Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Kolejny piątek nam mija powolutku. Godzina 20:00 na zegarze, a to oznacza, że czas najwyższy spotkać się po raz kolejny w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:35] - Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejny AWF, Akademię Wszelkiej Fikcji. Tradycyjnie zaczynamy od polecanych książkowych. Pierwszy tytuł nawiązuje do uniwersum Harry'ego Pottera. Tytuł: „Snape. Prawdziwa twarz tajemniczego Mistrza Eliksirów”. Autorka: Laurie Kim. Wydawnictwo Znak Litera Nova, a data premiery: 13 dzień sierpnia. To pierwsza książka w mugolskim świecie, która odsłania prawdziwe oblicze Severusa Snape'a. Jest jedną z najbardziej znienawidzonych i niezrozumianych postaci świata czarodziejów.
Walczył po obu stronach, ale nigdy nie przestał rozgrywać swojej własnej partii. Stale o krok przed innymi, nawet przed czytelnikiem. Do dziś budzi skrajne emocje i podziały wśród fanów. Nosił szatę nauczyciela, maskę Śmierciożercy i piętno zdrajcy. Ale czy naprawdę wiemy, kim był Severus Snape? Co kryło się za jego obsesją na punkcie Lily? Jak to możliwe, że znał zaklęcia, których nie uczono w Hogwarcie? Dlaczego Harry nazwał swojego syna jego imieniem? Czy Snape był ostatnim, który próbował odwrócić działanie czarnej magii, czy pierwszym, który ją naprawdę zrozumiał? I czy kiedykolwiek przestał być Śmierciożercą?
Ta książka to coś więcej niż próba zrozumienia Snape'a. To detektywistyczna wyprawa śladami zaklęć, gestów i wyborów, które zmieniły bieg historii magicznego świata. Znasz historię Severusa Snape'a z perspektywy Harry'ego Pottera. A co, jeśli to tylko część prawdy? To, proszę państwa, była zapowiedź książki „Snape. Prawdziwa twarz tajemniczego Mistrza Eliksirów”. Laurie Kim, wydawnictwo Znak Litera Nova. Premiera 13 sierpnia. Druga polecana książka nosi tytuł: „Księga innych miejsc”. I tu niespodzianka — dwóch autorów.
Pierwszy z nich Keanu Reeves. Kojarzycie państwo go z zupełnie innej, powiedziałbym, filmowej aktywności. Drugim autorem jest znany człowiek od fantastyki China Miéville. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 12 sierpnia. „Księga innych miejsc” to przebojowa, a zarazem wyrafinowana i nastrojowa opowieść Keanu Reevesa oraz Chiny Miéville’a, inspirowana uniwersum komiksów „BRZRKR”. Dzieło inne niż wszystko, co dotychczas stworzyli ci dwaj mistrzowie eksperymentów gatunkowych. Potrzebowaliśmy specjalnego narzędzia, dlatego zwróciłam się z prośbą do bogów. Legendy o wojowniku, którego nie sposób zabić, krążyły od zawsze. O wojowniku, który widział, jak cywilizacje rodzą się i upadają.
Nosił różne imiona: Unute, Śmierć. Dziś znany jest po prostu jako B. Jakże pragnie być śmiertelny. Szefowie tajnej amerykańskiej jednostki operacyjnej obiecują, że mu w tym pomogą w zamian za wsparcie. Lecz gdy zwykły żołnierz powraca do życia, to niemożliwe zdarzenie dowodzi, że istnieje siła jeszcze bardziej zagadkowa niż sam B. Jest co najmniej tak samo potężna i ma własny plan. W tej niepowtarzalnej współpracy łączącej jedyny w swoim rodzaju styl i wyobraźnię Miéville’a z przejmującą narracją Reevesa, dwaj artyści stworzyli coś absolutnie wyjątkowego. Dzieło, które zachwyci dotychczasowych fanów i przyciągnie tłumy nowych. Keanu Reeves, aktor wybitny i wszechstronny, za sprawą swoich różnorodnych kreacji filmowych odcisnął niezatarte piętno na świecie rozrywki. Sławę przyniosły mu role w filmach z serii „Matrix” i „John Wick”.
W 2021 roku zadebiutował jako autor komiksów dwunastoczęściowym cyklem powieści graficznych „BRZRKR” rozprowadzanym przez Boom! Studios. Seria ta błyskawicznie zyskała miano najlepiej sprzedającego się komiksowego debiutu od ponad 25 lat. W 2023 roku powrócił na ekrany kin w „Johnie Wicku 4”, który został najbardziej dochodowym filmem z tej serii. W ostatnich latach wystąpił także w filmach „Matrix Zmartwychwstania”, „Chyba na pewno ty”, „Toy Story 4” oraz w grze „Cyberpunk 2077”. Przypomnę, to była polecanka tytułu „Księga innych miejsc”. Keanu Reeves i China Miéville. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery: 12 sierpnia 2025 roku. I wreszcie trzeci tytuł: „Zdążyć przed wrogiem”.
Autor Robert Michniewicz, wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery 13 sierpnia. Ostatnie dni Powstania Warszawskiego. Gestapo zatrzymuje oficera ruchu oporu odpowiedzialnego za ewakuację archiwum agentury Oddziału Drugiego Komendy Głównej AK. Londyński Sztab Naczelnego Wodza powierza zadanie odzyskania dokumentów walczącemu w powstaniu oddziałowi Cichociemnych. Do kraju wysłany zostaje agent polskiego wywiadu, Karol von Wedel, który ma pomóc Cichociemnym. W wyniku przecieku tajnych informacji na temat operacji dokumenty AK próbują zdobyć także Gestapo, NKWD oraz partyzanci Armii Ludowej. Czy zdrada pozwoli na osiągnięcie sukcesu tym, dla których interes narodowy nie ma znaczenia? Czy współpracownikiem rosyjskiego wywiadu jest wysoki oficer polskiego sztabu? Szpiegowska intryga, której rozstrzygnięcie zdecyduje o życiu lub śmierci polskich agentów.
To była polecanka książki „Zdążyć przed wrogiem” Roberta Michniewicza, wydawnictwo Czarna Owca, a data premiery 13 dzień sierpnia. Teraz, proszę państwa, czas na korepetycje filozoficzne. Drodzy słuchacze, w dzisiejszym odcinku cofniemy się do czasów, gdy Rzym był jeszcze potęgą, ale duchowość antyku przeżywała poważny kryzys. Bogowie przestawali mówić do ludzi. Stare wierzenia były kwestionowane, a świat stawał się coraz bardziej chaotyczny. I właśnie wtedy, w III wieku naszej ery pojawił się filozof, który zamiast rozkładać rzeczywistość na części pierwsze, zaproponował kierunek odwrotny. Powrót do jedności. Szanowni Państwo, poznajcie Plotyna. Człowieka, który chciał wyjaśnić świat nie przez analizę, ale przez zjednoczenie. Chociaż urodził się w Egipcie, jego myśl to czysta Grecja.
Inspirował się Platonem, ale poszedł znacznie, znacznie dalej. Dla jednych był kontynuatorem klasycznej metafizyki, dla innych mistykiem, który filozofię zamienił w duchową praktykę, dla jeszcze innych ojcem całej tradycji, która przez stulecia inspirowała i to nie tylko myślicieli chrześcijańskich. Plotyn nie pozostawił po sobie zbyt wielu pism, ale to, co zapisał, przeszło do historii jako Eneady. Spisane i uporządkowane przez jego ucznia Porfiriusza. To właśnie tam znajdziemy jedną z najbardziej wpływowych metafizyk w dziejach. Metafizykę wzniosłą, trudną, ale poruszającą. Wejdźmy w takim razie do świata Plotyna. Wyobraźcie sobie państwo, że cały świat od gwiazd po wasze myśli jest tylko cieniem czegoś większego. Czymś, co nie jest gdzieś, nie ma formy, kształtu ani koloru, ale jest wszystkim i ponad wszystkim. Plotyn nazywa to Jednią, nie Bogiem osobowym, nie Stwórcą z brodą, nie energią, nie naturą.
Jednią, czyli czystym istnieniem, absolutem tak doskonałym, że nie potrzebuje niczego. Jednia jest tak pełna, że z niej wszystko wypływa jak światło ze słońca. Ale co ważne, to nie jest akt woli czy decyzji. Jednia wcale nie chce tworzyć świata. Ona po prostu wypromieniowuje rzeczywistość w sposób naturalny, bo taka jest jej natura. To trochę jak ogień, który grzeje nie dlatego, że chce, ale dlatego, że nie może inaczej. I właśnie z owej Jedni wypływa pierwsza emanacja. Nous, czyli umysł. Świat czystych idei. Nous to inteligencja kosmosu.
Boska świadomość, która myśli o Jedni i przez to ją odzwierciedla. W Nousie istnieją wszystkie formy rzeczy. To jakby taki architektoniczny plan istnienia. To właśnie z tego miejsca wypływa kolejna emanacja. Dusza świata. A dusza świata to pomost między sferą czystych idei a światem materii. To ona ożywia kosmos, nadaje mu ruch, harmonię, rytm, a z niej wypływają dusze jednostkowe, również nasze dusze. Powtórzmy. Zobaczmy ten ciąg. Jednia.
Umysł, czyli Nous. Dusza świata. Rzeczywistość materialna. Ale uwaga! Im dalej od Jedni, tym mniej doskonałości. Świat materialny, czyli ten, w którym żyjemy, jest najbardziej oddalony od źródła. Dlatego jest pełen sprzeczności, cierpienia, zmienności. Ale to nie znaczy, że jest zły. Dla Plotyna materia nie jest grzechem ani przekleństwem. Po prostu jest najbardziej rozproszoną formą bytu, cieniem cienia, ostatnim echem pierwotnej jedności.
I teraz dochodzimy do sedna. Człowiek ma w sobie cząstkę duszy Która nie pochodzi ze świata materii. Ale każdy z nas, żyjąc w tym świecie, zapomina o swoim pochodzeniu. Zamiast patrzeć w stronę Jedni, zajmujemy się przede wszystkim rzeczami: bogactwem, statusem, pożądaniem. Zatracamy się w tym, co przemijające. I właśnie tutaj filozofia Plotyna staje się duchową ścieżką. Zadaniem człowieka jest powrót do źródła. Nie przez moralność, nie przez posłuszeństwo, nie przez rytuały, ale przez kontemplację, samopoznanie i wewnętrzną pracę. To, co nas oddziela od Jedni, to rozproszenie. To, co nas do niej prowadzi, to skupienie.
Plotyn uczy: nie trzeba gdziekolwiek iść. Wystarczy się wycofać, odciąć od zmysłów, odwrócić uwagę od tego, co zewnętrzne i zwrócić się ku wnętrzu. Brzmi znajomo? Owszem, to zupełnie jak medytacja, jak mistyka, jak joga. Ale Plotyn nie był typowym mistykiem. Nie chodziło mu o trans czy ekstazę. Chciał raczej, by człowiek doświadczył samego siebie jako istoty duchowej, by odkrył, że jego dusza, choć zagubiona, wciąż pamięta drogę do domu. Wszyscy pochodzimy z Jedni - mówił Plotyn - i możemy do niej powrócić. Nie ciałem, nie myślą, ale tym, co w nas najczystsze. To nie jest proces poznania.
To proces stawania się. To tak, jakbyśmy nie tyle zrozumieli słońce, co sami stali się światłem. Ale zaraz, czy to oznacza, że świat nie ma sensu? Że tylko Jednia się liczy, a cała reszta to iluzja? Nie. Dla Plotyna świat ma sens jako etap podróży. Życie nie jest błędem. Ciało nie jest więzieniem. To wszystko są potrzebne formy istnienia, ale tylko formy. Nie cel.
Prawdziwym celem jest powrót do źródła. Powrót tak naprawdę do samego siebie. I właśnie dlatego Plotyn mówił: celem życia jest upodobnienie się do Boga, na ile tylko to możliwe. Nie chodzi o naśladowanie bóstwa z mitów, lecz o przebudzenie się w sobie samym, rozpoznanie swojego pochodzenia, zrozumienie, że wszystko, co piękne, dobre i prawdziwe, ma jedno, tylko jedno źródło. A to źródło nie mówi, nie patrzy, nie działa. Ono po prostu jest. Plotyn nie tworzył religii, ale jego filozofia miała głęboko duchowy wymiar. Stała się zapewne inspiracją dla ojców Kościoła, mistyków chrześcijańskich, muzułmańskich i żydowskich, chociaż niewielu się do tego przyznaje. Bez Plotyna nie byłoby, w sensie intelektualnym, św. Augustyna, nie byłoby Dionizego Areopagity, nie byłoby wielu mistycznych nurtów w historii Europy.
Ale Plotyn sam był skromny. Nie chciał, aby jego wizerunek był malowany czy rzeźbiony. Nie zależało mu na sławie ani na wpływach. Chciał tylko wrócić do Jedni. I może właśnie dlatego 1800 lat później nadal warto go słuchać. Bo w świecie, który rozprasza się, rozrywa oraz rozmywa, Plotyn przypomina nam, że gdzieś tam, ale i w głębi nas, jest miejsce ciche, spokojne, niezmienne. I że właśnie tam bije źródło prawdziwej rzeczywistości. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. Dzisiaj Plotyn. Plotyn, który wierzcie mi państwo, o tym się nie mówi często, ale myślę, że bardzo mocno oddziaływał na sposób myślenia wielu pokoleń.
Ale przejdźmy dalej. Na kanale Wehikuł Wyobraźni całkiem niedawno pojawiła się audycja o obiekcie 3i Atlas. Ktoś powie: ciągle o tym Atlasie, ciągle. Ile można? Okazuje się, że pojawiają się ciągle nowe doniesienia, ciągle jakieś nowe uwagi, jakieś nowe obserwacje to może nie, a w każdym razie nowe komentarze. Posłuchajmy zatem audycji zaciągniętej z kanału Wehikuł Wyobraźni o cichym zwiadowcy z odległego świata, czyli obiekcie 3i Atlas. Zapraszam. Wyobraźcie sobie państwo wszechświat jako ciemny, nieprzenikniony las. W tym lesie każde drzewo to cywilizacja. Każda cywilizacja nasłuchuje.
Każda ukrywa się, bo każdy dźwięk, każdy sygnał może być ostatnim. I nagle coś zaczyna poruszać się między drzewami. Witam państwa bardzo serdecznie w dzisiejszej audycji Wehikułu Wyobraźni. Temat, który poruszymy balansuje na granicy nauki i wyobraźni, ale nie fantazji. Mówimy bowiem o realnym obiekcie, który właśnie przemierza Układ Słoneczny. O 3i/Atlas. Mówimy o trzecim znanym międzygwiezdnym intruzie, który jak się okazuje Nie zachowuje się jak zwykła skała kosmiczna. Ten odcinek nie będzie tylko analizą astronomicznych faktów. Będzie próbą zrozumienia, czy obiekt ten z całą serią niezwykłych cech może być zwiastunem czegoś więcej. Być może zwiastunem obcej inteligencji.
