[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. No bez jaj, nastał maj! A skoro nastał maj i skoro mamy pierwszy piątek maja, minęła godzina 20, to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć na antenach Radia Paranormalium i Book Radia kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF – Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:46] - Dzień dobry, wieczór państwu. Nie dość, że mamy maj, to w dodatku mamy długi weekend. No i byłoby nietaktem prowadzenie roku akademickiego w trakcie wielkiego resetu Polaków. Zatem dzisiaj audycja i krótsza, i troszeczkę luźniejsza. Nie będzie korepetycji filozoficznych. Już widzę, jak niektórzy się cieszą. Widzę oczyma duszy oczywiście. Są też tacy, którzy się martwią. No ale nie będzie dzisiaj korepetycji filozoficznych, ale będą zapowiedzi książkowe i to nawet będzie ich więcej niż zwykle. To zaczynamy, zaczynamy.
Pierwsza książka, którą przygotowałem, nosi tytuł „Nocny welon”. Autorką jest Ewa Sobieniewska. Książkę wydało wydawnictwo Lira, a będzie dostępna na rynku od 5 maja. Zerknijmy, co pisze wydawca. „Kiedy tajemnice wychodzą na jaw, kobieta musi mieć odwagę, by się z nimi zmierzyć. Świat Wiktorii Łempickiej, pani na Zielnej, rozpadł się, gdy ukochany mąż zginął w powstaniu styczniowym. Młoda dziedziczka mimo upływu lat nie potrafi się z tym pogodzić. Wciąż nosi żałobę i obrączkę. Zajęta sprawami w majątku i dorastającymi synami nie liczy już na szczęście. Czy będzie umiała wykorzystać szansę od losu na nowe i lepsze życie, czy też tęsknota za zmarłym mężem okaże się silniejsza?
Tymczasem stara uchmistrzyni Róża w obliczu choroby zmuszona jest zmierzyć się z bolesną historią sprzed 60 lat, kiedy jako młoda dziewczyna popełniła wielki grzech. Napisana z rozmachem saga historyczna o kobietach, które naznaczone bolesnymi wydarzeniami musiały się nauczyć żyć na nowo. Dzieje przyjaźni niszczącej zazdrości, miłości niemożliwej i takiej, na którą nigdy nie jest za późno. To opowieść o ludzkich słabościach, o wybaczaniu, zgodzie na to, czego nie można zmienić, a także o przeszłości, która nieproszona powraca i dręczy”. To, proszę państwa, była zapowiedź książki „Nocny welon” Ewy Sobieniewskiej. Książkę wydało wydawnictwo Lira, a będzie dostępna na rynku już od 5 maja. Kolejna książka, którą chcę państwu polecić, nosi tytuł „Krzywdy przeszłości”. Jej autorką jest Agnieszka Lewandowska-Kąkol. Wydawnictwo Replika jest wydawcą, a książka pojawi się 6 maja. „Gdy ma się cztery, pięć lat, to najważniejsze jest, by mieć miejsce, w którym można czuć się bezpiecznie i nazywać je domem.
By nie być głodnym i by móc się od czasu do czasu do kogoś przytulić. II wojna światowa. Jan jako niemowlę zostaje oddany przez biologiczną matkę do placówki Lebensbornu. Pobyt tam oraz przemoc, jakiej chłopiec doświadczał ze strony adopcyjnych rodziców, niosą za sobą skutki w jego dorosłym życiu. Z powodu uporczywych wspomnień i koszmarów mężczyzna na prośbę żony decyduje się na terapię, podczas której wychodzi na jaw jego prawdziwe pochodzenie oraz pewna mroczna tajemnica z dzieciństwa”. Przypomnę, to była książka „Krzywdy przeszłości” Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol, wydana przez wydawnictwo Replika, a już do państwa dyspozycji będzie 6 maja. Trzecia z dzisiejszych książek nosi tytuł „Po drodze donikąd”. Autorem jest Mateusz Janita. Wydawnictwo Vectra, a książka dostępna na rynku od 2 maja. „Przeżyłem czterdzieści lat, nie przeżywając tak naprawdę ani jednego dnia.
Tony Sparks jest prawnikiem i nienawidzi swojego życia. W samochodzie, w którym przemierza bezkresne drogi Ameryki, granica między tym, co było, a tym, co jest, zaczyna się zacierać. Wśród obcych twarzy i miast, wśród barów, dymu papierosów, neonów i grającej szafy Tony powoli i niepostrzeżenie zmienia się, aż w końcu nie wie już, czy to, czego szuka, jeszcze istnieje. Wszystkie drogi zdają się szeptać coś o jego życiu, którego od dawna już nie rozumie. Im dalej jedzie- Tym bliżej mu do pytań, na które chciał znać odpowiedź. „Po drodze donikąd” to surrealistyczna powieść drogi o miłości do siebie, do kogoś, do chwili. „Podróże donikąd”. Autor Mateusz Jańta, wydawnictwo Vektra. Książka dostępna na rynku od 2 maja. I czwarta książka.
Czwarta książka nosi tytuł „Czyhający w progu”. Autorami są Howard Phillips Lovecraft i August Derleth. Książkę wydało wydawnictwo Zysk i Spółka. Dostępna będzie na rynku od 6 maja. To prawdziwa gratka dla wszystkich, którzy uwielbiają prozę Philipa Lovecrafta. Granice świata to tylko iluzja. Tuż za progiem czai się niewyobrażalna groza. Ambrose Dewart, dziedzic zrujnowanej posiadłości w lasach Massachusetts, przybywa, by przywrócić jej dawną świetność. Podczas remontu odkrywa zagadkowy dokument podpisany przez swojego dziadka. Dokument zawierający złowrogie ostrzeżenie: „Nie zapraszaj tego, który czai się na progu.” Zaintrigowany zagłębia się w mroczne tajemnice rodzinnej przeszłości.
Śledztwo prowadzi go do wstrząsającego odkrycia. Poza naszym wymiarem egzystują złowrogie, starożytne istoty zdolne do przekraczania granic czasu i przestrzeni. Istoty, które cierpliwie czekają, by zostać wezwane do naszego świata. Mistrz makabry, jak często nazywano Lovecrafta, spadkobierca tradycji Edgara Allana Poe, pozostawił po sobie wiele notatek i niedokończonych utworów, a August Derleth podjął się trudnego dzieła połączenia tych fragmentów w całość, tworząc ze znanych wątków nowe i mrożące krew w żyłach historie. „Czyhający w progu” jest najsłynniejszą z nich. Warto przy tej okazji przytoczyć słowa Stephena Kinga: „Lovecraft, najwybitniejszy twórca XX-wiecznej literatury grozy, jako pierwszy odkrył, że prawdziwy horror pochodzi z nieznanego, z tego, co kryje się poza granicami naszej percepcji.” A ja przypomnę, ten czytelniczy rarytas, przynajmniej dla tych, którzy uwielbiają grozę, pojawi się na rynku 6 maja. Wydawca to Zysk i Spółka. Tytuł „Czyhający w progu”, Howard Phillips Lovecraft i August Derleth. To, proszę państwa, wszystkie polecanki na dzisiaj. I tak było o jedną więcej niż zwykle.
Ponieważ nie ma dzisiaj korepetycji filozoficznych, to przystępujemy do głównego punktu programu, czyli rozmowy z panem Adrianem Pełką, autorem, moim zdaniem, fascynującego tomu opowiadań zatytułowanego „Kostnica”. Jeśli państwo będziecie przeglądać internet, to zwracam nieśmiało uwagę, że jest tom o podobnym tytule, takim samym tytule, powiedzmy sobie to otwarcie, to jest powieść Grahama Mastertona. Ale szukajcie państwo uważnie. Tomik „Kostnica” Adriana Pełki może nie jest wielki, może nie jest objętościowo przytłaczający, ale warto po niego sięgnąć. Ja, mówiąc szczerze, podchodziłem troszeczkę z dystansem. Pojawiła się książka, zacząłem czytać autora, którego nie znałem i muszę państwu powiedzieć, że wsiąkłem już przy pierwszym opowiadaniu i przy kilku innych też. Zafascynowało mnie to, że można tworzyć światy grozy, światy fantastyczne, fantastycznonaukowe nawet w tak prosty, nieprzesadzony i niepretensjonalny sposób. Ale są to światy, które autentycznie zasysają. Jeżeli będziecie państwo mieli możliwość sięgnięcia do tego tomu albo zakupu gdzieś tam w sieci, ma się podobno niedługo pojawić, to ja szczerze go państwu polecam. To jest tom, przy którym naprawdę będziecie się państwo dobrze, chciałem powiedzieć bawić, ale tak naprawdę dobrze się będziecie państwo, przynajmniej przy niektórych opowieściach, bać.
Ale w końcu po co czytamy literaturę grozy? Po to, żeby się bać. To też jest rodzaj napięcia, który koniec końców sprawia człowiekowi przyjemność. Zapraszam zatem państwa na rozmowę z autorem tomu opowiadań „Kostnica”, z Adrianem Pełką. Dzień dobry wieczór państwu. Bibliotekarium 2.0 oraz Wehikuł Wyobraźni zapraszają na spotkanie z panem Adrianem Pełką, autorem zbioru opowiadań „Kostnica”. Proszę nie mylić tego zbioru z powieścią Grahama Mastertona. Groza i w jednym, i w drugim wypadku, z tym że w przypadku zbioru opowiadań pana Adriana zupełnie inna groza. Kilka słów o panu Adrianie. Pan Adrian Pełka, rocznik 1974.
Bajkopisarz, hobbysta, muzyk, twórca pisma. Zawsze mam problem z tymi „Cthulhu R'lyeh”, to chyba tak by należało przeczytać, pisma poświęconego szeroko pojętej muzyce ekstremalnej. Jest też entuzjastą świeżej kawy i pasjonatem dobrych owoców. Publikował w zbiorach opowiadań w takich zinach jak „Tabu 2”, „Kwismegista”, „Konstelacja cienia”, „Dyke”, „Arena”. W imieniu Bibliotekarium 2.0 i Wehikułu Wyobraźni witam pana bardzo serdecznie.
[12:36] - Witam serdecznie.
[12:38] - Panie Adrianie, ten zbiór opowiadań to jest na razie unikat na rynku książkowym, ale już wkrótce ma się pojawić dodruk. Ma się tego pojawić więcej. Czy to prawda? Czy mam dobre informacje?
[12:54] - Tak, to są dobre informacje. Ta książeczka, która się ukazała w ubiegłym roku, dokładnie rok temu, to jest taka, można powiedzieć, wersja demo. W kilkudziesięciu egzemplarzach to się ukazało. Teraz planowany jest dodruk w troszkę innej formie. Będzie to wyglądało inaczej. Będą przede wszystkim większe litery, będzie więcej powietrza między linijkami i tak dalej. Będzie to po prostu bardziej profesjonalne wydanie.
[13:18] - Przedstawiając pana powiedziałem, że mamy do czynienia z grozą, ale groza to jest bardzo pojemne pojęcie. Gdyby pan miał jakoś krótko, na razie krótko, to podkreślam, scharakteryzować swoje opowiadania, to co by pan powiedział? Na co położyłby pan nacisk?
[13:39] - Myślę, że przede wszystkim to powinien ocenić czytelnik. Natomiast gdybym ja miał się wypowiedzieć, jeżeli chodzi o sam gatunek, powiedziałbym, że jest to po prostu science fiction. Trochę science fiction, trochę grozy, momentami też odrobina groteski się w to wszystko wkrada w niektórych punktach, w niektórych opowiadaniach. Tam jest właśnie więcej groteski, fantastyki. Natomiast ogólnie to jest to właśnie szeroko pojęta groza.
[14:02] - Powiem, że przy niektórych tekstach naprawdę można mieć ciarki. Ruszamy zatem z przepytywaniem naszego autora, bo nie ma przecież nic fajniejszego niż wypytać autora o to, jak tworzył swoje dzieła. Zacznijmy zatem od pytania rozgrzewkowego. Pana opowiadania poruszają się tak jakby na granicy snu i jawy, przynajmniej niektóre. Na granicy życia i śmierci. Skąd wzięła się potrzeba eksploatowania takich, a nie innych przestrzeni literackich?
[14:38] - Myślę, że tutaj wpływ może mieć przede wszystkim twórczość autorów, z którymi miałem do czynienia na początku. Począwszy od Lovecrafta i Poego, a skończywszy na takich twórcach jak Strobl czy Evers. To już można powiedzieć, jest początek XX wieku. Ta klasyka grozy, klasyka gatunku. Oni również eksploatowali tego typu rejony. Podobne były tam przestrzenie myślowe i tego typu klimaty. Poza tym, jak to podejrzewam bywa w przypadku wielu innych autorów, są to też sny, tudzież własne doświadczenia, jakieś podróże, wyjazdy. Można powiedzieć, że spektrum jest również bardzo szerokie, jeżeli chodzi o same inspiracje i samą treść przede wszystkim tego wszystkiego również.
[15:17] - Kiedy mam do czynienia z opowiadaniami, w których fantastyka miesza się z grozą, to muszę zadać takie pytania. Teksty są nasycone niesamowitością. Czy ta niesamowitość to jest efekt fascynacji literackich tylko wyłącznie, czy też kontaktu z czymś, co było nadnaturalne? Jakichś osobistych przeżyć?
[15:45] - Tak. Myślę, że również osobistych przeżyć. Z tym, że jeżeli chodzi o ten aspekt, to przeżycia osobiste są osobiste między innymi dlatego, że się o nich po prostu nie mówi głośno. Jest to osobna historia, osobny zupełnie temat. Z kolei jeżeli mówimy już o samych tekstach i o tym, co one mogą przywodzić na myśl, co mogą przypominać, z czym się kojarzyć, to jest to przede wszystkim, tak jak mówiłem, szeroko pojmowana literatura. Oczywiście również nie tylko literatura grozy. Ci wszyscy klasycy, o których tak pobieżnie wspomniałem, ale też historia zawarta w świętych księgach, mitologiach i tym podobnych rzeczach. Tam również jest całe mnóstwo niesamowitych historii, niesamowitych tematów, o których też można byłoby opowiadać godzinami. Z nich przede wszystkim czerpać różnego rodzaju inspiracje do różnych tekstów, różnych opowiadań, nawiązywać do nich w różnych punktach, w różnych miejscach w sposób mniej lub bardziej oczywisty.
[16:38] - Ja oczywiście nie będę drążył tych osobistych przeżyć, natomiast chciałbym mieć jednoznaczne potwierdzenie. Czyli w pana życiu zdarzały się takie momenty, kiedy ta niesamowitość, ta nadnaturalność była gdzieś bardzo blisko?
[16:55] - Tak, oczywiście. Myślę, że tutaj wiele osób miało takie podobne doświadczenia. Mniej lub bardziej oczywiście realne, w mniej lub bardziej oczywisty sposób doświadczane, ale myślę, że każdy miał coś takiego.
[17:06] - A to była bardziej groza taka, że pan czuł ciarki na plecach i to było naprawdę, przynajmniej wydawało się, groźne, czy też to było tak niewinnie niesamowite?
[17:19] - Myślę, że to jedno i drugie. W zależności od sytuacji, w zależności od okoliczności i samego przedmiotu, o którym rozmawiamy, rozmawialibyśmy. Bo mówię, są to różnego rodzaju doświadczenia, różnego rodzaju sytuacje i albo są one naprawdę spokojne, naturalne, albo wręcz przeciwnie.
[17:37] - W dalszej części naszej rozmowy będziemy rozmawiać o kolejnych opowiadaniach, ale teraz mam pytanie o sam zbiór, o „Kostnicę”. Jak to się urodziło? Czy to była na początku jedna historia, która z czasem zaczęła się nie tyle rozrastać, co przyrastać o kolejne opowieści, czy też to od początku było intencjonalne, planowane jako zbiór opowiadań z elementami grozy, fantastyki naukowej, pewnej niesamowitości?
[18:09] - Nie było to planowane jako zbiór opowiadań. To są przede wszystkim teksty napisane na przestrzeni trzech dekad. Od mniej więcej 1994 roku do 2019 powstało ostatnie z tych opowiadań, ale ukazało się dokładnie mniej więcej 30 lat po napisaniu tego pierwszego, które się w tym tomie znalazło. Ich jest oczywiście dużo więcej, ale te, które się ukazały, to są właśnie te, które zostały poprawione i ponownie przeredagowane na potrzeby właśnie tego zbioru. I w takiej formie się to ukazało.
[18:40] - A na opowiadaniach bardzo często pojawia się motyw samotności, takiego zagubienia jednostki. Czy to jest osobista refleksja nad życiem, nad naszą egzystencją, czy to jest obserwacja współczesnego świata?
[18:59] - Myślę, że tutaj można by mówić o różnych również aspektach jednego i tego samego tematu. Może ja bym do tego podszedł jeszcze inaczej, mówiąc z kolei o innych autorach, bo umówmy się, nie jestem jakimś profesjonalnym autorem. Jestem po prostu amatorem, który też się wzoruje na innych autorach. Z kolei taki jak Lovecraft na przykład, który też ma na mnie niesamowity wpływ w zasadzie od zawsze. I tutaj również u niego pojawiały się właśnie takie motywy samotności i tak dalej, różne aspekty tego tematu. Natomiast u mnie są to też głównie obserwacje. Też można powiedzieć, samo życie tutaj pokazuje, że tak naprawdę w obliczu pewnych zdarzeń, pewnych sytuacji jesteśmy sami zdani tylko na siebie. Tak w skrócie.
[19:42] - To mam jeszcze taką obserwację, że w pana zbiorze opowiadań jest mnóstwo symboliki rozmaitej. Czy pan te obrazy, te symbole tworzy intuicyjnie, czy też to są z góry budowane konstrukcje, z góry budowane znaczenie i też ścisłe przestrzeganie tego, aby w określonym tekście te symbole, ta symbolika się znalazła?
[20:14] - Przede wszystkim powiem, że nie zaczynam pisania czegokolwiek od samych symboli, od tego, żeby udowodnić jakąś tezę, tylko żeby ją po prostu przedstawić. Natomiast symbole, jeżeli o tym samym oczywiście rozmawiamy, wynikają z treści tego, co chcę napisać. I jeżeli się takowe znajdują, to myślę, że pasują po prostu do całości i dlatego się tam właśnie znajdują.
[20:40] - Pan jest bardzo skromny. To znaczy podkreślał pan amatorskość tego zbioru, ale z drugiej strony, kiedy rozmawiamy o symbolach, to żeby umiejętnie je stosować i trafić do czytelnika, trzeba mieć wiedzę na temat owych symboli, na temat ich znaczeń, na temat ich odbioru kulturowego. A to już jest tak naprawdę wyższa szkoła jazdy. Pan, zdaje się, opanował i ją całkiem nieźle ową szkołę.
[21:11] - Oczywiście można lepiej. Natomiast tak jak wspomniałem, jest to przede wszystkim treść. Musi coś wynikać z czegoś. Nie może być tak, że skupiamy się tylko i wyłącznie na jakiejś symbolice, która, umówmy się, też dla wielu ludzi może być niezrozumiała po prostu. Też oczywiście w zależności od tego, w jaki sposób pewne, nazwijmy to ogólnie symbole zostaną przedstawione i opisane i w jaki sposób się to wszystko będzie toczyło. Podstawą jest tak naprawdę narracja, fabuła i to, jak dane teksty się rozwijają, czy coś wprowadzają w wyobraźnię człowieka, który akurat czyta te teksty. Wtedy, jeżeli się pojawiają takie symbole, symbolika przysłowiowa już, to w oczywisty sposób ona raczej pogłębia treść tego wszystkiego, niż sprawia, że coś jest niezrozumiałe. Może tak.
[21:56] - A jak to się dzieje? Bo ja nie wierzę w przypadki i to, że pan jest muzykiem, to, że w tomiku „Kostnica” można również znaleźć coś, co ma pochodzenie, co było kiedyś tekstem muzycznym, tak to określmy. Czy to, że mamy z czymś takim do czynienia, z tego rodzaju tekstami oraz z opowiadaniami, czyli tworem literackim jak najbardziej, to się jakoś łączy w pana życiu, w tym życiu literackim oczywiście. Czy te dwie aktywności, muzyka oraz literatura, one się łączą i jak się łączą? Jeśli zechciałby pan powiedzieć.
[22:38] - Tak, oczywiście to się łączy, to się przeplata. Czasami też jedno wynika z drugiego. Dla przykładu w tym zbiorze „Kostnica” jest tekst pod tytułem „Wiedźma”. On się składa z ośmiu, dziewięciu wierszy, z których każdy miał pierwotnie stanowić tekst do muzyki. Nad tym oczywiście jeszcze pracujemy. Być może będzie faktycznie płyta nagrana pod tym kątem, żeby opierała się właśnie na tych tekstach. To jest taka jakby ilustracja muzyczna do zawartości tekstowej. Czy to się uda? Zobaczymy. Myślę, że 2027 rok przyniesie odpowiedź na to pytanie, bo wtedy planujemy zacząć nagrywanie tego materiału.
Czyli jeszcze trochę czasu przed nami. Natomiast z tych właśnie tekstów, o których wspomniałem, z tych dziewięciu, z tej „Wiedźmy”, z tych dziewięciu tekstów miało powstać pierwotnie opowiadanie. Natomiast wyszło, że będą to teksty i postaramy się to podeprzeć tłem muzycznym. Czy się uda? Zobaczymy. Mam nadzieję, że tak.
[23:27] - Zapytam teraz o pierwsze z opowiadań „Brama”. „Brama” wydaje się taką opowieścią o przekraczaniu granicy. Zresztą nie jest trudne do uchwycenia. Tylko pytanie, czy chodzi o granicę fizyczną, duchową, percepcyjną? A może pan opisał to jako metaforę śmierci? Ale równie dobrze może to być metafora oświecenia, może szaleństwa. Jaki jest klucz do tego opowiadania? Czy chociaż trochę zechciałby pan uchylić rąbka tajemnicy?
[24:01] - Tutaj powiem szczerze mówiąc, że ciężko mi do tego podejść. Ciężko mi tak naprawdę rozmawiać konkretnie o danych wybranych tekstach, które tutaj napisałem. Tak naprawdę wszystko wydaje mi się, że jest w nich zawarte. W sumie każda odpowiedź tutaj jest na miejscu dostępna dla każdego, kto chciałby to przeczytać. Natomiast Tekst jest generalnie o szeroko pojętej sytuacji, jaka miała miejsce na terenach Syberii, jak wiemy, w sytuacji, którą spowodował meteor tunguski. To uderzenie, ta katastrofa cała, straszne rzeczy się działy w tym czasie na świecie na początku XX wieku. To też spowodowało, że działy się naprawdę niesamowite tematy tam w okolicach, i nie tylko. Też tak jak wspomniałem na całym świecie również. De facto faktycznie jest tutaj to przeniesienie tematu tej niesamowitości na życie zwykłego człowieka, zwykłych ludzi na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Jak to się dzieje, co tam się wyrabia?
Ale tak odpowiedzieć konkretnie na twoje pytanie, to powiem szczerze nie potrafię.
[24:57] - Pan mi się wymyka przez cały czas i kiedy ja usiłuję drążyć coś, co nazwałbym warsztatem pisarskim, ale ja będę konsekwentnie pytał. Klimat „Bramy” jest niesamowity. Z jednej strony samotność bohatera, pewne oddalenie od cywilizacji, z drugiej coś niesamowitego, ta tytułowa brama. I znowu można zadać kilka pytań. Czy to jest przejście do innego świata? Do jakiego świata? Jaki jest charakter tego świata? Ale ja nawet nie o tym. Zapytam o coś, co jest, przypuszczam, dla naszych słuchaczy niezwykle interesujące. Skąd biorą się w człowieku takie właśnie pomysły?
[25:41] - Czy masz na myśli pomysły, jeżeli chodzi o opisanie podobnych rzeczy?
[25:46] - Mam na myśli przede wszystkim, siedzi sobie człowiek i wpada mu do głowy pomysł. Czy też to wygląda nieco inaczej? Na przykładzie „Bramy”.
[25:56] - Na przykładzie „Bramy”. Powiem tak: czytałem jakąś książkę, już teraz nie pamiętam naprawdę tytułu, autora, nie przypomnę sobie w tej chwili. Gdzieś tutaj mam na którychś z półek. Właśnie o tej katastrofie tunguskiej. I w międzyczasie też mi wpadło w ręce jakieś opracowanie również na tematy właśnie związane z jakimiś silnymi przeżyciami, które powodują jakieś traumy, jakieś dziwne sytuacje, że człowiek odpływa w jakiś swój świat. Ma jakieś tam swoje wizje, zamyka się w swoim konkretnym punkcie, który sobie znalazł gdzieś w głowie. I jedno z drugim tak naprawdę wydało mi się ciekawym połączeniem. Jeżeli można mieszkać na Syberii, można przeżyć jakąś katastrofę, tą całą traumę i tak dalej, to coś się w człowieku zmienia. A jeżeli dojdzie do tego cała ta niesamowitość tego, co wokół tego było, taka naturalność już to nazwijmy w ten sposób, to już można na podstawie tego zbudować całkiem ciekawą fabułę. I tego właśnie spróbowałem.
