[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, z tego, co słyszałem, to niektórych zmroziło, a niektórych wręcz przysypało. Wypadałoby więc rozegrzać trochę atmosferę kolejnym odcinkiem AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:39] - Dzień dobry wieczór Państwu. Kolejne wydanie AWF właśnie wjeżdża na antenę. Nie będzie żadnym zaskoczeniem, jeśli powiem, że zaczynamy od polecanych książkowych. Dzisiaj wybrałem książki, które pojawią się na rynku 25 listopada. Wszystkie. Ja oczywiście tradycyjnie będę o tym za każdym razem przypominał, ale już dzisiaj warto to po prostu zapamiętać, bo być może ktoś robi sobie jakieś plany czytelnicze, czy też plany zakupowe. Przed świętami to jest dobry czas dla księgarzy, ale też dla tych, którzy na książki, odpowiednie tytuły polują. No to zaczynamy. Pierwsza z książek jest autorstwa pisarki, która w ostatnich latach zdobyła sporą renomę i zasłużoną renomę. Elżbieta Cherezińska.
Tytuł: „Szczodry”. Wydawnictwo Zysk i Spółka. Oczywiście książka na rynku 25 listopada. „Szczodry” to druga część dwutomowej powieści o królu Bolesławie II. Księcia Bolesława już zwą twórcą kniaziów, choć on sam nie ma nawet trzydziestu lat. Gdy po raz kolejny wymawia posłuszeństwo królowi Niemiec, nie pozostawia Henrykowi wyboru. Na Polskę nadciąga cała cesarska potęga. Bolesław kryje jednak coś w zanadrzu i wielka wojna wybuchnie, ale nie w jego królestwie. On zaś znów stanie do rozgrywek w ościennych państwach, wpływając na los Rusi, Czech i Węgier. Zręcznie wykorzysta spór między cesarstwem a papiestwem, sięgając po królewską koronę.
Jego sukcesy przytłaczają możnych i drażnią Stanisława, biskupa Krakowa. Ożywiają duchy przeszłości i konflikty z czasów przedpiastowskich. Wokół króla rozpina się sieć spisków. Bolesław przetnie ją, nie przypuszczając, że zapłaci za to najwyższą cenę. To król jest osnową powieści, lecz to kobiety ją tkają. Jego ciotka, księżna kijowska Gertruda, siostra księżna Czech Świętosława, matka księżna wdowa Dobroniega i ta, której imię wiąże się z życiem. To opowieść o tym, jak więzy pokrewieństwa wynoszą Piastów i jak stają się dla nich przekleństwem. Był najzdolniejszym i najskuteczniejszym z Piastów, a zapamiętano go głównie ze sporu z biskupem Stanisławem, który po latach błędnie nazwano konfliktem władzy świeckiej i kościelnej. Zapomniano, że to król był twórcą i największym dobrodziejem polskiego Kościoła. Od dnia, gdy z biskupa Stanisława postanowiono zrobić świętego męczennika i patrona zjednoczenia królestwa, zaczęło się wymazywanie prawdziwej historii króla.
Czas mu ją przywrócić. Oto on w pełnej krasie. „Szczodry”. Tak. To była polecanka drugiej części powieści pod tytułem „Szczodry”. Autorka Elżbieta Cherezińska, wydawnictwo Zysk i Spółka. Książka na rynku od 25 listopada. Kolejna książka nosi tytuł „Jedna noc”. Autorką jest Kinga Wójcik. Tym razem wydawnictwo Prószyński Media.
Data premiery: 25 listopada. Julia Szyszka wyrusza w swoją pokutną wędrówkę z plecakiem przez Polskę. Kiedy kontuzja zmusza ją do zrobienia przerwy w podróży, zatrzymuje się w opustoszałej jesiennej Spale i wynajmuje domek nad Pilicą. Następnego dnia znajduje na brzegu rzeki zwłoki dziewczyny. Była policjantka mimowolnie zostaje wmieszana w śledztwo. Odkrywając tajemnice mieszkańców miasteczka, naraża się na coraz większe niebezpieczeństwo. Zbrodnia nie może zostać bez kary, jednak komuś bardzo zależy na tym, żeby to, co wydarzyło się w Spale, na zawsze w Spale zostało, nawet jeśli wymaga to kolejnych ofiar. Przypomnę: „Jedna noc”, powieść Kingi Wójcik, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 25 listopada. Trzecia wybrana przeze mnie książka nosi tytuł „Imperium grzechu.
Kronika zbrodni Kościoła”. Autorzy: Artur Nowak i Arkadiusz Stępni. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 25 listopada. Wstrząsająca kronika zbrodni dokonywanych przez Kościół. Żadna z nich nie była doskonała. Wszystkie po dziś dzień szokują. Brutalne i wstrząsające kryminalne historie, za którymi stoi Kościół katolicki. Opowieść o imperium władzy, które chroni zbrodniarzy, ucisza ofiary i przysięga, że działa w imię Boga. Kochanki, kochankowie i trucizny jako droga do watykańskiej władzy.
Najokrutniejsze metody katowania ludzi wykorzystywane przez funkcjonariuszy Inkwizycji. Duchowny komendant obozu koncentracyjnego, który zyskał przydomek Ojciec Szatan. Wielkie pieniądze i tajemnicza śmierć, która wiedzie nas za mury Watykanu i do dziś pozostaje największą zagadką kryminalno-finansową XX wieku. Jeśli myślisz, że znasz największe zbrodnie w dziejach ludzkości, po tej książce na pewno zmienisz zdanie i zupełnie inaczej spojrzysz na dzieje Kościoła. To jest, proszę państwa, absolutny must have dla fanów true crime. Przypomnę: „Imperium grzechu. Kronika zbrodni Kościoła”. Autorzy Artur Nowak i Arkadiusz Stępień, wydawnictwo Prószyński Media, a książka na rynku od 25 listopada. To nie koniec zapowiedzi na dzisiaj, bo czeka Piotr Cielebiaś. Czeka nowy numer „Nieznanego Świata”, grudniowy numer „Nieznanego Świata”, który dla państwa omówimy.
Dzień dobry wieczór państwu. Powoli nadciąga grudzień, końcówka listopada, a więc pojawił się w kioskach, nie ma już kiosków. Pojawił się w punktach sprzedaży nowy numer „Nieznanego Świata”. Numer grudniowy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[07:40] - Dzień dobry wieczór Marku, witajcie państwo.
[07:43] - Cóż tam w numerze grudniowym? Otwieram i widzę swój tekst. Obszerny niezwykle tekst, ale to, że on jest mój, to jest najmniej ważne. Tekst jest w związku z przyznaniem nagrody „Nieznanego Świata”. Piotrze, oddaję ci głos, bo o tej nagrodzie możesz powiedzieć znacznie więcej niż ja.
[08:06] - No właśnie. Każdy numer „Nieznanego Świata” i to powtarzamy zawsze, ma swój odrębny charakter. Tak samo jest z numerem grudniowym, dwunastym. Wtedy to jest przyznawana nagroda honorowa imienia Marka Rymuszko, od jakiegoś czasu Nagroda Honorowa „Nieznanego Świata” oczywiście. I ona w tym roku wędruje do dwóch wyjątkowo ciekawych postaci, o których mam nadzieję Marku, zaraz parę słów powiesz. Natomiast ja dodam to, co muszę powiedzieć, bo zaraz pęknę. Powiedziałeś, że zniknęły kioski. Zniknęły, fakt, ale nie tylko kioski, bo „Nieznany Świat” to jest najstarsze czasopismo w Polsce na temat nieznanej strony życia i zjawisk z pogranicza, ale też prawdopodobnie zostanie jednym z niewielu albo nawet jedynym w tym segmencie, dlatego, że kończy swój żywot „Czwarty Wymiar”, co nas napawa smutkiem, ale też skłania do refleksji. Dlaczego o tym mówię? Bo przez tyle lat te pisma współistniały.
Dlatego też czujemy się w obowiązku, żeby o tym wspomnieć. Może też warto dodać, że można też pomyśleć o prenumeracie „Nieznanego Świata” na przykład na 2026 rok, która jest cały czas dostępna. Można nas również dostać w saloniku prasowym, także na takim stanowisku w markecie, na stacji paliw. Jeżeli ktoś chce, to może też nabyć numer elektroniczny. Także wspierajcie nas, bo warto. Niestety tych tytułów ubywa, bo „Czwarty Wymiar” to nie jest jedyne medium, które zniknęło. Znika też kilka wydawnictw, ale o tym może kiedyś powiemy. A tak się smutno Marku zrobiło, jak przy numerze jedenastym, który jest o przemijaniu. Natomiast numer dwunasty wprowadza nas, jakby nie było, w nowy rok. Chociaż de facto u nas nowy rok zwiastuje numer pierwszy, który będzie jeszcze w grudniu.
Ale to już zupełnie inna inszość. Ta nagroda honorowa przyznawana jest od wielu lat. Laureatami były bardzo różne osoby reprezentujące różne środowiska. A teraz otrzymali to panowie.
[10:22] - Panowie Fiedlerowie, a mam na myśli konkretnie synów Arkadego Fiedlera, czyli Arkadego Radosława Fiedlera oraz jego brata Marka Fiedlera. Ja miałem okazję odwiedzić obu panów w Puszczykowie, w pobliżu Poznania, gdzie mieści się dawna willa, dom Arkadego Fiedlera, w którym obecnie nie tylko żyje jego rodzina, ale wokół którego rozciąga się miejsce niezwykłe, miejsce klimatyczne, miejsce, w którym naprawdę warto być. To jest taki ogród tolerancji, ogród różnych ciekawych nawiązań do kultur z całego świata. Znajdziecie państwo tam kopie posągów, na przykład moai z Wyspy Wielkanocnej w naturalnym rozmiarze. Różne inne artefakty. W każdym razie kopie różnych ciekawych rzeźb, których trzeba się wysilić, żeby je na żywo obejrzeć. Na przykład Brama Słońca. Komuś, kto poleci do Ameryki Południowej i to bardzo daleko, na skraj Ameryki Południowej, bardzo serdecznie gratuluję, ale jeśli ktoś zechciałby pojechać do Puszczykowa, to tam w naturalnej wielkości Bramę Słońca może zobaczyć. Może też zobaczyć statek Krzysztofa Kolumba Santa Marię w naturalnej wielkości. Zobaczy, jak mały to był statek, jak to była w gruncie rzeczy szaleńcza wyprawa.
I tak dalej, i tak dalej. O tym ogrodzie, w którym nie byłem pierwszy raz, bo ja tam jestem średnio raz na dwa lata i zawsze znajduję tam coś niesamowitego, ciekawego, coś, co porusza takie delikatne struny w naszej duszy, bo tam jest po prostu takie miejsce, do którego chce się wracać. Tam jest naprawdę magicznie. Ale to zostawmy. Każdy z państwa może to sprawdzić. A numer otwiera obszerny wywiad Który popełniłem właśnie z braćmi Fiedlerami. I powiem państwu, że to było dla mnie również ogromne przeżycie. Ja tych wywiadów w życiu swoim dziennikarskim zrobiłem całkiem sporo. Ale wiecie państwo, są takie wywiady, które zapamiętuje się bardziej. I myślę, że to jest jeden z takich wywiadów, bo nie tylko poznałem pewne, tu cudzysłów, tajemnice rodzinne, ale również wszedłem w taki tryb rozumienia, co tam się naprawdę dzieje i w tym ogrodzie, i podczas wypraw, które obaj bracia podejmują.
Na czym polega filozofia opisywania świata, zwiedzania świata, co najważniejsze rozumienia tego świata. Wierzcie mi państwo, przygoda i z tym wywiadem była wspaniała, co mam nadzieję odbije się na kartach Nieznanego Świata, bo naprawdę tam jest tyle wiadomości, tyle arcyciekawych wiadomości, że aż państwu zazdroszczę, że będziecie to mogli przeczytać, bo rzecz jest naprawdę warta tego, żeby poznać, jak to wszystko wygląda. Zatem cóż, proszę państwa, zapraszam. Zapraszam, bo wywiad jest bogato ilustrowany zdjęciami z tego ogrodu, w którym umieszczone są rzeźby, o których mówiłem, a ja wspomniałem zaledwie o kilku. Wierzcie mi państwo, jeśli macie taką okazję, to jedźcie do Puszczykowa, a utwierdzicie się w tym przekonaniu, że warto tam jechać, kiedy przeczytacie wywiad. Proszę państwa, tak sobie przeglądam Nieznany Świat i kolejny ciekawy artykuł jest o przesileniu. Piotrze, o jakim przesileniu mówimy?
[14:28] - Wcale nie politycznym ani żadnym innym, lecz zimowym. Ja tylko dodam, że w numerze jest wiele innych materiałów i rubryk stałych, często zawierających krótsze teksty. Tych w naszych podsumowaniach nie omawiamy. Natomiast kolejny godny uwagi tekst, ten, o którym mówisz, to jest artykuł dr Joanny Bohaczak-Trąmckiej pod tytułem „Wokół przesilenia zimowego”. Dzisiaj, w czasach, kiedy to Boże Narodzenie jest tak mocno skomercjalizowane, gdzie wszędzie spogląda na nas taki tłuściutki Święty Mikołaj, to praktycznie się przestało zwracać uwagę na tę jego pogańską część, tak powiedzmy. A przesilenie zimowe świętowała przecież cała przedchrześcijańska Europa i nie tylko. To też jest element naszego dziedzictwa kulturowego, europejskiego. Z tego wyrasta wiele kultywowanych do dzisiaj zwyczajów, nie tylko słowiańskich, które są obchodzone w czasie świąt grudniowych. Ale my tu mówimy o takim ogólnym podejściu mas. Natomiast coraz częściej od lat słyszę właśnie, że na święta ludzie się pozdrawiają słowami „Szczodrych Godów”.
W tym artykule natomiast dr Bohaczak-Trąmcka sięga trochę głębiej niż do czasów wczesnosłowiańskich. Zahacza o neolit, o Göbekli Tepe, nawet o starożytny Egipt. Ale jest jeszcze jeden artykuł bardzo ciekawy, Marku, Alicji Łukawskiej. To jest ceniona autorka związana z Pomorzem, związana z północną Polską. Mało kto wie, że słowo farmazon i freemason pochodzą od tego samego źródła. W swoim niezwykle ciekawym tekście dwuczęściowym, ta druga część się ukaże w numerze styczniowym, autorka śledzi historię pomorskich masonów. Często to byli etniczni Niemcy, o których krążyły często niesamowite opowieści i to setki lat temu. Już wtedy oni byli uważani za źródło wszelkiego zła. Posądzano ich o kontakty z diabłem i siłami nieczystymi. I zabawne jest to, że tak naprawdę pewne elementy, pewne mity czy stereotypy związane z masonami pokutują do dzisiaj.
Nadal możemy przeczytać praktycznie to samo, chociaż może w nieco innej odsłonie w internecie, w dziale na portalach, na forach poświęconych teoriom spiskowym.
[16:55] - Tak. A ja kartkuję Nieznany Świat dalej i natykam się na artykuł, który też mnie zafascynował, dlatego, że nigdy tam nie byłem. Mam na myśli artykuł „W krainie fiordów” o Norwegii. Artykuł autorstwa Leszka Mateli.
[17:15] - Tak, Leszek Matela zabiera nas tradycyjnie do podróży szlakiem miejsc mocy, tym razem w Norwegii. Ten kraj przyciąga wiele osób, nie tylko tych, którzy liczą na dziką przyrodę i niesamowite widoki fiordów. Ale jest też ten element nordyckiej mistyki, element tajemnicy, folkloru, trolle i to wszystko, co się z tą tematyką wiąże. Troszeczkę jesteśmy świadkami odnowienia zainteresowania mitologią skandynawską i runami. Może nie dzieje się to teraz. To jest widoczne od kilkudziesięciu lat. To się też wiąże z zainteresowaniem współczesną Norwegią, gdzie jak wiadomo Polaków jest sporo i można znaleźć ciekawe miejsca, nie tylko takie jak słynne Hessdalen, dolina Hessdalen, gdzie mają manifestować się dziwne obiekty w sposób regularny. Ale tych miejsc jest naprawdę dużo i o nich pisze właśnie Leszek Matela.
[18:11] - Ten numer ma szczęście do rozpoczynania cykli, bo mamy pierwszą część artykułu Marcina Gibasa „Zmiany na Słońcu i ich wpływ na planetę Ziemia”. Kolejna część oczywiście w numerze styczniowym, ale cykl zapowiada się arcyciekawie. Bo Marcin Gibas można by powiedzieć, że kieruje się hasłem same fakty, zero ściemy.
[18:41] - Tak, w tym swoim artykule podejmuje temat, który bywa wypierany ze zbiorowej świadomości, ale jest zupełnie na serio brany przez ludzi zajmujących się technologią czy na przykład długofalowym planowaniem. Chodzi po prostu o zniszczenie, jakie może wywołać niespokojne, nadaktywne słońce. Często się mówi dzisiaj na przykład, co by się stało, gdyby się powtórzył w naszych czasach zupełnie niespodziewanie tak zwany rozbłysk Carringtona z drugiej połowy XIX wieku. Zazwyczaj, kiedy o tym jest mowa, wspomina się o uszkodzeniach sieci energetycznej. I tutaj rozpoczyna się cała dyskusja z tym związana. Bo skoro nie byłoby światła, to nie byłoby też na przykład dostępu do niektórych rzeczy, bez których nie wyobrażamy sobie funkcjonowania. Czyli padłyby szpitale, sklepy i tak dalej. Ale są też satelity, jest też GPS i wszystko, co jest od niego uzależnione. I kiedy spojrzymy na to, jak sytuacja się może potoczyć i że może dojść do paraliżu wielopoziomowego, rodzi się pewien niepokój. Musimy sobie przecież zdawać sprawę, że to nie jest straszenie.
My żyjemy na planecie, która jest dynamiczna. Nasze otoczenie i środowisko jest dynamiczne i prędzej czy później stanie się coś, co wytrąci naszą cywilizację z równowagi. Tu nie trzeba być jasnowidzem. Drodzy państwo, druga część tego niezwykle interesującego artykułu w numerze styczniowym. Ja przypominam jeszcze raz, możecie zamawiać prenumeratę. To jest dość opłacalne. Przypominam też o wydaniu elektronicznym.
[20:24] - Proszę państwa, a na koniec zostawiłem sobie jeszcze jeden artykuł. „Nieznany Świat" ma ten miły zwyczaj, że kiedy pojawia się nowy autor, który proponuje długi cykl artykułów na wybrany temat, to „Nieznany Świat" przedstawia tego autora. Tym razem to ja przedstawiam tego autora. Przedstawiam go w dosyć długim wywiadzie. A tym autorem jest Piotr Witold Lech, który od numeru styczniowego rozpoczyna cykl o mistrzach duchowych. Wierzcie mi państwo, znam kilka kolejnych odsłon tego cyklu i to będzie, dla tych wszystkich, którzy tematyką się interesują, prawdziwy hit. Tam naprawdę znajdziecie państwo wiele niezwykle ciekawych informacji, bo Piotr Witold Lech poza tym, że jest pisarzem, pisze beletrystykę, pisze zarówno fantastykę naukową, ale pisze też literaturę głównonurtową. Pisze rzeczy niezwykłe. Wierzcie mi państwo, to połączenie fantastycznego spojrzenia na świat, pewnego literackiego zacięcia, ale też czucia języka i czucia delikatnych strun, na których grają naprawdę dobrzy pisarze, daje mu też niesamowity sposób oddziaływania na czytelnika. A ponieważ Piotr Witold Lech jest też specjalistą, chciałem powiedzieć niemal praktykiem, bo on na temat mistrzów duchowych naprawdę czytał, praktykował ich nauki, sprawdzał to wszystko.
On naprawdę jest świetnym specjalistą od tej tematyki i wierzcie mi państwo, od numeru styczniowego czeka was wielka przygoda. A w wywiadzie, którego mi udzielił Piotr Witold Lech znajdziecie państwo sporo ciekawostek o tym, jak łączy swoją pisarską pasję, odczuwanie świata z naukami tychże mistrzów duchowych, bo okazuje się, że coś wspólnego to ze sobą ma. W dodatku Piotr Witold Lech potrafił napisać książkę, która jest beletrystyczną książką, ale która tę tematykę bardzo mocno porusza. Wchodzi głęboko w nauki mistrzów duchowych z różnych epok w dodatku. I wierzcie mi państwo, czyta się tę powieść z wypiekami na twarzy. Literatura ma to do siebie, że potrafi do czegoś takiego doprowadzić. Ta książka, o której mówię, nosi tytuł „Świat jest żaden". Cóż, wielka przygoda przed nami.
[23:28] - Ja tylko dodam, drodzy państwo, na koniec, że warto pomyśleć o opcji prenumeraty. To jest wygodne i dla państwa, i dla nas. Jest to też forma wsparcia. Zostajemy w sumie jedynym okrętem na rynku, jedyną polską gazetą, jedynym miesięcznikiem polskim w tej tematyce, w tym segmencie. Są jeszcze inne, ale poświęcone bardziej sprawom, powiedzmy na przykład ezoteryczno-astrologicznym. W tym numerze 12 również zagadka mickiewiczowskiego 44 w kontekście historii matematycznej, także artykuł doktora Piotrowskiego na temat etapów życia w astrologii i wiele innych tematów, jak to w „Nieznanym". Przypominam, żeby nas szukać również w marketach. Oczywiście wygodniej zamówić prenumeratę. Wszystkie informacje macie pod spodem. Do usłyszenia za miesiąc.
[24:28] - Teraz, proszę państwa, rozpoczynamy korepetycje filozoficzne. Pamiętacie państwo, a tym, którzy nie pamiętają powiem, że w ostatniej audycji mówiłem o Lukrecjuszu, rzymskim filozofie, który fascynował się atomami, ale fascynował się tym, że bogowie, jeśli istnieją, to mają nikły wpływ na ludzkie życie. Tak w wielkim skrócie. Dzisiaj będę mówił o innym filozofie, Epikurze Który jest duchowym ojcem Lukrecjusza. Nigdy oni się nie spotkali, bo różnica czasu, różnica, w której obaj panowie żyli, była ogromna. Niemniej jednak Epikur był duchowym ojcem Lukrecjusza. A dlaczego? Za chwilę się państwo tego dowiecie. Istnieją filozofowie, których myśl można streścić w jednym prostym zdaniu. Jeśli pamiętają państwo Lukrecjusza z poprzedniego odcinka, to jego wizja świata była wizją świata pozbawionego boskiego terroru.
