[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Już jest gorąco, a będzie jeszcze goręcej, bowiem właśnie teraz rozpoczynamy kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:34] - Dzień dobry wieczór państwu. Upalnie zrobiło się. Zawsze myślałem, że upalne to są lipcowe dni, a tymczasem okazuje się, że jakoś się wszystko pozmieniało. Ale nie rozmawiajmy o pogodzie. To jest domena zupełnie innych klimatów. My dzisiaj, tak jak zawsze, będziemy rozmawiać o książkach i o filmach. I zaczynamy tradycyjnie, co zawsze podkreślam, co też już stało się tradycją, a więc tradycyjnie, tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych. Pierwsza z tych polecanek nosi tytuł „Czy kiedyś wyjdzie słońce?” Autorką jest Anna Karpińska, wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery 19 sierpnia. Czasami wydarzenia z życia babek wpływają na życie matek i córek. Kiedy Helena przedstawia matce swojego narzeczonego Jana, okazuje się, że ta miłość nigdy nie powinna była zaistnieć.
Tajemnica wyjawiona przez Zofię w trakcie przyjęcia zaręczynowego sprawia, że zrozpaczeni młodzi decydują się rozstać. Oboje układają sobie życie z innymi. Helena ucieka w pracę i marzy, by chociaż jej córka Danusia poszła za głosem serca i była szczęśliwa. Kiedy poznaje swojego przyszłego zięcia, nie może uwierzyć, że los znów upomina się o stare sprawy. Trzy pokolenia, trzy historie, trzy kobiety, które muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: jak żyć, kiedy trzeba zrezygnować z miłości do ukochanego? A może jednak warto o nią zawalczyć? Książka jest kontynuacją opowieści „Nie wolno mi kochać ciebie”. Przypomnę to książka pod tytułem „Czy kiedyś wyjdzie słońce?” Autorka Anna Karpińska, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 19 sierpnia. Druga książka, którą chciałbym Państwu polecić nosi tytuł „Cała prawda o rodzinie”.
Autorką jest Lisa Scottline. Wydawnictwo ponownie Prószyński Media. Data premiery ponownie 19 sierpnia. Najnowsza powieść bestsellerowej autorki New York Timesa. TJ jest największym rozczarowaniem w rodzinie Devlinów. Wszyscy jej członkowie to cenieni prawnicy pracujący w renomowanej kancelarii Devlin and Devlin. Tylko TJ po wyjściu z więzienia i zakończeniu terapii odwykowej dorabia tam jako śledczy. Podczas rodzinnej imprezy jego życie wywraca się do góry nogami. Najstarszy brat wyznaje mu, że zabił księgowego, którego przyłapał na oszustwie finansowym. To wydaje się wręcz niemożliwe.
Przecież John zawsze był dumą rodziny. TJ postanawia wykorzystać tę sytuację, by udowodnić swoją wartość i ocalić dobre imię brata. Kolejne odkrycia wciągają go jednak w mroczną sieć oszustw, morderstw i sekretów, które mogą zagrozić jedności oraz nieskazitelnej reputacji rodziny Devlinów. Przypomnę, mówiłem o książce „Cała prawda o rodzinie” Lisy Scottline, wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery 19 sierpnia. I trzecia książka. Autorką jest Dagmara Jakubczak. Tytuł „Oddech przeszłości”, wydawnictwo Black Rose. Data premiery 18 dzień sierpnia. Intrygujący romans z motywem stalkera i elementami dark.
Marisa Moore nie miała łatwego dzieciństwa, a dziadek, który powinien był zapewnić jej beztroskie życie, stał się jej własnym potworem. Koszmar dziewczyny trwał, dopóki nie uwolniła się od niego po wyjeździe na studia. Do rodzinnego domu wraca krótko po jego śmierci. Ma zamiar sprzedać budynek i raz na zawsze uwolnić się od przeszłości. Nowo poznany mężczyzna daje jej nadzieję na normalne życie, ale mimo to nie czuje się dobrze w miejscu, które związane jest z tyloma przykrymi wspomnieniami. Ponadto ktoś usilnie próbuje uprzykrzyć jej cały pobyt. Anonimowe listy i kwiaty, wiadomości i niewyjaśnione sytuacje sprawiają, że Marisa nie może w spokoju cieszyć się nowym życiem. Ktoś ewidentnie chce ją nastraszyć. Ale kim ten ktoś jest i czego może chcieć od tak bezbronnej i skrzywdzonej kobiety? Przypomnę, to była polecanka książki „Oddech przeszłości” Dagmary Jakubczak, wydawnictwo Black Rose.
Data premiery 18 dzień sierpnia. No i kto zgadnie, co przyszykowałem na tę część audycji? Brawo! Zgadliście państwo. Tak, właśnie zaczynamy korepetycje filozoficzne. Dzisiaj postać, o której słyszeli chyba wszyscy. Ale nie przesądzajmy. Zaczynamy. Drodzy słuchacze, dziś przeniesiemy się w świat, w którym średniowieczne mury zaczynają pękać, a renesansowy wiatr niesie zapach czegoś nowego. Nauki, odkryć, wątpienia.
To początek XVII wieku. Czas teleskopów, mikroskopów i kompasów, ale też czas, w którym pytanie o pewność wiedzy staje się bardziej palące niż kiedykolwiek. Na scenę wchodzi René Descartes, Kartezjusz, człowiek o umyśle tak precyzyjnym, że mógłby mierzyć myśli linijką, ale jednocześnie o wyobraźni, która widziała świat niczym dzieło misternie zaprojektowane przez doskonałego geometrę. Kartezjusz żyje w epoce, która wciąż nosi w sobie średniowieczną wiarę, ale coraz mocniej chłonie ducha nowoczesności. Stary porządek kosmosu, sfery niebieskie, gwiazdy stałe na nieboskłonie, anielskie hierarchie. Wszystko to zaczyna ustępować miejsca surowej matematyce i prawom przyrody. Tyle że niemal natychmiast pojawiło się pytanie, na czym w ogóle można oprzeć wiedzę? Skąd mamy pewność, że jest ona wiedzą pewną, a nie kolejną baśnią? I właśnie tu Kartezjusz postanawia wykonać coś, co do dziś robi wrażenie. Wyrzucić wszystko ze swojej głowy, wyrzucić po to, by sprawdzić, co zostanie.
Wyobraźcie sobie państwo, że siedzicie w izbie ogrzewanej kaflowym piecem. Za oknem francuska zima, a wy postanawiacie, że zwątpicie we wszystko. W zmysły, we wspomnienia. W to, że macie ciało, w to, że świat istnieje i tak dalej. Brzmi jak początek szaleństwa, ale dla Kartezjusza to dopiero początek drogi. On wątpił metodycznie. Krok po kroku odrzuca wszystko, co może być choćby minimalnie niepewne, aż zostaje sam. I wtedy, w tej samotności myśli odnajduje coś, czego podważyć się nie da. Cogito ergo sum. Myślę, więc jestem.
To zdanie zna prawie każdy, ale paradoksalnie nie każdy do końca wie, o co w nim właściwie chodzi. Bo to zdanie brzmi jak iskra, która zapala nową epokę filozofii. Ale ma ono też swoją historię, bo wieki wcześniej, w IV wieku naszej ery, święty Augustyn, odpowiadając sceptykom, powiedział: „Si fallor sum”. Jeśli się mylę, to przecież istnieję. Kartezjusz być może nieświadomie powtarza jego intuicję, że świadomość własnego istnienia jest nie do obalenia nawet wówczas, gdy owocem owej świadomości są błędne sądy, wątpliwości. Augustyn odnalazł w tym dowód na istnienie Boga. Kartezjusz fundament dla całej nowoczesnej filozofii. Ale Boga również się nie wypierał. O tym za chwilę. Kartezjusz nie był tylko myślicielem.
Był też naukowcem, matematykiem, wynalazcą idei, które do dziś kształtują świat. Współczesna geometria analityczna to między innymi jego dzieło. On sam widział wszechświat jako precyzyjny mechanizm, uporządkowany, przewidywalny, działający według jasnych praw. A jednak, choć uznawał rozum za kompas, nie odrzucał Boga. Wręcz przeciwnie. W jego systemie Bóg jest gwarantem prawdy. To dzięki temu, że Bóg nie jest zwodzicielem, możemy ufać, że jasne i wyraźne idee nie wprowadzają nas w błąd. Kartezjusz uczył, że umysł i ciało to dwie odrębne substancje. Res cogitans, rzecz myśląca i res extensa, rzecz rozciągła. Człowiek jest więc istotą na granicy dwóch światów materialnego i duchowego.
Świat materialny można badać równaniami, świat duchowy introspekcją, a jego metoda? Ta metoda jest bardzo prosta w formie, ale rewolucyjna w skutkach. Descartes mówił: „Nie przyjmuj niczego za prawdziwe, jeśli nie jest oczywiste. Dziel każdy problem na części. Rozwiązuj je po kolei od najprostszych do najbardziej złożonych. Rób pełne przeglądy, by niczego nie pominąć”. Może to brzmieć jak instrukcja obsługi umysłu i w pewnym sensie tym właśnie jest. Ale w owym chłodnym racjonalizmie Kartezjusza jest też nuta intymna, niemal egzystencjalna. Odkrycie, że najgłębsza pewność bierze się z doświadczenia samego siebie jako istoty myślącej. W świecie, w którym wszystko można podważyć, ten jeden punkt pozostaje niewzruszony.
Jestem. I może właśnie tu Kartezjusz jest duchowym krewnym Plotyna i Augustyna, świętego Augustyna, bo każdy z nich, choć różnymi drogami, dochodził do wniosku, że prawda nie jest gdzieś na zewnątrz, lecz zaczyna się od wnętrza. Plotyn mówił: „Wycofaj się do środka”. Augustyn: „Wejdź w siebie, bo w głębi człowieka mieszka prawda”. A Kartezjusz stwierdzał natomiast: „Wątpię, ale w tym wątpieniu jestem”. Czy Kartezjusz stworzył filozofię chłodną jak algebraiczny wzór? Może. Ale w tym chłodzie kryje się żar, żar poszukiwania pewności, która oprze się każdej burzy. I tak oto, drodzy słuchacze, w XVII wieku, pośród dźwięków kół zębatych zegarów i piór skrobiących pergamin, Kartezjusz odnalazł to, co Augustyn przeczuł tysiąc lat wcześniej. Że choć świat może się chwiać, choć zmysły mogą nas oszukać, choć wątpienie może rozebrać nasze przekonania do fundamentów, to jedno pozostaje.
Ja. Ja istnieję, bo myślę. I może właśnie w tym i paradoks Kartezjusza. Z aktu wątpienia wyprowadza pewność, a z samotności umysłu wiarę w porządek całego świata. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne, korepetycje o filozofie, który żył na przełomie XVI i XVII wieku. A teraz, teraz czas na tytułowy program. Jakich obcych kreuje science fiction? To jest audycja z kanału Wehikuł Wyobraźni. Naszym gościem będzie Karol Ligecki, człowiek, który zanurzony jest w fantastyce naukowej. Człowiek, który kocha fantastykę naukową, ma własny kanał na YouTubie.
Kanał, który naprawdę warto odwiedzić. Proszę państwa, zatem wspólnie z Karolem Ligeckim zagłębiamy się w literaturę science fiction i zastanawiamy się, jakich obcych kreuje science fiction. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Na kanale, na którym bardzo często rozmawiamy o UFO, o obcych. No i bardzo często pojawiają się różne koncepcje, jak ci obcy mieliby wyglądać. Myślę, że naturalnym źródłem do przyjrzenia się problematyce obcych są książki science fiction. One może nie są źródłem, z którego można bezkrytycznie czerpać, ale też są czasami źródłem, być może często przerysowanym, ale czasami są źródłem, które pobudza wyobraźnię. A myślę, że tak naprawdę o to chodzi, żeby dopuszczać rozmaite warianty. Mamy dzisiaj gościa, Karola Ligeckiego.
[15:17] - Bardzo mi miło, dziękuję.
[15:19] - No tak, a ponieważ to jest pasjonat fantastyki naukowej, to myślę, że jak się dwóch takich pasjonatów spotkało, to możemy o tej roli fantastyki naukowej, o tym takim zasiewaniu różnych koncepcji, różnych idei porozmawiać. Najprostsze pytanie na początek: co, jeśli chodzi o obcych, fascynowało cię, fascynuje w fantastyce? Jakie ciekawe koncepcje dotyczące społeczeństw obcych, samych obcych w fantastyce odkryłeś?
[15:50] - Przede wszystkim u obcych pociąga mnie właśnie sama obcość i odmienność od znanych nam społeczeństw na Ziemi. I jednym z najciekawszych pomysłów, jakie pierwsze przychodzą mi do głowy, to jest pomysł obcych sowatych, które wymyślił Vernor Vinge w swojej powieści „Ogień na dotchłaniu”. Jest tam gatunek żyjący w małych stadach, w których to stadach po cztery, pięć sztuk. Dopiero wtedy rozwija się świadomość i inteligencja. Innymi słowy, musi być cztery do pięciu osobników, żeby w ogóle mogły normalnie funkcjonować. Jeżeli z jakiegokolwiek powodu, czy to w wyniku wypadku, czy w wyniku choroby, czy w wyniku wojen między tymi klanami sowatych zginie jeden lub dwóch z takiej piątki, to pozostała trójka nie jest w stanie normalnie żyć. Nie jest nawet w stanie funkcjonować w społeczeństwie czy się posilać. To jest wręcz jak umysłowo nie w pełni funkcjonalny osobnik. Istnieją tam możliwości dołączenia do takiej trójki kogoś, kto też stracił całą paczkę. Istnieje na to sposób.
Są do tego odpowiednio wystosowane jednostki, paczki, które potrafią tak przekształcić jakby świadomość tego jednego niepełnego osobnika do tego, żeby on mógł dołączyć do paczki i stworzyć znowu w pełni rozwiniętą świadomość, rozbitą tak naprawdę na cztery lub pięć osobników.
[17:07] - Okej, ta koncepcja jest ciekawa, ale jakbyś miał szczerze powiedzieć, na ile ona ci się wydaje prawdopodobna? Czy bardzo byś się zdziwił, gdyby przylecieli tutaj obcy? Powiedzmy w tym klasycznym UFO i okazali się właśnie takimi istotami, które owszem, są jakąś tam grupą osobników, ale tak naprawdę funkcjonują w ramach jednej świadomości. Czy ja bym był zdziwiony? Na pewno troszeczkę bym był zdziwiony, ponieważ jednak czytamy fantastykę naukową i zdajemy sobie sprawę, że tu jest element fantastyczny, często specjalnie pokazany, żeby pokazać właśnie tą fantastyczną odmienność, która niekoniecznie musi zaistnieć w przyrodzie. Natomiast wiedząc już, że takie koncepcje znamy z fantastyki, gdyby dziś przylecieli obcy i się okazało, że wychodzi piątka, bo w czwórkę nie da rady, bo się poślizgnie i nie umie opanować nawet ciała, to ja oczywiście zrobiłbym wielkie oczy. Potem bardzo bym się uśmiechnął i byłbym wyjątkowo zadowolony, że takie koncepcje naprawdę się pojawiają. Okej, ale w tym pytaniu to nie tyle pułapka, co właśnie chęć doprecyzowania, na ile to dzisiaj, kiedy nie mamy takiej możliwości sprawdzenia, kiedy nic jeszcze nie przyleciało, na ile dzisiaj wydaje ci się to czystą fantastyką naukową, a na ile wydaje ci się to po prostu prawdopodobne? Skłaniałbym się raczej ku temu, że jest to fantastyka, szczególnie w kontekście tego, jak Vernor Vinge wyjaśnia powstanie takiego umysłu. U niego jest to po prostu telepatia.
