[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, nie wiem jak u Was i nie wiem jak u Marka, ale u mnie jest dosyć chłodno za oknem, a to oznacza, że pasowałoby trochę rozgrzać atmosferę kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za stołami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór państwu. Chciałoby się powiedzieć słowami zaczerpniętymi z pewnej piosenki: wyjątkowo zimny maj. No cóż, tak się jakoś porobiło. Zimno. Pamiętam, że w innych latach, nie mówię, że we wszystkich, ale w innych latach o tej porze potrafiło być już koło trzydziestki. Ale to chyba nie jest ten rok. Konstatacja oczywistej oczywistości. I ruszamy z kolejną audycją, z kolejnym Bibliotekarium 2.0. Tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych, a dzisiaj pierwsza z polecanek to prawdziwy rarytas. Mianowicie książka mistrza kryminału retro, a w każdym razie człowieka, który ten kryminał najbardziej spopularyzował.
Mam na myśli oczywiście Marka Krajewskiego. W wydawnictwie Znak 21 maja pojawi się książka zatytułowana „Cyklop”. To jest książka z serii z Edwardem Popielskim. Kto czytuje książki Marka Krajewskiego, zna bohatera i wie, czego może się spodziewać po tym autorze, to już się cieszy. Co w tej książce znajdziemy? W przededniu II wojny światowej Himmler organizuje tajny ośrodek, który ma dowieść potęgi III Rzeszy i szerzyć pangermanickie idee. Rozpaczliwe kwilenie niemowląt dochodzące zza murów zamku Wawelsburg wskazuje na to, że przeprowadza się tu okrutny eksperyment. Edward „Łysy” Popielski trwa w odrętwieniu, załamany losem ukochanej Rity. Dopiero nowe zadanie wyrywa go z marazmu. Ma zinfiltrować tajemniczą organizację.
Misję przerywają pierwsze salwy z pancernika Schleswig-Holstein. Gdy w 1941 roku Łysy wraca do sprawy, wpada w wir szpiegowskich intryg. Czy zdoła ujawnić spisek, odzyskać dobre imię i pomścić tych, których kocha najbardziej? Tego będziecie się Państwo mogli dowiedzieć z książki „Cyklop” Marka Krajewskiego. Przypomnę: wydawnictwo Znak, a książka pojawi się na rynku 21 maja. Kolejna książka, właściwie nie do końca książka, to komiks, ale dosyć gruby. 176 stron. Całkiem sporo. Komiks nosi tytuł „Błędne koło”. Autorzy to Matson Tomlin i Lee Bermejo.
Wydawnictwo nazywa się Nagle! Z wykrzyknikiem. Ta książka, ten komiks również 21 maja pojawi się na rynku. Zerknijmy, czego się można spodziewać. Sean Tucker, wyszkolony zabójca z przyszłości, pragnie zemsty na jednym człowieku dzielącym jego przeklęte brzemię. Każde życie, które odbierają, przenosi ich w czasie. Ich śmiertelny konflikt rozciąga się na miliony lat, a stawką jest bieg naszej historii. „Błędne koło” to świetna, zaskakująca i dynamiczna opowieść o podróżach w czasie, ale przede wszystkim to popis niezwykłego rysowniczego talentu Lee Bermejo, który w mistrzowski sposób żonglując technikami sprawia, że czytelnik nie jest w stanie oderwać wzroku od kart tego komiksu. Ja przypomnę: komiks nosi tytuł „Błędne koło”. Ma 176 stron.
Naprawdę sporo czytania. Matson Tomlin i Lee Bermejo. Trzecią propozycją jest „Kultor”, książka Artura Urbanowicza, wydawnictwo Czarna Owca, również na rynku od 21 maja. Wyczekiwany powrót na Suwalszczyznę autora bestsellerowego „Inkuba”. Straż Ochrony Rodziny to fundacja, która pomaga ofiarom sekt. Ja i mój przyjaciel zajmujemy się w niej najbardziej niebezpiecznymi przypadkami. Uwalniamy zastraszonych adeptów z grup psychomanipulacyjnych, rozbijamy je, infiltrujemy, zdobywamy informacje oraz dowody popełnionych przestępstw. Sami kiedyś z jednej uciekliśmy, więc znamy od podszewki techniki manipulacji, indoktrynacji, kontroli umysłu i prania mózgu. Pewnego dnia zwraca się do nas o pomoc przedsiębiorca, którego córka zaginęła bez wieści. Jedyny trop w sprawie prowadzi do tajemniczej społeczności z Suwalskiego Parku Krajobrazowego.
Dziewczyna postanowiła bowiem zbadać ją w ramach swojej pracy magisterskiej I od tamtej pory nie daje znaku życia. Kultyści, wszyscy o jednym, nienaturalnie bladym kolorze skóry, wierzą ponoć w drugiego Syna Bożego. Ich niesamowity, przypominający świątynię dom z kolorowymi witrażami w oknach góruje nad kotliną, która wygląda jak krater po meteorycie. Ziemia ta zdaje się emanować pradawną magią. Kusi, przyciąga, pochłania niczym czarna dziura. Ona, dom i wyznawcy to jedność, całość, jedna tożsamość. Kim tak naprawdę jest ich guru? Wytrawnym manipulatorem, szarlatanem, czarownikiem podszywającym się pod nową postać Boga? A może najprawdziwszym antychrystem? Dlaczego porwał niewinną studentkę?
Czy uda nam się ją odnaleźć? I czy fakt, że kiedyś sami należeliśmy do sekty jest w tej misji naszą siłą, czy może słabością? Przypomnę, książka nosi tytuł „Kultor”, autorem jest Artur Urbanowicz, wydawnictwo Czarna Owca, a książka na rynku od 21 maja. To, proszę państwa, były polecanki książkowe. To znowu podtrzymujmy tradycję i udajmy się na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj zapoznam państwa z tekstem Krzysztofa Stachewicza „Doświadczenie mistyczne. Poznanie i zbawienie?” Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2024 roku w numerze trzecim i jest dla państwa dostępny na licencji Uznanie Autorstwa Na Tych Samych Warunkach 3.0 Polska. Autor, Krzysztof Stachewicz, jest profesorem, doktorem habilitowanym filozofii, kierownikiem Zakładu Filozofii i Dialogu na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorem 10 monografii. Zainteresowania naukowe to etyka, antropologia filozoficzna, filozofia religii.
Pasjonuje się historią, muzyką, literaturą i własną rodziną — żona i dwie córki. Ruszamy zatem na przygodę z tekstem Krzysztofa Stachewicza „Doświadczenie mistyczne. Poznanie i zbawienie?” Poznanie racjonalne, szczególnie w rozumieniu scjentystycznym, daje zasadne poczucie uprawomocnienia i uwierzytelnienia wiedzy. Już jednak Arystoteles zauważył, że różne przedmioty poznania muszą być badane odmiennymi metodami. Mistyczna droga ku odkryciu prawdziwej rzeczywistości jawi się jako ekstremalna ścieżka poznawcza z punktu widzenia tak procedur racjonalności, jak celu poznania, którym jest tu wyzwolenie, ma bowiem dotrzeć do arche świata. Przerwę na chwilę tekst dla tych, którzy filozofią specjalnie się nie pasjonują, wyjaśnię. Arche to jest taka zasada, właściwie prazasada filozofii, na którą patrzymy w czasach przedsokratejskich. Ten termin arche oznaczał praprzyczynę wszystkich bytów, które się pojawiają tu na naszym łez padole. Arche to była również zasada, najbardziej zasadnicze tworzywo, wokół którego powstał cały świat. Arche to mogła być na przykład woda, mógł być ogień, mogła być przestrzeń, bezkres.
Wiecie państwo, ci przedsokratejscy filozofowie kombinowali i myśleli o różnych rzeczach. Jedni mówili o wodzie, a drudzy tylko o wilgoci. I ponoć z tych właśnie arche, z tych przyczyn pierwotnych powstał cały świat. To tyle tytułem wyjaśnienia. Wracamy do tekstu. Doświadczenie mistyczne i jego renesans. Czasy współczesne charakteryzuje duże zainteresowanie fenomenami związanymi z mistyką, a często przywoływane słowa przypisane André Malraux, że wiek XXI będzie wiekiem mistyki albo nie będzie go wcale, dobrze obrazują ten trend. Jesteśmy zmęczeni technokratyzmem, wszechwładzą rozumu instrumentalnego, teoriami, dyskursywnością i intelektualizacją przestrzeni życiowych, dialektycznymi poszukiwaniami prawdy, zapośredniczeniem dostępu do rzeczywistości przez szeroko rozumianą sferę znakową, totalną semiozą, jak się czasami to nazywa w duchu Umberto Eco. Dążymy do zdobywania bezpośrednich doświadczeń. Szanujemy świadków, gdyż za nimi stoi doświadczenie.
Wszystko to doskonale uw wyraźnia się choćby w dobrze opisanym socjologicznie kryzysie religijności instytucjonalnej i renesansie religijności przeżyciowej. Doświadczenie mistyczne może stanowić odpowiedź na wspomniane potrzeby i odczucia współczesnego człowieka, oferując bezpośredni dostęp do fundamentu rzeczywistości, stopienie się z nim w przeżyciu, niezależnie od tego, czy ten fundament interpretujemy religijnie, czy w kategoriach od religii odległych. Czym zatem jest doświadczenie mistyczne? Doświadczenie mistyczne dotyka rzeczywistości w jej istocie Taką, jaka ona jest, jak mawiają mistycy. W istocie, czyli bezpośrednio, bez angażowania nazw, myśli, pojęć czy symboli. Jest to przeżycie jedności z podstawą bytu. Tym, co pierwsi myśliciele greccy nazywali arche. Trudno zdefiniować mistykę wprost. Łatwiej wskazać na jej cechy diagnostyczne i kategorie organiczne z nią związane, jak na przykład jedno, zjednoczenie, całość, nicość, niewyrażalność, bezczasowość czy inność. Najważniejsze cechy doświadczeń mistycznych to według klasycznego już dziś stanowiska Waltera Stasa towarzyszenie im poczucia jedności z otaczającym światem oraz przekroczenia kategorii czasu i przestrzeni, wywoływanie pozytywnego nastroju, obiektywność, realność, paradoksalność.
W doświadczeniu tego rodzaju zostają zniesione wszelkie dualizmy, łącznie z podziałem na podmiot i przedmiot przeżycia, a także dobro i zło, piękno i brzydotę i tak dalej. Dobrym przykładem filozofii opartej na matrycy mistycznej jest myśl Plotyna i cały nurt neoplatonizmu, ale także filozofia Friedricha Schellinga czy wiele intuicji Alfreda Whiteheada, Martina Heideggera czy Henriego Bergsona. Typy mistyki. Doświadczenie mistyczne zdaje się nie mieć granic religijnych, światopoglądowych czy filozoficznych, a współcześnie można mówić o procesach często radykalnej sekularyzacji fenomenów mistycznych. Nazywa się to czasami postmistyką. Można też spotkać stanowiska przeciwstawiające wielkość mistyki, małość religii. Przykładem są poglądy znanego myśliciela Sama Harrisa, wyrażone w jego słynnych słowach: „Mistycyzm jest przedsięwzięciem racjonalnym. Religia nie”. Podobnie patrzył na to Henryk Elzenberg, widząc w religii rozwodnioną mistykę dla potrzeb mas. W każdym razie o mistyce dziś głośno i to nierzadko, w przeciwieństwie do religii, w kontekstach wyraźnie pozytywnych.
Istnieje wiele typologii mistyki. Przywołam tu podział na religijną, wyrastającą z kontekstów i dyskursów wyznaniowych oraz wyrażającą się przez nie właśnie, naturalną, pozakonfesyjną i filozoficzną, mającą ścisły związek z filozofią. Ta pierwsza jest prawie zawsze mistyką radykalnej transcendencji. Naturalna najczęściej immanencji, natomiast filozoficzna zdaje się łączyć oba typy mistycznych przeżyć, koncentrując się na prawdziwej i ostatecznej rzeczywistości. Filozof wobec mistyki. Rozliczne i wielokształtne związki filozofii z mistyką, począwszy od kwestii związanych z genezą filozofii europejskiej, są faktem coraz częściej zauważanym przez historyków filozofii. Heraklita odkrycie jedności wszechrzeczy, apeiron Anaksymandra czy doświadczenie przez Parmenidesa unitum mystica z prawdziwym bytem są tego najlepszymi przykładami. W dziejach filozofii mamy różne odniesienia filozofów do mistyki. Mistyk bywał filozofem. Plotyn czy mistrz Eckhart.
Filozof był badaczem mistyki. William James, Bergson czy Heidegger bądź inspirował się mistyką w swoim myśleniu. Akwinata, Ludwig Wittgenstein czy znowu Heidegger. Wielu filozofów miało przeżycia mistyczne. Blaise Pascal, Ernst Mach czy Bertrand Russell. Wzajemne oddziaływania mistyki i myśli filozoficznej można mnożyć. Są bogato reprezentowane w historii filozofii zachodniej. Tradycja arabska przechowywała scenę, w której mistyk Abu'l-Khayr rozmawia z filozofem Ali Siną. Na zakończenie wymiany zdań filozof powiedział: „Wszystko, co on widzi, ja wiem”. A mistyk dodał: „Wszystko, co on wie, ja widzę”.
Przeżycia mistyczne między rozumem a uczuciami. Trudną kwestią jest rozstrzygnięcie problemu racjonalności przeżyć mistycznych, uwikłanego wszak w różne koncepcje racjonalności rozumienia mistyki. Ważniejsze jednak od tego zagadnienia jest zwrócenie uwagi na racjonalność przekonania o istnieniu granic racjonalnego opisu i wyjaśnienia. Patrząc z takiej perspektywy, Michał Heller słusznie zauważa: najwięksi mistycy są zgodni co do tego, iż doświadczenie transcendencji wykracza poza rozum, ale nie niszczy rozumu. Komponenta emocjonalna w doświadczeniu mistycznym jest niewątpliwie równie silnie reprezentowana jak rozum. Oba elementy stapiają się w jedność przeżycia, integralną całość. Rozróżnienia zatem na jego typ intelektualny, na przykład Eckhart, czy emocjonalny, na przykład święty Bernard z Clairvaux, mają źródło raczej nie całkiem w merytorycznych poglądach badaczy, choć niewątpliwie w jakiś ważny sposób są znaczące w refleksji nad mistyką jako taką. Wszelkiego typu klasyfikacje i typologizacje zawsze mają charakter projektujący i upraszczający. Nierzadko zawodzą i zwodzą. Doświadczenia mistyczne ze swoją tendencją do przezwyciężania wszelkich zróżnicowań niewątpliwie stanowią pewien kontrapunkt do epistemologicznych analiz dotyczących uczuć, w tym sporów o ich naturę, a zwłaszcza na temat funkcji poznawczych przypisywanych czasem uczuciom.
Szczególnie interesujące jest to w kontekście fenomenologicznej koncepcji ich intencjonalności i tezy Maxa Schelera o ich fundamentalnej roli w poznaniu. Miłośnik poprzez znawcę. Także spory o rolę doświadczenia zmysłowego czy poznania rozumowego w stworzeniu wiedzy mają pewne odniesienie do doświadczenia mistycznego, które zdaje się znosić dychotomię i w tym obszarze. Jest ono ponad rozumem, ponad sferą emocjonalną i ponad zmysłami. Sytuując się przed tą całą rzeczywistością ludzkiego ducha, zespala je w nierozróżnialną jedność. Wiedza mistyczna ma znaczenie filozoficzne, ale jej cel jest związany ze sferą egzystencjalną. Nie stanowi wiedzy dla niej samej, fundowanej dla bezinteresowności poznania, lecz służy transformacjom w życiu. Religie nazywają to nawróceniem. Droga do zbawienia czy życie świadome człowieka posiadają zawsze epistemiczną pewność, gdyż trudno zwątpić w to, że się coś przeżywa, choćby tego treść miała mieć charakter subiektywny i realnie nie odnosiła się do niczego z zewnątrz, z zewnątrz przeżyć. Roman Ingarden mówił w tym kontekście o Tuschleben, intuicji przeżywania danej podmiotowi doświadczającemu zawsze wprost i niepowątpiewalnej ze swej natury.
Dotyczy to także przeżyć mistycznych, co wyraźnie wpływa na ich znaczenie egzystencjalne w całym ich ciężarze gatunkowym dla faktycznego kształtu życia człowieka. Doświadczenie mistyczne jawi się jako najbardziej radykalny fenomen życia duchowego w etymologicznym rozumieniu słowa radykalny, wskazującym na pewną źródłowość, początek, podstawę. Łaciński rzeczownik radix niesie wszak takie konotacje. Odsłania się w nim jakaś ostateczna rzeczywistość, prawdziwa rzeczywistość. Mówiąc językiem platońskim, rozumiana religijnie lub metafizycznie albo po prostu intuicyjnie. Cel mistyki ma charakter soteryczny. Wiedza wyrosła na jej gruncie, wyzwalała od złudzeń i tym samym posiada naturę zbawczą. Najpewniej ujawnia się ten rys w mistyce indyjskiej i buddyjskiej, ale przynależy on także do mistyki islamu czy chrześcijaństwa, a jego ślady można odnaleźć w mistyce ateistycznej. Doświadczenie mistyczne jest źródłem wiedzy o ogromnym znaczeniu dla życia człowieka, najczęściej dającym różnie rozumiane zbawienie, wyzwalające ze złudzeń i fałszywych przekonań oraz ujawniające w okamgnieniu rzeczywistość ostateczną. Proszę państwa, to był artykuł Krzysztofa Strachewicza „Doświadczenie mistyczne.
Poznanie i zbawienie”. Tekst, który ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” mogliście państwo poznać na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Ja tylko powiem, że kiedy zaczynałem studiować filozofię, byłem człowiekiem naiwnym. Wydawało mi się, że są dwie drogi poznania: ta rozumowa, gdzie coś ogarniamy swoim umysłem i ta zmysłowa, gdzie musimy czegoś dotknąć. Nie zdawałem sobie sprawy, że w historii filozofii właśnie była jeszcze trzecia droga, bardzo poważana przez wielu filozofów. Droga mistyczna. Kiedy w okamgnieniu, niedawno to słowo się pojawiło, w okamgnieniu, w jednej chwili, w jednej sekundzie przychodzi do państwa zrozumienie tego, jak jest. Jak jest to coś, co chcemy poznać, a czasami nie chcemy poznać, tylko po prostu poznajemy. W jednej chwili spływa na nas. Jedni powiedzą, że łaska boska, drudzy po prostu powiedzą, że zrozumienie.
Mistycyzm ma wiele twarzy. To mogliście państwo usłyszeć w tym artykule. Mistycyzm przez niektórych pogardzany jako coś głupiego, nienaturalnego, a właściwie może zbyt naturalnego i takiego, co nie odwołuje się do rozumu, nie odwołuje się do zmysłów, w związku z tym bezwartościowe. No chyba nie do końca, bo wielu filozofów uważało, że ten stan mistyczny, w którym rzeczywiście dokonuje się poznanie, to jest stan, w którym człowiek nagle rozumie więcej. Nagle zdaje sobie sprawę z tego, że jest świat, który nieogarniany jest zarówno zmysłami, jak i rozumem. Jedyną drogą do tego świata jest właśnie poznanie mistyczne. Pięknie państwu dziękuję za to filozoficzne rozważanie. No a teraz zapraszam na dalszą część audycji. Proszę państwa, a teraz nadszedł czas na Opowieść o Zecharrii Sitchinie. Człowieku, który, proszę państwa, zasypał rynek książek z pogranicza sporą ilością tomów.
Trzeba dużo cierpliwości i dużo samozaparcia, żeby te wszystkie tomy przeczytać. Ale bez względu na to, co sądzimy o jego wizji, to obraz, który wyłania się z tej lektury, jest obrazem frapującym. Inna sprawa, czy prawdziwym, czy chociaż zbliżającym się do prawdy. Postać Zecharrii Sitchina budzi i budziła, odwrotnie, budziła i budzi w dalszym ciągu sporo kontrowersji, pomimo że autor niestety już zszedł z tego świata. Ale w dalszym ciągu jedni wielbią go, inni mówią, że on w ogóle nie wiedział, o czym mówi i nie potrafił czytać tych starożytnych tekstów i tak dalej. Nawet nie próbuję dojść do tego czy rozstrzygać tego, jak było naprawdę. Nie mam ani kompetencji, ani takiej wiedzy, żeby to robić. Natomiast mogę opowiedzieć historię w skrócie, w takim bryku, w ściądze. Historię, którą opowiadał Zecharia Sitchin. To właśnie zrobiłem na kanale Wehikuł Wyobraźni.
Pojawił się tam film „Świat według Zecharii Sitchina”. Dzisiaj ten sam film czy właściwie podcast pojawia się w audycji Bibliotekarium 2.0. Bez względu na to, co sądzicie państwo o opowieści Zecharii Sitchina, to jeśli ktoś uruchomi wyobraźnię i wyobrazi sobie tylko, że tak mogło być, nie że tak było, że tak mogło być, to objawia się nam absolutnie pasjonująca historia. I z tą historią dzisiaj państwa postaram się zapoznać. Nieodmiennie apeluję o to, że jeżeli chcecie państwo poznać więcej tajemnic tego świata, a w każdym razie zdaję sobie sprawę, że tajemnic może do końca nie można poznać, a w każdym razie chcecie państwo mieć zasygnalizowane te różne tajemnice, to ja bardzo serdecznie zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam tego rodzaju podcastów jak ten, który za chwilę państwo usłyszycie, jest już całkiem sporo. Z tego, co pamiętam, to już przekroczyłem magiczną liczbę 300 podcastów, filmów, filmików, czy jakkolwiek to nazwiemy. To już jest sporo. Nie żeby tam jakieś rekordy, ale sporo i myślę, że każdy z państwa jakąś ciekawą treść dla siebie znajdzie. Coś, co poruszy jego wrażliwość, poruszy jego wyobraźnię, bo w końcu to Wehikuł Wyobraźni.
