[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. To jeszcze nie koniec wakacji, a skoro to jeszcze nie koniec wakacji, skoro mamy piątek krótko po godzinie 20, to zapraszamy na kolejne, jeszcze wakacyjne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:39] - Dzień dobry wieczór państwu. Zgłaszam się, jestem na posterunku i zaczynamy tradycyjnie. Nic się nie zmienia. Zaczynamy od polecanek książkowych. Na pierwszy ogień książka „Miasteczko” napisana przez Paulinę Świst oraz Piotra C. Wydawnictwo Muza. Data premiery: 27 dzień sierpnia. Trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Zabawna, intrygująca i zaskakująca książka autorstwa dwojga najbardziej tajemniczych postaci polskiej literatury. Piotr i Paulina nieszczególnie za sobą przepadają.
Szczerze mówiąc, najchętniej całkiem by o sobie zapomnieli. Pewnie dlatego, że byli małżeństwem. Wyszło na to, że miłość ich rozdzieliła. Czy jest coś, co może ich znowu połączyć? Jasne, że tak. Spadek. Wuj Pauliny zapisuje im w testamencie halę produkcyjną ukrytą w samym sercu bieszczadzkich lasów i całkiem przyzwoity dom. Na miejscu odkrywają, że w domu mieszka niespodziewany lokator i że hala bynajmniej nie świeci pustkami. Wiesław, lokalny biznesmen o nienagannych manierach i mentalności gangstera, prowadzi w niej mocno nielegalną działalność. Co począć z tym fantem?
Spławić Wiesława? Może być ciężko. Wejść do interesu? Trochę ryzykowne. Wziąć nogi zapas i zapomnieć o sprawie? Odrobinę za późno. Jakoś się z tych kłopotów wykaraskać, zachowując życie, zdrowie i chociaż resztki zdrowego rozsądku? Tak byłoby najlepiej. Tylko jak to, do cholery, zrobić? „Miasteczko”, Paulina Świst oraz Piotr C.
Wydawnictwo Muza. Data premiery: 25 dzień sierpnia. Chyba się pomyliłem. Nie 25 dzień sierpnia, tylko 27 dzień sierpnia, co niniejszym prostuję. Druga książka nosi tytuł „Ogar”. Autorem jest Krystian Stolarz. Wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery to 26 sierpnia. Bohaterowie powieści „Zbawcy” powracają. Trzy miesiące po ucieczce Ogara Julia Marzewska nadal nie może poradzić sobie z tym, co się wydarzyło, a Marcin Rau tylko pozornie daje sobie radę jako nowy naczelnik wydziału kryminalnego. Szybko okazuje się, że i na nim sprawa zbawcy odcisnęła piętno, być może głębsze niż na policjantce.
Marzewska próbuje dorwać uciekiniera. Nie wie przy tym, że jedyne, czego Ogar aktualnie pragnie, to właśnie ona. Na drodze stoi mu partner Julii i wieloletni policjant z wydziału kryminalnego Wiktor Rybak. Ich starcie jest nieuniknione. Tymczasem w mieszkaniu Julii pojawia się pewna osoba, która miała od dawna nie żyć. Jaki jest jej cel? Dlaczego zjawia się wtedy, gdy Marzewska i Rybak polują na Ogara? Zło nie śpi. Czasami tylko zmienia twarz. „Ogar” to opowieść o traumach funkcjonariuszy i bezwzględnej zemście.
Autentyczny policyjny kryminał bez cenzury i upiększeń. Mroczniejszy, brutalniejszy, prawdziwszy. Przypomnę, mowa o książce „Ogar” Krystiana Stolarza. Wydawnictwo Prószyński Media, a data premiery: 26 dzień sierpnia. I trzecia książka, „Chata wyklętych”. Autorka Emilia Szelest, Wydawnictwo Skarpa Warszawska, a data premiery 27 sierpnia. Góry mają dobrą pamięć i nie zapominają krwi. Zaczęło się od zwykłej wyprawy. Mieli wrócić tego samego dnia. W górach jednak nic nie jest pewne, zwłaszcza gdy z nieba sypie śnieg.
Grupa turystów trafia do zapomnianej chaty, gdzie muszą przeczekać zamieć. Nie są sami. Nie wszyscy mówią prawdę. Stare schronisko skrywa więcej niż skrzypiące deski i zimno. Wśród przybyszów są tacy, którzy nigdy nie powinni byli tu wracać. W ruinach przeszłości czai się niedopowiedziana historia. Historia zdrady, niewyjaśnionej zbrodni i nazistowskiego skarbu, którego cena wciąż rośnie. A gdy zawieje wiatr i ściany zadrżą, jedno jest pewne: to nie góry przerażają najbardziej, to ludzie. „Chatka wyklętych”, Emilia Szelest, Wydawnictwo Skarpa Warszawska, a data premiery to 27 dzień sierpnia. Tak, proszę państwa, to były zapowiedzi Zapowiedzi książkowe.
Teraz czas na zapowiedzi, jak to ująć, też wydawnicze, ale prasowe. Piotr Cielebiaś już czeka, a to widomy znak, że będziemy omawiać dziewiąty numer „Nieznanego Świata”. Dziewiąty numer roku 2025. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[06:36] - Witam, witam.
[06:37] - Jak ten czas mija? To banalne stwierdzenie, ale nie da się ukryć, że niniejszym wakacje niemal minęły. A skoro minęły wakacje, no to wrzesień. A jak wrzesień, to dziewiąty numer „Nieznanego Świata”.
[06:54] - Może dobrze, że minęły te wakacje i człowiek wraca do szkoły, bo tak to się nudzi w tym domu. Oczywiście żartuję. Do żadnej szkoły nie wracam, ale dobra strona tego wszystkiego jest taka, że w kioskach, chociaż to też jest źle powiedziane, dzisiaj nie ma kiosków. Na stanowiskach prasowych znajdziecie nowy numer „Nieznanego Świata”. Zanim przejdziemy do jego omówienia, takiego krótkiego, przypomnę przede wszystkim o numerze elektronicznym. Znajdziecie odnośnik w opisie. A jeżeli ktoś musi albo woli po prostu mieć papier, to można nabyć numer wrześniowy „Nieznanego Świata” na wspomnianych stanowiskach z prasą albo w salonach prasowych, które się jeszcze uchowały gdzieniegdzie. Stanowiska z prasą, pamiętajcie, są w różnych miejscach. W marketach tych na B i na L, ale też w wielu innych. Są też na stacjach paliw, także w zależności od tego, gdzie wam najbliżej, to szukajcie.
Są też w tych mniejszych marketach na Ż, to warto wspomnieć.
[08:00] - Piotrze, zatem zaczynamy przeglądać numer. Niewiele kartek musiałem przewrócić, aby natrafić na artykuł, który jest zaiste ekscytujący. Doktor Joanna Bohaczek-Trąbska, „Grzyby w nieznanym królestwie”.
[08:19] - Dokładnie. Późne lato i wczesna jesień to jest oczywiście najlepsza pora na grzybobranie. Wiem, Marku, że ty nie lubisz grzybów.
[08:28] - Ale zbierać lubię. Lubię zbierać, to taki paradoks.
[08:32] - Tak. Natomiast muszę powiedzieć, że w naszym kraju jest też coraz więcej grzybiarzy całorocznych, którzy szukają sobie rzadkich okazów, na przykład zimowych albo wiosennych, nieznanych większości. Ale to jest zajęcie dla wybranych. Dla tych okazjonalnych grzybiarzy jesiennych pozostają borowiki, maślaki i cała reszta, na przykład rydze. A w tekście doktor Bohaczek-Trąbskiej mowa o tajemnicach tych organizmów, tego królestwa. Grzyby niegdyś władały Ziemią i zdaniem niektórych cały czas to robią. Dawniej, co prawda, dochodziły do kilku metrów wysokości. Dawniej to nie kilkadziesiąt lat temu, tylko pewnie kilkaset milionów lat temu. A teraz? Teraz, jak udowadnia nam autorka, niewiele się zmieniło.
Tylko tego nie widzimy tak do końca. Tajemnice biologiczne grzybów to jest jedno, oczywiście, ale są też sekrety innego rodzaju. Na przykład obecność grzybów w medycynie ludowej albo we wierzeniach. Smerfy, krasnoludki i to wszystko inne zawsze się koło grzybów kręci. Ale to właśnie grzyby były zdaniem niektórych bramą do doświadczeń psi, do zmienionej świadomości. Ja nawet pamiętam, kiedyś natrafiłem na taki kontrowersyjny artykuł, gdzie była mowa o tym, że to właśnie dzięki grzybom, które wywołują zmienione stany świadomości, człowiek stworzył religię i że one mają więcej wspólnego ze sferą ducha, niż nam się wydaje. Tutaj mrugam do was porozumiewawczo okiem, że nie chodzi o jakieś tam kurki, prawda? Ale o tym tak za bardzo nie można mówić głośno.
[10:14] - A jeśli przypomnicie sobie państwo taką książkę Waldemara Borowskiego „Święty Grzybuk”, to już będziecie wiedzieli mniej więcej, o czym Piotr mówił.
[10:27] - Marku, to teraz ja nietypowo wywołam ciebie, bo w tym nowym numerze wrześniowym znajdziemy twój bardzo ciekawy artykuł o czasie, który wyparował. To jest przewrotny tytuł, ale powiem tak: drodzy państwo, takie materiały zdarzają się ostatnio bardzo rzadko. To jest reportaż na temat pewnego bardzo dziwnego, powiem jeszcze raz, bardzo dziwnego zdarzenia sprzed około dwóch lat, które miało miejsce pod Piłą w województwie wielkopolskim. Czy możesz nam troszeczkę na ten temat opowiedzieć?
[11:04] - Oczywiście. To jest materiał, który powstał dzięki Radiu Paranormalium. To w tym radiu znalazłem relację, krótką bardzo, w której była mowa o jakiejś czarnej mgle, o globie czarnym, który się pojawił. Bardzo mnie to zaintrygowało i napisałem SMS-a do bohatera tej opowieści, czy nie byłby skłonny podzielić się z czytelnikami „Nieznanego Świata” tą historią. Ale w jakimś takim rozszerzeniu. Od razu zapowiedziałem, że będę chciał drążyć temat i mam nadzieję, że jakoś go troszeczkę podrążyłem. Była zgoda, to pojechałem i ten reportaż to jest plon tej mojej wizyty w Pile, ale też właśnie tego wiercenia, tego szukania dziury w całym. Bo oczywiście historia jest fascynująca, ale ja postarałem się ją naświetlić z kilku stron. Nie ze wszystkich Bo to przekroczyłoby granice objętościowe, które w piśmie przyjęte są na reportaż. Ale myślę, że pewne wątki ciekawe uchwyciłem.
Co więcej, udało się znaleźć jeszcze dodatkowe relacje dotyczące podobnych wydarzeń na tej samej trasie. Nie będę oczywiście tego reportażu opowiadał, ale mam przy okazji do powiedzenia państwu, iż myślę, że ten reportaż otwiera pewien nowy rozdział. To znaczy, jeśli macie państwo takie historie, jeśli takie historie gdzieś was nurtują, takie bądź podobne, to mogą być relacje z różnych niesamowitych wydarzeń, to ja jestem do państwa dyspozycji. Proszę o kontakt ze mną czy z redakcją. Opowiadajmy te historie, bo to są historie, które bywają naprawdę fascynujące. Ta historia spod Piły to jest historia, którą nie wiadomo, jak do końca zaklasyfikować. Czy jako złudzenie, czy jako stan chorobowy związany na przykład z nadciśnieniem, czy jako pewną psychologiczną zagwozdkę, a może nawet działanie siły związanej z UFO czy z paranormalnością. Bo w końcu poza tym, że się coś dziwnego w postaci czarnej mgły pojawiło przy samochodzie bohatera tego reportażu, to mamy jeszcze do czynienia ze znikającym czasem, tak jak w tytule. Nagle nastąpiło cofnięcie. Więc to może i znikający czas i przestrzeń, bo autor jechał dwa razy przez to samo miejsce.
Zatem jeśli to było tylko złudzenie, jeśli to był błąd w matriksie, bo to kolejna możliwość, to wszystko jest naprawdę fascynujące. I oczywiście, jak w tego rodzaju reportażach nie ma prostych odpowiedzi. Nie wiem, czy są w ogóle odpowiedzi. Warto natomiast potraktować ten materiał jako punkt wyjścia do własnych rozmyślań.
[14:24] - A jeżeli mowa o niezwykłych wydarzeniach, to oczywiście możecie się z Markiem kontaktować, jeżeli je przeżyliście, ale jak chcecie o nich posłuchać, to zapraszamy na wspomniane Radio Paranormalium. Tam jest taki cykl audycji pod tytułem „Mówią Świadkowie”. To jest troszeczkę coś jak dotknięcie nieznanego w nieznanym świecie, czyli relacje świadków często opowiadane głosami tychże świadków. Są to po prostu nagrania ludzi, którzy przeżyli dziwne rzeczy.
[14:56] - To, co w tej chwili zrobię, będzie wyglądało na jakiś układ. Ale trudno, pójdźmy i w taką teorię, bo teraz czas na materiał Piotra Cielebiasia w Nieznanym Świecie. Materiał o Franciszku i kosmitach pod tytułem „Co ukrywał zmarły papież?”. Piotrze, co ukrywał?
[15:18] - Już widzę komentarze, że żeśmy się umówili i że pucujemy sobie wzajemnie. Ale już przejdę, opowiem, co ten Franciszek ukrywał. Pamiętamy, że to była postać nietuzinkowa w stosunku do obecnego papieża, który jest jakiś taki przyblakły, praktycznie niewidoczny w polskich mediach. Ale Franciszek budził kontrowersje i to okrutne. Pamiętano cały czas, przez cały jego pontyfikat tę wypowiedź, że on chętnie by ochrzcił kosmitę na przykład. Tyle że mało kto wie i wiedział w Europie, że kiedy Franciszek żył i pracował w Argentynie, to miał bliski kontakt z tematyką UFO i obcych. Na przykład mentor przyszłego papieża, ojciec Reina, był jednym z pierwszych argentyńskich ufologów, z tego pierwszego pokolenia był argentyńskich ufologów. Ale to wszystko w przypadku papieża Bergoglio szło znacznie dalej. On się obracał w towarzystwie kontaktowców. To jest w ogóle fascynujące.