Z Epikurem, duchowym patronem Lukrecjusza, można spróbować zamknąć filozofię też w jednym zdaniu, ale zdanie to musiałoby być tak zaskakująco przyjemne i podnoszące na duchu, że chyba go jednak nie wypowiem. Może lepiej, kiedy po prostu opowiem o tym, co głosił Epikur. Dobrze. To zdanie brzmiałoby mniej więcej tak: życie ma sens, jeśli nie pozwolisz, by rządził nim strach oraz niepotrzebne cierpienie. W epoce, która uwielbia powtarzać, jak bardzo jest przepracowana, zestresowana i poszukująca balansu, w naszej epoce Epikur byłby influencerem, tyle że takim bardzo niepasującym do dzisiejszego świata. Głosił bowiem coś, co obecnie zaliczylibyśmy do radykalnych treści. Głosił, że większość aktywności, które wykonujemy, w ogóle nie potrzebujemy tych aktywności. Większości lęków, które mamy, nie powinniśmy mieć, a większość przyjemności, których szukamy, najzwyczajniej w świecie nas niszczy. Można więc domyślić się, że nie był to żaden starożytny playboy z kielichem wina, jak malowały go późne plotki. Epikur, wbrew czarnej legendzie, żył właściwie jak asceta.
Skromnie, dosyć jednostajnie, w otoczeniu przyjaciół, z którymi tworzył coś na kształt pierwszej komuny filozoficznej. To był tak zwany Ogród Epikura. To właśnie tam, na obrzeżach Aten, powstała szkoła, która odwróciła europejską filozofię. Naprawdę obróciła ją do góry nogami, a przynajmniej próbowała ją zdemilitaryzować, niosąc jedno hasło: życie nie musi boleć. Epikur, podobnie jak Demokryt, jego wielki poprzednik, wierzył, że cały świat jest zbudowany z atomów oraz pustki. Wszystko, od rozkwitającego drzewa po zwykłą ludzką miłość, jest kombinacją mikroskopijnych cząstek toczących się przez kosmos. Jeśli chcemy naprawdę zrozumieć Epikura, to nie wystarczy wyobrazić sobie go jako pogodnego nauczyciela z ogrodu, który częstuje przyjaciół figami i mówi: „Spokojnie, spokojnie, wszystko jest dobrze, wszystko będzie dobrze”. Pod tą maską stoicko-epikurejskiej życzliwości kryje się jedna z najbardziej śmiałych wizji rzeczywistości. Jedna z wizji, które oddziałują do dzisiaj na europejską filozofię. Jedna z wizji najciekawszych, jakie stworzył starożytny świat.
Ale kluczem do tej wizji są atomy. Dla Epikura świat to gigantyczna układanka z maleńkich cegiełek, atomów, ale nie tych znanych współczesnej fizyce. Raczej takich bardziej filozoficznych, ogólnych, niepodzielnych ziarenek bytu, które krążą w pustce. Wszystko, co istnieje, od gwiazdy po daktyla, od człowieka po komara, to wszystko jest kombinacją tych samych mikroskopijnych klocków. Brzmi prosto, prawda? I rzeczywiście jest proste. Epikur chciał bowiem teorii, która nie wymaga bogów do każdej burzy ani boskiej interwencji za każdym razem, gdy ktoś złamie palec u nogi na progu. Świat miał działać sam według własnych zasad. Ale tu pojawia się najciekawszy wynalazek Epikura. Parenkliza czy po łacinie clinamen.
Słynne odchylanie się atomów. Wcześniej Demokryt twierdził, że atomy spadają pionowo przez pustkę jak idealnie ustawione krople deszczu i dlatego świat jest w pełni zdeterminowany. Wszystko, co ma się wydarzyć, na pewno się wydarzy. Epikur mówił: „Nie, moi drodzy. Jeśli wszystko byłoby z góry ustalone, to nasze życie byłoby jak kiepsko napisany dramat, w którym aktorzy tylko powtarzają kwestie. A ja wolę improwizację. Dlatego jeden na sto, może tysiąc, może milion atomów odchyla się nieco od toru. To jest właśnie ta parenkliza. Odchyla się o włos, o ułamek włosa. O tyle, żeby te atomy mogły na siebie padać, zderzać się, łączyć, tworzyć rzeczy, zjawiska, a przede wszystkim- Tworzyć wolność.
Wolność bowiem nie bierze się u Epikura z nieba ani z łaski bogów. Bierze się z tego minimalnego kosmicznego kaprysu. Bierze się z mikroskrętu atomów, dzięki któremu nie jesteśmy maszynami, lecz istotami zdolnymi do wyboru. Można powiedzieć, że cała ludzka wolność zaczyna się od owego jednego filozoficznego skrzywienia toru spadającego atomu. Epikurejski atomizm ma jeszcze jedną piękną cechę. Jest demokratyczny. Wszystko jest złożone z tych samych cząstek. Nie ma atomów lepszych i gorszych. Nie ma gatunku zbudowanego z wyższych cegiełek i gatunku zbudowanego z niższych. Wszelkie różnice wynikają nie z jakości, ale z układu tychże atomów.
To trochę tak, jak z literami alfabetu. Z tych samych liter można ułożyć zarówno „Odyseję”, jak i reklamację butów. Różnica nie tkwi w literach, lecz w ich kompozycji. Epikur był w tym wszystkim radykalnie nowoczesny. Gdy dzisiejsi fizycy mówią o cząstkach elementarnych i próżni kwantowej, słychać w ich głosie echo starożytnego filozofa, który bez teleskopu, bez mikroskopu, samą tylko siłą rozumu doszedł do wniosku, że świat jest budowlą, która powstała z niewidzialnych cegiełek tańczących w pustce. I że nie trzeba kosmicznych dramaturgów, aby nasz świat działał. Wystarczy kilka prostych zasad, trochę ruchu i szczypta przypadkowości. Gdy więc Epikur mówił, że nie powinniśmy bać się bogów, bo oni nie mieszają się do działania wszechświata, miał w zanadrzu mocny argument. Świat potrafi działać sam i działa świetnie. My zaś, chociaż zbudowani z atomów, nie jesteśmy marionetkami.
Jesteśmy współtwórcami własnych historii. Może nie panami kosmosu, ale z całą pewnością panami własnego spokoju. A kiedy następnym razem spojrzycie państwo na pył widoczny w promieniach słońca i zobaczycie, jak maleńkie drobinki wirują, skręcają, zderzają się i odlatują, to wtedy możecie pomyśleć: „O, patrzcie! Epikur miał rację. Cała rzeczywistość to taniec atomów, a jedno małe odchylenie pozwala pisać własne życie”. A czemu to takie ważne? Ktoś zapyta. Bo jeśli świat jest atomowy, bogowie nie mogą rządzić każdym jego drgnieniem, każdym atomem. Nie mają czasu ani narzędzi, by ingerować w nasze problemy. Nawet jeśli istnieją, jak twierdził Epikur, żyją w błogiej, obojętnej szczęśliwości, z dala od ludzkich dramatów.
Współczesny czytelnik wychowany na memach o bóstwie, które ma plan, mógłby się nawet poczuć rozczarowany. Ale dla starożytnych była to wizja, nie waham się powiedzieć, rewolucyjna. Świat bez boskiej opresji, w którym lęk przed karą nie jest już koniecznym elementem życia? Ależ bardzo chętnie. W tym sensie Epikur jest prekursorem nowoczesnego ateizmu, choć sam ateistą nie był. Był raczej filozofem, który powiedział bogom: „Wierzę, że istniejecie, ale proszę, nie przeszkadzajcie. My ludzie sami tu sobie w naszym świecie poradzimy”. Przyjemność, twierdził Epikur, nie polega wcale na tym, by gonić za intensywnymi doznaniami. To nie ekstaza, nie zmysłowy wir, nie biesiada do rana. To po prostu brak cierpienia.
Jedna z najinteligentniejszych, a zarazem najprostszych definicji szczęścia w historii filozofii. Epikur podzielił pragnienia na trzy kategorie: naturalne i konieczne, jak na przykład jedzenie, posiadanie dachu nad głową, bezpieczeństwo oraz przyjaźń. Naturalne, ale niekonieczne. Chociażby dobre jedzenie, wygody, komfort. I wreszcie trzecie: nienaturalne i niekonieczne. Takie na przykład jak władza, sława, bogactwo, prestiż. To właśnie trzecia grupa jest największym źródłem życiowych tragedii i cierpienia. Gonimy za tymi pragnieniami, zamiast zająć się grupą pierwszą. Najważniejszą nauką Epikura nie była jednak ekonomia pragnień. Najważniejszą nauką była ta, którą Lukrecjusz później uczynił refrenem swojego poematu.
Śmierć nas po prostu nie dotyczy. Dlaczego? Bo kiedy jesteśmy, śmierci nie ma, a kiedy ona jest, nas już nie ma. Filozofia, która jednym zdaniem próbuje zniwelować najstarszy lęk ludzkości. Czy w sposób udany? Nie sądzę. Ale próba została podjęta. W ogrodzie Epikura nauczano wprost: nie bój się tego, co nie jest- ... ci dane przeżyć. W świecie zbudowanym z atomów nie ma miejsca na strach metafizyczny.
Jest tylko życie i koniec życia, a między nimi możliwość odczuwania spokoju. Dlaczego warto czytać Epikura w XXI wieku? Paradoksalnie warto to robić dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek. W świecie nadmiaru, w świecie lęków, wiecznych powiadomień i presji filozofia Epikura brzmi jak antyczny poradnik sztuki uważnego życia, ale naprawdę mądry, bo oparty na logice, a nie na modzie. Epikur uczył dystansu, prostoty, przyjaźni jako najważniejszej w życiu relacji. Uczył też, że strach jest narzędziem politycznym oraz że nie musimy wierzyć w kosmiczny, boski dramat, aby żyć sensownie. A przede wszystkim Epikur uczył, że człowiek jest zdolny do szczęścia, ale wtedy, jeśli rozumie, czego do życia potrzebuje tak naprawdę. Proszę państwa, tyle o filozofii Epikura. Tak to jest z tymi starożytnymi filozofami. Często na jakimś kursie filozofii ten facet, co naucza historii filozofii, coś gada, gada i nie bardzo wiadomo, o co mu właściwie chodzi.
Ale kiedy się wejdzie głębiej w to, o czym mówili dawni filozofowie, którzy odeszli kilka tysięcy lat temu, to nagle okazuje się, że oni o świecie wiedzieli bardzo dużo, tylko trochę innym językiem mówili. Warto czasami zerknąć do tego, co pisali, o czym pisali, bo to są rzeczy czasami zadziwiająco aktualne. Proszę państwa, a teraz płynnie przejdziemy do literatury. Zapraszam państwa na opowiadanie zaciągnięte z ABW, dawnej audycji, w której wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem ocenialiśmy opowiadania nadsyłane do redakcji. Cały czas mam nadzieję, że ktoś podeśle kolejne teksty, które będzie można odczytać, a później jakoś delikatnie ocenić. Coś ostatnio te teksty nie przychodzą. Zastanawiam się, czy minęła moda na radiowe odczytywanie tekstów, czy też nie macie państwo odwagi. Może ktoś się odważy. Dobrze. Zagaduję, zagaduję, a tak naprawdę chciałem państwa zaprosić na opowiadanie.
Tak jak powiedziałem, zaciągnięte z ABW opowiadanie Aleksandry Kuźmy „Śniarze”.
[39:38] - Aleksandra Kuźma - „Śniarze”: Pieśń mroku otulała, wabiąc w swe objęcia skrzące linie życia. Jednak Neyrin nie dał się zwieść przeklętej melodii, wesoło nucąc pod nosem. Już dawno nauczył się nocnej mowy, dzięki czemu mógł teraz przemierzać pogrążone we śnie ulice Delumnii, nie obawiając się, że wytropią go łowcy Wielkiej Gildii, którzy głęboko potępiali jakiekolwiek przejawy aberracji rzeczywistości. Przymknął oczy, zewsząd wyczuwając wędrujące dusze. Większość z nich jedynie muskała płycizny Dalekich Krain, niektóre nie wychodziły poza granice własnej jaźni, odtwarzając dawne doświadczenia, inne zaś zamykały się w niedoli lęków czy wymarzonej przyszłości. Neyrin nie tego jednak szukał. Potrzebował śniącego, który zbliżył się do głębi. Przyspieszył kroku, skupiając się na pilnowaniu ognia lampionu chroniącego przed ciemnościami. Ostatecznie pochwycił jedną z linii snów, idąc jej tropem. Nić wyróżniała się wijącym gorącem, co oznaczało, że niedaleko musiała znajdować się osoba, która mogłaby doprowadzić go do jednego z serc Dalekich Krain, skąd pochwyciłby potrzebną moc.
Po ostatnich starciach nie pozostało mu już wiele użytecznych sztuczek, a nie miał najmniejszego zamiaru pozwolić się pojmać i zagotować na oczach tłumu, jak zdarzało się z wieloma istotami obcującymi z wynaturzeniami. Przedzierał się przez pasma oblepiającej umysł i ciało nocy z niemałym trudem. Choć nieraz miał już z nią do czynienia, ta za każdym razem przypominała mu o tym, dlaczego powinien się jej obawiać. Starała się rozerwać go na strzępy. Szeptała słowa, które niejednego doprowadziły do szaleństwa. Uderzała wrzącą mocą, wiła się i syczała. To, co teraz robił, porównałby do próby oswojenia dzikiej bestii, w dodatku ze związanymi oczami tuż nad przepaścią. Otarł pot z czoła wierzchem dłoni. Po dłużących się minutach dotarł w końcu do źródła snu. Zerknął na kamienicę, którą udekorowano lampionami odstraszającymi noc, a drzwi i okna zaryglowano tak, by żadne pasmo ciemności nie przedostały się do wnętrza.
Ney rozejrzał się za dogodną kryjówką, po czym sięgnął do ognia lampionu i ustawił świetlną tarczę. Nie wiedział, ile zajmie mu cała podróż oraz powrót, dlatego zawsze decydował się na środki ostrożności, by nie martwić się o pogrążone we śnie ciało. Wyciągnął z torby ziele snów i nakarmił nimi płomienie. Otoczył go dym o wyjątkowo ostrym zapachu, od którego aż kręciło się w głowie. Usiadł pośrodku kręgu i przymknął oczy. Przez cały ten czas utrzymywał także wątłą więź prowadzącą ku śniącemu. To była obopólna korzyść. On uzyskiwał potrzebne sny, a błądząca osoba miała szansę na bezpieczny powrót do rzeczywistości. Wziął głęboki oddech, ściskając w dłoni kulę z absorbującego magię szkła i z wolna podążył ku pochwyconej ścieżce. Otuliła go ciężka senność, której dał się poprowadzić.
Po chwili spoiła go oślepiająca jasność, a on sam poczuł się dziwnie lekko. Nieprzyjemne szarpnięcie aż zaparło mu dech w piersi. Potem przemknął rwącym nurtem, by ostatecznie opaść na stały grunt. Przybrał formę, która odpowiadała jego materialnemu obliczu. Z powijającego światła niknęły jak płatki śniegu topniejące w locie. Rozejrzał się, marszcząc brwi. Tutejsze niebo jarzyło się czerwienią. Spękana ziemia chrzęściła pod stopami, a ostry dym wgryzał się w płuca i oczy. Wyglądało na to, że trafił do jakiegoś koszmaru. Uśmiechnął się lekko.
Tego rodzaju sny wiązały się z pochwyceniem silnej mocy, którą mógłby wykorzystać chociażby do ofensywy albo sprzedaży za pokaźną sumę. Pozostała w doczesnym świecie część jaźni dawała o sobie znać nawet tutaj i z ledwością powstrzymywał drżenie rąk tkających magię. Nie potrafił określić, ile minęło już czasu, odkąd krąży po tej apokaliptycznej wizji, szukając duszy śniącego, która umożliwiłaby mu szybki powrót. Pochwycona wcześniej nić tworząca przejście między światami z każdym kolejnym oddechem stawała się zbyt cienka, by móc z niej ponownie skorzystać. Czasem zdarzało się, że ścieżka rozpadała się po drodze, dlatego najprościej było wytworzyć nową. Do tego jednak potrzebował wędrującej duszy. Dookoła rozciągały się połacie spalonej ziemi. Metaliczny zapach drażnił nos. Gdzieś w oddali niosło się echo jakiejś bitwy. Z nieba lał się krwawy deszcz.
Neyrin zaciskał i rozprostowywał palce, starając się odgonić trawiący niepokój. Idąc dalej, natykał się na coraz więcej gnijących ciał. Później wkroczył do lasu złożonego z powyginanych drzew pozbawionych liści. Przełknął głośno ślinę. Jeśli jego dusza zostałaby rozbita w dalekiej krainie, utknąłby w niej na zawsze. Westchnął ciężko. Dobrze, że miał jeszcze w zanadrzu wątłą możliwość kreacji. Wyobraził sobie broń i utkał ją z resztek pozostałej energii. Już po chwili w jego rękach tkwił sztylet. Tylko na tyle starczyło mu mocy.
Spojrzał w niebo, na którym odcinał się potężny statek powietrzny przypominający szybującego smoka. Nawet z takiej odległości Ney rozpoznał powiewające na wietrze chorągwie gildii z krzyżującymi się włóczniami w kole blasku na czerwonym tle. To dało mu do myślenia. Statek powietrzny nie wyglądał, jakby należał do rzeczywistości dalekiej krainy. Najwyraźniej śniący wprowadził do niej dodatkowy element poprzez silne zakorzenienie w jaźni. Neyrin otworzył szeroko oczy, nagle zdając sobie sprawę ze swojego błędu. Przeklął pod nosem. Pułapka. To musiała być skrzętnie obmyślona pułapka. Z zamyślenia wyrwało go lekkie szarpnięcie mocy.
Obrócił się, zaciskając zęby. Dusza śniącego znajdowała się bardzo blisko. Wziął głęboki oddech, a otaczający go sen stał się aż nazbyt rzeczywisty. Ostrożnie skierował się w stronę, skąd dochodziły dźwięki zamieszania. Na pobliskiej polanie toczyła się walka, w której przewagę miała postać dzierżąca kryształową halabardę. Ney zmrużył oczy na nagły rozbłysk mocy i bojowy okrzyk. Rycerze, którzy zdążyli otoczyć swą przeciwniczkę, padli na ziemię, rażeni ostrą energią. Naraz Neyrin poczuł muśnięcie na karku, reagując instynktownie. Szczęknął oręż. Potem padło uderzenie, kolejne i kolejne.
W końcu się znalazłaś – rzucił z uśmiechem na ustach. Dziewczyna o lśniących determinacją oczach i sfatygowanym stroju nie dawała za wygraną, wciąż nacierając zaciekle. Śniarz – wychrypiała z ciężkim akcentem, kręcąc głową. – Więc jednak przybyłeś. Więc ich plan zadziałał. Co to ma znaczyć? Doskoczył do niej, korzystając z jej zawahania. Sztylet zalśnił tuż przy szyi dziewczyny, która odrzuciła broń i uniosła ręce. Zdecydowanie zbyt nonszalancko jak na kogoś, kto nie miał do czynienia z powszechną brutalnością. Tylko tyle, że znaleźliśmy się w bardzo niekorzystnym położeniu.
Może i chciała silić się na udawany spokój, ale nie do końca zdało to swój efekt. Ney zmierzył ją nieprzyjaźnie, zauważając pod płaszczem części niedopasowanej zbroi charakterystycznej dla rycerzy gildii. Sądząc po zapachu spalanej energii, brudzie i ranach, musiała spędzić tu sporo czasu, a to zmniejszało tylko jej szanse na powrót. Czyżby gildii aż tak bardzo zależało na pojmaniu śniadania, skoro zaryzykowali życiem własnego człowieka? Zmuszono ją do tak głębokiego snu, czy może sama zgłosiła się na ochotniczkę? Oboje daliśmy się złapać – zaczęła ostrożnie, a w jej spojrzeniu czaiła się nuta ledwo tłumionego gniewu. W tym wymiarze Neyrin doskonale rozpoznawał intencje śniących. Wiedział także, kiedy kłamali i jakie uczucia nimi targały. W tej dziewczynie tkwił głęboki żal, ale i trawiąca chęć zemsty, podsycana głęboką nienawiścią. Uśmiechnęła się, ale próżno było doszukiwać się w tym grymasie wesołości.
„Zapewne szukałeś mnie, by wytworzyć nową ścieżkę, czyż nie? Przewidzieli to”. Wyswobodziła rękę z ciężkiej rękawicy, wskazując na czarne znamiona, które zostały wyryte w samej duszy. To oznaczało tylko jedno – najprostsza, a zarazem najlepsza metoda na wydostanie się z tego wymiaru poprzez wytworzenie nowej nici z duszy śniącego nie przyniesie efektu. „Niedobrze” – syknął pod nosem. Powrót zajmie o wiele zbyt dużo czasu, a łowcy z pewnością zdążą go pojmać. Cofnął się i zajął podrzucaniem sztyletu. Dziewczyna przyglądała mu się nieufnie. „Kiedyś czytałam o aberracjach snów. Musimy zaingerować w ten koszmar, by się stąd wydostać, prawda?” Sięgnęła po opuszczoną halabardę, ściskając ją, jakby od tego zależało życie.
