Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, witamy w przyszłym roku. Właściwie to w aktualnym roku, który jeszcze do niedawna był przyszłym rokiem. W każdym razie rozpoczynamy kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry, wieczór Państwu. To początkowe zapętlenie Ivelliosa da się bardzo prosto wytłumaczyć. Nie będę ukrywał, że nagrywamy ten program jeszcze w roku 2025, ale kiedy Państwo słyszycie to, co mówię, jest już drugi dzień roku 2026. Miejmy nadzieję. Zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Żadnej nowości w nowym roku. Pierwsza polecanka nosi tytuł „Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali”. Autorka Aneta Godynia, wydawnictwo Sploty. Data premiery 28 stycznia 2026 roku.
Tego roku. Polska wieś przełomu XIX i XX wieku to miejsce, w którym dzieciństwo rozumiane jako szczególny, chroniony okres życia przeznaczony na naukę i zabawę praktycznie nie istniało. Małe dzieci w chłopskich rodzinach żyły w zasadzie tymi samymi sprawami, którymi żyli dorośli. Tak samo dotyczyła ich praca, obowiązki i lęk przed głodem czy śmiertelnymi chorobami. Brzmi przygnębiająco? Niewątpliwie. Tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że tamte niedożywione, przemęczone, pozbawione beztroski maluchy były naszymi prababkami i pradziadkami. W swojej książce Aneta Godynia spogląda na koniec XIX, początek XX wieku i na II Rzeczpospolitą oczami wiejskich dzieci. Pokazuje między innymi codzienny znój, którym przede wszystkim wypełniona była ich egzystencja. Pisze również o zabawkach, edukacji, karach, ówczesnym podejściu do wychowania oraz o relacjach dzieci z dorosłymi.
Opowiada o emocjach, marzeniach i tęsknotach. Przywraca głos najmłodszym sprzed ponad stulecia. Tym, z których codzienności wyrosły nasze korzenie. Dla czytelników, którzy chcą lepiej zrozumieć losy swoich przodków i przyjrzeć się codzienności, w jakiej dorastały wcześniejsze pokolenia, to lektura wręcz obowiązkowa. A ja przypomnę tytuł „Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali”. Autorka Aneta Godynia, wydawnictwo Sploty. Data premiery 28 stycznia 2026. Druga książka, którą chciałbym Państwu polecić, nosi tytuł „Szkoła szpiegów. Kierunek Alaska”.
Autor Stuart Gibbs, wydawnictwo Agora dla dzieci. Data premiery również 28 stycznia 2026. Uwaga! Czas na operację Feniks w Płomieniach. Ben Ripley i jego przyjaciele z Akademii Szpiegostwa ruszają na Alaskę trenować pod okiem Cyrusa Hale'a. Ćwiczenia z orientacji w terenie, łamania szyfrów i tworzenia materiałów wybuchowych z artykułów gospodarstwa domowego idą całkiem nieźle. Jednak Cyrus nieoczekiwanie wpada w ręce wroga. Czy uda się go uwolnić? Kim jest rosyjski agent Iwan Szubrawski, który maczał palce w porwaniu? I kto tu kogo właściwie robi w konia?
Arktyczny wicher, góry lodowe i eksplodująca kra nie ułatwiają zadania nastoletnim agentom, ale na szali jest nie tylko przyszłość zasłużonego szpiega i dziadka Eriki. Tu ważą się losy całego świata. To kolejna część bestsellerowej serii sprawdzonej w akcji i to w każdych warunkach. Przypomnę tytuł „Szkoła szpiegów. Kierunek Alaska". Autor Stuart Gibbs, wydawnictwo Agora dla dzieci. Data premiery 28 stycznia 2026. Czas na trzeci tytuł. „Obsesja”. B.A.
Paris, wydawnictwo Albatros. Data premiery 11 lutego 2026. Nic nie będzie miało znaczenia, kiedy cię zabiję. Jakie to uczucie wiedzieć, że umrzesz? W głębi serca musisz sobie zdawać sprawę, że twoja śmierć jest nieuchronna. Czy obsesyjnie zastanawiasz się nad tym, jak to się stanie? Czy użyje rąk, by odebrać ci oddech, czy noża, żeby wykrwawić cię na śmierć? Nell Masters jest przekonana, że ktoś ją śledzi. W drodze do pracy czuje na sobie czyjś wzrok W biurze odbiera głuche telefony. Pod drzwiami domu znajduje bukiet zwiędłych kwiatów bez bileciku od nieznanego nadawcy.
Nell skrywa straszną tajemnicę. Nie zdradziła jej ani swoim nielicznym przyjaciołom, ani mężczyźnie, którego kocha. Ma więc powód, by oglądać się za siebie. 12 lat wcześniej, kiedy jeszcze nazywała się L. Nugget, była świadkiem, jak studentka Broey Sanders wsiadła do samochodu nieznajomego. Gdy dziewczyna została znaleziona martwa, L. obsesyjnie poszukiwała sprawcy. Była przekonana, że zabójcą jest Brett Parker, mężczyzna, którego tego dnia widziała w pobliżu. Jej obsesja na punkcie Bretta doprowadziła do tragedii. Teraz Nell próbuje przekonać samą siebie, że niepokojące uczucie bycia obserwowaną jest tylko wytworem wyobraźni.
Bezskutecznie. Najwyraźniej ktoś odkrył jej nową tożsamość i próbuje ją ukarać za błędy przeszłości. Chyba że w grę wchodzi coś innego, bardziej złowieszczego. Przypomnę tytuł książki „Obsesja”. B.A. Paris to autor. Wydawnictwo Albatros. Data premiery 11 lutego 2026. I to już, proszę państwa, koniec polecanek książkowych, a przynajmniej jeśli chodzi o beletrystykę. To teraz tradycyjnie zaczynamy korepetycje filozoficzne.
Znowu sięgniemy do starożytności. Gdyby Demokryt żył dzisiaj, to prawdopodobnie miałby reputację lekkoducha. Człowieka, który nie przejmuje się dramatami epoki, nie pokrzykuje w telewizji śniadaniowej i nie przewiduje końca świata mniej więcej co trzy tygodnie. A zatem filozof, który śmiał się wtedy, gdy inni płakali. Muszę przyznać, że brzmi to podejrzanie. A jednak to właśnie Demokryt żyjący w V wieku przed naszą erą stworzył jedną z najbardziej zdumiewająco nowoczesnych wizji rzeczywistości. Demokryt był znany jako śmiejący się filozof i nie dlatego, iż nie traktował świata poważnie, ale dlatego, że widział go z odpowiedniego dystansu. Tam, gdzie inni widzieli boskie kaprysy, on dostrzegał porządek. Tam, gdzie inni widzieli chaos, on widział strukturę, a tam, gdzie inni wpadali w rozpacz, on wzruszał ramionami. Wiedział bowiem, że wszystko składa się z atomów i pustki, a dramaty ludzi są tylko chwilowymi zawirowaniami materii.
I tu zaczyna się, proszę państwa, największy skandal myślowy. Demokryt twierdził, że wszystko, ale to absolutnie wszystko składa się z atomów i z próżni. Te atomy są wieczne, niepodzielne, różnią się kształtem, wielkością i ruchem, a cała reszta to ich wzajemne układy. Kolor to układ atomów. Smak również układ atomów. Dusza również atomy, tylko subtelniejsze i szybsze. I teraz uwaga. Nie dlatego, że tak mu się wydawało, ale dlatego, że Demokryt uznał to rozwiązanie za najbardziej logiczne wyjaśnienie zmienności świata. Jeśli coś się zmienia, to musi istnieć coś, co się przemieszcza. A jeśli coś się porusza, to musi mieć gdzie się poruszać.
I dlatego w rozmyślaniach Demokryta pojawia się również próżnia. Proste? Tak. Rewolucyjne? Absolutnie tak. Co zabawne, Demokryt doszedł do tego bez mikroskopów, bez mikroskopów elektronowych w dodatku, bez akceleratorów, bez laboratoriów. Wystarczyło mu myślenie. Myślenie i odrobina odwagi, aby powiedzieć: „Bogowie nie są potrzebni do wyjaśniania tego mechanizmu, według którego działa świat”. Demokryt śmiał się nie dlatego, że świat był zabawny, ale dlatego, że ludzie traktowali swoje troski jak sprawy kosmicznej wagi. Tymczasem, jak twierdził filozof, cierpienie często rodzi się z nieumiarkowania, z błędnych pragnień oraz z niewiedzy.
I nie chodziło mu o hedonizm. Wręcz przeciwnie. Szczęście polegało dla Demokryta na spokoju ducha, równowadze i umiejętności życia. Takiego życia w sam raz. Bez przesady, bez obsesji, bez lęku przed bogami i śmiercią. A śmierć? Dla Demokryta śmierć to po prostu rozpad atomów. A zatem nic strasznego. Żadnego sądu, żadnych kar. Żadnych kosmicznych ksiąg obrachunkowych.
To była myśl, która dla wielu jawiła się jako bluźnierstwo. Można powiedzieć, że właśnie dlatego tak bardzo Demokryt wyprzedził swoją epokę. Bo Demokryt nie ufał zmysłom bezwarunkowo. Wiedział, że to, co widzimy, bywa złudzeniem, ale nie popadał też w sceptycyzm totalny. Rozróżniał wiedzę ciemną, zmysłową oraz jasną, rozumową. Ta druga wymaga zawsze wysiłku, myślenia oraz dystansu. Czy to brzmi znajomo? Owszem, to nic innego jak wczesna zapowiedź myślenia naukowego. I nieprzypadkowo Einstein miał ponoć powiedzieć, że najbardziej niezrozumiałą rzeczą we wszechświecie jest to, że jest on zrozumiały. Demokryt powiedziałby to samo, tylko że wyrecytowałby ową myśl z uśmiechem na twarzy.
Po Demokrycie nie zachowały się pełne spisane przez niego traktaty. Zostały jedynie fragmenty, cytaty, jakieś dalekie echa jego wypowiedzi. A jednak jego myśl przetrwała i wróciła z impetem dwa tysiące lat później, gdy nauka znów zaczęła mówić o atomach, o próżni i o prawach natury. Demokryt był jednym z tych, którzy pokazywali, że świat nie musi być magiczny, żeby był cudowny, że można się śmiać, nie będąc cynikiem i że mądrość często polega na tym, aby nie brać wszystkiego, w tym również siebie, śmiertelnie poważnie. Bo jak mógłby powiedzieć Demokryt, skoro i tak jesteśmy tylko tańcem atomów w bezkresnej pustce, to może warto ten taniec wykonać z odrobiną wdzięku? Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Dzisiaj było o Demokrycie. Myślę, że filozofie, który często bywa lekceważony. Mówi się o nim: „A, to ten facet, co wymyślił atomy”. Czasami w klasach biologiczno-chemicznych mówi się o Demokrycie, że te atomy wymyślił i tak dalej.
Niektórzy mówią, że on był z Abwery. Polecam sprawdzić. Nie był z Abwery. To miasto nazywało się zupełnie inaczej. Ale zostawmy tę sprawę. Demokryt, ważna postać w filozofii. A teraz? A teraz zapraszam państwa na odrobinę literatury. Zapraszam na opowiadanie. Opowiadania będą później.
Opowiadanie Paula Andersona, a zatem mistrza nad mistrze, człowieka piszącego science fiction, które pozostaje w pamięci. Ja zapraszam państwa na opowiadanie zatytułowane „Misjonarze”.
[15:47] - Paul Anderson. „Misjonarze”. Tłumaczenie: Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Na koniec mszy wielka maszyna za ołtarzem zaczęła zwalniać swoje obroty, aż w końcu zamarła. Skomplikowana, ogromna konstrukcja z kół, trybów i żywego światła, które wydawało się skakać po nich w stale zmieniających się geometrycznych wzorcach, zastygła bez ruchu. Wywoływane przez nią drgania, muzyka złożona z dźwięków, infradźwięków i ultradźwięków, posiadająca nieznaną władzę nad ludzkim systemem nerwowym, zgasła w dzwoniącej w uszach ciszy. Przez kilka chwil poczucie straty było niemal nie do zniesienia. Carlsters przez całą ceremonię opierał się działaniu maszyny. Mówią sobie gwałtownie raz za razem, że to tylko sztuczka wykreowana przez ich naukę. Oni sami zresztą tego nie ukrywali.
Nazywali to środkiem do integracji umysłu z wielką maszyną, której ta tutaj była tylko symbolem. Jeśli ktoś się poddał, jeśli uwierzył, jeśli pozwolił, aby wzorce światła, ruchu i drgań stłamsiły jego świadomość, ten mógł to poczuć. Mógł wiedzieć. Mógł stać się częścią dzieła kosmosu i... Bliżej, moja maszyno, do ciebie. Carlsters rozejrzał się wokół siebie. W wielkiej katedrze było wielu podobnych do niego mężczyzn i kobiet, którzy przyszli z ciekawości, zachęceni przez swoich nawróconych przyjaciół lub po prostu z powodu ufundowanej przez Kościół kolacji, która miała być później. Nie poddali się, chociaż wysiłek związany ze stawionym oporem wyraźnie był widoczny na ich twarzach. Ciężko oddychali i patrzyli wokół siebie oczyma, do których z wolna wracało poczucie rzeczywistości. Inni, nawróceni na maszynę, przepełnieni byli wielkością swej misji, a na ich twarzach widać było wyraz świętości, czegoś wykraczającego poza przestrzeń i czas.
Byli oni przez krótki i cudowny okres mszy częścią wzorca odzwierciedlającego ostateczną rzeczywistość. Każdy człowiek ma swą własną mistykę. Carlsters wstrząsnął się gniewnie i przepchał się łokciami w stronę prezbiterium. Tłum powoli wylewał się z ciemnej, ogromnej budowli. Niektórzy schodzili do piwnic, gdzie każdemu, kto miał chęć ją zjeść, wydawana była zwykła, suta kolacja. W powietrzu ciągle wisiała muzyka, ale to była tylko muzyka, dźwięk i można ją było ignorować. Dowa Margerion stał przed prezbiterium, kłaniając się i uśmiechając do przechodzących obok członków swej kongregacji. Wyglądał bardzo ludzko, ubrany w białe, powłóczyste szaty. Był ciemnoskóry, miał płaski nos i wygoloną głowę, ale wyglądał jak człowiek. Tubylcy z Rykoru ewoluowali wzdłuż tego samego wzorca co Ziemianie i, jak mówili, wszystkie inteligentne istoty na planetach typu ziemskiego.
Gdyby jeszcze można było polecieć i zobaczyć samemu, ale to było zabronione. Niech ich diabli za to wezmą! „Proszę mi wybaczyć, padre” – poprosił Carstairs tak uprzejmie, jak tylko był w stanie. „Chciałbym z ojcem zamienić kilka słów.” „Oczywiście” – uśmiechnął się misjonarz. – „Czy mógłbyś przyjść jutro i zobaczyć się ze mną przy...” „Teraz” – szorstko oznajmił Carstairs. Wyciągnął swoją odznakę. – „To oficjalna rozmowa. Reprezentuję władze miasta.” Nie po raz pierwszy wydało mu się, że zabrzmiało to jak krzynki rozgniewanego dzieciaka. W każdej chwili w Rykoranie mogli zmieść to miasto czy którekolwiek inne na Ziemi. Przybyli jako handlarze i misjonarze i przestrzegali wszystkich albo większości miejscowych praw.
Było to po prostu ustępstwo człowieka mającego do czynienia z gorszymi istotami. Biali podróżnicy w barbarzyńskich częściach Ziemi także uznawali za wygodne uprzejme traktowanie miejscowych tabu. „Ach tak. Tak, w rzeczy samej.” Brwi Geriona uniosły się. „A więc w moim biurze, grafiku. Ach, Carstairsie. Panie Carstairsie. Oczywiście.” Gerion przeprosił tych, z którymi rozmawiał i zaprowadził Carstairsa do małego, wygodnie umeblowanego pokoju na tyłach kościoła. „Wygląda jak zwykły gabinet” – pomyślał Carstairs, ale po chwili uświadomił sobie nagle, że jednak nie. Ściany były zastawione książkami, ale miały one formę rolek mikrodruku, które można było wkładać do czytnika powiększającego.
W wolnych miejscach wisiało kilka zdjęć z innych planet, z innych układów gwiezdnych oraz symbol maszyny. Trzy niewielkie tryby obracające się pod wpływem jakiejś niezrozumiałej energii otrzymywanej z maleńkiej lampy elektronowej. Ten sam symbol w miniaturze wisiał na szyi misjonarza. „Proszę, niech pan siada” – zaprosił przyjaźnie Gerion. – „Przepraszam na chwilę. Muszę zdjąć szaty liturgiczne.” Zrzucił je, pokazując czarne, gibkie ciało odziane tylko w przepaskę biodrową, będącą zwykłym ubiorem w Rykoran. W nosie miał pierścień. Trudno wręcz było sobie wyobrazić, że to nie jakiś dzikus, że ten człowiek reprezentuje największą potęgę w znanym wszechświecie. W ostatnim pokoleniu misjonarze stali się tak powszechni na Ziemi, że ludzie traktowali ich obecność niemal jak coś oczywistego. Ale Carstairs czuł się oszołomiony myślą o tym, co rzeczywiście za tym stoi.
Gerion nalał do kieliszków wina, wspominając polecająco, że to naprawdę dobry rocznik i zaproponował Carstairsowi doskonałe cygaro. Siedzieli i rozmawiali w zupełnie nieformalny sposób, aż w końcu Ziemianin przypomniał, że jest tutaj służbowo. „Mam nadzieję, że nie naruszyliśmy żadnego prawa ani zwyczaju” – łagodnie powiedział Gerion. – „Jeżeli tak się stało, to było to całkowicie niezamierzone i natychmiast postaramy się temu zaradzić. Może jakieś przepisy budowlane?” „Nie.” Carstairs przypomniał sobie, jak gigantyczny budynek stanowiący siedzibę misji w tym mieście został zbudowany tydzień temu w ciągu kilku godzin przy pomocy fantastycznych maszyn w Rykoran. „Wiemy, że wasze metody budowy są nawet bardziej rozsądne niż nasze.” „Dziękuję panu. Może ktoś z miejscowych władz pragnie oświecenia? Z największą chęcią przywitam go w domu i przedyskutuję z nim kwestie religijne.” „Nie, chociaż... No cóż.” Wbrew sobie Carstairs nie mógł powstrzymać się przed odbieganiem od tematu. Emocjonalny wpływ maszyny ciągle jeszcze oddziaływał na niego, śpiewając i hucząc mu w głowie oraz wszystkich nerwach.
„To była moja pierwsza wizyta na ceremonii maszyny” – przyznał. – „Ja... Bardzo mnie to zadziwiło. Zawsze myślałem, że to po prostu kolejny kult, który akurat przywędrował do nas z gwiazd, zamiast rozwijać się na Ziemi. Być może nawet uważałem, że to jakiś sposób na podporządkowanie Ziemi w Rykor. W każdym razie, zanim jeszcze tutaj przyszedłem, sądziłem, że wpadnę tu tylko i zobaczę. Teraz naprawdę się zastanawiam.” Gerion rozpromienił się. „Raduje moje serce, kiedy słyszę, jak pan to mówi. Każdy organizm doprowadzony do integracji z wielką maszyną, która jest kosmiczną całością, to kolejny krok przybliżający spełnienie uniwersalnego celu.” „Wszystko to brzmi dla mnie jakoś tak mgliście, a nawet... Cóż, głupio.
Dlaczego miałbym czcić maszynę? My nie czcimy maszyn jako takich, mój synu, tylko jako symbole Wielkiej Maszyny, bardziej upodobane przez Wielki Cel niż zwykłe organizmy. Czy chce pan przez to powiedzieć, że Wielka Maszyna jest Bogiem? Proszę. – Gerion delikatnie zmarszczył brwi. – Niech pan pod żadnym względem nie porównuje pogaństwa do prawdziwej wiedzy. Kosmiczna całość reprezentowana jest w prawdziwej religii przez Wielką Maszynę. Najważniejszy sposób, w jaki możemy okazać szacunek, to właściwe nastawienie do wszystkich maszyn, które są święte, jako że odzwierciedlają Cel. Ale dlaczego czcicie? Ponieważ to prawda.
Tym niemniej, jeśli chce pan poznać historię kultu, to mogę panu w skrócie powiedzieć, że planeta Vrykor była niegdyś bliska zniszczenia przez kosmiczną katastrofę, której nie jest pan sobie w stanie nawet wyobrazić. Planeta i cała nasza rasa zostały ocalone tylko dzięki intensywnemu rozwojowi i zastosowaniu technologii maszyn. Wtedy pojawił się prorok głoszący doktrynę, że zostaliśmy ocaleni, abyśmy mogli ponieść wiedzę o Celu po całym wszechświecie i dzięki temu przybliżyć dzień jego realizacji. – Po chwili kontynuował. – To właśnie teraz zachowuje się pan jak rozsądny człowiek. Czyż to nie oczywiste, że tylko jedność z Celem i z Maszyną mogła pozwolić nam na zbudowanie tych wszystkich wspaniałych maszyn, które pan zna? Statków kosmicznych, robotów, komunikatorów i innych? Gerion pobożnie opuścił głowę i dotknął wiszących mu na szyi trybów. Zastanawiam się. Oczywiście mówię z panem bardzo otwarcie i śmiało.
Zwyczajny Ziemianin przyjmuje prawdy wiary, nie myśląc o ich intelektualnej złożoności. Dla niego jedność z naszą Maszyną jest największym emocjonalnym doświadczeniem w kosmosie. Jednak ludzie bardziej inteligentni i wykształceni, tacy jak pan, widzą, że teologia Wielkiej Maszyny jest logicznie doskonała i nigdzie nie stoi w sprzeczności z odkryciami nauki i zdrowej filozofii. Carstairs skinął głową. Wiedział trochę o subtelnej i złożonej konstrukcji wierzeń, jakie wytworzył Kościół Maszyny, ale nie mógł się powstrzymać od złośliwego przytyku. Zdaje się, że istnieją pewne problemy odnośnie stanowisk doktrynalnych na samym Vrykorze. Proszę. – Tym razem Gerion wyglądał na zasmuconego. – Myśli pan o zreformowanym Kościele Mechanicznym. Dysydencka i heretycka sekta, mój synu.
To źle, że vrykorański rząd pozwala im na głoszenie ich szkodliwych doktryn między poganami. Na szczęście dzięki nieuniknionej logice Celu nie odnoszą oni jakichś specjalnie dużych sukcesów. Carstairs skinął głową, chociaż pomyślał sobie, że ponure stroje i surowe reguły reformatorów mają więcej wspólnego z ich brakiem popularności niż kwestie dogmatyczne. Jednak ortodoksyjna mechanolatria pozyskiwała neofitów milionami i to, jak wskazał Gerion, we wszystkich klasach społecznych. W tej chwili jesteśmy poganami, mieszkańcami zewnętrznych mroków. Najpierw przybyli odkrywcy i kupcy. Twardzi ludzie, zupełnie obojętni w stosunku do religii, za to ogromnie zainteresowani robieniem pieniędzy. Mieliśmy z nimi wystarczająco dużo tarć, by nauczyć się zdrowego respektu dla vrykorańskiej broni. Dzisiaj handel odbywa się na rutynowych podstawach. Ziemia jest ekonomiczną jednostką we vrykorańskiej hegemonii, ale ciągle nominalnie jesteśmy niezależni.
To misjonarze zajmują się naszą kulturalną asymilacją do Vrykor. Nie chciałbym pana ponaglać – powiedział Gerion – ale muszę przewodniczyć kolacji w kościele. Jaką pan ma sprawę? A, no cóż, niech to diabli. Jak to sformułować? To, po co przyszedłem. To brzmiało tak głupio jak: „Padre, jestem z Miejskiego Departamentu Zdrowia”. Poprawnym tytułem jest Duvermar, panie Carstairs. – Uśmiech misjonarza był przyjazny, ale ukazywał on ostre zęby. – Niestety nie da się go precyzyjnie przetłumaczyć.
