[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Jak co piątek krótko po godzinie 20:00 zapraszamy. Witamy bardzo gorąco i zapraszamy na kolejną porcję nowych książek. Jakiś fajny film też sobie dzisiaj omówimy, jak to w piątek wieczorem. Zapraszamy po raz kolejny do Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i z ostrami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Hała holo Bydgoszcz.
[00:45] - Tradycyjny dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy AWF i tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych. Dzisiaj właściwie jedno wydawnictwo, ale propozycje trzy. Pierwsza z tych propozycji nosi tytuł „Węzeł czasu”. Autorem jest, tadam, Remigiusz Mróz. Wydawnictwo WAB, a książka na rynku od 12 listopada. To jest książka nietypowa dla Remigiusza Mroza. Posłuchajcie państwo dlaczego. Opowieść o uczuciach, które podjęły walkę z czasem. Aga budzi się w środku lasu bez pojęcia o tym, gdzie jest i jak się tam znalazła.
Ostatnim, co pamięta, jest kawa z przyjaciółką na opolskim rynku w środku lata 2025 roku. Teraz odczuwalna temperatura wskazuje, że od tamtej pory minęło przynajmniej kilka miesięcy. Gdzie przepadły jej wspomnienia? Dlaczego nic nie pamięta i dlaczego ma na sobie cudze ubrania kojarzące się z dwudziestoleciem międzywojennym? Zanim ma szansę zrozumieć, że jest nie tylko w nieswoim miejscu, ale także w nieswoim czasie, w lesie zjawia się dwóch mężczyzn. Zamiast języka polskiego posługują się niemieckim. Zamiast Opola pochodzą z Oppeln. Aga zaś zamiast w Polsce musi odnaleźć się w Rzeszy Niemieckiej. Poznaje Augusta Beckera, oficera Schutzpolizei ścigającego Polaków. Okazuje się, że dla niej zarazem jest to przekleństwo, jak i błogosławieństwo.
Przypomnę, to jest książka. To była zapowiedź książki Remigiusza Mroza „Węzeł czasu”. Wydawnictwo WAB, a książka do upolowania w księgarniach od 12 listopada. I to już, proszę państwa, nie jest zapowiedź, tylko remanent. Remanent, bo w swoim czasie tę książkę przegapiłem, a chciałem, żeby ona się w audycji pojawiła. Ta książka pojawiła się na rynku 10 września. Nosi tytuł „Zabawa w chowanego”. Autorką jest Søren Sveistrup. No cóż, w takim razie zobaczmy, co takiego można w tej książce znaleźć i dlaczego uważałem, że powinienem o niej państwu opowiedzieć w audycji. Długo wyczekiwana nowa powieść autora bestsellerowego „Kasztanowego ludzika”.
Kolejna sprawa Nyi Thulin, policjantki śledczej z wydziału walki z cyberprzestępczością w duńskim Glostrup. Małgorzata Oliwia Sobczak, autorka „Kolorów zła”, napisała o „Zabawie w chowanego” następujące słowa: „Drżyjcie, bo gdy ta mistrzowska wyliczanka się skończy, jeszcze długo będziecie się bać. Znakomity kryminał. Polecam!” No a teraz zobaczmy, od czego się to wszystko zaczyna. Zostaje popełnione brutalne morderstwo. Wkrótce staje się jasne, że sprawa jest połączona z nierozwiązaną zbrodnią sprzed lat – zabójstwem dziewiętnastoletniej gimnastyczki. Posługując się telefonem, sprawca manipuluje swoimi ofiarami i upokarza je. Z zimną krwią kontroluje. Mark Hess i Nia Thulin angażują się całkowicie w rozwiązanie sprawy, która okazuje się perwersyjną zabawą w chowanego, rozpoczętą pewnego wiosennego dnia, dokładnie trzydzieści lat wcześniej, kiedy to niewinna szkolna wycieczka zamieniła się w koszmar. Rozpoczyna się wyścig z czasem.
Hess i Thulin są pod ogromną presją, by znaleźć tropy prowadzące od przeszłości do teraźniejszości, zanim ta okrutna gra pochłonie kolejne ofiary. W książce podążamy za śledczymi znanymi z „Kasztanowego ludzika”, ale to zupełnie nowa historia, niebędąca kontynuacją poprzedniej książki. Przypomnę „Zabawa w chowanego”, Søren Sveistrup, wydawnictwo WAB. Książka na rynku od 9 września, ale jest jeszcze do upolowania. I teraz druga moja zaszłość, drugi mój remanent, bo 24 września pojawiła się na rynku inna książka. Książka polskich autorów i o tej książce też bym chciał państwu powiedzieć i też chciałbym ją państwu polecić. A więc tego 24 września pojawiła się książka „Najmilsi” Wojciecha Chmielarza i Jakuba Ćwieka. Przypomnę, że to również wydawnictwo WAB. Chmielarz i Ćwiek znowu razem. Marcin Lorenz ma napisać książkę.
Większość życia przepracował jako korespondent wojenny. Jeździł po świecie z jednej strefy konfliktu do kolejnej, niejednokrotnie przy tym narażając się i patrząc śmierci prosto w oczy. Żadna wojna nie mogła go jednak przygotować na to, co czekało na niego w pewnej bytomskiej kamienicy. Czy raczej kto? Nieśmiała telefoniczna wróżka łamane na sexworkerka, także telefoniczna. Ekipa budowlana, której szefowa zdradza objawy niezdrowej obsesji na punkcie owoców. Gangster zadający krępujące pytania na temat sensu życia. Businesswoman, której w głowie tylko grzyby. A także narwani twórcy gier komputerowych. I wreszcie duch człowieka, który bardzo, ale to bardzo chciałby wiedzieć, kto tak właściwie go zabił.
A podobno Bytom to najmilsze miasto w Polsce. Przypomnę, mówiłem o książce „Najmilsi” Wojciecha Chmielarza i Jakuba Ćwieka wydanej przez wydawnictwo W.A.B., a ta książka dostępna jest na rynku od 24 września. Tyle polecanek książkowych z dużym kącikiem retrospekcji i moich win, że wcześniej państwu o tych książkach nie powiedziałem. A teraz przechodzimy do kolejnej stałej części naszej audycji, czyli do korepetycji filozoficznych. Dzisiaj wybrałem filozofa, który chociaż pochodzi ze starożytności, rzymskiej starożytności, to mówił rzeczy, które w odrobinie przymrużonych oczach można by uznać za niezwykle nowoczesne. Zacznijmy zatem. Wyobraźcie sobie państwo, że fizyk teoretyk, biolog i poeta idą do starożytnej rzymskiej knajpy. Z tym, że to nie jest grupa trzech kumpli, ale jeden człowiek. I ten człowiek zaczyna niespodziewanie mówić o atomach, nieskończoności i o tym, że bogowie mają nas w głębokim metafizycznym poważaniu. Ten człowiek to właśnie Tytus Lukrecjusz Karus.
Filozof? Tak. Poeta? Zdecydowanie tak. Człowiek, który napisał poemat De rerum natura — o naturze rzeczy. Dokładnie to jest on. Ale jest to też człowiek, który jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, próbował wcisnąć naukę w formę sztuki. Lukrecjusz był uczniem Epikura, choć raczej nigdy go nie spotkał. Epikur zmarł około 270 lat wcześniej, ale duch Epikura był w twórczości Lukrecjusza wszechobecny. Rzymskiego filozofa zafascynowała przede wszystkim epikurejska wizja świata.
Świat bez bogów ingerujących w sprawy ludzi, bez boskich kar, bez odmian piekła, które straszy nas czasami po nocach. Dla Lukrecjusza natura była samowystarczalna. To z niej wszystko się bierze i w niej wszystko ginie. I nie potrzebuje ona do tego żadnego nadzorcy w postaci Jowisza z jakimś tam piorunem. Lukrecjusz wchodzi cały na biało z woskową tabliczką oraz rylcem i mówi: „Nie bój się bogów, bo oni mają swoje własne sprawy. Nie bój się śmierci, bo po niej nic nie czujesz. Bój się tylko niewiedzy, bo ona czyni cię niewolnikiem”. To brzmi prawie jak jakiś motywacyjny podcast rodem z antyku. Tylko że zamiast coacha mamy poetę i to w dodatku atomistę, bo jego zdaniem świat złożony jest z niewidzialnych cegiełek. Lukrecjusz podchodził do filozofii jak do obserwacji natury.
Mówił, że wszystko, ale to dosłownie wszystko, zbudowane jest z atomów, czyli maleńkich, niepodzielnych cząstek, które łączą się i rozłączają, tworząc w ten sposób wszechświat. Nie ma żadnej magii, żadnego boskiego planu. Jest tylko ruch materii w pustce. To, że dzisiaj nauka potwierdza część jego intuicji, to jest, proszę państwa, wręcz komiczne. Dwa tysiące lat temu ktoś bez mikroskopu, akceleratora cząstek opisał, i to wierszem, teorię atomistyczną. Gdyby Lukrecjusz żył dzisiaj, prawdopodobnie pisałby bloga, na przykład zatytułowanego „Kwarki i poezja”. No a jego kanał na YouTubie nazywałby się De rerum natura 2.0. Ale Lukrecjusz nie był tylko poetą fizyki. On był poetą spokoju umysłu. Bo wiedza, w jego rozumieniu przynajmniej, nie była po to, by imponować, lecz by uwolnić człowieka od strachu.
Strach to zdaniem Lukrecjusza największy demon. W starożytności bogowie byli wszędzie: w piorunach, w morzach, w epidemiach i w tym, że sąsiad nie podlewał oliwek i tak dalej. Strach przed boską karą Był tak silny, że paraliżował życie. Lukrecjusz uznał to za największą plagę ludzkości. Jego lek? Wiedza o naturze rzeczy. Kiedy rozumiesz, że piorun to nie gniew Jowisza, tylko zjawisko atmosferyczne, możesz wreszcie wyjść z domu bez kasku z brązu. To nie był tylko żart. To był rodzaj manifestu. Lukrecjusz chciał, by ludzie przestali się bać zjawisk, które są naturalne i przestali czcić bogów z lęku.
To nie ateizm, jak mu czasami zarzucano, ale terapia poznawcza w wersji antycznej. W świecie Lukrecjusza nie ma boskiego architekta, który rozdziela role i moralne punkty za dobre uczynki. Jest tylko natura, której nie interesują, podkreślam, nie interesują ludzkie dramaty. Brzmi to ponuro? Niekoniecznie. Lukrecjusz uważał, że to jest wyzwolenie. Bo jeśli wszechświat nie ma wobec nas żadnego planu, to znaczy, że możemy żyć po swojemu, bez lęku, z godnością i w zgodzie z naturą. To właśnie echo epikureizmu. Bo nie chodzi o hedonizm, ale o spokojną, wyważoną radość życia. Wino tak, ale bez kaca.
No, przynajmniej bez kaca metafizycznego. Kiedy w średniowieczu odnaleziono dzieło De rerum natura, świat chrześcijański dostał lekkiego ataku paniki. Bo oto ktoś z antyku mówił wprost: nie potrzebujesz Boga, żeby świat działał. Nie potrzebujesz duszy nieśmiertelnej, żeby życie miało sens. I nie musisz wierzyć w życie po śmierci. Wystarczy, że żyjesz naprawdę. W XV wieku ten poemat był jak bomba ukryta w manuskrypcie. Humanista Poggio Bracciolini, który odnalazł owo dzieło, nie mógł wiedzieć, że właśnie odpala lont pod fundamentami średniowiecznej teologii. Niektórzy historycy twierdzą, że to właśnie dzięki odkryciu Lukrecjusza, znaczy, że odkryto dzieło Lukrecjusza, rozkwitł renesansowy naturalizm i nowoczesna nauka. Lukrecjusz wierzył w to, że świat jest logiczny, a przyroda piękna w swej prostocie.
Nie potrzebował cudów. Wystarczyło mu, że deszcz pada, kwiaty rosną, a ludzie śmieją się z głupawych dowcipów. Był poetą, który wziął naukę i zrobił z niej sztukę. A potem z tej sztuki zrobił filozofię życia. Nie wiemy, jak zmarł Lukrecjusz. Krążą legendy o truciznach i o szaleństwie, ale są to raczej plotki. Wiemy, że zostawił po sobie coś znacznie trwalszego niż marmurowy posąg. Światopogląd bez strachu. Dlaczego warto dzisiaj czytać Lukrecjusza? Bo kiedy słyszycie Państwo, że świat znowu wali się nam na głowę, echo słów Lukrecjusza z dawnych wieków może nas troszeczkę uspokoić.
Jakich słów? No, chociażby takich. Spokojnie, atomom ten walący się świat nie przeszkadza. I może właśnie w tym tkwi mądrość Lukrecjusza. Nie w tym, by zrozumieć wszystko, ale by nie dać się zwariować temu światu, który lubi udawać, że jest groźniejszy, niż jest naprawdę. I myślę, że to z nauki Lukrecjusza naprawdę warto zapamiętać. To, proszę Państwa, były korepetycje filozoficzne. Lukrecjusz to naprawdę ciekawy autor i on naprawdę napisał to swoje dzieło wierszem. W dodatku próbowano to przełożyć wierszem i to się nawet udało. Do dzisiaj mam wydanie z lat pięćdziesiątych tej jego pracy, tego jego dzieła.
I wierzcie mi Państwo, to jest całkiem niezły przekład. I pamiętam, że kiedyś w fantastyce, w miesięczniku Fantastyka było całe opowiadanie, które umieszczone było w świecie, który funkcjonował tak, jak wyobrażał sobie to Lukrecjusz. Bo Lukrecjusz uważał, że atomy mają różne kształty, mają haczyki i to, że się łączą, to właśnie tymi haczykami, wypustkami i tak dalej. I to opowiadanie działo się właśnie w takim świecie, gdzie mechanika tego świata oparta była właśnie o to, jak ten świat opisywał, ten świat mikro opisywał Lukrecjusz. I wierzcie mi Państwo, te dekoracje do opowieści fantastycznej, właściwie fantastycznonaukowej były wspaniałe, ale bawił się dobrze ten, kto chociaż troszeczkę wiedział, o czym dwadzieścia wieków wcześniej opowiadał Lukrecjusz. Dobrze, zostawmy już filozofię. Jedźmy dalej, bo w końcu czas na książki i na prozę w ogóle. Ja teraz Państwu proponuję opowiadanie Jakuba Karbownika. To opowiadanie pochodzi z audycji ABW Antologia Bibliotekarium Warsztaty numer siedemdziesiąt siedem z osiemnastego września dwa tysiące dwudziestego roku. Proszę Państwa, to już ponad pięć lat.
Wtedy na antenie zostało zaprezentowane opowiadanie zatytułowane „Zapomniana komnata”. No cóż, oddaję głos Markowi Sękowi.
[18:31] - Jakub Karbownik. Zapomniana komnata. Prowadzili nas przez wąskie korytarze pod ratuszem. Płomień pochodni zatańczył od czasu do czasu, zdradzając obecność nikłego przeciągu. Zapach wilgoci unosił się w powietrzu, wtapiając się w nasze ubrania. Kroczyliśmy w drużynie pięciu, jeden za drugim. Dwóch miejskich strażników, tutejszy kapłan, mój podopieczny, adept tajnej inkwizytorskiej akademii Dominik Mikołańczyk oraz ja, Herbert Danetti, inkwizytor trzeciego stopnia. I byłbym zapomniał wspomnieć o innych kompanach — szczurach. Przysięgam, że wiele miejsc zwiedziłem, ale nigdzie nie widziałem tak dużych okazów. W ogóle nasza obecność im nie przeszkadzała.
Zapewne te pokrętne korytarze były ich królestwem, a my tylko chwilową ciekawostką. Czasem niektóre z nich przystawały i zerkały na nas z zainteresowaniem, wydając z siebie krótkie piski. Wydawać by się mogło, że są dużo bardziej gadatliwe niż my, ponieważ szliśmy w ciszy, przeczuwając, że coś mrocznego czeka przed nami. Z każdym krokiem uczucie niepokoju nasilało się. Dlatego nie obwiniam strażników, którzy nieudolnie szeptali o jak najszybszym powrocie na górę. Kapłan nawet nie próbował ich pouczać, bo sam ściskał krzyż z naszyjnika tak mocno, jakby od tego zależało jego życie. Krok za krokiem nieubłaganie zbliżaliśmy się do celu. Zaczęły dochodzić do nas okropne dźwięki: krzyki, huki, trzaski, uderzenia, szuranie metalu o skaliste podłoże. Dominik zerknął na mnie, a ja skinąłem mu głową. Prędko przecisnął się obok pozostałych, którzy nieuchronnie zwalniali, aż nasz marsz bardziej przypominał stąpanie nad przepaścią.
Ruszyliśmy we dwójkę żywiej, a reszta naszej kompanii mimowolnie zostawała z tyłu. Wtem zobaczyliśmy, jak spanikowany stado szczurów biegnie w naszą stronę. Nie mieliśmy gdzie uciec. Razem z Dominikiem przywarliśmy do wilgotnych ścian, aby zejść im z drogi. Nasi przewodnicy krzyczeli i niezdarnie uciekali w popłochu, potykając się o siebie. Ale celem szczurów nie byliśmy my, a ucieczka, ponieważ zaraz potem buchnęła fala energii, ogłuszając nas na moment. To znaczy nie wszystkich. Chwyciłem Dominika, opierając się o ścianę. Na szczęście pozostałej kompanii, która leżała, fala wywołała tylko migrenę i chwilową dezorientację. Ułożyłem Dominika w pozycji siedzącej i zwilżyłem mu usta miksturą pobudzającą.
Z resztą postąpiłem analogicznie. Kiedy ostatniemu podawałem lek, Dominik zaczął już podnosić się o własnych siłach. Skinąłem mu głową, a on odpowiedział tym samym. Ruszyliśmy dalej, kiedy wszyscy byli na nogach. Z każdym pokonanym metrem dźwięki przybierały na sile, aż w końcu stanęliśmy przed brudnymi od kurzu i wilgoci opasłymi drewnianymi drzwiami. Wyreto w nich znaki runiczne, które dawały bladoniebieskie światło. Kapłan razem ze strażnikami zapewne modlił się teraz tak żarliwie jak nigdy w życiu, recytując modlitwy ze starannością mnicha i gestykulacją męczennika. Skinieniem ręki nakazałem im odejść. Ci kłaniali się niemal w pas i duchem zniknęli nam z oczu, udając się w ciemność, z której przyszliśmy. Spojrzałem wymownie na Dominika, a ten złapał za mosiężną klamkę i pchnął drzwi komnaty, wywołując tym samym chrzęst zużytych zawiasów.
Przywitał nas okrzyk wiedźmy. Związano i obłożono ją srebrnymi łańcuchami o solidnych ogniwach wbitych dookoła ścian komnaty. Wyglądało to jak skąpa pajęcza sieć, w której szamotała się zdobycz. Na podłodze stworzono runiczny krąg z podobnych napisów, które widzieliśmy na drzwiach. Wewnątrz kręgu na wpół klęczącą czarownicę obłożono poświęconymi przedmiotami. Dodatkowo rozsypano sól z Gór Kocich o charakterystycznej zielonkawej barwie. W powietrzu unosił się zapach palonej szałwii i innych ziół. Jeden z dwóch braci inkwizytorów znajdujących się w komnacie cały czas recytował wersety z Pisma. Wymownie spojrzałem na Dominika, aby ten do niego dołączył. Tak też uczynił.
