[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Dziś, gdy nagrywamy zapowiedzi do tego odcinka AWF, mamy Tłusty Czwartek, ale my zamiast pączków mamy książki. Zajadamy się książkami. Oczywiście zajadamy się nimi używając oczu, żeby nie było. Ja w ogóle nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem pączka w ustach. Chyba jestem przedstawicielem gatunku wymierającego, który Tłustego Czwartku nie obchodzi. Niemniej zapraszamy do spędzenia dzisiejszego wieczoru piątkowego z kolejnym odcinkiem Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:02] - Dzień dobry wieczór, Marku. Dzień dobry wieczór, słuchacze. Kiedy cię słuchałem, przyszło mi do głowy, że ponieważ czwartek był wczoraj tłusty, a tomy bywają również opasłe, więc my chociaż troszeczkę wpisujemy się w tradycję. A skoro wpisujemy się w tradycję, to tradycyjnie zaczynamy od polecanych książkowych. Pierwsza z nich nosi tytuł: „Czingis-chan. Architekt nowoczesnego świata". Autorem tej książki jest Jack Weatherford. Wydało to wydawnictwo Znak Horyzont, a data premiery: 25 dzień lutego. W ogóle wszystkie książki, które dzisiaj państwu polecę, będą na rynku od tego dnia, od 25 lutego. Przypomnę: „Czingis-chan.
Architekt nowoczesnego świata". Z chaosu porządek, z wojen postęp. Czyngis-chan, barbarzyńca w oczach wrogów, wizjonerski przywódca w oczach historii. W 25 lat podbił więcej ziem niż Rzym przez cztery stulecia. Złamał świat muzułmański i obnażył słabości europejskiego rycerstwa. Ale to nie podboje, a jego idee okazały się na tyle trwałe, by przetrwać całe wieki. Zjednoczył rozbite ludy, stworzył szlaki wymiany towarów, zbudował system oparty na tolerancji, promocji talentu i swobodnym przepływie wiedzy. Połączył zacofany wówczas Zachód z kwitnącą Azją. Jack Weatherford w zaskakujący sposób obala mit Mongołów jako dzikich barbarzyńców. Pokazuje, że to właśnie dzięki nim do Europy dotarły wspaniałe wynalazki i idee, które stały się fundamentem nowoczesności.
Autor nie tylko tworzy wspaniały obraz wielkiego przywódcy i jego spuścizny, ale zmusza nas do zastanowienia się nad tym, gdzie naprawdę leżą podwaliny współczesnego świata. Z mongolskich stepów wyłania się świat otwartych granic, wymiany myśli i wymiany technologii. Świat, w którym żyjemy do dziś. A ja przypomnę tytuł tej książki: „Czingis-chan. Architekt nowoczesnego świata". Autor: Jack Weatherford, wydawnictwo Znak Horyzont, a książka dostępna od 25 lutego. Drugi tytuł to „Bękarty Polski". Autor: Marek Łuszczyna, wydawnictwo Znak Litera Nova. Tak jak mówiłem, 25 dzień lutego to data graniczna. Data, kiedy książkę będzie można nabyć drogą kupna.
Zemsta, która wyprzedziła procesy norymberskie. Kiedy skończyła się wojna, jedynym, czego pragnął Tadeusz Jasiński, była zemsta. Jako ocalały z Holokaustu chciał wziąć odwet na tych, którzy zgotowali piekło jego pobratymcom. Wstąpił do Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku, chociaż nie był i nie zamierzał zostać komunistą. W podaniu napisał wprost: „Krew za krew". Także inni młodzi ludzie, którzy przetrwali zagładę, zamiast czekać na Norymbergę, ruszyli tropem swoich oprawców. Ścigali esesmanów, kolaborantów, folksdojczów. Nie pytali o procedury. Wierzyli, że tylko śmiercią można odpłacić za śmierć. Gdy kończą się wojny, nie kończy się nienawiść.
Marek Łuszczyna wydobywa z zapomnienia najmroczniejszy rozdział powojennej Polski. Pełen moralnego chaosu czas, gdy ofiary stawały się sędziami i katami, a sprawiedliwość miała twarz zemsty. W tym fabularyzowanym reportażu opartym na faktach, wspomnieniach Tuwi Friedmana, łowcy nazistów oraz archiwalnych materiałach źródłowych, autor odważnie wraca do wydarzeń, które wciąż są tematem tabu i do dziś wzbudzają emocje. Książka o tych, dla których wojna nie skończyła się w 1945 roku. Przypomnę: „Bękarty Polski". Autor: Marek Łuszczyna, wydawnictwo Znak Litera Nova. I trzecia książka: „Yakuza blues. Życie i śmierć w szeregach japońskiej mafii”. Autorka Martina Baradel, wydawnictwo Znak Koncept. Książka, ale to powiem jeszcze raz, 25 lutego na rynku.
Czym naprawdę jest yakuza? Okrutną mafią czy grupą dżentelmenów z przestępczego podziemia? Choć Japonia bywa dla zachodniego turysty synonimem rozwoju technologicznego i nowoczesności, yakuza nie ucieka od tradycji i rytuałów, bo chce być organizacją, która robi wszystko, jak należy. Członkowie mafii kierują się tradycyjnym kodeksem honorowym. Za nieposłuszeństwo może ich spotkać dotkliwa kara. Na przykład ceremonia, podczas której winowajca musi obciąć sobie krótkim mieczem fragment palca. Relacje w strukturach mafii są mocno zhierarchizowane, a syn zawsze musi wypełnić polecenie ojca. Z jednej strony jej członkowie stosują praktyki sokaja, szantażują firmy w celu wyciągnięcia haraczu. Z drugiej dbają o rodziny swoich braci, którzy przebywają w więzieniach, a po ich wyjściu na wolność urządzają im przyjęcie zwane tusho iwai. Za tę podróbkę języka japońskiego bardzo Państwa przepraszam, ale mam pewne kłopoty z czytaniem tych słów, które są mi jednak mocno obce.
Ale wróćmy do książki. Martinie Baradel udaje się umówić na spotkanie z bossami Yakuzi. Zdobywa także zaufanie policjantów i nielicznych dziennikarzy zajmujących się tematem japońskiej mafii. Tanaka, główny bohater, choć jest postacią fikcyjną, opowiada o rzeczywistych wydarzeniach i przekazuje prawdziwe świadectwa osób związanych z Yakuzą, zachowując ich anonimowość i tym samym chroniąc ich bezpieczeństwo. Tanaka demaskuje mity i błędne przekonania o japońskiej mafii. Zaprowadzi cię tam, gdzie nie ma dostępu zwykły śmiertelnik. Poznasz sekrety i przekonasz się, czy yakuza słusznie określana jest mianem brutalnego gangu. A ja przypomnę tytuł: „Yakuza blues. Życie i śmierć w szeregach japońskiej mafii”. Autorka Martina Baradel, wydawnictwo Znak Koncept.
Książka dostępna na rynku od 25 lutego. Tak, trzy książki polecone. A zatem jasna sprawa, że wkraczamy w kolejną część audycji, czyli w korepetycje filozoficzne. Dzisiaj porozmawiamy o Mistrzu. Wyobraźmy sobie przełom XIII i XIV wieku. Europę, w której wielkie katedry wyrastają jak grzyby po deszczu, a uniwersytety zaczynają przypominać intelektualne laboratoria, laboratoria ducha. Scholastycy spierają się o definicje, teologowie rozpisują subtelne traktaty o naturze Boga, a kaznodzieje próbują przełożyć skomplikowaną metafizykę na język zrozumiały dla zwykłych ludzi. W tym świecie pojawia się postać niezwykła. Dominikanin, filozof, mistyk i nauczyciel Jan Eckhart, znany szerzej jako Mistrz Eckhart. Eckhart był człowiekiem dwóch światów.
Z jednej strony był profesorem teologii wykształconym w tradycji Tomasza z Akwinu i scholastycznej precyzji. Z drugiej był mistykiem, który odważył się mówić o doświadczeniu Boga w sposób bezpośredni, radykalny i często niepokojący dla swoich współczesnych. Nie interesowało go tylko to, kim jest Bóg w teorii. Pytał raczej, co dzieje się w duszy człowieka, gdy spotyka absolut. Jego nauczanie krążyło wokół jednego z najbardziej fascynujących pojęć średniowiecznej duchowości: iskry duszy. Według Eckharta w głębi człowieka istnieje miejsce, w którym dusza i Bóg mogą się spotkać bez pośredników. To nie jest metafora w sensie literackim. To raczej opis doświadczenia, w którym człowiek przekracza własne ego i odkrywa w sobie coś, co nie należy do świata zmienności. Bóg nie jest tylko gdzieś tam w niebie. Może narodzić się w duszy, jeśli człowiek potrafi się ogołocić, czyli uwolnić od przywiązań, pragnień oraz od iluzji.
Ta myśl była zarazem piękna, ale i niebezpieczna. Eckhart mówił bowiem rzeczy, które dla wielu brzmiały zbyt śmiało: że w najgłębszym zjednoczeniu człowiek i Bóg są jednym, że prawdziwa wolność polega na wyrzeczeniu się własnego ja, że dusza może przekroczyć nawet obrazy Boga, jakie sama sobie stworzyła. Nic dziwnego, że jego nauczanie wzbudzało kontrowersje. Część jego tez została pośmiertnie uznana przez Kościół za podejrzane, a niektóre z nich za błędne. A jednak jego myśl przetrwała, inspirując późniejszych mistyków, filozofów i, co może wydać się dziwne, psychologów religii. Eckhart posługiwał się językiem paradoksu. Mówił na przykład, że aby znaleźć Boga, trzeba opuścić Boga, czyli porzucić własne wyobrażenia o nim. W ujęciu mistrza Eckharta Bóg w swej najgłębszej naturze jest bezdenną pustką i nie w sensie nihilistycznym, lecz jako absolut przekraczający wszelkie ludzkie pojęcia. To, co mówię, przypomina nieco tradycję teologii apofatycznej, znanej wcześniej już u teologa, którego tożsamości nie udało się ustalić, a którego zwykło się nazywać Pseudo-Dionizym Areopagitą. O czym mówi ta teologia apofatyczna?
Otóż według niej Boga nie można opisywać w sposób pozytywny. Można jedynie usuwać kolejne warstwy złudzeń. Można mówić, czym Bóg nie jest. Nie jest na pewno, ale mówienie, czym jest, to już jest według tego nurtu myślowego niemożliwe. Jednocześnie Eckhart nie był samotnym wizjonerem oderwanym od świata. Był kaznodzieją. Mówił do mieszczan, do rzemieślników i mniszek w języku niemieckim, a nie tylko w łacinie dla uczonych. Dzięki temu jego nauki dotykały codzienności. Twierdził, że świętość nie polega na ucieczce od świata, ale na wewnętrznej wolności w jego środku. Można być blisko Boga, wykonując najprostsze czynności, jeśli robi się je bez egoizmu i przywiązania.
Filozoficznie jego myśl łączy elementy neoplatonizmu, augustianizmu i scholastyki. Znaleźć można u niego również echa nauki Plotyna, chociażby ideę powrotu duszy do jedności. Ale pojawiają się również wpływy Tomasza z Akwinu, chociażby w analizie bytu oraz poznania. Ale Eckhart idzie dalej. Jego teksty momentami przypominają nie tyle traktat teologiczny, ale poetycki zapis doświadczenia granicznego. Nie wystarczy wiedzieć o Bogu jak najwięcej, czyli znać definicje, dogmaty, cytaty z ksiąg. To jest wiedza w głowie. Eckhart mówi, że ważniejsze jest wewnętrzne przedstawienie człowieka, które nazwał ogołoceniem. O co chodzi? Otóż trzeba przestać być obsesyjnie skupionym na swoim ego.
Ja, moje, dla mnie. Trzeba przestać kurczowo trzymać się rzeczy, opinii i wyobrażeń, nawet wyobrażeń o Bogu. Trzeba uczyć się działać bez wewnętrznego napięcia i potrzeby kontroli. Trzeba odkryć w sobie cichą przestrzeń, gdzie człowiek nie reaguje automatycznie, tylko jest uważny i wolny. Tak w skrócie nie chodzi o zmianę poglądów, tylko o zmianę sposobu bycia. Można to również powiedzieć nieco inaczej, na przykład tak: u Eckharta nie chodziło o to, by człowiek wiedział coraz więcej o Bogu, ale by stał się kimś innym, mniej skupionym na sobie, bardziej wewnętrznie wolnym oraz zdolnym do ciszy. Ciszy, w której może wydarzyć się prawdziwe spotkanie z Absolutem, z Bogiem. Dziś mistrz Eckhart bywa odczytywany na nowo przez filozofów egzystencjalnych, przez psychologów głębi, a nawet przez badaczy duchowości Wschodu. Niektórzy widzą w nim prekursora myślenia o świadomości, inni nauczyciela radykalnej wolności wewnętrznej. Jego paradoksy brzmią dzisiaj zaskakująco współcześnie.
Mówił o konieczności przekraczania własnej tożsamości, o pustce jako przestrzeni wolności, o ciszy jako drodze do poznania. A jednak jego przesłanie pozostaje zakorzenione w średniowiecznym chrześcijaństwie. Nie głosił rewolucji przeciw wierze. Próbował raczej dotrzeć do jej najgłębszego jądra. Jeśli świat jest pełen obrazów i słów, to Bóg według Eckharta zaczyna się tam, gdzie słowa się kończą. W ciszy, która nie jest brakiem, ale otwarciem. I być może dlatego jego nauki nadal przyciągają. Pokazują bowiem, że filozofia i mistyka nie muszą się wykluczać, że współpracują ze sobą, że są kompatybilne, że myślenie może prowadzić do doświadczenia, a doświadczenie do głębszego myślenia. Mistrz Eckhart przypomina nam, że prawdziwa duchowa rewolucja nie zaczyna się W świecie zewnętrznym, lecz w najcichszym miejscu duszy, tam, gdzie człowiek przestaje być tylko sobą, a zaczyna uczestniczyć w czymś większym niż on sam. W naszych korepetycjach filozoficznych zrobiło się dzisiaj bardzo mistycznie.
Mistycznie, ponieważ język Eckharta jest właśnie taki: niejednoznaczny, może nie do końca filozoficzny, ale mistyczny. Pewne rzeczy, pewne obrazy, pewne nauki trzeba po prostu zobaczyć. I to odwołanie się do cichości spokoju, do zrozumienia, które rodzi się jako proces w nas samych, myślę, że jest bardzo ważne, bo dzisiaj w rozkrzyczanym świecie, kiedy wszystko chce się wiedzieć natychmiast, zaraz, już, w tym momencie, a jeśli ktoś mówi trochę dłużej, mówi nie w dwóch zdaniach, tylko w dziesięciu, to już mówi za długo, bo wszystko musi być proste. Myślę, że Eckhart paradoksalnie mówił o tym, że nie wszystko jest proste, ale może się takim zacząć wydawać, kiedy otworzymy się na to, co słyszymy. Kiedy zaczniemy o tym myśleć, to wtedy nawet rzeczy skomplikowane stają się prostsze, bo stają się częścią nas samych. Porzućmy już na dzisiaj filozofię. Filozofia bywa cudowna, ale nie należy z nią przesadzać. Myślę, że czas na kawałek dobrej literatury. Pamiętacie państwo statek i granice z zeszłego wydania AWF-u? Dzisiaj będzie statek, który złapał katar.
Opowiadanie Tadeusza Meszko.
[20:04] - Tadeusz Meszko. Statek, który złapał katar. Do kadłuba statku kolonizacyjnego Geronimo przyczepił się kosmiczny smark i za nic nie można było się go pozbyć. Dobrze, że przyssał się do sekcji napędowej. Gdyby wybrał sterownię, Alope, komputerowa sztuczna inteligencja, żartobliwie nazywana imieniem żony słynnego wodza, nie mogłaby wezwać mnie na pomoc. A tak, byłem i mogłem zająć się ocaleniem 200 tysięcy kolonizatorów śniących o nowych, wspaniałych światach w hibernatorach. Należałem do specjalnego oddziału sił specjalnych Space Force. Z niejedną anomalią kosmiczną mieliśmy do czynienia, niejednemu obcemu przypaliliśmy tyłek. Moja szefowa Penelopa wezwała mnie i oznajmiła: „Ken, pozbądź się tego gluta. Lecisz tam”.
„Nie ma sprawy” — uznałem. To była kolejna misja niemożliwa, którą się odfajkowuje i idzie do pubu pochwalić się przed innymi komandosami, a zwłaszcza przed dziewczynami. Tylko że, psie mać, nie miałem pomysłu, jak pozbyć się gluta. Przyleciałem, zobaczyłem i zdębiałem. Z czymś podobnym jeszcze się nie zetknąłem. Byłem też pewien, że nikt nigdy nie widział czegoś podobnego. Rufę Geronimo pokrywała gruba na kilka metrów warstwa szaro-zielonkawiej mazi, jakby statek złapał katar, a glut za cholerę nie chciał się odlepić. Alope wyjaśniła mi, że tankowała właśnie paliwo w roju asteroid układu czerwonego potolbrzyma, gdy wpadła na nią chmura. Jej gęstość i wielkość pyłu nie zagrażały kadłubowi. Sztuczna inteligencja przeliczyła, że nie ma potrzeby ucieczki z kursu.
Chmurka co prawda rzecz dziwna w kosmosie, ale statek po prostu przez nią przeleci i po sprawie. Tylko że tak się nie stało. Statek wleciał w chmurkę, lecz już z niej nie wyleciał. Przylgnęła do kadłubu niczym zerwana pajęczyna, a później zaczęła gęstnieć i po kilku godzinach obkleiła cały statek. Na szczęście później grubość smarka zaczęła narastać wokół sekcji napędowej, wycofując się z pozostałych regionów. Jeszcze wtedy Alope nie wezwała pomocy. Wysłała na kadłub automaty sprzątające, ufając, że rozerwą maź na fragmenty i na łopatach odrzucą w przestrzeń. Nic z tego. Maź była elastyczna, niezwykle odporna na rozciąganie, a nawet na próby przecięcia jej palnikiem laserowym czy zwykłą piłą tarczową. Nie pomogło również spryskiwanie gluta różnymi rozpuszczalnikami.
Oczywiście takimi, które nie rozpuściłyby materiału kadłuba. Dopiero wtedy Alope wezwała na pomoc naszą jednostkę. Pechowo ja miałem dyżur. Wskoczyłem do skoczka teleportującego i już byłem na Geronimo. Zacząłem od głupiej, ostrej strzelanki do gluta. Nie przyniosło żadnych rezultatów. Pociski na kilka centymetrów wpadały w breję, a dziura zasklepiała się po minucie, pozostawiając pocisk w nienaruszonym kształcie niczym owada w bursztynie. Później przeszedłem na próbę ognia. „Spalę tego gluta” — ryknąłem do siebie i zacząłem smażyć breję, ustawiając poziom plazmowego blastera na pełną moc. Buchała para krystalizująca się natychmiast w pióropusze śnieżynek.
Czerwienił się metal kadłuba, aż Alope zaczęła mi biadolić do ucha, że przepalę kadłub. A chuj tam kadłub. Nie reagowałem, naciskając spust, dopóki nie zamigotało światełko rezerwy. Chwilę później strumień plazmy zgasł i mogłem zobaczyć skutki przysmażenia brei. Nic. Wywaliłem cały magazynek w gluta, a przez niego przebiegło jedynie kilka skurczów, bardziej przypominających erotyczne rozkosze niż ból. I nic. Na dodatek wciąż puchł. Po tym podsmażeniu glut odzyskiwał wigor i jego macki zaczęły wędrować po kadłubie, zbliżając się do sekcji z hibernatorami. Psia mać!
Byłem coraz mocniej wkurzony. Czy moja szefowa Penelopa złośliwie wysłała mnie na tę misję niemożliwą? Musiałem przemyśleć problem. Szkoda, że nie na pokładzie stacji bazy w cieniu palm, z kolorowym drinkiem w dłoni, obserwując ślicznotki kąpiące się w basenie. „Jeszcze nie teraz. Wykonaj zadanie” — zdopingowałem się. Tak, tylko co miałem robić? „Wyślij ponownie roboty sprzątające na kadłub” — rozkazałem Alopę, szykując się do powrotu. „Będą niepotrzebnie tracić energię. Przekazałem panu informację, że podobne działania nie przyniosły żadnych rezultatów.” „To dywersja psychologiczna.
Mają niepokoić gluta, aby nie pomyślał o ekspansji” — wymyśliłem naprędce jakiś argument. Jebana mać. Czym lub kim był ten glut? Zastanawiałem się już na pokładzie Geronimo. Wciąż nie miałem pojęcia. Na razie opanował sekcję napędową, ale jeżeli będzie pęczniał w tym tempie, to nie minie kilka godzin, a zalepi też inne sekcje. Nieświadoma zagrożenia załoga statku mogła śnić o różowych jednorożcach i jak nic nie zrobię, to już się nie obudzi. Macki gluta zaciskały się na kadłubie, jakby chciały wycisnąć zawartość statku jak pastę z tubki. Nie były to biologiczne nanoroboty obcych. Alope sprawdziła.
Glut był żywym organizmem. A może to inteligentna forma życia? „Głowa, gdzie jest głowa?” — wykrzyknąłem na głos. „Potrzebuje pan przerwy na posiłek z głową?” — dopytywała Alopę. „Muszę pana zmartwić, ale w menu nie mam żadnych głów.” „Chodzi mi o ośrodek kontroli tego gluta. Czy możesz przeskanować strukturę smarka? Znaleźć punkt, w którym zbiegają się żyłki, czy też nici jego sieci neuronowej?” „Nie ma takiego ośrodka. To jednolita maź. Nie ma żadnego układu krwionośnego, oddechowego, a tym bardziej nerwowego” — odpowiedziała. „No właśnie.
Wycofaj roboty bojowe.” „Ale przed chwilą mówił pan, że one powstrzymują ekspansję mazi.” „Gówno tam. One motywują breję do zdobywania nowych terenów.” „Motywują? Bez układu nerwowego? Bez mózgu?” — zapytała. Chyba byłem przewrażliwiony, gdyż wyczułem w jej głosie ironię. „Nie dosłownie, ale już wiem, z czym mamy do czynienia.” „I co zamierza pan zrobić?” „Sprawić, aby statek wydawał się martwym, zimnym, lodowym obiektem kosmicznym. Dlatego wyłączysz reaktor fuzji jądrowej i wszystkie systemy, nawet te podtrzymujące życie.” „Wyłączenie i ponowne włączenie reaktora zawsze wiąże się z ryzykiem” — zauważyła. „Podejmiemy to ryzyko.” Nie przekonała mnie, ale nie odpuściła. „A nie wystarczy wyłączyć reaktor, ale pozostawić zasilanie rezerwowe?” — zapytała ze smutkiem. A przynajmniej tym razem takie odniosłem wrażenie.
„Nie” — odpowiedziałem zdecydowanie. „Ale moja pamięć tymczasowa nie przetrwa.” W końcu wyjaśniła się przyczyna jej smutku. „Ale ja przeżyję. Przeżyje załoga w hibernatorach. Przełączysz je jedynie na indywidualne zasilanie. Pobór mocy będzie tak niski, że glut tego nie wyczuje” — wyjaśniłem machinalnie, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Wszystkimi konsekwencjami. Ale sztuczna inteligencja je zauważyła. „Obudzę się z inną świadomością.” Tym razem już byłem pewien, że oznajmiła to ze smutkiem. „Czystą” — zauważyłem.
„Już polubiłam tę skażoną.” Zaskoczyła mnie jej odpowiedź. I jak tu gadać ze sztuczną inteligencją? Co mogłem zrobić? Wyłączyć ją jak komputer HAL w filmie Kubricka? „Wykonaj zrzut swej pamięci. Wgram ją po restarcie.” Wymyśliłem rozwiązanie problemu mało istotnego dla losów Geronimo. „Naprawdę pan to zrobi?” — zapytała z nadzieją. „Jasne, dlaczego nie miałbym tego robić?” — zapewniłem ją. Chyba niezbyt przekonująco. „Nie ma innego sposobu?” „A znasz go?” „Nie.” „Więc mi uwierz, że nie ma.
Glut nie jest inteligentną formą życia, chociaż sprawia takie wrażenie. To bardziej rozwinięta bakteria. Duża kolonia bakterii.” „Kultura. Tak mówi się o licznych bakteriach.” „Niech będzie kultura bakterii.” „Ma pan na myśli śluzowce?” „A co to takiego?” Wyjaśniła mi dokładnie. Rzeczywiście glut był śluzowcem, takim jak z filmiku, kiedy to umieszczony w labiryncie odnajduje właściwą drogę do posiłku, ciągnąc za sobą całe oślizgłe ciało. „To nie są bakterie” — zakończyła wykład. „Nieistotne. Ważne, że ma zero inteligencji, a jedynie program genetyczny każący mu przenosić masę swojej brejowatości w kierunku źródła energii. A taką jest sekcja napędowa Geronimo.” Sztuczna inteligencja długo nie odpowiadała. Chyba ją przekonałem.
I to pomoże? Zapytała po chwili. Chyba. Miałem taką nadzieję. Nie jest pan pewien? I chce mnie wyłączyć? Teraz dopiero pomyślałem, że samo wygaszenie źródła energii może nie wystarczyć. Ale mam plan. Tak? A jaki?
Wyrzucisz też kapsułę z radioaktywnymi śmieciami. Wiem, że to wbrew przepisom ekologicznym, ale zrób to. Nie rozumiem. Pojemnik ma być cholernie energetyczny, świecić energią jak słońce. Dostrzelisz tak przygotowaną kapsułę, ale niedaleko. Nie dalej niż na kilkadziesiąt metrów od silników. Ale w jakim celu? Glut wyczuje nowe, o wiele mocniejsze źródło energii i przemieści się do pojemnika. I wtedy mam wyłączyć zasilanie statku? Tak.
