Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Kwiecień ma się już ku końcowi, ale nasza audycja bynajmniej kończyć się nie zamierza. Zapraszamy na kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0, Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:38] - Halo. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0 i zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Od zapowiedzi książkowych właściwie. 29 kwietnia na rynku wydawniczym pojawi się książka Wojciecha Wójcika „Szanta” wydana przez wydawnictwo Zysk i Spółka. Dwa ciała, jedna legenda i morderca, który nie cofnie się przed niczym. Na Mazurach dochodzi do podwójnej tragedii. Najpierw w posiadłości nad jeziorem Bełdany znalezione zostają zwłoki profesora. Miesiąc później, w tym samym miejscu, zaadaptowanym teraz na Muzeum Żeglarstwa, ginie nowo wybrana kierowniczka. Przypadek?
A może zbiory profesora kryją coś tak cennego, że ktoś gotów jest popełnić zbrodnię, by to zdobyć? A jeśli to robota nie złodzieja, tylko szaleńca? W końcu kierowniczka straciła nie tylko życie, ale również włosy. Atmosfera gęstnieje jeszcze bardziej, gdy nieopodal, nad leśnym jeziorem były policjant Hubert Lange znajduje odcięty warkocz innej kobiety. Jagoda Matusiak, młoda muzealniczka odkrywa, że kierowniczka obsesyjnie interesowała się pewną żeglarską legendą. Czy to tam należy szukać klucza do rozwiązania zagadki? Niewiadomych jest wiele, ale jedno jest pewne morderca nie jest widmem z mazurskiej mgły. Jest przerażająco realny i czai się bliżej, niż można by przypuszczać. Przypomnę, to była polecanka książki „Szanta” Wojciecha Wójcika wydanej przez wydawnictwo Zysk i Spółka, a data premiery to 29 kwietnia. Druga z wybranych na dzisiaj książek to „Godziny mroku” Michaela Connelly'ego, wydana książka przez wydawnictwo Sonia Draga.
Data premiery: 30 kwietnia. Mroczne miasto, nierozwiązane zbrodnie i przestępcy, którzy nie cofną się przed niczym. Renee Ballard i Harry Bosch znów łączą siły. Sylwestrowa noc w Los Angeles. Zamiast świętować, detektyw Renee Ballard zostaje wezwana na miejsce brutalnego morderstwa właściciela warsztatu samochodowego. Szybko odkrywa, że sprawa ta łączy się z nierozwiązanym śledztwem sprzed lat, prowadzonym przez legendarnego detektywa Harry'ego Boscha. Jednocześnie Ballard podąża tropem sadystycznych gwałcicieli, nocnych złoczyńców, którzy od miesięcy terroryzują miasto, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. W obliczu obojętności i zniechęcenia panującego w wydziale policji Renee uświadamia sobie, że jeśli chce doprowadzić obie sprawy do końca, musi poszukać pomocy poza systemem. A nikt nie zna mrocznych zakamarków Los Angeles lepiej niż Bosch. W świecie, gdzie ciemność ukrywa największe tajemnice, a przestępcy są niezwykle brutalni, Ballard i Bosch muszą działać szybko.
Ktoś nie chce, by prawda wyszła na jaw i jest gotów zabić, by ją pogrzebać na zawsze. Przypomnę, to była książka, a właściwie polecanka książki Michaela Connelly'ego „Godziny mroku”, wydawnictwo Sonia Draga, a data premiery to 30 dzień kwietnia. No i ostatnia pozycja na dzisiaj. Pozycja, która pokaże się na rynku 29 kwietnia. Wydawcą jest Prószyński Media, autorem Artur Górski. Tytuł „Pragles. Gang mutantów”. Za niewinnym i sympatycznie brzmiącym pseudonimem krył się wyjątkowo brutalny i bezwzględny gangster. Pragles, czyli Krzysztof Mrozowski uważany był za człowieka, który nie zawaha się wypowiedzieć wojny nawet potężniejszemu od siebie przeciwnikowi. Jak mówili ci, którzy go znali, będąc gangsterem, czuł się jednocześnie policjantem, który robi porządki w świecie kryminalnym.
Młody Mrozowski służył w elitarnej jednostce antyterrorystycznej na lotnisku Okęcie, ale szybko zorientował się, że prawdziwe pieniądze i władzę da mu przejście na ciemną stronę mocy. Stał się bodaj najsłynniejszym w kraju odwróconym policjantem, który zamiast chronić zwykłych ludzi, był ich największym koszmarem. Pragles kojarzony głównie z grupą mutantów, tą samą, której działalność zakończyły krwawe wydarzenia w podwarszawskiej Magdalence, w rzeczywistości działał wyłącznie na własny rachunek, współpracując z wieloma Liczącymi się bandami Mazowsza, między innymi z grupą wołomińską „Klepaka” czy grupą markowską „Kikira”. Jest też bardzo prawdopodobne, że był jednym z mózgów akcji uprowadzenia Krzysztofa Olewnika. Powołana w tej sprawie komisja sejmowa poważnie brała pod uwagę jego udział w tym dramatycznym wydarzeniu. „Fragles” zginął w ulicznej wymianie ognia z funkcjonariuszami Komendy Stołecznej w styczniu 2003 roku. Został zabity przez tych, których zdradził. Oczywiście śmierć nie była zemstą za opuszczenie szeregów policji i przejście na stronę zła, ale kolejnym krokiem w stronę likwidacji grupy mutantów. Książka „Fragles. Gang mutantów” Artura Górskiego to próba pokazania człowieka, który zawsze wierzył w to, co robi.
Najpierw jako stróż prawa, a później jako osoba spod niego wyjęta. To portret człowieka, który umarł dokładnie tak, jak żył. Przypomnę, to była polecanka książki „Fragles. Gang mutantów” Artura Górskiego. Książka pojawi się na rynku 29 kwietnia, a wydawcą jest wydawnictwo Prószyński Media. Proszę państwa, to jeszcze nie koniec polecanek na dzisiaj, bo ponieważ mamy koniec kwietnia, to czas zerknąć do nowego numeru „Nieznanego Świata”. Numer majowy już na rynku, a zatem kartkujemy miesięcznik. Dzień dobry wieczór państwu. Nadciąga maj, nadciąga nowy numer „Nieznanego Świata”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[07:59] - Dzień dobry wieczór, witam. Numer majowy, świeży, powiedziałbym zielony, kwiatowy. Dużo ciekawych rzeczy, jak co miesiąc.
[08:09] - Tak. Trochę mnie zmartwiło to, że „Nieznany Świat” jest nieco trudniejszy do dostania. Kiedyś szło się po prostu do kiosku i kupowało. Z powodu braku kiosków trzeba się teraz nieco uważniej rozglądać i nieco pogłębić poszukiwania.
[08:28] - Tak, ale powiem ci, że jest jeden plus, mianowicie taki, że z powodu tych problemów zdarza się często tak, że dostępne w sprzedaży są na przykład dwa, trzy numery niekiedy. I to nie jest błąd. Tak też bywa. Tak jest często w jednym z popularnych marketów i to tam należy, głównie na tych stanowiskach marketowych, jak się nie ma salonu prasowego, „Nieznanego Świata” teraz szukać. Chociaż oczywiście można też zamówić ze strony producenta, czyli wydawcy www.nieznany.pl.
[09:04] - Zacznijmy zatem kartkować kolejne wydanie. I tu niezwykle ciekawy artykuł. Artykuł z konwencji mentalnej. Artykuł o nadwrażliwcach, a właściwie o ludziach szczególnie wrażliwych. Niby to samo, ale brzmi zdecydowanie lepiej. Artykuł Jędrzeja Fijałkowskiego.
[09:26] - Tak, nadwrażliwiec albo jak to się nazywa wysoko wrażliwa osoba, czyli WWO, to jest ktoś, kogo dzisiejsza rzeczywistość nie za bardzo preferuje. Dzisiaj człowiek musi mieć twardy tyłek albo przynajmniej udawać, że ma silną osobowość, albo udawać, że ma. I większość ludzi udaje. Natomiast jak tutaj nas przekonuje autor, który rozmawia z psycholog Emilią Mielko, bycie nadwrażliwcem to nie jest żaden wstyd i można w tym kierunku się śmiało rozwijać. Dodatkowo, jak twierdzi autor, osoby wysoko wrażliwe w kulturach Dalekiego Wschodu, które cechują się większym otwarciem na sprawy duchowe, są cenione szczególnie. Także jeżeli ktoś czuje się WWO, to powinien przeczytać artykuł Jędrzeja Fijałkowskiego, czyli Byka.
[10:22] - Kolejny ciekawy artykuł to artykuł Wojciecha Chudzińskiego o królu mediów, o postaci niezwykle ważnej, istotnej przynajmniej dla tych wszystkich, którzy interesują się sprawami tamtego świata. Mam na myśli Franka Kluskiego.
[10:43] - Tak, czyli Teofila Modrzejewskiego. To jest artykuł Wojciecha Chudzińskiego, czyli autora, który specjalizuje się poniekąd w tych tematach, gdzieś na przecięciu parapsychologii, spirytyzmu, mediumizmu. Franek Kluski uważany był za najwybitniejsze międzywojenne polskie medium materializacyjne albo nawet europejskie medium materializacyjne, czyli takie medium, w pobliżu którego na seansach manifestowały, objawiały się postaci bardzo różne. Bo z tego, co pamiętam, to jednym z częstych gości na seansach z Kluskim był małpolud. Zachowało się wiele relacji. Były też próby oczywiście jakiegoś namacalnego zweryfikowania tego daru Franka Kluskiego. Nie udało się tak do końca, szczerze mówiąc. On też po pewnym czasie porzucił tą profesję swoją z przyczyn religijnych. I do dzisiaj pozostaje ogromną zagadką ta postać. Ale dla mnie osobiście jeszcze większą zagadką jest to, dlaczego dziś tak naprawdę osób takich jak Franek Kluski nie ma.
[11:56] - Kolejny ciekawy tekst wyszedł spod pióra Alicji Łukawskiej i ma niezwykle intrygujący tytuł: „Jak radziecki lekarz fotografował pijackie zwidy”.
[12:09] - Tak. Chodzi o doktora Giennadija Krochalowa, który prowadził bardzo ciekawe eksperymenty koncentrujące się wokół zjawiska, które gdzie indziej nazywane było myślografią. Chodziło o utrwalanie zapisu myśli jego pacjentów, którzy cierpieli na chorobę alkoholową. On eksperymentował na pacjentach szpitala w Permie, gdzie był zatrudniony. W internecie do dzisiaj można znaleźć o nim bardzo ciekawe materiały i doniesienia, chociaż to wszystko jest niezwykle kontrowersyjne. Tak zresztą jak i postać doktora Krochalowa, który zmarł w bardzo młodym wieku w dość tajemniczych okolicznościach. Jeżeli ktoś chce poznać tą niezwykłą historię związaną także z lekko zapomnianym zjawiskiem, jakim jest myślografia, to zachęcam.
[13:13] - Do kolejnego tekstu przyciągnęło mnie, nie ukrywam, nazwisko Witold Vargas. Państwo możecie go kojarzyć z audycji w Radiu Paranormalium, konkretnie w Bibliotekarium. Występował w kilku audycjach i omawiał podania, legendy, ludowe opowieści. A w numerze „Nieznanego Świata” mamy tekst zatytułowany „Duch taty”. Zaczyna się on następującymi słowami: „Urodziłem się w Boliwii, gdzie babcia od dziecka wychowywała mnie w świadomości, że zmarli żyją wśród nas, patrzą nam na ręce i się nami opiekują”.
[13:53] - Tak, jest to kolejny z artykułów krótkich, które ukazują się regularnie na łamach „Nieznanego Świata”. Oczywiście artykułów pana Vargasa. On w tym odnosi się do spuścizny południowoamerykańskiej. Natomiast w innych częściach cyklu skupia się bardziej na przykład na demonologii ludowej. Dzisiaj wspominamy o nim nieprzypadkowo, bo wiemy też, iż tematyka związana z demonologią ludową, z żywym folklorem bardzo ludzi interesuje. Zachęcam, żeby śledzić publikacje tego autora nie tylko na łamach „Nieznanego Świata”, ale także w internecie, dlatego, że jest to artysta nietuzinkowy.
[14:43] - Poza tym na rynku książkowym jest przynajmniej kilka w tej chwili książek, w tworzeniu których uczestniczył. Między innymi świetna książka o demonach japońskich. Przyznam się państwu, że jest co czytać i to jest naprawdę lektura z najwyższej półki. Przejdźmy do kolejnego artykułu. Marcin Gibas. Nieodmiennie kojarzy mi się ten tekst, który napisał „Czy Chińczycy odebrali sygnał od obcych?” z filmem, a właściwie serialem, który w swoim czasie był omawiany w Radiu Paranormalium, a mianowicie z serialem „Problem trzech ciał”.
[15:28] - Tak, ten artykuł Marcina Gibasa dotyczy pewnego enigmatycznego zdarzenia, które miało miejsce niecałe trzy lata temu. To był jakiś wolny weekend u nas w Polsce, taki długi. Pamiętam, że do mediów dostała się taka elektryzująca informacja z Państwa Środka, że Chińczycy odebrali sygnał od obcych. I to nie była plotka, jakiś tam Michałek dziennikarski. Ta informacja pochodziła od Zhanga Tongie. Można tego człowieka nazwać szefem projektu SETI w Chinach. Informacja powisiała i została zdementowana. Wyszło na to, że mocno naciskali europejscy uczeni na to, żeby Chińczycy dokonali dementi. I tak się stało. Rzekomo odkryto jakieś tam naturalne emisje.
Ale pojawiło się pytanie: skoro taka była pierwsza reakcja społeczności naukowej, to czy przy kolejnej okazji Chińczycy w ogóle ujawnią to, że odebrali sygnał od obcych? Bo tak naprawdę nikt nie może ich zmusić do tego. Nie ma żadnych ustaleń międzynarodowych, multidyscyplinarnych, które nakazują, żeby odkrywca sygnału pozaziemskiego od razu z tym poszedł do społeczności naukowej. To jest uzależnione od jego dobrej woli. Wszystkie umowy są tak naprawdę czysto dżentelmeńskie. I tu się rodzi problem podstawowy. Skoro, dajmy na to, jakiś kraj, nie chodzi tylko o Chińczyków, może tych Chińczyków się trochę demonizuje, ale oni akurat mają radioteleskop FAST, czyli odpowiednie narzędzie do poszukiwania obcych. Jeżeli jakiś kraj X, dajmy na to, odbierze ten sygnał, nie poinformuje społeczności naukowej, międzynarodowej, to co się stanie? Może przepaść okazja oczywiście do poważniejszych badań naukowych. Ale jest jeszcze jedno pytanie: a co jeżeli ten kraj na własną rękę na ten sygnał odpowie?
Tutaj nie będzie takiej sytuacji, że kosmici za dwa dni przylecą, bo to wszystko jest uzależnione od tego, skąd ten sygnał nadszedł. Jeżeli z odległości kilkuset lat świetlnych, to hohoho, jak przyjdzie odpowiedź na to nasze „dzień dobry”, to Ziemi może już nie być. Ale co jeżeli sygnał pochodzi na przykład z odległości kilkunastu lat świetlnych? Bo on nie musi też przecież pochodzić z planety. On może pochodzić z obiektu jakiegoś mniejszego, który na przykład się kieruje w stronę Ziemi. To jest kwestia do przemyślenia, co naukowcy ukrywają, a myślę, że jesteśmy już na takim etapie, kiedy trudno znaleźć osobę, która wierzy w to, że istnieje nauka nieskalana, że istnieje nauka akademicka, taka, która ma decydujący głos, bo tak naprawdę istnieje ta nauka wyprzedzająca, realizowana potajemnie w różnego rodzaju instytutach wojskowych, ale przede wszystkim realizowana za prywatne pieniądze przez wielkie koncerny. Do tego się tak naprawdę sprowadza ten temat. Do takiej smutnej konstatacji, że światem nauki rządzi kasa, misiu, kasa. Po prostu.
[19:00] - Westchnę sobie, bo jeszcze tylko podkręciłeś to skojarzenie z serialem, z książką „Problem trzech ciał”. Tam również odpowiedź na sygnał obcych zdarzyła się, że tak powiem, jednostkowa i inni o niej nie wiedzieli. Dowiedzieli się z opóźnieniem. Kto ciekawy polecam lekturę, polecam obejrzenie serialu. A o tych problemach i o innych problemach możecie Państwo przeczytać w najnowszym numerze Nieznanego Świata. Numerze majowym.
[19:37] - Tak, ja tylko dodam, że numer dostępny na stanowiskach z prasą w popularnych marketach, dostępny na niektórych stacjach benzynowych, dostępny w salonach prasowych oczywiście, i na stronie www.nieznane.pl. Tam jest dostępny numer zarówno bieżący, jak i numery archiwalne.
[20:01] - Proszę państwa, a teraz nadszedł czas na kolejny stały punkt programu, czyli na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj recenzja z pewnej bardzo ważnej książki. Autorem tej recenzji jest Artur Szuta, filozof, którego mogliście Państwo spotkać na antenie Radia Paranormalium w Bibliotekarium 2.0, ponieważ jakiś czas temu, już ponad rok, grubo ponad rok udzielał wywiadu między innymi Wehikułowi Wyobraźni. Ale skupmy się na artykule. Artykuł to jest, tak jak powiedziałem, recenzja zatytułowana „Filozofia wewnętrznej przestrzeni, czyli powrót filozofowania z wyobraźnią”. Tak jak powiedziałem, to recenzja z książki Jamesa Tartaglia „Inner Space Philosophy: Why the Next Stage of Human Development Should Be Philosophical”. Mniej więcej dlaczego następny etap rozwoju człowieka powinien mieć charakter filozoficzny. No dobrze. Artykuł recenzja ukazał się oczywiście w dwumiesięczniku Filozofuj całkiem niedawno, bo w pierwszym numerze tegorocznym, w 61. z kolei.
Ten artykuł jest dostępny dla Państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 4.0 międzynarodowa. Coś się zmieniło. Zawsze było 3.0 Polska. Dzisiaj ten artykuł na tych samych warunkach 4.0 międzynarodowa. Artur Szuta to, tak jak powiedziałem, profesor filozofii, filozof, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, który specjalizuje się w filozofii społecznej, etyce i metaetyce. Jego pasjami są przyrządzanie smacznych potraw, nauka języków obcych. Obecnie uczy się węgierskiego i chińskiego, a także chodzenie po górach i gra w piłkę nożną. Tyle pasje. Zacznijmy zatem lekturę artykułu. Artur Szuta.
Filozofia wewnętrznej przestrzeni, czyli powrót filozofowania z wyobraźnią. Istnieją takie książki, które przemawiają do nas, przyciągają, a gdy je czytamy, godziny mijają niczym minuty. Zanurzamy się w nie cali, a po lekturze stajemy się innymi ludźmi. Najczęściej bywa tak w przypadku wielkich dzieł literatury, choć wciągnąć może też dobry kryminał. Ale czy podobnie jest w stanie wpłynąć na nas lektura współczesnego tekstu filozoficznego? Zdaniem Jamesa Tartaglii, autora książki „Inner Space Philosophy: Why the Next Stage of Human Development Should Be Philosophical” obecnie w filozofii dominuje styl suchej, szczegółowej analizy i argumentacji usłanej technicznymi terminami. Argumentacji, przez którą przebrnąć mogą jedynie specjaliści i to raczej nieliczni. Autor, autorka profesjonalnego tekstu filozoficznego jest szczęśliwy, szczęśliwa, jeśli liczba jego, jej czytelników obejmie więcej osób niż on, ona sam, sama i jej, jego recenzenci. Dlaczego tak się dzieje? Jak zauważa Tartaglia już w pierwszych słowach swojej książki, idee, które najmocniej przykuwają naszą uwagę, nad którymi pochylamy się najchętniej, które zgłębiamy, dyskutujemy i poddajemy ponownym interpretacjom, biorą się z działania wyobraźni, uchwycenia wizji.
Skoro wyobraźnia ma tak dużą wartość dla filozofii, to z pewnością, pisze Tartaglia, warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki nasze idee są przedstawiane W tekście pobudzająca wyobraźnię prezentacja inspiruje i wciąga do lektury. Do elementów oddziałujących na wyobraźnię autor „Inner Space Philosophy" zalicza zarówno poezję, dialogi, alegorie, neologizmy, medytacje i aforyzmy, jak i też eksperymenty myślowe. Niestety współczesna filozofia, filozofia akademicka zaniedbuje wyobraźnię. Podejrzane stały się nawet same eksperymenty myślowe, bez których, jak zauważa Tartaglia, trudno sobie wyobrazić większość debat filozoficznych ostatnich 60 lat. Dominuje sucha, zwięzła i techniczna proza, ujednolicona według wzorca naukowych publikacji. Filozofia akademicka bowiem ma być nauką w rozumieniu angielskiego science. Nie powinno więc być w niej miejsca na pobudzające emocje wizje wyrażane w języku literackim o wysokich walorach estetycznych. Liczą się tylko klarowność, precyzja i rzetelna argumentacja. U podstaw unaukowienia filozofii leży obecna w tej dziedzinie dominacja perspektywy materialistycznej, a to zdaniem Tartaglii ma wpływ na osłabienie zdolności przyciągania czytelników przez współczesną literaturę filozoficzną. Wiele tematów doniosłych z perspektywy osoby niebędącej zawodowym filozofem, takich jak sens życia, wolna wola, dusza czy wartości moralne, nie zasługuje na rozważanie w ramach naukowej filozofii.
Są one bowiem ontologicznie podejrzane. „Inner Space Philosophy" Tartaglii jest zatem próbą zarówno powrotu do zapomnianych form filozofowania, jak i obrony metafizyki, w ramach której wspomniane powyżej kwestie stanowią centralne zagadnienia filozoficzne. Nie licząc wstępu i do pewnego stopnia pierwszego rozdziału, które zachowują formę standardowego eseju filozoficznego, rozdziały książki przybierają formy wspomnień. Taki jest rozdział drugi. Dialogu — rozdziały trzeci i szósty. Pogłębionej medytacji — na przykład rozdział czwarty. Czy zbioru aforyzmów — to rozdział piąty. W książce nie brak także elementów satyrycznych. Widać to szczególnie w rozdziale szóstym, w którym dwaj filozofowie wygenerowani z przyszłości za pomocą symulacji dyskutują nad książką Tartaglii. Metafizyka, jaką przyjmuje Tartaglia, to idealizm wewnętrznej przestrzeni.
Jak pisze, wszystko, co poznajemy, z czym się spotykamy, co ostatecznie się liczy, to nasze doświadczenia. Te zaś mają miejsce w naszej wewnętrznej przestrzeni, naszej świadomości. Owa wewnętrzna przestrzeń staje się głównym punktem odniesienia we wszystkich rozdziałach książki. Wszystko, co realne, dzieje się właśnie w tej przestrzeni. Jakość naszego życia zależy zaś od tego, co dzieje się w jej wnętrzu. A zatem, jak twierdzi autor, przyszłość ludzkości zależy nie od eksploracji fizycznego kosmosu, lecz od rozwoju wewnętrznej świadomości ludzkości. Tutaj wielką rolę do odegrania ma właśnie filozofia. Przy czym nie chodzi mu o rozwój samej akademickiej filozofii ani oddziaływanie filozofów na rzeczywistość społeczną, ale o inspirowanie ludzi do pogłębiania rozumienia siebie i innych, do pogłębiania swojej wewnętrznej przestrzeni, aby dzięki temu świadomie i odpowiedzialnie poruszać się w coraz bardziej złożonym i zaawansowanym technologicznie świecie. Przyszłość, jeśli ma być warta naszego istnienia w niej, musi być filozoficzna. Autor sugeruje, że jego książka jest odpowiednia dla wilków.
Ma na myśli czytelników, którzy samodzielnie chcą uchwycić filozoficzne idee. Sami łączą kropki trochę po swojemu, dzięki czemu filozofia może wyzwolić się ze stanu homogenizacji. Jej bogactwem będzie różnorodność stylów, stylów pisania i myślenia. Jak w literaturze, malarstwie czy muzyce tak bliskiej autorowi, który jest jednocześnie jazzmanem. Czy Tartaglii udało się zrealizować swoje cele? No cóż, dużo zależy od czytelnika. Dla mnie lektura była przyjemnie spędzonym czasem. Ale ja jestem zawodowym filozofem, którego wciągają nawet suche naukowe teksty filozoficzne. Nie mnie zatem oceniać. Musicie spróbować sami, jeśli jesteście wilkami.
To, proszę państwa, była recenzja napisana przez Artura Szutę. Recenzja zatytułowana „Filozofia wewnętrznej przestrzeni, czyli powrót filozofowania z wyobraźnią". Przypomnę, to była recenzja książki Jamesa Tartaglii „Inner Space Philosophy. Why the Next Stage of Human Development Should Be Philosophical". Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj" w tym roku w numerze pierwszym i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 4.0 międzynarodowa. To tyle, jeśli chodzi o korepetycje filozoficzne. Jedźmy dalej, a dalej zrobi się mrocznie, chciałem powiedzieć. Ale ja wiem, czy mrocznie? Zrobi się dziwnie przede wszystkim, bo zajmiemy się problemem naszej przeszłości. Czy ona była taka, jak powszechnie wykłada się na różnych uczelniach i to tych, które zajmują się biologią, ale i tych, które zajmują się historią czy historią literatury.
Mogło być różnie. Zerknijmy w takim razie do podcastu, który pierwotnie ukazał się na kanale Wehikuł Wyobraźni. Nieodmiennie i z dumą podkreślam, że to jest mój kanał, w którym puszczam wodze wyobraźni. To nie jest kanał, w którym należy w coś uwierzyć. Przy okazji którego należy w coś uwierzyć. Nie. Ja raczej skłaniam, namawiam, apeluję do tego, żeby jak najczęściej puszczać wodze fantazji. Być może część z tego, o czym rozmawiamy przez internet, przez szkiełka telefonu czy ekranu komputera, to jest sposób na to, żeby dokonywać intelektualnych odkryć. Bo tylko fantazja prowadzi nas ku tym nieznanym przestrzeniom. Zresztą nie wiem jak państwo, ale chyba przed chwilą Artur Szuta namawiał do czegoś bardzo podobnego.
Do tego, żeby zgłębiając teksty filozoficzne, zajmując się filozofią, nie zamykać się w ciasnych ramach, raczej puszczać wodze wyobraźni. Do tego samego staram się państwa namówić. Dzisiaj porozmawiamy o wielkim eksperymencie jaszczurzej cywilizacji. Oczywiście z ogromnym założeniem, giga założeniem wręcz, że taka cywilizacja kiedykolwiek powstała. Ale to już zupełnie inna bajka. Zapraszam. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam i zapraszam na kolejną audycję. Dzisiaj puścimy wodze fantazji. Spekulacji będzie naprawdę sporo.