Mnie bardziej interesuje nie to, czy coś jest prawdą, czy nieprawdą, aczkolwiek bardzo chętnie wchodzę w tego rodzaju dywagacje. Natomiast mnie najbardziej interesuje w tych opowieściach i dawnych, i całkiem nowych, to, jaki jest w nich potencjał dla ludzkiej wyobraźni, dla ludzkiej weny, dla opowiadania historii. Myślę, że czasami ten materiał jest potężny. Tak jest w przypadku Zecharrii Sitchina. Świat widziany jego oczami, Wszechświat widziany jego oczami to są miejsca absolutnie fascynujące. Nie dziwcie się państwo, że ja tak często używam słów fascynujący, absolutnie, cudowne. Tak, bo trzeba pewnej maestrii, trzeba pewnej zdolności, zdolności opowiadania, zdolności chociażby układania historii do tego, żeby wciągnąć czytelników w opowiadaną historię. Zecharia Sitchin robił to dobrze, a nawet bardzo dobrze. Abstrahując od tego, jakie zarzuty pojawiają się pod jego adresem i czy ta historia ma w sobie chociaż ziarno prawdy. To oczywiście jest ważne, ale nie to interesuje mnie najbardziej, a ja państwu dzisiaj proponuję poznanie historii, poznanie pewnej narracji.
To bardzo modne słowo. Poznanie pewnej narracji, którą zaproponował Zecharia Sitchin. Bardzo serdecznie państwa zapraszam i cały czas zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj zapraszam na podróż w niezwykłą przeszłość. Spojrzymy na losy ludzkości oczami Zecharrii Sitchina, kontrowersyjnego badacza starożytności. Badacza, któremu jedni wierzą bezgranicznie, inni natomiast kwestionują niemal każde jego twierdzenie. Nie wdając się w te, przyznaję, fundamentalne spory, postaram się dzisiaj pokazać, jak wygląda świat i historia ludzkości widziana oczami Sitchina. A czy to prawda, półprawda czy fikcja, to już trzeba rozstrzygnąć samemu albo zebrać twarde dowody na jedną lub drugą tezę. Zecharia Sitchin 1920-2010 to postać niezwykle kontrowersyjna.
Choć bez wątpienia fascynująca. Był pisarzem, badaczem amatorem i autorem popularnej serii książek zatytułowanej „Kroniki Ziemi”. Sitchin samodzielnie zgłębiał tematykę starożytnego Bliskiego Wschodu, ze szczególnym uwzględnieniem kultury Sumerów, jednej z najstarszych znanych cywilizacji. Chociaż nie posiadał formalnego wykształcenia w dziedzinie asyriologii, historii czy języków starożytnych, twierdził, że samodzielnie odczytywał sumeryjskie tabliczki klinowe i odkrył w nich sensacyjne informacje na temat naszych początków. Celem tego podcastu jest przybliżenie jednej z najbardziej znanych i zarazem kontrowersyjnych teorii dotyczących pochodzenia człowieka. Według Sitchina zostaliśmy stworzeni przez starożytnych przybyszów z kosmosu, znanych jako Anunnaki, pochodzących z planety Nibiru. Warto jednak już na wstępie zaznaczyć, że koncepcje Sitchina spotkały się z ogromnym sceptycyzmem środowisk naukowych. Jego tłumaczenia tekstów starożytnych oraz interpretacje mitologii często uznawane są za błędne, nienaukowe, a nawet fantastyczne. Wiele osób zajmujących się zawodowo językami starożytnymi i historią Mezopotamii odmawia mu zarówno wiarygodności, jak i rzeczywistej znajomości pisma klinowego. Mimo to jego prace zyskały rzesze czytelników i wpłynęły na rozwój teorii o tak zwanych paleoastronautach.
Czy więc Sitchin był wizjonerem, który dostrzegł coś, czego nie chcieli widzieć inni, czy raczej autorem dobrze sprzedającej się pseudonauki? O tym porozmawiamy w dzisiejszym „Wehikule Wyobraźni”. Zecharia Sitchin oparł swoje teorie na rzekomym tłumaczeniu starosumeryjskich tabliczek glinianych zapisanych pismem klinowym. Twierdził, że odczytał z nich informacje, które zupełnie zmieniają nasze spojrzenie na historię ludzkości. Według niego sumeryjskie mity, zamiast być jedynie wyobrażeniem religijnym, stanowią rzeczywiste opisy wydarzeń z przeszłości, w tym kontaktów ludzi z istotami pozaziemskimi. Centralnym elementem teorii Sitchina jest planeta Nibiru, tajemnicze ciało niebieskie, które według Sitchina znajduje się na bardzo wydłużonej orbicie wokół Słońca i powraca w pobliże Ziemi co około 3600 lat. W starożytnych tekstach Nibiru miała być opisana jako planeta przejścia, a jej ruch po niebie był rzekomo obserwowany i rejestrowany przez starożytnych Sumerów. To właśnie z Nibiru mają pochodzić Anunnaki, wysoko rozwinięta cywilizacja obcych, którzy odwiedzili Ziemię w zamierzchłej przeszłości. Według Sitchina Nibiru to nie mitologiczna sfera czy symboliczna idea, lecz rzeczywista planeta w naszym Układzie Słonecznym, dotąd niezidentyfikowana przez współczesną astronomię. Sitchin utrzymywał, że Anunnaki przybyli na Ziemię w konkretnym celu, o którym opowiem więcej w następnej części, a informacje o ich działaniach i kontaktach z ludźmi zostały utrwalone w starożytnych tekstach.
Jednak z biegiem czasu znaczenie owych tekstów zostało zniekształcone lub całkowicie zapomniane. Warto zaznaczyć, że żadna z jego interpretacji nie została potwierdzona przez zawodowych asyriologów czy astronomów. Niemniej jednak koncepcja planety Nibiru i jej tajemniczych mieszkańców zyskała popularność nie tylko w środowiskach alternatywnych, ale i w popkulturze, stając się inspiracją dla licznych teorii zwanych spiskowymi, książek i filmów science fiction. W centrum teorii Zecharia Sitchina znajdują się Anunnaki, istoty pozaziemskie, które według niego przybyły na Ziemię setki tysięcy lat temu. Nazwa Anunnaki rzeczywiście pojawia się w mitologii sumeryjskiej i odnosi się do grupy bóstw, dzieci boga Anu. W tradycyjnych opracowaniach mitologicznych postacie te są interpretowane jako bogowie nieba i ziemi, ale Sitchin proponuje zupełnie inną interpretację. Według niego Anunnaki nie byli bogami w sensie duchowym, ale realnym, materialnym. Byli istotami, byli zaawansowaną technologicznie rasą obcych, którzy przylecieli na Ziemię około 450 tysięcy lat temu. Ich celem miało być wydobycie złota, którego potrzebowali, aby ratować atmosferę własnej planety. Złoto według tej koncepcji miało być rozpraszane w atmosferze Nibiru, aby zapobiec katastrofie klimatycznej.
Początkowo Anunnaki mieli sami prowadzić prace wydobywcze, zwłaszcza w Afryce. Jednak z czasem, jak głosi teoria, zbuntowali się przeciwko ciężkim warunkom pracy. W odpowiedzi na ten bunt przywódcy obcych Enki i Ninhursag mieli podjąć decyzję o stworzeniu istoty, która odciąży ich w pracy — człowieka. Sitchin twierdzi, że właśnie wtedy Anunnaki przeprowadzili genetyczne eksperymenty na istniejących już na Ziemi hominidach, modyfikując ich DNA i tworząc pierwszego homo sapiens, człowieka rozumnego. Według tej narracji ludzie nie są więc dziełem ewolucji, ani też boskiej interwencji w religijnym sensie, ale hybrydą, krzyżówką między Ziemianinem a obcym. Ta idea, choć oparta na spekulacjach i niepotwierdzona naukowo, wywarła duży wpływ na kulturę alternatywną, w której często pojawia się motyw bogów z kosmosu. W teorii Sitchina to właśnie Anunnaki byli tymi, których ludzkość zapamiętała jako bogów w mitologiach wielu kultur. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych i jednocześnie kluczowych elementów teorii Zecharia Sitchina jest jego wizja powstania człowieka. Według niej ludzkość nie jest wynikiem długotrwałego procesu ewolucji darwinowskiej, lecz produktem celowego aktu inżynierii genetycznej przeprowadzonego przez istoty pozaziemskie. Jak głosi teoria, po przybyciu na Ziemię i rozpoczęciu wydobycia złota, Anunnaki szybko napotkali problem.
Praca była wyczerpująca i ciężka, a z czasem obcy robotnicy zbuntowali się przeciwko swojemu losowi. Tak jak mówiłem, w odpowiedzi na ten bunt Enki, jeden z przywódców Anunnaki, miał zaproponować rozwiązanie. Stworzenie istoty służebnej, która wykonywałaby pracę za nich. Według Sitchina Enki i bogini lekarz Ninhursag przeprowadzili szereg eksperymentów genetycznych, łącząc DNA ówczesnego człowieka pierwotnego, prawdopodobnie Homo Erectus, z materiałem genetycznym Anunnaki. Po wielu nieudanych próbach miała powstać nowa istota. Człowiek rozumny, czyli homo sapiens. W sumeryjskich mitach odnaleźć można opowieści o bogach tworzących człowieka z gliny, które Sitchin interpretuje jako zakodowane opisy tych właśnie eksperymentów biotechnologicznych. Pierwsi ludzie według tej narracji byli początkowo bezpłodni, a ich produkcja była ściśle kontrolowana przez Anunnaki. Dopiero później, na skutek wewnętrznych sporów między bogami, człowiek otrzymał zdolność rozmnażania się, co miało stać się symbolicznym wygnaniem z raju, odejściem spod pełnej kontroli swych stwórców. Według Zecharia Sitchina dzieje ludzkości wyglądały następująco.
Po stworzeniu człowieka przez Anunnaki jako istoty służebnej rozpoczął się nowy etap historii Ziemi, rozwój cywilizacji pod nadzorem obcych. Anunnaki nie tylko wpływali na postęp technologiczny i społeczny, ale wręcz sterowali losami ludzkości, ustanawiając królów jako swoich reprezentantów i przekazując wiedzę astronomiczną, architektoniczną czy prawną. Z czasem miały miejsce konflikty między samymi Anunnaki, które wpływały na bieg historii, między innymi wojny bogów opisane w mitach Mezopotamii, które Sitchin interpretował jako realne, niszczycielskie starcia kosmicznych frakcji. Jednym z takich wydarzeń miało być zniszczenie biblijnej Sodomy i Gomory za pomocą zaawansowanej broni energetycznej. Wraz z kolejnymi cyklami pojawiania się planety Nibiru co 3600 lat ludzkość doświadczała okresów katastrof i zmian. Potop, upadek starożytnych imperiów, nagłe przeskoki cywilizacyjne. Sitchin twierdził, że katastrofalny potop był wynikiem między innymi zbliżenia się rodzimej planety Anunnaki, czyli Nibiru, do Ziemi. To zbliżenie za każdym razem miało wywoływać wielkie katastrofy, w tym potop, który zniszczył cywilizację. W interpretacji Sitchina potop był sposobem na oczyszczenie Ziemi i zniszczenie ludzkości, która z czasem zaczęła być postrzegana przez Anunnaki jako zbyt problematyczna. W skrócie, według Sitchina potop był częścią większego planu Anunnaki, częścią związaną z ich cykliczną obecnością na Ziemi i ich relacjami z ludzkością.
W wizji Sitchina potop był wynikiem zarówno naturalnych zjawisk związanych z planetą Nibiru, jak i działań obcych, którzy mieli swoją własną agendę. Powiedziałbym agendę zagłady niepotrzebnej już ludzkości. Po ostatnim pojawieniu się Anunnaki obcy mieli się wycofać, pozostawiając ludzi samym sobie. To wycofanie wiązało się również z możliwie szerokoskalowym zatarciem pamięci ludzkości o roli Anunnakich w historii. Jednak według Sitchina wielki powrót jest tylko kwestią czasu wraz z kolejnym przebiegiem Nibiru przez Układ Słoneczny. Wśród największych postaci kosmicznej narracji Sitchina wymienić należy kilka postaci. Pierwsza z nich to Enki, naukowiec, twórca człowieka, protektor ludzkości. Enki, znany również jako Ea w mitologii akadyjskiej, był bogiem wody, wiedzy i technologii. Według Sitchina to właśnie Enki odpowiadał za stworzenie człowieka przez inżynierię genetyczną. Połączenie DNA Anunnaki z DNA prymitywnego ziemskiego hominida.
Enki był postrzegany jako bardziej życzliwy wobec ludzi niż jego brat Enlil. Enki sprzyjał rozwojowi ludzkości i zgodnie z interpretacją Sitchina to on ostrzegł człowieka przed nadchodzącym potopem identyfikowanym z kataklizmem opisanym w Biblii i „Eposie o Gilgameszu”. Enki symbolizuje naukę, postęp oraz technologiczną kreatywność. Drugą ważną postacią wśród przybyszy był wspomniany już Enlil, przywódca misji Anunnaki, zwolennik porządku i hierarchii. Enlil był odpowiedzialny za zarządzanie operacją Anunnaki na Ziemi i pełnił funkcję nadrzędnego dowódcy. Sitchin przedstawia go jako postać autorytarną, mniej przychylną wobec ludzi, traktującą ich jako siłę roboczą podległą boskiemu nadzorowi. W kontekście konfliktu między braćmi Enlil był przeciwny tworzeniu ludzi i z czasem uznał ich rozwój za zagrożenie. Miał popierać ideę resetu poprzez zniszczenie ludzkości w potopie, do czego ostatecznie nie doszło dzięki interwencji Enkiego. Enlil symbolizuje porządek, dyscyplinę, ale również dystans i bezwzględność wobec niższych istot. Kolejna ważna postać Anunnaki to Anu, najwyższy władca planety Nibiru, ojciec Enkiego i Enlila.
Anu był centralną postacią wśród Anunnaki. Uważany za ich najwyższego władcę rezydującego na planecie Nibiru. Jego rola była głównie administracyjna i sądownicza. Interweniował w sprawy Ziemi tylko w sytuacjach kryzysowych, na przykład w konfliktach między synami. W strukturze hierarchicznej Anunnaki Anu reprezentuje zasadę najwyższej władzy i dystans wobec bezpośrednich działań. Chociaż jego obecność na Ziemi była ograniczona, jego decyzje miały charakter ostateczny i wiążący. Należałoby jeszcze wymienić Isztar, Inannę, bogini miłości, wojny i ambicji politycznej. Inanna znana również jako Isztar. W tradycji babilońskiej była jedną z najbardziej wpływowych i dynamicznych postaci na planecie Anunnaki. Przypisywano jej niezwykłą urodę, siłę militarną oraz zdolności dyplomatyczne i manipulacyjne.
Według Sitchina Inanna odgrywała kluczową rolę w polityce Anunnaki na Ziemi, dążąc do uzyskania władzy nad strategicznymi miastami Mezopotamii, między innymi Uruk. Jej działania były nacechowane siłą, ambicją i bezkompromisowością, a także zdolnością do korzystania z zaawansowanej technologii. Inanna symbolizuje potęgę kobiecej siły, wojowniczości i politycznej niezależności. W interpretacji Sitchina relacje między głównymi postaciami Anunnaki były naznaczone napięciem, rywalizacją oraz różnicami ideologicznymi. Konflikt Enkiego i Enlila miał charakter fundamentalny. Nauka kontra hierarchia. Wolność kontra kontrola. Człowieczeństwo kontra podległość. Ich spór wpłynął bezpośrednio na losy ludzkości. Anu pełnił funkcję rozjemcy, starając się utrzymać balans między synami oraz między frakcjami Anunnaki.
Inanna nieustannie balansowała między sojuszami, wykorzystując swoją pozycję i wpływy, by realizować własne cele polityczne. Po potopie, który Sitchin utożsamia z wydarzeniem mającym miejsce około 11 tysięcy lat przed naszą erą, Anunnaki mieli podzielić Ziemię na siedem głównych stref wpływu, z których każda była zarządzana przez jednego z bogów. Ten podział świata miał na celu uniknięcie dalszych konfliktów między frakcjami oraz zapewnienie porządku w odbudowie cywilizacji. Enlil jako główny dowódca misji na Ziemi i syn Anu otrzymał region Mezopotamii. Miasto Nippur pełniło funkcję religijnego operacyjnego centrum, w którym znajdowało się tak zwane Duranki. Punkt łączności pomiędzy Ziemią a planetą Nibiru. Enlil był postacią o charakterze autorytarnym. Uosabiał porządek, prawo i nadzór nad ludzkością, którą traktował jako podporządkowaną, jako istoty niższego rzędu. Enki, brat Enlila i bóg wiedzy oraz technologii, objął władzę nad rejonem znanym jako Abzu, utożsamianym z obszarem południowej Afryki. Tam znajdowały się kopalnie złota, a także ośrodki eksperymentów biologicznych, w których według Sitchina powstał człowiek jako hybryda DNA Anunnaki i ziemskiego hominida.
Enki postrzegany był jako protektor ludzkości dążący do jej rozwoju i przetrwania. Inanna, wnuczka Enlila, otrzymała region wokół miasta Uruk. Była jedną z najbardziej aktywnych politycznie postaci wśród Anunnaki. Łączyła władzę duchową, militarną i dyplomatyczną. Jej ambicje wykraczały poza przydzielone jej terytorium. Dążyła do objęcia władzy globalnej, co doprowadziło do napięć między frakcjami Anunnaki. Marduk, syn Enkiego, początkowo rządził Egiptem jako Ra, lecz po potopie nie otrzymał oficjalnego terytorium, co było przyczyną jego buntu. W konsekwencji zbudował Babilon i stopniowo zaczął rozszerzać swoje wpływy, prowadząc do tak zwanej Wielkiej Wojny Bogów, w wyniku której przejął władzę nad całą Mezopotamią. Sitchin utożsamia Marduka z biblijnym Baalem, a w późniejszych tradycjach nawet z Lucyferem. Nannar, syn Enlila i ojciec Innany zarządzał rejonem północnej Mezopotamii, szczególnie miastem Harran.
Był bogiem księżyca i patronem mądrości, a jego wpływy były znaczne, choć nieagresywne. Pełnił również funkcję politycznego doradcy i rozjemcy. Utu, zwany też Szamasz, syn Enkiego, objął nadzór nad Sippar, miastem pełniącym funkcję portu kosmicznego Anunnaki. Utożsamiany był z bogiem słońca, prawa oraz sprawiedliwości. Miał dostęp do technologii pozwalającej na przemieszczanie się między planetami oraz odgrywał rolę neutralnego stróża porządku. Anu jako najwyższy przywódca cywilizacji z Nibiru nie zarządzał konkretnym regionem na Ziemi. Jego obecność była symboliczna. Nadzorował i rozstrzygał spory. Rejon Ziemi Świętej, według niektórych interpretacji leżący w dzisiejszym rejonie Jerozolimy, miał być zarezerwowany dla przyszłych działań o charakterze duchowym lub apokaliptycznym. Jak już mówiłem, podział terytorialny Ziemi miał według Sitchina zapobiec dalszym konfliktom między frakcjami.
Jednak w praktyce ambicje poszczególnych postaci, zwłaszcza Inanny i Marduka, doprowadziły do nowych napięć, wojen i zmiany układu sił. Efektem tych starć miało być między innymi zniszczenie portu kosmicznego w Sippar, zagłada miast oraz przetasowania polityczne, które doprowadziły do dominacji Marduka w Babilonie. W swoich późniejszych książkach, na przykład „The End of Days" z 2007 roku, Sitchin sugerował, że powrót Anunnaki może nastąpić w naszych czasach, lecz bardzo ostrożnie podchodził do dat. Nie wskazywał konkretnego roku. Sitchin wiązał możliwość powrotu Anunnaki z wielkimi zmianami geopolitycznymi i klimatycznymi, a także z rosnącymi zainteresowaniami astronomicznymi i technologicznymi wśród ludzi. Według niego powrót Anunnaki mógłby być postrzegany jako powrót bogów lub obcych cywilizacji, co mogłoby radykalnie zmienić światopogląd ludzkości. W interpretacjach niektórych jego czytelników i kontynuatorów teorii sugeruje się, że zbliżanie się Nibiru lub jakiegoś tajemniczego ciała niebieskiego może być zapowiedzią powrotu tych istot. Chociaż sam Sitchin wielokrotnie dystansował się od apokaliptycznych prognoz, na przykład tych związanych z rokiem 2012. Sitchin pisał o możliwości powrotu Anunnaki, ale nie prorokował jakiejś konkretnej daty. Raczej przewidywał powrót obcych, który miałby być powrotem panów Ziemi, a niekoniecznie końcem świata czy też końcem wszystkiego.