W momencie pojawienia się drugiego głosu wiedźma nienaturalnie szybkim ruchem skierowała głowę w stronę recytujących. Pomimo nałożonej czarnej opaski, nasączonej zapewne wodą święconą, nie miała najmniejszych oporów na poznanie dokładnej lokalizacji Dominika. Teraz jej głowa falowała po torze przewróconej ósemki. Pojawił się uśmiech, odsłaniając idealne, bielutkie zęby. Zrobiła głęboki wdech i wypuściła powietrze z zachwytem. „Świeżutka, niczym nieskalana duszyczka”. Mlasnęła i otarła wargi długim językiem. „Przyprowadziłeś mi tym razem apetyczny kąsek, Danetti. Nie to co ta twoja śmierdząca zepsuciem stara i zatruta poczwara”. „Milcz, pomiocie piekielny!” — wrzasnął drugi, starszy inkwizytor.
Znałem go. To bez wątpienia był jednooki Thomas. Cóż, emerytura przyniosła mu nie lada wyzwanie. Trzymał w dłoni rozżarzony srebrny pręt, którym teraz ochoczo przebijał ciało wiedźmy, ale rany goiły się w nadprzyrodzonym tempie. Wydawać by się mogło, że wiedźma dobrze się bawi. Zanim zdążył zadać kolejny cios, poprzednia rana była już w pełni uleczona, nie pozostawiając nawet blizny. „Tak, Thomasie, tak. Tam właśnie mnie swędziało.” Pomimo tych wszystkich zabezpieczeń i technik, czarownica wcale nie wyglądała na ofiarę. Wręcz przeciwnie. Przebywanie w jej obecności wzbudzało w człowieku strach i chęć ucieczki.
W raporcie o tym nie wspomniano, ale to bez wątpienia była ona, przewodnicząca sabatu od ponad 300 lat. Jedna z trzech wielkich czarownic i mój arcyprzeciwnik. Niegdyś nosiła imię Anna Anastazja z domu Rybenberg, lecz teraz zwano ją Królową pod Księżycem, czy też Królową Księżyca. Jakim cudem udało się ją schwytać? Swego czasu prawie położyła nasz zakon na kolana. Przez ostatnie dziesięciolecia nie było żadnych ruchów z jej strony, a przynajmniej nic, co wpłynęłoby na los ludzi. A teraz najpotężniejsza wiedźma, jaką znał świat, siedzi uwięziona w podziemnym tunelu w Zielonej Górze. Pułapka? Ale na kogo? To wszystko nie miało większego sensu.
Wiem natomiast jedno – musimy być bardzo ostrożni. Thomas sapał ze zmęczenia, a ruchy stawały się powolniejsze. Położyłem dłoń na jego ramieniu, wypowiadając: „Już wystarczy, przyjacielu, ja się tym zajmę”. Moja obecność najwyraźniej go uspokoiła. Z mimiki wyczytałem pewne rozluźnienie. Wcześniej wściekłe oczy przybrały teraz łagodniejszy, wręcz senny ton. „Herbercie, to ty” – powiedział uradowany, tak jakby w ogóle nie zauważył, że ktoś wszedł do komnaty parę minut temu. – Nareszcie jesteś. Zaczynałem myśleć, że posłaniec gdzieś zaginął. Przepraszam, przyjacielu.
Przybyłem najszybciej, jak mogłem. „W to nie wątpię” – szybko zaznaczył, unosząc serdeczny palec. W komnacie przygotowano mały stolik do przesłuchań wraz z biurem, kałamarzem i arkuszami papieru. Widać, że Thomas rozpoczął już spisywanie. Nie lada gratka trafiła ci się na emeryturze. „A daj spokój. W naszym fachu nie ma czegoś takiego jak emerytura”. I tu się z tobą zgodzę, przyjacielu. Czy mogę? Wskazałem na wolne krzesełko.
Oczywiście. Ależ proszę. Jak na swoje lata Thomasowi nie brakowało sprawności fizycznej. Gdyby nie twarz naruszona zębem czasu, pełna zmarszczek i blizn, to Thomas mógłby zawstydzić niejednego czterdziestolatka. Usiadłem i od razu zabrałem się za czytanie starannie pisanego raportu z przesłuchania. Tymczasem Thomas odłożył pręt do paleniska. Tak jak myślałem, nie było w tym nic wartego uwagi oprócz standardowych bredni. Jakaś naiwna część mnie miała nadzieję, że znajdę chociażby wskazówkę, co tu się dzieje. Czemu Zielona Góra? Co tutaj je zwabia?
Od jakiegoś czasu dochodziły do nas sygnały o zwiększonej aktywności czarownic w tym rejonie. Wertowałem kolejne grube stronice i potwierdziło się to, czego się obawiałem. Już ją znaleziono uwięzioną. Nasze starania pewnie wyglądały dla niej jak zabawa dzieci obierających drzewko choinkowe. Niestety standardowe techniki tutaj nie zadziałają. Nie mieliśmy do czynienia z byle jaką wiedźmą. Ba, nawet te z wyższego kręgu narobiłyby nam sporych problemów. Tutaj mówiliśmy o tej wiedźmie. Z nią nic nie było pewnego. Nie udawało nam się przewidzieć jej ruchów, złapać, ostatnimi czasy nawet zobaczyć.
Niektórzy zaczęli powątpiewać w jej istnienie. A teraz? Teraz siedzi uwięziona w komnacie pod ratuszem, a my jak dzieci nie wiemy, co robić. Natomiast jednego jestem pewien – to nie nasze metody i wiedza ją tutaj więżą, ale coś innego. Pytanie tylko co? Złapałem przez szatę pozderko ukryte w kieszeni. Jeżeli nie teraz, to kiedy? To chyba odpowiednia pora użyć tego. Pamiętam jak dziś, kiedy papież dosłownie obraził się na tydzień przez samą propozycję, żeby stworzyć ów przedmiot. Ale przed tym spróbujemy najzwyklejszej rozmowy.
„Jak się czujesz, Regino In Luna?” – zapytałem spokojnym i uprzejmym tonem. – Może czegoś ci trzeba? Słysząc swój tytuł po łacinie, wiedźma wykonała kilka szybkich, wertykalnych ruchów głową. Z jej gardła wydobywały się przeróżne dźwięki – od kobiecego, prawie anielskiego głosu po demoniczne ryki i wycia. Samoistnie zjeżyły mi się włosy na całym ciele, ale nie dałem niczego po sobie poznać. „Donetti, Donetti, co dla mnie masz? Co dla mnie masz?” – pytała i przekręcała głowę to w jedną, to w drugą stronę. Wyciągnąłem z niewielkiej skórzanej torby korzeń mandragory, ulubioną według niektórych przekąskę wiedźm. Podszedłem na tyle blisko, abym mógł włożyć jej korzeń w usta. Wnet dobiegł mnie słodki, kwiatowy zapach charakterystyczny dla potężniejszych czarownic.
Jej był wyjątkowo pociągający i upajający. Raz powąchany zostawał z człowiekiem na całe życie. Ledwo udało mi się opamiętać i wrócić na miejsce. Niczym królik spętana pochłaniała korzeń, stokując przy tym zębami. Połykając ostatni kęs, wymamrotała: „Mmm”. Dziękuję, Daneti. Wiesz, jak zadowolić kobietę. „Przyjemność po mojej stronie” odpowiedziałem i delikatnie ukłoniłem się. W nagrodę czeka cię szybka śmierć. W zależności od tego, jak zaświeci księżyc, może nawet puszczę wolno twoją duszę.
„Dziękuję, pani. Twoja dobroć jest bezgraniczna.” Ukłoniłem się jeszcze niżej. Widziałem, że Thomasowi skacze żyłka, ale nie odezwał się. Należał do starego pokolenia. Tępił i palił wiedźmy. To było główne i proste zadanie inkwizytorów. Jednak taka taktyka nie była dalekosiężna. Prędko okazało się, że bez głębszego zrozumienia przeciwnika tak naprawdę przegrywaliśmy wojnę. Zabijaliśmy wiele czarownic. To fakt.
Ale to były tylko marionetki. Na prawdziwą walkę z potężnymi czarownicami byliśmy przygotowani jak żołnierz z drewnianym mieczem wysłany na front. Wyciągnąłem kolejny korzeń, tym razem rzadszy, czerwony, rosnący tylko na wulkanicznych wzgórzach. Niczym pies myśliwski wiedźma podjęła trop. Daneti, masz tam niezłą delicje. Daj mi ją natychmiast — rozkazała. Podszedłem bliżej, żeby mogła bardziej poczuć korzeń. Obracając go w dłoniach zapytałem: „Może odpowiesz na parę pytań, a wtedy dam ci ten smakołyk i coś jeszcze. Coś, czego się nie spodziewasz.” Ryknęła wściekle, aż zadrżała komnata. Wierzgała, próbując wyszarpać łańcuchy, ale były zbyt dobrze umocowane, a jej najwidoczniej brakowało sił.
Po chwili ciszy rzuciła: Pytaj więc — warczała niczym wilk. Na sam początek — mówiłem powoli — kto cię tu uwięził? Oderwałem kawałek korzenia i rzuciłem jak zwierzęciu. Z zabójczą precyzją złapała go zębami, od razu połykając. Za dużo chciałbyś wiedzieć. Och, za dużo. Kto powiedział, że jestem uwięziona? Uśmiechnęła się szyderczo. Rzuciłem kolejny kawałek, który również pochłonęła. Co was tu ściąga?
Czemu tyle czarownic ciągnie do tego miejsca? Głupiutki Daneti nie wie. On nie wie. To, co ukryte. Oczywiście. Następna część korzenia poleciała w jej stronę. To, co ukryte? Co to znaczy? Wystarczy tych pytań. Mam ochotę na coś innego.
Jej głowa zwróciła się w stronę Dominika. Chcę kęsa duszyczki. Chodź do mnie, chodź. Zdziwiony i przerażony Dominik zaczął jąkać się przy recytowaniu, kiedy jego nogi samoistnie kroczyły w stronę wiedźmy. Zostaw go — rozkazałem. Cisnąłem cały kawał korzenia, ale tylko przeleciał obok bez większego zainteresowania. Thomas dobył srebrny pręt i smagał wiedźmę, ale nie robiło to na niej wrażenia. Wysunęła długi język w stronę Dominika, mówiąc: Już prawie cię smakuję. To dopiero delicja. Nie miałem wyjścia.
Wyciągnąłem sekretne zawiniątko, w którym chowałem drobne żelazne pudełko. Nie zdążyłem go otworzyć, a już miałem w pełni uwagę czarownicy. Krzyczała tak głośno, aż posypały się drobne kawałki kamienia z sufitu. Uciekajcie — rozkazałem. Thomasie, zabierz stąd tą dwójkę i czekajcie na mnie na górze. Nie posłuchali od razu, lecz po chwili wahania zostałem sam na sam z królową wiedźm. Nie daj się zabić — rzucił na koniec Thomas. Daneti, Daneti, Daneti! Niech twój ród zostanie przeklęty na wieki. Kobiety niepłodne, a mężczyźni leniwi.
Podniosłem do góry mały żelazny krzyżyk i zacząłem się modlić. Wiedźma odwróciła głowę, jakby sama obecność przedmiotu paliła ją niczym słońce. Wściekle szamotała się, ale nie mogła uciec. Oto najnowsza broń. Wybito trzy takie krzyże wytopione z gwoździ, które przebiły naszego Pana, zmieszane z płatkami kwiatów oraz włosem wiedźmy. Krok za krokiem zbliżałem się do niej. Z każdym centymetrem atmosfera gęstniała, jakbym zmagał się z potężnym wiatrem. Wyciągnąłem rękę z relikwią przed siebie, a drugą zakryłem nozdrza. Daneti. Daneti.
Czekaj, powiem ci. Runy. Spowolniłem nieco, a wiedźma widząc skutki mówiła dalej. Głupcy, nie wiecie, po czym stąpacie. Chciałem zadać pytanie, ale gdybym znowu zachłysnął się jej zapachem, mógłbym zostać zniewolony. Posuwałem się do przodu. Stara moc, starsza niż my. Wyglądało na to, że miała problemy z mówieniem. Kolejne zdania padające z jej ust były kompletnie niezrozumiałe. Musiałem szybko to zakończyć.
Komnata dawała znać, że zbliża się jej limit. Strużki piachu i drobnych skał leciały obficie. Zrobiłem pewniejszy krok i pchałem krzyż z całych sił. Dookoła niej pojawiła się kula. Wyglądała, jak gdyby utkano ją z pajęczych nici, lecz ustępowała przed krzyżem. W ostatni ruch włożyłem większość energii. Udało mi się dotknąć zimnego czoła wiedźmy relikwią. Ta opadła bezwładnie na łańcuchach. Osunęła się opaska wcześniej zakrywająca górną część twarzy. Teraz z czystą nienawiścią wpatrywało się we mnie dwoje czarnych oczu, błyszczących w ciemności niczym kocie.
Dźwięk pękania nie zwiastował nic dobrego. „Jednak taka szansa się już nie trafi” – pomyślałem. Pochwyciłem więc rozżarzony srebrny pręt. Próbowałem przebić jej serce, ale ku mojemu przerażeniu nadal to było niemożliwe. Tak jak przed nałożeniem relikwii, rany wiedźmy goiły się. Zabrzmiał głuchy śmiech. „Myślisz, że taka błyskotka może mnie zabić? Mnie, Panią Śmierci?” Z prawego rogu odpadł solidny kawał sufitu. Nie czekając długo, ruszyłem w stronę drzwi. Uciekałem, nie oglądając się za siebie.
Z tyłu co jakiś czas doganiał mnie jej śmiech, a w korytarzu po szczurach nie było już śladu. Na powierzchni czekała na mnie spora grupka. Thomas wraz z Dominikiem złapali mnie, kiedy wypadłem z ratusza. „Dajcie mu wody, szybko!” – rozkazał Thomas i wnet znalazła się manierka. Żłopałem bez opamiętania, przelewając część po twarzy. „Co tam się stało?” – pytał Thomas. Zawiedliśmy, przyjacielu. Sam dochodziłem, rozmyślając dłuższy czas, co tam się wydarzyło. Byliśmy pewni, że to właśnie irys był kwiatem inicjacyjnym Reginy In Luny. Pozostałe dwa stopiono z czarną różą i lilią.
Trzy krzyże, trzy wiedźmy, trzy kwiaty. To by oznaczało, że pozostali inkwizytorzy trzeciego stopnia również mają źle dobrane krzyże. Cóż, na pewno jeden ma. W powietrzu unosił się znany mi aż za dobrze zapach palonego drewna brzozowego. Podpalono stosy. „Ile?” – zapytałem bez ogródek. „Dziewięć pomniejszych i dwie wyższego stopnia” – odrzekł Thomas. Tyle wiedźm w jednym czasie. Co, do cholery, jest w tym miejscu? Podano mi miksturę pobudzającą, która szybko postawiła mnie na nogi.
Niestety, moja skórzana torba z różnościami została głęboko pod ziemią. „Mistrzu” – zaczął Dominik. – „Czy nie mogliśmy jej spalić? Czy naprawdę niektóre wiedźmy są tak potężne? Tak potężne, że opierają się żywiołom?”. Tego się obawiałem. Żaden inkwizytor nie powinien wątpić w siłę swojego przeciwnika. Pycha zgubiła już niejednego, ale to nie były słowa mojego podopiecznego. Zmienił się. Te pytania zadawał nie inkwizytor, a osoba zafascynowana drugą stroną.
Pociągało go nieznane, tak jak przedtem pociągało innych, również i mnie. Zapraszało, wołało, kusiło niczym urodziwa panna. Nie bez powodu ludzie szepczą legendy o urokach wiedźm. Bajędy roztropnie nauczają najmłodszych, że nawet sama ciekawość może sprowadzić nieszczęście. Jednak dla nas, ludzi, dla których życiową misją jest walka z mrokiem tego świata, nie ma od tego ucieczki. Albowiem wcześniej czy później przychodzi taki dzień – dzień wyboru: pozostanie w świetle Pana czy stoczenie się w bezdenną otchłań. Jednak całym sercem wierzę w Dominika i jego zapał. Trzeba też pamiętać, że mierzył się nie z byle jaką wiedźmą, a tą wiedźmą. Zapewne dzisiejsze spotkanie obrośnie niegdyś do miana legendy, mitu. W karczmach będą snuć opowieści, dodawać coraz to nowe wątki, straszyć, bawić, aby na końcu została lotna historyjka zapamiętana na wieki.
Złapałem Dominika za bark i spokojnym tonem odpowiedziałem: „Mój chłopcze, na tym świecie są znacznie gorsze rzeczy niż śmierć”. „Miejmy tylko nadzieję, że kiedy nas już nie będzie, a nawet i może samego zakonu, to nikt nie odnajdzie jej tam na dole” – dodał Thomas. Oby, przyjacielu. Oby. Niedługi czas po naszej rozmowie zjawił się cały oddział inkwizytorów wraz z ich kapitanem, miejscową ludnością i burmistrzem na czele. Ten ostatni klęknął, łapiąc mnie za brudną szatę. Rzucił przerażony: „Panie, co czynić?”. Będąc w tym fachu już dziesiątki lat, pewne rzeczy przychodziły łatwiej, ale niektóre z nich nigdy nie będą proste. Co mam powiedzieć człowiekowi, któremu zaraz puścimy z dymem życiowy dobytek? Albo rodzinie, której właśnie palimy ciotkę, matkę, córkę?
Wziąłem głęboki wdech. „To miejsce zostało skażone złą magią” – powiedziałem groźnie. Mieszkańcy lamentowali, modlili się i płakali. Chyba przeczuwali, że będzie tylko gorzej. „Ale jest na to rada” – dokończyłem po chwili. „Jaka? Jaka?” – dopytywał burmistrz, szarpiąc szatę coraz bardziej. „Wskazana przez nas część miasta musi zostać spalona”. Odsunąłem od siebie burmistrza. Tylko ogień może wyplenić skażenie.
„A ratusz?” – dopytywał z nadzieją. Również. Widziałem to nie raz i widziałem również teraz. Wściekłe twarze pełne pogardy i nienawiści. Nie obwiniałem ich o to. Pewnie sam bym się z tym nie pogodził. Na nic były tłumaczenia o tym, że to właśnie drewno ma właściwości magazynowania energii i jest na ową bardziej podatne. Że gdybyśmy zostawili ich dobytek w spokoju, to za miesiąc, rok lub dwa pojawiłyby się choroby, na które nie znamy lekarstwa. Że dzieci rodziłyby się martwe lub zdeformowane. Nawet myśli człowieka stałyby się tak czarne, że śmierć wyglądałaby na jedyny ratunek.
Dlatego też nie trudziłem się wyjaśniać, a działałem zgodnie z doświadczeniem i sumieniem. Na szczęście był tutaj pełny oddział inkwizytorów, więc cały proces przeszedł bez większych zamieszek. „To jeszcze nie koniec” – kontynuowałem. – „Kiedy już spłonie ratusz, zagruzujcie i zamurujcie wejście do podziemi. Na miejscu starego postawcie nowy, tym razem z poświęconego kamienia, a wszelkie zapiski o komnatach usuńcie z ksiąg.” Rozpoczęła się bieganina, a ja obserwowałem pożerany przez ogień drewniany ratusz. Wtem poczułem zimny dreszcz. Instynktownie odwróciłem się. W tym rozszalałym tłumie na ułamek sekundy ujrzałem kobietę ubraną w błękitną suknię. Była bardzo piękna. Uśmiechała się.