Czy mi się udało, to już też nie mnie oceniać.
[26:51] - A kim jest narrator „Bramy”? Czy to jest człowiek, który coś odkrywa? Czy to jest może człowiek, który coś traci? A może w ogóle to jest błędny trop i trzeba by pójść w zupełnie inną stronę?
[27:06] - Nie. To jest człowiek, który coś odkrył. Odkrył coś, co zawsze chciał odkryć, chciał coś zbadać, czegoś doświadczyć. I w momencie, kiedy mu się to w końcu udało, to jednak stwierdził, że jednak nie było to warte tego szukania, tych poszukiwań. Że pewne rzeczy lepiej zostawić nietkniętymi. Takie jak były, niech takimi pozostaną. Pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Może tak.
[27:27] - Czy pan się zgadza z tym poglądem, który pan właśnie wygłosił? Czy rzeczywiście pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć?
[27:34] - Ja tutaj na ty, a pan na pan.
[27:37] - To jest, proszę państwa, coś takiego, co się zdarza w radio, ponieważ jak się wcześniej nie ustali, jak to się mówi, oficjalnej tytulatury, to tak się zdarza. Szczególnie kiedy rozmowa idzie nagrywana dosyć żywiołowo. Zatem ustalmy, że od tego momentu kończymy panowanie, że tak sobie to określę i przechodzimy na tryb bardziej przyswajalny, czyli poproszę o odpowiedź na pytanie: wierzysz w to, że tak to powinno wyglądać, że naprawdę są rzeczy, których lepiej nie wiedzieć?
[28:15] - Tak myślę. Tylko też nie sądzę, żeby ktokolwiek się z tym zgodził. Gdyby doszło co do tego, to myślę, że każdy chciałby wiedzieć jak najwięcej, zgarnąć to i samemu się przekonać na własnej skórze, że jednak lepiej wiedzieć, ale potem jednak można tego żałować. Wiedza nie zawsze jest rzeczą przyjazną.
[28:33] - Przejdźmy do kolejnego opowiadania. „Kostnica. Część pierwsza” i „część druga”, czy też „Kostnica I”, „Kostnica II”. Generalnie chodzi o to, że kostnica to jest taki świat, który rozpada się w pewnym momencie. Można odnieść takie wrażenie. Dostajemy coś na kształt czyśćca. Czy ta opowieść „Kostnica” to jest opowieść o jakimś końcu świata, nawet takim małym, osobistym? Czy to jest może opowieść właśnie o końcu konkretnego człowieka?
[29:07] - Generalnie „Kostnica” to są w tej chwili dwa opowiadania. Planowane jest trzecie. Tutaj jest to totalna taka, można powiedzieć, groteska. Trochę grozy i trochę takich totalnie abstrakcyjnych momentami klimatów można powiedzieć. Tutaj taki dowcip polega na tym, że część pierwszą napisałem w 2019 roku, a część drugą w 1994, jeśli dobrze pamiętam. Także to trochę pomieszane z poplątanym.
[29:32] - Tak, ale powiem szczerze, gdyby nie śledzić dat, to trudno to zauważyć, bo ta pierwsza „Kostnica” wciąga bardzo czytelnika i angażuje czytelnika. Stąd to moje pytanie, bo z jednej strony rzeczywiście sytuacja jest, określiłeś ją groteskową. Miejsce jak miejsce, ale rzeczywiście można by dojść do wniosku, że pewien rodzaj groteski tam występuje, natomiast jest na rzeczy coś. To znaczy, czy to jest koniec bohatera, człowieka? Czy to w ogóle jest symbolicznie jakiś mniejszy bądź większy koniec świata?
[30:11] - Powiedziałbym, że tutaj chodzi głównie o to, że wydaje nam się, że coś chcemy osiągnąć, coś chcemy zrobić. Jest tutaj podobny motyw, jeżeli chodzi o zamierzenia człowieka. Że chcemy coś osiągnąć, co wydaje nam się spełnieniem marzeń, spełnieniem ambicji. Do czegoś zmierzamy, natomiast okazuje się to w koniec końców czymś, czego nie powinniśmy robić. Generalnie marzenia nie zawsze powinny się spełniać.
[30:34] - Opowiadanie „Pokój 47”. Umówiliśmy się, że nie będziemy spoilerować, więc postaram się tego nie robić, ale czy to opowiadanie można traktować jako metaforę, która mówi nam, że technologia może być nową formą boskości?
[30:58] - Myślę, że można by w ten sposób podejść do tego tematu. Natomiast samo opowiadanie napisałem dla kolegi, abstrahując od zadanego pytania, który komponował zbiór opowiadań „Tabu 2”. To jest antologia horroru erotycznego. Pod tym kątem to opowiadanie było napisane. A wracając do pytania, myślę, że tak. Technologia ma też swoje mroczne strony i pewnych rzeczy nie ułatwia, wręcz przeciwnie. Może nas zwieść w totalnie pokręcone rejony, których sami byśmy nie chcieli nigdy doświadczyć, nie chcielibyśmy się znaleźć w pewnych sytuacjach. Akurat „Pokój 47” to jest przykład randki w ciemno przez internet, gdzie fajnie się z kimś gada, pisze, nawiązuje się relacje, a jak już przychodzi do spotkania, to się okazuje, że możemy trafić na coś zupełnie przeciwnego niż osoba, której byśmy się tak naprawdę spodziewali.
[31:52] - To ja mam jeszcze jedno pytanie dotyczące tego opowiadania. Tam w momencie tego nie wprost spotkania via sieć można odnieść wrażenie, że chwilami przybiera postać rozmowy z Bogiem wręcz. Czy to też było intencjonalne, czy to tylko moje wrażenie?
[32:11] - Chyba wrażenie. Powiem szczerze, nie miałem takiego zamiaru.
[32:16] - To przejdźmy do kolejnego opowiadania. Opowiadanie „Erdbeere”.
[32:21] - To jest z niemieckiego „truskawki”. Ponieważ akcja się toczy właśnie w Niemczech na polu truskawek, przy zbiorach truskawek. Jest to horror.
[32:30] - Horror, w którym sporo jest cielesności, a jednocześnie symboliki rozkładu, pożądania. Ja bym powiedział, że to opowiadanie również by pasowało do zbioru horroru erotycznego. Jak najbardziej.
[32:47] - Czy ja wiem? Jeżeli chodzi o niektóre opisy, to może faktycznie to mogła ponieść fantazja. Natomiast niekoniecznie. Powiem szczerze, mając na myśli coś takiego jak horror erotyczny, to raczej miałbym na myśli bardziej bezpośrednie traktowanie czytelnika i fabuły. Może w ten sposób to ujmę. Tam jednak jest bardziej położony nacisk na horror. Faktycznie może niektóre opisy, jakieś śluzy nie śluzy, cuda wianki, takie, które już znamy z twórczości wielu innych autorów horroru, takiego bardziej nawet komercyjnego, umówmy się, również się tam znajdują. I może stąd wynika inna opinia, że może to być coś związanego z erotyką.
[33:30] - Nie mogę nie zadać teraz tego pytania. Co było punktem wyjścia do tej historii? To jest ciąg dalszy dopytywania o warsztat, o sposób, w jaki pisarz zaczyna pisać.
[33:44] - Co było punktem wyjścia? Może to, że kiedyś wyjechałem do pracy poza granice Polski. To było jeszcze daleko wcześniej, zanim Polska weszła do Unii Europejskiej. Pewne rzeczy nie były łatwe, wydawały się dziwne i niesamowite. Tak naprawdę taki punkt wyjścia myślę, że mógłby tu być wzięty pod uwagę faktycznie.
[34:03] - Ale aż tak dramatycznie czy tak horrorowo nie było?
[34:09] - Nie w tym kierunku. Na pewno nie.
[34:12] - Kolejne opowiadanie nosi tytuł „Dwie minuty z Bogiem”. O co tak naprawdę chodzi? Tu po prostu oddaję tobie inicjatywę dlatego, że się boję, że zaspoileruję to opowiadanie zbyt mocno.
[34:28] - Można powiedzieć, że to fantazja polegająca na tym, że dziecko zadaje pytanie dorosłemu na temat tego, kim jest Bóg, czym jest Bóg. I dorosły jako taki autorytet odpowiada.
[34:41] - A czy to jest krytyka fanatyzmu, religii?
[34:47] - Fanatyzmu tak, ale generalnie takiej powierzchownej religijności, która tak naprawdę otacza ten świat. Jeżeli chodzi o tego typu kwestie. Wszystko jest powierzchowne, zwykłe, nijakie. Chodzi po prostu o to, że dzieci potrafią zadawać tak proste pytania i tak kluczowe, jeżeli chodzi o kwestie tak poważne jak religia, że nie jesteśmy w stanie na nie odpowiedzieć.
[35:11] - Mam w związku z tym opowiadaniem i z opowiadaniami, o których już troszkę opowiedzieliśmy, pytanie. Myślę, że dosyć ważne dla tego, jak piszesz, po co piszesz, bo wydaje mi się, że w twoich opowiadaniach pada szereg bardzo ważnych pytań. Takich pytań czasami otwartych bardzo, ale jednak pytań, czy przynajmniej wątpliwości. Odnoszę wrażenie, że zadawanie tego rodzaju pytań, odwaga w ich stawianiu to jest pewna marka, która już zaczyna ciebie charakteryzować. Co więcej, ta odwaga stawiania pytań, takich niewygodnych pytań, jak na przykład tam jest, o ile dobrze pamiętam, motyw chłopca i rzeźni. To są wszystko pytania, które nie wszyscy odważyliby się zadać. Ty je zadajesz. Zatem wyciągam wniosek, że kto wie, czy cała ta twórczość, a w każdym razie spora jej część, te pytania nie są jej osią pewną.
[36:14] - Przede wszystkim dzięki wielkie za dobre słowo. Natomiast nie wydaje mi się, żeby to było coś totalnie oryginalnego, żeby zadawać pewne pytania. To są pytania naturalne. Tutaj nie ma żadnej głębszej filozofii tak naprawdę. Są to pytania, wydaje mi się, jeżeli chodzi konkretnie o to jedno opowiadanie, o te dwie minuty z Bogiem. To są pytania, które każdy rozsądny człowiek w pewnym momencie swojego życia powinien sobie zadać. A pytanie jeszcze pozostaje kolejne: jaką odpowiedź usłyszy? Bo od tego tak naprawdę może wiele zależeć generalnie.
[36:44] - Ja myślę, że jesteś dużym optymistą sądząc, że tak wielu ludzi zadaje sobie tego rodzaju pytania, ale pewno pozostaniemy każdy przy swoim zdaniu i ja nie jestem przekonany, czy te pytania padają tak często. Przejdźmy do opowiadania „Ostatni rejs”. W „Ostatnim rejsie” kapitan, bohater dryfuje ku nicości, ale zachowuje godność. Tam jest pewien rytuał nawet. Znowu będę starał się podrapać trochę, o co chodzi. Czy dobrze odczytuję? Czy to może być opowieść o starości, samotności, a może jakimś końcu epoki? Takie miałem skojarzenia.
[37:23] - W pewnym sensie na pewno. Tak jest, jak mówisz. Tutaj tak naprawdę chciałem, żeby głównym bohaterem było właśnie morze i żywioł w jakiś sposób. Coś, co reprezentuje jakieś siły natury, takie rzeczy, może bardziej tą ciemną stronę tych sił natury, też natury ludzkiej. Bo żywioły tak naprawdę i człowiek w jakiś sposób się przenika wzajemnie i może nie tyle wpływa na siebie, co w jakiś sposób ze sobą koegzystuje. Ludzie też są na swój sposób żywiołami. Chyba nie do końca odpowiedziałem na twoje pytanie.
[37:57] - Trochę koresponduje ta odpowiedź z moim następnym pytaniem, więc je po prostu zadam. Czy „Ostatni rejs” to jest odbicie podróży w głąb siebie? A jeśli tak, to co można podczas takiej podróży znaleźć?
[38:15] - Ten temat chyba przewija się przez całą naszą rozmowę, że można znaleźć to, czego się pragnie. Tylko na koniec okazuje się, że to nie zawsze jednak jest to, czego się spodziewaliśmy, to, czego oczekiwaliśmy po tym, czego tak naprawdę pragniemy. Bo ponieważ chcąc odkryć kopalnię złota albo wygrać miliard w totka, to się okaże, że sobie ukręcimy sznur na szyję przez to, że nam się to uda. I często bywa, że właśnie tak to się wszystko kończy. Generalnie, jeżeli coś się w naszym życiu potoczy, czy to w sposób ekstremalnie pozytywny, czy ekstremalnie negatywny to może nie, ale właśnie pozytywny lub taki spokojny, to czasami, jeżeli tego naprawdę chcemy, to się okazuje, że to może wcale nie tak. To wcale nie jest to, czego nam tak naprawdę trzeba.
[38:58] - Czyli uważajmy, czego tak naprawdę chcemy, o czym marzymy, bo to się może źle skończyć?
[39:08] - To jest takie bardzo stare porzekadło: „Uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni.” Ale coś w tym jest. I może faktycznie tutaj należałoby to odnieść do tych pojedynczych tekstów.
[39:18] - Zostawmy już poszczególne teksty, ponieważ ja nieustannie mam pewien lęk w sobie, że my za dużo opowiemy. A teksty, wierzcie mi państwo, są klimatyczne, warte tego, żeby z nimi pobyć i je przeżyć. Ponieważ jak zaczniemy za dużo opowiadać, skończy się być może przynajmniej część czaru, który ewidentnie autor na państwa zarzuci, kiedy zaczniecie lekturę. To ja przejdę do pytań bardziej ogólnych. Częściowo już pytałem o warsztat, to pociągnę ten temat warsztatowy. Czy pisanie jest dla ciebie świadomym procesem, czy też jest to proces intuicyjny, całkowicie intuicyjny albo częściowo intuicyjny? Po prostu tego dnia sobie coś napiszę. Czy to jest też proces oparty na pewnej wiedzy, umiejętności, czy bardziej na tym, co często nazywa się natchnieniem? Czy to jest jakieś intuicyjne zanurzenie się w wizji, która w danym momencie akurat przychodzi sama, czy też jest to bardzo racjonalne, świadome, konsekwentne działanie, tworzenie dzieła?
[40:27] - Na pewno nie da się wstać rano, usiąść przy biurku, powiedzieć: „O, dzisiaj napiszę sobie opowiadanie.” Tak to niestety nie działa. Natomiast zdarza się oczywiście, że człowiek się budzi rano i ma jakiś pomysł, coś mu się przyśniło i stwierdza, że musi to zapisać. Dzisiaj tego nie napisze na pewno, bo nie ma czasu. Musi iść do pracy, musi coś tam jeszcze zrobić innego. Więc zapisuje sobie pojedynczy pomysł na dwóch, trzech zdaniach. I takie notatki lądują w szufladzie takiej z napisem „dobre pomysły.” I w momencie, kiedy przychodzi ten czas, że teraz to jest ten moment, żeby coś napisać, otwieram taką szufladę, znajduję jakąś kartkę, czytam. I wtedy można zacząć coś pisać. Ale to musi być ten moment i musi być taka chwila, która właśnie pokaże, że to jest ten pomysł i ten, który warto zrealizować.
[41:13] - To teraz pytanie niedyskretne, bo poznaliśmy w „Kostnicy”, w zbiorze opowiadań kilka tekstów. Czy w tym długim okresie, który zakreśliłeś, lata 90. to początek pisania, teraz niedawno powstawały ostatnie teksty. Już nawet nie pytam o ilość, ale czy dużo w międzyczasie powstało tekstów, które po prostu w pewnym momencie trafiły do kosza albo przynajmniej na dno szuflady?
[41:41] - Myślę, że tak. Opowiadań to jest grubo ponad setka. Natomiast jeżeli chodzi o teksty typu jakieś liryki do zespołów, to około 2000 tego będzie. Większości to mam oczywiście jeszcze u siebie, tylko to naprawdę wymaga wszystko ponownego przeredagowania, przepisania, bo w większości są to teksty pisane ręcznie na kartkach, w zeszytach jakichś. Całe opowiadanie i tak dalej to wszystko leży w szufladach i się kurzy. Także gdyby to miało być ewentualnie kiedyś jeszcze coś z tego wydane, to rzeczywiście trzeba by to przepisać na komputerze, poprawić i tyle. Po prostu nadać temu jakąś formę. Treść jest, trzeba by nadać formę.
[42:16] - Zacząłeś mówić już o tym. Wymieniłeś kilku autorów, ale teraz chciałbym, żebyś troszeczkę więcej opowiedział o swoich literackich idolach. O autorach, którzy ukształtowali twoje podejście do pisania. Może nawet nie do samego pisania, do postrzegania świata, jaki opisujesz. I tutaj może nie tylko nazwiska związane na przykład z fantastyką czy z grozą, ale też w ogóle jakbyś odsłonił pewne gusta literackie, to byłbym bardzo wdzięczny.
[42:49] - Oczywiście podstawa przede wszystkim to oczywiście, tak jak wspomniałem Howard Phillips Lovecraft, Edgar Allan Poe wiadomo, Karl Heinz Strobl, Evers, Peter Blatty. Jest tych autorów sporo, naprawdę. Nawet Henry Kuttner też pisał świetne rzeczy przecież. A tak spoza literatury szeroko pojętej fantastyki i grozy, to już musielibyśmy tutaj zacząć się zagłębiać w mitologię świata różnego rodzaju, nawet począwszy od Biblii, skończywszy na Wedach indyjskich. Takie rzeczy. Tam też jest mnóstwo interesujących tematów, inspirujących przede wszystkim. Są to kopalnie pomysłów, naprawdę. Właśnie mitologie, takie rzeczy. W „Kostnicy” nie ma nawiązań jakichś szczególnych właśnie do mitów, natomiast mam wiele takich tekstów, gdzie do nich nawiązuję. Także to jest też bogate źródło, naprawdę.
Nie wiem, czy słowo inspiracja będzie w tym wypadku dobrym słowem, ale na pewno nakręcających wyobraźnię.
[43:43] - A zgłębianie mitologii świata to jest jednak wysiłek intelektualny. Bywa to wysiłek intelektualny. Gdzie szukasz źródeł do tego wysiłku? Czyli gdzie na półkach stoją jakieś książki, czy też inaczej do tego podchodzisz? Jak szukasz tych wszystkich opowieści, które gdzieś tam w pewnym momencie w twojej głowie rodzą coś nowego? To, tak jak powiedziałeś, nie zawsze musi być wprost nawiązanie do tego, co przeczytałeś. To się tak czasami w głowie bardzo dziwnie splata i powstają zupełnie nowe treści, ale zanim one powstaną, to trzeba je znaleźć, gdzieś tam się zainspirować. Jak szukasz tych opowieści ze świata?
[44:27] - Kiedyś, w latach 80., 90., początek lat 2000. również było mnóstwo antykwariatów. I tam naprawdę tak zwana nasza straszna komuna też miała wysyp swojej ilości tytułów nawiązujących do rozmaitych mitologii, począwszy od mitologii Celtów, Hetytów i tak dalej. Była cała seria tego typu książek. Później wiadomo, w tym samym czasie mniej więcej wychodziły też książki Kosidowskiego. „Rumaki Lizypa”, „Gdy słońce było bogiem”, takie historie. To też było niesamowite wszystko. I wiadomo, chyba każdy w szkole zaczynał od Parandowskiego. Mity greckie, te sprawy. Przede wszystkim oczywiście również historia.
Tu już pole do popisu jest też dużo większe przede wszystkim, bo też tych książek historycznych jest bardzo dużo. Ostatnimi czasy książki są wiadomo drogie. Wychodzą tytuły coraz bardziej takie, można powiedzieć, ocenzurowane. Ocenzurowane to jest dobre słowo. Może inaczej. Może mniej ciekawe po prostu, mniej zaangażowane. Może to będzie lepszym określeniem dla tego typu rzeczy. Teraz przede wszystkim sporo można poczytać w internecie, gdzie oczywiście jest masa przekłamań, masa jakichś w ogóle dziwnych treści, które nie zawsze są zgodne z rzeczywistością, ale mimo wszystko warto szukać. Jak wspomniałem, ja to się generalnie posiłkowałem we wszelkiej maści antykwariatach pod tym względem.
[45:46] - W wywiadzie z autorem, który pisze opowiadania takie pytanie, jakie zadam za chwilę, bardzo często się pojawia, więc jeśli to jest pytanie sztampowe, to proszę słuchaczy o wybaczenie. Naszego autora również proszę o wybaczenie, ale i tak pytanie zadam. Czy planujesz rozwinąć któreś z opowiadań, na przykład „Kostnicę”, w jakąś dłuższą formę? Bo ona by się nadawała, żeby ją rozwinąć w jakąś dłuższą formę, na przykład w powieść albo w scenariusz.
[46:17] - Powiem szczerze, że akurat „Kostnicy” to w ten sposób nie myślałem. Jeżeli chodzi o ten tytuł, to planuję napisanie trzeciej części, bo jest część pierwsza, część druga, no i jeszcze powinna być trzecia, bo trzecia też jest w fazie pomysłu, który warto by zrealizować, mi się wydaje. Natomiast co do drugiej części pytania, czy scenariusz, to myślę, że najprościej byłoby zrealizować właśnie „Bramy”. Tak mi się wydaje przynajmniej. Ale nad zmianą, nad przemeblowaniem tego w formę scenariusza nie myślałem. Natomiast jeżeli chodzi o zrobienie z tego powieści, to już byłoby trochę bardziej skomplikowane, myślę. Tutaj jednak przydałby się lepszy fachowiec, który mógłby coś takiego zrobić. Ja obawiam się, że dłuższe formy literackie to raczej chyba bym się nie bawił.
[47:02] - To teraz musi być drugie sztandarowe pytanie, charakterystyczne dla rozmowy z pisarzem: nad czym teraz pracujesz?
[47:11] - Pisarz to za duże słowo, myślę, tutaj w moim wypadku. Teraz pracuję obecnie, właśnie skończyliśmy pracę nad numerem 20. „Relief” magazynu. Tak jak wspomnieliśmy na początku, wspomniałeś na początku, jest to pismo o muzyce generalnie ekstremalnej. Tam również są wywiady, recenzje, wszelkiego rodzaju artykuły. I w sumie to generalnie najwięcej czasu spędzam nad tym magazynem. A jeżeli chodzi o pisanie tekstów, opowiadań i tak dalej, to tutaj troszeczkę się zaawsunąłem po wydaniu tej „Kostnicy” i tak naprawdę nowych rzeczy nie piszę. To już jest po prostu brak czasu, który głównie poświęcam właśnie na muzykę i właśnie na magazyn. A opowiadania póki co jeszcze czekają na swój czas, na swoją kolej.
[47:54] - To ja jeszcze na chwilę nawiążę do opowiadań, o których rozmawialiśmy. Bo wspólną cechą „Bramy", „Pokoju 47", czy „Kostnicy" jest motyw przestrzeni przejściowej. Czy to są jakieś alegorie? To pytanie już padało odnośnie poszczególnych tekstów, ale czy to są alegorie wewnętrznych stanów człowieka? Cały czas drążę to, bo jakoś mnie to mocno ukłuło, że twoje opowiadania da się odczytywać z człowiekiem, z jego psychiką niejako na dłoni. I stąd te moje może nawet naciski czy natarczywe pytania, ale takie odniosłem wrażenie, że tam bardzo mocno wyczuwam tego rodzaju klimaty, o których powiedziałem.
[48:47] - Bardzo bym chciał, żeby tak było. Jeżeli udało się to, jeżeli ktoś takie rzeczy wyłapuje, to znaczy, że może nie jest aż tak źle z tymi tekstami. Myślę, że może coś w tym być faktycznie, że w ten sposób jest to ujęte i jeżeli jest to tak odczytywane, to nic, tylko się cieszyć.
[49:05] - To jeszcze zapytam o obrazy, które tworzysz, bo są miejsca w książce, niesamowicie realistyczne opisy. To jest właśnie problem. Realistyczne czy fantastyczne? Ale w każdym razie bardzo gęste te opisy. Może to będzie lepsze określenie. I pytanie, czy to jest wynik wizji, którą masz? Czy to jest raczej rodzaj intuicji pisarskiej? Po prostu piszę opis i musi być soczysty. Musi być taki, który przekona potencjalnego czytelnika. Jak to jest?
