[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. No drodzy państwo, jak wrócimy na YouTube'a, to zrobimy takie , że Ilona Maskownica już nigdy więcej nas nie odwieci. Nie będziemy tęsknić, a tymczasem zaczynamy kolejne wydanie AWF, Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry, wieczór państwu, zgłasza się Bydgoszcz. Tak jak powiedział Marek, rozpoczynamy kolejną Akademię Wszelkiej Fikcji. Tak sobie patrzę na te dzisiejsze czasy i takie niewesołe refleksje mnie nachodzą. Ostatnio przez zupełny przypadek odnotowałem w jednym z polskich seriali, jak główna bohaterka mówi do męża, że coś powinni zrobić z tymi komórkami, bo dzieci coraz głupsze się robią. Powinni zakazać dzieciom, zrobić tak jak w Australii, bo w Australii od 16. roku życia dopiero komórek, a właściwie mediów społecznościowych dzieci mogą używać. I tak, wiecie państwo, pomyślałem sobie: czy to wszystko jest takie proste? Czy to wszystko jest takie zero-jedynkowe? O co mi chodzi? Chociażby o to.
Bo rzeczywiście, kiedy rodzice zaczynają się wypowiadać o mediach społecznościowych, o komórkach, to człowiek mówi sobie: tak, dzieciom się krzywdę robi. Patrzą w te ekraniki, grają w coś tam, kombinują, hejtują, uczą się najgorszych rzeczy. Trzeba to ukrócić. Już niektóre państwa europejskie też kombinują, nawet obniżają albo zawyżają w stosunku do Australii ten wiek inicjacji media społecznościowej. Ale czy to jest wszystko takie bezbolesne? Czy to rodzi jakieś konsekwencje? Zastanówmy się. Pozornie nie. Samo dobro. Dobrze, to rozważmy pewien obsesyjny scenariusz.
Ja jestem człowiekiem, który bardzo ceni sobie to, co nazywamy tak banalnie wolnością. Rozważmy scenariusz, w którym zabiera nam się wolność, a pod koniec tego, co mówię do państwa, okaże się, że-- nie uprzedzajmy wypadków. Otóż jak egzekwować takie prawo? Prawo, w którym dziecko nie może być w mediach społecznościowych, nie może oglądać filmików, w ogóle nie może. Przecież każdy z nas potrafi ukuć sobie taki oto scenariusz, że rodzic w imię swojej wolności, przeciwstawianiu się państwu, bo to w końcu nie państwo wie, od którego roku dziecko może albo nie może oglądać różnych rzeczy w internecie, treści w internecie. Może jednak rodzice powinni o takich rzeczach decydować. Ale to zostawmy. To jest oczywiście kwestia dyskusyjna. Jedni powiedzą tak, że powinni, drudzy, że nie, bo są głupi i państwo wie lepiej. Nie wchodzę w tę kwestię.
Rozważmy zupełnie coś innego. Bo prawo jest dobre tylko wtedy, kiedy jesteśmy w stanie je egzekwować. To jak egzekwować takie prawo, że dzieciaki do któregoś roku życia nie mogą oglądać tego, co jest na mediach społecznościowych? Przecież każdy z państwa wyobrazi sobie sytuację, kiedy ten rodzic, o tym już mówiłem, włączy telefon i powie: „Pooglądaj sobie, zobacz sobie”. To żeby egzekwować takie prawo, że nie wolno, wcześniej czy później ktoś wpadnie na pomysł, że przecież telefon komórkowy może mieć taką apkę, która na bieżąco monitoruje, kto patrzy na ekran. I jeśli to jest właściciel telefonu, to w porządku, bo ma określony wiek. A jeśli to jest zza jego ramienia jakieś dzieciak albo nawet bez ramienia, tylko po prostu dostał od ojca czy matki, to się wyłącza, żeby egzekwować prawo. Wszystko lege artis. Tak. Ale pojawia się technologia takiego na bieżąco śledzenia, kto patrzy się w ekran.
Czy to nie przypomina państwu jakiejś sytuacji? Jeśli nie, to pójdźmy dalej. Wyobraźmy sobie telewizor. Ja wiem, to sprzęt używany nie tak często obecnie, ale jednak w niektórych domach ten telewizor jest. Ten przykład zaczerpnąłem zresztą z pewnego kanału, którym ostatnimi czasy jestem zafascynowany. To jest kanał Listek Elf. Człowiek, który mieszka w Niemczech, mieszka w Stuttgarcie i opowiada rzeczy, które czasami mrożą krew w żyłach. I on zapytał, czy jeśli to będzie telewizor i tam będzie film od lat 18 i zasiądzie rodzina i on będzie monitorował na bieżąco, tak jak powiedziałem w przypadku komórki. Dzisiaj się to wydaje abstrakcją, ale sięgnijcie państwo wstecz o kilka lat. Ile rzeczy wydawało nam się abstrakcją, a potem się spełniły i nawet się specjalnie nie zdziwiliśmy.
Więc wyobraźmy sobie telewizor, który na bieżąco monitoruje, kto ogląda i kiedy jest tam dziecko, a film jest od lat 18 albo 16, telewizor się wyłącza i mówi: póki- Młody człowiek nie opuści pomieszczenia, póty filmu nie będzie. Konsekwencje? Nie, może nie od konsekwencji zaczynajmy. Zacznijmy od technologii. Czy obserwujące nas komórki, obserwujące nas ekrany. One już to robią, tylko może jeszcze nie tak otwarcie i nie tak streamingowo online, na bieżąco. Ale jednak dostajemy te reklamy dziwnie współgrające z naszymi rozmowami, z naszymi deklaracjami i poszukiwaniami w internecie. Więc jeśli dostaniemy technologię, w której ekrany będą nas śledzić, to czy nie przypomina się Państwu sławna powieść George'a Orwella „Rok 1984”? Tam też były teleekrany, które na bieżąco monitorowały, jak się zachowują ludzie. I tak, proszę Państwa, jak to w naszej cywilizacji ostatnimi czasy bardzo często bywa, od rzeczy dobrych, mających chronić młodych ludzi przed kompletnym zgłupieniem, dochodzimy nagle do totalnej inwigilacji.
Do tego, że ktoś będzie nam patrzył, żeby tam na ręce, na nas będzie patrzył, monitorował online 24 godziny na dobę. Właściwie nie ktoś, a coś. Bo żeby ogarnąć taką masę danych, trzeba sztucznej inteligencji. Czegoś, co jest w stanie ogarnąć taką liczbę danych. Ale coś takiego jest, coś takiego funkcjonuje. Tak to Państwu podrzucam do przemyślenia, w jakich dziwnych czasach żyjemy, że dla naszego dobra proponuje nam się totalną inwigilację. Nie wiem jak Państwo, ale ja się czuję zaniepokojony. I ja wiem, znajdą się od razu ludzie, którzy powiedzą, że coś trzeba robić i że przecież to jest oczywista oczywistość i w ogóle co się dziwisz człowieku, przecież trzeba i tak dalej. Jeśli Państwo tak uważacie, to życzę powodzenia. Ja jakoś chyba nie chcę się przyzwyczaić do takich właśnie czasów.
Tyle tytułem wstępu. Takie mnie naszły refleksje. A teraz zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Pierwsza z nich nosi tytuł „Córka z Norwegii”. Autorka Soraya Lane, wydawnictwo Albatros. A książka pojawi się na rynku dopiero za jakiś czas, bo dopiero 8 kwietnia 2026 roku. Ale chyba warto czekać. Utracone miłości, rodzinne sekrety i kręte ścieżki, którymi prowadzi nas serce. Romantyczna i pełna dramatyzmu saga rodzinna. Poruszająca powieść o utraconych miłościach i rodzinnych sekretach.
Akcja książki rozgrywa się w dwóch planach czasowych, w różnych zakątkach świata. Książka, która należy do serii książek tej autorki, zachwyci wielbicieli prozy Lucindy Riley i Kristin Hannah. Wybierz się we wrzącą od uczuć podróż na daleką północ. To wzruszająca i pełna emocji opowieść o tym, jak ważne jest, by podążać za głosem serca i nieustraszenie poszukiwać nowego początku. W londyńskiej kancelarii prawnej spotyka się kilka osób. Nie łączy ich nic poza tym, że każda otrzymuje pudełko z pamiątkami znalezione w domu zmarłej kobiety, która przed laty prowadziła placówkę dla samotnych matek. Norwegia, rok 1951. „Amalie, chcę, żebyś wiedziała, jak bardzo cię kocham. Nigdy nie chciałem, żebyśmy się rozstali i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żebyś wróciła do mnie i do naszego dziecka. Proszę, czekaj na mnie”.
Londyn, czasy współczesne. W życiu Charlotte wkrótce wszystko się zmieni. Odkąd w jej ręce trafiło małe pudełko zawierające pierścionek z diamentem i norweski herb, czuje, że musi wrócić do domu, aby ponownie połączyć się z ukochaną prababcią Amalie i swoją norweską rodziną. Charlotte przyjmuje wymarzoną pracę szefowej kuchni w najbardziej prestiżowym hotelu w Norwegii. Przez lata poświęcała wszystko dla kariery, a teraz wreszcie czuje, że jej wytrwałość się opłaciła. Ale kiedy po tym wspaniałym miejscu oprowadza ją jego główny projektant, uroczy, utalentowany Harrison, Charlotte czuje, że być może nadszedł wreszcie czas, by przestać skupiać się wyłącznie na karierze, a pomyśleć także z troską o swoim samotnym sercu. Ale Charlotte nie wie jeszcze, że jej życie wkrótce znów stanie na głowie. Kiedy pokaże zawartość szkatułki swojej babci, ściskając w dłoni pierścionek, który uważała za zaginiony na zawsze, Amalie opowie wnuczce tragiczną historię miłosną i zdradzi bolesny sekret, który ukrywała przez lata. Charlotte odkryje ogromne poświęcenie, na jakie zdecydowała się jej babka, by zapewnić bezpieczeństwo rodzinie. Czy da jej to siłę, której potrzebuje, aby podążyć za głosem serca?
A może podda się, przestraszy i opuści Norwegię na zawsze? Przypomnę tytuł: „Córka z Norwegii”. Autorka Soraya Lane, wydawnictwo Albatros. Data premiery: 8 kwietnia 2026. Kolejna książka nosi tytuł „Jeffrey Dahmer. Bez cenzury. Narodziny mordercy i kanibala”. Autorka Renata Kuryłowicz, wydawnictwo Znak Jednym Słowem. Książka na rynku od 25 lutego. Nekrofil, kanibal, potwór z Milwaukee, jeden z najbardziej przerażających seryjnych morderców.
Kim był Jeffrey Dahmer, zanim wyszło na jaw, że zamordował i rozczłonkował 17 osób? Był zamkniętym w sobie chłopcem, którego interesowała anatomia. Ojciec chemik nauczył go, jak bezpiecznie wybierać kości i liczył, że zawodowo syn pójdzie w jego ślady. Trudno było przewidzieć, że Jeff zdobytą wiedzę wykorzysta później do preparowania szczątków swoich ludzkich ofiar. Co sprawiło, że dopuścił się tak makabrycznych czynów? Renata Kuryłowicz, najważniejsza polska badaczka życia Dahmera, nie cofa się przed opisaniem najbardziej drastycznych faktów. Ujawnia szeroki kontekst rodzinny i społeczny jego historii oraz opinie współczesnych profilerów i psychiatrów. Wejdź w głąb umysłu psychopatycznego mordercy, ale tylko na własną odpowiedzialność. Przypomnę tytuł: „Jeffrey Dahmer. Bez cenzury.
Narodziny mordercy i kanibala”. Autorka Renata Kuryłowicz, wydawnictwo Znak Jednym Słowem. Data premiery 25 lutego 2026. I ostatnia książka literacka na dzisiaj. „Historie łajdackie”. Autor Jacek Dehnel, wydawnictwo Znak Litera Nova. Ta książka również będzie na rynku od 25 lutego. Kiedy serce jest głodne, zjadłoby wszystko. Nowa proza Jacka Dehnela. Ej, ale miała być zupełnie inna historia.
Każda historia ma być zupełnie inna, a potem przydarza się właśnie ta. O co chodzi czterem mężczyznom, którzy w knajpie rozprawiają o uczciwości? I gdzie się podział kamienny blat holenderskiego stołu? Co znaczy, że miejsce żony jest przy mężu i jak zrobić na złość wdowie po ukochanym? Kto leży w paryskiej kostnicy i kto tak naprawdę jest więźniem Kufsteinu? Jacek Dehnel, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, zabiera czytelników w serię niezwykłych literackich podróży przez epoki i miasta. Paryż, Kraków, Kadyks, Stralsund, Warszawa. Ale siłą tej książki są przede wszystkim jej bohaterowie, a zwłaszcza bohaterki. Kiedy rzeczywistość wokół nich staje się nieznośna, sięgają po to, co zakazane i urojone. Bo jak mówi nieznajoma z Sekwany, kiedy serce jest głodne, zjadłoby wszystko.
Eliza Kącka, jak opisuje ją Wikipedia, polska pisarka, prozaiczka, literaturoznawczyni, doktor nauk humanistycznych, felietonistka i krytyczka literacka oraz laureatka Nagrody Literackiej Nike za esej „Wczoraj byłaś zła na zielono”. A zatem Eliza Kącka napisała o tej książce następująco: „Czy nawiedza was czasem myśl, że wszystko, co godne przeczytania, zostało już napisane dawno temu? Na szczęście od czasu do czasu pojawiają się książki rozwiewające to złudzenie. Jedną z nich są »Historie łajdackie« Jacka Dehnela. Wszystkie te opowieści łączy jedno – pozostają w pamięci i pochłania się je z entuzjazmem, jaki powinna budzić literatura. A ta w wersji Dehnela oznacza oprócz absorbujących fabuł zmysłowe postrzeganie świata, ścisłość wizji i niedające się zapomnieć, niemal namacalne obrazy. Niepokojące, mroczne historie wystawiają na próbę czytelnika i jego przywiązanie do zasady przyczynowości oraz literackich konwencji. To dopiero jest łajdactwo”. Przypomnę tytuł: „Historie łajdackie”. Autor Jacek Dehnel, wydawnictwo Znak Litera Nova.
Data premiery 25 dzień lutego tego roku oczywiście. I tak jak mówię to co miesiąc, to nie jest, proszę państwa, koniec polecanek na dzisiaj, bo zbliża się koniec miesiąca. A skoro tak, to jasne jest, że czas na polecanki z najnowszego numeru Nieznanego Świata. Dzień dobry wieczór państwu. Zbliża się koniec lutego, a skoro zbliża się koniec lutego, to oczywiste jest, że pojawia się nowy numer Nieznanego Świata. Numer marcowy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[17:34] - Dzień dobry wieczór. Witam, witam i jak zwykle zachęcam do nabycia nowego numeru Nieznanego Świata. Pamiętajcie, że Nieznany Świat to na chwilę obecną jest jedyny polski miesięcznik dotyczący zjawisk z pogranicza i ukrytej strony życia, który został się na rynku. Tworzymy go dla was i liczymy też na wsparcie od was. Przez ostatnie lata sytuacja na rynku i na świecie nie ułatwiała nam działalności. Władze też często robiły wszystko, by drobne redakcje, jeżeli nie wykończyć, to im nie pomagać. No i po upadku ruchu poszukiwanie waszych ulubionych czasopism, w tym naszego Może być nieco trudniejsze niż dawniej. Zatem pamiętajcie o tym, że możecie nabyć nowy numer Nieznanego u nas w naszym sklepie na stronie www.nieznany.pl. Możecie nabyć wersję elektroniczną, możecie wykupić sobie prenumeratę. W wersji papierowej natomiast możecie nas szukać na stanowiskach z prasą w marketach na przykład i takich większych i takich mniejszych, na stacjach paliw chociażby.
Marku, pozwolisz, że jak już zacząłem gadać, to pójdę dalej. W tym numerze, w numerze marcowym jest tak jak w każdym innym. Mamy delikatny temat przewodni. Zazwyczaj trochę miejsca poświęcamy kobietom, jako że jest 8 marca, czyli Dzień Kobiet. Natomiast w tym numerze dzięki tobie w sumie pojawia się pierwszy felieton Krzysztofa Jackowskiego o postaci znanej, niezwykle popularnej, dla niektórych kontrowersyjnej. O czym mówi w swoim pierwszym tekście jasnowidzący z Człuchowa, który nie ukrywajmy, jest też jednym z najpopularniejszych obecnie polskich youtuberów?
[19:27] - Powiem tak, żeby nie zdradzać za dużo, bo w końcu felieton ma to do siebie, że w jakiś sposób czaruje czytelnika pewnym następstwem i pewną nitką intelektualną, którą autor prowadzi. Ale powiem bardziej o tym, że kiedy rozmawiam z Krzysztofem Jackowskim, kiedy rozmawiamy o tym, o jakim temacie mógłby pan Krzysztof napisać do kolejnego numeru, to bardzo często pojawiają się wątki, które z doświadczenia wiem, że są lubiane przez ludzi słuchających na przykład na YouTubie różnego rodzaju podcastów. To są wątki związane z symulacją. Ale tu by trzeba postawić ogromny znak zapytania, bo myślę, że to, o czym mówi pan Krzysztof Jackowski, może niektórych zwolenników symulacji, teorii symulacji, hipotezy symulacji, jak kto lubi, może zaskoczyć, bo Krzysztof Jackowski ma podejście do tej koncepcji bardzo ostrożne i bardzo szerokie. Mówi o tym, że właściwie sugeruje, że być może my z naszą wiedzą albo może brakiem wiedzy nie do końca jesteśmy w stanie zamknąć w słowach to, co dzieje się naprawdę, to, czym jest symulacja. Bo my bardzo często w naszych myślach odwołujemy się do Matrixa, bo tak jest najprościej. Tymczasem postrzeganie rzeczywistości przez Krzysztofa Jackowskiego, pewne zniuansowanie treści. Proszę państwa, ja myślę, że ten cykl felietonów pana Krzysztofa, który rozpoczynamy od numeru marcowego, warty jest tego, żeby to po prostu czytać. W pierwszym z tych felietonów czytamy na przykład o rzeczy, o której kiedyś Krzysztof Jackowski mówił nawet na swoim YouTubie, o kontakcie z Markiem Ryłuszko. Jak dziwny był to kontakt.
Mam na myśli kontakt już po śmierci redaktora naczelnego Nieznanego Świata. Jak dziwny był to kontakt, jak niejednoznaczny, jak trudny do wytłumaczenia, a z drugiej strony jak zmieniający optykę ludzi, którzy chcą wszystko postrzegać prosto. Muszę powiedzieć, że dla mnie jako osoby, która koordynuje pracę nad powstawaniem tych felietonów, dla mnie to było wielkie przeżycie, bo nagle odsłania się przed państwem trochę inny, może nie tak prosty, jak jesteśmy przyzwyczajeni, ale fascynujący świat. Piotrze, to teraz ja oddam pytanie za pytanie. Bo kolejnym ciekawym tekstem, w każdym razie bardzo angażującym tekstem, jest tekst o... Jesteśmy na YouTubie, a więc o Dawidzie XIX.
[22:48] - Tak, dokładnie. I tutaj musimy się troszeczkę gryźć w język. Zresztą powiem wam szczerze, kiedy była ta choroba, to myśmy mieli w Nieznanym Świecie wielki problem, dlatego że pamiętacie, iż panowała de facto cenzura i w pewnym momencie pojawiły się nawet takie zakusy mówiące, że ci, którzy będą w jakikolwiek sposób podważać tą oficjalną wersję, mogą się spotkać z problemami. Myśmy się nie chcieli z tymi problemami spotykać tak od razu i po czasie dopiero zaczęliśmy troszkę bardziej drążyć ten temat, który jest i tak drążony w internecie. Pamiętajcie, że dla prasy to trochę inaczej wygląda niż dla internetu, jeżeli chodzi o propagowanie pewnych koncepcji i teorii. Tym bardziej że ten cykl redakcyjny Nieznanego Świata jest dość długi i kiedy ta choroba była, to my byśmy po prostu nie nadążyli z publikowaniem nowości, bo co dzień coś wyskakiwało w sumie. W tym numerze marcowym mamy tekst „Dekonstrukcja pandemii” i pierwszą z dwóch części to jest artykuł doktora Roberta Kościelnego, który na chłodno stara się analizować, czego właściwie byliśmy świadkami. Pamiętamy tamten czas bardzo dobrze. Ja na przykład pamiętam panikę, takie oczekiwanie, co to w zasadzie będzie. Pamiętam obostrzenia ocierające się o absurd, kiedy poszedłem sobie do sklepu O godzinie, nie pamiętam, to była chyba 10:00 i zapomniałem, że są godziny dla seniorów.