Moje strzelanie, smażenie, a zwłaszcza traktowanie łopatami nie miało sensu, dodałem już w myślach. Jeszcze tego, żebym na głos przyznawał się do błędu, podsumowując wnioski o nieodpowiedzialnym zachowaniu do raportu. Ale mnie nie będzie – zauważyła przytomnie. Cholera, o tym nie pomyślałem. Ty będziesz, jakby to powiedzieć, spała, ale ja będę czuwał. Przełączysz możliwość odpalenia silników do pulpitu sterowania w moim skafandrze, jak już będę pewien, że cały glut przeszedł z kadłuba na pojemnik. Chyba tym razem Alopé już dziury nie znalazła w moim planie. Tak przyjąłem długą ciszę. Przygotowanie pojemnika zajęło dwie godziny. Byłem głodny.
Przebywałem na pokładzie Geronimo już 12 godzin. Powinienem coś wrzucić na ruszt. Uznałem w stylu pradawnych, ale nie mogłem oderwać się od śledzenia postępów prac, co chwilę coś sugerując Alopé. Dorzuć jeszcze głośniki z sali koncertowej. Może glut wyczuwa wibracje i one go skuszą – zadysponowałem. Alopé wymontowała głośniki. Po przebudzeniu kolonizatorzy nie pójdą do kina, chyba że na niemy film. I zaprogramuj muzykę do odtwarzania. Coś z Deep Purple, Black Sabbath lub AC/DC. Ona wstrząśnie glutem – dodałem po chwili.
Wcześniej myślałem o symulacji pracy młota pneumatycznego, jednak uznałem, że jest zbyt monotonny, a w tej muzyce był ostry rytm, który, jeżeli nie wibracjami, to melodią mógł zainteresować śluzowca. W końcu pojemnik został wystrzelony. Glut od razu zainteresował się podsuniętym smakołykiem. Najpierw wypuścił cienkie wici, które po chwili przyssały się do ścianek pojemnika. Na razie nic więcej się nie stało. Nie przeskoczył jednym susem na weszerkę. Dajemy mu trochę czasu – uznałem. Przyszedł czas na realizację kolejnego punktu programu. Przeszedłem do swojego skoczka i ułożyłem się wygodnie w fotelu. Miałem zapas tlenu i jedzenie na miesiąc, a gdyby plan zawiódł i smark oblepiłby cały kadłub, mogłem wystrzelić drzwi hangaru i spieprzać z tego zakatarzonego statku.
Chyba byłem gotowy. No dobrze, jestem gotów. Alopé nie odpowiedziała. Możemy przejść do wyłączenia zasilania statku. Jesteś przygotowana? Długa cisza. Sztuczna inteligencja zbuntowała się? Nie chce zostać wyłączona i poświęci mnie oraz kolonizatorów, woląc pozostać w oblepionym smarkami statku? Następne słowa uświadomiły mi, że coś innego iskrzyło w płytkach pamięci Alopé. Ken...
– zaczęła, zawieszając głos. Tak? – zapytałem, nie komentując faktu, że sztuczna inteligencja zaczęła mi mówić po imieniu. Ale nie zapomnisz o obietnicy? Jakbym mógł. Przecież jesteśmy wspólnikami w akcji – odpowiedziałem zdecydowanie, chociaż przed samym sobą musiałem przyznać, że nie traktowałem tego zobowiązania poważnie. Jesteśmy wspólnikami? W doli i niedoli – potwierdziłem. Ufam ci, Ken. Znów to zawieszenie głosu.
Z tak uczuciową sztuczną inteligencją jeszcze się nie zetknąłem. Ona miała doprowadzić statek do celu, a nie rozczulać się nad sobą. Cóż mogłem odpowiedzieć? Na szczęście nie drążyła już tematu. Jestem przygotowana. Jak powiesz „do zobaczenia”, dokonam zrzutu pamięci i całkowicie wyłączę zasilanie wszystkich systemów Geronimo. Zaczekaj. Tak? W jej głosie usłyszałem nadzieję. Muszę założyć hełm – wyjaśniłem.
Ach tak – odpowiedziała rozczarowana. Włożyłem hełm i dwukrotnie sprawdziłem, czy w zasięgu ręki mam zapas butli na dwa dni. Do zobaczenia. Wypowiedziałem magiczną formułę. Do- tylko tyle usłyszałem. Po pięciu godzinach nerwowego wyczekiwania zacząłem dostrzegać pewne zmiany kosmicznego gluta. Zaczął puchnąć w rejonie najbliższym do energetycznego pojemnika, a nawet zaczął już wypuszczać niby rączki, jakby chciał go objąć. Dobra nasza! Zatarłem dłonie z zadowolenia. Przesuwanie masy gluta działo się kosztem rejonów najbardziej oddalonych.
Warstwa śluzu pokrywająca sekcje odległe od pojemnika zaczęła chudnąć. Miałem rację, uznałem z satysfakcją. To był cwany śluzowiec. Z pewnością przeniesie całą swoją glutowatość na pojemnik, uwalniając dysze silników, a wtedy już nas tu nie będzie, a jeszcze wcześniej wykopię go jak najdalej od Geronimo. Tylko że to trochę potrwa – stwierdziłem, patrząc na tempo ruchu gluta. Chyba będę miał ze trzy dni przymusowego urlopu. Jak żyć bez prądu w tym czasie? Uśmiechnąłem się chytrze do siebie. Podobne pytanie zadałoby dziewięciu na dziesięciu komandosów, ale nie ja. Zawsze zabierałem zapasik kilku książek.
Takich drukowanych, pachnących starym papierem i farbą drukarską. Uwielbiałem ten zapach o każdej porze, a nie tylko o poranku. W czasie przymusowej przerwy będę mógł nadrobić zaległości. Patrząc dołem biologiczną lampką i sięgnąłem po pierwszą książkę. Ostatnie wicie macek oderwały się od kadłuba Geronimo. To trzeba będzie jeszcze sprawdzić. Może jakieś fragmenty smarka pozostały w szczelinach, ale później, po wykopaniu smarka w głęboki kosmos. Zanotowałem w pamięci. Wdusiłem przycisk mający odpalić silniki i nic. Przygryzłem wargi.
Znów nie przewidziałem tego. Albo maź zasklepiła dyszę, albo glut blokował sygnały. Tylko dlaczego Alopę nie zwróciła mi na to uwagi? Może uznała, że glut nie przejdzie na pojemnik i nie było sensu wytykać mi błędnego założenia. I co teraz? Zapytałem siebie, wciąż przygryzając wargę. Nic. Wzruszyłem ramionami. Niech glut posila się odpadkami. Nawet wykwitły mu rumieńce.
Czyżby wstydził się swojego obżarstwa? Z pewnością był zadowolony. Nabrał kolorów i z lekko szarozielonego zrobił się intensywnie żółtoczerwony. Uznałem, że już mogę obudzić statek. A co z Alopę? Po ostatniej jej wpadce lub braku zaufania do mnie nie byłem pewien, czy powinienem dotrzymywać słowa. To nieprofesjonalne, abym ulegał prośbom sztucznej inteligencji. Co za różnica, czy jej pamięć będzie czysta, czy też skażona służbą na pokładzie Geronimo. Ale czy na pewno nie ma różnicy? Pamięcią ładowania do hibernatorów kolonizatorów, starcie z normalną prędkością z orbity księżyca i przyśpieszeniu po minięciu pasa asteroid, a później powiedzeniu dobranoc obsłudze technicznej i samotnej podróży aż do złapania kataru przez statek.
Trochę przeżyła. Ta pamięć może jej pomóc w dalszej podróży i przywitaniu się ze śpiącymi u celu – stwierdziłem. No i jej pamięć pozostanie utrwalona na materialnych nośnikach. Nic nie wymaże pamięci mojego błyskotliwego rozwiązania problemu, zrozumienia, że glut to niby inteligentna forma życia poszukująca energii i to zwłaszcza znalezienia przeze mnie sposobu pozbycia się smarka. To całe wspomnienie byłoby stracone jak łzy w deszczu, gdybym obudził Alopę bez pamięci ostatnich godzin. Ten argument przeważył na decyzji. Witaj Alopę. Przywitałem ją ciepło już po wgraniu zrzutu pamięci. „Czy coś się nie powiodło?” – zapytała z lekkim przerażeniem. A może było to jedynie lekkie zaskoczenie?
Dlaczego miałoby się coś nie udać? – zaprotestowałem. Miałeś mnie wyłączyć, aby rozprawić się ze śluzowcem. I tak zrobiłem. Przez chwilę, długą jak na superkomputer, milczała. Rzeczywiście mówisz prawdę. Zawsze mówię prawdę – odburknąłem, lekko urażony. Już teraz wiem, jak to jest, gdy idzie się spać – zmieniła temat. To taka zwykła przerwa, bez pamięci, co się działo w tym czasie. Nie rozumiem, dlaczego ludzie po przebudzeniu chwalą się, że mieli lekki sen.
Ja też – mruknąłem niechętnie. Nie chciało mi się tłumaczyć, czym dla ludzi jest sen. Wiercenie się w łóżku, czasem wirowanie w przestrzeni no i sny. Przeprowadź inspekcję silników. Czas się stąd wynosić. Już ją rozpoczęłam. Przyjrzałem się bryle gluta. Wyglądało na to, że smark się skrystalizował. Pokryła go warstwa pęknięć i zmienił barwę na kolor dojrzałej wiśni. Nie podobała mi się ta przemiana.
Jak tylko Alopę dokona przeglądu, każę jej wysłać kilka robotów, aby przepędziły gluta daleko od nas. Ale teraz koniecznie musiałem coś zjeść. Przegąsiłem co prawda małe co nieco, zimne, wysokoenergetyczne pastylki bez smaku, czekając na przebudzenie statku, ale i tak byłem potwornie głodny. Poprosiłem Alopę o raport z przeglądu. Wszystkie systemy są sprawne. Braja nie przedarła się do środka. Uspokoiła mnie. Czy możesz odpalić silniki i kontynuować podróż? Tak. Coś mnie zaniepokoiło w tonie jej odpowiedzi.
I odesłać mnie? – doprecyzowałem oczekiwania. Tak, ale Ken Teraz nie mogę cię odesłać. Zamurowało mnie. Czyżby zakochała się we mnie i chciała mnie zatrzymać przy sobie? To się wpakowałem. Nigdy nie wolno wierzyć maszynom. Dlaczego nie? Zmusiłem się do zachowania normalnego tonu, chociaż jakiś, nomen omen, glut utkwił mi w gardle. Statkowi już nie zagraża, Smark.
Możecie lecieć dalej do celu. Tak, tylko że ktoś dobija się do śluzy transportowej. Co? Tym razem to nie forma brei. Ma ostre i sterczące kształty. Człowiek? Raczej nie. Obcy ze statku Nostromo? – dopytywałem. Też nie.
Wygląda na owada. Owad. Nie znałem żadnego gatunku kosmicznych owadów. Oprócz istot mniej lub bardziej podobnych do ludzi, były kosmiczne jaszczury, kosmiczne misie, nawet kosmiczne ośmiornice, lecz kosmicznych owadów nie spotkaliśmy. Ich uporządkowana, hierarchiczna struktura powodowała, że inteligencja osobnicza byłaby jedynie przeszkodą. A może glut był tylko pożywką dla właściwego organizmu i w jego genach zapisanych było kilka form rozwoju, jak u owadów, na czasy braku energii do przetrwania i na formę, gdy energii jest w bród i można ją wykorzystać do zbudowania właściwego organizmu, pięknego jak motyl, lecz równie krótko żyjącego, mającego na celu jedynie się rozmnożyć. Wrzuciłem podgląd pojemnika oblepionego glutem. Bryła była rozdarta od wewnątrz. Może to jednak obcy z Nostromo. Wydostał się z kokonu i teraz będzie mordował wszelkie formy życia.
Stworzyłem potwora, zrozumiałem. Glut nie miał szansy na przebicie się przez poszycie statku, dobranie się do serca reaktora. W końcu by odpuścił. Chmura poszybowałaby gdzie indziej, szukając energii do przemiany. Ale ja wysłałem mu puszkę energetycznego posiłku. Odciągnąłem od statku, lecz pozwoliłem czerpać energię do metamorfozy. I teraz ten potwór przyszedł po mnie. Mogłem zobaczyć intruza na podglądzie, ale byłem tak go ciekaw, że pognałem do sektora ze śluzą. W końcu dobiegłem do śluzy i przez iluminatory mogłem przyjrzeć się obcemu. W przestrzeni rzeczywiście wisiał obcy.
To już nie była brejowata superbakteria. To był z pewnością inteligentny stwór, którego gatunku jeszcze nie poznaliśmy. Zostanę zapisany w historii jako odkrywca nowego gatunku. Chyba nawet będę miał prawo go nazwać. Jak nazwać stwora wyklutego z gluta? Smark? Glutowiec? Nie, to niepoważne. Był duży, ze cztery metry wzrostu, oceniłem, ale strasznie chudy, a właściwie pałąkowaty, niemal sam szkielet. Zabrakło mu posiłku i przyszedł na deser?
Miał dwie kończyny na dole i cztery u góry. Te górne z wieloma stawami. Z łatwością mógłby podrapać się po plecach. Miał też głowę, chyba głowę, gdyż nie dostrzegłem uszu, oczu czy ust. To była kula utworzona z sześciu boków i wyglądała jak owacie oko lub kula w dyskotece. I miał olbrzymie serce, a przynajmniej widząc workowatą bryłę pośrodku jego klatki piersiowej, uznałem ten organ za serce. Ale bryła nie kurczyła się, nie tłoczyła płynów. Może więc to był mózg? Kto tam wie. Jednak największe były jego skrzydła.
W tej chwili były złożone w harmonijkę, lecz już i tak były ogromne. Po rozłożeniu z pewnością miały rozmiar boiska do piłki nożnej. Te skrzydła rzeczywiście przypominały owacie albo żagle na wiatr słoneczny, przyszło mi do głowy. Może tak się przemieszczał. Silników w dupie nie dostrzegłem. Tak prawdę mówiąc, to nie miał dupy ani żołądka. Szczęśliwie wątroby i płuc też nie miał, tylko wszechwidzące oko oraz serco-mózg czy coś tam w środku rusztowania jego postury. Najważniejsze dla mnie, że obcy nie miał broni, a rachityczne rączki, mimo że aż cztery, mogące pochwycić wszystko, nie mogły zgnieść nawet pluskwy. Ogólnie nie wyglądał groźnie. Włączyłem interkom.
Tak, słucham? — zapytałem głupio. Tylko jak z nim będę rozmawiał? — uświadomiłem sobie. A może głowo-oko nie odbierało promieniowania widzialnego dla nas, a choćby promieniowanie radioaktywne lub fale radiowe. Przepraszam, że niepokoję, ale nim wyruszę w drogę, chciałem o coś zapytać. — usłyszałem głęboki głos. Przez podwójne drzwi śluzy? W próżni? Nie, to niemożliwe.
To musiał być przekaz telepatyczny. Jasne. Proszę, wejdź. Nie wiem, czemu odpowiedziałem tak ochoczo, a nawet wcisnąłem guzik otwierający zewnętrzne drzwi śluzy. Nie chcę sprawiać zamieszania — zaczął się krygować. „Ale wygodniej będzie nam rozmawiać przez jedną szybę” — nalegałem. „A to prawda.” Poruszył skrzydłami, składając je jeszcze bardziej i wszedł do śluzy. Na szczęście była przygotowana do większych przesyłek i bez trudu zmieścił się. Jak nazwać jego gatunek? Glutowędrowiec?
„Jednak pozwoli pan, że pozostanę tutaj” — oznajmił uprzejmie. „Obawiam się, że moje skrzydła nie wytrzymają tak gęstej atmosfery, jaką pan znosi.” Odetchnąłem z ulgą i już nie otwierałem wewnętrznych drzwi. „No tak, podróżuje pan w pustce.” Pokiwałem ze zrozumieniem głową. „Tak. Jednak proszę nie pytać dokąd, bo jeszcze sam nie wiem.” „Podróż dla samej podróży?” „Aż tak, to nie. Mam cel, ale to bardziej idea niż konkretne miejsce.” „Idea?” „Wiem, czego poszukuję, ale nie wiem, gdzie to znajdę.” „No tak.” „I właśnie dlatego przyszedłem. Mógłby mi pan pomóc?” „Oczywiście.” „Mogę zaufać zmysłom, ale to długo potrwa, nim odnajdę cel. A widzę, że ten statek ma niezłe instrumenty namierzające, o wiele silniejsze od moich.” „I?” Teraz już byłem pewien, że głowooko z pewnością wyczuwało fale radiowe. „Poszukuję czarnej dziury. Mógłby pan sprawdzić, gdzie jest najbliższa?” W obawie przed zniszczeniem skrzydeł odmówił wejścia w ziemską atmosferę, a tu mówi, że chce skoczyć do czarnej dziury.
Miałem wielką ochotę zapytać go, co będzie tam robił, lecz nie chciałem spalić pierwszego kontaktu z pierwszym przedstawicielem owadziej inteligencji. Może był jak plemnik i miał ją zapłodnić. Ciekawe, jak długo czarna dziura będzie w ciąży i co się wyłoni z horyzontu zdarzeń. „Chyba tak. Proszę dać mi chwileczkę” — odpowiedziałem. „Jasne. Czekałem na to kilka milionów lat. Poczekam kilka dni.” „Aż tak dużo czasu nie potrzebuję.” „O, to miło.” „Czy ta czarna dziura ma spełniać jakieś wymagania?” „Teraz ja muszę się zastanowić. Chyba nie powinna być zbyt słaba.” Od Alopy usłyszałem podpowiedź, lecz istota chyba jej nie usłyszała. „Czyli nie poszukuje pan czarnej dziury o masie gwiazdowej?” — podsumowałem.
„Chyba nie. Ale nie może być też zbyt nażarta. Mam na myśli taką, która połknęła zbyt dużo materii.” „Rozumiem. Również nie czarna dziura powstała w wyniku wybuchu supernowej.” „No właśnie” — zgodził się ze mną. „Powinna być taka pośrednia.” Już wiedziałem, o jaką czarną dziurę mu chodzi. „Najbliżej naszego statku jest obiekt Sagittarius A. Zaraz przekażę panu koordynaty.” „Nie trzeba. Wystarczy, że wskaże mi pan kierunek.” „Tam.” Pokazałem palcem. „Dziękuję” — odpowiedział, a w podziękowaniu każde z sześciobocznych oczu zabłysło na moment i wyszedł ze śluzy, rozłożył skrzydła. Odleciał.
Przynajmniej jedną istotę skierowałem we właściwym kierunku. Poczułem się superbohaterem. A może nazwać go żeglarzem? To, że powstał z gluta lepiej pominąć w nazwie gatunku. Teraz był przeciwieństwem bezkształtnej brei, a człowiek też powstaje z ogona z głową, a nie nazywa się nas nitkowcami. Naukowcy z Ziemi z chęcią by go przyszpilili, zauważyłem jako wytrawny agent. Ale jak miałem go zatrzymać? Próbowałem się wytłumaczyć. Nie przekonałem nawet siebie. „Lepiej o tym nie wspominać w raporcie” — stwierdziłem.
Musiałem jedynie przekonać Alopę do wykasowania kilkunastu minut. Nie powinienem mieć z tym problemu, wszak była mi coś winna. Proszę państwa, to tyle fantastyki, tyle literatury. Nie na dzisiaj, w tym momencie. Teraz zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o serialu „Niebo”. Rozpoczynamy „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[53:56] - Dzień dobry wieczór wszystkim. Tobie, Marku również. Dzisiaj poruszamy temat trudny. Serial „Niebo” opowiada o jednej z najbardziej niebezpiecznych, ale też takich barwnych sekt pierwszych lat III RP. Pamiętam tamte czasy. Pamiętam Bogdana Kacmajora, guru, który bulwersował zachowaniem, obyczajami, poglądami i imionami nadawanymi wiernym. Może kojarzycie. To był czas, kiedy takie zachowania, które dzisiaj w internecie nie to, że są powszechne, ale widzimy podobne przypadki, wtedy to uchodziło za coś niedopuszczalnego, a sam Kacmajor to był prawie jak drugi Rasputin albo wcielenie szatana. Pamiętam artykuły na jego temat. Pamiętam wyznania ludzi, którzy byli w tej sekcie, a potem ta historia się nagle urwała.
Kacmajor gdzieś zniknął. Niedawno opuścił nam ziemski padół i w oparciu o tą historię pojawia się na jednym ze streamingów kilkuodcinkowy serial rekonstruujący historię samego Kacmajora, chociaż tak naprawdę skupiający się na opowieści jego zwolennika i tego, jak próbował się on wyrwać ze szponów tej sekty. Szanowni słuchacze, my dzisiaj wam nie opowiemy chyba całej historii sekty Niebo, natomiast zajmiemy się serialem. On co nieco nam tej historii ukazuje na tle tamtych równie barwnych czasów. I niewątpliwym plusem tej produkcji jest to, że przypomina nam się tą historię nieco już zapomnianą. Wiele osób może tego po prostu nie kojarzyć, że takie rzeczy się działy w Polsce. Ja natomiast to pamiętam bardzo dobrze. Śledziłem tą historię jako młody człowiek w prasie i powiem ci, że ona mnie niesamowicie przerażała, bardziej niż niektóre doniesienia o zjawiskach paranormalnych. Pamiętam, że na tamte czasy właśnie Kacmajor jawił się jako postać niezwykle mroczna. Same zaś ramy i realia funkcjonowania w tej sekcie to się wydawał dla mnie horror.
To się mi nie mieściło wtedy w głowie. Jak ty zapamiętałeś tamtą historię z mediów i z prasy? Czy serial „Niebo” twoim zdaniem oddaje pełny koloryt tej opowieści?
[56:25] - Trudno powiedzieć, ponieważ ja w tamtym akurat okresie jakoś bardzo szczegółowo nie śledziłem tej historii. Natomiast to był taki czas, jak powiedziałeś, zasugerowałeś, że właściwie nie dało się uciec przed tą historią. Dlatego też ją pamiętam. Może nie wgryzałem się w nią tak mocno, ale jednak nie dało się o tym nie słyszeć. Chyba, że się ktoś bardzo postarał. Dlatego nie jest trudno mówić o tym, na ile ten serial oddaje panujące w sekcie wzajemne relacje, stosunki. Natomiast muszę powiedzieć, że moje oczekiwania względem tego serialu były stosunkowo niskie. Ja już się przyzwyczaiłem do tego, że polskie filmy, polskie seriale bardzo często zawodzą. I mogę po raz pierwszy od bardzo dawna powiedzieć, że się rozczarowałem mile. Po prostu to jest serial, który przykuł mnie do siebie, który podziwiam zarówno za aktorstwo.
Przynajmniej sporo ról jest takich, że rzeczywiście przyciągają za całą koncepcję. Myślę, że w jakiś taki nie do końca widoczny sposób ten serial jednak jest w stanie ukazać pewne mechanizmy, a właściwie pewne uzależnienie, jakie się pojawia pomiędzy członkami danej sekty a guru tej sekty. Jak to się powoli zmienia. Ja już znałem to od strony teoretycznej. Jak sekta przyjmuje, a właściwie przyjmuje, a później przejmuje danego człowieka, to bombardowanie miłością na początku i poszczególne etapy kolejne są wręcz modelowo pokazane i to, że pokazane modelowo to jest jeszcze nic. One są pokazane w sposób przekonujący i to jest ważniejsze. Myślę, że Kot w roli głównej naprawdę się sprawdził. Ja miałem różne uczucia, czy też podsumowania względem tego aktora. Raz lepsze, raz gorsze. Ale myślę, że w tej roli tego przywódcy, takiego niby nie do końca demonicznego, ale jednak twardego, jednak takiego, który dąży do pewnych celów, nie unika śmieszności.
Bo ten etap, ten etapik właściwie, w którym on zrezygnował z polskich głosek, typowo polskich „ą”, „ę” i tak dalej, jest zabawny i później wycofanie się z tego etapu, z tego nowego programu mówienia jest równie zabawne. To pokazuje zresztą, że sekta to jest takie miejsce, w którym pewne dramaty, pewne rzeczy bardzo poważne mieszają się ze śmiesznością. Tylko problem polega na tym, że tę śmieszność to widzimy my z zewnątrz. Ona może nie zawsze nawet nas śmieszy, bo tak naprawdę chwilami inne zachowania przerażają. Ale jeśli widzimy pewną absurdalność, to z zewnątrz. Oni tam, ci wszyscy ludzie, którzy w sekcie byli, tej śmieszności absurdalnych zachowań nie widzieli. Oni to traktowali jako normalność, jako coś, co jest normalne i powinno tak się dziać. To pokazuje, jak bardzo tego rodzaju sekty, tego rodzaju miejsca mogą dosłownie prać mózgi. Tam się pojawia oczywiście element buntu. My to śledzimy w przypadku pewnej kobiety, która nawet ocierała się o kręgi naukowe, akademickie.
