Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zacząłem widzieć różne światła, różnokolorowe, w grupach po dwa, trzy i cztery. W sporej odległości wydawały się być ode mnie. Zagadkowe obiekty.
Strasznie intensywne, potężne, niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby to było... nad chmurami było jakieś ognisko tego światła. Ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często, nie? Takie coś zobaczyć. Tajemnicze istoty.
To była czarna postać, cała cienista. Ja byłam tak przerażona, jak to zobaczyłam. Ja się normalnie trzęsłam ze strachu. Niezwykłe wizje. Przestałem być osobą wierzącą, a zostałem osobą posiadającą wiedzę. Ja nie wierzę w to, że jest życie pozagrobowe, tylko ja to wiem, bo tam byłem. Klątwy.
Jakby na pentagramie taka bestia była. Po tej całej akcji, no, strasznie się w życiu mi zaczęło źle się dziać. Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znowu widzę to światło. Wstaję z łóżka, idę i widzę postacie, ale czuję jakąś grozę sytuacji.
Biegnę i krzyczę do męża: "Strzelaj!" "Mówią świadkowie" w Radiu Paranormalium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Witam wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie i zapraszam na długo wyczekiwany i bardzo wyjątkowy, setny odcinek podcastu "Mówią świadkowie".
Dzisiejszą audycję w całości wypełnią relacje o spotkaniach z żywym folklorem i wysoką dziwnością, z małą szczyptą UFO. Przystępuję do montowania tego odcinka, mimo iż jedna z zapowiedzianych przez moich rozmówców korespondencji jeszcze do mnie nie dotarła. Cały czas czekam na obszerne opracowanie od jednego z użytkowników Wykopu. Mimo to jednak uznałem, że zebrane i obrobione ponad dwie godziny naprawdę mocnego materiału proszą się, żeby je już w końcu opublikować.
Dodam jeszcze, że część z naszych dzisiejszych rozmówców miała już okazję gościć we wcześniejszych odcinkach podcastu "Mówią świadkowie". Zanim zaczniemy prezentację relacji, pozwolę sobie zadać Państwu pytanie: jak zapatrujecie się na pomysł stworzenia osobnego cyklu podcastów z korespondencją tekstową? Byłaby to taka odnoga cyklu "Mówią świadkowie", w której będą się ukazywały listy właśnie. Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o tym pomyśle.
A skoro mowa o listach, to na początek proponuję, abyśmy zajrzeli do naszej radiowej skrzynki e-mailowej. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium we wrześniu 2024 roku. "Wysłuchałem odcinek czterdziesty trzeci programu 'Mówią świadkowie'. W tym odcinku pojawiło się coś, czym sam chciałbym się podzielić. W latach dziewięćdziesiątych miałem bardzo nieprzyjemne doświadczenie. Podczas snu coś usiadło mi na piersi i próbowało mnie dusić. Byłem całkowicie sparaliżowany.
Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego, jednak udało mi się jakoś wyzwolić ręce i zacząłem siłować się z tym czymś. Jednocześnie zacząłem to wyzywać, przeklinać i byłem absolutnie pewien, że je pokonam. Ostatnio przeżywam bardziej duchowy okres i przypomniałem sobie to zdarzenie. Zastanawiam się, co to było?
Jak to nazwać? Miałem wtedy wrażenie, że ta postać miała około jednego metra wzrostu. Była szaro-czarna, silna i dość masywna. Jakiś czas temu zacząłem się zastanawiać, do czego można by ją porównać. Długo myślałem i nagle przyszło mi do głowy: wyglądało to jak ludzik z logo Michelin. I dzisiaj słucham ten odcinek i w dziewiętnastej minucie i czterdziestej sekundzie mówisz właśnie o tym znaku. Czyli innym też się to przytrafiło. Niesamowite. Przypadek? W tamtym czasie byłem w bardzo złym stanie psychicznym. Zastanawiam się, czy mogło to mieć jakiś związek."
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w czerwcu 2024 roku. "Od razu zaznaczam, że nie wiem, czy to, co widziałem, wydarzyło się naprawdę, ale skoro po blisko trzydziestu latach nadal to pamiętam, to musiało wywrzeć na mnie silne wrażenie. Co więcej, właśnie przez to doświadczenie skrzaty stały się moim ulubionym zagadnieniem z pogranicza obok UFO. Z tego też powodu kupiłem ostatnią książkę Arka Miazgi. Znalazło się tam kilka historii o skrzatach. Do rzeczy.
Kiedy byłem mały, często budziłem się w nocy. Spałem wtedy w małym pokoju, a mama w dużym. Budził mnie hałas przypominający typowe imieniny: wrzawa pijanych wujków, muzyka, zapalone światła. Podchodziłem wtedy do futryny, bo drzwi nie było ani w moim, ani w dużym pokoju i zerkałem, co się dzieje. Ku mojemu zdziwieniu widziałem skrzaty. Bawiły się, tańczyły, śmiały.
W tle grała muzyka, migały kolorowe światła. Stałem i przyglądałem się temu po cichu, ukradkiem, ale one mnie widziały. Patrzyły na mnie i uśmiechały się. Można zapytać, dlaczego po prostu tam nie poszedłem? Sam się nad tym zastanawiałem.
Czułem jednak dziwny, trudny do opisania lęk. Coś jak wewnętrzny zakaz, jakby mama surowo zabroniła mi tam wchodzić i ja podświadomie wiedziałem, że nie wolno. Przy samej obserwacji nie czułem strachu, raczej fascynację i ciekawość, ale mimo to wiedziałem, że nie mogę tam wejść. Po prostu nie. Następnego dnia zawsze pytałem mamę, czy w nocy ktoś był, bo przecież była muzyka, światła, gwar. Mama za każdym razem odpowiadała, że nic nie było, że to mi się przyśniło. Nigdy też nie znalazłem żadnych śladów, że coś się działo. A przecież trudno sobie wyobrazić, żeby mama po nocy wszystko posprzątała. To dziwne wydarzenie powtarzało się kilkukrotnie, aż w końcu jakoś naturalnie zanikło."... Materiał stworzony w oparciu o korespondencję od słuchaczki z Krzeszowa z października 2023 roku. Krzeszów od wielu już lat słynie z opowieści o tajemniczym diable, który miałby zamieszkiwać miejscowe lasy. Wiele z tych historii przekazywanych jest z pokolenia na pokolenie, a ich autorami są nie tylko starzy mieszkańcy, ale także dzieci, które dorastały w cieniu lokalnych legend. Od tajemniczych kroków w lesie po zjawiskowe sylwetki. Mieszkańcy Krzeszowa z nutą niepokoju wspominają swoje osobiste doświadczenia związane z tymi niezwykłymi zjawiskami. Jak żywy folklor wpływa na codzienność mieszkańców i co sprawia, że te opowieści wciąż żyją w ich pamięci? Pisze o tym nasza słuchaczka, pragnąca zachować anonimowość.
Wasz cykl o żywym folklorze bardzo przypadł mi do gustu. Postanowiłam więc opowiedzieć trochę o mojej rodzinnej miejscowości, Krzeszowie, która od dawna znana jest z opowieści o tym, że mieszka tu diabeł. Niektóre historie mają setki lat.
Co ciekawe, nawet Isaac Bashevis Singer wspomniał o naszym lokalnym czarcie w swoim opowiadaniu "Upadek Krzeszowa". Tak naprawdę niemal każdy mieszkaniec zna jakieś dziwne, niewytłumaczalne historie, które przypisywane są właśnie temu bytowi.
To część naszej codzienności. Nie robi się z tego wielkiego halo. Nikt specjalnie się nie dziwi. Trochę jak w "Miasteczku" z powieści Kinga. To... każdy coś słyszał, coś widział, ale ludzie przyjmują to ze spokojem. Do najczęściej przytaczanych opowieści należą między innymi tajemnicze kroki w lesie, przypadki splątania, czyli nagłej dezorientacji, a także różne postacie, które ludzie rzekomo widywali: od złowrogiego czarnego psa po krasnala.
Mówi się, że diabeł potrafi mieszać ludziom w głowach. Mamy w okolicy mały las, przez który można przejść w dziesięć minut. A jednak zdarzało się, że osoby, które znały go od dziecka, gubiły się tam i nie potrafiły znaleźć wyjścia. Moja ciocia, dziś już bardzo wiekowa, ale wciąż w dobrym zdrowiu fizycznym i psychicznym, urodziła się w 1928 roku. Od zawsze opowiadała mi, że nie wolno samemu wracać ze szkoły przez tak zwane góry i przez las. W tych miejscach diabeł miał być szczególnie aktywny. Twierdziła, że kiedyś, jeszcze jako dziecko, zobaczyła tam dziwnego, ogromnego psa, który nie miał nóg, tylko sunął nad ziemią. Innym razem mówiła, że widziała w lesie ludzką sylwetkę z mgły, jakby cień, rozmazany kształt człowieka. Z kolei jeden z moich wujków wracał raz przez las i opowiadał, że czuł się obserwowany. Słyszał za sobą kroki, a gdy się odwrócił, nikogo nie było. Jedynie na ziemi zostały wielkie ślady stóp. W lesie tym, a raczej lasku, bo nie jest duży, wiele osób doświadczało uczucia bycia śledzonym. Wspomniany lasek to prostokąt o wymiarach mniej więcej sto na trzysta metrów. Mimo niewielkiego rozmiaru niektórzy potrafili się w nim całkowicie pogubić, nawet jeśli chodzili tam od lat na spacery czy grzyby. Są też inne lokalne podania. Mówi się na przykład o górce, na której słychać wóz zaprzężony w konie, mimo że żadnego wozu tam nie ma. W innym miejscu słychać płacz dziecka.
Gdy byłam w podstawówce, ktoś rozpowiadał, że diabeł zniszczył komuś ogródek. Uprawy były doszczętnie zdewastowane, a właściciel miał nawet zobaczyć sprawcę. Dzieci, w tym ja, straszyły się tą historią jeszcze przez długie lata.
Opowieści są różne, jedne starsze, inne nowsze. Sporo z nich zaczęło się zacierać po wojnie, kiedy ludzie zaczęli łączyć dawne legendy z wydarzeniami z czasów okupacji. Wiele relacji z tamtego okresu jest mieszanką folkloru i rzeczywistych przeżyć. Trudno dziś oddzielić jedno od drugiego, ale przekazy przetrwały.
Zdarzają się też historie bardzo osobiste. Pamiętam, jak moja ciocia ostrzegała mnie, żebym nie wracała sama do domu. Nie tylko ze względu na diabła, ale i przez to, że tam się dzieją różne rzeczy. I rzeczywiście kilka osób z mojej rodziny doświadczyło w tym lasku czegoś trudnego do wyjaśnienia. Przede wszystkim uczucia zagubienia, takiego kompletnego odcięcia od znanej przestrzeni. Dla miejscowych to jasny znak, że coś tam jest.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wiele z tych historii mogło powstać jako forma przestrogi, by dzieci nie chodziły same po lesie, nie wchodziły w niebezpieczne miejsca. Ale mimo wszystko te opowieści mają w sobie coś trudnego do zignorowania. Żyją w ludziach i w jakiś sposób trwają. Zamykamy naszą radiową skrzynkę e-mailową i przechodzimy do prezentacji zgłoszeń, które dotarły do Radia Paranormalium drogą telefoniczną.
W pierwszej z relacji głosowych klasyk żywego folkloru: spotkanie z południcą na Dolnym Śląsku. Posłuchajmy. Moja matka obecnie ma pięćdziesiąt sześć lat, czyli to można powiedzieć, było jakieś pięćdziesiąt dwa lata temu. Jak miała cztery do pięciu lat, widziała coś, co ja teraz, po latach, zaszufladkowałem jako południcę, ponieważ to była taka sytuacja, że widziała jakby kobietę, jak ona mówi, jak pannę młodą w takiej białej sukni z welonem, jakby tańczyła po prostu na środku pola w zbożu. I co prawda ja nie mam żadnej takiej głębszej wiedzy na temat folkloru, że tak to ujmę, ale tyle, co do popkultury się przełamuje, to ten opis, można powiedzieć, się pokrywa z tym, co widziała. Mimo że minęło już, no mówię, ponad pół wieku, to do tej pory, jak o tym opowiada, to gęsią skórkę dostaje. Ona nawet sobie nie zdawała sprawy, że to mogło być coś spoza naszej rzeczywistości, że tak to ujmę. I dopiero jak jej powiedziałem, to, to wszystko zaczęło się układać w jedną całość.
No, ja panu powiem, że parę dni temu rejestrowałem podobne zdarzenie, też sprzed około pięćdziesięciu lat niecałych. Mała dziewczynka zbierała sobie kwiatki na polu i no zobaczyła właśnie coś tego typu, taką, taką istotę białą. Nie potrafiła określić płci. Widziała tylko taki jakby biały zarys postaci, białą sylwetkę. Ta istota szła w jej kierunku i to tak tą dziewczynkę przeraziło, że rzuciła te kwiatki w cholerę i pobiegła do domu.
No właśnie! No, nawet dziecko nie zdaje sobie sprawy z tego, co to może być.... dopiero jednak, może nie tyle z wiekiem, ale z czasem przywpadają do głowy jakieś nowe informacje i można powiązać taką dziwną istotę z jakimiś mitami.
To może byłoby za bardzo powiedziane, ale porzekadłami i historiami właśnie z folkloru. Dlatego mówię, ona sobie nie zdawała w ogóle sprawy, co to mogło być, tylko opowiadała, że to było jak panna młoda, właśnie z welonem. I to było jeszcze na takiej zabitej dechami wsi otoczonej polami.
No właśnie, mogę zapytać, jaka to była wieś bądź jaki to był ra-rejon? To pod Głogowem na Dolnym Śląsku. Teraz co prawda tutaj się wszyscy zabudowali na tym terenie, to to było pole, bo to jednak te pięćdziesiąt lat to, to trochę czasu jest. Ale jak tak przeglądałem stare mapy, co prawda to nie były jeszcze takie, nie wiem, jakby to ująć, idealnie z tego okresu, tylko powiedzmy, powojenne, no to trzy czwarte wsi zbudowano dopiero na przestrzeni ostatnich dwudziestu, trzydziestu lat, więc nawet trudno sobie to wyobrazić. Ja mógłbym najwyżej coś tam narysować mniej więcej na mapce. No ale mówię, do tego stopnia ją wstrząsnęło, że tak powiem, że mimo tych pięćdziesięciu lat, to dalej jak opowiada, ona nawet nie zdaje sobie sprawy, że to było coś, no strasznego, że to jakiś demon, a i tak wywołuje u niej taki niezrozumiały strach, taką obawę nawet, jak opowiadała właśnie.
Ale mama wtedy czuła coś od tej istoty? W ogóle zarejestrowała jakieś szczegóły jej wyglądu? Twarzy nie. Żadnych rysów twarzy tylko... Bo to było, ja wiem, dwieście pięćdziesiąt, trzysta metrów, ale to był środek dnia, okolice południa. Słońce ładnie świeciło i było widać jednak tą białą postać. Te białe ubrania, tą białą suknię. Tak się odcinało na linii tego złotego zboża. I dlatego tak po prostu, nie wiem, jakby to ująć, skupiła się na niej. Tylko trudno powiedzieć, czy to przez to, że właśnie się ta biel tak odcinała, czy to coś, ta istota w jakiś sposób chciała się jej szczególnie zamanifestować, żeby zwróciła na nią uwagę. A czy inni członkowie rodziny jakby wspominali o podobnych zdarzeniach?
Nie, nie, nie. Z tego, co mi wiadomo, nie. I nawet na tym terenie to żadne takie porzekadła o południcach i innych typu zbożowych demonach, że tak to ujmę, się nie przewijały. A to po prostu tak powiązałem z tą sytuacją, no bo to, to tak wpasowuje się w kanony takiej popkultury, choćby przez Sapkowskiego w Wiedźminie przekazanej. Co prawda to jest fikcja, no ale jakoś mi się tak skojarzyło. No, fikcja, fikcja, ale jednak inspirowana w jakimś tam stopniu opowieściami ludowymi, tak?
No właśnie tak. No mówię, tyle lat minęło, a nawet teraz, jeszcze wczoraj z nią o tym rozmawiałem. Jest taka poddenerwowana to złe słowo, ale takie wewnętrzne zmieszanie, jak o tym opowiada. Więc jakby to powiedzieć, nawet nie, nie zdając sobie sprawy z tego, co widziała, bo dla niej to nie do końca było coś normalnego, no bo jednak w szczerym polu panna młoda tańcząca w zbożu, ale jednak jakiś wywarło wpływ na, na psychice.
Pozostajemy w domenie klasyków żywego folkloru. Teraz bowiem dosłuchamy historii o koniach, którym jakieś niezidentyfikowane coś zaplatało warkocze na grzywach. Ja zapomniałem. Ja tam gdzieś dopisałem w którymś momencie, bo było o, o tych końskich warkoczach.
Mieliśmy babcię też. To tam ojciec właśnie wracał od tego wujka często. Babcia miała konie i też, też pokazywała nam te warkocze na, na koniu, jakie pozaplatane. To jest naprawdę. To jest fakt, bo tu się zajmowały te konkurencyjne te takimi zjawiskami. Zresztą gdzieś jeszcze mam opis ludzi z YouTube'a, gdzieś fajne opisy właśnie takich samych, identycznych tych zjawisk. Tak zwane zmory, co atakują te konie. Gdzieś tam lustra wieszają. No, tu było ewidentnie stajnia zamknięta na kłódkę. Koń miał pozaplatane tę całą grzywę, tych warkoczyków. No coś niesamowitego. Chciałem do-do-dołożyć.
A ja dysponuję chyba co najmniej jednym zdjęciem takich warkoczyków właśnie na końskim grzywie. No, mówi się, że to koń potrafi sobie sam zrobić, trzepiąc głową. No, jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby taki warkocz koń sobie sam zrobił, tak? Przez przypadek.
Przecież to jest idealnie, pięknie zaplatany te warkocze. Jak koń może sobie zrobić? Zresztą jest dużo opisów w całej Polsce, z różnych rejonów. Tutaj- Zresztą zdarzają się też opisy, gdzie te warkocze pojawiają się w ciągu, no tam paru minut, tak? Tak, dokładnie, dokładnie. Ale tu konkurencja, to tajemnicy miały cały ten o tych warkoczach. Ja tam gdzieś nawet w komentarzu gdzieś tam pisałem, że miałem właśnie przypadek. Znaczy to widzieliśmy na własne oczy, jak nam babcia pokazywała tutaj w wsi nieopodal. A to w różnych rejonach opisują ludzie tak samo, wszystko identycznie. Te konie spocone, zmęczone, pozaplatywane mają właśnie po tym. I wieszali ponoć te lustra, jak zmora się ten zobaczyła w tym lustrze.
Także już był spokój z tym. No, najważniejsze, że, że mam tu też to zdjęcie. Jakieś tam jeszcze chyba jakieś lampy czy coś. Jakieś kokardki były poprzywieszane też w okolicy tego konia. ... Jeszcze były kokardki czerwone. O, tak! Czerwone babcia nam-- widziałeś, widzieliśmy te kokardki. Skąd się wzięły kokardki? W stajni u konia. Były poprzeplatane w tych, w tych, w tych, no, jak to się...? W tych warkoczach?
W warkoczach czerwone kokardki. To mi się właśnie skojarzyło, że jeszcze te czerwone kokardki babcia. Ale to sobie koń sam zrobił, ktoś powie. Tak, tak. Sam- Warkocze se zaplótł i jeszcze kokardki sobie założył.
Takie rzeczy przeżyć. Ja się dziwię, że, że, że dawniej było tyle tych opowiadań jeszcze w tych wsi. Tam mieli dużo ludzi, nie? Może blisko byli z naturą, z tymi siłami natury połączeni. Tam wiele rzeczy się działo. Jak... No, mi się przypomniało, że wujek gdzieś tam widział, jak młócą.
No, normalnie sąsiad młóci zboże, młóci, podchodzi bliżej. Nie ma nikogo. Nie ma nikogo. Takie... bardzo dużo było tych, tych relacji. Zawsze słuchaliśmy z włosami zwierzonymi, ale naprawdę na wsiach to się działo, a teraz nie wiem. W tych miastach- No też, też tutaj pewnie podejście ludzi na przestrzeni czasu się zmieniło do tych tematów. Dzisiaj niby bardziej są ludzie otwarci na, na mówienie o tych zdarzeniach paranormalnych, no ale jednak jest ten, ten taki lęk, że jak się ktoś dowie, to uzna delikwenta za wariata. No. Tak. Także ciągle jeszcze walczymy z tym podejściem.
Ale już nie, świadomość rośnie. Dużo większa jest. Kolejny z naszych dzisiejszych rozmówców przekazał kilka interesujących historii, również wpisujących się w kategorię spotkań z żywym folklorem. Posłuchajmy.
Więc tak, jeśli chodzi o taką chronologię, jeszcze za młodu, za młodych lat, jeszcze jak mój dziadek po prostu żył, to przypominam sobie taką historię, którą nam opowiadał. I też myśmy do końca nie potrafili, że tak powiem, w to uwierzyć, ale to się tyczyło właśnie jakichś tam guseł, wierzeń czy po prostu jakichś tam spraw religijno-demonicznych, związanych po prostu z tym, że opowiadano nam wtedy... Znaczy dziadek mówił, że to nie tyle opowieść, co po prostu prawdziwe zdarzenie, że była jakaś taka historia na wiosce, gdzie dziadek mieszkał. On sam był wtedy, że tak powiem, małym chłopcem, jak chodziło o coś... Dokładnie wszystkich szczegółów nie pamiętam, ale tam chodziło o coś związanego z kradzieżą wapna przez byt. Ja to nazwę byt. Dziadek to wtedy konkretnie określił, że jak to dziadzio mówił: diabł skakał po płotach, no i kradł wapno. Nie wiem dlaczego, nie wiem, o co z tym wapnem do końca chodziło. Wiem tylko tyle, że no, tak ludzie sobie wtedy rozprawiali o tym i informacja poszła po wiosce, żeby po prostu chować to wapno. No bo to wtedy czasy były, jakie były i każdy chował, gdzie mógł i na swój sposób to ukrywał, no. I z tego, co osobiście dziadek mi mówił, to jego dziadek, w końcu mój pradziadek, schował to wapno gdzieś pod snopek siana na polu i gdzieś ten snopek siana bardzo mocno skropił wodą święconą.