Telepatii na dzień dzisiejszy nie stwierdzono. Nie mamy, nie wiemy, nie jesteśmy pewni. Są jakieś przesłanki, ale raczej naukowo nie możemy stwierdzić, że mamy telepatię, więc raczej bym to zostawił bardziej po stronie fantastyki naukowej, ale też jest dosyć ciekawe przy tej koncepcji, że ona, chyba co jest w fantastyce najfajniejsze, ona zasiewa pewne ziarno. Dobrze, nie przyleci ich pięciu, ale sama koncepcja tego, że świadomość, umysł, ta istota niejako może być podzielona na kilka osobników, które tworzą pewną jedność. Już samo to jest ciekawe, jak to daleko zaszłoby w rzeczywistości. Można oczywiście dyskutować, do którego momentu jest to fantastyka, od którego momentu to już może być rzeczywistość, ale to jest to, co w fantastyce lubię najbardziej, czyli zasiewanie pewnych myśli, które można dowolnie rozwinąć. Naprawdę nie chodzi o to, żeby to się sprawdziło w 100%. Ale będę cisnął dalej. Czyli to była pierwsza społeczność, pierwsi obcy, których wyróżniłeś, którzy ci się spodobali. Sięgnijmy dalej.
Daleko nie będę sięgał, ponieważ akurat „Ogień na dotknięciu” u Vernora Vinge'a jest pełen fantastycznych pomysłów. Czy możemy sobie wyobrazić mobilne rośliny, które zakładają cywilizację? Otóż jak my nie możemy, to Vernor Vinge sobie za nas wyobraził i jest tam rasa, gatunek zwany skrodojeźdźcami, który jest tak naprawdę roślinami doniczkowymi na wózkach. I oni są, jeśli dobrze pamiętam, kosmicznymi handlarzami. Mają kontakty ze wszystkimi gatunkami, gdzieś tam sobie latają, handlują. Pomysł teoretycznie można by powiedzieć dziecinny z jednego punktu widzenia. Doniczka na kółkach. Nie postarał się człowiek, ale z drugiej strony to jest tylko powierzchnia. Ja nie chcę tu spoilerować powieści. Ktoś, kto miałby chęć ją przeczytać to polecam.
Jest tam dużo więcej na temat tego gatunku. On gra kluczową rolę, ale sam fakt, że rośliny w jakikolwiek sposób przeskoczyłyby ten brak mobilności, zaczęły tworzyć cywilizację techniczną, ponieważ używają kółek, jest dla mnie niesamowity i żałuję, że w powieści tej nie ma opisanego procesu, jak one do tego zdążają. Po prostu już są, więc zostaje to naszej wyobraźni jak. Wbrew pozorom mnie się w tej koncepcji podoba coś jeszcze, bo nie jest takie wcale oczywiste, przynajmniej w tak zwanym nurcie nauki. Czy powiedzmy to może nie nauka, może bardziej próby przewidywania przyszłości, jakieś próby wyobrażania sobie innych światów. Bardzo rzadko pojawia się koncepcja, pojawia się, ale bardzo rzadko, koncepcja inteligentnych roślin. To nie jest coś, co stanowi główny nurt w fantastyce. Raczej to zawsze twory odzwierzęce w jakimś tam procesie ewolucji. Rośliny pojawiają się stosunkowo rzadko i to już jest tak naprawdę ciekawe. Być może te rośliny częściej pojawiają się w filmach.
Tu żadnych badań, statystyki nie robiłem. Takie po prostu odnoszę ulotne wrażenie, że to jednak filmy. Jeśli chodzi o roślinny świat inteligentny one przodują. Tu mamy taki przejaw. Dobrze, to znowu pojawia się to pytanie: co dalej? Jakie jeszcze znalazłeś ciekawe przejawy bycia obcym? Zdecydowanie wyjątkowym gatunkiem obcego życia są ptaki Fotino u Stephena Baxtera w serii „Xeelee”, gdzie to są istoty stworzone z ciemnej materii, żyjące w pewnej stabilnej strefie studni grawitacyjnej gwiazd. I może tu będzie drobny spoiler, nie niszczący całkowicie przyjemności z czytania serii „Xeelee”. Ptaki Fotino niestety swoją działalnością wpływają negatywnie na przyszłość życia innego gatunku kosmicznego, czyli tytułowych Xeelee. I generalnie stąd wynika konflikt z tym, że ptaki Fotina nawet nie mają pojęcia, że one robią problem dla Xeelee, więc stanowią troszeczkę jakby siłę natury do momentu, w którym zrozumiemy, że mamy do czynienia z życiem prawdopodobnie inteligentnym, które nawet nie wie o tym, że nam robi krzywdę.
Jeśli patrzymy z punktu widzenia Xeelee. No i tu troszeczkę wchodzi moja fascynacja fizyką. Czy w przedziwnych koncepcjach fizycznych może zaistnieć życie? Stephen Baxter mówi, że tak. Stephen Baxter jest w ogóle mistrzem od tworzenia koncepcji daleko wykraczających poza fantazję innych autorów. Cały ten cykl, o którym mówisz, gdzieś jest zetknięcie z cywilizacją według skali Kardaszowa to jest gdzieś piąty, szósty stopień. Już nie pamiętam w tej chwili, ale to bardzo, bardzo wysoko. Tak naprawdę już poza skalą tą pierwotną, którą wymyślił Kardaszow. Tak naprawdę to już są dopiski późniejszych autorów i te cywilizacje, które opisuje Baxter nie tylko w tym cyklu, bo przecież kiedy mamy statki czasu, to tam też pojawia się cywilizacja naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Już samo to jest ciekawe.
Fantazja nie zna granic.
[23:24] - Zgadza się. Jeśli jeszcze do tego dorzucić nasze koncepcje życia, o których już rozmawialiśmy z okazji live'a w Kruku, że nie są tak do końca zdefiniowane, to pojawia się nam okienko do takich spekulacji, gdzie możemy sobie po prostu śmiało powymyślać i uznać, że może czegoś jeszcze nie wiemy. Może jednak może zaistnieć życie w takich warunkach.
[23:46] - No właśnie. Spróbujmy krótko zrekapitulować tę rozmowę. Wszystkich, którzy jeszcze nie dotarli do Białego Kruka, do tego live'a, zachęcam, żeby go odnaleźć. Ale próbując zrekapitulować, to powiem, że chodzi o to, że my dzisiaj mamy bardzo wąską definicję życia i to jest definicja najczęściej opisowa. To znaczy definicja, która mówi: życie to to, to, to i coś jeszcze. W związku z tym ona mi się wydaje ze swej natury niepełna. Zawsze coś tam można dodać, bo zawsze coś odkryjemy i zawsze definicję życia można rozszerzyć, bo czy kryształy żyją? Pierwsza odpowiedź brzmiałaby, że chyba nie. Ale jak te kryształy byłyby w jakiś sposób inteligentne? Tu warto sięgnąć nie tylko do literatury science fiction, ale także do różnych rozważań natury paranaukowej, gdzie są koncepcje istot krystalicznych żyjących z naszej perspektywy niezwykle wolno, ale jednak żyjących, przetwarzających dane, pobierających dane z otoczenia, wysyłających.
To się wszystko z naszej ludzkiej perspektywy odbywa bardzo wolno, ale to jeszcze wcale nie znaczy, że to nie jest życie.
[25:05] - Zgadza się. Idąc według takiej sztywnej, rygorystycznej dzisiaj definicji życia, którą moglibyśmy sobie wynotować, to ona troszeczkę też dla fantasty zawęża punkt widzenia. Bo jeśli musimy się mocno i sztywno trzymać tej nauki, to jako fantaści szukamy tylko tego, co znamy. A co z nieznanym?
[25:23] - Tak, mamy sytuację, w której właściwie szukamy pewnych transformacji biologicznych tego, co mamy na Ziemi, czyli może powiększamy pająki, a może coś pomniejszamy. Zresztą połowa filmów na przykład bazuje właśnie na takiej hybrydyzacji. Sklejamy różne rzeczy ze sobą i mamy obcego. Tymczasem wyraźnie widać, że fantaści w tym nurcie pisarskim, może to przejdzie i do filmu, wyraźnie idą w kierunku poszukiwań, otworzenia tej drogi wyobraźni, a w końcu jesteśmy w wehikule wyobraźni, otworzenia tej drogi dla wyobraźni i pokazania, że życie to nie tylko różne hybrydy, które biegają po filmach i po kartach książek, że to owszem, są koncepcje na przykład istot krystalicznych, o których tutaj krótko powiedziałem, ale gdzieś tam mogą istnieć istoty nawet metaliczne. Nie mam tu na myśli istot wytworzonych w takim sztucznym procesie, że najpierw była jakaś istota biologiczna, która wytworzyła jakąś tam cywilizację istot mechanicznych. Nie, mowa jest o istotach, których rzeczywiście natura była taka, że opierają się na pierwiastkach metalicznych. Sposób wyobrażenia sobie tego życia wymaga jednak fantazji. Co więcej, ja się zacząłem zastanawiać w pewnym momencie, jak by to było, gdyby takie dziwne twory przyleciały tu na Ziemię. Bo my bardzo często rozważając problemy UFO, mówimy sobie, że my nie bardzo możemy zrozumieć, jaka jest logika tego zjawiska. Ono się pojawia, ale my nie do końca potrafimy je zdefiniować.
Ono się dziwnie zachowuje, dziwnie reaguje, zmienia się na przestrzeni dziesięcioleci, więc my nie bardzo potrafimy sobie to wyobrazić. Po co na przykład te przysłowiowe szaraki czy małe zielone ludziki? Dlaczego oni to robią? Dlaczego tak to się wszystko zmienia? Podczas gdy wyobrazimy sobie, że natura tych istot jest zupełnie inna. Zostańmy przy tych kryształach czy metalach. Być może te małe zielone ludziki to są ich bioroboty, które one wysyłają, te istoty, których istoty nie jesteśmy w stanie pojąć. Dlatego, żeby w ogóle móc się z nami jakkolwiek skontaktować, ponieważ ich natura decyduje o tym, że taki kontakt face to face, po pierwsze nie ma face w przypadku jednym, a po drugie po prostu jest niemożliwy. Pewnej bariery i my, i oni nie jesteśmy w stanie przekroczyć. Stąd te bioroboty.
Ale odeszliśmy od tematu troszeczkę.
[27:58] - Odeszliśmy, ale to jest bardzo fascynujący temat i też kiedyś nad tym się zastanawiałem z punktu widzenia opowiadania, w którym ludzkość przyleciała na inną planetę, badała radarem tą planetę, a później okazało się, że jest gdzieś wioska tych inteligentnych istot. No i zaczęto z dala je obserwować i okazuje się, że te inteligentne istoty kręcą się jakby tak bez celu. Coś wyraźnie jest nie tak. Jeden szedł gdzieś i spadł z przepaści. No i niestety smutny efekt tego opowiadania był taki, że one widziały świat za pomocą radaru, a nasze silne radary im po prostu zniszczyły wzrok i oni wszyscy oślepli. Dlatego koncepcja, o której mówisz, gdzie pojawia się tak bardzo obce życie, że ono jest praktycznie z nami niekompatybilne i kontakt, jak mówisz face to face mógłby być zagrożeniem, czy to dla nas, czy dla nich. Już pomijając kwestie zrozumienia, to jeśli oni są na tyle inteligentni, że zdają sobie z tego sprawę, a jednocześnie mają tą chęć badania, to prawdopodobnie skusiliby się na stworzenie czegoś, co jest dla nas w jakiś sposób zrozumiałe. Czyli niechby był to właśnie jakiś biologiczny skafander czy robot humanoidalny. Coś, co posługuje się dźwiękiem na takich częstotliwościach, że nas nie ogłuszy. Podejrzewam, że my jako ludzie też moglibyśmy spróbować zrobić coś takiego.
Dam tu bardzo śmieszny przykład. Budujemy robotyczną kaczkę, żeby ona sobie w stadzie kaczek pływała, została zaakceptowana i żebyśmy poznali ich zachowania od środka, prawda? Już to na swój sposób robimy.
[29:17] - Co więcej, to może nawet być tak, że te bioroboty, które będą miały się z nami kontaktować, my dlatego też uważamy zachowanie obcych, jeżeli oni w ogóle są, jeżeli ta koncepcja w ogóle jest trafiona, to uważamy, że obcy z UFO zachowują się dziwnie. Ale właśnie skoro są biorobotami i działają jednak według pewnych paradygmatów, które są im narzucone przez te istoty, z którymi niewiele mamy wspólnego i nie bardzo się potrafimy porozumieć, to one wręcz muszą zachowywać się dziwnie, bo one owszem, odpowiadają naszym wzorcom tego, co uważamy za biologiczne, tego, co możemy uważać za rozumne, niemniej jednak podlegają innemu panu. Ten pan narzuca im pewne zachowania, których my już akurat niekoniecznie jesteśmy w stanie zrozumieć.
[30:08] - Zgadza się.
[30:09] - To przejdźmy dalej do literatury. Co ciekawego w literaturze jeszcze znalazłeś?
[30:14] - Zdecydowanie. Przejdę teraz tu do mojego ulubionego autora Alastara Reynoldsa i niestety wciąż jeszcze niedokończonej serii u nas „Przestrzeni objawienia”, gdzie pojawiają się żonglerzy wzorców. Jest to gatunek tak naprawdę żyjątek morskich.
[30:29] - ... których inteligencję ciężko zdefiniować. My wiemy, że one są inteligentne tylko dlatego, że zanurzenie się w oceanie pełnym tych żyjątek sprawia, że potrafią przekierować połączenia neuronalne w mózgu. Oczywiście w sposób dla nas, dopóki tego nie dokonamy, nieznany, więc ryzykujemy wchodząc do takiego oceanu. Ktoś może wyjść po kąpieli ze zdolnością do fantastycznego matematycznego liczenia, którego wcześniej nie miał, ale może się tam wydarzyć coś zgoła innego. Żonglerzy wzorców. Można by tu spekulować, czy to jest jakaś świadomość całego oceanu, coś w rodzaju Solaris u Lema, gdzie niekoniecznie były to mikroorganizmy, tylko po prostu ocean. Czy też jest to coś jeszcze innego? Fascynujące, a przede wszystkim tajemnicze, bo Reynolds tego nie wyjaśnia, więc zostawia nam to do rozmyślania samym sobie. Bardzo się cieszę w sumie, że fantastyka zaczęła od pewnego momentu rozumieć.
Może nawet nie, rozumiała to pewno wcześniej, ale zaczęła się posługiwać tym schematem czy rozwiązaniem, w którym nie wszystko jest oczywiste. Oczywiście Lem też już mówił, bo do Lema zawsze dobrze się odwołać. Lem o tym mówił, że być może nie jesteśmy w stanie się porozumieć. I ja pamiętam, jako młody człowiek bardzo się buntowałem przeciwko temu. „Nie, jak nie możemy się porozumieć?” Dzisiaj w miarę przemyśleń i różnych przykładów podawanych, dochodzę do wniosku, że rzeczywiście może tak być, że pewna bariera jest nie do przekroczenia. My owszem, możemy nawiązać jakiś rodzaj kontaktu, ale mimo wszystko do pełnego zrozumienia nie dojdzie. Możemy przekazać sobie komunikat: „Jesteśmy tutaj, myślimy” i oni też: „Też jesteśmy, też myślimy”. Ale te myślenia na pewnym poziomie, owszem, może jakiejś elementarnej logiki, ale to też nie jest takie pewne, mogą się spiąć, ale im bardziej będziemy odwoływać się do kultury poszczególnych nacji, czy Ziemian, czy tych obcych, to już może być z porozumieniem bardzo trudno. Cieszę się, że fantastyka to zrozumiała. Szkoda natomiast, że bardzo często natrafiam na naukowców zajmujących się często astronomią, ale tak się jakoś ułożyło, że bardzo często astronomowie wypowiadają się na temat obcych.
Być może pewna zbieżność tego, że patrzą w gwiazdy, a ci obcy mają z gwiazd przylecieć, w związku z tym czują się uprawnieni. Zresztą nie tylko, nie krzywdźmy tylko astronomów, ale ci naukowcy wypowiadają się najczęściej w duchu, że coś jest możliwe albo niemożliwe, a za tym, czy coś możliwe jest, czy nie jest, stoi to, że rzutujemy to, co wiemy o przyrodzie na Ziemi, to co ewentualnie sobie wymyślimy, ale na bardzo niskim poziomie i na tej podstawie mówimy, że coś jest albo nie jest możliwe. Dlatego jak rozmawialiśmy w tym live'ie na temat obcych, przytaczałem książkę „Wyobrażone życie”, gdzie dwóch ludzi, może nie naukowców, ale ludzi z nauką związanych zdecydowanie, rozważają koncepcję powstawania życia w różnych środowiskach, które nam jest bardzo trudno wyobrazić sobie, że na przykład pod powierzchnią lodowego księżyca. To jeszcze jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Takie koncepcje są, ale na przykład tam jest koncepcja księżyca zamrożonego, w którym są tylko kanały geotermalne, czyli bąble tak naprawdę z wodą w stanie płynnym i tam się rozwija cywilizacja. Najpierw życie, później ono dochodzi do progu rozumności i budowania cywilizacji. I oni to próbują kreślić, jak by nawet wyglądały wynalazki techniczne. Uważam, że to jest ten kierunek, w którym warto iść. A ci wszyscy, którzy mówią, że coś jest możliwe albo niemożliwe, to ja odsyłam jednak do fantastyki naukowej. I znowu pytanie: co tam jeszcze w fantastyce?