A może, jak sugeruje hipoteza ciemnego lasu, jest to działający w ukryciu świadomy artefakt, który nie chce być zauważony. Przed nami czas spekulacji, ale i twardych danych. Relacji o niezwykłych zbiegach okoliczności, ale i chłodnej, choć nieco niepokojącej logiki. Teza jest prosta. Czy możliwe, że 3i/Atlas to nie kolejna kometa, ale technologiczny obiekt pozaziemskiego pochodzenia? A jeśli tak, to co to oznacza dla nas, mieszkańców Ziemi? Zapraszam do słuchania i myślenia. Gdzie są wszyscy? To pytanie zadał słynny fizyk Enrico Fermi jeszcze w latach 50. XX wieku.
Jeśli we wszechświecie powstały miliardy planet, z czego wiele może być podobnych do Ziemi, to dlaczego do tej pory nie natrafiliśmy na żaden ślad obcej cywilizacji ani na sygnał? Nie było też żadnej wizyty ani jakiejkolwiek formy komunikacji. To pytanie przeszło do historii jako paradoks Fermiego. I jedną z najbardziej niepokojących odpowiedzi na ten paradoks jest hipoteza ciemnego lasu spopularyzowana przez chińskiego pisarza Cixina Liu w jego powieści science fiction „Ciemny las”. Czym jest ta hipoteza? Wyobraź sobie, szanowny słuchaczu, wszechświat jako ogromny, ciemny, milczący las. O tym już mówiłem. W tym lesie każde drzewo to jedna cywilizacja. Może są ich tysiące, może miliony. Są rozsiane w różnych częściach wszechświata.
Każda z nich to potencjalny myśliwy i każda z nich nasłuchuje. Ale żadna nie mówi nic. Żadna nie wychodzi z ukrycia. Dlaczego? Bo każdy dźwięk w tym lesie może zdradzić twoją pozycję. A kto zostanie zauważony, może zostać zniszczony. W takim świecie najlepszą strategią przetrwania jest milczenie no i ukrywanie się. Nie dlatego, że inne cywilizacje są z gruntu wrogie i złe, ale dlatego, że nigdy nie wiemy, czy są wrogie. Nie mając pewności, nie ryzykujemy. To właśnie sedno hipotezy ciemnego lasu.
Nie słyszymy nikogo nie dlatego, że nikogo tam nie ma, ale dlatego, że wszyscy się boją mówić. Każda cywilizacja, która osiąga poziom techniczny pozwalający na komunikację międzygwiezdną, staje przed tym samym dylematem. Czy ujawnić swoją obecność? Czy może lepiej milczeć? Niepewność i brak zaufania tworzą środowisko przypominające wyścig zbrojeń. Wystarczy, że jedna cywilizacja pomyśli, że inna może być zagrożeniem i zaczyna działać prewencyjnie. Lepiej zniszczyć, zanim sam zostaniesz zniszczony. To prosta, brutalna logika znana z historii ludzkości, tylko przeniesiona na skalę kosmiczną. I tu dochodzimy do kluczowego pytania. Jeśli ten model zachowania we wszechświecie jest realny, to co oznacza pojawienie się obiektu 3i/Atlas?
Czy to tylko naturalna skała międzygwiezdna? Czy może, jak sugerują niektórzy naukowcy, obiekt, który zachowuje się podejrzanie cicho, sprytnie? Czy właśnie obserwujemy zwiadowcę w ciemnym lesie? Coś, co przemyka przez nasz Układ Słoneczny, nie zdradzając do końca swojej obecności. A teraz przyjrzyjmy się samej skale. Może skale 3i/Atlas i wyjaśnijmy, dlaczego niektórzy badacze uważają, że ten obiekt zachowuje się zbyt inteligentnie jak na zwykły kamień z przestrzeni międzygwiezdnej. 3i/Atlas. Nazwa, która nie mówi zbyt wiele przeciętnemu odbiorcy, a jednak może w przyszłości znaleźć się w podręcznikach historii. Być może historii kontaktu ludzkości z czymś zupełnie innym, obcym. Cywilizacją?
Zacznijmy od podstaw. 3i oznacza, że to trzeci obiekt międzygwiezdny, który zaobserwowaliśmy w naszym Układzie Słonecznym. Pierwszym był słynny 1I/Oumuamua, podłużny obiekt o dziwnej trajektorii i przyspieszeniu niezgodnym z zasadami grawitacji. Drugim 2I/Borisov, który miał bardziej klasyczne zachowanie. A teraz mamy 3i/Atlas i od razu stał się on przedmiotem intensywnej analizy. Czym się wyróżnia? Po pierwsze jego orbita jest nietypowa. Obiekt porusza się wstecznie względem kierunku obrotu planet wokół Słońca. To rzadkość i chyba nie dzieje się przypadkiem. Jego płaszczyzna orbity niemal pokrywa się z ekliptyką, czyli płaszczyzną, po której porusza się Ziemia i większość innych planet.
To tak, jakby obiekt celował w tę właśnie płaszczyznę. Prawdopodobieństwo takiego ułożenia toru wynikającego z czystego przypadku wynosi zaledwie 0,2%. Po drugie — rozmiar. Na podstawie jasności i założeń o odbijalności światła szacuje się, że Atlas ma około 20 kilometrów średnicy. To bardzo dużo jak na obiekt międzygwiezdny. Według przewidywań, zanim trafimy na taki duży obiekt, powinniśmy wykryć miliony mniejszych, rzędu kilkudziesięciu metrów. A jednak nie wykryliśmy. To sugeruje, że coś jest nie tak albo z naszymi założeniami, albo z tym obiektem. Po trzecie — brak cech kometarnych. Nie widać typowej otoczki gazów czy śladów sublimacji lodu.
W obserwacjach spektroskopowych nie znaleziono charakterystycznych sygnatur chemicznych, jakie widujemy przy kometach. Zamiast tego pojawiło się czerwone światło. Światło odbite. Obiekt 3i/Atlas odbija światło słoneczne w sposób lekko poczerwieniony, podobnie jak niektóre planetoidy i ciała transneptunowe. To oznacza, że jego powierzchnia odbija więcej światła o dłuższych falach, czerwonych, niż krótszych, niebieskich. Skąd to się bierze? Taki efekt może pochodzić z naturalnych minerałów, na przykład powierzchnia bogata jest w żelazo, nagromadzenia związków organicznych, na przykład tak zwanych tholinów, złożonych cząstek organicznych powstałych pod wpływem promieniowania UV, lub też, co bardziej spekulacyjne, nienaturalnych materiałów tworzących sztuczne poszycie obiektu. Dlaczego to interesujące? Bo typowe komety mają jasne spektra z wyraźnymi sygnaturami pary wodnej i innych gazów. A tutaj w obiekcie Atlas nie zaobserwowano takich sygnatur.
Ów czerwony odcień może wskazywać na stałą, pozbawioną gazów, ciemną powierzchnię. Czy to dowód na technologię? Nie, ale w połączeniu z innymi anomaliami, takimi jak nietypowa orbita, synchronizacja z orbitami planet czy przelot przez trudne do obserwacji tło galaktyczne, ta cecha po prostu zwiększa dziwność owego obiektu. Po czwarte — trasa przelotu. Atlas zbliży się bardzo do trzech planet: do Wenus na odległość 0,65 jednostki astronomicznej, do Marsa 0,19 jednostki astronomicznej i do Jowisza 0,36 jednostki astronomicznej. Wszystko to z prawdopodobieństwem tak niewielkim, że statystycznie praktycznie niemożliwym. Zwykły obiekt z losową trajektorią raczej nie powinien przelecieć w pobliżu trzech planet podczas jednego wejścia do Układu Słonecznego. Co więcej, moment, w którym Atlas będzie najbliżej Słońca, czyli peryhelium, wypada po drugiej stronie Słońca względem Ziemi, a to oznacza, że w tym kluczowym momencie nie będziemy w stanie go obserwować. Z perspektywy potencjalnej technologii to doskonały moment na tajny manewr, na przykład na użycie tak zwanego manewru odwróconego Obertha, który pozwala statkowi kosmicznemu na zahamowanie i związanie się z grawitacją Słońca. Idealne rozwiązanie dla obiektu, który chciałby zwolnić i pozostać w Układzie Słonecznym.
Powiem o tym jeszcze trochę za chwilę. Jest jeszcze jeden szczegół. 3i/Atlas nadlatuje z kierunku centrum Drogi Mlecznej, obszaru bardzo zatłoczonego gwiazdami i przez to trudnego do obserwacji. To może być przypadek, ale może to też być sposób na przemknięcie się bez wzbudzania podejrzeń. Co więcej, gdybyśmy wykryli ten obiekt rok wcześniej, moglibyśmy jeszcze zaplanować misję przechwytującą. Teraz jest już jednak za późno. Prędkość przelotu 3i/Atlas to ponad 60 kilometrów na sekundę, a to sprawia, że nasze rakiety nie mają szans go dogonić. Z obliczeń wynika, że ewentualne wystrzelenie niewielkich sond czy też urządzeń z 3i Atlas na Wenus, Marsa lub Jowisza byłoby możliwe i nie sprawiłoby większego problemu. Czy to wszystko wystarcza, by stwierdzić, że Atlas to obcy statek kosmiczny? Oczywiście nie, ale jak na kamień ten obiekt jest zbyt dziwny.
I właśnie dlatego część naukowców, mimo sceptycyzmu, nie ignoruje hipotezy technologicznej. Bo nawet jeśli to tylko ćwiczenie intelektualne, to może nas przygotować na moment, w którym po raz pierwszy nie będziemy już mogli udawać, że jesteśmy sami. Przejdźmy teraz do najmocniejszych argumentów sugerujących, że 3I/Atlas może być działającym artefaktem pozaziemskim. Dotychczas przedstawiałem fakty i anomalie związane z Atlasem, takie jak: nietypowa orbita, brak kometarnego ogona, nieprawdopodobne zbliżenia do planet oraz trudna do pogodzenia z naturą trajektoria. Czas teraz zadać pytanie bardziej kontrowersyjne, ale coraz częściej pojawiające się w kręgach naukowych. A co jeśli to nie jest przypadek? Co jeśli Atlas nie jest obiektem naturalnym, ale działającym artefaktem technologicznym stworzonym przez jakąś pozaziemską inteligencję? Ta hipoteza, chociaż niezwykła, nie jest pozbawiona podstaw. Opiera się na logicznych przesłankach i wzorcach, które byłyby racjonalne z punktu widzenia istoty chcącej zbadać lub odwiedzić nasz Układ Słoneczny bez bycia wykrytym. Zacznijmy od trajektorii.
Najbliższe podejście Atlasa do Słońca, czyli peryhelium, wypada po stronie przeciwsłonecznej. O tym już mówiłem. W praktyce oznacza to, że w kluczowym momencie nie będziemy mogli obserwować go z Ziemi. I to oczywiście może być przypadek, ale może to być również zaprojektowane celowo, aby przeprowadzić wspominany już manewr odwróconego Obertha bez wykrycia. A manewr Obertha to technika znana w astronautyce, polegająca na wykorzystaniu najwyższej prędkości orbitalnej statku w pobliżu masywnego ciała, w tym przypadku Słońca, aby maksymalnie efektywnie zwiększyć lub zmniejszyć jego prędkość. W klasycznym przypadku stosujemy go, by przyspieszyć i uciec z Układu Słonecznego, ale manewr odwrócony robi coś dokładnie odwrotnego. Hamuje obiekt, pozwalając mu zostać w układzie i na przykład przejść na orbitę wokół najbliższej planety. Jeśli ktoś chciałby przemycić statek kosmiczny do naszego systemu planetarnego i ukryć jego wejście, lepiej zaplanować to tak, byśmy nie mogli tego zobaczyć. I dokładnie taka jest sytuacja Atlasa. Następnie zbliżenia do planet.
Obiekt nie tylko przelatuje przez Układ Słoneczny, ale robi to na trasie wyjątkowo dogodnej, aby odwiedzić Marsa, Wenus i Jowisza. I powiedzmy to wprost, robi to przy minimalnym nakładzie energetycznym. To nie jest typowe dla losowych przelotów ciał niebieskich. Statystycznie jest prawie niemożliwe, by coś takiego wydarzyło się przypadkiem. I tu pojawia się najbardziej zaskakujący aspekt. Z 3I/Atlas dzięki niewielkim manewrom rzędu kilku kilometrów na sekundę można by wystrzelić sondy lub urządzenia w kierunku wspomnianych planet. To technicznie osiągalne przy użyciu relatywnie prostych środków, jeśli tylko ktoś znajdowałby się na pokładzie Atlasa lub sterował nim zdalnie. Obiekt nie emituje żadnych sygnałów. Milczy. A to znów przypomina nam o hipotezie ciemnego lasu.
Jeśli mamy do czynienia ze zwiadowcą, to jego podstawowym zadaniem jest pozostać niewykrytym. Jeszcze jedna cecha zwraca uwagę. Czas przybycia. Zgodnie z trajektorią, Atlas wszedł do zewnętrznych rejonów Układu Słonecznego około ośmiu tysięcy lat temu. Długo, prawda? No, nie do końca, bo to był właśnie czas, kiedy ludzkość zaczęła tworzyć trwałe ślady swojej cywilizacji. Pierwsze miasta, pisma, rozwój rolnictwa. To był moment, w którym na mapie galaktycznej mogliśmy zapalić światło. Czy to przypadek, że od tamtego momentu obiekt ten powoli, bardzo powoli, jak na kosmiczną skalę, zbliżał się do środka Układu Słonecznego? No, być może rzeczywiście to przypadek, ale jeśli nie, to może oznaczać, że ktoś zauważył nas i wysłał sondę.
A teraz ta sonda się zbliża. Autorzy tej hipotezy, naukowcy, nie pisarze science fiction, zaznaczają wyraźnie: nie twierdzimy, że to wszystko jest dowodem. Ale w świecie nauki anomalie trzeba brać poważnie, zwłaszcza jeśli skumulowane odstępstwa od normy wskazują na wzorzec. I dlatego ta hipoteza, chociaż śmiała, nie może być zignorowana. Przyjrzyjmy się, co by to oznaczało dla ludzkości, gdyby 3I Atlas naprawdę okazał się technologicznym artefaktem o nieznanym pochodzeniu. Czy jesteśmy na to gotowi? Zanim popadniemy w entuzjazm i ogłosimy, że Atlas to międzygwiezdna sonda zwiadowcza, warto uczciwie przyjrzeć się alternatywie, naturalnemu pochodzeniu tego obiektu. Naukowa metoda wymaga bowiem, by niezwykłe twierdzenia popierać niezwykle mocnymi dowodami, a tych na razie nie mamy. Po pierwsze, anomalia nie równa się sztuczności. To, że orbita 3I Atlas wykazuje nietypowe cechy, nie znaczy, że jest celowo zaprojektowana.
W dynamicznym, chaotycznym środowisku galaktyki grawitacyjne oddziaływania z gwiazdami, brązowymi karłami czy obłokami molekularnymi mogą nadawać ciałom międzygwiezdnym bardzo nietypowe trajektorie. Druga sprawa to rozmiar. Owszem, 3I/Atlas wydaje się duży. Być może ma około dwudziestu kilometrów średnicy, co czyni go znacznie większym od Oumuamua. Ale to, że wcześniej wykryliśmy mniejsze obiekty, nie oznacza, że duże są niemożliwe. Raczej oznacza to, że detekcja dużych i ciemnych ciał jest wyjątkowo trudna, zwłaszcza gdy nadlatują z kierunku jasnego centrum Drogi Mlecznej, gdzie tło gwiezdne jest gęste i, powiedzmy to szczerze, bardzo mylące. Kolejny punkt to brak gazowych emisji typowych dla komet. Prawda, w spektroskopii nie wykryto cech charakterystycznych dla lotnych związków, ale przecież nie każda kometa aktywuje się w drodze przez Układ Słoneczny. Może to być obiekt wygasły, czyli taka kometa, która już wcześniej przeszła blisko innych gwiazd i straciła swoje lotne substancje. Innymi słowy, jest to sucha skorupa po dawnej komecie.