Musiałem cały koszyk z powrotem rozładować. Były też trudniejsze pytania, które do dzisiaj są bez odpowiedzi, związane z tak zwanymi preparatami. Do dzisiaj nie brak ludzi, którzy uważają, że to był jeden ogromny zamach na ludzkość. Wypominają też ludzie, i to bardzo wielu, doktorowi X czy doktorowi Y na przykład, czy doktorowi na jakąś inną literkę, na przykład na G, jak nas straszyli zgonem co dzień podczas tamtego czasu. Istnieje szereg teorii, drodzy państwo, także na temat preparatów i tego, w jaki sposób one mogą wpłynąć w przyszłości na stan zdrowia populacji. Tym bardziej że słyszymy od jakiegoś czasu, że coraz młodsi ludzie umierają niestety na zatrzymanie akcji serca. Wiecie, nie o wszystkim można mówić jednak otwarcie, bo algorytm bywa bezlitosny, ale osoby świadome sytuacji wiedzą, o co chodzi. Więcej w pierwszej odsłonie tekstu doktora Kościelnego. Powiedziałem przed chwilą, że numer marcowy to taki, gdzie sporo miejsca poświęcamy kobietom. Przynajmniej jakąś część miejsca.
Kobietom niezwykłym również. I tutaj nie odstępujemy od tradycji. Doktor Joanna Bochaczyk-Trąbska pisze o Katarzynie Kepler, matce znanego astronoma, od którego nazwę bierze słynny teleskop kosmiczny. Katarzyna Kepler była zielarką, która została oskarżona o czary. Nie szczędząc czasu i pieniędzy, a Kepler naprawdę wydał ogromną sumę na ten proces, postanowił on stanąć w obronie rodzicielki. Ostatecznie Katarzyna Kepler została kilka miesięcy przed śmiercią uniewinniona. Przypadek Keplera jest o tyle ciekawy, że jest on również uważany za autora jednej z pierwszych, chyba można tak powiedzieć, powieści science fiction w dziejach.
[26:22] - To prawda. Często się o tym mówi, chociaż ja akurat nie jestem zwolennikiem takiego rozszerzania gatunku gdzieś na początek wieku XVII. Troszeczkę innymi mechanizmami kierowała się ówczesna literatura. Na pewno nie tymi, które związane są z science fiction. Ale dobrze, zostańmy przy tym stwierdzeniu. Rzeczywiście część badaczy literatury skłonna jest do tego zdania, że to jakieś takie pierwociny science fiction były, że ta opowieść po polsku to jest „Sen”, a w ogóle po łacinie książka napisana pierwotnie „Somnium”. No cóż, proszę państwa, to jest książka, to jest dzieło napisane w 1608 roku, ale z publikacją już było gorzej. Ta książka, ta praca nie ukazała się za życia samego astronoma Keplera. Wydał ją dopiero syn w 1634 roku. To jest książka, która rzeczywiście łączy informacje z dziedziny nazywanej astronomią, ale robi to jednak w sposób literacki.
Tam mamy pewną narrację, pewną opowieść, w której się pojawiają demony, w której pojawia się Księżyc, zamieszkały Księżyc. Tam jest nawet taki cytat: „50 000 mil w eterze leży wyspa Lewiatana”. Ta wyspa Lewiatana to jest Księżyc, ziemski Księżyc. Ponoć według jednego z demonów istnieje ścieżka między tą wyspą Lewiatana a Ziemią, i kiedy ta ścieżka jest otwarta, to demony mogą zabierać ludzi na ową wyspę. To się musi stać w ciągu czterech godzin. Zostawmy, to są szczegóły. Książka rzeczywiście jest fascynująca. Ona wyszła w języku polskim całkiem niedawno i wierzcie mi państwo, trzeba się oczywiście uzbroić w cierpliwość, bo to jednak jest dosyć archaiczny styl. Tak jak powiedziałem, książka w ogóle powstała po łacinie, więc łacina ma specyficzną składnię i jeśli tłumacz dosyć wiernie trzyma się pewnych sposobów obrazowania autora, to dosyć ciężko się to czyta. Ale powiem od razu, że naprawdę warto.
Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak ludzie kiedyś wyobrażali sobie Księżyc, życie na tym Księżycu, jak to wszystko działa, to tak naprawdę jest arcyciekawie. Powiem jeszcze tyle, że Ziemia nazywana jest przez mieszkańców Księżyca Wolwą i przechodzi właściwie bardzo podobne fazy, jak my obserwujemy w przypadku Księżyca. Tak nas widzą mieszkańcy Księżyca. Nie zapominajmy jednak, że ta historia pod płaszczykiem literatury pewnej opowieści, narracji, której zaledwie dotknąłem, ona jednocześnie, cudzysłów, sprzedaje ówczesną wiedzę o Księżycu. I tu naprawdę można się zadziwić. Z jednej strony, jak ona czasami była błędna, ale z drugiej, jak czasami blisko pewnych prawd, które są aktualne do dzisiaj, byli ówcześni autorzy, a w tym przypadku Kepler. On potrafił sobie wyobrazić chociażby różne zjawiska, które na Księżycu naprawdę występują, związane z tym, że Ziemia i Księżyc tworzą taki podwójny układ. I to jest bardzo znaczące. Polecam państwu zarówno książkę „Sen” Keplera, jak i artykuł, bo w tym artykule nie rozmawiamy co prawda z autorem o Księżycu, ale rozmawiamy o czymś takim bardzo przyziemnym. O tym, jak zwrócenie oskarżenia w kierunku kobiety mogło powodować naprawdę bardzo daleko idące skutki.
I chyba tylko dzięki temu, że Kepler był naprawdę zamożnym człowiekiem, zdołał swoją matkę uratować. Piotrze, to ja teraz zapytam cię o arcyciekawy artykuł. Men in Black pojawiają się w literaturze poświęconej UFO i nie tylko UFO dosyć często. Tymczasem w nowym numerze „Nieznanego Świata” mowa jest o kobietach w czerni.
[31:19] - Dokładnie. Jest to artykuł Arka Miazgi. Wszyscy chyba, którzy się interesują UFO, słyszeli o facetach w czerni. Może niektórzy głębiej znają to zjawisko, bo ono znane jest trochę fasadowo. Zazwyczaj mówi się o mężczyznach ubranych bardzo charakterystycznie w czarne garnitury, często mających czarne okulary, jeżdżących czarnymi samochodami. Ludzie ci są spotykani przez świadków obserwacji UFO. Może inaczej: oni nachodzą świadków obserwacji UFO. I tak powszechnie się wierzy, taki stereotyp panuje, że oni mają uciszać tych świadków — co rzeczywiście niekiedy próbowali robić — i że to mają być po prostu agenci jakichś służb, którzy starają się kontrolować narrację o UFO. Tyle że jest jeszcze druga teoria mówiąca, że dziwność, taka absurdalność zachowań tych postaci, często ich wygląd, który też odbiega niekiedy od wyglądu ludzkiego, nie tak bardzo znowu, ale oni niekiedy mają dość nietypowe cechy, wskazuje, że mężczyźni, faceci w czerni mogą być tak naprawdę emanacją tego samego fenomenu, z którego UFO wynika. Nie brak doniesień o dziwnych, wręcz demonicznych incydentach z udziałem tak zwanych MIB-ów, którzy zostali unieśmiertelnieni przez Hollywood.
Trzeba powiedzieć, że oni występowali głównie w Stanach Zjednoczonych. Ale oprócz MIB-ów, Men in Black, były także WIB-y, kobiety w czerni, Women in Black. I to jest zupełnie inna kategoria zjawisk. To znaczy, to jest coś podobnego. Natomiast kobiety w czerni pojawiały się w różnego rodzaju opisach dziwnych zdarzeń trochę wcześniej niż faceci. One też występowały nie tylko w odniesieniu do przypadków spotkań z UFO. Były to często zdarzenia dziwaczne, często przerażające i oczywiście takie o charakterze bardzo demonicznym, niepokojącym. O sprawie kobiet w czerni pisze, wspominając między innymi opracowania ufologa Nicka Redferna, wspomniany Arek Miazga. Ale Marku, w tym numerze znajdziemy jeszcze dwa artykuły, o których ty musisz opowiedzieć. Pierwszy to jest relacja z pewnej konferencji, na którą się wybrałeś, konferencji poświęconej zdrowiu i gdzie spotkałeś kilka bardzo ciekawych osób.
Czy mógłbyś krótko o tym opowiedzieć?
[33:54] - Już chciałem powiedzieć, że krótko się nie da, ale postaram się rzeczywiście zrobić to w miarę syntetycznie. Konferencja odbyła się pod koniec listopada 2025 roku. Poświęcona była medycynie, ale medycynie nietypowej, informacyjnej i energetycznej. Wszystkich z państwa, którzy w tej chwili się zaciekawili, cóż to takiego, niestety będę musiał odesłać do „Nieznanego Świata”. W zanęcie jednak powiem, że to jest medycyna, która podchodzi do człowieka w sposób holistyczny. To zresztą dosyć modne jest w tej chwili, ale zajmuje się również energiami, które przez człowieka, jak to powiedzieć, przepływają. Rzecz jest bardziej skomplikowana. To była całodzienna konferencja, w której brały udział osoby z różnych stron świata. Ja wiem, że to brzmi dziwnie, ale rzeczywiście przedstawiciele różnych nacji pojawiali się i wygłaszali swoje referaty. To było naprawdę niezwykłe przeżycie, ponieważ ta energetyczność, mówienie o zdrowiu i mówienie o tym, że jesteśmy pewnym układem energetycznym, nasze organizmy są pewnym układem energetycznym, to oczywiście dla miłośników „Nieznanego Świata”, dla ludzi zainteresowanych tematem nie jest żadna nowość, ale zaręczam państwu, jeśli sięgniecie po streszczenia, a właściwie krótkie wyimki z tych referatów, które pozwoliłem sobie zamieścić w artykule, to będziecie państwo niezwykle zaciekawieni, ponieważ tam na przykład dowiadujemy się o tym, że lasy na Ziemi to jest jakby jeden wielki organizm, który pewne rzeczy na naszej planecie reguluje.
To wielki skrót myślowy, ale to jest jeden przejaw tej energetyczności, tego, jak wszystkie te energie przepływają, jak oddziałują na człowieka. Ale dowiadujemy się też na przykład o innych stanach skupienia wody, o tym, że woda czasami potrafi się zachowywać jak substancja obdarzona pewną inteligencją. I tak dalej. Tych referatów jest tam naprawdę sporo i tematyka Zarysowałem skrajną tematykę od wody po lasy, a po drodze macie państwo jeszcze stricte zdrowie człowieka, leczenie albo rozwiązywanie problemów człowieka za pomocą odosobnienia w ciemności. To rodzaj kuracji, gdzie człowiek zamyka się w absolutnie ciemnym pomieszczeniu. Bardzo szybko wyostrzają się zmysły człowieka inne niż nieużywany w tym wypadku wzrok. I nagle człowiek zaczyna odbierać świat zupełnie inaczej. Mieliśmy też na tym sympozjum, wystąpienie pary, dwójki naukowców zajmującej się energią, ale już od strony na przykład plazmy, czyli kolejny stan skupienia materii. Ja wiem, to wszystko, co mówię w tej chwili jest bardzo niejednoznaczne i trudno ogarnąć. Dlatego też zapraszam państwa.
Artykuł jest dosyć obszerny, ale myślę, że część z państwa może się poczuć zachęcona. Te konferencje organizowane przez panią Dobrosławę Kwiatkowską odbywają się co roku i myślę, że po przeczytaniu tej relacji część z państwa na kolejną poznańską konferencję w tym roku, pewno pod koniec, zapewne trafi.
[37:59] - Oprócz tego w numerze marcowym jest materiał o trochę innym charakterze dla tych, którzy interesują się zagadkami innego typu. Twój wywiad z Michałem Stonawskim, autorem książek na temat duchów i egzorcyzmów między innymi, ale rozmawiasz z nim o zupełnie innym temacie, o podobieństwie między różnymi zjawiskami z pogranicza. Czy rzeczywiście można znaleźć jakiś wspólny mianownik dla rzeczy, które się na pozór w ogóle nie łączą, czyli na przykład dla duchów i dla ufonautów?
[38:33] - Chwila historii. Skąd wziął się ten wywiad? My z Michałem spotkaliśmy się na tak zwanym Sedniconie. Michał poza tym, że zajmuje się reportażami poświęconymi duchom, a konkretnie to były dwie książki „Paranormalne. Prawdziwe historie nawiedzeń” i „Paranormalne egzorcyzmy. Prawdziwe historie opętań”. Poza taką pracą publicystyczną, Michał jest też pisarzem zajmującym się pisaniem grozy, fantastyki i tak dalej. I spotkaliśmy się na Sedniconie. To jest taki konwent fantastyczno-naukowy, fantastyczny i tam zaczęliśmy o tym rozmawiać. Nagle się okazało, że zarówno on, jak i ja widzimy pewne podobieństwa, nie takie wprost, ale jednak pewne podobieństwa pomiędzy zjawiskiem UFO a zjawiskiem określanym jako duchy.
Stąd się narodził pomysł, tym bardziej ciekawy, że to nie jest tak, że Michał mówi: „Tak, to jest to samo”. On to bardzo w wywiadzie jednak niuansuje. Mówi, że ma takie wrażenie, że chyba nie do końca jeszcze ogarniamy oba zjawiska. Nie do końca potrafimy właściwie połączyć albo wysnuć wnioski z owych podobieństw pomiędzy UFO a duchami. Myślę, że wywiad jest ciekawy nie dlatego, że ja go akurat zrobiłem, tylko że sama postać Michała jest, po pierwsze mocno zanurzona w temacie. On naprawdę wie, o czym mówi. Tych przesłuchań w jego wykonaniu, to oczywiście żart, to nie przesłuchania, raczej zbieranie materiału wśród różnych ludzi zaowocowało tym, że Michał nie jest człowiekiem łatwowiernym, któremu można sprzedać dowolną historię za bezdurną. Po prostu uwierzy we wszystko. Wręcz przeciwnie. Michał ma bardzo rozwinięty zmysł niedowiarstwa, zdrowego niedowiarstwa, bo tylko w ten sposób można uchronić się przed manipulacją, ale też ma bardzo wyostrzony zmysł obserwacyjny i historie, które on przytacza, odwołania, które robi, dzięki którym stara się pokazać, że te podobieństwa istnieją i że one są zastanawiające, a jednocześnie ta moim zdaniem bardzo dobra maniera nieodpowiadania w taki prosty sposób, tak jest albo tak nie jest, tylko raczej pokazywanie możliwości, pokazywanie niuansów, które wiążą się ze zjawiskiem UFO i duchów, czyni temu wywiadowi jak najlepiej.
[41:29] - A na koniec przypomnę jeszcze, że w numerze wiele innych artykułów. Laozi między innymi, kolejny mistrz duchowy opisany przez Piotra Witolda Lecha. Jest coś o naturze i jej mądrości. Jest rzecz o Chrisie Bledsoe, czyli amerykańskim kontaktowcu, który zapowiada wielkie przemiany na ten rok i wiele innych rzeczy. Pamiętajcie o naszym numerze elektronicznym, pamiętajcie o wydaniach archiwalnych. Jeżeli macie jakieś pytania, piszcie pod adres redakcji. Przypominamy też o adresie naszego sklepu www.nieznany.pl.
[42:07] - To teraz zgodnie z rozkładem jazdy czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj filozof ciekawy, a w dodatku jego nazwisko jest bardzo ciekawe. Mnie się kojarzy bardzo literacko i bardzo dobrze. Kojarzy mi się z pisarzem współczesnym. Tymczasem mamy do czynienia z filozofem Który? Dzieli nas od niego sporo wieków. Wyobraźmy sobie, proszę państwa, przełom XVII i XVIII wieku. Europa wchodzi w epokę rozumu, ale wciąż żyje cieniem wojen religijnych, sporów teologicznych i dramatycznych pytań o sens cierpienia. Nauka rozwija się dynamicznie. Filozofia racjonalistyczna buduje systemy, a jednocześnie świat doświadcza katastrof, chorób, przemocy.
W tym intelektualnym krajobrazie pojawia się postać dziś niemal zapomniana. Irlandzki arcybiskup i filozof William King. Filozof, który żył w latach 1650-1729. King nie był rewolucjonistą myśli ani twórcą spektakularnej metafizyki, a jednak dotknął jednego z najtrudniejszych problemów filozofii. Jak pogodzić istnienie Boga, Boga wszechmogącego i dobrego z realnością zła? Najważniejsze dzieło Kinga „De origine Mali” z 1702 roku powstało w kontekście sporów o teodyceję, czyli próbę usprawiedliwienia Boga, jego dobroci i wszechmocy wobec istnienia zła. To temat, który wcześniej podejmował między innymi Gottfried Wilhelm Leibniz. King wszedł w ten dialog, ale jego rozwiązanie ma własny, autorski akcent. Dla niego kluczowe jest pojęcie wolności. Zło nie jest pozytywną substancją ani niezależną siłą.
Nie jest też częścią boskiego planu w sensie bezpośredniego sprawstwa. Zło pojawia się tam, gdzie istnieje wolna wola. Zło pojawia się jako skutek nadużycia możliwości wyboru. To stanowisko może brzmieć klasycznie, ale King nadaje mu filozoficzną precyzję. Twierdzi, że stworzenie istot wolnych było konieczne, jeśli świat miał być moralnie znaczący. Bez wolności nie byłoby ani dobra, ani odpowiedzialności, a bez ryzyka zła nie byłoby prawdziwej cnoty. King zakłada hierarchiczną wizję rzeczywistości. Świat nie jest doskonały w każdym szczególe i nie musi taki być. Doskonałość należy wyłącznie do Boga. Stworzenie z natury ograniczone zawiera w sobie możliwości niedoskonałości.
Zło fizyczne, cierpienie, katastrofy, choroby jest dla Kinga konsekwencją ogólnej struktury świata. Świata, w którym prawa natury działają uniwersalnie. Gdyby Bóg nieustannie zawieszał owe prawa, kosmos nie byłby uporządkowany, byłby chaosem. Stabilność świata wymaga stałości zasad nawet wtedy, jeśli prowadzi to do tragedii jednostek. I tu pojawia się chłodna racjonalność tego stanowiska. King nie ucieka w mistyczne wyjaśnienia. Nie twierdzi, że każde cierpienie ma bezpośredni sens. Twierdzi raczej, że świat jako całość jest uporządkowany według zasad, które umożliwiają dobro nawet wtedy, jeśli dopuszczają zło. Pierre Bayle podważył możliwość racjonalnej teodycei. Stwierdził, że istnienie zła jest logicznie trudne do pogodzenia z tradycyjnym pojęciem dobrego, wszechmocnego Boga.
King odpowiadał na to: „Nie, nie, nie. To nie jest sprzeczność, lecz ograniczenie perspektywy. To ono sprawia, że świat wydaje się nam niesprawiedliwy”. Muszę powiedzieć, że to był chyba spór fundamentalny. Czy rozum jest w stanie obronić wiarę przed problemem zła? King wierzył, że tak. Chociaż jego odpowiedź nie jest emocjonalna, jest raczej systematyczna. W tym sensie King jest reprezentantem epoki, która ufała racjonalnemu porządkowi rzeczywistości. Dziś nazwisko Kinga rzadko pojawia się w podręcznikach. Został przysłonięty przez Leibniza i późniejszy sceptycyzm Davida Hume'a.
A jednak dzieło Kinga odegrało istotną rolę w kształtowaniu dyskusji o wolnej woli i odpowiedzialności moralnej. Co więcej, myśl Williama Kinga oddziałuje pośrednio także na tradycję brytyjską, w której działał George Berkeley. Funkcjonowali obaj w irlandzkim kontekście intelektualnym, gdzie teologia, metafizyka i filozofia moralna splatały się w pewien szczególny, bardzo szczególny sposób. Dlaczego warto wrócić przynajmniej czasami do myśli Kinga? Bo King przypomina, że filozofia nie zawsze polega na budowaniu nowych światów myślowych. Czasem polega na obronie porządku, który wydaje się kruchy. Projekt Kinga to próba utrzymania równowagi między ludzką i chyba nie tylko ludzką wolnością, więc utrzymania równowagi pomiędzy wolnością a wszechmocą Boga, między racjonalnością a tragedią. Nie ma u Kinga efektownych metafor ani kosmicznych wizji. Jest raczej spokojna, konsekwentna analiza. Ale może właśnie to jest siłą tego filozofa.