W swojej ostatniej, wspominanej już książce „The End of Days" rozwinął koncepcję powrotu Anunnaki, starożytnych bogów z planety Nibiru. Według niego historia zatacza koło i wydarzenia z przeszłości, jak chociażby wielkie kataklizmy i interakcje z Anunnaki mogą się powtórzyć. Zbliżający się powrót Nibiru miałby zwiastować tak zwany koniec dni, czyli moment powrotu obcych na Ziemię. Moment, który może być zgodny z biblijnymi i mezopotamskimi proroctwami o czasach ostatecznych. We wspomnianej książce Sitchin porównuje wydarzenia z XXI wieku przed naszą erą z naszym współczesnym XXI wiekiem, sugerując, że jesteśmy świadkami cyklicznego powrotu tych samych archetypów i tych samych zagrożeń, zarówno duchowych, jak i technologicznych. Szczególną uwagę poświęca też potencjalnej wojnie o charakterze nuklearnym i możliwym globalnym kataklizmom, które jego zdaniem mogą towarzyszyć powrotowi bogów. Interpretacja dziejów ludzkości dokonana przez Sitchina radykalnie zmienia spojrzenie na ludzką tożsamość oraz duchowość. Zamiast być dziełem ewolucji lub boskiej kreacji, człowiek jawi się tu jako twór, no prawie że technologiczny. Narzędzie do pracy, które z czasem uzyskało świadomość i niezależność. Chociaż teoria ta nie ma żadnego potwierdzenia w naukach biologicznych czy archeologii, to dla wielu zwolenników teorii paleoastronautycznych jest fascynującą alternatywą wobec klasycznego ujęcia historii człowieka.
Przyznaję, rzeczywiście jest to fascynująca perspektywa. Chociaż teorie Zecharia Sitchina zyskały ogromną popularność wśród miłośników zagadek historii, teorii zwanych spiskowymi i przedstawicieli tak zwanej alternatywnej archeologii, spotkały się z niemal jednogłośnym odrzuceniem ze strony środowisk naukowych. Ta jednogłośność może dziwić. Przedstawiciele takich dziedzin jak asyriologia, archeologia, historia starożytna czy astronomia stanowczo odrzucają zarówno metody, jak i wnioski Sitchina. Nikt nie chciał z nim dyskutować. Wszyscy natomiast stawiali mu zarzuty. Główne zarzuty wobec teorii Sitchina brzmią następująco. Jeden. Brak znajomości języków starożytnych. Wielu językoznawców i asyriologów twierdzi, że Sitchin nie znał wystarczająco dobrze sumeryjskiego ani akadyjskiego, a jego tłumaczenia to w rzeczywistości własne interpretacje oderwane od kontekstu i struktury językowej.
Dwa. Ignorowanie dowodów naukowych. Teoria o planecie Nibiru nie znajduje żadnego potwierdzenia we współczesnej astronomii. Orbita takiej planety z okresem trzy tysiące sześćset lat byłaby niestabilna, a planeta dawno już zostałaby odkryta przez astronomów. Trzy. Brak dowodów na obecność obcych. Dotychczas nie znaleziono żadnych materialnych dowodów, na przykład technologii, artefaktów, zapisków potwierdzających istnienie obcej ingerencji w historię Ziemi. Cztery. Manipulacja mitami. Sitchin traktuje sumeryjskie mity jako literalne opisy wydarzeń historycznych, podczas gdy naukowcy podkreślają, że są to teksty symboliczne, religijne i często metaforyczne.
Pomimo tej fali krytyki książki Sitchina sprzedały się w milionach egzemplarzy i zostały przetłumaczone na wiele języków. Autor stał się jedną z ikon środowiska zajmującego się tak zwaną paleoastronautyką, czyli hipotezą, że starożytne ziemskie cywilizacje kontaktowały się z obcymi. Sitchin był też często zestawiany z innymi autorami alternatywnych teorii, takimi jak Erich von Däniken, choć on sam odcinał się od niektórych poglądów. Co ciekawe, dla wielu osób Sitchin jest inspiracją niekoniecznie jako źródło prawdy, ale jako prowokator intelektualny, który każe spojrzeć na historię z innej perspektywy i zadawać pytania. Pytania, których tradycyjna nauka często w ogóle nie podejmuje. Chociaż teorie Zecharia Sitchina nie zostały zaakceptowane przez naukę, nie można im odmówić znaczącego wpływu na kulturę popularną oraz wpływu na rozwój nurtów alternatywnych. Jego prace odegrały ważną rolę w kształtowaniu tak zwanego ruchu paleoastronautycznego, przekonania, że starożytni ludzie mogli mieć kontakt z obcymi cywilizacjami, które wpłynęły na rozwój technologiczny, kulturowy, a nawet biologiczny ludzkości. Sitchin obok takich postaci jak Erich von Däniken czy David Icke jest uważany za jednego z ojców tej idei. Jego książki wciąż inspirują badaczy, amatorów, twórców popkultury i tych, którzy szukają alternatywnego wyjaśnienia dla luk w oficjalnej wersji historii. Wpływ Sitchina jest widoczny między innymi w filmach science fiction „Prometeusz”, „Stargate”, „Battlestar Galactica”, w serialach dokumentalnych typu „Starożytni kosmici”, w popkulturze internetowej, teorii o Nibiru, reptilianach, kopalniach złota w Afryce i wachlarz wielu innych.
Co ciekawe, koncepcje Sitchina często skłaniają ludzi do zadawania trudnych pytań. Skąd tak naprawdę wzięła się cywilizacja? Czy rozwój ludzkości był wyłącznie naturalny? Dlaczego starożytni tak często pisali o bogach z nieba, którzy stworzyli człowieka? Jednocześnie teorie Sitchina uwypukliły ważną kwestię, potrzebę jasnego rozgraniczenia między nauką a spekulacją. Chociaż ciekawość i wyobraźnia są cenne, to w podejściu naukowym niezbędne są metody, dowody i krytyczna analiza źródeł. Brak tego rozróżnienia prowadzi do powstawania pseudonaukowych narracji, które mogą dezinformować, ale też paradoksalnie pobudzać do dalszych poszukiwań. Zecharia Sitchin to postać, która balansuje na granicy między nauką, spekulacją, a wręcz science fiction. Jego teoria o starożytnych kosmitach Anunnaki pochodzących z planety Nibiru, którzy stworzyli człowieka jako genetycznie zmodyfikowaną siłę roboczą, wywołuje skrajne emocje, od fascynacji po całkowite odrzucenie. Z jednej strony jego koncepcje są pociągające i widowiskowe.
Łączą mitologię, astronomię, starożytną historię i pytania o nasze pochodzenie. Z drugiej jednak są owe teorie odrzucane przez naukę jako nienaukowe, błędne i w dużej mierze oparte na fantazji. Chociaż brakuje dowodów na istnienie planety Nibiru i działalność Anunnaki, Sitchin zdołał zainspirować miliony ludzi do myślenia nieszablonowego i do zadawania pytań, które często pozostają bez jednoznacznych odpowiedzi. Chciałbym kilka takich pytań skłaniających do refleksji zadać tutaj na antenie. Czy możliwe jest, że starożytni ludzie mieli kontakt z zaawansowaną cywilizacją, jeśli nie z kosmosu, to może z jakiegoś zapomnianego etapu rozwoju ludzkości? Dlaczego mitologie różnych kultur zawierają podobne motywy bogów z nieba, stworzenie człowieka, walki między bogami? Czy to możliwe, że część starożytnych tekstów rzeczywiście zawiera zakodowane ślady dawnych wydarzeń, które dziś interpretujemy jako mity? A może teoria Sitchina to po prostu dobra opowieść? Taka, która mówi więcej o naszych współczesnych lękach i marzeniach niż o samej historii. I to już wszystko na dzisiaj.
Pięknie Państwu dziękuję za wizytę na kanale Wehikuł Wyobraźni i zapraszam na kolejne audycje. A dla tych wszystkich, którzy dotrwali do końca, mam bonus. Zajrzyjcie proszę do opisu filmu. Znajdziecie tam oś czasu wydarzeń na Ziemi według Zecharia Sitchina oraz porównanie bogów Anunnaki z postaciami z innych mitologii. Jeszcze raz pięknie dziękuję i zapraszam na kolejną audycję na kanale Wehikuł Wyobraźni. A teraz, proszę Państwa, Filmotekarium. Filmotekarium i film? Nie, nie film. Dzisiaj będzie serial. Dzisiaj będzie serial po raz kolejny.
Serial niejednoznaczny, ciekawy, ale... I tu postawmy wielokropek, bo to „ale” będzie przedmiotem dzisiejszego Filmotekarium. Serial „Filiżanka”. Dzień dobry wieczór Państwu. Zaczynamy Filmotekarium. Ponownie Filmotekarium o serialu. Pięknie witam Piotra Cielebiasia.
[01:02:11] - Witam również. To ja może powiem, dlaczego o serialu. Bo coraz bardziej mam takie wrażenie, to nie jest nowe wrażenie, to jest wrażenie już utrzymujące się od paru lat, że to seriale właśnie do pewnego stopnia dyktują trendy i ciągną science fiction współcześnie bardziej na pewno niż filmy. Dzisiaj przyglądamy się takiemu serialowi, który po pierwsze, z tego, co sam zauważyłem, potrafi wzbudzić emocje skrajne. Może się podobać, może się bardzo nie podobać. Natomiast główny problem — w momencie, kiedy się coś zaczęło dziać i kiedy serial zaczął wchodzić na obroty, to został skasowany, został odwołany. Nie będzie następnych sezonów. Jedyne, czym dysponujemy, to osiem odcinków pierwszej serii.
[01:03:09] - Ale trzeba powiedzieć, że pomimo tego, że jest częściowo otwarte zakończenie, to ono jednak jest tak otwarte, że ta najbardziej wysunięta, najbardziej widoczna część serialu jest zakończona. Tam się kończy pewna historia. Co prawda otwiera się inna, ale możemy powiedzieć, że coś, co przeżywaliśmy przez kilka odcinków, w jakimś stopniu, niepełnym, ale częściowo przynajmniej, zostaje wyjaśnione. W każdym razie troszeczkę przybliżone. I rzeczywiście to otwarte zakończenie sprawia, że można było oczekiwać dalszego ciągu. Dalszego ciągu nie będzie. Od razu to powiedzmy. Co nie przeszkadza w odbiorze samego serialu, ale warto mieć świadomość. Co więcej, ten serial jest bardzo nierówny. Takie jest moje zdanie.
On jest nierówny zarówno pod względem trwania czasu odcinków, może bardziej nie trwania, ale czasu odcinków, bo tam mamy i półgodzinne odcinki, i takie, które mocno wspinają się ku 50 minutom. Dobra, to nie jest specjalnie męczące. Natomiast nierówność polega również na tym, że on się wolno rozkręca, aczkolwiek rozkręca się w fascynujący sposób. To znaczy, jeśli człowiek wejdzie w spokojną atmosferę, ale jednak atmosferę grozy, to podąża bez bólu. Chociaż na początku nie dzieje się aż tak dużo. Może źle powiedziałem. W sensie dynamicznym nie dzieje się dużo, aczkolwiek jeśli chodzi o mnożenie tajemnic, to całkiem sporo. Mam nadzieję, że to dosyć przejrzyście wyraziłem. Ale jest też z tym serialem pewien problem, bo o ile na początku wydawał mi się zrobiony znakomicie, żeby nie nadużywać słów perfekcyjnie, to znakomicie został zrobiony, a później jest jakby gorzej. Do tego stopnia, że miałem wrażenie, że nawet dialogi się w tym serialu pogorszyły przy którymś kolejnym odcinku.
Sposoby przedstawiania, filmowego pokazywania pewnych scen to wszystko jakby przysiada w pewnym momencie. Nie w sposób taki dramatyczny, ale jednak widać, nie wiem, czy to zadyszka scenarzysty, czy to zadyszka reżysera, czy w ogóle jakoś to tak wynika z narracji podjętej. Warto też powiedzieć, że książk- wygadałem się, freudowska pomyłka, że ten serial ma swoje książkowe źródło. To jest powieść, która zaistniała i która ponoć cieszyła się sporym zainteresowaniem. Muszę się przyznać do błędu. Nie sprawdziłem przed audycją, czy ona była dostępna w języku polskim. To zawsze można sprawdzić osobiście. I cóż, ja mam bardzo mieszane uczucia po obejrzeniu serialu. On bywa fascynujący. Moje ulubione słowo ostatnio.
Fascynujący, ale bywa też irytujący. Nie chcę opowiadać za dużo szczegółów, bo byśmy musieli wchodzić, mocno spoilerować, ale bywa irytujący. Bywa też niekiedy w drugiej części dosyć przewidywalny. Ale to wszystko ja sobie mogę gadać i wiecie państwo, ja już i tak mam taką rolę jak jeden z tych dziadków z Muppet Show. Właściwie siedzę i zrzędzę na kolejne obrazy filmowe. Taka już widać moja rola. Ale coś sprawiło w tym serialu, że polecał go sam Stephen King, który umówmy się ma już tyle pieniędzy zarobionych ze swojej twórczości, że on już nie musi, nawet dobrze opłacony, nie musi polecać czegoś, czego polecać by nie chciał. Zatem myślę, że Kingowi możemy zaufać. No tak, możemy zaufać, a jednak serial skasowano. A jednak ja tutaj od dłuższego chwili marudzę na temat tego, że serial ma jakieś tam mankamenty.
[01:07:50] - No właśnie. "Filiżanka" opiera się o opowieść "Stinger" autorstwa Roberta McCammona i przyznam, nie znam tej książki. Nie mnie oceniać, czy to jest udana ekranizacja, czy też nie. Serial się rozpoczyna tak, że poznajemy rodzinę pewnej pani lekarz weterynarii i w tą rolę się wciela Polka, polska aktorka. Znaczy się australijska aktorka polskiego pochodzenia rodziców Polaków. Nazywa się nieformalnie Yvonne Strachowski. Prawdopodobnie naprawdę się nazywa Strzechowska. I ona w serialu mieszka ze swoim niewiernym mężem, dziećmi i teściową na dużej, odludnej farmie. Tam prowadzi swój szpital dla zwierząt, że tak powiem, gospodarskich. I pewnego wieczora dzieje się coś bardzo dziwnego, co sprawia, że oni zostają uwięzieni razem z sąsiadami wskutek...
I tu jest też Marku duży problem, bo ten serial się zaczyna bardzo dobrze. To znaczy się tak, on jest ogólnie dobrze zrobiony, w miarę to się da oglądać. Tylko że zgadzam się z tym, co powiedziałeś, że po pewnym czasie on dostaje zadyszki, potem tak jakby łapie drugi oddech, kiedy nam się pojawiają dodatkowi bohaterowie, a potem w sumie wszystko się kończy, także nie wiemy, co by było dalej. Ale ja odniosłem takie wrażenie, że wiecie, nagle dostajemy historię, która się całkiem fajnie zaczyna i nie wiemy, czy to są zombie, czy to jakieś postapo, czy to jakaś epidemia tam będzie, czy to pieron wie, co tam się dzieje i jak ktoś tam szybko straci wątek, to kurde można się w tym serialu lekko pogubić, bo generalnie to jest serial o kosmitach, ale pomimo tych wszystkich plusów może nawet to jest momentami trochę przerażające, to ta opowieść jest dość infantylna. Ja mówię, ja nie znam powieści "Stinger" autorstwa Roberta McCammona, ale wydaje mi się, że ona jest dość młodzieżowa w swoim głównym trzonie. Młodzieżowa, tak można powiedzieć. To znaczy się ja to tak widzę mocno naiwnie. Dobrzy i źli kosmici szukający tam ludzkich żywicieli, obcy przeskakujący z człowieka na człowieka. Takie coś, co dzisiaj już jest mało, że tak powiem, pociągające. Do tego jakieś wątki rodem z "Koloru z przestworzy".
Lekko zawiła intryga plus dzieciaczek, przez którego się komunikuje dobry kosmita. No nie wiem. I tak po trzech, czterech odcinkach przestałem się dziwić, dlaczego ten serial został, brzydko mówiąc, scancelowany, zrzucony z rowerka. I byłem zawiedziony. W pierwszej połowie uznałem, że to absolutne nieporozumienie, że to jest zły serial. Zły serial jako historia, jako opowieść. Potem jednak gdzieś tam, nie wiem, czy to jest dokładnie połowa, no dajmy na to, że to jest połowa, bo nie liczyłem. Poznajemy drugą grupę bohaterów, tak jakby, w tym czarnoskórego McNabba i jego kolegów. I w tym jednym odcinku ta opowieść robi się dużo ciekawsza przez to. Bo to są ludzie, grupa wariatów tak naprawdę, spiskowców, lepiej to zabrzmi.
Oni ścigają osoby, które uważają za wcielonych obcych. Realizują swój zbrodniczy, szaleńczy plan absolutnie i dobrze to wiedzą, co realizują. Wciągają w to kolejne osoby. W pewnym momencie dochodzi do starcia z istotą, która jest silniejsza niż im się wydaje. No i przecinają się drogi McNabba, jego kolegów. Znaczy to w sumie to McNabb jest tutaj główną postacią. Jego drogi się przecinają z drogami pani weterynarz i zanim to wszystko nabiera finalnego rozmachu, to nam się kończy pierwszy sezon i cały serial prawdopodobnie.
[01:11:51] - A jednak w tym serialu są pewne interesujące wątki. Nie mówię, że to są wątki nowe, bo jeśli ktoś prześledzi historię fantastyki, zarówno tej pisanej, jak i tej filmowej, to da się podobne wątki odnaleźć. Niemniej jednak w czasach, kiedy spora część widowni nastawiona jest na obcych, którzy jakoś wyglądają, są mniej lub bardziej humanoidalni, są materialni, to w tym serialu mamy przypomnienie o tym, że po pierwsze niby czujemy, czym jest życie, niby tak opisowo potrafimy do tego się odnieść, czym życie jest. Ale kiedy mielibyśmy tak dokładnie powiedzieć: oto życie. Życie polega na tym, że... I tu musiałaby się pojawić definicja. To byłoby trudno. Tak naprawdę byłoby trudno. Co więcej, ten serial Pokazuje, że obcym może być bliżej do duchów w naszym ujęciu ziemskim. Duchy, wiecie państwo, to inna rzeczywistość.
To nie jest świat materialny. W związku z tym w ogóle nie wiadomo, czy jest, jak by powiedzieli bardziej sceptyczni ludzie. Więc o czym my w ogóle rozmawiamy? A w tym serialu mamy koncepcję, która zdaje się sugerować, że nie wszystko o tym świecie jeszcze wiemy i być może istnieją zjawiska, istnieją byty, istnieje cała rzeczywistość, która ze względu na to, że nie daje się mierzyć, ważyć, nie daje się obejrzeć, nie mamy narzędzi, żeby do niej wniknąć, to ona w ogóle nie leży w polu zainteresowania współczesnych naukowców. W ogóle nie leży w polu zainteresowania wielu ludzi, którzy uznają, że jeżeli czegoś nie można dotknąć, zważyć, zmierzyć, to tego po prostu nie ma. I to są opowieści różnej treści o czymś, co tak naprawdę nie istnieje. Tymczasem tutaj dostajemy koncepcję, według której obcy wcale nie muszą być tak do końca materialni. Być może istnieje pewna rzeczywistość, w której obcy może być energią, może być gazem. I tu możemy mnożyć hipotezy, bo to tak naprawdę w serialu wyjaśnione do końca nie jest, ale może być czymś, co nie kojarzy nam się z materią, nie kojarzy nam się z małym zielonym albo z małym szarym, albo z jakimś innym przedstawicielem obecnym na stronach różnych powieści czy w filmach różnego rodzaju. Otóż obcy mogą być również tacy niematerialni, tacy nieuchwytni, a jednak groźni, jak sugeruje to serial.
Co więcej, oni mogą próbować w jakimś stopniu opanować Ziemię. Tam przecież w pewnym momencie mowa jest o inwazji, jakkolwiek odbierać to słowo, bo w przypadku tego serialu należałoby odbierać w dosyć specyficzny sposób. Dlaczego? Musicie się państwo przekonać sami. Już nie idźmy w tych spoilerach zbyt daleko. Natomiast myślę, że to jest coś, co w tym serialu jest ciekawe. Wcześniej nie zwróciłem na to, Piotrze, uwagi, ale przyznaję ci rację. Ten serial, nie wiem, czy taki miał być w zamyśle scenarzysty, ale on rzeczywiście tchnie jakimś takim uproszczeniem i młodzieżową nutą. Uproszczenie czarno-białe i ta młodzieżowa nuta. Wyjaśnijmy państwu wszystko szybko i łatwo.
Mniej więcej do tego się tę nutę młodzieżową da sprowadzić. Na to nie zwróciłem uwagi, ale powtarzam, przyznaję ci, Piotrze, rację. Pomimo tego, że on rzeczywiście momentami osiada na mieliźnie i momentami ciężko mu się wyplątać z mielizny. Z mielizny to się chyba człowiek czy cokolwiek się nie wyplątuje, tylko próbuje zejść z tej mielizny. Czas schodzi ten serial w końcu z tej mielizny, ale naprawdę ciekawe, przynajmniej dla mnie, nie wiem, jakie państwo będziecie mieli wrażenia, dla mnie ciekawa była ta koncepcja obcych zupełnie innych niż w większości filmów, większości seriali i książek. Niemniej jednak to nie jest koncepcja nowa. Ja to powtórzę i podkreślę. Nie nowa, ale nie tak często spotykana.