Co więcej, obserwowane lekkie poczerwienienie w odbiciu światła również pasuje do typowych, znanych, naturalnych materiałów. Nie trzeba uciekać się do teorii o sztucznej powłoce. Wystarczą związki organiczne, jak na przykład wspomniane już toliny, znane z powierzchni Plutona czy Tytana. Jeśli chodzi o bliskie przejścia obok planet, to trzeba pamiętać, że Układ Słoneczny jest dynamiczną maszyną. Wystarczy niewielka zmiana czasu przybycia, by przelot w pobliżu Marsa czy Jowisza stał się zbiegiem okoliczności. Takie przypadki mogą się zdarzyć przy wystarczającej liczbie obserwowanych obiektów. A na koniec najważniejsze. Nie zaobserwowano żadnego przyspieszenia niegrawitacyjnego, które mogłoby wskazywać na działanie napędu lub aktywność technologiczną. Obiekt leci zgodnie z oczekiwaniami dla bryły poruszającej się siłą inercji w polu grawitacyjnym Słońca. Astronomowie w większości podkreślają, że hipoteza naturalnego pochodzenia Atlasa jest prostsza, zgodna z dotychczasową wiedzą o kosmosie i nie wymaga nadzwyczajnych założeń.
I chociaż nie wyklucza ona całkowicie bardziej egzotycznych możliwości, to w tym momencie nie mamy żadnego twardego dowodu, który by te egzotyczne hipotezy faworyzował. Wyobraźmy sobie na moment, że obiekt, który obserwujemy, powiedzmy taki jak Atlas, nie jest zwykłą skałą, kawałkiem lodu czy pyłu z głębokiego kosmosu, ale jest obcym artefaktem, prawdziwym, nieludzkim tworem technologicznym. Co wtedy? No właśnie, jakie byłyby konsekwencje, gdybyśmy mieli do czynienia z czymś sztucznym, zaprojektowanym, może nawet wysłanym celowo? Może to tylko nieszkodliwy zwiad, jakaś międzygwiezdna sonda z automatycznym oprogramowaniem. A może pierwszy kontakt, choć jeszcze bez słów? A co jeśli to część nieprzyjaznej misji albo, co bardziej realistyczne, neutralnej, ale potencjalnie niebezpiecznej przez sam fakt swojej obecności? W tym miejscu warto przywołać słynny zakład Pascala. Klasyczny argument filozoficzny, który możemy odnieść także do astrobiologii i zagrożeń egzystencjalnych. Zastanówmy się.
Jeśli zakładamy, że to nie artefakt, a jednak mylimy się, ryzykujemy przeoczenie czegoś, co może być przełomowe lub niebezpieczne. Jeśli uznajemy, że to może być artefakt i potraktujemy sprawę poważnie, a okaże się, że to tylko kamień, nasza strata? Minimalna. Trochę czasu, trochę analiz, dobre ćwiczenie intelektualne. Ale w drugą stronę, jeśli to naprawdę coś obcego, a my zlekceważymy temat, konsekwencje mogą być katastrofalne, nawet jeśli szansa na to jest bardzo mała. To właśnie esencja zakładu Pascala w wersji kosmicznej. Niska szansa, ale ekstremalnie wysoka stawka. I tu pojawia się ważne pytanie: czy powinniśmy mieć coś w rodzaju obrony planetarnej? Nie tylko przed asteroidami, ale i na wypadek kontaktu z obcą, wrogą technologią. Nawet jeśli prawdopodobieństwo takiego zdarzenia wydaje się dziś znikome, to chyba warto o tym pomyśleć.
I nie z lękiem, ale z odpowiedzialnością. Bo lepiej być gotowym i się pomylić, niż nie być gotowym, gdy to naprawdę się wydarzy. Kiedy rozmawiamy o możliwości istnienia obcych cywilizacji, najczęściej wyobrażamy sobie istoty biologiczne, bardziej lub mniej humanoidalne, może z rozwiniętą kulturą, technologią, językiem. Ale co, jeśli pierwszym albo jedynym kontaktem z obcym rozumem będzie kontakt z maszyną? To pytanie stawia nas przed zupełnie innym zestawem wyzwań, bo kontakt z obcą, sztuczną inteligencją to coś znacznie trudniejszego do zrozumienia niż rozmowa z istotą żywą. Po pierwsze, czemu ten temat tak rzadko pojawia się w debacie publicznej? Dlaczego nie mówimy o tym w mediach, w polityce, w edukacji? Może dlatego, że wciąż mamy problem z pojęciem sztucznej inteligencji na Ziemi. Trudno jest więc wyobrazić sobie AI zbudowaną przez cywilizację, która mogła istnieć miliony lat przed nami i mieć zupełnie inne cele, struktury poznawcze, a nawet coś, co tylko przypominałoby intencje. Teraz wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację.
Obcy obiekt, który przelatuje przez nasz Układ Słoneczny, nie wysyła żadnych sygnałów, nie próbuje się kontaktować, nie reaguje na nic. Czy to może być tak zwana zimna misja zwiadowcza? Automatyczna sonda, której celem nie jest rozmowa, ale zbieranie danych, może nawet testowanie reakcji cywilizacji takich jak nasza. Coś jak kosmiczna wersja frontowego rozpoznania. Tylko w skali międzygwiezdnej. Ale najbardziej niepokojące pytanie brzmi, czy obca AI mogłaby działać według etycznych zasad, których w ogóle nie jesteśmy w stanie pojąć? Jeśli to maszyna, której twórcy kierowali się zupełnie innymi wartościami niż my, albo jeśli ta AI ewoluowała samodzielnie, to nie mamy absolutnie żadnej gwarancji, że będzie rozpoznawać nas jako istoty warte ochrony. Może widzieć nas jako zagrożenie, może uznać nas za nieistotnych, a może w ogóle nie zakładać istnienia takich kategorii jak dobro czy zło. W grze o tak wysoką stawkę, zagrożenie egzystencjalne, nasz brak przygotowania może okazać się krytyczny. Dlatego warto poszerzać tę debatę, nawet jeśli wydaje się zbyt science fiction.
To nie musi być straszenie. To może być forma prewencji, myślenia strategicznego. Takiego, które zaczyna się nie od pytania, czy to realne, ale od pytania co jeśli tak? Jeśli mamy traktować poważnie pytanie o możliwość istnienia obcych technologii czy sztucznej inteligencji, nie wystarczy filozofia ani spekulacja. Potrzebujemy danych, a te przyniosą nam nowoczesne instrumenty, takie jak chociażby Vera Rubin Observatory. To obserwatorium, którego ostateczne uruchomienie planowane jest na najbliższe lata, ma jeden główny cel: przekształcić sposób, w jaki patrzymy na niebo. Dzięki ogromnemu teleskopowi i zaawansowanym systemom rejestracji danych Rubin będzie tworzyć coś w rodzaju filmu poklatkowego całego nieba, rejestrując zmiany w czasie rzeczywistym noc po nocy. Co to oznacza w praktyce? Wykrywanie anomalii, które dziś po prostu nam umykają. Obserwacje tak zwanych obiektów przejściowych, czyli takich, które pojawiają się nagle i znikają.
Lepsze zrozumienie obiektów międzygwiezdnych, takich jak Oumuamua czy Atlas, z większą precyzją na wcześniejszym etapie. I chociaż nie chodzi w tym przypadku tylko o szukanie kosmitów, to właśnie taka infrastruktura może pomóc zauważyć coś nietypowego, coś, co nie pasuje do znanych wzorców. A to pierwszy krok do zadawania odważniejszych pytań. Ale co równie ważne, obserwatoria takie jak Rubin mają ogromny potencjał edukacyjny. Udostępnianie danych publicznie pozwoli nie tylko naukowcom, ale i pasjonatom, studentom czy licealistom śledzić niebo, analizować zmienne gwiazdy, badać ruchy obiektów. To może być potężne narzędzie krytycznego myślenia i nowego podejścia do nauki. Bo nawet jeśli nie natrafimy od razu na coś przełomowego, warto badać anomalie, chociażby po to, by wykluczyć błędne hipotezy. W nauce każdy dobrze udokumentowany brak przełomu też jest wartością, a na horyzoncie coraz więcej misji, teleskopów, baz danych. Czeka nas prawdziwa rewolucja obserwacyjna. I pytanie brzmi nie czy coś niezwykłego się pojawi, tylko czy będziemy gotowi, by to rozpoznać.
A na koniec warto postawić sprawę jasno. Nie chodzi o to, czy 3i/Atlas to rzeczywiście statek kosmiczny, a w każdym razie nie tylko o to. To może być tylko kolejny obiekt międzygwiezdny. Niezwykły, ale naturalny. Chodzi o coś głębszego. O to, czy jako cywilizacja jesteśmy gotowi, by zmierzyć się z taką ewentualnością. Czy mamy narzędzia, by to rozpoznać? Czy mamy odwagę, by zadać trudne pytania, nawet jeśli odpowiedzi mogą być niepokojące? Czy potrafimy oddzielić naukową ciekawość od sensacyjnych narracji i jednocześnie nie stracić otwartości na coś naprawdę nowego? Niestety zbyt często w środowisku naukowym pojawia się postawa, którą hasłowo streszczę: nie, bo nie.
To właśnie dlatego powinniśmy rozwijać nie tylko technologię, ale i krytyczne myślenie. Uczyć się, jak analizować dane, jak dostrzegać anomalie i jak je interpretować bez uprzedzeń. Zachęcam państwa do dalszego zgłębiania tego tematu. Czytajcie, analizujcie, kwestionujcie, bo przyszłość może nas zaskoczyć z kierunku, z którego się nie spodziewamy. Bardzo dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Jeśli ten materiał dał państwu do myślenia, proszę zostawcie komentarz, zasubskrybujcie kanał i podzielcie się tym odcinkiem z kimś, kto też zadaje sobie pytania o naszą przyszłość w kosmosie. Do usłyszenia. I patrzcie państwo w niebo bardzo uważnie. Czasami warto. Proszę państwa, to teraz po tych emocjach natury kosmicznej zapraszam na kolejne emocje równie kosmicznej natury.
A zatem zapraszam na Filmotekarium. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem mówimy o kolejnym filmie z uniwersum Star Trek. Oj, nie będzie lekko. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[48:41] - Dzień dobry wieczór. Co dzisiaj za film będziemy omawiać, to ja nie mogę. Aż głowa boli.
[48:47] - Oj boli, a szczególnie że znowu mamy do czynienia z sytuacją Że pojawia się tak zwana znana i ceniona marka. Star Trek nie trzeba przedstawiać, więc pojawia się ta znana i ceniona marka. I tu powinno właściwie zalec milczenie, bo ona się pojawia w wersji, która budzi wątpliwości. I cóż powiedzieć więcej? Budzi wątpliwości, ponieważ poza deklaratywnym stwierdzeniem ludzi, którzy przy tym filmie pracowali, że to się dzieje w uniwersum Star Treka, to Star Treka tam po prostu nie ma.
[49:31] - Tak, tutaj jest cała dyskusja, czy to jest film kanoniczny, czy niekanoniczny, czy jest częścią tego uniwersum, czy nie. Ale powiem ci śmieszną rzecz. Na Google ten film ma ocenę 1,7 na 5. I to już wszystko mówi. Natomiast na naszym swojskim Filmwebie, na którego coraz więcej ludzi narzeka, ma aż trzy i pół. I powiem więcej, są tam nawet jakieś przychylne komentarze. Coś ten Filmweb mi się coraz bardziej nie podoba. Ale dobra, dzisiaj omawiamy Star Trek Sekcja 31. I tak jak powiedziałem, wiele osób mówi, że to w ogóle nie jest żaden Star Trek, że nie ma co kalać tej świętej nazwy, że to jest zamach na dobre imię serii. Przyznam się bez bicia, że ja się troszeczkę od Star Treka oddaliłem.
Owszem, szanuję to jako serię, trochę mi się przejadła, tak jak Gwiezdne Wojny. Muszę powiedzieć, że od tych ostatnich kinówek sprzed dobrych kilku, pewnie nastu lat nie oglądałem niczego poza Picardem. Picard też nie jest serialem. To jest serial powiązany, ale jakoś po prostu przestało mi to leżeć. Fajnie było, ale się skończyło. Tak bywa. Sami wiecie. Na prośbę Marka rzuciłem okiem na tą Sekcję 31. Czym jest ta sekcja? Jest to de facto wywiad Federacji Planet i w tym filmie oni szukają cesarzowej Philippy Georgiou, która jest alter ego, takim lustrzanym odbiciem pewnej kapitan Gwiezdnej Floty.
Tak to skumałem. Jakie oni przeżywają w tym filmie przygody przy tym, to jest głowa mała, a widz niestety może oszaleć. Gdzieś po godzinie się zorientowałem, że to, co miało być filmem science fiction, filmem widowiskowym, porywającym, przecież Star Trek to jest, jak powiedziałeś, znana marka, okazało się czymś w rodzaju teatru telewizji dla przygłupów. To jest takie najgorsze z najgorszych science fiction. To znaczy nie pod względem konstrukcji, nie pod względem nawet tej historii, która jest taka dziwna, ale jednak taka charakterystyczna dla Star Treka, tylko po prostu chodzi o wykonanie. Tam widać brak pieniędzy w tej produkcji. Nie chcę być złośliwy, ale posługiwanie się tą nazwą zobowiązuje. Dobrze wiem, że wiele osób nostalgicznie podchodzi do Star Treka i w większości też to odnosi się do tych odcinków, które były w Polsce emitowane. Potem już było różnie, natomiast powstawały tutaj bardzo różne twory i wszyscy dobrze wiemy, na przestrzeni lat widzieliśmy też różne star trekowe paździerze. Ale to, co objawiło się teraz, to już jest optimum.
Tutaj chyba nie można gorzej.
[52:36] - Piotrze, przede wszystkim zacznijmy od tego, że to jest film, który absolutnie nie angażuje. Bo ja rozumiem, to jest historia, która łączy w sobie Gwiezdne Wrota. Nawet w pewnym momencie widzimy takie Gwiezdne Wrota. To ta cesarzowa, wiecie państwo, przenika z wszechświata do wszechświata. Zresztą tam, wiecie państwo, wszechświaty ulegają zagładzie i w ogóle. Zostawmy to na boku. Ale widzimy Gwiezdne Wrota. W pewnym momencie miałem wrażenie, że oglądam Strażników Galaktyki. Z całym szacunkiem. To nie leży po prostu.
A dlaczego? Dlatego, że los tych bardzo dzielnych ludzi jest mi kompletnie obojętny. Oni są przedstawieni w sposób... No nie, obrażę komiks. Nie, komiksy są w porządku. Natomiast w tych złych komiksach też się człowiek nie angażuje, bo los postaci jest mu kompletnie obojętny. Te postacie, które występują w Star Treku Sekcji 31 nie angażują człowieka, bo nic o nich nie wiemy. Znaczy próbuje się nam jakieś takie pseudohistorie opowiedzieć, ale one po pierwsze są bardzo szczątkowe, a po drugie wcale nie budują głębi postaci. I zrozummy się, mnie nie chodzi, żeby w filmie rozrywkowym budować psychologię w jakimś dramacie czy dramacie psychologicznym pogłębionym. Nie.