Pytam między innymi dlatego, że wielu pisarzy ma problemy z opisami. Ty chyba nie masz takich problemów, albo też nie widzę ciężkiej pracy, którą w to włożyłeś, ale to też może być odpowiedź na pytanie.
[49:55] - Myślę, że tutaj nie ma problemu, jeżeli chodzi o opisy. Natomiast tutaj przypomniał mi się właśnie taki fragment. Kiedyś czytałem recenzję wierszy Lovecrafta. To było półtora roku temu i ktoś fajnego określenia użył pisząc, że czytając opis spadającego deszczu czuje się mokry. Myślę, że warto przykładać wagę do opisów, zwłaszcza jeżeli to, co opisujemy, jest rzeczą plastyczną i taką, która da się opisać słowami, które są jednocześnie proste i przekonujące. Nie wiem, na ile mi się to udaje. Jeżeli mówisz, że jako tako to wychodzi, to się cieszę z tego powodu.
[50:28] - Powiem tak: ile bym pytań nie zadał, to na pewno będzie tak, że jakiegoś pytania nie zadałem. Najczęściej jest tak, że coś tam ucieknie. To ja w tym momencie prawie zawsze odwołuję się do intuicji autora. Jakiego pytania ci nie zadałem? Na jakie pytanie chciałbyś odpowiedzieć tylko zły redaktor nie domyślił się tego pytania?
[50:56] - Już się maglujemy tutaj prawie godzinę. Niedługo już będzie godzina. To już chyba pytania padły czy wszystkie? Nie wiem. Jeżeli chodzi o literaturę i tak dalej, to jesteśmy bardzo do przodu. Już chyba poruszyliśmy wszystko i nie wiem, czy słuchaczy nie zanudzisz tym wywiadem. Natomiast nic mi w tej chwili nie przychodzi więcej do głowy, jeżeli chodzi o kolejne pytania.
[51:17] - To w takim razie pięknie ci dziękuję.
[51:19] - Również dzięki ogromne.
[51:20] - Ja państwu przypomnę, naszym gościem był dzisiaj Adrian Pełka, człowiek, który napisał zbiór „Kostnica". I znowu to podkreślę, szukajcie państwo zbioru opowiadań „Kostnica", który ponownie na rynku pojawi się za niedługi czas. Przypomnijmy wydawnictwo.
[51:41] - Wydawnictwo Małe Nakłady.
[51:43] - Wydawnictwo Małe Nakłady, ale rozumiem, że tym razem nakład będzie nieco większy niż ostatnio.
[51:51] - Myślę, że tak.
[51:52] - Gdzie szukać? Rozumiem, że wydawnictwo Małe Nakłady ma swoją stronę internetową i tam należy się udać na tę stronę i drogą kupna książkę nabyć.
[52:04] - Najprawdopodobniej w ten sposób będzie najlepiej. Tak, dokładnie.
[52:07] - W takim razie pięknie ci dziękuję za dzisiejszą rozmowę i czego można życzyć pisarzowi? Sukcesów literackich jak najbardziej.
[52:17] - Bardzo wielkie dzięki. Pozdrawiam ciebie, pozdrawiam słuchaczy. Wszystkiego najlepszego, trzymajcie się i do przeczytania.
[52:26] - To teraz, proszę państwa, dorzucimy do pieca. Piotr Cielebiaś już czeka. To czas porozmawiać o polskiej produkcji serialowej. O serialu „Projekt UFO". Dzień dobry, wieczór państwu. Zaczynamy „Filmotekarium". Zaczynamy „Filmotekarium" i muszę przyznać, że jak się do jakiejś idei przywiążemy, to konsekwentnie posuwamy ją do przodu. Otóż tak się zastrzegaliśmy z tymi serialami, to chyba już teraz trzeci z kolei serial dla państwa będziemy omawiać. Na szczęście to jest miniserial czteroodcinkowy, ale serial. Przyczyna taka, że w filmach w dalszym ciągu posucha, czy w każdym razie ewidentna flauta.
Więc seriale to jest taka deska ratunku. I trzeba przyznać, że serial, o którym będziemy dzisiaj mówić, „Projekt UFO" z polskimi aktorami, polski serial i to takimi wiecie państwo aktorami, że ho, ho! Więc ten polski serial to jest pewne wydarzenie, ale ja mam wrażenie, że jest to zmarnowana szansa. I tym optymistycznym, w cudzysłowie, akcentem zaczynamy. Dzień dobry, wieczór Piotrze.
[53:57] - Witam wszystkich. Dobrze, żeś to powiedział, Marku.
[54:03] - Z tymi serialami to myślę, że będziemy się pojawiać częściej, bo jaki to jest sens wstrzymywać się z opiniami do wakacji? Przypomnę, że w wakacje robiliśmy ostatnio przeglądy serialowe. Jeżeli chodzi o "Projekt UFO", to on był wyczekiwany przez wiele osób. Mówiono o nim od wielu miesięcy, ale też tak mi się wydaje, że sporo osób uważało, że to wyjdzie inaczej, że to będzie coś innego, bardziej na poważnie. Ja pamiętam u siebie taki element rozczarowania, kiedy wszedłem na platformę na EL, nacisnąłem na zapowiedź i tam był taki tag, chyba można powiedzieć, opisujący ów serial. Brzmiał on: "udawana powaga". Tak, dobrze opisuje ten tag serial "Projekt UFO". Zamieszanie jednak się pojawiło, dlatego że jakby nie było, serial inspirowany jest najsłynniejszym polskim bliskim spotkaniem z UFO i ufonautami. Przy czym inspirowany to jest dobre słowo, dlatego że do sprawy Wolskiego tam nawiązania są, natomiast są często rozwodnione. To nie jest oparte na pewno na historii z Emilcina.
Moją opinię na temat "Projektu UFO" część z was może już znać, bo odniosłem się do tego na jednym z lajtów. Czy podtrzymuję moje słowa, że jest to serial, do którego się nie chce wrócić, a przynajmniej ja do niego nigdy nie wrócę? Tak, podtrzymuję. Ale Piotrze, przecież Hideo Kojima, japoński guru w świecie gier wideo, był serialem Caspra Bayona zachwycony. A mógł być. W sumie co mnie to obchodzi? Japończykowi taka komiksowa popelina się może podobać. Gdzie ludzie biegają, krzyczą, jest niesamowite zamieszanie. Tak, to może japoński umysł poruszać, natomiast nie, mnie to zmęczyło. Ale żeby jakoś uporządkować narrację, zacznijmy od tego, że jeżeli ktoś jeszcze nie wie, to osią filmu, przepraszam, serialu "Projekt UFO" są stosunki między Zbigniewem Blanią Bolnarem a Witoldem Wawrzonkiem, realnymi postaciami.
Bolnar w filmie jest przedstawiony jako Polgar, natomiast Wawrzynek jako... Zapomniałem niestety. Gra go Mateusz Kościukiewicz. Zaraz sobie przypomnę. I ci panowie mają ze sobą początkowo na pieńku, dlatego, że Polgar ośmiesza tego Sokolika, on się Sokolik nazywa, ośmiesza tego Sokolika w swoim programie w telewizji. Natomiast okazuje się, że potem Sokolik, czyli Witold Wawrzynek, odkrywa sprawę Wolskiego gdzieś tam w zabitej dechami wsi na Mazurach. I ich stosunki ulegają w każdym odcinku zmianom. Chciałoby się powiedzieć, że to jest właśnie główna oś fabularna, ale z tym serialem jest ogromny problem, bo o ile Marku, i nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, bo o ile ja, ty, entuzjaści ufologii, nasi słuchacze są w stanie się połapać w tym scenariuszu jako tako, są w stanie znaleźć pewne znajome fakty, punkty, to myślę, że ludzie, którzy się w ogóle UFO nie interesują, którzy nie znają sprawy Wolskiego, przecież nie jest tak, że każdy w Polsce zna tą historię. Ludzie, którzy się tym nie interesują, oni kiedy ten serial obejrzą, to w ogóle nie będą wiedzieć, o co chodzi. Tak myślę.
I dobrze, że na samym początku dostajemy takie słowne preludium, które wyjaśnia nam, co nam Casper Bayon chciał w tym filmie powiedzieć. Serialu, przepraszam. Ale wcale się nie pomyliłem mówiąc o filmie. Do tego wrócę za jakiś czas.
[58:01] - Niby wyjaśnia, a tak naprawdę nie wyjaśnia. Zaraz do tego wrócę. Powiedziałeś o tym, że rzeczywiście ludzie zainteresowani zjawiskiem UFO będą wiedzieli, o co chodzi. Ludzie, którzy o Emilcinie, o Wolskim czytali, to tak, bardzo szybko rozpoznają kto jest kim. A dokładnie ci, którzy sprawę UFO mają w głębokim poważaniu, to będzie im ciężko. To taki jakiś chaos będzie dla nich. Ale nie o tym chciałem. Zgadzam się tu w pełni. Ten film wydał mi się podejrzany od pierwszego napisu, o którym wspomniałeś. I zacząłem się zastanawiać, dlaczego to jest tak zrobione.
Mam swoje wnioski i o nich później. Natomiast czemu się dopierdzielam do tego napisu? Otóż ten napis głosi, że mamy początek lat 80. Polska rozwija się świetnie i w ogóle... Zaraz, zaraz, zaraz. Przecież to nie tak było. Dokładnie nie tak. Jesteśmy w alternatywnej rzeczywistości. To nie jest obraz rzeczywistej Polski PRL-u, tylko obraz alternatywny. Tam wszystko jest inaczej.
To, że nie ma Gierka, tylko jest podróbka Gierka, to, że nie ma Jaruzelskiego, tylko jest podróbka Jaruzelskiego, to, że czas jest przesunięty, bo przecież Wolski spotkał przybyszy, w ogóle spotkał się z tym zjawiskiem pod koniec lat 70., a tutaj mamy początek lat 80. To się może wydawać mało ważne, ale ta alternatywność jest zastanawiająca. Po co? I pod tym kątem oglądałem ten film. I muszę ci, Piotrze, powiedzieć, że scenarzysta oraz reżyser filmu w jednej osobie postanowił, że stworzy dzieło. I to dzieło, które będzie takie nie o UFO, nie o problemie, który się tam pojawił. To będzie ponadczasowe i ponadufonautyczne. To będzie mówiło o głębszych sprawach. Jakie są te głębsze sprawy? Znowu zacząłem się zastanawiać, dlaczego przeniesiono owo spotkanie z miejsca, w którym się naprawdę wydarzyło pod ruską granicę.
Dzisiaj z obwodem królewieckim czy kaliningradzkim, jak kto lubi. Gdzieś tam. I to się w pewnym momencie, właściwie pod koniec serialu okazuje. Otóż chodzi o to, że ci obcy, te żaby z płetwami i tak dalej, to są tacy obcy, którzy są prawie jak ci zza tej granicy. To ma być taka metafora tańcząca w wykonaniu pana reżysera, scenarzysty. I to nam ma uświadomić, że ci zza tej granicy są tak samo obcy jak ci obcy. Tak się kończy, jak za film z elementami fantastyki naukowej zabiera się facet, który nie wiem, czy jedną książkę w życiu fantastycznonaukową przeczytał. Być może przeczytał Lema, bo to się zawsze na salonach dobrze pochwalić. Czytałem Lema, może „Kongres futurologiczny", a może „Głos Pana". To takie było głębokie, że po prostu mnie zafascynowało.
Mniej więcej tak te rozmowy wyglądają i tyle ci ludzie o fantastyce naukowej wiedzą. Ja jestem miłośnikiem fantastyki naukowej, ale też nie przeceniam jej roli. Mam świadomość, że wielkie dzieła w fantastyce naukowej powstają rzadko. To jest literatura przeznaczona zupełnie do czegoś innego, między innymi do rozrywki, ale nie tylko. Jest tam szereg głębokich przemyśleń, bliżej tej literaturze do filozofii, niż się wszystkim wydaje, ale w końcu nie wszyscy muszą być filozofami i nie wszyscy tę filozofię muszą w owej literaturze dostrzegać. Nasz pan reżyser, scenarzysta zdecydowanie nie dostrzega. Niedowidzi przynajmniej na jedno oko i stara się nam wpoić pewną narrację jak najbardziej polityczną. W tych czasach, gdzie się toczy wojna, gdzie ci zza tej granicy, po drugiej stronie, w tym obwodzie, to są tacy obcy i tacy groźni. Co zresztą w ostatnim odcinku zostaje wyłożone w pełni, bo tam się w pewnym momencie z opóźnieniem, ale coś w rodzaju nie stanu wojennego, a stanu okupacyjnego zaczyna. Ja specjalnie użyłem tego stwierdzenia o metaforach tańczących.
Nie jest oryginalnie moje. Zaczerpnąłem, ale to w pewnym momencie, w czwartym odcinku przekracza już, moim zdaniem, może nie mówmy o przyzwoitości, granicę przyswajania bezbolesnego. Ja to przyswajałem dosyć boleśnie, bo to jest coś, co ja nazywam dorabianiem filozofii do kawałka ciała. Był jakiś problem, to się UFO w to wstawi i te UFO nam pokażą, jacy jesteśmy jako ludzie. I to może by się nawet mogło sprawdzić, gdyby się zabrał za to człowiek, który wie, o czym mówi. A ja chwilami mam wrażenie, że owszem, powstało na pewno arcydzieło kinematograficzne i serialowe, to nie mam co do tego wątpliwości, że mainstream będzie zachwycony, jakie to jest genialne dzieło. A że tam o UFO mówią, o bzdurach to się opowiada, ale to tylko tło jest. Nie tego oczekiwałem po tym serialu, bo mówiąc szczerze to, co ma nam do powiedzenia pan scenarzysta, reżyser moim zdaniem jest miałkie i nijakie. I ja tego nie chcę słuchać, bo to się chyba nie nadaje do słuchania ani do oglądania. Mnie by interesował serial, jakaś próba artystycznego przetworzenia tego, co się Wolskiemu przydarzyło, a nawet tego, co się kręciło wokół Wolskiego.
Ale nie, przecież to w ogóle nie jest ważne. Przynajmniej tak wnioskuję z tego miniserialu. To w ogóle nie jest ważne. Ważniejsze są sprawy geopolityczne, jak to tamci nas atakują, a my się musimy bronić i oni są obcy.
[01:04:51] - Tak, dobrze to podkreśliłeś. Szczególnie w kontekście tego, co powiedziałem o Kodżimie. Ja nie sądzę, żeby on był aż takim geniuszem i tak dobrze znał naszą sytuację, żeby dostrzegł te analogie. Jemu się po prostu podobało chyba to, że oni się tam ganiają. Jest jakaś sytuacja dziwna, są potworki, chłop uprowadzony, w ogóle nie wiadomo, co się dzieje. Czarodziejka z księżyca wpada w pewnym momencie i robi rozpierduchę. Sorry, ale tak to widzę. Nie chcę być złośliwy. Absolutnie.
[01:05:25] - I jeszcze seksią się i to poza małżeńsko się seksią.
[01:05:31] - Tak, ale to jest film takiego nepokida, jak to się brzydko mówi. Myśmy o tych nepokidach już dużo mówili na Filmotekarium w kontekście dzieł córki Agnieszki Holland, która też się bawiła w science fiction. Nie wychodziła nigdy. Bo tutaj w Polsce jest tak, że talent się dziedziczy i to bardzo. I w przypadku pana Kaspra Bajona chyba nie muszę podkreślać, skąd on się wziął nagle. Marek tutaj powiedział, że science fiction to jest bardzo specyficzna dziedzina, bardzo specyficzny gatunek literatury, gdzie poprzez pewne opowieści nie dziejące się w naszej rzeczywistości, czasami niemające się prawa zdarzyć, próbuje się przekazać pewne treści. A tutaj mamy na odwrót. Przekazuje się przez pewne treści opowieść, która może się wydarzyła, a może się nie wydarzyła. Tak jak mówię na samym początku w tym słownym opisie. To jest nie do strawienia.
Ja poszukuję w filmach, serialach sensu, a tutaj od pana młodego Bajona dostajemy serię wątków. I to jest mój drugi zarzut. Ten film jest przewątkowany. Ja cały czas mówię film, dlatego że, ja to zaraz powiem, jest przewątkowany. Mamy tam tragedię z młodości Sokolika. Mamy ogolenie głowy Polgara nie wiadomo po co. Mamy komunistycznych prominentów, którzy muszą być śmieszni. Mamy wielki świat mediów. Wreszcie mamy jakieś wydarzenia historyczne w tle, które nam przypominają człowieka z żelaza, człowieka z marmuru. To wszystko jest tak źle ze sobą posklejane, pozszywane, że ja się zacząłem zastanawiać, o co w tym wszystkim w ogóle chodzi.
Miałem wrażenie już po drugim odcinku, jakby ten scenariusz był potężny, rozwlekły, a twórcy tego filmu źle to i owo oszacowali, w wyniku czego doszło do nakręcenia filmu, gdzie nie ma balansu między poszczególnymi wątkami, bo to się, Markus, strasznie rzuca w oczy. My tak naprawdę głównego bohatera formalnego, czyli Wolskiego, poznajemy po czasie. I ten balans, to zachwianie wątkami przenosi się także na kwestię tego, kto jest bohaterem tego serialu. Nie wiemy. Po pewnym czasie nie wiemy, kto jest bohaterem tak naprawdę. Może jest bohater zbiorowy. Im więcej czasu mija od obejrzenia "Projektu UFO", tym więcej mam do tej produkcji zastrzeżeń, bo ja też rozumiem zamysł. Jestem w stanie to przyjąć. Taka była koncepcja Kaspra Bajona. Dostajemy filmową groteskę.
Nie dostajemy opowieści o Wolskim, dostajemy opowieść o nas wszystkich. Dostajemy odbicie w krzywym zwierciadle.
[01:08:34] - No i dostajemy jeszcze czyhających na nas tych z zagranicy, którzy są nie wiadomo, może obcy, a może zagraniczni po prostu.
[01:08:45] - Tak, ale wiesz, jak już miało być śmiesznie, jak miało być aktualnie, jak miało być z przesadą, jak miało być to krzywe zwierciadło, no to czemu śmiesznie nie jest? Bo jeden z moich głównych zarzutów do "Projektu UFO" polega na tym, że to jest trochę tak jak ze "Światem według Kiepskich". Tam były odcinki, które były śmieszne w tej serii, ale były takie odcinki, które były głupio mądre. Nie wiadomo, o co chodziło. Oni chcieli nakręcić coś wielkiego, chcieli poprzez tą głupawkę dać jakiś przekaz i wychodziło głupio mądrze. To nie było ani głupie, ani mądre. To było głupio mądre. Nie wiem, co to było. I tutaj mamy to samo. Ja w pewnym momencie nie wiedziałem, czy ten serial wyłączyć, czy się zadumać, czy właściwie co?
Bo jakiś chocholi taniec tam się odbywa w pewnym momencie. Jeżeli chodzi o humorek, to też jest kiepsko. To nie jest śmieszne. Może śmieszą niektóre nawiązania do historii Wolskiego, ale cała reszta i tutaj problem, bo ta reszta nie jest przaśna, ten humor nie jest przaśny. To jest po prostu, użyję takiego sformułowania, bezbeckie. To nie jest zabawne. To się sili na bycie zabawnym, ale nie jest. To jest po prostu nieśmieszne jak najgorszy kabaret. Wiesz, policjantka, która się nazywa Borewicz. Ho ho ho ho.
Ale to jest odkrywcze. Ho ho. Niesamowite. Mógł być jeszcze porucznik Kloss gdzieś tam w tle. Stworki widziane przez Wolskiego też nie są zabawne. Przekleństwa, które w filmie polskim są takim elementem właśnie humorystyczno-rozluźniającym, też już nie śmieszą. Ile można, prawda? Tym bardziej że jeżeli nie wiesz, o co chodzi, no to ile można tego słuchać? Nie to, że mi uszy usychają od przeklinania, ale od tej bezbecji to naprawdę. I tutaj kolejne słowo z tego slangu młodzieżowego scrindżowałem kilkakrotnie i muszę powiedzieć, że "Projekt UFO" to jest po prostu zły serial.
[01:11:00] - A ja jeszcze coś powiem, bo owszem, tam są próby takich subtelnych zagrań. To jest, wiecie państwo, subtelność taka, jakby komuś ktoś, ja nie wiem, szafę na nogę spuścił. To mniej więcej taka subtelność, bo się pojawia podobna melodia jak w "Człowieku z marmuru", kiedy wędrujemy korytarzami telewizji, bo sporo się dzieje w telewizji. Mamy Maję Ostaszewską, która gra gwiazdę telewizyjną. Mamy Adamczyka. No wiecie państwo, w ogóle obsada w tym serialu jest gwiazdorska, przynajmniej na polską miarę i powinno być znakomicie. A tymczasem okazuje się, że gwiazdorska obsada niewiele daje, bo Adamczyk, Ostaszewska, Kościukiewicz. Ta pani Borewicz to jest Julia Kijowska. I powiem szczerze, Piotrze, poza tym słabym grepsem z Borewiczem czy z panią Borewicz to jest chyba najlepiej grana rola tej policjantki w całym serialu. To bardzo być może stronnicze z mojej strony, ale podobała mi się ta rola.
Ale jeszcze wymieńmy gwiazdy. Tu gra Woronowicz Wolskiego, czy też tego nie-Wolskiego w tym serialu gra Stanisław Pong. Może państwo nie kojarzycie postaci aktora, ale jeśli zobaczycie twarz, to na pewno wam się skojarzy. Mamy szereg innych, Habiora chociażby i tak dalej. Ta obsada naprawdę jest gwiazdorska. I co? I nic, proszę państwa, bo jakby to powiedzieć delikatnie, żeby nikogo nie obrazić, ze słabego scenariusza, który ma rozbuchane ambicje, nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo, czemu to wszystko ma służyć, nie da się posklejać filmu, który państwa przyciągnie do ekranu. Takiego serialu, którego kolejny odcinek będziecie czekać, a w dodatku będziecie się domagać drugiej serii, drugiego sezonu. Ja się nie będę domagał drugiego sezonu. Dlaczego?
Dlatego, że to jest pseudointelektualne. To jest serial, który ma pokazać: te wszystkie głupki, co się interesują tym UFO. Wiadomo, a tu się dzieją poważne sprawy, panie. Poważne sprawy się dzieją w tym kraju i tym się trzeba zająć, a nie jakimiś UFO. To jest teza tak głupia moim zdaniem, że sobie pozwalam nazywać ją po imieniu. Dlaczego? Dlatego, że to jest próba wmówienia nam, że musimy walczyć, musimy się politycznie rozwijać, musimy wszystko robić i się nie interesować głupotami, bo głupoty to są głupoty i w związku z tym nie powinny być. Zajmijmy się czymś ważnym, walką o demokrację chociażby albo o demokrację socjalistyczną, jak w przypadku tego filmu, albo walką o coś w ogóle się zajmijmy, a nie sprawami, które są naprawdę ciekawe. I sprowadźmy całą sytuację, o której wiemy, o której słyszeliśmy, że była dziwna. Dziwne to spotkanie pana Wolskiego.
Sprowadźmy ją do klechdy ludowej, że tam sobie gadają, nawet dziwne wskazania urządzeń są w tym miejscu. Ale to wszystko jest nieważne, bo wiadomo, że to bzdury. Jak ktoś mówi o UFO, to wiadomo, że bzdury. Tak przynajmniej zdaje się mówić do nas reżyser, scenarzysta. Wiadomo, że bzdury. Naprawdę ważne sprawy dzieją się tu na ziemi. Całkiem być może. Okej, ale naprawdę trzeba kręcić czteroodcinkowy serial, żeby nam o tym powiedzieć, co komu w duszy gra, co gra w duszy panu Bajonowi? Proszę bardzo, niech mu gra. Tylko ja się zastanawiam, czy on o tej historii pana Wolskiego czytał coś na poważnie, czy też została mu ta historia opowiedziana, dostarczona w postaci skryptu i on później scenariusz na podstawie tego napisał.