„Znaleźliśmy się zbyt blisko głębi. Taka ingerencja na nic się nie zda, ponieważ koszmar będzie się zapętlać. W normalnych przypadkach wystarczy, by śniący się obudził, choć czasem zdarza się, że dusza wplątuje się w sen, przez co nie jest w stanie powrócić”. Chwycił ją za przedramię, przyglądając się plamom czerni z namysłem. Odchylił głowę z głośnym syknięciem. „To bardzo silna klątwa. Nie zdejmę jej. W każdym razie nie w tym wymiarze”. „Czy to znaczy, że nie ma stąd wyjścia?” „Musi istnieć rozwiązanie, ponieważ sny nie działają na zasadzie klatki dla jaźni, a raczej jako jej wyzwolenie”. „To znaczy, że się stąd wydostaniemy?” – zapytała z nadzieją w głosie.
„My? Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym pomagać zwolenniczce gildii”. „Nie jestem ich zwolenniczką” – żachnęła się. – „Oszukali mnie i wykorzystali”. Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Później Neil roześmiał się, co zdecydowanie zbiło ją z tropu. „Nie patrz tak na mnie. W obecnych okolicznościach nie potrafię wytworzyć duchowej ścieżki, a ty jako śniąca jesteś odpowiedzią zagadki”. „Więc co zamierzasz?” – posłała mu zaniepokojone spojrzenie. „Musimy dostać się na statek”.
Wskazał kierunek sztyletem. „To jedyna niepasująca część snu”. Dziewczyna spojrzała w górę. Wiatr szarpał jej podartym płaszczem i włosami. „Niepasująca?” „Ma inny poziom energii” – wzruszył ramionami. – „Znajdujemy się w sferze pierwszych wojen, na rozdrożach zapomnianej rzeczywistości. Wtedy nie istniały takie wynalazki”. „Pierwszych wojen?” – zamrugała raptownie. – „To znaczy, że ci wojownicy to praludy Wielkiego Kontynentu?” „Raczej strzępki dusz, które współtworzą ten świat”. Naraz jej twarz wykrzywiło zdumienie, jakby właśnie zdała sobie sprawę z czegoś ważnego.
„Świat wykuty w ogniu szkarłatu. To legendy o stworzeniu”. Szarpnął ją za ramię i pociągnął za sobą. „Legendy jak legendy. Trochę w tym prawdy, trochę kłamstw. A teraz chodźmy”. Miał tylko nadzieję, że na powierzchni wciąż panowała noc. W przeciwnym razie będzie miał duże problemy. Tutaj czas płynął inaczej i zasadniczo ciężko było przewidzieć, w jakim momencie się powróci. „Jaki jest plan?” „Mówiłem już.
Musimy dostać się na pokład”. „Niby jak chcesz to zrobić?” „To twój sen. Masz o wiele większe możliwości, niż ci się wydaje, nawet z przekleństwem. Ale na dobry początek zbliżmy się do statku”. „To nie będzie takie proste. Wszędzie znajdują się walczący” – wyrwała się. „Mamy nad nimi pewną przewagę mocy. Musimy się tylko jakoś przebić”. „Mnie to wygląda na czyste szaleństwo, a nie plan”. Dotarcie na miejsce zdawało się trwać całą wieczność, usłaną niezliczonymi walkami, ukrywaniem się i bieganiną.
A choć Neil przebywał w niematerialnej formie, wydarzenia ze snów oddziaływały na ciało, które wręcz krzyczało z bólu i zmęczenia. Na razie musiał jednak zignorować sygnały z powierzchni. „I co teraz?” – spytała, ledwo łapiąc oddech i podpierając się o złamaną halabardę. – „Chyba nie masz zamiaru wspinać się po cumie?” Uśmiechnął się w odpowiedzi i chwycił za linę. „Może to i sen, ale lepiej nie spadnij. Jeśli rozbijesz tu swoją duszę, dobrze nie skończysz”. „Dziękuję za radę” – mruknęła w odpowiedzi, ale gdy zerknęła na statek, w jej sercu zrodziło się coś na kształt wyczuwalnej melancholii. Musiał wiele dla niej znaczyć, skoro przeniosła go z samych wspomnień. Neil odczuwał każdy kolejny metr. Ręce płonęły od bólu.
Najgorszy był ten przeklęty wiatr, przez który prawie nie spadł. Wiedział, że lepiej nie patrzeć w dół. Mimo to zdarzało mu się zerkać w stronę śniącej. Dziewczyna również poruszała się z trudem, przeklinając pod nosem. Gdy tylko Neirin przerzucił nogę przez burtę, odkrył, że ledwo mogą poruszać palcami, a na jego dłoniach tkwiły czerwone plamy. Podał rękę śniącej, ale ta nie skorzystała z jego pomocy i sama wdrapała się na pokład. Na widok krzątających się ludzi wstała chwiejnie, gotując się do kolejnego starcia. „Spokojnie, to tylko części twoich wspomnień. Nie są w stanie nas zobaczyć” – stwierdził, przyglądając się mniej lub bardziej rozmytym twarzom, które najwyraźniej z biegiem lat zatarły się w umyśle dziewczyny. „Zamora ojca” – szepnęła, rozmasowując dłonie.
Jak na kogoś, kto przeżywał tak silne emocje, zdecydowanie dobrze się maskowała. – Jak to możliwe? – Znajdujemy się bardzo blisko głębi, na którą pośrednio wypłynęła twoja jaźń. Rozejrzał się, wyciągnął sztylet i zaczął rzeźbić w deskach odpowiednią sekwencję znaków do wytworzenia ścieżki przejścia. – Co ty wyprawiasz? – krzyknęła oburzona. – To barbarzyństwo! – To tylko sen – odpowiedział z przekąsem. – Chcesz się obudzić czy nie? Otworzyła usta, jakby gotowa do dalszej argumentacji, ale ostatecznie je zamknęła.
Na początku chodziła za nim krok w krok. Później jednak dała sobie spokój, siadając przy burcie z podkulonymi nogami. Jednak wciąż uważnie śledziła każdy z jego ruchów. – Więc twój ojciec był kapitanem w Gildii? – zagadnął, nieco znudzony monotonną pracą. Z nicią duszy poszłoby mu o wiele sprawniej. – Jeszcze w czasach, zanim... – umilkła, przygryzając usta. – Zanim wszystko się zmieniło. Kiedyś Gildia była czymś zupełnie innym.
Neirin zastanowił się. Z tego, co sam zauważył, odkąd jakieś 10 lat temu mistrzem Wielkiej Gildii został Aglatre, polowania na istoty jego pokroju znacząco się nasiliły, a na całym kontynencie wprowadzono szereg praw zakazujących zajmowania się sztukami magicznymi. – Co ty właściwie robisz? – szybko zmieniła temat. – Tworzę kolejną ścieżkę. – Korzystając z run? – Coś w tym rodzaju. Znaki przeistaczały się w skrzące linie, dosłownie pożerające statek. Dziewczyna zerwała się na równe nogi. – Co?
Zwolna pochłaniały ich smugi światła. Neirin uważał ten sposób za wyjątkowo niestabilny i żmudny. W dodatku nie obędzie się bez poświęcenia części wspomnień śniącego. Nienawidził tego robić. Nienawidził niszczyć czegoś, czego nie dało się zastąpić. Nie znał jednak lepszego rozwiązania. – Chwyć jedną z linii i nie waż się puszczać. Poczuł muśnięcie uderzenia. Szczęk żelaza. Coś potoczyło się po bruku.
Szarpnął za nić. Objęły go płomienie. „Szybciej, szybciej” – powtarzał w myślach, ale czuł, że było już za późno. Gdy raptownie wyrwał się ze snu, ujrzał kajdany na rękach oraz otaczających go rycerzy Gildii. Dwóch z nich przytrzymywało go w szachu. Chłód żelaza kąsał szyję. Neirin syknął z niesmakiem, próbując czym prędzej rozeznać się w sytuacji. – Oto i nasz przeniewierca – mruknął rosły mężczyzna, którego plecy okalał krwisty płaszcz oznaczający rangę dowodzącego. Neirin zacisnął zęby na widok trzymanej przez niego kuli z zaklętym snem, która wraz z zetknięciem z rękawicą niwelującą magię buchała kłębami dymu. – Panie – wtrącił osobnik niosący na plecach znajomą dziewczynę.
Nei mógłby przysiąc, że zauważył lekkie drżenie jej palców. – Co z Danae? – Zadośćuczyniła za swoje grzechy. Dowódca przyglądał się stygnącej magii z niekrytym obrzydzeniem. – Jej ofiara z pewnością nie pójdzie na marne. – Nie będzie żadnej ofiary! Danae w jednej chwili skręciła głowę mężczyzny z głuchym chrzęstem, w drugiej rzuciła w dowódcę pochwyconym sztyletem. Kula wypadła mu z ręki i potoczyła się po ziemi, jednak wciąż pozostawała poza zasięgiem Neirina, który szarpnął się, zarabiając uderzenie w tył głowy. Zamroczyło go na kilka urwanych oddechów. – Przeklęta.
Mężczyzna, którego policzki przybrały kolor płaszcza, rzucił się do ataku. Powalenie zmęczonej koszmarem nie sprawiło mu większego problemu. Danae upadła z krzykiem na ustach. Nei kątem oka zarejestrował błysk ostrza i szkła. – Kula – wychrypiał, ledwo skupiając wzrok. – Zniszcz ją. W tym samym czasie na Danae runął śmiertelny cios, ale mimo to uśmiechała się. Do ich uszu wdarł się ogłuszający trzask. Uderzyła w nich fala gorąca. Neirin, korzystając z powstałego zamieszania, zdołał wyrwać się z obławcą.
Zauważył w dłoni dziewczyny odłamki szkła. Rozbiła sen. Naprawdę to zrobiła. Pytanie tylko, za jaką cenę? Naraz przestrzeń wypełniła się duszącą mgłą, z której wyrastali starożytni wojownicy. Neirin ledwo zachowywał zimną krew. Moc wrzała w jego żyłach. W tej sytuacji rycerze nie mieli z nim najmniejszych szans, a ich błagania nie robiły na nim większego wrażenia. Ze zdwojoną siłą dotarło do niego, że koszmary odgrywały się nie tylko w snach.
[01:01:05] - A teraz zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem obejrzeliśmy film, o którym teraz głośno. Film Del Toro „Frankenstein”. Kilka refleksji na temat filmu za chwilę. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy „Filmotekarium”. A skoro zaczynamy „Filmotekarium”, to dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:01:34] - Dzień dobry wieczór wszystkim. Jak to zacząć, Marku? Bo dzisiaj jest odcinek bardzo trudny tak naprawdę
[01:01:41] - To może ja zacznę. Bo ja żyłem w radosnych czasach gierkowskiego PRL-u i wtedy przebojem świątecznym, w czasie świąt puszczano w telewizji najlepsze filmy. Zawsze było tak, że jak były święta, to miałem kolegę, który sobie kupował program telewizyjny na święta i tam zaznaczał wszystko, co musi zobaczyć. Dużo tego nie było. Były dwa programy i jak w święta, to trochę było do obejrzenia. W te święta bardzo często pojawiał się film „Frankenstein” albo „Narzeczona Frankensteina”. Filmy wyciągnięte z historii kina tak naprawdę, bo to były filmy czarno-białe, wtedy telewizory były czarno-białe, ale kolor się już pokazywał. W tych kolorowych telewizorach „Frankenstein” i „Narzeczona Frankensteina” to również były czarno-białe filmy, bo to filmy powstałe przed II wojną światową z Karloffem, z takimi charakterystycznymi postaciami, które tam występowały. I co jest ważne, to były filmy, które budziły grozę wtedy. Ja nie wiem, czy one dzisiaj budzą grozę, ale budziły grozę.
I ja się chyba poddałem temu nastrojowi grozy. Chyba dlatego, że byłem dzieciakiem i nie bardzo rozumiałem, o co w tym filmie chodzi. Pominąwszy fakt, że te filmowe wydania przedwojenne „Frankensteina” i filmów przyległych świadczyły o tym, że kompletnie nie chciano podążać za myślą Mary Shelley, która napisała książkę „Frankenstein”. To nie miało nic wspólnego. Te filmy nie miały nic wspólnego z XIX-wieczną powieścią. Były natomiast takimi patrzydłami, które miały straszyć. I potwór miał być straszny i miał być w ogóle paskudny. To było wszystko zbyt proste. Ten przydługi wstęp był potrzebny po to, żebym powiedział w tej chwili, że się bardzo cieszę, pomimo różnych zastrzeżeń moich, które pewno dzisiaj wyrażę, ale cieszę się, że powstał nowy film o Frankensteinie. Trochę się bałem, że on jakoś powieli tę narrację z filmów przedwojennych.
Odetchnąłem, kiedy przekonałem się, że może nie trzyma się ten film ściśle książki, ale jednak tamtej narracji nie powiela. Niuansuje bardzo wiele rzeczy i w sumie chociażby za to chwała.
[01:04:24] - Tak, ja powiedziałem, że to jest temat trudny i nie wiem jak zacząć, bo Frankenstein jaki jest, każdy widzi i każdy wie. Każdy go sobie jakoś wyobraża. Jeden właśnie na taki sposób, o którym powiedziałeś, drugi na sposób bardziej gotycki, ten literacki. Natomiast nowy film Guillermo del Toro opowiada tą historię w nowy sposób. Można by powiedzieć, że z kondycją współczesnego kina nie jest najlepiej, skoro w jednym roku dostajemy i kolejnego „Frankensteina”, i kolejnego „Draculę” do kolekcji. O „Draculi” żeśmy mówili. „Nosferatu”, przepraszam. Natomiast i na jednym, i na drugim z tych filmów, z tych klasycznych opowieści nie nudziłem się. Chociaż osobiście nie jestem wielkim fanem del Toro, to przyznam, że tego nowego „Frankensteina” oglądało się całkiem dobrze. Chociaż rzeczywiście, może jeszcze do tego za chwilę wrócimy, coś nam to może mówić o kondycji współczesnego horroru, skoro powieść sprzed bardzo dawna znowu wywołuje emocje.
A przecież takie horrory kostiumowe jakoś tak mi się wydaje, nigdy nie porywały ludzi. Może poza pewnymi wyjątkami. Historia pozszywanego z ludzkich kawałków tytana nie jest może arcydziełem, natomiast jest dobrze opowiedziana. To się fajnie ogląda. Nie przypadnie pewnie do gustu wszystkim, bo jeżeli ktoś pamięta tego „Frankensteina” z 1994 roku, kiedy się wcielał w głównego bohatera tego potwornego De Niro, to odniesie takie wrażenie, że ten Frankenstein u del Toro jest taki miły i taki baśniowy, a tamten był taki potworniejszy, horrorowy. Ja tak uważam. Nawet powiem więcej, jeżeli chodzi o poziom aktorski, to tamten „Frankenstein” był dużo lepszy. Tutaj mamy opowieść, która jest dość prosta. Natomiast Frankenstein u del Toro jest bardziej posągowy. Jest taki tytaniczny.
Nie jest po prostu jakimś tam pokrakiem pozszywanym z różnych ludzi, który coś tam bełkocze i nie da się go unicestwić. Jest nawiązaniem do tytułu powieści. Trochę wygląda na takiego tytana, na takiego Prometeusza, chociaż to zupełnie inna historia. On właśnie przypomina inżyniera na przykład z filmu „Prometeusz”, to też jest ciekawe. Jest też taki bardzo ludzki, bardzo refleksyjny, mniej na pewno koszmarny, jeżeli w ogóle można tak kogoś nazwać i mniej groteskowy. Acz nie wiem Marku, czy to jest dobrze, czy źle, bo oczywiście każdy Frankenstein rządzi się swoimi prawami, ale pomimo, że nie mam zastrzeżeń co do tego filmu, to się ogląda dobrze, ale mam takie wewnętrzne jakieś przekonanie, że trudno jest o takich filmach mówić, bo to jest klasyka klasyków tak naprawdę. Wróćmy więc może zatem do powieści. Które elementy różnią się od tych zawartych u Mary Shelley?
[01:07:38] - W sumie jest tego dosyć sporo. Pierwszy, który przychodzi mi do głowy i rzucił mi się na oczy, jak film oglądałem, to to, że w książce trochę inaczej wyglądają stosunki rodzinne przyszłego doktora Frankensteina. Tu mamy troszeczkę taką dysfunkcyjną rodzinę w filmie del Toro. Ojca, który jest odpychający to mało powiedziane. Jest też takim tyranem domowym i w ogóle, powiedzmy, miłość ojcowską pojmuje na swój sposób, że tak delikatnie to wyrażę. Tego nie ma w książce. W książce to jest, tak ogólnie ujmując, dosyć kochająca się rodzina. Nie ma też wątku z porodem i śmiercią matki. Troszeczkę inaczej to wygląda. Po prostu te motywacje.
Ja się zastanawiałem w ogóle, dlaczego del Toro to zrobił. Czy to mu było potrzebne do motywacji doktora Frankensteina, który później odwala taki numer, jaki odwala, że chce być właściwie na miarę Boga. Bo tam oczywiście pojawia się tak, on rozmawia z ojcem, czy się śmierć da pokonać, czy się nie da jej pokonać. To jest taka różnica, która bardzo rzuciła mi się w oczy. Inne są te stosunki rodzinne i moim zdaniem, od razu muszę to powiedzieć, del Toro jakoś tak ma tendencję do Do uwspółcześniania, do tego, żeby wszystko było podbudowane bardzo psychologicznie. Natomiast Mary Shelley, kiedy napisała powieść, cała siła tej powieści chyba tkwi w tym, albo między innymi tkwi w tym, że bohaterowie tam są niejednoznaczni wszyscy właściwie. I sam doktor Frankenstein to nie jest postać, którą dałoby się opisać jako dobry albo zły. Zresztą to jest norma. W sumie w dobrej powieści tak powinno być, że bohaterowie nie są kartonowi, nie są jacyś tacy płascy, tylko rzeczywiście są skomplikowani, ale nie na siłę. To znaczy, to nie jest tak, że zbieramy kilka przeciwstawnych cech, wrzucamy w jedną osobę i mamy skomplikowaną postać.
To tak nie działa, a w każdym razie nie zawsze tak działa. I powiem jeszcze tak, że w powieści Mary Shelley nie ma mowy o żadnej wyprawie w kierunku bieguna. Nic takiego się tam nie pojawia. Właśnie ta wyprawa to też jest taki kiks, który wydaje mi się, że my go tracimy z oczu, ponieważ film jest podzielony na takie dwie części, w których głos oddany jest różnym osobom. I zauważcie państwo, że na początku przecież doktor Frankenstein chce to swoje monstrum, tego potwora chce wysadzić, chce go zabić na tej lodowej pustyni, na której się znajdują. A pod koniec filmu, chociaż czasowo upływa bardzo niewiele czasu, sobie warto to uświadomić. Upływa bardzo niewiele czasu, a pod koniec jakby go chciał powtórnie usynowić. Dziwne to jest, to mi się wydaje pewną nielogicznością tego filmu, ale to, co mnie się wydaje, to jest mało, bo w gruncie rzeczy del Toro potrafi czarować i być może ja zbyt radykalnie to wszystko odczytuję. Może rzeczywiście w pewnej spowiedzi, z którą mamy do czynienia w czasie filmu, może tkwi to oczyszczenie. I rzeczywiście ta przemiana doktora Frankensteina następuje, więc ja bym się tutaj tak specjalnie nie czepiał.
Inaczej wyglądają pewne wątki takich kontaktów międzyludzkich. Ja w ogóle mam takie wrażenie, że ten film będzie się cieszył powodzeniem, ponieważ on jest zrobiony w takiej konwencji, którą w fantastyce naukowej określa się mianem steampunku. Czyli w fantastyce naukowej to jest tak, że przewidujemy inny rozwój ludzkości. Powiedzmy w XIX wieku nastąpiła rewolucja naukowo-techniczna, powstały na przykład komputery, ale mechaniczne i w ogóle technika poszła w innym kierunku. Ten steam, czyli mgła, para odgrywają dużą rolę i trochę, jeśli chodzi o warstwę wizualną, podkreślam tylko wizualną. Ten film w takiej konwencji steampunkowej jest utrzymany. Kiedy główny bohater Frankenstein zjawia się w tej wieży, która miała bardzo konkretne cele wcześniej, on ją przystosowuje. Opłacane to wszystko jest przez faceta, którego motywacji nie znamy, ale wierzcie mi państwo, poznacie te motywacje. To wszystko jest szalenie malownicze. To jest film, który czaruje.
Na pewno czaruje wizualnością, czaruje pewnym oglądem. Jak oglądamy to wszystko, to jest fascynujące, bo bardzo malownicze. Od tych scen gdzieś tam na lodowej pustyni, po te sceny z ówczesnych miast, z tej posiadłości, w której żyje młody, przyszły doktor Frankenstein. Ale mieliśmy mówić o różnicach. Powiem tak, ja szczegółowo państwu tego nie będę opisywał, bo trzeba by wejść zbyt głęboko w treść filmu i za bardzo ją państwu opowiedzieć. Ale myślę, że to, co powiedziałem o tych stosunkach rodzinnych, to jest dosyć znaczące, bo to zmienia optykę i motywację głównego bohatera. Ja wolałem osobiście te motywacje, które przedstawiła autorka powieści. Mary Shelley zrobiła to moim zdaniem lepiej, a del Toro poszedł w kierunku takiego psychologizowania typu miałeś ciężkie dzieciństwo albo miałeś konflikt z ojcem, to na pewno się odbije później na twojej dorosłości i włączy ci się syndrom Boga na przykład. Ja tego nie kupuję, chociaż sam film kupuję. Owszem, ja też obejrzałem go z dużą przyjemnością.
Mówię w warstwie wizualnej on jest, dla mnie był przynajmniej, czarujący. W warstwie takich motywacji, no powiedzmy, mam dużo zastrzeżeń. To tak ujmę: przyszła w każdym razie narzeczona brata doktora Frankensteina. Ja wiem, że ona się miała koniecznie w tym potworze jakoś prawie zakochać, ale zachowuje się czasami, tak z ludzkiego punktu widzenia trochę jak wariatka. Bo na przykład, kiedy są w laboratorium, ona się w ogóle interesuje owadami, a później on jej pokazuje trupy i to w ogóle ją nie rusza. A w dodatku jeszcze jak przychodzi co do czego, to włazi prawie, prawie się przytula do tego potwora. Nie ma w niej elementarnego instynktu samozachowawczego. Przecież mógłby ją rozedrzeć na strzępy. Ona nie mogła wiedzieć, że w tym teoretycznie potworze tkwi jednak piękna dusza. No, przynajmniej tak chciałby nam to przekazać del Toro.