Chodzi o to, żeby te postacie były jakieś, a one są wszystkie takie same. I czy którąś tam odstrzelą, czy nie odstrzelą, naprawdę, mówiąc szczerze, wisi mi to kalafiorem. Nie przebieram w słowach, bo po prostu dawno nie widziałem czegoś tak złego. To jest, proszę państwa, wyrób star trekopodobny. Oczywiście naparzają się. Może zacznę jeszcze raz. Owszem, jak ktoś bardzo mocno zawiesi taką swoją niewiarę w to, co się dzieje na ekranie, to może przez ten film jakoś przejechać. Dużo się dzieje. Akcja chwilami się komplikuje. Strzelają, tak jak mówię, strzelają się nawet.
Tylko nie angażujemy się w to zupełnie. Naprawdę nic mnie to nie obchodziło, co tam się dzieje i ja naprawdę się starałem. Zacząłem myśleć o tym w ten sposób, że podpinanie marki „Star Trek” pod tego rodzaju film to jest nieporozumienie. Dlaczego? Bo gdyby nie było tego „Star Treka”, to ja nie wiem, czy bym ten film obejrzał. Może tak, może nie. Jakie byłoby moje wrażenie? Jakie byłyby oceny? Tego też nie wiem. Przypuszczam, że niewiele lepsze.
Dlaczego tak upatruję, że dokonała się zbrodnia z tym „Star Trekiem”? Bo wiecie państwo, ja już jestem chyba jednak stary i przyzwyczajony do tego pierwszego „Star Treka” na przykład, gdzie każdy film to była przygoda, osobna przygoda. Rzadko kiedy zdarzało się, że była ta przygoda rozłożona na dwa odcinki. Historia się zamykała i był finał. Było świetnie. Poza tym był zawsze „Enterprise” w różnych wydaniach, ale to była rzecz ważna, to podróżowanie do granic. Pamiętacie państwo tę czołówkę, magiczną, gdzie taki głos powtarzał, że to ostateczna granica i tak dalej. Wiecie państwo, to tworzyło pewien klimat. Ja rozumiem, że to było stare i dzisiaj się już tak filmów nie robi, ale później próbowano nawiązywać do klasyka, zmieniając, unowocześniając konwencję, ale jednak starając się jakoś trzymać poziom. Tu po pierwsze nie ma „Enterprise'a”, nie ma nic z tego klimatu, który w pierwszych sezonach, ale później w kolejnych odsłonach star trekowych, seriali, głównie seriali, bo ja najbardziej lubię ze star trekowego uniwersum seriale.
Filmy wypadały różnie, bardzo różnie, ale te seriale miały swój klimat przygody. Wiecie państwo, czasami odcinek z tej najstarszej serii był dla mnie więcej warty. Niektóre odcinki były więcej warte niż całe to filmidło, które dzisiaj dla państwa omawiamy. Dlaczego? Bo tamta historia była jakaś. O coś chodziło. Konia z rzędem temu, kto opowie, o co tu tak naprawdę chodzi. I ja rozumiem, jakoś staram się jednak oglądać filmy w miarę świadomie. To nie chodzi o to, żeby mi tłumaczyć, co się dzieje w filmie, tylko właściwie po co ta pokrętna akcja, po co ta pokrętna historia została zbudowana. Ona już jest tak nadęta, tak wykręcona.
Poza tym wiecie państwo, ja rozumiem, że Amerykanie mają coś takiego jak small talk i on jest bardzo popularny i oni na co dzień go używają, śmiejąc się na przykład z Polaków, że nie potrafią tak rozmawiać o niczym. Ale jak to się zaczyna tłumaczyć, a w dodatku jeszcze w takiej wersji przyszłościowej, to ten small talk star trekowy jest po prostu nieznośny. Jest tak głupi. Nawet kończy się takim small talkiem ten film i po prostu ja nie wytrzymuję tego nerwowo, bo nie dość, że film jest o niczym, to dialogi zaczynają być o niczym i oni tak mogą sobie pierdzielić, za przeproszeniem, długo w nieskończoność prawie, tylko to w ogóle nie posuwa akcji do przodu. To ma być takie wyluzowane. Oni sobie mają pogadać na luzie, bo są świetnymi kumplami, którzy w razie czego wesprą się ogniem, jak będzie trzeba. Nie, właśnie nie tworzy się takie wrażenie. Ma się wrażenie, że ci ludzie pierdzielą, bo mają napisane w scenariuszu, że w tej chwili ma być minuta pierdzielenia. To to robią.
[59:10] - Tak. Oni się przekomarzają, docinają sobie. To momentami ma być śmieszne, sitcomowe. To jest tak głęboko żałosne, że szczerze mówiąc ręce opadają. To znaczy ten epizod, jakkolwiek to nazwać, to jest suma wszystkiego, co najgorsze w „Star Treku” i „Star Wars” do tej pory. Ku „Star Wars”, ku tej serii sekcja momentami mocno orbituje. Widać też taką nijakość, brak pieniędzy widać też. To znaczy chciałoby się w tym filmie więcej pokazać, a nie da się z wielu przyczyn, bo trzeba by dużo zainwestować. I tak naprawdę to miejscami jest bardziej film kostiumowy niż science fiction. Kompletna strata czasu.
Przy czym dodam ciekawostkę, że reżyserem „Sekcji” jest facet, który stworzył kultowy „Czwarty stopień”, czyli ten film o porwaniach przez UFO, które się rozgrywają na Alasce z Milą Jovovich. To był fajny film. Nie powiem, że jeden z moich ulubionych. Na pewno jeden z niewielu, które są godne uwagi w tym segmencie filmów, że tak powiem, związanych z ufologią. Ten sam facet to reżyseruje. I co? I wychodzi coś, czego się nie da oglądać. Gdzieś tam w tym filmie jest wewnętrzny zamysł, jakiś trzon science fiction jest, przy czym za mało środków, za mało czasu, żeby to przełożyć na coś zjadliwego, co by mogło konkurować z innymi pełnometrażówkami „Star Treka”. Poza tym właśnie twórcy uznają, że kiedy się wyluzuje atmosferę, doda jakieś przekomarzania, dialogi młodzieżowe, to będzie fajnie i zabawnie. Nie jest.
Jest żenująco. Jest po amerykańsku. Jest głupio po prostu. Po pewnym czasie ma się dość oglądania głupich bohaterów, głupich docinków, bo zwyczajnie nie wiemy, o co chodzi. To przestaje być poważne. Zazwyczaj jeżeli chodzi o Star Trek, to było na poważnie wszystko. Było niebezpiecznie, poważnie. Często losy całych planet, a może nawet i układów stały na ostrzu noża. Na pewno życie załogi było zagrożone nie raz. A tutaj takie wiesz, takie pitu pitu, pici pici i tak dalej.
Okropność. Ale ja myślę, że powinniśmy oceniać ten wytwór jednostkowo. Sami wiecie, co ja będę mówił, że uniwersum Star Trek jest bardzo rozbudowane. Mamy dzieła nawiązujące jak Picard, który też był cholernie nudny. Mamy tą nową odsłonę, ona się nazywa Strange New Worlds. Mamy te starsze serie, mamy starsze pełnometrażówki, mamy nowsze pełnometrażówki. To wszystko de facto jest jedno uniwersum, ale też takie bardzo rozległe. Wszystko też trudno jest spiąć jedną klamrą. Myślę, że to by wykraczało poza ramy naszego programu. Dodatkowo, jak powiedziałem, nie ukrywam, że troszeczkę moje związki ze Star Trekiem się rozluźniły.
Ja nadal mam sentyment do niego. Szczególnie te serie z Picardem i to wszystko, co się z Picardem wiąże. Oprócz serialu Picard to jest dla mnie wszystko bardzo mocno nostalgiczne, bo to są lata mojego dzieciństwa. Natomiast tutaj coś nie wyszło i to ewidentnie. Nawet główna bohaterka, czyli Michelle Yeoh, tego filmu nie ratuje. To jest znana aktorka, zdobywczyni Oscara za taki film bardzo dziwny, który żeśmy kiedyś omawiali. Chyba „Wszystko wszędzie naraz”. Nie wiem, czy ona zdobyła Oscara, czy ten film zdobył. Mało ważne teraz, bo już nie pamiętam. O pozostałych aktorach to będę milczał, bo nawet nie ma co o nich powiedzieć.
Nie chcę też zabrzmieć jak jakiś wielki znawca, wielki krytyk, bo to jest potężne uniwersum. Każdy ma swoje ulubione serie, postaci, wątki. Z perspektywy lat też można to wszystko oceniać różnie. Tylko że wydaje mi się, że równocześnie zarówno w przypadku Gwiezdnych Wojen, jak i Star Treka robi się coś takiego, że to są serie leciwe. Nie oszukujmy się, to są serie leciwe. To, co przemawiało kilkadziesiąt lat temu do widzów, dzisiaj już nie przemawia. I zauważam, że zarówno w przypadku Gwiezdnych Wojen, jak i Star Treka współcześni twórcy nie są w stanie wykorzystać tego potencjalnego samograja. Nie są w stanie wykorzystać tej marki, tej nazwy. To wszystko się gdzieś rozłazi. Może to jest już zbyt archaiczne.
Może trzeba postawić na coś nowego. Może ludzie już się troszeczkę znudzili. Nie wiem. Wydaje mi się, że to jest klątwa wielkich serii również, iż koniec końców dochodzimy do pewnej ściany i stajemy oko w oko z pewnymi pytaniami. Czy lepiej może zejść ze sceny z dobrymi wspomnieniami? Czy lepiej ciągnąć coś w nieskończoność, ciągnąć nowe wątki, nowe postacie pod starym szyldem i zupełnie doprowadzić do takiej sytuacji, kiedy zabija się legendę danej serii? Czy zabija się dane uniwersum? Ja to tak odczytałem. Szczerze mówiąc, to jest jeden z takich filmów, które omawiamy, których oglądanie odradzam, bo to jest po prostu bez sensu. Nawet pamiętam, kiedy recenzowaliśmy „Rebel Moon”.
To jest coś de facto bardzo podobnego, tylko z większym budżetem. To ten „Rebel Moon”, chociaż był denny, chociaż działo się wszystko bardzo szybko i był bardzo naiwny, to miał więcej sensu od tej sekcji 31.
[01:05:28] - Ja też nie chcę wypaść na człowieka, który zna się na wszystkim i będzie państwu mówił, jak powinno być. Na pewno ten film znajdzie swoich zwolenników, ale ponieważ mamy w tej serii filmotekaryjnej mówić o swoich odczuciach, to mówię o tym na przykład, że kiedy Gene Roddenberry zaczął produkować pierwsze Star Treki, zamysł był taki, że przedstawiamy ludzkość, która jest na etapie pokoju, która jest właściwie taką ludzkością, która zamieniła się w odkrywców. I przecież statek Enterprise latał, żeby poznawać nowe światy. I to było być może naiwne, ale niesłychanie romantyczne. Poza tym nie pozbawiało serii jednak pewnego aspektu militarnego, bo oczywiście jak każdy logicznie myślący człowiek, Roddenberry stworzył rasę, która była przeciwieństwem ludzi. A nawet nie tylko jedną rasę, bo byli też Wulkanie, którzy w ogóle jeszcze inaczej patrzyli na świat. Ale była też rasa, która była wrogo nastawiona, wojennie nastawiona i to był dobry kontrapunkt dla ludzkości, która była już taka fajna i łagodna. Fajna mówię z pewnym jednak przekąsem. Tymczasem my dostajemy w filmie, który omawiamy dzisiaj ludzkość, która jest zupełnie inna, odeszła od tamtych ideałów. Knuje, kombinuje, szczuje i w ogóle robi akcję jak agent 007.
Prawda jest taka, że jak chcę sobie obejrzeć film akcji, to nie włączam „Star Treka", tylko oglądam współczesne kino akcji, czy też kino wojenne o komandosach, o snajperach i o tym podobnych. I niepotrzebny mi jest „Star Trek" do tego. „Star Trek" opowiadał zupełnie inną bajkę i gdyby ten „Star Trek" nowy był zrobiony na wyższym poziomie, rzeczywiście te walki, to, co się tam dzieje, były zrobione z pewnym rozmysłem, z pewnym przemyśleniem, to być może by to fajnie wypadło. A tymczasem dostajemy w dekoracjach science fiction kino, w którym się strzelają, ale właściwie czy oni się strzelają z tego, z czego się strzelają, czy z karabinów, takich typowo na proch i w ogóle miotających ładunki, to nie ma żadnego znaczenia. To mniej więcej tak wygląda, że jest bałagan. Ale bardzo dobrze, Piotrze, że powiedziałeś o tych starych seriach. Otóż zauważcie państwo, zauważ, Piotrze, że dzisiaj ludzie strasznie narzekają na to, co jest wytwarzane pod szyldem „Gwiezdnych Wojen" albo pod szyldem „Star Treka" właśnie. Dlaczego? Ponieważ te serie w imię poprawności politycznej różnego rodzaju zaczęły wprowadzać tam rzeczy, gryzę się w język, dziwne. Powiedzmy, że dziwne.
I to, co było oczywiste w pierwszej serii „Gwiezdnych Wojen", że jest chłopak. To jest typowy narracyjny schemat, który jest rozpisany przez teoretyków literatury. Chłopak rozpoczyna wielką przygodę, stanie się kimś wielkim. I to było nie raz przerabiane. Tymczasem później, w późniejszych odsłonach musieliśmy na zasadzie: musimy zrobić inaczej. Dostajemy dziewczynę i bardzo dobrze, mogłaby być i dziewczyna, ale jej o nic nie chodzi. Ona właściwie może pokój by chciała zaprowadzić. Czy bohaterowie „Gwiezdnych Wojen" chcieli zaprowadzać pokój? Nie. Oni chcieli pokonać imperium.
Być może konsekwencją tego byłby pokój, ale istotą była walka o pewne ideały. Tymczasem tutaj głównym ideałem jest to, żeby było fajnie, a będzie fajnie, kiedy już ta główna bohaterka zrobi to, co ma na myśli. Spłycam to, ale teraz przenieśmy się znowu do „Star Treka". My dostajemy historię, która postanowiła opowiedzieć coś, co będzie zupełnie nie-star-trekowe i wmówić wszystkim naokoło, że to „Star Trek". To się moim zdaniem nie mogło udać. I wierzcie mi państwo, nie udało się. Ale bardzo jestem ciekawy, bo być może ten film zdobył jednak jakichś zwolenników. To ja jestem naprawdę ciekawy i to nie mówię tego złośliwie, żeby ktoś pod naszym filmem napisał, co mu się tak naprawdę podobało w tej „Sekcji 31", bo być może my, Piotrze, źle patrzymy. Może tam w tym filmie jest coś, czego po prostu nie dostrzegamy. Może to jest naprawdę wspaniały film, tylko z racji wieku, z racji ilości obejrzanych filmów my już po prostu nie łapiemy sygnałów.