[01:16:52] - Pamiętam, swego czasu był taki film oparty o bardzo popularną książkę dla młodzieży, gdzie kosmici też wcielali się w ludzi i tym ludziom zmieniały się oczy. Nie pamiętam, jak się to nazywało, gdyż nie jestem fanem książek dla młodzieży, szczerze mówiąc. I wydaje mi się, że tutaj Stinger, czyli pierwowzór Filiżanki, też uderza w te punkty, czyli ona, młoda dziewczyna, kocha po raz pierwszy swojego kolegę, który był durniem klasowym, ale okazuje się, że jest w ogóle chłopakiem odpowiedzialnym, że tak powiem, w konfrontacji z tym nieznanym. Ale ona go kocha, a w niego się wciela obcy i w babcię się obcy wciela. Tam wędruje ten obcy jak jelitówka po wszystkich w sumie. I to się robi takie nędzne w pewnym momencie.
[01:17:43] - A on jej tak pięknie wyznaje miłość, w dodatku tak mimochodem, a jednak i człowiek się wzrusza. Żartuję, ale troszeczkę takimi rzeczywiście ścieżkami młodzieżowymi to momentami podąża.
[01:17:58] - Tak, jest też wątek dla dorosłych, bo okazuje się, że tam jest też zdrada. Zdrada, którą widzimy od pierwszego odcinka, to sobie doobejrzycie, że tak powiem, jeżeli wam się będzie chciało. Ja, Marku, odniosłem natomiast takie wrażenie, bo tam są dobre momenty w tym serialu i takie wrażenie odniosłem, że gdyby przestawić kolejność opowiadania tej historii albo trochę rozbalansować tą opowieść, przenieść główny ciężar z tego domku na prerii, nie na prerii, ale z tego domku gdzieś tam w stanie chyba Georgia na tego McNaba, to by było wszystko dużo ciekawsze. Bo tak naprawdę na początku dostajemy opowieść, która jest smętna, a ten McNab i jego postrzeleni koledzy to już jest coś ciekawszego. Bo kiedy oglądamy "Filiżankę", zaczynamy naszą przygodę, to początkowo nam się wydaje, że to jest jakieś post-apo albo preludium do inwazji zombie. Błędem trochę jest takie przeciągnięcie momentu oczekiwania Żeby się dowiedzieć, o co właściwie chodzi. Bo tak jak we From mamy mocne uderzenie na początku i przychodzi czekać na rozwinięcie się akcji, a kiedy ta się rozwija, to się robi to już trochę mniej ekscytujące wszystko. Jeżeli ktoś nie oglądał uważnie, to może przestać rozumieć, czym jest ta linia, przez którą przejście oznacza śmierć i co się dzieje poza nią i kim jest ten Harbinger, jaka jest jego rola w całej historii. W sumie to też tego nie wiemy, bo serial się kończy. Dlaczego się kończy?
Oficjalnie go skasowano z powodu słabej oglądalności. Ponoć poprzeglądali jakieś tam tabelki, wyszło na to, że nie ogląda się i trzeba to zakończyć, bo za dużo chyba wydali. Wydali, bo to serial jest, cały czas będę stał na tej pozycji, zrealizowany dość dobrze. Ciekawe, co by się stało potem, co mogło wywołać, to jest Marku ważne moim zdaniem, co mogło wywołać tą słabą oglądalność, bo ja nie sądzę, żeby "Filiżanka" była gorszym serialem na tle innych, które żeśmy omawiali albo bardzo jakościowo gorszym, takim totalnie do śmieci. Nie, nie, tam coś nie zagrało i ciekawi mnie, co wywołało ten brak oglądalności. Może słaba promocja? Może. Nie wiem, jaka była. Nie mnie to oceniać, ale jest taka niejednoznaczność związana z tym serialem. Brak skutecznej komunikacji z widzem sprawia, że wiele osób mogło w ogóle odnieść wrażenie, że to jest serial o zbieraczach antyków na przykład, albo o parzeniu herbaty.
Bo ani plakat, przede wszystkim plakat, obrazy, jakoś to do nas nie woła, że mamy do czynienia z serialem science fiction o kosmitach. Jak ktoś zobaczy: o, filiżanka, serial o filiżankach będzie chyba. Jak to ma być popularne? Historia magnaba. To było lekko szalone, może badziewne, może odtwórcze, ale taki jest ten serial. Natomiast jeżeli chodzi o realizację tej drugiej części, przeciągnięto to wszystko trochę, przynudzono. Czy jeżeliby powstały kolejne sezony, ten serial by się skiepścił i stał miałki? Na pewno. Sądząc po tej lekko naiwnej kanwie, tych wątkach młodzieżowych podejrzewam, że otrzymalibyśmy takie trochę kolejne From, gdzie już też to wszystko zaczyna być na maksa powyciągane za uszy i udramatyzowane, ale tutaj niestety nie dano szansy, nie dano tej „Filiżance", szukam dobrego porównania, napełnić się herbatą po brzeg albo kawą.
[01:21:48] - O tak, jakież to poetyckie prawie było. Ja powiem jeszcze jedną rzecz. Mnie w tych serialach rażą pewne, zaraz powiem, o co mi chodzi mówiąc o tych serialach, ale rażą mnie pewne takie kalki, takie powtórzenia, takie powracające wątki. Bo w bardzo wielu serialach tej natury, takiej obcej, sensacyjnej czy może bardziej niesamowitej pojawiają się wątki, na przykład zdrady. One są mimowolne, bo one, tak sobie wymyśliłem, że one mają z punktu widzenia scenarzystów jakoś tak uczłowieczać tych wszystkich bohaterów. Bo on był słaby, uległ pokusie, ale bardzo tego żałuje i teraz by chciał wrócić do żony. Takie ludzkie przecież i w ogóle. Ja już zaczynam, wiecie państwo, układać poezję albo sięgać do pamięci swojej i przytaczać wierszyki. Jak pojawia się motyw zdrady, to mi się pojawia taki wierszyk w głowie zasłyszany gdzieś w młodości: „Dziś z Brygidą kotlet zjada. O ohydo, jaka zdrada”.
Dlaczego jestem taki złośliwy? Dlatego, że te zdrady w tych serialach, ale w tym konkretnym serialu one są jakieś takie letnie. To znaczy żona nie wie, czy mu wybaczy. Może mu wybaczy, ale potrzebuje czasu. On bardzo żałuje i już by jej nigdy nie zdradził, żeby ona mu dała szansę. Ta jego kochanka się tłumaczy tej żonie, bo przecież dochodzi do takiej konfrontacji, że ona to tak właściwie sama nie wie, słaba była i w ogóle. Ale to już jest skończone i oni są wszyscy tacy spokojni i tacy wyluzowani. Nie, wyluzowani to złe słowo. Oni bardzo dramatycznie to przeżywają. To widać po grze aktorskiej.
To wszystko jest oczywiście okupione wielkimi wewnętrznymi emocjami. Mamy w to bardzo wierzyć. Natomiast oni są wszyscy tacy spokojni. Może mu wybaczy, bo przecież jednak fajny chłop. Tam emocji jest znowu tak niespecjalnie wiele. Oni walczą o przeżycie, więc przecież nie będą wywlekać takich prostych, niemalże fizjologicznych odruchów. Jak chłop jakoś tam sobie poszedł bokiem, to trzeba mu wybaczyć albo przynajmniej rozważyć, żeby mu wybaczyć. Ludzkie? Ludzkie. Prawdziwe?
Prawdziwe. Oczywiście tak się w życiu przecież zdarza. Tylko ja zupełnie nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, dlaczego w co drugim serialu, zupełnie nie o tym, tego rodzaju wątki powracają. One powracają oczywiście w różnych konfiguracjach. Albo ona jego, albo on ją, albo oni siebie nawzajem. Ale zawsze to się musi pojawiać. Ktoś powie: chłopie, odpierdziel się, takie jest życie. Tak, owszem. Tylko czy aby na pewno są to najlepsze wątki, żeby je eksploatować w serialu, który opowiada o czymś zupełnie innym? I ktoś powie: "Czepiasz się już tak na siłę, bo przecież jakieś tło psychologiczno-socjologiczno-obyczajowe trzeba stworzyć".
Tak, tylko dlaczego za każdym razem, takie jest moje wrażenie, ono jest takie podobne? Dlaczego zawsze to się musi odbywać w takich konfiguracjach? Zupełnie tego nie rozumiem. Ale ja już taki czepliwy jestem. Powiedziałem państwu, że czuję się jak jeden z tych dziadów z "Muppet Show", którzy narzekają na wszystko zawsze, choćby to nawet fajne było, to i tak muszą to skrytykować. Ja się tak czuję i staram się wywiązać ze swojego obowiązku.
[01:26:14] - Tutaj może gdyby nie dodano tego wątku, to rzeczywiście byłby to zbyt płaski serial, a tak to trochę wzbogacono może tę historię w jakiś sposób. Ja miałem pewne problemy też momentami ze zrozumieniem tego, co się tam dzieje tak naprawdę. Bo na przykład "From", bo "Filiżanka" gdzieś tam zahacza pewnymi inspiracjami o "From". Może nie takimi oczywistymi, ale taka próba wciągnięcia widza w bardzo skomplikowaną historię. "Filiżanka" jest momentami mało zrozumiałym serialem. Niby mamy wszystko pokazane czarno na białym, ale koniec końców motywacje bohaterów, ich zachowania momentami są dziwne. Zamiast próbować jakoś organizować się, oni robią wszystko, żeby zginąć albo narazić się na jakieś śmiertelne zatrucie. Także nawet pod tym względem ta "Filiżanka" jakoś kuleje. Mimo wszystko to nie jest najgorszy serial. To nie jest też coś, co mogłoby wyrwać z butów, ale ja bym chciał więcej produkcji na podobnym poziomie sztuki filmowej, sztuki serialowej.
Bo i aktorsko to jest dobrze zrealizowane. Także wszystko, co cieszy oko, a niekoniecznie rozum w "Filiżance" chyba jest.
[01:27:56] - W dawnych czasach w Telewizji Polskiej w "Ekranie z bratkiem", taki był program w czwartki, był emitowany serial zatytułowany "Zorro". Serial już wtedy był dosyć leciwy, bo mieliśmy lata 70., a on, jeżeli mnie pamięć nie myli, pochodził z drugiej połowy lat 50. Jeśli coś pokręciłem, to wybaczcie państwo, ale najwyżej z początku lat 60. A może jedno i drugie, bo w końcu miał kilka sezonów. To był serial "Zorro" i dzisiaj nie będzie o serialu "Zorro". Dzisiaj Eviva w swoim recenzarium opowie nam o postaci literackiej Zorro. Zapraszam.
[01:28:51] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Postać Zorro należy już do domeny publicznej, przynajmniej teoretycznie. W praktyce bowiem jest troszeczkę inaczej. Jak w przypadku innych franczyz, które przynoszą ogromne zyski, musi się znaleźć ktoś, dla kogo prawo domeny publicznej będzie dość łatwe do tego, by je obejść. W tym przypadku jest to Zorro Productions. Jest to przedsiębiorstwo, które rości sobie prawa do postaci tajemniczego mściciela w masce. Prawa, których nie powinno mieć. Właśnie ze względu na to, że jest to postać, która, jak wspomniałam, od dawna powinna znajdować się w domenie publicznej. Ale jest, jak jest. Dlatego właśnie to przedsiębiorstwo musi autoryzować każdą książkę o przygodach Zorro, która się ukaże.
I czasami robi to dobrze, czasami źle. Jak zawsze. W tym przypadku chodzi oczywiście o wyciśnięcie jak największych zysków. Wydaje mi się jednak, że pozycję, o której teraz wspomnę, mogliby sobie darować. Jest to książka Izabeli Lende "Zorro: Narodziny legendy". Zaczyna się ona, kiedy młody Alejandro de la Vega żeni się z Indianką, nadając jej hiszpańskie imię Regina i próbując zrobić z niej damę, co mu się nawet udaje, przynajmniej do pewnego czasu. Jest to o tyle możliwe, że Hiszpanie bardzo przypominają Indian. Są podobnie śniadzi, czarnowłosy i czarnocy. Zatem ubrana jak hiszpańska dama Regina może ujść za kobietę, kolokwialnie mówiąc, białą. Jednak nią nie jest i swoje indiańskie geny przekazuje synowi.
Jest nim oczywiście Diego. I tak dalej. Tak się zaczyna opowieść. Jak pani Izabela Lende poprowadziła losy młodego Zorro, o tym właściwie nie chcę mówić, bo mamy w tej książce Indian, kowbojów, piratów, bandytów, ludzi złych i dobrych, pojedynki, pościgi, bitwy morskie, różne rzeczy. Mnóstwo oczywiście czasu poświęca pisarka Indianom, a także niewolnikom afrykańskim. Jakżeby inaczej? Jak treść. Może nawet nie jest zła. Na pewno nie jest gorsza od tego, co czasami oglądamy na ekranie telewizorów czy w kinie. Problem polega na tym, że pani Allender, nie jestem pewna, czy dobrze wymawiam to nazwisko, raczej nie jest dobrą pisarką.
Znacznie bliżej jej do Heleny Mniszkówny niż do McCulley'a, czyli autora pierwszej książki o Zorro. „Narodziny legendy” to kawałek bardzo złej literatury. Grafomania w czystej postaci, a bardzo rzadko tak się wyrażam o jakiejkolwiek książce. Tutaj mnie to ubodło podwójnie. Przede wszystkim dlatego, że od dziecka uwielbiam Zorro i takie spartaczenie tego tematu było dla mnie niemal osobistą zniewagą. „Przekleństwo Capistrano”, czyli wspomniana przeze mnie pierwsza książka autorstwa Johnstona McCulley'a, też nie należała do wyżyn literatury. Mówiąc szczerze, nie uważam jej za szczególnie udaną, ale literacko stała o siódme niebo wyżej niż to, co napisała pani Izabella Allender. Nie mówiąc już o trylogii pisarza ukrywającego się pod pseudonimem Luigi Mikuno. Proszę się tutaj nie pomylić, ponieważ tę książkę napisał Polak. Która to trylogia była naprawdę doskonała pod każdym względem, chociaż zmieniała trochę czas i miejsce wydarzeń.
Natomiast „Zorro: Narodziny legendy” to grafomania czystej wody. Jest to Zorro napisany w takiej formie jak słynna trędowata. Nie zmienia to faktu, że ta książka, mam na myśli trędowatą, zrobiła ogromną furorę. Jednak każdy, kto dzisiaj weźmie ją do ręki, zorientuje się, że z literackiego punktu widzenia jest to pozycja absolutnie nic niewarta. To samo dotyczy książki, o której mówię. Sam styl, jakim operuje pisarka jest nie do zniesienia. Konstrukcja postaci — do tego trudno się przyczepić, ponieważ to po prostu jest wzięte z filmów i innych książek. Natomiast wszystko to, co dała od siebie — Boże przenajświętszy. Dlatego, co rzadko robię, szczerze państwu odradzam zakup tej książki. Możecie ją wypożyczyć w jakiejś bibliotece i przeczytać, żeby się przekonać, czy mam rację.
Jednak mówię szczerze: zakupienie jej to pieniądze wyrzucone w błoto. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:34:22] - Proszę państwa, ponieważ Piotr Cielebiaś jeszcze się nie oddalił, jeszcze jest obecny, to jest najlepszy znak tego, że zbliża się Sentymentalnik. A dzisiaj porozmawiamy o serialu mojego dzieciństwa. Piotr wtedy, kiedy on oglądał serial „Gruby”, to ten serial już był mocno podstarzały. Ja go oglądałem na bieżąco. To z jednej strony opowiada o różnicy wieków pomiędzy nami, ale też pokazuje, jak różną optykę możemy przyjąć opowiadając o tym serialu. Różną albo może trochę zbliżoną. Przekonajcie się państwo sami. A zatem rozpoczynamy Sentymentalnik i serial „Gruby”. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Sentymentalnik.
A skoro Sentymentalnik, to nieodmiennie pojawia się na antenie Piotr Cielebiaś z kanału UFO Historie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:35:41] - Dzień dobry wieczór. Witam wszystkich.
[01:35:44] - Tak, zaczynamy Sentymentalnik. Ja nawet nie wiem, czy jak wypowiem tytuł filmu, to nam YouTube tego nie zakwestionuje, bo jak w swoim czasie opowiadał Lotek, znany standuper, jeden z jego programów, kiedy on był maksymalnie objętościowo rozbuchany i to był program o tym, jak się w ogóle traktuje ludzi puszystych, został przez YouTube'a zakwestionowany za fat shaming. To przyznam, proszę państwa, duże osiągnięcie, żeby człowiek, który waży 140 kilo i nabija się z ludzi puszystych, dostał coś w rodzaju poważnego pierwszego albo może nawet nie pierwszego ostrzeżenia od YouTube'a. Więc boję się, że jak wymienię tytuł dzisiejszego filmu czy serialu właściwie, to też jakiś ban się nam trafi. Niemniej zaryzykuję. Dzisiaj będziemy rozmawiali o serialu z lat 70. Serialu, który był zatytułowany „Gruby”, który powstał na podstawie książki Aleksandra Minkowskiego z tym samym tytułem oczywiście.
[01:37:06] - Tak. Serial jest siedmioodcinkowy. Reżyserem jest Wojciech Fiwek. Producentem było FWO w Łodzi i to trochę się na charakterze, naturze tego serialu odbija. Premiera „Grubego” była w 1972 roku. Nie wiem, czy była premiera. Tak jest podpisany. Opowiada o losach Maćka Łazanka, tytułowego chłopaka przy tuszy, jego rodziców i kolegów na Ziemiach Odzyskanych. To ma miejsce tuż po wojnie. Tam werwolf grasuje Szabrownicy i w ogóle.
Serial powstał w oparciu o książkę Minkowskiego. Nam o niej za chwilę Marek kilka słów powie, bo serial „Gruby", a książka „Gruby" to dwie trochę inne rzeczy. Są pewne zmienione wątki w fabule. Dobrze, to jest jedna rzecz, ale nim ci Marku oddam głos i zapytam, jak zapamiętałeś ten serial, to słowo ode mnie, bo to jest taki serial, który ja dobrze wspominam, bo on leciał w telewizji rzadko, bo rzadko, ale jemu tam brakuje jednak trochę do „Samochodzika i templariuszy" czy do „Wakacji z duchami". On jest w tej mojej osobistej stawce polskich seriali dla młodzieży trochę dalej, ale nie na końcu. Nie jest najgorszy. Dlaczego wymieniłem „Samochodzika" czy „Wakacje z duchami"? Bo w „Grubym" jest też pewna zagadka historyczna, ale ona nie jest wyeksponowana jak w poprzednich dwóch serialach, czy na przykład jak w „Szatanie siódmej klasy", przez co „Gruby" jest serialem bardziej obyczajowym i dlatego może nie jest tak dobrze pamiętany. Nie jest też często puszczany w telewizji. W tym serialu poznajemy losy Maćka i jego kolegów.
Kolegów, z którymi mu się nie zawsze dobrze układa. I tam ta zagadka historyczna związana z pewnym miejscem w jego szkole jest w tle. Ważną postacią jest woźny Józef grany przez Józefa Milskiego. Tutaj się nam przypomina automatycznie „Szatan z siódmej klasy". Tytułowy Gruby ma kilku kolegów. Jedne przyjaźnie się rodzą, inne się rozpadają. Rówieśnicy mu dokuczają, wiadomo, ze względu na gabaryty, ale on się nie daje. To też nie jest taki ogóras miękki. Ja go lubię, bo on taki ostry jest. Potrafi się tam odgryźć.
Nie siedzi, nie płacze jak jakaś lala, tylko umie sobie poradzić. I ten serial sobie płynie, że tak powiem, w pewien sposób. I to jest chyba najlepsze określenie moim zdaniem tego serialu, że on sobie płynie do końca. A jak ty go Marku zapamiętałeś? Czy to był popularny serial w ogóle?
[01:39:58] - Wtedy wszystko było popularne. Premiera tego serialu, przynajmniej dla mnie premiera, ja tu nie opieram się na faktach historycznych, takich ogólnie dostępnych, tylko na swojej pamięci. Dla mnie premiera tego filmu odbyła się w „Ekranie z bratkiem", takiej audycji czwartkowej, która była takim combo różnych wstawek tematycznych i na końcu zawsze był film. Czy to „Stawiam na Tolka Banana", czy „Podróż za jeden uśmiech", czy „Wakacje z duchami", czy w końcu „Gruby". Ja wspominam ten film bardzo dobrze, bo to był serial przesycony jakimś optymizmem. To znaczy czasy ponure, bo rzeczywiście tuż po wojnie ziemie odzyskane. Wspomniałeś o Werewolfie, o szabrownikach. To wszystko tam jest. Jakieś próby dziwne, jakieś podejrzane typy się kręcą, a jednocześnie dzieciaki, nastolatki i to takie wcześniejsze nastolatki poznają rzeczywistość, a ta rzeczywistość bywa dziwna. Bywa zagadkowa.
Tam jest zagadka, tak jak powiedziałeś, natury historycznej, ale związana też odwołująca się do czasów wojny. To wszystko ciekawe. Tam było napięcie, takie fabularne napięcie, a jednocześnie pewna rzeczywistość taka, nie chciałbym jej nazywać sielankową, ale taka optymistyczna. Bo dzieciaki idą do szkoły. Powiem już, samo to jest mało zrozumiałe, bo co jest optymistycznego w pójściu do szkoły? Z punktu widzenia dzieciaków to mało optymistyczne. Sam pamiętam, że chociaż w szkole szło mi całkiem nieźle, przynajmniej w podstawówce, to jakoś takiego specjalnego parcia do tej szkoły nie miałem. Tymczasem tu dzieciaki idą do szkoły. Fakt, że nie mogły do tej szkoły chodzić przez długi czas, więc coś, co jest nowe, może być atrakcyjne. Więc chodzą do tej szkoły całkiem chętnie.
