietrznej, komputerowi zajmowali się siecią, a on był od zadań z udziałem czynnika ludzkiego. Poprzez przyciemnione okulary obserwował zgromadzonych. Okulary posiadały taką możliwość, że po zatrzymaniu wzroku na kimś ze zgromadzonych uzyskiwało się automatycznie dostęp do jego danych osobowych oraz profilów społecznościowych. Zauważył, że do sektora weszło coś w asyście jajogłowego. Szło sztucznym krokiem, rzucało się w oczy. „Zachowujcie się normalnie” – usłyszał w słuchawce. – „To test nowej jednostki. Uwaga! Za kilka sekund wyjdzie prezydent”. Obserwował, jak to coś lub właściwie ona powoli przechodzi górnym rzędem. Nie darzył jej sympatią. Maszyna, która może mu zabrać robotę, a w najlepszym przypadku obniżyć pensję. Szło wolnym krokiem, obserwując każdego z VIP-ów. Mike'a coś tknęło. Postanowił, że przetnie drogę blaszakowi. W końcu jako szef ochrony mógł postępować poza procedurami. Ruszył w górną część sektora dokładnie w tym momencie, gdy tłum zaczął klaskać. „Dziękuję, ukochani” – zaczął prezydent. – „Jak wiecie, poczułem obowiązek ubiegania się o reelekcję”. Mike, przemieszczając się, obserwował kątem oka zebranych. Ocenił, że gdzieś w połowie piątego rzędu powinien spotkać się z blaszakiem. „Jeszcze nigdy tak wielu tak wiele nie zrobiło dla ekologii. Ale ekonomia wymaga poświęceń” – przemawiał w tle prezydent. Maszyna nie była zwykłym robotem. Wyglądem przypominała człowieka. Obrana w czarny garnitur była w zasadzie nie do odróżnienia od służb ochrony. Drobiazgi zdradzały, że coś ją wyróżnia. Brak potu, jednakowy, dość sztuczny oddech, sztuczne gesty i twarz niewykazująca emocji. Tak jak przewidywał, wpadli na siebie na wysokości piątego rzędu. „Mike, przepuść ich” – usłyszał w słuchawce. „Mogę zamienić kilka słów z maszyną? Chciałbym coś sprawdzić” – wyjaśnił do mikrofonu umieszczonego przy mankiecie. Zauważył, że jajogłowy za plecami maszyny prowadzi podobną rozmowę. Po chwili usłyszał: „Dobrze, masz zgodę, ale to technik o wszystkim decyduje”. „Obniżę podatki. Dla każdego cztery godziny dziennie energia będzie darmowa. Wszyscy otrzymają więcej i będzie lepiej”. Mike wskazał maszynie na wiercącą się blondynę. „Co o niej sądzisz?” „Sprawdziłem ją. Ma ciekawą historię medyczną”. Na okularach Mike'a została wyświetlona informacja o przebiegu leczenia oraz o upodobaniach kobiety. Spotykała się codziennie z kimś innym. Przebierała w bankierach, prezesach i wysoko postawionych urzędnikach. „Może nam się przydać” – skwitował szef ochrony. „Już wpisałem ją do rejestru” – odpowiedziała maszyna.„Pozwoli pan, że wrócę do pracy?” „Pozwolisz, że przejdziemy się razem?” – zaproponował Mike. „Nie widzę przeszkód” – odpowiedziała maszyna. Mike zwrócił uwagę na sposób jej wymowy. Maszyna, choć wypowiadała się wyraźnie, to jakoś bezakcentowo. Kojarzyła mu się z kimś, kto opanował dość dobrze język obcy. Czuł do niej niechęć i chciał ją przetestować. Przechodząc obok drugiego i pierwszego rzędu, Mike się zatrzymał. „W tym sektorze nie ma zbyt wiele roboty. Jesteśmy tutaj jedynie dla nich, bo oni mają kasę, pieniądze, płacą za kampanię i chcą się czuć bezpiecznie, a na prezydencie im zależy jak na...” – urwał, spoglądając na jajogłowego, który podążał wciąż za nimi. „W ogóle nie zależy im na bezpieczeństwie prezydenta” – kontynuował rozmowę z maszyną. – „Jesteś tu, aby udowodnić, że dobrze zainwestowali. Ale jeśli chcesz lepiej pracować, nauczyć się czegoś więcej, to musimy wejść