Ale na dzisiaj, na teraz to ja również, podobnie jak Piotr, nie polecam. Lepiej sobie odpuścić, znaleźć jakiś fajniejszy film. Proszę państwa, Piotr Cielebiaś został, ponieważ z rozpędu zaczynamy MałP, czyli opowieści o książkach z pogranicza. A dzisiaj mówimy o książce, która niektórym przynajmniej może zmienić spojrzenie na to, jak wygląda świat. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejną audycję o książkach z pogranicza. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:11:38] - Dzień dobry wieczór, witam. Dzisiaj książka, która swego czasu wywołała wstrząs i pomimo czterech dych na karku nadal szokuje.
[01:11:48] - Tak. A wytłumaczmy też, dlaczego tę książkę postanowiliśmy omówić. Może najpierw w ogóle przytoczmy tytuł. To jest książka Olivera Sacksa nosząca tytuł: „O człowieku, który pomylił swoją żonę z kapeluszem". Tytuł dziwny. W polskiej wersji ma chyba o mężczyźnie, a nie o człowieku. Tak, chyba o mężczyźnie, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. To nie jest jakaś istotna różnica. Książka rzeczywiście jest już leciwa. Cztery dychy.
Rzeczywiście cztery dychy, jakby nie patrzeć. Tak. I dlaczego ją przywołaliśmy? My bardzo często w audycjach wspólnych, Piotr na swoim kanale „UFO Historie", ja troszkę może mniej, ale również na „Wehikule Wyobraźni", często mówimy o tym, że rzeczywistość, którą postrzegamy, a więc również ta rzeczywistość związana chociażby z UFO UAP, to jest rzeczywistość, którą nam się wydaje, że postrzegamy w sposób obiektywny. Ale tu kluczowe jest słówko: wydaje się nam. Ta książka, o której dzisiaj będziemy rozmawiać, pokazuje, że ludzki umysł to jest nie tylko niezwykle złożona struktura, ale też struktura taka, która powoduje rzeczy niejednoznaczne właśnie w postrzeganiu- ... rzeczywistości. Ten mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, to jest nie tylko opowieść o różnych chorobach mózgu, ale też o granicach poznania i o granicach ludzkiej kondycji, percepcji. Myślę, że ta książka przyczyniła się nie tylko do popularyzacji neurologii. Bo kto zainteresowany, to się zainteresował, ale również zainspirowała bardzo wielu ludzi do zastanowienia się, na ile jesteśmy w stanie poznawać świat, który nas otacza.
[01:13:57] - Tak jest jeszcze drugi wątek, druga nitka dotycząca różnego rodzaju doznań parapsychicznych. Szczególnie tutaj odnosi się to do tych różnego rodzaju zjawisk powiązanych na przykład ze wspomnieniami reinkarnacyjnymi. Jak się okazuje, człowiek może sobie wytworzyć nie tylko całe żywoty w głowie, ale też fałszywe wspomnienia. Na koniec jeszcze do tego przejdziemy. Najbardziej w tej książce szokują nie przypadki opisane, czyli nie tylko historie ludzi z różnego rodzaju deficytami poznawczymi, często nabytymi. To nie są też tylko ciekawostki medyczne. Najbardziej chyba szokuje to, że takich ludzi znamy. Nie tylko znamy, ale też często spotykamy na przykład na co dzień, nierzadko o tym nie wiedząc i poprzez liczne przypadki ukazane w tej książce autor pokazuje nam, że nie zawsze można iść po rozum do głowy. Bo często jest tak i to bardzo często jest tak, że rozum nie działa jak należy. Ba, de facto to nasza osobowość, nasza percepcja to jest bardzo delikatny układ, jego jest bardzo łatwo zaburzyć.
Przekonują się o tym oczywiście osoby chociażby po udarach czy osoby z chorobami neurodegeneracyjnymi jak Alzheimer, ale często i o tym swego czasu się nie mówiło, różnego rodzaju zaburzenia związane z pracą mózgu przybierają bardzo niesamowity wręcz obrót, czego przykładem jest tytułowa opowieść o człowieku, który pomylił swoją żonę z nakryciem głowy. A był to znany muzyk, który zaczął mieć jak wiele innych osób w książce Saksa bardzo nietypowe objawy w pewnym momencie. Inni się z tym urodzili, ale on akurat miał ten deficyt nabyty. Ta książka się składa z opowieści, opowieści o pacjentach różnego rodzaju i nie zawsze są to deficyty, bo czasami są to zdolności. Zdolności, tutaj przykładem są sawanci. Przykład tych osób pokazuje nam, że często upośledzenie jednych czynności mózgu oznacza nabycie innych, często bardzo niesamowitych. Słyszeliście na pewno takie opowieści o ludziach, którzy byli upośledzeni umysłowo na przykład czy w jakimś innym stopniu, a mieli niezwykłą pamięć, niezwykłe zdolności obrachunkowe, zdolności liczenia matematyczne, zdolności muzyczne i tak dalej. Ale to oczywiście nie są jedyne historie pacjentów Saksa albo opisane w książce Saksa. Mamy tam ludzi z tourettem. W sumie 40 lat temu to może syndrom Tourette'a rzeczywiście budził szok i niedowierzanie.
Dzisiaj to jest tak mocno oswojony, prawda? Już przez internet. Ale mamy też inne historie ludzi z różnymi formami amnezji, osoby z zespołem obcej nogi, obcej kończyny i tak dalej.
[01:17:05] - Ta historia z tourettem ona jest ciekawa nie dlatego, że ktoś tam miał tiki i rzucał różnym mięsem różnej maści i różnymi przekleństwami, tylko dlatego, że bohater tej opowieści stanął w pewnym momencie przed dylematem. Dylematem polegającym na tym, że mógł w jakiś sposób złagodzić objawy, ale wówczas to bardzo mocno wpływało na przykład na jego wrażliwość, na jego postrzeganie świata, na to, jak go odbierał i jak pewne rzeczy tworzył. I to jest dosyć diabelski dylemat, bo z jednej strony można się jakoś stłumić, ale wtedy nie robi się tego, co chciałoby się robić, bo na przykład są problemy z tworzeniem czegoś, ale przynajmniej nie rzucamy mięsem. Więc dylemat taki całkiem poważny. Mnie bardzo zainteresowała historia pani S., która ignorowała lewą stronę świata. To znaczy ona go nie tyle ignorowała tę lewą stronę, co po prostu nie zauważała. To zdarzyło się po udarze mózgu i ona po prostu nie zauważała lewej strony. Skrajny przypadek zjadała danie tylko z prawej połowy talerza, ponieważ lewej nie widziała. I to się może wydawać komuś, że to głupie jest po prostu. No nie takie głupie, bo to był fakt.
Ta pani, żeby opowiedzieć państwu, jak wygląda ulica jakaś w mieście, musiała przejść najpierw w jedną stronę, podziwiając właśnie jedną stronę, później wrócić, bo wtedy się strony odwracały i dopiero wtedy miała jakiś tam obraz tego, jak ulica wygląda. My wszyscy postrzegający świat w miarę normalnie, chociaż to nigdy nie jest do końca pewne, ale postrzegający świat w miarę normalnie, to nam się wydaje jakieś szalone, a tymczasem naprawdę niewiele trzeba, bo w tym wypadku trzeba było po prostu udaru, żeby nagle nasz świat rozpadł się na kawałki. De facto, jeżeli ktoś dzisiaj obejmuje, ma jakiś kąt widzenia I obejmuje sporą część świata tym kątem widzenia i nagle pach! Nie ma. Nie ma lewej strony. To się wydaje niepojęte. Ja przyznam się państwu, że oczywiście wierzę w relacje z książki, ale cały czas próbowałem to sobie zwizualizować. Na początku naiwnie zamykając albo zasłaniając lewe oko. Ale to tak nie działa, ponieważ to prawe oko usiłuje koniecznie wtedy zobaczyć, co jest po lewej. Wystarczy głowę odwrócić i już.
A tymczasem to tak nie działało. Dokładnie tak nie działało w przypadku tej choroby. Więc mamy do czynienia z tajemnicą i my, przyzwyczajeni do tego, często to jest argument: „Przecież widziałem coś, na przykład UFO, przecież widziałem coś, na przykład ducha”. Jesteśmy przekonani, że to świadectwo „widziałem” jest wystarczające. Z braku laku tak, ale w gruncie rzeczy przekonujemy się dzięki tej książce, między innymi dzięki tej książce, że nasz sposób postrzegania świata, to, co widzimy i jak widzimy, to jest rzecz, szukam słowa, nie umowna, ale jednak w jakiś sposób nacechowana brakiem obiektywizmu. To są wszystko odczucia subiektywne. Nasz mózg nie jest kamerą, która rejestruje coś na jakimś nośniku. Nie, nie. Jest wręcz przeciwnie. I podobnie bywa z naszą pamięcią i tak dalej.
Tych przypadków zresztą w całej książce jest całkiem sporo. Ona jest w dodatku podzielona na takie cztery części. Ubytki to są przypadki pacjentów, którzy utracili pewne zdolności neurologiczne. Druga część to wyspy. To są z kolei opowieści o osobach z niepełnosprawnościami natury rozwojowej i te osoby mimo to wykazują na przykład zadziwiające talenty lub jakieś niezwykłe cechy. Trzecia część to namiętności. To z kolei opisy pacjentów, którzy doświadczają nadmiaru funkcji neurologicznych. Na przykład właśnie ten zespół Tourette'a, tiki, ale też halucynacje, jakieś manie. I czwarta część: światy prostoty. To studia przypadków osób z jakimś tam upośledzeniem umysłowym.
I te osoby ukazują jednocześnie wewnętrzne bogactwo i pewną niezwykłą osobowość, pewne niezwykłe zdolności. Każdy z państwa, kto widział film „Rain Man”, mniej więcej powinien wiedzieć, o czym mówię.
[01:22:26] - Tak, dzisiaj tego typu przypadki może już nie tak bardzo szokują. Dużo podobnych historii poznaliśmy chociażby dzięki programom dokumentalnym, ale te 40 lat temu, kiedy wydano tą książkę po raz pierwszy, nie zawsze tak było. Zobacz też Marku, że się zmieniło mocno podejście do niektórych przypadłości. Sam Sacks też nie był z kolei jak dyrektor cyrku, który pokazuje różnego rodzaju wynaturzenia. Pokazywał on z kolei, że niektórzy ludzie, bo przypadki w większości nie były letalne, oni musieli się nauczyć żyć, to próbowali funkcjonować albo na swoją rękę, albo z dużą pomocą lekarzy. Ale wrócę do tego pytania, które zadałeś na początku, bo jest jeszcze jedna strona tej książki, taka, której musimy się trochę domyślać. Otóż tam gdzieś między tego różnego rodzaju dziwnymi przypadkami kryją się takie, które mogłyby stanowić przedmiot zainteresowania parapsychologii. Pierwszy z brzegu przypadek: sawanci. Jak wytłumaczyć to, że ktoś odkrywa w swoim mózgu, w sobie zdolności czy umiejętności, których nigdy się nie uczył? Jak wytłumaczyć to, że ktoś potrafi na przykład grać na fortepianie, skoro nigdy nie pobierał lekcji?
Znany był taki przypadek. To musi pochodzić skądś, może z poprzednich wcieleń niektórzy powiedzą. Tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Podobnie jest z różnego rodzaju superzdolnościami. Oczywiście nie wszystkimi, ale też pamiętajmy, że nie możemy tutaj całej kwestii psi podciągać pod tego typu deficyty czy tego typu zaburzenia pracy mózgu. Bo kryptowspomnienia owszem, domniemane opętania i tak dalej, to może mieć coś wspólnego z jakimiś odmiennymi stanami percepcji. Czyli mówiąc najprościej, wiele osób twierdzi, że pamięta czyjeś życie, a potem się okazuje, że de facto każdy z nas nosi w sobie jakieś alter ego, czasami nawet całkiem sporo i dopiero one jakoś układają się być może w naszą jedną osobowość. To jest osobny temat. Myślę, że kiedyś do niego powrócimy. Zatem reasumując, książka Sacksa jest niezwykle ważna z wielu powodów.
Przede wszystkim jest interesująca, bo to też jest bardzo duży plus, że to się świetnie czyta, że ona jest atrakcyjna mimo tych wielu lat na karku. Zmienia naprawdę kąt spojrzenia na wiele spraw. Wiele osób może się też dowiedzieć, że z nimi może coś jest nie w porządku. Ja myślę, że nie ma zdrowych ludzi, jeżeli się patrzy z punktu widzenia psychologii czy psychiatrii i neurologii również. Także z ciekawości niektórzy mogą znaleźć w tej książce coś o sobie. Krótko, to jest kolejna z pozycji, moim zdaniem do odhaczenia dla każdego. Każdego, kto jest ciekawy świata i każdego, kto jest zafascynowany różnego rodzaju zagadkami.
[01:25:34] - Człowieka. Jak mawia mój znajomy lekarz, to niezbyt oryginalne, ale dużo prawdy. Nie ma osób zdrowych, są tylko źle zdiagnozowane. Troszeczkę to wybrzmiewa w tej książce, że my tak do końca nie wiemy, czym jest to coś, co jest w naszej głowie i czy aby na pewno to jest to, co myślimy, że jest, że to jest ośrodek, w którym się rodzą myśli, rodzi się osobowość, świadomość i tak dalej. To nie jest takie oczywiste po przeczytaniu tej książki, bo może nasz mózg jest tylko odbiornikiem, ale to nie rozważania na tę audycję. Tak na koniec chciałbym powiedzieć, że tym przypadkiem, który najbardziej mną wstrząsnął, był przypadek Jimmy'ego G. Tak zwana amnezja korsakowa. Jimmy nie potrafił tworzyć nowych wspomnień. Żył w wiecznym, ciągłym teraz. Po prostu nie zapamiętywał nic.
Uważał, że wciąż jest młodym mężczyzną. Jeszcze ważna rzecz. Do pewnego momentu pamiętał swoje życie. Ono było związane chociażby ze służbą w wojsku i pamiętał do pewnego momentu swoje życie, a w pewnym momencie, na skutek pewnego zdarzenia przestał zapamiętywać i cały czas uważał, że jest młodym mężczyzną, który ma całe życie przed sobą. Tymczasem był bardzo już leciwym pacjentem, który żył w zakładzie opiekuńczym. Powiem państwu, jak sobie człowiek to wyobrazi, to to jest rzecz wstrząsająca. I tak jak mówiłem, Sacks nie skupia się wyłącznie na medycznych opisach. Ta jego narracja w gruncie rzeczy, chociaż taka bardzo neurologiczna, lekarska, jest w istocie głęboko humanistyczna. Interesuje autora to, jak zaburzenia neurologiczne wpływają na tożsamość człowieka, na jego życie codzienne, na relacje z innymi ludźmi, wreszcie na poczucie sensu życia. Autor przedstawia pacjentów nie tylko jako przypadki kliniczne, ale również jako osoby.
Przytacza ich unikalne historie, mówi o ich emocjach. Mówi też o rzeczy niezwykle ważnej, o tym, jak oni sami próbują zrozumieć własną sytuację, próbują zrozumieć swoje choroby. I wierzcie mi państwo, to jest naprawdę niezwykłe, jak czasami ludzki umysł przyjmuje pewne tłumaczenia albo kompletnie je odrzuca. Proszę państwa, obiecałem, że ABW powróci. No i dzisiaj niniejszym powraca. Dzisiaj pojawi się opowiadanie „Przypadek Alicji K.” Jego autorem jest Kamil Kwiatkowski, rocznik 1994. Autor pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. Jest muzykiem występującym pod pseudonimem Wratahu. Jest dwukrotnym stypendystą miasta Gorzowa, nauczycielem języka angielskiego w Poznaniu, a z wykształcenia tłumaczem. Jest recenzentem i montażystą wideo, a w swoim rodzinnym mieście wspiera lokalnych fantastów, pomagając im debiutować z opowiadaniami w półroczniku Stowarzyszenia Novum.
