Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji.
[00:14] - Szanowni Państwo, niedawno przeczytałem, że jedna z dużych korporacji wypuściła na rynek internetowy nowe narzędzie AI, umożliwiające tworzenie już nie tylko filmów, ale filmów razem ze ścieżką dźwiękową. Myślę, że jesteśmy coraz bliżej spełnienia się wizji ongiś przedstawionej w jednym z opowiadań zaprezentowanych niegdyś w ABW Antologii Bibliotekarium Warsztaty, mianowicie takim, może Państwo pamiętacie, w którym internet był zawalony dosłownie tworami różnej jakości radosnej twórczości mózgów użytkowników podłączonych do sieci. Wydaje mi się, szczerze mówiąc, kwestią czasu, aż nadejdzie klęska generatywnego, generatywno-intelektualnego urodzaju. Kto wie, co przyniesie przyszłość? Na pewno najbliższa przyszłość, czyli najbliższe parę godzin przyniesie kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:36] - Dzień dobry, wieczór państwu. Tak się przysłuchiwałem temu, co mówił Marek i doszedłem do wniosku, że niezbadane są losy naszej planety. Dlaczego? Bo ten urodzaj, o którym wspomniał Marek, może mieć dwa oblicza. Z jednej strony będzie masa szmelcu w tej sieci, którego nie będzie się dało przecedzić. Człowiek będzie się cieszył, jak raz na rok znajdzie coś, co będzie naprawdę godne uwagi. To po pierwsze, ale po drugie pomyślałem sobie, że może tak paradoksalnie zupełnie to będzie taki świat, w którym ci, którzy się wybiją, będą artystami, będą tworzyć najlepsze filmy i za nimi podążą tłumy, to wbrew pozorom taka konkurencja będzie sprzyjała wybijaniu się. Chciałem powiedzieć, że najlepszych. Tylko, że mam przed oczyma to, co się czasami dzieje w realnym świecie i wcale nie wygrywają najlepsi, tylko wygrywają ci, którzy się potrafią najlepiej sprzedać, najlepiej zareklamować, najlepiej wejść w rynek komercji. Więc ta moja koncepcja, że najlepsi, najbardziej kreatywni, najgłębsi w sensie literackim, najgłębsi pisarze zwyciężą, chyba jednak nie wytrzymuje próby.
I to takiej próby statystycznej, którą sam sobie przed oczyma rozstawiłem, rozłożyłem. Widzicie państwo, czasami jak człowiek zacznie myśleć o przyszłości, to mu takie rzeczy niezbyt optymistyczne wychodzą. Zanim ta przyszłość nadejdzie, zapraszam tradycyjnie na kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0. Tradycyjnie zaczynamy od polecanych książkowych, a te polecanki książkowe zaczynamy od pewnego wydarzenia. Otóż na rynku wydawniczym pojawia się książka Stephena Kinga zatytułowana „Nie wymiękaj”. Wydawnictwo Prószyński Media. Data premiery to 27 maja. Stephen King, mistrz opowiadania historii, powraca z nową, niezwykłą, wielowątkową opowieścią oraz ulubioną bohaterką milionów czytelników: Holly. Ona występowała w takich książkach jak „Pan Mercedes”, „Znalezione, nie kradzione”, „Koniec wachty”, „Outsider”, „Jest krew” oraz książce „Holly”. Ta nowa powieść.
Policja miasta Bagay otrzymuje tajemniczy list zawierający przerażającą groźbę. Wkrótce straci życie 14 osób, 13 niewinnych i jedna winna. Zabójstwa mają być aktem pokuty za śmierć niewinnego człowieka. Detektyw Easy James nie wie, co ma o tym sądzić. Czy ktoś naprawdę ma zamiar zamordować 14 ludzi w akcie zemsty? W miarę rozwoju sytuacji Easy zdaje sobie sprawę, że zagrożenie jest śmiertelnie poważne i zwraca się o pomoc do swojej przyjaciółki Holly. Tymczasem Kate McKay, kontrowersyjna działaczka na rzecz praw kobiet, rusza w drogę z serią wykładów, które przyciągają zarówno jej zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników. Jeden z tych ostatnich zamierza pozbawić ją życia. Holly zostaje zatrudniona jako ochroniarka Kate. Staje przed trudnym zadaniem.
Musi zmagać się nie tylko ze zdeterminowanym przeciwnikiem, ale też uporem pracodawczyni. Równoległe wątki zbiegają się w spektakularnym, budzącym dreszcz finale. Nowa książka Stephena Kinga to prawdziwa uczta dla miłośników stylu mistrza. Jedna z najbogatszych i najbardziej porywających powieści, jakie stworzył. Przypomnę, powieść nosi tytuł „Nie wymiękaj”. Autorem jest Stephen King, wydawcą Prószyński Media, a premiera 27 maja. Kolejna książka nosi tytuł „Wszystko jest iluzją”. Jej autorem jest Henry Kuttner, znany pisarz SF piszący fantastykę zabawową, nawet powiedziałbym komediową. To jest mistrz złotej ery science fiction i Henry Kuttner to jest marka, to jest nazwisko. To jest drugi tom jego opowiadań zebranych.
Ten drugi tom, przypomnę, nosi tytuł „Wszystko jest iluzją”. Wydawcą jest Dom Wydawniczy Rebis, a książka pojawi się na rynku 23 maja. „Wszystko jest iluzją” to drugi tom opowiadań jednego z mistrzów złotego wieku science fiction. Niezwykły i niestety nieco zapomniany talent Kuttnera lśni najjaśniej w krótkiej formie. W tym tomie prezentujemy kolejny niewielki wycinek jego twórczości. Są tu między innymi zebrane po raz pierwszy w jednym tomie wszystkie opowiadania o Hogbenach, wywodzącej się z Atlantydy rodzinie amerykańskich mutantów, którzy do zabawy używają stosu atomowego, potrafią ingerować w kod genetyczny, a i tak są normalniejsi od wielu ludzi. Oprócz tego znajdziemy tu tajemniczego trwonka, szaloną wyprawę w świat gnomów, przestrogę przed mieszaniem się w sprawy magicznych sublokatorów oraz cztery opowiadania po raz pierwszy prezentowane polskim czytelnikom. Kuttner zachwyca pomysłami, w których błyskotliwie łączą się humor, refleksja oraz wyobraźnia. Przypomnę, tom nosi tytuł „Wszystko jest iluzją”. Autorem jest Henry Kuttner, wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis.
Książka dostępna na rynku od 23 maja. I wreszcie trzecia książka „Oko ciemności”. To jest książka w ogromnym cyklu „Star Wars. Wielka Republika”. Autorem jest George Mann, wydawnictwo Olesiejuk. Data premiery: 28 dzień maja. Rok po tragicznych wydarzeniach z „Gasnącej gwiazdy” Jedi walczą o uwolnienie galaktyki spod jarzma nihilów. W galaktyce nastąpił rozłam. Po zadaniu Republice druzgocącego ciosu, jakim było zniszczenie latarni Gwiezdny Blask, nihilowie otoczyli część zewnętrznych rubieży niemożliwą do sforsowania barierą zwaną Wałem Burzowym. Ustanowili teren, na którym rządzi niepodzielnie Marchion Ro, podczas gdy jego zwolennicy sieją spustoszenie i chaos, wypełniając skrzętnie bezlitosne rozkazy swego przywódcy.
Uwięzieni za liniami wroga Jedi, w tym Avar Kriss, muszą zmobilizować siły, aby pomóc światom plądrowanym przez nihilów, starając się jednocześnie wyprzedzić o krok zarówno ich samych, jak i służące im okrutne stworzenia. Poza tak zwaną sferą okluzji nihilów Elzar Mann, Bell Zefii i inni Jedi pracują w pocie czoła wraz z siłami Republiki, aby dotrzeć do planet, które zostały odcięte od reszty galaktyki. Ale każda próba sforsowania Wału Burzowego kończy się niepowodzeniem. Bariera blokuje również łączność. Liczne porażki i straty dają się boleśnie we znaki zarówno Elzarowi, jak Bellowi, desperacko poszukującym rozwiązania tego impasu. Ale nawet jeśli Republice i Jedi uda się przedrzeć przez Wał Burzowy, czeka ich konfrontacja z czymś znacznie gorszym. Bezimiennymi istotami, które żywią się mocą, dosłownie wysysając ją z Jedi. Jakie inne brutalne sztuczki ma jeszcze w zanadrzu Marchion Ro? W miarę jak desperacja Jedi i Republiki rośnie, płomyczek nadziei na ponowne zjednoczenie galaktyki stopniowo gaśnie. Być może bezpowrotnie.
Przypomnę państwu, to była zapowiedź książki „Oko ciemności” z cyklu „Star Wars. Wielka Republika”. Autorem książki jest George Mann, wydawnictwo Olesiejuk. Data premiery to 28 dzień maja. Proszę państwa, nie da się ukryć, nieuchronnie doszliśmy do tego miejsca, w którym pojawia się dział nazywany „Korepetycje filozoficzne”. Dzisiaj będzie trochę o symulacji, moim ulubionym temacie. Właściwie z takim znakiem zapytania. Autorem artykułu jest Patryk Popławski. Tytuł artykułu: „Patnama mózgi w naczyniu. Dlaczego nie żyjemy w symulacji?” Pytanie jest prowokacyjne.
Ale przejdźmy do konkretów. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2020 roku i jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Wtedy, kiedy artykuł się ukazał, Patryk Popławski był licencjatem filozofii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zainteresowany był, i pewno jest, zagadnieniami związanymi z logiką deontyczną, semiotyką, językoznawstwem i filozofią języka. W wolnych chwilach zanurza się w uniwersum stworzonym przez DC Comics oraz poświęca czas ukochanym szczurom. Hodowlany. Patryk Popławski. "Putnama mózgi w naczyniu. Dlaczego nie żyjemy w symulacji?". Ważny głos w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy żyjemy w symulacji przedstawił amerykański filozof Hilary Putnam.
Czy jego krytyka stanowiska sceptycznego może ukoić zaniepokojone wydarzeniami z filmu „Matrix” umysły? Czy pozwoli nam spać spokojnie? Putnam znany jest przede wszystkim z dwóch prac: „Ziemi bliźniaczej” i „Mózgów w naczyniu”. Ta druga przedstawia ważne argumenty na rzecz stanowiska, że nie żyjemy w symulacji, dlatego spróbujemy ją zrekonstruować. Droga do zrozumienia poglądów Putnama jest skomplikowana i wymaga pewnego wysiłku intelektualnego. Może jednak, jak się okazuje, dostarczyć ważnych odpowiedzi na niepokojące nas od czasów Kartezjusza pytanie, czy może być tak, że wszystko, czego doświadczamy, jest iluzją. O argumencie sceptycznym. Stanowisko sceptyczne, w którym rozważa się scenariusz, że żyjemy w symulacji, można streścić za pomocą następującego przykładu. Kawa, którą dziś rano wypiłeś i mąż, z którym dziś rozmawiałaś, mogą być jedynie programem zaaplikowanym mózgowi w naczyniu. Rzeczywistość może być zgoła odmienna, a każde twoje doświadczenie może być tylko złudzeniem, które jest na bieżąco podtrzymywane przez maszynę.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zdaniem sceptyków nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy jesteśmy mózgami w naczyniu, czy też nie. Zawsze zatem pozostaniemy w stanie niepewności, zaś nasze sądy o rzeczywistości, które nazywamy prawdziwymi, mogą być w rzeczywistości fałszywe. Putnam, który uważa stanowisko sceptyczne za błędne, proponuje następujący eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że w rzeczywistości jest tak, że wszechświat składa się z wielu naczyń, w których znajdują się mózgi podłączone do superkomputera. Załóżmy również, że ten superkomputer nieustannie wytwarza zbiorową halucynację, a zatem że tak naprawdę nie czytasz tego tekstu. Można to przyrównać do fabuły w filmie „Matrix”, w którym Neo odkrywa, że żyje w symulacji będącej programem wgrywanym ludziom podłączonym do maszyn. Putnam zadaje nam teraz pytanie, czy jako takie mózgi w naczyniach jesteśmy w stanie w ogóle pomyśleć, że jesteśmy mózgami w naczyniach. A co z mrówką? Pierwszym krokiem do odpowiedzi na pytanie, czy będąc mózgami w naczyniu możemy stwierdzić, że nimi jesteśmy, jest przykład z mrówką. Wyobraźmy sobie zatem mrówkę, która błądzi po piasku i rysuje coś, co naszym zdaniem przypomina Winstona Churchilla.
Czy powiemy, że mrówka narysowała podobiznę Churchilla? Putnam twierdzi, że nie, ponieważ doskonale wiemy, że mrówka nigdy nie widziała Churchilla i nie miała nawet intencji, żeby go narysować. Powyższy przykład ma pokazać, że nie jest tak, że reprezentacje są intencjonalne, czyli że obraz jakiegoś przedmiotu pojawiający się jako reprezentacja oznacza sam z siebie przedmiot. To jest magiczne podejście do teorii odniesienia. Putnam je odrzuca i przyjmuje ekstremalizm semantyczny, który jest konieczny dla podtrzymania jego argumentu przeciwko sceptykom. Wedle tego stanowiska obraz czy treść będące efektem stanu mentalnego nie wyznaczają ekstensji, czyli zakresu tego, do czego znak się odnosi. Może być tak, że cechy, które przypisujemy przedmiotowi, rozmijają się z jego rzeczywistymi cechami. Znaczenie zatem nie znajduje się w głowie, lecz na zewnątrz. Znaki, którymi się posługujemy, mają odniesienie tylko dlatego, że ktoś postanowił je do czegoś odnosić. Ktoś kiedyś uznał, że woda wraz z przypisywanymi jej cechami oznacza pewną ciecz.
Inni użytkownicy języka zaakceptowali taki chrzest i zaczęli używać tego znaku w odniesieniu do określonej cieczy. Chociaż rzeczywiste znaczenie, własności fizyczne tej cieczy może odbiegać od treści mentalnej kryjącej się za znakiem woda. A więc, mimo że znak jest intencjonalny sam z siebie, to jest używany z intencją oznaczenia czegoś. Właśnie tak rozumiana intencja jako oznaczanie przez kogoś jakiegoś przedmiotu jest tutaj konieczna i to właśnie ze względu na to, że znaki same z siebie się do niczego nie odnoszą. Wypowiadam słowo kot, ponieważ chcę oznaczyć pewien przedmiot za pomocą tego znaku. Robię to, mając na myśli pewien zbiór cech, o którym sądzę, że przynależy do przedmiotu oznaczonego przez nazwę kot. Test Turinga. Drugi ważny przykład wspierający argument antysceptyczny odnosi się do testu Turinga na odniesienie przedmiotowe. Putnam mówi tak: przyjmijmy, że udało nam się skonstruować maszynę, która może prowadzić rozmowę z ludźmi. Czy maszyna w rozmowie z człowiekiem odnosi się do tych samych rzeczy, posługując się na przykład słowem drzewo?
Nie, ponieważ używane przez maszynę słowo drzewo nie musi mieć koniecznego związku z jakimkolwiek drzewem. Ulegalibyśmy jedynie złudzeniu, że maszyna posługując się językiem do czegoś się odnosi. Konieczne jest zatem wcześniejsze doświadczenie, w ramach którego ktoś posługujący się słowem drzewo łączy je z rzeczywistym drzewem. Tak jak we wcześniej opisanym przykładzie, żeby woda oznaczała pewną ciecz, musi mieć ustalone odniesienie przedmiotowe. To jak to jest z tymi mózgami w naczyniu? Z tych dwóch przykładów mamy dwa wnioski. Żeby posługiwać się słowami jako znakami czegoś, musimy chcieć coś oznaczyć i musi występować ścisły związek między użyciem znaku a jego odniesieniem przedmiotowym. A zatem mrówka, jeżeli w ogóle chciałaby narysować Churchilla, musiałaby z tym rysunkiem łączyć określony przedmiot, czyli mieć w przypadku premiera Wielkiej Brytanii jakąś z nim styczność, na przykład spotkać go. Nie może być to jedynie rysunek na podstawie zdjęcia z czasopisma historycznego, bo wtedy jej rysunek nie będzie znakiem rzeczywistego Churchilla, tylko raczej jego podobizny z magazynu historycznego. Przypomnijmy teraz postawione pytanie: czy jako mózgi w naczyniu możemy pomyśleć, że jesteśmy mózgami w naczyniu?
Zdaniem Putnama nie. Kiedy mówimy tutaj naczynie, odnosimy się, zakładając, że jesteśmy w symulacji tylko do przedmiotów wytworzonych w halucynacji. Jako mózgi w naczyniach nie możemy niczego powiedzieć o rzeczywistym świecie, bo nie mamy do niego dostępu. Nigdy nie mieliśmy styczności ze światem poza symulacją, a zatem nie możemy chcieć oznaczać jego obiektów. Mówimy w takim wypadku tylko o naczyniach w symulacji, ponieważ tylko je znamy. Zatem zdanie: jestem mózgiem w naczyniu, przy założeniu, że rzeczywiście nim jestem, jest fałszywe, ponieważ mózg w naczyniu może odnosić się tylko do świata wirtualnego. W świecie wirtualnym, w symulacji nie jesteśmy przecież zamknięci w żadnym naczyniu. Dlaczego nie żyjemy w symulacji? Wiemy zatem, że jeśli jesteśmy mózgami w naczyniach, to nie możemy pomyśleć o tym, że jesteśmy podłączeni do jakiegoś superkomputera, ponieważ nasz język w symulacji jest inny niż język w rzeczywistości. W jaki sposób jednak taka odpowiedź pomaga Putnamowi w przekonaniu nas, że żyjemy w symulacji?
Prześledźmy jego tok rozumowania. Powiedzieliśmy, że mózg w naczyniu nie może pomyśleć o tym, że jest w naczyniu w świecie rzeczywistym, ponieważ może odnosić się tylko do naczyń w symulacji. Skoro jednak my możemy pomyśleć o hipotetycznym świecie, w którym jesteśmy ofiarami w symulacji, to znaczy, że nie jesteśmy mózgami w naczyniu. Kiedy mówimy, że jesteśmy mózgami w naczyniu, nie mamy przecież na myśli, że jesteśmy mózgami w naczyniu w świecie zbiorowej halucynacji. W skład tej hipotezy wchodzi domniemanie, że nie jesteśmy mózgami w naczyniu w świecie pozoru. Inaczej mówiąc, skoro możemy rozważać, czy zdanie żyjemy w symulacji jest prawdziwe czy fałszywe, to jest ono fałszywe. Wróćmy teraz do pytania postawionego na początku artykułu. Trzeba przyznać, że jest ono prowokacyjne, bowiem jednoznacznej odpowiedzi niełatwo udzielić. Nietrudno się domyślić, że gdyby rozwiązanie tego amerykańskiego filozofa było wystarczające, nikt z nas nie zadawałby dzisiaj pytania o to, czy żyjemy w symulacji. Żeby bowiem zaakceptować argumenty Putnama, trzeba przede wszystkim przyjąć szereg jego poglądów.
Namysł nad tym, czy takie stanowisko jest satysfakcjonujące, pozostawimy już czytelnikowi. To, proszę państwa, był nieco skomplikowany i wymagający skupienia artykuł Patryka Popławskiego Putnama „Mózgi w naczyniu. Dlaczego nie żyjemy w symulacji?” Przypomnę, tekst ukazał się w dwumiesięczniku Filozofu w 2020 roku w numerze czwartym i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. A teraz, proszę państwa, ruszamy ku fantastycznej bibliotece. Przed nami książki. Książki, jak się powiedziało fantastyczne. Od razu wymienię tytuły: „Człowiek z wysokiego zamku”, „Misja międzyplanetarna”, „O ludziach i potworach”, „Ostatni statek z planety Ziemia” i „Wojna światów”. To są książki, które omawiałem dla państwa na kanale Wehikuł Wyobraźni w takim specjalnym dziale, który nazywa się Fantastyczna Biblioteka. Zapraszam do tej fantastycznej biblioteki, ponieważ tytułów jest tam znacznie więcej. Dzisiaj wybrałem pięć autorów bardzo znanych.
„Człowiek z wysokiego zamku” to Philip Dick, „Misja międzyplanetarna” to Van Vogt, „O ludziach i potworach” to William Tenn, „Ostatni statek z planety Ziemia” to John Boyd, no i „Wojna światów” to oczywiście Herbert George Wells. To, proszę państwa, jak powiedziałem, są audycje z Wehikułu Wyobraźni, a zatem one zawsze mają taki sam początek. Proszę się nie denerwować, to taki lejtmotyw, który Dobrze się sprawdza na kanale YouTube'owym. Tutaj będziecie musieli Państwo odcierpieć pewien stały początek, ale myślę, że treść, która później się pojawi, odpowiednio to Państwu wynagrodzi. Tym bardziej, że w tym cyklu cytuję również krótkie fragmenty książek, które omawiam. Przed nami długa podróż, bo ponad półtoragodzinna. Tych książek troszeczkę jest. Powiedziałem już pięć. Myślę, że przynajmniej niektóre z nich Państwa zaciekawią. Zapraszam zatem do fantastycznej biblioteki.
Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zaprezentuję książkę „Człowiek z Wysokiego Zamku” Philipa Dicka. Od razu uprzedzam, że będą w tej audycji spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków, pewnie będziecie Państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje czy zaspoiluje, ale ludzie są przecież różni i cały czas uważam, że to bardzo dobrze. Powieść „Człowiek z Wysokiego Zamku” Philipa Dicka to jedno z najbardziej ikonicznych dzieł literatury science fiction. Dzieło, które nie tylko zmienia nasze postrzeganie historii, ale również prowokuje do głębokich refleksji nad naturą rzeczywistości i ludzkiej tożsamości. Akcja powieści rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w której państwa osi, przede wszystkim nazistowskie Niemcy oraz Imperium Japońskie, zwyciężyły w II wojnie światowej. W wyniku tego losy Stanów Zjednoczonych uległy drastycznemu przekształceniu.
Kraj został podzielony na trzy strefy. Zachodnie wybrzeże obejmujące San Francisco znajduje się pod japońską okupacją, podczas gdy wschodnia część pozostaje pod niemiecką kontrolą. Pomiędzy nimi rozciąga się buforowa strefa, gdzie w cieniu wielkich ideologii i brutalnych reżimów żyją ludzie zmuszeni do ciągłej walki o przetrwanie. Głównymi bohaterami utworu są między innymi Juliana Frink, młoda kobieta, która próbuje odnaleźć własną tożsamość w świecie pełnym sprzeczności. Robert Childan, właściciel sklepu z antykami, który z jednej strony poddaje się reżimowi, a z drugiej marzy o odzyskaniu dawnej amerykańskiej dumy, oraz pan Tagomi, urzędnik o głęboko humanistycznym podejściu do życia, który niejednokrotnie staje przed dylematem między lojalnością a moralnością. Każdy z nich symbolizuje inny aspekt życia w okupowanym świecie. W tle rozgrywa się również intryga związana z tajemniczą powieścią, zakazaną książką zatytułowaną „Utyje szarańcza”, która przedstawia historię, w której wynik wojny potoczyłby się inaczej. Książka ta, choć z perspektywy okupantów stanowi zagrożenie dla oficjalnej narracji, dla niektórych bohaterów staje się źródłem nadziei i dowodem na możliwość innego, lepszego świata. Jak czytamy w jednym z fragmentów: „Rzeczywistość zmienia się, gdy tylko odważysz się spojrzeć poza zasłony iluzji.” Innym istotnym elementem narracyjnym jest chińska Księga Przemian, której wyrocznia pomaga bohaterom podejmować decyzje w obliczu niepewności. W momentach kryzysowych postaci kierują się jej krótkimi, enigmatycznymi wskazówkami.
Na przykład: „Nie ma wolności bez konfrontacji z historią.” Te krótkie notatki stają się motywem przewodnim całego utworu. Akcja powieści toczy się w sposób rozproszony, a losy bohaterów splatają się w nieoczywisty sposób. Widzimy, jak Childan z jednej strony ceniąc amerykańskie rzemiosło, staje się narzędziem w rękach okupantów, a z drugiej pragnie odzyskać autentyczność dawnych wartości. Juliana Frink, której osobista walka o wolność jest symbolem szukania prawdy w świecie pełnym fałszu, staje się postacią, która dzięki wyroczni zdaje sobie sprawę, że świat, w którym żyje, nie jest tym, czym się wydaje. Fabuła nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Zakończenie powieści pozostawia czytelnika z pytaniami o to, czy istnieje jedna absolutna prawda, czy też rzeczywistość jest jedynie zbiorem możliwych wersji, z których żadna nie jest ostateczna. „Nasza wolność zależy od tego, jak postrzegamy historię” – głosi jeden ze znaczących cytatów z książki. Cytat ten doskonale oddaje esencję dylematów stawianych przez Dicka. „Człowiek z Wysokiego Zamku” to nie tylko alternatywna historia, to także głęboka refleksja nad kondycją kulturową współczesnego człowieka. Dick wykorzystując motyw podziału świata, kontrast między brutalnością reżimów a subtelną ludzką wrażliwością, stawia pytania o to, czym jest wolność i jak historia kształtuje tożsamość narodową oraz indywidualną.
W kontekście kulturowym powieść ukazuje, że nawet w świecie pozornie całkowicie podporządkowanym totalitarnym reżimom ludzie potrafią odnaleźć w sobie iskry buntu. „Nie ma prawdy bez odwagi, by ją poznać” – pisze Dick. Doskonale ilustrując w ten sposób filozofię bohaterów zmuszonych żyć w cieniu ideologii, ale mimo to starających się odkryć, co naprawdę oznacza być człowiekiem. Dick nie ogranicza się jedynie do opisu alternatywnego świata, ale podejmuje próbę analizy mechanizmów społecznych, które prowadzą do dehumanizacji. Obraz Japonii jako okupanta, który z jednej strony szanuje tradycję, a z drugiej narzuca swoją wizję porządku, kontrastuje z niemieckim reżimem tam, gdzie ideologia staje się narzędziem opresji. W ten sposób autor prowokuje do refleksji nad tym, jak kulturowe i historyczne narracje mogą kształtować nasze postrzeganie przyszłości oraz wpływać na naszą przyszłość. Warto również zauważyć, że powieść ukazuje nie tylko konflikt między okupantami, ale także wewnętrzny konflikt wśród samych poddanych. Prawda jest jedynie cieniem tego, co mogłoby być, mówi jeden z bohaterów, podkreślając, że historia jest zawsze wielowymiarowa i nieustannie reinterpretowana. Ta wielowarstwowość narracji sprawia, że utwór staje się nie tylko literackim eksperymentem, ale także manifestem kulturowej pamięci reinterpretacji. „Człowiek z wysokiego zamku” znajduje także swoje odniesienia w dyskusjach literaturoznawczych.
Krytycy podkreślają, że Dick dzięki swojej powieści otwiera oczy na to, co ukryte za fasadą oficjalnej historii oraz wskazuje, że historia jest płynna i podatna na reinterpretację. Takie poglądy rezonują z teoriami postmodernizmu, gdzie granice między fikcją a rzeczywistością ulegają zatarciu. Jeden z literaturoznawców stwierdza: Dick kreśli świat, gdzie iluzja i rzeczywistość stapiają się w jedno, tworząc nową, nieuchwytną prawdę. Kontekst historyczny, w którym powstała powieść, również nie pozostaje bez znaczenia. Lata 60. XX wieku z ich napięciem politycznym, zimną wojną i rosnącą nieufnością wobec oficjalnych narracji stanowiły idealne tło dla eksperymentów literackich Dicka. Powieść będąca produktem swoich czasów doskonale oddaje atmosferę niepokoju i niepewności, która cechowała społeczeństwo tamtego okresu. Powtórzę cytat: Nie ma wolności bez konfrontacji z historią. To idealnie oddaje zarówno ducha książki, jak i ducha epoki, w której owa książka powstała. Ducha nieustannego poszukiwania alternatywnych dróg rozwoju społecznego.