Mniejszy tryb to po angielsku nie brzmi dobrze. Z pewnością Departament Zdrowia nie ma powodu do skarg. Nauki medyczne na Vrykor tak dalece wyprzedzają wasze, że... Och, to tylko pretekst. Przecież pan wie. Burmistrz jest zajadłym przeciwnikiem Kościoła Maszyny. Kazał nam wyrzucić was z miasta przy pomocy każdych, nawet na wpół legalnych środków. Muszę porozmawiać z panem burmistrzem. Tacy uparci oponenci, kiedy już się ich nawróci, stają się najwierniejszymi mieczami Kościoła. Dlaczego jest nam przeciwny?
Z powodów religijnych? Nie, nie wydaje mi się. Jest po prostu jednym z tych ludzi, którzy zastanawiają się, do czego to wszystko prowadzi. Dlaczego próbujecie nawrócić nas na waszą wiarę? I jakie będą skutki nawrócenia się wszystkich Ziemian na obcą wiarę? Asymilacja kulturalna. „Och, mój drogi panie” — roześmiał się Gerion. „Nas nie obchodzą wasze miejscowe zwyczaje. Wszystkie one automatycznie staną się rozsądne, kiedy będziecie mieli w sobie prawdziwą wiarę. Z pewnością byłbym pośród ostatnich, którzy nalegaliby na odpowiednie ukształtowanie ziemskich standardów kosmetycznych, na przykład włączając wypełnione zęby, jakie preferujemy u siebie”.
„Tu chodzi o coś więcej. Nie możemy się przyzwyczaić do tego pomysłu z kultem maszyny”. „Mówiłem panu już wcześniej, że my nie czcimy maszyn. My je po prostu przyzwoicie traktujemy i to wszystko”. Po raz pierwszy w oczach Geriona pojawił się wyraz prawdziwego oburzenia i zdecydowania. „To skandal, proszę pana. To oburzające, w jaki sposób wy, Ziemianie, traktujecie swoje maszyny. Oglądałem na własne oczy transport pojazdów zniszczonych, rozbitych na kawałki przez beztroskę ich użytkowników. Kiedyś nawet widziałem, jak bestialski kierowca kopie swój samochód, kiedy ten nie chciał zapalić. I przepraszam za wyrażenie – złomowiska.
Maszyny pozostawione na dworze, żeby zardzewiały”. „To dlatego pobożni Rajkoranie wykopują złomowiska i odzyskują części maszyn?” „Tak, chociaż to jest równie bluźniercze, jak budowa kiepskiej maszyny od początku. Jeżeli są one źle zaprojektowane albo nieudolnie zbudowane, to zniewaga dla wielkiej maszyny, na obraz której je zrobiono. Nawet bardziej subtelne maszyny, jak sprzęt elektroniczny, są lżone i ubladane. Słyszałem kiedyś transmitowane przez radio ogłoszenia reklamowe i ordynarny śmiech. Kiedy Ziemia posiądzie prawdziwą wiarę, takie bluźnierstwo będzie nie do pomyślenia. Ziemia jest siedliskiem grzechu i pogaństwa. Przecież już pierwszego dnia, kiedy tutaj wylądowałem pełen nadziei i zapału, widziałem wypadek. Zderzyły się dwie piękne lokomotywy. Leżały one poranione, połamane, para z sykiem wylatywała z ich biednych wnętrzności, a tłum paplających pogan nie zwracał na nie żadnej uwagi.
Zamiast tego wynosili stamtąd jakieś ciała, kompletnie bezużyteczne zwłoki. Pozwolili nawet, by krew kapała po całych lokomotywach. Dostałem mdłości. Niemal poddałem się rozpaczy, ale wielka maszyna umocniła moją wolę i...” Głos Geriona ponownie stał się łagodny i grzeczny. „Moje wysiłki podejmowane od tej pory nie pozostały tak zupełnie bez nagrody. Osiągnąłem nawet pewne sukcesy w namawianiu waszych głupich, małych, oddzielnych narodów, aby utworzyły efektywną organizację światową, która może na zawsze zakończyć wojny”. „To prawda. Wasz Kościół nienawidzi wojen, nieprawdaż?” „Oczywiście. To jest podłe nadużycie maszyn. Ich liczba zniszczonych czy w jakiś sposób uszkodzonych jest niewiarygodna.
Czy życie was zupełnie nie obchodzi? Oczywiście, że obchodzi. Organizmy są też częścią celu. To istoty inteligentne zbudowały maszyny na różnych planetach. To istoty inteligentne będą im służyć i ulepszać je w przyszłości. Prawdę mówiąc, mamy więcej szacunku dla życia niż wy z waszą atawistyczną zgodą na nadmierne rozmnażanie się gorszego materiału ludzkiego. Jak macie zamiar ulepszyć swoją rasę bez celowych działań w tym kierunku? Dopóki nie staniecie się jak maszyny, nie możecie służyć celowi”. „Ja rozumiem”. „Kiedy wystarczająco wielu Ziemian zostanie wierzącymi” — mówił dalej żarliwie Gerion — „wiedza naukowa Vrajkoru stanie przed wami otworem.
Będziecie mieli statki kosmiczne, podwymiarowe komunikatory, promienie energetyczne, roboty. Wszystko, co mamy, będzie również i wasze”. „Ale...” „Nie, dopóki nie będzie można wam zaufać, że traktujecie maszyny z należnym im szacunkiem”. „Tak...” Carl Stalls szukał w myślach odpowiednich słów. Wysłuchana tyrada zaparła mu nieco dech w piersiach. „Tak, proszę mi wybaczyć, ale już jestem spóźniony na kolację”. Gerion ponownie był czystą życzliwością, żarliwie starając się być miły. „Jeżeli opisze pan swoją sprawę, jestem pewien, że uda nam się porozumieć”. Carl Stalls zabrał swe rozproszone myśli. „To właśnie dotyczy tych kolacji” — powiedział, rumieniąc się na twarzy.
„Zarówno pan, jak i ja wiemy, że to czysto techniczna kwestia, ale istnieją pewne przepisy odnośnie jedzenia w publicznych miejscach. Muszę wiedzieć więcej na temat tych posiłków. Po prostu co one zawierają”. „Oczywiście. Głównie syntetyki. Korzystamy także z kilku pochodzących z Ziemi owoców, warzyw i podobnych produktów. Jednak mięso, które obecnie jest podawane w tym kościele, pochodzi z samego Vrajkora. To była część z dostawy dla naszej bazy wojskowej w układzie Alfa Centauri. Ponieważ okazało się, że zamówienie było większe od potrzeb, nadwyżki zostały przewiezione na Sol i udało mi się kupić je bardzo tanio”. Gerion uśmiechnął się smutno.
„Misjonarz musi dbać o ekonomikę swojego działania, panie Carl Stalls. Nie jesteśmy zbyt bogaci”. „Tak, mięso spoza Układu Słonecznego. To oznacza z zagranicy i obowiązują tu ściśle określone przepisy. Dokładniej mówiąc, jakiego rodzaju to jest mięso, Duva Mara?” „Absolutnie zdrowi skazańcy. Oczywiście byli oni umysłowo albo fizycznie upośledzeni. Nie można było pozwolić, aby się rozmnażali, a marnowanie zasobów na utrzymywanie nieużytecznych członków społeczeństwa byłoby grzechem. Jednak wszyscy mieli certyfikaty, że są wolni od wszelkich chorób”. Carl Stalls jęknął i chwycił się za nagle wirującą głowę. „Chce pan powiedzieć, że to w Rajkoranie Słowa utknęły mu w gardle.
„Wy zjadacie gorszych ludzi?” „Ależ oczywiście, mój drogi panie.” Gerion był szczerze zdumiony. „To byłby grzech przeciwko celowi marnować to całe dobre mięso.” Pokręcił głową ze smutkiem. „Ale zapomniałem, że Ziemia to ciągle dzika planeta. Jeszcze nie jesteście kanibalami.”
[37:46] - Teraz proszę państwa, czas na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy film „Syn przeznaczenia”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium, a skoro rozpoczynamy Filmotekarium, to tradycyjne dzień dobry wieczór, Piotrze.
[38:11] - Witam, dzień dobry wieczór. Dzisiaj taki temat trochę świąteczny, a z drugiej strony nieświąteczny, może nawet bardziej wielkanocny, w każdym razie koncentrujący się wokół postaci Jezusa, który się był niedawno narodził. Będziemy omawiali film „Syn przeznaczenia” w oryginale „Carpenter's Son”, czyli jak widzimy kolejne dosłowne tłumaczenie angielskiego tytułu na język polski. Muszę taką anegdotę powiedzieć, bo mieliśmy lajtę ostatnio na kanale UFO Historie Lite i tam śmialiśmy się właśnie z tego, że „Carpenter's Son” to jest tłumaczenie dosłowne i że carpenter to znaczy przeznaczenie. Oczywiście można było wywnioskować, że to jest dla śmiechu, że to są jajca. Tymczasem pojawiły się komentarze: „No jak to? Przecież carpenter to co innego.” Nawet tam zażartowałem, że jest taka piosenkarka Sabina Carpenter i ona właśnie się nazywa na polski Sabina Przeznaczenie, ale ktoś to widać wziął bardzo do serca. Ale dobra, to jest inna sprawa. Wracamy do filmu. Mówiąc krótko, to miał być horror o Jezusie, horror biblijny, bardziej apokryficzny chyba, który miał wstrząsnąć widzami.
W roli głównej, ale nie w roli Jezusa, tylko jako święty Józef występuje Nicolas Cage. Film, który mógł być totalną klapą, okazuje się wcale nie taki zły na tle tego, co jest nam ostatnio serwowane. Jest jednak tutaj kilka „ale”. O nich za chwilę powiemy. Oceny tego filmu w sieci są jednak bardzo różne. Myślę, że trochę zaniżają te oceny ludzie, którzy poczuli się dotknięci w jakiś sposób chyba głównym bohaterem i jego przedstawieniem. Film jest w pełni profesjonalnie zrealizowany. Nie jest to wcale dzieło klasy B ani niższej. I tutaj chyba pierwsze „ale” — trzeba przyznać, że bliżej jest Carpenter's Sonowemu synowi do kina niezależnego niż do tego, co rozumiemy pod tematem pod tytułem horror. Bo jeżeli tam są jakieś wątki horrorowe, to one się odnoszą do zła, szatana, egzorcyzmów i czarnej magii.
Jest to bardziej wszystko przyobleczone w symbolikę niż w to, co zwykle wiążemy z horrorem. Na to wszystko mamy nałożony i wyeksponowany osobisty dramat świętego Józefa, który nie potrafi pogodzić swojej wiary z tym, na kogo wyrasta Jezus. Także ten film miał wstrząsnąć widzami. Marku, czy on tobą wstrząsnął?
[41:03] - Zanim odpowiem na to pytanie, to muszę się z państwem podzielić informacją, że ten film został objęty cenzurą i został zakazany, jeżeli dobrze pamiętam, to na Filipinach, właśnie za to, co przedstawia, czyli za ten okres życia Jezusa. Bez komentarza pozostawiam. Ja sobie tak w duchu określałem ten film jako pierwsze kuszenie Jezusa. Później znalazłem to w sieci, że nie byłem oryginalny. Zawstydziło mnie to trochę, że jednak nie potrafię nic oryginalnego wymyślić. Trudno. Natomiast czy on mną wstrząsnął? I znowu będzie ulubiona, to oczywiście cudzysłów, ulubiona odpowiedź naszych słuchaczy: i tak, i nie. Już w tej chwili słyszę to po prostu, jak tam to jest komentowane. Ale już odpowiadam dlaczego.
Otóż rzeczywiście ten film jest dosyć profesjonalnie zrobiony. Ale dlaczego mną nie wstrząsnął? Po części, bo to jest film praktycznie pozbawiony fabuły. Oczywiście jakaś szczątkowa fabuła jest, ale jednak ta fabuła jest taka dosyć, chciałem powiedzieć, przypadkowa. Nie, przypadkowa nie jest. Natomiast ona jest szczątkowa. To zdecydowanie. Natomiast dlaczego tak? Otóż tam jest kilka mocnych scen. Ja już wiedziałem, kiedy tam się pojawia Lilit, to każdy, kto mniej więcej orientuje się w świecie, który jest przedstawiony, to orientuje się, kim była Lilit.
I kiedy się pojawia to imię, to wiedziałem, że coś będzie na rzeczy. I rzeczywiście było. Powiem tak: ten film straszy, ale nie w sposób nachalny czy taki nowoczesny, że się gdzieś drzwi zatrzasną albo coś się stanie takiego niespodziewanego. Nie. On straszy, przytłacza wręcz atmosferą. Z jednej strony atmosferą, w której Jezus zaczyna rozumieć Na początku tak szczątkowo, ale zaczyna rozumieć, że nie do końca jest tym, kim uważał, że jest. Powoli otoczenie też to rozumie. Ten ojciec również to zaczyna rozumieć i w ogóle tam się atmosfera zagęszcza. W dodatku ta niepokojąca Lilith, która na początku... W ogóle znajomość rozpoczyna się od tego, że ona mu robi brzydki numer.
Wycina w tamtych czasach numer, który oznaczał śmierć i to dosyć bolesną śmierć. Tymczasem nic złego się nie dzieje. Co więcej, to mniej więcej od tego momentu Jezus zaczyna uświadamiać sobie, że coś jest z nim... Chciałem powiedzieć nie tak, ale to źle by było powiedziane, że jest inny, że coś w nim jest. W dodatku człowiek cierpiący na trąd zostaje uleczony. Dziękuje Jezusowi. Później jego losy toczą się bardzo niepozytywnie. Ale ja nie boję się państwu pewnych scen przytaczać, bo tak jak powiedziałem, film jest pozbawiony tej tradycyjnej fabuły. W związku z tym, jeśli nawet kawałek państwu opowiem, to i tak niewiele z tego będzie wynikało. Są takie momenty w tym filmie, które rzeczywiście straszą, przytłaczają, wstrząsnąć mogą również.
To nie jest ulubiony mój gatunek. Państwo wiecie, że ja preferuję jednak filmy z akcją i to najlepiej, żeby ta akcja była żywa. Ale w tym filmie żywa akcja absolutnie by nie pasowała. Ta powolność filmu, może nawet brak fabuły albo szczątkowa fabuła działają na korzyść. Paradoksalnie działają na korzyść, bo zaczynamy podążać. Film nie jest długi, więc można to wytrzymać. Zaczynamy podążać za bohaterem, za tym, co się dzieje na ekranie i zaczynamy wsiąkać powoli w ten film. Oczywiście, jeżeli mamy na to ochotę, zaczynamy wsiąkać w pewną, cudzysłów, mitologię tego filmu, bo ona tam jest w te przeżycia. Bo to są przeżycia, chciałoby się powiedzieć, zarówno boskie, jak i ludzkie. Bo przecież tam jest konflikt, coś w rodzaju konfliktu pomiędzy ojcem a synem, synem a ojcem.
To z jednej strony. Z drugiej strony w pewnym momencie ojciec, który jest takim dosyć surowym ojcem dla swojego syna Jezusa, w pewnym momencie zaczyna sobie uświadamiać, że Jezus być może nie jest takim zwykłym chłopcem. On już miał przecież to zapowiedziane, ale w tak zwanym międzyczasie codzienność i takie codzienne trudy zatarły ten obraz. Ojciec Józef, czyli ten tytułowy cieśla, jakoś nie do końca chyba ufa temu wszystkiemu i nagle zaczyna się przekonywać, że ta zapowiedź, którą kiedyś otrzymał, mogła być prawdziwa. I on chyba nie do końca też jest w stanie tak na szybko to zaakceptować. Albo może słowo akceptacja jest złym słowem. Może nie jest w stanie pogodzić się z tym.
[47:13] - Wytrawni kinomani dobrze wiedzą, jak wiele kontrowersji budzą filmy o Jezusie: „Pasja”, „Ostatnie kuszenie” czy nawet „Żywot Briana”. Czy „Syn przeznaczenia” jest aż tak bardzo kontrowersyjny? No nie, nie jest. On był tylko tak, że tak powiem, reklamowany chyba. Natomiast nie jest zły. Zasadniczo tam mamy dwóch bohaterów, czyli Jezusa i świętego Józefa. Chciałem powiedzieć Jezusa i jego ojca, ale tutaj bym skłamał. I oni się zmagają ze sobą jak to surowy ojciec i dorastający syn. Dodatkowo Jezus jest kuszony przez szatana w postaci androgynicznego młodzieńca, aczkolwiek to nie wykracza poza ramy, które mogłyby bulwersować wiernych. Tam nie ma nic takiego, co by mogło katolikami i chrześcijanami wstrząsnąć.
Przynajmniej moim zdaniem. Zło i czarna magia pojawia się tam w takiej formie bardzo symbolicznej, ale też w miarę interesującej. Trzeba wiedzieć, że w „Synu przeznaczenia” mamy ukazany bardzo wąski wycinek z życia Świętej Rodziny. To nie jest tak, jak można sobie pomyśleć, że to jest horror o całym życiu Jezusa. To jest de facto, dosłownie nie wiem, jaki tam jest czas przedstawiony, ale to może być kilka, kilkanaście dni, może więcej, może miesiąc, coś takiego. To się nie kończy ukrzyżowaniem, aczkolwiek mamy przebitki, w jaki sposób życie głównego bohatera osiągnie swój koniec. Zatem w tym filmie Jezus jest prezentowany jako młody człowiek, buntownik również, ale przede wszystkim ktoś o specjalnych paranormalnych predyspozycjach, które zauważa i dzięki którym może robić rzeczy zarówno dobre, jak i złe. I to jest tyle dobrego, co możemy o tym filmie powiedzieć. Natomiast są też pewne minusy. Dla mnie pierwszy minus jest taki, że to jest horror historyczny, kostiumowy i ja takich nie lubię na przykład.
Do tego trzeba konesera. Zresztą do filmów historycznych ja mam takie podejście, że one mnie nigdy nie pociągały, poza kilkoma wyjątkami. Może „Waterloo” na przykład. Może „Ogniem i mieczem”, „Potop”, ale tych wyjątków jest bardzo niewiele. To na pewno nie jest film bardzo zły. Natomiast jeżeli ktoś myśli, że tam znajdzie wartką akcję i jakieś obrazoburcze sceny jak w „Ostatnim kuszeniu", to nie. Powiedzmy sobie szczerze, to jest bardziej kino indie, niezależne i największe emocje to te, które sobie widz do filmu dopisze w rzeczywistości. Niemniej to nie jest film totalnie zły, ale nie zmieniający też nic w tej Jezusowej kinematografii. Można zapytać: co takiego można by pokazać, jeżeli chodzi o filmy na temat Jezusa, żeby widzami w XXI wieku wstrząsnąć? Dzisiaj to już chyba ludzie widzieli wszystko.
Na pewno by się tam coś znalazło, ale wstrzymamy się z komentarzami, bo pewnie byśmy wywołali burzę. Nie wydaje mi się, Marku natomiast, żeby dzisiaj film o Jezusie wzbudzał już tak gorące dyskusje jak kilkanaście lat temu chociażby. Po prostu nas kinematografia przyzwyczaiła do tego, że filmy biograficzne muszą zawierać jakąś szczyptę pieprzu, żeby ludzi przyciągnąć. Tu tego pieprzu niestety nie ma tyle, żeby ten film został zapamiętany. Myślę, że on jednak jakoś przejdzie bez większego echa.
[50:50] - Tak się zastanawiam. Rzeczywiście, z racji tego, że on nie przyciągnie jakichś wielkich gromad ludzi, może rzeczywiście zostać zapomniany. Natomiast w takim moim prywatnym oglądzie ten film jest ciekawy z jeszcze jednego względu. Myślę, że każda osoba, która poznała Ewangelię jedną, drugą, trzecią i czwartą, te ewangelie, które są zatwierdzone i które są w Piśmie Świętym, to zawsze zadawała sobie to pytanie: co się działo pomiędzy tym momentem, kiedy bardzo młody Jezus nauczał w świątyni, a tym momentem, kiedy jako już świadomy człowiek, świadomy swojej misji, wstąpił na arenę dziejową. To pytanie często słyszałem i to pytanie było takie niepokojące. Oczywiście można odwołać się do różnych apokryfów, ale i tak pytanie pozostaje gdzieś tam zawieszone. Ten film chyba, tak myślę sobie, że chyba odpowiada na pytanie, a w każdym razie sugeruje, jak to się wszystko zaczęło, jak zaczęła się świadomość, jak się przełączyła ta świadomość z bycia dzieckiem, które nawet dobrze rozwinięte i dziecko, które nauczało w świątyni, a właściwie przemawiało w tej świątyni bardzo mądrze, ale jeszcze po prostu posługiwało się pewnymi rzeczami, które były w kulturze tamtych czasów. Jak nastąpiło to przełączenie na świadomego swojej misji człowieka, Boga? Myślę, że jakichkolwiek słów bym użył, to zawsze ktoś poczuje się w jakiś sposób dotknięty. W związku z tym z góry mi państwo wybaczcie, ale nigdy nikomu się w internecie nie dogodzi.
Zawsze ktoś poczuje się obrażony. Staram się tego nie robić i mam nadzieję, że nikt jakoś specjalnie dotknięty się nie poczuje. Natomiast uświadommy sobie, że rzeczywiście to był pewien problem i ten film dobrze się wpisuje w ów problem, a w każdym razie w odpowiedź na pytanie: jak to się mogło stać? Bo tu też nie ma nagłej iluminacji, oświecenia. On mówi o Jezusie, uświadamia sobie, że jest coś, co jest nie do końca zrozumiałe. On sam tego nie rozumie i to zaczyna się do niego przybliżać. Coraz więcej zaczyna mu się trochę tak wzorem platońskim przypominać albo odzapominać. Zaczyna nagle uświadamiać sobie, jaki jest jego cel, jaka jest jego misja, po co on tu jest i kim jest tak naprawdę. Paradoksalnie to jest może w jakiś sposób obrazoburcze, ale dla mnie fascynujące, bo rolę w tym przebudzeniu odgrywa Lilit. Ten bliżej nieokreślony człowiek.
Piotr nazwał go androgenicznym młodzieńcem. Równie dobrze to może być kobieta. Ja tak naprawdę nie zidentyfikowałem płci. Więc to androgen rzeczywiście chyba jest najlepszym określeniem, ale to jest osoba, to jest postać, która ewidentnie identyfikuje się z ciemną stroną mocy, a jednak odgrywa rolę w przebudzeniu. Tam jest więcej takich paradoksów, nieoczywistości i pod tym względem ten film jest ciekawy. I to jest film, który nie epatuje szybką akcją, ale ma coś w sobie takiego, że przyciąga. Ja ostatnimi czasy, a w ostatnim roku to szczególnie, miałem wiele takich sytuacji, że filmy mi się dłużyły, miały półtorej godziny kinowe albo troszeczkę więcej i tak były za długie. Ten film nie był za długi, chociaż Tak jak powiedziałem wcześniej, jakoś specjalnie nie porywał. Mówię o tych zewnętrznościach, a tymczasem śledziłem go z pewnym napięciem i w sumie, kiedy zobaczyłem, że się kończy, byłem zdziwiony, że już upłynął jego czas. To jest dla mnie w takim prywatnym rankingu chyba najlepsza recenzja, że nie miałem ochoty wyłączyć.
Nie czekałem, nie spoglądałem na zegarek. To jeżeli jedziemy według planu, ewidentnie czas na polecanki z pogranicza. Nieustająco przypominam, że te polecanki z pogranicza są pod patronatem Księgarni Galerii Nieznanego Świata, a każdy, kto ma zamiar odwiedzić Księgarnię Galerię Nieznanego Świata, to proszę udać się do Warszawy na ulicę Kredytową 2. Od poniedziałku do piątku. Tam Państwo możecie w realu dokonać zakupów. I wierzcie mi Państwo, że każdy, kto tam wchodzi, to wychodzi z naręczem książek. Ja mam przynajmniej taką obsesję i prawie zawsze uginam się pod ciężarem tego, co wynoszę z księgarni, wcześniej zapłaciwszy oczywiście. A wszystkim tym, którzy nie wybierają się do Warszawy albo w Warszawie nie mieszkają, bardzo serdecznie polecam stronę Nieznany.pl. Tam to samo, tylko w wydaniu internetowym. Wszystkie pozycje książkowe tam Państwo znajdziecie.