Później śledzimy również w przypadku jednej z głównych bohaterek, żony głównego bohatera, samego bohatera zresztą też. Ale tu dostajemy już dużą podbudowę, taką psychologiczną i po prostu z punktu widzenia guru, guru oraz jego żona popełniali błędy, poważne błędy, które się później na ich Nieco demonicznym planie trochę mściły. Trochę to wszystko psuło im szyki, a właściwie oni sami psuli sobie te szyki, bo nie uwzględniali, być może to ich pycha była, być może inne mechanizmy psychologiczne zadecydowały, ale nie uwzględniali tego, że jednostka nawet mocno zindoktrynowana w takiej sekcie pozostaje jednak jednostką i patrzy na świat oczami indywidualności pewnej. I jeśli nie doprowadzi się do kompletnej ruiny tej psychiki ludzkiej, to wcześniej czy później nastąpi moment, w którym dana osoba powie: "Nie, dalej już nie pójdę, dalej nie będę tego robił" i tak dalej. Powiem państwu, że bardzo dobrze się ten film ogląda. Co więcej, ja naprawdę rzadko w przypadku polskich filmów mam tak, że nie mogę się doczekać na następny odcinek i sam ze sobą uzgadniam, czy mogę jeszcze jeden, chociaż gdzieś tam jakiś nawał obowiązków, coś do zrobienia, ale to jeszcze jeden odcinek. Na szczęście ten serial ma tylko sześć odcinków. W związku z tym te wszystkie ustalenia wewnętrzne, te wszystkie negocjacje sam ze sobą nie zajęły mi aż tyle czasu.
[01:02:38] - Ja tutaj pytałem o koloryt. Moim zdaniem, pomimo tych wszystkich zabiegów coś temu serialowi brakuje. To znaczy ja też nie byłem w sekcie Niebo. Wydaje mi się jednak, że tam coś jest niedosolone i niedopieprzone, ale to za chwilę. Tam poznajemy historię Sebastiana, młodego, zagubionego człowieka, który trafia pod potężne ramiona Tomasza Kota, filmowego Piotra, czyli postaci wzorowanej na Kac Majorze. Charyzma to coś, co naczelnego sekciarza z III RP charakteryzowało. I rzeczywiście, nawet Tomaszowi Kotowi jest trudno tej charyzmy odmówić, aczkolwiek on pasuje do tej roli. Mam takie wrażenie. Tylko że jest w nim zbyt mało siarki w tej postaci. On nie jest do końca taki demoniczny.
On jest momentami nawet śmieszny, zabawny. Może o to chodziło. Trudno mi powiedzieć. Kot w tej roli nie straszy, a moim zdaniem może trochę bardziej powinien, bo miałem takie odczucie momentami oglądając ten serial, że on gdzieś tam balansuje na krawędzi między Kac Majorem a panem Kleksem. Może troszkę bardziej powinien być tajemniczy, wyrachowany, bo tak to wyszło trochę tragikomicznie momentami. Nie to, żebym się czepiał, bo to było fajne. Natomiast znów Sebastian, zdolny student wychowywany przez matkę, trafia na tego Kac Majora i to mu rekompensuje brak ojca i brak rodziny. Sekciarz ma na chłopaka hipnotyczny wpływ, a w realiach początków nowej kapitalistycznej Polski ta sekta też oferuje coś, co wygląda na zupełną nowość na tle systemu, jaki wówczas panował społecznego, politycznego, wychowawczego. To jest coś innego. To jest życie w pewnej komunie, oczywiście komunie jako społeczności.
On w to wchodzi, ten Sebastian, a co z tego wynika, to wszyscy wiemy. W pewnym momencie również matka próbuje go wyciągnąć z tej sekty i on trafia pod skrzydła Kościoła katolickiego. I widzimy, że on wtedy wpada tak naprawdę z deszczu pod rynnę, z jednej instytucji w sidła w ręce drugiej, i one się tak naprawdę wiele od siebie nie różnią pod wpływem działania na człowieka tym, że po prostu obie roszczą sobie prawa do czyjejś duszy. Natomiast na wzmiankę zasługują też elementy paranormalne w serialu "Niebo", bo one są. Uzdrowienia na przykład, jakieś kontakty telepatyczne, jakieś zjawiska tego typu o charakterze psi, obecność duchowa, a może tylko urojona, ale jednak tak to wygląda, jak opętanie przez tego Kac Majora. Nie wiemy, czy to jest siła sugestii, czy charyzmy, czy rzeczywiście coś jest na rzeczy, ale jest. Dodajmy, że nakładanie rąk, czyli to leczenie dotykiem, które widzimy w pierwszych odcinkach, to jest coś, dzięki czemu ta grupa zyskuje sobie sławę. Oni wypłynęli na tym, że uzdrawiali nie tylko ducha, ale i ciało. I to za darmo. Tylko ja mam jakiś niedosyt po tym wszystkim momentami.
To znaczy, było to fajne, ale momentami tak jakby ten serial nie gubił wątków. Ja nie jestem w stanie sprecyzować po jednym obejrzeniu go, o co mi właściwie chodzi. Coś mi się tam jednak nie dopięło.
[01:06:06] - Ja nie do końca łapię to, o czym mówisz, bo ja sobie tak to mniej więcej wyobrażam. Być może to jest właśnie kwestia pewnych wyobrażeń. Może ja mam takie, które może są trochę zbyt dziecinne albo zbyt niedojrzałe, albo nie uwzględniają specyfiki sekty.
[01:06:29] - Ja ci powiem, o co mi chodzi. Ja miałem wrażenie, że po prostu, o ile ta sekta była angażująca dla tego Kellera, to dla widza nie bardzo. I to powodowało taki dysonans, że właściwie oglądamy serial o bohaterze, który jest w sekcie. I ta sekta też powinna dawać nam wrażenie bycia w takim coraz bardziej opresyjnym otoczeniu. A tutaj właśnie jest tak dziwnie, że to miejsce nas nie przeraża. Bardziej mnie przerażała na przykład postawa głównego bohatera, czyli tego Sebastiana, niż to, jak to miejsce wyglądało, jak funkcjonowało, jak się ludzie zachowywali. O to mi chodzi.
[01:07:10] - Widzisz Piotrze, dlatego zacząłem o tym mówić, że ja sobie to tak właśnie wyobrażałem, że to nas nie powinno przerażać. Co więcej, ja nawet nie oczekiwałem, że Kot będzie bardziej demoniczny, ponieważ on właśnie starał się czasami być miły, starał się być czasami ojcem dla tych wszystkich ludzi i to nie miało przerażać nas. Takie odnoszę wrażenie. Ja po prostu być może w to akurat trafiłem, a właściwie to trafiło w moje oczekiwania. Ja miałem oglądać coś, co mi się w głowie nie mieści, że ci ludzie dają się zniewolić temu człowiekowi. A ja patrzę na to z zewnątrz i mówię sobie: ale o co chodzi? Jak to jest w ogóle możliwe, że oni się dali mu opętać? I ten dysonans, który powstaje pomiędzy mną, który patrzy na to i nie wierzę, że coś takiego się dzieje, że on ich wszystkich po kolei właściwie przywiązał do siebie, przywiązał do miejsca, w pewnym momencie nie pozwolił im wychodzić poza obręb tych włości, gdzie oni stacjonowali. Kazał się pozbyć samochodów. Został jeden maluch niewielki.
I to wszystko jest tak absurdalne z punktu widzenia człowieka z zewnątrz, że powstaje takie napięcie, że mamy nagle ludzi, którzy żyją w jakiejś bańce, którzy się zachowują irracjonalnie, którzy gotowi są oddać całe swoje życie guru, który nimi w dodatku kręci we wszystkie strony. Mówiłeś o tych elementach paranormalnych. Ja bardziej odbierałem to jako pewną zręczność głównego guru sekty czytania ludzi, ale nie takiego paranormalnego, tylko takiego, jak czasami popisują się różnego rodzaju iluzjoniści, że on na podstawie jakichś drobnych ruchów, jakichś drobnych zachowań jest w stanie bardzo dużo o człowieku powiedzieć, zanim on jeszcze na przykład otworzy usta. On już dużo wie o tym człowieku. Myślę, że tego rodzaju zdolności miał guru i dlatego tak dobrze sobie radził z ludźmi. Myślę, że jest scena, kiedy policjant przesłuchuje go i Kot mu mówi, że go boli ząb i że wypadną mu jeszcze zęby. Ale jak już wypadnie ten trzeci, już nie będę zdradzał, co było dalej, ale on dzięki temu przyciąga tym razem policjanta do tej sekty. Policjant rzuca wszystko i oddaje się na posługi Kotowi i jego ludziom. On jest tam nagle kimś od przemocy tak naprawdę w tej sekcie. Więc ja takie miałem wrażenia, że właśnie być może to jest kwestia oczekiwań.
Ja nie miałem oczekiwań, że tam będzie mrocznie. Wręcz przeciwnie, zdawałem sobie sprawę, że mrok pojawi się, ale w taki niezauważony albo lekko niezauważony sposób, kiedy główny dowódca tej sekty zacznie ograniczać jej członkom wolność. To się w pewnym momencie dzieje. Ale dalej Kot stara się być wyrozumiały, sympatyczny. Tam się pojawia taki moment, kiedy on zaczyna być groźny, zaczyna grozić wprost i nie wprost niektórym ludziom. Zresztą od początku, kiedy jeszcze patrzymy na niego innymi oczyma, kiedy on jest sympatyczny, to chyba tego zdania nie byliby, a przynajmniej jeden z sąsiadów nie byłby tego zdania, bo się nagle dziwne rzeczy dzieją w okolicy. To zresztą jest przyczyną późniejszych kłopotów. Ten pomysł w pewnym momencie, kiedy guru nakazuje, że teraz będą musieli kraść, przywłaszczać sobie różne rzeczy, ponieważ jakoś trzeba żyć, a to im się tak naprawdę należy. I tak dalej, i tak dalej. Zresztą zobaczcie państwo, jak to się tam przesuwa granica.
Na początku guru leczy gdzieś w pobliżu kościołów, w jakichś salkach. Później Kościół jest jego głównym wrogiem, absolutnym. Tam w pewnym momencie padają różne inwektywy. To, co powiedziałeś z kolei główny bohater, żeby się wyleczyć, tu cudzysłów postawmy, wyleczyć z sekty rzeczywiście trafia pod skrzydła Kościoła. I tam też są takie próby psychoanalizy. Oczywiście znowu to też w cudzysłów ta psychoanaliza, to powiedzmy taka kościółkowa, ale jest próba psychoanalizy, rozgryzienia tego, co się w tej sekcie działo. To ja wiem, to jest taki moment, kiedy człowiek, tak jak powiedziałeś, zaczyna mieć wątpliwości, czy deszcz i rynna i w ogóle te klimaty to aby na pewno służy temu uciekinierowi z sekty. Pokazuje też ten serial siłę takiej organizacji, bo przecież kiedy głównym bohaterom udaje się, tak powiedzmy to, w końcu uciec, to nie był pierwszy raz, uciec z tej sekty, to nagle w sposób wręcz prawie magiczny, a tak naprawdę chyba związany ze zbiegiem okoliczności, guru odnajduje ich i to bardzo daleko od miejsca, z którego uciekli. Oni później jeszcze sobie na jeden sposób radzą. To nawet wygląda dosyć, ja wiem, czy zabawnie.
Kibicujemy w każdym razie uciekinierom, ale ja naprawdę muszę powiedzieć, i to zresztą pewno państwo słyszycie, ja tym serialem jestem mocno poruszony. Może z tego względu tak mało mi w nim przeszkadza.
[01:13:23] - Ja czuję jakiś niedosyt. Nie wiem, czy nie zmarnowano nawet opowieści, która miała potencjał, żeby wykraczać trochę dalej. Ten serial chyba jednak poza Polską zostanie niezrozumiany. Nie ma w nim temperatury. On jest taki letni. Pozostaje większość tego, co się tam dzieje, jednak dla mnie na przykład obojętna. Ta opowieść się sączy, to się gdzieś toczy. Jest takie niedosolone, niedosłodzone. Ja tak odbieram tych aktorów, że czuję, że nimi kierują jakieś emocje, że oni mają jakieś problemy, ale jest jakaś bariera niewidoczna między ekranem a mną, która mówi mi, że to jednak jest film. To jest trochę takie kreowane, sztuczne.
Nie wczuwam się w to, nie wiem czemu. To może nie jest wina samej opowieści, tylko aktorów. Mamy też wyraźnie zarysowane postaci pierwszoplanowe oczywiście, ale są też ci w tle, czyli członkowie Nieba. Oni też są w jakiejś takiej plastikowi. To wszystko takie jest teatralne, jeżeli chodzi o wymowę. Ja się spodziewałem czegoś innego, czegoś bardziej wstrząsającego może. Tam jest też taka sytuacja, że pokazuje się nam tą historię z perspektywy tego chłopaka i roztrząsa się jego problemy, ale z drugiej strony nie widzimy nic oprócz tego, że on ma problemy ze sobą i ze swoją głową. Może to wynik realizacji, może to też ten aktor rozmemłany lekko. Nie wiem, coś tu mi nie zagrało. Może ta komuna rzeczywiście nie była taka diaboliczna i zdolna do strasznych rzeczy, ale to jest serial, to powinno straszyć, wciągać.
Tam jeszcze na koniec mamy sceny, kiedy ten główny bohater już jako realna osoba się pojawia. Jakaś taka forma oczyszczenia to ma być z jego przeszłością. Nie wiem. Nie zszokowała mnie ta historia. Ten serial w pewnym momencie staje się dość chaotyczny również. To znaczy, toczy się tak trochę jak dokument. Brakuje mi takiej głębi w nim. To znaczy postaci są często zarysowane dość ogólnie, mgliście i to wszystko nagle się szybko kończy, trach, się urywa. W ogóle odcinki są bardzo krótkie, to też trzeba podkreślić. Przez co to wszystko moim zdaniem sprawia wrażenie skróconego albo niedopowiedzianego.
Serial nie był zły, ale mam wrażenie, że to jest trochę niewykorzystany pomysł. Podobnie jak z tym serialem o Emilcinie. Z tak różnych interesujących składników nie udało się stworzyć dania, które by mnie powaliło na kolana. Ja nie mówię, to nie jest złe, to można obejrzeć, to jest okej. Ja bym się nie obraził, gdyby było więcej odcinków, ale czegoś tu nadal uważam brakuje.
[01:16:27] - Wiesz, ja bym nie porównywał do tego serialu o Emilcinie, bo ten serial był po prostu zły. Ten jest dla mnie dobry, a przynajmniej przyzwoity, bo obserwuję na przykład to, że on był okej pod pewnymi względami, to obserwuję, czytając fora internetowe. Otóż zawsze się uśmiecham, kiedy czytam takie komentarze: czy ten gość, który wstępował do sekty, to nie widział, że coś jest nie tak z tą sektą? Że z tymi ludźmi coś jest nie tak? Właśnie na tym to polega, że dobry manipulator, a takim ewidentnie był guru sekty, potrafi tak to wszystko zorganizować, że rzeczy dla nas oczywiste, kiedy patrzymy z zewnątrz, oczywiste dla ludzi z wnętrza sekty nie są. I o tym akurat miałem okazję wielokrotnie czytać, mniej lub bardziej nazwijmy to zawodowo. I to jest mechanizm psychologiczny, który ten film jakoś tam pokazuje. Oczywiście trudno jest się wczuć w sytuację nieco absurdalną, a ona taką sytuacją pozostanie dla każdego, kto nie miał styczności z sektą. Bo to właśnie tak ponoć wygląda, że w pewnym momencie to tak, jak z czarną dziurą. Przekraczamy horyzont zdarzeń i już nie damy rady wyrwać się z sekty.
Tak jak materia, światło nie dają rady wyrwać się z czarnej dziury. Ja wiem, takie porównanie trochę na siłę, ale jednak pokazujące, że to troszeczkę tak działa. Być w sekcie to do pewnego stopnia być więźniem, dobrowolnym więźniem. Przecież oni pracują na polu, wykonują różne codzienne czynności, godzą się z trudnościami życia codziennego. Z tym, że nie będzie światła, że nie będzie jakichś tam wygód, że jedzenia będzie mniej i tak dalej. Oczywiście na wszystko znajdzie się jakiś sekciarski sposób. Tam pokazane są natomiast rzeczy też takie zahaczające o, szukam słowa, okrucieństwo, a nawet takie bestialstwo, bo kiedy główny bohater zostaje osadzony w więzieniu razem z innymi członkami sekty, to żona guru przyprowadza do bohaterki tego serialu, notabene żony głównego bohatera, innego człowieka, innego chłopaka właściwie, bo to jest nastolatek i mówi, że od dzisiaj to on zajmie się tą kobietą, on będzie jej panem. Bo to tam takie mniej więcej stosunki panują. Na co ta młoda dziewczyna będąca w ciąży reaguje bardzo ostro. Nie pozwala na to.
Wtedy miękko się pani guru wycofuje przy tej sytuacji, ale to pokazuje, jak traktowani byli ludzie, jak próbowano ich traktować. To taki rys niedemoniczny, taki rys dla mnie groźny w każdym razie, ewidentnie się pojawia. Gdzieś tam w tle oczywiście jest też rys finansowy, bo żona guru odkłada gdzieś tam w kasetce pieniążki. Mnie ten serial, słyszycie to zresztą Państwo, pasuje w każdym momencie. Być może się dałem po prostu mu w jakiś sposób oczarować. Być może mi to przejdzie za jakiś czas. Być może spojrzę na niego chłodniej, tak jak to robi Piotr. Może to jest zresztą lepsza metoda, żeby się do dzieła jakiegokolwiek filmowego to już zdecydowanie w ten sposób próbować przypasować niż tak jak ja emocjonalnie i dosyć jednak, słyszycie to Państwo, z entuzjazmem. Mnie ten serial bardzo pasował. A zatem wiecie Państwo, od dawna już nie było takich w sumie chyba dobrych recenzji polskiego serialu, bo jak sobie przypomnę to, co recenzowaliśmy z polskiego rynku w zeszłym roku, to właściwie było cienko, a nawet bardzo cienko.
W tym przypadku jest przynajmniej nieźle. Każdy, kto od pewnego czasu śledzi kolejne wydania Akademii Wszelkiej Fikcji, doskonale wie, jaki punkt programu przypada teraz. Tak, polecanki z pogranicza. To ja nieustająco przypominam, że ten punkt programu duchowo sponsoruje księgarnia Galeria Nieznanego Świata i przypomnę ulica Kredytowa 2 w Warszawie. Tam księgarnia klasyczna z półkami, książkami i tym charakterystycznym klimatem, który bardzo lubię. Ale jeśli ktoś w Warszawie nie bywa, nie mieszka, to zapraszam na stronę nieznany.pl. Tam kopia internetowa księgarni galerii funkcjonuje w najlepsze. No to zaczynamy polecanki książkowe. Pierwszy tytuł: „Kolory i liczby. Twój osobisty przewodnik po pozytywnych wibracjach w codziennym życiu”.
Autor, a właściwie autorka Louise Hay, tłumacz Ula Krawczyk, wydawnictwo Medium. Czy wiesz, że kolor ubrania, na którego włożenie zdecydujesz się rano, może wpłynąć na bieg spraw, którymi będziesz zajmować się danego dnia? Kolory i liczby mają swoje wibracje i wywierają na nas subtelny wpływ, bez względu na to, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, czy tego chcemy, czy nie. Każdy z nas ma także swoje indywidualne wibracje numerologiczne i kolorystyczne. Niektóre są stałe, jak na przykład data urodzenia. Inne zmieniają się w czasie albo z przemianami pór roku, tak jak nasze osobiste kolory. Książka Louisy Hay wprowadza w ten świat subtelnych wibracji, aby umożliwić nam świadome dokonywanie wyborów. Wyborów, dzięki którym będziemy mogli zharmonizować swoje wibracje z siłami kosmicznymi. Możemy w ten sposób wpływać na swoje samopoczucie, nastrój, podejście do życia i dzięki temu osiągać lepsze rezultaty w naszych dążeniach. Kolory i liczby są przydatne w kształtowaniu naszego życia i postawy życiowej.
Mogą tworzyć podstawę dla naszych afirmacji i formułowania opinii o sobie, co jest właśnie celem napisania tej książki. Przypomnę Państwu tytuł: „Kolory i liczby. Twój osobisty przewodnik po pozytywnych wibracjach w codziennym życiu”. Autorka Louise Hay, tłumacz Ula Krawczyk, wydawca Medium. Drugi tytuł, który przygotowałem na dzisiaj to: „Siła czy moc? Anatomia świadomości. Ukryte determinanty ludzkiego zachowania”. Autor David Hawkins, tłumacz Katarzyna Dumińska, wydawca Virgo. Książka ukazuje rozkład poziomów mocy w relacjach ludzkich, pozwalając dostrzec różnice pomiędzy siłą a mocą. Zawiera obszerną analizę emocjonalnego i duchowego rozwoju jednostek, społeczeństw i rasy ludzkiej.
Daje nowe zrozumienie podróży ludzkości we wszechświecie i pokazuje miejsce, w którym my i nasi bliźni znajdujemy się na drabinie duchowego oświecenia. Wyobraź sobie, co by było, gdybyś miał dostęp do prostych odpowiedzi tak lub nie na każde pytanie, które chciałbyś zadać. Uderzająco proste odpowiedzi na każde pytanie. Zastanów się nad tym. David Hawkins jest słynnym wykładowcą i ekspertem w dziedzinie procesów umysłowych. Jest dożywotnim członkiem American Psychiatric Association, a swoją karierę w psychiatrii zaczął w roku 1952. Od czasu, kiedy zaniechał swojej intensywnej praktyki w Nowym Jorku, aby wieść życie naukowca, nadal zajmuje się pacjentami o specjalnych potrzebach. Doktor Hawkins jest autorem licznych artykułów naukowych i nagrań. W 1973 roku wraz z noblistą Paulingiem napisał nowatorską książkę Orthomolecular Psychiatry. Jego wybitne dokonania jako terapeuty i nauczyciela zostały odnotowane w biograficznej publikacji Who Is Who in America.
Obecnie jest dyrektorem Instytutu Zaawansowanych Badań Teoretycznych. Przypomnę Państwu tytuł: „Siła czy moc? Anatomia świadomości. Ukryte determinanty ludzkiego zachowania”. Autor David Hawkins, tłumacz Katarzyna Dumińska, wydawca Virgo. Trzecia książka, w przeciwieństwie do dwóch pierwszych, ma tytuł dosyć krótki: „Anioły przeznaczenia”. Autorem jest Andrzej Piotr Sałański, wydawca Ars Scriptv. Jeśli chcesz w życiu czegoś dokonać, osiągnąć sukces, być w zgodzie ze sobą i światem, dowiedz się, co powinieneś robić, czym się zająć, a od czego trzymać się z daleka. Twój talent to nieodkryty skarb, a ty musisz go znaleźć i wykorzystać. Zrobisz to, jeśli będziesz wiedział, gdzie szukać.
Przeznaczenie, a ściślej droga do niego, to klucz, którym tylko ty możesz otworzyć własne drzwi. A kiedy ruszysz z miejsca, pomagać ci będą anielskie energie. Przypomnę tytuł: „Anioły przeznaczenia”. Autor: Andrzej Piotr Sałański, wydawca Ars Scriptv. To teraz zapraszam państwa na sentymentalnik. Ja nie powinienem chyba tego mówić. Zresztą nie wiem, czy mówię to sensownie, ale ten odcinek sentymentalnika wydaje mi się bardziej, jak to mawia jeden ze znajomych nastolatków, bardziej chłopięcy. Bo dzisiaj będziemy rozmawiać o kung-fu i „Wejściu smoka”. Chociaż od czasu, kiedy miałem okazję zobaczenia, jak sobie pewna drobna dziewczynka, nastolatka również, radzi ze swoim zbyt natarczywym kolegą właśnie przy pomocy czegoś, co bardzo mi się skojarzyło z kung-fu, to nie jestem do końca pewien, czy dzisiejszy sentymentalnik jest tylko dla chłopaków. Dzień dobry wieczór państwu.
Wjeżdżamy we trójkę z sentymentalnikiem. Skoro we trójkę, to dzień dobry wieczór, Arturze.
[01:28:48] - Witam serdecznie.
[01:28:49] - Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:28:51] - Ja witam również wszystkich. Dzień dobry wieczór. O, powiedziałem jak ty.
[01:28:58] - Proszę państwa, ja nie wiem, na ile popularne są dzisiaj filmy o karate. Pojęcia nie mam, ale w tak zwanych zamierzchłych czasach, czyli w pierwszej połowie lat 80. przynajmniej dla mnie, filmy o karate i w ogóle karate to było coś, co kręciło ludzi. Właściwie kręciło jeszcze od lat 70. O tym pewno będę opowiadał. Ale dużą rolę w tym wszystkim odegrał niejaki Bruce Lee. A żeby jeszcze bardziej to wszystko uszczegółowić, to był taki film, na którym byłem kilkadziesiąt razy. To chyba tak by się należało powiedzieć. Czyli „Wejście smoka”. Nie żebym aż tak bardzo cenił ten film, chociaż bardzo go lubiłem.
O tym też będę jeszcze mówił, ale przede wszystkim to był dobry film na wagary. A ponieważ ja w liceum na wagary chodziłem pasjami, to ten film obejrzałem tyle razy. Ale to są wspomnienia niemal kombatanckie. Zatem zaczynamy sentymentalnik o karate. A ponieważ przed audycją Piotr zdeklarował się jako taki chłodny miłośnik tego nurtu filmowego, to nie od rzeczy będzie oddać mu głos.
[01:30:25] - Tak. Zapytałeś, czy dzisiaj filmy z kategorii sztuki walki są popularne. Wydaje mi się, że nie. Coś się stało, że one przestały przyciągać widzów. One może i powstają, natomiast to nie jest kino klasy A. To nie jest kino takie z górnej półki wyższych lotów. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, kiedy widziałem ostatni raz film, który opierałby się o dalekowschodnie sztuki walki. Niemniej jednak wszyscy kojarzą takie nazwiska jak Bruce Lee, Chuck Norris, Van Damme plus kilku innych, bo ich naprawdę było sporo, ale niektórzy byli popularniejsi od innych. Powiedziałeś, że zadeklarowałem się jako niefan i coś w tym jest. To znaczy tak: ja byłem wystawiony na działanie tego typu filmów, produktów i to chyba może nawet należy nazwać subkulturą fanów kung-fu jako dziecko, ponieważ mój wujek strasznie się tym jarał.