w sektory K, L, M oraz w trakty ewakuacyjne”. Spojrzał pytająco na technika. Ten przytaknął. „Zatem ruszajmy”. Sektor L liczył około pół tysiąca ludzi. Takie wiece wyborcze przyciągały tłumy. Darmowe napoje i hot dogi, a dla młodszych dodatkowo gumy do żucia oraz baloniki. Większość z przybyłych w dupie miała przemowę prezydenta. Mówca również zdawał sobie sprawę, że wszyscy ci tutaj czekają głównie na koncert, dobrą muzykę oraz loterię. Z funduszu wyborczego wydawał majątek na nagrody. Można było wygrać mieszkanie, sprzęty AGD, urządzić na nowo kuchnię, łazienkę, odebrać roczne talony do znanych sieci. Przemawiał maksymalnie do trzech minut. Później przez pięć kolejnych wymieniał przygotowane nagrody z loterii. Następnie ulatniał się na kilka godzin, by na koniec w asyście gwiazd muzyki w ciągu dwóch minut przekazać szczęśliwcom klucze do mieszkań. Łącznie to było najtrudniejsze 10 minut dla ludzi z ochrony. Później stres mijał, jednak nadal trzeba było pozostać czujnym. Czasami zdarzał się jakiś wariat, ktoś, komu skonfiskowano fundusz zdrowotny albo niekiedy emerytalny. Tej ostatniej możliwości obawiało się coraz więcej ludzi. Mike również miał się na baczności. Utrata jakiegokolwiek funduszu była bolesna w skutkach. Miał cichą nadzieję, że maszyna polegnie w sektorze dla prostaków. „Nie uważa pan, że w tych okularach i pod krawatem stanowczo nie pasujemy do pozostałych? Niby z ciebie o taka sobie maszyna, a jednak dobrze gadasz”. Uśmiechnął się pod nosem i dodał: „Mów mi po prostu Mike”. „Ja jestem po prostu Beta 1. Produkt w fazie testów polowych” – odpowiedziała bezuczuciowa maszyna. Po czym wyciągnęła dłoń w kierunku Mike'a i dodała: „Miło mi”. Schodzili lewym skrzydłem sektora. Ze sceny głównej dobiegała muzyka połączona z wyciem popularnej wokalistki. Tłum, zajadając darmowe hot dogi, akceptował medialne beztalencie. „Słuchaj Beta, jako pracownik z wieloletnim doświadczeniem służb ochrony mam dla ciebie radę. Będziesz musiał w pewnym momencie odpowiedzieć na pewne dość istotne pytanie. Wyglądasz na inteligentnego, to pewnie sobie poradzisz”. Zatrzymał się i uśmiechnął w kierunku Bety. „To będzie pytanie życia. Być albo nie być. Jak mnie wyleją z roboty, to jakoś sobie poradzę. Znajdę inne zajęcie. A co będzie z tobą? Czy jesteś tego świadomy?” – zapytał, dotykając jednocześnie palcem wskazującym ramienia maszyny. – „Czy w krytycznym momencie będziesz umiał zaprzeczyć regułom, działać jak człowiek na przekór procedurom, improwizować? Jak sobie poradzisz i przełamesz program, który wpakowano tobie do oba, to przetrwasz. Wydajesz się sympatyczny. Nie mądrzysz się, słuchasz, a to dobra cecha. Trzymam za ciebie kciuki”. Strzał oddano, gdy prezydent zamierzał przekazać pierwszy komplet kluczy. Szczęśliwi zwycięzcy loterii po sprawdzeniu tożsamości i kontroli osobistej mieli wejść na scenę. Do prezydenta zbliżała się atrakcyjna młoda kobieta z kluczami. W tle muzycy podsycali napięcie. Prezydent wziął klucze od atrakcyjnej. Nie przepuścił okazji, aby ją soczyście wycałować w policzki. Zmieszana kobieta szybkim krokiem wycofała się ze sceny. W tym czasie z drugiego końca pojawili się ci, co wygrali loterię. Nierzadko przypadek zmienia bieg historii. Tym razem miało być podobnie. Między otwarciem wiecą a jego zakończeniem prezydenta jak zwykle nie było. Zniknął na kilka godzin. Kazał kierowcy zawieźć siebie i jego uroczą asystentkę na obiad, następnie do hotelu na tak zwaną