I jest też kwestia pradawnej wiedzy Mapuczów, rdzennego plemienia zamieszkującego między innymi Argentynę, którzy wierzyli w bogów z kosmosu. Może nie z kosmosu, z nieba. Nad Mapuczami pieczę zaczęli sprawować jezuici. Sprawa niezwykle interesująca. Czy oni chcieli coś ukryć? Czy się też czegoś dowiedzieli? A pamiętajmy, że właśnie z jezuitów wywodził się świętej pamięci papież. Ciekawe jest też to, że po przybyciu do Watykanu Bergoglio zupełnie się odciął od tych spraw, od tej tematyki, chociaż jak niektórzy wierzą, porozumiewawczo czasami mrugnął, czasami dał jakiś znak, że to nie jest wcale dla niego temat bardzo odległy.
[17:09] - I kolejny materiał doktora Roberta Kościelnego „Satanizm w popkulturze”. To jest materiał, który bardzo polecam, bo satanizm kojarzy nam się bardzo mrocznie, raczej z horrorami. Tymczasem tu mamy taki rzut kulturowy, powiedziałbym, i warto to naprawdę przeczytać. A z pewnego punktu widzenia ten materiał jest mi bliski, bo przywołuje między innymi książkę o znanym skandaliście LaVeyu, książkę zatytułowaną „Urodzony z ogonem”. Od razu skorzystam z okazji i powiem, że pod koniec tego roku, bodajże w numerze 12, pojawi się wywiad z tłumaczem tej książki. Tłumaczem, który naprawdę włożył dużo pracy w przekład. Nie był to przekład łatwy. Dobrze, ale to przyszłość. A teraz skupmy się na tekście doktora Roberta Kościelnego.
[18:15] - Temat trochę tabu, jakby nie patrzeć, bo z jednej strony cały czas trwa i nie tylko w Ameryce, ale też u nas tak zwana satanic panic, czyli taka obawa przed satanistami. Z drugiej strony myślę, że ten temat jest dość głęboko niezrozumiały dla społeczeństwa. To znaczy często satanizm stanowi tło dla bardziej efemerycznych, często hermetycznych ruchów, które są ukryte znacznie głębiej i rzadko pokazują rogi. Chciałem przez to powiedzieć, że często satanizm jest taką zbiorczą nazwą dla różnego rodzaju ruchów, które często nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale jest też ten satanizm popkulturowy, taki bardziej pozerski niż straszny. I tutaj przychodzą na myśl różne postacie, różne zespoły na przykład. Ale o tym więcej pisze doktor Kościelny. A w numerze wrześniowym jest jeszcze bardzo dużo różnego rodzaju ciekawych materiałów. Przeczytacie tam między innymi o bakteriach ze stacji kosmicznych, które nie wiadomo skąd się tam wzięły. A może przyleciały z kosmosu?
Kto wie. Przeczytacie także pierwszą część naprawdę ciekawego cyklu pod tytułem „Bioenergoterapia zwierząt”. Z kolei doktor Piotr Piotrowski pisze o astrologii snów. Pamiętajcie, że oprócz „Nieznanego Świata” w papierze, który znajdziecie na stanowiskach z prasą, możecie kupić wersję elektroniczną. A jeżeli szukacie starszych numerów albo po prostu książek, polecam wam stronę naszej księgarni www.nieznany.pl. Proszę państwa, nieuchronnie nadszedł czas na korepetycje filozoficzne. Zatem nie zwlekajmy. Zaczynajmy. Dzisiaj postać, nie jest to moja ulubiona postać, od razu to powiem, ale przez bardzo wielu ludzi postać bardzo ceniona. Co więcej, uważana za filozofa wolności.
Jak z tą wolnością było? Poczekamy, zobaczymy. Zaczynamy zatem. Drodzy słuchacze, jeśli XVIII wiek miałby własnego stand-upera, KJAR-owca, influencera i adwokata w jednej osobie, to byłby nim Voltaire. Wulkan energii. Ktoś, kto łoił przesądy, bawił się słowem, podkręcał debatę publiczną i pisał tak dużo, że do dziś nie wszystko da się łatwo policzyć. Gdyby Voltaire miał Twittera, pewnie skończyłby z permanentnym banem, ale w tak zwanym międzyczasie wystawiono by mu również kilka pomników. Jego program da się streścić w jednym z najsłynniejszych haseł oświecenia: „Zgniećmy to, co haniebne”. A cóż to niby miało być? Dla Voltaire'a na przymiotnik „haniebna” zasługiwała mieszanka fanatyzmu religijnego, przesądu i instytucjonalnych nadużyć, zwłaszcza kościelnych.
W licznych listach z lat 60. XVIII wieku mobilizował przyjaciół do walki z owymi zjawiskami. Walki o rozum oraz o tolerancję. Ale uwaga! Voltaire nie był filozofem tworzącym własny, rozbudowany system, jak chociażby Kant czy Hegel. Był bardziej publicystą, aktywistą, który potrafił w pięciu akapitach zrobić rewolucję w głowach czytelników. Jego filozofia rozlewa się po listach, esejach, hasłach słownika, sztukach i pamfletach. Tak właśnie charakteryzuje jego dorobek stanfordska encyklopedia filozofii. Co Voltaire głosił? Był deistą.
Bóg? Tak, ale bez cudów, dogmatów i cudownej polityki. Rozum, doświadczenie, prawo natury? Tak. Fanatyzm i przymus sumienia? Nie, absolutnie nie. Ten rdzeń znajdziecie państwo w „Listach filozoficznych” z zachwytami nad angielską tolerancją i handlem oraz w „Słowniku filozoficznym” pełnym ironicznych haseł-szpilek pod adresem między innymi Kościoła. Najbardziej obywatelska książka Voltaire'a to „Traktat o tolerancji” z 1763 roku. Napisany został po skandalu, jakim była sprawa Jeana Calasa. Mam nadzieję, że dobrze wypowiadam to nazwisko protestanta skazanego niesłusznie na śmierć.
Voltaire rozmontował atmosferę przesądu, a rehabilitacja Calasa została symbolem zwycięstwa opinii publicznej nad fanatyzmem. Gdy później Voltaire bronił pamięci młodego chevaliera de la Barre, znów uderzał w ten sam bęben. Bezprawie rodzi się tam, gdzie rozum ustępuje lękom i świętemu oburzeniu. Voltaire nie był jednak naiwny. Zamiast o demokracji marzył raczej o oświeconym monarsze, który wyposażony w rozum i doradców zrobi porządki w szkolnictwie, sądach i finansach. Stąd jego burzliwa przyjaźń
[24:18] - Z Fryderykiem II oraz ciepłe listy do Katarzyny II. Z całą pewnością słyszeli państwo o powiastce filozoficznej pióra Woltera zatytułowanej „Kandyd”. A „Kandyd” to bezlitosna rozprawa z łatwizną metafizyki i z systemowym okrucieństwem. Można powiedzieć, że słynna scenka z okaleczonym niewolnikiem w Surinamie dosłownie wbija kij w mrowisko. Pokazuje bowiem bardzo wyraźnie, że europejskie bogactwo ma swoją cenę liczoną w ludzkim cierpieniu. Wolter zdaje się krzyczeć, iż optymizm i twierdzenie, że wszystko na tym świecie jest jak najbardziej dobrze urządzone, wydaje się ponurym żartem. A teraz nieco o filozoficznych zgrzytach i paradoksach filozoficznych wywodów Woltera. W szkolnych czytankach Wolter bywa patronem wolności słowa. Ale tak dla porządku: to nie on powiedział: „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale do śmierci będę bronił twojego prawa, by to mówić”. Słowa te, będące tak naprawdę podsumowaniem postawy filozofa, skreśliła jednak biografka Woltera, Evelyn Beatrice Hall w 1906 roku.
Ale świat uznał je za cytat z Woltera. Urocza legenda, ale jednak legenda. Wolter bywał bezlitosny. Potrafił pisać o religiach z pasją człowieka demolki. Z pasją, którą dziś wielu uznałoby za zamowę nienawiści, czymkolwiek ona w istocie jest. W pismach Woltera są również fragmenty dotyczące Żydów, oceniane przez badaczy jako nacechowane wielkim uprzedzeniem. To jedna z najciemniejszych stron jego spuścizny i przedmiot żywych analiz w historii idei. A jednocześnie ten sam Wolter, kiedy dochodziło do sądowych linczów wspomnianych już Calas i La Barre, był pierwszym, który bił na alarm i słowo „tolerancja” wyniósł do rangi hasła politycznego. Wolter pisał z podziwem o Anglii, ale politycznie był raczej elitarnym sceptykiem wobec demokracji. Wierzył, że najlepiej rządzi oświecony monarcha.
Dlatego kibicował władcom reformatorom i korespondował z nimi, licząc, że szybciej zmodernizują państwa, niż zrobiłby to kapryśny lud. Dziś brzmi to dwuznacznie. Adwokat wolności sumienia, ale niekoniecznie entuzjasta rządów ludu. I tu dochodzimy do sprawy dla nas w Polsce szczególnie niemiłej. Wolter, korespondent i PR-owiec dworów wspierał propagandowo rosyjską interwencję w sprawy Rzeczpospolitej, a w broszurach z końca lat 60. i na początku 70. XVIII wieku przedstawiał polski kryzys tak, by legitymizować działania Katarzyny II wobec polskiej anarchii, jak to miał okazję pisać. Anarchii oraz dysydentów. W 1771 roku przygotował pamflet, którego tytuł można byłoby przetłumaczyć jako „Dzwon na trwogę dla królów”. Pamflet wpisujący się w rosyjską narrację, a po pierwszym rozbiorze w 1772 roku potrafił pisać o tym wydarzeniu jako o uzdrowieniu sytuacji.
Trudno to raczej pogodzić z jego publicznym etosem walki o prawa i o tolerancję. A jednak to się zdarzyło. Ten wolteriański zgrzyt ma kontekst. W Europie krążyła teza, że rozbiór zabezpiecza pokój, a konfederacja barska bywała przedstawiana jako źródło chaosu. Ale nawet wtedy wielu współczesnych oceniało rozbiory jako moralny i prawny skandal. Wolter stanął po stronie oświeconych mocarstw, a nie polskiej wolności. Fakt, który może zaboleć i o którym trzeba mówić głośno. Co nam dziś zostaje z Woltera? Po pierwsze metoda: nie ufać autorytetom, testować je ironią, patrzeć władzy na ręce i reagować, gdy sądy stają się narzędziem zemsty. Tu Wolter bywa inspirujący jak mało kto.
Od traktatu o tolerancji po kampanię w obronie niewinnie skazanych. Po drugie, przestroga. Nawet najgłośniejszy rzecznik wolności potrafi zgubić kompas, gdy w orbicie krążą władcy, dworskie splendory i większa racja stanu. Dlatego warto czytać Woltera bez jednoczesnego ustawiania go na pomnikowym cokole. Warto podziwiać jego odwagę cywilną i błyskotliwość, a jednocześnie pamiętać o miejscach, w których zawiódł własne ideały, jak chociażby w sprawie Polski. I po trzecie, lekcja rozróżniania. Wolter mówił: „Zgniećmy to, co haniebne”, ale miał na myśli nie osoby, lecz mechanizmy. Przesąd, fanatyzm, instytucjonalną przemoc. To dobre hasło, dopóki nie zamienia się w przyzwolenie na nowe uprzedzenia. A z tym, jak wiemy, sam Voltaire miewał kłopot.
I jeszcze jedno. Gdy ktoś znów rzuci słynne zdanie o obronie do śmierci twojego prawa, by mówić, pamiętajcie państwo, że to nie Voltaire, to jego biografka, która spróbowała uchwycić ducha jego walki. Ducha, który potrafił bronić ofiar fanatyzmu, ale i przeczyć sam sobie w imię oświeconej polityki. Może właśnie dlatego Voltaire jest tak bardzo wielki, inspirujący, ale z drugiej strony niepokojąco ludzki, niepokojąco ulegający autorytetowi władzy. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne o Voltaire. Okazuje się, że nie wszystko w naszym życiu jest jednoznaczne. Naprawdę może być ktoś wielki umysłem, który czasami błądzi, zapuszcza się w rejony, które sprawiają, że opowiada rzeczy, bądźmy delikatni, opowiada rzeczy dziwne. To nie umniejsza do końca jego wielkości, ale pokazuje, że taka tęsknota za autorytetem totalnym, autorytetem, który jak mówi, to mówi i zawsze ma rację, jest ułudą. Każdy z nas się myli, każdy z nas popełnia błędy. Zostawmy te filozoficzne nastroje.
Przejdźmy do nastrojów literackich. Chciałbym państwu dzisiaj zaprezentować opowiadanie Rolanda Hensoldta „Złodziej czasu”. To jest opowiadanie wypreparowane z audycji ABW numer 120, która ukazała się na antenie Radia Paranormalium 17 czerwca 2022 roku. W sumie niedawno. Trzy lata. Cóż to jest wobec wieczności? Zatem zapraszam państwa na opowiadanie „Złodziej czasu”.
[32:48] - Roland Hensoldt, „Złodziej czasu”. Zamarłem w oczekiwaniu na przepowiedzianą katastrofę. Ze wzgórza obserwowałem nadjeżdżający pociąg. Wagony pełne ludzi sunęły na poduszkach pól magnetycznych i chociaż nie chciałem niczyjej krzywdy, przyłapałem się na niepokojącej myśli. Tak samo gorliwie prosiłem Wszechmogącego, aby nic złego się nie wydarzyło, jak szeptałem diabłu, aby doszło do tragedii. Byłbym wtedy świadkiem czegoś niepojętego, czegoś, co przeczy logice. Spojrzałem na zegarek. Teraz. Mijały chwile, w rytm których targały mną skrajne emocje oczekiwania, strachu. Co jeśli?