Mrugnąłem, a jej już nie było. Pobiegłem w to miejsce. Leżał tam kwiat. Wyglądał na świeży. Podniosłem go i powąchałem. A więc Lilia? Czyżby to był nasz niewidoczny sojusznik? Jakiś czas poszukiwałem ruin wspomnianych przez wiedźmę, ale nie natrafiłem na żaden pisemny przekaz. Jedynie paru rolników wspomniało o dziwnych formacjach, które gdzieś tam widzieli w dzieciństwie lub zasłyszeli historii od innych. Wygląda na to, że komuś bardzo zależało na tym, aby pamięć o nich przepadła.
Tak czy inaczej, to miejsce, Zielona Góra, skrywa w sobie więcej tajemnic, niż możemy podejrzewać. Być może lepiej jest zostawić niektóre sekrety w spokoju. Czasami nie warto zaglądać w mrok, bo na tym świecie czają się znacznie gorsze rzeczy niż wiedźmy. A co, jeśli mrok spojrzy w nas? Pozwolę sobie tym razem zachować datę dla siebie. Kto to przeżył, wie, że każde słowo w tym dzienniku jest prawdą. W raporcie dla papiestwa nie wspomniałem o kobiecie z tłumu. Mam jakieś dziwne przeczucie, że jeszcze nie raz się spotkamy. Natomiast nie jestem pewien, czy świat jest gotowy. Gotowy, aby zaakceptować dobrą czarownicę.
Dla czytających to potomnych sprawę z Zielonej Góry kończę ostrzeżeniem: nie szukajcie komnat, a tym bardziej nie zaglądajcie w ich mroki. Podpisał Herbert Danetti. Młody bibliotekarz wstał, rozprostowując kości. Zerknął na zegarek. Dochodziła dziewiąta rano. Ciche pukanie doszło od strony drzwi. „Oho, to pewnie Bartek. Niesie rytualną piątkową kawę” – pomyślał. – Proszę wejść – powiedział grzecznie. Nie pomylił się.
Kubuś, coffee time – mówił pełny energii jak zawsze. – Podwójne espresso z nowej palarni i piątek. Piątunio. Czy może być coś lepszego na początek dnia? Tylko twój entuzjazm, przyjacielu. Odebrał kawę i ściągnął solidny łyk. Mocna. A jak myślisz, że co mnie napędza? – dodał z przekąsem Bartek. – Widzę, że zarwałeś nockę.
Wyglądasz, jakbyś miał zaraz paść. To przez dzienniki. Dzienniki? Tak. Okazało się, że dziadek od strony ojca przepisał mi rodzinny spadek. Słuchaj tego: zapiski tworzył nieniaki Herbert Danetti. Podobno wywodzimy się z jego linii. No co ty gadasz! Jest w nich coś ciekawego? Kuba wskazał ręką sporej wielkości pudło.
Jeszcze nie przebrnąłem przez większość, ale czyta się to jak fantastykę. Usłyszeli dzwonek telefonu Bartka. O cholera, to szef. Muszę spadać. Ostatnio nabroiłem – dodał z uśmiechem Bartek. – Może później o tym pogadamy? Wieczorem, to co zwykle? Nie mówię nie, ale dzisiaj może być ciężko. Zdzwonimy się w razie czego. Jasne.
Sorry, że tak krótko, ale muszę lecieć. Dzięki za kawę. Nie ma sprawy. Trzymaj się stary. Ty też. Uścisnęli sobie ręce. Bartek już miał wychodzić, ale cofnął się. Byłbym zapomniał. – Palnął się w czoło. – Pamiętasz te prace renowacyjne w ratuszu?
Pamiętam, pamiętam. I co tam się dzieje? Podobno odkryli sieć tuneli i komnaty pod ziemią. Wejście jest zamurowane i prawdopodobnie porządnie zasypane. Tak czy inaczej, prace nad oczyszczeniem wejścia mają ruszyć w przyszłym tygodniu. Wiem, że masz bakcyla na punkcie historii, więc pomyślałem, że cię to zaciekawi. Do tej twojej ciemni czasami nie dochodzą wiadomości ze świata. Bartek szeroko uśmiechnął się.
[49:13] - Na razie Byku. Na razie - odpowiedział Kuba, zerkając na dziennik. Proszę państwa, proszę państwa, Piotr Cielebiaś już w blokach startowych i ja też się przymierzam. Zatem widomy znak, że zaczynamy Filmotekarium. Dzisiaj dom pełen dynamitu i w ogóle takie klimaty. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Witam, a właściwie witamy w Filmotekarium. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[49:53] - Dzień dobry wieczór. Myślałem, że zapomniałeś już o mnie, a dzisiaj pochylimy się nad amerykańskim thrillerem, takim political fiction trochę. "Dom pełen dynamitu". On się ukazał niedawno na jednej z platform, bardzo popularnych. To jest film złożony z trzech sekwencji pokazujących jedną opowieść z trzech punktów widzenia. Może trochę za dużo te trzy punkty, ale o tym Marek pewnie za chwilę powie. To jest thriller. To też nie jest nic oryginalnego, natomiast muszę się przyznać, że mi się to dobrze oglądało. Ja po prostu lubię taką tematykę, pomimo że to jest momentami takie guilty pleasure, czyli coś, co już gdzieś widziałem. Niemniej jednak, nawet pomijając te wszystkie rzeczy, których nie lubię w tego typu filmach, czyli płacz Amerykanów za ojczyzną, było okej.
Dziwne jest to, że ten film wpada wtedy, kiedy Amerykanie ogłaszają powrót do zbrojeń jądrowych, a on o tym właśnie opowiada, że pomimo ogromnego arsenału jądrowego i antynuklearnego również, może się okazać, że Stany Zjednoczone są bezbronne, bezradne zupełnie wobec uderzenia atomowego, kiedy się okaże, że po pierwsze atak jest nieunikniony, jest z zaskoczenia po drugie, po trzecie nie da się wykryć sprawcy, bo się nikt nie przyznaje. Czyli mówiąc krótko, w tym filmie ktoś z Pacyfiku strzela w kierunku Ameryki atomówką, której się nie udaje strącić. Ameryka się znajduje w takim klinczu i to jest ważne dla zrozumienia całej fabuły. Można użyć tego arsenału, tych pocisków detonujących, ale okaże się za chwilę, że mogą się okazać potrzebne, bo po tej jednej może przylecieć 150 innych atomówek. I te głowice niszczące trzeba oszczędzać, bo one są też zawodne. Nie wiadomo w sumie komu oddać za ten atak, bo jak się uderzy chociażby w Koreę Północną czy w Iran, to odpowiedzią będzie wojna. Czyli i tak źle, i tak niedobrze. Przez cały czas trwania tego filmu, bo to są trzy sekwencje, ten film jest długi w ogóle, oglądamy w sumie te ostatnie odliczanie do momentu, kiedy pocisk walnie w Chicago i odliczamy minuty do Armagedonu, bo tam się mówi wprost, że zginie 10 milionów ludzi, a może i więcej. I tak naprawdę nikt nie wie w tym filmie, co dalej robić i jak się z tym problemem uporać.
[52:26] - Dużą zasługą tego filmu jest to, że uświadomiłem sobie, jak bardzo jesteśmy w czarnej d. Dlaczego? Dlatego, że w tym filmie wiadomo, że leci rakieta, leci znad Pacyfiku i to jest jedyna rzecz, którą wiadomo na pewno. Leci. Ale czy tam jest głowica jądrowa? To jest przyjęte niejako tak a priori. Czyli jak leci rakieta, to wiadomo, że z atomówką. Okej, rozumiem nawet istotę działania tego systemu. Przecież żadne poważne państwo nie będzie ryzykować, że jeśli to nawet jest głowica betonowa, a przypominam, że mamy odpowiedni precedens, więc jeśli nawet to jest głowica betonowa, to nikt nie zaryzykuje, żeby to sprawdzać. Okej, to rozumiem, że alarm się podnosi.
Mnie ten film fascynował, autentycznie fascynował przez pierwsze 40 minut. Film trwa prawie dwie godziny. Fascynował mnie, bo to rzeczywiście jest w niezłym tempie robione. Troszeczkę, jeżeli pamiętacie państwo, kiedy omawialiśmy tutaj "Wojnę światów", to z Ice Cubem, to jest zrobione podobnie, ale o niebo lepiej. Jest to po prostu robione naprawdę super. Reżyserka, która za tym stoi, pani Bigelow, ja tak wróżę, zaraz powiem, dlaczego mnie się to nie podoba, ale wróżę, że ona pewnie za ten film dostanie Oscara, bo ona uświadamia nam, jak kruchą rzeczą jest pokój i że właściwie stoimy na krawędzi wojny. I to jest, proszę państwa, odkrycie naszych czasów. No nie. Zaraz powiem o tym, że to nie jest odkrycie naszych czasów, ale przypuszczam, że pani Bigelow ma duże szanse, żeby tego Oscara capnąć, a w każdym razie być nominowaną. Nie zgadzam się z tym absolutnie.
To jest moim zdaniem film, który gubi się w wielu miejscach. Zacznijmy od tego, że jest w trzech sekwencjach, tak jak Piotr o tym mówił i pierwszą sekwencję ogląda się naprawdę z wypiekami na twarzy. To naprawdę jest fascynujące. A później mamy to samo, tylko z innej perspektywy, a później mamy jeszcze raz to samo, tylko z jeszcze innej perspektywy. Słyszymy nawet te same rozmowy, tylko od drugiej strony. I tak dalej, i tak dalej. Jest stan napięcia, stan takiej nerwówki kompletnej. To jest nawet nieźle oddane, ale te pozostałe części już czujemy, że to nas donikąd nie doprowadzi. I to jest dobre przeczucie. Dobre przeczucie, bo film kończy się moim zdaniem tak, jakby nie było pomysłu na zakończenie tego filmu.
Oczywiście można dorobić do tego filozofię, że to tak specjalnie, bo to nie chodzi o to, co się wydarzy w tym Chicago na przykład, tylko o to, że żyjemy w takich czasach. I dobrze. Ja nie będę nawet z tym dyskutował. W porządku, ja to nawet przyjmuję. Ale powiedziałem o tym, że uświadomiłem sobie, w jak czarnej d jesteśmy. Otóż to, co się tam odpierdziela na tym ekranie i mówię teraz nie o filmie, tylko o tym, co ten film przedstawia, jak pokazuje nam pewną rzeczywistość. Otóż my się dowiadujemy, że prezydent Stanów Zjednoczonych ma taki dylemat, że nie wie, komu przypierdzielić odwetowym atakiem, to na wszelki wypadek gotowy jest przypierdzielić wszystkim podejrzanym, bo to i tak będzie lepiej, niż gdyby Stany Zjednoczone nie odpowiedziały na jedno uderzenie rakietowe. Jest za tym jakaś logika, ale powiem państwu, że logika bardzo trudna do zaakceptowania, bo logika sprowadzająca się mniej więcej do czegoś takiego: no trudno, rozpierdzielimy całą planetę, bo przecież Stany Zjednoczone nie mogą okazać słabości. Bo ginie 10 milionów naszych obywateli, to my sprawimy, że zginą miliardy obywateli Ziemi, ludzkości. Bo jakaś odpowiedź musi być.
I znowu Piotr to sygnalizował. Nie wiemy, komu przypierdzielić. Czy to ma być Korea, czy to może być Związek... Nie, Związku Radzieckiego już nie ma. To stare przyzwyczajenia. Czy to ma być Rosja, czy to może być jakiś inny wróg, na przykład Chiny i tak dalej. Ale komuś przypierdzielić musimy. W związku z tym trzeba się schować pod ziemię do schronów atomowych i podejmować decyzje, komu walnąć na początku albo w ogóle walnijmy we wszystkich. Uruchamiamy procedury. To wszystko jest nawet pokazane nieźle.
Inaczej, ja nie wiem, czy tak działają procedury amerykańskiego wojska, w ogóle amerykańskiej administracji. Tego nie wiem. Nie mam z czym porównać. Wiem jedno, że jeśli nawet tak nie działają, to w filmie przedstawione jest to bardzo realistycznie. Tak chcielibyśmy sobie to wyobrażać, tak sobie to wyobrażamy. Jeśli miałbym powiedzieć jeszcze o zarzutach w stosunku do tego filmu, powiedziałem o tym Oscarze. Pani Bigelow, która kręciła już inne filmy, które wstrząsały ludzkością, teraz nakręciła film, który ma jeszcze raz wstrząsnąć. To jest główna rola, główne zadanie tego filmu, żeby wstrząsnąć. I on wstrząśnie, chociażby nominowana do Oscara będzie. Ale to nie jest żadne odkrycie.
Ja mam takie wrażenie, że my jeszcze raz przerabiamy to samo. W latach 80. mieliśmy „The Day After” produkcję telewizyjną, ale pokazującą, jak to by było, gdyby wybuchła wojna atomowa. Wiele lat wcześniej, w latach 60. książka się ukazała wcześniej, ale powstał film. Później remake był robiony, ale powstał film „Ostatni brzeg”. Podobno książka, która nosiła ten sam tytuł, to był jeden z kamieni milowych. To była książka, która ponoć zapobiegła wybuchowi prawdziwej wojny jądrowej. Bo jak ludzie poczytali i po jednej, i po drugiej stronie żelaznej kurtyny, jak to może wyglądać, to im rurki zmiękły i po prostu już nie byli tacy ochoczy do tego, żeby sobie atomówki na głowy wysyłać. Jeszcze jedno.
Film telewizyjny robiony na podstawie świetnej powieści Rogera Żelaznego „Aleja potępienia”. Film fatalny, ale też zaczyna się taką sceną, jak wybucha wojna jądrowa. Podobne klimaty jak w filmie Bigelow, bo zawsze są podobne klimaty, zawsze są jakieś wagy jądrowe, otwierane silosy i tak dalej. Nic nowego. Ja mam wrażenie, że reżyserka filmu w ogóle nie jest zainteresowana dorobkiem literackim, niebagatelnym, wierzcie mi państwo, niebagatelnym i filmowym z tej kategorii. Ona postanowiła stworzyć dzieło na miarę Oscara i stworzyła takie dzieło. Moim zdaniem jest to dzieło nieudane, co nie zmienia mojej diagnozy, że nagroda i tak będzie. Dlaczego? Dlatego, że ten film świetnie się wpisuje w nastroje świata, w to, co się dzieje teraz w tej sferze politycznej. Jest jakieś takie oczekiwanie, że coś się wydarzy i że to będzie straszne.
I później ktoś powie: a pani Bigelow ostrzegała, że tak się może wydarzyć i widzicie, nie słuchaliście. Albo: a właśnie posłuchaliście i nie było tragedii. Ja mam mieszane uczucia w stosunku do tego filmu. Ja też lubię tę tematykę, podobnie jak Piotr, ale uważam, że ten film akurat jest przegięciem pałki, że dałoby się zrobić film, który wszedłby w tematykę głębiej. A tak mam wrażenie, że owszem, dostarczane są emocje, dostarczane jest pewne wyobrażenie tego, jak to by mogło być, ale nic poza tym. To jest Takie grożenie palcem: uważajta, uważajta, bo się może zdarzyć nieszczęście. No i co z tego? W kontekście tego, jak się film kończy, to nic.
[01:00:59] - Tutaj jest też taki problem, czy ten film będzie zasługiwać na coś więcej, bo pamiętamy, że było "Civil War". Tam się kończy wtargnięciem rebeliantów do Białego Domu. Mamy ten film wyprodukowany przez Obamów. Ja nie pamiętam, jak on się nazywał, bo on miał dziwny tytuł. Tam grała Julia Roberts i tam jest Ameryka po upadku. A tutaj mamy sceny przed upadkiem. Tam nie jest pokazane, jak to Chicago wybucha. To rozczarowuje. Powiedzmy sobie, że ta finalna sekwencja, kiedy jest pokazany prezydent, to jest najsłabsze z tego filmu. To nie jest też taki typowy oczywiście film science fiction, to jest political fiction, chyba nawet nie do końca, ukazujący nam, jak nie działa amerykańska administracja.
Nie wiem, na ile to jest rzeczywiste, bo pewne procedury są na pewno niejawne, ale zabawne jest to, że tak może być nie tylko w Ameryce, że pomimo zaplecza technologicznego, możliwości, pieniędzy, pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć albo zżera to wszystko biurokracja. Jak mówię, nie wiem, jak jest naprawdę. To może być wymysł wszystko, co jest tam pokazane w tym filmie. Ale na 15 minut przed unicestwieniem Chicago ludzie z rządu łączą się ze specjalistą z Korei Północnej, która żyje w Stanach, żeby się dowiedzieć, czy Korea mogła wypuścić pocisk, czy nie. To już jest trochę kuriozalne w pewnym momencie, bo to robi z nich zupełnych nieudaczników. Jakby ktoś był takim strasznym antyimperialistą, to by powiedział: ten film to jest w ogóle pochwała tego, żeby się Ameryka dalej zbroiła, bo musi się bronić, musi zachować status hegemona. Tak ją byle chłystek może teraz zbombardować. Trochę to dziwne jest. Natomiast-
[01:02:47] - Ale przepraszam Piotrze, przerwę ci tradycyjnie już niejako. Nawiązałeś do sceny, która jest jeszcze bardziej kuriozalna niż ty to przedstawiłeś, bo ty byłeś bardzo łagodny, przedstawiłeś jej bardziej racjonalną część. Co mówi ta pani, której mówi się, że tutaj Biały Dom dzwoni, że tutaj ktoś ważny będzie z nią rozmawiał. Co ona mówi? Ona mówi, że ma wolny dzień i ona dzisiaj ma urlop i ona jest na polu bitwy pod Gettysburgiem z dzieciakiem. I co jej tu głowy zawracają? Naprawdę? Naprawdę tak działa amerykańska administracja? To już naprawdę zaczynam się bać. Skoro analityczka mówi o tym, że ona ma wolny dzień i ma w pompie to wszystko, a dokładnie jest poinformowana, że to opiera się o bardzo ważne persony, to to już jest szaleństwo.
I takich szaleństw w tym filmie jest jeszcze trochę więcej. Ale przepraszam, przerwałem, ale musiałem o tym wariactwie powiedzieć.
[01:03:53] - Tak, ale to jest naprawdę zabawne w pewnym momencie, bo o ile ten film utrzymuje pewne napięcie, to tak, za 15 minut wybuchnie Chicago i wszyscy się boją i w ogóle będzie koniec. Koniec polskiego dziennika w Chicago, tych polskich sklepów i w ogóle wszystkiego. I będzie wojna i pył radioaktywny zasypie pół Ameryki. Bo tam też jest tak powiedziane, że oni próbują prezydenta ewakuować, a okazuje się, że nie wiedzą gdzie, bo wszędzie może być niebezpiecznie. Są pewne symulacje oczywiście, które im pokazują, gdzie on może uciec, ale w 15 minut nie ucieknie. I to jest zabawne, bo tak, tutaj prezydent musi uciekać. Kwadrans nam został. To zadzwońmy do takiej kobiety z Korei, która coś tam o tym słyszała kiedyś. To zadzwońmy do niej. Potem z nią schodzi z osiem minut, zanim ona powie, że ona jest na polu bitwy.