W epoce, która zaczynała wątpić w możliwość pogodzenia wiary z rozumem, William King próbował pokazać, że dramat świata nie musi oznaczać metafizycznego chaosu. William King stał na granicy dwóch epok. Z jednej strony reprezentował klasyczną teologię racjonalną, z drugiej jego myśl zapowiadała przyszłe spory o wolność, o determinizm i o sens cierpienia. W świecie, który coraz bardziej ufał nauce i coraz mniej ufał metafizyce, on próbował zachować przekonanie, że rzeczywistość, która wydaje się chaosem, jest moralnie uporządkowana. I chociaż odpowiedzi Kinga nie są dzisiaj powszechnie przyjmowane, pytanie, które stawiał, pozostaje jak najbardziej aktualne. Czy wolność jest warta ryzyka zła? Tego, że zło zaistnieje. I może właśnie dlatego warto go przypomnieć, bo jego filozofia nie jest triumfem optymizmu ani kapitulacją przed sceptycyzmem. Jest próbą myślenia w cieniu tragedii i zachowania wiary w sens porządku świata. Mimo że ten porządek i ten świat bywa często bolesny, a często nawet bardzo bolesny.
Tyle, proszę państwa, o mało znanym filozofie Williamie Kingu. Warto ten tekst, to moje może niedoskonałe tłumaczenie, przesłuchać jeszcze drugi raz, bo tam jest drugie dno. Kiedy człowiek zastanawia się, czemu tyle zła na świecie, to bardzo często patrzy przez swój pryzmat. Dlaczego dzieje mi się tyle zła? Chyba wtedy nie bierzemy pod uwagę tego, że nikt tego zła nie chciał nam uczynić. Ono się niejako robi samo z racji tego, że świat funkcjonuje normalnie. I nie jest tak, że zło ktoś nam przynosi, ktoś na nas to zło narzuca. Ono po prostu pojawia się samo. Trochę na zasadzie wielkiej liczby. Ono po prostu jest.
Nie jest skierowane w określonym kierunku. Zło czasami nam się po prostu przydarza. To nie są optymistyczne tematy. Zdecydowanie nie. To może teraz czas na równie nieoptymistyczne opowiadanie Hanny Leyer. To opowiadanie nosi tytuł „Fabrykant”. Czyta dla Państwa Marek Sęk „Ivellios”.
[51:40] - Hanna Leyer, „Fabrykant”: Nie wiem, po co paliłem tego papierosa. Nie byłem uzależniony, nawet już mi to nie groziło. Nie byłem też zdenerwowany, chociaż zadanie, które miałem przed sobą, nie należało do najprostszych. Chyba po prostu stary nawyk. Chciałem zająć sobie czymś ręce, oczekując na koniec nocnej zmiany. Co chwilę zerkałem w stronę kompleksu budynków oznaczonych ogromnymi literami od A do G, w kierunku portierni, z której od czasu do czasu spoglądał na mnie podejrzliwie poczciwy staruszek. Kiedy przyszedłem z zamiarem wykonania swojej roboty, początkowo kręciłem się wzdłuż szlabanu jak kojot namierzający odległą zdobycz. Sygnał był silny. Mógłbym właściwie od razu przejść do rzeczy, zignorować ogrodzenie, labirynt zastawionych ciężarówkami alejek, szereg zakazów wstępu, a nawet barierę ścian oddzielających mnie od mojego celu. Mógłbym przeniknąć tam w mgnieniu oka, rozrzedzić przestrzeń naszpikowaną materią, zamrozić czas, robiąc przy okazji piorunujące wrażenie na mojej zalęknionej zwierzynie.
Tym razem postanowiłem jednak czekać. Zaczęło się powoli przejaśniać. Wyciągnąłem kolejnego papierosa. Mogłem zapalić go pstryknięciem palców, ale zamiast tego włożyłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem zapalniczkę, która nagle zmaterializowała się w mojej dłoni. Uśmiechnąłem się do portiera. Obserwowałem, jak wschodzące słońce ozłociło szklane biurowce położone opodal fabryki. Gdzieś zza tych budynków dobiegał stukot pierwszych tramwajów. Dojazd na te wiecznie remontowane przedmieścia był paskudny. Na szczęście nie musiałem się tym przejmować. Moje oczekiwanie powoli dobiegało końca.
Zgasiłem ledwo zapalonego papierosa, obserwując, jak pierwsi pracownicy opuszczali teren fabryki. Byłem zadowolony, że dałem sobie czas do namysłu. Pomimo mojego doświadczenia i nadnaturalnych zdolności zdawałem sobie doskonale sprawę, że ta rozmowa może się okazać trudna. Wiedziałem jednak, że wszystko zależy od adekwatnej ceny. Miałem plan i nie opuszczała mnie pewność siebie. Wreszcie poczułem silne wibracje tuż obok. Nie odwracając się, poczekałem, aż mój cel minie mnie na wyciągnięcie ręki i lekko chwyciłem go za ramię. Mężczyzna wzdrygnął się i spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem. „Pan Paweł Krukowski?” — zapytałem, doskonale wiedząc, z kim mam do czynienia. Wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę zmrożonymi oczami.
Wyglądał, jakby zaraz miał się przewrócić. „Tak. Czy my się znamy?” No cóż, znałem go całkiem nieźle. Miałem do czynienia z intelektualistą. W jego obecnym stanie miał wszelkie przesłanki, aby pomyśleć, że śni albo zwariował z przepracowania, gdybym zachował się nieostrożnie. Na to nie mogłem sobie pozwolić. Jeśli prawdą jest, że twórcę można poznać poprzez jego dzieła, to ja miałem okazję już trochę pana poznać. Pan o mnie zapewne nie słyszał. Zbigniew Kruczek, wydawca. Twarz mężczyzny zmieniała się jak na zwolnionym filmie.
Początkowo widniało na niej to samo skrajne zmęczenie. Po chwili zastygła w wyrazie namysłu i podejrzliwości, aż wreszcie dostrzegłem w oczach błysk, na który czekałem. Widząc, że mój rozmówca intensywnie głowi się nad stosowną odpowiedzią, pospieszyłem z wytłumaczeniem. Proszę mi wybaczyć, jestem panu winien wyjaśnienie. Jak tylko pana zobaczyłem, próbowałem sobie przypomnieć, skąd kojarzę tę twarz i zdałem sobie sprawę, że widywałem pana na spotkaniach literackich. Ostatnio na Kongresie Fantastyki Naukowej. Nie mylę się? Nie czekając na odpowiedź, kontynuowałem. Przyjechałem tu odebrać mojego siostrzeńca, ale przed chwilą dzwonił, że wcześniej skończył zmianę. A tu taka niespodzianka.
Pan też przyjechał po kogoś? Patrzył na mnie z nieco uchylonymi ustami i trzeba przyznać, że w tym momencie wyglądał raczej na lekko niepełnosprawnego intelektualnie niż na świetnie rokującego literata. Nie — bąknął niepewnie. Ja tu pracuję. Tutaj? Udałem zdumienie, po czym dodałem pospiesznie: A, no tak, ktoś z tak wizjonerskim wyczuciem nowych technologii musi być inżynierem. Doskonale wiedziałem, że był szeregowym pracownikiem produkcji. Na jego twarzy dostrzegłem mieszaninę zakłopotania i niedającego się ukryć rozgoryczenia. W duchu przyznałem sobie, że byłem naprawdę dobry. Staliśmy chwilę w milczeniu, po czym rozejrzałem się z rozmysłem i stwierdziłem: Niezbyt ładna okolica.
Może porozmawialibyśmy w jakiejś kawiarni? — zaproponowałem i przyglądając się jego twarzy, niemal natychmiast dodałem. Chociaż na pewno jest pan teraz zmęczony po pracy, więc może innym razem. Ależ nie, nie, ja bardzo chętnie. Czemu nie porozmawiać? Ledwo zauważalnie zacisnął pięści i przymknął oczy, jakby karcił się w myślach, że nawet nie potrafił się wysłowić. Odchrząknął i powiedział stanowczo: Naprawdę będzie mi bardzo miło z panem porozmawiać. To wspaniale. Może podjedziemy na Starówkę? Nie wiem, czy chce pan zostawić tutaj auto, bo moglibyśmy podjechać moim.
W centrum teraz ciężko o miejsca parkingowe. Tak, oczywiście, nie ma problemu — zapewniał mój rozmówca. Po jego twarzy znów przemknął znajomy cień rozgoryczenia. Oczywiście nie miał żadnego samochodu. Do pracy jeździł autobusem i tramwajem z przesiadką. Z satysfakcją obserwowałem, jak pełen zakłopotania wsiadał do mojego lśniącego Mercedesa. Prowadząc płynnie samochód, kątem oka przyglądałem się, jak mój gość walczy z sennością. Nie mógł zauważyć, że wszystkie inne pojazdy ustępują nam drogi, a światła magicznie zmieniają się na zielone na każdym kolejnym skrzyżowaniu. Dotarcie na miejsce zajęło nam jedną trzecią czasu, jaki powinno normalnie zająć o tej porze w porannych korkach. Zaprowadziłem go do najdroższej kawiarni w mieście.
Z upodobaniem zamówiłem latte macchiato, a mój towarzysz poprosił o dużą kawę po amerykańsku. Zapewniłem, że ja zapraszam i płacę i choć początkowo się wzbraniał, wreszcie pozwolił także zamówić sobie sporej wielkości deser, ciasto karmelowe z bitą śmietaną. Początkowo rozmawialiśmy o literaturze i spotkaniach, na których bywał jako wolny słuchacz. Dawałem się poznać jako znawca, a kiedy tylko spostrzegałem, jak się nakręca, potakiwałem z uwagą. Wszystko, co robiłem i mówiłem, miało na celu przygotowanie go do czegoś, co dopiero miało nastąpić. Z minuty na minutę obserwowałem, jak jego zmęczenie zamienia się w błogość, jak coraz bardziej darzy mnie podziwem i zaufaniem. Przede wszystkim jednak liczył na coś, a ja zamierzałem mu to zaoferować. Nie za darmo oczywiście. Nie mógł wiedzieć, że to nie tylko wpływ nieoczekiwanej sytuacji kawy i kalorycznego deseru wpłynął na zmianę jego nastroju, ale że przez subtelne oddziaływania energetyczne steruję jego emocjami. Zazwyczaj nie cackałem się aż tak z moimi klientami, jednak ten przypadek był szczególny i zdawałem sobie sprawę, że mogę go spłoszyć.
Na szczęście opracowałem solidny plan i wdrażałem go stopniowo, krok po kroku. Miałem na to praktycznie cały dzień. Istniał jeden poważny problem, który zamierzałem w szczególny sposób rozwiązać. Mój klient był racjonalistą, człowiek inteligentny i wrażliwy, aczkolwiek kompletnie pozbawiony jakiegokolwiek rozeznania w sprawach nadprzyrodzonych, bez nawet odrobiny intuicji metafizycznej. Wszelkie niewyjaśnione przez naukę zjawiska omijały go, a raczej po prostu ich nie zauważał. Jedyny epizod kontaktu ze zmarłym dziadkiem w dzieciństwie początkowo tłumaczył sobie jako pojawienie się obcych, później zaś całkowicie wyparł owo zdarzenie, klasyfikując je jako omamy wywołane gorączką. Faktycznie, leżał wówczas chory w łóżku, a niewielkich rozmiarów świetlista postać za oknem mogła mu się skojarzyć z ucho. Nic podobnego później w jego życiu nie miało miejsca, a każdą opowieść zasłyszaną od religijnej matki czy eksperymentującego z psychodelikami brata uważał za niedorzeczne imaginacje nieracjonalnych umysłów. Swoje szare życie umilał sobie snuciem opowieści, a jego bogata fantazja ratowała go przed ostateczną zapaścią w rutynę. Dziwne.
Podobno pisarze to fantaści. Doszedłem do wniosku, że wobec tego moje standardowe sztuczki nie wchodziły w grę. Należało dotrzeć do niego w inny sposób. Doprawdy, to wspaniałe, że mogę porozmawiać z kimś, kto podziela moje zdanie na temat Lema i Dicka, kto potrafi dokonywać na nowo interpretacji najbardziej nawet subtelnych aspektów ich twórczości. Muszę jednak wyznać, że jeszcze bardziej ekscytuje mnie możliwość porozmawiania z kimś, kto potrafi im dorównać nowatorstwem i dalekowzrocznością, a nadto godnym podziwu kunsztem literackim. Prawie zakrztusił się kawą. Udawał, że mnie nie rozumie, chociaż serce w nim zamarło. Spodziewałem się tego. Odkąd po raz pierwszy miałem przyjemność zapoznać się z pańską twórczością, wiedziałem, że mam do czynienia z kimś wyjątkowym. Patrzył na mnie z zapartym tchem.
Trwało to jakieś pół minuty. Następnie pochylił się nad stołem i gryzmoląc resztkami karmelu po pustym talerzu powiedział cicho: „Z całym szacunkiem, ale myli się pan. Jestem tylko pracownikiem produkcji. Nie mam żadnych tytułów naukowych. Mieszkam w wynajmowanym pokoju, a do pracy jeżdżę tramwajem. Gdybym był geniuszem, za jakiego mnie pan raczy uważać, już dawno byłbym w innym miejscu”. Obserwował mnie ukradkiem. Tym razem to on podjął pewną strategię, która była mi bardzo na rękę.umyślnie milczałem przez chwilę, po czym odparłem: „Tak mi przykro. To doprawdy straszne, że nie dano panu jak dotąd szansy objawić się szerszemu gronu odbiorców”. Zrobiłem pauzę i dodałem z przekonaniem: „Jednak właśnie szczęśliwym trafem spotkał pan kogoś, kto może całkowicie odmienić pana życie.
Nasze spotkanie z pewnością nie jest przypadkowe”. Momentalnie dostrzegłem, że poczuł się pewniej. Popatrzył na mnie przenikliwie i odrzekł: „Nie wierzę w przeznaczenie”. „Rozumiem. Człowiek pańskiego pokroju do wszystkiego podchodzi z dystansem. Będę jednak niezmiernie wdzięczny, jeśli przynajmniej rozważy pan moją ofertę”. Oczy wyraźnie mu błyszczały. „Jaka to oferta?” — zapytał i wyczułem podekscytowanie człowieka, który lada moment miał doświadczyć najważniejszej przemiany w swoim życiu. Uznałem za stosowne wygłoszenie formuły, którą standardowo przywoływałem w takich sytuacjach. „O czym pan marzy?
Proszę powiedzieć otwarcie”. Patrzył mi uważnie w oczy, po czym rzekł: „Chciałbym się utrzymywać z pisania. Chciałbym zarabiać na pisaniu książek, żeby móc robić tylko to, zamiast martwić się, czy starczy mi pieniędzy do następnej wypłaty. Niestety jest to dla mnie nieosiągalne. Już kilku wydawców odrzuciło moje propozycje”. „Proponuję panu współpracę. Mam możliwość wydania pańskich książek w ogromnym nakładzie. Zapewnię także reklamę na szeroką skalę, spotkania z dziennikarzami. Nie musi się pan niczym martwić”. „Moja najnowsza książka wymaga nieco poprawek, ale poprzednia, którą wysłałem już do innego wydawnictwa, jest gotowa, więc mogę ją panu przysłać”.
„Nie wątpię, że jest znakomita” — przerwałem mu najłagodniej, jak tylko umiałem. „Chciałbym jednak przedstawić panu najpierw warunki naszej współpracy. Wydania będą obejmowały książki, jakie napisze pan po zawarciu naszej umowy”. Popatrzył na mnie podejrzliwie. „Ach tak. Czy chodzi zatem o napisanie czegoś na zamówienie? To pan będzie dostarczał mi tematy?” „Niezupełnie. Będzie miał pan całkowicie wolną rękę, jeśli chodzi o pańską twórczość. Oczekuję jednak pewnej zapłaty za możliwości, jakie panu oferuję”. „Bardzo mi przykro, ale już panu mówiłem, że nie dysponuję środkami finansowymi”.
„Nie chodzi o pieniądze” — przerwałem mu znów. „Proszę mi powiedzieć, co ma pan najcenniejszego. Coś, co wyróżnia pana spośród innych ludzi. Pański wyjątkowy talent”. W kontekście całej naszej rozmowy oczekiwanie takiej odpowiedzi wydawało się zbyteczne, ale chciałem mimo wszystko dopełnić formalności. Gapił się na mnie z wyraźną mieszaniną dezorientacji i zniecierpliwienia. „Nie rozumiem” — uśmiechnął się krzywo. „To jakiś test? Żarty pan sobie ze mnie robi?” „Nie” — odparłem spokojnie. „Jednak nalegam na odpowiedź”.
„Wydawało mi się, że rozmawia pan ze mną dlatego, że potrafię pisać. To znaczy oczywiście nie jestem analfabetą. Po prostu piszę całkiem nieźle”. Znowu zaczynał się plątać, wyraźnie poirytowany całą sytuacją. Musiałem być bardzo ostrożny. „Jest pan świetnym pisarzem” — przyznałem. „A jednak” — przechyliłem lekko głowę i popatrzyłem mu porozumiewawczo w oczy — „nie może pan na tym zarabiać. Proponuję zatem panu rozwiązanie korzystne dla obu stron. Ja zapewnię panu dożywotni sukces ze wszelkimi profitami finansowymi. Pan natomiast w zamian odda mi swój talent”.
„Pan mnie traktuje niepoważnie” — stwierdził zdenerwowany. Proszę nie robić farsy i mówić wprost, w czym rzecz. Chodzi o oddanie prawa autorskiego, tak? Ghostwriting? Niezupełnie. Nadszedł najtrudniejszy moment naszych pertraktacji. Bawiąc się filiżanką, powoli podjąłem temat. Bardzo proszę, żeby teraz uważnie mnie pan wysłuchał. Czy pan sobie zdaje sprawę, co takiego, oprócz znakomitego warsztatu literackiego, charakteryzuje pana teksty? Do czego pan zmierza?
Proszę mi powiedzieć, dlaczego interesuje pana właśnie fantastyka naukowa. Wiedziałem, że jest bardzo nieufny, ale na moje szczęście pozostawał nadal zaintrygowany całą sytuacją. Zastanawiał się przez chwilę i odpowiedział powoli: „Lubię kreować nowe światy. Poza tym cenię sobie u wielu pisarzy niezwykłą wprost zdolność przewidywania nadchodzących w świecie zmian. Oczywiście nie potrzeba do tego jasnowidzenia. To po prostu bardzo skrupulatna analiza rzeczywistości”. To był mój moment. A co gdybym panu powiedział, że pańskie wizje właśnie się spełniają? Milczał. „Pan jest szalony” – stwierdził po chwili.
Spodziewałem się tego. Pisał pan o neurotechnologii, o możliwości prześwietlenia mózgu, a nawet transferach danych pomiędzy układami neuronalnymi. Pamięta pan? Wpatrywał się we mnie z coraz większym lękiem. Puls wyraźnie mu przyspieszył. Pobladł. Nie publikowałem jeszcze nigdzie tych opowiadań. Wie pan, to akurat popularny temat wśród pisarzy science fiction. Próbowałem wybrnąć dość niezręcznie, żeby go uspokoić. „Ale skąd pan wie, że ja o tym pisałem?” – zapytał z naciskiem.
Musiałem postawić sprawę na ostrzu noża. Proszę pana, zdaję sobie sprawę, że będzie to dla pana szok. Nie są to informacje udostępniane publicznie. Nauka dokonała znaczącego przełomu i tylko dzięki swojej ogromnej inteligencji i wyjątkowo trafnej analizie rzeczywistości znajdzie się pan w gronie osób, które dostąpią poznania tej nowoczesnej technologii. Muszę pana przeprosić, że na wstępie posłużyłem się półprawdą. W pewnym sensie jestem wydawcą, jednak zajmuję się patentami najnowocześniejszych, ściśle tajnych technologii, nie zaś literaturą. Zapraszam pana w podróż do naszego laboratorium. Wyciągnąłem jakąś śmieszną atrapę – pudełeczko z ekranem dotykowym. Ten artefakt, którym się posłużyłem, miał przekonać mojego rozmówcę, że faktycznie ma do czynienia z jakąś nowoczesną technologią, a nie zjawiskiem nadprzyrodzonym. Przecież nie mogłem mu powiedzieć, że teraz oto przeniosę jego duszę w alternatywny wymiar rzeczywistości.