Zacisnąłem pięści. Wreszcie nieco spóźniony pociąg usłuchał czyjegoś głosu, bo oto pierwszy wagon przechylił się na zakręcie niebezpiecznie w prawo, pociągając resztę składu. Wiedziałem, że to się wydarzy, a mimo wszystko nie dowierzałem. Doszło do katastrofy, którą ujrzałem wcześniej, a teraz stałem zahipnotyzowany, nie mogąc się poruszyć. Potem w mediach powiedzą, że to nie był sabotaż, a jedynie nieszczęśliwy wypadek, zupełnie przypadkowy, że nikt nie zawinił. Rzeczoznawca powie, że tego nie dało się przewidzieć. Wszyscy się mylili. To ja byłem winnym, a moimi grzechami były wiedza i zaniechanie. Rok wcześniej. „Wiesz, że Digoldy zużywają więcej energii niż Argentyna?
Nieustannie coś obliczają i nikt nie wie co”. Pytanie kolegi zasiało ziarno, z którego wykiełkowała teoria spiskowa. „Dowiem się, co one przetwarzają” – zadeklarowałem. Digold, kryptowaluta, która opanowała świat, została oparta na mocy obliczeniowej komputerów. Było w niej coś niepokojącego. Od miesięcy rozgryzałem ten temat. Wszystkie tropy wiodły do miejsca zwanego Ośrodkiem. Ktoś pracujący dla providera internetu twierdził, że ruch digoldów wypływa z niego, opływa świat i wraca do niego. O budynku krążyły legendy. Najlepsze zabezpieczenia, niezależne zasilanie, odseparowana biosfera.
Zgłębianie tematu zajęło mi rok. Miałem nadzieję, że digoldów nie chroni kwantowy superstrażnik. Aby wygrać, musiałem wystawić do walki zawodnika podobnej wagi, czyli inną walutę cyfrową. Hakerzy mieli własny pieniądz GoldHack, który używano jak botnet. Miałem wśród nich znajomości i udało mi się przekonać ich, aby użyczyli mi mocy. Pojedynek kryptowalut był pasjonujący. Dopingowałem swojemu zawodnikowi, aż wreszcie sędzia losu walnął w gong. „The winner is...” Ujrzałem wiersz poleceń. Kazano mi podać zakres dat pożądanego zbioru informacji. Zdziwiłem się, bo do wyboru była tylko przyszłość.
„Podaj podmiot”. W spisie nazwisk widniało moje. Pokusa zwyciężyła, chociaż było to niemalże równoznaczne z podpisaniem się pod tym włamem. Dane mieliły się długo. Obawiałem się, że nie zdążę na pociąg, który miałem w południe, ale przecież nie mogłem przerwać. Dane wizualne pobrały się przed siódmą rano, zwracając error: 0,01% symulacji. Brak pamięci na SSD. Włączyłem VR. Drzewa za oknem poruszały się, a wzrok dostosowywał się do symulacji i zdałem sobie sprawę, że jestem w pociągu, siedząc na miejscu numer 23. Liczba detali porażała.
Zamarłem. Sprawdziłem w kieszeni moich VR-owo wygenerowanych dżinsów i wyciągnąłem z nich bilet. Zobaczyłem, że jest on opatrzony moim nazwiskiem i dzisiejszą datą. Zdziwiło mnie to, bo przecież dużo wcześniej kupiłem ten bilet na ten konkretny pociąg. Przede mną siedziała blondynka w kwiecistej sukience. Odebrała telefon mówiąc: „Tu Olga”. Na kolanach trzymała książkę Isaaca Asimova. Obserwowała mnie i wiedziałem, że jej się podobam. Po prostu to wiedziałem. VR zwrócił komunikat „Error.
Wprowadzono nowe dane”. Huk. Wstrząs. Coś mną rzuciło i wpadłem na ścianę. Błędnik szalał. Symulacja dobiegła końca. Zdarłem z siebie okulary VR z przerażeniem. Pojechałem na stację. Długo szukałem pięknej nieznajomej w kwiecistej sukience, aż dostrzegłem ją. Siedziała w poczekalni, czytając Asimova.
Założyłem VR, odnajdując w ukradzionych danych Olgę w tym czasie i w tej przestrzeni. Kobieta była zsynchronizowana z jej symulowaną reprezentacją, niczym lustro z odbijanym obiektem. Serce łomotało mi, jakbym był o krok od odkrycia największej zagadki ludzkości. Gdy przyjrzałem się dokładniej, ruch obu kobiet nie był identyczny. Ta z przyszłości poruszała się nieco sztucznie. Przestawiłem upływ czasu w okularach, aby mieć podgląd przyszłości odległej o pięć sekund. Mogłem porównywać zachowanie Olgi teraźniejszej z tą, która dopiero się wydarzy. I to działało. Za chwilę spojrzy na zegarek, wstanie i skieruje się ku toalecie, przechodząc niedaleko mnie. Dziewczyna z teraźniejszości po prostu zaczęła robić to, co przewidziały okulary VR, chociaż detale były różne.
Odłożyła książkę i kawę. Mógłbym przewinąć jej życie do bardziej odległej przyszłości, zobaczyć co zrobi, gdzie pójdzie. System umożliwiał wizualizowanie czegoś, co rozpoznałem jako jej myśli. Czytała powieść, ale analizowała problemy życia osobistego. Pojawił się mężczyzna. Raz go opuszczała, innym razem przytulała. Wahała się i to wszystko widziałem w VRze. Jego też mogłem tam odnaleźć. Gdy przełączyłem się na niego, zobaczyłem, że flirtuje z niejaką Martą. Ją także mogłem śledzić w przyszłości, w przeszłości, wszędzie.
Teraźniejsza Olga spojrzała na mnie, zdając sobie sprawę, że gapię się na nią. Kiedy jej symulowana wersja poszła do toalety, ta prawdziwa stanęła. To wydarzenie sprawiło, że przyszłość dziewczyny przestała zgadzać się z teraźniejszością. „Co ja zrobiłem?” – pomyślałem przerażony. Czy to możliwe, że zniszczyłem przeznaczenie Olgi? Wróciła na ławkę. Symulacja biegła dalej w przyszłość, ale to nie miało już znaczenia. VR-owa wersja usiadła na sedesie, rozmyślała i doszła do wniosku, że zostanie z tym facetem. Ale to się nie wydarzyło. Miałem wrażenie, że ta myśl nie dotarła do Olgi, bo przesłonięła ją inna w postaci mojej twarzy i zapewne teraz też wydałem jej się interesujący.
Wiedziony jakąś siłą, być może przeznaczeniem, podszedłem do niej. „Olga?” – zapytałem. „Znamy się?” „Nie wiem, jak to powiedzieć…” – zacząłem się miotać i czerwienić. W końcu powiedziałem: „Proszę nie wchodzić do pociągu”. „Pan żartuje” – odpowiedziała z uśmiechem, który szybko znikł, gdy odkryła, że byłem zbyt poważny jak na podrywacza. Tak bardzo poważny, jak tylko szaleniec może być, mówiąc takie rzeczy. „Czuję, że wydarzy się coś złego”. Odszedłem, zastanawiając się co dalej. Jakim cudem to skrzaniłem? W symulacji pociąg ruszył.
Odnalazłem maszynistę. Cofałem czas, aby prześledzić jego drogę do lokomotywy i zobaczyć, gdzie znajduje się on teraz. Pił kawę w barze. W VRze podszedłem do niego, chcąc przetestować rozmowę o rzekomej bombie w pociągu w celu zapobieżenia tragedii. Wtedy zobaczyłem komunikat „Połączenie zerwane”. Momentalnie z proroka zostałem zdegradowany do roli zwykłego śmiertelnika. Musiałbym jeszcze raz zhakować Digundy, ale na to nie miałem czasu. Ten naglił, bo maszynista udał się do pociągu. Olga też. Podbiegłem do niej.
„Pani tam umrze!” „Bo zawołam policję!” – krzyknęła i odeszła. Koła jej walizki skrzypiały na posadzce, tocząc się ku wagonom. Powinienem coś zrobić. Ale co? Nie byłem typem bohatera. Nawet nie przekonałem Olgi, aby nie wchodziła do tego przeklętego pociągu, który ruszy za pięć minut. Wtedy przeszyła mnie niepokojąca myśl. Potrzebowałem niepodważalnego dowodu, a ten zdobędę, jeśli… Obliczyłem dystans, jaki pociąg mógł pokonać od stacji do godziny 13:19, kiedy miało dojść do tragedii. Wahałem się.
Czas uciekał. Pędziłem tam samochodem. Stanąłem w miejscu, które widziałem z okien VR-owego pociągu. Nie miałem wątpliwości, że to tutaj rozegra się przepowiedziana przyszłość, a ja zostanę jej niemym świadkiem. Jeśli to wszystko jest prawdą, w co wciąż wątpiłem, to będę winny tragedii, ale zyskam dowód. „Ukradł pan coś, co należy do mnie” oznajmił nieznajomy, który podszedł znienacka i mnie zaskoczył. Spoglądałem ze wzgórza na wykolejony pociąg, w którym powinienem się znaleźć. „Ukradł pan przyszłość” kontynuował facet koło pięćdziesiątki, siwy, ubrany w garnitur. Wzdrygnąłem się, gdy zobaczyłem saperkę w jego rękach. Popatrzyłem z przerażeniem to na niego, to na dopełnioną przepowiednię, nie mogąc wydusić z siebie słowa.
Wcześniej w symulacji sprawdziłem to miejsce i tego mężczyzny tu nie powinno być. A jednak zjawił się niczym duch i do mnie mówił. „Jest pan kotem Schrödingera, panie Hensolo. Ale ja potrafię patrzeć przez ścianki pudełka, w którym pana trzymano. Żywy, chociaż widziałem pana…” zawiesił głos, jeżdżąc palcem po krawędzi szpadla. Słowo „śmierć” złowieszczo dźwięczało w uszach. „Fakt, że pan nie zginął, przeczy aksiomatom nieoznaczoności, bo widziałem kolaps pana funkcji falowej, co przełożyło się na kolaps funkcji życiowych.” Uśmiechnął się delikatnie. „Pewnie chce pan zapytać, skąd znam pana ksywkę, skoro nigdy nie została użyta? Albo skąd wiem, że ma pan bilet na ten pociąg w prawej kieszeni kurtki? Albo jak to jest możliwe, że zobaczył pan tę katastrofę, zanim do niej doszło?” Wyliczał kolejne niemożliwości.
Z każdą informacją czułem zawroty głowy. „Też to wiedziałeś? Czemu tego nie powstrzymałeś?” „Dylemat wagonika, panie Hensolo” odparł i wskazał na wykolejony pociąg. „Z widzeniem przyszłości jest jak z mechaniką kwantową. Samo patrzenie niszczy ją bezpowrotnie. To najtrudniejsze. Jak patrzeć, aby nie wpływać na obserwowany obiekt? Może ciężko to teraz zrozumieć, ale wybraliśmy mniejsze zło.” Spoglądał bezemocjonalnie na pociąg, na rannych, może na… „Pan by tam zginął, ale nikt inny nie umrze. Nawet Olga” uprzedził moje pytanie, kiedy pomyślałem, że dylemat wagonika jest testem wykrywania socjopatów.
Ani ja, ani on nie przestawiliśmy zwrotnicy, a jedynie patrzyliśmy na pędzący pociąg, co udowadniało, że nasza moralność jest podobna. Zapalił papierosa. „To jak z tytoniem. Nie trzeba być jasnowidzem. Wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale czasami to nie wystarcza. Potrzebny jest jeszcze charakter, aby coś zmienić.” Machnął ręką. „Pozwoli pan, że zapytam. Wiedział pan, że dojdzie do katastrofy, a jednak nie pociągnął pan za wajchę zmiany toru w przeszłości. Dlaczego?” Milczałem, chociaż znałem odpowiedź. Przybyłem tu, aby mieć dowód na coś niewytłumaczalnego, aby wiedzieć.
Gdybym powstrzymał katastrofę, chociażby informując, że w pociągu jest bomba, nigdy bym się nie dowiedział. „Co jeśli powiem, że fatum można zmienić?” oznajmił, upuszczając papierosa. Rozgniótł go podeszwą. „Ukradł pan światłą przyszłość. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy ktoś jasnowidzi” mężczyzna powiedział na jednym wydechu. „Umieram na raka. Szukam następcy. Proponuję panu pracę.” „Słucham?” odpowiedział szerokim uśmiechem, wręczając saperkę. „Opis stanowiska znajdzie pan o tam, metr od pana. To, że nie stoi pan teraz dokładnie na zakopanej kopercie z pana nazwiskiem, dowodzi, że wszechświat nie jest w pełni deterministyczny albo nie potrafimy patrzeć.
Faktem jednak jest, że zakopałem tam list adresowany do pana w miejscu, gdzie pan teraz prawie stoi. List leży tu od tygodnia. Bilet na ten pociąg kupił pan dwa dni temu.” Wykopałem list, a mężczyzna kontynuował: „Ma pan adekwatne kwalifikacje. Doktorat z fizyki i jest pan niezłym złodziejem. Z ciekawostek powiem, że ta katastrofa wydarzyła się tuż przed granicą.” „Granicą?” Odrysował palcem półkulę w powietrzu. „Tam jest granica widzenia przyszłości. Nasza zdolność patrzenia jest mocno ograniczona zarówno w wymiarze czasu, jak i przestrzeni. Pana pracą będzie to zmienić.” „Granica? Lokalne zaburzenie czasu? Czarna materia?” palnąłem.
„Jeśli chce pan poznać demona, który winci, proszę podążać za mną” powiedział i poszedł w stronę fly car, który zaparkował pod lasem. Mówiąc to wszystko hakerowi, który ukradł przyszłość, nadpisał fatum świata, załamując funkcję falową czasoprzestrzeni. Po roku w ośrodku dowiedziałem się, że jestem częścią programu Sundown, a moje badania dotyczyły promieniowania tła. Satelita Planck3 dostarczał dane. Budowałem modele statystyczne, które miały opisywać CMB. Do tego celu udostępniono mi komputer kwantowy. Czułem się jak szaleniec, bo nikt tu nie wspominał o jasnowidzeniu, co było zabronione. Czy pozostałości pierwotnego światła o długości fali 1,1 milimetra i temperaturze od 2,7249 do 2,7252 Kelwina niosą informacje z przeszłości? Tak, ale jak to się przekłada na tak dokładne, profetyczne widzenie? Mężczyzna, którego wtedy spotkałem przy torach, nigdy mi się nie przedstawił, a ja nie pytałem.