Szkoła jest przedstawiona, moim zdaniem, zabawnie, a jednocześnie tak, że się chce to oglądać. To jest serial, który powiedziałem już, tchnie optymizmem takich nowych czasów powojennych. Trochę to z perspektywy dzieciaków, pewnych mechanizmów, które się dzieją poza nimi. Bo ojciec jednego z bohaterów zostaje aresztowany, przewieziony gdzieś do aresztu. Wszyscy podejrzewają, że się tam wysługiwał komuś, że coś złego zrobił. To się później rozwiązuje, że wcale tak nie było, że to było fałszywe oskarżenie. Ale moment napięcia jest. Moment pewnej nieufności nawet do tego bohatera, kolegi, głównej postaci w tym serialu. Tam są te napięcia typowo młodzieżowe, związane chociażby z aparycją tego głównego bohatera, a w ogóle z jego zachowaniem, z pewnymi podziałami rówieśniczymi. Wiadomo, że w takiej grupie klasowej chociażby tworzą się podgrupy.
Jedni trzymają z drugimi, ci trzeci z czwartymi i już są dwie grupy przynajmniej. I tak dalej. Tu bardzo fajnie rozbudowany jest wątek kontaktu z woźnym, z panem aktor Milski. Milski, którego jak powiedziałeś, znamy z innych seriali dla młodzieży I to jest też coś, co przyciąga. Bardzo dobrze zbudowana postać. Jest tam oczywiście też zły, trudno nazwać woźny. To taki człowiek, taka złota rączka, która w tej szkole grasuje. To jest bardzo podejrzany typ. Jest też typ niejednoznaczny, to znaczy wuefista. Tylko między innymi wf-u naucza.
Ale to jest taki gość ostry z jednej strony, młodzież młodzieżą, ale z drugiej strony w pewnym momencie wydaje się podejrzany. Więc powiem tak: scenarzyści dobrze ten film rozpisali, rozrysowali. To się chce oglądać do dzisiaj. Jak sobie czasami z sentymentu włączę, to widzę, że ten scenariusz jest dobrze skrojony, naprawdę dobrze skrojony. Te napięcia, mini napięcia, które się pojawiają w serialu, dobrze są wyeksploatowane, dobrze pociągnięte. Te wątki się nie urywają, nie kończą. To jest ta różnica pomiędzy dawnymi serialami a współczesnymi, których ma się wrażenie, że niektóre sceny, ba, całe wątki nie wiadomo po co są nakręcone. Tu wszystko działa jak w maszynce, takiej dobrze ustawionej maszynce. Jeśli jakiś wątek jest zaproponowany, to on jest ciągnięty i jest po coś. Nie ma wątków pustych, martwych.
Czasami nie wiadomo, o co chodzi, jak się ogląda po raz pierwszy, ale to w pewnym momencie znajduje wyjaśnienie. Chylę czoła. To był serial jednak zrobiony z pewną maestrią.
[01:45:18] - Ja powiem tyle, że z tego, co sobie tak przypominam, to „Gruby” był emitowany w Telewizji Polskiej rzadko w moich latach. Pamiętam może kilka przypadków. Mówię o TVP, bo potem były te wszystkie inne kanały i on tam był. Oczywiście jest też w internecie i stąd, że on tak często emitowany nie był, to pewnie jest przez pewną grupę wiekową pamiętany gorzej. A powód tego, że nie jest emitowany jest dość oczywisty, bo po pierwsze w filmie przedstawiono sceny uchodzące za niebezpieczne w postaci na przykład zabaw bronią albo tego, że dzieci broń ukrywają. To jest jedna rzecz. Druga sprawa, że to akurat może nie jest in minus. Natomiast druga sprawa jest taka, że ten serial pokazuje dość obległe czasy jednak z perspektywy już dzisiejszych ludzi. To są czasy moich dziadków na przykład tuż po wojnie i którzy mi opowiadali bardzo, bardzo podobne rzeczy do tego, co widzimy w serialu „Gruby”. Czyli na przykład kiedy mój dziadek się bawił tam karabinem, który zapierniczył z wujkiem Niemcom gdzieś pod górą Osona.
Ale co ciekawe, „Gruby” mi też przypomina kilka takich opowieści rodzinnych, bo jeden z moich wujków wyjechał na te ziemie odzyskane. Był tam kimś w rodzaju, nie wiem, co on tam robił w sumie. Miał tam dziadka zabrać. Dziadek tam był nawet przez jakiś czas w okolicach Legnicy. No ale wrócił. Nie podobało mu się. I tutaj ciekawa rzecz jest również z tym związana, bo wiele osób oglądając dzisiaj „Grubeго” odnosi wrażenie, że to też jest taki serial bardzo socjalistyczny, że on jest wysycony w pewnych punktach, momentach jakąś tam narracją prokomunistyczną, że tam momentami aż się wylewa. Nie do końca. Ja będę bronił tego serialu z kilku powodów. No bo tam wiecie, w jednym z pierwszych odcinków dzieci powtarzają informacje o manifeście PKWN, muszą go przepisać do zeszytu.
Są tam jakieś piosenki z tamtych lat, także w momencie swojej premiery „Gruby” przedstawiał przeszłość i doznania pokolenia poprzedniego, to znaczy nie tego pokolenia co jego docelowi odbiorcy. I jak się tak dokładnie przyjrzymy i jak się dokładnie wsłuchamy w to, co oni tam mówią, a to jest wyeksponowane, to nie jest wcale taki socrealistyczny serial, bo woźny mówi o Ruskich wprost. O Ruskich. Nie o Sowietach, nie o Rosjanach. Mówi o Ruskich. Mowa o Powstaniu Warszawskim. Pokazuje się jak, nie wiem, czy to akurat milicja, czy to jakieś służby, ale że przetrzymują ludzi niekoniecznie winnych. Kolejna sprawa tam dyrektor szkoły czy jakiś nauczyciel mówi: „No zobaczcie, to są ziemie odzyskane. Tutaj się wiele różnych ludzi zjechało. Różnych, dziwnych”.
Tam cały czas padają informacje, żeby po nocy nie chodzić, bo jest niebezpiecznie. Także nie jest tak grzecznie, nie jest tak cacanie, jak by się chciało. Serial jest więc dość rzeczywisty. Podejrzewam, że niektóre wątki prosocjalistyczne, takie sielskie są po to, żeby tak po prostu musiało być, żeby to zrównoważyć. Ale wiesz, nie wiem Marku, ja odniosłem takie wrażenie, że kiedy aktor wcielający się w pana Józefa, czyli Milski, wypowiada słowa o Ruskich, to ja tak mówię: o Boże, przecież to jest niemożliwością. Niemożliwością w takim serialu. Bo ja sobie przypomniałem na przykład „Stawkę większą niż życie” i przedstawionych tam oficerów radzieckich jako bohaterów, jako takich współczujących, dobrych. Przypomniałem sobie „Czterech pancernych”, gdzie przecież Jołkipołki, Czernusow, wszystko w dechę. A tu nagle gość mówi: Ruscy, Ruscy. No ciekawe.
[01:49:15] - Tak, to prawda. To jest serial, który powiedziałeś na początku. To jest serial, który bardzo różni się od książki. Może nie, jeśli chodzi o taką główną oś fabularną, intrygę pewną, ale jednak książka, westchnę sobie, bo książka może państwa doprowadzić do stanów przeddepresyjnych. Specjalnie to akcentuję, ponieważ Minkowski Napisał książkę, która analizuje sprawy, które w serialu nie są w ogóle analizowane. Postać głównego bohatera w książce jest opisana bardzo głęboko pod kątem psychologicznym. Tam jest wiele monologów wewnętrznych i my poznajemy tego chłopaka bardzo mocno. W serialu tego nie ma. To niewiele szkodzi serialowi. Od razu powiem, serial być może przez to jest atrakcyjniejszy, bo książka w gruncie rzeczy jest dosyć ponura.
Tam kładzie się nacisk na biedę, która panuje na tych ziemiach zachodnich. Matka głównego bohatera ciężko pracuje. Tu nie wiem, już nie pamiętam. Nie sięgałem, przyznam się od razu do książki, ale wydaje mi się, że ojciec jest w ogóle nieobecny w książce. Tymczasem w serialu mamy człowieka, który zajmuje się miejscową elektrownią, o ile dobrze pamiętam. W ogóle te wątki nie są tożsame, jeśli chodzi o te różne sytuacje, które mamy w filmie czy w książce. W książce mamy dojrzewanie przez pewne doświadczenia, nawet mamy do czynienia z pewną przemianą wewnętrzną głównego bohatera. Natomiast serial pokazuje takie dojrzewanie, ale to jest bardziej takie dojrzewanie poprzez uczestnictwo w wydarzeniach, a nie poprzez przemyślenia czy doświadczenia na własnej skórze. I takich różnic jest całkiem sporo. Ja nie będę o nich opowiadał, bo powiem tak: to może bardzo być mylące.
Film jest, jakkolwiek to zabrzmi, dosyć optymistyczny i przyjemny w odbiorze. Książka taka mi się nie wydawała. To nie jest zła książka, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie jest zła książka. Minkowski był takim majstrem od literatury popularnej dla młodzieży i on to potrafił robić i tę książkę można przeżyć i nie będziecie państwo niezadowoleni po jej przeczytaniu, ale nastroje, atmosfera w książce i w filmie są zupełnie różne. To jakby dwa odrębne dzieła. Powiem tak: ja wolę film. On zdecydowanie optymistyczniej zapisał się w mojej pamięci. Lubię go po prostu. Naprawdę lubię.
Bo książka ma taki ton refleksyjny, niejednoznaczny, smutny po prostu. Natomiast film jest optymistyczny, wyciszony emocjonalnie. Tam nie ma tego rodzaju dylematów, jakie są w książce. Co więcej, książka zostawia nas z takimi pytaniami o przyszłość bohatera, o to, jak to wszystko się potoczy. A serial daje nam poczucie zakończenia, daje nam poczucie rozwiązanej historii. Coś się kończy. Wiadomo, że jakaś przyszłość, ale tam nie ma takiej sytuacji jak w książce, że przyszłość jest niewiadoma, niepewna, nie wiadomo, co będzie. Zdecydowanie konwencja, którą przyjęto przy serialu, jest przyjemniejsza w odbiorze. Znowu muszę to powiedzieć po raz kolejny: end tiles. Jest po prostu optymistyczne to wszystko.
[01:53:26] - Często, kiedy mówiliśmy o tych serialach dla dzieci i młodzieży PRL-owskich, niekiedy, nie zawsze, ale czasami padał taki zarzut, że te dzieci nie zawsze spełniały się w tych rolach. Czasami wychodziło sztucznie. W przypadku „Grubego” wyszło bardzo dobrze, jeżeli chodzi o te role dziecięce. Główny bohater ogólnie dużo wnosi jako taka postać dość przyjemna generalnie, ale jego koledzy to nie byli aktorzy dziecięcy, którzy potem w większości kontynuowali karierę, bo nie byli. Wypadli doskonale moim zdaniem. Przynajmniej te rozpoznawane role, nawet te drugoplanowe, trzecioplanowe świetnie. Tak samo aktorzy wcielający się w dorosłych świetnie, chociaż z pewną nutką dydaktyczną zawsze. Milski, chociaż jemu użycza głosu inny aktor, bodajże też znany aktor, zresztą Zintel, też świetnie. To też jest taka charakterystyczna cecha tych seriali PRL-owskich dla dzieci, że tam ta obsada dorosła ciągnęła produkcję. Natomiast co jest w „Grubym” takiego, że on nie jest takim klasykiem?
Dla niektórych może jest, ale sami przyznajcie, że nie widzimy, nie słyszymy o nim tak często, jak chociażby o „Wakacjach z duchami”, które był taki czas, że leciały co rok na TVP. Dzisiaj to, że coś leci na TVP, nie jest żadnym wyznacznikiem, ale uwierzcie, kilkanaście, 20 lat temu to było. I gdyby pociągnięto, Marku, mi się wydaje ten wątek przygodowo-tajemniczy w tym serialu, to byłoby o wiele lepiej, gdyby go wyeksponowano. Wtedy „Gruby” stałby się serialem z samej topki, gdzieś tam sąsiadującym z „Templariuszami” i „Samochodzikiem” i tak dalej. A tak to jest de facto serialem obyczajowym, dydaktycznym, trochę edukacyjnym. Przypominam zrealizowanym przez Wytwórnię Filmów Oświatowych w Łodzi i on służy rozwijaniu postaw u młodych obywateli. Ale mimo wszystko, szczerze mówiąc, na tle innych jest dobry.
[01:55:42] - Ale mamy też tajemnicze podziemia, tajne przejścia złych knujących. Nie wiem, Miecio on miał na imię? Ta złota rączka, który wiadomo, że knuł. Nawet pamiętam emocje przy oglądaniu po raz pierwszy serialu. Tam jest taka scena, kiedy ten Mieciu Woła woźnego Milskiego, żeby mu rzucił młotek. Dla dziecka było, dla mnie było jasne, że jak on rzuci młotkiem na pierwsze piętro, czy tam, na którym ten Mieciu przebywał, to zabije się po prostu. I w pewnym momencie woźny ma ochotę odrzucić rzeczywiście ten młotek na piętro, a ten zły człowiek się uśmiecha, bo może tym młotkiem trafi się w głowę. A w końcu rezygnuje i dla mnie, dla dzieciaka, naprawdę dzieciaka wtedy, napięcie zeszło od razu, bo ja wiedziałem, że ten zły człowiek czyha na sympatycznego skądinąd woźnego i nagle okazał się rozsądny. Nie rzucił tego młotka. Ja wiem, to jest taki bardzo prosty przykład, ale pokazuje moim zdaniem bardzo dobrze, na jak prostych emocjach ten serial grał.
To źle? Nie, to bardzo dobrze. On był bardzo prostym serialem i Piotr powiedział o tym, żeby wyeksponować ten wątek tajemniczy. Przyznam rację. Rzeczywiście, gdyby on był bardziej wyeksponowany, ale nie jest. A jednocześnie mamy tam na przykład wątek żniw, jak oni tam pomagają gospodarce socjalistycznej.
[01:57:24] - Ale Marku, przerwę. My tam mamy delikatny wątek fantastyczny nawet i zapomniałem o tym powiedzieć, bo tam jeden z kolegów Grubego ma teleskop, taki mały, odziedziczony gdzieś po Niemcach i tam padają słowa o kanałach na Marsie, o podróży na Księżyc. To też jest warte wspomnienia.
[01:57:49] - Tak, to prawda. Zapomniałem nawet o tym, ale kiedy powiedziałeś, wspomnienia wróciły. To prawda. To jest naprawdę sympatyczny film. Te wspomnienia, zacząłem o tym mówić, ze żniw. Takie bardzo obyczajowe, a jednocześnie takie bardzo dziecięce. Naprawdę ubawiłem się, kiedy widziałem sceny z klasy, jak wyglądała szkoła, jak traktowali nauczyciele młodzież. Proszę państwa, dzisiaj za samo wejście nauczyciela pokazane w tym filmie, kto wie, czy by się prokurator nie pojawił. Żartuję oczywiście, ale po prostu różnica pomiędzy tamtymi czasami, myślę, że całkiem zgrabnie zarysowanymi, a współczesnością to jest przepaść. To rzeczywiście jest podróż w czasy tajemnicze i niezwykłe.
Pewnie równie niezwykłe, jak te kanały na Marsie. I dlatego warto jest pogrążyć się w sentymencie i sentymentalnie do tego serialu wrócić. Zresztą bardzo taka sympatyczna, myślę, że też dobrze dobrana melodia otwierająca serial. Z jednej strony coś groźnego w niej, są takie akcenty groźne, a z drugiej strony pełen optymizm. Taki chórek dziecięcy. Naprawdę ja bardzo dobrze ten serial wspominam. Nagle werwolf się pojawia, strzelanina jest. Wierzcie mi państwo, to pomieszanie wątków, które w moim wykonaniu może brzmieć jak pełen chaos, w serialu wypada znakomicie. I to się klei wszystko. W dodatku daje całość, która się ogląda, po prostu się ogląda.
Ja myślę, że wielu współczesnych, bardzo mądrych, bardzo wyuczonych i doświadczonych ponoć scenarzystów powinno patrzeć, jak pisało się seriale kiedyś. Jak prostymi metodami, bez wydziwiania, bez kombinowania, bez silenia się na jakieś tam, wiecie państwo... Dobrze, już nie użyję tego porównania, które przyszło mi na myśl. Więc bez silenia się na różne cuda można osiągnąć efekty nie tylko dydaktyczne przy okazji, ale również po prostu nakręcić serial, który dzieciaki chcą oglądać. Ja nie wiem, czy dzisiaj by chciały oglądać, ale wtedy, kiedy był kręcony, to się oglądało, o tym się rozmawiało. Ja pamiętam, może dobra pamięć to jest pewne przekleństwo jednak, ja pamiętam dyskusje w szkole, co dalej będzie i jak to będzie i czy Gruby jest tak bardzo gruby, jak jest gruby, czy może jednak całkiem fajny gość. Tego rodzaju problemy się rozważało. Myślę, że dzisiaj seriale dla dzieci i młodzieży takich emocji nie budzą. I być może to jest wypowiedź starego zgreda, który tęskni za czasami, które już pewno nie wrócą. I bardzo dobrze.
Ale jednak pewna maestria filmowej produkcji dobrze, żeby wróciła. Jakiż to byłby odcinek Bibliotekarium 2.0, gdyby nie pojawiła się audycja Bez Tajemnic. Dzisiaj zapraszam państwa na egzorcyzm spirytystyczny.
[02:01:34] - Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu w pewnej amerykańskiej popularnej serii telewizyjnej o duchach znalazłem historię spirytystyczną ze spirytystycznym egzorcyzmem w tle i postanowiłem ją skomentować. W 1986 roku wybudowałem dom, ożeniłem się i założyłem rodzinę. Mamy tutaj zwykłą amerykańską rodzinę, która sobie żyje szczęśliwie w ich własnym domu. W rodzinie tej jest między innymi córka, która ma kolegę, z którym dorastała. Wszystko jest fajnie. Chłopak zrobił prawo jazdy. Tutaj możemy się zastanawiać, co to się stanie.
[02:02:29] - Zobaczyłam starszego mężczyznę w czapce z daszkiem. Nie mam pojęcia, skąd wiedziałam, że to ojciec Stevena. Dziewczyna nigdy go nie spotkała. Zmarł wiele lat wcześniej.
[02:02:46] - Na razie nie wiadomo, o co chodzi. Można domniemywać, że dziewczyna ma zdolności medialne, ale te zdolności medialne pozwalające na ujawnienie się tego ducha, na zamanifestowanie się tego ducha mogły pochodzić także od jakiejś innej osoby, bo w końcu są na imprezie. Nie wiem, dlaczego ten duch ma taką zniekształconą twarz. Może ten mężczyzna zmarł w wyniku choroby. Ten duch przedstawił się dziewczynie. Nie musiał nic mówić, tylko po prostu przekazał jej tak jakby telepatycznie swoje myśli, swoje uczucia, swój stan emocjonalny. Dziewczyna po prostu domyśliła się. I od razu tutaj uprzedzam fakty. Tego ducha nigdy więcej w tym materiale nie zobaczymy. On w ogóle tutaj tak naprawdę nie gra żadnej innej roli poza tą domniemaną, gdzie według mnie ten duch miał przygotować tę młodą dziewczynę do kolejnych manifestacji, ponieważ główne skrzypce w tej historii rozegrają inne duchy.
[02:03:51] - Ten samochód należał do twojego taty.
[02:03:56] - Tak. A co?
[02:04:02] - Nosił czapkę z naszywką z głową konia?
[02:04:10] - Skąd wiesz?
[02:04:13] - Duch zidentyfikował się dzięki tej czapce, którą miał na głowie z tym jakimś tam emblematem, jakimś znaczkiem, ponieważ duch wiedział, że jego syn żyjący, kolega tej dziewczyny, potwierdzi jego tożsamość. Duchy mają taką możliwość tworzenia wizualizacji przedmiotów. W Księdze Mediów jest poświęcony temu jeden niedługi rozdział, który bardzo fajnie wyjaśnia, że duchy poprzez swoje myśli mogą stworzyć tak jakby wzór przedmiotu. To nie są oczywiście autentyczne przedmioty, ponieważ duchy nie są materialne i przedmioty te również nie są materialne. Dlatego na przykład ktoś we śnie może zobaczyć albo na jawie może zobaczyć babcię w jej ulubionej sukni. To nie muszą być tylko przedmioty takie wizualne. To może być też dźwięk, zapach, tego rodzaju rzeczy.
[02:05:06] - Kiedy byłam mała, czułam obecność babci. Teraz jest inaczej. Dostrzegam wiele duchów.
[02:05:19] - Dziewczyna była medium sensytywnym, ale jej zdolności z jakiegoś powodu uległy zmianie. To nie jest ewolucja, nie należy tego mylić. Po prostu w jednym momencie potrzebowała zdolności A, a teraz potrzebuje zdolności B. To jest tak, jakby po prostu zmieniła narzędzie. Te nowe zdolności były w niej po prostu uśpione. Ona je posiadała od urodzenia.
[02:06:18] - To tylko sen.