Życzę zatem udanych łowów. Ja tylko jeszcze przypomnę, że działa biuro obsługi klienta księgarni galerii. Tam możecie Państwo zamejlować. Adres jest bardzo prosty. B o k, czyli bok@nieznany.pl. Wszelkie wątpliwości i wszelkie zapytania tam można kierować. Można też zadzwonić. Telefon stacjonarny 22 827 93 49. Ja to może powtórzę, jeśli ktoś by miał zamiar notować, chociaż nie, to wystarczy cofnąć audycję, ale powtórzę. 22 827 93 49.
A teraz czas na polecanki. Pierwsza z książek nosi tytuł „Uzdrawiający chłód. Domowa krioterapia”. Autor Gennadiy Kibardin, oficyna wydawnicza ABA. I to jest, proszę Państwa, absolutna nowość w Księgarni Galerii Nieznanego Świata. O leczniczych właściwościach zimna wiedzieli już nasi przodkowie. Wzmianki na ten temat można znaleźć w dziełach Hipokratesa, Awiceny, a nawet w starszych źródłach. Od wieków chłód wykorzystywano z powodzeniem w celach terapeutycznych. Jeśli chcesz otworzyć nowy rozdział w swoim codziennym życiu, wolny od bólu, narzekania, przejadania się, złego snu i wysokich wydatków na utrzymanie formy, autor, znany naturopata proponuje proste metody uzdrawiania i odmładzania poprzez dawkowane działanie zimnem. Niektóre z tych metod, jak krioterapia lub kriodynamika, są unikalne w swojej prostocie i niezwykle skuteczne.
Kriodynamika, określana jako biologicznie czysta metoda odmładzania mózgu, może być stosowana w warunkach domowych. Pozwala znacząco poprawić stan zdrowia, uwolnić się od wielu chorób i kroczyć na drogę aktywnego, długowiecznego życia. Już po pierwszym seansie kriodynamiki pojawia się uczucie rozluźnienia, przypływu sił, ustępuje zmęczenie oraz napięcie. Miejscowe zastosowanie zimna wykorzystuje się w leczeniu następstw urazów mózgu, przewlekłych zaburzeń krążenia mózgowego, urazów układu ruchu, rwie kulszowej, chorobach układu wegetatywno-naczyniowego i autoimmunologicznych. Ta metoda pomaga także poprawić kondycję osób starszych oraz wzmacnia odporność jako forma hartowania organizmu. Lecznicze działanie zimna jest skuteczne zarówno w terapii, jak i w profilaktyce różnych chorób. A ja przypomnę tytuł. „Uzdrawiający chłód. Domowa krioterapia”. Autor Gennadiy Kibardin, oficyna wydawnicza ABA.
I tak jak powiedziałem, to jest absolutna nowość w Księgarni Galerii Nieznanego Świata. Druga pozycja w naszym przeglądzie książek z pogranicza nosi tytuł „Głębokie uzdrowienie traumy”. Autor Gopal Norbert Klein, tłumacz Dagmara Magryda, wydawnictwo Vital. I to również jest nowość w księgarni galerii. Przekonaj się, jak świadoma aktywacja nerwu błędnego może pomóc w uzdrowieniu traumy, w redukcji stresu i w budowaniu głębokiego poczucia bezpieczeństwa w relacjach. Książka łączy najnowsze osiągnięcia teorii poliwagalnej z praktykami, ćwiczeniami i narzędziami służącymi do regulacji emocji. Poznaj skuteczne sposoby na wyjście z chronicznego lęku, napięcia oraz depresji. Autor prowadzi cię przez konkretne metody pracy z ciałem i autentyczną, uzdrawiającą komunikacją. Dzięki tej publikacji nauczysz się rozpoznawać i wyrażać swoje uczucia, a także wzmocnisz poczucie własnej wartości. To praktyczny przewodnik po głębokiej transformacji emocjonalnej.
Sięgnij po książkę i zainwestuj w swoje zdrowie oraz lepsze relacje i zrób to już dziś. Tytuł: „Głębokie uzdrawianie traumy”. Autor: Gopal Norbert Klein. Tłumacz: Dagmara Magryda. Wydawnictwo Vital. Rzecz, która pojawiła się w księgarni Galerii Nieznanego Świata naprawdę niedawno. I wreszcie tradycyjnie trzecia pozycja. Nosi ona tytuł: „Księżycowy poradnik na każdy dzień 2026 roku”. Wydawnictwo Illuminatio. I to również jest nowość, absolutna nowość.
A ta książka to unikalna propozycja dla tych wszystkich, którzy pragną przeżyć swój najbliższy rok w zgodzie z cyklami natury. Oprócz dat dostarcza też szczegółowych informacji o fazach Księżyca oraz jego właściwościach w poszczególnych miesiącach i znakach zodiaku. Kalendarz księżycowy to również poradnik. Dzięki niemu poznasz wpływ ciał niebieskich na różne dziedziny twojego życia oraz otrzymasz praktyczne porady dotyczące planowania ważnych wydarzeń i zadań, tak aby korzystać z przychylności gwiazd. Dzięki biodynamicznemu kalendarzowi dostosowanemu do potrzeb działkowiczów, rolników, sadowników i ogrodników z łatwością zorganizujesz wszelkie prace ogrodowe. Znajdziesz tu również wskazówki na każdy dzień roku, które pomogą ci w takich obszarach jak zdrowie i uroda, uczucia, związki, rodzina, praca, biznes, finanse, obowiązki domowe. Przeżyj rok 2026 w harmonii z rytmem Księżyca. Tytuł: „Księżycowy poradnik na każdy dzień 2026 roku”. Wydawnictwo Illuminatio. Przypomnę, że ta książka to jest rzecz, która dopiero pojawiła się na półkach księgarni Galerii Nieznanego Świata.
Proszę państwa, czas teraz na sentymentalnik. To pewno będzie bardziej chłopacki, że takim slangiem pociągnę, chłopacki sentymentalnik niż dziewczęcy. Chociaż ja wiem, znam dziewczyny, które również „Czterech pancernych i psa” oglądały z wypiekami na twarzy. Zatem bez rozwijania, bez komentowania zapraszam państwa na sentymentalnik o serialu „Czterej pancerni i pies”. Dzień dobry wieczór państwu. Sentymentalnik wjeżdża niniejszym na antenę. A skoro sentymentalnik to witam Artura Wójtowicza.
[01:05:15] - Witam serdecznie.
[01:05:16] - Witam również Piotra Cielebiasia.
[01:05:18] - Dzień dobry wieczór, również serdecznie.
[01:05:21] - Ja się witam z państwem jako nieskromny prowadzący. A dzisiaj mamy temat, który chłopaków zawsze stawia na baczność i to już od bardzo dawna. Temat, który nosi tytuł: „Czterej pancerni i pies”. No cóż, to zaczynamy. Panowie, kiedy dzisiaj wracacie myślami do „Czterech pancernych i psa”, to jaki jest ten pierwszy wasz obraz? Jesteśmy z różnych pokoleń, więc te obrazy pewno będą różne, ale co wam przychodzi do głowy jako widzom i ludziom, którzy w jakiejś może drobnej, ale jednak części byli kształtowani przez ten serial, który był, nie waham się tego powiedzieć, swoistym hiciorem Telewizji Polskiej, w ogóle kultury PRL-u. Arturze, jak to było u ciebie?
[01:06:28] - Ja wam powiem coś takiego, że jest kilka takich kultowych filmów, które już nie wiem, chyba setki albo tysiące razy oglądałem. Czyli na pewno „Janosik”, na pewno „Kloss” i na pewno oczywiście „Czterej pancerni i pies”. I to były seriale, które chyba najczęściej leciały w moim życiu. Z czym mi się po prostu ten serial kojarzy? Nie ukrywam, że był on bardzo fajny, zwłaszcza z tą tytułową piosenką, która była śpiewana przez margrabiego Ansbacha z czarnych chmur, tak to nazwijmy, bo wyleciało mi-
[01:07:03] - Fettinga.
[01:07:04] - Fettinga. Wyleciało mi nazwisko. Jeśli chodzi o Fettinga, człowiek, który też miał ciekawy życiorys. Ale z czym mi się ten serial „Czterech pancernych” kojarzy? Wiecie co? Ta cała załoga Rudego to był taki ciekawy mikrokosmos świata. Bo jeżeli byśmy sobie popatrzyli, to Janek był Polakiem, Gustlik był Ślązakiem, Georgi był Gruzinem, Olgett był Rosjaninem. No i do tego jeszcze ten pies Szarik. Tak naprawdę to, co w pierwszej części, chyba czy to w pierwszym odcinku, czy w drugim odcinku było, jak Olgett pokazywał, że załoga czołgu jest jak ... palce jednej ręki, że muszą razem współdziałać.
To był taki przekaz, że tak naprawdę prawdziwa wspólnota rodzi się w działaniu, a nie w narodowości. Do tego jeszcze mamy Szaryka, wiele osób było zakochanych w tym Szaryku. Oczywiście to były trzy psy użyte do tej roli i one były tresowane do różnych rzeczy, ale to może później sobie o tym powiemy. Sam motyw tego psa był istotą łączącą światy. Ten Szaryk nie był tylko i wyłącznie maskotką tego czołgu. On łagodził napięcia, reagował instynktownie tam, gdzie ludzie zawodzili. Tak naprawdę był sumieniem załogi. Archetypicznie, jakby tak popatrzeć, to było to zwierzę, które było jednocześnie przewodnikiem, strażnikiem i świadkiem historii. Dodatkowo, jeżeli jeszcze popatrzymy na ten serial, że ciągle tytuł był w ogóle „Rudy 102”, więc ten motyw czołgu, ten czołg był ich praktycznie domem. On nie tylko był bronią jako czołg, ale był również przestrzenią intymną.
Był schronieniem. Był substytutem utraconego domu i ojczyzny. To był bardzo ciekawy film propagandowy, bym powiedział, na swój sposób. To był bardzo silny motyw psychologiczny, że czołg był takim mobilnym domem w czasie wojny. Dlaczego powiedziałem, że był to serial bardzo propagandowy? Jak przyjrzymy sobie te wszystkie odcinki, to bym powiedział, że tam był motyw wojny bez krwi. Dlatego, że w serialu we wszystkich odcinkach stosunkowo śmierć była bardzo rzadko pokazywana. Wróg był bardziej anonimowy i ta wojna przypominała bardziej taką przygodę. To był taki motyw mitologizacji konfliktu, bo ta wojna była taką próbą charakteru bardziej, a nie tragedią. Do tego jeszcze wrzucimy oczywiście motyw młodości młodego człowieka rzuconego w wir tej wojny.
Janek był bardzo młody, dojrzewał w biegu, uczył się świata w ekstremalnych dosyć warunkach, więc tak naprawdę dla niego ta wojna była takim brutalnym rytuałem przejścia. Co więcej, tam można by sobie doszukać takie motywy humoru w obliczu śmierci, różne żarty, przekomarzania się, dowcipy. Bardzo ciekawy był taki motyw, który państwo starało się pokazać, motyw drogi, bo ten serial to była taka ciągła wędrówka ze wschodu na zachód, przez wsie, przez miasta, przez ruiny. I ta droga była takim symbolem losu pokolenia wojennego. To jest też ciekawe. Można by o tym na wiele sposobów mówić, powiem szczerze. Natomiast ja, szczerze mówiąc, dla widza, dla mnie jako dla młodego chłopaka, to oczywiście ten cały serial był taką na swój sposób baśń moralna i dla dorosłych, i dla dzieci. Natomiast oczywiście to był bardzo propagandowy film, bo oczywiście tam nie pokazywano zbrodni Armii Czerwonej. Oczywiście nie pokazywano praktycznie AK. Jedyny wyjątek AK, który został tam pokazany, to pamiętam ten motocyklista, który wziął, walczył, już tam był Berlin i zginął.
Tam tych dwóch braci było. I ten motocyklista mówił, że wcześniej w powstaniu warszawskim walczył i że w obozie koncentracyjnym, jak wyzwalali, to znaleźli tam dziewczyny z powstania warszawskiego. I to był jedyny motyw, który pokazywał o powstaniu warszawskim, mówił jakoś tam i o Armii Krajowej ogólnie. Ale był to dosyć propagandowy film, bym powiedział. Tak jak przejdziemy sobie do aktorów, bo pewnie o nich jeszcze powiemy, to ja nadmienię taką jedną rzecz, bo nie wiem, czy wiecie, ale żaden z tych aktorów załogi Rudego nie był prokomunistyczny. Oni w ogóle nawet po latach twierdzili, że oni nie lubili tego filmu. Ale to już jest inna historia.
[01:12:14] - Piotrze, mnie bardzo interesuje twój ogląd tego filmu, ponieważ ja miałem to szczęście albo nieszczęście, że śledziłem pierwsze emisje w drugiej połowie lat 60. tego serialu niejako na bieżąco prawie. Miałem też kontakt z pewnymi zjawiskami socjologicznymi. Ja wtedy sobie z tego nie zdawałem sprawy, ale to były zjawiska socjologiczne, o których jeszcze opowiem. Natomiast ty, Piotrze, musiałeś ten serial oglądać dużo później i pewno odbiór był zupełnie inny. Właśnie jaki?
[01:12:55] - Muszę przyznać, że moja opinia jest chyba niereprezentatywna, bo ja jestem fanem „Pancernych”. Jaki ten serial jest, to jest i wiadomo, że ma wiele wad, ale jest jednym z moich ulubionych. Nie wiem, ile razy go oglądałem. Wiele scen znam na pamięć. Mam też ulubione i ulubieńsze odcinki. A co mi przychodzi do głowy, jak pytałeś, kiedy się mówi o „Pancernych”? Przede wszystkim załoga: Gustlik, Tomuś, Janek, Olgierd i Grigorij. Ale muszę przyznać, że ja Grigorija nie lubiłem albo go lubiłem najmniej, bo zawsze i to od początku mi się wydawało, że Press grał tak dość sztucznie. O ile oni wszyscy byli w miarę naturalni, to on był taki inny po prostu. I tak jakoś z dystansem się do niego podchodziło.
Przynajmniej ja. Co jeszcze przychodzi do głowy? Oczywiście Rudy i fascynacja czołgami. Marusia już jakoś tak może mniej przychodzi na myśl. Tak po latach mi się wydaje doklejona do tego serialu. Kogo się jeszcze pamięta? Wachmistrza Kalitę na przykład. Niektóre powiedzonka z tego serialu, Gustlika na przykład powiedzonka
[01:14:04] - To słynne „Ein Moment", jak powiedziała wróżka Hitlerowi i tak dalej. Coś jeszcze pamiętam? Ciotkę Hermenegildę, piosenki z serialu. I to nie tylko „Deszcze niespokojne", bo ich tam było sporo i nawet jest kilku fanatyków, którzy te piosenki odtwarzali współcześnie. Pytanie, czy to był serial kultowy dla mojego pokolenia? Nie wiem. Możliwe, że dla niektórych tak. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu. To znaczy na pewno go wiele osób oglądało, ale już w pancernych się nie bawiliśmy. Nie rozmawiano o tym serialu na pewno, ale on gdzieś mocno promieniował w telewizji, w kulturze ogólnie.
Jakby nie było, wszyscy go znali. Nie wiem, czy go dziewczyny znały. Chyba nie. Wydaje mi się, że ich tak nie interesował. No, chyba że tatusiowie oglądali. Ale on był obecny na początku trzeciej RP. Nie był obecny tak jak w PRL-u z wiadomych powodów, ale był. Nadal jest emitowany przecież, chociaż wydaje mi się, że od wielu lat nie uświadczy się go w TVP, że jest emitowany przez inne kanały, szczególnie te nadające polskie filmy i seriale. Także tutaj akurat w tym przypadku trzeba by chyba zapytać albo jakąś sondę zrobić, zapytać przedstawicieli tego pokolenia już urodzonego albo w końcówce PRL-u, albo już na początku trzeciej RP, jak to pamiętają. Ale wydaje mi się, że trudno jest znaleźć kogoś, kto by nie znał, kto by chociażby nie kojarzył czołówki, bohaterów, „Deszczy niespokojnych" i tak dalej.
[01:15:47] - To teraz ja. Masz rację z tymi piosenkami. Ich było całkiem sporo. Ja jako dzieciak byłem fanem bajek puszczanych na płytach i wśród tych bajek miałem całą płytę longplayową, czyli dwustronną i to długą, z piosenkami z serialu „Czterej pancerni i pies". Tam był przed nami „Liśni tygrysi ząb", „Tygrysa bierz w cel i rąb" i piosenka radiotelegrafistki i jeszcze wiele innych. I pamiętam sam siebie, jak sobie leżę na podłodze i słucham tych dźwięków, tych melodii, tych słów. Dziwne to jakieś, ale wróćmy do filmu. Ja powiedziałem o tym, że to było zjawisko socjologiczne, a w każdym razie socjologii młodych ludzi, bo mnie ten serial, jego premiera. Przypomnę, książka wyszła w roku moich urodzin, w 1964. Janusz Przymanowski, autor.
Okej, ale bardzo szybka ścieżka i ten serial trafił. On trafił w dwóch częściach, niejako w dwóch lutach, w dwóch sezonach by się dzisiaj powiedziało, ale wtedy to pojęcie nie funkcjonowało, więc ja go oglądałem na bieżąco. On zresztą był emitowany w najlepszym swoim czasie, to był nawet emitowany po ówczesnym dzienniku jako film nie wcale dla młodzieży, tylko dla dorosłych też. Ale był też emitowany dla młodzieży i w takim programie, który był zapowiedzią „Teleranka". To jeszcze nie był „Teleranek", ale był „Klub Pancernych" w telewizji niedzielnej i tam najpierw była jakaś taka długa pogadanka, trochę jak „Niewidzialna ręka", tyle że aktor czy też mówca był widzialny. I ten „Klub Pancernych" to było zjawisko socjologiczne, ewidentnie socjologiczne. Przychodziły do studia, do programu tysiące listów, gdzie meldowano, że tworzone są załogi na podwórkach i nawet psa mają i budują jakiś czołg ze sklejki czy nie ze sklejki. W każdym razie to starsi. Ja to patrzyłem, słuchałem i wow, co ci się dopiero bawią? A potem był film po tym studiu pancernych.
Zresztą bardzo dobre logo miał ten program. Właściwie to był taki przegląd tego, co się dzieje wśród dzieciaków. Więc ten, kto miał pomysł na serial „Czterej pancerni", był znakomitym specem od propagandy, takim inżynierem dusz, który był w stanie porwać dzieciaki tamtych czasów, pokazać im inny świat, pokazać im pewną rolę, jaką odgrywa zespół. Artur mówił o tym zespole, więc rzeczywiście te zespoły się tworzyły. Jakaś taka więź powstawała na tych podwórkach, tych blokach. Gdzieś nagle tworzyły się załogi. Ja to przeżywałem nieco inaczej. Ja byłem wtedy dumnym uczęszczaczem przedszkola i pamiętam, jak najpierw w piaskownicy bawiliśmy się w czołgi. Te czołgi jeździły po piasku i były złożoną pięścią z wystającym palcem wskazującym. I to były czołgi i one strzelały do siebie.
Później wpadliśmy jeszcze, że jak pokażemy palec środkowy i też ściśniemy pięść, to mamy takie działo samobieżne. I to też jest bardzo ciekawe. Ale to był początek. Zabawy w piaskownicy to było nic. Potem w tym przedszkolu, kiedy wychodziliśmy na dwór, teoretycznie, żeby pobawić się w piaskownicy i na różnych innych urządzeniach zabawowych, którymi przedszkole dysponowało, chłopacy Chwytali się za ramiona i chodzili: „Kto się bawi w czterech pancernych? Kto się bawi w czterech pancernych?” Takie hasło i się przyłączali kolejni. I taka grupa, ława wręcz chłopaków jak się już zebrała, to później dzielone były role. Ty jesteś tym, ty jesteś tym, ty jesteś tym. A ja miałem jeszcze w sobie taką dozę szaleństwa, że ja im wszystkim tłumaczyłem, że zanim zaczniemy się bawić w tych czterech pancernych, zaczniemy wykańczać Niemców i w ogóle zaczniemy dobro rozsiewać po świecie, to najpierw trzeba odśpiewać tę początkową piosenkę. I do dzisiaj to pamiętam, jak chórem śpiewamy: „My czterej pancerni, powrócimy wierni” i tak dalej.
Najpierw to odśpiewaliśmy, a później się bawiliśmy. Zatem po tych prostych scenkach widzicie państwo, że siła oddziaływania tego serialu była potężna. Absolutnie. No cóż, a potem chciałbym powiedzieć, że ona nie malała. Film, serial cieszył się ogromnym powodzeniem. Właściwie każda emisja kolejna w latach 70. była oblegana i nikt wtedy nie myślał w takich kategoriach, że to jest propaganda, chociaż ewidentnie jest to propaganda, że to jest zafałszowanie historii, że szereg różnych rzeczy, niekoniecznie pozytywnych, można by o tym serialu powiedzieć. Ale warto też powiedzieć, że ten serial ktoś dobrze wymyślił. To Przymanowski, później ktoś, kto pisał scenariusz, ale też ktoś, kto myślał, że ten serial musi być pozbawiony ciężkich elementów propagandowych. Tam właściwie ta propaganda, ta indoktrynacja jest lajtowa, jest prawie niewidoczna.
I o to chodziło. Dlatego myślę, że część rodziców, kiedy patrzyła na swoje dzieci, które dały się porwać temu serialowi, to się w duchu zżymała, bo wiedzieli ci rodzice, że to jest czysta manipulacja. Ale manipulacja udana, bo zrobiona bardzo profesjonalnie. Ten serial w dodatku jest drugim takim serialem, który ja podziwiam za scenariusz. To jest „Stawka większa niż życie”. Tam te scenariusze do poszczególnych odcinków są napisane perfekcyjnie. Na nich można się uczyć filmu akcji, niekoniecznie opowiadającego o akcjach w czasie II wojny światowej, ale w ogóle filmu akcji. Tak samo „Czterej pancerni”. Serial jest bardzo dobrze napisany. To są dobre, nośne odcinki, które w jakiś sposób kształtowały całe pokolenie.
I jeśli nawet później to pokolenie uświadomiło sobie, że jednak było robione w konia, że tam wał za wałem się posuwał w tym serialu, to jednak po tym serialu zostało coś, co myślę, jest bardzo ważne i dlatego mówiłem o zjawisku socjologicznym. Ten serial sprawił, że powstawały grupy, mikrogrupy społeczne na tych podwórkach, o których mówiłem. Pojawiały się więzi między bardzo młodymi ludźmi. Pojawiało się takie poczucie honoru, poczucie przyjaźni. To myślę, że w jakiś sposób ukształtowało całe pokolenie. A ta propagandowa otoczka myślę, że miała najmniej z tym wszystkim wspólnego. Cóż, panowie, chyba zadam kolejne pytanie. Jak waszym zdaniem ten serial opowiada o wojnie? Częściowo już to sygnalizowaliśmy, ale może o tym szerzej warto powiedzieć, bo to przecież nie jest ta historyczna wojna, którą możemy poznać z podręczników. To jest raczej wojna przefiltrowana.
Artur o tym wspominał. Przez takie zjawiska, powiedzmy niezauważalnej wojny, mało śmierci, więcej przygody, przyjaźni, to w pewnym momencie stał się serial o walorach wręcz mitologicznych. Piotrze, jak ty na to patrzysz?
