[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Za oknem zrobiło się trochę zimno i ciemno. Czas rozjaśnić i rozgrzać więc atmosferę kolejnym odcinkiem i kolejnym spotkaniem w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:38] - Dzień dobry wieczór państwu. Startujemy z kolejnym AWF-em. Tak, pogoda za oknem listopadowa. Czegóż by się spodziewać, skoro mamy listopad. Ale rzeczywiście na taką pogodę książka i film to najlepsze remedia. Tradycyjnie zaczynamy od polecanek. Pierwsza książka, którą chciałbym Państwu polecić nosi tytuł „Trup numer 5". Autorka Iwona Banach, wydawnictwo Bookend, a książka na rynku od 14 listopada. Pewien hrabia szczyci się swoim niezbyt prawdziwym zamkiem we Francji. Niestety to, co wyprawia się w lochach, spędza mu sen z powiek.
W miasteczku Trou de Tromblon panoszy się turecka mafia. Mało kto mówi po francusku, a po ulicach snują się przynoszące nieszczęście stare mamrotnice. Jest tajemniczo i wieje grozą. Bratanek hrabiego wraz z ekipą przyjaciół śpieszy na pomoc wujowi. Gdy dojeżdżają do zamku, na miejscu okazuje się, że hrabia został aresztowany za zabicie żony. Bratanek zrobi wszystko, by uwolnić go od zarzutów. Ale nie jest to proste, bo wokół wiele się dzieje, a dodatkowo seksualny eksperyment dwójki przyjaciół doprowadza w zamku do katastrofy budowlanej. Nie koniec jednak na tym. Jeszcze tego samego dnia odnalezione zostają kolejne zwłoki. Teraz podejrzani są już absolutnie wszyscy.
Czy francuska policja zdoła rozwikłać zagadkę? I co ma z tym wspólnego ziejące odorem, tajemnicze zejście do zaświatów? Przypomnę, ta książka, którą polecałem nosi tytuł „Trup numer 5". Autorka Iwona Banach, wydawnictwo Bookend. Data premiery 14 listopada. Kolejna książka nosi tytuł „Dusza pokryta bliznami” i jest to pewien rarytas, ponieważ autorem jest Robert M. Wegner i ta „Dusza pokryta bliznami” to jest seria. To jest kolejny tom opowieści z mikańskiego pogranicza, tom szósty. Wydawca? Wydawnictwo Powergraph, a więc ambitna fantastyka, ambitna fantasy.
Książka na rynku od 5 grudnia. Świat się zmienia. Bóstwa znów chodzą między śmiertelnikami, używając ludzi jako narzędzi w swych okrutnych walkach, odmieniając losy jednostek i imperiów. Słynny oddział górskiej straży Czerwone Szóstki zostaje oskarżony o zdradę i zesłany do zamku Langare. Tam w kamieniołomach kruszy się nie tylko skały, ale przede wszystkim dusze osadzonych. Imperium ma większe problemy niż los pojedynczego oddziału. Uroczyska w całym Mikanie plunęły dymem, popiołem i monstrami nie z tego świata. Powietrze i ziemia zostały skażone. Ludziom grozi klęska głodu. Imperator, zależnie od tego, w którą z plotek się wierzy, został ranny lub zginął w walce z potworami.
Świat się zmienia, a dla niektórych kończy. Opowieści z mikańskiego pogranicza to napisana z niezwykłym rozmachem seria o wojnach bogów i ludzi. Robert M. Wegner daje niesamowity popis twórczej wyobraźni, zachwycając jako architekt całego świata, ale też mistrz opowieści potrafiący poruszyć historiami o honorze, braterstwie, miłości, zdradzie i walce w obliczu niepojmowalnego zła. Przypomnę, to była polecanka książki „Dusza pokryta bliznami” Roberta M. Wegnera. Wydawnictwo Powergraph. Książka na rynku od 5 grudnia. I trzecia propozycja „Poza podejrzeniem”. Daniel Silva jest autorem.
Wydawnictwo Harper Collins Polska. Książka na rynku od 26 listopada. Kolejna znakomita powieść Daniela Silvy, który zyskał już miliony fanów na całym świecie i jest też niezwykle popularny w Polsce. Ciało młodej kobiety unosi się na wodach Laguny Weneckiej. Kiedy włoska policja nie jest w stanie ustalić jej tożsamości, proszą znanego konserwatora sztuki Gabriela Allona o wykonanie portretu sądowego jej twarzy. Jeden rzut oka na szkic wystarcza, by Gabriel- Przypomniał sobie, że niedawno ofiara siedziała obok niego w kawiarni na Campo dei Frari. Wkrótce okazuje się, że była to młoda, zdolna konserwatorka sztuki Penelope Radcliffe, która niedawno ukończyła praktykę w Muzeach Watykańskich. To miejsce, które Gabriel dobrze zna. W końcu restaurował kilka obrazów dla Watykanu. Co kryje się za śmiercią dziewczyny?
Jaką rolę w sprawie odgrywa Watykan? Daniel Silva, wielokrotnie nagradzany autor bestsellerów New York Timesa, ma w dorobku ponad 20 tytułów, między innymi „Zakon”, „Wiolonczelistkę”, „Portret nieznanej kobiety”, „Kolekcjonera” i „Śmierć w Kornwalii”. Sławę przyniosła mu długa seria thrillerów o szpiegu i konserwatorze sztuki Gabrielu Allonie. Książki Silvy stały się bestsellerami na całym świecie i zostały przetłumaczone na ponad 30 języków. A ja przypomnę „Poza podejrzeniem” to tytuł książki. Autor Daniel Silva, wydawnictwo Harper Collins Polska. Książka na rynku od 26 listopada. Proszę państwa, proszę państwa, to zgodnie z logiką wydarzeń, które dzieją się w AWF-ie, czas teraz na korepetycje filozoficzne. A dzisiaj filozof, który przez niektórych nie jest uważany za filozofa, a przez niektórych bywa namaszczony na twórcę pewnego sposobu pisania, pewnego gatunku pisania, który jest dzisiaj bardzo popularny. Ale o szczegółach za chwilę.
Wyobraźcie sobie państwo człowieka, który całe życie spędził w swojej wieży, który rozmawiał z książkami, z sobą samym i z kotem. Nie dlatego, że oszalał, tylko dlatego, że wreszcie znalazł kogoś, kto nie udaje, że wszystko wie. To właśnie Michel de Montaigne, XVI-wieczny francuski arystokrata, urzędnik, myśliciel i twórca czegoś, co dziś nazywamy esejem, a wymyślił go tylko po to, żeby zadać najważniejsze z filozoficznych pytań: co ja właściwie wiem? I dodajmy, nie udawał, że zna odpowiedź. Montaigne był jednym z tych filozofów, którzy nie potrzebowali ani systemu, ani szkoły, ani wzniosłych traktatów. Jego filozofia rodziła się między kielichem wina a rozmową z przyjacielem, między drzemką a czytaniem Seneki. On nie pisał manifestów, tylko próbował. Próbował, bo po francusku essayer, pewno niedobry mam akcent, ale essayer znaczy właśnie próbować. Każdy jego esej to intelektualny szkic. Czasem o wychowaniu, czasem o przyjaźni, czasem o bólu zęba.
Naprawdę. Bo Montaigne wierzył, że filozofia, jeśli ma być prawdziwa, musi dotyczyć życia codziennego, a nie jakichś tam abstrakcji. Kiedy więc inni filozofowie rysowali geometryczne konstrukcje myśli, Montaigne po prostu siadał i pisał mniej więcej tak: być może się mylę, a może nie. W każdym razie oto, co mi się wydaje. W ten sposób wymyślił coś, co dziś nazwalibyśmy filozofią niepewności, ale nie w sensie rozpaczy, tylko pogody ducha. Bo dla niego wątpienie nie było słabością, było oznaką mądrości. Mottem tego filozofa było pytanie: cóż ja wiem? I to nie była poza. To była dewiza całego jego życia. Montaigne nie ufał dogmatom, kaznodziejom, politykom.
Nie ufał też własnej pamięci. Wiedział, że człowiek to istota, która łatwo wierzy, trudniej rozumie, a najtrudniej przyznaje się do niewiedzy. A jednak Montaigne nie był mizantropem. Przeciwnie, był jednym z najbardziej ludzkich filozofów, jacy chodzili po tej planecie. Nie głosił surowych zasad moralnych, nie straszył piekłem, ale też nie obiecywał nieba. Uczył raczej łagodności wobec siebie i tolerancji wobec innych. To on powiedział, że nie ma nic głupszego, niż uważać własne poglądy za miarę prawdy. W czasach, gdy za herezję można było skończyć na stosie, to była odwaga. Odwaga większa niż niejeden czyn wojenny. Montaigne większość życia spędził w swojej rodzinnej posiadłości, w wieży, którą przerobił na prywatną bibliotekę.
Na belkach stropowych kazał wyryć cytaty z klasyków, by towarzyszyły mu w rozmyślaniach. Z tej wieży obserwował świat, który pogrążał się w chaosie. Chaosie religijnych wojen i fanatyzmu. I widząc, jak ludzie mordują się o doktryny, Montaigne pisał: lepiej być głupcem z natury niż Fanatykiem z przekonania. Jednym z jego najbardziej znanych esejów jest ten o kotach. Zastanawia się w nim: gdy bawię się z moim kotem, kto z nas bawi się z kim? I to nie jest żart. To błysk genialnej empatii. Montaigne był jednym z pierwszych myślicieli, którzy zasugerowali, że zwierzęta też mają świadomość i uczucia. Tak, w XVI wieku to zrobił.
Gdyby Montaigne żył dziś, pewnie byłby członkiem jakiegoś prozwierzęcego stowarzyszenia albo miałby podcast na YouTubie zatytułowany na przykład „Zwierzęta też myślą”. Montaigne nie wątpił po to, żeby niszczyć pewność innych, ale po to, żeby ratować rozum. Twierdził, że człowiek, który przyznaje się do niewiedzy, jest mniej niebezpieczny niż ten, który jest pewny wszystkiego. Dla niego sceptycyzm był higieną myślenia, jak mycie rąk przed jedzeniem lub po politycznej dyskusji. To dlatego jego eseje wciąż brzmią świeżo, bo uczą nas, jak żyć w świecie pełnym przesadnych opinii i naprawdę pustych przekonań. Zamiast moralizować, Montaigne pokazywał, że świadomość własnych ograniczeń to tak naprawdę pierwszy krok do mądrości. Nie szukał prawd absolutnych. Wystarczały mu te, które pozwalają rano wstać z łóżka i nie zwariować. Gdyby Montaigne miał konto na Twitterze, jego biogram brzmiałby zapewne w taki sposób: „Nie jestem pewien, ale chętnie słucham.” I to wystarczyłoby, żeby z miejsca został patronem zdrowego rozsądku w naszej epoce, w epoce fake newsów, w świecie, w którym wszyscy mają rację. Montaigne przypomina, że niepewność jest naprawdę formą odwagi, bo łatwiej wierzyć w cokolwiek, niż przyznać, że nie wiemy nic na pewno.
Montaigne nie zostawił po sobie szkoły, uczniów ani dogmatu. Zostawił coś lepszego – sposób myślenia, który pozwala żyć z uśmiechem w świecie, gdzie nikt nie ma monopolu na prawdę. Może dlatego jego książka „Próby” była inspiracją dla Pascala, Nietzschego, Emersona, a nawet jest motywacją dla współczesnych psychologów. A sam Montaigne? No cóż, można go sobie wyobrazić, jak siedzi przy stole, nalewa wino i mówi: „Nie wiem, co będzie jutro, ale dziś spróbujmy pomyśleć.” Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. No cóż, Montaigne ciekawy człowiek. U mnie na półce stoi trzytomowe wydanie jego „Prób” i od czasu do czasu tam zaglądam. Te eseje, które powstały wiele wieków temu, do dzisiaj uczą. Naprawdę do dzisiaj uczą. Proszę państwa, a teraz czas na odrobinę literatury.
Zapraszam państwa na opowiadanie „Starzy Marsjanie” Rocka Phillipsa. To jest opowiadanie czytane przez Marka Senka. Opowiadanie, które pochodzi z audycji „Antologia Bibliotekarium. Warsztaty” z wydania 77. Zapraszam.
[16:12] - Rock Phillips, „Starzy Marsjanie”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Człowiek w hełmie korkowym stał odwrócony do mnie tyłem. Zgarbiony krzyczał do dziewczyny w obiektywie swojej kamery filmowej: „Nie stój tam jak kołek, Dottie, rusz się, zrób coś. Cofnij się w stronę tej kolumny z inskrypcjami.” Dziewczyna była smukła, długonoga, o idealnych proporcjach ciała. Jej rysy twarzy i kolor skóry wskazywały na perfekcyjną norm mieszankę bez elementów atawistycznych. W tym momencie, próbując zastosować się do reżyserskich uwag człowieka z kamerą, wydawała się być jakby zdezorientowana i trochę wystraszona. Uśmiechnęła się sztucznie, odwróciła głowę, żeby popatrzeć na znajdujący się za jej plecami kawałek ściany. Wyciągnęła rękę i zaczęła wodzić palcem po linijkach niemal zatartej inskrypcji na powierzchni kamienia. Kamera przestała furkotać.
Jej właściciel wyprostował się i wyburczał: „To wszystko.” Teraz dziewczyna mogła wrócić do swoich własnych spraw. Szybko przebiegła wzrokiem tłum, ale nie znalazła osoby, której szukała. Zaczęła przesuwać się w stronę łukowatej bramy prowadzącej głębiej w ruiny. Poszedłem powoli za nią. Przeszła pod łukiem, zatrzymała się i odwróciła głowę w prawo z oczyma utkwionymi w coś, co z mojego miejsca było niewidoczne. Znalazła go, ale jednocześnie zobaczyła mnie i jej niepokój się pogłębił. Kiedy wycofała się w tłum, ja przespacerowałem obojętnie pod łukiem. Znajdował się tam trudny do zauważenia pasaż. Oczywiście już od pół miliona lat pozbawiony dachu. Zaś 20 stóp dalej, zapomniawszy o całym świecie poza tym, co znajdowało się bezpośrednio przed nim, kucał mój człowiek.
Jego wzrost oraz budowa ciała były nieco poniżej normy, ale to profil przyciągnął moją uwagę. Ewidentny atawizm. Atawizm wyraźnego rodzaju. Prawdę mówiąc, mógłby on służyć w podręcznikach jako model typu określanego jako brytyjski. Podobieństwo było subtelne. Było ono zauważalne tylko dla oka wykształconego w ich rozróżnianiu. Skupiłem się na całej jego postaci. Kiedy badawczo dotykające ziemi dłonie tego człowieka zatrzymywały się, jego łokcie miały zwyczaj wykonywania trzepoczących ruchów, co sprawiało dziwne, ptasie wrażenie. Dodajmy jeszcze pewien ślad niezgrabności w liniach chudego ciała, w przeciwieństwie do kociej gładkości i gracji norm mieszanki. Tak bardzo pasowało to do rysów jego twarzy, że mogło posłużyć jako dowód potwierdzający psychodiagnozę.
A ta wizę z ery sprzed 10 000 lat i dlatego, jak twierdzą podręczniki, skłonny do niestabilności umysłowej. Trudno się było dziwić, że dziewczyna, którą nazywano Dottie, roztaczała wokół siebie atmosferę wiecznego zmartwienia i niepokoju. Właśnie się wyłoniła z drugiej strony ruin i podeszła do mężczyzny. Wyczuł ją raczej niż zobaczył. Wstał i wyprostował się. Każdy fragment jego ciała promieniował entuzjazmem. „Dottie” – powiedział. – „Znalazłem to. Znalazłem dowód. Byłem już kiedyś w tym miejscu, tysiące lat temu, kiedy tutaj nie było jeszcze ruin.
Pamiętam to.” W sposobie zachowania dziewczyny widoczne było zmęczenie. „Proszę cię, Herb. Musisz o tym wszystkim zapomnieć. Za dużo mówisz.” Jego postać zesztywniała. „Nie martw się. Nikomu nie powiem, dopóki nie zdobędę dowodów, które przekonają nawet ich. Gdzieś tutaj musi leżeć coś zakopanego. Coś, co będę sobie w stanie przypomnieć. Zaczną kopać w miejscu, w którym skała była nietknięta od 5000 wieków i znajdą to, co powiedziałem, że tam jest.” Dottie pokręciła głową. „Nie, Herbe.
Gdyby to było na Ziemi, mogłabym ci nawet jakoś uwierzyć. Ale nie tutaj, na Marsie. Ci ludzie nie byli nawet humanoidami.” „Tak samo jak i ja” – ochryple wyszeptał Herbe. Westchnąłem z żalem. Wiedziałem zbyt wiele przypadków takich jak ten. Nauczyłem się traktować ich z szacunkiem. Ale to była praca, a człowiek musi włożyć coś do garnka. Przewodnik zaczął zaganiać turystów z powrotem do autobusu. Wmieszałem się w tłum, a kiedy Dottie i Herbe wsiedli do środka, udało mi się trzymać blisko nich. „Gdzieście wy poszli?” – zawołał człowiek w hełmie korkowym z fotela, na którym siedział.
– „Nie znikajcie mi nigdzie. Założyłem nową rolkę do kamery. W następnym miejscu chcę nagrać parę ujęć was razem.” „Dobrze, George.” – posłusznie odpowiedziała mu Dottie. Ona i Herbe musieli poszukać sobie oddzielnych siedzeń. Nie mogli ze sobą rozmawiać. Tak więc rozglądałem się tylko i przyglądałem całej trójce po kolei. Człowiek w korkowym kasku, George, był mieszanką normalną. Można było zupełnie nie przejmować się jego reakcjami, dopóki mógł poświęcać się swojej pasji. Autobus objechał wydzielony taśmami obszar w centrum starożytnego miasta. Była to część uznana za zbyt niebezpieczną z powodu zagrożenia zapadliskami i udał się w kierunku północnego krańca ruin do miejsca przypominającego starożytne cmentarzyska na Ziemi.
Jedyną poważniejszą różnicą było to, że tutaj pod równo rozmieszczonymi kamieniami nie odkryto żadnych szczątków. Istniały pewne wątpliwości, czy to na pewno był cmentarz, ale przewodnik obwieścił, że był. Jego słowa, kiedy autobus zatrzymał się, wywarły na Herbie wyraźny skutek. Znowu zaczął to swoje trzepotanie łokciami i obejrzał się na Dottie z triumfalnym uśmiechem na ustach. Szybko wstałem i przysunąłem się, żeby słyszeć, co będzie mówił. Protestował, kiedy George uparł się, aby zrobić kilka ujęć. Potem jednak dał spokój i zaczął współpracować tak, by jak najszybciej mieć to z głowy. W końcu George zatrzasnął wieczko kamery. Herbe wymamrotał do Dottie coś, czego nie usłyszałem i ruszyli zdecydowanie jedną z alei między rzędami kamieni, jakby kierowali się do jakiegoś określonego celu. Nie mogłem ich śledzić, gdy oddalili się od głównej grupy.
To byłoby zbyt oczywiste. Zamiast tego skręciłem więc w bok, mając nadzieję, że kiedy dojdą do celu, uda mi się coś wyczytać z ruchu ich warg. Odszedłem dosyć daleko od moich spacerowiczów. Wyciągnąłem mirroskop, wycelowałem go w tamtą stronę i powiodłem soczewkami obiektowymi, aż ustawiłem je na nich. Miałem szczęście. Stali odwróceni twarzą w moim kierunku. „To wcale nie jest cmentarz” – powiedział Herbe, wymownie gestykulując rękoma. – „To był parking, a przy tym kamieniu parkowałem moje sanie powietrzne. Pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj.” Nie sposób było nie podziwiać podświadomości tego człowieka. To był naprawdę wspaniały pomysł.
Eksperci by go nie poparli, ale prawdopodobnie nie udałoby im się dowieść, że myli się co do tego. Ale Dottie spierała się z nim. „Jak możesz udowodnić, że to był parking?” Jej oczy przebiegły po rozległym terenie usianym regularnie kamieniami. Z pewnością to miejsce nie wygląda specjalnie praktycznie jak na parking, a jednak dokładnie do tego służyło. Szkoda, że nie mam przy sobie żadnej łopaty. Zdaje się, że przypominam sobie, jak coś zakopałem koło mojego kamienia. Gdyby udało mi się to znaleźć, mógłbym udowodnić, że naprawdę pamiętam to miejsce. „Dlaczego nie dasz sobie z tym spokoju?” – błagała go Dottie. – „Przecież nawet gdyby to była prawda, to jakie miałoby to znaczenie dzisiaj?” „To miałoby znaczenie dla mnie. Przez cały czas od przylotu tutaj widzę same znajome rzeczy.
Za bardzo znajome, żeby można było mówić o zbiegu okoliczności. Nigdy wcześniej tak się nie czułem. Zawsze uznawałem reinkarnację za starożytny przesąd, tak samo jak wszyscy. Ale teraz już nie. Ja wiem. Żyłem tutaj, kiedy ta planeta była jeszcze młoda.” „Ale czy nie możesz po prostu zaakceptować tego uczucia i zostawić sprawę w spokoju?” – spytała Dottie. – „Obawiam się, co powiedzą o tobie ludzie, kiedy dowiedzą się, o czym rozmyślasz.” „Ha!” – parsknął Herb. – „Mam wrażenie, że do czasu, zanim odlecimy z Marsa, będę w stanie to wszystko udowodnić. Gdzieś w tym mieście jest coś, o istnieniu czego wiem tylko ja. To jest ukryte pod kamieniami, które nie były tknięte od czasu, kiedy pierwszy człowiek postawił nogę na tej planecie.
Nie jest dla mnie jeszcze do końca jasne co, ale będzie. Wtedy będą mnie musieli wysłuchać. Zaczną kopać i znajdą to, co powiedziałem, że tam jest. Poczekaj, to sama zobaczysz.” „Zamkną cię pod kluczem, kochanie” – przekonywała go Dottie. – „Nie uwierzą ci.” Przewodnik zwoływał wszystkich z powrotem do autobusu. Obserwowałem, jak Herb popatrzył groźnie na kamienny znacznik, który, jak uważał, kiedyś do niego należał. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, a potem odwrócił się tak, że nie widziałem jego ust. Z żalem schowałem mikroskop i poszedłem do autobusu. Wiedziałem, dokąd teraz pojedziemy i trochę się tym niepokoiłem. Herbowi i Dottie udało się usiąść razem, a mnie zająć miejsce bezpośrednio za nimi, z którego mogłem ich podsłuchiwać.
Ale oboje siedzieli w milczeniu. Autobus wyjechał ze starożytnego miasta, zmierzając przez pustynię w kierunku jednej z niewielu budowli na Marsie, które stawiły czoła niszczącemu upływowi czasu i nie zmieniły się w rozpadające się ruiny. Potężna kopuła z twardego betonu, wzmocnionego prętami z czystej miedzi, twardszej niż stal. Marsjanie wiedzieli o rzeczach, o których ziemska cywilizacja dowiedziała się dopiero około roku 3000 – że miedzi nie da się hartować, ale czysta miedź hartuje się sama z siebie w ciągu tysiąca lat. Ta ogromna kopuła podziurawiona była siecią korytarzy i pomieszczeń. Część z nich nie była otwarta dla turystów. Dla Herba będą one czymś naturalnym. Autobus zatrzymał się. Ludzie wysypali się na zewnątrz i z ciekawością spoglądali na powierzchnię kopuły. Szczególnie na miejsca, gdzie pręty zbrojeniowe wystawały spod betonu, błyszcząc jak zmatowiałe złoto.
Dwóch stałych strażników wyszło na zewnątrz, żeby zająć się wycieczką. Pochwyciłem spojrzenie jednego z nich i kiwnąłem głową w stronę Herba. Strażnik zrozumiał, o co mi chodzi. Przysunął się niby mimochodem do swojego partnera i wkrótce potem obaj mężczyźni wiedzieli już, że Herb ma być ściśle pilnowany. Poczułem się lepiej na myśl, że kilka innych osób wie o nim. Może lepiej byłoby od razu zamknąć go w areszcie, ale to oznaczałoby niepotrzebną scenę. Procedura zwiedzania przewidywała, że o wszystkim opowiada idący na czele grupy przewodnik, oprowadzając ją po wydzielonych liniami częściach kopuły, podczas gdy dwóch strażników idzie na końcu, upewniając się, żeby żadni maruderzy nie pozostali z tyłu. Pozwoliłem, by trzech, czterech ludzi weszło przede mnie, tak by Herb nie nabrał podejrzeń. Dottie trzymała się tuż przy nim, wyraźnie zmartwiona, a on był bardziej podekscytowany niż w którymkolwiek z poprzednich miejsc. Aż drżał z niecierpliwości, a jego oczy pieściły ściany kopuły gorączkowym spojrzeniem.