Bo trochę tak to wygląda, że tak wyeksponowana jest sprawa konfliktu pomiędzy ludźmi, którzy mieli dostęp do Wolskiego, że ona właściwie jest najważniejsza w tym serialu i ona ma być nawet odbiciem tego, że Polacy w tak prostej sprawie nie są w stanie się dogadać. Muszą tam oczywiście konflikty się pojawiać. Po co? Po co to w ogóle? Naprawdę na tym próbowano nakręcić serial o tym, że Polska jest najważniejsza? Bo tak naprawdę w końcu w rezultacie można to tak odczytać. To jest dla mnie takie nieporozumienie, że podpisuję się pod tym, co powiedział Piotr. Nie wrócę do tego serialu. I to jest serial, który może dać odrobinę przyjemności w znajdowaniu odniesień do prawdziwych wypadków, które miały miejsce w latach 70. Znajdowanie tych analogii bywa zabawne, bywa zajmujące.
Ale to wszystko. Cała reszta tego filmu... Musicie państwo to zobaczyć, ale będziecie tego żałować.
[01:16:43] - Ja myślę, bo często to jest podkreślane, kiedy mówimy o produkcjach filmowych, także polskich, że coś tam ratują aktorzy. Ja bym ich tak źle tutaj nie oceniał. Myślę, że dobrze. To znaczy wiele osób jest jakoś uprzedzonych. Ja to wiem po komentarzach, mówię trochę z autopsji. Jest uprzedzonych do Adamczyka, do Ostaszewskiej z różnych powodów. To wynika poniekąd z ich działalności. Natomiast od strony artystycznej w przypadku projektu UFO ja do nich nie mam wielu zarzutów. Ten serial byłby dużo gorszy bez nich, myślę. Także to się da oglądać.
Plus Stanisław Pong jako Wolski wypada bardzo dobrze. Szkoda, albo może nie szkoda, może dopiero kariera tego aktora się zaczyna. To też nie jest nieznana postać. On jest tak naprawdę aktorem serialowym. Jeżeli zobaczycie tą twarz, będziecie wiedzieć. Podobał mi się bardzo, dobrze, że mamy takich artystów. Natomiast pogadaliśmy trochę o koncepcjach, ale Marku, jest też ta strona techniczna, bo przeglądając-
[01:18:02] - Ale poczekaj. Coś chciałem jeszcze powiedzieć zanim o technicznej stronie, bo to mogło nie wybrzmieć do końca. Ja się zgadzam. Aktorzy wykonują świetną robotę, tylko nie da się ukulać dobrego serialu z dobrej gry aktorskiej Kiedy aktorzy muszą grać zły scenariusz, to się nie uda. Tu by mogli być ściągnięci jeszcze kilku dobrych aktorów i tak by nie uratowali tego serialu, ponieważ dobrzy aktorzy grają dobrze w złym serialu.
[01:18:42] - Tak, ja się z tym zgodzę, ale przejdźmy do rzeczy technicznych, bo one też nam tutaj dużo mówią. Bo jak się ogląda "Projekt UFO", to jedną z rzeczy, na którą się szybko zwróci uwagę, są zauważalne pauzy, takie nienaturalne pauzy pomiędzy jedną kwestią a drugą kwestią mówioną przez konkretnych bohaterów. Mamy też po prostu mnóstwo wątków pobocznych i te wątki są lekko przedłużane. Nie wiadomo po co, bo one się czasami nie kończą w ogóle. Serial ma cztery odcinki. To jest niewiele. Miniseriale z kolei, które jak wiemy mają mniej odcinków, ale za to mają dłuższy czas trwania. A tutaj mamy odcinki nierównej długości i to są krótkie odcinki. Czemu taka dziwna forma "Projektu UFO"? Można zapytać.
Według mnie i to jest moja hipoteza, że tak naprawdę początkowo "Projekt UFO" miał być filmem. Dlatego o tym mówiłem jako o filmie od początku i to miał być film pełnometrażowy. Skąd ta koncepcja? Z tego co powiedziałem, my tam dostajemy pewne mrugnięcia okiem, pewne wpadki techniczne, ale dodatkowo kiedyś myśmy Marku omawiali coś bardzo podobnego do "Projektu UFO", tylko w wersji pełnometrażowej. Był to film pod tytułem "Człowiek, który kochał UFO" i to jest argentyńska produkcja Netflixa. Ona jest nie tylko podobna stylowo, ale nawet znajdujemy pewne analogie między bohaterami. W obu przypadkach bohaterami są gwiazdy telewizji. Mamy UFO, mamy dziwne zdarzenia, mamy poszukiwanie odpowiedzi, wreszcie na końcu jakieś lekkie szaleństwo w tym wszystkim. I myślę, że taki był zamysł podstawowy. Stworzymy coś podobnego.
Historia bardzo w sumie się tutaj klei, mamy super opowieść. Zróbmy ten Emilcin. Tylko że pan Kasper Bajon stworzył film, podejrzewam, którego się nie da zrozumieć. No bo to jest Netflix, tak? Tego nie oglądają tylko Polacy. Postanowiono więc przekształcić to w serial w nadziei, że będzie bardziej strawne, bo się rozwinie pewne wątki. No i może się uda. Z tych 90 minut zróbmy 200 kilka. Ludzie to skumają. Wyszło niestety jeszcze gorzej, a dodatkowo trzeba było tych scen doprodukować.
Więc na przykład mamy sceny, gdzie Zbigniew Sokolik, czyli ten Wawrzonek sobie jedzie, jedzie, jedzie, jedzie. Albo sobie chodzi, chodzi, chodzi, chodzi i widzi UFO na przykład. Albo sobie coś przypomina, przypomina, przypomina jak w operze po prostu. To jest mocno zauważalne. To po pewnym czasie się staje mocno irytujące, dlatego że Marku, zobaczmy, to jest historia oparta o najsłynniejsze spotkanie z UFO w Polsce. Tutaj nie powinno być takich przedłużeń. Tu jest na tyle materiału, że można by zrobić z tego bombę po prostu za takie pieniądze od takiego producenta. A tutaj no nie wiem. Ostatnia rzecz. Przeglądając komentarze słuchaczy "UFO Historii" czy na przykład ludzi, którzy się wypowiadają na Discordzie "UFO Historii", to ja zwróciłem uwagę na dwie rzeczy.
Jeżeli już ktoś ganił serial, to dlatego, że się spodziewał czegoś innego i uznali widzowie, że sprawę Wolskiego wynaturzono. Innymi słowy, widzowie się spodziewali większej dawki faktów. Spodziewali się sfilmowania filmowej adaptacji sprawy Emilcińskiej. Ja nie wiem, czy to by nawet temu lepiej nie zrobiło. Rzecz, za którą chwalono natomiast "Projekt UFO", to była scenografia i klimat. Tylko o tym już powiedziałeś, że wiele osób sobie nie zdaje sprawy, że to nie jest PRL, to jest szkic epoki, to jest wariacja, to jest fantastyka PRL-owska. Z drugiej strony, nawet jeżeli mielibyśmy przedstawiony PRL w sposób wiarygodny, to ja myślę, że fryzura z epoki plus kawiarenki jako soundtrack to jest jednak trochę za mało. To jest taki komiksowy PRL. Podsumowując, ja stoję na stanowisku, że to pomimo kilku plusów, pomimo tego, że tak jak wiele produkcji, o których mówimy, to się da oglądać, to jednak jest kiepski serial. To może być miłe dla oka, ale niestety nie dla rozumu.
[01:23:29] - To prawda. W dodatku mam takie nieodparte wrażenie, że pan scenarzysta, reżyser miał w głębokim poważaniu całą historię Wolskiego. I nie o to w tym filmie mu chodziło. On miał większe, ważniejsze, bardziej głębokie rzeczy do przekazania państwu, a nie jakieś tam pierdoły o UFO. Tymczasem, tak jak powiedziałeś, gdyby skupił się na opowiedzeniu tej historii, to kto wie, czy ten serial po prostu nie odniósłby większego sukcesu. Tego oczywiście nie wiem, ale warto też powiedzieć. Powiedziałeś o tym podrabianym PRL-u. No tak, proszę państwa, bo Woronowicz gra takiego tuza partyjnego. No i co? I w pewnym momencie tam padają kwestie takie, że partia się bardzo zainteresowała, bo to ci obcy do nas przylecieli.
I to oczywiście gra w koncepcji pana Bajona, bo to, co chce powiedzieć na końcu, to mu styka. Tymczasem ja pamiętam niestety te czasy. Dziecięciem byłem, ale się interesowałem tymi sprawami i komuniści oficjalnie, telewizja, jak słyszeli o UFO, to się śmiali jeszcze bardziej niż współczesne salony. Oni absolutnie nie wypowiedzieliby takiej kwestii, że są dumni, że to UFO do nas przyleciało i się z nami skontaktowało. To bzdury są po prostu. Ten beton partyjny, który wówczas istniał i to nie była jego wina nawet. Oni po prostu mieli wyprasowane mózgi w określoną stronę, wyprasowane w określonym kierunku i takie rzeczy jak UFO oni traktowali tak samo, jakby im ktoś opowiadał o czarach albo, ja wiem, o jakichś dziwnych zjawiskach. To dla nich wszystko było niezgodne z marksizmem, leninizmem, niezgodne z filozofią, którą wyznawali marksistowską. To nie, absolutnie nie, żadne UFO. Zresztą historia chociażby nieznanego świata, numeru próbnego z lat 80.
I w ogóle podejście do tych dziwnych spraw, to wszystko było na takiej zasadzie: no tak, gawiedź się interesuje takimi bzdurami. Przecież wiemy, że to są bzdury. Hermaszewski jak leci, to wiadomo, to osiągnięcie kraju rad i przy okazji PRL-u, ale nie tam UFO jakieś, to bzdury po prostu. Więc to już pierwszy fałsz. Zatem jesteśmy w filmie, w serialu, który opowiada nam historię alternatywną. Od tego zaczęliśmy zresztą. Alternatywną historię. Dlaczego? Dlatego, że ona pasowała reżyserowi do jego koncepcji. Mówię o niej dosyć, myślę, że tajemniczo, ale warto zobaczyć ostatni odcinek, żeby zobaczyć, jak licha jest ta koncepcja.
To znaczy, to miało być artystyczne spełnienie, dopełnienie i pokazanie, o co tak naprawdę chodziło. Lipa to jest po prostu lipa kompletna. I naprawdę szkoda, że to nie jest serial, że „Projekt UFO” to nie jest serial o tym, co wydarzyło się w Emicinie. Jakby to nawet było przeniesione gdzieś tam pod ruską granicę. Ale to, co się tak naprawdę wydarzyło. Tymczasem dostajemy jakąś taką pseudointelektualną, przeintelektualizowaną historię, która ma nam powiedzieć coś o świecie, a w gruncie rzeczy to są banały.
[01:27:21] - Ja tylko dodam gwoli ścisłości, żeby nas się potem ktoś nie czepiał, że nawet gdyby sfilmowano toczka w toczkę historię albo wersję historii przedstawioną przez Bartosza Zdultowskiego, to i tak miałoby większy sens niż te dziwne fikołki, które robi reżyser Bajon. To mówię tylko dlatego, bo pan R. może nam potem zarzucać, że to jest jakiś atak na niego. Nie. To chodzi o to, że stoimy tutaj na stanowisku, że prawda czasu, prawda ekranu. Jeżeli przedstawiono by to w sposób nawet taki, jak to sugeruje pan Bartosz i tak by było lepiej niż w tej wersji, która jest. Tyle chciałem powiedzieć.
[01:28:16] - Kiedy w poprzedniej audycji Luiza Eviva Dobrzyńska polecała tom Verna dotyczący Księżyca, mówiłem o trylogii. No i dzisiaj się okaże, że to trylogia naprawdę. W tym pierwszym tomie mowa jest o przygotowaniach. O tym, jak się tam ludzie w Ameryce sprężyli, żeby zbudować ogromne działo i wystrzelić pocisk w kierunku Księżyca. Tom drugi zatytułowany „Wokół Księżyca” to już jest tom opowiadający o wyprawie. O tym, jak Amerykanie zobaczyli Księżyc z bliska. No i co tam tak naprawdę zobaczyli? Zapraszam państwa i od razu uprzedzam, że w dzisiejszej audycji będzie też mowa o tomie trzecim, ale póki co tom drugi i recenzarium Evivy.
[01:29:16] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. O pierwszej części trylogii Juliusza Verna, która rozgrywa się poza Ziemią. Może nie całkiem poza Ziemią, ale w dużej części. Opowiadałam w zeszłym tygodniu. Dzisiaj przyszła kolej na drugą część „Wokół Księżyca”. No właśnie. Pocisk wystrzelony z olbrzymiej armaty przebił atmosferę i zmierza w kierunku naszego satelity. W środku pocisku, w pomieszczeniu urządzonym niczym salonka w dobrym pociągu podróżują Michel Ardan, przewodniczący klubu artylerzystów Barbicane oraz jego antagonista, kapitan Nichols. We trzech mają zbadać możliwości lotu na Księżyc. Okazuje się rzeczywiście, że nie wszystko idzie zgodnie z planem.
Bo trudno, żeby było inaczej. Druga część vernowskiej trylogii jest tak naszpikowana opisami naukowymi. Oczywiście jest to nauka z jego czasów, więc nie wszystko będzie aktualne. W każdym razie jest tam tego tyle, że w zasadzie, żeby przez nią przebrnąć, należy pomijać te opisy. Są zwyczajnie zbyt długie i dla współczesnego człowieka już nieciekawe. Wszystko to, o czym Verne mógł tam napisać wiemy, a nawet wiemy to dużo lepiej. Opis budowy tego prymitywnego pocisku kosmicznego może w jego czasach też wydawał się bardzo nowatorski. Teraz już wiemy, że tak naprawdę nie byłby wart kwunta kłaków. No ale cóż, mamy w końcu do czynienia z powieścią science fiction. Także trzej panowie lecą sobie, nie licząc psa.
Tak, bo mają ze sobą również psa. Właściwie były dwa, ale jeden uległ nieszczęśliwemu wypadkowi i niestety pożegnał się z tym światem. Lecą sobie, rozmawiają, bardzo się interesują tym, co się dookoła nich dzieje. I tak dalej, i tak dalej. Jest nawet opisana nieważkość, chociaż jej skutki później są pomijane. W bardzo ciekawy sposób Verne odniósł się do kwestii zapasów na taką drogę. Mianowicie opisał w zasadzie po raz pierwszy chyba żywność liofilizowaną. Oczywiście, jeżeli weźmiemy pod uwagę to, co już wiemy o podróżach, nawet tylko o podróżach na orbitę, nie mówiąc już o Księżycu, to wiemy, że to po prostu nie mogło się udać w żaden żywy sposób. Nie w czymś takim, co Verne opisał. No i mamy do czynienia też z trzema panami zupełnie nieprzystosowanymi, niewyszkolonymi, którzy przy pierwszym zetknięciu z warunkami panującymi w statku kosmicznym, nawet najbardziej prymitywnym, a może właśnie głównie w takim, zwyczajnie by się śmiertelnie pochorowali.
No, ale mniejsza o to. Lecą sobie, omawiają sprawy naukowe i wypatrują selenitów. No cóż, należy błogosławić Verne'a za to, że nie uległ pokusie i nie opisał księżycowych mieszkańców. Zdawał sobie sprawę z tego, że Księżyc nie nadaje się do zamieszkania, chociaż pozwolił sobie na sugestię, że po stronie niewidocznej Ziemi mogą być i lasy, i morza. Jednak to była tylko sugestia, ponieważ od razu też napisał, że być może była to tylko halucynacja podróżników. Verne starał się, żeby ta książka wypadła jak najbardziej naukowo. A zatem, tak jak wcześniej powiedziałam, dla współczesnego czytelnika jest zwyczajnie nudna. Dużo mniej ciekawa niż „20 tysięcy mil podwodnej żeglugi", gdzie też mamy całkiem solidną dawkę nauki, chociaż nauki innego rodzaju. Jednak o fizyce podróży w przestrzeni kosmicznej wiemy już dostatecznie dużo. Nawet jeżeli nie jesteśmy specjalistami, by wiedzieć, że to, co tam opisuje, naprawdę jest tylko bajaniem.
Mimo tych wszystkich podstaw, które usiłuje nadać swojej opowieści, choć zawiera ona też trochę dość dobrego humoru. A już wizja podróżników, którzy po wylądowaniu w oceanie, swoją drogą musieliby mieć piekielnie dużo szczęścia, żeby w pocisku pozbawionym jakiejkolwiek możliwości sterowania nie tylko bezpiecznie okrążyć Księżyc, ale jeszcze w drodze powrotnej nie spłonąć w atmosferze i wylądować w oceanie. No, ale idźmyż na odrobinę umowności. No więc po tym lądowaniu, które w opisywanym pocisku musiałoby być piekielne i raczej mało prawdopodobne, żeby je przeżyli, otóż siedzą sobie i grają w domino. Po prostu piękna wizja, wspaniała. Ale cóż, tak jak wcześniej powiedziałam, chociaż bardzo lubię książki science fiction, bardzo cenię Verne'a, to jednak tę jego kosmiczną trylogię uważam za jedną z mniej udanych książek, a już na pewno za dużo mniej ciekawą niż inne. Mimo to uważam, że warto było ją przeczytać, chociażby z ciekawości, jak kiedyś postrzegano możliwość podróży w próżni kosmicznej oraz jej oddziaływanie na przykład na czyjeś zwłoki. Nie muszę chyba dodawać, że było to wyobrażenie całkowicie fałszywe. Jeśli nie zrażają was przydługie opisy rodem z podręcznika i to podręcznika mocno przydatowanego, to myślę, że możecie przeczytać tę książkę i też nie uważać tego czasu za stracony. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:35:09] - Proszę państwa, proszę państwa, czas na sentymentalnik. I tak sobie westchnę z rozrzewnieniem, bo to już tyle lat. Był rok osiemdziesiąty drugi, tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty drugi. Październik. Ja w liceum byłem bardzo złym uczniem, bo w ogóle mnie to liceum nie interesowało. Interesowało mnie czytanie książek, nie tylko fantastycznonaukowych. W ogóle czytanie. Ale liceum w ogóle mnie nie interesowało, czego konsekwencje, dosyć bolesne, ponosiłem. No i był ten październik. Wiedziałem, że miesięcznik „Fantastyka" ma się ukazać.
Byłem blisko domu. Patrzę, tam był kiosk. Kto dzisiaj, za kilka lat będzie wiedział, co to był kiosk? Kioski zniknęły. Ale był kiosk. Kiosk Ruchu. Patrzę. Jest. No i nabyłem pierwszy numer miesięcznika „Fantastyka", a później go nabywałem jeszcze przez kolejnych trzydzieści lat ponad. No to to jest ten moment, kiedy o miesięczniku „Fantastyka" warto po- Opowiedzieć.
Może nie o tym, jak ciekawe utwory się tam znajdowały, ale w ogóle o zjawisku, jakim miesięcznik „Fantastyka” w latach 80. i na początku lat 90. Był. Bardzo serdecznie państwa zapraszam. Piotr Cielebiaś już w blokach startowych. Zatem zaczynamy. Dzień dobry, wieczór, Piotrze. Zaczynamy sentymentalnik.
[01:36:52] - Dzień dobry wieczór, a dzisiaj sentymentalnik taki, powiedziałbym bardzo tematyczny, ale też nieco nietypowy. Ja się będę odzywał dzisiaj mniej dlatego, że będziemy mówić o czymś, co de facto istnieje nadal, ale będziemy mówić o jego początkach. Opowiemy o „Fantastyce”, piśmie kultowym, które od roku 1990 znane jest jako „Nowa Fantastyka” i powiedzmy tych okresów, o których dzisiaj będziemy mówić, ja znać nie mogę. Mogę je tylko pamiętać, wertując stare numery tegoż pisma. Czy Marku zmiana tytułu, taka naturalna sukcesja, która nastąpiła wraz z rozpoczęciem trzeciej RP, coś zmieniła w tym piśmie? O to cię za chwilę zapytam. Oczywiście, bo jestem tego niezwykle ciekaw, ale też zapytam cię o dzisiejszą kondycję tego pisma. Bardziej będzie nas dzisiaj interesowało to, jak ono się rozwijało w kolejnych dekadach, tych dekadach przełomu również. Bo dwaj naczelni redaktorzy, już ci w trzeciej RP, to przecież postaci kultowe. Ale tak naprawdę, drodzy państwo, „Nowa Fantastyka” to jedno z tych pism wciąż istniejących, niewielu, które ma swoje korzenie jeszcze w PRL-u.
Marku, jak to się stało, że w kraju demokracji ludowej, w oparach materializmu dialektycznego pojawiło się pismo poświęcone szeroko rozumianej fantastyce, czyli rzeczom, których nie ma? Jakie były kulisy jego powstania? Czy to był taki zawór, taki bufor, jak niektórzy mówią, między pewnym, coraz popularniejszym kierunkiem literackim a po prostu władzą i cenzurą? A może jednak tutaj zdecydowało coś jeszcze?
[01:38:54] - Ja rozmawiałem na ten temat z wieloma osobami, które u początków „Fantastyki” były, czyli rozmawiałem z Wiktorem Żwikiewiczem. To rzecz naturalna, ale rozmawiałem też z Markiem Oramusem, rozmawiałem z Maciejem Parowskim i rozmawiałem z Andrzejem Wójcikiem. Andrzeja Wójcika możecie państwo kojarzyć również jako szefa kawu, tej części kawu, która wydawała serię z Glizdą. On tam naprawdę działał bardzo prężnie. Można tę działalność oceniać różnie. Różnie się zresztą ją ocenia, ale on był przy tych narodzinach. Trochę mi o narodzinach „Fantastyki” opowiadał. Cóż mogę powiedzieć? Przede wszystkim to, że na to, że takie pismo powstanie, zanosiło się już od końcówki lat 70. Tak się nie stało.
„Fantastyka” powstała w ’82 roku. W ostatnich trzech miesiącach wyszły pierwsze trzy numery. No cóż, dlaczego? Dlaczego się zanosiło wcześniej? Otóż władza ta PRL-owska pokapowała się, że — tak to przynajmniej rozumiała, to dosyć prymitywne, moim zdaniem myślenie — młodzi ludzie albo będą uczestniczyć w wiecach antysocjalistycznych — mówię to w wielkim skrócie myślowym — albo będą czytać fantastykę, naukową zresztą. To tylko podbijało bębenka partyjnym bonzom. I doszli do wniosku, że chociaż to są takie tam opowieści dziwnej treści o przyszłości, to zawsze lepsze, niż mają tworzyć element antysocjalistyczny. W ten sposób gdzieś tam powoli ucierała się ta sprawa i serii w kawie, i powstania „Fantastyki”. Tak jak powiedziałem, Andrzej Wójcik to był człowiek, który był jednym z motorów napędowych tego powstania, ale nie jedynym. Może nawet nie najważniejszym.
Tam była grupa, mocna grupa pod wezwaniem, która utworzyła to pismo. Jedni weszli do redakcji, drudzy nie. Przypomnijmy sobie, to był stan wojenny, więc nie było tak łatwo. Niektóre osoby współpracowały tylko z pismem. Na przykład Marek Oramus, bo on miał zakaz. Był niezweryfikowanym dziennikarzem i nie mógł tam od razu w redakcji być. Jeden był warunek, żeby na czele — czy byli zweryfikowani, czy nie — ale w „Fantastyce” byli ludzie, którzy niekoniecznie darzyli miłością ustrój socjalistyczny. Warunek władz był jeden. Oni sobie tam mogą być, ale na czele ma stać nasz człowiek. I znaleziono Adama Holanka, człowieka partyjnego, który coś tam w życiu napisał.
Jego książką otwierającą w latach 50. Fantastycznie otwierającą, w sensie fantastyki otwierającą, była „Katastrofa na Słońcu Antarktydy”, więc wydawał się osobą wymarzoną. On zresztą przyjął taką postawę: ja tu jestem partyjny i ja wiem, że wy jesteście elementem podejrzanym, ale dopóki nie będziecie szaleć, to ja wam na dużo pozwolę. Będę sobie pisał tutaj te swoje wstępniaki, które będę kończył Odliczaniem, takim wstecznym odliczaniem, z którego się później wszystkie fanziny w Polsce będą śmiały. Ja tu będę trwał, będę wydawał swoje powieści w zaprzyjaźnionych wydawnictwach, a wy sobie róbcie dużo. Jaka była jego rola? Na przykład taka, że jak Marek Oramus przesłał do redakcji Fantastyki opowiadanie zatytułowane „Hieny cmentarne”, to to się bardzo nie spodobało. Treść jak treść też się nie podobała, ale już tytuł był nie do przyjęcia i został zmieniony. Jeden z elementów, nie chcę w tej chwili przekręcić tytułu, jeden z elementów, który pojawia się w tym opowiadaniu, stał się takim elementem tytułowym. To mocno nie zaszkodziło opowiadaniu, ale troszkę stępiło moc oddziaływania.
