[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to, że to tak ujmę, pierwsze majowe, pomajówkowe Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Czas najwyższy zacząć. Skoro minęła godzina 20 i skoro mamy piątek, to witają państwa: techniczny Marek Sęk "Ivellios" oraz gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:35] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak nie do końca techniczny, bo duży wkład w audycję wnosisz, czego będą mogli państwo posłuchać w ostatniej części, kiedy przejdziemy do wspomnień z ABW. No ale to dopiero przed nami. Witam państwa, witam ciebie Marku. I cóż, startujemy bez zaskoczeń. To znaczy od propozycji książkowych, od polecanek. 13 maja na rynku wydawniczym pojawi się książka Wydawnictwa Zysk i Spółka zatytułowana „Zaginiona”. Autorka Aneta Kisielewska. Każdy coś ukrywa. Dziewiętnastoletnia Sara Maj nie wraca z imprezy do domu.
Gwarna lipcowa noc, środek miasta, tłum ludzi, a mimo to nikt nic nie widział. Żadnych śladów, żadnych świadków. Zupełnie jakby dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu. Sierżant Gaik, uparty śledczy, nie daje za wygraną i za wszelką cenę próbuje się dowiedzieć, co stało się z nastolatką. Dlaczego nie dogadywała się z rodzicami? Czemu rozstała się z chłopakiem? Z czasem na jaw wychodzą nowe fakty i staje się jasne, że komuś zależało na tym, by Sara zniknęła. Idealna lektura dla fanów kryminałów w stylu true crime. „Zaginiona” to nowa powieść Anety Kisielewskiej, autorki świetnie przyjętego przez czytelników „Widma przeszłości”. Przypomnę, to była polecanka książki „Zaginiona” Anety Kisielewskiej.
Książka wydana przez Wydawnictwo Zysk i Spółka. Ta pozycja pojawi się na rynku 13 maja. Druga z wybranych przeze mnie książek nosi tytuł „Lost”. Autorką jest Ligia Sobór, wydawnictwo Beja. Data premiery również 13 maja. Gdybym wiedziała, że przyjdziesz. Osiemnastoletnia Jenny jest półsierotą. Mieszka z ojcem w niewielkim miasteczku Naples. Jej o trzy lata starszy brat studiuje w innym stanie. Gdy Jenny idzie z przyjaciółką na imprezę do miejscowego klubu Moon, nie wie, że to jedno wieczorne wyjście odmieni jej życie.
W klubie nastolatka wpada na Henry'ego. Arogancki chłopak, z początku negatywnie nastawiony do Jenny, przyciąga ją niczym magnes. Dzień po dniu dziewczyna coraz głębiej wchodzi w jego mroczny świat, a tym samym poznaje środowisko nielegalnych walk, którego częścią jest Harry. Kiedy do rodzinnego miasta niespodziewanie wraca brat Jenny, na jaw wychodzą kolejne skrywane przez Harry'ego tajemnice. Lepiej szybko wracaj do domu, póki jeszcze znasz drogę. To była polecanka książki „Lost” Ligii Sobór wydanej przez Beję. Data premiery 13 maja. Trzecia z polecanych dzisiaj książek nosi tytuł „Schronisko, które zostało zapomniane”. Autorem tej książki jest Sławek Gortych. Wydawnictwo W.A.B.
Data premiery 18 czerwca. Nowa powieść Sławka Gortycha, autora bestsellerowej karkonowskiej serii kryminalnej. Przeszłość Karkonoszy znów daje o sobie znać w porywającej opowieści o zapomnianym schronisku i hotelu z mroczną tajemnicą. W 1944 roku w hotelu Sanssouci w Karkonoszach odbywa się konferencja, na którą przyjeżdżają niemieccy dyplomaci z całego świata. Kulisy ich rozmów mają nigdy nie ujrzeć światła dziennego. 1992 rok. W opuszczonym od lat hotelu młodzież organizuje seans spirytystyczny. Zabawa w wywoływanie duchów wymyka się jednak spod kontroli. 2008 rok. Podczas remontu Sanssouci robotnicy znajdują zamurowane w piwnicy zwłoki.
Prawdopodobnie należą one do Niemca, który zaginął w tej okolicy kilkanaście lat wcześniej. Wokół odkrycia zaczynają narastać plotki. Na jaw wychodzą makabryczne sekrety starego hotelu, a podejrzenia śledczych padają na Jacka Węglorza, lokalnego historyka. Sytuacja dodatkowo komplikuje się, gdy na karkonowskich szlakach giną kolejne, pozornie przypadkowe osoby. Czy rzeczywiście hotel był niegdyś miejscem wypoczynku Bieruta, wcześniej katownią bezpieki, a w czasie wojny siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych Trzeciej Rzeszy? Czy w Karpaczu funkcjonowała ambasada Japonii, a plotki o ukrytym w górach przez ambasadora skarbie zawierają w sobie ziarno prawdy? Na te pytania odpowiedzi szuka Tomek Wilczur, pisarz, który wraca w Karkonosze, żeby udowodnić niewinność Węglorza. Wkrótce okazuje się, że wszystkie tropy prowadzą do Zapomnianego schroniska. „Schronisko, które zostało zapomniane” to tytuł książki. Autor: Sławek Gortych, wydawca: WAB.
Data premiery: 18 czerwca. Proszę państwa, to na dzisiaj wszystkie polecanki. Staram się wybierać różne książki, ale ciągnie mnie gdzieś w stronę sensacji. A teraz kolejny stały punkt programu, to znaczy korepetycje filozoficzne. Dowiedziałem się z maili, że państwo lubią, kiedy te korepetycje łączą się jednocześnie z recenzjami książkowymi. Od czasu do czasu rzeczywiście będę żeglował w tę stronę. Dzisiaj recenzja artykułu Ryszarda Mordarskiego „Anateizm. Powrót do Boga po Bogu” to tytuł. Tu się muszę podzielić pewną refleksją. Ryszard Mordarski to jest profesor filozofii, którego się uczyłem.
Tym bardziej spoczywa na mnie brzemię, żeby ten artykuł dobrze przedstawić. Ten artykuł to jest recenzja książki Richarda Kearney'a „Anateizm. Powrót do Boga po Bogu” w przekładzie Tomasza Sieczkowskiego. Tekst jest dostępny dla państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Ryszard Mordarski, tak jak powiedziałem, to profesor filozofii na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Zajmuje się filozofią religii, filozofią polityki oraz filozofią polską. Lubi literaturę piękną oraz muzykę, w szczególności koncerty na skrzypce i wiolonczelę. Sięgnijmy po recenzję zatytułowaną „Anateizm. Powrót do Boga po Bogu”. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, jak w dzisiejszym świecie możliwa jest jeszcze wiara w Boga.
Wyrasta ono z jednej strony z dużego zniechęcenia do tradycyjnych religii instytucjonalnych, z całą ich doktryną, kultem i zbiorem nakazów, które wydają się zbyt uciążliwe, a często arbitralne i zbyteczne. Ale z drugiej strony zbyt nachalna i często nieco prymitywna oferta zwolenników nowego ateizmu okazuje się nie wypełniać najgłębszych potrzeb duchowych, które człowiek odkrywa w sobie. Tę potrzebę niejako trzeciej drogi wypełnia propozycja irlandzkiego filozofa Richarda Kearney'a. Nie proponuje on jednak syntezy teizmu i ateizmu, lecz raczej powrót do pewnych pierwotnych doświadczeń, które są wcześniejsze wobec jakichkolwiek tematyzacji i dogmatyzacji doświadczenia religijnego. Autor przekonuje, że w świętych tekstach wielkich religii, aczkolwiek podobne doświadczenie możemy znaleźć również w arcydziełach literackich, że w dziełach tych odnajdujemy czystą wiarę będącą reakcją na spotkanie kogoś radykalnie obcego, tajemniczego, pierwotnego przybysza. Takiej wiary doświadczył Abraham, Mojżesz, Mahomet i inni twórcy wielkich religii, choć widoczna jest ona również w tekstach takich pisarzy jak James Joyce, Marcel Proust czy Virginia Woolf. Termin anateizm określa ten powrót do Boga po Bogu lub jak moglibyśmy nieco inaczej powiedzieć, do Boga przed Bogiem, a więc kogoś, kto pojawia się u samych źródeł naszego doświadczenia religijnego, wykreślając horyzont naszego duchowego poszukiwania. Jest to pierwotna otwartość na transcendencję i doświadczenie czegoś, co przekracza nasze rozumienie, które jest wolną od dogmatyzmu i wszelkich reguł religijnych akceptacją tajemnicy, przejawiającą się w duchowej elastyczności zmierzającej do wykluczenia konfliktów religijnych i pełnej tolerancji. Nie jest to wyznawanie nowego Boga, które wyrastałoby z jakiejś syntezy dzisiejszego ateizmu i teizmu, a jedynie powrót do Boga pierwotnego, który daje się doświadczyć jako przybywający niespodziewanie gość. Stąd też dla Kearney'a gościnność jest najwłaściwszym wyrazem postawy religijnej.
Realizuje się ona nie tylko wobec bliskich i znajomych, lecz przede wszystkim wobec dalekich przybyszów, wobec każdego człowieka przybywającego z każdego zakątka świata. Afirmując bliźniego w każdym obcym człowieku odkrywamy pierwotną i fundamentalną boskość jedynego obcego. Stąd też duchowość postawy anateistycznej realizuje się w codzienności, a nawet w wyjątkowym doświadczeniu cielesności drugiego człowieka, które poprzez gościnność pozwala na odkrywanie transcendencji, immanencji naszego życia. Skoro jednak Bóg pozostaje na zawsze obcy, to czy poszukiwanie sacrum w doczesności nie przemieni się w świecki humanizm usiłujący nadać jakąś głębszą duchową postać naszym relacjom w świecie, w tym zwłaszcza relacjom międzyludzkim, sprowadzając religię do postawy otwartości i gościnności wobec każdego człowieka bez wyjątku, w tym zwłaszcza wobec emigrantów ze stron obcych nam kulturowo? Zostawiam państwa z tym pytaniem. W imieniu autora owej recenzji Ryszarda Mordarskiego. Przypomnę, artykuł nosi tytuł „Anateizm. Powrót do Boga po Bogu”, jest recenzją książki Richarda Kearney'a „Anateizm. Powrót do Boga po Bogu”. Książka w przekładzie Tomasza Sieczkowskiego.
Tak, proszę państwa, to była cotygodniowa porcja filozofii. Dzisiaj w takiej wersji lightowej. Czytałem to dosyć szybko, więc może warto sięgnąć jeszcze raz po ten tekst, po odsłuchanie go, bo przy pierwszym słuchaniu można odnieść wrażenie, że to jest postawa, którą dałoby się skwitować słowami Angeli Merkel: Herzlich Willkommen. Nie, to chyba nie o to chodzi. W żadnym przypadku. To jest przesłanie zarówno dla tych, którzy jak najbardziej słowa Angeli Merkel popierają, jak i dla tych, którzy są absolutnie na nie. Myślę, że o coś innego chodzi. Po to pan profesor podkreśla w ostatnim akapicie tę codzienność, tę zwykłość. To naprawdę jak najdalej od polityki. Raczej skupmy się na tym, co jest na początku, czyli na przesłaniu, że drugi człowiek może być ważny.
Ale nie ma nic gorszego niż ktoś, kto próbuje na siłę interpretować filozoficzne przekazy. Myślę, że najlepszą formą zrozumienia tekstu tego rodzaju jest ciche zastanowienie się nad tym, co słyszymy, co czytamy. To zawsze dobrze robi tekstom filozoficznym. A ja? A ja zapraszam państwa teraz na coś, co wyciągnąłem po raz kolejny z kanału Wehikuł Wyobraźni. Tam państwa zapraszam, nieodmiennie zapraszam. To jest mój kanał, który sobie na YouTubie prowadzę bez spiny i bez specjalnego napięcia. Mówię o tym, co mnie fascynuje, jakie książki mnie fascynują, jakie problemy mnie fascynują. I od czasu do czasu zapraszam państwa na ten kanał za pośrednictwem Bibliotekarium 2.0. Dzisiaj przeklejam z kanału Wehikuł Wyobraźni opowieść o tic tacach na Marsie.
Ci z państwa, którzy interesują się sprawami UFO, już wiedzą, co mam na myśli, mówiąc o tic tacach. Na pewno nie cukierki. A ci z państwa, którzy nie wiedzą, to może się dowiedzą. Zaręczam, że będzie ciekawie, chociaż niejednoznacznie. W tym podcaście odwołuję się do pewnych obrazków i do pewnych zdjęć. Żeby po nie sięgnąć, możecie państwo wejść na kanał Wehikuł Wyobraźni, odnaleźć ten film o tic tacach. Tam zdjęcia źródłowe, między innymi zdjęcia z NASA, będziecie mogli państwo odnaleźć. A teraz już bez zbędnej zwłoki zapraszam państwa na opowieść o tic tacach na Marsie. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w miejscu, gdzie nauka spotyka się z tajemnicą, a rzeczywistość bywa czasami bardziej niesamowita niż fikcja.
Dzisiejszy odcinek zabierze nas na Czerwoną Planetę, na Marsa, ale nie będziemy mówić o geologii, misjach NASA czy poszukiwaniach wody. Zajmiemy się czymś znacznie bardziej zagadkowym. Otóż kilka tygodni temu w mediach społecznościowych wybuchła prawdziwa burza po tym, jak na jednym ze zdjęć przesłanych z Marsa zauważono coś, co dla wielu wygląda jak obiekt UFO. Co więcej, przypomina on klasyczny kształt tic taca znany z obserwacji amerykańskich pilotów nad oceanem w 2004 roku czy wielu późniejszych obserwacji. Czy to możliwe, że na Marsie sfotografowano coś podobnego do tic taców, które obserwujemy w ziemskiej atmosferze? W tym odcinku przyjrzymy się owej sprawie z każdej strony. Zarówno z perspektywy entuzjastów życia pozaziemskiego, jak i chłodnej naukowej analizy. Porozmawiamy o tym, co naprawdę widać na zdjęciu, dlaczego budzi takie emocje i czy mamy do czynienia z przełomem, czy może tylko z kolejną optyczną iluzją. Podczas przygotowywania odcinka korzystałem z dostępnych materiałów prasowych, analiz zdjęć łazika Curiosity, publikacji NASA, a także opinii ekspertów od astronomii, geologii i psychologii percepcji. Wszystko po to, by przedstawić państwu możliwie pełny obraz owej marsjańskiej zagadki.
Jesteście państwo gotowi? To zapnijmy pasy. Wehikuł Wyobraźni rusza w kierunku Czerwonej Planety. Zanim przyjrzymy się tajemniczemu zdjęciu z Marsa, warto zrozumieć, dlaczego kształt tic taca budzi aż takie emocje. Cofnijmy się do jednego z najsłynniejszych przypadków obserwacji niezidentyfikowanego obiektu przez wojsko. Cofnijmy się do roku 2004, do wybrzeży Kalifornii. To właśnie wtedy piloci amerykańskiej marynarki wojennej, komandor David Fravor i porucznik Alex Dietrich zauważyli coś dziwnego. Podczas ćwiczeń radar wykrył obiekt poruszający się w sposób absolutnie niepasujący do znanej technologii, bez śladów napędu, bez dźwięku, z niewiarygodnymi przyspieszeniami i manewrami, które wydawały się przeczyć prawom fizyki. Piloci opisali ów obiekt- Jako biały, owalny, bez żadnych skrzydeł. Jak gigantyczny tic tac.
Wszystko to działo się 14 listopada 2004 roku. Piloci myśliwców Gunfighter lecieli na ćwiczenia w pobliżu San Diego, kiedy zostali przekierowani w celu zbadania dziwnego obiektu dostrzeżonego na radarze przez okręty wojenne osłaniające lotniskowiec USS Nimitz. To, co piloci znaleźli, było białym obiektem o długości około 40 stóp. Bez okien, bez skrzydeł, w kształcie tic taca. Obiekt unosił się nad morzem. Komandor powiedział Kongresowi w 2023 roku, że gdy okrążył obiekt, ten wystrzelił obok niego z prędkością tysięcy mil na godzinę i jakimś cudem zatrzymał się sekundę później w tajnym, wcześniej wyznaczonym miejscu spotkania oddalonym o 60 mil. Miejscu, które tylko on i garstka personelu marynarki wojennej znali przed ćwiczeniami. To wydarzenie przeszło do historii, bo zostało oficjalnie potwierdzone przez Pentagon. I to właśnie od tego momentu kształt tic taca stał się jednym z symboli współczesnych obserwacji UFO albo jak dziś się to nazywa UAP. Dlaczego o tym mówię?