[01:24:54] - To jest trudny temat dla każdego fana „Pancernych”, ale prawda jest taka moim zdaniem, że mało kto się uczył na nich historii. Bo jeżeli ktoś się tą historią zainteresował poprzez serial, to szukał. Pierwsze co, to pytał rodziców i dziadków. I oni już chyba mówili, że to było trochę inaczej.
[01:25:14] - Ja tu przerwę. Od razu powiem, że Piotr wie, co mówi, bo w końcu absolwent historii.
[01:25:20] - Tak. I mój dziadek w czołgach służył. Także wydaje mi się, że mało kto się uczył historii II wojny na „Pancernych”. Dodatkowo ja mam taką teorię, która się może wydać kontrowersyjna. Ten serial był wiadomo w jakich latach realizowany, ale też dość odważnie — tylko trzeba być uważnym, żeby to zauważyć — dawał takie subtelne znaki o sprawach, o których mówić nie wypadało albo nie można było, ale o których ludzie wiedzieli. Także wydaje mi się, że to propaganda propagandą, ale oni też dobrze sobie zdawali sprawę, że kiedy przemilczą pewne sprawy, to będzie to dla nich cios. Oczywiście nie mówiono wprost o niektórych rzeczach. Natomiast jak by to powiedzieć? Dam przykłady. Państwo podziemne nieobecne w serialu.
Nie ma go tam, nie ma mowy. Ale jest taki West na przykład I jest taki Kaszub na przykład, którzy coś tam robią, działają. Tego Kaszuba, kiedy pytają po śmierci Olgierda: "Panie Kaszub, co żeś pan tam robił?" to on opowiada. Nie mówi o AK, mówi o innej organizacji i można się domyślić. Jest ta sugestywna scena dotycząca Powstania Warszawskiego, kiedy pancerni obrywają akurat na moście. Też wiemy dlaczego. I to jest bardzo wymowne. Myślę, że to takie jest maskowanie, bardzo wyraźne tego, czego nie chcieli pokazać. Gustlik na przykład też mówi wprost, że on uciekł z Wehrmachtu. Dzisiaj mamy całą burzę o Polakach w Wehrmachcie.
Przecież wiadomo, że byli i że tego się nie da ukryć. Gustlik mówi, że uciekł od Niemca. Jest odniesienie do powstań narodowych. Ruscy tego nie lubili. Olgierd, wiadomo, tam się tłumaczy, skąd on się wziął w Rosji. Jest nauczycielka w jednym z pierwszych odcinków, ale tam mówią wprost, że to car zrobił. Co się pomija w „Pancernych” to jest kwestia Holokaustu. Gdzieś tam oni pod koniec wyzwalają obóz zagłady, ale nie ma tam tej kwestii za bardzo poruszonej, tak mi się wydaje. W przeciwieństwie do chociażby serialu „Polskie drogi”, który jest moim ulubionym polskim serialem wojennym chyba. Jeżeli zaś chodzi w „Pancernych” o miłość do Sowietów, to powiem tak: jest Marusia i oni wszyscy są, ale ja bym nie przesadzał, że to jest aż tak bardzo eksponowane.
Ja jako widz „Pancernych” widzę tych czerwonoarmistów trochę jak tło. Oni są, ale się nie wyróżniają. Jest Czernusow, ale grany przez Kłosińskiego, przez Polaka. W pewnym momencie to się nie kojarzy, że to jest Czernusow, tylko to jest Kłosiński, który był w każdym serialu.
[01:28:13] - Piotrze, zobacz, krasnoarmiejcy są przedstawiani bardzo sympatycznie. To też jest swoista manipulacja, ale udana manipulacja. Ja też byłem fanem tego Czernusowa i w ogóle tych krasnoarmiejców, którzy się tam pojawiali, czy to w postaci takiej regulującej ruchem w jednym z odcinków akurat Polka była. W każdym razie pojawiają się ci krasnoarmiejcy i oni są sympatyczni w gruncie rzeczy.
[01:28:47] - Ale też mało się odzywają.
[01:28:49] - Tak.
[01:28:49] - Praktycznie się w ogóle nie odzywają. Jest na początku ten jołki-połki i na końcu mamy— jest Czernusow przez cały serial, ale to jest inna sprawa. Jest taki pułkownik grany przez Wróbla. Bardzo fajny aktor zresztą to był, polski aktor. I jest jeszcze kto? Na samym końcu jest ten oficer radziecki, którego zabijają. On jest przedstawicielem inteligencji raczej. Ale tam mamy też pokazanych na przykład jakichś czerwonoarmistów z Syberii. W jednym odcinku, kiedy oni wjeżdżają w te ule, to tam jest taki byk z Syberii. Nie ma tam za bardzo takiej nachalności.
Powiem wam szczerze, że jak ja się na to patrzę, ale nie pod kątem widza, tylko pod kątem kogoś, kto analizuje fabułę na przykład, to ci Sowieci są tak przyklejeni, bo musieli być. Ale żeby to było hołubione?
[01:29:45] - Ja tutaj wejdę w słowo i się nie zgodzę, bo tak jak Czernusow się przewija, to Marusia się przewija. I tu jest ten motyw miłości, że Marusia jest tak naprawdę z Armii Czerwonej przecież, no nie? Ale ona nasza była. Taki był odbiór. Ona niby ruska, ale nasza.
[01:30:05] - Tak. To może to było coś, co rzeczywiście mogło być już ultra propagandowo odebrane jako taka zachęta. To była sowiecka taktyka wepchnąć jak najwięcej swoich do krajów ościennych, żeby tam potem móc oddziaływać, jak w państwach bałtyckich. Ale może to wynika z faktu, że ja po prostu Marusi nie lubiłem. Nie to, że mam coś do Poli Raksy, ale tam się liczyła wojna, tam się przygoda liczyła, a nie jakieś tam kobity i miłości. Kto to widział. Może dlatego tak to postrzegam, ale wydaje mi się, że owszem, jakiś ładunek był, ale nie jest to aż tak bardzo nachalne. Oni musieli tam wypudrować tych Rosjan, tych Sowietów, wiadomo, ale mogli to zrobić znacznie lepiej i gorzej jednocześnie. Tak mi się wydaje.
[01:30:57] - Ja może tutaj dorzucę takie swoje trzy grosze, bo oczywiście jak ktoś dokładnie sobie poprzegląda „Czterech pancernych”, to tam wiele rzeczy znajdzie. Już tacy specjaliści militarywni pewnie by zauważyli, że tam było kilka czołgów. Oczywiście T34, które w ogóle się różniły wieloma elementami. Wieżyczkami się różniły, rozmieszczeniem narzędzi się różniły. W tych różnych odcinkach było wiele tych czołgów, tak samo jak wiele szarików, bo były trzy szariki. Ale chciałbym powiedzieć coś takiego, że właśnie brak Armii Krajowej to nie był przypadek. To jest ciekawa rzecz. Powiem wam więcej, coś takiego, że w ogóle to był na tyle film propagandowy, że większość, czy większość to nie wiem, ale dużą część kwestii związanych z czołgami robiono na poligonie w Żaganiu też przecież. I najśmieszniejsze było, że ci, którzy tam byli wojskowymi w Żaganiu, oni pierwotnie— czasami też oglądałem taki fajny program, gdzie Janek właśnie z Grygoryjem mówili, że oni właśnie tam gdzieś szli do filmu, a tam ich zatrudnili po prostu, że myśleli, że to są faktycznie wojskowi, a nie aktorzy. A co więcej, na przykład zaangażowano do tego filmu wojsko z czasów PRL-u, bo wojsko udostępniało sprzęt, udostępniało statystów Udostępniało konsultantów i co więcej, scenariusz „Czterech pancernych i psa” musiał przejść akceptację i wojskową, i partyjną.
Marku, powiedziałeś, że ktoś był dobrym propagandystą, kto to robił. Oczywiście, była taka komórka, jak w przypadku, kiedy powstawał kapitan Żbik jako komiks. Dla ocieplenia, nazwijmy to, wizerunku Milicji Obywatelskiej. Ale sam fakt, że w filmie był brak Armii Krajowej z jednym wyjątkiem, tylko tam właśnie ten motocyklista z bratem, którzy zginęli w Berlinie, mówił o AK. To był jeden tylko motyw, który ja wychwyciłem. Nie ma w ogóle na tym filmie jakichś konfliktów polsko-sowieckich. To jest raz. Nie ma represji NKWD. To jest jedno z najbardziej znaczących przemilczeń. Co więcej, Gustlik staje się takim – tak, on mówi, że on uciekł z Wermachtu – symbolem Śląska, bo postać Gustlika wykreowała takiego dobrego Ślązaka, lojalnego wobec nowej władzy, prostolinijnego, silnego.
Powiem szczerze, to był taki wizerunek idealnie zgodny z narracją PRL-u. Co więcej, film „Czterej pancerni i pies” odnosił również, bo on był emitowany w ZSRR i tam odniósł sukces. On w ogóle został pozytywnie oceniony przez cenzurę sowiecką, dlatego że idealnie realizował narrację braterstwa broni. Tu coś powiedziałeś, Piotrze, że oczywiście nikt normalny nie uczył się historii na „Czterech pancernych”. Jasna sprawa. Ale co wam powiem szczerze, na początku, Marku, też powiedziałeś o kwestiach mitu i mi się wydaje, że to jest bardzo fajny film, który jest niesamowitym mitem. Ja też „Czterech pancernych i psa” lubię. To nie jest to, że tak jak mówię, że on nie jest historyczny, to ja go nie lubię. Ja go lubię, jak najbardziej, ale tam jest bardzo duży mit Armii Ludowej jako takiej prawdziwej Polski. Bo w serialu tylko ta armia walczy realnie.
Ona jest nowoczesna, skuteczna, reprezentuje praktycznie całą Polskę. I różnorodność Polski z czasów okupacji zastąpiono jednolita narracją. Co więcej, ZSRR tam jest jako taki, powiedziałbym, starszy brat, bo nagle się okazuje, że Rosjanie są rozsądni, pomocni, w ogóle moralnie czyści. Tam w ogóle nie zobaczymy sowieckich grabieży, gwałtów, terroru. Ja bym powiedział, że to była idealizacja jakiegoś hegemona, tak bym to nazwał. Natomiast wróg, który był, a byli nim Niemcy, był po prostu odczłowieczony, bo ten wróg był bez twarzy, bez historii. On ginął masowo. To ułatwiało emocjonalną akceptację przemocy. Natomiast to, co jest właśnie ciekawe, że tam została wojna przedstawiona jako przygoda, bo tam nie widać na tym filmie traumy, nie widać jakiegoś kalectwa psychicznego. Ta wojna jest niejako męską inicjacją, a nie katastrofą.
Sam fakt, że Janek na tym filmie został wzięty do wojska, mając 16 czy 17 lat, nie pamiętam, ale 16 miał chyba, to w realiach normalnych II wojny światowej on by nie mógł zostać wzięty. Ale po co to zrobiono? Zrobiono to po to, żeby młodego widza związać z tym serialem, bo ta wojna była męską inicjacją. Ona nie była katastrofą, ona była męską inicjacją. Co więcej, ten film pokazywał, że kolektyw jest oczywiście ważniejszy niż jednostka, bo nie ma jakichś indywidualnych dramatów, nie ma w ogóle sprzeciwu sumienia. Ta jednostka praktycznie istnieje tylko po to, żeby być palcem jednej ręki, o której mówił Olgierd. Natomiast tutaj, Marku, też jeszcze powiem tak, bo nie chcę przedłużać. Ty powiedziałeś o kwestii mitu. Jak najbardziej ten film jest zarąbistym mitem, bo tam jest klasyczny schemat. Tak jak weźmy sobie Robin Hooda.
Mamy młodzieńca Janka, mamy siłacza Gustlika, mamy wojownika Grigoryja, mamy rozumnego stratega Olgierda, no i mamy zwierzę przewodnika w postaci Szaryka. I taki sam schemat, jaki został użyty w tym filmie, występował tak samo w mitach, w różnych kwestiach fantasy, bym powiedział. Tutaj tych archetypów jest wiele, bo jest archetyp tej drużyny bohaterów, to na pewno. Jest archetyp inicjacji, bo ktoś opuszcza dom, ktoś przechodzi próby i potem ktoś zostaje mężczyzną. To, co powiedziałem, że wojna jest rytuałem przejścia. To jest też taki archetyp inicjacji. Ten film pokazywał, jak stać się mężczyzną. Sam Szarik to jest inny przykład archetypu, bo taki archetyp przewodnika między życiem a śmiercią, między instynktem a rozumem. Szarik prowadzi, ostrzega, wyczuwa zagrożenie. Natomiast sama droga jest takim mitem kosmicznym, bo tam jest ciągle marsz na zachód, czyli od chaosu przechodzimy do porządku, od zniszczenia przechodimy do odbudowy.
Ten cały serial to jest taka symboliczna podróż ku nowemu światu. Ja się długo zastanawiałem nad tym tak naprawdę, dlaczego ten serial dzisiaj również jest popularny. Może mniej już, ale wydaje mi się, że też jest popularny, przynajmniej tak nostalgicznie dla ludzi z naszego pokolenia. Dlatego, że ten serial właśnie mówi językiem mitu. On wcale nie wymaga wiedzy historycznej. Można po prostu tę wiedzę historyczną sobie poluzować i oglądać go na luzie. Spokojnie. On daje takie emocjonalne bezpieczeństwo, bo tak naprawdę ten film nie jest żadnym dokumentem. To jest bardziej taka nowoczesna legenda. Taka legenda założycielskiego PRL-u, tak bym to nazwał.
Legenda, którą PRL w jakimś stopniu sobie wykreował.
[01:38:31] - Na początek kilka nawiązań do waszych wypowiedzi. Panowie, dyskusja pomiędzy miłośnikami Marusi i Lidki nawet w przedszkolu się odbywała. I ja pamiętam dwa stronnictwa, która jest lepsza i która jest fajniejsza i w ogóle. Skoro to się odbywało w przedszkolu i to wcale nie w najwyższej grupie, to sobie wyobraźmy, co się odbywało w wyższych partiach wiekowych. Zatem muszę powiedzieć, że kwestia kobieca w serialu „Czterej pancerni i pies” była przynajmniej chwilami dosyć znacząca. Jeszcze powiem, że z tych trzech Szarików przynajmniej jeden nie lubił Janka. Nie miał do niego mięty specjalnej i nie było chemii pomiędzy panem i jego psem. Cóż, tak to bywa. Cóż chciałbym powiedzieć? Chciałbym powiedzieć o tym, że może to zbyt demonizuję i mitologizuję, ale ja chłonąc ten serial jako dziecko, od razu zapałałem, niezrozumiałą wtedy, dzisiaj też chyba nie do końca to rozumiem, dlaczego wtedy tak się wydarzyło, ale jakąś taką fascynacją do tej części.
Ale właściwie to przewija się przez dwa odcinki przynajmniej, bo wcześniej jeszcze oni zajmują pewne miejsce i ono jest podejrzane, a później to się rzecz rozwija. Wspomniana już tutaj łódź podwodna Hermenegilda i wypad specjalnej jednostki po, to nie jest powiedziane wprost, ale dzisiaj sobie możemy powiedzieć, po uran, po jakieś materiały rozszczepialne do produkcji bomby. Zresztą później jest o tym mowa. I te dwa odcinki, bo tam jest ten poprzedzający, o którym mówiłem. One mnie zafascynowały. To kiedy pancerni wchodzą do podziemi, tam, gdzie się ta ewentualna produkcja odbywała. To był jeden z tych odcinków, które po prostu mnie oczarowały swoją magią, swoją tajemniczością, tym, co można pokazać w takim filmie. Nie mam pojęcia, dlaczego wtedy byłem taki zafascynowany. Dzisiaj już wiem, czemu jako dziecko. Ale dzisiaj wiem, czemu bym się zafascynował tym odcinkiem, ale wtedy takiej wiedzy nie miałem.
A mimo wszystko to Hermenegilde Kom było fascynujące. Absolutnie fascynujące. To takie wspomnienie dziwne. Ja do dzisiaj to wspominam jako coś niesamowitego. Ale panowie, mówimy tak ogólnie o załodze Rudego 102, to czas przejść do konkretów. Która postać albo jakaś relacja między bohaterami wydaje wam się dziś najbardziej znacząca dla całego serialu czy dla tej opowieści? I czy się zdarzyło tak, że postać, która was kiedyś fascynowała, dzisiaj niekoniecznie was fascynuje? Arturze.
[01:42:18] - Ja powiem może coś takiego, że każdy z tych aktorów był indywidualną postacią, ale ciekawostką jest tylko to, że jeśli popatrzymy na historię i na życie, tylko Janek Kos, czyli Janusz Gajos, ułożył sobie życie. Większość z tych aktorów mieli problemy w życiu, ale w ogóle to była pierwsza rola Janka, Janusza Gajosa. Co więcej, żeby dostać się do tej roli, startowało tam 600 osób i on wygrał ten casting spośród 600 kandydatów. On zresztą potem twierdził, że brał inne role dlatego, żeby nie być utożsamianym przede wszystkim z tym Jankiem Kosem. Ale to, co mówiłeś, że były te fankluby różne, to nawet przychodziły takie listy po emisji serialu do Telewizji Polskiej. Przychodziły tysiące listów, które były po prostu zaadresowane Janek Kos, Warszawa. I powiem wam coś takiego, że Janusz Gajos, czy Janek Kos oczywiście Janusz Gajos, on prywatnie za tym serialem w ogóle nie przepadał. Natomiast doceniał jego historyczne znaczenie. I to jest ciekawa postać. Mi się wydaje, że najmłodsza, która grała postać w tym filmie, bo nie wiem dokładnie.
Z kolei Gustlik Jelen, czyli Franciszek Pieczka, on był najstarszym z tych aktorów, bo wówczas, kiedy on grał w tym filmie, to miał ponad 40 lat. Co więcej, on nawet mówił po śląsku. A ciekawe jest to, że to nie było zaplanowane w scenariuszu. Gustlik był oczywiście Ślązakiem, bo Pieczka był z Cieszyna. I on sam zaproponował reżyserowi, że on będzie w tym serialu mówił po śląsku, bo pierwotnie on nie miał mówić po śląsku. Co więcej, to akurat to też Gustlik. On tak naprawdę, jak sobie popatrzymy przez jego karierę aktorską, to naprawdę miał potężną rozpiętość ról od chłopa i żołnierza po króla i filozofa. Także on niesamowitym aktorem też był. Dla mnie też ciekawą postacią. Ciekawą postacią był właśnie Włodzimierz Press, czyli Grzegorz Zakaszwili, który wiele osób faktycznie myślało, że on był prawdziwym Gruzinem albo jakimś Rosjaninem.
A w rzeczywistości Włodzimierz Press był warszawiakiem. To jest też ciekawe. Czyli się mówi, że on miał najbardziej międzynarodową rolę. Ale tak na marginesie on był najbardziej krytyczną osobą z tej grupy Rudego prywatnie wobec sowieckiej dominacji w Polsce. Co więcej, podobno to był najbardziej z tej grupy w życiu prywatnym szarmancki i elegancki człowiek. Wiesław Gołas, na pewno pamiętacie te memy, co i po Facebooku krążą i tak dalej. To jest człowiek też niesamowity jako Tomek Czereśniak. On przecież jako młody chłopak był aresztowany przez Gestapo, następnie był wrzucony do więzienia chyba w Kielcach. Siedział w tej samej celi, w której siedział jego ojciec. A jego ojciec potem zginął na Majdanku bodajże.
I nikogo nie wydał i nikogo nie zdradził. Ale szczerze mówiąc, on w czasie wojny właśnie był tym żołnierzem AK i on paradoksalnie w ogóle grał w serialu silnie propagandowym, jeśli chodzi o te czasy PRL-u. Tak na marginesie, on sam potem, jak się serial skończył, to otwarcie mówił po latach, że ten serial miał bardzo duży fałsz historyczny. Bardzo ciekawą postacią był właśnie Olgierd Jarosz, czyli Roman Wilhelmi. To chyba mi się wydaje, że była taka najbardziej tragiczna i symboliczna postać. On był znany bardzo z takiego wybuchowego charakteru w życiu prywatnym i jednocześnie z perfekcjonizmu. On w ogóle nawet grając otwarcie krytykował ten propagandowy charakter serialu, co wówczas nie było zbyt mile widziane. Ale tak na marginesie to był ciekawy aktor, bo został chyba, wydaje mi się, uznany za jednego z najlepszych aktorów dramatycznych swojego pokolenia. Tak na marginesie, jak patrzę na tą załogę Rudego, to powiem wam, że żaden z aktorów nie był nigdy w swoim życiorysie komunistycznym fanatykiem, mimo że brał w jednym z najbardziej propagandowych seriali udział. Każdy z nich.
Wielu w ogóle z nich publicznie się dystansowało od ideologii i przez to chyba wydaje mi się, że zachowali też szacunek do widzów, bo cały serial stworzył w ogóle taki mit czystej wojny, w którym właśnie, tak jak już powiedziałem, nie było miejsca na zbrodnie rosyjskie, nie było miejsca na AK. Ale powiem szczerze, że każdy z tych aktorów według mnie coś w sobie ma. Jeżeli oczywiście znamy jeszcze dodatkowo ich życie, ich prywatne życie.
[01:47:20] - Piotrze, a jak twoim zdaniem ten serial opowiada o wojnie?
[01:47:25] - O tym, jak opowiada o wojnie, to już w sumie powiedziałem. Przez pryzmat przygody. Tutaj moglibyśmy bardzo dużo powiedzieć o relacjach, o typach charakterologicznych, o postawach i sylwetkach. To jest tak naprawdę gruba rozkmina i my chyba w dzisiejszej audycji nie dokonamy takiego rozbioru na czynniki pierwsze, kto tam jest nadrzędnym ojcem wobec kogo.
[01:47:52] - Ale twój ogląd postaci, która z tych postaci była ważna dla ciebie?
[01:47:58] - Ja dzielę „Pancernych” na część z Olgierdem i część po śmierci Olgierda. I wydaje mi się, że ta pierwsza część ma w sobie coś takiego bardziej baśniowego i jest na pewno Olgierd postacią bardzo pozytywną i wiele osób na pewno miało potem problem z zaakceptowaniem, że ten Wilhelmi, Pieroński gra takie postaci jak na przykład Anioł czy jak Dyzma, prawda? Ta końcówka „Pancernych” z Berlinem to nie były moje ulubione odcinki. Ja wolałem te wcześniejsze, chociaż w tych późniejszych więcej się dzieje i są bardziej dramatyczne i przygodowe. Ci, którzy stworzyli „Pancernych”, tak jak żeście już powiedzieli, doskonale wiedzieli, jak konstruować postacie i zależności, żeby budzić sympatię widzów. Charakterystyczne jest też coś, i o tym żeśmy nie mówili, tam nie ma za bardzo czarnych charakterów wśród Polaków i Sowietów. To znaczy są Niemcy jako główny czarny charakter. Bywają też Niemcy dobrzy, ale wiadomo, jest ich mało. A może pewnie to są tacy Niemcy, co mieli polskich dziadków. Ale wśród Polaków tam nie ma jednoznacznie czarnych charakterów.
Czasami się zdarzy jakiś folksdojcz czy jakiś jak ten stróż na cmentarzu, czy tam jakiś sklepikarz oszust, ale to jest w sumie wszystko. A taki Ksenek na przykład, który ginie w czasie akcji. Albo kucharz, który też jest niemiły, ale koniec końców oni się obaj okazują w porządku. To jest bardzo ciekawe też. Moje ulubione postacie: oczywiście Tomuś, wydaje mi się, że lekko niedoceniany, Gustlik, Czereśniak, stary pułkownik, Olgierd oczywiście, Janek West. Mnóstwo tutaj było interesujących postaci, głównie dlatego, że to byli świetni aktorzy. Trochę mnie wkurzały postaci kobiece. I pamiętamy, że jeszcze dokoptowano potem sporo osobistości drugoplanowych. Wyeksponowano Wichurę, pojawili się Ciszewelowie na przykład, Michnikowski, Magneto i tak dalej. Ale tu już widać było, że oni tam kombinują trochę z tym serialem.