Wcale nie twierdzę, że to, o czym będę dzisiaj mówił, to prawda, ale ja cały czas przypominam, jesteśmy na kanale Wehikuł Wyobraźni. Nie chodzi o to, abym przedstawiał państwu jakąś objawioną prawdę, w którą głęboko wierzę i w którą państwo macie uwierzyć. Chciałbym natomiast skłonić państwa do rozważenia iluś tam problemów, a wnioski, jakie państwo wyciągniecie po ich analizie, mogą być bardzo różne. Ja tylko pokażę jedną z możliwości. Zastanówmy się. A jeśli jest tak, że historia ludzkości to nie efekt ślepej gry ewolucji, lecz rezultat działań istot, które zamieszkiwały Ziemię na długo przed pojawieniem się człowiekowatych? Przypomnę raz jeszcze, jesteśmy na kanale Wehikuł Wyobraźni i możemy sobie na taką fantazję pozwolić. Po drugie, postaram się pokazać, że jest to punkt wyjścia do całkiem ciekawych, chociaż niekoniecznie zgodnych z rzeczywistością rozważań. Współczesne debaty rzadko poruszają kontrowersyjną teorię, według której za powstaniem homo sapiens stała zaawansowana cywilizacja jaszczurów, potomków dinozaurów. Jaszczurów, które przetrwały wymieranie kredowe, aby następnie trwać dalej jako cywilizacja i przeprowadzić serię modyfikacji genetycznych, inicjując tym samym rozwój nowej, naszej rasy.
Naukowcy tacy jak doktor Bruce Lipton, biolog komórkowy, zwracają uwagę, że współczesne modele ewolucji nie tłumaczą w pełni nagłej eksplozji kreatywności i samoświadomości u ludzi. Alternatywne koncepcje sugerują, że dinozaury rozwijały się nie tylko w kierunku ptaków czy gadów, ale również humanoidalnych form obdarzonych samoświadomością. Kanadyjski paleontolog Dale Russell zasugerował, że trudon, dinozaur o imponującym stosunku masy mózgu do ciała, mógł w sprzyjających warunkach rozwinąć technologię pozwalającą przetrwać globalne kataklizmy. W swoim eksperymencie myślowym zauważył, cytuję: „Gdyby ewolucja potoczyła się inaczej, trudon mógłby wykształcić zdolność tworzenia narzędzi, a nawet struktur społecznych przypominających ludzkie. Ich mózgi, proporcjonalnie większe niż u wielu współczesnych im gadów, sugerują potencjał do rozwoju złożonych zachowań. Kończyny przednie trudona były chwytne, co mogło ułatwić posługiwanie się przedmiotami, podobnie jak u wczesnych hominidów". Hipoteza Russella zyskała poparcie części paleontologów, którzy wskazują na skamieliny dinozaurów z cechami anatomicznymi sugerującymi pionizację postawy. Koncepcja ta prowadzi do pytania, czy taka hipotetyczna cywilizacja, gadzia cywilizacja, osiągnąwszy szczyt rozwoju, zdecydowałaby się na przykład na ingerencję w genetykę innych gatunków? Zwolennicy tej idei wskazują na tajemnicze sekwencje w ludzkim DNA.
[36:33] - Sekwencje określane przez naukę jako śmieciowe DNA. Zdaniem wielu uczonych mogą to być pozostałości po prehistorycznych eksperymentach. David Icke, kontrowersyjny pisarz, którego teorie wywołują burzliwe dyskusje. Człowiek, na którego pełne nazwisko algorytm YouTube'a reaguje wręcz histerycznie, twierdzi: "W naszym kodzie genetycznym zapisana jest historia starsza niż gatunek Homo sapiens. Historia manipulacji, która sięga czasów, gdy Ziemią rządzili inni. To nie przypadek, że 98% naszego DNA pozostaje nieme. Być może jest to archiwum ingerencji, które nauka dopiero zaczyna odszyfrowywać. W 2012 roku projekt ENCODE ujawnił, że tak zwane śmieciowe DNA pełni funkcje regulacyjne. Czy to ślad po starożytnych inżynierach?" Koniec cytatu. Motyw istot gadzich przewija się przez mitologię wszystkich kontynentów.
Wąż z Edenu, hinduskie nagi, chińskie smoki, aztecki Quetzalcoatl czy aborygeński Rainbow Serpent. Wszystkie te postaci łączą cechy jaszczurów i nadprzyrodzonej mądrości. W mitologii sumeryjskiej Anunnaki często przedstawiani są jako istoty o gadzich rysach. Mieli przekazać ludziom wiedzę o rolnictwie i astronomii. Czy te opowieści są jedynie metaforą, mitem, barwną opowieścią, czy też to zakodowany przekaz o kontaktach z obcą inteligencją, niekoniecznie pochodzącą z odległego kosmosu? Doktor Anna Kowalska, antropolog kultury, komentuje: "Wspólne motywy w kulturach oddalonych od siebie o tysiące kilometrów sugerują, że mity mogą kodować wspomnienia realnych interakcji z istotami, które kształtowały nasze dzieje. Wąż z Edenu nie tylko kusił, ale także oświecał. Ta ambiwalencja pasuje do wizji zaawansowanej rasy, która eksperymentowała z naszą psychiką. W Mezopotamii istoty zwane Apkallu przedstawiane były jako pół ludzie, pół ryby. Miały nauczać ludzkość medycyny i praw.
To kolejny przykład nauczycieli o nieludzkim pochodzeniu". Koniec cytatu. W Ameryce Południowej Inkowie czcili Wirakoczę, boga o gadzich rysach, który według legend przybył z nieba, by stworzyć cywilizację. Podobne motywy występują w afrykańskich mitach Dogonów, gdzie istoty Nommo opisywane są jako humanoidalne ryby przekazujące wiedzę astronomiczną. Tak na marginesie podkreślę, że mitologia Dogonów jest mocno zakręcona i ma bardzo wiele wersji. Zawsze jednak Nommo są najważniejszymi bohaterami w mitologii Dogonów. Są dziećmi boga Ammy zrodzonymi ze związku z Matką Ziemią. Asystowały przy stworzeniu pierwszych ludzi. Są odpowiedzialne za organizację życia na Ziemi. Wyobrażane są pod postacią ludzką.
Czasami ukazywane są też jako węże lub ryby. Niekiedy mają cechy wszystkich tych stworzeń. Według różnych relacji Nommo mają jasne twarze, długie czarne włosy i rozwidlone jak u węża języki. Dogonowie mówią o Nommo jak o jednym bóstwie, czasami parze bóstw, a innym razem wymieniają cztery pary tych niezwykłych istot. Rozbieżności w opisach i informacjach uzależnione są zapewne od stopnia wtajemniczenia informatorów, bowiem rozbudowana wiedza i mitologia Dogonów nie są znane całemu społeczeństwu. Jej znajomością może się pochwalić jedynie wąskie grono mężczyzn. Współczesna genetyka potwierdza, że około 8% ludzkiego genomu składa się z retrowirusowych sekwencji o niejasnej funkcji. Chociaż większość badaczy uznaje je za ewolucyjny bagaż, niektórzy spekulują, że są to ślady celowej edycji genów. Profesor James D. Costa, biolog ewolucyjny, przyznaje: "Niektóre sekwencje, jak na przykład gen FOXP2 związany z mową, wykazują nagłe mutacje, które trudno wytłumaczyć klasyczną selekcją naturalną.
To rodzi pytania o możliwe czynniki zewnętrzne. W 2002 roku odkryto, że ludzki FOXP2 różni się od wersji szympansiej tylko dwoma mutacjami, ale te zmiany zbiegły się w czasie z nagłym skokiem w rozwoju języka". Koniec cytatu. Czy nagły skok w rozwoju mózgu Homo sapiens 200 tysięcy lat temu mógł być efektem takiej interwencji? Zwolennicy teorii jaszczurzej wskazują na tak zwane brakujące ogniwo w ewolucji człowieka. Okres, gdy prymitywni hominidzi w ciągu zaledwie kilkudziesięciu tysięcy lat rozwinęli abstrakcyjne myślenie i sztukę. Dla porównania ewolucja innych naczelnych przebiegała wolniej przez miliony lat. Innym przykładem jest gen HAR1 Human Accelerated Region 1, który u ludzi ewoluował ponoć siedemdziesiąt razy szybciej niż u innych ssaków. Jego funkcja pozostaje wprawdzie tajemnicą, ale wiadomo, że jest on kluczowy dla rozwoju kory mózgowej. Gdyby założyć istnienie gadziej cywilizacji, jej osiągnięcia mogłyby obejmować następujące obszary.
Po pierwsze precyzyjną inżynierię genetyczną, to znaczy umiejętność przeprojektowywania organizmów na poziomie niewyobrażalnym nawet dziś. Hipoteza tak zwanych genetycznych nożyczek zakłada, że jaszczury mogły wykorzystywać naturalne mechanizmy edycji DNA podobne współczesnemu CRSPR. W dwa tysiące siedemnastym roku naukowcy z Harvardu wykazali, że bakterie mają wbudowane systemy obrony przed wirusami, którym można adaptować do edycji genów. Czy to pozostałość po starszych technologiach? Po drugie, osiągnięcia mogły obejmować klimatyczną inżynierię planetarną, kontrolę nad procesami atmosferycznymi i tektonicznymi, pozwalającą dostosować Ziemię do wymagań eksperymentu. Śladem takich działań mogły być na przykład nagłe zmiany klimatu w prehistorii, takie jak ten sprzed blisko trzynastu tysięcy lat, który doprowadził do wymarcia megafauny. Po trzecie, osiągnięcia mogły być związane z biotyczną nieśmiertelnością, z technikami zatrzymania starzenia. To mogłoby tłumaczyć długotrwały wpływ na biosferę. W mitologiach gadzie bóstwa często opisuje się jako wieczne lub nieśmiertelne. Współczesne badania nad telomerazą i komórkami macierzystymi pokazują, że zahamowanie starzenia nie jest całkowicie niemożliwe.
Zdaniem zwolenników gadziej teorii eksperymenty na hominidach mogły służyć dwóm celom. Po pierwsze stworzeniu rasy służebnej istot zdolnych do pracy fizycznej, lecz pozbawionych autonomii. W mitach sumeryjskich Anunaki mieli wykorzystywać ludzi do wydobywania złota. Po drugie, mogło to służyć przygotowaniu biologicznego awatara formy życia zdolnej przejąć planetę po ewentualnej zagładzie lub migracji jaszczurów. Koncept ten przypomina współczesne projekty kriogenicznego zachowania DNA. Zatem jaszczuroludzie nie musieli myśleć o nas jako o niewolnikach. Mogli widzieć w nas swoich następców. Nie wiem, jak to jest u państwa, ale w to akurat trudno mi uwierzyć. Zastanówmy się teraz, dlaczego projekt stworzenia nowej, inteligentnej grupy, grupy ludzi mógł wymknąć się spod kontroli. I tu należy wymienić przynajmniej kilka hipotez.
Pierwsza. Bunt poddanych. Ludzki genom okazał się nośnikiem nieprzewidywalnych cech kreatywności, buntu i zdolności do abstrakcyjnego myślenia. Mit o wieży Babel czy o Prometeuszu kradnącym ogień mogą symbolizować ten konflikt. W dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku badania nad genem NRXN1 wykazały, że jego mutacje wpływają na skłonność do ryzyka i nonkonformizmu. To cechy, które mogły zaskoczyć projektantów. Inną przyczyną fiaska mogła być katastrofa ekologiczna. Zmiany klimatyczne lub konflikty wewnętrzne mogły zmusić jaszczury do ewakuacji z Ziemi. Wszak wedyjskie teksty wspominają o wojnach bogów, które zniszczyły starożytne miasta, a osławione wykopaliska z Mohenjo-daro wykazały ślady topienia kamieni, co niektórzy łączą z użyciem broni termicznej. Sugeruje się również tak zwaną ukrytą obecność.
Ta teoria przewiduje, że cywilizacja jaszczurza przetrwała w podziemnych kompleksach i śledzi do dzisiaj rozwój ludzkości. Legendy o Agharti czy szwajcarskie opowieści o drakonach pod Alpami zdają się to potwierdzać. W dwa tysiące siedemnastym roku satelity NASA wykryły ogromne pustki pod Antarktydą. Niektórzy ufolodzy interpretują owe pustki jako sztuczne struktury. A skoro one są, to może jest to siedziba ukrytej jaszczurzej cywilizacji. Odpłyńmy na chwilę od konkretów i zastanówmy się, jak to jest z ludzkością. Czy historia paradoksalnie może zatoczyć koło? Czy w ludzkości cały czas drzemie echo prehistorycznych eksperymentów? Ja wiem, to jest na razie niejasne. Już tłumaczę, o co mi chodzi.
Nasza era to era tak zwanych molekularnych nożyczek. To metoda edycji genów zwana CRSPR oraz inżynierii genetycznej, która umożliwia przysłowiowe grzebanie i edytowanie genów. Pytanie Czy my sami stajemy się obecnie bogami zdolnymi tworzyć nowe formy życia? W 2018 roku chiński naukowiec He Jiankui ogłosił powstanie pierwszych genetycznie zmodyfikowanych dzieci. Czy to jest powtórka scenariusza sprzed milionów lat? W 2023 roku firma Colossal Biosciences zapowiedziała wskrzeszenie mamuta, mamuta włochatego poprzez edycję genów słoni. Projekt ten nosi nazwę De-Extinction. Doktor Elżbieta Nowak, etyk biotechnologiczny, ostrzega: „Dążenie do udoskonalenia gatunku ludzkiego przywodzi na myśl mitycznych twórców. Musimy uważać, by nie powielić ich błędów, arogancji prowadzącej do katastrofy. CR i SPR daje nam władzę, ale brakuje nam jeszcze mądrości, by ją wykorzystać”.
Koniec cytatu. Wizja ta znajduje odbicie w mitach. Sumeryjscy Anunnaki czy greccy tytani również igrali z naturą, płacąc za to wysoką cenę. Współczesne dyskusje o transhumanizmie, o etyce AI przypominają debaty o granicach ingerencji w życie. Czy to kolejne koło historii? Proponuję się nad tym zastanowić, bo skoro stoimy na granicy bycia twórcami nowych gatunków czy nowych świadomości, to dobrze by było nie popełniać starych błędów. Wspomnę jeszcze o tak zwanych nierozwiązanych zagadkach związanych z teorią jaszczurzych bogów stwórców. Pierwsza nierozwiązana zagadka to tak zwane genetyczne palimpsesty. Można zadać pytanie, czy śmieciowe DNA to archiwum prehistorycznych eksperymentów? Badania nad retrotranspozonami sugerują, że niektóre sekwencje mogły pełnić funkcje regulacyjne w przeszłości.
W 2020 roku zespół z MIT odkrył, że retrotranspozony wpływają na rozwój zarodkowy myszy. Podobne mechanizmy mogły być wykorzystane u hominidów. Dla porządku dodam jednak, że współczesna nauka tłumaczy powstanie owych fragmentów jako wynik złożonych procesów ewolucyjnych i nie uważa ich za pozostałości po eksperymentach genetycznych. Inna nierozwiązana zagadka związana z naszym dzisiejszym tematem to tak zwane archeologiczne anomalie. Struktury takie jak Göbekli Tepe, 12 tysięcy lat przed naszą erą czy podziemne miasta Kapadocji to fenomeny, które niektórym archeologom i badaczom niesamowitości spędzają sen z powiek. Czy to mogłyby być pozostałości po gadziej aktywności? W Göbekli Tepe odkryto płaskorzeźby przypominające humanoidalne jaszczury. W Kapadocji tunele sięgają 18 pięter w głąb ziemi. Trudno uwierzyć, że powstały bez zaawansowanych narzędzi. Mówiąc o nierozwiązanych zagadkach, warto wrzucić jeszcze jeden temat.
Domniemany kosmiczny exodus. Jeśli jaszczury opuściły Ziemię, to dokąd się udały? Hipotezy obejmują oceany na księżycach Jowisza lub ukryte bazy na Marsie. Zdjęcia NASA z Cydanii wciąż budzą spekulacje. W 2021 roku łazik Perseverance odkrył dziwne formacje skalne przypominające skamieniałe struktury organiczne. Czas może teraz na scenariusze przyszłości. Może się bowiem zdarzyć, że nasi twórcy powrócą. Ktoś zada pytanie, właściwie dlaczego? Na przykład, czy w obliczu domniemanego kryzysu ekologicznego jaszczury mogą zrestartować eksperyment? W kulturze popularnej motyw ten eksplorują filmy takie jak chociażby „Prometeusz” Ridleya Scotta.
W 2022 roku ONZ powołało zespół do spraw zagrożeń pozaziemskich. To przypadek? Mówiąc o scenariuszach przyszłości, warto wspomnieć o czymś, co nazywam genetycznym dziedzictwem. Czy ludzkość odziedziczyła po projektantach zdolność do terraformowania planet? Elon Musk marzy o kolonizacji Marsa. Czy to aby nie jest nieświadome naśladowanie dawnych wzorców? Ponoć NASA planuje testy sztucznej grawitacji. Patrząc na przyspieszenie w podboju kosmosu, można się zastanawiać, czy nasza dążność ku kosmosowi nie jest nam niejako wszczepiona, zaprogramowana. Muszę jeszcze powiedzieć o czymś, co nazywam etyką kreacji. Warto o niej pamiętać, gdyż jeśli ludzkość pójdzie na żywioł, to może się to naprawdę źle skończyć.
Bo wyobraźmy sobie, gdybyśmy sami stworzyli jakąś świadomą rasę, czy to biologiczną, czy taką jak na przykład AI. Czy powielilibyśmy błędy naszych domniemanych twórców? Filozof Nick Bostrom przestrzega przed ryzykiem egzystencjalnym związanym na przykład z AI. W 2023 roku ChatGPT4 wykazał ponoć ślady kreatywności, a kreatywność jest nierozerwalnie związana przynajmniej z cieniem świadomości. Czy to jest początek nowej ewolucji? Niezależnie od tego, czy teoria o gadziej interwencji jest prawdą, czy metaforą, czy też może zwykłym science fiction, zmusza nas do przewartościowania antropocentrycznej narracji, której ulegamy od stuleci. Być może prawda o naszych korzeniach wciąż czeka ukryta gdzieś bardzo głęboko w genach, w mitach lub w skamielinach sprzed 66 milionów lat. Jak pisał Carl Sagan: „Niezwykłe twierdzenia wymagają niezwykłych dowodów”. Koniec cytatu. Ale czy niezwykłość naszego gatunku, gatunku ludzi, nie jest już dowodem wystarczającym?
W 2023 roku teleskop Jamesa Webba wykrył związki organiczne w atmosferze egzoplanet. Czy to może być wskazówka, że wszechświat tętni życiem starszym niż to na Ziemi? A może ludzkość jest tylko jednym z wielu eksperymentów rozsianych po galaktyce? Na koniec naszego dzisiejszego spotkania otwarte pytania, które chciałbym państwu pozostawić. Czy nagły rozwój sztuki i języka u homo sapiens 50 000 lat temu mógł być efektem aktywacji ukrytych sekwencji DNA? W jaskini Lascaux malowidła sprzed 17 000 lat zadziwiają precyzją i można zadać pytanie, czy to było dzieło zaprogramowanych artystów? Dodam, że naukowcy uważają, iż twierdzenie o nagłym pojawieniu się homo sapiens jako rezultacie celowych modyfikacji genetycznych ignoruje długotrwały, stopniowy proces ewolucyjny, który potwierdzają liczne badania paleontologiczne i genetyczne. Być może to oni mają rację. Ale dlaczego mózg ludzki zużywa 20% energii ciała, chociaż stanowi zaledwie 2% jego masy? Czy to geniusz ewolucji, czy optymalizacja?
A może efekt uboczny modyfikacji? Neuronalna gęstość kory mózgowej u ludzi jest trzy razy większa niż u szympansów. Jak to wytłumaczyć bez ingerencji zewnętrznej? Jeśli inteligentne jaszczury naprawdę istnieją, jeśli są twórcami ludzi, czy współczesne doniesienia o UFO i szarakach mogą być elementem ich nowej strategii? W 2023 roku David Grusch zeznał przed Kongresem USA o pozaziemskich technologiach. A to może być część większej układanki. Te technologie mogą być pozaziemskie, a właściwie pozaludzkie, a to kieruje nas ku koncepcji gadziej ingerencji. Odpowiedzi na różne pytania, które dzisiaj zadałem, mogą kryć się tuż za rogiem. Możemy uzyskać odpowiedzi w najbliższych dekadach, a to za sprawą badań od sekwencjonowania DNA neandertalczyków po analizę sygnałów z egzoplanet. Być może pewnego dnia odkryjemy, że jesteśmy zarówno twórcami, jak i eksperymentem, rodzajem wiecznego dialogu między biologią a kosmicznym przeznaczeniem.
Czy DNA można potraktować jako kapsułę czasu? W 2022 roku naukowcy z Uniwersytetu w Cambridge odczytali genom ryby sprzed 400 milionów lat, ujawniając niespodziewane podobieństwa do ludzkich genów. Czy to przypadek, czy ślad wspólnego projektanta? Jeden z genetyków ewolucyjnych podsumowuje: „Każdy gatunek to księga zapisana w języku nukleotydów. Być może ludzkość jest tylko jednym rozdziałem w historii starszej niż nasza planeta. Jeśli rozumne jaszczury istniały, ich dziedzictwo wciąż pulsuje w naszych komórkach jako milczący świadkowie epoki, gdy Ziemią rządziły jaszczury”. I to już, proszę państwa, wszystko na dzisiaj. Jak państwo zauważyli, nie chciałem niczego narzucać. Przedstawiłem pewien obraz, pewien szkic, jak mogło być, ale wcale tak być nie musiało. Natomiast przyznacie państwo, że nasz Wehikuł Wyobraźni ostatnio bardzo mocno przyspieszył.
Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i tradycyjnie zapraszam do kolejnych wizyt na kanale Wehikuł Wyobraźni. Proszę państwa, Filmotekarium czas zacząć. A w Filmotekarium po raz kolejny odchodzimy od utartej tradycji. Okazuje się, że była słabo utarta. Odchodzimy od tradycji głoszącej, że w tak zwanym sezonie, czyli pewno roku szkolnym czy akademickim, nie omawiamy seriali. W krótkim czasie omawiamy drugi serial. Dzisiaj „Black Mirror”. Serial, który okazał się hitem. Później wiele osób zgłaszało, że jakby trochę przygasł, że to już nie jest to. Mam wrażenie, że siódmy sezon to jest rozbłyśnięcie.
Nawet nie wiem, czy rozbłyśnięcie, wręcz erupcja, bo ten sezon jest naprawdę wyśmienity. Moim zdaniem oczywiście.
[01:00:50] - Ale tak jak kiedyś mówiłem, rozmawianie o filmach, rozmawianie o książkach to zawsze jest coś subiektywnego. To nie jest tak, że przyjdzie, zresztą sam o tym mówił, pan Raczek i powie państwu, co należy, a czego nie należy oglądać. Nie. On tylko powie, co mu się podobało w tym filmie, ewentualnie w książce, a co nie. On oczywiście, co też podkreślał, ma znacznie większy aparat badawczy, znacznie większy aparat pojęciowy, znacznie większe doświadczenie w końcu. Ale tak naprawdę rozmowa o dziele literackim, o dziele filmowym to zawsze jest koncert różnych subiektywnych, bardzo subiektywnych nut. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:01:44] - Dzień dobry wieczór Marku.
[01:01:46] - Dzień dobry wieczór wszyscy słuchający. Dzisiaj kolejne odstępstwo od reguły. W takim razie ono powoli zaczyna się stawać regułą to odstępstwo. Odstępstwo polegające na tym, że w sezonie, nazwijmy go akademickim, nie rozmawiamy o serialach. No więc właśnie dzisiaj będziemy po raz kolejny o serialach rozmawiać, a właściwie o jednym serialu. Serialu, który wraca z siódmym sezonem. Serial "Black Mirror".
[01:02:19] - Tak, czyli czarny żał lub czarne lustro. Serial bardzo specyficzny. W zasadzie każdy jego sezon, o czym pewnie doskonale wiecie, to jest taki mały film i oddzielna całość. Jak się domyślacie dzisiaj bierzemy na tapet sezon siódmy. Serial jest antologiczny, tak? Jak powiedziałem, składa się z części. No i jak z tymi antologiami bywa, to raz są rzeczy bardzo dobre i bardzo ciekawe, a czasami są rzeczy mniej ciekawe, a zdarzają się nawet takie kiepskie. I zanim przejdziemy do krótkiego omówienia elementów tego siódmego sezonu, to powiedz Marku, jak oceniasz go na tle pozostałych, bo to jednak jest pewien fenomen, trzeba powiedzieć. Nie oszukujmy się, seriale na takich dalszych sezonach jeżeli są, to one są rzadko do oglądania. Tutaj mamy jednak taki przypadek, że jest to serial antologiczny, czyli zawsze jest coś innego i nie odczuwamy tego zmęczenia tak bardzo.
Ale czy widać jakąś zadyszkę twoim zdaniem u twórców po sześciu sezonach?
[01:03:40] - To jest moje zdanie absolutnie prywatne, a w każdym razie indywidualne. Mam wrażenie, że zadyszka już była. Teraz natomiast siódmy sezon uważam za niezwykle udany. Być może jest to spowodowane tym, że akurat tematyka, którą w tym sezonie się zajęto, która przeważa w tym sezonie, jest tematyką, która mnie osobiście w jakiś sposób ekscytuje, w jakiś sposób pobudza do myślenia zarówno fantastycznego, jak i filozoficznego. No i może stąd ta dobra ocena, czy też taki zachwyt siódmym sezonem, bo ja nie ukrywam, dla mnie siódmy sezon jest naprawdę bardzo dobry. Bywały w historii serialu takie sezony, po których może nie wzruszałem ramionami, ale mówiłem sobie: "Hmm, mogło być lepiej" albo nie porwały mnie te historie. Albo w każdym razie nie wszystkie. Tu natomiast muszę powiedzieć, że nie ma takiego odcinka, po którym byłbym zawiedziony, zniesmaczony. Oczywiście, jak zawsze są takie obrazy, które pasują mnie bardziej i takie, które pasują mniej. To jest moim zdaniem normalne, tak już chyba jest.
Natomiast jako sezon ten siódmy sezon uważam za bardzo udany.