Nazywano go panem X. Gdy skończyłem badania nad modelem probabilistycznym fluktuacji CMB, przyszedł X. „Świetnie. Teraz to wszystko wyrzucimy do kosza” oznajmił. Jak się później okazało, to nie CMB jest nośnikiem przyszłości. Wręcz przeciwnie, ono zaburza zdolność jasnowidzenia i trzeba je odfiltrować. Zżerała mnie ciekawość, aż wreszcie X wtajemniczył mnie. „Pod podłogą trzymamy dziewiętnastowiecznego demona, którego ożywiliśmy” oznajmił w swoim stylu. „To, co powiem, przeczy aksjomatom mechaniki kwantowej, ale zgodziłby się ze mną zapewne Einstein i Bohm”. „Znaleźliście ukrytą zmienną?” „Satelita robi skan obszaru o promieniu piętnastu kilometrów na poziomie kwantów, spinów, jak to nazywamy w rozdzielczości Plancka.
Chociaż to lekkie nadużycie. Tworzymy przestrzeń konfiguracyjną mechaniki kwantowej. Ta technologia to magia. Ilość danych, a przede wszystkim to, że samo fotografowanie kwantów wpływa na nie. Po jakimś czasie robimy drugie zdjęcie tego samego obszaru, a następnie obliczamy różnicę, aby określić kierunki zmian na poziomie kwantów. To daje nam możliwość generowania trzeciego zdjęcia, które jest z przyszłości. Zgodnie z teoriami de Broglie'a-Bohma i fali pilotującej w mechanice kwantowej zawarta jest ukryta zmienna, którą potrafimy znaleźć i obliczyć zdeterminowaną przyszłość. Do tej pory nie potrafiliśmy badać zjawisk kwantowych tak, aby nie zaburzać obserwacji. Dlatego nie potrafiliśmy odkryć zmiennej ukrytej. To się zmieniło, gdy zbudowaliśmy komputer kwantowy, który w nieoznaczoności Heisenberga dostrzega fraktalne prawidłowości.
Oczywiście to, co przybywa z kosmosu, czyli chociażby fotony ze Słońca czy CMB, stanowi dla nas przeszkodę, a także sam fakt fotografowania wpływa przecież na obiekty kwantowe. Zatem jak fotografować kwanty?” „I po to potrzebujemy statystyki CMB?” „To był test, czy da sobie pan radę. To, co pan obliczył, było nam już znane i stanowi część nowej nauki zwanej statystyką fraktalną pól tensorowych, która przekłada fluktuacje z mikroskali na obiekty makro. Bazuje ona na założeniu, że wszechświat jest deterministyczny, a quasi losowe fluktuacje kwantów wykazują fraktalne prawidłowości. Celdon wycina je dzięki komputerowi kwantowemu, gwarantując lepsze heurystyki. Walczymy z panem Heisenbergiem, jak tylko umiemy. To jak czyszczenie zdjęcia z szumu. Ponieważ skanujemy wycinek o promieniu piętnastu kilometrów, to informacje spoza tego obszaru znacząco zaburzają nasze pomiary. Wystarczy, że chociażby przejedzie pociąg i wysiądą z niego nowe zmienne. Pasażerowie” poprawiłem w myślach.
Tak nazywał ludzi zmiennymi. „To na razie eksperyment. Docelowo będzie to układ zamknięty o rozmiarach kuli ziemskiej. Zatem uwzględnij wszystkie świadome zmienne”. „Tych danych musi być niepojęta ilość. Jak to obliczacie?” Zapytałem i przypomniał mi się dzień, kiedy zhakowałem przyszłość i zrozumiałem. Szepnąłem: „Digondy”. Uśmiechnął się. „Zapewne wie pan, że zgodnie z teorią hologramu wszystkie informacje o każdym kulistym obiekcie da się zapisać na powierzchni tego obiektu. Gdyby nie to, potrzebowalibyśmy komputera kwantowego o rozmiarach Ziemi, a wystarczy nam prostopadłościan o polu podstawy pięciuset dziesięciu milionów kilometrów i wysokości jednego kwantu, co nie jest aż tak dużo, gdy ułożymy to w sensowniejszą figurę”.
„Powierzchnia Ziemi” zrozumiałem. „Naszą wersją demo przyszłości są digondy, które są niczym rama. Opasają powierzchnię Ziemi. Obecnie testujemy zbiornik. Pod podłogą trzymamy najprawdziwszego demona, a jego imię to Laplace. Jest to basen o liczbie moli odpowiadającej obszarowi skanu. W polu magnetycznym przepisujemy lokalizacje o promieniu piętnastu kilometrów na układ kwantowy cieczy. Budynki, przyroda, wreszcie ludzie są zapisani w zbiorniku. W ten sposób H2O stało się storage. Moc obliczeniową dostarczają digondy, które już w 2021 roku były najpotężniejszym superkomputerem obliczenia rozproszonego.
Satelita Planck3 robi skan. Komputer kwantowy czyści dane z fluktuacji kwantowych. Taka jest architektura systemu”. Usiadłem z wrażenia i przerażenia. „Piszecie palcem po wodzie” powątpiewałem. „Cieczą można manipulować łatwiej niż ciałami stałymi. Basen otacza pole, które nam to umożliwia, a ponadto jest kwantowo odizolowane. Zbudowaliśmy sztuczny horyzont zdarzeń. Zdołaliśmy wyeliminować tunelowanie kwantowe”. „A świadomość?
Ją też przewidujecie i zapisujecie w postaci H2O?” „Proszę sobie przypomnieć naszą rozmowę przy torach”. „To szaleństwo” wykrzyczałem. Przypomniała mi się rozmowa z Olgą. To, że symulacja odtwarzała jej ruchy, ukazując je z wyprzedzeniem, a nawet jej myśli. „Wodą można zapisać dowolną informację na poziomie kwantów, ale proszę nie spodziewać się, że trzymamy tam świadome byty zrobione z cieczy”. „Jaka jest pewność, że nie?” pomyślałem, gdy X kontynuował. „Wizualizacja myśli Olgi to tylko próba analizy Celdona, który podstawia idee na poziomie zapisu kwantowego pod stopklatkę przechwyconego stanu świadomości w danym momencie danej osoby i oblicza potencjalną reakcję podmiotu”. „To jest bardziej interpretacja niż rzeczywiste myśli?” dopytywałem. „To tylko zdjęcie świadomości zatrzymanej w czasie. Gdybyśmy potrafili nagrać film z rozdzielczością Plancka -- urwał myśl, ale mikroekspresyjny uśmiech zdradzał podniecenie, które mnie przerażało.
Kontynuował: Człowiek jest najbardziej obliczalną ze zmiennych. Oczywiście nie z punktu widzenia mechaniki kwantowej, ale do sterowania zachowaniem ludzi wystarczy 280 znaków kodu. Jak to? Jeden tweet, głupi mem, fake news i naprawdę nie musimy rozbierać ludzi na kwanty i przestawiać im w mózgach spiny, aby ich obliczać. Wystarczy nam big data, aby jasno wiedzieć. Wstajesz o podobnej godzinie, podążasz do pracy regresyjnie zoptymalizowaną drogą, mijasz te same osoby. Człowiek z punktu widzenia big data jest przewidywalny. To tylko automat z ułudą wolnej woli, która manifestuje się jako fluktuacje. A moje badania to potwierdzają. Coś mi się nie zgadzało.
Na stacji byłem w stanie odtworzyć więcej detali symulacji, niż sugerowałyby dwa zdjęcia przeszłości, oznajmiłem. Wtedy w ramach eksperymentu zrobiliśmy ich więcej, ale o mniejszej powierzchni skanu. Brakujące sekwencje obliczył i zwizualizował Sendon na podstawie kwantów i wzorców behawioralnych. Coś jak machine learning z początków XXI wieku był w stanie domalowywać brakujące klatki w filmach poklatkowych przerabianych sztucznie na slow motion. Jakim cudem usłyszałem głos Olgi? Głos to energia fali i Sendon z kwantów pojedynczego skanu jest w stanie wydobyć słowa trwające nawet sekundę. Coś jak zrobienie zdjęcia fali oceanu. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby sobie wyobrazić, że ona się załamie. Co dalej? X wyjął chusteczkę.
Kaszlnął, pozostawiając krwawy ślad. Jak wspominałem, człowiek jest automatem, a mi kończy się okres przydatności. W rok sam stworzył pan religię SFPT. Coś, nad czym pracowaliśmy znacznie dłużej. A skoro ma pan już religię i jej wyznawców, to pozostaje mi pogratulować. Objął pan stanowisko wszechwiedzącego. 20 lat później. Agenci wieczności. Alarm. Trzęsienie ziemi.
Lokalizacja czasoprzestrzenna: epicentrum w zatoce Sagami. Za 132 godziny zginie 16 542,62 osoby. Zatwierdzam procedurę modelowania ruchu tektonicznego dzięki zmianie energetycznej wartości pól kwantowych. Sieć Satelit Planck 6 naświetlała wskazany obszar cząsteczkami elementarnymi. Heisenberg obraziłby się, bo na poziomie pól kwantowych działało to jak przebicie balonu, z którego nadmiar energii uszedł w pożądanym kierunku, stabilizując płytę tektoniczną i jednocześnie śmiejąc się z nieokreśloności. Sendon po dobie zameldował: operacja zakończona sukcesem, jednak tak duża ingerencja sprawiła potężną desynchronizację modelu przyszłości. Zalecane ponowne obliczenie przyszłości obiektu kwantowego Ziemia. Czy chcesz obliczyć przyszłość? Y łamane przez N.
[59:12] - Proszę państwa, czas na Filmotekarium. Ciężkie zadanie dzisiaj przed nami, bo i Piotr, i ja zdołaliśmy obejrzeć trzy odcinki "Alien: Earth". Obcy: Ziemia. Dlaczego zdołaliśmy tylko trzy? Bo tylko trzy są na razie dostępne. Postanowiliśmy jednak już na tym wczesnym etapie serialu opowiedzieć państwu o naszych wrażeniach po to, żeby wysnuć pewne hipotezy co, po co, na co i w którym kierunku. To widomy znak tego, że kiedy serial zakończy pierwszy sezon, wrócimy do niego, zrobimy audycję po wszystkich odcinkach i wtedy sami ze sobą skonfrontujemy to, co mówiliśmy w tym odcinku, który za chwilę państwo wysłuchacie, z odczuciami, które będziemy mieli po odcinku ostatnim. Trochę to machiaweliczne, ale niech będzie. Zapraszam. Nie wiem, proszę państwa, czy zdołam jeszcze bardziej obniżyć głos, ale ma się zrobić groźnie, bo dzisiaj startujemy z kolejnym Filmotekarium i będzie o Alienie.
Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:00:34] - Dzień dobry wieczór, Marku. Czy zrobiłeś ten groźny wstęp dlatego, że temu serialowi zarzuca się brak grozy?
[01:00:43] - To się nazywa odczytać intencje. Troszkę tak, bo ja się zgadzam z tymi wszystkimi oceniającymi, którzy mówią o tym, że "Alien" bardzo się stara. Ludzie, którzy stworzyli serial "Alien: Earth" bardzo się starali. Bardzo. To widać. Czołówka filmu, nawet podobnie się pojawiają napisy moje ulubiene, jak mawiał Boczek. Czyli tak się pojawiają po trochu, po trochu. Klimacik jest niezły w pierwszym odcinku nawet podobne wnętrza jak w oryginalnym "Alienie". Mówię sobie: będzie czadowo. Jak jest, jak będzie to zobaczymy, bo my dzisiaj opowiadamy państwu o serialu na podstawie trzech odcinków.
A ile tych odcinków jeszcze może być? Tego nie wiemy. Na razie powiemy o wrażeniach z trzech odcinków i one są różne, zdecydowanie różne, bo ten serial na szczęście, w przeciwieństwie do wielu różnych dzieł omawianych w tym cyklu, ma swoje zalety i wady. To na szczęście nie składa się tylko i wyłącznie z bólu i z zawiedzionych nadziei. Jest też trochę pozytywnych prześwitów. Ale tak, Piotrze, zadałeś pytanie. Na razie bałem się tak sobie, emocjonalnej zapaści nie miałem, ale cały czas liczę, że serial podąża ku jakimś punktom i że gdzieś tam się to napięcie pojawi.
[01:02:27] - Dzisiaj sobie opowiemy właśnie o serialu „Obcy: Ziemia". Wiele osób o niego pytało. Jak nadmieniłeś, są dostępne na dzień dzisiejszy trzy odcinki. Może jest tak naprawdę za wcześnie na podsumowania. Może nawet na pewno, ale temat jest oczywiście godny uwagi, bo coś tam już można powiedzieć. Są ludzie nawet, którzy, jak czytałem w komentarzach, zdążyli ten serial okrzyknąć arcydziełem, ale zdążyli go też przekreślić. Nie jesteśmy jasnowidzami czuchowskimi, nie umiemy przewidzieć przyszłości. Nie wiemy, w co się ten serial przerodzi w kolejnych odcinkach, ale coś już tam wiadomo. Że „Obcy" prędzej czy później w dobie streamingów stanie się serialem, to moim zdaniem było do przewidzenia. To było jasne.
Trzeba było to jednak poubierać, opakować w nowe szatki. Czy to się udało? Z ksenomorfem, Marku, w tym serialu spotykamy się bardzo szybko. Szybko się rozpoczyna to, co w każdej pełnometrażówce na pewno przyciągało najwięcej widzów, czyli to stopniowanie grozy, to pokazywanie największego strachu, czyli tego monstrum dopiero po jakimś czasie, a tutaj on się pojawia dość szybko. Czy to dobrze, że się tego nie stopniuje, że widz nie celebruje strachu? W sumie to nie wiem, bo z perspektywy marketingowej to chyba tak musiało być, że ksenomorf musi być w uwerturze, bo jak go nie będzie, jak go ludzie zobaczą w drugim odcinku, to niektórzy mogą już tam nie dotrwać. Jeżeli chodzi o ten odcinek pierwszy, to muszę przyznać, że nie byłem zachwycony, wręcz byłem zniechęcony. Ale to jest częsty syndrom seriali tak naprawdę, że pierwsze odcinki bywają kiepskie, a potem się wszystko rozkręca. I w „Obcym: Ziemia" też się rozkręca, muszę powiedzieć. Powiedz mi, Marku, jak ty oceniasz te trzy pierwsze odcinki z nowym, starym „Obcym" pod względem opowiadania historii?