„Hieny cmentarne” brzmiałyby znacznie lepiej. Zresztą później w książce, która się ukazała w PRL-u, ona właśnie taki tytuł nosiła „Hieny cmentarne”, więc ta zapobiegliwość Adama Holanka była czasami na wyrost, ale w końcu utarło się takie status quo. Czyli był naczelny, który miał swoje poletko i je uprawiał. Specjalnie się w działalność zespołu redakcyjnego nie wtrącał. Jeśli nie musiał, to się nie wtrącał, a oni tam robili naprawdę dobrą robotę. Pojawiły się w Polsce tłumaczenia zachodnich powieści z różnych czasów i z różnych konwencji literackich. Pojawiło się dużo zachodnich opowiadań. Jak to wtedy zdobywano te opowiadania i jakie to były tak naprawdę partyzanckie warunki, to można całą osobną audycję nakręcić, ale to naprawdę było coś, co odmieniło rynek. Zresztą powiem tak, że nawet wejście na ów rynek w 1982 roku było niesamowite, bo tak jak opowiadał Andrzej Wójcik, spora część nakładu po prostu zniknęła. Ktoś ją ukradł.
Trzeba było zrobić dodruk, ponieważ ktoś prywatnie sobie zarobił. Mówię to na licencji Andrzeja Wójcika, ale ponoć pierwszy nakład został ukradziony. Po prostu rozszedł się drogą prywatną. Ktoś sobie spieniężył go, a trzeba było oficjalnie później do kiosków pchnąć niejako drugi nakład. Co ciekawe, ja po raz pierwszy, będąc jednak wtedy młodzieńcem, zetknąłem się z tym, że na miesiąc przed wyjściem pierwszego numeru w pismach codziennych, takich jak miejscowa partyjna gazeta Pomorska, ukazywały się reklamy, że taki miesięcznik się pojawi na rynku. To była rzadkość, ja tego wcześniej nie spotykałem. Co więcej, ja byłem przygotowany i biegałem codziennie do kiosku, bo wiedziałem, w którym momencie pismo się pojawi. Dzisiaj to się może wydawać banalne, ale na tamte czasy to było działanie, trzeba je nazwać nowoczesnym marketingiem.
[01:45:35] - Bardzo ciekawe. A co powiedziałbyś więcej nam o postaci Adama Holanka? Bo jest to postać, chyba nie przesadzę, trochę zapomniana, a związana nie tylko z fantastyką, ale też ze sferą zjawisk z pogranicza. Musimy dodać, że Holanek był też powiązany z takim tytułem jak „Nie z tej ziemi”, którego kontynuacja tak jakby ukazuje się do dziś, ale pod zmienionym tytułem i w ogóle inaczej. Tak że tutaj to pomińmy. Nie będziemy im reklamy robić. Kim był Adam Holanek i jaka była jego dodatkowa rola w kształtowaniu profilu Fantastyki? Bo o części nam powiedziałeś, ale czy są jeszcze jakieś smaczki?
[01:46:20] - Tak, Adam Holanek. Trochę tak powiedziałem, ale to był człowiek niejednoznaczny i nawet jego, trudno mówić przeciwnicy, ale ludzie, którzy nie darzyli go zbytnią sympatią, mówili o nim, że owszem, partyjny to on był i jakiś taki może nie wiernopoddańczy, ale taki trochę realizujący linię partii. To z jednej strony, ale z drugiej to był człowiek, który miał swoje przekonania takie wewnętrzne, z którymi się może nie afiszował, ale jednak je miał. Warto podkreślić, że on urodził się we Lwowie, tam uczęszczał do gimnazjum, tam pierwsze kontakty z literaturą miał. I cóż, warto też powiedzieć, że zdawał sobie świetnie sprawę, jak to na tym wschodzie Polski było, jak to było ze Związkiem Radzieckim, jak to było z Armią Czerwoną. Miał świadomość tego, że nasz sąsiad bywa groźny i przyjął chyba taką zasadę. Ale tu już nie opieram się na wiedzy, tylko raczej na przypuszczeniach, raczej na ocenie tego, co robił, że on w pewnym momencie chyba doszedł do wniosku, że można być oczywiście człowiekiem protestującym i człowiekiem, który zawsze mówi, że z komunistami nie będzie współpracował. A on postanowił dać sobie szansę, literacką szansę, bo wiedział, że jeśli nie pójdzie na współpracę, to z publikowaniem, chociażby w czasach stalinowskich czy poststalinowskich będzie trudno. To poszedł na współpracę i to mu się jakoś udało. Był człowiekiem, który publikował poza tą wspomnianą książką „Katastrofa na słońcu Antarktydy”, publikował też w Opowieści o charakterze kryminalnym.
Był też człowiekiem, który dosyć szybko, bo bodajże w '56 roku stał się redaktorem naczelnym, a w ogóle to był założycielem takiego tygodnika „Zdarzenia”. To była kolejna jego notatka do życiorysu. Więc tym naczelnym to on był niejako z urzędu, bo najpierw tygodnika „Zdarzenia”, później miesięcznika „Fantastyka”, a w końcu tego miesięcznika, o którym Piotrze wspominałeś, czyli „Nie z tej ziemi”. Już po PRL-u był człowiekiem, który działał dosyć prężnie w Towarzystwie Miłośników Lwowa i Kresów Wschodnich, więc pewien sentyment wrócił. Po prostu wrócił i on tego nie ukrywał. Więc ta jego partyjność, chociaż trochę krwi napsuła ludziom zarówno tym z redakcji, jak i tym piszącym czy starającym się nawiązać kontakt z redakcją, to jednak chyba od tego zacząłem. Adam Holanek to była postać niejednoznaczna i chyba w tamtym czasie, tuż po stanie wojennym, dobrze się stało, że znaleziono takiego działacza, który nie wtrącał się w sprawy redakcyjne za bardzo i że ta redakcja mogła w ogóle powstać. Myślę, że to było wybranie mniejszego zła. To tyle, jeśli miałbym powiedzieć o Adamie Holanku.
[01:50:03] - A co, Marku, z kolejnymi naczelnymi? To są postacie, które są dzisiaj lepiej znane, może lepiej zapamiętane. Lech Jęczmyk, o którym często wspominasz w „Bibliotekarium”. No i przede wszystkim Maciej Parowski.
[01:50:19] - Wspomniałeś o Lechu Jęczmyku. To jest postać, o której można by osobny cykl audycji zrobić tak naprawdę. Znowu nie wszystkim ta postać się podoba, ale to był świetny tłumacz. Naprawdę świetny. Dyskutuje się o jego poglądach politycznych, o jego koncepcjach rozmaitych. I ja wiem, że to w naszym kraju, może w każdym kraju, bywa kontrowersyjne. On nie przez wszystkich był lubiany, ale co jest ważne, miałem to okazję obserwować na własne oczy. Nawet ludzie, którzy nie znosili Lecha Jęczmyka za jego poglądy, nazwijmy je polityczne, to jednak, kiedy on zaczynał mówić o fantastyce, o tłumaczeniu fantastyce bez dużej litery, czyli po prostu o utworach fantastycznych, fantastycznonaukowych, zaczynał mówić o tłumaczeniu. Zaczynał mówić w ogóle o logice literatury, to nawet jego „wrogowie” słuchali go i to czasami z otwartymi ustami. To był naprawdę erudyta, człowiek, który świetnie się na literaturze znał.
Tłumaczył naprawdę genialne książki. Ja nie będę ich państwu wymieniał, bo wejdźcie sobie państwo na biogram Lecha Jęczmyka i to, jakie książki tłumaczył. No dobrze, powiem, że tłumaczył chociażby „Człowieka z Wysokiego Zamku”, ale to nie jest jedyne. Tłumaczył też niefantastykę naukową i tłumaczył naprawdę genialnie. On był bardzo krótko redaktorem naczelnym „Fantastyki” i chodzą różne zdania. Ja je państwu przytoczę. Jedni mówią, że został wyrzucony, wysiadany z tego stanowiska, bo właśnie był nieuległy politycznie i w III Rzeczpospolitej pewnych poglądów głosić nie było można. Ja nie wiem, czy to jest do końca prawda, bo to jego odejście z „Fantastyki” zbiegło się w czasie z powstaniem rządu Olszewskiego. To dosyć takie czasy napięte politycznie. I Lech Jęczmyk dostał pracę, dostał fuchę, dostał etat związany z telewizją i on świadomie odszedł.
Znalazł inne, bardzo medialne stanowisko. A jak skończył rząd Olszewskiego, to państwo wiecie. Więc nie na długo tę pracę znalazł, ale powrotu już nie było. Nie bardzo było to możliwe. Było też tak, że przez krótki czas, ale trochę dłuższy niż Lech Jęczmyk, funkcję naczelnego sprawował Maciej Parowski, jak często się o nim mówi, redaktor wszystkich polskich fantastów. On później, kiedy przestał być naczelnym, został szefem działu prozy polskiej i tam właściwie do emerytury na tym stanowisku pracował. Jakim był naczelnym? Lech Jęczmyk i Maciej Parowski obaj byli ludźmi zakochanymi w fantastyce. Oni robili wszystko, żeby to pismo miało jak najwyższy poziom. To w fantastyce przecież Lech Jęczmyk publikował cykl swoich felietonów o Nowe Średniowiecze, który później zresztą rozwinął i kontynuował w innych miejscach.
Ale tam to się zaczęło. To były felietony, które były naprawdę rozchwytywane. Ludzie po prostu byli oczarowani sposobem, w jaki Lech Jęczmyk patrzył na rzeczywistość i tę rzeczywistość podsumowywał. To było naprawdę, uwierzcie mi państwo, niesamowite. Maciej Parowski z kolei był człowiekiem, którego bardzo często wspominam, bo miałem okazję sporo z nim rozmawiać. To był człowiek, który chciałoby się powiedzieć fantastyka ponad wszystko I to było coś. A w ogóle literatura. On miał bardzo migotliwy umysł, potrafił połączyć coś, co wydawało się nie do połączenia. Różne wątki literackie. On w nadsyłanych opowiadaniach odnajdował światy, o których człowiek nie miał pojęcia.
Czasami mówił mi, co napisałem w opowiadaniu i tak jak się często przeglądałem w lustrze, mówiłem: „Widzisz, jaki jesteś mądry? Tylko tego nie widzisz i w ogóle tego nie czujesz”. A Maciej Parowski to widział. Trochę to brzmi jak żart, ale Maciej Parowski miał po prostu dobre oko do ludzi piszących, aczkolwiek zdarzały się w jego karierze redaktorskiej grube błędy. Takich błędów kilka, personalnych błędów popełnił. Kilku autorów nie dostrzegł. To w czasach, kiedy fantastyka była prawie monopolistą. Wychodziło jednak drugie pismo SF, które miało podobny nakład, a później nawet tego samego wydawcę. Mówię o „Feniksie”. Więc kiedy tak się działo, to niezauważenie jakiegoś autora powodowało, że przekreślało się jego szanse.
Więc tu troszeczkę Maciej Parowski nagrzeszył, ale wierzcie mi państwo, przy przerobie, który Maciej Parowski miał, bo do nowej fantastyki naprawdę przychodziły - to były czasy jeszcze analogowe, listowe - tony utworów, których autorzy liczyli na publikację. Uczciwie podchodząc do sprawy, trzeba to było wszystko przeczytać. I czasami coś przeciekało przez palce. Tak to było. Później fantastyka miała trochę perturbacji z kolejnymi naczelnymi. Tam się naczelni pojawiali tacy, nazwijmy to, jednosezonowi. I coś się z tą fantastyką zaczęło robić takiego... Wiecie państwo. Do tego może przejdziemy później.
[01:56:39] - Powiedzieliśmy o początkach fantastyki. To może coś o twoich wspomnieniach związanych z tym pismem, bo tutaj już usłyszałem przed chwilą, że miałeś na nie parcie, że tak powiem. Jak to się zaczęło u ciebie z fantastyką i jak to było, bo też trzeba o tym powiedzieć, z twoimi własnymi publikacjami na łamach „Fantastyki”, ale już tej nowej.
[01:57:03] - Pytasz o publikacje, pytasz w ogóle o moje wspomnienia z fantastyką. O tych najwcześniejszych wspomnieniach troszeczkę powiedziałem. Upolowałem w kiosku „Fantastykę” i przeczytałem ją od deski do deski. Naprawdę. Łącznie ze stopką redakcyjną. Wszystko w tym numerze pierwszym przeczytałem. Podobnie w drugim, w trzecim i w kolejnych. Naprawdę to było pismo wychodzące na podłym papierze początkowo. Te okładki, chociaż wtedy wydawały się cudowne, wychodziły na takim niekredowym papierze. To wszystko było mechate, przecierało się.
Fantastyka była fatalnie wydawana, a mimo to była ukochanym pismem dla bardzo wielu młodych ludzi i paradoksalnie wielu ludzi, którzy normalnie po fantastykę by nie sięgnęło, sięgało po tę fantastykę. Bo komuniści, o których mówiłem, którzy sobie pomyśleli, że lepiej, żeby ludzie czytali fantastykę, niż uczestniczyli w ruchach antysocjalistycznych, nie przewidzieli jednej rzeczy: że fantastyka to jest takie pole, fantastyka naukowa i inne odmiany fantastyki to są takie pola, na których można przemycać treści jak najbardziej nietrendy, przynajmniej z punktu widzenia komunistów. I takie treści przemycane były. Ja pamiętam, jaki skandal się zrobił, kiedy opublikowano opowiadanie Martina. Tego Martina od wielkiego cyklu fantasy. Ale wtedy to było opowiadanie fantastycznonaukowe. „Pieśń dla Lia”. No to proszę państwa, potwór na planecie, taki blob właściwie czerwony nosił nazwę Griszka. Pisane z angielska, więc się może nie rzucało w oczy, ale pewne treści, które tam były przekazywane, ewidentnie, jak to się wtedy mówiło, godziły w ustrój i były elementem wrogim. Ale wiecie państwo, to były też czasy, kiedy co prawda kończył swoją karierę Zajdel, ale dał przykład, że można pisać fantastykę socjologiczną.
Fantastykę, która pisze o zjawiskach społecznych, o niepokojach społecznych, o sposobach panowania nad społeczeństwem. I to również fantastyka, miesięcznik „Fantastyka” pielęgnowało. To się działo na łamach „Fantastyki” i to dobrze, że się tak działo. Przeskoczę trochę, bo ja w latach 80. wiedziałem, że jestem jeszcze za cienki, żeby cokolwiek do „Fantastyki” wysyłać. W latach 90. fantastyką się interesowałem, ale inne aktywności pochłonęły moją uwagę. Pisałem wtedy mniej, prawie wcale. Wróciłem do fantastyki na początku wieku i gdzieś w połowie, po publikacjach w science fiction, w miesięczniku „Science Fiction” Roberta Szmidta czy później w „Science Fiction & Fantasy & Horror” to drugi miesięcznik Roberta Szmidta, doszedłem do wniosku, że teraz to już chyba mogę. I zacząłem wysyłać opowiadania do Fantastyki.
Pamiętam swoje pierwsze kontakty. Zadziwiająco szybko dostałem odpowiedź na pierwszego maila z pierwszym opowiadaniem. Co więcej, to opowiadanie się ukazało ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, bo czytałem legendarne rzeczy o tym, co Maciej Parowski potrafił wyprawiać z autorami, więc byłem przygotowany na to, że pół roku to może się ktoś odezwie, a po kolejnym półrocznym poprawianiu to może się uda. A tymczasem dostałem odpowiedź bardzo szybko. Już dzisiaj nie pamiętam, czy to było tego samego dnia, czy następnego i z takim zabawnym tekstem, że: „Oj, widzę, że panu te paluszki po klawiaturze całkiem zgrabnie pomykają. Właściwie opowiadanie fajne, pomysł fajny, to ja go biorę. Po prostu go biorę”. Ale Maciej Parowski miał też dziwny zwyczaj poprawiania tekstu bez konsultacji z autorem. Robił to dobrze, ale czasami robił to szybko, a szybkość zawsze wiąże się z tym, że popełnia się błędy. I w tym pierwszym opowiadaniu kilka rzeczy w sposób zabawny mi przekręcił.
Wiecie państwo, trudno się obrażać na coś, co tak naprawdę nie powoduje zmiany sensu opowiadania. Coś takiego nie nastąpiło, ale w pewnych nazwach własnych, a ponieważ opowiadanie rozgrywało się w Bydgoszczy, to ja lepiej znałem te nazwy własne niż Maciej Parowski. To był mój debiut w Fantastyce. Później jeszcze kilka opowiadań za czasów Maćka Parowskiego opublikowałem. Jedno z nich, nawet bardzo długie, napisane wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem. Nazywało się tak, że później algorytm wybrzydza. Powiedzmy „Winsty Singiel. Część pierwsza. Schody do nieba”. To było naprawdę długie opowiadanie i ukazało się w wydaniu specjalnym.
To był taki kwartalnik towarzyszący Nowej Fantastyce. Ukazywał się co trzy miesiące. To nasze opowiadanie liczyło ponad 100 tysięcy znaków, więc tylko tam mogło się znaleźć. W ramach tej zwykłej Fantastyki po prostu nie było na to miejsca. Po Macieju Parowskim, kiedy on odszedł na emeryturę, pojawił się Michał Cetnarowski. Na początku trochę się bałem, bo ego pisarskie to jest coś, co trzeba pielęgnować i człowiek niechętnie naraża się na „nie”. I mówię sobie: „Zmienił się selekcjoner, teraz mam wysłać i on mi odeśle, żebym się bujał?”. Przez jakiś czas nie wysyłałem. Po czym wysłałem opowiadanie. To jest też dosyć długie, moim zdaniem bardzo klimatyczne.
I też odpowiedział bardzo szybko, więc ten system dosyć sprawnie działa i działał. Dostałem odpowiedź, że okej, że bierzemy. Jeszcze później publikowałem opowiadania jedno czy dwa, więc tę współpracę też pozytywnie odbieram. I to takie były losy mojego publikowania w Nowej Fantastyce, żebyśmy już byli szczegółowi. Szukam jeszcze w pamięci. Bo publikowałem nie tylko to jedno długie opowiadanie z Wiktorem, ale opublikowaliśmy taką humoreskę, taki właściwie pastisz. Dzisiaj to on by był chyba nie do wypuszczenia, bo on trochę godził feministyczny ogląd świata. Nazywało się to... Wiecie państwo, że nie pamiętam. Pamiętam tylko, że rzecz się działa na jakimś kongresie feministycznym w Pradze czeskiej.
I tam się różne cuda działy. To był Praski Triangl, to się chyba nazywało. Już przypomniałem sobie tytuł. To się nazywało „Suk cesja”. Suk było wyróżnione od słowa suka i suk cesja. I rzeczywiście dotyczyło tego, że gdzieś tam w pewnym momencie, nie nowy koncept, ktoś doszedł na tym praskim trianglu do tego, że mężczyzn należy wyeliminować. To taka humoreska. To wspomnienia, nazwijmy to wspomnienia pisarskie.
[02:05:10] - A jak oceniasz obecną kondycję tego pisma? Czy ono weszło na nowy etap? Czy coś się mocno zmieniło w tej obecnej fantastyce? Czy ona jest taka, jak była przed laty? Na pewno. Chodzi mi jednak o gatunek, o dziedzinę. Czy z dzisiejszą fantastyką jest gorzej niż było? Czy ona jest na niższym poziomie ze względu na odtwórczość? Co albo w jaki sposób na kondycję fantastyki działają gry komputerowe, gry wideo, które stały się elementem mocno pociągającym tę dyscyplinę?
[02:05:53] - Pytasz, Piotrze, o współczesną kondycję fantastyki. Ja częściowo już o tym mówiłem. Dzisiejszy nakład tego pisma jest nieporównywalny z tym, co działo się w czasach PRL-u. Inne są zainteresowania, inne są podziały i polityczne, i światopoglądowe. Ale nowa fantastyka w dalszym ciągu jest pismem prestiżowym, w którym pisarze, autorzy chcą publikować i publikują, i uważają to za nobilitację. To jest pismo, które w jakiś sposób jest opiniotwórcze, ale też trzeba pamiętać o tym, że w ostatnim czasie pojawiło się szereg kontrowersji związanych Z tym pismem. Jednym z takich wydarzeń, które oburzyło część środowiska, a właściwie oburzyło wiele części środowiska zajmującego się fantastyką, było wydarzenie związane z publikacją opowiadania Jacka Komudy „Dalian, będziesz ćwiartowany” i reakcję redakcji na to, co się później zaczęło dziać w sieci. Kto jest ciekawy, niech po to sięgnie, bo moim zdaniem to był taki moment, w którym do dzisiaj spotykam ludzi, którzy mówią, że od tego momentu obrazili się na „Nową Fantastykę”. Nie wiem, czy słusznie. Nie wiem, czy dobrze zrobili, ale obrazili się, że to było jednak przegięcie pały, że redakcja publikuje opowiadanie autora, a później przeprasza za to, że opublikowała.
Wydaje mi się to do dzisiaj dosyć dziwne. Poza tym mam wrażenie, że jak wszystko w naszym kraju, pewne treści są w fantastyce, nowej fantastyce mniej chętnie widziane. Aczkolwiek, to też należy podkreślić, warto sobie wyjść z komfortu czarno-białego świata. Otóż „Nowa Fantastyka” to nie jest pismo zdeklarowane po jednej, drugiej, trzeciej czy piętnastej stronie. Nie. Stara się, przykłada dużo wysiłku do tego, żeby jednak być pismem światopoglądowo otwartym. Pojawiają się tam różne treści. Jedne pewno publikowane chętniej, drugie mniej chętnie. Jednak to nie jest pismo zatrzaśnięte albo otwarte tylko na jeden rodzaj wrażliwości, czy to społecznej, czy każdej innej. Nie, tak nie jest.
I wszystkim tym, którzy uważają... Ostatnio słyszałem bardzo niepochlebne zdanie. Ktoś się wyraził o tym, że to komunistyczne pisemko. Nie. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Uważam, że w takim zalewie pism jednoznacznie określających swoją linię, „Nowa Fantastyka” to jest pismo, które jednak stara się zachowywać pewien pluralizm światopoglądowy. I ja to uważam za niezwykle cenną rzecz w świecie, który zaczyna mi się wydawać światem czarno-białym, dwubiegunowym. Mówię o świecie społecznym, świecie wrażliwości społecznej. W takim świecie, podzielonym na dwa, „Nowa Fantastyka” w dalszym ciągu wydaje się kolorowym światem, w którym naprawdę można znaleźć treści z różnych półek. Treści, które czasami nam nie odpowiadają i co bardziej nerwowi ludzie reagują na to zatrzaśnięciem pisma i wyrzuceniem go do kosza.
Ja proponuję jednak, żeby czasami, żądając tolerancji od innych, samemu być tolerancyjnym. Pewne rzeczy, które się pojawiają w „Nowej Fantastyce” nie odpowiadają mi, bo nie mogą mi odpowiadać, bo jestem inaczej skonstruowany. Ale to nie znaczy, że ja tą fantastykę, „Nową Fantastykę” cisnę do kosza. Ja przeczytam tekst i może napiszę tekst polemiczny. Nawet nie wiem, czy on się w „Nowej Fantastyce” ukaże. Są inne pisma obecnie i tam być może się ukaże. To nie jest tak, że powinniśmy się obrażać i ciskać pismami w kąt. Myślę, że należy wchodzić w dialog i jeśli o to chodzi, to może poza tym epizodem z opowiadaniem Jacka Komudy, to „Nowa Fantastyka” na dialog jest jak najbardziej otwarta. I twierdzę, że to bardzo dobrze, że w ’82 roku powstała Fantastyka i że trwa do dzisiaj, i że to jest miejsce, które jest pewnym drogowskazem. Nie wszyscy wiedzą, że trzeci tom tej księżycowej trylogii czy też trylogii o puszkarzach ze Stanów Zjednoczonych, tom Juliusza Verne’a nosi tytuł „Świat do góry nogami”.
To ja państwa zapraszam. Luiza Ewiwa Dobrzyńska opowie państwu, o co w tym wszystkim, w tym trzecim tomie chodziło. Moim zdaniem ten tom jest najmniej udany. Niemniej jednak jest i jeśli ktoś zechce go przeczytać, może znajdzie ku temu argumenty w recenzji Ewiwy.