O żadnych jaźniach, aurach ani bytach astralnych nie mogło być mowy. Nieznacznie obniżyłem temperaturę, żeby przestał się pocić. Zwiększyłem stężenie tlenu. Jego puls wariował. Musiałem więc sobie z tym poradzić, ingerując bezpośrednio w jego ciało. Nie mogłem wpływać na jego decyzje ani sposób myślenia, jednak mogłem nieco kontrolować jego fizjologię. Liczyłem na to, że jeśli uspokoję choć trochę jego organizm, to jego świadomy umysł zracjonalizuje sobie ten fakt poczuciem bezpieczeństwa i wywnioskuje, że choć sytuacja jest niecodzienna, to jednak można ją w jakiś sposób wytłumaczyć. Zapraszam. Będę po kolei omawiał, co się właśnie dzieje. Doświadczamy właśnie czegoś w rodzaju teleportacji.
Chodzi o projekcję w ośrodkowym układzie nerwowym, jednak pomieszczenie, w jakim się znajdujemy, jest rzeczywiste. Oto najnowocześniejsze komputery o zwielokrotnionej mocy obliczeniowej. Tutaj dokonujemy transferu procesów zachodzących w mózgu. Można dzięki temu... Odleciał. Jego dusza bardzo źle znosiła odklejenie się od ciała. Zaczęła produkować na potęgę zdeformowane wspomnienia z dzieciństwa. Czołową postacią był w nich jego dziadek o wyjątkowo szczupłej sylwetce, nieproporcjonalnie dużej głowie i ogromnych czarnych oczach. Musiałem to przerwać. Próbowałem jeszcze ze dwa razy, aż w końcu powróciliśmy do naszego stolika w kawiarni.
Zwymiotował. Jednym machnięciem ręki sprawiłem, że podłoga znów była czysta, zanim zdążył nieco dojść do siebie. Zamówiłem dla niego szklankę wody. Odczekałem chwilę, po czym na nowo podjąłem temat. Pański układ nerwowy jest nieprzyzwyczajony do przenoszenia zewnętrznie generowanych impulsów. Spokojnie, to normalne na początku. Czy zrozumiał pan cokolwiek z tego, co próbowałem panu przekazać? Siedział zgarbiony, drżąc na całym ciele i patrząc mi w oczy, prawie wyszeptał: „Czy chce pan powiedzieć, że można skopiować czyjeś... że można skopiować impulsy mózgowe w postaci informacji elektronicznej i w ten sposób pozyskać jakąś umiejętność, na przykład czyjeś zdolności pisarskie?” Bingo! Był faktycznie niesamowicie bystry.
Cieszyłem się, że mimo tak traumatycznego dla niego doświadczenia zdołał jakimś cudem podążyć tym tropem, jaki mu wyznaczyłem. Czyżby dzięki tej krótkiej podróży astralnej otworzył się nieco na rzeczywistość pozazmysłową? Wiedziałem, że doskonale pan to pojmie – zapewniłem. Należy poczynić tylko jedno sprostowanie. Nie chodzi o skopiowanie, tylko przeniesienie. Niestety ścieżki neuronowe, które zostaną odtworzone w formie elektronicznej, biologicznie zanikają. Tak działa ten proces. Siedział w zamyśleniu. Nagle zawahał z przerażeniem. „Ale jeszcze nic się nie stało.
Ależ proszę pana, nie dokonamy żadnego transferu, dopóki nie wyrazi pan na to zgody. Nie jesteśmy przestępcami. Nasza firma proponuje uczciwą wymianę, pełen sukces zawodowy w zamian za przekazanie zdolności intelektualnych”. „Zaraz, zaraz, jaki sukces zawodowy? Mówiliśmy o karierze pisarskiej, a to przecież jest niemożliwe bez talentu” — zauważył logicznie. Nadszedł kolejny trudny etap naszej rozmowy, jednak byłem na to przygotowany. „Ośmielę się nie zgodzić” — uśmiechnąłem się. „Proszę pozwolić, że zabiorę pana na kolejny mały spacer. Tym razem prawdziwy. To znaczy bez żadnych projekcji, bez obaw”.
Zaprowadziłem go do znanej sieciowej księgarni, która znajdowała się na rogu, na tej samej ulicy co kawiarnia. Podążył za mną chwiejnym krokiem. Zatrzymaliśmy się przed witryną sklepu, gdzie widniało kilka bestsellerów ostatniego roku. „No i co pan na to?” — zapytałem wyczekująco. Skrzywił się ledwo zauważalnie. „Proszę bardzo. Romans, horror dla nastolatków, fatalny styl, banalna fabuła. Dalej opasłe opowiadanie erotyczne na ponad 500 stron. Właśnie kolejna ekranizacja wchodzi do kin. Dalej biograficzna opowieść pewnego internetowego celebryty.
Poradnik motywacyjny 'Jak zdobyć uznanie', napisany przez człowieka, który nie potrafi sklecić dwóch zdań bez błędów gramatycznych, co redaktor najwyraźniej uznał za integralny i niezmiernie oryginalny element tekstu”. Przerwałem, kątem oka śledząc reakcję mojego klienta, który jakby z bólem złapał się za głowę. „Wymieniać dalej?” — zapytałem uprzejmie. Nie czekając na odpowiedź, podsumowałem z satysfakcją: „Jak widzi, naprawdę talent jest niepotrzebny, by robić to, co się chce i jeszcze na tym zarabiać. Wystarczą odpowiednie znajomości, znaczący wkład finansowy i przemyślany marketing. To wszystko mogę panu zapewnić. Oczywiście decyzja należy do pana, ale w pana sytuacji, przyznam szczerze, nie zastanawiałbym się długo”. Czułem, że właśnie podałem mu na tacy propozycję nie do odrzucenia. Mając go praktycznie w kieszeni, dodałem jeszcze: „Jeśli pan chce, możemy podpisać umowę od razu. Mogę też dać czas do namysłu.
Przemyśli pan sobie na spokojnie, czy chce pan skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji, by zbić fortunę, czy może woli pan wrócić do swojego dawnego życia”. „Dziękuję. Nie potrzebuję czasu do namysłu. Nie zgadzam się”. Zatkało mnie na ułamek sekundy. Rzadko trafiali mi się tak trudni klienci. Nie zamierzałem jednak tak łatwo się poddać. „Proszę pana, ja nie wiem, czy dobrze mnie pan zrozumiał. W grę wchodzą biliony wydanych egzemplarzy na całym świecie, przetłumaczonych na wiele języków, ekranizacje pańskich powieści, gry fabularne stworzone na ich podstawie przez najlepsze wytwórnie gier. Nasza firma jest w stanie wypromować pana na taką skalę ze względu na budżet, jakim dysponujemy.
Proszę pamiętać, że pracujemy z najnowszymi technologiami niedostępnymi na rynku. Nasze wpływy sięgają dalej, niż może sobie to pan wyobrazić”. „Nie we wszystkim chodzi o pieniądze. Proszę wybaczyć, ale nie tak wyobrażałem sobie mój sukces. Nie pociąga mnie twórczość, która jest wyłącznie komercyjna. Zależy mi na szacunku w kręgach literackich”. Powinienem się tego spodziewać. Cóż, nie było sensu przeciągać. Przyszedł czas na plan B. „Proszę mi wybaczyć” — zacząłem pokornie.
„Nie chciałem pana urazić. Naprawdę doceniam pański talent. W przeciwnym razie nie składałbym panu tej propozycji. Oczywiście rozumiem. Rozumiem pańskie twórcze aspiracje”. Czekał, co powiem dalej, więc ciągnąłem z zaangażowaniem. „Czy wie pan, jak odbywa się przyznawanie nagród literackich? Otóż obecnie ogromne znaczenie w tej kwestii ma wydźwięk polityczny dzieła. W pewnych kręgach warsztat literacki ma drugorzędne znaczenie, bo dla najbardziej wpływowych osób istotne jest sterowanie nastrojami społecznymi. Cenione jest wzbudzanie kontrowersji albo wyciszanie pewnych niewygodnych tematów.
Słyszał pan o oknie Overtona? O, z pewnością pan słyszał. Proszę mi wierzyć, że bierze w tym udział cały sztab ludzi, ale talent naprawdę nie gra tu wielkiej roli. Zresztą wartość sztuki jest względna. Mogę zapewnić panu kontakt z najznamienitszymi przedstawicielami ze świata polityki i kultury. A jeśli mi pan nie wierzy, to za chwilę możemy się udać na zakulisowe spotkanie, gdzie właśnie omawiane są najnowsze pozycje na rynku wydawniczym”. „Proszę przestać” — przerwał mi. „Pan nie rozumie. Tu nie chodzi ani o pieniądze, ani o sławę. Nie mógłbym spojrzeć w oczy ludziom, których kocham”.
Zamrugałem kilkakrotnie. Czułem, że go tracę. Plan C musiałem wymyślać na poczekaniu. Chwyciłem się ostatniej deski ratunku. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Wytworzyłem w jego umyśle wizję dostatniego życia, willi z basenem, towarzystwa pięknych kobiet, upojnych nocy Dziesiątek spotkań z jego wiernymi czytelnikami, wywiadów z dziennikarzami, nagród i znakomitych recenzji, a wszystko to przemknęło w jego głowie niczym przyspieszony film. Panie Pawle, to jest jak Matrix. Mówi to coś panu? Możemy dać panu wszystko. Pieniądze, sławę, uznanie bliskich.
Czego można chcieć więcej? Przecież miłość to tylko kilka impulsów w mózgu. Sam pan tak twierdził. I to wszystko w zamian za mój talent? — zapytał z niedowierzaniem. Tak, dokładnie tak. A po co wam on? — zapytał rzeczowo. Zastanowiłem się przez chwilę. Nie miałem na to gotowej odpowiedzi.
Uważamy pana za wizjonera i w związku z tym pana talent przyda nam się niezmiernie do rozwijania naszych technologii. Przecież moglibyście korzystać z moich pomysłów, kiedy już zostaną opublikowane — odpowiedział logicznie. Naprawdę już zaczyna mnie wkurzać. To tajne. Nie mogę ujawniać planów firmy. Gdybyście naprawdę tak strasznie potrzebowali mojego talentu, a przy tym byli tak wpływowi, to nie uzależnialibyście swojego przedsięwzięcia od mojej decyzji. Nie wierzę w etykę działania korporacji. Tym bardziej że zdążył mi pan już złożyć kilka ofert o bardzo wątpliwej moralności. Do diabła! Nie jesteśmy żadną korporacją.
Transfer nie zadziała bez pańskiej wolnej woli. Ku mojej wściekłości roześmiał się. Ależ nie ma czegoś takiego jak wolna wola. I pan jako ktoś zajmujący się neuronauką powinien doskonale o tym wiedzieć. To tylko złudzenie, abstrakcyjny problem, który filozofowie stworzyli sobie, usiłując zdefiniować pewne pojęcia. Nie próbuj zrozumieć swojej natury, bo ci się to nie uda — wycedziłem. Głośniej dodałem: No cóż, jak pan uważa. Gdyby jednak zmienił pan zdanie, zostawię panu moją wizytówkę. To zbyteczne. Nawet gdyby pańska oferta była autentyczna, w co szczerze wątpię, uznałbym ją za propozycję nie do przyjęcia.
Jak pan chce. Niech pan wraca zatem do swojej fabryki i swojego wynajmowanego pokoju. Życzę powodzenia. Szkoda, bo naprawdę ma pan talent — powiedziałem z przekonaniem i powtórzyłem: Szkoda. Do widzenia. Do widzenia. Panie Kluczek! — zawołał jeszcze, tak że odwróciłem się w nagłym przypływie nadziei. Jestem panu niezmiernie wdzięczny. Już wiem, o czym będzie moje następne opowiadanie.
[01:21:58] - Proszę państwa, czas teraz na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy film "Grzesznicy". Dziwny film. Ale o szczegółach za chwilę. Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu. A skoro Filmotekarium, to jakiś kolejny film, który będzie porywający i po prostu zachwyci państwa. Nas już zachwycił. Chciałbym tak powiedzieć, ale chyba nie tym razem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:22:36] - Dzień dobry wieczór. Marku, z tym zachwytem. Opowiem tak: weszłem na FilmWeb, bo tam wchodzę, bo wiadomo, że gusty Polaków są zwykle takie w jeden deseń. Na pewno są trochę inne od tych gustów międzynarodowych. Chciałem zobaczyć, co tam o tym filmie piszą. No to, córeczka, powiem ci, że poczułem się jak jakiś hejter, jak ktoś, kto się chyba w ogóle nie zna, kto smaku nie ma i gustu. Dzisiaj sobie opowiadamy o filmie, który zdobył najwięcej nominacji do Oscarów w historii tych nagród. Może to sprawiło, że ludzie go tak wysoko oceniają. Natomiast kiedy ogłoszono ten werdykt, to równie wiele osób, co ten film chwali, zaczęło się pytać, dlaczego w sumie tak zrobiono. Czy tylko ze względu na jego poziom?
Bo tu można mieć różne wnioski. Druga sprawa, że to jakby nie było, jest horror, a horrorom Nagrody Akademii przyznawane są rzadko jednak. A tutaj bach! Chyba 16 nominacji. Początkowo sam film "Grzesznicy", "Sinners", wielkiej furory chyba nie zrobił. Gościł w polskich kinach na pewno, to pamiętam, ale jako że on opowiada o perypetiach Afroamerykanów i częściowo w jakimś tam stopniu jest filmem muzycznym, na pewno takim, gdzie muzyka odgrywa znaczącą rolę, częściowo jest takim bardzo specyficznym horrorem, to on nie wszystkim przypadł do gustu. Potem trafił na streamingi. Tam się chyba z nim zapoznało więcej osób. Tam jest do dzisiaj łatwy do zlokalizowania. Ale czy to jest aż tak wiekopomne dzieło, że on zyskał aż tyle nominacji?
No tak, tak, wiemy, powiecie. Nominacje czy nawet przyznane Oscary dzisiaj nie są już takim wyróżnikiem czy gwarantem poziomu jak kiedyś. To jest tak jak z Nagrodą Nobla. Jak byłem mały i mówiono, że ktoś zdobył Nagrodę Nobla, to musiało to oznaczać, że to jest jakiś wielki geniusz albo autorytet, a dzisiaj sami wiemy. I trochę jest podobnie z Oscarami. Takie mam wrażenie. Natomiast przyznam się, że oglądając ten film po raz pierwszy, przerwałem go w połowie, bo Zasadniczo nie wiedziałem, co to jest. Czy to jest film gangsterski, czy to jest musical, czy to jest kino etniczne? Jedyne co mi się podobało to zdjęcia i scenografia, bo ten film jest wartki. Tutaj nie można powiedzieć, że on się nie da oglądać, bo on jest zrealizowany w dość zamaszystym stylu.
To jest do oglądania jako oglądadło nawet dobre. Gorzej jest oczywiście z sensem. Pod takimi względami jak zdjęcia, jak nawet gra aktorska on stoi dość wysoko. Natomiast kiedy rozpatrujemy "Syners" jako opowieść, tu jest gorzej. Dodajmy, że w tym wszystkim jest też coś, co widzimy od samego początku i co będzie się nam przejawiało przez cały film, czyli ten kontekst polityczno-społeczny. Nie wiem, jak to powiedzieć, żeby się nikomu nie narazić, tym bardziej algorytmom. Czyli po prostu konflikt między Afroamerykanami a Amerykanami pochodzenia europejskiego. I to jest pokazane w taki sposób, przemieszany trochę z bardzo specyficznym horrorem. Marek może zaraz to powie, że dostajemy produkt finalny, który jest tak naprawdę dwusmakowy, słodko-gorzki, słodko-kwaśny. Czyli ten film do połowy jest czymś zupełnie innym, a od tej połowy drugiej ma naturę bardziej fantastyczną.
I to już samo z siebie sprawia, że mamy wrażenie jakiejś dychotomii w tym wszystkim i trudno jest dotrwać do końca przy jednym posiedzeniu. Ja przynajmniej tak miałem. No dobra, ale ja się nagadałem. O czym ten film w ogóle jest? Mamy dwóch braci gangsterów z Chicago, którzy przybyli. Wracają sobie na prowincję, gdzie chcą otworzyć dyskotekę. Nie dyskotekę, klub muzyczny, bo to się wszystko dzieje w latach 30. Szukają sobie tam po wsi zaopatrzeniowców, szukają sobie muzykantów wreszcie. I o tym ten film przez bardzo długo jest. To jest film obyczajowy, jak zrobić tancbudę na amerykańskiej wsi.
W końcu znajdują ten cały personel. Ten klub rusza. Ale ten klub nie jest, Marku, dla wszystkich. Tam nie każdy wejdzie. I ten film niestety też nie jest dla wszystkich.
[01:27:25] - Tak, nie każdy wejdzie, bo wejdzie tylko ich, czyli wejdzie tylko Amerykanin. A białasy to sobie mogą wiecie państwo co. Chyba że to są ich białasy. Jest taka jedna kobitka, która jest ich białasem i ona może wejść, a inni nie mogą. Ale ja nie o tym. Nie wiem, czy nie powinniśmy się, mówiąc o tym filmie, przenieść do końcówki XX wieku. Jest rok 1996. Pewien reżyser nazywa się Robert Rodriguez. Nakręcił film. Scenariusz do tego filmu napisał nie byle kto: Quentin Tarantino, a film ten nosił tytuł "Od zmierzchu do świtu".
Jak sobie państwo dobrze przeanalizujecie budowę zasadniczej części obu filmów, to one są bardzo podobne. Jeśli sięgniecie państwo pamięcią, to "Od zmierzchu do świtu" też jest właściwie na początku takim zwykłym, obyczajowym, trochę gangstersko-przemocowym filmem. I w pewnym momencie się zaczyna, w pewnej knajpie notabene, od zmierzchu do świtu wampirze tany, wampirze wygibasy i różne cuda. Właściwie film "Grzesznicy" powtarza ten schemat tylko w wydaniu afroamerykańskim i dorzuca do tego jeszcze tańce, śpiewy i tym podobne. Wampiry też się pojawiają. Mówię takim skrótem myślowym. Chcą koniecznie wejść do tancbudy, ale mają pecha, bo z jednej strony ścigani są ci ludzie nieżywi czy też wampirzy. W każdym razie ścigani są przez Indian, którzy czują pismo nosem, ale są biali i nie wchodzą, bo na imprezy Afroamerykanów się nie wchodzi. To na jakiś czas odsuwa niebezpieczeństwo, ale tylko na jakiś czas. Mniej więcej początek zarysowałem, a właściwie środek.
I to by się jeszcze dało znieść. Mówilibyśmy pewno o tym, że taki remake albo taka wielka inspiracja klasykiem kina grozy. Ale nie jest tak dobrze, bo koniecznie musi się w tym wszystkim pojawić jeszcze motyw Ku Klux Klanu na końcu. Wiadomo, że biali to są świnie złe, wredne, podłe. Ale spotyka ich to, co ich spotyka. I to jest jeden jeszcze dorzucony wątek, który po prostu nie wiem, po co tam się znalazł. To znaczy wiem, po co się znalazł i dlaczego się znalazł. Tam kompletnie niepotrzebny. I jeszcze mamy oczywiście, ponieważ tak jak Piotr powiedział, rzecz dzieje się w latach 30., to koniecznie musiano dorzucić taki wątek, który się dzieje tu i teraz. Jeden z bohaterów dożywa sędziwego wieku i spotyka tych wiecznie młodych wampirów wysłanników.
Spotyka ich i sobie z nimi gaworzy. Człowiek by się właściwie mógł zastanowić. W sumie mógł się zdecydować. Głupi był. Trudno. I to się mniej więcej tak kończy. Ale po drodze mamy jeszcze, zanim wkracza Ku Klux Klan, całkowicie idiotyczną scenę na zewnątrz knajpy, w której dzieją się rzeczy takie, jakie się mogą z wampirami dziać, jak słońce wschodzi Nie wiem, Piotrze, co powiesz dalej, ale ja jestem tym filmem rozwalony jak najbardziej negatywnie, bo nie dość, że powiela pewien pomysł, to nie jest zbrodnia i da się to przeżyć. Ale z drugiej strony jechanie takimi kalkami, że biali to są rasiści, że to są odłe swołocze i tak dalej. Wiecie państwo, co ja mógłbym w tej chwili powiedzieć. Jechanie takim kodem jednocześnie z pewnymi przejawami w tym filmie, ewidentnymi przejawami tego, że ta druga strona wcale lepsza nie jest i gdyby mogła sobie jakiś taki odwrotny Ku Klux Klan założyć, to pewno by to wcześniej czy później zrobiła.