Czy ta historia cię wciągnęła? Ale jak ma nie wciągać sytuacja, szanowni państwo, gdy nagle na Ziemię trafiają, powiedzmy, okazy z kosmicznej menażerii. I powiem ci tak: samo to, że przylatują na Ziemię próbki obcego życia w sposób bardzo podejrzany, to już powinno, jak u Hitchcocka, rozpocząć trzęsienie ziemi. To powinno być już tak mocnym wstępem, że widz powinien błagać o więcej. A tutaj, kurde, myślę, że to nie do końca się udało, że trochę płasko nam się ten serial rozpoczyna, jak na potencjał, jak na sytuację, która tam jest przedstawiona. Nie miałeś takiego wrażenia? Bo ja na przykład miałem i im dłużej mija od obejrzenia „Aliena", tym większe mam przekonanie, że tak właśnie było.
[01:05:42] - Być może coś jest w tym, o czym mówisz, ale ja i tak bardzo się cieszę, bo w pewnym momencie uświadomiłem sobie to w drugim odcinku. Uświadomiłem sobie, że boję się najbardziej tego, że cały serial będzie o tym, jak oni badają ten kompleks mieszkalny, w który przypierdzielił statek kosmiczny, rozbijając się i że oni tak go będą badać przez wszystkie odcinki. I to wydało mi się naprawdę grozą największą. Na szczęście w trzecim odcinku okazuje się, że może niekoniecznie i że raczej nie. I to już zaczyna być pozytywne. Cóż, może to jest właśnie specyfika serialu, że strach, emocje, które pamiętam z filmu kinowego „Obcy", nie towarzyszą mi w tym obrazie w żadnym odcinku. Nawet kiedy obcy się pojawia za plecami jakiejś postaci, my widzimy to, czego ta postać nie widzi. Nawet to mnie nie emocjonowało. Poza tym tam jest kilka scen, które wydają się co najmniej kontrowersyjne pod względem logiki. No niech będzie logiki.
Cały czas natomiast jestem pod wrażeniem początku tego filmu. Naprawdę przez chwilę, krótką przyznaję, wróciły takie emocje, że jesteśmy na podobnym statku jak Nostromo, podobne hibernatory, nawet jedzonko w mesie jest podobne. Później się to wszystko zmienia, nie pojawia się napięcie. Powtarzam, jakby tego zabrakło. Ale wiecie państwo, z jednej strony to my jesteśmy O trendy, czyli już przy trzecim odcinku staramy się mówić państwu o swoich oczekiwaniach, o swoich zawodach. Ja jestem ciekaw, Piotrze, kiedy zrobimy Filmotekarium po pierwszym sezonie, ile z tych rzeczy, które mówimy w tej chwili, będziemy musieli odszczekać, a może tylko jeszcze bardziej podbić? To mnie najbardziej ciekawi, dokąd my zmierzamy. Na razie myślę, że będzie eleganckim zachowaniem dać temu serialowi jeszcze szansę. To znaczy, jeśli nawet ten serial nie ekscytuje tak bardzo, jak byśmy chcieli chyba wszyscy, to wcale nie oznacza, że nie idziemy w kierunku czegoś naprawdę mrocznego. Bo po trzecim odcinku wydaje się, że kryzys został zażegnany.
Tak ogólnie to powiedzmy. Zgodnie z logiką serialu jesteśmy źle poinformowani. Coś tam się wydarzy. Nie wiem, czy do końca lubię wątek dzieci, których umysły zostały przeszczepione w sztuczne konstrukcje. To zapewne czemuś służy i być może ten wątek jeszcze polubię, ale na razie to mi się wydaje takie troszkę od czapy. Ale zobaczymy. Tam być może będzie konfrontacja z tym jedynym, który przeżył katastrofę statku kosmicznego, który się rozbił na Ziemi. Przeżył. Trudno mówić właściwie o przeżyciu, bo on nigdy żywy nie był. Ale jest.
Co więcej, gotowy jest do pewnych radykalnych działań, o czym się już dowiadujemy.
[01:09:41] - Oczywiście, że nie ma co przekreślać tego serialu, dlatego że po pierwsze, jak wspomniałem, ile było takich seriali, które się rozpoczynały drętwo, a ja już zobaczyłem takie komentarze na przykład na naszym ukochanym Filmwebie, że to koniec, to jest kpina z uniwersum i tak dalej. Ja myślę, że mówiąc o „Obcym” wielu ludzi przesadza. Przesadza dlatego, że nawet de facto nie są w stanie powiedzieć, co jest w tym uniwersum obcego, a co nie jest. Dlatego, że ludzie to kojarzą może z Nostromo głównie, a de facto ten cały lore jest tak rozbudowany, że są tam wątki dla każdego, szanowni państwo. Ale wrócę do tego serialu. Przeniesienie obcego na Ziemię, jeżeli dobrze pamiętam, występowało w książkach też na temat xenomorfa. Czytałem je dawno. Były generalnie kiepskie, ale powiedzmy właśnie rozszerzały to uniwersum bardzo rozbudowane. Co fan „Aliena” to preferencje. Kiedy rozmawialiśmy o ostatniej kinówce, o „Alien: Romulus”, to się uwidoczniło właśnie.
Jednego widza fascynują gonitwy po ciasnych korytarzach i strzelanie do obcego. Amerykanów to chyba porusza. Drugiego będą fascynowały albo będzie dobrze interpretował odniesienia do ósmego pasażera Nostromo. Ja na przykład lubię jakieś nowości, coś, co by mnie fabularnie zaskoczyło albo przynajmniej rozbudowało bardziej może, bardziej nawet rozbudowało tą opowieść i dlatego mi się podobał „Prometeusz”. „Prometeusz”, który też miał w sobie taką nutkę grozy i miał klimat. „Obcy Przymierze” chociaż na seansie chciałem wyjść z kina, to po latach oceniam go lepiej. Może dlatego, że to był po prostu dobrze zrealizowany film. Dobrze się to oglądało, bo był ładny. PAL 6 całą historię. I też był mroczny.
Mroczny, chociaż mógł być lepszy. „Obcy: Ziemia” też mi przypadł z czasem do gustu z powodu pewnego nowatorstwa, acz trochę ponarzekam za chwilę, dlatego że w pierwszych odcinkach mamy do czynienia z taką sztucznością, z taką sztywnością, skostniałością pewnych postaci. Ja mam wrażenie, że niektóre są dość kwadratowe, takie schematyczne, bardzo teatralne. Troszeczkę brakuje w tym wszystkim luzu, a dopiero pod koniec drugiego odcinka nam się to troszeczkę rozkręca. Ale widziałem też właśnie opinie mówiące, że jest to serial schematyczny, infantylny, że to jest dla nastolatków na przykład. Co do schematyczności, drodzy państwo, każdy alien jest schematyczny, jest w sumie przewidywalny, jest w sumie o tym samym i to jest dla niektórych źle. A jak się próbuje wprowadzić coś nowego, to też się nie podoba i ludzie psioczą tak jak w „Prometeuszu” i w „Covenant”. Także nie zadowoli się wszystkich. Jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu fanowi „Aliena” dogodził. Także każdy ma swojego wymarzonego xenomorfa.
Tych wątków w całym uniwersum jest multum. One były rozszerzane w literaturze, w komiksach. Wiadomo, że to nie jest traktowane jako coś kanonicznego. Natomiast nie wiem, Marku, jak odniesiesz się do tych absurdów, które tak lubisz w filmach wyłapywać, bo zdaniem niektórych krytyków, także z Filmwebu, serial ponoć tryska i trzeszczy od tych absurdów. Zgodzę się co do przynajmniej jednego, że to lądowanie wielkiego statku pośrodku miasta, które nie wywołuje jakichś mega zniszczeń, jest trochę takie zadziwiające. Okej, może on zdążył wyhamować, ale wydaje mi się, że taki ciężar, taka masa narobiłaby znacznie większych szkód i tam chyba by nie było co zbierać. Inne zarzuty po infantylizmie, chociaż to nie jest mój zarzut, ten infantylizm, bo jak się zagłębimy w scenariusz, to on jest zamierzony. Ale z mojej strony taki główny zarzut to już powiedzieliśmy: to jest brak klimatu i napięcia charakterystycznego dla wielu filmowych odsłon Aliena, obecnych też w Prometeuszu. Tutaj może rzeczywiście brak tego rozmachu, brak tej epickości i brak tej kameralnej grozy jest wyczuwalny, dlatego jest to oceniane, jak jest. Wiele osób myślało, że to się chyba zacznie z znacznie innego poziomu, że to się zacznie z przytupem.
Rozpoczęło się powoli, ale wróćmy do tych absurdów. Czy tam odnalazłeś jeszcze coś, co cię zakuło w oczy?
[01:14:31] - Trochę mnie zakuło, ale ja oczywiście staram się, nie znając końca, dawać pewien oddech tym absurdom. Być może ja czegoś nie łapię, być może nie wiem czegoś o uniwersum, ale zastanawiałem się, nie wiem, Piotrze, czy zwróciłeś na to uwagę, może ty mi powiesz, dlaczego tak się dzieje, kiedy ten sztuczny twór, który wydaje się, że towarzyszy każdej załodze wysyłanej przez korporację, czyli ludzie są nieważni, ważny jest ten sztuczny nadzorca. Po co on, zamykając się w takiej specjalnej kapsule, sięga po tlen? Czy te sztuczne twory oddychały? Czy ja czegoś nie wiem? Być może nie wiem. Przyznaję się, że ja jestem fanem tego uniwersum, ale nie studiuję go drobiazgowo, więc być może coś mi umknęło. To mi się wydawało przynajmniej dziwne. Poza tym ja, jeśli miałbym się bardzo czepiać, to jednej rzeczy bym się przyczepił. I to nie dotyczy tak do końca tego serialu, tylko różnych kontynuacji związanych z Obcym.
Otóż w pierwszej odsłonie Aliena Obcy się wydawał wszechmocny. On był nie do ruszenia, on był nie do pokonania. Miał ten kwas zamiast krwi i w ogóle nie dało się go pokonać. Czemu Ripley zresztą trochę zaprzeczyła, bo go pokonała, ale zrobiła to nadludzkim wysiłkiem. Tymczasem tutaj ten Obcy się wydaje jakiś taki cherlawy. Ja wiem, on się dopiero być może wykluł. Nie, trochę mu czasu to zajęło. No dobrze, wykluł się, ale w kontekście tego, co się dzieje z Obcym, co robi z Obcym jedna z bohaterek, która też nie za bardzo ludzka jest, chociaż wygląda jak człowiek, to, co ona z nim zrobiła, kęsim, kęsim i nie tylko kęsim, kęsim, to taki łatwy do pokonania się stał. Oczywiście ktoś może powiedzieć, zapytać: „Przecież skoro ona nie jest człowiekiem, to jej było łatwiej”. Być może.
Chętnie w to wierzę, ale to jest chyba w ogóle pewna wada albo pewne niedociągnięcie całego tego uniwersum, że my tak do końca nie wiemy, na ile ten Obcy jest taki złowieszczy, taki niepokonany i taki budzący grozę, bo niedający się pokonać. Nie wiem tego w dalszym ciągu, a serial chyba mi tego nie rozjaśni. To à propos absurdów. Wiecie państwo, ja rozumiem, że czasami dobrze jest wprowadzać jakieś sceny zabawowe czy takie komiczne w serialach, ale bodajże w drugim odcinku mamy taką scenę, kiedy oni penetrując ten kompleks chyba mieszkalny, w każdym razie duży kompleks, w który przyładował ten spadający statek, trafiają na imprezę. Bohaterowie, którzy są tam w misji specjalnej, w każdym razie służbowo, trafiają na pewne mieszkanie, w którym odbywa się impreza. Otwiera im chyba gospodarz bardzo uhahany i chyba bardzo nabuzowany różnymi substancjami i traktuje to wszystko niezwykle lekko. Ja nie wiem, jak musiał być nabuzowany gospodarz oraz jego goście, żeby nie zauważyć, że to centrum mieszkalne, to coś, w czym mieszkał, właśnie się rozpadło prawie, a on w dalszym ciągu ciągnie imprezę. Ponosi zresztą za to karę, ale to jest zupełnie inna historia. To mi się też wydaje takie niesamowite, bo wiecie państwo, wystarczy, że coś tutaj, gdzie mieszkam, coś pierdyknie w okolicy, a czasami pierdyka, bo lotnisko blisko, że tak sobie zrymuję, więc czasami te szczególnie wojskowe samoloty przekraczają barierę dźwięku i wtedy jest dziwnie, to wszyscy mają takie rozbiegane oczy, a tutaj rozwaliło część kompleksu, a facet się specjalnie nie przejmuje. Jak trzeba być naćpanym?
Znacząco powiedziałbym.
[01:19:12] - Tak. Może tam jest więcej takich dziwacznych scen. Mówi się też, jeżeli chodzi o krytykę, że to jest serial dla nastolatków. Jakim on będzie, to się przekonamy pod koniec pierwszego sezonu. Dowiemy się też, czy przeniesienie Aliena do formatu serialowego to było dobre rozwiązanie.
[01:19:37] - Przerwę ci, Piotrze, bo chyba dotknąłeś bardzo istotnego elementu. Ustawienie głównych bohaterów, czyli tych dzieci Przeniesionych w ciała, w każdym razie w coś, co przypomina ciała dorosłych, których psychika pozostała na poziomie psychiki dzieci, ale są w dorosłych ciałach. To zdaje się wskazywać, że rzeczywiście osoby, które twierdzą, że to jest serial dedykowany — nie lubię tego słowa i w ogóle nie lubię w tym kontekście tego słowa, ale zostanę, bo to taka nowomowa — więc ten serial dedykowany jest młodym, nastoletnim widzom, to może być potwierdzeniem tego. Bo przecież gdyby postacie główne, które tam występują, były starsze, to może nie zawsze zainteresowałyby bardzo młodych ludzi. Ja wiem, to jest taka kalka powtarzana bardzo często i ja nawet nie wiem, czy dobrze jest ją powtarzać. Ale powiem tak: ja nie wiem, jak będą odbierać ten serial ludzie bardzo młodzi, nastolatki i ludzie starsi. Czy to się tak podzieli, czy rzeczywiście te domniemania krytyków są właściwe, czy nie. Wiem natomiast jedno, że zamysł realizatorów tego filmu mógł być właśnie taki i dlatego wstawili tam bardzo młodych pod względem psychiki ludzi. To mogła być taka intencja. Powiem tak: tu znowu chyba troszkę nos zawiódł specjalistów od śpiewu i mas, bo chyba tak to nie działa i chyba nie zawsze młodzi ludzie zafascynują się tylko tym filmem, tym serialem, że tam są też młodzi ludzie, a starsi go zlekceważą, bo tam są młodzi ludzie.