[34:20] - Przypomniała mi się właśnie teraz, już zupełnie bez notatek, bardzo ciekawa forma życia, która nie była stwierdzona przez naukowców, którzy na to trafili. Oni tylko stwierdzili, że widzą oznaki tego, co na Ziemi uznalibyśmy za formę życia. Nie powiem książki, ponieważ nie chcę wam zespoilerować. Traficie na to. Ale generalnie chodzi o natrafienie gdzieś głęboko w skałach pod ziemią na część płynną, niekoniecznie w formie magmy, tylko o temperaturze otaczającej skały. Raptem okazuje się, że zaczyna ten płyn przeżerać pojazd, który w tym płynie się zanurzył. A co przeżera pojazd? Kwas. Dobrze, ale po co kwas? Ponieważ przetrawia materiały na substancje inne.
I raptem sugestia jest taka, że trafili w układ trawienny istoty, która żyje w skałach. Ona jest oczywiście tak olbrzymia, że tam wręcz płynęli tym statkiem. Ten statek dosyć był pokaźny i w pewnym momencie sobie pomyślałem: to jest fascynujące. Czy to mogłoby żyć? Czy to mogłoby zaistnieć? Czy też tylko przypadkowo sprawia takie wrażenie, że to jest jak żołądek istoty żywej, mojej czy twojej, która po prostu sobie trawi akurat tam skałę, a nie chleb z masłem? Bardzo ciekawa koncepcja i tylko pokazuje, że możemy się wręcz pomylić myśląc, że coś jest żywe, a to jest tylko mechanizm, który wygląda podobnie jak jakiś element z naszego życia. Może tu troszeczkę odwróciłem temat, bo zamiast powiedzieć, że znaleźliśmy dziwne życie, to może się też okazać, że myśleliśmy, że znaleźliśmy życie, a jego tam nie ma.
[35:49] - Powiem tak: my przewędrowaliśmy troszeczkę przez biologię, biologię alternatywną, czy też może to już nawet trudno czasami nazywać biologią. Jeśli mamy do czynienia ze skałami, jeśli mamy do czynienia na przykład z istotami metalicznymi czy krystalicznymi, to już o biologii pewno można by podyskutować. Ale jest jeszcze jedna koncepcja, która dosyć często pojawia się w rozważaniach o UFO, ale zaczyna się powoli też pojawiać w fantastyce. Mianowicie, że być może ci przybywający do nas obcy, to oni tak naprawdę są tym, co my tu na Ziemi nazywamy duchami albo jakimiś takimi istotami, które my tak definiujemy, ponieważ dzisiejsza nauka nie bardzo ma narzędzia, żeby tego rodzaju zjawiska badać, jeśli one w ogóle istnieją. Bo od razu zróbmy to zastrzeżenie, że nie staramy się tutaj nikomu wmówić, że nic, tylko duchy. Natomiast jeśli to zjawisko jest w jakiś sposób realne, to myślę, że warto sobie wyobrazić, że być może jest taka część rzeczywistości. Nawet nie wiem, czy ona jest możliwa przez nas do ogarnięcia w najbliższym czasie, bo nauka mocno odcina się od pewnych sfer i w ogóle nie zamierza ich badać. Być może kiedyś zacznie je badać. Czy to, że te istoty właśnie nic z biologią nie będą miały wspólnego, a mimo to będą rozumne? Bo przecież sama koncepcja tego, że istnieje jakiś wielki pozamaterialny umysł, że mógłby istnieć, ona gdzieś tam w różnych miejscach, nazwijmy fantastyki naukowej, się pojawia.
Co ty sądzisz o takiej koncepcji?
[37:27] - Myślę, że definitywnie nauka, jeżeli już chce być tak bardzo badająca wszystko, nie powinna się odcinać również od rzeczy, które, nazwijmy to umownie w tej chwili, potrafią wystawić na pośmiewisko badacza, ponieważ pewne środowiska, tak jak wspomniałeś, kategorycznie się od tego odcinają. Część uważa w ogóle sam pomysł badania takich rzeczy za śmieszny. W związku z tym odcinamy się od jakiejś sfery, którą należałoby zbadać. Sam proces naukowy wymaga, żeby nie zostawić żadnego kamienia, pod który nie zajrzeliśmy. Bardzo mi się podoba koncepcja istnienia takiego życia. Gdybym chciał sobie wyjaśnić w sposób dzisiejszej nauki, na tyle, na ile można, możliwość powstania takiego życia, to sięgnąłbym po mózg Boltzmana, ponieważ mamy jakieś przesłanki w wyniku uczenia maszynowego i połączeń neuronalnych i tworzenia umysłów w szalkach, że myślenie i inteligencja najprawdopodobniej wynika z przetwarzania informacji przez dość skomplikowaną sieć połączeń. Więc jeżeli taka sieć połączeń istnieje w sposób materialny i przetwarza sygnał, czy mogłaby zaistnieć taka kombinacja jakichś energetycznych pól czy energii rozbłyskującej się we wszystkich kierunkach, w których przez tą jedną milisekundę zaistniał ten system przetwarzający informacje, czyli stwierdził: „Jestem”? Jeśli już pójdę takim skrótem myślowym, że on od razu miałby świadomość, język i zdolny byłby do pojęcia samego siebie. Jeżeli zrobimy ten krok, taki przeskok dość poważny i stwierdzimy, że coś takiego mogłoby zaistnieć, to przy długości życia wszechświata, o której już dziś wiemy i jego może nawet nieskończoności, bo tego też nie wiemy, czy wszechświat jest skończony, czy nie, dochodzimy tu do nieskończoności. A przy nieskończenie wielu kombinacjach taka kombinacja również musi zajść wcześniej czy później.
A jeśli zaszła, to moglibyśmy się pokusić o kolejny taki krok i powiedzieć, czy ona mogłaby się sama podtrzymywać. Czy byłoby tylko mgnienie oka, że pojawiło się i zniknęło, ponieważ wiatr kosmiczny rozwiał ten układ mózgu Boltzmana, czy też on mógłby przejąć w jakiś sposób władzę nad swoim otoczeniem i się podtrzymywać, jak taka pierwsza komórka, która gdzieś w tym kominie geotermalnym czy gdziekolwiek w życiu zaistniała i zaczęła się powielać. Jeśli uznamy, że te dwa bardzo śmiałe kroki pokonamy, to ja nie mógłbym powiedzieć: „Nie, nie mogą takie istoty istnieć", ponieważ uważam już, że mogłyby. Skłaniałbym się, że mogłoby coś takiego zaistnieć.
[39:50] - A jeśli dorzucimy do tego ideę wieloświata, swoistej piany światów, gdzie nasz wszechświat, o którym wiemy, że jest ogromny, właściwie wszyscy ci, którzy mówią, że ogarniają sprawę, kłamią tak naprawdę. Bo jak człowiek zaczyna sobie próbować przyswajać te same liczby, to one i tak absolutnie są nie do wyobrażenia. A poza tym bardzo polecam oglądanie wycinków, bardzo małych wycinków nieba. Ile tam tego jest, to bywa szokujące. Jest tego więcej niż gwiazd na niebie nad przeciętnym miastem europejskim. Nad miastem europejskim to w ogóle gwiazd nie ma, ale powiedzmy gdzieś poza miastem europejskim, tych gwiazd jest sporo, a galaktyk w tym wąskim wycinku jest jeszcze więcej. Więc to jest jakby ogrom. A jeśli dołożymy do tego, że to jest tylko jeden z bąbelków w wielkiej pianie światów, to stajemy się bezradni, absolutnie bezradni. I mówienie, że coś jest możliwe czy nie jest, w tym wypadku już mi się zaczyna wydawać dużą odwagą, ale widać niektórzy się na tę odwagę decydują. Czy jeszcze jakieś istoty pamiętasz, które jakoś wspominasz dobrze?
[41:04] - Zdecydowanie byliby to lalkarze u Larry'ego Nivena. To jest tak fascynujący gatunek, że za pierwszym razem, kiedy czytałem „Pierścień” jeszcze jako młody nastolatek, nie wszystkie niuanse wychwyciłem. Byłem bardziej nastawiony na akcję. I tak już jest, młodość ma swoje prawa. I lalkarze wtedy byli dla mnie dziwni, ponieważ oni dziwnie wyglądali fizycznie: trzy nogi, dwie głowy i tak dalej. Mieli jakieś swoje dziwne koncepcje do kontroli Ksinów, czyli ich wrogów. Natomiast dopiero później, nie wiem, czy powinienem tu spoilerować, ale miejmy nadzieję, że „Pierścień” Nivena jest już tak znany, że nie zepsujemy czytelnikom przyjemności z czytania. Natomiast dopiero jako już człowiek dorosły przeczytałem jeszcze raz „Pierścień” i się okazało, jaka to jest manipulacyjna rasa, jaki to jest gatunek, który potrafi zmanipulować wszystkich wokół siebie tylko dlatego, że się strasznie boi o siebie. Ten strach napędził cywilizację tak naprawdę.
[41:58] - I sama nazwa nabiera złowrogiego znaczenia.
[42:01] - Tak. Jeszcze można do tego dorzucić, że jeśli nie zainteresowaliście się tą powieścią, to ona jest bardzo wielowątkowa i sam pomysł lalkarzy jest dużo bardziej rozwinięty niż to, o czym wspomniałem, więc nie bójcie się spoilerów. Zachęcam do czytania. Ale chciałbym zapytać teraz z drugiej strony, bo Marek, to ja opowiadam o tym, co mnie interesują za obcy. A może ty byś powiedział o jakimś gatunku, który ciebie bardzo zainteresował?
[42:25] - Ja powiem o czymś, co mnie zafascynowało. Te istoty nie były, zaraz wytłumaczę ten czas przeszły, nie były jakimś takim bardzo dziwnym gatunkiem, ale wydały mi się fascynujące z racji śladów, które pozostawiły. To jest planeta Lemnos, to jest „Człowiek w labiryncie” i tam pozostało wielkie miasto labirynt chroniony ze wszystkich stron. Tylko strefy centralne tego miasta labiryntu są prawie wolne od pułapek. I ta prastara cywilizacja, bo kiedy główny bohater „Człowieka w labiryncie” przybywa na Lemnos, to dawno już ta cywilizacja nie istnieje. Bardzo dawno. I ona mi się wydała nie tyle fizycznie fascynująca, być może to jest kwestia tego, że ja tę książkę bardzo dawno przeczytałem, ale ona, znowu odwołam się do wehikułu wyobraźni, ona bardzo podziałała na moją wyobraźnię. Jak mogli wyglądać ci obcy, którzy stworzyli na planecie jedno ogromne miasto chronione przed wszystkimi? Ale jest w tej powieści cywilizacja, która nie odeszła jeszcze w niebyt i jest ciekawa. To jest cywilizacja, która głównemu bohaterowi tak naprawdę robi krzywdę, bo kiedy on przybywa na Beta Hydri, tam spotyka obcych, rysuje im trójkąty, koła i w ogóle usiłuje nawiązać kontakt według takiego paradygmatu stworzonego na Ziemi przez specjalistów od kontaktu.
Oni tak patrzą na niego dziwnie, później zabierają go do siebie. I robią coś, specjalnie używam tego słowa, robią coś z jego świadomością, z jego mózgiem, z jego sposobem odbierania i przekazywania informacji. Dlatego powiedziałem, że robią mu krzywdę. On później, kiedy wraca do ludzi, w gruncie rzeczy to nie był udany kontakt, ale wraca do ludzi, do tej sfery w galaktyce, którą zajmują ludzie i on jest trudny do tolerowania, ponieważ wszystkie jego emocje, wszystko to, co jest w nim, jest wylewane. Ludzie to czują. On czuje tych ludzi. To później zresztą jest wykorzystane. Ja już tu totalnie spoileruję, ale warto mimo wszystko tę książkę przeczytać. Później to jego przekleństwo. Dlatego on ucieka przed ludźmi, przed cywilizacją na planetę Lemnos, gdzie się zamyka w labiryncie, ponieważ ludzie odrzucają go.
Nie chcą tego uzewnętrzniania się, tego przekazu, tego wypływu duszy, tak to już bardzo patetycznie nazwijmy. Nie chcą. Odrzucają to. Nie. Okazuje się, że nawet przekleństwo może być czymś, co uratuje ludzkości tyłek. Tak już to powiedzmy brutalnie, bo pojawia się rasa, z którą znowu, to dobrze nawiązuje do tego, o czym dzisiaj rozmawialiśmy, nie można nawiązać kontaktu. Ta cywilizacja, ta rasa, ona nie tyle, że nie chce nawiązać kontaktu, co nie widzi potencjalnego partnera do kontaktu. Ziemskie kolonie, które są po kolei opanowywane przez obcych, one są podbijane. Tam jest instalowany na orbicie jakiś strażnik, który nadzoruje i w ten sposób oni przejmują kontrolę nad ziemskimi koloniami. Wynika z informacji, że nie robią tego złośliwie.
Oni po prostu nie dostrzegają w ludziach partnera. Dostrzegają jakieś mrówki, którymi ewentualnie można zarządzać na przykład przy eksploracji planety. I to przekleństwo okazuje się zbawieniem, bo to on jedyny potrafi nawiązać kontakt z tymi istotami. Przyznam, że koncepcja jest przewrotna i w jednej książce mamy trzy różne rasy. I zauważcie państwo, jak to się bardzo dobrze układa. Silverberg po prostu był mistrzem. Jest mistrzem. Ja po prostu uwielbiam ten sposób pisania, który on reprezentuje. A "Człowiek w labiryncie" to była jedna z pierwszych moich lektur i okazuje się, że to, czym się za młodu nasiąknie, to później i tak się wspomina te książki. To jeszcze nie był czas, kiedy Silverberg pisał tę książkę, w którym te istoty pojawiały się masowo.
Mówię o takiej fantastyce już na poważnie. Raczej oszczędnie gospodarowano obcymi. Oni się oczywiście pojawiali, ale nie byli tak eksploatowani jak to na przykład w złotym wieku fantastyki amerykańskiej, gdzie obcy był w każdym opowiadaniu, miał różne dziwne cechy. Na ogół właśnie takie hybrydyzowane. To był trochę człowiek, trochę mrówka albo trochę mrówka, trochę słoń. Przesadzam, ale jakoś tak to wyglądało. U Silverberga jedna stosunkowo krótka powieść, bo dzisiaj to byłby zeszycik cieniutki. Dzisiaj się takich powieści już nie pisze. Dosyć krótka powieść. Pach.
Mamy trzy różne rasy, z czego jedna już dawno wyginęła, ale dwie są jak najbardziej obecne. Co więcej, problem, o którym dzisiaj rozmawiamy, czyli braku kontaktu, braku możliwości porozumienia się, tam występuje w pełnej krasie.
[47:25] - I dlatego właśnie kochamy fantastykę naukową.
[47:27] - Tak jest.
[47:28] - Że dawała takie koncepcje i do myślenia, prawda?
[47:31] - Pięknie ci, Karolu, w takim razie dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Przypomnę, że Karol startuje na YouTubie i myślę, że to jest kanał, na który warto zajrzeć. Warto tam zapoznać się z treściami, bo tak jak powiedziałem na początku naszej rozmowy, Karol jest miłośnikiem fantastyki, a to zaręczam, coś znaczy. A teraz powiedz, gdzie cię w sieci szukać.