A jak państwo znacie historię niedawną, to w końcu to zrobiła jednak. Nie wiem, ja jestem jak najbardziej za tym, żeby ludzi nie dzielić według koloru skóry, a tymczasem dostaję film, w którym się to robi na kilka różnych sposobów. A w dodatku film, który jeszcze raz sobie powtórzę, który zabija mnie po prostu swoją wtórnością.
[01:32:31] - To, że on jest wtórny, to nie jest problemem. Jest mnóstwo filmów. Każdego roku się zdarzają nawet często takie sytuacje, że jeden film jest jakoś dziwnie podobny do drugiego. Ostatnio żeśmy omawiali "Ręce nad kołyską". Okazuje się, że wyszedł film, który jest bliźniaczo podobny. "Housemaid" się nazywa. Rok temu chyba mieliśmy podobną sytuację. Okej, zdarza się. Może tak być. To jest ryzyko, to jest Hollywood.
Pieniądz goni pieniądz. Tylko że tutaj okazuje się, że jest 16 nominacji do Oscara. Inni nawet tego nie powąchali. Ja nie mówię, że to jest jakieś dla mnie daleko idące, ale zawsze jest to nobilitacja. Jak to brzmi, co nie? I nagle zobacz. Film, który jest miszmaszem gatunkowym, który jest mocno odtwórczy, do tego stopnia, że on bywa nawet nazywany remake'iem, który trochę na siłę nam wmawia, że jednak są uciskani i uciskający i ci uciskani dawniej są lepsi teraz i masz to zaakceptować, bo to jest good i to jest fajne. Nie wiem, co tu jest takiego, że przekonało decydentów z Amerykańskiej Akademii Filmowej do tego, żeby temu przyznać aż tyle nominacji, bo ten film momentami jest po prostu kiepski. On jest słaby. Tam są takie sceny, które wyglądają na-- ja tu nie chcę podpaść nikomu, żeby mi ktoś coś potem zarzucił.
Natomiast ja oglądam praktycznie od kilku lat każdy horror, każde sci-fi, które wychodzi. Oglądam, czasami się staram, bo się nie da niekiedy obejrzeć i bardzo dużo, może nie bardzo dużo, dużo z tego to jest kino realizowane dla, powiedzmy, Afroamerykanów. I tych filmów się nie da oglądać. Ten akurat jest najlepszy z tych wszystkich. Tyle że on też ma pewne elementy, których ja może nie potrafię nazwać profesjonalnie, bo nie jestem filmoznawcą, natomiast on ma takie elementy, które tam też występowały. Czyli masz takie ujęcia, które wyglądają trochę jak teledyski miejscami, jakbyś teledysk R'n'B oglądał. Tam ino brakuje jakichś gości w... Nie powiem. Dobra, tu się ugryzę w język.
[01:34:39] - Na chwilę ci przerwę. Przecież tam jest scena, w której się pojawiają w ogóle muzycy z naszych czasów. Oczywiście to jest przenośnia, to jest taka metafora, ale przecież tam jest scena, w której jakby przeniesieni przez czas i przestrzeń pojawiają się bardzo nowocześni gitarzyści, więc mamy to już naprawdę wszystko wrzucone w ten film.
[01:35:03] - Druga sprawa, że tam jak są niektóre sceny, tam występuje takie charakterystyczne darcie. Oni po prostu nie mówią, oni się drą w tych filmach. Taka charakterystyczna ekspresja jest i to mnie zawsze jakoś do tych filmów mniej przekonuje. W "Grzesznikach" też to jest. Natomiast to jest film klasy premium, klasy A i on jest oczywiście najlepszy z tych wszystkich, o których mówię. Myśmy zresztą omawiali takie filmy, powiedzmy, dziejące się w świecie mniejszości. Omawialiśmy taki film o nawiedzeniu z Netflixa i tam też mieliśmy do czynienia z tymi wszystkimi aspektami. Tutaj jest jeszcze coś takiego dziwnego, bo ten film się dobrze ogląda. On jest jakoś tak poskładany, że masz wrażenie, że to się toczy, jakaś akcja tam jest. Ale na przykład jak są sceny, kiedy oni się poruszają samochodami, a to parę razy się zdarza, to tam jak na filmach trochę starszych widać, że oni po prostu w studio jadą, co nie?
I to jest tak chamsko zrobione, że ja nie wiem, czy to jest wynik nieudolności, czy to jest tak zwany wimped, żeby człowieka wciągnąć, żeby powiedział, że to jest okej, że to jest fajne i że przypominają mu się wtedy te okresy, kiedy filmy były filmami i były o czymś. Natomiast problem z "Grzesznikami" jest taki, że ja jako konsument horrorów zasadniczo nie wiem, o czym ten film jest. To nie jest na pewno horror. To jest coś à la "Od zmierzchu do świtu". To jest ta gałąź horrorów. To nie jest akurat takie coś, co mnie najbardziej jara. Nie wiem, czy on cokolwiek wnosi do historii kina i do historii filmów o wampirach, która jest bardzo długa, jak wiecie, i to jest coś, co Amerykanów bardzo jara. Zasadniczo nawet mogę powiedzieć, że pierwsza część tego filmu, ona nam w ogóle nie daje żadnych oznak, że będziemy mieli do czynienia z czymś strasznym. Dobra, może trochę. Wszystko się rozkręca później, jak Marek mówił, ale i tak nie jest to dzieło wiekopomne.
To jest odtwórcze wszystko. Nie wiem, czemu to zasługuje na te kilkanaście nominacji. Przesłanie tego filmu jest takie, że dobrze jest się stać wampirem, bo nie tylko sobie żyjesz wiecznie, ale też wyrywasz się z podziałów społecznych. Jakie to głębokie! O rany, ale oni tam odkryli. Ale czy to naprawdę jest coś tak przełomowego, żeby nagle cały świat musiał klasnąć i powiedzieć: "Ale ci grzesznicy, to oni Oscarów powinni dostać najwięcej". Ja wiem, że my mierzymy w Polsce wszystko trochę innym systemem miar i wartości niż w Stanach Zjednoczonych i nam na przykład pewne kwestie społeczne są obce. Natomiast jeżeli chodzi o kwestie artystyczne czy filmowe, to jest taka chyba uniwersalna miara. Ta opowieść idzie po sinusoidzie. Ona jest momentami mało angażująca, innym razem jest po prostu taką obyczajówką z lat 30.
Jest trochę filmem gangsterskim, potem jest trochę takim zawadiackim horrorem. Ale czy to jest zabawne? Nie. Czy to jest straszne? Nie. Czy to jest film z przesłaniem? Jeżeli tak, to bardzo miałkim. Powiem ci, że nie rozumiem współczesnego Hollywood, ale może i dobrze.
[01:38:14] - Pewnie też nie rozumiem. Ja mam dosyć przygnębiające wrażenie jednak po tym filmie, bo w ogóle obserwuję ostatnimi czasy, znowu będę narzekał, ale trudno. Obserwuję niesamowitą wtórność kina. Naprawdę, tak jakby ktoś starał się przyzwyczaić nas, odbiorców, do tego, że filmy są kiepskie, że z natury film jest kiepski. Nie wiem, może to ma zrobić wprowadzenie na renesans kina, bo jak zaczną się pojawiać filmy odrobinę lepsze zarówno w warstwie scenariuszowej, montażowej, wszelkiej, to już będziemy się cieszyli wszyscy. My na pewno. I myślę, czy to nie jest tak, że najpierw trzeba kino sprowadzić naprawdę na dno, pokazać, jakie jest złe, jak jest nieprzemyślane, jak jest źle napisane, to warstwa scenariuszowa, jak jest źle zmontowane, jak jest źle nakręcone, jak różnego rodzaju aspekty, na przykład związane z walką, są źle wymyślone, to znaczy źle poprowadzone. Nieprzekonujące jest po prostu. Czy jak już to wszystko zrozumiemy, że współczesne kino nie potrafi tego robić, to wtedy Hollywood zaserwuje nam wreszcie odrobinę lepsze kino i to już będzie na miarę arcydzieła. Ja mam taki uniwersalny miernik.
Oglądam sobie co jakiś czas średnie filmy z lat 80. Naprawdę żadne wybitne dzieła, raczej taką przeciętną. Proszę państwa, na tle wielu współczesnych filmów to są arcydzieła. Naprawdę. Troszkę, być może, za wolno się toczą. Być może ja już się za bardzo przyzwyczaiłem do szybszego tempa opowieści filmowej. Ale to jest właściwie jedyne, co odróżnia, właściwie to jest podstawa, różnica pomiędzy kinem tym starym, które mówiło o czymś, starało się o czymś opowiadać. Na pewno wtedy też były złe, kiepskie filmy, ale te średnie zawsze dobrze pokazują, jak to się wszystko zmieniło. Bo dzisiaj film, idąc za Kanałem Zero, wybitny. Ten wybitny film nagrodzony, znaczy nominowany do Oscarów, to jest dziełko, ja nie wiem, czy bym jednak się zachwycał.
Poza tym troszkę to chyba nie wpisuje się w pewne kulturowe różnice. Bo my, Piotr o tym wspominał, otrzymujemy coś w rodzaju filmowego musicalu i o ile ja jestem gotowy tolerować musical przeniesiony na ekran na przykład w postaci „Hair”, to musical, który jednocześnie jest filmem o wampirach i filmem nawiązującym do klasyka „Od zmierzchu do świtu”, chyba już przekracza pewną granicę tego, co jestem gotowy znosić. I Piotr słusznie podkreślał, że ten film ma kilka takich fajnych momentów, gdzie to się po prostu ogląda. Ale zaraz potem przychodzi jakiś taki kiks, jak nie jeden, to drugi albo trzeci. I nagle wow, faktycznie to jest ten film. Przez chwilę zapomniałem, ale już przypomniał, jak potrafi być kiepski, po prostu kiepski. A zatem pewno jak w większości przypadków ostatnimi czasy. Nie kierujcie się państwo naszym zdaniem. Zobaczcie to, ale też nie miejcie do nas pretensji, bo was ostrzegliśmy. Proszę państwa, czas teraz na polecanki z pogranicza.
Nieustannie przypominam, że tę część Akademii Wszelkiej Fikcji duchowo sponsoruje księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Przypomnę adres Warszawa, ulica Kredytowa 2. A dla wszystkich, którzy do tej księgarni dotrzeć nie mogą strona Nieznany.pl. Tam internetowe wydanie księgarni Galerii. A teraz już ruszamy w kierunku ciekawych książek. Pierwszy tytuł: „Życie zaczyna się każdego dnia. 366 refleksji, żeby być tu i teraz”. Autorka Anne Ingartiburu, tłumacz Iwona Michałowska-Gabrych, wydawca Feeria. Zrób dla siebie coś dobrego i spraw, by ten rok stał się twoim rokiem, podobnie jak każdy następny. W tej książce odnajdziesz bezcenne refleksje na każdy dzień roku.
Refleksje inspirowane cytatami z wielkich pisarzy, myślicieli i artystów, inspirowane japońskimi przysłowiami i nurtami psychologicznymi, które wprawią cię w dobry nastrój i zachęcą do celebrowania życia. Tu i teraz. Na każdej stronie znajdziesz drogowskaz, który pomoże ci odnaleźć twoją ścieżkę między rzeczywistością a marzeniami, przypadkiem a przeznaczeniem i beztroską a refleksją. Obudzisz w sobie na nowo dziecięcą radość życia. Poczujesz miłość do świata i ludzi, ale i docenisz chwilę samotności. Odnajdź inspirację w rozdziałach takich jak: „Przytul swoje wewnętrzne dziecko”, „Rozwiń wachlarz możliwości”, „Bądź rzeźbiarzem własnego umysłu”, „Zaproś siebie na kawę”, „Akceptuj to, co jest”, „Przygotuj się na najlepsze”. Życie zaczyna się każdego dnia. To twój książkowy przyjaciel, który czeka na ciebie codziennie, gotowy ci towarzyszyć zawsze, gdy go potrzebujesz. Autorka Ane Ingartiburu, tłumacz Iwona Michałowska-Gabrych, wydawnictwo Feria. Druga książka, którą chciałbym państwu polecić, nosi tytuł „Życie po życiu.
Mały przewodnik”. Jako autor podany jest Instytut Newtona. Tłumaczem książki jest Magdalena Wysmyk, a wydawcą Wydawnictwo Kobiece. Czy istnieje życie po życiu? Co nas czeka, kiedy umrzemy? Dokąd idziemy po śmierci? Na czym polega reinkarnacja i jak poznać swoje poprzednie wcielenia? Na wszystkie te pytania znajdziesz odpowiedź w tej niezwykłej książce. Świat duchowy stanie przed tobą otworem. Poznasz ekscytujące historie o tym, co się dzieje z duszą pomiędzy jej ziemskimi inkarnacjami.
I odkryjesz proste ćwiczenia opracowane z myślą o tym, aby pomóc ci nawiązać kontakt z wyższą inteligencją, do której każdy może uzyskać dostęp. Książka „Życie po życiu. Mały przewodnik” w ciepły i cudowny sposób potwierdza to, co wielu z nas przeczuwa. Na końcu naszej ziemskiej ścieżki czeka dom pełny nieskończonej i bezwarunkowej miłości. Uświadomisz sobie, że jesteś nieśmiertelną duszą i odkryjesz swoje przeznaczenie. Znajdziesz tu potwierdzenie, że po zakończeniu bytowania na Ziemi trafisz do przyjaznego, pełnego miłości życia między wcieleniami, twojego prawdziwego domu. Przedstawione przez certyfikowanych terapeutów i hipnotyzerów przypadki pokazują, że każde przejście do życia między wcieleniami jest zupełnie inne. To historie z życia ludzi są najlepszym dowodem na wędrówkę dusz. Jeżeli czegoś się boisz, twoje obawy zostaną teraz rozwiane. Jeśli potrzebujesz opieki, znajdziesz tu słowa wsparcia.
Dzięki proponowanym metodom pracy z duchowymi przewodnikami czy ćwiczeniom autohipnozy łatwo nawiążesz kontakt z twoim wiecznym duchowym ja. Prezentowane praktyki będą przydatne niezależnie od tego, czy zamierzasz poddać się sesji LBL, czy też nie. Pomogą ci wyraźniej określić, co cię interesuje, jakie osoby odegrały ważną rolę w twoim życiu i kim tak naprawdę jesteś. Wyrusz w fantastyczną wędrówkę dusz. Poznaj istotę nieśmiertelności ludzkiej duszy. Przypomnę tytuł: „Życie po życiu. Mały przewodnik”. Jako autor podany jest Instytut Newtona. Tłumaczem książki jest Magdalena Wysmyk, wydawcą Wydawnictwo Kobiece. I trzecia książka.
Bardzo podobna tematyka. „Życie między wcieleniami. Hipnoterapia drogą do duchowej regresji”. Autor Michael Newton, tłumacz Magdalena Wysmyk, wydawca Illuminatio. Światową sławę doktorowi Michaelowi Newtonowi przyniosły jego autorskie techniki duchowej regresji. Techniki, dzięki którym osoby poddane hipnozie mają możliwość powrotu do swych doświadczeń w świecie dusz. „Wędrówka dusz” oraz „Przeznaczenie dusz”, dwie poprzednie książki, zafascynowały tysiące czytelników na całym świecie i sprawiły, że rzesze ludzi zapragnęły odkryć swoje przeżycia przed narodzinami i po śmierci, poznać swych duchowych przewodników i towarzyszy oraz cele, które mają osiągnąć w obecnym wcieleniu. W trzeciej książce z serii poświęconej tematyce życia po życiu doktor Newton po raz pierwszy ujawnia metody, jakich używa w swojej pracy oraz opisuje przebieg sesji regresji hipnotycznej LBL. Mamy więc wgląd w warsztat mistrza, który zainspirował tysiące ludzi do odkrywania przeszłości własnej duszy. Jego empiryczne podejście do badania obszarów duchowych doświadczeń rzuca nowe światło na odwieczne pytania: kim jestem, skąd pochodzę i dlaczego się tutaj znalazłem?
Ten przełomowy przewodnik po duchowej hipnoterapii powstał z myślą zarówno o praktykach hipnoterapii, jak i o zwykłych czytelnikach zainteresowanych tematyką wędrówki dusz. A ja przypomnę tytuł książki: „Życie między wcieleniami. Hipnoterapia drogą do duchowej regresji”. Autor Michael Newton. Tłumacz Magdalena Wysmyk, wydawca Illuminatio. I to tyle, proszę państwa, polecanek z pogranicza. Dzisiaj jest, proszę państwa, ten tydzień, ten dzień w tygodniu, ten dzień w miesiącu, w którym tuż po polecankach z pogranicza pojawia się omówienie książki z pogranicza. Piotr Cielebiaś już czeka. A dzisiaj bierzemy do przeglądania książkę o atomowych wojnach bogów. Zapraszam.
Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejny odcinek o książkach z pogranicza. Dzisiaj na tapet bierzemy książkę Miłosza Jesińskiego „Bogowie atomowych wojen". Ja myślę, że to próba takiej dosyć radykalnej reinterpretacji historii ludzkości. Ale zanim przejdziemy do szczegółów. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:50:55] - Dzień dobry wieczór. Rzecz o śladach pozostałych nam po konflikcie sprzed tysiącleci, i to konflikcie jądrowym. Tak można chyba streścić, o czym ta książka jest. Tematu wojen bogów chyba nie trzeba przedstawiać. Jest stałym elementem, jeżeli chodzi o literaturę paleastronautyczną. Jest oczywiście mocno eksponowany przez Sitchina, który pisze o wojnach Annunakich i tak dalej. Oczywiście inni autorzy też na to zwracali uwagę. No i zwykle, kiedy sięgamy do książek o starożytnych kosmitach, to mamy taki stały zestaw poszlak czy źródeł, czy wskazówek, które mogą mówić o tym, że w zamierzchłej przeszłości ktoś toczył na Ziemi niszczycielski konflikt i że to nie byli ludzie. Ślady tego oczywiście miały się zachować w Mahabharacie, w mitach greckich, w Starym Testamencie, na przykład zniszczenie Sodomy i Gomory i tak dalej. Wiecie o czym mowa.
Mohenjo-daro, vimany i tak dalej. Zeszklone forty, o, jeszcze na przykład.
[01:51:59] - Kroniki tybetańskie, mezopotamskie. To wszystko, to traktowanie ognia z nieba, słupów dymu, żaru jaśniejszego niż tysiąc słońc. To wszystko miały być relacje z wybuchów nuklearnych.
[01:52:15] - Tak, ta mocno oddziałująca temperatura na przykład na powierzchnię kamieni. Kto tą wojnę toczył, do końca nie wiadomo. Wiadomo, że chyba nie współcześni ludzie. A są tacy autorzy, jak chociażby doktor John Brandenburg, o którym żeśmy mówili, którzy przenoszą teatr tych działań wojennych też na Marsa. I chociaż można powiedzieć, że to jest temat wyświechtany, przerobiony dziesiątki razy, taki, do którego już nic nie można wnieść i nie można tego zaprezentować w ciekawy sposób, to doktor Jesieński udowadnia coś innego. Ogólnie bym nie powiedział, że farmaceuta i słowacki badacz tajemnic może się okazać autorem jednej z bardziej udanych książek, jeżeli idzie o paleastronautykę, bo oprócz tych oklepanych tematów pisze o takich sprawach, o których słyszymy bardzo rzadko. O reliktach wojen bogów, które na przestrzeni wieków na przykład spadały na ziemię w sposób niekontrolowany. I to nie były tylko te relikty, powiedzmy, które powodowały eksplozje, ale też takie, które powodowały różnego rodzaju epidemie. To nie jest też tak, że to jest książka udowadniająca nam, że te wojny bogów były i że to jest prawda na sto procent i że niepodważalna rzecz. Nie, nie, nie, nie.