To może nie, to zadzwońmy potem do takiego jakiegoś Staszka z Milwaukee, co tam zna się na tym. To jest kuriozalne już, powiem ci. I o ile to się dobrze oglądało, to w pewnym momencie zaczynam się zastanawiać, czy ten film ma jakiś wydźwięk polityczny, którego ja nie odczuwam, o którym nic nie wiem. Czy to nam pokazuje pewne patologie tego systemu? Może. Może, bo Amerykanie się już raz sparzyli, pamiętamy. Na pewno nie raz, ale ostatnio się sparzyli w ten sposób 11 września. Także ja wam polecam ten obraz paradoksalnie. To nie jest złe, można przy tym spędzić miło czas, myśląc sobie, jak się to wszystko skończy. Natomiast nie dowiadujemy, jak się to skończy.
Film się tak naprawdę urywa kilka sekund przed tak zwanym momentem zero. Charakterystyczne jest jeszcze to, że tam akcja jest cały czas, tam jest temperatura cały czas, ale tam nie ma wybuchów. Jest panika trochę. Może to mi się najbardziej udziela, że są takie filmy, gdzie ta panika występuje i powiem ci, że one czasami mi się wydają bardzo realistyczne. Tam nie ma masakry, tam jest pewien ewidentny niepokój. Chociaż to nie jest jakieś arcydzieło, to jest trochę przejmujące dla mnie. Ten kwazirealizm może się podobać. To zasadniczo, co jest w filmie przedstawione, ma szansę się wydarzyć. Nie wiem jakie, ale może ma. To nie jest jakieś wielkie wymyślne kino, ale daje do myślenia.
I powiem ci, że potwierdza taką regułę, o której czasami mówimy, ale głównie w odniesieniu do horroru, że niekiedy jest tak, że najlepiej na wyobraźnię działa coś, czego się nie pokazuje. Czyli będąc przez te dwie godziny między ustami a brzegiem pucharu rzeczywiście odczuwamy te emocje. Powiem ci, że nie da się tego ukryć, to mnie przekonuje. Wolę to, niż jakbym miał zobaczyć dwie godziny atomowej zagłady Stanów, kiedy oni biegają wśród tych ruin, gonią się, strzelają do kosmitów, wszystko wybucha, wszystko płonie. Godzilla wychodzi z podziemi, papież przylatuje w latającym spodku. Tak jak w tego typu filmach. Tutaj jest zachowany pewien umiar. Ciekawe jest też to, bo powiedziałem, że ta trzecia część jest najgorsza, bo jest, ale twórcy wpadli na coś takiego, że oni nam nie pokazują prezydenta przez pierwsze dwie części. On, kiedy jest pokazany na tym ekranie do rozmowy konferencyjnej, to jest jako wygaszony ekran, jako wygaszona kamerka. I nawet słuchając tego prezydenta, to my mamy wrażenie, że on jest jakimś ignorantem, że głos ma jakiś taki znajomy.
Mamy wrażenie, że to jest Trump. Dopiero potem okazuje się, że to jest zupełnie ktoś inny. Nawet tam jest taka scena Marku, kiedy jeden z tych sekretarzy, nie pamiętam już czego, spaceruje po polu golfowym, on też wygląda jak Trump, chociaż to jest zupełnie inny bohater. Takie pogrywanie z widzem jest chyba tylko po to, żeby zrekompensować bolączki tej trzeciej części, która jest głupia momentami. To, jak oni się zachowują, to jest absurdalne, bo my nie wiemy, czy oni naprawdę by tak zrobili, czy to już jest przegięcie ze strony reżyserki, bo to by wyglądało tak, jakby oni ten mandat na bycie hegemonem świata znaleźli gdzieś w chipsach po prostu. I oczywiście każdy się zapyta oglądając ten film przez dwie godziny, skoro oni nie trafili raz parą pocisków tych niszczących w tą głowicę jądrową, to dlaczego nie próbowali dalej? Tam jest to niby jakoś wytłumaczone, ale tak jakoś też nie najdobitniej. Film jest jednak okej. Ja po prostu takie lubię. Komuś się może nie podobać, on do każdego nie przemówi, ale nie męczyłem się przez te dwie godziny.
Bywało gorzej. Powiem ci, że nawet momentami był bardziej przerażający od horrorów, które okrzyknięto horrorami roku. Tylko nie wiem cały czas, czy to jest realistyczne, co się w tym filmie działo, czy to jest po prostu wyobraźnia tej artystki, bo tak źle chyba to nie może być, jak ona to pokazuje z tą administracją amerykańską. Chociaż nigdy nie mów nigdy.
[01:09:11] - Tak, tego nie wiemy. Ja podtrzymam to, co powiedziałem. Ja się bawiłem dobrze przez 40 minut, bo tyle trwa pierwsza część. Później już się dobrze nie bawiłem, bo podejrzewałem, ku czemu to zmierza. A proszę państwa, to jest film, który po raz kolejny przerabia to samo, mianowicie, że wojna może się zacząć każdego dnia w sposób banalny. Będziemy szli do pracy i nagle na niebie pojawią się smugi, to będą leciały rakiety, które będą niosły coś, co nam się nie spodoba. I to byłoby fajne, gdyby było nowe, ale to nie jest nowe. Już wymieniłem filmy, w których to można było odnaleźć. To były filmy z innych epok, ale jednak to jest chyba trochę za mało, żeby sprawić, że film jest naprawdę wydarzeniem. Uświadomienie ludziom, że wojna jest banalnie prosta i banalnie może nas zaskoczyć każdego dnia, podkreślam każdego dnia.
To może wymyślić chyba tylko pokolenie reżyserskie, które nie żyło w czasach zimnej wojny na przykład tutaj, w Europie Wschodniej. Bo ja nie wiem, jak było w Stanach Zjednoczonych, nie mam szans się tego dowiedzieć, jak było na przykład w latach 70. i 80. Ja wiem jedno, że na początku lat 80. czytając dużo fantastyki, ja miałem małą obsesję na punkcie wybuchu wojny jądrowej. Pomagały i zasilały tę obsesję różne lektury, które sobie tam poczytywałem na boku. Tak, ale mimo wszystko gdzieś tam ta wojna jądrowa na początku lat 80. była czymś, z czym żyło się na co dzień. Nie żeby to było jakieś dramatyczne. Normalnie chodziło się do szkoły, czytało się książki, żyło się.
Ale pamiętam swoje pytanie do mojej mamy, która żyła w czasach kryzysu kubańskiego: jak to wtedy było? Jak to było wtedy, kiedy świat stał na krawędzi wojny jądrowej, jak się ukazywały gazety, jak oni to psychicznie wytrzymywali? I pamiętam uśmiech mojej mamy. Normalnie się żyło. Trzeba było żyć. To, co mogło spaść z nieba i tak by spadło, nawet jakbyśmy zaczęli panikować albo dostawać jakiejś histerii. Więc ludzie normalnie żyli, normalnie chodzili do pracy, kochali się, chodzili do kina, robili szereg codziennych czynności, banalnych czynności, bo co mieli innego robić? I troszeczkę ta poetyka tego, że pani wychodzi rano do pracy, jej synek chorował, mąż zostaje z synkiem, a ona idzie pracować dla administracji. I nagle ją wojna zaskakuje, a właściwie nawet nie wojna, tylko lecąca rakieta. A na koniec zostawiłem sobie coś jeszcze.
Piotr o tym mówił, sygnalizował to. Trochę mi się nie chce wierzyć, że Amerykanie, którzy uwierzyli, że leci w ich kierunku rakieta z głowicą jądrową, biorą to trochę na wiarę, bo co jest w głowicy? O tym już mówiłem. To na wiarę trzeba przyjąć. Więc uwierzyli, że tam jest głowica jądrowa. To wysłanie dwóch antyrakiet, które mają to coś zestrzelić, to jest jednak pewna nonszalancja. Ja zakładam, że to miała być nonszalancja, że po prostu zaufanie w technologię, w technikę było takie, że na pewno te dwie wystarczą. Co tam się będziemy pierdzielić. Będą nam inne rakiety w razie czego potrzebne, antyrakiety, więc wypuszczamy tylko dwie. Jak znam asekurancki rys polityków, to oni by tych rakiet wypuścili z 10 albo 15, byleby tylko to cholerstwo zestrzelić, bo tak działają politycy.
Oni sobie nie pozwolą na to, żeby odparować dziesięciomilionowe miasto, aglomerację. Więc to założenie, które zrobiła reżyserka, założenie potrzebne do tego, żeby nadać filmowi dramatyzmu, ono jest jednak, moim zdaniem, mocno naciągane. Możliwe, ale naciągane, bo ja tylko państwu przypomnę ten film telewizyjny „The Day After”. Tam po prostu była wymiana ciosów atomowych. Rosjanie wystrzelili swoje, Amerykanie wystrzelili swoje, a później jedni i drudzy czekali, aż to zacznie spadać i kolejne miasta były odparowywane, a później była ta rzeczywistość post apo, co się dzieje następnego dnia. I to chyba było ciekawsze, bo ja do dzisiaj pamiętam jedną ze scen. Już jest ten dzień po. I pamiętam zrujnowane miasto. Ktoś tam to miasto przemierza i gdzieś w tle, zupełnie tak naprawdę w tle, jest scena rozstrzelania jakichś tam szabrowników czy kogoś takiego. Wchodzą nowe prawa, brutalne prawa, bo nie można dopuścić do anarchii, więc administracja działa z pełną brutalnością.
Dla mnie to było bardziej interesujące, co będzie po. A co będzie przed? Bo ten film można by tak zatytułować: „Dzień przed” albo „Godziny przed”, albo „Minuty przed”. Owszem, to może zaciekawić, ale mnie wystarczyło tego zaciekawienia na pierwsze 40 minut. Czas, proszę państwa, na polecanki z pogranicza. Przypomnę tylko, że w tym cyklu mówię o książkach, które są do nabycia drogą kupna w księgarni Galerii Nieznanego Świata na ulicy Kredytowej w Warszawie. I tak jak zawsze powtarzam, to jest informacja dla tych, którzy będą przejazdem przez Warszawę przemykali albo też w Warszawie mieszkają. Tam naprawdę raj dla bibliofilów, a tych bibliofilów, którzy lubią książki z pogranicza, to tam po prostu wmuruję w podłogę, bo ściany, na których regały uginają się pod ciężarem dziesiątków, setek tytułów. Wierzcie mi państwo warto. Kto natomiast daleko od Warszawy mieszka i nie wybiera się w tamtym kierunku, to zapraszam do internetowego wydania księgarni Galerii Nieznanego Świata.
Tam również wszystkie pozycje, które w księgarni są fizycznie, są dostępne i drogą kupna można je nabyć. Pierwsza z dzisiaj polecanych książek to jest książka, która nie wzbudziłaby zachwytu niektórych. Niektórzy się tą książką fascynują. Ja nie mam zdania. Ja nie jestem do tej książki przekonany. Niemniej jednak polecam ją dlatego, że ja nie lubię sytuacji, w której ktoś mówi: „Nie lubię, nie lubię książki” i nie wie, o czym mówi. Nigdy jej nie dotykał. Bo na przykład Piotr Cielebiaś, który tej książki nie darzy szczególną sympatią, zna ją i to zna ją bardzo dobrze. I ja mu ufam, że on wie, o czym mówi, to znaczy wie, dlaczego tej książki nie darzy sympatią. Natomiast spotkałem na swojej drodze również człowieka, który tej książki nie przeczytał, ale jej nie lubił, bo tak.
Bo miał swoje powody, bardzo ważne i nie zamierzał do niej nawet zajrzeć. To jest postawa z gruntu mi obca, ale w końcu dopuszczalna. Panuje wolność. I po tym przydługim wstępie wreszcie zdradzę, jaki to tytuł. To jest książka zatytułowana „Misja” Michela Desmarquet w tłumaczeniu doktora Tomasza Hałko. Wydawcą tej książki jest wydawnictwo Indigo Book, a ta książka była wydana w 2023 roku. To zobaczmy, co w tej książce można znaleźć. W czerwcu 1987 roku Michel Desmarquet został wybrany, żeby odbyć podróż międzygwiezdną w naszej galaktyce i odwiedzić planetę zwaną Jehowa. Powierzono Michelowi misję napisania książki zawierającej krytycznie ważny przekaz Jehowy dla obecnych mieszkańców Ziemi. Jehowa jest najczęściej spotykanym słowem w Starym Testamencie, Księga Rodzaju między innymi, ponieważ jest to imię planety aniołów, którzy między innymi zamienili miasta Sodomę i Gomorę w Morze Martwe, którzy pomogli Mojżeszowi wyprowadzić Hebrajczyków z egipskiej niewoli i którzy dali Mojżeszowi 10 przykazań około 3250 lat temu.
Podróż Michela odbyła się metodą tak zwanego przeistoczenia, które polega na opuszczeniu czasoprzestrzeni i powrocie do niej w innym miejscu w naszej galaktyce. Książka pod tytułem „Misja” zawiera szczegółową relację Michela z tej podróży. I teraz kilka słów od tłumacza. „Przeczytałem w życiu dużo książek, ale nie pamiętam, abym jakąkolwiek z nich czytał więcej niż raz. Nawet w podręcznikach i w książkach naukowych przeglądałem powtórnie zaledwie fragmenty. Niniejsza książka jest dla mnie wyjątkiem. Ile razy jej nie otworzę, żeby coś sprawdzić, nie mogę przestać jej czytać.” Doktor Tomasz Chałko, przyjaciel autora od 1995 roku i tłumacz książki. Przypomnę, mówiłem o książce „Misja” Michela Desmarquet w tłumaczeniu doktora Tomasza Chałko. Wydawnictwo Indigobook. Data wydania 2023 rok.
A teraz czas na kolejny tytuł. „Wschód słońca w Transylwanii”. Autor Radu Cinamar i Peter Moon. Wydawca ponownie Indigobook. Data wydania. Pierwsze wydanie było w roku 2024, a teraz pojawił się na rynku dodruk. Zatem jest okazja, aby książkę upolować. Tajemniczy naukowiec o nazwisku David Anderson odbył w 1999 roku niezwykłą podróż do Rumunii. Doktor Anderson, któremu rząd USA przypisuje opracowanie zaawansowanej technologii pola czasowego, nawiązał podczas tej podróży do Rumunii kontakty dyplomatyczne, gdzie założył również zaawansowaną placówkę badawczą poświęconą studiom nad matematyką podróży w czasie. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych doktor Anderson odwiedził Petersona Nicholsa i Petera Moona, znanych na całym świecie autorów książki „The Montauk Project: Experiments in Time” w celu przedstawienia im swojej osoby.
Zgodnie z propozycją doktora Andersona rozpoczęła się współpraca z Peterem Moonem, która była krótka, słabo rozwinięta i ostatecznie przerwana ze względów bezpieczeństwa w wyniku ataku logistycznego na podobne centrum badań nad czasem, które zostało założone na Long Island. Dalsze podróże doktora Andersona do Rumunii zaowocowały w końcu połączeniem Petera Moona z rumuńskim wydawcą i Radu Cinamarem, członkiem wydziału okultystycznego rumuńskiej służby wywiadowczej. Cel tej współpracy ma związek z tym, co jest prawdopodobnie najbardziej znaczącym odkryciem archeologicznym w historii ludzkości. Tajemnicza holograficzna sala zapisów, która wykorzystuje technologię daleko wykraczającą poza pojęcia współczesnej nauki. „Wschód słońca w Transylwanii” to historia tego tajemniczego odkrycia i politycznej intrygi z nim związanej. A wszystko to znakomicie opowiedziane przez Radu Cinamara. Po upływie pięciu lat i po tym, jak Peter Moon zapewnił sobie prawa do publikacji tej niezwykłej historii, doktor Anderson zaprosił go do Rumunii, gdzie postanowił zgłębić tę tajemnicę o krok dalej. Ta historia znajduje się wewnątrz książki, którą państwu przedstawiam. No i czeka na przeczytanie. Przypomnę „Wschód słońca w Transylwanii” Radu Cinamar i Peter Moon.
Wydawca wydawnictwo Indigobook. Pierwsze polskie wydanie było w 2024 roku. Teraz mamy dodruk. Ale to jeszcze nie koniec spotkania z autorami, bowiem kolejna książka, którą chciałbym polecić to „Wschód księżyca w Transylwanii”. Autorzy ci sami Radu Cinamar i Peter Moon. Wydawnictwo Indigobook. Książka wydana również w 2024 roku i również teraz oferowany jest dodruk. W sierpniu 2003 roku tajemnicza i bezprecedensowa współpraca amerykańskich i rumuńskich oddziałów wojskowych przeprowadziła ekspedycję pod Sfinksem w górach Bucegi i odkryła największe archeologiczne zjawisko wszech czasów. Tajemniczą komnatę liczącą około 50 tysięcy lat, z technologią holograficzną przekraczającą najśmielsze ludzkie wyobrażenia. Pomimo politycznej intrygi, zamieszania i ograniczeń wokół tego wielkiego odkrycia, lider ekspedycji umożliwił Radu Cinamarowi odwiedzenie i zbadanie tych artefaktów.
Od tego czasu życie Radu jest zawiłą przygodą dziwnych wydarzeń, tajnych związków oraz niezwykłych ludzi i okoliczności. „Wschód księżyca w Transylwanii” opowiada o spotkaniu Radu z tybetańskim lamą zaaranżowanym przez tajemniczego alchemika, którego przodkowie od setek lat żyją zgodnie z tajną tradycją wielkiego dzieła przedłużającego życie w nieskończoność aż do momentu, gdy można wyewoluować poza fizyczną płaszczyznę. Kiedy dochodzi do spotkania Radu, lamie Towarzyszy im dam, tajemnicza istota o nadprzyrodzonych mocach, powstająca w wyniku rytuału z użyciem tybetańskiej piaskowej mandali. Lama zdradza, w jaki sposób uruchomił wspomniane wydarzenia, aby naprawić poważne zaburzenia równowagi na Ziemi. „12 dni. Sekretna inicjacja w tajemniczej krainie bogów” to nie tylko niezwykła historia, ale inicjacja najwyższego rzędu. Książka zabierze cię daleko poza zwykłą wyobraźnię, aby opisać wydarzenia, które ukształtowały przeszłość i wpłyną na przyszłość w najbliższych dekadach. Radu Cinamar to rumuński pisarz i badacz, który jest znanym autorem książek o tematyce paranormalnej, tajemnicach i duchowości. Jest także szeroko znany ze swoich teorii dotyczących starożytnych cywilizacji, tajemniczych miejsc i zjawisk niewyjaśnionych naukowo. Jego publikacje często poruszają tematy związane z ezoteryką, UFO, duchowością i tajemniczymi technologiami.
Jedną z jego bardziej znanych książek jest „Wschód słońca w Transylwanii”. Książka, którą omawiałem przed chwilą. Książka opowiada o jego doświadczeniach związanych z tajemniczymi znaleziskami archeologicznymi w Rumunii. Jego prace cieszą się zainteresowaniem wśród czytelników zainteresowanych mrocznymi tajemnicami oraz zagadkami dotyczącymi przeszłości i nieznanych obszarów wiedzy. Przypomnę „Wschód księżyca w Transylwanii”. Autorzy Radu Cinamar i Peter Moon. Wydawnictwo Indigo Book. Pierwsze wydanie w 2024 roku. Teraz wjeżdża do druk. To, proszę państwa, były polecanki z pogranicza.