[01:05:17] - Ja uważam bardzo podobnie. Generalnie jest na plus i to chyba możemy powiedzieć na samym wstępie wysypać się, że tak powiem, z naszymi opiniami. Ze słów Marka można wywnioskować, że poleca chyba, także pozwoliłem sobie już to przyklepać. Ja natomiast miałem momentami wrażenie, że w kilku miejscach finały tych historii opowiadanych w każdym odcinku były mniej ciekawe niż momenty rozwijania się akcji. A to, co charakteryzuje ten sezon siódmy, to jest temat wejścia w rzeczywistość wirtualną, fizycznego wejścia, na przykład wejścia człowieka w film czy w fotografię, czy w grę komputerową. To nam się pojawia w kilku odcinkach. Natomiast rozpoczyna ten sezon moim zdaniem jeden z lepszych odcinków tej serii, poświęcony problemowi, też żeby nie powiedzieć za dużo, generalnie rzecz ujmując subskrypcji premium, tylko nie takich zwykłych. Chodzi o historię pewnej ciężko chorej kobiety i jej męża, która co prawda zostaje uleczona przez nowoczesną medycynę. Ona może żyć normalnie, ale nie ma nic za darmo i ona, żeby funkcjonować, żeby pracować na przykład, żeby się poruszać, musi wykupić sobie subskrypcję. I ta subskrypcja na usługę, która pozwala jej żyć, ma kilka stopni.
Problem w tym, że subskrypcja premium jest coraz droższa, a jeżeli się tej subskrypcji nie ma premium, ma opcję podstawową, to się Marku dzieją osobliwe rzeczy w jej życiu.
[01:07:05] - Tak. Mówisz o odcinku „Zwyczajni ludzie” i muszę państwu powiedzieć, że to są takie trochę łzy, ale krokodyle łzy. Jeśli wyobrazimy sobie korporację, która chce nam zrobić dobrze i jakąś część życia nam ustawić, uleczyć, uczynić wspanialszą, to tylko bardzo naiwni ludzie uwierzą w to, że ta korporacja robi to z miłości do człowieka. Dlaczego powiedziałem o krokodylich łzach? Bo nie oszukujmy się, nawet serial „Black Mirror” też jest kręcony za pieniądze korporacyjne, bo cóż teraz za pieniądze korporacyjne nie jest kręcone. Ostatecznie YouTube też należy do olbrzymiej korporacji i tak się zapuszczamy w świat, którego do końca nie będziemy w stanie zrozumieć. Wróćmy zatem do „Zwyczajnych ludzi”, do pierwszego odcinka. Otóż ja w pewnym momencie miałem takie wrażenie, jakbym się przeniósł do PRL-u. Rozmowa z przedstawicielką korporacji, która tę technologię dla chorej kobiety udostępnia, która proponuje coraz to nowe upgrade, poziomy zaawansowania usługi, była troszeczkę jak rozmowa z PRL-owskim urzędnikiem. Nie, proszę państwa, nie.
Cofam to. Jak z urzędnikiem w ogóle, bo dzisiejsi urzędnicy, szczególnie ci samorządowi i państwowi, bywają niereformowalni. Oczywiście są ludzie wspaniali, którzy są naprawdę po to, żeby człowiekowi pomóc, ale zdarzają się tacy, którzy trzymają się ściśle litery prawa i tam nie ma człowieka. Jest tylko i wyłącznie przepis. Tu w korporacji nie tyle chodzi o przepis czy przepisy, ale o szmal, o ciężką kasę. I konsekwencje tego bywają dramatyczne. My je obserwujemy i sami nie wiemy w pewnym momencie, czy mamy się śmiać, czy mamy płakać nad losem tej kobiety, która się dostała w szpony korporacji. Bo z jednej strony kobieta, która musi spać coraz więcej, bo służy jako taki nośnik, właściwie za pomocą jej systemu nerwowego pewne dane są przetwarzane dla całego systemu. Musi spać coraz więcej. W pewnym momencie włączają się jej reklamy.
Ona je wypowiada nieświadomie. Czy to państwu czegoś nie przypomina? Rozejrzyjmy się, czy niektóre usługi, chociażby w mediach społecznościowych, nie są zorganizowane na bardzo podobnej zasadzie. Naprawdę niewielki krok trzeba wykonać, żeby te analogie poznajdować. I to jest odcinek, który z jednej strony pokazuje, to zresztą oczywiste, niedaleką przyszłość i rozwijającą się medycynę, a właściwie takie obrzeża medycyny, które służą dobrostanowi człowieka. To jest jedna konstatacja, coś takiego się dzieje. A z drugiej strony nasze życie, nasz dobrostan stają się przedmiotem handlu. W korporacjach zawsze chodzi o jak największą kasę, żeby jak największą kasę zarobić. I właściwie każda część naszego życia, nasze narodziny, nasza śmierć, nasz ślub, cokolwiek sobie państwo wymyślicie, można spieniężyć, można na tym zarobić i tym zajmują się korporacje. I to jest taki bardzo prosty wniosek, niespecjalnie odkrywczy, ale forma, w jakiej to jest pokazane, tylko utwierdza nas w tego rodzaju obserwacjach, ale też pokazuje, że człowiek naprawdę już się w ogóle nie liczy.
Ja byłem przyzwyczajony, to pewno z racji mojego pokolenia, że to system komunistyczny tak niszczy człowieka. O, jakżeż byłem naiwny. Korporacyjny system, który wszedł na miejsce wolnorynkowego kapitalizmu, ten korporacyjny system nie niszczy człowieka. On go unicestwia. Po prostu przestaje go dostrzegać. To jest odcinek, z którego wieje grozą.
[01:11:45] - Tak, bo możemy go sobie przełożyć na przykład na korporacje, powiedzmy takie, które oferują rzeczy, którymi się leczy, żeby nie denerwować tutaj nikogo. Odcinek pierwszy to był. Oceniam go osobiście bardzo wysoko. Jest automatycznie oczywiście odcinek drugi. Odcinek drugi dotyczy problemów w pracy. On się kończy w sposób bardzo fantastyczny, natomiast ta pierwsza część ma charakter bardziej psychologiczny. Ale jest ciekawie. Otóż pewna kobieta, młoda kobieta, główna bohaterka pracuje w koncernie spożywczym należącym do pewnego bogatego mieszkańca Azji. Po prostu oni tam wymyślają nowe słodycze. I przypadkowo w tej firmie na stanowisko aplikuje dawna znajoma naszej bohaterki, koleżanka ze szkoły.
Chociaż koleżanka to za dużo powiedziane. Taka dziewczyna, której ogólnie dokuczano, która była prześladowana, uznawana była za dziwaczkę, a w pracy się odnajduje. Okazuje się jednak, że Powoli zaczyna zmieniać życie głównej bohaterki w piekło. Tylko że do pewnego momentu my nie wiemy -- tutaj się chyba wysypałem ze zdradzaniem fabuły -- my nie wiemy tak naprawdę, czy to nasza bohaterka fiksuje, czy jej koleżanka mści się za przeszłość. Dochodzi do tego, że dziewczyna zaczyna kwestionować prawdziwość wydarzeń, które się wokół niej dzieją. Ten odcinek jest mocno odmienny od tego poprzedniego. Tutaj Marku, ja na przykład nie dopatruję się takiej dużej dawki nawiązań do rzeczywistości, jakichś prawd ukrytych w scenariuszu. Może, bo dawno nie byłem w szkole, a temat tak zwanego bullyingu jest ponoć bardzo na rzeczy, ale może ja nie jestem na czasie.
[01:14:00] - Powiem ci Piotrze, że ten temat prześladowania w szkole w ogóle mnie nie interesował w tym odcinku. On jest potrzebny do opowiedzenia historii. Natomiast ta historia podobała mi się dlatego, że ona zawiera w sobie pewien twist. On się dzieje na naszych oczach, bo my przez długi czas rzeczywiście zaczynamy się zastanawiać, jak to jest. Czy nasza bohaterka wariuje? To, co już powiedziałeś. Czy też mamy do czynienia ze zjawiskiem, które nasi słuchacze zapewne dobrze znają w praktyce i z teorii. W praktyce to czasami wydaje się nam, że coś było zupełnie inaczej, a w teorii i w opisie tego zjawiska znajdziecie państwo hasło efekt Mandeli i to hasło tam pada. Mówimy sobie: faktycznie, może to jest odcinek o efekcie Mandeli. I żebym się nie wysypał ja z kolei z tym, co tak naprawdę się dzieje, to od razu powiem, że prawda jest zupełnie inna, ciekawa i muszę powiedzieć, że pewnie nie jest to aż tak fascynujący odcinek jak ten pierwszy, ale ja sobie go bardzo cenię właśnie za ten twist, którego jesteśmy świadkami.
Za końcówkę, to już naprawdę jest taki odjazd, że ja gratuluję ludziom, którzy ten odcinek wyprodukowali. Można się na nim nieźle bawić, bo obserwowanie tej matni, w której znalazła się główna bohaterka, bo ona nie wie, co się dzieje, bo jest przekonana, że zrobiła coś. Później się okazuje, że tego nie robiła i są na to liczne dowody, na przykład w postaci nagrań z kamer przemysłowych. Człowiek sobie myśli: proszę państwa, co się dzieje? Dla mnie ważne jest w tym odcinku, że wszystko jest logicznie wytłumaczone, co nie znaczy, że fantazja nie wjeżdża na pełnej petardzie.
[01:16:13] - Odcinek trzeci był przedmiotem sporu między mną a Markiem. Oczywiście nie jakiegoś takiego ognistego, ale jednak, bo ja uznałem go za odcinek najsłabszy. Jest on też jednym z dłuższych. To jest odcinek "Hotel Reverie". Opowiada o nowatorskiej próbie rekonstrukcji starego filmu, takiego filmu typu w starym kinie. I ta rekonstrukcja ma postawić podupadające studio z Hollywoodu na nogi. Chodzi o taki klasyk, oczywiście fikcyjny, ze złotej ery Hollywood.
[01:16:49] - O powiedzmy coś w rodzaju Casablanki.
[01:16:53] - Tak, nawet podobne. I cały myk polega na tym, że główną rolę w tym filmie, w tej rekonstrukcji ma się wcielić współczesna aktorka, a sednem tego myku jest to, że ona zostanie wyeksportowana do czarno-białego filmu. Ponieważ to jest Netflix, to główną bohaterką męską musi zostać Afroamerykanka, która się wdaje w romans z inną kobietą. Muszę powiedzieć, że ten odcinek, film w sumie nie pomyliłem się za bardzo, bo tak naprawdę odcinek nam prezentuje fabułę tego filmu. Nie przypadło mi to za bardzo do gustu. Sam pomysł pomysłem, natomiast realizacja tak se.
[01:17:41] - To prawda. Myślę, że w tym odcinku troszeczkę zmarnowano szansę, żeby powiedzieć o takich wirtualnych światach, właściwie wirtualnych rzeczywistościach. Trochę właśnie przegięto w stronę netflixową, żeby było kolorowo i fantastycznie i żeby było tak wiecie państwo, nietuzinkowo. Bo jak się aktorka współczesna zakochuje w aktorce wirtualnej i to jeszcze z lat, w których oficjalnie o pewnych rzeczach się nie mówiło i tak dalej. Wiecie państwo, te kwestie obyczajowe, które już nie raz poruszaliśmy i Netflix jest znany z tego, że musi wszędzie wstawić te swoje ulubione treści. Dobra, jak musi, to niech wstawia. Mogę się po prostu nimi nie zachwycać. Natomiast moim zdaniem zmarnowany trochę potencjał opowiedzenia o takiej wirtualnej rzeczywistości. Trochę tam tego jest, kiedy główna bohaterka zostaje uwięziona wręcz na skutek błędu, prozaicznego zresztą błędu obsługi technicznej. Zostaje uwięziona w tym filmie.
I to jest ciekawe, aczkolwiek nie ma w tym odcinku takiego filmowego poweru, takiego napędu, który obserwowaliśmy w dwóch pierwszych odcinkach. Tu się toczy to dosyć powoli. W sumie, uwierzcie państwo, dosyć przewidywalnie. Powiem tak Piotrze, nasz spór odbył się w momencie, kiedy ja byłem w połowie tego odcinka i wydawało mi się, że to pójdzie w troszeczkę inną stronę. Muszę ci przyznać rację, to nie jest najlepszy odcinek tego sezonu. Kto wie, czy nie jest najsłabszy, ale i tak jest to całkiem niezły odcinek.
[01:19:48] - Tak. Nawet powiem szczerze, że jest lepsze niż niejeden film sci-fi, który omawialiśmy albo próbowaliśmy omawiać. Także niejeden horror. Kolejny odcinek to "Bawidełko". Akurat to jeden z moich ulubionych, dlatego że nawiązuje do tej sentymentalnej części mnie, do gier trochę retro. Pewien szalony geniusz komputerowy tworzy grę, zaprasza do zrecenzowania tej gry kogoś, kogo byśmy nazwali nieprzystosowanym społecznie ekscentrykiem i publicystą oczywiście jednocześnie. Ten publicysta wykrada grę. Jest takim typowym nerdem, ale z lekkim skrzywieniem. Ta gra przypomina trochę "Settlersów", tych pierwszych, kiedy takie ludziki chodziły po planszy z Tamaguchi. Wkrótce ten publicysta, który ukradł grę, zauważa, że stworki z gry próbują z nim nawiązać kontakt.
I nawiązuje się między nimi nić porozumienia, tylko że trzeba do tej nici porozumienia używać substancji psychoaktywnej, powiedzmy SLD. I tu się zaczyna. W tym filmie poznajemy losy tego publicysty, który zostaje aresztowany pod zarzutem popełnienia zbrodni sprzed lat. Natomiast finał to moim zdaniem jest coś, co się liczy.
[01:21:21] - Tak, to prawda. Ten finał jest zresztą otwarty. My absolutnie do końca nie potrafimy powiedzieć, co się wydarzyło. Znaczy obserwujemy skutki, to jak najbardziej, ale tak do końca nie. Co więcej, nagle okazuje się pod koniec, że wydarzenia, które uważaliśmy za przypadkowe, zostały wręcz sprowokowane. To wszystko było zaplanowane. Myślę, że to jest odcinek, który może być takim poważnym ostrzeżeniem. Może nie przed sztuczną inteligencją, ale przed bawieniem się z innymi rzeczywistościami. Nie mam w tym wypadku na myśli jakichś rzeczywistości duchowych, obcych, demonicznych, tylko rzeczywistościami gdzieś w trzewiach komputera, komputerów, sieci. Bo tak jak ostatnio rozmawiałem z Wojtkiem Sedeńką na temat fantastyki i on w pewnym momencie powiedział, że bardzo ważną moim zdaniem, że ponieważ my tak naprawdę nie potrafimy stwierdzić inteligencji nawet u drugiego człowieka, to wszystko może być symulacja.
Ja muszę wierzyć, że naprzeciw mnie jest inteligentny człowiek, a nie symulacja. Tak dzisiaj nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy gdzieś tam w trzewiach Internetu nie drzemie już całkiem świadoma istota. Bo jakie byłyby sposoby, żeby tę świadomą istotę rozpoznać? Nasze pogwarki z czatem GPT czy z innymi podobnymi o niczym nie świadczą. To, że ten czat bywa czasami głupawy, nic nie znaczy. Gdzieś tam za plecami tych wszystkich tworów, z których na co dzień korzystamy, może się czaić coś, co wcale nie zamierza się jeszcze ujawniać, co na razie pasie się i czeka. W tym odcinku mamy bardzo podobną sytuację.
[01:23:26] - Tak, dodatkowo jest on dobrze zrealizowany moim zdaniem. Stoi też wysoko, jeżeli chodzi o grę aktorską. Przedostatni odcinek siódmej serii " Czarnego lustra" nawiązuje w pewien sposób do hotelu Reverie. Poznajemy w nim głównego bohatera, samotnego człowieka w starszym wieku, ale nie podeszłym. Człowiek w starszym wieku otrzymuje zaproszenie na wirtualny pogrzeb dawnej znajomej i tak naprawdę swojej niedoszłej narzeczonej. On mieszka w Stanach, ona zmarła w Londynie i do pogrzebu wykorzystana jest najnowsza technologia. On się może dołożyć do tego wirtualnego pochówku, jeżeli zuploaduje swoje wspomnienia. Jest tylko jeden problem, że te wspomnienia u niego są jakby przyblokowane. Chip, którego używa, nie może sczytać tych wspomnień. Dlatego też firma mu radzi, żeby wykorzystał do tego zdjęcia.
I tu problem, bo on wszystkie zdjęcia z nieboszczką podziurawił. Okazuje się jednak, że po nitce do kłębka dochodzimy do finału tej historii, a w zasadzie do odkrycia bardzo smutnej prawdy. Powiem szczerze, ten odcinek z jakichś powodów mi się spodobał, chociaż uznałem też, że niektóre przedstawione w nim wydarzenia, niektóre przedstawione w nim sceny były mało wiarygodne. Chyba że przyjmiemy taką wersję, iż tego faceta Który tak bardzo rozpamiętuje utratę swojej narzeczonej do momentu, kiedy nie dostarczono mu tej paczuszki zawierającej chip, ta historia w ogóle nie obchodziła. Jeżeli tak było, to jestem w stanie uwierzyć, że ten scenariusz się klei. Ale oceny mogą być różne, jak było w twoim przypadku, Marku?
[01:25:31] - Ja, Piotrze, nie mam takich zastrzeżeń. Moim zdaniem ten odcinek spodobał się tobie dlatego, że on opowiada dosyć mocną psychologicznie historię. W gruncie rzeczy ktoś powie, że banalną, bo to jest historia związku kobiety i mężczyzny, młodych ludzi. Ten związek się rozwija bardzo tak, jak ci młodzi ludzie by chcieli. W pewnym momencie ci ludzie zostają rozdzieleni. Tam się pojawia kryzys z winy faceta. Później się pojawia drugi kryzys z winy kobiety, ale prawda o tym wszystkim, co się działo, co obserwujemy na ekranie, okazuje się zupełnie inna niż przez lata myślał główny bohater. Dzięki temu wejściu w zdjęcia niejako, tak to sobie określę, on odkrywa prawdę, którą zakopał. Zaraz po rozstaniu nie dość, że zniszczył wszystkie pamiątki, to je dosłownie zamknął w pudłach i nie chciał do nich zaglądać przez kilkadziesiąt lat. Takie mniejsze kilkadziesiąt.
Nie chciał do nich zaglądać i konsekwentnie nie zaglądał. Współpraca z tym chipem, z tą firmą, wchodzenie do tamtej rzeczywistości odblokowuje pewne fakty. Tak, fakty, a właściwie pewne ślady prowadzące do faktów, które się wówczas naprawdę wydarzyły, o których on nie wiedział, bo nie chciał o nich wiedzieć. Nagle się to wszystko odblokowuje i poznajemy historię, o której nie wiedział on, o której nie do końca wiedziała ona, ta nieboszczka, o której my się wreszcie dowiadujemy. I to jest fajna podróż przez lata, ale też przez świadomość ludzką. Ja powiem ci, Piotrze, od tego zacząłem. Nie dziwię się, że ten film, ten odcinek się tobie podobał, bo on tak po ludzku się podoba. Tego zaskoczenia fantastycznonaukowego, fantastycznego jest tutaj mniej. To dosyć sztampowe podejście do tego, co nazywamy wirtualną rzeczywistością, czy też próbą uwirtualnienia pewnych elementów naszego życia. To jest dosyć sztampowe, ale historia, która jest opowiedziana, jest naprawdę warta tego, żeby po nią sięgnąć.
[01:27:56] - Tak. I główna rola męska też dużo robi. To znaczy dociągamy z zainteresowaniem, że tak powiem, do końca w historii, która tak naprawdę ma charakter bardzo obyczajowy. Ostatni, najdłuższy odcinek siódmej serii nawiązuje między innymi stylowo do serii „Star Trek” i innych westernów sci-fi.
[01:28:21] - Nawiązuje też do jednego z wcześniejszych sezonów, w którym to śledzimy losy takiej właśnie star-treko-podobnej załogi USS Callister. Tam się działy rzeczy dramatyczne i wydawało się, że historia jest skończona. Okazuje się, że wraca w siódmym sezonie. Wraca z nową parą, chociaż nie jestem do końca przekonany, że tak do końca dobrze się stało, że owa historia wróciła. Ale o tym za chwilę.
[01:28:57] - Tak, w dużym skrócie poznajemy tam załogę statku, która tak naprawdę jest grupą sklonowanych cyfrowych kopii ludzi, którzy zostają umieszczeni w tej grze, bardzo popularnej grze. I chyba znowu się wysypałem tutaj ze spoilerem.
[01:29:12] - Nie, Piotrze, ja ci przerwę po raz kolejny, ale chodzi o to, że oni się tam znaleźli na skutek knowań wspólnika obecnego właściciela firmy, do którego należy sieciowa gra. Oni się uwolnili spod jego mocy, bo w normalnej rzeczywistości, tej naszej ludzkiej, żyją ich odpowiedniki. Oni są tymi cyfrowymi kopiami, które uzyskały na skutek działania nieżyjącego już... To też nie jest takie oczywiste, jak się później okaże. Ale dobrze, przynajmniej tak sądziliśmy po pierwszym odcinku pierwszej części z wcześniejszych sezonów, nieżyjącego już wspólnika. On sobie zrobił takie troszeczkę zabawki do dręczenia w świecie wirtualnym. Te zabawki mu się urywają ze smyczy. I to jest punkt wyjścia, więc dużo nasi słuchacze mogą wiedzieć o tym świecie, bo na razie nakreśliłem tylko punkt wyjścia do ostatniego odcinka sezonu siódmego USS Callister w głąb Infinity. Infinity to ta gra.
[01:30:28] - Tak, tutaj mamy dużo odniesień do uniwersum „Star Treka”, że tak powiem. Czy to mi się podobało? Może tutaj zakończę opowiadanie, o czym to jest, bo to pewnie wielu z was zobaczy, jeżeli usłyszy, że to coś à la „Star Trek”. To jest dość skomplikowane. Scenariusz jest dość skomplikowany, natomiast muszę powiedzieć, że pomimo tego, że mamy do czynienia z kontynuacją, to jest zrozumiałe dla kogoś, kto by tego nie oglądał na przykład. To po pierwsze. Po drugie jednak dzieje się tam deczko za dużo według mnie. To już aspiruje do miana oddzielnego filmu, oddzielnej serii.
[01:31:12] - No to na godzinę. To ma godzinę czterdzieści. Przecież czasami filmy pełnometrażowe są krótsze, a ten odcinek naprawdę trwa i się dzieje, tak jak Piotr powiedział. Chyba czasami rzeczywiście za dużo.
[01:31:28] - Za dużo i za długo. Troszeczkę mnie zmęczył, muszę powiedzieć. Dobrze, że był na końcu i stanowi jakieś symboliczne domknięcie tego sezonu, ale myślę, że rozwleczono wątki i to, co było plusem w poprzednich odcinkach, czyli ta lapidarność, zwięzłość tych fabuł, tutaj troszeczkę jest przeciągnięta sprawa, rozwleczone to wszystko i nie wiemy, czy mamy do czynienia z kolejnym odcinkiem „Czarnego lustra”, czy wejściem w nowy serial. Tak to odczułem. Nie do końca mi się podobało, natomiast to nie jest złe. To jest lepsze niż niektóre współczesne filmy science fiction i to dużo lepsze.
[01:32:23] - Próbując sformułować jakieś podsumowanie, to powiem w ten sposób: siódmy sezon „Czarnego lustra” to jest sezon, który opowiada o problemach, które chyba najbardziej w tej chwili interesują fantastykę, ale też ludzi najbardziej interesują, bo są najbliżej nas, są w zasięgu pokolenia, bo loty w kosmos, jakieś podboje kosmiczne, galaktyki i tak dalej, to wszystko być może kiedyś będzie. Nie wiem. Bardzo w to wierzę. Natomiast wirtualna rzeczywistość i wszelkie jej mutacje to jest coś, po co sięgniemy zapewne całkiem niedługo. I myślę, że po raz kolejny sezon serialu „Black Mirror” spełnia taką rolę wieszczą, ostrzegającą. To bardzo dobrze, jeśli fantastyka, jeśli seriale SF po taką rolę sięgają i taką rolę spełniają. I myślę, że tu pojawia się szereg pytań, może nie sformułowanych wprost, ale szereg pytań, na które widz warto, żeby sobie odpowiedział, bo to wcześniej niż później nas dopadnie. I specjalnie używam tego słowa "dopadnie", bo to wbrew temu, co się przypuszcza, co niektórzy przypuszczają, że to będzie samo dobro i będzie wspaniale, może się okazać, i o tym „Black Mirror” bardzo dobitnie mówi, że wirtualna rzeczywistość stworzy masę problemów, z których my dzisiaj jeszcze sobie nie zdajemy sprawy, a które mogą bardzo boleśnie uderzyć nie tylko w nasze ja, ale w ogóle w naszą rzeczywistość. Proszę państwa, kiedy wypowiadam słowo „recenzarium”, a później dodaję, że to jest recenzarium Evivy, to państwo już wiecie, że będzie recenzja książki, najczęściej książki z tak zwanej szeroko pojętej fantastyki. Dzisiaj państwa zaskoczę.
Dzisiaj w recenzarium nietypowa treść. Luiza Eviva Dobrzyńska postanowiła się zająć interwencją w sprawie różnych dziwnych, chciałem powiedzieć, że magicznych, prawie magicznych działań, które są podejmowane przy jednej z lektur. Nie wiem jak dla państwa, ale dla mnie to lektura dzieciństwa, a mianowicie „W pustyni i w puszczy”. Dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska stanie w obronie przygód Stasia i Nel.
[01:35:24] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj zamiast recenzji chciałabym odnieść się do pewnej sprawy. Jak wiadomo, mamy raczej dziwne czasy. Pod pozorem dbania o tolerancję i tym podobne rzeczy robi się ludziom klasyczną wodę z mózgu. Już nie mówię o tym, że w filmach postaci historyczne, nie mówię, że książkowych, chociaż i tutaj powinna obowiązywać pewna lojalność w stosunku do autora. Więc postaci historyczne, jak najbardziej białe, ukazuje się za pomocą aktorów pochodzenia afrykańskiego. Jest to kompletny absurd, ale ludzie twierdzą, że tak trzeba, ponieważ mamy czasy tolerancyjne. Co to ma wspólnego z tolerancją? Bóg jeden raczy wiedzieć. To jest po prostu zafałszowywanie historii.