Philip Dick urodził się 16 grudnia 1928 roku w Chicago. Zmarł 2 marca 1982 roku. Jego życie pełne było wewnętrznych konfliktów, paraliżu psychicznego i wizji, które znalazły odzwierciedlenie w jego twórczości. Dick zyskał sławę jako autor, który nie bał się kwestionować rzeczywistości i eksplorować granic percepcji ludzkiej świadomości. Jego dorobek literacki obejmuje ponad 40 powieści oraz ponad 120 opowiadań, a jego utwory często poruszają tematy tożsamości, rzeczywistości, iluzji i ludzkiego losu w obliczu nieuchronnych zmian. Philip Dick dzięki swoim utworom stał się jednym z najważniejszych przedstawicieli literatury science fiction, a jego twórczość do dziś inspiruje kolejne pokolenia czytelników i twórców filmowych. „Człowiek z wysokiego zamku” to powieść, która zaskakuje swoją wielowarstwowością i niejednoznacznością. Dick poprzez alternatywną narrację ukazuje, jak cienka jest granica między faktem a fikcją. Natomiast historia, choć ugruntowana w realnych wydarzeniach, może być reinterpretowana na nieskończoną liczbę sposobów. Książka zmusza do refleksji nad tym, co oznacza być wolnym w świecie, w którym wszystkie struktury władzy są poddane ciągłej reinterpretacji.
I tu znów wypadałoby przytoczyć znany już państwu cytat. Nie ma wolności bez konfrontacji z historią. Ten motyw przewija się przez całą powieść, stając się zarówno ostrzeżeniem, jak i inspiracją do poszukiwania prawdy o naszym świecie. Można zauważyć, że „Człowiek z wysokiego zamku” odzwierciedla nie tylko paranoiczne obawy epoki zimnej wojny, ale również uniwersalne dylematy współczesności. Rozdarcie między przeszłością a przyszłością, między pamięcią a zapomnieniem. Dick sugeruje nam, że każdy z nas żyje w świecie, gdzie historia nieustannie się zmienia, a tożsamość jest konstruktem społecznym. Autor pokazuje, że literatura może być narzędziem nie tylko rozrywki, ale także głębokiej analizy społecznej. Jego wizja alternatywnej rzeczywistości zmusza nas do zastanowienia się, jak inaczej mogłaby wyglądać nasza historia, gdyby inne siły miały szansę ukształtować losy świata. Podsumowując, „Człowiek z wysokiego zamku” to powieść o nieuchwytnej granicy między rzeczywistością a iluzją, o sile historii i jej wpływie na nasze życie. To opowieść, która nie tylko bawi, ale i prowokuje do myślenia, zmuszając nas do ciągłego kwestionowania oficjalnych narracji.
Dick, korzystając z elementów filozofii, historii i kultury, stworzył dzieło, które pozostaje aktualne niezależnie od upływu czasu. Powieść Philipa Dicka jest przykładem utworu, który zmusza czytelnika do ciągłego poszukiwania własnej interpretacji. Każdy odczytuje go inaczej, dostrzegając w nim zarówno ostrzeżenie przed totalitaryzmem, jak i inspirację do odkrywania prawdy ukrytej za fasadą oficjalnej historii. Tak jak powiedziałem, to dzieło, które mimo upływu lat nie traci na sile, a jego przesłanie o nieuchwytności prawdy i konieczności ciągłego poszukiwania wolności pozostaje niezwykle aktualne. Kto wie, czy nie bardziej niż w czasach, kiedy książka powstawała. „Człowiek z Wysokiego Zamku” Philipa Dicka to podróż przez alternatywną historię, w której reżimy totalitarne nie tylko dominują nad społeczeństwem, ale także próbują na nowo zdefiniować pojęcie wolności i tożsamości. Dzięki mistrzowskiemu połączeniu dynamicznej fabuły z głębokimi rozważaniami filozoficznymi, powieść ta pozostaje jednym z najważniejszych utworów science fiction. Utworem, który nieustannie prowokuje do refleksji nad naturą rzeczywistości. Sylwetka Philipa Dicka, jego życie pełne sprzeczności oraz bogaty dorobek literacki, w tym przecież takie dzieła jak: „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, „Ubik”, „Walis” to wszystko stanowi nieodłączny kontekst dla zrozumienia unikatowej wizji świata, jaką reprezentuje autor. Dla każdego, kto pragnie nie tylko wciągającej przygody, ale także głębokiej refleksji nad ludzką kondycją i przemijającą naturą historii, dla tych wszystkich osób „Człowiek z Wysokiego Zamku” jest lekturą obowiązkową.
Dick pokazuje, że historia, chociaż jest nieustannie reinterpretowana, stanowi klucz do zrozumienia samego siebie. „Człowiek z Wysokiego Zamku” to powieść, to wyzwanie, by nie tylko przyjąć to, co jest nam serwowane, ale i samodzielnie poszukać drogi ku wolności i autentyczności. A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Philipa Dicka „Człowiek z Wysokiego Zamku”. Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale wcale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli w ogóle nie najlepszym argumentem, jest kilka zdań napisanych przez autora. A jednak było w tym coś śmiesznego. Obraz flegmatycznych, gruboskórnych Niemców kręcących się po Marsie, po czerwonych piaskach nietkniętych dotąd stopą człowieka. Mydląc policzki, Fring zaczął nudzić satyrę na siebie samego. Gott, Herr Kreisleiter, ist dies vielleicht der Ort, wo man das Konzentrationslager bilden kann? Das Wetter ist so schön, heiß aber doch schön.
Radio mówiło: wspólnota pacyficzna musi rozważyć, czy w naszym dążeniu do zapewnienia zrównoważonego bilansu wzajemnych obowiązków i odpowiedzialności w połączeniu z korzyściami, typowy żargon biurokratyczny zauważył Frank. Nie przeoczyliśmy przyszłej areny, na której będą się decydować losy człowieka. Czy będzie to Nortyk, Japończyk czy Negroid? I tak dalej, i tak dalej. Ubierając się, kontynuował swoją zabawę. Pogoda jest schön, bardzo schön, tylko nie ma czym oddychać. Fakt pozostawał faktem. Wspólnota pacyficzna nie zrobiła nic w kierunku kolonizacji planet. Zamiast tego zaangażowała się, a właściwie ugrzęzła w Południowej Ameryce. Podczas gdy Niemcy z całą energią prowadzili zrobotyzowane prace konstrukcyjne w kosmosie, Japończycy nadal wypalali dżunglę w głębi Brazylii, wznosząc siedmiopiętrowe gliniane bloki mieszkalne dla byłych łowców głów.
Zanim pierwszy japoński statek kosmiczny oderwie się od Ziemi, Niemcy będą mieli w garści cały Układ Słoneczny. W dawnych i jakże malowniczych czasach Niemcy przegapili moment, gdy inne państwa europejskie zbudowały swoje imperia kolonialne. Tym razem, snuł swoje rozważania Fring, już nie będą ostatni. Lekcja nie poszła na marne. Potem przypomniał sobie Afrykę i eksperymenty nazistów na tym kontynencie. Na chwilę zdrętwiał cały, zawahał się i wreszcie wrócił do swoich rozmyślań. Radio mówiło: musimy jednak z dumą pamiętać o wadze, jaką nasza wspólnota przywiązuje do podstawowych materialnych potrzeb ludzi, niezależnie od ich pozycji, do ich subspiritualnych potrzeb, które muszą być... Fring wyłączył radio. Uspokoiwszy się nieco, włączył je z powrotem. Rany boskie — myślał.
Afryka. Duchy wymordowanych plemion starte z powierzchni ziemi, żeby zrobić miejsce dla kogo? Nikt nie wiedział. Może nawet sami wielcy planiści w Berlinie. Zastępy automatów pracujących pełną parą budują? Budują. Miażdżą raczej. Ludożercy z wystawy paleontologicznej zajęci robieniem naczynia z czaszki wroga. Cała rodzina pracowicie wygrzebująca zawartość, aby w pierwszej kolejności pożreć surowy mózg, potem narzędzia z ludzkich kości. Co za oszczędność!
Nie tylko zjadać ludzi, których się nie lubi, ale jeszcze jeść z ich własnych czaszek. Pierwsi technicy. Prehistoryczny człowiek w sterylnie czystym białym fartuchu w laboratorium berlińskiego uniwersytetu, pracujący nad wykorzystaniem czaszek, skóry, włosów, tłuszczu innych ludzi. Ja Herr Doktor. Nowe zastosowanie dla palca od nogi. Widzi pan, można użyć stawu w zapalniczce do papierosów, jeśli tylko Herr Krupp będzie mógł produkować je w ilości. Przerażała go ta myśl. Pradawny, gigantyczny kanibal, który odżył i znowu rządzi światem. Przez milion lat oddaliliśmy się od niego, a on wrócił. I nie jako przeciwnik, lecz jako władca.
Możemy ubolewać — mówiło radio, głos małych żółtków z Tokio. O Boże — myślał Flink. A my ich nazywaliśmy małpami. Te cywilizowane, krzywonogie krewetki, dla których myśl o komorach gazowych jest równie nieprawdopodobna, jak pomysł przetopienia własnych żon na świece. I często ubolewaliśmy w przeszłości nad przerażającym marnotrawstwem istot ludzkich w tych fanatycznych dążeniach, które postawiły całe masy ludzi poza nawiasem systemu prawnego. Oni, ci Japończycy, przywiązują taką wagę do prawa, aby zacytować znanego wszystkim zachodniego świętego: „Bo cóż pomoże człowiekowi, choćby wszystek świat pozyskał, a szkodę by podjął na duszy swojej?”. Radio zamilkło na chwilę. Flink, który zawiązywał krawat, również się zatrzymał. Było to poranne oczyszczenie. Muszę dojść z nimi do porozumienia — uświadomił sobie.
Niezależnie od groźby czarnej listy, opuszczenie strefy kontrolowanej przez Japończyków i znalezienie się na południu, w Europie, gdziekolwiek pod władzą Rzeszy oznaczałoby dla mnie śmierć. Będę musiał dogadać się jakoś z tym Wyndhamem Mattsonem. To, proszę państwa, był fragment powieści Philipa K. Dicka „Człowiek z Wysokiego Zamku” w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i zapraszam na kolejny odcinek Fantastycznej Biblioteki. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zapraszam na omówienie książki Alfreda Eltona Van Vogta „Misja międzyplanetarna”. I tradycyjnie od razu uprzedzam, że będą w tym materiale drobne spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Na szczęście można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków, pewnie będziecie państwo tego żałować.
Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, ale ludzie są przecież różni i w dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że to znakomicie. „Misja międzyplanetarna” to klasyczna powieść science fiction, która zapoczątkowała nowe trendy w literaturze gatunku. Oryginalnie wydana była w 1950 roku jako „The Voyage of the Space Beagle”, a dwa lata później przemianowana na „Mission Interplanetary”. W Polsce ukazała się po raz pierwszy w 1972 roku nakładem wydawnictwa Iskry. Tego przekładu dokonała Zofia Kierszys. Późniejsze amberowskie wydania były sygnowane przez trójkę tłumaczy: Katarzynę Przyboś, Wojciecha Szypułę i Bartosza Skierkowskiego. Van Vogt, jedna z kluczowych postaci złotej ery science fiction, wykorzystuje tę opowieść do snucia refleksji nad granicami ludzkiego poznania, naturą kosmosu i kondycją człowieka. Akcja toczy się w odległej przyszłości. Ludzkość wyrusza w pierwszą międzygalaktyczną wyprawę na pokładzie statku międzygwiezdnego Ogar Kosmosu. W innej wersji tłumaczenia nosi on nazwę Kosmiczny Pies Gończy.
Załoga tej wielkiej jednostki składa się z tysiąca naukowców i żołnierzy. Sami mężczyźni, spośród których wyróżnia się Elliot Grosvenor, specjalista w nowo powstałej dziedzinie zwanej neksializmem. Każdy przystanek ekspedycji wiąże się z odkrywaniem nowych, często niebezpiecznych światów, gdzie znane prawa fizyki ustępują miejsca niepojętym zjawiskom. Van Vogt łączy tu przygodową narrację z filozoficzną głębią. W jednej ze scen Grosvenor stwierdza: „Kosmos to nie tylko scena, ale żywy labirynt nieskończonych tajemnic”. Wyprawa w nieznane bardzo szybko okazuje się nie tylko podróżą przez kosmiczne otchłanie, ale też próbą charakterów. Bohaterowie muszą stawić czoła nie tylko obcym formom życia, ale też wewnętrznym konfliktom. Van Vogt ukazuje kosmos jako zwierciadło ludzkich emocji i ambicji. Jak zauważa Grosvenor, gdy ludzkość spogląda w gwiazdy, widzi tylko odbicie własnych pragnień i lęków. Motyw podróży jako metafory wędrówki w głąb siebie przewija się przez całą powieść.
Eksploracja przestrzeni staje się okazją do konfrontacji z własną tożsamością, a zetknięcie z nieznanym staje się impulsem do refleksji nad naturą istnienia. van Vogt umiejętnie przeplata rozważania naukowe z emocjonalnymi monologami, czerpiąc z astrofizyki, biologii i teorii względności. Jego styl jest precyzyjny, a przy tym nacechowany poetycką symboliką. Jak zauważa jeden z literaturoznawców, „Misja międzyplanetarna” to arcydzieło, które nie tylko otwiera nowe horyzonty wyobraźni, ale również zmusza do głębokiej refleksji nad naturą ludzkiego bytu. Książka powstała w czasie, gdy eksploracja kosmosu stawała się realną perspektywą. van Vogt, przedstawiciel złotej ery science fiction, ukształtował tym dziełem wzorzec łączenia naukowych spekulacji z filozofią i przygodą. Pomimo że niektóre założenia fabularne już mocno się zestarzały, jego wizja pozostaje zaskakująco świeża, aktualna. Na szczególną uwagę zasługuje konstrukcja postaci Elliotta Grosvenora, intelektualisty zmagającego się z własnymi ograniczeniami. Reprezentuje on dążenie do poznania i jednoczesny lęk przed tym, co nieznane. Relacje między członkami załogi, pełne napięcia i sprzecznych interesów, odzwierciedlają bardziej złożoną walkę wewnętrzną.
Jak zauważa van Vogt, ludzka natura, niezależnie od jej najwyższych aspiracji, często pozostaje niewyobrażalnie złożona i pełna sprzeczności. Powieść jest więc nie tylko historią o kosmicznej ekspedycji, ale także głębokim komentarzem egzystencjalnym. Autor ukazuje, że każdy kontakt z obcymi odsłania przede wszystkim nas samych, nasze pragnienia, nasze lęki i granice poznania. van Vogt stawia pytanie, czy ludzkość jest gotowa na spotkanie z obcym oraz czy potrafi zachować tożsamość wobec niewyobrażalnych wyzwań. Wnioski nie są jednoznaczne. Każda wyprawa może być bowiem zarówno oświeceniem, jak i zagubieniem się w chaosie. Książka zyskała status kultowego dzieła i wywarła silny wpływ na rozwój science fiction oraz popkultury w ogóle. Inspirowała kolejne pokolenia twórców, stając się punktem odniesienia dla opowieści o podróżach międzygwiezdnych. Współczesne interpretacje podkreślają, że jej przesłanie jest naprawdę uniwersalne. Chociaż niektórzy recenzenci wskazują na chaotyczną strukturę fabularną czy przestarzałe teorie naukowe, większość zgadza się, że van Vogt stworzył dzieło wyjątkowe.
Jak ujął to jeden z czytelników, van Vogt pokazuje, że w obliczu nieskończoności kosmosu ludzka natura staje się jedynie cieniem własnych ambicji. Podsumowując, „Misja międzyplanetarna” to nie tylko fantastyczna przygoda, ale i zwierciadło, w którym odbijają się nasze aspiracje i lęki. Dzięki połączeniu dynamicznej akcji, filozoficznej refleksji oraz naukowej wiarygodności, powieść ta wciąż skłania do zadawania pytań o miejsce człowieka we wszechświecie. van Vogt nie daje gotowych odpowiedzi. Zachęca do podróży, również tej wewnętrznej. A teraz czas na nową świecką tradycję tej playlisty, czyli na krótki fragment książki Alfreda Eltona van Vogta „Misja międzyplanetarna”. Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale wcale nie musi przydać się przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli w ogóle nie najlepszym argumentem, jest kilka zdań napisanych przez autora. „Correl bez wytchnienia przemierzał wielkie przestrzenie w poszukiwaniu żeru. Daleko po lewej ciemna, bezksiężycowa i niemal zupełnie bezgwiezdna noc ustępowała niechętnie przed czerwonym świtem.
Ponury blask nie niósł w sobie obietnicy ciepła, za to z wolna wydobywał z mroku koszmarny krajobraz. Gdy blade słońce wychyliło się zza horyzontu, jego promienie padły na czarną, pustą równinę poznaczoną poszarpanymi skałami. Smugi światła powoli wślizgiwały się między nocne cienie. Correl na dobre zgubił trop stada stworzeń emanujących Id, za którym podążał od blisko stu dni. Zatrzymał się porażony świadomością, że znów nic nie zje. Potężne przednie łapy drgnęły. Ostre jak brzytwa pazury wygięły się. Wyrastające z barków grube macki zafalowały spazmatycznie. Pokręcił masywnym kocim łbem, a kępki włosków czuciowych w uszach zadrżały w poszukiwaniu jakiegoś przelotnego powiewu czy najdrobniejszych choćby wibracji Id. Na próżno jednak.
Nie doznawał znajomego, delikatnego ukłucia w swoim skomplikowanym układzie nerwowym. Nie wyczuwał najmniejszego śladu obecności istot, których organizmy zawierają Id. W rozpaczy przysiadł na tylnych łapach. Na tle czerwieniejącego nieba jego kocia sylwetka upodobniła się do dziwnie zdeformowanego tygrysa kryjącego się wśród cieni. Zgubił ślad i był przerażony. A przecież zazwyczaj zmysły pozwalały mu wykryć obecność ograniczonego id z odległości wielu kilometrów. Działo się coś złego. Niepowodzenie ostatniej nocy dobitnie świadczyło, że traci siły i zapada na śmiertelną chorobę, o której już kiedyś słyszał. W ciągu ostatnich stu lat siedem razy spotykał chore korrele, zbyt osłabione, by się ruszać. Ich właściwie nieśmiertelne ciała były wychudzone i wyniszczone głodem.
Żarłocznie rzucał się na niemogące stawić oporu ofiary i posilał resztką id, jaka jeszcze się w nich tliła. Zadrżał z podniecenia na wspomnienie tamtych posiłków i ryknął donośnie. Echo poniosło pośród skał jego wibrujący głos, instynktowny wyraz woli życia. Nagle znieruchomiał. Wysoko nad horyzontem dostrzegł maleńki, lśniący punkcik, który rósł w oczach, aż przybrał postać metalicznej kuli, a właściwie ogromnego, okrągłego statku. Srebrzysta kula przemknęła ze świstem niedaleko Korrela i lecąc coraz wolniej zaczęła opadać ku ciemnej linii wzniesień po prawej stronie. Na moment zawisła w bezruchu, po czym skryła się za wzgórzami. Korrel otrząsnął się z odrętwienia i z iście tygrysią szybkością ruszył między skały. W jego okrągłych, czarnych oczach płonął ogień. Rozpaczliwie pragnął zaspokoić głód.
Włoski czuciowe w uszach, choć nie tak sprawne jak kiedyś, drżały gorączkowo, sygnalizując obecność ogromnych ilości id. W całym ciele poczuł bolesne ukłucia. Odległe słońce zdążyło poróżowieć i wspiąć się wysoko na purpurowe, czarne niebo, zanim Korrel wdrapał się z powrotem na skały. Ukryty w cieniu głazów spojrzał na rozciągające się przed nim ruiny. Srebrny statek nie był mały, ale wobec ogromu starego miasta prezentował się niepozornie. Jednak dzięki aurze żywotności i dynamizmu wybijał się z tła i dominował na pierwszym planie. Spoczywał w zagłębieniu, jakie własnym ciężarem wycisnął w kamienistej równinie, która rozciągała się tuż za granicami martwej metropolii. Korrel widział, jak z wnętrza pojazdu wychodzą dwunogie istoty i zbierają się zaraz w grupach u stóp trzydziestometrowego trapu opuszczonego z jasno oświetlonego włazu. Głód sprawił, że w gardle czuł duszącą grudę. Umysł zasnuwały mu wizje błyskawicznej, bezlitosnej szarży na delikatne figurki emanujące wibracjami id.
Zanim jednak zadziałał, zanim impuls elektryczny dotarł z mózgu do właściwych mięśni, powstrzymała go mgiełka wspomnień. Przypomniał sobie, że w zamierzchłej przeszłości jego własna rasa dysponowała niszczycielskimi maszynami i władała energiami dalece przewyższającymi moce jego organizmu. Te wspomnienia niemal go sparaliżowały. Zdążył już także dostrzec, że obce istoty okrywają swoje prawdziwe ciała jakąś błyszczącą, przezroczystą materią, odbijającą promienie słońca. Po chwili odzyskał jednak swój zwykły spryt i zdrowy rozsądek, a wtedy nadeszło zrozumienie. Oto miał przed sobą ekspedycję naukową z innego świata. Naukowcy będą tylko prowadzić badania, nie zamierzają niczego niszczyć. Należy więc sądzić, że powstrzymają się od zabicia go, dopóki sam ich nie zaatakuje. Naukowcy są na swój sposób głupi i naiwni. Głód dodał Korrelowi pewności siebie, więc opuścił kryjówkę.
Natychmiast został zauważony. Figurki odwróciły się i gapiły na niego. Jedna z nich, najmniejsza w grupie, dobyła z pochwy przy pasie tępo zakończony metalowy pręt. Korrel poczuł niepokój, ale szedł dalej. Było za późno, żeby się wycofywać. To, proszę państwa, był fragment powieści „Misja międzyplanetarna” Alfreda Eltona Van Voota w tłumaczeniu Katarzyny Przybyś, Bartosza Skierkowskiego i Wojciecha Szypuły. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i zapraszam na kolejne audycje z cyklu Fantastyczna Biblioteka na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zaprezentuję książkę Williama Tenna noszącą tytuł „O ludziach i potworach”.
I od razu uprzedzam, że będą spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków, pewnie będziecie państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, zaspoiluje, ale ludzie są przecież różni i w dalszym ciągu uważam, że to znakomicie. Powieść „O ludziach i potworach” Williama Tenna została wydana w 1968 roku. To klasyczna powieść science fiction, która przedstawia inwazję obcych na Ziemię, ale z nietypowej perspektywy. Z perspektywy ludzi, którzy zostali zredukowani do życia w cieniu dominujących istot. W świecie przedstawionym w książce gigantyczni obcy zwani potworami Sugestie wskazują wyraźnie, że to insektoidalne formy życia. Ci obcy zajęli Ziemię i traktują ludzi jak szkodniki. Istoty na poziomie, nomen omen, owadów, które jedynie przeszkadzają w ich cywilizacyjnym rozwoju. Jak powiedziałem, nie są to humanoidalne istoty, lecz insektopodobne kolosy, które rozmiarami przewyższają ludzi tak, jak ludzie przewyższają mrówki.
Potwory nie traktują ludzi jak godnych przeciwników, nie próbują ich eksterminować, nie prowadzą z nimi dialogu, lecz uważają ich za szkodniki, które można ignorować, dopóki nie staną się zbyt uciążliwe. Kilka słów o autorze powieści. William Tenn, a właściwie Philip Klass, brytyjsko-amerykański pisarz science fiction, urodzony 9 maja 1920 roku w Londynie w rodzinie żydowskiej. W dzieciństwie przeniósł się z rodzicami do Nowego Jorku, gdzie dorastał w Brooklynie. Podczas II wojny światowej służył w amerykańskim lotnictwie jako inżynier. Po wojnie pracował między innymi w laboratorium radarowym i firmie Bell Labs, co wpłynęło na technologiczne aspekty jego twórczości. Jako pisarz zadebiutował w 1946 roku opowiadaniem „Alexander the Bait” w magazynie „Astounding Science Fiction”, a większość utworów publikował pod pseudonimem William Tenn. Jego styl charakteryzował się specyficznym humorem i krytyką społeczną, co uczyniło go jednym z najważniejszych głosów złotej ery science fiction. Napisał ponad 60 opowiadań, między innymi „The Liberation of Earth”, „Childs Play” oraz dwie powieści: „Of Man and the Monsters”, o której dzisiaj rozmawiamy, 1968 i „A Lamp for Medusa” również z 1968 roku. Eseje i artykuły naukowe sygnował często prawdziwym nazwiskiem.
W latach 1966–1988 wykładał literaturę porównawczą w Penn State University, kształcąc między innymi Davida Morrella, autora serii „Rambo”. W 1999 roku otrzymał tytuł Autor Emeritus przyznawany przez Science Fiction and Fantasy Writers of America. Życie prywatne. W 1957 roku ożenił się z Farmą Klass, pisarką i redaktorką, z którą mieszkał w Pensylwanii. Zmarł 7 lutego 2010 roku na skutek niewydolności serca. Uznawany jest za mistrza krótkiej formy. Łączył fantastykę naukową z refleksją nad ludzką naturą. Jego prace inspirowały kolejne pokolenia twórców, a w 2004 roku został gościem honorowym WorldConu w Bostonie. Wróćmy do powieści. Na Ziemi potwory zbudowały gigantyczne miasta, a wnętrza tych struktur wypełnione są ich skomplikowaną technologią i tajemniczymi urządzeniami.
Ludzie są zmuszeni żyć w ukryciu. Bytują w podziemnych tunelach i zakamarkach budowli potworów, prowadząc życie podobne do gryzoni. Głównym bohaterem powieści jest młody chłopak o imieniu Eric, członek jednej z ludzkich społeczności. Jego plemię wykształciło hierarchiczną strukturę społeczną, w której wyznaczone są ścisłe role. Zbieracze eksplorują miasta potworów, kradnąc pożywienie i materiały do przetrwania. Nauczyciele przekazują wiedzę na temat potworów i ich technologii. Kapłani utrzymują tradycje i zasady plemienia bazujące na mitologii o dawnych czasach ludzkości. Eric ma właśnie przejść rytuał inicjacji, który polega na wyprawie do wnętrza miasta potworów, aby zdobyć cenne zasoby. Tylko ci, którzy przeżyją tę misję, zostają uznani za pełnoprawnych członków plemienia. Eric w towarzystwie doświadczonego przewodnika wkracza w gigantyczną budowlę potworów.