I tak zrobiło kilku ludzi z wioski, co spowodowało po prostu, no, oni to-- dziadek to określił jako takie jakby rozłuszczenie go i po prostu jego manifestacje pod postacią właśnie... On to mówi, że jak był mały, to po prostu widział, że takich ni to kot, ni to coś.
Takie czarne, zamgławione latało po płotach. Głównie u tych właśnie, co to wapno pochowali. I jednym z takich właśnie zdarzeń, które po tym mój dziadek opowiadał, że miał, to ta wioska, w której on wtedy żył. Ona była w większości taka porośnięta, no krzakowiny i dom od domu kawałek, bo takie niby to las, ni to jeszcze wioska. Także on do swojego domu od tak zwanej głównej drogi kawałeczek miał. No i żeby dojechać do domu, jechał sobie taką wąską dróżką. No i jak jechał tą wąską dróżką, to opowiadał, że po prostu biegła sarna i on ewidentnie widział, że ona biegnie. I w momencie, kiedy miała przebiec przez tą drogę, po której on jechał, to on mówi, że to ona leciała od prawej jego strony i centralnie, będąc na wysokości tak może z pięciu, sześciu metrów przed dziadkiem, jakby w locie przeskakując przez tą drogę, opowiadał, że ona po prostu zawisła w powietrzu i skręciło jej coś kark. Ona po prostu padła nieżywa centralnie w tym locie przed ten rower. Dziadek się po prostu wtedy bardzo wystraszył i nawet mówi, że nie wie, skąd tyle siły w nogach miał, ale po prostu tym rowerem to tak szybko wracał do domu. Wpadł tylko do tej sieni swojej i do wtedy mojej prababci wpadł w ręce. Nie mógł się po prostu uspokoić, po czym jak się uspokoił, to mówił, że babcia, prababcia moja mówiła mu: "To po coś ty na to patrzył, jak to zły na ciebie tak oddziaływał, że zły cię próbował wystraszyć?". Coś takiego było.
Także to jeśli chodzi o taką najdawniejszą chronologię takich moich zdarzeń, to to właśnie te opowiastki właśnie dziadka były o tych takich wtedy ich to wierzeniach tam na wiosce, że coś takiego się po prostu działo. A można zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście jakaś tam siła zabiła ten sarnę, czy może sarna się o coś zaczepiła tą głową i- Nie, nie, nie.
Ona leciała. To była, to była łąka. To była łąka. Ona z łąki- Aha, czyli, czyli nie było- Ona z łąki wyskakiwała. Po prostu to było tak: była łąka, był rów, droga, znowu rów i znowu łąka. Po prostu tam takie krzakowiny, nie? I tam po prostu nie było niczego. I to, i wie pan, najdziwniejsze w tym wszystkim było to, bo dziadek, jak to opowiadał, to ja zauważyłem, że ja mam tą samą tendencję co dziadek. Jakby pan przy mnie teraz siedział i zobaczył pan moją, moją reakcję organizmu, nie moją mimikę, tylko organizmu. My dostajemy ciarek. Ja dostaję ciarki w momencie, kiedy mówię o rzeczach, które wiem, że mówię z całą świadomością i z prawdą, którą w sobie posiadam, bo dziadek miał to samo.
Dziadek, jak o czymś opowiadał, zawsze miał ciarki, bo mówi on, u niego w ten sposób objawia się to, że on po prostu nie ściemnia, nie kłamie. To, co coś, coś przeżył i tak myśl... Ja wydaje mi się, że mam to trochę po dziadku. Jak opowiadam, to po prostu przy niektórych zdarzeniach mam ciarki na całym ciele. Także tak to wyglądało.... Kolejnym takim zdarzeniem, yy, że tak powiem, jeszcze z tamtej wioski, to było jak, tylko to też nie wiadomo. Mówili, że na wiosce był jeden bardzo zły gość. Po prostu taka menda, po prostu społeczna. Każdemu robił po prostu, no, no, no taki nieprzyjemny typ. To, to ukradł coś, to kogoś tam pobił i taki był po prostu nieprzyjemny jako taki wiejski rzezimieszek czy coś takiego, tak go tam określali. I była taka sytuacja, że on jedyną, można powiedzieć, jedyno, co kochał na świecie, to był jego byk. On miał takiego byka, którego po prostu co wieczór po prostu chodził tam dać mu wody i dać mu tam siana i spać i tyle. I on z tym bykiem całe życie tylko, tylko tego byka miał. Nic więcej nie hodował. No i gdzieś ponoć, kurczę, jak tak dobrze już sobie po, po, pograndził w tej, w tej wiosce, mówi właśnie w to, w okresie jeszcze, bo to mi się teraz przypomniało, w okresie właśnie tego gusła, co tam niebie skakało. On po prostu jednego wieczoru poszedł, bo on w ogóle po tym zdarzeniu, teraz opowiem, on się nawrócił, totalnie się nawrócił, zmienił się po prostu co do ludzi o sto osiemdziesiąt stopni. I chodziło to o to, że no to właśnie tu można nie uwierzyć, że on poszedł dać mu jeść, dać mu pić. I opowiadał później, że zauważył, że coś po oknach skacze. Od, od środka w stajni będąc wiadomo, na zewnątrz były te latarnie i to tak wyglądało, że po prostu on widział, że coś mu przed oczami po prostu miga w tych oknach. I on się z tego strasznie wystraszył i po prostu uciekł do domu. Po czym na następny dzień, jak wrócił do tej obory, tam, gdzie ten byk mieszkał, po prostu znalazł tego byka w żłobie ze skręconym karkiem, z ponoć bardzo mocno poszarpanym ciałem, nie pogryzionym, nie pociętym, tylko poszarpanym, tak jakby go coś po prostu w tej stajni rozdrapało, po prostu. Kark, grzbiet, brzuch wszystko było w... wiem, wnętrzności na wierzchu. I on się wtedy tak strasznie wystraszył tego, tego, tego zdarzenia, że po prostu, no, poszedł do kościoła, wyspowiadał się i zmienił się ponoć totalnie dla ludzi. Także to była też taka rzecz związana właśnie w tamtych, w tamtych czasach, no, tam, gdzie dziadek był tym dzieciakiem, nie?
No, w zagrodach, prawda, różne rzeczy się potrafiły dziać. Mam taką relację w swoim archiwum, gdzie, gdzie po prostu na oczach ludzi przy zamkniętej tej stajni, na oczach ludzi dosłownie coś zaplatało na przykład koniom warkocze, a jak podeszli z, z lampami, to, to tam nic nie było. Miło, mimo że przecież ludzie byli w środku i ten teoretycznie mogliby coś zobaczyć. Sprawca tych ekscesów z końmi. Stajnia była zamknięta, więc teoretycznie też nie miał, nie powinien mieć możliwości sprawca uciec, a jednak, no, coś tam tym koniom robił. Także w stajniach bardzo różne rzeczy się przynajmniej dawniej działy.
Ale w związku jeszcze z tym bykiem, ponoć później chodziło takie przekonanie, że nocami biała smuga chodzi po łąkach, nie? I ludzie mówili, że to właśnie duch tego byka chodzi. No i to się śmiali wszyscy z tego, no nie? No bo to, a to się zdaje, bo to mgła, bo to coś, bo to tamto. Ale tu jest teraz właśnie ta relacja mojego ojca, który no, to, to już lata będzie. No, ja mam trzydzieści sześć, wtedy mogłem mieć może, ja wiem, z osiem lat, sześć lat.
Tata pojechał, po prostu zajmował się wtedy, no, na, na polu, tam bronował takie różne rzeczy, polowe rzeczy po prostu traktorem robił. I już było tak dosyć ciemno w nocy i wiem to z relacji jego i mojego brata, który w tym momencie był z nim razem. Mój brat jest tam piętnaście miesięcy starszy ode mnie, no i troszkę im się, że tak powiem, przedłużyła ta praca, no, w tym polu i tak chcieli do samego końca dociągnąć, żeby bo tam niedużo zostało i mówili, że tak jak długo tam siedzieli, tak szybko bardzo chcieli wracać stamtąd, bo wieczorem właśnie mówi, już robiąc którąś rundkę po tym polu, mówili ewidentnie, że coś na nich biegnie, no nie? I im bliżej to było, tym bardziej przyjmowało właśnie formę takiego zwierzęcia dużego. No i w momencie, kiedy ojciec już praktycznie chciał nawracać, to się zbliżyło bardzo blisko do traktora i jakby skoczyło nad nich i rozpłynęło się w powietrzu. I on mówi, że to ewidentnie była forma jakiegoś dużego stworzenia typu... I on to właśnie powie, że to chyba był ten biały byk, bo po prostu to, no, no skoczyło i rozproszyło się nad nimi. Po prostu bardzo szybko wtedy z tego pola zjechali i byli bardzo bladzi. No, pamiętam to jak dziś, że ojciec był bardzo blady, wystraszony i po prostu, no wiadomo, mógł to być... Ja sobie sam to tak już teraz jako dorosły tłumaczę. Może tuman kurzu, może coś. Tylko że ojciec za bardzo to tak mówił, po prostu wystraszony był bardzo tą akcją i mówił to za bardzo tak, że to się zdarzyło, no nie?
No, tuman kurzu to chyba byłoby wyraźnie widać, że to jest tuman kurzu, a nie na przykład jakaś istota fizyczna. No właśnie, a to było białe. To było białe. Znaczy, to nie do końca było fizyczne. To było coś na formę, że tak powiem, wielkościową, ale to nie było do końca fizycznie namacalne, prawda? No, wiadomo, tylko było to mniej więcej w formie zwierzęcia, które ewidentnie biegło w ich stronę. Także tak to oni to później relacjonowali.
A ojciec, ojciec dostrzegł jakby szczegóły wyglądu tego zwierzęcia, czy tak- Znaczy, no w sensie wielkościowo, mniej więcej gabarytowo. No, wiadomo, ojciec też się wychował na roli, więc, no wie, jak mniej więcej duży jest byk i że tam łeb ma i te rogi i w ogóle, nie? Także wie dokładnie, z czym to się, tak powiem, je.
Także on też, biorąc może troszeczkę pod uwagę, może tą historię, o tym tak sobie to pokojarzył i powiedział, że biały byk na nich biegł, bo dosłownie tak powiedział, że biegł na nas biały byk. A brat to później relacjonował, że no, biegł i później skoczył przed traktorem i nad nami po prostu się rozpłynął, nie? Tak jakby po prostu chciał przeskoczyć przez nich. Także to tak wyglądało.
Kolejny z naszych rozmówców, jeden z tych, którzy mieli już sposobność gościć w audycji "Mówią świadkowie", przekazał mi telefonicznie opisy dwóch zdarzeń z istotami o nieustalonej proweniencji. Zdarzenie z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku, w którym doszło do bliskiego spotkania z małymi istotami przypominającymi szaraki oraz obserwacje niezidentyfikowanej istoty w dwa tysiące dziesiątym roku....Pan wspominał jeszcze coś o innych zdarzeniach, z tego, co pamiętam.
Tak, tak, tak. To możemy do nich przejść. Oczywiście. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku byłem też w Brodnicy i mój dziadek mieszkał na pierwszym piętrze i taki był gzyms. No i my jako tam chłopcy tacy mali, żeśmy na takim gzymsie na pierwsze piętro weszli i patrzyliśmy do sypialni. Tak jak kiedyś były te łóżka, takie z tymi szczytami, te ma-materace i tak dalej. No i była firanka. Okno było otwarte i żeśmy zauważyli, że tak jakby ze ściany wyszło wielkości czterdzieści, pięćdziesiąt centymetrów wysokości szaraki. I one skakały po łóżku u mojej babci. Nie widziałem tego sam. I w momencie, jak nas zauważyły za tą firaną, wbiegły w ścianę i żeśmy o tym, jak już tak dziadek żył, mu powiedzieli, to powiedział, że mamy przewidzenia, że na pewno żeśmy widzieli diabła, bo żeśmy na pewno coś złego zrobili. I tak to się skończyło.
Takie coś żeśmy widzieli. Jeszcze raz może pan powiedzieć, ile was wtedy tam było? Ja i mój kuzyn. I rozumiem, że jak panowie tam później jakby jakoś, nie wiem, rozmawialiście na ten temat- Dzieci byliśmy, chłopcy.
Tak, to wasze wspomnienia, widzieliście dokładnie to samo, tak? Tak, tak, tak, tak, tak, tak. Tak jak rozumiem, klasyczne szaraki, tylko około czterdziestu centymetrów wzrostu, tak? Tak jest. Tak jest. Czterdzieści, pięćdziesiąt centymetrów. Jeszcze w tamtym czasie to nikt nie wiedział o żadnych szarakach. Nas... W ogóle się tymi rzeczami nie interesowaliśmy.
Opowiedzieliśmy, to, to się z nas śmiał, mówi: „O, to diabła, diabełki żeście zobaczyli", nie? A widzieliśmy wyraźnie, jak skakały normalnie po łóżku jak małe dzieci i wbiegły w ścianę. Ale za ścianą tam nic nie ma. Po prostu wbiegły w ś...
za ścianę i więcej żeśmy nic nie widzieli. I wszyscy się już później bali w tej sypialni spać. Żeśmy tam w ogóle nie spali u dziadka, nie, bo to było duże mieszkanie. A ile mieliście tak mniej więcej lat w tym momencie?
Osiemdziesiąty szósty, siedemdziesiąty pierwszy. Piętnaście lat. No to już takie dosyć podrośnięte dzieci, prawda? Takie, takie- Tak, tak. Młodziki. Tak. Skakaliśmy tam po, po drzewach, wszędzie, to żeśmy byli dosyć sprytni, nie? Znaczy do teraz jeszcze dosyć, jak to się mówi, usportowiony. Wiadomo, nikt tam o tyły nie jest. Raczej trzymamy formę wszyscy. Rozumiem, że zarówno pan, jak i kuzyn nie mieliście wcześniej styczności z jakimiś tematami, prawda, ufologicznymi- Nie, nie. Science fiction, paranormalnymi.
W ogóle nic, nic, nic, nic, nic. Nawet nie wiedzieliśmy, że to w ogóle coś takiego jest. Po prostu widzieliśmy to, ale nie było żadnych skojarzeń z tym, że to może być szarak. No, dopiero po czasie, jak ktoś tą prasę czytał i tak dalej. Ja widziałem to też na własne oczy.
No tak, dopiero jak się po latach ogląda czy zobaczy przypadkiem na przykład- Tak. Co w telewizorze jakiś taki obiekt, prawda? Czy taką istotę, to- Tak, tak. Klapka się w głowie otwiera. I ja to też widziałem.
Tak, widziałem, to jestem na to... Bardzo jestem na, sto procent jestem pewien, bo nawet dawałem się w dwa tysiące piętnastym roku u pana Karkowskiego. To jest taki bardzo znany, on już jest teraz na emeryturze, energoterapeuta. On poddaje człowieka hipnozie. On mieszka w Gai Grzmięca. Dlaczego on w ogóle tam mieszka?
Tam był, tak jak jest Stone, Stonehenge w Anglii, ten krąg, to jest w Brodnicy, tak samo koło Brodnicy, w tym Gai Grzmięca jest też taki krąg i on obok tego ma dom postawiony i tylko sam ogród z kwiatami polnymi. On taki jest, no, natura. I on po prostu jest w stanie u każdego stwierdzić, na co jest ktoś chory i tak dalej. Na przykład u mojej stwierdził, że jej tata ma raka, o którym nikt nie wiedział. No i poszedł do lekarza i się okazało, że ma raka. Ja się go pytałem później, czy by mi zobaczył, kim ja jestem. No to on mnie poddał hipnozie. Ten pan Karkowski, Czesław Karkowski się nazywa, i powiedział, że moja dusza jest bardzo stara. Ja byłem kiedyś kapłanem egipskim i po prostu mnie oni, tak powiedział: „oni", ale nie mówił kto, tylko oni zesłali do tej firmy, gdzie pracuje przy samolotach, tam przy tym, żebym oni byli na bieżąco z programami, z technologią. Ja mówię: „Ja nic mu o tym nie mówiłem". On to wszystko jakby to wiedział. No i on mówi: „Ja ci, człowieku, nie gadam głupot. Ja ci dam moc".
„Jaką da pan mi moc?" „Jak pan pojedzie do Hamburga, przyjedzie pan do firmy. Na drugi czy tam na trzeci dzień, jak pan będzie już w firmie, spotka pan na korytarzu szefa i on zaprosi pana do gabinetu i da panu podwyżkę". I tak autentycznie było. Skąd facet wiedział?
Nie wie. Nic mu takiego nie mówiłem. Normalnie spotkałem właściciela firmy. Mówi: „Pani... pan tu przyjdzie" i dostałem podwyżkę. Nic nie wiem. No tak, taką moc mi dał. No, takie, takie w sumie to jest takie też miejsce mocy, to, co on tam sobie zorganizował, prawda? Tak. Jeżeli tam- Tak, tak. Jeżeli pan to porównuje do takiego Stonehenge polskiego, to, to można powiedzieć, że takie miejsce mocy, które jakby jest idealnym miejscem do, do pracy dla takiego hipnotyzera.
Tak, u niego właśnie pracodawcy, przedsiębiorcy, jak mieli CV do wyboru pracowników, to przyjeżdżali do niego. On mi to opowiadał i on na podstawie zdjęć i charakteru pisma określa, których ludzi można przyjąć do pracy, a których nie.
A to ciekawostka. A ja panu powiem, pan kojarzy może Pawła Byczuka z Mondrum Institute? Nie, nie, nie. Paweł dosyć często się pojawia w Radiu Paranormalium na tych spotkaniach, takich, które co miesiąc organizujemy. Paweł organizuje kursy w Pałacu Sapetów w Tucznie i co się okazuje, tam też jest miejsce mocy podobno. Tam takie rzeczy się dzieją. Ja miałem okazję tam kilkukrotnie uczestniczyć też w tych warsztatach i naprawdę takie rzeczy się dzieją w takim miejscu mocy, że po prostu wyrywa z butów.
Ale numer!...No to właśnie teraz mogę następną historię z tym związaną opowiedzieć, która mi się przytrafiła w dwa tysiące dziesiątym roku. Jak jechałem z Hamburga do Brodnicy, do mojej mamy przez Wałcz Piłę. Przekroczyłem granicę w Szczecinie, no i jechałem samochodem w kierunku Wałcz Piły i po drodze jest taki, taki zajazd Zielony Zakątek to się nazywa, po prawej stronie. Chciałem coś zjeść po prostu. Miejsca w restauracji były wszystkie zajęte i jedno tylko było miejsce przy stoliku ośmioosobowym, gdzie sami młodzi ludzie siedzieli. Siedmioro ich siedziało. Jedno miejsce było wolne.
No i się spytałem, czy mogę się usiąść. Oczywiście. Zamówiłem tam coś do jedzenia. No i siedzimy, jemy. Tam w pobliżu był parking dla tirów i las, gęsty las, zarośla i tak dalej. I nagle wszyscy, osiem osób, nasze oczy się skierowały w kierunku tego lasu. Z tego lasu wypłynęło jakieś stworzenie. Jak to wyglądało? To było czarne, takie a la spodnie, tak jak to kiedyś nosiło się Szwedy, ale bez stóp. U góry była taka szara bluza bez twarzy, w środku z zaciągniętym kapturem. I to się tak w naszym kierunku płynęło w powietrzu, gdzieś dwadzieścia, trzydzieści centymetrów nad ziemią. Zatrzymało się przed nami może dziesięć metrów. Wszyscy się na siebie patrzymy. Co to jest? To się odwróciło i z powrotem zniknęło w tym lesie. Ci ludzie nie mieli o tym pojęcia.
Nikt o tym nie wiedział, nikt nie słyszał. No i kiedyś na jakimś forum napisałem właśnie, gdzieś w internecie, że takie coś miałem miejsce właśnie tam, w tych terenach. No, jakiś pan mi napisał, że on pisze, mówi poważnie, że jak pan by chciał to zobaczyć jeszcze raz, to zrobi pan, mówi tak autentycznie powiedział: „zrobi pan w gacie”. Są tak straszne rzeczy, które wychodzą z lasu, nie? No, ale ja bałem się tam już więcej pojechać, bo już samo to zrobiło na mnie wrażenie, nie? I no takie coś też widziałem.
No, to już nie pierwsza w historii Radia Paranormalium relacja tego typu właśnie o stworzeniu jakimś takim humanoidalnym, zagaptorzonym, które nie posiada niby nóg, nie posiada twarzy. Jakoś tak pojawia się- Nic, nic.
Pojawia się nagle i jakby tak płynie w powietrzu. To nie ruszało w ogóle nogami, prawda? Nie, nie, nie. To nie ruszało nogami. To płynęło w powietrzu. Osiem nieznajomych osób. Nikt nikogo nie znał. Żeśmy na to patrzyli i każdy na siebie patrzał. Co to jest? Myśleliśmy, że ktoś robi jakiś żart czy coś, nie? Ale to było duże. No, to miało gdzieś z dwa i pół metra wysokości.
To, że małe nie było, nie, każdy się bał tak jakby. I to się odwróciło i w las... Wpłynęło do lasu i znikło. Osobiście widziałem w dzień. Co by się musiało stać, żeby ktoś sobie Tak, tak, tak, ale to raczej nie, bo tam żartował w taki sposób? By się musiał bardzo postarać, prawda?
stały tiry, rząd tirów i zza tych tirów to wypłynęło. No i później się z powrotem cofnęło. Także podejrzewam tam kierowcy takich, takich rzeczy by nie robili. W ogóle zachodzę w głowę. Gdyby to miał być jednak żart, to jakie środki by trzeba było podjąć, żeby to tak realnie, prawda, zrobić? Musiałby być jakiś bardzo pomysłowy żartowniś, żeby to, żeby się nie zdradzić, że tam na przykład w środku jest jakiś balon czy jakieś inne urządzenie, prawda?
Tak. Tu ładna pogoda była, no to byśmy Podtrzymujące to wszystko w pionie, tak? widzieli jakieś żyłki. U góry musiał być jakiś dron czy coś, ale to patrzyliśmy. Nic nie było, nic nie było. Ładna pogoda, dzień. Było w porze obiadu, nie? No to mówię, coś zjem. Ładna pogoda, na słońcu można było posiedzieć i właśnie to w dzień, normalnie przy pięknej pogodzie przy, z lasu wypłynęło prosto na nas.