To tak nie działa. Szczególnie jeśli ma zadziałać w przypadku ugruntowanego uniwersum z wieloma filmami. To się raczej nie uda, ale niech próbują, zobaczymy. Myślę, że jeszcze sporo odcinków przed nami.
[01:22:08] - Tak. Tak jak wspomniałeś, to jest bardzo leciwe uniwersum. To jest uniwersum, które ma za sobą wiele eksperymentów. To jest uniwersum, które przecież zostało przeniesione do świata gier. Ma wzloty i upadki, ale to jest też jedno z niewielu uniwersów, które nadal elektryzuje, kiedy się pojawia coś nowego. Zawsze, kiedy jest nowy Alien, to ludzie czekają nadal z niecierpliwością. Ja już chyba trochę mniej. Ja się trochę wyleczyłem z Aliena. To znaczy ja nie ukrywam, ja to lubię. Tylko że nie jestem mega fanem.
Nie śledzę tego już tak, jak kiedyś. Nie dałbym się pokroić. To jest ciekawe, ale jest na tyle odtwórcze, że już mnie osobiście nie zaskakuje. Ale to nie jest kręcone dla mnie, prawda? Jest na pewno bardziej chwytliwe niż coś rodem ze Star Wars. Tylko że poczekamy, zobaczymy. Przecież to jest dopiero trzeci odcinek. Myślę, że trzeba już patrzeć na to z pewną dozą może nie pobłażania, ale z dużą dozą akceptacji, że próbuje się zrobić coś nowego. Jestem też pewien, że w dobie streamingów będziemy świadkami przenoszenia też innych klasyków na formy serialowe. Może się to już niedługo stanie, bo słyszymy różnego rodzaju pogłoski.
Co tylko chciałem zauważyć, co mnie troszeczkę zniechęciło w tym serialu, to taka sztywność, taka teatralność niektórych postaci, że to było trochę zbyt poważne, zbyt dramatyczne, zbyt sztuczne. Mówię na przykład o tym chłopcu geniuszu, ale mówię też o głównej bohaterce. To wszystko było zbyt sztuczne, by wzbudzić grozę. Może nie tylko grozę, ale nawet wciągnąć. Może z tego jakoś wybrną. Może to się stanie bardziej ludzkie. Wiesz, jeżeli sobie przypominam „Ósmego pasażera Nostromo", tam nie było takiej taniej dramaturgii. W późniejszych odsłonach też nie było. Tutaj mamy do czynienia z czymś dziwnym. Myślę, że to jest nie do końca potrzebne, że ta gra symbolami, to też mi się wydaje, że może wyjść tylko na minus.
To nie jest coś, czego ja na przykład oczekuję. Ja tam wcale nie chcę się dopatrywać jakichś odniesień nie wiadomo do czego, jakichś symboli, jakichś aluzji. Ja chcę zobaczyć dobry science fiction, ale podkreślam, to nie jest kręcone dla mnie. Każdy ma swojego Aliena, każdy w tym serialu dopatrzy się i rzeczy dobrych, i złych. A jak będzie na końcu? W sumie nie mam pojęcia, bo nikt tego nie wie oprócz twórców. Ale mam nadzieję, że będzie tylko lepiej, dlatego że to jednak jest pewien eksperyment. Przeniesienie pewnego kultowego uniwersum kultowej serii na format serialowy. Jeżeli to nie wypali, to będzie oznaczało, że niektórych rzeczy się nie da jednak przenieść na te mniejsze formaty, na streaming. Jak mówię, poczekamy, zobaczymy.
Ja bym na razie był nieco bardziej pobłażliwy.
[01:25:34] - Muszę coś jeszcze powiedzieć, bo jesteś, Piotrze, okrutnym człowiekiem, bo zwróciłeś uwagę na to, co jest chyba najsłabszym ogniwem tego serialu, mianowicie gra aktorska. Nie żebym ja był jakimś koneserem i żebym się jakoś naprawdę na tym znał. Nie. Ale może nawet tym bardziej, skoro nie jestem jakoś tak zaangażowany w sprawy gry aktorskiej, a zauważam, że większość bohaterów wypada sztucznie. Aktorzy ich odgrywają, jakby mieli kije w określonej części ciała. To jest sztywne wszystko. Dramaturgia wewnętrzna poszczególnych jednostek, poszczególnych postaci jest taka, jak by to delikatnie określić? Może sobie daruję, bo nic na tyle kulturalnego nie przychodzi mi do głowy. Jest słaba. Ta gra aktorska nie porywa.
Ja pomijam stwarzane sytuacje, bo niektóre są ciekawe, a niektóre zupełnie nieciekawe. To jest kwestia scenarzystów, ale gra aktorska to jest insza inszość, że tak się wyrażę. I warto byłoby chyba jednak nie stawiać tylko na to, że zagrają entuzjaści, zagrają ludzie, którzy bardzo chcą albo uważają, że są aktorami, tylko może warto postawić na prawdziwych aktorów. Jakoś tak to się działo. Żeby nie obrażać amerykańskiej produkcji, to powiem tak: filmy dla młodzieży w Polsce kręcone w latach 70. miały to do siebie, że gra aktorska młodych aktorów, nastoletnich aktorów była cudowna, świetna. Filmy z lat 90. i z początku XXI wieku mają to do siebie, że w sporej części gra aktorska młodych bohaterów jest przerażająco słaba, zła i widać, że to jest grane. To nie są prawdziwe postacie, z którymi chcemy się utożsamić. Odpuszczając sobie teraz na chwilę polskie produkcje, powiem coś bardzo podobnego o produkcjach amerykańskich.
To już chyba ten syndrom starego tetryka przeze mnie przemawia, ale jakoś kiedyś ci młodzi aktorzy grali, a współcześni jakoś tak pogrywają sobie trochę z nami i słowo pogrywają nie jest użyte przypadkowo. Mam takie wrażenie, że w przypadku serialu „Alien: Ziemia” ktoś sobie z nami pogrywa. Obym był złym prorokiem. A właściwie może niech tak będzie. Niech w podsumowującym odcinku „Filmotekarium” odszczekam wszystko to, co dzisiaj złego powiedziałem, bo powiem: a to wszystko zamierzone było. Nawet to, że ten sztuczny człowiek sobie tlenem się wspomagał. To też było zamierzone. Skoro było, to niech będzie i niech temu serialowi darzy się jak najlepiej. Miejmy nadzieję, że po ostatnim odcinku będą tutaj na „Filmotekarium” same ochy i achy z naszej strony.
[01:29:29] - Właśnie. Ja nie zauważyłem tego, że przecież to nie postaci muszą być takie kanciaste i w ogóle. To mogą być po prostu kiepscy aktorzy. Kto wie, czy tak nie jest? Ale zobaczymy. Nie ma co przesadzać. Piszcie. Czekamy na wasze komentarze, bo jestem pewien, że wielu z was już jest po tych trzech odcinkach. Pamiętajcie, że my to nagrywamy 21 sierpnia i po prostu kolejnych nie widzieliśmy. Także może jeszcze te swoje poglądy zrewidujemy.
Trzymajcie się.
[01:30:07] - To teraz, proszę państwa, czas na MAUP. MAUP, czyli nasze opowieści. Opowieści Piotra i moje o książkach z pogranicza. A dzisiaj wzięliśmy na tapet książkę autora, którego państwo, sądząc po ilości odtworzeń, bardzo lubicie. Autora, którego zwoł Erich von Däniken, a książka, którą omówimy nosi tytuł „Objawienia”. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy naszą opowieść o książkach z pogranicza. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:30:49] - Dzień dobry wieczór wszystkim. Dzisiaj autor, który już gościł.
[01:30:54] - Tak. Von Däniken to jest człowiek instytucja i przyznam się, że dzięki temu naszemu cyklowi poznaję książki, które wcześniej nie budziły mojej ekscytacji albo do nich w ogóle nie zaglądałem. Bo ja jednak widząc nazwisko von Däniken, to byłem nastawiony na paleoastronautykę. Na te wszystkie opowieści. Natomiast takie książki z pogranicza pogranicza, to już nie zawsze budziły mój entuzjazm. A dzisiaj taką książką właśnie się zajmiemy i muszę państwu powiedzieć, że byłem, jak to mawiała pewna aktorka w mylnym błędzie. To znaczy te książki też są ciekawe, chociaż nie do końca są o paleoastronautyce. Dzisiaj będziemy mówić o książce von Dänikena o objawieniach.
[01:31:54] - Tak. Ja powtórzę, że to jest autor kojarzony przede wszystkim z paleoastronautyką. Nawet taka ikona albo twarz Tej tematyki, tego gatunku. W tym roku notabene wyszła kolejna książka, której Däniken jest akurat współautorem. Może kiedyś uda się ją zdobyć, to ją omówimy. Ale on w swoim bogatym dorobku ma również dzieło na temat objawień maryjnych. Dlaczego ma to dzieło? Ano dlatego, po pierwsze, że trochę się to wiąże z bogami z kosmosu. Sami możecie sobie odpowiedzieć dlaczego. W miarę szybko również ufolodzy zaczęli w Europie zwracać uwagę na podobieństwa między manifestacjami UFO a objawieniami właśnie.
Szczerze mówiąc, nie wiem, kto wpadł pierwszy na ten trop, ale ta koncepcja pojawiła się już dawno i dotyczyła na samym początku Fatimy. Jednak skrupulatna analiza historii objawień pokazała, że podobnych wydarzeń było zaskakująco dużo i miały one miejsce także po wojnie. Dlatego pewnie temat jest tak popularny. Po drugie, popularność zaczęła zdobywać też hipoteza, że przynajmniej niektóre objawienia Maryi albo świętych mogły być zinterpretowanymi przez zupełnie inny pryzmat wówczas spotkaniami z inteligencją pozaziemską, czyli ludzie spotykali jakieś dziwne istoty, myśleli, że to są święci aniołowie albo Matka Boska. Książka Dänikena podzielona jest na wiele ciekawie zatytułowanych rozdziałów i jak to u Dänikena bywa, jest po prostu przesycona, przepełniona informacjami. Chociaż ja mam do niej pewne zastrzeżenie Marku, bo o ile inni autorzy zajmujący się objawieniami, a jest ich sporo, zdają się sugerować, że owszem, objawienia są różne, ale tylko niewielki procent, wycinek można utożsamić z czymś, powiedzmy ufologicznym. Tak u Dänikena od samego początku lektury mamy taki chaos. Chaos, który prowadzi nas do wniosku albo może nas doprowadzić do wniosku, że wszystko to, czego ludzie doświadczają w czasie tych objawień, jest jakoś powiązane z UFO, z obcymi. Moim zdaniem nie wszystko. Poważnym zarzutem moim wobec Dänikena jest to, że on niezbyt mocno akcentuje fakt tego, że wiele objawień ma podłoże psychiczne tak naprawdę, szczególnie jeżeli chodzi o objawienia prywatne.
I nie można stawiać znaku równości między właśnie objawieniami prywatnymi a chociażby takimi wydarzeniami jak w Fatimie, jak w Medziugoriu i wielu innych podobnych, czyli takich, gdzie było co najmniej kilku wizjonerów albo było ich znacznie więcej. No cóż, ale każdy ma prawo do swojej teorii na temat objawień. Tyle że u Dänikena jest ona mocno rozbudowana. Gdzieś tam dopiero po połowie książki, w drugiej części on przechodzi do tego, jak na to wszystko patrzeć.
[01:35:01] - A w dodatku, podobnie jak w przypadku książki o wyprawie na Kiribati, mamy do czynienia z książką, która jest trudna do określenia, jeśli chodzi tak do końca o gatunek, bo balansuje pomiędzy reportażem, jakąś taką pracą antropologiczną, ale też teorią najbardziej bliską Dänikenowi, czyli teorią alternatywną związaną z paleoastronautyką. I dzięki temu, takie mam wrażenie, Däniken zmusza czytelnika do jakiejś tam krytycznej refleksji. Czy cuda to jest rzeczywiście ingerencja Boga, czy raczej jakaś projekcja ludzkiej wyobraźni? Może potrzeby sensu, która jest w człowieku, nadawania sensu chociażby swojemu istnieniu. I ja mam wrażenie, że Däniken poza przedstawieniem poszczególnych przypadków objawień pokazuje mechanizmy wiary, ale też mechanizmy manipulacji i komercjalizacji. To myślę, trzeba bardzo zaakcentować. On odsłania religijne zjawiska jako część ludzkiej kultury, ale też psychiki, a czasami nawet polityki. I książka „Objawienia" to książka, która nie tylko dokumentuje cuda, jakieś widzenia, ale też w bardzo wielu miejscach stara się podważyć ich boskie źródło. Zatem dla niektórych czytelników może być lektura ciężkostrawna. To w zależności od tego, jak podchodzą do tych spraw.
Warto też powiedzieć o kontekście naukowym, ale bardzo szeroko go potraktujmy, bo autor podchodzi krytycznie do tematu. Wskazuje na możliwość na przykład autosugestii u ludzi, którzy mają objawienia, masowych halucynacji, zjawisk zupełnie naturalnych, takich jak meteorologia, astronomia. A zatem sceptyk jak się patrzy należałoby powiedzieć. Cuda, które analizuje, to on je analizuje nie jako dowód boskiej obecności, ale raczej jako fenomen psychologiczno-socjologiczny. Chyba tak można by to ująć. A w duchu teorii paleoastronautycznych, które nie ukrywam najbardziej mnie interesują z tej książki, to Däniken pozostawia pytanie takie otwarte: czy w niektórych przypadkach, w przypadku tych objawień nie chodzi o interwencję bogów astronautów?