[01:14:59] - Ta malowniczość, o której mówiłeś, momentami mnie osobiście trochę przytłacza. Może zamiast dopowieści to porównam tego "Frankensteina" del Toro do tego wcześniejszego z 1994 roku, gdzie był Kenneth Branagh i Robert De Niro. Tamten był pod pewnymi względami lepszy. Nie był oczywiście tak malowniczy, nie było takich scenerii. Tam też występował element arktyczny i był dużo bardziej przerażający muszę powiedzieć niż tutaj, bo u del Toro mamy takie wrażenie, że oglądamy baśń. Tamten "Frankenstein" z De Niro i Branaghem był bardziej dramatyczny, bardziej realistyczny. To jest oczywiście stary film, już jakby nie było ponad 30 lat, natomiast jakoś go lepiej zapamiętałem. Bardziej mnie przerażał przede wszystkim. I jeżeli mam z tego punktu odniesienia patrzeć na dzieło del Toro, to jest bardzo baśniowe. Rzeczywiście takie dec kost steampunkowe.
Ogląda się to dobrze i bardzo przyjemnie, natomiast widać też ciężar w tej historii przerzucony na potwora w stosunku do tej historii z De Niro. Czyli mamy tego doktora, który jest, ale jakoś mniej mi się wydaje, przeżywamy jego sytuację. Ja mam takie wrażenie. Odczuwam tutaj pewien niedosyt pod tym względem. Jeżeli chodzi o moje ulubione sceny w obu filmach, to są te, jakby to powiedzieć, niekanoniczne, które dzieją się w tym polu lodowym albo na lodowej pustyni, w zależności od sytuacji. To jest przerażające. To było dobrze zrobione. Jakoś może dlatego tak jest, że mnie ten temat wypraw arktycznych bardzo interesuje, tych wczesnych. Jeżeli chodzi o sceny mniej ulubione, to na pewno u del Toro ta scena z jelonkiem, gdzie widać, że mamy do czynienia po prostu z grafiką taką kiepską. Nie jest to żywe stworzenie.
[01:17:04] - I jeszcze karmi jagódkami ten potwór tego jelenia. Naprawdę to było prawie jak z "Królewny Śnieżki".
[01:17:12] - Tak. Jeszcze kiedy wkraczają do domu tej wiejskiej rodziny, to ten dom to w ogóle jakaś chatka niby, a z drugiej strony taki drewniany zameczek. Trochę przesadzone to jest po mojemu, ale to jest film jakby nie było fantastyczny, to jest horror. Może po prostu taka jest tutaj wizja del Toro. Bardziej dramatyczny był ten z 1994 roku, to już powiedziałem i na poziomie aktorskim też stał według mnie wyżej. Tu jest kolorowo, bardziej współcześnie jakby nie było, dlatego, że wspomagano się na pewno efektami. Powiem ci, że nie podoba mi się to, jak ukazano wybuch laboratorium. Jest to takie bardzo hollywoodzkie, jest to mało rzeczywiste. W ogóle głupia rzecz jest w tych horrorach pokazana. I to się samo tyczy Nosferatu, że w momencie, kiedy oni próbują podpalić potwora, to podpalają na przykład kamienny loch albo kamienną piwnicę.
No co się tam ma zajarać? Kamienie się mają zajarać? Wyposażenie za bardzo tam nie jest ukazane. Jest tam po prostu pusto. No to co? Podpali posadzkę i to po wszystkim? Trochę to takie jest dziwne.
[01:18:30] - Tam jakaś ciecz była i ona pierdyknęła w końcu. Ale masz rację. Rzeczywiście wybuchy hollywoodzkie to nie jest najlepsza reklama.
[01:18:40] - Tak. Jeszcze jest taka sprawa, że potem potwór wraca na stare śmieci i po tym wybuchu znajduje notatki Frankensteina, doktora, które nie spłonęły. Myślę, że po tym, co oni nam tam pokazali, to nie było szans na to, żeby one się zachowały.
[01:18:55] - Wiesz, Piotrze-
[01:18:57] - Książki się nie palą. Wiem.
[01:18:59] - Znaczy nie, na World Trade Center też znaleziono paszporty bardzo złych ludzi, więc takie cuda się zdarzają. Kpię oczywiście, ale to mniej więcej widzisz. Okazuje się, że del Toro idzie z duchem czasu. Skoro mogło to na World Trade Center być, to i mogło być przy wieży, w której stworzył potwora.
[01:19:21] - Tak. O tej psychologicznej części to już tutaj powiedziałeś, ale chyba zakończę to takim okrągłym stwierdzeniem. Ja mam problem z mówieniem o takich filmach, dlatego, że "Frankenstein", chociaż on może nie jest dzisiaj zbyt popularny, to ta postać jako postać, nie jako bohater, tylko po prostu jako wizerunek tego stwora pozszywanego z części z kołkami w głowie jest rozpoznawalny. Robienie tego filmu na nowo jest czymś ambitnym. Tutaj wyszło, prawda? Ale co nowego możemy powiedzieć? Czy my tam coś nowego odkryjemy, kiedy znamy zarówno powieść, jak i na przykład ten film z Branaghem i z De Niro? Podobało mi się. Widać nowe ujęcie tej historii i dobrze się to oglądało. I to chyba jest wszystko, co mogę powiedzieć.
Polecam jednoznacznie.
[01:20:16] - Ja też polecam, ale coś jeszcze chciałem powiedzieć. Otóż ty mówisz o filmie z De Niro. Ja zapamiętałem moim zdaniem film, który zupełnie wychodził z innych przesłanek, te filmy przedwojenne, czarno-białe z Karloffem. Powiem tak: powieść Mary Shelley. Ja wiem, że większość ludzi, którzy nawet Czytają sporo, nie przeczyta tej powieści, bo ona, chociaż przetłumaczona współcześnie, ona się już dzisiaj źle czyta. To jest powieść, to jest książka dla koneserów. Dla ludzi, którzy bardzo chcą, to oni sobie z tą powieścią poradzą. Natomiast przeciętny zjadacz książek po prostu odrzuci go od tej powieści, bo w XIX wieku pisano inaczej. Szczególnie, że to głęboki XIX wiek i zdaję sobie sprawę, że spora część ludzi tej historii nie pozna w wersji pisanej, czytanej. A przecież to jest historia warta poznania i to trochę jest wyeksponowane w tej nowej odsłonie del Toro.
Pokazane jest, że nawet ten potwór, to jest nawet bardzo wyeksponowane, nie jest jednoznacznie zły. Co więcej, u del Toro jest prawie pozytywną postacią. U Mary Shelley on aż tak pozytywną postacią nie jest. Trochę jednak straszy, ale i Mary Shelley, i del Toro chyba chcą pokazać to, co jest ważne, że nie ma albo bardzo rzadko zdarzają się takie jednostki, które są jednoznacznie złe, które są jednoznacznie do prześladowania, do tego, żeby się ich pozbyć. I tutaj mamy te sceny, kiedy ludzie, my współczujemy, ale zresztą to się zdarza w wielu filmach na podstawie Mary Shelley zrobionych, że my w pewnym momencie złościmy się na zwykłych ludzi, że są tak głupi i tak źli w stosunku do istoty, w tym wypadku tego potwora, do istoty, która w gruncie rzeczy nie chce im zrobić krzywdy. Po pozorach ją sądzą. Jest brzydki, jest nieestetyczny, a zatem boją się go i z tego strachu rodzą się demony w tych ludziach i gotowi są robić rzeczy straszne. Ktoś może powiedzieć, że to w gruncie rzeczy banalne wszystko, co mówię. Przy zalewie literatury rozmaitej to być może tak, ale myślę, że dlatego chociażby warto historię doktora Frankensteina i stworzonego przezeń potwora poznać, żeby później, czytając różne powieści akcji, mieć świadomość, że co prawda w takiej powieści akcji najlepiej sprawdza się podział na czarne i białe i to właściwie wtedy najlepiej gra w powieści akcji, to warto mieć taką świadomość gdzieś z tyłu głowy, że w prawdziwym świecie jest troszeczkę inaczej. Rzadko kiedy pojawiają się postacie jednoznacznie dobre albo jednoznacznie złe, bo my sami ani dobrzy, ani źli nie jesteśmy.
Na ogół jesteśmy miksem tego wszystkiego, raz lepszym, raz gorszym. I tak jak Piotr powiedział, tak i ja na koniec powiem: ja też państwu ten film polecam, chociaż będziecie państwo, jeśli bardzo wnikliwie obejrzycie, będziecie państwo chwilami narzekać na przykład na pewną niespójność logiczną w niektórych scenach, ale za to są ładne i to jest duża zaleta tego filmu. Czas teraz na polecanki z pogranicza. Przypominam tylko, że te polecanki z pogranicza są efektem współpracy Akademii Wszelkiej Fikcji z księgarnią Galerią Nieznanego Świata. Tam możecie państwo drogą kupna nabyć te tytuły, o których mówimy tu na antenie oraz dziesiątki, jeśli nie setki innych. Ludzie, którzy mieszkają w Warszawie oraz będący w Warszawie przejazdem, mogą się do księgarni na ulicy Kredytowej udać, dokonać owych pięknych zakupów od poniedziałku do piątku. Naprawdę, jak tam się staje pośród tych tysięcy książek, to ja tam przynajmniej odżywam. Ja tam przynajmniej bardzo dobrze się czuję. Może i państwo wpadniecie, a ci wszyscy, którzy Warszawę omijają z daleka z przyczyn, powiedzmy, takich, że po prostu mało podróżują albo z przekonania, że do Warszawy nie warto się udawać. Zostawię to bez komentarza.
Zaprasza księgarnia Galeria, która również ma swoją odnogę w sieci. Jeżeli wejdziecie państwo na stronę księgarni Galerii, to tam również zakupy mogą być pełne. Adres jest bardzo prosty: nieznany.pl i tam już państwo buszujcie po tych wirtualnych księgarskich półkach. A dzisiaj tradycyjnie trzy kolejne pozycje. Pierwsza z nich to, proszę państwa, absolutny klasyk. „Doktryna tajemna” Heleny Blawatskiej, wydawnictwo Vis-a-vis Etiuda, rok wydania 2024. Helena Blawatska 1831-1891, rosyjska pisarka, teozofka i spirytystka, założycielka istniejącego do dziś Towarzystwa Teozoficznego, autorka kilku książek zarówno o Indiach, w których wiele lat mieszkała, jak i przede wszystkim o okultyzmie, spirytyzmie, wiedzy tajemnej. Bodaj najważniejszą z nich jest właśnie „Doktryna tajemna”. Jak pisze autorka w przedmowie do książki, nauki zawarte w tych tomach nie są własnością hinduskiej, zoroastriańskiej, aldejskiej czy egipskiej religii, tak samo jak nie przynależą do buddyzmu, islamu, judaizmu czy chrześcijaństwa. Doktryna tajemna jest istotą ich wszystkich.
Wytrysłe z niej różne systemy religijne teraz dopiero mogą być ponownie zanurzone w rodzinnym żywiole, z którego wyrosły wszystkie tajemne dogmaty oraz tajemnice. Rozwinęły się i uległy zmaterializowaniu. Cel tej pracy może być ujęty w następujący sposób. Chodzi o wykazanie, iż przyroda nie jest przypadkowym zbiorowiskiem atomów i wyznaczenie człowiekowi przynależnego mu miejsca w schemacie wszechświata. O wybawienie z poniżenia i zapomnienia prastarych prawd stanowiących podstawę wszystkich religii oraz udowodnienie podstawowej jedności ich źródła. O wykazanie, iż nauka współczesnej cywilizacji jeszcze nie dotarła do ukrytej dziedziny przyrody. „Doktryna tajemna” jest książką w służbie ludzkości i tylko ona może ją oceniać. Przypomnę, to była polecanka „Doktryny tajemnej” pióra Heleny Bławackiej. Wydawnictwo Vis-a-vis Etiuda. Data wydania: 2024 rok.
Druga z polecanych książek nosi tytuł „Sztuka magii, medytacji i uzdrawiania”. Autorem jest Israel Regardie. Wydawnictwo: Wydawnictwo Okultura. Data wydania: 2024 rok. Czym jest magia? Jak rozwinąć moc koncentracji niezbędną do jej działania i korzystać z niej dla rozwoju siły życiowej? W zebranych tutaj tekstach Israel Regardie prezentuje nowatorskie podejście do okultyzmu, traktujące go jako zestaw technik wykorzystujących nieuświadomione moce psychiczne dla rozwoju twórczego, energetycznego, uważnego życia. Proponuje jego psychologiczną interpretację i dostarcza narzędzi, za pomocą których każdy może tworzyć własny system magiczny. Kilka słów o autorze. To angielski pisarz i okultysta.
W 1928 roku został sekretarzem Aleistera Crowleya. Gdy Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku został rozwiązany, Regardie przejął jego dokumenty i stworzył książkę „Złoty Brzask”, co stanowiło, iż uzyskał reputację osoby łamiącej tajemnice. Przypomnę, to była książka, polecanka książki „Sztuka magii, medytacji i uzdrawiania”. Autor: Israel Regardie. Wydawnictwo Okultura. Książka wydana w 2024 roku. I wreszcie trzecia pozycja. Książka znana, bardzo sławna w swoim czasie, ale książka, która nie straciła na aktualności. „Kwantechizm 2.0, czyli klatka na ludzi”. Autor: Andrzej Dragan.
Wydawnictwo Otwarte. Data wydania: rok 2025. Wyobrażenia o wszechświecie formułowane od wieków okazały się zbiorem przybliżeń lub, co gorsza, nonsensów. Mówienie z pewnością o czymkolwiek jest więc, jak pisze autor tej książki, nie tylko bezczelnością, ale, co gorsza, nietaktem. Coraz lepiej poznajemy prawa rządzące rzeczywistością. Nie przez ustanawianie świętych prawd, ale ich skuteczne podważanie. Wizja świata, która dzięki temu zaczęła się rysować, jest dogłębnie szokująca. By ją nam przybliżyć, Andrzej Dragan w jasny i klarowny sposób objaśnia niezwykłe wnioski wynikające z przełomowych teorii Einsteina oraz najbardziej zaskakujące prawa mechaniki kwantowej, a także przedstawia własny, nowy i rewolucyjny model łączący je ze sobą. Do tego wszystkiego tłumaczy, dlaczego kury nieustannie ruszają głowami, czemu mrówki nie galopują, a dinozaury nie narzekałyby, że doba ma jedynie 24 godziny. Oczywiście, gdyby umiały mówić i rozumiały koncepcję czasu.
Kilka słów o autorze. Andrzej Dragan jest profesorem fizyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz National University Singapore. Zajmuje się łączeniem teorii względności z teorią kwantową. Laureat nagród i stypendiów European Science Foundation, Ministra Edukacji, Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, Narodowego Centrum Nauki oraz tygodnika „Polityka”. Zdobywca tytułu Wizjoner Roku Digital Shapers. Stypendysta University of Oxford. Pracował w Imperial College London i na University of Nottingham. Autor trzech książek i ponad 60 artykułów naukowych. A tak przy okazji zdobył też tytuł Fotografa Roku brytyjskiego czasopisma „Digital Camera” i statuetkę Fryderyka. Był nominowany do Złotego Lwa na festiwalu reklamowym w Cannes.
Twórca fotograficznego efektu Dragana. Jego prace wystawiano w kilkunastu krajach. Jest też zdobywcą nagrody głównej na London Fashion Film Festival, Popkillera oraz wyróżnienia Best in Show magazynu Creative Review, a także nagród na festiwalach Berlin Music Video Awards, Epica Awards, Script Fiesta i ponad dwudziestu nagród w konkursie KTR, w tym Best of Culture. Jako nastolatek wygrywał liczne konkursy muzyki elektronicznej w ramach demosceny. Nigdy nie pił kawy. Znany pisarz Łukasz Orbitowski napisał o „Kwantechizmie 2.0”: „Uwielbiam tę książkę. Dragan potrafi soczystą gawędą wytłumaczyć teorię względności i kwanty nawet takiemu tubanowi jak ja. Łykam to bez popitki, a do tego jest bezczelny, arogancki i ma masę anegdot.” W kieszeniach. To, proszę państwa, były polecanki z pogranicza. Czas teraz na książki z pogranicza, a zatem czas na MAUP.
Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj omówimy dla Państwa nowość na rynku: „Elementarz ObeNauty”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór Państwu. Zaczynamy kolejny odcinek audycji „Książki z pogranicza”. A skoro książki z pogranicza, to oczywiście Piotr Cielebiaś. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:34:00] - Witam wszystkich. W dzisiejszym odcinku nowość. Pozwolę sobie tak z grubej rury. Rzadko mówimy o nowościach, Marku, bo też szczerze mówiąc rzadko się pojawia coś nowego, coś takiego, żeby wnosiło nowy element do jakiegoś tematu. Ale dzisiaj o takiej nowości mowa. Chodzi o książkę Rafała Nieradzika na temat OBE. Marku, czy tobie się kiedyś OBE przytrafiło?
[01:34:27] - Nie, nie przytrafiło mi się, ale rozmawiałem, robiłem wywiady z kilkoma osobami, którym to się przydarzało, a wręcz oni prowokowali to, że się to przydarzało. Byli tym zafascynowani i trochę tej fascynacji na mnie przeszło. I kiedy trafiłem na książkę, o której dzisiaj rozmawiamy, książkę zatytułowaną „Elementarz ObeNauty”, to zastanawiałem się, co znajdę między okładkami. I nie zawiodłem się. To znaczy, to nie jest kolejna taka ezoteryczna wizja. To jest, proszę państwa, adekwatnie do tytułu, praktyczny przewodnik po stanach świadomości. W dodatku przewodnik napisany przez człowieka, który nie teoretyzuje, nie prowadzi jakichś takich rozważań zawieszonych w próżni, tylko opisuje to, czego sam doświadczył. On przedstawia różne swoje metody osiągnięcia tego stanu, stanów poza ciałem i robi to z precyzją, chciałem powiedzieć, że niemal naukową, ale ton jego książki pozostaje spokojny, taki wręcz osobisty. Tam nie ma prób stawania się guru. To jest raczej notatnik badacza ludzkiej świadomości, a nie jakieś objawienie proroka.
Wierzcie mi państwo, każda strona tej pracy przynosi konkret. Jaka pora dnia, jaki oddech, jaka pozycja, jaki stan emocji. A jednak ta, chciałoby się powiedzieć, przyjemna metodyka prowadzi do czegoś, co można nazwać duchową fizyką. Do takiego systemu, w którym ciało staje się narzędziem, dzięki któremu przekraczamy samych siebie.
[01:36:28] - Mnie się raz OBE przytrafiło i mam problemy z jego powtórzeniem, ale może dlatego, że po prostu nie próbuję tego powtórzyć, bo nie mam czasu. Natomiast autor, czyli Rafał, to jest doświadczony podróżnik astralny, postać znana między innymi z kanału Radio Paranormalium, ale też gościł Rafał u mnie ostatnio i go zapytałem o niektóre przypadki, na przykład o takie spontaniczne wyjścia z ciała. Czy może być tak, że takie coś, taka nagła zmiana stanu świadomości może odpowiadać za dziwne doznania, które się niektórym kojarzą na przykład z jakimiś przypadkami natury parapsychicznej czy nawet obserwacjami UFO? Zdarza się, Rafał mówił, że człowiek może wyskoczyć sobie z ciała niespodziewanie. Czasem się to dzieje ot tak, ale czasem się dzieje pod wpływem choroby na przykład. Takie spontaniczne wycieczki zdarzają się też dzieciom. Dodajmy, że autor, czyli Rafał Nieradzik, ma na koncie już kilka publikacji na temat OBE. Ta jest specyficzna, bo jak mówiłeś, to jest de facto poradnik, instrukcja, bardzo przystępny też trzeba powiedzieć w odbiorze, dotyczący tego, jak wywołać u siebie OBE i eksplorować kolejne poziomy, bo warto się też jakoś zagłębić trochę w tą tematykę, bo to nie jest tak, że po prostu wychodzimy z ciała i tyle, że widzimy swój pokój i otoczenie i na przykład to, co się dzieje na ulicy. Nie, to jest czasami coś głębszego dla tych doświadczonych podróżników szczególnie. To jest osiągalne.
To są przypadki idące znacznie dalej. To jest docieranie do pewnych sfer, które są czasem trudne do opisania. Także to nie jest tak, że wyskakujemy sobie z ciała i hyc, lecimy do Biedronki naprzeciw w tym stanie. Nie. Autor wielokrotnie również tłumaczy, że zdarzają się takie przypadkowe wyskoki, ale są też wyjścia płynne, takie wysuwanie się z ciała, na przykład w stanie relaksacji, czy też na krawędzi snu może się to przydarzyć. OBE ma wiele odmian, wiele twarzy, ale zgłębianie tego nie przychodzi bez wysiłku. Chociaż niektórym tak. Niektórzy mogą to robić w sposób jakiś taki przypadkowy, zupełnie niekontrolowany. I im bardziej człowiek doświadczony w tym OBE, przekonuje nas Rafał, tym dalej dochodzi. Ale to jest też niełatwe.
Ważne jest to, że autor podchodzi do tych swoich doświadczeń z otwartym umysłem. To znaczy, on nie mówi nam, że „O, byłem tu i tu”. Nie, tutaj jest cała filozofia z tym związana. Na przykład to, że my nie jesteśmy w ciele. Nasze zmysły działają wtedy inaczej. I tak naprawdę trudno jest powiedzieć, czy to, co widzimy, jest prawdziwe w OBE. Niekiedy manifestują się różne rzeczy, którymi nasz umysł jest skażony, bo pamiętajmy, to jest zmieniony stan świadomości albo stan zmienionej świadomości. Także to jest bardzo ważne, żeby zrozumieć naturę tych doświadczeń, że one są trochę bardziej skomplikowane, niż się na pierwszy rzut oka większości wydaje. Czyli jeżeli ktoś się nie zaznajamiał z tym wcześniej, to może być zaskoczony albo na plus, albo też niestety na minus.