sjestę, a tuż przed ponownym wystąpieniem chciał wypić kilka głębszych. Tak oto prezydent, stojąc na scenie, upuścił niechcący klucze. Alkohol zachwiał jego koordynację ruchową, co w ostateczności doprowadziło do oddania chybionego strzału. Snajper wstrzymał oddech i nacisnął spust. Prezydent dokładnie w tym samym czasie schylił się po klucze, a ofiarą padł gitarzysta stojący za prezydentem. Mike ponownie natknął się na Betę pierwszego po kilkunastu minutach od próby zamachu. „Dlaczego przeszukujecie wszystkie auta i zatrzymujecie każdego do kontroli?” – dopytywała maszyna. „Na czynnik ludzki nie ma jednego konkretnego sposobu. Ludzie bywają nieprzewidywalni.Maszyna, o ile można tak stwierdzić, wyraźnie czuła się zdruzgotana. „Nie ma zatem pewności, że zatrzymamy zamachowca?” - dopytywała. „Zaczynasz sensownie myśleć” - odparł szef ochrony. „Mike, nie widzę w tym logiki”. „Ja również. Taką mamy pracę. Każdy robi to, w czym się odnajduje i tyle z logiki. Wy, ludzie, komplikujecie sobie rzeczywistość. Świat działa według ustalonych schematów. Mówisz o czynniku ludzkim, a on tak naprawdę psuje otoczenie. Działacie w kombinacji systemu dziesiętnego, który was wyraźnie przerasta”. „Co masz na myśli?” „Mike, nie jestem pewien, czy mnie rozumiesz. Czynnik ludzki wytwarza, jak to mówicie, koszty, komplikuje otoczenie. Zaufaj mi, zrobię to po swojemu, zupełnie inaczej”. Paweł Tymański „Nienamierzalny”. I po raz kolejny musiałem wylądować na jakimś zadupiu. Kamienica chyli się ku ruinie. Klatka schodowa wymalowana. Mam nadzieję, że jakimiś mazakami, bo jeśli nie, to może być tylko krew albo gówno, a gówna nie znoszę. Ruszyłem pełen nadziei, że nie złamię sobie nogi na trzystuletnich schodach. Każdy stopień skrzypiał w innej tonacji. Gdybym miał trzecią nogę, mógłbym zagrać na nich pieprzony akord. No cóż. Odnalazłem właściwe drzwi. Numer mieszkania trzymał się na jednym gwoździu. Jak przytulnie. Dlaczego każdy, kto ucieka, musi spieprzać do jakiejś podłej nory? Nieważne. Teraz tylko zabrać, co trzeba i po robocie. Zapukałem do drzwi. Zauważyłem, jak odginają się przy każdym puknięciu i w zasadzie pełnią bardziej funkcję dekoracyjną niż jakąkolwiek inną. Światło judasza zaciemniało. Czyli ktoś mnie obserwował z drugiej strony. Strzepnąłem nieistniejący kurz z granatowej marynarki, poprawiłem supłem bortowego krawata i dalej wpatrywałem się w pseudodrzwi. Czułem obecność lokatora po drugiej stronie. „Kim pan jest?” - zapytał chropowaty, nieco drżący głos, dodatkowo zniekształcony przez spróchniałe drzwi. Odchrząknąłem. „Mam na imię Zbyszek i...”. Sięgnąłem umysłem przez drzwi. Myśli tej osoby były na wyciągnięcie ręki, więc od razu dowiedziałem się, na kogo może czekać. „Przychodzę w sprawie pożyczki”. Poczułem, jak zmienia się aura mężczyzny. Z głębokiej obawy przeszła w nieśmiałą nadzieję. Usłyszałem szczęk zamków. Serio? Zamek w takich drzwiach miał tyle sensu co francuskie wojsko. Niby coś jest, ale i tak zaraz się podda. W szczelinie drzwi dojrzałem wychudłą, nieogoloną twarz. Otaksował mnie wzrokiem, otworzył szerzej i niemal wciągnął mnie do środka, rozglądając się przy tym po klatce schodowej. Wystrój w środku wcale nie prezentował się lepiej niż cała reszta kamienicy. Tapeta w sieni odchodziła od ścian całymi płatami. Gdzieniegdzie dało się zobaczyć pierwotny wzór, który resztkami sił przebijał się spod ogromnych plam wilgoci o herbacianej barwie. Powietrze było ciężkie, mdłe