Tutaj musimy, kiedy poruszamy się z autorem przez kolejne rozdziały, dać się porwać, może nawet momentami zawiesić na haku nasz krytycyzm, jeżeli idzie o pewne sprawy. Ale mimo wszystko muszę powiedzieć, że po przerobieniu Dänikena w naszej serii czułem się naprawdę, naprawdę miło zaskoczony, że da się jednak ten temat wytarty, przerobiony, przeżuty zaprezentować w taki sposób, że jeszcze się chce to czytać.
[01:54:08] - No bo autor podchodzi w taki bardzo specyficzny sposób do tej hipotezy atomowych wojen bogów. W sposób, no gdzieś się gryzę w język, ale to powiem, naukowy. A w każdym razie rozwija różne możliwe źródła. O jednym z nich już powiedzieliśmy. To jest reinterpretacja tekstów religijnych i mitologicznych. Drugie pole to jest archeologia jako takie pole domniemanych dowodów. Piotr mówił o Mohenjo-daro, o Harappie, o Sumerze można jeszcze powiedzieć. O różnych mówi autor zjawiskach, znaleziskach radioaktywnych, zeszklonych strukturach, kamieniach. Próbuje dzięki tym przykładom dowodzić, że niektóre zniszczenia miast i pewne anomalie promieniotwórcze to jest właśnie pozostałość owych dawnych eksplozji jądrowych. Ale mamy jeszcze przynajmniej dwa pola.
Otóż historia jako cykl wzlotów i zagład. Bo książka sugeruje, że ludzkość mogła już wcześniej osiągnąć bardzo wysoki poziom technologiczny. To jest zawsze ta teoria, która mnie niezwykle nakręca. Wysoki poziom technologiczny, który doprowadził do samozagłady. Współczesna epoka atomowa byłaby więc nie tyle jakimś początkiem, lecz Tak naprawdę powtórzeniem wcześniejszego etapu cywilizacyjnego. Mamy jeszcze jeden wątek, wątek kosmiczny, bo Jesieński wpisuje swoje rozważania właśnie w nurt paleoastronautyki. Bogowie to zaawansowane cywilizacje pozaziemskie, które ingerowały w historię Ziemi, prowadziły wojny, a być może testowały lub po prostu wykorzystywały tu swoją broń. Podsumowując, ta książka jest książką z pogranicza historii alternatywnej, ufologii i pewnej spekulatywnej archeologii, a osią konstrukcyjną jest właściwie jedno pytanie: czy broń atomowa naprawdę została wynaleziona dopiero w XX wieku? Można dorzucić jeszcze drugie: czy ludzkość lub bogowie używali tej broni tysiące lat temu? Ktoś powie, że każde pytanie można rzucić w eter, ale myślę, że jest o czym myśleć i jest nad czym rozważać.
Piotrze, zapytam, co uznasz za najbardziej wartościowe w tej książce?
[01:57:11] - To też zależy, bo jeżeli chodzi o coś, co mnie najbardziej ruszyło, to te wątki, których nie było w innych książkach, które przerabialiśmy, czyli coś, co się odnosi do naszej części Europy. Są tam pewne, może nie bardzo rozbudowane, ale jednak wzmianki o znaleziskach czy wydarzeniach, może raczej w Polsce, w dawnej Czechosłowacji, ogólnie w Europie, bo dla nas temat paleoastronautyki zawsze kojarzy się z jakimś odległym, dalekim światem, że tutaj u nas się nic nie działo. Tutaj doktor Jesieński pokazuje, że jest jednak o czym mówić i że czasami takie wydarzenia, które uchodzą za błahe, mogą tak naprawdę kryć coś w sobie. Dodajmy, że bardzo duży ładunek poglądów znanego polskiego badacza i pisarza Roberta Leśniakiewicza jest w tej książce. Znajdziemy w niej nie tylko odniesienia do dziwnych wydarzeń, eksplozji czy detonacji w atmosferze, ale też przy ziemi, które mogły być wywołane przez pozostałości z epoki atomowych wojen bogów. Dla przykładu podam tytuł: „Bojowe satelity Atlantów nadal bombardują Ziemię”, „Blenda uranowa w celtyckim grobie”. To są tytuły rozdziałów, które nam mówią dużo o tym, z czym możemy się w tej książce zapoznać. Niektóre z tych wspomnianych wybuchów, podobne do katastrofy tunguskiej czy jerzmanowickiej, mogły być na przykład sztucznego pochodzenia albo niektóre anomalie związane z kometami to mogły być materiały bojowe pozostawione na orbicie. Ale to jest mały wycinek tego, co nam oferuje autor. Oczywiście w trakcie lektury pozostaje pytanie, na ile to wszystko jest prawdą.
Czy to wszystko może być prawdą, czy nawet jeżeli małe wycinki z tego wszystkiego okażą się czymś, co się wydarzyło naprawdę, to i tak nam mocno to daje do myślenia. Książka jest wypełniona informacjami. To jest dobra sprawa. Trudno ją też opisać w kilku słowach. Co prawda ona jest taka świeża. Znaczy ona nie jest nowa, ale prezentuje świeże podejście do tematu. Natomiast w bibliografii znajdziemy wiele klasycznych pozycji z dziedziny bogów z kosmosu. Czy niektóre nieznane obiekty orbitalne mogły być pozostałością po starożytnej technologii? To jest temat godny uwagi, szczególnie w kontekście tych niedawno nagłośnionych odkryć doktor ViiHAArol chociażby. W pewnym momencie, również to jest ważne, pada w tej książce sugestia, że jeżeli ta wojna by się odbyła, ta atomowa wojna bogów jakieś 12-15 tysięcy lat temu, po czym Ziemia przeszła swoisty reset, także cywilizacja i te satelity killerzy to nieznane obiekty orbitalne mogły spadać na Ziemię jeszcze długo, długo potem, nawet w naszych czasach.
Czy agencje kosmiczne wiedzą o ich istnieniu? Czy coś się przed nami ukrywa? To jest kolejne pytanie, które się pojawia. Dodam tylko, że, drodzy państwo, nie traktujcie tej książki jako książki historycznej, książki naukowej. To jest taki trochę otwieracz umysłu. Natomiast dobre jest to, że to nie jest podane w tak banalnej formie jak u Danikena chociażby. I muszę powiedzieć, że naprawdę polecam.
[02:00:43] - Ja powiem jeszcze rzecz, która może się niektórym wydać banalna, ale myślę, że warto ją podkreślić. Najważniejszą wartością tej książki jest odwaga w stawianiu pytań. Pytań o naturę, na przykład źródeł historycznych. Tak naprawdę jesteśmy przez Jesieńskiego zmuszani, żebyśmy się zastanowili, jak my właściwie interpretujemy teksty religijne, teksty mitologiczne, żebyśmy się zastanowili, czy język dawnych kultur mógłby opisywać zjawiska techniczne w sposób metaforyczny. Czy to da się ze sobą pogodzić? I tej refleksji jest całkiem sporo. Dalej pojawia się pytanie, na ile nasze rozumienie przeszłości jest w pewnym sensie ograniczone przez to, że istnieje coś takiego, co nazywamy paradygmatem naukowym, co moim zdaniem jest zjawiskiem niekoniecznie pozytywnym, ale zostawmy to na zupełnie inny odcinek. Myślę, że te pytania, które autor zadaje, to nie są pytania bezzasadne. I nawet jeśli odpowiedzi autora są mocno spekulatywne, czasami przynajmniej, to co powiedział Piotr, sam impuls do naszej krytycznej refleksji nad interpretacją różnego rodzaju źródeł, to jest tak naprawdę intelektualna stymulacja. Ważna jest moim zdaniem taka interdyscyplinarność narracji, którą stosuje Esensky, bo mamy tak naprawdę poruszanie się pomiędzy archeologią, historią starożytną, fizyką jądrową, historią religii, literaturą sanskrycką, ufologią i co tam jeszcze.
Ten szeroki zakres tematyczny, mam wrażenie, że tworzy rodzaj swoistej panoramy cywilizacyjnej. Oczywiście z pewnym naświetleniem, ale jednak panoramy. I dla każdego czytelnika zainteresowanego zjawiskami z pogranicza nauki i mitu chociażby, ta książka to jest absolutne kompendium różnych tropów, różnych anomalii, alternatywnych interpretacji. I myślę, że bardzo ważną rzeczą jest też to, co nie zawsze się spotyka w tego rodzaju książkach. Mamy tam pracę na tekstach źródłowych, mamy cytaty z „Mahabharaty”, „Lamentacje syberyjskie”, relacje biblijne, przywołanie różnych postaci, chociażby Roberta Oppenheimera. Ja wiem, że w internecie jest filmik, kiedy zestawia się na przykład wybuch jądrowy z cytatem z „Mahabharaty”. Ja wiem, to już zostało w internecie przerobione, ale jednak to robi wrażenie. Również w tej książce mamy tego rodzaju zabieg. Po teście Trinity właśnie Oppenheimer wypowiedział pewne słowa i to bywa często zestawiane z obrazem. Oppenheimer cytował po prostu „Mahabharatę”.
Dostajemy w tej książce atmosferę intelektualnego niepokoju. Ta książka jest rodzajem prowokacji, takiej intelektualnej prowokacji, literackiej prowokacji. Ten ton jest jednak detektywistyczny, momentami jest naprawdę detektywistyczny. Mamy tam różnego rodzaju anomalie promieniotwórcze. Mówiłem: zeszklone mury, tajemnicze znaleziska. Daje się człowiek wciągnąć w tę narrację. I ja myślę, że to jest wielka wartość tej książki i przychylę się. Ja też państwu ją bardzo serdecznie polecam, bo to jest po prostu intelektualna przygoda. Nawet wtedy, jeśli przy części argumentów powiecie państwo: „Nie, to się nie mogło wydarzyć”, a jednak jest ciekawie. Jak zwykle na koniec Akademii Wszelkiej Fikcji pojawia się proza w tak zwanej większej dawce.
Dzisiaj mamy cztery opowiadania. Tytuł pierwszego jest jakby znajomy, ale to nie jest nawiązanie do serii filmów. Hanna Layer prezentuje bowiem opowiadanie „Listy do M”. Bruno Kadyna, to opowiadanie ma prosty i jednoznaczny tytuł: „Życie”. Trzecie opowiadanie napisał Wojciech Terlecki: „Z życia długowiecznych elfów”. A na koniec Tomasz Fąs ze swoim specyficznym, wciągającym humorem: „CajberDżokej i nowe spojrzenie”. Zapraszam państwa, to będzie fajna dawka fajnej prozy. Czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”.
[02:06:10] - Hanna Layer, „Listy do M”. 23 września. Szanowna pani, długo wahałem się, zanim postanowiłem się do pani zwrócić. Nie wiedziałem, czy wolno mi zaprzątać pani głowę moją skromną osobą. Zapewne jest pani wciąż zapracowana. Proszę mi wybaczyć, że pozwolę sobie w tym miejscu na jeszcze większą poufałość. Pragnę jednak usprawiedliwić się, że te słowa kieruję do pani tak późno. Proszę, niech mi pani nie ma za złe mojej naiwnej szczerości. Przyznaję, że początkowo nie zwróciłem na panią uwagi. Była pani wtedy daleko.
Obracała się pani w innym towarzystwie, ja zaś byłem młody i naiwny. Proszę wybaczyć mi niedostatek szacunku, jaki spotkał panią wówczas z mej strony. Nie dość na tym jednak mojej indolencji. Proszę mi wierzyć, że gdy wreszcie zmężniałem, wówczas zacząłem się pani obawiać. Ilekroć pojawiała się pani w pobliżu, serce jakby zamierało we mnie. Zdawała mi się pani wówczas tak wyniosła i tajemnicza, że wprost brakło mi tchu na myśl o pani bliskości. Muszę przyznać jednak uczciwie, że już w tamtym czasie zdarzył się jeden, może dwa takie momenty, w których poczułem do głębi, iż pani pragnę. Myśl o pani przesłoniła mi wówczas cały świat i żadnej już innej nie chciałem szukać bliskości. Za pierwszym razem doskwierała mi samotność i to chyba ona pierwsza poddała mi myśl, by panią poznać. Chciałem wtedy spotkać się z panią, ale w mojej wciąż niedojrzałej chwiejności zamiar ten porzuciłem stosunkowo szybko.
Za drugim razem, pamiętam to dobrze, zostałem odrzucony przez pewną młodą damę, która była dla mnie wtedy całym światem. Spędzałem wtedy całe dnie i noce sam, rozzogniony, roztrzęsiony i pełen szalu. Rozpaczałem długo, aż nagle, jak przez mgłę, dostrzegłem pani spojrzenie. To chyba wtedy po raz pierwszy wydała mi się pani, proszę mi wybaczyć to stwierdzenie, bardziej ludzka. Poczułem, że pani mogłaby mnie przyjąć z otwartymi ramionami. Miałem przekonanie graniczące z pewnością, że pani nie odwróciłaby się ode mnie. A jednak, gdy już mieliśmy się spotkać, stchórzyłem. Proszę mi wierzyć, że przez wszystkie następne dni płonąłem ze wstydu, ilekroć przypomniałem sobie tamtą sytuację. Najpełniej przesycony goryczą moment, jaki pamiętam, bardziej nawet gorzki niż owo odrzucenie przez miłą memu sercu młodą damę, przyszedł wówczas, gdy poszła pani z moim najlepszym przyjacielem. On miał więcej odwagi ode mnie i ośmielił się wbrew rodzinie, wbrew dobrym obyczajom i wbrew wszystkim wokół rzucić w wir swych namiętności.
O, jakże on musiał być pani miły, gdy wtedy nad jeziorem… Ja do dzisiaj nie mogę pani wybaczyć. Tu słowa zlały się. Kilka okrągłych plam przerwało tekst. A przecież tak naprawdę ja powinienem wtedy… Przepraszam, ale nie dam rady już na nowo napisać tych słów. Mam nadzieję, że pani to zrozumie. Tak. Ja od tamtej pory niejednokrotnie patrzyłem z żalem, jak odchodzi pani z innymi. Zdawało mi się wówczas, że drwi pani sobie ze mnie.
Tak, pani musiała wiedzieć, jak wiele wówczas się nauczyłem. Za młodą byłem cynikiem. Ja dopiero widząc, jak spotyka się pani to z jednym, to z innym moim przyjacielem, ja zdałem sobie sprawę… dopiero wtedy ja zrozumiałem, że naprawdę potrafię kochać. Cóż jednak mogłem poradzić? W istocie jednak teraz przyszedł już czas, gdy ta izolacja stała mi się zupełnie nieznośną. Kiedy nie potrafię jednego dnia nawet przeżyć bez myśli o pani, by odegnać wszelki strach i wszelką możliwą wątpliwość. Dlatego proszę, zdany na pani łaskę i niełaskę. Nie, ja panią błagam, niech pani raczy odpowiedzieć i spotka się ze mną jak najszybciej. Za wiele lat zmarnowałem już w samotności.
Choćby z litości nade mną proszę nie odrzucać mojego zaproszenia. Z wyrazami szacunku. Podpis nieczytelny. 13 października. Droga pani, spóźnia się pani. Być może jest pani ciągle zajęta, a może dotychczas nie zdołałem pani przekonać, jak bardzo zależy mi na pani wizycie. Będąc, pomimo akademickiego wykształcenia, jedynie prostym człowiekiem, a zatem nie pojmując zawiłych zależności rządzących naszym losem, postaram się jednak tym skuteczniej ponowić moje zaproszenie. Coraz częściej rozmyślam o przeszłości i wspominam minione lata. Jak zapewne pani wie, jesień stwarza dobrą aurę dla takich refleksji. Niedawno przypomniałem sobie nasze ostatnie spotkanie.
Przecież nie upłynęło aż tak wiele czasu od tamtej pory i wierzę, że nie zdążyła pani o mnie zupełnie zapomnieć. Gdyby pani postanowiła jednak okrutnie wyrzucić mnie ze swej pamięci, byłoby to dla mnie największą tragedią. Pani przecież w swej życzliwości zawsze o wszystkich pamięta. Do tamtego naszego spotkania często wracam myślami. Zastanawiałem się nieraz, dlaczego spotkałem panią akurat tam, w sanatorium. Dawniej zdawało mi się, że akurat to miejsce pani omija. Chcę powiedzieć, że czegoś takiego nie przeżyłem nigdy przedtem i nigdy później już mnie to nie spotkało. Nie mam pojęcia, jak pani to robi, ale wówczas w pani objęciach poczułem się zupełnie bezradny. Nie potrafię chyba nawet odtworzyć dokładnie przebiegu tamtej nocy. To wszystko, co wówczas czułem.
Serce mi zamarło, gdy tylko panią ujrzałem. Czułem ścisk w klatce piersiowej na myśl, że wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno, że nie nadrobię przecież straconego czasu. Już nawet mnie pani nie onieśmielała jak dawniej. Już czułem, że będzie pani moja, że będziesz moja. Uderzenie gorąca. Twój oddech. Na moment znalazłem się w raju. Znalazłem anioła i na krótką chwilę wszystko stało się dla mnie jasne. Nie umiem tego wytłumaczyć. Pamiętam, jak przyszła moja żona.
Była zrozpaczona, gdy się dowiedziała. Robiła wszystko, żeby odciągnąć mnie od ciebie, a ja czułem skruchę. Miałem potworne wyrzuty sumienia. Przyznałem, że wypiłem wtedy za dużo wina i przez to… Przecież gdyby nie alkohol, do niczego by wtedy nie doszło. Nic by się nie stało. Była na mnie wściekła, ale przecież kochała mnie i nie chciała mnie stracić. Musiałem zadbać o moją rodzinę. Musiałem ocalić jeszcze z mojego życia to, co wówczas pozostało. A jednak z twojego powodu kilka okrągłych granatowych plam.
Odeszła. Mogę tylko mieć nadzieję, że jest szczęśliwa. Chociaż teraz, kiedy znów jestem sam, to wszystko nie ma już znaczenia i nie muszę już unikać spotkania z tobą. Spójrz, piję znów wino i ręce mniej mi się trzęsą, chociaż rozległa różowa plama. Już nie mogę. Nie wytrzymam bez ciebie. Nie zwlekaj, proszę. Ja teraz tak bardzo, najbardziej chcę już właśnie teraz poczuć znowu twój dotyk. Z utęsknieniem. Podpis nieczytelny.
1 listopada. Moja droga. Nie mogę zrozumieć, dlaczego pozostajesz jeszcze głucha na moje prośby. Czy nie dość udręki sprawiłaś mi do tej pory? Dlaczego uciekasz przede mną teraz, kiedy gotów jestem cię przyjąć z otwartymi ramionami? Myślę o tobie codziennie. Usycham z tęsknoty, z samotności, z niewysłowionego pragnienia, które niczym nie daje się już zaspokoić. Wszystko straciło smak. Już nawet prawie nie czuję zapachu spożywanych potraw. Czuję się jak zwierzę w klatce, po której błąkam się bezradnie.
Kto tego nie przeżył, ten nikt nie zrozumie, że byłem sam. Sam do szpiku kości, bez uszu mogących pochwycić moje skargi, bez ust mogących wyrazić jakiekolwiek słowa pocieszenia. Tylko czasem przychodzi córka z zięciem i ta kobieta, którą tu przysłali. Ale ona nie rozumie. Właściwie nikt tego nie rozumie. A najgorsze jest to... A ostatnio nawet sto złotych. Oni tu przyjdą niebawem i nie wiem co. Słyszę czasami nawet w nocy ten głośny stukot. Ja wiem, że niedługo wszystko mi będzie odebrane.
Ale ja chciałbym tylko i z godnością. Dlatego zaklinam cię. Jeśli nie przyjdziesz, to ja sam przyjdę do ciebie. Nie zważam już nawet na tych. Po prostu nie mogę. Dlatego przyjdę. Postanowiłem. Nie możesz mi odmówić. Twój podpis nieczytelny. 31 grudnia.
Najdroższa. Wiem już, że przyjdziesz dzisiaj. Chcę, żebyś wiedziała, że czekam na ciebie. Może to brzmi niedorzecznie, ale ja po prostu wiem. Dlatego, że śniłaś mi się tej nocy. Wszystko już przygotowałem na twoje przybycie i chyba o niczym nie zapomniałem. Napisałem nawet list rodzinie, żebyś nie robiła mi wyrzutów, że zostawiłem ich bez słowa. Jestem teraz podekscytowany, chociaż obawiam się... Znowu ten stukot. Najważniejsze jednak, że wreszcie przyjdziesz.