[01:39:44] - Bardzo mi się podoba w książce Rafała Nieradzika to, że on niejako stoi na pograniczu dwóch światów. Świata nauki i świata mistyki. Przywołuje na przykład badania Raymonda Moody'ego nad doświadczeniami bliskimi śmierci, a jednocześnie odwołuje się do tradycji medytacji, do jogi, do snu, do zachodniej hermetyki. Dla autora OOBE nie jest ucieczką od rzeczywistości. To jest raczej próba zrozumienia pełniejszego wymiaru tego zjawiska. I powiem tak, że jeśli to weźmiemy pod uwagę, to w tym sensie „Elementarz” przypomina dzieła Roberta Monroe albo innych klasyków takiej eksploracji świadomości, o jakiej mówimy. Ta książka w dodatku ma swój własny, wyciszony ton i to, o czym mówiłem, to pragmatyczne podejście do tematu. To mi się niezwykle podobało, ale myślę, że największą siłą tej książki jest intelektualna uczciwość. Rafał Nieradzik nie sprzedaje obietnic, nie koloryzuje swoich doświadczeń. Pokazuje, że OOBE wynika z dyscypliny, z cierpliwości i, to może zabrzmieć jak paradoks, ale też z umiejętności odpuszczania w pewnych momentach.
Umiejętność wchodzenia w stany, o których mówimy, to jest proces długi, czasami bardzo trudny i to jest proces, w którym emocje, oczekiwania czasami bywają największą przeszkodą dla adeptów. I autor chyba właśnie dlatego powtarza, że jeśli ktoś chce zgłębiać to zjawisko, to fundamentem jest relaks, oddech, stan wewnętrznego spokoju. Mówiąc szczerze, kiedy to czytałem, bardzo mnie ujęło, bo nie ma w tej książce takiej niezdrowej ekscytacji, takiego epatowania, że tu cuda się dzieją. Nie, ta książka jest uczciwa. Ona mówi, że łatwo nie będzie, ale jest to możliwe i podaje niejako gotowe przepisy, jak można próbować to wszystko zrobić. Ja rzadko daję się uwieść tematyce, która, to powiedziałem na początku, jest mi jednak obca w tym sensie, że nie próbowałem, nie zdarzyło mi się to nigdy. Nie jest mi obca sama tematyka, bo ileś książek na ten temat przeczytałem, ale wiecie państwo, jeśli to jest teoria, to jest po prostu teoria. Mam takie wrażenie, że po lekturze „Elementarza” to w dalszym ciągu jest dla mnie teoria, ale chyba bardziej to wszystko czuję.
[01:42:50] - A ja jeszcze dodam, że interesujące w tym wszystkim jest to, że to jest szeroki temat. To nie chodzi tylko o doświadczenia niektórych OBN-autów, bo tak naprawdę projekcja astralna, jak to zjawisko bywało nazywane wcześniej, przed laty, może odpowiadać za niektóre doniesienia z pogranicza parapsychologii, nawet ufologii. Na przykład to, co widywał Swedenborg, który stosował pewne ćwiczenia oddechowe i być może wychodził z ciała. Mówił o wizjach, w których obserwował inne planety i mieszkających tam ludzi. Podobnie może być z niektórymi incydentami o charakterze ufologicznym, kiedy ktoś nagle wyskakuje z tego ciała i ma wrażenie, że jest w statku kosmicznym. Ludzie, którzy wyszli z ciała, mogą widzieć tak zwanych nocnych gości i tak dalej. Jacy to goście? To jest odrębna sprawa, bo są też mieszkańcy tej płaszczyzny, gdzie się OOBE dzieje. Jacy to są nie-ludzie, jakie to są inteligencje, to nam Rafał w swoich programach wyjaśnia, bo on także prowadzi swój kanał. I jest trzecia bardzo ciekawa sfera z tego gatunku paranormalnego, która się z tym wiąże, czyli objawienia.
Bo okazuje się, że i one mogą mieć związek z OOBE, czyli wizjonerzy, jak często czytamy, jak często nawet widzimy, bo przecież część objawień była utrwalona na zdjęciach czy na filmach. Wizjonerzy padają nagle w zmienionym stanie świadomości na ziemię albo zamierają w bezruchu. Możliwe, że ten czynnik tam działa, niekoniecznie taki związany z OOBE, z projekcją astralną, ale z czymś podobnym. Także jest to bardzo interesujące tak naprawdę. To OOBE to jest zjawisko kompleksowe, złożone. Pytanie, czy każdy się może go nauczyć? Musicie zapytać samego Rafała, ale wydaje mi się, że książka jest pomocna w tym procesie. Niczego jednak nie da się osiągnąć bez ćwiczeń. Dodatkowo jednak musimy powiedzieć o tym, że są osoby, które mają lepsze predyspozycje do tego, żeby projekcję astralną osiągać. Oczywiście jest też kwestia tego, że doświadczenia te, kiedy są niekontrolowane, kiedy są praktykowane przez profanów, to mogą wystraszyć.
Pamiętamy na przykład te sugestywne światy opisywane przez Roberta Monroe, ale to można kontrolować, jak nas przekonuje Rafał Nieradzik, tego się można nauczyć. To jest taki darmowy rollercoaster. Coś, co jest podobne do snu, ale snem nie jest. Zostaje pytanie, gdzie my trafiamy w stanie OOBE? Co to jest za przestrzeń? Czy to jest inna rzeczywistość? Czy to jest inny wymiar? Czy to może jest pełna rzeczywistość? Tu nie ma dobrej odpowiedzi. Tym bardziej że doświadczenia mają charakter kompleksowy, a kiedy już ktoś jest doświadczony w tej materii, to ma możliwość eksplorowania kolejnych sfer, kolejnych poziomów.
I to jest już wyższa szkoła jazdy i opisy, które się pojawiają, też bliższe są chyba do znajomistycznym czy metafizycznym, aniżeli opisom pod tytułem: „Byłem w innym wymiarze, widziałem jego mieszkańców.” Tak to wygląda. OOBE jest naprawdę fascynujące, natomiast nigdy nie będziemy mieli pewności, czym w zasadzie jest. Nigdy? Nie wiem. Nigdy nie mów nigdy, ale wydaje mi się, że będzie trudno, jak przy każdym doświadczeniu psychicznym przekonać wszystkich, że to się naprawdę dzieje.
[01:46:26] - Ja podkreślałem bardzo to, że książka ma wręcz praktyczny wymiar. To prawda, ale da się w tej książce odnaleźć również cień pewnej filozoficznej refleksji. Trochę między wierszami, ale znajdujemy pytania o naturę świadomości, o takie przekonanie, że poza zmysłami istnieje rzeczywistość, która może być nawet bardziej realna niż ta rzeczywistość fizyczna. Ważne jest z takiego mojego punktu widzenia, że Rafał Nieradzik nie udziela jakichś dogmatycznych odpowiedzi. On raczej zachęca, aby sprawdzić samemu, jak to jest. OOBE staje się więc nie tyle jakimś lotem astralnym, ale taką metaforą wyjścia z ograniczeń z ciała, z lęku, z ego. Powiem państwu, że ja uważam, że to jest książka, która jest rzadkim przykładem takiej literatury, której spokojnie możemy nadać ten przymiotnik, że ona jest duchowa. To jest literatura duchowa, która nie ucieka w egzaltację i to jest dla mnie bardzo ważne. Nie epatuje jakimiś przymiotnikami. To jest, to już mówiłem, ale podkreślę, to jest podręcznik praktyka napisany przez praktyka, ale też ta książka, ten podręcznik jest zaproszeniem do filozoficznej refleksji.
Nad czym? Chociażby nad granicą ja. W takim świecie, w którym żyjemy, który jest przesycony bodźcami, to książka Rafała Nieradzika przywraca nam wiarę, zwraca nam uwagę na to, że w naszym życiu ważna jest również cisza. Cisza i coś, co nazwałbym wewnętrznym eksperymentem. I na koniec pewno można zadać pytanie: czy z książki Rafała Nieradzika można nauczyć się wychodzić z ciała? Czy tam jest przepis? Odpowiem w ten sposób: być może, ale przede wszystkim z tej książki można się nauczyć, jak wracać spokojniejszym, bardziej obecnym w naszym świecie i bardziej świadomym. Proszę państwa, czas na kolejną, całkiem sporą porcję literatury. Mam dla państwa dzisiaj pięć opowiadań. Pierwsze z nich nosi tytuł „Jesień”.
Autorem jest Przemysław Cichoń. Dwa następne są autorstwa Krzysztofa Lutowskiego. Pierwsze z tych opowiadań nosi tytuł „JP2”, drugie „Bułgareczka”. Potem przyjdzie czas na Piotra Prokopowicza i jego opowiadanie „Kto tu rządzi?” i wreszcie „Migot” Anny Turzyńskiej. Życzę państwu dobrej zabawy, literackiej zabawy. Może nie zawsze będzie śmiesznie, ale zawsze będzie literacko i refleksyjnie. Zapraszam.
[01:49:42] - Przemysław Cichoń, „Jesień”: Było wietrznie. Fale kołysały przycumowanymi łódkami, uderzając nimi raz po raz o podpory mostu. Trzciny kołysały się rytmicznie. Niebo było szczelnie zasnute ciężkimi chmurami, z których lada moment wyleją się na świat wszystkie żale Stwórcy. Waldek siedział na pomoście okutany w behadkę, jedną ręką przytrzymując czapkę, a drugą ściskając butelkę. Fuks siedział wyprostowany i wietrzył coś z oddali. Nie narzekał na wicher ani chłód. Jego ogon rytmicznie przecinał powietrze, a wywalony na wierzch jęzor powiewał swobodnie. Zaczęło kropić. Najpierw delikatnie, niczym ksiądz kropidłem, ale już wkrótce świat miał przykryć wodny całun i nawet nitka nie pozostanie sucha na tych, którzy nie zdążą się przed nim ukryć.
Waldek poprawił kołnierz. „Cóż, jesień, bracie” powiedział do psa. „Lepiej już nie będzie.” To mówiąc, nie miał bynajmniej na myśli pory roku ani aury. Zastanawiał się nad swoim życiem, które wydawało się właśnie wchodzić w tę symboliczną porę. Jesień. Początek końca. Oczywiście może być złota, ale przeważnie kojarzy się z aurą taką jak dziś. Waldek coraz częściej o tym rozmyślał. Zarazem wspominał czasy, kiedy był młody, głupi i szczęśliwy. Ile by oddał za to, by znów być młodym.
Chociaż niekoniecznie młodym. Wystarczyłoby znów być takim jak przedtem. Cieszyć się z każdego dnia spędzonego z najlepszym kumplem. Bez problemów, bez wizji, bez czarnych myśli, bez myśli w ogóle. Deszcz przybierał na sile. Nawet Fuks zaczął się niepokoić. Ołowiane chmury ciągnęły nisko. Wiatr coraz zuchwalej tarmosił trzcinowisko. „Trzeba się ukryć” ryknął do psa. Fuks posłusznie poderwał się na równe nogi.
Ruszyli w stronę starej, już od dawna nieużywanej stodoły, która stała na łące nieco powyżej jeziora i nadal opierała się porywistym burzowym wiatrom. Kiedy wreszcie wpadli do pustego wnętrza, ulewa zaczęła się na dobre.
[01:52:05] - Stara, zmurszała konstrukcja skrzypiała, a przenikający pomiędzy deskami wiatr wygrywał niczym na organach koncert żywiołów. W oddali słychać było grzmoty. Burza wyraźnie się zbliżała. Zrobiło się prawie całkiem ciemno, tylko coraz jaśniejsze rozbłyski piorunów wpadając przez szpary w poszyciu dachu, co jakiś czas rysowały na klepisku świetliste linie. Fuchs podkulił ogon i z przerażeniem w oczach patrzył na swojego pana. Nie było dobrze. Waldek właśnie zaczął zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli wiatr się nasili, a wszystko na to wskazywało, stodoła może nie wytrzymać. Kolejno następujące po sobie błyskawice i grzmoty zlewały się już w jednolity łoskot, niczym tętent kopyt tysięcy galopujących bawołów. Zgodnie z przewidywaniami szkwał się potęgował.
Pierwsze zaczęły odrywać się płaty blachy, z których wykonane było poszycie dachu. Jeden po drugim, łopocząc z przerażającym łoskotem odlatywały gdzieś w noc, niczym spłoszone ćmy. Później cała konstrukcja zaczęła wibrować i w końcu olbrzymie wrota stodoły odfrunęły jak wielki nocny motyl w czerń rozświetlaną stroboskopowym światłem błyskawic i zniknęły gdzieś w mroku, jakby ich tu nigdy nie było. Waldek złapał oburącz za obrożę Fuchsa, przyciągnął go do siebie i obaj przycupnęli w rogu stodoły. Waldek czuł wibracje powietrza i gruntu pod nogami. Fuchs cały drżał, jakby wpadł w rezonans. Deski po kolei odrywały się od konstrukcji i odfruwały niczym chmara szarańczy. Przecisnął z całych sił psi łeb do ziemi, kiedy jedna z desek przelatywała nad ich głowami. Potem nastąpiła eksplozja światła i wszystko ustało. Wiatr przestał dąć.
Gdy otworzył wreszcie oczy, deszcz już tylko kropił, a słońce nieśmiało wychylało się zza ostatnich ciemnych chmur. Niebo stawało się coraz bardziej niebieskie. Wokół śpiewały ptaki i roztaczał się zapach polnych kwiatów. Trawa była soczyście zielona i przyjemnie łaskotała go po twarzy. Podniósł się i rozejrzał. Stał na szczycie wzniesienia, a wokół niego rozciągały się jak okiem sięgnąć zielone łąki. Nie było jeziora, co go troszkę zastanowiło. Nie było też nigdzie Fuchsa, ale wcale się tym nie zmartwił. Był w świetnym nastroju. Czuł się, jakby miał przynajmniej trzydzieści lat mniej.
Rozglądał się wokoło, jakby spodziewał się tu kogoś spotkać. I wreszcie w oddali pojawiła się jakaś postać. Szła w jego kierunku. Waldek też ruszył jej naprzeciw. Postać, która zbliżała się w jego kierunku, okazała się mężczyzną w sile wieku, ubranym w kraciastą, luźną koszulę i popielate ogrodniczki na szelkach. Na głowie miał słomkowy kapelusz z postrzępionym rondem. Waldek miał nieodparte przekonanie, że dobrze zna tego człowieka. Nie mógł sobie jedynie przypomnieć skąd. „Witaj” — odezwał się mężczyzna. — „Co tu robisz o tak wczesnej porze?
Jak widzisz, jest lato. Co prawda żniwa już za pasem, ale do zimy jeszcze bardzo daleko”. Waldek słuchał, ale nic nie rozumiał. Mężczyzna objął go ramieniem i poprowadził w dół zbocza, u podnóża którego rozciągało się gospodarstwo. Z góry było je widać jak na dłoni. Aż dziw, że go wcześniej nie zauważył. Był tam dom, a raczej drewniana chata, jakieś mniejsze zabudowania gospodarcze, prawdopodobnie obora i stajnia dla konia, który wypasał się za domem. Stodoła lekko chyląca się na jedną stronę. Wszystko to było ogrodzone drewnianym płotem, który gdzieniegdzie wymagał pilnej naprawy. W każdym razie gospodarstwo wyglądało dość skromnie.
Szli niestromą ścieżką w dół zbocza i wkrótce dotarli do ogrodzenia. Na progu przywitała ich dość tęga kobieta o pyzatej, rumianej twarzy i ciepłym, niskim głosie. „Witaj Waldku. Nie spodziewaliśmy się ciebie w środku lata, ale wejdź proszę i posil się z nami obiadem. Już najwyższa pora coś zjeść, prawda, mój drogi?” — zwróciła się teraz do mężczyzny w kraciastej koszuli. „Jasne, jak zawsze masz rację, kochanie. Wejdźmy więc do środka” — powiedział i lekko pchnął Waldka w stronę zacienionego wnętrza sieni. Izba była mniej więcej taka jak w Waldkowej chałupie. Była tylko skromniej umeblowana. W rogu też stał kaflowy piec, a na fajerkach kilka garnków.
W powietrzu rozchodził się zapach obiadu, taki, jaki Waldek pamiętał jeszcze z czasów dzieciństwa. Zapach ugotowanych ziemniaków zmieszany z wonią wysmażonej na skwarki słoniny. Zaproszony gestem przez gospodarza usiadł do stołu. Gospodyni w tym czasie nałożyła odcedzone parujące ziemniaki do miski i okrasiła skwarkami. Waldka, choć wcześniej wydawało mu się, że nie jest głodny, zaczęło ssać w żołądku. Kobieta postawiła wielką miskę z ziemniakami na środku stołu, po czym podała trzy kubki i dzbanek z kwaśnym mlekiem. Waldek musiał intensywnie przełykać ślinę, żeby nie pociekła mu na koszulę. Zaczęli jeść. W pewnym momencie chciał spytać, kim są, ale miał wrażenie, że mimo wszystko nie powinien. Bo skoro oni go znają i nie pytają, kim jest i skąd się tu wziął, to takie pytanie z jego strony mogło być nie na miejscu.
Pierwszy przemówił gospodarz: „Widzisz, Waldku, mimo że nie spodziewaliśmy się ciebie właśnie teraz, możesz z nami oczywiście zostać. Co prawda nie mamy dla ciebie teraz żadnej konkretnej pracy, ale jak to w gospodarstwie, coś się zawsze znajdzie. Mógłbyś na przykład naprawić ogrodzenie albo pomóc mi w rozebraniu tej starej stodoły. Zbieram się do tego już kilka lat, a ona z roku na rok chyli się coraz bardziej”. „Mój drogi, co ty mówisz?” Odezwała się kobieta o rumianej twarzy. „Przecież Waldek nie da rady ci pomóc przy stodole. To ciężka praca, a on jest jeszcze taki malutki.” Podeszła i objęła dłońmi głowę Waldka, po czym przytuliła ją mocno do swego pulchnego brzucha. Waldek majtał w tym czasie nogami jak zazwyczaj, kiedy siedział na pomoście nad jeziorem. Teraz jednak siedział na krześle i wcale nie dosięgał nimi do podłogi. „Na jesieni na pewno ci pomoże, a teraz musi dużo jeść i nabrać sił.” Waldek, gdy puściła jego głowę i usiadła obok, zaczął znowu jeść.
Spojrzał na swoje dłonie, w których trzymał drewnianą łyżkę. Były jakieś małe i gładkie, w ogóle niepodobne do jego dłoni. Jednak były jego, bo wykonywały wszystkie polecenia, jakie jego mózg im wydawał i posłusznie nabierały kraszone ziemniaki, a potem wkładały je do ust. Następnie unosiły kubek z chłodnym, zsiadłym mlekiem i pozwalały zaczerpnąć ustom z niego orzeźwiający łyk. Był małym chłopcem. Nie mógł w to uwierzyć, ale tak było. Nie starał się tego zrozumieć, ponieważ czuł się świetnie. Czuł się fantastycznie jako mały chłopiec. Bezbronny, ale bezpieczny. Dotyk dłoni gospodyni był jak cudowne lekarstwo, które leczy wszystkie choroby.
Czuł się wyśmienicie. Miał ochotę się bawić. Nie myślał już o Waśce, o świnoryjach. Zaczynał wszystko powoli zapominać. Wtedy odezwał się gospodarz: „Jeśli naprawdę chcesz, to możesz zostać z nami. Jeśli jednak zdecydujesz wrócić do domu, nie będziemy cię zatrzymywać. Musisz sam podjąć tę decyzję.” Stanowczy głos mężczyzny sprowadził go nieco na ziemię, ale nastrój, w jakim się znajdował, nadal był błogi i beztroski. „Dobrze, teraz daj mu już spokój” — odezwała się kobieta. „Niech sobie poje, a potem odpocznie. Musi być bardzo zmęczony.
Pójdę przygotować mu łóżko na drzemkę.” Waldek już chciał powiedzieć: „Nie jestem wcale śpiący”, ale jak tylko otworzył usta, rozległo się głośne ziewnięcie i powieki strasznie zaczęły mu ciążyć. Wytarł tłustą od słoniny brodę serwetką i zeskoczył z krzesła. W drzwiach do drugiej izby stała kobieta i przywoływała go wymownym gestem, zginając i prostując kilkukrotnie wskazujący palec wyciągniętej w jego kierunku dłoni. Druga izba była mniejsza i było w niej tylko jedno okno, teraz zasłonięte żółtymi, półprzezroczystymi zasłonkami. Panował w niej półmrok, złoty półmrok. Na łóżku leżały poduchy, a w nogach zwinięta pierzyna. Łóżko sprawiało wrażenie olbrzymiego, zwłaszcza, że Waldek był teraz taki malutki. Grzecznie położył się na łóżku. Był naprawdę zmęczony. Gospodyni pomogła mu zdjąć skarpetki i wtedy zobaczył swoje stopy.
Były tak jak dłonie, małe i dziecięce. Nie miały powrastanych, zżółkniętych paznokci, spękanych pięt i odcisków. To były stopy dziesięcioletniego chłopca. Gospodyni przykryła go pledem w jaskrawe wzory. „Śpij, kochanie. Później zdecydujesz.” Pocałowała go w czoło. „Zawsze możesz do nas wrócić na zimę. Mamy dużo drewna na opał. Na pewno tu nie zmarzniesz.” To mówiąc, wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Waldek, syty i bardzo zmęczony, nie zdążył nawet zastanowić się nad sensem jej słów.