Bo właśnie taki kształt, gładki, podłużny, lekko zaokrąglony pojawił się na zdjęciu z Marsa. Dla wielu obserwatorów niezwykłości nie może to być przypadek. A może po prostu mamy do czynienia z tak specyficznym wzorcem percepcyjnym, że mózg automatycznie, w cudzysłów, czyta ten kształt jako coś znanego? Warto pamiętać, że tic tac jako forma wizualna jest dosyć neutralna. Nie wygląda jak klasyczne latające spodki, nie ma okienek, anten czy światełek. I właśnie to, co czyni go niepozornym, jednocześnie czyni go również jeszcze bardziej intrygującym. To wszystko sprawia, że kiedy coś o takim kształcie pojawia się na zdjęciu z innej planety, nasze wyobraźnie zaczynają działać na pełnych obrotach. Przenieśmy się teraz na Marsa. Dokładniej to do krateru Gale, gdzie od 2012 roku działa łazik Curiosity należący do NASA. To właśnie tam, wśród czerwonego pyłu, skał i wydm pojawił się obraz, który stał się przyczyną zamieszania.
Zdjęcie, o którym mowa, zostało wykonane przez jedną z kamer łazika Curiosity, kamerę masztową w marcu 2020 roku. Są to kamery o wysokiej rozdzielczości, które dokumentują powierzchnię planety w poszukiwaniu geologicznych anomalii, śladów wody, a czasem zupełnie niespodziewanych form. Na jednym z takich ujęć, wydawałoby się w zwykłym krajobrazie marsjańskim, internauci zauważyli coś dziwnego. W tle, tuż nad linią skał, widoczny był podłużny, gładki obiekt o jasnym zabarwieniu. Obiekt, który co najważniejsze rzucał cień w taki sposób, że wyglądał, jakby unosił się w powietrzu. I to był prawdziwy punkt zapalny. Zrzut ekranu z tym zdjęciem zaczął błyskawicznie krążyć po Twitterze, Reddicie i forach poświęconych zjawiskom paranormalnym. Komentarze? Pełen wachlarz. Od: „Oto dowód na istnienie życia pozaziemskiego”, po: „To tylko skała, ale fajnie się patrzy”.
Warto zauważyć, że NASA nie opublikowała oficjalnego komunikatu na temat tego konkretnego obiektu. Co właściwie nie jest niczym dziwnym. Codziennie z Marsa przesyłane są setki zdjęć, a analizują je zarówno automatyczne algorytmy, jak i zespoły naukowców. W tym przypadku nikt z agencji kosmicznej nie określił znaleziska jako wyjątkowego, ale to nie zatrzymało lawiny spekulacji. Obiekt zyskał miano marsjańskiego tic taca, właśnie ze względu na swój kształt. Niektórzy twierdzą, że jego powierzchnia wydaje się zbyt gładka i symetryczna, by mógł być to zwykły kamień. Inni wskazują na cień, który rzeczywiście tworzy wrażenie, jakby coś unosiło się nad gruntem. Czy to tylko gra światła? Czy może iluzja wynikająca z kąta, pod jakim zdjęcie zostało wykonane? A może, i tu wchodzi wyobraźnia, może to coś, co naprawdę nie powinno tam być?
W tej części chciałbym opowiedzieć o tym, co naprawdę widać na zdjęciu. Bez efektownych filtrów, krzyków z nagłówków gazet i portali internetowych. Mam świadomość, że to tylko fragment większej układanki, którą spróbujemy rozłożyć na czynniki pierwsze w kolejnych częściach tego podcastu. Wiemy już, co przedstawia zdjęcie i jakie poruszenie wywołało, ale co właściwie mogło zostać uchwycone na tej fotografii? Czas na analizę hipotez. Od tych najbardziej fantastycznych, aż po te chłodne, naukowe, wyciszone. Teoria UFO, obiekt pozaziemski. Zacznijmy od tego, co podbiło wyobraźnię internautów. Według wielu obiekt przypomina klasyczne UFO bez widocznych elementów napędu. Gładka, symetryczna, unosząca się nad powierzchnią Marsa bryła.
Jeśli dodać do tego, że wygląda jak tic tac, automatycznie budzi skojarzenia z przypadkami obserwowanymi na Ziemi. Niektórzy sugerują, że może to być pozostałość po obcej sondzie albo nawet aktywne urządzenie, które porusza się nad powierzchnią planety. Są też tacy, którzy idą jeszcze dalej i mówią o możliwości monitorowania Marsa przez kogoś innego niż my. Brzmi niesamowicie? Owszem, ale czy to prawdopodobne? Naturalne wyjaśnienie. Skała, cień, optyczna iluzja. I tutaj wchodzą naukowcy. Zaczynają od podstaw. Wiele przesłanek sugeruje, że możemy mieć do czynienia ze zjawiskiem pareidolii, czyli naturalną skłonnością naszego mózgu do rozpoznawania znanych kształtów tam, gdzie ich po prostu nie ma.
To właśnie przez pareidolię widzimy twarze w chmurach lub w skałach. Druga sprawa: kąt padania światła. Na Marsie, podobnie jak na Ziemi, światło potrafi tworzyć dziwne efekty, szczególnie na nierównym terenie. Jeśli do tego dołożymy niską rozdzielczość niektórych fragmentów zdjęcia i brak głębi pola, łatwo o złudzenie, że coś leci, chociaż w rzeczywistości może to być po prostu część większej formacji skalnej. I jeszcze jedno. Kompresja obrazu. Wiele zdjęć przesyłanych z łazików to nie są pełne pliki RAW, tylko wersje skompresowane, często z pewnymi stratami jakości. Czasem artefakty tej kompresji mogą sprawiać, że krawędzie obiektów wydają się zbyt idealne lub nienaturalne. Teorie pośrednie. Obiekt sztucznego pochodzenia, ale niekoniecznie pozaziemski.
Jest trzecia droga, którą podążają niektórzy analitycy. A co, jeśli to artefakt ludzkiej technologii? Brzmi kontrowersyjnie? Trochę tak, ale nie jest to czysta fantastyka. W przeszłości zdarzało się, że fragmenty sprzętu, na przykład osłony, śruby czy nawet zrzuty z wcześniejszych misji były znajdowane na Marsie, czasem bardzo daleko od miejsca lądowania. Możliwe więc, że to część starego mechanizmu. Coś, co rzuca nietypowy cień. Inna teoria mówi o możliwym błędzie sprzętowym kamery, tak zwany lens flare, czyli refleks świetlny lub inna forma zniekształcenia obrazu. Jak państwo widzicie, opcji jest sporo. Każda z nich ma swoje argumenty, ale też swoje ograniczenia.
Prawda może być zaskakująco prozaiczna albo jeszcze bardziej niesamowita, niż się spodziewamy. Pytanie brzmi: jak daleko chcemy się posunąć w interpretacji i jak bardzo pozwolimy naszej wyobraźni przejąć kontrolę nad tym, co widzimy na zdjęciu? Czy patrząc kiedyś w chmury, zauważyliście państwo twarze? A może smoka? Serce? Albo nawet tik taka? Zapewne tak. I zapewniam, nie jesteście państwo sami. To, co właśnie opisałem, to zjawisko pareidolii, jednej z najbardziej fascynujących cech naszego mózgu. Pareidolia to tendencja do dostrzegania znanych kształtów, najczęściej twarzy, w przypadkowych wzorach.
W dymie, w korze drzew, w górskich zboczach albo właśnie na zdjęciach z Marsa. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że nasz mózg nie lubi pustki. Ów mózg jest mistrzem w dopowiadaniu historii tam, gdzie brakuje danych. W świecie prehistorycznym ta umiejętność ratowała życie. Lepiej było dostrzec lwa w krzakach, nawet jeśli to był tylko cień. Lepiej było dmuchać na zimne, niż nie zauważyć zagrożenia. Ale dziś? Dziś ta sama zdolność może sprawiać, że widzimy statki obcych w ziarnie zdjęcia z odległej planety. Co ciekawe, naukowcy zauważają, że pareidolia nasila się, gdy towarzyszy jej silne oczekiwanie lub silne emocje.
A cóż może być bardziej ekscytujące niż wizja kontaktu z cywilizacją pozaziemską? Dodajmy do tego jeszcze jeden składnik: potrzebę wiary. Niekoniecznie religijnej. Bardziej chodzi o wiarę w to, że coś więcej istnieje, że nie jesteśmy sami, że wszechświat jest pełen tajemnic, które dopiero czekają na odkrycie. Marsjański tik tak idealnie wpisuje się w ten głód niezwykłości. Ale jest też ciemniejsza strona medalu. W dobie mediów społecznościowych każdy obraz, każda teoria może błyskawicznie stać się viralem. Często bez sprawdzania źródła, bez kontekstu, bez zrozumienia, co tak naprawdę widzimy, rozsyłamy to dalej, dalej i dalej. I tak dochodzimy do zjawiska znanego jako efekt kuli śnieżnej. Ktoś wrzuca zdjęcie z Marsa, ktoś inny dodaje teorię o obcych, kolejny tworzy tik taka z dramatyczną muzyką i nagle obiekt tik tak na Marsie staje się faktem dla tysięcy ludzi.
A w rzeczywistości może to być skała albo cień, albo artefakt optyczny. Ale nasz mózg i algorytmy wolą zupełnie inną opowieść. Zatem zanim ulegniemy pokusie uznania czegoś za dowód na obecność obcych, warto zadać sobie pytanie: czy widzę to, co jest, czy to, co chcę zobaczyć? Okej, mamy zdjęcie, mamy teorię, mamy emocje. Ale co na to wszystko mówi NASA? NASA, jak zwykle mówi rzeczowo i bez sensacji. W przypadku zdjęcia z tic tac-iem na Marsie, Amerykańska Agencja Kosmiczna nie opublikowała specjalnego oświadczenia. I to wcale nie oznacza, że coś ukrywa. Wręcz przeciwnie. Podobne przypadki są zbyt powszechne, aby każdorazowo komentować cień czy jakąś dziwną formację.
W rzeczywistości NASA publikuje dziesiątki tysięcy zdjęć rocznie. Zdjęć z Marsa, z łazików takich jak Perseverance czy Curiosity. Te zdjęcia są dostępne publicznie, często nawet w czasie zbliżonym do rzeczywistego. A to oznacza, że każdy z nas może być odkrywcą, ale też każdy z nas może się pomylić. W przypadku marsjańskiego tic taca obiekt na zdjęciu został uznany przez naukowców i analityków z NASA za nietypową, ale naturalną formację skalną. Ich zdaniem tego typu kształty powstają przez miliony lat w wyniku erozji, wietrzenia, osuwisk i procesów geologicznych, które choć może mniej spektakularne niż loty UFO, są równie fascynujące. Co ważne, NASA nie lekceważy nietypowych znalezisk. Istnieją specjalne procedury, kiedy jakiś obraz przykuwa uwagę ekspertów. Analizowane są metadane, kontekst zdjęcia, warunki oświetleniowe, a także porównania z innymi ujęciami tego samego miejsca. Niektóre anomalie zostają zbadane dogłębnie, inne po prostu trafiają do katalogu ciekawostek oraz optycznych złudzeń.
Ale i tu warto być czujnym. Brak komentarza nie oznacza spisku, raczej świadczy o ostrożności, bo w nauce liczy się dowód, a nie domysł. Ludzie z NASA zdają się mówić: kiedy następnym razem zobaczycie tajemniczy obiekt na zdjęciu z Czerwonej Planety, pomyślcie, czy to coś nadzwyczajnego, czy może nasz mózg właśnie bawi się w kosmicznego artystę? Można ludziom z NASA wierzyć. Można nie wierzyć. No dobrze, to co tak naprawdę wiemy o tic tacu z Marsa? Mamy zdjęcie. Możecie je państwo podziwiać na miniaturce filmu. Mamy kształt, który przypomina coś znajomego. Mamy reakcję internetu.
Od entuzjastycznych teorii po chłodne analizy. I mamy głos nauki, który mówi: to prawdopodobnie formacja skalna. A więc, czy to coś ważnego? Z jednej strony może nie, bo takich dziwnych obiektów było już na Marsie całkiem sporo. Pamiętacie państwo marsjańską łyżkę, marsjańską jaszczurkę, marsjańską kobietę siedzącą na skale? Wszystko to mogło być grą światła, mogło być grą naszej wyobraźni. A ten tic tac ze zdjęcia? On prawdopodobnie dołącza do tej samej galerii. Do galerii złudzeń. Jednak z drugiej strony może to bardzo ważne zdjęcie.
Może nie należy tej fotki wrzucać do jednego worka z tym, co się nam przywidziało. Przecież każde odkrycie, każdy viralowy moment pokazuje, jak głęboko tkwi w nas pragnienie odkrycia czegoś więcej. Jak bardzo chcemy wiedzieć, jak wielką siłę mają obrazy, te prawdziwe i te wyobrażone. Przecież to właśnie dzięki naszej ciekawości eksplorujemy kosmos. Dzięki niej wysyłamy łaziki, teleskopy, sondy. I to właśnie ona, ciekawość sprawia, że nawet patrząc na kawałek marsjańskiej skały, pytamy: a jeśli to coś więcej niż się nam wydaje? Dlatego zamiast tylko wyśmiewać marsjańskie UFO, warto zatrzymać się i pomyśleć, czego tak naprawdę szukamy w tych obrazach. Czy to znak życia gdzieś tam? Czy może tęsknota za czymś większym niż nasza codzienność? Na te pytania, na które nie ma jednej jednoznacznej odpowiedzi, co z tego, że nie ma?
Warto pamiętać, że nauka i wyobraźnia nie muszą się wykluczać. To nawet dobrze, gdy idą obok siebie. Bo to właśnie na styku tych dwóch, powiedzmy sił, powstają najciekawsze historie. Bo bez wyobraźni nauka staje się czymś suchym, czymś niemal nieludzkim. Ale bez nauki wyobraźnia również zaczyna kuleć. Nie wiem, czy akurat to chcieliście państwo usłyszeć o marsjańskim tic tacu. Nie wiem. Ja w ogóle bardzo wielu rzeczy nie wiem. Tak naprawdę, kiedy patrzę na zdjęcie, które państwo możecie podziwiać na miniaturce filmu, aż mam ochotę powiedzieć: przecież widać, że to jest coś nie z tego świata. Ale rzeczywistość skrzeczy.
To zdjęcie, które państwo podziwiacie, jest wyidealizowane. Jeśli spojrzycie na zdjęcie oryginalne z dużymi ziarnami, to zdjęcie, które pochodzi prosto ze strony NASA. Link do tej fotki znajdziecie państwo w opisie filmu. To jeśli państwo zerkniecie na to zdjęcie, to w dalszym ciągu ono jest intrygujące, ale może już nie takie jednoznaczne. I to by było na tyle, jeśli chodzi o dzisiejszy odcinek o tik taku na Marsie. Czy to UFO, czy zwykłe złudzenie? Zostawiam to Państwu do rozważenia. Mam nadzieję, że udało się nam wszystkim znaleźć równowagę między tym, co naukowe, a tym, co po prostu fascynujące. Bo w końcu, tak jak mówiłem wcześniej, to ciekawość napędza nas do odkrywania świata wokół nas, kosmosu. A może, kto wie, może kiedyś dowiemy się czegoś więcej o owych tajemniczych obiektach na Marsie.
Zanim się jednak dzisiaj pożegnamy, pamiętajcie Państwo, że w tej podróży nikt z nas nie jest sam. Bardzo proszę, dajcie Państwo znać, co o tym wszystkim myślicie. Kto z Państwa dostrzegł tajemniczy obcy obiekt na zdjęciu? Kto z Państwa go tam nie dostrzegł? A może macie Państwo swoje własne teorie? Czekam na Wasze komentarze, wiadomości, a może jakieś teorie, które oczywiście niektórzy nazwą spiskowymi. Kto wie, może uda się rozwinąć temat w przyszłości. Jeśli chcecie Państwo zgłębić temat jeszcze bardziej, polecam kilka świetnych źródeł, które znajdziecie Państwo w opisie filmu. Jeśli podobał się Państwu dzisiejszy odcinek, pamiętajcie, proszę, aby zasubskrybować kanał. To najprostszy sposób, aby nie przegapić następnych odcinków Wehikułu Wyobraźni.
Do usłyszenia i niech Wasza ciekawość nie zna granic. Proszę Państwa, teraz czas na recenzarium Evivy. Dzisiaj tytuł, który brzmi intrygująco. „Małżonka słońca”.
[38:44] - Wita się z Państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie tak dawno mówiłam o atakach na powieść Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy” i wypowiedziałam swoje zdanie na ten temat. Tak jak tam zauważyłam, nie można rozpatrywać danej powieści bez kontekstu kulturowego, na którym wyrosła. Tak w skrócie. Jeżeli szukacie rasizmu w powieściach, to mam dla Was prawdziwą gratkę. Gaston Leroux, powieść z 1919 roku „Małżonka słońca”. Gaston Leroux w swoim czasie był rozchwytywanym pisarzem. Pisał bardzo dużo i w sumie, jakby to powiedzieć delikatnie, mało dobrze. Produkował takie tanie powieścidła. Mimo to w swoim czasie cieszył się sporą sławą.
Po „Małżonkę słońca” sięgnęłam z ciekawości, żeby zobaczyć, na czym ta jego sława polegała. Naczytałam się bowiem bardzo dużo złego o tym pisarzu. No i cóż, mogę powiedzieć tak: do czego można tu się przyczepić pod względem literackim? Na pewno do sformułowań, jakich pisarz używa, sposobu budowania zdań. To wszystko się tragicznie zestarzało. Po prostu tragicznie. Jednak mimo wszystko sama treść jest bardzo ciekawa. Oto młody Roman Ozou, razem ze swoim wujem, członkiem Akademii Francuskiej, Sekcja Literatury Pięknej, przybywa do Peru, gdzie mieszka jego ukochana Maria Teresa, córka markiza. Autentycznego markiza, który ożenił się z kobietą przedsiębiorczą i bogatą. Córka odziedziczyła po matce talenty.