Jego wyraźne ożywienie nie uszło uwagi Dottie. Szczególnie kiedy parę razy wyszeptał jej coś do ucha. Przewodnik ruszył zwykłą drogą – prosto w głąb kopuły, zatrzymując się po drodze w pół tuzinie niewielkich pomieszczeń z rzeźbionymi ścianami, aby dojść do zespołu wind zainstalowanych dokładnie w samym jej środku. Następnie na górę, na dach i platformę obserwacyjną, z której można było oglądać całe mile pustyni i ruiny. Potem z powrotem w dół na drugi poziom, żeby przejść zygzakiem przez szereg kolejnych pomieszczeń i w końcu schodami na sam dół, do miejsca, w którym wycieczka się rozpoczęła. Trzymałem wzrok wbity w tył głowy Herba. W ten sposób wiele można zobaczyć. Na początku głowa kręciła mu się na wszystkie strony, pokazując, że był bardzo zainteresowany wycieczką. Czekałem na to charakterystyczne nagłe napięcie z głową skierowaną w jakiś określony punkt, które wskazywałoby na raptowne poruszenie się pamięci w umyśle mężczyzny. Kiedy nadeszło, niemalże je przegapiłem, ponieważ stało się to pomiędzy dwoma korytarzami, koło zupełnie pustej ściany.
Króciuteńka chwila bezruchu, a następnie Herb poszedł dalej, jak gdyby nigdy nic. Teraz jednak jego głowa przestała wykonywać te wywołane ciekawością obroty. Wyglądała jak głowa człowieka, który stracił całe swoje zainteresowanie, który na coś się zdecydował. Nie podobało mi się to i kiedy grupa ponownie wydostała się na zewnątrz, a Herb nie spróbował niczego zrobić, wiedziałem jaśniej i z większą pewnością niż cokolwiek innego w życiu, że zamierzał tutaj wrócić i to szybko. W toalecie, zanim wsiedliśmy do autobusu, napisałem pośpiesznie notatkę do strażników, żeby sprawdzili miejsce w połowie drogi między korytarzami 14 i 15 na pierwszym poziomie. Wsunąłem ją skrycie jednemu z nich, kiedy przechodziłem koło niego w drodze do autobusu. W trakcie wycieczki zwiedzaliśmy jeszcze cztery kolejne miejsca. Kiedy Herb w żadnym z nich nie okazał prawdziwego zainteresowania, potwierdziło to tylko fakt, którego i tak byłem pewny, że planował powrót do kopuły. Kiedy znaleźliśmy się z powrotem w hotelu Starożytne Miasto, głęboko odetchnąłem i wkrótce Herb oraz Dottie znaleźli się pod obserwacją wprawnych ludzi, ja zaś mogłem pójść do swojego pokoju. Kiedy się w nim znalazłem, zadzwoniłem do kopuły.
Właśnie przenosili w tamto miejsce zestaw rentgenowski, żeby przebadać ścianę i obiecali powiadomić mnie natychmiast, jak tylko skończą. Potem zadzwoniłem do CI i przekazałem swój raport. Ciągle jeszcze to robiłem, kiedy przerwała mi operatorka z centrali telefonicznej. „Pan Steve Merritt chciałby z panem rozmawiać” — oznajmiła rzeczowo. „Proszę połączyć w obwód trójstronny” — odparłem. Usłyszałem głos Steve'a. „Musiałem ci przerwać, Joe. Ten facet, Herb i jego żona właśnie opuścili hotel.” „CI też to słyszy” — poinformowałem go. „Czy powiedzieli coś, co mogłoby wskazywać, dokąd się wybierają?” „Najpierw na cmentarz. On buchnął parę noży i widelców, kiedy skończyli jeść obiad.
Może jako broń?” „Wątpię w to” — stwierdziłem. „Ale myślę, że czas już go zdjąć. On powinien znaleźć się pod kluczem.” „Chwileczkę” — powiedziało CI. „Joe, podpuść ich. Przyłącz się do nich i zagraj z nimi. Powiedz temu Herbowi, że przypadkowo go usłyszałeś i domyśliłeś się, co się dzieje. Pozyskaj jego zaufanie, jeśli ci się uda.” „To dosyć niebezpieczne” — zauważyłem. „Ten gość...” „To rozkaz” — poleciło CI. „Steve, ty zarzuć sieć tak, byśmy niezależnie od tego, co się wydarzy, mieli wszystko w środku.” I to był koniec dyskusji. Rozkaz.
Nadal jednak zupełnie mi się to nie podobało. Podszedłem do biurka i wyjąłem moją kompaktową broń paraliżującą. Potem z niechęcią odłożyłem ją z powrotem. Musiałem odegrać swoją rolę. Broń paraliżująca natychmiast zdemaskowałaby mnie jako agenta. Musiałem zaufać Steve'owi i innym, że zdołają powstrzymać zagrożenie. Na dole w holu spotkałem czekającego z niecierpliwością Steve'a. On również był zaniepokojony. „Co się dzieje z CI? Postępując w ten sposób bawią się z uzbrojoną bombą.” „Myślę, że wiem, o co im chodzi.
Chcą pozwolić mu zajść na tyle daleko, żebyśmy dowiedzieli się więcej o naturze niebezpieczeństwa. I mam tylko nadzieję, że nikt przy tym nie zginie. Powinni wcześniej zauważyć tego Herba i w ogóle nie pozwolić mu tutaj dotrzeć. Podejrzewam, że go wyłapali, ale pozwolili mu tu przylecieć, żeby przeprowadzić kolejny z tych swoich przeklętych eksperymentów. Nie chcą tego tak zostawić w spokoju.” Znaleźliśmy się już na zewnątrz. Jak okiem sięgnąć nie było widać nikogo. Słońce właśnie zaczynało zachodzić i w chwili, kiedy zniknie za horyzontem, zapadnie zupełnie czarna noc. Nawet jeśli na niebie będzie któryś z księżyców. „Będziemy wszystko obserwować na standardowym paśmie CI” — zapewnił mnie Steve. „W tej chwili są w świątyni.
Czekają, aż zrobi się ciemno.” — wyszczerzył zęby w uśmiechu. — „Powodzenia.” W jego głosie słychać było mieszankę szczerości, delikatnej kpiny i niepokoju. Dosyć łatwo znalazłem ich w ruinach świątyni i zdecydowałem się wybrać najprostszy kurs. Podszedłem prosto do nich. „Cześć” — oznajmiłem. „Tak myślałem, że was tutaj znajdę. Chcę się do was przyłączyć. Jestem zainteresowany.” „Co chcesz przez to powiedzieć?” Herb był podejrzliwy i zachowywał się wrogo. „Pamiętacie mnie przecież. Dzisiaj po południu byliśmy razem na wycieczce.
Przypadkowo słyszałem, o czym mówicie. Gdyby udało się udowodnić reinkarnację, to byłoby coś.” „Wierzysz w reinkarnację?” Zmarszczyłem brwi, jakbym starał się udzielić ostrożnej odpowiedzi. „Nie wiem.” Potem wykrzywiłem twarz w rozbrajającym uśmiechu. „Ponieważ wiara w nią jest pod względem prawnym klasyfikowana jako obłęd, to tak do zapisów nie.” To było niezłe stwierdzenie. Mogło implikować, że wierzę i Herb przyjął to jako prawdę. Zaakceptował mnie. Z Dottie sytuacja wyglądała inaczej. „Skąd wiesz, że to nie agent?” — spytała Herba z niepokojem. „Jeśli nim jestem, to mleko się już rozlało” — odparłem jej. „Ale czy wtedy bym go nie zamknął?” To ją uspokoiło, ale nadal nie satysfakcjonowało.
W każdym razie, jeśli możesz tutaj wykopać coś, co pamiętasz, że zakopałeś, dodatkowy świadek w niczym ci nie zaszkodzi. Po to przecież tutaj jesteś, co nie? Po dowód, który rozproszy ostatnie skrawki wątpliwości. „To prawda” – przyznał Herb. „No i możesz mi pomóc w kopaniu”. „No to w porządku” – powiedziałem. I rzeczywiście wszystko było ustalone. Przedstawiliśmy się sobie, a potem zapadliśmy w milczenie w oczekiwaniu na zachód słońca. Nie trwało to długo. Kiedy pokonywaliśmy drogę wzdłuż rzędu kamiennych znaczników, całe to miejsce, oświetlane niepewnym blaskiem wzbudzanym przez ultrafioletowe ołówkowe latarki, jeszcze bardziej niż zwykle wyglądało na cmentarz.
Herb szedł pewnie w jedno określone miejsce. Dottie trzymała się tuż koło niego, ciągle żywiąc lekkie podejrzenia w stosunku do mnie. Podążałem za nimi pół kroku z tyłu. W końcu Herb zatrzymał się koło jednego ze znaczników. „To tutaj” – delikatnie oznajmił. Rzuciłem okiem na znacznik, a następnie na Herba. To nie był ten, który podziwiam samotnie dzisiejszego popołudnia. Czy czegoś nie kombinował? Jeśli nie, to był naprawdę dobrym aktorem. Wyjął jeden z noży stołowych, przykucnął i zaczął rozgrzebywać ziemię, rozluźniając ją tak, by mógł odgarniać ją ręką.
Przypatrywałem mu się, jak kopie. Przez część czasu pomagałem mu. Nie znaleźliśmy niczego. Po rozsądnie długim czasie poświęconym na grzebanie w ziemi Herb wyprostował się z westchnieniem rezygnacji. „Chyba się pomyliłem” – przyznał. „Biedny Herbie” – zadrwiła Dottie. „Taa, biedny Herbie” – powiedział Herb, wyglądając na strasznie zmęczonego i pokonanego. – „Ale tak niestety jest. Joe, przepraszam, że rozbudziłem w tobie te wszystkie emocje wokół niczego. Chyba było tego zbyt wiele, aby można było czegokolwiek się spodziewać.” – zwrócił się do Dottie.
– „Skoro już tutaj jesteśmy, zróbmy sobie mały spacer, co?” To była chyba najbardziej oczywista wymówka, jaką w życiu słyszałem. Świetnie. Stanąłem wobec alternatywy zmycia się stąd albo jawnego oskarżenia go o kłamstwo. „Chyba równie dobrze mogę już wracać do hotelu” – odparłem radośnie. – „Do zobaczenia rano.” Ruszyłem z powrotem drogą, którą tutaj przyszliśmy, dopóki nie byłem pewny, że nie mogą mnie słyszeć ani widzieć w świetle swoich latarek ultrafioletowych. Potem odskoczyłem za kolejny znacznik i zacząłem czekać. Po kilku chwilach usłyszałem ostrożne kroki. „To ja, Joe” – powiedział Steve. „Dobrze” – szumnąłem. – „Co oni teraz robią?
Spławili mnie.” „Widziałem całe przedstawienie” – powiedział Steve. – „Gładko. Mamy teraz wkroczyć czy czekamy?” „Myślę, że jeszcze trochę pociągnę swoją rolę. Nie chcę, żeby CI myślało, że straciliśmy zęby.” „Okej” – stwierdził Steve. – „Następny pogrzeb, na który się wybierzemy, to może być nasz własny.” „Taa” – przyznałem. – „Może być.” Ruszyłem w ciemnościach, nie używając latarki ultrafioletowej, ale mając założone okulary wzmacniające tak, bym mógł zobaczyć latarkę Herba, gdybym znalazł się dostatecznie blisko. Dotarłem do miejsca, w którym kopaliśmy. Zawahałem się, a potem poszedłem dalej, w stronę punktu, którym Herb i Dottie byli tacy zaafrobowani dzisiejszego popołudnia. Oczami umysłu wiedziałem dokładnie, gdzie to jest. Wyciągnąłem przed siebie ręce, obmacując każdy kamienny znacznik mijany przeze mnie po drodze, przywierając do niego, kiedy go mijałem i prześlizgując się potem do następnego.
W tej całkowitej czerni były one moim jedynym kontaktem z rzeczywistością, a także myślałem. Myślałem o tym, co powiedział Herb, że był to parking dla sań powietrznych w czasach, kiedy to miasto żyło, na długo wcześniej, zanim na Ziemi pojawiły się pierwsze znane ślady człowieka. Prawdopodobnie miał co do tego rację. Analizy wykazały na górnej powierzchni części ze znaczników obecność miedzi i aluminium, co mogło być spowodowane wyłącznie przez jakieś metalowe obiekty ustawione przez dłuższy czas na ich wierzchołkach tak, by mogło dojść do wniknięcia cząsteczek i atomów metalu głęboko w powierzchniowe warstwy krystaliczne kamienia. Zastanawiałem się też, co on spodziewał się wykopać. Jeżeli miałby to być jakiegoś rodzaju broń, to najprawdopodobniej nie będzie ona działać po tak długim czasie. To niemożliwe. A co jeżeli jednak będzie? Parę rzeczy udało się zebrać razem na temat starożytnej cywilizacji marsjańskiej. Niewiele, ale na tyle dużo, żebyśmy mogli być pewni, że wiedzieli oni o kilku sprawach, których my nigdy nie odkryliśmy.
Byli mistrzami w tworzeniu maszyn nieposiadających części ruchomych. Urządzenia elektroniczne, które znaleźliśmy, pokazały, że wiedzieli znacznie więcej o VHF niż my. Rozumiałem teraz, jakimi celami kierowało się CI. Moglibyśmy nawet nie rozpoznać tego, czego szukał Herb. Lepiej będzie pozwolić mu, żeby sam to odnalazł i zabrać mu to, zanim będzie w stanie tego użyć. Jeżeli była to broń, a prawdopodobnie była to broń. Byłem całkiem pewien, że jego główny cel spoczywał ukryty w ścianie w kopule, a ta rzecz z cmentarza miała mu jedynie pomóc w realizacji tego celu. Moje myśli wróciły do otaczającego mnie świata. Znajdowałem się niecały tuzin stóp od miejsca, w którym powinni być Herb i Dottie. Zatrzymałem się.
Nie było śladu ultrafioletowego światła. Wstrzymałem oddech i zacząłem nasłuchiwać. I wkrótce usłyszałem cichutkie skrobanie noża o kamień. Żałowałem gorąco, że nie miałem standardowego noktowizora CIA, tak żebym mógł coś zobaczyć. Steve prawdopodobnie wiedział więcej niż ja o tym, co tam się dzieje. Liczyłem na to, że będę mógł obserwować Herba świecącego swoją ultrafioletową latarką, ale on pracował w ciemności. Ostrożnie podkradałem się do przodu cal po calu, z uszami nastawionymi na wychwycenie najlżejszego, dającego się rozpoznać dźwięku. Takiego jak pełne satysfakcji chrząknięcie, które powiadomiłoby mnie o znalezieniu przez niego tego, czego szukał. W głowie szydziło za mnie miliony myśli. Myśli o ostatnich odkryciach w dziedzinie częstotliwości dezintegracyjnych.
Myśli o tym, jak niewiele wiedzieliśmy o starożytnej cywilizacji marsjańskiej, ale też usiłowałem sobie wyobrazić, co mógł zrobić Herb. Powiedzmy, że znajdzie tę rzecz, którą usiłował wykopać. Mimowolnie chrząknie z triumfem. Dottie może zapomnieć o surowych napomnieniach, żeby zachować ciszę i coś powiedzieć. Niezależnie od tego, on powoli się wyprostuje, badając palcami to, co znalazł, przypominając sobie, do czego to służy i jak tego używać. Zajmie mu to parę sekund, zanim to coś zmieni się w jego rękach w broń. Sekund, które musiałem jak najlepiej wykorzystać i być na nie przygotowany. Och, to było to triumfalne chrząknięcie, na które czekałem. Nagły atak paniki skłonił mnie do odrzucenia tego najbardziej mglistego planu działania, jaki w ogóle miałem. Włączyłem swoją latarkę, zalewając ich dwoje ultrafioletowym światłem.
Jednocześnie powiedziałem: „Tak myślałem, że to spisek, żeby się mnie pozbyć”. Uratował mnie element zaskoczenia. Nieruchomy obraz zastany, pokazany przez ultrafioletowe światło, wrył mi się w pamięć na zawsze. W dłoni Herba spoczywał jakiś przedmiot. Dziwny przedmiot niewiadomego przeznaczenia. Brudny, a jednak o określonej formie. Spoczywał w jego dłoni jak broń i był wycelowany niemal prosto we mnie. Opuściłem trzymaną w ręku latarkę i rzuciłem się długim norem w kierunku jego stóp. Poczułem, jak trzeszczy powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą stałem. Kiedy moje ramiona otoczyły jego nogi, usłyszałem eksplodujący w pobliżu grom.
Trening ma jednak swoje zalety. W chwili, kiedy poczułem kontakt z Herbem, kontrolę nade mną przejęły wytrenowane odruchy. Szarpnąłem i przetoczyłem się ruchem skalkulowanym na rzucenie go na ziemię twarzą na dół. Cała sekwencja działań kończyła się chwytem od tyłu, ale jedynie część mojego umysłu była tym zaabsorbowana. Druga część była zmartwiała z przerażenia. W przybliżeniu pół akra cmentarza płonęło. Widziałem Steve'a w samym środku tego obszaru, gdy broń Herba wycelowana była w jego stronę. Przez tę krótką chwilę Steve'a utrzymywała w całości wyłącznie sama inercja materii, a potem rozpadł się na części, stopił i wyparował jednocześnie. Podobnie jak kamienne znaczniki i ziemia wokół niego. Szybko odsunąłem ten znaleziony przedmiot daleko od niego i zastanawiałem się, co robić dalej.
Tupot nóg przyniósł mi odpowiedź. Zbiegali się zewsząd pozostali agenci CIA. W kilka sekund później mieli Herba pod kontrolą. Dottie wykręcała palce i płakała. Co do mnie, trzymałem tę rzecz, bojąc się ją odłożyć i jednocześnie bojąc się trzymać ją dalej. Ale kiedy minęły kolejne sekundy, a ona nie wybuchła ponownie żadnym destrukcyjnym działaniem, zacząłem dopuszczać do siebie myśl, że może jeszcze trochę pożyję. Zniszczony obszar teraz zupełnie się stopił. Biło od niego gorąco, jak z otwartego pieca hutniczego. Ominęliśmy go i skierowaliśmy się w stronę drogi. Widoczne z oddali światła mówiły nam, że już zbliżały się tam samochody, aby nas zabrać.
Zobaczyłem, że Dottie się potknęła. Wziąłem ją pod rękę. Uniosła do góry wzrok. Poznała mnie w świetle bijącym od jasnego basenu bulgocącej lawy i próbowała się odsunąć. „Spokojnie” powiedziałem szorstko. „Jestem twoim przyjacielem. Być może jedynym przyjacielem, jakiego tutaj masz”. Jej spojrzenie mówiło, że mi nie wierzy, ale już się nie odsuwała. Szliśmy koło siebie i po chwili wydawało się, że zaczęła wydobywać się ze swego paraliżu umysłowego. „Herb miał rację” powiedziała cichym, zdziwionym głosem.
„On naprawdę to wszystko pamiętał”. „To czysty zbieg okoliczności” przerwałem jej ostro. „I nigdy nie pozwól sobie, żebyś myślała na ten temat inaczej. On oszalał. To znana forma obłędu. Zostanie wysłany do dobrego szpitala psychiatrycznego i za rok lub dwa wyjdzie stamtąd jak nowo narodzony. Zbieg okoliczności? — powtórzyła. Potem się zaśmiała. Był to rodzaj wesołości, który zmierzał szybko w kierunku histerycznej bezradności.
Wbiłem palce w jej ciało, aż ból przywrócił jej zdrowy rozsądek. Zbieg okoliczności — przytaknąłem. — I nic więcej. Mam za sobą 17 podobnych do tego przypadków. Jak inaczej mógłbym go zauważyć? Natychmiast rozpoznałem ten typ. Żaden z pozostałych nie znalazł rzeczy, które wykorzystywali do racjonalizacji w sobie przekonania, że pamiętają czasy, kiedy byli Marsjanami. W końcu któryś z nich musiał się na coś natknąć. To zbieg okoliczności. Nie, żadna tam mityczna pamięć poprzednich wcieleń.
Odwróciła głowę w moją stronę i obrzuciła mnie wzrokiem. Potwierdziłem ponuro. Tak, jestem agentem — przyznałem. Jeżdżę na wycieczki wyłącznie w jednym celu, aby wyszukiwać psychicznych i upewnić się, że nie wyrwą się spod kontroli. Byłabyś zdziwiona, ilu ich jest. Niektórzy z nich, jak twój mąż, prawdopodobnie nie wykazują żadnych oznak niestabilności, zanim nie przylecą tutaj. Na Marsie widzą wszędzie wokół siebie ślady cywilizacji, która istniała, zanim na Ziemię wyewoluował homo sapiens. I to wywołuje u nich wstrząs. Jeśli chcesz to lepiej zrozumieć, poczytaj sobie trochę książek medycznych. Prześladują ich irracjonalne prewspomnienia.
Patrzą na coś i poczucie, że już to się gdzieś widziało, kojarzy się z nowymi wrażeniami. Spoglądają za następny róg, znów coś wpada im w oko i rozbudowują w sobie przekonanie, że w świadomy sposób wiedzieli, co to będzie, jeszcze zanim spojrzeli za ten róg. Czułem, że robię z nią postępy. Chciałem tego. Musiałem to zrobić. Mówisz, że było wielu innych i oni nie znaleźli niczego? — spytała. Próbowała znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie, którego mogłaby się uchwycić. Musiałem jej coś takiego dać. Zgadza się — odparłem.
— A prawo wielkich liczb mówi, że kiedyś ktoś w końcu odkryje coś, co zostało przegapione. Zaczęła teraz powoli kiwać głową, przyjmując do wiadomości to, co jej powiedziałem. Brzmiało to bardzo przekonywająco. Znajdzie potwierdzenie tego w bardzo autorytatywnych książkach. Jeśli będzie chciała drążyć temat, powinna odkryć całe mnóstwo dowodów, prawdziwych dowodów, które to wszystko potwierdzą. To jest powszechna forma obłędu. Ważne było, żeby w to uwierzyła. Dotarliśmy do drogi. CI było przygotowane. Czekał na nas samochód, który miał ją zabrać z powrotem do hotelu.
Ambulans dla Herba, który był teraz bardzo uległy oraz trzeci samochód na mnie i mój cenny ładunek. Dziesięć minut później byłem już w piwnicach gmachu nauki, kładąc ten przedmiot na drewnianym stole bardzo delikatnie. Wydawał się solidnie zbudowany. Wszystkie części składowe jego konstrukcji zrobione były z różnych metali. Żaden z ludzi przyglądających się, jak go kładę, nie zwracał uwagi na niebezpieczeństwo w nim zawarte. Zbyt dobrze wiedzieli, jak kształt i rozmiary mogą oddziaływać na elektroniczne właściwości metalu. Zdawali sobie sprawę, że przedmiot ten raczej nie zawiera w sobie ani erga swojej własnej energii, ale prawdopodobnie uruchamia i kieruje wyzwalaniem kosmicznych energii ciągle jeszcze im nieznanych. Wpatrywali się w niego. Jeden z nich wyciągnął rękę, żeby go dotknąć, ale potem powoli odsunął palce. Widziałem, jak w ich głowach, za zasłoną poważnych oczu krystalizuje się decyzja.
Przedmiot ten razem z innymi obcymi i niezrozumiałymi maszynami zostanie zamknięty w betonowych schronach budynku położonego w głębi marsjańskiej pustyni, z dala od turystycznych szlaków przecinających tę martwą planetę. Pozostanie tam do czasu, kiedy wiedza ludzkości posunie się wystarczająco daleko, aby zrozumieć jego działanie. A co ze ścianą w kopule? — spytałem. Wygrodzili ją poza turystyczną trasę. Boją się tego ruszać. Przekonał pan jego żonę, że on oszalał? — spytał jeden z zespołu naukowców. Skinąłem głową. Użyłem tego samego starego podejścia.
Powiedziałem jej, że było już dziesiątki podobnych przypadków, zaś sama ich liczba powoduje, że w końcu któryś z nich coś musi znaleźć. Pokiwał głową, uśmiechając się szeroko niewesołym uśmiechem. Jak my kochamy łgać. Odwróciłem się. Czułem w ustach gorzki niesmak po tych wszystkich opowiedzianych przeze mnie kłamstwach, wszystkich tych nonsensach. Znałem bowiem także prawdę. Byłem jej równie pewien, jak wszystkiego innego. To oczywiście nie było żadne szaleństwo. Nie chodziło również o reinkarnację. Chociaż tak to wyglądało, ponieważ umysł ma zwyczaj brania w posiadanie jako swej integralnej części wszystkiego, co do niego wnika.
Prawda w tej sprawie wyglądała tak, że w jakiś niepojęty dla nas sposób Marsjanie ciągle byli pomiędzy nami. Nienawidzili nas i wiedzieli, jak wykorzystać przeciwko nam najsłabszych z nas. Starzy Marsjanie i ich wiedza naukowa. Rzuciłem po raz ostatni okiem na leżącą na stole broń, a potem wyszedłem z pomieszczenia i wspiąłem się schodami na pierwsze piętro. Przemierzyłem cichy, pusty hol, kierując się w stronę drzwi i wyszedłem na zewnątrz, w mroki nocy. Pozwoliłem swym oczom wędrować po ciemnościach pozbawionej życia marsjańskiej pustyni. Z wysiłkiem oderwałem od niej wzrok i skierowałem go na ciepło, ludzkie ciepło bijące z hotelu. Zacząłem iść w stronę tej odrobiny komfortu, a po drodze w głębi moich myśli unosiło się wieczne pytanie prześladujące nas wszystkich w CI: czy będziemy w stanie powstrzymywać Marsjan do czasu, aż zrozumiemy te wszystkie straszliwe maszyny, które zostawili nam jako śmiertelnie niebezpieczne dziedzictwo? Czy będziemy w stanie powstrzymywać Marsjan do czasu, aż zrozumiemy te wszystkie straszliwe maszyny, które zostawili nam jako śmiertelnie niebezpieczne dziedzictwo. Dzisiaj w nocy niemalże nam się to nie udało.