Polecanki książek z pogranicza. To teraz czas na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem, z którym omówimy w ramach MAUP-y, czy też w innym wydaniu, w innej nazwie cyklu „Książki z pogranicza”. Omówimy książkę Romana Bugaja „Hermetyzm”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:27:18] - Dzień dobry wieczór. Witam. Dzisiaj pomówimy i o filozofii i o magii.
[01:27:24] - Tak, bo książka niezwykła przed nami. Książka, która traktuje o hermetyzmie i proszę państwa, hermetyzm. Tak sobie teraz pomyślałem, że musiałbym państwu powiedzieć, czym jest hermetyzm. I to nie jest prosta sprawa. To może zacznijmy od tego, o jakiej książce dzisiaj mówimy, Piotrze.
[01:27:48] - O jakiej książce, ale przede wszystkim o jakim autorze. Powiem ci, Marku, że ja z Romanem Bugajem miałem bardzo długą przygodę. Przez długi czas tego autora określano tak trochę pogardliwie i to zresztą funkcjonuje do tej pory docentem Bugajem. Pamiętasz?
[01:28:08] - Tak.
[01:28:08] - Tak mówili złośliwi oponenci, że on niby tam nie doktor, ale docent. Mniejsza o to. Chcieli mu przypomnieć, że to są tematy, którymi nie może się zajmować nauka akademicka. Ja z dziełami Bugaja miałem częsty kontakt, dlatego że pracę na studiach pisałem właśnie z historii ezoteryki i okultyzmu. I on tam był bardzo potrzebny. Nie tylko ta dzisiejsza książka, ale i pozostałe. Bo Bugaj zajmował się nie tylko filozofią hermetyczną, ale też dziejami ogólnie myśli okultystycznej czy ezoterycznej, czy poszczególnych postaci z tym związanych magów, alchemików, jak na przykład Michał Sędziwój, któremu on poświęcił bardzo dużo miejsca. Niektóre książki Bugaja miały charakter popularnonaukowy, jak na przykład chyba kultowe „Nauki tajemne w dawnej Polsce” mistrz Twardowski. Inne były monografiami. Wyszła między innymi „Palingeneza”.
Były też te książki poświęcone alchemii i Sędziwojowi. One były trochę cięższe, ale to dzieło o filozofii hermetycznej jest moim zdaniem szczególne. Szczególne, bo to się dobrze czyta. To jest coś, co ma wiele zalet, ale również jeżeli ktoś podchodzi do tej książki z przekonaniem, że to jest książka o czarach i o magii, albo taka, która mówi, że tak, to wszystko jest prawdziwe, to się może trochę rozczarować.
[01:29:37] - Zdecydowanie może się rozczarować i to dwukrotnie. Moim zdaniem to jest książka, która wymaga podstawowej wiedzy z dziedziny historii filozofii. Nie żadnej specjalistycznej, nie żadnych szczegółów, ale jednak takiej orientacji troszeczkę wymaga. A druga sprawa, którą warto podkreślić, którą właściwie Piotrze zasygnalizowałeś, to jest próba naukowego opisu hermetyzmu, ale takiego hermetyzmu nierozumianego jako tajemnicza ezoteryka, ale jako system myślenia o świecie, myślenia o człowieku. System, który wpłynął na rozwój nauki, co może być dla niektórych zaskoczeniem, religii i sztuki. I myślę, że to jest pewne z punktu widzenia takich ludzi, którzy o hermetyzmie, o Hermesie Trismegistosie, alchemii w ogóle nie chcą słyszeć, to jest takie przesunięcie perspektywy. Hermetyzm jest w tej książce traktowany nie jako tu cudzysłów Okultyzm, ale jako filozofia przyrody, w której nauka i duchowość jeszcze się nie rozdzieliły. I to jest bardzo ważne podkreślenie, tak myślę. Autor wprowadza hermetyzm jako element wyprowadzony ze starożytnego synkretyzmu rodem z Egiptu i Grecji. W tym wypadku, jeśli ktoś zna chociaż odrobinę tej historii, to kluczowe znaczenie mają pisma przypisywane postaci na poły mitycznej, czyli wymienionemu wcześniej Hermesowi Trismegistosowi, a wśród tych dzieł jest „Corpus Hermeticum” oraz „Tablica szmaragdowa”.
Dla hermetystów Hermes Trismegistos był figurą mędrca pierwotnego. On łączył poznanie boskie z poznaniem naukowym. Dzisiaj jest nam to łatwo rozdzielać, ale kiedyś takie łatwe to nie było. Moim zdaniem i myślę, że zdaniem autora, czyli Bugaja, Hermes Trismegistos to jest archetyp człowieka, który rozumie kosmos, ponieważ uczestniczy w boskiej naturze tego kosmosu. I co ważne, to jest książka, która nie odwołuje się do jakiejś magii. Ona najpierw namawia nas do tego, żebyśmy zrozumieli hermetyzm jako zjawisko kulturowe w szeroko pojętej kulturze.
[01:32:42] - Tak, czyli jak na górze, tak i na dole. Wbrew temu, co niektórzy mogą pomyśleć, to nie jest taka książka, która uważa, że hermetyzm jest objawionym nurtem, prądem. Nie, to się skądś wzięło i Bugaj pokazuje skąd. Jest to tak naprawdę eklektyczna filozofia z korzeniami antycznymi. Tak jest, nie ma co ukrywać. Ona jest dzisiaj bardzo popularna, dlatego, że hermetyzm jest filozoficzną podstawą wielu przekonań, które się pojawiają we współczesnej ezoteryce. Chociaż to może też być złudne momentami, bo przecież to nie jest tak, że hermetyzm wymyślił wszystkie koncepcje, które dzisiaj krążą w tak zwanej duchowości. To się pojawiało często w innych miejscach równolegle. Dużo się też, jeżeli chodzi o hermetyzm, koloryzuje i dopowiada. Powiedz Marku, jak ty jako filozof oceniasz, albo inaczej, jakbyś musiał podać trzy główne albo kilka głównych cech hermetyzmu dla osoby, która jest zupełną nogą z filozofii, w ogóle się nie interesuje, żeby pojęła, o co chodzi, na co trzeba zwrócić uwagę.
Bo istnienie mikrokosmosu i makrokosmosu i ich wzajemne związki w samej głównej zasadzie hermetycznej pobrzmiewają. Natomiast im głębiej wchodzimy, tym bardziej się okaże, że to, co uważamy za spuściznę antyczną, jest tak naprawdę bardzo bliskie dzisiejszym i nawet EzoGrażynkom.
[01:34:20] - Powiem tak, to jest dosyć trudne pytanie i za chwilę powiem dlaczego. Nie wiem, czy wymienię trzy elementy, ale kilka z nich postaram się wymienić. Wymieniłeś jedną z głównych zasad hermetyzmu, ale da się ją rozwinąć, bo tak jak powiedziałeś, chociaż zgodnie z tym, co hermetyzm głosił, to może być niejasne. Na górze, na dole. Nie. Chodzi, proszę państwa, o to, że według hermetyzmu człowiek jest swoistym odbiciem wszechświata. To, co dzieje się w kosmosie, tak naprawdę odzwierciedla się w ludzkim ciele i w ludzkiej duszy. Ta idea legła u podstaw bardzo wielu tradycji. Od astrologii po medycynę renesansową, ale wcześniej był właśnie hermetyzm. Dzisiaj hermetyzm można odczytywać jako bardzo wczesną próbę sformułowania holistycznego modelu rzeczywistości.
Innym elementem związanym z hermetyzmem jest alchemia. Wszyscy kojarzą, poprzedniczka chemii, rozdzielenie nastąpiło. To sobie zostawmy. Autor dosyć szczegółowo w tej książce omawia rozwój alchemii i robi to od Egiptu i Grecji, poprzez świat arabski, syryjski, po Europę średniowieczną i niektórych może to zbić z tropu, ale i Europę renesansową. Bo oczywiście większość osób kojarzy alchemię wyłącznie z próbami tworzenia złota, może kamienia filozoficznego, ale według tego, co pisze autor, tak naprawdę w alchemii chodziło troszeczkę o coś innego. O złoto i kamień filozoficzny też. Ale tak naprawdę alchemia była swoiście pojętą próbą poszukiwania jedności ducha i materii. Autor traktuje alchemię jako empiryczną stronę hermetyzmu. Próbę sprawdzenia tych metafizycznych założeń hermetyzmu, sprawdzenia w laboratorium. I można by zaryzykować taką tezę, że w pewnym sensie przynajmniej alchemicy byli prekursorami chemików.
To nie jest specjalnie odkrywcze. I celem alchemików była nie tylko transmutacja jednego metalu w drugi, ale też coś, co nazwałbym transmutacją duszy. Wydaje mi się niezwykle ciekawym elementem książki pokazanie nam, że hermetyzm trafił do Europy dzięki Arabom, bo wiele hermetycznych pism trafiło do Europy właśnie ze świata arabskiego. One w tym świecie arabskim zyskały nowy wymiar. Dlaczego? Bo Arabowie bardzo praktycznie połączyli filozofię hermetyczną z medycyną, z matematyką i z astrologią. I to dzięki takim arabskim uczonym, jak na przykład Awicenna, Al-Razi Europa odziedziczyła hermetyczną wiedzę w wersji nie rozproszonej, ale w wersji systematycznej i niemalże naukowej. Hermetyzm stał się pomostem pomiędzy nauką antyczną. Może słowo nauka jest trochę na wyrost, ale tym, jak sobie wyobrażano badanie naszej rzeczywistości w starożytności i nauką renesansową. To jest pomost.
Właśnie ten hermetyzm, który nam się głównie kojarzy z jakimiś takimi cudzysłów, okultystycznymi sprawami. On tak naprawdę był nosicielem myśli, nosicielem idei postępu nauki czy jak sobie to nazwiemy.
[01:38:35] - Hermetyzm przeżywał swój renesans myślę, że gdzieś tak w pierwszej dekadzie XXI wieku. Był też uznawany za filozofię wyklętą. Zresztą słowo hermetyczny też się nie wzięło znikąd i ono się odnosi trochę do tego, że w renesansie tę koncepcję uznawano za coś dla wtajemniczonych, nie dla wszystkich. Czasami można się spotkać z takimi hipotezami, że on mógł nawet rywalizować z chrześcijaństwem. Nie wiem, jak jest naprawdę. Na pewno dał podstawę współczesnej tradycji ezoterycznej, chociaż nie jest jej jedynym korzeniem. Mnie nawet po czasie Marku bardziej zaczęła ciekawić sama postać, sama legenda i te tradycje związane z Hermesem niż to, co się działo w renesansie, bo ja to po prostu przerabiałem i to już mam tego dość. Natomiast tak rzeczywiście Hermes był przez niektórych uważany za takiego, nawet nie biblijnego pogańskiego proroka. Niekiedy to jego imię odczytywano jako wskazówkę taką, że Hermesów było trzech, że wywodzą się na przykład też jakoś z linii od egipskiego boga Thota. O tym sobie może jeszcze kiedyś powiemy w oddzielnej audycji, bo to nie sposób tego zmieścić w jednym.
To jest cała tradycja filozoficzna, która tak naprawdę trwa nadal. Ale oprócz tych ogólnych podstaw, jak wspominałeś, była alchemia. Szmaragdowa Tablica do dziś temat mocno obecny w internecie i to wszystko gdzieś tam u Bugaja krąży. Natomiast jest jeszcze jedna rzecz, bo powiem Ci tak dzisiaj chyba postać Hermesa intryguje jeszcze bardziej, bo on jest uważany za takiego proroka z czasów przedpotopowych, nawet z takiego okresu, kiedy cywilizacja dopiero raczkowała. Jest twórcą dzieł starożytnej mądrości, ksiąg i tak dalej. Może więc nie był tylko mitologicznym wymysłem. Kto wie, może w nim pobrzmiewa to, o czym słyszymy, kiedy mowa o tych odkryciach związanych z cywilizacją matką, czy też cywilizacją przed cywilizacją. Że on jest takim zbiorowym wyobrażeniem. O tym Roman Bugaj nie pisze, ale takim zbiorowym wyobrażeniem czegoś, co istniało i zostało zapomniane, bo upadło. To, o czym dzisiaj się przypomina, mówiąc o Göbekli Tepe, a w takiej najbardziej hardkorowej formie, o tych odkryciach pod Gizą, o których żeśmy swego czasu mówili.
Może jeszcze słowo Marku o stylu Bugaja, który jest taki nomen omen w dobrym stylu, to znaczy w dobrym, starym stylu. Czyta się go płynnie, przynosi to satysfakcję. To nie jest też takie typowe dzieło filozoficzne, że człowiek musi dwa razy przeczytać. To samo się tyczy innych jego książek. Jeżeli ktoś tego autora nie zna, to głęboko polecam, bo to jest klasyka, jeżeli chodzi o Polskę. Trochę inaczej mam natomiast z dziełami dotyczącymi alchemii, które są przyciężkie z racji tego, że to jest tematyka ogólnie dość ciężka, choć wartościowa z perspektywy historycznej. Ta książka, o której dzisiaj mówimy czyta się dobrze, muszę powiedzieć, ale bez przygotowania się nie obędzie. To też o tym pamiętajmy. Aczkolwiek jeżeli ktoś chce takiego potwierdzenia, że jest hermetyzm, który jest filozofią nad filozofię, jest naprawdę nadprzyrodzony, on naprawdę ociera się o boskość i wiedzę prawdziwą, to tego tam u Bugaja nie znajdzie. Hermetyzm jest-
[01:42:07] - Po prostu prądem filozoficznym, eklektycznym, oczywiście mającym korzenie w antyku. Pokazuje nam Bugaj i udowadnia, że on nie może być traktowany ani po macoszemu, ani jako coś gorszego, bo tak naprawdę ma wiele wspólnych punktów z innymi szkołami filozoficznymi i jakby nie było, nadal żyje. Ja muszę jeszcze powiedzieć, że to, co dla mnie ważne jest w książce Bugaja, to to, że on podkreśla, że hermetyzm stał się pewną inspiracją dla nowego humanizmu. Dlaczego nowego? Bo ten nowy humanizm widział człowieka jako współtwórcę świata. To jeśli się porówna z ideami głoszonymymi przez Kościół, to rzeczywiście przynajmniej z niektórymi z nich stoi w mocnej opozycji. Hermetyzm stał się według Bugaja filozofią twórczości. Człowiek jest takim mikrokosmicznym. To słowo mikrokosmiczny pojawia się po raz kolejny w naszej rozmowie. Człowiek stał się takim mikrokosmicznym Bogiem, który tu na ziemi odtwarza boski porządek.
I to jest, proszę państwa, fascynujące. Fascynujące jest też to, że dosyć ważnym wątkiem i ciekawym wątkiem książki jest omówienie polskiego hermetyzmu, tego renesansowego przede wszystkim. Dowiadujemy się o pismach Andrzeja Frycza Modrzewskiego, o innych autorach. Bugaj pokazuje, że w Polsce hermetyzm nie był jakimś marginesem, czymś takim ledwo zauważalnym. Był elementem myślenia o Bogu, o naturze. W tej szlacheckiej kulturze to po prostu było coś, co dało się spotkać i to dosyć często, ale dało się też spotkać w myśleniu akademickim tamtych czasów. Ja myślę, że to jest dosyć rzadko podkreślane. Chyba szkoda. Czymś, co uważam za niezwykle ważne w tej książce jest to, że kiedy w XVII wieku hermetyzm zaczął zanikać jako nurt filozoficzny, to jego idee w sposób taki mniej lub bardziej zauważalny przeniknęły do nauki. Mówiłem to już, ale podkreślę: z alchemii rodzi się nowożytna chemia i Bugaj to podkreśla, że to nie było zerwanie z tradycją alchemii, tylko pewna transformacja.
Zmienił się język, ale nie zmieniła się idea poznania natury poprzez ujawnienie pewnego ukrytego porządku. On już nie miał tego wymiaru hermetycznego, ale działało to wszystko. I powiem jeszcze jedną rzecz, o której obiecałem sobie, że powiem, więc powiem. Moim zdaniem bardzo udaną częścią książki jest ta część, w której Bugaj analizuje symbolikę hermetyzmu. Mówi o metalach, kamieniu filozoficznym, transformacji, o elementach alchemicznych, o elementach hermetycznych. Ogień, woda, powietrze, ziemia. Te symbole można czytać nie tylko jako alegorię procesów chemicznych, ale też jako pewne metafory rozwoju duchowego. Proces alchemiczny to jest coś równoznacznego z procesem przemiany człowieka. Ta przemiana się bardzo często w hermetyzmie pojawia. I tak na koniec hermetyzm dzięki Bugajowi jawi się jako taka próba zjednoczenia nauki z sacrum.
W naszych czasach bardzo często się to rozdziela. Może warto sięgnąć do tradycji hermetycznej, bo może niekoniecznie jest tak, że to stoi w opozycji. Tak, to myślenie stoi w kontrze do współczesnego scjentyzmu. Świat nie jest mechanizmem, tylko żywym organizmem, zdaje się mówić autor książki „Hermetyzm”. I myślę, że warto to zapamiętać. Po prostu warto to zapamiętać, że świat można postrzegać w różny sposób. I ta książka, „Hermetyzm” jest rodzajem klucza do tego innego spojrzenia, do niezachwycania się tylko i wyłącznie nauką dla samej nauki, tylko zachwycania się pewnym przesłaniem, które nauka może, nie musi, ale może ze sobą nieść. Bo sama nauka dla nauki, badanie dla badania niekoniecznie musi mieć sens. Proszę państwa, to teraz czas na porcję literatury. Słyszeli już państwo jedno opowiadanie z ABW numer 77 z 18 września 2020 roku.
Czas teraz na kilka innych. Mamy tu opowiadania dłuższe i krótsze, ale wierzcie mi państwo, nawet najkrótsze z nich warte jest tego, żeby na chwilę przysiąść, przymknąć oczy i zasłuchać się. Po kolei. Damian Bork „Pajęczyna”. Szymon Zygma „Epidemia 2.0”. Jakub Karbownik „Karmelek”. Marek Tomasik „Krótka historia o miłości” i jeszcze raz Jakub Karbownik „Gdzie się podziałaś, filozofio?”. Zapraszam.
[01:47:56] - Damian Bork „Pajęczyna”: „Cóż za uroczy wieczór, nieprawdaż?” — rzekł ochrypłym głosem uśmiechnięty grabarz, po czym wbił szpadel obok świeżo wykopanego grobu. Poprawił długi czarny płaszcz i odwrócił się w stronę zbliżającej się postaci. Napiłbym się czaju, a pani? Chłodne powietrze zmieniło jego oddech w parę. Przechodząca obok staruszka odburknęła coś pod nosem i potarła o siebie skostniałe z zimna dłonie. Przypominała matrioszkę. Miała obłe kształty oraz kolorową chustę na głowie. Z jednym wyjątkiem: drewniane zabawki nie miały kilku par wielkich oczu. Zanim grabarz odgarnął długą grzywkę, by się jej lepiej przyjrzeć, starowinka zniknęła za wielkim nagrobkiem z rzeźbą jednoskrzydłego anioła. Za długo tu siedzę.
Zaczynam mieć zwidy. Zdjął z drewnianego krzyża cylinder i założył go zgrabnym ruchem. W samą porę. Pierwsze krople deszczu wystukały rytm na jego nakryciu głowy. Przełożył szpadel przez ramię i pogwizdując wesoło, ruszył przez cmentarz w stronę, gdzie ostatnio widział staruszkę. Nagle zatrzymał się, nie mogąc zrobić kolejnego kroku. Ziemia dopiero zaczęła rozmiękać od wilgoci, więc za wcześnie, aby ugrzęznąć w błocie. Pochylił się wolną ręką, odgarniając włosy z twarzy. A cóż to za paskudne lepisko? Pajęczyna?