Jednak mówią o tolerancję, bardzo fałszywie pojmowaną, również dosięga książek. I tutaj mamy kolejny absurd, ponieważ rozpatrywanie treści jakiejkolwiek książki bez odniesienia do czasów, w których powstała, jest błędem, bardzo poważnym logicznym błędem. Jak wiadomo, straszliwie spostponowano "Niewinnego Murzynka Bambo", chociaż jest to wiersz dla dzieci i właśnie ukazujący, że fajnie byłoby mieć takiego kolegę, który by chodził z nami do szkoły i uczył się razem z nami, czyli de facto pokazujący równość. Bambo nie wstydzi się swojej czarnej skóry, wręcz przeciwnie, nie chce się wybielić. No cóż, a w tym dopatrują się rasizmu. Nic zatem dziwnego, że również moja ulubiona lektura z dzieciństwa, czyli „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza doczekała się krytyki. Krytyki całkowicie absurdalnej. Ma ta książka swoje wady. Naturalnie. Sienkiewicz, można powiedzieć, że nie wszystko wiedział, a raczej operował faktami, które w jego czasach były powszechnie znane, a dzisiaj są już zdementowane.
Również można się przyczepić trochę do języka, którym była pisana. Jeżeli ktoś nie weźmie pod uwagę, że powstała dla zupełnie innego czytelnika niż współczesny. Jednak zarzucanie Sienkiewiczowi rasizmu jest idiotyzmem, kompletnym, całkowitym idiotyzmem. Przede wszystkim jasne, że Sienkiewicz w tej książce postaciami negatywnymi uczynił muzułmanów, ale weźmy pod uwagę, że oni sami się takimi uczynili. Biorąc na warsztat ówczesne wydarzenia, naprawdę trudno inny wniosek wysnuć. Poza tym podkreśla też, że byli wśród nich ludzie dobrzy, tak jak ten emir, który pomógł dzieciom i nakazał ich porywaczom dobrze je traktować. Po prostu Sienkiewicz, opisując pewne wydarzenia historyczne, nie mógł przedstawić agresorów jako ludzi pozytywnych. To po prostu fizycznie niemożliwe. Następnie, jeśli chodzi o rdzennych Afrykanów, mamy tutaj Kalego oraz Meę. Co złego o nich Sienkiewicz napisał?
Przecież nic. Wręcz przeciwnie. To para dzielnych młodych ludzi, bez których Staś i Nel nigdy nie przetrwaliby. Również stosunek Stasia do nich ulega ewolucji. Weźmy to pod uwagę. Początkowo wie o Murzynach tylko tyle, co mu powiedziano, że są leniwi, głupi i niewdzięczni. Potem się dowiaduje, że to nieprawda, że są to tacy sami ludzie jak wszyscy inni. Są wśród nich źli i są wśród nich dobrzy. Potrzebują jedynie odrobiny edukacji. No i właśnie, chociaż czy było inaczej?
Kale należał do plemienia dość prymitywnego. Czy należy mieć do niego pretensje o to, że nie był profesorem uniwersytetu? Przecież nie. I Sienkiewicz nie ma. Wręcz przeciwnie, ukazuje Kalego jako bardzo inteligentnego chłopca i bardzo odważnego, lojalnego, chociaż przyzwyczajonego myśleć innymi kategoriami niż Europejczycy. W tej książce tak naprawdę nie ma ani źdźbła rasizmu. Jest krytyka głupoty, przesądów, zacofania, ale nie rasy. Tak samo jak Sienkiewicz nie jest wrogiem muzułmanów, tylko jest wrogiem ich agresji. I można to pięknie wyczytać z jego książki. Oczywiście krytycy skupiają się też na tym, że jest tam niejako afirmacja chrześcijaństwa.
A jakże miałoby być inaczej? Staś jest Polakiem. Polacy wtedy prawie wszyscy byli katolikami, a już na pewno byli chrześcijanami. I Staś trwa przy swojej wierze. Nie pozwala się zastraszyć. Ale czy w imię tej wiary on robi coś złego? Nie. Wręcz przeciwnie. Teraz taka moda, że chrześcijaństwo uważa się nie tylko za passé, ale wręcz za coś absolutnie niepożądanego. Kwestia gustu.
Ale robienie z tego zarzutu Sienkiewiczowi to jest naprawdę jakaś straszliwa głupota. Chcąc o tym wszystkim powiedzieć, jeszcze raz przeczytałam powieść i ponownie odszukałam w niej wzruszenia z dzieciństwa. Jest to książka niezwykle mądra. Książka o odwadze, poświęceniu, lojalności, o prawości, którą powinien nosić w sobie każdy z nas. O stosunku mężczyzn do kobiet, że powinni być w stosunku do nich rycerscy, opiekuńczy, przede wszystkim honorowi. To takie dzisiaj niemodne, prawda? Ale to piękne. Dlaczego ludzie walczą z pięknem? Nie potrafię tego zrozumieć i nigdy nie zrozumiem. Brońmy takich dzieł jak „W pustyni i w puszczy”.
Nie pozwólmy barbarzyńcom zniszczyć tego, co jest największą siłą naszego narodu. Wiem, że wielu z was od tego momentu przestanie słuchać moich audycji, ale mówię szczerze, że niszczenie polskiej kultury to zbrodnia. A to właśnie się teraz dokonuje. Przeciwdziałajmy temu. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:41:40] - Proszę państwa, proszę państwa, no a teraz czas na MałPę. Dzisiaj książka. Pamiętacie państwo zeszły tydzień? Rozmawialiśmy między innymi o Tony Haliku i Elżbiecie Dzikowskiej. No to dzisiaj mamy rodzaj suplementu. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o książce Elżbiety Dzikowskiej „Czarownicy”. Będzie ciekawie. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:42:19] - Dzień dobry wieczór. Witam.
[01:42:21] - Zaczynamy. Zaczynamy opowieści o książkach z pogranicza. Dzisiaj książka, która, powiem szczerze, kiedy szykowaliśmy się do i padło sakramentalne pytanie, co w następnym odcinku? No to Piotr zaproponował książkę pani Dzikowskiej o czarnoksiężnikach. Przepraszam, sam się śmieję z tego, co mówię, ale właśnie o tym takim sektorze głównie z Ameryki Południowej, który jest zagadkowy, ale który jakoś tak nie przyciąga i nie kojarzy się z książkami z pogranicza. Może sprostowanie drobne. Mnie się nie kojarzył z książkami z pogranicza. No i proszę państwa Mówię: dobra, omówmy tę książkę. I byłem sceptyczny. Po raz kolejny okazuje się, że kiedy jestem sceptyczny, to chyba tylko po to, żeby się po pierwsze pomylić, a po drugie przeżyć coś radosnego.
Wiecie państwo, kiedy się coś odkrywa, coś jest nowością, coś jest wow, niesamowite, to człowiek ma ogromną satysfakcję. Taką książką jest właśnie książka Elżbiety Dzikowskiej, w której ona opowiada. To jest właściwie podróż etnograficzna i ukazuje, jak głęboko zakorzenione jest w kulturze Ameryki Łacińskiej coś, co nazywamy czarnoksięstwem. Brakuje słów, ale w każdym razie zakorzenione są różne praktyki medycyny ludowej: od chirurgicznych cudów po fuzje parapsychologii, parafarmaceutyków i szamaństwa. Powiem państwu, dla mnie to było ogromne przeżycie. To było coś, co przeżywa się od czasu do czasu, sięgając po książkę. Na ogół nas to zaskakuje i to było ogromne zaskoczenie, bo nie dość, że podróż gdzieś na odległe lądy, to dawka tej niesamowitości, tego pogranicza jest w tej książce ogromna.
[01:44:47] - To było tym ciekawsze, że mamy do czynienia z autorką, która nie kojarzy się na pierwszy rzut oka z taką tematyką. Ja tylko może dodam, że rozwinięciem naszej dzisiejszej audycji jest sentymentalnik, w którym opowiadaliśmy o Tonym Haliku, o cyklu „Pieprz i wanilia” oraz wcześniejszych, że tak powiem, appearance'ach Halika i Elżbiety Dzikowskiej w telewizji. Także zachęcamy do odwiedzenia tego odcinka. Natomiast wracamy do książki. „Czarownice” Elżbiety Dzikowskiej to jest publikacja poświęcona szeroko rozumianym uzdrawiaczom, healerom, także szamanom lub praktykantom tradycyjnych metod leczenia. Tylko że te tradycyjne metody to nie tylko jest ziołolecznictwo, ale na przykład też jakaś fantomowa chirurgia, uzdrowienia mediumiczne i to wszystko, o czym Marek mówił. Te tematy są nazywane sprawami z pogranicza. Ale powiem ci, Marku, że to nie jest zupełnie obce naszym autorom, którzy są kojarzeni z tą tematyką, z tą sferą podróżniczą, bo pamiętam, spotykałem takie odniesienia na przykład u Cejrowskiego, który opisywał mentalne podróże Indian z amazońskiej dżungli. Były takie wzmianki chyba gdzieś u Beaty Pawlikowskiej. W przypadku Elżbiety Dzikowskiej jednak nacisk jest kładziony nie na zjawiska psi, chociaż po części one tam są obecne, ale na healerstwo, na uzdrawianie.
Czy w tych krajach takie niekonwencjonalne metody leczenia, bo one są nie tylko tradycyjne, ale są też niekonwencjonalne, czyli bardziej nowoczesne, ale odstające od medycyny mainstreamowej. Czy one są tam popularne, bo coś? Czy po prostu jest tak, że to jest naturalna rzecz? Nie jest to dziwne. Tak jak nie dziwiła popularność znachorów na przykład w drugiej RP, takich znachorów jak Antoni Kosiba. Wynika to z tego, że ludzie po pierwsze nie mają innej opieki medycznej i tyle. Czasami pierwsze, co wchodzi w grę, to jest właśnie kontakt z uzdrowicielem. A po drugie prawda jest taka, że lekarze pojawili się względnie niedawno. I zanim ci lekarze się pojawili, to szamanem pierwszego kontaktu był ktoś, kto się na różnych rzeczach znał. Wiedział, do czego służą te i te zioła, ale umiał też...
I to jest druga sfera, bo ta książka wcale nie jest o leczeniu ziołami. Ta książka jest w dużej mierze o czymś, co lepiej chyba porównać do medycyny duchowej, do egzorcyzmów, bo to tam występuje i nawet sama autorka wielokrotnie, kilkakrotnie może, poddawała się w ręce takich ludzi, którzy mieli ją uzdrowić swoimi niezwykłymi mocami.
[01:48:04] - Powiem tak, że ja się mocno zachwyciłem książką Elżbiety Dzikowskiej „Czarownice”, ponieważ autorka bardzo zręcznie łączy reporterską narrację, którą lubię, z detalicznymi wręcz opisami rytuałów i dzięki temu dostajemy coś w rodzaju takiego barwnego fresku o tym synkretyzmie religijno-magicznym. Autorka pokazuje, że właściwie za każdym czarem, i tu ten czar weźmy w cudzysłów, stoi jakiś bagaż historyczny. Od prekolumbijskiego dziedzictwa wierzeń, poprzez na przykład wpływy hiszpańskie, wręcz po współczesne rynny turystyczne. Tekst Elżbiety Dzikowskiej skłania do takiej, myślę, że dosyć prostej refleksji nad rolą wiary oraz sugestii w procesie leczenia. Mamy też Taką zadumę nad granicą między uzdrowieniem, prawdziwym uzdrowieniem a spektaklem, pewnym misterium, które się odbywa. Myślę, że autorce udaje się uniknąć egzotyzującego tonu. Czyli: wiecie państwo, to jest wspaniałe, bo to jest egzotyczne. Nie, nie. Ona z jednej strony podchodzi z szacunkiem i pewnym krytycznym dystansem, ale jednak opisuje rzeczy niezwykłe, naprawdę niezwykłe. I tam znajdujemy taki fresk dotyczący zarówno prostych pomocników, którzy biorą udział w tych rytuałach, po wysoko wykwalifikowanych, postawmy cudzysłów, parapsychologów, szamanów.
Ona pokazuje, że to są ludzie, którzy są niejako nośnikami pewnej tradycji, którzy adaptują się do nowych czasów, do XX, XXI wieku. Ale to jest pewna ciągłość, że to nie wzięło się znikąd. I to jest naprawdę niezwykłe. My mamy w tej książce różne przypadki, wiele przypadków odnoszących się do konkretnych ludzi, do konkretnych miejsc. Tak jak powiedziałem, tam się pojawia Chile, pojawia się znachorka z Guerrero. Chyba tak to się czyta. Zawsze mam problemy z tymi hiszpańskimi nazwami. Mamy też podróż do Meksyku, białą magię. Mamy jakieś egzotyczne miejsca, na przykład w Wenezueli, z tego, co jeszcze pamiętam, w Peru. Wiecie państwo, sama podróż jest ekscytująca, a opisy tego, co się dzieje, są, tak jak podkreślałem, bardzo szczegółowe i bardzo realistyczne.
Można to sobie wyobrazić. Jeśli ktoś jest na przykład osobą piszącą, to można to wręcz wykorzystać jako opisy praktyk szamańskich. Jak najbardziej. Między innymi szamańskich. Naprawdę, ja jestem pod dużym wrażeniem tej książki. Zresztą to państwo chyba słyszycie, bo ja troszeczkę inaczej zaraz mówię, jak jakaś książka mnie ekscytuje. I tak, ta książka mnie zdecydowanie podekscytowała i sprawiła, że na pewne rzeczy zacząłem patrzeć odrobinę inaczej.
[01:51:58] - W tej książce się pojawia taki wniosek, który jest dość niepolityczny, który jest niezbyt dobrze wygłaszać. Mądrzejszy jest nie wspomnieć o tym czasem, że po prostu niektóre praktyki uznawane przez naukę za szarlatanerię, one w pewien sposób działają tylko pod wpływem samej sugestii. Skoro działa placebo, to udział w takim misterium, udział w jakimś teatrze, jakiś egzorcyzm, zresztą mówi nawet wielu psychiatrów, to w pewnym stopniu działa dla umysłu, dla pozbycia się pewnych emocji. I to też jest w tej książce zaznaczone. Ale tutaj też wiele zależy od kontekstu oczywiście, bo mamy pochodzenie pacjenta, mamy chorobę. No i uzdrowicielem może być ktoś, kto jest na przykład zielarzem, posiada bogatą wiedzę z zakresu stosowania roślin leczniczych czy praktykuje tak zwaną medycynę tradycyjną. Ale są przypadki bardziej skomplikowane, znajdujące się gdzieś na przecięciu medycyny mediumicznej, transowej czy takiej, którą się kojarzy z tak zwanymi operacjami filipińskimi u nas. Sporo o tym pisał i pisze Wojciech Chudziński, którego pozdrawiamy, który w swoich książkach, w swoich publikacjach omawiał właśnie temat mediumicznych lekarzy, fantomowych operacji. I to się tam pojawia u Elżbiety Dzikowskiej. W tym przypadku, w sumie w tych przypadkach działa nie tyle magia, co bliżej nieokreślone zjawiska bądź hakowanie rzeczywistości.
To nie jest takie tere-fere, jak się niektórym zdaje, że jest szaman, przyjdzie i zrobi wololo i tak dalej, i to już jest koniec. Nie, nie. Pomyślcie sobie tak na chłopski rozum. To się nie wzięło znikąd. Co zrobić, jeżeli mieszkacie gdzieś pośrodku niczego w Wenezueli, w Ekwadorze czy w Brazylii i boli was ząb na przykład, albo musicie przejść jakiś zabieg, który jest w Europie rutynowy, a tam się nie da, bo tam wam grozi śmierć wynikająca z zakażenia na przykład, albo z tego, że nie możecie o siebie zadbać w tym trudnym środowisku i nawet jakaś tam kuriozalna przypadłość może was zrzucić z rowerka. W książce Elżbiety Dzikowskiej mamy pokazany cały przekrój różnego rodzaju osób praktykujących tą medycynę, ale publikacja się rozpoczyna od wspomnienia Donny Pachity. To była słynna i bardzo kontrowersyjna meksykańska uzdrowicielka, o której mowa była kiedyś na moim kanale UFO Historie w kontekście sprawy doktora Ginsberga. W zasadzie jego tajemniczego zaginięcia. To był meksykański badacz, który się zajmował tego typu przypadkami i on doszedł do wniosku, że osoby takie jak Donna Pachita mają zdolność do, nie wiem, jak to powiedzieć nawet, podłączania się do naszej rzeczywistości. Wchodzą, podpinają się tak jakby pod Matrix i swoją wolą są w stanie wpływać na obiekty materialne.
Innymi słowy, mogą dzięki temu przeprowadzać operacje, do których chirurdzy potrzebują narzędzi i sterylnych pomieszczeń, a oni to robią gołymi rękoma i nic się nie dzieje. Oczywiście tu się pojawiają sceptycy, którzy mówią, że tu nie ma żadnych operacji. To są kurze flaczki ukryte gdzieś między palcami i oni manipulują tym i to wygląda, jakby operacja była. O chirurgach z zardzewiałym nożem, bo tak się ich często nazywa, słyszymy nie tylko z obszarów wiejskich, słabo zaludnionych. To jest generalnie specyfika kultur na kontynencie południowoamerykańskim, że oni się oddają pod opiekę takich ludzi. U nas to jest jednak kategoria uzdrowicieli, może nie tyle słabo znana, co rzadko występująca, ewentualnie niewystępująca formalnie, oficjalnie. Ale książka Elżbiety Dzikowskiej nam pokazuje po prostu, jak to wygląda tam w Nowym Świecie.
[01:56:21] - Wiesz, Piotrze co? Ja cenię sobie książki, które są logicznie skonstruowane. I na pewno można powiedzieć o książce Elżbiety Dzikowskiej, że tak właśnie skonstruowana jest, bo autorka na początku rozpoczyna książkę od przedstawienia głównych kategorii tych ludowych medyków. Mamy przedstawionego znachora, takiego lekarza tradycjonalistę korzystającego z różnych preparatów. Mamy czarownika. To jest osoba, która sprowadza lub odczynia uroki. Mamy też szamana, który jest pośrednikiem z siłami pomiędzy światem naszym a tym innym światem, pomiędzy nami a siłami nadprzyrodzonymi. W tym pierwszym rozdziale Elżbieta Dzikowska opisuje swoje zadziwienie. To jest również moje zadziwienie i pewno sporej części państwa, że w Meksyku obok rozwiniętej medycyny, tej medycyny akademickiej, obok rozwiniętego przemysłu, chociażby naftowego, ta tradycja znachorstwa, ona żyje własnym życiem i jest czymś powszechnym, czymś stosowanym przez bardzo wielu ludzi. I od tego zdziwienia przechodzimy później do opisywania różnych najrozmaitszych praktyk, czegoś, co przypomina babki zielarki.
Ale mamy też rzeczy, które na przykład, uśmiechnąłem się, kiedy przeczytałem o jednym z leczących, że leczy dymem z cygara i zaleca kąpiele w morzu. Bardzo prosty sposób na uzyskanie czy też podtrzymanie zdrowia, ale nie śmiałbym się mimo wszystko z tego. Chociaż to się wydaje zabawne i ten uśmiech budzi, to jednak jest to przedstawione w taki sposób, że można się też zastanowić, czy przypadkowo tak proste kroki rzeczywiście w jakiś sposób nie działają na człowieka. Może nie do końca tak, jak jest to przedstawiane, ale czasami przynoszą określony dobry efekt po prostu. Mamy naprawdę taki przypadek. Pamiętam przypadek czarownika i szamana w jednej osobie i gdzie on łączy te zdolności, gdzie w dodatku używa halucynogennego środka. I te wizje, które się pojawiają, te wizje pochodzące od starszego ducha, one pomagają, one są taką inicjacją, przewodnikiem duchowym. Spotykamy tamtego przewodnika duchowego. To wszystko jest oczywiście w atmosferze pewnej tajemnicy, pewnych niedopowiedzeń. Ale co się pojawia jeszcze w książce Elżbiety Dzikowskiej, to że to chwilami wydaje się działać.
I w tym wypadku możemy być sceptyczni, możemy mówić sobie: „Ha, ha, jakieś tam głupoty, jakieś tam rzeczy, w które nie warto wierzyć”. Ale to jednak pada, że chwilami to działa i człowiek wtedy staje się bezradny, bo rozumowo nie powinno działać. Absolutnie nie powinno, a jednak działa. I to jest też zderzenie naszego świata racjonalnego, współczesnego, który opiera się tylko na szkiełku i oku. I wielu ludzi mówi: „Nauka, nauka, tylko nauka, żadne tam pierdoły, nic nie wierzcie, tylko nauka was uzdrowi”. I mamy drugie miejsce, drugi obszar, który mówi: „Słuchajcie, są rzeczy, o których nic nie wiemy”. Dzisiaj to jest szamanizm, jakieś praktyki magiczne, które są stosowane, ale za wiele lat może się okazać, że to, co robimy, to jest klucz do jakiejś dziedziny wiedzy, która dzisiaj nie tylko nie jest znana, co do której dzisiaj nie podejrzewa się, że istnieje. To wszystko jest ciemnota i zabobon, jak chcą niektórzy, i w związku z tym tym się nie interesujemy. No i chwała Elżbiecie Dzikowskiej, że się tym zainteresowała. Ona oczywiście nie dochodzi do sedna, bo chyba nie sposób jest obecnie do tego sedna dojść.
Ona tylko sygnalizuje, że to nie jest zjawisko spod znaku „ha, ha, głupoty”, tylko coś w tym jest. Trudno powiedzieć co i jak to działa i czy da się wyprowadzić prostą drogę przyczynowo-skutkową, że jak to, to to i to dlatego. Być może nie, być może nie ma tej drogi, do której się przyzwyczailiśmy, czyli że jedno wynika z drugiego. Może ta droga nie jest logiczna, ale skoro działa?
[02:01:43] - Ona tam jeszcze sporo miejsca poświęca tym, którzy leczą nie tylko ciało, ale i ducha. Nazwalibyśmy ich, jak wspomniałem, egzorcystami czy jakimiś tam proto psychiatrami. Bo taka pomoc bywa potrzebna często, może nawet częściej niż pomoc medyczna, bo to też idzie w parze z wiarą, że istnieje jakiś świat niematerialny, który może wpływać na istoty żyjące, na ludzi może wpływać. Oczywiście się pojawia finalne pytanie: czy wierzyć, czy nie wierzyć? Ja bym dodał do tego pytanie, na ile wiara pacjenta pomaga w tym całym procesie. Wiara w to, że on uzyska pomoc i czy to będzie posmarowanie śliną, czy ochuchanie dymem z cygara, to nie jest kwestią, że tak powiem, środek czy procedura, tylko właśnie wiara. To jest interesujące. Tylko czy też nie jest przypadkiem tak, że osoby, które takie coś praktykują, nie mają jakiegoś dodatkowego zmysłu, który gdzieś tam ociera się, powiedzmy, o sugestię hipnotyczną. Niektórzy powiedzą, że to jest tylko zabobon, że to jest siła sugestii i tak dalej. Natomiast trzeba powiedzieć, na tym polu też się zdarzają szarlatani, tak jak na każdym polu, ale zdarzają się też spektakularne ozdrowienia, uzdrowienia, które z perspektywy medycyny zachodniej nie powinny mieć miejsca, a jednak to się dzieje.
Ja gorąco polecam tą książkę, może troszeczkę zapomnianą, może troszeczkę niedocenianą, ale bardzo fajną. Wielki plus.
[02:03:23] - Ja już o tym mówiłem, ale warto to podkreślić. Dla mnie dużą wartością książki jest to, że Elżbieta Dzikowska podkreśla zlanie się różnych tradycji w Ameryce Południowej. Tam mamy obrazki, w których ołtarze katolickie czy ołtarzyki katolickie, czy w ogóle jakieś przedmioty z kultem związane, z kultem katolickim, sąsiadują z zupełnie odmiennymi tradycjami. Nikomu to nie przeszkadza. Co więcej, to działa. Wydaje się przynajmniej działać. I to jest niezwykłe. Z jednej strony mamy oczyszczania wodą, modlitwy nad ołtarzem z wizerunkami katolickimi i używanie preparatów zupełnie niezwiązanych z wiarą. Mamy terapię jajkiem, diagnostykę i terapię jajkiem, ale mamy też mikstury z ziół, ryżu i tak dalej. I jednocześnie modlitwy, znowu modlitwy chrześcijańskie i tak dalej.
Dla mnie to był niezwykły świat. Ja sobie oczywiście zdawałem sprawę, ale intensywność podawania informacji przez Elżbietę Dzikowską sprawiła, że to mnie po prostu zafascynowało, chwyciło i już nie puściło, aż doszedłem do końca tej książki. Ja również tę książkę bardzo państwu polecam. Można się naprawdę zatopić i to naprawdę na długo. A teraz zapraszam na kolejny stały punkt programu: program Bez Tajemnic. To jest program, który poza tym, że gości na antenie w ramach Bibliotekarium 2.0, to całkiem niezłą pozycję zajmuje na YouTubie. Jeśli poszukacie państwo kanału Bez Tajemnic, wpiszecie dodatkowo spirytyzm, to znajdziecie państwo kanał Piotra Struczyka i tam naprawdę masa treści. Ten kanał przez jakiś czas był mniej aktywny, ale wierzcie mi państwo to, co na nim zastaniecie, odsłuchanie tego zajmie państwu sporo czasu, a odnoszę wrażenie, że kanał reaktywował się po czasie i teraz być może audycje pojawiać się będą tam częściej. Ja dzisiaj zapraszam państwa na audycję o mediach poliglotach. To się zaraz wyjaśni, o co chodzi.
To jest zresztą fragment książki, a czyta dla państwa Agnieszka Krzemień.
[02:06:17] - „Media Poligloci. Poemat Telka", Ernesto Boccano. Czyta Agnieszka Krzemień. Nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować w skrócie słynnego przypadku postaci mediumicznej Patience Worth, medium pani Curran, która podyktowała tuzin powieści historycznych ocenianych jako arcydzieła, a także ogromną liczbę lirycznych poezji, które są godne podziwu, pisane w sposób improwizowany na prośbę osoby przeprowadzającej eksperyment, a także na podany temat. Napisała ona jednak przede wszystkim idylliczny poemat zatytułowany „Telka", który jest jednym z licznych przypadków xenoglosji, ponieważ napisany został w języku anglosaskim z XVII wieku, połączonym w sposób harmonijny z licznym słownictwem i wyrażeniami dialektalnymi z tej epoki. Jako że zająłem się szczegółowo tym niezwykłym przypadkiem w mojej monografii na temat literatury z zaświatów Ograniczę się tu jedynie do streszczenia i opisania tego, co Patience Worth powiedziała i napisała w języku swojej epoki, tak innym od współczesnego angielskiego. Dowiedzieliśmy się od niej, że urodziła się w Anglii, w Dorsetshire w 1646 roku albo 1694. Mieszkała w rodzinnej wiosce i pracowała na polu aż do osiągnięcia pełnoletniości. Wówczas wyemigrowała do Ameryki, gdzie niedługo później padła ofiarą ataku Indian. Zauważę tu, że w momentach, gdy badacze podziwiali piękno literackie tekstów psychograficznych, Patience Worth mówiła, że już w czasie swojego ziemskiego życia zdradzała ten sam temperament wyobraźni poetyckiej.