Zresztą ku radości ojca, który poza tytułem właściwie nie ma żadnych cech pozytywnych. Pozytywnych w sensie możliwości zarobienia na siebie. Maria Teresa przejęła interes matki i prowadzi go, a ojciec służy do ozdoby. Jednak Roman nie stara się o rękę ojca, tylko córki. Wszystko wygląda dobrze, ponieważ Maria Teresa odwzajemnia jego uczucia, a po jakimś czasie okazuje się, że i markiz jest przychylny młodemu człowiekowi. Jednak zaczyna się dziać coś niezrozumiałego. Zamieszkujący Callao Indianie z niewiadomych powodów porzucają miejsca pracy i zamieszkania i udają się w góry. Roman dowiaduje się, że chcą świętować jedną z pradawnych świąt inkaskich odbywających się co 10 lat. Zaślubiny małżonki słońca. Maria Teresa nie wydaje się tym zmartwiona.
Zresztą dosłownie chwilę wcześniej sama wyrzuciła z pracy wszystkich Indian, których miała na swoich usługach, za wyjątkiem małej służącej, ponieważ miała dosyć, jak powiedziała, ich lenistwa. Czarę goryczy przechyliło zabójstwo jednego z Chińczyków, którzy również pracowali dla przedsiębiorstwa Marii Teresy. Jednak już wkrótce jej spokój zostaje zmącony. Dziewczyna zostaje obdarowana znienacka, nie wiadomo przez kogo, bransoletą z wyrytą twarzą słońca. Jest bardzo zdziwiona. Myśli, że to żart jednego z konkurentów. Jednak okazuje się, że za tym dziwnym podarunkiem stoi coś znacznie bardziej złowrogiego. Z jej śledziwych siatek przypominają sobie, że 10 lat wcześniej i 20 lat wcześniej zaginęły w tym samym mieście młode kobiety. Wszystko wskazuje na to, że Maria Teresa może być trzecią. No tak, mniej więcej taka jest treść.
Autor nie ukrywa wcale swoich rasistowskich przekonań. O Indianach pisze z pogardą i wstrętem, te też uczucia transferując na swoich bohaterów. Jedynym spośród nich, który jest potraktowany nieco lepiej, to Houska, wychowanek domu markiza, zakochany w Marii Teresie. Jego jednego nazywa szlachetnym Indianinem. Reszta to dla niego nawet nie są ludzie. Właściwie to Chińczyków, o których wspomina w powieści, wcale nie traktuje lepiej. Tyle że są bardziej pracowici, ale dla Marii Teresy mają tylko wartość użytkową. Mówiąc szczerze, podobnie rasistowskiej książki naprawdę dawno nie czytałam. I wszyscy, którzy zarzucają rasizm Sienkiewiczowi na podstawie „W pustyni i w puszczy”, tę książkę właśnie powinni przeczytać. Zobaczą, co to jest prawdziwy rasizm.
Myślę jednak, że nie przeczytają. Tacy bowiem zazwyczaj oddają się lekturze dość rzadko. Bazują raczej na tym, co o niej usłyszeli od innych. Jeżeli o mnie chodzi, to przyznaję, że Gaston Leroux potrafił zręcznie poprowadzić akcję. Język, którym napisał swoją powieść, dla współczesnego czytelnika jest dość męczący ze względu na swoją egzaltację oraz przestarzały sposób budowania zdań. Jednak kiedyś tak właśnie książki pisano. Teraz robi się to inaczej i po prostu przywykliśmy do czegoś innego. Gdyby jednak ją jakoś przerobić na współczesną modłę, na pewno zyskałaby więcej zwolenników. Oczywiście pomijając kwestie, o których wcześniej powiedziałam. Mimo wszystko jest bowiem ciekawa i można się z niej dowiedzieć sporo rzeczy na temat Peru i na temat zwyczajów Indian.
Na pewno nieco przyjaskrawionych, ale nie do końca, ponieważ mimo całej swojej sympatii, jaką żywię do Indian w ogóle, pamiętajmy, że nie były to łagodne baranki. Szczególnie właśnie Indianie z Ameryki Łacińskiej mieli wyjątkowo okrutne obrzędy religijne i nie możemy o tym zapominać, że tak naprawdę Hiszpanie mieli dobry powód, żeby uznać ich za wyznawców samego szatana. Oczywiście samym Hiszpanom też nic nie brakowało, ponieważ konkwistadorzy nawet na tle epoki mogli być uznani za potwory. Ale bądźmy po prostu uczciwi w naszych ocenach. To tak tylko na zakończenie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[44:46] - Czas na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj będziemy rozmawiać o filmie "Ash". Jakby to państwu powiedzieć? To jest horror. Horror sci-fi. I jak to napisał znany pisarz Paweł Majka w jednym z wpisów internetowych, facebookowych nawet, największą traumę przeżył, najbardziej bał się, kiedy zobaczył robota medycznego w tym filmie. Zalecam państwu, że to duża złośliwość. No ale nie uprzedzajmy wypadków. Zapraszam na Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu.
Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie zaczynamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[45:38] - Witam, witam serdecznie. Witam ciebie, witam szanownych słuchaczy, a w dzisiejszym odcinku "Ash", czyli horror na obcej planecie. 90 ponad minut emocji albo półtorej godziny siekaniny. Jak jest naprawdę albo jakie są opinie, zaraz zapytamy o to Marka. Ten film miał premierę w marcu tego roku. Jest więc nowy. Mówimy o nim w maju. W głównej roli w "Ashu" znana z "Problemu trzech ciał" Elsa González. Jak jesteście miłośnikami sci-fi, od razu poznacie. Film został ponoć wyprodukowany za psie pieniądze, ma bardzo mały budżet.
To może go w jakiś sposób chronić przed krytyką. Ale nie wiem, bo nie wiem też, czy gaża dla tej aktorki nie pochłonęła większości. To też nie jest tak, że ona jest jedyną rozpoznawalną aktorką w tym obrazie. Dodatkowo, co jest dziwne, to reżyserem "Asza" jest niejaki Flying Lotus, czyli raper. Raper reżyseruje horror science fiction. Tego jeszcze nie grali. Czy coś dobrego mogło się z tego urodzić? Oczekiwania były duże, nadzieje były rozpalone. Wiele osób oczekując filmu "Ash" miało nadzieję, że przełamany zostanie pewien impas. Ale dobrze Marku, zanim przejdziemy do ocen, to może kilka słów, o co w tym filmie chodzi, bo szczerze mówiąc, kiedy się bierze na tapet horrory sci-fi, łatwo można się domyśleć, o czym będzie mowa.
I tu niestety jest podobnie. Nie jest to coś oryginalnego. Mamy główną bohaterkę z lekką amnezją, która się budzi, powiedzmy w stacji badawczej, ma tam jakieś reminiscencje. Coś złego się wydarzyło, ale ona nie wie. Z czasem dowiadujemy się, że zarówno ona, jak i inni byli członkami ekspedycji wysłanej z Ziemi na planetę, która ma być dla ludzkości ostatnią deską ratunku. Ale oczywiście, cholercia, jak to zawsze w takich sytuacjach, zawsze coś musi pójść źle.
[47:54] - My od początku wiemy, że tam doszło do czegoś strasznego, bo ona odzyskuje przytomność. Nic nie wie, nic nie pamięta, ale trupy wokół leżą na tej stacji, która jest na planecie bardzo odległej i bardzo dziwnej. Wybaczcie państwo, jak tego z siebie nie wyrzucę, to inaczej pęknę, więc muszę opowiedzieć suchar w tej chwili. Proszę państwa, w tym filmie emocje są naprawdę jak na grzybach. A był potencjał. W tym filmie jest potencjał, który mógłby naprawdę owocować filmem, który byłby obejrzany z zainteresowaniem. Tylko nie ukrywam, że myśmy wymienili tę myśl z Piotrem jeszcze przed audycją, więc wydaje mi się, że jesteśmy zgodni. Gdybym coś przekręcił, to Piotr mnie sprostuje. Ale doszliśmy do wniosku, że ten film, gdyby był o połowę krótszy, ba, gdyby on trwał tylko pół godziny, to dałoby się zrobić z niego coś, o czym wspomniał kąśliwie Piotr na początku, że byłaby akcja, byłyby przeżycia, byłoby napięcie. Nic takiego w tym filmie nie ma, proszę państwa.
Aczkolwiek samo jądro pomysłu jest Strawne. Nie jakieś specjalnie odkrywcze opowiadania, takie filmy już drzewiej bywały. Natomiast sama idea tego, że ktoś się budzi z amnezją i musi odkryć, jak do tego wszystkiego doszło, jest filmowo nośna, pod warunkiem, że się przyłoży odpowiednie napięcie do tego wszystkiego. Tu tego napięcia troszkę, chciałem powiedzieć, brakuje. Konkretnie brakuje. Co więcej, ten film, kiedy już się nareszcie kończy, to zostawia nas z pewnymi pytaniami. Przyznam się, że gdyby ten film mnie tak nie znudził, to bym nad tymi pytaniami zastanawiał się od razu, a tak rozważałem je sobie troszeczkę później. Cóż mam jeszcze powiedzieć? To jest film, który ani nie epatuje wizualnością, ani ta planeta tu błyska trochę takiej luminescencji, trochę dyskotekowe momentami te krajobrazy są, w ogóle jakieś to dziwne. Bohaterka odkrywa świat, czyli odkrywa, co się tak naprawdę na stacji stało.
W międzyczasie ktoś ją odwiedza, ale żeby nie spoilerować, to nie jest takie oczywiste wszystko i zostajemy z pytaniami, o których już wspomniałem, co się tak naprawdę stało. Bo oczywiście dostajemy pewną informację, skąd to się mogło wszystko wziąć, jaka jest przyczyna tego, że tak się zrobiło, jak się zrobiło. Mimo wszystko to nie jest film, który może porwać. To już będzie złośliwość kompletna. Powiem, że wręcz przeciwnie. Gdybyście państwo przypadkiem na tym filmie zasnęli, to nie miejcie wyrzutów sumienia. Nie będziecie pierwsi. Później można dooglądać zawsze od tej sceny, którą państwo zapamiętacie jako ostatnią. Nie wiem, czy się jeszcze bardziej mogę nad tym filmem wyzłośliwiać. Pewno dlatego tak go złośliwie i podle atakuję, że liczyłem i widzę w tym filmie w dalszym ciągu potencjał na całkiem zgrabnie opowiedzianą historię.
I nie wiem, czy to jest wina rapera, który to dzieło stworzył, czy wina leży gdzie indziej, ale to jest film, który ja bym obchodził tak naprawdę z daleka. Chociaż mówię, to fajna historia mogłaby być.
[52:02] - Ano mogłaby być. Tutaj na samym początku powiedziałem, że ten film był dość tani w realizacji, może to ma go bronić. Natomiast ja powiem tak: słychać, że nie ma ekscytacji w moim głosie, dlatego niemalże „Ash” należy do mojego ulubionego gatunku filmowego, czyli do horrorów sci-fi. Problem z całym gatunkiem, ze wszystkimi horrorami sci-fi jest taki, chyba ze wszystkimi, może trochę przesadzam, ale jest taki, że to jest dość odtwórcza, homogeniczna grupa, to znaczy one zwykle się toczą wokół tych samych problemów, czyli kosmos, astronauci, obcy i tak dalej. I w horrorach science fiction jest trudno znaleźć coś dobrego. Także i w przypadku "Asza" widzimy bardzo liczne nawiązania do innych filmów. On się nie odetnie od inspiracji „Obcym”, ósmym pasażerem Nostromo, nie odetnie się od „Ukrytego Wymiaru”, nie odetnie się od „Pandorum” chociażby oraz tych wszystkich filmów sci-fi, gdzie zagrożeniem dla ludzi jest jakiś pasożyt czy jakaś istota z kosmosu. Powiem ci, że są ciekawe wątki, tylko się trzeba ich domyślać. Ten film jest przełażony, przepokazywany, przeprzeżywany przez bohaterów, natomiast jest tam jądro i coś, nad czym się można zastanowić, ale do tego jeszcze za chwilę przejdziemy. I się tak zacząłem zastanawiać, skoro sam zauważyłem tyle odniesień, tyle potencjalnych inspiracji do innych klasyków science fiction, to czy to jest ukłon tego Flying Lotusa w stronę tychże filmów, czy raczej mamy do czynienia z prostym faktem, że kiedy się za film tego typu bierze ktoś, kto się za bardzo nie zna, kto nie zna science fiction, to on tak naprawdę nie potrafi wyjść poza pewne ramy.
Zawsze to będzie historia o grupie ludzi, którzy lecą w kosmos, spotykają potwora. I tutaj tak naprawdę, ponieważ rzecz się zazwyczaj dzieje w bardzo ograniczonych, skąpych scenariach, czyli na statku kosmicznym chociażby, tam się dużo rzeczy nie zmieści, nie da się tej fabuły rozwinąć. Ona zawsze albo często jest przesuwana w stronę wewnętrznych przeżyć bohatera albo przeżywania przez niego strachu. I to niestety widać w filmie „Ash” moim zdaniem, że albo nie było pomysłu, albo ktoś się porwał na bardzo ambitny projekt, a koniec końców się okazało, że ambitny projekt wyszedł w taki sposób jak dziesiątki innych filmów. Czyli po pierwsze ta historia jest dość przewidywalna niestety i w pewnym momencie się zacząłem zastanawiać, czy reżyser chciał wykorzystać ten sentyment związany z klasykami i on się tak ukłonił ładnie w stronę „Obcego” i „Ukrytego Wymiaru”. Czy po prostu chciał pożyczyć sobie te i owe wątki i dodatkowo wepchnąć do tego jakiś wątek pod tytułem zombie, który zawsze jest dla Amerykanów chwytliwy. Jest też inna rzecz, lekko denerwująca w Ashu. Chodzi o dekoracje, scenografię wnętrza. Pamiętam, że myśmy omawiali taki film, to było dobrych kilka miesięcy temu, także film science fiction, także horror science fiction, który się dział na planecie, gdzie panuje mgła. Tam został już brak że tak powiem, krajobrazów.
On został tam do maksimum ukazany. Po prostu baba chodzi w tę mglę i szuka innych ludzi. To było już kuriozalne. Niestety w Ashu nie jest lepiej. Jedni to nazwą kameralnością, inni powiedzą, że to jest nastrój grozy, bo jest mrok i klaustrofobiczne przestrzenie, ale dla mnie to była oznaka kiczu, tandety. Ja nie czułem tej atmosfery zamknięcia w pudełku, nie czułem tej atmosfery grozy. Momentami, bardzo długimi momentami wpadamy w monotonię w tym filmie i to się przekłada na ogólne oceny Asha na internecie, bo od pewnego czasu staramy się porównywać nasze osobiste oceny z tym, co ludzie piszą w necie. Muszę powiedzieć, chociaż to też zależy od tego, gdzie się spojrzy, bo na przykład zauważyłem, że popularny polski portal ma te oceny trochę wyższe w przypadku filmów, które my omawiamy, czyli sci-fi horrory, niż popularne serwisy amerykańskie. Tutaj niestety Ash wypada na tle opinii widzów, ale też recenzentów, Marku, tutaj chyba zaraz coś powiesz, słabo. Wypada po prostu słabo i blado.
I to jest dziwne. Może dlatego jest tak, że ludzie czegoś niesamowitego oczekiwali, czegoś awangardowego, bo przecież wziął się za to, jakby nie było, muzyk. Może tutaj spodziewano się historii niesamowitej, a wyszła po prostu historia taka jak dziesiątki innych.
[57:39] - Piotrze, ja myślę, że grzechem tego filmu nie jest to, że on jest zrobiony za, jak to się mówi popularnie, tanie pieniądze. Nawet nie to, że on miejscami, zarówno jeśli chodzi o krajobrazy planetarne, jak i wnętrza, bywa taki dosyć pszenno-buraczany. Nie. Myślę, że to nawet mogłoby być wybaczone, gdyby poza rozwiązaniem zagadki, bo przecież to nie dość, że to horror czy w każdym razie horror sci-fi, to jeszcze w dodatku trzeba dołączyć do tego, że jest psychologiczny. W związku z tym dużo się dzieje w umyśle owej bohaterki i ona odkrywa, co się tak naprawdę stało i to jest w porządku. Natomiast te nawiązania albo te pseudonawiązania, których chcemy się dopatrywać, że to do "Obcego 8". Tak, być może. Tylko do czego prowadzę? To wszystko można by temu filmowi wybaczyć, bo owszem, dostajemy rozwiązanie, co się stało i kto jest winien i co się tam tak naprawdę wydarzyło, ale nie dostajemy odpowiedzi, co jest odpowiedzialne za to. Tak do końca nie dostajemy.