[01:50:10] - No właśnie Magneto mówił o tym AK.
[01:50:13] - Tak, Magneto albo do niego brat grany przez Opanie. Generalnie to już powiedzieliśmy, że ten film stawiał na działanie w kolektywie. Podkreślał, żeby być lojalnym, nie opuszczać nikogo w potrzebie. „Pancerni” byli ogólnie serialem nieskomplikowanym, takim o dużym znaczeniu edukacyjnym, nie tylko w tej sferze edukacji historycznej, ale też w takiej sferze edukacji obywatelskiej. I jak się zmieniła moja ocena niektórych postaci?
[01:50:45] - Kiedyś lubiłem Grigorija, a teraz mi się zdaje, że on był sztuczny w tym serialu. Ale to nie są zarzuty wobec konstrukcji tej postaci, tylko wydaje mi się, że gra trochę gorzej niż cała reszta, że jest sztuczny. I taką sztuczną postacią jest dla mnie też Marusia na przykład. Jest taka nijaka, taki znak wodny, naklejona jest jak tatuaż z gumy balonowej na ten serial. Mogłoby jej nie być. Taka mimoza straszna. Jeżeli już mowa o tych kobiecych bohaterkach, to Lidka przynajmniej jakaś była, a Marusia była albo i nie była. Nie wiadomo było, o co jej chodzi w sumie. Tak to wygląda. Jeżeli chodzi o innych bohaterów, trudno mi powiedzieć.
Ten serial był de facto tak dobrze zrobiony, że tam jest trudno się do kogokolwiek przypierdzielić tak naprawdę, bo my tam mamy bardzo wiele różnych wątków, różnych sytuacji zamarkowanych, przedstawionych. Często one są tylko symboliczne, ale symbolicznie odnoszą się do różnych sytuacji, które na wojnie były. Tak to wygląda. Najwięcej chyba można byłoby powiedzieć o stosunku Olgierda wobec załogi, o stosunku Janka i tym, jak on potem dorasta wobec załogi, wobec kolegów, kiedy nagle jako najmłodszy musi wziąć za nich odpowiedzialność. Oczywiście o pułkowniku można dużo powiedzieć, który jest takim ojcem wyższego rzędu. Zawsze jest dobry, zawsze ma dla nich czas, zje z nimi, wyrozumiały jest, nigdy nie krzyczy. Także to wszystko było mocno obliczone na wzbudzenie emocji w odbiorcy.
[01:52:32] - Tak sobie powiem, że w kim by się kochał Janek, gdyby nie było Marusi? Trochę Marusia rzeczywiście pełni rolę paprotki w przedstawieniu pod tytułem „Czterej pancerni i pies”, ale-
[01:52:47] - Wiesz, ja tu przerwę Marku. Jakby „Pancernych” kręcono dzisiaj, to pewnie Janek by się kochał w gustliku albo nie daj Boże w jakimś Niemcu. Także musiała być. Takie zło konieczne.
[01:53:02] - Tak jest. Ale skoro mam cię przy głosie Piotrze, to czy twoim zdaniem „Czterej pancerni i pies” to dzisiaj, z naszej perspektywy, bardziej serial przygodowy, czy bardziej mit założycielski kultury PRL-owskiej? Czy jakiś dokument, ale nie oczywiście historyczny, tylko dokument epoki, w której ten film powstawał? W ogóle jak powinniśmy oglądać ten serial współcześnie twoim zdaniem?
[01:53:35] - To tak wszystko po trochu. A jak go oglądać? Bez spiny przede wszystkim. Wszyscy, których się słucha i którzy najczęściej omawiają ten serial w telewizji, mówią o tej warstwie propagandowej. Ona oczywiście jest, ale każdy serial ma jakieś stereotypy. „Pancerni” to jest serial prosty w warstwie fabularnej, w kwestii przekazu. Myślę, że serialem, który też odniósł sukces, ale jest moim zdaniem lekko niedoceniany pod względem chociażby konstrukcji scenariusza, postaci i gry aktorskiej, jest „Stawka”. Wydaje mi się, że ona stoi półeczkę wyżej, chociaż nie jest serialem dla dzieci. „Pancerni” mieli tą przewagę, że byli serialem dla wszystkich: dla starszych, dla młodszych. Nie wiem, czy ktoś się uczył historii na „Pancernych”.
Jak ktoś zaczynał interesować się drugą wojną, to pytał starszych, jak było. I wtedy mógł się dowiedzieć na przykład, że nie do końca ci Sowieci to byli tacy przyjaźni, że tam jakoś w ogóle o Katyniu nie ma mowy. Jaki Stalin w tym serialu? Gdzie tam. Przede wszystkim to jest serial przygodowy. To jest fikcja historyczna. Bez spiny możemy to oglądać, natomiast chyba najlepiej „Pancerni” zapisali się w pamięci ogółu jako tacy PRL-owscy bohaterowie, bo ich było sporo. Próbowano tych bohaterów PRL-owskich kreować poprzez seriale, poprzez filmy, a oni się zapisali w pamięci najbardziej. Chyba to jest dzieło scenarzystów, to jest dzieło twórców, także aktorów, którzy sprawili, że jakoś ci pancerni dostali się do świadomości, nawet do serc. Nawet jeżeli uprawiali jakąś propagandę, to robili to w taki sposób, że byli sympatyczni.
Ludzie często tak patrzą. Tak jak dzisiaj głosują na przykład na kogoś tylko dlatego, że im się wydaje sympatyczny. Nie patrzą na to, co się mówi. I tu jest taka kwestia, której nie rozwiążemy, bo było tych PRL-owskich bohaterów sporo. Klos, był potem Borewicz i wielu innych. Ale to właśnie ta czwórka odniosła największy sukces. Plus to wszystko, co wokół serialu narosło, ten cały ruch społeczny, nawet piosenki, plus to, że on był emitowany za granicą, sprawiło, że pomimo tego, że można by się do wielu rzeczy przyczepić także pod względem realizacji, bo to jest prosty serial, to jednak on jest gdzieś tam jako ten pierwszy PRL-owski film w odcinkach, który przychodzi do głowy, kiedy kogoś o to zapytamy. Także można by długo mówić o „Pancernych”. Można by wyliczać te mity i te przekłamania. Nie zmienia to jednak faktu, że ten serial jest, że się zapisał w historii polskiej kultury i że- Samo to, że używano wielu powiedzonek, że do dzisiaj przecież trudno znaleźć ludzi z pewnego pokolenia, którzy by nie znali chociażby pierwszej zwrotki „Deszczy niespokojnych”, pokazuje, z czym mamy do czynienia.
To jest naprawdę solidny element, solidny odcinek, wycinek polskiej kultury popularnej.
[01:57:13] - Z całą pewnością to, co powiedziałeś o serialu „Stawka większa niż życie” — ja się w pełni z tym zgadzam. „Stawka większa niż życie” to był serial, w którym idealnie wprost pisano scenariusz. Jeśli chodzi o scenariusze filmów popkulturowych, sensacyjnych, to „Stawka” jest napisana perfekcyjnie. Ale zostawmy, bo dzisiaj mówimy o „Czterech pancernych”. Arturze, jak twoim zdaniem „Czterej pancerni i pies” są odbierani dzisiaj? Jak należy odbierać ten serial?
[01:57:51] - Ja tylko jeszcze powiem taką jedną rzecz, bo skoro wszyscy mówicie o „Stawce”, to i ja powiem jedno zdanie. To są dwa kompletnie różne filmy, dlatego że „Stawka” miała trzymać w napięciu, prawda? Natomiast „Czterej pancerni” mieli rozleniwiać, mieli pokazywać błogość, tak to nazwijmy. Natomiast mi oczywiście też podobał się film, o którym wspomniałeś, Piotrze, na samym początku, czyli „Polskie drogi” na przykład. To był dla mnie dużo ciekawszy film. Natomiast „Czterej pancerni i pies” to był taki po prostu lajtowy film. To jest tak, że czasami na przykład jak przychodzi sobota albo niedziela, to człowiek się zastanawia, czy woli jakiś luźny film obejrzeć, czy po prostu jakiś, na którym musi się skupić. No i właśnie „Czterej pancerni” nie potrzebowali skupienia. Ich można było na lajcie po prostu oglądać, tak bym to powiedział. Natomiast w mojej ocenie mi się wydaje, że dzisiejsze pokolenie nawet nie wychwyci tej propagandy, która tam była, bo próżno oczekiwać od dzisiejszego pokolenia znajomości historii, jaka faktycznie była.
Więc mi się wydaje, że to jest taki film, taki serial sentymentalny dla naszego pokolenia albo dla naszych pokoleń. Ale wydaje mi się, że to młode pokolenie to może sobie ciut historycznie obejrzeć, jak tam jakaś strzelanka była, jaki fajny czołg jechał i strzelał. Ale ogólnie bardziej to jest taki serial, bym powiedział, mi się tak wydaje, że to jest taki serial, który troszeczkę odchodzi w niepamięć, bo oczywiście my go oglądamy bardzo chętnie, ale myśmy go już oglądali setki razy ogólnie i możemy sobie czasami oglądać kawałkami i wiemy, jaki będzie następny kadr, co będzie następne, co się za chwilę wydarzy, bo my ten serial akurat znamy na pamięć. Natomiast jeśli chodzi o młodsze pokolenie, to nie wiem, czy właśnie może warto by kiedyś zrobić takie dane statystyczne w młodym pokoleniu, czy po prostu oni oglądają Klossa, jakie mają zdanie na temat Klossa czy „Czterech pancernych”, czy „07 zgłoś się” na przykład. Czy to są filmy, które trafiają do nich, czy może już nie trafiają? Czy może oni są na innym levelu albo na innym stopniu zainteresowania? Tu jest mi bardzo trudno się do tego, powiem szczerze, odnieść. Natomiast mi się wydaje, że mówię tak, jak powiedział Piotr, po prostu bez spiny, lajtowo. To jest film, który można oglądać. Nawet można każdy odcinek podzielić na pięć części po 10 czy tam po pięć minut i tak będzie wiadomo.
Można wyjść, wrócić i będzie wiadomo, co się dalej stało. To jest taki luźny serial, moim zdaniem.
[02:00:39] - Moim zdaniem nie ma danych takich bardzo ścisłych dotyczących wieku oglądających obecnie ten serial. Jedna rzecz jest natomiast zastanawiająca. Przynajmniej raz w roku któraś z komercyjnych telewizji ten serial odcinek po odcinku puszcza. Być może puszcza go dla osób starszych, które kiedyś ten serial oglądały i chcą do niego wrócić. Czy oglądają go młodzi? Nie mam żadnych informacji na ten temat. Może ktoś pod naszą audycją napisze o tym, czy młode pokolenie dzisiaj ten serial ogląda. A o takim wysokim nacisku, który był kładziony na to, żeby to przedsięwzięcie w postaci książki, serialu odniosło sukces, to powiem państwu, że w moich czasach przedszkolnych ze zdziwieniem zauważyłem, że w podobnych księgach, jak wychodził „Koziołek Matołek”, jak „Małpka Fiki-Miki” — to w takich podłużnych księgach wychodziło — to w podobnych księgach wychodzili „Czterej pancerni”. Zobaczyłem po raz pierwszy taką księgę w przedszkolu. No i zwariowałem.
Otóż serial, który oglądałem, jest też w postaci takiego komiksu, nie komiksu, w każdym razie czegoś podobnego do komiksu. To znaczy, że to uderzenie propagandowe, czy też w każdym razie kulturowe, może bardziej tak, było przepotężne w tamtym czasie i to miało oddziaływać na wszystkich i na każdego, i w każdym momencie, i w każdym odbiorniku niejako, tak bym sobie to powiedział. Bo ja pamiętam numer „Płomyka”, który był poświęcony realizacji odcinków kolejnych „Czterech pancernych” i tam wyobraźcie sobie państwo, serial był czarno-biały A tam był Janek i jego kumple w kolorze. To było drukowane w kolorze i ludzie zwariowali. Te numery Płomyka były wykupywane na pniu. To świadczy o tym, że czy tego chcemy, czy nie i czy nam się to podoba, czy nie, to było zjawisko kulturowe, którego nie można zbyć wzruszeniem ramion i powiedzeniem: "To taka komunistyczna propaganda." Zapewne tak, ale robiona w sposób taki, że my dzisiaj, po kilkudziesięciu latach, ponad pięćdziesięciu latach rozmawiamy o tym i w dalszym ciągu budzi ta rozmowa emocje, wspomnienia. Pojawiają się retrospekcje totalne wręcz. Arturze, czy ty też masz takie wrażenie?
[02:03:50] - Ja tu was troszeczkę zaskoczę z jedną rzeczą, bo znalazłem dane statystyczne i takie badanie czy młodzi częściej oglądają „Czterech pancernych i psa", czy „Klossa"? I wyobraźcie sobie, że okazuje się, że Kloss wygrywał u młodych. Dlaczego? Jakie podawano argumenty? Że to jest szpiegowski thriller. Jest tam intryga, jest napięcie, jest gra psychologiczna. On jest taki bliższy dla młodszych oglądających serialom Netflixa czy HBO. Kloss w ogóle jest bardziej taki samotny, inteligentny gracz. Jest taki sprytny indywidualista i to bardziej przyciąga młodszych niż kolektyw. I to, co młodzi stwierdzili też, że jest mniej jawnej propagandy w Klossie.
Ja bym się z tym nie zgodził, bardziej zakamuflowana, ale mniejsza z tym. Poza tym Kloss częściej żyje w memach internetowych niż „Czterej pancerni i psa". Natomiast w przypadku „Czterech pancernych” oni przegrywają u młodych z Klossem, dlatego, że tutaj mamy kolektyw, szkolną narrację, mamy tą gloryfikację Armii Czerwonej. I co się okazuje? Jeśli przebadano młodych od piętnastego do trzydziestego roku życia, to przewagę miał Kloss. W przedziale wiekowym trzydzieści, czterdzieści pięć lat był remis. To było zależne od domu i od wychowania. Natomiast czterdzieści pięć i wyżej, to już była kwestia nostalgii, więc pancerni wygrywali. Trafiłem na takie statystyki swego czasu.
[02:05:25] - Cóż, pięknie państwu dziękujemy za dzisiejsze spotkanie. Przy okazji zerknijcie na „Czterech pancernych". Do usłyszenia. Kiedy mówiłem państwu o opowiadaniu Paula Andersona „Misjonarze”, to się zapętliłem i już mówiłem o opowiadaniach. Te opowiadania to właśnie teraz i dzisiaj odwołujemy się do klasyków fantastyki naukowej w wydaniu amerykańskim. Zatem zapraszam państwa na dosyć długi odcinek poświęcony literaturze, a w tym odcinku kolejno pojawią się opowiadania: króciutkie opowiadanko Isaaca Asimova „Skończeni durnie", później Frederick Brown „Sztuczka ze sznurem", dalej Algis Budrys, ja sam nie wiem, „Hymn skruchy” i Poul Clement „Uziemieni”. Serdecznie państwa zapraszam. To będzie spora dawka fantastyki naukowej. Czyta Marek Sęk "Ivellios".
[02:06:39] - Isaac Asimov „Skończeni durnie". Tłumaczenie Witold Bartkiewicz, w domenie publicznej. Naron z długowiecznej rasy Rigelian był czwartym ze swojej linii, odpowiedzialnym za prowadzenie rejestrów galaktycznych. Miał wielką księgę zawierającą listę rozlicznych ras zamieszkujących galaktyki, które rozwinęły inteligencję, oraz znacznie mniejszą książkę wyszczególniającą rasy, które osiągnęły dojrzałość i zostały przyjęte do Federacji Galaktycznej. W pierwszej księdze liczne wpisy były powykreślane. Były to te rasy, które z tego czy innego powodu poniosły porażkę. Zwykły pech, niedostatki biochemiczne lub biofizyczne, nieprzystosowanie społeczne zbierały swoje żniwo. Jednak w mniejszej książce nigdy jeszcze żaden z zapisanych członków nie został wymazany. Teraz właśnie Naron, rosły i niewiarygodnie stary, uniósł głowę, widząc nadchodzącego posłańca. „Naronie” – przywitał go posłaniec.
„O wielki. Dobrze, już wdążę. O co chodzi? I starczy już tych ceremonii." „Kolejna grupa organizmów żywych osiągnęła dojrzałość." „Doskonale, doskonale. Jak one teraz szybko dochodzą. Rzadko kiedy mamy rok bez nowego członka. A kto to jest tym razem?" Posłaniec podał numer kodowy galaktyki i współrzędne znajdującej się w niej planety. „A tak” – odparł Naron. „Znam tę planetę." I przejrzał rejestr zapisany w pierwszej księdze, a następnie przeniósł nazwę planety do drugiej. Jak to miał w zwyczaju, użył nazwy planety znanej największej części jej ludności.
Zapisał: Ziemia. Stwierdził: „Te nowe stworzenia ustanowiły rekord. Żadna inna z grup nie przeszła tak szybko od inteligencji do dojrzałości. Mam nadzieję, że to nie jest jakiś błąd." „Nie, panie" – odparł posłaniec. „Dysponują więc energią termojądrową, zgadza się?" „Tak, się." „No cóż, to jest właśnie kryterium” – zachichotał Naron. „I wkrótce ich statki zaczną wyruszać poza układ i nawiążą kontakt z Federacją." Prawdę mówiąc, o wielki – niechętnie oznajmił posłaniec. – Obserwatorzy przekazali nam, że oni jeszcze nie wyruszyli w kosmos. Naron zdumiał się. – W ogóle? Nie mają nawet stacji kosmicznej?
– Jeszcze nie, panie. – Ale jeżeli dysponują energią termonuklearną, to gdzie prowadzą wszystkie testy i próbne wybuchy? – Na swojej własnej planecie, panie. Naron wyprostował się na swoje pełne 20 stóp wysokości i zagrzmiał: – Na swojej własnej planecie? – Tak, panie. Powolnym ruchem Naron wyciągnął swój rysik i przeciągnął linię przez ostatni wpis dodany w mniejszej książce. Był to czyn bez precedensu, ale ponieważ Naron był bardzo mądry, potrafił dostrzec nieunikniony skutek. Podobnie zresztą jak wszyscy inni w całej galaktyce. Skończeni durnie – wymamrotał pod nosem. Frederick Brown „Sztuczka ze sznurem”.
Tłumaczenie Witold Bartkiewicz, w domenie publicznej. Pan George Darnall wraz z małżonką udali się w podróż poślubną dookoła świata. Nadmienić należy, że była to ich druga podróż poślubna, która rozpoczęła się w dniu 20. rocznicy ślubu. W trakcie pierwszej podróży poślubnej George był już po trzydziestce, zaś Alice miała lat dwadzieścia parę. Teraz jako rycząca czterdziestka – określenie to równie dobrze stosuje się do kobiet, jak i do mężczyzn – Alice Darnall była bardzo rozczarowana tym, co się wydarzyło. Bo też, żeby być bardziej precyzyjnym, nie wydarzyło się nic podczas pierwszych trzech tygodni ich drugiej podróży poślubnej. Naprawdę, słowo honoru, nie wydarzyło się nic. Absolutnie nic, dopóki nie dotarli do Kalkuty. Pewnym wczesnym popołudniem zarejestrowali się tam w hotelu i po lekkim odświeżeniu się zdecydowali się na spacer, chcąc obejrzeć tak dużo miasta, jak tylko się uda w trakcie jednego dnia i nocy, jakie planowali tutaj spędzić.
Dotarli na bazar i zaczęli oglądać hinduskiego fakira wykonującego indyjską sztuczkę z unoszącym się w powietrzu sznurem. Nie jakąś tam skomplikowaną i spektakularną jej wersję, w której na sznur wspina się chłopiec i... No cóż, wiadomo przecież, jak wygląda indyjska sztuczka z unoszącym się sznurem wykonywana w pełnej wersji. To była wersja bardzo uproszczona. Fakir z krótkim zwojem sznura leżącym przed nim na ziemi grał w kółko kilka prostych nut na swoim flecie i stopniowo, w miarę jak to robił, koniec sznura zaczynał unosić się w powietrzu, aż w końcu zawisł cały wyprostowany w pionie. To nasunęło Alice Darnall genialny pomysł, chociaż nie wspomniała o nim George'owi. Wróciła razem z nim do pokoju w hotelu i poczekała, aż uśnie. Jak zawsze o dziewiątej. Potem po cichutku wyślizgnęła się z pokoju, a następnie z hotelu. Znalazła taksówkarza oraz tłumacza i wróciła razem z nimi na bazar, aby znaleźć fakira.
Korzystając z pomocy tłumacza, udało jej się kupić od fakira flet, na którym – jak słyszała – grał i wykupić u niego lekcję gry na nim tak, by potrafiła zagrać tych kilka powtarzających się nut powodujących unoszenie się sznura. Potem wróciła do pokoju w hotelu. Jej mąż George zdrowo sobie spał. Zresztą tak jak zawsze. Stojąc koło łóżka, Alice bardzo delikatnie zaczęła grać na flecie prostą melodię w kółko raz za razem. I kiedy tak grała, prześcieradło, którym był przykryty leżący na wznak mąż, zaczęło się nad nim stopniowo unosić w namiocik. Kiedy uniosło się już na dostateczną wysokość, rzuciła flet na podłogę i z okrzykiem radości zerwała z niego prześcieradło. A tam w powietrzu wisiały sobie pionowo sznurki od spodenek jego piżamy. Algis Budrys „Hymn skruchy”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz, w domenie publicznej.
To było kiepskie miejsce na to, by zaplątać się w pierwszą wojnę międzygwiezdną. W walce przeciw Zajadłym Kitty nie mieli żadnych szans i dobrze o tym wiedzieli, a jednak walczyli ze wszystkich sił. Ale czy ich prawdziwym wrogiem nie była pewna abstrakcja nazywana historią? Niesamowite słońce planety McMillana wschodziło nad postrzępionym grzbietem górskim rozciągającym się przed nami, świecąc nam prosto w oczy. Wśród całej porozrzucanej linii ludzie zaczęli nasuwać na oczy przyłbice i przypatrywali się kamienistym zboczom położonego naprzeciwko łańcucha wzgórz przez zmężone szczeliny powiek. Pod nami ranne zwierzę juczne, które krzyczało przez całą noc, kopnęło jedną ze zdrowych nóg jakiś kamień. Staczając go z klekotem po zboczu górki, na której zalęgliśmy. Niewielkie chmurki pyłu unosiły się i ponownie opadały, w miarę jak gorący wiatr kręcił lekko po dolinie. Z lewej strony doleciał do mnie trudny do pomylenia z czym innym odgłos rygla Blevana, który otworzono, aby pozwolić zatroskanym żołnierzom z plutonu broni automatycznej na sprawdzenie kiepsko zaprojektowanego ramienia wyrzutnika. Po mojej prawej dowódca kompanii swoim niskim, zajadłym głosem dyskutował właśnie z technikiem radiowym, próbując połączyć się z bazą Gryf.
Za mną ktoś wbił bagnet w szczelinę puszki z racją polową. Czyjeś ciężkie ciało zaszurało po chrupiących kamykach i ktoś do mnie podpełznął. „Panie kapitanie”. Odwróciłem głowę. Za porysowaną, poznaczoną paciorkami potu przębicą hełmu zobaczyłem zupełnie nieznajomą mi twarz. Kapral był jeszcze chłopcem o gładkiej twarzy i drobnej szczęce. Miał jednak potworną bliznę, która musiała być efektem trafienia przez pocisk dum-dum. Trafił go w kość policzkową, rozpłaszczył się i poszedł w górę, minimalnie mijając ucho i ścinając mu włosy na skroni. Blizna była ciągle różowa, co oznaczało, że musiał zarobić ją pod Darkarte. Warga w lewym kąciku ledwo odginała mu się do góry, pewnie z powodu wstrząsu nerwowego lub złej opieki chirurgicznej nad raną.