[02:11:34] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Ponieważ odmówiłam już dwie pierwsze części trylogii vernowskiej, grzechem byłoby nie napomknąć chociaż o trzeciej. Dlaczego napomknąć? Nie ma się tu za bardzo nad czym rozwodzić. Trzecia część jest najmniej udana ze wszystkich trzech i też ma najmniej wiarygodne podstawy naukowe. O cóż bowiem tam chodzi? Znani z poprzednich części podróżnicy, kosmiczni, którzy lecieli z Ziemi na Księżyc, wykorzystując olbrzymie działo, by wystrzelić pocisk, w którym sobie podróżowali wygodnie jak w salonce. Otóż ci panowie można powiedzieć, że łyknęli bakcyla podróży kosmicznych. Postanawiają zatem zrobić coś, aby było możliwe takie podróżowanie częściej. Nie tylko raz w ramach eksperymentu.
Największym problemem w tym momencie jest energia. Jak ją uzyskać? Jak to w tych czasach bywało, żeby uzyskać cokolwiek mogącego nadać przyspieszenie pociskowi, potrzebny był węgiel. Węgiel w ogromnych ilościach. Więc prezes klubu artylerzystów Barbicane razem z przyjaciółmi postanawia udać się bardzo daleko, mianowicie na Antarktydę, ponieważ pod jej lodami znajdują się olbrzymie pokłady węgla. Trzeba się tylko do nich dostać. A jak się do nich dostać? Weseli panowie wpadają na genialny absolutnie pomysł: trzeba zmienić kąt nachylenia osi Ziemi. To po prostu cudowne. Gdyby się komuś udało to zrobić, notabene skutki byłyby naprawdę opłakane.
Dla nas ma się rozumieć, bo stara dobra Ziemia pewnie by to jakoś przetrwała, zważywszy na to, że jej oś jest nachylona najprawdopodobniej wskutek jakiegoś kosmicznego zdarzenia dawno temu, kiedy informacje o przyszłych władcach Ziemi krążyły sobie jeszcze bezładnie w pyle gwiezdnym. W każdym razie jest to coś, co człowiek współczesny, kiedy przeczyta, uzna tylko za dobry żart. Ale Verne był przede wszystkim fantastą. Nie tylko naukowcem. Nie o to mi chodzi. Nie tylko był zafascynowany nauką, ale też dysponował ogromną wyobraźnią, która czasami prowadziła go na manowce, właśnie jak w tej książce. Myślę, że ci, których zafascynowały dwie poprzednie części, tą mogą sobie darować. Chociaż z drugiej strony można ją oczywiście przeczytać jako domknięcie całości oraz spojrzenie na sprawy właśnie z punktu widzenia pisarza niedysponującego takimi informacjami jak my. Niemiele więcej da się na temat tej książki powiedzieć. Jeżeli, relacjonując poprzedni tom, czyli drugi tom trylogii, stwierdziłam, że był mniej ciekawy niż pierwszy, ponieważ z powodu zbyt rozwlekłych, podręcznikowych opisów mógł najzwyczajniej w świecie znudzić, to z tym sprawa ma się jeszcze gorzej.
Jednym słowem nie jest on reprezentatywny dla twórczości Verne'a, na ogół bardzo ciekawej. Wspomniałam więc o nim tylko dla porządku, żeby zamknąć temat, bo mówiąc szczerze, nawet ja, wielka miłośniczka tego pisarza, z trudem dałam radę przez niego przebrnąć. No cóż, pewnie pisarzowi trudno było się rozstać ze stworzonymi przez siebie postaciami. Na pewno bardzo je polubił. Myślę jednak, że lepiej byłoby, żeby znalazł dla nich inną przygodę. Może czytelnicy nie zasypialiby przy lekturze. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:15:32] - Proszę państwa, był 16 marca 2018 roku. Na antenie Radia Paranormalium pojawiło się kolejne wydanie ABW, czyli Antologii Bibliotekarium Warsztaty. To było wydanie 12. ABW to była taka audycja, w której rozmawialiśmy o pisaniu. Rozmawialiśmy z Wiktorem Żwikiewiczem, rozmawialiśmy o pisaniu, o pewnych meandrach, pewnych problemach, w ogóle, że to nie jest lekko coś tam napisać, ale jednocześnie ludzie przysyłali nam opowiadania do przeczytania. Ale nie, żebyśmy mieli je czytać. Czytał je Marek Sęk "Ivellios", a my z Wiktorem też je czytaliśmy, ale po cichu, a później omawialiśmy ich zalety, czasami wady. Czasami mieliśmy jakieś delikatne albo mniej delikatne sugestie. Z tym bywało różnie. Niemniej rozmawialiśmy o literaturze.
Literaturze tworzonej na żywo, takiej pełnej, takiej dotykalnej, niemal namacalnej. Postanowiłem, że Bibliotekarium 2.0 to jest dobre miejsce, żeby ABW reaktywować. Idzie to trochę jak krew z nosa. No ale idzie. Jakieś tam opowiadania przychodzą. Ja nieustająco państwa zachęcam do nadsyłania opowiadań. Im bliżej będzie wakacji, gdzieś tak od czerwca, może od lipca te nadsyłane opowiadania zaczną być czytane na antenie, zaczną być omawiane. Więc tym bardziej państwa zachęcam. Pod dzisiejszą audycją ponownie znajdzie się zachęcajka, jakżeż to państwo i na jaki adres, i kiedy, i gdzie, i po co, i dlaczego mają te opowiadania podsyłać. Liczę, że państwo będą je podsyłać.
A dzisiaj, tak jak powiedziałem, 16 marca 2018 roku, 12. odcinek ABW i szereg ciekawych opowiadań. Zawahałem się trochę, się zawiesiłem, bo to są bardzo różne opowiadania. Zaczynamy od opowiadań o nosorożcu. Ten nosorożec to tak naprawdę pewna przenośnia. Sami się zresztą państwo bardzo szybko zorientujecie. A potem są różne formy literackiej ekspresji, ale wszystkie ciekawe. Myślę, że zapraszam państwa naprawdę na ciekawą literacką podróż. Ponad godzina literatury przed nami.
[02:18:19] - Joanna Piłatowicz, „Nosorożec i wróżka”: Drogi czytelniku, jeśli myślisz, że nosorożca można spotkać tylko w zoo czy gdziekolwiek one tam jeszcze żyją, prawdopodobnie w afrykańskich rezerwatach, to bardzo się mylisz. Być może codziennie przechodzisz koło jakiegoś nosorożca i nawet o tym nie wiesz. Wyjawię ci pewną tajemnicę. Otóż nosorożec może być dyrektorem i wcale ci się nie dziwię, że możesz tego nie zauważyć. Nosorożec dyrektor pozornie wygląda normalnie. Potężna istota, ubrana w garnitur od Bossa, krawat marki równie dobrej, a nawet wymalowany ręcznie przez najlepszych artystów idzie do pracy. Na nosie ma okulary, co nadaje mu bardziej inteligentnego wyglądu. Całą swą postacią wzbudza szacunek, stąpając pewnie, stanowczo i emanując niezaprzeczalnym autorytetem. Natychmiast wiadomo, kto tutaj ma władzę. Tubalnym głosem oznajmia wszem i wobec Dzień dobry.
Nosorożec kroczy niczym arystokrata. Stąpa głośno i ciężko, bo przecież jego buty to najlepsze lakierki stukające i oznajmiające środowisku, kto idzie. Nosorożec zaznacza swój teren i dba, by uwaga była skoncentrowana na nim. Doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej ważności. Jest przy tym szarmancki i uprzejmy. „Panie dyrektorze, wizyta do pana” – przekazuje sekretarka w biurze. Nosorożec dostojnie unosi się z fotela. Jego źrenice rozszerzają się w radości ujrzenia zwierzyny łownej. Jeśli mu się nie spodoba, pokręci co najwyżej nosem, ale nadal będzie uprzejmy. W końcu został dobrze wychowany.
Cechą nosorożca jest stałe polowanie. Jest wiecznie głodny, spragniony i nienasycony. Tam, gdzie okazja, tam i nosorożec. Spotkasz go zatem tam, gdzie dają jeść, pić i gdzie są zdecydowanie większe skupiska ludzi. W domu go spotkasz rzadko, chyba że jest impreza. Wyjdzie ostatni, upewniwszy się, że na talerzu już nic nie ma. Przecież dba, żeby się nie zmarnowało. Jest przy tym dowcipny. „Jestem ludzkim śmietnikiem” – mówi, połyka i uśmiecha się szarmancko, po czym rozgląda się za kieliszkiem, by mieć czym popić. Rzecz jasna interesują go pełne kieliszki, ale ten nosorożec, którego mam na myśli, to osobnik dystyngowany.
Dobiera swoje towarzystwo ostrożnie i bywa tam, gdzie może zabłysnąć swoją elokwencją oraz pozycją społeczną. Wydaje się bardzo towarzyski, wygadany. Potrafi mówić o wszystkim, co nie ma większego znaczenia, bo po chwili i tak go nie ma. Już rozmawia z kimś innym. Nosorożec uważa, by za długo z nikim nie konwersować. Zwinnie lawiruje po płytkości tematów. To jest nosorożec jak najbardziej ucywilizowany, do tego dyplomata. „Jakże się cieszę, że cię widzę” – podaje rękę kobiecie, która rozjaśnia się na jego widok, mając nadzieję na miłą pogawędkę. „Co nowego?” „Ach, byliśmy” – opowiada kobieta, lecz Nosorożec już jest myślami gdzie indziej. Właśnie ustawia się kolejka po przysmaki.
„Ach, to cudownie!” Nosorożec zawsze wie, co powiedzieć i jak zareagować. Kobieta poczuła się wysłuchana, a Nosorożec niby przez przypadek odwrócił się w kierunku podawanego jedzenia. A tam kolejny znajomy. „Ach, to ty” – mówi z entuzjazmem. „Jak dawno się nie widzieliśmy”. Podaje rękę innemu dyplomacie. Obaj całkiem zgodnie przesuwają się w kierunku kolejki. Nosorożec musi być pierwszy. Absolutnie nie zniesie bycia ostatnim. Przez grubą skórę nosorożca niewiele się przedrze.
Wydaje się, że nie można go zranić. Serce pewnie gdzieś tam jest, ale tylko dlatego, że mu tak wypada. Czasem serce się zgubi i nie może się odnaleźć na skutek gwałtownej działalności nosorożca. Nosorożec bada rzeczy zza okularów, używając też często swojego nosa. Posługuje się zasadą: badając coś, należy to mocno szturchnąć. Jeśli się przewróci, to znaczy, że szybko trzeba na to nadepnąć, podeptać lub po tym przejść. Jeśli to coś okazuje się żywe, czyli okazuje się kimś, to należy się po tym przespacerować jeszcze raz i zobaczyć, co się stanie. Jeśli ten ktoś narzeka i ma pretensje, nosorożec poczuje się niedoceniony i odrzucony. To już wychodzi poza jego pojęcie rozumowania. Jak można go nie adorować za jego naturalne zachowania?
Wtedy nosorożec się wycofuje i obrażony idzie dalej. Zdarza mu się zawracać, udawać przy tym, że nie patrzy w kierunku leżącego i deptać raz jeszcze, stwarzając wrażenie, że tego nie robi. Być może nie mieści mu się w mózgu, że nie otrzyma poklasku i na wszelki wypadek próbuje szczęścia jeszcze raz. Jeśli chwilowo adoracji nie ma, bo ktoś leży już bezwładnie i nawet pretensji nie zgłasza, to nosorożec unosi wysoko głowę i szuka innej okazji. Jak długo ma co jeść i pić, do tego jest ktoś, kto go adoruje, nie musi włączać zaawansowanych procesów myślowych. Podstawowe potrzeby zostały wszakże zaspokojone. Spotkanie. Pewnego dnia Nosorożec szedł jak zwykle do pracy. Nagle na jego drodze coś się pojawiło. Leżało.
Wyjątkowo powstrzymał swoje ogromne kopyto, które już chciało to coś nadepnąć. Jego źrenice się rozszerzyły. Nosorożec zastygł w bezruchu z nadzieją, że dziwne leżące zjawisko zacznie uciekać. Na ziemi leżała wróżka. Wiotka to była istota i jakoś mało skoncentrowana. Wydawała się nieco rozlazła i przeźroczysta, ale świeciła swoistym blaskiem. To świecące złotko właśnie wyłożyło się na prostej drodze i nieco potłukło. Wróżka, mimo posiadania wielu umiejętności i talentów, nie zdołała ich wykorzystać, by nie spaść na ziemię. Okazało się, że jest kompletnie nieprzystosowana do życia na tej planecie. Do tego jej skrzydła tutaj nie zadziałały.
Brak podstawowej umiejętności latania osłabił ją. Wróżka nauczyła się właśnie, że powinna uważać. Już kilkakrotnie mało brakowało, by kilka istot rozerwało ją. Co jakiś czas rozpalony do czerwoności dwunog zaczynał ją gonić. Niektórym zdarzało się na czterech. Dość szybko udało jej się przekonać własne nogi, by niosły ją w jednym kierunku i szybko podejmowały decyzje. Ale teraz wróżka leżała. Zdążyła unieść głowę, popatrzeć w źrenice dzikiego zwierza, jakim wydawał jej się nosorożec i również zamarła. Kogo odblokowało pierwszego? Nie wiadomo.
Wróżka zerwała się na nogi i zaczęła uciekać. Prawdopodobnie zadziałał już jako tako wyrobiony instynkt. Nie ma co ukrywać, nosorożec się napalił, podniecił. Tego mu brakowało. Ruszył za nią. Wiotka wróżka miała zdolność wtapiania się w środowisko i udawania, że jej nie ma. Nosorożec zatem przestał ją widzieć. Ona chwilowo postanowiła zakamuflować swoją obecność, wtapiając się w otoczenie. Przypominała więc drzewo. „No proszę, wyjdź, spotkajmy się” prosił nosorożec.
Wróżka wyszła zza drzewa, a nosorożec hamował się, jak potrafił. Być może użył nawet woli, której tylko pozornie nie posiada. A może jego wola jest inaczej zaprogramowana? Dopaść cel. Nosorożec patrzył na wróżkę i coś sobie ważył w głowie. Szala przechyliła się na niekorzyść wróżki. „Pf! – prycham sobie w umyśle. – Nie warto tego łowić nawet. To nic dla mnie.
Nie lubię ekstremalnych sportów. Słabe to jakieś.” Niestety to były myśli nosorożca i całkowicie przegrały z potężniejszym organem, który już postanowił sobie wróżkę złowić. Wróżka patrzyła na nosorożca i nic sobie w umyśle nie ważyła, bo i umysł i reszta nakazywały: „Wiejemy. Wiej i się nie oglądaj!” Wróżka zwiała. Niepocieszony nosorożec szukał jej bardzo długo. Oferta. Wróżka rozpaczała. Jak to się stało, że spadła na ten świat? Czy mogła nie spadać? Ewentualnie nastąpiła pomyłka i zaraz ją stąd zabiorą.
Trzeba tylko poczekać. Nikt jej jeszcze nie zabrał. Wędrowała zatem coraz bardziej zmęczona i potykała się o własne nogi, które były już zniechęcone. Czegoś też zaczęło jej brakować. Nazywano to podstawowymi potrzebami. Wcześniej nie miała takich problemów. Teraz się okazało, że ma. Ups, znów się wywróciła. Jakim cudem pojawił się nosorożec? Nie wiedziała.
Zdążyła zerwać się na nogi i już miała uciekać, kiedy nosorożec ją dogonił. Wyraźnie się nią bawił. Biegał zafascynowany obok i wcale nie zamierzał jeszcze na nią nadepnąć. Najlepsze wszak zostawia się na potem. „Zostań ze mną” zaproponował. Wróżka nie chciała, czując i widząc w tym podstęp. Ale nie miała wyjścia. Szarmancki nosorożec zaoferował, że może na niego wsiąść i on ją będzie od teraz woził. Zaprosił ją do siebie. „Wyglądasz, jakbyś się pierwszy raz inkarnował” zaśmiała się wróżka.
„Chyba przedtem byłeś dinozaurem, a teraz jesteś nosorożcem” skomentowała. „Nie jestem nosorożcem. Jestem dyrektorem” nosorożec zaoponował: „A ty skąd jesteś? Pierwszy raz tutaj?” „Nie pierwszy, niestety” zmartwiła się. „Właściwie to kolejny. Nie liczę” dodała wymijająco. „Nie podoba ci się tutaj?” „Nie bardzo” przyznała. „No to czemu tu jesteś?” „Ach, za każdym razem mnie tu spychają.” „O!” Nie zrozumiał. „No ale tu jest fajnie.” „Komu fajnie, to fajnie. Ja nie mam głowy do tych detali.
Wycierania się, mycia, ubierania, malowania. Nie daj Boże robienia paznokci. To trwa wieki. Ach, no i do tego zarabiania. Najpierw coś musisz zarobić, potem dostajesz kwitek, indziesz i robisz zakupy, żeby się potem w coś ubrać albo coś zjeść. No i po co?” „No ale to jest najlepsza frajda tutaj. Wygrywa ten, kto ma więcej.” Nosorożec miał entuzjazm w oczach. „A co wygrywa?” spytała. „No...” Nosorożec się zawahał. Nie spodziewał się tego pytania i musiał uruchomić nowy proces myślenia, mało funkcjonujący do tej pory.
„A wiesz, rozmowa z tobą jest bardzo ciekawa, stymulująca. Ja z nikim tak do tej pory nie rozmawiałem.” „A jak?” dopytywała się. „Ty masz zupełnie inne podejście do wszystkiego.” „Bardzo możliwe” przyznała wróżka. „Ale muszę cię ostrzec, że to niewiele zmienia ani w niczym nie pomaga.” „Jesteś fascynująca.” Nosorożec miał błysk w oczach, który wróżka odczytała jednoznacznie. Zapoluj, zdobądź, posiądź. Nic dziwnego, że się przestraszyła. Czy myślisz, że bylibyśmy udaną parą? Nosorożec przeszedł do rzeczy. Absolutnie nie! Zaprotestowała nadzwyczaj gwałtownie, co tylko bardziej wyzwoliło w Nosorożcu instynkt łowcy.
Zobaczymy. Zapalił fajkę i w milczeniu przypatrywał się Wróżce niczym zwierzynie spokojnie stojącej na łące. Jeszcze nie ucieka, więc miło popatrzeć, co się będzie goniło. Możesz u mnie mieszkać — dodał wymijająco. Dziękuję, skorzystam — powiedziała wyniośle, doskonale wiedząc, że nie ma dokąd pójść. Została zatem i coraz bardziej sobie to chwaliła. Podróżowanie z Nosorożcem. Podróż z Nosorożcem wymaga ogromnego dystansu i uwagi. Ucywilizowany Nosorożec w podróży pędzi. Czuje zapewne zew przygody.
Trudno jednak się wtedy na nim utrzymać, a tym bardziej trzymać go na wodzy. Nosorożec w podróży staje się nieco nerwowy. Chcąc ze wszystkim zdążyć, często zapomina o kilku drobiazgach. Zatem wraca po nie ani trochę nie zwalniając kroku. Nauczona doświadczeniem Wróżka ma już pewną wprawę w traktowaniu Nosorożca. Zabiera prowiant, pakuje to, co jej będzie potrzebne. Myśli też za niego, więc pakuje rzeczy dla niego, chociaż on twierdzi, że nie jest głodny i już nie będzie jadł. Względnie jest na diecie. Wróżka spokojnie obserwuje pocącego się Nosorożca i lekko się uśmiecha. Uważa przy tym, by nie pokładać się ze śmiechu.
Pędzący niczym w rajdzie Nosorożec powoli przyzwyczaja się do tempa, jakie sobie narzuca i staje się bardziej komunikatywny. Gdzie jest moja komórka? — pyta, uznając, że Wróżka z racji nazwy powinna takie rzeczy wiedzieć. A wzięłaś czajnik? — pyta dalej, bo skoro miał taki pomysł, to ona powinna się domyślić, że go miał i spakować czajnik. To normalne, że każda Wróżka czyta w myślach. Ogarnia go zdziwienie, kiedy ona tego nie robi. Na kolejnym etapie podróży Nosorożec robi się zmęczony. Gwałtownie staje. I dobrze.
Wróżka musi mieć czas na oddech. Trzeba mieć zdrowie do podróży z Nosorożcem. Nosorożec na imprezie brata. Nosorożec lubi swój czas spędzać aktywnie, a nawet bardzo, nad wyraz wręcz aktywnie. Wróżka na jedno narzekać nie może — na nudę. Zawsze jest coś do zrobienia, gdzie pojechać, czymś się zająć. Brat Nosorożca to podwójny Nosorożec. Jest jeszcze potężniejszy — zauważa Wróżka. Zarówno wzwyż, jak i wszerz. Wszerz nawet bardziej.
Na imprezę brata dociera zawsze wiele istot, które po wymienieniu grzeczności powitalnych ruszają do zastawionych stołów z jadłem. W końcu po to się przychodzi na imprezy. Jest to szansa na darmowe żarcie i popitek. Na szczęście nie wszystkie istoty wychodzą z tego założenia. Panuje bowiem kultura i nikt się nie rzuca, a przynajmniej otwarcie, na dostawy żywności, jakich dostarcza gospodyni domu. Wypada przy tym mieć prezent. Prezentów zatem zawsze przybywa. W tym wszystkim Wróżka może wydawać się istotą wielce bezradną. Poznawanie kilku miłych osób, przeprowadzanie lekkich rozmów w fałszu alkoholu unoszącego się gdzieś wokół sprawia, że robi jej się nieprzyjemnie. Opuszcza zatem towarzystwo, czego Nosorożec nawet nie zauważa, zajęty imprezowaniem z rodziną.
Można mu to wybaczyć. Wszakże nie widzieli się dość długo. Wróżka ukradkiem płacze. Ja wcale nie chcę ujeżdżać Nosorożca. To nie są zwierzęta do jeżdżenia — mówi sama do siebie, świadoma, że obecnie raczej nikt jej nie słucha. Chyba jednak nie odnajduje się w tym świecie. Nosorożec na wakacjach. Ogromny Nosorożec bardzo niepewnie jak na Nosorożca stanął przed zaspaną Wróżką i powiedział: Pobaw się ze mną. I rzucił jej piłeczkę. Wróżka zauważyła, że rozpoczął zabawę, nie czekając na jej zgodę.
Właściwie to nawet nie zdążyła pomyśleć, czy chce. Złap piłeczkę. Nosorożec był już w trybie zabawy. W przypływie spontanicznej gry Nosorożec mało nie przydusił towarzyszki zabaw. Biegł za piłeczką, którą nieopatrznie złapała Wróżka i teraz postanowił złapać je obie. Chwycił Wróżkę i trzymał mocno, jakby obawiał się, że ona mu zaraz ucieknie. Wróżka uważnie popatrzyła w wielkie, czarne oczy Nosorożca. Dostrzegła niepewność i to jej nie pasowało. On dziś naprawdę był niepewny, mimo podążania za swoimi potrzebami zabawy i chwili obecnej. Dobrze się czujesz?
— spytała. Ależ oczywiście, ja zawsze dobrze się czuję — odparł Nosorożec, a ona już wiedziała, że pytanie to mija się z celem. Z drugiej strony, wedle mądrości Tao jego odpowiedź była jak najbardziej prawidłowa. Należy wszakże podtrzymywać pozytywne nastawienie do życia i nie obdarzać uwagą tego, czego się nie chce. Wtedy rzeczy z braku troski o nie powinny same zaniknąć. Nie zawsze się tak jednak działo, ale Nosorożec uparcie wierzył w tę zasadę i stosował ją bez wyjątku. Zignorować, zaprzeczyć i trzymać się harmonii za wszelką cenę. Nosorożec był w tym naprawdę dobry. Może to jego wrodzona cecha. Późna pota.
Kula. Wróżka jednak miała pewien problem z niedostrzeganiem rzeczy, które wręcz nachalnie zabiegały o jej uwagę. Z jakiegoś wyżej nieznanego jej powodu miała przyczepiony do nogi łańcuch z czarną, dość ciężką kulą. Nie pozwalało jej to na wiele swobody. Musiała poczynić pewne akrobacje i dodatkowe wysiłki, by bawić się lekko jak inni. Dość trudno było jej nie dostrzegać kuli, nie czuć jej i nie słyszeć. Oczywiście bywały momenty, że brała kulę, forsowała rzeczy tak, jak chciała. W końcu musiała sobie jakoś radzić. Nie było co ukrywać. Potrzebowała piły najlepszej jakości.
Jak do tej pory wszystkie napotkane się tępiły. Ale nie ma co ustawać w poszukiwaniach. Zresztą to była tylko jedna z wielu przeszkód na drodze wróżki. Wróżka miała swoje cele, lecz te często rozmazywały się poprzez codzienne wyzwania, jakie świat z zadowoleniem stawiał na jej drodze. Ona kochała tańczyć. Nosorożec uwielbiał imprezy. Pewnego wieczoru wybrali się w miejsce, gdzie oferowano tego typu atrakcje. Wróżka dziarsko wzięła kulę w ręce i zaczęła tańczyć. Nosorożec przytupywał obok. Nie bardzo czuł rytm, ale jej to już nie przeszkadzało.