Myślałem również o Stevie. Koniec.
[57:12] - To teraz, proszę państwa, zapraszam na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy dla państwa film pod wiele obiecującym tytułem „Planeta B”. Czy te obietnice zostaną spełnione? To usłyszycie państwo w naszej rozmowie. Dzień dobry wieczór państwu. Kłania się Filmotekarium, ale jak się kłania Filmotekarium, to kłania się w dwóch osobach. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[57:46] - Dzień dobry wieczór. Witaj Marku, osobo pierwsza.
[57:50] - Jakby nie mówić, jesteś osobą drugą. Proponuję miks, więc niech osoba druga zacznie. Jak to strasznie brzmi. Jednak ta nowomowa współczesna chyba mi nie pasuje.
[58:03] - Tak, ale przynajmniej jest z formalnością, jak to się mówi. Dzisiaj omawiamy film pod tytułem „Planeta B” i niektórzy się zapytają, co was takiego skłoniło do wzięcia tego filmu na tapet. Przede wszystkim myślę, że tytuł dużo zrobił jako pierwsze wrażenie, przynajmniej na mnie, dlatego, że ten film obiecywał nam bardzo szerokie podejście do tematu. Myślałem, że będziemy mieli przedstawioną naprawdę kompleksową wizję nowej Ziemi. Jak to było – o tym za chwilę. A ten film to jest nowy film science fiction produkcji francuskiej. Dystopijna, chociaż nie w takim bardzo ekstremalnym stylu, wizja niedalekiej przyszłości za kilkanaście lat, w której się pojawia nie tylko totalitaryzm, ale też coś à la „Matrix”. I ten film generalnie w dalszej części dotyka kwestii bardziej egzystencjalnych aniżeli tych futurystycznych. I to jest poważny problem moim zdaniem, bo ja sobie obejrzeć chcę film o tym, jak będzie wyglądała Europa za kilkanaście lat, a tutaj te wszystkie kwestie związane ze śmiercią, egzystencją, piekłem, sprawiedliwością społeczną, czyli czymś, czym się bawi każdy umoralniający reżyser. I kiedy już usłyszycie takie słowa w recenzji, to powinna się zapalić czerwona lampka, że skoro jest film sci-fi i jest taki nacisk położony na te kwestie ważne społecznie, to coś już chyba jest nie za bardzo i to nie będzie się do końca nadawało do oglądania.
Nadawać się nadaje. Nie jest aż tak źle, bo omawiając inne produkcje sci-fi w tym sezonie Filmotekarium, te produkcje współczesne oczywiście, zauważyliśmy pewną rzecz: że one często podchodzą do tematów bardzo kompleksowych, na przykład wizja przyszłości, wizja jakiegoś porządku na Ziemi. Mieliśmy ostatnio taki film o świecie zdominowanym przez kobiety, omawialiśmy go i tam jest często taki problem widoczny, że brak środków albo oszczędność środków powoduje pewne problemy. Tutaj z tego trochę sprytnie wybrnięto. To znaczy mamy przedstawiony niewielki wycinek przyszłej rzeczywistości realnej i niewielki wycinek tej rzeczywistości alternatywnej. Ale to nie jest cała planeta B. I to jest taka trochę niezgodność produktu z opisem. Od czego się to wszystko zaczyna w tym filmie? Jest taka kobieta, która się nazywa Julia Bombard. Dość śmiesznie się nazywa i poznajemy ją w momencie, kiedy ona i jej towarzysz, żółtodziób-wywrotowiec, początkujący działacz jakiejś tam organizacji, zostają uwięzieni w budynku.
Ten budynek jest otoczony przez siły specjalne i rozpoczyna się walka, w czasie której ten młody zostaje ranny. Ona musi walczyć i w czasie potyczki rani, chyba śmiertelnie, jednego z żołnierzy. Oni oczywiście zostają pojmani i za jakiś czas się budzą w czymś, co na pozór wygląda jak luksusowy ośrodek gdzieś na Karaibach. Pensjonat na wyspie tropikalnej. Okazuje się, że są właśnie w czymś w rodzaju, nie wiem, jak to nazwać, domku
[01:01:25] - Każdy ma tam swój pokój, bo tam też są inni ludzie. Tylko że ta sielanka jest pozorna, bo nocami oni są poddawani torturom. To nie jest normalna rzeczywistość, to jest więzienie. Oni próbują uciec z tego miejsca. To możliwe nie jest, bo tam są niewidzialne bariery. Ale to jest tylko jedna płaszczyzna filmu, bo jest, Marku, też druga ukazująca losy pewnej imigrantki z Bliskiego Wschodu, której się kończy pozwolenie na pobyt i która potrzebuje hakera. Tymczasem haker jest w tej rzeczywistości. I w pewnym momencie losy tych osób ze świata realnego i z tego Matrixa przecinają się.
[01:02:01] - Tak, ten ośrodek karaibski czy też nie karaibski, ale ośrodek pozornie sielankowy to tak naprawdę jest wirtualne więzienie. Ale ja powiem tak: ten film jest skażony tym, że jest francuski, a ja mam nieprzeparte poczucie, że jak Francuzi robią filmy o przyszłości, to tam zaraz jest rewolucja. Oni się jakoś z tej końcówki XVIII wieku, właściwie przełomu XVIII i XIX wieku nie wyzwolili i cały czas u nich jest rewolucja. Właśnie jesteśmy w takim świecie, w którym taka pełzająca rewolucja się odbywa, bo są oczywiście sprawiedliwi, którzy walczą o równość, o społeczne poszanowanie, o klimat i o cholera wie co jeszcze. Walczą i walczą i ofiary się sypią, a władza jest potworna i jest taka represyjna i opresyjna i robi im kuku, a nawet bardzo im to kuku robi. I to się musi skończyć w jeden sposób. Zresztą on tak się kończy, bo rewolucja musi zwyciężać, bo taka jest logika dziejów. Trochę się czuję tak, jakbym jakieś dzieła Marksa w tej chwili cytował albo, nie daj Boże, Lenina. Jakoś tak to wygląda, że oni mają takie inklinacje w tym kierunku. To znaczy, jak się coś nie układa w życiu społecznym, to trzeba zrobić rozpierduchę i wtedy się zacznie układać.
Każdy ma taki przepis, jaki sobie ułoży. Ale wróćmy do filmu. To był moim zdaniem świetny pomysł na zrobienie świetnego filmu. Tymczasem albo zabrakło pieniędzy, albo zabrakło odwagi, albo zabrakło po prostu polotu scenarzystom, może reżyserowi do tego, żeby zrobić film naprawdę taki z przytupem. Tymczasem tutaj dostajemy taką historię, którą można obejrzeć. To aż tak nie boli obejrzenie tej historii, ale jednak wyjdziecie państwo z seansu, wyjdziecie państwo z tej historii z poczuciem niespełnienia, z poczuciem tego, że zostało coś zmarnowane i ewidentnie tu zostało zmarnowane. Te tortury, o których wspomniał Piotr, takie psychologiczne, ale one tam są. Przecież w pewnym momencie w tym wirtualnym więzieniu pojawia się facet bardzo zły, który strzela do tych ludzi i im zadaje rozmaite cierpienia. Bo tam w pewnym momencie się okaże, że do tego wirtualnego więzienia przenika ktoś, kto tam przeniknąć nie powinien. I jeszcze sobie pozwolę zdradzić, że tą osobą przenikającą do wirtualnego więzienia jest właśnie ta emigrantka, której się kończy pozwolenie, która tak naprawdę chce uciec do Kanady, ale tam jakiś kod QR i tak dalej.
To wszystko jest w takim techno bełkocie zrobione. Ten film nawet próbuje niuansować postacie, że one wcale nie są jednoznacznie dobre, bo nawet ci rewolucjoniści albo ci ludzie, którzy są powiązani z postępem, jak emigrantka przychodzi i się domaga pewnych swoich rzeczy, za które zapłaciła, to jedna z postaci mówi: "Ale nie mam już tych pieniędzy i co mi zrobisz? Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pani zrobi?" Bo pieniądze gdzieś sobie poszły. Są potrzebne tej emigrantce, ale tych pieniędzy nie ma. Usługi też nie ma. I co? I nic. I trzeba sobie jakoś radzić. Trafia zresztą do tego wirtualnego więzienia ta osoba przypadkowa, czyli nasza emigrantka w sposób dosyć przypadkowy. I to jest też słaby moment filmu, bo ona znajduje pewne gogle i ja tego nie kupuję.
To jest taka historia słabo umotywowana. Czy możliwe? Ktoś zapyta, czy coś takiego było możliwe. Oczywiście, że było. Tylko jeśli opieramy historię na czymś, co teoretycznie mogło się wydarzyć, ale jest kompletnie nieprawdopodobne, to ja nie wiem, czy taką historię warto oglądać, bo przypadki rozmaite w naszym życiu się zdarzają, ale to jeszcze nie powód, żeby opierać na nich historie, które oglądamy dla rozrywki. Poza tym, kiedy sobie patrzę na ten świat przedstawiony w filmie "Planeta B" i patrzę na ten opresyjny reżim, który walczy z dzielnymi rewolucjonistami, to ja wcale nie jestem pewien, czy ja jestem po stronie opresyjnego reżimu, czy po stronie tych rewolucjonistów. Ci rewolucjoniści budzą we mnie, odrazę to jest złe słowo, politowanie. Tak, to jest lepsze słowo. Politowanie, bo oni są zaangażowani, oczywiście zaangażowani w różne idee, ale przede wszystkim są beznadziejnie głupi. To, o co oni walczą, to jak oni walczą i pewna zaciętość w walce o to Czego nie mogą być pewni.
Nie mogą być tego pewni. Oni walczą, ponieważ są głęboko przekonani, głęboko zideologizowani. To jest znak naszych czasów. Tak wyglądają już nasze czasy. Nie trzeba sięgać w przyszłość. Nasze czasy też to charakteryzuje. Ludzie gotowi są podrzynać sobie nawzajem gardła w imię idei, których nikt nie sprawdził. Ktoś powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, tak jest” i już. I ludzie gotowi są robić rzeczy straszne właśnie w imię tego głębokiego zapewnienia. To jest świat, który jeśliby odczytać go tak na chłodno, to on straszy.
On mnie przestraszył, ten świat. Jeśli zmierzamy ku czemuś takiemu, to ja jestem przerażony. I nie z powodu opresyjnego reżimu, a w każdym razie nie tylko, tylko z powodu ludzi, którzy nas spod jarzma tego opresyjnego reżimu będą starali się wyzwolić. Bo ja wcale nie jestem pewien, czy nie powtórzy się historia z rewolucji październikowej, czyli najpierw wyzwalamy lud spod jarzma kapitalistów, czy też feudałów, a później tak dowalimy temu ludowi, że się nie pozbiera. Trochę mam takie wrażenie, że ci nowocześni rewolucjoniści przedstawieni w filmie „Planeta B” to jest materiał na bardzo okrutnych, chciałem powiedzieć enkawudzistów, ale powiem rewolucjonistów.
[01:09:07] - W tym filmie mamy rok 2039. Widzimy świat totalitarny, chyba, gdzie żandarmami są drony, a na przeciwników systemu się urządza polowanie. Tylko powiem ci, że okej, jak się chce pokazać jakieś duszne środowisko rewolucjonistów, to może tak trochę coś więcej, bo tak to otrzymujemy pochwałę rewolty, w sumie nawet nie wiadomo przeciwko czemu. A jeżeli ta rewolta jest skierowana przeciwko tym, którzy działają dlatego, że na świecie jest lekkie dziadostwo po prostu, to kto ma tam rację? Tego już nam ten film nie pokazuje. To jest moim zdaniem złe. Widzimy też w tym filmie półświatek, którego przedstawiciele próbują oszukać system. Jak ta pani afrykańska jedna pokazująca, że ona handluje chipami czy czymś tam, jakimiś kodami, ale zachabrusiła pieniądze i nie ma. Pytanie, które się pojawia po obejrzeniu nawet połowy tego filmu brzmi: czy to, co jest pokazane w „Planecie B” jakoś nami wstrząsa, jeżeli chodzi o wizję przyszłości? Bo wydaje mi się, że to jest prawdopodobnie najtrudniejsza część dla twórców filmów i też dla autorów scenariuszy, pokazać tą rzeczywistość w sposób jakiś taki rzeczywisty nomen omen, czyli żebyśmy my znaleźli w niej takie elementy, które by nas przeraziły, bo one są tak potwornie realne, że to się może wydarzyć.
Ja nie miałem takiego wrażenia oglądając ten film, że to jest coś, co nas czeka. Tam były tylko takie pewne elementy, których możemy się spodziewać, a tak naprawdę cała reszta to jakiś potworny bajzel. Nie wczuwamy się w ten film. To jest problem. Nie powiemy sobie: „O kurczaczek, tak będzie wyglądała Francja za 15 lat”. Nie, nie do końca. Trochę to jest wszystko przedstawione schematycznie, przewidywalnie. Czyli są buntownicy, jest zły system, ale miałem wrażenie, że nie jesteśmy dostatecznie wprowadzeni w te realia mające dotyczyć przecież czasów nieodległych. Druga rzecz to jest to cyfrowe więzienie, taki piekielny matrix. Czy to wciąga?
Wciąga ofiary, wiadomo. Ale czy to jakoś tak strasznie porusza? Nie bardzo. W tym filmie, na tej rajskiej wyspie, w tym pensjonacie będącym więzieniem dzieje się to samo, co się dzieje w wielu filmach typu „The Cube” czy na przykład „Platforma”. Czyli mamy ludzi osadzonych w jakiejś strukturze futurystycznej, którzy się próbują z tego wydostać. I oni tam przeżywają różne osobiste dramaty, próbując wspólnie rozwiązać zagadkę. A że tych ludzi jest dużo, to sytuacja się robi zawiła, momentami dramatyczna. Ale jakoś tak powiem ci, że szczerze mało mnie obchodził los tych bohaterów. To jest tak, jakbyś oglądał połączenie „The Cube” i „Big Brothera”. Twórczyni filmu w ogóle, bo to jest pani, która nie miała wiele wspólnego z science fiction, mówi nam, że odnosimy takie wrażenie, że to, co robią ci buntownicy, to jest jakoś społecznie bardzo ważne.
Ale dlaczego to ma być ważne? Co tam takiego jest w tym, że to ma być ważne, poza tym, że się buntują i próbują oszwabić system? Więc to jest taki trochę zaangażowany lewicowo poprawny z takiego punktu widzenia film science fiction. Przy czym „Planeta B” to jest zła nazwa dla tego filmu. Zła nazwa. Ja miałem wrażenie, że zobaczymy właśnie planetę B, rzeczywistość Europy upadłej albo współupadłej, gdzie po prostu ganiają się ludzie różnego rodzaju i drony za nimi latają i mamy różne organizacje. Tutaj musiałem oczywiście nie wypowiadać słów, które mogłyby zostać uznane przez algorytm za niemile widziane, ale wiecie, o co chodzi. I zamiast tej wizji otrzymujemy kilka scen z dronami, które latają i kilka scen ze smutnymi panami plus bandę rewolucjonistów. Nie, nie tak sobie to wyobrażałem. Tytuł mnie trochę zwiódł.
Poniekąd chyba dlatego o tym filmie dzisiaj mówimy. Mieliśmy życzenie bardziej kompleksowego świata przedstawionego, a otrzymujemy coś zupełnie innego. Niezgodność produktu z opisem duża. Nie jest to też jednak film najgorszy, trzeba powiedzieć, na tle wielu innych science fictionów, które żeśmy omawiali w ciągu ostatniego roku. Ale on też nie wnosi do moich wyobrażeń najbliższej przyszłości absolutnie nic nowego. W skali zero pięć ja mu jednak daję około dwóch, może trochę więcej, ale na pewno nie polecałbym go na wieczór w miły dzień, na przykład w weekend. To nie jest coś, czym warto się katować z pełną świadomością, tak powiem.
[01:14:09] - A ja powiem coś jeszcze. Ja z tego seansu wyszedłem mocno zawiedziony. Planeta B, mówiłeś o tym, to jest obietnica czegoś, czego nie ma w tym filmie, ale dobre nawiązanie do tego, że nie mamy planety B i zginiemy wszyscy, jeśli się nie opamiętamy. Znacie państwo dobrze tę narrację. Jeśli ją podzielacie, to jest wasza sprawa. Jeśli jej nie podzielacie, to tym bardziej się śmiejecie z tego. Więc tak, to jest takie nawiązanie i jednocześnie podłącza nam tych rewolucjonistów. O co oni walczą? Walczą o słuszną sprawę, bo rewolucjoniści zawsze walczą o słuszną sprawę. Znowu kpię, ale to troszeczkę tak z poetyki tego filmu wynika.
Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że zmarnowano duży potencjał, bo tak naprawdę w tym filmie trzeba się było zająć problemem wirtualnego więzienia, bo tak naprawdę, jeśliby to odpowiednio przedstawić, jeśliby nadać temu odpowiedni dramatyzm, to to mógłby być świetny film. Bo przecież takie wirtualne więzienie, które niczym nie różni się, teoretycznie przynajmniej, od rzeczywistości, jest rzeczą straszną. Może być rzeczą straszną, może być rzeczą sielankową wręcz, więc warto pokazać, dlaczego może być rzeczą straszną. Powiem, że najbardziej rozwalił mnie sposób zajęcia bazy, w której ci pojmani, którzy są przeniesieni do wirtualnego więzienia, ich ciała muszą być gdzieś przechowywane, jest pewna wojskowa baza i sposób, w jaki ona zostaje, oczywiście zdobyta przez siły rewolucyjne, po prostu mnie rozwalił. Naprawdę wiara w to, że bardzo opresyjne i bardzo poważne państwo, które trzyma za mordę, za przeproszeniem, wszystkich obywateli i walczy z rewolucją pełzającą, że takie państwo da się tak zrobić w konia, jak to przedstawiono na tym filmie, to nie wiem. To jest wersja bajki dla małego Stasia albo Józia, albo Marysi, a dorośli ludzie w takie historie wierzą w sposób umiarkowany. To i tak jestem delikatny w tej chwili. Wrócę do tego wątku, który najbardziej chciałbym podkreślić. Czego mi najbardziej brak? Przecież z tego wirtualnego więzienia dałoby się zrobić, nie wiem, czy epicki film, może nie, ale dałoby się zrobić film, który by ciągnął.
Trzeba by tam oczywiście pewnych modyfikacji, a co byście państwo powiedzieli, gdyby na przykład więźniowie takiego wirtualnego więzienia w pewnym momencie odmówili powrotu do rzeczywistości? Odmówili dlatego, że w tym wirtualnym więzieniu byłoby lepiej, fajniej, atrakcyjniej niż w rzeczywistości rewolucyjnej. To jest tylko jeden z pomysłów, który rzucam tak sobie. Jeśli państwo obejrzycie film, to wymyślicie kilka innych jeszcze rozwiązań, ale chociażby coś takiego niejednoznacznego, że tu więzienie wirtualne, strasznie będzie. A tymczasem więźniowie odmawiają powrotu, chcą zostać, bo im tam jest fajniej. I tak dalej. Piotr mówił o dwójce na pięć. Z litości się nie wypowiem. Ja jednak nie chciałbym powtórki tego seansu i ja to oceniam tak delikatnie powiem, że niżej niż Piotr, bo ja po prostu nie lubię, jak ktoś buduje dystopijną rzeczywistość na bazie haseł. A to są hasła.
Mamy po prostu hasło: jest źle, jest opresyjny system i są dzielni młodzi ludzie, którzy walczą z tym systemem. Super, ale podbudowy do tego żadnej, uzasadnienia żadnego, poza tym, że państwo jest złe i w ogóle, i w szczególe, i tak dalej. Ja to nawet chętnie przyjmuję. Okej, ja nawet jestem gotowy zgodzić się, że państwo może być złe. Tylko chciałbym troszeczkę szczegółów poznać, a tymczasem tu w sposób niemal maniakalny unika się szczegółów. Są dzielni rewolucjoniści, bo podkreślam, nabijając się oczywiście, że rewolucjoniści zawsze są dzielni i zawsze są nie tylko dzielni, ale są też w prawie, mają rację, bo rewolucjonista zawsze ma rację, a opresyjny system po to jest opresyjny, żeby nie miał racji. To jest poetyka, która nie tylko wyprowadza mnie z równowagi, ale nie kupuję tej poetyki. To jest wszystko zbyt proste. A zatem nie namawiam państwa do seansu pod tytułem "Planeta B". Proszę państwa, teraz zapraszam na polecanki z pogranicza.
Kolejne tytuły, które można nabyć w księgarni Galerii Nieznanego Świata. Kolejne tytuły, które dostaniecie państwo zarówno fizycznie, kiedy udacie się na ulicę Kredytową w Warszawie. A jeśli preferujecie zakupy via internet, to wbijcie państwo w odpowiednie okienko adres Nieznany.pl i wtedy księgarnia internetowa stanie przed wami otworem. Zacznijmy zatem polecanki. Pierwszy tytuł: „Wezwanie do mocy. Nauki Wielkich Matek”. Autor, a właściwie autorka Sharon McErlain. Wydawca: wydawnictwo Indigobook. Data wydania: 2025 rok. Bliższych danych nie ma.
Grupa starszych kobiet, które nazywają siebie Wielką Radą Matek, ukazała się autorce, gdy wyprowadzała psa na spacer. Te mądre kobiety, które reprezentują wszystkie kultury i rasy ludzkości, ujawniły swoją misję. Ziemia bardzo ucierpiała z powodu nadmiaru yang i niedoboru yin. Musimy to naprawić. Obecne rozpaczliwe czasy potrzebują zmiany. Podczas gdy ludzie stoją na skraju przepaści, a wiatry zmian wieją nam w plecy, wszechświat rzuca nam koło ratunkowe. Pomoc nadeszła w postaci mądrych staruszek Wielkiej Rady Matek. Obecna nierównowaga energii na Ziemi zagraża wszelkiemu życiu — oświadczają matki. Czas powrócić do równowagi, a w tym celu kobiety muszą przewodzić. Kobiety muszą zostać wzmocnione.
Dlatego przybywamy. Matki pojawiły się w tym kluczowym momencie, aby obudzić obecność głębokiej kobiecości, przywrócić harmonię mężczyznom i kobietom oraz całemu życiu. „Wezwanie do mocy” to opowieść o spotkaniach autorki z tymi mądrymi kobietami i potężnym, ważnym przesłaniu, które ze sobą niosą. Nadszedł czas, aby świat powrócił do bycia zaopiekowanym, do miłości i poczucia bezpieczeństwa płynących od matki. Podboje i agresja zostały doprowadzone tak daleko, jak to tylko możliwe, bez zagłady całego życia — powiedziały matki. Energia musi teraz zwrócić się w kierunku ochrony życia, w kierunku współczucia i zrozumienia, w kierunku budowania mądrości, a nie gromadzenia wiedzy. To, proszę państwa, była polecanka dotycząca tytułu „Wezwanie do mocy. Nauki Wielkich Matek”. Autorka Sharon McErlain, wydawca: wydawnictwo Indigobook. Data wydania: rok 2025.
Kolejna książka nosi tytuł „Astrologia karmiczna”. Autorką jest Lisa Wagner. Wydawca: wydawnictwo Illuminatio. Data premiery: 29 października 2025 roku. Co łączy karmę z astrologią? Odkryj odczyt swojego horoskopu urodzeniowego przez pryzmat poprzednich wcieleń. Czas i miejsce, w którym się urodziłeś, definiują twój horoskop. Wskazują ścieżkę reinkarnacji duszy w odniesieniu do obecnego wcielenia, życiowy cel, a także to, co zgodziłeś się zrobić w zamian za możliwość pojawienia się na świecie. Z książką „Astrologia karmiczna. Odkryj ścieżkę reinkarnacji duszy i poznaj sens horoskopu urodzeniowego” poznasz holistyczne ujęcie astrologii od podstaw do duchowej głębi, karmiczne przeznaczenie i cel duszy.