My się domyślamy bardziej, bo można powiedzieć, czy to jakiś pasożyt umysłu, mniej lub bardziej materialny, bo może to bardziej takie zwiewne i ezoteryczne, a może paranormalne, a może jak najbardziej realny pasożyt, który gdzieś tam się zagnieździł. Nie. Pewne wskazania mówią o tym, że to może jakiś rodzaj energii. Są takie nawiązania w filmie. W rezultacie nie dostajemy odpowiedzi. W tym filmie nie ma podsumowania, co wywołało to. I to kolejny zonk, bo ja myślę, że jak już film w różnych miejscach nie dociąga do brzegu, to mógłby chociaż od początku do końca wyjaśnić, co się tak naprawdę wydarzyło. A my się dowiadujemy tak naprawdę połowicznie. Kropki nad i nikt nie stawia. To moim zdaniem kolejny minus tego filmu.
Widzą państwo, że zarówno Piotr, jak i ja staramy się troszeczkę omijać tę główną treść, żeby państwu do końca nie zepsuć zabawy, bo jak my państwu opowiemy dokładnie, o co w tym filmie chodzi, to już w ogóle nie będzie sensu go oglądać, bo tam minimalne napięcie, takie fabularne napięcie, ono tam istnieje, ale wiecie państwo, ten suchar o grzybach i napięciu na grzybobraniu jest adekwatny akurat, dlatego się nie mogłem powstrzymać. Adekwatny, jeśli chodzi o ten film, ponieważ dostajemy takie ganianie się po korytarzach. Mam na myśli tę bazę, czy w ogóle to coś, gdzie główna bohaterka egzystuje, a później ją ktoś tam odwiedza, ale tak do końca to my się przekonujemy, jak to wygląda dopiero w drugiej części filmu z tymi odwiedzinami, jak rzecz wygląda. Myślę, że Paweł Majka, który mówił o tym, że najbardziej bał się robota medycznego w tym filmie trochę racji ma, bo jak ja bym miał być leczony przez takiego robota medycznego, to ja chyba jednak wolę polską służbę zdrowia, mimo wszystko. Bo proszę państwa, to taką tandetą tam jedzie. Ale dobrze, w końcu nie wszystko musi być takie super. Szczególnie, że Piotr to podkreślał, film jest zrobiony w niskim budżecie. Tylko ja się zastanawiam, jak długo my jeszcze będziemy usprawiedliwiać tego rodzaju wypadki przy pracy, że ktoś miał niski budżet. To diabła, to się trzeba postarać albo o wyższy budżet, albo może po prostu nie kręcić historii na półtorej godziny, która równie dobrze, jak to podkreślam, zmieściłaby się w pół godzinie i wtedy może byłaby filmem bardziej dynamicznym, który zamiast skupiać się na tym, jak to bohaterka psychologicznie przeżywa całą sytuację. I ona ją tak przeżywa, proszę państwa, że ona to całym ciałem musi wyrażać.
Państwo sobie wyobrażacie, jak to wygląda. Miota się po tym ekranie i miota mniej lub bardziej dynamicznie. I czy coś z tego wynika? Coś w końcu wynika, bo jakieś tam rozwiązanie dostajemy. Ale te wszystkie złośliwości, które wygłaszam w tej chwili, one prowadzą mnie do jednego: nie dajmy sobie wcisnąć tego kitu, że film był w niskim budżecie, w związku z tym możemy na niego patrzeć z przymrużeniem oka. Nie. Przypomnijcie sobie państwo, pierwszy "Terminator" też był nakręcony w niskim budżecie w latach 80. I wyszło z tego całkiem niezłe coś. Niektóre sceny do dzisiaj są kultowe, niektóre powiedzenia do dzisiaj są kultowe. O to tak naprawdę chodzi, że jeśli scenarzysta, jeśli reżyser mają coś do powiedzenia, chcą opowiedzieć nam ciekawą historię, to ją po prostu opowiadają.
Budżet owszem, przydaje się, ale nie jest wyznacznikiem sukcesu. Budżet jest dodatkiem do sukcesu. Tymczasem ja mam wrażenie, że w filmie "Ash" do opowiedzenia jest historia niespecjalnie odkrywcza, umówmy się, ale taka historia, którą dałoby się przerobić na film, który trzyma w napięciu. Tylko po prostu takiego filmu nie nakręcono.
[01:03:45] - Tak, musiałby być krótszy przede wszystkim. Jest to też historia ekstremalnie prosta, nieskomplikowana, dlatego też o tym za dużo nie mówimy. Czego polecam? Fani sci-fi mogą go zobaczyć, ale nic nowego to nie wniesie do ich życia duchowego, że tak powiem. Zresztą tak samo jak wiele innych filmów sci-fi z ostatnich lat. Nie wiem, wydaje mi się, że mamy spory impas, jeżeli chodzi o dyskusje nawet o tego rodzaju produkcjach, bo my się ciągle miotamy między tymi samymi zarzutami wobec tych produkcji. Niby ograniczony budżet w przypadku "Asza", niby tam ograniczone możliwości związane ze scenografią, bo wszystko rozgrywa się w tych korytarzach, jak mówisz. To powinno być rekompensowane przez jakiś suspens, jakieś wątki psychologiczne. Tu tak nie jest. I często tak nie jest.
Coraz częściej się zaczynam zastanawiać, czy to, co w science fiction jest najważniejsze i najbardziej pociągające intelektualnie i czasami przerażające, czy to jest w ogóle przekładalne na język filmowy. Bo coraz częściej zauważam, że jednak nie, czegoś brakuje. Może jednak czasami lepiej jest pozostać przy literaturze albo przy kręceniu takich antologii jak na przykład "Czarne lustro" czy jak "V/H/S". I tutaj "V/H/S", jeżeli dobrze sobie przypominam, to był przez nas omawiany jeden z tych odcinków tej antologii jakiś czas temu. Co ciekawe, reżyser "Asza" był, z tego, co pamiętam, scenarzystą jednego z tych segmencików. Akurat nie w tym odcinku w "V/H/S", który żeśmy omawiali, ale w innym. Ale "V/H/S" nie jest też dobrym przykładem, że antologie filmowe czy takie nowelki filmowe zawsze dobrze wypadają, bo czasami są to ciekawe historie, dobrze zrobione, z pomysłem, krótkie, a czasami są to kompletne gnioty, totalne gnioty, jak ta ostatnia odsłona. Ale dobrym przykładem jest też "Czarne lustro" na przykład, że niekiedy fajne historie można opowiedzieć w krótszym metrażu i to im tylko dobrze robi. I tutaj w przypadku "Asza" on mógłby być z powodzeniem odcinkiem jakiejś takiej antologii czy odcinkiem w ogóle jakiegoś serialu, czy wątkiem w jakimś serialu i byśmy nic nie stracili tak naprawdę. Także jeżeli chodzi o ocenę, to tak jak powiedziałem, nic się nie stanie, jak ktoś to obejrzy, ale też za bardzo się na tym nie wzbogaci.
[01:06:36] - Proszę państwa, to czas na kolejny stały punkt programu, mianowicie na audycję "Bez tajemnic". Dzisiaj zajrzymy do historii spirytyzmu, a tytuł audycji: "Wojna a świat duchowy".
[01:07:11] - Na portalu Onet pojawił się artykuł, w którym pani Agnieszka, dziennikarz, zadała pytanie księdzu Adamowi Jabłońskiemu: czy zabijanie na wojnie w obronie własnej to grzech? Ksiądz Adam Jabłoński odpowiedział: nie Każdy rozsądny człowiek wie, że odpowiedź jest oczywista. To nie jest grzech. Masz prawo, a nawet obowiązek bronić swojego terytorium i swojej rodziny, swoich bliskich, swojego domu. Nikt nie ma prawa wchodzić do twojego domu bez twojego pozwolenia. I ten artykuł, i ta odpowiedź nakłoniły mnie, aby ostatecznie nakręcić niniejszy odcinek wideobloga, do którego zresztą już się zbierałem od jakiegoś czasu, ale jednak potrzebowałem także kolejnego impulsu, którym był komentarz jednego z moich widzów pod jednym z materiałów wideo, w którym zapytał: czy przypadkiem niestawianie oporu agresywnemu najeźdźcy nie jest formą samobójstwa? Księga Duchów oczywiście porusza temat wojny, ale bardzo krótko. Jest tutaj zaledwie kilka pytań, które zostały poświęcone temu tematowi, ale z kolei są także inne pytania, które poruszają inne tematy, również odnoszące się w jakimś stopniu do wojny. Mianowicie Allan Kardec poruszył też temat morderstwa i okrucieństwa. Jak wiadomo, te dwa tematy wiążą się z tym, który nas dzisiaj interesuje.
Jeśli chodzi konkretnie o wojnę, jest tutaj pytanie, co do którego mam pewne wątpliwości. Pytanie numer 744: w jakim celu Opatrzność uczyniła wojnę niezbędną? To pytanie jest o tyle dziwne, że sugeruje odpowiedź tak, jak gdyby Bóg rzeczywiście zaplanował coś takiego jak wojnę. Jak gdyby rzeczywiście ta wojna zależała od Boga. Ale to jest niemożliwe, ponieważ Bóg nie może czynić niczego złego. Gdyby tak czynił, nie byłby Bogiem. Jest dziwne także dlatego, że ono z niczego nie wynika. Tutaj podejrzewam, że Allan Kardec przygotowując Księgę Duchów mógł brać pod uwagę także inne pytania, które jednak ostatecznie wykreślił i zostało coś takiego. Odpowiedź na to pytanie brzmi: by zapanowała wolność i postęp. Według tłumaczenia Przemysława Grzybowskiego.
Ale to też jest dziwna odpowiedź, ponieważ jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Bóg ma do dyspozycji wieczność, to można powiedzieć, że wcale nie musi się nigdzie spieszyć. Jeżeli na przykład założymy, że wiele dzisiejszych wynalazków, tak jak na przykład ten telewizor tutaj obok stojący, są w jakimś stopniu wynikiem zaistnienia II wojny światowej czy samolotu odrzutowego i tak dalej, to też możemy zakładać, że nawet gdyby do tej wojny nie doszło, przecież nie musiało do niej dojść, ludzkość i tak w którymś momencie doszłaby do tego. Tylko może nie, dajmy na to, 70 lat temu czy 60 lat temu, czy 50 lat temu, ale na przykład za 50 lat. W skali wieczności ta różnica 100 lat tak naprawdę nie miałaby żadnego znaczenia dla ludzkości. Dlatego Bóg nie mógłby zrobić niczego złego, nawet mając dobrą intencję. Tak samo jak Jezus nie robił niczego złego, nawet stojąc przed swoimi oprawcami, nie zrobił niczego złego, aby się bronić. Kolejne pytanie, 745. Co należy sądzić o kimś, kto wznieca wojnę dla własnego zysku? Odpowiedź: ten naprawdę godzien jest kary i będzie potrzebował wielu istnień, by odkupić zbrodnie, których był przyczyną. Będzie bowiem odpowiadać za śmierć każdego człowieka, do której doszło, by zaspokoić jego ambicje.
Więc każdy przywódca, który doprowadza do śmierci iluś set, iluś tysięcy, iluś milionów osób, według tego, co jest tutaj napisane, będzie musiał tak naprawdę odkupić śmierć każdej kolejnej osoby. Więc wyrazy współczucia. Kolejny temat, który wiąże się z tematem wojny to morderstwo. Pytanie 746. Czy morderstwo jest w oczach Boga zbrodnią? Odpowiedź: tak, wielką zbrodnią. Ten bowiem, kto odbiera życie bliźniemu, przerywa jego karę lub misję, a to jest złem. Pytanie 747. Czy morderstwo zawsze wiąże się z taką samą winą? Odpowiedź: jak już powiedzieliśmy, Bóg jest sprawiedliwy.
Dla niego bardziej liczy się intencja niż sam fakt. Do tego pytania zaraz wrócę. Pytanie 748. Czy Bóg wybacza morderstwo w obronie własnej? Tylko konieczność może usprawiedliwić. Można jednak i należy chronić swe życie bez zagrażania życiu agresora. Pytanie 749. Czy człowiek winien jest morderstw, do których dochodzi w czasie wojny? Odpowiedź: nie, jeśli zmusza się go do tego siłą. Jest jednak winien okrucieństwa, którego się dopuszcza i będzie musiał za nie zapłacić.
Więc jeżeli człowiek miał intencję, aby kogoś zamordować, aby kogoś zabić, aby znęcać się nad kimś, owszem, poniesie karę. Natomiast jest powiedziane, że człowiek nie powinien zabijać, że człowiekowi nie wolno zabijać. Więc teoretycznie podając za przykład Świadków Jehowy, którzy w czasie II wojny światowej odmawiali wstąpienia do armii, można powiedzieć, że taka właśnie postawa jest tak naprawdę postawą idealną. Człowiek nie ma prawa zabijać drugiego człowieka. I teraz ktoś może mi powiedzieć, że w takim razie, jeżeli na przykład Polska zostanie napadnięta przez jakiegoś wroga Nie będę tutaj wskazywał palcem, bo niektórzy są akurat na topie. Czy w takim razie powinniśmy się bronić? Według spirytyzmu nie. Według spirytyzmu życie człowieka, gdzie człowiek przecież i tak nie żyje wiecznie na tej planecie, to życie się kończy, więc utrata życia nie jest czymś ostatecznym, nie jest czymś najgorszym, co może człowieka spotkać. Z duchowego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy na przykład ktoś przeżyje 60 lat, 80, 90, czy może w wyniku wojny zginie, umrze mając lat na przykład 30 czy 40, ponieważ plan, którego nie zrealizuje w życiu, tak naprawdę może zostać przerzucony na kolejną inkarnację. Więc tutaj ważniejszy jest sposób, w jaki żyjemy, niż to, kiedy umrzemy i w jaki sposób umrzemy.
Ja wiem, że to się może wydawać nieludzkie, gdzie na przykład na oczach człowieka zostaje zamordowana jego rodzina, a temu właśnie człowiekowi każe się nie reagować. Ale z punktu widzenia duchowości nie jest to tak straszne jak z punktu widzenia człowieka, gdzie widać rozlewaną krew, ból, cierpienie. Nawet tutaj chciałbym przytoczyć słowa. Tutaj sobie zaznaczę, bo będziemy dalej zaraz kontynuować. Chciałbym przytoczyć fragment „Nieba i piekła”. Mamy tutaj przykład ducha wywołanego w 1862 roku, ducha pana Josepha Bre. Jest to duch, który został sklasyfikowany w kategorii duchy w średniej sytuacji, czyli ani szczęśliwe, ani nieszczęśliwe. I teraz zostały tutaj podyktowane takie słowa: „Jeśli ktoś chce być uczciwy względem Boga, to nie wystarczy, że przestrzega praw ludzkich. Trzeba przede wszystkim, by nie naruszał praw bożych. Człowiek uczciwy względem Boga to ktoś, kto jest pełen oddania i miłości, kto poświęca swe życie dobru i w końcu świeci przykładem miłości do Boga i bliźniego.
Człowiek uczciwy względem Boga zawsze powinien mieć serce zamknięte przed zarzewiem pychy, zawiści, ambicji. W stosunku do tego, kto go atakuje, powinien być cierpliwy i łagodny. Powinien przebaczać mu w głębi serca, bez przymusu i przede wszystkim bez okazywania tego publicznie, ktokolwiek go uraził. Powinien kochać swego Stwórcę w postaci wszystkich jego stworzeń. Wreszcie powinien realizować tę tak prostą i wielką zasadę obowiązku człowieka: kochać Boga ponad wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego”. Jak widzimy tutaj, w tych słowach nie ma miejsca dla zawiści, dla złości względem drugiego człowieka. Więc oczywiście mówiąc, że należy miłować swojego bliźniego, też nie chodzi o to, żeby drugiego człowieka, tego oprawcę, tego zbrodniarza, który przychodzi do nas, aby wymordować naszych bliskich, żeby kochać go tak samo, jak kochamy własne dzieci bądź własną żonę. Więc tutaj bardziej chodzi o formę szacunku, żeby człowiek nawet wbrew sobie, nawet gdyby miał ochotę zadziałać i rzucić się na takiego zwyrodnialca, to chcąc przestrzegać prawa Bożego, powinien się od tego powstrzymać. Aby zobrazować fakt, że śmierć człowieka, śmierć żołnierza nie jest taką ostatecznością, tutaj pragnę wziąć do ręki książkę księdza François Bruyn pod tytułem „Umarli mówią”. Chodzi tutaj o amerykańskiego żołnierza, który w 1942 roku został zabity przez Japończyków.
I teraz: pada w dżungli, trwają walki. Żołnierz poza swoim ciałem próbuje zrazu na próżno pomóc swoim kolegom. Ponieważ jego wysiłki okazały się bezowocne, rezygnuje i przechadza się po lesie. Po chwili znajduje się w stanie cudownego spokoju. Wśród tej szczęśliwości jawi mu się błyszczący i piękny kształt, który zaprasza go, aby poszli razem pomóc umierającym kolegom. Pojawiał się inny typ dżungli zapełniony mężczyznami wykrzykującymi rozkazy i jęczącymi z bólu. Początkowo wydawało mi się to nie do zniesienia, ale ten, który lśni, powiedział mi: „Stań obok tego człowieka, on zaraz z nami będzie”. Sekundę później kula rozerwała mu brzuch i potoczył się do naszych stóp z jękiem. Ten, który lśni, pochylił się ku niemu i dotknął jego głowy i oczu. Jego jęki ustały natychmiast i zobaczyłem, jak jego duch opuszcza zmaterializowane ciało.