[01:38:09] - Dodam coś o tych innych książkach może Bo pewnie wiele osób będzie ciekawych takim studium podobieństw między objawieniami, konkretnie Fatimą a spotkaniami z UFO jest na przykład trylogia doktora Fernandesa i doktor Armady. To nie wyszło w Polsce. W Polsce wyszła za to książka „Znaki na niebie" braci Fibachów. Ona jest fajna, tylko ona jest źle przetłumaczona i ją się ciężko czyta. Natomiast książka Dänikena jest trochę inna niż te dwie wspomniane. Miejscami mam wrażenie na początku, że autor za bardzo nie wie, o co chodzi i to jemu samemu. Kiedy przechodzimy do miejsca, w którym objaśnia on swoją wizję mechaniki objawień, że tak powiem i ich związków z inteligencjami nieludzkimi, to zaczyna się pewien chaos intelektualny. Mówiąc szczerze, to pomimo tego, że na pozór książka jest bardzo obiecująca, to ja miałem pewien problem z przebrnięciem przez nią. To znaczy się chaotyczność mnie po prostu dobiła. W tej ekwilibrystyce logicznej trzeba szukać konkretów, bo pamiętajmy, że objawienia to są rzeczy bardzo niekonkretne, dodatkowo ukryte za bardzo grubą warstwą różnego rodzaju, że tak powiem, interpretacji albo indoktrynacji nawet.
Oczywiście można wyłowić te konkrety u Dänikena, natomiast wydaje mi się, że książka jest lekko przyciężka, taka lekko ciężka jest. Na pozór to się łatwo czyta, ale trudno się w to zagłębić. Däniken jakby nie rozumiał, że objawienia mają często bardzo konkretne osoby. I równie dobrze objawienie może być w wielu przypadkach snem, ekstazą czy czymś podobnym. Zupełnie inaczej jest z objawieniami grupowymi, czyli na przykład rozmodlona, wyegzaltowana, wyposzczona zakonnica, która opisuje jakieś mistyczne doznania. To jest nie to samo moim zdaniem, co te objawienia grupowe. Trzeba w ogóle rozgraniczać objawienia nie tylko osobiste i grupowe, ale też te, które mają osoby duchowne. Dlatego że to jest moim zdaniem zupełnie inna kategoria. Jest też taki problem, że kiedy przechodzi Däniken do objawień historycznych, to też mam wrażenie, że on bierze wszystko dosłownie. A tu trzeba pamiętać, że objawienia często przechodzą przez różne sita, przez różne formy, że tak powiem, cenzury, dopisywania tego i owego, dointerpretowywania.
Dodatkowo tym źródłom starszym, szczególnie katolickim, nie należy do końca ufać. Dlaczego szczególnie katolickim? Bo zależało zazwyczaj pisarzom czy osobom, które o tym wspominały na tym, żeby uwypuklić pewne zdarzenia. Stąd też niekiedy te starsze relacje można uznać za przekłamane. My nie wiemy, jak było naprawdę. Mamy tylko na przykład zapis, że stało się coś cudownego. A co się stało cudownego? Na przykład święty jakiś tam mógł mieć po prostu sen. Trzeba do tego zachować pewien dystans. Dlatego znacznie bezpieczniejsze są do analizy objawienia współczesne.
Dlatego, że dysponujemy jakimś materiałem, po którym się możemy poruszać często, nie zawsze. Natomiast jednym z plusów książki Dänikena jest kalendarium objawień umieszczone na końcu. Wynika z niego taki wniosek, że jest tych zdarzeń multum. Jest tyle, że nawet o wielu nie słyszeliśmy tak naprawdę. I są wśród nich takie objawienia grupowe, o których często nie można znaleźć żadnych informacji. O tym już czytałem u Fernandesa, gdzie była mowa o tym, że Fatima de facto była tylko jednym z wielu objawień z tamtego okresu, a o innych próżno szukać czegoś konkretnego. Tylko czy za wszystkim stoją kosmici? Moim zdaniem nie za wszystkimi objawieniami stoją kosmici. W niektórych są podobieństwa do bliskich spotkań, ale w tych objawieniach prywatnych, no cóż, to były jakieś ekstazy, stany mistyczne. Myślę, że żeby tam dopisać do tego kosmitów, to trzeba naprawdę dużo dobrej woli.
I na pewno są lepsze książki na ten temat, lepiej objaśniające tą hipotezę, że objawienia mają coś wspólnego z inteligencjami innymi niż ludzka. I taką książką lepszą jest na przykład ta braci Fibachów, pomimo pewnych niedociągnięć, że tak powiem, redakcyjnych czy literackich.
[01:42:40] - A ja sobie zadałem trud i w tym mini chaosie, którym jest ta książka, tam się wkrada pewien chaos, taki związany ze sposobem narracji. Ale to może moje subiektywne odczucie. Natomiast starałem się poszukać różnych kontekstów w tej książce i zacząłem od kontekstów kulturowych. Otóż objawienia, takie mam wrażenie, że autor stara się nam przekazać, że objawienia są fenomenem bardzo zakorzenionym w kulturze ludowej i to właściwie przykłady od Lourdes po Fatimę, od Europy po Amerykę Łacińską. Tak to możemy śledzić. I te objawienia bardzo często pełnią funkcję rytuału wspólnotowego. Te miejsca cudów stają się takimi centrami tożsamości, ale też w związku z tym nawet turystyki religijnej i religijnej ekonomii, jakkolwiek to zabrzmi. I Däniken ukazuje kontrast pomiędzy autentyczną wiarą a komercjalizacją. Mówi wręcz o biznesie cudów, o handlu dewocjonaliami. To jeśli chodzi o kontekst kulturowy.
Jest też kontekst antropologiczny. On jest ciekawy. Otóż wizjonerzy to według Dänikena najczęściej dzieci, osoby proste, kobiety To ich przekazy są łatwiej akceptowane przez społeczność, bo interpretowane jako niewinne. Mówi się wręcz, że takie osoby są niewinnymi naczyniami dla boskiego przesłania i objawienia działają jak rodzaj mitu założycielskiego. One legitymizują porządek społeczny, ale też samą religię. Däniken sugeruje, że masowe doświadczenia, takie jak na przykład cud słońca, według niego ukazują siłę zbiorowej sugestii i psychologii tłumu. Jest też kontekst filozoficzny i ten interesował mnie, nie ukrywam, najbardziej, bo książka stawia pytania, czym jest prawda objawienia? Czy to boskie doświadczenie, czy może raczej projekcja czegoś, co nazywamy ludzką potrzebą transcendencji? I rzeczywiście jest takie zjawisko bardzo często opisywane, że człowiek wręcz łaknie niezwykłości. No właśnie, czy niezwykłości, czy boskości?
Odpowiedź na to pytanie może przyniosłaby więcej wyjaśnień. Däniken nie do końca odpowiada, a jeśli odpowiada, to w sposób trochę kategoryczny. Nie zawsze podpiera to należycie argumentami, ale być może to moje subiektywne doświadczenie, bo Däniken sugeruje, że to nie Bóg, lecz kultura i psychologia dają te znaki, które są czasami istotą objawień. Wreszcie filozoficznie to, o czym pisze Däniken, to jest spór o źródło sacrum. Czy ono jest to źródło transcendentne, czy immanentne? Mądre określenia immanentne w tym wypadku to pochodzące od człowieka. Każdy sobie musi na to pytanie chyba odpowiedzieć sam. Ale jest też ostatni kontekst, który wychwyciłem, kontekst naukowy. I mam wrażenie, że autor podchodzi bardzo krytycznie do tematyki i wskazuje na możliwość autosugestii masowych halucynacji, ale też zjawisk jak najbardziej naturalnych, takich jak astronomia czy meteorologia i cuda, które są analizowane nie tylko jako dowód boskiej obecności, lecz właśnie jako fenomen psychologiczno-socjologiczny. I to chyba wszystkie konteksty, które udało mi się wychwycić, wynotować.
Całkiem sporo, ale oczywiście zasługą Dänikena jest też pewien opis wydarzeń w przypadku poszczególnych objawień. To się może przydać dla kogoś, kto chciałby zainteresować się tym tematem. Niemniej jednak Piotr to powiedział, ja to też dopowiem. Jest w tej książce odrobina chaosu, który jeśli chce się zrobić tę lekturę bardziej przystępną, bardziej wzbogacającą, to ten chaos w wykonaniu Dänikena trzeba leciutko opanować i wtedy ta książka staje się bardziej przejrzysta. Natomiast jeśli ktoś zaliczy tę książkę, czyli przeczyta jak najszybciej by mógł to zrobić, to ona może nie odsłonić wszystkich swoich zalet. Jeżeli sądziliście państwo, że opowiadanie, które zaprezentowałem wcześniej, to była jedyna proza dzisiaj, nie, mam jeszcze coś w zanadrzu. Z odcinka 121 ABW zaciągnąłem opowiadanie Marka Myszograja. Tytuł „Bękarty Ojca Naszego”.
[01:48:30] - Marek Myszograj „Bękarty Ojca Naszego”. Koncern Planet Connector wyprodukował serię szybkich i wygodnych liniowców. Były na tyle funkcjonalne, że w niedługim czasie opanowały monopol na tak zwane loty kosmiczne wysokich prędkości. Statki z logiem PC kursowały nieustannie, łącząc zamieszkałe części spoza Układu Słonecznego. Jednostka tego typu ustawiała się właśnie do manewru cumowania. Silniki zarufowe obróciły delikatnie statkiem na prawą burtę. Wówczas śluzy dokowania stacji orbitalnej przechwyciły sygnał cumowania promu, przygarniając go subtelnie ku sobie. Siedzący we wnętrzu pojazdu mężczyzna z uwagą obserwował procedurę łączenia. Fascynujący tło błękitnej Ziemi z unikatową stacją orbitalną zapierało dech w piersiach. Widok zza wizjera wywołał na twarzy pasażera uśmiech zachwytu.
Mężczyzna, mając spore doświadczenie w tego typu sytuacjach, przymknął oczy i otworzył usta. Cumowanie, równoważenie ciśnień oraz grawitacji kalibrowało organizm. Gdy dawno temu opuszczał tą stację, podróże były w powijakach. Będąc owiniętym w pieluchy noworodkiem wylatywał stąd razem z mamą i babcią na Marsa. Wówczas kilka podstawowych modułów stanowiło kamień węgielny dzisiejszej stacji. Wahadłowce w tamtych czasach z prototypową grawitacją nie miały tylu wygód co dziś. Organizm zaś dopiero oswajał się z rtęcioalustinem i kalibracja pasażerów zwyczajnie bolała. Teraz wystarczy przymknąć oczy i otworzyć usta. „Witamy na pokładzie stacji. Proszę o założenie gogli i niezwłoczne udanie się we wskazanym kierunku do pokoju badań.
Życzymy miłego pobytu” – oznajmił przemiły głos we wnętrzu głowy mężczyzny. Technik terraformacji opuszczał powoli pokład promu. Przekraczając śluzę rozejrzał się po wnętrzu stacji. Po lewej stronie, tuż przy łuku przymocowanych było kilka par okularów. Sięgnął po jedne i je założył. Ściany przestronnego korytarza rozbłysły strzałkami, wskazując kierunek do laboratorium. Personel stacji oraz regularni goście korzystali z wizualizacji bez gogli. „Proszę wejść” – polecił głos bezpośrednio w jego głowie. Wykonał polecenie, przekraczając właz pokoju badań. Z głosem w głowie było prościej.
System dostrajał wszystkich od około 30 lat. Zatem gdy się tylko ktoś urodził, od razu podłączono go do systemu. Jego babka miała z tym spore problemy. Starsze osoby nie nadawały się do synchronizacji. Wnuk zatem rozwijał się jakby w dwóch światach. Z jednej strony technologia kierowała go w przyszłość wszechkomunikacji, z drugiej strony babka, która wieczorami, szepcząc sama do siebie, przekazywała tradycyjne formy wychowywania. „Panie Marku, proszę ulokować się w kapsule”. Nie lubił jej. Faktem jest, że kilka razy uratowała mu życie. Tym, którzy narodzili się w niej, było łatwiej.
Nie jemu. On przyszedł na świat tradycyjnie i kapsuła kojarzyła mu się ze śmiercią. Kapsuły wyznaczały dwa punkty: początek i koniec życia. Wszystko pomiędzy to diagnoza, leczenie i stabilizacja. „Panie Marku, wykryto zmniejszenie ilości limfocytów we krwi obwodowej. Przyczyną jest napromieniowanie. Proszę zachować spokój. Po 10 minutach problem zostanie rozwiązany. Aby umilić pobyt w kapsule, proszę się zrelaksować i wsłuchać w melodię”. Przed systemem nie było tajemnic.
System śledził każdego o każdej porze i w każdym miejscu. System dopasowywał sposób pracy, odpoczynku, kontaktów międzypersonalnych. Marek leżący w kapsule nie musiał nic robić. System znał cel podróży technika terraformacji i wybrał mu z playlisty Jana Kiepurę. Utwór tak stary, że najpewniej w całym Układzie Słonecznym tylko on w tej chwili go słuchał. „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki całooować chcę”. Będąc małym chłopcem mieszkał z babcią. Matkę oddelegowano do centrum łączności, więc musiała się nim zająć albo opiekun, albo babcia. Pożegnanie z matką było krótkie. Z torbą podróżną wsiadł na pokład sterowca.
Gdy przez wizjer obserwował matkę, ta jedną ręką machała mu niezgrabnie, drugą zaś grzebała i stukała coś w telefonie. Matka miała zawsze tysiące innych spraw, a on był na końcu jej listy obowiązków. Rzadko patrzyli sobie w oczy i tym razem również nie spojrzała w jego kierunku. Ten krótki moment, jego obraz matki na tle miejskiego zgiełku towarzyszył mu przez całe życie. Z początku obrazy te dręczyły go w snach występujące w różnych wariacjach. Z czasem, gdy więź babci i Marka się zacieśniała, obraz matki grzebiącej w telefonie kojarzył się z wolnością i pewnego rodzaju ulgą. Po długim locie nad powierzchnią Marsa sterowiec przycumował przy osamotnionej farmie. Starsza kobieta w krótko ostrzyżonych włosach czekała na Marka. Wzięła od chłopca torbę i pomogła mu zeskoczyć. „Babcia?” – zapytał niepewnie.