[02:06:20] - Tutaj nad tym należałoby się zastanowić, ponieważ jeżeli ktoś budzi się z takimi emocjami, to znaczy, że sytuacja, którą we śnie przeżył, gdzieś tam na tym poziomie spiritualnym była autentyczna. Ten jej duch rzeczywiście coś przeżył. To nie był wytwór wyobraźni. Spokojnie, spokojnie. Ten duch nie może jej skrzywdzić, przynajmniej w sensie takim fizycznym. Dziewczyna usłyszała po prostu jakieś hałasy. Postanowiła uciec. To zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłaby modlitwa. I mówię to zupełnie poważnie i warto o tym pamiętać.
[02:07:08] - Duchy wróciły.
[02:07:11] - Dziewczyna od wczesnego dzieciństwa opowiadała rodzicom o tym, że widzi duchy, ale oni okazali się być osobami o tak zawężonych horyzontach, że po prostu szkoda mówić. A szczególną głupotą wykazał się ojciec dziewczyny, który jak się później, pod koniec materiału tego filmowego dowiemy, którego matka i babka również były mediami i odbierały te wiadomości i wszyscy o tym mówili, tylko że facet nie dopuszczał do siebie myśli, że jego córka również może posiadać takie zdolności. Ja o tym już wielokrotnie mówiłem w różnych materiałach, że zdolności medialne są dziedziczone, ponieważ zależą także od budowy ciała fizycznego. I tutaj jeśli chodzi o małe dzieci, to należy wiedzieć, że dzieci, tak powiedzmy pira z oka do dziesiątego roku życia są bardziej czułe, bardziej podatne na odbiór bodźców z zaświatów. I takie dzieci rzeczywiście mogą opowiadać różne historie. Zresztą jest rzeczą w miarę powszechną, że dziecko bawi się samo w pokoju z jakimś niewidzialnym przyjacielem. Ale oczywiście najczęściej, podkreślam najczęściej to jest wytwór wyobraźni. Niemniej jeżeli jakieś dziecko, wasze dziecko przychodzi do was i zaczyna coś opowiadać, warto tych historii tak od razu nie bagatelizować, ponieważ czasami możemy być zaskoczeni. Zdolność mediumiczna u dzieci jest bardziej powszechna niż u dorosłych. Po dziesiątym roku życia pira z oko ta zdolność zanika.
W każdym razie, jeżeli wasze dziecko zaczyna opowiadać jakieś historie, warto się wsłuchać, ponieważ czasami może opowiadać jakieś fakty historyczne, o których teoretycznie nie ma powodu, żeby wiedzieć. Warto takie rzeczy sobie gdzieś na boku zanotować, wypytać dziecko, nie sugerując odpowiedzi, żeby to dziecko podało jeszcze więcej szczegółów.
[02:09:30] - Poczułam obecność ducha dziecka.
[02:09:35] - Tutaj dziewczyna czuła obecność tego ducha. To nie jest tak, że ona słyszała te dźwięki, te śmiechy i tak dalej. Ona po prostu siedziała w pokoju, chyba oglądała telewizję i czuła ducha tej dziewczynki.
[02:09:49] - Mój miś zniknął. Nigdzie go nie było.
[02:09:53] - Nie wiadomo tak naprawdę, co się stało z tym misiem, ponieważ tutaj padają jedynie sugestie. Ta dziewczyna nie patrzyła w to miejsce, gdzie ten miś upadł, gdzie ona tego misia rzuciła i ona nie widziała, czy ten miś się rozpłynął, zdematerializował, czy sobie odfrunął. Ten miś po prostu zniknął. Popatrzyła, nie było. Był, teraz nie ma. Teoretycznie są trzy możliwości. Po pierwsze to, co zostało zasugerowane w filmie, czyli dematerializacja, czyli duchy rzeczywiście mogą wpłynąć na jakiś przedmiot i rozbić go na elementy podstawowe po to, aby na przykład później gdzieś ten przedmiot z powrotem złożyć. Ale przedmioty w ten sposób skonstruowane nie są trwałe. To jest tylko iluzja przedmiotu. Duch po tym, gdy rozbije przedmiot na elementy podstawowe, nie jest w stanie go później z powrotem poskładać.
Jedna rzecz. Druga rzecz — zjawisko, które nazywa się przeniesienie. Ja o tym zjawisku już wiele razy mówiłem. Kto ogląda moje materiały regularnie, to już wie, o co chodzi. Duch, tak obrazując, obleka sobą tak jakby przedmiot. Oczywiście w pobliżu musi być medium. Obleka ten przedmiot i ten przedmiot tak jakby znika. I ten duch wtedy może ten przedmiot przenieść do innego pomieszczenia, ale nie może tego przedmiotu przenieść do pomieszczenia hermetycznie zamkniętego, ponieważ musi być odpowiednia przestrzeń, aby ten przedmiot przeszedł. Ponieważ ten przedmiot, chociaż jest niewidoczny dla ludzkiego oka, to nadal istnieje. Więc tak to opisują duchy i tak to jest przedstawione w „Księdze mediów” Allana Kardeca.
Więc to jest druga możliwość i te dwie sytuacje wymagają szczególnych zdolności medium. I ostatnia rzecz, najbardziej prawdopodobna. Ten duch mógł po prostu przenieść ten przedmiot, czyli go unieść i go przetransportować gdzieś kawałek dalej. Co się stało z tym misiem? Nie wiadomo. Film tego później nie pokazuje. Znaczy nie. Film pokazuje, że ten duch dziewczynki bawi się tym misiem, ale to jest bzdura, ponieważ duch nie mógłby tego misia przenieść sobie do zaświatów. Ten duch bawił się wizualizacją misia, ale miś fizyczny gdzieś tam w pobliżu tego domu musiał pozostać. No chyba, że został zdematerializowany.
No w końcu powiedziałem, że teoretycznie to jest możliwe.
[02:12:15] - Jej zachowanie się zmieniło. Stała się nerwowa, nie czuła się pewnie, nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Z roku na rok przybierało to na sile.
[02:12:28] - Jak już wcześniej powiedziałem, dziewczyna nie miała oparcia w rodzicach.
[02:12:32] - Markie robiła wszystko, żeby uciec przed wizjami. Jednak duchy wydawały się podążać za nią.
[02:12:39] - Nie ma w tym niczego dziwnego. Duchy podążają za medium jak ćma za latarnią. To znaczy duchy widzą w medium światło, które je przyciąga. I ta rzecz została wyjaśniona w tym amerykańskim serialu, ale akurat wyciąłem to, skoro ja o tym mówię. Fakt, że tutaj te duchy podążają za tą dziewczyną, nie jest niczym strasznym. To jest normalne. I ta cała historia też nie wygląda jak jakieś takie zwykłe opętanie. W sensie duchy chcą przestraszyć rodzinę i chcą, żeby oni sobie odeszli, ponieważ gdyby taka sytuacja miała mieć miejsce, podejrzewam, że te duchy ujawniłyby się dużo wcześniej, a nic takiego nie zostało w tym programie powiedziane. A rodzina ta wybudowała ten dom, więc oni w tym domu mieszkają od początku, więc nawet nie było tam żadnego morderstwa, nie było wcześniejszego właściciela, który zmarł i który nie chce tego domu opuścić. Nikt tam nie popełnił samobójstwa, nie jest powiedziane, że dom powstał na indiańskim cmentarzu i tak dalej.
Nie. Oni tam po prostu postawili ten dom, mieszkają i nagle te duchy się ujawniły. Ale oglądając ten materiał pierwszy raz czułem, że w tej historii jest jeszcze coś, co nie zostało do końca dopowiedziane. Coś reżyser przed nami jeszcze ukrywa.
[02:14:06] - Wszystko będzie dobrze.
[02:14:14] - Ta wizja kilkakrotnie powraca w tym materiale. Jest to moment, gdzie przeszłość łączy się z teraźniejszością. Chwilkę później dziewczyna wyraziła swoje obawy, twierdząc, iż nie podoba jej się, że duch może ją dotknąć, a ona nie jest w stanie nic z tym zrobić, ponieważ nie widzi tego ducha. Tutaj duch przekazuje medium swoje odczucia, swoje jakieś lęki, ale nie wiadomo, czy to jest duch tego mężczyzny z sierpem, czy to jest może duch tej dziewczynki, która tam tańczyła sobie w polu. W każdym razie ta scena jest pełna dwuznaczności i trudno tak jednoznacznie ocenić, o co chodzi.
[02:14:58] - Tego lata do Davida przyjechali kuzyni z Anglii. Mężczyzna nie wspomniał im o problemach córki.
[02:15:08] - To jest moment, w którym dowiadujemy się, że kuzyni protagonistki również posiadają zdolności mediumiczne i za moment kuzynka, która przyjechała, również będzie miała wizję. Musiałem to wszystko trochę poprzycinać, żeby nie było zbyt długo, ale w tym serialu widzimy, że kuzynka protagonistki posiada zdolności medialne i jest tych zdolności świadoma, potrafi je wykorzystać, wie, do czego służą i skąd się biorą.
[02:15:43] - Ona mówi prawdę. W tym domu są duchy. Wyczuwam ich energię.
[02:15:51] - Uwierzyli dopiero kuzynce. Standard. Myślę, że widzimy to w wielu polskich rodzinach, gdzie nie docenia się własnych, a chwali się obcych. W każdym razie uwierzyli dopiero kuzynce i tak naprawdę to przyjazd tych kuzynów sprawił, że ta cała historia z tymi duchami mogła dalej ruszyć, mogła dalej się rozwijać, ponieważ przyjazd tych kuzynów sprawił, że rodzice inaczej spojrzeli na umiejętności mediumiczne swojej córki. Tym razem to kuzynka przestraszyła się ducha, ale nie sądzę, aby duch miał to właśnie na celu. Wydaje mi się, że tutaj kuzynka po prostu odebrała emocje ducha. Te emocje, które także odbierała wcześniej protagonistka, ponieważ podejrzewam, tak mi się wydaje, że kuzynka może mieć takie same zdolności jak protagonistka, czyli może być po prostu osobą sensytywną.
[02:16:59] - Świadomość, że dzielę swoje zdolności z wieloma krewnymi była niesamowita. Julia doskonale wiedziała, co czuję. Zrobiło mi się lżej na sercu. Przestałam myśleć, że jestem stuknięta.
[02:17:15] - No i fajnie, ale niestety najczęściej ludzie z takimi problemami nie posiadają kuzynów, którzy są spirytystami i otwarcie mówią o mediumizmie i o duchach. Ludzie jednak boją się tych tematów. Ale co robić w takiej sytuacji? Należy sięgnąć po literaturę. „Księga duchów”, „Księga mediów” Allana Kardeca. W tych książkach można znaleźć wszystkie najważniejsze informacje potrzebne osobom, które odkryły w sobie mediumizm. A poza tym najważniejszy jest kontakt z ludźmi, więc warto jest poszperać, poszukać osoby, które czymś takim się interesują, które mają jakieś odczucia, które mają jakieś sny. Niekoniecznie trzeba od razu szukać wokół siebie jakiegoś Divaldo Franco, ale Opatrzność nakieruje nas na osoby, które mają taki dar. I takich osób sensytywnych naprawdę jest dużo wokół nas i zorientujemy się o tym w momencie, kiedy zaczniemy szukać. I to wam gwarantuję.
[02:18:14] - David poprosił o pomoc badaczy zjawisk paranormalnych.
[02:18:18] - Czyli inne media.
[02:18:21] - To są Sherry i Sara.
[02:18:23] - Streszczam sytuację. Przyjechały do nich trzy media, dwa doświadczone i jedna dziewczyna, która dopiero uczy się zawodu. Bez wcześniejszej konsultacji z domownikami będą chodziły po domu i będą próbowały coś odczuć.
[02:18:37] - Rozpoczynając dochodzenie idziemy w dane miejsce, badamy je, a potem dzielimy się naszymi odczuciami.
[02:18:47] - Chcę podkreślić, że to nie musi tak wyglądać. Za czasów Allana Kardeca była taka historia, gdzie grupka spirytystycznych mediów usytuowała się w budynku sąsiadującym z opętanym domem i tam przez trzy wieczory media te wywoływały ducha opętującego, po czym przekonały tego ducha, że należy ofiarę, którą tam dręczył, pozostawić w spokoju i odejść. Tam była modlitwa i tak dalej. W każdym razie, jeśli ktoś jest zainteresowany, to można sobie poczytać. W literaturze spirytystycznej jest dużo takich historii, chyba nawet w książce „Opętanie” Allana Kardeca, ale tego akurat nie jestem pewien. W każdym razie egzorcyzm można przeprowadzić na odległość. Dlaczego tutaj, w tej konkretnej sytuacji media nie postąpiły w taki sposób? Nie wiem. Może nie wiedziały, że można to zrobić na odległość, ale wątpię. A może po prostu jako że są mediami sensytywnymi, bo nic nie wskazuje, aby ich zdolności wykraczały poza tę umiejętność.
Jeżeli są mediami sensytywnymi, może chcą dotknąć, poczuć namacalnie, chcą się przekonać, czy rzeczywiście tam jest jakiś problem, czy może to nie są żyły wodne. Nie wiem, dlaczego te media tak się zachowują, ale chciałem tylko powiedzieć, że to nie musi tak wyglądać.
[02:20:10] - Także Sara miała podobne doznania. Pamiętam swój strach i bezsilność, jakby coś przejęło nade mną kontrolę. Co się stało? Energia jest zbyt silna. Zabierzmy ją na powietrze.
[02:20:40] - Dziwne, jeżeli porównamy te reakcje. z tą.
[02:20:51] - Co się stało?
[02:20:53] - Widzimy tutaj dużą dysproporcję w okazywaniu emocji i to mnie gryzie, ponieważ jak już wielokrotnie powiedziałem, nie mamy tutaj do czynienia z takim zwykłym opętaniem, gdzie duchy chcą po prostu przegonić domowników, więc nie ma powodu, aby ta dziewczyna, to medium, które tam przyjechało, to młode medium, bo to jest właśnie ta dziewczyna, która jest tą uczącą się dopiero zawodu. Nie ma powodu, aby ta dziewczyna odczuła coś gorszego niż to, co już widzieliśmy w materiale.
[02:21:20] - Wyczułam obecność mężczyzny. Był smutny, przepełniał go ból, strach i ogromne poczucie winy.
[02:21:34] - Co powiedziałem? W tej historii nie było nic strasznego, ale tak naprawdę gdyby reżyser nakręcił ten materiał tak, jak on powinien być pokazany, to pewnie większość widzów powiedziałaby, że to są jakieś flaki z olejem i nikt nie chciałby tego oglądać. Te wszystkie emocje, dźwięki i tak dalej, to jest język filmu, więc to musiało się w tym materiale pojawić. W każdym razie okazało się, że mamy do czynienia z taką zwykłą, prostą w pewnym sensie historią spirytystyczną. Nie chcę nawet powiedzieć, że to jest przyjemna historia, bo jednak tych emocji negatywnych troszeczkę było. I teraz dowiadujemy się, co się stało. Tak naprawdę ta wizja pokazująca tę łąkę opowiadała historię, gdzie dziewczynka bawiła się na łące, ojciec obok sierpem kosił trawę, pasł się koń i ten koń nie wiadomo, czy się zdenerwował, czy się spłoszył. W każdym razie pobiegł wprost na dziewczynkę. Dziewczynka go zobaczyła, krzyknęła. Koń nią poturbował, uciekł.
Ojciec również krzyczał, był w końcu zdenerwowany. Podleciał do dziewczynki, sierp wbił w ziemię, chwycił dziewczynkę w ręce, w swoje ramiona. Zaczął ją głaskać, mówić do niej, że wszystko będzie w porządku. I ta dziewczynka mu zmarła na tych rękach. Tragiczna sytuacja. W każdym razie ojciec żył z poczuciem winy. Widocznie obawiał się, że to z jego powodu ten koń nie został upilnowany. Nie wiadomo, co tam się stało. W każdym razie, gdy zmarł, wrócił po tę dziewczynkę, ponieważ duch tej dziewczynki nie chciał odejść do światła, nie chciał odejść w zaświaty. Ten duch się błąkał i ten ojciec po prostu przyszedł do tego domu, aby poprosić medium, naszą protagonistkę, o pomoc.
A ponieważ ta protagonistka jest medium sensytywnym, to jedynie swoimi emocjami mógł nakłonić ją do jakiegoś działania. Jedynie kuzynka potem mogła potwierdzić, że rzeczywiście taka sytuacja miała miejsce. To są sytuacje, które są bardzo częste. I teraz zobaczycie, na czym polega prawdziwy spirytystyczny egzorcyzm.
[02:23:44] - Musiałam pomóc jej zrozumieć, czym ono jest. Pokazać, co jest po drugiej stronie. Skupiłam całą uwagę na dziecku. Powiedziałam, że ojciec na nią czeka. Nie bój się, tata już tam jest.
[02:24:02] - A później wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Jest jeszcze jeden aspekt, który nie został do końca wyjaśniony w tym amerykańskim serialu. Mianowicie dziewczyna zaakceptowała swój dar. Być może ona rozwinęła swoją medialność, na pewno swoją wiedzę odnośnie zaświatów i spirytyzmu. I być może ta historia, którą dzisiaj skomentowałem, jest początkiem pięknej przygody. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:25:08] - Ewiva przyzwyczaiła państwa do tego, że w swoim recenzarium najczęściej mówi o książkach fantastycznonaukowych, fantastycznych albo książkach, które przynajmniej do tych treści się zbliżają. Dzisiaj oczywiście będzie inaczej. Dzisiaj Ewiva opowie o książce „Żizi”.
[02:25:35] - Witajcie państwo. Luiza Eviva Dobrzyńska. Czasami zamiast skupiać się na pełnowymiarowych powieściach, warto pochylić się trochę nad jakimś opowiadaniem. Szczególnie gdy jest to opowiadanie, które śmiało można określić mianem małej noweli. Chodzi mi o utwór Sidonie-Gabrielle Colette pod tytułem „Żizi”. Polacy kojarzą go głównie z musicalu pod tym samym tytułem. Jednak sądzę, że przeczytanie samej nowelki więcej daje. Jest ona ciekawa pod tym względem, że stanowi bardzo interesujące studium psychologiczne pewnego zjawiska. Nie tylko że jest dość ciekawa jako utwór sam w sobie. O cóż więc chodzi?
Żizi ma 15 i pół roku. Jest nieślubną córką aktorki z teatru, a właściwie trzeciorzędnej śpiewaczki i mieszka razem z nią i jej matką. Kobietom nie powodzi się dobrze, ponieważ matka Żizi nie zarabia zbyt wiele, a jej babcia, jak się wydaje, w ogóle nie ma własnych pieniędzy. Mimo to starają się jakoś utrzymać na powierzchni i wychować dziewczynę, za którą są odpowiedzialne. Ale jak wychować? To jest pytanie. W noweli prawda podawana jest czytelnikowi dość oszczędnie, powoli. Czytając widzimy, jak młoda dziewczyna pobiera nauki dobrych manier, elegancji, właściwego zachowania, dbania o siebie. Tylko od babci i matki, ale również od ciotki, która w tej rodzinie jako jedyna jest dobrze sytuowana. I wiadomo, by pomagała materialnie krewnym.
Jednak w miarę rozwoju akcji zaczyna interesować się tym, żeby Gigi była nie tylko dobrze wychowana, ale również ubrana lepiej niż dotąd. Przyjacielem rodziny jest Gaston Lachaise, bogaty przemysłowiec, który odwiedza czasami babcię Gigi po to, żeby napić się herbatki z rumianku i trochę porozmawiać. Podobno znała jego ojca, ale tego naprawdę nie wiemy. W każdym razie z Gastonem jest w dość zażyłych stosunkach. Trzydziestoletni mężczyzna traktuje początkowo Gigi jako zabawną dziewczynkę, z którą może pograć w karty i przekomarzać się. Jednak to dziecko rośnie i dojrzewa. Ani się wszyscy obejrzeli, a kończy 16 lat. Fizycznie jest kobietą, jednak emocjonalnie to nadal dziecko i trudno temu zaprzeczyć. Mimo to Gaston zaczyna na nią patrzeć zupełnie inaczej. I w tym momencie odkrywają się karty.
Matka i babka Gigi próbują przyuczyć ją do bycia kimś w rodzaju luksusowej utrzymanki i nagła propozycja Gastona spada im dosłownie z nieba. Nie biorą jednak pod uwagę, że młodziutka dziewczyna może mieć w tej sprawie zupełnie inne zdanie. Ta nowela to nie tylko opowieść o właściwie niestosownym zauroczeniu dojrzałego mężczyzny podlotkiem. Coś w rodzaju Lolity Nabokova. Jednak Gigi nie przypomina Lolity, nie kusi w niczym Gastona. Traktuje go po prostu jak wujka. I tak się też do niego zwraca. W momencie, kiedy okazuje się, że Gaston zadurzył się w niej, jest przerażona. Może nie będę zdradzać, jak się ta historia kończy. Ten, kto oglądał musical, ten wie.
Jednak jakkolwiek Colette zakończyła swój utwór, trzeba wziąć pod uwagę, że w jej czasach podobne alianse nie budziły żadnego zdziwienia. Szesnastoletnia dziewczyna była uważana właściwie za dostatecznie dorosłą, żeby wyjść za mąż albo żeby zostać utrzymanką. To my teraz wiemy, że tak naprawdę jest to jeszcze dziecko, właśnie takie jak Gigi. Istota absolutnie niewinna, urocza i ufna wobec świata. Trudno powiedzieć, jakie uczucia budzi sam Gaston. Właściwie to można mieć do niego dużo pretensji, że on właściwie wykorzystuje sytuację. Wie, że będąc bardzo bogatym człowiekiem, stanowi łakomy kąsek dla dwóch kobiet, nie da się ukryć, z półświatka. I właściwie zachowuje się trochę jak na targu, na którym chce sobie kupić towarzyszkę życia. I to właśnie zanim w ogóle spyta Gigi o zdanie, jakie ona ma uczucia względem niego. Czy ona w ogóle dojrzała do czegoś takiego jak związek damsko-męski?