i wilgotne. „Zapraszam, zapraszam” - mówił gospodarz, wskazując w głąb mieszkania. „Spodziewałem się pana trochę później, ale dobrze się składa”. Moje buty odklejały się z cichymi mlaśnięciami od sfatygowanego gumolitu. Szedłem powoli, starając się nie dotykać ścian wąskiego pomieszczenia. Mężczyzna usadowił mnie w czerwonym, zakurzonym fotelu, który zgrywał się obiciem ze starym, poprzecieranym tu i ówdzie tapczanem. „Może chciałby pan się napić jakiejś kawki lub herbatki?” Warunki sanitarne panujące w tym gniazdku nie przekonały mnie, by skorzystać z jego oferty, więc po prostu pokręciłem głową. Wprawdzie nie nabawiłbym się żadnej choroby, ale miejmy jakieś minimum estetyki. „Panie” - ponownie zajrzałem mu do umysłu – „Waldemarze, proszę usiąść. Porozmawiamy o pana sytuacji”. Z odległego pokoju dało się usłyszeć stłumiony jęk. Waldek zawiózł w półprzysiadzie nad bliźniaczym fotelem. Wstał z przepraszającą miną, tłumacząc się, że zaraz wróci. „Nie ma sprawy” - zapewniłem. „Poczekam, jak długo będzie to konieczne”. „Dziękuję”. Rzuciłem okiem na brudną balkonową szybę, zza której wyglądały okna przeciwległej kamienicy. Farba na suficie przypominała poparzoną skórę po długim opalaniu. Stara, ciemna meblościanka dumnie zajmowała całą ścianę. Pośrodku, na honorowym miejscu stał stary kinoskopowy telewizor, na którym ustawiono dekoder telewizji naziemnej. Wiszący na ścianie zegar z wahadłem pokazywał godzinę trzecią po południu. Na zewnątrz było gorąco. Ciepłe podmuchy wiatru wpadały przez otwarte drewniane okno, z którego kruszył się kit. Dwoma palcami poluźniłem nieco zapiętą pod szyję koszulę. Nie czułem upału, ale pewnych nawyków po prostu nie da się wykorzenić. Powoli zaczęło mi się nudzić, więc wysłałem myślową nić na zwiady do pokoju, w którym siedział mój petent. Już wiedziałem, dlaczego zostałem wysłany właśnie pod ten adres. Dam im jeszcze chwilkę, ale nie więcej.Kiedy moja cierpliwość sięgała już granic, usłyszałem, jak otwierają się drzwi izby, która pochłonęła Waldka na tak długi czas. Wszedł do pokoju z tą samą skruszoną miną. Jeszcze raz przepraszam pana bardzo. Moja żona-- Jest ciężko chora. Rozumiem. Nie dałem mu skończyć. Przez jego twarz przemknął wyraz zdziwienia, lecz gdy zdał sobie sprawę z prostoty mojej dedukcji, uspokoił się. To może jednak coś do picia? Dziękuję. Naprawdę nie trzeba. Przejdźmy do rzeczy, żebym mógł już wyrwać się z tej nory. Jak się domyślam, chodzi o pożyczkę na leczenie pańskiej żony, prawda? Gospodarz gorączkowo przytakiwał. Rozumiem. Na co małżonka choruje? Rak. Zaczęło się od piersi, ale przerzuty rozeszły się na wątrobę i do mózgu. Może żaden ze mnie lekarz, ale to nie daje dobrych rokowań. Jest nowa metoda. Bydgoscy onkolodzy zapowiadają przewrót w leczeniu nowotworu. Ale terapia jest kosztowna. Tak. A w jaki sposób chciałby pan spłacić zaciągnięty dług? Ja wszystko obmyśliłem. Poprawił zsuwające się na nos okulary. Mamy drugie mieszkanie, które wynajmujemy. Nieoficjalnie, rzecz jasna, ale daje nam stałe źródło dochodu. Na czas terapii mojej żony mogę wynająć i to, a sam zamieszkałbym u kolegi. Niestety przez błąd w papierach tamtego mieszkania nie możemy sprzedać, a na to nie mamy jeszcze spłaconego kredytu. Pokręciłem głową. Panie Waldemarze, to niestety się nie uda. A, ale to nie wszystko. Musiałem zrezygnować z pracy, by zajmować się żoną. Ale kolega, u którego będę mieszkał, pracuje w firmie swojego ojca. Mówił, że może