Zrozumiesz, dlaczego urodziłeś się z określonym horoskopem i jakie lekcje przynosi twoje życie. Praktyczne narzędzia do samopoznania i pracy z horoskopem, istotę numerologii w kwestii zrozumienia węzłów karmicznych. Lisa Wagner, profesjonalistka, astrolożka z 40-letnim doświadczeniem będzie twoją przewodniczką w drodze do zrozumienia aspektów horoskopu urodzeniowego oraz karmy. Dzięki niej lepiej zrozumiesz siebie i ludzi wokół. Wzmocnisz intuicję i dowiesz się, jak wykorzystać swój kosmogram w kontekście poprzednich wcieleń. Książka, którą trzymasz w rękach, to zarówno teoria, jak i praktyka, która nie przytłoczy początkujących, ale również będzie wartościowa dla profesjonalistów. Zrozum astrologię karmiczną krok po kroku i odkryj sens swojej egzystencji. A ja przypomnę, mówiłem o książce „Astrologia karmiczna” Lisy Wagner, wydawca: wydawnictwo Illuminatio, a data premiery to 29 października 2025 roku. Proszę państwa, zanim powiem o trzecim tytule, taka krótka refleksja. W tej części audycji w „Polecankach z pogranicza” często pojawiają się książki, szukam słowa, egzotyczne.
Chociażby ta dzisiejsza o mądrych matkach. Taka już specyfika „Książek z pogranicza”, że tam pojawiają się czasami idee, które niektórych zadziwiają. Ale ta książka, o której będę mówił za chwilę, wydaje mi się szczególnie egzotyczna. A ta książka nosi tytuł Księga Czarostwa Bucklanda. Autor: Raymond Buckland. Wydawnictwo Illuminatio. Książka na rynku od 29 października 2025 roku. Wielka Niebieska Księga. Klasyka czarostwa w nowym wydaniu. To kultowy podręcznik czarostwa, o którym praktycy zwykli mówić „Wielka Niebieska" ze względu na niebieską okładkę lub pieszczotliwie „Wielka Niebieska wujcia Buckiego".
Od dziesięcioleci inspiruje czarownice, pomagając im zaangażować się w magiczną praktykę, tworzyć zaklęcia, własne narzędzia rytualne oraz inne artefakty niezbędne w pracowni każdej wiedźmy. Napisana w latach 80. XX wieku prezentuje całokształt czarowniczej wizji świata oraz metody praktykowania czarostwa. Pod względem kompletności i wpływu na tradycję współczesnych czarownic nie dorównała jej jak dotąd żadna inna książka. Jej autor, Raymond Buckland, był brytyjskim pisarzem i okultystą. Przez 60 lat swojej magicznej i popularyzatorskiej działalności opublikował kilkadziesiąt książek, które przetłumaczono na 17 języków. Pełnił funkcję kierownika technicznego na planach filmowych, gdzie pracował z Orsonem Wellesem, Vincentem Price'em, Johnem Carradinem i reżyserem „Egzorcysty” Williamem Friedkinem. Prowadził wykłady w szkołach i na uniwersytetach. Przysłużył się środowisku współczesnych czarownic, tworząc i opisując podwaliny praktyki wiccańskiej. Jego książki o czarostwie przeszły do historii jako absolutne klasyki gatunku.
Uznawana za jedną z najważniejszych i najczęściej polecanych książek o Wicca i współczesnej magii publikacja Bucklanda to kompletny kurs krok po kroku wprowadzający czytelnika w tematykę czarostwa. Od podstawowych rytuałów, przez pracę z energią, aż po obchodzenie sabatów i zaawansowane praktyki. Znajdziesz w niej między innymi zarys historii i filozofii czarostwa, podstawy zielarstwa i uzdrawiania, rytuały sabatów i esbatów, wprowadzenie do wróżbiarstwa i channelingu, pytania kontrolne na końcu każdego rozdziału. Idealne do nauki i dokumentowania własnej magicznej ścieżki. To książka dla każdego, kto potrzebuje szczegółowej wiedzy o praktyce współczesnego czarostwa. Zachwyci początkującą i zaawansowaną czarownicę, wiccanina, a także każdego, kto interesuje się magią, duchowością i historią magicznych tradycji. Doskonała pozycja dla okultysty, historyka, a także kulturoznawcy i religioznawcy. Tak, proszę państwa, ale ja mówiłem, że to niezwykle egzotyczna książka. Przypomnę tytuł: „Księga Czarostwa Bucklanda”. Autor: Raymond Buckland.
Wydawnictwo Illuminatio, a książka na rynku od 29 października 2025 roku. A teraz, proszę państwa, zapraszam na sentymentalnik. Artur Wójtowicz, Piotr Cielebiaś i moja nie do końca skromna osoba. My porozmawiamy dzisiaj o Muminkach. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:29:57] - Dzień dobry wieczór, Marku. Dzisiaj, drodzy państwo, o zgrozo, Muminki, czyli najlepszy horror mojego dzieciństwa.
[01:30:06] - O tak! I teraz będzie opowieść zgryzika, czyli mnie. Otóż w odległych latach 70. XX wieku i gdzieś tak w okolicy roku 1974 przez przypadek wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki jakąś tam książkę owiniętą w szary papier, bo wtedy książki w szkolnej bibliotece w taki szary papier były oprawiane. Pożyczyłem, a takie pożyczenie w mojej bibliotece szkolnej to było zobowiązanie, bo pani w bibliotece przepytywała, jak się oddawało książkę, co się przeczytało. To miało oczywiście swoje takie bardzo racjonalne uzasadnienie, ponieważ jak ktoś wypożyczał dużo książek, to później mógł dostać nagrodę na koniec roku, że dużo książek przeczytał. Ale żeby to jakoś weryfikować, bo wiecie państwo, pomysły są różne, można wypożyczać dużo książek i po prostu po jakimś czasie je przynosić, to pani bibliotekarka weryfikowała właśnie przepytując. Ja pożyczyłem jakąś taką książkę, już nie pamiętam jej tytułu. Nie zdradzę, nie będę specjalnie oryginalny, kiedy powiem, że to były „Muminki”, któryś z tomów. Wróciłem do domu i zacząłem czytać.
I wierzcie mi państwo, kiedy tam na początku pojawia się Włóczykij i on gdzieś tam idzie przez las i zbliża się do doliny, tak jakbym został wrzucony w inny świat. Ten Włóczykij coś tam sobie myśli, jakieś tam ma refleksje. Wow, o co chodzi? Tak się książki nie zaczynały, bo ja byłem wtedy jednak dzieciakiem i sposób pisania dla dzieciaków, przynajmniej ten, który do tej pory odbierałem, był zupełnie inny. A tu mnie wrzucają w środek historii, której w ogóle nie rozumiem. O co chodzi? Kto to jest ten facet, ten Włóczykij? O co biega? Później się jakieś dziwne stwory pojawiają. Te Muminki.
Ale o co chodzi? Czytałem tę książkę, zobowiązanie przepytania było poważne, więc musiałem to przeczytać. Gdzieś tak w połowie książki doszedłem do wniosku, że chcę więcej. Byłem później takim dosyć nałogowym wypożyczaczem Muminków, kolejnych części. Dowiedziałem się, że to się cieszy ogromnym powodzeniem. Nie było wcale tak łatwo dostać jakiś tom kolejny. Zatem przypadek. Po prostu gdzieś mi się trafiła ta książka, która być może nie powinna mi się w ogóle trafić, bo ona była mocno obstawiona i wszyscy Muminki wypożyczali i przez przypadek dostałem się do tego świata. I zwariowałem. Młody człowiek też może zwariować.
Później śledziłem. To się ukazało, a to się ukazało, a gdzieś tam ponoć właśnie się coś ukazuje. To był, proszę państwa, świat, o którym się rozmawiało. A jakie się miało powodzenie wśród takich bardzo wczesnonastoletnich dziewczyn, jak się zaczęło z nimi o Muminkach rozmawiać? Wow! Proszę państwa, Muminki to był klucz do takiego wczesnonastoletniego podrywu. O Muminkach? Proszę bardzo, jak najbardziej. Ale nie tylko o Muminkach. Tam był cały szereg postaci, które do dzisiaj są kultowe.
Piotr mówił o horrorze. Pewno myślał o postaci, która nosi ksywkę Buka. Ale te postacie w ogóle były takie charakterne. Mała Mi. Mam taką znajomą do dzisiaj, która pomimo swojego wieku w dalszym ciągu zachowuje się jak Mała Mi. I to czasami bywa zabawne, a czasami zupełnie nie. To była jedna z tych książek, które moje wczesne dzieciństwo kształtowały.
[01:34:30] - Akurat nie miałem na myśli Buki, bo do Buki miałem pozytywny stosunek z tego powodu, że jej się wszyscy bali w tej dolinie lekko popieprzonej i ona ich tam w karbach trochę trzymała. Także dobrze, Buko, robisz. Poza tym była jakaś taka swojska, pozytywna według mnie. Ja się bałem innych stworzeń z tej doliny. Nie tyle, że się ich bałem z wyglądu, tylko z zachowania. One mnie napawały przerażeniem z różnych powodów. Tylko że ja byłem z tego pokolenia, które chyba najpierw się zderzyło z serialem animowanym. Najpierw tym produkcji polskiej, właściwie polsko-NRD-owsko-austriackiej, a potem z tym japońsko-europejskim. Ten był najbardziej popularny jednak w Polsce, pomimo tego, że mieliśmy swoje Muminki, to chyba w tym moim pokoleniu lat 90. te japońskie Muminki, ten serial zawładnął tym uniwersum, że tak powiem.
Ale ta polska wersja kukiełkowa, moim zdaniem trochę lżej strawna, mniej psychodeliczna, też jest ważna i ona jest doceniana za granicą, muszę powiedzieć. Same zaś Muminki, o czym Marek powiedział, stanowią mocną pozycję na rynku literatury dziecięcej, chociaż niektórzy mówią, że to nie jest tak do końca, że to jest literatura quasi dziecięca, że to oryginalne uniwersum de facto skierowane jest też do dorosłych. Żeby było śmieszniej, kiedy sobie czytałem trochę o fanach Muminków, to mamy tam pewien podział. Z tego, co się orientuję, fani dzielą się na, powiedzmy, staromuminkowych albo staromuminów, czyli tych, którzy doceniają filozoficzne znaczenie świata przedstawionego i sytuacji stworzonych w książkach Tove Jansson. Z drugiej strony mamy pokolenie albo grupę Mumin Boom, czyli już tych ludzi, którzy wychowali się albo którzy znają bardziej seriale animowane i filmy, bo filmy też były oczywiście animowane i to jest pozbawione już tego głębszego aspektu i szerszego spojrzenia. Innymi słowy, w latach 90. mamy Mumin Boom, czyli ta japońska animacja stworzona wespół z producentami z Francji i innych krajów europejskich sprawia, że Muminki zyskują nowe życie. Marek nam tutaj powiedział, że było to dość popularne w PRL-u, że można było zagaić nawet do jakiejś dziewczyny: „A co tam sądzisz o Mamie Muminke na przykład? Co sądzisz o Ryjku? Jak się zapatrujesz na Włóczykija?” Ja sądzę, że w naszych czasach to już nie było aż tak popularne.
Poleciało w telewizji cały czas. Pamiętam jako dobranocka, ale nie jestem pewien. Może, ale wydaje mi się, że chyba nie. Nie były Muminki lekturą obowiązkową. O ile pamiętam na przykład „Dzieci z Bullerbyn”, inne tego typu produkcje skandynawskie, tak z Muminkami jakoś się nie zetknąłem. Nie wiem, co się stało, że ich nie zapamiętałem. Może to ta trauma? Dzisiaj natomiast mamy, Marku, specyficzną sytuację, bo większość, tak mi się wydaje, że większość, mówię to z perspektywy przedstawicieli swojego pokolenia, że kojarzy się te Muminki właśnie z tym japońskim serialem, że jeżeli jest Muminek, to są właśnie te postaci i one tak wyglądają. Ale nie zapominajmy o tym, że tam mamy do czynienia tak naprawdę z wieloma przedstawieniami. Mamy do czynienia nie tylko z polskim serialem animowanym, ale są też ilustracje przede wszystkim, które pojawiały się w kolejnych tomach.
Są potem chociażby przedstawienia sztuki. Są gry mało popularne, ale jednak są. Także rozrasta nam się to wszystko w pewne uniwersum. Niemniej cały czas stoję, Marku, na stanowisku, że ten specyficzny świat to jest dla mnie bardziej dark fantasy niż książka dla dzieci. Jakie ty miałeś odczucia, kiedy wchodziłeś z Włóczykijem w ten przedziwny las prowadzący do jeszcze bardziej choroszczańskiej doliny Muminków? Ona mi się nigdy nie wydawała normalna. Zaraz się postaram wyjaśnić dlaczego.
[01:39:15] - Mówiąc szczerze, to chyba sobie tego nie uświadamiałem, że tam nie jest do końca normalnie, ale dałem się ponieść Magiczności tego świata. I zrozummy się, tam nie ma magii w czystej postaci. Magiczność przejawia się raczej w pewnych impresjach, które się pojawiają. W pewnych dialogach. Muszę przyznać, że z tych dialogów da się wyciągnąć to, o czym mówił Piotr, że być może ta książka nie do końca jest skierowana dla dzieci. To znaczy dla dzieci owszem, tak, ale kiedy czyta tę książkę dorosły, to ja myślę, że się też może bawić, a może zastanowić, a może w ogóle mieć refleksję, jak wygląda nasz świat chociażby. Uświadommy sobie w ogóle, że „Muminki” urodziły się, mamy rok 2025, urodziły się 80 lat temu, prawie wiek. To jest w jakiś sposób niesamowite, pewno za sprawą tłumaczy, ale tego nie czuć w tej opowieści, bo to jest opowieść, która dzieje się w dziwnym świecie, w Dolinie Muminków. Ktoś powie: „To oczywista oczywistość”, ale ten świat jest magiczny bez magii. Nie wiem, jak to bardziej wytłumaczyć.
Chodzi mi po prostu o to, że same postacie, te Muminki, czy to są trolle przypominające trochę z wyglądu hipopotamy na dwóch nogach. Wiem, trochę niszczę legendę, ale niech już będzie. Ale czy to te Muminki sprawiają, że jest niezwykle, czy też nastrój, który wytworzyła Tove Jansson, czy całość to wszystko sprawia? Czy chociażby tematyka, którą porusza. Ona chwilami mi się nawet wydaje, ale tu już moje odchylenie filozoficzne gdzieś wkracza, takie egzystencjalne niezwykle jest to uniwersum, te dialogi, te opowieści, te sceny, które się tam pojawiają, to są czasami takie perełki literackie, czasami pojedynczą scenę z „Muminków” dałoby się zilustrować czy też potraktować jako osobną opowieść. Jest jakaś magia w tych „Muminkach”, ale powtarzam, albo właściwie to powiem dużymi literami, bardzo możliwe, że ja gdzieś tam zarażony muminkozą w latach 70. i już się z tego nie wyleczyłem. I być może Piotr to powiedział, dzisiejsze pokolenia, młode pokolenia patrzą na tę serię książek zupełnie inaczej. To dzisiaj należałoby skonfrontować. Dla mnie „Muminki” pozostaną światem dzieciństwa i pozostaną światem magicznym bez magii.
Ja to powtarzam chyba po raz trzeci, ale coś w tym jest, że ten świat od początku, od tego włóczykija wychodzącego z lasu, ten świat mi się wydawał właśnie takim światem, dzisiaj bym powiedział fantasy. Wtedy w ogóle nie znałem tego pojęcia. Wtedy w ogóle mało z fantastyką się jeszcze stykałem, ale pokochałem ten świat i chyba do dzisiaj pozostaję mu wierny, bo to jest świat, który fascynował mnie do tego stopnia, że ja sobie będąc pacholęciem wyobrażałem, że ja się w tej dolinie znajduję i że ja z tymi Muminkami rozmawiam. Ktoś powie: „Fantazje gówniarza to są fantazje gówniarza i nie ma się co nad tym rozczulać ani specjalnie tym przejmować”. Pewno na poziomie rozumowym bym się z państwem zgodził, ale na poziomie emocjonalnym, to ja gdzieś w dalszym ciągu w tej Dolinie Muminków tkwię.
[01:43:28] - Wielokrotnie rozmawiając ze swoimi słuchaczami na live'ach poruszaliśmy temat różnego rodzaju traum. Traum to może nie, bo psychologiem nie jestem, ale takich produkcji popkultury, które pozostawiły w tobie ślad na przykład. I zauważyłem, że kiedy powiedziałem, że „Muminki” były dla mnie lekko niepokojące, wiele osób podzieliło ten wniosek. Oczywiście byli tacy, którzy mówili, że nie, to było wszystko wspaniałe. Dla mnie to było nieco niepokojące z kilku powodów. Ja może po prostu od małego miałem taki zmysł, który mi podpowiadał, co jest rzeczywiste, co jest nierzeczywiste, co jest fikcją, co jest osadzone w świecie baśni. Natomiast w przypadku „Muminków” było to o tyle dziwne, że z jednej strony to wszystko jest naprawdę bardzo realistyczne, z drugiej strony mamy ten realizm magiczny, który się przeplata w tym wszystkim i mamy niepokojące postaci. To znaczy te postaci są zawsze jakieś. Tam nie ma kogoś, kto jest istotą tak jak w naszym świecie, że jest z krwi i kości. Raz jest taki, raz jest taki.
Tam każdy jest jakiś, ma dominującą cechę, jakąś dominantę w tym swoim charakterze czy w zachowaniu. To się wydaje takie dziwne w pewnym momencie. To jest widoczne też w tej animacji. Tam wiadomo, kto jest dobry, kto jest zły. Ale oczywiście nie brak też aspektu edukacyjnego pokazującego, że ten, który jest zły, ma też cechy pozytywne. Tatuś Muminka, kolejna postać bardzo interesująca, godna analizy filozoficznej, bym powiedział. Moim zdaniem najważniejsza w tym wszystkim, w tej całej opowieści Ale są też wątki, które nazwałbym horrorowymi. Wspomniałeś o Buce, ale Buka to jest nic. Jest wiele innych postaci pojawiających się rzadziej, równie strasznych. Nie mówię tutaj o Bobku, o Czarownicy czy Wiedźmie, czy tych nieszczęsnych Hatifnatach, które wyglądają w filmie rysunkowym dość obrzydliwie, ale mamy na przykład tą chyba Zimową Panią, tak to się nazywało.
To jest, drodzy państwo, przerażające. Nawet do dzisiaj to wspominam. Ja tego nie wspominam z traumą. Ja to wspominam z podziwem, że ktoś był w stanie stworzyć literacki pierwowzór, a potem za pomocą tak prostych środków przekazu, jakim jest rysunek, stworzyć coś, co przemawia do mojej wyobraźni do dzisiaj. Ja uważam po prostu, że na jakimś bardzo podstawowym poziomie Muminki przemawiają do naszych pierwotnych instynktów. Stąd zarówno ten podziw, jak i ten niepokój, które one budzą. To jest fascynujące, Marku. Takie mam wrażenie, że z tego prawdopodobnie wynika popularność i siła przyciągania tego uniwersum. Ja nie wiem, jak jest z dzisiejszym światem i czemu Muminki nadal są w nim popularne. Wydaje mi się, że szczerze mówiąc, sądząc po tym wszystkim, co w sieci widzimy, to chyba teraz króluje Labubu.
Zresztą trochę podobny. Ale na tym, co powiedziałem, polegała siła tego tajemniczego świata, że on był z jednej strony niepokojący, z drugiej strony był bardzo komfortowy. Nie był głupi, w przeciwieństwie. Weźmy na przykład bardzo podobne uniwersum Smerfów. To jest bajka. Porównajmy teraz do tych Muminków. Jak to się bardzo różni, to chyba widzimy sami. Także czekamy z Markiem na wasze opinie odnośnie Muminków, bo to jest jednak taki produkt popkultury, taka książka, takie jak to już powiedziałem, uniwersum, które jest bardzo trudno ocenić, bo ono jest strasznie wielowarstwowe. To jest fascynujące. Dziś myślę od Tove Jansson twórcy literaccy, ale też nawet twórcy horrorów mogliby się wiele nauczyć.
Ale to nie tylko od Tove Jansson, to także od tych, którzy tworzyli Muminki od strony tej wizualnej, myślę.
[01:47:55] - Właśnie mi uświadomiłeś, Piotrze, że być może ja gdzieś od dzieciństwa byłem spaczony taką fascynacją horrorową i być może dlatego tak się wciągnąłem w ten świat, że on rzeczywiście chwilami bywa taki mroczny. Nie wprost, nie tak, że tam po prostu ciemność widzę. Nie. On po prostu gdzieś tak po kątach bywa mroczny i być może to mnie fascynowało. Ale gdzieś na koniec muszę się przyznać do tego, kto był moją ulubioną postacią. Pewno państwo nie zgadniecie, ale tą postacią był Tatuś Muminka. Dlatego, że to była postać troszkę taka jakby niepoważna. Dlaczego? Dlatego, że był pisarzem. Nie wiem, jakoś spaczony widać byłem od dzieciństwa.
Był pisarzem, tworzył pamiętniki. W ogóle lubił pisać. Może z tego względu go tak polubiłem. Ale był typem marzyciela, człowieka, który buja w obłokach po prostu. Jest w dodatku taki dumny ze swojej pozycji głowy rodziny, ale z drugiej strony wcale nie jest tak traktowany. Mamusia Muminka niekoniecznie uważa go za autorytet i niekoniecznie uważa, że ze wszystkimi poglądami, ze zdaniem Tatusia Muminka zawsze należy się liczyć. To wiecie państwo, zbyt wiele później w życiu widziałem takich sytuacji, w których to jest prawdą, że facet czuje się w związku kimś ważnym, a tak naprawdę w tym związku mniej lub bardziej zza kulis rządzi kobieta i wcale tego nie ukrywa. Ona w dodatku na co dzień mówi Tatusiowi Muminka, czy też temu obywatelowi, o którym myślę, że w ogóle nie ma znaczenia to, co on mówi. Inaczej. To jeszcze jest bardziej perfidne.
Mówi: „Tak, tak, masz rację, ale zrobimy tak, bo tak będzie lepiej. Masz oczywiście rację. To, co proponujesz, jest genialne, ale ja mam taką prostą metodę wyjścia z tej sytuacji i co prawda twoja jest lepsza, ale moja jest praktyczniejsza”. Czy państwo gdzieś tego nie zaobserwowali wokół siebie? Bo ja to obserwuję niejako na co dzień. Być może dlatego ten Tata Muminka jakoś mnie tak fascynował. Drugą osobą była wspomniana już Mała Mi. Mała Mi to jest w ogóle, myślę, że osoba, która może wywołać traumę u człowieka. Bo wyobraźcie sobie, że na przykład jak już jesteśmy przy Mamusi i Tatusiu, wyobraźcie sobie, że trafiacie w życiu na taką właśnie Małą Mi. Wasze życie zamieni się w piekło.
Ono może być fascynujące. Swoją drogą muszę powiedzieć, że tak może być fascynujące, ale to w dalszym ciągu będzie piekło. Tych postaci Piotr wspominał o kilku. Gdzieś tam jeszcze się pojawia Paszczak, gdzieś tam się pojawia Migotek, Migotka i tak dalej. To wszystko są postacie fascynujące i pewno moglibyśmy dzisiejszą audycję ciągnąć bardzo długo. Nie ma co. Każdy z państwa, jeśli kiedykolwiek zetknął się z Doliną Muminków i w ogóle z Muminkami, to nie pozostaje obojętny. Ja wiem, że są ludzie, którzy nienawidzą Muminków, czy to w wersji literackiej, czy filmowej, ale jest spora grupa ludzi, którzy pomimo że gdzieś tam odczuwają te Muminki jako traumatyzujące, to jednak wspomina je z dzieciństwa i to wspomina z jakimś takim rozrzewnieniem. Myślę, że i zaliczam się do tego grona. Proszę państwa, to teraz czas na odrobinę beletrystyki.
Dzisiaj ten odcinek z opowiadaniami będzie dosyć długi, ale to są opowiadania ze złotej ery science fiction, amerykańskiej science fiction. Opowiadania, które zajmą państwu prawie dwie godziny. Zatem jeśli lubicie państwo science fiction, a szczególnie klasyczną science fiction, to to nadciąga dobry czas. Marek Sęk "Ivellios" zaprezentuje państwu dzisiaj dwa opowiadania. Pierwsze z nich Davida Wrighta O'Briena „Dajmy wygrać Marsa” i drugie Rocka Phillipsa „Kapitan Peabody”. Ja bardzo serdecznie państwa zapraszam. Wspomnę tylko, że to są opowiadania, które pierwotnie ukazały się na antenie w audycji ABW – Antologia Bibliotekarium Warsztaty, która nosiła numer 77. To było naprawdę bardzo dawno temu. Zapraszam. Świetne opowiadania, klasyczne opowiadania science fiction przed państwem.
[01:53:25] - David Wright O'Brien „Dajmy wygrać Marsa”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Jakieś dwa miesiące po tym, kiedy moje nazwisko zostało dołączone na końcu nazwy firmy Beaton, Button, Burton i O'Leary, doradców reklamowych, zdobyliśmy kontrakt dla Spy Soap. Początkowo myśleliśmy, że chwyciliśmy Pana Boga za nogi i mamy dosyć sił, aby go za nie przytrzymać. 15% – zwyczajowa opłata dla agencji, corocznej prowizji za reklamowanie Spy wystarczyłoby już samo do utrzymania wyściełanych dywanami biur i efektownych sekretarek nawet w znacznie większej agencji niż nasza. A potem osobiście spotkaliśmy się z Jeremiahem Spy, królem mydła, który wierzył w swój produkt z całą tą szaleńczą żarliwością misjonarza sprzedającego miejsca w niebie i oprawione w płótno Biblię. Siedział za swym podniszczonym biurkiem z odsuwanym blatem, chudy jak szkielet mężczyzna z przez cały czas obecną na twarzy miną ponurej, sztywnej godności. Kiedy weszliśmy do tej obskurnej nory służącej mu za biuro, nie było żadnych sympatycznych wstępów ani drinków w kryształowych szklaneczkach, czy też częstowania wszystkich dolarowymi cygarami. „Panowie” – warknął. – „Jedyne, co mnie interesuje, to sprzedaż mydła.