To spostrzeżenie jest interesujące, ponieważ pozwala wyjaśnić tajemnicę skromnej, zmarłej wieśniaczki, która daje o sobie znać za pośrednictwem medium i dyktuje wybitne dzieła literackie wierszem i prozą. Rzeczywiście te informacje pozwalają nam sądzić, że geniusz pisarki był u tej dziewczyny z Dorsetshire czymś wrodzonym, ale bardzo skromne warunki społeczne, w których przyszło jej żyć, nie pozwoliły mu się ujawnić. Pierwsze dzieła literackie Patience Worth zostały podyktowane we współczesnym języku angielskim, ale następnie zdecydowała się ona przekazać kilka, wśród nich wybitny poemat, o którym wspomniałem, w języku i dialektach z XVII wieku. Oświadczyła, że decyduje się postąpić w ten sposób, by udowodnić swoją duchową niezależność od osoby medium, gdyż nikt na świecie nie byłby w stanie napisać poematu w całości w nieokrzesanym języku anglosaksońskim sprzed dwóch i pół wieku. Tekst miał być też napisany w taki sposób, by nie prześlizgnęło się doń ani jedno słowo, które weszło do powszechnego użycia w późniejszym okresie. Nieco później wróciła ona jednak do metody pisarskiej, którą przyjęła na początku, czyli dyktowała dzieła we współczesnym języku angielskim, używając jedynie gdzieniegdzie starszych słów, gdy były one w stanie pomóc skutecznie przekazać treść. Mimo to wciąż rozmawiała i rozmawia z badaczami w swym rodzinnym narzeczu. Jeśli chodzi o poemat „Telka”, muszę powiedzieć na samym początku, że w okresie, gdy był podyktowany, Patience Worth przestała używać narzędzia mediumicznego w postaci tabliczki „oui-ja” i przekazywała powieści i wiersze poprzez usta medium. To znaczy, że ta, zachowując w pełni świadomość, słyszał subiektywnie głos, który dyktował mu słowo po słowie tekst. Medium po prostu powtarzała więc głośno słowa, które słyszała, a sekretarz je zapisywał.
Często tekst był dyktowany tak szybko, że sekretarz nie nadążał z jego notowaniem. W takim przypadku Patience Worth powtarzała ostatnie zdania i kontynuowała już dużo wolniej. W tym czasie umysł medium był tak niezależny od tego, co działo się za jej pośrednictwem, że była ona w stanie zapalić papierosa, przerwać, aby wziąć udział w rozmowie z asystentami, wstać i przejść do pokoju obok, aby odebrać telefon. Te przerwy nie przeszkadzały w żaden sposób w procesie dyktowania, a duch go kontynuował dokładnie w miejscu, w którym mu przerwano. Ta sama sytuacja miała miejsce na każdym seansie. To znaczy postać mediumiczna rozpoczynała dyktowanie od tego samego zdania, na którym zakończyła poprzednią sesję. Nawet jeśli od jednego podejścia do drugiego minęły miesiące. Pewnego razu, gdy zapodziały się gdzieś pierwsze rozdziały powieści, Patience Worth podyktowała je raz jeszcze, a gdy odnaleziono zagubiony tekst, dostrzeżono, że jest on idealną kopią drugiej wersji. Wróćmy jednak do samego poematu „Telka”. Oto co mówi o nim doktor Walter Prince w wybitnym studium zatytułowanym The Case of Patience Worth.
Przypadek Patience Worth. Dla mnie, a wiele osób bardziej kompetentnych niż ja wydało osąd tożsamy z moim, chodzi o wybitne dzieło, które godne jest tego, żeby nazywać je arcydziełem. Niech czytelnik spróbuje wyzbyć się wszelkich uprzedzeń co do tego, że jego autorem mogła być istota z zaświatów. Jeśli mu się to uda, będzie w o wiele lepszy sposób mógł docenić wartość tego poematu. Poza tym czytelnik będzie musiał uzbroić się w ogromną cierpliwość i wykonać olbrzymią pracę, by przebrnąć przez dawny język z czasów Chaucera i poświęcić swój czas na to, by właściwie zrozumieć starodawne wyrażenia używane w poemacie. Ponieważ na końcu utworu opublikowano glosariusz trudniejszych terminów, łatwo stwierdzić, że wiele z tych ciekawych słów to wyrazy, które rzeczywiście używano w tamtej epoce, czy też archaiczne i rzadkie słowa, które jednakże kiedyś istniały i do dziś często żyją w dialektach. Mimo to, nawet gdybyśmy nie mieli do dyspozycji glosariusza, wszyscy czytelnicy zdziwią się, napotkawszy na nietypowo brzmiące słowa, tak samo jak zdziwią się, jakie znaczenie jest przypisywane niektórym wyrazom. Gdy nabiorą jednak nieco wprawy, stwierdzą, że w całym poemacie trudno napotkać słowa, które byłyby całkowicie niezrozumiałe. Postacie z Telki żyją. Widzimy je, poznajemy.
Żadna z nich nie jest odwzorowaniem innej. Któraś z postaci może przejawiać tendencje i działania analogiczne do tych, które charakteryzują inną postać, ale jednocześnie można dostrzec w niej cechy, które są właściwe tylko jej i które odróżniają ją od pozostałych. Z drugiej strony postaci Maeterlincka, odnoszę się do tego autora ze względu na wielką reputację, jaką zdobył, stosując podobny gatunek literacki, są prawie zawsze cieniami bez życia, które ciężko zindywidualizować na podstawie słów albo innych cech charakterystycznych. A mimo to uznajemy Maeterlincka za wielkiego artystę. W każdym razie nie mogę się powstrzymać od tego, by stwierdzić, że gdy nadejdzie dzień, w którym zniknie pogarda, z jaką traktowane są obecnie dzieła mediumiczne, ludzie dostrzegą, że Patience Worth, jeśli mamy ją oceniać na podstawie poematu Telka, stoi w hierarchii autorów wyżej niż Maeterlinck. Gdy powiedzieliśmy już tak wiele o wartości literackiej poematu, wrócę do tematu, którym się zajmujemy, czyli przypadku xenoglosji, z którym mamy do czynienia, jako że wiersz został podyktowany w języku anglosaskim sprzed dwóch i pół wieku. Jest on jednocześnie harmonijnie przepleciony słownictwem i wyrażeniami charakterystycznymi dla dialektów regionalnych z tego okresu. Doktor Walter Prince dokonał porównania archaicznego języka, którym mówiła i pisała Patience Worth i zauważył, że znaczną część wyrażeń i słów używanych przez postać mediumiczną spotkać można u dawnych poetów i prozaików angielskich od Chaucera do Spensera, od Wallera aż do Pope'a. Dostrzega w pewnym momencie, że trudną do pokonania dla hipotez kryptomnezji i kryptostezyji przeszkodę stanowi fakt, że wyrazy te, zupełnie za naszych czasów nieużywane, wymawiane są w sposób zupełnie dziś nieznany, na przykład archaiczne słowo scoe, trzewik, którego właściwą wymowę shoe podaje Patience Worth, jest wymawiane wciąż w ten sposób w Dorsetshire i dodaje: tajemnicą jest już fakt, że Patience Worth wymawia słowo scoe, używając dźwięku fonetycznego, który dziś jeszcze istnieje. Ale istnieje jeszcze wielka tajemnica.
To hipoteza drugiej podświadomej osobowości. Nawet jeśli uznamy, że ma ona nieograniczoną pamięć. Trzeba bowiem jasno stwierdzić, że wymowa fonetyczna archaicznych słów nie może być reminiscencją, gdyż nie ma glosariuszów, które wyjaśniałyby, jak wymawiać nieużywane już wyrazy. Ten sam autor był w stanie nawet znaleźć broszurę poety piszącego w dialekcie z Dorsetshire, prowincji, w której jak wiemy od Patience Worth, miała się ona urodzić. Stwierdził on wówczas, że w dialekcie tym żyje jeszcze, choć już nieco zmienionych, wiele słów, które wypowiadała postać mediumiczna. Między innymi wymienia zwyczaj dodawania głoski a na początku wielu słów, taki jak adrawing zamiast słowa drawing, afound zamiast found. Wciąż w temacie archaicznego języka Telki profesor Schiller z Uniwersytetu Oksfordzkiego zauważa: jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, gdy dowiadujemy się, że jedna z tych powieści pisana wierszem, zatytułowana Telka, zawierająca siedemdziesiąt tysięcy słów, jest napisana w archaicznym języku angielskim i zawiera dziewięćdziesiąt procent słów o pochodzeniu czysto anglosaskim. Nie znaleziono jednocześnie w niej ani jednego słowa, które pojawiło się w języku angielskim po 1600 roku. Gdy dowiemy się, że pierwsza wersja Biblii zawiera jedynie siedemdziesiąt procent słów pochodzenia anglosaskiego i że trzeba przytoczyć tekst Laymona z 1205 roku, aby znaleźć taki, w którym procent słów anglosaskich będzie taki sam jak w dziele Patience Worth. Gdy tak dobrze zastanowimy się nad tym wszystkim, trzeba będzie przyznać, że stoi przed nami coś, co można nazwać prawdziwym cudem filologicznym.
Pan Jasper Yost, który wydał tom na temat doświadczeń z panią Curran, napisał ze swojej strony: Telka jest wyjątkowa nie tylko ze względu na czystość języka anglosaskiego, którym jest napisana, połączenie form napisanych w dialektach z różnych epok i doskonałość gramatyczną, ale także ze względu na zmiany i rozszerzanie znaczeń różnych wyrazów. Patience Worth, tak jak Szekspir, używa często przysłówka jako czasownika, rzeczownika czy przymiotnika. Wynika to z sytuacji przejściowej, w jakiej znajdował się wówczas język angielski. Ale to stwierdzenie stanowi tylko jeszcze jeden dowód na to, że Patience Worth jest całkowicie osadzona w swojej epoce. Nawet jeśli chodzi o anomalie gramatyczne. Nie ma wątpliwości, że język Patience Worth jest u niej całkowicie spontaniczny. Dają temu dowód okoliczności i to, że używała go tylko w kilku swoich dziełach, jak również fakt, że posługuje się nim w swoich rozmowach z badaczami. Pozostało mi zasygnalizować jeszcze jeden szczegół, który należy do najbardziej zadziwiających. To fakt, że ów poemat składający się z siedemdziesięciu tysięcy słów zapisanych wierszem na dwustu siedemdziesięciu stronach, oceniany przez kompetentnych krytyków jako arcydzieło przewyższające podobne mu utwory Maeterlincka, został podyktowany w ciągu jedynie 35 godzin. Poza tym poematem Patience Worth podyktowała doskonałą powieść satyryczną zatytułowaną „The Merry Tale".
Radosna opowieść w tym samym języku anglosaskim. W tej chwili, stojąc przed analizą hipotez naturalistycznych, które można by sformułować, by wyjaśnić ten przypadek, jestem bardzo zakłopotany. Dokonałem już bowiem krytycznej analizy w mojej monografii na temat literatury z zaświatów. Zajmuje ona przynajmniej 10 stron tekstu. Są cztery hipotezy, do których się odniosłem. Pierwsza: ta dotycząca drugiej podświadomej osobowości, którą w sensie stricte psychologicznym rozumiemy jako systematyczne rozdwojenie postrzegania psychicznego danej osoby. Po drugie: ta świadomości subliminarnej, sformułowana przez Myersa, rozumiana w sensie istnienia w człowieku integralnej z nim podświadomej osobowości, dużo bardziej rozwiniętej i doskonalszej niż ta świadoma, a także posiadającej paranormalne właściwości zmysłów, których sporadyczne ujawnienie przynosi inspirację. Po trzecie: ta dotycząca istnienia świadomości kosmicznej, tak jak rozumie ją Hartmann, a zgodnie z którą chodziłoby o rzeczywisty atrybut absolutu, czyli Boga. W tym przypadku należałoby przyznać, że świadomość medium łączy się bezpośrednio z istotą wyższą w szlachetnym celu wprowadzenia bliźniego w błąd. Po czwarte: w końcu ta dotycząca świadomości kosmicznej widzianej z punktu widzenia Williama Jamesa, zgodnie z którą z punktu widzenia metafizycznego można przypuszczać, że istnieje kosmiczny magazyn indywidualnych wspomnień, do którego mają wolny dostęp media i z którego pobieraliby oni to, co przypisuje się biednym duchom.
Nie chcę się powtarzać i jako że dosłownie wyczerpałem ten temat na 10 stronach analiz i dogłębnej krytyki, pozostaje mi jedynie odnieść czytelników do mojego dzieła cytowanego wyżej, aby przedstawić pełną dyskusję nad obiekcjami, które przedstawiać będą za wszelką cenę zwolennicy podświadomego pochodzenia wszelkich manifestacji metapsychicznych. Tu muszę ograniczyć się do stwierdzenia, że jakkolwiek łatwo mi było obalić wszelkie twierdzenia przeciwników w oparciu o liczne wydarzenia, które zaczerpnąłem z dzieł na temat Patience Worth, w rzeczywistości jeden tylko przypadek xenoglosji, z którym mamy tu do czynienia, wystarczyłby do tego, by mój punkt widzenia zatriumfował. Ani hipoteza psychologicznej podświadomości, ani świadomości subliminalnej, bardziej nawet niż trzecia kosmicznego magazynu indywidualnych wspomnień, nie wystarczą nigdy, by wyjaśnić okoliczności podyktowania przez postać mediumiczną wiersza i powieści przy użyciu archaicznego języka anglosaskiego z XVII wieku w taki sposób, że nigdy nie wplotła w tekst słów pochodzenia łacińskiego, które weszły w życie po 1600 roku. Co do hipotezy dotyczącej tego, że media łączą się z absolutem, czyli Bogiem w szlachetnym celu oszukania bliźniego, chodzi po prostu o hipotezę o bluźnierczym wyrazie. Moim zdaniem to zwykła strata czasu, by dłużej jej się przyglądać. Filozof profesor Schiller przy okazji rozprawki, którą napisał na ten temat, zrobił aluzję do dwóch słabych punktów hipotezy świadomości kosmicznej. Uczynił to w następujący sposób: istnieją filozofowie, którzy trafiwszy na wygodną drogę hipotez dotyczących natury ludzkiej, nie są chętne, by się zatrzymać, dopóki nie dotrą do absolutu. Trzeba być więc gotowym, by usłyszeć od krytyków, że dzieło literackie Patience Worth stanowi autentyczny wyraz absolutu. Jednocześnie inny krytyk, nieco bardziej umiarkowany, powie o sztuce, która wywodzi się z kosmicznego magazynu, w którym zebrane są i marnieją wszelkie wysiłki literackie stuleci. Zauważę, że druga wersja hipotezy, o której mowa, nie uwzględnia problemu wyboru faktów z owego magazynu.
Pierwsza staje z kolei przed inną trudnością. Patience Worth byłaby przecież dość groteskowym i ekscentrycznym objawieniem tego nieskończenie doskonałego absolutu, o którym mówią filozofowie. Jeśli wspomina się mi, że skończona istota może być jedynie fragmentem absolutu, odpowiem jedynie, że ta teoria niewiele wyjaśnia. Bo skoro Patience Worth jest w tym sensie fragmentem absolutu, w ten sam sposób my też jesteśmy fragmentami absolutu. Oznacza to więc tyle, że argumentacja przytoczona powyżej wskazuje na to, że Patience Worth musiałaby być duchem takim samym jak inne. Wydaje mi się, że argumenty profesora Schillera są dość słuszne i wystarczające na tyle, bym nie musiał do nich nic już dodawać. Wspomnę jedynie, że jeśli chodzi o hipotezę magazynu kosmicznego, obiekcja przedstawiona przez profesora Schillera, czyli to, że hipoteza ta nie uwzględnia wyboru faktów, którego musiałaby dokonać podświadoma postać medium Świetnie nadaje się zwłaszcza w przypadku Patience Worth. Rzeczywiście, jeśli mielibyśmy przypuszczać, że w owym magazynie znajdują się wszystkie archaiczne słowa języka angielskiego, które przestały być używane po 1600 roku, byłyby one jedynie materiałem, którego nie mógłby wykorzystać nikt, kto nie zna dobrze znaczenia każdego z wyrazów. Podobnie jak odmiany czasowników czy rzeczowników, konstrukcji gramatycznych, wyrażeń dialektycznych i niezliczonych zjawisk charakterystycznych dla języka, z którym powiązane jest jego słownictwo. Trzeba by było ponadto, aby ten, który zna owe archaiczne słowa, był w stanie wybrać tylko te używane przed rokiem 1600 i odrzucić te, które weszły do języka po tej dacie.
Nie można sobie wyobrazić, w jaki sposób subliminalna postać medium mogła to wszystko zrobić, gdyż jak normalna osoba nie posiadała nigdy tej wiedzy. Te informacje nie mogły nigdzie istnieć, gdyż struktura organiczna języka jest zwykłą abstrakcją. Wynika z tego, że fantastyczna hipoteza kosmicznego magazynu ma się nijak do faktów, a co za tym idzie, trzeba ją wykluczyć spośród tych, które są w stanie wyjaśnić całościowo przypadek Patience Worth. Pozostaje jeszcze piąta hipoteza, ta dotycząca pamięci przodków. Ale jak już wspomniałem, nie można jej powiązać z faktem, że niektóre media mówiły tuzinem nieznanych języków martwych od tysięcy lat. Zbędnym jest więc prowadzić dyskusję na temat podobnej, absurdalnej hipotezy, którą obalają fakty. Na sam koniec pragnę podkreślić, że po wyeliminowaniu wszystkich hipotez naturalnych, wliczając te o podłożu metafizycznym, które bardziej tkwią w świecie fantazji niż rzeczywistości, dostrzegamy, że triumfować może jedynie interpretacja spirytualistyczna faktów. Trzeba więc wyciągnąć logiczny wniosek, że w przypadku Patience Worth mamy do czynienia z interwencją istoty duchowej obcej dla medium, która używała poprawnie swojego języka. Gdy to ustalimy, warto dodać, że spośród udokumentowanych przypadków xenoglosji historia Patience Worth jest jedną z najważniejszych. Takich, którym ciężko jest zaprzeczyć.
Jedną z tych, które przynoszą decydujący głos w dyskusji. W tym przypadku rzeczywiście nie chodzi o proste zdania, o pojedyncze strony podyktowane za pośrednictwem medium w nieznanym pośrednikowi języku. Tu mamy do czynienia z dwoma grubymi tomami, które w sumie liczą 600 stron. Do tego dodajmy, że ta sama istota duchowa, gdy rozmawia z badaczami, wyraża się nieustannie w swym rodzimym dialekcie sprzed trzech stuleci. Powtarzam więc, że możemy wciąż pokazywać ten właśnie przypadek, by wykazać w sposób decydujący, że przypadki xenoglosji istnieją, a w konsekwencji odebrać z ręki broń zwolennikom teorii metapsychicznych, którzy tkwią wciąż za murem hipotez dziś już bez wartości i twierdzą, że istnienie tych zjawisk jest jeszcze wątpliwe.
[02:29:15] - Teraz zapraszam na to tradycyjne recenzarium. Luiza Eviva Dobrzyńska zaprasza na omówienie książki Jules'a Verne'a „Z Ziemi na Księżyc”. Od razu uprzedzam, że za tydzień będą kolejne dwie części tej trylogii. Tak, trylogii. Ja przez długi czas sądziłem, że Verne zabierał nas w stronę Księżyca tylko dwa razy. Okazuje się, że owszem tak, ale powstał też trzeci tom, w którym spotkać można tych samych bohaterów. No to w takim razie dzisiaj odpalamy pocisk z Ziemi na Księżyc.
[02:30:02] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak wiadomo, najbardziej wpływowym fantastą, że tak powiem, w wieku XIX i na początku XX był Juliusz Verne. Jego książki zawładnęły umysłami nie tylko młodzieży, ale i ludzi dorosłych. Właściwie tworzył on głównie dla dorosłych. Teraz uważa się jego książki za zdatne dla młodzieży, ponieważ są one, jakby to powiedzieć, trochę przestarzałe z punktu widzenia naukowego oraz z punktu widzenia wiedzy ogólnej. Jednak w swoim czasie były bardzo innowacyjne i wyprzedzające ówczesny poziom wiedzy. Między innymi Jules Verne, który jak niesie popularna bardzo, aczkolwiek najprawdopodobniej błędna wieść, miał być synem polskich emigrantów o nazwisku Olszewicz. Jako drugi w dziejach pisarz zajął się sprawą podróży na Księżyc. Tym pierwszym był Cyrano de Bergerac. Ten sam.
To tak na marginesie. Jules Verne stworzył tak zwaną małą trylogię kosmiczną, ewentualnie księżycową, bo różnie się na nią mówi. Pierwsza część, która w polskim przekładzie nosi tytuł „Z Ziemi na Księżyc”, opowiada o przygotowaniach do wielkiej podróży, która początkowo wcale podróżą miała nie być. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Otóż po zakończeniu wojny secesyjnej otworzono w mieście Baltimore W Stanach Zjednoczonych w stanie Maryland klub pod nazwą Gun Club. Zrzeszał on byłych artylerzystów, którzy brali udział w wojnach. Przeważnie ci ludzie byli już inwalidami, ponieważ jak wiadomo wojna ma to do siebie, że oprócz trupów pozostawia za sobą również więcej inwalidów niż ludzi zdrowych. Jednak członkowie tego klubu wcale się nie zgraczali tym, że któremuś z nich brakuje rąk, nóg czy innej części ciała i na swoich zebraniach gorzko narzekali, że wojny się pokończyły. Prezes klubu, niejaki Barbicane, na jednym z zebrań zaproponował nagle zajęcie się budową nowego działa. Nie miało ono jednak służyć wojnie, tylko czemuś zupełnie innemu.
Za pomocą tej ogromnej armaty, którą zaprojektował, chciał wysłać kulę na Księżyc po to, żeby dać znać zamieszkałym tam stworzeniom, że oto ludzie się nimi zainteresowali. Pomysł, można by rzec, dość osobliwy. W tych czasach, nie zapominajmy, wierzono w istnienie selenitów jak najbardziej. Kiedy udało się uzyskać odpowiednie dane z towarzystw naukowych, które wskazywały, że plan może się powieść i przystąpiono do szczegółowych przygotowań, to znaczy do odlania ogromnego działa, nagle okazało się, że jest ktoś, kto ma jeszcze coś do dodania w tej sprawie, że może zamiast kuli wysłać coś w rodzaju wagonu kolejowego. Pocisk, którym będą podróżowali ludzie. Tak. Cóż, można powiedzieć, że w odróżnieniu od Cyrana de Bergerac, Jules Verne podszedł do sprawy naprawdę bardzo, bardzo naukowo. Zaproponował bowiem coś w rodzaju ogromnej armaty, z której proch albo inny materiał wybuchowy wyrzucałby pocisk. Cóż, ostatecznie czym innym są wyrzutnie, z których startują obecne rakiety. Pomysł bardzo dobry, to trzeba przyznać.
W ogólnym zarysie był ogromnie śmiały. Oczywiście w czasach tego pisarza nikt nie wierzył, że takie przedsięwzięcie może się udać, a co więcej, że podróżujący w ten sposób ludzie mogą rzeczywiście stanąć na srebrnym globie. Mimo że wielu wtedy wierzyło w istnienie jakichś tajemniczych księżycowych ludzi. Oczywiście można było snuć różne przypuszczenia w czasach, kiedy Księżyc nie był jeszcze tak dobrze poznany jak dziś. Jak wiele czasu tak naprawdę upłynęło od rozważań Verne'a do tego dnia, w którym rzeczywiście ludzie stanęli na powierzchni Księżyca? Otóż niewiele ponad sto lat. Książka została opublikowana w tysiąc osiemset sześćdziesiątym piątym roku. Człowiek stanął na Księżycu w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym. Sto lat może się wydawać człowiekowi dość długim czasem, ale tak naprawdę jest to czas bardzo krótki i niejeden, kto w dzieciństwie czytał Verne'a, dożył tego momentu. Przeszedł drogę od twierdzenia, że to wspaniałe, to cudowne, ale to czysta fantazja do twardych faktów.
Co prawda niejeden zaprzecza temu, by ludzie kiedykolwiek wylądowali na Księżycu. No ale teorie spiskowe były, są i będą. Sama książka zawiera całe mnóstwo bardzo ścisłych wyliczeń. Potężny ładunek wiedzy, który w tych czasach mało komu był dostępny i wiele rzeczy nadal jest aktualne. No, oczywiście poza tym, co się rzeczywiście dzieje na Księżycu, ale w tym pierwszym tomie to o tym jeszcze nie wiemy. Pierwszy tom bowiem obejmuje wyłącznie fazę przygotowawczą, która sama w sobie jest interesująca, choć może znużyć odrobinę ludzi niebędących fanami techniki, bo jednak bardzo dużo jest tam szczegółów i opisów, można powiedzieć inżynieryjnych. Oprócz tego mamy też wspaniałą satyrę na wojenną manię Amerykanów. Tak ich postrzegano wtedy w Europie. Nie powiem, że niesłusznie. Ich umiłowanie wojny i dążenie do tego, by jakąś zawsze mieć na podorędziu, zostało pokazane w krzywym zwierciadle.
Niezbyt złośliwie, nawet czasem ciepło, ale też stanowi jeden z atutów tej książki. Polecam ją szczerze wszystkim, którzy interesują się historią literatury science fiction. Na pewno nie uznają tego czasu za stracony. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:36:35] - Nieodmiennie, nieodmiennie od kilku tygodni namawiam Państwa do nadsyłania opowiadań na adres redakcja.bibliotekarium@gmail.com. Te opowiadania posłużą do reaktywowania ABW. A czym było ABW? No ABW to w groźnej nazwie była antologia Bibliotekarium Warsztaty. To było miejsce w internecie, do którego nadsyłało się opowiadania własnego, podkreślam własnego autorstwa. No i czekało na ich omówienie, na ich wyemitowanie, a później omówienie w ramach takiego bardzo prostego, ale jednak wydaje mi się potrzebnego doradztwa, doradztwa literackiego, doradztwa autorskiego. Bo wiadomo, kiedy człowiek zaczyna swoją przygodę z pisaniem, to ma całą masę problemów. To są problemy naprawdę poważne dla osoby, która zaczyna. No ale warto też wiedzieć, że to są problemy, które nie są jednostkowe. Bardzo wiele osób to przeżywało przeżywa, potrafiło rozwiązać te problemy.