[47:56] - Dziękuję za zareklamowanie, Marku. Można mnie znaleźć pod hasłem "Muta Hominid" i jeśli wpiszecie sobie to w YouTube, to kanał się znajdzie. Oczywiście jest on bardzo malutki, ale zapraszam. Są recenzje książkowe, są jakieś koncepcje wyciągnięte z fantastyki, zdarzają się wywiady, więc zapraszam. A ja ze swojej strony oczywiście Marku też na swoim kanale z wielką przyjemnością polecę swoim widzom twój kanał, bo też jest pełen fantastycznych treści i aż żałuję, że dopiero niedawno go odkryłem.
[48:24] - Piękne dzięki. To tyle wymiany uprzejmości, a wszystkim, którzy wolą jednak twarde fakty, to powiem, że pod filmem znajdziecie państwo link do kanału Karola.
[48:35] - Dziękuję za rozmowę.
[48:37] - Dzięki pięknie.
[48:38] - Do zobaczenia i do usłyszenia.
[48:42] - Proszę państwa, jeśli ta rozmowa państwa zainteresowała, to zapraszam na kanał Karola Lickiego, "Muta Hominid". Wstukajcie państwo na YouTubie, a na pewno się pojawi. Proszę państwa, czas na kawałek filmowy. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o "Wojnie światów", o kolejnej ekranizacji klasycznej powieści Herberta George'a Wellsa. No tak, ale chyba przesadziłem. Mówienie o ekranizacji w przypadku tego filmu to jest gruba, absolutnie gruba przesada. To jest dzieło osobne. A czy dobre? Za chwilę państwu powiemy. Dzień dobry wieczór państwu.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[49:33] - Dzień dobry wieczór, witam serdecznie.
[49:36] - Upał straszliwy, a w dodatku nie jest przyjemnie, bo obejrzeliśmy wspólnie z Piotrem najnowszą "Wojnę światów". No i przyjemnie nie jest. Bo po pierwsze akcenty wojenne to wiadomo, nigdy przyjemnie, a po drugie to państwu o tej "Wojnie światów" opowiemy i to będą refleksje, dla mnie przynajmniej, druzgoczące.
[50:04] - Truzgoczące. A "Wojnę światów" jako książkę bardzo lubię. To była jedna z tych książek, które mnie kształtowały jako miłośnika science fiction, bo jest po prostu dobrze napisana. To już nie chodzi o język, bo język się mógł trochę zestarzeć, ale ona jest po prostu przemyślana, dobrze skomponowana. Dobrze ta historia gra, a napisana była jeszcze pod koniec XIX wieku, więc facet wiedział, jak pisać. Mam niestety obawy, że w XXI wieku niektórzy nie wiedzą, jak to zamienić na fajną historię filmową. Bo tak naprawdę, jeśli chodzi o większe kina, to jest trzecia z kolei ekranizacja "Wojny światów", pierwsza w latach 50. Ona jest taka do dzisiaj. Dzisiaj może trochę bawi, ale jednak swój klimacik ma. Później była ta z Tomkiem Cruisem i różnie o niej mówiono.
Ja nie jestem jej miłośnikiem, ale też jakoś się nie wstrząsam oglądając. Natomiast mam wrażenie, że przy trzeciej odsłonie to jeszcze przez jakiś czas będę się wstrząsał.
[51:22] - Chciałoby się powiedzieć, że dzisiaj omawiamy klasyk nad klasyki. Pewnie Marek nam za chwilę jeszcze przedstawi kilka innych ciekawostek na temat literackiego pierwowzoru. Natomiast nowa interpretacja dzieła Wellsa pojawiła się na jednym z serwisów streamingowych. W roli głównej w nowej "Wojnie światów" znany raper i aktor Ice Cube. On jest kojarzony w większości z rolami komediowymi, tutaj jednak w roli jak najbardziej poważnej. Tyle że film niepoważny. Dlaczego? Wydaje mi się, że żadne sci-fi w ostatnich miesiącach nie zostało tak brutalnie wychłostane przez widzów i przez krytykę. Bo o ile opinie na temat filmów wśród widzów, recenzentów, opinie internetowe są często bardzo różne, tak w przypadku "Nowej wojny światów" trudno jest znaleźć cokolwiek pozytywnego. I to nie jest przesada.
Ale tak szczerze powiem, że na samym początku, kiedy jeszcze nie wiedziałem, z czym się ten film je, to sam początek wydał mi się nawet interesujący. Nie miałem aż tak złych przeczuć. Co prawda bardzo szybko się zorientowałem, że to jest produkcja po taniości, czyli opowiedzenie starej historii przez pryzmat nowych technologii. Ale ja generalnie lubię takie filmy, w których się wykorzystuje nowe technologie albo wykorzystuje się internet do opowiedzenia pewnych strasznych historii. Tyle że tutaj to jest jakieś horrendum. Tutaj to jest w ogóle absurd totalny. Marku, może jeszcze zanim przejdziemy do rzeczy, to kilka słów o tym literackim pierwowzorze, bo musimy wspomnieć, że oprócz tego, że mamy do czynienia z klasyką sci-fi, to również "Wojna światów" wspominana jest bardzo często w książkach ufologicznych albo tych dotyczących kontaktu z obcymi. Z powodu paniki, która wybuchła po emisji słuchowiska "Wojna światów" w roku 1938 opinie na temat tamtych wydarzeń są dzisiaj różne. Historycy nie podchodzą do tego tak jak jeszcze kilkanaście lat temu, że wybuchła panika. Raczej to były ograniczone ogniska, lokalne skupiska panikujących ludzi, którzy uwierzyli, że w radiu nadawana jest relacja o inwazji obcych.
Tylko że taka rzecz mnie zaczęła nurtować, czy są jakieś wyraźne elementy w tej nowej wersji, które by mocno nawiązywały do tego pierwowzoru? Bo tutaj wszystko się dzieje w naszych czasach. Ten film też nie jest tak do końca podobny do chociażby tego z Cruisem. Które elementy byś wziął na tak, które ci się podobały? Bo tak jak powiedziałem przed chwilą, kiedy film wystartował, to myślałem, że to nawet będzie ciekawie. Po taniości, ale ciekawie. Ale srogo się zawiodłem.
[54:38] - Ciężkie zadanie stawiasz przede mną, Piotrze, bo ja miałem tak samo. Pierwsze 15, może 20 minut, chyba jestem zbyt łaskawy, powiedzmy pierwszy kwadrans to rzeczywiście był rodzaj takiej ekscytacji, ciekawości, jak oni to rozegrają. Te ekrany, a właściwie pulpity nakładające się na obraz głównego bohatera. To wszystko wydawało się, że może pożeglować w ciekawym kierunku. Ale pytasz, Piotrze, co tam na tak? Niewiele. Nie wiem, czy potrafię to wymienić, bo później zająłem się okrutną zabawą przy tym filmie. Czymś musiałem się zająć. Okrutną zabawą polegającą na tropieniu idiotyzmów, kompletnych idiotyzmów.
[55:31] - Tak, o to też cię chciałem zapytać, ale w następnym wejściu. Bo wiem, że to twoja filmowa pasja.
[55:39] - Tak, ale tych idiotyzmów było tutaj tak dużo, że jeśli nawet coś dobrego było gdzieś tam w rogu, sobie siedziało i płakało albo się śmiało, to ja tego nie zauważyłem, ponieważ stopień nagromadzenia głupot w tym filmie jest naprawdę duży. I tak jestem delikatny. Powiem tak: ja cały czas miałem nadzieję jeszcze po tym kwadransie, że to się jakoś uporządkuje, że to pójdzie w lepszą stronę, że jakoś to jednak się uładzi. Nie poszło w lepszą stronę, cały czas powielano to samo. I było to coraz głupsze. To, że film jest nieustającą reklamą, super giga reklamą jednej z platform, która zajmuje się dostarczaniem dupereli do mieszkań, różnych dupereli, w tym książek też. To jest zupełnie osobna sprawa i ja nie wiem, jak mogło do tego dojść. Ja rozumiem, że budżet filmu dzięki temu zyskał, ale już tak namolna i nachalna reklama w dziele, które się sprzedaje bądź co bądź widzom, to chyba już troszeczkę przesada, ale tej firmy na A jest tam naprawdę masa. Poza tym z tych głupot, ja jednak będę się na tych głupotach skupiał, bo naprawdę nic dobrego o tym filmie do powiedzenia nie mam. Może ta technologia.
Może przez chwilę fascynowało mnie to, że da się aż tak kontrolować ludzi. Ale za dużo różnych teorii spiskowych przerabiam i za bardzo mnie to wszystko interesuje, żeby stanowiło to dla mnie jakieś specjalne zaskoczenie, że czynniki rządowe pewnego państwa wielkiego i mocnego mogą z obywatelem zrobić wszystko, mogą go prześwietlić bez jego wiedzy, mogą go zamknąć w domu, mogą mu skasować oszczędności. Cokolwiek sobie państwo wymyślicie, to mogą. Takiej ekscytacji starczy na pięć minut, dziesięć. Ja nawet nie wiem, czy nie przesadzam. Natomiast to jest za mało. A z głupot, proszę państwa, pierwsze z brzegu. W pewnym momencie nad miasto lecą dwa bombowce. Mają zrzucić tam potężne bomby. Nie wiemy jakie.
Może atomowe, bo ma być bardzo wiele ofiar, ale nie podejrzewam. Może jakieś takie wielkie bomby, jak to się na Afganistan czasami zrzucało. Jakieś takie potężne matki czy ojców wszystkich bomb, więc ma pierdzielnąć potężnie. I co widzimy na przebitce na jednym z ekranów? Że ta sama armia, która wysłała te dwa bardzo nowoczesne bombowce, które są o kilka minut zaledwie od tego bombardowania, jednocześnie ta sama armia na miejsce do tego miasta wysłała śmigłowce i te śmigłowce unoszą się w powietrzu. Co by się stało, gdyby spadła bomba i taka konkretna z tym śmigłowcem, który byłby blisko epicentrum? To sobie państwo tylko wyobraźcie. O różne rzeczy można podejrzewać armię amerykańską, ale nie, że to jest banda idiotów. Oni dosyć planowo działają. Owszem, zdarza im się czasami friendly fire, ale raczej jak działają na swoim terytorium, to raczej działają rozsądnie.
Chociaż jak sobie przypomniałem teraz, co się działo we wrześniu pewnego sławnego roku z dwoma wieżowcami i co się działo w przestrzeni powietrznej Stanów Zjednoczonych, to chyba będę musiał to, co powiedziałem przed chwilą, trochę jednak odszczekać. Więc traktujcie państwo, że odszczekuję. W każdym razie takich różnych głupot i głupotek typu, że nagle ktoś sobie przypomina, że oni właśnie testują dostarczanie paczek za pomocą dronów i myk, myk! I ten dron polatuje sobie świetnie, chociaż dopiero facet się kształci, to on jednak dolatuje prawie tam, gdzie miał dolecieć i tak dalej. Zapomniałbym, moja ukochana scena, gdzie pewnemu bezdomnemu za odwrócenie drona ofiarowuje się bon czy jakiś kupon, czy jakieś coś za tysiąc dolarów i on za te tysiąc dolarów tego drona odwraca. I tak dalej. Ja wiem, że to się wszystko pozornie klei w tym filmie, bo jakaś ciągłość jest. Ale ja myślę, że w filmach tego rodzaju, w ogóle w opowieściach tego rodzaju nie chodzi o to, żeby się wszystko klepnęło i wszystko połączyło ze sobą, tylko żeby to się połączyło w sposób wiarygodny. A tego chyba w tym filmie najbardziej brakuje, czyli wiarygodności. Wiarygodności właśnie.
My owszem, na przykład widzimy żołnierzy, którzy strzelają do tych trójnogów, ale miasto jest jakby takie opustoszałe. Ja wiem, że się lepiej kręci, jak na ulicach nie ma ludzi, ale ja jednak nie jestem przekonany, że to miasto by aż tak opustoszało. Nie wiem. Trzeba ten film po prostu zobaczyć, bo ja wiem, że jak ja teraz wyciągam to, co wyciągam z kontekstu, to ktoś może powiedzieć: „Och, tam się czepiasz, Żelkowski, przecież mogło tak być”. Tak, właściwie wszystko mogło być. Tylko to wszystko, co by mogło być, składa się na taki ciąg, który jest mało prawdopodobny. A powiedziałbym więcej, on jest prawie w ogóle nieprawdopodobny.
[01:01:34] - Jak słuchacie Filmotekarium, to doskonale wiecie, ile jest złego science fiction. Może nie zawsze takiego złego do szpiku kości, bo często są to źle zrealizowane historie. Często twórcom brakuje kasy po prostu i wychodzą filmy zrealizowane tak jakby połowicznie, bo nie da się wszystkiego pokazać za daną kwotę. Twórcy „Wojny światów” to tak jakby przewidzieli i oni się z widzem nie bawią, oni się nie szczypią w tangu. Od razu widzimy, że otrzymujemy film po taniości zrealizowany z perspektywy stanowiska komputerowego. Tak, szanowni państwo, tam przez ponad 100 minut facet siedzi, ten Ice Cube w większości klika, klika, dzwoni, rozłącza się, rozwija menu prawym przyciskiem, klika, wybiera coś. W międzyczasie ratuje świat przed kosmitami i swoją rodzinę też ratuje. Przy czym Marku, ja zauważyłem w pewnym momencie, że on tak się pieści z tym najeżdżaniem kursorem, że to jest tak wszystko pokazywane pieczołowicie, że oszaleć można. Powiedziałem początkowo, że myślałem, że ten film troszeczkę będzie ciekawszy, że się trochę udało, ale bardzo szybko twórcy się wysprzęglili z pierwszymi absurdami. Już na samym początku sytuacja na Ziemi jest podbramkowa, nie działają satelity, jakaś apokaliptyczna pogoda w ogóle, jakieś huragany ogniste, a oni tacy nieprzejęci siedzą sobie, gadają jakby nigdy nic.
Oczywiście do momentu, jak się pojawiają kosmici. Ale to jest najmniejszy pikuś. Powiedziałem, że ten film został wychłostany między innymi za ilość absurdów i tam też jest, Marku, sporo absurdów technicznych również. To może zostawimy naszym szanownym słuchaczom, jeżeli kiedyś podejdą do tej nowej "Wojny światów" z Ice Cube'em, to pewnie szybko się zorientują, o co chodzi. Natomiast co jeszcze chciałem powiedzieć? Po pewnym czasie nie byłem w stanie tego oglądać niestety świadomie. Te absurdy i taniość, przeciągające się sceny, gdzie ten bohater klika, klika, to jest tylko jedna z przyczyn porażki tego filmu. Dziwne jest natomiast to, że tam się pojawiają generalnie dość znani aktorzy. Gra tam też Eva Longoria. Wygląda to może nawet tak, że twórcy filmu "Wojna światów" wydali wszystką kasę na gażę i musieli zrobić film o facecie, co siedzi przy kompie.
Kto wie, może tak było. Tylko że powiem ci coś takiego, co mi przyszło do głowy, co zresztą też przeczytałem w kilku komentarzach. Gdyby ten film został nakręcony w okresie pandemii albo miał premierę po pandemii, kiedy nas raczono podobnymi tworami rozgrywającymi się często w zamknięciu w jednym pomieszczeniu, takimi filmami bardzo oszczędnymi, to zaryzykuję stwierdzenie, że to by przeszło, to by się obroniło. Natomiast teraz, na tle już unormowanej sytuacji, "Wojna światów" jest de facto antyfilmem. To znaczy, jeszcze raz, za pandemii pewnie by przeszła, bez echa by przeszła, bo bez echa. Natomiast teraz spada na to potężna fala krytyki. Tego filmu nic nie ratuje, absolutnie nic. Czytałem też wśród komentarzy takie oto słowa: czy przypadkiem nie mamy do czynienia ze swego rodzaju prognostykiem? Czy przypadkiem nie będzie tak, że filmy w ten sposób będą teraz kręcone, te filmy do streamingu, czyli przede wszystkim po taniości? Jest jeszcze coś, na co trzeba zwrócić uwagę.