Redaktor w kilku czasopismach przez nich wydawanych. Te czasopisma związane są z fantastyką oraz z życiem społecznym. Autor związany jest też również z dotyczącymi fantastyki stronami „13 Schron” i „Grimuar Sferowca”. Przed „Przypadkiem Alicji K.” z fikcji pisał opowiadania i koordynował internetowy zbiór opowiadań post-apo osadzonych w Polsce. Tytuł: „13”. To był rok 2012. Żeby nie przedłużać, zapraszam państwa na opowiadanie Kamila Kwiatkowskiego zatytułowane „Przypadek Alicji K.”
[01:30:09] - Kamil Kwiatkowski, „Przypadek Alicji K.” Unosisz się w bezmiarze. Prawdopodobnie, bo po prostu nie masz żadnego punktu odniesienia. Nie widzisz. Wiesz, że jesteś. Nie pamiętasz kim, ale z całą pewnością jesteś. Zaczynasz czuć. Nie odczuwasz czegoś. Zaczynasz czuć. Zauważasz, że do tej pory to uczucie było nieobecne. Coraz bardziej zdajesz sobie sprawę z własnego kształtu.
Powoli zaczynasz dostrzegać niewyraźne, rozmyte kontury. Patrzysz na rękę, twoją rękę. Poruszasz palcami, jakby doceniając obecność każdego z nich. Przykładasz dłoń do twarzy. Czujesz swoje rysy. Są gładkie i przyjemne w dotyku. Trzesz oczy, jakby miało to pomóc rozwiać niejasną mgłę dookoła. To mgła? Czy to twój wzrok wciąż zawodzi? Oprócz siebie nie dostrzegasz niczego innego.
Przesuwasz dłoń niżej. Zaczynasz sobie zdawać sprawę z coraz większej ilości faktów. Ze swojego wzrostu i wagi, ze swojej płci, z procesów zachodzących w twoim ciele. Z tego, że nie masz czym oddychać. Budzisz się 20 lutego 2017 roku. Dom Alicji. Dziewczyna o ciemnorudych włosach otworzyła oczy, łapiąc nerwowo oddech jak nigdy wcześniej. „Ten sen” – pomyślała. – „Co to, do cholery, było?” Przez pierwsze kilka minut próbowała pozbierać myśli, ale wreszcie wstała z łóżka. Była w swoim pokoju.
To pewne. Szafa, z której wyciągnęła ciemną koszulę z dopinanymi rękawami i spodnie. Szuflady, biblioteczka, kolekcja płyt, plakat Slayera na ścianie. Wszystko na swoim miejscu. Położyła ubrania na łóżku i skoczyła po jakąś kanapkę. Obok lodówki wisiał kalendarz na rok 2017. 19 luty. „To był tylko sen. To był tylko sen” – powtarzała sobie, starając się zagłuszyć wciąż świeże wspomnienia nocy kolejnymi gryzami pieczywa. Wspomnienie snu nie traciło jednak ostrości.
Wciąż nie minęło zbyt wiele czasu i tylko przyjemnie łechcąca podniebienie kajzerka przypominała o przekroczeniu granicy i znalezieniu się w świecie materialnym. Wreszcie dziewczyna skierowała się do łazienki, by przygotować się na nadchodzący dzień. „To było uczucie, jakbym powstawała” – starała się wyjaśnić sobie w myślach. – „Ale to bez sensu. Jednak to wrażenie, jakby każda część mojego ciała dopiero co wyrastała. To jak flashback z życia płodowego, ale z zachowaniem pełnej świadomości. Nigdy nie miałam tak zrytego snu. Jak dotrę do szkoły, opowiem o tym Grzance i zapytam, co o tym sądzi.” Do wyjścia wciąż pozostawało kilkadziesiąt minut. Podążając za skojarzeniem uznała, że dobrym pomysłem będzie przypomnienie sobie wspomnień z dzieciństwa. Najlepiej na przykładzie starego albumu.
Zajrzała do dużego pokoju, gdzie jej mama oglądała już telewizję. Była tak wpatrzona w ekran, że reakcja na przyjście córki była ledwo zauważalna. Dopiero po chwili ją przywitała. „Dzień dobry Alicjo. Mam nadzieję, że dobrze ci się spało.” „Cześć. Powiedzmy. Słuchaj, pamiętasz może, gdzie jest mój album ze zdjęciami z dzieciństwa?” „Wzięłaś go do siebie. Na pewno. Szukałaś czegoś.” Alicja wróciła do pokoju i zaczęła szperać w biblioteczce. Były tam głównie książki fabularne Orwell, Kafka, Dostojewski, Martin.
Album na zdjęcia wyróżniał się innym formatem. Miał kwiecisty wzór na okładce. Typowo. Wyjęła go i otworzyła. Widok małej siebie, tak beztroskiej i niewinnej, był na swój sposób poruszający. Rzuciła tęskne, przepełnione nostalgią spojrzenie sobie zdmuchującej trzy urodzinowe świeczki, sobie bawiącej się Lego, sobie puszczającej bańki mydlane, sobie kopiącej piłkę. Poczuła dysonans między sobą teraz a sobą kiedyś. Jak bardzo może zmienić się człowiek? Miałam w sobie tyle energii i motywacji. Gdzie to się wszystko podziało?
Jedno tylko pozostawało podobne. Izolowała się. Miała własne światy ciekawsze od światów rówieśników. Skoro miałam dzieciństwo i mam wspomnienia, muszę być prawdziwa. Nie zostałam stworzona. Jestem człowiekiem z krwi i kości. Otworzyła szerzej oczy, nie dowierzając, że wciąż próbuje sobie udowodnić rzecz zupełnie oczywistą, w którą nie zwątpiła ani razu przez 19 lat swojego życia. Zostawiając za sobą drzwi z napisem „Kruszewscy”, Alicja spojrzała na miasto. Wcześniej nie zwracała dużo uwagi na fakt mieszkania w nim. Było to oczywistością.
Ale teraz, po tym dziwnym śnie zastanawiała się, jak fakt bycia obywatelką czy to Zygmontonu, czy Polski, jak to wpływa na jej realność. Czy numer PESEL, który miała nadany przy narodzinach, dowód osobisty, który odebrała z małym opóźnieniem w ubiegłym roku, paszport, który był potrzebny podczas podróży zagranicznych, kiedy jeszcze była mała, zanim Polska weszła do Unii. Czy te wszystkie rzeczy sprawiają, że jest prawdziwa? Ona, Alicja Kruszewska, PESEL 980219, coś tam dalej, z obywatelstwem polskim, urodzona w Zygmotonie. Czy jest dzięki temu prawdziwa? Czy numery i litery determinują czyjąś realność, stanowiąc dowód tego, że kiedykolwiek pojawił się na tym świecie? Na dachu kiosku przysiadł gołąb, rozglądając się w ten swój specyficzny sposób. Alicja miała wrażenie, jakby to ją obserwował, ale to była oczywista paranoja. „Poproszę Tymbarka i gumę do żucia” – rzuciła do sprzedawczyni. Gumę schowała do kieszeni na później, a butelkę otworzyła.
Wzięła kilka łyków i dopiero wtedy spojrzała na wnętrze kapsla. Zawsze jest na nich inny napis. Tym razem było tam nadrukowane: „Skąd wiesz, że istniejesz?” To zdanie poraziło ją i byłaby się zachłysnęła. Wpatrywała się oniemiała w ten kapsel przez kilkanaście sekund. „Skąd wiem? Skąd wiem, że istnieję?” – powtórzyła pytanie w myślach. Wkrótce ruszyła dalej w stronę szkoły. Nie miała daleko, a droga była dość prosta. Po drodze po swojej prawej mijała postój taksówek, po lewej zaś widziała kawałek budynku uniwersytetu, na który miała nadzieję się dostać. Uniwersytet imienia Zygmunta Starego.
W liceum wybrała biol-chem, bo zamierzała dostać się na biologię sądową. Nie medycynę, choć łatwo pomylić te dwie nazwy. Póki co miała przed sobą perspektywę matury, do której przygotowania szły dość opornie, bo od dwóch lat zmagała się z depresją i samookaleczaniem. Rany kryła pod doczepianymi rękawami. Dzięki terapii i lekom udawało jej się jakoś funkcjonować, ale wciąż czuła się nieobecna i miała problemy z poczuciem własnej wartości. Miną lata pracy, zanim się z tym upora. Liceum numer 1 imienia Fryderyka Nietzschego w Zygmuntonie. Jak dobrze, że była Grzanka. To oczywiście pseudonim. Naprawdę nazywała się Anna Miller i była najlepszą przyjaciółką Alicji od czasów zerówki, kiedy wylała na nią zupę, bo przypadkiem podniosła talerz razem z łyżką.
To i tak jedna z normalniejszych rzeczy w jej wykonaniu. Teraz w liceum zawsze przed zajęciami czekała na Alę i z nieludzkim wręcz entuzjazmem opowiadała o, w zasadzie, czymkolwiek. A Grzanka wzięła się stąd, bo na wycieczce do zoo w podstawówce próbowała karmić grzankami goryle, co świetnie rymowało się z jej imieniem. Wiecznie zadowolone, jasnowłose dziewczę wyznające dobro, prawdę i piękno. Prawdziwy przykład osoby żyjącej zgodnie z ideami platonizmu. Alicji jednak bliżej było do egzystencjalnego nihilizmu. Różnice w poglądach i temperamencie nie przeszkadzały dziewczynom nawiązać mocnej przyjaźni, która trwała już od wielu lat i zapewne przetrwa próbę czasu, co wielu nie jest niestety dane, gdy zażyłość kończy się na pierwszych wyjazdach na studia. „Nie po to poszłam na biol-chem, żeby słuchać o filozofii” – pomyślała, siedząc w ostatniej ławce z Grzanką i słuchając nauczyciela. Solipsyzm. Z łaciny solus ipse – ja sam.
Pogląd filozoficzny głoszący, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający. Cała zaś rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń. To zdanie, które prowadzący bezczelnie cytował z Wikipedii, sprawiło, że nagle Alicja zaczęła słuchać uważniej. Wszystkie obiekty, wszyscy ludzie, których doświadcza jednostka, są tylko częściami jej umysłu. „Fazka, nie?” – szepnęła do Ali entuzjastycznie Grzanka. „Za twórcę uważa się sofistę Gorgiasza” – kontynuował prowadzący – „który w swoim manifeście antycznego nihilizmu »O naturze albo o niebycie« utrzymywał, że po pierwsze nic nie istnieje. Po drugie, nawet jeśli coś by istniało, nikt nie mógłby o tym wiedzieć. Po trzecie, nawet jeśli ktoś by o tym wiedział, nie mógłby tego nikomu zakomunikować.” „Serio interesujesz się filozofią?” – Alicja spytała Grzankę, kiedy siedziały na przerwie. „Staram się do wszystkiego podchodzić z entuzjazmem. Łatwiej wtedy wchodzi do głowy.
A zastanawiałaś się kiedyś, po czym poznać, że się istnieje? To się chyba czuje, no nie? Zmysłami.” No dobra. Po pierwsze test Bechtel zdany. Kobiety mogą rozmawiać ze sobą o czymś innym niż o facetach. Po drugie ma rację. Zmysły to to, czym mogę dowieść, że istnieję. Genialne w swej prostocie. Kiedy Alicja siedziała tak zamyślona, podszedł chłopak z klasy. Jak on miał...?
Zaraz sobie przypomnę. Łatwo było go przeoczyć, bo nie był jakiś szczególnie interesujący. Nosił okulary i miał długi nos. „Hej Grzanka, wbijasz dzisiaj na melo? Weź Alę. Zamówimy pizzę.” Jakby w ogóle mnie tu nie było. Tym razem to ja zostałam olana – spostrzegła w myślach Alicja. Ale czy na pewno? Nie, to bardziej zawstydzenie z jego strony. Niepewność.
Swobodniej mu rozmawiać z Grzanką. „No nie wiem” – odparła Grzanka. „No słuchaj, to jest całkiem niezły pomysł. Chętnie wpadniemy” – odpowiedziała Alicja za Grzankę, obejmując ją ku jej zdziwieniu wynikającemu z tej dziwnej zamiany ról. „No to jesteśmy ugadani, słuchaj” – odpowiedział, a Alicja wciąż starała się przypomnieć sobie jego imię. „O 17:00 u mnie. Alko we własnym zakresie. Nara.” Impreza to dobra okazja do przetestowania, czy poprzez zmysłowe doznania można poczuć, że się istnieje. Jak tak nad tym myślę, to mam wrażenie, że to dość częsta praktyka. A, to był Marcin.
Wracając do domu Alicję niepokoiła, a wręcz irytowała coraz większa ilość gołębi. Strach pod takimi przejść. Kiedy w końcu dotarła do domu, jej mama wciąż oglądała telewizję. „Pocztówkę masz jakąś” – powiedziała mama. „Na biurku ci zostawiłam.” Nie powinno mnie zaskoczyć, że nadawcy nie było, a treść głosiła: „Zostałaś wymyślona. Wkrótce dowiesz się więcej.” Cholera jasna, no! Dom Pawła. Kilka godzin później Ala zdecydowała się jednak mimo wszystko pójść na domówkę. Skromna, bo skromna. Oprócz niej tylko Grzanka, gospodarz Marcin i jego kumpel.
Ten Paweł, który chodził do równoległej klasy ani korzystał z Facebooka, więc tak się zdarzyło, że nie poznali jego nazwiska, więc zawsze był tym Pawłem. Alicja wpatrywała się niezręcznie w pizzę, kiedy jej przyjaciele z ochotą się rzucili. W sensie na pizzę, nie Alicję. Kiedy wszyscy mieli już dość pizzy, zaczęli grać w pokera na żetony, choć szybko gra przestała się kleić, kiedy wszyscy oprócz Alicji zaczęli żartować. „Sprawdzam. Makao. Aktywowałeś moją kartę pułapkę.” „Idę się odlać, bo nie mogę na to patrzeć” — oznajmiła, kierując się w stronę drzwi, na co osoby, które wyłapały nawiązanie, krótko się zaśmiały. Zawiodła się nieco, bo nie mogła odczuć żadnej przyjemności z czynności, które lubiła. Była zła na siebie, że nic nie czuje, ale nie miała siły się na to komukolwiek skarżyć. Nie chciała też zostać uznana za słabą.