„Tak, kapralu?” „Major Lowe chciałby się z panem zobaczyć, sir”. Popatrzyłem w górę zbocza w stronę stanowiska dowódcy kompanii. Lowe spoglądał na mnie przez polaroid swojej przyłbicy, unosząc rękę do góry. Przebiegłem szybkim spojrzeniem po przeciwległym grzbiecie. Bóg wie po co, ponieważ ciągle był w cieniu i nic tam nie widziałem, ale kapral też rzucił wzrokiem, zanim przeczołgaliśmy się po ostrych kamieniach do małej dziury strzeleckiej, na wpół oczekując, że skoncentrowany ogień broni ręcznej z grzbietu potnie nas na kawałki. Myślę, że kiedy prześlizgnęliśmy się głowami naprzód do dołu strzeleckiego bez cienia jakiejkolwiek reakcji ze strony grzbietu, obydwaj byliśmy nieco tym zaskoczeni, ale kapral zwrócony był do mnie akurat uszkodzoną stroną twarzy, tak więc nie byłem w stanie ocenić jej wyrazu. „Cześć Mike” powiedziałem, kiedy już przekręciłem się głową do góry i usiadłem, opierając się plecami o jakiś głaz. Kapral pozostał na brzuchu, ponieważ dół był za mały, aby dać mu właściwą osłonę w jakiejkolwiek innej pozycji. Wypróbował już wszystkie wolne kąty. Mike Lowe skinął mi głową.
Był krępym człowiekiem w wieku około 45 lat, z niewielkimi tylko śladami włosów, jakie pozostały mu pod hełmem, dwoma głębokimi bruzdami wychodzącymi zza nozdrzy i biegnącymi po obu stronach podbródka, nosem rozpoczynającym się jak ślizg narty, ale na końcu zamieniającym się w mały kartofel oraz tak cienkimi wargami, że mogło to być efektem tylko wieloletniego ich zaciskania. Jego oczu nie sposób było określić jako lodowato błękitne, ale jedynie dlatego, że lód nie wyglądał aż tak zimno. Znajdujący się za nimi mózg był wspaniały. Był oficerem rezerwy. Gdyby był zawodowym, to nawet wszystkie kapuściane łby po tej stronie piekieł nie przeszkodziłyby mu w zdobyciu stopnia generalskiego. Nie pasował do McMillana w równie dużym stopniu jak każdy inny geograf polityczny, ale robił tutaj lepszą robotę niż jakikolwiek wychowanek West Point, którego kiedykolwiek wysłano na tą spieczoną słońcem skałę. „Harbin” rzucił przez ramię i technik radiowy skrzywił się, jakby ten głos karborundu na szkle prześladował go już od wczesnego dzieciństwa. „Tak jest, sir”. „Daruj sobie już zabawę tym pudłem. Jeżeli nie jesteśmy w stanie połączyć się z Gryfem, spróbujemy złapać kogoś innego.
Zacznij wysyłać CQD na wszystkich zakresach fal. Bierz się do roboty”. „Ale sir, jeśli to zrobimy, to Kitties zorientują się, że jesteśmy w kłopotach”. Ten pomysł wyraźnie nie spodobał się radiotechnikowi. Lowe wbił wzrok w grzbiet wzgórza. „Jestem absolutnie pewien, że oni i tak dobrze o tym wiedzą, Harbin” odpowiedział łagodnym tonem. „Do roboty”. „Tak jest, sir”. Kiedy technik musiał przeskoczyć z powrotem na stanowisko radiowe, leżący na dnie dołu kapral ochryple się roześmiał. Lowe spojrzał na niego z ciekawością.
„O, ty jeszcze tutaj jesteś?” Spytał łagodnie. „Idź, zobacz, czy nie uda ci się wykopać porucznika Granery, jeśli łaska”. Kapral skinął głową i prześlizgnął się przez krawędź dołu. Usłyszałem zgrzyt żwiru przesuwającego się w miarę jego ruchu naprzód, ale nie wystawiłem głowy spoza swojego głazu, aby go obserwować. „Pewnie dosyć szybko ten chłopiec przeze mnie zginie, Bell” powiedział mi Lowe z pewnością człowieka czytającego przez ramię losu. Ale co innego mi pozostało? Te przeklęte hełmy tłumią dźwięk tak bardzo, że nie można krzyczeć do ludzi, a przy tych zakłóceniach z walkie-talkie nie ma żadnego pożytku. Nawet duże zastawy to śmiech na sali, kiedy ten kawałek skały podejdzie na swojej orbicie tak blisko Słońca. Zsunął z czoła swoje izolujące plastikowe nakrycie głowy, zaciskając mocno powieki, by nie dopuścić do oczu szalejącej powodzi światła słonecznego. Podrapał się z gniewem po tych kilku włosach, które pozostały wczepione w czubek jego skalpu i z powrotem nacisnął hełm.
Wyciągnął złożoną mapę z kieszeni na biodrze, rozłożył ją z szelestem i wskazał palcem na niskie wzgórze otoczone wyżej położonym terenem. Wykropkowana czerwona linia szlaku marszruty przechodziła obok wzgórza i skręcała dalej, prowadząc przez najeżony skałami teren w kierunku bazy Gryf. „Jesteśmy w tym miejscu” – stwierdził. Zatoczył palcem koło po otaczających ich grzbietach górskich i skałach. „A tutaj są oni”. To nie było najlepsze miejsce dla człowieka. Od czasu do czasu pociski wyżej umiejscowionych nieprzyjaciół uderzały z góry w nasze pozycje, sondując porozrzucane doły strzeleckie, odbijając się rykoszetem od głazów i występów skalnych, wyrzucając w górę garście żwiru i z trzaskiem zagłębiając się w ciała. Kiepskie czy nie, ale pomimo wszystko było to znacznie lepsze miejsce niż mogłoby być. Jechałem łazikiem na tylnym krańcu kolumny, mając nadzieję, że przed rankiem uda nam się dotrzeć do bazy Gryf. McMillan jest prawie cały usiany górami, a baza leży w niemal jedynym płaskim miejscu na jego powierzchni.
Nie mówiąc już o atrakcyjności samego pomysłu spacerów po okolicy bez konieczności wspinania się pod górę i schodzenia w dół, dodatkowym atutem był fakt, że kwatery oficerskie w bazie wyposażone były w klimatyzację. Już się cieszyłem na chwilę, kiedy będzie można zrzucić z siebie te ohydne łachy i człowiek nie będzie się budził w kałuży potu. Jeszcze trzy dni temu na paskudnym obliczu McMillana funkcjonowały dwa cywilizowane miejsca. Teraz, kiedy zniszczyliśmy urządzenia do wytopu i zburzyliśmy fabrykę tak, by Kitty nie mieli z niej żadnego pożytku, baza Gryf stała się jedynym, jakie pozostało. Wszystko to działo się w początkowych fazach pierwszej wojny międzygwiezdnej, kiedy nie mieliśmy żadnej nadziei na utrzymanie izolowanych systemów gwiezdnych i zapobieżenie przejęciu ich przez Kitty. Personel cywilny ewakuowany został do domu na własnych prywatnych statkach, ale garnizon wzmocniony przez oddział konstablu miał trwać, dopóki nas wszystkich nie będzie mógł stąd zabrać transport rządowy. Czoło kolumny znajdowało się właśnie na szczycie lekkiego wyniesienia szlaku, kiedy uderzyli na nie Kitty. Usłyszałem trzask i wycie przelatujących między nimi pocisków rozpryskowych. Chwilę wstrząśniętej przerwy i ciszy, a potem ogień z broni ręcznej przytłumiony przez blewy, które niemal natychmiast się zacięły. Zostały przywrócone do sprawności, a potem zacięły się znowu.
„Jedź tam na górę” – wrzasnąłem do swojego kierowcy, a strzelcy z mojego plutonu wskoczyli na pokład łazika, kiedy zaczęliśmy nabierać szybkości. Zacząłem ostrzeliwać z broni pokładowej łazika grzbiety wzgórz wokół szlaku i ogień Kitty częściowo chybił. Pociski kosiły zwierzęta juczne przywiązane do łazika na wozach, a moi ludzie zaczęli z przekleństwami na ustach odcinać je i puszczać luzem. Wtedy Kitty poprawili swoją celność i kule zaczęły walić wokół kierowcy. Łazik zjechał ze szlaku, wspiął się na 60-stopniową skarpę i przewrócił. Ale moi ludzie i ja zeskoczyliśmy z niego na czas. Rozproszyliśmy się po kryjówkach za skałami na krawędzi szlaku i zaczęliśmy odpowiadać ogniem. Moi ludzie byli porozrzucani na 100 jardach wzdłuż szlaku. W pewnej odległości ponad nami ludzie Lowa zostali odcięci pomimo ich większej siły ognia, który jednak był mniej efektywny niż powinien, gdyż celowniki podczerwone na tej przesączonej ciepłem skalnej kuli były zupełnie bezużyteczne. Zdałem sobie sprawę, że jeżeli dwie połowy kolumny pozostaną rozdzielone, zostaniemy wyrżnięci jeden po drugim.
Próbowaliśmy więc wywalczyć sobie drogę w górę szlaku, biegnąc przez kilka sekund, a następnie nurkując z powrotem pomiędzy skały i ostrzeliwując grzbiety wzgórz. Nie widziałem jeszcze ani jednego Kitty, czego zresztą przy ich podjazdowej technice walki wcale nie oczekiwałem. Po prostu strzelaliśmy w stronę błysków broni w ciemnościach. Byliśmy jeszcze jakieś 50 jardów od Lowa i jego ludzi, kiedy usłyszałem, jak ponad zgiełkiem walki wykrzykuje rozkazy. Stał na szlaku, strzelając ze swojego pistoletu. „To wzgórze. Musimy dostać się na to wzgórze. Jeżeli zostaniemy tutaj na dole, nie mamy żadnej szansy” – krzyczał. Dołączyłem z moimi ludźmi do niego i zaczęliśmy przedzierać się w stronę wierzchołka wzgórza, na którym się znajdowaliśmy. Pomógł nam trochę przy tym fakt, że ogień prowadzony pod górę jest zawsze niedokładny i po koszmarnych 15 minutach zepchnęliśmy Kitty ze szczytu wzgórza.
Zajęliśmy na nim coś w rodzaju pozycji oraz po zrzuceniu z góry solidnego deszczu granatów odłamkowych na żołnierzy nieprzyjaciela próbujących wędrzeć się za nami na wierzchołek, pozostaliśmy tam na całą noc pełną sporadycznych utarczek ogniowych i wykańczających nerwowo prób infiltracji. Low uniósł wzrok znad swojej mapy. „Gdzie jest ten twój łazik, Ben?” Pokazałem ręką, gdzie leży maszyna i jego czoło zmarszczyło się pod przyłbicą. „To niedobrze.” Miałem nadzieję, że będzie trochę bliżej. Włożył papierosa między wargi, przypalił go, zaciągnął się i pozwolił przez chwilę, by dym powoli wylatywał mu z nosa, zanim pozbył się reszty jednym gniewnym parsknięciem. „Niech to wszyscy diabli! Mówiłem im przecież, że ten marsz drogą lądową nie jest najlepszym pomysłem” — rzucił z wściekłością. Pamiętam, że sugerował przewóz ludzi do Gryfa cywilnymi statkami, ale pułkownik Dentic z bazy Gryf odmówił zatwierdzenia tego rozwiązania, ponieważ wszystko, co mieli w Gryfie, to trochę lekkich pojazdów inspekcyjnych i zwiadowczych. Skończyło się tak, jak się skończyło. Kapral i porucznik Granary wciągali się do dołu.
W środku nie było miejsca, aby pięciu ludzi miało właściwą osłonę, ale kapral zaczął poszerzać dziurę przy pomocy saperki, równocześnie zwalając wykopane kamienie na barykadę. Lowe popatrzył na niego przez chwilę, a potem ze zdumieniem pokręcił głową. Ogień Kitty trochę zgęstniał, lecz chłopak zdawał się wychodzić z tego bez szwanku. Granary poprzedniej nocy został ranny. Na jego rękawie zawiązana była jakaś szmata przykrywająca bandaż, a hełm, który miał na głowie, musiał chyba zabrać któremuś z poległych, zastępując swój własny, ponieważ widniejący na nim stylizowany znak błyskawicy technika elektryka został zamazany sztyftem medycznym i zastąpiony przez prostą, jedną belkę. Kombinezon także nie mógł być jego, ponieważ na jego ranie na ramieniu nie było łaty. Upadł na dnie dołu, wyciągając do góry kolana i chrapliwie dysząc z gardła. „O Jezu” — stwierdził, szybko wyrzucając z siebie słowa. „Jak u ciebie, Phil?” — spytał go Lowe. Granary tylko skinął głową na potwierdzenie.
„W porządku”. Przeciągnął dłonią po ustach. Jego szerokie wargi były paskudnie popękane. Lowe podał mu papierosa, którego zaczął palić krótkimi pociągnięciami. „Bywało już lepiej” — w końcu odpowiedział. „A jak tam się trzymają te twoje działka?” — łagodnie zapytał Lowe. „Wydaje mi się, że mniej więcej tak, jak można oczekiwać od Blevinów” — odparł Granary. — „Tym niemniej kto tu u diabła wmanewrował zaopatrzenie w zakup takiego koszmaru każdego mechanika?” „Jak przypuszczam, obaj zdajecie sobie sprawę, że jeśli nie uda się nam powiadomić Gryfa, w jakie bagno wpadliśmy, jesteśmy ugotowani” — powiedział Lowe. Odwrócił głowę do tyłu w stronę radia. „Herbin”.
Technik rzucił przez ramię wystraszone spojrzenie. „Tak jest, sir”. „Złapałeś kogoś?” „Nie, sir. Przykro mi, sir”. „No dobrze, próbuj dalej”. Lowe odwrócił się z powrotem w naszą stronę. „Nie mam w związku z tym zbyt wielkich nadziei” — stwierdził krótko. — „W bazie nie będą się nas spodziewali jeszcze przez niemal cały dzień, a i potem przez parę kolejnych chwil też nie będą się specjalnie martwili. Co więcej, garnizon jest tak mały, że nie będą chcieli podjąć ryzyka wyruszenia na nasze poszukiwania, dopóki nie będą absolutnie pewni, że coś nie poszło źle”. Strząsnął papierosa za krawędzią dołu.
„Musimy jakoś przesłać wiadomość” — powiedział. — „Jeżeli Herbin nie zdoła dokonać praktycznie cudu z tym radiem, będziemy musieli przesłać ją przez kuriera. Nie ma możliwości, abyśmy dali radę wywalczyć sobie stąd wolną drogę, ale łazikowi może się to udać, jeśli zdołamy wysłać tam do niego paru ludzi”. „Kitty zajęli obie strony szlaku i będą tak długo strzelać, aż trafią kierowcę” — apatycznie zauważył Granary. „Nie wydaje mi się. Na początku będzie trudno, ale będziemy mogli osłonić ucieczkę naszym ogniem. Zaś łazik, kiedy już się rozpędzi, jest w stanie prześcignąć każdego człowieka na nogach. To jest niewielka gromada zwiadowców, którzy spostrzegli szansę wpędzenia nas w strategicznie gorszą pozycję i w ten sposób nas przygwoździli. Zauważcie, że albo skończyła im się amunicja do wyrzutni rakietowych, albo mają jej tak mało, że muszą ją bardzo oszczędzać” — powiedział Lowe. — „Byłoby inaczej, gdyby kontrolowali szlak stąd do Gryfa i mogli ewentualnie zastrzelić posłańców z ukrycia dalej na szlaku.
Ale wątpię, czy mają tutaj więcej niż kompanię ludzi i to w najlepszym przypadku. Musieli przekraść się na jednym statku, żeby rozejrzeć się w sytuacji”. Przez chwilę myślałem, że Lowe nie dostrzegł możliwości, że do tej pory Kitty wezwali większe siły, ale potem uświadomiłem sobie, że zastanawiał się nad tym znacznie dłużej niż ja i nie chciał jeszcze bardziej dołować i tak już mocno przygnębionego porucznika. „Jeżeli będziemy poruszać się szybko, być może uda nam się zrealizować ten plan i uciec”, co w świetle dokonanej przez Lowe'a oceny całości sytuacji nie byłoby wcale takim tchórzostwem jak zazwyczaj. „Najtrudniejszą częścią tej całej imprezy będzie dostanie się do łazika i powrót na szlak. To oznacza działanie pod ogniem na otwartym terenie. I tutaj właśnie wkraczasz do akcji ty, Phil. Damy ci osłonę ognia z broni ręcznej do czasu, aż przestawisz swoje Bleviny tak, byś mógł zamiatać oba grzbiety wznoszące się ponad łazikiem. Potem to ty będziesz osłaniał ludzi pracujących nad maszyną, a następnie razem ze strzelcami zabezpieczycie przedarcie się łazika przez Kitty. Diabelnie mi przykro, ale nie możemy czekać na zapadnięcie zmroku”.
Chcę, abyś teraz poszedł do swoich ludzi i doprowadził tableweny do najlepszego stanu, w jakim kiedykolwiek się znajdowały. Nie możemy pozwolić sobie na to, że się zatną. Kiedy będziesz gotów, powiadom mnie, a wtedy uruchomimy całą akcję. Granery skinął głową, rzucił papierosa na ziemię, przydepnął go i zaczął się czołgać w dół zbocza do swojego stanowiska. Przekradał się od głazu do głazu, wystawiając się najmniej, jak to było możliwe. Pomimo wszystko zauważyłem, jak coś uderza w nogawkę jego kombinezonu, zanim zniknął w swoim dole. Kitty musieli się domyślać, że coś się szykuje, ponieważ ich ogień zintensyfikował się. Lowe, kapral i ja rzuciliśmy się na dno dołu. Harbin skulił się za opancerzonym radiem. „Pojedziecie we dwóch” – oznajmił bez żadnych wstępów Lowe.
– „Kapral będzie kierowcą, a ty, Ben, będziesz mógł swobodnie obsługiwać broń”. Miałem właśnie powiedzieć, że do tego niepotrzebny jest oficer, kiedy przerwał mi, zanim jeszcze na dobre zacząłem. „Kapralu, a co byście powiedzieli na jakieś śniadanie?” – powiedział. Chłopak zaczął pałaszować puszkę z racją. Lowe odciągnął mnie na stronę. „Obaj idziecie z określonych powodów, Ben. Kapral, ponieważ jestem mu winien tę szansę i poza tym medal za odwagę. Natomiast ty, ponieważ obawiam się, że do przekonania Dentica, aby nas stąd wydostał, potrzebny będzie oficer”. „Co?” To było wszystko, co zdołałem wyjąkać. Lowe ponuro się uśmiechnął.
„Czytałeś może kiedyś coś Kiplinga, Ben? A szczególnie wiersz pod tytułem »Hymn skruchy«? Coś tam o »byśmy niepomni nie szli w bezdroże«, czy jakoś podobnie. Floty nasze przesławne stopniały. Na żuławach lądach popiół siwy. Przygasł blask nasz wczorajszy wspaniały. Proch z nas został tyru i niliwy” – cicho zacytował. Bóg wie, że słyszałem w życiu mnóstwo wierszy, ale nigdy się nie spodziewałem, że usłyszę Kiplinga z ust Mike'a Lowe'a na dnie domu strzeleckiego na McMillenie. „Kiedy Kipling to pisał” – powiedział Lowe – „rozumiał, jakie czasy nadchodzą dla imperium, którego był obywatelem. To jest nieuniknione dla każdego systemu, który brnie na oślep do przodu, pokładając ufność w dymie luf i stali pancerzach.
I niech diabli wezmą tych na końcu. I to właśnie także stanie się z nami, ponieważ zapuściliśmy się prosto w terytorium Kitty, nie myśląc o konsekwencjach. I to nie o to chodzi, że to bardziej nasza wina niż ich. To nie była również wina XX-wiecznych Brytyjczyków, że Imperium zaczęło im się walić na głowy. To po prostu system, który wymaga nieustannych wysiłków dla jego utrzymania. A jeżeli wysiłki te kiedykolwiek zostaną zaniechane, nawet na krótki okres, wszystko się wali. Ben, kiedy wygramy tę wojnę, a wygramy ją z pewnością, cała filozofia ekspansji międzygwiezdnej będzie musiała ulec zmianie. Jeżeli nie odrzucimy systemu imperialnego i nie zastąpimy go federacją równych i suwerennych układów słonecznych, to nastąpi cała seria wojen. Kosmos jest zbyt duży, żeby go utrzymać przy pomocy siły lub podsłuchu. Ktoś gdzieś zawsze będzie się buntował.
Ale bardzo wielu ludzi to zdeklarowani imperialiści, Ben. Dentic jest jednym z nich, a podobnie również niemal wszystkie największe szychy. Muszą być. Inaczej nie zajmowaliby w hierarchii takiego miejsca, jakie zajmują. Kiedy sprawy w Imperium biegną gładko, są całkiem w porządku, ale kiedy dzieją się takie rzeczy jak tu, wpadają w panikę. Są skłonni do tuszowania straty planety tu i ówdzie oraz mówienia o obrazie całościowym, zaś w końcowej rozpaczy o przeżyciu, aby podjąć walkę w przyszłości. Dla nich poszczególne systemy słoneczne nie mają żadnego znaczenia. Dopóki zachowana jest forma Imperium, dbają o to więcej niż o fakt, że terytorium Imperium kurczy się każdego dnia. To jest właśnie taki rodzaj myślenia, który wytworzył ruchy dążące do restauracji caratu w 50 lat po rewolucji rosyjskiej. Oni po prostu nie rozumieli tego, że ten system jest przestarzały.
Niezależnie od tego, czy miał on rację, czy nie, czy był on dobry czy zły, po prostu nie może już dłużej funkcjonować”. „Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego Dentic miałby potrzebować namów, aby cię stąd wyciągnąć” – wtrąciłem. „No cóż, to trochę trudno wytłumaczyć bez wchodzenia w pewne szczegóły tła, które ja znam” – odparł Lowe. – „Ale w miejscu takim jak to, w czasie, gdy Kitty roją się wzdłuż całej granicy i w każdej chwili mogą się tu pojawić z dużymi siłami, Dentic jest niemal zagotowany. Nigdy nie był zbyt bystry ani za bardzo odważny. W normalnej sytuacji mógłby sobie diabelnie napaskudzić w rejestrach, gdyby zostawił resztki kompanii na pewną śmierć. Byłby zmuszony wyruszyć na nasze poszukiwania, nieważne jak bardzo by mu się to nie podobało. Ale w obecnym stanie rzeczy, przy tej całej hordzie budowniczych Imperium biegających wokoło i wyrywających sobie włosy z głów, a przy tym nikt nie jest tak do końca pewien, co się dzieje, ma doskonałą możliwość do tego, by pokręcić z żalem głową, z oburzeniem wypowiedzieć się o morderczych obcych, wygłosić jakąś bełkotliwą gadkę o tym, jak nasza heroiczna walka do końca dostarcza świetlanego przykładu, a potem usiąść w swojej kwaterze głównej i nic nie zrobić. Uwierz mi Ben, ja znam Dentica. Nigdy nie wyruszy, jeżeli nie będzie miał co najmniej regimentu na każdą kompanię wroga.
Splunął przez krawędź dołu. Przyjmując, że to prawda, zauważyłem, w jaki sposób mam go przekonać, aby zaryzykował swój cenny tyłek. Lowe skrzywił się. Obawiam się, że to już zależy tylko od ciebie. Jeżeli uda ci się wywrzeć na nim dostateczną presję, spowodować, by zaczął się martwić, że możesz narobić wokół tego wielkiego smrodu, może podejmie ryzyko. Grannerine zasygnalizował ze swojego stanowiska. Chwyciłem dłoń Lowe'a i zamknąłem ją w swoich. Zrobię, co się tylko da. Obiecałem. Łazik podskoczył i zakręcił gąsienicami po szlaku.