To jest coś, czym próbowano może ten film deczko poratować, może też trochę zaskoczyć widza. To jest wątek ufologiczny, tylko że to jest wątek ufologiczny odnoszący się do realnych wydarzeń, które się dzieją w naszym świecie, do pewnych miejsc, incydentów, które przerabiamy albo obecnie, albo od kilku lat w ramach Disclosure. Tam widzimy, że jeden z bohaterów natrafia na foldery, w których mamy bardzo ciekawe informacje, chociażby o ranczu Skinwalkera. Nie wiem, czy one są ciekawe.
[01:05:55] - Tak, tam jest cała lista teorii spiskowych. Wszystko, co mogłoby państwa zainteresować, to na tej liście jest.
[01:06:05] - Tak. I może to jest takie nawiązanie do rzeczywistości i do tego, że ostatnią deskę ratunku wykorzystano, wplatając taki wątek. Tyle że tego filmu nic nie ratuje. On jest nędzny i muszę powiedzieć, że dawno nie widziałem czegoś tak spapranego. Było złe science fiction, omawialiśmy niejednokrotnie filmy, które nie były atrakcyjne. Złe science fiction się dzieli na takie, które nie jest atrakcyjne, ale jakiś pomysł w tym jest, na takie, gdzie jest pomysł, ale nie ma pieniędzy, na takie, które jest po prostu złe i na takie, które właśnie dzisiaj omawiamy, czyli na "Wojnę światów". Myślę, że oni w ogóle nie mieli pojęcia, co chcą zrobić. To jest po pierwsze. Po drugie, wydaje mi się dziwne, że podjęli konkurencję z filmem z Cruise'em, który pomimo wszystko chyba był najbardziej zapamiętaną interpretacją, ekranizacją "Wojny światów". Przecież to, na co oni się porwali, to jest de facto samozaoranie.
Cóż jeszcze można powiedzieć? Nie uratował tego filmu ani Ice Cube, ani wątki spiskowe, ani kosmici. Nie wiem, ja bym jednak nie zachęcał do oglądania, dlatego że on jest cholernie długi i wydaje mi się, że to będzie naprawdę sroga strata czasu. Wystarczy sobie wejść na Google'a czy na jakikolwiek inny portal, gdzie się te filmy ocenia i zobaczyć, jakie są komentarze, że tam te dolne partie, czyli jedynka i dwójka, to są najczęściej pojawiające się oceny.
[01:07:56] - Ja się pokuszę o taką zgryźliwą uwagę. Otóż mam wrażenie, że Hollywood, tak metaforycznie ujmując, w każdym razie amerykańska produkcja filmowa postanowiła za wszelką cenę udowodnić, że dziesiątki lat, ponad setka już właściwie lat produkcji filmów oraz doświadczenia związane z opowieściami, z opowiadaniem historii, książki, to wszystko ich nie interesuje i jest do wyrzucenia na śmietnik. Tak jakby ktoś tam doszedł do wniosku, że skoro już piszą scenariusze filmów, to już broń Boże nie czytajmy niczego. A tymczasem, i na tym będzie polegała pewna zgryźliwość, był sobie dawno temu taki pan, który się nazywał Joseph Campbell i napisał książkę „Bohater o tysiącu twarzy”. Cóż mówi w tej książce? I to się sprawdzało gdzieś tak do lat 90., że wszystkie te filmy, które były kręcone według tej recepty, o której za chwilę powiem, one przecież nie były takie same, a jednak cieszyły się powodzeniem. Przykuwały widza do tego, co pokazywały. Dlaczego? Ponieważ opierały się na tak zwanym monomiecie. Już za chwilę będę tłumaczył, o co chodzi.
Ten monomit sprawiał, że chociaż mieliśmy różne fabuły, różnie toczące się, to były konstruowane według pewnej ściśle określonej zasady. I można oczywiście tę zasadę wyśmiewać, mówić, że oczywiście tam przyrasta napięcie, w pewnym momencie spada, później znowu się podnosi, później znowu musi spaść i tak dalej. Jest cała recepta na to, jak to się robi, ale to działało. I w pewnym momencie, ja to obserwuję, bo ten monomit mam w głowie, w sensie jak się to konstruuje. Nie będę teraz opowiadał, bo to nudne, lepiej książkę przeczytać. Ale obserwuję te nowoczesne produkcje i one tak jakby chciały się tej regule przeciwstawić. Powiedzieć: my jesteśmy mądrzejsi od Campbella, od wszystkich mędrców i my zrobimy to lepiej, bo my wiemy jak. Okazuje się, że ani nie robią lepiej, ani nie wiedzą jak. I ten monomit. O cóż tak naprawdę chodzi?
Dlaczego to jest bohater o tysiącu twarzy? Otóż Campbell stawia taką tezę, że wszystkie opowieści, że te najważniejsze mity, które liczą tysiące lat, pochodzą z całego świata, mają jedną strukturę, którą właśnie nazywa monomitem. To jest pewien sposób opowiedzenia historii, sposób kreowania bohatera, ścieżka bohatera, podróż bohatera, że tak naprawdę w wielkim skrócie mówiąc, bohater wychodzi z pewnego miejsca, zatacza łuk i wraca do tego miejsca, ale już inny niż na początku. To tak bardzo ogólnie mówiąc, trzeba by wejść w teorię literatury. To naprawdę nie jest to miejsce. Ale dlaczego o tym wszystkim mówię? Dlatego, że dokładnie w filmie „Wojna światów” widać, że postanowiono to, mówiąc brzydko, olać. I o ile Herbert George Wells, który napisał „Wojnę światów”, dokładnie zasadę sformułowaną przez Campbella, ale przecież nie przez Campbella wymyśloną, stosował, o tyle twórcy filmu absolutnie nie. Oni mają w nosie. Wiedzą, że napięcie musi rosnąć i pod koniec musi spaść.
Tyle wiedzą. Ale tyle to każdy z nas wie. Są jednak pewne niuanse, które się stosuje. To nie jest wiedza tajemna, bo powtarzam „Bohater o tysiącu twarzy” to lektura powszechnie dostępna, zresztą nie jedyna mówiąca o tym wszystkim. I ta wyprawa bohatera z takiego zwykłego świata w świat niezwykły po to, żeby wrócić tak naprawdę w to samo miejsce, ale odmienionym, wzbogaconym o jakieś doświadczenia, to jest niesłychanie ważne. Ja wiem, że rozmawiamy o filmie i to może do Państwa nie przemawiać, ale niech do Państwa przemówi to. Twórcy „Wojny światów”, tej najnowszej, kompletnie nie mają pojęcia o tym, jak konstruuje się fabułę. I to widać. Co więcej, ja wiem, że bardzo wielu pisarzom również to nie wychodzi czasami, bo nie ma złotego środka i przepisu na dobrą powieść. Czasami to się udaje bardziej, czasami mniej.
Gdyby się udawało zawsze, to powstawałyby tylko bestsellery. To nie jest przepis, ale przy tym natężeniu pokazywania nam złych filmów ja coraz częściej dochodzę do wniosku, że to metaforyczne Hollywood doszło do wniosku, że podepczemy całe doświadczenie i cały dorobek i zrobimy nowy. Otóż nic nowego naprawdę nie powstaje i to jest w jakiś sposób jednak słabe. To się nie układa w historię, którą chce się oglądać. I ja rozumiem, że Herbert George Wells, kiedy tworzył tu w Europie, bo Anglia w końcu Europą jest, to stworzył to pod koniec XIX wieku. Ale nie wiem, czy Państwo wiecie, że ta historia dotarła do Amerykanów dopiero w 1927 roku na łamach „Amazing Stories”, takiego pulpowego magazynu. Zobaczcie Państwo, tyle lat, 30 lat opóźnienia Amerykanów. To nic dziwnego, że 12 lat potem albo 11 lat potem można było stworzyć audycję. Orson Welles z kolei stworzył taką audycję i podobno przestraszył Amerykanów. Różne głosy na ten temat słyszałem.
Można to było, bo to była w miarę świeża historia. W Europie obawiam się, żeby to tak do końca nie wyszło, bo ta historia była po prostu bardziej znana. Amerykanie zapóźnieni byli, ale ten film z lat 50., pomimo że dzisiaj trąci myszką, to jednak zachowuje pewną dramaturgię i tę opowieść o bohaterze. Ten przepis na historię zachowuje. Zaczerpnięty pomysł prosto od Wellsa. Ten pomysł z Tomem Cruisem już troszkę kombinuje, ale w gruncie rzeczy też jeszcze ta historia ma ręce i nogi. To, co nam prezentuje najnowsza odsłona „Wojny światów”, to jest zaprzeczenie Tego, że człowiek jest homo sapiens. Mamy takie wrażenie. Wiem, że to bardzo brutalnie brzmi, ale musicie to państwo zobaczyć. Wiem, że Piotr przed chwilą namawiał, żeby tego jednak nie oglądać.
Nie. To jest tak zły film, że obejrzyjcie go państwo i wyłączcie w pierwszym momencie, kiedy dojdziecie do wniosku, że autorzy filmu, reżyser i jego koledzy zaczynają was robić w trąbę. To będzie dosyć szybko, ale warto taki eksperyment zrobić. Moim zdaniem przynajmniej. Proszę państwa, czas na sentymentalnik. Wiadomo, że jak sentymentalnik, to będziemy wspominać odległe czasy. Dokładnie tak będzie. A dzisiaj odcinek, który sprawił mi bardzo wiele radości i przywołał całą masę wspomnień. Na antenie Artur Wójtowicz, Piotr Cielebiaś i moja nieskromna osoba, a rozmawiać będziemy o kapslach. Dzień dobry wieczór państwu.
Zaczynamy kolejny sentymentalnik. Sentymentalnik w wydaniu trzyosobowym. A zatem witam pięknie Artura Wójtowicza.
[01:16:10] - Witam serdecznie wszystkich po raz kolejny.
[01:16:12] - I witam Piotra Cielebiasia.
[01:16:14] - Również witam. Dzień dobry wieczór, panów też witam.
[01:16:18] - Tak. To zaczynamy. A dzisiaj temat, myślę, że w tak zwanych naszych czasach to jest temat absolutnie egzotyczny, ale powiedzmy sobie to szczerze. PRL uruchamiał ludzką kreatywność. Zdecydowanie ją uruchamiał, a dzieci to były kreatywne nad podziw. W związku z tym wykwitały różnego rodzaju hobby. Czy to można nazwać hobby w przypadku tego, o czym będziemy dzisiaj mówić? Bo będziemy mówić o kapslach. Niby to nic atrakcyjnego, ale to w naszych czasach. Natomiast w czasach PRL-u owe kapsle to było małe dzieło sztuki.
Przynajmniej czasami. A czasami nie tyle dzieło sztuki, co na przykład żeton w jakiejś grze. Często to bywały wyścigówki, często motory takie żużlowe albo na przykład rowery kolarskie. Ja zaraz to wszystko przy udziale moich współgospodarzy postaram się państwu wytłumaczyć. To może zacznijmy od tego. Arturze, czy ty bawiłeś się kapslami albo znałeś kogoś, kto kapslami się bawił? A może je kolekcjonował?
[01:17:48] - Ja ci powiem szczerze, że kapsle to jest całe moje dzieciństwo, bo o kapslach można by godzinami mówić. Najpierw, kiedy zaczynałem grę w kapsle, to nie było w tych kapslach flag, tylko były jakieś ciekawe obrazki, jakieś wycinanki bajkowe, na przykład z Kaszorem Donaldem na kapslu. I w to się grało. Później do mody weszły, że w kapslach brało się, wycinało flagi. I oczywiście pamiętam, jak koledzy niszczyli encyklopedie, bo w tych encyklopediach były oczywiście flagi. Było jedno takie wydanie encyklopedii w ogóle, gdzie była flaga i pod nią był podpis państwa. I to były w ogóle najcenniejsze flagi. Natomiast ja niestety miałem encyklopedię taką, gdzie na końcu były wszystkie flagi bez nazw państw i te to już się nie liczyły wtedy. Ale powiem wam szczerze, że kapsle to jest cała ceremonia, bo były kapsle zwykłe, były oczywiście jakieś korki od wina. Co jeszcze ciekawego?
Ciekawe było to, że każdy miał jakiś taki woreczek, w którym miał te swoje ulubione kapsle, prawda? Kapsle, o czym jeszcze będziemy później mówić, tak jak ty już na początku wspomniałeś, były wykorzystywane do gry o te flagi, ale też na przykład zawsze pamiętam co roku, jak były jakieś wyścigi kolarskie, rysowano trasy różnej maści i robiono wyścigi w tych kapslach, zawodników wpisywano i też robiono takie wyścigi. Właśnie tą kredą się gdzieś po asfalcie rysowało te trasy. Ja powiem szczerze, że kapsle to takie było miejscowe albo miejsce spotkań i przyjaźni. Co więcej, na przykład pamiętam, że niektórzy mieli ulubione kapsle i żeby je zdobyć, to trzeba było je dwa razy zbić. Nie tylko raz, ale trzeba było dwa razy zbić, żeby takiego kapsla dostać. Co więcej, powiem, bo do tego jeszcze przejdziemy, ale myślę, że kapsle też w pewnym momencie dały później początek takim bardziej pamiętnym i widowiskowym elementom, ponieważ później również dochodziło do wystrzeliwania kapsli. Ponieważ za czasów komuny dostęp do petard był oczywiście ograniczony albo nawet wręcz żaden, to trzeba było zrobić coś z tych kapsli, żeby jakiś stworzyć huk domowym sposobem. Więc co robiono? Brano korek.
Ja tu broń Boże w tej chwili nie podpowiadam, ale brano korek od wina, wsypywano saletrę, saletrę mieszano z cukrem, czasami dodawano jeszcze też węgiel drzewny i tą mieszankę, to jest taki delikatny proch, bardzo słaby zresztą, ale na dole tego korka robiono dziurkę i podpalano, prawda? Wtedy te korki, te kapsle wylatywały w powietrze i strzelały. Jest to zabawa dosyć niebezpieczna. Oczywiście był strzał, był podskok, w najgorszym wypadku mógł być pożar trawy albo gdzieś tam nadpalone palce, albo ogólnie spotkanie z rodzicem, albo z milicją, bo też do takich rzeczy dochodziło. Ale powiem szczerze, że kapsle to praktycznie całe moje dzieciństwo i tu jeszcze na pewno ten temat się rozwinie.
[01:20:58] - Tak. Ja też pamiętam. U mnie się nie brało kapsli po winie, tylko brało się kapsle po różnych napojach, nazwijmy to wyskokowych, mocno wyskokowych, 40%. One były dosyć głębokie. Ja też to robiłem. Mieszałem saletrę z cukrem, robiłem dziurkę. Tylko jakieś proporcje chyba złe zrobiłem pewnego razu i mi się to nie chciało zapalić. Ale ja byłem wyjątkowo wrednym i upartym dzieciarem i jak się nie chciało zapalić, to tym większe wyzwanie. Więc cóż zrobiłem? Zrobiłem tyle, że rozgrzewałem igłę nad gazem i ponieważ ona szybko stygła, robiłem to w kuchni w domu i tak wtykałem tę igłę w saletrę z cukrem, aż w końcu zaskoczyło.
Tylko kapsla się już nie dało wynieść i wyrzucić przez balkon. W związku z tym całość odpaliła w kuchni. Powiem tak, moja mama była mi bardzo wdzięczna. Wyraziła zresztą tę wdzięczność. U nas nie było kar cielesnych, ale miałem, mówiąc krótko, przerąbane i to na długo po tym seansie fajerwerkowym. Ja, Piotrze, z taką nieśmiałością, tu jakiś ageism jednak wchodzi, ale czy ty jakieś kapslowe doświadczenia w swoim życiu miałeś?
[01:22:32] - Oczywiście, że tak. Ja bym tutaj jeszcze zwrócił uwagę na to, że prócz kapselków z napoju żółtego chmielowego, które często miały bardzo ładne nadruki, ale nie wszystkie, bo były niektóre zwykłe. Były też kapsle od napojów owocowych, trochę mniej procentowych niż te 40. I to były takie kapsle, to było nieatrakcyjne w żaden sposób, bo one były takie wielkie, plastikowe. Te się nie nadawały do niczego. I były te oczywiście wyskokowe, ale tych muszę powiedzieć nie używałem. Napojów wiadomo, w dzieciństwie nie, ale samych kapsli nie pamiętam zabawy nimi. Natomiast czy znałem kogoś, kto kolekcjonował? Znałem i może nawet na którymś etapie to byłem ja. W moich czasach dziecięcych, ale takich wczesnych to pamiętam, to się kolekcjonowało wszystko.