Bo już naprawdę chciałbym tylko wiedzieć, czy to boli. Najwięcej ostatnio myślałem o ojcu i matce. O tamtych dniach, kiedy uczył mnie wędkować. Wtedy były dopiero ciepłe lata. Nie to co teraz. Teraz musisz to zobaczyć. Nic, tylko zawieja za oknem. Jest tak potwornie zimno, a do tego jeszcze ten huk. Spójrz tylko, jakie olbrzymie kwiaty zakwitły na niebie. Chyba jednak przyjdzie wiosna.
Zobacz. Widzisz? Tam za oknem. Tam chyba już świta, bo... Świętej pamięci Henryk Makowski. 15 luty 1928 roku. 31 grudnia 2002 roku. Non omnis moriar. Bruno Kadyna "Życie" Życie nam ucieka. Tak bym chciał, żeby do mnie przyszła uśmiechnięta i radosna.
Dotknęła mojego ramienia i zapytała, jak mi idzie w pracy. Może pochwaliła, że jest ze mnie zadowolona, ale niekoniecznie. Radość i miłość zupełnie wystarczą. Nic z tego raczej. "Dziękuję ci bardzo. Taki właśnie jesteś" Trzasknęła drzwiami. Tak tarabaniła jadaczką, że nie mogłem powiedzieć, że tylko na chwilę włączyłem komputer. Nie żeby pracować. Muszę zapłacić rachunki, póki pamiętam. Kiedy ona tak wpada, bo w jej głowie urosła najczarniejsza moja intencja, to po nawałnicy, którą na mnie spuszcza, czuję się, jakby mi otworzyła w zbiorniku z energią odpływ.
Nawet kiedy sam nie zachowam się w porządku i drepczę parę. Tym razem chodziło tylko o rachunki, a potem chciałem pójść do niej. Mam już wybrany film. Myślałem, że miło spędzimy czas. Na szczęście dzieciaki śpią, bo właśnie trzasnęła drzwiami od łazienki. Pewnie usiadła na sedesie i zalewa się łzami, bo znów okazałem się egoistą. Zastanawiałem się, jak to wygląda z boku. Stukilowy chłop z bandycką mordą zestawiono z drobną kobietką wzrostu metra pięćdziesięciu. No kto jest winny? To było zupełnie niepotrzebne.
Jak wszystkie takie kłótnie minionej dekady, kiedy się zagalopowałem w pracy albo siedziałem długo, bo koniec miesiąca i wszyscy panika. Przecież nie robiłem tego na złość albo że jej nie kocham. Wręcz przeciwnie. Co tu robić? Wkupywać się teraz w łaski nie ma sensu. Dostałbym tylko po łbie. Gdyby choć raz miło poprosiła, żebym skończył szybciej, zrobiłbym to z uśmiechem. Przecież się kochamy. Gramy w jednej drużynie. Nagrałem się kiedyś na dyktafon, jak mówię bardzo spokojnym i łagodnym tonem, ale i tak brzmiałem niemiło i oschle.
Czego bym nie robił, nie zmienię powłoki. A ja w środku jestem małym chłopcem. Marzę, żeby w domu było miło, ciepło i bezpiecznie. Gdzie to się podziało? Gdzie się zgubiło? Czy kiedykolwiek istniało? Próbuję sobie przypomnieć moment, kiedy i co zrobiłem, że ona mnie odbiera, jakbym chciał nad nią panować i miała być mi posłuszna. Skąd jej się to wzięło? Jest tego tak pewna jak jutrzejszego dnia, a co za tym idzie pobudek moich działań. Już rozumiem, dlaczego nie należą do miłych, a te miłe są fałszywe i ohydne.
Każde słowo podszyte podstępem i kłamstwem. Szczególnie kiedy popełnię błąd albo na nią szczekam jak kundel. Mam związane ręce, ale mnie olśniewa. Ktoś inny musi nią pokierować. Komu ufa, żeby sobie uświadomiła, że nie jestem wrogiem. Z nową nadzieją sięgam po telefon, ale krew mi nie dopływa do dłoni. Zdrętwiały opuszki. Ciągnie mnie coś jakby ścięgno od szczęki do lewego obojczyka. Wiem co to. Czuję serce od jakiegoś czasu, każde uderzenie i kłuje.
Zawsze wtedy się prostuję, wypinam klatę i naciskam mostek. Pokasłuję trochę, ale tym razem boli bardziej. Kaszlę mocniej. To podobno działa, ale nie przechodzi. Serce łapie skurcz. Długi i mocny. Boli aż się zwijam i zaciskam zęby. Wbijam palce w pierś. Zawał, zawał. Powtarzam w myślach.
Chcę sobie dodać otuchy, pomyśleć, że przetrzymam. Ale wszystko znika. Wojciech Terlecki. Z życia długowiecznych elfów. Zamek Aby usytuowany był na niewielkim wzgórzu pośród równin. Niegdyś służył jako forteca broniąca miasta, ale od wielu wieków nikt na niego nie napadał i nie niepokoił. Mieszkańcy grodu, w większości ludzie, znaleźli sobie lepsze miejsce na osadę i w pałacu mieszkali jedynie jego właściciele. Kilka starych rodów elfich. Świat toczył się swoimi torami bez większych komplikacji. Wszyscy wydawali się być z tego zadowoleni, a Aol przekroczył próg komnaty Loela.
Na jego widok gospodarz wstał od stołu i uściskał serdecznie miłego gościa. Ucieszył się, że jego przyjaciel przyjął zaproszenie na partię szachów. Nawet gdyby chcieli, żaden z nich nie przypomniałby sobie, ileż to już rozegrali potyczek. Zasiedli przed kwadratową planszą, a Aol, korzystając z przywileju gościa, wykonał pierwszy ruch białym pionkiem. Loel zamyślił się i po chwili ruszył czarnego piona. Gość podparł dłonią brodę i długo wpatrywał się w planszę. Rozważał i analizował wszelkie możliwe scenariusze przebiegu pojedynku. W końcu westchnął i rzekł: proponuję remis. Zgoda. Zapadło długie milczenie.
Nad czym medytujesz, Loelu? Jakieś nowe poematy? Wynalazki? Przyjacielu, wszystko już zostało powiedziane w najdoskonalszy sposób i nie warto tego poprawiać. A prochu nie wymyślę. Zresztą to zbyteczne. Nasze strzały są doskonałe, a miecze zawsze ostre, chociaż dawno tego nie sprawdzaliśmy. Musimy kiedyś odwiedzić zbrojownię. A właśnie, pamiętasz, że szlachetna Eloa wkrótce spodziewa się rozwiązania? Zupełnie mi to umknęło.
To już dziewięć miesięcy minęło. Tak szybko wszystko się dzieje. Narodziny elfa to nieczęste wydarzenie, przez to nabiera wyjątkowości, której należy poświęcić dostateczną uwagę. Zatem pożegnam cię, przyjacielu. Niezwłocznie ruszam do miasta, by kupić dziecku jakiś godny dar. Aol skierował się do stajni, gdzie dosiadł pierwszego niezajętego wierzchowca. Elfy nie miały swoich ulubionych zwierząt, bo te żyły zbyt krótko, by warto było się z nimi wiązać emocjonalnie. Szczególnie że taki koń mógł się gdzieś zapodziać. Droga prowadziła poprzez pola. Jeździec odziany w tradycyjną długą szatę spoglądał bez emocji na rolników układających przed zwiezieniem do spichlerza snopy zboża.
Ziemia należała do elfich rodów, ale uprawiali ją ludzie. W zamian mieli obowiązek odstawienia do zamku piątej części plonów. Drugą piątą część sprzedawali i dochód również oddawali elfom. Reszta należała do chłopów. Rolnicy bez emocji przyglądali się właścicielowi dóbr ziemskich. Jego długie, jasne włosy przykrywały uszy, o których mówiono, że są spiczaste. Naprawdę jednak nikt z ludzi nie zna nikogo, kto byłby na tyle blisko długowiecznego, by mieć okazję uważnie przyjrzeć się jego małżowinom. Przed rogatkami grodu, którego nazwy żaden z elfów nie chciał i nie potrzebował pamiętać, codziennie tworzyła się kolejka kupców i chłopów opłacających myto i należne mieszczanom cło, a Aol nie zwolnił i przejechał obok wozów i furmanek. Jego myśli zaprzątał problem: co kupić dziecku? Mieszkańcy zamku w zasadzie mieli wszystko.
Gdy jednak czegoś im brakowało, odwiedzali podziemne magazyny, gdzie od pokoleń gromadzono różne dobra. Czasami okazywało się, że przodkowie jakiejś potrzeby nie przewidzieli lub czegoś nie dopatrzyli. Wtedy należało udać się do pobliskiego miasta Hrgr, którego nazwy nie potrafił wymówić żaden elf, by odwiedzić sklepy rzemieślników. Aol pozostawił konia w grodowej stajni i ruszył na targ. Wkrótce jednak tego pożałował. W jego nozdrza uderzył okropny smród. Sprzedawano tam żywe i martwe zwierzęta. Te jeszcze dyszące nie przejmowały się, gdzie załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne, a od martwych unosił się zapach krwi. Aol szybkim krokiem przemierzył targowisko, nie wnikając, co mógłby tam kupić. Jedna scena wzbudziła w nim zaciekawienie i smutek.
Zanim dotarł do bogatszej dzielnicy, był świadkiem, jak do stoiska brodatych jegomości podjechała udekorowana połyskującymi kamieniami szlachetnymi złota chłopska furmanka. Rumiana baba zaoferowała za 15 uncji szmaragdów i kilka dorodnych diamentów sześć kilo brukwi, kilka selerów i rzepę. Początkowo sprzedawcy zaprotestowali i odmówili sfinalizowania tak niesprawiedliwej transakcji. Jednak kiedy baba nakrzyczała na nich i stwierdziła, że jak im się nie podoba, to sobie wychodek malowanymi szkiełkami ozdobi. Krasnoludy chcąc nie chcąc ustąpili. Elf zdawał sobie sprawę, że brodate konusy sami są winni swojej niedoli. Pomimo że wszystkie smoki zostały przez ludzi wybite i nikt nie kontrolował równowagi podaży i popytu na rynku kopalin, nie zaprzestali dalszego drążenia tuneli i wydobywania z głębi ziemi skarbów. Przechadzka po bogatych sklepach nie przyniosła efektu. Elf nienagabywany przez sprzedawców spacerował pomiędzy ladami zapełnionymi różnymi dobrami. Broń i biżuteria w ogóle go nie interesowały.
Niektóre tkaniny nawet mu się podobały. Zapamiętał, żeby przysłać tu któregoś z pośredniejszych elfów, by kupił materiał na nowe, powłóczyste szaty. Robiło się późno, a Aol nie był ciekawy, co się dzieje na ulicach grodu po zachodzie słońca, dlatego skierował się do karczmy Pod Wisielcem. Na drzwiach przybytku widniała drewniana tablica z napisem: Strefa wolna od ludzi. Nie do końca była to prawda, bo gospodarz był półelfem, półczłowiekiem cierpiącym z tego powodu na zaawansowany przypadek dysonansu poznawczego. Jego matka była kucharką, pośrednią elfką gotującą na zamku. Któregoś dnia jeden z dostawców warzyw wychędożył ją podstępem albo nie. Tego nikt już się nie dowie. Dziewczyna zaciążyła. Do końca była nieświadoma swojego stanu, bo jak zeznawała przed radą zamku, to tak szybko poszło.
Elfka urodziła zdrowego dzidziusia, którego płatki uszu nie przyrastały do boku głowy, tylko swobodnie dyndały. Nazwano go Benek. Rada nie miała wyboru. Kiedy chłopiec skończył 15 lat i zaczął interesować się elfami dziewczynami, zostali odesłani z pałacu. By mieli z czego się utrzymać zakupiono dla nich karczmę w mieście. Chłopiec szybko zdał sobie sprawę ze swojego godnego pożałowania statusu społecznego. Nie miał o to pretensji do elfów, których mimo surowego potraktowania jego matki darzył wielką atencją. Nienawidził za to ludzi, ignorując fakt, że gdyby nie jeden z nich, nie pojawiłby się na świecie. Ojca nie poznał, ponieważ chłopi, gdy dowiedzieli się o całym zajściu, na wszelki wypadek go powiesili, o czym niezwłocznie donieśli zainteresowanym. Nie zarzucajcie!
Poprosił sołtys po zdaniu relacji ze sposobu załatwienia krępującej sprawy. Nie zarzucamy. Zgodził się przedstawiciel elfów i wrócił za bramę zamku. Aol wszedł do ciemnego, zadymionego pomieszczenia i ze zdziwieniem zauważył, że było tłoczno. Oprócz krasnoludów, kilku gnomów dostrzegł również elfy, których nie mógł rozpoznać. Zanim jednak dostatecznie się zdziwił, by zacząć dociekać rozwiązania zagadki, pojawił się przy nim uradowany gospodarz. Witaj, miłościwy Aolu, szlachetny elfie. Odezwał się i ukłonił. Pozwól, że wskażę ci godne miejsce. Elf pozwolił się zaprowadzić do dużego stołu pod oknem, z dala od nieznanych elfów, za to w pobliżu ławy zajętej przez krasnoludów.
Będę potrzebował noclegu. Oczywiście – odpowiedział gospodarz. Matka osobiście przygotuje pokój. Czego się szanowny gościu napijesz? Mamy dobre wina. Wina to mam w pałacu. Daj mi zacnego piwa. Do jedzenia to, co zwykle: kukurydza i kasza. AOL lustrował gości. Elfy zachowywały się trochę zbyt głośno, jak na zwyczaje ich rasy.
Za to krasnoludy siedziały w niezwykłej dla nich ciszy. Elf wytężył wzrok i zorientował się, że goście na ławie obok mają nie lada problem do rozwiązania. Przeszukują kieszenie, tobąki, sakwy w poszukiwaniu miedziaków, za które mogliby kupić kolejne dzbany piwa. Gdy karczmarz zjawił się z wypełnionym zimnym piwem pszenicznym kuflem, elf zapytał: Czy krasnoludy do tego stopnia zbiedniały, że nie stać ich na piwo? Czy ceny masz, szanowny Benku, tak wysokie? Gdzie mi tam wysokie ceny dyktować, kiedy w okolicy knajp prowadzonych przez ludzi cała masa. Krasnoludy wszystko, co mieli do sprzedania sprzedali, a przychód na owoce i warzywa wydali. Zrobili to tak uczciwie, że nie mają na nic innego. Tu gospodarz ściszył głos. Pewnie będą się rozmnażać.
Co? – zapytał zaskoczony elf. Normalnie to krasnoludom mięso wystarczy, a im bardziej łykowate i twarde, tym lepiej. Ale od czasu do czasu kupują warzywa i owoce. Wieść niesie, że to dla ich samic, co to w ciąży są. Elf się nie odezwał, więc gospodarz skłonił głowę i oddalił się do kuchni pilnować, by kukurydza zbytnio się nie rozgotowała. Rozmnażanie krasnoludów było skrzętnie ukrywaną tajemnicą, a AOL wyobraził sobie, że gdyby rozwiązał ten sekret i napisał traktat na ten temat, rozsławiłby swoje imię. Ktoś kiedyś za setki lat wspomni o AOL-u, który poznał tajemnicę krasnoludów. Niech zatem tak się stanie. Do stołu podeszła elfka z miską strawy, a AOL wstał i ucałował ją na powitanie w oba policzki.
Banitka pozostała nadal jedną z nich. Kucharką, której kunszt wielu mile wspominało. Uelo, mam prośbę. Poślij ode mnie tym krasnoludom po karafce gorzałki na brodę. Wydają się być w potrzebie. Elfka uśmiechnęła się i skinęła głową. Jeszcze jedno. Kim są te hałaśliwe elfy? – zapytał AOL, zanim gospodyni się oddaliła. Panie, jeżeli możesz, zaniechaj dociekań.
Jeżeli ci przeszkadzają. Nie przeszkadzają. Jeżeli odpowiedź na to pytanie miałaby wam sprawić przykrość, to nie chcę wiedzieć. AOL zajął się posiłkiem i zgodnie z obietnicą nie zawracał sobie głowy towarzystwem z drugiej strony sali. W pewnej chwili usłyszał, jak stawiający na stole dzban z piwem Benek poprosił ich, by zamknęli mordy. Potem coś jeszcze dodał, a kilkoro par oczu dyskretnie zerknęło w stronę AOL-a. Na elfa spoglądały nieufnie również krasnoludy. Nie ruszyli postawionych przed nimi flasz z gorzałką. Długo szeptali między sobą. W końcu jeden z nich podszedł do stolika elfa, skłonił lekko głowę i rzekł: Chciałbym się dowiedzieć, czemuż to szanowny pan zaszczyca skromną kompanię krasnoludów tak wykwintnym poczęstunkiem?
AOL, nie ruszając się z miejsca, skłonił głowę. Z życzliwości do szanownych panów – odpowiedział. Krasnolud stał bez ruchu i rozmyślał. Proszę wybaczyć, ale taka życzliwość to nieczęste zdarzenie. Zazwyczaj szanowne elfy unikają bratania się z jakimikolwiek przedstawicielami obcych ras. I ja również nie zamierzam się bratać. Widziałem jednak, jak podle zostaliście wykorzystani przez ludzi dla mnie pracujących i jak niekorzystne transakcje zmuszeni byliście zawrzeć. Wstyd mi z tego powodu. Dlatego postanowiłem wam to zrekompensować. Twarz krasnoluda pojaśniała.
Oto miał wyjaśnienie, które pozwoli mu bez ujmy na honorze skorzystać z poczęstunku. Niestety ludzie strasznie panoszą się ostatnimi czasy. Dziękujemy. Dziękujemy zatem, szlachetny panie i poczęstunek przyjmiemy. Wrócił do kompanów, którzy lekko skłonili głowę w kierunku elfa i odkorkowali butelki. AOL z obojętną miną sączył piwo i wyglądał jak każdy pogrążony w myślach, wyniosły przedstawiciel swojej rasy. Tymczasem krasnoludy opróżniły butelki i zbliżał się czas, gdy tradycyjnie powinni zająć się śpiewaniem lub szczylaniem wijatyk. Ani w jednym, ani drugim elf nie chciał uczestniczyć. Wstał zatem od stołu i gestem przywołał gospodarza. Podszedł do ławy krasnoludów i wskazał wolne miejsce.
Szanowni panowie pozwolą, że dosiądę się na chwilę przed udaniem na spoczynek. Domówię mocnego piwa. Ależ oczywiście, zapraszamy. – uśmiechnął się szeroko krasnolud. Nazywam się Grum. Tam siedzą bracia moi: Elum, Harek, Stypil i Grezik. AOL. – powiedział AOL, któremu było wszystko jedno, jak nazywają się jego nowi kompani. Roboczo nazwał ich Krasnolud Jeden, Dwa, Trzy i ten, z którym zamierzał rozmawiać. Pogadali trochę o pogodzie i żenujących cenach kopalin.
Ja też mam pewien problem, który mnie nurtuje. Nie mam pomysłu, jaki prezent sprawić nowonarodzonemu elfowi. U was i u nas narodziny to wyjątkowe wydarzenie. Może mi panowie coś poradzą? Biesiadnicy popatrzyli niepewnie jeden na drugiego. To już się krasnoludy nie rodzą? Zapytał Eol. Jeżeli tak jest, to wybaczcie moją niegrzeczność. Wstyd nie pozwala mi z wami dłużej siedzieć. Chociaż chciałem zamówić posiłek, udam się na spoczynek.
Ależ nie! Zaprotestowali chórem. Oczywiście, że się rodzą. Cała masa krasnoludów rodzi się w grotach codziennie. No nie codziennie. Nie przesadzaj. Grum uniósł dłoń w górę i powstrzymał rodzącą się awanturę. Nie obraziłeś nas, drogi elfi przyjacielu. To nie są proste sprawy. Zostań z nami, może uda nam się ci pomóc.
No to i ja wam pomogę. Podobno potrzebujecie warzyw i owoców. Nie brakuje nam tego w zamku Aby. W oczach Gruma pojawiły się łzy. Dziwnych rzeczy jesteśmy świadkami. Elf, który pomaga. Już miał rzucić się i uściskać Eola, ale ten dostrzegając jego zamiar wstał i zawołał karczmarza. Uściskanie kogokolwiek w pasie nie jest godne krasnoluda, a dotykanie elfów nie jest miło widziane przez dotykanych. To jak, który z was zostanie ojcem? Zapytał z uśmiechem Eol po tym, jak udał, że pociągnął długi łyk z kufla.