Jest to dla niego pierwsza konfrontacja z rzeczywistością, którą do tej pory znał tylko z opowieści. Obserwuje ogromne obce istoty, które poruszają się bez zwracania uwagi na ludzi. Ich technologia wydaje się przerażająco obca. Eric domyśla się, że potwory komunikują się w sposób zupełnie niezrozumiały dla ludzi, a ich struktury pełne są nieznanych maszyn i światła. Podczas wyprawy dochodzi do konfliktu w grupie. Jeden z towarzyszy Erika zostaje zauważony przez potwory i złapany. Jego dalszy los pozostaje nieznany, choć prawdopodobnie został unicestwiony jak szkodnik. Mimo to Eric kontynuuje misję i kradnie cenne przedmioty. Przedmioty, które mają pomóc plemieniu. Po powrocie zostaje uznany za dorosłego mężczyznę i pełnoprawnego członka społeczności.
Po inicjacji Eric zaczyna zadawać pytania o sens życia w ukryciu i o możliwości ucieczki od nieustannego strachu przed potworami. Poznaje człowieka o imieniu Yahnm. Który reprezentuje nową filozofię. Przekonanie, że ludzie nie powinni się chować, lecz próbować odzyskać kontrolę nad swoim losem. Jahn wprowadza Erika w tajemnicę. Istnieją grupy ludzi, które zamiast żyć w strachu, próbują zrozumieć technologię potworów i znaleźć sposób na jej wykorzystanie. Erik zaczyna kwestionować dotychczasowy porządek plemienia, którego zasady oparte są na strachu i akceptacji porażki. Największym odkryciem Erika i Jahna jest fakt, że potwory nie pochodzą z Ziemi. Ich miasta są częścią większej sieci kolonizacyjnej, a ludzie w rzeczywistości żyją na planecie okupowanej przez obcych wędrowców. Jahn przedstawia rewolucyjny plan.
Zamiast walczyć z potworami, należy znaleźć sposób na ucieczkę z Ziemi i eksplorację kosmosu tak, jak zrobiły to potwory w przeszłości. Erik decyduje się dołączyć do grupy naukowców, którzy próbują zrozumieć technologię potworów i wykorzystać ją do ucieczki. Jest to pierwszy krok ku przyszłości, w której ludzkość nie będzie już tylko szkodnikiem ukrywającym się w cieniach, lecz stanie się prawdziwą cywilizacją kosmiczną. Powieść pokazuje ludzi jako prymitywne istoty w porównaniu do potężnej, wysoko rozwiniętej rasy obcych. Ten zabieg stawia pytanie, czy my sami nie traktujemy zwierząt w podobny sposób? Ludzie nie próbują otwartej walki z potworami, lecz stosują podstęp, spryt i adaptację. Ten odwraca klasyczne schematy science fiction w walce ludzkości z obcymi i podważa nasze przekonanie o własnej wyjątkowości. Powieść o ludziach i potworach Williama Tenna to jedno z bardziej oryginalnych dzieł science fiction lat 60. XX wieku. W przeciwieństwie do typowych opowieści o inwazji obcych, książka ta przedstawia ludzi jako słabszy gatunek zmuszony do życia w ukryciu, co stawia pod znakiem zapytania antropocentryczny obraz człowieka jako dominatora przyrody.
Opowieść ta wykracza poza schematy narracyjne science fiction, wprowadzając elementy filozoficzne, ewolucyjne i egzystencjalne. W świecie przedstawionym przez Tenna ludzie są traktowani przez potwory jak szkodniki, których istnienie jest marginalne i niewarte uwagi. Jest to silna metafora relacji kolonizatorów i skolonizowanych, ale także odzwierciedlenie ludzkiej dominacji nad innymi gatunkami. Jak zauważa James Gunn, Ten z ironiczną precyzją odwraca klasyczną perspektywę science fiction, ukazując ludzi w roli nieświadomych, słabych istot, które przeżywają tylko dzięki sprytowi, a nie sile. W klasycznych opowieściach science fiction obcy są często przedstawiani jako siły, którym ludzkość musi się przeciwstawić. W powieści Tenna to ludzie są intruzami ukrywającymi się w szczelinach potężnych konstrukcji potworów starającymi się przetrwać w ich cieniu. Narracja prowadzona jest z perspektywy młodego Erika, który poznaje świat potworów i przechodzi rytuał inicjacji. Jeden z najbardziej przejmujących opisów życia w ukryciu brzmi następująco: „Ludzie poruszali się ostrożnie, jak myszy przemykające się pod podłogą. Wiedzieli, że jeśli zostaną zauważeni, los ich będzie przesądzony. Potwory nie traktowały ich jako wrogów.
To by oznaczało, że nadają im jakiekolwiek znaczenie. Dla potworów byli tym, czym dla człowieka są mrówki. Czymś, co można zgnieść przez przypadek”. Ten odwraca znane schematy i zmusza czytelnika do refleksji, czy ludzkość nie zachowuje się w podobny sposób wobec zwierząt? Ta analogia sprawia, że książka nabiera wymiaru ekologicznego i moralnego. Jednym z kluczowych przesłań powieści jest podważenie dominującej roli człowieka we wszechświecie. W tradycyjnych narracjach science fiction ludzkość zwykle walczy i triumfuje nad obcymi najeźdźcami. Tutaj jednak sytuacja jest odwrotna. Jak zauważa Brian Stableford, Ten bawi się koncepcją ludzkiej wyjątkowości, wskazując, że nasza egzystencja może być równie nieistotna dla wyższych form życia, jak dla nas nieistotne są drobne organizmy żyjące w ziemi. Erik, bohater powieści, stopniowo dochodzi do wniosku, że życie w ukryciu i strachu nie jest godnym losem.
Jego dążenie do zdobycia wiedzy o technologii potworów stanowi próbę wyrwania się z ograniczeń i podjęcia pierwszych kroków ku niezależności. W kluczowym momencie książki padają słowa: „Nie możemy wiecznie żyć w tunelach. Jeśli nie znajdziemy sposobu na zrozumienie potworów, zawsze będziemy jedynie cieniami ich świata. Ale jeśli pojmiemy ich technologię, możemy kiedyś opuścić Ziemię i stać się kimś więcej”. Historia opowiedziana przez Tenna ma również wyraźny wymiar polityczny i postkolonialny. Potwory symbolizują imperialnych najeźdźców, którzy podporządkowali sobie cały ekosystem i zredukowali miejscową populację do poziomu niemal niewidzialnych, bezsilnych jednostek. Motyw ten był często podejmowany w literaturze science fiction Ale ten nadaje mu nowy kontekst. Zamiast buntu i walki bohaterowie uczą się przetrwania i asymilacji. Jak zauważa John Clute, powieść Tenna podważa romantyczne wizje rewolucji nie przez triumf ludzi nad obcymi, ale poprzez ideę adaptacji i znalezienia własnej niszy. Zamiast podejmować beznadziejną walkę z potworami, Eric i jego towarzysze odkrywają, że jedyną drogą do przetrwania ludzkości jest ucieczka z Ziemi i rozwinięcie własnej cywilizacji w kosmosie.
Jest to wyraźna aluzja do koncepcji ewolucji kulturowej i technologicznej. Ostateczna decyzja bohatera jest wyrazem nadziei i determinacji. Jeśli potwory mogły podróżować między gwiazdami, dlaczego my nie moglibyśmy? Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale pewnego dnia ludzkość opuści te ruiny i stworzy własne światy. Tym samym Ten przekazuje uniwersalne przesłanie o konieczności przekraczania własnych ograniczeń. To nie siła fizyczna, lecz wiedza i determinacja prowadzą do prawdziwego postępu. Książka „O ludziach i potworach” to nie tylko intrygująca powieść science fiction, ale również głęboka refleksja nad miejscem człowieka w kosmosie, znaczeniem przetrwania i ewolucji. Jeśli mielibyśmy mówić o kluczowych przesłaniach powieści, to wymieniłbym następujące. Pierwsze: człowiek nie jest centrum wszechświata. Istnieją wyższe formy życia, które mogą go całkowicie zignorować.
Drugie: przetrwanie nie zawsze oznacza zwycięstwo, ale zdolność do adaptacji i wykorzystania wiedzy. Trzy: ludzkość musi wyjść poza swoją planetę, jeśli chce uniknąć losu wiecznego podporządkowania. Powieść Williama Tenna wpisuje się w szerszy kontekst kultury lat 60., gdy coraz częściej kwestionowano ludzkie antropocentryczne spojrzenie, ideę imperializmu i dominacji nad naturą. W tym sensie książka „O ludziach i potworach” pozostaje dziełem niezwykle aktualnym, skłaniającym do refleksji nad naszą przyszłością. A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Williama Tenna. Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli nie najlepszym argumentem jest kilka zdań napisanych przez autora. „Ludzkość liczyła sto dwadzieścia osiem osób. Dzięki tak gwałtownemu rozwojowi populacji zamieszkanych było ponad tuzin jam, a zbrojne grupy Stowarzyszenia Mężczyzn patrolowały bezustannie zewnętrzne korytarze. Ci młodzi, sprawni wojownicy w rozkwicie swych męskich sił byli zawsze gotowi przyjąć na siebie pierwsze uderzenie nieznanego niebezpieczeństwa zagrażającego ludzkości.
Byli na to gotowi oni, ich przywódcy oraz usługujący im młodzi chłopcy, którzy nie przeszli jeszcze obrzędu inicjacji. Eric był jednym z nich. Jeszcze się szkolił. Był gońcem i tragarzem dla tych, którzy już dostąpili godności wojowników. Ale jutro... Jutro przypada dzień jego urodzin. Jutro wyruszy po raz pierwszy, by kraść dla ludzkości. A jeśli wróci, a wróci z pewnością jako Eric Szybki, a może Eric Sprytny. A więc gdy wróci, precz pójdzie luźna chłopięca przepaska na biodra, a zastąpią ją skórzane rzemienie dumnego wojownika, członka Stowarzyszenia Mężczyzn. Wtedy będzie mógł zabierać głos i wyrażać swoje zdanie w Radzie Ludzkości.
Będzie mógł patrzeć na kobiety, kiedy tylko zechce i jak długo zechce. Będzie mógł się do nich zbliżać. Będzie mógł. Spostrzegł, że wędrując bez celu, dotarł na sam kraniec jamy swojej grupy. W rękach wciąż trzymał włócznię wuja, którą ostrzył tego popołudnia. Dalej zaczynały się nisze kobiet. Zobaczył kilka członkiń Stowarzyszenia Kobiet przygotowujących jedzenie z produktów skradzionych ze spiżarni potworów. Przy tej pracy każde zaklęcie musiało być wypowiedziane poprawnie. Każda inkantacja wymagała skupienia. Inaczej nie wolno byłoby zjeść tego pokarmu.
Mógł być nawet niebezpieczny. Jakaż szczęśliwa była ludzkość! Tak wiele było łatwo dostępnej żywności. I mieli kobiety, które tak dobrze władały magiczną wiedzą umożliwiającą przyrządzenie właściwego dla człowieka pokarmu. Kobiety. Cóż to za wspaniałe istoty! Na przykład Sarah leczącach chorych z jej niewiarygodną wiedzą o produktach zdatnych do jedzenia i trujących. Odziana tylko w płaszcz długich włosów, który na przemian zasłaniał i odkrywał jej biodra i piersi największe, jakie kiedykolwiek widział. To była kobieta dla każdego prawdziwego mężczyzny. Miała za sobą pięć miotów, dwa niezwykle liczne.
Eric przyglądał się jej, gdy obracała w dłoniach kawał żółtej masy, badając ją dokładnie w świetle zwisających z sufitu latarni. Tylko ona wiedziała, czego szuka i co pozwala jej stwierdzić, że żywność jest dobra. Z takiej kobiety każdy wojownik mógł być dumny, ale była już żoną jednego z wodzów grup i stała w hierarchii znacznie wyżej niż Eric. Z kolei jej córce Selemie o gładkiej skórze z pewnością pochlebiałoby jego zainteresowanie. Wciąż jeszcze nosiła włosy związane w wielki kok. Musi minąć co najmniej rok, nim stowarzyszenie kobiet dopuści ją do inicjacji i zezwoli na przykrycie nagości rozpuszczonymi włosami. Nie była o wiele za młoda i zbyt mało znacząca jak dla kogoś, kto niemal osiągnął już status wojownika. Teraz jego spojrzenie przyciągnęła inna dziewczyna. Obserwowała go już od jakiegoś czasu spod długich rzęs, uśmiechając się zalotnie. Harriet Głosząca Przeszłość.
Najstarsza córka Rity, Strażniczki Pamięci, która pewnego dnia zastąpi matkę w jej pracy. Była piękną, szczupłą dziewczyną. Jej włosy opadały w nieładzie, co potwierdzało status dorosłej kobiety o poważnej pozycji społecznej. Eric dostrzegł już wcześniej te ukryte, a przeznaczone dla niego uśmiechy, zwłaszcza w ostatnich kilku tygodniach, gdy zbliżał się czas jego kradzieży. Wiedział, że jeśli odniesie sukces, a musiał go odnieść, nie dopuszczał nawet innej myśli, ta dziewczyna będzie patrzeć przychylnie na jego zaloty. Harriet była jednak ruda, a według tradycji ludzkości to znaczyło, że przynosi nieszczęście. Nie będzie jej łatwo odbyć gody. Jego matka też miała rude włosy i była nieszczęśliwa. Ciążące na niej straszne przeznaczenie dotknęło nawet jego ojca. Niemniej Harriet Głosząca Przeszłość była ważną osobą w szczepie, jak na jej młody wiek nawet bardzo ważną i na dodatek pełną wdzięku.
Co najważniejsze, była mu przychylna. Teraz uśmiechała się do niego całkiem otwarcie. Odwzajemnił uśmiech. „Patrzcie na Erika!” — rozległ się donośny głos za jego plecami. — „Już się rozgląda za leżem. Eriku, przecież nie nosisz jeszcze nawet rzemieni. Najpierw kradzież, potem gody”. Eric odwrócił się szybko. Z jego twarzy nie zdążył jeszcze zniknąć rozmarzony uśmiech. Grupa młodych mężczyzn zanosiła się chichotem.
Wszyscy byli dorośli. Mieli już za sobą kradzież. Na razie ciągle jeszcze mieli wyższą pozycję w społeczeństwie, więc mógł zachować tylko wyniosły spokój. To był, proszę państwa, fragment powieści Williama Tenna „O ludziach i potworach” w przekładzie Roberta Trylińskiego. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę miłej lektury i tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie „Fantastycznej biblioteki”. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zaprezentuję książkę Johna Boyda „Ostatni statek z planety Ziemia” i od razu uprzedzam, że będą spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków: pewnie będziecie Państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, zaspoiluje, ale ludzie są przecież różni i cały czas konsekwentnie twierdzę, że to bardzo dobrze.
Kim był John Boyd? John Boyd to pseudonim literacki Boyda Brettfielda Upchurcha żyjącego w latach 1919–2013. John Boyd był amerykańskim pisarzem science fiction, który zadebiutował powieścią „The Last Starship from Earth”, czyli „Ostatni statek z planety Ziemia” w 1968 roku. Powieść ta do dziś pozostaje jego najbardziej znanym dziełem. Boyd był wprawdzie autorem piętnastu powieści, jednak żadna z nich nie zdobyła takiej popularności jak jego debiut literacki. Akcja powieści toczy się w alternatywnej wersji XX wieku. Dlaczego alternatywnej? Otóż Jezus nie został ukrzyżowany, lecz zginął podczas szturmu na Rzym, co doprowadziło do powstania teokratycznego imperium chrześcijańskiego. Główny bohater, Haldan IV, to wybitny matematyk żyjący w społeczeństwie opartym na kastach zawodowych, gdzie relacje między przedstawicielami różnych kast są zakazane. Haldan zakochuje się w poetce Helix, co prowadzi do konfliktu z obowiązującym porządkiem społecznym.
Ich związek staje się pretekstem do ukazania mechanizmów opresyjnego systemu, w którym nauka i religia są narzędziami kontroli społecznej. Boyd przedstawia świat, w którym historia potoczyła się inaczej, a to prowadzi do refleksji nad wpływem jednostkowych wydarzeń na losy całych cywilizacji. Społeczeństwo w powieści przypomina dystopie znane chociażby z takich tytułów jak „Rok 1984” George'a Orwella czy „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya. Tam jednostka jest podporządkowana systemowi. Władza w świecie przedstawionym sprawowana jest przez Kościół kierowany przez papieża, sztuczną inteligencję, co stanowi ostrzeżenie przed połączeniem religii z technologią jako narzędziem opresji. System kastowy oparty na genetyce i zawodzie ukazuje niebezpieczeństwa wynikające z braku mobilności społecznej i dehumanizacji jednostki. Relacja Haldana i Helix symbolizuje napięcie między światem nauki a światem sztuki. Ich związek jest nie tylko osobistym buntem przeciwko systemowi, ale także metaforą potrzeby integracji racjonalności z emocjonalnością w ludzkim doświadczeniu. Fabuła prowadzona jest w sposób pozornie klasyczny. Mamy bohatera, który odkrywa prawdę o świecie i próbuje się jej przeciwstawić.
Ale Boyd stosuje zabieg, który czyni jego narrację bardziej niepokojącą. Świat przedstawiony ujawnia się fragmentarycznie, a jego reguły poznajemy nie przez wykład narratora, ale przez obserwację zdarzeń. To typowy zabieg w dystopiach. Znajdujemy go chociażby u Orwella czy Zamiatina. Ten zabieg, w którym stopniowe uświadamianie sobie opresyjności systemu służy budowaniu napięcia. System kastowy, który decyduje o tym, kim możesz być, z kim możesz rozmawiać, a nawet w kim możesz się zakochać, przypomina biopolitykę Michaela Foucault. Władzę sprawowaną nad ciałami obywateli przez regulację ich zachowań, ról i relacji. Społeczeństwo Boyda to ekstremalny przykład panoptyzmu. Wszyscy są pod stałą obserwacją, a odchylenia są karane nie tylko społecznie, ale i biologicznie poprzez sterylizację, przymusowe przypisanie zawodu i pary genetycznej. Motyw zakazanej miłości Haldana i Helix to echo literackich archetypów Romea i Julii, Tristana i Izoldy, ale także Winstona i Julie z roku 1984.
W każdej z tych par miłość staje się aktem rebelii przeciw systemowi. Ich uczucie nie jest tylko emocjonalne. To polityczna deklaracja. Nie zgadzam się na ten świat. Byliśmy wrogami systemu, ponieważ potrafiliśmy czuć. To zdanie z książki, a właściwie parafraza jednego z motywów, podkreśla znaczenie emocji jako czynnika wywrotowego. Boyd operuje śmiałym zabiegiem. Co by było, gdyby Jezus nie zginął na krzyżu, ale został politycznym przywódcą? To alternatywna historia oparta na odwróceniu kluczowego momentu chrześcijaństwa. Pojawia się tu trop mesjanistyczny.
Wielki człowiek zmienia bieg dziejów, ale też jego zniekształcenie. W świecie Boyda religia nie niesie zbawienia, tylko kontrolę. W drugiej połowie książki pojawia się element podróży w czasie. Chociaż nie chcę zdradzać zbyt wiele, warto wspomnieć, że Boyd stosuje to jako komentarz do idei przeznaczenia. Bohater, pomimo że pozornie ma wolną wolę, ciągle zmierza ku wcześniej zaprojektowanemu zakończeniu. To może być czytane jako krytyka determinizmu historycznego, na przykład marksistowskiego czy religijnego. Chodzi o to, że niezależnie od prób świat zmierza ku zaprogramowanemu końcowi. Powieść Boyda nawiązuje do tradycji literatury dystopijnej i alternatywnej historii. Porównywana jest często do "Człowieka z wysokiego zamku" Philipa K. Dicka, gdzie zmiana jednego wydarzenia historycznego prowadzi do całkowicie odmiennego świata.
Ponadto motyw społeczeństwa kontrolowanego przez technologię i religię przypomina rok 1984 Orwella. Opinie na temat powieści są podzielone. Jedni chwalą ją za oryginalny pomysł i odważną krytykę społeczną, inni zarzucają jej brak głębi i rozwinięcia postaci. A recenzent bloga Science Fiction Reminations sugeruje, że element podróży w czasie został słabo wykorzystany. Z kolei użytkownik portalu Goodreads pisze: Akcja powieści rozgrywa się w dystopijnym społeczeństwie w niedalekiej przyszłości. To na pierwszy rzut oka, gdyż jest to również opowieść o alternatywnej historii. "Ostatni statek z planety Ziemia" to opowieść, która skłania do refleksji nad wpływem historii na kształt społeczeństwa, niebezpieczeństwami wynikającymi z połączenia religii z technologią oraz potrzebą zachowania równowagi między nauką a sztuką. Chociaż powieść nie jest pozbawiona wad, stanowi bardzo interesujący głos w literaturze science fiction końcówki lat 60. A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Johna Boyda. Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale wcale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze.
Czasami lepszym, jeśli nie najlepszym argumentem, jest kilka zdań napisanych przez autora. Człowiek rzadko zna dzień i godzinę, kiedy ślepy traf odmienia jego przeznaczenie. Ale ponieważ Haldan IV spojrzał na zegarek chwilę wcześniej, zanim zobaczył dziewczynę o wspaniałych biodrach, znał dokładnie dzień, godzinę i minutę. W Point Sur w Kalifornii, 5 września, dwie minuty po drugiej skręcił nie tam, gdzie trzeba i wjechał prosto na drogę do piekła. Paradoksalna sytuacja, bo jechał według wskazówek swojego współlokatora, studenta teologii cybernetycznej. A przecież w trakcie dwuletniego pobytu w Berkeley zdążył się przekonać, że przedstawiciele tej kategorii nie wiedzą, gdzie wschód, a gdzie zachód. Haldan chciał obejrzeć model silnika laserowego. Malcolm powiedział mu, że Muzeum Techniki znajduje się po prawej, zachodniej stronie ulicy, na wprost galerii sztuki. Haldan skręcił w prawo i trafił na parking przed galerią sztuki naprzeciw Muzeum Techniki. Szanujący się studenci matematyki rzadko odwiedzali galerię sztuki.
Tuż jednak przed nim wznosiła się zachęcająca esplanda prowadząca do wejścia do galerii zawieszonej na szczycie skały dwieście stóp nad Pacyfikiem. „Niczym mewa zrywająca się do lotu” — pomyślał. Dzień był ładny. Wietrzyk wiejący od oceanu łagodził upał. Z tarasu galerii roztaczał się wspaniały widok. Haldan zerknął na zegarek i uznał, że ma jeszcze trochę czasu. Zaparkował samochód i ruszył w stronę wejścia, kiedy przed sobą zobaczył dziewczynę. Szła zamaszystym krokiem, kołysząc lekko biodrami, jakby jej miednica była krzywką wytwarzającą fascynujący moment siły wokół własnej osi. Upłynęło kilka mikrosekund, zanim estetyka ruchu przerwała techniczno-matematyczne rozważania Haldana. Proletariackie dziewczęta wabiły podobnym chodem, ale ta dziewczyna miała na sobie bluzę i plisowaną spódnicę studentki należącej do uprzywilejowanej klasy profesjonalistów.
Zwolnił kroku, żeby pozostać nieco z tyłu, a tymczasem dziewczyna weszła do rotundy i galerii. Zatrzymała się przed jednym z obrazów. Haldan, ciekaw jej frontalnej geometrii, stanął obok dziewczyny i kiedy ta oglądała obraz, zerknął na nią dyskretnie. Zobaczył połyskujące kasztanowe włosy, kształtny, zaokrąglony podbródek, dumne łuki brwi nad piwnymi oczami, długą szyję, wysokie, strome piersi i płaski brzuch wpadający w długie V ud. Odwróciła się niespodziewanie i spojrzenia ich skrzyżowały się. Udając zainteresowanie obrazem, Haldan wskazał go ręką i zapytał: „Co to ma być?”. Wzrokiem profesjonalistki spojrzała nie wprost na niego, lecz gdzieś obok i odpowiedziała: „To obraz ruchu”. Popatrzył na płótno. Miał nadzieję, że ze znawstwem, i rzekł: „No tak. Linie jakby się poruszały”.
„Wirują. Przyprawiają mnie o mdłości” — wycedziła powoli. Spojrzał na H7 wyhaftowany na jej bluzie. H oznaczało, że jest studentką nauk humanistycznych, ale nie wiedział, co oznacza siódma kategoria. Może krytykę sztuki? „Podobno świetnym środkiem na mdłości jest herbata. Czy mogę cię zaprosić na filiżankę tego leku?”. Twarz dziewczyny wciąż była bez wyrazu, ale oczy patrzyły wprost na niego. „Zawsze zaczepiasz kobiety w galeriach sztuki?”. „Zwykle w kościołach, ale dziś jest sobota”.
Oczy maski roześmiały się. „Możesz mi postawić filiżankę herbaty, jeżeli chcesz marnować kredyty na dziewczynę innej kategorii. Sobota to mój dzień na dziewice”. Zaprowadził ją na taras i wybrał stolik przy balustradzie, przez którą mogli obserwować fale rozbijające się u podnóża skał. Przysunął dziewczynie krzesło, po czym pstryknął palcami na kelnerkę i przedstawił się. „Haldan cztery M pięć jeden trzy osiem dwa siedem zero trzy łamane przez dziesięć łamane przez czterdzieści sześć”. „Lisa H siedem jeden cztery osiem trzy sześć jeden trzynaście łamane piętnaście łamane czterdzieści siedem”. „Od razu domyśliłem się, że jesteś humanistką. Ale co oznacza siódemka?”. „Poezję”.
„Z tej kategorii nikogo dotąd nie spotkałem”. „Nie ma nas dużo” — odpowiedziała akurat, kiedy kelnerka podjechała wózkiem do stolika. „Cukier i śmietankę?”. „Tak. Proszę jedną kostkę i odrobinę śmietanki”. „To smutne, że jest was mało” — rzekł, podziwiając płynny ruch ramienia i nadgarstka dziewczyny, kiedy wrzucała mu do filiżanki cukier. „Skąd u matematyka ta troska o poezję?”. „Nie to miałem na myśli. Żal mi, że masz tak ograniczony wybór partnerów. Wylądujesz z długowłosym bardem, który porzuci cię na środku łąki i pójdzie deklamować wiersze przed jakimś zwiędłym jaskrem”.
„Obywatelu, jesteście atawistyczni” — powiedziała z przyganą, po czym o oktawę zniżyła głos. „Ale ja rozumiem prymitywne uczucia. Specjalizuję się w osiemnastowiecznej poezji romantycznej. Czy wiesz, że przed głodem istniał kult inseminatorów zwanych kochankami i że jednym z największych był poeta Lord Byron?”. „To brzmi interesująco”. „Uważaj, żeby matka nie przyłapała cię na czytaniu jego wierszy”. „Nie przyłapie. Nie żyje”. „Ach, przepraszam. Dla mnie los był łaskawszy.
Mam przybranych rodziców, ale oboje żyją i świata poza mną nie widzą. Moi prawdziwi rodzice zginęli w katastrofie rakietowej. Ale aż się dziwię, że tak mało wiesz o mojej kategorii. Jeden z waszych wielkich matematyków, też M pięć, o ile pamiętam, pisał wiersze. Nie w moim guście, ale intelektualiści wciąż je czytają. Słyszałeś chyba o Firewaterze Pierwszym, człowieku, który zbudował papieża”. Spojrzał na nią ze zdumieniem. „Kobieto, chcesz powiedzieć, że on pisał jakieś tam wiersze?”. „Haldanie, nie masz co się dziwić. Lepiej klecić wierszyki, niż podrywać podwiki”.