Ba, potrafiło je wręcz zniwelować. One przestały istnieć. Może czasami warto posłuchać, jak coś zrobić równie dobrze, a może lepiej. Do tego państwa namawiam i zapraszam do nadsyłania opowiadań. Powtórzę adres: redakcja.bibliotekarium@gmail.com. A dzisiaj w ramach zachęty opowiadania już nie nadsyłane do ABW, tylko zaczerpnięte z domeny publicznej. Opowiadania Rogera Dee, czytane przez Marka Sęka „Ivelliosa”. Dzisiaj dwa opowiadania: „Problem na Balak” oraz „Ściana płaczu”. Roger Dee to był autor z klasycznych czasów amerykańskiej science fiction, i to będzie słychać. To są opowiadania w starym stylu.
Nie wiem, czy tak dzisiaj można jeszcze pisać, ale jako takie opowiadania z myszką tego się słucha bardzo dobrze. Zapraszam zatem.
[02:39:00] - Roger Dee „Problem na Balak”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Czasami można rozwiązać problem, po prostu atakując go z rozpędu. Konkluzja, do której zmierzam, polega na tym, że jeżeli mówimy o pracy dla Solar Exploitation, absolutnie nie trzeba się przejmować perspektywą śmiertelnych nudów. Ta robota nigdy nie przestaje być interesująca, a w dodatku pozwala na odwiedzenie paru całkiem dziwacznych miejsc. Weźmy na przykład odkrycie statku SE 2100 na Balak. Jest to niewielka planeta krążąca wokół Wężownika 70, jakieś 20 000 lat świetlnych od Ziemi. Nikt by się nie spodziewał, że można tam się natknąć na rasę największych chirurgów w galaktyce. Chirurgów ogólnych, neurochirurgów czy jeszcze jacy tam mogą być. Ponadto na tak małej planecie wszystkiego można by się chyba spodziewać, ale nie tego, że niewielki czteroosobowy zespół ludzi zostanie obdarzony problemem z kategorii życia lub śmierci, podobnym do tego, jaki spadł na nasze barki.
A jeżeli w jakimś cudownym, proroczym akcie ktoś przewidziałby oba te wydarzenia, to mogę się założyć, że nigdy by nie wpadł, że problem ten można rozwiązać w sposób, w jaki my to zrobiliśmy. Kapitan Corelli, Gibbons i ja nie oddaliliśmy się więcej niż sto jardów od SE 2100, kiedy spotkaliśmy pierwszego balakieńskiego tubylca. Albo, żeby być bardziej precyzyjnym, kiedy on spotkał nas. Corelli i ja właśnie zajmowaliśmy się wypełnianiem małych, sterylnych buteleczek próbkami gleby i roślinności, wypatrując czujnie wszelkich ewentualnych drapieżników, kiedy to się wydarzyło. Gibbons, nasz ekolog i główne koło napędowe badań naukowych w naszej załodze, obserwował rój małych, dwunastonogich owadów, od góry pracowicie zapylających kwiaty karłowatego krzewu, zaś od dołu pobierających w zamian opłatę w postaci sączącego się z nich białego soku. Jego oczy błyszczały spoza okularów ciekawością, zaś on sam klął do siebie pod nosem zadowolonym, monotonnym tonem. „Połącz się ze statkiem i powiedz znachorowi, jeżeli uda ci się oderwać tego hipochondrycznego idiotę od jego płynów do płukania gardła i rozpylaczy z bakteriobójczym aerozolem, żeby podrzucił nam pojemnik na okazy żywe. Zawołam do kapitana Corellego. Natknęliśmy się tutaj na coś naprawdę nowego, świadomą symbiozę między całkowicie odmiennymi formami istot żywych. Jeżeli reszta flory i fauny kooperuje w ten sam sposób...” W tej samej chwili odkrycie Gibbonsa przestało mieć znaczenie, ponieważ właśnie wtedy pojawił się pierwszy Balakianin.
Tubylec na pierwszy rzut oka wyglądał jak pomarszczona różowa ośmiornica o wysokości trzech stóp oraz niemal takiej samej szerokości i poruszał się rozhuśtanymi podskokami w podobnym stylu jak człowiek o kulach, ponieważ jego trzy krótkie nóżki ustawione były w jednym poziomym rzędzie. Z każdego boku miał cztery ręce. Dwie dolne służyły mu do chwytania i podtrzymywania się, zaś górne do manipulowania przedmiotami. Nie miał niczego, co można by było określić w dokładnym tego słowa znaczeniu jako głowę, ale w okolicy górnego zakończenia tułowia znajdowało się coś w rodzaju twarzy o niemal takim samym wyglądzie, jak oblicze uprzejmie uśmiechającego się człowieka Wschodu. Nie był uzbrojony, ale wolałem nie podejmować ryzyka. Rzuciłem moją buteleczkę na okazy na ziemię i wyrwałem zza pasa pistolet termiczny, element wyposażenia każdego pracownika operacyjnego SE. Kapitan Corelli, który właśnie miał się połączyć z siedzącym na statku znachorem, puścił przycisk mikrofonu skafandra i złapał za swoją broń. Gibbons, jak to prawdziwy naukowiec, stał zupełnie nieruchomo, jak wmurowany, z rozdziawionymi ustami, za bardzo zainteresowany całym tym wydarzeniem, żeby w ogóle pomyśleć o strachu. Wtedy Balakianin przemówił i wtedy Corelli oraz ja rozdziawiliśmy usta jeszcze szerzej niż Gibbons. Tak jak mówiłem wcześniej, Balak położony jest jakieś 20 000 lat świetlnych od Ziemi i zgodnie z naszą wiedzą byliśmy pierwszymi istotami ludzkimi, które kiedykolwiek znalazły się bliżej niż 100 parseków od tego miejsca.
„Panowie, proszę was, nie strzelajcie” — odezwał się do nas po terrańsku. Nazywam się Gaffa i zapewniam panów, że jestem absolutnie przyjazny. Musiałem przyznać Gibbonsowi punkt za to, że tak szybko myślał. Ogarnął całą sytuację, zanim jeszcze Corelli i ja zdołaliśmy zamknąć rozdziabione usta i już zaczął mówić do tubylca, tak jakby takie rzeczy działy się za każdym razem, kiedy lądowaliśmy na nowej planecie. Płynnie mówi pan po terrańsku – stwierdził Gibbons. Czy też może to jakiś rodzaj kontaktu telepatycznego stwarzający złudzenie komunikacji głosowej? Tubylec uśmiechnął się z zachwytem. Kontakt ma charakter głosowy. Nauczyliśmy się waszego języka od niezależnego poszukiwacza planet o nazwisku Haslop, który parę lat temu rozbił się tutaj. W Solar Exploitation człowiek uczy się oczekiwać nieoczekiwanego, ale dla mnie osobiście pomysł ten rozciągał pojęcie zbiegu okoliczności solidnie poza wiarygodne ramy.
Mieliśmy najnowszy, ostatnio zbudowany napęd oparty na zerointerwałowym transferze i jakoś nie byłem w stanie uwierzyć, że jakikolwiek niezależny planetarny poszukiwacz przygód mógłby nas wyprzedzić przy pomocy swojego staromodnego sprzętu. Terranin? – spytałem. A gdzie on teraz jest? Zaraz tu będzie – odparł Gaffa. – Z moimi kolegami. Kilkudziesięciu kolejnych Balakian wyglądających dokładnie tak samo jak nasz zwaliło się na nas przez karłowate zarośla. Razem z nimi pojawili się dwaj wychudzeni Terranie, ubrani w komplety luźnych koszulek i majtek, ewidentnie wykonanych na Balak. Nawet z większej odległości Terranie wyglądali niepokojąco podobnie do siebie, a kiedy znaleźli się bliżej, widać było, że są identyczni, jak bliźniaki. Masz kłopoty z liczeniem, kolego – powiedziałem.
Ja widzę dwóch Terran. Jest tylko jeden – poprawił mnie Gaffa, uśmiechając się szerzej. Ten drugi jest jednym z nas. Oczywiście nie uwierzyłem mu. Corelli zresztą też tego nie kupił. Jego oczy miały szklisty wygląd, a on sam kręcił głową, jakby coś wpadło mu do ucha. Jeden z Terran podbiegł do nas ze łzami w oczach i cały roztrzęsiony. Był tak strasznie rozemocjonowany, że zacząłem się obawiać, iż zaraz nas wycałuje. Nazywam się Ira Haslop – oznajmił załamującym się głosem. Spędziłem tutaj trwające całą wieczność 22 lata wygnania i myślałem już, że nigdy nie zobaczę terrańskiej twarzy.
A teraz... – przerwał, ale nie dla nabrania oddechu. Drugi wychudzony Terranin pochwycił go za rękę i obrócił go do tyłu. Co ty, u diabła, sobie wyobrażasz, ty zamaskowany koszmarze? – wrzasnął ten drugi. To ja jestem Ira Haslop i cholernie dobrze o tym wiesz. Jeżeli myślisz, że uda ci się przemycić siebie w moje miejsce i zamiast mnie polecisz na Ziemię... Pierwszy Haslop przez chwilę wpatrywał się w niego z zaskoczeniem. Potem strząsnął uderzeniem jego rękę ze swojego ramienia i zaczął wygrażać mu przed nosem kościstą pięścią. A więc na tym polega twoja gra.
To dlatego te stale wyszczerzone w uśmiechu dziwadła zrobiły cię takiego samego jak ja i zmusiły nas do wspólnego życia przez te wszystkie lata. Przez cały czas planowały naszą podmianę i chciały wysłać do domu ciebie zamiast mnie. O nie, to się nie uda. Drugi Haslop odwrócił się wtedy w jego stronę i obaj zwarli się ze sobą jak para wypuszczonych na wolność tygrysów, przeklinając i próbując wydłubać sobie oczy. Uśmiechnięci tubylcy rozdzielili ich po chwili i uważnie ich przebadali, szukając ewentualnych uszkodzeń, z wielką satysfakcją trajkocąc coś między sobą we własnym języku. Corelli, Gibbons i ja gapiliśmy się na siebie bezmyślnie jak trzech idiotów. Trudno było nawet pomyśleć, że jeden z tych dwóch ludzi mógłby nie być tym, za kogo się podawał – doskonale normalnym i rozwścieczonym Terraninem. Ale skoro obaj zarzekali się, że jeden z nich, ten drugi oczywiście, był obcą istotą, a sami tubylcy potwierdzali to oskarżenie, to co innego mieliśmy sądzić? Gaffa, który wydawał się być kimś w rodzaju przywódcy, wziął sprawy w swoje ręce i wyjaśnił całą sytuację wyglądającą na jakiś niewiarygodnych rozmiarów żart wysmażony przez tych ośmionożnych dowcipnisiów bez więcej oryginalnego Haslopa, w oczekiwaniu na dzień, kiedy na Balak być może wyląduje inny terrański statek. Prawdziwym celem, jak oznajmił Gaffa, było postawienie nas przed problemem możliwym do rozwiązania jedynie przez osobniki posiadające naprawdę dogłębne zrozumienie istoty swojego gatunku.
Jeżeli uda nam się go rozwiązać, jego rodacy będą gotowi nam pomagać w każdy możliwy sposób. Jeżeli nie... Nie spodobał mi się wydźwięk tego, co powiedział, więc ponownie sięgnąłem po swój pistolet termiczny. Podobnie zrobił kapitan Corelli i Gibbons, ale byliśmy zbyt wolni. Jakieś małe latające robale, pewnie kolejne ogniwo w łańcuchu balakieńskiej kooperatywnej ekologii, użądliły każdego z nas w tył szyi i odpłynęliśmy w niebyt. Kiedy obudziliśmy się ponownie, byliśmy gośćmi Gaffa i jego plemienia w czymś podobnym do osady o kilka mil od SE 2100 i poza zestawem własnych paznokci nie mieliśmy niczego, co mogłoby nam posłużyć za broń. Tubylcy nawet nie zadali sobie trudu, żeby nas związać albo gdzieś zamknąć. Obudziliśmy się, leżąc pośrodku kolistego placu otoczonego przez omszałe kopce wyglądające jak spłaszczone ule, które okazały się być chatami Balakian. Później dowiedzieliśmy się, że budynki te budowane były przez roje niewielkich podziemnych zwierząt podobnych do termitów, które wznosiły je z ziemi ziarnko po ziarnku, zgodnie z wcześniejszymi specyfikacjami. Nie potrafię nawet zacząć wyjaśniać skomplikowanych zasad stojących za harmonią istniejącą między wszystkimi istotami żywymi na Balak.
Po prostu takowa była i wydawała się działać na bazie czegoś w rodzaju hiperczucia albo połączenia telepatycznego między gatunkami. Każde stworzenie na planecie wykonywało pewne usługi dla jakiegoś innego stworzenia. Nawet rośliny, które były jadalne i nie miały połączeń nerwowych przewodzących ból, tak że zrywanie nie czyniło im krzywdy oraz które raz w tygodniu wysyłały chmury suchych jak pył zarodników wywołujących deszcz. A trójnożni ośmioramienni tubylcy stali dokładnie na szczycie tej zwariowanej utopii. Byli panami tego wszystkiego. Oczywiście nie było możliwości, żeby ktokolwiek z nas zainteresował się całą sprawą jako ekologicznym cudem. Od chwili, kiedy tylko się obudziliśmy, byliśmy za bardzo zajęci układaniem planów ucieczki z pułapki, w którą wpadliśmy. „Naszą jedyną nadzieją jest znachor” – przyznał kapitan Corelli i aż jęknął na samą tę myśl. Jeżeli ten hipochondryczny idiota będzie miał na tyle dużo rozumu, żeby siedzieć po cichu, być może mamy jakieś szanse. Jeżeli jego również dopadną, to jesteśmy zgubieni.
Znachor był cholernie cienkim włoskiem, aby zawiesić na nim cały nasz los. Nazywał się Alvin Freek, ale nikt nie używał jego nazwiska. Miał 29 lat i jak do tej pory nie dochrapał się w kosmosie niczego powyżej stanowiska laboranta hydroponicznego, co oznacza tylko stopień wyżej od pracownika fizycznego. Był niski, pulchny i zawsze różowiutki od ciągłego mycia i szorowania. Ponadto był jedynym hipochondrykiem, jakiego znałem w dzisiejszych nowoczesnych czasach, niemal pozbawionych chorób. Nieustannie marudził o zarazkach rojących się w jego zbiornikach redukcyjnych i przy każdym lądowaniu na kolejnej planecie, pomimo trwale immunizujących zastrzyków, okropnie się bał, że podłapie jakąś nieznaną obcą zarazę. Nieustannie raczył się miksturami wyciągniętymi ze starej książki medycznej, którą gdzieś znalazł i przez większość wolnego czasu po służbie rozpylał na siebie oraz po całej swojej kwaterze środki dezynfekcyjne. Jego mania miała tylko jedną dobrą stronę. Gdyby był zwykłym, normalnie zachowującym się hydroponikiem, śmierdziałby jak obora, a nie jak apteka. Nigdy nie próbowaliśmy się go pozbyć, ponieważ moglibyśmy trafić na jeszcze gorszego farmera zbiornikowego, ale teraz zaczęliśmy żałować, że tego nie zrobiliśmy.
Ledwie zajęliśmy się obmyślaniem sposobów i środków ucieczki, kiedy na nasz plac zwaliła się banda uśmiechniętych od ucha do ucha tubylców, dostarczając nam zdrowo śpiącego znachora. Doszedł do siebie tuż przed zachodem słońca i kiedy tylko opowiedzieliśmy mu, co się stało, natychmiast ponownie odpłynął, tym razem ze strachu. „Jesteś naprawdę wspaniałą pomocą, ty super sterylny kretynie” – stwierdziłem, kiedy obudził się po raz drugi. Prawdopodobnie dodałbym coś jeszcze dużo gorszego, ale wtedy właśnie zrobił się prawdziwy tumult. Powrócił Gaffa z dwoma spoglądającymi na siebie spode łba Hasslopami i opisał nam problem, który jego plemię przygotowywało dla nas przez ostatnie 22 lata. „Dowiedzieliśmy się już całkiem sporo od Hasslopa” – powiedział Gaffa. „Znamy więc trochę napięcia i złożone kwestie towarzyszące ekspansji waszego Dominium Terrańskiego w galaktyce i doszliśmy do wniosku, że z czasem musimy albo stać się częścią tego Dominium, albo kompletnie odizolować się od reszty wszechświata.” Po chwili mówił dalej: „Jesteśmy pokojowo nastawionym gatunkiem i uważamy, że prawdopodobnie równie dużo skorzystalibyśmy z waszych nauk fizycznych co wy z naszych umiejętności biologicznych. Najpierw jednak, zanim podejmiemy ryzyko ujawnienia się Ziemi, musi zostać rozwiązana kwestia kompatybilności. Tak więc obmyśliliśmy test pozwalający nam na określenie dalszego kierunku działania na przyszłość.” Unieśliśmy brwi i popatrzyliśmy po sobie nawzajem ze zdziwieniem, nie domyślając się wtedy jeszcze, co Balakianie naprawdę mieli na myśli. „Od tysięcy pokoleń poświęciliśmy całą energię poznaniu siebie oraz naszego środowiska naturalnego” – mówił dalej Gaffa.
„Ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że żaden gatunek nie może być w pełni zrównoważony, dopóki sam siebie nie zrozumie. Symbioza wszystkich organizmów żywych na naszej planecie jest wynikiem tej wiedzy. Zanim zaoferujemy nasze usługi Dominium Terrańskiemu, chcielibyśmy się upewnić, że wy również jesteście w stanie zrozumieć własny gatunek. I stąd wynika ten test, który dla was przygotowaliśmy.” Kapitan Corelli sztywno wyprostował się. „Wydaje mi się” – oświadczył – „że nasza trójka będzie potrafiła rozwiązać waszą małą zagadkę, jeżeli w końcu raczycie nam powiedzieć, na czym ona polega.” Gaffa posłał zaintrygowane spojrzenie znachorowi i widać było, że zastanawia się, dlaczego Corelli nie włączył go do swojej przechwałki. Ale Gaffa nie wiedział, jak prostym człowiekiem potrafił być znachor ani jak bardzo zaabsorbowany był swoją własną fizjologią. „Jeden z tych dwóch osobników” – powiedział Gaffa, wskazując na Hasslopów – „jest oryginalnym Iro Hasslopem, który znalazł się tutaj 22 terrańskie lata temu. Drugi jest naszą syntetyczną kreacją, androidem, jeżeli wolicie panowie to określenie. Jest identyczny co do najdrobniejszej komórki ze swoim oryginałem, przynajmniej w zakresie zewnętrznego podobieństwa. Nie mogliśmy powielić wnętrza bez szczegółowej sekcji oryginału, co oczywiście nie wchodziło w rachubę, tak więc byliśmy zmuszeni pójść tutaj na kompromis.” Gibbons przerwał mu z niedowierzaniem.
„Chciał pan powiedzieć, że stworzyliście żywe stworzenie razem z mózgiem i wszystkim innym?” „Tylko ciało” – wyjaśnił Gaffa. „Stworzenie istoty inteligentnej ciągle jest poza naszym zasięgiem. Mózg powielonego Hasslopa jest mózgiem jednego z nas, przetransplantowanym i uwarunkowanym do poznania więcej wspomnień i ideologii, jakie posiada Hasslop.” Przerwał na chwilę, zaś krąg oczekujących Balakian uśmiechnął się szeroko w oczekiwaniu na kolejne słowa. „Wasz problem polega więc na tym” – podjął Gaffa – „jeżeli znacie siebie samych na tyle dobrze, aby skorzystać z naszej pomocy, powinniście być w stanie łatwo odróżnić rzeczywistego Hasslopa od fałszywego. Jeżeli wam się nie uda, nie będziemy mieli innego wyboru, jak zatrzymać was tutaj na Balak przez resztę waszego życia, ponieważ wypuszczenie was sprowadziłoby do nas innych Terran w przeważającej sile.” I o to właśnie chodziło. Wszystko, co mieliśmy zrobić, to wziąć te identyczne bliźniaki, wyglądające tak samo, myślące tak samo i przeklinające tak samo i zdecydować, który z nich był prawdziwy, a który fałszywką. „Z bardzo istotnego powodu, który być może odkryjecie, a może nie” – dodał jeszcze Gaffa – „test musi zostać ograniczony do paru godzin. Panowie, macie czas do jutrzejszego wschodu słońca.” I z tymi słowami odkuśtykał tym charakterystycznym, podskakującym krokiem, zabierając ze sobą swoje uśmiechnięte od ucha do ucha kohorty. Dwaj Hasslopowie zostali z nami, groźnie spoglądając i pomrukując na siebie. Początkowo sytuacja nie wyglądała jakoś specjalnie źle.
„Nie ma takich dwóch rzeczy na świecie” – oznajmił kapitan Corelli – „które byłyby dokładnie i doskonale identyczne. Twierdziłbym, że ta zasada stosuje się specjalnie do tożsamości ludzi.” To zabrzmiało pokrzepiająco. Nie znałem się zbyt dobrze na logice jako bardzo przeciętny nawigator SE, którego sprzęt zbudowany został tak, aby wszystko robić dla niego praktycznie automatycznie, a Corelli zdawał się wiedzieć, o czym mówi. Gibbons jako naukowiec widział jednak sytuację nieco odmiennie. „To nie jest nawet dobra sofistyka” – stwierdził. – „Kapitanie, pojęcie tożsamości w odniesieniu do dwóch obiektów w ogóle nie ma żadnego znaczenia, jeżeli wcześniej nie dokonamy identyfikacji zarówno pierwszego z nich, jak i drugiego. Sam Arystoteles nie byłby w stanie rozróżnić jabłka od orzecha kokosowego, gdyby wcześniej ich nie widział ani o nich nie słyszał.” „Każdy głupiec to wie” – chrząknął jeden z Hasslopów, a drugi dorzucił w tym samym tonie: „Hej, chłopcy, jeżeli macie zamiar podchodzić do tego w taki sposób, zostaniemy tutaj na zawsze.” „W porządku” – powiedział nieco przygaszony Corelli. – „Spróbujmy z innej strony.” Myślał przez minutę czy dwie. „A co z przeskanowaniem ich pod kątem szczegółów z ich życia? Prawdziwy Hasslop był eksploratorem, co oznacza, że zanim rozbił się tutaj, musiał mieć za sobą tysiące lądowań na innych planetach.
Fałszywka nie może pamiętać szczegółów tych wszystkich planet równie dobrze, jak oryginał, niezależnie od tego, ile razy mu je powtarzano, co?” „To nie zadziała” – z niesmakiem oświadczył jeden z Hasslopów. – „Do diabła, po 22 latach ja sam nie pamiętam już tych miejsc, a przecież to ja tam byłem.” Drugi z Hasslopów posłał mu ciężkie spojrzenie. „Byłeś tutaj, stary. To ja tam byłem.” Zaś do kapitana powiedział: „W ten sposób nigdzie nie dojdziemy, przyjacielu. Nie doceniacie tych Balakian. Oni wyglądają i zachowują się jak dziwadła, ale naprawdę są bystrzy. W trakcie tych 22 lat, jakie przeżyłem tutaj z tą kiepską kopią mnie samego, on nauczył się wszystkiego, co wiem.” „Ma rację” – wtrącił się Gibbons. Zamrugał kilka razy powiekami i zrobił się różowy. – „Chyba że przypadkiem prawdziwy Hasslop miał żonę. Ja sam jestem co prawda kawalerem, ale wydaje mi się, że żonaty mężczyzna nie dyskutuje o pewnych wspomnieniach, nawet jeżeli staje się rozbitkiem.” Kapitan Corelli wpatrywał się w niego z podziwem.
„Chyba cię nie doceniałem, Gibbons” – zawołał. – „Masz rację. Jak mogłem?” „To bezużyteczne” – ponuro stwierdził Hasslop. – „Nigdy się nie ożeniłem i nigdy się nie ożenię, jeżeli będę musiał polegać na was, głąby, w sprawie wyciągnięcia mnie z tego bagna.” Zaraz potem zaszło słońce i opadł usypiający zmrok. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że będziemy musieli kończyć nasze badania w ciemnościach, ale tubylcy mieli na to środek zaradczy. Skądś pojawił się rój świetlików o rozmiarach wróbli i zaczął krążyć wokół placu, czyniąc go równie jasnym, jak za dnia. Balakiańskie domy na granicy kręgu zmieniły się w rozmazany rząd cieni spłaszczonych kopców. Przed nimi na ziemi usiadł po turecku pierścień tubylców – niezła sztuczka, biorąc pod uwagę, że mieli oni trzy nogi do skrzyżowania – uśmiechających się do nas od ucha do ucha. Czekali na tę imprezę 22 lata i teraz, kiedy się w końcu rozpoczęła, cieszyli się każdą jej minutą. Nasze dociekania szły dosyć opornie.
Świetliki w górze krążyły bez przerwy i to przez cały czas w jedną stronę, co za każdym razem, kiedy człowiek uniósł wzrok, wywoływało uczucie zawrotu głowy. W dodatku znachor pamiętał, że jest więźniem w obcym środowisku oraz że znalazł się na łasce obcych chorób, które mogły przebić się przez jego trwałą immunizację. Nieustannie mamrotał i burczał do siebie pod nosem o ryzyku, a jego gadanie działało nam na nerwy jeszcze gorzej niż zwykle. Podszedłem do niego, żeby go uciszyć i aż zamrugałem oczyma, kiedy zauważyłem, że wpycha coś do ust. W pierwszej chwili pomyślałem, że jakoś udało mu się przemycić ze statku trochę koncentratów żywnościowych i myśl ta uświadomiła mi, jak bardzo byłem głodny. „Co ty tam masz, znachor?” — zacząłem go wypytywać. — „No dalej, pokaż, co tam chowasz.” — „Trochę antybiotyków i takich tam rzeczy” — odpowiedział i wyciągnął z kieszeni małe, płaskie plastikowe pudełeczko. To była jego przenośna apteczka, którą nosił wszędzie ze sobą, tak jak przesądni ludzie noszą przy sobie króliczą łapkę i która w dużej mierze odpowiedzialna była za to, że przezywaliśmy go znachor. Była ona wypełniona patentowymi kapsułkami różnych remediów, które znalazł w swojej książce medycznej. Zraniony palec, zaskakujący ból głowy, wzdęcie gazów w żołądku nigdy nie zdołają złapać znachora nieprzygotowanego.
„Świrus” — stwierdziłem i poszedłem z powrotem do Gibbonsa i Corelliego dyskutujących nad nowym podejściem do naszego problemu. „Warto tego spróbować” — powiedział Gibbons. Zwrócił się do dwóch Hasselopów, którzy jarzyli się na siebie jak para dziwacznych psów. To pytanie jest naprawdę ważne, Hasselop. Czy kiedyś przechodziłeś przez test Rorschacha percepcji tematycznej albo swobodnych skojarzeń? Prawdziwy Hasselop nie przechodził. To znaczy obaj. „A więc spróbujemy swobodnych skojarzeń” — oznajmił Gibbons i wyjaśnił, czego od nich chciał. — „Woda” — rzucił Gibbons szybko i ostrym tonem. — „Kurek” — odpowiedzieli razem obaj Hasselopowie.