Pamiętam jakieś pudełka po napojach, puszki. Pamiętam ludzi, którzy mieli tego naprawdę multum. Butelki i tak dalej, ale kapsle jakoś szybko wyparowały z tej mojej pamięci. To znaczy pewnie później już ich nie zbierałem, ale byli na pewno ludzie, którzy mieli pokaźne kolekcje. Zresztą trzeba powiedzieć, że ludzie zbierali i zbierają różne rzeczy. Nie wiem, jak jest teraz, ale jeszcze przecież dobrych kilkanaście lat temu znałem kolekcjonerów akcesoriów zapałczarskich, kart telefonicznych, ale pamiętamy, że w PRL-u i w latach 90., bo niektórzy, tak jak ja, odziedziczyli kolekcje po rodzicach czy wujkach, to zbierano jeszcze inne rzeczy, na przykład papierki po czekoladach, pocztówki i tak dalej. O tym może sobie jeszcze kiedyś powiemy. Ale kapsle miały ten jeden plus, że oprócz tego, że niektóre były ładne, ale to zwykle te zagraniczne były ładne, to można ich było używać jako żetonów na przykład do gry albo właśnie substytutów samochodów czy resoraków. I one moim kolegom niekiedy do tego służyły. Ja pamiętam takie zabawy.
Oczywiście można było, jak tutaj mówiliście, zaopatrzyć ten kapsel w jakieś emblematy. Tylko że już w moich czasach zaczęły święcić triumf kapsle plastikowe i one zaczęły wypierać te metalowe. Oczywiście nie we wszystkim, ale one stały się powszechniejsze. Ich było po prostu więcej. Ale one oczywiście nie dawały żadnej frajdy, nie nadawały się do zabawy. Także wiecie, już w tym moim pokoleniu kapsle przestały być takie atrakcyjne. Dostęp do tych zabawek był większy, pewnie z tego powodu, że made in China zalewała nasz rynek. Kolejna rzecz. Co do tych korkowców, to jeszcze powiem, że był taki jeden typ korkowców, który przypominał trochę pompkę po prostu i tam na końcu był korek i to też strzelało. Pamiętam.
Natomiast jeżeli mówimy o tych rzeczach mniej bezpiecznych, to saletra nie była już tak popularna, dlatego że dostęp do powiedzmy takiej miękkiej pirotechniki był dużo powszechniejszy i nie musieliśmy już uciekać do takich rzeczy. Wystarczyło się po prostu na bazarku czy na odpuście zaopatrzyć w większe ilości tak zwanych Piratów, Piccolo albo innych. Nie będę tutaj tego reklamował. Nie róbcie tego w domu. Ale były też inne korki. Jeszcze tutaj tak gwoli ścisłości były jeszcze inne korki. Nie mylić ich należy z korkami do napoju średnio procentowego. To jest nadal dostępne. To jest ponoć nie za bardzo legalne. To wyglądało jak korek i to strzelało.
Nie wiem, czy to kojarzycie. Na odpustach to sprzedawali, bo to było w takich opakowaniach.
[01:26:40] - Kapiszony.
[01:26:41] - Nie, kapiszon to było co innego. To było do pistoletu, a to było jak korek i to było w trocinach i to było bardzo reaktywne.
[01:26:48] - Korki były, bo korkowce były.
[01:26:50] - Tak, to były korki. One bardzo ładnie pachniały jak strzeliły, to pamiętam, ale były bardzo niebezpieczne. Do dzisiaj wiem, że to jest gdzieś tam rozprowadzane, ponoć nie za bardzo legalnie, chociaż w internecie jak się wpisze, to można to nabyć. To tak już powiedziałem, nawiązując do innego typu zatyczek, bo pewnie bym pęknął, gdybym o tym nie powiedział. Ale tak reasumując, już było zupełnie inaczej. Dostęp do tych zabawek był większy. Okazjonalnie pewnie, znaczy na pewno bawiłem się, czy bawiliśmy się tymi kapslami czy korkami, ale już na pewno nie tak, jak mi opowiadano. Na przykład ja nie pamiętam za bardzo gry w kapsle.
[01:27:36] - Piotrze, ja jeszcze tylko tytułem uzupełnienia informacji, troszkę piromańskich informacji, ponieważ powiedziałeś, że te kapsle, te korki do zamykania napojów średnio procentowych, one się do niczego nie nadawały. Otóż nie doceniasz pewnej kreatywności młodego pokolenia. Tych korków od napojów średnio procentowych używało się do tworzenia miotaczy ognia, ponieważ jak się ten korek dobrze podpaliło, on musiał się zająć płomieniem, to jak się to trzymało na patyku, to on nawet z odgłosami dźwiękowymi takimi strzelał, a właściwie skapywał tym plastikiem palonym. Dzisiaj absolutnie nieekologiczne, paskudne i tak dalej, potępiamy straszliwie, ale wtedy to była świetna zabawa. Myślę, że dzisiaj też bym się pobawił, wbrew temu, że potępiam przed chwilą oczywiście, ale to sami państwo wiecie, że ze względów, jakby to powiedzieć, cenzuralno i tak dalej. Natomiast zabawa była świetna. Miotacz płomieni był wspaniały. Trochę działał jak napalm, bo się przyklejał. Marzenie każdego młodego piromana.
[01:28:57] - Ja jeszcze tylko na zakończenie powiem, bo powiedziałeś Marku, że miałeś takie nieprzyjemności odnośnie tej saletry gdzieś z rodzicami. Ja też miałem kiedyś wpadkę, bo jako młody piroman oczywiście saletrę można było ze sklepu rolniczego załatwić, gdzie nawozy były, to tam i saletra była. Ja sobie domowej roboty proch wtedy robiłem, pamiętam i go testowałem jako głupi dzieciak na stole. Jak to wziąłem, sobie podpaliłem, tak dziurę w stole zrobiłem, pamiętam. I potem, żeby rodzice wzięli i nie zauważyli tego, myślałem, że to jakoś zniweluję, zacząłem to skrobać. To było jeszcze gorzej. To takie moje wspomnienia piromanskie.
[01:29:38] - Tak, ale może wróćmy do kapsli. W moim pokoleniu się już nie za bardzo grało w kapsle, ale kiedy o nich mówimy, to element growy też jest. One miały rozmaite zastosowania — od tytułowej gry w kapsle po wszelkie wyścigi pokoju czy wyścigi żużlowe. Arturze, tutaj mówiłeś, że byłeś mocno zaangażowany w te rozgrywki kapslowe. Jak to wyglądało? Jak wyglądała ta gra? Czy to się brało z braku zabawek, czy po prostu to był taki element mody, jak Zośka czy inne gadżety, tudzież gry, które raz się pojawiały, potem znikały?
[01:30:17] - Ja ci powiem, że ja to wszystko pamiętam jak dziś, bo moim zdaniem te kapsle były czymś więcej niż tylko jakimś kawałkiem metalu z butelki. Kapsle to był po prostu cały świat. Myśmy te kapsle zbierali z zapałem, nawet często czasami polowaliśmy na nie po podwórkach, gdzieś tam po śmietnikach. Jak ktoś w ogóle miał jakiegoś rodzica, który pracował w sklepie albo w barze, to po prostu był królem dostaw tych kapsli. Bo samo przygotowanie kapsla do gry to już był pewien swoistego rodzaju rytuał. Prostowało się ten kapsel, wypychało się czasami plasteliną, żeby go odpowiednio dociążyć, żeby on nie podskakiwał na jakichś wzniesieniach, na asfalcie czy na ziemi. Były inne kapsle do asfaltu, były inne kapsle do tego, żeby po ziemi grać, bo oczywiście jak miał jeździć po asfalcie czy po betonie, to trzeba było go dobrze potrzeć o ten asfalt, żeby tak go zedrzeć, żeby on był szybszy. Co więcej, powiem szczerze, że na końcu w ogóle na tym kapslu, to właśnie jak była ta kwestia grania w te wyścigi kolarskie, to było malowanie kapsla drużyn kolarskich, robiono rozmaite poduszkowce, bo wtedy tę gumkę, która w kapslu siedzi, trzeba było wyjąć, na drugą stronę przełożyć. Trzeba było na przykład czasami flagę położyć, folią obłożyć i dopiero włożyć do tego kapsla. Więc to był cały rytuał.
Tak samo te trasy, przykładowo tych wyścigów kolarskich rysowano też wymyślnie kredą po chodniku albo gdzieś tam patykiem po piasku, żeby one były jak najbardziej trudne, jak najbardziej skomplikowane. Czy wynikało to z braku zabawek? Myślę, że trochę tak, ale też przede wszystkim z faktu, że my jako dzieci sami te gry tworzyliśmy, te zabawy tworzyliśmy. To była na swój sposób taka forma twórczości, rywalizacji i przede wszystkim wspólnoty koleżeńskiej. Moda też miała znaczenie, bo czy kapsle, Zośka, czy klasy, czy gra w noża, o czym jeszcze kiedyś będziemy na pewno mówić. Wszystko to przychodziło falami. Czasami trwało tydzień, czasami trwało całe lato. Ale kapsle miały ten właśnie urok, że do zabawy nie potrzeba było wiele, bo wystarczyła wyobraźnia i kawałek chodnika. Ja powiem uczciwie, że wydaje mi się, że dzisiaj trudno jest wytłumaczyć komuś, że tyle emocji mogło wywołać przesunięcie kapsla o parę centymetrów. Ale dla nas to były po prostu prawdziwe wyścigi.
Każdy miał jakąś swoją drużynę, miał swoje kolory i miał swoją dumę, że na przykład ten wyścig kolarski, który czasami oglądano w telewizji, chociaż rzadko kto miał wtedy telewizor jeszcze, to myśmy rozgrywali własne zawody kolarskie. Tak że czasami, jak nie było telewizji, to się siedziało przecież do późnego wieczora na dworze i grało się w te kapsle. Te trasy były bardzo długie, prawda? A już na przykład jak przyszła sobota, niedziela, to się rzadko kiedy wracało do domu, chyba tylko, że na jedzenie. Także ja powiem szczerze, że z kapslami to wspominam praktycznie całe moje dzieciństwo.
[01:33:38] - Tak, kapsle to było coś, ale tu jakiś belferski instynkt we mnie daje znać o sobie i muszę wytłumaczyć tym wszystkim, którzy nie grali w kapsle, jak to właściwie było. Już Artur o tym częściowo powiedział, ale my teraz zrekapitulujemy i uporządkujemy wiedzę. Otóż w żużel grało się na asfalcie. Rysowało się tor taki zapętlony, okrągły. Właściwie elipsoidalny nawet nie. Taki, jaki ma kształt tor żużlowy. Rysowało się to kredą i to było trudne. Jak kapsel był niedostosowany, to pojechać i nie wypaść, bo oczywiście jeżeli kapsel wypadł poza linię, to był ruch nieważny, więc trzeba się było postarać. Ale taki sam tor można było narysować patykiem na ziemi. O tym Artur mówił, ale można było też przeciągnąć stopą i zrobić taki tor z bandami.
Wtedy trudniej było wypaść. Wyścigi były szybsze i dokładnie tak samo robiono tory do wyścigów kolarskich. Albo je rysowano kredą na asfalcie. I to były trudne tory, bo rysowało się dużo zakrętów, dużo skrzyżowań i tam nie wypaść z toru było bardzo trudno. Jeśli się rysowało patykiem na ziemi, to też wypaść było bardzo prosto. Tym bardziej że te tory i te rysowane na asfalcie, i te rysowane patykiem na ziemi, one czasami były bardzo długie. Naprawdę kiedyś taki tor pamiętam, który był na całą długość boiska, a w dodatku był pozakręcany w różnych miejscach, więc proszę sobie wyobrazić długość tej rozgrywki. Ja najbardziej lubiłem te tory, które się stopą wygrzebywało w ziemi, bo z tych torów praktycznie się nie wypadało. A byli też specjaliści, którzy specjalnie tak te kapsle pstrykali, że one się zatrzymywały gdzieś w połowie owej bandy, tego wzniesienia i z tego miejsca łatwiej było strzelać tym kapslem dalej, bo on dalej zalatywał. To były specjalne techniki.
W dodatku trzeba było na początku ustalić pewne zasady. One były niby ustalone, ale czasami dochodziło do negocjacji przed poszczególnymi rozgrywkami. To tak się odbywało. To były pasjonujące chwile, kiedy się w te kapsle grało. Artur mówił o tym dociążaniu plasteliną. W moich okolicach robiło się też to za pomocą wosku, stearyny właściwie. Bardzo dobrze się wygrzebywało numerek w tej stearynie. Tylko był pewien problem. I tu znowu zadarłem ze swoją mamą, ponieważ w moim domu było kilka ozdobnych świeczek, których się nie paliło. To znowu czasy PRL-u.
Jak się nie paliło, one stały, ozdabiały wnętrza. Takie czasy. Ale one miały też dużą zaletę, bo były kolorowe. Stearyna najczęściej była biała. Nawet jak świeczka była kolorowa na zewnątrz, to w środku była biała. A te ozdobne świeczki były barwione w masie, czyli cała ta stearyna była kolorowa. To było marzenie każdego kapslarza, bo jak się tak nakapało do tego kapsla tego kolorowego wosku, stearyny, to on był piękniejszy. I tak kapałem z tych ozdobnych świeczek, co nie wprawiało mojej mamy w euforię. A już jak mocno wykapałem którąś ze świeczek, to znowu doszło do poważnej rozmowy zakończonej sankcjami. I tak życie kapslarza nie było łatwe wbrew pozorom.
Ale z drugiej strony te emocje, które pojawiały się na torach kapslowych były bezcenne, proszę państwa, bezcenne. Jeszcze była jedna forma rozgrywki kapslami, stosowana rzadziej, bo najczęściej stosowało się do tego drobne pieniądze, ale można było kapslami z braku laku albo z braku pieniędzy grać w dołek. Ten dołek, rzucało się odpowiednio. Kapsel był bardzo dobry, bo dało się go chwycić za krawędzie i odpowiednio nim obrócić. Proszę państwa, cała technika rzucania kapsla do dołka też była. Powtarzam, częściej grało się drobnymi monetami, ale kapsle również się sprawdzały.
[01:38:42] - A potem przyszły lata 90. Wszystkie zabawki z Chin, ale też gry wideo, pierwsze gry wideo czy komputerowe, gdzie już można było samemu sobie poprowadzić motor czy wyścigówkę. I tak jakoś te kapsle poszły na bok. Już nie były takie pożądane, co nie oznacza, że takich zabaw nie było nawet już w erze gier wideo, bo sam je pamiętam, ale już nie tak ekscytowały. Natomiast jeżeli chodzi o kapsle, to jeszcze jedną modę pamiętam, późniejszą już taką mocno późną. Otóż jeden z producentów napojów umieszczał pod kapslami takie motta czy cytaty. To nadal jest w sprzedaży i one, pamiętam, były bardzo popularne w czasach mojego liceum, kiedy stosowano sobie te kapsle jako takie przypinki, zawieszki do różnych rzeczy. To pamiętam, ale trzeba zaznaczyć albo przypomnieć, bo już żeśmy to zaznaczyli na początku, że kapsle kapslom były nierówne. Te od napoju żółtego niskoprocentowego
[01:39:46] - Nadawały się do innych rzeczy niż te od napojów wyskokowych. Ale mało kto pamięta, że dawniej istniały też inne alternatywne albo zapomniane formy kapslowania napojów. Niektóre są spotykane do dzisiaj jako ciekawostki, ale inne nie. Jak to wyglądało, Arturze, jak zapamiętałeś budowę, chciałem powiedzieć antycznej, ale przecież nie takiej antycznej butelki.