Dołączył do nas blady i przerażony. Zanim byłem w stanie pojąć, co się zdarzyło, znów znaleźliśmy się w cudownej dżungli. To było wspaniałe. Ten przykład pokazuje, że śmierć żołnierza, śmierć człowieka nie jest niczym, nie chcę powiedzieć niczym strasznym, nie chcę bagatelizować, ale z punktu widzenia duchowego naprawdę nie jest to tak okropne, jak wydaje się nam ludziom, którzy jesteśmy tutaj i cierpimy z powodu głodu, z powodu zimna, z powodu bólu. Równocześnie trzeba podkreślić, i tutaj właśnie muszę odpowiedzieć od razu na pytanie mojego widza, że postawa, gdzie człowiek Nie chcę, nawet kosztem swojego życia, obronić się przed oprawcą nie jest samobójstwem, ponieważ ostatecznie to nie my mamy wpływ na to, czy przeżyjemy, czy nie. To drugi człowiek w tym momencie decyduje o tym, czy zostaniemy unicestwieni, czy nie. Dlatego to nie jest samobójstwo. Na moim kanale na YouTubie jest jeszcze inny materiał pod tytułem „Niemiec", w którym również poruszam tematykę wojny. Zachęcam, jeżeli ktoś chce jeszcze troszeczkę bardziej zgłębić ten temat. Zobaczymy co będzie dalej.
Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale. Proszę państwa, było już dzisiaj o tik takach na Marsie. No to pociągnijmy temat. Zapraszam na „Małpę", a w „Małpie" będziemy z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie rozmawiali o Marsie oczywiście. Bardzo serdecznie zapraszam. Książki z pogranicza. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:21:12] - Witam wszystkich. Dzisiaj książka dość nietypowa, bo dzisiaj literatura obca i dosłownie i w przenośni.
[01:21:22] - Tak, bo będziemy mówić o Marsie, o życiu i śmierci na Marsie, a sponsorem i człowiekiem, który będzie nam przewodził, będzie pan pod nazwiskiem Brandenburg.
[01:21:41] - Takie nazwisko nam się może kojarzące nie najlepiej z powodu różnych historycznych zaszłości. Natomiast John Brandenburg od wielu lat jest znany w środowisku i ufologicznym i paleoastronautycznym z prac na temat Marsa. A co go wyróżnia na tle innych autorów? To, że jest, jakby nie było, naukowcem. On ma na koncie naprawdę wiele publikacji naukowych, ma kilka patentów. Jest obecnie pracownikiem firmy Kepler Aerospace. W swojej karierze pracował ogólnie w przemyśle kosmicznym. Nie jest to facet, który wypadł sroce spod ogona. Natomiast interesujące jest to, że on od mniej więcej początku lat 90., wtedy zlokalizowałem jego pierwsze publikacje, ale jest bardzo możliwe, że były wcześniejsze. Gdzieś na początku lat 90.
ukazuje się jego artykuł naukowy na temat analizy twarzy na Marsie, tej słynnej twarzy z Cydanii. Co to jest twarz z Cydanii? To myśmy z Markiem mówili wielokrotnie. To jest ta słynna formacja skalna sfotografowana przez sondę Viking 1 w latach 70. Ona wygląda po prostu z oddali jak mordka. Oczywiście potem pojawiło się mnóstwo hipotez mówiących, że to nie jest przypadek, że to jest sztuczna formacja i tak dalej. Późniejsze fotografie, późniejsze analizy pokazały, że tak naprawdę z bliskiej odległości twarz marsjańska jest bezkształtna. Ale to nie zniechęciło Brandenburga tak naprawdę. On do dzisiaj uznaje, że to jest formacja sztuczna. Dodatkowo w rejonie tego płaskowyżu czy tej równiny Cydanii znajdować się ma wiele innych tego rodzaju struktur.
Ale książka, o której dzisiaj mówimy, to nie jest najnowsze dzieło Brandenburga. To jest jedna z wcześniejszych pozycji. Ona nosi tytuł „Życie i śmierć na Marsie. Nowa synteza Marsa" tak się nazywa dokładnie ta książka. Jest jeszcze drugi podtytuł: „Masowe wymieranie i zagłada nuklearna na Marsie". Książka jest z roku 2011 i ona podsumowuje tak naprawdę jego koncepcje związane z Czerwoną Planetą. I tutaj Marku, ja mam z Brandenburgiem pewien problem. Problem, który tak naprawdę trapi mnie od bardzo dawna, bo to nie jest postać, która wyskoczyła nam nagle. Chociaż trzeba powiedzieć, że Brandenburg napisał wstęp do książki na temat Marsa, która się ukazała na początku 2025 i znowu o sobie przypomniał, znowu się pojawił w internecie. Ale z nim mam taki problem od początku, od wielu lat, kiedy go śledzę, że ta jego koncepcja na temat Marsa to jest taka trochę burza mózgów.
Burza mózgów, jak zwał, tak zwał. I tutaj w tej książce to widać. Tak szczerze mówiąc, jak na naukowca on jest cholernie niekonkretny, bo niby coś jest, a nie do końca wiadomo co. Brandenburg nie jest nam w stanie dostarczyć twardych dowodów na poparcie swoich hipotez, że rzeczywiście na Marsie istniała jakaś cywilizacja, bo po prostu nie może nam ich przywieźć. Natomiast on gdzieś tak krąży wokół tej zagadki. Krąży i jest straszny niedosyt, kiedy się go czyta, bo z jednej strony mamy obiecane, iż będziemy mieli podany na tacy dowód, a koniec końców okazuje się, że musimy się do niego przebijać przez chaszcze, zarośla I też niestety hipotezy, które się zdezaktualizowały.
[01:25:36] - Piotrze, à propos tej twarzy na Marsie, zawsze można przyjąć koncepcję, że to nie pierwsze zdjęcie, a te późniejsze zdjęcia są fejkiem albo świadomą dezinformacją. To pokazuje, że poruszamy się w takim obszarze informacyjnym, że właściwie wszystko można przyjąć albo odrzucić, albo wybierać sobie z dowolnej półki to, co się nam podoba. Troszeczkę w takiej sytuacji jest autor, tenże wspomniany Brandenburg, bo kiedy czytałem jego książkę, doszedłem do wniosku, że właściwie większość z tych rzeczy wiem. Gdzieś je czytałem u innych autorów, w innych miejscach, na przykład w sieci. Jeśli miałbym być szczery, uderzając się w pierś, to ja chyba nic nowego z tej książki się nie dowiedziałem. Może jakieś drobiazgi. Rewolucyjnych wniosków też w tej książce nie znajduję. Zresztą może jeden, chociaż on też się przewijał u innych autorów. Chwała natomiast Brandenburgowi za to, że zebrał to wszystko, że tak się wyrażę, do kupy. I mamy rzeczywiście w tej książce przegląd różnych, trudno to nazwać koncepcji, różnych informacji o dziwnościach Marsa albo tego, co się na Marsie znajduje.
I to jest pewna wartość tej książki, którą należy docenić, której chyba nie warto odrzucać, bo to rzeczywiście jest jakiś przegląd informacji. Tak jak to zaznaczyłeś, Piotrze, część informacji jest, nazwijmy to przynajmniej na razie, rewolucyjna, część jakby się deczko zdezaktualizowała albo jest w trakcie dezaktualizacji. Ale doceniam pewną pracę, którą Brandenburg włożył w to, żeby te wszystkie informacje zebrać, spróbować je zsyntetyzować. To wychodzi tak sobie ta synteza. Nie jestem jej fanem. Co jest ciekawe, to ta koncepcja wielkiej eksplozji nuklearnej, która miała miejsce na Marsie i która wygubiła tę planetę, a właściwie życie na tej planecie. To jest ciekawe, ale nie wiem jak państwo, też mam wrażenie, że może to czytałem u innych, którzy spisywali z Brandenburga, zanim dotarłem do książki, która była źródłem. Tego nie wiem, nie potrafię już do tego dojść, ale jeśli spodziewacie się państwo czegoś naprawdę nowego, rewelacyjnego, czegoś, co wam przekręci umysł na drugą stronę, to ja bym nie liczył na to. Natomiast jeśli oczekujecie różnych takich smaczków związanych z Marsem, o których mogliście zapomnieć albo gdzieś tam umknęły wam w potoku życia, które przyspiesza i przyspiesza to życie, więc człowiek siłą rzeczy pewne rzeczy, pewne informacje traci z horyzontu. Ale jeśli chcecie państwo taki przegląd dziwności Marsa, to jest książka pod tym względem znakomita.
Natomiast jeśli miałbym dyskutować o koncepcji wielkiej eksplozji nuklearnej, nie można tego wykluczyć, ale moim zdaniem te dowody, które on przytacza, a przytacza, bo rzeczywiście wchodzi dosyć głęboko, rozbebesza, że tak sobie powiem, tę sprawę związaną z pierwiastkami radioaktywnymi, z pewnymi izotopami, które występują, jak to mogło być. I to jest ciekawe, ale czy rewolucyjne?
[01:29:37] - Tu jest dodatkowy problem z tego powodu, że zawsze czytelnicy będą mieli z tyłu głowy teorię spiskową, która mówi, że po prostu materiały z Marsa czy jakiekolwiek inne materiały dostarczane przez NASA nigdy nie są tym, co dostajemy, czyli one są po prostu cenzurowane. My dostajemy okrojoną wersję. I tutaj jest też pewien problem z tym wszystkim, bo Brandenburg z jednej strony opiera się na analizie tych twarzy na Marsie, tych monumentów, bo tam są jeszcze piramidy. Powiem ci, że te piramidy i te budowle przyciągnęły moją uwagę rzeczywiście, bo o ile nie do końca wierzę w hipotezę o tych twarzach, a one są ważne w jego ogólnym obrazie, w jego ogólnej koncepcji, to te wnioski o geometrycznych strukturach są interesujące jednak. A o czym w ogóle hipoteza Brandenburga mówi? Bo szczerze mówiąc dobrze wiedzieć, zanim się do tej książki podejdzie, bo to nie jest tak, że była cywilizacja i była i się unicestwiła. Nie do końca. Chodzi o to, że Brandenburg uważa, iż na Marsie istniała autochtoniczna cywilizacja założona przez inteligentne istoty i te istoty były na poziomie, który możemy porównać z poziomem starożytnego Egiptu na przykład. W pewnym momencie te stworzenia zaczęły uprawiać formę quasi albo para seti, czyli komunikowanie się z przybyszami z kosmosu. Nie wiem, czy one się komunikowały.
One budowały wielkie twarze i poprzez budowanie tych twarzy, których na Marsie jest kilka, w sumie ich ruin, zwróciły na siebie uwagę przybyszów z kosmosu. Nie wiadomo skąd, ale te istoty ich zobaczyły przy pomocy swoich superteleskopów. Potem przyleciały, ustawiły krzesła, że tak powiem i było po Marsjanach i tyle. Oczywiście są też inne możliwości interpretacji mówiące, że ci Marsjanie byli bardziej zaawansowani, może nawet odwiedzali Ziemię, ba, może nawet mamy z nimi coś wspólnego. Ale ten Brandenburg tak krąży, krąży, krąży wokół zasadnej sprawy I męczy, muszę powiedzieć. Ciężko się Brandenburga czyta, lepiej go obejrzeć. W sieci jest dużo wykładów, dużo materiałów wideo, gdzie on o tym opowiada. Tylko uzbrójcie się w cierpliwość, bo jego koncepcja ewoluuje w rzeczywistości i to, co on mówił kiedyś, nie do końca pasuje do tego, co on myśli teraz, bo na przykład on twierdzi, że na Marsie była eksplozja sztuczna, potężna, gdzieś w rejonie Cydanii i sąsiedniego obszaru. Natomiast obecnie on uważa, że Mars został jeszcze dotknięty przez kataklizm naturalny, który był podobny do podobnych kataklizmów, które uderzały w Ziemię. Tam doszło do jakiejś naturalnej hekatomby, to tylko kosmici potem dokończyli i już po Marsjanach było, po kompocie, nie ma już czerwonej planety w takiej formie, jak była.
I tak to wygląda. Powiem ci Marku, ja bym się więcej spodziewał, jeżeli idzie o naukowca i bardziej bym się analitycznego podejścia spodziewał do tych tajemnic Marsa. No bo Brandenburg, jakby nie było, on się posiłkuje starymi zdjęciami. On te swoje koncepcje wykłada w sposób bardzo zawiły. Ja myślę, że wielką zaletą, jeżeli idzie o pisarzy generalnie, nie tylko naukowców, jest to, że potrafią wyłożyć swoje wnioski w prosty sposób. A tutaj musimy podchodzić od końca tak naprawdę do wniosków Brandenburga. Dobrze jest przeczytać epilog, dobrze jest przeczytać podsumowania. Będziemy wiedzieć, o co mu chodzi. Bo jeżeli to śledzimy i próbujemy z tego wysnuć jakiś wniosek, jest naprawdę bardzo trudno. Przy czym to naprawdę są ciekawe tematy, wręcz fascynujące.
Ale wiesz, 2011 rok, kiedy ta książka wychodzi, to tych materiałów na temat Marsa, także różnego rodzaju fotografii jest sporo. Brandenburg, jak mówiłem, serwuje nam w większości starocie. W pewnym momencie zacząłem się nawet zastanawiać, szczerze mówiąc, czy on gdzieś nie został na etapie twarzy z Cydanii, bo popularność marsjańskiej twarzy trwała tak naprawdę przez dość długi czas. Snuto spekulacje na temat tego, czym ona może być. Rozpalało to wyobraźnię niesamowicie. Ja nie wiem, czy Brandenburga wyobraźnia nie rozpaliła się aż tak bardzo, że on do dzisiaj nie chce porzucić tej koncepcji mówiącej o tym, że na Marsie coś się jednak działo. Tylko tak: a co jeżeli on ma jakieś przynajmniej fragmenty racji, że w jakiejś części tej swojej narracji, w tej swojej całej teorii w sumie, że coś tam z prawdy w tym jest? Ja bym tego nie wykluczał, tylko że jeżeli się chce, myślę, śledzić tajemnice Marsa, to Brandenburg nie powinien być naszym pierwszym źródłem wiedzy, dlatego że jest zbyt chaotyczny. Jego wnioski na temat tych badań izotopowych są owszem ciekawe i powinny być brane pod uwagę. On jest na tyle szczery, że też mówi, że był krytykowany, że wytykano mu na przykład błędy w pomiarach, błędy w odczytach i tak dalej.
Także jest, jak mówię, na tyle przynajmniej w tym względzie jakiś prawdomówny, że sam wskazuje, gdzie mogą być luki w tej jego hipotezie. Ale to tak trochę Marku brzmi, jakbyśmy zniechęcali ludzi do zgłębiania tematu tajemnic Marsa. Nie zniechęcamy, tylko ja też zauważam coś takiego, taki paradoks, że cywilizacja na Marsie to jest temat, który jest tak naprawdę z nami od bardzo dawna. My mamy coraz więcej informacji, mamy coraz więcej zdjęć, materiałów, a koniec końców okazuje się, że to zainteresowanie jakoś, moim zdaniem trochę słabnie, że ta ekscytacja trochę już minęła. Takie mam wrażenie. Co prawda co jakiś czas mamy ciągle informacje, że tu odkryto jakiś niby posążek, tu niby jakieś dziwne skamieliny, tutaj jakąś okrągłą geometryczną formację, ale to jest takie moje poczucie, jak twierdzi Jasnowidz Jackowski, że trochę tak jakby spowolniał impet, zatraciła impet ta hipoteza związana z cywilizacją na Marsie. Czy się mylę? Nie wiem. Może się kiedyś okaże, że wyjdą na jaw zupełnie nowe okoliczności w związku z Czerwoną Planetą. Gdybym miał polecić książkę Brandenburga, to powiem tak: wybrane aspekty jak najbardziej.
Natomiast to nie jest kompendium wiedzy. To wbrew tytułowi nie jest synteza, bo nie dostajemy odpowiedzi, żadnych w sumie. Należy to traktować jako jeden głos z wielu. Na pewno taki, który trochę nam tą sytuację wyjaśnia. Znaczy nie wyjaśnia, zakreśla temat, ale wyjaśnień niestety brak.