Teraz dopiero osłupiał, wręcz zbaraniał i ucieszył się. Nie był pewien znaczenia słowa podwiko, ale się domyślał. Natomiast po raz pierwszy w życiu słyszał, żeby kobieta sama powiedziała coś dowcipnego. Co więcej, po raz pierwszy zdarzyło mu się słyszeć poza domem rozrywek, że profesjonalistka o takiej urodzie rzuciła tak zalotne powiedzonko. Ta dziewczyna była pierwiastkiem z minus jeden. „Mam prawo się dziwić” — oświadczył, kryjąc swoje bezpośrednie zmieszanie pod zmieszaniem znacznie głębszym. Matematyka Firewatera to moja dziedzina. Od szkoły podstawowej zajmuję się jej twórcą. Przyjechałem tu po to, żeby w muzeum po drugiej stronie ulicy obejrzeć model silnika laserowego jego konstrukcji. Wiem, że był to, pomijając nas dwoje, najbardziej płodny umysł na świecie, ale ani jeden z moich profesorów czy nauczycieli, żaden ze studentów, nikt, nawet mój ojciec, słowem nie wspomniał choćby o dwuwierszu jego pióra.
Byłem dotychczas przekonany, że jestem największym, niemiarodajnym autorytetem we wszystkim, co dotyczy Firewatera I. Więc wybacz moje oszołomienie. „Jestem pewna, że nikt nie starał się tego przed tobą ukryć” — powiedziała. — „Może żaden z twoich profesorów o tym nie wie, a może wolą pomijać to milczeniem. I moim zdaniem w tym wypadku mają zupełną rację. A to czemu? Twój mistrz był wybitnym matematykiem i niezłym teologiem, ale kiepskim poetą. Lisa, jesteś bystrą dziewczyną. Nie wątpię, że znasz się na poezji, ale Firewater w każdej dziedzinie odnosił sukcesy. Nie potrafię odróżnić anapestu od antrykotu, jednak wszystko, co napisał Firewater, musi być znakomite.
Poznać stos po protonach — odparła. — Mam doskonałą pamięć. Mogę ci więc powtórzyć jedyny jego wiersz, jaki znam. Powiedział mi go pewien staruszek, kiedy byłam mała i to raczej jako ciekawostkę. Proszę bardzo — rzekł zaintrygowany. Tytuł jest niemal tak długi, jak sam wiersz — powiedziała. Rozważania z wyżyn. Poprawione. Posłuchaj. Rozciągany sprężystym czasem cierpisz męki.
Przyjmij więc w darze miły śmierć z mej ręki. Młodyś, lecz wiekowy. Przez słowa bez mowy. Nie będę cię już dłużej strzegł. Dam ci cykutę. Smaczny lek. Z innego miejsca tak mam — rzekł. Wygrywa kto, przegrywa bieg. W przestrzeni równoległych zbieg. Miły żal na mym sercu legł.
Skrzywiła się pogardliwie. Uwielbia takie niemądre paradoksy jak rozciąganie sprężonym czasem lub śmierć w darze. Kompletne bzdury. Haldan zastanawiał się przez chwilę. Wydaje mi się, że parafrazuje Kazanie na górze zmodyfikowane przez teorię Einsteina. Wygrywa, kto przegrywa bieg. To innymi słowy cisi posiądą ziemię. To by wyjaśniało tytuł z wyżyn, czyli z góry. A rozważania poprawił Einstein. Zaskoczona spojrzała na niego z podziwem.
Haldanie Czwarty, jesteś neandertalskim geniuszem. Na pewno masz rację. Ani staruszek, ani ja nie wpadliśmy na to. A twoja interpretacja tłumaczyłaby sprawę żywych trupów. Teraz z kolei on się zdumiał. Jakich żywych trupów? No wiesz, zesłańców, piekielników urzędowo zmarłych. Jej odpowiedź ściągnęła go z powrotem na ziemię. Co oni mają z tym wspólnego? To, proszę państwa, był fragment powieści Johna Boyda Ostatni statek z planety Ziemia w tłumaczeniu Tomasza Mirkowicza.
Pięknie Państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i zapraszam na kolejne odcinki Fantastycznej Biblioteki. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam w playliście Fantastyczna Biblioteka. Dzisiaj zaprezentuję klasyczną książkę zatytułowaną Wojna światów Herberta George'a Wellsa. I od razu uprzedzam, że będą spoilery, więc może ten podcast nie jest dla wszystkich. Zawsze można zrezygnować z dalszego słuchania, ale cytując klasyków pewnie będziecie Państwo tego żałować. Ja sam nie mam problemu, jeśli ktoś mi coś zaspoileruje, zaspoiluje, ale ludzie są przecież różni i cały czas twierdzę, że to bardzo, bardzo dobrze. W dzisiejszym odcinku przeniesiemy się do końca XIX wieku, aby przyjrzeć się jednej z najbardziej wpływowych powieści science fiction wszech czasów Wojnie światów autorstwa Herberta George'a Wellsa. Ta opowieść o inwazji Marsjan na Ziemię nie tylko zrewolucjonizowała, a właściwie stworzyła gatunek, ale również stała się lustrem dla lęków oraz nadziei epoki wiktoriańskiej. Zapraszam do wspólnej podróży przez literackie, filozoficzne i naukowe aspekty tego dzieła.
Akcja powieści rozpoczyna się spokojnie w typowej dla epoki wiktoriańskiej Anglii atmosferze codzienności. Narrator, bezimienny intelektualista mieszkający w Woking informuje, że astronomowie zaobserwowali dziwne eksplozje na powierzchni Marsa. Nikt nie przypuszcza jednak, że są one początkiem katastrofy. Kilka dni później w pobliżu Horsell Common spada pierwszy cylinder z Marsa. Tłumy ciekawskich gromadzą się wokół krateru, z którego powoli wydobywa się marsjańska maszyna. Początkowo obcy wydają się niegroźni, lecz szybko używają promienia cieplnego, snopa gorąca, który zmiata wszystko na swojej drodze. Giną ludzie, wojsko zostaje rozbite, chaos narasta. Narrator zostawia żonę u krewnych w Leatherhead i wraca, by zebrać informacje. Wkrótce następują kolejne lądowania cylindrów, a inwazja przybiera na sile. Marsjanie poruszają się w ogromnych trójnogach bojowych i sieją zniszczenie wśród bezradnej ludności.
Narrator ukrywa się z duchownym, który popada w paranoję i ostatecznie ginie. W tej części powieści widzimy upadek człowieka jako istoty racjonalnej. Kapłan, który miał nieść nadzieję, ulega panice i traci kontakt z rzeczywistością. Narrator zostaje sam i tuła się po zrujnowanym krajobrazie Anglii. Stopniowo pojawiają się opisy marsjańskiej technologii: trójnogi, czarny dym, mechaniczne chwytniki i maszyny do zbierania ludzkiej krwi. Marsjanie nie tylko zabijają, ale hodują ludzi jak bydło. Równolegle poznajemy losy brata narratora w Londynie. Brata, który razem z dwiema kobietami próbuje uciec z miasta. Ich wątek pokazuje ogólnonarodowy wymiar katastrofy. Londyn staje się piekłem na ziemi, z którego uciekają miliony.
Dzięki interwencji brytyjskiej marynarki wojennej, a zwłaszcza HMS Thunderchild, udaje się zniszczyć kilka marsjańskich maszyn, co staje się jednym z niewielu momentów triumfu człowieka. Gdy narrator dociera do Londynu, odkrywa, że Marsjanie niespodziewanie zginęli. Pokonały ich bakterie obecne w ziemskiej atmosferze. Wells kończy powieść mocnym podkreśleniem, że człowiek nie zwyciężył dzięki własnej sile, lecz dzięki, tu cytat: „najmniejszym stworzeniom Bożym". Narrator wraca do zrujnowanego domu i odnajduje żonę. Anglia powoli zaczyna się odbudowywać. Powieść prowadzona jest w narracji pierwszoosobowej, co nadaje jej charakter osobistego świadectwa. Narrator, jak już wspomniałem, bezimienny intelektualista, relacjonuje wydarzenia z własnej perspektywy, co pozwala czytelnikowi doświadczyć inwazji Marsjan oczami zwykłego człowieka. Taki zabieg narracyjny potęguje realizm i immersję, ukazując chaos, strach i dezorientację społeczeństwa wobec nieznanego zagrożenia. Jak zauważa recenzent na blogu Świat Bibliofila, autor jest jednocześnie narratorem i uczestnikiem, który zdaje relację z inwazji od początku do końca.
Widzimy jego oczami przedstawiane nam obrazy chaosu, masowej ucieczki, rozpadu więzi społecznych i obyczajowych. Koniec cytatu. „Wojna światów" to nie tylko opowieść o inwazji z kosmosu, ale również alegoria brytyjskiego imperializmu. Marsjanie jako zaawansowana technologicznie rasa traktują ludzi z pogardą i bez litości, podobnie jak europejscy kolonizatorzy traktowali podbite ludy. Wells wykorzystuje ten motyw, aby skrytykować hipokryzję i brutalność kolonializmu. W jednym z fragmentów narrator zauważa, cytuję: „Zanim potępimy ich zbyt surowo, pamiętajmy, jak bezlitośnie i całkowicie zniszczyliśmy nie tylko zwierzęta, takie jak zaginiony bizon czy dodo, ale także całe rasy ludzkie. Tasmanowie, mimo swego podobieństwa do nas, zostali całkowicie wytępieni w wojnie eksterminacyjnej prowadzonej przez europejskich osadników w ciągu 50 lat." Koniec cytatu. A ten cytat podkreśla analogię między działaniami Marsjan i historią europejskiej ekspansji kolonialnej. Wells przedstawia upadek cywilizacji jako proces stopniowy, ale nieunikniony w obliczu wyższej siły. Powieść ukazuje, jak szybko społeczeństwo może ulec dezintegracji, gdy zostaje pozbawione struktur i norm.
Ludzie stają się bezradni, a ich dotychczasowe osiągnięcia okazują się bezwartościowe wobec nowego zagrożenia. W jednym z fragmentów narrator opisuje: „Nigdy wcześniej w historii świata tak wielka masa ludzi nie poruszała się i nie cierpiała razem. To była panika bez ładu i celu. Sześć milionów ludzi nieuzbrojonych i bez zapasów, pędzących na oślep. To był początek upadku cywilizacji, masakry ludzkości." Ten obraz masowej ucieczki i chaosu symbolizuje kruchość ludzkiej cywilizacji. No ale o tym już mówiłem. Wells łączy precyzyjny naukowy język z emocjonalnymi opisami, co nadaje powieści zarówno wiarygodności, jak i dramatyzmu. Szczegółowe opisy technologii Marsjan oraz ich działań kontrastują z ludzkimi reakcjami: strachem, paniką i desperacją. „Wojna światów" Herberta George'a Wellsa to wielowarstwowe dzieło, które poprzez narrację pierwszoosobową, bogatą symbolikę i realistyczny styl ukazuje nie tylko inwazję z kosmosu, ale również krytykuje imperializm. Wells dokonuje też analizy upadku cywilizacji oraz snuje refleksje nad ludzką naturą.
Powieść ta pozostaje aktualna, skłaniając nas do przemyśleń nad kondycją społeczeństwa oraz jego zdolnością do przetrwania w obliczu nieznanych zagrożeń. Wells jako były student biologii Thomasa Huxleya, buldoga Darwina, głęboko przesiąknięty był ideami doboru naturalnego. „Wojna światów" to nie tylko opowieść o inwazji, ale też filozoficzna alegoria Bezlitosnej walki o przetrwanie. Marsjanie są ukazani jako istoty bardziej zaawansowane ewolucyjnie. Ich potężne mózgi i zanik mięśni wskazują na radykalne przystosowanie do warunków technologicznej egzystencji. Człowiek zostaje sprowadzony do roli zwierzyny. Ich mózgi są wielkie i zimne, pisze Wells, sugerując wyższy stopień racjonalności, ale pozbawionej empatii i etyki. Jak zauważa Elana Gomel, badaczka science fiction i kultury postkolonialnej, Marsjanie to ucieleśnienie darwinowskiego potwora. Organizm tak dalece przystosowany do dominacji, że nie mieści się już w ramach ludzkiej moralności. Koniec cytatu.
Powieść Wellsa to bezlitosna dekonstrukcja przekonania o wyjątkowej pozycji człowieka we wszechświecie. Wiktoriańska Anglia jako potęga technologiczna i kolonialna widziała siebie jako centrum cywilizacji. Wells odwraca ten porządek. Anglia staje się prowincjonalną ofiarą wyższej inteligencji. Tak jak wspominałem, Marsjanie traktują ludzi tak, jak Europejczycy traktowali ludy skolonizowane. Dosłownie jak zasoby. Nie toczą z nimi dialogu, nie rozumieją pojęcia humanizmu. Jak napisał Robert Crossley w książce Herbert George Wells The Critical Heritage. Patrząc na Londyn z wysoka Marsjanin mógłby widzieć tylko mechanizmy, które należy unieszkodliwić, nie ludzi z emocjami i historią. Koniec cytatu.
Europa doświadcza inwazji w taki sposób, w jaki sama ją zadawała innym. W powieści religia zostaje wystawiona na próbę nie tylko dosłownie. Postać księdza, który traci zmysły, ale i symbolicznie. Marsjanie są jak bogowie, nieprzeniknieni, wszechmocni, bezdusznie wykonujący boski plan zagłady. Ludzka religia nie daje odpowiedzi na ich pojawienie się, co ukazuje duchową pustkę w obliczu racjonalnego kosmosu. Stephen Maclean, badacz literatury i nauki wskazuje: Wells łączy niepokój dotyczący nauki i sekularyzmu, stawiając pytanie: jeśli Bóg nie ratuje ludzkości, to kto ją ocali? Odpowiedź jest darwinowska. Nie Bóg, a bakteria. Koniec cytatu. Powieść uderza także w racjonalistyczną wiarę w naukę.
XIX wiek był erą optymizmu technologicznego. Tymczasem Wells pokazuje, że wiedza i wynalazki nie są w stanie zatrzymać siły, która przewyższa je o wieki. Marsjanie mają swoje cieplne promienie, czarne dymy, a armia brytyjska muszkiety i armaty. Kontekst jest wręcz groteskowy. Jednocześnie narracja podkreśla, że człowiek może być technologicznie bezradny wobec natury lub obcej cywilizacji, nawet jeśli wierzy w potęgę rozumu. To filozoficzne ostrzeżenie przed pychą, w jaką czasami popada nauka. Powieść Wellsa powstała w czasie, gdy astronomowie, tacy jak Percival Lowell i Giovanni Schiaparelli sugerowali istnienie kanałów na Marsie, co rodziło domysły o zaawansowanej cywilizacji na tej planecie. Schiaparelli użył terminu canali, co po włosku oznacza naturalne kanały terminu, który został błędnie przetłumaczony na angielski jako canals, sztuczne kanały wodne. Wells wykorzystywał tę popularną teorię jako fundament dla swojej fabuły. John Pennington w książce Herbert George Wells In His Time and Ours napisał: Wells nie wymyślił Marsjan na próżno.
Zainspirował się naukowymi spekulacjami swojej epoki, czyniąc z nich podłoże dla przestrogi przed militarną i biologiczną arogancją ludzi. Koniec cytatu. Marsjanie w powieści są przedstawieni jako istoty niemal całkowicie zredukowane do mózgu i zmysłów, co można uznać za rozwinięcie koncepcji biologicznego funkcjonalizmu. Ich fizjologia to efekt radykalnej ewolucji. Ogromne mózgi, brak układu pokarmowego, żywią się przez transfuzję krwi z innych organizmów, a ich ciała są miękkie i jakby pozbawione kości. Przypominają ośmiornice. To wizja potencjalnej przyszłości ludzkości, w której intelekt zastępuje ciało. Tak naprawdę konsekwencja rozwoju cywilizacyjnego prowadzącego do fizycznej degeneracji. Simon James w książce Maps of Utopia. Herbert George Wells and the End of Culture napisał: Marsjanie to biologiczna antyteza człowieka.
Dowód, że ewolucja nie musi iść w kierunku humanizmu, lecz po prostu funkcjonalności. Koniec cytatu. Inwazja Marsjan pokazuje, jak nielinearny rozwój technologiczny może prowadzić do nierównowagi sił. Snop gorąca przybyszy to prawdopodobnie promień podczerwieni, a czarny dym to broń chemiczna. Oba środki są znacznie bardziej zaawansowane niż jakiekolwiek technologie militarne XIX wieku. W ten sposób Wells antycypuje przyszłe konflikty światowe, w których przewaga technologiczna jednej strony może całkowicie zniszczyć drugą. Podobnie jak to miało miejsce w pierwszej wojnie światowej, a powieść została wydana na szesnaście lat przed jej wybuchem. Co więcej, Wells niejako wyprzedza koncepcję wojny totalnej. Marsjanie niszczą nie tylko wojska Ale także infrastrukturę, krajobraz, a nawet atmosferę planety, roznosząc czerwony porost, który może zmieniać biosferę. Najbardziej naukowo przewrotny jest jednak finał powieści, w którym Marsjanie giną, tak jak mówiłem, nie od ludzkiej broni, lecz od bakterii.
To element, który pokazuje moc niewidzialnych sił natury i ukazuje zależność każdej formy życia od środowiska, w którym powstała. Wells umieszcza tu refleksję inspirowaną teoriami Louisa Pasteura i Roberta Kocha o drobnoustrojach, które pod koniec XIX wieku całkowicie zmieniły sposób rozumienia zdrowia i choroby. Roslyn Haynes w pracy "From Faust to Strangelove" napisała: "W świecie Wellsa to nie człowiek triumfuje nad obcą technologią, ale niewidzialne mikroby. Ostateczny symbol nieprzewidywalności ewolucji i biologicznego przypadku." Wells, chociaż był pisarzem, myślał jak naukowiec. "Wojna światów" to eksperyment intelektualny, w którym różne dziedziny wiedzy: astronomia, biologia, fizyka, mikrobiologia zostają połączone w wielowarstwowy scenariusz upadku cywilizacji. Co najważniejsze, nie jest to ślepa wiara w naukę. To trzeźwa, a nawet gorzka refleksja nad jej ograniczeniami, odpowiedzialnością i nieprzewidywalnymi konsekwencjami. A teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na krótki fragment książki Herberta George'a Wellsa "Wojna światów". Wychodzę bowiem z założenia, że całe to moje gadanie może, ale nie musi się przydać przy podejmowaniu decyzji o lekturze. Czasami lepszym, jeśli w ogóle nie najlepszym argumentem, jest kilka zdań napisanych przez autora.
"Nadeszła wreszcie noc, gdy spadł pierwszy pocisk. Późnym wieczorem ujrzano wysoko w górze krechę ognia. Przęknęła nad Winchesterem, kierując się na wschód, zgasła. Patrzyły na nią setki ludzi, biorąc ją niezawodnie za ślad zwykłego meteoru. Według opisu reportera Albina ciągnął on za sobą zielonkawy, jarzący się przez kilka sekund ogon. Profesor Denning, największy nasz autorytet w dziedzinie meteorytów, stwierdził, iż dostrzeżono go na wysokości około dziewięćdziesięciu, może stu mil. Zdawało mu się, że bolid spadł o jakieś sto mil na wschód. W nocy tej byłem w domu. Pracowałem w gabinecie, a chociaż okno wychodzi na Horsell i zasłona była podniesiona, lubiłem w tamtych czasach spoglądać w nocne niebo, nie dostrzegłem nic. A przecież najdziwniejszy ten przedmiot, jaki kiedykolwiek nadleciał z przestworzy na ziemię, spadł wtedy właśnie i ujrzałbym go niewątpliwie, gdybym patrzył w okno.
Niektórzy świadkowie jego lotu twierdzą, iż mknął ze świstem. Nic takiego nie słyszałem. Musiało go widzieć wiele osób, ale wydawało im się pewnie, że to spada jakiś zwyczajny meteoryt. Nikt chyba nie pomyślał, by go odszukać tej jeszcze nocy. Tymczasem biedak Ogilvy, który widział spadającą gwiazdę, przekonany, iż leży ona gdzieś na polach między Horsell, Ottershaw i Woking, zerwał się skoro świt i ruszył na poszukiwania. Odnalazł ją rzeczywiście krótko po wschodzie słońca w pobliżu żwirowiska. Pocisk, uderzając z wielką siłą o ziemię, wyrył ogromną jamę i rozrzucił we wszystkie strony żwir i piasek, zasypując wrzosowisko. Powstałe w ten sposób zwały widać było na półtorej mili. Wschodnia część wrzosowiska płonęła i na tle wschodzącego właśnie słońca snuły się przezroczyste niebieskawe dymki. Bolid niemal całkowicie zagrzebany był w piachu.
Dookoła walały się pogruchotane resztki połamanych przy upadku sosen. Widoczna jego część przypominała ogromnych rozmiarów walec pokryty grubą okładziną z płyt lub raczej z prostokątnych, ciemnobrązowych łusek. Średnica walca mogła wynosić ze trzydzieści jardów. Ogilvy, zdumiony wielkością, a jeszcze bardziej kształtem, meteory są zazwyczaj mniej lub bardziej kuliste, chciał podejść do bryły. Była ona jednak wciąż jeszcze tak rozgrzana tarciem wskutek przelotu przez atmosferę ziemską, że zamiar ten spełzł na niczym. Zgrzyty dochodzące z wnętrza walca wziął za odgłosy wywołane nierównomiernym ostyganiem powierzchni, gdyż nie przyszła mu jeszcze wtedy do głowy myśl, że walec może być wydrążony. Gdy stał tak na skraju wyrytej przez bolid jamy, podziwiając niezwykły jego wygląd, przede wszystkim zaś barwę i kształt, poczęło mu świtać mgliście, iż jest może jakaś celowość w przybyciu walca na Ziemię. Poranek był cudownie cichy. Słońce nieźle już przypiekało sponad rozsypanych kępami w stronę Weybridge sosen. Nie było słychać świergotu ptaków, nie zaszemrał najlżejszy wietrzyk, tylko z okopconego walca dochodziły słabe jakieś dźwięki.
Ogilvy był samiuteńki na całej tej wielkiej równinie. Wtem spostrzegł ze zdziwieniem, iż wzdłuż kolistej krawędzi walca skruszyło się i odpadło trochę brązowej, zwęglonej, pokrywającej bolid skorupy. Zaczęła ona odrywać się i spadać na piasek płatami. Nagle odpadł duży kawał z takim łoskotem, że w Ogilvym serce zamarło. Chcąc zdać sobie w pełni sprawę z tego, co to oznacza, zsunął się mimo bijącego z jamy żaru na dno, aby obejrzeć walec z bliska. Nawet wtedy jeszcze sądził, że przyczyną odpadania okładziny jest stygnięcie walca. Chociaż nurtować go już zaczęło zdziwienie, dlaczego odrywa się ona tylko wzdłuż krawędzi. I wtedy spostrzegł, że koliste dno walca obraca się powolutku dookoła swej podłużnej osi. Ruch ten był tak powolny, że niemal niedostrzegalny. Zauważył go dopiero wówczas, gdy zorientował się, że czarna plama na skraju dna, będąca pięć minut temu tuż przed nim, zawędrowała teraz na przeciwległą stronę.
Olśniła go myśl. Walec był sztuczny, wydrążony z odkręcanym dnem. Ktoś je od wewnątrz odkręcał. „Wielkie nieba!” — krzyknął Ogilvy. — „Tam w środku jest człowiek. Ludzie! Na wpół zwęgleni. Usiłują się wydostać.” Nagle, w ogromnym skrócie myślowym, skojarzył walec z błyskiem na Marsie. Myśl o uwięzionej istocie była tak straszliwa, iż niepomny na gorąco przypadł do dna, by dopomóc w odkręcaniu. Na szczęście silne promieniowanie uchroniło go przed spaleniem rąk grożącym przy zetknięciu z wciąż jeszcze rozżarzonym metalem.
Stał chwilę niezdecydowany, potem odwrócił się, wyskoczył z jamy i popędził jak szalony do Woking. Dochodziła akurat szósta rano. Po drodze spotkał jakiegoś woźnicę i próbował mu tłumaczyć, ale zarówno wygląd jego — kapelusz zgubił w jamie — jak i to, co mówił, było tak niesamowite, że chłopina zaciął konia i odjechał bez słowa. Nie lepiej powiodło mu się też z pomywaczem otwierającym właśnie oberżę przy moście Horsell. Człowiek ten wziął go za wariata i nawet usiłował, bezskutecznie na szczęście, zamknąć w komórce. To go nieco otrzeźwiło. Kiedy więc ujrzał w ogródku londyńskiego dziennikarza Hendersona, krzyknął do niego przez płot i począł opowiadać bardziej już zrozumiale. To, proszę państwa, był fragment powieści Herberta George'a Wellsa „Wojna światów” w tłumaczeniu Henryka Józefowicza. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i zapraszam na kolejne odcinki Fantastycznej Biblioteki na kanale Wehikuł Wyobraźni. A teraz, proszę państwa, zapraszam do Filmotekarium.
Dzisiaj „Małpa”. Nie, nie. Nie UPA, bo UPA będzie później. Najpierw „Małpa”. „Małpa” na podstawie opowiadania Stephena Kinga. Piotr Cielebiaś już czeka. No to, proszę państwa, ruszamy. Dobry wieczór państwu. Oto właśnie pojawia się „Małpa”. „Małpa”, która została gdzieś tam u zarania wyprodukowana przez Stephena Kinga.
A wszystko, co wyprodukuje Stephen King, co mu skapnie z pióra, to później bywa wdzięcznym tematem dla filmowców. Czy tym razem się udało? No to o tym porozmawiamy jak zawsze z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:05:44] - Dzień dobry wieczór. Jeżeli Piotr, to Piotr od razu mówi, że się nie udało, bo Piotr nie lubi ekranizacji Stephena Kinga, co wiedzą słuchacze stali Bibliotekarium. Żartuję oczywiście. Będziemy dzisiaj podchodzić z otwartą... Znaczy ja będę podchodził, przepraszam, z otwartą głową do tego filmu. Dlaczego tak od razu wjechałem na tego Kinga? Bo jeżeli pamiętacie jedną z naszych dłuższych chyba rozkmin w Filmotekarium, to dotyczyła właśnie ekranizacji Kinga i tam było bardzo dużo komentarzy. Ja mówiłem, że mi się zwykle nie podobają. Marek miał oczywiście odmienne zdanie jako fan Kinga. No i wpadła nam ta „Małpa” wreszcie.
To jest film, którego reżyserem jest Osgood Perkins. Dla mnie on jest znany przede wszystkim z filmu „Longlegs”, który omawialiśmy w ubiegłym roku, który mi się podobał, był.
[02:06:36] - „Kod zła”. „Kod zła”.
[02:06:38] - „Kod zła”, tak. No, jak zwał, tak zwał. „Małpa” jest oparta o opowiadanie Stephena Kinga z lat osiemdziesiątych. Ja tam trochę czytałem o dziejach tego opowiadania. Ono było lekko podrasowywane, potem sam film już był wyświetlany w naszych kinach. I powiem ci, że — tutaj pierwsza zagadka — on wydaje mi się, że przeszedł lekko bez echa. Natomiast napalili się na niego fani Kinga, bo on był zapowiadany jako coś dużego, coś dobrego. Jest to czarna komedia z elementami horroru. Dość krwawa, momentami zabawna, chociaż niektórzy mają inne zdanie. Marku, czy to jest opowieść typowo kingowska?