[01:40:11] - Kwestia jest taka, że oczywiście kapsle kapslom nierówne i to wiedział chyba każdy dzieciak z podwórka. Tak mi się wydaje, bo te od piwa były cięższe, bardziej masywne, przez co lepiej trzymały się toru wyścigowego, Wyścigu Pokoju. Te od oranżady czy Polocokty były lżejsze, często z bardziej miękkim randem, łatwiejsze do zgięcia, czasem też z ciekawszą grafiką, ale były, bym powiedział, mniej bojowe. Dobrzy gracze potrafili od razu rozpoznać, z jakiego trunku pochodził kapsel i do czego on się tak naprawdę nadawał. Warto jest też powiedzieć jedną rzecz, przypomnieć w ogóle, że nie wszystkie butelki miały takie kapsle, bo w PRL-u i wcześniej funkcjonowały też inne sposoby zamykania napojów. Nie wiem, czy pamiętacie ceramiczne zamknięcia z gumową uszczelką i metalowym zatrzaskiem. To były tak zwane druciaki. Ja do tej pory czasami piwa widzę z takimi ceramicznymi kapslami. Najczęściej one były spotykane w butelkach na mleko albo na piwo z małych browarów. Były też kapsle z plastiku, które trzeba było odpowiednio przykręcić, by zerwać zawleczkę.
Dla nas, dla dzieciaków te kapsle z kolei były mniej atrakcyjne. Nie nadawały się do gry, ale jako ciekawostki trafiały do kolekcji. Znałem kiedyś jednego człowieka, co zbierał ceramiczne kapsle od butelek albo nawet butelki z ceramicznymi kapslami na drucie z różnych browarów. Miał bardzo dużą kolekcję. Powiem szczerze, że dzisiaj takie egzotyki można by jeszcze znaleźć na targach staroci, a nawet w różnych sklepach z rzemieślniczym piwem. Ale dla wielu z nas to już był sentymentalny relikt z czasów, kiedy kawałek blaszki miał większą wartość niż niejedna zabawka ze sklepu, prawda?
[01:42:15] - Tak, to prawda. Tylko muszę cię, Arturze, rozczarować. Większość z tych piw zamykanych na druciano-ceramiczny dynks, na to zamknięcie dzisiaj już nie jest ceramiczna. To jest plastik, który udaje ceramikę. Być może zdarzają się, ale większość tych, które z sentymentu próbowałem, niestety to plastik był. Szkoda, bo te ceramiczne były cięższe i miały swój urok. Jedyne, co pamiętam też niesympatycznego, to PRL to było dziwne miejsce. Był taki rok, to był 1971 albo 1972, kiedy w Bydgoszczy coś się stało tym wszystkim firmom, które produkowały oranżadę w butelkach zamykanych na ceramikę i zamiast zwykłej oranżady, która smakowała na ogół czerwonym barwnikiem, oranżada była symboliczna z nazwy. Nie było czerwonego barwnika ani żółtego barwnika. Był jakiś inny.
Była biała i miała smak kokosowy. I to było nie to. Kupowało się z przyzwyczajenia oranżadę, a tam kokosem waliło. Na szczęście znowu być może wznowione zostały dostawy odpowiedniego barwnika albo odpowiedniego waloru smakowego i kokosowa oranżada się skończyła. Przynajmniej w Bydgoszczy. Takie były czasami zaskoczenia. Jeśli chodzi o alternatywne formy zamykania różnych rzeczy, trudno nazwać alternatywną formą, ale pamiętam, jak się w Bydgoszczy pojawiła Pepsi-Cola, bo kraj był podzielony na strefę pepsi-colową i strefę coca-colową. Ja wiem, to lokowanie produktu w tej chwili, ale inaczej się tego obejść nie da. Otóż żeby się napić coca-coli, trzeba było jechać i ja to robiłem. Nie mówię, że tylko dlatego, ale jedną z pierwszych rzeczy, które robiłem po przyjeździe do Warszawy, to kupowałem coca-colę.
Podobnie zresztą, nie wiem, czy państwo w ogóle w to uwierzycie, ale w Bydgoszczy nie było jogurtu. To à propos zamknięć, bo one już były zamykane tak, jak się dzisiaj jogurty zamyka aluminiowymi zamknięciami. W Bydgoszczy nie było jogurtów. Żeby wciąć sobie jogurcik, trzeba było jechać do Warszawy. Tam były. One były w jednym smaku wieloowocowym. Co tam wrzucano, to nawet boję się dociekać. Jakoś owocem smakowało, a nie wiem, czy z powodu tego, że jogurtów nie było, jedyne, o czym marzyłem, to właśnie, żeby zjeść jogurt. Więc podróż do Warszawy naprawdę tak wyglądała, że zaczynała się od coca-coli i jogurtu. Dziwne to były czasy, ale dlaczego zacząłem mówić o pepsi-coli?
Ponieważ ona miała wybitną ozdobę, ta coca-cola w swoich barwach. Przepraszam, nie coca-cola, tylko pepsi. Wtedy się to właśnie pepsi-cola nazywało. Dlatego dzisiaj, jak zjawiam się w restauracji i mówię, że chcę się napić coli, a pani mi mówi, że jest tylko pepsi To przez chwilę mam to zawahanie, bo Pepsi to też cola w końcu. Ale właśnie nie, bo zmieniły się nazwy i dzisiaj jest koncern PepsiCo, ale napój nazywa się Pepsi. Tak się to wszystko zmienia. Jeśli chodzi o inne zamknięcia czegokolwiek, to tak jak powiedziałem, bardzo ciekawe były te zamknięcia napoi nie do końca mocno wyskokowych, ale silniejszych procentażem niż ten żółty napój chmielowy. Bo poza tym, że one mogły służyć jako miotacz płomieni, o czym już powiedziałem, to odpowiednio przycięte również nadawały się, ale to były wyścigi specjalne. Tam nie było konkurencji pomiędzy metalowym kapslem a tym. To byłaby nierówna walka, więc tak jak mamy Formułę 1 i formuły inne samochodowe, czy też określone typy rajdów, tak były określone typy zawodów kapslowych i można było, i używaliśmy również tych innych kapsli plastikowych chociażby do rozgrywek, ale to powtarzam, to była specjalna klasa tychże rozgrywek.
Widzicie państwo, to jest tak, że długo już dzisiaj rozmawiamy o tym, czym zamykano różne produkty spożywcze, najczęściej pitne w PRL-u. I okazuje się, że owszem, zamykano produkty, ale tak naprawdę kreatywność młodego pokolenia i zdolność wymyślania różnego rodzaju zastosowań, bo przecież nie dość, że służyły do wyścigów, to służyły do miotania płomieni, do innych różnych zabaw, to tu sami państwo widzicie, ze wszystkiego można było w tym czasie zrobić wszystko tak naprawdę. Proszę państwa, to już chyba wszystko w dzisiejszym sentymentalniku. Pewnie dałoby się powiedzieć coś jeszcze i tu odwołamy się do państwa pamięci. Jakie zabawy, których na przykład z braku pamięci, z braku może regionalizmu, bo czasami niektóre zabawy w niektórych rejonach funkcjonowały, a w innych nie. Więc jakich zabaw nie wymieniliśmy dzisiaj? Napiszcie państwo pod filmem. Państwa uwagi są czasami niezwykle inspirujące i takie pobudzające do kolejnych sentymentalnych wycieczek w odległe lata. Dzisiaj pięknie już dziękuję współuczestnikom dzisiejszego sentymentalnika Arturowi Wójtowiczowi.
[01:48:44] - Dzięki ogromne.
[01:48:45] - I oczywiście Piotrowi Cielebiasiowi.
[01:48:48] - Dzięki, pozdrawiam.
[01:48:50] - No i cóż, proszę państwa, do następnego sentymentalnika. Proszę państwa, cały czas, od dawna przynajmniej mówiłem o tym, że wraca ABW. Wraca tak powiedzmy sobie trochę w bólach, bo opowiadań jakoś mało napływa. Mam nadzieję, że te przykłady z zeszłego tygodnia i z tego tygodnia zachęcą wszystkich potencjalnych autorów do tego, żeby słać kolejne teksty. To jest bardzo proste. Albo wyślijcie państwo tekst na adres mailowy Radia Paranormalium, albo na adres chociażby Wehikułu Wyobraźni. Jeśli wejdziecie państwo na kanał youtubowy Wehikuł Wyobraźni, tam znajdziecie państwo maila, na który można skierować swoje opowiadanie. Gwarantuję, że wnikliwie to opowiadanie przeczytamy, pochylimy się nad nim. Jeśli wszystko będzie okej, to Marek przeczyta to opowiadanie, a ja postaram się skomentować. To tyle zapowiadajek.
A dzisiaj opowiadanie zatytułowane „Fort”. Autorką jest Marta Harat-Tusz. No cóż, odpalamy, zaczynamy.
[01:50:14] - Marta Harat-Tusz, „Fort”: „Piotr Piątkowski z Piątkowa. To brzmi prawie jak żart. Koledzy przezywali mnie Piątaszek, bo były to jeszcze czasy, gdy powieści podróżnicze czytało się z wypiekami na twarzy. Każdy marzył o dalekich wyprawach i wielkich przygodach. Bywało co prawda, że czyimś rodzicom udawało się dostać wizę do Bułgarii, Rumunii czy nawet NRD. Potem taki szczęściarz chwalił się dżinsami kupionymi za pieniądze z handlu kremami Nivea i częstował wybrańców kolorowymi gumami do żucia. Codzienność wypełniała nam jednak rutyna, szarość bloków i panujący na szkolnych korytarzach smród lizolu. Szukaliśmy więc tajemnic u siebie, a największą z nich był fort. Nie wolno nam było nawet się do niego zbliżać, ale ja widziałem go dobrze z okna swojego pokoju na ósmym piętrze. I to ja zauważyłem, jak którejś nocy wyjeżdżało z niego parę wojskowych ciężarówek.
Od tamtej pory lampy oświetlające fosę zgasły. Ustały wszelkie przejawy ludzkiej działalności. Fort zamarł jak przedpotopowe przyczajone zwierzę. Nie gadaj – powiedział Prosiak, gdy mu o tym opowiedziałem. Bujasz. Jak nie wierzysz, to sprawdź – rzuciłem lekceważącym tonem. Miałem go za cykora i ciemniaka, ale się kolegowaliśmy. Trochę ze względu na jego kolekcję papierków z komiksami dołączanych do gumy Donald, a trochę dlatego, że w sumie był w porządku. Dotrzymywał słowa, nie ruszał słabszych, a był naprawdę zawodnikiem wagi ciężkiej. I zdziwiłem się, gdy zabłysły mu oczy.
To by było coś. Tej, wyobraź sobie, co tam może być. Podobno są tam jakieś magazyny, przechowują pomarańcze czy coś. Podsadzę cię i zwędzisz jedną, a może nawet znajdziemy łuski od nabojów. Gdybym próbował mu to wyperswadować, straciłbym honor. Zacząłem więc wynajdywać przeszkody techniczne. A jak tam wejść? A kiedy? A którędy? Nic z tego.
Prosiak zapalił się do tego pomysłu i gadał o nim przez cały czas. Nic więc dziwnego, że ktoś nas w końcu podsłuchał. No i pod groźbą nakablowania na nas wychowawczyni musieliśmy włączyć do konspiracji też Józka. Umówiliśmy się pod moją klatką tuż po lekcjach. Druga zmiana kończyła po 17:00. Rodzicom zostawiliśmy kartki, że poszliśmy na sanki. Zresztą Józio nawet je wziął. Uparł się, że jak zdobywać fort, to z fantazją. Zjedzie pod samą bramę, a rozpędzonych sanek przecież żaden szwabski ani ruski głąb nie trafi. Śmialiśmy się z niego, że na bank nie trafi, bo nikogo tam już nie ma, ale w głębi duszy wcale nie było nam do śmiechu.
Przeszliśmy za dom i zaczęliśmy brnąć przez mokry śnieg wzdłuż ogrodzenia. Za załomem kończyło się oświetlenie. Zapaliliśmy latarki. Prosiak nawet miał swoją. Dostał od babci na pierwszą komunię. Ja pożyczyłem od ojca, a Józek wyhandlował od brata za pięć resoraków. Z prawej dochodził nas monotonny szum przejeżdżających obwodnicą samochodów. Smugi świateł reflektorów przedzierały się w nieregularnych odstępach czasu przez krzaki. Z tyłu blok patrzył na nas jasnymi oknami. Wyglądał prawie jak wieżowiec z amerykańskiego filmu, a przed nami...
Prosiak wysunął się na prowadzenie. Józio ociągał się coraz bardziej. Co chwila musiałem oglądać się przez ramię i poganiać go machnięciem ręki. Gdy dotarliśmy pod bramę, zatrzymaliśmy się niepewnie. Spięta była tylko i aż łańcuchem z kłódką. W świetle latarki widać było, że ktoś już ją nadpiłował, ale i tak nie mieliśmy żadnych szans dokończyć dzieła. Droga na dziedziniec zaczynała się dopiero za nią, więc o żadnym triumfalnym wjeździe nie mogło być mowy. Zresztą wątpię, żeby którykolwiek z nas miał teraz na to ochotę. Główne wrota ledwie zarysowywały się na tle ciemnej fasady. Porastające fort drzewa odcinały się od rdzawego od lamp sodowych nieba.
Zapatrzyłem się na to, dziwnie spokojny. „Hej, jest tam kto?” – wrzasnął Prosiak. – „Otwierać, durne szwaby! Heil, heil!” „Weź się zamknij” – pisnął Józek z paniką w głosie. – „Ktoś nas... Hehe, a niby kto?” „Verpisst euch hier, ihr blöde Rotzlöffel” – dobiegło mnie przez kłótnię kolegów. Zamarłem. – „Słyszycie?” – szepnąłem. „Co?” – odwrócili się. „Sonst reiße ich euch den Arsch auf.” – „Ktoś się drze po niemiecku.
Stamtąd.” – Pokazałem palcem w dół, gdzieś, gdzie być może stała kiedyś budka strażnika. „Worauf wartet ihr noch? Ich werde doch nicht auf Rotznasen schießen. Nicht, dass ich keine Lust hätte.” – „Naprawdę nie słyszycie?” „Chcesz nas zrobić w balona?” – burknął Prosiak nieufnie. Pokręciłem głową. Józek patrzył z pewną satysfakcją na to, jak kumpel traci ducha bojowego. Zakradł się za niego i ryknął: „Hände hoch!” Ten zaś kwiknął i pobiegł, przewracając się co chwila w kierunku osiedla. Parsknęliśmy śmiechem. Ja trochę wbrew sobie. Zza bramy dobiegł mnie przypominający echo żołdacki rechot.
Wróciliśmy już jednak spokojnie, pokrzykując radośnie i wożąc nawzajem na sankach. Nazywała się Jolka i wątpię, czy mnie dziś pamięta. Wszystko było w niej ekscytujące. Pofarbowana bibułą grzywka, wystrzępiona katana, ledwo odznaczające się pod T-shirtem piersi, nawet szpara między zębami i oczywiście ten bezczelny śmiech. Nie wiem, co we mnie widziała. Bardzo chciałem jej zaimponować, ale nie miałem bladego pojęcia czym. Przecież nie ocenami z matmy. To ona wyciągnęła mnie na pierwsze wagary. Piliśmy wtedy Pepsi, na następnych już tanie wino. Oczywiście to ona je przyniosła.
Gdy zwędziłem dla niej fajki ojca, wyśmiała mnie. Miała lepsze. Ale może to moja nieporadność budziła w jej sercu cieplejsze uczucia. Pewnie zresztą niewiele cieplejsze niż podszyta litością sympatia. I nagle przypomniałem sobie o forcie, symbolu zakazanych podniet. Może gdy schowamy się gdzieś w fosie, to ja pierwszy ją pocałuję. Wgryzę się w te roześmiane, spierzchnięte usta. Położę rękę na jej kolanie i... Wyobrażałem to sobie setki razy. Krążyłem na spacerach z psem wokół rdzewiejącego ogrodzenia, szukając dziur i w miarę bezpiecznych zejść.
Byłem nawet gotowy przynieść nożyce do cięcia drutu czy sznur, po którym spuścilibyśmy się na dół, bo dla niej mógłbym sobie nawet skręcić kark. Też o tym fantazjowałem, idiota, jak płacze nad moją trumną, a potem obściskuje się na grobie z kimś o wiele fajniejszym. I w końcu przyszedł ten dzień. Zbiegliśmy po stromej skarpie, mało nie łamiąc sobie nóg. Potem przedzieraliśmy się przez chaszcze, które przez lata zdążyły zarosnąć dno fosy. Nie byliśmy tu pierwsi niestety, o czym świadczyły porozbijane butelki, brudne, porozdzierane szmaty i inne zaskakujące czasem przedmioty, które zalegają zwykle w zdziczałych, ale wciąż dostępnych dla ludzi miejscach. „Hej, przecież tam też jest wyrwa.” Jolka wskazała na rozdartą siatkę tuż przy głównej bramie. „Nie byłoby prościej?” Wypiąłem pierś. „Jasne, ale nie mielibyśmy takiej zabawy.” Podeszliśmy do bramy. Ktoś zerwał kłódkę i bez większego trudu wślizgnęliśmy się do środka.