A to była taka postać całkowicie fizyczna czy, czy jakieś...? Tak, tak, tak. To nie było, że mgła czy coś. Nie, normalnie to było. Dół był czarny, tak jak to w latach tam pięćdziesiątych czy których widziałem na, w internecie takie spodnie młodzież nosiła, takie szerokie. Szwedy to się nazywało czy dzwony, coś takiego. To, to miało to, to coś miało takie spodnie, tak jakby sutanna, tylko że to było przedzielone, było widać. Stóp nie było widać nic i to tak lekko powiewało. I do tego była ta ciemnogranatowa bluza, kaptur i w tym kapturze nie było twarzy.
Była czerń, tam w środku, przerażająca czerń. Tak jakby patrzał normalnie w nicość, w pustkę, gdzieś w kosmosie. Ubranie, jak rozumiem, sprawiało wrażenie, jakby leżało na człowieku, a nie było unoszone, prawda, w powietrzu.
Tak, tak, tak, tak, tak. Tak jakby to było na, na człowieku, na jakiejś istocie człowiekopodobnej. Dobrze, tutaj na razie nie ma żadnych kolejnych pytań do tej relacji. No, troszeczkę zdarzenie rzeczywiście mrożące krew w żyłach. To było straszne.
A czy pan i te osoby tam obecne jakoś potem wymienialiście się spostrzeżeniami na temat tego, co widzieliście przed momentem? Nie, nie, nie. Ja nie znałem tych ludzi. Oni mnie nie znali. Po prostu po tym wszystkim zapłaciłem rachunek i pojechałem na Wałcz Piłę, na Toruń, do Brodnicy, do mamy.
Bo oni, rozumiem też między sobą żadnych jakichś uwag nie wymieniali w tym temacie, w tej, w temacie tej istoty, tak? Tylko się każdy mówi: co to może być? Co to może być? Bo z początku myśleliśmy, że wszyscy razem jako grupa przypadkowych ludzi, że ktoś sobie robi no jakieś żarty czy coś. No, ale na podstawie tego, co żeśmy widzieli, to nie było widać nic, co ktoś by mógł w jakikolwiek sposób to manipulować przy obecnie znanych nam metodach, czyli jakieś podwieszenie, żyłki i tak dalej, nie? To było normalnie tylko zawieszone w powietrzu. Nie było nic widać. Z wieloma odcinkami tej audycji jest tak, że im dłużej słuchasz, tym dziwniej się robi. Tak jest i dziś. Wkraczamy bowiem w coraz bardziej niepokojące rejony dziwności. Teraz wysłuchamy opisu zdarzenia, w którym świadek obserwował osobliwego karła w pelerynie, po czym jakiś czas później doszło do spotkania z osobami o nieustalonej proweniencji i niekoniecznie jasnych intencjach. Czyżby Men in Black? Ocenę pozostawiam Państwu.
Dodam jeszcze tylko, że ten rozmówca prosił o zmianę barwy głosu. ...Moja mama, będąc na wsi, podlewała sobie po prostu kwiaty. Wydawało jej się, że widzi karła po prostu w pelerynie jakiejś. I no to tak trochę to, tą, tą, tą sytuację gdzieś tam wziąłem, marginalnie potraktowałem. Natomiast po pewnym czasie poczuła, podchodząc do ogrodzenia, poczuła takie ugryzienie w szyję. Myślała, że ją ugryzł komar czy kleszcz, czy no jakaś tam inna taka zielona istota. Nic takiego nie było.
Natomiast kilka godzin dosłownie później, to jest odnośnie właśnie facetów w czerni, bo ja to tak skojarzyłem. Przyszło do niej małżeństwo. Niby Świadkowie Jehowy to byli, tak? Ale zadali jej pytanie... No, byli ubrani na czarno i no, w takim starym stylu, tak. Więc moja mama od razu zdiagnozowała ich, że to są pewnie Świadkowie Jehowy, no bo tacy eleganccy i gorąc jest i mają garnitury.
Mężczyzna i kobieta, dwóch mężczyzn, dwóch mężczyzn było i kobieta. I to właśnie, co ona opowiada do dnia dzisiejszego, zapytali jej się, czy ona się nie boi, nie obawia niczego. A ona powiedziała: „Nie, bo ja tu jestem chroniona”. No, takie pytanie troszeczkę, jak Świadkowie Jehowy opowiadają, tak?
Może odnośnie Boga czy... No, trudno mi powiedzieć. W każdym bądź razie w ten sposób zapytali się. Moja mama powiedziała, że nie, bo jest tutaj chroniona i ma swojego opiekuna. Tak troszeczkę przekornie im powiedziała, myśląc o tym ludku, który gdzieś tam chodzi. A czy mama dostrzegła jakieś może szczegóły wyglądu tego karła?
To znaczy nie dostrzegła. Natomiast na dzień dzisiejszy tak jak opowiada, to, że był w krzakach i że miał pelerynę. To tak troszeczkę... Ona go widziała jakoś tak kątem oka czy niedokładnie tak face to face, tak? Natomiast tak, się z nim spotkała i widziała, że ma pelerynę jakąś ciemną i że jest mały, tak. Ja kiedyś sobie wyobrażałem może, że to był no po prostu ktoś, kto udaje jakby komandosa czy... No, czasami ludzie takie mają, tak, zabawy, czy? No właśnie tak. W każdym bądź razie tak go, tak go opisała i jeszcze do niego powiedziała: „Jak jesteś tu, to jesteś i no to sobie bądź”. A sprawdzała potem, jak wyglądało to ukąszenie na jej szyi? Czy to było takie ukąszenie komara czy- Tak, ja widziałem. Mhm. Ja widziałem to, ja widziałem to ukąszenie. To ukąszenie... Ona powiedziała, że to było tak, jakby ktoś strzelił z takiej, takiej się wydawało, jakby strzelił ktoś z takiej lufki, takiej no, dmuchawki. O, właśnie! Dmuchawki.
Jakby ktoś ją strzelił z dmuchawki w szyję. I to nie było takie ukąszenie komara czy kleszcza, bo tak jej się trochę pozudziło. Potem powiedziała, że no trochę się źle czuła po tym, po jakimś czasie i pospała czy jakoś tak, ale generalnie nie złapała tego, tej lotki czy znaczy tej, tej strzykawki, tak?
No, tego, co ją tam, prawda, dziabnęło, że to tak ujmijmy. No ładnie, tak. No tak trochę to traktowała, że po prostu ją coś dziabnęło, ale miała taki dość duży obrzęk i ja to mam sfotografowane, więc mogę podesłać.
No bardzo by się- To nie jest nic, niczym atrakcyjnym, tak? No, po prostu takie... Ale wie, że wie, że no, po prostu coś przyleciało i pykło ją po prostu. O, tak, o. No, bardzo by się takie zdjęcie przydało.
Jakby pan mógł podesłać to w wolnej chwili- Mhm. Na e-mail Radia Paranormalium, to byłoby bardzo dobrze. Natomiast tutaj takim chyba nie bez powodu skłaniam się też ku tej opcji z Men in Black tak zwanymi, bo tutaj bardzo taką szczególną- Tak, właśnie. No właśnie szczególną.
Mi to, mi to właśnie tak przyszło do głowy właśnie, że to są niby Men in Black czy no- No, bo oni są znani, są znani z tego, że te, tego typu postacie są z tego znane, że często pojawiają się w takich: raz, że dosyć staro wyglądających ubiorach, a dwa ubiorach- Mhm. Niekoniecznie jakby dostosowanych do, do warunków panujących w danym miejscu. Tak, bo bardzo, bardzo byli niedostosowani, bo to był lipiec lub sierpień parę lat temu i to było bardzo gorąco, więc ewidentnie po prostu, no, no, na czarno ubrani. No, tak jak prezentują się osoby, które no, biblioznawcy czy tam nosiciele Biblii, czy jacyś inni, ale w tej okolicy akurat nigdy ich nie było, więc dziwne takie troszeczkę.
No i na czarno jeszcze w taką pogodę, tak? Tak, tak, tak, dokładnie. Ja dzisiaj miałem sposobność troszeczkę sobie chodzić poza domem. Taki spacer sobie urządziłem, a że nie mam za bardzo teraz jakiejś innej koszulki, to ubrałem taką koszulkę bez rękawów, taką ciemną i się upiekłem. No tak.
A jak musiałby się upiec osoba, która przyszła do was w takiej samej naturze, tak? Po prostu tak jak osoby, które tam obsługują pogrzeby na przykład. O, to oni generalnie tak wyglądali. A czy w zachowaniu tych osób coś zwróciło uwagę takiego szczególnego, co zwróciło uwagę mamy na przykład w sposobie ich poruszania się, w sposobie mówienia? W jakimś względzie.
Nie, tego, tego to nie jestem w stanie, w stanie panu powiedzieć. Natomiast no, oni zadali od razu pytanie: „Czy czuje się bezpieczna?". I tak, tak dziwnie troszeczkę. No, moja mama po prostu tak przekornie powiedziała: „Tak, bo jestem chroniona tutaj". Tak myśląc po prostu o tym czymś, co tam łazi po parowie.
No bo to jest taki parów, taka łąka, no- ... W ten sposób, tak? Natomiast nie jestem w stanie panu powiedzieć, czy coś dziwnego było w nich, czy nie. No, po prostu zbyła ich i tyle, tak? No, nie wiem, jak pana mama, ale ja bym się chyba czuł dziwnie, słysząc takie pytanie od osoby, która no, którą pierwsze, którą pierwszy raz w życiu widzę na oczy, tak. Czułbym się chyba jakoś, nie wiem, zaniepokojony?
Trochę, trochę, trochę ją to, trochę ją to zaniepokoiło, aczkolwiek no, nie jest taką osobą, jaka jest, więc no, po prostu zbyła ich, tak? Ale to jest bardzo zastanawiające, że takie postacie się pokazały. Teraz usłyszymy opis jednego z najstarszych zdarzeń w dzisiejszym odcinku. Spotkanie z nieznaną istotą na Pogórzu Krakowsko-Wielickim w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym roku. A czy chciałby się pan tym drugim zdarzeniem też podzielić? No, możemy od razu, jak pan poprosił.
Oczywiście, jak najbardziej. No, to może takie mniej ciekawe i do podważenia może być. To, to tak liczę, że wtedy mogłem mieć osiemnaście, dziewiętnaście, a może dwadzieścia lat, czyli pięćdziesiąt lat temu. No sporo, kawał czasu. Postanowiliśmy, ponieważ tutaj wakacje spędzałem u ciotki, no bo wiadomo, jak pieniędzy nie było, tam gdzie jechać nad morze czy gdzieś. Więc u ciotki na wsi spędzałem wakacje i postanowiliśmy z kuzynem iść do sąsiedniej wsi na zabawę. No, to, to jakieś odległość, no niecałe półtora kilometra, tysiąc czterysta metrów, może tyle motocykl mi wybija, jak jeżdżę główną szosą. No i poszliśmy na tą zabawę.
To musiał być sierpień, bo już wieczór zapadał koło dwudziestej. To takie zabawy zawsze były, prawda? Po żniwach, kiedy ludzie troszkę oddychnęli, oddychnęli. No i, i poszli na tą zabawę. No i kuzyn został, a ja postanowiłem wracać, gdyż no, ciotka chce z wujkiem iść spać, że nie będę ich budził, jak w nocy przyjdę późno. To mu- musiało być gdzieś koło jedenastej w nocy. I pamiętam, na zachodnim niebie był już taki wąski sierp księżyca. No i że sobie pójdę na bliższe drogą polną, na bliższe do domu, po co będę szedł naokoło drogą taką główną?
Właściwie to czego się mam bać? Trochę człowiek odważny w tamtych czasach bywał, ale tak mnie troszkę dreszczyk przeszedł. Bym zdążył, zanim ten księżyc zajdzie. Tak patrzyłem na ten księżyc, no niestety, zanim się wybrałem, to księżyc już zaszedł. Droga była polna, tak, żeby między polami furmanką przejechać. Teren jest bardzo mocno nachylony. To jest Pogórze Krakowsko-Wielickie, mocno nachylony jest tam w kierunku Raby. No i szedłem tą, tą, tą, tą drogą polną. To tak jakby, prawda, kolejny od wozu, ale jeszcze ścieżka wydeptana przez ludzi na ziemi, trawa, no wydeptana całkowicie.
No i w końcu tak się ciemno zrobiło, że chwilami to po prostu nie mogłem znaleźć tej ścieżki. Macałem nogą, czy jestem na, na tej ścieżce. I tak w połowie drogi jest taki lasek maleńki, tam pastwiska są i taki las jest. Ostatnio zmierzyłem krokami rozmiary tego lasku. To jest taki kwadrat trzydzieści na trzydzieści metrów, no może trzydzieści pięć na trzydzieści pięć metrów. Lasek silnie zarośnięty, olszyny rosną. Jako tam chłopak wcześniej jeszcze próbowałem tam wejść. Bardzo ciężko w ten lasek wejść. No i proszę pana, po prawej stronie, no to takie niebo jaśniejsze zawsze jest w nocy, prawda? Na tle nieba można coś zobaczyć. Teren nachylony. Idę sobie ja, to nagle taki brzęk łańcucha i coś biega po polu w odległości ode mnie około piętnastu, myślę, że dwadzieścia metrów nie było, piętnaście metrów wkoło.
Tak jak pies goni czasem za ogonem swoim, bawi się. Niesamowity taki brzęk łańcucha. Więc no to poty mi wyszły na, na, na twarz i no myślę: co, co chciałem, to teraz mam. Pewnie się komuś pies urwał. Jak mnie tu dopadnie na tym odludziu, no to, to dziękuję. Oczywiście cały mokry jak mysz.
No i proszę pana, to, to coś tak... Ale to pies nie pies, jest jakby dzik, dosyć ciężkie i goni w kółko. Nie zbliża się do mnie, nie oddala się i tak pochrapuje trochę jak ś-, jak świnia, czasem tak jak zadowolony pies.
No to pomału zacząłem iść dalej, ale to idzie równolegle ze mną. Zatrzymałem się. To się, to również harcuje dalej w kółko i, i mówię, że nie zbliża się, nie oddala się ode mnie. Zacząłem szukać jakiegoś kamienia, macać ręką. Może to jak ten pies, to go przepędzę, nie? No, ale w końcu tak kucnąłem trochę i na tle tego nieba jaśniejszego, bo teren był nachylony. Czy to jest pies? Co to właściwie jest? Czy to jest ciele? Hm, no nie ma wyjścia.
Tak jak mówię, cały taki mokry z potu. I odszedłem dalej. Idę dalej, a to idzie równolegle ze mną. W końcu to coś stanęło na tylnych nogach i wyciągnęło łapy do góry. Miało nieporównywalnie długie łapy, ręce w porównaniu do, do wysokości.
No tak jak, jak małpa, jak szympans, jak wyciągnie łapy do góry. Czy to mógł być koń, który stanął na tylnych nogach? No raczej nie. Koń to raczej kwiczy, prawda, czasem. Chodzenie konia chyba też inaczej by brzmiało, prawda? Tak. I po- potem usłyszałem taki tętent niesamowity kopyt, coś bardzo ciężkiego i wskoczył w ten za- zagajnik i było słychać tylko trzask łamanych gałęzi. Niesamowitym impetem to wskoczył w ten zagajnik. Trzask i to grubych gałęzi łamanych. No, niestety musiałem koło tego zagajnika jeszcze przejść, bo nie chciałem się już wracać.
No, z nerwów gubiłem drogę i tak dalej. Potem poszedłem inną ścieżką. Wróciłem do domu. No, opowiedziałem to. No mówią, że tam takie incydenty czasem bywały, że nawet ludzie krowy paśli, bali się, że nawet w dzień coś takiego się działo. No, nie wiem, co o tym myśleć. To zupełnie...
No mogłem się mylić. Może nerwy, no ale z...... niby dzik, niby pies, niby małpa, niby koń. Dzik by chyba takiej postury, takiej pozycji nie przyjął, prawda? Takiej z rozłożonymi rękami. To raz, a drugie dzik po prostu, no, chyba by się nie zbliżał do człowieka i nie bawił się z człowiekiem, gonił w kółko.
No, chyba że to byłaby locha. Ja pamiętam, kiedyś, kilka lat temu chodziłem sobie po górach, po równicy w Ustroniu. Troszeczkę, że tak powiem, z, przestałem jakby zwracać uwagę na to, że już się robi późno. Schodzę z tej równicy już tam do hotelu powoli i nagle słyszę takie dududup, dududup, dududup, dududup i kui, kui, kui. Kurczę, no, locha mnie jakaś próbuje tutaj przegonić. Pobiegłem tam kilkadziesiąt metrów. Przestałem słyszeć to, to dudnienie, ten tentent. No, wreszcie uciekłem. Nagle słyszę znowu dududup, dududup, dududup, kui, kui, kui. No i tak się... No, niestety, prawdopodobnie jakaś locha się mną na tyle zainteresowała, że postanowiła mnie przegonić z sukcesem. No tak, ale no, jakby to była jakaś locha, to raczej nie, nie goniłaby w kółko.
Cieszyła się, że mnie widzi, a to coś robiło wrażenie, że cieszy się, że mnie spotkało, no. Czyli to coś jakby pana śledziło tam przez ten kawałek drogi, tak? Tak, tak, to przeszedłem wtedy, ja wiem, ile to mogło być? Ze, ze sto metrów.
Poruszało się równolegle, zachowując tą odległość jakieś piętnaście, osiemnaście metrów ode mnie cały czas. Jak stanąłem, to stało w miejscu, znaczy stało, harcowało w kółko. Jak szedłem dalej, no to dalej poruszało się równolegle ze mną.
No i na samym końcu to, ja powiedziałem, te łapy do góry i ten, ten niesamowity kopyt. No, jakieś tam diabły, wie pan, łańcuchy, łańcuchami goniące. Ja nie wierzę, no! No, ale do dzisiaj nie jestem w stanie wyjaśnić, co to mogło być. No, a dzisiaj byłbym mądrzejszy i poszedłbym na drugi dzień, tam poszukał śladów, może odlewy zrobił gipsowe. Bo nikomu z sąsiadów pies nie uciekł?
No, to trudno powiedzieć, wie pan, bo tu psów to tu jest pełno wszędzie. No, ale pies z takim impetem w ten las by nie wpadł, żeby łamały się gałęzie, no. To, to zwierzę siły konia dosłownie, które wpadło w ten, w ten, ten zagajnik.
No i nie byłoby też takiego tupania, takiego tententu. No, jednak pies, choćby- Tak, no tak. -nie wiem, jak się starał, to, to tak nie tupnie, prawda? To tak. To, to sprawiało wrażenie, że to jest coś bardzo ciężkiego.
No, chyba że bardzo ciężki pies, ale to też chyba- No, tak jak mówiłem, no to opowieść można podważyć. No, może, może tak było, może inaczej, no. No, tutaj największy problem z tą, z tą opowieścią jest chyba taki, że warunki oświetleniowe nie pozwalały dostrzec jakby szczegółów tej, tej istoty, tego czegoś, cokolwiek to było.
No tak jest. Tak, a to rok temu chyba przeszedłem się też w tamtym kierunku z moją kobietą. W nocy latarkę wzięliśmy, to ale cisza, nie ma nic. No, to trochę się zmieniło. Drogę poszerzono, domów przybyło w tej chwili, to także nie jest takie odludzie. Tyle mam do opowiedzenia.
Niestety UFO nie widziałem. No, niestety, niestety, tutaj czasami ludzie piszą w komentarzach, że: "żałuję, że czegoś takiego w życiu nie widziałem. Chciałabym coś takiego przeżyć". Ja wtedy odpisuję: "Uważaj, o co prosisz", bo to bardzo różnie, bardzo różnie potrafi się odbić na dalszym życiu osoby. Nawet jeżeli ktoś wierzy w zjawiska te zwane paranormalnymi i ma tam jakąś wiedzę na ten temat, to jednak, no, nawet w takim przypadku spotkanie się z czymś trudno wytłumaczalnym potrafi dosyć mocno namieszać w głowie, w życiu i nie tylko. No tak, ale właściwie to jestem szczęśliwy, że coś takiego widziałem.
Jeśli do tej pory kogoś jeszcze nie zmroziło, to teraz zmrozi. I to nie tylko dlatego, że zdarzenie, którego opis zaraz usłyszymy, miało miejsce zimą. Jeden ze słuchaczy Radia Paranormalium podzielił się drogą telefoniczną opisem bliskiego spotkania z bardzo dziwnie wyglądającą i zachowującą się postacią. Jak się później okazało, nie on jeden się na nią natknął.
Tu muszę zaznaczyć, że w pierwszych minutach rozmowy jakość połączenia była, delikatnie mówiąc, kiepska. Przez to fragmenty wypowiedzi mogą być mniej zrozumiałe. Później jednak jakość dźwięku mocno się poprawiła. W razie potrzeby przypominam o słuchawkach lub napisach jeśli słuchacie tej audycji na YouTubie.
... To było już dawno, to było w dwa tysiące dziewiątym roku. Pracowałem w DPS-ie w domu pomocy społecznej i pojechałem do ZOW-u. No i wracałem, wracałem z dozorcówki w dniach, to było w dwa tysiące dziewiątym roku. Bodajże to był luty, dwudziesty ósmy luty, coś takiego, było dwudziesty dziewiąty, dwudziesty. I do mnie doszło, że z rowerem wracałem, a to kiedyś było w zimie, nie to co teraz. Wracam z rowerem i zajechałem do dwóch znajomych tam na wieś. Ja miałem osiem kilometrów do pracy, to rowerem sobie jechałem i tam trochę żeśmy posiedzieli, tam w karty żeśmy grali. No i tak to tam siedziałem, czy o godzinie dziewiętnastej skończyłem pracę, a tam było jakieś piętnaście po i posiedziałem do tej... Nie za długo. Jakoś wyjechałem stamtąd od nich, po prostu do tych znajomych i już tam między moją wsią a drugą, znaczy tą wsią, co tam byłem, taka przeczka jest i tej przeczki może być na to nie pół kilometra nawet nie ma. Tam może być dwieście metrów, dwieście pięćdziesiąt. Tylko że tam takie warunki, to tam nie ma żadnych świateł, niczego. No i tylko wyjechałem. Była taka zimna noc, jak nigdy. Tylko wyjechałem, a śnieżna pała i wyjechałem. Patrzę, ktoś stoi na tej przeczce. Mówię: o! Mówię: o, o.