Bo niektórzy mówią, że oczywiście.
[02:07:25] - Ja tak do końca nie wiem. Powiem tak: nie jest prawdą, że ja jestem fanem filmografii kingowskiej. Niektóre filmy lubię, ale ja tak naprawdę lubię to, co pisze King, a nie to, co jest filmowane. Niektóre filmy na podstawie Kinga są straszne, po prostu straszne. To tyle deklaracji. Natomiast czy to jest film kingowski? Ja wolę inne klimaty, po które King sięgał. Natomiast to pomieszanie komedii z takim dosyć krwawym obrazem. Ja do końca nie wiem, czy to wyszło, bo wierzcie mi państwo, najmroczniejsze zabójstwa, które się zdarzają w- Zabójstwa, trudno nazwać to zabójstwami. Przypadki śmierci, które zdarzają się w tym filmie, budzą wesołość.
Może trzeba być wariatem, żeby budziła ludzka śmierć w kimś wesołość, ale coś jest na rzeczy. To kino pokazuje śmierć nierzeczywistą. To się zaczyna od pierwszej sceny, kiedy poznajemy ojca głównego bohatera, człowieka związanego z wytnictwem i to, co się dzieje w sklepie, w rodzaju lombardu, to jest zapowiedź tego, co będzie dalej. Potem widzimy, jak ginie ciotka głównego bohatera, właściwie głównych bohaterów. To jest przynajmniej zabawne. I tak to się sunie. I ja się zacząłem zastanawiać nad tym, czy to ja jestem nienormalny, że budzi wesołość we mnie seria kolejnych, dosyć brutalnych zresztą śmierci, czy też jest to tak nakręcone. Chyba jest to tak nakręcone. I ja, mówiąc szczerze, do końca nie wiem, czy mnie to odpowiada. I nie dlatego, że to niewolno, bo to powaga śmierci.
Nie, nie o to chodzi. Tylko moim zdaniem to właśnie nie jest kingowskie. King potrafi stworzyć nastrój, mówię w tej chwili o prozie, nastrój autentycznej grozy. Czasami to się udaje przenieść do filmu, natomiast czy to jest film grozy? Być może. Być może to jest czasami tak śmieszne, że aż straszne, ale mówiąc szczerze, czuję, że naciągam jak tylko mogę, żeby jakoś o tym filmie się wyrazić. A czy ten film mi się podobał? On mi się podobał dlatego, że jest na podstawie Kinga i że po prostu siadłem i go obejrzałem, natomiast kiedy już się kończył, leciała lista płac, to ten uśmiech mi zamarł na twarzy, bo ja do końca nie wiedziałem. Teraz to już chyba trochę więcej wiem, ale nie wiedziałem, co ja o tym filmie tak naprawdę sądzę. I w nastroju dysonansu poznawczego pozostawałem, jak to się mówi oględnie, przez jakiś czas.
Teraz mam nadzieję, że coś będę mógł więcej powiedzieć, ale oddajmy głos tobie, Piotrze. Zwrócę ci to pytanie.
[02:10:53] - Ja miałem wnioski takie same po obejrzeniu „Małpy”. Powiedzmy tak szybko może, o co tam chodzi. Film jest o losach dwóch braci bliźniaków, których prześladuje cień i klątwa tajemniczej zabawki, nakręcanej zabawki, która wygrywa melodie i niesie śmierć i zniszczenie. Pod koniec to już przybiera formy groteskowe, może nawet lekko nudne. Bracia rywalizują ze sobą od samego początku. Z kolei po śmierci matki, też wywołanej przez małpę, ich konflikt narasta i zrywają kontakt. Po latach cień małpy powraca i zaczyna zahaczać także o syna głównego bohatera. Tutaj aktorsko nie ma się o co czepiać, w tym filmie jest naprawdę dobrze zrealizowany i tyle. Jeżeli natomiast chodzi o warstwę rozrywkową, bo to jest film czysto rozrywkowy, to powiem ci, że tam nie ma zbytniej tajemnicy w tym filmie. Dużo ludzi narzekało, że to jest komedia, że tam nie ma grama horroru w tym wszystkim, prócz może tej lekko upiornej małpki, tych wszystkich scen, kiedy ona wygrywa te swoje melodie.
To nie jest w ogóle gatunek bliski mojemu sercu, jeżeli chodzi o te śmieszne horrory. Okej, to się da obejrzeć, to jest wszystko okej i super dla odmóżdżenia. Natomiast ja zawsze mam z tymi filmami taki problem, że one rzadko kiedy mają w sobie jakieś wartości, którymi się cechuje horror. Jeżeli horror w ogóle ma jakieś wartości, takie cechy. Krwistość taką, ale nie krwistość w sensie, że się tam leje krew i sobie łby urywają, tylko miodność, tak to nazwijmy, horrorowa. W „Małpie” tego nie ma. Problem polega na tym, że my od początku wiemy, że ten film nie jest na poważnie i to trochę przeszkadza. Nie ma grozy. To się wszystko robi potem takie bardzo już groteskowe. Groteskowe, może nawet momentami deczko komiksowe.
I miałem problem, żeby doczekać z tym filmem do końca. Z filmami kingowskimi ogólnie jest tak, że w nich zawsze jest jakiś fajny, może nie zawsze, często jest jakiś ciekawy, tajemniczy plot twist. Coś, na co byśmy nie wpadli od samego początku, a tutaj cienko z tym jest. I muszę powiedzieć, że to jest taki wyrób kingopodobny. Nie, może przesadzam trochę, ale chodzi mi o to, że ja się nie bawiłem tak jak na innych filmach opartych o Kinga, bo jakiekolwiek by one nie były, czy złe, czy dobre, wiemy, że są bardzo różne i niektóre były spaprane, niektóre były całkiem okej. A to jest poprawne, tyle że jest nijakie. Tylko w takim ostatecznym odbiorze, bo oczywiście obejrzeć się da.
[02:14:03] - Da się. I jeśli ktoś jeszcze lubi takie sceny gore, bo tam tych flaków się chwilami pojawia sporo, takiej naturalistycznej wręcz siekaniny Ale masz rację Piotrze, to nie jest film, który ja nawet nie wiem, czy King był z tego filmu zadowolony. Nie dotarłem. Ja często lubię sięgnąć i zobaczyć, co King sądzi na temat filmu zrobionego na podstawie jego prozy. Tu do takich wiadomości nie dotarłem, ale ja wiem. Ja lubię czasami filmy proste, bez tej tajemnicy, o której wspomniałeś. Lubię na przykład film „Stukostrachy”, który jest filmem telewizyjnym, prostym i powiedziałbym chwilami uproszczonym, bez jakichś tam specjalnych cudów, w dodatku ze zmienionym zakończeniem. Inne jest zakończenie w opowieści Kinga, inne jest w filmie. No ale dobrze, to się jakoś ogląda. Ta historia, jak zwykle u Kinga wielowątkowa, daje się obejrzeć.
To nie jest arcydzieło, ale można spokojnie te „Stukostrachy” obejrzeć. Tommy Knockers. Natomiast ten film, mnie przeszkadzała tak naprawdę ta komediowa warstwa i ktoś powie, że to takie haha odkrywcze, bo wiecie państwo, elementy gore, horroru i dowcipu, komedii to jest takie fajne. Nie wiem, pewno się narażę już takim zagorzałym miłośnikom kina kingowskiego, ale to nie było fajne. Nie podobał mi się do końca ten film. Tak jak powiedziałem, obejrzałem go, bo to King albo na podstawie Kinga. Obejrzałem całość. Mam nadzieję, że zrozumiałem. Zresztą nie ma co specjalnie rozumieć. To jest bardzo prosty film, ale mam nadzieję, że odebrałem wszystko, co należało odebrać.
I co? I nic. Proszę państwa, nic. Bo moim zdaniem ten film niewiele ze sobą niesie. Ktoś powie: zabawa to zabawa. To się bawimy. Tak, ale tam nie ma nic więcej. To nie chodzi o filozofię, żeby aktorzy wygłaszali z ekranu jakieś bardzo mądre myśli. I ja wtedy powiem: o tak, taki filozoficzny, świetny film. Nie, to nie o to chodzi.
To chodzi o to, że w filmie powinna być, przynajmniej moim zdaniem, jakaś zwarta konstrukcja. A tu mamy artystę, który w zeszłym roku nakręcił ten „Kod zła”. Wszyscy się zachwycali, że taki wspaniały i tak dalej. My też przez zęby nie przepuszczaliśmy tego filmu. Było okej. Mniej lub bardziej, ale okej. Natomiast film „Małpa” to jest film, który pozostawił mnie. Powiedziałem, że w końcu powiem, co ja sądzę o tym filmie, bo po tym zamarciu, po emisji tak sobie myślałem i myślałem i odpowiem. Ja nic o tym filmie nie myślę, bo nie ma o czym myśleć proszę państwa. To jest historia o demonicznym przedmiocie, w tym wypadku zabawce, która wygrywa na bębenku i w momencie, kiedy wygrywa coś na bębenku, a wcześniej trzeba tę małpę nakręcić, to ginie losowo jakaś osoba.
Ginie w wymyślny sposób, najczęściej taki troszeczkę pobrzmiewają echa „Oszukać przeznaczenie”. To chwilami takie skręcone jak „Oszukać przeznaczenie”. Czasami to są bardzo złożone śmierci albo doprowadzenie do tej śmierci jest bardzo złożone, ale w gruncie rzeczy to jest jedyna tajemnica tego filmu. Jak ta małpa załatwi kolejną osobę? To może wystarczać przy pierwszym, drugim, trzecim razie. Ale jak to się pojawia kolejny, kolejny i kolejny raz, to już nie jest ani zabawne, ani ciekawe. Państwo by wymyślili kilka innych jeszcze schematów, na podstawie których można by jakąś osobę uśmiercić. No i dobrze. Ta zabawka jest demoniczna, opętana czymś. Znika, pojawia się, wraca.
Zawsze jest zła. Ważne, żeby ją nakręcić, bo wtedy człowiek jest bezpieczny. Jest konflikt między braćmi. No i co z tego? Co z tego wszystkiego? Nic proszę państwa. To jest moim zdaniem opowieść pusta. Zupełnie pusta. Da się to obejrzeć? Da się.
Proszę państwa, to nawet nie będzie zmarnowany czas. Można to obejrzeć, tylko chyba są lepsze filmy.
[02:19:01] - No właśnie tak to jest z tą „Małpą”. Da się obejrzeć film, który nie angażuje, chociaż mnie lekko znudził też. Nie jest też nazbyt klimatyczny i też nie jest zaskakujący, więc potem już wiadomo, czego się spodziewać na samym końcu. Ale to jest tylko moja opinia, bo wiem, że jest liczne grono miłośników takich filmów. Przypomnę tylko coś, o czym przed chwilą powiedziałem. Coś, co mi się rzuciło w oczy, że ten film chyba rozczarował niektórych miłośników Kinga. To znaczy doszło do sytuacji pod tytułem niezgodność produktu z opisem. Jeżeli poczytacie komentarze, to ludzie chyba oczekiwali czegoś innego, czegoś bardziej zaangażowanego. A tu jest proste. Jest na tyle proste, że tak naprawdę to jakby była jakaś antologia, na przykład filmowa, to by wystarczyło na dosłownie kilkadziesiąt minut.
Tak, to jest takie długie i po pewnym czasie niektóre rzeczy już nie śmieszą. Dla mnie „Małpa” to jest taka pastylka miętowa albo wafelek ryżowy. To się da zjeść, skonsumować. Czasami może nawet smakuje, ale tego przeżycia się długo nie pamięta. Szybko się zapomina. Chociaż ci, którzy nas słuchają, też pamiętają, że nie jestem fanem Kinga ani ekranizacji, co nie oznacza, że oglądać się tego nie da. Znaczy tych ekranizacji, bo się da. „Małpę” też.
[02:20:27] - Ja pewno będę Tradycyjnie czekał na kolejny film Kinga. Pewno po to, żeby trochę ponarzekać. Ja już się tak czuję, proszę Państwa, często to podkreślam w kolejnych audycjach, jak ten dziad z Muppet Show. Siedzę sobie na tym balkonie i tylko narzekam i tylko krytykuję, ale myślę, że w przypadku „Małpy” jest za co. Piotr powiedział o tym, że to nie jest film klimatyczny. Ja rzeczywiście nie znalazłem klimatu. To już nawet nie chodzi, że to nie kingowski klimat, ale w ogóle ten klimat jest taki, że go nie ma. To chyba najlepsza charakterystyka. Ten konflikt między braćmi też jest jakiś taki... Może to jest konflikt na krótkie opowiadanie, ale czy to jest konflikt na dłuższy film?
Taki, że tak naprawdę jeden z braci jakąś tam winę ponosi i drugi brat się na niego obraża. Co więcej, właściwie chce go nadziać na widelec, taki małpi widelec troszeczkę i kombinuje. Końcówka, kiedy się wydarzają różne rzeczy, nie będę opowiadał, ale kiedy już mamy masowe wręcz zgony, a już ta końcówka, która miała być zabawna, końcówka z autobusem, to się później długo zastanawiałem, po co. Ja rozumiem, to miało być takie podsumowanie pod tytułem: „Śmiejcie się razem z nami”. Jeśli się Państwo chcecie pośmiać, to chyba nie w tym filmie, bo jeśli nawet w pewnym momencie człowiek się uśmiechnie na tej końcówce, znowu nie będę zdradzał, ale to jest w gruncie rzeczy wtórny pomysł i pokazuje, że blisko naprawdę temu filmowi do „Poszukać przeznaczenia”. Ten tytuł się pojawia nie bez powodu, ponieważ jeżeli Państwo o tym wiecie, to dobrze. Jeśli nie, to informuję, że w przestrzeni medialnej, w przestrzeni kinowej pojawiła się kontynuacja, czyli szósta część „Poszukać przeznaczenia”. Pewno o niej sobie też porozmawiamy. A te filmy łączy coś, szczególnie pod koniec, kiedy to już zaczyna być naprawdę takie, na masową skalę wydarzenia się dzieją. Zaczyna to przypominać i to też nie robi temu obrazowi, temu filmidłu dobrze.
To jest miejsce, proszę Państwa, w którym powinno się znaleźć i znajdzie się Recenzarium Evivy. Dzisiejszy odcinek traktuje o powieści „Zwycięzca”. Zapraszam.
[02:23:31] - Wita się z Państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Powieść „Na srebrnym globie” Jerzego Żuławskiego jest jedną z moich może nie ulubionych, ale stanowiących jak dla mnie kanon polskiej literatury fantastycznej i zajmujących poczesne miejsce na mojej własnej półce bibliotecznej. Być może wyda się to dziwne, ale bardzo długo nie wiedziałam, że istnieją dalsze części. Może po prostu nie zainteresowałam się tym. Część druga pod tytułem „Zwycięzca” wpadła w moje ręce stosunkowo niedawno. Właściwie część druga i trzecia, które jeśli wierzyć znawcom literatury, właściwie powinny być traktowane równolegle. Wydaje się jednak, że „Zwycięzca” jest tym właściwym drugim tomem i jako taki był traktowany przez autora. Myślałam, że ta książka będzie zawierać ten sam ładunek księżycowej magii co pierwszy tom. Niestety rozczarowałam się bardzo. Nie dlatego, jakoby „Zwycięzca” to była książka nudna, czy w ogóle nieudana.
Pod wieloma względami na pewno ma swoje zalety, chociaż jest pełna dziur logicznych, absolutnie nie do przyjęcia pod względem naukowym, to z pewnością jest warta przeczytania, chociaż zostawia po sobie bardzo przykre wrażenie. O ile pierwsza część to był ten pionierski okres dla ludzi rzuconych na Księżyc, o tyle część druga obejmuje czas po prawdopodobnie kilkuset latach, kiedy to z Ziemi przylatuje wiedziony kaprysem młody mężczyzna o imieniu Marek. Chce on sprawdzić, czy tak zwany rękopis z Księżyca jest prawdziwy. Już mniejsza o to, że przylatuje jednoosobowym pojazdem ot tak sobie, jak można powiedzieć z pokoju do pokoju. Mniejsza już o to. W każdym razie przybywa. Zastaje całe społeczeństwo, które znajduje się już w pewnej dość zaawansowanej fazie rozwoju. Ma swój ustrój społeczny, swoją religię, a także gnębiących ich wrogów, rdzennych mieszkańców Księżyca, szernów. Są to istoty bardzo inteligentne i silne, ale też pozbawione ludzkiego poczucia dobra i zła. Zniewalają ludzi i wymuszają na nich określone ustępstwa, często bardzo przykre.
Co jest rzeczą ciekawą, księżycowy lud zamiast spo-Uczyć ofiarom szernów, morduje je i to w okrutny sposób. Tym przypomina, nie ma co tu ukrywać, po prostu muzułmanów. Cóż, być może ta korelacja wyszła Żuławskiemu przypadkiem, ale jest, jak jest. Marek zostaje wzięty za mitycznego Zwycięzcę, który ma przybyć z Ziemi. Notabene nie wszyscy mieszkańcy Księżyca wierzą, że jest ona kolebką ich cywilizacji. I tutaj zaczyna się problem. Bowiem Marek przejmuje się swoją rolą i postanawia naprawić stosunki społeczne na Księżycu, pomóc ludziom uwolnić się od władzy szernów i stać się kimś na kształt owego Zwycięzcy. Prowadzi go to na manowce. Zaburza to, do czego księżycowi ludzie przywykli i w końcu doprowadza do nieszczęścia. Jednak mimo to Marek nie budzi sympatii czytelnika.
Nie budzi nawet jego współczucia, ponieważ sam się wpakował w sytuację, która go przerosła. Dzięki swojemu egoizmowi i poczuciu wyższości zachował się jak cywilizowany Europejczyk wśród dzikich. Taki, który uważa, że z racji tego, że jest wielkim białym panem, ma prawo rozkazywać dzikusom i góruje nad nimi w każdej sprawie. Niestety takie górowanie może się skończyć bardzo smutno. Oczywiście dla tego przybysza. Jerzy Żuławski też na tej podstawie pokazuje mechanizm tworzenia religii. Mniejsza o to, czy prawdziwy, czy nie. Może częściowo prawdziwy, tak to ujmijmy. Ale w każdym razie zostawia to czytelnika w bardzo przykrym nastroju. Bo tak, „Zwycięzca” jest to książka niemiła w odbiorze i to mimo tego, że jest dość ciekawa.
Mimo, jak wspomniałam, dziur logicznych, tego, że absolutnie takie społeczeństwo nie mogłoby wyewoluować z potomków jednej tylko pary rodzicielskiej. Jest to niemożliwe z punktu widzenia genetyki, ponieważ huf osobny by rozwalił dosłownie to społeczeństwo, zanim nawet zdążyłoby cokolwiek zbudować. Jest tam tego więcej, ale każdy musi sam odkryć. Jeżeli mimo wszystko „Zwycięzcę” warto przeczytać, to właśnie dla tych rozważań, które osobom religijnym mogą się wydać wręcz obrazoburcze. Jednak warto się im przyjrzeć obiektywnie. Mówię to, chociaż sama jestem osobą religijną. Z obiektywnego punktu widzenia antyklerykalizm i antyreligijność autora mogą mieć pewne podstawy. I właśnie z punktu widzenia psychologii i socjologii warto zapoznać się z tym dziełem. Od razu powiem, że nie widzę natomiast żadnego powodu, dla którego warto by przeczytać ostatnią część cyklu pod tytułem „Stara Ziemia”. Jest wyjątkowo nieudana i praktycznie niemająca większego związku z dwiema pierwszymi.
Ale oczywiście każdy powinien sam wyrobić sobie własną opinię. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:29:24] - Proszę państwa, proszę państwa. Erich von Däniken. „Czy się myliłem?” Takie pytanie zadał w jednej ze swoich książek. A my z Piotrem Cielebiasiem postanowiliśmy przyjrzeć się tej książce w cyklu „Ma upa”. Tym razem ma upa. No cóż, żeglujemy zatem ku książce z pogranicza. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy audycję o książkach. O książkach z pogranicza. A dzisiaj taka książka, która jest naprawdę bardzo z pogranicza, a właściwie od autora, który sporą część owych książek tak naprawdę rozpoczął.
Tak, słusznie się państwo domyślacie. Mam na myśli Ericha von Dänikena i jego książkę zatytułowaną tak prowokacyjnie dosyć „Czy się myliłem?”. A czy się mylił, czy się nie mylił, to porozmawiamy za chwilę z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:30:35] - Dzień dobry wieczór, Marku. No tak, Däniken zdaniem niektórych nadal wielkim pisarzem jest. I my dzisiaj wracamy do niego, bo już omawialiśmy jego publikacje w tym paśmie, że tak powiem. Książka „Czy się myliłem?” pierwsze polskie wydanie bodajże z roku 1991. A zamysł tej książki jest taki generalnie, że przyglądamy się osiągnięciom współczesności i wizjom przyszłości, ale niestety takim wizjom dość archaicznym, doszukując się odniesień do tajemnic przeszłości. I w tych tajemnicach przeszłości jest to osadzone, z czego Däniken jest najbardziej znany, czyli wzmianki o obcych w Biblii, super technologie i tak dalej. Wszystko to, co się je z tematem pod tytułem paleoastronautyka.
[02:31:25] - Tak, z tym że cel tej książki, tak mi się przynajmniej jawi jako polemika z krytykami, bo kiedyś, dawno, dawno, jeszcze przed tą książką powstała książka, chyba książka, z której jest najbardziej znany, czyli „Wspomnienia z przyszłości”. Tam przywołane były liczne przykłady mające sugerować, mające udowadniać, że hipoteza paleoastronautów jest jak najbardziej prawdziwa. I tak się porobiło, że w międzyczasie koncepcje Dänikena zostały milion razy skrytykowane. Czasami słusznie, czasami może nieco mniej słusznie, za to złośliwie przez różnych naukowców, pseudonaukowców i takich aspirujących naukowców i w ogóle ludzi, którzy mówią na tej zasadzie, że ja w to nie wierzę, w związku z tym dana rzecz nie istnieje. Jak to było z tym wszystkim? Trudno powiedzieć. W każdym razie Däniken zadaje pytanie, czy się myliłem i wbrew temu można by się spodziewać po prostu, że część z tych tez, dawnych tez ze wspomnień z przyszłości odwoła. A tymczasem Däniken idzie na otwarte starcie. Mówi: nie, właśnie, że się nie myliłem. Jak przywoływałem Nazca i przywoływałem inne przykłady, to miałem rację.
I właściwie to nie wiem, czy ta książka spełniła swoją rolę. O tym pewno jeszcze powiemy, bo moim zdaniem w kilku miejscach wystawiła autora na prosty, łatwy strzał ludzi, którzy po prostu chronicznie nie cierpią tej hipotezy paleoastronautycznej, a on im tak naprawdę dał paliwo, dodatkowe paliwo, może jeszcze tlenu dolał tak naprawdę i niestety osiągnął chyba coś, co niektórzy lubią nazywać przeciwskuteczny efekt. Nie wiem, trochę się plączę, ale ta książka wzbudza we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony trochę trzymam za Ericha von Dänikena kciuki, bo ostatecznie jesteśmy na kanale, między innymi na kanale Wehikułu Wyobraźni i tak się trochę porobiło, że Erich von Däniken bardzo dobrze podsyca wyobraźnię. Pytanie tylko, czy czasami nie idziemy w stronę właśnie tylko i wyłącznie wyobraźni, troszeczkę rozmijając się jednak z faktami.
[02:34:17] - Tak, o tym samym w sumie chcę powiedzieć i za chwilę to jakoś postaram się wyartykułować. Książka się zaczyna od pytania, na które wypadałoby odpowiedzieć, czy Däniken się mylił? Ja powiem tak, choć można uznać, że to jest pytanie retoryczne tak naprawdę, że to jest taka zabawa z czytelnikiem, to się tutaj trochę zawiera też cwaniactwo i pycha Dänikena ogólnie. On skromnością nigdy nie grzeszył, ale też nie grzeszył tym, że był takim autorem skrupulatnym. To znaczy Dänikenowi nie chodzi o to, żeby zgłębić coś tak już do końca, tylko żeby tworzyć cały czas pewną wizję. I ta wizja jest na tyle chwytliwa, że wiele osób to kupuje. Natomiast kiedy wchodzimy w szczegóły dänikenowskich wizji, to widzimy, jak on czasami po prostu skacze z tematu na temat. I to jest duży minus w ogóle tego autora. Ale jeżeli chodzi o książkę, to trzeba powiedzieć i trzeba się zastanowić nad tym, czy to pytanie, które on postawił, czy ono jest aktualne po pierwsze, bo w tej publikacji, w tym dziele autor tkwi tak naprawdę w głębokiej przeszłej mentalności. Innymi słowy, Däniken pisze tą książkę w latach, kiedy lansowano ideę postępu w imię dobra ludzkości.
To były takie hasła jeszcze z okresu wyścigów kosmos. Ja myślę, że dzisiaj już nikt w to nie wierzy po prostu, że upadek ładu dwubiegunowego, wiek XXI, wszystko to, co się stało po drodze, to nam dobitnie pokazuje, że świat, że podbój kosmosu, że nauka wygląda inaczej, niż sobie to Däniken wyobrażał. I teraz pytanie, czy on nie buduje tej swojej wizji świata trochę na mrzonkach tak naprawdę. I to jest pierwszy minus i jednocześnie jasna odpowiedź na pytanie zadane w tytule czy Däniken się mylił? Pod pewnymi względami wygląda na to, że tak, że wszystko wygląda fajnie, kiedy mówimy o nauce jako takim absurdalnym tworze tak naprawdę, jako o jakiejś idei i tak dalej. Ale my przecież dzisiaj dobrze wiemy, że nauka to przede wszystkim pieniądze, to przede wszystkim prestiż, to przede wszystkim albo może nie przede wszystkim, ale niekiedy usuwanie niewygodnych różnych tez, niewygodnych wynalazków. Także tutaj jest poważny problem z tą książką, że ona jest moim zdaniem po prostu zbyt archaiczna już na dzisiejsze czasy i Däniken, nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe, ale powinien kilka lat temu, kiedy był jeszcze trochę młodszy, pomyśleć nad rewizją tych zawartych w „Czy się myliłem?" koncepcji. Tak uważam, dlatego że to jest coś tak już dawnego, odległego, że po prostu nie pasuje do końca do naszych czasów, ale jednocześnie jest taka dziwna rzecz w tym wszystkim, że o ile ta cała otoczka związana z nauką, z kosmosem, że to minęło, teraz już inaczej na to patrzymy, ale ta część związana z paleoastronautyką, z zagadkami przeszłości to paradoksalnie nadal jest aktualne, dlatego że ta dziedzina tak szybko nie postępuje. W dziedzinie pod tytułem paleoastronautyka nie dokonano wcale zbyt wielu odkryć na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. To jest wszystko mielone cały czas jedno i to samo.
Oczywiście zawsze jest jakieś ale, że pojawiają się różnego rodzaju znaleziska, ale one są tylko takimi kamyczkami gdzieś tam rzucanymi do tej wspólnej puli, która mówi o tym, że tak, to wszystko wygląda inaczej. Obcy nas kiedyś odwiedzali, ale zbyt daleko ta dziedzina się nie posunęła tak naprawdę. Status quo jest nadal nienaruszony, także o ile część tej książki jest kompletnie archaiczna, moim zdaniem ta część paleoastronautyczna, chociaż licha w tym przypadku, bo licha Ale jako tako się jeszcze trzyma.