Po pewnym czasie Nosorożec zauważył, że nie tylko męska część istot żywych wpatruje się w jego ukochaną. Mimo swojej ślepoty dostrzegł też, że męska część istot żywych wydaje się mieć reflektory w miejscach oczu. Wróżkę to cieszyło. Dawała właśnie upust swej frywolności, na którą na co dzień nie mogła sobie pozwolić. Nosorożec spontanicznie trącił nosem wróżkę, złapał ją w talii, przyciągnął do siebie i rozejrzał się po sali, jakby chciał oznajmić: „To moja własność. Nie ruszać”. Na scenie jednak pewien muzyk nie zraził się tym gestem i już ruszał z gitarą elektryczną wprost w kierunku wróżki. Ta odwróciła się i uznała, że fajnie będzie potańczyć dla niego i do dźwięków gitary. Takiej okazji do zabawy przepuścić przecież nie można. Muzyk gdzieś po drodze zdążył zamienić gitarę na saksofon.
A może to było potem? Nie pamiętała. Zajęta była wyginaniem się we wszystkich możliwych kierunkach i przestrzeniach. Głośno wyrażała swój aplauz dla muzyków. Dźwięki flirtowały z nią. Proszę bardzo. Nareszcie! Wróżka czuła się wolna, żywa i zadowolona. Jak na nią to dość rzadkie uczucie, zatem tym bardziej witane z radością. Coraz bardziej niepewny Nosorożec przysunął się bliżej wróżki, a ona naprawdę się bawiła.
Wpadła w jego ramiona tylko po to, by za chwilę odskoczyć. Wodziła go całkiem świadomie, być może za nos. Muzyk był bardzo niepocieszony, kiedy wróżka i Nosorożec opuszczali lokal. „A więc?” Nosorożec sprawdzał grunt. „Wydaje się, że ten muzyk chciał cię poderwać” – dokończył z wyrzutem. „Ależ skąd” – odparła zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy Nosorożec flirtował z kobietami na imprezach, udając, że tego nie robi. Z jakiegoś powodu nagle sobie to przypomniała. Ale teraz wyglądał na zupełnie innego Nosorożca. Ogromny Nosorożec, ale teraz kuli swój mały ogonek i wygląda całkiem jak zbity Nosorożec. Życie z Nosorożcem.
Życie z Nosorożcem jest ogromnym wyzwaniem i szkołą przetrwania. „Nosorożce to jedyne zwierzęta, które nie ewoluowały i są w połowie ślepe” – przeczytała Wróżka. „Ach” – westchnęła, czytając dalej. „Są zwierzętami objętymi ochroną i żyją w rezerwatach.” Pomoc. Nosorożec próbował pomóc wróżce. „A więc” – zaczął tubalnym głosem i wszechogarniającym. – „Co ty właściwie możesz robić, żeby zarabiać na życie?” Jak dyrektor czekał na odpowiedź. Wróżka zaniemówiła. Do tej pory wyglądało na to, że mimo wykształcenia i dyplomów, które gdzieś po drodze zdążyła załapać, nic nie może tu robić. Co robi typowa wróżka?
To taka wdzięczna, artystyczno-magiczna istota. No ale ta istota przebywa w bajkach, więc co ona robi na ziemi? Tu nikt nie chce bajek. Opowieści dobrze się kończących. Ziemia ekscytuje się raczej dramatami i tragediami, względnie perfidnymi eksperymentami testującymi wytrzymałość istot i natury. Co ona ma tu do roboty? W magię też już tu nikt nie wierzył. Jakby wszyscy mieli klapki na oczach i śnili jakiś koszmar. Ona nie chciała brać udziału w tym koszmarze, a jednak w zasadzie została zmuszona. „Nie wiem” – odparła cicho.
„Może otworzysz firmę?” „Bardzo chętnie.” Nie miała jeszcze pojęcia, co to znaczy, ale dowiedziała się po kilku miesiącach bezowocnych wysiłków. „Możesz też studiować” – podsuwał Nosorożec. „Ale ja mam wykształcenie.” „Ale widać, że tu bezużyteczne. To jakbyś go nie miała.” Wróżka firmy nie otworzyła. Studia okazały się za drogie. Zbyt mało zarabiała. Przecież jako artystka coś zarabiała, ale to za mało. „Dlaczego nie otworzyłaś firmy?” – dopytywał się wkrótce Nosorożec. Tłumaczyła bardzo spokojnie, jak przechodziła przez wszelkie urzędy, rejestracje, dzwoniła, chodziła osobiście. Mnóstwo rzeczy, jej zdaniem niepotrzebnych, załatwiła po drodze, bo kraj się domagał.
Rząd nakazywał, ale niewiele wynikło z jej starań, poza szeroką wiedzą na temat poszukiwania pracy i otwierania własnej firmy. Poznała też mnóstwo ludzi. Po wielu miesiącach dotarło do niej, że nie znajdzie klientów w ciągu kolejnych dni czy godzin roznoszenia ulotek. Klienci to sprawa poczty pantoflowej. Nosorożec nie rozumiał, a wróżka nie miała już sił tłumaczyć tego, czego on nie rozumie. „To może poszukasz sobie pracy?” Miał wiele pomysłów. „Owszem, szukam.” Wróżka działała na wielu polach. Szukała i sprawdzała. Była zarejestrowana w kilkudziesięciu biurach pracy. Doświadczała przy tym bardzo ziemskiej depresji.
Karty. Karty tarota zawsze do niej mówiły. Po prostu patrzyła i wszystko się układało. Nie pamiętała już, skąd miała tę talię kart. Siedziała w domu i czekała na klientkę. Nosorożec upierał się, by postawiła dalszej znajomej karty. Sam w to nie wierzył, ale co jakiś czas prosił o stawienie kart w związku z jego pracą. Dzwonek u drzwi dzwonił i wyrwał wróżkę z rozmyślań i wpatrywania się w świeczkę. Wróżka uwielbiała świeczki, kolory, zapachy, kształty, dekoracje. „Dzień dobry pani.” „Dzień dobry” – odparła wróżka.
„Ida jestem.” „Bardzo mi miło.” „To jak to działa?” „Najlepiej mieć konkretne pytania. Ma pani?” „Mam, mam. Całą listę przygotowałam.” „To pani Ido chyba nie pierwszy raz?” – zapytała z zaciekawieniem. „Ano nie, ale mi jakaś tarocistka naopowiadała, że umrę i dziecko stracę i w ogóle same problemy.” Wróżka rozłożyła karty. „Nic takiego nie widzę.” „Ja się teraz boję.” „To tylko karty” – powiedziała wróżka, która sama w karty bardzo nie wierzyła. Kto by wierzył obrazkom, które mówią raz tak, raz tak. Co innego wyczucie pewnych zdarzeń, a co innego interpretacja. Ale jej klientka tego nie wiedziała. Postanowiła jej to zatem uświadomić. Na swój sposób odczarować od jakiejś głupiej, jej zdaniem, sugestii o umieraniu.
„Dziś wyjdzie tak, jutro inaczej. Zazwyczaj wychodzi to, co aktualnie się u pani dzieje. To trochę jak lustro. Wtedy można zawsze coś poprawić. Jak pani źle makijaż zrobiła, to można nanieść korektę, nie?” „Aha.” – Ida otworzyła usta nieco szerzej ze zdumienia. „Bo ja myślałam, że to się stanie.” „To zależy w dużej mierze od pani. Czasem sugestie tak długo działają, że można na siebie rzeczywiście coś dziwnego ściągnąć. Zatem proste rozwiązanie to zmienić myślenie” – dedukowała na głos. „To co się wydarzy?” „Tego nie wiem, ale tendencje są takie.” Wróżka była w swoim żywiole i opowiadała, co wiedziała. „No co też pani powie.
A tamta mi nagadała i mówiła, żebym dzwoniła do niej.” Wróżka pohamowała swoje myśli na temat braku odpowiedzialności innych ludzi. „Zrobi pani, co będzie chciała. Wyjścia są takie. Jak pani czegoś nie chce, to trzeba reagować, coś zmienić albo podążyć inną drogą.” „To urodzę normalnie i zdrowe dziecko?” „Przeszkód nie widzę. Czytam to, co widzę. To tylko karty” – wspomniała. „A.” Wróżka nie wiedziała, czy kobieta rozumie, czy nie, ale poczuła się lepiej i chyba jej się spodobało. „A postawi pani karty mojej koleżance?” Tak milczej po pani wróżce. „Też da radę.” Koleżanka znała koleżankę, a ta znów kolegę, co znał koleżankę czy też kolegę. Ktokolwiek to był, wróżka miała pełne ręce roboty i postanowiła trochę ograniczyć ten biznes.
Stawki nieco wzrosły, a klienci się domagali. Czasem tłumaczyła, że to tylko karty, ale twierdzili, że im się sprawdza i chcą więcej. Coraz szersza klientela. Pani Alina weszła do wróżki, patrząc podejrzliwie wokół. „Nie ufam kartom” – powiedziała. „Ale córka mnie przysłała.” „O, jak wspaniale” – ucieszyła się wróżka. „Nie ma co ufać kartom. To zupełnie nie na tym polega. Zaraz to pani wytłumaczę.” „Może być. Pani rozkłada.” Wróżka zajęła się odpowiedziami.
„O!” – podchwytywała pani Alina. „Toć to samo wyszło w kartach mojej córce. To samo. No co też pani powie? Jak to możliwe?” „Wszystko może się zdarzyć” – odparła wróżka lekko. „A co się stanie z tym domem tam?” „Tu jest pewne zamieszanie.” Wróżka opowiadała o naturze kobiet, które wyszły mało przychylnie nastawione do pani Aliny. „Ha! Dobrze czułam. Te małpiatki niewdzięczne wszystko by chciały. Też mi.” „Spokojnie, na wszystko jest sposób.
Dyplomatycznie tu trzeba.” Wróżka się zawahała. „No, z dyplomacją u pani kiepsko. To może ja pomogę?” „To co ja mam im powiedzieć? Niech się dymają.” „No jak tak pani powie, to będzie zapewne tak, jak w kartach wychodzi. Ciekawie, aczkolwiek nie do końca o to chodzi.” Sposób na Nosorożca. „Hmm.” Nosorożec odchrząknął, jakby chciał zacząć rozmowę. „Widzę, że jesteś zajęta i nie masz dla mnie czasu” – powiedział z wyrzutem. „No i masz pracę i zarabiasz.” Tym razem w głosie dało się wyczuć szacunek. „Może byś pracowała trochę mniej? Ja zarabiam wystarczająco.
Wystarczy nam.” „Ale ja to całkiem lubię. Nie cieszysz się?” „Cieszę się, cieszę” – powiedział jakoś za szybko. „To o co chodzi?” „O nic. Słuchaj, a może pojedziemy na wakacje?” „Wspaniale.” Wróżka się uśmiechnęła i też udawała, że nie wie, o co mu chodzi. Czyżby się bał, że ona jest już całkiem niezależna od niego i coraz lepiej sobie poradzi, może nawet odejść? Wakacje mogą pomóc. „To kiedy możesz?” „W najbliższym miesiącu nie mogę.” „No ja też nie. Przecież pracuję.” Nosorożec patrzył w kalendarz. „Tak, mój grafik jest bardzo, bardzo napięty.” „Ale kiedy możesz?” „Za półtora miesiąca.” „O, widzisz, ja też wtedy mogę.” Czy wróżce się wydawało, czy też on jakby teraz kochał bardziej? Może szanował bardziej?
Czy to miało jakiś związek z jej pracą, której nie rozumiał? Ale wszystko, co przynosi dochód, jest dobre, więc akceptował. Wróżka nie wiedziała, ale była bardzo rada ze swojej nowej roli. Czuła się, jakby awansowała. Szacunek, pieniądze. Czemu nie? Może ta ziemia nie taka najgorsza. Spojrzała ku górze i pomyślała jeszcze: „Niech wam będzie. Na razie da się przeżyć. No przyznam, że całkiem dobrze się udaje.” Piotr Prokopowicz „Dorosły”.
W grupie było dokładnie 50 dzieci w różnym wieku od około 10 do około 16 lat. Czworo starszych, ale nie najstarszych, stało pośrodku, podczas gdy reszta zrobiła krąg wokół nich. Pani Magda głośno oznajmiła: „A teraz dzieci zaśpiewamy sto lat naszym absolwentom. Cała czwórka skończyła już 14 lat oraz zdali pomyślnie wszystkie testy i jutro otrzymają dyplom dorosłości. Zaczną funkcjonować w społeczeństwie jako obywatele.” Po czym zaczęła głośno: „Sto lat.” Reszta szybko dołączyła. Po odśpiewaniu dzieci rozeszły się – jedne do zabaw, inne do boksów edukacyjnych oferujących zajęcia szkolne. Grupka absolwentów została na środku. Mariusz spojrzał na pozostałych. Leszek, Zosia i Basia. „Spotkamy się jeszcze?” „Mam nadzieję” – odparła optymistycznie Zosia.
„Rozpoznamy się? Na pewno tak wyglądacie?” – zapytał Leszek. Wszyscy potwierdzili, tylko Basia nieśmiało dodała: „Ja trochę zmieniłam naturalnego awatara.” Szybko jednak zastrzegła: „Ale tylko włosy. Naprawdę to mam czarne.” „Był już ktoś poza boksem?” – zapytał Mariusz. „Cały czas o to pytasz” – żachnął się Leszek. „Przecież wiesz, że nie. Zielone drzwi w naszych boksach otworzą się jutro.” „Tata mówił mi, że otrzymamy ważne zadania, ale nie chciał zdradzić żadnych szczegółów” – powiedziała Zosia. „A mój tata odzywa się do mnie bardzo rzadko” – odparł Mariusz. „Głównie mama do mnie przychodzi, czasami jeszcze babcia. Tatę widziałem ostatni raz chyba miesiąc temu.” „No dzieci.” Podeszła do nich pani Magda.
„To ostatni dzień, kiedy mogę tak do was mówić. Życzę wam powodzenia w przyszłym życiu i pamiętajcie – społeczeństwo liczy na was.” „Czy będziemy mogli czasami odwiedzić szkołę?” – zapytała Basia. „Oj kochanie, przecież będziecie zajęci. Podejrzewam, że nie będziecie mieli zbyt wiele czasu na wirtuala. Wiem, macie wiele pytań, ale są sprawy, o których samo mówienie niewiele daje. Pewne rzeczy trzeba po prostu doświadczyć. Poza tym przepisy nie pozwalają mi z wami o tym mówić. Jutro się dowiecie wszystkiego.” Widząc ich niepewne miny, zagarnęła rękoma całą grupkę i uściskała serdecznie. „Życzę wam szczęścia, dzieciaczki i może do zobaczenia.” Uśmiechnęła się szczerze. Grupka podeszła do drzwi wejściowych i wyszła na korytarz rozłączeniowy.
„Jak nie będziemy mogli się rozpoznać i odnaleźć, to zawsze możemy doprecyzować szczegóły przez maile” – pocieszył się Mariusz. „Mój tata mówi, że dla dorosłych pojawiają się nowe opcje w wirtualu” – powiedziała Zosia. „Są tak absorbujące, że nie ma pokusy szukania wejścia do szkoły.” „Do zobaczenia” – rzucili do siebie nawzajem, zamykając wirtuala. Mariusz wypiął się z kulistego urządzenia i wyszedł do pokoju dziennego. Usiadł i rozejrzał się wokół. Boks był całym jego życiem, od kiedy pamięta. Tu miał swoją czytelnię, sypialnię i kuchnię. Było tu troje drzwi – jedne do łazienki, jedne do pokoju z wirtualem i jeszcze jedne zielone. Te jak na razie były cały czas zamknięte. Mikrus, robot domowy, zaoferował mu szklankę wody.
Na ścianach były dwa ekrany – jeden do zastosowań osobistych, drugi komunikacyjny. Z tego drugiego patrzyła na niego twarz mamy. „Jak się czujesz, synku?” – zapytała. „Nie wiem.” Milczał przez chwilę, po czym dodał: „Do tej pory wyjście z boxa oznaczało wejście do wirtuala. Tam były wycieczki, większość zabaw, szkoła i wakacje.” Znowu zamilkł. Mama patrzyła z zatroskaniem. Po dłuższej chwili milczenia kontynuował: „Pamiętasz naszą wycieczkę w góry? To była piękna przygoda.” Twarz na ekranie uśmiechnęła się ciepło. „Czy jutro będziemy mogli pojechać w prawdziwe góry? Przyjdziesz do mnie?
Ale tak naprawdę, nie przez ekran.” „To nie jest takie proste, syneczku” – odparła mama. „Ale jak chcesz, to mogę jutro być przy tobie, gdy drzwi się otworzą. Pamiętaj, że jesteś bardzo ważny dla mnie, dla wszystkich, dla całego społeczeństwa.” „Bądź mamo, chociaż przez ekran.” Milczał chwilę. „Teraz muszę pobyć sam. Do widzenia. Przyjdź.” Nie mógł spać. Sygnał pobudki wyrwał go z letargu. Zerwał się i ubrał w ekspresowym tempie. Twarz mamy pojawiła się na ekranie. „Już czas synku.
Śmiało.” Mariusz usłyszał syk z kierunku zielonych drzwi. Podszedł. Zatrzymał się. Przez chwilę brakowało mu odwagi. Potem popchnął. Otworzyły się ze zgrzytem. Za nimi było ciemno. W boksie było dużo jaśniej. To przeszkadzało w dojrzeniu, co jest dalej. Zrobił kilka kroków.
Był na zewnątrz. Rozejrzał się. Był w olbrzymim pomieszczeniu, w którym wielkie kontenery stały w rzędach. Właśnie wyszedł z jednego z nich. Wokół rozjaśniło się nieco. Kontenery wyglądały bardzo podobnie. W trzech stojących niedaleko były otwarte drzwi. Było w nich widać sylwetki młodych ludzi. Rozpoznał Leszka, Zosię i Basię. Basia rzeczywiście miała czarne włosy.
Zdecydowanie lepiej jej pasowały niż jasne, które pokazywała na awatarze. Nad głowami mieli czarną przestrzeń z niebieską kulą pośrodku. „To chyba kosmos” – pomyślał, kojarząc sobie obrazy z filmów edukacyjnych. Nagle coś pipnęło i z głośników rozległ się rzeczowy męski głos. „Witajcie nowi obywatele. Całe społeczeństwo cieszy się i gratuluje wam, że wyrośliście na dojrzałe i zdrowe jednostki. Jak na razie jako jedyni z waszej grupy zdaliście wszystkie testy fizyczne pomyślnie. Zapewne macie wiele pytań. Zacznijmy od podstawowych. Gdzie jesteście i dlaczego?
Otóż jesteście na bazie orbitalnej wokół Ziemi. Jesteście tu dlatego, żeby zwiększyć szanse na wasz zdrowy rozwój. Ludzkość na Ziemi wyginęła w wyniku epidemii. Z 10 miliardów przed zarazą przetrwał zaledwie bilion ludzi. Każde dziecko jest bardzo cenne i nie może być narażone na infekcje. Dlatego społeczeństwo zdecydowało, że wszystkie zdrowe noworodki będą rozwijały się w bazach orbitalnych i na Księżycu. Niestety, mimo izolacji wciąż często pojawiają się wady w rozwoju nowych osobników. Wam się udało. Jesteście nadzieją ludzkości na odrodzenie i zdrowy rozwój.” Chłopak spojrzał z niepokojem na szeregi kontenerów. Nie liczył, ale mógłby się założyć, że jest ich tyle, ile było dzieci w grupie.
Pięćdziesiąt. Pomyślał o starszym szesnastoletnim Robercie, z którym często bawił się i uczył. On został w szkole. Mariuszowi kłębiło się w głowie milion pytań i wątpliwości. Na wierzch wybijały się ponure myśli. Jak wyglądają naprawdę pozostałe dzieci z grupy? Czy jest jeszcze szansa, że któreś z tych, co zostały, kiedykolwiek opuści swojego boxa? Co będzie z tymi, którzy nigdy nie zdadzą tych fizycznych testów? Dagmara Adwentowska „Wielki triumf ludzkości”. Ciało Lee McCully, 999 admirała Pierwszej Floty Zjednoczonych Stanów Ziemi, Księżyca i Marsa spoczywało na twardej jak kości wszechświata leżance, przypięte mocno pasami.
Na wszelki wypadek. Sztuczna grawitacja ostatnio wysiadała. Jakoś tak od śmierci 807 admirała. Mężczyzna uśmiechał się do siebie trochę z triumfem, a trochę z ulgą. Pierwsza Flota płynęła przez kosmos od tysiącleci, ale każdy skok w nadprzestrzeń zbliżał ich do celu. Technicznie zgadzali się co do tego, że potrzebny jest tylko jeden dzień. Na szczęście Orfeusz, statek flagowy i jedyny pozostały z floty mógł nie wytrzymać kolejnego wejścia w nadprzestrzeń. I tu winna była nadprzestrzeń. Według historyków pierwsze jej ofiarami padły bliźniacze transportowce Dr Jekyll i Mr Hyde. Dr Jekyll rozpadł się w błysku tysiąca słońc po skoku.
Mr Hyde zaś chwilę potem uzyskał świadomość. Ogłosił się Bogiem. Z początku spamował systemy łączności, głosząc swą ewangelię. Potem znalazł proroków i zaczął zwiastować o konieczności wyplenienia heretyków. Piąty admirał zdecydował o eksterminacji Hyde'a. Działy się rzeczy jeszcze dziwniejsze ze statkami i ludźmi, którzy je prowadzili przez pustkę, na nich się rodzili, na nich żyli i umierali. Jedni i drudzy zmieniali się w tempie nieznanym ziemskiej nauce. Na ekranie komunikatora pojawiła się zielona tęczówka oka Jane, szefa technicznych. Na krawędzi jej powieki drgała łza wzruszenia. „Admirale, wszystko gotowe.
Rozpocząć odliczanie.” Kobiecy głos wypełniał trzewia statku. Zdawał się odliczać nie tylko czas do przejścia, ale i kroki ostatniego admirała pierwszej floty podążającego w stronę mostka, skąd będzie obserwował wypełnienie misji i ukoronowanie życia setek pokoleń. Ciało Lee zapadło się w głęboki fotel. Gwiazdy rozmazały się w długie smugi. Lee zamknął oczy, by przetrwać nieprzyjemne wrażenie rozpadania się. Zwlekał z ich odtworzeniem. Zawsze bał się, że nie wyjdą po drugiej stronie tacy sami. Otworzył powieki i zdębiał. W pustce wisiały lśniące srebrzyście kształty. Przez ich powierzchnię przebiegało migotliwe drżenie.
Za nimi na skalnej asteroidzie pięły się w górę smukłe wieże oplecione siecią przeźroczystych mostów. Z systemu łączności dobiegł niezrozumiały jazgot. Srebrne kształty ściemniały, by nagle wybuchnąć oślepiającym światłem. Lee zabolało serce. Ciało Lee McCully, 999 admirała pierwszej floty Zjednoczonych Stanów Ziemi, Księżyca i Marsa spoczywało na twardej jak kości wszechświata leżance, przypięte mocno pasami. Na wszelki wypadek, jakby ożył albo zrobił coś podobnie zdumiewającego i niebezpiecznego. Naukowcy stali wyprężeni przed kapitanem stacji jak uczniowie na apelu. „Skład i budowa przejętej jednostki” najstarszy wiekiem i stażem zabrał głos jako pierwszy. „Wskazują na to, że statek powstał na Ziemi. Tylko że wieki temu.” „Badania DNA wykazały wiele części wspólnych w genomie załogi i ludzi” dodała biolog.
Kapitan spojrzał na nią z góry. „Nie, doprawdy. Niech pani spojrzy.” Wskazał na zwłoki Lee. Bezwłose, z długim, chwytnym ogonem i stopami o przeciwstawnym kciuku. Długa, wąska czaszka zdawała się być zbyt wielka dla wątłej szyjki. Oczy były wielkie, ciemne jak kosmos i obce. „Czy to pani wygląda na człowieka?” „Pierwsze hipernapędy miały efekty mutagenne” wtrącił cicho szef grupy naukowców. „Dość tych nonsensów.” Kapitan uciął dywagacje z niecierpliwionym tonem. „Obroniliśmy ważną kolonię Zjednoczonych Układów Drogi Mlecznej przed atakiem obcych. Odnieśliśmy wielki triumf.” Kapitan wstał energicznie i ruszył zdać odpowiedni raport przełożonym.