Dokładnie tak samo odpowiedziałby każdy żyjący w kosmosie człowiek, ponieważ jedyną wodą istotną dla niego była woda ze zbiornika statku. Jezioro, rzeka czy źródło były dla niego tylko słowami z książek. Gibbons przygryzł wargę i spróbował ponownie, ale za każdym razem skutek był taki sam. Kiedy rzucił słowo „wypłata”, obaj odpowiedzieli „hulanka”. A kiedy powiedział „mężczyzna” w odpowiedzi obydwaj zawołali „kobieta” z tym samym blaskiem w oczach. „Od razu mogłem powiedzieć, że to się nie uda” — oświadczył jeden z Hasselopów, kiedy Gibbons wyrzucił ręce do góry w geście poddania. — „Żyłem tak długo z tym sztuczniakiem, że on wie nawet, co będę chciał za chwilę powiedzieć.” — „Miałem właśnie wyjaśnić to samo” — warknął drugi z nich. — „Po 22 latach picia i dyskusji z nim zaczęliśmy w końcu, Boże mi dopomóż, tak samo myśleć.” Spróbowałem również dołożyć własnej ręki tylko raz. „Gaffa powiedział, że oni są dokładnie jednakowi, przynajmniej co do wyglądu zewnętrznego” — przypomniałem. — „Ale może się mylił albo okłamywał nas.
Lepiej chyba będzie, jeśli sami to sprawdzimy.” Oczywiście Hasselopowie podnieśli wrzask, ale nic im to nie pomogło. Gibbons, Corelli i ja rzuciliśmy się na nich jednocześnie. Znachor odmówił pomocy z powodu obawy przed zakażeniem i dokładnie ich przebadaliśmy. To była wyczerpująca robota, ponieważ obaj zaklinali się, że mają łaskotki, a w innych okolicznościach mogłoby to być bardzo ambarasujące. Badanie pozwoliło jednak ustalić pewną sprawę. Gaffa nie kłamał. Byli zupełnie identyczni, przynajmniej w takim zakresie, w jakim mogliśmy to sprawdzić. Poddaliśmy się i mieliśmy właśnie trochę odpocząć od naszej pracy, kiedy przyszedł Gaffa, uśmiechając się do nas z ciemności. Przeniósł wielki kryształowy dzban czegoś, co spokojnie mogłoby ujść za pierwszorzędny poncz planetarny, tyle że miało w sobie bliżej dwóch trzecich alkoholu niż mieszanki pół na pół, jaką można zazwyczaj otrzymać w większości międzyplanetarnych wyszynków. Obaj Hasselopowie łyknęli sobie, przyjmując to jako coś oczywistego.
Widać było, że byli przyzwyczajeni do tego trunku, a reszta z nas nie dała długo na siebie czekać. Tylko znachor odmówił, zieleniejąc na samą myśl o tych wszystkich obcych bakteriach, które mogły pływać w dzbanie. Kilka drinków spowodowało, że od razu poczuliśmy się lepiej. „Tak sobie myślałem” — zawahał się kapitan Corelli — „o tym, że kiedy Gaffa mówił nam o ograniczonym czasie trwania testu, powiedział również, że możemy lub nie odkryć tego przyczynę. Pomyślcie, co ten uśmiechający się poganin chciał przez to powiedzieć. Czy rzeczywiście jest jakiś powód? Czy chciał nas tylko odciągnąć od podążania tropem fałszywego Hasselopa?” Gibbons wyglądał na bardzo zamyślonego. Rozsiadłem się wygodniej, kiedy on się zadumał i obserwowałem znachora przełykającego kolejną kapsułkę z antybiotykiem. „Chwileczkę” — zawołał Gibbons. — „Kapitanie, naprawdę na coś wpadłeś.” Wpatrzył się w Haslopów.
Odpowiedzieli niewzruszonym spojrzeniem. „Gaffa powiedział nam, że jesteście dokładnie identyczni od zewnątrz” – kontynuował Gibbons. – „Co zresztą sprawdziliśmy. Czy on chciał przez to powiedzieć, że wewnątrz nie jesteście tacy sami?” „No pewnie” – odparł jeden z nich. – „Ale co z tego? Możecie być cholernie pewni, że nie mamy zamiaru pozwolić wam nas pokrajać, żeby to sprawdzić.” „Zaciemniasz problem” – warknął Gibbons. – „Zmierzam do tego, że jeżeli nie jesteście jednakowo zbudowani w środku, to nie możecie egzystować na bazie tego samego rodzaju diety. Jeden z was zjada pożywienie podobne do tego, co i my. Drugi nie może. Ale który jest który?” Jeden z Haslopów wskazał drżącym palcem na drugiego.
„To on” – oznajmił. – „Przez całe 22 lata obserwowałem go, jak wypija swoją kolację. To on jest podróbką.” „Kłamca!” – wrzasnął ten drugi, zrywając się z ziemi. Corelli wszedł między nich i drugi Haslop zrezygnował, mrucząc pod nosem. „To faktycznie prawda, tylko że to on wypija swoje posiłki. Ta gorzała w dzbanie jest pożywieniem niezbędnym mu do życia. Alkohol dostarczający energii z rozpuszczonymi w nim minerałami i innymi rzeczami. Ja piję z nim tylko dla przyjemności, ale ta podróba nie może jeść niczego innego.” Corelli pstryknął palcami. „A więc to dlatego ograniczyli nam czas i przynieśli ten dzban, żeby ich fałszywemu Haslopowi nie zabrakło paliwa. Aby rozróżnić ich obu, wystarczy więc, że damy im do zjedzenia coś stałego.
Ten, który to zje, jest prawdziwym Haslopem.” „Pewnie, potrzeba nam tylko trochę stałego pokarmu” – zauważyłem. – „Czy któryś z was czasami nie ma przy sobie paru kanapek?” Wszyscy zamilkli ponuro na parę kolejnych minut, a ciszę przerwał dopiero znachor, zaskakując nas wszystkich samą decyzją, aby się odespać. „Ponieważ utknąłem tutaj do końca życia” – oznajmił – „Kilka zarazków mniej lub więcej nie ma już żadnego znaczenia. Czy mógłbym prosić o podanie mi tego dzbana?” Pociągnął solidny łyk ognistego trunku, zapomniawszy nawet o otarciu brzegu dzbana. Po tym fakcie poddaliśmy się. A kto by tego nie zrobił? Kapitan Corelli stwierdził, że do diabła z tym wszystkim i sam pociągnął taki haust z dzbana, że obaj Haslopowie zaczęli wrzeszczeć, jakby ich obdzierano ze skóry i szybko sami złapali za niego. Potem już tylko siedzieliśmy w kręgu, piliśmy, rozmawialiśmy i czekaliśmy na wschód słońca, który miał skazać nas na pobyt na Balak przez resztę życia. Rozmyślanie o postawionym nam problemie przypomniało mi starą zagadkę, którą gdzieś słyszałem. O trzech mężczyznach, którzy zostali rozmieszczeni w pomieszczeniu w taki sposób, by każdy z nich mógł widzieć pozostałych dwu, ale nie siebie samego.
Pokazano im trzy białe kapelusze i dwa czarne, a następnie zawiązano oczy i każdemu z nich nałożono na głowę kapelusz. Kiedy zdjęto im opaski z oczu, trzeci z mężczyzn wiedział zawsze, jakiego koloru ma kapelusz, widząc pozostałych dwu oraz na podstawie tego, co powiedzieli oni. Zawsze jednak zapominałem, skąd on to wiedział. Problem kapelusza zaabsorbował nas tak bardzo, że niebo na wschodzie zrobiło się zupełnie różowe, zanim to sobie uświadomiliśmy. Jednak nikt z nas tak właściwie nie zobaczył, jak wschodzi słońce poza znachorem i fałszywym Haslopem. Byłem właśnie w środku zdania, kiedy zupełnie nagle mój żołądek zwinął się w trąbkę i zawarczał jak zraniony tygrys. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem tak koszmarnego uczucia. Wpatrywałem się w innych, zastanawiając się, czy to nie ten towar w dzbanie zatruł nas wszystkich i zobaczyłem, że Gibbons i Corelli spoglądają na siebie z podobnym do mojego zaskoczonym wyrazem oczu. Trafiło to również jednego z Haslopów. Na jego twarzy pojawiła się taka sama niewyraźna mina wokół ust, a pot spływał mu po czole kroplami wielkości grochu.
A potem cała nasza czwórka zerwała się na nogi i ruszyła sprintem w poszukiwaniu zacisznego miejsca, pozostawiając znachora i drugiego Haslopa spoglądających za nami. Zdawało mi się, że Haslop, który został, wyglądał, jakby mocno był tym zaintrygowany, ale znachor tylko udawał zainteresowanie, natomiast był niesamowicie rozbawiony. Jednak nie byłem tego za bardzo pewien. Nie było czasu na drugie spojrzenie. Kiedy później wróciliśmy na plac, wstrząśnięci i bladzi, przez cały czas z trudem powstrzymując się od kolejnego sprintu, zobaczyliśmy, jak Gaffa i jego wyszczerzeni kumple składają gratulacje znachorowi. Fałszywy Haslop porzucił swoją rolę i zdawał się być bardzo szczęśliwy. „Przez te 22 lata naprawdę polubiłem Haslopa” – wyjaśnił. – „Tak więc stałem się nieco stronniczy, sprzyjając jego gatunkowi. Jestem naprawdę zachwycony, że przyłączymy się do waszego dominium. Wiem, że Balak i Terra będą znakomicie razem współpracowały, ponieważ wy, ludzie, jesteście tacy pomysłowi i tak doceniacie sprawy związane z humorem.” Zignorowaliśmy Balakian i wsiedliśmy z zawziętością na znachora.
„Co wrzuciłeś do dzbana po tym, kiedy z niego łyknąłeś, ty zakało ludzkości? – wywarczałem. – Co to było?” Znachor cofnął się z czujnym błyskiem w oku. „Przepis z części curiosa, mojej książki medycznej” – odparł. „Przygotowałem sobie parę kapsułek do mojego zestawu podręcznego, tak na wszelki wypadek i po prostu wpadło mi to do głowy, kiedy...” „Daj sobie spokój z tymi wstępami” – przerwał mu kapitan Corelli. „Gadaj, co to było?” „Formuła wymyślona przez pradawnych barmanów na Ziemi i zdecydowanie niepolecana poza najcięższymi przypadkami” – wyjaśnił znachor. – „O bardzo dziwacznej nazwie. Nazywa się mianowicie Podwójny Mickey.” Pewnie byśmy go tam zamordowali na miejscu, gdyby tylko mikstura znachora nam na to pozwoliła. Później jednak musieliśmy przyznać, że znachor właściwie to wyrządził nam sporą przysługę, ponieważ dzięki wykryciu prawdziwego Hasslopa uratował nas przed ugrzęźnięciem do końca życia na Balak. Zaś Balakianie stali się natychmiast tak ogromną sensacją w Dominium Terrańskim, że udział znachora w ich przyjęciu w ciągu jednej nocy zrobił z niego gwiazdę.
Ktoś wysoko w kręgach rządowych wyciągnął go z pracy terenowej dla Solar Exploitation, załatwiając mu synekturę w laboratorium badającym antybiotyki, do którego pąknął bez zwłoki, szczęśliwy jak świniak na polu kartofli. Co udowadnia stwierdzenie poczynione przeze mnie na początku, że jedyną rzeczą, o którą nie trzeba się martwić podczas pracy dla Solar Exploitation, jest nadmiar nudy. Czy rozumiecie państwo teraz, co chciałem przez to powiedzieć? Koniec. Roger Zelazny „Ściana płaczu”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Odrętwiały ze zgrozy, która nie opuszczała go od chwili, kiedy odzyskał świadomość, stwierdzając, że jest nagi i pozbawiony broni, Farrell nie miał pojęcia, od jak dawna już pozostaje zagubiony w ciemnościach wydrążonej setkami tuneli kopuły himenopów. Ciemność i wilgotny chłód powietrza mówiły mu, że znalazł się głęboko pod ziemią, być może na najniższym poziomie rojowiska. Gdzieś tam w górze leżały milczące komory audiencyjne, uginające się pod ciężarem pyłu całych pokoleń i zamieszkałe wyłącznie przez tajemnicze, pszczele obrazy. Na zewnątrz kopuły, w zakolu leniwie płynącej srebrzystej rzeki, rozpościerała się wioska Sadr 3 z garstką niegdyś normalnych terrańskich kolonistów, zaś na wzgórzu ponad wioską mieli czekać na niego w niesprawnym Marco 4 Gibson, Straker i Saviore.
Czekać na niego. Równie dobrze mogli już wracać na Terrę i znajdować się pięćset lat świetlnych stąd. Sześć stóp od niego ściany korytarza z obu stron lekko zawijały się u góry. Spłaszczony owal konstrukcji tunelu zaprojektowany był dla obcych o wielu stopach, oświetlony dostatecznie dobrze dla fasetowych oczu, potrzebujących zaledwie niewielkiego ułamka światła niezbędnego do tego, by mógł widzieć Ziemianin. Farrell był w stanie dostrzec coś zaledwie na odległość dwu jardów, przy tym niewyraźnie, jakby przez gęstą mgłę. Dalej nie było już niczego poza ciemnością i obcym labiryntem krzyżujących się wzajemnie korytarzy, które zataczały kręgi przez wieczność, bez końca. Za nim podążali ścigający. Ludzcy tubylcy lub najeźdźcy himenopii. Nie miał możliwości, aby to sprawdzić. Zbliżali się do niego z suchym, cichym szelestem sugerującym bliskie niebezpieczeństwo, co poderwało Farrella i pchnęło go na ślepo w głąb labiryntu.
Po to, by po chwili się zatrzymał. Stanął roztrzęsiony, kiedy dokładnie takie same szelesty doleciały do niego z przodu. Czegoś takiego właśnie bał się od samego początku. Nie mógł posuwać się naprzód ani nie mógł się wycofać. Skręcił w poprzeczny korytarz po swojej prawej stronie. Po chwili zobaczył niewyraźny, owalny otwór, który wydawał się nieco większy niż otaczająca go ściana. Rzucił się w niego, jakby prowadził do jakiegoś schronienia i zbyt późno uświadomił sobie, że ta decyzja została na nim wymuszona. Wszystko zostało zaplanowane od samego początku, że ma wybrać tę, a nie inną drogę. Przez cały czas był popędzany jak zwierzę bez postronka, kierowany w odpowiednią stronę przez poczucie nieustannego niebezpieczeństwa, którego formy nigdy sobie do końca nie uświadamiał. Wiedzieli, którędy idzie i dlaczego.
Ale gdzieś tam dalej, na końcu bezcelowej wędrówki tunelem widać było światło. Gdyby udało mu się tam dotrzeć, mógłby coś zobaczyć. Nie znalazł światła, a jedynie mniejszą ciemność. Tunel doprowadził go do jakiejś większej komory, której zewnętrzne brzegi ginęły w ciemnościach, ale na środku której stała potężna cylindryczna maszyna wyglądająca jednocześnie i obco, i znajomo. Podszedł do niej z wahaniem, z dezorientowanym przez chwilę nierzeczywistym wrażeniem nawracającego doświadczenia, pozornie prawdziwego wspomnienia – déjà vu. To był generator fali pierścieniowej i dla tej właśnie rzeczy zaryzykował wyprawę do wnętrza kopuły. Jego dezorientacja wynikała z podobieństwa stojącego przed nim urządzenia do uszkodzonego generatora na pokładzie Marco 4 oraz silnych skojarzeń, które ono budziło. Gibsona pracującego nad naprawą siłowni statku, jego podkreślonej czarnymi brwiami twarzy, rzucającej groźne spojrzenia i skupionej. Silnego brązowego ciała poruszającego się ze swobodną ekonomią ruchu zapaśnika Oraz Strikera, łysego, grubego i zatroskanego, z głośnym sapaniem krążącego zejściówką góra-dół między maszynownią a pomieszczeniem z mapami. Jego myśli i troski podzielone były między pracę Gibsona i przedłużające się milczenie Farrella w kopule.
Striker w tym momencie najprawdopodobniej żałował swego wróconego optymizmu, który pchnął go do wysłania nawigatora w miejsce, w które sam nie mógł pójść. Zdenerwowanie i niepokój, które pewnie zastąpiły pompatyczną pewność siebie Strikera, stłumiły tryskający zazwyczaj z niego potok socjopsychologicznych truizmów rodem z podręcznika odzyskiwania kolonii. "Jeśli chodzi o adaptacyjność", powiedział Striker wieczorem wieki wcześniej. "Homo sapiens bywa dosyć dziwnym gatunkiem. Bardziej może podatnym na paradoks tępego uporu niż jakakolwiek inna forma życia, na jaką moglibyśmy się natknąć tutaj, w kosmosie." Przesunął wygodniej swoje potężne ciało leżące na trawie pod otwartym włazem Marco 4. Nie przeszkadzał mu szczęk narzędzi wewnątrz statku, gdzie Gibson i Xavier, mech Marco, pracowali nad uszkodzoną siłownią. Splótł palce na swym tłustym, wydatnym brzuchu i popatrzył spokojnie przez zmrok na Farrella, który leżał na wznak, palił papierosa i obserwował coraz jaśniejsze gwiazdy na wieczornym niebie. "Izoluj ludzką kolonię od jej ojczystej planety przez dwa stulecia. Na połowę tego okresu oddaj ją w niewolę hegemonii tak obcej jak cywilizacja hymenopskiego roju, a potem pozostaw ją na pastwę tylko własnych narzędzi, pozbawiając dostępu do wszystkich innych narzędzi, jakie mogą stworzyć wyrafinowane systemy społeczne. Ale ludzie zasadniczo pozostali tacy sami, Arthurze.
Pomimo nabytych powierzchownych zmian. Są kompletnie niezdolni do rozwinięcia jakiegokolwiek systemu mechanizmów kontrolnych, jakiego inni ludzie nie potrafiliby zrozumieć, przy założeniu, że znane są uwarunkowania środowiskowe, które ten system powołały do życia. W swej głębi ci tubylcy z Saturn 3 nie są odmienni od nas. Nie pozwalają na to mechanizmy dziedziczenia." Farrell, słuchając jednym uchem, wpatrywał się w górę, w białego, jaskrawo świecącego Deneba i bliźniacze niebiesko-żółte klejnoty Albireo. Szukał dalekiej iskierki słońca. Ziemia leży, pomyślał sobie, 500 lat świetlnych stąd. Z Ziemi cała ta barwna, obca panorama gwiezdna była zaledwie jednym z punktów odniesienia dla podrzędnych astronomów, pomniejszym układem gwiazd, doskonale znajomym i niczym się niewyróżniającym. Pomrugiwania rozjaśniających się okien skaczące po całej wiosce ściągnęły z powrotem jego uwagę na porozrzuconą gromadę domków nad rzeką oraz na wielką, niepokojącą kulę kopuły hymenopów górującą ponad nimi jak olbrzym nad Pigmejami. Podniósł się i usiadł nerwowo. Wiatr rozwiał mu włosy i poniósł wirujący dymek jego papierosa w cienkich, latających spiralach.
"Zabrzmiało to tak gładko, jak w rozdziale 'Reorientacja', z którego zaczerpnąłeś ten kawałek", stwierdził Farrell. "Ale tutaj to nie pasuje, Lee. Ci koloniści przeżyli podobne perypetie co inni koloniści, których odnaleźliśmy, ale nie reagują tak samo jak tamci. Albo ci cholerni hymenopie wyprali im mózgi permanentnie, albo mamy tu do czynienia z jakimś plemieniem dziedzicznych maniaków." Striker szturchnął go sokratycznie. "A konkretniej? Kiedy rozbiliśmy się tutaj pięć tygodni temu, we wiosce żyło równo 1000 tubylców, plus minus parę niemowląt na rękach. Od tego czasu z tej społeczności ubyło 126 członków, wszyscy na skutek samobójstw lub morderstw. Początkowo wszyscy mieszkańcy wioski zbierali się o wschodzie słońca i wchodzili na godzinę do kopuły, zanim udali się w pole. Od czasu naszego przybycia ten okres skracał się coraz bardziej, aż do kilku minut. Tyle udało nam się dowiedzieć z obserwacji.
Drogą bezpośrednią nie dowiedzieliśmy się kompletnie nic, poza tym, że oni znają standardowy język terrański, ale go nie używają. Jaki więc to jest system?" Striker pociągnął z zakłopotaniem za kosmyk na obwarzanku siwych włosów pozostawionych mu przez lata. "I na tym w tej chwili polega główna zagwozdka", przyznaje. "Gdyby tylko chcieli z nami porozmawiać, mogliby nam powiedzieć, jakie są ich pragnienia, obawy i problemy. My zaś byśmy wiedzieli, co jest nie tak i co można w tej sytuacji zrobić. Ale mechanizmy kontrolne wtłoczone im siłą przez hymenopów albo nabyte przez nich od czasu oswobodzenia wydają się zmieniać ich oryginalną ideologię tak radykalnie, że..." "Że to ewidentni szaleńcy", dokończył za niego Farrell. "Cała ta koncepcja jest nienaturalna, Lee. Zastanów się nad czymś takim. Wysłaliśmy Xaviera ze statku, a ten spotkał się z pierwszym tubylcem, który się napatoczył, i nasz tubylec rozmawiał z nim. Słyszeliśmy to wszystko przez monitoring.
Tubylec nazywał się Tarvil. Mówił standardowym terrańskim i zachowywał się przyjaźnie. Potem pokazaliśmy się sami, a kiedy zobaczył, że jesteśmy ludźmi, a nie mechami jak Xav, nabrał wody w usta. Tak samo, jak wszyscy pozostali we wiosce. Martwi mnie to, Lee. Jeśli na pokładzie Marco nie spodziewali się ludzi, to kogo w imię boskie oni się spodziewali?" Usiadowił się niespokojnie i odgasił papierosa. "W każdym razie to nieistotna planeta, cała pokryta oceanem poza tym jednym niewielkim kontynentem. Uważam, że powinniśmy ją spisać na straty i zabierać się stąd w diabły, zaraz jak tylko naprawimy generator fali pierścieniowej Marco IV. Nie możemy spisać jej na straty – sprzeciwił się Striker. Poza odzyskaniem kolonii możemy zdobyć dla Federacji wartościowe źródło morskiego pożywienia.
Arthur, chyba nie pozwolisz, żeby garstka otumanionych ludzi zalazła ci za skórę, co? Farrell mruknął coś niecierpliwie pod nosem i zapalił kolejnego papierosa. Króciutki rozbłysk jego zapalniczki rozdarł ciemność i pozwolił wychwycić szybki ruch kamieni między Marco IV i wioską. Jest pewien powód, dla którego tak się niepokoję – odparł Farrell. Ci Sadrianie mogą być zupełnie nieszkodliwi, ale wpadli na pomysł wystawienia posterunku, który ma nas pilnować. Dzisiaj też na tej trawiastej równinie są wartownicy. Odwrócił się z niepokojem do Strikera. Obserwowałem przez infraskaner, jak ci wartownicy zmieniają się i nic do siebie nie mówili. Śledziłem ich powrót do wioski i nie widziałem, aby którykolwiek z nich odezwał się. W wiosce krzyknął jakiś człowiek.
Był to krzyk czystego cierpienia, który poderwał obu mężczyzn na baczność. Po chwili usłyszeli gorączkowy tupot biegnących stóp, niemożliwy do pomylenia z takiej odległości. Uciekający człowiek wyskoczył z ciemnej grupy domków, przebiegł przez rzekę i popędził przez trawiastą równinę, przez cały czas krzycząc. Pościg dopadł go w połowie drogi do statku. Dostrzegli tylko krótką szamotaninę, a następnie rozbiegające się cienie milczących postaci. Potem już nic. Znowu to zrobili – powiedział Farrell. Któryś z nich próbował dostać się do nas. Pozostali go zabili i kto może wiedzieć, jakiego rodzaju pokręcone motywy nimi kierowały. Codziennie rano chodzą w milczeniu do kopuły.
Pracują potem przez cały dzień na polach, nie patrząc nawet na siebie nawzajem. Ale każdej nocy co najmniej jeden z nich próbuje uciec z wioski i dostać się tutaj, tak jak to było przed chwilą. Lee, nie moglibyśmy im zaufać, nawet gdybyśmy byli w stanie ich zrozumieć. Na tym polega nasza praca, żeby ich zrozumieć – zapalczywie odparł Striker. Naszym celem jest odnajdywanie kolonii wypaczonych przez himenopów oraz naprawa sytuacji w nich, jeśli jesteśmy w stanie to zrobić. Jeżeli nie damy rady, wzywamy długoterminowy zespół reorientacyjny i po trzech pokoleniach cywilizacja z powrotem wraca do terryjskiego społeczeństwa. Bardzo pomaga to, że zniewolone kolonie nieodmiennie tracą swoją wiedzę dotyczącą długowieczności. Nie otrzymają jej na powrót, dopóki nie będą do tego gotowe. Arthurze, widziałem parę paskudnych efektów eksperymentów himenopów na ludzkich koloniach. Na przykład dziewiąta planeta Bety Pegaza, ponownie odkryta, jak mi się wydaje, w 3910.
Tam, gdzie rozwinęła się religijna fiksacja na tle kultury urodzaju i płodności. Mania rozwinięta przez himenopów, aby dostarczyć taniej siły roboczej dla ich kopalń. Tu byłym zaprzestali górnictwa dopiero, kiedy himenopie zrezygnowali z inwazji i wycofali się z powrotem na 70 Wężownika, ale ciągle mnożyli się jak króliki, gdy ich odnaleźliśmy. Hodowani przekonaniem kulturalnym podobnym do obserwowanych pośród ras orientalnych ze starożytnej historii Terry, ale nie poszli za orientalną tradycją nienaruszalnych świętości. Nie mogli tego zrobić. Było ich zbyt wielu. Do czasu, kiedy ich odnaleziono, ich populacja liczyła 14 miliardów i pożerali się nawzajem. A jednak wyprostowanie tego wszystkiego zajęło tylko trzy pokolenia. Striker wziął jednego z papierosów Farrella i spokojnie go zapalił. Jeżeli już o tym mówimy, to Ziemia także miała swój własny zestaw dziwacznych cywilizacji.