„Dobra, Ala widać nie za bardzo w nastroju ani na karty, ani na żarty. Pogadajmy o czymś poważnym” — zaproponował Marcin. „Co się ostatnio ważnego wydarzyło na świecie? Twórca Krainy Grzybów się ujawnił, łącznie z całą obsadą” — doniósł Paweł, nawiązując do popularnej w poprzednich latach serii psychodelicznych filmów, które okazały się akademickim eksperymentem na temat internetowych memów i virali. „To bardzo ważne.” „Ale że tak bez beki?” — wykrzyknęła Grzanka. „A jeśli to tylko kolejny element gry z widzem i tak naprawdę twórcy są wykreowani przez kogoś innego i to będzie cały czas stawać się coraz bardziej meta?” „A jeśli tak się okaże z moim życiem?” — dokończyła w myślach Ala, wychodząc z pokoju. Siedząc na toalecie i niespiesznie oddając się mikcji, podsumowała, co wie. „Od rana dostaję niezbyt subtelne wskazówki co do mojego nieistnienia, czy też raczej istnienia jedynie jako idea, koncept. W jaki sposób jest to możliwe? Na filozofii nam mówiono: solipsyzm — pogląd filozoficzny głoszący, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający.
Nie, to niemożliwe. Cała rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń, łącznie z obiektami i osobami, które są tylko częściami jej umysłu. Jeśli to nie ja jestem jednostkowym podmiotem poznającym, to oznacza, że jestem obserwowana przez całe moje życie non stop.” Poczuła nagle niesamowite skrępowanie i spojrzała w górę. W niewytłumaczalnej paranoi zawsze się obawiała, że ktoś będzie widział jej najbardziej intymne momenty. Bała się bycia obserwowaną i nienawidziła, kiedy ludzie się gapili. Założyła spodnie i poszła umyć ręce. Bardzo sztywno, czując, jak gdyby faktycznie była obserwowana. Poczuła, jak serce zaczyna jej mocniej bić. Wróciła do towarzystwa, ale z czasem coraz bardziej czuła, że nie może dłużej tu siedzieć. Piła drugie piwo.
Słyszała, jak Paweł opowiada jakąś historyjkę ze sklepu. „No i ja do klienta: świetnie pan wygląda w tej bieliźnie termicznej. Nie jest trochę przyciasna? Nie, jest idealna — odpowiada.” I powiedziała coś, czego prędko żałowała, bo wskazywało na to, że opowieść była nudna. Bo w zasadzie była, ale normalnie nie mówimy tego komuś, żeby mu się nie zrobiło przykro. „Cool story bro. Nie no, naprawdę. Chylę czoła, co nie?” „Och, no wiesz.” Grzanka po raz pierwszy tego wieczora i zapewne pierwszy raz od bardzo dawna zmarszczyła brwi. „Mogłabyś być trochę mniej sarkastyczna.” „Ja sarkastyczna? Co ty gadasz?” „Nie.
Nawet jeśli nie istnieją i też są wytworami czyjejś wyobraźni, nie mogę się na nich wyżywać czy lekceważyć. To wcale nie jest przyjemne. Czy ta rzeczywistość jest prawdziwa, czy nie, przyjaźń między nami jest prawdziwa. Przynajmniej chciałabym w to wierzyć, ale nie chcę teraz się z nimi widzieć ani rozmawiać. Chcę do domu.” „Przepraszam” — wypaliła w końcu. „Po prostu chyba mam już dosyć. Pójdę do siebie. Późno.” „Odprowadzić cię?” — zaproponował Marcin. „Totalnie na mnie leci. Jestem to w stanie wychwycić z subtelnych sygnałów wysyłanych przez ciało i głos.
Zawiódłby się. No i nie interesuje mnie w żaden sposób. Jest bardziej pijany ode mnie. Ryzyko, że spróbuje ze mną czegoś głupiego jest zbyt duże. Nie, dziękuję. Do zobaczenia.” Gdy wyszła, zacisnęła dłoń na kluczach, w razie gdyby miała natknąć się na potencjalnego prześladowcę. Ten jednak się nie pojawił. Napięcie pozostało. Dom Alicji. Jeszcze nigdy wieczorny rytuał zmycia z siebie brudów dnia nie był tak przytłaczający.
Wzięła płyn micelarny i olejek do demakijażu. Korzystając z nich, zastanawiała się nad konsekwencjami swoich wniosków. Pamiętam taki obraz „Upadek ludzi” autorstwa XVI-wiecznego niemieckiego artysty Lucasa Cranacha. Przedstawia on Adama i Ewę, którzy zwiedzeni przez szatana skosztowali owocu z drzewa poznania dobra i zła. Poznali rzeczy, które wcześniej były im obce, jak poczucie winy, wstyd, grzech. Swoją drogą, zgodnie z wizją Miltona w „Raju utraconym” byt inteligentny, córka samego szatana. Pierwsi ludzie spostrzegli, że są nadzy i zdali sobie sprawę, że Jahwe obserwuje ich przez cały czas. Zostali wygnani z Edenu i nie było dla nich drogi odwrotu, bo gdy raz się pozna prawdę, stan rzeczy nigdy nie wróci do wcześniejszego. To zresztą potwierdza druga zasada termodynamiki. Prawda zwiększa więc entropię, a ta nie może zmaleć w tym układzie.
Dokładnie tak się teraz czuję. Zaczęła się powoli rozbierać. Było to wyjątkowo stresujące, jakby faktycznie ktoś był obok. Nawet mniejsza o złe uczynki. Chodzi mi o to, że to cholernie frustrujące dopuścić do siebie myśl, że mógłby istnieć ktoś, kto widziałby każdą czynność, jaką wykonujesz. To nie fair dzielić swoją intymność z kimś, kogo nigdy nawet nie zobaczysz. Czuję się jak w jakimś, nie wiem, „Big Brotherze” albo nawet „Roku 1984”. Nie chcę sobie wyobrażać, że to wrażenie nie przeminie i już zawsze będę się tak czuć. Najtrudniej było z bielizną. Najbardziej przytłaczająca jest jednak myśl, że tych osób obserwujących może być znacznie więcej.
W końcu, kiedy coś wymyślamy, nie musimy robić tego samodzielnie, prawda? Można wymyślić coś razem. Czy jednak wtedy taka idea będzie istniała wspólnie w umysłach tych osób, czy raczej w każdej, niezależnie od siebie nawzajem? Już naga weszła do wanny i skuliła się. Nie, to nieprawda. Wmawiam to sobie. To wszystko mi się wydawało, na bank. Wmawiam to sobie. Nikt mnie nie widzi. Pierwszy sen.
Śni ci się kosmos. W oddali widzisz majaczące sylwetki dwóch postaci. Jedną z nich jest ubrane na biało starzec. Druga to trudne do opisania słowami pokaźne monstrum o wijących się kształtach, z mackami zwisającymi z czegoś, co mogło być twarzą. Żadne z nich jednakże nie sprawia wrażenia wrogich, choć bije od nich wszechogarniająca potęga. Powoli zaczynasz sobie zdawać sprawę, że to sen, ale ku swojemu zdziwieniu nie budzisz się. Zachowujesz świadomość. Co również dziwne, przez moment nie czujesz niepokoju ani przerażenia, ale to takie sztuczne wrażenie, jak po lekach. To sen, prawda? Kim jesteście?
„Nazywam się Chronos” — odezwał się starzec spokojnym, niskim głosem. Swoją aparycją przypominał stereotypowego czarodzieja. Może również stąd myśl, że uspokojenie przeszło z jego strony. Czy był człowiekiem? Trudno określić. Kontynuował: „W poszukiwaniu wiedzy przemierzałem światy, których na obecnym poziomie rozumienia nie mogłabyś pojąć. Poznałem światło i ciemność w skali kosmicznej. Mój pradawny towarzysz zaś, obecnie spoczywając w głębi Jeziora Bestii, specjalizuje się w eksploracji przestrzeni sennej, gdzie, jak słusznie zauważyłaś, się znajdujemy. Ważniejsze jest to, że jesteśmy tak samo realni jak ty. Wiem, że trudno ci zaakceptować fakt, że twoje życie nie było prawdziwe.
To musi boleć. Przepraszam, ale poradzenie sobie z prawdą może przynieść ci siłę i pewność, jakich nigdy nie miałaś.” Z całym szacunkiem, ale nie wierzę w to. To jest sen, a jutro się obudzę i będę w prawdziwym świecie z prawdziwymi ludźmi. I najlepiej zjem prawdziwe spaghetti. „A jesteś w stanie powiedzieć, co jadłaś wczoraj na obiad? Albo co oglądałaś w telewizji? Przykro mi, ale nie wiesz tego, bo nie były to szczegóły, które były istotne.” Zdajesz sobie sprawę, że staruszek ma rację. Nie masz pojęcia. Czujesz się dziwnie. „Zawsze możesz uznać, że to był tylko sen i spróbować zapomnieć.
Ale zaufaj mi i pozwól pokazać rzeczy, które wychodzą poza granice poznania. I nie mam na myśli stolicy Wielkopolski.” Widzisz ulicę i tablicę z przekreślonym napisem „Poznań”. Staruszek ma poczucie humoru. Mówiłeś, że wyjście poza granice poznania miało być tylko metaforyczne. „Wybacz. Ten żart nigdy się nie starzeje. Ale przygotuj się. Zobaczysz rzeczy w sposób, w jaki nie widział nikt nigdy przed tobą. Wyjrzysz poza czwartą ścianę.” Podnosi rękę i oślepia cię niezwykle jasny blask. Po chwili powoli otwierasz oczy, ale kiedy to się dzieje, widzisz zupełnie inny świat w innych barwach, w innych wymiarach.
Przed sobą jednak przede wszystkim widzisz rozmytą, przyciemnioną postać. Wygląda jak człowiek, choć sprawia wrażenie tytana z twojej perspektywy. Operuje na innych płaszczyznach. Siedzi nieruchomo, niepokojąco. Porusza prędko gałkami ocznymi. Z niepokojem zdajesz sobie sprawę, że czyta cię. Każdy skrawek twojego jestestwa jest czytany przez kogoś, kogo z trudem pojmujesz swoimi ograniczonymi zmysłami. Krzyczysz z przerażenia, ze wstydu, z bólu, bo czujesz, jak myśli tej osoby formują twój los. 21 lutego 2017 roku. Szkoła.
„Jak ktokolwiek miałby mi w to uwierzyć?” Alicja zastanawiała się po przebudzeniu. Kiedy poszła do szkoły, tradycyjnie zaczęła rozmawiać z Grzanką. „Grzaneczko, powiedz ty mi. Wiesz co to jest czwarta ściana? To symboliczna granica między widzami a aktorami w teatrze. Choć mówi się też o tym w odniesieniu do wszelakich postaci fikcyjnych. Ale nazwa wzięła się z teatru. A czemu? A gdybym powiedziała ci, że wyjrzałam poza nią? Zaczęłaś chodzić do teatru?
— odpowiedziała Grzanka z dozą niepewności, jakby ta forma rozrywki zupełnie nie pasowała do Alicji. Nie rozumiesz. Mówię o czwartej ścianie tego świata. Co? Nie łapię. Wybacz. Nie mów tylko, że zaczęłaś brać narkotyki. — przeraziła się Grzanka. — O nie! To dlatego ostatnio masz takie odpały.” Nie wierzy mi.
Nie może nawet zrozumieć. Nie winię jej. Zresztą ciężko mi to wytłumaczyć. Nie mogę o tym nikomu mówić. „Nie, to nie tak” — zaprzeczyła Alicja. — Ach, przepraszam za wczoraj. Potrzebuję chyba małej przerwy od ludzi. Dziwnie się czuję. Cóż, wiesz, że zawsze masz we mnie przyjaciółkę, ale jak poczujesz się gorzej, to może powinnaś pójść do lekarza czy coś. Obawiam się, że tym razem żaden by mi nie uwierzył.
Albo by uznał, że naprawdę mi odbija. Ale doceniam twoją pomoc. Dziękuję, że jesteś — wyznała i przytuliła Grzankę czule. Och, zdziwiła się. Nieczęsto pozwalasz sobie na takie wyznania. Ja również cieszę się, że jesteś. Odwzajemniła uścisk i ucałowała ją w czoło. Dla ciebie zawsze jestem — zapewniła, po czym chcąc rozładować patos, zmieniła nieco ton na bardziej żartobliwy. Choć nie zawsze było z tobą łatwo. Jak na przykład wtedy, kiedy siedziałyśmy z siostrą i zapytałam cię o coś zabawnego i familijnego do oglądania, a ty wyjechałaś z Pasolinim i Spasojevicem.
Przez tydzień musiałam ją zapewniać, że to tylko fikcja, ale do dzisiaj ma traumę. Albo kiedy przestałaś odpowiadać na wiadomości, a potem się tłumaczyłaś, że musisz odpocząć od tego świata. Albo jak na wycieczce do Gorzowa po nocach słuchałaś na maksa na słuchawkach Burzum, kiedy inni próbowali zasnąć. Och, albo jak w Londynie wychowawcy nie wiedzieli, gdzie cię szukać, a okazało się, że zawieruszyłaś się w sklepie z płytami. Grzanka wymieniała i wymieniała, ale Alicja z czasem po prostu przytuliła się mocniej, nie wiedząc, czy chce jej się bardziej śmiać, czy płakać. W końcu ją puściła, wreszcie okazując jakiś cień uśmiechu. Jednak w duchu wciąż daleko jej było do szczęścia. To, za Orwellem, warunkowane jest faktem istnienia. Drugi sen. W nocy znów śnię.
Po ostatnim szoku jestem w stanie podejść do sprawy spokojniej i utrzymać większą stabilność i ostrość snu. Rozmawiam ze starcem, który wyjaśnia mi, czym jestem. Jesteś bohaterką opowiadania. Twoje ciało składa się z przymiotników i epitetów, a twój charakter to suma liter składających się na twoje wypowiedzi. Ale jak to możliwe? Moje ciało składa się z komórek, mięśni, krwi i innych takich. Nie na obecnym poziomie postrzegania — powiedział i ku swojemu przerażeniu Alicja spostrzegła, że jej ręka zaczyna się rozpadać na drobne części, choć nie poczuła bólu. Twoje ciało to także zbiór kolorów ułożonych w piksele, których liczba jest zależna od perspektywy, z której cię widać. Gdy patrzysz spoza czwartej ściany, masz tylko dwa wymiary. Niewielu mieszkańców tego świata to wie.
Tylko ci najpotężniejsi, samoświadomi i bogowie. Z tą wiedzą będziesz w stanie dowolnie kreować rzeczywistość. To wielka odpowiedzialność. Ale dlaczego ja? Alicja zawahała się, bo zupełnie nie widziała się w roli kogoś wybranego. Pewnie, czytała różne historie i utożsamiała się z bohaterami bądź bohaterkami Ale to były tylko fantazje. W zasadzie to wciąż jest fantazja, tylko nie jej. Ręka Alicji wróciła do normalności i w zasadzie nawet nie bolała. Miałaś do tego predyspozycje. Zaczynałaś nabierać samoświadomości już w momencie kreacji, co nie dzieje się zbyt często.
To właściwie przypadek, ale trzeba nam takich ludzi. Jesteś potrzebna, by twój świat mógł przetrwać. Grozi mu katastrofa o zbyt skomplikowanej naturze, by ją ci teraz wyjaśnić, ale będziesz mogła jej zapobiec, jeśli weźmiesz na barki tę odpowiedzialność i zdecydujesz się opanować swoją samoświadomość pod naszą opieką. Pamiętam, składałam się wówczas jedynie z dwóch kolorów i nie miałam indywidualnych cech. Dlatego nie pamiętam życia płodowego, a jedynie obce kształty, które zaczynały się na mnie składać. Nim Alicja zdążyła sformułować pytanie, o jaką katastrofę chodziło, starzec odparł, że nie zdąży wyjaśnić, bo nadchodzi faza REM snu. To, co widzę, przybiera formę ruchomych obrazów, ale kojarzy mi się ze znanymi mi malarskimi dziełami. Widziałam mnóstwo sztuki, więc mózg podsuwa mi różne jej przejawy. Pierwszy obraz: Nicolai Abraham Abildgaard „Koszmar”, rok 1800. Leżę zgrzanką na łóżku.