[01:37:05] - O kilku rzeczach chciałbym powiedzieć. Otóż Brandenburg tę książkę napisał w taki sposób, już właściwie ją scharakteryzowałeś, ale napisał ją w taki sposób, że trudno jest wyciągać jakieś twarde wnioski. Albo zacznę od czegoś innego. Całkiem niedawno na kanale Wehikuł Wyobraźni opublikowałem taki podcast o tik takach na Marsie, a właściwie o tik taku na Marsie i na miniaturce zamieściłem powiększenie i na tym powiększeniu jedni widzieli owszem, tego tik taka, drudzy widzieli krater, a cień, który był niby rzucany przez tik taka to był cień z sąsiedniej skały. Nieważne. Co ludzie widzieli, to widzieli. To jest tylko dowód na to, że jeśli opieramy się tylko i wyłącznie na zdjęciach, to możemy dostrzec bardzo różne sprawy. Ja zresztą w tej audycji mówiłem o tym, że wzrok płata nam figle i zjawisko takie, że widzimy twarze w chmurach albo w skałach jest normalne, jest do przyjęcia. I również na zdjęciach widzimy dziwne rzeczy czasami. Co więcej, ja do tej audycji dołączyłem oryginalne zdjęcie NASA, gdzie ten tic tac, czy też to, co ma uchodzić za tic taca jest malusieńkie.
Trzeba sobie to powiększyć. To jest zdjęcie ściągnięte ze strony NASA. Powiem tak, niewielu pofatygowało się, żeby to zdjęcie zobaczyć. To zdjęcie z miniaturki, mocno powiększone, a więc też mocno wygładzone. Taka jest natura powiększeń, że komputer czyści linie pewne. Wszyscy się oparli na tym. Dla mnie to jest dobry przekaz, dobra informacja, że opieranie się na zdjęciach i na tym, że coś widzimy, może się okazać, że na tym samym zdjęciu ktoś inny widzi coś zupełnie innego. I ten przykład tic taca jest dobry, bo jedni widzą bryłę unoszącą się nad ziemią, drudzy widzą krater w powierzchni Marsa. To już powinno dać do myślenia. To jest pierwsza rzecz, o której chciałem powiedzieć i to troszeczkę nie tyle podważa, co sprawia, że niektóre wnioski wyciągane przez Brandenburga są, jak to określić, nie tyle wątpliwe, co trzeba przyjąć, że on jednak robi pewne założenie, że to, co widzi, to widzi naprawdę i że to, co widzi, to jest to, co rzeczywiście opisuje.
Powtarzam, na zdjęciu można dostrzec różne dziwne rzeczy. To jest pierwsza rzecz, którą chciałem podkreślić. Druga sprawa, on w pewnym momencie pisze o tym, że na Marsie mogły występować naturalne reaktory jądrowe, takie jak, nie wiem, czy państwo kojarzycie, w swoim czasie odkryto takie pozostałości po naturalnych ponoć reaktorach jądrowych w Afryce. I on twierdzi, że tego rodzaju zjawiska geologiczno-przyrodnicze na Marsie również zachodziły. Okej, a potem właśnie o tej eksplozji nuklearnej. Powiem tak: w tym momencie, kiedy on opisuje sytuację taką, że cywilizacja marsjańska została zniszczona przez złych obcych, którzy tam różne fikołki odprawiali, żeby tych biednych Marsjan zniszczyć. To byłaby dobra historia do opowieści science fiction, bo opowieść science fiction kieruje się pewnym sposobem opowiadania. Natomiast od człowieka, który pisze na poważnie o pewnych zjawiskach, oczekiwałbym głębszego uzasadnienia niż to, że tak mu się wydaje, że przylecieli, spuścili bombę i cywilizacja się zamieniła w proszek, czy w co ona się tam zamieniła. Co wydaje mi się mocno naciągane i takie bardzo, użyję słowa woluntarystyczne ze strony Brandenburga, bo on tak mówi, że tak było. I albo wierzycie państwo, albo nie wierzycie.
To nie tak. To chyba nie tak. I to nie znaczy, że nie polecam tej książki, bo tak jak mówiłem na początku, ona stanowi świetny przegląd czegoś, co nazwałbym zagadkami Marsa. Czegoś, co nie styka. Czegoś, co oficjalna nauka nie kwapi się, żeby wyjaśnić albo wyjaśnia w taki sposób troszeczkę jak z tym gazem bagiennym na Ziemi. To znacie państwo z „Facetów w czerni", ten gaz bagienny. Zresztą nie tylko z „Facetów w czerni", bo to rzecz naturalna. Pewni ludzie badający zjawisko UFO tak właśnie starali się wyjaśnić owo zjawisko. Więc ja się zawsze uśmiecham, jak słyszę o tym gazie bagiennym, a już o gazie bagiennym na Marsie to w ogóle. Więc to jest pewien rodzaj takiego robienia ludzi.
Dobrze, algorytm czuwa, więc nie powiem w co. Wydaje mi się po prostu, żeby za dużo nie wydziwiać. Książkę Brandenburga warto przeczytać, ale tak jak Piotr powiedział, nie spodziewajcie się państwo jakiejś rewolucji światopoglądowej. Raczej dostaniecie porcję dużą, przyznaję, dużą porcję informacji na temat tego, że Mars jest dziwny. Chyba warto, chociaż i tak wiemy, że jest dziwny. Czas, proszę państwa, na drugie wydanie Recenzarium Evivy. Tytuł ponownie intrygujący brzmi „Syrena". Co więcej, jeżeli państwo sięgniecie nieco wstecz pamięcią, to przypomnicie sobie, że w sumie dosyć niedawno autorka, czyli Luiza Dobrzyńska domagała się, narzekała na to, że mało jest książek o syrenach. Zdaje się, że takową książkę znalazła.
[01:43:34] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie tak dawno żałowałam, że mało jest powieści poświęconych syrenom. Rzeczywiście jest ich bardzo mało. Warto jednak wspomnieć o jednej, która jest już teraz dosyć stara, nawet patrząc z punktu widzenia współczesnego czytelnika bardzo stara. Napisał ją bowiem Herbert Wells, ten sam, który jest autorem „Wehikułu czasu" oraz „Wojny światów". Powieść pod krótkim tytułem „Syrena” dzisiaj pewnie nie wzbudziłaby wielkiego zainteresowania. Nie ze względu nawet na treść, co po prostu język. Odrobinę przestarzały, jak to zwykle bywa u pisarzy, których dzieli od nas dość duża odległość czasowa. Jednak sama treść jest bardzo ciekawa. O cóż tam chodzi?
Henry Charteris jest młodym politykiem i działaczem społecznym. Pochodzi z dobrej angielskiej rodziny, przerażonej tym, że zamierza się ożenić z Amerykanką Adeliną Glendover. Trzeba tutaj dodać, że w tych czasach Anglicy Amerykanów uważali za wzbogaconych lokajów, na pewno niegodnych czegoś takiego jak związek z dobrą angielską rodziną. Podobny wątek mamy na przykład w „Małym Lordzie” Frances Hodgson Burnett. Mimo to Henry jest zakochany w uroczej Adelinie i zamierza ją poślubić. Podczas wspólnej wycieczki morskiej młody mężczyzna próbuje uratować z toni morza, jak mu się wydaje, tonącą dziewczynę. Kiedy jednak wnosi ją na pokład statku, okazuje się, że jest to syrena. Najprawdziwsza syrena. Rodzina Henryka i rodzina Adelines razem postanawiają zabrać morską damę na brzeg. Nie ma ona nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie.
Wygląda na to, że jest bardzo zadowolona z takiego obrotu spraw. Przyjaciel Charterisa, który razem z nim znajduje się na statku, jest bowiem zaręczony z przyrodnią siostrą Adelines, razem ze swą matką zabiera syrenę do domu. Tam postanawiają traktować ją tak, jakby była zwykłą dziewczyną. Kiedy jeszcze okazuje się, że syrena ma ukryty w pobliżu brzegu morza ogromny skarb, uczucia wobec niej stają się dużo cieplejsze. Wynajmują dla niej służącą, załatwiają papiery na nazwisko Doris Waters i morska panna zaczyna podbój świata. Dlaczego jednak w ogóle przybyła do świata ludzi? To jest pytanie, na które początkowo nikt nie szuka odpowiedzi, potem nie potrafi jej znaleźć, a potem, gdy sprawa staje się jasna, jest autentycznie przerażony. Cóż, syrena Wellsa nie przypomina niczym uroczych syrenek z baśni. Jest istotą niezaprzeczalnie piękną, pełną uroku, ale też tajemniczą i groźną. Potrafi wywierać na ludzi przemożny wpływ.
Będąc zupełnie bezbronna, przynajmniej pozornie, na lądzie potrafi zmusić każdego kilkoma cicho wypowiedzianymi słowami, nie mającymi pozornie wielkiego znaczenia, aby postępował według jej woli. Jest przedstawicielką świata, który jest zupełnie odmienny od ludzkiego. Istotą bardzo starą, mimo swej powierzchowności. Takie jak ona są do tego stopnia odmienne od rasy ludzkiej, że na przykład nie wiedzą, co to jest dziecko. Im dzieci najwyraźniej potrzebne nie są, a same nigdy nimi nie były. Skoro jednak jest tak odmienna, skoro jest nieśmiertelna, jak się okazuje, po co w ogóle zawraca sobie głowę ludźmi? Ta zagadka na samym końcu ulega pewnemu wyjaśnieniu. Nie wszystko oczywiście jest tu zrozumiałe, ponieważ jak autor pisze, opiera się głównie na tym, co usłyszał od ludzi stykających się z morską damą. Niestety, osoba, która mogłaby udzielić najprecyzyjniejszych informacji, nie daje się ani przekonać, ani przekupić. W związku z tym wielu rzeczy musi się po prostu domyślać.
Mimo, tak jak już wcześniej powiedziałam, przestarzałego stylu, mimo języka, który teraz zmęczyłby czytelników, jest to książka moim zdaniem warta poznania. Zawiera też, poza niezaprzeczalnymi elementami fantasy w postaci właśnie samej syreny, duży ładunek psychologii ludzkiej, rozważań na tematy społeczne, na temat właśnie stosunku ludzi i do siebie nawzajem, i do tego, czego nie zrozumieją, czego nie są w stanie zrozumieć. Sam Charteris, który jest tutaj niezaprzeczalnie postacią główną, wydaje się osobnikiem przede wszystkim słabym, słabym emocjonalnie. Może dlatego tak łatwo ulega wpływowi syreny. Silniejsza od niego nagle okazuje się Adelina, na którą początkowo patrzymy z lekceważeniem, a potem ze współczuciem, a potem wreszcie z pewnym podziwem, ponieważ ta lekceważona odrobinę przez rodzinę narzeczonego — no cóż, Amerykanka, a oni są arystokracją angielską — ona potrafi się zachować naprawdę jak dama bardziej niż oni. Także zdecydowanie zachęcam ludzi do zapoznania się z tą pozycją. Jest intrygująca, naprawdę intrygująca. I dodam, że tytułowa syrena właściwie wymyka się wszelkim próbom kodyfikacji. Żeby zrozumieć to, co teraz powiedziałam, trzeba tę książkę przeczytać. No cóż, miłej lektury.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:49:42] - No i proszę państwa, dojechaliśmy do wspomnień z ABW. Tak jak mówiłem, lektorem będzie nasz gospodarz Marek Sęk "Ivellios", który przybliżał państwu przez długie lata twórczość naszych słuchaczy. Bo przypomnę, formuła ABW była taka, że państwo nadsyłali swoje utwory My z Wiktorem Żwikiewiczem je czytaliśmy, zgłaszaliśmy uwagi, a Marek nagrywał, żeby wszyscy mogli tych utworów posłuchać. Później z Wiktorem rozmawialiśmy o tym, co państwo usłyszeli. Mam cały czas nadzieję, że to se wrati. Mam nadzieję, że już od czerwca zaczniemy publikację kolejnych opowiadań, które nadchodzą. Cały czas państwa namawiam do nadsyłania opowiadań. Marek umieszcza pod audycjami link, na który należy owe informacje, owe opowiadania kierować. Cały czas nieodmiennie zapraszam. A tytułem zachęty przygotowałem dla państwa dwa opowiadania.
To są opowiadania z ostatniego wydania ABW z roku, niechże ja sobie tutaj zerknę na ściągę. Właśnie ściąga gdzieś zniknęła. Jeżeli dobrze pamiętam, to z września 2022 roku, numer chyba 139. Mam nadzieję, że jeszcze skleroza mnie nie dopadła.
[01:51:19] - 129 Marku. Tutaj napisane, że 129.
[01:51:24] - Widzisz, to już wiem, gdzie jest ta ściąga. Ona powędrowała po prostu do ciebie. Jak to zrobiła? Nie wiem, ale nie kłócę się. Na pewno masz rację. Zatem z ostatniego wydania 129 dwa opowiadania. Pierwsze z nich to opowiadanie Pauliny Remus „Łzy oceanu” i drugie opowiadanie, którego autorem jest Rafał Paliński „Demony nie śpią”. Bardzo serdecznie zapraszam.
[01:51:54] - Paulina Remus „Łzy oceanu”. Na czym polega boskość? Czy jestem wspaniała, cudowna i piękna też? Czy dostąpiłam zaszczytu bycia nazywaną boginią z jakiegoś konkretnego powodu? Nie wiem. Jedyne co wiem, to mój nieuchronny koniec. Przez ostatnie lata obserwowałam, jak do mojej świątyni przychodzi coraz mniej osób, a niegdyś najwierniejsze kapłanki wychodzą i już nie wracają. W głowie przestałam słyszeć modlitwy. Zaczęłam nawet zapominać, jak brzmiały wygłaszane przez ludzi formułki. Fizycznie stałam się słabsza.
W czasach mojej świetności mogłam tworzyć tsunami, wielkie na kilkadziesiąt metrów fale, które równały z ziemią miasta na wybrzeżach. Teraz nie byłam w stanie nawet przywołać strumyczka, który umyłby posadzkę w świątyni. Czasami wychodziłam na zewnątrz. Stałam na brzegu klifu i patrzyłam, jak fale rozbijają się o skały. Ocean był silny. Poradził sobie beze mnie, chociaż to ja miałam się nim opiekować. W takich momentach zastanawiałam się, dlaczego się w ogóle narodziłam. Nie do końca nawet pamiętam ten moment. Czy przebrałam swoją formę z piany morskiej? Czy wielki małż stworzyła mnie z masy perłowej?
A może pewnego dnia ocean sprawił, że nagle zaczęłam istnieć i po prostu wyrzucił na brzeg? Nie wiem. Pamiętam dopiero jak już byłam, a ludzie się do mnie modlili. Siedzieli na wybrzeżu skuleni przy ognisku i wspólnie śpiewali, by połów był obfity, by sieci się nie zerwały, by nikt nie wypadł za burtę. Albo marynarze, którzy po kilkunastu godzinach sztormu klęczeli w kajucie i ostatkiem sił błagali, by woda się uspokoiła. Spełniałam wtedy ich prośby. Ocean się uspokajał, ryby mnożyły się i same wpływały do sieci, a żaden nieostrożny rybak nie wypadł ze statku. Ludzie zauważyli, że po zwróceniu się do mnie ocean zaczyna być łaskawy. Opowiadali o tym w karczmach i spelunach, na dworach książęcych i zapyziałych rybackich wioseczkach. Wszyscy, którzy mieli jakikolwiek związek z oceanem, układali modlitwy, pieśni, składali dary i budowali świątynie.
Pojawiły się kapłanki, które dzień w dzień grały na harfach, naśladowały szum wody i starały się pośredniczyć między mną a wiernymi. Czasami wskazywałam im drogę, ale większość czasu radziły sobie doskonale, a ja mogłam wędrować po klifach i plażach, docierać do osób, które nie miały dostępu do świątyni. Wszystko, co dobre musi się kiedyś zakończyć. Ciężko określić dokładny moment upadku. Początkiem końca jednak, czego jestem pewna, było wzniesienie się moich kapłanek wyżej niż powinny. Chociaż niektóre z nich robiły to co wcześniej, inne miały większe ambicje. Zatraciły więź ze mną i oceanem. Wolały pojawiać się na dworach, również królewskim i szeptać władcom do ucha. Otwierały świątynie w głębi lądu, by prawić kazania, które nie miały żadnego związku z oceanem. Czy mogłam coś z tym zrobić?
Pewnie mogłam. Mogłam przewidzieć, że gdy sięga się szczytów, upadek będzie spektakularny. Mimo to z pewną przyjemnością obserwowałam kapłanki, które opuściły wybrzeże. Ich działania sprawiły, że grono moich wyznawców szybko się powiększało. Była to jednak wiara nieoparta na miłości i zaufaniu, jak wcześniej, a na strachu. Wpłacaj datki na świątynię albo utopisz się we własnej wannie. Żyj skromnie i pokutniczo, albo bogini nie ześle na ciebie swych łask. Ofiaruj świątyni procent z zawartości swego statku, albo zerwie się sztorm i cała flota zatonie. Błagaj o przebaczenie za grzechy albo bogini nie wpuści cię do łodzi na wielkim oceanie, w którym znajdziemy się po śmierci i będziesz topił się przez wieczność, a rekiny będą każdego dnia na nowo zjadać ci nogi. Wiara oparta na strachu była silniejsza niż wiara oparta na miłości.