Mówię: to na pewno nie jest człowiek. A zawsze tak rozmawiałem z mamą o duchach. Mówię: chciałabym w życiu, żeby mnie nastraszyła. Nigdy mnie nie nastraszyła. Mówię: jak ktoś mnie nastraszy, to chyba dostanę zawału. Tak sobie myślałem, ale tylko wyjechałem. Patrzę, u! Mówię: o, mówię, to na pewno nie jest człowiek tam stoi na poboczu. O tej porze podjeżdżam jakieś tam, ja wiem, ze sto metrów. Wchodzi mi na drogę salutowym krokiem. Normalnie, tak jak jakiś żołnierz. Ustałem. Mówię: nie wiem, czy się zawracać i jechać w wioskę tak omij... No dalej nie chciało mi się, bo tam taki teren był bojący i psów się bałem. A w ogóle kiedyś tam ludzie latały, to nie teraz to jest. Wszystko mają ludzie tam pozamykane ogrodzenia, kiedyś tak te ogrodzenia, to tak ludzie dbali, jak dbali. No i się tak... Nie wiedziałem, czy zawracać, czy nie zawracać. I mówię wreszcie: dobra, no siadam na ten rower i no i jadę. Co będzie, to będzie. I podjeżdżam jakieś jestem ze trzydzieści metrów od tej postaci. Ona tym salutowym krokiem się cofa po prostu i tak, jakby chciała mnie przepuścić. No i przepuściła mnie. I przyjeżdżam koło tej postaci tak półtora metra od niej, ale tak patrzę na tą postać i mówię: o, mówię, to, to jakby tak dziwnie wygląda, mówi, w takim czarnym płaszczu. Ręce tak przed sobie ma, tak jak na baczność i jakoś tej twarzy nie było widać, tylko tak jakby na skórę naciągnął jakąś czaskę czy coś. Jakoś tak dziwnie to wyglądało. A dopiero później, jak się podeszłem do tej postaci, bo minąłem tą postać rowerem i tak ze dwadzieścia metrów minąłem ją i moja z ciekawości było, że rower i podejdę do tej postaci. No i postawiłem rower i poszłem.
I tak stoję koło niej, podeszłem i stoję tak, a wiem gdzieś z pięć metrów od tej postaci. No i pytam się: skąd ty? Co ty tutaj robisz? A to nic, w ogóle. Obróciło tak się do mnie, tak jakby w ogóle się nogami ruszało, jakoś tak. I pytam się, mówię: z budy jesteś czy tam, czy stąd, czy stąd? A może z [...], to też nic takoś tam się nie, nie, nie, nie, nie, nie ten. I jakoś tak odruchowo powiedziałem: no to co ty robisz? No to mówię spieprzaj do domu tak jakoś, bo o tej porze. Ja patrzę, a to zaczęło do mnie lecieć.
Po prostu nie ruszało się nogami, nic i zaczęło sunąć się do mnie. No to już nie wsiadałem na rower, tylko już tak, już jakoś złapałem go w rękę. Tak już pobiegłem do domu, a do domu miałem jakieś trzysta metrów, dwieście pięćdziesiąt.
To, to wszystko, bo to taki środek tego super to było. I wpadłem do domu. Mamie opowiadam to wszystko, ale im się nie chciało wstać i nie poszli zobaczyć to. Ale ja z powrotem poszłem z ciekawości zobaczyć, czy ta postać tam stoi. Ale pojechałem rowerem. Ale stała, stała, ale w tym samym miejscu stała, co była wcześniej. Ale to, to jeszcze nic, bo tak sobie pomyślałem. Mówię: nikt mi pewnie nie uwierzy, ale takie mnie to nie obchodziło. Czy ktoś mi uwierzy, czy nie. Ja widziałem swoje po prostu. A to było najlepsze w tym, że tego samego dnia, tylko ja o tym jeszcze nie wiedziałem, mój przyszły szwagier przyjechał po siostrze moją do domu i mieli jechać na dyskotekę. I on przyjechał do domu i on mówi: ty, słuchaj, mówi, chyba jakiegoś człowieka przejechałem.
Co ty gadasz? No tak, ominąłem go jakoś mówię, ale tak się wydało, jakbym po nim przejechał. I oni zawrócili samochodem, pojechali, a tam żadnej postaci na śniegu, nawet śladu nie było widać po tej postaci, tylko widać było, jak szwagier otarł kołami samochodem, że ominął tą postać, a tej postaci w ogóle na śniegu nie było widać, bo ta postać leżała tak, jakby nieżywa po prostu. A jej nie było. I normalnie mój szwagier tak samo opisał tą postać, tak samo i w tym samym miejscu i wyglądało to, co ja widziałem po prostu tego samego dnia. Tylko szwagier widział ją przed dwudziestą godziną, a ja widziałem coś koło dwudziestej drugiej.
Czyli jak dobrze rozumiem, panów opisy tej postaci w całości się pokrywały, tak? Tak, identyczne. Normalnie ta postać, którą mówił szwagier Wojtek, widział to samo. I nieraz jak święta jest czy tego gadamy, wspominamy tak samo. Tak samo ta postać wyglądała, toczka w toczkę. A mój szwagier jest prawdomówny. On nie jest jakiś tam Cygan, że tam coś tam Cyganie.
Nie, nie, nie. On jest prawdomówny, tak samo jak ja. Widzieliśmy to samo. Toczka w toczkę. A jakby pan opisał ruchy tej postaci? Czy one wydawały się takie naturalne, czy może coś jakieś, coś wymuszonego to było?
Ten ruch taki właśnie był, taki nienaturalny właśnie był. No, można powiedzieć, taki trochę jakby też podobny do jakiegoś ufoludka, jakiegoś robocika. No bo to nie był, to nie był duch, bo to było widać, że to było takie coś...
Jakbym mógł, to bym podeszedł i dotknął tą postać. No, to było coś materialnego po prostu, tak powiem. A czy miała widoczne, nie wiem, nogi, dłonie? Jak podeszłem blisko, to tam chciałem zagadać. To, to taka jakby miała na twarz czaskę, naciągniętą skórę, a w ogóle oczu nie miała, tylko same takie oczodoły, takie jak duże, duże oczy i ręce takie sine ręce, długie sine ręce. Ta postać była malutka, bo ona miała może gdzieś z metr trzydzieści, czterdzieści i długie ręce miała i w takim długim płaszczu czarnym. To zresztą wszystko takie było i tak jakby hełmik taki miała nałożony taki.
Ale to, to tak jakby wyglądała jak jakiś stary żołnierz, a z drugiej strony nie żołnierz, taki jakby nie z tego świata coś. No, nie wiem. Ja to mógłbym też porównać do jakiegoś ufoludka, do kosmity nawet. No ale to. No nie wiem. No, ja teraz jak tak patrzę, może programy oglądam o kosmitach, też mnie to interesuje. To teraz jakby mi to w ogóle jakoś kosmitę to przypomina, ten, ten ta postać po prostu. Tak, to wszystko tak biorę pod uwagę. I Wojtek tak samo też mówił, że to tak, jakby to wyglądało, jakby to jakaś po prostu jakiś, jakiś ufoludek. No, nie wiem, jak to nazwać.
No, jakaś taka istota nie z naszej rzeczywistości raczej, tak? Miała kolor dłoni i ten, i twarzy szary. No to zapamiętałem. Szary, szary. Jej ubiór był jakby adekwatny do pory roku? Można powiedzieć, że tak. Tak, bo to była, bo to był luty, luty dwudziesty, luty ósmy. Wiem, że były to, były ostatki, jak to się mówi na dyskotekę. Kiedyś tam ludzie jeździli, bo to były ostatki przed, przed tym, przed, przed postem. No to, to pamiętam. No to, no to tak dół biały do zimowego to było adekwatne. No bo tak.
Tylko takie miał do kolan płaszcz. Taki był. Ta postać miała do kolan płaszcz. To było w województwie mazowieckim. To były okolice Poręby, Poręba nad samym Bugem. Moja wieś jest nad samym Bugem, a moja mama lepiej dziś na życie. Przepraszam. To jest trzy miesiące temu więcej. Nie, to było w czerwcu czy tam w maju. No, patrzy przez okno koło bramy, koło bramy. Mówi jakieś dwie osoby stoją. Mama myślała, że ktoś pewnie do nas. Mama wyszła, patrzy, a one w ciągu-... w ciągu, yy, jakieś, ja wiem, ja nie wiem, no z piętnastu sekund tak się szybko oddalili. Taki szybki miały krok, dwie takie malutkie postacie i skręciły sobie w las tam koło nas właśnie.
One to, to, to wyglądały jak po prostu jacyś kosmici po prostu. To mama mi opowiadała właśnie też. I to było w tym roku. No, ja myślę, że jak mama troszeczkę się podreperuje z samopoczuciem, to, to myślę, że dobrze.
Ona w ogóle to ma też opowieści z tego folkloru po prostu. A i zresztą w życiu to tyle i ona przeżyła z tymi duchami w ogóle, że ona jak zacznie panu opowiadać, to się zejdzie chyba z półtorej godziny.
No to musimy się rzeczywiście umówić na jakiś, jakąś dłuższą rozmowę. Bo mama miała dużo takich właśnie spotkań. No, bardzo dużo. Opowiadać to opowiadać, bo ona trochę przeżyła w swoim życiu. A jesteśmy ogólnie osobami, jesteśmy wierzącymi, a ja wierzę też tak samo i w Boga, i ten, a i w kosmitów tak samo też wierzę. Wie pan co? Ja w tym samym czasie, co tego komórka widziałem, poszedłem po drzewo do tego, do kominka, bo u siebie mam na podwórku z tego, z takiego dom... znaczy domek taki mam zrobiony i sam sobie tam mieszkam i tam kominek mam. I zimą poszedłem do kominka sobie drzewa przynieść. I ten patrzę na niebo. Patrzę statek kosmiczny nad moim domem był normalnie. No, pomarańczowe światła, było pięć pomarańczowych świateł.
I tak był normalnie talerz był taki, no, uchylony był i tak blisko był. Ja wiem, jakbym nie wiem, no z trzysta metrów od ziemi po prostu. No to poleciałem też do domu, do mamy. To był ten sam rok właśnie i to, ale mama przyszła, to już go nie było, tego statka. No taki klasyczny, prawda? Kolorowy, latający dysk, tak.
Tak, tak, tak, tak. I to też żadnego dźwięku, nic nie było, tylko po prostu był taki zawieszony na, na niebie. A ten obiekt jakoś, nie wiem, jakoś oddziaływał na otoczenie czy tak po prostu sobie tam był?
Nie, nie, on sobie tak, jakby go ktoś tam zawiesił na niebie i wisiał. Cicho było, nic nie było słychać po prostu. A takie światła u mnie na łące pod lasem to, to widzimy co roku takie światła. Przeważnie tam na jesień, na, na, na wiosnę.
A tam w okolicy nie ma jakiejś jednostki wojskowej? Nie, znaczy jest, ale to była kiedyś w Ostrowi Mazowieckiej i w Pułtusku. Nie, tutaj blisko to nie ma. Dopiero aż w Warszawie. No to siedemdziesiąt kilometrów od nas. Pan wspominał, że szwagier chyba jechał wtedy do, do pana siostry. Pana siostra też to wiedziała?
... Nie widziała, bo ten jechał sam do niej i opódzi wziął i pojechali. Tylko zobaczyła, że były ślady, jak wjeżdża, a w ogóle omijał tą postać, a na śniegu w ogóle nie było widać, że ta postać tam leżała. W ogóle nie było tam nikogo. Było widać, że ominął, omiją..., skręcił, ominął tą postać, ale podjechali.
Zobaczył, że żadnych śladów tam nie było po tej postaci, że ona w ogóle leżała na tym śniegu. No, ślady raczej na śniegu powinny być. Jeżeli ktoś, jeżeli to rzeczywiście jakaś postać była fizyczna, jakoś powinna jakieś ślady- No, a w ogóle nie było. To było najlepsze, że mówił, że w ogóle nie było i w tym samym miejscu, co jeździliśmy samochodem, oglądaliśmy na drugi dzień i ten. I to było to samo miejsce. Tak samo też opisał to samo, tak samo tą postać, tak jak ja widziałem. No, no, słowo w słowo, tak że we dwoje tą samą postać widzieliśmy.
A gdy pan tą postać zobaczył, czy były widoczne jakieś ślady w śniegu wokół niej? Nie, nie. Nie było nic. Nie. A jednak postać była fizyczna, więc jakieś ślady, gdyby nie wiadomo, ile czasu musiałaby tam stać, żeby ślady, prawda, śnieg zasypał ewentualne. Znaczy ona się do mnie, ona, ona się do mnie, do mnie się zbliżała. To ona tak, jakby się nie ruszała po, po śniegu, tylko się sunęła do mnie jakby była w powietrzu. Czyli tak, jakby nie ruszała nogami, tylko sunęła w powietrzu, tak?
Tak, tak. Ona tak, jakby do mnie się sunęła po prostu, a nie dotykała ziemi. Ja dlatego siebie straciłem i zacząłem uciekać, bo żeby to szło do mnie normalnie, to bym poczekał. No ale to zaczęło się do mnie sunąć, a nogami nie ruszało, tylko się sunęło.
No to zacząłem uciekać. Rozumiem, że rękami podczas tego przesuwania się w pana stronę również nie ruszała, tak? Nie, nie, nie. Ona tak się... jak ja do tej postaci podeszłem, to się tak do mnie obróciła dziwnie, tak jakby była czymś sterowana, tak jakby przekręciła się tak, jak tak jak robot jakiś. Tak się przekręciła do mnie, jak fotel kręcony, tak samo to się do mnie tak się przekręciło całym ciałem.
No to wrażenie rzeczywiście musiało być mocne. No było, było. Znaczy wie pan co? Ja to kiedyś myślałem, że o, jak spotkam jakiegoś ducha czy coś, to zawał dostanę, a to tylko się tak mówi, ale teraz to człowiek nawet nie wie, co myśleć. Po prostu człowiek patrzy jeszcze bardziej ciekawiej, co to jest.
I to tak jest właśnie. No tak, postać bez twarzy. Nie wiadomo w ogóle, jakie może mieć intencje wobec nas, tak? No tak, ale to człowiek teraz jakoś tak nie myśli w ten czas. No nie wiem. No, teraz miałem dwadzieścia jeden lat, to byłem młody, jakoś tak. No, człowiek tak nie myślał. Teraz to pewnie w ogóle bym nie podeszł do tej postaci. No, nie wiem. No, wie pan co? Tak to się nie myśli.
Dlatego tak się mówi, ale teraz to człowiek nie, nie jest to nieciekawość. Taka też jest człowieka. No tak różnie. No ale wiem, że takie rzeczy jest coś po prostu w tym. Mnie kolega, kiedy to było? Przed wszystkimi świętami, świętymi właśnie też się zgadalo o duchach, to ten od dziewczyny wracał. To też już będzie dawno, ze dwadzieścia lat temu. I między wioska w wioską też taka przeczka była i, i wjechał na wał, a wał tu niedaleko Bug płynie i wjechał na ten wał, ale tak zapalił papierosa i tak słyszy, ktoś jedzie rowerem. A to była w pół do czwartej nad ranem, latem. A taka winna noc mówi tak samo winna, winnusieńka, taka winna była noc. I mówi: ty, poczekam na tą, mówię, osobę, zapalę te papierosa, to poczekam, to będzie radziej jechać we dwoje, bo to słychać było roweru, takie piszczenie, takie i widać, że ktoś jedzie rowerem. No to mówię: to poczekam, mówię, będzie radziej jechać. Ale ta postać wjeżdża na wał, a tu i słychać rower.... patrzę, a tu nikogo nie widać w ogóle! I krzyknął do tej postaci i nagle przestał rower piszczeć.
Wszystko u-ustało tak, jakby ten i, i koniec. Czyli roweru nie było widać, postaci nie było widać, tylko było słychać ten taki dźwięk, że ktoś jedzie, tak? Tak, tak, że rower tylko było słychać, a nikogo nie było widać.
I nagle, jakby na zawołanie te dźwięki, ten odgłos roweru ustał, tak? Tak, tak, tak, tak. Albo kiedyś teć wracał, też o tych godzinach przeważnie wracał od, od dziewczyny, to opowiadał, że, że dźwięk słyszał dziecka płacz. No i ten... I poszedł za tym dźwiękiem tego płaczu. I tak idzie wał wzdłuż, wzdłuż, a ten dźwięk go prowadził do Buga, żeby do Buga wszedł. No, jakby tak się posłuchał, to do wody by wszedł. I a tak szedł, szedł wzdłuż ościo wału. Mówi: „O!- mówi - Nie idę dalej, - mówi, - bo nie, bo ta, bo ten dźwięk to prowadzi do, do Buga".
Widocznie może to jakieś dziecko topielec się jakieś utopiło, może kiedyś w Bugu i, i go ciągnęło. I on by się utopił i się zawrócił. Pojechał do domu. No, nie bez powodu są w relacjach folklorystycznych takie właśnie opisane zdarzenia, jakieś legendy o topielcach, o jakichś zwodniczych duchach, tak?
No, no, to kiedyś dużo było takich, takich legend. To, to chłop kiedyś jechał też wozem i tak kiedyś mu wyszło gdzieś tam z szuwarów i wsiadł, bo to koń nie mógł pociągnąć. No i, ale tam gdzieś po, gdzieś tam później z boku zszedł, no i poszedł koń dalej.
A kojarzę chyba w którejś książce, którą prezentowałem kiedyś w Radio Paranormalium, chyba u Arkadiusza Miazgi bodajże, jest jakiś taki motyw, że też jakaś postać wsze... weszła na powóz komuś i jakoś tak ciężej się wtedy jechało. Jakoś tak, też taki jakiś podobny motyw był. Musiałbym sobie to przypomnieć. No, ale to jest kolejne potwierdzenie, to, co pan mówi, że coś w tych legendach jest jednak, tak?
Jest, jest, jest na pewno. Moja mama kiedyś wracała z pracy. Jak panu kiedyś opowie, to... I tylko wyszła z lasu, z pociągu i do domu tam miała z pół kilometra. I mówi, że takie coś, taki dźwięk wozów, tak jakby z dziesięć wozów.
Wżar do niej, do niej podjechały te wozy i konie, i tak słychać było jakby z dziesięć wozów za nią. A ona się oglądała, tam nic nie było widać, ale tak, jakby dziesięć wozów do niej jechało i ominęło ją i poleciało dalej. Tak, i tak, jakby nie wiem, z II wojny światowej szubienica, jacyś tam nie wiadomo, no.
Dosyć mocne, muszę powiedzieć. Tak z bliska spotkać taką postać, to chyba nawet ja bym się przestraszył. Mam prawie dwa metry wzrostu, a chyba nie wiem, jak bym zareagował. No, wie pan co, to tylko tak się mówi, ale wie pan co? Pan pewnie by podeszł jakoś tak, no... No, nie wiem, ale to wie pan co, to wszystko wychodzi, jak to się mówi, w praniu. Ja też myślałem, że zawału dostanę, a nie dostałem.
Skończyło się dobrze. No, ja myślałem, że zawału dostanę kiedyś takie coś tego. I to, to jest najlepsze w tym, że tam niektórzy, niektórym to tam coś tam puknęło, stuknęło coś tam tego. I ja aż tak sobie myślałem: „O, ja to myślę chyba tego, no". A, a tu spotkałem taką postać i podeszłem i, i ten, tylko, tylko szkoda, że nie porozmawiałem dłużej.
Mogłem z tą postacią pozostać trochę dłużej i tego, ale jak ona do mnie zaczęła sunąć, to stwierdziłem, że muszę ja się usuwać. No, takie trochę dziwne też zachowanie. W ogóle nie reagowała na pana próby zagadania, tylko jakby, no, wygląd tej postaci też musiał być dosyć taki budzący lęk jednak, tak? W ostatniej części dzisiejszej audycji wysłuchamy pełnego zapisu rozmowy ze słuchaczem z małej miejscowości pod Warszawą, który podzielił się opisami wielu interesujących i często budzących dreszcze zdarzeń, których świadkiem był on i jego bliscy oraz jego sąsiedzi. Tutaj muszę uprzedzić, że na prośbę mojego rozmówcy muszę wyciąć z nagrania nazwy kilku miejscowości i inne elementy mogące zdradzić jego miejsce zamieszkania.
Mimo iż mój rozmówca nie jest jakimś tajniakiem, to jednak stwierdził, że nie chciałby, aby w okolicy jego miejsca zamieszkania odbywały się jakieś pielgrzymki. Wiele z opisywanych przez siebie zdarzeń zreferował również w formie tekstowej, więc całkiem możliwe, że za jakiś czas na stronie Radia Paranormalium przeczytacie Państwo opracowanie na ten temat. Przejdźmy zatem do wysłuchania tej długiej, bo ponad godzinnej rozmowy.
Tutaj, jak pan zerknął na tą mapkę, no nie? Mhm. To tutaj należy jeszcze takie parę wyjaśnień, bo to chodzi bardziej o kontekst. Tutaj, tak jak ma pan tą stację benzynową, tego Orlena nieszczęsnego. Tu są właściwie, tu są na tej ulicy, z tego, co widzę, dwa Orleny. To jest bliżej tego centrum medycznego czy bliżej McDonalda? Nie, nie, nie, to jest bliżej McDonalda.
To jest tak, jak ma pan skrzyżowanie, rozwidlenie z siedemnastki na Terespol i na Lublin. I tutaj cały kontekst jest taki: to jest taka działka pomiędzy i tam są wejścia w ogóle do tej działki z dwóch stron i tam teren jest ogrodzony, bo to taka duża działka jest, duży, wysoki płot, drut kolczasty, chama to jest z drutem kolczastym. Także wie pan, tutaj to będzie taki kontekst, że nikt nie będzie po prostu mógł obcy wejść. Wie pan, o co chodzi. A to będzie miało taki jakby kontekst do tej mojej opowieści. I tutaj będzie jeszcze taka jedna rzecz ważna, że ogrodzenie to z 2002 roku było cofnięte od tej głównej drogi mniej więcej jakieś tam kilkadziesiąt metrów. Także po prostu teren był ogrodzony, ale to nie było jakby nieogrodzone, bo tutaj to też będzie troszkę ważne. ... Pierwsze takie zdarzenie, bo tych zdarzeń to było ponad dziesięć. To była albo bardzo późna końcówka tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku, albo wczesna zima osiemdziesiątego trzeciego. No to akurat jestem rocznik tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty siódmy, także tutaj to miałem te parę lat. No i akurat pamiętam, że to już było tak jakby przed dwudziestą drugą, ale to taka zimowa noc. Pełnia, jakby to powiedzieć? To pełnia, to wie pan, księżyc świecił już niepodświetlonym tego i coś mnie obudził mnie własny krzyk i zobaczyłem w oknie, tylko że to było w moim pokoju jakby, sylwetkę kapelusznika. To była taka, jakby to powiedzieć... Nie wiem, skąd wiedziałem, bo to dosłownie wybudził mnie mój krzyk. To jakby to nazwać? Wiedziałem ją tylko ułamkiem, no to ułamkiem oka, dosłownie tam przez sekundę czy dwie. Nie wiem, skąd wiedziałem, ale ta postać była patrzysta. Nie wiem, skąd wiedziałem, że to wiedziałem sami i zarys po prostu na tle okna i skądś miałem wrażenie, że ona jest potwornie poparzona, ale nie czułem jakiegoś zagrożenia, coś w tym stylu. No i oczywiście, jak obudził mnie mój krzyk, matka zapaliła światło. Ja mówię jeszcze: „Facet, facet!". Matka się wypytała w ogóle, co ja zobaczyłem? Ja mówię: „Facet". Ile razy go zobaczyłeś? Bo chciałem się po prostu dowiedzieć.