Innych ludzi może interesować seks, jedzenie albo pokonanie 18 dołków na polu golfowym po siedemdziesiątce, ale ja nie uznaję w swoim życiu tego rodzaju rozpraszających spraw. Chcę, żeby ludzie kupowali moje mydło, a panów rzeczą jest zaplanowanie kampanii, która je sprzeda. Proszę mi powiedzieć, jak macie zamiar tego dokonać?” Mieliśmy przygotowane trzy sugestie na tę chwilę. Odrzucił je wszystkie. Po powrocie do naszego biura urządziliśmy naradę całej czwórki. Przez większą część godziny rzucaliśmy rozmaite bezproduktywne sugestie i wtedy trafiła mi się krótka chwila oślepiającego rozbłysku czystego geniuszu. „Mam!” – ryknąłem na cały głos. – „Doskonały chwyt.” „Dzięki Bogu” – zawołał Johnny Beaton. – „Wiedziałem, że możemy na ciebie liczyć, Mike.” Oscar Burton, najbardziej praktyczny ze współwłaścicieli firmy, patrzył na mnie z powątpiewaniem. „Proszę nam o tym opowiedzieć, panie O'Leary.” „Show z nagrodami” – powiedziałem i uciąłem ich zbiorowy jęk, unosząc obie ręce do góry.
– „Posłuchajcie, wiem, że programy z nagrodami to obecnie już mocno oklepana sprawa, ale dlaczego? Ponieważ sponsorzy nie mają już pomysłu, co dać jako nagrodę.” „A pan ma jakiś nowy pomysł na coś do wygrania?” – sceptycznie spytał Burton. „Zgadza się. Sugeruję przygotowanie programu, w którym jako główną nagrodę szczęśliwi zwycięzcy będą mogli zdobyć darmową podróż na Marsa.” Cisza, jaka zapadła, była głęboka i niezbyt dla mnie pochlebna. Pozostali trzej partnerzy popatrzyli po sobie nawzajem, a następnie cierpko unieśli wzrok ku sufitowi. „Co się z wami dzieje?” – krzyknąłem. – „Czy tego nie rozumiecie? Oczywiście, że nie będziemy wysyłać ludzi na planetę Mars, wy ciasnomózgie osły. Znajdziemy jakieś małe miasteczko, powiedzmy gdzieś w Kolorado czy Wyoming, które zgodzi się na nasz numer i zmieni swoją nazwę na Mars. Ale najpierw ubijemy pianę rozgłosu i każemy wszystkim łamać sobie głowy nad tym, co my właściwie mamy zamiar zrobić.” Szczegóły planu pięknie ułożyły mi się w głowie, nawet kiedy jeszcze o nim opowiadałem.
„Jako nagrodę” – mówiłem dalej – „przygotujemy niby statek kosmiczny ustawiony na lotnisku Mitchell Field i załadujemy do niego z wielką pompą wszystkich zwycięzców. Potem odpalimy mnóstwo rakiet, postawimy zasłonę dymną, zabierzemy zwycięzców ze statku kosmicznego, wsadzimy ich do samolotu i polecimy do Wyoming, do Mars, gdzie będą gośćmi Spy Soap przez wypełnione atrakcjami dwa tygodnie.” Do tego czasu zaczęło to już docierać do pozostałych. „Hej, to mi się podoba!” – zawołał Johnny. Gazety pokochają tego rodzaju numery. „Chodźmy zobaczyć się ze Spy” – zaproponowę Oscar. Jeremiah Spy wysłuchał naszego pomysłu ze zwykłym wyrazem kwaśnego niezadowolenia na twarzy, ale kiedy skończyliśmy, oznajmił: „Nie powiedziałbym może aż tyle, że mi się to podoba, ale warto tego spróbować. Ruszamy z tym”. Teraz musiałem zająć się sprawą budowy lipnego statku kosmicznego. Oczywiście dobrze wiedziałem, czego mi potrzeba. Czegoś w rodzaju standardowych i typowych pojazdów rodem z fantastyki naukowej.
Rakiety z lśniącym kadłubem, jaskrawymi płetwami sterującymi i tak dalej. Pamiętałem pewnego profesora, którego poznałem w czasie studiów i który miał hopla na punkcie podróży międzyplanetarnych. Nazywał się Heinz Miller i miał tak okropny akcent, że nie wierzę, aby ktoś w pełni zrozumiał, co mówi od czasu, kiedy przed 30 laty opuścił swoją rodzinną Austrię. Skontaktowałem się z nim i umówiliśmy się na spotkanie jeszcze tego samego wieczora. Resztę dnia spędziłem z urzędnikami z Mitchell Field. Początkowo nie przyjęli całego projektu zbyt entuzjastycznie, dopóki ktoś nie zasugerował, że mogliby sprzedawać bilety ludziom, którzy chcieliby zobaczyć statek kosmiczny. Po tej propozycji atmosfera od razu zrobiła się znacznie bardziej serdeczna i zgodna. Wieczorem o 7:30 zapukałem do drzwi profesora po pokonaniu trzech kondygnacji rachitycznych schodów w budynku stojącym w okolicy rojącej się od dzieciaków, straganów z zieleniną i ulicznych artystów. Drzwi stanęły otworem i pojawił się w nich profesor. Niemal się nie zmienił w ciągu tych sześciu lat, kiedy go poprzednio widziałem.
„Veitch, Veitch” – powiedział serdecznie i poprowadził mnie do zagraconego pokoju służącego jako pracownia i salon. Przyniósł butelkę sznapsa, poczęstował tytoniem fajkowym, a potem przyglądał mi się rozpromienionym wzrokiem jak wesoła postać z bożonarodzeniowych kartek. Jego włosy zrobiły się zupełnie siwe, ale były równie bujne jak zawsze, zaś oczy spoglądające spoza grubych, dwuogniskowych okularów ciągle były radosne i pełne młodzieńczego blasku. „Jak leci?” – powiedział, przekrzywiając głowę. „Słucham?” „Jak leci?” – powtórzył, chichocząc. Triumfalnie plasnął mnie w kolano. „To slang”. „Och.” W tym momencie załapałem. „Jak leci?” oznaczało „jak leci” po odfiltrowaniu zakłócającego działania dialektu profesora. „Jako tako” – powiedziałem, starając się mówić bardzo wyraźnie.
„Chcę, żeby zbudował pan dla mnie statek kosmiczny. Czy pan rozumie?” Zachichotał. „Tak.” „Może pan to zrobić?” „Tak.” „A teraz sedno sprawy. Ten statek ma być lipny. Czy pan mnie rozumie? Lipny.” Wyglądał, jakby poczuł się zraniony. „Dlaczego mnie tak nazywasz?” „Co? Nie, pan nie jest lipny, ale statek kosmiczny ma być. A teraz ile pieniędzy będzie pan potrzebował?” To sprawiło, że zrobił się podekscytowany. „Masz pieniądze?
Pieniądze na statek kosmiczny?” „Tak. Ile pan będzie potrzebował?” „Już wcześniej pracowałem nad statkiem kosmicznym, ale muszę mieć jeszcze 5000 dolarów.” Ustaliliśmy jeszcze ten szczegół i powiedziałem mu, gdzie statek miał zostać zbudowany. Potem powiedziałem „do widzenia”. Na dole, na ulicy zatrzymałem się jakoś mgliście zaniepokojony. Miałem wrażenie, że profesor jakoś nie do końca mnie zrozumiał. Zdawał się myśleć, że ma zbudować prawdziwy statek kosmiczny. Roześmiałem się na ten pomysł, jako że wydawał się tak niedorzeczny i poszedłem do samochodu. Potem nadaliśmy naszemu show realne kształty, zaś zainteresowanie publiczności poczęło narastać z siłą fali przypływu. Dosłownie wszyscy zaczęli mówić o darmowej podróży na Marsa. Reakcje były mieszane i gwałtowne.
Na lotnisko Mitchell Field napłynęły prawdziwe tłumy, aby popatrzeć na statek. Zaczęli o nim mówić senatorowie w Waszyngtonie, a jakiś żartobliwy parlamentarzysta poczynił uwagę, że zaraz, jak tylko tam wylądujemy, Mars będzie chciał od Stanów Zjednoczonych pożyczki. Spice Shop nieźle skorzystało na tej całej gadaninie. W międzyczasie znalazłem zabitą dechami dziurę w Oklahomie, która skłonna była wejść w nasz numer. Zgodzili się na zmianę nazwy swojej wiochy z Broken Elbow na Mars na tę noc, w czasie której emitowany będzie nasz program. Pewnego popołudnia wypuściłem się na lotnisko, żeby sprawdzić postępy prac profesora. Zebrał się tam niezły tłum ludzi obserwujących budowę statku, otaczający cały ogrodzony linami teren i dyskutujący ze znawstwem o ergach, polach grawitacyjnych i warstwie Heaviside'a, czymkolwiek, u licha, te rzeczy były. Wszystko to udowadniało, jak łatwo ludzie w tym naszym dziwnym i niezwykłym kraju dają się ogłupiać. Pokazałem strażnikowi swoją specjalną przepustkę i wszedłem do środka, żeby spotkać się z profesorem. Znalazłem go z parą poważnych młodych ludzi sprawdzających jakieś obliczenia na wykresach.
Rozmawiali o rakietach pomocniczych. W czasie, kiedy profesor bełkotał coś w żargonie złożonym w równych częściach z algebry, fizyki i angielskiego rodem z Ellis Island, rzuciłem sobie okiem na statek. Jak dotąd wszystko szło wspaniale, zadecydowałem. Kadłub statku miał około 80 stóp długości i był smukłego, lśniącego odcienia. Na zwężającym się dziobie dumnie i dramatycznie prezentowały się płetwy sterujące, zaś ogon był pełen przepięknych baniek, które przypuszczalnie mieściły w sobie rakiety. Spoczywając w rusztowaniu wyrzutni wyglądał niesamowicie realistycznie. Profesor podszedł do mnie cały rozpromieniony. „Startujemy za tydzień!” Pszsz. Nadął policzki i wypuścił z nich powietrze w jednym potężnym wydechu. „Dokładnie tak.” „Wspaniale” – stwierdziłem.
W drodze powrotnej do biura znów prześladowało mnie niepokojące wrażenie, że profesor i ja widzieliśmy tę sprawę z nieco odmiennej strony. Ale rozsądek wziął górę i uśmiechnąłem się do siebie. Popatrzyłem na wznoszące się nade mną prozaiczne, ogromne budynki oraz na uspokajające szare tłumy ludzi przepływające koło mnie na chodnikach. Statki kosmiczne to był naprawdę zabawny pomysł. Program, jak określiło to Variety, był kolosalnym sukcesem. Został wyemitowany o ósmej. Każde jego słowo chłonęło 25 milionów ludzi, zaś cały naród czekał, aż zadzwoni jego telefon. Było troje zwycięzców głównej nagrody. Następnego ranka w depeszach agencyjnych ukazały się wywiady z nimi, w których opowiadali, co czują na myśl o podróży na Marsa. Było to wspaniałe.
Kolejnego dnia pojawili się w naszym biurze, gdzie spotkałem się z nimi formalnie. Była to panna Murdock, pulchna, siwiejąca stara panna z badawczym błyskiem w oczach. Percy Wilkins, niesympatyczny chłopiec w wieku około 14 lat, w okularach w rogowej oprawie, wysokim, sztywnym kołnierzyku, roztaczający wokół siebie atmosferę pańskiej wyższości i Valerie Jones, szczupły, ładny rucielec. „Witam, witam naszych szczęśliwych zwycięzców” – oznajmiłem. Percy obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem. Określenie „szczęśliwi” nie jest specjalnie trafne. Panna Murdock uśmiechnęła się głupkowato. „Czy wie pan cokolwiek o męskich mieszkańcach Marsa?” – spytała łobuzersko. Valerie Jones nic nie powiedziała, co prawdopodobnie było całkiem niezłym wyjściem. Doszedłem już do przekonania, że Percy jest kompletnym małym skunksem, a panna Murdock okaże się straszliwie nudna.
Wolałem utrzymać swoją obecną dobrą opinię na temat Valerie, co pewnie będzie łatwiejsze, jeśli będzie trzymała język za zębami. Jednakże jeszcze tego samego dnia, po oprowadzeniu ich po mieście straciłem nieco ze swej pewności siebie. Valerie mówiła bardzo niewiele, ale wyczuwałem w niej coś niepokojącego, co wzbudziło moje podejrzenia. Nie była jakąś tam głupiutką panienką, którą zabierało się na przejażdżkę. W końcu, kiedy panna Murdock strzelała pożądliwymi spojrzeniami na kelnerów, zaś Percy paplał w obrzydliwie dorosły sposób z barmanem, zamieniłem z Valerie kilka słów. „Wydaje się pani znudzona” – powiedziałem. „Czy pominęliśmy jakieś pani ulubione miejsce?” „Nie.” „Czy to pani pierwsza podróż do Nowego Jorku?” „Tak.” „Podekscytowana?” „Klinicznie tak.” Spojrzałem na nią, mrużąc oko. „Co to znaczy?” – oznajmiła mi poważnie. „Piszę pracę magisterską z socjologii. Ta podróż daje mi doskonałą sposobność studiowania neurotycznych kręgów naszego społeczeństwa.” „A któż to taki?” – spytałem beznamiętnie.
„Pan na przykład” – odparła. „Pan i reszta pańskiego gatunku z radia, public relations i tak dalej. Przykładowo ten pański numer. Czy pan sobie wyobraża, że normalna, zdrowa na umyśle osoba byłaby w stanie wymyślić coś takiego?” „Nie podoba się to pani, co?” – rzuciłem poirytowany. „Och, to ma służyć sprzedaży mydła, jak sądzę. Ale w gruncie rzeczy to krętactwo i rzecz godna pogardy.” „O, czy aby na pewno?” – stwierdziłem, co było raczej kiepską próbą obrony. „Tak, z całą pewnością” – oświadczyła, biorąc swoje rękawiczki. „Wracam do pokoju, żeby zrobić parę notatek. Jakoś pan mnie usprawiedliwi. Jestem tego pewna.” Wstałem i przyglądałem się, jak odchodzi, rozmyślając o tym, jaka to szkoda, że taki ponętny okaz musi być skażony intelektem.
Miała szczupłą, wyprostowaną sylwetkę, smukłe, ładne nogi i przyglądałem się temu wszystkiemu z przyjemnością, póki nie zniknęła za drzwiami. Potem usiadłem i pochwyciłem chytre spojrzenie panny Murdock. Było to jak kubeł zimnej wody na głowę. „Zostaliśmy zupełnie sami” – powiedziała, chichocząc. „A więc musimy jak najszybciej to zmienić” – odparłem pospiesznie i machnięciem ręki poprosiłem o rachunek. Następnego dnia zdobywcy głównej nagrody udzielili wywiadów w kilku stacjach radiowych, a Percy przy pomocy jakichś bliżej mi nieznanych machinacji dostał się do programu Arthura Godfreya. Potem nadeszła noc startu i na krótko przedtem, zanim udaliśmy się na lotnisko, oznajmiłem naszym zwycięzcom, gdzie tak naprawdę mamy lecieć, aby mogli powiadomić swoje rodziny. Nikt z nich nie wyglądał na specjalnie rozczarowanego. Pojechaliśmy na Mitchel Field limuzyną w asyście motocyklowej eskorty policyjnej. Czekali tam już na nas reporterzy wiadomości filmowych i gazet razem z tysiącami ciekawskich widzów.
Statek kosmiczny błyszczał jasno w promieniach reflektorów. Orkiestra grała taneczną muzykę, a banery reklamowe Space Soap powiewały dosłownie wszędzie. Wspięliśmy się po rampie do włazu wejściowego statku, odprowadzani przez całą drogę potężnym rykiem tłumu. Profesor przywitał nas ciepło, chociaż nieskładnie i wciągnął nas do środka. Zamknął pokrywę włazu i zakręcił koło, które ją zablokowało i mocno docisnęło. Zaprowadził nas następnie na wyściełane gumową pianką fotele wyposażone w pasy, które przymocowały mocno nasze ciała do oparć. Profesor obdarzył nas wszystkich uśmiechem i potruchtał przejściem między siedzeniami, znikając w przedziale dziobowym statku. Chwilę później przyciszony łoskot wprawił w drżenie cały kadłub. Profesor pojawił się w kabinie i machnął w naszą stronę ręką. „No dobrze, zaraz startujemy.” Wypuścił ze świstem powietrze z ust.
„Dokładnie tak.” Znowu zniknął nam gdzieś z oczu, a hałas stawał się coraz bardziej intensywny. Nagle poczułem, że mam wilgotne dłonie. Przeszyło mnie okropne uczucie, że coś tutaj bardzo nie gra. „Profesorze!” — wrzasnąłem na całe gardło. Hałas nasilił się stokrotnie. Usłyszałem huk podobny do wystrzału z potężnej armaty i jakaś przemożna siła wcisnęła mnie w oparcie fotela. Rozległ się rozdzierający syk, jakby zmiatającego piasek z plaży cyklonu, a następnie odebrałem wrażenie pulsującego, skierowanego w jedną określoną stronę ruchu. Profesor pokazał się ponownie z pijanym ze szczęścia uśmiechem na twarzy. „To działa, to działa!” — zawołał. I wtedy zdałem sobie sprawę tą częścią umysłu, która jest siedzibą wszystkich najbardziej koszmarnych lęków i obaw, że celem naszej podróży jest Mars, ale bynajmniej nie Mars w Oklahomie.
„To naprawdę miał być dowcip.” — ryknąłem po raz kolejny. Percy, panna Murdock i Valerie obdarzyli mnie minami wyrażającymi różny stopień niedowierzania. Pędziliśmy przez kosmos już od jakichś 10 godzin i nastroje były dalekie od entuzjazmu. „Mam zamiar was pozwać” — oznajmił Percy z irytującą rozkoszą. Naprężył swoje chuderlawe ramiona. — „Przez ten wasz tak zwany dowcip nie będę mógł pójść na uczelnię ze swoją klasą.” „No cóż, to musi być straszne dla twojej klasy.” — odparłem kwaśno. Panna Murdock szturchnęła mnie w pierś swoim kościstym palcem wskazującym. „Myśleliśmy, że lecimy do Mars w Oklahomie.” „Na litość boską, ja też tak myślałem!” — krzyknąłem. W przejściu między fotelami pojawił się profesor, promieniując dobrym nastrojem. Percy i panna Murdock natychmiast zarzucili go skargami, jęcząc piskliwie.
Kiedy zrobił sobie przerwę na złapanie oddechu, oświadczył: „Dajcie spokój. Z radością to dla was zrobiłem.” „Kiedy dolecimy na Marsa?” — spytałem go. Pytanie zabrzmiało jakby rodem z koszmarnego snu. Miałem jednak nadzieję, że zaraz się obudzę. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Nadal pędziliśmy z ogromną szybkością przez pustkę kosmosu. „Niedługo. Za jakieś 8, 10 godzin.” „To tylko dowodzi, że jest pan szalony.” — parsknął Percy w swój zwykły, atrakcyjny sposób. „Co?” Profesor popatrzył z góry na Percy'ego ze znacznie mniej niż sympatią w oczach. „Proszę, niech państwo pójdą ze mną.” Zagonił nas na rufę statku, gdzie znajdowała się platforma obserwacyjna umieszczona naprzeciw okna z przeźroczystego szkła.
Za oknem nie było widać nic poza atramentową ciemnością. Profesor położył rękę na dźwigni. „A teraz proszę patrzeć.” Nacisnął dźwignię i nagle za oknem rozbłysła smuga światła, znikając po chwili. „Gdzie ono zgasło?” — powiedział Percy. „Nie. Światło nadal się pali, tylko zostało za nami.” Profesor roześmiał się wesoło. „Lecimy szybko jak diabli, co?” Wydął policzki, ale tym razem skradłem mu show. „Pszz.” — powiedziałem. „Dokładnie tak, co?” Wyglądał na zdeprymowanego. „Tak.
Lecimy dużo szybciej niż światło. Dlatego nie widzimy za nami Ziemi ani gwiazd. Ich promienie nie mogą nas dogonić.” Dobry humor szybko mu wrócił. Profesor uśmiechnął się i pospieszył z powrotem do sterówki. Valerie usiadła, założyła swą ładną nogę na drugą i zaczęła sporządzać notatki. „Przyjmuje to pani całkiem spokojnie” – zauważyłem. „Próbuję nie dać się wciągnąć biegowi wydarzeń” – odparła. „Stwierdziłem, że studiowanie życia z pewnego dystansu jest znacznie bardziej interesujące. Pewnego dnia życie podejdzie i kopnie panią prosto w tyłek” – powiedziałem niezbyt elegancko. Jej powściągliwość działała na mnie w intrygujący sposób.
Podziwiałem ją za nią, a jednak chciałem zobaczyć, jak jej spokój pryska strzaskany na kawałki, choćby na krótką chwilę. „Raczej w to wątpię” – oznajmiła i dalej pracowała nad swymi notatkami. Ja zaś odniosłem irytujące wrażenie, że zapisuje naszą właśnie zakończoną rozmowę. Osiem godzin szybko minęło. Wtedy profesor dał nam tabletki z witaminami i zatyczki do nosa połączone z cylindrami z tlenem, a nieco później wylądowaliśmy na planecie Mars tak leciutko, jak mewa siada na wodzie. Wjazd został odblokowany i otworzony, zaś my ochoczo wysypaliśmy się z rakiety. Ewidentnie profesor nie wybrał nam jakiegoś różanego ogrodu. Miejsce lądowania było skaliste, ponure, monotonne. Pokrywająca wszystko szara mgła potęgowała jeszcze wrażenie wilgotnej, mrocznej nory. Ale profesor był cały w skowronkach.
„Udało nam się!” – wołał. „No dobra, lepiej startujmy z powrotem” – powiedziałem i machnąłem ręką w stronę otaczającej nas zagazowanej dziury. – Witaj i żegnaj, stara, dobra, czerwona planeto. Wrócę do ciebie, kiedy założą tu kanalizację. „Pośpiech nie wydaje się w tej chwili najwłaściwszy” – sprzeciwiła się panna Murdock. – Może są tu jacyś mężczyźni. Chciałam powiedzieć – ludzie. „Nie podoba mi się tu” – stanowczo oznajmił Percy. Mars od razu zyskał w moich oczach. „Tobie pewnie nigdzie się nie podoba” – powiedziałem do niego.
„Nigdy nie lubiłem siedzieć na stercie kamieni” – warknął. „No tak, pewnie wypełzłeś spod niej.” Valerie popatrzyła na mnie chłodno. „Jakie swoje potrzeby pan zaspokaja, krzycząc na to dziecko?” „On nie jest dzieckiem” – pieniłem się. – On jest chodzącym okazem skunksa. Nasza dyskusja, jeśli to właściwe słowo, została przerwana przez ostry, piskliwy wrzask panny Murdock. Wskazywała ręką w stronę horyzontu, a jej twarz wyglądała jak ożywiona suszona śliwka. „Och, tam! Spójrzcie” – krzyknęła. W naszą stronę przez mgłę jakieś 20 stóp nad powierzchnią gruntu ślizgało się osiem czy 10 okrągłych, płaskich obiektów. Obleciały statek, a następnie usiadły na ziemi, otaczając nas ciasnym kręgiem.
Z podobnych do spodków pojazdów zaczęły wychodzić jakieś stworzenia. „Hej, Mars jest zamieszkały” – krzyknąłem w przebłysku geniuszu dedukcyjnego. „Och, wiedziałem o tym” – oznajmił profesor. Istoty te były pulchne, miały krzywe nóżki i około czterech stóp wysokości. Miały łososiowy kolor, okrągłe, pozbawione włosów głowy i twarze, które zgodnie z moimi standardami trudno było uznać za przystojne, cechujące się przyjaznymi i dobrodusznymi rysami. Wszystkie były podobnie ubrane w krótkie spódnice i kurtki uszyte z jakiejś metalicznej tkaniny. Wyszli ze swoich niewielkich latadeł i pospieszyli w naszym kierunku. Z ich otwierających i zamykających się ust wydobywały się dźwięki, które brzmiały całkiem jak intensywne zakłócenia z odbiornika radiowego. Zatrzymali się w odległości mniej więcej pięciu jardów od nas i wydając odgłosy jak ogromna misa chrupiących płatków, skłonili się nam w pół. Jeden z nich podszedł bliżej i skłonił się tak nisko, że aż musnął czołem ziemię.