[02:38:31] - Tak, bo przykłady, do których odwołuje się Däniken, to są takie przykłady, które mocno działają na wyobraźnię, bez względu na to, ile jest prawdy albo ile jest udowodnionej prawdy przez Dänikena czy też ludzi, którzy bardzo popierają jego tezy. Jak on odwołuje się do Nazca, później mówi o Puma Punku, do Biblii się odwołuje, to na pewnym poziomie ogólności da się historię ciągnąć i to nawet z pewnym powodzeniem. Natomiast ja muszę powiedzieć, że kiedy Däniken tworzył swoją pierwszą książkę, o której już wspominałem, to wydawało się, że to są niesamowite nowości, że to jest coś świeżego i nowego. Bardzo długo trwałem w tym przekonaniu. Tymczasem było troszeczkę inaczej. Ja już nie wspomnę o tym, że pierwsza książka Dänikena miała swoje pierwowzory nieco wcześniej, ale ja sobie nie zdawałem sprawy, że ta idea, że gdzieś tam w odległej przeszłości były bardzo zaawansowane cywilizacje, może to były kosmiczne cywilizacje, może niekosmiczne, że ta idea wcale nie wykiełkowała w latach 50. czy 60. Ona jest znacznie starsza i okazuje się, że my dzisiaj nie potrafimy po prostu odtworzyć sposobu myślenia oraz wiedzy ludzi, którzy żyli w latach 30., 40. XX wieku. My coś tam wiemy.
Czytamy stare gazety, coś tam do nas dociera, ale musimy niestety się pogodzić z tym, że sam sposób myślenia jest już dla nas niedostępny. Dlaczego o tym mówię? Otóż całkiem niedawno przeczytałem książkę, która z książką Dänikena ma niewiele wspólnego. Jest książką beletrystyczną. To jest ostatnia powieść Władysława Umińskiego, zatytułowana „Zaziemskie światy”. Ona miała pierwotnie tytuł „Wyprawa na Wenus”. Miała się ukazać, była wydrukowana w roku 1949, zaraz na początku i została zatrzymana przez cenzurę. Ukazała się na rynku, została wypuszczona, zwolniona, poszła do sklepów po prostu dopiero w roku 1956. Dlaczego tak te daty podkreślam? Dlatego, że książka wydrukowana w 1949 roku napisana została dużo wcześniej.
Właściwie na przełomie wojny i czasów powojennych zamówiła to jakaś podziemna oficyna u Umińskiego, który już był wówczas w podeszłym wieku. Teraz będzie fragmencik, jakaś minutka, w której zaspoileruję książkę „Zaziemskie światy”. W związku z tym ci, którzy mają zamiar przeczytać, niech na minutkę odsuną się od głośników. Otóż w „Zaziemskich światach”, jak już oni dolatują na tę Wenus, sam opis dolatywania na Wenus jest mało zajmujący, ale jak docierają na Wenus, to się okazuje, że po początkowych stwierdzeniach, że tam owszem, żyją jakieś stwory przypominające dinozaury i w ogóle to tak mniej więcej wygląda troszeczkę jak bardzo młoda Ziemia, to później się okazuje, że na górach, na zboczach górskich żyją ludzie. W dodatku to są ludzie bardzo, pozwólcie państwo, że zażartuję, ludziowi, bo oni są z Ziemi. Oni przybyli na Wenus, bo uciekli z Ziemi, uciekli przed czarnymi magami. Już minutka chyba minęła, więc nie będę opowiadał dalej, ale tam są odwołania bardzo przypominające te odwołania paleoastronautyczne. Skoro człowiek żyjący w latach 40. przyjmował, że można na podstawie takich informacji, takich ciekawostek napisać książkę, to znaczy, że to było w obiegu. Może nie tym oficjalnym, prasowym na przykład, ale było w obiegu.
Ludzie o tym rozmawiali. Co więcej, ja wiem, że w latach 30. i to znowu jest wiedza niespecjalnie tajemna, ale trzeba się do niej dogrzebać. Rozmowy o tym, że gdzieś tam w przeszłości jakieś ślady po być może obcych, a być może po starych rasach funkcjonują na Ziemi, to też były rozmowy nie tylko z lat 30., a nawet 20. Okazuje się, że ta koncepcja, którą Däniken tak rozpropagował, to nie była koncepcja, którą on wymyślił. On ją być może usystematyzował i przywołał jakieś przykłady, które wydawały mu się takie prawie pewne. I tak powstała jego pierwsza książka „Wspomnienia z przyszłości”, a później, dużo później powstała ta książka, o której dzisiaj rozmawiamy, czyli „Czy się myliłem?”. I moim zdaniem Däniken nie dowozi, bo owszem, te pierwotne tezy były fajne. Natomiast kiedy on zaczyna z taką, jak Piotr to podkreślił, wrodzoną skromnością podkreślać, jaki on jest nieomylny, to niestety brnie w pewne przykłady, w pewne argumenty, które nauka, która w stosunku do hipotezy paleoastronautycznej zawsze była sceptyczna, zawsze starała się ją ukąsać, to wystawia tę hipotezę na łatwy strzał, bo używa czasami argumentów ... które są z punktu widzenia tej twardej nauki łatwe, stosunkowo łatwe do obalenia.
Popełnia tam sporo błędów. Cóż, jeżeli następuje walka i nauka nie lubi tej hipotezy, to wszelkie błędy będą wykorzystane przeciw autorowi. I tak się niestety chyba dzieje. Takie mam wrażenie. Nie wiem, jak ty, Piotrze.
[02:45:00] - Ja mam wrażenie bardzo podobne. Tak jak już powiedziałem, nie chciałbym też tego powtarzać, lekki archaizm, ale ta książka trąci myszką troszeczkę, jest chaotyczna. To też jest ogromny problem. Jeżeli mówimy o pytaniu postawionym w tytule, to ja bym odpowiedział Dänikenowi pytaniem na pytanie, bo on się zastanawia, czy się mylił, a ja się zastanawiam, co on raczej próbował powiedzieć, bo ta metoda dänikenowska w tym przypadku zasypywania człowieka faktami, może nie faktami, tylko doniesieniami, argumentami podważającymi ogólną wersję historii, ale wiodącymi w bardzo różne strony, to jest zły wybór, bo nie wiem, czy jest wspólny link, wspólny mianownik dla Borobuduru, Ezechiela i Vimana. Oczywiście można zacytować kolegę Dänikena, pana Tsoukalosa i powiedzieć: „Jak to nie ma związku? It's aliens, to wszystko kosmici”. Natomiast nie. Ta książka jest słaba i pokazuje nam największą bolączkę Dänikena. To znaczy nieuporządkowanie tego wszystkiego, postawienie raczej na lansowanie pewnej wizji aniżeli zgłębianie tego wszystkiego z perspektywy historycznej, bo tak naprawdę są takie elementy, gdzie paleoastronautyka się broni w jakiś sposób. Może nie tyle, że znajdujemy stuprocentowe dowody, ale jest w stanie ta koncepcja o ingerencji z kosmosu być brana pod uwagę.
Natomiast on robi to w taki sposób bardzo, nie wiem, jak to nawet powiedzieć, manifestacyjno-zaczepny. To znaczy on zaczepia to środowisko naukowe i dobrze wie, że ono się nigdy z nim nie zgodzi. Natomiast ta narracja ma swój niezaprzeczalny plus, że to jest show. To jest prosty podział za i przeciw. Możesz się zgodzić, możesz się nie zgodzić, możesz go kochać, możesz go nienawidzić, a świat jest naprawdę bardziej skomplikowany. I to jest też w jakiś sposób pewna metoda dänikenowska numer dwa. To jest pewna gra z czytelnikiem, która odpowiada za sukces na rynku wydawniczym, który on osiągnął. Bo kiedy się złapie kogoś, kto wierzy w stu procentach, kiedy cały czas się manipuluje w jakiś sposób albo emocjami, albo mówi, że nauka to, nauka to, to ten człowiek, ten czytelnik ma już trochę wodę w mózgu tak naprawdę. To już jest mało merytoryczne w pewnym momencie, to się przekłada na jakieś emocje. Dzisiaj Däniken jest bardzo leciwą personą, już nawet bardzo.
Z pewnością fascynująca byłaby próba odpowiedzi na postawione pytanie z dzisiejszej perspektywy. Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe. Oczywiście z ujęciem tego, co próbuje zaimplantować w ludzkiej świadomości projekt Disclosure, ale wydaje mi się, że z takiej perspektywy lat, z tej perspektywy dzisiejszej Däniken jest już jednak mocno archaicznym autorem. Pewnie jego obrońcy powiedzą, że to jest jakaś kpina, czy to jest jakiś atak na niego, ale po prostu trzeba do tych książek wrócić i widzi się, że to już są rzeczy sprzed naprawdę dziesiątek lat.
[02:48:38] - Piotrze, ja powiem w ten sposób. Ja teraz coś dobrego chciałbym powiedzieć o Dänikenie. Otóż w warstwie faktograficznej on bardzo często, tak jak to powiedziałeś, to się zestarzało bardzo. Argumenty, które przytacza, czasami są argumenty, które nie wytrzymują próby czasu i konfrontacji ze światem nauki. Cokolwiek byśmy o tym świecie nie sądzili, nie wiem, czy państwo słuchaliście innych audycji, świat nauki jest niejednoznaczny. Bywa naprawdę przydatny i bywa naprawdę merytoryczny, ale bywa też taki rozlazły, żeby nie powiedzieć chwilami głupawy, bo niezainteresowany jakąś obiektywną prawdą naukową, tylko bardziej tytułami, grantami i w ogóle wszelkimi honorami. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że to nie ma tego podziału na dobro i zło, że jest albo zły Däniken i dobra nauka, albo zła nauka i dobry Däniken. To tak w ogóle nie wygląda. Ale miałem powiedzieć o plusach.
Otóż styl Dänikena można polubić, bo to jest, proszę państwa, taka dziwna, ale uwodząca chwilami mieszanka reportażu, publicystyki, pewnej spekulacji. Bo warto sobie też uświadomić, że Däniken to jest autor, który o tym, co go pasjonuje, pisze właśnie z pasją. Pisze z pasją i pisze sugestywnie. Ta sugestywność jest szczególnie niebezpieczna, bo jak człowiek pójdzie za tą narracją, to łyka wszystko jak pelikan. Trzeba tam dobrze się wysilić i włączyć krytyczne myślenie, nie podążać za erudycją Niewątpliwą erudycją autora, ale właśnie włączyć sobie pewne hamulce i powiedzieć sobie: zaraz, zaraz, ale jak to było? Bo właśnie on jest sugestywny i tym przyciąga wielu czytelników. Moim zdaniem to jest jego przepis na sukces, w tym wypadku wydawniczy tak naprawdę. Owszem, on jest sugestywny, ale bardzo często tą sugestywnością nadrabia brak twardych dowodów. Bo umówmy się, tych dowodów twardych jest bardzo niewiele, jeśli w ogóle można powiedzieć, że są. Dlatego ta książka została bardzo mocno skrytykowana przez środowiska naukowe.
I powtarzam, ta krytyka nie jest bezpodstawna, bo myślę, że w tej książce odnajdziecie państwo, proponuję takie małe zawody, szukajmy błędów albo szukajmy jakichś przeinaczeń, bo te błędy merytoryczne, jakieś błędy polegające na nadinterpretacji, one tam są. Co więcej, tam są błędy, tu się opieram już na wiedzy mądrzejszych ludzi ode mnie, błędy polegające na manipulacji cytatami. I to już jest rzecz, która bardzo często jest również zarzucana Zechariah Sitchinowi. I podobnie jest u Dänikena. On czasami w niektórych cytatach widzi coś, czego tam nie ma, albo też tak ustawia te cytaty, żeby tam to coś się znalazło. Ale jedną rzecz trzeba podkreślić: styl pisania, o którym już wspomniałem, sprawił, że zarówno ta książka, jak i wcześniejsze, są niezwykle popularne wśród czytelników, którzy są tymi wszystkimi teoriami zainteresowani. I to rzecz, którą trzeba Dänikenowi oddać. Tak, von Däniken łączy fakty, tak jak już mówiłem, spekulacje i domysły często sugeruje, że jakiś na przykład brak pełnych wyjaśnień to jest dowód na interwencję obcych. Nie do końca i nie zawsze. Przynajmniej niektóre przykłady bywają mocno wątpliwe.
I to, że coś nie jest w pełni wyjaśnione, jeszcze nie wynika z tego, że to jest dowód na interwencję obcych. Däniken operuje bardzo często i to też jest pewna manipulacja, taką retoryką, weźmy tu duży cudzysłów, „uczciwego sceptyka”. Pyta na przykład: a jeśli się nie mylę? I buduje taką atmosferę tajemnicy. I tak naprawdę Däniken bardzo często redukuje różne teksty. Ta redukcja polega na odwoływaniu się do niewiedzy starożytnych, czyli starożytni nie do końca wiedzieli, o czym piszą, ale my dzisiaj wyinterpretowujemy z tego, co pisali, to, co oni naprawdę widzieli. Poza tym ja mam takie wrażenie, że w bardzo wielu miejscach Däniken bywa taki eurocentrystyczny, w sensie odwołanie do naszej kultury, tylko naszej. To chyba czasami powoduje różnego rodzaju błędy, ale tu mogę się mylić, tu nie mam pewności. To na razie jest takie moje młode przemyślenie, ale myślę, że warto tę książkę przejrzeć, może przeczytać z dużą, naprawdę z dużą dozą krytycyzmu.
[02:54:22] - Tak. A ja nadal stoję na stanowisku, że to jest jednak jedna z gorszych książek Dänikena. Mniej lotna, momentami tak jakby pisana na kolanie. To odwrócenie szyku, czyli mówienie o teraźniejszości nie dodaje tak naprawdę niczego. To jest teraźniejszość, ale teraźniejszość sprzed niedługo będzie chyba 40 lat, także dawno, dawno.
[02:54:52] - Proszę państwa. No i czas na przypominajkę. Przypominajkę dotyczącą ABW, czyli Antologii Bibliotekarium Warsztat. To właśnie jak to odmienić? Audycji pod tytułem „Antologia Bibliotekarium Warsztaty”. Ta audycja w swoim czasie ściągała osoby piszące, które gdzieś tam na boku, a czasami nie, pisywały prozę opowiadaniową oczywiście, przysyłały do redakcji, Ivellios czytał. My z Wiktorem Żwikiewiczem omawialiśmy. No i tak się to toczyło. Próbujemy wskrzesić nieboszczkę, czyli zamontować, zainstalować w Bibliotekarium 2.0 ABW. Czy to się uda?
Zobaczymy. Ja nieustannie państwa namawiam do nadsyłania tekstów. Jeśli nawet to są teksty skromniutkie, których się państwo może wstydzicie, może uważacie, że jeszcze nie czas, to nadeślijcie. Mimo wszystko nadeślijcie. Postaram się pomóc. Postaram się wskazać co można byłoby zrobić lepiej. Nie wstyd popełniać błędy. Wstyd to chyba przy nich trwać. A jeśli mogę służyć jakimś swoim doświadczeniem, jakimś swoim doradztwem, to właśnie chciałbym to robić. Dlatego pod audycjami od pewnego czasu pojawiają się zachęcajki, pojawia się mail: redakcja.bibliotekarium@gmail.com.
Na ten adres proszę nadsyłać opowiadania. Będziemy się tym opowiadaniu przyglądać. Dzisiaj w ramach zachęcajki chciałbym państwu zaprezentować, a właściwie to nie ja, tak naprawdę będzie państwu prezentował to opowiadanie Marek Sęk "Ivellios", opowiadanie mistrza amerykańskiej science fiction Jamesa H. Schmidta „Pilnuj nieba”. Bardzo dobre opowiadanie. To opowiadanie pochodzi z odcinka 85 ABW z 8 stycznia 2021 roku. Proszę państwa, ile to już czasu! Ale to normalne. Czas upływa. To ja zapraszam państwa na tekst, który powinien -- ważę słowa w tej chwili, bo to jest tekst mistrza.
Nie po to, żeby państwa zniechęcać, tylko pokazywać, że czasami bardzo proste treści, bo to jest bardzo proste opowiadanie w gruncie rzeczy, mogą być interesujące, zajmujące, wciągające. Nie miejcie państwo kompleksów, pomimo że Schmidt to był mistrz amerykańskiej science fiction, znowu tej złotej ery, to wierzcie mi państwo, wyobraźnia nie ma monopolu. I to nie jest tak, że jak Schmidt sobie kiedyś coś wymyślał, to państwo już nie macie do tego prawa albo już nic nowego nie wymyślicie. To są bajki. Słuchajcie zatem państwo opowiadania „Pilnuj nieba” i planujcie napisanie kolejnych opowiadań.
[02:58:16] - James H. Schmitz „Pilnuj nieba”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Stary, pokiereszowany na wojnie pistolet Gistów, należący do wujka Williama Bonesa sprawiał wrażenie, że na jakimś etapie produkcji dziwacznie go powyginało we wszystkie strony. Zachował się niemal bez uszkodzeń w jednym kompletnym fragmencie. Miał dwie krótkie i grube, bliźniaczo podobne lufy, całe porysowane i poznaczone dziobami, a do umocowanego za nimi pustego magazynka można było ładować standardowe zasobniki energetyczne. Do tego kolba nadająca tej broni obcych jej osobliwy wygląd. Miała prawie 18 cali długości i w pewnym miejscu gwałtownie przekrzywiała się w prawo. Była zbyt cienka i miała zbyt wiele rozmaitych wypukłości, aby niezależnie od tego, gdzie się ją chwyciło, wygodnie pasowała do ludzkiej dłoni. Minęło już ponad pół wieku, odkąd zaciskały się na niej błoniaste i pozbawione kości palce jej pierwotnego właściciela oraz ostatni rażącego śmiertelnym błyskiem promieniowania swoich ludzkich wrogów.
Teraz wisiała nad kominkiem na ścianie w salonie, pomiędzy innymi osobliwościami zebranymi przez wujka Williama. A dzisiaj, jakieś osiem lat po śmierci wujka Williama, Phil Bones, rzucając na nią ukradkowe spojrzenia zmrużonymi z zadumę oczyma, myślał o tym, że ta stara wojenna pamiątka spokojnie mogłaby się stać kluczowym czynnikiem w rozwiązaniu problemów kolonialnej planety Roy. Przesunął palcem po matowej, powyginanej konstrukcji. Nachylił się bliżej, by odcyfrować wyrytą starannym pismem inskrypcję: „Trofeum z bitwy pod Gunderlandem, Anno 2172, sergeant William G. Bones”. Po chwili, wychwytując uchem znajomą serię stukoczących odgłosów dobiegających z korytarza, szybko się wyprostował i odwrócił. Kiedy do pokoju wtoczył się fotel na kółkach ciotki Beulah, Phil siedział już przy niskim stoliku do herbaty, odwrócony plecami do kominka. Szerokie, elastyczne opony fotela pozwoliły lekko wyprostowanej Beulah łagodnie pokonać trzy stopnie i zjechać do niżej położonej części salonu pomimo jej 96 lat, które czyniły ją jedyną żyjącą osobą z grona pierwotnych osadników przybyłych na Roy z Ziemi. Postukała palcami po kilku klawiszach na poręczach fotela, zwinnie nim wykręcając i zatrzymując precyzyjnie tuż przy stoliku do herbaty. „Dzwoniła Suzanne Fine” — zdała mu relację.
— „A jeśli chcesz wiedzieć, ona ma zupełnie inne zdanie niż ty, stąd twoją opieką nade mną. Dalej, Phil, skończ wreszcie ten placek. Na pewno nie zaszkodzi takiemu silnemu mężczyźnie jak ty. Dam ci jeszcze parę ciasteczek. Właśnie się pieką. Zabierzesz ze sobą”. Phil uśmiechnął się. „Twoje wypieki same w sobie warte są podróży z Fort Roy, ciociu”. Beulah wyglądała na zadowoloną. „Mogę dzisiaj zrobić przynajmniej tyle dla mojego stryjecznego praprawnuka, nieprawdaż?” Phil po chwili powiedział: „Czy zastanawiałaś się może trochę nad przeprowadzką do Fort Roy?” Beulah zacisnęła swoje cienkie wargi.
„Mój Boże, Phil, nie chciałabym cię znowu rozczarować, ale w miejskim mieszkaniu czułabym się zupełnie nie na miejscu”. „Doktor Fitzsimmons by się ucieszył” — zauważył Phil. „Och, ten. To kolejny stary, dokuczliwy zrzęda. Chce mnie zaciągnąć do szpitala. Niedoczekanie jego”. Phil, śmiejąc się, pokręcił bezradnie głową. „Pomimo wszystko praca na ranczu tupy... Nonsens. Ranczo wymaga akurat tyle uwagi, by zabić trochę czasu.
W każdym razie i tak wszystko robią maszyny, a Suzanne zagląda tu każdego ranka, by trochę pogawędzić i upewnić się, że nadal ze mną wszystko w porządku. Nigdy oczywiście tego nie przyzna, ale jeśli tylko wbije sobie do głowy, że czymś trzeba się zająć, to cała rodzina Fine'ów zjawia się tu najpóźniej za godzinę i to robi. Naprawdę nie ma powodu, żebyś co dwa miesiące przesyłał tu z Fort Roy kilkunastu ludzi do zbierania tupy”. Phil wzruszył ramionami. „Jak dotąd jeszcze nikt nie wymyślił żadnego prostego sposobu na wykopywanie tych korzeni, a ZPK z chęcią dostarcza ludzi.” „Ponieważ jesteś jego prezesem?” „Mhm.” „I naprawdę nic cię to nie kosztuje?” Z powątpiewaniem spytała Beulah. „A licenta? Pozwól, że cię zapytam. To, co stworzyłeś, ten Związek Pracowników Kolonii.” Phil skinął potakująco głową. „Tak, to oficjalna nazwa.” „Jakie były faktyczne powody jego utworzenia?” „Łatwo na to odpowiedzieć” – powiedział Phil. – „W dniu, w którym populacja planety przekroczyła poziom 40 000 ludzi, Roy uzyskało prawo do utworzenia własnego związku zawodowego.
Dlaczego więc nie mielibyśmy z niego skorzystać?” „A niby jakie są z tego korzyści?” „Choćby kwestia większych środków, jakie dostaniemy z Ziemi. Na 200 000 członków ZPK, jakich mamy obecnie w Fort Roy, w tym miesiącu 75% była bez pracy. Następnym statkiem przylecą zasiłki rekompensacyjne z Urzędu Terytorialnego.” Uśmiechnął się szeroko, widząc wyraz jej twarzy. „Oczywiście chłopaki mogliby wrócić na rancza Tupy, ale nie każdy lubi takie życie, tak jak ty czy Finayowie.” „I rząd Ziemi naprawdę pozwoli, by uszło wam to płazem?” – z ciekawością spytała Beulah. – „Przecież zawsze znani byli ze swojej ciężkiej ręki.” „I nadal są znani, ale takie jest prawo. Nawiasem mówiąc, Urząd Terytorialny płaci również pensję prezesom wszystkich ZPK. W tej chwili nie wyciągam zbyt wiele, ale płaca pójdzie w górę wraz ze wzrostem liczby członków i nowymi obowiązkami.” „Jakimi obowiązkami?” „Na razie stworzyliśmy organizację szkieletową” – wyjaśnił Phil. – „Teraz, kiedy w końcu rząd Ziemi być może zdecyduje się na utworzenie tu wielkiej bazy wojskowej, będą potrzebować w ciągu paru miesięcy 100 000 cywilów, aby bez problemów i zamieszania wszystko przystosować do warunków panujących na Roy. To jest prawdziwy powód tej całej ich hojności.” Beulah prychnęła z niedowierzaniem. „Wielka baza.
Już to widzę. Odkąd tu przybyłam, nie było jeszcze takiego półrocza, żeby ktoś nie zaczął opowiadać, że Fort Roy ma zostać przekształcone w bazę wojskową klasy A i to już w najbliższym czasie. Phil, nie obraź się, ale to się nigdy nie stanie. Roy jest rolniczą planetą i taką już zostanie.” Phil wydął wargi. „No cóż, nie traćmy nadziei.” „Ja nie pragnę żadnych zmian” – powiedziała Beulah. – „Podoba mi się Roy taka, jaka jest.” Spojrzała na przycisk na poręczy fotela, który właśnie zaczął pobłyskiwać lekkim, jasnoniebieskim światełkiem. „Ciasteczka są gotowe” – oznajmiła. – „Phil, czy jesteś pewny, że nie możesz zostać na kolacji?” Phil spojrzał na zegarek i pokręcił przecząco głową. „Bardzo bym chciał, ale naprawdę muszę już wracać.” „A więc pójdę zapakować trochę ciasteczek dla ciebie.” Beulah wykręciła fotelem i ruszyła nim po schodkach w górę, a potem wyjechała przez drzwi. Phil szybko poderwał się na nogi.
Podszedł do kominka, rozłożył płaszcz i odpiął od jego wewnętrznej podszewki elastyczny przedmiot w kształcie płaskiego pudełka. Położył go na płaszczu i przekręcił o pełny obrót w prawo jedną z trzech małych gałek znajdujących się na jego przedniej ściance. W tej samej chwili ze wszystkich czterech rogów pudełka wyskoczyły nóżki, podnosząc je z płaszcza w górę tak, że stało się jakby miniaturowym stolikiem. Phil rzucił spojrzenie w kierunku drzwi, za którymi znikła Beulah. Przez chwilę uważnie nasłuchiwał, a następnie zdjął ze ściany pistolet G-Stow, położył go ostrożnie na wierzchu urządzenia i przekręcił drugie pokrętło. Dziwacznie wyglądająca broń powoli zaczęła się zapadać, przenikając przez powierzchnię urządzenia Phila jak tonący w błocie kamień. Po kilku sekundach zupełnie znikła, a chwilę później zaczęła wyłaniać się po spodniej stronie pudełka. Phil poczekał, aż pistolet G-Stow spadnie w jego dłoń. Odwiesił go na ścianę dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdował się wcześniej, po czym przekręcił trzecią gałkę. Pudełko wciągnęło swoje podpory i opadło na płaszcz.
Phil przypiął je z powrotem do podszewki płaszcza, złożył go i stanął na środku pokoju, czekając, aż ciocia Beulah wróci z ciasteczkami. To naprawdę interesujące, że kilka śmiałych umysłów mogło być wszystkim, co było potrzebne do zupełnej odmiany losów całej planety – rozmyślał kilka chwil później Phil Bones, kiedy jego samochód powietrzny leciał w górze ponad skalistym, bezlitośnie chłostanym przez fale brzegiem morza. Wystarczyło kilka umysłów z wyobraźnią, by dostrzec, jak można odmienić otaczające ich warunki. Po jego lewej ręce widać było już płaską wstążkę leżącego niemal na poziomie morza półwyspu. Jego wąski początkowo koniec rozbiegał się i wypiętrzał, tworząc szeroki i skalisty cypel, na którym leżało Fort Roy – jedyne miasto na planecie, większe zarówno pod względem rozmiarów, jak i znaczenia od obskurnych leśnych osad. Ale tak naprawdę Fort Roy ani nie było duże, ani nie miało specjalnego znaczenia. Baza wojskowa klasy F, wokół której w ciągu lat stopniowo rozrosło się luźno porozrzucane miasteczko Fort Roy, była typowym dla ery kosmicznej punktem handlowym wiążącym mieszkańców Roy z potężną planetą matką i posterunkiem, z którego okresowo i bez przeszkód można było patrolować inaczej kompletnie pusty i zupełnie nieistotny 132. segment terytoriów kosmicznych. I nie była niczym więcej. Dwa razy w miesiącu w niewielkim porcie kosmicznym lądował statek z Ziemi, dostarczając zapasy, zakupy, sporadycznie grupy żołnierzy, którym zmieniono przydział i cywilów.