mnie zatrudnić i wtedy będę miał-- To dalej nie wystarcza. Urwałem wyjaśnienia. Musi się pan bardziej postarać. Jak to? Nie pieniądzem świat się kręci. Posłałem mu szelmowski uśmiech. Ile jest pan w stanie poświęcić dla swojej żony? Co byłby pan w stanie oddać za jej zdrowie? Wziąłem w dłonie cienkopis leżący na stole dzielącym dwa fotele. Ja zrobię wszystko — rzekł cicho, nie wiedząc, czego się spodziewać. Powoli zbliżamy się do meritum — powiedziałem, obracając cienkopis w dłoni. Widzę, że kocha pan żonę. Wedle przyrzeczenia w zdrowiu i chorobie. Ale tu zbliżamy się bardziej do fragmentu: dopóki śmierć nas nie rozłączy. Sądzę, że tu żadna terapia już nie pomoże i myślę, że i pan to wie, ale po prostu nie chce się do tego przyznać. Na te słowa wysoki huderlak jakby zapadł się w środek fotela. Wiedział, że szanse są mizerne. W przeciwnym razie po prostu wyrzuciłby mnie z domu za takie słowa. Pozostaje tylko pytanie, czy zna swoją cenę. Ja tak bardzo pragnę, żeby ona wyzdrowiała. Ciężar wiszącej nad nim straty wbijał go coraz głębiej w sprężyny siedziska. Nachyliłem się nad stołem, przyciągając jego uwagę i powiedziałem ściszonym, konfidencjonalnym tonem: Wie pan, jak to jest z życzeniami. Trzeba uważać, bo mogą się spełnić. Spojrzał na cienkopis, który tańczył pomiędzy moimi palcami. A na tym świecie niestety nic nie ma za darmo. Z tymi słowy wyciągnąłem otwartą dłoń. Pisak poderwał się na kilka centymetrów i zawisł w powietrzu. Zaczął szybko obracać się wokół własnej osi, dopóki nie złapałem go w zaciśniętej pięści. Tandeta, wiem, ale z reguły działa. Oczy Waldemara rozszerzyły się do rozmiaru wielkich okularów, które miał na nosie. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Przybrałem minę idealnie bez wyrazu. Żadnego szatańskiego uśmiechu ani wyniosłej dumy. Tak po prostu. Jak pan to...? Co to ma znaczyć? Nie mógł się zdecydować na konkretne pytanie. Jak już zapewne zdążył się pan domyślić, nie jestem tu w sprawie pożyczki. Mogę pomóc pana żonie, ale będę potrzebował czegoś w zamian. Boże, czego? Nie trafił pan. Żaden Bóg akurat nie ma tu nic do rzeczy. Potrzebuję poświęcenia, czegoś ważnego dla pana. Ale czego takiego? No i tu się pojawia pierwsze zadanie, jakie przed panem stawię. To właśnie pan musi wiedzieć, co będzie mógł poświęcić. Co? Że duszę? Roześmiałem się. Nie. Gdzie tam! Żadnej duszy, żadnej dziewicy ani paktu podpisywanego krwią. Nic z tych rzeczy. Potrzebuję czegoś, co sprawia, że jest pan wyjątkowy, bez czego tak naprawdę ciężko będzie panu żyć. Wzrok skierowałem na zawalone papierami biurko. Nie rozumiem. Co to takiego? Pan się pyta mnie? Gościa, którego zna pan kwadrans z hakiem, co takiego jest w panu wyjątkowe? Spójrz na to cholerne biurko i skojarz fakty, a będzie po wszystkim. Nie mam pojęcia, co mógłby pan ode mnie chcieć. Jest pan tego pewien? Westchnąłem. Jestem najnormalniejszym człowiekiem. Nie mam pracy ani pieniędzy. Mam tylko chorującą żonę, którą kocham nad życie i nie chcę jej stracić. Jeśli trzeba, bierz pan moją duszę, ale ocal ją. Tak mi przykro. Niestety nic po mnie. Co pan ma na myśli?Poprosiłem o jedną rzecz. Coś, co pana wyróżnia, daje radość, czyni wyjątkowym. Pan twierdzi, że nie ma takiej rzeczy, więc ja nie mogę od pana tego żądać. Niestety, skoro nie może mi pan nic zaoferować, ja panu również nic nie mogę dać. Żegnam. Wstałem, a skołowany Waldemar siedział jeszcze z kolanami podciągniętymi niemal pod brodę. Wyglądał tak