„Tak, jestem twoją babcią”. Sterowiec tymczasem obrócił się o 180 stopni i ruszył w dalszą drogę. Dwoje obcych sobie ludzi chwyciło się za ręce. Chłopiec zwrócił uwagę na brudne paznokcie kobiety. W życiu takich nie widział. Przemknęła mu myśl, czy tymi rękoma babcia będzie mu szykować jedzenie. Nagle zdał sobie sprawę, że nigdy nie był poza metropolią. Ogrom przestrzeni budził lęk przed nieznanym. Bardzo chciał wrócić do domu, do miasta. Tutaj czuł się nieswojo.
Przechodząc obok dziwnie poskręcanej konstrukcji, chłopiec ścisnął mocniej dłoń babci. Szum skraplaczy wody budził w Malcu niepokój. Wnętrza pomieszczeń gospodarczych różniły się znacząco od tych, jakie Marek znał, mieszkając w mieście. Tutaj panował bałagan. Mnóstwo walających się gratów i narzędzi nie pomagało w oswojeniu się z nowym miejscem. „Co to?” – zapytał, gdy babcia podała mu talerz. „Jedz” – odparła. Tego dnia poznał smak pesto z nektarowca. Pierwszy kęs niepewny, na próbę. Kolejne porcje smakowały lepiej, a dokładka rewelacyjnie.
Marek, leżąc w kapsule wspominał tamte chwile. Odkąd pamiętał, babcia wiecznie coś robiła, szepcząc przy tym pod nosem. A to cerowała ubrania, a to plewiła w ogródku, prała, przygotowywała posiłki, zagotowywała słoiki. Zajęta od świtu do nocy w bladych promieniach marsjańskiego słońca. Przy kolacji wypytywał ją o przeszłość. Niechętnie opowiadała o matce, o ojcu zaś w ogóle. Lubił słuchać o czasach przed wielką wojną. Były to historie tak odległe, że niemal fantastyczne, baśniowe. Jako mały chłopiec nie mógł uwierzyć, że ludzie niegdyś żyli bliżej słońca na Ziemi. Po dezynfekcji i rekonwalescencji w kapsule można było opuścić stację orbitalną.
Marek obiecał sobie, że wyzna babci coś, czego jej nigdy nie powiedział. Siedział zamyślony, wpatrując się przez wizjer kolejnego promu. Obserwował cumowanie jakiejś jednostki. Życie niezauważalnie popycha cywilizację do przodu, a czas przecieka między palcami. Poczuł żal do samego siebie. Oddał firmie to, co najcenniejsze. W zamian otrzymał perspektywę kilku genorehabilitacji, a po przekroczeniu setki możliwość odejścia do wirtuala. Przypomniał sobie, jak któregoś wieczoru usiadł przy stole. Patrzył, jak babcia zagniatała suche liście chlebowca. Na farmie jedzenie robiło się samemu.
Raz w tygodniu trzeba było przygotować masę z zebranych roślin. Pomagał przy zbiorze liści i ich suszeniu. W jednej czynności babcia była absolutnie nieugięta. Nie dopuszczała do procesu wyrabiania i pieczenia ciasta. „Jak się tu znalazłaś?” – zapytał. „Byłam młoda” – odparła z uśmiechem, nie przestając zagniatać formujące się ciasto. – „Dużo młodsza od twojej mamy, ale wystarczająco dorosła, aby żyć samodzielnie. Mieszkałam na Ziemi. Zresztą w podobnie małej chacie jak ta tutaj. Wychowałam się na farmie i od małego ciężko pracowałam.
Moja mama przeżyła ciężkie czasy: wojny, choroby, głód. Wszystkiego nauczyłam się od niej.” „A jak poznałaś dziadka?” „Poczekaj, powoli. Dziadek służył w oddziałach ochrony terytorium. Któregoś razu stałam z koleżankami, a on przechodził z patrolem przez wieś. Musiałam wpaść mu w oko, bo się poszarpał ze swoim kolegą o moje względy.” „Jak?” „Jego kolega przystanął obok mnie i chciał zagadać, poczęstować czekoladką. Twój durny dziadek rzucił w naszym kierunku granat. Jego kolega odskoczył, zostawiając nas same. Okazało się, że granat był zabezpieczony. Kumpel dziadka zrozumiał, że ratując siebie, poświęcił piękne dziewczyny. Doszło między nimi do szarpaniny i dowódca musiał ich rozdzielić.
Kilka dni później twój dziadek pojawił się ponownie. Ogolony, pachnący, w mundurze z bukietem kwiatów. Och, takich kwiatów już nie ma. Tam na ziemi rosły cudowne kwiaty.” „A co było później?” „Twój dziadek przychodził do mnie każdego dnia. Raz został na wieczór, potem drugi i tak już się potoczyło. Zresztą długo nie mogliśmy być razem. Przylecieli Oni. Zrodził się konflikt. Mężczyźni zostali powołani na wojnę, która tak naprawdę się nie odbyła. My, kobiety, zajęłyśmy się gotowaniem, praniem i czekałyśmy.” „Babciu, a widziałaś tych Onich?” „Wszyscy ich widzieliśmy.
Wysocy, na ogół powolni. Łysi z dużymi oczyma i małymi ustami. Cóż, nie daliśmy rady z nimi wygrać. Oni mieli wsparcie. Rozmawiali z kimś, z kim my od wieków próbowaliśmy. Tych Onych, jak ich nazwałeś, było w zasadzie niewielu, ale dzięki technologii sterowali naszymi emocjami. Przegraliśmy i większość z nas musiała opuścić Ziemię. Łaskawie nauczyli nas, jak żyć w kosmosie. A może musieli nas tego nauczyć? Nie wiem.” „Tfu, dranie.
A jak wyglądała wojna? Dziadek zabił któregoś?” „Nie, to nie tak. Nikt nikogo nie zabijał. Na początku pracowaliśmy dla nich, a twój dziadek miał głupie pomysły, które nawiasem mówiąc mi, imponowały. To, co robił, to były małe akcje sabotażowe. A to wjechał z ładunkiem na pobocze, a to spóźnił się z dostawą, bo miał awarię. Ja mu mówiłam, żeby uważał, że ściągnie na nas kłopoty, ale on się nie słuchał. Prawie nigdy nie dostarczył świeżego transportu.” „I co było później?” „Na Ziemi nie dało się oddychać. Ludzie słabli. Powoli kończyliśmy zadanie i stawaliśmy się dla nich zbędni.
Cóż, dali nam technologię na przetrwanie w nowych warunkach i kazali się wynosić albo umierać.” Marek nie mógł usiedzieć w fotelu. Lot ze stacji na Księżyc trwa około 4 godziny. W tych przestrzeniach nie rozwija się wysokich prędkości. Najlepszym sposobem na zabicie czasu jest cierpliwość. Babcia nauczyła się z nią żyć. Na Marsie czas zdecydowanie biegł wolniej. Lekarstwem okazywało się być wytrwałym i spokojnym. Wiercąc się w fotelu, myślał o tym, co miało oznaczać, że Oni rozmawiają z tym kimś. Babcia – co ona wiecznie mamrotała? Coś jakby prosząc i za coś dziękując.
Nie mógł sobie przypomnieć tych słów. Miał je na końcu języka. To było tak dawno. „Nie mogę cię zostawić.” „Musisz” – odparła babcia. – „Wydałam mnóstwo środków na twoje wykształcenie. Zostając tu, zmarnujesz życie.” Ta ostatnia rozmowa z babcią dręczyła go przez lata. Później zaangażowanie w pracę, w tworzenie nowego życia było jego pasją. Nowe planety, niemal nieograniczone możliwości dla ludzkości. Radość, gdy widział nadzieję w oczach osadników. To wszystko dawało mu poczucie szczęścia.
Złudne poczucie. W wolnym czasie samotność łamała mu serce. Powracały wspomnienia. Musisz. Wydałam mnóstwo środków na twoje wykształcenie. Zostając tu, zmarnujesz życie. To zdanie powracało, wywracając mu wnętrzności. Nie było łatwo pożegnać się z uśmiechem babci i tak po prostu opuścić dom na Marsie. Niedługo wrócę, obiecał, przytulając starszą kobietę. Na schodach wahadłowca pomachał na pożegnanie.
Wylatywał na krótko. Wiedział, że przecież niedługo tu wróci. Ukochana babcia wciąż będzie czekać na niego, szykując świeże pesto z nektarowca. Jakże ludzka nadzieja potrafi być naiwna. Wylot okazał się być dłuższy od zakładanego, a ludzi z Marsa, tak jak wcześniej z Ziemi, wysiedlono. Pozostała godzina lotu na Księżyc. Podróż przebiegała stosunkowo łagodnie. Pokonywanie odległości międzyplanetarnych wymagało większej dawki rtęcioalustinu. Statek przy wysokich prędkościach zachowuje się nienaturalnie. Organizmy żywe stają się przez moment bezuczuciową masą miazgi.
Teraz nie było potrzeby zażywania dodatkowych dawek leku. Organizm wypoczywał, a umysł wciąż przywracał wspomnienia. Co mówisz babciu? Mówię sama do siebie. Nie przeszkadzaj mi teraz. Ale co mówisz? Dociekał Marek. Wówczas, gdy odbyła się ta rozmowa, Marek był już nastolatkiem. Potrafił na gospodarstwie nie tylko naprawić zepsute sprzęty, ale tworzył również nowe. Marek dorastał, stawał się samodzielny.
To on już przygotowywał dla ich obojga pesto z nektarowca. Dojrzewał, a to oznaczało, że kształtował własną osobowość. Chyba właśnie dlatego babcia stwierdziła, że to właściwy moment na taką rozmowę. Mówię sama do siebie, bo tak rozmawiała moja mama i mama mojej mamy. Wszyscy tak kiedyś rozmawialiśmy. Kiedy zaś na Ziemi pojawili się oni, również podobnie rozmawiali. Tylko że oni rzeczywiście potrafili to robić. Marek przestał mieszać pesto i spojrzał z rezygnacją na babcię. Nie rozumiem, o jakich rozmowach mówisz? Nie zrozumiesz.
Ludzie już tego nie robią, bo w pewnym momencie stwierdzili, że to nie ma sensu. Oni rozmawiają z nim i to im odpowiada. My jesteśmy jedynie na łasce i niełasce. To, że nadal żyjemy, choć poza Ziemią, jest najprawdopodobniej spowodowane właśnie ich rozmowami. Babciu, o czym ty mówisz? Nieważne – odparła, zabierając się za przebieranie nasion pętczaka. Po chwili Marek zwrócił uwagę, że babcia znów znajomo szepcze. Obserwował ją z podziwem i zastanawiał się, kim by był, żyjąc nadal w mieście. Musiało upłynąć wiele czasu, aby Marek zrozumiał wartość życia. Pracując w odległych zakamarkach kosmosu, coraz częściej zapominał o farmie na Marsie.
Jako technik terraformacji borykał się z ratowaniem kruchego życia. Pasja dawała mu siłę na wytrwałą pracę. Nie miał nikogo u swego boku. Brak czasu na prywatne przyjemności rekompensował radością tworzenia nowych zbiorowisk roślinnych i gatunków zwierzęcych. Wszystko, nad czym pracował, miało jeden cel: przetrwanie ludzkości. Jednak okazało się, że to wszystko nie było tak naprawdę dla niego najważniejsze. Ferwor obowiązków przerwała Markowi informacja. Oni postanowili przejąć również Marsa. To był wstrząs. Marek zrozumiał, że on był tak samo potrzebny babci, jak dawniej ona jemu.
Prom zbliżał się do powierzchni Księżyca. Liczne kopuły na jego powierzchni świeciły od wewnątrz. Marek skojarzył je z ozdobami. Podobne babcia rozwieszała raz w roku z okazji świąt. Zastanawiał się, z jak wielkim bólem musiało się tutejszym mieszkańcom spoglądać na nie tak odległą Ziemię. Starczy z syndromem choroby sierocej. Nowe siedlisko dla podwójnych wygnańców z widokiem Ziemi na wyciągnięcie ręki. Okropne. Dlaczego ludzkość tak łatwo pogodziła się ze swym losem? Przecież po opuszczeniu Ziemi wyzwolili się spod ich wpływów.
Chwilka – pomyślał Marek. Babcia coś wspominała. Mówiła, że zdziwiło ją, bo oni używają tych samych słów. Rozmawiają z nim. Tylko z kim? To było bez sensu. Obłęd. Statek tymczasem zadokował przy jednej z kopuł. Witamy na Księżycu. Przed opuszczeniem pokładu prosi się o pozostawienie porządku – oznajmił głos w głowie.
Lekki wstrząs rozbił myśli Marka. Przymknął na moment oczy i w końcu przypomniał to sobie. Babcia mówiła, że oni wypowiadają te same słowa, które ludzkość od wieków używała. Babcia przecież szeptała, zaczynając dokładnie od tych słów: Ojcze nasz, któryś jest w niebie. 13 maja 2022 roku.
[02:08:12] - I cóż, proszę państwa, jak to jest w tych wakacyjnych odcinkach, one mijają szybciej, niż się człowiek spostrzeże. No ale czas na odpoczynek. Te wakacje akademickie trwają jeszcze przez wrzesień, więc sobie troszkę jeszcze poodpoczywamy. Ja wiem, że w czasie wakacji jest wiele fajniejszych rozrywek niż słuchanie audycji o książkach i filmach, ale czasami są momenty, że warto po taką audycję sięgnąć. Co niniejszym państwu polecam w kategoriach, powiedzmy, takiej życzliwej polecanki. Czas już kończyć. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę fajnego weekendu, chociaż spoglądam w tym samym momencie na prognozę pogody i w niektórych częściach kraju nie będzie czadowo, nie będzie w sposób letni. Będzie raczej tak sobie. No ale to wcale nie oznacza, że weekend nie może być cudowny.
Takiego cudownego weekendu państwu życzę. A teraz życzę dobrej nocy i do spotkania w przyszłym tygodniu.
[02:09:21] - A mówi to sobie do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.