Wie pan, jak to już od pięciolatka, tak troszkę nieskładnie, troszkę taka jeszcze po wybudzeniu ze snu. Nie wiem, skąd mi tego. Wiele razy go widziałem. A ile go razy widziałeś? Matka już się spyta. No to ja mówię: dwadzieścia.
Ta postać była fizyczna, ona znajdowała się za oknem? To jest tak. Ona była wewnątrz pokoju. Także tutaj to jest ten kontekst, że wie pan, nikt nie mógł się dostać na moją działkę, tak? Więc tak, jakby to nie był duch. Ja miałem odczucie, że to jest jakby, nie wiem, istota z innym... Ciężko mi jest powiedzieć. Na pewno nie odczułem, że to jest fizycznie, ale też nie miałem odczucia, że to jest jakiś duch, tak jakby coś pomiędzy.
Czy udało się panu jakieś szczegóły wyglądu tej istoty zauważyć? Znaczy, wie pan co? To jest tak. Ja widziałem sam zarys sylwetki, ale miałem odczucie takie, że ta istota jakby była w płaszczu. Tak, wie pan, jak powiedzmy, była taka moda, tak jak były te płaszcze talonowe, takie skórzane, coś albo od lat czterdziestych do lat sześćdziesiątych, mniej więcej tak ludzie nosili, ale widziałem sam jakby zarys tego płaszcza i sam zarys kapelusza. Nie czułem, mówię o tej istoty, żadnego, jakby to powiedzieć, zagrożenia. Ale tutaj to jest taka później ciekawa sprawa, bo jakiś czas później z moim nieżyjącym wujem był ten temat poruszany i była taka sytuacja, że mieszkam przy takim, przy tym skrzyżowaniu, niestety, o którym panu tam wcześniej mówiłem. To skrzyżowanie, co do siebie, że tak gdzieś do końca lat sześćdziesiątych, zanim je przebudowali, było dość niebezpieczne i tam parę osób po prostu zginęło. I tam po prostu była taka sytuacja, że podać jeden mocno trwińska, po prostu przeszedł przez zakręt. Po prostu nas półlą żywcem, po prostu po wypadku. Nie wiem, czy to miało jakiś związek z tym, czy nie miało jakiegoś związku z tym. No, mówi się, że zdarzenia takie traumatyczne jakby czy czasami się nagrywają, czy to tak ujmę, w danym miejscu i po prostu- Możliwe, możliwe.
-w jakiś sposób się materializują jakieś tam pozostałości po nich, tak? No tak, tylko mówię, tutaj to żadnego, jakby mówię, ani nie, nie, wie pan, nie słyszałem, nie czułem żadnego zagrożenia. Tylko tutaj następna ciekawa sprawa, bo to już po tym, po tym spotkaniu, tej postaci, dwa, trzy tygodnie później miałem wypadek, praktycznie miałem zmiażdżony palec. Teraz pytanie, czy to było po prostu jakby to spowodowane tą postacią, czy też jakby oddziaływaniem, złym oddziaływaniem tej postaci, czy też z drugiej strony jakby przysłużyła się, bo miałem taki szczęśliwy, wie pan, zbieg okoliczności, że po prostu ten palec udało się przyszyć, odratować i jest całkowicie sprawny do tej pory. Także tutaj to mówię, ciężko powiedzieć. Pan w tym, tym momencie powiedział mamie, że jeżeli dobrze pamiętam, dwadzieścia razy już pan taką postać widział, tak?
Znaczy nie, nie, nie, nie, nie, nie, ja przez dwadzieścia lat. Postać to ja tylko raz widziałem taką, bo tutaj to zaraz zacznie się dopiero, jakby to powiedzieć, inne troszkę, jakby to powiedzieć, sprawy z tej okolicy. Także tutaj ta postać tego kapelusznika to była tylko raz jeden jedyny. Po tym nieszczęsnym kapeluszniku to, to już była taka nadal ta zima w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego. Tylko to już, jak z tego, co ja pamiętam, to było góra z miesiąc później.
Była taka sytuacja, co było coś mniej więcej w tym stylu, kurczę, jakby to powiedzieć? Wie pan, to była praktycznie wtedy wieś. Myśmy hodowali kury i te kury na noc się po prostu zamykało w kurniku. No i była taka sytuacja, że po prostu rano, jakby to powiedzieć, wszyscy zaspali. Myśmy mieli takiego bardzo ostrego psa, który też notabene zaspał. Znaczy to jakby, jakby to określić ten pies, on tak na noc, on ogólnie mieszkał w domu, tylko na noc, kurczę, był wypuszczany, żeby no, wie pan, zachęcić się wrócić z powrotem do domu. W ogóle nie chciał wyjść na dwór. To było akurat u niego dziwne.
No, ale to mniejsza o tym. I około ten, przed godziną dziewiątą jakoś tam wszyscy zaspali, to kury trzeba nakarmić. I tak-... Kurnik był zamknięty. Otworzyło się, praktycznie oprócz jednej kury, wszystkie kury zostały wybite. Tam było kilkanaście sztuk i to było coś takiego, jakby, że coś się dostało do tego kurnika, nie zostawiając żadnych śladów. To było, wie pan: zima, śnieg, żadnych śladów i to było tak, jakby coś poukręcało tym kurom łby i nie było żadnych, jakby to powiedzieć, śladów, wie pan, walki. No bo to wiadomo, jakby się gdzieś dostała jakaś kurna do tego kurnika, to zawsze tam jakieś tam pióra, krew by była coś tam, jakby to powiedzieć, były ślady. Jedna kura tylko, jakby to powiedzieć, mm, schowała się w samym kącie i była tak jakby otumaniona. I do czego zmierzam?
Tutaj była taka ciekawa sytuacja, że pierwsze, no to dobra, to mogło, jakby to powiedzieć, to spowodować, bo to tak: człowiek nie zostawiłby ślady na świeżym śniegu. Zwierzę nie miało szansy tam jakimś tam dziurą nie dziurą wejść, nie odsunęłoby po prostu tam drzwiczki, która była zatarta, te drzwiczki do tego kurnika, no i tam z kobla, jakby to powiedzieć i nie zamknęłoby tego po sobie.
No ja sam pamiętam, że zrobiłem taki obchód jakby po tym ogrodzie i tak: dookoła kurnika, dookoła domu nie było żadnych śladów. Natomiast co ciekawe, do furtki od strony głównej ulicy były tylko ślady dużego psa, ale te ślady, jakby to powiedzieć, zniknęły. Nie wiem. Ciężko mi jest powiedzieć, czy to też miało związek, czy to nie miało związku, tylko tutaj z tym tematem będzie troszkę później, yy, jakby to powiedzieć, dalsze rozwinięcie, ale to będzie działo się, jakby to powiedzieć, parę, parę ładnych lat później. Także tutaj to już musimy ten temat zakończyć. Tutaj jeszcze mam takie spostrzeżenie odnośnie tego psa, że pies musiałby się przecież jakoś do tego kurnika dostać, a tam było zamknięte, a tam chyba było tylko jedno i jedna możliwość wejścia do tego, do środka, tak?
Tak, tak, tak, tak, dokładnie, dokładnie. I jedna jedyna. Druga sprawa, ten kurnik był bardzo niski, bo on tam miał chyba z metr osiemdziesiąt był w najwyższym miejscu. Także tutaj to, to jakby to powiedzieć też, no nie wydaje mi się, że czy to był człowiek, czy nie, to był człowiek. Żadnych śladów w każdym razie na śniegu nie było. No, ale tutaj to już, jakby to powiedzieć, później mu-musiałbym po prostu dokończyć ten temat, tylko to, to tak tu leci, wie pan, w kolejności, jakby to powiedzieć, chronologicznej.
A te ślady tego psa, rozumiem, w jakimś miejscu się urywały, tak? Przy furtce. Tak jakby furtki nie mógł sforsować. I to będzie później, jakby to powiedzieć, ciutki ważne. A jeszcze mam takie pytanie: rozumiem, że nie było jakichś widocznych prób dostania się do kurnika z innej strony, tak?
Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie. I tutaj musi, musiałby się ciutki cofnąć, jakby to powiedzieć, bo tak jak mówiłem o tym kapeluszniku wcześniej, to była taka później sytuacja, jakby to powiedzieć, może to głupio zabrzmi, ale!
Mniej więcej, kurczę, po tym spotkaniu, że jak miałem ten palec uszkodzony, jakby to powiedzieć, była taka rozmowa w tym samym czasie między moją matką i sąsiadem. No, ja tam akurat przysłuchiwałem się tej rozmowie. To był taki, kurczę, zimowy, jakby to powiedzieć, albo wczesna noc, albo tam późny wieczór. Wtedy jak księżyc, a do czego zmierzam? No i zaczęło się, jakby to nazwać, na takie opowiadanie. Ja powiedziałem, że tam się boję tej pełni księżyca, coś takiego. No i sąsiad zareagował, że tutaj nie ma wilkołaka. No wie pan, jak pięciio- czy sześciolatek, to to jest wilkołak, nie? Od razu mówię, że to był, wie pan, początek lat osiemdziesiątych. W telewizji to się praktycznie nie oglądało. No, sąsiad wytłumaczył, o co chodzi. „Ale nie bój się, tu nie ma wilkołaków". No ja mu jechał: „A skąd to wie pan?" I pokazuje ten lateks taki po przeciwnej stronie ulicy, tak jakby sąsiadujący z moją, jakby to powiedzieć, działką tam przez drogę, tak? Tutaj to od razu zaprzeczam, że to był taki okres, że żadnych bezpańskich psów, żadnych karbinków i tak dalej u mnie w okolicy nie było. Także tutaj to nie wiem, skąd mi się wziął, ale tak na moment w umyśle jakby mignęło, wie pan co? Tak jak ma pan jakby przed oczami rycinę, tak z początku dziewiętnastego wieku, jakby nie tam z niemieckiej książki, tam z tego, kurczę, jak wygląda wilkołak. Na moment to mignęło. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Także tutaj to z tego i tutaj, tutaj już w kwestii tego nieszczęsnego później kurnika. No to mówię, tutaj to właśnie ciężko powiedzieć, ale mówię: żadnych śladów, żadnych tego. Pytanie jeszcze z tą otumanioną kurą mi się akurat też do, do dzisiaj nie daje spokoju, bo ona była taka jakby dziwnie się, wie pan, zachowywała. Także tak się ją co prawda udało odratować, ale nie wiem, czy ona była w szoku, czy tego.
No przecież tylko jeden wie. Ta kura żadnych śladów, jakichś ingerencji w ciało nie nosiła, nie? Nie, nie, nie, nie. Właśnie to było dziwne, bo to wie pan, co to jest tak: jak ma pan po prostu, no wiadomo, drapieżnik poluje, tak? No wiesz pan, dziecko, akurat jestem dzieciak wychowany praktycznie na wsi. No zawsze tam jakieś pióra polecą, są zaplatania, jest sporo krwi. Wie pan, o co chodzi. Tu nie było nic dosłownie.
No, tutaj jedyna różnica była w zachowaniu tej kury, tak? Tak, tak, tak, tak, tak, tak. A wie pan, a to mówię, tutaj to było mówię, jeżeli kilkanaście kur to po prostu, jakby to powiedzieć, no, zginęło śmiercią tragiczną, no to wie pan, raczej to też nie był drapieżnik, bo drapieżnik to by zaczął konsumować po prostu. Przynajmniej wie, wie pan, część na miejscu, tak?
No, to by dało, dało jakieś ślady, a tam żadnych śladów nie było po prostu. Żadnych śladów nie było. Kury były martwe, dlatego, że były martwe, krótko mówiąc. To znaczy, tak jakby mówię, łeb ktoś im ukręcił. Nie, tego, wie pan, żadnych śladów krwi, żadnego tego, no. Także tutaj to właśnie, tutaj mamy taką ciekawostkę.
No i tutaj nie wiem, czy, czy po prostu dalej, to może już jak kontynuujemy ten temat, tego nieszczęsnego kurnika, no nie? I, i tego. Później była sytuacja tego, bo to był jeden jedyny taki przypadek. I musimy teraz się przesunąć, jakby to powiedzieć, przesunąć się w czasie do końca lat dziewięćdziesiątych, tak gdzieś mniej więcej okolice dziewięćdziesiąte ósme, dziewi... dwutysięczne roku.
Moja działka sąsiadowała z działką takiego jednego gościa, który hodował gołębie. Też miał zamknięty gołębnik. Wszystko pięknie, ładnie. Zero, jakby to powiedzieć, możliwości, żeby ktoś się tam dostał, bo te gołębie były rasowe i podobno bardzo kosztowne. Coś dosłownie tak samo postąpiło z jego gołębiami, czyli po prostu wymordowało wszystkie gołębie bez żadnych śladów. Akurat tutaj to jakby to powiedzieć, no, tych zwłok nie widziałem. To tylko z opowieści sąsiada.
No, sprawko narobiło. Też nie wiadomo, co to było.... W dwa tysiące pierwszym roku, tak jak pan widział te zdjęcia, yy, tutaj jest mniej więcej tego mojego terenu. To było tak: z jednej strony była działka sąsiada, mój dom, a tam jakieś krzaki rosły i obok była taka, jakby to powiedzieć, opuszczona działka. I teraz sytuacja jest tego rodzaju, że z zawodowych, to ja bardzo często wracałem, no tak po dyżurze, godzina między tak dwudziestą pierwszą, no a nieraz północą, tak? I latem dwa tysiące pierwszego roku miałem cholerne odczucie, że coś jakby na mnie poluje. Ale wie pan co? To jest tak, jakbym mniej więcej jakby się czuła zwierzyna, która jest tropiona przez jakiegoś drapieżnika w określonym okresie.
Czuć, jakby to powiedzieć, tak jakby pierwotne zło i dosłownie czuć, że to coś, co stara się polować, no akurat w tym przypadku na mnie, no dzięki. W ostatniej chwili jakby się powstrzymuje przed atakiem, atakiem. Ja czuję, że on jakby się boi, że spotka go jakaś, nie wiem, kara, coś takiego. No i sytuacja teraz wyglądała taka, że to tak, to uczucie to było mniej więcej tak gdzieś do wiosny kolejnego roku. Nie zawsze. To też nie zdarzało się, mówię, za każdym razem. I teraz tak. Co ciekawe, jakby to powiedzieć, latem to jeszcze można zrozumieć, no bo wiadomo, krzaki, opuszczona działka, coś się tam może ukrywać, tak? Chociaż wie pan, akurat tutaj, jak człowiek troszkę tam w tych okolicach jest wychowany, no to tam powiedzmy, jak dzika zobaczył czy tam jakiegoś tam jelenia, to to się tego nie przestraszył. Ale do czego zmierzam? Zimą było to samo odczucie, chociaż doskonale wiedziałem, że kurczę, tam nie ma żadnej, jakby to powiedzieć... No, nie ma się gdzie ukryć, tak? No bo to wiadomo, kurde, liście opadły. Jak była jeszcze pełnia księżyca, wtedy od nas, tego, no to wiadomo, że nic, nic nie ma prawa, jakby to powiedzieć, jakiś drapieżnik być niezauważony. Ale uczucie, mówię, raz na jakiś czas występowało i co ciekawe, zawsze w nocy albo wieczorem.
Tutaj jeszcze kończąc z tym polowaniem nieszczęsnym, bo to tak akurat na moment się przewało. No i ta sytuacja była tego rodzaju, że to odczucie, jakby to powiedzieć, towarzyszyło mi do wiosny dwa tysiące drugiego roku. Teraz, co ciekawe, było zrobione ogrodzenie, takie już bliżej ulicy, jakby to powiedzieć, żeby wykasować, jakby to powiedzieć, tą część.
To tak, jakby z tym cofniętym ogrodzeniem. I do czego zmierzam? Yy, od strony to będzie od strony . Był wylewany fundament, wtedy pod tą nową siatkę. No i tam jakoś wie pan, matka mnie akurat tak, jak wychodziłem do pracy, tak zwrócił uwagę: jest odcisk łapy psa. No to i świeży, wie pan, w wylanym betonie. No to akurat od razu się śpieszyłem do roboty. No ale zerknąłem. Powiedzmy, to było tak mniej więcej: jak ma pan szerokość tego fundamentu trzydzieści centymetrów, to tego łapka psa, no to wyglądał dosłownie jak łapa dużego psa. To miała rozmiar dwadzieścia na piętnaście centymetrów.
Także to mówię, tutaj to już... Jeszcze co ciekawe, była taka sytuacja, że ona była w takim miejscu, dziwnym miejscu, że pies by dosłownie nie mógł, nie mógł, jakby to powiedzieć, zrobić odcisku. Dlatego, że z jednej strony był bardzo gęsty żywopłot i nie było możliwości, żeby ten pies pod tym kątem po prostu, jeżeli mówię, byłby to duży pies. Zostawił odcisk łapy w tym miejscu. No, niestety, akurat wie pan, dziś ja tego nie mam, bo to człowiek się śpieszy do pracy. To jeszcze czasem, że tam w telefonach, tam aparatów praktycznie nie było. No przede mnie nie, a później to akurat był jeszcze raz ten fundament wylewany, tak że ślady niestety były zatarte. Ale to mówię jako ciekawostka. I od czasu, co ciekawe, jak się to ogrodzenie, kurczę, postawiło, no to już jakby to powiedzieć, od razu to wszystko ustąpiło.
Czy była możliwość, żeby tam ktoś, jakby jakiś człowiek też wszedł i taki ślad zostawił? Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, bo tu był bardzo ciężki dostęp, jakby to. Dlatego już panu mówię, tak jak ma pan to zdjęcie, mniej więcej to jest tak: ma pan ulicę , tak? Mniej więcej tak przed sobą. I teraz tak. Ogrodzenie było wzdłuż tej ulicy , tylko że tam było tak: z jednej strony nasyp i tam z chodnika nasypu po prostu pod kątem jakby się schodził.
No, wie pan, takie jakby górki. Z drugiej strony być może tam pan widzi na tym zdjęciu z dwa tysiące drugiego roku, jeżeli pan ma tego, bardzo gęsty żywopłot, krzak przy tym fundamencie. Także nie ma możliwości sforsowania tego żywopłotu.
Gość musiałby, jakby to powiedzieć, ten odcisk zostawić, ale od strony tego nasypu. Tylko że mówię, to wygląda na odcisk psa i to byłoby tak niewygodne, że mówię, a trochę sprawa prosta. Moim zdaniem to ma to związek wszystko z tą przedwojenną i z osiemdziesiąt z tymi wydarzeniami z osiemdziesiątego trzeciego i później z tego końca lat dziewięćdziesiątych. Jakby to powiedzieć, kiedy... No właśnie, temu sąsiadowi te gołębie, jakby to powiedzieć, wybiło.
Tak mi nie daje spokoju rozmiar tego śladu, bo to musiałby być na przykład naprawdę bardzo, bardzo duży. Ja panu coś powiem. To jest tak. Ja sprawdzałem kiedyś z ciekawości. Nie, znaczy często wiadomo, że takie rasy nieraz tego, ale na pewno nikt już takiego psa nie miał. No to wie pan, kurczę, to jeszcze wtedy to była stosunkowo mała, jakby to powiedzieć, społeczność, więc raczej to by się w oczy rzuciło. Wilki i wilki szpały u nas nie występują po prostu nie tego. Natomiast to było za duże, jakby to powiedzieć, na zwierza. No, wilki raczej chyba odpadają ze względu na niskie zalesienie tego terenu, tak? Nie, nie, nie, nie, to nie ta okolica, jakby to powiedzieć. Chociaż nie powiem, że teren łowiecki to może by się miały, bo tutaj nawet dziki nawet teraz, w tej chwili nie to w sąsiedztwu występują, ale to mówię, to nie tak.... No dobra, no to to już tą kwestię tego nieszczęsnego, jakby to powiedzieć, tego ogrodzenia pieska i z tego dobra. I teraz to, to już musimy się wrócić, jakby to powiedzieć, do lata osiemdziesiątego trzeciego. To jakby to powiedzieć, ten rok obfitował w dość ciekawe wrażenia u mnie. No więc to była taka sytuacja, to akurat była świadkiem tego moja matka. To myśmy zobaczyli, jakby to, jakby to przyrównać, jakby to według opisu, to można by było przyrównać do cherubina, jakby. Tylko wie pan, nie cherubinka, a cherubina, tego z biblijnych opisów. Jakkolwiek od razu mówię, by to zabrzmiało, ale to już cały kontekst, jakby to powiedzieć, może na świecie. No, to była taka sytuacja, że to tak osiemdziesiąty trzeci rok, no to, to jeszcze był ten okres cudowny, kiedy to było mięso na kartki, że trzeba było podjechać do Urzędu Gminy w Wesołej, żeby tam po prostu te kartki wziąć na to. No i oczywiście się po tym wzięciu tych kartek, jakby to powiedzieć, trafiło na lukę komunikacyjną. Czyli żaden autobus w okolicach południa nie chodził tam PKS-u, a więc się zrobiło spacer do domu. No tak, jak ma pan mniej więcej tą mapę, to pan odszuka. Jak ma pan stację Orlenu, drogę w kierunku Sulejówka, to jest w tej chwili bodajże chyba Aleja Piłsudskiego się nazywa, tam przy okolicach, tam przy McDonaldzie. No i była sytuacja tego rodzaju, że no to tam zrobiliśmy sobie z matką tam długi spacer, jakby to powiedzieć. Przeszliśmy ten Sulejówka, skręciliśmy w obecną Aleję Piłsudskiego, bo to wtedy była tak jakby szosa pomiędzy tam lasami i polami. No i jakby to powiedzieć, jak ma pan okolicę, teraz to będzie przystanek chyba Drobiarska, jeżeli to jest oznaczone od rogu, mówię na tej mapie. Przystanek MZK Drobiarska albo ulica Drobiarska. To mówię, w tamtych okolicach było. Wtedy to było po... Droga tak wiodła wzdłuż drzew. Tam były nieraz takie przesięki, tam trochę pola, ale ogólnie to było tak, że tu szpaler drzew, szpaler się kończył i było tak jakby puste pole. No, ono w tej chwili to jest zarośnięte, także może tam po prostu, jakby to powiedzieć, nie znajdą tej mapy. I tam taka droga, jakby to powiedzieć w osiemdziesiątym trzecim, taka prowadziła kurczę na skróty.