„Zimno.” Wzdrygnęła się. „No to chodź, rozgrzeję cię.” Wyszczerzyłem się w ciemnościach. Przyciągnąłem ją do siebie i zacząłem całować. Najpierw niezbyt wprawnie, czekając na jakiś docinek z jej strony. Jednak zamiast mnie wyśmiać, oddawała mi pocałunki. Coraz głębsze i mocniejsze. Przycisnąłem ją do ściany, napierając całym ciałem mocniej niż w moich fantazjach. Zastanawiałem się półprzytomnie, czy wie, co się ze mną dzieje, czy czuje ten nieznośnie twardniejący punkt na moim ciele. „Wenn ich schon nicht runktun müsste, dann zeig mir wenigstens Ihre Titten. Dann habe ich auch was davon.” Rozległo się gdzieś z wypełniającego bramę mroku.
Oderwałem się od Jolki spłoszony. „Co jest? Wystraszyłeś się mnie?” Przegarnęła mi włosy rozczapierzonymi drapieżnie palcami. „Słyszałaś?” „Niby co?” Przez chwilę się zawahałem. Nie chciałem wyjść na dzieciaka. „Jakiś szwab chce, żebym pokazał mu twoje cycki.” Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Podciągnąłem jej koszulkę i zacząłem całować te drobne, ostro zakończone cudeńka. „Weiter, gay. Erni wäscher. Du machst es gut.” Oderwałem usta od jej piersi i wsunąłem dłoń pod spódnicę.
„Przestań, nie chcę.” Odepchnęła mnie i zaczęła porządkować ubranie. „To po co zakładałaś miniówę?” Zapytałem głupio. Odsunąłem się jednak. Wyszła szybkim krokiem, prawie biegnąc i zniknęła za bramą. Znów jak pies byłem sam. Chyba. Na studiach ciągnęło mnie do MRU. Najpierw jeździłem tam, by pić bełty, popalać trawę i uprawiać wolną miłość, a potem już jako coraz bardziej znerwicowany inżynier liczyć nietoperze. Czy słyszałem głosy? Ba, wszyscy słyszeli.
Żaden wspomagacz nie był do tego potrzebny. Wystarczyło posiedzieć trochę samemu w absolutnej ciemności i ciszy, by usłyszeć nadjeżdżający pociąg czy stukot podkutych butów niewidzialnego oddziału. Któryś z punków podobno nawet słyszał, jak śpiewają Edelweiss, ale akurat on nie garcił kompotem. Wolna miłość skończyła się na moje własne życzenie. Podziemne eskapady też. Renia wolała urlopy spędzać nad morzem, a ja początkowo zachwycony jej rozgrzanym, opalonym ciałem nie miałem nic przeciwko temu. Po kilku latach miałem dość zatłoczonych plaż, zgrzytającego w zębach piasku i rachunków zupełnie nieadekwatnych do jakości towarów i usług. Były to jedyne chwile, kiedy wdzięczny byłem losowi, że nie mamy dziecka. Wizja poszukiwania kosza na śmieci z pełnym pampersem w ręku i wrzaski dzieciarni wokół doprowadzały mnie na zmianę do szału i rozpaczy. Tak zresztą zaczęło wyglądać też nasze małżeństwo.
A pojawienie się dziecka, choć tak naprawdę bardzo się o nie staraliśmy, pogorszyło tylko sytuację. Ci, którzy utrzymują, że dziecko może uratować związek, powinni puknąć się w głowę. Młotkiem. Wszystko zawsze było nie tak. Brałem nadgodziny, zaniedbywałem ją i córkę. Wracałem wcześniej, nie troszczyłem się o utrzymanie rodziny. W końcu odciąłem się kiedyś, że skoro nie wiadomo, kiedy mam wracać, to nie wrócę w ogóle. Powinienem odgryźć sobie język, bo teraz to ja nie mam ani gdzie, ani do kogo wracać. Już w czasie rozwodu ciężko było o kontakt z córeczką. Miała wtedy dopiero trzy latka.
Po procesie, mimo wszystkich ustaleń Renata wyjechała z nią za granicę. Przez jakiś czas starałem się je odnaleźć. Stowarzyszenie, do którego zwróciłem się o pomoc, doradzało mi porwanie rodzicielskie. Wolałem jednak oszczędzić małej takich wspomnień. No i moja własna córka jest kolejną ważną dla mnie osobą, która pewnie mnie nie pamięta. To właśnie dlatego teraz tu jestem. Oparty o zimny mur gdzieś za załomem fosy. Na dziedzińcu jakaś grupa świętuje Nowy Rok. Słychać śmiech, czuć dym z ogniska. Co jakiś czas rozlegają się wystrzały.
Może petardy, a może walą z jakichś replik. Ja nie kupiłem sobie broni. Plan był taki: zrobię sobie mały spacer sentymentalny po osiedlu, zakończony oczywiście wizytą na forcie, a potem podjadę tramwajem na most Królowej Jadwigi i skoczę do Warty. Przy tej temperaturze, nawet choćbym nagle zmienił zdanie co do swoich dalszych losów, to nie dopłynę do brzegu. „Die Russen sind schon wohl nah. Die machen richtig Krach.” To nie Ruscy. Zaśmiałem się ponuro. Wojna skończyła się parędziesiąt lat temu. Przysiągłbym, że wzruszył ramionami. „Hast du eine Zigarette?” Zapytał.
Miałem. Zastanawiałem się przez chwilę, jak poczęstować ducha papierosem, ale w końcu sam zapaliłem, zaciągnąłem się głęboko i dmuchnąłem dymem w przestrzeń. „Vielen Dank” burknął mój rozmówca, jakby zawiedziony. „Was machst du hier eigentlich verdammt noch mal?“ Opowiedziałem pokrótce o swoich planach i niedolach. W końcu, jeśli mnie ktoś jakimś cudem usłyszy, weźmie mnie co najwyżej za kolejnego szklanego frustrata. „Du bist am Arsch” skwitował. „Tak nam się miło gawędzi. Może powinniśmy wypić brudershafta?” zaproponowałem. Sytuacja bawiła mnie coraz bardziej. „Warum nicht?” Wyjąłem małpkę, pociągnąłem łyk, a resztę chlustnąłem w ciemność.
Piotr Piątkowski. Peter Freitag. Boże, co za żenada. To do widzenia po tamtej stronie, Peter. Odwróciłem się, by odejść. „Gdzie się spieszysz? Tu też możesz umrzeć” usłyszałem i poczułem w dłoni zimny dotyk widmowej kolby. Ducha tłumaczył Dariusz Adamiak.
[02:05:38] - To czas, żeby się troszeczkę nad opowiadaniem „Fort” pochylić. Wybaczcie państwo, ale osobiście skieruję słowa do autorki. Zatem szanowna autorko, „Fort” to jest opowiadanie zaskakująco dojrzałe emocjonalnie. To opowiadanie łączy lekkość gawędy, takiej gawędy z dzieciństwa. Ot, tu przykłady: Głupy Donald, Lizol, Prosiak z coraz ciemniejszym tonem opowieści. Seksualna nieporadność, rozczarowanie dorosłością, rozpad małżeństwa i wreszcie taka niepokojąco cicha myśl samobójcza. Myślę, że kluczowa jest tu konsekwentna perspektywa pierwszoosobowa, która została zastosowana przez autorkę. Narrator jest żywy, w naszej wyobraźni jest żywy, ironiczny, a przez to bardzo wiarygodny. Mocna i bardzo zapamiętywalna jest puenta. „Tu też możesz umrzeć.” To zostawia taki kłót na karku i rodzaj niejasności, ale taki dobry rodzaj niejasności.
Można by zadać pytanie, co gra najmocniej w tym opowiadaniu? Zacznijmy od tego, że bardzo mi się to podobało. Konkretne, smakowite detale. Smród lizolu, kremy Nivea, jeansy z NRD, małpka, kompot. To kotwiczy realia, nadaje autentyczności temu tekstowi. Myślę, że ważny jest też język narratora. On jest potoczny, ale to wcale nie oznacza, że byle jaki. Myślę, że czuć tutaj ucho autorki do dialogu. Takie wyrażenia jak „tej”, „Hände hoch”, „Heili heilo”, ale też takie zgrabne autoironie. „Boże, co za żenada” chociażby.
Ten motyw fortu w opowiadaniu jako miejsca na swój sposób granicznego. Moim zdaniem jest to świetny symbol łączący dzieciństwo narratora, inicjację i coś, co nazwałbym kryzysem dorosłości. Te niemieckie głosy w opowiadaniu początkowo wydają się komiczne, a z czasem przekształcają się w coś mrocznego, w taki chór mrocznych widm. Przyznam się, że to dobre zagranie. Dobrze straszy, dobrze wznieca jakieś uczucia niepewności. Myślę, że dobrze gra w tym opowiadaniu ten kontrapunkt lekkości z jednej strony i mroku, takiego wewnętrznego mroku, który pojawia się w tekście. Z jednej strony ta scena z Jolką. Główny bohater jest taki, jaki jest. Z jednej strony ta scena jest erotyczna, z drugiej strony niezręczna i niepokojąca. Jest niepokojąca.
Z jednej strony mamy tam też takie miejsce w innej części noworoczny tłum kontra samotność, samotność w fosie. To daje taki mocny kontrast. Też mi się to bardzo podobało. I wreszcie zgrabna gra nazwiskiem Piątkowski, Piątkowo, Freitag. To taki subtelny most do sfery duchów, jakiejś historii miejsca. Tak, ale myślę też, że jak z każdym tekstem można również z „Fortem” popracować. I od razu apel do autorki, żeby nie traktowała tych moich uwag czy też wynurzeń jako czegoś zasadniczego. To raczej są sugestie na zasadzie redaktorskiej troszeczkę. Siada redaktor i kombinuje, jak zrobić coś jeszcze lepszego z czegoś dobrego. To czasami się nie udaje, a czasami przynosi korzyści.
Do przemyślenia dla autorki. Jeszcze raz tu podkreślę, szanowna autorko, te wszystkie uwagi, które będą poniżej, mają charakter wyłącznie warsztatowy. To propozycje do ewentualnego rozważenia. Bo „Fort”, to opowiadanie w obecnej formie jest opowiadaniem spójnym, sugestywnym i broni się jako proza. A te moje zaproponowane poprawki to może nawet za duże słowo, poprawki, może bardziej rozwinięcia warto traktować raczej jako Możliwości podbicia pewnych efektów, ale niekoniecznie trzeba je stosować. Niekonieczne są te zmiany. Warto o nich po prostu pomyśleć. Pierwsze, o czym pomyślałem, to te skoki czasowe. One są naturalne. Mamy tu człowieka w kilku etapach życia.
Myślę jednak, trzeba nad tym pokombinować, że warto dodać jakieś krótkie łączniki między poszczególnymi segmentami, by płynniej przechodzić z dzieciństwa, przez młodość, do teraz. Te łączniki, można to zrobić delikatnie. Tu mamy takie ostre przeskoki. Ja sam rozważam, może to jest dobry zabieg. Do przemyślenia, po prostu do przemyślenia. W scenie z Jolą można dodać taką późniejszą krótką refleksję narratora nad własnym zachowaniem. To, myślę, może dodać całej opisanej scenie pewnej głębi, pewnej refleksji. Znowu nie narzucam tego. Kto wie zresztą, czy nie dzielę włosa na czworo, ale do rozważenia. Po raz kolejny do rozważenia.
Myślę też, że fragment o Renacie zamiast ekspozycji mógłby zyskać na jednej konkretnej scenie, która pokaże napięcie istniejące w tym związku. Bo tu mamy prostą informację. Natomiast być może warto to pokazać w działaniu, że ci ludzie po prostu przestali się dogadywać. Bardzo mocne jest to ostatnie zdanie. Można rozważyć jednak alternatywną wersję, taką bardziej niedopowiedzianą. Muszę przyznać, że to jest taka uwaga, którą musiałem wypowiedzieć, pomimo tego, że mam świadomość, że to obecne zakończenie właściwie działa bezbłędnie. Czy warto poprawiać? Nie wiem. Znowu warto to rozważyć. W kwestiach niemieckich, tych wypowiedzi niemieckich warto pomyśleć, czy na przykład nie pozostawić ich bez tłumaczenia.
Po pierwsze daje to efekt obcości, ale można wzmocnić czytelność poprzez jakiś subtelny komentarz narratora albo kursywę, albo coś w tym guście. Bo takie odnośniki bezpośrednie, tłumaczące, co oni tam mówią, to nie zawsze jest dobre rozwiązanie. Ja wiem, państwo, którzy słuchaliście tego opowiadania w wersji audio, nie widzieliście tego, ale w wersji pisanej każde z niemieckich zdań jest wyjaśnione, jego znaczenie jest wyjaśnione. To nie zawsze dobrze działa. Znowu do rozważenia. Może warto pójść troszeczkę inną drogą. Muszę to powiedzieć, szanowna autorko, tekst należy dosyć skrupulatnie przejrzeć. Tam warto wprowadzić spójność zapisu dialogów, bo nie jest to konsekwentne. Pewne poprawki interpunkcyjne i jakieś drobne formy do poprawki. To tak zwane poprawki redakcyjne.
Mówię o nich, wspominam, że są, ale to już może nawet nie jest praca dla autora, tylko dla redaktora. Podsumowując to, szanowna autorko, „Ford” to jest opowiadanie właściwie w pełni gotowe do druku. Naprawdę po kosmetycznych poprawkach. Tu w tym tekście znakomicie łączy się humor, nostalgia i groza. A powiem szczerze, narrator w sposób, w jaki on opowiada świat, to właściwie przyciąga od pierwszego akapitu. I na koniec takie pytanie, którego właściwie miałem nie zadawać. Jeszcze w momencie, kiedy zaczynaliśmy audycję, to mówiłem sobie nie, nie pytaj o to. Ale i tak zapytam. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi, cytując klasyka. To nie dawało mi po prostu spokoju.
Nie znalazłem wprawdzie żadnych tropów w tekście i może błądzę, ale chciałbym zapytać, czy istnieje jakieś myślowe powiązanie, jakaś intelektualna niteczka wiążąca bohatera „Piątka” z Montagiem, protagonistą z „451 stopni Fahrenheit” Raya Bradbury'ego? Może ja sobie to wszystko tylko wydumałem. Może to w ogóle nie było zamysłem autorki. Prawie na pewno nie było, ale jeśli nie było, to może warto taką niteczkę rozciągnąć. Może warto jakoś wpleść takie intertekstualne zabawy. One czasami pobudzają w czytelniku, dodatkowo go inspirują, pobudzają jego myślenie. Do rozważenia. Nie wiem. To taka luźna myśl na koniec. Pięknie dziękuję za to opowiadanie.
To była naprawdę przyjemność. A do Państwa mam apel. Przysyłajcie opowiadania. Jak widzicie, nad każdym z nich się pochylam. Staram się powiedzieć, co mi tam w duszy gra po lekturze. Czasami być może błądzę. Być może to są myśli, które warto wyrzucić do kosza, a może czasami warto z nich skorzystać. Nie wiem. Spróbujcie Państwo, przysyłajcie teksty. A teraz już pięknie Państwu dziękuję za towarzystwo w trakcie trwania dzisiejszej audycji.
Pięknie dziękuję za te godziny, które wspólnie spędziliśmy. I cóż, życzę Państwu wspaniałego weekendu, długiego weekendu. Życzę pięknej pogody. Życzę dobrej nocy, bo to najbliższa okoliczność. No i cóż, pięknie zapraszam na kolejne wydanie naszej audycji „Akademia Wszelkiej Fikcji” już za tydzień w piątek. Zapraszam.
[02:16:51] - A mówi te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.