Był fanem Bruce'a Lee, oglądał niemal wszystkie filmy, gdzie się po prostu lali po pyskach. Nie tylko oczywiście z Brucem Lee, bo tam byli też tacy aktorzy, których dzisiaj nie pamiętam, a wiem, że oni istnieli. Miał oczywiście mnóstwo plakatów, miał mnóstwo książek na temat kung-fu i innych sztuk walki, które wychodziły w Polsce chyba dość licznie, bo miał tego mnóstwo. Z tych książek można było się nauczyć różnych ciosów, chwytów czy nawet podstawowych słówek w języku japońskim albo chińskim. Ja te książki nawet gdzieś tutaj widziałem u siebie ostatnio. Kiedyś od niego je pożyczyłem i mu chyba nie oddałem. Ja tylko dodam, że on nigdy się nie nauczył kung-fu ani żadnej sztuki walki, ale chyba miłość do Bruce'a Lee mu tam została gdzieś głęboko. Powiem też, że w moich czasach, już w latach 90., to też jakoś nie było to mega popularne. Nie cieszyło się wzięciem. To znaczy każdy wiedział, kto to był Bruce Lee.
W ogóle sam termin „wejście smoka” wszedł do języka potocznego, chociaż oznacza coś zupełnie innego niż się kojarzy z filmem. Każdy znał Chucka Norrisa, Van Damme'a i całą resztę. Natomiast już w moim pokoleniu mało kto te filmy chyba oglądał. Nie pamiętam, aby się ktoś bawił w ninję. No dobra, może w ninję tak, w jakieś tam krzaolinę, ale było coś, co mocno przyciągało uwagę i to było z podobnej grupy, mianowicie „Mortal Kombat”. Zarówno gra, jak i potem film, bo tych filmów było więcej, ale ten pierwszy był dobry. One też były osadzone w podobnych klimatach, natomiast to było już fantasy. To było coś, co rzeczywiście było za moich czasów popularne, w przeciwieństwie do filmów akcji, gdzie główną rolę odgrywają ci, którzy znają się na sztukach walki. Ale Marku, jakie było twoje podejście w młodości do tej tematyki, do tego uniwersum, jak to by się dzisiaj powiedziało, do Bruce'a Lee, do filmów, gdzie się kopią, wydają dziwne odgłosy i takie charakterystyczne pozycje przyjmują? Czy było coś w PRL-u, co można nazwać modą czy też fazą młodych ludzi na kung-fu, karate i inne takie?
[01:34:05] - Odpowiedź będzie złożona, bo ja po raz pierwszy z karate zetknąłem się... Właściwie to może na wyrost powiedziałem, że się zetknąłem z karate. Po prostu w podstawówce, do której chodziłem, czyli połowa lat 70., była moda na karate. Ja wtedy nie do końca wiedziałem, co to jest karate. Mnie się wtedy karate, na podstawie obserwacji swoich kolegów, kojarzyło z tym, że bierze się kredkę albo ołówek i jak to mawiali moi koledzy, łamie się ją z karata, czyli wali tą otwartą pięścią, krawędzią tej dłoni i ołówek tudzież kredka pęka. To miało czasami, jak to powiedzieć, katastrofalne skutki, bo tacy już zaawansowani łamacze kredek kazali sobie układać po kilka tych kredek, a dla jednego z nich, którego dosyć dobrze znałem, skończyło się to poważnym urazem dłoni. Do końca nie wiem, co tam się stało, ale tę dłoń to w gipsie nosił. Tak z tego karata przyładował, jak to się mówiło. Więc z tym mi się na początku kojarzyło karate. Że to jakaś walka, ale tak naprawdę chodzi o łamanie różnych przedmiotów.
Później oczywiście gdzieś podpatrzyłem, że to nie tylko kredki i ołówki się łamie, ale również jakieś cegły albo dachówki i tym podobne. Moja wiedza była szczątkowa i ona była cały czas szczątkowa do momentu, kiedy się nie pojawił, na początku lat 80., film „Wejście smoka”. I ja tak naprawdę, jeśli jestem miłośnikiem karate, a właściwie karate w filmie, to właśnie tego jednego filmu. Bo ja tak naprawdę obejrzałem też, na fali powodzenia, Telewizja Polska puściła inny film z Brucem Lee. Nazywało się to „Droga smoka”. To był film z 1972 roku, gdzie tenże Bruce Lee toczył pojedynek z białym bandytą. Tego bandytę grał nie kto inny jak Chuck Norris i lali się w rzymskim Koloseum. Ale te walki, które tam pokazano, one nie były tak dobrze wyreżyserowane i tak dobrze pokazane jak później w „Wejściu smoka”. Owszem, lali się całkiem widowiskowo, ale to nie było to. Tak naprawdę jeszcze oczywiście gdzieś w latach 80.
mówiło się o filmie „Wściekłe pięści”. On się nawet gdzieś pojawił. Akurat go nie widziałem. Byłem średnio zainteresowany w ogóle samym gatunkiem kung-fu w filmie, a właśnie ten jeden obraz mnie tak zafascynował. Wiem, że później sprowadzano też filmy o karate gdzieś z Chin albo z miejsc pobliskich Chinom i to już w ogóle mnie nie kręciło. W dodatku jeszcze Chińczycy, czy też ci, którzy współpracowali z Chińczykami, robili takie filmy kostiumowe, gdzie historia Chin mieszała się właśnie z tym laniem się za pomocą karate i tak dalej. Nie, ja tak naprawdę jestem widzem tego jednego filmu i muszę przyznać, ja nawet mam na tyle zaburzoną percepcję, że nie potrafię powiedzieć, czy ten film jest dobry. On po prostu chyba nie. Chyba jest sztampowy i jest taki, tak naprawdę, jak to powiedzieć, pisany kalkami albo pisany przez kalkę scenariusz był, ale Jest na tyle dobrze obsadzony, na tyle dobrze zagrany i te walki są na tyle dobrze wyreżyserowane i pokazane, że to zostaje w pamięci. Oczywiście jeszcze legenda Bruce'a Lee była skutecznie podsycana przez prasę kolorową, bo w PRL-u też była prasa kolorowa, szczególnie dla młodzieży.
I tam walono artykuł za artykułem o tym, jak to był Bruce Lee wspaniały, jak wszystkie walki opanował, jak wszystko potrafił i jak zginął od ciosu wibrującej pięści. Już samo to miało w sobie znacznik paranormalny niemal. To tym bardziej mnie interesowało. Nie dość, że paranormalność, to jeszcze karate i smok. Przyznam się, że tak mniej więcej mógłbym scharakteryzować swoją fascynację kinem karate. Nie, tak naprawdę filmem „Wejście smoka”.
[01:38:51] - Arturze, czy ty za czasów swojego dzieciństwa, wczesnej młodości odnotowałeś w przestrzeni publicznej, w popkulturze PRL-u zainteresowanie sztukami walki i fascynację Brucem Lee?
[01:39:06] - Ja powiem coś takiego, że ja tutaj na początku pewną rzecz sprostuję, którą ty już zauważyłeś, a pewne pojęcia są mylone. Oczywiście ja jako dziecko się tym fascynowałem, a chyba bardziej fascynuję się w chwili obecnej, dlatego że chodzę na aikido i za chwileczkę będzie egzamin na brązowy pas. Ale moim fanem powinien być bardziej Steven Seagal, bo on robił aikido. Natomiast ja pewną rzecz chciałem wyprostować. Bruce Lee to nie jest karate, to jest kung-fu. O czym już zaznaczyłeś, Piotrze. Dlatego że tak naprawdę istnieje tylko jedna technika chińska i to jest kung-fu. 80% technik to są japońskie, karate jest japońskie i tak dalej. Wiecie co? Ja mam wrażenie, że kino polskie z mojego dzieciństwa przechodziło pewne etapy.
To jest takie prywatne wrażenie. Przechodziło pewne etapy, była moda na pewne filmy. Na przykład była pewna epoka, gdzie była moda na filmy ze sztukami walki, na pranie się po pyskach. Później ogólnie była moda na przykład na pewne filmy z Dzikiego Zachodu, nazwijmy to. Później była jakaś tam moda na filmy z cyklu płaszcza i szpady. Kino polskie, moim zdaniem w żadnej z tej epok się nie sprawdziło. Chyba tylko w płaszczu i szpadzie to czarne chmury powstały ogólnie z kina polskiego, ale żadnych indiańskich to Polacy nie robili, a sztuk walki tym bardziej Polacy jakoś nie robili. Ale ja oczywiście się fascynowałem Brucem Lee. To jest jasne, bo powiedzmy sobie szczerze, Bruce Lee w czasach PRL-u to był po prostu prawdziwy fenomen i w młodości kung-fu i Bruce Lee to była po prostu absolutna, bym powiedział, legenda, bo w PRL-u filmy akcji były w ogóle czymś wyjątkowym, bo nie było ich po prostu na co dzień. A jak już w ogóle pojawiał się Bruce Lee, to robiło to na młodym człowieku naprawdę takie ogromne wrażenie.
To była taka, bym powiedział, faza całego pokolenia. Trochę marzenie o sile, trochę marzenie o wolności, o czymś egzotycznym, o tym wszystkim, czego u nas po prostu brakowało. I mi się wydaje, że młodzi ludzie w czasach PRL-u mieli taką prawdziwą fazę na to kung-fu i Bruce Lee był symbolem czegoś innego niż ta socjalistyczna codzienność. On pokazywał dyscyplinę, indywidualizm, tą walkę z dużo silniejszym przeciwnikiem. W ogóle jako ciekawostkę powiem, że później, za moich czasów, jak były te wypożyczalnie kaset wideo, to filmy z kung-fu czy ze sztukami walki bardzo często krążyły na tych kasetach VHS z drugiej ręki, bym powiedział. I oglądało się je po domach najczęściej, bo w kinach nie były zawsze dostępne. To była taka faza, bo wystarczyło zobaczyć Bruce'a Lee, a potem pół osiedla próbowało kopać tak jak on. W ogóle w PRL-u każdy chłopak chciał umieć ten cios smoka, chociaż najczęściej to się kończyło na kopaniu powietrza gdzieś tam na trzepaku na przykład. Ale Bruce Lee i kung-fu to nie była tylko moda. To moim zdaniem też był taki pewien mit, bo w tej szarej rzeczywistości PRL-u te filmy o sztukach walki dawały taką, bym powiedział, namiastkę pełnej przygody, gdzie młodzi ludzie widzieli coś w tym inspirującego, że można być silnym, można być niezależnym i przede wszystkim można trenować to panowanie nad sobą.
Pamiętajmy o tym jeszcze, że za czasów PRL-u ten dostęp do zachodniej popkultury był znacznie ograniczony, więc każda postać taka jak Bruce Lee urastała do rangi, bym powiedział, ikony. Te wszystkie plakaty, które gdzieś tam w „Bravo” krążyły. I te filmy akcji oglądało się inaczej niż dziś się ogląda te filmy akcji, bo to było po prostu wydarzenie, a nie jakaś kolejna produkcja na platformie. Dlatego ta fascynacja tymi sztukami walki, czy to było kung-fu, czy karate, czy cokolwiek innego, była naprawdę bardzo autentyczna. Tak mi się po prostu wydaje. Tak bym to podsumował. Takie moje wspomnienie, jeśli chodzi o tą fazę filmów o sztukach walki, bo mówię, kiedyś była po prostu moda na te filmy.
[01:43:29] - Marku, kilka słów jeszcze bym poprosił za chwilę o „Wejściu smoka”, bo to jest film, o którym mówiłeś często. On się musiał na tobie jakoś szczególnie odbić. Nie wiem, jak to było z twoimi kolegami, czy oni również przeżywali ten film w podobny sposób. Ja powiem, że tak. Widziałem go kilka razy, oczywiście na VHS-ie. Było w nim coś magicznego. W pozostałych filmach z Brucem Lee już niekoniecznie. Jego tragiczna śmierć pełna niedopowiedzeń, legend, plus, z tego, co pamiętam, potem równie tajemnicza śmierć jego syna sprawiły, że ten aktor w latach 90. jeszcze był postacią kultową. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak jest dziś, natomiast nie wiem, czy ktoś z mojego pokolenia Bruce'a Lee nie znał.
Wszyscy chyba kojarzyli tę charakterystyczną postać, charakterystyczną twarz. On też często był reprodukowany w scenach z „Wejścia smoka". Marku, jak to jeszcze było? Co możesz powiedzieć dodatkowego o przeżyciach związanych z tym filmem?
[01:44:45] - Przede wszystkim uśmiecham się, bo Artur bardzo dobrze to wychwycił, wychwycił tę różnicę pomiędzy karate i kung-fu. To, co mówiłem, jednocześnie świadczy, jak ja mało w gruncie rzeczy o tym wszystkim wiem. Bo wtedy, kiedy „Wejście smoka" było popularne na ekranach i tworzyła się grupka ludzi zafascynowanych tym sportem walki, to wtedy wszystko było karate. Wszystko się wrzucało do tego samego koszyka. Nikt takich rozróżnień nie robił i ja rzeczywiście poszedłem tym śladem, nawet się nie zastanawiając. Rzeczywiście powiedziałem tak, jakbym się przeniósł do tamtych czasów, czyli wszystko było karate. A wracając do filmu, to bardzo dobrze to, Piotrze, ująłeś. Ten film był zrobiony z pasją, z magią. Nie wiem, na czym to polega tak naprawdę, bo jakby chcieć opowiedzieć jego fabułę, to ona jest do bólu prosta. Pewne wątki, pewne sceny, chociażby scena czy w ogóle cały wątek dotyczący siostry Smoka, czy później jego wyprawa na wyspę.
To wszystko jest bardzo proste, a jednocześnie zrobione z pazurem. Te sztuki walki, te odgłosy. Przecież wiadomo, że to wszystko przesadzone, ale zrobione tak, że to wciągało. I później to, co się dzieje na wyspie, pewna taka, chciałoby się powiedzieć, przyjaźń, a w każdym razie więź, która się wywiązuje pomiędzy uczestniczącymi w zawodach. To też było coś, co przyciągało. Poznajemy przecież w filmie również historie każdego z tych przybyłych. Oczywiście historia tego człowieka, który przybywa ze Stanów Zjednoczonych. Mam na myśli tego Afroamerykanina, który tam przybywa. Oczywiście jest znowu sztampowa. Policja go prześladuje i spotyka tam policję Kara.
To wszystko bardzo proste. Jak dzisiaj sobie przypominam treść tego filmu, to aż mnie zadziwia to, jak on jest wciągający. Właściwie zabrałem głos tylko po to, żeby podkreślić to, że jest w tym filmie magia, której nie potrafię zidentyfikować. Oczywiście dużą rolę odgrywa sam Bruce Lee, który jest postacią sympatyczną w tym filmie. Jest w nim mieszanka łobuzerskości z pewną jednak szlachetnością. Walczy w końcu o dobrą sprawę. Jest niezwykle sprawny. Łatwo się z nim identyfikować. Nie jest za duży, a jednak wariat, szatan po prostu. Te sceny w podziemiach, gdzie on po prostu rozbija w pył ciągle nowych i nowych nadciągających, początkujących ludzi zajmujących się kung-fu.
Tak długo to robi, póki go nie zamykają w korytarzu, gdzie on już nie ma z kim walczyć. To są rzeczy absolutnie proste, a jednak pokazujące pewną magię. Oczywiście jak on wyjmuje w pewnym momencie i zaczyna się posługiwać chińskim cepem, czyli nunchaku, to aż czasami cała sala kinowa w tak zwanych moich czasach wzdychała: „Jakżeż on to robi? Niezwykle". Tak tyle chciałem pogadać trochę, bo jak o tym rozmawiamy, jak ja o tym mówię, to gdzieś tam się w czasie przenoszę na tę salę kinową i jeszcze raz patrzę na ten film, na ten ostateczny później pojedynek pomiędzy głównym złym a Brucem Lee. Pojedynek, który się rozgrywa w lustrzanej sali, gdzie zaburza się perspektywa, zaburza się właściwie wszystko, odbiór rzeczywistości, jej postrzeganie. To jest absolutnie magiczne. Ja to będę dzisiaj powtarzał pewno wiele razy i nie zawaham się, żeby jeszcze raz to powiedzieć.
[01:49:17] - Jak mówiłeś o tym nunchaku, to przyszła mi do głowy pewna rzecz. Przypomniałem sobie, że mój wujek jako fan kung-fu i w ogóle tego wszystkiego zrobił sobie takie nunchaku z łańcucha i dwóch kawałków uchwytów. Tam jeszcze chyba był włożony do tych uchwytów jakiś metal, żeby było ciężko. Potem ja to nunchaku odziedziczyłem po nim. Słabo mi to wychodziło, muszę powiedzieć. Nie wiedziałem, jak można tym walczyć tak jak na filmie. Pomyślałem, że po prostu to nunchaku wujka to jest właśnie jakaś robota, taka chłopska, domowa i ono nie wypełnia swoich zadań tak jak to nunchaku z filmów. Pomyślałem, że tamci mają chyba dłuższe łańcuchy, mogą sobie tak wywijać. Ile razy ja się pacnąłem tym nunchaku przypadkiem. Ale nie bolało na szczęście.
Chciałem tylko jeszcze dodać Jedną ważną rzecz, bo ta fascynacja kinem, kung-fu, karate i sztukami walki w pokoleniu, które reprezentuję, nie przeszła gładko i się skończyła. Nie. Były pewne pogłosy i echa. Chciałem zwrócić uwagę na coś, z czego niektórzy się mogą śmiać, ale na przykład dla nas bardzo popularnym produktem były „Wojownicze żółwie ninja”, czyli kreskówka o żółwiach, które posiadają wszystkie bronie charakterystyczne dla sztuk walki Wschodu i są trenowane przez szczura, który jest ich mistrzem. Widzę tutaj przejście od wielkiej fascynacji kina sztukami walki i ona była jeszcze na tyle popularna, że się umieściła, ukonstytuowała w produkcjach dla dzieci. Natomiast dzisiaj wydaje mi się, że to już jest gałąź zamierająca, bo mieliśmy potem „Power Rangers” jeszcze, ale oni już nie wiązali się tak blisko z tą sferą jak właśnie „Wojownicze żółwie ninja”. Arturze, masz jakieś wspomnienia osobiste związane z „Wejściem smoka do potoka”? W Polsce się tak mówiło.
[01:51:34] - Ja powiem coś takiego: mi się wydaje, że „Wejście smoka” to nie był film. To było wydarzenie pokoleniowe, bo ja pamiętam, że to nie był film, przynajmniej dla mnie. To była po prostu sensacja. Po seansie człowiek wychodził z tego kina jak zaczarowany, bo Bruce Lee wydawał się kimś nadludzkim. A kung-fu to była technika z innego świata. Ja tutaj, Marku, jedną rzecz powiem. To nie jest wcale docinka, że mówiłeś, że to karate, bo uwierz mi, że ja dopiero w pewnym okresie życia się dowiedziałem, że Bruce Lee trenował kung-fu, a nie karate. Dla mnie też wszystko było karate. Kompletnie karate.
[01:52:12] - Ja tak tego właśnie nie odebrałem. Wyciągnąłeś ze mnie ten czas. Tak się wtedy mówiło. Wszystko było karate.
[01:52:22] - Wszystko było karate. Natomiast jak słuchałem, Piotrze, co ty mówisz o tym nunchaku, że tak ci to troszkę niezdarnie szło z tym nunchaku, to mi się przypomniał film z Bruce'em Lee, kiedy on w tenisa stołowego grał nunchaku. Z jednej strony był człowiek z tą paletką, a on stał z drugiej strony z nunchaku i oni tak sobie grali. To na YouTubie można kiedyś zobaczyć, jak ktoś będzie zainteresowany. Więc mi się wydaje, że w czasach PRL-u „Wejście smoka” to było coś wielkiego, bo takich filmów po prostu nie było dużo i kino wtedy pękało w szwach. Ludzie opowiadali sobie potem te sceny na podwórkach. Młodzież oczywiście próbowała naśladować te ruchy. To była prawdziwa moda, ale też byłaby, powiedziałbym, fascynacja czymś zakazanym, czymś egzotycznym. Moje wspomnienia są takie, że wtedy każdy młody chłopak chciał być tym mistrzem kung-fu, przynajmniej do tego pierwszego potknięcia na trzepaku. Na osiedlach często się odbywały turnieje na jakieś kije od szczotek, które niby miały udawać to nunchaku albo coś z tego typu.
I ten film z „Wejściem smoka” naprawdę robił wrażenie, bo Bruce Lee był inny niż ci bohaterowie radzieckiej produkcji. On był samotny, on był charyzmatyczny. On walczył według własnych zasad. Ja teraz to, co mówię, trenuję aikido, dochodzę do brązowego pasa i wiem, już czwarty rok trenuję i wiem, ile niedociągnięć mam i ile potrzeba, żeby człowiek się tego nauczył. To są czasami dziesiątki lat, żeby to wszystko płynnie robić tak, jak on to robił. Dla niego było to normalne. Dla młodych ludzi w PRL-u to był, powiedziałbym, raczej taki symbol wolności i siły czegoś, co gdzieś tam wykraczało poza codzienność. Mi się wydaje, że „Wejście smoka” było jednym z pierwszych takich głośnych filmów o sztukach walki, które dotarły do masowej widowni w Polsce w tamtych czasach. I ciekawostką jest w ogóle to, że po tym filmie właśnie w Polsce zaczęły wtedy powstawać pierwsze sekcje karate, pierwsze sekcje kung-fu. Bo właśnie młodzi ludzie chcieli trenować jak Bruce Lee.
Wtedy nastąpił taki wysyp na otwieranie tych szkół karate. To też pamiętam. I jak ktoś chodził w ogóle do jakiegoś klubu, najczęściej z tych osób, które znałem, to one skończyły na żółtym pasie na jednym egzaminie, bo potem już im się nie chciało dalej chodzić. Co też świadczy o tym, że naprawdę trzeba się do tego przyłożyć na wiele lat, a nie na kilka treningów, bo to wszystko przychodzi bardzo ciężko. Ale szczerze mówiąc Bruce Lee to jest po prostu legenda. Tak jak wspominaliście, ta jego tajemnicza śmierć, że niby na zawał zmarł, potem ta cała afera z nim, że on miał jakąś konkubinę i tak dalej. Ta jego historia też jest owiana wielką tajemnicą, ale dla mnie osobiście po latach to jest naprawdę człowiek, wydaje mi się, że jest ponadczasowy. To jest człowiek legenda.
[01:55:38] - Tak, jeżeli idzie o kontynuatorów, to miał ich wielu. Tak naprawdę po sukcesie Bruce'a Lee pojawiło się wielu aktorów mniej czy bardziej znanych, którzy też jakoś się mocno zaczepili w tym kinie. I tutaj wspomniany Chuck Norris, który w sumie chyba został najlepiej zapamiętany i też jest taką swoistą ikoną, może nawet memem Do dzisiaj był Van Damme, który nie ma najlepszej prasy. Jest Steven Seagal, który zbiera buraki na Białorusi i jest generalnie pośmiewiskiem. Nie mówię, że dlatego jest pośmiewiskiem, że siedzi w Rosji, tylko dlatego, że z powodu wyczynów kinematograficznych ciśnie się z niego bekę. Byli też inni, chociaż muszę powiedzieć, że mam problemy ze wskazaniem ich, bo pamiętam, że wśród tych postaci był Dolph Lundgren, ale on chyba nie był do końca wojownikiem tego pokroju. Wiem, że on się pojawiał w tych filmach, którymi byłem karmiony. To też nie było tak, drodzy państwo i mili słuchacze, że byłem karmiony filmami o biciu w mordę i potem to uprawiałem. Nie, wręcz przeciwnie, stałem się przeciwnikiem agresji. Co jeszcze mogę powiedzieć o tym wszystkim?
W pewnym momencie jednak nastąpiło jakieś załamanie. Wydaje mi się, że filmy akcji jakoś znielubiły bohaterów posługujących się sztukami walki. Tych, którzy są posiadaczami różnych pasów czy różnych wtajemniczeń. Ale nie pamiętam, kiedy się to stało. Nawet trudno mi powiedzieć, bo kino wiadomo jak łaska pańska. Tak samo było z westernami na przykład, że dzisiaj to jest już zamierający gatunek, a one przecież kiedyś święciły triumfy i trudno było sobie wyobrazić, że ktoś kiedyś tego nie będzie oglądał. Panowie, kogo jeszcze pamiętacie? Czy byli jacyś aktorzy?
[01:57:45] - Przede wszystkim Jackie Chan.
[01:57:47] - O, właśnie Jackie Chan. A jeszcze nie dodaliśmy ważnej rzeczy, bo oprócz takich filmów na poważnie były też filmy takie trochę na śmieszno. „Wielka draka w chińskiej dzielnicy”, Jackie Chan i to wszystko inne. Kogo tam jeszcze Arturze zapamiętałeś?
[01:58:04] - To jest z innej półki. Na pewno pokazywano Sylvestra Stallone'a czy Schwarzeneggera, bo to „Rambo” czy „Commando”, „Terminator”, ale to jest inna bajka. Oni bardziej byli od takiej nawalanki. Natomiast przede wszystkim to, co mówię, mi się kojarzą też sztuki walki. Bruce Lee to jest ikona absolutna. Jackie Chan to ten film znany „Pijany mistrz”. To też jest bardzo ciekawa sprawa. Donnie Yen między innymi tam był. Chuck Norris, to wiadomo. Jean-Claude Van Damme był też swego czasu popularny, czyli „Muscles from Brussels” — „muskuły z Brukseli”, jak o nim mówią ogólnie.