bezbronnie. Szkoda, że nie był świadom swego talentu. Mógł uratować żonę. Na chwilę zatrzymałem się przed jego biurkiem. Złapałem jedną kartkę umazaną pastelami. Świetna kompozycja kolorów. Powinien pan sprzedawać te obrazki. Nic nie odpowiedział. Sam odprowadziłem się do wyjścia. Kiedy tylko przekroczyłem próg usypionego mieszkania, usłyszałem stłumione jęki bólu. Wydostałem się z kamienicy, napełniając płuca nieco świeższym powietrzem. Łódzkie Bałuty nie doświadczą dzisiaj cudu. A szkoda. Wyszedłem na Wrocławską i zajęty własnymi sprawami kierowałem się niespiesznie w niewiadomym kierunku. Najwidoczniej musiałem przykuć uwagę kilku przyjemniaczków kręcących się pod kamienicą. Kątem ucha posłyszałem teksty typu: „E, patrz na tego fagasa”. Zastanawiacie się, czemu założyłem, że chodzi właśnie o moją skromną osobę? Po prostu potrafię spojrzeć obiektywnie na własną fizys. Metr siedemdziesiąt w porywach, opakowany w granatowy garnitur rodem z poprzedniego ustroju. Kubatura sześcianu z ozdobnym rozrazłym kartoflem zamiast nosa, nad którym wiszą niezbyt bystre, ciemne i głęboko osadzone oczy. Ciasno zaciśnięty bordowy krawat i skórzana walizka w ręce. Broń Boże z tych droższych. Ech, sam bym sobie wpierdolił. Tak, wziąłem to do siebie i nawet zatrzymałem się na te słowa. Trójka neogangsterów spijała właśnie po ciepłej Tatrze, opierając się o ścianę. Obrzuciłem zgraję skisłym spojrzeniem. Na murze nad nimi ktoś wymalował czarnym sprayem slogan: „Zemsty nadejdzie czas”. Och, jak słodko. Herszt bandy wysunął się naprzód, kierując w moją stronę. Blondas golony na Vanilla Ice'a nosił okulary przeciwsłoneczne założone na potylicę. Wyobrażacie sobie większy kretynizm? „Te, koleś. Coś nie pasi?” – mruknąłem w odpowiedzi, wzruszając ramionami. Ta riposta nie zadowoliła mojego dyskutanta. „Co jest? Mam podejść?” – nie odpuszczał. W zasadzie to już trochę podszedłeś, czy nie? Teraz podszedł bliżej, prowokacyjnie. Stanął centymetr od mojej twarzy, chcąc sprawdzić, czy oddam pola. Nie oddałem. Czuł się zobligowany, by jakoś skomentować moją niesubordynację. „No co jest? Masz coś, hę?” „Tylko dwumetrowego zaganiacza w spodniach, który może zaprezentować ci, jak wygląda więzienna gościnność” – rzekłem z serdecznym uśmiechem. Papierowy tygrys oniemiał. W końcu opamiętał się jakoś i uniósł pięść gotową do zadania miażdżącego ciosu. Dłoń znieruchomiała i opadła lekko, gdy mrugnąłem do niego pionową powieką. Dało się słyszeć okrzyki przyjaciół chłystka mające zagrzać go do walki. Oni nie widzieli tego, co ich kumpel. Mógłbym go zostawić ot tak. Nic by mi nie zrobił. Ale wiem, jak działają stręczyciele. Skoro nie mogą dorwać ciebie, to zadowolą się jakąś inną, jeszcze łatwiejszą ofiarą. Po co za moje wybryki mają płacić inni? Trzeba było domknąć sprawę. Kryptonim Ice Ice Baby. Sięgnąłem w głąb. To za dużo powiedziane, ale tak z czystej uprzejmości jego umysłu. Przedostałem się do pierwotnej determinacji lęku, a tam zastałem klauna. Kozak na osiedlu, herszt przygłupów i cwaniaczek nad cwaniaczki. Wystarczyło, że wszedłby do cyrku i jest poskładany. No pięknie. Nie straciłem na niego dużo czasu. Po prostu odpaliłem mu ekranizację książki Kinga. Teraz był głównym bohaterem powieści „To” we własnej rzeczywistości. Przyjemniaczek zrobił oczy jak pięć złotych i ze zbędnym balastem wędrującym w stronę spodni zaczął rozglądać się dookoła. Najwidoczniej nie wytrzymał presji, bo zaczął panicznie wyć i rzucił