Od razu zapadł w głęboki, dziwny sen. Śnił mu się Waśka, jakiś taki smętny i zamyślony jak nigdy. Śniła mu się też Baźniakowa, jak szeroko się do niego uśmiecha, co raczej nie było w jej zwyczaju. I śnił mu się też Funks, o którym prawie całkiem już zapomniał. Sen był dziwny, bo w tym śnie Waldek widział wszystko jak film w telewizorze. Były w nim całe świnoryje, ale jakby jego tam nie było. W pewnym jednak momencie Funks jakby go zwietrzył. Podniósł swój wielki łeb do góry, zaszczekał i podbiegł do niego. Waldek, co jeszcze dziwniejsze, leżał na szpitalnym łóżku na tyłach sklepu. Funks podbiegł i zaczął go lizać po twarzy.
Potem zaczął szczekać i znów zaczął go lizać. Waldek chciał go powstrzymać, ale ręce miał tak ciężkie, że nie miał siły ich unieść. W pewnym momencie zorientował się, że jest przywiązany pasami niczym w domu wariatów. Funks nie przestawał go lizać. Wtedy usłyszał głos Waśki. „Funks! Funks, zaczekaj! Funks, zostaw! Nie rusz, Funks!” Głos jakby się zbliżał. Funks wreszcie przestał lizać jego twarz, a głos Waśki eksplodował tuż przy jego uchu.
„Nic ci nie jest, Wale? Żyjesz? Co ci się stało?” Nawet chciał odpowiedzieć, ale słowa nie chciały wcale z niego wyjść. Były tam i czekały, ale Waldek nie miał siły otworzyć ust. W ogóle nie miał siły na nic, jakby wszystkie uleciały z niego przez jakąś niewidoczną dziurkę. Przez tę nieszczelność ledwie utrzymywał uniesione powieki i to też tylko do czasu, bo zaraz po tym, jak zobaczył twarz kolegi, opadły i otworzył je dopiero następnego dnia, leżąc w swoim własnym łóżku. Widok, jaki ujrzał, był w zasadzie taki sam jak poprzednio. Wielka ogorzała twarz Waśki, jakby trochę zmartwiona, ale uśmiechnięta. W ogóle jakaś taka śmieszna. Waldek zaczął się uśmiechać.
„No nareszcie wróciłeś. Całą noc tu przy tobie siedziałem. Doktor powiedział, że pewnie rano odzyskasz przytomność. Nie mylił się” oznajmił Mundek. „Gdzie Fuchs?” Ledwie słyszalnym głosem zapytał Waldek. „Na dworze. Musiałem go wygonić, bo zlizałby ci całą skórę z pyska.” „Jak znalazłem się w domu?” Waldek trochę się ożywił. „On mnie do ciebie zaprowadził po tej burzy. Przebiegł zaraz, jak tylko przestało grzmieć. Był przemoczony i zmarznięty, ale cały.
Ujadał i ujadał. Chciałem go wpuścić do domu, ale nie było moży, żeby się dał zaciągnąć nawet siłą. W końcu domyśliłem się, że musiało ci się coś stać. Pobiegłem za nim, a on zaprowadził mnie do tej starej stodoły. Właściwie to do tego, co z niej zostało. Leżałeś tam pod stertą desek. Uważaj, bo masz wielkiego guza na czole. To musi boleć. Przyniosłem cię nieprzytomnego do domu i wezwałem doktora. Potem czuwałem całą noc.” „Nie ma to jak mieć prawdziwego przyjaciela.
Właściwie to nawet dwóch” stwierdził Waldek, macając dłonią gigantycznego guza na czole. „Myślisz Waśka, że to już jesień, czy może jeszcze lato?” Mundek otworzył usta i widać było, że myśli. Po chwili odparł: „No wiesz Wala, dziś dopiero 15 września. Jesień zaczyna się bodajże po 20. 23 czy jakoś tak. Więc w zasadzie mamy jeszcze lato.” Krzysztof Lutowski JP2. Od rana szukałem Paula. Sam wstałem zbyt późno, by zdążyć na wczesny pociąg, na który się ustawiliśmy dzień wcześniej. Jednak Paulo najwidoczniej miał mnie w dupie. Nie odbierał telefonu ani nie otwierał drzwi od mieszkania, więc jeszcze spał albo gdzieś wyszedł.
Biegałem po Hetmańskiej i pytałem o niego napotkanych i odwiedzanych znajomych, licząc, że gdzieś go złapię i dowiem się, czy pojedziemy razem późnowieczornym pociągiem. Spotkałem Kubera. Taki koleś. Przemówił mi do rozsądku, bym porzucił Paula i zabrał jego na tę wyprawę. Przekonał mnie, że Paulo zwykle wstaje o 13 lub później i gówno będę miał z tej wycieczki. „W góry trzeba iść od wczesnego rana, a Paulo pozbiera się późnym popołudniem. Będziesz z nim mógł pójść co najwyżej na spacer na Krupówki” słusznie argumentował. Krótko to przemyślałem i zgodziłem się. Umówiliśmy się późnym wieczorem na dworcu kolejowym, pół godziny przed odjazdem pociągu z Bydgoszczy do Zakopanego. Tak się złożyło, że wskutek pewnych znajomości miałem za darmo do zasiedlenia na kilka dni pokój w domku wynajmowanym przez Radio RMF.
Ustawiłem się z tym mało przeze mnie wcześniej znanym kolesiem, bo Paulo najwyraźniej nie nadawał się na kompana do chodzenia po górach. Kuber nie zawiódł i przyszedł punktualnie na dworzec. Przywitaliśmy się, kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do bezpośredniego pociągu do Zakopanego. Skład niebawem ruszył, a że minęła północ, a w przedziale byliśmy tylko my, to komfortowo przespaliśmy całą noc. Dopiero nad ranem zaczęliśmy się nieco poznawać. Okazało się też, że jesteśmy kiepsko przygotowani do 12-godzinnej podróży koleją. Nie mieliśmy wody, jedzenia, a w składzie nie było nawet wagonu restauracyjnego, którego obecność uznałem za pewnik w dalekobieżnym składzie. Już po 30 minutach rozmowy z Kuberem zrozumiałem, że się chyba niespecjalnie polubimy. Nie chcę obrabiać nikomu dupy w literaturze, więc przemińczę szczegóły. Dość, że koleś ten to bodaj największy idiota, jakiego poznałem w życiu.
Sorry man, sam go zaprosiłem. O ja jebnięty. Trzeba było jechać samotnie, skoro Paulo dał dupy. Ale na tę refleksję było już znacznie za późno. Krajobraz zmieniał się szybko za oknem przedziału, a ja robiłem dobrą minę do złej gry, udając, że mój kompan nie działa mi na nerwy. Po męczącej podróży, podczas której język wysechł mi na wiór, po wewnętrznych walkach, by nie pić wody z kiblowego kranu, dotarliśmy do celu. W domku RMF przywitano nas godnie i zgodnie z tym, co miałem tu zastać. Sympatyczny właściciel kwatery oddał nam do dyspozycji pokój z dwoma wielkimi łóżkami. Pokazał nam też lodówkę z zamrażarką pełną kiełbas, wspominając, że możemy z tego korzystać, ale miło by było, gdybyśmy przed wyjazdem uzupełnili braki. Do dziś trochę mi głupio, ale z przyczyn finansowych zjedliśmy te wszystkie kiełbasy, pozostawiając zamrażalnik ogołocony do zera.
Tego pierwszego dnia połaziliśmy tylko trochę po Zakopcu, ale zaraz następnego wcześnie rano ruszyliśmy w góry. Pod tym względem Kuber nie zawodził. Z chęcią wstał bardzo wcześnie i z entuzjazmem, chyba nawet większym od mojego, ciągnął na szlak. Pierwszego dnia poszliśmy na Giewont. Wycieczka była banalna i pełna ludzi, pomimo że był to dopiero maj. W wyższych partiach zalegało jeszcze sporo śniegu. Wspięliśmy się na tę górę dość sprawnie i zeszliśmy z niej. Kolejnego dnia czekała nas ciekawsza wędrówka. Początkowo poszliśmy z Kuberem tym samym szlakiem w stronę schroniska w Dolinie Kondratowej, ale tym razem plan był ambitniejszy. Okazało się też, że Kuber popierdala szybciej ode mnie, co skrzętnie wykorzystałem, by puścić go przodem, a samemu własnym tempem iść jego śladem.
Dogoniłem go przy schronisku. Była piękna majowa pogoda, słońce miło przygrzewało. Z Kuberem zaplanowaliśmy, że dalej pójdziemy zielonym szlakiem przełęczą do góry, a potem skręcimy w lewo i wzdłuż szlaku czerwonego po szczytach na granicy Polski i Słowacji dojdziemy do Kasprowego Wierchu. Jak ustaliliśmy, tak poczyniliśmy. Kuber poszedł pierwszy, jako że był już znudzony czekaniem na mnie, a ja zapaliłem papierosa, chłonąc piękno Tatr. Ścieżka przełęczą w górę była długa i mozolna. Kilkukrotnie odpoczywałem, paląc fajki i podziwiając widoki. Pierwszy raz byłem w Tatrach i szczęka mi opadała, a majestat gór zdumiewał. Wszak byłem człowiekiem z nizin. Szczególnie spodobał mi się kontrast, gdy jakoś w połowie drogi na górę, z powodu mocno grzejącego słońca, pozbyłem się koszulki, brnąc po kolana w śniegu.
Tego na nizinach nie doświadczyłem. Dotarłem na szczyt przełęczy. Pogoda z cichej i słonecznej natychmiast zmieniła się w wietrzną i deszczową. Na szczęście byłem przygotowany. W plecaku miałem sweter i kurtkę nieprzemakalną. Założyłem te ciuchy, naciągnąłem kaptur i żałowałem, że nie pomyślałem o czapce. Po krótkim postoju poszedłem zgodnie z planem czerwonym szlakiem. Szybko dotarłem do miejsca, które mnie lekko przestraszyło. Przekroczyłem bowiem swoją tolerancję ekspozycji i cofnąłem się. Ja, człowiek z nizin, gdzie przy byle niebezpieczeństwie stawia się barierki i ostrzeżenia, nie spodziewałem się, że w Tatrach na zwykłym szlaku turystycznym będę musiał walczyć ze strachem.
Byłem już gotów na powrót do schroniska, jednak ambicja zwyciężyła. No kurde, chłopie, Kuber poszedł, to i ty przejdziesz. Przekonywałem się w duchu i spróbowałem raz jeszcze przekroczyć niebezpieczne miejsce. Po lewej ziała przepaść, a po prawej stromy stok z wystającymi z gruntu kamlotami i ostrymi skałami. W razie upadku po lewej śmierć pewna, a po prawej groźba śmierci lub kalectwa. Jednak udało mi się zwalczyć obawy i wkrótce poczułem się na tych szczytach wspaniale, niczym alpinista w Himalajach. Znaczy taki mały alpinista w takich małych Himalajach, jakimi są Tatry. W każdym razie było przednio. Widok, zwłaszcza na słowacką stronę, był imponujący. Zatrzymywałem się dość często tylko po to, by wpatrywać się w ten majestatyczny górski pejzaż.
Na jednym z postojów blisko mnie podeszła kozica, a gdy zniknęła, dostrzegłem ogromnego orła, który krążył nisko nade mną. Natura dawała mi wszystko, co najlepsze. Dzikie góry i dzikie zwierzęta. Byłem w metafizycznym nastroju, czując się niczym samotny zdobywca. Po wyczerpującym marszu dotarłem do Kasprowego Wierchu. Kondycyjnie zbliżałem się do granicy wytrzymałości. Kuber czekał tam na mnie od dobrych dwóch godzin. Na moje szczęście z Kasprowego mogliśmy szybko zjechać w dół kolejką linową. Nie mówiłem jeszcze o tym, że ta górska przygoda zbiegła nam się z pielgrzymką Jana Pawła II do Polski. Papież był akurat w Zakopanem, kiedy tam zawitaliśmy.
Choć nie przyjechaliśmy do Zakopca dla papieża, to ślady jego pielgrzymki towarzyszyły nam wszędzie od momentu opuszczenia pociągu. Wszędzie było pełno flag papieskich i wizerunków JP2. Okna domów zamieniły się w małe ołtarzyki na cześć papieża Polaka. Na Krupówkach antyterroryści z psami zaglądali pod ławki i do kibli w poszukiwaniu ewentualnych ładunków wybuchowych. Dzień wcześniej, gdy wracaliśmy z gór, przechodziliśmy ulicą, którą miała przejeżdżać limuzyna papieża. Jezdnia była odgrodzona metalowymi barierkami ochranianymi co kilkanaście metrów przez policjanta. Przystanęliśmy nawet na kilkanaście minut, ale dowiedziawszy się, że przejazd papieskiego konwoju może mieć miejsce dopiero za dwie, trzy godziny, woleliśmy wrócić do naszego domku. Ludzie coraz liczniej gromadzili się wzdłuż barierek, by dostąpić szczęścia ujrzenia papieża z bliska na własne oczy. Nam nie zależało. Jak już mówiłem, nie przyjechaliśmy tutaj dla papieża, tylko dla gór.
To one nas tu przyciągnęły. Nic nas nie obchodziło, że papież akurat jest w Zakopanem. Tego dnia po powrocie z gór, po sytej kolacji upieczonej z pozyskanej z zamrażarki kiełbasy i znalezionej gdzieś cebuli, wyszedłem kupić papierosy. Do wioski było z 500 metrów. Po drodze trafiłem na niewielką grupkę ludzi, którzy zapytani, po co się gromadzą, odpowiedzieli, że papież jest w pobliskim klasztorze z nieoficjalną wizytą i będzie niebawem stamtąd wyjeżdżał. Ludzi było niewielu, gdyż tej wizyty nie było w oficjalnych harmonogramach papieskiej pielgrzymki. Hmm. Zaciekawiłem się, ale poszedłem po papierosy. Wracając stwierdziłem, że ludzi jest już więcej, ale nadal na tyle mało, że warto poczekać i mieć dobre miejsce przy krawężniku, gdy papież tędy przejedzie. Zostałem wraz z oczekującymi i faktycznie, po jakichś 20 minutach JP2 przejechał z bramy klasztoru w wielkiej czarnej limuzynie.
Najpierw pojawiła się eskorta policyjna na motorach, a następnie bardzo powoli nadjechała wielka czarna limuzyna, w której na tylnej kanapie, przy szeroko otwartym oknie siedział papież Jan Paweł II we własnej osobie i z widocznym trudem pozdrawiał zgromadzonych prawą dłonią. Limuzyna poruszała się bardzo wolno wzdłuż ludzkiego szpaleru. Ludzie stojący po prawej stronie jezdni mieli papieża dosłownie na wyciągnięcie ręki. Tylko nieliczni policjanci i ochrona w garniturach pilnowała, by nie doszło do jakiegoś incydentu. Stałem przy krawężniku wśród tych rozentuzjazmowanych ludzi. Kiedy wielkie auto powolutku przejeżdżało w odległości może metra ode mnie, bardzo już stary i schorowany Jan Paweł II, wciąż machający słabo dłonią do szczęściarzy przy jezdni, spojrzał mi w oczy. Przez trzy sekundy głowa Kościoła rzymskokatolickiego, wielki Polak, papież we własnej osobie, utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Przedstawiciel Boga na ziemi patrzył mi prosto w oczy całe trzy sekundy. Nie, to wcale nie odmieniło mojego życia. Nie nawróciłem się, nie odnalazłem Jezusa.
Ale całe życie pamiętam to spojrzenie. Dziesiątki tysięcy ludzi przyjechało wówczas do Zakopanego z całej Polski i z zagranicy, by na własne oczy go zobaczyć. Większość z nich mogła dostrzec jakieś piksele gdzieś w oddali podczas mszy lub wyraźniej na telebimie. A ja, wówczas głupi ateista, przypadkowo wracając ze spaceru do kiosku pofajanki całe trzy sekundy patrzyłem mu prosto w oczy. To się nazywa mieć farta. Krzysztof Lutowski "Bungareczka". Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, oniemiałem. Ciemna karnacja, krótkie, czarne jak smoła włosy, cudowna twarz z dołeczkami w policzkach, pełne usta, duże piersi, kształtny tyłek. Ideał. Ubrana była zwyczajnie w kolorowy sweter z golfem i dżinsy.
Siedziała w pubie, w fotelu z jakimś facetem. Popijała piwo. Rozmawiała. Nie mogłem oderwać wzroku. Nie przypuszczałem, że już za kilkanaście godzin... Działo się to około roku 2000 na pewnej poetyckiej imprezie w stolicy, gdzie gościła cała plejada młodych poetów polskich, o których rozpisywała się literacka prasa. Po zakończeniu wydarzenia uświetnionego przez spotkanie autorskie znanego poety i mały koncert, część osób, które przyjechały z pewnego innego miasta, powróciły do busa, którym dostali się do Warszawy. Dalsza część atrakcji miała być kontynuowana w pewnym innym mieście, gdzie trwał festiwal poezji organizowany przez wydawcę, który mnie zaprosił. Przyjechałem do stolicy, by następnie przemieścić się z organizatorem i jeszcze dwa dni obcować ze znanymi polskimi poetami i pisarzami znacznie bardziej kameralnie. Zobaczywszy, że ona wsiadła do tego samego busa, poczułem ekscytację.
Nie, to złe słowo. Poczułem się niespokojny jak pies, który zwąchał sukę. Ależ fart, że była z tej samej wycieczki. Z tym kolesiem z baru usiedli w busie daleko ode mnie. Na razie wystarczył mi fakt, że będę mógł znów na nią popatrzeć. Tej samej nocy, po dotarciu do tego innego miasta, na parkingu pod hotelem, w którym nas zakwaterowano, uścisnąłem jej dłoń i poznałem imię. Już następnego dnia miałem okazję poznać to cudo bliżej i spędzić w jej obecności czas od rana do wieczora. Ale o tym za chwilę. Byliśmy z jednej wycieczki i trzymaliśmy się w małej grupce. Zbieg okoliczności, o jakim nie marzyłem.
Nie myślałem już o poezji, tylko kombinowałem, jak być blisko niej. Wieczorem znaliśmy się już całkiem nieźle. Siedzieliśmy z nią i tym facetem i jeszcze kilkoma osobami przy jednym stoliku w pubie. Wcześniej byliśmy w kilka osób na obiedzie, spacerowaliśmy po mieście etc. Co było dla mnie najważniejsze, okazało się, że facet, z którym przyjechała, nie jest jej chłopakiem, gdyż nie przypadł dziewczynie do gustu. Poznali się przez internet. Koleś zaprosił ją na przygodę wśród poetów. Zgadzała się, ostrzegając, że nie ma za wiele pieniędzy. Zapewnił ją, że to nie problem. Jednak okazało się to problemem zaraz po tym, gdy zrozumiał, że nie zamoczy w tej pięknej dziewczynie, co jak sądził, w tak skonstruowanej sytuacji miał jak w banku.
Śliczne dziewczę siedziało o suchym pysku, a ja przystąpiłem do ataku natychmiast, jak się o tym dowiedziałem od niej samej na papierosie we dwoje. Jej kolega przestał się nią opiekować, to skorzystałem z okazji. Proste. Wspominałem już o jej egzotycznej urodzie? Wierzcie mi lub nie, ale do dziś uważam, że była to jedna z najpiękniejszych dziewcząt, jakie poznałem w życiu. Nawet nie będę próbował opisać. Nie mam takich literackich zdolności. Niech każdy z czytelników wyobrazi sobie własny ideał. Później dowiedziałem się, że pochodziła ze stolicy Bułgarii, Sofii. Stąd egzotyczna twarz.
A w Polsce studiuje w Krakowie rzeźbę na ASP na ostatnim roku. Była owocem miłości Bułgara i Polki. Na imię jej było – uwaga – Marika. Świetnie mówiła po polsku swoim słodkim głosikiem. Z uwagi, że była Bułgarką, jej głos po polsku brzmiał jak w ustach słodziutkiej, nieco pieszczącej się małej dziewczynki. Wszystko razem powodowało, że nie tylko facetom, lecz nawet laskom uginały się pod tą słodyczą nogi. Padło na mnie. Mnie się nogi uginały, choć starałem się trzymać fason. Ciężko w to uwierzyć, ale ze wszystkich kolesi, jacy się wokół kręcili, Marika najbardziej polubiła mnie. Jeszcze tego samego wieczoru nadszedł ten moment.
Nie będę kłamał. Już wtedy byliśmy pijani. Łopiliśmy się bimbrem wśród poetów i pisarzy na głębokiej wsi pod białoruską granicą. Potem autokar przewiózł całe pijane artystyczne towarzystwo do miasta. Wraz z Mariką szybko urwaliśmy się z tej wycieczki. Uciekliśmy do nocnego lokalu i przez dobrą godzinę piliśmy przy barze piwo, całując się namiętnie, nie zważając na otoczenie. Potężna dawka alko działała jak afrodyzjak. Po czym zalani w sztos znaleźliśmy się nocą w grudniu na ulicach tego miasta. Atmosfera była tak nabrzmiała od seksu, że postanowiliśmy się jak najszybciej skonsumować. Mieliśmy zakwaterowanie w jednym z hoteli jako uczestnicy tej imprezy dla literatów jeszcze na jedną noc.
Mimo to jako dżentelmen zaproponowałem, że zabiorę ją do innego hotelu. Plan się jednak nie powiódł, gdyż byłem tak rozhuśtany, iż trzykrotnie pomyliłem PIN i bankomat zarekwirował mi kartę. Zostałem bez kasy, ale niczego już nie potrzebowaliśmy. Pozostało wrócić do hotelu i zabrać ją do pokoju, w którym byłem zabukowany z dwoma poetami, mając nadzieję, że ich tam nie będzie i zdołam przelecieć moją słodką Bułgareczkę. Podeszliśmy do recepcji, podałem numer pokoju i poprosiłem o klucz, który otrzymałem bez mrugnięcia, co oznaczało, że lokal jest pusty. Pokój mieścił się na trzecim piętrze, dokąd zawiozła nas winda. Po wejściu do środka, bez zapalania światła, natychmiast zabrałem się za moją dziewczyneczkę. Nie wiem, jak długo to trwało. Myślę, że co najmniej przez godzinę pieprzyłem moją małą we wszystkich pozycjach, na wszystkich trzech łóżkach – na podłodze, w fotelu, od tyłu, od przodu, z boku, z doskoku i z przewrotki. Jęczeliśmy, krzyczeliśmy, wyliśmy i śmialiśmy się, aż padłem wykończony, spełniony, przyciskając ją do materaca.