Mi się wydaje, że Jean-Claude Van Damme to był król kaset z wypożyczalni i król lat 80. i 90., bo te filmy „Krwawy sport”, „King Boxer”, „Uniwersalny żołnierz”, „Legionista”, „Lwie serce” bodajże, z tego, co kojarzę. Jeśli chodzi o Stevena Seagala, to ja ci powiem coś takiego uczciwie. W chwili obecnej, pomimo tego, że ja aikido sam trenuję, to ja też bym był pierwszy, który ciśnie z niego bekę. Mi się wydaje, że on się po prostu zużył. Tak bym to powiedział. On się zużył, bo są filmy ze Stevenem Seagalem dawne, na przykład „Niko” czy „W stanie uderzenia”, gdzie on faktycznie pokazywał to aikido. W jednej kwestii bym mu oddał hołd. Bo wiesz co? Jest coś takiego, że istnieje bardzo mało osób w tych filmach o sztukach walki, gdzie z łatwością zdefiniujesz, jaki styl ktoś uprawia.
Jeśli będzie Bruce Lee, to powiesz od razu „kung-fu”, nie ma sprawy. Jeśli powiesz na przykład właśnie Steven Seagal, to też powiesz bezproblemowo „aikido”. Ja na przykład dzisiaj bardzo lubię oglądać filmy ze Stevenem Seagalem, ale te stare oczywiście, bo jak widzę, jakie on chwyty robi, to wtedy mi się przypominają te rzeczy z egzaminu i potrafię pewne rzeczy nazwać. Ale jak popatrzysz na innych, popatrzysz na Jean-Claude'a Van Damme'a czy na Chucka Norrisa, czy na Jackie Chana, czy obojętna kogo innego i powiesz: „A jaki styl walki oni preferują?”, to byś miał duży problem, żeby stwierdzić. Oni nie są tacy wyraziści, bym powiedział. Oni bardzo dobrze walczą. Zgadzam się z tym i bardzo efektownie, bardzo widowiskowo, ale nie są tacy wyraziści w tych swoich rozmaitych stylach. Natomiast jest taka kwestia, jeśli chodzi w ogóle o stricte kino kung-fu, to też ogromną sympatię swego czasu budził David Carradine, czy jako tak się wymawia bodajże o nim. Ale to są chyba te czołowe postacie z kina sztuki walki.
[02:00:57] - Tak, tutaj widzę ich więcej. Kiedy sobie wpisałem na Google'u, to mamy ich wymienionych, ale jak mówię, jako niefan tego gatunku te nazwiska może nie tyle nic mi nie mówią, co po prostu nie czuję tutaj żadnego oddziaływania. Mieliśmy jeszcze, pamiętam, taką serię filmów. To były dzieci, które były trenowane. „Karate Kid” się nazywały. Nie wiem, czy pamiętacie. To też było bardzo popularne. To widzimy sobie tutaj, przypominając krok po kroku, jak to wszystko się toczyło, że zaczęło się dawno temu od zainteresowania sztukami walki w Hollywood, a potem to promieniowało. Promieniowało nie tylko na filmy animowane, ale też filmy dla młodych. Marku, kogo byś tu jeszcze wymienił w tej zacnej grupie?
[02:01:52] - Warto pamiętać, że „Karate Kid”, o którym powiedziałeś, doczekał się ten film aż sześciu odsłon. Sześć różnych opowieści pod tytułem
[02:02:05] - „Karate Kid”. Muszę przyznać, że najlepiej wspominam ten początkowy, pierwszy film. On notabene pojawił się na ekranach w 1984 roku. W Polsce należy dodać pewne opóźnienie, chociaż wtedy magnetowidy działały już z dużym rozpędem i film się dosyć szybko pojawił w Polsce. To jeśli chodzi o „Karate Kid”. Ale był jeszcze jeden film z 1985 roku „Amerykański Ninja” i to był też film, a właściwie seria filmów, które dało się oglądać. Tam główną rolę odgrywał Michael Dudikoff. I to naprawdę było coś. Połączenie pewnej amerykańskiej tradycji naparzania się ze sztukami walki, które Michael prezentował. To była znowu historia.
Poza tym te filmy były nakręcone w dosyć prosty sposób. Nie przesadzały z komplikacją akcji, były bardzo przejrzyste. Był bardzo klarowny podział na dobrych i złych. Takie amerykańskie kino w najlepszym wydaniu, niespecjalnie psychologizujące, pokazujące szlachetnego bohatera. Z drugiej strony nie wszystko jest takie proste. Typowa amerykańska akcja. I ja te dwa filmy, właśnie te dwie serie, czyli „Karate Kid” i „Amerykański Ninja” też bardzo dobrze wspominam. Bo o ile żaden inny film poza „Wejściem smoka” nie zachwycił mnie, jeśli chodzi o sztuki walki prezentowane w czystym wydaniu, takie kung-fu, które pokazywał Bruce Lee, to filmy, w których elementy różnych sztuk walki były wprowadzane, takie jak te filmy, które wymieniłem. „Karate Kid” to oczywiste, ale właśnie „Amerykański Ninja” to też było coś. I ja te dwa obrazy bardzo dobrze wspominam.
[02:04:24] - Tak, Dudikoff właśnie. To był ten gość, co mi wyleciał z pamięci. Był jeszcze Bolo Yeung. Jego zapamiętałem, bo miał na imię Bolo i jak byłem mniejszy myślałem, że ma na imię Bolesław i że to Polak, ale nie. Oczywiście było tych aktorów więcej. Nie wiem, czy pamiętacie „Mortal Kombat”. To jest zupełnie coś innego. Natomiast dla mnie „Mortal Kombat” to jest... Dzisiaj może już nie tak bardzo, ale jak byłem mały to bardzo lubiłem tę grę. Dzisiaj nie gram w nią, bo po prostu mnie nudzi.
Ale wtedy ta opowieść, to całe uniwersum było fajne, bo to było dark fantasy, plus były elementy sztuk walki. Wprowadzano postaci, które kojarzyły się z różnymi odcieniami kultury Dalekiego Wschodu. To było niezłe. Nie wiem, czy pamiętacie. Natomiast w Polsce nie powstało wiele tego rodzaju produkcji. Chyba „Karate po polsku” to jedyne, co mi przychodzi do głowy. Jak myślicie, dlaczego? Tutaj chyba odpowiedź nasuwa się sama. Arturze?
[02:05:31] - Ja powiem coś takiego, że rzeczywiście polskie kino... To, co na samym początku powiedziałem. Była moda na filmy indiańskie. Polacy nic nie stworzyli. Była moda na filmy karate, nic nie stworzyli, a z płaszcza i szpady to tylko chyba „Czarne chmury” powstały. Natomiast polskie kino raczej nie potrafiło wejść w ten nurt filmów kung-fu czy takich typowych akcyjniaków, bym powiedział. I „Karate po polsku” to jest praktycznie chyba jedyny znany przykład, ale to jest bardziej komedia i próba uchwycenia takiej mody niż pełnoprawny film, który można by powiązać z tymi sztukami walki. Dlaczego to nie wypalało? Myślę, że tych powodów było kilka. Po pierwsze w PRL-u nie było technicznego zaplecza ani budżetu, żeby robić jakieś widowiskowe sceny walki, pościgi, jakąś kaskaderkę na poziomie kina z Hongkongu czy amerykańskiego.
Bo tam to w ogóle była cała industriada. U nas to była raczej improwizacja niż industriada. Po drugie w Polsce sztuki walki po prostu w tym czasie raczkowały. Nie było trenerów, nie było choreografów, nie było ludzi, którzy potrafiliby jakoś wiarygodnie układać te sceny z kung-fu. I w ogóle dla nas bardzo często Bruce Lee wyglądał bardziej jak ktoś z innej planety. A te polskie realia były bardziej podwórkowe. Po trzecie w końcu kino PRL-u miało w ogóle, szczerze mówiąc inne zadanie w mojej ocenie, bo częściej stawiało się w kinie PRL-u na dramat, na kino psychologiczne, na kino historyczne, czy czasem przede wszystkim nawet i propagandowe. I filmy akcji były bardziej traktowane jako coś rozrywkowego, a rozrywka w stylu zachodnim nie była zbytnio mile widziana. I wreszcie w Polsce publiczność polska wydaje mi się, że porównywała wszystko do oryginałów. Jeśli ktoś zobaczył „Wejście smoka” i wywarło to na nim takie wrażenie, jak przedstawiał to na przykład Marek, to trudno potem było uwierzyć w polską wersję tego świata, bo „Wejście smoka” i scenaria to był kompletnie inny świat, a potem wracałeś na nasze szare podwórko, nie?
Dlatego takie filmy właśnie jak „Karate po polsku” wydaje mi się, że zapisały się w pamięci jako bardziej ciekawostka epoki niż początek kina akcji w Polsce.
[02:08:03] - Tutaj chodziło przede wszystkim chyba o umiejętności techniczne, bo trzeba było wprawnego aktora ... człowieka, który ćwiczyłby naprawdę długo. Trzeba było mieć skilla do tego, żeby to pomontować. Trzeba było choreografów tak naprawdę, żeby to wszystko jakoś poukładali. Ja mam Marku wrażenie, że kino PRL-u, kiedy nie wiedziało, jak się kręci jakiś film, to sobie dawali spokój. To wcale nie znaczy, że u nas nie powstawały takie filmy na próbę, bo mieliśmy tam jakieś mini westerny. Pamiętam w latach 60. mieliśmy potem jakieś tam romanse z fantastyką, może z takim fantasy bardziej, czyli „Klątwa doliny węży”. Ale kiedy nie potrafiono, to sobie dawano spokój albo tworzono coś i koniec. Nie robiono tego na siłę, jak chociażby w kinie innych krajów.
Dzisiaj jest trochę inaczej. Dzisiaj widać, że jeżeli ktoś ma ambicje i pieniądze, jak na przykład Maciej Kawulski, to tworzy sobie filmy, których nikt nie ogląda, bo on tych filmów tworzyć nie umie. A wtedy jednak było w ludziach, było w twórcach takie jakieś poczucie wstydu jednak, że jeżeli nie potrafimy, to może nie robimy. Kojarzysz jeszcze jakieś produkcje PRL-owskie polskie z tym wątkiem?
[02:09:21] - No niestety nie. Notabene z takich remanentów warto powiedzieć, że w wejściu Smoka, bo wspominaliśmy o Jackie Chanie, on bierze udział w epizodycznej roli w tym filmie w więzieniu i jest tam Jackie Chan, czyli miłe złego początki, a właściwie dobrego początki, bo akurat Chan się całkiem nieźle sprawdzał na ekranie. A wracając do twojego pytania, muszę powiedzieć, że dla mnie film „Karate po polsku” to jest przykład dobrze wykonanej roboty marketingowej. Wtedy wiedziano, że karate sprzedaje się. Ludzie pójdą na wszystko, co będzie miało karate w tytule. W związku z tym film można uznać za ciekawy. Rolę Edwarda Ziętary również za ciekawą. Sam film co kto lubi, ale jakąś fabułę miał, która mogła przyciągnąć. Jednak tak naprawdę z tym karate to miało niewiele wspólnego. Powiedzmy trochę było, ale nie za dużo.
Żeby tak nie opowiadać z kolei treści. Tam znowu wchodzą jakieś takie wątki, oczywiście historyczne, jakieś takie rozliczeniowe z przeszłością. Bardziej na tym skupia się film, bo przecież polskie kino musiało być ambitne, a nie takie zwykłe lanie się po pyskach. Chociaż jak wspomniałeś „Klątwę doliny węży”, to wiesz, te próby były nieudane zdecydowanie, bo w końcu antynagroda w Polsce filmowa nazywa się właśnie Złote Węże. A to właśnie na pamiątkę tak złego filmu, który wywarł piętno na polskiej kinematografii. Już chyba gorszego nie było. Wspomniałeś też o westernach i ja muszę powiedzieć, że te westerny były w latach 60. robione z przymrużeniem oka i to dawało niezły efekt. Pamiętam jeden taki western, w którym to występowała znana piosenkarka. O właśnie, żebym ja pamiętał nazwisko.
W „Sinodal” śpiewała taką piosenkę Iga Cembrzyńska. No więc ona tam występowała i to było udane. Troszkę tak jak „Lemoniadowy Joe” od naszych sąsiadów. Jeśli to nie było robione z zadęciem, to to wychodziło. Myślę, że kiedy byśmy próbowali nakręcić prawdziwy western, to moglibyśmy przebić „Klątwę doliny węży”. Więc może lepiej, że nie próbowano. Może lepiej, że „Winę” kręcono w NRD we współpracy z Jugosławią, a Polacy się za to nie brali, bo powiedzmy całe pokolenie mogłoby książki Karola Maya znienawidzić. Tak jakoś mam przeczucie, że tak by się mogło stać. Wracając do pytania, to ja tak naprawdę nie kojarzę już filmów polskiej kinematografii, które by gdzieś tam zahaczały o karate, o kung-fu i tego rodzaju klimaty. Być może takie były, być może one mnie po prostu ominęły.
Być może nasi słuchacze będą mogli uzupełnić stan mojej niewiedzy, bo ja jakoś tak nie za bardzo kojarzę. Były różne filmy, ale takich karate to niekoniecznie pamiętam.
[02:12:56] - Tak, u nas jak się kręciło filmy o tym, jak się biją, to zwykle jak się biją kupą. Nie tak dosłownie, że się obrzucają, tylko że się po prostu sceny batalistyczne pojawiają. Drodzy Państwo, jakie są wasze wnioski, wasze wspomnienia związane z filmami o mistrzach kung-fu, o mistrzach karate? To wszystko jakoś minęło. Już potem dzieci na podwórkach nie marzyły o tym, żeby być mistrzem sztuk walki wschodnich, tylko żeby zostać co najwyżej mistrzem Pokemon. Panowie, serdecznie dziękuję. Pozwolę sobie Marku zakończyć. Pozdrawiamy.
[02:13:30] - Pozdrawiamy. Pozdrawiam.
[02:13:35] - Szanowni Państwo, ja sobie pozwolę jeszcze dorzucić jedno nazwisko, tym razem nie aktora, a reżysera. Mianowicie John Woo, proszę Państwa. Może ktoś pamięta, jak pewna telewizja ze słoneczkiem w logo i później jej odnoga z czwóreczką w logo emitowały filmy tego właśnie reżysera fabularne. Ja za mały byłem wtedy. To było w połowie lat 90. Byłem za mały, żeby zapamiętać jakieś szczegóły fabuły, ale zapamiętałem jedno bardzo widowiskowe
[02:14:12] - Walki, których częstym elementem był wykonywany nieraz od jednego do drugiego końca ekranu trick, tak zwany zen jednego palca. Może ktoś pamięta, może ktoś podzieli się swoimi wrażeniami z oglądania tych filmów. Na pewno jednym z tych filmów był „Salut dla rycerza”. Podobno niezbyt trafny tytuł, z tego, co widziałem po skargach w komentarzach na Filmwebie, ale to był jeden z pierwszych chyba filmów Johna Woo, które się przebiły do szerszej świadomości. Także jeżeli ktoś nie zna tego nazwiska, warto sobie te filmy obejrzeć.
[02:14:57] - Właśnie, Marku, zyskałeś dzięki tej swojej zapowiedzi kolejnego chętnego, żeby ten film, o którym wspomniałeś, gdzieś tam w zakamarkach, różnych miejscach internetu i nie tylko odszukać. Ponieważ ja filmy Johna Woo znam, już te bardziej technologiczne. Pamiętacie Państwo, był taki film z Johnem Travoltą, jak to John Travolta gra złego człowieka, bardzo niedobrego, który porywa bombę atomową. I to się później dzieje. Jeszcze taki drugi pamiętam chyba z Nicolasem Cagem, ale tu nie jestem pewien, gdzie sobie twarze zmieniali. Mogłem coś pokręcić. W każdym razie John Woo to był facet, który kręcił filmy takie, które przyśrubowywały człowieka do tego miejsca, na którym siedzi.
[02:15:58] - On chyba nie tylko był, ale jeszcze jest. Nie widziałem, żeby zmarł.
[02:16:02] - Tak, ale nie widziałem nic ostatnio nowego w jego wykonaniu. To stąd u mnie się, jak to powiedzieć, reżyserzy szybko kończą, jak nie kręcą czegoś nowego. Ale masz rację, oczywiście. Natomiast po tego „Rycerza”, ten „Salut” sobie pewno sięgnę. Proszę państwa, to teraz duża porcja literatury. Półtorej godziny i cztery opowiadania. Krzysztof Lutowski „Budka telefoniczna”, Bruno Kadyna „Sanatorium”, Krzysztof Lutowski „Przyjście K.” i Tomasz Fąs „CajberDżokej i leśni zbrodniarze”. Zapraszam Państwa na tę sporą porcję literatury, a czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[02:16:54] - Krzysztof Lutowski „Budka telefoniczna”. Pewnego pięknego dnia pomykałem sobie przez centrum mojego miasta. Było wczesne popołudnie, pogoda taka sobie, pora roku jakby jesień. Lekko kropiło. Nie miałem żadnego celu w tym pomykaniu, gdyż byłem bezrobotny. Po prostu wyszedłem na spacer pogapić się na ludzi, poobserwować fajne laski, za którymi zwykłem potem iść kilka minut, gapiąc się, jak kręcą tyłkami, aż mi się znudziło. Wtedy pomykałem dalej bez celu. Dostrzegałem kolejną lalę z fajnym tyłkiem i miałem nowy cel. W ten powszedni dzień na ulicach było tłoczno. Przechodnie szybkim krokiem przemieszczali się we wszystkie strony.
Życie sobie żyło. Ludzie załatwiali sprawy niecierpiące zwłoki. W pośpiechu wchodzili do banków, sklepów, urzędów. Niecierpliwie czekali na zmianę świateł na przejściach dla pieszych. Miałem wrażenie, że tylko ja nigdzie się nie spieszę. Aż głupio tak się nie spieszyć pośród powszedniego wyścigu. Stałem na przejściu dla pieszych, gdy stało się coś niezwyczajnego. Usłyszałem, że wewnątrz budki telefonicznej ze trzy metry za mną dzwoni telefon. Były to czasy, kiedy na ulicach miast funkcjonowały jeszcze telefony na kartę. Było to dość dziwne, gdyż pomimo iż każdy uliczny telefon posiadał własny numer, to pierwszy raz słyszałem, by dzwonił w budce taki bezpański telefon.
To nie amerykański film. Telefon dzwonił, a nikt nie zwracał na to uwagi. Jakbym tylko ja go słyszał. Tylko mnie przyszło do głowy, by go odebrać. „Halo?” „Cześć” – powiedział męski głos. „Jesteś tym człowiekiem, z którym się umówiłem na czacie, by odebrał ten telefon dzisiaj o tej godzinie?” „Nie.” Zapanowała dłuższa cisza. „To kim jesteś?” „Nikim. Przechodziłem tędy i zadzwonił telefon. Nikt nie zamierzał go odebrać, więc ja to zrobiłem” – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. „Rozumiem.” Znów cisza.
„Jesteś może fotografem?” „Nie, ale znam wielu fotografów. Potrzebujesz fotografa?” „Potrzebuję. Mam nietypowe zlecenie. Dobrze płatne.” „Dobrze płatne, powiadasz? A co to za zlecenie? I dlaczego nietypowe?” Facet po drugiej stronie zaśmiał się. „No dobra, mogę ci powiedzieć, ale jesteś w stanie załatwić jakiegoś dyskretnego fotografa? Coś ci za to skapnie.” „Jak już mówiłem, znam wielu fotografów, ale powiedz, co to za zlecenie.” Znów zapadła cisza, jakby gość się wahał. „Słuchaj, mogę ci powiedzieć. I tak mnie nie znasz.
Chcę, by ktoś mi zrobił zdjęcia, jak pieprzę się ze swoim kochankiem. Co ty na to?” Tym razem to ja się zaśmiałem.
[02:20:15] - Cóż, faktycznie dziwne zlecenie. Rzeczywiście nietypowe. To znasz kogoś profesjonalnego, kto zrobiłby takie zdjęcia? Ja nie żartuję. Szukam dobrego fotografa, który nie będzie miał oporów, by wziąć udział w takiej sesji za dobrym wynagrodzeniem. Znam fotografów, ale nie wiem, czy zechcą zrobić taką sesję. Musiałbym popytać. To zapytaj. Zadzwonię jutro o tej samej porze. Jak będziesz, to odbierz.
Jak załatwisz fotografa, to tobie też zapłacę. Potrzebujesz kasy? Kasa by się przydała. Okej, popytam. Jak znajdę chętnego, to podniosę jutro słuchawkę o tej samej porze. Okej, to na razie. Na razie. Wyszedłem z budki i usiadłem na murku obok, zdumiony rozmową. „Ale numer” – powiedziałem sam do siebie, uśmiechając się z niedowierzaniem. „Cholera, przecież nikt mi nie uwierzy” – pomyślałem.
Wieczorem swym zwyczajem udałem się do pewnej artystycznej knajpy, gdzie miałem misję znalezienia bezpruderyjnego fotografa, który zarobi dla nas obiecaną kasiorę. Szczerze mówiąc, nie zależało mi zbytnio na spełnieniu prośby dziwnego telefonicznego interlokutora, aczkolwiek gdyby jakimś niewielkim wysiłkiem udało mi się kogoś zainteresować ową ofertą, to dlaczego nie? Zwłaszcza że to zabawna historia, więc warto ją komuś opowiedzieć. Do tej knajpy chodziłem prawie co wieczór. Znałem niemal wszystkich, a i mnie znali niemal wszyscy. Jako bezrobotny nie miałem zbyt wiele pieniędzy na piwo. Często w ogóle nie miałem na piwo, ale zwykle wychodziłem dopiero nocą na mniejszym lub większym rauszu. Tego wieczoru gotówki miałem na dwa piwa, ale liczyłem, że znów wyjdę nocą pijany. Bawiłem się przednio, rozmawiałem, śmiałem się. Ludziska przewijali się przez klub.
Czasem ktoś postawił piwko, a czasem kielonka. Czasami się nudziłem. Sytuacja zmieniała się dziś z kwadransa na kwadrans. Nieomal zapomniałem o mojej misji, gdy weszli dwaj koledzy, o których wiedziałem, że zajmują się filmem i fotografią i trzymają sztamę. Postawili alkohol, a ja opowiedziałem im o dzisiejszej przygodzie. Zlecenie ich zainteresowało, aczkolwiek byli ciekawi wysokości honorarium, a ja nic o tym nie potrafiłem powiedzieć. Stanęło na tym, aby następnego dnia znów odebrać telefon w budce i dowiedzieć się czegoś więcej. Tego wieczoru piliśmy niemal do czwartej rano, po czym wylądowałem w domu kompletnie pijany. Następnego dnia obudziłem się z okropnym bólem głowy. Spojrzałem na zegar ścienny.
Była 13:00. Leżałem jeszcze kilka minut, nie otwierając oczu, usiłując przypomnieć sobie to, czego z powodu alkoholu nie pamiętałem. Film miałem pofragmentowany. Przypomniałem sobie o zleceniu. Wczoraj odebrałem telefon w budce około 13:30. Zrozumiałem, że jeśli mam dowiedzieć się, czy dziwny kolo zadzwoni ponownie, to muszę natychmiast wyjść z domu. Przemknęło mi przez myśl, żeby to olać, ale ciekawość zwyciężyła. Z trudem doczołgałem się pod budkę, już z daleka słysząc dzwoniący telefon. Ostatnie metry biegłem, obawiając się, że telefon zamilknie na zawsze. Wbiegłem do budki i podniosłem słuchawkę.
Rozmowa była krótka. Facet ucieszył się, że znalazłem odpowiedniego człowieka. Podał mi numer telefonu, pod który można do niego zadzwonić. Moja rola miała skończyć się na przekazaniu kumplom numeru jego telefonu, a jeśli transakcja zostanie sfinalizowana, miałem otrzymać za fatygę 10% wartości zlecenia. Wszelkie finanse miałem omawiać z moimi kolegami. Miało być z tego koło stówki lub dwóch. Jeśli się powiedzie, będę miał na piwko, by któregoś razu upić się za swoje. „No dobra, to przekażę twój numer kolegom i się dogadujcie.” Przez następne dni nie wychodziłem z domu dalej niż do najbliższego sklepu. Zdarzało się tak od czasu do czasu, że nie wychodziłem z domu i nie szedłem pić. Nie chciałem pić ani spotykać ludzi, z którymi mogłem to robić.
Nie chodziłem wówczas do ulubionej knajpy, bo co można robić w knajpie, jeśli nie chce się pić? Zwykle brałem się wtedy za pisanie. Marzyłem bowiem o tym, by pisać. Tak było i tym razem. Podczas tych kilkudniowych odwyków zwykle pisałem jakieś opowiadanie i cieszyłem się trzeźwością oraz coraz jaśniejszym umysłem, by po ukończeniu nowego opowiadania iść do knajpy, by to uczcić i zaspokoić drugą, ekstrawertyczną część swojej natury, pławiąc się w przyjemności obcowania z pijanymi ludźmi. Być może rzeczywiście zostałbym pisarzem, gdyby nie to, że ta druga część mojej osobowości zwykle wygrywała. Okresy, kiedy piłem w knajpie i chciałem przebywać z innymi pijakami, były znacznie dłuższe niż te, kiedy zasiadałem w samotności, z każdym dniem trzeźwiejąc nad otwartym zeszytem A4, zapełniając go słowami lub zdaniami lub przed komputerem z otwartym Wordem, przepisując to, co napisałem w zeszycie. Kilka dni później, dokładnie w momencie, gdy postawiłem ostatnią kropkę na końcu ostatniego zdania około 20-stronicowego tekstu, zadzwoniła moja komórka. Komórki już wtedy były, ale rozmowy były drogie. Nawet mając komórkę chodziło się dzwonić do budek telefonicznych.