No i tam z wzgórzów, no ujrzeliśmy ta postać, taka jakby w bardzo, takie wie pan, gołębio-szary kolor. Wyglądała jak anioł na takich starych tych landszaftach, takich jakby to powiedzieć, tam z dziewiętnastego, początku dwudziestego wieku. I ona miała między, takie jakby dwa pięćdziesiąt a trzy metry wysokości.
Od razu mówię, że jakby to powiedzieć, tą wysokość to myśmy, jakby to powiedzieć, przez punkt odniesienia po prostu liczyli. Tam po prostu, wie pan, porównując to po prostu do tego, do całego zboża, jakby.
Ona tak jakby stała odwrócona do nas tyłem. Ona była po prostu naprawdę piękna. No i chciałem po prostu iść w jej kierunku. No, matka to dosłownie się przeraziła. Daleko szukaj, no, praktycznie klauckiem uciekliśmy z tego miejsca.
Czyli tak jakby to wyglądało jak taki duży anioł, jeżeli dobrze rozumiem, tak? Tak, tak, ale bardziej wie pan co? Tak jak były opisy tych cherubimów biblijnych, coś takiego. Tylko że mówię, tutaj to mówię, wie pan, głupio to brzmi, ale wiesz, ale po prostu no, byłem tak przerażony później, że to akurat nawet trzeba było taki obraz właśnie w tych dziewiętnastym, taki wie pan, jakby te landszafty nieraz od pustek sprzedawane trzeba było schować, bo po prostu dosłownie był przerażony tym. Pamiętam, że to było w okolicach południa. Także wie pan, tutaj to pogoda idealna, zero, jakby to powiedzieć, duchu na szeście. Tylko że tutaj to jakby, jakby to powiedzieć, to od razu, że to wtedy tam był w tej okolicy naprawdę znikomy. Także tutaj szansa, żeby ktoś jeszcze poza nami to zobaczył, to była praktycznie znikoma.
A próbował pan może jakoś, nie wiem, po latach rozmawiać z mamą na temat tego zdarzenia? Wie pan co? Powiem to tak: tutaj to pewnych tematów się u mnie w domu tak średnio porusza. Zaraz panu powiem dlaczego. Bo tutaj to musimy przejść tak jakby do osiemdziesiątego szóstego roku, ale tutaj to jeszcze bym na tym osiemdziesiątym trzecim, jakby to powiedzieć, skończył, bo to jeszcze był jeden taki numer, że tutaj to było właśnie tak, jak wspominałem o tym żywym folklorze. I to była taka sytuacja, że byłem wtedy sam w domu. No i tam akurat, wie pan, gapiłem się, jakby to powiedzieć, tak z pokoju, kurczę, tam w kąt ściany. I kurczę, na moment dojrzałem jakieś bodajże, jak dobrze pamiętam, ze trzy, cztery postacie. Jakby to powiedzieć? Nazwałem to krasnoludkami, wie pan, jakby to powiedzieć, jako małe dziecko, tak? Stosunkowo. Tylko że po pierwsze to nie były krasnoludki przypominające opisy z bajek, bo miały gdzieś około tam czterdziestu centymetrów wysokości. I cholera, i cholernie przypominały mi pan ten hologram. Bo to jest tak, jakby to po prostu na ścianę rzucił, jakby to powiedzieć, nie wiem, obraz z rzutnika, tak? Czy tam po prostu z wyświetlacza. Czyli widzi pan trójwymiarowy jakby obraz, ale wie pan, że kurczę, on jest, jakby to powiedzieć, no, nierzeczywisty. Nie jest po prostu, jakby to powiedzieć, z tą tą rzeczywistą, tak? I to dosłownie tak obserwowałem przez chwilę taką dłuższą, jakby to powiedzieć. Oczywiście babka, kurczę, weszła do domu, bo coś tam w ogrodzie robiła. Ja tam mówię od razu, że: mamo, widziałem krasnoludki. Oczywiście babka nie uwierzyła. Jeszcze dostałem, kurczę, budę za to, że kurczę, taki duży chłopak idzie do podstawówki, a kurczę, nie, tego, no krasnoludki wierzy i wie pan, jak to się skończyło. Natomiast- Czy udało się panu jakby zarejestrować wzrokowo jakieś szczegóły ich wyglądu czy zachowania czy coś? Oj, wie pan co? Dobra, to jest tak mniej więcej, wie pan co, tam mniej więcej tak czterdzieści centymetrów wysokości, tylko że one wyglądały nie jak krasnoludki. Wie pan, takie znane z bajek, tak? Tylko wie pan, cholernie mi co przypominały?
Takie ma pan nieraz takie figury w starych kościołach, tam świętych, coś tego. To one mniej więcej tak wyglądały. Czyli po prostu może nie tyle święci, ale mówię tak jakby z czasów tam renesansu, tam odrodzenia, czyli takie stroje. Ale wie pan, o co mniej więcej chodzi? Takie ma pan, jakby pan, po prostu stare rzeźby, tak?
Takie postacie ludzkie w wersji mikro, No, coś, coś w tym stylu. I tak, że się nie poruszały. To też jest akurat ciekawe. Ale ich obecność pan odnotował na sto procent, tak? Tak, na sto procent. I tu jeszcze jest taka, już mówię, ciekawostka, ale to już po latach, bo kurczę, tam jak miałem, mam koty, nie? No to tam wszystko. Te kupę razy jeszcze po tym zdarzeniu to się nie wiem, gapiłem w to miejsce i coś każdy zastanawiał, jakby to powiedzieć, co one tam ujrzały. I tutaj to mówię, tutaj to właśnie nie wiem, tylko mówię, to mi przypominało, jakby ktoś rzucił po prostu, jakby tylko nie wiadomo skąd.
Nie wiem, coś à la hologram. A pan wykluczył, rozumiem, możliwość, że to było na przykład jakieś odbicie światła? Nie wiem, czy coś tego typu. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, wie pan, tutaj to żadne światło, bo to było, jakby to powiedzieć, dół podwórkowy, okno naprzeciwko. Tam, wie pan, tutaj to całkowicie nie tak, bo to mówię, to, to już tyle razy to po latach analizowałem, że to, to jest naprawdę, jakby to powiedzieć, tą opcję można wykluczyć.
Czyli tak to wyglądało w przybliżeniu, jakby się te postacie nie do końca zmaterializowały, tak? Coś tego typu. Tak, tak, tak, tak, tak. Tylko pytanie, czym były? No to, to wie pan, no, no to to już, jakby to powiedzieć, nie potrafię udzielić odpowiedzi.
No, tu jest dużo pytań, czym one były i dlaczego się chociażby tam akurat pojawiły w tym miejscu. Tak, w tym miejscu, nie tego. I tu właśnie to ja się zawsze śmieję, bo to wie pan, tutaj akurat ten pokój to był taki, jakby to powiedzieć, w starszej części domu, to jeszcze tam podłoga, jakby to powiedzieć, tam konstrukcja jest taka wolna przestrzeń. No to jakby to powiedzieć, później przez parę lat, no to miałem takie wrażenie, jakby to powiedzieć, że odczucie, że coś tam cholera może być, ale to jest tam odczucie, a to, a rzeczywistość, no to wie pan doskonale, że to są dwie różne rzeczy.
... To możemy przejść do tego osiemdziesiątego szóstego roku właściwie. Dobra, dobra. Osiemdziesiąty szósty rok była taka ciekawa sprawa, bo tutaj to było lato. To było po tym, jak tam w Czarnobylu ta elektrownia miała tą słynną awarię. No i jakoś tam matce się zachciało jagód. Znaczy ich pozbierać, tego. I teraz, jak ma pan mniej więcej tą mapkę, to tam pan zobaczy to od strony, jakby to powiedzieć, w kierunku Międzylesia od środka jest taki duży kompleks leśny. Znalazł pan mniej więcej?
Znaczy widzę tutaj takie duże, zalesione- Tak, tak! Mocno zalesione miejsce. Tutaj Wesoła, stacja paliw Orlen. Tak, tylko od razu uprzedzam, że to bardziej tragicznie na zdjęciach wygląda niż w rzeczywistości, dlatego że to po prostu tam cały ten teren to był poprzecinany jakimiś tam drogach, jakieś tam gospodarstwa się znajdowały. Powiem to tak: idąc prostą zawsze się gdzieś dotarło albo do jakiegoś gospodarstwa, albo do jakiejś szosy, albo do jakiegoś tam przystanku komunikacji miejskiej.
Także, wie pan, to był teren po prostu, jakby to powiedzieć, nie do zagubienia. I była taka sytuacja, tam była taka kiedyś, tylko że ta droga już nic nie była taka jak kiedyś. Jakby droga między a Międzylesiem, ona była robiona w takiej cegły, kurczę, tak jeszcze w czasie wojny, tylko później oczywiście tą cegłę po prostu, jakby to powiedzieć, wykorzystano do innych celów. Natomiast była jeszcze ta droga w naprawdę dobrym stanie, że spokojnie można było tak przejść od nas do Międzylesia i przy okazji sobie pozbierać jagody. No i była taka sytuacja, że mniej więcej myśmy wyszli o dziewiątej trzydzieści z domu. No i tam była koncepcja, że tak: przejdziemy jakieś sto metrów, wejdziemy w las mniej więcej, jak się ta droga zaczynała. No tam nazbiera się tam szkle jagód, tyle się tam nazbiera, wrócimy do domu, czyli to tam mniej więcej zajmie, no to tam ze dwie godziny, tak? Czy tam dwie i pół. No i tam raczej nawet na taką wyprawę to myśmy, myśmy nie wzięli zegarków. Wyszliśmy.
Godzina dziewiąta trzydzieści. Pierwsza taka ciekawostka. Wie pan, lato, piękna, słoneczna pogoda. Idziemy wzdłuż lasu. Oczywiście ten las, kurczę, tak się wydawał... Wie pan co? Tak jak ma pan jakby zgniliznę jakąś, taki... Wie pan co?
Teraz stąd się w takie miejsca, tak, tak, jakby pan, powiedzmy, na bagna wchodził. Może coś w tym stylu. Wtedy tak po prostu już to coś się dziwnego wydawało, no ale wie pan. No takie uczucie, jakby to było inne miejsce, niż pan zapamiętał, tak?
Tak, tak, tak. Że nie jest się na właściwym miejscu, że coś obtyka. Akurat ten las to jakoś doskonale znaliśmy, więc to już było dziwne. No, ale dobra, szukamy tego wyjścia gdzieś tam. Gdzie było to wyjście? Wiedzieliśmy. Musieliśmy go dobrze poszukać. No dobra, w końcu wchodzimy do tego lasu. No, przeszliśmy z kilkadziesiąt metrów. I teraz taka ciekawa sytuacja. Po pierwsze wie pan, pan wchodzi do lasu, to ten las, nieważne jaki, on żyje jakby. Czyli słychać jakieś tam, ja po prostu jakieś tam, kurczę, nawet jak tam ptaki nie śpiewają, to tam słychać nawet jak drewno pracuje. Wie pan, wie pan, o co chodzi. No i teraz tak: wchodzimy i czułem się dosłownie, nie wiem, jakby, wie pan, to jakby klosz ktoś nałożył. Czyli tak: było przyciemnione. No raczej nie to, że jakby to powiedzieć, no całkowicie ciemne, tylko tak jakby troszkę jakby ciemniejsze w jakimś tam promieniu. Przed nami, wzdłuż tej drogi, kurczę, którą widzimy, widać słońce.
Cisza. Patrzy się pan na boki. Nic, jakby to powiedzieć, jest cholernie, jakby to powiedzieć tak nie wiem, zamglone. Z tego, co także po pięciu, sześciu metrach, jakby to powiedzieć, patrzę w stronę ulicy i dalej nic w tym lesie nie widać. No i wie pan co? To było mniej więcej coś takiego, że no, próbowaliśmy iść.
Oczywiście tak, jagód się nie zebrało, nigdzie ich nie mogliśmy znaleźć. Tam dosłownie tam pół kupka się znalazła, ale to mniejsza większość. I teraz tak: idąc do przodu, cały czas, jakby to powiedzieć, było to czuć, jakby tego klosza, jakby. Wie pan, no może to tak nazwijmy jak kolokwialnie mówiąc, ten mikoł, bo to chyba najlepiej by to, jakby to powiedzieć mogło. I wie pan co? I teraz tak, sytuacja jest tego rodzaju, że tak: coś nam mówiło, żeby się nie odwrócić, ale od razu mówię, że kurczę, po wejściu do lasu, no to byliśmy dosłownie kilkadziesiąt metrów od jego wyjścia.
Ja chciałem, kurczę, przejść w bok, a tam oczywiście, kurczę, zrugała mnie tego. I co mówię? Dość długi okres myśmy szli. Nic się, jakby to nie powiedzieć, nie zmieniało. W końcu doszliśmy do takiego pewnego miejsca, ale to już jakby to powiedzieć, no bardzo długiej wędrówce i zawróciliśmy. W momencie tam, to jakby to powiedzieć, nagle niebo się stało normalne, wie pan, już wszystko, jakby to powiedzieć, wróciło do normy. No i wracamy do domu. Oczywiście planowaliśmy to dosłownie, kurczę, tam, kurczę, ja by panu nie znałem, to tutaj nawet tak szybko.
Mniej więcej na dwunastą trzydzieści, trzynastą, no nie? Wychodząc o dziewiątej trzydzieści, a wchodząc bodajże do domu, patrzymy na zegarek, jest czternasta czterdzieści pięć. Tutaj to już wiadomo, nie chce się człowiek poddawać i też chce mieć święty spokój, ale tutaj to podchodzi pod naginany czas, ale do czego jeszcze innego zmierzam. Kilka lat temu opis mniej więcej tego zdarzenia dałem do jednej pana audycji na YouTubie i w komentarzach była taka dziewczyna, akurat ode mnie z okolicy, która w tym czasie, tylko że po przeciwnej stronie, kurczę, osiedla jechała konno. Miała te same odczucia, tylko że mówię, to był jakby kompleks leśny, ale z drugiej strony.
Miała te same odczucia i też z opisu całej tej sytuacji też jej zaginął chyba bodajże dwie godziny. Ale czym mówię, czym to było spowodowane? To tylko jeden raczy wiedzieć. A ile czasu taka wędrówka tamtą ścieżką powinna trwać?
To jest około mniej więcej, żeby panu nie skłamać, w trasach po Międzylesie to jest trzy i pół, cztery i pół kilometra w jedną stronę. Natomiast, no czyli wiadomo, że tam jakoś szybkim tempem, kurczę, tam spokojnie z tego doszło. Myśmy przeszli z tego, co ja pamiętam, kurczę, tam później na tych odniesieniach, jakby to powiedzieć, no jak minął się całą historię po latach analizowałem w obie strony mniej więcej półtora kilometra w jedną, półtora w drugą, czyli to będzie łącznie trzy kilometry. Czyli mówię ogólnie to sporo czasu, jakby to powiedzieć, brakuje. Ale! Bo to jeszcze nie koniec historii. No bo to już wróciliśmy do domu, wszystko pięknie, ładnie, temat już się za bardzo nie poruszało, chociaż później, jakby jak to powiedzieć, chciałem moją matkę pociągnąć za język, bo to mówię od razu, to teraz lasy, to jest, mówię, tragicznie to wygląda na zdjęciach. No nie ma szansy tutaj się zgubić. Podobną rzecz przeżyła kurczę ze swoją siostrą na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych dla dzieciaka. Także tutaj mówię- W tej samej okolicy? Tak, tylko że mówię po przeciwnej jakby to stronie, bo tutaj jest to jakby ten kompleks jest tą, tą główną drogą na wschód.... myśmy jakby to podzielony, tak? Zielona, jakby to powiedzieć, myśmy w stronę, jakby to powiedzieć, w między czasie tego, tego zielona, tak bardziej w stronę, jakby to powiedzieć, Sulejówka tego nieszczęsnego. No tam gdzieś do tego, jakby to powiedzieć, Aniołka. No, ale kończąc, wie pan, kończąc właśnie tę historię. Mniej więcej, kurczę, to było kilka tygodni później. Akurat widok na część tego lasu, co on teraz to już zabudowa, to tak za bardzo nie widać, ale wtedy miałem jeszcze jakby na część tego lasu widok od siebie z domu. Nieco to tak gdzieś mniej więcej, tak żeby panu nie skłamać, około- Wspominał pan o tej mgle dookoła. Czy to była taka mgła, jakby odcinająca widok od wszystkiego, co było za nią?
To znaczy za siebie nie, nie patrzyłem. Natomiast na boki, jeżeli patrzyłem, tak, to było w ten sposób, że była mgła i tak jakby nieprzenikniona przedni. Wie pan, o co chodzi? Bo jednak nawet jeżeli mamy gęsty las, to jednak jak się patrzy, to zawsze tam w promieniu tam kilkunastu, kilkudziesięciu metrów zawsze coś widać. A tutaj to było autentycznie nieprzeniknione, jakby to powiedzieć, mgła. To ciekawe. Znaczy mówię, taka jakby mgła z taką jakby cieniem, taką, wie pan, mniej więcej, o co mi chodzi. I co ciekawe, teraz tak, jeżeli ja schodziłem, jakby to powiedzieć, bo tam udało mi się zboczyć bodajże na dwa, trzy metry, to było jakby to dokładnie to samo. Czyli tak jakby kokon, jakby coś. W każdym razie to było tak, że to po prostu był jakby odizolowany od odczuć zewnętrznych.
Widziało się tylko, co się widziało przed sobą, a przed sobą to oczywiście była ładna, piękna pogoda, tak? Czyli przemieszczaliście się i tak jakby ten kokon przemieszczał się razem z wami, żeby wam jakby zablokować, tak?
Tak, tak, tak, tak, tak. To znaczy, wie I przemieszczaliście się, mając wrażenie, że, że stoicie jakby w miejscu, tak? Cały czas w tym samym miejscu. pan, no, to znaczy, czyli po prostu wiadomo, że idziemy, natomiast tam otoczenie się, jakby to powiedzieć, że wrażenie się nie zmienia, czyli wie pan, to zawsze jednak te, te krzaki, drzewa, no to wiadomo, że to tam po drodze by się zmieniały, tak?
I towarzyszyła temu taka totalna cisza. Wszystko było wyciszone. To znaczy wie pan co, może nie tyle totalna, co jakby taka, jakby... Wie pan co? Jakby pan, powiedzmy, szklankę do ucha przystawił, czyli dźwięki z otoczenia słychać, ale jakby za zasłony. Także tutaj to właśnie to nie było tak, jakby całkowicie odcięcie, jakby to powiedzieć, yy, od dźwięków, tylko jakby one były bardzo przyumione. Czyli takie wrażenie, jakby te dźwięki gdzieś tam były, ale nie docierały do waszych uszu, tak?
Tak, tak. Dokładnie, dokładnie. Godziny tam wpół do jedenastej wieczorem, no to już ciemno było nie tego. Zobaczyłem, kurde, w otwartym oknie nad tym kompleksem leśnym, no tam, gdzie tam akurat jest, jakby to powiedzieć, właśnie myśmy się...
szybko poruszający się jakby obiekt. On wyglądał tak, jakby, wie pan co? No to wiadomo, że to mi po UFO podchodziło, ale to było tak, jakby piłka od rugby. Mniej więcej tak na wygląd. Świecąca się, kurde, bardzo jasnym światłem, tak jak powiedzmy, ma pan teraz te, te, te lampy ledowe, kurde, co to tak, jakby to biało-żółte. Wie pan, o co chodzi? Takie jakby z takim ostrym, jak to powiedzieć, światłem. No i to tak szybko przeleciał.
Ja oczywiście matkę obudziłem. Matka za mnie założyła okulary, za mnie tego, to oczywiście ten obiekt zdążył, jakby to powiedzieć, szybko minąć, no bo to wie pan, to średnica, jakby to powiedzieć, dużego oka. Ale co ciekawe, około tam godziny, żeby panu nie skłamać, gdzieś wpół do drugiej w nocy, że ja wtedy już spałem, matkę obudziło. Dokładnie ten samo, jakby to powiedzieć, obiekt. Także mówię tutaj coś, co mówię. Coś musiało być na rzeczy nad tymi kompleksami leśnymi. No, to taka wydaje się mała strefa anomalna wasza, tak? Wie pan co? W ogóle mówię, ciekawe jest w ogóle teren, bo to jest tak. Nie wiem, czy pan ma mniej więcej geografię tych okolic, no ale to mniej więcej to jest tak. Jak pan ma z drogi na Sulejówek, co mówiłem, to mamy tak: od Rembertowa do Sulejówka ciągną się poligony wojskowe, jakieś tam Wojskowe Instytuty Badawcze i tak dalej. Czyli mamy tam po prostu praktycznie bezludny teren zajęty przez wojsko. Później mamy tak: u mnie w okolicy, ode mnie w okolicy, to tam kilkanaście kilometrów w stronę Otwocka, jest ten słynny Ośrodek Badań Jądrowych Świerk. No, a to wie pan, UFO to nie dostaje przecież, jakby to powiedzieć, działające reaktory atomowe, ale to jest inna, inna rzecz. No i tam kilkadziesiąt kilometrów dalej, to już tam za Mińskiem Mazowieckim datowany kurz, a lotnisko w Mińsku Mazowieckim. No tak, wiadomo, jeszcze blisko jest Warszawy i tak dalej, i tak dalej. Także tutaj to mówię, byłoby czym się, jakby to powiedzieć, zainteresować, jakby to tam, powiedzmy, coś chcieli, jakby to powiedzieć, no kurczę, przebadać. No, tutaj chyba możemy wykluczyć jakby test jakieś technologii wojskowych, tak?