Można się na niego oburzać, chociaż tak jak powiedziałam, w tych czasach, w jakich umieszczona jest ta nowela, to było właściwie normalne takie podejście. Jednak powiem szczerze, że ten mężczyzna budzi we mnie pewien wstręt. Dla mnie jest nieomalże szpedofilem, który postanowił wykorzystać dziewczynkę mającą do niego pełne zaufanie. Owszem, zawiera to pewną dozę romantyzmu pojmowanego właśnie na ten dziewiętnastowieczny sposób. We mnie jednak budzi same przykre uczucia. Chociaż jest bardzo ładna, ponieważ Sidonia Colette miała duży talent literacki. Cóż, jak widzimy, czasami ciężko jest coś ocenić naprawdę obiektywnie. Każdemu jednak polecam przeczytanie tej nowelki i zastanowienie się nad nią. Myślę, że każdy wyciągnie własne wnioski. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:31:27] - No i tradycyjnie. Patrzcie państwo, jak to tradycje się szybko zagnieżdżają w audycji. Ja mam takie wrażenie, że trzeba będzie zrobić jakąś rewolucję. Może po wakacjach, a może w trakcie wakacji, bo jakoś tak nam skostniała audycja. Tradycyjnie na początek są polecanki. Tradycyjnie zaraz potem jest dział nazywany frywolnie przeze mnie korepetycjami filozoficznymi. Tradycyjnie tamto, tradycyjnie coś tam. No i tradycyjnie na koniec wspomnienia z ABW. Coś z tą tradycją albo z tym przerostem tradycji trzeba będzie zrobić. I jak już sobie taką myśl podjąłem, to ja chyba to zrealizuję.
Trochę czasu będzie musiało upłynąć, ale jakieś zmiany nastąpić muszą, żebyśmy nie skostnieli do końca. Ale w ramach kostnienia powolnego ja zapraszam państwa dzisiaj właśnie na wspomnienia z ABW. Dzisiaj konkretnie z audycji numer 111. Ta audycja była emitowana 7 stycznia 2022 roku i tam pojawiło się opowiadanie jednego z moich ulubionych pisarzy piszącego świetne opowiadania Fredericka Browna. Opowiadanie zatytułowane dosyć groźnie, a mianowicie: "Opowieść o handlarzu żywym towarem." Nie bójcie się państwo, nie będzie tak groźnie, jak to się zapowiada. Bardzo serdecznie zapraszam.
[02:33:14] - Frederick Brown. Opowieść o handlarzu żywym towarem. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Jestem śmiertelnie przerażony. Wcale nie dlatego, że jutro przypada ten wielki dzień, w którym już od dawna mam zarezerwowaną wizytę za niewielkimi zielonymi drzwiczkami, aby dowiedzieć się, jak pachną opary cyjanku. Tak naprawdę wcale nie o to chodzi. Ja chcę umrzeć. Wszystko zaczęło się, kiedy spotkałem Roscoe'a. Pozwólcie mi, proszę, że przedstawię krótki zarys tego, co się działo PER – przed erą Roscoe'a. Byłem młodym człowiekiem, rozsądnie przystojnym, nieco w typie twardziela, dosyć inteligentnym i całkiem nieźle wykształconym.
Wtedy nazywałem się Bill Wheeler. Byłem potencjalnym aktorem telewizyjnym lub filmowym, który próbował przez pięć lat gdzieś się załapać i nie miał nawet szansy na rolę w lokalnej reklamówce, nie mówiąc już o czymś takim jak statystowanie w filmie klasy B. Zarabiałem na życie, pracując na wieczornej zmianie od 6:00 po południu do 2:00 rano, sprzedając hamburgery w barze dla kierowców w Santa Monica. Zmiany w zakresie mojego szczęścia rozpoczęły się pewnego wieczora o 6:00, zaraz po godzinie, o której powinienem zameldować się w pracy w barze dla zmotoryzowanych, gdyby nie to, że akurat miałem wolne dzień i szedłem sobie po Olympic Boulevard w pobliżu 4th Street w Santa Monica. Znalazłem wtedy portfel. Zawierał on co prawda zaledwie 35 dolarów w gotówce, ale w środku były także Diner's Club, Carte Blanche, International i inne karty kredytowe. Udałem się do najbliższego baru na drinka i żeby trochę pomyśleć. Nigdy wcześniej nie zrobiłem jeszcze nic naprawdę nieuczciwego, ale zdecydowałem, że to znalezisko mogło oznaczać największą noc mego życia, jak również jego punkt zwrotny. Zdawałem sobie sprawę, że korzystanie z kart nie będzie bezpieczne przez nieskończenie długi szmat czasu, ale z pewnością najbliższa noc nie niosła za sobą żadnego ryzyka w tym zakresie. Dałoby mi to doskonałą kolację, drinki, luksusowy hotel, panienki na telefon, pełen zakres usług.
Tak, wiem, że panienki nie przyjmują kart kredytowych, ale mogłem wykorzystać karty do spieniężenia czeków za cokolwiek się da w jakimś miejscu i wpaść w tyle miejsc, w ile tylko dam radę. Nawet bez specjalnego szczęścia zebrałbym na koniec całkiem niezłą sumkę. Ostatnim punktem programu byłoby użycie karty kredytowej do opłacenia samolotu odlatującego rankiem z tego miejsca bez nadziei, aby zacząć wszystko gdzieś indziej, jak też robiąc coś innego. Miałem ochotę spróbować wszystkiego poza aktorstwem. Zacząłem więc, prosząc barmana o wezwanie dla mnie przez telefon taksówki. Pojechałem do swojego pokoju. Tam przez pół godziny ćwiczyłem podpis na kartach, aż w końcu byłem w stanie dokładnie go skopiować, nie patrząc na niego. Pakując się, zadzwoniłem po kolejną taksówkę i kiedy podjechała, byłem gotów. Powiedziałem kierowcy, aby zawiózł mnie do najbliższej agencji wynajmu samochodów. Wypożyczyłem sobie Chryslera, mówiąc facetowi od wynajmu tak, jak planowałem to powiedzieć tej nocy jeszcze całej masie ludzi, że zabrakło mi gotówki i gdybym miał pod ręką jakiś wolny blankiet czekowy, byłbym bardzo wdzięczny za spieniężenie dla mnie czeku.
Oczywiście oprócz kart miałem jeszcze wiele innych dokumentów potwierdzających tożsamość, choćby prawo jazdy na nazwisko odpowiadające temu na karcie. Spieniężył dla mnie czek na 50 dolarów i w ten sposób postawiłem pierwsze kroki na ścieżce swojej przestępczej kariery. Zacząłem robić się głodny. Pojechałem więc Wilshire do Hollywood. Przekazałem samochód obsłudze parkingu przy restauracji Derby i wszedłem do środka. Wszystkie stoliki były zajęte, a maître d'hôtel poinformował mnie, że będę musiał poczekać 15 do 20 minut. Powiedziałem mu, że odpowiada mi to oraz że znajdzie mnie w barze. Zająłem jedyny wolny stolik przy barze, siadając koło niewielkiego, energicznego człowieczka z gęstą, ale uporządkowaną grzywą niemal śnieżnobiałych włosów i małym, eleganckim siwym wąsikiem. Jego różowa i gładka jak u dziecka skóra wskazywała, że musiał być znacznie młodszy, niż mogłoby się to wydawać na podstawie bieli jego włosów i wąsów. Ewidentnie był w barze dopiero od minuty czy dwóch, ponieważ nie stał jeszcze przed nim żaden drink.
Zasadniczo to barman nas sobie przedstawił. Zakładając, że jesteśmy razem, przyjął i zrealizował nasze zamówienia wspólnie, pytając, czy chcemy jeden rachunek, czy dwa oddzielne. Energiczny człowieczek uprzedził mnie o krok, ponieważ miałem właśnie zamiar zaproponować dokładnie to samo, zwracając się do mnie i pytając, czy wyrządzę mu ten zaszczyt i wypiję swojego drinka razem z nim i na jego koszt. Podziękowałem mu i przyjąłem zaproszenie. Chwyciliśmy za szklaneczki i zatopiliśmy się w rozmowie. Polubiłem go od razu, a i on zdawał się polubić mnie. Niemal natychmiast, bez żadnych formalnych prezentacji, przeszliśmy na ty. Powiedział mi, że ma na imię Roscoe. Ja zaś kazałem mu mówić na mnie Jerry, ponieważ J było pierwszym inicjałem J.R. Bergera, właściciela kart kredytowych.
Już wcześniej zdecydowałem, że jeśli Roscoe jeszcze nie jadł kolacji, prawdopodobnie zaproszę go, aby zjadł ze mną. W tych okolicznościach dwie kolacje nie kosztowałyby mnie przecież ani grosza więcej niż jedna. Już po chwili w naszej rozmowie wypłynął temat filmów. Tak – powiedział mi – jest w przemyśle. Chwilowo nieaktywnie, ale ma inwestycje w kilku niezależnych produkcjach filmowych i dwóch show telewizyjnych. Nagle zorientowałem się, że opowiadam mu całą gorzką prawdę o swojej porażce, ale w dziwny sposób. W ogóle nie mówiłem o tym z goryczą, tylko lekko, sprawiając, że wszystko brzmiało jakby zabawnie. Rozkręciłem się właśnie w najlepsze, kiedy pojawił się kelner i spytał, czy to ja czekam na wolny stolik. Powiedziałem, że tak i zaprosiłem Roscoe'a, aby był moim gościem. On zaś propozycję przyjął.
Zamówiliśmy, a potem w trakcie jedzenia ciężar rozmowy spadł przede wszystkim na mnie. Oczywiście musiałem zmienić zakończenie swojej historii z powodu mojej obecnej względnej prosperity, ale to nie było zbyt trudne. Po prostu wymyśliłem niewielki spadek po wujku. Kelner pojawił się ponownie i odszedł, zostawiając rachunek dla nas. Odwróciłem go, aby dodać suty napiwek, a potem położyłem na nim kartę kredytową. Byłem zadowolony, że Roscoe nie próbował rozpoczynać dyskusji na temat zapłacenia go czy nawet podzielenia. Chciałem podbudować swoją wiarygodność, aby sprawdzić później, czy nie uda mi się spieniężyć jakiegoś czeku. I przede wszystkim dla podtrzymania konwersacji wspomniałem Roscoe, że zabrakło mi pieniędzy oraz czy nie ma jakiegoś pojęcia, na jaką kwotę czek zgodziłoby się dla mnie spieniężyć Derby. „Stary, a po co im tym zawracać głowę?” — spytał. „Zawsze mam przy sobie trochę gotówki.
Czy pięć setek wystarczy?” Próbowałem nie okazywać nadmiernej radości, kiedy oznajmiłem mu, że wystarczy. Od restauracji miałem nadzieję na uzyskanie co najwyżej niewielkiej części tej kwoty. Pewnie coś by tam zaryzykowali na kartę kredytową klienta, ale nie byłoby tego zbyt wiele. Kiedy pojawił się kelner, żeby zabrać rachunek i kartę, poprosiłem go o przyniesienie czystego blankietu czekowego, co też uczynił. Kiedy wpisałem na górze nazwę banku i resztę danych niezbędnych do wypłaty gotówki, Roscoe wyciągnął plik banknotów spiętych złotym spinaczem do pieniędzy. Wydawało się, że ma tam same setki, co najmniej kilkanaście. Odliczył dla mnie pięć. Oddał mi je, a ja wręczyłem mu czek. Popatrzył na niego i brwi lekko mu się uniosły. „Jerry” — powiedział — „I tak zamierzałem zaprosić cię do siebie do domu, żeby trochę porozmawiać, ale teraz są po temu podwójne powody.
Wygląda na to, że nosimy to samo nazwisko. Albo może jakimś cudem znalazłeś portfel, który zgubiłem dzisiejszego popołudnia w Santa Monica.” Boże, Boże, Boże! Tak. Wiedziałem, że to musi być coś więcej niż zwykłe zrządzenie losu. Nie mogło być inaczej w mieście o rozmiarach Los Angeles, ale co innego mogłem wtedy sobie pomyśleć? Nie mógł nawet za mną pojechać do Derby. Był tu przecież przede mną. Przez jedną szaloną chwilę rozważałem nawet pomysł, żeby wziąć nogi za pas i wiać. Pomimo wszystko nie znał przecież mojego prawdziwego nazwiska i gdybym tylko zdołał się stąd wyrwać, byłbym bezpieczny. Ale jeżeli zacząłbym uciekać, a on by krzyknął: „Łapać złodzieja!”, to ogromna horda kelnerów miała całkiem spore szanse powstrzymać mnie albo dogonić.
Mówił dalej spokojnym tonem: „Inicjały J.R. oznaczają Joshua Roscoe. Wolę, aby nazywano mnie Roscoe. A teraz nie bądź idiotą. Może będę miał dla ciebie pewną interesującą propozycję. Gotów?” Poszedłem za nim i oczywiście to był zbieg okoliczności, że tuż koło strefy dostawczej stał samochód policyjny z dwoma gliniarzami w środku. Dał portierowi dolca. Takie drobne trzymał luzem w kieszeni, a w spinaczu tylko grube banknoty i poprosił o wezwanie taksówki. Prawie już otwierałem usta, żeby powiedzieć, że mam tutaj na miejscu samochód, ale zdecydowałem się zamknąć gębę i zobaczyć, jak to wszystko potoczy się dalej. Wsiedliśmy do taksówki, a on podał adres przy La Cienega.
Po drodze nic nie mówił, a ja zająłem się rachunkami w myśli. Stać mnie było na zapłacenie mu mniej więcej tyle, ile było trzeba. To znaczy z moich własnych 25 dolców, jakie miałem. Rachunek w restauracji wynosił z napiwkiem 12 dolców. A jeśli zaraz odprowadziłbym Chryslera, byłoby na nim do zapłacenia tylko mniej więcej 20 mil i jakieś dwie, trzy godziny. Mógłbym również użyć tych samych 50 dolców, jakie dostałem za lipny czek do wykupienia go z powrotem. Gdyby tylko mi na to pozwolił, mógłbym wyprostować wszystkie sprawy i w ten sposób rozwiązać problem. Taksówka zatrzymała się przed bogato wyglądającym apartamentowcem. Czy to był zbieg okoliczności, że kolejny samochód policyjny akurat parkował po drugiej stronie ulicy? W każdym bądź razie już wcześniej zdecydowałem się go wysłuchać, a potem wykonać swój własny ruch, zaś próbować dać drapaka tylko wtedy, jeśli wszystko inne by zawiodło.
Wjechaliśmy samoobsługową windą na czwarte piętro, gdzie mój gospodarz użył klucza i wprowadził nas do dużego pokoju w bardzo przyjemnym kawalerskim mieszkanku. Sześć pokoi, jak się dowiedziałem później, ale żadnej służby, ponieważ cenił sobie prywatność. Gestem ręki wskazał mi sofę i podszedł do stojącego w kącie barku. „Brandy?” Skinąłem głową, a potem zacząłem mówić, przedstawiając swoją propozycję co do zwrotu kosztów, podczas gdy on nalał brandy do dwóch koniakówek. Podszedł i podał mi jedną z nich. „Oszczędź mi tych paskudnych szczegółów, Jerry. Och, czy to jest twoje prawdziwe imię, czy tylko wymyśliłeś je, aby pasowało do pierwszego inicjału na kartach?” „Nazywam się Bill” — powiedziałem. — „William Trent.” Nie miałem zamiaru podawać mu prawdziwego nazwiska, zanim nie uznam, że to bezpieczne, ale nic nie traciłem, wyjawiając mu swoje imię. Z zadowoleniem przyjąłem, że usiadł twarzą do mnie na krześle, a nie obok na sofie. „Słabo się wyróżnia” — stwierdził.
— „Z tymi twoimi rudawymi włosami. A co byś powiedział na Bricka? Brick Brannon. Podoba ci się?” Skinąłem głową. Nawet mi pasowało, a poza tym mógł mnie sobie nazywać, jak mu się żywnie podoba, dopóki nie wzywam gliniarzy. „No to twoje zdrowie, Brick” — powiedział, unosząc kieliszek. — „A teraz ta historia, którą mi opowiedziałeś. Jak dużo z tego jest prawdą?” „Każde słowo” — odparłem. — „Jeśli tylko zastąpisz spadek po wujku znalezionym portfelem.” Odstawił kieliszek, wstał i przemierzył pokój, podchodząc do niewielkiego biurka, z szuflady którego wyciągnął powieloną na mimografie kopię scenariusza. Idąc z powrotem znalazł w scenariuszu jakieś miejsce i podał mi go otwartego na tej stronie.
„Czytaj partię Phillipe’a przez następne półtorej strony. To twardy, niepiśmienny drwal. Akcent Canuck. Bardzo kocha swoją żonę, ale w tej scenie kłótni rzuca się na nią z wściekłością. Przeczytaj to najpierw sobie po cichu, a potem spróbuj na głos. W miejscu tej kwestii po prostu rób krótkie przerwy.” Przeczytałem to sobie po cichu, a następnie spróbowałem zagrać. Kazał mi przerzucić kilkanaście stron, żeby znaleźć następną scenę i odczytać rolę drugiej postaci, a potem trzeciej, za każdym razem wprowadzając mnie krótko w to, kim ona była, jak mówiła oraz jakie były jej związki z innymi osobami. Kiedy skończyłem czytanie trzeciej partii, skinął głową i kazał mi odłożyć manuskrypt, a wziąć kieliszek z brandy. Leniwie pociągnął łyczek ze swego kieliszka. „No dobrze” – oznajmił.
– „Jesteś naprawdę aktorem. Po prostu nie udało ci się przebić. Mogę zrobić z ciebie gwiazdę, jeśli tylko pozwolisz, abym został twoim menedżerem.” „Żadnych haczyków?” – spytałem, zastanawiając się, czy nie upadł na głowę. „10%” – powiedział. – „Ale to będzie od wszystkiego i pod stołem. Widzisz, Bill, ja nie jestem akredytowanym agentem, a ty będziesz musiał zatrudnić jednego z nich i płacić mu kolejne 10%, tak żeby zajmował się szczegółami, podpisywaniem kontraktów i tak dalej. Wszystko, co będę robił ja, będzie odbywało się zakulisowo, nieoficjalnie.” Odparłem: „Jeśli o mnie chodzi, to świetnie, ale jak do tej pory nie udało mi się znaleźć żadnego szanowanego agenta, który chciałby mnie reprezentować. I co mam z tym zrobić?” „Ja się tym zajmę. Będziesz musiał mu także płacić 10% od wszystkiego, ponieważ on nie będzie wiedział. Nikt nie będzie wiedział o twoich związkach ze mną.
Jego 10% będziesz mógł sobie normalnie odliczyć od podatku, ale moich nie, ponieważ to nie będzie rejestrowane. Zgoda?” „Świetnie” – powiedziałem ponownie i naprawdę tak myślałem. – „Jakieś inne warunki?” „Tylko jeden. Ponieważ niczego nie będziemy mieli na papierze, będę polegał na twoim honorze, że nie pozwolisz, abym cię wypromował, a potem mnie nie odstawisz. Określmy więc, jak to będziemy dokładnie rozumieć. Każdy z nas może anulować umowę w czasie pierwszego roku jej trwania, ale jeśli za ten rok, przy moich zakulisowych działaniach, twoje przychody brutto wyniosą 25 000 dolarów lub więcej, wtedy umowa między nami stanie się trwała i nieodwołalna. Zgoda?” „Zgoda” – oświadczyłem. Przez całe swoje życie nie zarobiłem na aktorstwie nawet 100 dolarów. 25 000 wydawało się kwotą zupełnie niemożliwą. Nawet jeśli był on szalony, to nie miałem nic do stracenia, a poza tym oznaczało to, że nie każe mnie aresztować, co przypomniało mi całą sprawę i wyciągnąłem portfel.
Zacząłem: „A teraz co do zwrotu kosztów.” Westchnął. „No dobrze” – stwierdził. – „Nie cierpię szczegółów, a więc pozbądźmy się już ich wreszcie. Opowiedz mi wszystko, co się działo od czasu, kiedy znalazłeś portfel.” Zrobiłem to i położyłem rzeczony portfel na stole. Wziął go, opróżnił ze wszystkich pieniędzy i schował do kieszeni. „A więc” – podliczył – „535 dolarów z tego jest moje. Zatrzymaj to jako pożyczkę. Oddasz mi za jakiś miesiąc lub dwa. Zwróć wypożyczony samochód i wykup z powrotem czek na 50 dolarów. Zapomnijmy o rachunku, który podpisałeś moim nazwiskiem w Derby.
Ja stawiam tę kolację. Jeszcze dzisiejszej nocy wynajmij sobie pokój albo mieszkanie w Hollywood. Ten garnitur, który masz na sobie, nie jest zły, ale jeśli to jest najlepsze, co masz, to jutro kup sobie coś lepszego i wszystkie akcesoria, jakich potrzebujesz. Och, i jeszcze czarną skórzaną kurtkę motocyklową i dżinsy. Chyba że przypadkiem masz już coś takiego.” „Kurtkę motocyklową?” – spytałem. – „Po co?” „Nieważne po co. Poczekaj.” Wyciągnął zwitek spiętych pieniędzy, policzył, ile studolarowych banknotów w nim zostało, odliczył osiem z nich i wręczył mi je. „Będziesz mi winien kolejnych osiem setek. Kup sobie z tego samochód. Będziesz potrzebować czegoś, żeby się poruszać po mieście.