się do ucieczki. Jego wierni towarzysze wymienili spojrzenia mówiące: „Co tu się właściwie odjebało?” i ruszyli w pogoń za kolegą. Taki piękny, słoneczny dzień. Maja Baranowska – „Diabeł gra w kości”. Opowiadanie nagrodzone w konkursie Rubieże rzeczywistości. Obolała szesnastolatka imieniem Jackie obudziła się na końcu ślepego zaułka, teoretycznie potrącona przez samochód. „Cześć” – powitał ją stojący nad nią mężczyzna w rozchechtanej koszuli w panterkę i o zaczesanych do tyłu platynowych włosach. Wyglądał na stereotypowego alfonsa. „Specjalnie jechałem tyle, żeby zabić waszą rodzinę. Trochę mi nie wyszło.” – uśmiechnął się z zakłopotaniem. „Co?” – nastolatka zamrugała szybko. „Najważniejsza w tym momencie jest twoja edukacja. Zapraszam do samochodu.” Dziewczyna, niewiele myśląc, postanowiła krzyknąć ile sił w płucach. Tak jak myślała, nikt jej nie usłyszał. Nie była pesymistką, ale na odbytym kilka lat temu przymusowym kursie dobrych manier nauczyła się, że w życiu warto podejrzewać najgorsze, coby się nie zawieść.Zapadła głupia cisza. „Jaka edukacja?” – przerwała ją Jackie, zaciągnięta już za fraki do samochodu. – „Pragnę zauważyć, że są wakacje, a ja dorabiam w kawiarni. Proszę mnie zatem wypuścić.” – uśmiechnęła się krzywo. Jechali wściekle czerwonym kabrioletem z łamiącą przepisy prędkością. Dziewczyna podejmowała jeszcze parę razy próbę zwrócenia czyjejś uwagi krzykiem, ale bez skutku. Wszak był środek nocy. Po co zgodziła się na wieczorną zmianę w pracy? Wreszcie dojechali daleko od miasta. „Oto hotel, w którym odbywają się kolonie. Zapraszam panienkę.” – z figlarnym uśmiechem otworzył przed nią drzwi kabrioletu. Dziewczyna, wyszedłszy z samochodu, z wdziękiem wymierzyła mu kopniaka w krocze. Alfons zatrzymał jej kolano w ostatnim momencie. „Gdzie – wycelowała pięścią w twarz mężczyzny – są moi rodzice?” Złapana za rękę użyła drugiej pięści, przed którą Alfons zwyczajnie się uchylił. Osobnik wydawał się być z gumy. Kurs samoobrony dla dziewcząt gratis do kursu dobrych manier zdał się na nic. Chlipiąca Jackie z rezygnacją pozwoliła się odprowadzić do hotelu. Przemierzali sterylnie białe korytarze tak długo, aż ostatecznie otrząsnęła się z szoku. „Za chwilę poznasz koleżanki i kolegów, więc radzę…” – podjął Alfons. Porwana pokiwała głową i pociągnęła ostatni raz nosem. Dobre wychowanie. Wkroczyli do pomieszczenia przywodzącego na myśl gabinet dentystyczny, tyle że z wielkim telewizorem plazmowym na ścianie i paroma czarnymi dla kontrastu kanapami zajętymi przez nastolatków i dzieci. „Jesteśmy” – oznajmił wesoło porywacz. – „Oto świetlica.” Jackie odwróciła się smętnie w jego stronę. Zgodnie z jej nadziejami Alfons zniknął. „Cześć” – usłyszała po raz kolejny tej nocy. Odezwała się dziewczyna z grupy nastolatków. Miała na sobie dżinsy i górę od bikini. Skórzaną. Okej, może i za dnia był upał, ale zegar wskazywał trzecią nad ranem. Co oni wszyscy tu robili swoją drogą? „Usiądź z nami” – zachęciła dziewczyna w bikini, przeczesując palcami sięgające za pośladki rudawe włosy. – „Ty jesteś Jacqueline, prawda? Stojący obok ciebie pan Tom zapowiadał, że przyjedziesz dzisiaj w nocy.” Jackie, nie zastanawiając się nad megalomanią swojego porywacza, mimowolnie podeszła do kanapy. Roznegliżowana nastolatka i dziewczynka siedząca obok odsunęły się od siebie, tworząc dla niej miejsce. Jackie nie traciła rezonu, pomimo tego, że była trzecia nad ranem, a ona rozmawiała z oglądającą