Wie pan co? Powiem to tak: tutaj to ja na pewno wykluczam z jednego powodu. Jak wie pan, po prostu się techniką wojskową i lotniczą interesuję od dzieciaka. Notabene sam jestem administratorem czy tam założycielem kilku tam grup hobbistycznych na Facebooku akurat w tej tematyce, więc wie pan, a tutaj to na pewno nie to. Wie pan, no, tutaj to jeszcze nawet była taka sytuacja, że tutaj często, wie pan, no, na to okolico tam przelatywały wojskowe samoloty właśnie z Mińska Mazowieckiego czy tam z tego, no to nawet w nocy, wie pan, można było to bez problemu rozpoznać.
Druga sprawa, że to, to, to się, że tam ten obiekt poruszał się całkowicie bezgłośnie. Także tutaj to też raczej, wie pan, to bym wykluczał. Bezgłośnie i bez wpływania jakby na otoczenie. To znaczy, wie pan co, to było na tyle daleko, że nie wiem, czy to szło po trasie, jakby to powiedzieć, nad lasem z tego, to, to było, jakby to powiedzieć, no ładnych kilkaset metrów dalej. Także wie pan, tutaj to widziałem tylko nad koronami drzew to jasne światło. Natomiast tutaj to było ciężko, jakby to powiedzieć, punktem nawet odniesienia a propos jego wielkości. Na pewno był daleko.
Dobra, to już teraz tak, bo to myśmy skończyli na tym nieszczęsnym osiemdziesiątym szóstym roku i później, co ciekawe, w ogóle przez, no, dłuższy okres czasu nie było w ogóle żadnych, jakby to powiedzieć, dziwnych obserwacji, dziwnych zdarzeń. Do mniej więcej początku dziewięćdziesiątego czwartego roku. Na początku dziewięćdziesiątego czwartego roku akurat matka tam pracowała na nocne zmiany, nieraz, kurczę, w tym w robocie. No i akurat tam miałem dziwne wrażenie, jak po prostu sam w domu, no tam akurat szedłem spać, obecności czegoś. Więc sytuacja mniej więcej wyglądała tak, że po prostu, no, idąc spać, po prostu, jakby to powiedzieć, czułem obecność czegoś.
Obecność czegoś w domu, tak? Jakieś, nie wiem, istoty, czego... No, ciężko to określić, ale mówię: obecność czegoś. I co ciekawe, miałem takie dziwne wrażenie, że jeżeli tam odwrócę się, pójdę sprawdzić, jakby to powiedzieć, co to jest i tak dalej, no to akurat to się, cytuję: „Dobrze dla mnie nie skończy", jakkolwiek by to brzmiało. ... Czyli po prostu wolał człowiek nie ruszać się i spać, i mieć święty spokój.
Ale, ale do czego zmierzam? Tak mniej więcej gdzieś na przełomie, mm, stycznia, lutego dziewięćdziesiątego czwartego budzę się rano, no i tam czuję u nasady nosa jak-jakąś kulkę, jakby. No to takie jakby, nie wiem, coś, coś, jakieś ciało obce, tak mniej więcej pół milimetra czy milimetr, które cholernie, jakby to powiedzieć, no, przeszkadzało, tak? Za bardzo nie mogłem skojarzyć, ale wie pan, to już był ten czas, co się tam czytało różne tam Nieznany Świat i kurczę, magazyn UFO, więc miałem takie wredne podejrzenie, od czego to jest. No i teraz dobra, co z tym fantem zrobić? Wie pan, dziewięćdziesiąty czwarty rok, no to tak raczej za idiotę by wzięli. Co ciekawe, po jakimś tam paru dniach zniknął ten obiekt, ale od tego czasu miałem przez długi czas problemy z zatokami cholerne.
Czyli coś jakby tam się panu zalęgło, tak? Tak, tak. No znaczy, wie pan, zalęgło, no to tak w cudzysłowie, wie pan, o co chodzi mniej więcej. Czyli bardziej obcy implant czy coś takiego. No, ale to już wie pan, to takie domysły. Wie pan, to były te czasy, co wiadomo, że człowiek by nie poszedł, kurczę, do lekarza, bo by go za idiotę wzięli. Nie mówiąc, że nawet za bardzo nie można było, jakby to powiedzieć, tego sprawdzić. No, jak się jeszcze czytało wtedy Nieznany Świat, to było wtedy jakby zupełnie inne pismo niż to, co jest teraz, tak?
No, to jest inna sprawa, ale to mówię, to tam jeszcze magazyn UFO, to tam sporo, jakby to powiedzieć, no... No, bardzo żywe były tematy pod tytułem jakieś implanty i tak dalej. To znaczy, wie pan co, to implanty to może było, jakby to powiedzieć, wśród miłośników takich rzeczy, natomiast w ogólnym odczuciu społecznym, no to była za, tak kurczę, kosmici cię połali, jesteś idiotą, wie pan, o co chodzi.
No wiadomo, właściwie do dzisiaj to w dużej części- No dokładnie, dokładnie, dokładnie. -pokutuje. No i ja akurat, no mówię, to ten, jakby to powiedzieć, jakby to powiedzieć, obiekt zniknął. No i później były wakacje dziewięćdziesiątego czwartego roku. No to wtedy były bardzo upalne wakacje i akurat mi przyszło remontować pokój z kuchnią.
A ponieważ był potworny upał, no to ten remont zaczynałem, yy, tak między mniej więcej godziną tam dwudziestą drugą, kurczę, a czwartą rano. Wie pan, o co chodzi, żeby tam odespać sobie w dzień, a korzystać sobie z nieco chłodniejszej temperatury. No i była taka sytuacja gdzieś koło czwartej nad ranem, tak jak ma pan mniej więcej taki, kurczę, nie jeszcze to nie, nie jest wschód słońca, ale to już nie jest noc. Taki jakby, taka szarówka. Wie pan, o co chodzi mniej więcej. Tak, kurczę, patrzę, kurczę, przez okno i tak jak pan ma taką poranną mgłę nieraz, w tej mgle był zarys, jakby to powiedzieć, postaci. Białej postaci. Tak mniej więcej ja bym się śmieję, że to troszkę ludzika Michelina mi się kojarzyło, ale po prostu, no nie wiem, nie wiem, jak by to powiedzieć, co to było. Człowiek wolał, jakby to powiedzieć, nie wnikać. No i sobie machnąłem na to ręką, tak? Po czym, kurde, rok później mniej więcej to była taka sytuacja, że moja matka wracała z pracy z takiej ciastkarni. Ona tam bodajże tam kilkaset metrów od domu była, także bardzo blisko. A notabene zmiana jej się wcześniej skończyła nocna, bo prąd wysiadł w tym zakładzie. No i tam wchodzi do domu. No i tam pierwsze tego ktoś jest u nas na działce. Tak jak panu mówiłem, porządne ogrodzenie, drut kolczasty, czyli po prostu nie ma możliwości, żeby ktoś obcy tam wszedł. Ale wie pan, połowa lat dziewięćdziesiątych to czasy były, jakie były, tak? No to oczywiście wziąłem jakiś kawałek, kurczę, czegoś ciężkiego pod rękę, kawałek jakiegoś tam noża, kurczę, i wyszedłem zobaczyć, jakby to powiedzieć, co to jest.
I teraz tak teoretycznie matka mówiła, że to była postać na naszym terenie, natomiast, kurczę, jej nie zauważyłem. Natomiast co ciekawe, jak wyszedłem za bramę, to oddalała się jakby postać już po zewnętrznej stronie. Tylko mówię, to, to z tego, co, jakby to powiedzieć, opis nie zgadzał się z tą postacią, jakby to powiedzieć, którą widziałem później. Także mówię, czy ona, jakby to powiedzieć, czy to była ta sama osoba, czy to było coś innego, czy coś zmienno kształtego?
Za cholerę, jakby to powiedzieć, nie mogę tego, yy, powiedzieć. Powiem to tak: w jednym i drugim wypadku, to sądząc z opisu, to matka widziała postać fizyczną. Ja też widziałem postać fizyczną, tylko ta postać fizyczna po pierwsze to nie była ta, którą widziałem. Nadmieniam, że to był środek lata. No nocą to było spokojnie z plus dwadzieścia parę stopki. Ta osoba miała, no wie pan, taka coś à la bardzo jasną kurczę, kurtkę polar, coś takiego à la dres, ale mówię całkowicie nieadekwatnie ubrana, kurczę, do ówczesnej temperatury. Ale mówię, to, to czy to mówię, czy to przypadek, czy tego... zabij mnie, pan nie powie.
No, gdyby to rzeczywiście była fizyczna postać, to musiałaby się jakoś na waszą działkę dostać i potem z niej uciec, tak? Dostać. Nadmieniam, że cały czas tutaj na działce u mnie zawsze były ost, groźne psy. Także tu jest inna strona medalu.
Oczywiście, jak wyszedłem, to te psy spały, no. Psy by też reagowały. Tak, ale no ogólnie to te psy spały. Co ciekawe, bo tak na ogół to zawsze jak zobaczyły psa sąsiada, kogoś obcego, wie pan, tu był bardzo wtedy, jakby to powiedzieć, niewielki, to zawsze, kurczę, reagowały dokładnie. A tu nie zareagowały ani na pojawienie się tej postaci?
Ani razu, ani razu. Tak samo, wie pan co? Tak samo, yy, już wracając do tego, co mówiłem tam z lat dwa tysiące tam jeden, dwa tysiące dwa, tego odczucia jakby polowania, tak? Przez coś. Psy, jakby to powiedzieć, nigdy nie zbliżały się do tej części działki.
Mimo że ogólnie to akurat w tamtym, jakby to powiedzieć, w tamtych uwarunkowaniach, kiedy ja czułem, jakby to powiedzieć, no ten strach, tak jakby czysty, zwierzęcy, pierwotny strach. Natomiast tak ogólnie, no to się normalnie zachowywały. Także tutaj to, to mówię. Nawet nie, nie wybiegały, przy, jakby to powiedzieć, no, na spotkanie. A czy sąsiedzi może mówili coś o jakichś podobnych zdarzeniach?
To znaczy, tu jest, wie pan, tu jest sytuacja tego rodzaju, że tak: ogólnie, yy, sąsiadów to ja w najbliższej okolicy nie miałem. Także tutaj to, jakby to powiedzieć, był jeden jedyny dom, tylko że jego okna, jakby to powiedzieć, nie wychodziły na naszą stronę. Druga sprawa, jakby to powiedzieć, no, gościu nic nie wiedział na temat tych obserwacji. Ale tutaj ciekawa taka ciekawostka!... Kiedy mówiłem Panu o tych krasnoludkach, tak?
Nieszczęsnych. No to wie Pan, jako dziecko, no to tam poszliśmy tam później z matką, kurczę, do takiego jednego gościa, który tam akurat tam miodem handlował w tamtym czasie. No i ten gościu, notabene, sobie wtedy, kurczę, kupił konia. No i oczywiście, jak to tam dla dzieciaka, no to sąsiad pokaże konika.
No to weszliśmy do stajni. Oczywiście w tej stajni, kurczę, patrzę, no jest miseczka z mlekiem. No to ja się pytam: po co to mleko? No to sąsiad mówi: dla kotków. A to taki był dość wiekowy, jakby to powiedzieć, człowiek, tak? No a gdzie tu są kotki? No to konsternacja, jakby to powiedzieć, ze strony tego gościa. Ja się śmieję, że to, kurczę, może i on naprawdę w te skrzaty, kurczę, wierzył, bo to wie pan, tutaj to naprawdę różni ludzie po wojnie, kurczę, się osiedlali i mieszkali, takie starszej daty.
A jest coś takiego, że zostawiało się rzeczywiście jakieś tam poczęstunki, żeby- Tak, tak, tak, tak! Dokładnie. Żeby się intruz nie zainteresował czymś, czym nie powinien. Dokładnie, dokładnie. Także tutaj to wie pan, no troszkę te, te takie wiary to jeszcze tutaj przetrwało. Tam pamiętam, w latach osiemdziesiątych, takich, kurczę, ludowych.
Ciekawe, czym było motywowane w tym przypadku zostawienie tego poczęstunku w postaci mleka? No ciężko powiedzieć, ale ja obstawiam, jak znam życie, że to, kurczę, jakieś podstawy miało, musiało mieć realne.
No bez powodu tam nie stało. No dokładnie. No i tutaj to taki już bodajże, kurde, chyba doszliśmy praktycznie do końca tych opowieści, ale kurczę, był jeszcze taki pod koniec, tak przełom lat dziewięćdziesiątych, początek dwutysięcznych.
No to tak jak pan kojarzy, ten, jakby to najszybciej opisać, ta słynna nocna wiedźma, tak? No to wie pan, człowiek, kurczę, dwadzieścia kurczę, kilka lat, zdrowy, budzi się nad ranem, no i coś go przydusza, tak? Oddechu nie może złapać. No to się wie pan, budzę się w pończo i tak dalej. No i to tak się zdarzyło, to tam z kilka czy kilkanaście razy, bo to już wie pan, po latach nie pamiętam. Ale co ciekawe, nie wiem, czy się pan spotkał w tych opisach, bo u mnie to miało coś takiego, że w okolicach mojego łóżka szlag trafił instalację elektryczną.
Kojarzę opisy, gdzie się pojawiały jakieś odczucia, że coś na piersi komuś siedzi albo- Tak! To ja miałem to odczucie jakby takiego duszenia czy coś. Tylko że do czego zmierzam? Jak się wybudzałem, to albo mi szlag trafiał, za przeproszeniem, żarówki, kurczę, tam w lamp- w lampce przy łóżku, albo po prostu mi się przepalały przedłużacze. Wie pan, problem jest z instalacją elektryczną, także nie wiem, czy, jaki, czy to w ogóle się spotkał pan z czymś takim, czy nie?
Znaczy, spotkałem się z opisami sytuacji, gdzie w towarzystwie osób młodych bądź nażywających działy się jakieś takie dziwne rzeczy typu poltergeisty, typu jakieś awarie niewyjaśnione urządzeń elektrycznych. Ale pan już chyba wtedy był dojrzałym człowiekiem, tak? Po dwudziestce, po dwudziestce. Także tutaj to, to jest nie tego. Natomiast kurczę, à propos awarii elektroniki, to do dzisiaj mam, ale to jest bardziej, kurczę, z tym, jakby to powiedzieć, z moją nienawiścią do elektroniki i wzajemnością. Także tutaj to jest, jakby to powiedzieć, na ogół to jest zbieg okoliczności, tylko mi chodzi bardziej, czy po prostu słyszał pan o takim przypadku, że był właśnie ten opis z nocnymi wiedźmi, czy po prostu to miało jakieś tam fizyczne wpływ, powiedzmy, na tą instalację elektryczną? Chyba nie, chyba nie kojarzę.
Nie spotkałem właśnie się z tym. Z tego, co... Właśnie też, też nie przypominam sobie w tym momencie żadnego takiego przypadku. Tylko takie przypadki, gdzie ktoś albo tylko odczuwał jakiś nacisk na, na pierś, albo widział, że coś mu na tej piersi siedzi, prawda? Ale jakiegoś nie przypominam sobie w tym momencie jakiegoś zdarzenia, gdzie- Ja się śmieję, bo wie pan, po prostu tutaj to wie pan, akurat tam jestem elektrykiem, więc właśnie tutaj, co ciekawe, właśnie taka ciekawostka właśnie, że z tego tutaj instalacja elektryczna to, to wie pan, przejrzana, jakby to powiedzieć, od podstaw jeszcze w tamtym czasie. Także tutaj to mówię, to, to taka ciekawostka właśnie.
No, czyli teoretycznie wszystko powinno być w porządku, a jednak coś tam się psuło, tak? No! Dokładnie, dokładnie. I teraz to nie wiem, czy bo tutaj to już byśmy chyba z tego, co ja pamiętam, to myśmy chyba już doszli do końca tego, tego mojego cudownego domu Skill Walkera czy jakby to nazwać. Ale ten, jeszcze tutaj takie dwie ciekawostki to... Tylko że od razu mówię, że jednej to nie mogę potwierdzić, ale natknąłem się na taką informację kiedyś w internecie. Tylko mówię, nie ręczę za prawdziwość opisu, że w okolicach, właśnie u mnie w okolicach, czyli tak mniej więcej między Sulejówką a , czyli no tam, gdzie no tego Cherubinka, jakby to, jakby to nazwać, widziałem. Sądząc z opisu, ktoś widział w nocy w 2006 roku czarny trójkąt, ale to sądząc z opisu, był to na nocnym niebie tak zwany ten klasyczny czarny trójkąt.
Ale to mówię, tu nie ręczę za tego, jakby to powiedzieć, prawdziwość informacji. Natomiast w tym roku udało mi się nad okolicą Strzeliny mityczny czarny helikopter. Ale tak helikopter czarny, totalnie bez żadnych odznakowań, tak?
Dokład... Znaczy już panu mówię, o co chodzi. To jest tak: oznakowania w tej chwili, no to wie pan, są ledwo widoczne, nieledwo widoczne, bo to różnie bywa. No ale tak jak ma pan ten mityczny, czarny helikopter, wie pan, o co chodzi, czyli z tych cudownych opisów nie raz. Tylko że to nie był ten klasyczny UH-1H Huey, a Bell 412. To jest taka troszkę nowsza wersja tego, tego cuda z czasów wojny wietnamskiej. On był w barwie, co znaczy, był bardzo ciemno oliwkowy, taki praktycznie wpadający w czerń. Czyli można by było wziąć po prostu, jakby to powiedzieć, no za czarny, tak? Bo ruszał się dość szybko. Co ciekawe, był dość cichy, nie miał żadnych tam widocznych oznaczeń. I tutaj jest taka ciekawostka, że te śmigłowce są w ogóle w Europie bardzo rzadko spotykane. U nas w Polsce praktycznie tam nie latają, tak chyba bodajże kilka sztuk tylko w policji latało, ale to mają zupełnie inne malowania. Bo mi się przypomniała relacja, którą niedawno rejestrowałem też z Mazowieckiego, z okolic Sulejówka tym razem. O! No to przecież u mnie jest.
Tak. No właśnie. W zeszłym roku, w maju bodajże, słuchaczka obserwowała najpierw eskadra sześciu świateł ułożonych w dwie linie po trzy światła wielkości księżyca. Te światła po jakimś czasie zaczęły się, zaczęły tam migać, poruszać się i oddaliły się w jednym kierunku. I kilka minut po tym, po obserwacji tych świateł słuchaczka zobaczyła taki właśnie ciemny helikopter.
Trudno powiedzieć, czy czarny, czy nie czarny, taki z ciemnych- Znaczy, tu jeszcze widzi pan, tylko że tutaj jeszcze jest taka jedna sprawa, bo tutaj często w nocy ćwiczą po prostu tak jakby na linii taki trójkąt kurczę, Warszawa, Mińsk Mazowiecki, Ostrowia Mazowiecka. Mniej więcej mówię, coś mniej więcej w takim jakby trójkącie te śmigłowce Black Hawk naszych sił specjalnych. One tam dwójkami, trójkami latały, także tutaj to ciężko jest powiedzieć, czy to miało związek.
Natomiast jeżeli pan mówi, że Sulejówek, no to mówię, to jest ten mniej więcej obszar, gdzie są te poligony wojskowe. I tutaj to jeszcze, co ciekawe, to w swoim czasie to tam jeszcze te zachodnie wojska, tam nieraz robią ćwiczenia. Także mówię, tutaj można różne ciekawe rzeczy na przykład zobaczyć. A tutaj to jak pan mi mówi, kurczę, à propos tego, to-... W 2016 roku, bodajże w czerwcu. Tutaj datę to można by było bardzo dokładnie sprawdzić, tylko że to musiałby pan w necie zobaczyć, kiedy były ćwiczenia chyba bodajże Anakonda i kiedy Amerykanie ćwiczyli właśnie w Wesołej, w Sulejówku. Mniej więcej tak 6:15 rano szedłem do pracy, czekałem na autobus. No i było widać, no tak, wie pan, odruchowo, jakby to powiedzieć, są ćwiczenia, on zobaczy, co na, co, jakby to powiedzieć, na niebie lata, tak? Zobaczyłem taki obiekt. To był wielkością Boeinga 737. Tylko że wie pan, ciężko mi jest, jakby to powiedzieć, ustalić, na jakiej wysokości on był. I to było tak. No, pierwsze podejrzenie, pewnie jakiś tam wojskowy samolot, tam rozpoznania radioelektronicznego czy coś.
Wie pan, są ćwiczenia, nie tego, ale za moment tak patrzę. Nie, no zaraz, ten samolot się nie rusza. On stoi w miejscu. Po drugie, nie widać skrzydeł, jakby to powiedzieć. Tylko że jakby to powiedzieć, próbowałem zdjęcie zrobić. Niestety było na tak dalekiej wysokości, że niestety z przyczyn technicznych tak się średnio udało. No, a później za moment to i tak musiałem tam do roboty jechać, tak że z tego. Ale to mówię, to jest taka właśnie ciekawostka, że takie obiekty też kurczę, w Warszawie, w okolicach się widuje.
A to nie jest czasem taki teren, nad którym jakieś ćwiczeń nie powinno się wykonywać? To znaczy, wie pan co, to jest mniej więcej coś takiego, że tak, bo to jest, mówię, Rembertów, Wesoła i tak dalej. No to mówię, to są takie... W Wesołej stacjonuje tam brygada pancerna i tam jest poligon czołgowy nota bene i tam często właśnie tam są. Jak są jakieś większe ćwiczenia, to tak. Natomiast wie pan, no wiadomo, że nieraz taki obiekt, jakby to powiedzieć, może gdzieś tam się zaszwędać, ale to, no i nad moją okolicę, bo to jest dosłownie kilka kilometrów, tak?
No może się zaszwędać, ale nie powinien raczej, nie? Ale nie powinien, nie powinien. Ale mówię, tu opis mi się nie, znaczy ten widok mi się nie zgadza, dlatego że mówię obiekt kurczę, na drona to był za duży. Stał w miejscu. Zresztą drony mniej więcej tak nie wyglądają. Mówię, wygląda jak kadłub Boeinga 737, tego pasażerskiego samolotu bez skrzydeł. No i wiszący w miejscu, tak?