Trzask, pstryk, puk – zdawał się mówić. Potem powiedział jeszcze coś takiego, co postawiło mi wszystkie włosy na głowie. Było to jedno słowo: Bóg. Valerie sapnęła z wrażenia, zaś panna Murdock opadła na kolana i wykrzyknęła potężnym, natchnionym głosem: „Chwała Najwyższemu! Oni są chrześcijanami.” Profesor przekrzywił lekko głowę, nasłuchując przez cały czas trzeszczącego Marsjanina. Stopniowo jego oblicze począł rozjaśniać blask zrozumienia. Potem sam zaczął coś mówić powoli, z przerwami i teraz to on brzmiał podobnie do miski chrupiących płatków. Kiedy skończył, wszyscy Marsjanie poczęli klekotać jeden przez drugiego jak biura pełne maszyn do pisania, przeplatając wygłaszane uwagi nieustannie powtarzanym, jedynym zrozumiałym słowem: Bóg. Ewidentnie profesor zdołał się z nimi porozumieć i wcale mnie to aż tak bardzo nie zaskoczyło. Do diabła!
Przecież on nie potrafił mówić po angielsku, a musiał w końcu znać jakiś język. Równie dobrze mógł to być język marsjański. Odwrócił się do nas i oświadczył: „Oni chcą, żebyśmy poszli i zobaczyli się z Bogiem.” Z Bogiem? – powtórzyłem. „Oni czczą Boga” – powiedział po prostu. No cóż, przynajmniej tyle mamy wspólnego – stwierdziłem. Może uda nam się tu znaleźć także paru dobrych graczy karcianych. Valerie zmarszczyła brwi, słysząc moją beztroskę. Percy poklepał ją po ramieniu i powiedział: Weź pod uwagę, kto to mówi, moja droga. Panna Murdock stawiła czoła sytuacji.
Mrugnęła do Marsjanina, który przemawiał za całą grupę. Marsjanin popatrzył na nią i wyrzucił z siebie potok trzeszczących dźwięków, zaś panna Murdock zarumieniła się i odparła: „Niegrzeczny, niegrzeczny mały człowieczek”. Zastanawiałem się, w jaki sposób połapała się, o co chodzi. Dwóch innych Marsjan zaczęło paplać coś do profesora. Kiedy skończyli, przekazał nam: „Oni chcą, żebyśmy za nimi teraz poszli.” – zmarszczył brwi. – Chcą też wiedzieć, czy ktoś z nas jest chory, czy ktoś traci wzrok i czy ktoś, jak wy to mówicie, nie oszukałby nawet własnego brata. Nie rozumiem, o co chodzi – powiedziałem skonsternowany. To dziwne – zgodził się profesor, co uznałem za bardzo oględne określenie. W każdym razie weszliśmy do płaskich, okrągłych statków wyglądających jak duże talerze i niebawem wzbiliśmy się w powietrze. Siedziałem koło panny Murdock, która aż się trzęsła z panieńskim podekscytowaniem z powodu bliskości tak wielu stworzeń mających szansę pół na pół, że okażą się mężczyznami.
Nie minęło nawet pół godziny, kiedy dolecieliśmy do miasta, które wyglądało, jakby zostało zbudowane z klocków przez mocno opóźnione umysłowo dziecko. Wokół nas we wszystkie strony chaotycznie strzelały rozmaite wieżyczki, stożki i iglice. Niektóre z nich nie łączyły się z żadnymi innymi elementami, inne sterczały równolegle do ziemi, nie mogąc służyć do żadnego sensownego celu. Jedyne, co byłem w stanie dostrzec, to plątanina cegieł. Były różnokolorowe, ale dominowały wśród nich ciemne błękity oraz czerwienie. W przyćmionym świetle słonecznym, które przesączało się przez mgłę, miasto jaśniało jaskrawym blaskiem. Wyładowaliśmy się na pustym terenie pomiędzy dwoma czerwonymi budynkami. Szybko zająłem miejsce u boku profesora. Wydawało się, że wie, co się tu dzieje, a tego nie można było powiedzieć o nikim innym, włączając w to nawet i Marsjan. Popchnięto nas łagodnie w stronę chodnika wiodącego między dwoma budynkami.
Do tej pory przyłączyło się do nas jeszcze więcej Marsjan i hałas wywoływany przez ich paplaninę przypominał z grubsza odgłosy ogromnej hordy cykad. Chodnik zakończył się u wysokich podwójnych wrót. Szturchnąłem profesora w bok. Co się dzieje? To dziwne. Nasze radio... Radio? A co radio ma z tym wspólnego? Westchnął i wzruszył ramionami. Nie wiem.
Nasza wiele wyjaśniająca konwersacja musiała ulec zawieszeniu, ponieważ wielkie wrota otworzyły się na oścież. wlaliśmy się do wielkiej sali o zielonych ścianach wypełnionej rzędami foteli. Ściana na przeciwległym jej końcu była pusta i migotały na niej białe odblaski światła. Wkrótce salę wypełnił tłum ludzi i wrota zostały zamknięte, odcinając dopływ światła. Siedzieliśmy w ciemnościach, wpatrując się w migoczące światło na przeciwległej ścianie. Wzorzec światła zaczął drgać i zmieniać się, przyjmując kształty wzorów w jodełkę. Wtedy Marsjanie zaczęli skandować zgodnym chórem i ściany zadudniły ich stalowymi głosami. Zrobili krótką przerwę i w jednej wielkiej eksplozji dźwięków zawołali: Bóg! Powtórzyli to trzykrotnie. Szczerze mówiąc, do tej chwili dostałem już na całym ciele gęsiej skórki.
Nagle zabrzmiała muzyczna fanfara. Potem w całej sali zahuczał potężny głos. Słowa były niewyraźne, ale usłyszałem dobrze jedno z nich i brzmiało ono podobnie do „uderz”. Oświetlona część ściany obudziła się do życia. Po jej powierzchni przebiegły rozbłyski światła, a następnie pojawiła się na niej gigantyczna głowa. Głowa uśmiechnęła się, pozdrawiając nas pogodnie, a ręka machnęła przyjaźnie w naszą stronę. Poczułem, jak mózg staje mi dęba. Bóg! – zawołali Marsjanie ogarnięci pobożną histerią. Zacisnąłem dłonie na oparciu fotela i postanowiłem nie myśleć o niczym.
Zupełnie o niczym. I przez następne pół godziny oglądaliśmy sobie przyjacielskiego, rudowosego człowieka odgrywającego swoją scenę na jasno oświetlonej ścianie w marsjańskiej świątyni. Przyjaznego, rudowosego człowieka, który nazywał się Arthur Godfrey. On jest ich Bogiem i to wszystko. Profesor powiedział to, jakby była to rzecz równie prosta do zrozumienia, jak tabliczka mnożenia. Byliśmy sami w obszernym, ale słabo umeblowanym pomieszczeniu, do którego zabrano nas po Shaw Godfrey'a. Valerie, panna Murdock i Percy byli po drugiej stronie korytarza w podobnym miejscu. Próbowałem zachować spokój, ale niestety nie udało mi się to. A więc Godfrey jest ich bogiem, tak? Głos mi się załamał w środku zdania i zakończyłem je piskliwym, wysokim C.
Ot tak, po prostu. Szturchnąłem profesora w pierś końcem palca. To są przecież Marsjanie. Czy pan zapomniał, jak Shaw Godfrey się tu przedostał? Czy istnieje jakaś sieć marsjańska, o której nikt mi nic nie powiedział? To dziwne – przyznał. Oni jakoś odbierają nasze radio i naszą telewizję. Przez chwilę wręcz współczułem Marsjanom. To musiało być dla nich naprawdę trudne – powiedziałem. A więc to w ten sposób nas poznają.
Przez radio. Zgadza się. Pamiętasz? Pytali nas, kto z nas jest chory, kto traci wzrok i... Oni są fanatykami mydlanej opery – stwierdziłem. Mydlanej opery? Profesor potrafił mówić po marsjańsku. Potrafił też budować statki kosmiczne. Mógł rozwiązywać zagadki naukowe bez zmrużenia oczu. Ale jego ignorancja w pewnych kwestiach była dosłownie kosmiczna.
Zacząłem mu wyjaśniać, ale otworzyły się drzwi i to oszczędziło mi kłopotu. Do środka weszli Valerie, panna Murdock i Percy, a razem z nimi mały Marsjanin, który wyszedł na spotkanie naszego statku kosmicznego. Nazywał się jakoś podobnie do Cricky Crick i przywitał ciepło profesora. Zaczęli coś do siebie paplać, zupełnie jak goście na spotkaniu w klubie w jakimś odległym zakątku na Ziemi. Zaskoczyła mnie radość, z jaką przyjąłem widok Valerie. Jej reakcja była jednak nieco odmienna. Nadal zachowywała lodowatą rezerwę. Dlaczego nie odpręży się pani choć trochę? – spytałem ją. Pomimo wszystko raczej nie grozi nam tu żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo, a szansa bezpiecznego powrotu na Ziemię wydaje się być całkiem niezła.
Nie czuję strachu – oświadczyła. Raczej jestem trochę znudzona. Na szczęście ja nie – wtrąciła panna Murdock, wywijając rękoma. W tym miejscu aż roi się od mężczyzn. To nie są mężczyźni, tylko Marsjanie – stwierdził Percy w swój normalny, paskudny sposób. Mój drogi, czymże jest nazwa? Jak to powiedział Szekspir – pisnęła panna Murdock, a jej śmiech sugestywnie podkreślił figlarne tło dowcipu. Valerie usiadła i wyjęła swój notatnik. Nieproszony przysiadłem się do niej i zacząłem studiować wyrazisty, klasyczny profil jej twarzy. A więc czuje pani znudzenie, tak?
Zgadza się. Wartość tej absurdalnej podróży jako nowego doświadczenia bardzo szybko uległa zużyciu. Powiedziane, jak na prawdziwego socjologa przystało – zauważyłem, czując narastający we mnie prawdziwy gniew. Wydaje się pani, że odkryje prawdę o życiu między półkami bibliotecznymi albo czytając napisane drobnym druczkiem odnośniki stworzone przez innych mieszkańców wież z kości słoniowej, którzy nigdy nie wyściubili nosa na świat i nie mieli pojęcia, co ludzie naprawdę myślą i co jest dla nich ważne. Znalazła się pani tutaj na Marsie pomiędzy pierwszymi istotami ludzkimi, którym dane było pokonać kosmos i odwiedzić inną cywilizację, spełniając marzenia ludzi od czasu, kiedy po raz pierwszy spojrzeli w gwiazdy. A pani się zachowuje, jakby pani utknęła na letnim urlopie w Filadelfii. Nie prosiłam pana, aby mnie pan analizował – odparła. Mimo wszystko mam zamiar to zrobić – oznajmiłem jej ponuro. Sądzę, że obawia się pani życia. Ta postawa chłodnego lekceważenia, którym pani emanuje, jest ewidentnym mechanizmem obronnym.
Nic pani nie wie o życiu i w głębi serca boi się pani, że nie poradziłaby sobie z jego problemami. A więc ukryła się pani przed nim za pancerzem z książek. Na jej policzkach pojawiły się jaskrawe oznaki gniewu. To nie fair! – zawołała gorąco. Nie ma pan prawa, żeby mnie tak określać i... Urwała nagle i zerwała się na nogi. Dostrzegłem, że drżą jej wargi. Bitwa została przerwana przez profesora. Podszedł do nas i dotknął mojego ramienia.
Cricky Crick chce, żebyśmy wrócili do sali. Dlaczego? Co się dzieje? Chyba się domyślam, ale to trudno wytłumaczyć. No dobrze, niech pan spróbuje. Powoli i po kolei. My wszyscy mamy wziąć udział w programie z nagrodami. Popatrzył na mnie z niepokojem. Na razie jasne? Proszę dalej – powiedziałem, ale mój głos brzmiał niezbyt pewnie.
No cóż, to wszystko. Proszę poczekać. Co my mamy robić w tym programie? To mnie naprawdę zastanowiło. Mamy być, jakby to powiedzieć... No proszę dokończyć. Profesor rozpromienił się. Już mam. Mamy być nagrodami. Ogromna sala znowu była wypełniona po brzegi Marsjanami, ale tym razem byli oni w nastroju publiczności na niedzielnym festynie.
Stanęliśmy przed nimi na podeście. Reflektory świeciły nam prosto w oczy. Myśli kotłowały mi się w głowie, żeby to łagodnie określić. Valerie stała koło mnie i po raz pierwszy wyglądała na bardzo niepewną. „Czy wie pan, co tu się dzieje?” — spytała mnie. „Tak. Mamy zostać wygrani. Jesteśmy głównymi nagrodami w marsjańskiej loterii.” „Ale to przecież jakiś idiotyzm. Ja nie chcę być niczyją wygraną.” „Zdaje się, że nie ma pani wyboru.” Popatrzyła na mnie z paniką. „I ma pan zamiar im na to pozwolić?” Skrzyżowałem ręce na piersiach i przybrałem wzniosły wyraz twarzy.
„Wolę przyglądać się rzeczywistości z bezpiecznego dystansu. Jestem spokojnym widzem na brzegach rzeki życia. Niech jego strumień pieni się i płynie. Cóż ja mogę zrobić? Ja także potrafię być taoistą, jak pani z pewnością zauważyła.” Odwróciła się ode mnie z gniewem. „Pan sobie ze mnie kpi. Odbija pan we mnie moje własne słowa.” „No cóż, jeśli pani pamięta, uważała pani, że są to bardzo mądre słowa.” Crick i Crick w tej właśnie chwili uniósł ręce i w całej sali zapadła cisza. Podprowadził profesora kilka kroków do przodu i na widowni rozległo się przyciszone, wydawało się, że przyjazne brzęczenie. Następnie przed szereg wyprowadzony został Percy, co zostało przyjęte kompletnym milczeniem. Ja byłem kolejny, spotykając się z umiarkowanie ożywioną reakcją.
Jeśli jej natężenie miało oznaczać poziom aprobaty, wyprzedziłem Percy'ego z całkiem bezpieczną przewagą. Zerknąłem na niego i parsknąłem. Panna Murdock otrzymała całkiem imponujące poparcie. Irytujące brzęczenie i trzaski wzmogły się do poziomu lekkiej wrzawy, ale kiedy do przodu wyszła Valerie, dach się niemal zawalił. Publiczność zerwała się na nogi i trzeszczała jak tysiąc szumiących stacji radiowych. Ewidentnie potrafili rozpoznać dobre ciacho, kiedy je zobaczyli. Valerie rzuciła w moją stronę wystraszone spojrzenie. Uniosłem zaciśnięte ręce nad głowę. „Gratulacje, szanowna czempionko” — wrzasnąłem na całe gardło. „Bardzo zabawne” — odparła zimno.
Odprowadzono nas do naszej izby, zaś profesor usiłował wypytać Cricka o to, co się przed chwilą wydarzyło. Ale musiało to być albo za proste, albo za skomplikowane, ponieważ poddał się w końcu ze zdumionym wzruszeniem ramion. „To kompletny obłęd” — oznajmił, kręcąc głową. W końcu otworzyły się drzwi i do środka weszli dwaj Marsjanie. Byli więksi niż Crick i Crick i wyglądali na pewnych siebie i wiele mogących. Odniosłem wrażenie, że należą oni do takich, którzy wiedzieliby, w jaki sposób obstawiać wyniki wyborów i co w trawie piszczy na wyścigach konnych. To jest, wiedzieliby na Ziemi. Jeden z nich, uśmiechnięty przystojniaczek, zaczął manewrować w stronę panny Murdock. Drugi zaś, nawet jeszcze bardziej wyszczerzony, skierował się do Valerie. Crick i Crick coś powiedział, a profesor przyłożył sobie obie dłonie do głowy i pokręcił nią lekko.
„Zwycięzcy” — oznajmił pustym głosem. „Niech mnie! — zauważyła panna Murdock. — Od zawsze byłam pewna, że w końcu złapię jakiegoś rodzaju faceta.” „Och” — zamrugała Valerie i ukryła twarz w dłoniach. Crick i Crick wyrzucił z siebie coś niezrozumiale, a profesor popatrzył na obie kobiety i uśmiechnął się niewyraźnie. „To są bardzo bogaci Marsjanie. Są właścicielami wielkich farm. Crick i Crick mówi, że panie mają ogromne szczęście.” „Wielka farma?” — z zadowoleniem stwierdziła panna Murdock. „No cóż, czy to nie wspaniale?” „Oni zabiorą panie jutro” — mówił dalej profesor. „Wszystko już ustalone.” Dwaj fartowni Marsjanie obrzucili ostatnim zachwyconym spojrzeniem swoje nagrody, a następnie wymaszerowali z pomieszczenia, promieniejąc szczęściem.
Valerie tupnęła nogą. W oczach błyszczały jej łzy. „Nie pojadę na żadną marsjańską farmę.” „Posłuchaj mnie, dziecko” — powiedziała panna Murdock. „To wszystko nie jest takie złe.” „Bóg” — nagle oznajmił Crick i Crick i zaklekotał coś do profesora. „Musimy znowu iść na nabożeństwo” — oznajmił pogodnie profesor. Przypomniałem sobie wówczas, że Godfrey jest na antenie mniej więcej przez cały czas nadawania programu i perspektywa wielbienia go przez 18 godzin na dobę nie wydała mi się specjalnie różowa. Nie było jednak wyboru. Weszliśmy do wielkiej sali, gdzie tysiące Marsjan czekało gorączkowo na swoją najwyższą istotę. Godfrey wszedł po reklamie, a ja wyprostowałem się w fotelu i dałem koksańca mojemu sąsiadowi, którym okazał się być rozmodlony Marsjanin. Obrzucił mnie zranionym spojrzeniem i powrócił do swych medytacji, a ja posłałem koksańca w drugą stronę, tym razem trafiając w żebra Valerie.
Było to całkiem sympatyczne miejsce do tego, by ją trafić. „Auć” oznajmiła. „Oglądaj” szepnąłem jej do ucha. Była to bezsensowna uwaga, jako że nie było nic innego do roboty poza oglądaniem. Ale ona także usiadła bardziej wyprostowana. I wtedy obok swojskiej, pogodnej twarzy Godfreya pojawiło się szczupłe i wiecznie niezadowolone oblicze Percy'ego. To był program, który nagrali, kiedy byliśmy w Nowym Jorku i teraz, właśnie po pokonaniu warstwy Heaviside'a oraz przestrzeni kosmicznej, sygnał telewizyjny dotarł tutaj, na Marsa. Od strony Marsjan doleciało zdumione klekotanie. „Hej, to ja!” wrzasnął Percy z instynktem prawdziwego gwiazdora. Program toczył się dalej i poza krótkim występem Percy'ego był równie sympatyczny jak zawsze.
Ale później, kiedy ściana ściemniała i otworzono wielkie wrota sali, wśród Marsjan podniósł się szelest zmieszania. Kłębili się wokół nas, trzeszcząc z ekscytacją, a ci, którzy znajdowali się najbliżej Percy'ego, zaczęli oddawać mu pokłony, uderzając czołami w podłogę. Percy podniósł się, niemalże mrucząc z zadowolenia z powodu tej całej uwagi, jaką przyciągnął. Przez chwilę rozglądał się wokół siebie z zaskoczeniem. Potem, widząc, że coraz więcej Marsjan zaczyna bić mu pokłony, odzyskał głos. „Oni mnie adorują” zawołał pełnym szczęścia głosem. „Myślą, że jestem bogiem.” „Bóg” wymamrotałem. Marsjanie zwiększali natężenie swojego hołdu dźwiękowego aż do chwili, gdy cała sala zaczęła buczeć jednym głosem, a ja z pewnym niepokojem zauważyłem dosyć zadowolony, ale surowy wyraz pojawiający się na obliczu Percy'ego. Kiedy znaleźliśmy się z powrotem w naszych pomieszczeniach, byłem sam z Valerie. Percy został na zewnątrz, na korytarzu, gdzie oddawała mu cześć grupa pijanych ze szczęścia Marsjan, zaś profesor i Creaky-Creek konferowali w innym pokoju.
Nie miałem najmniejszego pojęcia, gdzie była panna Murdock i obchodziło mnie to jeszcze mniej. Valerie chodziła w tę i z powrotem, wykręcając sobie dłonie. Wyglądała rozdzierająco smutno. Chwyciło mnie to za serce. Podszedłem do niej i złapałem ją za ramiona. „Niech pani posłucha” oświadczyłem jej. „Nie pozwolę żadnemu marsjańskiemu wsiokowi, żeby panią zabrał i zrobił z panien dziewczynę do dojenia krów.” „Nie?” powiedziała niepewnie. „Z całą pewnością nie. Zabiorę panią z powrotem na Ziemię i mam zamiar nauczyć panią o życiu więcej, niż dowiedziałaby się pani nawet w dwudziestu bibliotekach.” „T-taki ma pan zamiar?” „Tak.” A potem pocałowałem ją. Mocno, długo.
Na chwilę ciało dziewczyny zesztywniało, a dłonie zaparły się o moje ramiona. Potem jej ręce powoli otoczyły moją szyję. Później, dużo później, oderwaliśmy się od siebie, aby złapać oddech. „Lekcja numer jeden” oznajmiłem. „Zaczynam rozumieć” odparła z rozmarzeniem. „Może po kilku kolejnych lekcjach...” Rozpocząłem lekcję numer dwa. W czasie tego wspaniałego spotkania nauczyciela z uczniem otworzyły się drzwi i do środka wszedł Percy. Wyrwał mu się ostry jęk wstrząsu. „Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś tak obrzydliwego” zawołał. „Musiała pani chyba upaść na głowę, panno Jones.” Valerie niechętnie odsunęła się ode mnie.
Popatrzyła na Percy'ego i westchnęła z zastanowieniem. „Nie każda dziewczyna ma szansę złoić skórę marsjańskiemu bogu. Chyba nie będziesz miała już lepszej okazji” dorzuciłem. „Chwileczkę” zawołał Percy, wycofując się ostrożnie w stronę drzwi. Valerie była jednak bardzo szybka i zdeterminowana. Złapała Percy'ego za fałdę spodni, kiedy już miał wybrysnąć za drzwi i w ciągu ułamka sekundy przełożyła go przez kolano i zaczęła tłuc z niesamowitym entuzjazmem. Z prawdziwą przyjemnością wysłuchałem jego obrażonych skrzeków. Kiedy Valerie go opuściła, jak na mój gust zdecydowanie za szybko, pomknął do drzwi i zaczął wygrażać nam pięścią. „Jestem bogiem i nie wolno wam mi tego robić. Ja wam jeszcze pokażę.” Z tymi słowami wybiegł z pokoju.
Po kilku chwilach przyszli profesor i Creaky-Creek. Stałem z Valerie, otaczając ręką jej talię i rozmyślałem, niezupełnie o tym, czego byście się spodziewali. Wymyśliłem sposób na nasz powrót na Ziemię oraz wyciągnięcie panny Murdock i Valerie z tej afery z farmerami. „Panie profesorze” – poleciłem mu. – „Proszę powiedzieć Crick i Crickowi coś takiego: te programy z nagrodami opierają się na czymś odpowiednim do wygrania, a ja wymyśliłem nagrodę, która zaskoczy i rozgrzeje do białości każdego na Marsie.” No dalej, proszę mu to powiedzieć. Ze zdumionym wzruszeniem ramion profesor powtórzył moją wiadomość Crick i Crickowi, który zareagował na nią zdecydowanym zainteresowaniem. „No dobrze” – kontynuowałem. – „Profesorze, proszę przekazać mu resztę tego, co powiem z taką elokwencją, na jaką pana stać. Główną nagrodą będzie darmowa podróż na Ziemię.” Kiedy profesor powtarzał moje słowa, poczułem, że kółeczko się zamknęło. Wyszliśmy od darmowej podróży na Marsa i nieuchronnie zatoczyliśmy krąg do darmowej podróży na Ziemię.
Na te wieści Crick i Crick po prostu wybuchnął pokazem najwyższej satysfakcji. Ale zanim wypadł z pokoju, krzyknąłem jeszcze: „Jedna sprawa, panie profesorze, proszę mu powiedzieć, że te pierwsze wygrane muszą zostać anulowane. Niech pan mu powie, że dziewczęta są niezbędne do obsługi statku kosmicznego.” „Och!” – zawołała ze szczęściem Valerie. Profesor powtórzył to, co mówiłem i Crick i Crick nie wnosił sprzeciwu. Zdawał się mieć straszną ochotę na uruchomienie nowego show i wypadł z pokoju uśmiechnięty od ucha do ucha. Wszystko poszło gładko. Program stał się wielkim sukcesem. Zwycięzcy zostali wybrani, a profesor rozpoczął przygotowania statku do podróży powrotnej na Ziemię. Był tylko jeden problem. Panna Murdock zniknęła razem ze swoim farmerem zwycięzcą.