Wtedy poczuł ciepły oddech na karku. Kiedy gwałtownie się odwrócił, ujrzał kilka par przekrwionych ślepi, patrzących na niego jak na ciepły posiłek. Smród zgnilizny uderzał go z każdym wyziewem, prawie zwalając z nóg. Z przygarbionych pleców staruszki zaczęły wydobywać się przeraźliwie chude pajęcze odnóża. Jej szczęka rozszerzyła się nienaturalnie, ujawniając masywne żuwaczki. Bez problemu mogłyby rozłupać czaszkę dorosłego mężczyzny. Grabarz uśmiechnął się ciepło, po czym zdzielił pajęczycę łopatą w łeb. We wszystkie strony rozbryznęła się lepka zawartość ze zmiażdżonych oczu. Ogłuszona staruszka straciła równowagę, ale zanim upadła, zdołała podeprzeć się wszystkimi włochatymi odnóżami. Kiedy nadal zamroczona wyciągnęła przed siebie skostniałe dłonie, by pochwycić szyję swojej niedoszłej ofiary, spadł na nią z brzdękiem drugi cios.
Tym razem głowa nie wytrzymała i ustąpiła pod naporem solidnego grzmotnięcia. Posoka zmieszana z kawałkami kości i mózgu spłynęła jej po wynaturzonej twarzy. Mężczyzna wyszczerzył się od ucha do ucha i bez większego problemu wyszarpnął nogę z pajęczyny. Z każdym kolejnym uderzeniem głowa starej pajęczycy zaczynała coraz bardziej przypominać krwawą miazgę. Roztrzaskany czerep utracił prawie całą zawartość, a połamane żuwaczki zwisały ze zdeformowanej szczęki. Odnóża oponentki intensywnie drgały, gdy cofała się pod gradem wprawnych ciosów. Wreszcie silne kopnięcie w korpus posłało ją wprost do wykopanego wcześniej grobu. Jej cielsko jeszcze długo przechodziły pośmiertne skurcze. Kolejna wybaczona duszyczka do mojej słodkiej kolekcji. Dzięki takim trofeom mój ogród staje się coraz piękniejszy.
Zadowolony z siebie grabarz ponownie odgarnął grzywkę z twarzy, podziwiając swoje najnowsze dzieło. Jego czarne oczy zdawały się pochłaniać resztki światła z otoczenia. Przypominały bezdenne, ciemne studnie. Amba Fatima, było i ni ma — rzekł z uśmiechem, przysypując wilgotną ziemią zdeformowane zwłoki. Donośny śmiech rozniósł się echem po cmentarzu. Dotarł zarówno do umarłych, jak i zakopanych żywcem. To był pracowity dzień dla upiornego grabarza. Szymon Zynga, „Epidemia 2:0”. „Chodź w mordę!” — krzyknął Tomek, szybko skręcając kierownicą w lewo. — Ledwo go wyminąłem.
Jesteście cali? Dwójka małych pasażerów siedziała z tyłu z rozczochranymi włosami i oczami jak pięć złotych. — Kolejny. Nie widziałem już żadnego od tygodnia. Wszystko okej, kochanie? — zapytał siedzącą obok żonę. — Czekaj, muszę dojść do siebie — odpowiedziała, trzymając jedną rękę na piersiach, a drugą mocno trzymając się uchwytu drzwi samochodowych. — Zaraz wykręcę po czyściciela, to się nim zajmą — powiedział stanowczo mąż. Wybrał numer i ustawił na system głośnomówiący w samochodzie. Wszyscy podróżnicy usłyszeli krótki, przerywany sygnał, a później dwa długie.
Tu rządowy system do walki z osobami zakażonymi wirusem T24. Prosimy o sklasyfikowanie incydentu, wybierając numer lub poczekanie w celu kontaktu z konsultantem od spraw nietypowych. Widziałem zombie. Wybierz jeden. Straciłem bliską osobę. Wybierz dwa. Podejrzewam zakażonych. Wybierz trzy. Straciłem organ w walce z zakażonymi. Wybierz cztery.
Tomek wcisnął jedynkę i szybko znów spojrzał na ulicę, by nie wjechać przypadkiem w coś lub kogoś na drodze. Departament do Walki z Epidemią. Tak, słucham? — odezwał się operator. — Dzień dobry. Chciałem zgłosić, że na ulicy Lipowej koło cmentarza widziałem umarlaka. Przejeżdżałem obok z rodziną, gdy minąłem go. Jakieś cechy szczególne? Proszę podać jego ruchliwość w skali 1 do 5. Dżinsy i niebieska poszarpana koszulka.
Ruchliwość oceniam na 4. Prawie wbiegł mi pod koła. Dziękuję. Ma pan pewność, że to była osoba zakażona, a nie jakiś pijany student nieprzestrzegający kwarantanny? Panie! Wiem, co widziałem. Typ miał śmierć w oczach. Tomek spojrzał w lusterko na wystraszone dzieci i obniżył głos. Po prostu proszę przyjechać. Mam pewność, że to zombie.
Dziękuję. Już dostaliśmy pana dane z telefonii komórkowej. W razie pytań będziemy się z panem kontaktować. Tymczasem wysyłamy tam patrol i jednego łowcę oraz czyściciela. Proszę się niczym nie martwić i spokojnie pojechać do domu. Mam jeszcze jedno pytanie. Mieli państwo zamkniętą szybę samochodu? Tak, oczywiście. Dziękuję. Jak będą państwo w domu, proszę nigdzie nie wychodzić i z nikim się nie widywać.
Do widzenia państwu. Operator rozłączył się nagle. Ile jeszcze potrwa ta epidemia? – rozpoczęła monolog zrezygnowana żona. – Trwa ona już trzy lata. Niby ją opanowali, a po ulicach ciągle chodzą pojedyncze zombie. Nie wyrabiają już z szyciem kostiumów przeciw ugryzieniom, a szczepionki jak nie było, tak nie ma. Nasz rząd dobrze zatrzymał epidemię. Satelita namierza wszystkie umarlaki na globie. Nie musisz kochanie straszyć dzieci – napomniał Helenę Tomek.
No chyba sam nie wiesz, co mówisz. Powinnam nagrać cię i puścić za dwa lata, żeby było ci głupio. Pewnie myślisz tak, bo nie straciłeś nikogo bliskiego – uniosła się żona, a w jej oczach stanęły łzy. Kochanie – odpowiedział już spokojniejszym i wyjaśniającym tonem. – Wiem, że jest ci ciężko z powodu mamusi, ale zrozum. Obiektywnie mogliśmy już nie żyć. Rząd uratował nam tyłki. Nam i naszym dzieciom. Zrobili wszystko, co mogli. To tylko ludzie, jak my.
Wszystko będzie dobrze. Nie stracimy już nikogo. Spojrzał przez swoje okulary na żonę, która powstrzymywała łzy i patrzyła w mokrą od deszczu szybę, w której odbijały się niebieskie światła lamp. Zapanowała w samochodzie niezręczna cisza. Po chwili starła łzy i w końcu zebrała się na odpowiedź. Umyj proszę samochód, jak będziemy już w domu. Pewnie przyjdzie do nas kontrola, jak ostatnio. Jakub Karbowik „Karmelek”. Kiedy to się zaczęło? Sam nie wiem.
Pamiętam natomiast moment, w którym pierwszy raz cię ujrzałem. Ujrzałem nowe życie wkraczające do tego świata. W twojej niezdarności była pewna siła i urok. Z twojego gardła wydobywały się dźwięki oznajmiające wszechświatowi: „Tutaj jestem, tutaj”. Dookoła siebie miałeś nieco starsze rodzeństwo oraz matkę, która chroniła cię swoim ciepłem. Napawałeś mnie dumą i szczęściem, choć pewnie o tym nie wiedziałeś. Tak minęła pierwsza doba. Kolejny dzień przyniósł lekkie zmartwienie. Wydawałeś się trochę słabszy od reszty. Pomimo tego i tak na swój sposób starałeś się kroczyć do mnie, wykrzykując: „Żyję”.
Raz jeszcze byłeś powodem do uśmiechu. Trzeciego dnia zjawiłem się później niż zwykle. Ot co! Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. Prędko zadbałem o podstawowe jedzenie, nasypując karmę do pojemnika. Następnie wróciłem, aby przygotować coś lepszego. Zapomniałem też o świeżej wodzie, którą przez nieuwagę pozostawiłem na blacie. Krojąc jajka już cieszyłem się na widok małych rozrabiaków pałaszujących drobne kęski. Jednak kiedy wróciłem do was, przynosząc poczęstunek, coś się nie zgadzało. Matka nie siedziała na swoim stałym miejscu, a zeszła niżej.
Prawdopodobnie uznała, że jedno nowe jajko zniesione przez obcą kurę musi zostać wygrzane, zapominając całkowicie o stosie wygrzewanych już parę dni jaj. Na szczęście miałem skórzane rękawice, więc nie obawiałem się dziobania podczas przenoszenia jej na odpowiednie miejsce. Wywołało to niemałą irytację, ponieważ to już jej drugi taki występek. Podchodząc bliżej zobaczyłem to, co wcześniej mi umknęło. Matka zapomniała o czymś jeszcze. O tobie. Leżałeś na sianku, ciężko oddychając. Prędko odstawiłem na bok wszystko, co trzymałem, wyzywając przy tym matkę. Dotknąłem twoich nóżek i zalało mnie przerażenie. Były lodowate.
Szybko chwyciłem za telefon i poprosiłem o termofor. Nie za ciepły, aby ci nie zrobić krzywdy. Wybiegłem z kurnika wraz z tobą, po drodze myśląc, jak cię uratować. Dopiero co wpadliśmy do domu, a już po chwili czekał na nas termofor opatulony materiałem. Ostrożnie ułożyłem cię na nim i okryłem cieniutką kołderką. Czy to choroba? Osłabienie? A może odwodnienie? Poprosiłem więc o przegotowaną wodę i resztki ugotowanych jajek. Próbowałem ci podać parę kropelek wody, ale nie wyglądało na to, że chce ci się pić.
Nałożyłem też kawałeczek żółtka na dzióbek, abyś mógł coś zjeść. Tutaj też zawód. Nie jadłeś. Zadzwoniłem do dobrze znanego mi weterynarza, ale niestety nie znał się na ptactwie domowym. Pozostało mi głaskanie i ogrzewanie ciebie w nadziei, że nabierzesz siły. Kolejna próba napojenia była nieudana. Kropelki tylko przemykały przez twój przechylony dzióbek. Wodziłem suszarką co jakiś czas, aby zagrzać cię od góry. I tak oboje leżąc na łóżku walczyliśmy o iskierkę życia. Przez moment wyglądało na to, że już ci się poprawia.
Nawet zdołałeś pisnąć. Wzbudziło to we mnie przypływ motywacji i z nadzieją wyczekiwałem na poprawę. Wyobrażałem sobie, jak hasasz po tym łóżku pełny energii. Zza zamkniętej powieki zauważyłem twoje ciemne oczko zerkające na mnie. Powiedziałem wtedy, żebyś się nie martwił i że wszystko będzie dobrze. Niedługo potem zaczęły się problemy. Oddychałeś coraz ciężej i wolniej. Ogrzewałem, masowałem. W pewnym momencie robiłem coś na wygląd sztucznego oddychania, ale to na nic. Zgasłeś.
Odszedłeś. Pomimo że już nie było żadnych oznak życia, to uparcie cię reanimowałem. Widząc, że moje wysiłki są daremne, delikatnie wziąłem cię na dłonie, robiąc z nich małą łódeczkę. Przez twoją przeźroczystą jeszcze powiekę wpatrywało się we mnie już nieruchome oczko. Było spokojne, tak jak i ty cały wyglądałeś na spokojnego. Odszedłeś tak cicho, że nawet nie zauważyłem, jak to maleńkie życie przemknęło mi przez palce. Tak naprawdę to nie wiem, czy w ogóle kiedyś patrzyłeś na świat, bo odkąd pamiętam, te małe powieki cały czas były zamknięte. Niecałe trzy dni. Przez niecałe trzy dni żyłeś na tym świecie, przypominając mi lepiej niż niejeden mędrzec, jak kruche bywa życie. Ale nie narzekałeś, nie marudziłeś.
Trwałeś tyle, ile było ci dane i do końca walczyłeś o to. Zastanawiałem się później, co mogło oznaczać ostatnie pisknięcie. Dziękuję? Czy chciałeś podziękować za wspólną walkę? Wołałeś matkę? Czy może ostatni raz rzuciłeś wszechświatowi prosto w otchłań: jestem, istnieję. Niektórzy mówią, że zwierzęta nie mają świadomości, czy też duszy. Moim zdaniem to bzdura i zwykłe wywyższanie się aroganckiego gatunku. Niech mówią co chcą. Ja widziałem.
Doświadczyłem twojej duszy, twojego istnienia. Nieważne, ilu bogów mają w swojej religii ci, którzy tak myślą. To jedno małe stworzonko było bardziej realne niż oni wszyscy razem wzięci. Dziękuję ci za tą lekcję. Za przypomnienie, że życie i śmierć kroczą za sobą wtuleni. Nie wiemy, ile mamy do końca dni i każdy dzień to okazja do dobrej zmiany. Byłeś tutaj niecałe trzy dni, a ja zapewne ogromnie większą ilość czasu przetraciłem na rzeczy małostkowe i niewartościowe. Dziękuję ci, że przypomniałeś mi o tym, że trzeba walczyć o każdą sekundę i nie warto marnować ich na rzeczy nieistotne. Życie to dar, a dar trzeba szanować. Nawet pogoda dobrała się do twojego pożegnania.
Spadają z nieba łzy, a na horyzoncie szarość burzowych chmur dopasowała się do nastroju. Karmelek. Piękne imię. Zostanie już ze mną na zawsze. Nadal głaskałem cię po tych twoich pięknych karmelowych piórkach, odnosząc twoje drobne ciałko do matki. Marek Tomasik. Krótka historia o miłości. Marcel wraz z Jankiem postanowili po raz kolejny przeczesać pozostałości zamczyska. Mieszkali w pobliskiej wsi założonej kilkadziesiąt lat wcześniej. Ich rodzice należeli do pionierów — odważnych osadników, którzy nie bali się ewentualnej klątwy ciążącej na tych terenach, gdyż należały one niegdyś do potężnego lisza trzęsącego tym kawałkiem świata.
Kilka dni wcześniej miało miejsce niezbyt silne trzęsienie ziemi. Chłopcy od razu pomyśleli o nowych możliwościach, które mogły się otworzyć. Przy okazji dnia świątecznego z samego rana wybrali się na wędrówkę do ruin oddalonych kilka mil od osady. Przeszukali już je wielokrotnie. Śmiało można powiedzieć, że znali tam każdy kamień. Znaleźli mnóstwo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów, które udało się później sprzedać wędrownym kupcom za niezłe pieniądze. Przynajmniej tak sądzili. „Patrzaj, godołem, że otworzy się przyjście” — powiedział zadowolony z siebie Marcel, wskazując dziurę ledwie na dwa łokcie na szczycie rumowiska. Odsłonił się kawałek przejścia prowadzącego prawdopodobnie do zamkowych lochów. Przynajmniej tak sądzili chłopcy.
„Mosz racjo. Kto wie, co tam znajdziemy” — odparł Janek. Ida pierwszy. Jako starszy o rok zawsze starał się dawać przykład odwagi. Dzieciak wdrapał się szybko na gruzowisko. Dalej poczołgał się przez dziurę. „Ciemno tu jak w nów” — rzucił za siebie. „Zapal lampa” — wyczołgał się z powrotem. Marcel już, już wyjmował z sakwy oliwną lampę. Umiejętnie wykrzesał iskrę i podpalił lont.
Byli przygotowani na różne okoliczności. Z kagankiem światła w ręku Janek począł się przeciskać. Za nim powoli podążał kolega. „Ciekawe czy jakie monstra si tam ostały, co ojce gadali” — mruknął młodszy z poszukiwaczy. „Daj se spokój. Przeca dawno wszystko zabite i pochowane. Ni ma żadnej klątwy” — stwierdził Janek. „Zara będzie kuniec. Leziemy coraz niżej”. Po chwili znaleźli się po drugiej stronie.
Stanęli na równych nogach, otrzepali się z kurzu. Janek poświecił wątłym światełkiem dookoła. Znaleźli się w długim, mrocznym korytarzu. Szybko zauważyli okratowane cele po bokach. Marcel wskazał palcem kij zatknięty na murze. Chłopak podszedł bliżej i przystawił bliżej źródło ognia. Pochodnia zajęła się błyskawicznie. „Czadowo.” Janek użył nowego słowa, którego nauczył go wędrowny kupiec. Podobało mu się bardzo. „Może wszystkie da się podpalić i będzie widno jak w dzień.” Przyjaciel zaaprobował pomysł.
Po dłuższej chwili korytarz rozjaśnił blask wielu pochodni. Przygasili lampę, by nie marnować paliwa. Wzięli po jednej żagwi i ruszyli na zwiady. Korytarz był długi, cel wiele. Jednak poza pordzewiałymi kajdanami, gdzieniegdzie strasznymi kościotrupami i strzępkami sukna na nich nie było tu niczego wartościowego. W końcu dotarli do masywnych drzwi na końcu korytarza. Pierwsza próba otwarcia nie powiodła się. Zaklinowały się w jakiś sposób. Janek wypatrzył kawał metalowego pręta, który jeszcze nie przerdzewiał do szczętu. We dwóch podważyli drzwi.
Ustąpiły. Nie otworzyły się do końca, ale wystarczająco szeroko, by mogli przejść dalej. Za nimi znajdowały się kilkustopniowe schody prowadzące w dół do obszernego pomieszczenia. Wypatrzyli kilka łuczyf. Zapalili je niezwłocznie. „Janek, patrzaj!” — krzyknął nagle Marcel, wskazując przeciwległą ścianę. Oświetlenie nie sięgało tak daleko, by mogli dojrzeć ze szczegółami, co znajdowało się pod murem. Jedno nie ulegało wątpliwości, że była to sylwetka człowieka. Wymienili wystraszone spojrzenia. Porozumieli się bez słów.
Zaczęli skradać się, wystawiając przed sobą pochodnie. W końcu ujrzeli zwłoki inne niż poprzednie. „Zobacz, jaki je wielki” — szepnął Janek tak na wszelki wypadek. „To jaki gigant?” „Nie wim. Nie znom się na tem” — odszeptał przyjaciel. „Wyglądo inaczej niż poprzednie.” Ponadprzeciętnej wielkości ludzkie zwłoki siedziały oparte o ścianę lochu. Ręce zakute w kajdany wisiały nad zwieszoną głową, porośniętą resztką długich, ciągle czarnych włosów. Większość ciała okrywała lekko pordzewiała kolczuga i strzępy sukna. Skóra skazańca wyglądała na szorstką i wysuszoną na wiór. „Wyglądo jak ta mumio” — mruknął Marcel.