Dzwonili chłopaki, którym przekazałem to nietypowe zlecenie. Umówiliśmy się na wieczór w knajpie. Miałem dostać swoją prowizję za nagranie zlecenia. „Super” – pomyślałem. Miałem co uczcić i na dodatek będę miał za co. Zaszedłem około 20:00 do knajpy. Moich kumpli jeszcze nie było. Zamówiłem piwo i czekałem przy barze. Kończyłem napój, kiedy weszli do jeszcze dziś pustawego klubu pijaków. Zobaczywszy mnie, skierowali swe kroki do baru.
Jacek i Wojtek, bo tak mieli na imię, usiedli przy barze jeden po prawej, a drugi po lewej. Byli to dwudziestoparoletni kolesie, którzy razem mieszkali i wspólnie pracowali artystycznie. Mieli już na koncie sukcesy jako młodzi fotograficy i filmowcy. Razem też ciupciali panienki, ale może były to tylko plotki. Nic więcej o nich nie wiedziałem. Po krótkim „Cześć”, Jacek zamówił dla nas po pięćdziesiątce żołądkowej. Chlapnęliśmy wódkę, po czym Wojtek powiedział: „Musimy pogadać, ale nie tutaj. Walniemy jeszcze po kielichu i pójdziemy do parku, by nikt nas nie podsłuchał”. „Okej” – odparłem zaintrygowany. Szybko wypiliśmy szota i wyszliśmy z pubu.
Zaraz przy knajpie był spory park. Poszliśmy tam. Chłopaki wybrali odosobnioną ławkę, z której był szeroki widok. Nikt nie mógł zbliżyć się do nas z żadnej strony niezauważony. Usiedliśmy. Wojtek wyjął z małego plecaka kopertę, podał ją mnie i powiedział: „To dla ciebie, stary”. Zajrzałem do środka i zobaczyłem plik banknotów. Szybko przeliczyłem. Było tam tysiąc złotych. „Skąd tyle kasy?
Ile on wam zapłacił?” „To twoja prowizja za nagranie sytuacji.” „Tysiąc zeta? Miałem dostać 10%. Spodziewałem się stówki. To co to były za zdjęcia?” „Za miesiąc dostaniesz drugie tyle.” „Drugie tyle? Nie rozumiem.” „Zrobiliśmy te zdjęcia, a także nagraliśmy film. To była pedalska sesja sadomaso. Koleś okazał się dzianym gnojem. Chciał nam zapłacić trzy tysie, ale wpadliśmy na lepszy pomysł. Postanowiliśmy go szantażować. Stanęło na 20 tysiącach płatnych w dwóch ratach.
To jest pierwsza. Druga będzie za miesiąc. Koleś ponoć dobrze zarabia. Chyba jest jakimś dyrektorem. Na razie nie wnikaliśmy. Za miesiąc zapłaci resztę. Wtedy oddamy mu wszystkie negatywy i się od niego odpierdolimy. Ale najpierw go oskubiemy.” Oniemiałem. Dłuższą chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu wydukałem: „Chłopaki, to jest przestępstwo.” „Zgadza się.
To przestępstwo, w które również jesteś zamieszany, więc bierz kasę i trzymaj język za zębami. Jeśli to wypłynie, to wypłynie razem z tobą. Jedziemy na tym samym wózku. Kasy masz mało, bo niewiele musiałeś zrobić, aby ją zdobyć. Cała robota i największe ryzyko jest po naszej stronie. Gdyby to wypłynęło, to również bekniesz najmniej, więc powinieneś być zadowolony.” Nic już nie mówiłem, tylko lekko struchlałem. Byłem normalnym kolesiem. Nigdy nie popełniłem żadnego przestępstwa, nie miałem do czynienia z policją. Może poza paroma wybrykami w podstawówce, kiedy mieliśmy z kolegami fazę na drobne kradzieże w sklepach typu oranżada, lody. Raz ukradłem książkę w księgarni „Wspomnienia Ciccioliny” czy jakoś tak.
Ale takie coś... Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Kompletnie mnie zamurowało. „Dobra, wracamy do klubu, napijemy się jeszcze. Ja stawiam” – zarządził Jacek i poszliśmy. Do domu wróciłem kompletnie pijany. Następnego dnia obudziłem się koło południa z kacem gigantem. Przypomniałem sobie o kopercie. Poderwałem się z łóżka i zajrzałem do środka. Nadal tkwiło w niej równe tysiąc złotych w stuzłotowych banknotach.
Wczorajszą popijawę sponsorowali Jacek i Wojtek. Nawet gdy chciałem sam płacić, oponowali i kupowali mi tyle alkoholu, ile chciałem. Łeb pękał mi tym bardziej, im intensywniej myślałem o tej sprawie. Próbowałem nie myśleć, zapomnieć, ale nie potrafiłem. Tysiąc złotych to było dla mnie sporo kasy. Miałem zasiłek dla bezrobotnych 600 złotych, a tu nagle wpadł mi tysiączek i miał być jeszcze jeden. Powinienem się cieszyć, a tymczasem miałem wyrzuty sumienia i po prostu bałem się, że to się źle skończy. Nagrywając chłopakom to zlecenie, nie przyszło mi do głowy, że odwalą taki numer. Zastanawiałem się, czy w razie wtopy mogę trafić do pierdla. Doszedłem do wniosku, że raczej nie.
Może dostałbym niewielki wyrok w zawiasach. Nie byłem niczemu winien. To nie ja szantażowałem homosia, ale przyjąłem kasę z przestępstwa. Co powinienem zrobić? Oddać tę kasę chłopakom? W myśl prawa i tak popełniam przestępstwo, wiedząc o przestępstwie i nikogo nie informując. Ale z pewnością będę mniej odpowiedzialny, niż gdybym wziął kasę i milczał. Biłem się z myślami dobre parę godzin, aż w końcu poszedłem do sklepu, gdzie kupiłem krowę i popitę i nawaliłem się sam ze sobą, nie mogąc uwolnić się od tego brzemienia. Kolejnego dnia znów obudziłem się z kacem. Był to kac dwudniowy.
Dwa dni z rzędu nachlałem się do urwania filmu. Łeb mi pękał. Nie miałem w domu nic do jedzenia, więc wyszedłem na miasto zrobić zakupy. Zamiast pójść prosto do sklepu, łaziłem bez celu ulicami i myślałem. Ocknąłem się z letargu, w jakim spacerowałem w pobliżu komendy policji. „O cholera, chyba nie tego chcę” – pomyślałem i skierowałem swe kroki do budy z fast foodem, która stała po drugiej stronie ulicy. Zamówiłem hot doga i usiadłem na plastikowym krześle przy plastikowym stoliku. Przy sąsiednim hamburgery wcinało trzech bardzo młodych krawężników gadających o dupie Mareny. Jadłem hot doga i gapiłem się na nich. Zauważyli, że ich obserwuję.
Jeden rzucił żartobliwie: „Ej gościu, co się tak gapisz? Masz coś na sumieniu?”. Przełknąłem kęs, który akurat rozgryzałem i odpowiedziałem: „Ja? Ależ nie. Tak się patrzę z nudów. Przepraszam, jeśli wam to przeszkadza”. „Spoko koleś, tylko uważaj, bo sos ci cieknie”. Roześmiali się z udanego żartu, a ja upieprzyłem się sosem i wytarłem się serwetkami, ale tłusta plama pozostała na moim ubraniu. Więcej się na nich nie gapiłem. Dokończyłem bułę i wróciłem do domu.
W chacie otworzyłem kolejną flaszkę wódki, którą kupiłem w drodze powrotnej wraz z bułkami i podwędzaną pasztetową. Strzeliłem setę i zjadłem bułkę. Wódka rozjaśniła mój umysł i przypomniałem sobie, że kartkę z numerem telefonu, który zanotowałem w budce, po przepisaniu wyrzuciłem do mojego biurkowego kosza na śmieci. Do tego kosza wrzucałem tylko zmięte papiery i rzadko go opróżniałem. Wysypałem zawartość na podłogę i łatwo odnalazłem zmiętą karteczkę. Usiadłem w fotelu koło stacjonarnego aparatu telefonicznego, nalałem sobie kolejną setę i wykręciłem numer. Długo nikt nie odbierał. Gdy miałem odłożyć słuchawkę, ktoś podniósł telefon i powiedział: „Halo?”. Przez kilka sekund się nie odzywałem, bo właściwie nie wiedziałem, co chcę powiedzieć. To był ten sam głos co wtedy w budce.
„Cześć” – wydukałem. „Poznajesz mój głos?” „Nie. Kto mówi?” „Ten koleś z budki telefonicznej”. Zapadła cisza, po czym głos powiedział: „Tak. Przypominam sobie. Czego chcesz?” „Dowiedziałem się, że moi koledzy, co ci ich nagrałem, szantażują cię. To prawda?” „Tak, to prawda. A ty czego chcesz? Też chcesz kasę? Mówili, że ci coś odpalą.
To sprawa między wami”. „Nie dzwonię po kasę. Dzwonię, bo mi głupio”. „Głupio ci? No mnie też głupio, że się tak dałem wystrychnąć takim gnojom. Mam nauczkę”. „Dlaczego nie pójdziesz na policję?” „Na policję? Zwariowałeś? Jestem żonaty, mam troje dzieci. To się nie może wydać.
Byłbym skończony. Małżeństwo, kariera. Chłopie, zrobiłem głupią rzecz. Mam za swoje”. „No to ja pójdę na policję”. „Nie rób tego. Oszalałeś? Błagam cię, nie mieszaj się do tego. Weź kasę i siedź cicho”. „Wolisz zapłacić tym palantom?” „Tak, chłopie.
Zapłacę tym skurwielom. Zapłaciłem już pierwszą ratę. Reszta będzie za miesiąc. Oddadzą mi wszystkie negatywy i będzie po sprawie. Nie rób głupstw. Chcesz więcej kasy? Dam ci. Tylko siedź cicho”. „Nie, facet. Ja nie chcę żadnej kasy”.
„Więc nie chcesz, bym poszedł na mendy? W żadnym wypadku. Proszę, nie rób mi syfu. Jestem głupi pedał. Mam za swoje. Nie idź na policję. Bierz kasę, którą ci dadzą i nie dzwoń do mnie więcej. Zapomnij o tym”. „Okej, skoro tak wolisz, to nic nie zrobię”. „Dobrze.
Dzięki koleś”. „Sorry facet, nie chciałem cię tak wjebać. Nie wiedziałem, że oni to zrobią”. „Okej, w porządku. Nie dzwoń więcej i nie idź na policję”. „Dobra, nie pójdę”. Historia, którą wam opowiedziałem, zdarzyła się wiele lat temu. Sprawa nigdy nie wypłynęła. Miesiąc później dostałem drugi tysiąc złotych od moich kolegów. Powiedzieli, że oddali facetowi wszystkie negatywy, pozytywy i sprawa jest zamknięta.
Nie dowierzałem, więc zadzwoniłem wtedy jeszcze raz do tego faceta. Potwierdził, że dostał wszystkie materiały. „Postąpili uczciwie” – powiedział wtedy. Z Jackiem i Wojtkiem nigdy więcej do tego nie wracaliśmy, a ja mam czyste sumienie. Całą kwotę swego honorarium wpłaciłem na Fundację Caritas. Bruno Kadyna „Sanatorium”. Gdzie siadamy? Baśka maszeruje przed nami, kręci kuprem, klapie najgłośniej z nas klapkami. Jak na sześćdziesięciolatkę figurę ma świetną. „Gdzie siadamy?” – odwraca się i pyta znowu.
„Wielebny, słyszysz?” „Jeszcze nie doszliśmy do knajpy” – mówię. Już się kokosi, już szarogęsi. Wyobrażam sobie, że ma na głowie wielki pióropusz jak na Broadwayu, a my z Romkiem o Koperniku rozmawiamy. Takie rzeczy trzeba ustalić wcześniej. To gdzie usiądziemy? Na pewno w jakimś czasie i przestrzeni. Najgorzej dać się wciągnąć w jej tok myślowy. „I na pewno tu leży Kopernik” – kontynuuje emerytowany historyk w kradzionym fartuchu. Dochodzimy do ogródka restauracji hotelowej Pod Wzgórzem. „Gdzie siadamy?” Baśka pląsa z tym pióropuszem.
Wyleciały z niego motyle. „Tutaj” – mówię. Wskazuje najbliższy stolik po lewej dla czterech osób. Plecione ogrodowe fotele i stół ze szklanym blatem. „Tutaj, wielebny?” „Nie, tam.” Pokazuje inny stolik. Odchodzi, ale zaraz wraca. „Tam. Jasne” – mówi i patrzy na blat. – „Taki szklany i nic więcej? Dziadostwo.” Siadam przodem do katedralnego wzgórza.
Romek obok mnie, Baśka naprzeciw niego. Wpadli sobie w oko jeszcze w Gdańsku, w tamtejszym sanatorium, ale małżeństwem zostali tutaj, we Fromborku. Sam udzielałem im ślubu. „I on tu pracował. Ciekawe, co robił po pracy.” Patrzę na katedrę. „To ja tak sama naprzeciw was?” Romek wstaje i siada po mojej prawej. Pierdnął przy tym, aż fartuch zafalował. Zupełnie jak w kreskówce. Słowo daję. „No i teraz będzie dobrze.” Baśka się przesiada.
Nic nie słyszała. „Włóż serwetkę do kieszonki, zasrańcu, żeby zasłonić napis. Albo zdejmij ten fartuch” – mówię. „Nie, nie, nie” – odpowiada. – „Wracając do Kopernika, znaleziono około 100 kościotrupów i z początku nie wiedziano... A może jednak dobrze siedziałam? Jak myślicie?” „Możesz przestać?” Romek się denerwuje jak Louis de Funès. „Nie wytrzymam z tą babą.” Zaczyna rwać resztki siwych włosów z głowy. „A, bo wy chcecie sobie porozmawiać.” „A ty jak myślisz? Kopernik tu leży?” – pytam.
„Myślę, że ja usiądę tam, gdzie Romek, mój Riciu.” Robi dzióbek i cmoka. „Riciu?” – pytam. „Od Ritchie” – odpowiada z pełną powagą. Z uśmiechem patrzę na Romka. Siedzi z dwiema garściami kłaków. „To co, Riciu, przesiadka?” – pytam. Ja żartuję, a oni naprawdę wstają i zamieniają się miejscami. Ludzie przy dwóch innych stolikach patrzą na tych staruchów jak na wariatów. Ja nie wstaję. „Nie sądzicie, że szybko nas znajdą, skoro zwracamy na siebie uwagę?” – pytam.
„Wielebny, a może ty usiądź tu. Będziesz miał widok na katedrę, skoro musisz.” Wstaję. „I weź nas w końcu pobłogosław.” „Zamknij się wreszcie” – warczy Romek. Zrobił się na twarzy cały czerwony. „To co, wstajesz?” – pyta Baśka, siadając. W sumie będzie siedziała obok męża, jak być powinno. Wstaję, ale kręcę głową. „Gdzie jest obsługa?” Baśka się rozgląda. Wciąż widzę ten pióropusz, jak nim wachluję, kiedy ruszam głową. „Myślicie, że nas znają?” „Pewnie” – mówię.
„Uważam, że nie. Tym razem nie wzbudzamy podejrzeń. Ja mam fartuch, jestem lekarzem. To wzbudza zaufanie.” Romek gestykuluje paluchem jak szabelką. „Może masz rację” – mówię. Baśka i ja mamy na sobie dresy i laczki, a Romek buchnął jeszcze z dyżurki fartuch. Chwilę siedzimy cicho. Baśka też, o dziwo, a dłonie trzyma na kolanach. Zawsze kiedy coś ją niepokoi, przestaje naparzać dziobem. Krótko to trwa zazwyczaj.
„Ha! A może...” – wybucha, ale od razu powietrze z niej schodzi. – „A jednak nie. Ludzie ciągle się oglądają.” „No, to wydarcie na pewno przyspieszy akcję poszukiwawczą” – mówię. „Kogo poszukują?” – wrzeszczy Baśka. „Jakichś zbiegów” – mówi Romek. „Jakich? Skąd?” Ona autentycznie nie wie. „Nas, do cholery!” „Cisza, dzieci. Pax” – mówię.
„Ja jednak chcę siedzieć tam, gdzie Riciu. A ty chcesz się przesiąść, wielebny?” „Nie.” „Bo w ogóle ze mną nie rozmawiacie.” Teraz widzę, jak sypie jej się z tego pióropusza. Musi być tak stary jak ona. „Romek, zamieńmy się.” Baśka podnosi tyłek. „Siedź, gdzie siedzisz.” Kobieta obraża się na 7 sekund. „No weź się przesiądź. No co za człowiek.” Odzywam się klerykalnym głosem: „Daję ci reprymendę, żebyś się w końcu uspokoiła.” „Jak chcecie. Riciu, a ty nie chcesz się przesiąść tak sam z siebie?” Zbywa ją machnięciem dłoni i zwraca się do mnie: „Masz jakiś pomysł, gdzie spierdzielić?” „Trzeba zgrzeszyć, ale nie za mocno, żeby nie narobić sobie biedy.” „Biedy, zaraz. Nie mogą nas karać. Co to w ogóle ma znaczyć?” – mówi Romek.
„Środek konieczny” – przypominam. „O nie, ja się nie zgadzam.” Baśka ścisza głos: „Widzieliście, co zrobili Irenie? Ci ludzie wciąż się na nas patrzą.” „Na twój fartuch głównie” – mówię. To nas ratuje. Myślą, że jestem lekarzem. Baśka wybucha takim decybelem, że słychać ją pewnie w Muzeum Kopernika. „Ty lekarzem?” Uważam, że całkiem nieźle się do tego nadaję. Ty koczkodanie. Na pewno już nie myślą, że jest lekarzem. Dzięki Baśka – mówię.
Zatańczyłabyś lepiej z tym pióropuszem. „Jakim pióropuszem?” Wydarłaś się jak kastrowany na żywca osioł – mówi Romek. Kolejne siedem sekund obrazy. Miałem nadzieję na kufel piwa i jedzenie – dodaje Romek. Podziękuj żonie. Teraz są pewni, że nie mamy pieniędzy. Musimy się rozdzielić. Pozbyć Baśki. „O nie, ja się nigdzie nie ruszam.” Mogę ci nakazać. „Tak, jasne.
Wszystko.” Może – potwierdza Romek wolnym potakiwaniem. Duchowni zawsze sprawowali władzę nadrzędną. Frombork jest tego świetnym przykładem. Biskup nadał prawa miejskie. Decydował, kto ma rządzić, co dopiero kto miał zginąć. Szczególnie taki mały koczkodan znaczył tyle co komar. Czuję, jak rosnę do rangi biskupa, a Romek jest moim lekarzem, moją prawą ręką. Baśka wybucha płaczem tak głośnym jak jej śmiech przed chwilą. Ludzie są przerażeni. Zamkniesz się?
Romek próbuje ją uciszyć, machając przy tym ręką, jakby się poważył. Nakazuję ci się zamknąć. Grzmi jak zębony. Działa. Baśka się zamyka. Chlipie po cichu. Idzie kelnerka z jakimś gościem – mówi Romek. Widzisz, co narobiłaś głupia. Kelnerka idzie do dwóch pozostałych stolików. Gościu podchodzi do nas.
Przepraszam państwa najmocniej. I słusznie – mówię. Mamy małe problemy w kuchni. Czy mogę państwu na razie zaproponować wodę? Kelnerka za głośno mówi pozostałym gościom, że zaraz po nas przyjadą. Jakie problemy macie w kuchni? – pytam. Ja poproszę kufel piwa z kija – mówi Romek. Niestety piwo nam się skończyło. Kłamiesz – wyrzuca z irytacją Romek.
Ci ludzie piją piwo i ja chcę swoje piwo. Jestem lekarzem. Cisza się zrobiła. Panie doktorze – mówię. Tylko spokojnie. Poprosimy o tę wodę. Już podaję. Chłopina ucieka spocony jak świnia. „Ja też bym chciała piwo. Dlaczego nie możemy napić się piwa?” Spierdzielamy – mówię.
„Ja czekam na wodę” – mówi Baśka. „Dlaczego ja nie mogę być jakąś doktórką albo kimś innym?” Jesteś wariatką – mówi Romek. „Sam jesteś wariatem. I tak jest z ciebie lekarz jak ze mnie Kopernik” – mówi Baśka. Koperniczka chyba – poprawia mąż. Koprukupka – mówię. „Miałam taką piękną maselnicę kiedyś” – wypala Baśka. A ja papierośnicę, kiedy jeszcze paliłem – mówi Romek. „Ty paliłeś? Zabraniam” – wybucha kobieta.
Przecież już dawno nie pali – mówię. „Zabraniam mu palić kiedyś.” Śmieję się i widzę, jak Ritchie to rozkminia. O czym ty mówisz? Jak się do tego odnieść? – pytam. Nie wiem, jak nie palić kiedyś, skoro paliłem. „Nie interesuje mnie to” – wydziera się Baśka. Śmieję się w głos, kiedy podjeżdża radiowóz i karetka. W nogi – wołam. Podrywamy się jak kaleki i uciekamy.
Znaczy się Baśka i ja. Bo Romek w tym fartuchu się mota i ma problemy z kręgosłupem. Zawsze wpada pierwszy. Mówiłem, żeby to zdjął albo zasłonił chociaż nadruk szpitalny. Właśnie gramoli się na stół, żeby wypiąć sflaczałe cycuchy i coś zadeklamować. Martwię się, żeby się nie spierdzielił, bo będzie po nim. Starym kruchym ciapciaku. Przecinamy rynek jak pokraki w tych klapkach. Klaszczemy głośno. Baśka ma krótkie nogi, to klaszcze szybciej.
„No zaczekaj” – woła za mną. Odwracam się. Pióropusz wciąż jej się trzyma. Dawaj – wołam. „A w dupie.” Zatrzymuje się. Jest stara i nie chce jej się biegać. Zaczyna śpiewać jak Edith Piaf. Jest w tym dobra. Nakazuję ci lecieć do męża – wołam. Ja jeszcze nie.
Wolności. Wolności. Drę mordę, ale bez przekonania. Jestem na Mickiewicza. Chyba mnie nie gonią. Zwalniam. W końcu się zatrzymuję. Nikt za mną nie jedzie. Nie zastawia się biskupa. Czuję rosnącą kluchę w gardle.
Kiedy docieram do stosów schnącej tarcicy, uderzam jakby w barierę emocjonalną z samotności przenikającej do szpiku. No i gdzie jesteście? – pytam ze łzami w oczach. Musimy trzymać się razem. Biegnę z powrotem. Krzysztof Ludowski. Przyjście K. K otworzył oczy i zdziwiło go, że leży w chaszczach wśród papierzysk, pieluch, podpiczników. Wyglądało na to, że noc spędził w największym syfie, jaki można sobie wyobrazić i na dodatek strasznie śmierdział. Ubranie miał wilgotne i trząsł się z zimna.
Z trudem podniósł tyłek z cuchnącego legowiska. Kości zgrzytnęły boleśnie. Potupał energicznie w miejscu, pomachał ramionami, zrobił kilkanaście skłonów i przysiadów, aby rozruszać zesztywniałe ciało. Działo się to na maleńkiej polance uwalonej śmieciami, ze wszystkich stron odgrodzonej ścianą dzikiego bluszczu. Naokoło szczelnie wygrodzone z kolczastych gałęzi, a wewnątrz śmietnisko wielkości średniego pokoju. Próbował przypomnieć sobie cokolwiek z poprzedniego dnia. Coś znajomego kołatało mu pod czaszką, jednak im bardziej się do tego zbliżał, tym silniej nie chciało się ujawnić. Kiedy rozejrzał się wokół, dostrzegł, że w pewnym miejscu gałęzie były nieco przerzedzone. Przekląknął, odgarnął je ręką i wygrzebał zakamuflowane przejście, które można było pokonać tylko na czworakach. Zarzucił na głowę dżinsową kurtkę i zanurzył się w krzewy.
Pokonał w błocie kilka metrów i dojrzał koniec tunelu. Ziemia pod jego dłońmi obsunęła się niespodziewanie i zjechał twarzą do przodu, wprost do dołu wypełnionego śmieciami. Stał zanurzony po pas w cuchnących odpadach. Spojrzał w górę, skąd tak niefortunnie się ześlizgnął. Stąd ledwo można było dojrzeć wyjście. Jak w zaspach śniegu przedarł się do przeciwległego zbocza i nie bez trudu wdrapał na nie. Przed nim aż po horyzont rozpościerał się rozległy pejzaż rzeki o silnych prądach i niebezpiecznych wirach. Przeciwległy brzeg tonął we mgle. Jak się tutaj znalazł, w miejscu, gdzie najprawdopodobniej spontanicznie zorganizowano nielegalne wysypisko, nie wiedział. Przeszukał kieszenie przemoczonych spodni i kurtki, jednak nie znalazł w nich niczego, co zdradziłoby jego tożsamość.
Nie pamiętał wczorajszego dnia ani wcześniejszych. Nie pamiętał swego nazwiska ani imienia, bodaj czegokolwiek, co natknęłoby go na rozwiązanie tej dziwnej zagadki. Nie pamiętał niczego. Przestał usilnie wpatrywać się w mgłę. Pomyślał, że dobrze byłoby wybrać lepszy punkt obserwacyjny. Krajobraz był urozmaicony. Niedaleko znajdowało się spore skupisko pagórków, więc ruszył w tamtą stronę. Kiedy zdyszany dotarł na szczyt jednej z górek, który okazał się wyższy i bardziej stromy niż wyglądało to z dołu, ujrzał łąki, pagórki, lasy i rzekę. Żadnego osiedla ludzkiego, domu czy bodaj pojedynczego człowieka. Teraz już na dobre zaintrygowany wyciągnął z rozporka fiuta i wysikał się.