Oczywiście nie miałam władzy decydować, co spotka ludzi po śmierci. Nie uzależniałam też moich łask od ilości pieniędzy ofiarowanych kapłankom, a styl życia wiernych, póki nie krzywdzili oceanu, niewiele mnie obchodził. Może gdybym już wtedy to ukróciła, ludzie nie odwróciliby się ode mnie. Muszę jednak przyznać, że mocy, jaka wtedy mnie przepełniała, nie da się z niczym porównać. To był czas, gdy krew szybciej krążyła mi w żyłach, gdy czułam, że pstryknięciem palców mogłabym podnieść całą wodę, jaka krąży po planecie, wymieszać, a następnie odłożyć na miejsce. W ten sposób jedynie przyglądałam się, jak kapłanki wznosią po drabinie dworskiej hierarchii, opływają bogactwem i cieszyłam się świadomością posiadania mocy, której i tak nigdy bym nie użyła. Ludzie jednak zaczęli zauważać, że mimo wpłacania datków spotykała ich śmierć również z udziałem wody, a statki przegrywają ze sztormami, nieważne, ile skrzyń złota zaniesiono do świątyni. Władza zdeprawowała kapłanki. Nie żyły w zgodzie ani z naturą, ani z zasadami, które narzucały wiernym. Rodziły się różne patologie, o których szczegółach nawet nie chcę sobie przypominać.
Ucisk nie sprawił, że ludzie byli trzymani w ryzach. Ich wiara słabła coraz bardziej. Niektórzy zaczynali modlić się do innego, bardziej przydatnego czy też prawdziwego boga. Najstarsi, najwierniejsi zaczęli wymierać, a młodzi dostrzegali hipokryzję kapłanek i wykruszali się bardzo szybko. Moja moc zaczęła słabnąć. O wywołaniu tsunami już nie było mowy. Uspokojenie sztormu czy opanowanie odpływem zaczęło sprawiać mi trudność. To sprawiało, że ludzie zaczęli wątpić jeszcze mocniej. Zawiodłam ich w tym, co na początku we mnie doceniali. Mój upadek stał się kołem.
Błędy kapłanek sprawiły, że ludzie przestawali wierzyć. A im mniej mnie mieli w sercach, tym mniej mogłam. A im mniej mogłam, tym liczniej odchodzili ode mnie. Mogę obwiniać moje kapłanki, ich żądzę władzy i pieniądza, ale prawdziwą winną jestem ja. Ludzie mają prawo błądzić. Są tylko ludźmi. Egoizm leży w ich naturze. Ja, bogini, powinnam być wyżej, a jednak zawiodłam. Przegrałam. Zgubiła mnie moja własna chciwość, pragnienie posiadania coraz to większej potęgi.
Znalazłam się w miejscu, gdzie moja ostatnia świątynia obrastała w kurz i mech. Ściany waliły się, a po ziemi nie stąpał żaden człowiek, który wierzył we mnie i moją moc sprawczą. Jedynym stworzeniem, jakie przestąpiło próg świątyni w ciągu obecnej dekady, był pies. Ostatnia kapłanka niedługo przed swoim odejściem znalazła w pobliskim miasteczku ciężarną sukę. Przyniosła ją do świątyni i pod ołtarzem z moją podobizną na świat przyszło osiem pięknych szczeniąt. Pieski urosły i to był ostatni moment, gdy w jakikolwiek sposób panowałam nad wodą. Niestety kapłanka ostatecznie zdecydowała się wyruszyć w świat, a pieski odeszły razem z nią. Został tylko jeden. Nie wiem, dlaczego nie wyruszył z matką i rodzeństwem. Może jakimś cudem wyczuwał moją obecność.
Chociaż uwielbiał ganiać za motylami i polować na króliki, codziennie przychodził położyć się obok lub towarzyszyć mi na spacerach po klifach. Gdy się już zestarzał, po jedzenie chodził do pobliskich wiosek i miasteczek, a większość czasu drzemał pod ołtarzem. Podczas takich chwil siadałam obok niego i gładziłam go po sierści. Nie wiem, czy to czuł. Ja tak. To były jedyne chwile, gdy czułam w palcach mrowienie. Jeśli pozostała we mnie jakaś resztka mocy, najsilniejsza była w obecności zwierzęcia. Dla bogów życie ludzkie wydaje się być prochem. A co można powiedzieć o psach? Spędził ze mną kilkanaście lat, ale wszystko ma swój kres.
Siedziałam koło niego i czułam, jak jego siły powoli się wyczerpują. Patrzył na mnie wielkimi oczami, choć zmarniałymi ze starości, nadal pełnymi miłości. Jego ogon podrygiwał, jakby bardzo chciał, ale nie mógł już merdać. Nie tylko jego siły uchodziły. Moje też. Czułam, jakbym stawała się przeźroczysta. Każdy oddech stawał się coraz trudniejszy. Tylko on trzymał mnie przy życiu przez ostatnie lata. Jego wiara, a być może raczej wierność, sprawiały, że zachowałam swoją postać. Gdy wszyscy inni o mnie zapomnieli, ten pocieszny psiak był jedynym, który trwał.
Mogłam zrobić tylko jedno. Podniosłam go i przytuliłam do siebie. Opuściłam progi świątyni. Słońce akurat zachodziło, a widok z klifu był przepiękny. Ocean pod nami epatował spokojem. Usiadłam na trawie, a pies leżał na moich kolanach. Wspólnie patrzyliśmy, jak ognista kula chowa się za nieboskłonem, a nas ogarnia ciemność. Gdy pojawił się księżyc i gwiazdy, a ja czułam, jak serce psiaka bije coraz wolniej, powiedziałam: „Mój jedyny, wierny. Kocham cię”. Pies jakby wszystko zrozumiał.
Polizał mnie po dłoni. Podrapałam go za uchem. Po raz ostatni spojrzał na mnie z miłością, której nie da się opisać, po czym zamknął oczy, by ich nigdy później nie otworzyć. Umarł. Zanim zdążyłam pomyśleć, co to dla mnie oznacza, poczułam, jak się rozpływam. Moje ciało powoli zmieniało się w kropelki, które następnie spływały po skałach klifu, by następnie dołączyć do oceanu. Fale stały się głośniejsze, jakby buntowały się przeciwko śmierci mojej i mojego towarzysza. Czy się boję? Nie. Wszystko ma swój początek i swój koniec.
Mój koniec nie był aż taki zły. Z oceanu powstałam, w ocean się obrócę. Rafał Paliński "Demony nie śpią". Stary drewniany zegar wybił jedenastą wieczorem, budząc mężczyznę z odrętwienia. Chwilę później człowiek znowu zamarł, czekając w milczeniu, aż czasomierz ucichnie i wróci do swojego zwyczajnego trybu. Kiedy tak się stało, odczekał jeszcze chwilę, po czym wstał z krzesła i ostrożnie rozruszał zastałe członki. Przeciągnął się kilka razy. Był zły na siebie. Powinien bardziej się pilnować. Już któryś raz tego wieczora prawie zasnął czuwając.
Błąd, który w okopie mógłby kosztować życie całej kompanii. „Niestety nawet najlepsze zmysły się tępią” – przemknęło mu przez myśl. Niewyraźnym wzrokiem spojrzał na porzucony kawałek kartki. Atrament zupełnie się rozmazał, czego mógł się zresztą spodziewać. I tak było do poprawy. Napisze to lepiej, od nowa. Odbuduje nieudany wiersz tak, jak można odbudować każdy zniszczony dom. Delikatnie otworzył szufladę wiekowego biurka i nie patrząc do środka, w mig wymacał zimny, kanciasty kształt. Był tutaj jak zawsze jego najwierniejszy i w tej chwili ostatni przyjaciel. Jedyny, który pozostał z nim tak blisko od tamtego czasu.
Zdecydowanym ruchem wyciągnął przedmiot i przyjrzał mu się uważnie w słabym świetle jedynej żarówki. Robił to przynajmniej raz dziennie. Sprawdzał, czy każdy element skomplikowanego mechanizmu działa bez zarzutu i nigdzie nie brakuje mu smaru. Bardzo nie lubił niedbalstwa. Zbyt wiele razy widział, jak kosztowało ono życie innych ludzi. Miał już serdecznie dość oglądania trupów swoich kamratów. Pistolet był bardzo specyficzny, o nietypowym kształcie, z przedłużoną lufą i uchwytem na kolbę. Dobry zarówno na większą odległość, jak i do dynamicznej wymiany ognia na krótkim dystansie. Według regulaminu powinien był zdać broń po zakończeniu służby, ale wolał zgłosić utratę w walce i przechować ją w odmętach wełnianego płaszcza na bliżej nieokreślone wypadki w przyszłości. W całym logistycznym zamieszaniu, które nastało wraz z zakończeniem wojny, nikt nawet nie próbował zweryfikować, czy mówią prawdę.
Uwierzono mu na słowo, zaś pistolet przydał mu się wystarczająco wiele razy, żeby utwierdzić go w przekonaniu, że postąpił słusznie. Sprawdził jeszcze magazynek, odbezpieczył, przeładował i ruszył wolnym krokiem, trzymając broń gotową do strzału. Ostrożnie obszedł wszystkie pomieszczenia, w każdym z nich będąc gotowym do zabicia intruza, którego jednak nigdzie nie było. Opuścił broń i rozejrzał się po pomieszczeniach. Przestronne, niegdyś tętniące rodzinnym życiem mieszkanie wyglądało coraz nędzniej. Na meblach zamieszkała warstwa wielomiesięcznego kurzu. Zabytkowe drewniane meble, o które od dawna nikt nie dbał, zaczynały butwieć. Ściany pożółkły. Powoli pękała farba. W niemal każdym pokoju straszyły porozrzucane sprzęty, przewrócone krzesła, połamany w pijackim szale stolik, resztki rozbitych kieliszków.
W palenisku wielkiego kaflowego pieca rzadko płonął ogień na tyle duży, żeby ogrzać wszystkie pomieszczenia, toteż do mieszkania wkradała się wilgoć, zostawiając ślad w postaci grzybiejącego z wolna sufitu. To nie tak, że właścicielowi brakowało pieniędzy na wynajęcie sprzątaczki i jakiekolwiek zadbanie na swoje lokum. Rodzinnego majątku było wciąż dość dużo, żeby starczyło na normalne życie przez kolejnych kilka lat. Mieszkanie umierało wraz z nim kawałek po kawałku. Z każdym zniszczonym przedmiotem zdawało się coraz mniej należeć do jeszcze żywego miasta, w którym się znajdowało. Podobnie było z całą kamienicą. Sypiąca się elewacja, brudna klatka schodowa wyłożona popękanymi płytkami i spróchniałe, skrzypiące schody dopełniały żałosnego obrazu całości. W środku nie miało prawa być nikogo. Mieszkanie było puste, od kiedy zamknął się w nim przed kilkoma tygodniami. Ostatni raz, gdy wyszedł, ledwo wrócił żywy.
W mieście zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Niemal każdego wieczora w ciemnych ulicach i zaułkach lała się krew, a samotny wędrowiec miał coraz mniejsze szanse na powrót w jednym kawałku. Sam już nie wiedział, ile czasu tak spędził. Wszystkie dni mijały mu w monotonnym ciągu, przerywanym niespokojnym i nierównym snem. Jadł tyle, żeby przeżyć, ale zawsze do ostatniego okruszka. Znacznie więcej za to pił. Jedzenie donosił mu stary stróż, jedyny poza nim mieszkaniec kamienicy, mający swoje schronienie w przylegającej do budynku od podwórza niewielkiej przybudówce. Jednooki i kulawy, posępny i milczący, ubrany zawsze w staromodny, wytarty mundur, przypominał bardziej figurę z gabinetu osobliwości lub stracha na wróble niż żywą ludzką istotę. Pamiętał go takiego od dzieciństwa. Stary Wirus odzywał się bardzo rzadko, choć jeśli już to robił, to najczęściej do niego.
Jednooki stracił oko w czasie poprzedniej wielkiej wojny, kiedy to w bezpośredniej walce wykuto mu je bagnetem. Od tamtej pory żył z niewielkiej państwowej renty. Do tego zajmował się kamienicą, choć biorąc pod uwagę jej stan, było to stanowisko czysto umowne. Tymczasem mężczyzna po dokładnym obchodzie wrócił na swój posterunek, niosąc za sobą kolejną butelkę absyntu. To nie tak, że zaczął pić na froncie. Tam po prostu do tego przywykł, gdy każdego dnia na uspokojenie lęku wlewał w siebie podłą wódkę pędzoną ze zgniłych ziemniaków. Jak sam powtarzał nielicznym zainteresowanym, inaczej nie był w stanie przyjąć rzeczywistości. Alkohol pomagał mu przenieść się choć na chwilę do świata, w którym zapominał o wszystkim, co zobaczył. Był wtedy znów młody, niewinny, nienaznaczony jeszcze żadną z licznych blizn. Czysty i niewinny.
Dobry i piękny. Kochał te projekcje własnego umysłu i pomimo ich oczywistej iluzoryczności zanurzał się w nich regularnie. Najtrudniejszy był moment, w którym próbował dojrzeć jakikolwiek głębszy sens swojego istnienia. Ten jednak zawsze mu się wymykał, a on powoli wracał do rzeczywistości, opuszczając swój prywatny świat idei. Na powrót stawał się cieniem istoty, którą kiedyś był, a która zginęła rozszarpana przez pierwszy odłamek. Odkorkował, nalał do szklanki, rozcieńczył wodą z karafki. Przed pierwszym łykiem zaciągnął się mocnym, piołunowym zapachem. Pociągnął pierwszy łyk. Gorzki smak rozlał mu się po gardle. Absynt wciąż mu nie smakował, ale już dawno przywykł zarówno do ziołowego smaku, jak i uczucia przepalanego żywym ogniem gardła.
Z szuflady – tej samej, w której jeszcze niedawno spoczywał pistolet – wyjął fajkę. Była to jedyna pamiątka po koledze z drużyny, którego szrapnel rozerwał na setki kawałków. Trwało to sekundę, może dwie. W jednej chwili był człowiek, a zaraz potem już go nie było. A on stał tam obok. Pamiętał dokładnie, jak podnosił się z ziemi, zrzucając z siebie kawałki lepkiego mięsa munduru i zobaczył tą jedną fajkę, która leżała na dnie leja, jak gdyby ktoś ją po prostu przed chwilą upuścił. Nie mógł jej tam tak po prostu zostawić. Kiedyś z ochotą palił z niej tytoń, wspominając zabitego kamrata. Teraz robił to tylko w lepsze dni. Znacznie częściej nabijał ją opium, co zdarzało mu się robić jeszcze na froncie.
Nie był w stanie pozbyć się fajki. Nie potrafił jej po prostu wyrzucić ani chociażby złożyć w grobie, do którego w zasadzie nie było czego składać. Od tamtego dnia zaczął zadawać sobie pytanie, dlaczego to nie jego trafił tamten szrapnel. Najracjonalniejsze wytłumaczenie, mówiące, że po prostu punkt, w którym był w tym momencie, nie znajdował się na krzywej wyznaczającej tor lotu pocisku, było dla niego zwyczajnie śmieszne. Śmiał się za każdym razem, gdy ktoś próbował przedstawiać mu wojnę matematyką, nawet jeśli żelazne zasady logiki nakazywały, by uznać aksjomaty królowej nauk. Bo jak można było wyjaśnić to, że od tamtego momentu śmierć go omijała? Zawsze był tuż obok niej, ale nigdy nie trafił do niej samej. Mimo tylu okazji. Za każdym razem wroga kula przelatywała obok. Czasem trasnęła go w ramię albo po prostu zabiła towarzysza z lewej czy prawej strony.
Wiele razy był ranny, raz nawet miał bagnet w brzuchu. Nigdy jednak nie było mu dane umrzeć. Zawsze się wylizał. Był jak szczur. A przecież nawet cholerny rachunek prawdopodobieństwa nakazałby mu w końcu skinąć. Nie miał pojęcia, czy było to działanie Boga, szatana, przewrotności losu, zwykłego przypadku, czy może pierwotnego, zwierzęcego instynktu przetrwania. Nie modlił się od momentu, kiedy uświadomił sobie, że nie wie, do kogo właściwie mówi. Kapelan co niedziela powtarzał puste słowa o czekającym ich królestwie niebieskim, a tymczasem on żył w piekle koloru okopowej szarości, doprawionej brunatnym błotem i zabarwionej szkarłatem krwi. Potępiony przez sam fakt, że się tam znalazł. Skazany na wieczne unikanie śmierci i umieranie w kawałkach razem z każdym z przyjaciół.
Mimo to trwał. Z każdym dniem coraz mniej czując się człowiekiem, a coraz bardziej uwalniając w sobie pierwotnego zwierza gotowego zagryźć wszystko, co się rusza, żeby tylko wykroić dla siebie jeszcze jeden dzień życia. Zachowywał jednak na tyle człowieczeństwa, że oprócz życia dla siebie za każdym razem wyrywał wojnie kolejne sześć stóp na grób dla kumpla, którego nikt nigdy nie odwiedzi. Ale wojna przecież w końcu się skończyła. W ostatnich dniach stracił jeszcze kilku druhów ginących często w najgłupszy możliwy sposób: od snajperskiej kuli po zapaleniu papierosa lub zaplątaniem w śmiertelnym uścisku kolczastego drutu. Niektórzy po prostu sami ze sobą kończyli, porażeni beznadzieją sytuacji. On nigdy nie był w stanie. Potrafił zabijać ludzi, patrząc im w oczy, wbijać w nich bagnety i noże, ciąć zaostrzonymi saperkami, strzelać i rozbijać czaszki, ale z jakiegoś powodu nie potrafił zabić siebie. A może po prostu nigdy się nie odważył. We wszystkich tych chwilach po prostu działał instynktownie, odruchowo, często pod wpływem adrenaliny lub morfiny chętnie wydawanej przez frontowych konowałów w tych momentach, kiedy służby logistyczne jakkolwiek działały.