„Pamiętom, co kapłan niegdyś opowiadał, że daleko stąd chowajo takie wysuszone trupy.” „Tego to raczej nie chowali, tylko katowali” — zauważył Janek. „To żeśmy się strachu najedli. Trza popatrzeć może, co w komnacie cennego je” — stwierdził młodszy kamrat. Odstąpili od mieszkańca lochów i zaczęli przeszukiwać pomieszczenie. „Same rupiecie” — stwierdził prowadzący wyprawy, przeglądając spróchniałą szafkę, na którą się natknął. Stare narzędzia. Samo rdza. „Janek, zobocz!” — zawołał Marcel. Przy równoległej ścianie do trupa stał stół, a na nim długi miecz. Jedną ręką złapał za wydłużoną rękojeść i podniósł go wyżej, by pokazać koledze.
Drugą nadal przyświecał pochodnią. Starszy łowca skarbów podbiegł natychmiast, by obadać znalezisko. „Jaki długi, chyba większy od nas” — zauważył. Położył żagiew na stole i wziął broń. Czubek miecza zabrzęczał tępo o kamienną posadzkę. Faktycznie, głowica miecza wisiała jeszcze dobrych kilka cali nad głowami chłopców. „Zoba, jaki pordzewiały cały. Ten ty.” Przejechał palcem po klindze, nie czyniąc sobie żadnej szkody. Odpadło nawet kilka płatków rdzy. „Nikt tego nie kupi” — zawyrokował.
Oddał broń koledze i ruszył na dalsze poszukiwania. Marcel tymczasem wydawał się zaumroczony znaleziskiem. Począł wyobrażać sobie walkę ze smokami czy innymi potworami. Jakim wielkim rycerzem mógłby się stać. Miałby wtedy właśnie taki miecz. Tylko nowy i ostry. Janek, wiedziony wrodzonym instynktem poszukiwacza, zwrócił uwagę ku zwłokom. Być może znajdzie coś cennego przy ciele. Pewna doza strachu i odrazy nie pozwoliła mu jednak dotknąć ciała. Oczy nie wypatrzyły niczego wartościowego.
Zaciekawiły go jednak kajdany. Przypatrzył się im z bliska. Nie nosiły śladu rdzy. Wyglądały jak nowe. Zafrasowało to nieco dzieciaka. Gdy ich dotknął, zapaliły się na nich dziwne znaki. Odskoczył przerażony. „Tu som jakieś runy chyba” — wymamrotał. Obejrzał się na kolegę, który nie zwrócił na niego uwagi. Przechadzał się po lochu, bawiąc się mieczem i mrucząc coś pod nosem.
Powrócił do oględzin kajdan. Powolutku dotknął ich jeszcze raz. Nieznane symbole zajaśniały jeszcze raz. Świeciły, dopóki trzymał palce na metalu. Jednocześnie odczuwał osobliwe osłabienie. Gdy się odsuwał, gasły natychmiast i odzyskiwał siły. Wiedział już, że znalazł coś naprawdę wartościowego. Pozostawała tylko kwestia demontażu znaleziska. Rzucił się na poszukiwania klucza. Miał szczęście.
Znalazł go na stole z mieczem pod grubą warstwą kurzu. Użył go nie zwlekając. Wysuszone ramiona opadły na podłogę. Kajdany zadudniły o ścianę. „Co robisz?” — zapytał Marcel zwiedziony hałasem. Podszedł do truposza niemal na długości miecza. Lewą rękę trzymał na rękojeści, prawą zaś na rozsypującej się klince. „Te kajdany są sporo warte” — bąknął Janek, odwracając się w stronę kumplana. — „Chyba magiczne.” — „Nie mo...” Marcel urwał w pół słowa, gdy zobaczył prostującą się głowę skazańca. W zgniłych oczach zapłonęły czerwone punkty.
Prawa ręka trupa wyciągnęła się w stronę chłopca. Nagle miecz wyskoczył mu z dłoni, obcinając cztery palce. Loch wypełnił przeraźliwy krzyk bólu i strachu. Janek, odwrócony plecami do monstra, nie zdawał sobie sprawy, dlaczego jego towarzysz zaniemówił na chwilę. Nagle zobaczył, jak klinga wylatuje z jego rąk i wpada między palce mumii. Jaśniały na niej dziwne znaki. Z rozdziawioną japą stał tak przez kilka sekund, obserwując, jak nieboszczyk próbuje się podnieść na nogi. W końcu płonące ślepia zauważyły i jego. Ocknął się z otumanienia. Niestety dla niego zbyt późno.
Stary, zardzewiały miecz przeciął go na pół jednym błyskawicznym cięciem. Marcel darł się, ile miał sił. Widząc rozpołowionego przyjaciela, zdał sobie sprawę, że można krzyczeć jeszcze głośniej. Monstrualna postać przed nim w końcu się podniosła. Głową sięgała prawie do sufitu. Kałuża świeżej krwi obmyła jego nagie stopy. Nagle chłopak usłyszał w swym umyśle znajomy głos. Uciekaj. „Patrzaj, Jastrząbek, już jadą” — powiedział podekscytowany Kumotek. Siedzieli we dwójkę w najgęściejszych krzakach, jakie mogli znaleźć przy leśnej drodze.
Z kierunku, w który patrzyli, nadjeżdżał powóz z eskortą. Jeden pancerny jeździec przed pojazdem, drugi za nim. „Mówiłem, że przyjadą” — mruknął przywódca zwany Jastrząbkiem. Jeden z przodu, drugi z tyłu, woźnica i panna w środku. Chyba że będzie niespodzianka. „Więcej jak czterech chłopa nie będzie” — zawyrokował lider. — „Chłopaki zajmą się konnymi, a my szybko do woźnicy. Kaszka z mleczkiem.” „Ciekawe ile pieniędzy wiezie ze sobą.” Kumotek oblizał wargi z podniecenia. — „Ile weźmiemy za panienkę?” „Się zobaczy. A tera cicho.” Konwój prawie dojechał do kryjówki rabusiów.
Gdy był tuż tuż, Jastrząbek gwizdnął przeciągle. Kilka metrów przed pierwszym jeźdźcem zwaliła się kilkumetrowa sosenka, blokując wąską, błotnistą drogę. Chwilę później na drogę wypadło czterech rzezimieszków, atakując konnych. Jastrząbek z Kumotkiem rzucili się na woźnicę. Szarpanina trwała ledwie kilkanaście sekund. Gwardziści okazali się niezbyt dobrymi wojownikami. Szybko zostali ściągnięci z koni. Teraz leżeli w błocie z poderżniętymi gardłami. Do tego elitarnego grona za moment dołączył woźnica. Dziewczyna z powozu praktycznie darła się od samego początku.
Trzeba było ją wyciągnąć i uciszyć na moment. „Józek, tylko nie uszkodź towaru” — rzucił Jastrząbek do bandyty, który miał zająć się tym problemem. Dziewucha szybko została zakneblowana, a ręce związane. „Szefie, mamy towarzystwo” — zawołał jeden z rzezimieszków. „Co jest Ziutek?” — zapytał przywódca. Ziutek wskazał ręką wysoką postać na drodze. Nadchodził z przeciwnego kierunku do trasy konwoju. „Ki czort?” — warknął Kumotek, który zostawił na moment przetrząsanie powozu. „Ziutek! Łap za łuk” — zakomenderował Jastrząbek.
Mężczyzna błyskawicznie wykonał rozkaz. — „Józek, zawracaj konie. Reszta do mnie.” „Szefie, jakiś dziwny ten koleś” — stwierdził Kumotek. — „Sam ino wlecze coś w ręku.” „Nie wiem, co to za pajac, ale jest wielki” — mruknął szef, który słynął z sokolego wzroku. — „I chyba miecz taska po ziemi. Może jaki błędny rycerz. W kupie siła. Jeszcze go ograbim.” „Szefie, to chyba nie je błędny rycerz” — zasugerował Ziutek, gdy nieznajomy był już tylko kilkadziesiąt kroków od nich. „Chyba nie” — zgodził się Jastrząbek. Monstrualna postać nieśpiesznie kroczyła po drodze, w prawej ręce trzymając dwuręczny miecz, którego klinga ciągnięta po ziemi zostawiała głęboki ślad.
„Jastrząbek, co robimy?” — rzucił nerwowym głosem Kumotek. Wszyscy już zdali sobie sprawę, że nie mają do czynienia z czymś normalnym. — „Walimy czy spieprzamy?” „Kurr! Kawka, Grzyb, bierzcie go. Ziutek, wal!” — padł rozkaz. Dwaj mężczyźni uzbrojeni w siekiery podbiegli do przeciwnika. Łucznik wypuścił strzałę, która wbiła się w pierś nieznajomego. Nieco zwieszona głowa uniosła się. Martwe, wysuszone oczy wpatrzyły się w najbliższą dwójkę. Zapłonęły.
Mężczyźni odskoczyli w ostatniej chwili przed nienaturalnie szybkim cięciem. „Józek, do mnie!” — krzyknął przywódca. Kupą panowie! Natarli w pięciu. W ruch poszły siekiery, miecz, włócznia i cep. Żaden nie dotarł do celu. Trzy szybkie cięcia wystarczyły, by rozczłonkować całą ekipę. Na placu boju został tylko Ziutek. Sparaliżowany strachem nie reagował przez kilka sekund. W końcu napiął łuk ponownie i wystrzelił.
Kolejna strzała przyozdobiła pierś potwora. Naciągnął po raz trzeci, lecz nie zdążył zwolnić cięciwy. Niesamowicie długie ostrze wyrzucone z ogromną siłą przebiło go na wylot i odrzuciło do tyłu. Prawie niemym świadkiem tego zajścia była porwana kobieta. Już podczas napadu darła się, ile mogła. Teraz, będąc zakneblowaną, zdała sobie sprawę, że mogłaby drzeć się jeszcze głośniej. Ze strachu nie mogła się ruszyć. Ze związanymi z tyłu rękoma leżała na skraju dróżki. Olbrzymi, wysuszony człowiekokształtny potwór zmierzał w jej stronę, gdy usłyszała w głowie dobrze znany jej głos. Uciekaj.
Nadchodzi! Zamknąć bramę! — ryknął dowódca zmiany, stojąc na szczycie bramowej wieży. Ludziska, chować się za mury, póki mata jeszcze czas! — wykrzyczał do mieszkańców wałęsających się przed wejściem. Kilkoro kobiet i mężczyzn z miejsca rzucili się do ucieczki. Wiedzieli już, czego mogą się spodziewać. Zostali ostrzeżeni wcześniej. Jarosław, spuszczaj bronę zaraz za ostatnim. Niech Bronek powie ci kiedy.
Dowódca podbiegł do schodów i krzyknął do człowieka stojącego piętro niżej przy kołowrocie. Tak jest, szefie — usłyszał w odpowiedzi. Wrócił do blanki, nerwowo spoglądając na północno-wschodni trakt. W oddali majaczyła ciemna, powolna sylwetka olbrzyma. Do czorta, dlaczego to cholerstwo musi iść na moje miasto? — zapytał sam siebie gwardzista. Na Morana, mało to paskudztwa chodziło po świecie za dzieciaka. Teraz powtórka. Żelazna brona z hukiem uderzyła o wybrukowaną nawierzchnię. Samo jeden nie poradzi sobie z takim żelastwem, ale kto wie, jakiej to czarnej magii używa.
Zamknąć jeszcze wrota? Zaryglować? Może pójdzie bokiem. Przecie tu je rozwidlenie. Cholera. Inne miasta mają fosę, most zwodzony, a u nas gówno. Jeno brona i dębowe wrota. Wychodek wójta je lepiej broniony niźli miasto. Gigant ślimaczym tempem przybliżał się do miasteczka. Może pójdzie prosto, nie skręci do nas.
Kurw, wali prosto na nas. Reglować wrota! — ryknął szef straży. — Nie pozwolić mu przejść. Strwożony strachem spojrzał jeszcze raz na kreaturę. Była już tylko kilkadziesiąt kroków od bramy. Niesamowicie wysoki, wyglądający na zasuszonego człowieka potwór. Okryty starą kolczugą i resztkami szmat, włókł po ziemi dwuręczny miecz, a z jego piersi sterczały dwie strzały. Chyba napotkał już jakie towarzystwo. Bestia nie wydawała z siebie żadnych dźwięków.
Pobrzękiwały tylko małe metalowe kółka służące za pancerz. Olbrzym, nie bacząc na nic, podszedł do brony i przygrzmocił w nią zwieszoną głową, czego nikt nie mógł widzieć. Dopiero wtedy się zatrzymał. Przez kilka sekund wodził wysuszonymi ślepiami po kracie. W końcu schylił się i lewą ręką złapał za metal. Bez dostrzegalnego wysiłku uniósł ją w górę. Przeszedł pod nią, wbił miecz przed sobą i puścił. Żelastwo z hukiem spadło na swoje miejsce. Dwa kroki przed nim znajdowała się kolejna przeszkoda. Grube, okute żelazem dębowe wrota.
Bestia ścisnęła mocniej rękojeść miecza i trzasnęła głowicą w metalowe okucie. Pękł rygiel. Po drugim uderzeniu oba skrzydła rozwarły się na oścież, wpuszczając nieproszonego gościa do miasta. Kilku wartowników miejskich czających się za bramą odskoczyło ze strachu. Intruz bezceremonialnie wtargnął do środka. Pordzewiała i wyszczerbiona klinga powróciła do ciągnięcia po podłożu. Przy akompaniamencie iskier znaczyła głębokie bruzdy na wybrukowanej drodze. Kusznicy! Walić w dziada! — padła komenda.
W stronę olbrzyma poszybowały dwa bełty. Więcej strzelców nie było. Weszły w okolicach prawej łopatki. Monstrum zdawało się, że w ogóle tego nie zauważyło. Szło przed siebie główną drogą. Nie strzelać już! — kolejny rozkaz. Wszyscy za nim. Trzymać dystans, ale nie atakować. Wraz z dowódcą około dziesięciu wartowników ruszyło w ślad za potworem, który na szczęście dla nich nie okazywał zainteresowania walką.
Po prostu szedł środkiem ulicy. Zaniepokojeni i jednocześnie przestraszeni mieszkańcy wyglądali z okien. Z przerażeniem w oczach obserwowali potwora powołanego do życia za pomocą czarnej magii. Tak myśleli. Tymczasem nieumarły wojownik nieugięcie parł przed siebie, przy okazji odganiając swoim wyglądem ostatnich maruderów z ulicy. Stać barany! Nie zamykać wrót! — ryknął dowódca do strażników przy bramie wyjściowej. Otwierać, otwierać ją! Niech cholerstwo wyjdzie.
Bramowi stróże w przypływie odwagi postanowili zatrzymać istotę w mieście. Gromki głos przełożonego wybił im ten pomysł z głów. W pośpiechu rozchylili skrzydła i odskoczyli na boki. Olbrzymie monstrum niespiesznie wyszło z miasta, nie czyniąc nikomu szkody. Komendant odetchnął głęboko. Zdjął z głowy regulaminowy szyszak i przetarł spocone czoło. Może jakiś medal dostanę? Brak strat w walce z takim potworem. Kto wie. „Czy nie można dokończyć żywota bez tej cholernej nekromanckiej zarazy?” – żachnął się król.
– „Po co pokonywałem tego cholernego króla Lisza trzydzieści lat temu, skoro wraca to do mnie z powrotem?” „Panie, takich rzeczy nie można przewidzieć” – stwierdził królewski kanclerz. – „Dołożono wszelkich środków, by to się nie powtórzyło. Jednakże, jak dobrze pamiętasz królu, potężna magia chroniła mury twierdzy.” „Cały rok równano z ziemią twierdzę” – wtrącił podkomorzy. – „I co? Ledwie ćwierć zniszczono. Dobrze, że po śmierci Lisza nastąpiło trzęsienie ziemi, które trochę nadszarpnęło konstrukcję. Kilka korytarzy się zasypało.” „Trzeba było siedzieć tam i dziesięć lat” – skwitował władca. „Wasza wysokość, rozbiórka kosztowała krocie” – rzucił wiekowy marszałek dworu. – „Nie stać nas było i nadal nie stać jest na takie przedsięwzięcie.” „Wiem, Macieju, wiem” – jęknął monarcha. – „Coś trzeba zrobić z tym cholerstwem.
Andrzeju, co wiemy?” „Pierwsze doniesienia mówią o trzymetrowym szkieletorze bądź mumii, wilkołaku, olbrzymie etc.” – powiedział kanclerz Andrzej. – „Ilu ludzi, tyle opowieści. Na pewno nadszedł z północy, z okolic twierdzy Lisza. Kim jest i skąd się wziął, nie wiadomo. Raporty naszych zwiadowców donoszą o bardziej ludzkim pochodzeniu potwora. Prawie na pewno był to kiedyś człowiek. Ponad siedem stóp wzrostu, wysuszony wewnętrznie i zewnętrznie, prawdopodobnie pozbawiony płynów. Nie wydaje z siebie żadnych dźwięków. Nasi ludzie podejrzewają, że nie oddycha. Jego życie podtrzymuje tylko magia.” „Siedem stóp?” – zdziwił się władca.
– „Są tacy ludzie? Albo byli?” „Tak, gigantyzm jest bardzo rzadki” – rzekł podkomorzy. – „Sam znam jednego rycerza, Zygfryda, który ma ponad sześć stóp wzrostu.” „Wiadomo, dokąd zmierza?” „Póki co zmierza głównymi szlakami na południe, wasza wysokość” – odpowiedział Andrzej. – „Raporty donoszą też, że stwór nie zachowuje się agresywnie, jeśli nie jest atakowany. Po prostu sobie idzie.” „Kanclerzu, mam pomysł” – oznajmił monarcha. – „Sprawdź archiwa. Bierz wszystkich, którzy potrafią czytać do pomocy. Znajdź wszystkie wzmianki o poddanych cechujących się olbrzymim wzrostem sprzed wojny z Liszem. Być może tam kryje się rozwiązanie tej zagadki.” „To rozsądna propozycja” – stwierdził urzędnik. – „Zaraz się do tego zabiorę.
Tymczasem poślijcie po najpotężniejszych magów. Zbierzmy trochę ochotników i zniszczmy tą bestię gdzieś na odludziu. Jeśli bogowie dopomogą, zakończymy to w ciągu kilku dni.” „To może ja zacznę?” – zapytał nieśmiało Kacper. – „Zawsze chciałem na nomen omen żywej materii wypróbować ogniste zaklęcia. Taką kulę ognia, dajmy na to.” „Myślisz, że my nie chcemy wypróbować własnych?” – stwierdził Melchior. – „Przez piętnaście lat zgłębiałem tajniki magii piorunów. To jest idealna okazja na testy.” „Tak, lepszej szansy już możemy nie mieć” – zgodził się Baltazar. – „Sam chciałbym sprawdzić, czy to nieumarłe cholerstwo można zamrozić. Poza tym są jeszcze inni chętni.” Melchior ruchem głowy wskazał pokaźną grupę rycerstwa, która ochoczo przybyła na wezwanie króla, by stawić czoła siłom ciemności. „Spokojnie, wynegocjowałem pierwszeństwo” – rzekł Kacper, mrugając porozumiewawczo okiem.
– „Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będzie oznaczać, że przyjechali na darmo.” Chrząknął głośno, powstrzymując się przed śmiechem. „To może zagrajmy w płaszcz, kometę, laskę o pierwszeństwo ataku?” – zapytał Baltazar. Pozostali magowie pokiwali głowami, godząc się na takowe rozstrzygnięcie sporu. Chwilę trwało, zanim ustanowiono odpowiednią kolejność. Wygrał Kacper. Drugi był Melchior. Ostatni wiadomo kto. Zbrojni mężowie ustawili się w dwóch równych szykach po obu stronach drogi na szerokiej łące. Pośrodku stanęli magowie, wyczekując nadejścia potwora, którego sylwetka już majaczyła w oddali. Nieśpiesznym krokiem nieuchronnie przybliżał się do pola bitwy.