Ci ostatni, jak podejrzewano, z reguły byli wyciągani spośród posiadających na Ziemi klasyfikację „niepożądani”. Statek odlatywał w kilka dni później z ładunkiem powrotnym złożonym z kilku lokalnych produktów, na które był popyt poza planetą, przede wszystkim z wartościowych pod względem medycznym korzeni tupy. Potem Fort Roy mogło dalej pławić się w błogim spokoju. Kolonizacja planety nie była błędem. Zasadniczo miała ona wszystko, co było potrzebne do tego, by stać się prosperującą kolonią w każdym tego słowa znaczeniu. Wszystkiemu winna była wojna z Jistami. Miała ona okresy, w których wybuchała potężnym płomieniem i okresy, w których zdawała się przygasać. W czasie ostatniej dekady właśnie ponownie przygasła. Jednym z wczesnych jej wybuchów, jednym z najgorszych i w dodatku tym, które przyniósł płomień wojny najbliżej Ziemi, była bitwa pod Gunderlandem, w której zdobyty został pistolet, trofeum wujka Williama Bolsa. Nigdy jednak nawet się nie zbliżyła do Roy.
Jej teatrem była dokładnie przeciwległa część gigantycznej sfery terytoriów kosmicznych, a przez lata stopniowo oddalała się w przeciwnym kierunku. A w związku z tym całe ogromne bogactwo Ziemi, jej siła robocza, materiały i pieniądze pompowane były w kosmosie, w kierunku, w którym przemieszczała się wojna z Jistami. Planety nawet nie w jednej dziesiątej tak atrakcyjne jak Roy. Planety, na których podstawowe warunki dla przetrwania życia ludzkiego były tuż powyżej punktu niemożliwych do zniesienia, były zasiedlane i utrzymywane, wyposażane we wszystko, czego tylko zechciały, tylko po to, aby zamienić się w samowystarczalne, gigantyczne twierdze, a ich mieszkańcy nie burzyli się z powodu swojego losu. Kiedy rząd Ziemi nie liczył się z wydatkami, życie niemal w każdym miejscu mogło stać się znacznie bardziej niż znośne. I takie właśnie były przyczyny, które skazały Roy na utratę znaczenia. Nie każdy zdawał sobie z tego sprawę. On, Phil Bols, rodowity syn tej ziemi, rozumiał to doskonale. Miał skłonności do manipulowania innymi, a nie dawano mu odpowiedniej okazji do tego, by mógł je ćwiczyć. A więc okoliczności musiały ulec zmianie, a szczególny czas dla dokonania tej zmiany właśnie się zbliżał.
Sam Phil nie był co prawda świadom wszystkich czynników związanych z tą sytuacją, ale wiedział o dostatecznie wielu z nich. Na Ziemi pewna polityczna sprawa zmierzała właśnie w kierunku krawędzi szczególnej niestabilności. Na skutek tego kilka dni temu w Fort Roy wylądował statek z Ziemi, który nie był jednym z regularnie kursujących tu frachtowców. Pośród jego pasażerów byli komisarz Sanford z Urzędu Terytorialnego, dobrze znany polityk i pan Ronald Black, popularny i przedsiębiorczy posiadacz drugiego co do wielkości na Ziemi systemu rozpowszechniania wiadomości. Udali się we wspólną podróż w celu zebrania informacji na temat luźno porozrzucanych kolonii w tej odległej części terytoriów i w końcu dotarli do najodleglejszego ze wszystkich, 132. segmentu i Roy. To był pierwszy z czynników. Kolejny z nich Phil mógł właśnie zobaczyć 20 000 stóp poniżej. Teraz, kiedy samochód powietrzny po raz trzeci dostojnie przelatywał nad środkową częścią półwyspu, znajdował się on niemal bezpośrednio pod nim. Z wysokiego pułapu wyglądał jak nieregularne brązowe koło, wyraźnie odznaczając się na tle prawie białego piasku półwyspu.
Z niższego najbardziej chyba przypomina połamaną i na wpół porozbijaną spiralę muszli gigantycznego ślimaka z podstawą głęboko zatopioną w ziemi i postrzępionym wierzchołkiem wznoszącym się na wysokość 12 pięter. Budowla ta popularnie określana była w Fort Roy jako ruiny. Przypuszczano, że była ostatnim bastionem na wpół inteligentnej rasy tubylczej na Roy, która prawdopodobnie wymarła mniej więcej wiek przed przybyciem Ziemian. Z kolei czynnik związany z ruinami polegał na tym, że ich badania były hobby, któremu namiętnie oddawał się porucznik Norman Vaughn, oficer naukowy Fort Roy. Dodajmy do tych rzeczy powody, dla których ziemscy stratedzy nie uznawali za konieczne podjęcia poważniejszych wysiłków obronnych na Roy. Olbrzymie odległości od wszystkich regionów, w których spodziewano się kłopotów i absolutnie kompletne nieprawdopodobieństwo tego, że okręty Jistów mogłyby znaleźć się dostatecznie blisko, aby odkryć, że była to kolejna planeta dobrze przystosowana do życia zarówno dla ich rasy, jak i dla istot ludzkich. I wreszcie czynnik ostatni. Urządzenie przypięte do podpinki płaszcza Phila. Bardzo specjalny aparat fotograficzny, który przechowywał obecnie zapis wrażeń zmysłowych wywoływanych przez pamiątkową broń wujka Williama. Składając to wszystko razem, jak z entuzjazmem rozmyślał Phil, wyczarują one w najbliższej przyszłości ciekawe możliwości rozwoju dla Roy.
Ponownie spojrzał na zegarek, zawrócił samochodem powietrznym i skierował się z powrotem w stronę lądu. Plantacje tupy ciotki Beula, podobnie jak i rodziny Philly'ów znajdujące się dwie mile dalej pod górę, stopniowo przesunęły się na wschód i dalej przez 20 minut leciał wzdłuż obszarów położonych nad brzegiem morza. Tutaj, w dzikim, pozbawionym farm regionie, położony na krawędzi wysokiego klifu opadającego niemal 900 stóp w dół w stronę wirujących spienionych fal przepływu, stał niewielki, dobrze utrzymany domek, będący własnością małej, szczupłej damy mieszkającej w Fort Roy o nazwisku Celia Adams. Celia przyleciała tu z Ziemi sześć lat temu, niemal na pewno jako niepożądana. Chociaż o tym mogli wiedzieć jedynie urząd terytorialny oraz sama Celia. Ten aspekt kolonii karnych na światach takich jak Roj traktowany był przez Ziemię z pewną dozą taktu. Phil podleciał do domku jedynie na tyle blisko, aby upewnić się, że zaparkowany był przed nim ciemnozielony samochód powietrzny należący do majora Wayna Jacksona, oficera administracyjnego i zastępcy komendanta Fort Roj. Był on kolejnym rodowitym mieszkańcem planety i starym znajomym Phila. Potem zawrócił i dziesięć mil dalej na południe obniżył lot, chowając się w lesie, a następnie wykonał drugie, bardziej skryte podejście pod osłoną drzew. Na tym terenie mogli się trafić jacyś przypadkowi obserwatorzy, a chociaż jego dzisiejsze spotkanie z Jacksonem i Celią Adams niczego jeszcze nie zdradzało, lepiej byłoby, gdyby nikt o nim nie wiedział.
Wylądował samochodem w lesie kilkaset jardów od domku Celii. Przewiesił przez ramię strzelbę i ruszył w drogę zarośniętą ścieżką. Dookoła znajdowały się obszary łowieckie i gdyby wpadł na kogoś obcego, strzelba mogłaby tłumaczyć jego obecność. Kiedy doszedł do miejsca, z którego widać było już domek, stwierdził, że Celia i jej gość siedzą z tyłu na osłoniętym patio, a przed nimi stoją drinki. Jackson ubrany był w strój myśliwski. Phil cicho poczekał między drzewami, obserwując przez kilka sekund pozostałą dwójkę, doświadczając ostatnich rozterek i wahań przed wykonaniem nieodwracalnego kroku. Przez jego umysł przewędrowało z wolna szereg spraw. Ich plan był naprawdę poważną rzeczą. To był przekręt, który powinien przynieść daleko idące skutki na gigantyczną skalę. A gdyby rząd Ziemi domyślił się, że został oszukany, sprawa mogłaby stać się bardzo nieprzyjemna.
Twardogłowi biurokraci z centrali zazwyczaj nie zawracali sobie głowy zbieraniem dowodów przeciwko tym, których o coś podejrzewali. Wystarczyło samo podejrzenie. Poszczególne osoby czy grupy ludzi, na których padł cień wątpliwości, spychani byli niemal mimochodem na boczne tory egzystencji i tam już pozostawali. Wygrzebanie się z takiego położenia i powrót do gry były bardzo trudne. W głębi świadomości Phil doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale w konfrontacji z wyrastającym ze wspaniałej bezczelności planu podekscytowaniem wydawało się to kompletnie bez znaczenia. Ta może nieco chłopięca lubość, że dało się przeprowadzić jakieś zyskowne przedsięwzięcie pomimo potęgi i władzy przeciwników naprawdę podniecała. Nawet w tej chwili jego rozterki wynikały raczej tylko z naturalnej ostrożności, która nakazywała w tym ostatnim momencie refleksji wziąć pod uwagę istniejące zagrożenia. Oczywiście nie chciał ściągać na siebie dezaprobaty rządu Ziemi, ale czemu miałoby się tak stać? Na całym Roj o wszystkim wiedziały jedynie trzy osoby: Wayne Jackson, Celia Adams i on sam. Cała trójka miała coś do zyskania, każdy na swój sposób, a wszyscy byliby na równi odpowiedzialni za cały przekręt.
Nie ma więc szansy na niedyskrecje albo spóźnione żale. W każdym przypadku oznaczałoby to przekreślenie również ich własnych interesów, a ze strony innych ludzi zaangażowanych w przedsięwzięcie niebezpieczeństwo zdrady było znikome. Ich korzyści były dużo większe, ale w związku z tym mieli również dużo więcej do stracenia. Powinni podjąć wszystkie niezbędne kroki, aby zapewnić im swoją ochronę i zrobić wszystko, co się tylko da w celu zapewnienia opieki Philowi Impulsowi. „W jaki sposób udało ci się to wszystko przeszmuglować na Roj?” — spytał Phil. Jednym haustem wypił połowę drinka, który podała mu Celia i teraz, w kilka minut później, zaczynał odczuwać to, co w innych okolicznościach mogłoby zostać określone jako przyjemna jasność umysłu. Nie do końca jednak usunęła ona świadomość, że właśnie teraz będzie musiał zaangażować się w działania, z których nie będzie już odwrotu. Celia odrzuciła z czoła niepokorny kosmyk czerwonobrązowych włosów i spojrzała na niego. Miała szczupłą, ładną twarz, której wrażenie psuły nieco oznaki stanowczości dookoła ust, w tej chwili nieco bardziej widoczne niż zazwyczaj. Phil stwierdził, że musiało ją dręczyć napięcie podobne do tego, jakie sam odczuwał i pewnie dokładnie z tych samych powodów.
Nie był tego już taki pewien w odniesieniu do majora Wayna Jacksona, wielkiego, swobodnie zachowującego się mężczyzny ze spokojnym uśmiechem na twarzy i przyjemnym, pewnym głosem. Głos może nieco zbyt mocno wpadał mu w serdeczne tony, ale to było wszystko. „Nie zrobiłam tego” — odparła Celia. — „To należało do Franka. Jak mu się udało załatwić, że przywieziono to z Ziemi razem z nim lub za nim, nie mam pojęcia. Nigdy mi tego nie powiedział. Kiedy umarł kilka lat temu, przejęłam to wszystko po nim”. Phil z namysłem przyglądał się rządkowi tajemniczych urządzeń pokrywających przed nią niemal połowę stołu. Aparat fotograficzny, którym zrobił odbitkę broni Gistów w saloniku cioci Beulah, pochodził z tego właśnie zestawu i teraz stał się wewnętrznym elementem największego z urządzeń. „Jak to ustrojstwo się nazywa?” — zapytał.
Celia sprawiała wrażenie z lekka poirytowanej. Jackson jednak roześmiał się i powiedział: „Dlaczego by mu nie powiedzieć? Phil czuje się tak samo jak my sami. To ostatnia szansa, aby wszystkiemu jeszcze raz się przyjrzeć, upewnić się, że nikt nie nawalił. Sprawdzić, czy czasami coś nie poszło źle. Nieprawda, Phil?”. Phil przytaknął głową. Coś w tym stylu. Celia przegryzła wargę. „W porządku” – powiedziała.
– Wydaje mi się, że to i tak nie ma znaczenia, przynajmniej w porównaniu z innymi sprawami. – Popukała palcem w jedno z urządzeń. – Ta maszyna to duplikator. Ten egzemplarz ma już około 60 lat. Są one utajnione jako urządzenia pozwalające na dokonywanie fałszerstw. Ich posiadanie, budowa lub użycie przez osoby prywatne jest zdecydowanie nielegalne. A dlaczegóż to? Ponieważ fałszerstwa to generalnie wszystko, do czego się nadają. Frank był jednym z najlepszych fachowców zajmujących się tymi sprawami, dopóki pewnego pięknego dnia nie stwierdził, że znajduje się na liście przeznaczonych na zsyłkę. Phil zmarszczył brwi w zamyśleniu.
– Ale jeśli to urządzenie jest w stanie skopiować każdy wyprodukowany przedmiot... – Może to zrobić, ale koszty są średnio 50 razy wyższe niż w przypadku zwykłej reprodukcji bez jego użycia. Użycie duplikatora nie ma sensu, chyba że chcesz uzyskać kopię, która jest całkowicie nie do odróżnienia od oryginału. – Rozumiem. – Phil milczał przez chwilę. – Po 60 latach... – Nie martw się, Phil – wtrącił Jackson. – To urządzenie jest w doskonałym stanie. Sprawdziliśmy je na wielu próbkach. – Skąd wiecie, że kopie rzeczywiście były nie do odróżnienia?
Celia odparła z niecierpliwością: – Ponieważ ta maszyna właśnie w ten sposób działa. Kiedy broń dżistów przeszła przez płytę modelu, została dokładnie przeanalizowana co do każdej najdrobniejszej molekuły. Na podstawie tej analizy zostanie teraz zbudowany duplikat. Każdy kawałeczek każdego elementu użytego w oryginale zostanie teraz z powrotem dokładnie odtworzony. Jak myślisz, dlaczego to cholerstwo jest takie drogie? Phil wyszczerzył zęby w uśmiechu. – W porządku. Udało się wam mnie przekonać. W jaki sposób pozbędziemy się tej inskrypcji? – Ta maszynka da sobie z tym radę – odparł Jackson.
– Odetnie ten brzeg, przekształci obciętą powierzchnię, aby pasowała do reszty. – Uśmiechnął się. – Dzięki temu życie ziemskiego fałszerza może stać się naprawdę łatwe, co? – I takie jest, dopóki go nie capną – krótko ucięła Celia. Skończyła swojego drinka, odstawiła kieliszek na stół i dodała: – My również mamy do ciebie kilka pytań, Phil. – Oryginał broni – powiedział Jackson. – Według ciebie nie ma najmniejszego powodu, żeby oczekiwać dochodzenia. Ale gdyby mimo wszystko zaczęło się toczyć, nasze głowy nie będą wiele warte, jeżeli nie pozbędziemy się tego dosyć oczywistego dowodu winy. Phil wydął wargi. – Tym bym się specjalnie nie przejmował.
Poza Beulą nikt nie ogląda kolekcji osobliwości wujka Williama. Większość z nich to po prostu kompletne śmieci i prawdopodobnie tylko ona, wy i ja wiemy, że wśród tych rzeczy znajduje się broń dżistów. Wszyscy kumple Williama poumierali jeszcze przed nim, a gdyby pistolet zniknął teraz, Beula mogłaby narobić hałasu. A to, ponieważ rząd Ziemi spowodował, że posiadanie artefaktów dżistów jest nielegalne, mogłoby przyciągnąć czyjąś uwagę. Jackson w zamyśleniu dotknął podbródka, mówiąc: – Oczywiście zawsze znajdzie się jakiś sposób, aby się upewnić, że Beula nie narobi kłopotów. Phil zawahał się lekko. – Doktorowi Simmons daję Beulę jeszcze co najwyżej trzy miesiące – powiedział. – A za niemal cud będzie uważał, jeżeli najpóźniej w ciągu następnych ośmiu tygodni nie wyląduje ona w szpitalu. Powinno to być jeszcze na tyle wcześnie, żebyśmy mogli zaopiekować się bronią. – Powinno być – zgodził się Jackson.
– Jednak gdyby jakimś trafem śledztwo rozpoczęło się wcześniej? Phil spojrzał na niego, a potem odparł spokojnym, równym głosem: – Wtedy zrobimy wszystko, co będzie konieczne. To nie będzie specjalnie przyjemne, ale mój tyłek siedzi w tym równie głęboko jak twój. Celia roześmiała się. – Z tego właśnie powodu możemy czuć się dosyć bezpiecznie – zauważyła. – Wszyscy tu obecni co do jednego jesteśmy kompletnie samolubni, a w tej sytuacji nikomu nie można ufać bardziej niż komuś takiemu. Jackson lekko poczerwieniał i uśmiechnął się, spoglądając na Phila. Phil wzruszył ramionami. Major Wayne Jackson, rodzony syn tej ziemi, zastępca dowódcy Fort Roy, przewidziany był jako numer jeden w łańcuchu awansów w przypadku przeniesienia obecnego dowódcy, pułkownika Tyera. Ich wspólnicy na Ziemi mogli to zaaranżować natychmiast, kiedy tylko podjęta zostanie decyzja o przekształceniu Fort Roy w bazę wojskową klasy A.
Sam Phil mógł spodziewać się gwarancji pozostania na stanowisku prezesa CLU i zwiększającej się z roku na rok liczby członków dochodzącej do pół miliona ludzi, a może nawet więcej. Dzięki temu faktycznie mógłby żyć bardzo wygodnie. Celia Adams mogłaby stworzyć dyskretny system pozwalający w przyszłości na kontrolę każdego, najmniejszego nawet przekrętu, oparty na żelaznej protekcji i wymuszonym braku jakiejkolwiek konkurencji. – Wszyscy myślimy jedynie o przyszłości Roy, Celio – przyjaźnie powiedział Phil. – Każde z nas na swój sposób, a przyszłość wygląda dosyć jasno. Faktycznie jedyna rzecz, która może przeszkodzić naszym planom, jaką jestem w stanie dostrzec, znajduje się tu na Roy. Jest nią poczciwy Silas Tyere. Jeżeli nasz pułkownik jutro ukryje fakt odnalezienia broni dżistów Jackson wyszczerzył zęby w uśmiechu i pokręcił przecząco głową. To już zostaw mnie, mój chłopcze, i naszym wielce szanownym gościom z Ziemi. Zaaranżowałem już, że jutro przez cały dzień komisarz Sanford będzie w towarzystwie Thayera załatwiał sprawy urzędu terytorialnego.
Oficer naukowy Wogan szaleje z zachwytu, ponieważ Ronald Black i większość z grupy zbieraczy wiadomości będzie rano zwiedzać jego wykopaliska w Ruinach. Obiecali mu przy tym szerokie nagłośnienie na Ziemi jego teorii dotyczących zniknięcia budowlańców z Roj. Tak się jakoś przytrafiło, że Black poprosił mnie o towarzyszenie całej wycieczce. Pomiędzy Blackiem, Sanfordem, no i oczywiście mną, pułkownik Silas Thayer nie ma najmniejszej szansy wyciszenia odkrycia na Roj broni Dżistów do czasu, aż wojsko nie będzie mogło dokładnie przyjrzeć się całej sytuacji. A jedyną osobą, którą będzie mógł za to winić, jest oficer naukowy Norm Wogan, w stosunku do którego, przyznaję to, czuję się nieco winny. Porucznik Norman Wogan był uczuciowym i sfrustrowanym młodym człowiekiem, któremu grube szkła kontaktowe i szerokie usta nadawały spore podobieństwo do melancholijnej żaby. Podejrzewam, zresztą całkiem słusznie, że dobry oficer naukowy nie zostałby wysłany z Ziemi na Roj, która była planetą całkowicie pozbawioną problemów naukowych jakiejkolwiek istotniejszej wagi i skąd zapotrzebowania na środki dla celów badawczych były przyznawane rzadko i krańcowo niechętnie. Wielkie spiralne ruiny położone na półwyspie Fort Roj były jedyną pociechą Wagana. Wiadomo było również o kilku innych podobnych opuszczonych budowlach znajdujących się na planecie, ale ta była zdecydowanie w najlepszym stanie i bez wątpienia zbudowano ją najpóźniej. Dla niego bardziej niż dla kogokolwiek innego było absolutnie oczywiste, że budowla została wzniesiona w określonym celu i zgodnie z przemyślanym planem.
Stopniowo zgromadził więc potężne stosy notatek mających wspierać postawioną przez siebie teorię, że tajemniczy zaginieni budowniczowie posiadali stopień inteligencji zbliżony do ludzkiego. Niestety ich ciała okazały się być pozbawione wszelkich twardych i trwałych elementów, ponieważ nie udało się odnaleźć niczego, co mogłoby zostać zinterpretowane jako ich szczątki. Również to, co porucznik Wogan uznał za niezaprzeczalne artefakty na poziomie bardzo wczesnych narzędzi ludzkich, dla innych wyglądało jak przypadkowe odłamki i kawałki opoki, wapiennego materiału, z którego zbudowane były same ruiny. Dlatego, chociaż Wogan, jak to określił Jackson, naprawdę szalał wręcz z zachwytu, kiedy Ronald Black, gigant ziemskich mediów informacyjnych, zainteresował się ruinami i jego teoriami na ich temat, uczucie to bardzo szybko zaczęło mieszać się z dotkliwym niepokojem. Jeżeli gości nie przekona to, co im pokaże, taka szansa z pewnością nigdy więcej już się nie powtórzy. A co właściwie miał im do pokazania? Rano, kiedy cała grupa wyruszyła, widać było, że Wogan był w bardzo nerwowym nastroju. Dwie godziny później Wogan wpadł do poczekalni w biurze dowódcy bazy w Fort Roj, gdzie dyżurny podoficer rozpoznał go z najwyższym trudem. Jego oczy lśniły spoza grubych soczewek, twarz była czerwona z emocji i roześmiana od ucha do ucha. Przemknął obok zaskoczonego podoficera, szarpnięciem otworzył drzwi do wewnętrznego gabinetu, w którym siedział pułkownik Thayer razem z komisarzem terytorialnym odwiedzającym placówkę i wpadł do środka.
„Sir.” Podoficer usłyszał, że głos mu drży i nie może złapać oddechu. „Mam dowód. Dowód nie do podważenia. Oni byli istotami inteligentnymi. Nie wymarli z powodu zarazy. Zostali eksterminowani w wyniku wojny. Zostali... Ale niech pan zresztą sam zobaczy.” W tym momencie rozległ się głuchy odgłos uderzenia, kiedy rzucił coś na wypolerowany blat stołu pomiędzy komisarzem i pułkownikiem Thayerem. To zostało wykopane tuż przed chwilą pomiędzy ich własnymi artefaktami. Silas Thayer już był na nogach, wciągając powietrze i przygotowując się do wybuchu, który miał wymieść nieudolnego oficera naukowego z jego biura.
Powstrzymał go dziwny, zdławiony jęk wydobywający się z gardła komisarza Sanforda. Spojrzenie pułkownika przebiegło po jego gościu, a następnie podążyło śladem jego wzroku w stronę leżącego na stole przedmiotu. W jednej chwili pułkownik Thayer zastygł w bezruchu. Wogan bełkotał dalej: „I sir, ja...” „Zamknij się” – warknął ostro Thayer. Sam natychmiast mówił dalej. „Twierdzi więc pan, że ta rzecz została znaleziona w wykopaliskach w Ruinach?” „Tak jest, sir. Właśnie przed chwilą. To jest...” Porucznik Wogan powstrzymał się pod kamiennym spojrzeniem pułkownika, a na jego zarumienionej twarzy zaczął pojawiać się cień świtającego zrozumienia tego, że stwierdził jakieś niesamowite odstępstwo od normalności. Z niecierpliwością oblizał wargi językiem. „Proszę mi wybaczyć na chwilę, sir” – powiedział Thayer do komisarza Sanforda.
Ostrożnie podniósł pistolet Dżistów za jego trudną do pomylenia zakrzywioną kolbę, zaniósł go do znajdującego się w biurze sejfu, włożył do środka i zamknął sejf. Potem wyszedł pośpiesznie z biura. Po wyjściu do sąsiedniego pomieszczenia Thayer wystukał na komunikatorze numer kodowy majora Wayna Jacksona. Usłyszał ciche kliknięcie w momencie, gdy włączył się głośniczek na nadgarstku Jacksona i pośpiesznie powiedział: „Wayne, czy możesz teraz rozmawiać?” „W każdej chwili” – ostrożnie odpowiedział głos Jacksona. Pułkownik Thayer zaczął opowiadać: „Właśnie wpadł mi tu z trzaskiem Norm Wagen z czymś, co jak twierdzi, znalazł podczas wykopalisk. Widział to również Sanford i oczywiście rozpoznał. Być może uda mi się zamknąć mu gębę. Teraz jednak mam kilka pytań. Czy rzeczywiście ta rzecz została właśnie wykopana?” „Najwyraźniej tak było” – odparł Jackson. – „Osobiście nie widziałem, jak to się stało.
Akurat wtedy rozmawiałem z Blackiem. Jest jednak kilkunastu świadków, którzy twierdzą, że to widzieli, włączając również pięciu czy sześciu ludzi z agencji informacyjnej.” „I oni wiedzą, co to jest?” „Spora część z nich tak.” Thayer zaklął cicho pod nosem. „Nie ma żadnej możliwości, że ktoś z nich podrzucił tę rzecz na terenie wykopalisk, żeby zmontować sensację dla widowni na Ziemi?” „Obawiam się, że nie” – odpowiedział Jackson. – „To leżało w przesiewaczu, po tym, jak została wydmuchnięta z niego cała masa piasku i pyłu.” „Dlaczego od razu mnie nie zawiadomiłeś?” „Zajmowałem się tu powstrzymywaniem czegoś w rodzaju buntu, Silas. Wagen zmył się, zanim udało mi się go powstrzymać, ale uziemiłem pozostałe samochody powietrzne, dopóki nie zadecydujesz, co robić dalej. Naszym gościom to się nie spodobało. Również nie spodobało im się, że ustawiłem straże w części, w której miało miejsce znalezisko i nie pozwoliłem im rozmawiać z ekipą pracowników Norma. Ronald Black i jego ludzie zachowywali się całkiem rozsądnie, ale pozostali podnieśli potężne larum na temat wojskowej arogancji i despotyzmu. To pierwsza wolna chwila, jaką znalazłem.” „No tak, chyba zrobiłeś dobrze” – powiedział w końcu Thayer. – „Wątpię jednak, aby w tej sytuacji specjalnie to pomogło.