Kapral z ponurą zawziętością wczepił się w dźwignie przyrządów sterowniczych, a mnie pas fotela operatora działka przeciął niemal na pół. Plan Lowe'a zadziałał i miał on również rację co do wielkości oddziałów Kitty. Przeżyliśmy trudne chwile przygotowując łazik do jazdy, ale kiedy już przebiliśmy się przez Kitty i rozpędziliśmy do pełnej szybkości, podróż zmieniła się w wyczerpującą, pośpieszną jazdę po krętym szlaku. Zastanawiałem się, co się działo z Lowe'em. Ogień ze zboczy był morderczy i w pewnej chwili, kiedy kapral wyciągnął łazika z pułapki, spojrzałem do tyłu przez ramię i wydawało mi się, że widziałem, jak krępa postać majora pada na ziemię. Natychmiast jednak zerwał się z powrotem na nogi i z ulgą otarłem pot spływający mi na szczękę. Przetoczyliśmy się hurgotem przez kolejny grzbiet i na kilka sekund, zanim nie zjechaliśmy z powrotem w dolinę, dostrzegłem wieżę radiową Gryfa. Z jakiegoś jednak powodu, chociaż tak od razu nie mogłem zgodzić się z logiką Lowe'a, nie potrafiłem również wyrzucić z głowy jego twierdzeń. Nie byłem w stanie pojąć, że pułkownik Dentic mógłby naprawdę zostawić kompanię na zagładę, ale im więcej o tym myślałem i składałem to z moją wiedzą na temat sposobu myślenia Dentica, tym bardziej mnie to wszystko niepokoiło. Przedarliśmy się przez ostatnie skały i zaczęliśmy toczyć się po płaskiej równinie w stronę bazy.
Klepnąłem kaprala po plecach. „Na Boga! Dokonaliśmy tego” — krzyknąłem, a on w odpowiedzi szeroko się uśmiechnął. Zacząłem obmyślać sposoby przyciśnięcia Dentica. Wtedy dostrzegłem siedzący na lądowisku transportowiec. Swoimi rozmiarami dominował nad zabudowaniami bazy, rzucając długi cień na budynek administracji. „Musiał przylecieć przed rozkładem” — powiedział kapral. Na jego twarzy pojawiła się lekka zmarszczka. „Zaczekają, dopóki nie wydostaną majora, co nie?” — spytał. „Oczywiście, że zaczekają” — odparłem.
Przejechaliśmy przez bramkę i skierowaliśmy się do transportowca. Przy bramie nie było strażnika i nie widziałem żadnych ludzi kręcących się po bazie. Objechaliśmy narożnik koszar i wtedy zobaczyłem dlaczego. Po rampie transportowca wchodził długi rząd ludzi z ekwipunkiem. Baza została porzucona. „W górę! Tą rampą” — krzyknąłem do kaprala i nasze gąsienice zagrzechotały obok rzędu ludzi, wjeżdżając po metalowej rampie do środka statku. Wyskoczyłem z łazika i podbiegłem do grupy oficerów. Dentic zauważył mnie i odwrócił się w moją stronę. „Knowles” — powiedział.
„A więc kolumna dotarła tutaj na czas”. Odwrócił głowę i zapytał oficera transportowca: „Komandorze Williams, to jest kapitan Knowles z kolumny z Huty Metali. Czy może pan jednak zaaranżować przyjęcie na pokład również i jego kompanii?”. Stałem, gapiąc się na niego. Oni byli gotowi odlecieć bez nas. Nawet gdybyśmy przybyli w zaplanowanym dla nas czasie, byłoby za późno. „Pułkowniku Dentic” — szybko powiedziałem. „Kolumny tutaj nie ma”. „Nie ma jej tutaj?” — odwrócił się z powrotem w moją stronę i popatrzył na mnie z zaskoczeniem. — „A więc co pan tutaj robi?” „Kolumna została odcięta i wciągnięta w pułapkę przez siły Kitty” — odparłem.
— „Major Lowe próbował połączyć się z panem przez radio, ale zakłócenia były za silne”. Dentic zbladł. „Kitty! Tutaj na McMillanie. Komandorze, czy pan to słyszał?” On i oficer transportowca pobiegli do szczytu rampy. „Wszyscy na pokład” — Dentic wrzasnął w stronę ludzi, którzy ciągle wchodzili po rampie na pokład. — „Wszyscy natychmiast na górę. Szybciej, szybciej! Ruszać się!”. Pobiegłem za nimi.
„Czy nie wyruszy pan po majora Lowe'a i jego ludzi, sir?” — krzyknąłem. „Wyruszyć po Lowe'a? Człowieku, czyś ty zwariował? Całe siły główne Kitty są już w drodze na tę planetę. Jeżeli nie wystartujemy w ciągu pół godziny, sami znajdziemy się w pułapce. Nie może pan oczekiwać, że zaryzykuję życie personelu bazy i załogi transportowca w celu ocalenia niedobitków jednej kompanii. W przypadku, z którym mamy do czynienia, muszę myśleć o odpowiedniej wadze strategicznej statku międzygwiezdnego i wyszkolonych ludzi pozostających pod moim dowództwem”. Zaczął niecierpliwymi gestami poganiać wjeżdżającą po rampie ciężarówkę. „Bardzo mi przykro, panie kapitanie, ale Lowe po prostu będzie musiał zostać tam, gdzie jest”. Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem.
Wtedy uświadomiłem sobie, że jednak Lowe pomimo wszystko miał rację. Odwróciłem się od niego i poszedłem do łazika. Kapral zobaczył moją twarz. Oni mają zamiar zostawić tutaj majora, co nie? — powiedział. Nic więcej nie mogłem zrobić, jak tylko skinąć głową. Obserwowałem ludzi maszerujących po rampie, przemieszanych z ludźmi wjeżdżającymi różnego rodzaju mobilnym sprzętem. „Knowles!” — Dentik zawołał z drugiego końca rampy. — Niech pan tu przyjdzie i pokieruje tym, dobrze? Komandor i ja musimy sprawdzić załadunek tego całego wyposażenia.
Podszedłem do rampy i zacząłem kierować ruchem. Spoglądałem na twarze ludzi, w miarę jak przechodzili rzędem koło mnie. Ich twarze były blade, a dłonie spoczywające na paskach karabinów błyszczały od potu. Usłyszałem za sobą grzechotanie gąsienic łazika. Kapral siedział za przyrządami sterującymi z zasuniętą przyłbicą przesłaniającą twarz. Skierował łazik w dół po rampie i zaczął zjeżdżać w stronę ziemi. Ludzie i sprzęt uciekali mu pospiesznie z drogi. „Muszę zawiadomić o tym majora” — krzyknął w odpowiedzi na moje wołanie, a potem zwiększył szybkość do górnego limitu. Łazik zjechał na ziemię i pomknął przez lądowisko, a potem dalej w kierunku gór. Stałem, obserwując go, dopóki nie zniknął za rzędem budynków.
Ludzie nieustannie przechodzili koło mnie rzędem do środka transportowca, a słońce paliło mnie w twarz. I to jest historia sławnej Straconej Kompanii. Podręczniki szkolne do historii są jej pełne. Wszyscy jej żołnierze otrzymali Medal Honoru Kongresu pośmiertnie. Ja musiałem się zadowolić prezydenckim ułaskawieniem po tym, jak złamałem Dentikowi szczękę. I za każdym razem, kiedy słyszę o chwale wojny w kosmosie, o ogromnych flotach otaczających całe układy planetarne, o wspaniałych akcjach floty w głębinach międzygwiezdnych przestrzeni, w tej samej chwili natychmiast wstaję, wychodzę i idę się upić. Paul Clement „Uziemienie”. Tłumaczenie: Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Niewielki statek nurkował w gwiazdę. Gdyby ktokolwiek poprosił Chucka Eldera, aby wyjaśnił powody swojego zdenerwowania, nie byłby w stanie tego zrobić.
Mógłby nawet posunąć się do tego, aby zaprzeczyć istnieniu jakichkolwiek tego rodzaju uczuć, ale nie mówiłby prawdy. Pokładał pełne zaufanie w urządzeniach chłodzących Widma, pomimo tego, że nikt ich jeszcze nie wypróbował. W końcu osobiście pomagał je zaprojektować, ale samo określenie do wnętrza gwiazdy, którego z taką swobodą używał w Nowym Jorku jeszcze parę krótkich tygodni temu, obecnie wydawało się nieść za sobą znacznie bardziej namacalne i grożące śmiercią konsekwencje. Co prawda słowa te były jedynie na wpół prawdziwe. Ich celem było wywarcie wrażenia na już wcześniej przejętej grozą widowni. Najdalej wysunięte obrzeża atmosfery Vau Vau Cefeusza technicznie stanowiły część gigantycznej gwiazdy, a statek niewątpliwie był dobrze w obrębie tych obrzeży, ale z pewnością nie otaczało go szalejące piekło atomowego ognia, tak jakby mógł sobie wyobrażać niezbyt uważny słuchacz jego słów. Prawdę mówiąc, wokół sferycznego kadłuba niewielkiego międzygwiezdnego podróżnika nie było w ogóle żadnej stałej materii. Elder obrzucił wzrokiem pozostałych ludzi obecnych w małej kabinie. Dressier, który współpracował z nim przy projektowaniu rozpraszacza ciepła, patrzył właśnie na tarcze rejestratorów, promieniejąc uczuciem satysfakcji. Snell, astrofizyk, siedział przed pulpitem sterującym swoich dziwacznych spektrografów masowych zamontowanych na zewnątrz kadłuba.
Metodycznie przerzucał gałki i przełączniki, zmieniając płyty oraz modyfikując zakresy czułości urządzenia. Miał jakąś zawiłą teorię rozpraszania izotopów w atmosferach gwiazd i przyleciał Widmem po to, aby osobiście przeprowadzić odpowiednie testy, które dostarczą mu niezbędnych danych. Calloway, pilot, nie miał żadnych regularnych obowiązków, dopóki statek spadał swobodnie na gwiazdę. Znalazł sobie rozrywkę, która pomnażała zdenerwowanie Eldera niemalże do rozmiarów wstrząsu nerwowego. Wisiał przed jednym z ekranów pokazujących obraz z zewnątrz statku. Widmo nie miało bezpośrednich iluminatorów, ponieważ elektroniczny rozpraszacz ciepła wymagał pokrycia zewnętrznej powierzchni kadłuba nieprzerwaną warstwą przewodnika i z zainteresowaniem wpatrywał się w kłębiasty czerwony obraz obszaru jądra Vau Vau Cefeusza, odległego od nich o jakieś trzy czwarte miliarda mil. Elder posłał pojedyncze, niechętne spojrzenie w stronę ekranu i wrócił do własnej roboty. Wskaźniki przed nim wszystkie bez wyjątku stały na zielonych polach, tworząc znacznie uspokajający widok. Jeśli Calloway musi już patrzeć na gwiazdy — pomyślał — to dlaczego nie zajmie się badaniem głównego składnika układu Vau Vau Cefeusza położonego w przeciwnym kierunku? To prawda, że niebieska gwiazda znajdowała się dużo dalej niż jądro czerwonego giganta, ale Widmo przynajmniej było od niej w uspokajającej odległości.
Nie było zbyt wiele do opowiadania. Statek znajdował się w stanie swobodnego spadku. Na orbicie, która miała doprowadzić go do docelowego punktu periastronu, położonego jakieś 100 milionów mil w obrębie arbitralnie przyjętej granicy gwiezdnej atmosfery. Jego szybkość dalece przewyższała prędkość paraboliczną dla gwiazdy. W tej odległości orbita praktycznie miała formę linii prostej i mieli przebywać w obrębie atmosfery tylko przez mniej więcej trzy tygodnie, ale warunki te uznano za odpowiednie do przeprowadzenia pierwszych testów. Gęstość atmosfery na tej wysokości uznawana była za czynnik pomijalny i niespodziewanie się poważniejszych zmian trajektorii wywołanych tarciem o cząsteczki płynu, stałej materii czy też molekuły gazu, które wiadomo było, że tutaj występują. Snell zapewniał ich o tym. Z całą pewnością oznajmił: nie ma możliwości napotkania stałych czy płynnych obiektów, których rozmiary przekraczałyby znacząco mikron lub dwa, a nawet takie muszą być straszliwie rzadkie, aby zapewnić ogólną gęstość na tak niskim poziomie. Cała sprawa wyglądała wręcz absolutnie bezproblemowo, za wyjątkiem psychiki Eldera. W tym momencie czterech mężczyzn poderwał nagle do pionu dźwięk brzmiący jak uderzenie w ogromny gong.
Przez kilka sekund stali wyprostowani jak struna, oniemiali z zaskoczenia, podczas gdy w sferycznym kadłubie statku dźwięczały i stopniowo zamierały metaliczne echa. „Meteor” złapał oddech Calloway i rzucił się do swoich przyrządów sterowniczych. „Nonsens” — ostro rzucił astronom. „W stawiającym opór ośrodku, nawet tak rozrzedzonym jak ten, istnienie stałej orbity jest niemożliwe. Poza tym nie dostaliśmy mocno. Kadłub wydaje się być nienaruszony. Atmosfera ziemska też stawia opór, a wchodzi w nią wiele meteorów. Ten mógł przylecieć tu z zewnątrz i jego wektor prędkości niemal odpowiadał naszemu. Przyznaję, że nie ma zagrożenia, ale co innego...” Przerwał w pół słowa. „Otwórzcie waszą śluzę.
Otwórzcie śluzę.” To był metaliczny głos, który nie należał do żadnego z nich i bardziej się go czuło, niż słyszało. Pilot rozpoznał jego źródło i odwrócił się do przełączników sterujących śluzy z wyrazem ulgi na twarzy. „Ktoś się do nas przyczepił przy pomocy uchwytu magnetycznego” — powiedział, otwierając zewnętrzny właz. „Mówi do nas przez głośnik ratunkowy wykorzystujący jako membranę nasz własny kadłub.” Elder i Dressier wydali bezgłośne okrzyki, kiedy dotarło do nich znaczenie słów pilota i skoczyli do swoich paneli sterowniczych. Ich urządzenia chłodzące wykorzystywały elektroniczny absorber ciepła odpowiadający cyklowi rozszerzania się gazu, który służył od wielu stuleci w domowych lodówkach. W obecnym stadium rozwoju urządzenia po zewnętrznym kadłubie statku musiał przepływać nieprzerwanie prąd elektryczny. Informacja, że do powierzchni, o którą się tak troszczyli, przytwierdzony został magnes znacznej mocy, nie ucieszyła ich ani trochę. Dressier po spojrzeniu na swoje mierniki wydał z siebie okrzyk udręki. „Co ci głupcy próbują nam zrobić? Kiedy nas dotknęli, radiator spadł na wyjściu o ponad 90%.
A poza tym skąd oni w ogóle się tam wzięli? W tym środowisku tylko nasz gadżet może uczynić statek zdatnym do życia przez dłuższy czas. A jedyny istniejący egzemplarz jest tutaj.” „Przyznaję, że była to mało komfortowa podróż.” Nowy głos spowodował, że wszyscy zawirowali wokół własnej osi, odwracając się w stronę drzwi przejścia prowadzącego do śluzy powietrznej. Postać stojąca tuż za progiem sterówki była bez wątpienia ludzka, ale to wszystko, co można było o niej powiedzieć z absolutną pewnością. Człowiek ubrany był w ciężki skafander kosmiczny. Hełm był zamknięty, a jego wizjer przyciemniony na tyle mocno, aby uchronić właściciela przed rozpoznaniem. Kiedy stali i wpatrywali się w niego, przybysz dryfował dalej do środka pomieszczenia, a za nim pojawiło się kilku kolejnych ludzi, podobnie ubranych. Kiedy ostatni z nich znalazł się w środku, Dressier zdołał w końcu się odezwać. „Czy zdajecie sobie sprawę, że wasz uchwyt poważnie osłabia działanie naszego chłodzenia?” — zawołał z wściekłością. — „Wdzięczni byśmy byli, żebyście natychmiast się stąd wynieśli, zanim temperatura kadłuba nie osiągnie wartości przekraczającej jego wytrzymałość.
W każdym razie czego od nas chcecie?” Nagle uderzyła go świadomość sytuacji. „Hej, ten test miał być ściśle tajny.” „Niektóre sekrety trudno jest utrzymać w tajemnicy” — odparł pierwszy z intruzów. — „Pogłoski o przeprowadzonym tu teście doszły również i do nas. Jesteśmy bardzo zainteresowani waszym systemem chłodzącym. Byłbym wdzięczny, gdybyście pokazali mi związaną z nim aparaturę.” Jego ton przybrał formę stanowczego polecenia. Nie było w nim nawet śladu uprzejmości czy też zainteresowania uczuciami Dressiera. Wynalazca uniósł brwi w zdumieniu. „Kiedy testy się zakończą, planujemy powrót na Ziemię” — oznajmił wyniosłym głosem. — „Wtedy będziemy gotowi do wysłuchania ofert na nasze urządzenie.” Do tego czasu, panowie, wolelibyśmy, żeby dać nam spokój. Przyznaję, że nie zostały jeszcze podjęte żadne kroki, aby zabezpieczyć niezbędne prawa patentowe do naszej maszyny.
Nie mam zamiaru przepraszać za nasze nastawienie. Już wcześniej powiedziałem panom, że wasz uchwyt wyrządza poważne szkody. Pewien więc jestem, że łaskawie nas opuścicie i przerwiecie połączenie z naszym kadłubem tak szybko, jak to tylko będzie możliwe. Elder, słuchający w milczeniu, był w stanie niemal plastycznie wyobrazić sobie nieprzyjemny uśmiech na twarzy przybysza, kiedy ten odpowiadał na usłyszaną przemowę. Obawiam się, że pan mnie nie zrozumiał. Nie jestem zainteresowany zakupem waszego wynalazku, a przynajmniej nie mam zamiaru za niego płacić. Mój cel stanie się bardziej jasny, kiedy powiem, że ostatnim portem mojego statku był Shaliak III. Brzydki uśmieszek w tonie jego głosu stał się jeszcze bardziej widoczny, kiedy widział po reakcji na wypowiadane słowa, że czwórka słuchaczy odebrała zawartą w nich wiadomość. Federacja nie robiła specjalnej tajemnicy z faktu, że jej patrole mniej więcej rok temu na wspomnianej planecie odkryły bazę suzerenystów o kłopotliwej sile oraz że wysiłki podejmowane w celu jej redukcji były poważnie utrudnione z powodu bliskości wielkiego podwójnego głównego składnika Shaliak, inaczej zwanego Beton Liry. Suzerenyści, fanatycy wierzący wyłącznie w siłę i swoje teorie socjopolityczne, już od lat byli cierniem w boku rządu.
Odkrycie naszej bazy, o którym zdaje się panowie sobie przypominacie, nie było rzeczą fatalną, raczej tylko kłopotliwą. Planowaliśmy przenieść się do innego systemu planetarnego, chociaż byłoby to trudne do zrobienia tak, by nas nie wyśledzono, kiedy doszły nas słuchy o wynalezionym przez panów nowym systemie chłodzącym. W układzie Shaliak są dwie planety położone jeszcze bliżej gwiazdy niż nasza, a trzecia jest już i tak nieprzyjemnie blisko dla wykorzystywanych statków. Myślę, że panowie rozumiecie. Przynajmniej Calloway nie miał z tym problemu. Pilot nagle uświadomił sobie, że planowane wycofanie się suzerenystów bliżej podwójnej gwiazdy byłoby bezcelowe, gdyby Federacja również posiadła wiedzę o nowym urządzeniu ochronnym. Po zrozumieniu tego faktu bezpośrednie zamiary obecnego tutaj osobnika nie mogły budzić poważniejszych wątpliwości. Calloway miał błyskawiczny refleks niezbędny dla pilota kosmicznego, a jego umysł pracował niemal równie szybko. Tak więc, ledwie pirat przestał mówić, jeden z jego słuchaczy rzucił się do szaleńczej akcji. Odbijając się kopnięciem od znajdującego się za nim pulpitu ze sterami, Calloway przeleciał przez pomieszczenie, atakując przywódcę napastników.
Kiedy wielka pięść pilota uderzyła w wizjer jego hełmu, ten ostatni wyrzucił w obronie opancerzone ręce. Cios był jednak zmyłką. Druga ręka Callowaya pomknęła do pasa pirata, wracając z niewielkim miotaczem płomieni, który dzięki zaskoczeniu uderzeniem został zapomniany na jedną bezcenną chwilę. Wykonując manewr podobny do obrotu z oparciem o ofiarę wykonywanego przez ratowników wodnych, Calloway kontynuował akcję przeciwko swemu przeciwnikowi, obracając się i z odległości kilku cali wyzwalając pełny magazynek broni w jego pancerz kosmiczny. Na szczęście dla obydwu z nich broń była ustawiona na niską moc. Przez moment, w którym był w stanie utrzymać ją na celu, strumień ognia rozgrzał pancerz na tyle mocno, aby wydobyć z siedzącego w środku człowieka wycie bólu, a odbite gorąco paskudnie poparzyło dłoń trzymającą pistolet. Udało mu się utrzymać ją dosłownie przez chwilę. Potem rzucili się na niego pozostali piraci i wykręcili mu miotacz z ręki. Calloway nadal walczył, wykorzystując swoje ciężkie buty, jedyną śmiercionośną broń, która mu jeszcze pozostała. Mniej więcej w tym samym czasie trójka naukowców zdołała pozbierać myśli na tyle, aby się ruszyć, ale dwóch opancerzonych intruzów oddzieliło się od kłębowiska wokół pilota i trzymało ich pod miotaczami płomieni.
Pokonanie nieuzbrojonego i nieopancerzonego pilota zabrało kilka minut. Z jakichś powodów piraci nie próbowali go spalić i wszystko to trwało, dopóki jeden z nich nie skorzystał z taktyki Callowaya i nie kopnął go metalowym butem w głowę, co zakończyło walkę. Trzymany przez dwóch piratów pilot uspokoił się. Ze skroni i policzka, w które uderzył metalowy but, płynęła mu krew. Dowódca napastników stał pochylony nad nim. Ból oparzenia odbił się w wywarchanych przez niego słowach. Miałem zamiar zadać wam lekką śmierć, zanim się stąd wyniesiemy. To było niezbędne, żebyście nie mogli przekazać władzom kłopotliwych dla nas informacji. Teraz jednak zostawię was przy życiu i zniszczę wasze silniki oraz komunikatory. Temperatura ciała doskonale czarnego wynosi w tym miejscu 900 stopni Kelwina, a kadłub waszego statku jest wypolerowany, a więc wasza temperatura równowagi jest sporo wyższa.
Możecie tu sobie siedzieć i przyglądać się, jak idzie do góry. Odwrócił się, lekko kuląc się z bólu, kiedy jego oparzone ciało zetknęło się z szorstką wyściółką skafandra i machnął ręką w stronę jednego ze strażników pilnujących naukowców. Daj tych ludzi tutaj razem. My zdemontujemy aparaturę chłodzącą. Len, w tym czasie, kiedy będziemy ją wynosić, ty zajmiesz się zdobyciem wszelkich niezbędnych informacji. Ty Zwrócił się szorstko do Eldera: „Odpowiesz na jego pytania. Jeżeli będziemy musieli poprosić o odpowiedź kogoś z pozostałych, ty już jej nie usłyszysz, niezależnie od tego, czy ona padnie, czy nie. Czy mnie zrozumiałeś?” Elder pośpiesznie potwierdził swoje pełne zrozumienie i na skinienie broni swego strażnika ruszył razem z nim. Pozostali suzerenistyści udali się za nimi poza dwoma, którzy zostali z więźniami w pomieszczeniu sterówki. Elder może stawiałby większy opór, gdyby był silniejszym człowiekiem, a w tej chwili w dodatku zupełnie go sparaliżowało.