„Wydaje mi się, że jest to ożywieniec” – stwierdził nagle Baltazar. – „Ciężko zakwalifikować takie monstrum do konkretnej grupy.” „Z początku myślałem, że to zwykłe zombie, aczkolwiek po wysłuchaniu wszystkich raportów stwierdzam, iż jest to coś zupełnie nowego” – rzekł Kacper. „Jedno jest pewne. Jest w nim potężna magia” – powiedział Melchior. – „Inaczej zabiliby go już w pierwszym mieście.” Co do tego zgodzili się wszyscy. „Uwaga, zaczynam!” – zawołał Kacper. Zdjął z głowy słomiany kapelusz i przeczesał palcami czarne loki. Dłoń wytarł w powłóczystą szatę rdzawego koloru. Mocniej ścisnął magiczny kostur i zaczął inkantację. Ożywieniec powoli zmierzał w jego stronę.
Dzieliło ich tylko kilkadziesiąt kroków. Po chwili skończył mamrotać zaklęcie pod nosem. Wycelował laską prosto w stwora. Na jej końcu pojawił się mały płomień, który w mgnieniu oka urósł do rozmiarów pokaźnej dyni i wystrzelił w monstrum. Powietrzem wstrząsnęła eksplozja ognia. Wybuch spalił bądź podpalił wszystko w promieniu kilku kroków. Przez jakiś czas w miejscu detonacji unosił się dym przemieszany z pyłem zasłaniający widoczność. Czarodziej triumfalnie rozłożył szeroko ręce i odwrócił się do kolegów stojących rzut kamieniem od niego, jakby mówiąc: „Zobaczcie, co uczyniłem”. W tym samym momencie z pogrzelizka wyskoczyła olbrzymia czarna postać, ciągle lizana językami ognia. W kilku susach dopadła maga i nabiła go na miecz jak szaszłyk.
„Na Morana” – wyszeptał Melchior. Ścisnął mocniej swoją laskę i zaczął recytować formułę. Gdy Kacper ześlizgiwał się z miecza nieumarłego, mag ciskał już piorunami w bestię. Ożywieniec z płonącymi ślepiami w paru skokach znalazł się przy magu. Ciągle skrząc się od wyładowań, jednym cięciem przepołowił nieszczęśnika. Baltazar odskoczył do tyłu. Z jego kostura wystrzeliła nagle śnieżna zamieć. Potwór zaatakował ponownie, jednakże magia ostatniego mistrza sztuk tajemnych zdawała się działać najlepiej. Stwór pokrył się lodem, a śmiertelnie groźne cięcie w oczach wyhamowywało swój impet, by zatrzymać się o kilka cali od lekko osiwiałej głowy. Baltazar z ulgą wypuścił powietrze z ust.
Lodowa skorupa, w którą obleczony był ożywieniec, po chwili pękła. Na polu walki nie ostał się żaden mag. Widząc, co się dzieje, rycerstwo poderwało się do walki i w ustalonej wcześniej przez siebie kolejności zaatakowało. „Chyba wszyscy się zgodzimy, że potrzebujemy nowej strategii po klęsce na tej pierdolonej łączce” – wycedził król, niemal zgrzytając zębami. Zebrani w sali zgromadzeń królewscy doradcy milczeli. „Jakieś pomysły?” „Z tego, co wiemy, najlepszą strategią jest po prostu nie atakować” – rzucił podkomorzy. – „Wygląda na to, że jego celem nie jest stolica. W przeciwnym wypadku już dawno by do nas skręcił. A tak jest już daleko na południe.” „Najgorsze, że nie mamy w ogóle pojęcia, czego chce ta kreatura” – bąknął marszałek Maciej. „Tego nie wiemy, ale myślę, że znamy już tą nieszczęsną postać” – wtrącił nagle Andrzej.
Uniesiona brew i czujne spojrzenie władcy ponagliło urzędnika do szerszego wyjaśnienia. – „Otóż, wasza wysokość, przetrząśnięcie archiwów okazało się strzałem w dziesiątkę. Przynajmniej żywię taką nadzieję.” Teraz wszyscy bacznie nadstawili uszu. – „Odnaleźliśmy wzmianki o trzech rosłych mężach sprzed wojny z umarlakami. Jeden z nich, chłop z urodzenia, sześć i pół stopy wzrostu, zmarł paręnaście lat temu. Występował w cyrku jako siłacz. Odrzuciłem go na samym początku. Podobnego wzrostu był niejaki Hieronim z Budyniowa, zacny rycerz, jednakóż on też nie dycha od dwóch dekad. Trzecim, w zasadzie przypadkowym odkryciem, był Niedamir z Wilczej Zamieci. Dziwnym trafem teksty traktujące o nim nie zostały dołączone do raportów z kościanej wojny, a powinny.” Przerwał na moment, by przepłukać gardło.
„Na bogów, człowiecze, mówże!” – wypalił monarcha. – „Kimże ten Niedamir?” „Skądś znam to imię” – mruknął Maciej. „Otóż cny rycerz Niedamir zaginął kilka miesięcy przed ostatecznym starciem z królem Liszem” – podjął kanclerz. – „Źródła mówią, że mierzył niemal siedem stóp. Dobrze zbudowany, świetny wojownik, zwycięzca kilku lokalnych turniejów. Jednakże stronił od ludzi. Przesiadywał głównie na swoim zamku, który mocno podupadł i z tego, co wiem, nikt go nie przejął z jakiegoś powodu. Wracając, kilka lat przed wojną pojął za żonę niejaką Zofię Olszankę, pannę nader urodziwą. Małżeństwo ponoć udane. Potomstwa jednak się nie doczekali, aczkolwiek są wzmianki o poronieniach.
W każdym razie pani zachorowała ciężko. Choroba bliżej nieokreślona. Ponoć wydał prawie cały majątek na medyków i magów, lecz nikt nie dokonał uzdrowienia. W pewnym momencie znika. W rocznikach nie ma o nim wzmianek przez dłuższy czas. Nagle, kilka miesięcy przed wojną pojawia się na północy, prowadząc najemne bandy pod sztandarem króla Lisza. Skąd się tam wziął i dlaczego? Mogę się tylko domyślać, że łapał się ostatniej deski ratunku. Był w zasadzie jedynym przedstawicielem szlachty po stronie tego Szkieletora. I tu znowu niespodzianka.
Nagle znika z jego armii. Umarła też jego żona.” Zestawiłem obie daty. Dwa tygodnie po opuszczeniu tego padołu łez przez małżonkę znika i on. Co się z nim stało? Nie wiadomo. Nie ma więcej informacji. Natomiast konsekwencje myślę, że obserwujemy właśnie teraz. Kto wie, co zostało mu obiecane. Przypomniałem sobie — rzekł marszałek — bawiłem kiedyś na południu i widziałem go, jak wygrywał tamtejszy turniej. Za życia mało kto mógł mu dorównać.
Zaiste ciekawa historia — westchnął władca. Jesteś pewien, że to on? — odpowiedział kanclerz. Istnieje oczywiście szansa, że to ktoś zupełnie inny, lecz stawiam na niego. Dobrze więc. Zwołam pospolite ruszenie i udamy się w ślad za nim. Na razie idzie ciągle na południe. Zobaczymy, czy skręci w stronę swojego domu. Wtedy będziemy mieć pewność. Przez dwa tygodnie ponadtysięczna armia wojowników podążała krok w krok za ożywieńcem.
Bez wątpienia zmierzą w kierunku Wilczej Zamieci, rozsypującego się zamczyska, niezamieszkałego przeszło od trzech dekad. Stwór po potyczce na łączce przyjął kilka lanc na korpus, których drzewce teraz dumnie sterczały z ciała. W lewym udzie tkwił kolejny grot, znacząco utrudniający ruchy. Dlatego marsz trwał tak długo. Wreszcie dotarli na miejsce. Armia królewska szybko rozwinęła się u podnóża wzniesienia, na którym wznosiła się twierdza. W wielkim zniecierpliwieniu czekali na rozwój wydarzeń. Do tej pory stwór podąża wyłącznie głównymi traktami. Ani razu nie zszedł gdzieś w bok. Teraz istniały tylko dwie opcje: albo przejdzie gdzieś za zamek, albo zawróci.
A tego nikt nie pragnął. Jeśli oczywiście sama Wilcza Zamieć nie byłaby finałem podróży. Ożywieniec ku zaskoczeniu obserwujących zszedł z trasy na kilkadziesiąt kroków od zamkowej bramy. Wszedł w gęste zarośla, ostre krzewy, miejsce niegdyś będące ogrodem. Na jego końcu stała marmurowa płyta z inskrypcją: miejsce pochówku Zofii Olszańskiej. Nad nią zatrzymało się monstrum. Witaj kochana — wychrypiało nieużywane od dekad gardło. Ślepia zapłonęły. Przepraszam, że trwało to tak długo. Nareszcie możemy być razem.
Żar z oczu nagle wystrzelił w powietrze, a ciało obróciło się w proch. Rozsypał się jak domek z kart. Kopiec szczątków przykrywała jedynie kolczuga i resztka broni. Dwuręczny miecz upadł obok. Klinga poszła w drzazgi. Jakub Karbownik, Gdzie się podziałaś, filozofio? To jest jeden z tych tekstów, mój drogi czytelniku, wspólny myślicielu, których nie wiadomo, jak do końca poprawnie zacząć. Jeżeli ktoś z was znajdzie na to sposób, to proszę, dajcie znać, a podziękuję dobrym słowem. Czasami z pozoru najprostsze czynności, takie jak zwykłe spacerowanie nawet po pokoju czy też odpoczynek w mniej lub bardziej aktywny sposób przynoszą nam najwięcej wiedzy. Chociaż bardziej tu pasuje zwrot inteligentnej obserwacji czy luźnej myśli.
Z biologicznego punktu widzenia ruch i wysiłek pobudzają nasze ciało i umysł, poprawiają krążenie, a endorfiny odpowiadają za przypływ dobrego samopoczucia. Są to rzeczy, o których większość osób wie. Wydają się banalne i proste, ale mój drogi towarzyszu życia, jakże zabójczo skuteczne. Pozwoliłem sobie o tym bezczelnie napisać nie w celu wymądrzania się, ale żeby przypomnieć o narzędziach, które każdy z nas ma w swoim życiowym warsztacie. Nie jest przypadkiem to, że to właśnie wtedy odwiedzają nas nowe pomysły i idee. Dlatego to, co przeczytasz niżej, jest właśnie pochodną owej banalnej i niepozornej czynności. Kto nie próbował, zachęcam do ćwiczenia umysłu i ciała w krótkim odstępie czasu. Natomiast dla tych praktykujących namawiam do wprowadzenia zmian i testowania różnych opcji w celu znalezienia tego najlepszego osobistego procesu. Nie martwcie się, intuicja zrobi za was większość roboty. Ostatnio odżyła we mnie fascynacja filozofią, a konkretniej za sprawą stoicyzmu.
Na tą ową drogę nakierowały mnie filmiki motywacyjne, przeróżne, od form muzycznych po monologowe. Polecam. Każdy znajdzie coś dla siebie. Drugim i decydującym elementem w tej układance został nieprzenikniony algorytm YouTube'a. Otóż wyrzucił na pierwsze miejsce polecanych cytaty niektórych stoików. Czytane niskim głosem człowieka mającego swoje lata były wręcz hipnotyzujące. I wpadłem. Musisz wiedzieć o pewnej tajemnicy. Otóż kiedy znajdę coś, co mi się podoba, to odtwarzam to maniakalną ilość razy. Tak też było w tym przypadku.
Ale na tym nie koniec. Najzwyczajniej w świecie było mi mało. Rozbudzony apetyt wołał o kolejne filozoficzne cytaty czy rozmyślania. Prędko okazało się, że w wielu filmikach powtarzają się te same sentencje oraz wykonanie było w mojej opinii nieco gorsze, porównując do filmiku matki. Naturalnie kolejnym krokiem było znalezienie jakiejś książki w formie audio, bo niestety rąk potrzebowałem do innych czynności, a dokładniej do remontowych. Czyniąc długą historię krótką polecam książkę „Stoicyzm na każdy dzień roku” autorstwa Ryana Holidaya oraz Stephena Hanselmana. Zatop się w niej. Nie pożałujesz. Dzięki niej wyciągnąłem z wnętrza siebie narzędzia, które pozwoliły mi zadawać wręcz szalone pytania. Z tego miejsca zapraszam cię do burzy mózgów.
Oczywiście zdalnie. Chyba teraz najbardziej popularne słówko określające pracę w otaczającej nas pandemii. Proszę też, miej na uwadze, że nie uzurpuje sobie monopolu na więcej, czy też na nieomylność, ale czasami trzeba się pomylić kilka razy, żeby w końcu zadać odpowiednie pytanie prowadzące do prawidłowej odpowiedzi. A więc zaczynamy. Czym jest niebo? Czy to miejsce, stan umysłu, ducha? W religiach i popkulturze poprzez filmy i nie tylko niebo wyobrażane jest jako miejsce. Pewna utopia wypchana po brzegi szczęściem i spokojem. Tak na marginesie, jak tak o tym pomyśleć, to musi być tam bardzo nudno, jak wszystko się udaje. Ale nie w tym rzecz.
Być może ludzie patrzyli cały czas w złą stronę. Nieba nie ma nad nami, gdzieś w górze, przesłonięte jakąś magiczną barierą. Jest wewnątrz. Otóż pisząc kolejne opowiadanie na konkurs fantastyki naukowej natknąłem się na fizykę kwantową. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy do niej wchodzisz, wita cię znak: „Zasady z twojego świata tu nie obowiązują”. „Ha!” — od razu pomyślałem sobie. „Doskonałe miejsce dla mnie i moich myśli”. Oczywiście nie wiem, jakie emocje bulgotały w podróżnikach tego świata odkrywających nowe lądy, ale chyba poczułem podobny szmer w duszy co oni. Niezbadana tajemnica.
Jakie cuda skrywa świat kwantowy? Co można odkryć? Czego się nauczyć? Możliwości wydają się nieograniczone, więc byłem jak dziecko przyprowadzone pierwszy raz do odlotowego lunaparku. Wpadłem. Oczywiście moja niepoprawna głowa od razu pochwyciła bakcyla. Jak te sąsiadujące ze sobą światy, czyli nasz i kwantowy współistnieją? Tutaj pragnę zaznaczyć, że dla mnie jest to jeden kompletny świat, ale dla ułatwienia na razie lepiej je oddzielić. Wydaje mi się, że punktem zwrotnym na tym polu będzie znalezienie momentu przejścia z kwantowego w nasz i na opak. Ale o tym może innym razem.
Wróćmy do nieba. Co jeśli Królestwo Boskie znajduje się w świecie kwantowym? Albo znajduje się jeszcze na niższym poziomie niż kwantowy? Czy jeszcze niższy poziom w ogóle istnieje? Jedno jest pewne. Jak niegdyś nieustraszeni wędrowcy wkraczamy na nieznany teren, szukając tego, kto to wszystko poukładał. Bo jak to mówią detektywi, nie wierzę w przypadki, tylko proces, serię zdarzeń, których jeszcze nie odkryłem. Być może niebo to nie miejsce, a pewne poznanie, prawda, zasada działania świata, dzięki której możemy wskoczyć jako cywilizacja na kolejny poziom i dopiero wtedy ten przeskok pozwoli nam stworzyć niebo. Wiem, że to wszystko może brzmieć naiwnie, a wręcz dziecinnie, ale myślę, że warto czasami wyjść na głupca szukając odpowiedzi, niż nie robić nic. Zapytasz: „Zaraz, zaraz, nie taki jest tytuł.
Wpuszczasz mnie w maliny”. Nie do końca. Po tej całej euforii myśli przyszła refleksja. No właśnie, gdzie do cholery podziała się filozofia? Oczywiście piszę bądź mówię to ze swojej perspektywy. Dla ciebie czytającego w ogóle nie musi być takiego problemu czy obserwacji. Ale kurczę, w dzisiejszych czasach z wręcz nieograniczoną możliwością wymiany myśli jakoś nie widzę pielęgnowania wyższych wartości. Gdzieś w tym wszystkim chyba się pogubiliśmy. Ktoś może teraz powiedzieć: „No przecież możesz mieć te wszystkie książki, nieksiążki. Wystarczy poszukać”.
No właśnie. I tu jest problem. Trzeba szukać, a potem jeszcze mieć chęci ten materiał przeanalizować. Wydaje mi się, podkreślam słowo wydaje, że idziemy w stronę upraszczania przekazu i myśli. Teraz mem, czyli obrazek z podpisem lub bez, wydaje się być informacją mającą międzynarodowy zasięg. Oczywiście nie jest też tak, że wszystko jest głupkowate czy proste, ale nie oszukujmy się, większość taka jest. Gdzie to nas doprowadzi? Któż to wie. Daliśmy pozwolenie na wpędzenie nas w pewien rytm działania, w którym często pada zwrot: „Nie mam czasu”, a to chyba wolna chwila pozwala nam na zadanie dociekliwego pytania. Bez niej po prostu trwamy.
Ale po co? Ale nie popadajmy też w stan depresyjny. Jest bowiem nadzieja. Człowiek jest tak ciekawą maszyną, że może sam siebie zaprogramować. Uważajmy więc, co wpuszczamy do naszych głów i starajmy się, aby w większości były to rzeczy wartościowe, a reszta pójdzie sama. I na koniec zostawiam tą myśl w pewnych rękach, w najbardziej odpowiednich rękach.
[02:48:54] - Zostawiam ją właśnie tobie, mój drogi czytelniku. Ucz się, poznawaj, czytaj, błądź, zadawaj pytania, a filozofia w naszych czasach na nowo przeżyje rozkwit i pewien renesans. Jeden człowiek tego nie zrobi, ale z twoją pomocą na pewno uda się nakierować innych na dobre tory, a potem oni nakierują innych. Teraz wstań, pospaceruj, bądź arogancki czy arogancka w swojej głowie i stwórz własną osobistą pozytywną filozofię, żeby kiedyś ktoś inny na jej podstawie mógł zbudować coś jeszcze wspanialszego.
[02:49:37] - Proszę państwa, mam nadzieję, że się podobało. To, że była literatura, to, że były opowiadania, to już państwo wiecie. To oznacza, że niniejszym kończy się kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Bardzo serdecznie zapraszam w przyszłym tygodniu. Obiecuję się zameldować w kolejny piątek. A teraz przed nami długi weekend. Większość z państwa zapewne poniedziałek ma wolny. Taki mały myk, który czasami się przydaje. Ten bardzo długi weekend sprawi, że może kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji” wyda nam się, że będzie szybciej. Bardzo możliwe.
Teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę dobrej nocy i żeby ten długi weekend był wspaniały. Co prawda listopad to nie jest najlepsza pora na spędzanie długich weekendów, ale jesteśmy wszyscy pomysłowi i na pewno znajdziecie państwo jakiś sposób, żeby sobie tych kilka dni maksymalnie uprzyjemnić, czego państwu życzę. I jeszcze raz dobrej nocy.
[02:50:55] - A mówił to chyba do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski, a jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.