Czy możesz dać mi Ronalda Blacka?” „Tak, jest tu w pobliżu.” „Pułkownik Thayer?” – po kilku sekundach uprzejmie zapytał inny głos. „Panie Black” – ostrożnie powiedział pułkownik. – „To, co kilka minut temu stało się na terenie wykopalisk, może zmienić się w sprawę o olbrzymim znaczeniu.” „To najzupełniej oczywiste, panie pułkowniku.” „A więc w związku z tym” – kontynuował pułkownik – „jak pan myśli, czy byłoby możliwe zawarcie ze wszystkimi świadkami dżentelmeńskiej umowy dotyczącej tego, że nikt nie wspomni o sprawie tego domniemanego odkrycia, dopóki informacja ta nie zostanie rozpowszechniona właściwymi kanałami? Pytam tylko o pańską opinię.” „Panie pułkowniku” – ciągle uprzejmie odparł głos Ronalda Blacka. – „Moja opinia jest taka, że jedynym sposobem, jakim mógłby pan utrzymać całą tę sprawę w tajemnicy, jest aresztowanie wszystkich obecnych tu cywilów, włączając w to mnie samego, i zatrzymanie nas w ścisłej izolacji. Pan ma swoje obowiązki, a my mamy swoje. W skład naszych nie wchodzi ukrywanie przed społeczeństwem informacji, która może być sygnałem największego przemieszczenia obszaru walk w wojnie z Dżistami w czasie ostatnich 20 lat.” „Rozumiem” – powiedział Thayer. Milczał przez kilka sekund, a być może przez ten czas spoglądał oczyma duszy na przyszłość Fort Roy, bazy wojskowej klasy A, pozostającej pod jego dowództwem, z wielkimi ziemskimi okrętami bojowymi spoczywającymi wzdłuż całej długości półwyspu. „Panie Black” – w końcu stwierdził. – „Czy będzie pan taki dobry i przekaże swoim kolegom kilka słów ode mnie?
Uruchomię gruntowne i szczegółowe śledztwo dotyczące tego, co się tam wydarzyło i najszybciej, jak to tylko będzie możliwe, wyślę moim zwierzchnikom na Ziemi wstępny raport ze wszystkimi zebranymi w jego wyniku dowodami. Nikt z panów ode mnie ani od jakiejkolwiek osoby pozostającej pod moim dowództwem nie otrzyma żadnych dalszych informacji. Co więcej, każda próba pozyskania informacji tego typu będzie skutkowała aresztowaniem osoby bądź osób w to zamieszanych. Czy to jasne?” „Całkowicie jasne, pułkowniku Thayer” – delikatnie odparł Ronald Black. – „I najzupełniej satysfakcjonujące.” „Wiedzieliśmy już od mniej więcej ośmiu tygodni” – powiedział mężczyzna o nazwisku Craneheart – „że ta rzecz nie jest tym, co się wszystkim wydawało. To jest fragmentem broni Dżistów.” Popchnął przedmiot, o którym dyskutowano, po blacie biurka w kierunku komisarza Sanforda i Ronalda Blacka. Żaden z nich nawet nie próbował go zatrzymać. Spojrzeli tylko na niego, a następnie z uwagą skierowali swoje oczy z powrotem na twarz Cranehearta. „To jest oczywiście kopia, naprawdę doskonała” – kontynuował Craneheart. – „Została zrobiona z wykorzystaniem profesjonalnego sprzętu do fałszerstw.
Jesteście panowie, jak myślę, świadomi, że dzięki temu powinna być nie do odróżnienia od oryginalnej broni. Jednak nie będzie chyba żadnej szkody, jeśli panom o tym powiem – technologia Dżistów rozwijała się w nieco odmiennym kierunku niż nasza. Do produkcji swojej broni używają oni pewnych pierwiastków śladowych, które my dopiero zaczynamy się uczyć, jak utrzymywać w stanie stabilnym. To jest sprawa, której nasz rząd nie rozpowszechnia do wiadomości publicznej, nie chcąc, aby Dżistowie dowiedzieli się od jeńców, jak wiele informacji udało nam się o nich zebrać. Przyrząd, przy pomocy którego sporządzono tę kopię, nie miał oczywiście do dyspozycji takich pierwiastków. Wykorzystał więc ich prostsze odpowiedniki i w ten sposób z sukcesem wyprodukował niemal identyczny model. Prawdę mówiąc, jedyną znaczącą różnicą jest to, że ta broń, nawet gdyby była w całości, prawdopodobnie nie mogłaby strzelać.” – Uśmiechnął się lekko. – „Ale to, jak zapewne panowie się zgodzicie, jest różnicą naprawdę znaczącą.” Zaraz jak tylko ta tak zwana broń Dzhistów została przebadana, wiedzieliśmy od razu, że mogła ona zostać wyprodukowana jedynie przez istoty ludzkie. Tak więc — trzeźwo podsumował komisarz — to ewidentne, że odkrycie dokonane podczas naszego pobytu na Roi było umyślnym oszustwem. Crane Heart kiwnął potwierdzająco głową.
Bez wątpienia. Ronald Black powiedział: Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego panowie utrzymywaliście to w sekrecie. Nie musieliście przecież ujawniać żadnych tajemnic. Tymczasem fala krytyki społecznej potępiającej to pozorne niezdecydowanie rządu, aby podjąć działania zmierzające do wyjaśnienia sprawy, to jest do pośpiesznego objęcia ochroną zagrożonych części terytoriów, osiągnęła niemal alarmujące rozmiary. Moglibyście panowie powstrzymać ją jednym obwieszczeniem, jeszcze zanim się na dobre rozpoczęła dwa miesiące temu. No cóż, bez wątpienia — odparł Crane Heart. Były jednak również pewne inne okoliczności. Nawiasem mówiąc, panie Black, doceniamy bardzo fakt, że media informacyjne pozostające pod pańską kontrolą wykazały w tej materii daleko posuniętą powściągliwość. Za co — sucho stwierdził Black — teraz ja sam sobie jestem bardzo wdzięczny. Jeżeli chodzi o innych — kontynuował Crane Heart — rząd już wcześniej przetrwał podobne okresy krytycyzmu.
To nie jest takie istotne. Natomiast ważną rzeczą jest to, że wojna z Dzhistami towarzyszy nam już obecnie przez okres przekraczający długość życia człowieka i dla wielu ludzi zbyt trudne staje się uświadomienie sobie tego, że wszelkie działania, które mogą osłabić naszą zdolność do jej prowadzenia, w żaden sposób nie mogą być tolerowane. Ronald Black powiedział powoli: A więc chcecie opóźnić wyjaśnienie sytuacji do czasu, kiedy nie uda się wam wykryć, kto jest odpowiedzialny za ten szwindel. Ze swojej strony jesteśmy zainteresowani — powiedział Crane Heart — jedynie ważnymi ludźmi, niebezpiecznymi ludźmi. Nie obchodzi nas za bardzo, kto jeszcze jest winien całej tej sytuacji. To, proszę zrozumieć, jest kwestia pragmatyzmu, a nie sprawiedliwości. Przez chwilę przyglądał się twarzom po drugiej stronie biurka, nieco zaintrygowanym, ale uprzejmie powątpiewającym, a następnie kontynuował: Kiedy opuścicie panowie ten pokój, zostaniecie zaprowadzeni do biura, gdzie otrzymacie pewne papiery do podpisania. To będzie pierwszy krok. Przez kilka sekund panowała cisza. Ronald Black wyciągnął papierosa z platynowej papierośnicy, postukał nim delikatnie o biurko, włożył do ust i zapalił go.
Crane Heart ciągnął dalej. Gdyby fałszerstwo zostało natychmiast ujawnione, rozwikłanie tego konkretnego spisku byłoby prawdopodobnie niemożliwe. W tamtym momencie nikt nie podejmował w tej sprawie żadnych szczególnych działań. Dopiero po kilku dniach, kiedy odkrycie najwyraźniej potwierdzone zostało przez nasze milczenie, zaczęliśmy obserwować próby normalnych manewrów w sektorze przemysłowo-finansowym. Gdyby w toku były poważne przesunięcia w polityce wojennej, na przykład gdyby w segmentach terytoriów poprzednio uważanych za pozostające poza zasięgiem wypadów Dzhistów i dlatego zabezpieczonych przed atakiem, teraz miałaby zostać utworzona jedna lub kilka kluczowych baz wojskowych, ktoś na Ziemi mógłby wyciągnąć z tego niezłe zyski. A czy nie jest tak zawsze? — wymamrotał pod nosem Black. Oczywiście. To zupełnie normalna procedura, która zazwyczaj nie obchodzi rządu. Ze sporą pewnością można przewidzieć, która grupa lub grupy w końcu wyciągną największe zyski z całej tej sytuacji.
Ale w ciągu kilku ostatnich tygodni oczywiste stało się, że wygrywa tu ktoś inny. Ktoś, kto mógł odnieść zwycięstwo jedynie dzięki szeroko zakrojonym i starannym przygotowaniom do tej konkretnej sprawy. To nie było normalne i na wystąpienie takiego właśnie nienormalnego wzorca cierpliwie czekaliśmy. Udało nam się wykryć, że zaangażowanych jest w to siedmiu ludzi. Ci ludzie pozbawieni będą korzyści, na które liczyli. Ronald Black pokręcił przecząco głową i powiedział: Popełnia pan poważny błąd, Crane Heart. Nie podpiszę żadnych papierów. Ani ja — twardo zakomunikował Sanford. Crane Heart potarł koniuszkiem palca bok nosa i powiedział refleksyjnie: Nikt nie będzie panów do tego zmuszał, a przynajmniej nie bezpośrednio. Skinął głową w kierunku okna.
Na lądowisku, tam na zewnątrz, stoi samochód powietrzny. Wcale nie jest wykluczone, że jutro, powiedzmy wczesnym rankiem, ten samochód powietrzny zostanie znaleziony rozbity w górach jakieś 400 mil na północ stąd. Naturalnie mamy bardzo przekonywającą historię przygotowaną na potrzeby takiej właśnie ewentualności. Sanford zaczął powoli blednąć. Zaprotestował głośno: A więc ma pan zamiar popełnić morderstwo? Crane Heart milczał przez kilka sekund. Panie Sanford — powiedział potem. Pan jako pracownik urzędu terytorialnego bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, że wojna z Dzhistami pociągnęła za sobą do dziś 400 milionów ofiar w ludziach. Ta właśnie okoliczność zobowiązuje pański rząd do nalegania na pańską pełną współpracę. I radzę panu szczerze, aby się pan na nią zdecydował.
Ale nie ma pan najmniejszego dowodu. Nie ma pan nic, jedynie poza przypuszczeniami. Proszę się nad tym zastanowić — powiedział Crane Heart. Spisek tego rodzaju, jaki opisałem, w obecnych warunkach stanowi zbrodnię główną. Czy naprawdę jest pan pewien, że wolałby pan, abyśmy kontynuowali poszukiwania dowodów? Ronald Black powiedział ochrypłym głosem: „A jaki będziemy mieli z tego zysk, jeśli wybierzemy współpracę?” „No cóż, nie możemy pozwolić sobie na pozostawienie na wpływowych pozycjach ludzi pańskiego pokroju, panie Black” – przyjaźnie powiedział Craneheart. „I jestem pewny, że rozumie pan również, że na Ziemi zdecydowanie zbyt trudno byłoby pana otrzymać pod właściwym nadzorem.” Celia Adams powiedziała, stojąc w drzwiach domku: „Wydaje mi się, że to oni, Phil.” Oba samochody zaczęły krążyć wokół domu. Phil Bones podszedł za nią do drzwi i popatrzył w górę. Był dopiero wczesny wieczór. Słońce Roy właśnie niedawno zaszło i w górze na razie pokazało się jedynie kilka gwiazd.
Niebo nad morzem nadal było niemal zupełnie jasne. Po chwili rozpoznał dwa samochody powietrzne zataczające w górze obszerne, powolne łuki. Spojrzał na zegarek. „20 minut spóźnienia” – zauważył. „Ale to nie może być nikt inny. I gdyby nie przylecieli tu wszyscy razem, nie potrzebowaliby dwóch samochodów.” Zawahał się przez chwilę. „Nie wiemy, w jaki sposób to przyjmą, Celia, ale być może już wcześniej zdecydowali, że lepiej dadzą sobie radę bez nas.” Skinął głową w stronę pobliskiej krawędzi klifu. „Krótki spacerek tam, a potem długi lot do wody.” „A więc nie pozwól, aby cię zaskoczyli” – odpowiedziała mu zimnym tonem. „Nie mam takiego zamiaru i używałam już kiedyś tej broni.” „Nigdy w to nie wątpiłem.” Phil sięgnął ręką za drzwi, wziął stojącą obok ciężkiego karabinu maszynowego latarnię sygnałową i wyszedł na zewnątrz. Skierował latarnię na samochody i szybko trzy razy dotknął przycisku zapalającego.
Po chwili od strony prowadzącego samochodu w odpowiedzi pojawiły się dwa rozbłyski. „A więc Wayne Jackson jest w tym pierwszym samochodzie” – powiedział Phil. „Teraz zobaczymy, co zrobią.” Odniósł lampę na jej miejsce za drzwiami i ponownie wyszedł na zewnątrz, stając mniej więcej 20 stóp w bok od Celii. Samochody powietrzne znikły w głębi lądu, ale po kilku minutach powróciły, lecąc na pułapie wierzchołków drzew. Jeden z nich wylądował w zupełnej ciszy pomiędzy domkiem a krawędzią klifu. Drugi podążał za nim, ale opadł na ziemię sto jardów dalej i pozostał w tym miejscu. Phil spojrzał na Celię i powiedział do niej cicho: „Uważaj na tamtego.” Niemal niedostrzegalnie skinęła głową, trzymając prawą rękę schowaną w kieszeni kurtki. W stojącym przed nimi samochodzie otworzyły się drzwi od strony domku. Ze środka wysiadł major Wayne Jackson w stroju myśliwskim, ale bez kapelusza i popatrzył na nich. Powiedział: „Czy jest tu jeszcze ktoś?” „Tylko Celia i ja” – odparł Phil.
Jackson odwrócił się i powiedział coś do środka samochodu. Po chwili z pojazdu wysiadło dwoje ludzi ubranych podobnie jak on. Phil rozpoznał Ronalda Blacka i Sanforda. Cała trójka ruszyła w stronę domku i zatrzymała się kilkanaście stóp przed nimi. Jackson stwierdził z ironią: „W drugim samochodzie jest pięciu pozostałych naszych byłych partnerów ze strony ziemskiej. Pomimo waszych usilnych nalegań na spotkanie całej grupy, nie chcą oni, abyście ty i Celia zobaczyli ich twarze. Życzą sobie, abyście nie mogli ich zidentyfikować.” Dotknął klapy kurtki myśliwskiej. „Będą słyszeli wszystko, co powiecie przez ten komunikator. Mogliby z wami porozmawiać, ale nie zrobią tego, chyba że uznają to za absolutnie niezbędne. Niestety będziecie musieli uwierzyć mi na słowo, że wszyscy jesteśmy tu obecni.” „To nam zupełnie wystarczy” – powiedział Phil.
„W porządku” – kontynuował Jackson. „A teraz powiedz, co chcieliście osiągnąć, zmuszając nas do podjęcia takiego ryzyka. Chciałbym, żeby to było jasne. Pułkownik Thayer nie został co prawda oskarżony o współudział w oszustwie z bronią Jizzów na Roy, ale już z samej tej afery wyszedł z podbitym okiem. Nie zapominajcie przy tym, że planeta z jej statusem kolonialnym technicznie podlega pod przywództwo wojskowe, które obejmuje również cywili. Jeżeli Silasowi Thayerowi uda się położyć swoje łapy na osobach winnych całej sprawy, sytuacja stanie się jeszcze bardziej przykra, niż jest obecnie.” Phil zwrócił się do Ronalda Blacka: „A zatem co z wami dwoma? Kiedy tylko wasze nazwiska ponownie pokazały się na liście transferowanych, Thayer musiał się domyślać dlaczego.” Black pokręcił przecząco głową. „Obydwaj skorzystaliśmy z przywileju zmiany naszych nazwisk przed wydaleniem z Ziemi. On nie wie, że jesteśmy na Roy. Nie mamy zamiaru pozwolić mu, aby się dowiedział.” Phil dopytywał dalej: „Czy podjęliście jakieś przygotowania, aby ponownie wydostać się z Roy przed opuszczeniem Ziemi?” Black pokazał zęby w pozbawionym wesołości uśmiechu.
„Bones, ty nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak kompletnie i szybko ludzie z rządu odcięli nas od wszystkich naszych zasobów. Wierz mi, nie dano nam żadnej okazji, aby sporządzić jakiekolwiek plany ucieczki od wygnania.” Phil popatrzył na Celię. „W takim przypadku” – powiedział trochę zbyt głośno – „lepiej zobaczmy, czy sami nie musimy natychmiast jakichś przygotować.” Jackson spytał, wpatrując się w niego: „O czym ty mówisz, Phil? Chyba zdajesz sobie sprawę, że Silas Thayer robi wszystko, co tylko może, aby dowiedzieć się, kto mu wyciął ten numer. Wcale nie jestem pewny, czy mnie również nie podejrzewa. A jeśli nas z tym powiąże, to polecą nasze głowy. Jeżeli świta ci w głowie jakiś szalony pomysł wydostania się teraz z planety, to pozwól, że ci wyjaśnię, że w ciągu następnych kilku lat nie możemy zaryzykować nawet najmniejszego ruchu. Tylko jeśli będziemy siedzieć cicho jak myszy pod miotłą, będziemy bezpieczni.” „My. Wcale nie wydaje mi się, abyśmy byli bezpieczni” – stwierdził Phil. Po jego prawej stronie Celia Adams ostro dodała: „Ten dżentelmen w tym drugim samochodzie, który właśnie zaczął opuszczać okno, lepiej, aby je podniósł z powrotem.
Jeżeli ma dostatecznie dobry wzrok, to powinien zauważyć, że mam broń wycelowaną prosto w niego. Tak, teraz już dużo lepiej. Dalej, kontynuuj Phil.” „Czy wam obojgu odbiło?” – zawołał Jackson. „Nie” – odparła Celia. Roześmiała się z niespodziewaną nerwowością w głosie i dodała: „Chociaż nie wiem sama, jakim cudem tak tego uniknęliśmy. Tak nam się tylko zdawało, że reszta z was może sobie pomyśleć, że lepiej by było, gdybyśmy ja i Phil przestali się tu gdzieś kręcić, Wayne.” „Nonsens!” – oburzył się Jackson. „Być może. W każdym razie lepiej nawet tego nie próbujcie. Nawet gdyby wam się udało, nie zrobicie sobie przysługi. Lepiej posłuchajcie, co mamy wam do opowiedzenia.” „Posłuchajcie czego?” – dopytywał się Jackson z rozdrażnieniem w głosie.
„Mówię wam przecież, że wszystko będzie w porządku, jeśli tylko nie popełnimy jakiegoś błędu. Jedynymi rzeczywistymi dowodami były twój duplikator i oryginalna broń, ponieważ się ich pozbyliśmy.” „Nie pozbyliśmy się pistoletu, Wayne” – powiedział Phil. „Ciągle go mam. Nie ośmieliłem się go zniszczyć.” „Ty, co przez to chciałeś powiedzieć?” „Byłem przy Beulah, kiedy umarła w szpitalu w Fort Roy” – powiedział Phil. Dodał w kierunku Ronalda Blacka: „To było dwa dni po tym, jak wasza siódemka przyleciała tutaj statkiem.” Black skinął potwierdzająco głową. Jego oczy były czujne i skoncentrowane. „Major Jackson informował mnie o tym.” „Oczywiście była bardzo słaba, ale zupełnie przytomna” – kontynuował dalej Phil. „Bardzo dużo mówiła. Rozpamiętywała swoje życie i to raczej w szczęśliwym tonie. W końcu wspomniała o broni Jistów i o tym, jak wujek William miał w zwyczaju zabawiać chłopców, to jest Wayne'a i mnie, swoimi historyjkami o bitwie pod Gunderlandem i o tym, jak zdobył tam tę broń.” Jackson zaczął zdanie: „I co to ma do…” „On nie przywiózł tego pistoletu stamtąd” – odparł Phil.
„Beulah powiedziała mi, że wujek William przybył tu z Ziemi z pierwszym transportem osadników i nigdy więcej przez całe swoje życie nie opuścił Roy.” „On, yy…” „A więc” – Phil powiedział – „nie rozumiesz tego? On znalazł tę broń tu, na Roy. Beulah myślała, że to było bardzo zabawne. William był starym głupcem, jak powiedziała, ale najlepszym kłamcą, jakiego kiedykolwiek znała. Pewnego dnia wrócił z tą rzeczą z włóczęgi po kraju i powiedział, że wygląda podobnie jak broń Jistów na zdjęciach, które oglądał. Umieścił na niej tę inskrypcję, tak dla zabawy.” Phil wziął głęboki oddech. „Wujek William znalazł ją, jak leżała w stosie popiołu, w miejscu, w którym ktoś obozował kilka dni wcześniej. Myślę, że to był naziemny ścigacz z jakimiś bogatymi sportsmenami z Ziemi, którzy przylecieli tu na Roy, aby zasmakować polowania na innych egzotycznych planetach oraz że jeden z nich wrzucił ten połamany, dziwaczny pistolet do ogniska, aby się go pozbyć. To było 36 lat temu. Beulah zapamiętała, że stało się to na rok przed moim urodzeniem.” Przez kilka sekund panowała kompletna cisza.
W końcu Ronald Black powiedział ze spokojem: „I jaki z tego morał, Bowles?” Phil spojrzał w jego stronę. „Taki morał, że Normawagan miał rację co do tego, że kiedyś mieszkały tu jakieś całkiem inteligentne stworzenia. Znaleźli ich Jistowie i eksterminowali tak, jak to mają w zwyczaju. To mogło zdarzyć się przed kilkoma wiekami. Następnie, 36 lat temu jeden z ich statków zwiadowczych zaplątał się tu niezauważony, znajdując na planecie naszych osadników. Rozejrzeli się tu nieco i ponownie odlecieli.” Wyjął pistolet Jistów z kieszeni i podniósł go na ręce. „Mamy tutaj dowód” – powiedział. „Mieliśmy go w rękach przez cały ten czas, tylko tego nie wiedzieliśmy.” Ronald Black powiedział sucho: „Być może mamy ten pistolet, ale nie mamy żadnego, najmniejszego nawet dowodu, że ta rzecz jest tym, co myślimy.” „Wiem o tym” – odparł Phil. „Teraz, gdy umarła Beulah, no cóż, w gruncie rzeczy nie możemy nawet udowodnić, że William Bowles nigdy nie opuszczał planety. W tych dawnych czasach nie utrzymywano nawet żadnych godnych uwagi rejestrów.” Milczał przez chwilę.
„Przypuśćmy – powiedział – że mimo wszystko będziemy to ciągnąć dalej. Oddamy tę broń z całą historią, którą wam przed chwilą opowiedziałem.” Jackson wydał z siebie ochrypły śmiech. „To by nas szybko zaprowadziło na szubienicę, Phil. I nic ponadto?” „Nic ponadto” – powiedział Black nieodwołalnie. „Dlaczego ktoś miałby uwierzyć w tę historię, zwłaszcza teraz? Jest cała masa dużo bardziej prawdopodobnych dróg, jakimi broń Jistów mogłaby trafić na Roy. Ta broń jest namacalnym dowodem oszustwa. Ale to wszystko.” Phil spytał: „Czy nikt z obecnych, włączając ostrożnych dżentelmenów w tamtym samochodzie, nie zgodzi się ze mną?” Ponownie zapanowała cisza. Phil wzruszył ramionami, podszedł do krawędzi klifu, cofnął ramię i wyrzucił broń Jizzów wysoko w górę i daleko w morze. Nadal bez słowa pozostali zwrócili głowy w jej stronę i spoglądali, jak wpada do wody.
Potem ponownie popatrzyli na niego. „Ja sam nie myślałem dużo o tej możliwości” urywanym głosem powiedział Phil. „Ale ktoś z was naprawdę mógłby to zrobić. W porządku, my wiemy, że Jizzowie wiedzą, że tu jesteśmy, ale nie jesteśmy w stanie przekonać do tego nikogo innego. A w ciągu ostatnich paru lat wojna znowu zdaje się zwalniać. W przeszłości to zawsze oznaczało, że Jizzowie szykują jakąś nową, zaskakującą operację. Teraz inna interesująca rzecz: sprawa sposobu wydostania się z Roi. Nie da się tego zrobić, chyba że któryś z was poczynił jakieś wcześniejsze przygotowania po stronie Ziemi. Gdyby dało się to zrobić w jakiś inny sposób, wyniósłbym się z tego miejsca już dziesięć lat temu.” Ronald Black odpowiedział ostrożnie: „Niestety, Boles, nie poczyniono żadnych takich przygotowań.” „A więc to tak” – stwierdził Phil. „Przypuszczam, że teraz już wiecie, dlaczego pomyślałem sobie, że dobrze by było, aby nasza grupa zebrała się tu razem.
Dziesięciu tytanów intelektu. Cóż, sami siebie wmanewrowaliśmy w niezły pasztet. Teraz musimy pomyśleć, czy jest jakaś możliwość, jakakolwiek możliwość wydostania się z tego wszystkiego.” Z komunikatora w klapie Jacksona przemówił metaliczny głos. „Majorze Jackson?” „Tak?” – powiedział Jackson. „Proszę przekonać pannę Adams, że nie ma już dłużej potrzeby trzymania naszego samochodu na celowniku. W świetle wymienionych tu zagrożeń wydaje nam się, że lepiej będzie, jeśli wysiądziemy i przyłączymy się do narady.” Akta Urzędu Terytorialnego. Rok 2345. Ogólnie znaną rzeczą jest, że kampania w 132 Segmencie oznaczała punkt zwrotny w wojnie z Jizzami. Po przeniesieniu pułkownika Silasa Tyera na Ziemię, na kluczowej w tym rejonie planecie Roi charyzmatyczne dowództwo objął major Wayne Jackson, który wraz ze swoimi niestrudzonymi i wykazującymi niezwykłe zdolności asystentami, a szczególnie prezesem ZPK Bolesem, w ciągu 12 lat zamienił ten technicznie słabo ufortyfikowany i rzadko zaludniony świat w naprawdę śmiertelną pułapkę dla wszelkich sił inwazyjnych. Niemal połowa floty Jizzów, która w końcu się tam pojawiła, została zniszczona w czasie pierwszego tygodnia po lądowaniu, a jedynie kilka z pozostałych statków było uszkodzonych na tyle nieznacznie, aby ponownie wystartować.
Nieprzyjacielska flota ratunkowa składająca się z, jak się ocenia, 40% sił kosmicznych Jizzów, jakie im jeszcze pozostały, została przechwycona w 134 Segmencie przez połączone siły Ziemi pod dowództwem admirała McKenny i praktycznie unicestwiona. Podczas kolejnych dwóch lat... Koniec.
[04:02:39] - Proszę państwa, jakby to powiedzieć, kolejne Bibliotekarium 2.0 za nami. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Tradycyjnie życzę wspaniałego weekendu, życzę dobrej nocy. I równie tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0.
[04:03:01] - A zaprasza jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Amrytsenk zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.