TV osobą w skórzanym bikini. „Cześć, jestem Dana” – przedstawiła się rudowłosa, uśmiechając się przyjaźnie. – „Pan Tom zapowiadał, że przyjedziesz dzisiaj w nocy. Masz ładną cerę.” Jackie podeszła do kanapy, na której siedziała grupka dzieci i nastolatków. Dygnęła przed Daną, choć komplement, który usłyszała, wydał jej się co najmniej dziwny. Jako że nie mogła opalić się mimo silnych starań, poczuła się nim nawet dotknięta. Niektórzy przez towarzyszące jej bladej skórze jasnoszare oczy i platynowe włosy nazywali ją duchem. „Ja osobiście – kontynuowała Dana – maniakalnie używam kremów z filtrem, by się nie oparzyć słońcem, co przy bardzo jasnej cerze zdarza się często.” „A moi rodzice nie żyją” – powiedziała Jackie. Dana uniosła brwi. Następnie uśmiechnęła się. „Moją siostrę rozjechał natomiast walec. Widziało to wielu ludzi.” Jackie pomyślała, że to kiepski żart. Mimo to nie zamierzała rozpłakać się lub krzyczeć. Nie pozwalały jej na to wpojone zasady. Wiedziała, że w nowym, dziwnym miejscu wśród nowych, dziwnych osób należało zachować umiar w emocjach, ponieważ ich nadmiar mógł okazać się słabością. „Mnie bili rodzice” – odezwała się cicho inna dziewczyna. – „Aż któregoś dnia to ja pobiłam ich.” „Co?” – wykrztusiła Jackie, nie dbając o reguły dobrego wychowania. – „Co to ma do…” „Kochana. – Dana położyła jej dłoń na ramieniu. – Każde z nas ma jakąś traumę. Właśnie z tego powodu pan Tom uczy nas na tym wakacyjnym kursie.” „Coś wspominał” – bąknęła Jackie. „Skarbie” – zachichotała Dana. – „My nie chodzimy do szkoły.” Jackie zamarła. Zachowała jednak zimną krew. „A ja nie przestanę chodzić do szkoły” – warknęła. Naraz poczuła, że coś oplata jej nogi. Spojrzała w dół. Przytulała się do niej dziewczynka, która towarzyszyła Danie. „Wszyscy chcemy” – odparła Dana. – „Ale jak pozbędziesz się skrupułów, to nigdy za szkołą nie zatęsknisz. No ale dość tego. Chodźcie, obejrzymy dobranockę. Daisy nie może zasnąć.” Puściła oko do Jackie, po czym zbliżyła się do telewizora i włączyła horror. Jackie przez jakiś czas oglądała film, odporna na kiczowate próby wystraszenia jej czy wywołania obrzydzenia. W pewnym momencie kątem oka dostrzegła usypiającą na kanapie Daisy.To był dobry moment, by wstać. „Idę się rozejrzeć” – rzuciła do Dany, starając się powstrzymać drżenie w głosie. „A, nie tak szybko” – odparła Dana i cisnęła w nią nożem. „Sorry Lucuś, taką liczbę wskazują kości.” – Benzek pokazał zęby w upiornym uśmiechu. – Twoja postać została trafiona. Trzy diabły siedziały w białym pokoju, każdy z kartą postaci i ołówkiem w kostropatej dłoni. „Zero oryginalności” – naburmuszył się Lucuś. – Gdybym to ja był mistrzem gry. „Nie byłbyś i nie będziesz” – zakpiła Lilith, ich siostra. – Nie nadajesz się do RPG tak jak twoje dżeki na kolonię, mały psychopata. Ledwo początek, a ty już nie żyjesz. „A teraz” – dodał Benzek, najstarszy z trójki rodzeństwa – „spadaj na ziemię posprzątać szczątki swojej postaci.” Lucuś, który był najmłodszy i zawsze dostawał najbardziej wredną robotę, mamrocząc pod nosem wstał, pstryknął palcami i zniknął w chmurze dymu.
[02:33:59] - Cóż, proszę państwa, i to będzie już koniec. Koniec kolejnej Akademii Wszelkiej Fikcji. Tradycyjnie zapraszam na przyszły piątek, a teraz już życzę dobrej nocy, tradycyjnie dobrego weekendu i do usłyszenia za tydzień.
[02:34:17] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc! I do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.