Przypuszczam, że skalkulowała sobie, iż Marsjanin w ręku jest lepszy niż dzięcioł na sęku. W każdym razie, kiedy nadszedł czas startu, nie było jej na liście obecnych. „Może to i lepiej” – stwierdziła Valerie. – „Będzie tutaj szczęśliwa.” „Ona byłaby szczęśliwa gdziekolwiek, gdzie udałoby się jej dopaść jakiegoś faceta” – skomentowałem. Dopiero kiedy zebraliśmy się razem i już mieliśmy udać się na statek, w tryby całej maszynerii wpadł ogromny klucz francuski. Nagle otworzyły się drzwi i do środka wparadował Percy, a za nim tuzin surowo wyglądających Marsjan z paskudnymi włóczniami w dłoniach. Percy otworzył usta i wytrajkotał coś po marsjańsku, a jego włócznicy otoczyli nas kołem, podstawiając nam błyszczące szpice swej broni prosto pod nosy. „Plany uległy zmianie” – spokojnie oznajmił Percy. – „Ja jestem tutaj bogiem i postanowiłem je zmienić. Profesor może sobie wracać na Ziemię, ale Valerie zostanie ze mną.
W końcu będę potrzebował, hmm, bogini.” „Niech mnie drzwi ścisną!” – zawołałem. A ona odrzuciła Marsjanina. „Ty, O'Leary” – kontynuował surowym tonem Percy. – „Także tutaj ze mną zostaniesz jako mój osobisty służący.” Profesor dziwnie zdecydowanym ruchem wyjął z kieszeni wielki srebrny zegarek. Złapał go za koniec łańcuszka i pozwolił, aby powoli się obracał. Na jego wypolerowanych krawędziach skakały i połyskiwały rozbłyski światła. „Percy” – powiedział łagodnym, przyciszonym głosem. – „Popatrz na zegarek.” „Tak?” – Percy rzucił okiem na zegarek, a jego wzrok przesuwał się w ślad za jego ruchem. – „Nie rozumiem co...” Głos powoli mu zamierał. „Teraz lepiej” – mówił profesor, uśmiechając się.
– „Jesteś zmęczony, co, Percy?” „No cóż, prawdę mówiąc, chyba tak” – odparł Percy ściszonym głosem. „Musisz odpocząć. Zabierz swoją gwardię królewską ze sobą i idź do sypialni. Śpij jak Bóg.” „Tak, muszę to zrobić” – wymamrotał Percy. Powiedział do swojej świty coś po marsjańsku, a następnie, idąc jak lunatyk, odwrócił się i wymaszerował z pomieszczenia. Jego gwardziści ruszyli za nim, klekocząc coś z zaskoczeniem między sobą. „Ruszajmy” – oznajmił profesor Hines-Miller z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Z lekkimi sercami pomachaliśmy Marsowi na pożegnanie. Stałem, otaczając Valerie ramieniem, kiedy profesor zamknął statek i zaprowadził dwóch zwycięskich Marsjan na ich fotele. „Czuję się taka szczęśliwa z powodu panny Murdock” – delikatnym tonem powiedziała Valerie.
„Ja również.” „Za to bardzo mi żal biednego Percy'ego.” „Jeśli chodzi o Percy'ego” – odparłem. – „To znacznie bardziej mi żal biednych Marsjan.” Koniec. Brock Phillips, „Kapitan Piwody”. Tłumaczenie: Witold Bartkiewicz, w domenie publicznej. Młotek stuknął ostro i szmerek toczących się w sali bankietowej rozmów zaczął przechodzić w głuchą ciszę. Działo się to na 75. spotkaniu MKapKO, organizacji emerytowanych kapitanów kosmicznych. Miejscem akcji była sala bankietowa w Empire Club w Nowym Empire State Building na Manhattanie. Czas akcji: około 9:30 wieczorem, 9 sierpnia 2231 roku naszej ery. Obecni na sali to 418 członków MKapKO.
Czy też raczej 419, włączając nowego członka, kapitana Arthura Peabody, który przekroczył barierę 95. urodzin zaledwie dwa tygodnie wcześniej i z tego powodu został automatycznie wycofany ze służby czynnej, co uprawniało go do członkostwa, mimo że nadal był w kwiecie wieku. „Proszę wszystkich o ciszę” – oznajmił łagodnym tonem sekretarz stowarzyszenia i mistrz ceremonii, kapitan John Ivers, ponownie stukając młotkiem. Zwrócił się następnie do siedzącego po sąsiedzku nowego członka. „Panie kapitanie” – powiedział swoim donośnym, czystym głosem. „Nadszedł czas, aby dopełnić tradycyjnego rytuału naszych spotkań, której to części wyglądamy z ogromną przyjemnością i niecierpliwością”. Rozległy się przytłumione oklaski, po których kapitan Ivers odchrząknął i podjął swą przemowę. Każdy z tu obecnych stał się członkiem MKapKO po całym życiu spędzonym na podróżach w kosmosie, przez większość tego czasu pełniąc funkcję kapitana trzymającego w rękach życie swej załogi, pasażerów i statku. W nieunikniony sposób wszyscy przeżyliśmy w tym okresie jakieś niezwykłe doświadczenia i lubimy o nich opowiadać, niewątpliwie zanudzając swych towarzyszy na śmierć, ponieważ wymieniamy między sobą te same historie spotkanie po spotkaniu. Tak więc pojawienie się nowego członka zawsze jest dla nas skarbem.
Dzięki temu zyskujemy bowiem jakieś nowe opowieści do wysłuchania. Za chwilę więc oddam panu głos i chcielibyśmy, aby podzielił się pan z nami wybranym doświadczeniem, które uważa pan za najbardziej niezwykłe pod jakimś względem w całej pańskiej karierze. Proszę bardzo, przekazuję mikrofon. Pan kapitan Arthur Peabody. Arthur Peabody uniósł się powoli. Wysoki mężczyzna, którego siedem stóp wzrostu składało się z długich nóg i krótkiego tułowia. Ostry łuk nosa i wysokie czoło nadawały jego obliczu cech swobodnej i pewnej władzy. Poczekał ze spokojnym uśmiechem na swych stanowczych ustach, aż ucichną oklaski. Potem rozpoczął swe wystąpienie. Wydarzenie, które utkwiło mi w pamięci bardziej niż jakiekolwiek inne, tak naprawdę miało swój początek jakieś pięć minut po tym, jak przydzielono mi mój pierwszy statek, Alabamę.
Kiedy dostałem do ręki listę swoich oficerów i członków załogi. W połowie listy natknąłem się na nazwisko Oscara Resnicka i nagle opadła ze mnie cała radość z objęcia funkcji kapitana. W tej chwili, nawet za marny grosz, chętnie zostałbym emerytowanym kapitanem kosmicznym, jeszcze zanim na dobre zacząłem nim być. Miałem wtedy 52 lata i minęło już niemal 30 lat od czasu, gdy po raz ostatni widziałem Resnicka. Ciągle miał stopień marynarza pierwszej klasy i wiedziałem, że jeśli nawet kiedykolwiek otrzymałby awans na wyższy, to wcześniej czy później nieunikniona byłaby jego ponowna degradacja. Był to bowiem nieuleczalny brutal z najbardziej zwyrodniałymi skłonnościami do sadystycznego okrucieństwa, jakie kiedykolwiek w życiu spotkałem. Już sam widok jego nazwiska na tej liście wzbudził we mnie instynktowny dreszcz strachu. Kiedyś, kiedy byłem jeszcze rekrutem marynarki kosmicznej, zatłukł mnie niemalże na śmierć i zaszczepił we mnie świadomość, że mógłby to zrobić zawsze i wszędzie. Tego rodzaju człowiek jest zawsze odrobinę szalony albo sprawia na tobie takie wrażenie. Usiłujesz nie wchodzić mu w drogę, jeśli tylko zdołasz, a jeżeli nie uda ci się uniknąć spotkania, to przełykasz jego zniewagi i starasz się zrobić wszystko, co się da, żeby uniknąć bicia, które spadnie na ciebie, jeśli przyjdzie mu do głowy taki kaprys.
Życie przez lata z czymś takim, co spotkało mnie 30 lat wcześniej, powoduje, że nigdy już się tego nie zapomni. Teraz byłem kapitanem swojego pierwszego statku, a on był tylko jednym z marynarzy. Ale w głębi serca wiedziałem, że jeśli do mnie podejdzie i nagle podniesie rękę, aby podrapać się po głowie, to ja się skulę i zbieleję jak ściana i nic nie będę w stanie na to poradzić. A tego rodzaju wydarzenie oznaczałoby mój koniec. Załoga zaczęłaby myśleć, że jestem cykorem i byłem nim, jeśli chodzi o Oscara Resnicka. Och, nie zrobi z pewnością niczego, co dawałoby mi powód do wtrącenia go do aresztu, ani nawet niczego, co dawałoby mi powód do wyrzucenia go ze służby. A przynajmniej powód, który ostałby się w postępowaniu związkowym, jeśli by się go domagał, co było raczej pewne. Po prostu będzie szczerzył do mnie znacząco zęby w uśmiechu z oczyma mówiącymi mi, że myśli, iż jestem tchórzem i po każdym rozkazie będzie się wahał króciutką chwilę, ale nie na tyle długo, abym się zastanawiał, czy tym razem ma zamiar mnie posłuchać. Tego rodzaju rzeczy z czasem mogą człowieka kompletnie załamać i nie widziałem sposobu na uniknięcie tego. Poczyniłem próbę, żeby pozbyć się go z załogi.
Dyspozytor przyznał, że Resnick ma reputację wichrzyciela, ale gdybym go nie wziął ze sobą, związek mógłby odwołać całą załogę i uziemić statek. Potem dyspozytor podsunął mi fakt, że na liście brakowało jednego człowieka, mojego osobistego ordynansa. W ogóle nie myślałem o ordynansie i nikogo jeszcze na tą funkcję nie wybrałem. Dał mi listę dostępnych ludzi i przejrzałem ją. Większość nazwisk zupełnie nic mi nie mówiła. Nagle spotkałem nazwisko, które znałem. Nie znałem go osobiście, ale słyszałem o nim i prawdopodobnie wszyscy panowie o nim słyszeli. Nazywał się David Markham. Jak powiedział mi dyspozytor, kiedy go spytałem, zgadza się. To był ten David Markham.
Ten sam, którego wykopano z patrolu kosmicznego za ohydne tchórzostwo. Dyspozytor opowiedział mi, że człowiek ten próbował przez dwa lata wrócić w kosmos, ale związek go nie chciał i jedynym sposobem na powrót do służby była funkcja ordynansa kapitana. Jeśli jakikolwiek kapitan go weźmie. Dyspozytor zasugerował mi dwu, trzech ludzi znanych mu osobiście, którzy mogliby mi się spodobać i któregoś z nich może zostawiłbym sobie na stałe. Ale w głowie zaczął mi kiełkować szalony pomysł. To pewnie było chwytanie się brzytwy, ale sprowadzało się mniej więcej do tego. Mam w swojej załodze sadystycznego brutala, człowieka, który znał mój słaby punkt i wiedział, jak go wykorzystać. Dlaczego nie zrównoważyć tego poprzez wybór do załogi człowieka, który stanowił jego dokładne przeciwieństwo? Skończonego tchórza. Być może rozumując w podobnym stylu, pragnąłem towarzystwa człowieka, który nawet jeśli Resnick obnaży mnie przed załogą, nie będzie mógł spoglądać na mnie z góry.
Po prostu dlatego, że sam był najniższym z małych. Dyspozytor prawie popłakał się ze szczęścia, kiedy wybrałem Davida Markhama. Okazało się, że bardzo mu było żal tego gościa i uważał, że tylko człowiek z prawdziwymi jajami może mieć na tyle dużo odwagi, żeby go przyjąć. Bez wątpienia byłby bardzo zaskoczony, gdybym powiedział mu prawdę. Spotkałem się z Markhamem następnego dnia o siódmej rano, kiedy wróciłem do biura dyspozytora w porcie kosmicznym Nowy Meksyk. Był to całkiem przystojny facet w wieku 25 lat, raczej niski, tuż powyżej limitu sześciu stóp i czterech cali dla patrolu kosmicznego, ważący około 190, blondyn o kwadratowej szczęce. Od razu zaczął mi się podobać, ale w głębi jego oczu była jakaś udręka, która nigdy nie znikała, nawet kiedy się uśmiechał. A w czasie, kiedy go znałem, uśmiechał się często, chociaż nigdy poza jednym wypadkiem nie roześmiał się głośno. A i to był dźwięk, którego nigdy więcej wolałbym nie słyszeć. To jednak wydarzyło się znacznie później.
Wysłałem go na pokład z moimi torbami, aby przygotował moje kwatery, a potem przygotowałem się psychicznie do spotkania z załogą. Wiecie, jak to wygląda. Siadacie w okienku, a ludzie podchodzą jeden po drugim pojedynczo. Przedstawiacie się, rejestrujecie twarz człowieka w pamięci, próbujecie go ocenić, a potem prosicie następnego. W końcu w okienku pojawił się Oscar Resnick. Gładko ogolony, z gęstą grzywą ciężkich, piaskoworudych włosów. Sześć stóp, osiem cali, mniej więcej 240 funtów żywej wagi. Jego brązowe oczy wydawały się odrobinę zbyt duże, usta o wąskich wargach odrobinę zbyt małe, zaś zęby odrobinę zbyt długie. W chwili, kiedy go zobaczyłem, stare strachy wróciły. Potrzebował kilku sekund, żeby sobie przypomnieć, skąd mnie zna.
Potem rozpoznał mnie i niemalże widziałem, jak przez głowę przepływa mu strumień wspomnień, a jego szerokie oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły, zaś wąskie wargi wykrzywiły w rozpoznawczym uśmieszku. „Patrzcie państwo, pan kapitan Peabody” — wycedził, przeciągając na języku słowo kapitan, jakby smakował je z pogardą. Jaki ten świat mały. Fantastycznie. Niemal byłem w stanie odczytać myśli rozbłyskujące mu na twarzy. Będzie mógł grać na wyczekanie, nie śpiesząc się, ale to będzie gra odpowiadająca jego upodobaniom. Ujawnienie tchórzliwego charakteru kapitana. Nagle był z powrotem pełen szacunku, niemalże aż za bardzo pełen szacunku. „Z pewnością dobrze się będzie z panem latać, panie kapitanie” — powiedział. „Oto właściwy duch, Resnick” — odparłem.
W porządku. Proszę na pokład. Bramka siedem. Kiedy poszedł, sprawdziłem resztę załogi, widząc sympatię i szacunek w ich oczach i zastanawiając się, jak szybko zmienią się one w ledwie skrywaną pogardę oraz co zrobi Ressnick, żeby mnie zdemaskować. Jak zbuntowany wilk będzie wyczekiwać, trzymając się gdzieś na uboczu, dopóki nie zdecyduje, że nadszedł właściwy moment, a wtedy śmignie w błyskawicznym ataku, który zedrze ze mnie zasłonę mego strachu przed nim tak, by wszyscy go zobaczyli, a następnie równie pośpiesznie się wycofa, żeby siąść i się śmiać, podczas gdy dusza we mnie będzie usychać. To wszystko, co miał zrobić. To wszystko, co będzie musiał zrobić. Zarówno on, jak i ja. I obaj, zarówno on, jak i ja, dobrze o tym wiedzieliśmy. W dniach, które nastąpiły po starcie, obserwowałem powolny rozwój sytuacji z pewnością wynikającą z wiedzy, jaka mogła pochodzić wyłącznie z osobistego doświadczenia.
Znałem metody Ressnicka. Odnoszący sukcesy brutal musi być bystrym psychologiem i wiedzieć, jak budować na słabościach ofiary. Obserwowałem Oscara Ressnicka wypróbowującego to tego, to tamtego z ludzi, pracującego nad każdym z nich. Używał dosyć subtelnych metod. Czekał, aż będzie sam na sam z ofiarą, a wtedy podkładał jej nogę, kiedy przechodziła obok niego lub boleśnie dźgał ją łokciem w żebra, twierdząc potem, że był to przypadek, ale w taki sposób, iż zarówno on, jak i jego ofiara wiedzieli, że z żadnym przypadkiem nie miało to nic wspólnego. A jednak nikt inny by jej w to nie uwierzył. Szydził z niej pogardliwymi spojrzeniami i uśmieszkiem, ośmielając ją, aby coś z tym zrobiła. A co ofiara mogła zrobić? Nie mogła pójść ze skargą do pierwszego oficera, że jest dręczona i prześladowana. Nie mogła załatwić wszystkiego w otwarty sposób, rozwiązując sprawę przy pomocy walki, nie zadając przy tym pierwszego ciosu, po którym uznano by ją za agresora winnego niczym niesprowokowanego ataku.
A przede wszystkim jego szyderstwa i drwiny stwarzające pozór siły i pewności siebie skłaniały ją do rezygnacji z otwartej walki, chyba że byłaby w tej dziedzinie prawdziwym zawodowcem. Stopniowo utrwalały się w niej reakcje lękowe uniemożliwiające jej zwycięstwo, nawet gdyby początkowo była w stanie pokonać swego dręczyciela. Kiedy ktoś staje się ofiarą tego rodzaju prześladowań, tak naprawdę otwierają się przed nim jedynie dwie drogi postępowania: próbować schodzić prześladowcy z drogi tak często, jak to tylko było możliwe, jeśli ktoś miałby choćby odrobinę godności osobistej, albo płaszczyć się przed nim, upadlać się w jego obecności, szydzić z nim, z innych ofiar, schlebiać mu i mieć nadzieję, że skieruje swe sadystyczne zapędy w inną stronę. Wkrótce czterech czy pięciu marynarzy zaczęło trzymać się swego sadystycznego prowodyra, przesadnie go podziwiając, śmiejąc się niesamowicie z każdego jego słowa, stając u jego boku przeciw innym, a nawet samemu dopuszczając się pomniejszych brutalnych czynów, terroryzując tą czy tamtą ofiarę zaraz, kiedy tylko się zorientowali, że wiąże ich wszystkich wspólna skłonność do tchórzliwego sadyzmu, jak stado ludzkich szakali. Ludzie pokroju Ressnicka początkowo zostawiają silnych w spokoju. Czekają, aż zbiorą się wokół nich szakale. Kiedy ten etap się zakończy, kiedy każdy, kto będzie chciał cokolwiek powiedzieć, staje się tchórzliwym donosicielem, kapitan zaczyna znajdować najlepszych ludzi ze swej załogi w szpitalu z rozbitymi nosami, posiniaczoną twarzą, podbitymi oczyma i może nawet z kilkoma połamanymi żebrami, które trzasnęły pod czyimś butem. Po tym, jak już lekarz udzieli im pierwszej pomocy, kapitan idzie do ambulatorium i wypytuje, kto to zrobił. Ofiara zaciska wargi i odpowiada, że nie widziała go. Kłamie i wie, że ty zdajesz sobie z tego sprawę.
Ale co masz zrobić? Nie możesz przecież wyciągnąć z niej tego przy pomocy tortur albo ukarać jej za to, że nie chce ci tego powiedzieć. Nie. Kapitan ma w tym przypadku związane ręce. Musi mieć zeznania poszkodowanego na piśmie, podpisane i poświadczone, a w karaniu agresorów należy stosować się ściśle do przepisów prawa. A jeżeli kapitan w ogóle cokolwiek zrobi, może być niemal pewien, że w pierwszym porcie zostanie zaciągnięty przed sąd przez ukaranych osobników. Nawet jeśli kapitan potrafi udowodnić słuszność osadzenia kogoś w areszcie, ukarania go grzywną albo wymierzenia kary degradacji związanej z rodzajem przydzielanej pracy, jego statek zostanie opóźniony przez rozprawę, a właściciele mogą zdecydować, że potrzebny im jest inny kapitan, który wie, jak uniknąć kosztownych opóźnień. Ludzie pokroju Oscara Ressnicka to społeczny rak, a ja widziałem pojawienie się na statku jego pierwszych objawów oraz jego rozrost. Zdawałem sobie również sprawę, że tamten jest zbyt sprytny i cwany, żeby pozwolić ofiarom na wydostanie mu się z rąk. Każdy inny kapitan, znając te wszystkie fakty, usiadłby spokojnie i nic nie robił, wiedząc, że to jedyny bezpieczny sposób postępowania zgodny z jego obowiązkami polegającymi na utrzymaniu statku w rozkładzie lotu.
Ja również musiałem tak postąpić, ale wiedziałem, że to tylko preludium, że kiedy wresnik wyczuje odpowiedni moment dla swoich celów, zaatakuje mnie. Będzie to subtelny atak i potrwa tylko chwilę. Będzie miał miejsce w obecności załogi. To będzie coś, co złapie mnie nieprzygotowanego, wzbudzi błysk strachu w moich oczach tak, by zobaczyli go wszyscy marynarze. To zupełnie wystarczy. Wszyscy zaczną mówić, że kapitan Peabody to tchórz. Część marynarzy odejdzie ze statku w porcie kosmicznym Północny Mars, mówiąc agentowi biznesowemu związku, że nie chcą służyć na statku z tchórzliwym kapitanem. Agent stwierdzi, że ludzie odmawiają zamustrowania na mój statek, ponieważ jestem tchórzem i nieuchronnie nadejdzie chwila, kiedy nie będę potrafił znaleźć pełnej załogi. Wtedy właściciele zwolnią mnie i nigdzie już nie znajdę nowego miejsca pracy jako kapitan. Nie wiedziałem, jak uniknąć tego losu.
To była tylko kwestia czasu. Kiedy to się wydarzy? Dzisiaj? Dopiero za sześć miesięcy? A może jutro? Kiedy? David Markham od samego początku okazał się niezmiernie sumiennym ordynansem. Moja kwatera utrzymywana była w idealnym porządku. Wystarczyło, że tylko uniosłem brew, a on już był na miejscu, gotów do wykonania poleceń. Ile godzin dziennie spędzał na ścieraniu wyimaginowanego kurzu, spłukiwaniu po raz enty nieistniejącego detergentu z moich naczyń i sztućców, zanim zasiadłem do jedzenia, polerowaniu moich już wcześniej lśniących jak lustro butów i milionie innych rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, nie miałem pojęcia.
Niewielu ordynansów brata się z załogą i on nie był pod tym względem wyjątkiem. Większość ordynansów albo od początku ma cechy starej panny, albo wykształca je w sobie po kilku latach. On nie wykazywał niczego podobnego, ale nie był przecież ulepiony z tej samej gliny co zwykli ordynansi. Przez cały czas wyczuwało się w nim napięcie tak silne, że aż niemal widoczne. Napięcie, które każdą pomniejszą pracę domową zmieniało dla niego w sprawę życia lub śmierci. Żal było na tego człowieka patrzeć i zazwyczaj unikałem oglądania go tak często, jak tylko było to możliwe. Ale kapitan nie może podnosić wszystkiego, co zdarzy mu się upuścić ani robić mnóstwa innych rzeczy, które zwykły człowiek robi sam dla siebie, ale które należą do tradycyjnych obowiązków ordynansa, jeśli nie ma żadnych innych spraw, jakie by go w tym czasie zajmowały. A więc z konieczności, kiedy nie spałem, David Markham był razem ze mną przez większą część czasu. Gdzieś w zakątku mego umysłu rozrastał się kłąb domysłów na jego temat. David Markham należał do ludzi, których instynktownie lubi się i szanuje, których kariera powinna wspinać się coraz wyżej po kolejnych szczeblach drabiny służbowej, z czasem przed siedemdziesiątką piątką aż do osiągnięcia stopnia admiralskiego.
W miarę upływu kolejnych dni znękanie i strach w głębi jego oczu wydawały się niemal zanikać. Gdybym nie wiedział, kim był, wyśmiałbym bez namysłu możliwość, że mógłby być tchórzem. Nawet wiedząc, kim był, zaczynałem w taką możliwość wątpić. Dużo myślałem o okolicznościach, które doprowadziły go przed sąd wojenny. Zeznań, które twierdziły, że zrzucił maskę pozorów i zaczął uciekać, a potem czołgał się u stóp tych, którzy go schwytali, płacząc i błagając o darowanie życia. Później nieprzyjaciel zdobył szereg posterunków, które nie mogły zostać zlokalizowane bez jego pomocy, co dowodziło, że aby ratować skórę, zachował się jak tchórz. Miało to miejsce oczywiście podczas tego całego zamieszania na Wenus z renegatami Portera. Nie rozumiałem, jak można było mieć najmniejsze wątpliwości co do winy Davida Markhama, nawet pomimo tego, że im dłużej znałem tego człowieka, tym bardziej niewiarygodna ona się wydawała. Próbowałem wymyślić jakieś alternatywne wyjaśnienia. Próbowałem w nie uwierzyć.
Chciałem w nie uwierzyć. Czasami przyłapywałem Markhama wpatrującego się przez port widokowy w przyćmiony srebrzysty aksamit nieskończoności, spoglądającego swą udręczoną duszą, chwilowo tylko uspokojoną na miliony błyszczących klejnotów, z których każdy był jednym z widocznych słońc naszej galaktyki, na mgławice będące innymi galaktykami. Przeżywałem rozterki, pragnąc przyłączyć się do niego w jego spokoju ducha, tak jak chętnie przyłączyłbym się do każdego innego człowieka. Po chwili jednak oddalałem się skrycie, nie będąc jakoś w stanie zmusić się do nawiązania bliższych więzów między nami. Wtedy to właśnie uświadomiłem sobie, że wybrałem Davida Markhama w nadziei, iż mógłby on stać się smacznym kąskiem do rzucenia wresnikowi na pożarcie, aby go zaspokoić i odwrócić jego uwagę ode mnie. Tchórzliwa motywacja. Niezależnie od tego, jak na to patrzeć, to był tylko chwilowy impuls, którego się teraz wstydziłem. Dręczyło to mnie. Nie mógłbym się zmusić do rozszerzenia na niego swojej judaszowej przyjaźni, bo taka, jak czułem, mogłaby się ona okazać. Byliśmy już 40 dni od Ziemi, kiedy Resnick skierował swą uwagę na Davida Markhama.