Czyli automatycznie, jakby to powiedzieć, przekreśla, że to był jakiś tam klasyczny samolot. No, w rozmowie z tamtą słuchaczką też braliśmy pod uwagę opcję, że to mogły być jakieś, mogły być na przykład ćwiczenia z jakimś udziałem dronów na przykład.
To znaczy, wie pan co- Tylko, tylko na drony to było za duże. Wie pan co? Ja panu coś powiem. Tutaj to mam do dzisiaj, znaczy, jakby to powiedzieć, taką obserwację z lata 2019. Tylko że to już akurat nie było, jakby to powiedzieć, nie u mnie w okolicy, ale to jest wyjaśnienie. Albo to była jakaś, czubku jeden wie co, albo tak zwany rój dronów, bo już panu wyjaśniam, o co chodzi. No to akurat to było w okolicach warszawskiego Bemowa. To takie osiedle Górczewska. No i tam akurat fuchy tam po godzinach robiłem. No i tam wyszedłem sobie zapalić, tak gdzieś koło 19:30.
Akurat tak na kamerę, to tak mniej więcej ten warsztat miałem, tak jakby w takiej suterenie. No i tak patrzę. No i tam nad jednym z bloków, kurczę, wisi chmura. Tylko że ta chmura to tak miała na wysokość mniej więcej długość pięcioklatkowego budynku, wysokość mniej więcej tak dwóch pięter. No to tak ciężko mi w tej chwili tak określić wymiarowo, ale tam mniej więcej wie pan, mniej więcej, jakby jakie to by były wymiary, czyli dość spore, tak? No i tak patrzę, no ta chmura, ciemna chmura, nic się nie rusza. Po czym ona, jakby to powiedzieć, rozpadła się na kurczę, rój, kurczę, iluś tam setek tysięcy, no takich kurczę, małych droników jakby czy tam małych obiektów. One zrobiły jakieś tam ewolucje, później się z powrotem w tą chmurę, jakby to powiedzieć, skupiły. No i teraz tak, jeżeli to byłyby takie, bo tam szpaki mają nieraz takie tendencje do takich, powiedzmy, jak akrobacje, to by było je idealnie słychać, kurczę, na pół osiedla. I teraz pytanie, czy to było coś obcego, czy to na przykład, na przykład byłem świadkiem jakiegoś testu, kurczę, związanego z NATO, tak? Bo obok jest też lotnisko na Bemowie. Bo tutaj to wie pan, ja stosuję zawsze brzytwę Ockhama, czyli po prostu, żeby tu bez potrzeby. No ale mówię, to w tym wypadku to na dwoje babka wróżyła.
No to ja wtedy z tą słuchaczką też rozważaliśmy opcję, czy to nie mogły być jakieś na przykład drony, które stanowiły cel podczas ćwiczeń. No tylko chyba ćwiczeń się nie wykonuje nad takim obszarem zabudowanym i nie w nocy.
Nie, nie, nie, inaczej, bo to jest tak: u mnie w okolicy nie robi się ćwiczeń jakiejś tam artylerii przeciwlotniczej, nic z tych rzeczy. Tutaj to jest ewidentnie poligon czołgowy, ewentualnie po prostu tam jacyś tam nieraz komandosi ćwiczą czy tam coś, ale po prostu nie jest związane z żadną tam obroną przeciwlotniczą i tak dalej. Po prostu oni za mały ten teren na to.
Aha, czyli to się jakby dostosowuje do, do możliwości, że tak powiem, terenu, żeby, żeby coś przypadkiem nie spadło, tak? Tak, dokładnie. Obrona, obrona przeciwlotnicza to tam ćwiczy bardziej na wybrzeżu, bo to wie pan, zależy też jeszcze, jakie systemy, jakie zasięgi. Tam od kupy czynników, tak? Ale ogólnie to nad terenem akurat w takich okolicach to właśnie się nie tego, nie, właśnie się nie ćwiczy.
...Dobrze, to rozumiem, że to jest wszystko, czym się pan chciał podzielić dzisiaj? Znaczy, powiedzmy, że jeszcze ewentualnie, ale to, to już jedno takie, ale to też to tak na dwie babki wróżyła. Czy to był dron, czy to było UFO, ale to, to, to nie wiem, czy to wspominać, czy nie wspominać.
No może pan wspomnieć, oczywiście. Dobra, tylko że od razu mówię, że tak: data jest do ustalenia, tylko ani roku, ani tego nie pamiętam. Tylko od razu mówię, że to było dokładnie tego dnia, kiedy zamykano warszawski Stadion Dziesięciolecia pod rozbiórkę pod Narodowy. Czyli data będzie łatwa do ustalenia. To chyba bodajże był chyba dwa tysiące ósmy rok, jeżeli dobrze pamiętam, ale to musiałby pan sprawdzić. No i była taka sytuacja: myśmy mieli, dostali zgłoszenie będąc, bo to akurat tam robię w takim jakby serwisie urządzeń transportu bliskiego. No i myśmy tam dostali zgłoszenie, będąc na Śródmieściu czy Mokotowie, gdzieś tam na Targówku czy na Tarchominie, czyli po przeciwnej stronie Warszawy. No i teraz sytuacja wyglądała mniej więcej tak: żeby pojechać na to zgłoszenie, wjechaliśmy do takiego tunelu na Wisłostradzie. To, to jest jeden z niewielu, chyba na świecie, tunelu wzdłuż rzeki. Stanęliśmy w korku, wyjeżdżamy i cały czas oświetlało nas, jakby to powiedzieć, silne światło dach samochodów.
Wie pan, dopóki człowiek stał w korku, no to myślał, że to dobra, jakaś budowa, może jakaś tam lampa czy coś, ale tak wie pan, ukradkiem, jakby to powiedzieć, oka udało mi się tak przez przednią szybę, wie pan, no to też ograniczone pole widzenia w samochodzie jako pasażer człowiek miał, zauważyć. I tutaj to jest coś, jakby to opisać? To było tak: źródło, jakby to powiedzieć, tego światła było na wysokości kilkudziesięciu metrów nad nami i miało średnicę co najmniej, kurczę, kilkunastu metrów. Tylko że od razu mówię, że tą średnicę to ja wyliczyłem, jakby to powiedzieć, tak pi razy drzwi z tego fragmentu, co mi się udało przez szybę zauważyć, według, kurczę, tego, wie pan, wzoru na tam promień koła. To światło, co ciekawe, nam towarzyszyło cały czas przez pół Warszawy, zmieniając tylko wysokość. I później, kurczę, myśmy wjechali pod taki most, kurczę, Gdański, no to tego światła już nie widzieliśmy, bo nam konstrukcja mostu, jakby to powiedzieć, przeszkadzała w tej obserwacji. Co ciekawe, jak byliśmy pod tym obiektem, telefonia komórkowa działała, bo tam dostałem jakieś tam następne zgłoszenie. Czyli tam nie miało to wpływu na pracę tam sieci GSM.
Dojechaliśmy jeszcze, przejechaliśmy parę kilometrów, dojechaliśmy do mostu Grota-Roweckiego i teraz ciężko mi jest powiedzieć, czy to był ten sam obiekt, który po wjeździe na most widziałem nad Tarchominem, nad Wisłą, kurczę, tylko on miał, kurczę, dużą średnicę, bo to tak mniej więcej średnicę, jakby przyrównać do tarczy księżyca, który był obok. Czy to był jakiś inny obiekt? Natomiast później, no to mówię, się jechało tam, po prostu z pola widzenia się, jakby to powiedzieć, straciło. I do czego zmierzam? UFO? No, jakby nie patrzeć, godzina, kurczę, tam dwudziesta, dwudziesta pierwsza, czyli troszkę, jakby to powiedzieć, za duży ruch, tak? Praktycznie nad centrum Warszawy, żeby to zaobserwować, tak? Coś, jakby to powiedzieć, co wisiało nad nami, kurczę, kilkanaście metrów. Dron za duży z kolei, bo to były te czasy, kiedy tam dron, powiedzmy, jest jak mały dronik, taki, co teraz tam na AliExpressie sprzedają. No to się wojsko chwaliło, że coś takiego mają. Także to mówię, tutaj to też jest taka jedna z ciekawszych zagadek. No, obiekt wojskowy też możemy wykluczyć zdecydowanie. Chyba tak mi się wydaje.
Tu jest sytuacja tak: wojskowy to na pewno nie, mi się nie wydaje, bo nikt by go nie testował w takiej okolicy. Natomiast, mm, jest taka sytuacja, bo tutaj kwestia kontroli ruchu radarowego, no to jest temat rzeka, bo to wie pan, teoretycznie taki obiekt mógłby na przykład bez wiedzy, kurczę, kontroli radarowej latać sobie, kurczę, nad Warszawą. Tylko pytanie, do kogo należał, tak? Bo tu chodzi o układ terenu, tam kwestie pokrycia radarowego, którego akurat powietrzna Polski to nie ma w tej chwili całej. Także wie pan, no, ciężko powiedzieć. Lata minęły, jakby to powiedzieć, no to... No, to już siedemnaście lat. Szósty września dwa tysiące ósmego roku.
No, dokładnie, dokładnie, dokładnie, o! Dziękuję w takim razie, że się pan podzielił tymi zdarzeniami. No, tutaj chyba te z tymi istotami, tym... W ogóle te takie wcześniejsze zdarzenia są najbardziej takie, mi się wydaje, spektakularne tu z tym zjawiskiem.
Najbardziej chyba, wie pan co? Bo to jest tak, to, to człowiekowi się chyba najbardziej w pamięć w ogóle wryły, jakby to powiedzieć. No, wie pan, raz ze względu na swoją inność, a po drugie, no wie pan, mózg wtedy był dzieciaka troszkę inaczej obciążony jak teraz, tak?
No, mózg dzieciaka mogło, nie był w ogóle obciążony. Zacznijmy od tego. Dlatego mówię, że jakby to powiedzieć, lepiej się udało zapamiętać to wszystko. Dużą wartość, myślę, pokładam właśnie w takich relacjach z okresu wczesnego dzieciństwa, kiedy jeszcze ten mózg nie jest, ten, ten umysł nie jest jakby urobiony światopoglądem narzuconym przez otoczenie, przez rodzinę i tak dalej.
Dokładnie, bo wie pan co? Ja powiem panu tak: to mniej więcej, kurczę, no wiadomo, że to tam z części tych obserwacji, no to chciało się tam powiedzieć kolegom tam w zerówce czy coś, to dostawało się tam dzieciakom z sąsiedztwa, to się dostawało tam ochrzan od rodziców za to, że, kurczę, idiotę z siebie robisz, tak? Wie pan, o co chodzi. Rozumiemy.
I dlatego później nawet człowiek to już przestawał się tym chwalić w swoim czasie. Dobrze, że to zostało zapisane jakby w pamięci, tak? Dokładnie, dokładnie. Że człowiek jest, człowiek wtedy jakby nie, nie za bardzo miał umiejętność to nazwać, opisać, ale teraz już w doroś... w dorosłości więcej ma takich możliwości, tak? Dokładnie, dokładnie. Jeszcze wie pan, jak powiedzmy, tam człowiek trochę się tym interesuje i tam jeszcze, wie pan, troszkę się interesuje tam technologią, tam lotniczą czy tego, no to, to wiadomo, że to może jakby to powiedzieć, odrzucić ziarno od plew. Także wie pan, bo to tych przypadków to było znacznie, znacznie więcej, ale to już miały takie, jakby to powiedzieć, bardziej racjonalne wytłumaczenie. Dobrze, to ja w takim razie jeszcze zapytam na koniec, czy wyraża pan zgodę na wykorzystanie tej rozmowy w którejś z audycji? Oczywiście całkowicie anonimowo.
Jak najbardziej. Tylko tutaj mała prośba, tylko wykropkować nazwę tam miejscowości. Także wie pan, bo po prostu, żeby mi tutaj pielgrzymki jakichś tam różnych klientów nie chodziły po działce. No tak, podać pi razy oko, jaka to może być okolica, ale bez konkretów.
Okolicy Warszawy. I tam jak pan poda tam Sulejówek Wesoła, to, to, to jakby to powiedzieć, nic się nie stanie. Tutaj bardziej chodzi o to .... i wie pan, i po prostu teatr nazw ulic, tak? Bo to- Polska strefa anomalna, drugi Amilcin.
Nie, ja się śmieję, pan co? Ja się śmiałem, że to jest kurczę dom Skinwalkera, bo to mniej więcej się troszkę pokrywa z tym, co nieraz się po prostu później o tym ranczu czytało. No tak, ci, szczególnie ci intruzi jacyś tacy dziwni na, na działce. No, to, to jest fakt.
Intruzi i to wymordowanie zwierząt gospodarskich. Tak, tak, tak, tak. Wie pan, tu jest, jest taka, mówię, tu jest taka ciekawostka, ale to już, to już tak nawiasem mówiąc. U mnie zawsze w domu koty były i teraz tak: jak było nieraz, no to nasilenie tych zjawisk, to te koty to tak powiedzmy pół roku, kurczę, były i gdzieś nikły, półtora roku. Wie pan, teraz to koty mam po kilkanaście lat i czują się dobrze, jak to wszystko ustąpiło. Także tutaj to też nie wiem, czy te koty, jakby to powiedzieć, padły ofiarą czegoś, jakby to powiedzieć, czy po prostu wolały sobie zmienić lokum. Wie pan, o co chodzi, bo to jednak- Skoro, skoro, wie pan, kury zamknięte w kurniku umierały z niewiadomych przyczyn, to, to rzeczywiście.
Bo tutaj to jeszcze mówię, to można by było, jakby to powiedzieć, z tymi kurami, jakby to powiedzieć, znaleźć racjonalne tłumaczenie. Tylko tak: po pierwsze był śnieg, czyli wiadomo, że jakieś tam odciski by były, jeżeli coś cięższego.
Zwierzę, jakby to powiedzieć, nie dostanie się, nie otworzy te, te, jakby to powiedzieć, tego zamknięcia, nie zrzuci tej deski. Później, kurczę, nie zamknie tego z powrotem. Żadnych dziur nie było, bo to mówię, kurczę, ja sam to później ten kurnik częściowo tam rozbierałem, więc to już, jakby to powiedzieć, no, zwracałem taką uwagę po prostu, wie pan, żeby to tak jakby racjonalnie wyjaśnić. No, ale no mówię, no ciężko powiedzieć. I tutaj to właśnie mi te, te ślady tego psa, kurczę, nie dają spokoju.
A wykluczył pan, rozumiem, możliwość, że te kury mogły się czymś, nie wiem, zatruć? Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, one były... To było, wie pan co? To był początek lat osiemdziesiątych, więc jakby to powiedzieć, no, te kury, no, to był majątek, bo to się człowiek miał własne jajka, tak? Ale tutaj to mówię, ewidentnie łby miały poukręcane. To nie to, że one padły, tylko one miały, kurczę, łby przekręcone na drugą stronę. No, same sobie nie zrobiły tego, bo to nie było żadnych śladów walki na nich. Nawet ta kura, która tam przeżyła, nie była żadna, jakby, jakby to powiedzieć, tam podrapana po tego, tylko ona była jakby osowiała, tak? I ona się schowała w najdalszy, jakby to powiedzieć, kąt. Kurczę, to mnie, jak dobrze pamiętam, to po dłuższym czasie dopiero tam w kurniku ją znalazłem.
Można sobie zadać pytanie, czy ustanie tych zjawisk ma jakiś związek z, ze zwiększeniem po prostu gęstości zabudowania tam w tym miejscu? Bo ja panu coś powiem. Dokładnie, to jest pierwsza sprawa i druga, no, tam ogrodzenie to ogrodzenie, ale tutaj u mnie na terenie działki jest kapliczka i po prostu, no, tam była później msza jeszcze na tej kapliczce. Nie wiem, prawdopodobnie to zabudowania plus tam, wie pan, gęstość zaludnienia, ta msza i tak dalej, no to prawdopodobnie spowodowało, że no, obstawiam, że to coś, co manifestowało tam swoją siłę, no to zmieniło miejsce dyslokacji. Bo wie pan co? Ja zawsze, ja nadal twierdzę, że to było jedno i jakby to powiedzieć, ta sama siła za tym stała, tylko ona jakby się manifestowała, dostosowując jakby do możliwości percepcji w tym domu. Wie pan, o co mniej więcej chodzi.
No, ta siła musiałaby być, jeżeli biorąc pod uwagę to wspomnienie pana mamy z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, tam z tego czasu, to tak- Tak, z lat czterdziestych, pięćdziesiątych. To ta siła musiała tam być dosyć długo obecna, zakładając, że to to samo.
To znaczy, to wie pan, co? To jest coś ciekawe, bo to jest tak: tutaj ta... tylko, że matka mieszkała kiedyś, wie pan, w innym miejscu, po prostu ta sama miejscowość, tylko inne miejsce. Także nie mieszkała na tej działce, bo na tę działkę to dopiero się ciutki później sprowadziła, ale okolica dokładnie ta sama. Także tutaj to ja obstawiam, że to po prostu ta siła, to gdzieś tutaj musi po prostu, jakby to powiedzieć, występować.
Ale co jest tym spowodowane? No, ciężko powiedzieć. To nie jest jakieś tam, powiedzmy, tam nawiedzone miejsce, tam w stylu okolice, tam Oświęcimia czy coś, wie pan, bo tutaj to raczej wojna, to tak dość spokojnie przebiegała.
No, monostery były, to były, tak? Tak, Warszawa bardziej, bardziej tam tereny getta żydowskiego była, były nawiedzone z tego, co, co słyszałem. Wola jest bardziej nawiedzona. Wola, bo tam akurat miał pan Rzeź Woli i tam jeszcze był ten, ten słynny Karwacze. No, to akurat ten Karwacze to troszkę tak, no, są różne zdania historyków na ten temat. Natomiast fakt faktem, że jak przed remontem tam przechodziłem przez te, kurczę, teren tego byłego Karwacze, no to powiem, że tak czuć taką dziwną energię, kurczę, negatywną.
Można też pospekulować. Pan wspominał o tych takich wypadkach, które się działy nieopodal pana miejsca zamieszkania. Może te czasami- Mi się wydaje, że to, wie pan co? Mi się... że to, to mogło też mieć wpływ. Bo do czego zmierzam? Wie pan, okres powojenny, tam lata, tam powiedzmy czterdzieste, pięćdziesiąte, sześćdziesiąte. Telefonu zero, bo to praktycznie był jeden telefon w przeciągu iluś tam kilometrów. No to jeżeli taki, powiedzmy, klient miał ten wypadek samochodowy, zanim wezwali pomoc, zanim tego, to on tam spokojnie mógł po prostu, jakby to powiedzieć, dogorywać, kurczę, na jakimś tam drzewie, kurde, tam w pobliżu mojej działki czy coś i po prostu, wie pan, jakby to powiedzieć, no, mógł przekląć to wszystko, tak? Ale to mówię, tutaj to ciężko powiedzieć. No naprawdę, jakby to powiedzieć, nie tego, bo mówię: duchów jako takich, no to nie widziałem tak, jakby to powiedzieć, z tych opisów duchów, tak? Czyli wie pan, o co chodzi.
Tutaj to bardziej takie jakby ni to fizyczne, ni to duchowe istoty, ale takie bardziej z naciskiem na praktycznie materialne, tak? No, taka obecność energii o bliżej nieustalonej proweniencji, tak? No, coś, coś, coś, coś w tym stylu. I to już wszystkie relacje przygotowane do dzisiejszego odcinka. Dajcie znać, co sądzicie o zaprezentowanych dziś historiach. A jeśli sami przeżyliście coś nietypowego i chcielibyście o tym opowiedzieć, zapraszam do kontaktu.
Przypominam, że w punktach prasowych w całej Polsce oraz na platformie cyfrowej nexto.pl czeka na Państwa styczniowy numer miesięcznika "Nieznany Świat". Od jakiegoś czasu na łamach tego periodyku stale obecna jest kolumna w jakiś sposób zahaczająca o żywy folklor, bowiem do grona felietonistów dołączył Witold Vargas, który porusza różne tematy z zakresu mitów i legend.
... Styczniowy numer warto polecić również z uwagi na debiut na łamach Nieznanego Świata pisarza Piotra Witolda Lecha, który rozpoczął cykl artykułów poświęconych wielkim nauczycielom duchowym. Przypominam również o kanale Nieznanego Świata na YouTube, gdzie ukazują się między innymi zapisy spotkań w Nieznanoświatowej Księgarni. Polecam również Państwa uwadze kanały na YouTube Ady Edelman Biuro Duchów, Piotra Cielebiasia UFO Historie oraz Marka Żelkowskiego Wehikuł Wyobraźni, których autorzy poruszają cały szereg interesujących tematów, w tym również te znane z anteny Radia Paranormalium.
Zachęcam również do odwiedzania strony Radia Paranormalium www.paranormalium.pl, gdzie oprócz bogatej bazy artykułów do czytania oraz pełnego archiwum audycji do pobrania w MP3, znajdziecie również forum i czat, na których możecie bez skrępowania dyskutować z dala od cenzorskich macek wielkich serwisów społecznościowych. Mówił do Państwa Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium- paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach.
Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Oto nasze numery telefonów: stacjonarny Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero, osiem. Komórkowy pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy.
Pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, istnieje możliwość wysłania SMS-a lub nagrania wiadomości głosowej. Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych bądź z zagranicy prosimy ponadto o podanie głosowo numeru, na który mamy oddzwonić. Z każdym z Państwa umawiamy się na rozmowę indywidualnie. W razie wykorzystania zapisu rozmowy, w którejś z audycji istnieje możliwość zmiany barwy głosu.
Czekamy również na Państwa e-maile pod adresem radio@paranormalium.pl, radio@paranormalium.pl. Można również skorzystać z zakładki Kontakt na naszej stronie internetowej www.paranormalium.pl, www.paranormalium.pl. Wszystkim naszym rozmówcom i korespondentom gwarantujemy pełną anonimowość.
Nieograniczona przestrzeń do nieskrępowanej dyskusji na tematy paranormalne, ezoteryczne i nie tylko. Forum Radia Paranormalium. Dołącz do nas na forum.paranormalium.pl. Sięgnij już dziś po Nieznany Świat.
Najstarsze polskie czasopismo poruszające tematy z pogranicza nauki. Artykuły o tematyce paranormalnej, ezoterycznej, ufologicznej i nie tylko. Nieznany Świat- miesięcznik dostępny w punktach prasowych na terenie całej Polski oraz w wersji elektronicznej na platformie nexto.pl.