Leżeliśmy tak długie minuty. Tętno wróciło do normy. Udałem się do łazienki, zapalając po raz pierwszy światło. Myjąc dłonie i twarz z wydzielin jej cipki, do mojej wciąż udożonej alkiem mózgownicy powoli docierało, że te tampony leżące na półce pod lustrem na 100% nie mogą należeć do moich kolegów poetów. Włączyłem światło w pokoju, gdzie się tak długo grzmociliśmy. Wyglądał, jakby przeszło tornado. Roznegliżowana Bułgareczka zalegała niczym przejechana przez czołg na jednym z łóżek, odsłaniając seksowne pośladki. Krótki rzut oka pozwolił upewnić się, że kochaliśmy się jak szaleni godzinę lub dwie w nie moim pokoju. Zarządziłem błyskawiczną ewakuację. Zaszliśmy do recepcji, gdzie musiałem zgłosić swój błąd, by uzyskać klucz do właściwego pokoju.
Zatapiając się znacznie, podszedłem do recepcjonistki i powiedziałem: „Proszę pani, jest taka sprawa.” Zawiesiłem głos, zastanawiając się, jak to ująć. „Otóż zdarzyła się pomyłka. Pomyliłem pokoje.” „Jak to pomylił pan pokoje?” „Jestem pijany. Pomyliłem numer i dała mi pani klucz nie do mojego lokalu. Mój jest piętro wyżej.” Młodziutka recepcjonistka zbladła. „To dlaczego nie przyszedł pan od razu?” „Cóż, jakby to powiedzieć... Długo nie zapalałem światła. Chyba pani rozumie, co mam na myśli.” Nie jestem pewien, co ona zrozumiała. Zauważyłem, że zbladła mocniej. Nic więcej już nie powiedziała, tylko podała właściwy klucz.
Zarechotałem mimowolnie. To było silniejsze ode mnie. Rechotałem, bo byłem pijany. Bo byłem uradowany tym, jak leciałem z moją Bułgareczką w innym mieście. Pojechałem do Krakowa miesiąc później. W międzyczasie zerwałem ze swoją dziewczyną, z którą mieszkałem w innym mieście. Zawirowania uczuciowe w moim pojebanym życiu sięgnęły zenitu. Chyba potraficie sobie wyobrazić. W kiepskim stanie przyjechałem do tego miasta, które nie przyjęło mnie zbyt przyjaźnie w tych trudnych dniach. Mimo że przyjechałem do dziewczyny moich marzeń, to nastrój miałem wyłącznie na to, by chlać.
Natomiast Marinka, początkowo wniebowzięta, opowiadała mi o bułgarskich rzeźbiarzach, o pomniku twórców państwa bułgarskiego górującym nad miastem Szumen, 500 metrów nad poziomem morza, w najwyższej części równiny Dunaju. O rzeźbiarzach Krumnie Damianowie i Iwanie Sławowie, o architektach Gieorgiegu Geczewie i Błagoju Atanasowie, o malarzach Władysławie Paskalewaju oraz konstruktorze Presławiu Haczowie. Żadnego z nich niestety nie znałem, co wyraźnie nie spodobało się mojej nowej dziewczyneczce. Bo kim był Krumni Damianow czy Iwan Sławow? A dla niej byli kimś. Bułgarskimi rzeźbiarzami. Pierwszego dnia mojego pobytu u Marinki w akademiku wybraliśmy się do lasu na romantyczny spacer. Na przedmieściach, na szosie dostrzegłem panie o egzotycznej urodzie. Nieopatrznie wspomniałem o swoim spostrzeżeniu, jakoby panie te ze swoją egzotyczną urodą mogły pochodzić z Bułgarii. Na co Marinka nie zareagowała zbyt optymistycznie.
„Czy tobie wszystkie kurwy kojarzą się z Bułgarkami?” „Ależ nie, Marinko, to tylko fakty” – broniłem się. Wywnioskowałem jednak po jej minie, że Marinka nie została przekonana. Marinkę zdołałem przelecieć jeszcze jeden raz. Zrobiłem jej szaloną minetę, domyślając się, że to ostatnia okazja. Miałem rację, gdyż zaraz po dziewczę oznajmiło mi, że choć fascynująco liżę, to ona jednak nie może być z kimś, kto nie zna choć jednego bułgarskiego rzeźbiarza. Ona ich ubóstwiała, a najbardziej przeszkadzało jej, że traktuję Bułgarki jak kurwy. Na co dowodem stało się to, że wylizałem ją tak dobrze. Ot, paradoks. Ona w życiu nie wzięłaby do ust na tak wczesnym etapie znajomości, jak stwierdziła. Faktycznie, do ust mi nie wzięła i zerwała ze mną, sugerując powrót do mojej dziewczyny, co skrzętnie uczyniłem w tych nieprzyjaznych okolicznościach przyrody.
Jak pies. 2019-2020, Bydgoszcz. Piotr Prokopowicz „Kto tu rządzi?”. „Halo, Maciuś, co tam? Czemu przeciągasz terminy?” „E, wuja. Jak zmienialiśmy produkcję, nic przecież nie było gotowe. Maseczki uruchomiliśmy w szwalni pod Lublinem. To było proste. Z przyłbicami już gorzej. Dwa różne warsztaty musiały je robić.
Ale respiratory? No i testy. Mnóstwo testów. Tego nie da się produkować gdziekolwiek w takich ilościach”. „Nie jęcz, Maciuś, po to zrobiliśmy cię tam prezesem. Dopóki to cholerstwo nie przylazło od Żuków, pierdziałeś w stołek, a pensyjka leciała. Teraz trzeba...”. „No wiem. Przecież nic nie mówię. Uwijamy się jak w ukropie.
Dzisiaj wyszły ostatnie pakiety do wewnętrznej dystrybucji dla naszych. Teraz możemy zacząć robić dla plebsu. Znaczy do zwykłych szpitali”. „No i to chciałem usłyszeć. Rozumiem, że tak jak ustalone: wagon testów i maseczek na hacjendę, karton przyłbic, trzy baterie dezynfekatora, no i oczywiście respirator”. „Tak, dokładnie”. „No to zróbcie tam sobie przerwę, wypłać ludziom premie i już się nie spieszcie. Aha, no i teraz już zejdźcie z kosztów materiałów. Dla plebsu nie musi być najwyższej jakości”. „Wuja, co teraz będzie?
Co planujecie tam na górze?” „Oj tam, Maciuś, przeceniasz mnie. Daleko mi do szczytu, ale można się zorientować. Wystarczy posłuchać i pooglądać. Sytuacja gospodarcza siada. Musimy zluzować ograniczenia, ale dzięki tobie nasi są zabezpieczeni, a reszta, większość jakoś przetrwa. Nic nie zaszkodzi, jak kilku dziadków się przekręci. System emerytalny ciągnie na oparach, a ten wirus może nawet go trochę podreperuje”. „O wielki Szinigajusie! Oby twoje łuski lśniły na czerwono. Donoszę, iż zakończyliśmy główną akcję przeprowadzki”.
„Czyli nasze młode jaja są już bezpieczne?” „O najwspanialsza potęgo gwiazd. Pozostali jedynie najsłabsi”. „Czemu nie moglibyśmy wyeliminować tego nędznego Ziemianina? Zabił tylu naszych potomków. Przecież oni są marnością wobec naszej mocy i technologii”. „Mój młody Triakliusie. Cesarz przysłał nas tu na zwiad przed inwazją. Mamy zebrać dane. Zakazano nam się ujawniać. Jeśli nie wypełnimy rozkazów, cały klan popadnie w hańbę.
Strata części potomstwa przy niełasce cesarza to jak gwiazda wobec galaktyki. Ja Ruksowie tylko czekają, by zająć nasze miejsce. Wyeliminowanie owego osobnika ziemskiego, choć z pozoru łatwe, spowoduje, że inni zaczną krążyć wokół tego miejsca, a to zbyt wielkie ryzyko wykrycia”. O, znakomity. Oby twój ogon prężył się energicznie. Teraz rozumiem, czemu priorytetem było umieszczenie w – to nazywa się u nich ministerstwie – zdalnie sterowanego biologicznego humanoida. Tak, ów agent pozwala dyskretnie dbać o nasze interesy. Przydałoby się więcej podobnych, ale według wyliczeń komputerów to zbyt duże ryzyko wykrycia. Ale już nawet ten, którego mamy, pozwolił skierować tutejszych Ziemian na kwarantannę. Dzięki temu mogliśmy dopasować czasy transportu potomstwa bez zwracania uwagi.
Twój pomysł, Trapiusie, by wypuścić wirusa w odległym miejscu, też zawierał znamiona talentu. Uwaga Ziemian skupiła się po drugiej stronie planety. To znacznie zwiększyło szanse powodzenia całej akcji. Właziu, Właziu, nie śpij, bo cię okradną. Hehe. Pij! Zeniu, przecież nie śpię. To co mówiłeś o tej piwniszcze? No tam takie małe robalo-wężydła się zalęgły. Mnóstwo jaj na składały.
Ta? Jak dawno? A nie wiem. Ta piwniszka na ziemniory za stodołą, gdzie za lasem szosa idzie. Ostatni raz uszyfałem je ze sześć lat temu. Wtedy wszędszydeł nie było. Pół roku nazad chciałem tam zacierw stawić i tak ich odkyłem. I co zrobisz z tymi szydłami? A no szosem se tam chodzę i napierdalam. Jak chcesz, Zeniu, możemy pójść tam teraz.
A co mamy do roboty? Wódka się skończyła. Prowadź, Właziu. Dobra, co chcesz? Widły czy grabie? Tutaj Zenek. Widzisz mi te skorupy i wężydła? Nie wiem czemu, ale dużo mniej ich niż ostatnio. O żesz kuwa! Myślałem, że ściemniasz, a ty faktycznie miałeś rację.
Ale się międlą te robale. Zeniu, nie pierdol, tylko napierdalaj. Poszuj władzę. Potem pójdziemy do szwagra po flaszkę. Jak to władzę? No bo Zeniu, w życiu już tak zawsze jest, że rządzi ten, kto napierdala. Epilog. Ściemnia się. Fajrant, Rysiu. Zwijamy kukłę do radiowozu.
Nie ma co siedzieć na tym bezrybiu. Nic dziwnego. Kwarantanna. Mało jeździ. No ale w pierwszych dniach to nawet nieźle nastukaliśmy mistrzów kierownicy. Każdy myślał, że rządzi i cała droga jego. Niestety teraz są czujniejsi. Dzisiaj tylko trzy mandaty sprzedaliśmy. Jutro, Bartas, pojedziemy na szosę Augustowską. Tam zawsze jest ruch.
Hehe. Rychu, zobacz tych meneli. Gdzie? Tam na lewo przy zagajniku się kręcą. Jeden ma widły, a drugi chyba grabie. Faktycznie. Napruci, że... Zaraz, Bartuś, toż to po dwa mandaty na głowę możemy sprzedać, a może i po trzy. Ale się nam statystyki poprawią. Jak po dwa?
Trzy. Przecież premier zarządził luzowanie kwarantanny dopiero pojutrze. A ci tutaj są bez masek, nie zachowują odległości. No i nawaleni gorzej niż szwagier na weselu. Tylko przebierać za co. Jak chwilę poczekamy, to na szosę się wtoczą. Dopiszemy, że byli na rowerach i jeszcze będziemy mieli pijanych kierowców. Rychu, ty to masz łeb. Tylko te widły i grabie. Luzik.
Przyjrzyj się. Oni już przekroczyli punkt krytyczny. Bez tych sprzętów nie daliby rady iść, a co dopiero ich użyć. Zresztą jak zaczną fikać, to im wpierdolimy. Nie mają szans. Bartas, dzisiaj to my normalnie rządzimy. Koniec. Jeśli ktoś dopatrzy się zbieżności imion i sytuacji z rzeczywistymi osobami i zdarzeniami, to jest ona niezamierzona przez autora. Celowe jest jedynie nawiązanie do samego tematu zarazy lub epidemii. Anna Turzyńska „Migot”.
Światła fleszy migały niczym stroboskop. Znani i mniej znani pozowali na ściance, podczas gdy złakniony spektakularnych zdjęć tabun fotografów wił się w przedziwnych pozach, polując na najlepsze ujęcie. Marcel przyglądał się wystudiowanym uśmiechom, wsłuchiwał w gwar rozmów i zastanawiał się, czy większą pogardą darzy celebrytów, czy tych, pożal się Boże, paparazzi. Z niesmakiem przypomniał sobie, że sam musi zrobić kilka fotek. Jeść trzeba, a zleceń ostatnio nie miewał, więc ten prawie fotoreportaż do portalu internetowego spadł mu niemal jak z nieba. Nacisnął kilka razy przycisk, pilnując, by twarze były odpowiednio ostre, a sylwetki uchwycone pod korzystnym kątem, bo mimo iż to zwykła chałtura, nie chciał zrobić czegoś kiepskiego. Po jakiejś godzinie miał dość. Uznał, że swoje odbębnił. Obróbka zajmie mu trochę, ale nie będzie jakoś specjalnie wymagająca. To przyzwoite zdjęcia, ze dwa nawet naprawdę udane.
Wyśle z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i za zarobioną kasę opłaci przynajmniej prąd. Może starczy na jakiś drobiazg dla Joli. Żona była wyjątkowo cierpliwa, ale ostatnio już burczała, że przydałoby się podreperować budżet. Szedł wolno wzdłuż ruchliwej ulicy. Lubił jej zgiełk, panujący tu nieustanny chaos. Kiedyś stawał z aparatem za rogiem któregoś z budynków i fotografował przechodniów, psy obwąchujące hydranty czy pędzące samochody. Jedno z jego ulubionych zdjęć powstało przy tamtym znaku. Uśmiechnął się na samo wspomnienie. Starsza pani, nieco zasuszona, w ogromnym różowym kapeluszu z kwiatami wokół ronda, jasnej garsonce, z torebką. Taka dama w starym stylu, pochyla się z parasolką nad kilkoma gołębiami, jakby próbowała ochronić je przed promieniami słońca.
Rozejrzał się w poszukiwaniu ciekawego kadru. Nastolatek w kapturze naciągniętym na oczy kopał w murek przy sklepie. Dalej roześmiana kilkulatka z zapałem lizała wielką porcję lodów. Różowe, pewnie truskawkowe strużki spływały jej po brodzie, wsiąkały w białą sukienkę. Wyglądała uroczo, tak promiennie. Spojrzał na nią przez wizjer, ale cały urok minął. To nie to. Nie odrywając aparatu od oczu, Marcel ruszył dalej. Kilka osób przyglądało mu się z ciekawością, ale to ignorował. Czuł znajome mrowienie na karku, emocje towarzyszące przeczuciu, że zaraz trafi na coś spektakularnego.
Zdziwił się, gdy przebiegający po plecach dreszcz oznajmił mu, że znalazł to, czego szukał. Zaufał intuicji, choć właściwie nic w tym widoku nie wydało mu się fascynującego. Jakiś stary rower, poobijana ściana, kubeł na śmieci, wokół niego kilka papierów. Próbował pod różnymi kątami. Bliżej, nieco dalej. Ostatecznie zrobił kilka zdjęć. Przejrzy je w domu, może coś się uda z nich wyciągnąć. Żony jeszcze nie było. Pewnie mieli jakieś zebranie. Działając jak automat nastawił ekspres, wrzucił do piekarnika kurczaka, przygotował sałatkę.
Lubił spędzać czas w kuchni. Gotowanie miało w sobie pewną dozę artyzmu, ale dzisiaj chciał jak najszybciej obrobić zdjęcia i wysłać. Irek obiecał, że weźmie jego fotki, ale lepiej nie czekać, aż ktoś go wyprzedzi. Komputer szumiał cicho, ale piosenki Ordonowne skutecznie to zagłuszały. Nucąc ulubione tango przeglądał zdjęcia ze ścianki. Tak jak się spodziewał, nie wymagały wiele pracy, trzeba je tylko lekko dopieścić. Tu coś rozjaśnić, tam podbić kontrast. Ze dwa nieco ocieplił. Wysłał maila ze zdjęciami i czekając na żonę przejrzał fotografie z ulicy. Trzy usunął od razu, beznadziejne kadry, ale reszta nawet się broniła.
Wybrał dwa, które go zaciekawiły. Wygładził, wyostrzył. Było trochę grzebania, ale w pewnej chwili uświadomił sobie, że już dawno nie czuł takiej satysfakcji z pracy. Jakieś ostatnie czary-mary i otworzył zdjęcie na całym ekranie. Było dobre. Poklepał się w duchu po ramieniu. Wprawdzie nie na International Photography Awards, ale naprawdę mu się udało. Jeden szczegół przykuł jego uwagę. Z prawej strony dostrzegł jakiś niewyraźny kształt, jakby rozmazane worki ze śmieciami lub inne toboły. Powiększył obraz.
Jak mógł tego nie zauważyć wcześniej? I czy gdy robił zdjęcie, widział, że ktoś tam leży? Zupełnie nie pamiętał. Starał się wyostrzyć zdjęcie, ale na takim powiększeniu było to już mocno utrudnione. Jakiś mężczyzna, raczej starszy, leżał pod krzakami. Rękę zarzucił na twarz, jakby próbował ukryć się przed wzrokiem ciekawskich. Czy rzeczywiście? Serce zabiło Marcelowi mocniej. A jeśli coś mu się stało? Jeśli nie żyje, powinien kogoś zawiadomić.
Drżącymi palcami wystukał 112. Chaotycznie wyjaśnił, co się stało, ale znudzona operatorka poleciła tylko zadzwonić na najbliższy komisariat. Po takim czasie pewnie i tak więcej nie mogła zrobić. Nikt nie będzie szukał człowieka widmo. Ludzie mają poważniejsze problemy. Gorączkowo szukał informacji, ale przeglądarka najpierw zarzuciła go reklamami. Matejki, Matejki. Gdzie tam, na litość boską, jest jakiś posterunek? W końcu znalazł. Dodzwonił się.
Młoda policjantka, chyba jeszcze pełna entuzjazmu i chęci do pracy, zaskoczyła go perlistym uśmiechem. „Tak, tak.” Niemal widział, jak kiwa głową w takt swoich słów. To pan Czesio. Znamy. Taki nasz oryginał. Nie pije, nie pali. Połowę emerytury przekazuje na biednych, a sam od czasu do czasu lubi się położyć gdzieś na ulicy, w parku. Mówi, że czuje wtedy związek z naturą. Znowu się roześmiała. Dziękuję za telefon.
Wyślę tam patrol oczywiście, ale pewnie dawno już go nie ma. Gdy się rozłączyła, dłuższą chwilę patrzył na wyświetlacz. Serio? Tak się to załatwia? Znów spojrzał na zdjęcie. Mężczyznę otaczała dziwna poświata. Marcel zamrugał, przetarł oczy. Nie był przecież aż tak zmęczony. Dlaczego więc miał wrażenie, że szarości i bure brązy jakby drgały, przenikały się? Pewnie ekran znów szwankuje.
Albo program. Trzeba będzie pogrzebać w ustawieniach. Zmienił podgląd. Teraz znów widział całe zdjęcie, ale to, co na pierwszym planie przestało być ważne. Patrzył na leżącego pana Czesia, na kłębiącą się nad nim mgłę, wyłaniające się z niej zmienne kształty, bo one jakby go hipnotyzowały, przyciągały. W końcu zdenerwowany wyłączył wszystko. Kawy. Potrzebuje kawy. Ta, którą nastawił, zdążyła już dawno wystygnąć, ale nalał zimnego płynu do kubka i wypił kilkoma łykami. Totalne wariactwo.
Na mózg mi się rzuciło. Pan Czesio i jego mgła. Cholera jasna. Ucieszył się z powrotu żony. Nałożył obiad i nawet z pewną życzliwością słuchał korporacyjnej paplaniny. Wydawało mu się, że zawsze opowiadała to samo. Nie mógł sobie wyobrazić, że on tak pracuje niczym trybik w maszynie. Ale Jola to lubiła. Tę gonitwę za premiami, spinanie terminów, te wszystkie ASAP-y czy inne deadline'y. Była w dobrym humorze.
Szczebiotała, żartowała. Zatem oboje mieli udany dzień — skonstatował w myślach. Gdyby tylko mógł przestać wspominać tę mglistą poświatę. Lubił chodzić po parku przed południem. Rozczulali go spacerujący wówczas ludzie, najczęściej rodzice z małymi dziećmi, czasem jakaś para uroczo zapatrzonych w siebie staruszków, rzadziej zakochani czy ktoś z psem. To była pora nauki, pracy, wyrabiania norm, a w parku przed południem byli tylko ci, którym się nie spieszyło, którzy celebrowali ten czas. Spokojne twarze wystawione do słońca, uśmiechnięte buzie brzdąców goniących za piłką. Matka skupiona na lekturze, podczas gdy maluch drzemał w wózku. Same pozytywne emocje. Gdy chciał sobie poprawić humor lub zrobić jakieś radosne zdjęcia, wybierał się do parku właśnie wtedy.
Marcel spacerował już od dłuższej chwili. Sfotografował grupkę dzieci bawiących się przy fontannie, staruszka ukradkiem karmiącego gołębie, jakiegoś ptaka. Nic nadzwyczajnego. Fotki, by poćwiczyć potem obróbkę. Już miał wychodzić, gdy spostrzegł dwie młode matki. Siedziały żywo, o czymś dyskutując. Jedna nieustannie kołysała wózek, drugi stał spokojnie przy ławce. Scenka zupełnie zwyczajna, ale zachwyciła go gra świateł we włosach pierwszej z kobiet. Stryknął więc ostatnie zdjęcie z nadzieją, że uda się wyeksponować złote refleksy w tej burzy loków. W domu od razu zasiadł do pracy, zadowolony, że znowu chce mu się działać.