Odkryłem to zupełnym przypadkiem. 10 minut po rozpoczęciu mojego przepisowego okresu snu pierwszy oficer postanowił mnie poinformować, że za 4 godziny nasz kurs przetnie nieskatalogowany rój meteorytów. I oczywiście do moich obowiązków należało określenie środków ostrożności, jakie należało podjąć. W zwykłych okolicznościach po prostu zadzwoniłbym po swojego ordynansa, ale byłem mocno rozespany i zrobiłem coś bardziej naturalnego. Podszedłem do drzwi jego kajuty leżącej po sąsiedzku do mojej i otworzyłem je bez pukania. Właśnie się rozebrał, przygotowując się do wejścia do łóżka. Stanął zaskoczony moim nieoczekiwanym wejściem i wtedy zauważyłem brzydką purpurową plamę na jego nerkach, która mogła być wynikiem jedynie ciosu pięścią. Udałem, że jej nie zauważyłem. Powiedziałem mu tylko, że powstała sytuacja alarmowa wymagająca jego powrotu na służbę i wycofałem się, zasuwając za sobą drzwi. Kiedy wyszedł dwie minuty później, nie było po nim widać żadnych oznak, czy domyślał się, że zauważyłem siniaka, czy nie, a przez kilka następnych godzin i tak byłem zdecydowanie za bardzo zajęty, żeby się tym przejmować.
Jednak czułem się, jakbym to ja sam nabił mu tego siniaka swoją własną dłonią. I z pewnością byłem za to odpowiedzialny. Dokładnie tak, jak myślałem. Co gorsza, zdałem sobie sprawę, że pomimo swojej winy ciągle czułem nadzieję, że Resnick skupi się na znanym tchórzu i mnie zostawi w spokoju. W czasie, gdy wykreślałem kursy setek odłamków asteroidowego żelastwa, aby wyszukać bezpieczne dziury przez przecinającą nam drogę grupę meteorów, moje myśli szeptały radośnie w głowie: „Musisz tylko udawać, że nic o tym nie wiesz, a może Resnick poczuje wdzięczność i zostawi cię w spokoju”. Później, usiłując złapać trochę snu, próbowałem wymyślić, co można zrobić. Czy może działać wprost i zapytać Markhama o tego siniaka? Przypuśćmy, że tak to rozegram, a on mi powie, że zrobił to Resnick i użyję tego jako pretekstu do wtrącenia sadysty do aresztu. Ale wtedy ludzie mogą rzucić mi w twarz reputację Markhama i stwierdzić, że to tchórzliwe łgarstwa. A jeśli nie wypuszczę Resnicka natychmiast po dotarciu do portu Północny Mars, oznaczać to będzie oficjalne śledztwo i to w pierwszym locie pod moim dowództwem.
Rozważmy więc drugą możliwość, że on mi powie, a ja nic nie zrobię. Wtedy on będzie wiedział, że boję się Resnicka. Nie spałem zbyt wiele. Nie złapałem zbyt wiele snu w czasie następnych kilku dni. W parze z mym poczuciem winy, nienawiścią do siebie samego narastało wrażenie, że uderzenie w mojego ordynansa było pierwszym krokiem w planie Resnicka, aby wyciągnąć mnie na otwarty teren, gdzie bez trudu znajdzie okazję do obnażenia moich słabości. Było oczywiste, jak Resnick dostał Markhama. Musiało się to stać, kiedy Markham poszedł do kuchni, żeby przynieść dla mnie posiłek i musiało się to stać za wiedzą kucharza, co oznaczało, że Resnick już jawnie zaczął rządzić załogą za moimi plecami. Nie było oczywiście niebezpieczeństwa buntu czy innego banalnego chwytu rodem z kiepskiej literatury. Resnick nie był głupcem i nie miał obłąkanych ambicji poza zaspokajaniem swej żądzy sadyzmu. Kilka dni później zauważyłem małą plamkę krwi na plecach koszuli Markhama.
Nie powiedziałem nic, ale później wieczorem, kiedy zwolniłem go i poszedł do swojej kajuty, wziąłem małe, płaskie metalowe lusterko i wsunąłem je pod jego drzwi na tyle daleko, by zajrzeć do środka i obejrzeć go bez ubrania. Zobaczyłem na jego plecach pręgi. Co gorzej, wiedziałem, jak płacze. Wstrząsnął nim milczący szloch, a łzy płynęły mu z oczu strumieniem. Uczucia rozpaczy, zniechęcenia i samotności ogarnęły go kompletnie. W tej chwili wiedziałem już z całkowitą pewnością, że sąd wojenny miał rację. Był tchórzem i nigdy nie będzie niczym innym. Ale jednocześnie nagle poczułem, że go rozumiem. To było coś, na co nic nie mogło poradzić. Leżałem samotnie w swej własnej kajucie i narastał we mnie palący gniew, powodując, że zacząłem myśleć trochę nieracjonalnie.
Można by to określić, jak przypuszczam, jako coś w rodzaju seansu samobiczowania się. W każdym razie psychiatra pewnie by tak to zdiagnozował. W swym własnym umyśle uczyniłem się odpowiedzialnym za wszystko, co Resnick zrobił Davidowi Markhamowi, co oznaczało, że przez ukaranie Resnicka karałem samego siebie. Kiedy człowiek zejdzie na taki poziom czysto emocjonalnego i obsesyjnego myślenia, jego logika staje się nieco zawikłana. Efektem tego bezsennego okresu snu była jedna rzecz, która zupełnie jasno wyklarowała się w mych myślach. Sprawy nie mogą toczyć się dalej tak, jak toczą się teraz. O, pewnie, że tkwiło gdzieś we mnie podświadome przeczucie, że stan umysłu, w którym się znalazłem, było to coś, do czego Resnick dążył. Do tej pory zdążyłem już wmówić sobie wszechwiedzę Resnicka, tak więc wydawało się czymś absolutnie logicznym, że powinien wiedzieć, iż spędziłem bezsenną noc, że powinien wiedzieć, iż zobaczyłem te pręgi na plecach Markhama. W myślach niemalże go widziałem, jak szydzi tymi swoimi małymi usteczkami o cienkich wargach Czekając na mnie, aby mi skręcić kark. Widziałem te jego muskularne ramiona zwisające mu po bokach, pokryte piegowatą skórą otaczającą twarde mięśnie.
Palce wyprostowane, ale gotowe do zaciśnięcia się w pięści. Pięści, które już kiedyś, lata temu, pobiły mnie do nieprzytomności. Pięści, które mogły zrobić to znowu, podczas gdy te lekko szalone brązowe oczy spoglądałyby na mnie z błyskiem drwiny. David Markham podał mi śniadanie. Doskonały ordynans, błyskawicznie przewidujący moje życzenia. Do tej pory tak już dostrojony do moich przyzwyczajeń, że niemalże zdawał się czytać moje myśli, zanim jeszcze sam sobie je uświadomiłem. Wydawał się kompletnie niczym nie martwić. Zimny prysznic może zamaskować wielką różnorodność cierpień wewnętrznych, stwarzając różową aurę dobrego nastroju. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Mógłbym porozmawiać z Oscarem Resnickiem.
Mógłbym go ubłagać. Zaoferowałbym mu pieniądze, moją całą płacę za ten rejs. Tacy ludzie mają swoją cenę. Jako kapitan zarabiałem pięć razy więcej od niego. Oddałbym mu wszystkie pieniądze, gdyby tylko zgodził się odpuścić. Chciałem jedynie przejść przez swoje pierwsze dowództwo bez kłopotów, wrócić na Ziemię o czasie, stworzyć dobre wrażenie. Nagle nabrałem patetycznej pewności, że on się zgodzi. Taki układ musi być jednak obgadany w pełnej tajemnicy. Najmniejszy przeciek do załogi... W panicznym pośpiechu, aby moja pewność siebie nie uleciała, zrezygnowałem ze swojej trzeciej filiżanki kawy i pospieszyłem do biura.
Przełączyłem interkom na pomieszczenia załogi i oznajmiłem rzeczowym, rozkazującym tonem: „Panie Resnick, proszę zgłosić się do biura kapitana”, powtarzając to trzykrotnie, tak jak to jest w zwyczaju przy wezwaniach przez interkom na pokładach statków. Potem upewniłem się, że interkom jest wyłączony i usiadłem za swoim biurkiem, czekając. Serce waliło mi w piersi niemalże boleśnie. Zbielałe palce zacisnąłem w pięści, aby nie dygotały. Pięć minut później rozległo się uprzejme stukanie do drzwi. Zbierając się do kupy tak mocno, jak to tylko było możliwe, powiedziałem: „Proszę wejść” głosem, który, jak miałem nadzieję, brzmiał spokojnie i autorytatywnie. Drzwi się rozsunęły i stanął w nich Oscar Resnick, którego ramiona niemal całkowicie wypełniały szerokość otworu drzwiowego. Spłowiałe w kosmosie włosy były starannie zaczesane do tyłu, a brązowe oczy rzucały szybkie spojrzenia po całym pokoju i równie szybko zamaskowały błysk triumfu, kiedy zobaczył, że jestem sam. Wąskie wargi, wcześniej ułożone w prostą linię, wykrzywiły się w pełnym satysfakcji, wyczekującym uśmiechu. „Wejdź do środka i zamknij za sobą drzwi” – poleciłem.
Przy ostatnich trzech słowach głos zaczął mi się załamywać z nerwową niepewnością. Wszedł i zamknął pewnie drzwi z nieustannie wbitym we mnie wzrokiem. Kiedy drzwi były bezpiecznie zamknięte, powiedział: „Pewnie, Art, mój stary”. Tymi czterema słowami całkowicie przejął kontrolę nad sytuacją. Wypowiedział je tak miękkim tonem, że po drugiej stronie interkomu nie pojawiłby się ani cień szeptu, nawet gdyby był włączony. Szedł w moją stronę, dopóki nie znalazł się przy samym biurku, a następnie oparł się dłońmi o blat i oznajmił: „Zastanawiałem się, ile czasu będziesz potrzebował, żeby zaprosić mnie na chwilę rozmowy”. Roztaczał aurę spokojnej, pogardliwej siły, a oczy błyskały w moją stronę badawczo. „Zgadza się” – odparłem, słysząc w swym głosie nerwowy pisk. Niepewny, czy moje słowa pozostają w jakimkolwiek związku do tego, co powiedział on. „Chciałem z tobą porozmawiać.
Sprawy nie mogą toczyć się tak, jak toczą się teraz”. Resnick odsunął się do tyłu z udawanym zaskoczeniem. „Ależ ja nie mam pojęcia, o co chodzi, panie kapitanie” – oświadczył. „Doskonale wiesz, o czym mówiłem” – stwierdziłem kompletnie załamującym się głosem. „To moje pierwsze dowództwo. Zależy od niego cała moja przyszłość. Jaką satysfakcję może ci przynieść to, że mnie zrujnujesz?” W tym momencie przeszłość w pełni wzięła mnie w swoje władanie. Ponownie błagałem o litość tam, gdzie nie było litości, mając nadzieję pomimo braku nadziei, stojąc przed tymi szalonymi oczyma, szukając czegoś, czego w nich po prostu nie było. „Ależ, panie kapitanie” – stwierdził drwiącym tonem. „W ogóle nie wiem, o czym pan mówi.
Może stres wynikający z pańskich nowych obowiązków?” „Ile byś chciał?” – wyrzuciłem desperacko z siebie. „Ile, żeby się odczepić od Davida Markhama, żeby dać mi spokój?” „Ciągnie swój do swego, co?” – powiedział. W jego oczach pojawiło się zastanowienie. „Każdy człowiek ma swoją cenę, jak sądzę”. Poczułem ogromny napływ nacieli. Może uda nam się dogadać. Może to nie będzie kosztować aż tyle, ile byłem gotów zapłacić. Podrapał się powoli po podbródku, a potem oznajmił: „No cóż, powiedzmy twoja płaca za ten rejs plus 5000 dolarów”. Wąskie wargi ponownie wygięły się w uśmiechu. „I obietnica z twojej strony, że zaciągniesz mnie na swój kolejny lot albo złożysz swoje kapitańskie papiery”.
Cały wszechświat zamarł w bezruchu, kiedy zobaczyłem stojącą przede mną ruinę. Nie było kompletnie żadnego sposobu wyjścia z tej sytuacji. Usłyszałem siebie samego, jak wyrzucam z siebie: „Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?” Powoli nachylił się nad moim biurkiem, ponownie opierając się dłońmi o jego blat, aż jego twarz znalazła się zaledwie parę cali od mojej. Wyszeptał: „Ponieważ jesteś śmierdzącym tchórzem. Dlatego nigdy nie powinieneś zostać kapitanem”. Jego ochrypły, szyderczy szept zawisł w zupełnej ciszy pomieszczenia jak dzwon zagłady. Jest jakiś rodzaj szaleństwa większy niż zwykłe szaleństwo. Jestem tego pewien.
Powinienem się ciągać u niego stóp w przerażeniu. Powinienem podjąć decyzję, aby wejść do śluzy powietrznej i wystrzelić się w kosmos. Popełnić samobójstwo. Niezdolny już dłużej żyć sam ze sobą, ponieważ każde jego słowo było prawdą i wiedziałem o tym bez cienia wątpliwości. Zamiast tego usłyszałem, jak mówię: „W porządku, Resnick. Wygrałeś”. Mój głos był idealnie spokojny. To nie byłem ja. Ktokolwiek to był, nie mówiłem tego ja. Należąca do mnie część mojego umysłu znajdowała się pod empiołem paraliżu, niezdolna do działania, niezdolna nawet do myślenia.
Usłyszałem, jak mój głos mówi dalej: „Układ jest taki. Obiecujesz się odczepić. W zamian za to ja obiecuję przekazać ci swoją wypłatę za ten lot, kiedy tylko ją otrzymam i zaciągnąć cię na następny rejs”. Mój głos nadal brzmiał idealnie spokojnie, nawet rzeczowo. Poczułem, jak wargi wyginają mi się w skalkulowany i kwaśny uśmiech porażki. Usłyszałem swoje kolejne słowa: „Takiej umowy oczywiście nie możemy sporządzić na piśmie, ale opijemy ją, dobrze?”. Wstając zza swego biurka zobaczyłem, jak przez jego szczupłe, kanciaste oblicze przebiega rozczarowanie, niedowierzanie, zdziwione zaskoczenie. Tak jak gdy we śnie odwróciłem się do niego plecami i przeszedłem przez pomieszczenie, podchodząc do szafki z alkoholem. Przywileju kapitana kosmicznego. Otworzyłem ją idealnie spokojnymi dłońmi.
Ruszył za mną. Podszedł, aby stanąć za mną bardzo blisko. Wziąłem butelkę szkockiej z ciągle nienaruszoną banderolą i odwróciłem się do niego. „Szkockiej?” — spytałem go. Stał nade mną, rozciągając swoje wąskie wargi w rozradowany, szeroki uśmiech. „Pewnie” — odparł miękko, a wargi aż przykleiły mu się do poplamionych zębów. Wyczuł mój nagły ruch. Ruch, którego nie nakazałem sobie w żaden świadomy sposób, ale był zbyt wolny i pełna butelka walnęła go w głowę, rozbijając się, rozpryskując deszczem alkoholu na jego mundurze i posadzce. Oczy nie zamknęły mu się, ale zaciągnęły się mgiełką nieświadomości, kiedy padł jak długi na podłogę. Przez chwilę stałem jak wmurowany, mrugając oczyma i spoglądając pod nogi na nieprzytomną postać, nie mogąc do końca uwierzyć w to, co się stało.
Nawet leżąc bez świadomości wywoływał u mnie lodowaty dreszcz przerażenia. W jednej chwili szaleństwa wszystko zrujnowałem. Kiedy oprzytomnieje, zaweźmie się, będzie bezlitosny. Na chwilę czy dwie zupełnie się załamałem, płacząc jak dziecko. Potem stopniowo wrócił mi spokój. Odwróciłem go na plecy i złożyłem mu razem bezwładne ręce. Wziąłem swój pas i okręciłem mu kilka razy wokół nadgarstków, tak bym mógł mocno spiąć go sprzączką. Potem poszedłem do swojej kajuty i wróciłem z rolką taśmy samoprzylepnej. Zakleiłem mu nią usta, śmiejąc się nieustannie przyciszonym, szalonym głosem, który nie należał do mnie. Użyłem reszty taśmy z rolki do skrępowania mu razem kostek i nie mam dokładnie chwili, kiedy skończyłem, on otworzył oczy.
Potrzebował kilku minut, żeby się zebrać razem i uporządkować myśli, a następnie skupić na mnie swoją uwagę, przypatrując mi się badawczo. Ciągle nieustannie chichotałem pod nosem. Oszalałem i byłem świadom faktu, że oszalałem. Przekroczyłem jednak granicę tego, by się tym przejmować. „Masz miłe oczy” — usłyszałem siebie, jak mówię. — „Miłe, miękkie, brązowe oczy”. Przez chwilę z ogromną uwagą oglądałem moczaskę. „To dobrze” — powiedziałem. Butelka się stłukła tak, że nie będzie widać żadnych śladów urazu, które mogłyby czegokolwiek dowodzić. Wyjąłem papierosa i zapaliłem go drżącymi palcami.
On zaś przyglądał mi się. Wypuszczając smogę dymu i wskazując w jego stronę palcami oznajmiłem: „Uczę się właśnie czegoś nowego, Resnick. Już wcześniej uczę się. Zastanawiam się, jak wiele czasu mi zajmie, żeby złamać ciebie”. Odepchnąłem mu do tyłu głowę i próbowałem położyć kciuk na jego gałce ocznej. Zacisnął mocno oczy, ale siłą odsłoniłem mu prawą powiekę i nacisnąłem opuszkiem kciuka odsłoniętą gałkę. „Wystarczy odrobinę mocniej i twoje oko nabiegnie krwią” — zauważyłem nieznacznie tylko głośniej niż szeptem. — „Dowody, rozumiesz. Kto ci uwierzy, że kapitan mógłby coś takiego zrobić? Nawet z załogi nikt”.
Pewnie, że zgodzą się z tobą, żeby uniknąć pobicia. To znaczy, jeśli będziesz miał jeszcze ochotę na tego rodzaju przyjemności, kiedy z tobą skończę. Dopiero zaczynam. Wiesz przecież. Zabrałem kciuk z oka i złapałem go za nos, ściskając mu nozdrza, patrząc, jak wzbiera w nim strach. Patrząc, jak walczy o oddech. Patrząc, jak robi się coraz słabszy i słabszy i uwłaczając go w ostatniej chwili przed utratą przytomności, przyglądając się potem, jak pierś mu się unosi, kiedy zaczerpną ze świstem pełne płuca powietrza. Właśnie coś mi przyszło do głowy – oznajmiłem mu. Nie ośmielisz się mi oddać, kiedy już cię puszczę. Uderzenie mnie oznaczałoby zdradę.
Karę dożywotniego więzienia, czyż nie? A co mógłbyś powiedzieć na swoją obronę? Że kapitan cię torturował? A kto by w to uwierzył? Czy masz jakichś świadków? Widzisz, jak skradłem ci twoją największą broń. Otworzyłem mu siłą lewe oko i tym razem na nie nacisnąłem końcem kciuka. Pół godziny załatwi sprawę – zaszyciłem. Żadnych śladów. Będę musiał zachować dużą ostrożność, ale badanie lekarza okrętowego niczego nie wykaże.
Po 10 minutach, a może było to 10 wieczności, zmienił się w kupę drżącego mięsa. Zrobiłem mu takie rzeczy, że był zbyt słaby, aby się nawet poruszyć. Kiedy minęło pół godziny, zerwałem mu taśmę z ust i zacząłem słuchać wydobywającego się z nich bełkotu. Potorturowałem go jeszcze trochę i miał już dość. Jeśli kiedykolwiek wezwę cię przez interkom – zagroziłem, a ty natychmiast się nie pojawisz, uznam to za poważną niesubordynację wobec kapitana i wystarczy, byś tylko tknął któregoś z członków załogi, a ja cię wezwę, mój drogi chłopcze. Wezwę cię. W końcu pozwoliłem mu odejść. Kiedy wyszedł, trząsłem się jak osika. Z wolna zaczęła mi wracać odrobina zdrowego rozsądku razem ze świadomością tego, co zrobiłem. Poczułem nieodparte mdłości.
Zatapiając się, dowlokłem się do łazienki i pozbyłem śniadania. Potem wróciłem do biurka. Przez kilka godzin siedziałem tam, podczas gdy mój umysł wracał do życia i zaczynał ponownie funkcjonować. Ciągle nękało mnie poczucie, że Resnick jest wszechwiedzący, że jakoś będzie w stanie obalić mnie, zrzucając w otchłań hańby. Ale obok tego stopniowo narastała świadomość, że to niemożliwe, że nie potrafi tego dokonać. Użyłem przeciwko niemu jego własnej broni psychologicznej, wzbudzając w nim psychozę strachu, że nie jest w stanie podjąć udanej walki. Odwróciłem kartę. Nie mogłem w to tak do końca uwierzyć. Jeszcze nie. Ale nie wierzyć nie potrafiłem już także.
Przez następne trzy dni zajmowałem się swoimi rutynowymi sprawami, okazując spokojną twarz, czekając, aż zerwie się burza. Ale nic się nie stało. W końcu, aby przetestować sytuację, celowo ruszyłem w obchód inspekcyjny po całym statku, aż wreszcie dotarłem do miejsca, w którym pracował Resnick wraz z kilkoma innymi marynarzami z załogi. Kiedy wszedłem do przedziału i zobaczyłem, jak unosi wzrok, dostrzegłem, że instynktownie się skulił i nie potrafił tego powstrzymać. W przypływie natchnienia zrozumiałem, że sadyzm był przykrywką dla jego własnego tchórzostwa, mechanizmem kompensacyjnym. Wtedy już wiedziałem, że wygrałem. Po długiej chwili milczenia obróciłem się do niego plecami i wyszedłem z przedziału. Kiedy szedłem samotnie do środkowego kadłuba, a potem wcisnąłem się za kapitańskie biurko, po raz pierwszy zacząłem rozumieć, co to znaczy być kapitanem. To oznacza oczywiście wiele rzeczy, ale najistotniejszą ze wszystkich jest stawienie czoła obowiązkom dowódcy, odpowiedzialności. Wiedziałem już, że nigdy nie będę się bał, a już najmniej ze wszystkiego bał się Oscara Resnicka.
Tak samo nigdy więcej nie będę bał się już strachu. W przyszłości być może kiedyś znowu będę musiał stawić czoła obecności brutala w swojej załodze, ale wiedziałem już, jak sobie z nim poradzić. Jego własną bronią. Tą samą, której używał on, ponieważ on sam jest na nią najmniej odporny. Kiedy Alabama dotarła do portu Północny Mars, Resnick opuścił statek. Z zadowoleniem przyjąłem jego odejście. Reszta załogi została ze mną i przez następne pięć lat, w czasie których dowodziłem Alabamą, nie miałem żadnych kłopotów. David Markham pozostał przy mnie jako mój ordynans aż do mojego odejścia na emeryturę i ciągle jest ze mną. Parę lat po wydarzeniach tej opowieści miałem możliwość przywrócenia go do służby, ale odrzucił moje sugestie i odmówił opuszczenia mnie. Czasami sobie myślę, że on wie, co się wydarzyło w moim biurze tego dnia, kiedy wezwałem do siebie Resnicka, ale nigdy w żaden sposób nie zdradził się, jak jest naprawdę.
Dziwicie się pewnie, że nie wstyd mi tak publicznie przyznawać się do tchórzostwa. Nie powinniście się dziwić. Wszyscy jesteśmy tchórzami albo głupcami. Nie wstydzę się tego, że przydarzyło mi się kiedyś stchórzyć. Odwaga w pewnym sensie polega na tym, żeby nie bać się bać. Została mi jeszcze tylko jedna sprawa, jeśli chodzi o moją opowieść. Kiedy dolecieliśmy do portu Północnego Marsa w tym pierwszym rejsie pod moim dowództwem, stałem się kapitanem i odtąd już zawsze nim byłem. Koniec.
[03:41:06] - Myślę, że ta porcja science fiction to było to, co tygrysy rozsmakowujący się w SF lubią najbardziej. Taką mam przynajmniej nadzieję. Pięknie Państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Tradycyjnie przypominam, że kolejne spotkanie już za tydzień. Bardzo serdecznie zapraszam. A teraz już pięknie życzę dobrej nocy, fajnego weekendu i cóż, do usłyszenia. Dobrej nocy.
[03:41:38] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Aurycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękując za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.