Nigdy nie potrafił używać przemocy czy chociażby nawet sprawnie działać i sam by temu przytaknął jako pierwszy. Odpowiadał więc na pytania technika suzerenistów bez wahania, nie próbując go zwodzić. I tak szybko wyszło na jaw, że człowiek ten prawdopodobnie był za dobry, aby łatwo dało się go wywieźć w pole. Bardzo szybko zrozumiał zasadę działania urządzenia chłodzącego i poinformował swojego szefa, że nie ma potrzeby zabierania ze sobą całej aparatury. Wystarczą jedynie pewne kluczowe części, które mu wskazał. Dowódca był zadowolony, a pozostali jeszcze bardziej, ponieważ tym samym ich praca stała się dużo lżejsza. Nagle jednak technik zwrócił się do Eldera: „A co z tym złomem zamontowanym na zewnątrz, tuż koło wejścia do śluzy powietrznej?” Spytam go. Nie przyglądałem mu się bliżej, ale wydaje mi się, że to część sprzętu. Zauważyłem, że był izolowany od kadłuba. „To nie jest nasze urządzenie” – odparł wynalazca.
– „To spektrograf masowy Snella. Ten wielki dysk, który prawdopodobnie wpadł ci w oko, to katoda. Jonizuje ona cząsteczki na zewnątrz statku i pierścieniowa anoda wokół szczeliny wlotowej przyciąga je. W środku znajduje się kolejny układ elektryczny, który kontroluje ich prędkość, aby...” „W porządku. To nam nie będzie potrzebne, a wy przy jego użyciu nic nam nie zrobicie. Nie zdziałacie za wiele działem katodowym, chyba że cel będzie uziemiony”. Technik odwrócił się i zajął się demontażem jednej z tak hołubionych maszyn Eldera. Do czasu, kiedy intruzi zakończyli swoją pracę, powietrze w Widmie zrobiło się zauważalnie cieplejsze. Może nie gorące, ale każdy człowiek o przeciętnie rozwiniętej wyobraźni jasno zdawał sobie sprawę z tego, co miało nadejść. Wynalazcy z reguły mają niezłą wyobraźnię, a czasami astronomowie również.
Elder wrócił do grupy więźniów w sterówce, kiedy ostatnie elementy wyposażenia zostały złożone na stosy w śluzie powietrznej. Potem dwóch suzerenistów zaczęło przenosić je na ich statek, którego żaden z więźniów nawet nie widział, a który wzbudzał żywą ciekawość w głowach co najmniej dwóch z nich. Zaś ich dowódca wrócił do sterówki. Nie mógł zostać jakoś ciężko poparzony, ponieważ jego aktywność ruchowa nie uległa znacznemu ograniczeniu, ale ewidentnie widać było, że cierpiał. Calloway nie miał na pokładzie nikogo posiadającego na tyle zaawansowane wykształcenie medyczne, aby mógł się zająć leczeniem oparzeń drugiego stopnia. Perspektywa znoszenia bólu spowodowanego poparzeniami przez 3000 lat świetlnych podróży prawdopodobnie zajmowała dowódcę napastników równie mocno, co jego obecny dyskomfort. Coś z pewnością bardzo go martwiło. Wszedł do pomieszczenia, odepchnął się od ramy wejścia i wyhamował się na gruncie o kilka stóp od pilota, któremu następnie przyglądał się przez kilka minut. W końcu odezwał się. „Nie mogę zdecydować się co do ciebie” – stwierdził.
– „Zastanawiam się, czy zostawić cię tutaj na śmierć, tak jak powiedziałem, czy zabrać cię ze sobą i samemu zarządzić właściwą karę. Zabawnie byłoby się temu przyglądać. Z drugiej strony zostawienie cię tutaj jest znacznie bezpieczniejsze. A jeżeli po drodze na Szeliak coś by się stało ze sprzętem, który sobie pożyczyliśmy, Rada mogłaby nie być zadowolona. Tak więc myślę, że zostawię cię tutaj”. Znienacka machnął opancerzona w metalową rękawicę ręką, trafiając Callowaya w bok głowy. Rana spowodowana przez metalowy but znowu zaczęła krwawić, a grupa podeszwych krwią czerwonych znaków układała się we wzór nitów rękawicy skafandra kosmicznego, ale pilot nie odezwał się. Dowódca suzerenistów roześmiał się i nagle odepchnął się w stronę wejścia. „No chodźmy już stąd. Możemy ich tu bezpiecznie zostawić.
Nikt się nimi nie zainteresuje przez długi czas. Jeżeli jeszcze cały sprzęt nie znalazł się na naszym statku, możemy pomóc przenieść resztę”. Przy drzwiach przerwał i popatrzył do tyłu na ciągle nieruchome sylwetki swoich jeńców i pomachał im kpiąco ręką. „Do widzenia panom. Bardzo mi przykro, że nie mogę złożyć w tej chwili swojej oferty, ale oddziaływanie magnetyczne mojego uchwytu na panów kadłub musi zostać przerwane zaraz, jak tylko Len powie mi, że nasze nowe wyposażenie znalazło się w ładowni oraz że niczego nie zapomnieliśmy”. Ostatnie słowa zostały wygłoszone bezpośrednio w stronę Eldera. Ewidentnie pirat brał pod uwagę również możliwość oszustwa lub sabotażu. Z tymi słowami mężczyzna zniknął w przejściu do śluzy powietrznej, a jeńcy poczuli się z powrotem na tyle swobodnie, aby się ruszyć. Dressier natychmiast prześlizgnął się do pilota. „Nie mamy na pokładzie specjalnych zapasów medycznych.
Stwierdził. Coś jednak musi być. Chodźmy do kabin i zobaczymy, co się da zrobić z tą twoją twarzą. Calloway zaczął kręcić przecząco głową, ale najwyraźniej stwierdził, że ten ruch jest zbyt bolesny. Zamiast tego powiedział więc: Mniejsza z tym. Jeżeli mamy wyjść z tego cało, nie wolno nam tracić czasu. Jeśli nam się nie uda, to łatanie mnie nie ma sensu. Czy jesteś pewien, że ten tłum stąd zniknął? Tak mi się wydaje. Zresztą można to dosyć łatwo sprawdzić.
Ale co możemy zrobić? Urządzeń chłodzących nie mamy, co oznacza, że jeżeli jakoś się stąd nie wydostaniemy, to zdołamy przeżyć najwyżej kilkanaście godzin. A ten facet mówił, że zniszczy nasze silniki i komunikatory. Chodźmy, zobaczmy, jakich szkód narobił. Tylko szybko. Kiedy już odlecą, niewiele uda nam się zrobić, a sprawdzenie i załadowanie zdobyczy nie powinno zabrać im więcej niż jakieś pół godziny. Jeszcze mówiąc to, Calloway ruszył korytarzem prowadzącym do siłowni. Dokładnych rozmiarów uszkodzeń nie dało się ocenić od razu, ponieważ wiele części urządzeń chłodzących było zainstalowanych w różnych miejscach i ich usunięcie spowodowało, że rzeczy wyglądały dużo gorzej, niż miały się w rzeczywistości. Dokładniejsza inspekcja pokazała jednak, że suwereniści dotrzymali swego słowa. Uzwojenia na każdym z czterech konwerterów układu wtórnego silnika były stopione wystrzałem z miotacza płomieni.
Izolowany pojemnik z medium krystalicznym został rozbity, a sam kryształ nie tylko rozładowany, ale także potrzaskany na kawałki. Główny feniks konwerter był nietknięty i mieli wystarczająco dużo energii, aby w ciągu kilku sekund zagotować solidnych rozmiarów jezioro, ale nie było możliwości wykorzystania tej energii do celów napędowych lub komunikacyjnych. Uważam, że on chciał, byśmy łudzili się fałszywymi nadziejami — powoli oznajmił Elder. Zniszczył tylko to, co mogłoby nam się przydać i musiał dobrze się nad tym zastanowić. Snell, ich technik pytał mnie o twój spektrograf masowy wiszący koło śluzy i nie zrobił nic, kiedy powiedziałem mu, co to jest. Stwierdził tylko, że działa katodowego nie można użyć przeciw nieuziemionemu celowi, a przy tym musiał zauważyć, że przewody prowadzące do twojej katody nie mogą przenosić niebezpiecznych obciążeń. Calloway słuchał tej historii z rosnącym podekscytowaniem. Kiedy Elder skończył, powiedział: Te przewody nie są żadnym ograniczeniem. Mamy wiele metrów koncentrycznego nadprzewodnika do napraw konwertera. Tak więc do zbudowania linii zasilającej katodę spektrografu potrzebujemy najwyżej parę minut.
Być może nie będzie ona idealnie izolowana, ale nasze ubiory są syntetyczne i powinny nas ochronić przed wszystkim, co przebije się przez kadłub. Poza tym ładunek będzie raczej rozpływał się po jego powierzchni. Chodźmy. Trzej naukowcy zgodnym ruchem pokręcili przecząco głowami jak trzej członkowie zespołu śpiewających kelnerów. Wyjaśnienie tej kwestii pilotowi wziął na siebie Snell. Obawiam się, mój drogi przyjacielu, że to nie brak mocy jest czynnikiem czyniącym w naszej sytuacji promienie katodowe nieefektywnym. Promienie katodowe to po prostu strumień elektronów. Trafiając w uziemiony cel, wywołałby on w nim przepływ prądu elektrycznego, co mogłoby być użyteczne, jeśli cel obsadzony jest przez ludzi, których tolerancja na elektryczność nie jest jakoś specjalnie wysoka. Niestety ten sam strumień elektronów, uderzając w statek znajdujący się w kosmosie, po prostu go tylko ładuje do chwili, gdy uformowane na nim pole elektrostatyczne nie stanie się dostatecznie silne, aby zacząć odbijać promień. Im silniejszy promień, tym silniejsze wytworzone przez niego pole.
Ta broń sama dostarcza obrony przeciwko sobie. Ale jest coś, czego możemy spróbować. Potraficie wymyślić coś lepszego? — spytał zdesperowanym tonem pilot. Może uda nam się wyemitować dostatecznie silne promieniowanie, żeby prąd przepływający po ich kadłubie, wyrównujący różnice potencjałów okazał się na tyle duży, abyśmy ich dostali. Czy jest na to jakaś szansa? Głowy Eldera i Dressiera znowu zakołysały się straszliwie z boku na bok, a Snella zaczęła już dołączać się do tego ruchu. Nagle jednak astronom zmienił płaszczyznę wahań swojej czaszki o 90 stopni i oznajmił: To może coś dać, jeśli chcesz tego spróbować. Jak sam powiedziałeś, to coś, co możemy zrobić. Również tak jak mówiłeś, to może być jakaś szansa.
Chodźmy. Jeżeli ma to przynieść coś dobrego, musimy zrobić to szybko. Snell i pilot przemieścili się wzdłuż ścian siłowni do szafek z częściami zapasowymi i zaczęli wyciągać dwucalowej grubości kabel ze stopu Fleminga z linii zasilających feniks konwertera prowadząc go do śluzy. Nie było potrzeby przeciągania go przez śluzę albo sam kadłub. Spektrograf masowy znajdował się w bloku izolowanej obudowy syntetycznej wmontowanej bezpośrednio w kadłub i do przyrządu był dostęp bezpośrednio z wnętrza statku. Dwóch pozostałych mężczyzn nic nie robiło. Wydawało się, że stracili oni już wszelką nadzieję. Jeżeli o ludziach naprawdę można powiedzieć, że kiedykolwiek tracą ostatnie resztki tego uczucia. Nie utracili jednak rozumu i Elder szybko ruszył na pomoc, gdy Snell poprosił go. Reg, mógłbyś skoczyć do sterówki i powiedzieć nam, jak daleko jest tamten statek i czy ustawiony jest na wprost wejścia do śluzy?
Powinien być. Przymocowali go w tym miejscu i nie wydaje mi się, żeby odsunęli się już gdzieś na bok. Elder poszedł nie tylko w odpowiedzi na prośbę, ale także z własnych powodów. Pomimo tego, że wkrótce nie będzie to miało większego znaczenia, ciekawiło go jednak, jak statek suwerenistów przetrwał tak daleko w obrębie atmosfery VV Cefeusza bez urządzeń chłodzących, które ukradli. Ekrany ciągle działały i mogą się im przyjrzeć dosyć dokładnie. Sposób ochrony był oczywisty. Statek napastników miał kształt sfery, tak jak ich własny, był tylko nieco większy. Jedna strona zbudowana była z wypolerowanego, srebrzystego metalu i ta półkula zwrócona była zawsze w stronę purpurowego jądra gigantycznego Słońca. Druga zaś była czarna, tak by wypromieniowywać tyle ciepła, ile tylko było możliwe. Był to standardowy sposób konstrukcji statku, którego zadaniem było podchodzenie do gwiazd na bliskie odległości, a jego sprawność nie zbliżała się nawet do urządzenia Eldera Dressiera.
Do tej chwili warunki na statku musiały być już bardzo trudne. Być może właśnie dlatego suzerenzyści ubrani byli w skafandry kosmiczne. Chroniony próżniowo kadłub mógł stanowić dodatkowe zabezpieczenie. Chwilowo. Elder przypomniał sobie, po co go tu wysłano. Zanotował w pamięci, że drugi statek znajduje się ciągle dokładnie naprzeciw ich śluzy powietrznej, w odległości jakichś 200 jardów oraz że lina uchwytu magnetycznego nadal rozciąga się w przestrzeni. Wrócił z tą informacją do siłowni i spotkał Snell oraz Callowaya w korytarzu, usuwających na ścianie panel zasłaniający tył spektrografu masowego. Zakończenie tego zadania zabrało im tylko kilka chwil i pilot od razu zajął się podłączeniem kabla do srebrnego dysku wyznaczającego tylną stronę ciężkiej katody. To również nie potrwało za długo, ponieważ Calloway miał przy sobie spawarkę dyfuzji molowej z głowicą dla stopu Fleminga. Na czas dalszego postępu prac Elder został odesłany z powrotem do sterówki, żeby mieć oko na piracki statek.
Dressier nadal był w siłowni. Zajmował się sprawdzaniem feniks konwertera, szukając ewentualnych uszkodzeń, które mogły im umknąć podczas pierwszej inspekcji. Wszystkie prace zabrały niewiele czasu. Byłyby one trudne do wykonania na jakiejś dużej planecie, ale w stanie nieważkości podczas swobodnego spadku kablem Fleminga można było dosyć łatwo manipulować, zaś sam obwód z pewnością nie był zbyt złożony w konstrukcji. 20 minut po zamknięciu się za pilotami śluzy powietrznej wszystko było gotowe. Do tego czasu nawet obaj wynalazcy rozniecili w sobie płomień entuzjazmu i z zapałem wypatrywali chwili, kiedy obwód zostanie włączony, jeśli uda się to w ogóle zrobić. To Calloway musiał hamować ogólny entuzjazm, prawdopodobnie dlatego, że uważał tę próbę tylko za nierealną nadzieję. Zaraz po zakończeniu spawania, kiedy wślizgiwali się z korytarza do sterówki, ostrzegł ich, że szansa na sukces jest niewielka. Potem pośpiesznie zaczął szukać na pulpicie pilota ustawień, przy pomocy których mógł sterować energią zgromadzoną w leżącym pod nimi pomieszczeniu. Elder wrócił do obserwacji ekranu.
Wcześniej przerwał swoją straż, kiedy usłyszał, że zbliżają się jego towarzysze i natychmiast wydał z siebie okrzyk alarmu. „Odłączyli się” — zawołał. — „Właśnie wciągają uchwyt, a śluza wejściowa ich statku jest zamknięta”. Calloway natychmiast wykręcił szyję, żeby samemu spojrzeć na ekran, a Snell przesunął się obok Eldera. Astronom skinął głową na to, co zobaczył. „Calloway, uchwyt jest już mniej więcej w połowie drogi między statkami” — stwierdził spokojnym głosem. — „Radzę ci uruchamiać to jak najszybciej. Wątpię, czy będą tu długo siedzieć po zwinięciu kabla”. Odpowiedź Callowaya była równie spokojna. „Włączone”.
Cztery pary uszu z wysiłkiem usiłowały wychwycić nieistniejący dźwięk, a cztery pary oczu próbowały znaleźć ekran, który ciągle pokazywał statek nieprzyjaciela unoszący się obok nich bez żadnej szkody. Ani oczy, ani uszy nie odbierały żadnych oznak straszliwej energii strzelającej przez kosmos ze srebrnego dysku koło ich śluzy powietrznej. „Znajdujemy się w atmosferze” — nagle zauważył Calloway. — „Czy to nie uziemi naszego ładunku?” „Mógłbyś tą atmosferą wypełnić lampy elektronowe i całkiem nieźle by działały” — krótko odparł astronom. — „Jedyną różnicą między tą atmosferą i próżnią kosmiczną jest współczynnik, którego użyłem, aby ci powiedzieć, kiedy się w niej znaleźliśmy. Dobry Boże, dlaczego o tym nie pomyślałem?” Jego towarzysze nie mieli nawet czasu, aby poprosić go o wyjaśnienie tej uwagi. Tuż po słowach astrofizyka ich utkwione w ekran oczy zostały nagle oślepione przez rozbłysk żółto-zielonego światła, które gwałtownie wybuchło przed obrazem drugiego statku. Calloway, którego oczy były zdecydowanie najszybsze, był pewien, że wytrysnął on z końca kabla z uchwytem, którego kilka jardów ciągle wystawało z kadłuba. Teraz jednak nie było już sposobu na to, by się upewnić. Rozbłysk nie był krótkotrwałą iskrą.
Trwał nadal. Automatyczne sterowniki ekranu zmniejszyły jasność obrazu tak, że nic innego na nim nie było widać. Calloway poruszył się, aby wyłączyć zasilanie, ale natychmiast został powstrzymany przez Snella. „Nie wyłączaj tego” — zawołał astronom. — „Niech działa, dopóki się nie zbliżymy. Pamiętaj, że nie mamy napędu”. Pilot posłuchał, tylko na wpół rozumiejąc, co się dzieje. Zostawił włączone zasilanie niemal na pięć minut i wyłączył je dopiero, kiedy Snell dał mu sygnał, żeby to zrobił. Druga sfera znajdowała się zaledwie 50 jardów od nich i wyraźnie przybliżała się. Obszar o średnicy 10 jardów otaczający miejsce, z którego wystawał uchwyt magnetyczny, pałał gwałtownie białym światłem, a fala ciepła z korytarza prowadzącego do miejsca zamontowania katody spowodowała, że ludzie uświadomili sobie, że ich własny kadłub może być w nieco tylko lepszym stanie.
Po sprawdzeniu okazało się jednak, że poważnie ucierpiała jedynie anoda spektrografu masowego. Izolowany blok, w którym zamontowane było urządzenie, wytrzymał bardzo dobrze. Przyrząd Snella był jednakże nieodwracalnie zniszczony. Na drugim statku nie było widać oznak żadnej aktywności. Calloway i Snell założyli skafandry kosmiczne i weszli na niego, dostając się do środka przez właz po przeciwległej stronie. W śluzie powietrznej od strony Widma znaleźli cztery spalone ciała, cztery kolejne w sterówce i jedynego żyjącego pirata w jednej z koi, który właśnie odzyskiwał władzę w członkach po ciężkim wstrząsie elektrycznym. Został szybko rozbrojony i zamknięty w swojej kabinie. Calloway natychmiast przymocował uchwyty do Widma i zaczął się oddalać od jądra VV Cefeusza z największym przyspieszeniem, jakiego ośmielił się użyć. Trzy godziny później, kiedy osiągnęli otwarty kosmos i wykonali krótki skok drugiego rzędu w bezpieczne miejsce, pozostali przyłączyli się do nich na statku suzerenystów. Elder i Dressier mieli szereg pytań.
„Snell, ale co zamknęło ten obwód? Pomysł Calla z porażeniem ich przez prądy przepływające przez kadłub od samego początku był nonsensem. Ty zaś mówiłeś, że na zewnątrz statku praktycznie nie ma żadnej materii, która mogłaby przewodzić elektryczność, a w każdym razie gazy i pyły to kiepskie przewodniki. Ty jednak spodziewałeś się tego, zanim jeszcze wszystko się wydarzyło. Co to było?” Astronom uśmiechnął się. „Powinienem wcześniej na to wpaść. Oczywiście potrzebny był nam pełny obwód. Ten kawał kabla sterczący w naszą stronę miał duże znaczenie. Poczekaj chwilę. Wiem, że samo w sobie było to niewystarczające, ale jak powiedziałem, miało duże znaczenie.
Prawdziwie decydującym czynnikiem było to.” Wskazał ręką na port widokowy w ścianie sterówki. Pozostali spojrzeli za jego ręką, nic nie mówiąc. Przez przeźroczystą szybę wlewał się oślepiający, niebiesko-biały blask Słońca. Słońca znajdującego się na tyle blisko, że tworzyło widoczny dysk. Unosiło się ono w pobliżu zamglonej czerwonej bańki czerwonego giganta, od którego przed chwilą odlecieli. Snell spojrzał na ogłupiałe miny na trzech twarzach i ponownie się uśmiechnął. „Panowie, poznajcie VV Cefeusza, główny składnik układu, który właśnie opuściliśmy. To jest gwiazda, którą widać z Ziemi przez teleskop. Jej słabszy i lżejszy, ale dużo bardziej rozległy towarzysz zajmuje znaczną część przestrzeni między nimi, tak że jego powierzchnia jest stosunkowo blisko składnika głównego. Gwiazdy dalece jaśniejszej od Słońca klasy B, co oznacza mnóstwo, mnóstwo promieniowania ultrafioletowego.” Jeszcze raz lekko się uśmiechnął, kiedy do jego uszu dotarł gwizd zrozumienia Eldera.
„A to z kolei oznacza istnienie wysoce zjonizowanej warstwy w regionie atmosfery jej towarzysza położonym najbliżej składnika głównego. Są również inne podobne układy, Epsilon i Zeta Woźnicy, żeby wymienić jako przykład. Przyznaję, że rzeczywista gęstość jonów jest bardzo mała, ale w połączeniu z intensywnością lokalnego pola powodowanego przez wystający kabel wystarczyło to do uruchomienia tego wszystkiego, a opary wrzącego kabla niewątpliwie jeszcze pomogły. Czy to jest wystarczająco jasne?” „Nie” odparł Calloway. „Ten prąd przebiegał przez oba statki. Dlaczego nie usmażyło również i nas? Nie byliśmy lepiej chronieni niż oni.” „Nie przez oba statki. Przez ich statek oraz przez nasz kabel Fleminga, który jest nadprzewodnikiem. Ich kadłub miał znacznie większą oporność niż nasz kabel, a więc na ich statku prąd przechodził przez ludzi wszędzie, gdzie się dało. Ten facet w łóżku pewnie dotykał metalu tylko w jednym miejscu.
Pozostali kręcili się tu i tam i nawet jeśli w pierwszej chwili ich ciała nie zamknęły obwodu, jestem pewien, że żaden z nich nie zachował na tyle zimnej krwi, by nie ruszać się, kiedy zorientował się, że inni zginęli. Tak więc według mnie tak to się odbyło. Chcę lecieć z powrotem na Ziemię i zabrać nowy spektrograf. Niech to diabli. Całą robotę będę musiał zacząć od początku. Zapomniałem usunąć moje płyty z maszyny, kiedy ją uruchomiliśmy.”
[03:28:22] - Tak, proszę państwa, myślę, że dawka science fiction była godziwa. I cóż, proszę państwa, tak kończymy pierwszy odcinek AWF, Akademii Wszelkiej Fikcji w roku 2026. Kończymy, ale ja tradycyjnie zapraszam na odcinek, który pojawi się na antenie Radia Paranormalium już za tydzień, czyli kolejne wydanie AWF. A teraz życzę państwu wspaniałego weekendu. Życzę w ogóle wszystkiego dobrego i na najbliższe godziny dobrej nocy. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[03:29:04] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.