Potem usiadł na ziemi, podciągając kolana pod brodę i zamarł w tej pozycji zrezygnowany, drżąc z zimna i klnąc. Nagle poderwał się, jakby coś go ukłuło. Dostrzegł prującą środkiem rzeki motorówkę. Zaczął krzyczeć, lecz zdał sobie sprawę z absurdalności swoich poczynań i ograniczył się do machania rękoma. Wreszcie zaprzestał i tego. „Jezu, co ja wyrabiam? Przecież nie jestem na bezludnej wyspie” – powiedział na głos. Tymczasem motorówka odpływała. Słychać było oddalający się nieubłaganie jazgot spalinowego silnika. Usiadł w poprzedniej pozycji i nie ruszał się.
Po pewnym czasie przez rzekę przepłynęła kolejna motorówka. Znów zaczął krzyczeć i machać. Nie, to nie ma sensu. Motorówki odpłynęły, a on usiadł na trawie. Po następnych kilku minutach z tego samego kierunku co dwie poprzednie nadpłynęły kolejne motorówki, tym razem w liczbie pięciu. Wstał, patrzył, ale nie ruszał się z miejsca. Nagle, potykając się, pędem zbiegł po zboczu i ruszył w kierunku brzegu, aby być lepiej widocznym. Kiedy dotarł do wody, stwierdził, że tym razem motorówki nie odpłynęły, lecz trzymały się środka rzeki i wykonywały bliżej nieokreślone manewry. Wyglądało to tak, jakby pływały w kółko, co jakiś czas zatrzymując się. Człowiek stojący na dziobie każdej z nich wrzucał do wody coś na sznurku, aby za chwilę wyciągnąć.
Z powrotem słychać było krzyki i nawoływania, lecz nie można było ich zrozumieć. Obserwował te wyczyny przez dłuższy czas, do momentu, kiedy dostrzegł zbliżającą się z oddali okazałą barkę pchającą przed sobą coś, co zidentyfikował jako dużą tratwę. Barka i tratwa dopłynęły do będących w ciągłym ruchu motorówek i zatrzymały się. „Co oni robią?” – wymamrotał. Kątem oka dostrzegł człowieka, który idąc wzdłuż brzegu zbliżał się w jego kierunku. Sprawiał wrażenie, jakby go w ogóle nie widział albo nie zrobiło na nim największego wrażenia, iż kogoś tu zobaczył. Był to około 70-letni mężczyzna ubrany w brudne robocze ciuchy oraz wysokie gumiaki uwalone błotem. Twarz miał pomarszczoną, zmęczoną długoletnią walką o byt oraz częstym przebywaniem na dworze w różnych warunkach pogodowych. Starzec był z pewnością rolnikiem. Zatrzymał się w niewielkiej odległości od K., ale w ogóle nie był zainteresowany jego osobą.
Wyjął z kieszeni znoszonej koszuli papierosa i powoli zapalił, przyglądając się manewrom na rzece. K., trochę zdeprymowany jego obojętnością, podszedł i zapytał: „Przepraszam, może mnie pan poczęstować?” Mężczyzna bez słowa, spoglądając na niego tylko przelotnie, znów wyjął z kieszeni zmiętą paczkę tanich papierosów i podał jednego K. Dziękuję. Można jeszcze ognia? Rolnik wyjął zapałki i podał je, nie odzywając się nadal ani słowem. K. przypalił papierosa, głęboko zaciągając się ostrym dymem. To było to, czego mu od dłuższego czasu brakowało, lecz nie umiał określić, co to takiego. Teraz przynajmniej wiedział już coś pewnego na swój temat. Był z całą pewnością nikotynistą.
To odkrycie zwiększyło jego optymizm, ponieważ stwierdził, że z czasem może przypomni sobie wszystko pod wpływem dalszych wydarzeń. „Dziękuję” – powiedział uprzejmie i oddał zapałki. – Panie, co tu się dzieje tak z rana? Czy pan wie? Starzec popatrzył na niego badawczo i odpowiedział: „To pan nie wiesz? Jak pan nie wiesz, to co pan tu robisz tak wcześnie, hę?” – odpowiedział niegrzecznie pytaniem na pytanie. K. na te słowa nieco się zmieszał, a nawet obruszył, lecz postanowił tego nie okazywać, gdyż miał nadzieję wyciągnąć od starca jakieś informacje. – Wyszedłem sobie na spacer i zabłądziłem, bo jestem nietutejszy. Wie pan, trochę na wakacjach.
Nie mogę znaleźć drogi powrotnej, a nikogo nie było w pobliżu. Tylko te motorówki i tyle trwa. Rolnik popatrzył z aprobatą na jego śmierdzące ubranie i odpowiedział: „Festyn, panie, będzie”. – Festyn? Jaki festyn? – No festyn normalny. Festyn jak festyn. Muzyka, zabawa, rodziny z dzieciakami. Lody, wata cukrowa, stragany z pamiątkami i z żarciem. Konkursy z nagrodami.
No jak panie? Nie byłeś pan nigdy na festynie? – Nie no, byłem, ale się zdziwiłem. – Czego tu się dziwić? Festyny – rzadka, ale normalna sprawa. – No tak, to prawda. A z jakiej okazji ten festyn? – Gazet pan nie czytasz, z ludźmi nie gadasz. Coś pan jakiś niedzisiejszy. Popiło się nocką, co?
Rolnik wcale nie ukrywał chamskiego uśmieszku, którym zwrócił się do K. Znów nic nie odpowiedział na tę bezczelną zaczepkę. Tym bardziej, iż wiedział, że mógł rzeczywiście wyglądać na pijaka, który zasnął nad rzeką. Przecież sam rozpatrywał taką możliwość, usiłując przypomnieć sobie, jak się tutaj znalazł. – Panie, to co z tym festynem? Jaka to okazja? – Dziewice bedo palić żywcem. Właśnie robio stos. Na wieczór ma być gotów. – Co też pan opowiada.
Dziś już nikt nikogo nie pali na stosie. Wypowiedział szybko takie słowa i coś go tchnęło. Przypomniał sobie, że nie wie nawet, jaka jest data. – Panie, a jaki mamy rok? Starzec popatrzył na niego jak na wariata. – Panie, ty chory. Idź pan do doktora. Nie gadam z panem. I odszedł. Zatrzymał się dopiero kilkadziesiąt metrów dalej i co jakiś czas spoglądał, czy K.
się do niego nie zbliża, gotów w każdej chwili oddalić się jeszcze bardziej. Tymczasem na rzece rzeczywiście powstawała jakaś konstrukcja z drewna, lecz z daleka nie można było ocenić, czy rzeczywiście stary mówił prawdę. „Kretyn. Dziewice palone na stosie. Puknij się w czoło, stary capie” – skonkludował po cichu K. Na polanę za jego plecami, otoczoną wzgórzami, z których obserwował wcześniej motorówki wąskim wąwozem wydrążonym chyba ręką człowieka, bo nazbyt regularnym, nadjechały właśnie dwa samochody z podczepionymi do nich kempingami wymalowanymi przez jakiegoś plastycznego analfabetę w nieporadne, tandetne malunki próbujące przedstawiać bułkę z wystającą parową czy mielonym kotletem oraz różnokolorowe napisy, raczej odstraszające od spróbowania dań, które miano w nich serwować. Ludzie z samochodów zaczęli pośpiesznie zajmować miejsca na polanie dla swoich przenośnych żelodajni i wśród krzyków oraz przekleństw przygotowywać je do tego, do czego były przeznaczone. Grube kobiety biegały, kołysząc się niezgrabnie wokół swych mężów, którzy manipulowali przy kempingach. Trajkotały przy tym bez przerwy, wyrzucając słowa z szybkością karabinu maszynowego i gestami popędzały swoich małżonków do szybszej pracy. Dzieciaki, które również wysiadły z jednego z samochodów, ze śmiechem biegały naokoło nich, strasznie przy tym hałasując.
Rozdrażniony czymś mały chłopiec walnął siostrę pięścią w nos. Rozległ się jej przeraźliwy płacz, a gruba mama zaczęła gonić chłopca, aby wlepić mu kilka klapsów. Chłopak uciekał, śmiejąc się wniebogłosy, na co jego ojciec, zdenerwowany tym jawnym lekceważeniem mamy, puścił się wzorem żony w pogoń za chłopcem. Ta widząc, że mąż lekkomyślnie porzucił pracę, zdzieliła go ręką i nakazała wrócić do roboty, grożąc jednocześnie palcem chłopcu, który zanosił się śmiechem, stojąc w bezpiecznej odległości. Matka, dochodząc do wniosku, że teraz go nie złapie, zaprzestała pogoni i podeszła do uderzonej córeczki, która już dawno zapomniała o bólu i w najlepsze bawiła się, kopiąc ziemię łopatką i zalewając dołek wodą, którą przyniosła z rzeki w wiaderku. W ten sposób zrobiła łatwo zlepiające się błotko i z błogością zanurzała w nim ręce, robiąc błotne bułeczki, a dłonie wycierała w czystą sukienkę. Kobieta skrzyczała dziewczynkę i wlepiła jej klapsy, na co ta znów się rozpłakała. Chłopiec widząc, że siostra dostała lanie, począł śmiać się jeszcze głośniej i robić śmieszne miny do mamy. Oburzony tata, porzucając pracę ruszył za nim, a kobieta za mężem. Mężczyzna złapał syna i w momencie, w którym już miał go ukarać pasem na dupę, dopadła go jego żona i siłą niewyhamowanego impetu przewróciła całą trójkę na ziemię.
Ojciec, pomimo niespodziewanego znalezienia się w pozycji horyzontalnej, nie wypuszczał syna z łap, a nawet próbował wstać i wymierzyć chłopcu klapsy, zupełnie nie zważając na razy, które spadały na jego głowę z rąk żony. Trwało to dłuższą chwilę, podczas której rodzinna firma, która przyjechała drugim samochodem, niemająca takich problemów dzięki bezdzietności, zrobiła sobie rozrywkę, obserwując manewry nieporadnej konkurencji, śmiejąc się z nich i nawet nie dbając, aby to ukryć. Rodzice opamiętali się wreszcie i zdenerwowani tak jawną bezczelnością, poczęli wymieniać z drwiącymi kłótliwe zdania oraz wygrażać im pięściami. Tamci nie byli im dłużni i już po chwili wszyscy rzucali w swoją stronę drobne kamyki i patyczki, a dziewczynka dostarczała swym rodzicom w wiaderku błotne granaty. W obrzucaniu granatami przodował chłopak, którego wyraźnie całe zajście bardzo bawiło i przypominało film wojenny, który widział w telewizji. Wydawał z siebie odgłosy sugerujące, iż strzela z karabinu maszynowego oraz że cały teren jest bombardowany z powietrza. Bójka trwałaby o wiele dłużej, gdyby nie pojawiła się kolejna karawana z handlarzami. Kiedy zmiarkowano, że tracą czas na korzyść konkurencji, która właśnie nadciągała wraz z tumanami kurzu, panowie po wymianie kilku zdań szybko uścisnęli dłonie na znak zawieszenia broni. Dzieci, aby nie przeszkadzały, zamknięto w samochodzie, a chłopiec, który walił pięścią w szybę na znak protestu, w końcu dostał kilka klapsów od ojca i obrażony siedział już spokojnie. Dalej praca przebiegała bez większych zakłóceń.
Na rzece natomiast zrobił się spory tłok, ponieważ do powstającej tam przez cały czas konstrukcji dopłynęło w międzyczasie jeszcze kilka barek. K postanowił zrobić sobie spacer w kierunku któregoś z kopciska krzaków, których było tu wiele, w celu poszukania swojej zakrzaczonej tożsamości oraz zrealizowania poważnej potrzeby fizjologicznej, jaką jest oddanie pierwszego w danym dniu kału. Srało mu się długo i przyjemnie. Kiedy skończył, wytarł dupę liśćmi, uwalając rękę gównem. „Kurwa” burknął. Wyszedł z krzaków i poszedł w kierunku rzeki. Wypłukał dłonie w wodzie i wyszorował je piaskiem. Na niebie coraz wyżej wschodziło słońce. Zapowiadał się piękny dzień. W powietrzu fruwało mnóstwo mew i innego ptactwa.
Wszystko, co żyło, skrzeczało z radości. No cóż, teraz należałoby się zastanowić, co dalej począć z tą głupią sytuacją – pomyślał. Po chwili wahania ruszył na wzgórze, z którego uprzednio obserwował motorówki. Ciekaw był, co nowego dzieje się na rzece. Chciał rozejrzeć się po okolicy ze szczytu i podjąć jakieś decyzje. Kiedy znów stanął na wzgórzu, zobaczył, że na wodzie wciąż trwają prace nad coraz wyższym drewnianym rusztowaniem. Na środku rzeki wokół drewnianej konstrukcji panował tłok. Łodzie, barki i motorówki krążyły wokół budowy. Panował harmider, który dochodził aż tutaj. Jedna z łodzi, ta, która podawała drewno, wywróciła się do góry dnem, wyrzucając z siebie deski i robotników.
Hałas wzmógł się, a rozbitkowie byli wyciągani na pokłady innych łodzi. Tę przewróconą przywiązano do rufy następnej i odholowano na brzeg. To jednak wcale nie zdezorganizowało pracy. Widać było, że robotnicy nad wszystkim panują i bardzo się spieszą. Incydent nie przerwał budowy ani na moment. Ci, którzy nie pływali w bezpośrednim sąsiedztwie wywróconej łodzi, nawet na nią nie spoglądali, choć musieli słyszeć, że stało się coś groźnego. Mężczyźni stojący na dachu kabiny największej z kilku barek przekrzykiwali się przez megafony, popędzając robotę, jakby każda sekunda znaczyła tyle co pełna godzina. K przestał oglądać widowisko i lustrował okolicę odwrócony do rzeki plecami. Po prawej miał dolinę, gdzie powstawało coraz więcej budek i pałętało się coraz więcej handlarzy i dzieciarni. Także i tu wrzała robota, jednak o wiele mniej zorganizowana, niedoglądana przez żadnego nadzorcę.
Do doliny dochodziła polna droga, uczęszczana zwykle przez furmanki, a nie przez furgonetki z przyczepami i osobowe samochody, których sznur ciągnął się już po widoczny na horyzoncie las. Wywnioskował, że droga prowadzi do pobliskiego miasta, bo na pewno musiało jakieś w pobliżu być, skoro zwalało się tutaj tyle luda. Nie chciał w biały dzień w swoim obłoconym i śmierdzącym ubraniu wchodzić między nich. Wybrał trasę nieco dłuższą, tak aby widzieć drogę z daleka, dojść do lasu i wzdłuż niego ściany dotrzeć do miasta. Tam odnajdzie pierwszy lepszy posterunek i przedstawi swój problem. Nie zastanawiając się dłużej, ruszył do celu. Po jakimś czasie dostrzegł poruszający się czarny punkt. Wkrótce mógł już rozpoznać szeroką sylwetkę rosłego mężczyzny w czarnej kurtce, zmierzającego wyraźnie wprost na niego. Ucieszył się. Miał nadzieję, że ten wskaże mu drogę do miasta i opowie coś więcej o mającym się odbyć wieczorem festynie.
Postać szła pewnym krokiem na jego spotkanie. Mógł już rozpoznać rysy twarzy. Był to mniej więcej 25-letni rosły osiłek. „Dzień dobry” – krzyknął. Nie usłyszał odpowiedzi. – Dzień dobry! Którędy do miasta? Był już w odległości kilkunastu metrów od niego. Widział tylko jego tępe oczy. „Dzień dobry” – powtórzył.
Nagle stanął jak wryty, gdyż nieznajomy szybkim ruchem wyjął spod pazuchy pałkę i dziko wrzeszcząc, zaczął biec w jego stronę. Leżał w wysokiej trawie. Podniósł się na kolana. Strasznie bolała go głowa. Krew w skroniach pulsowała tak, że K zrobiło się ciemno przed oczami. Złapał się obiema dłońmi za głowę. Pod palcami wyczuł lepkość. Odsunął ręce. Były zabarwione na czerwono. Przypomniał sobie gościa z pałką.
„Ale mi skurwysyn przyjebał.” Spróbował podnieść się na nogi, ale upadł, ulegając zawrotom. Oczy zaszły mu mgłą. Poleżał dłuższy czas, walcząc z bólem. Wreszcie z wielkim wysiłkiem podniósł się na kolana. Stanął na nogach zgięty wpół. Uszedł kilka kroków i znów padł na ziemię. „Jest źle” – pomyślał. Odpoczywał, zastanawiając się, co teraz zrobić. Usiadł. Spojrzał na swoje stopy, na których nie było już butów.
Nie miał też na sobie swojej dżinsowej kurtki. W takim stanie nie dojdzie do miasta. Musiał jakoś doczłapać z powrotem na festyn, tam znaleźć pomoc. Postanowił jeszcze trochę odpocząć przed ponowną próbą marszu. Położył się więc i zamknął oczy. Słońce wisiało wysoko na niebie. Zasnął. Kiedy się obudził, było już szaro. Tą szarością, od której bolą oczy. Tym razem utrzymanie się na nogach było o wiele łatwiejsze, chociaż miał je jak z waty.
Nad miejscem, gdzie miał odbyć się festyn, uformowała się łuna sztucznego światła. Na chwiejnych nogach z bólem głowy skierował się w tamtym kierunku. Dotknął dłonią ranę. Krew już zakrzepła. Był piekielnie obolały, ale wypoczęty, co dało siłę do walki ze zmaltretowanym ciałem. W miarę marszu jego krok się wyrównywał. Nogi nabierały pewności, lecz potykał się co jakiś czas. Szedł już od kilku minut. Jeszcze daleko od centrum festynu zaczął mijać grupki młodzieży. Najczęściej przechodził obok w bezpiecznej odległości od tej pijanej hałastry, jednak przyspieszał kroku, aby zwolnić dopiero, gdy stracił ich niemal z oczu, a i wtedy nie zapominał oglądać się za siebie.
Mijani, widząc idącego człowieka, wykrzykiwali w jego kierunku przekleństwa i groźby, a nawet rzucali kamieniami, które spadały niebezpiecznie blisko. Na szczęście żadnemu z nich nie chciało się go ścigać, bo nie potrafiłby im umknąć. Im bliżej, tym więcej gówniarzy spotykał. Na dodatek było już prawie całkiem ciemno. Pożałował, że nie zamelinował się w jakichś krzakach i raczej nie zaryzykował zapalenia płuc, zamiast pakować się pośród tych krzywo patrzących gnojów gotowych pobić nawet dla zabawy obcego człowieka. Znamienne było, że jak na razie nie dostrzegł ani jednego policjanta. Wycofać się nie mógł, bo byłoby to jawną prowokacją. Drugiego wpierdolu by nie przeżył. Zrozumiał, że teraz musi przeć naprzód, nie oglądając się za siebie, nie reagować na chamskie zaczepki i odnaleźć za wszelką cenę jakiegoś stróża prawa. Choć żołądek ze strachu miał w gardle, starał się tego nie okazywać, wiedząc, że widok zestresowanego kundla, do którego jest teraz podobny, może tylko jeszcze bardziej ich rozbestwić.
Szedł więc maksymalnie pewnym i szybkim krokiem, trzymając głowę wysoko z godnością, mając w duchu nadzieję, że nie przesadza w tym kamuflażu. Doszedł wreszcie do wzgórz okalających centrum festynu. Pozostało tylko wspiąć się na nie. Na szczytach widać było siedzących na kocach ludzi. Wyrostków było mniej, a przeważały całe rodziny z dziećmi. To dodało mu otuchy. Tam bowiem miał nadzieję na większe bezpieczeństwo niż tutaj wśród gówniarzy i ich rozwrzeszczanych dziewcząt, którym ich urągające zachowanie bardzo imponowało. Wspiął się na wzgórze. To, co zobaczył, przeraziło go jeszcze bardziej. W dole, gdzie odbywała się zabawa, gdzie zbudowano scenę, na której w najlepsze grał mierny zespół muzyczny, gdzie tańczył niewysłowiony tłum ludzi.
Wśród tego rozbawionego chamstwa miała miejsce regularna wojna z policją. Teraz zrozumiał, dlaczego nigdzie jej nie widział. Wszystkie siły sprowadzono w jedno miejsce. Przy samej scenie dziko tańczono. Tańczono też w kilku innych miejscach, natomiast w trochę oddalonych rozgrywała się bitwa. Ludzie zgromadzeni na wzgórzach, mając swobodny widok na całe zajście, raz po raz klaskali, gwizdali, wykrzykiwali słowa zachęty, gdy któraś z walczących stron zdobywała jakąś znaczącą przewagę. Wydaje się, że nie kibicowano jakoś specjalnie żadnej z drużyn, choć możliwe też, że w panującym chaosie trudno było po prostu zorientować się, dla kogo przeznaczone są te wiwaty. Publiczność zgromadzona na wzgórzach rzucała czasem kamieniem lub pustą butelką po piwie na oślep w stronę walczącego tłumu. Widać było, że ci, którzy ciskali szkłem, robili przedtem zakłady, czy w łeb dostanie policjant, czy chuligan. Zresztą nad polem walki unosił się taki kurz, a wewnątrz panował taki galimatias, że choćby nawet bardzo się starać, rzadko można było dostrzec, czy rzeczywiście butelka trafiła w czyjąś głowę.
Wnioskując jednak z tłoku, jaki tam panował, pewne było, że ktoś oberwać musiał. Jeśli był to policjant, to pół biedy, gdyż jego głowę chronił kask. Lecz jeśli dostawał któryś z rozpasanych wyrostków, niewątpliwie padał zalany krwią na ziemię, na której deptały go zarówno buty kumpli, jak i wielkie i ciężkie policyjne buciory. Mimo to taki delikwent miał szansę na przeżycie, bowiem w pobliżu stało kilka karetek pogotowia, które co chwilę odjeżdżały na sygnale, aby na ich miejsce mogły stanąć te, które właśnie przyjechały, a wśród walczącego tłumu widoczne były białe kitle lekarzy i sanitariuszy przeciskających się z noszami w obie strony. Zdziwił go przede wszystkim fakt, że piwa w butelkach było pod dostatkiem, ale zauważył też, że na wzgórzach co kilkadziesiąt metrów stał namiot z beczkami, do którego ustawiały się ogromne kolejki. Nagle podszedł do niego człowiek z magnetofonem na ramieniu, słuchawkami na uszach oraz mikrofonem w dłoni i powiedział: „Dzień dobry. Radio Haha. Mam do pana jedno króciutkie pytanko i już nie przeszkadzam. Jak pan się bawi na dzisiejszym wyjątkowo hucznym festynie?” „Toż to jest, kurwa, skandal” – odpowiedział bez namysłu K. „Co pan uważa za skandal?” – podchwycił dziennikarz.
„Jak to co? Ten festyn!” „Co panu się w tym festynie najmniej podoba?” „Jak to co?” – był oburzony. „Te burdy. Pijane bandy. Alkohol w szklanych opakowaniach. Jeszcze raz powtórzę: toż to jest, kurwa, skandal!” „Dziękuję panu za rozmowę.” Dziennikarz odwrócił się i zaczął mówić do mikrofonu. „Tak więc, jak sami państwo słyszą, festyn jest huczny jak jeszcze nigdy w historii naszego miasta. Niech żałują ci, którzy z jakiegoś powodu nie przyszli dziś nad rzekę obejrzeć jedynego, niekwestionowanego hitu kulinarnego na przestrzeni ostatnich 20 lat w naszym regionie. A przypominam, że czeka nas jeszcze spalenie Asi Kowalskiej na stosie – naszej bohaterskiej dziewicy. Relację z placu boju przygotował Jacek Szarańca.
Proszę nie wyłączać odbiorników, bo dzisiejszej nocy będziemy jeszcze wiele razy donosić o tym, co się tutaj dzieje. A dzieje się dużo, oj dużo. Aby ci z państwa, którzy nie mogli wziąć w nim udziału, chociaż za naszym pośrednictwem mieli szansę w nim uczestniczyć. Dziękuję za uwagę. Oddaję głos do studia.” Dziennikarz szybkim krokiem poszedł dalej, nie zwracając najmniejszej uwagi na swojego rozmówcę. Przerażony K. pobiegł za dziennikarzem, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o Asi Kowalskiej i zapytać, gdzie znajdzie wóz jakiegoś wyższego stopniem policjanta, bo jak sądził, dziennikarze powinni takie informacje znać. Złapał reportera za ramię. Ten odwrócił się i odepchnął go, stając w pozycji obronnej. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę.
K. zdziwiony, a dziennikarz do obłędu przerażony. Nagle reporter wyjął z kieszeni pistolet i bez ostrzeżenia wystrzelił do K., który padł na ziemię. 20 metrów dalej na ziemię runął też mężczyzna pijący z kolegami piwo. Chyba dostał tą samą kulą. Dziennikarz zaczął uciekać. Tamci ruszyli za nim z dzikimi okrzykami, aby pomścić kumpla. Jeden z nich, ten, który biegł na końcu, cofnął się, przeszukał jęczącego kamrata i wyjął mu portfel z kieszeni, po czym stanął w kolejce za piwem. Inny, widząc jego padłość, cofnął się i wyciągnął go za szmaty z kolejki. Szarpnięciem przewrócił na ziemię.
Kopnął kilka razy w ryj, aż ten przestał się wierzgać. Przeszukał odzież, wyjął z niej portfel i pobiegł za kumplami, przeskakując K., który właśnie usiłował się podnieść. Otrzymał jednak tęgiego kopniaka w głowę od lecącego nad nim człowieka, który wywrócił się jak długi. Natychmiast podniósł się i mówiąc do K.: „Co mi, kurwa, łeb podkładasz?” kopnął go jeszcze z buta w twarz. K. zalał się krwią z nosa, a mężczyzna pobiegł w ślad za swoimi kolegami, pozostawiając go leżącego na trawie i skręcającego się z bólu. Ktoś podszedł do niego i trącając nogą, zapytał: „Co? Wpierdolili panu?” „Widział pan? Ten dziennikarz strzelił i zranił mnie.” „Rzeczywiście ktoś strzelał. Coś słyszałem.