Przypominam sobie o jednej, która istniała niedawniej niż w XX wieku i dorównywała wszystkiemu, na co możemy natknąć się tutaj. Każde społeczeństwo powinno być wyposażone w zestaw społecznych mechanizmów kontrolnych, mających na celu dostarczanie mu jako całości minimum przyjemności, minimum niewygód. Ale ci antyczni ziemscy Tobuanie, wyspiarscy Aborygeni, o ile pamiętam, dostosowali się do otaczającego ich środowiska w sposób dokładnie przeciwstawny. Odwrócili normę i stali się społeczeństwem paranoików nienawidzących się nawzajem w stopniu wprost proporcjonalnym do bliskości związków między nimi. Mężowie i żony nie cierpieli się nawzajem. Synowie i ojcowie. Teraz opowiadasz mi tu bajki – zaprotestował Farrell. Tego rodzaju społeczeństwo byłoby zbyt irracjonalne, aby funkcjonować. Ale ten system działał – upierał się Striker. Był całkiem stabilny, dopóki pozostawali w izolacji.
Akceptowali go, ponieważ nie znali niczego innego i gwałtowne przewartościowanie negujące nabyte zwyczaje wytworzyłoby niemożliwy do przyjęcia konflikt społecznościowy. Po czwartej wojnie zostali zreorientowani i kolejne pokolenia przystosowały się do normalnego życia bez żadnych trudności. Z góry doleciał do nich szmer, który zmusił ich do uniesienia wzroku. W otwartym łazie wejściowym Marco stał Gibson. Narada – oznajmił Gibson ciężkim barytonem i wszedł z powrotem do środka. Poszli szybko za Gibsonem, nie zadając żadnych pytań. Bardziej zbici z tropu jego zwięzłym rozkazem niż zabójstwem na trawiastej równinie. Znając Gibsona wiedzieli, że nie zmarnowałby czasu nawet na to jedno słowo, gdyby nie pojawiła się jakaś ważna sprawa, która je usprawiedliwiała. Czekał na nich razem z Xavierem w pomieszczeniu z mapami. Po raz tysięczny widząc tę dwójkę obok siebie, Farrell nie mógł się powstrzymać przed porównaniem ich.
Robot idealnie funkcjonalny, począwszy od elastycznego, szarego, plastoidowego ciała po pozbawioną rysów owalną płytę twarzy. Uprzejmy i efektywny, niezdolny do odczuwania emocji. Gibson, niski, ciemnowłosy, z ciężkimi brwiami podkreślającymi kompetencje, pozbawiony poczucia humoru. Poza zdolnością do inicjatywy, pomyślał Farrell, tych dwóch mogłoby się zamienić między sobą i nikt nie byłby w stanie zauważyć żadnej różnicy. „Razem z Xavem zidentyfikowaliśmy nasz problem z generatorem fali pierścieniowej” — powiedział Gibson. „Generator działa, ale nie emituje na zewnątrz zniekształcenia przestrzennego. Coś tutaj na Sadr trzy je neutralizuje.” Wpatrywali się w niego, jakby właśnie im powiedział, że planeta jest płaska. „Ale po wytworzeniu fali pierścieniowej nie można jej całkowicie zablokować” — zaprotestował Striker. — „Żeby ją wygasić, trzeba by rozwalić generator na kawałki.” „Jednak samo pole zniekształcające może zostać wytłumione” — odparł Gibson. — „Dwa różne generatory działające na różnych poziomach fazowych będą heterodynować na częstotliwości reprezentującej średnią zmienność między tymi poziomami.
Powstająca na skutek tego faza zdudnienia będzie zbyt słaba do podtrzymania obu pól i jedno z nich lub nawet obydwa naraz zostaną wytłumione. Jeżeli sobie przypominacie, z tego właśnie powodu wszystkie budowane na Ziemi siłownie fal pierścieniowych ustawiane są na tę samą fazę.” „Ale ci tubylcy nie mogą przecież mieć siłowni korzystającej z fali pierścieniowej” — dyskutował z nim Farrell. — „Gib, na Sadr trzy jest tylko jedna wioska. Mała, nic nieznacząca osada rolnicza. Gdyby mieli generator fali pierścieniowej, byliby zmechanizowani. Mieliby pojazdy, porty lotnicze.” „Hymenopii mieli generatory fal pierścieniowych” — przerwał mu Gibson. — „I zostawili tutaj swoją kopułę. Pierwszą niezniszczoną kopułę, jaką do tej pory znaleźliśmy. Dalej już się domyślcie.” Przetrawiali to stwierdzenie w milczeniu. Striker powoli bladł, tak jakby potrzebował czasu na to, aby strach przedostał się przez jego potężne ciało.
Niepokój Farrella, aż do tej chwili pozbawiony konkretnego źródła, wzrósł do poziomu zimnej pewności. „Chyba bałem się czegoś takiego już od czasu mojego pierwszego lotu, nawet sobie tego nie uzmysławiając” — stwierdził. — „Wydaje się rozsądne, że jeżeli hymenopii dali sobie spokój z kręceniem się po wszechświecie, to możemy w końcu natknąć się na nich gdzieś tu, na pograniczu. Podróż powrotna przez dwadzieścia tysięcy lat świetlnych na siedemdziesiątego wężownika to kawał drogi. Gib, myślisz, że oni nadal mogą tu siedzieć?” Gibson nie wzruszył ramionami, ale jego głos zdawał się to robić za niego. „Nie przejmowałbym się odpowiedzią na to pytanie, dopóki nie uda nam się uruchomić generatora Marco.” W ustach innego człowieka mogłoby to oznaczać ironię. Znając Gibsona, Farrell i Striker przyjęli to jako czyste stwierdzenie faktu. „A więc stoimy wobec umysłu roju hymenopów” — podsumował Striker. — „I nie możemy przed nim uciec. Jakieś sugestie?” „Będziemy musieli znaleźć ten blokujący nas generator i wyłączyć go” — zaproponował Farrell, wiedząc, że było to jedyne i oczywiste rozwiązanie.
„To tylko jedna z alternatyw” — poprawił go Gibson. — „Jeśli uda nam się określić poziom fazowy wykorzystywany przez blokujące zniekształcenie przestrzenne, może będziemy w stanie skorygować ustawienia generatora Marco tak, by do niego pasowały. Kiedy oba pola wejdą w rezonans, nie będą się wygaszać.” Dostrzegł niewypowiedziane przez Strikera pytanie i od razu na nie odpowiedział: „To zajęłoby tydzień, może nawet dłużej.” Striker odrzucił tę możliwość. „Za długo. Jeśli są tu hymenopii, dopadną nas do tego czasu.” Farrell włączył ekran skanera kabiny z mapami i ustawił go na stok, na którym znajdowała się wioska. Porozrzucane domki z ciemnymi, skośnymi dachami i rozświetlonymi przez lampy oknami rysowały się na nim całkiem wyraźnie. Spoza tego bezładnego skupiska wystawała wielka, półkulista krzewizna kopuły, połyskując w świetle gwiazd szarą, metaliczną barwą. „Może wyciągamy wnioski zbyt pochopnie” — powiedział. — „Jesteśmy tutaj od pięciu tygodni i nie dostrzegliśmy nawet śladu hymenopów. A z tego, co o nich czytałem, zawsze rzucali się na nas w chwilę po wylądowaniu.
Bardziej prawdopodobne jest, że odlatywali z Sadr trzy w zbyt wielkim pośpiechu, aby zniszczyć kopułę i ich siłownia fali pierścieniowej ciągle działa.” „Możesz mieć rację” — odparł Striker z rozjaśnioną twarzą. — „Dwieście lat temu już od pierwszej potyczki atakowali nas bez pardonu i byli cholernie blisko pokonania nas, zanim nie nauczyliśmy się, jak z nimi walczyć.” Popatrzył na milczącą, plastoidową postać Xaviera z uczuciem bliskim sympatii. „Bez Xava i jego braci przegralibyśmy tę wojnę.” Nie moglibyśmy mierzyć się z umysłami rojami himenopów, nie bardziej niż rój koników polnych mógłby stawić czoła kolonii os. Ale zbudowaliśmy mechy, które były w stanie to zrobić. Cybernetyczne mózgi i mechaniczni członkowie załogi. Statki, które same myślały. Rzucił kątem oka na ekran wizyjny z tajemniczą, poznaczoną smugami gwiezdnej poświaty kopułą. Ale oni nie myślą tak jak my. Może zostawili tutaj jakąś tylną straż albo założyli w kopule pułapki. Jeden z nas będzie musiał się dowiedzieć, jak sprawy stoją – oświadczył Farrell.
Niespokojnie zrobił krąg wokół kabiny z mapami, ważąc prawdopodobieństwa. Zdaje się, że to moja działka. Straker zmierzył go wzrokiem. Ty? Dlaczego? Dlatego, że jestem jedynym, który może pójść. Pamiętaj, co Gibb powiedział o zmianie ustawień generatora Marco tak, by rezonował z tym blokującym urządzeniem. Gibb może to zrobić. Ja nie. Ty zaś jesteś za stary i za gruby – dokończył za niego Straker.
I cholernie powolny oraz gadatliwy. Oczywiście, masz rację. Po tym zakończyli spotkanie i zostawili Chabiera na straży na noc. Mech był nieskończenie bardziej czujny i czuły na zbliżających się intruzów niż którykolwiek z ludzkich członków załogi. Jednak świadomość tego nie uczyniła snu Farrella spokojniejszym. Drzemł nerwowo, budząc się tej nocy kilkanaście razy, aby wypalić papierosa albo rozmyślać bezowocnie nad tym, co go może czekać w kopule. Kiedy Chabier ze swą monotonną uprzejmością wezwał go na śniadanie, Farrell wyrwał się zlany potem z obrzydliwego koszmaru, w którym monstrualne pszczoły groziły mu bzyczącymi obcymi głosami. Farrell był już w połowie drogi trawiastym zboczem do wioski, kiedy zdał sobie sprawę, że Marco ciągle był pod strażą. Zbliżywszy się na tyle blisko, by rozpoznać strażnika, zobaczył, że tym razem był to Tarvil, Sadrianin, który jako pierwszy zbliżył się do statku. Spojrzenie tubylca zmierzyło pakunek na ramionach Farrella złożony z urządzeń testujących oraz audiofonu.
Omiotło następnie ręczną latarkę i blaster za pasem Terranina, po czym ześlizgnęło się na bok bez żadnej widocznej zmiany wyrazu twarzy wartownika. Idę do środka kopuły – powiedział Farrell. Próbował ukryć niepewność w głosie i poczuł błysk irytacji, kiedy mu się to nie udało. Czy jest jakieś tabu, które tego zabrania? Tubylec bez słowa ruszył za nim, pieczołowicie zachowując odstęp 10 stóp i szli dalej razem, przedzierając się przez przesiąkniętą rosą trawiastą równinę, która w promieniach wczesnoporannego słońca błyszczała jak pole diamentów. Kiedy zbliżyli się do wioski, wyłonił się z niej właśnie tradycyjny exodus dorosłych oraz na wpół wyrośniętych dzieci wychodzących w milczeniu na pola. Niesamowici są ci biedacy – powiedział Farrell do mikrofonu swego audiofonu. Nawet nie otrą się łokciami przy pracy. Można by pomyśleć, że boją się jakiejś zarazy. Głos Strakera zabrzmiał mu metalicznie w uchu.
To przestanie być dla nas dziwne, kiedy poznamy ich motywacje. Arthurze, zaczynam myśleć, że ta ich powściągliwość ma podłoże religijne, że to pozostałość systemu kontroli niewolników stworzonego, by zapobiegać buntom poprzez wymuszenie na nich wzajemnej izolacji. Biorąc pod uwagę, co oni musieli wycierpieć od himenopów, to cud, że w ogóle zachowali zdrowe zmysły. Zgadzam się co do pochodzenia religijnego – odparł Farrell. Ale nie postawiłbym nawet centy kredyta na ich zdrowe zmysły. Myślę, że wielu z nich to kompletne świry. Wioska nie opustoszała zupełnie, ale jeśli chodzi o pojawienie się w niej Farrella, równie dobrze mogłoby tak być. Parę kobiet i dzieci, które widział na ulicach, zignorowało jego i Tarvila kompletnie. Napotkał tylko jedną oznakę zainteresowania swoją osobą, kiedy nagi chłopiec w wieku może sześciu lat zaczął mu się z ciekawością przeglądać i zapytał o coś dziecięcym sopranem towarzyszącą mu kobietę. Kobieta odpowiedziała pojedynczym, ostrym słowem i uderzyła dziecko w twarz tak, że upadło na ziemię.
Farrell przekazał informację o incydencie. Powiedziała cicho i powaliła go ciosem na ziemię. Wcześnie zaczynają to swoje szkolenie. Tego rodzaju obojętność nie może być wrodzona – stwierdził Straker. W jego metalicznym mamrotaniu pojawił się ton zaintrygowania. Ale oni są już wolni od czterech pokoleń. Trudno uwierzyć, że jakieś zaimplementowane siłą mechanizmy kontrolne mogłyby przetrwać i funkcjonować tak długo. Cień zasłonił słońce, dając Farrellowi lekką ochłodę, kiedy popatrzył w górę na wielki, zaokrąglony garb wznoszącej się przed nim kopuły. Teraz mam zamiar wejść do kopuły – zgłosił. Wygląda podobnie do innych.
Żadnych wejść poza tymi na poziomie ziemi, gdzie jest nimi wręcz cała podziurawiona. Tarvil nie towarzyszył mu do środka. Farrell obejrzał się w najbliższym otworze wejściowym, naciskając przycisk latarki i zobaczył, że tubylec przykucnął na piętach i spoglądał za nim bez najmniejszego śladu zainteresowania. „Jestem na poziomie gruntu.” – zameldował nieco później Farrell. – „Zdaje się w jakichś pomieszczeniach magazynowych. Teraz są puste. Wszędzie widać grubą warstwę kurzu poza korytarzami używanymi przez tubylców, kiedy przechodzą tu co rano. Jak na razie żadnych śladów hymenopów.” W głosie Strikera pojawił się niepokój. „Uważaj bardzo na pułapki, Arthurze. To miejsce może być zaminowane.” Górną część kopuły, jak Farrell wiedział z wcześniejszych doświadczeń, jakie miały miejsce w ciągu lat po okupacji hymenopów, powinny wypełniać kabiny sypialne upakowane w plastry miodu dla oszczędności miejsca.
Ruszył więc spiralną rampą w dół na poziom położony bezpośrednio pod powierzchnią ziemi, czując dreszczyk odkrywcy, kiedy znalazł się w komorach audiencyjnych, będących aż do przybycia Marco codziennym celem pielgrzymek satrienskich tubylców. Poziom ten był całkowicie wypełniony przez puste, dziesięciostopowe przedziały. Każda z mnóstwa komór zdominowana była przez tajemniczą, metaliczno-kristaliczną podobiznę głowy hymenopa umieszczoną na metalowej ścianie naprzeciwko wejścia z korytarza. Po obu stronach okrągłej klatki głosowej do wnętrza pomieszczenia sterczały antenki, nieprzyjemnie, ostrzegawczo, zaś fasetowe kryształowe oczy świeciły lekko w niemal zupełnej ciemności. Sztuka ich wykonania była doskonała, stylizowana na obcy Farrellowi sposób tworzenia obrazów i personifikująca z niepokojącym realizmem bezduszną, arogancką efektywność hymenopiego umysłu roju. Według Farrella wokół każdego z tych obrazów unosiła się posępna atmosfera hipnotycznego otępienia. „To coś nowego, jeśli chodzi o eksperymenty hymenopów.” – zameldował Strikerowi. – „W żadnej z kopuł, które znaleźliśmy wcześniej, nie było niczego podobnego. Te artefakty mają jakiś wpływ na stan, w jakim są tubylcy. Do każdego wizerunku prowadzi wydeptana w kurzu ścieżka i widać, że ludzie przed nimi klękają.
Nie podoba mi się to. Mam przeczucie, że niezależnie od tego, do czego miały być użyte te przeklęte bożki, udało się to nawet aż za dobrze.” „To nie mogą być bożki.” – stwierdził Striker. – „Hymenopi zbyt dobrze wiedzieli, jak trudno jest całkowicie wyprzeć antropomorfizm z ludzkich wierzeń religijnych. Myślę jednak, że masz rację co do tego, że ten eksperyment zadziałał zbyt dobrze. Żaden zwykły nakaz nie wytrzymałby aż tak długo. Okresowa hipnoza? Poczekaj, Arthurze. Jest pewna rzecz, którą chciałbym sprawdzić z Gibsonem.” Wrócił chwilę później, dysząc z podekscytowania. „Gib uważa, że jestem na dobrej drodze. Okresowa hipnoza.
Hymenopi musieli przydzielić konkretną komorę i wizerunek każdemu niewolnikowi. Wizerunki są mechami, mesmerystycznymi robotami zaprojektowanymi do utrzymywania i odnawiania przymusu izolacji tubylców. Posthipnotyczna sugestia zmusza tych biedaków do powrotu tutaj każdego ranka oraz przyprowadzenia ze sobą dzieci nawet po wycofaniu się hymenopów. Nie mogli się z tego wyrwać, dopóki generator fali promieniowej Marco nie spowodował wyłączenia się siłowni kopuły i nie dezaktywował wizerunków. I teraz tubylcy, kiedy są wolni, wcale nie czują się ani odrobinę lepiej. Nie wiedzą, jak...” Farrell nie usłyszał już reszty zdania. Coś uderzyło go mocno w tył głowy. Kiedy odzyskał przytomność, leżał nagi, bezbronny i zagubiony. Szmery zbliżającego się pościgu, bezcielesne i straszne w otaczających go ciemnościach sprawiły, że wpadł w zupełną panikę i uciekał przez przerażającą wieczność, co doprowadziło go w końcu na najniższy poziom kopuły do siłowni hymenopów. Z wahaniem podszedł do ciemnego kształtu cylindra generatora fali pierścieniowej, w równym stopniu przyciągany jego znajomym wyglądem, jak popychany przez podążające za nim zagrożenie.
U podstawy ogromnej maszyny dostrzegł pulpit sterowniczy o kompletnie nieznanej mu konstrukcji, pełen tarcz, mierników i przełączników ewidentnie przeznaczonych dla obcych rąk. W tej grobowej ciszy usłyszał nagle brzęczący pomruk głosu Strikera, dźgającego straszliwą myślą, że oszalał. Zobaczył wtedy, że pod pulpitem sterowniczym leży jego torba ze sprzętem, nienaruszona. Głos Strikera pomrukiwał z głośnika audicomu. „Jesteśmy w kopule, Arthurze. Gdzie jesteś? Na którym poziomie?” Farrell schwycił audicom pchnięty przez nagły przypływ szalonej nadziei. „Jestem na samym dnie kopuły w pomieszczeniu generatora fali pierścieniowej. Zabrali mi broń i latarkę. Pośpieszcie się, na miłość boską!” Ciemności zrezygnowały z kukłkowego szurania obutymi w sandały stopami, szelestów wielu pełnych napięcia ludzkich oddechów.
Ktoś zaskamlał niemalże jak pies, żałośnie. W odpowiedzi satrienski głos ostro wysyczał: „Cisza!”. Metaliczny pomruk Strikera oznajmił: „Arthurze, namierzamy twoją falę nośną. Użyj narzędzi, które ci zostawili. Zapędzili cię tam, żebyś naprawił generator, żebyś przywrócił zasilanie, które podtrzymuje działanie ich wizerunków. Zacznij coś robić.” Farrell, jedynie na wpół rozumiejąc, jak powinien się zachować, wziął do ręki torbę z przyrządami. Jego ruch wywołał głośne szmery w ciemnościach. Głos zaskamlał ponownie, udręczony jęk, który targnął nerwami Farrella jak smyczek strunami skrzypiec. „Oddaj mi mój głos. Jestem sam i boję się.
Muszę otrzymać poradę.” Pod powierzchnią płaczu Farrell wyczuł wyrażone w ten niesamowity sposób przerażenie, które przeważyło ciemności kryjącą się w milczących oddechach gromce i nabrzmiewające uczucie odrazy. Jego uszy wychwyciły cichy szmer kotłujących się ciał, sapania i walki. Skamlenie ustało. Torba z przyrządami wyślizgnęła się Farrellowi z dłoni. Niemal natychmiast po rozdzierającym nerwy odgłosie uderzenia o metalową podłogę rozległ się głos Strikera, silniejszy i jakby coraz bliższy. „Spokojnie, Arturze. Zabiją cię, jeśli urządzisz scenę. Zbliżamy się. Gib, Shaw i ja. Nie strać tylko głowy.” Farrell przykucnął, opierając się plecami o zimną krzywiznę generatora fali pierścieniowej.
Walczył z przemożną chęcią ucieczki z tak ogromnym wysiłkiem, że wpadł w niemożliwą do opanowania drżączkę. Spam narastającego w nim krzyku wyrywał mu się z piersi. Zepchnął go jednak gwałtownie w głąb siebie, tłumiąc przerażenie, którego nie dało się dostrzec, namacalnie uchwycić, żeby można było z nim walczyć. Powoli jednak już się poddawał, kiedy w ciemnościach zabuczał pozbawiony emocji głos Xaviera. „Spokojnie, możliwość uzyskania porady zostanie wam przywrócona.” Nagle zalała go powódź światła, nie do zniesienia po tak długim okresie przebywania w ciemności. Farrell pochwycił przelotny obraz Gibsona pędzącego ku niemu przez rozpraszający się w milczeniu krąg Sadrian, jego kwadratowej twarzy otoczonej cieniem i światłem aktynicznej flary. Potem zemdlał. Obudził się przypięty do swej koi w pomieszczeniu z mapami. Marco 4 był już w kosmosie. Na ekranie wizyjnym Farrell widział kurczący się półksiężyc Sadar 3, a za nią w ciemnych głębinach kosmosu gwałtownie pałające białe oko Deneba oraz ognisty płomień Albireo, niebieskiego i żółtego bliźniaka.
„Odlatujemy” – stwierdził zbity z tropu. „Co się stało?” Striker podszedł do niego i odpiął go. Gibson, który grał w szachy z Xavierem na stole do wykreślania kursu na mapach, uniósł na chwilę wzrok i wrócił do swego gambitu. „Przestawiliśmy generator w kopule tak, by był w fazie z naszym i przytaszczyliśmy cię stamtąd na statek” – pokrótce objaśnił Striker. Powrócił mu już dobry humor. Jego tłusty brzuch drżał od wzbierającego w nim śmiechu. „Skończyliśmy naszą robotę tutaj. Reszta jest już w rękach reorientacji.” Farrell gapił się na niego z otwartymi ustami. „Stawiasz krzyżyk na Sadar 3?” „Zrobiliśmy wszystko, co było można. Ci Sadrianie potrzebują więcej, niż może im oferować nasza niewielka, wstępna ekspedycja.
W tej chwili ochoczo się poddają sztywnemu kodeksowi religijnemu, który nie pozwala żadnemu z nich na zwierzenie się komuś innemu ze swoich potrzeb, nadziei, ideałów czy problemów. Wzajemne zaufanie jest dla nich największym świętokradztwem.” „Oni są szaleni. Muszą być, nie mając żadnej innej możliwości emocjonalnego katharsis poza tym.” „Oni wcale nie oszaleli. Oni się przystosowali. Te roboty wizerunki, które znalazłeś, są dla ich cywilizacji wszystkim. Arbitrami, agentami handlowymi, nadzorcami i spowiednikami. Wszystkim w jednym. One nie tylko przekazują potrzeby fizyczne między jednym tubylcem a drugim. One wysłuchują wszystkich problemów i oferują ich rozwiązania. One są doradcami, pamiętasz?
Instynkty stadne człowieka wywodzą się w dużym stopniu z jego potrzeby dzielenia się problemami z innymi. Himenopie wyszli tu ze skutecznym substytutem i tubylcy przyjęli go jako normę.” Farrell skrzywił się z nagłym zrozumieniem. „Nic dziwnego, że ci biedacy pękali na lewo i na prawo. Kiedy zdechł generator fali pierścieniowej, to tak, jakby nagle oślepili i ogłuchli. Nie potrafili nawet zebrać się razem, żeby się naradzić i wymyślić jakiś sposób wyjścia z tej sytuacji.” „W końcu to załapałeś” – zgodził się Striker. „Wiedzieli, że to my jesteśmy odpowiedzialni za ich katastrofę, ale nie byli w stanie nawet zebrać się i poprosić nas o pomoc, ponieważ jesteśmy istotami ludzkimi, takimi samymi jak oni. A więc jeden po drugim zaczęli szaleć i popełniać największe bluźnierstwo, wykrzykując publicznie swoje zmartwienia, a ich rodacy musieli ich zabić albo zaaprobować to świętokradztwo. Teraz już się uspokoili. Do czasu, zanim przylecą tu chłopcy z Reorientacji, powinni być już dosyć łatwi we współpracy.” Zaczął chichotać. „Zostawiliśmy im działających doradców, ale rozłączyliśmy obwody odświeżające wpływy hipnotyczne.
Od tej pory będą dostawać tylko to, czego potrzebują, to jest ujście dla swoich osobistych obciążeń, a przy braku posthipnotycznych przymusów zaczną skłaniać się do bliższych związków między sobą. Zapewnia to instynkt stadny człowieka. Po kilku pokoleniach chłopcy z Reorientacji będą mogli zrobić z nich normalnych Terran i przejść do jakiegoś kolejnego planetarnego domu wariatów, który dla nich wykopiemy.” Farrell stwierdził ze zdumieniem: „Nigdy bym nie pomyślał, że potrzeba wzajemnego zaufania może być taka ważna. Ale rzeczywiście musi tak być. Wszystko na to wskazuje. Ty i ja często rozmawiamy ze sobą o naszych osobistych problemach, zaś Gib...” Przerwał, żeby obrzucić wzrokiem skupioną nad szachownicą parę, porównując spokojną samowystarczalność Gibsona do uprzejmej, mechanicznej kompetencji. „Jest pewien wyjątek dla twojej teorii, Lee. Żelazny człowiek Gibson nigdy w życiu nie zwierzył się z żadnego swojego zmartwienia.” Stryker roześmiał się. „Tu możesz mieć rację. I co ty na to, Gib?
Czy kiedykolwiek czułeś potrzebę skorzystania ze Ściany Płaczu?” Gibson na moment uniósł głowę znad gry. Jego kwadratowa twarz była jak zwykle opanowana. „No pewnie, czemu nie? Opowiadam o swoich zmartwieniach Xavierowi.” Kiedy patrzyli beznamiętnie na siebie nawzajem, dorzucił jeszcze najbliższą dowcipowi kwestię, jaką Farrell i Stryker kiedykolwiek od niego usłyszeli. „To układ wzajemny. Szef zaś zwierza się mnie.”
[03:58:33] - Proszę państwa, tym literackim akcentem kończymy dzisiejsze „Bibliotekarium 2.0”. Myślę, że było ciekawie. Myślę, że jeśli powiem, że zapraszam za tydzień, to nie będą państwo zaskoczeni, więc oczywiście tradycyjnie zapraszam na przyszły piątek, a dzisiaj już życzę państwu dobrej nocy, wspaniałego weekendu i dobranoc państwu.
[03:59:00] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski, a od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.