Gdy kończyły się cuda współczesnej chemii, takie jak tabletki z metamfetaminą lub zapasy zdobycznego opium, znowu wracał do wódki. W przypływie wisielczego humoru na blaszanej manierce wyskrobał nawet nierówne napis: „Lekarstwo na rany i duszę”. Na przemian otępione i wyostrzone zmysły w końcu zawsze wracały do normy. Mijał dzień, tydzień, miesiąc, czasem nawet rok i wtedy wracało do niego wszystko, co zobaczył i co zrobił. O każdej chwili, kiedy kogoś zabił, myślał jak o chwilowym zatrzymaniu, wyjęciu z człowieczeństwa, którego dokonywał tak wiele razy. A przecież zawsze wracał i dalej był człowiekiem, choć za każdym razem już trochę innym. Pamiętał dzień, w którym wrócił tutaj, do rodzinnego miasta. Na zwycięskiej defiladzie szedł z piersią obwieszoną medalami, gwiazdami oraz krzyżami nadanymi za odwagę i poniesione rany. Maszerował sam jako jedyny żołnierz swojego plutonu, oficer i cztery drużyny strzelców w jednym. Podkute buty stukały o twardy, nierówny bruk, a wpatrzone w dal puste oczy nie były w stanie uronić nawet jednej łzy.
Nikt nie witał ich tak, jak byli żegnani przy dźwiękach orkiestry z kwiatami i radosnymi okrzykami. Ludzie biedniejsi i mizerniejsi niż przed kilkoma laty częściej wyglądali zza brudnych firan, niż wychodzili na ulice. Ci, którzy odważyli się tam pojawić, często na próżno szukali wzrokiem swoich bliskich: ojców, mężów, braci i synów. Obleczona w mundury zgraja żywych trupów i ludzkich wraków, ledwo trzymających równy krok, należała już do innego świata, będąc raczej pochodem cieni niż istot z krwi i kości. Opium było za słabe, więc znów widział to wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Popił więcej absyntu, krztusząc się przy tym i charcząc od nadmiernej ilości. Gdy zrobiło mu się lepiej, wstał, podszedł do imponującego regału z ciemnego drewna i instynktownie sięgnął po książkę. Usiadłszy z powrotem na krześle, usiłował skupić wzrok na rozbieganych literach i ułożyć je w wyrazy. Wreszcie zaczął czytać. Przeczytał zaledwie kilka pierwszych zdań, gdy nagle poczuł czyjąś obecność.
Nerwowo chwycił pistolet i rozejrzał się, celując po ścianach. Na jednej z nich zarysował się kształt, który przypominał ptaka. Na pierwszy rzut oka był to kruk. Gdy przetarł oczy i popił alkoholu, kształt zamiast zniknąć, stał się jeszcze bardziej wyraźny. To go przeraziło. Znów to widział. Znów tam był. Pole bitwy skąpane w odcieniach błotnistej szarości, zalane brudną wodą leje i starty umundurowanych zwłok. Ziemia pod nim była mokra. On sam leżał wśród niemal jednolitej trupiej masy, od której odróżniał się jedynie tym, że wciąż oddychał mimo krwawiącej rany podbrzusza.
Na jasnym dziennym niebie, na którym próżno było szukać promieni słońca, szybko zaczęły pojawiać się pierwsze sylwetki ciemnych ptaków, które z każdą chwilą stawały się coraz większe. Czarni bracia przyszli na żer, aby odebrać to, co od zarania dziejów należało im się z łaski wojny. Czasem brali także tych, którzy jeszcze żyli, choć znajdowali się już na cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Żadna inna sytuacja nie wystawiała bardziej na próbę woli przeżycia. Doskonale wiedział, co robić. Tak samo jak wtedy skierował trzymającą broń drżącą rękę w kierunku kruka. Gdy zaczął umieszczać go na linii muszki i szczerbinki, kształt zaczął się rozmywać. Nie przestając mierzyć do naznaczonego przez kruka fragmentu ściany, sięgnął wolną ręką po szklankę i popił alkoholu, co jednak nie pomogło mu zebrać rozbieganego wzroku. Przypomniał sobie wspomnienie, które widział przed chwilą. Wtedy uratował go pistolet.
Ten sam, który właśnie trzymał. Gdy ptak zaczął powoli iść po innych ciałach w jego kierunku, strzelił. Chociaż kula nie dosięgła celu, to kruk wyraźnie spłoszył się i odleciał. Nie miał pojęcia, czemu wówczas nie trafił. Odległość była krótka, a on był naprawdę niezłym strzelcem. Przez krótką chwilę przemknęła mu myśl, że być może to ten sam kruk, którego wtedy odpędził, a teraz przyszedł odebrać swój łup. Gdy po raz kolejny wymierzył i położył już palec na spuście, zorientował się, że ptaka już nie ma. Oszołomiony zerwał się, rozglądając po pokoju i celując po ścianach. Kruk zniknął. Kiedy już był bliski przekonania samego siebie, że była to tylko projekcja zmęczonego umysłu, kątem oka dostrzegł rysujący się na innej ścianie czarny kształt, który należał do kruka.
Nie, tym razem nie mógł się mylić. No i czego chcesz? Przyszedłeś mnie tu straszyć? Takich jak ty, twoich czarnych braci widziałem tysiące. Kim jesteś? Jednookim bogiem na tronie świata? Szatanem czy śmiercią? Co chcesz mi powiedzieć? Kolejne swoje „nigdy więcej”? Przerabiałem to wystarczająco wiele razy, więc nie wiem, co jeszcze możesz mi odebrać.
Ciekawe, czy jesteś kuloodporny, ptaszku. Zupełnie nie wiedział do kogo i po co tak naprawdę wygłasza ten monolog. Poczucie bezsensu było tym silniejsze, że gdy już miał strzelać, stwór znów zniknął. Z wściekłością rzucił pistolet na zagracony blat i zamknął oczy, próbując choć przez chwilę nie widzieć nic. Wrócił do lektury, co i rusz robiąc notatki i podkreślając co ważniejsze słowa. Postanowił, że następnym razem od razu będzie strzelał, nie marnując czasu na wywody, których nikt nigdy nie usłyszy. Skupienie kosztowało go niemało energii. Wciąż nie mógł zapomnieć o zwierzęciu. W końcu odłożył książkę i przemógł się, żeby sięgnąć po kartkę i zacząć pisać. Wiedział, że wiersze, które miały powstać, nie będą chętnie czytane.
Daleko im do szlachetnych ideałów, antycznych cnót, do których niby każdy powinien dążyć. Próbując znaleźć jakąkolwiek pozytywną myśl, którą mógłby obrócić w wiersz, doszedł jedynie do początków życia po powrocie do miejsca, którego już nie był w stanie nazywać domem. Na początku nie było tak źle, choć irytowało go, że każdy prosił, żeby opowiedzieć, jak tam było. Jego pluton został co prawda poza nim samym unicestwiony, ale żyło jeszcze trochę byłych wojaków z reszty kompanii. Spotykał się z nimi regularnie, próbując wrócić do tego, co było wcześniej. Znów włóczyli się po kawiarniach i piwiarniach, z których wytaczali się nad ranem, wolni od złych myśli, obciążeni jedynie niezapłaconymi rachunkami i kolejnymi wziętymi na kreskę butelkami. Świat pijaństwa i radości trwał jednak krótko, szybko ustępując miejsca brudnemu odcieniowi rzeczywistości. W mieście, jak i w całym państwie, rozpleniły się jednocześnie dwie nowe zarazy: epidemia dziwacznej choroby, której dotychczas nie znali lekarze, oraz rewolucja chcąca wywrócić zrujnowany kraj do góry nogami. Mówili, że epidemia zabiła jeszcze więcej ludzi niż wojna, ale on wiedział, że to nieprawda, bowiem wojna nie wszystkich zabija od razu. Część jej ofiar umiera dopiero po latach, zdychając wcześniej kawałek po kawałku.
Ta wojna, jego wojna, jeszcze się nie skończyła, wciąż zbierając swoje ofiary. Raz rozpoczętego przelewu krwi nikt nie był w stanie zatrzymać. Kilka lat życia w ciągłym strachu, nieustannego balansowania pomiędzy życiem a śmiercią rujnowało nie tylko wracających z frontu weteranów, ale i wszystkich obywateli. Przez pierwszy rok tryskali entuzjazmem, czytając prasowe doniesienia o kolejnych starciach i spodziewając się rychłego zwycięstwa. Gdy jednak wojna się nie kończyła, a rewelacje dziennikarzy zastępowały coraz dłuższe listy poległych, ludzie zaczęli coraz bardziej wątpić w sens całego konfliktu. Krew zawsze przyciąga drugą krew, a zdradziecki wiatr ochoczo niósł jej odór nad miasto, czego zatrutym owocem była rewolucja. Koniec jednej wojny zwiastował początek kolejnej, aż w pewnym momencie nikt nie wiedział już, o co i przeciw komu toczy się walka. Błotnista ziemia okopów zmieniła się w szary bruk placów, ulic i uliczek. Ci, którzy powrócili, szybko zebrali się z powrotem. Resztkami rozbitych kompanii starych batalionów ruszyli do nowych szturmów.
Ich okopami stały się ciemne zaułki, w których czyhali na rewolucjonistów uzbrojeni we wszystko, co tylko udało im się ze sobą zabrać i przechować w odmętach płaszczy i plecaków. Nowa krew lała się obficie, po czym wsiąkała w bruk, spływając aż do trzebi ziemi. On też już nie potrafił inaczej, a nocne starcia opisywane w gazetach jako bandyckie napady i chuligańskie rozruchy traktował jak dalszą część nigdy niezakończonej wojny. Zaiste prawdą były słowa, które usłyszał kiedyś od jednego podoficera, że raz uwolniona krew sama pcha koła historii. Nigdy już nie miał być tym samym człowiekiem, którym był wcześniej, jak zresztą każdy, kogo odpowiednio głęboko naznaczyła wojna. Młodzieńcza niewinność i prostoduszna uczciwość całego pokolenia zginęła wraz z pierwszymi odłamkami, pogrzebana pod gruzami brutalnie przerwanych żyć. Resztki jego znajomych, towarzyszy broni wybijała choroba. Część z nich ginęła w nocnych starciach i zamieszkach, inni sami ze sobą kończyli, nie wytrzymując ciężaru niechcianych wspomnień. A on po raz kolejny z jakiegoś niewiadomego powodu po prostu był i dalej egzystował. Z tych długich rozważań wyrwał go głos, jakby stłumiony szept, który od razu zwrócił jego uwagę.
Musiał dobiegać z zewnątrz. Nie mógł być to stary dozorca, który o tej porze zawsze spał i nigdy nie wchodził do kamienicy po zmroku. To musieli być oni. Znaleźli go tutaj. Teraz naradzali się przed szturmem, a Kruk był zwiadowcą. Przez paręnaście minut trwał w dziwnym letargu z dłonią zaciśniętą do białości na rączce pistoletu i drugą trzymającą butelkę. W końcu zaczął się uspokajać. Może jednak byli dość daleko, a on był jeszcze bezpieczny. Z trudem zmusił się do wiary we własną myśl. Kolejne dźwięki były podobne tym, które wydaje czołgający się człowiek w pełnym oporządzeniu, zakaczający guzikami i sprzączkami o podłoże.
Następne było coś, jakby kilkukrotne syknięcie zapalniczki. To jednak były drobnostki, które dawały się jakkolwiek sensownie wytłumaczyć. W końcu usłyszał jasny znak – odgłos podkutych butów, delikatnie uderzających o wysłużone, skrzypiące drewniane schody. Teraz nie miał wątpliwości. Przyszli po niego. Wcześniej wybili cały jego pluton, a on był ostatni. I do tego sam. Ostatni żywi druhowie byli daleko, o ile jeszcze w ogóle gdzieś byli. Być może też właśnie po nich szli. Tak, dokładnie tak musiało być.
Chcieli wybić ich wszystkich jednej nocy, tak jak tam na froncie. Mieszkanie było solidnie zamknięte, okna zasłonięte, a on zawsze miał gdzieś w pobliżu broń. Alkohol wraz z opium dobrze wymieszały się z płynącą w żyłach krwią. Do tego stopnia, że w przypływie irracjonalnej odwagi postanowił opuścić kryjówkę. Coś w środku, jakaś idée fixe mówiło mu, że musi wyjść na zewnątrz. Bał się, ale jednocześnie nie był w stanie usiedzieć w miejscu. Do tego ten kruk. Czarny ptak wyraźnie rzucił mu rękawicę, której nie mógł nie podnieść. Wojna się nie skończyła, a on wciąż był żołnierzem. Nie mógł nie ruszyć do samotnego szturmu, choćby miał on być jego ostatnim.
Pospiesznie dopił absynt i cicho odstawił pustą butelkę. Ostatni raz zaciągnął się opiumowym dymem i przygasił fajkę, którą schował do kieszeni. Z szuflady i skrytek wyciągnął wszystkie zapasowe magazynki, jakie posiadał. Chowając je, zauważył, że trzęsą mu się ręce. Na to nie mógł sobie pozwolić. Z drewnianej skrzyneczki wyciągnął strzykawkę z już gotową igłą i ampułkę z morfiną. Wlał płyn do środka, podciągnął lewy rękaw koszuli i wbił igłę prosto w żyłę. Nawet nie wzdrygnął się przy zakłuciu. Tak bardzo potrzebował uodpornić się na ból, nawet jeśli miał być to jego ostatni raz. Wierzył, że dzięki przyjętej mieszance będzie widział więcej, mniej przy tym czując.
Chwilę potem zapiął rękaw i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na niedokończony wiersz. Jeśli wróci, to go dokończy, a jeśli nie wróci, to i tak już nic nie będzie miało znaczenia. Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju. Niegdyś piękne mieszkanie powoli zamieniało się w ruderę. Przykurzone i zaniedbane wnętrze było już tylko cieniem dawnego blasku, marnym odbiciem idei zabitej przez wojnę. Cicho i ostrożnie przeszedł do korytarza, z coraz większym trudem utrzymując równowagę. Wciągnął wysokie skórzane buty, uprzednio wyjmując z nich żabkę z bagnetem i zatykając ją za pas. Założył płaszcz. Pomacał kieszenie. Zdobyczny rewolwer, mniejszy i poręczniejszy od pistoletu, był na swoim miejscu.
Wyjął go na chwilę tylko po to, żeby sprawdzić, czy bęben jest pełen. Jeszcze przez chwilę stał przy drzwiach, nasłuchując, ale w końcu stwierdził, że pewnie czekają na niego na dole, bo od jakiegoś czasu niczego nie słyszał. Ostrożnie otworzył drzwi, mozolnie siłując się z każdym z ciężkich zamków. „To śmieszne” – pomyślał. – „Tyle czasu siedziałem tu zamknięty, żeby być bezpiecznym, a teraz, kiedy przyszli, sam do nich wychodzę. Irracjonalne”. Nie zauważył, ani nawet nie poczuł, w którym momencie zaciśnięta na pistolecie do białości dłoń stała się trupio blada. Był już gotowy otworzyć drzwi, ale jeszcze się zawahał. Dla pewności od razu wyciągnął bagnet. Przepełniało go dziwne nerwowe napięcie, które miało już za chwilę znaleźć swoje ujście.
Chwiał się na nogach, oczami błądził po każdym detalu drzwi, a jednocześnie usiłował przyjąć odpowiednią postawę. Walczył tak ze sobą dobrą minutę, aż w końcu zebrał w jednym momencie wszystkie swoje siły i zmysły i nacisnął klamkę. Gdy już otworzył drzwi na tyle szeroko, żeby się w nich zmieścić, niewiele myśląc, wypadł w ciemność. Sekundę później zniknął w niej, całkowicie pochłonięty przez czarną otchłań. Zaledwie parę chwil później w pustym mieszkaniu dało się usłyszeć rozrywające nocną ciszę odgłosy wystrzałów. A potem już tylko kruk zakrakał.
[02:31:24] - Proszę państwa, jakbym nie próbował wydłużać i jakbym nie próbował teraz szyć, opowiadając państwu różne historie, to nie da się ukryć, że – tadam! – kolejny „Bibliotekarium” dobiega właśnie końca. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę szalonego weekendu. Definicja szaleństwa naprawdę jest bardzo szeroka, więc szalejcie państwo tak, jak uważacie za stosowne. Życzę w każdym razie wspaniałego weekendu, a teraz życzę po prostu dobrej nocy i nieodmiennie zapraszam w przyszłym tygodniu na kolejne wydanie „Bibliotekarium 2.0”. Dobrej nocy.
[02:32:08] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.