Będziesz musiał jeździć do Universal City, Culver City. Przemysł nie jest skupiony tylko w Hollywood. Wydaj z tego może jakieś pięć setek na coś używanego. Wymienisz go na nowy samochód w ciągu paru najbliższych miesięcy. Co jeszcze? Och, czy Bill Trent to było twoje prawdziwe nazwisko?” „Bill Wheeler.” „Było. Teraz nazywasz się Brick Brannon. I to już byłoby wszystko. Pamiętaj tylko, żeby zadzwonić do mnie jutro wczesnym popołudniem. Mój numer znajdziesz w książce.” – Uśmiechnął się szeroko.
– „I nie zapomnij, jak się nazywasz, ponieważ ostatnio często ci się zdarza to zmieniać.” Wypełniłem instrukcje i następnego dnia zadzwoniłem do Roscoe'a. „Zdeterminowany z ciebie koleś, mój drogi” – przywitał mnie. – „Czy znasz agenta, który nazywa się Ray Ramspough?” „Znam go” – powiedziałem. I zrobiłem to z respektem. Był to największy z działających solo agentów. Największy i najlepszy. Pracował jedynie z paroma własnoręcznie wybranymi klientami. Nigdy nie marzyłem nawet o próbie spotkania się z nim. „Masz z nim umówione spotkanie na drugą. Bądź na nim.” Dotarłem do biura Ramspougha przy South Vernon Drive dokładnie o czasie i nie musiałem czekać nawet minuty.
Jego sekretarka wpuściła mnie natychmiast do środka. Bez słowa wstępu przeszedł do sprawy. Oznajmił: „Roscoe twierdzi, że jesteś dobry, a ja ufam jego opinii.” Oto twój kontrakt gotowy do podpisu. To standardowy kontrakt, ale przeczytaj go, zanim podpiszesz. Zajmie się tym w sekretariacie, a ja w tym czasie mam kilka telefonów do wykonania. Kontrakt był drukowany i podpisałbym go na wiarę, ale najwidoczniej chciał się mnie pozbyć z biura na czas, kiedy będzie rozmawiał przez telefon. Tak więc zabrałem dokumenty do biura sekretarki, przeczytałem je, nawet części wydrukowane drobną czcionką, a następnie podpisałem. Sekretarka połączyła się z nim przez intercom i powiedziała mi, że gotów jest, aby się ze mną znowu zobaczyć i mam wejść z powrotem do gabinetu, co natychmiast zrobiłem. Oznajmił mi: „Myślę, że mam coś pod ręką. Niewielka rzecz, ale na początek będziesz musiał wziąć parę małych, żeby wyrobić sobie trochę pozycję.
Jednoodcinkowa rola w nowym serialu, który zaczynają kręcić w Revell. Mieli ją obsadzoną, ale chłopak, którego zatrudnili, dzisiaj rano rozbił się w wypadku samochodowym. Potrzebują cię na gwałt. Dasz radę pojawić się tam o trzeciej?” Skinąłem głową oniemiały. „Okej, pytaj o Teda Crowthera. Och, oszczędzi ci trochę czasu, jeśli pojedziesz tam już przebrany. Będziesz grał twardego, młodego łobuza, jednego z tych, co próbują zachowywać się jak Marlon Brando w »Dzikim«. Masz czarną skórzaną kurtkę i dżinsy?” Przełknąłem ślinę i ponownie skinąłem głową. „Przebierz się w nie po drodze. I lataj wysoko, słonko.
Odniesiemy wielki sukces.” I to były już wszystkie trudności na drodze pierwszego przełomu w mojej karierze aktorskiej. Przez dłuższy czas byłem za bardzo zajęty, żeby się zastanawiać, jak to było możliwe, że Roscoe już poprzedniej nocy wiedział, iż następnego dnia bardzo mi pomoże w szybkim starcie po moją pierwszą rolę posiadanie czarnej, skórzanej kurtki motocyklowej, którą będę mógł natychmiast na siebie założyć. Zwłaszcza, że kiedy czynił tę sugestię, wypadek samochodowy, który wyłączył chłopaka zatrudnionego do tej roli, jeszcze się nie wydarzył. Wydaje mi się jednak, że wiem, dlaczego powiedział mi o tej kurtce. Poza przyjęciem mnie od ręki i bez żadnych pytań przez najlepszego agenta, co było cudem samo w sobie, działania Roscoe'a rzadko były widoczne. Wszystkie moje role pochodziły od Trumps Powera i mógłbym sobie pomyśleć, że on i ja robimy wszystko sami. Tak więc przy tej pierwszej okazji Roscoe chciał, żebym zobaczył działanie jego ręki. Chciał od razu dać mi do myślenia, ale jak powiedziałem wcześniej, nie miałem zbyt wiele czasu na myślenie, a już z pewnością za mało, aby się wystraszyć. Byłem za bardzo zajęty. Początkowo były to niewielkie rólki, czasami nawet tylko kawałki rurek, ale miałem ich tyle, ile tylko byłem w stanie zagrać.
I do końca roku wyrobiłem sobie pozycję, albo raczej wyrobiłem sobie pozycję do solidnych, ważnych ról drugoplanowych. Tego roku zarobiłem nieco ponad 50 000 brutto. Dwa razy więcej niż kwota czyniąca moją umowę z Roscoe nieodwołalną. Tak więc stała się ona nieodwołalna. Po dwukrotnym potrąceniu 10%, z których jedno mogłem odliczyć od podatku, a drugie nie, oraz samych podatków, ciągle miałem na czysto ponad 500 dolców na tydzień, a także jaguara, naprawdę fajne ciuchy i bardzo sympatyczne mieszkanie. W drugim roku podwoiłem to. To znaczy podwoiłem swoje dochody netto do tysiąca tygodniowo, co oznaczało, że wpadłem w wyższe progi podatkowe. Tak więc dochody brutto powiększyłem znacznie więcej niż dwukrotnie. Kręciłem teraz coraz więcej ról drugoplanowych w filmach. Moje nazwisko stało się całkiem nieźle znane, dzięki czemu pojawienia się w serialach telewizyjnych stały się występami guest star i zacząłem podłapywać główne role w serialach, w których każdy odcinek stanowił niezależną część z różną obsadą.
W tym roku jednak wydarzyło się coś, co przypomniało mi o zdolności przewidywania Roscoe'a, jeśli rzeczywiście było to coś takiego i wskazywało na nowy aspekt w naszym związku, z którego nie zdawałem sobie sprawy, że on brał go pod uwagę. To nie jest odcinek serialu telewizyjnego, ale muszę poczynić pewne wprowadzenie. Spędziłem tydzień w Las Vegas, kręcąc tam film. Nie przepadam specjalnie za hazardem, jednakże pewnego wieczora stanąłem przy jednym ze stołów do gry w kości. Rozpoczynając od stawki 100 dolarów złapałem dobrą passę i wkrótce grałem już o maksymalne stawki 500 za rzut. Wygrałem sporo, bo nieco ponad 20 000, a potem zacząłem przegrywać. A kiedy wygrana spadła do 11 000, co ciągle jeszcze dawało mi piękny zysk w wysokości równiutkich 10 patyków, wyszedłem z dalszej gry. Po powrocie spotkałem się z Roscoe, aby wręczyć mu część moich dochodów należną mu od czasu, kiedy go ostatnio widziałem. Przeliczył pieniądze, a potem poprosił o dodatkowy tysiąc, przypominając mi o moich ekstra 10 patykach wygranych w Las Vegas. Dałem mu go bez słowa sprzeciwu.
Nie próbowałem przed nim ukryć tej kwoty. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mówiąc 10% od wszystkiego, miał na myśli naprawdę wszystko. Wróciliśmy do Las Vegas tydzień później, żeby nakręcić kilka dubli. Znowu pozwoliłem sobie na odrobinę hazardu i przegrałem 4000. Ale ponieważ tym razem nigdzie nie zaliczyłem dobrej passy, w żadnym z miejsc nie zostałem dłużej. Przewędrowałem cały Strip, odwiedzając po drodze kilkanaście kasyn. Nikogo ze mną nie było i niemożliwe było, aby ktoś znał łączną kwotę, jaką straciłem. A jednak następnym razem, kiedy zobaczyłem się z Roscoe, aby dać mu należne pieniądze, zwrócił mi z nich cztery setki. Przynajmniej sprawiedliwie. Jeśli brał udział w moich zyskach, to dlaczego nie w stratach?
Ale skąd on mógł o tym wiedzieć? W każdym razie była to kolejna wskazówka co do tego, jak on rozumie 10% wszystkiego, ale naprawdę oszałamiającą otrzymałem, kiedy się ożeniłem. Tak, pewnie się tego domyślacie, ale muszę wyjaśnić, o co chodzi. Na początku trzeciego roku podpisano ze mną kontrakt na moją pierwszą główną rolę w ważnym filmie za pięć patyków na tydzień. Albo raczej na jedną z głównych ról. Drugą grała piękna i obiecująca młoda aktorka Lorna Howard. Przed rozpoczęciem zdjęć Lorna i ja byliśmy razem na spotkaniu roboczym w biurze producenta, któremu nagle przyszło coś do głowy. „Posłuchajcie dzieciaki” — oznajmił. — „To tylko pomysł, ale oboje jesteście wolni i samotni. Gdybyście wzięli ślub, oczywiście ze sobą, moglibyśmy zrobić na tym niezłą reklamę.
Korzyść dla filmu, ale też dla waszych karier.” — wyszczerzył zęby w uśmiechu. — „Byłoby to oczywiście tylko małżeństwo aranżowane.” Uniosłem brew, kierując ją w stronę Loryny. — „A co pani na to?” Odpowiedziała mi również uniesieniem brwi. — „Zależałoby to, drogi panie, od tego, co pan rozumie przez »aranżowane«.” I wkrótce się pobraliśmy. Lorna i ja nie byliśmy zakochani, ale była ona kobietą równie namiętną jak piękną, tak że małżeństwo okazało się być nie tylko zaaranżowanym. Chwilowo przynosiło nam dużo radości, że mogliśmy być w stosunku do siebie swobodni moralnie, zaś pomiędzy nami nie było miłości. Nie było również miejsca na zazdrość. Ja osobiście nie wykorzystywałem tego układu, ale nie minęło dużo czasu, kiedy zdałem sobie sprawę, że najwidoczniej tak do końca jej nie wystarczałem, ponieważ miała romans na boku. Byłem niemal pewny, że przez 10% czasu, kiedy przypadkowo dowiedziałem się, kim był jej kochanek. Nie miałem podstaw moralnych, aby się skarżyć, ale to odebrało blask całej sprawie.
Ona to wyczuwała i z wolna dryfowaliśmy coraz dalej od siebie. Kiedy film się ukazał, wyjechała do Reno, żeby wziąć cichy rozwód. Nic mnie to nie kosztowało. Nawiasem mówiąc, ona miała więcej oszczędności ode mnie i podobne dochody. Gdybym musiał zapłacić za rozwód albo płacić jej alimenty, mam przeczucie, że otrzymałbym 10% refundację od wszystkiego, co by mnie to mogło kosztować. Do tego czasu zdobyłem kontrakt na kolejną główną rolę, tym razem na naprawdę astronomiczną sumę i nagle coś sobie uświadomiłem. Po przekroczeniu pewnego poziomu dochodu, zarabiając więcej, zacząłem tracić pieniądze. Większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, a ja z pewnością należałem do tej grupy, ale kiedy opodatkowana część twego dochodu przekroczy 200 000 na pojedynczego człowieka, musisz płacić 91% kwoty powyżej tego progu, co pozostawia ci 9%. Minus oczywiście stanowy podatek dochodowy. A więc przy 10% mojego dochodu brutto trafiających do Roscoe pod stołem i dlatego niepodlegających odliczeniu, za każdego dolara zarabianego ponad poziom 200 000 traciłem pieniądze.
Gdyby moje przychody w jednym roku kiedykolwiek przekroczyły pół miliona dolarów, splajtowałbym. Nigdy nie mogłem zostać czołową gwiazdą, ale wcale nie to doprowadziło mnie do decyzji o zabiciu Roscoe jako jedynego sposobu rozwiązania nierozwiązywalnej umowy. Nie byłem aż tak chciwy, zarówno jeśli chodzi o pieniądze, jak i większą sławę, jeśli ich zdobycie miałoby nie przynieść mi zadowolenia. Tak jak wiele gwiazd przede mną, mógłbym kręcić tylko jeden film rocznie. Ramspaughowi by się to nie spodobało, ale mógłby to przeżyć. Sprawę przesądził fakt, że zakochałem się. Nagle, kompletnie bez pamięci. Po raz pierwszy w życiu i wiedziałem o tym, że na zawsze. Ona nie była aktorką i nigdy nie chciała nią zostać. Nazywała się Bessie Evans i była scenarzystką w Columbia.
Już przy naszym pierwszym spotkaniu zakochała się we mnie równie mocno, jak ja w niej. Roscoe musiał odejść. Chciałem więcej niż tylko romansu z nią. Chciałem ją poślubić na zawsze, a dopóki żył Roscoe, nie mogłem tego zrobić. Gdyby wziął sobie 10% tego małżeństwa i tak musiałbym go zabić, a więc równie dobrze można było zrobić to wcześniej. Oczywiście nie mogłem wyjaśnić Bessie, dlaczego nasz ślub nie mógł się odbyć od razu. Po prostu musiałem poprosić ją, aby mi zaufała. A ona to zrobiła. I podczas gdy ja snułem swoje plany zabicia Roscoe i uwolnienia się, ukryłem ją pod fałszywym nazwiskiem w niewielkim mieszkanku w Burbank. Odwiedzałem ją tak rzadko, jak tylko pozwalały na to nasze gorące uczucia i podjąłem najbardziej wyrafinowane środki bezpieczeństwa, aby nikt nie był w stanie za mną tam podążyć.
Nie będę wchodził w szczegóły swojego planu zabicia Roscoe'a. Wystarczy powiedzieć, że zdobyłem niemożliwą do wyśledzenia broń i klucz do jego apartamentu. Założyłem także na siebie doskonałe przebranie, tak że nawet gdyby mnie ktoś zobaczył w pobliżu jego apartamentowca, z pewnością nie byłby w stanie mnie rozpoznać ani potem zidentyfikować. Pewnego ranka o godzinie 3:00 użyłem tego klucza. Z bronią w ręku przymierzałem po cichu salon i otworzyłem drzwi od sypialni. Z zewnątrz docierało na tyle dużo światła, abym mógł dojrzeć, jak nagle siada wyprostowany na odgłos otwierających się drzwi. Wystrzeliłem sześć razy i po tych strzałach już nie siedział. Miałem już natychmiast wyjść stamtąd, kiedy w nagłej ciszy, jaka zapadła po strzałach, usłyszałem cichutki trzask zamykającego się okna, który wydawał się dobiegać z jego kuchni. Okna, które jak pamiętałem, otwierało się na schody przeciwpożarowe. Nagłe, straszliwe podejrzenie spowodowało, że włączyłem w sypialni światło.
Podejrzenie to okazało się uzasadnione. To nie Roscoe leżał sam w łóżku. To Bessie w nim leżała. W tej chwili już sama. Dlaczego nigdy nie przyszło mi do głowy, że 10% wszystkiego oznacza nie tylko pieniądze lub małżeństwo? W pewnym sensie umarłem właśnie tam i w tamtej chwili, a w każdym razie zdecydowałem, że chcę umrzeć i gdyby w broni pozostał mi choć jeden nabój, pewnie strzeliłbym sobie w łeb. Zamiast tego zadzwoniłem na policję. Do czasu, zanim przybyli, doszedłem do wniosku, że równie dobrze mogę na nich zwalić wykonanie roboty poprzez wsadzenie mnie do komory gazowej. Nie powiedziałem nic policjantom, aby żaden prawnik, nawet wbrew mojej woli, nie użył mojej opowieści do udanej obrony pod pozorem niepoczytalności. Aby tego uniknąć, kiedy już dostałem adwokata i z nim porozmawiałem, opowiedziałem mu stek kłamstw, które pozwoliły mu sądzić, że ma pełne podstawy do udanej obrony, skłaniając go w ten sposób do powołania mnie do zeznań.
Potem absolutnie celowo pozwoliłem prokuratorowi na rozdarcie mnie na strzępy w ogniu krzyżowych pytań, tak by nie było żadnej wątpliwości co do skazania mnie na karę śmierci. Roscoe zniknął z widoku i ciągle nie można go znaleźć. Ponieważ morderstwo wydarzyło się w jego apartamencie, policja chciała go odszukać, aby zadać mu parę pytań, ale nie potrzebowali go do mojego skazania, a więc nie szukali zbyt intensywnie. Jednak niezależnie od tego, gdzie się znajduje, umowa między nami jest trwała i nieodwołalna. I właśnie to mnie przeraża. Tak bardzo przeraża, że nie spałem przez parę ostatnich nocy. Co to znaczy 10% śmierci? Czy pozostanę w jednej dziesiątej żywy, w jednej dziesiątej świadomy, w przerościach wieczności? Wrócę do życia i będę cierpiał przez jeden dzień z każdych dziesięciu lub jeden rok z każdych dziesięciu? I w jakiej formie?
Albo jeśli Roscoe jest tym, kim zaczynam podejrzewać, to co on zrobi z 10% mojej duszy? Wiem tylko, że jutro się o tym wszystkim przekonam i jestem przerażony. Koniec.
[03:08:26] - Mam nadzieję, że macie państwo dobre wrażenie po tej prozie Fredericka Browna. Dlaczego puściłem Fredericka Browna i jego prozę? Z tych samych powodów, z jakich puściłem prozę tydzień temu, dwa tygodnie temu, trzy tygodnie temu, cztery tygodnie temu i tak dalej. Ja państwa bardzo serdecznie zapraszam i namawiam do nadsyłania opowiadań do audycji, którą zamierzamy reaktywować, a może nawet reanimować. ABW wróci na antenę w ramach Bibliotekarium 2.0, więc może nie z taką intensywnością, ale jednak. Jeżeli chcecie państwo zmierzyć się z trudami pisarskimi, skonfrontować z publicznością, ze słuchaczami, potencjalnymi czytelnikami, to ja bardzo serdecznie zapraszam do nadsyłania opowiadań. Adres jest banalnie prosty: redakcja.bibliotekarium@gmail.com. Na ten adres ślijcie państwo opowiadania. W tytule najlepiej umieszczać taką adnotację, że opowiadania do ABW. Łatwiej to wychwycić, bo tej korespondencji przychodzi naprawdę sporo.
Unikniemy wtedy nieporozumień czy takich sytuacji, w których gdzieś to opowiadanie zniknie w gąszczu nadsyłanej korespondencji. Bardzo serdecznie zapraszam do Bibliotekarium 2.0. Nadsyłajcie państwo te opowiadania. Marek Sęk "Ivellios" pięknie je państwu przeczyta, ja je pięknie państwu omówię, podsumuję. Być może znajdę w tych opowiadaniach coś, o czym sami państwo nie myśleli, pisząc te opowiadania. Ale to bardzo często tak bywa, że nasza podświadomość bierze udział w procesie twórczym i często nam szepcze, trudno powiedzieć, że do ucha, ale w głowie nam szepcze coś, co zapisujemy i nie wiemy o tym, że właśnie gdzieś w utworze zawarliśmy treści, z których nie do końca zdajemy sobie sprawę. To bywa pasjonujące zarówno dla człowieka, który czyta opowiadanie, bo odkrywa w nim jakieś ukryte treści, jak i dla samego autora. Ja już nie raz widziałem autorów szczerze zafrapowanych tym, co oni tam napisali, jak im to ktoś w późniejszym czasie uświadomił. Co więcej, to może być tylko interpretacja. Ktoś powie: „A, tam się jakiś recenzent doszukał nie wiadomo czego”.
Ale jeśli to się układa w jakiś spójny łańcuch i jeśli ów recenzent jest w stanie wykazać autorowi, że dokładnie o to chodziło, bo to widać chociażby ze struktury napisanego tekstu, to pojawia się rodzaj literackiej magii. I wierzcie mi państwo, jeśli gdzieś magia przejawia się w sposób tak namacalny, to właśnie w tworzeniu opowiadań, w tworzeniu prozy w ogóle. Tam bardzo często autor odkrywa rzeczy, o których nie wiedział, że je napisał. To jeszcze śmieszniej wygląda w przypadku utworów, które jakiś czas przeleżały się w szufladzie. To było naprawdę zabawne, bo czasami sam autor odkrywa, że napisał coś, co go frapuje w momencie ponownej lektury. Ale tego rodzaju opowieści zostawmy sobie na reaktywowane ABW. Dzisiaj ja już pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Życzę dobrej nocy. Życzę wspaniałego weekendu. Miejmy nadzieję, że ten wyjątkowo chłodny maj przekształci się, przynajmniej w drugiej połowie, na nieco cieplejszy maj.
Byłoby miło w końcu, żeby tak słoneczko przygrzało, byle nie za mocno, bez przesady. Ale zostawmy te rozważania pogodowe. Życzę państwu wspaniałego weekendu i tradycyjnie zapraszam w przyszłym tygodniu na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Jeszcze raz pięknie dziękuję. Dobrej nocy.
[03:12:58] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.