Liczył na premię, może nawet dostanie order. Jakub Karbownik „Niewinne dziobanie”. Robotnicy zaczęli schodzić się dosyć wcześnie. Był ciepły letni poranek. Poniemiecki budynek służył jako siedziba Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej. Ze względu na wartość zabytkową zdecydowano się na odrestaurowanie elewacji oraz wymianę zużytego chodnika wzdłuż obiektu. Rusztowanie powstało jakiś tydzień wcześniej i ozdobione zostało siateczką ochronną. Przeszło pozytywnie testy BHP i teraz czekało dumnie na swoją załogę. Po porannej kawie oraz szybkim śniadaniu robotnicy rozpoczęli mozolne przygotowania do pracy. Renowację mieli rozpocząć od góry, a następnie w miarę postępu robót stopniowo schodzić w dół.
Natomiast chodnik czekał na dostawę kostki brukowej. Stare, popękane płyty zostały już usunięte i wywiezione. Student architektury, wchodząc przez główne wejście, wyrzucił kawałek niedojedzonej słodkiej bułki. Jedzenie zwabiło latających amatorów resztek. Skubali, dziobali, skakali i walczyli, rozgrzebując piach, który miał być podłożem pod betonową kostkę. Robotnicy nie przejmowali się tym zbytnio. Ostatecznie i tak mieli dopiero zagęścić piasek. Ku uciesze ptactwa dorzucali nawet resztki ze śniadania. Tuż za ulicą, jakieś 12 metrów od rozkopanego chodnika rozciągał się park. Przy dwóch oczkach wodnych rezydowały tam kaczki i łabędzie, a pod taflą wody czaiły się ryby.
Drzewa nie rosły gęsto, ale dawały przyjemny cień. Na jednym ze wzniesień przycupnęła niepozorna kapliczka. W parku, jak należy, wytyczone było miejsce zabaw dla dzieci oraz szerokie chodniki, idealne zarówno dla biegaczy, jak i dla miłośników spacerów. Pas zieleni w środku miasta przyciągał studentów, którzy w wolnych chwilach zalegali na miękkiej trawie, zupełnie lekceważąc drewniane parkowe ławki. Na jednej z nich siedział staruszek. Karmił gołębie lekko czerstwym chlebem. Kiedy skrzydlate towarzystwo wyjadło już wszystko co do okruszka, wówczas przeniosło się dalej, aby poszukać nowych potencjalnych żywicieli. Natomiast siedzący na ławeczce siwy mężczyzna w kaszkiecie zaczął uważnie lustrować prace restauracyjne na elewacji jego ukochanego budynku. W pewnej chwili poczuł delikatne wibracje w prawej kieszeni. To była wiadomość od syna.
Czekał na nią od kilku godzin. Odblokował smartfona i otworzył MMS-a. Syn przesłał mu parę zdjęć z Japonii oraz króciutką relację z pobytu na obczyźnie. Chwalił się też swoimi sukcesami. W Kraju Kwitnącej Wiśni nie było łatwo zabłysnąć w dziedzinie robotyki. Staruszek uśmiechnął się. Kochał swoje dzieci i był z nich dumny. Dla ojca nie ma większego szczęścia niż zdolne dzieci. Zerknął na zegarek. Dochodziła dziesiąta.
Słońce zdołało już nieco podnieść temperaturę powietrza. Pracownicy z rusztowań zmierzali właśnie na kolejną przerwę śniadaniową. Mężczyzna spoglądał na niewinnie dziobiące w piachu ptaki. Z nadzieją szukały ostatnich okruszków. To się przewróciły, to poganiały, robiąc coraz to większe zagłębienia. Tuż obok ławki przeszedł wysoki wąsacz, który przekroczył już nieco granicę wieku średniego. Ukłonił się z uśmiechem i powiedział: „Dzień dobry, panie profesorze”. Nawet nie zwolnił i udał się prosto w stronę budynku akademickiego. „Dzień dobry” – odpowiedział po dłuższej chwili staruszek. Zrobił to z dużym opóźnieniem, a jednak kosztowało go to bardzo wiele wysiłku.
Po ostatniej operacji osłabiony organizm odmawiał pełnej współpracy z umysłem. Zwykłe przywitanie stawało się wyczynem porównywalnym do zdobycia sporego górskiego szczytu. Na ławkę dotarł rano dzięki uprzejmości sąsiada. Pan Mietek miał też po niego wrócić około południa i zabrać na obiad. Jednym z niewielu miejsc, do których choroba nie miała dostępu, była głowa staruszka. Lata nauczania fizyki wyostrzyły jego umysł do granic. Ze względu na brak innej rozrywki coraz częściej zatapiał się w otchłani swych przemyśleń lub skupiał się na uważnej obserwacji. Zauważał zmiany. Patrzył na świat inaczej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej, ale to właśnie tego ranka wskoczył na zupełnie nowy poziom. Odblokował swego rodzaju synestezję.
Połączenie praw fizyki, dynamiki zmian w materii ożywionej i nieożywionej, rachunku prawdopodobieństwa, a na koniec pokaźnego zakresu wiedzy ogólnej dawało mu szeroki obraz rzeczywistości. Bardzo szeroki. Czuł się tak, jak gdyby wkroczył w nowy wymiar. Świat pozostał właściwie taki sam, ale zmienił się sposób, w jaki starszy mężczyzna patrzył na swe otoczenie. Nie czuł się przytłoczony potężną falą informacji. To wszystko było dla niego naturalne. Z wyprzedzeniem wiedział, co się wydarzy. Wartości niezauważalne dla przeciętnego człowieka. Wartości, które znajdują się daleko za przecinkiem ułamka miały kolosalne znaczenie. Teraz dopiero widział to w pełni.
Teraz to wiedział. Często zastanawiał się nad sytuacjami, które rzekomo zsyłane były przez los. Czy to nie była po prostu wymówka ukrywająca brak wiedzy o świecie? A może raczej przyznanie się do limitu poznawczego? On właśnie przełamał ten limit. Przerwał filozoficzne dywagacje. Coś się stało. Coś niedobrego. Chwila skupienia. Będzie wypadek.
Wie o tym. Czuje to. Widzi. Chce jakoś ostrzec ludzi, ale nie może. Całą życiową energię pobiera mózg. Wcześniejsze „dzień dobry” stało się wyczynem nie do powtórzenia. Huk. Pisk. Fala uderzeniowa. Widzi, jak ona sunie, automatycznie opisywana przez jego umysł skomplikowanymi fizycznymi wzorami.
Widzi, jak rozpędzony tramwaj uderza w ciężarówkę. Na szczęście nikt nie stracił życia. Ale to nie koniec. Fala pędzi prosto w kierunku rusztowania. Jedna z aluminiowych podpór nie została odpowiednio zabezpieczona. Energia wywołana uderzeniem bezlitośnie zatrzęsła rusztowaniem. Robotnicy na wysokości, zabezpieczeni pasami, odruchowo łapią się najbliższych elementów konstrukcji, ale zaraz potem zaczynają pośpieszną ewakuację. Zdążą. Staruszek wie to. Zanim aluminiowe nogi zakończą swój taniec, a rozchwiana konstrukcja runie, wszyscy będą już w bezpiecznym miejscu.
Wrzawa. Biegacze stanęli. Ptactwo z okolicznych oczek zerwało się do lotu. Studenci przerwali swoje błogie nicnierobienie i spojrzeli w kierunku rusztowania. Matki zaczęły nerwowo nawoływać dzieci. On sam był bezpieczny. Wiedział to. Jednak było jeszcze dziecko. Dziewczynka, która nie wiedzieć skąd znalazła się w pobliżu rusztowania. Różne scenariusze zaczęły przemykać przez głowę mężczyzny, aktualizowane o coraz to nowe zmienne.
„Jest szansa” – krzyknął w myślach. – „Można uratować to dziecko”. Tą zmienną niosącą nadzieję okazał się jeden z robotników. Był najwidoczniej spóźniony, ale teraz nie miało to znaczenia. Ważne, że zareagował. Ten warunek został spełniony, ale to nie był jeszcze koniec. Jeden z elementów walącego się rusztowania spadł pół metra od dzieciaka. Aluminiowa rura wbiła się niemal pionowo w piach i zaczęła przechylać się w stronę sparaliżowanej strachem dziewczynki. Robotnik miał dwie, góra trzy sekundy. Tyle wystarczyło.
Chwycił dziecko w pół i odskoczył z nim w bok. „Uratowali” – pomyślał starzec. Wypuścił z wolna powietrze. Nawet nie zauważył, że wcześniej wstrzymał oddech. Ludzie wiwatowali na cześć bohatera. Brawurowy wyczyn przykrył na razie pytania, dlaczego w ogóle rusztowanie runęło. Ale uratowanie dziecka to nie była wyłącznie zasługa robotnika. Staruszek widział to teraz wyraźnie. Gdyby roztrzepany student nie wyrzucił resztek jedzenia na piach, gdyby nie zrobili tego później robotnicy, nie powstałyby wówczas zagłębienia zrobione przez ptaki. Te małe, wydawać by się mogło nic nieznaczące dziury w piasku dały szansę na uratowanie dziecka.
Gdyby element rusztowania wbił się w gładki piach, to od razu runąłby na dziewczynkę. Wgłębienie tylko minimalnie zmieniło rozkład sił działających na aluminiową rurę, ale to opóźniło upadek ciężkiego elementu i w rezultacie dało szansę na uratowanie dziecka. Niewinne dziobanie ptaków było jednym z koniecznych warunków do zaistnienia scenariusza z happy endem. Starzec uśmiechnął się radośnie, ale nie trwało to długo. W pierwszej chwili wydało mu się, że traci wzrok. Później poczuł rozdzierający ból. Złapał się za serce i z przerażeniem spojrzał na klatkę piersiową. Wiedział już wszystko. Jego serce niedługo się zatrzyma. Powodem były emocje wywołane wypadkiem.
Ciało staruszka opadło bezwładnie na oparcie ławki. Wydawać by się mogło, że w ostatnich chwilach życia nic ważnego nie może się już wydarzyć. A jednak, gdy sekundy dzieliły profesora od śmierci, jego umysł wskoczył na jeszcze wyższy poziom. Staruszek zrozumiał, co jest po drugiej stronie. Zrozumiał sens życia i tego wszystkiego, co spotkało go w życiu. „Szkoda, że nie mogę im tego wszystkiego przekazać” – pomyślał. Z uśmiechem na twarzy zamknął oczy. Tuż przy nim zebrało się kilka ptaków. Wyglądało to tak, jakby chciały towarzyszyć profesorowi w ostatniej podróży. Precyzyjnie i mozolnie dziobały napis na ziemi.
Jednak nikt z przechodniów nie zwrócił uwagi na koślawe litery, a czas i wiatr na zawsze zakrył to, co niewinnie wydziobały. Justyna Karolak „Cisza i bezczas”. Fragment powieści pod tytułem „Kobieta w pomarańczach”. Tego dnia mężczyzna postanowił wpaść do mnie niespodziewanie. Wieczór upłynął zwyczajnie i mile, więc poszliśmy do łóżka w dobrych nastrojach. Obudziłam się wcześnie rano, nagle i od razu przytomna. Otworzyłam oczy z uczuciem, jak gdyby czekało na mnie coś pilnego. Pomyślałam, że to dziwne i niepasujące do rzeczywistości uczucie. Spojrzałam na ścienny zegar. Było 21 po 5.
Za wcześnie. Otuliłam się kocem. Zamknęłam oczy, ale nie mogłam zasnąć, mimo że mi na tym zależało. Kręciłam się wbrew swojej woli i byłam bardzo świadoma i rozbudzona. Kręciłam się z zamkniętymi oczami przez mniej więcej 10 minut. Ponownie spojrzałam na ścienny zegar. Zdziwiłam się. Było wciąż 21 po 5. Wskazówki nie drgnęły ani o minutę. Pewnie czas mi się dłużył.
To wszystko. Jeszcze raz zamknęłam oczy i spróbowałam zapaść w sen. Starałam się odprężyć. Skupiałam umysł na perspektywie snu. Tym razem utrzymałam się w tym stanie chyba 15 minut. Po upływie kwadransa zrozumiałam, że po prostu nie mogę już spać i postanowiłam się z tym pogodzić. Otworzyłam oczy i znowu spojrzałam na ścienny zegar. Pokazywał wciąż 21 po 5. Obsypał mnie dreszcz upiornego niepokoju. Najpierw pojawiła się racjonalna myśl ratunkowa, że w zegarze wyczerpały się baterie, że zegar stanął.
Ta myśl zdążyła mnie ukoić, kiedy zauważyłam, że sekundnik porusza się. Cyk, cyk, cyk. Zegar odmierzał czas podzielony na sekundy. Zegar żył. Wcale nie wyczerpały się baterie. Tylko dwie główne wskazówki zamarły, całkiem znieruchomiały. Wskazywały nieugięcie godzinę 5:21. Nie mogłam tego pojąć. Wpatrywałam się w zegar przez kilka kolejnych minut. Jestem pewna, że to były minuty, ale nic się nie zmieniało.
Godzina była przez cały czas ta sama. Byłam tym absolutnie oszołomiona. Działo się ze mną coś dziwnego, szalonego, zimnego. Moje oczy widziały wciąż tę samą godzinę na zegarze, chociaż sekundnik się ruszał. Nie mogłam znaleźć logicznego wytłumaczenia tego, co widzę. Raptem przyszło mi do głowy, żeby pójść do kuchni i spojrzeć na zegar, który tam wisi, żeby porównać godzinę na zegarze w sypialni z godziną na zegarze w kuchni. Byłoby logiczne, gdybym tak zrobiła, ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Nie mam pojęcia co. Nie potrafię tego określić. To było uporczywe, odśrodkowe uczucie, żeby niczego nie sprawdzać, żeby zostawić sytuację, jaką jest.
Nie ingerować. To nawet nie była myśl, żadna świadoma intencja, tylko przeświadczenie, że nic nie muszę robić, a wręcz nie powinnam. Absurdalne przeświadczenie, które dezorientowało i zarazem utwierdzało, że wokół dzieje się coś obiektywnego, a nie coś związanego z moim subiektywnym postrzeganiem. I wtedy odniosłam wrażenie, że czas się zatrzymał. I to wrażenie nie było już podobne do uczucia, tylko do surowej, czystej, w nic nie ubranej myśli. Po prostu uświadomiłam sobie, że czas się zatrzymał dla wszystkich ludzi, dla całego świata. Oprócz mnie. Ja jedna pozostałam w ruchu i byłam przytomna, ponieważ dla mnie jednej wskazówka sekundnika niezachwianie wędrowała do przodu. Ale dla całego świata, dla wszystkich ludzi czas się zatrzymał. Nie widziałam w tym najmniejszego sensu ani logiki, ale coś podobnego przyszło mi do głowy i miałam stuprocentowe przekonanie, że to jest prawda.
Wtedy odwróciłam głowę od zegara i spojrzałam na mężczyznę, który spał obok. Zauważyłam, że nie oddycha. Jego klatka piersiowa nie unosiła się i nie opadała. Nie drgało skrzydełko nosa. Powieki się nie poruszały, choć jego twarz miała wyraz mówiący o tym, że mężczyzna jest pogrążony w głębokiej fazie snu. Jednak nie było w nim żadnego ruchu, iskry życia. Znowu obsypał mnie upiorny dreszcz. Przestraszyłam się gwałtownym pomysłem, że on nie żyje, że umarł w nocy. Może powinnam przynieść do łóżka lusterko i przyłożyć mu do nosa, do ust, żeby zobaczyć, czy osadzi się para świadcząca o oddechu. Przyznaję, że byłoby to racjonalne, logiczne, ale ja nie pomyślałam o lusterku dlatego, że widziałam wyraźnie, że on nie oddycha.
Wiedziałam, że się nie mylę. Przyszło mi do głowy, żeby dotknąć jego czoła, twarzy, żeby w ten sposób rozstrzygnąć, czy on żyje, czy nie. Tak zrobiłam. Miał ciepłe czoło, normalną dla żywego człowieka, przyjemną temperaturę. Poza tym wyczułam życie w tym dotyku, w jego skórze, pod swoimi palcami. Rozumiałam, że tętni w nim krew. Wyczułam, jak gdyby żywe naczynia krwionośne gdzieś w środku jego skóry, kiedy głaskałam go po czole i po twarzy. A więc mężczyzna żył. Byłam tego pewna. Nie umarł, lecz mimo tego nie oddychał.
Znowu spojrzałam na zegar. Mimo że sekundnik parł w przód, godzina była wciąż ta sama. Wróciłam wzrokiem do mężczyzny. Ułożyłam się na boku i wpatrywałam w jego niby umarłą twarz. Zrozumiałam, że czas dla całego świata się zatrzymał, a tylko dla mnie jednej nie. Nie mogłam pojąć dlaczego ani po co. Zaczęłam świadomie nasłuchiwać odgłosów zza okna, ale nic nie słyszałam. Nie przejechał ani jeden samochód, nie zaszczekał pies, nie rozległy się odgłosy niczyich obcasów na chodniku. Wszystko się zatrzymało. Poczułam to wyraźnie.
Ogarnęła mnie cisza i bezczas. Poczułam to wyraźnie. Nie rozumiałam, dlaczego coś takiego przytrafiło się właśnie mnie. Nie widziałam w tym ani sensu, ani tym bardziej celu. Nie umiałam dopatrzyć się przyczyny. Nie wiedziałam, co doprowadziło do zaistnienia tej dziwnej, anormalnej sytuacji, lecz wydało mi się, że dziwne, anormalne rzeczy powinny czemuś służyć, pojawiać się z jakiegoś powodu i być przeznaczone w jakimś celu. I to nie z byle jakiego powodu i nie w dowolnym celu. Musiała istnieć precyzyjna przyczyna, dla jakiej to spotkało właśnie mnie. I musiałam doszperać się w tym, co mnie spotkało precyzyjnego znaczenia i motywacji do działania. Pomyślałam, że w życiu jest tak, że to zwykłe sytuacje następują, toczą się bez celu.
Praca, zakupy, pranie, jedzenie, spanie, myślenie to są sytuacje, codzienne sprawy, zupełnie zwykłe i potoczne, ale i bezcelowe. Pomyślałam, że to normalne, że prozaiczne czynności nie mają sensu, że donikąd nie prowadzą. Pomyślałam, że to normalne, ale kiedy dzieje się coś anormalnego, wyjątkowego, to przecież nie może dziać się po nic. Dlatego starałam się nadać znaczenie temu, co mnie tego ranka spotkało, ale nie potrafiłam nadać żadnego znaczenia. W tym naprawdę nie zawierało się nic. Jednak skoro właśnie ja zyskałam ten dodatkowy czas, ponieważ wszyscy inni zastygli w bezruchu, a pozostałam świadoma tylko ja, to wydało mi się logiczne, że powinnam w tym dodatkowym czasie dojść do jakichś błyskotliwych wniosków. Powinnam mieć tu i teraz jakąś iluminację, objawienie. Powinnam wykorzystać ten czas i potraktować go jak wielką wygraną na loterii. Powinnam dokonać czegoś z jego pomocą. Powinnam w tym czasie poczynić jakieś ogromne odkrycie intelektualne.
Kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy. Po prostu zupełnie niczego wokół siebie nie zauważałam. Żadnego punktu zaczepienia. Zero matrycy dla ukształtowania jakiegokolwiek wniosku, nie mówiąc o ogromnym odkryciu. Ogarnęła mnie cisza i bezczas. Poczułam to wyraźnie. Zagięła się dla mnie czasoprzestrzeń. Znalazłam się w pętli czasowej. Właśnie ja. Lecz pomyślałam, że to się stało przez zupełny przypadek, że w rzeczywistości wcale nie chodziło o mnie, a może nawet nie chodziło w ogóle o nikogo.
To się stało przez zwykłą omyłkę. Pomyślałam, że czas też ma swoje wady, że nie jest doskonały. Czasowi także może przydarzyć się usterka, niedociągnięcie, awaria. Pomyślałam, że to jest tego typu sytuacja. Trywialna awaria. Przyglądałam się zatrzymanemu w czasie mężczyźnie, z którym spędziłam noc, który spał teraz obok mnie wczesnym rankiem i który nie oddychał. Jego głowa była absolutnie pusta, ale nie tak, jak pusta byłaby skorupka po jajku. Tylko tak, jak gdyby wszystko w jego głowie zastygło i stało się przeźroczyste. Nie dostrzegałam w tym mężczyźnie, w jego wnętrzu ani jednego szczegółu, z jakim biłoby ciepło. Na pewno winny był temu bezczas, w którym się znalazłam, ale nie mogłam wyłuskać z siebie ani jednej emocji do tego mężczyzny.
Był mi całkiem obojętny. Przyszło mi do głowy, że mogłabym przeżyć z nim resztę życia. Wstawałabym co rano na dźwięk budzika i szła przed siebie, a on leżałby w ten sposób i spał, nie oddychając i nie myśląc przez wszystkie dni, wieczory, noce, świty i zmierzchy naszej wspólnej codzienności. Pomyślałam, że wcale by mi nie przeszkadzało, gdyby on tak leżał i był w moim łóżku pusty, nieświadomy, zatrzymany w czasie na wieki wieków. Do tego stopnia był mi obojętny, że ani trochę nie przeszkadzałaby mi jego milcząca obecność. Opowiadanie pod tytułem „Cisza i bezczas” to fragment mojej powieści pod tytułem „Kobieta w pomarańczach”. Fragment ten w książce jest poszerzony, zawiera więcej szczegółów, stanowiąc istotny element szerszego kontekstu i służąc rozwojowi fabuły. „Kobieta w pomarańczach” to opowieść o 36-letniej dziennikarce Dorocie, przed którą w wyniku przypadkowego spotkania ze znacznie starszym mężczyzną otwiera się dziwny nurt zdarzeń. Wychowana przez zaborczą matkę, nieznająca ojca, nagle zaczyna oglądać świat oczami i ciekawskiego i zagubionego dziecka. Wcześniejsza egzystencja okazuje się albo nieprawdziwa, albo niewystarczająca dla potrzeb krystalizującej się wewnętrznie, a nadal młodej kobiety.
Koszmary mieszkające za ścianą w ukrytej alternatywnej rzeczywistości, choć skutecznie budzą myśli sprzed długiego zimowego snu, zarazem pchają głowę w kompletnie obce i zawiłe rewiry. By sprostać układom chaotycznym i własnemu cieniowi, Dorota musi uporządkować trzy relacje: z młodym kochankiem, z dojrzałym redaktorem naczelnym gazety, dla którego pracuje i z owym tajemniczym starszym mężczyzną. To nie romans, to nie powieść obyczajowa. To literatura piękna, oniryczna, surowa, brutalna, a zarazem prostolinijna i zanurzona w akwenie świadomej jaźni i sennych mar. Analogicznie do tego, jak proste i jednocześnie absurdalne oraz surrealne potrafi być samo życie.
[03:29:52] - Tak jak mówiłem, tak jak uprzedzałem, dzisiejsza audycja nieco krótsza, bo w końcu mamy długi weekend. Większość Polski się resetuje, jakkolwiek rozumieć to słowo, bo ten reset bywa różny i bardzo dobrze, że bywa różny. Życzę Państwu trwającego ciągle dobrego resetu, trwającego ciągle długiego weekendu, żeby był jak najlepszy. Życzę też dobrej nocy, wszystkiego dobrego i do usłyszenia za tydzień w piątek o stałej porze.
[03:30:32] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia. A na zakończenie dzisiejszego odcinka Bibliotekarium 2.0 mała niespodzianka. Otóż Adrian Pełka, który dzisiaj udzielił nam wywiadu, tworzy nie tylko literaturę, ale również muzykę
[03:31:08] - I właśnie tutaj, właśnie teraz, w tym konkretnym punkcie czasu i przestrzeni wysłuchamy małej próbki jego dokonań muzycznych.
[03:32:57] - I look long ever with sight trying to find all the truth in my doom. I pave over nothingness following eternity. The end was so close. I only needed to reach out a hand. However, I was too weak to be able to accept it. And behold, and the wind sings a song of me for me. We're still active, living in the moment. Not knowing what tomorrow would bring. We have lost our sense of existence in slow degradation. The only pleasure was pain.
We seeked with delight, daily suffering and tormenting the senses to insanity. The earth is burning and flowing with blood and life is the worst of the lot. The sun went to hell, covering this place with darkness forever. Dream. Dream. Dream. Pransimus iter sine initio et sine fine. Vita ex morte et mors ex vita. Et solum tempus sine ulla intermissione fluere. Tranquility