Bez skrupułów pozbywał się ujęć, które uznał za kiepskie. Sporo czasu poświęcił maluchom rozchlapującym wodę, zwłaszcza samym kroplom, mocno je eksponując. Zadowolony z efektu wrzucił zdjęcie na swoją stronę. Pełen entuzjazmu otworzył ostatni plik. Uwielbiał efekty świetlne i tu liczył na sporo zabawy. Ujrzawszy obraz zakrztusił się sokiem. Kompozycja, światłocienie, ostrość — wszystko w porządku, ale nad oboma wózkami ponownie dostrzegł mgliste poświaty. Odszukał zdjęcie ze śpiącym starcem. Miał nadzieję. To jedyne logiczne wytłumaczenie, że tamte szare refleksy były wynikiem jakiegoś błędu, niedociągnięcia, chociażby odrobiny kurzu na obiektywie, paprocha naniesionego przez wiatr.
W tym wypadku było to niemożliwe. Widma różniły się od siebie. Jedno szaro-błękitne pulsowało delikatnie, przywodząc na myśl leniwie płynącą wodę. Nad drugim wózkiem poświata była zmienna, żółta, nieco nawet pomarańczowa. Drgała, jakby wewnątrz niej coś się kotłowało. Marcel wstał od komputera. Oparł czoło o chłodną szybę. Co się, kurde, dzieje? Drgnął na dźwięk własnego głosu. „Taa” — kontynuował z ironią.
Co jest, brachu? Czyżby pod kopułką szwankowało? Chętnie napiłby się teraz czegoś mocniejszego, ale kto wie, co zobaczyłby po drinku albo dwóch. Znów zerknął na monitor. Obraz jakby żył. Mgliste kształty nad dziećmi migotały. Przyglądał im się dłuższą chwilę, coraz bardziej zafascynowany niezwykłym fenomenem. Parę razy wracał do poprzedniego zdjęcia. W końcu ustawił oba na widoku. Miał wrażenie, że poświaty różnią się kolorem, ale w gruncie rzeczy są tym samym zjawiskiem.
Ta nad starcem była mroczna, przydymiona. Co może łączyć dwa maluchy i śpiącego na ziemi wariata? Stukał palcami w klawiaturę. Ziewnął szeroko i zerwał się gwałtownie. Śpią! Strącił szklankę, która potoczyła się po dywanie. Jestem kretynem. Oczywiście, że śpią. A to oznacza... Zawiesił głos, nie dowierzając własnym przypuszczeniom.
Czyżby udało mu się sfotografować sen? Pokręcił głową. Niemożliwe. Nie sposób uchwycić na zdjęciu czegoś, co nie ma formy, co materialnie nie istnieje. Marcel był realistą. Zawsze bawiły go zdjęcia duchów czy innych zjawisk paranormalnych. Wierzył, że wszystko można racjonalnie wytłumaczyć i nagle sam miałby tworzyć coś takiego? Sen. W jaki niby sposób udało mu się to uchwycić? To nie było zwykłe załamanie światła, bo pozostała kwestia różnicy kolorów.
Rysy i inne mechaniczne uszkodzenia obiektywu lub aparatu wykluczył. Niemożność znalezienia odpowiedzi wywoływała mrowienie skóry. Postanowił sprawdzić swoje przypuszczenia. Lubił obserwować Jolę, gdy spała. Nic nie stało na przeszkodzie, by zrobił jej jedno zdjęcie. Wstał około trzeciej. Zachowywał się cicho, by nie zbudzić żony. Zapalił nocną lampkę i sięgnął po przygotowany za dnia aparat. Wcześniej wszystko zaplanował. Jedno ujęcie, długi czas naświetlania bez żadnych kombinacji.
Pstryk i gotowe. Od razu chciał sprawdzić, czy jego teoria jest prawdziwa. Podpiął się do laptopa i niecierpliwie czekał, aż otworzy się obraz na ekranie. Tak, był tam jakiś szary, gęsty cień. Pulsował, miotał się niczym dym na wietrze. Buzował. Marcel przyglądał się mu zahipnotyzowany. Miał przed sobą zjawisko niezwykłe, niebywałe. Był pewien, że nikomu wcześniej nie udało się go zarejestrować. To osiągnięcie, o którym huczałby cały świat, a co najmniej świat fotograficzny.
Już widział się odbierającego prestiżowe nagrody, biorącego udział w wiekopomnych badaniach. Może nawet jakiś Nobel. Zamrugał gwałtownie. Poświata nadal się poruszała. Miał wrażenie, jakby obserwował żywą istotę, oddychającą, pragnącą wydostać się na zewnątrz. Parsknął śmiechem. Jasne. Kręcił głową z politowaniem. Przyjdzie potwór i mnie zje. To pewnie jakieś fale magnetyczne, nieżywe kolory.
Cholera zresztą wie. Sen to sen. A może to już jawa? Są na tym świecie rzeczy... Parafrazował Szekspira. Kilkukrotnie powiększał i zmniejszał obraz. Wyostrzał, ale nie udało mu się ustalić, z czym może mieć do czynienia. Zmęczony zarzucił dociekania. W końcu sen to podstawa. Roześmiał się z żartu, który udał mu się mimochodem.
Wrócił do sypialni. Jola nadal spała, ale nie mógł opanować ciekawości i nieustannie zerkał w jej stronę. Czy teraz coś dojrzy? Po kilkunastu minutach intensywnego wpatrywania się w ciemność zasnął z postanowieniem, że jutro dowie się więcej, a przynajmniej więcej sfotografuje. Pogoda mu sprzyjała. Przyjście do parku było jak wygrana w lotka. Mnóstwo matek z dziećmi, wiele niemowląt w wózkach. Senne Eldorado – zamruczał Marcel, raz za razem wciskając spust aparatu. Nie zwracał uwagi na jakość czy kompozycję kadru. Interesowało go jedynie, czy maluchy śpią, czy uda mu się uchwycić ten fenomen, który nie opuszczał jego myśli.
Godzinę później zdyszany pobiegł na trzecie piętro. Przeglądał zawartość karty pamięci. Zdjęcie za zdjęciem. 19 ujęć. Sześć wyrzucił, nie dopatrzywszy się na nich nic interesującego, ale pozostałe przyciągały go pulsującym migotem. Faria barw, kształtów, różne tempo wibracji. Wzruszała go pastelowa obłość większości poświat. Uznał, że to efekt niewinności, nieskazitelności dziecięctwa właśnie. Jedno ujęcie wprawiło go w osłupienie. Młoda dziewczyna pcha wózek z obojętną miną.
Pamiętał, że szła przed siebie jakby bez celu. Ani raz nie zajrzała do gondoli, nawet gdy maluch się rozpłakał. Marcel strzelił fotę chwilę przed tym. Teraz przyglądał się kłębiącej się nad malcem plątaninie intensywnych czerwieni, gdzieniegdzie załamujących się, tworząc ostre kąty, przybierając mocno purpurowy, momentami czarny kolor. Poczuł mrowienie na ciele. Dłoń na myszce zadrżała. Co znaczył ten sen? Był zupełnie inny. Wzbudził w nim same negatywne emocje. Strach, złość, niepokój.
To przede wszystkim. Czy to tylko koszmar? Ale skąd koszmary u takiego brzdąca? Czy raczej odzwierciedlenie przeżyć dziecka? Co zatem mogło się z nim dziać? Bał się nawet nad tym zastanawiać, choć podskórnie czuł, że nie było to nic dobrego. By odpędzić te myśli, spojrzał ponownie na inne zdjęcia. Poszukiwał różnic, charakterystycznych szczegółów, rytmu migotania, czegokolwiek, by odgadnąć, o czym dzieci śniły. Skupiał się bardzo mocno. W pewnej chwili nie wiedział już, czy to, co widzi, jest wytworem jego wyobraźni, czy rzeczywiście zaczął coś dostrzegać.
W niektórych miejscach mgła jakby gęstniała, układając się w wibrujące kształty. Niezmiernie subtelne, niemal niedostrzegalne, ale miał wrażenie, że po wielu godzinach spędzonych na wpatrywaniu się w ekran zaczął naprawdę widzieć to, co działo się na fotografii, jakby musiał nauczyć się odczytywać obraz. Marcel, zafascynowany, obserwował nieznaczne zmiany wewnątrz poświat, drgania uwidaczniających się tam form. Ignorował całkowicie otaczające go dźwięki, telefony od żony, upływający czas. Hej, wszystko w porządku? Usłyszał Jolę dopiero, gdy dotknęła jego ramienia. Wołam cię i wołam. Dzwoniłam chyba z milion razy. Zgubiłeś telefon? Odruchowo spojrzał na biurko.
Smartfon leżał dokładnie tam, gdzie go zostawił. Sięgnął po niego. Jedenaście nieodebranych połączeń, kilka wiadomości. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Przepraszam, nie zauważyłem. Coś się stało? Nie, nic takiego. Po prostu się martwiłam. Poczochrała mu włosy. Skupiłem się na zdjęciach.
Wyłączył ekran, gdy próbowała zobaczyć, nad czym pracuje. To była jego tajemnica. Chciał jej strzec najdłużej, jak to możliwe. Zdziwiły go te myśli. Jeszcze niedawno był gotów oznajmić całemu światu, że on, Marcel Płóciennik, dokonał niemożliwego. Patrzcie i podziwiajcie. Oto sen. Teraz miał wrażenie, że to wiedza dostępna jedynie dla wtajemniczonych. Poczuł się wyjątkowy. W końcu jak wielu ludzi widzi to, co on?
Nie chciał się tym dzielić. Nie teraz. Nie zrobiłem obiadu. Sorry — rzucił, zmieniając temat. Może zamówimy coś tajskiego? Lubisz, a dawno nie jedliśmy. Objął żonę, by się przywitać, ale przede wszystkim dlatego, by jak najszybciej odwrócić jej uwagę. Wtuliła się, odpowiadając na pieszczotę. Zaczęła opowiadać, co wydarzyło się w pracy. Był wdzięczny za tę jej paplaninę.
Nie musiał się zupełnie na tym skupiać. Przytakiwał, uśmiechał się co parę chwil, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. Chciał odkrywać nowe przestrzenie, nowe senne światy i planował, jak tego dokonać. Fotografowanie dzieci w parkach szybko go znudziło. Poza tym jednym złowrogo czerwonym snem wszystkie były do siebie podobne. Delikatne, stonowane, pulsujące kształtami matek. Po prostu szczęśliwe. Marcel pragnął czegoś więcej, czegoś mocniejszego, ciekawszego. Prawdziwych emocji. Sny Joli także szybko spowszedniały.
Nauczył się odczytywać w nich jakieś korytarze, stoły, postaci. Pewnie nieustannie śniła o pracy. Po kilku tygodniach dostrzegł w nich inne motywy. Jakiegoś byka czy barana, węże. Nie chciał tracić na to czasu. Szukał nowych obszarów. Wolontariat w domu opieki dla seniorów wydał się fantastycznym pomysłem. Godziny na rozmowach ze staruszkami, karmienie, spacery. Mógł z tego powstać bardzo ciekawy materiał. Fotograficzny reportaż pełen retrospekcji, wspomnień, historii, które każdego dnia ulatywały w niebyt.
Pokręcił głową, odrzucając ten pomysł. Przecież takie coś może zrobić każdy. Marcel chciał osiągnąć to, co dla innych niemożliwe. Sny starszych ludzi były niesamowite, leniwe lub rozedrgane do granic możliwości, ale przede wszystkim każdy był inny. Gwałtowne, pełne bolesnych wspomnień, kantów, ostrych linii. Albo wręcz odwrotnie — ciepłe, łagodne, pulsujące radośnie niczym szczeniak merdający ogonem. Jeden z mężczyzn miał sen, w którym poświata rytmicznie, gwałtownie migała. Ciemne, smoliste barwy i błysk. Kilka chwil i błysk, błysk, błysk. Niemal noc w noc.
W ciągu dnia staruszek milczał. Wyglądał przez okno, nie przyjmował gości. Mówiono na niego Joszko, a pracownicy w dzień dobrotliwie przestawiali jego wózek w pobliże okna. Wieczorem odwozili do pokoju i pomagali się położyć. Zafascynował Marcela, który za wszelką cenę chciał dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Okazało się to trudniejsze, niż przypuszczał. Jednak się nie poddał. Nie liczył godzin, które poświęcał na odkrywanie historii Joszki. Mężczyzna nie miał krewnych ani przyjaciół. Nikogo, kto mógłby powiedzieć o nim coś więcej.
Ale Marcel zdołał dokopać się do ciekawych informacji. Podejrzewał, że migotliwe rozbłyski, które tak często obserwował, były nie tyle snem, co powracającym wspomnieniem. Często przeglądał notatki dotyczące starca, wyobrażając sobie, jak mogło wyglądać jego życie. Jako dziecko cudem przeżył masakrę w rodzinnej wsi. Niemcy znaleźli ukrywanego tam Żyda, więc w ramach kary strzelali do ustawionych rzędem mieszkańców. Joszko był ostatni, a strzelcowi brakło nabojów. Oficerowi nie chciało się dalej tkwić na wietrze, zmieniać broni czy jej przeładowywać. Wypuścił kilkulatka, który z trudem uciekł jak najdalej od trupów, goniony rechotem i krzykami żołnierza: „langsamer, langsamer, ich werde dich fangen!” Stary czasem wykrzykiwał to przez sen. Marcel czuł, że takie chwile mogą zaważyć na całym życiu, czego znakomitą ilustracją było życie Joszki. Nie założył rodziny.
Krótki epizod w UB, potem praca w jakimś więzieniu. Zawsze milczący, wycofany, nie nawiązywał żadnych relacji. Im więcej Marcel dowiadywał się o starcu, tym bardziej wciągał go jego mroczny świat. Nie zauważył, jak żona systematycznie znikała z jego życia. Przestali razem jeść, spać. W pewnym momencie uświadomił sobie, że nie słyszy jej ciągłej paplaniny. Zdziwiony zajrzał do kuchni, do sypialni. Joli nigdzie nie było. Nie było też jej butów, kosmetyków, płyt. Na szafce nocnej znalazł lekko przygłuszoną kartę.
„Czekałam na ciebie. Dzień, tydzień, trzy miesiące. Będę u mamy. Zadzwoń.” Kiedy mogła to napisać? Wyszukał numer teściowej, bo do żony nie mógł się dodzwonić. „Marcel?” Kobieta była zaskoczona. „Wie mama. Z Jolką chciałem pogadać. Jest może?” „Joleńka teraz pracuje jak wszyscy normalni ludzie.” W jej głosie słyszał dezaprobatę. Typowe.
Nigdy nie ceniła pracy Marcela. Fotograf. Phi. Gdyby chociaż robił zdjęcia do dowodów, miał zakład. Ale tak, zawsze wypominała mu lekkomyślność i żerowanie na żonie. „No tak, tak, ale mama powie, że dzwoniłem. Niech może oddzwoni potem.” „Potem? Przecież ona się wyprowadziła od nas z miesiąc temu. Ma narzeczonego, dyrektora.” Spojrzał z niedowierzaniem na telefon. Co tej starej się znów popierniczyło?
Jakiego dyrektora? Jego Jola? Jego korporacyjna kluseczka? Rozłączył się bez pożegnania i usiadł ciężko na sofie. Chwilę bawił się telefonem, póki nie zauważył daty na wyświetlaczu. Luty? Jaki luty? Przecież dopiero co było lato. Podbiegł do okna. Deszcz.
Szaro. Ludzie przemykali, kuląc się pod parasolami. Gdzieś wcięło mu ponad pół roku. Nie mógł przypomnieć sobie nic. Nic poza zdjęciami. Włączył komputer. Setki zdjęć. Dzieci, bezdomni, żona, rodzice, kumpel przy piwie, tysiące zdjęć z domu opieki. Joszko nad ranem, popołudniowa drzemka, wieczorem, w nocy. Codziennie kilka, kilkanaście fotografii.
Czyżby poświęcił dla tego wszystko? Bezmyślnie zmieniał obrazy na ekranie. Klik, klik, klik. Przeskakiwały niczym w filmie poklatkowym, tworząc coś nowego. Co tam Jola? Uświadomił sobie, że jej zniknięcie go nie obchodzi. Była. Nie ma. Po co drążyć? To tutaj, przed jego oczami, za jego sprawą dzieją się rzeczy ważne.
Usiadł wygodniej, przysunął się do monitora i rozpoczął przerzucać fotki od początku. Znajome kadry nabrały nowego wymiaru. Przestały pulsować, kłębić się. Migot przypominał teraz scenę jak ze starego horroru. Nad Joszkiem pochylała się upiorna postać. Marcel dostrzegł hełm, karabin. Teraz nie miał wątpliwości. Ten Niemiec co noc nawiedzał starca. Potwór co chwilę strzelał, a oślepiający błysk zalewał cały obraz. Nagle odwrócił się w stronę Marcela, spoglądając wprost na niego, po czym znów zajął się śpiącym.
Co, do cholery? Wzburzony fotograf oddychał szybko. To draństwo żyje? Wniosek, który mu się nasunął, wywołał burzę emocji. Strach i obrzydzenie szybko ustąpiły ekscytacji. Już teraz, zaraz musiał wrócić do ośrodka. Chciał być jak najbliżej fenomenu. Porwał aparat, statyw, do torby wrzucił jakieś chipsy, laptop i podbiegł na przystanek. W ośrodku nikt go nie zatrzymywał. Wszyscy znali tego stukniętego artystę.
Wszedł do pokoju Joszki i od razu rozstawił sprzęt. Podpiął aparat do laptopa, by śledzić podgląd zdjęć i ustawił interwał samowyzwalacza na minutę. Czekał. Coś musiało się wydarzyć. Mężczyzna wyjątkowo śnił o niczym. Mijały minuty, całe morze minut, a jedynie strzępy mgły leniwie snuły się nad łóżkiem. Nuda. Nijaki sen nijakiego człowieka — szepnął Marcel do siebie zniecierpliwiony. Nie chciał tracić więcej czasu. Te pół roku, którego nie zauważył, tkwiło w nim jak zadra.
Mógł osiągnąć więcej. Mógł podbić świat. Mógł... A gdyby tak nakręcić staruszka? Pomysł wydał się genialny. Podszedł do łóżka i wprost do ucha Joszki szepnął: „Langsamer, langsamer. Ich werde dich fangen.” Stary gwałtownie wciągnął powietrze. Nie obudził się, ale zmarszczył brwi i jakby skurczył się w sobie. Obserwowanie jego reakcji ekscytowało Marcela niemal tak, jak to, co ujrzał na pojawiających się zdjęciach. Poświata zawrzała, cienie zgęstniały, układając się w monstrualne kształty.
Prawie czuł w pokoju obecność sennego koszmaru. Powietrze zrobiło się ciężkie, duszne. Sam oddychał coraz szybciej, ale nie chciał przerywać. „Langsamer, langsamer. Ich werde...” — zaczął na głos. Joszko zaczął rzucać się po łóżku, obracając głową w konwulsjach. Pomarszczone dłonie drżały. Mimo to spał dalej. Marcel usłyszał trzask. Kolejne zdjęcie wyświetliło się na laptopie.
Mgła wirowała niczym huragan. Błyski migały w zawrotnym tempie. Patrzył jak urzeczony, chcąc więcej i więcej obrazów i doznań. A jeśli stary by... Wyszarpał spod głowy Joszki poduszkę i przysłonił twarz starca. Naciskał chwilę z całą siłą, ignorując słabą próbę oporu. Nagle odsunął się i zerknął na ekran. Jedno zdjęcie, a na nim poświata wybuchała czerwienią raz za razem. Przyglądał się jej zafascynowany. Zmarszczył brwi, gdy zauważył, że aparat uchwycił i jego.
Jak mógł tego nie wziąć pod uwagę? Kretyn! Wyrzucał sobie głupotę, gdy aparat zrobił kolejne zdjęcie. Nie różniło się niemal niczym. Wirująca czerwień kipiała nad łóżkiem. Na zatrzymanym kadrze Joszko unosi dłoń. Żyje, nie śpi, ale najwidoczniej nie jest do końca przytomny, skoro migot jest tak wyrazisty. Marcel zerknął na niego. Starzec zaciskał kurczowo pięść w okolicach serca. Pewnie zawał.
Szanse miał nikłe, ale Marcel dostrzegł szansę dla siebie. Szybko wykasował z karty pamięci poprzednie zdjęcie. Zatrzasnął laptopa i z krzykiem wybiegł z pokoju. Pomocy! Pomocy! Joszko. On chyba... Wpadł do dyżurki, udając przerażenie. Pielęgniarka odrzuciła koc i ruszyła do pacjenta. Zanim dotarł lekarz, mężczyzna zmarł.
Smutne, ale zdarza się w takich ośrodkach często. Stary, schorowany, a serce nie bije wiecznie. Jak nic zawał — zawyrokował lekarz, wpisując godzinę zgonu. Pani Mario, z rana do zakładu pogrzebowego pani zadzwoni. Nie miał rodziny. Niech to załatwią szybko. Marcel pozbierał swoje rzeczy. Idąc korytarzem przeglądał zdjęcia w aparacie. Na ostatnim nad ciałem Joszki i pielęgniarką w górze, znacznie wyżej niż zwykle, migotała niemal przejrzysta poświata. Ostatni rozbłysk i migot jakby implodował, znikając.
Mamy to! Marcel zacisnął pięść w geście triumfu i zamknął za sobą drzwi.
[03:15:19] - Cóż, proszę państwa, to jest ten moment, w którym mówię państwu dobrej nocy. Bardzo dziękuję za to, że wysłuchaliście kolejnego wydania Akademii Wszelkiej Fikcji. Polecam się na przyszłość. Cały czas mam nadzieję, że jeśli nie nastąpi żadna kosmiczna katastrofa, to za tydzień usłyszymy się ponownie. A zatem życzę państwu wspaniałego, pewno chłodnego, ale mimo to niech będzie wspaniały weekendu. A teraz na najbliższy czas dobrej nocy życzę. Do usłyszenia.
[03:15:57] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Ał redsync zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.