Nikt z nas niestety – odrzekł jeden z krasnoludów, wyraźnie zasmucony. O, to ciekawe. Zatem siostra? Zaryzykował elf. Nie mamy sióstr. Padła szybka i nieprzemyślana odpowiedź. No, inny brat zostanie ojcem. Zafrasował się Eol. Brat zostanie matką – stwierdził jeden z krasnoludów, zanim dostał szturchańca w żebra i kilka kopów pod stołem. Kiedy milczenie się przedłużało, Eol rzekł: dobra gorzałka w tej knajpie?
Czy skończyliśmy rozmowę i warto iść spać? Zamów po butelce i gadajmy dalej – zadecydował Grum. A wyjaśnicie tajemnicę brata, którego nie ma wśród was, a zostanie matką? Obietnica dostarczenia warzyw i owoców zostanie dotrzymana? Daję słowo. Musieli przerwać rozmowę, bo zrobiło się zamieszanie. To gospodarz na kopach wyrzucał z karczmy kompletnie pijanych elfów zajmujących sąsiednie stoliki. Eol spojrzał na niego surowym wzrokiem. Był tolerancyjny, ale na takie traktowanie pobratymców nie mógł się zgodzić. Gospodarz dostrzegł jego niepokój.
Wybacz panie, że musiałeś być tego świadkiem. Podszedł do stolika, gdy usunął w mrok nocy wszystkich niepożądanych już gości. To nie elfy, tylko bogata młodzież ludzka, która z sobie tylko wiadomych powodów przebiera się za naszą, za starszą rasę. Nie mogę pogardzić ich pieniędzmi. Może to i wstyd, ale pecunia non olet, jak mawiał... Nie mógł sobie przypomnieć, który ze starożytnych elfów mógł być autorem tej sentencji. Na stole pojawiły się flaszki, a krasnoludy, już kompletnie pijane, wychyliły kolejne kubki mocnego trunku. Wtedy to Eol poznał jedną z najbardziej ukrywanych tajemnic. Raz na jakiś czas wśród krasnoludów następuje zamieszanie. Niektórzy z nich zaczynają się zmieniać.
Rodzina zamyka takiego nieszczęśnika w osobnej komnacie, a on przechodzi transformację gender. Gdy się to dopełni, mężczyźni z innych rodów mogą odwiedzać przemienionego i odbyć z nim gody. Co roku na świat przychodzi jedno dziecko, które oddawane jest na wychowanie starszym, niepłodnym już przemienionym, tak zwanym Baba. Istoty owe do końca swych dni zajmują się dziećmi. Eol słuchał tej coraz bardziej bełkotliwej opowieści. Dopytał jeszcze, po co są te warzywa. W odpowiedzi usłyszał, że krasnoludy, które dostarczą ich jak najwięcej, mają pierwszeństwo w odbyciu godów. W końcu towarzystwo posnęło oparte o ławy i skulone w kątach. Eol wstał i udał się do swojego pokoju. Rano po gościach nie było śladu, a stara elfka na pożegnanie wręczyła mu niewielkie pudełko.
Krasnolud prosił, żeby ci to oddać. Mówił, że Baba, co się opiekują dziećmi, dają im coś takiego, więc może to będzie dobry prezent i dla małego elfa. No i powiedział, że jutro rano przyjadą do Aby po obiecane plony. Eol z niepokojem skonstatował, że od tej pory warzywa w jego umyśle nabiorą nowych skojarzeń. Wybacz Loelu, że tak długo mnie nie było. Mam nadzieję, że się nie niepokoiłeś. Elf spotkał na korytarzu zamku swojego przyjaciela. A wychodziłeś? Tak. Spędziłem noc w gospodzie, pijąc piwo i wódkę.
Nie uwierzysz. Spotkałem tam ludzi przebierających się za elfy. To obrzydliwe. Poznałem również tajemnicę rozrodu krasnoludów. A to po stokroć obrzydliwe. Jak zwykle przyjacielu masz rację. Dlatego oszczędzę ci szczegółów. Dziękuję za zrozumienie. Jeżeli o czymś nie wiem i nie odczuwam z tego powodu żadnego dyskomfortu, to po prostu nie potrzebuję tego wiedzieć. Znakomicie to ująłeś.
Sam to wydumałeś? Nie, skądże. Król Aer z pierwszej dynastii. Dni mijały niespiesznie i nie różniły się niczym od siebie. Może robiły się coraz krótsze, co świadczyło o zbliżającej się jesieni. Pewnego ranka Loal wpadł do komnaty Aola bardzo podniecony. Jego przyjaciel ostatni raz widział go w takim stanie ponad 300 lat temu, ale nie pamiętał, o co wtedy chodziło. „Cóż cię tak poruszyło, mój drogi?” – zapytał z troską. „Nie uwierzysz. Doszły mnie wieści, że nasz stary znajomy Ualel na przyjęciu z okazji narodzin ma opowiedzieć dowcip, którego nikt jeszcze nie zna.
A narodziny są już niedługo”. „To zdecydowanie uświetni ten dzień” – ucieszył się Aol. „Ja też mam prezent dla dziecka. To krasnoludzki artefakt. À propos krasnoludów. Od czasu twojej wycieczki codziennie pojawiają się pod bramą i chcą, by im dawać warzywa i owoce. Podobno im to obiecałeś. Założyłem, że to prawda, ale wiem, że ta obietnica nadwyręża nasze zapasy”. „To nadużycie. Nie dawajcie im już nic więcej.
Chciałem im pomóc. Ta ich bieda jest zasmucająca”. Loal pomyślał chwilę, po czym zapytał: „Powiedz mi coś o tym. Może w naszych kręgach znajduje się rozwiązanie tego problemu”. Kiedy Aol podzielił się swoimi troskami z przyjacielem, ten zamknął się w swojej komnacie i długo wpatrywał się w szklaną kulę. W końcu wybiegł na korytarz, gdzie zastał przechadzającego się druha pogrążonego w jałowych rozmyślaniach nad tematem, który już wiele, wiele razy przemyślał. Tak wiele, że zapomniał, do jakich doszedł wniosków. „Znalazłem! Znalazłem smoka w odległej krainie” – zakrzyknął. „Mieszka w grocie koło grodu Krakoła.
Co prawda nie gromadzi złota i drogich kamieni, za to gustuje w dziewicach i owcach. Jedne zjada, inne albo odwrotnie”. „To znakomicie. – Aol uściskał druha. – Może uda nam się go odpowiednio wytresować. Splądruje kilka wsi, zgromadzi skarby i ulży losowi krasnoludów. Zatem ruszajmy”. „Poczekaj. Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”. Zbierali się niespiesznie, ale skrupulatnie.
Zajęło im to kilka tygodni, a kiedy byli już gotowi i stanęli na placu, Loal po raz ostatni zerknął w swoją kulę, po czym pokiwał głową i rzekł: „Już za późno. Smok jest martwy. Wydaje się, że otruli go nieświeżą dziewicą”. Długo się jednak tym nie martwili, gdyż następnego dnia urodziła się elfia dziewczynka. Miesiąc później zamek Aby świętował. Elfy witały na świecie małą Elę. W sali wielkiej zgromadziły się wszystkie znaczne i poślednie elfy. Mieli poznać nowego członka społeczności. Musieli jednak na to poczekać, bo małą zajmowali się obecnie magowie i kapłani. Jak głosiło prawo, każdy noworodek musiał być poddany serii obowiązkowych błogosławieństw i rutynowych przeciwzaklęć uodparniających na klątwy i uroki.
Loal jako zwolennik amuletów i talizmanów podchodził sceptycznie do tych praktyk. Zwłaszcza że w niektórych rytuałach używano rtęci i cząstek homunkulusów, co jak sądził, mogło prowadzić do wielu upośledzeń, z krasnoludyzmem włącznie. Aol zbliżył się do kołyski i z drewnianego pudełeczka wyjął prezent. Była to bańka przypominająca kroplę wody zrobiona z jakiegoś miękkiego bursztynu. Tak przynajmniej sądził. Ostry koniec kropli wbudowany został w gardę. Po drugiej stronie znajdował się uchwyt w kształcie kółka. Aol wręczył dziewczynce prezent. Ta natychmiast wsadziła go sobie do ust i nie chciała oddać. Podarunek nazwany Smoczek ucieszył również młodą mamę.
Gdy osusek stawał się nazbyt hałaśliwy i nieznośny, nie musiała go już poić magicznym naparem lub rzucać czar snu. Dzięki temu dziecko o wiele dłużej niż jego rówieśnicy mogło się bawić i doświadczać otaczającego świata. Było niemalże tak aktywne jak jego ludzcy rówieśnicy, co dało niezwykły rezultat. Dość powiedzieć, że to ta mała Ela, buszując w laboratoriach Loela, wymyśliła proch. Od tamtej chwili świat nie był już taki jak przedtem. Co nie zmienia faktu, że każde wydarzenie, które się zdarza, powoduje, że świat się zmienia. Ale to już zupełnie inna historia. Tomasz Fąs, „CajberDżokej i nowe spojrzenie”. Przywódca egoteistów poszukiwany listem gończym nadal pozostaje na-- Za stworzenie zagrożenia dla zdrowia lub życia kota domowego został skazany na pięć lat pozbawienia, szerzej pod pseudonimem CajberDżokej opuścił Miejski Szpital Psychiatryczny pod opieką przedstawicieli organizacji dwuwymiarowców. Kontrowersyjny inżynier nadal posiada znaczne aktywa w obszarze.
Osada, jedna z co najmniej kilku, jakie zajmowali obecnie dwuwymiarowcy, była czymś kompletnie absurdalnym z mojej dotychczasowej perspektywy. Domy, właściwie szałasy złożone z drewna i wszelkich odpadów cywilizacyjnych Przepełniających opuszczone osiedla, luźno poupychano między wciąż rosnącymi drzewami. Nigdzie nie było dostępu do sieci. Ich własne, na kolanie składane generatory prądu zmiennego o bliżej niesprecyzowanej częstotliwości zasilały chyba głównie oświetlenie i jakieś przedpotopowe urządzenia AGD. Posiłki gotowali nad ogniem. Siedziałem i beznamiętnie wpatrywałem się w przestrzeń. Tym razem jakoś tak bardziej. Powietrze śmierdziało od grzybów i roślinności. Mrówki i komary nie dawały żyć. Ptaki i silniki w generatorach całkowicie zagłuszały strumień myśli.
W dodatku musiałem uważać, by w przypływie emocji nie wyrządzić szkody żadnemu zwierzęciu, ponieważ skrzywdzenie jakiejkolwiek istoty żywej stanowiło od dawna czyn prawnie zakazany i karany surowo. To wszystko było okropne. Okropne, lecz prawdziwe. Bardzo się starałem, aby unikać paranoicznego sposobu myślenia. Niemniej kamery i inne urządzenia monitorujące rozmieszczone pomiędzy drzewami były faktem. Sam czasem takie montowałem na zleceniach publicznych. W zasadzie nie stosowano tu na mnie żadnej terapii. Zioła, które czasem dostawałem do wypicia, nie wydawały się mocniejsze od kawy czy piwa. Niemniej z bliżej niezrozumiałych powodów odczuwałem wyraźną poprawę. Uspokajałem się.
Moje nerwicowe kompulsje mijały, a nawet przestawałem kwestionować prawdziwość czegokolwiek. Można by to uznać za paradoksalne, ponieważ zajmowali się mną ludzie, którzy właśnie kwestionowanie rzeczywistości uczynili swoją ideologią przewodnią. Rzeczywiście, z perspektywy leśnego obozu tamten świat zrobiony ze specjalistycznych stopów metali, kompozytów inżynierskich i układów półprzewodnikowych zdawał się jakby mniej autentyczny, udawany. Nawet projekcje komory wirtualnej bardziej mnie do siebie przekonywały. Trudno powiedzieć dlaczego. Dlaczego właściwie tutaj trafiłem? Jakoś do tej pory nie było okazji zapytać. Przypuszczam, że na skutek dość obszernej współpracy w zakresie instalacji sprzętu organizacja dwuwymiarowców została oficjalnie uznana za mojego pracodawcę i jako taka miała prawo objąć mnie swoją prywatną opieką medyczną. Skoro nie oponowałem i nie było nikogo innego, kto mógłby decydować za mnie podczas niedyspozycji mentalnej. Do pomieszczenia wszedł Wolter.
To były jego pierwsze odwiedziny w tym miejscu, o ile dobrze pamiętam. Doszły do mnie informacje, że pan już czuje się lepiej. To świetnie. Ciekawe jaką drogą. Ktoś tu umie nadawać znaki dymne? Och, nie jesteśmy aż tacy zacofani. Sam pan wie najlepiej, ile sprzętu niedawno kupiliśmy. No ale tutaj to jest sanatorium, proszę pana. Rzeczywiście w tym miejscu staramy się ograniczyć promieniowanie elektromagnetyczne do minimum. Serio?
Myślę, że te prymitywne generatory sieją bardziej niż niejedna antena. Skwitował moją sugestię wymownym milczeniem. Po chwili jednak dodał: punkt podłączony do sieci umieściliśmy jakiś kilometr stąd, dobrze ekranowany. Czułem się już na tyle dobrze, że pozwolili mi samemu spacerować po okolicy. Postanowiłem zatem obejrzeć sobie to ich centrum komunikacyjne. Musieliśmy być blisko cywilizacji. Wnioskowałem to po ilości kamer, czujników i wszelkiej sprzężonej z roślinnością cybernetyki. Wszystkie drzewa stały dość równo, a ścieżki między nimi były oczyszczone z konarów oraz zbyt wysokiej roślinności. O mało nie potknąłem się o kosiarkę na bieżąco monitorującą stan zachwaszczenia. Co jakiś czas widywałem też leśniki, roboty kroczące przeznaczone głównie do tego, aby obezwładniać agresywne zwierzęta i organizować ich transport w głębsze części Wszechlasu.
Uczyli mnie o tym jeszcze podczas studiów. Bardzo dużo wysiłku włożono w oprogramowanie, które dawało pewność, że żadne zwierzę nie zostanie skrzywdzone podczas interwencji. Pomiędzy drzewami prześwitywał mi już niewielki budynek stacji łączności, kiedy z innej strony wyłoniły się dwie postacie mężczyźni o twarzach nieskalanych nadmierną refleksją i muskularnych sylwetkach, ubrani w ciemnozielone stroje sportowe. Na ich bluzach widniały wytłuszczone hasła "Obrońcy cywilizacji", "Precz z zacofaniem" i "W obronie rozumu ludzkiego". Te, coś za jeden? Zagadnął mnie pierwszy z lewej. Chyba nie z tamtych. A nie, skąd? Odparłem intuicyjnie. Tak sobie na spacerek wyszedłem.
No to uważaj, bo tam głupki się gnieżdżą. Mózgi piorą. Ale spoko, już niedługo. My tu zaraz zrobimy porządek. Znaczy w obronie cywilizacji? Zagadnąłem. Czyli jak rozumiem poprzez dyskurs. Spojrzeli się na mnie ni to podejrzliwie, ni to szyderczo i poszli w swoją stronę. Niestety kierowali się na osadę, z której wyszedłem. Uznałem jednak, że co by się nie działo, najważniejsze w tym momencie było nawiązanie łączności z resztą świata.
Stacja łączności była kompletnie zdemolowana. Z pewnością brakowało tam wielu elementów oprzyrządowania. To, co zostało, było połamane, a miejscami nawet nadtopione jakimś palnikiem. Kawałek dalej znalazłem operatora tych urządzeń z pobitą twarzą i przywiązanego do drzewa za pomocą szarej taśmy. Ktoś nadrukował na nim kilka napisów w stylu „precz z prymitywami” albo „kultura, wiedza, cywilizacja”. Powoli dochodziła do mnie powaga całej tej sytuacji. Zaczynałem się na serio wkurzać. Już nawet nie o ten sprzęt czy pobitego nieszczęśnika. W sumie dobytek organizacji i los jej członków niespecjalnie mnie wówczas obchodził. Czułem się natomiast głęboko skrzywdzony tym, że jakaś paramilitarna grupka zbrojnie ingeruje w mój azyl, niechybnie starając się zaburzyć z takim trudem ostatnio osiągnięty spokój umysłu.
Zastanawiałem się, co mogę zrobić w tej sytuacji. Przypuszczałem, że w okolicy może być ich więcej, ale nawet dwóch uzbrojonych mięśniaków stanowiło zagrożenie dla niewielkiej w sumie osady ludzi o usposobieniu raczej pacyfistycznym. Na terenie zabudowanym wystarczyłoby po prostu zawiadomić odpowiednie służby. Prawdopodobnie napastnicy zostaliby zatrzymani już podczas pierwszego aktu wandalizmu. Jednak tutaj świadomie i celowo pozbawili nas przypuszczalnie jedynych narzędzi komunikacyjnych w okolicy. Pod jednym z drzew zauważyłem budkę do ręcznej konfiguracji leśników i podobnych urządzeń lokalnych. Złamanie zabezpieczeń nie stanowiło specjalnego problemu. Wyraźnie obsługiwały to wszystko osoby o bardzo podstawowej wiedzy technicznej. Niestety system leśny nie chciał mi udostępnić połączenia z siecią globalną. Wezwanie pomocy nie było zatem możliwe.
Podczas tego dłubania pojawił się jednak inny pomysł. Leśniki, co podkreślano we wszystkich oficjalnych komunikatach, jak również w dostępnej na miejscu instrukcji, miały na celu traktować większe zwierzęta odpowiednimi dawkami łagodnych substancji usypiających. Docelową bazę zwierząt można było na bieżąco aktualizować. Do tego zresztą głównie służył ten cały interfejs. Przy odrobinie kreatywności dało się wprowadzić sylwetki leśnych chuliganów jako takich właśnie zwierząt agresywnych. Ich umundurowanie było na tyle charakterystyczne, że system nie powinien pomylić wandali z żadnym innym przypadkowym przechodniem ani dwuwymiarowcami. Po zatwierdzeniu instrukcji leśniki powinny dobrać optymalną dawkę środków usypiających, obezwładnić naszych oprawców, a następnie już z automatu zawiadomić odpowiednie służby o potrzebie wywiezienia zdobyczy w bezpieczne miejsce. Ledwie zatwierdziłem niezbędne instrukcje, kilka robotów ożyło. Przeskanowały teren czujnikami optycznymi i pognały w kierunku osady. Gdy wróciłem, było już chyba po wszystkim.
Grupka wyraźnie zaaferowanych dwuwymiarowców chowała się za budynkami. Jeden leśnik na skraju osady skanował okolicę, a dwaj bandyci z bronią przy otwartych dłoniach leżeli nieprzytomni na ziemi. Obok jednego stał Wolter. „No, tośmy zbirów usiekli” – wykrzyknąłem na powitanie. – „Śpią słodko jak niemowlaki”. „Cyber! Oni nie żyją” – odkrzyknął mi przerażony gospodarz. Jak się okazało, miał rację. Zupełnie nie wiedziałem, jak to się mogło stać. Środek usypiający miał być całkowicie bezpieczny.
Nie było mowy, aby system źle dobrał dawkę lub substancję, zaś celowe zabijanie choćby zwierząt od dawna było całkowicie zakazane. Albo doszło tu do wyjątkowo nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, albo coś było bardzo, bardzo nie w porządku. Czym prędzej oddaliłem się z miejsca zdarzenia. Miałem wielką nadzieję, że policja uzna zajście za nieszczęśliwy wypadek, ale tak czy inaczej zdecydowanie lepiej, aby mnie przy tym wszystkim nie było. Poszukując między drzewami drogi bezpiecznego dojścia do obszaru nieco bardziej cywilizowanego, zupełnie przypadkiem zobaczyłem niewielką polanę. Na jej skraju grupa cybernetycznych leśników stała przy usypanym stosie martwych zwierząt. Powolnymi ruchami roboty ładowały kolejne sztuki na pokład stojącej pośrodku polany autonomicznej platformy latającej. „Coś zdecydowanie jest nie tak z tym światem” – pomyślałem, obserwując zdarzenie. I cóż, proszę państwa, kolejna odsłona Akademii Wszelkiej Fikcji właśnie stała się przeszłością. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi i innym autorom w dzisiejszej odsłonie AWF-u.
Tradycyjnie zapraszam państwa na przyszły tydzień, na przyszły piątek. A teraz już dobrej nocy, dobrego weekendu, dobrego tygodnia. Do usłyszenia.
[03:02:41] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.