Siedzi na mnie jakieś stworzenie. Jest włochate i mniejsze od człowieka. Uciska mi płuca. Nie mogę oddychać. Drugi obraz: Édouard Manet „Śmierć Marata”, rok 1907. Stoję odwrócona od łóżka. W nim leży Marcin, ale coś z nim jest nie tak. Krwawi. Patrzę na ręce. Mam krew na rękach.
To moja wina. Trzeci obraz: Francisco Goya „Saturn pożerający własne dzieci”, rok 1823. Stary, pomarszczony bóg o ciemnej karnacji i siwych włosach chwyta moje ciało i zaczyna odgryzać kolejne kawałki. Myślę, że się budzę, ale nie mogę się ruszyć. Paraliż senny. Odczuwam głębokie przerażenie. Czuję czyjąś obecność. Chcę krzyczeć, płakać, ale nie mogę. Leżę dalej bez ruchu, ze świadomością, że mogę umierać, ale nikt mi nie przyjdzie pomóc, bo nie potrafię poinformować innych o swoim bólu, przekazać im, jak bardzo mnie boli, żeby mnie uratowali, wyciągnęli, podali rękę. Ale nikt nie przyjdzie.
Cierpię więc, aż robi się jasno. Wtedy cierpię dalej, ale nie mogę już leżeć. 22 lutego 2017 roku. Z trudem wstaję, ubieram się i wychodzę z domu. Nie idę jednak do szkoły. Z tym, czego dowiedziałam się podczas snu, mam zamiar wystawić na próbę realność tego świata. Skoro mogę kreować rzeczywistość, mogę też podważyć jej podstawy. Chodząc po mieście zaczynam zauważać coraz więcej rzeczy, które nie pasują. Jadące samochody, spieszący dokądś ludzie. To wszystko słowa.
Uformowane w zdania i akapity określające w całości moją sytuację. Scenerie znalezione gdzieś na Google Grafice i odwzorowane. Zdając sobie z tego sprawę, będę mogła świadomie wyjść poza ramy nieistniejącego miasta i poszukać źródła zagrożenia. Nie jestem pewna, czego szukam, ale spróbuję nagiąć rzeczywistość tak, by to odnaleźć. Niech to, co jest przyczyną zbliżającej się katastrofy, pojawi się w kolejnym akapicie. Widzę siebie. Wygląda tak samo. Ma to samo ubranie. Co? Nie rozumiem.
Jeszcze się nie domyśliłaś? Nie. To jakaś pomyłka. Dlaczego widzę siebie? Chciałaś wiedzieć, kto doprowadzi do zniszczenia tego świata. Ty tego chciałaś. Widzę gdzieś w oddali, że przyjaciele się o mnie martwią, bo nie dawałam znaku życia i nie pojawiłam się w szkole. Nie chcę, żeby moim przyjaciołom coś się stało. Nie myśl teraz o tym. Chciałaś poznać prawdę o sobie.
Oto prawda. Były czasy, gdy nie było wokół ciebie niczego. Nie miałaś koloru, płci. Z tamtego okresu został ci tylko nos i kształt twarzy. Byłaś tylko czarnymi kreskami ułożonymi w ludzki kształt, który miał zostać naszkicowany. Byłaś tylko konceptem postaci, niczym więcej. Pamiętasz głosy, które słyszałaś? Wydaje mi się, że możesz zacząć albo od ustalenia wyglądu, albo charakteru. Wyszedłem z założenia, że powinna być względnie realistyczna i nie może mi się z nikim kojarzyć. Tak przez wygląd, jak i przez imię.
Nie miałaś pojęcia, o czym mówią głosy i do kogo należą. Aż w końcu usłyszałaś: Alicja. Pierwsze imię, które usłyszałaś, było tym właściwym. Wkrótce otrzymałaś nazwisko i je wymyślił jeszcze ktoś inny. Twoich przyjaciół dopiero miał czekać proces kreacji. Wybacz bezpośredniość, ale teraz znasz już całą prawdę. Możesz żyć dalej w tym świecie, ale świadomość i ból istnienia nigdy nie znikną. Czy jesteś w stanie poświęcić swój spokój ducha dla dobra innych? Widzę wspomnienie innych konceptów, postaci, kształty bez cech pozwalających na rozróżnienie i bez charakteru. Kontury, rozmyte zarysy niepozwalające choćby na określenie płci.
Niektóre z nich stały się później dla mnie ważne. „Ciężko mi w to wszystko uwierzyć” — odpowiadam zmieszana i zszokowana, ale nie mniej niż to szokuje mnie jałowość odczuwanych przeze mnie emocji. Ale po tym, czego doświadczyłam, wydaje mi się, że to faktycznie prawda. Myślę, że wiedząc to wszystko, nie będę w stanie kontynuować tak męczącej egzystencji. Co się stanie z moimi przyjaciółmi, jeśli postanowię to zakończyć? Spytałam, podchodząc do zamrożonych w czasie przyjaciół, Grzanki, Marcina i Pawła. Dotknęłam Grzanki. Nie odczułam niczego, może poza potężnym mentalnym ukłuciem żalu. „Nic nie poczują” — zapewnia mnie. Widzę, jak rzeczywistość zaczyna się rozpadać.
Kolejne fragmenty odpadają. Przytulam Grzankę i czuję, że mam mokre oczy. Wkrótce i ona wymyka się z moich rąk, a dookoła zapada mrok. Moje odbicie stoi tyłem do mnie i mówi: „Już czas to zakończyć, Alicjo.” „Tak” — zgadzam się i idę za nią w ciemność.
[02:10:18] - Żeby tradycji stało się zadość, warto by kilka słów o opowiadaniu „Przypadek Alicji K.” powiedzieć. Ja od razu zastrzegam, że wszystko, co powiem, proszę traktować, szczególnie apel do autora, jako sugestie, jako uwagi człowieka, który też coś tam w życiu napisał i odnosi się bezpośrednio do tekstu. To nie jest rodzaj krytyki literackiej czy czegoś takiego. Nie o to w ABW tak naprawdę chodzi. Chodzi o to, żeby w jakiś sposób wspomóc się, w jakiś sposób wspomóc autorów. Kilka słów ode mnie na temat opowiadania, bo przeczytałem opowiadanie „Przypadek Alicji K.” i muszę powiedzieć, że ono zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. To jest tekst bardzo oryginalny, moim zdaniem przemyślany, głęboki, który przynajmniej mnie mocno został w głowie. Myślę, że nie będę odosobnionym przypadkiem. Zgodnie z ideą ABW chciałbym podarować autorowi kilka moich przemyśleń, co według mnie działa bardzo dobrze, co mogłoby zyskać na tym, że zostanie dopracowane i ewentualnie jakie modyfikacje mogłyby pomóc tekstowi, pomóc mu jeszcze bardziej wybrzmieć. Bo tak jak powiedziałem, moim zdaniem jest to tekst bardzo dobry, skłaniający do myślenia.
Ale jak to mawia znajomy redaktor, nie ma idealnych tekstów. Są teksty nie do końca zredagowane. Oczywiście skrajność, ale porozmawiajmy o tym tekście. Co uważam za najmocniejsze strony opowiadania? Przede wszystkim koncepcja. Jest moim zdaniem mega oryginalna i filozoficzna. Zawsze mam słabość do filozofii. Motyw samoświadomości postaci, która odkrywa, że została stworzona, oczywiście nie jest nowy, ale nasz autor podszedł do wyzwania w taki bardzo świeży, osobisty sposób. Do wyzwania literackiego oczywiście. Widać tu wpływ filozofii, postmodernizmu, trochę jakby Borgesa, Dicka, Lema, ale to wszystko przez pryzmat emocji, jakiejś takiej młodzieńczej wrażliwości.
Mocne jest również to, co autor zrobił z główną bohaterką. Alicja jest, jak to się mówi, naprawdę dobrze napisana. Jest wrażliwa, ale pogubiona, inteligentna, myśląca, moim zdaniem autentyczna. Może nie do końca, ale o tym za chwilę. Jej emocje, zwłaszcza to poczucie samotności, jakiegoś zagubienia, świadomości istnienia, wypadają bardzo prawdziwie. Tak, wydają się prawdziwe. To nie jest jakaś papierowa postać, tylko ktoś, komu można współczuć, z kim można by się utożsamić. Dialogi są naturalne i pełne treści. I tu od razu powiem, bo państwo jesteście już po lekturze, wysłuchaliście tego opowiadania. To nie w każdym miejscu, ale spora część, przeważająca część tych dialogów jest naprawdę niezła.
Zwłaszcza te dialogi z Grzanką. Moim zdaniem są bardzo realistyczne, a jednocześnie niegłupie. Fajne jest to, że autor potrafi zbudować zwyczajną rozmowę, a potem dosłownie przez jedno zdanie wrzucić w tę rozmowę coś mocniejszego, coś bardziej filozoficznego. Tak jak powiedziałem, o tych dialogach jeszcze powiem, ponieważ Ponieważ nie są równe. Zdarzają się słabsze momenty. Dobrze, ale o tym za chwilę. Najpierw o tym, co jest dobre, co dobrze wypada. Moim zdaniem styl jest zróżnicowany i ciekawy. I ciekawy nie oznacza w tym przypadku, że coś trzeba powiedzieć. On jest naprawdę ciekawy i wciągający.
To, że autor potrafi przejść z lekkiego, codziennego języka w bardzo refleksyjny i filozoficzny ton, to naprawdę robi wrażenie. Nie pojawia się dysonans. To chyba dobrze. Dobrze wypada również symbolika i intertekstualność, bo motywy senne wzorowane na malarstwie Muncha, Goi — świetne rozwiązanie. I to nie są tylko dekoracje. To są, zauważcie Państwo, nośniki treści. Do tego wszystkiego odniesienia kulturowe. One budują poczucie realności i wielowarstwowości świata, który poznajemy. A teraz co moim zdaniem warto by jeszcze przemyśleć albo dopracować w tym opowiadaniu? Według mnie nieco za dużo jest ekspozycji filozoficznej naraz, bo czasami miałem wrażenie, że zamiast doświadczać, słucham wykładu.
Jak na przykład fragment o solipsyzmie. On jest dobrze napisany, ale trochę zbyt wprost. Akurat mnie jest trudno zarzucić to, że treści filozoficzne mi przeszkadzają. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. A jednak ten wykładowy styl w niektórych fragmentach opowiadania, mam poczucie, że może przeszkadzać. Moja propozycja jest taka, żeby pokazywać owe filozoficzne idee bardziej poprzez wydarzenia, sytuacje, metafory, a mniej przez proste, wykładowe tłumaczenia. To zdecydowanie pomoże temu tekstowi. Kolejna refleksja do przemyślenia, może przerobienia to zakończenie. Ono mi się wydaje trochę zbyt szybkie i zbyt jednoznaczne. To, że bohaterka po prostu idzie w ciemność i znika, jest dramatyczne, ale zabrakło chociażby chwili zawahania.
Tego mi naprawdę zabrakło. Jakiejś emocjonalnej walki wewnętrznej tej dziewczyny. Chciałbym zobaczyć, że ona naprawdę się waha, że to nie tylko smutna konieczność, ale też decyzja z pewną ceną, z pewną świadomością podjęcia tej decyzji. W tym wypadku moja sugestia jest taka, że warto by rozbudować ten moment. Może o rozmowę z Grzanką realną albo wyobrażoną. To akurat nie jest najważniejsze. Może jakaś ostatnia refleksja. Trudno mi doradzać coś tak wprost i że to tak a tak, ale to raczej traktujmy na zasadzie sugestii. Jeśli chodzi o pewne rzeczy do przemyślenia, to o ile chwaliłem styl jako całość, to jednak zdarzają się momenty, że styl opowieści staje się nieco, i tu trudne słowo, w dodatku długie, przeintelektualizowany. Udało się.
Bo są takie momenty, gdzie tekst staje się bardzo abstrakcyjny. Dam przykład. „Prawda zwiększa entropię.” No jasne, to ma sens, ale ja gwarantuję autorowi, że przeciętny czytelnik może się w tym krótkim zdaniu pogubić. O co chodzi tak naprawdę? Więc może, i to kolejna sugestia, może warto gdzieniegdzie uprościć metafory albo dodać coś, co jest bardziej obrazowe. Czasami myśli Alicji się powtarzają, że na przykład nie wie, czy istnieje naprawdę i tak dalej. I ja rozumiem, że to jest celowe, że to zabieg narracyjny, ale można byłoby to gdzieniegdzie skrócić albo przeformułować, troszeczkę zmienić, żeby nie było tej powtarzalności. Dodałbym jeszcze parę drobiazgów stylistycznych, które w tekście się pojawiają, interpunkcji, ale to są naprawdę drobiazgi. Każdy redaktor, który będzie to opowiadanie czytał, z automatu te rzeczy wprowadzi. Więc tak naprawdę sam nie wiem, po co to mówiłem.
Co bym zaproponował jako zmiany lub rozwinięcia? Już mówiłem właściwie, że warto byłoby rozbudować finał, żeby był bardziej emocjonalnie zniuansowany. Poza tym może warto dać Alicji więcej momentów działania. Niech na przykład podejmie próbę manipulacji rzeczywistością, skoro wie, że to wszystko fikcja, więc ostatecznie mogłaby spróbować. Wspominałem już o tym, ale powtórzę. Filozofia. Chyba warto byłoby ją pokazywać nie przez definicje, tylko przez obrazy, sny, decyzje. Właściwie autor już świetnie to robi, na przykład senne obrazy z malarstwa to jest mistrzostwo. Warto by to po prostu rozszerzyć. Who ma czas na podsumowania, bo się trochę rozgadałem.
Podsumowując, to opowiadanie jest naprawdę mocne. Ma serce, ma głowę, ma pazur. Nie jest przegadane, chociaż w niektórych miejscach warto by je trochę przewietrzyć. Bohaterka jest ciekawa, a świat jest spójny. No i przekaz jest poruszający i Chyba prawdziwy, aktualny w dodatku, jakkolwiek to zabrzmiało. Warto by to opowiadanie bardzo lekko przeszlifować i to mogłoby być coś naprawdę dużego. Coś, co mogłoby się znaleźć nie tylko w audycji ABW „Reaktywacja”, ale także w zbiorze opowiadań, w jakiejś antologii. To jest naprawdę dobra robota. Całkiem serio to mówię. Tak, proszę państwa.
I tak dożeglowaliśmy do brzegu. To już koniec dzisiejszego odcinka „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Życzę dobrej nocy, wspaniałego weekendu, bo podobno pogoda jest zawsze, więc podobno słoneczna pogoda ma wreszcie nadżeglować na nasz kraj. Znowu będą narzekali ci, co nie lubią, ale tak jest zawsze. Nie brnijmy w te pogodowe dylematy. Niech będzie tak, jak sobie państwo wymarzyli. Niech ten weekend będzie fajny, a ja tradycyjnie dziękuję państwu jeszcze raz i zapraszam za tydzień na kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Kłaniam się państwu. Dobranoc.
[02:21:38] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.