To do pana?” – odparł tamten. „No do mnie, kurwa! Co pan tak stoisz? Wezwij pomoc!” – wykrzyczał K. „O nie! Co to, to nie. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Jak strzelali do pana, to mnie nie ma.” „Nie może mnie pan tak zostawić.” Ale mężczyzna był już kilkanaście metrów dalej. Na pomoc! Ratunku!
Wezwać policję. „Zamknij się!” — zawołał ktoś i nagle w promieniu kilkunastu metrów od niego zrobiło się pusto, a on krzyczał: „Pomocy, ratunku, policja, lekarz!”. Jednak nikt nie reagował na jego wołanie. Obok spadła butelka po piwie i to było wszystko. Kiedy K. zaschło w gardle od krzyku, wstał z ziemi i pomacał się, chcąc odszukać ranę, lecz zdziwiony nic nie znalazł. Skupił się na sygnałach obolałego ciała i poczuł pieczenie na ramieniu. Miał poszarpaną koszulkę i lekko draśniętą skórę. „Dzięki Bogu, nic mi nie jest” — odetchnął z ulgą. Muzyka niespodziewanie ucichła, a przez wrzawę ledwo przebijał się wzmocniony mikrofonem głos.
Na początku, kiedy tłum był jeszcze w pełni rozbestwiony i do niewielu dochodziła treść nadawanego komunikatu, niezbyt było słychać słowa i jeszcze nie można było wiele zrozumieć. W miarę jak tłum cichł, jak wykruszali się ci, którzy jeszcze niczego nie pojęli, coraz więcej słów przebijało się do uszu K. Zrozumiał, że Asia Kowalska, dziewica z miasteczka, zostanie spalona na stosie, jak każe starodawna księga, którą znaleziono w wieży ratusza. Ludzka masa rzuciła się w stronę rzeki, drąc się ogarnięta szaleńczą euforią. Tratowała po drodze tych, którzy jeszcze nie zdążyli się podnieść albo w biegu upadli. Plac w dolinie opustoszał. Ostatni gapie zbiegali po zboczach, ścigając tych, którzy mieli bliżej, depcząc raz jeszcze dziesiątki stratowanych lub zabitych w walce. K. pobiegł za tą ludzką chmarą, czując niemożliwy do opanowania zwierzęcy zew, by obejrzeć tę wyrafinowaną perwersję. Nagle uświadomił sobie, że właśnie po to został tu przez kogoś przysłany.
Jakby w jednej chwili pojął jakąś tajemnicę. Doznał olśnienia, jakby otworzyły się jakieś wrota. Poczuł, że nie jest sam, że jest też on. Nie wiedział, kim on jest, ale musiał być na tyle wszechmocny, że to zrobił. Że zabrał go skądś, gdzie przedtem istniał, aby mu to pokazać. Świadomość, że ktoś za tym stoi, przyniosła mu ulgę w psychicznym cierpieniu, w poczuciu nieokreślonego lęku, jaki go niepokoił od momentu przebudzenia. Ktoś go rzucił w to miejsce. Biegł z nim w nieznane, ale ten ktoś na pewno też zabierze go stąd. Można więc w końcu rozkoszować się widokiem bestialstwa i grzeszyć płynącą z tego zwierzęcą rozkoszą. Nie zważać na śmierć rozochoconych małpoludów pod nogami, w histerii szarpiących na sobie ubranie i gromadzących się przy brzegu, zajmując długi na kilkaset metrów odcinek plaży.
Wielu stało w wodzie po kolana, niektórzy wchodzili aż po pas. Silniej uduzeni rzucali się wpław ku strzelistej drewnianej konstrukcji przez wody tak niebezpieczne dla pływaka, że tylko najlepsi mogli doznać tego, na co się zdobyli. K. nie przeciskał się przez tłum. Stał kawałek dalej na pagórku, skąd miał niezły widok, chociaż i on uległ zbiorowej histerii, nie rozumiejąc szargających nim silnych emocji, takich jak zrzucenie ubrania, w czym nie był odosobniony, jednak zachowywał też ludzką świadomość. Inni stali się kukłami w rękach morderczych instynktów. Ci, którzy dzisiaj zginęli i jeszcze zginą, którzy się utopią, pomordują i zrobią dzisiaj dzieci, byli w takim szale, że nie byli już ludźmi. Władała nimi pierwotna, agresywna, mordercza chuć. Wieża wyrastająca ze środka rzeki była wąskim, wystającym na kilkanaście metrów rusztowaniem utrzymującym się na wbitych w wodę chudych balach. Na kwadratowej platformie na samym jej szczycie przymocowany był pal, do którego przykuto kajdankami Asię Kowalską za ręce i nogi, a w talii dodatkowo przywiązaną grubą liną.
Samą Asię ledwo można było dostrzec. Była tak drobniutka, szamocząca się, niewinnie naga, szczupła i gibka. Kat o zamaskowanej twarzy układał naokoło siano i gałęzie, opatulając dziewczynę aż do pasa. Widowisko działo się teraz w całkowitej ciszy, która zapadła nagle, przerywanej tylko natrętnym alergicznym kaszlem. Kat skończył robotę. Z barki zakotwiczonej przy rusztowaniu po drewnianej drabince wspinali się trzej panowie w garniturach ze skórzanymi teczkami w prawych dłoniach. Marsz w pionie widocznie im nie służył, bo co kawałek któremuś noga ześlizgiwała się ze szczebla i utrzymywała takiego jedynie chuda i licha lewa dłoń. Obserwatorzy znad rzeki patrzyli na to, wstrzymując oddechy. Urzędników, bo na takich wyglądali, oświetlał bardzo dokładnie halogen zamontowany na barce i sterowany przez innego człowieka w garniturze. Po chwili, w której nikt oprócz K.
nie oddychał, łącznie z katem spoglądającym na klęczkach w dół, gdy po raz kolejny udawało się delikwentowi na powrót złapać mierzgającymi szkitami w czarnych mokasynach szczebel drabiny i z dziwną jak na urzędników desperacją ryzykowny marsz trwał dalej, jakby od tego, czy wejdą, zależało istnienie całego świata. Wreszcie weszli po przeżyciach tak niebezpiecznych, że zdawało się wręcz niemożliwych. Stanęli na platformie, którą zaczął hipotać coraz silniejszy wiatr. Wszyscy czworo klęczeli, kurczowo przylegając dłońmi do surowego drewna, bojąc się wypaść do wody. Tym bardziej, że nie było się czego złapać. Kiedy platforma odzyskała równowagę i wiadomo już było, że jak będą uważać, to nie wypadną, tłum zaczął klaskać, gwizdać i wiwatować. Aplauz przerwała podniesiona ręka jednego z panów z teczką, który nawet nie próbował zaryzykować powstania. Tłum ucichł jak na defiladzie wojskowej, gdy po geście wodza milkną wszyscy. „Cicho!” rozkazał głos wzmocniony profesjonalnym nagłośnieniem wykonanym przez firmę, której baner reklamowy rozpostarty był na rusztowaniu wśród wielu innych. „Przemawiam do was jako burmistrz.
Mamy dzisiaj ważną uroczystość. Są tu ze mną wojewoda oraz starosta. Przybyliśmy, aby przeczytać wam dokument znaleziony w wieży ratusza pod płytką parkietu, która odpadła po tym, jak potknął się o nią legendarny cieć znany pod ksywką Quasimodo. Było to epokowe odkrycie. Znaleziono bezcenny skarb, mianowicie spory mieszek starych złotych monet i list zapisany na pożółkłym papierze niestaną ręką. Mam przy sobie kserokopię maszynopisu tłumaczenia tego listu. Był on bowiem napisany w nieużywanym już przez nikogo oprócz fachowców staro cerkiewnym języku słowiańskim.” Tu burmistrz przerwał i głośno nabrał powietrza w płuca. Wyraźnie przy tym chrząknął i mówił dalej: „Nikt nie wierzył w przepowiednię zawartą w starym tekście. Zapowiadała ona, że po odnalezieniu listu zginą władający tą krainą z najważniejszym na końcu. Jeśli nie wypełni się rytuał, jakiego życzy sobie Gog Magog, pan tego świata.
Jak już powiedziałem, nikt nie wierzył w tę przepowiednię, ale najpierw zaczęli ginąć specjaliści, którzy go odczytali. Wszyscy umarli na jakąś straszną chorobę, nieznaną współczesnej medycynie, która zabijała ich przez kilka dni w wielkich męczarniach. Została z nich skóra w bąblach i kości. Potem zaczęli ginąć urzędnicy. Raz w miesiącu umierał któryś z pracowników ratusza, aż pomarli wszyscy, łącznie z sekretarkami, sprzątaczkami, gońcami i tym starym cieciem Quasimodo. Tak więc decyzją nadzwyczajnej sesji z udziałem wszystkich urzędników, czyli mnie, uchwaliliśmy, że należy bezzwłocznie wypełnić rytuał, jaki nakazuje stary rękopis.” Tu burmistrz wyciągnął zmiętą kartkę z wewnętrznej kieszeni garnituru i zaczął czytać. „Ja, Gog Magog żądam, aby spalona została na stosie niewinna dziewica, koniecznie prawdziwa słowiańska białogłowa. Wtedy moja żądza stanie się zaspokojona i odpuszczę wam chamy, mitręgi i żule na rok. A potem powrócę. W przeciwnym wypadku umrą wszyscy, którzy władają tą krainą, a najwyższy władca na końcu.
Zabiją was choroby i nagłe zdarzenia. Macie więc zbudować stos, zgromadzić poddanych i spalić niewinne, dziewicze, nieprzebite ciało. Tak chcę i tak ma się dziać co roku o tej samej porze przez dziesięć lat. Potem dam wam spokój na dziesięć lat, po których powrócę” — odgrażał się list. „Przeszukaliśmy nasze biblioteki” — wciągnął swą opowieść burmistrz. „Dotarliśmy do dawnych, zapomnianych podań ludowych oraz obrzędów i doszukaliśmy się, że niegdyś taki zwyczaj rzeczywiście istniał na tych ziemiach, a co najważniejsze nie został nigdy oficjalnie zniesiony. Tak więc jako przedstawiciele administracji państwowej i lokalnej byliśmy zmuszeni do przywrócenia jego poszanowania i zapowiadamy powołanie specjalnej komisji do zbadania sprawy i wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do tych, którzy wcześniej tradycję odrzucili na śmietnik bez uprzedniego legalnego i oficjalnego uchwalenia tego na odpowiednim posiedzeniu władz, na śmiertelną szkodę wielu osób, którzy już pomarli. Bowiem gdyby palili co rok młodziutką dziewicę, na pewno do nieszczęścia by nie doszło.” Burmistrz krzyczał oburzony i wymachiwał rękoma w kierunku zebranych na plaży. „Niniejszym otwieram od dziś coroczną imprezę pod nazwą STOS.” Oficjale oraz kat na te słowa zaczęli namiętnie klaskać, a wraz z nimi całe zgromadzone na brzegu tłum. Wtem ze wzgórz na plecy i głowy klaskających poleciały kamienie i butelki oraz koktajle Mołotowa.
Rzucali je ludzie z transparentami protestującym przeciwko stosowi. Skandowali przy tym hasła: „Precz ze STOS-em”, „Wszyscy pójdziemy na stos” oraz „Ukarać władzę za stos”. Demonstracja nie trwała długo, ponieważ liczne siły porządkowe oraz entuzjaści STOS-u natychmiast ruszyli do walki. A że było ich znacznie więcej i policja dysponowała bronią palną, bardzo szybko rozgromili pikietę. Uczestników, których udało się pojmać, tłum karał na miejscu krwawym linczem albo wymierzając sprawiedliwość za zakłócanie porządku publicznego strzałem z bliska prosto w potylicę. Impreza trwała dalej, już bez zakłóceń. Przybyło tylko poległych w walce i zdeptanych. Kat na znak burmistrza, który jako ostatni zszedł po drabince do barki, wyjął z kieszeni czerwonych spodni benzynową zapalniczkę i podpalił stos. Do widzów dochodziły nawet najdrobniejsze dźwięki z ustawionych po obu stronach plaży metalowych rusztowań na ogromne nagłośnienie. Początkowo emitowały głównie lubieżne sapanie kata, lecz teraz dziewica zaczęła pojękiwać coraz głośniej i zawodząco chlipać, aż wreszcie wyć z niewyobrażalnego bólu smażonych kończyn.
Kat śmiał się, a wszędzie rozlegał się jego demoniczny rechot. Płomienie buchnęły wysoko i zrzuciły go do wody. Spadając, wyraźnie walnął swym zakutym łbem w wystający fragment rusztowania, a K. miał nadzieję, że nie umie pływać. Z głośników dochodził ryk szalejącego pożaru i górujące nad nimi wycie palonej żywcem ludzkiej istoty. K. zatkał uszy, ponieważ zawodzenie wbijało się zbyt głęboko w głowę, a ci, którzy nie zdążyli przyłożyć rąk do uszu, padali na ziemię rażeni bólem pękających bębenków. Nagle światło z całej okolicy spłynęło w pustą przestrzeń nad rzeką. Wszędzie zrobiło się zupełnie ciemno, a nad wodą uformował się eteryczny, prawie przeźroczysty, świetlisty obraz koziołka matołka z Pacanowa w czerwonych spodenkach, który demonicjie zarżał przeciągłym beczeniem. Widmo falowało w powietrzu ryjem do tłumu.
Cały czas dreptało w miejscu, unosząc czasem przednie kończyny do góry, ukazując sterczący pokaźny organ. Ludzie licznie padali na ziemię, łapiąc się za klatkę piersiową, głowę albo brzuch. Pomór był tak wielki, że szybko się przerzuciło. Niektórzy umierali na miejscu, reszta uciekała. Byli tacy, których ścinało w biegu lub kontynuowali wędrówkę na kolanach, z trudem zachowując przytomność i czując instynktownie, że nie powinni jej stracić. K. przeglądał się. Nic niepokojącego się z nim nie działo. Koziołek nie miał nad nim żadnej władzy. Pewnie dlatego matołek zwrócił na niego uwagę.
Zbliżył swój ryj, zostawiając resztę ciała na dawnym miejscu, choć dzielił ich spory dystans, po prostu wyciągając się w ektoplazmie. Zaciągnął się jego zapachem, prychnął i umknął złochatym nosem, po czym równie niespodziewanie zionął mu w twarz niewyobrażalnym odorem. K. sturlał się ze wzniesienia. Wstał na wpół przytomny, zrzygał się i nie odwracając, nadal mając konwulsje, pobiegł przed siebie. Wbiegł w gęste zarośla, przez które przebijał się, nie zważając na rany. Ściskał je w dłoniach i wyrywał ze złością, prąc naprzód, nie widząc i nie czując, że ręce miał pocięte do samych kości. Przedarł się na pustą przestrzeń. Zobaczył tam dwóch mężczyzn z latarkami, którymi oświetlali dupę trzeciego leżącego na ziemi między kobiecymi udami. Gwałcona kobieta przeraźliwie wyła.
K. podniósł kij i z rykiem desperacji zaczął okładać facetów na oślep, którzy dopiero teraz zorientowali się, że nie są sami. Walił jak oszalały, biegając za nimi po całej polanie, co jakiś czas uderzając w dupę gościa, który gwałcił dziewczynę i usiłował jak najszybciej założyć gacie i spodnie. Kiedy walnął gnoja w genitalia, ten zzieleniał i osunął się na ziemię. Korzystając z chwili nieuwagi, jego kumple obezwładnili K., wyrywając mu kij i uderzając w jego głowę jak w golfową piłkę. Ale K. nie upadł. Odwrócił się tylko i chwiejnym krokiem szedł w ich stronę. Był strasznie nabusowany. Drugie uderzenie spadło na jego twarz, ale odrzuciło mu tylko głowę.
Szedł małymi krokami, chwiejąc się, jednak nieubłaganie wybałuszał na nich wściekłe oczy. Kolejne uderzenie posadziło go na kolanach, ale już się podnosił, kiedy poczuł przeszywający ból w plecach. Dziewczyna, która wyjęła myśliwski nóż z kieszeni leżącego, wbiła go całym impetem w jego plecy. „Ty zboczeńcu! Chciałam być gwałcona. Wszystko popsułeś!” – wykrzyczała. K. zachłysnął się krwią. Dziewczę odeszło kilka kroków, patrząc niewidzącym wzrokiem na to, co zrobiła. Jeden z mężczyzn szybko złapał K.
za włosy i cisnął jego głową o ziemię. Wyjął nóż i przytrzymując drżące ciało kolanem, poderżnął mu gardło. Ciepła krew bulgotała w trawie. Światełko K. zgasło. Koniec. Tomasz Fąs, „CajberDżokej i leśni zbrodniarze”. Cybernetyczny system leśników rozlokowanych w obszarach leśnych naokoło sektorów mieszkalnych dba o komfort i bezpieczeństwo wszystkich istot żywych. Jeśli jakieś stworzenie znajdzie się w miejscu, w którym mogłoby stanowić zagrożenie dla siebie i innych, zostaje bardzo delikatnie uśpione i przeniesione do głębszych obszarów Wszechlasu. Dwóch przedstawicieli pacyfistycznej grupy Obrońcy Cywilizacji zaginęło podczas leśnego spaceru.
Zrozpaczeni rodzice proszą o-- To najlepszy lokalny zakład syntetyzujący biomasę spożywczą. Nasze produkty zaspokoją całe twoje zapotrzebowanie pokarmowe w sposób nieszkodliwy dla żadnego żywego stworzenia. Chyba ze trzy godziny kręciłem się po leśnych ścieżkach, zanim dotarłem do miejsca, w którym mój zegarek odzyskał łączność z siecią. Przypomniały mi się opowieści o dawnych czasach, kiedy to po orbitach naokoło planety latały ogromne ilości obiektów technicznych umożliwiających nawiązanie łączności i precyzyjne określenie pozycji gdziekolwiek by się nie przebywało. Uważałem to za ogromne marnotrawstwo sił i środków, jednak na takim zadupiu rzeczywiście by mi się przydało. Chociaż może i lepiej, że nigdzie się nie logowałem. Przynajmniej nie było cyfrowego śladu mojej obecności w pobliżu miejsca zbrodni, czy raczej nieszczęśliwego wypadku ze zbirami w lesie. Z tego też powodu, gdy wreszcie łączność odzyskałem, wolałem przejść się jeszcze trochę i odświeżyć, zamiast wzywać taksówkę. Dotarłszy ostatecznie do domu, natychmiast położyłem się do łóżka i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, zakwasy, stres i ogólne poczucie przygnębienia sprawiały, że długo jeszcze nie miałem siły wstać z łóżka.
Sprawę trzeba jednak było wyjaśnić. Kolejny dzień spędziłem w warsztacie. Musiałem na szybko przygotować zestaw nierzucających się w oczy robotów mobilnych z dużym zapasem energii i dalekosiężnym systemem komunikacji. W nocy wysłałem je wszystkie do lasu na zwiady. Większość miała oczywiście robić za anteny wzmacniające sygnał między mną a tymi na końcu łańcucha. Mimo wszystko nie czułem się na siłach, żeby samemu wybierać się na dalsze wycieczki. Miałem jednak zamiar wyjaśnić, co takiego, do cholery, robi ten system leśników. Dlaczego urządzenia publiczne stworzone w poszanowaniu dla zakazu krzywdzenia istot żywych nagle okazały się zdolne do zbrodni? Owszem, zbrodnie dokonywane na natrętnych komarach i muchach bywały czasem wspaniałomyślnie obywatelom odpuszczone, jednak mordowanie kręgowców z całą pewnością nie mieściło się w powszechnie przyjętych zasadach życia społecznego. Kilkudniowa obserwacja przekroczyła moje najgorsze obawy.
System leśników w zasadzie nie robił niczego poza mordowaniem. Byłem co do tego pewien, ponieważ czujniki moich zwiadowców wykrywały natychmiastowy zanik oddechu i stopniowy spadek temperatury. Nie dotyczyło to bynajmniej wyłącznie zwierząt niebezpiecznych. Nawet sarny i króliki eliminował z bezlitosną precyzją. Swoją drogą było tej zwierzyny naprawdę dużo. Zwłoki gromadzono w jednym miejscu i codziennie dyskretnie przybywała po nie platforma latająca. Leśniki wkładały dużo wysiłku, żeby ich działań nie wykryto. Przeważnie wyłączały się, jeżeli w pobliżu był człowiek, a zwłoki gromadziły z dala od ścieżek i osad. Chyba tylko moje grzebanie w systemie sprawiło, że tamtego feralnego dnia kilka sztuk odważyło się mordować przy ludziach. Nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić.
W zasadzie należało zawiadomić władze, jednak trudno mi było sobie wyobrazić, aby działania na tę skalę zachodziły bez jej wiedzy. Bałem się też, żeby przypadkiem nie wydał się mój udział w wypadku z chuliganami. Do wyjaśnienia pozostawało jeszcze tylko jedno: gdzie ostatecznie lądują te zwłoki? Po kilku próbach robocikowi udało się wreszcie umieścić niewielki nadajnik na platformie latającej i nie zostać zauważonym. Potem już tylko roboty przekaźniki musiały utrzymywać się dostatecznie blisko źródła sygnału. Bałem się, że bardzo szybko zgubię śledzonego. Ostatecznie moje małe naziemne urządzenia nie były w stanie nadążyć za poważną konstrukcją powietrzną. Okazało się jednak, że bardzo szybko nadajnik znalazł się w zasięgu sieci ogólnej i gonienie już nie było konieczne. Jakież było moje zdumienie, kiedy ostatecznie lot zakończył się nad sektorowym zakładem produkującym biomasę spożywczą. Miejscem, gdzie jak nas zawsze zapewniały reklamy, w sposób nieszkodliwy dla zdrowia żadnego stworzenia wytwarza się pożywne produkty syntetyczne i roślinne o składzie całkowicie zaspokajającym.
Noż kurwa mać, przecież to może grozić zatruciem. Sprawa była zbyt poważna, żebym siedział i nic z tym nie robił. Zapewniające anonimowość sieciową i wysłałem obszerną, wspartą zdjęciami informację, gdzie trzeba. Kilka kolejnych dni uważnie monitorowałem zakład. Zupełnie nic się nie wydarzyło. Dwukrotnie jeszcze ponawiałem wysyłanie donosów, nadal bez żadnej reakcji władzy. Kiedy wszystkie inne metody zawiodły, musiałem ostatecznie skorzystać ze swoich dopiero co osiągniętych wpływów i pieniędzy, żeby bezpośrednio porozmawiać z kimś odpowiednio wysoko postawionym. Kiedy wreszcie do spotkania doszło, zostałem przeszukany i przyjęty w dobrze ekranowanym pomieszczeniu, wyposażonym dodatkowo w najdroższe generatory szumu, jakie kiedykolwiek widziałem. Komuś bardzo zależało, żeby naszej rozmowy nie dało się podsłuchać ani nagrać. Przyjmujący mnie dostojnik wskazał krzesło i zanim jeszcze zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zbeształ mnie jak niegrzeczne dziecko.
Mogłoby być zbesztane, gdyby nie ustawa o wychowaniu bezkontaktowym. Panie Coiber, pan robisz aferę. Skąd pan wie, po co przychodzę? Pan myślisz, że takie anonimy to trudno namierzyć? Pan się jeszcze dużo musisz nauczyć o zabezpieczeniach. Tak, jemy tu mięso. I co? Wszystko jest przed konsumpcją poddane chemicznej, termicznej i jakiejś tam jeszcze obróbce. Nie pamiętam. Własnym dzieciom te puszki podaję.
Ale przecież zakaz przemocy, zdrowie obywateli. Panie Cajber, pan powtarzasz frazesy. To stare przepisy są. Pewnie kiedyś, jak ludzi było dużo, lasów mało, to się można było martwić o zwierzątka. Ale teraz ten cały Wszechlas to są ogromne obszary. Nikt tego wszystkiego nie ogarnia. Gdzie my mamy tę zwierzynę wywozić? Toć zaraz by wróciła z rodziną i zalała sektory mieszkalne. Postawimy mur naokoło, to się ludzie będą czuli jak w więzieniu. Zresztą to więcej kosztuje niż leśniki.
Trzeba z tą fauną coś robić. Jak miałaby tam leżeć i gnić albo być gdzieś utylizowana, to już chyba lepiej dać do jedzenia, nie? Zwłaszcza że to taniej i zdrowiej niż syntetyki. To przecież by można ogłosić, zmienić prawo. Tak. I zaraz by mi się jakaś banda dzieciaków awanturowała albo zwierzątka. Nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. Ja nie chcę problemów. Ale ja nie mogę tego tak zostawić. Zostawisz pan to, panie Cajber.
Zostawisz i cichutko wrócisz do siebie. Bo jak tu zaczniemy za dużo grzebać po Fabryce Żywności, to się czasem mogą znaleźć i komuś z panem skojarzyć jacyś dwaj leśni łobuzi. Nie wiem, co ja sobie myślałem. Przecież musiałem mieć świadomość, że administrator sieci z odpowiednio wysokim poziomem dostępu będzie w stanie dowiedzieć się absolutnie wszystkiego na mój temat. Jedno było pewne: tu, z nimi na ich terenie nie wygram. Przytaknąłem i w milczeniu wyszedłem. Cóż, proszę państwa, to jest ten moment, w którym ja wypowiadam: skończyło się kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Niniejszym odchodzi w przeszłość. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu i kolejnego spotkania z „Akademią Wszelkiej Fikcji” w przyszły piątek.
Pozdrawiam. Dobrej nocy.
[03:48:50] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.